Krakowskie metro i kolej dużych prędkości będą miały szansę powstać dzięki partnerstwu publiczno-prywatnemu

CEO Magazyn Polska

Partnerstwo publiczno-prywatne jest szansą na powstanie krakowskiego metra i kolei dużych prędkości. W nowej unijnej perspektywie budżetowej ten instrument zyska na znaczeniu. Alstom, który realizuje tego typu projekty w innych krajach, podkreśla, że na razie dopiero rozpoczynają się analizy, ale rynek partnerstwa publiczno-prywatnego powoli będzie się rozwijał.

Mamy nadzieję, że nowe oprzyrządowanie prawne i nowa perspektywa unijna, która otwiera furtkę dla projektów partnerstwa publiczno-prywatnego, będzie również interesująca dla naszych partnerów publicznych i takie projekty uda nam się w Polsce zrealizować. W tej chwili analizujemy rynek i potencjał poszczególnych samorządów, bo nowa perspektywa unijna też dopiero jest przed nami – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Mielczarek, prezes zarządu Alstomu.

Projekty PPP mogą mieć szczególne znaczenie w dziedzinie transportu. Alstom realizuje takie projekty w Europie i pozą nią. Dotyczy to zarówno budowy linii tramwajowych wraz z taborem (m.in. w Reims i Dijon we Francji), jak i kolei aglomeracyjnych i metra.

Mielczarek podkreśla, że PPP może umożliwić przeprowadzenie kosztowych inwestycji transportowych w Polsce. W tym modelu mogłaby zostać zrealizowana zarówno budowa metra w Krakowie, jak i powstanie kolei dużych prędkości (KDP). PPP mogłoby przyspieszyć również instalację systemu ERTMS (Europejski System Zarządzania Ruchem Kolejowym) na polskich magistralach kolejowych.

Rozważamy i analizujemy, czy byłoby to opłacalne z naszej perspektywy jako partnera prywatnego. Zobaczymy. Na pewno jest w dużych aglomeracjach kilka projektów, którymi potencjalnie jesteśmy zainteresowani, plus kolej aglomeracyjna – podkreśla Mielczarek w rozmowie podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego.

Dodaje, że również kolej dużych prędkości mogłaby być interesująca dla prywatnych partnerów. Budowa linii stoi pod znakiem zapytania z uwagi na wysokie koszty dla budżetu państwa.

Model partnerstwa publiczno-prywatnego będzie preferowany w nowej perspektywie budżetowej UE w latach 2014–2020. Dzięki niemu budżet państwa jest w mniejszym stopniu obciążony kosztami inwestycji, a w zamian prywatny partner po ukończeniu budowy może czerpać zyski np. z biletów w komunikacji publicznej lub opłat za przejazd drogami.

Alstom już w tej chwili jest obecny w Polsce na dużą skalę. Francuska spółka w 1997 r. przejęła chorzowskie zakłady Konstalu. Obecnie produkowane są tam wagony metra typu Metropolis oraz tramwaje Citadis. Tramwaje tego typu jeżdżą m.in. w Gdańsku i Katowicach. Alstom jest także właścicielem Fiat Ferroviaria, gdzie produkowane są pociągi Pendolino, które od grudnia tego roku mają pojawić się w regularnych połączeniach na polskich torach. Podzespoły do Pendolino są również produkowane w Chorzowie.

Francuska spółka zajmuje się również produkcją turbin w fabryce w Elblągu. Jak informuje Alstom na swojej stronie internetowej, ponad 320 turbin parowych i gazowych dostarczonych do elektrowni na całym świecie zostało wyprodukowanych w Polsce. Zwłaszcza turbiny parowe trafiają głównie poza Europę. Spółka produkuje także generatory we Wrocławiu. Ogółem firma zatrudnia w Polsce ponad 3,2 tys. osób.

Związek Zawodowy Kontrolerów Ruchu Lotniczego: kontrola ruchu lotniczego jest niedoinwestowana

CEO Magazyn Polska

W Polsce niezbędne są inwestycje w kontrolę ruchu lotniczego. Główne potrzeby dotyczą zwiększenia zatrudnienia i poprawy infrastruktury – apeluje Związek Zawodowy Kontrolerów Ruchu Lotniczego. Pozwoli to na lepszą obsługę nie tylko ruchu lotniczego z i do Polski, lecz także tranzytu, który stanowi ponad połowę wszystkich lotów.

Jesteśmy w takim momencie, kiedy musimy bardzo mocno doinwestować kontrolę ruchu lotniczego. To jest ten element siatki transportu publicznego, na który musi być położony nacisk. Niestety, zarówno Unia Europejska, jak i polskie władze zafundowały nam szereg przepisów, które zbyt mocno regulują ten rynek i które powodują, że nie możemy rozwijać się w takim tempie, w jakim powinniśmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Janiszewski, prezes Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

Janiszewski przypomina, że ruch lotniczy w Polsce w ciągu ostatnich lat rósł bardzo dynamicznie. Pomimo kryzysu w Europie w naszym kraju rokrocznie notowane były wzrosty. Jak wynika z danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego, w 2003 r. na polskich lotniskach odprawiono ok. 7,1 mln pasażerów. W 2013 r. było to ponad trzykrotnie więcej – prawie 25 mln. Wzrosła również liczba cywilnych operacji lotniczych (startów i lądowań) – z 178 tys. w 2003 r. do ponad 294 tys. w ubiegłym roku.

Samoloty lądujące w Polsce i odlatujące z kraju to tylko część całego ruchu. Kontrolerzy ruchu lotniczego Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej w ubiegłym roku zabezpieczyli obsługę nawigacyjną 683 tys. operacji lotniczych, z czego prawie 400 tys. to rejsy tranzytowe, gdy samoloty przelatują jedynie nad naszym krajem.

By utrzymać sprawną kontrolę tego ruchu, niezbędne są inwestycje.

Mamy sieć autostrad podniebnych, które musimy rozwijać i wykorzystywać – apeluje Janiszewski. – Musimy inwestować przede wszystkim w kadry, nowy sprzęt, nowe radary, urządzenia radiowo-nawigacyjne. Nasze państwo musi także prowadzić prawodawstwo, żeby nam umożliwić rozwój na tle całej Europy.

Dodaje, że w ostatnich latach poczyniono duże inwestycje na lotniskach, między innymi w związku z Euro 2012, ale mniej środków przeznaczono na kontrolę ruchu lotniczego. Potrzebni są przede wszystkim nowi pracownicy, bo brak kadr jest problemem tych służb w całej Europie. Wyszkolenie kontrolera trwa nawet trzy lata, a do tego zawód ten ma specyficzne wymagania.

Mimo to zatrudniająca kontrolerów Polska Agencja Żeglugi Powietrznej ma możliwości i środki na zwiększenie zatrudnienia. Janiszewski zauważa jednak, że musi to zostać ułatwione przez polskie prawo.

Jeżeli w Europie cały czas będzie wzrost gospodarczy, to w Polsce możemy się spodziewać wzrostu ruchu lotniczego na poziomie 8-13 proc. rok do roku. Jest to bardzo perspektywiczny rynek, tylko trzeba nam pozwolić na ten rozwój – ocenił Janiszewski w rozmowie podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego.

Dodaje, że kontrolerzy ruchu lotniczego nie próżnują, czekając na nowe inwestycje. W ciągu ostatnich pięciu lat na terenie UE czterokrotnie zostały zredukowane opóźnienia spowodowane kontrolą ruchu lotniczego. Jak wynika z danych Centralnego Biura Analiz Opóźnień (CODA) europejskiej organizacji Eurocontrol, średnie opóźnienie lotu w przestrzeni powietrznej państw członkowskich organizacji wyniosło w 2013 r. 9,3 minuty. Z tego jednak jedynie niecałe 0,4 minuty było związane z kontrolą ruchu lotniczego w trakcie przelotu, a ok. 0,6 minuty z kontrolą startu i lądowania na lotnisku. Głównym powodem opóźnień są tzw. opóźnienia reakcyjne, czyli wywołane opóźnionym przylotem (4,2 minuty) oraz czynniki operacyjne po stronie linii lotniczych (2,8 minuty).

Polska kontrola ruchu lotniczego należy także do najbardziej wydajnych kosztowo w Europie. Koszt jednostkowy, związany bezpośrednio z kosztami prowadzenia kontroli i stanowiący podstawę do wyliczenia opłat nawigacyjnych, wynosi w maju w Polsce 35,42 euro. Tańsza kontrola ruchu lotniczego w UE jest jedynie na Łotwie, Malcie, w Irlandii, Grecji oraz nad Atlantykiem w obszarze kontrolowanym przez Portugalię.

Polskie firmy chemiczne mogłyby rosnąć szybciej dzięki inwestycjom w badania i rozwój. Ograniczeniem są m.in. wydatki na politykę klimatyczną UE

CEO Magazyn Polska

Ponad 130 mld zł wartości produkcji sprzedanej osiągnęła w ubiegłym roku branża chemiczna – szacuje prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. To wynik podobny do tego z 2012 roku. Zwiększeniu dynamiki wzrostu mogłyby pomóc programy badawczo-rozwojowe podnoszące innowacyjność, jednak polskie firmy przeznaczają więcej środków na dostosowanie się do wymogów unijnej polityki klimatycznej kosztem wydatków na badania i rozwój.

Wyników za pełny 2013 rok jeszcze nie ma, ale w oparciu o dostępne dane możemy sądzić, że był to dobry rok dla branży – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Zieliński, prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. – Mimo stagnacji w Europie polski przemysł poradził sobie nieźle. 2013 r. powinien być na poziomie 2012 r., kiedy to produkcja sprzedana wyniosła 131 mld złotych. Być może nawet zanotujemy lekką tendencję wzrostową.

Szef Izby pozytywnie ocenia również dane o wydatkach inwestycyjnych. W ubiegłym roku mogły one wynieść ok. 6 mld zł. Pierwsze trzy kwartały zamknęły się kwotą 3,5 mld zł.

Wyniki z pierwszych trzech miesięcy tego roku w niektórych spółkach nie są najlepsze, ale wynika to raczej z charakterystycznej dla branży sezonowości. W zależności od sektora, spółki notują różne przychody w różnych okresach roku.

Na przykład w obszarze nawozów I kwartał to jest szczyt sezonu, a gorzej jest w wakacje. Myślę, że do oceny roku i prognoz można wrócić po pierwszym okresie wakacji – twierdzi Zieliński.

Wiele będzie zależało również od sytuacji w branży budowlanej i motoryzacyjnej, które są jednym z głównych odbiorców produktów z sektora chemicznego.

Największy wpływ na rozwój polskiej chemii miałoby jednak zwiększenie innowacyjności. Do tego jednak potrzebne są nakłady na badania i rozwój. Zieliński wyjaśnia, że polskie firmy w różnym zakresie i w różny sposób wydają środki na ten cel. Część z nich ma własne działy B+R czy centra badawcze (np. Synthos czy Śnieżka), a druga część – zacieśnia współpracę z nauką (np. Grupa Azoty i jej Instytut Nawozów Sztucznych).

Trudno powiedzieć, ile łącznie polska chemia wydaje na badania i rozwój, ale jest to prawie nic w porównaniu ze światowymi koncernami takimi jak największy Dow, który wydaje miliardy euro, czy drugi BASF, który przeznacza na ten cel średnio około 1,3 miliarda euro rocznie, także w dobie kryzysu – mówi Zieliński. – Kwestia innowacyjności, inwestowania w badania i rozwój, jest kluczowa, a to w branży niestety kuleje. Chcemy to zmienić i dlatego planujemy jako Polska Izba Przemysłu Chemicznego program sektorowy Innochem. Będziemy go realizować z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju.

Program, który jest pierwszym tak dużym projektem dla przemysłu chemicznego, ma zacząć działać od 2015 roku. Izba liczy, że dzięki niemu firmy z branży zaczną więcej wydawać na wdrażanie innowacyjnych rozwiązań. Jak podkreśla szef PIPC, do tej pory inwestowanie w badania i rozwój utrudniają im obciążenia związane np. z regulacjami unijnymi.

Mamy wiele różnych zjawisk w postaci polityki klimatycznej, regulacji typu REACH [rozporządzenie w sprawie rejestracji, oceny, udzielania zezwoleń i stosowanych ograniczeń w zakresie chemikaliów – red.], co nas trochę obciąża kosztowo. Gdybyśmy nie musieli wydawać pieniędzy na wszystkie regulacje emisyjne, legislacje środowiskowe, klimatyczne i energetyczne, moglibyśmy dużo więcej środków przeznaczać na rozwój nauki. – wyjaśnia Zieliński.

Prezes Izby podkreślił w wywiadzie udzielonym podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego, że restrykcyjna polityka klimatyczna UE to jedna z głównych bolączek całego sektora chemicznego. Kolejną jest rosnąca konkurencja ze strony Chin, którą niekiedy wspomagają regulacje celne.

Sektor usług biznesowych rośnie w siłę

CEO Magazyn Polska

Zagraniczne firmy coraz chętniej lokują nad Wisłą swoje centra usług wspólnych. To nie tylko zasługa niższych kosztów prowadzenia w Polsce działalności, lecz także kadry pracowniczej. Polacy chętnie pracują dla firm zagranicznych zarówno w Polsce, jak i na świecie. Zyskali opinię osób ambitnych i pełnych pomysłów. Ponad 400 działających w Polsce centrów usług biznesowych zatrudnia już ponad 100 tys. pracowników.

Sektor usług biznesowych rośnie w Polsce bardzo dynamicznie, szczególnie dzięki światowemu kryzysowi, który zmusił firmy do szukania możliwości obniżenia kosztów i sięgania po outsourcing usług. Zaletą Polski są jednak nie tylko niższe koszty, lecz także dobra lokalizacja oraz bogate zaplecze młodych, ambitnych i wykształconych kadr.

Polacy radzą sobie bardzo dobrze, bo są ambitni i kreatywni. Nadrabiamy zaległości z ostatnich 20-30 lat, podczas których musieliśmy przełamać wiele barier, żeby nas w Europie zauważonoNajpierw pokonaliśmy barierę językową, później barierę rozpoznawalności naszego kraju na mapie. Nie mieliśmy takiej marki jak znani z organizacji Niemcy, z umiejętności negocjacyjnych Holendrzy czy słynący z jakości Szwedzi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystian Bestry, dyrektor zarządzający w Infosys BPO Europe. – Dziś naszą główną cechą jest ambicja i kreatywność. Szczególnie jeśli chodzi o menadżerów.

Z ankiety przeprowadzonej przez ABSL (Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych) wśród przedstawicieli centrów usług wynika, że ponad połowa z nich chce w tym roku zwiększyć zatrudnienie o 20 proc. Wzrost liczby pracowników zakłada dziewięć na dziesięć badanych firm.

Na korzyść młodych i przyszłych pracowników działa też postawa polskich uczelni, które, jak podkreśla Bestry, stają się otwarte na potrzeby biznesu i dostosowują profil kształcenia do wymagań firm.

– Infosys bardzo mocno udziela się na uniwersytecie w Łodzi, gdzie nasi menadżerowie prowadzą zajęcia praktyczne dla studentów. Również wspólnie z uczelniami otwieramy kierunki, które odpowiadają na nasze potrzeby w zakresie profili studentów czy absolwentów – wyjaśnił Krystian Bestry w wywiadzie udzielonym podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego.

Na rynku usług biznesowych w Polsce widać rosnącą różnorodność. Zakres obsługi klientów rośnie – pojawiają się nowe obsługiwane kraje czy segmenty rynku. Proste usługi są coraz częściej wypierane przez bardziej skomplikowane zlecenia, które wymagają wysokich kwalifikacji i dużej wiedzy pracowników. Zmiany te nie przeszkadzają działającym w branży firmom dynamicznie rosnąć.

– W ostatnich latach rośliśmy w Polsce w tempie 20 proc. rocznie, a w ostatnim roku osiągnęliśmy nawet 30 proc. Chcemy zachować ten trend – mówi dyrektor zarządzający Infosys BPO Europe.

Spółka zatrudnia w Polsce dwa tysiące pracowników i do grudnia planuje zatrudnienie kolejnych 500 osób. Dzięki nowym pracownikom ma być możliwe utrzymanie wysokiego tempa wzrostu. Infosys osiąga w kraju przychody rzędu 200 mln zł i w tym zakresie także liczy na podtrzymanie trendu wzrostowego.

– Nie zamykamy się na przejęcia, wręcz szukamy możliwości w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, ale stawiamy na rozwój organiczny. Przejęcia są jego uzupełnieniem – wyjaśnia Krystian Bestry.

Infosys BPO Europe zamierza głównie rozwijać usługi logistyczne i wsparcie procesu zarządzania łańcuchem dostaw. Firma przez lata rozwijała finanse i księgowość oraz usługi związane z zakupami.

Wyniki finansowe ENEA zgodne z oczekiwaniami rynku

W I kwartale 2014 r. Grupa ENEA wypracowała 2.373,7 mln zł przychodów ze sprzedaży, 461,5 mln zł EBITDA oraz 209,3 mln zł zysku netto. Na wyniki wpłynęła trudna sytuacja na rynku energii elektrycznej, są one jednak zgodne z oczekiwaniami. Początek roku był także jednym z kluczowych momentów w procesie przebudowy organizacji.

Windeln.de pozyskuje finansowanie na kontynuowanie ekspansji

0

Deutsche Bank nowym inwestorem. 15 milionów euro w rundzie finansowania pozyskane od międzynarodowej grupy inwestorów (między innymi Deutsche Bank) oraz obecnych udziałowców.

Windeln.de, spółka portfelowa subfunduszu MCI.TechVentures FIZ ogłosiła, że w wyniku realizacji rundy finansowania, Deutsche Bank (DB Private Equity – ramię private equity spółki Deutsche Asset & Wealth Management) dołączył do obecnej, międzynarodowej bazy finansowych inwestorów windeln.de obejmującej DN Capital (Palo Alto, Londyn), Acton Capital Partners (Monachium), MCI Management (Warszawa) oraz 360 Capital Partners (Milan, Paryż).

Windeln.de jest wiodącym sklepem internetowym w Europie w kategorii produktów dla dzieci i niemowląt.

W 2013 roku, trzecim z kolei roku obrotowym, spółka osiągnęła istotny wzrost/rozwój w wielu obszarach działalności:

  • oferta produktowa została rozbudowana do ponad 55 000 pozycji asortymentowych i obejmowała ponad 800 marek (brand’ów)
  • nowy system logistyczny dodatkowo skrócił czas dostawy
  • wartość sprzedaży (run-rate sales) przekroczyła 100 milionów euro oraz została podwojona w stosunku do poprzedniego roku
  • dynamiczny wzrost bazy klientów i poziomu ich satysfakcji – ponad 70% zamówień pochodzi od powracających klientów
  • klub zakupowy windelbar.de generuje istotną część sprzedaży i marży w grupie windeln.de
  • ofertę poszerzono o nowe kategorie produktów, takie jak ubranka i zabawki
  • dzięki akwizycji szwajcarskiej spółki kindertraum.ch pod koniec 2013 roku windeln.de dywersyfikuje działalność operacyjną w regionie

Pozyskane środki zostaną wykorzystane na rozwój organiczny, ekspansję spółki na nowe rynki oraz poszerzenie oferty produktowej o nowe kategorie.

Alexander Brand, współzałożyciel i dyrektor zarządzający, powiedział: „Z radością witamy nowego inwestora – Deutsche Bank. Jego doświadczenie stanowi uzupełnienie i wzmocnienie kompetencji obecnej struktury inwestorów”.

Konstantin Urban, współzałożyciel i dyrektor zarządzający, dodał: „Dzięki obecnej rundzie finansowania będziemy mogli poszerzać istniejącą ofertę produktową i zaproponować naszym klientom jeszcze wyższy poziom obsługi. Pozyskane środki pozwolą naszemu zespołowi kontynuować imponujący rozwój naszej spółki”.

„Wyniki osiągnięte przez windeln.de w 2013 roku były wyjątkowe. Spółka odnotowała wzrost sprzedaży o ponad 100%”, powiedział Nenad Marovac, partner zarządzający w brytyjskim funduszu venture capital – DN Capital. „Elementami wspierającymi dynamiczny rozwój spółki były: bogata oferta produktowa, efektywna działalność operacyjna, znakomita logistyka i wysoce skuteczny marketing”.


windeln.de:

windeln.de jest czołowym sklepem internetowym sprzedającym produkty dla dzieci i niemowląt na rynku niemieckim, austriackim i szwajcarskim. W naszej ofercie znajduje się ponad 55 000 pozycji asortymentowych i ponad 800 marek, które rodzice mogą wygodnie zamawiać, nie wychodząc z domu. Sprzedajemy zarówno pieluchy, produkty żywnościowe dla niemowląt, produkty do pielęgnacji skóry, jak również produkty zapewniające bezpieczeństwo, czyli bramki, elektroniczne nianie i foteliki samochodowe. Ofertę uzupełniają niemowlęce ubranka i zabawki, dzięki czemu rodzice mogą w jednym sklepie nabyć produkty, których potrzebują dla maluchów. Windeln.de został założony przez Konstantina Urbana i Alexandra Branda w październiku 2010 roku. Firma posiada siedzibę w Monachium. Obecnie zatrudnia ponad 100 osób.

DN Capital:

DN Capital dostarcza kapitał spółkom na etapie wczesnego rozwoju oraz wzrostu/ekspansji. DN Capital inwestuje w firmy na całym świecie prowadzące działalność w sektorze oprogramowania, aplikacji mobilnych, mediów cyfrowych i sprzedaży internetowej. Biura firmy mieszczą się w Londynie i Palo Alto. DN Capital odnajduje, inwestuje i wspiera firmy w drodze do osiągnięcia pozycji globalnych liderów. W portfolio DN Capital znajdują się Shazam Entertainment, Apsmart (sprzedane firmie Thomson), Endeca Technologies (sprzedane firmie Oracle), Datanomic (sprzedane firmie Oracle), Eyeka, Gecko Board, JacobsRimell (sprzedane firmie Amdocs) Mister Spex, OLX (sprzedane firmie Naspers), Mobile Roadie, MPME, Scarosso, Tbricks oraz windeln.de.

Specjaliści zatrudnieni w DN Capital wykorzystują ponad 50-letnie doświadczenie w dziedzinie private equity, a także aktywnie współpracują ze spółkami portfelowymi, zarządzając ich wzrostem na różnych etapach rozwoju. Dalsze informacje o funduszu i jego portfolio można znaleźć na stronie: www.dncapital.com.

Acton Capital Partners:

Acton Capital Partners (www.actoncapital.com) jest niezależną firmą zarządzaną przez wspólników, inwestującą w spółki z sektora internetowego, dostarczającą kapitał na etapie wzrostu. Subfundusze Heureka I i II analizują potencjalne inwestycje w spółki działające
(w oparciu o modele biznesowe B2C and B2smallB) w obszarze sprzedaży internetowej, platform marketplace, usług internetowych oraz mediów cyfrowych. Acton realizuje inwestycje na całym świecie, w tym posiada istotną ekspozycję na aktywa zlokalizowane w Europie. Fundusze są pozyskiwane od inwestorów prywatnych i instytucjonalnych.

Acton Capital Partners z siedzibą w Monachium rozpoczął działalność w 2008 roku. Przed założeniem własnej firmy zespół Acton odnosił sukcesy pracując przez wiele lat dla grupy Hubert Burda Media. Począwszy od 1999 roku zespół ten nabył dla Burda Digital Ventures GmbH udziały w ponad 40 internetowych firmach działających w modelu B2C, którymi także z dużym sukcesem zarządzał. Przykłady udanych inwestycji to m.in. AbeBooks, Alando, ciao.com, Elitepartner, HolidayCheck, OnVista i zooplus.

360 Capital Partners:

360 Capital Partners (www.360capitalpartners.com) jest ogólnoeuropejskim funduszem venture capital z biurami w Paryżu i Milanie, dokonuje inwestycji w innowacyjne firmy prowadzące działalność zasadniczo w trzech sektorach: cyfrowym, czystych technologii i technologii medycznych. Od 1997 roku zespół 360 Capital Partners zarządzał ponad 300 milionami euro i zainwestował środki w ponad 70 firm w 9 krajach, w tym m.in. Yoox, MutuiOnline, Leetchi.com, Electro Power Systems, Invendo, Aramisauto, Newlisi, Sojeans i Qapa.com.

Deutsche Bank – Private Equity & Private Markets:

DB Private Equity jest ramieniem private equity spółki zarządzającej aktywami Deutsche Asset & Wealth Management. Od 1991 roku realizuje inwestycje w formie obejmowania nowych udziałów (dokapitalizowania), nabywania istniejących udziałów spółek oraz dokonuje ko-inwestycji na rzecz inwestorów instytucjonalnych i klientów indywidulanych.  Na dzień 31/03/2013 DB Private Equity zarządzał aktywami klientów o łącznej wartości ponad 8 miliardów euro (10,2 miliardów dolarów).

MCI Management SA:

MCI, utworzony w 1999 r., to jeden z wiodących w regionie CEE, publicznie notowany fundusz private equity o charakterze multistage. Za pośrednictwem funduszy PE/VC, realizuje inwestycje w obszarze earlystage, growthstage i expansion/buyout stage w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, a także w Niemczech i Austrii (DACH) oraz w krajach byłego Związku Radzieckiego (CIS) i Turcji. Obecnie wartość aktywów pod zarządzaniem MCI wynosi ponad 1 mld zł. Jak dotąd Grupa zrealizowała łącznie ponad 50 projektów inwestycyjnych oraz dokonała ponad 30 pełnych wyjść z inwestycji. W okresie od 01/01/1999 do 31/12/2013 MCI osiągnęła stopę zwrotu netto (net IRR) na poziomie ok. 19,7% i uplasowała się w czołówce europejskich funduszy PE. MCI Management SA jest notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie od lutego 2001 r.

Chińskie firmy zainteresowane fuzjami w Polsce oraz inwestycjami w spółki joint-venture z udziałem polskich przedsiębiorstw

Dwustronna wymiana handlowa pomiędzy Polską a Chinami wyniosła w ubiegłym roku 14 mld dolarów. Chiny są trzecim co do wielkości odbiorcą polskich towarów. Polska eksportuje głównie miedź i maszyny, a sprowadza przede wszystkim sprzęt elektryczny. Chińscy przedsiębiorcy są zainteresowani inwestowaniem w Polsce. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, najwięcej takich projektów możemy spodziewać się w zakresie infrastruktury oraz na rynku fuzji i przejęć. O możliwościach współpracy z Chinami, a także o mechanizmach efektywnego wspierania B+R i odnawialnych źródłach energii będzie m.in. mowa podczas VI Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, którego Deloitte jest partnerem.

Według danych Chińskiego Krajowego Biura Statystycznego w latach 2009-2013 wartość dwustronnej wymiany handlowej między Chinami a Polską rosła średnio o około 15,8 proc. rocznie. Chińskie statystyki celne wskazują, że dwie najważniejsze grupy produktów eksportowanych z Chin do Polski stanowią sprzęt elektryczny (20 proc.) oraz urządzenia i części zamienne (18 proc.). Z drugiej strony, miedź i produkty miedziane (30 proc.) oraz wyroby maszynowe (8 proc.) to główne grupy towarów, na których opiera się polski eksport do Chin. „Niedawno dziennik The Financial Times opublikował informację, że do końca 2014 roku, czyli wcześniej niż oczekiwano, Chiny mogą wysunąć się na pozycję wiodącego mocarstwa ekonomicznego wyprzedzając USA. Tym ważniejsze wydają się nasze dwustronne relacje z Chinami, szczególnie zważywszy na to, że Państwo Środka jest trzecim co do wielkości odbiorcą polskich produktów eksportowych” – mówi Tomasz Konik, Partner, Lider Chinese Services Group Poland w Deloitte.

Nie tylko statystyki dotyczące wymiany handlowej dowodzą znaczenia Chin jako partnera gospodarczego Polski. Coraz częściej chińskie przedsiębiorstwa są zainteresowane polskimi projektami infrastrukturalnymi, między innymi w zakresie energii odnawialnej, projektów inżynieryjnych i budowlanych. Wystarczy wspomnieć o grupie Pinggao, spółce zależnej State Grid Corporation of China (chińskiej grupy energetycznej), która z sukcesem startowała w przetargach organizowanych przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE). Nie należy też zapominać o przejęciu Smithfield Foods przez Shuanghui International – ta transakcja o rekordowej wartości 4,7 mld dolarów, zdopingowała chińskich graczy reprezentujących sektor produktów spożywczych do poszukiwania możliwości na polskim i środkowoeuropejskim rynku fuzji i przejęć.

„Warto przy tym zauważyć, że w przeciwieństwie do innych inwestorów azjatyckich, np. z Korei czy Japonii, którzy preferują przedsięwzięcia realizowane od podstaw, przedsiębiorstwa chińskie koncentrują się na transakcjach fuzji i przejęć oraz zawiązują spółki joint-venture. To dowód, że obecność korporacji z Chin nie stanowi zagrożenia dla polskich firm. Wręcz odwrotnie, dzięki pomocy finansowej oferowanej lokalnym firmom przez chińskie przedsiębiorstwa, Polska może odnieść znaczne korzyści stając się nową bramą do Europy” – argumentuje Tomasz Konik.

Kontakty chińskich przedsiębiorców z polskimi firmami stwarzają korzyści biznesowe dla obu stron. Trzeba jednak pamiętać, że w przypadku budowania obecności w Polsce i w innych częściach świata, Chińczycy preferują raczej podejście dalekowzroczne i długoterminowe. Dlatego polski biznes powinien uzbroić się w cierpliwość.

Polska będzie miała szansę odnieść sukces na chińskim rynku, jeżeli jej gospodarka stanie się bardziej innowacyjna. O znaczeniu innowacyjności oraz działalności badawczo-rozwojowej dla wzrostu gospodarczego będzie również mowa w Katowicach. Najważniejsze wątki dyskusji będą się koncentrować wokół funduszy w nowej perspektywie UE jako źródłach finansowania projektów innowacyjnych i badawczo-rozwojowych, a także obszarów „podatnych na innowacje”. Trendy międzynarodowe, wynikające m.in. z corocznego raportu Deloitte „Przegląd zachęt na działalność B R na świecie”, dowodzą, iż państwa, które chcą efektywnie zachęcić firmy do zwiększania wydatków na B+R, stawiają na mieszany system zachęt. Łączy on w sobie ulgi podatkowe (pozwalające na budowanie strategii rozwoju działalności B+R) oraz dotacje (umożliwiające wspieranie konkretnych działań i projektów realizujących również określony cel społeczno-gospodarczy). Zachęty podatkowe są przy tym dostosowywane do zmieniającej się sytuacji gospodarczej oraz stanu finansów danego państwa. Nowe kraje (np. Litwa, Łotwa) wprowadzają, a niektóre (np. Wielka Brytania) zwiększają zachęty w celu stymulacji rynku lub ograniczają je kwotowo w celu zachowania dyscypliny finansów publicznych, nie rezygnując przy tym z systemu dotacji unijnych (np. Włochy).

„Na tym tle system zachęt podatkowych w Polsce nie wypada korzystnie, ponieważ nie zachęca on do realizacji prac B+R. Zmiany są planowane, jednak mimo bardzo ambitnego pierwotnego projektu Ministerstwa Gospodarki, Program Rozwoju Przedsiębiorstw zatwierdzony przez Radę Ministrów zapowiada wprowadzenie ulg w Polsce najwcześniej w 2016 r. W tej sytuacji utrzymanie lub zwiększenie dynamiki wzrostu wydatków przedsiębiorstw na B+R może okazać się trudne, szczególnie w świetle ostatnich prognoz KE dotyczących realności założeń Polski odnośnie poziomu deficytu budżetowego na najbliższe lata” – mówi Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider działu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej, Deloitte.

Eksperci zgromadzeni na tegorocznym Europejskim Kongresie Gospodarczym będą dyskutować również o dynamice rozwoju OZE w Europie. Wejście w życie zasad systemu wsparcia OZE w Polsce zaprojektowanych w nowej ustawie jest uwarunkowane uzyskaniem pozytywnej decyzji Komisji Europejskiej w zakresie zgodności pomocy publicznej ze wspólnym rynkiem. Przy wydawaniu decyzji, KE uwzględni nowe wytyczne w zakresie krajowych systemów wsparcia dla OZE na lata 2014-2020, które przyjęła 9 kwietnia 2014.

„Rozwiązanie przyjęte w polskiej ustawie OZE w postaci systemu aukcyjnego co do zasady wpisuje się w kierunkowe rozwiązanie przyjęte w tych wytycznych. Niemniej jednak nie jest wykluczone, że niektóre przyjęte rozwiązania mogę być zakwestionowane przez Komisję Europejską. W jej wytycznych wskazano, że aukcje winny być przeprowadzane w oparciu o jasne, transparentne oraz niedyskryminacyjne kryteria. Można zatem oczekiwać, że to pod tym kątem będzie weryfikowany system zaprojektowany w polskim prawodawstwie” – mówi Edyta Garlicka, Partner Associate, Radca Prawny, Kancelaria Prawnicza Deloitte Legal. W szczególności może to dotyczyć cen referencyjnych i zasad ich ustalania, jak również przyjęcia rozwiązania zgodnie z którym w przetargach (w których będą uczestniczyć instalacje do 1 MW) ma się znaleźć nie mniej niż 25 proc. energii objętej aukcjami. Wątpliwości może budzić również rozwiązanie mówiące o tym, że mikroinstalacje nie mogą uczestniczyć w aukcjach, a cena zakupu energii z tych instalacji ma być równa 80 proc. średniej ceny sprzedaży na rynku konkurencyjnym. „Ponadto wytyczne przewidują, że decyzja autoryzacyjna Komisji może być wydawana maksymalnie na 10 lat, podczas gdy w rozwiązaniach przewidzianych w polskiej ustawie przewiduje się 15-letni okres obowiązywania okresu wsparcia” – dodaje Edyta Garlicka.

Ustawa deweloperska – zmiany

0

Rada Ministrów przyjęła projekt informacji dla Sejmu dotyczący oceny funkcjonowania tzw. ustawy deweloperskiej. Dokument zawiera propozycje porządkujące uchwalone przepisy, które zwiększą bezpieczeństwo konsumentów oraz zabezpieczą interesy przedsiębiorców

CEO Magazyn Polska

29 kwietnia 2012 r. weszła w życie ustawa o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego. Jej głównym celem było  ograniczenie ryzyka, które ponosi konsument w związku z zakupem mieszkania lub domu na rynku pierwotnym. Po blisko dwóch latach obowiązywania ustawy UOKiK przedstawił wnioski z analizy funkcjonowania nowego prawa. Obserwacje Urzędu oraz informacje zebrane od przedsiębiorców pokazują, że podstawowy cel nowej regulacji został osiągnięty i poziom ochrony nabywców wzrósł. Potwierdza to również spadek liczby skarg na deweloperów napływających do UOKiK oraz będących ich efektem postępowań w sprawie naruszenia zbiorowych interesów konsumentów prowadzonych przez Urząd. Kolejna pozytywną zmianą jest m.in. wzrost ilości inwestycji, które nie są finansowane w całości z pieniędzy nabywców. Przykłady propozycji zmian legislacyjnych:

Umowa rezerwacyjna

Zdaniem UOKiK, konieczne jest uregulowanie w przepisach ustawy kwestii dotyczących umowy rezerwacyjnej. Jest ona zawierana pomiędzy deweloperem i nabywcą, a jej przedmiotem jest wyłączenie lokalu ze sprzedaży na określony czas. Zarówno przedsiębiorcy, jak i UOKiK stoją na stanowisku, że konieczne jest wprowadzenie definicji  tego typu kontraktów do ustawy chroniącej prawa nabywców lokali mieszkalnych.

Obowiązki przedkontraktowe

Urząd zgadza się również z postulatami dotyczącymi doprecyzowania informacji, które deweloper musi zamieścić w prospekcie informacyjnym. Dotyczy to m.in. obowiązku informowania konsumentów o planowanych inwestycjach w promieniu kilometra od nieruchomości.

Odbiór mieszkania

Aby  zapewnić jeszcze lepszą ochronę kupujących mieszkania lub domy na rynku pierwotnym zaproponowano  zmianę, która dałaby konsumentowi możliwość odmowy dokonania odbioru nieruchomości. Działoby się tak w przypadku, gdyby zawierała ona istotne wady.

Co dalej?

Po przyjęciu informacji przez Radę Ministrów, UOKiK planuje przeprowadzić wstępne konsultacje z interesariuszami dotyczące wprowadzanych zmian. Następnym etapem będzie zgłoszenie projektu prac nad zmianami do ustawy  do wykazu prac legislacyjnych rządu i przygotowanie założeń do ustawy.

Aplikacje webowe pod lupą polskiego przedsiębiorcy

Zwiększa się zainteresowanie polskich przedsiębiorców oprogramowaniem w chmurze. Jak pokazują badania instytutu PMR Research, z aplikacji webowych korzysta aż 64% firm z sektora MSP, 18% to klienci korporacyjni. To właśnie małe firmy, dla których nowoczesna technologia staje się coraz bardziej dostępna, generują największe wzrosty. A zwiększające się wydatki na IT to szansa dla producentów aplikacji webowych do systematycznego powiększania swojego udziału w rynku.

Korzystanie z oprogramowania w chmurze to rozwiązanie optymalne zarówno dla dużych, jak i małych graczy rynkowych. Kupowanie lub samodzielne tworzenie systemów informatycznych to krok mało opłacalny w szybko zmieniającej się i ewoluującej branży IT. Ekonomiczniejszą decyzją z finansowego punktu widzenia jest korzystanie z licencji, miesięcznych lub dłuższych, dających dostęp do pożądanych przez przedsiębiorcę aplikacji. W ten sposób odpadają koszty utrzymania działów IT, serwerowni itp., a pozostają jedynie te newralgiczne, niezbędne w biznesowym świecie, jak konieczność inwestycji w komputery, laptopy czy urządzenia mobilne typu smartphone i tablet.

Zwiększające się znaczenie infrastruktury IT w życiu przedsiębiorstw potwierdzają analizy. Zgodnie z przewidywaniami firmy analityczno-doradczej Gartner, globalne wydatki na usługi produkty IT wzrosną w 2014 roku o 3,1% w stosunku do ubiegłego, osiągając poziom 3,8 biliona USD. Szczególnie istotne wzrosty prognozowane są w zakresie wydatków na oprogramowanie dla firm (o 6,8%), gdzie wartość rynku szacowana jest na 320 mld USD. Nie bez echa przejdą także usługi informatyczne, na które popyt wzrośnie o 4,5% i osiągnie poziom 963 mld USD.

Skąd te wzrosty? – To wynik zwiększającej się dostępności, także cenowej, proponowanych aplikacji biznesowych. Zwróćmy uwagę, że dziś nowoczesne technologie informatyczne pracują wielowymiarowo – jako narzędzia do zarządzania firmą, ale także budowy przewagi konkurencyjnej, zwiększania własnej efektywności oraz prowadzenia strategicznej komunikacji z kontrahentami i pracownikami – tłumaczy Zuzanna Szymańska z firmy QSG S.A. Popyt rynkowy połączony z szerokimi możliwościami producentów pozwalają na tworzenie rozwiązań o szerokim spektrum działania, wychodzących poza utarte schematy.

Trend ten potwierdzają badania instytutu PMR Research z 2013 roku, pokazujące systematyczny wzrost zainteresowania rozwiązaniami technologicznymi przeznaczonymi do zarządzania i obsługi przedsiębiorstw. Do dyspozycji zarówno dużych korporacji, jak i małych oraz średnich firm oddaje się coraz więcej aplikacji webowych – wspierających pracę tych podmiotów oraz zoptymalizowanych pod kątem indywidualnie określanych celów strategicznych. Proponowane przez producentów oprogramowania warunki cenowe sprawiają, że ich posiadanie jest jak najbardziej realne i ekonomiczne z punktu widzenia możliwych do osiągnięcia oszczędności. Jednym z takich przykładów jest system e-Service, narzędzie przeznaczone do planowania, realizowania oraz monitorowania zadań w oparciu o technologie webowe dedykowane trzem uczestnikom procesów – koordynatorowi przyjmującemu zadania i delegującemu do ich wykonania, mobilnemu liderowi działającemu w terenie oraz klientowi, który składa zlecenie i śledzi postępy jego realizacji. Specyfika e-Service zazębia się w jego uniwersalności, jest to bowiem narzędzie przeznaczone dla wielu grup firm – niezależnie od ich wielkości, potencjału, zakresu działania oraz zasobów ludzkich. Z jednej strony to dostawcy usług, których praca będzie odbywać się sprawniej dzięki dostępowi do narzędzi online umożliwiających przyjmowanie zleceń w czasie rzeczywistym oraz prowadzenie nowoczesnej komunikacji z właścicielami majątku i pracującymi w terenie pracownikami. Z drugiej strony to właściciele majątków szukający narzędzi webowych organizujących zlecanie zadań mobilnym pracownikom lub dostawcom usług oraz umożliwiających bieżącą kontrolę nad ich realizacją.

Dziś kluczowa dla przedsiębiorcy jest komunikacja oparta na mobilnych kanałach informacyjnych. Niezbędne są narzędzia wyposażone w mechanizmy dwustronnej synchronizacji danych, umożliwiające wymianę informacji w czasie rzeczywistym. Unikalne stają się aplikacje webowe, które pozwalają na zdalną komunikację, przydatną szczególnie wtedy, gdy w projekt zaangażowanych jest wiele osób. Właśnie takie narzędzia przyciągają uwagę dzisiejszego przedsiębiorcy, zainteresowanego wyspecjalizowanym oprogramowaniem, możliwym do zastosowania na szeroką skalę.

– Wydatki na IT będą rosnąć dynamicznie tak długo, jak długo producenci aplikacji biznesowych będą tworzyć oprogramowanie przystępne dla sektora MSP oraz dużych korporacji – przynoszące realne oszczędności finansowe, eliminujące czasochłonne i kosztowne procesy na rzecz pełnej informatyzacji przedsiębiorstwa – podsumuje Zuzanna Szymańska.

Źródło: qsg-company.com

Alimenty także dla pracującego dziecka

Zgodnie z art. 133 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, pełnoletnie dziecko ma prawo do alimentów ze strony rodziców w sytuacji, gdy nie jest jeszcze w stanie utrzymać się samodzielnie. Zatem sam fakt podjęcia pracy zarobkowej czy stażu przez dziecko będące studentem, nie powoduje automatycznej utraty prawa do świadczenia alimentacyjnego. To możliwe jest bowiem tylko w określonych prawem przypadkach. Jakich? – wyjaśnia Marta Kosakowska, aplikant adwokacki w TGC Corporate Lawyers.

Przesłanki, jakie muszą zaistnieć, by rodzice mogli skutecznie uchylić się od świadczeń alimentacyjnych wobec pełnoletniego dziecka określa paragraf 3 art. 133 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Taka możliwość istnieje więc na przykład wtedy, gdy obowiązek alimentacyjny wiąże się dla rodzica z nadmiernym uszczerbkiem lub dziecko nie dokłada starań, by uzyskać możliwość samodzielnego utrzymania się. Także w przypadku, gdy dochody z majątku dziecka wystarczają na pokrycie kosztów jego utrzymania i wychowania, rodzic może wystąpić o uchylenie obowiązku alimentacyjnego. Warto jednak zaznaczyć, że sam fakt zarobkowania nie oznacza jeszcze, że źródło dochodu studiującego dziecka będzie wystarczające, by mogło ono utrzymywać się samodzielnie. Potwierdza to wyrok Sądu Najwyższego z dnia 14 maja 2002 r. sygn. akt V CKN 1032/00, w którym stwierdzono, że ,,zarówno sam fakt osiągnięcia przez dziecka pełnoletności, jak i uzyskiwanie przez nie środków finansowych z tytułu pracy zawodowej, renty inwalidzkiej czy zasiłku dla bezrobotnych, nie pociąga za sobą automatycznie ustania obowiązku alimentacyjnego ciążącego na rodzicach’’. Zatem, by obowiązek alimentacyjny wygasł, konieczne jest wstąpienie na drogę postępowania cywilnego i wniesienie sprawy do Sądu.

Konfrontacja z 5. mitami polskiej elektroenergetyki w raporcie PwC i ING Banku Śląskiego

W czwartej edycji raportu PwC i ING Banku Śląskiego autorzy zmierzyli się z pięcioma mitami na temat sektora elektroenergetycznego, które powszechnie pojawiają się na polskim rynku. Dotyczą one kluczowych zagadnień związanych z funkcjonowaniem sektora, mających wpływ na kształt rynku oraz decyzje jego najważniejszych graczy. Raport „5 mitów polskiej elektroenergetyki 2014” adresuje obszary, które mają wpływ także na poziom świadomości opinii publicznej na temat kondycji energetyki w Polsce.

Mit 1. Wolny rynek stworzył zdrowe podstawy do rozwoju wytwarzania
Powszechnie uważa się, że działanie „niewidzialnej ręki rynku” jest najzdrowszym systemem, który zapewnia rozwój i eliminuje nieefektywności. Z punktu widzenia dzisiejszej sytuacji sektora wytwarzania raport obala ten pierwszy mit, pokazując, że wolny rynek z racji swojej konstrukcji nie stworzył podstaw do rozwoju wytwarzania i nie będzie ich generował w przyszłości.

„Konstrukcja rynku energii w Polsce bardzo utrudnia rentowną pracę bloków, z końca „merit order”, które są potrzebne dla bezpieczeństwa systemu, ale pracują zbyt krótko i mają zbyt duże koszty produkcji. Wychodzenie nieopłacalnych jednostek z systemu jest problemem Krajowego Systemu Elektroenergetycznego i wymaga mechanizmów, które umożliwią zachowanie ekonomiki ich działalności To będzie jednak kosztowało odbiorcę końcowego” – uważa Piotr Łuba, partner zarządzający doradztwem biznesowym i lider grupy energetycznej w PwC .

Mit 2. Rynek mocy to uniwersalne rozwiązanie, które może być skopiowane w Polsce
Pojemność hasła „rynek mocy” jest bardzo szeroka i z pewnością nie można mówić, że jest to rozwiązanie uniwersalne. Polska, myśląc o wprowadzeniu rynku mocy powinna w pierwszej kolejności zdefiniować, jakie są jego cele, a dopiero w kolejnym kroku rozważać formułę jego wdrożenia.

„Musimy dziś w kontekście rozwoju rynku mocy odpowiedzieć na trzy kluczowe pytania – jak pogodzić bezpieczeństwo dostaw energii z ekonomiką jednostek, które działają na krawędzi opłacalności, ale są ważne z punktu widzenia stabilności systemu; jak zapewnić przychody dla tych jednostek, które pracują w niepełnych mocach produkcyjnych oraz czy wspierać wszystkie jednostki wytwórcze, tylko nowe, czy też konkretne technologie” – powiedział Kazimierz Rajczyk, dyrektor zarządzający sektorem energetycznym w ING Banku Śląskim.

Mit 3. Klienci nie skorzystali na uwolnieniu rynku
W dobie powszechnego przekonania, że „energia jest za droga” konfrontujemy się z popularnym poglądem, że odbiorcy końcowi niewiele skorzystali na uwolnieniu rynku. Pokazujemy, że segment sprzedaży energii przeszedł ewolucję, której beneficjentem jest klient. Konkurencja w sektorze wymusiła spadek marż, a obsługa klienta przechodzi transformację, zmieniając relację odbiorcą
z petenta na klienta.

„Nasze wyliczenia pokazują, że odbiorcy biznesowi, którzy zdecydowali się na zmianę dostawcy energii, odnieśli realne korzyści finansowe z uwolnienia rynku. Jednocześnie w ostatnich latach dynamicznie rosła liczba klientów korzystających z zasady TPA. Jeśli chodzi o klienta indywidualnego, to badania pokazują, że on wciąż przede wszystkim kieruje się ceną energii, ale w dalszej kolejności istotne dla niego są jakość obsługi i pewność dostaw, oferowane usługi dodatkowe i programy lojalnościowe, wreszcie marka sprzedawcy” – mówi Piotr Łuba.

Mit 4. Inteligentna energetyka zaczyna się od liczników
Na kanwie dyskusji o inteligentnych licznikach raport wskazuje, że dzisiejsze trendy w Europie zmieniają się w kierunku przyjęcia podejścia, że to najpierw sieć powinna być inteligentna, dopiero po niej licznik. Nie ma przy tym wątpliwości, że instalacja inteligentnych liczników wraz z funkcjonalnością dwukierunkowej komunikacji może przynieść opisywane szeroko korzyści związane z reakcją odbiorców (większa świadomość energetyczna, możliwość zarządzania reakcją strony popytowej).

Dwie grupy argumentów każą się natomiast ponownie zastanowić nad tym, czy inteligenta energetyka powinna się zacząć od obowiązującego powszechnie celu 80% na instalację liczników u odbiorców końcowych. Doświadczenie Szwecji i Włoch, które zakończyły pełne wdrożenie inteligentnych liczników pokazuje, że nie ma prostej zależności pomiędzy stopniem zaawansowania wdrożenia smart meteringu a stopniem zaawansowania produktów i intensywnością komunikacji z odbiorcą.

Jednocześnie rachunek ekonomiczny wskazuje, że z punktu widzenia korzyści dla odbiorcy instalacja inteligentnego licznika jest opłacalna dopiero na poziomach zużycia wyższych, niż obecnie wynosi średnia dla gospodarstw domowych.

„Obecny trend na rynku międzynarodowym wskazuje, że przyszłość inteligentnej energetyki nie będzie definiowana przede wszystkim przez postęp w liczbie zainstalowanych inteligentnych liczników, ale raczej poprzez całościowe spojrzenie na inteligentną sieć i szukanie korzyści dla odbiorców, dystrybutorów energii i gospodarki” – powiedział Kazimierz Rajczyk.

Mit 5. Regulacja ma być stabilna, a nie konkurencyjna
Na przykładzie segmentu energetyki odnawialnej raport polemizuje z tradycyjną konwencją, że w regulacji kluczowa jest stabilność. Nie kwestionując tego założenia uzupełnia o postulat, że przy projektowaniu regulacji „kluczowa jest konkurencyjność”.

„Jeżeli regulujemy i wspieramy dany obszar, to róbmy to po możliwie najniższym koszcie dla odbiorcy końcowego, przy zachowaniu godziwego zwrotu dla inwestora. Stabilny system zielonych certyfikatów w Polsce przyciągnął inwestorów do rynku OZE. Obecnie rynek jest już dojrzalszy i możliwa jest optymalizacja systemu wsparcia i zwiększenie jego konkurencyjności. Nasze szacunki pokazują, że możliwe są oszczędności na systemie wsparcia, przekraczające 11 mld złotych do roku 2020. Nie należy jednak zapominać, że system aukcyjny niesie za sobą istotne ryzyka dla rozwoju rynku OZE” – powiedział Piotr Łuba.

Badanie: inwestycje kapitałowe poprawiają jakość sieci i obroty operatorów

Badanie firmy Ericsson pokazuje, że inwestycje w jakość sieci przekładają się na lepsze wyniki finansowe po stronie operatorów – nie tylko za sprawą ograniczania kosztów, ale również dzięki zwiększonym przychodom.

Ericsson Real Performance

Badanie zostało przeprowadzone przez dr Raula Katza – prezydenta firmy konsultingowej Telecom Advisory Services oraz dyrektora Business Strategy Research na Columbia Business School. Dr Raul Katz zbadał relacje pomiędzy poziomem inwestycji kapitałowych w rozwój sieci mobilnych, a technicznymi, komercyjnymi i finansowymi wynikami operatorów.

Rozbudowana analiza statystyczna obejmowała ogromną liczbę pomiarów przeprowadzonych na przestrzeni trzech lat na trzech różnych rynkach – w Brazylii, Meksyku i USA.

Model symulacyjny został stworzony by oszacować efekt wpływu wydatków inwestycyjnych na cash flow operatorów, co pozwala operatorom na określenie komercyjnych i finasowych zysków powiązanych z wzrostem inwestycji.

Badanie wykazało, że 10 proc. CAPEX w przypadku brazylijskiego operatora przełożył się na zwiększenie udziału w rynku – znaczący wzrost ARPU i ograniczenie migracji klientów. W związku z poprawioną sytuacją rynkową, operator doświadczył 5,5 proc. wzrostu przychodów, 6,4 proc. poprawę marży EBITDA i 6,7 proc. wzrost w wolnych przepływach pienieżnych (FCFF) z operacji.

Analiza rynków w Meksyku i USA wykazuje identyczną korelację pomiędzy inwestycjami, jakością sieci i wynikami finansowymi.

– Wyniki badania ilościowego jasno demonstrują to, co nasza intyuicja i doświadczenie w dyskusjach z czołowymi operatorami podpowiadało nam od dawna; że odpowiednio skierowane wydatki inwestycyjne wpływają na poprawę jakości sieci. To z kolei przekłada się na lepsze wyniki rynkowe i poprawę wyników finansowych. Nasze wcześniejsze badanie przeprowadzone przez Ericsson Consumer Lab pokazało natomiast, że jakość sieci jest kluczowym czynnikiem wpływającym na lojalność subskrybentów – powiedział Johan Haeger, Head of Tactical Marketing w firmie Ericsson.

Aż 70% Polaków nie ufa Rosjanom! − wyniki badania European Trusted Brands 2014

Polacy nie ufają Rosjanom – pokazuje najnowsze badanie European Trusted Brands przeprowadzone przez Reader’s Digest. Pozytywnie o naszych wschodnich sąsiadach wypowiedziało się jedynie 11% badanych. Do rodaków zaufanie deklaruje niemal połowa Polaków, co niestety nie przekłada się na opinie innych Europejczyków – ufa nam tylko co trzeci europejski ankietowany.

European Trusted Brands

Zaufanie to podstawa relacji interpersonalnych. Jego brak na poziomie gospodarczo-politycznym może mieć daleko idące konsekwencje, przekładając się m.in. na spadek inwestycji zagranicznych i spowolnienie gospodarcze kraju. W najnowszej 14. edycji badania European Trusted Brands Reader’s Digest postanowił sprawdzić poziom zaufania pomiędzy obywatelami poszczególnych państw.

Z sondażu wynika, iż Polacy najbardziej ufają Szwajcarom (59%). Zaraz po nich największe zaufanie mamy do mieszkańców krajów nordyckich: Szwedów (58%) i Finów (53%), a tuż po nich − Holendrów (49%). Zaskakująco małym zaufaniem darzymy Stany Zjednoczone – niewiele ponad jedna trzecia Polaków wskazuje ten kraj jako godny zaufania.

Co ciekawe, jak pokazują wyniki badania, polscy ankietowani są mniej ufni niż pozostali mieszkańcy Europy. W 80% przypadków średnie zaufanie deklarowane przez Europejczyków do mieszkańców państw naszego kontynentu jest o kilka procent wyższe od tego, które zadeklarowali Polacy.

Niestety zaledwie 26% mieszkańców Europy ufa przedstawicielom naszego kraju. Porównując tegoroczne wyniki z rokiem 2008 (wówczas Reader’s Digest zadał ankietowanym to samo pytanie) warto podkreślić, że poziom zaufania do Polaków wzrósł, aczkolwiek nieznacznie − zaledwie o 2 punkty procentowe.

W opinii Polaków rodacy również nie cieszą się dużym zaufaniem (45%). Interesujący jest fakt, że większym zaufaniem niż krajanów darzymy m.in. mieszkańców Niemiec (47%) oraz Austrii i Wielkiej Brytanii (po 46%).

Ankietowani Europejczycy najmniejsze zaufanie deklarują w stosunku do mieszkańców Rumunii (nieufność wobec nich wykazuje 74% badanych), Iranu (72%) i Rosji (70%). Nie ufają również Grekom (68%), Turkom (65%), Chińczykom (64%) i mieszkańcom Indii (62%). Wśród polskich respondentów na czele stawki najmniej zaufanych narodów uplasowali się Rosjanie – nie ufa im aż 70% Polaków! Niewielkim zaufaniem darzeni są przez nas również Rumuni (brak zaufania deklaruje 64% ankietowanych) oraz mieszkańcy bardziej odległych krajów: Iranu i Chin (po 60%).

***

European Trusted Brands to jedno z największych i najszerzej zakrojonych badań konsumenckich w Europie. Jego organizatorem jest Reader’s Digest. Oprócz tematyki marketingowej coroczne badanie European Trusted Brands porusza również tematy społeczne. Pozwala na poznanie dominujących nastrojów mieszkańców Europy, postaw i wartości, które kształtują nasze opinie i decyzje, a także zaufanie do różnych aspektów życia.

Badanie European Trusted Brands przeprowadzono po raz pierwszy w 2001 roku. Co roku kontynuowane jest ono w kilkunastu krajach europejskich. Tegoroczna czternasta już edycja badania została przeprowadzona w 10 krajach: Austrii, Finlandii, Francji, Niemczech, Polsce, Portugalii, Rumunii, Rosji, Słowenii oraz Szwajcarii. Wzięło w nim udział 17 676 respondentów.

Badanie realizowano metodą kwestionariusza on-line lub wywiadów pocztowych. Jak co roku próba została dobrana tak, aby odzwierciedlała szeroki profil badanej populacji.

Mapa miesiąca GfK: Lokalizacje centrów handlowych w konurbacji katowickiej

Lokalizacje centrów handlowych w konurbacji katowickiej

Konurbację katowicką zamieszkuje prawie 2,2 mln osób. Na jej obszarze funkcjonują obecnie 43 nowoczesne obiekty handlowe o łącznej powierzchni handlowej (GLA) 1,1 mln m2. Wśród nich znajduje się 38 tradycyjnych centrów handlowych o łącznej powierzchni 991 tys. m2 oraz 4 parki handlowe i centrum wyprzedażowe (outlet).

Nasycenie powierzchnią handlową w konurbacji katowickiej wynosi 494 m2 GLA na 1000 mieszkańców. Dla porównania, w liczącej 2,5 mln osób aglomeracji warszawskiej wskaźnik ten wynosi 567 m2 GLA na 1000 mieszkańców, a w aglomeracji poznańskiej (816 tys. osób) – aż 757 m2 GLA na 1000 mieszkańców. Mimo iż na Śląsku znajduje się wiele centrów handlowych, nasycenie powierzchnią handlową tychże centrów na 1000 mieszkańców jest najniższe spośród 8 analizowanych polskich aglomeracji.

Pomarańczowe koła na mapie pokazują rozmieszczenie centrów handlowych. Zielone romby ilustrują lokalizacje parków handlowych. Niebieski kwadrat odnosi się do położenia centrum wyprzedażowego, czyli outletu. Wielkość symbolu jest proporcjonalna do powierzchni obiektu handlowego.

Grupa ENERGA zwiększa zyski i efektywność w I kwartale 2014 roku

Wzrost zysku netto o 79 proc., a EBITDA o 39 proc. zanotowała Grupa ENERGA w pierwszym kwartale 2014 roku. W porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego wyniki te wypracowane zostały przy niższych o 6 proc. przychodach. – Grupa ENERGA będzie się koncentrować na jeszcze wyższej efektywności działania – zapowiada prezes spółki.

Grupa ENERGA odnotowała w I kwartale 2014 roku zysk netto na poziomie 323 mln zł, co oznacza wzrost o 79 proc. EBITDA wyniosła 654 mln zł i była wyższa o 39 proc. w stosunku do wyniku sprzed roku. Przychody ukształtowały się na poziomie 2 748 mln zł, co oznacza spadek o 6 proc. Na poprawę rezultatów wpływ miały segmenty wytwarzania i dystrybucji.

W porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, istotny wpływ na skalę wzrostu zysku ma zeszłoroczny odpis z tytułu trwałej utraty wartości bloku B w ENERGA Elektrownie Ostrołęka SA, który istotnie obniżył wynik finansowy. Po oczyszczeniu wyników z powyższego, jednorazowego wydarzenia, zysk netto wzrósł o 15 proc., natomiast na poziomie EBITDA Grupa poprawiła wynik o 10 proc. Stabilne wzrosty Grupa wypracowała dzięki poprawie efektywności funkcjonowania. W I kwartale 2014 roku Grupa osiągnęła wyższe marże zysków, a w ujęciu rocznym lepsze są także wskaźniki rentowności.

Jednostkowy zysk netto, który jest podstawą do wypłaty dywidendy, wzrósł w I kwartale o 24 proc. i wyniósł 725 mln zł. Stabilna pozycja finansowa wspiera realizację ambitnej polityki dywidendy, która zakłada wypłatę 92 proc. jednostkowego zysku netto wypracowanego na przestrzeni roku. Intencją Zarządu jest konsekwentna realizacja polityki spółki w zakresie wypłaty zysku, a ENERGA powinna być postrzegana jako spółka wypłacająca znaczące i przewidywalne kwoty w formie dywidend.

– W skali Grupy, w I kwartale 2014 roku utrzymaliśmy poziom rentowności sprzed roku, a dzięki „czystej karcie” zdarzeń jednorazowych, możemy pokazać znaczny wzrost zysku i EBITDA. Inwestycje z poprzednich lat, szczególnie rekordowe w zeszłym roku, dobrze wpływają na nasze wyniki – dlatego sumaryczne niższe przychody spółek Grupy nie wpłynęły negatywnie na nasz zysk. Priorytetem pozostaje dla nas efektywność – konsekwentnie inwestujemy nasze wysiłki tam, gdzie jest możliwa poprawa efektywności i możliwość podzielenia się nią z klientami i akcjonariuszami – mówi Mirosław Bieliński, Prezes Zarządu ENERGA SA.

Przychody ze sprzedaży wzrosły w Segmencie Wytwarzanie oraz Segmencie Dystrybucji o odpowiednio 26 proc. i 8 proc., natomiast Segment Sprzedaży wykazał spadek w tym okresie o 19 proc. Na poziom skonsolidowanych przychodów pozytywny wpływ miał wzrost średniej stawki sprzedaży usług dystrybucyjnych przez ENERGA-OPERATOR, wyższy o niemal 6 proc. wolumen dystrybuowanej energii elektrycznej, przychody wygenerowane dzięki nabytym w drugiej połowie 2013 roku trzem farmom wiatrowym oraz sprzedaż zapasu praw majątkowych po cenach wyższych od cen z dnia wytworzenia.

Na wysokość przychodów w ujęciu skonsolidowanym przełożył się spadek wolumenu energii elektrycznej sprzedanej odbiorcom końcowym (o ok. 10 proc. w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku), który w I kwartale tego roku ukształtował się na poziomie 4,3 TWh. Wynika to ze zmiany strategii sprzedaży Grupy i nieprzedłużania nierentownych umów (w grupach taryfowych A i B) oraz z mniejszego zużycia energii przez odbiorców detalicznych, na co wpływ miały m.in. warunki atmosferyczne. W minionym okresie spadek sprzedaży energii odnotowano również na rynku hurtowym (ok. 10 proc.) do 2,7 TWh.

Na słabsze wyniki Segmentu Sprzedaży wpływ miała także konieczność zakupu energii z nienależących do Grupy odnawialnych źródeł energii (OZE). Zgodnie z Prawem Energetycznym ENERGA-OBRÓT, jako sprzedawca z urzędu, ma obowiązek zakupu energii wytworzonej w OZE na terenie jej działania. Energia kupowana jest po tzw. cenie urzędowej, czyli średniej cenie sprzedaży energii elektrycznej na rynku konkurencyjnym z poprzedniego roku, często wyższej od aktualnej ceny rynkowej.

Jan Kulczyk: Migracje to szansa dla Europy. Przykładem są Stany Zjednoczone

CEO Magazyn Polska

Gospodarki europejskie mogą skorzystać na migracji, również na napływie imigrantów ze Wschodu lub z Południa – podkreśla Jan Kulczyk, przewodniczący rady nadzorczej Kulczyk Investments i założyciel CEED Institute. Wymaga to jednak odpowiedniego nastawienia i działania ze strony rządów. – W podejściu Europejczyków często dominują stereotypy, a brakuje w nim rachunku ekonomicznego, który przecież leży u podstaw zarówno przyczyn, jak i skutków imigracji – twierdzi Jan Kulczyk. Jego zdaniem dobrym przykładem do naśladowania mogą być Stany Zjednoczone, gdzie ludzie wciąż przemieszczają się w poszukiwaniu najlepszych warunków pracy.
 
Musimy zrozumieć, że dzisiejsza Europa nie jest już gospodarczym centrum świata. W pierwszej dziesiątce najszybciej rozwijających się krajów nie ma żadnego państwa z Europy. A do rozwoju potrzebni są ludzie, to jest warunek sine qua non  młodzi, wykształceni, pełni optymizmu i pasji, patrzący do przodu, a nie za siebie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Kulczyk, przewodniczący rady nadzorczej Kulczyk Investments i założyciel CEED Institute, think-tanku, który przygotował raport o migracji w Europie. – Problem Europy jest taki, że często brakuje w niej myślenia na zasadzie rachunku ekonomicznego.

O szansach i zagrożeniach związanych ze zjawiskiem migracji rozmawiali uczestnicy debaty „Migracje we współczesnej Europie  pułapka czy szansa?”, zorganizowanej przez CEED Institute w ramach Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach. Zdaniem uczestników debaty problem migracji będzie jednym z najpoważniejszych wyzwań stojących przed Europą w najbliższych latach. Tym bardziej że starzejące się społeczeństwo będzie powodować coraz większe braki na rynku pracy.

Według Lecha Wałęsy, byłego prezydenta, ambasadora CEED Institute, Europejczycy powinni odejść od myślenia w kategorii państwo na rzecz większych organizacji. Bez tego rozwiązanie problemów związanych z migracją będzie bardzo trudne.

Obawiam się, że Europa, mając ogromny potencjał, ogromne finanse, doświadczenie, uniwersytety, to wszystko, czego nam cały świat zazdrości, nie wykorzystuje tego kapitału należycie. Powinniśmy zrozumieć, że migracja, czyli przemieszczanie się ludzi, jest zawsze w jakimś celu, a tym celem jest przede wszystkim praca – przekonuje Jan Kulczyk. Dlaczego Stany Zjednoczone są taką potęgą? Ludzie tam zrozumieli, i to nie dzisiaj, nie wczoraj, tylko już ponad 100 lat temu, że za pracą się jeździ, a nie, że praca przyjeżdża do nas. Efekty takiego sposobu myślenia są widoczne dla wszystkich – potęga Stanów Zjednoczonych jest bezdyskusyjna.

Jego zdaniem również dynamiczny rozwój Chin i Indii wynika ze znaczących ruchów migracyjnych, znacznie częstszych niż w Europie. Co ciekawe, również społeczeństwa w niektórych krajach europejskich, szczególnie tych najbardziej dotkniętych spowolnieniem gospodarczym w ostatnich latach, zaczęły dostrzegać potrzebę poszukiwania pracy poza miejscem zamieszkania.

W krajach Europy Południowej, gdzie bezrobocie wśród młodych ludzi sięga 50 proc., ci, którzy podejmują wyzwanie i mają odwagę zmienić miejsce zamieszkania, fantastycznie sobie radzą, przemieszczając się do Niemiec, Szwecji, Norwegii – mówi założyciel CEED Institute. – Do takich decyzji potrzebna jest jednak determinacja i odwaga wewnętrzna – dodaje.

Z raportu CEED Institute „Migracje w XXI wieku z perspektywy krajów Europy ŚrodkowoWschodniej – szansa czy zagrożenie?” wynika, że od 2004 roku emigracja z państw naszego regionu do starej unijnej piętnastki wzrosła średnio o 180 proc. W Polsce wskaźnik ten wyniósł 210 proc. Za pracą wyemigrowało ok. 1,8 mln Polaków, co stanowi ponad 10 proc. aktywnych zawodowo mieszkańców naszego kraju. Pod względem liczby emigrantów ustępujemy jedynie Rumunii – ok. 2,4 mln Rumunów wyemigrowało w celach zarobkowych, głównie do krajów Europy Południowej i Zachodniej.

Minister skarbu: Polska prowadzi inwestycje prowęglowe o wartości 20 mld zł. To warunek naszego bezpieczeństwa energetycznego

CEO Magazyn Polska

Ogromne inwestycje w sektorze elektroenergetycznym mają służyć wzmocnieniu bezpieczeństwa energetycznego Polski. Projekty energetyczne realizowane przez polskie spółki w Kozienicach, Opolu czy Jaworznie mają pochłaniać rocznie kilkanaście milionów ton węgla, który jest podstawą miksu energetycznego kraju i zarazem kluczowym surowcem dla bezpieczeństwa energetycznego. Dodatkowo inwestycje te będą wykorzystywać najnowocześniejsze dostępne technologie, dzięki czemu będą spełniać unijne standardy środowiskowe.

Sektor elektroenergetyczny bazujący na węglu uruchomił gigantyczne inwestycje, które już dzisiaj liczone są na ponad 20 mld złotych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodzimierz Karpiński, minister skarbu państwa.

Projekty takie jak w Kozienicach, Opolu oraz Jaworznie pochłaniać mają razem po kilkanaście milionów ton węgla rocznie.

Węgiel jest podstawą naszego bezpieczeństwa energetycznego i te projekty są bez dwóch zdań prowęglowe – mówi Karpiński.

Jak zapewnia minister, inwestycje te łączą efektywność z zasadami ekologicznymi. Według podpisanej w połowie kwietnia umowy na budowę bloku węglowego w Elektrowni Jaworzno III, ma ona pokryć 5 proc. krajowego zapotrzebowania na energię. Przewidywany czas powstawania bloku to 59 miesięcy. Jednocześnie będzie on emitować o 25 proc. mniej dwutlenku węgla niż instalacje, które zastąpi. Nowoczesne mają być także budowane kosztem ponad 11 mld zł przez PGE dwa bloki w Opolu. Z kolei Enea na budowę 11. bloku w Kozienicach przeznaczy niemal 6,5 mld zł. 

To są projekty absolutnie prowęglowe, najwyższej próby, ponieważ będą wykorzystywały wysoko zaawansowane technologie, spełniając reżim tzw. best available techniques dostosowania tego typu przedsięwzięć. Wysoko sprawne instalacje będą spalały polski węgiel. To jest istota naszego bezpieczeństwa – dodaje minister skarbu państwa. 

Od dziś łatwiejszy kontakt elektroniczny z urzędami. W czerwcu wejdą w życie zmiany związane z handlem przez internet

0

CEO Magazyn Polska

Formalnie wczoraj, a praktycznie dziś wchodzi w życie nowelizacja ustawy o informatyzacji. Nowe zapisy mają ułatwić kontakt elektroniczny z urzędami, zrównują też e-dokument z papierowym. Ma to pozwolić na szybszy kontakt obywateli z urzędnikami, tym samym pozwoli na oszczędność czasu i pieniędzy oraz pośrednio przyczyni się do pobudzenia wzrostu gospodarczego. Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji zapowiada kolejne działania, które mają rozwijać gospodarkę internetową – m.in. dotyczące handlu przez internet.

 Dzięki ustawie o informatyzacji droga normalna, urzędowa, zostanie zrównana z drogą elektroniczną. Jeżeli obywatel wybierze drogę elektroniczną w kontakcie z urzędem, to urząd także będzie miał obowiązek mu odpowiedzieć drogą elektroniczną. To oznacza, że skany wreszcie będą traktowane jako dokument. To jest niesłychanie ważna zmiana, bo może doprowadzić do tego, że łatwiej będzie kontaktować się w sposób elektroniczny z urzędem – tłumaczy Rafał Trzaskowski, minister administracji i cyfryzacji.

Nowelizacja ustawy wprowadza dużo ułatwień dla obywateli. Przede wszystkim pozwoli na potwierdzenie profilu zaufanego, czyli elektronicznego podpisu w kontaktach z instytucjami publicznymi, nie tylko w urzędach – jak miało to miejsce dotychczas – lecz także na poczcie i w bankach. E-formularze mają być prostsze, a skrzynki podawcze każdego urzędu mają działać na takich samych zasadach. Najważniejsza zmiana dotyczy jednak e-dokumentu, który ma być traktowany tak samo jak dokument papierowy.

– Im więcej tego typu rozwiązań, tym Polska staje się bardziej konkurencyjna, oszczędzamy pieniądze i zwiększamy wzrost gospodarczy. Ustawa pomoże w kontakcie obywatela z urzędem i stworzy taki partnerski układ, ale ministerstwo prowadzi mnóstwo innych działań, mających doprowadzić do szybszego rozwoju gospodarki. Na przykład zachęty dotyczące handlu w internecie – przekonuje Trzaskowski.

E-handel rozwija się w Polsce bardzo szybko i generuje niemal 6 proc. PKB. Jeszcze 10 lat temu zakupy przez internet cieszyły się zainteresowaniem zaledwie 5 proc. Polaków – dziś zakupy w sieci robi już co trzeci obywatel. Mimo to na tle Europy Polska wypada słabo. Dla porównania w Niemczech z e-handlu korzysta 65 proc. obywateli. 

Handel w internecie ma olbrzymi potencjał wzrostu. Problem polega na tym, że ludzie mają wątpliwości co do bezpieczeństwa transakcji w sieci. Dlatego prowadzimy różnego rodzaju negocjacje w Unii Europejskiej oraz wprowadzamy rozwiązania w Polsce, żeby to zmienić – powiedział Rafał Trzaskowski podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

13 czerwca powinna wejść w życie nowa ustawa o prawach konsumenta, która zgodnie z dyrektywą ujednolica przepisy dotyczące e-handlu w całej Unii Europejskiej. Możliwe jednak, że zaczną one obowiązywać kilka miesięcy później. Konsument będzie tak samo chroniony, niezależnie od tego za pośrednictwem jakiej strony robi zakupy.

– Z drugiej strony rozporządzenie o ochronie danych osobowych da nam gwarancję, że nasze dane osobowe, nawet jeśli są transferowane do krajów trzecich, będą odpowiednio chronione i nikt nie będzie tego nadużywał. To nam da – jako obywatelom – poczucie, że jesteśmy bezpieczni w sieci i przełoży się na większą dynamikę wzrostu handlu przez internet – argumentuje minister administracji i cyfryzacji.

Będą duże zmiany w ubezpieczeniach komunikacyjnych. Polska Izba Ubezpieczeń przyjęła zasady bezpośredniej likwidacji szkód OC

CEO Magazyn Polska

Branża ubezpieczeniowa przyjęła proponowane przez Polską Izbę Ubezpieczeń zasady bezpośredniej likwidacji szkód przy komunikacyjnym OC. Po ich wejściu w życie ubezpieczony poszkodowany w wypadku będzie zgłaszał szkodę w swoim zakładzie ubezpieczeń, a nie jak dotychczas w zakładzie sprawcy. Ma to zrewolucjonizować ubezpieczenia komunikacyjne, dzięki czemu uzyskiwanie odszkodowań ma być szybsze i sprawniejsze.

Zmiana ta zupełnie przekształci krajobraz ubezpieczeń komunikacyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Grzegorz Prądzyński, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń. – Przy wyborze ubezpieczyciela będziemy patrzeć nie tylko na cenę, lecz także na jakość usługi i szybkość likwidacji szkody.

Do tej pory szkody powstałe w wyniku zdarzeń drogowych były zgłaszane w zakładzie ubezpieczeń, którego klientem jest sprawca. Wysokość straty wyceniał rzeczoznawca związany z tą firmą i na podstawie tej wyceny towarzystwo ubezpieczeniowe sprawcy dokonywało wypłaty odszkodowania. Wkrótce sytuacja ulegnie zmianie i w likwidacji szkody bezpośrednio uczestniczyć będzie zakład poszkodowanego.

To efekt decyzji podjętej przez Walne Zgromadzenie Członków PIU. Wypracowany model opiera się na systemie rozliczeń ryczałtowych BLS, obowiązującym m.in. w Belgii i innych krajach europejskich. Polega on na tym, że ubezpieczyciele rozliczają się między sobą na bazie ustalonych kwot, a nie każdorazowo po rzeczywistych kosztach szkody, z tym że niektóre rodzaje szkód nie zostaną systemem BLS objęte. Sposób tych wewnętrznych rozliczeń nie przekłada się w żaden sposób na wysokość odszkodowania dla konsumenta.

Przez ostatnie pół roku pracowaliśmy nad tym, żeby znaleźć model, który nie doprowadzi do wzrostu kosztów po stronie ubezpieczycieli. Taki model znaleźliśmy. Jest on neutralny finansowo zarówno dla ubezpieczycieli, jak i dla konsumentów, gdyż nie prowadzi do wzrostu kosztów – twierdzi Prądzyński.

Przyjęcie opracowanego przez PIU modelu poparło 41 członków Walnego Zgromadzenia Członków podczas II Kongresu Polskiej Izby Ubezpieczeń. 7 głosujących było przeciwnych, a 14 wstrzymało się od głosu. II Kongres Polskiej Izby Ubezpieczeń odbył się w Sopocie w dniach 7 i 8 maja. Poruszano na nim także kwestie takie, jak stabilność finansowa czy system emerytalny.

Badanie TNS Polska: Klienci oczekują od banków darmowego konta i bezpłatnych wypłat z bankomatów. Coraz chętniej sięgają po assistance

CEO Magazyn Polska

Bezpłatne prowadzenie rachunku i darmowe wypłaty z bankomatów to główne oczekiwania klientów wobec banków – wynika z badania przeprowadzonego przez Bank Millenium i TNS Polska. Klientom zależy także na łatwym dostępie do usług bankowych, zarówno tradycyjnych, jak i internetowych. Wśród dodatkowych benefitów największą popularnością cieszą się usługi assistance.

Klienci oczekują od banku rachunku, który będzie prowadzony bezpłatnie, bez dodatkowych warunków. Chodzi więc o darmowe prowadzenie konta, wydanie karty bankowej i przelewy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Misiak, dyrektor Departamentu Marketingu Bankowości Detalicznej Banku Millennium.

Cały czas istotny dla klientów jest łatwy i darmowy dostęp do bankomatów. Coraz częściej w oczekiwaniach klientów pojawia się ponadto chęć łatwego i szybkiego dostępu do usług bankowych.

Nadal ważne są więc oddziały bankowe, ale także bankowość internetowa i mobilna. Klient chce mieć pełne spektrum korzystania z oferty, niezależnie od tego, gdzie jest i z jakich urządzeń może aktualnie korzystać – mówi Misiak.

Jak podkreśla, dla klientów bardzo istotna jest wielokanałowość. Chodzi o sytuacje, kiedy klient rozpoczyna rozmowę na dany temat, np. o produkcie czy usłudze, w systemie telefonicznym, a następnie finalizuje proces, odwiedzając oddział banku.

W badaniu przeprowadzonym przez Bank Millenium i TNS Polska ankieterzy zapytali także o dodatkowe benefity, którymi klienci banków są najczęściej zainteresowani.

Jednym z ciekawszych i bardzo wysoko ocenianych pomysłów były różnego rodzaju usługi assistance – zauważa Misiak. – Klienci uważają je za interesujące uzupełnienie i wzbogacenie ich codziennych usług. W swojej strategii Bank Millennium stara się uwzględniać wyniki tych badań. Oferujemy szeroki pakiet assistance obejmujący pomoc w ponad 40 różnych sytuacjach. Chodzi tu zarówno o pomoc medyczną, jak i pomoc fachowców – dodaje.

Z badania wynika również, że klienci oczekują od banków dobrej oferty dotyczącej gospodarowania ich środkami. Misiak wyjaśnia, że właśnie temu służy koncepcja centrum oszczędzania, a bank stara się proponować korzystniejsze warunki w zakresie oprocentowania i większą różnorodność tradycyjnych depozytów, zarówno krótko, jak i długookresowych.

Tomasz Misiak podkreśla, że stawiając potrzeby klienta w centrum, bank liczy na 20 tys. nowych klientów miesięczne, czyli ok. 250 tysięcy rocznie.

Kobiety w Polsce wciąż w mniejszości w biznesie. Tylko co trzecie stanowisko menadżerskie zajmuje kobieta

CEO Magazyn Polska

Udział procentowy kobiet na stanowiskach menadżerskich wynosi na świecie 24 proc. W Polsce co trzecie takie stanowisko w 2013 r. zajmowane było przez kobietę, ale w porównaniu z poprzednim rokiem udział procentowy spadł o 14 pkt proc. – wynika z raportu Grant Thornton. Równość płci w biznesie – to jeden z głównych postulatów VI Kongresu Kobiet, w trakcie którego podkreślano, że kobiety wciąż jeszcze są w mniejszości w świecie biznesu.

Ogromny potencjał drzemie w kobietach, więc nie ma powodu, żeby nie uczestniczyły one w życiu społecznym i politycznym, czyniąc to życie lepszym, ponieważ każdy ma swój punkt widzenia. Kongres Kobiet i wszystkie ruchy kobiece dążą do tego, żeby w społeczeństwie było więcej równości, ale też więcej różnorodności. To jest ten kapitał społeczny, o który biznes walczy – mówi agencji informacyjnej Newseria Ewa Łabno-Falęcka z Mercedes-Benz Polska.

Lista postulatów uczestniczek Kongresu Kobiet jest długa. Główne to przede wszystkim: ratyfikacja konwencji Rady Europy o zwalczaniu przemocy wobec kobiet, podpisanie europejskiej Karty Praw Podstawowych, zwiększenie ściągalności alimentów, związki partnerskie, prawo do kontrolowania własnej rozrodczości, a także zrównanie płac kobiet i mężczyzn.

Wspieramy Kongres Kobiet również po to, żeby tyle samo kobiet, ile mężczyzn, jeździło Mercedesami. Brzmi to może żartobliwie, ale kryje się za tym rzeczywistość ekonomiczna. W całej Unii Europejskiej kobiety na tych samych stanowiskach, przy tych samych kompetencjach, zarabiają mniej niż mężczyźni. Jeżeli dzisiaj w Warszawie rodzi się chłopiec i dziewczynka, to oni mają takie same szanse życiowe, ale za dwadzieścia parę lat, jeżeli nie robilibyśmy nic w tym kierunku, to ten chłopiec będzie zarabiał 16 proc. więcej aniżeli ta dziewczynka – tłumaczy Ewa Łabno-Falęcka.

Obecny na Kongresie Kobiet premier Donald Tusk przyznał, że nie ze wszystkimi postulatami uczestników Kongresu zgadza się w stu procentach. Tłumaczył jednak, że różnice wynikają z rozbieżności poglądów, a nie z różnicy płci. Podkreślał, że Kongres przestał być tylko forum dyskusji, a stał się jednym z najskuteczniejszych lobby w polskim życiu publicznym. Dotąd  udało się  mu się np. wprowadzić 35 proc. kwoty dla kobiet na listach wyborczych. Ostatnio wiceminister gospodarki Ilona Antoniszyn-Klik zapowiedziała rozpoczęcie debaty na temat parytetów w radach nadzorczych polskich firm – na wzór wprowadzonych na listach wyborczych.

Świat jest trochę męski, szczególnie świat biznesu. Kobiety wnoszą tam zupełnie inne umiejętności menedżerskie. Dążą bardziej do harmonii, do pracy zespołowej – mówi dyrektor ds. PR w Mercedes-Benz Polska.

Chociaż 70 proc. przedsiębiorstw badanych przez firmę doradczą przyznało, że nie ma w planach prowadzenia programów wspierających kobiety na rynku pracy, to niektóre z nich przywiązują bardzo dużą wagę do polityki różnorodności.

Krystyna Boczkowska, od czterech lat prezes zarządu firmy Robert Bosch, podkreśla, że 20 proc. stanowisk menadżerskich piastują kobiety. I jest to rekord w Grupie Bosch.

Wybierając kandydatów na stanowiska menedżerskie, bierzemy pod uwagę wyłącznie kompetencje, które w przypadku kobiet z firmy Bosch są bardzo wysokie – zapewnia Krystyna Boczkowska – Diversity to jeden z obszarów odpowiedzialności społecznej naszej firmy w Polsce. Wspieramy nasze pracownice, panie, które pracują w firmie, poprzez proponowanie elastycznego czasu pracy, który pozwala im na lepszą opiekę nad dziećmi. Jesteśmy również otwarci na różne szkolenia podnoszące kwalifikacje kobiet.

VI Kongres Kobiet zgromadził ponad 8,5 tysiąca osób, które walczą o to, by kobiety na równych prawach uczestniczyły w życiu społecznym i politycznym. W tym roku spotkanie przebiegało pod hasłem „Wspólnota, równość, odpowiedzialność”. Dyskusję zdominowały tematy praw kobiet na Ukrainie, gender i wyborów do Parlamentu Europejskiego.

Coroczną nagrodę Kongresu, przyznawaną kobietom zasłużonym w historii Polski, dostała Danuta Hübner, pierwszy polski komisarz w Unii Europejskiej. Prezes Kongresu Dorota Warakomska apelowała do jego uczestniczek o głosowanie na kobiety w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Polscy eksporterzy coraz mocniejsi na szwajcarskim rynku

CEO Magazyn Polska

W 2013 r. po raz drugi z rzędu Polska zanotowała nadwyżkę w handlu ze Szwajcarią, co potwierdza konkurencyjność polskich firm. Dzięki powstającym centrom usług biznesowych rośnie również eksport usług do tego alpejskiego kraju. Perspektywy rozwoju handlu są wciąż duże, bo Szwajcaria to jeden z najbogatszych krajów na świecie PKB na osobę jest tam blisko czterokrotnie wyższe niż w Polsce.

Obroty Szwajcarii z Polską są na tym samym poziomie, co obroty z krajami BRIC, czyli z Rosją, Brazylią, Indiami i Chinami. To zaskakuje, bo o Polsce o wiele mniej się mówi niż o tych dalekich rynkach, które są bardzo obiecujące. Można obserwować, że od 15 lat saldo w wymianie towarowej, które zawsze było ujemne dla Polski, systematycznie i konsekwentnie się zmniejszało na przestrzeni ostatnich lat. To oczywiście jest dobry sygnał, tym bardziej że ogółem obroty rosną z roku na rok, z przerwą na lata 20092010 – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ulrich Schwendimann, dyrektor w Polsko-Szwajcarskiej Izbie Gospodarczej.

Według danych Ministerstwa Gospodarki w 2013 r. polskie firmy wyeksportowały do Szwajcarii towary o wartości 1,27 mld euro. Import w tym samym okresie wyniósł 1,19 mld euro. W rezultacie nadwyżka w handlu ze Szwajcarią wzrosła do 84 mln euro w 2013 roku z 59 mln euro rok wcześniej. Wprawdzie sami Szwajcarzy liczą wymianę według innej metodologii, która wciąż pokazuje saldo handlu na ich korzyść, ale trend jest identyczny.

Obserwowany wzrost obrotów handlowych między Polską a Szwajcarią oraz poprawa bilansu handlowego to zasługa poprawiającej się konkurencyjności polskiej gospodarki. Mimo słabej koniunktury gospodarczej w państwach Europy Zachodniej spowodowanej kryzysem, w ostatnich latach dynamika polskiego eksportu była znacznie wyższa niż importu. W efekcie deficyt w całym handlu zagranicznym Polski zmniejszył się z ponad 10 mld euro w 2012 r. do 2,3 mld euro rok później. W tym samym okresie zwiększyła się nadwyżka w handlu z krajami strefy euro – z 4,9 mld euro do 7,2 mld euro. Intensyfikacja wymiany handlowej z alpejskim krajem to także rezultat szwajcarskich inwestycji bezpośrednich nad Wisłą.

Szwajcarskie firmy, które produkują w Polsce, potem te towary eksportują, czy do Szwajcarii na jakiś końcowy etap, czy już jako gotowe produkty gdzieś dalej w świat. To jest na pewno część historii. A druga część jest taka, że firmy z polskim kapitałem są coraz mocniejsze w eksporcie – uważa Ulrich Schwendimann. 

Wzrost konkurencyjności polskich firm potwierdzają nie tylko statystyki dotyczące wzrostu wolumenu czy też wartości eksportu, lecz także jego struktury towarowej. Choć Polska tradycyjnie pozostaje dużym eksporterem wyrobów rolno-spożywczych, to coraz większe znaczenie zyskują bardziej przetworzone produkty, o wyższej wartości dodanej.

– 10 lat temu w eksporcie produktów z Polski do Szwajcarii dominowały meble to było ok. 20 proc., a w tej chwili jest, w zależności od roku, 5-7 proc. To pokazuje też, jaką drogę Polska, polski przemysł, już przebył, jeżeli chodzi o modernizację. W tej chwili na pierwszym miejscu są pojazdy. I to też świadczy o sukcesie Polski  zamienić meble niemarkowe na pojazdy – podkreśla ekspert z Polsko-Szwajcarskiej Izby Gospodarczej.

Coraz więcej międzynarodowych korporacji decyduje się na ulokowanie swoich centrów usług biznesowych w Krakowie, Wrocławiu czy też Warszawie. Wśród nich są także szwajcarskie firmy, dzięki czemu rośnie eksport usług z Polski.

– Widzimy mocny trend, jeżeli chodzi o rozbudowę centrów usług wspólnych. To jest na pewno coś, w czym szwajcarskie firmy mocno uczestniczą, na równi z firmami z pozostałych krajów Europy Zachodniej. W związku z tym eksport usług z Polski do Szwajcarii rozwija się bardzo dynamicznie – twierdzi Schwendimann.

Relacje gospodarcze między Polską a Szwajcarią mogą się jeszcze pogłębić dzięki otwarciu szwajcarskiego rynku pracy dla pracowników z nowych krajów członkowskich UE (poza Bułgarią i Rumunią). Z drugiej jednak strony, specyfika szwajcarskiej gospodarki – m.in. jej wysoka specjalizacja i zaawansowanie technologiczne – sprawiają, że otwarcie rynku pracy może nie spowodować dużego napływu emigrantów. Z kolei dla specjalistów i menedżerów z Polski formalne bariery nigdy nie były problemem, ponieważ w zatrudnieniu w Szwajcarii pomagały im firmy, które chciały ich sprowadzić.

– Nie sądzę, żeby to miało rzeczywiste znaczenie. Oczywiście, jak jest rynek otwarty, to każdy może przyjechać do Szwajcarii, szukać pracy i po prostu zgłosić, że pracuje i nie potrzebuje na to pozwolenia. To z punktu widzenia Kowalskiego na pewno jest zaleta. Większość Polaków, tych dobrze wykształconych, pracuje w korporacjach w Szwajcarii, bo pracodawca ich tam zaprosił i chciał, żeby przyjechali do Szwajcarii do pracy. A to i tak firma dla nich robi, więc oni nie odczuwają tego, czy rynek jest otwarty, czy zamknięty, czy są limity, czy nie, to nie jest odczuwalne dla profesjonalistów – uważa dyrektor w Polsko-Szwajcarskiej Izbie Gospodarczej.

Niemcy chcą wprowadzić płacę minimalną. Ma ona wynieść 8,5 euro/h

CEO Magazyn Polska

Propozycja wprowadzenia w Niemczech płacy minimalnej na poziomie 8,5 euro za godzinę może być bardziej zabiegiem politycznym niż gospodarczym. Na razie inicjatywa będzie mieć wpływ na kilka zawodów na terenie byłego NRD. Pracowników sezonowych, młodocianych czy stażystów regulacja nie będzie dotyczyć, o ile ustawa przejdzie w obecnym kształcie.

To jest kwota bardzo bliska tej, która na rynku już odbierana jest jako płaca minimalna. Wiele dużych sieci, jak Burger King czy McDonald’s jest dzisiaj na poziomie płacy minimalnej. 7,57,7 euro to niemal tyle samo, co wysokość wprowadzanej płacy minimalnej. Regulacja nie będzie mieć więc dużego wpływu na rozmieszczenie sił w Niemczech – twierdzi Bernhard Matussek, dyrektor zarządzający Kienbaum Polska.

Zgodnie z ustawą, nad którą trwają prace, wprowadzenie płacy minimalnej od 2015 roku nie obejmie między innymi młodocianych, pracowników sezonowych, stażystów i taksówkarzy. Ominie także osoby, które przed podjęciem nowego zatrudnienia były dotknięte długotrwałym bezrobociem. Wszystkie te grupy na regulacji nie skorzystają. Poza jej działaniem znajdą się więc szczególnie imigranci, również z Polski, którzy przyjeżdżają do Niemiec do prowadzenia taksówek lub pomocy przy zbiorach. Sezonowe prace w rolnictwie podejmuje w Niemczech co roku nawet do 300 tysięcy osób, wśród nich wielu Polaków. Minimalna płaca będzie obowiązywać bez wyjątku od początku 2017 roku.

Bernhard Matussek zauważa, że Niemcy borykają się z problemem imigrantów z innych krajów Unii, szczególnie z Rumunii czy Bułgarii, którzy często zasilają szeregi bezrobotnych, bo nie mają odpowiedniego wykształcenia. W Niemczech brakuje natomiast wysoko wykwalifikowanych pracowników.

Z drugiej strony wiem, że absolwenci szkół wyższych, również Polacy, jeśli szukają pracy w Niemczech i znają język niemiecki, to bardzo szybko i bez problemu dostają się na rynek pracy. Otrzymują adekwatne do wykształcenia stanowiska pracy wraz z uposażeniem porównywalnym z poziomem rynkowym – dodaje.

Nowe regulacje wejdą w życie od 2015 roku. Niemcy będą 22. państwem członkowskim Unii Europejskiej, które wprowadza płacę minimalną. Jak wynika z raportu Instytutu Badań Gospodarczych i Społecznych (WSI) Fundacji im. Hansa-Böcklera, najwyższe minimalne wynagrodzenie otrzymują pracownicy zatrudnieni w państwach Beneluksu i we Francji. Najwięcej w Luksemburgu, następnie we Francji, w Belgii i Holandii. Polska znajduje się na 13. miejscu wśród 21 państw. Za tydzień Szwajcarzy zadecydują w referendum, czy chcą podniesienia płacy minimalnej do 22 franków (ok. 75 zł) za godzinę. Jeśli powiedzą „tak”, to oni wskoczą na czoło rankingu. Z kolei najniższe minimum płacowe obowiązuje w Bułgarii i Rumunii. Odpowiednio jest to 45 proc. i 49 proc. polskiego najniższego wynagrodzenia, które od 1 stycznia 2014 roku wynosi 1 680 zł brutto. 

Płaca minimalna była głównym hasłem wyborczym Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD), tworzącej wraz z partiami chadeckimi CDU i CSU od grudnia 2013 roku koalicyjny rząd Angeli Merkel.

Polacy coraz częściej sięgają po piwa regionalnych warzelni. Są gotowi zapłacić więcej za oryginalny smak

CEO Magazyn Polska

Rynek polskich piw regionalnych rośnie w siłę. Zawdzięcza to zainteresowaniu klientów nowymi smakami bursztynowego trunku, a także produktami regionalnymi w ogóle. Piwo to produkt sezonowy, a najbliższe miesiące mogą być dla branży wyjątkowo udane, także ze względu na czerwcowe mistrzostwa świata w piłce nożnej.

Od kilku lat obserwujemy wzrost zainteresowania piwami regionalnymi. Jest to spowodowane kilkoma czynnikami. Jednym z nich jest wzrost zainteresowania szeroko pojętymi kulinariami i wzrost zainteresowania tym, co regionalne w żywności. W ten trend również wpisuje się wzrost zainteresowania piwami regionalnymi, piwami z małych browarów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Skrętny, dyrektor marketingu w Browarze Amber.

Mimo że małe browary ponoszą znacznie wyższe koszty przy produkcji piwa niż te największe, według Skrętnego, jest to opłacalny biznes. Konsumenci stali się bardziej świadomi, coraz częściej wybierają piwa małych browarów, a za ciekawy smak i jakość są gotowi zapłacić nieco więcej.

Rośnie zainteresowanie ze strony konsumentów właśnie tym, co inne, nowe. Otwieramy się na nowe smaki piwa. Dominujący styl w naszej części Europy, czyli lager, powoli odchodzi w zapomnienie, sięgamy po coraz ciekawsze smaki, nowe style piwne. To charakterystyczne nie tylko dla naszego regionu, lecz także dla trendów ogólnoświatowych – podkreśla Skrętny.

Dla smakoszy piwa istotne jest także miejsce, w którym napój powstaje. Konsumenci potrafią przypisać dane piwo do konkretnego regionu, czasem łączą je nawet z osobą odpowiedzialną za proces warzenia. Duży wybór, wysoka jakość i oryginalny smak sprawiają, że browary regionalne nie muszą inwestować w kampanie reklamowe. Sprzedaż piw regionalnych cały czas rośnie. W tym roku eksperci spodziewają się około 20-proc. wzrostu.

– Na rynku jest miejsce zarówno dla naszych produktów, jak i tych z dużych koncernów. Można powiedzieć, że wzajemnie się uzupełniamy. Przed browarami regionalnymi jeszcze kilka lat dwucyfrowego wzrostu, po tym okresie można się spodziewać pewnej stabilizacji. Chłonność rynku jest duża, ciekawość konsumentów ogromna, więc myślę, że przez najbliższe kilka lat browary regionalne na pewno będą miały jeszcze dużo pracy – ocenia Skrętny.

Piwa z małych browarów są dostępne nie tylko w regionach, w których powstają, lecz także często w całej Polsce, zarówno w sprzedaży tradycyjnej, jak i nowoczesnej. Ceny zależą od przedsiębiorstwa, skali produkcji i surowców, z których powstaje piwo.

Polska jest trzecim co do wielkości producentem piwa w Europie, wyprzedzają ją tylko Niemcy i Wielka Brytania. Obecnie istnieje ponad sto browarów, przy czym regionalne stanowią niecałe 10 procent rynku. Na drugim biegunie znajdują się dwaj giganci: Kompania Piwowarska i Grupa Żywiec, oraz nieco mniejszy Carlsberg.

Piwo jest produktem sezonowym, w związku z tym na największy zysk browary liczą w okresie wiosennym i letnim. Duży wpływ na sprzedaż mają także imprezy masowe, zwłaszcza te związane z piłką nożną. W tym roku największym wydarzeniem dla kibiców piłki nożnej będzie rozpoczynający się w czerwcu mundial w Brazylii. Cała branża piwowarska liczy na zwiększoną sprzedaż.

Chcemy, żeby każdy widz mógł cieszyć się naszym piwem, oglądając mecze mundialowe. Siłą marek piw regionalnych jest ich autentyczność, również związana z tym, kto dane piwo produkuje, w jaki sposób ono powstaje. I dopóki te marki będą przypisane do konkretnych, małych, regionalnych browarów, tak długo będą się bronić i tak długo będą miały rzesze swoich wiernych klientów – podsumowuje Skrętny.

Dostawcą gazu do gospodarstw domowych stanie się oddzielna spółka PGNiG. Nie zmieni to jednak cen gazu

CEO Magazyn Polska

Dziś PGNiG poda wyniki za I kwartał. Analitycy spodziewają się, że był to dla spółki dobry okres, głównie z powodu niskich cen zakupu gazu. Są też widoki na wywiązanie się gazowego giganta z obowiązku sprzedaży lwiej części gazu przez giełdę. Grupa posłów z Platformy Obywatelskiej przygotowała projekt ustawy zmieniającej Prawo energetyczne z lipca 2013 r. Według autorów propozycji PGNiG powinno wydzielić spółkę obrotu detalicznego gazem, która przejęłaby obowiązujące dotychczas umowy bez konieczności masowej zmiany umów z klientami. 

Zgodnie ze znowelizowaną w 2013 r. ustawą Prawo energetyczne przedsiębiorstwa zajmujące się obrotem paliwami gazowymi muszą sprzedawać określoną ilość gazu ziemnego na giełdach towarowych. Od przyszłego roku ma to być 55 proc. Wydzielenie spółki obrotu detalicznego, która przejęłaby od PGNiG klientów detalicznych i kupowała od niego gaz poprzez giełdę, pozwoliłoby wypełnić ten obowiązek. Żeby jednak ten plan zrealizować, PGNiG musiałby wprowadzić zmiany w umowach detalicznych z 6,5 mln odbiorców gazu. Alternatywą jest tzw. sukcesja generalna, która umożliwi automatyczne przejęcie tych umów z mocy prawa.

Gdyby PGNiG musiało realizować zapisy ustawy, tzw. obliga gazowego, to musieliby wysłać ok. 6 mln umów do odbiorców gazu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Czerwiński, poseł PO i jeden ze współautorów projektu. – Dlatego postulujemy o przekazanie pełnomocnictwa i powołanie spółki obrotu detalicznego, która przejmie zobowiązania PGNiG. Dzięki temu obligo gazowe zostanie zrealizowane – dodaje.

Jak przekonuje polityk, znowelizowana ustawa będzie korzystna dla odbiorców,.    

Nie ma tutaj dodatkowych kosztów – zapewnia Czerwiński. – Zresztą czuwa nad tym też prezes Urzędu Regulacji Energetyki

Pogodzić kontrolę państwa z konkurencją

Nowa ustawa ma łączyć państwową kontrolę gazownictwa z konkurencją wśród dostawców. Jak podkreśla poseł PO, już teraz istnieje teoretyczna możliwość powstawania nowych spółek, lecz państwo musi zapewniać bezpieczeństwo dostaw.

System gazowy jest w rękach państwa – mówi Czerwiński. – Musi on być stabilny i reagować na działania międzynarodowe, np. na to, co się dzieje na Ukrainie i w Rosji. Pod względem dostaw gazu jesteśmy zabezpieczeni i nie możemy za dużo zmienić.  

Z drugiej jednak strony, jak twierdzi poseł, można jeszcze dokonać pewnej liberalizacji rynku wewnętrznego.  

Teraz już jest taka możliwość, teoretycznie. W praktyce tak będzie dopiero wtedy, gdy na giełdę będą mogli trafiać konkurujący ze sobą dostawcy. Na pewno jest szansa zaistnienia dla ludzi przedsiębiorczych z konkurencji i obniżenia kosztów, czyli ugruntowania się dobrych przedsiębiorstw gazowniczych – przekonuje polityk. – Są pomysły, by stopniowo wprowadzić konkurencyjny rynek, ale to kwestia czasu – dodaje.

Jan Kulczyk: Wspólny unijny rynek energii to szansa na niższe ceny i wzrost konkurencyjności

CEO Magazyn Polska

Stworzenie wspólnego europejskiego rynku energii to nie tylko konieczność polityczna związana ze zmniejszeniem zależności od Rosji, lecz także szansa na znaczną obniżkę cen energii, a tym samym na większą konkurencyjność unijnej gospodarki – przekonywał Jan Kulczyk podczas debaty na temat rynku wolnej energii, którą zorganizowano w ramach Europejskiego Kongresu Ekonomicznego. Dzisiaj energia kosztuje w Stanach Zjednoczonych ponad dwukrotnie mniej niż w Polsce lub innych krajach UE. Najważniejszym warunkiem, by zmienić tę dysproporcję, jest budowa infrastruktury umożliwiającej transport energii pomiędzy krajami wspólnoty, co może kosztować nawet 400 mld euro.

Energia na rynku amerykańskim jest ponad dwa i pół razy tańsza niż na rynku europejskim, podczas gdy warunki funkcjonowania obu rynków są prawie identyczne, bo w obu przypadkach miks energetyczny jest bardzo podobny. Wynika to po prostu z tego, że w Stanach Zjednoczonych istnieje prawdziwy wspólny rynek energii – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Kulczyk, przewodniczący rady nadzorczej Kulczyk Investments.

Kulczyk podkreśla, że handel energią w obrębie Unii Europejskiej jest wciąż na bardzo niskim poziomie. Według niego jedynie ok. 5 proc. europejskiej energii jest wymienianej pomiędzy 28 krajami członkowskimi. 95 proc. obrotu wciąż odbywa się na rynkach lokalnych. Kryzys ukraiński spowodował jednak większą aktywność polityków, którzy coraz bardziej zabiegają o stworzenie europejskiego rynku energii.

Nie jest to kwestia jedynie polityczna, związana ze zmniejszeniem zależności od Rosji. Kulczyk podkreśla, że wspólny rynek, a przede wszystkim rozbudowa infrastruktury to sposób na zmniejszenie i wyrównanie kosztów energii. Zgodnie z danymi Eurostatu w 2013 r. ceny gazu dla odbiorców indywidualnych w najdroższej Szwecji były ponad czterokrotnie wyższe niż w najtańszej Rumunii. Na rynku energii elektrycznej różnica pomiędzy najtańszą Bułgarią a najdroższym Cyprem jest trzykrotna.

W celu stworzenia wspólnego rynku musi jednak powstać kosztowna europejska infrastruktura.

Za słowami muszą pójść inwestycje. Potrzebne jest ok. 400 mld euro na uruchomienie inwestycji, przede wszystkim w infrastrukturę i wokół infrastruktury, które sprawią, że nastąpi zmiana z rynku producenta na rynek konsumenta. I to konsument będzie decydował o tym, gdzie chce kupować. A będzie chciał kupować tam, gdzie jest najtaniej – przekonuje Kulczyk.

Infrastruktura energetyczna w obrębie wspólnoty musi umożliwić transfer energii we wszystkich kierunkach. Na razie jest to utrudnione zarówno w obszarze energii elektrycznej, jak i gazu.

Kulczyk dodaje, że wspólny rynek oznacza też zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. Efektywniejsze stanie się bowiem wykorzystanie odnawialnych źródeł energii.

Energia wiatrowa jest najtańsza, bo już po sześciu latach uzyskiwana jest praktycznie za darmo – ocenia Kulczyk.

Podkreśla też, że konieczność wdrażania niskoemisyjnej gospodarki nie musi oznaczać wcale odchodzenia od węgla.

– Dążenie do obniżki cen energii może iść w parze z troską o klimat i środowisko naturalne. Celem jest budowanie energetyki niskoemisyjnej, co wcale nie oznacza rezygnacji z węgla, który w Europie jest jednym z najważniejszych dostępnych surowców do wytwarzania energii. Nowoczesna infrastruktura umożliwia korzystanie z węgla w ramach miksu energetycznego, przy zachowaniu celu jakim jest energetyka niskoemisyjna – dodał Jan Kulczyk.

Dziura w budżecie NFZ przekroczy w tym roku miliard złotych

CEO Magazyn Polska

W tym roku bilans Narodowego Funduszu Zdrowia znów będzie pod kreską. To efekt mniejszego przyrostu składki i nieefektywnego zarządzania. Pomóc mogłaby decentralizacja służby zdrowia i przekazanie jej w większym stopniu samorządom – ocenia Dariusz Strojewski, członek zarządu M.W. Trade.

– Szacunki są różne, zależnie od eksperta, który ocenia, mówimy o 1 mld, 1,5-2 mld zł – odpowiada na pytanie o braki w budżecie NFZ-u w tym roku Dariusz Strojewski, członek zarządu M.W. Trade, spółki specjalizującej się w usługach finansowych dla podmiotów na rynku medycznym. –  Średnia prognoz jest rzędu między 1-1,5 mld zł.

Dziura w budżecie NFZ to problem nie tylko tego roku. Od kilku lat okazuje się, że wydatki są większe niż przychody ze składki. W tym roku te ostatnie rosną wolniej niż zaplanowano.

– Oczywiście jest to problem wielowątkowy, to kwestia i organizacji samej służby zdrowia, i efektywności podmiotów, które usługi medyczne świadczą – ocenił ekspert w rozmowie z agencją Newseria Biznes podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.  W porównaniu do innych krajów, szczególnie europejskich, widać, że nakłady na jedną osobę w Polsce na usługi zdrowotne są po prostu za niskie. Są kraje, w których wydaje się dwa razy więcej niż w Polsce na osobę rocznie na leczenie i na opiekę medyczną publiczną; ale są też kraje, gdzie wydaje się siedem razy więcej.

Strojewski z ostrożnością wypowiada się o planach zmian w służbie zdrowia proponowanych przez ministra Bartosza Arłukowicza. Trudno w tej chwili je ocenić, ponieważ są dopiero w trakcie dyskusji, a – jak podkreśla – diabeł tkwi w szczegółach.

– Niewątpliwie należy rozważyć serio to, żeby odpowiedzialność za opiekę medyczną, także szpitalną, ponosiły władze regionalne, żeby przenieść ciężar odpowiedzialności i decyzyjności bardziej na władze regionalne – uważa Dariusz Strojewski. – Tak jest na przykład w innych obszarach, jak szkolnictwo, transport lokalny i regionalny, gdzie władze lokalne i regionalne są głównym odpowiedzialnym, grającym pierwszym skrzypce. I jak widać po efektach, w tej chwili w Polsce to zupełnie się nieźle sprawdza.

Jednak według pomysłów Ministerstwa Zdrowia kluczowe decyzje dotyczące całego systemu będą zapadały właśnie w ministerstwie, a nie w Funduszu. Wielokrotnie dochodziło do konfliktów  trudno było nie tylko o wspólną wizję zmian, lecz  także o podejmowanie bieżących działań. Wcześniej zapowiadano całkowitą likwidację NFZ; teraz minister zdrowia chce go sobie całkowicie podporządkować. Od przyszłego roku będzie też samodzielnie powoływał i odwoływał szefa NFZ.

– Mówimy o większej centralizacji, podczas gdy być może wyjściem byłoby to, żeby samorządowcy mieli możliwość decydowania o pieniądzach i decydowania o polityce zdrowotnej w swoim regionie  mówi Strojewski.  Znają zarówno sam podmiot, np. dany szpital, bardzo dobrze, jak i znają lokalne potrzeby jeżeli chodzi o opiekę medyczną dla ludności.

TNS Polska dla otoDom.pl: co czwarty klient finansuje zakup mieszkania ze środków własnych

CEO Magazyn Polska

Polacy nie zawsze kupują nieruchomość, która im się podoba. Najczęściej o wyborze domu czy mieszkania decyduje cena i lokalizacja. Dwie trzecie klientów finansuje zakup kredytem – wynika z badania TNS Polska na zlecenie otoDom.pl. Równolegle serwis ogłosił wyniku plebiscytu „Wojna Domowa 2014”, w którym internauci – spośród 300 zgłoszeń – wybierali najlepsze inwestycje deweloperskie 2014 roku. 

W plebiscycie wygrało „Osiedle Słoneczne”, inwestycja Klinkier Bud Developer, położona w Starej Iwicznej pod Warszawą. Internauci docenili zwłaszcza ciekawie zagospodarowaną przestrzeń wokół budynków. Zwrócono uwagę na ogród w stylu japońskim, rzekę w centrum inwestycji i kameralny charakter budynków. Kolejne miejsca w rankingu zajęły inwestycja DOMy100 w Zielonkach (woj. małopolskie) oraz Osiedle Campanilla w Siechnicach (woj. dolnośląskie).

Poza głosowaniem internautów swoje głosy oddali też eksperci, którzy wybrali inwestycje pod kątem potrzeb różnych grup odbiorców. Wyróżniono najlepszy projekt architektoniczny, najlepsze miejsce dla rodziny, najbardziej prestiżową inwestycję oraz tę najbardziej przyjazną środowisku. W tej ostatniej kategorii eksperci zwrócili uwagę na aspekt zmniejszania wpływu budynków na środowisko i na niskie koszty codziennego użytkowania.

Budynek przyjazny środowisku to budynek energooszczędny. W zwycięskiej inwestycji [ul. Krasińskiego 41 w Warszawie – red.] zastosowano system solarny, który podgrzewa bieżącą wodę. Wykorzystano także system zbierania wody deszczowej, którą można spłukiwać toaletę czy podlać zielone tereny wokół inwestycji. Zastosowano również nowoczesne materiały przyjazne środowisku. To wszystko sprawiło, że inwestycja ta wygrała i została uznana za najbardziej przyjazną środowisku – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Kotwicki, dyrektor serwisu otoDom.pl.

Większość klientów firm deweloperskich to młode małżeństwa, które planują założenie rodziny lub już mają dzieci. Eksperci zbadali więc inwestycje deweloperskie pod kątem tej grupy nabywców. W tej kategorii wygrało osiedle Selenza we Wrocławiu.

Eksperci brali pod uwagę takie cechy nieruchomości, jak atrakcyjność dla rodzin z dziećmi, czyli na przykład bliskość terenów rekreacyjnych, gdzie dzieci mogą spędzać czas wolny. Wyróżniono też kameralny charakter, który sprzyja budowaniu więzi z sąsiadami, oraz bliskość komunikacji miejskiej, infrastruktury, przedszkoli, sklepów, które dla rodzin z dziećmi są niezwykle ważne – dodaje Przemysław Kotwicki.

Za najbardziej prestiżową inwestycję uznano warszawskie Potoki Residence, a miano najciekawszego projektu architektonicznego zdobył poznański Ostrówek.

Mieszkanie z sieci

Wynikom plebiscytu „Wojna Domowa” towarzyszyło również ogłoszenie wyników badania TNS Polska na zlecenie otoDom.pl. Respondenci z pięciu największych miast odpowiadali na pytania, jak szukali, wybierali i płacili za mieszkania. Ponad połowa z badanych podstawowych informacji o nieruchomości szukała w internecie.

Pierwsze miejsce, które odwiedzą w internecie, to strona dewelopera. Potem kolejne miejsca: strony biur nieruchomości, strony ogłoszeniowe, coraz rzadziej Polacy zaglądają do gazet i tradycyjnych biur nieruchomości. Kolejny etap poszukiwań to pierwsze parametry, które bierzemy pod uwagę. Tu na pierwszym miejscu jest cena i lokalizacja – wyjaśnia Aleksandra Kubicka z serwisu otoDom.pl.

To dwa najważniejsze czynniki, którymi klienci kierują się, szukając mieszkania. O ostatecznym wyborze decyduje jednak częściej lokalizacja. Kubicka wskazuje, że nawet jeśli Polacy mają zapłacić za nieruchomość więcej niż zakładali, to jeśli znajdą coś naprawdę ciekawego, nie trzymają się sztywno ustalonego budżetu.

Z badania wynika również, że 23 proc. respondentów kupiło mieszkanie bez pomocy banku. Ci, którzy musieli posiłkować się kredytem, zazwyczaj posiłkowali się wkładem własnym. Przed kupnem mieszkania 75 proc. badanych sprawdziło wiarygodność firmy deweloperskiej. Co czwarty o radę na temat zakupienia nieruchomości prosił rodzinę lub znajomych.

Do plebiscytu „Wojna Domowa” 146 deweloperów zgłosiło 295 inwestycji. W internetowym głosowaniu internauci wybierali spośród par nieruchomości prezentowanych na ekranie. W sumie oddano 150 000 głosów. Zgłoszone domy i osiedla deweloperskie zostały ocenione również przez jury, w tym przedstawicieli Towarzystwa Urbanistów Polskich, strony nowyadres.pl i serwisu bankier.pl.

Rośnie popularność cydru w Polsce. W tym roku sprzedaż może się nawet potroić

CEO Magazyn Polska

Szacuje się, że do 2015 r. globalny rynek cydru osiągnie wartość 2,6 mld dolarów. Polska, będąca największym producentem jabłek w Europie, wytwarza głównie koncentrat jabłkowy, z którego powstają cydry w Wielkiej Brytanii, Szwecji czy Irlandii, jednak rynek cydru wytwarzanego w naszym kraju dynamicznie się rozwija. W tym roku jego sprzedaż może się potroić.

W samych Stanach Zjednoczonych istnieje ponad 330 wytwórców tego napoju, którzy produkują ponad 1240 różnych odmian cydru, czyli napoju alkoholowego uzyskiwanego z fermentacji jabłek. Bardzo popularny w Wielkiej Brytanii i Irlandii jest też do nabycia w innych krajach europejskich i poza Europą. 

Od niedawna cydr stał się popularny w Polsce. W ubiegłym roku w naszym kraju zostało sprzedanych około 2 mln litrów tego napoju. To nie jest duża ilość, natomiast myślę, że konsumenci będą coraz częściej sięgali po tego typu trunek, ponieważ jest to pełne wino. My produkujemy znakomity cydr i myślę, że w Polsce można produkować bardzo dobry cydr – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Pawelec, przewodniczący rady nadzorczej firmy +H2O, producenta napojów, w tym cydru. 

Na razie cydrów na polskim rynku jest niewiele. Kategoria wyraźnie rozrosła się w ubiegłym roku, gdy obniżono akcyzę na ten trunek. Pojawiły się nowe produkty, zaczęły się kampanie reklamowe, a cydr zaczął być widoczny na sklepowych półkach. Zdaniem Andrzeja Pawelca ten rok będzie decydujący dla wyłonienia liderów rynku, przy wyborze których decydujący głos będą mieli konsumenci. 

W ubiegłym roku w Polsce sprzedano 2 mln litrów napoju, co nie jest jeszcze wynikiem imponującym, ale szacuje się, że w tym roku sprzedaż może się podwoić lub nawet potroić, a docelowo polski rynek może mieć potencjał wchłonięcia nawet 50 mln litrów rocznie. Jako napój niskoalkoholowy ma być konkurencją przede wszystkim dla piwa i propozycją dla pań, które w tym ostatnim trunku zazwyczaj nie gustują. +H2O, które produkuje 7 sadów, Joker, X-cider, opracowało nową markę cydru dla największej sieci sklepów spożywczych w Polsce – Biedronki. 

Zrobiliśmy ten projekt dla Biedronki i bardzo jesteśmy ciekawi ogólnokrajowego zasięgu. Jest to ogromna sieć. Wytrzymaliśmy osiem miesięcy bardzo ścisłych testów i różnych negocjacji, żeby w ogóle się dostać do nich w takiej skali. Mamy wielką nadzieję, że wyniki sprzedaży zachęcą sieć sklepów Biedronka do utrzymania cydru w swojej ofercie – mówi Pawelec. 

Nowy rodzaj cydru to produkt czysty ekologicznie, pozbawiony dodatków chemicznych i wytwarzany w sposób klasyczny przy udziale wody dobrej jakości. Produkt finalny jest winem jabłkowym, niskoalkoholowym o 60-procentowej zawartości ekstraktu owocowego. Przewodniczący rady nadzorczej zdradza, że +H2O jest zakładem koszernym, gdzie koszerność rozumiana jest jako czystość i higiena najwyższej jakości. Nie można używać chemii spożywczej, która jest dopuszczona w branży, a woda musi pochodzić z własnych ujęć.  

Generalnie jest to bardzo naturalna produkcja i wszystko robimy w sposób naturalny. Jeżeli ma być w ogóle dobry cydr, to musi być robiony w sposób tradycyjny, czyli o danym smaku jabłek. Każdy ma jakąś swoją propozycję smakową, chodzi mi o smak jabłek, natomiast resztę będzie weryfikował rynek – podsumowuje Pawelec.

+H2O jest pierwszym producentem cydru w Polsce. Jej historia sięga 1990 roku, kiedy – jeszcze jako przedsiębiorstwo produkcyjne Cin&Cin SA – wprowadziła na rynek kilkanaście różnych produktów. Specjalnością spółki są wyroby winiarskie. Produkty +H2O są eksportowane do wielu krajów w Europy i na inne kontynenty – m.in. do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Izraela, Niemiec, Austrii i Francji. Na eksport trafia 25 proc. produkcji +H2O.

Niemiecki Fidor Bank zaczyna zarabiać i szuka partnerów franczyzowych w Polsce

CEO Magazyn Polska

Fidor Bank, innowacyjny bank, na który pomysł zrodził się w wyniku kryzysu finansowego, chce rozwinąć działalność w Polsce. Szuka w tym celu partnera franczyzowego. Jednym z elementów bankowości niemieckiej spółki jest budowanie społeczności użytkowników, którzy mogą wymieniać się opiniami, doradzać, zadawać pytania i porównywać produkty. Bank nagradza ich za to finansowo, dzięki czemu zwiększa się liczba ofert dostępnych dla klientów. Fidor koncentruje się na działalności w świecie cyfrowym.

Obecnie jesteśmy aktywni na polskim rynku w obszarze systemów płatności jako dostawca usług business-to-business i w tej dziedzinie współpracujemy z jednym bankiem. Bardziej szukałbym kogoś, kto jest przedsiębiorcą franczyzowym i byłby zainteresowany współpracą. To nie musi być bank, to może być przedsiębiorca, ktoś kto już ma 500 tysięcy klientów i chce dodać nowoczesną bankowość do istniejącej już oferty detalicznej, ale to może być również bank – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Matthias Kröner, prezes zarządu Fidor Banku AG.

Fidor Bank to niemiecka spółka, która pod tą nazwą istnieje od 2009 r. Jak podkreśla Kröner, model działalności banku zrodził się z kryzysu finansowego. Załamanie pokazało, że potrzebna jest większa koncentracja na klientach i transparentność. Od początku ważne było też zaangażowanie społeczności klientów z wykorzystaniem internetu i mediów społecznościowych.

Jednym z głównych elementów działalności bankowej spółki jest właśnie budowa społeczności użytkowników, którzy wymieniają informacje, mogą zadawać pytania, a także oceniać produkty i doradców. Dzięki takim porównaniom klienci mają więcej informacji i mogą podjąć bardziej trafne decyzje finansowe.

W społeczności mamy również system premiowy, klienci będą nagradzani za interakcje – jeśli zadasz pytanie dostaniesz pieniądze, jeśli udzielisz odpowiedzi również dostaniesz pieniądze, czy porównasz produkty, nieważne co – zostaniesz za swoją działalność nagrodzony i uważam, że to też jest bardzo warte wspomnienia – dodaje Kröner.

Podkreśla, że Fidor Bank nie sprzedaje dodatkowych usług ani nie stawia sprzedawcom celów sprzedażowych. Cała działalność odbywa się za pomocą sieci i urządzeń mobilnych. Pieniądze w Fidor Banku można przelewać bezpośrednio na adres e-mail lub telefon komórkowy.

Dzięki takiemu modelowi działalności klienci mogą samodzielnie podejmować lepsze decyzje finansowe. Kröner zwraca uwagę, że niektórzy zdecydują się na pożyczkę bankową, inni na pożyczkę społecznościową, a do wyboru jest także crowdfunding, czyli finansowanie przez niewielkie składki od społeczności.

Tak więc nie jest to system o tylko jednej funkcji, w którym pieniądze wpływają, są na koncie lub odchodzą. Na ten moment system posiada już od 20 do 25 funkcji  więc to tworzy poczucie wolności, wsparcia ze strony społeczności, mamy ofertę łatwych i szybkich płatności. I o to właśnie nam chodzi, o wolność – podkreśla Kröner.

Fidor Bank czerpie swoje zyski z prowizji i odsetek – pod tym względem nie różni się od innych banków. W ubiegłym roku bank po raz pierwszy osiągnął finansowy break-even. Zgodnie z rocznym sprawozdaniem banku, strata na działalności wyniosła 0,1 mln euro, a biorąc pod uwagę przychody z tytułu odroczonych podatków, zysk netto sięgnął 0,34 mln euro. Łączne aktywa banku wzrosły o ponad 30 proc. do niemal 230 milionów euro.

Za dwa tygodnie wybory do Europarlamentu. Polityka energetyczna jednym z głównych wyzwań w nowej kadencji

CEO Magazyn Polska

Polityka energetyczna, osobny budżet lub parlament dla krajów strefy euro – to najważniejsze kwestie, z którymi będzie musiał się zmierzyć Parlament Europejski po majowych wyborach. W kończącej się kadencji europarlamentarzyści podjęli szereg trudnych decyzji gospodarczych, które miały pomóc w wyjściu z kryzysu. Eksperci podkreślają, że postanowienia PE odbijają się na niemal każdej dziedzinie życia, dlatego warto mieć na nie wpływ poprzez udział w wyborach.

W ostatnich miesiącach w pracach PE dominowała kwestia przyjęcia nowej perspektywy finansowej na lata 20142020.

Prawdopodobnie najważniejszym i najgłośniejszym procesem decyzyjnym, bo to nie była jedna decyzja, było uchwalenie budżetu Unii Europejskiej na przyszłe lata. Parlament Europejski ostro negocjował, pokazał państwom Unii, że współdecyduje o kształcie i wysokości budżetu. I to właśnie dzięki europosłom budżet jest wyższy niż ten na poprzednie lata, i jest on dobry także dla Polski – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Łada, kierownik Programu Europejskiego w Instytucie Spraw Publicznych.

Jednak ta kadencja Parlamentu Europejskiego była zdominowana przez kryzys i walkę z nim. Europosłowie koncentrowali swoje prace na reformach, które niwelują skutki spowolnienia gospodarczego lub w przyszłości zapobiegną powrotowi kryzysu do Europa. Mowa tu przede wszystkim o unii bankowej, czyli systemie kontroli europejskich banków oraz tzw. sześciopaku – pakiecie praw, które ustalają zasady nadzoru gospodarczego.

Jedną z dominujących kwestii była również energetyka. Parlament w marcu podjął decyzję, z punktu widzenia Polski wyjątkowo ważną, w sprawie wydobycia gazu łupkowego. W przegłosowanej noweli dyrektywy nie znalazł się przepis o obowiązku przeprowadzenia pełnej oceny projektów gazu łupkowego na etapie poszukiwań, który mógłby znacząco zmniejszyć opłacalność takich poszukiwań.

– Kolejny Parlament Europejski będzie miał do rozstrzygnięcia wiele kluczowych kwestii. To temat polityki energetycznej dla całej Unii, także polska inicjatywa unii energetycznej będzie w pewnym momencie musiała się znaleźć w parlamencie – jak Unia ma pozyskiwać źródła energii, jak otwierać się na dostawców spoza Unii – podkreśla Łada. – Kolejna kwestia dotyczy osobnego budżetu dla strefy euro, czy ma być osobny parlament. To dyskusje, które na pewno zaczną się niedługo, ale będą się toczyć przez kolejne miesiące.

Parlament podejmuje także decyzje dotyczące codziennego życia każdego Europejczyka. Wystarczy spojrzeć na etykietę dowolnego produktu – o tym, co musi się na niej znaleźć, o normach, jakie musi spełniać dany produkt, decyduje właśnie Parlament Europejski. Jak zaznacza Agnieszka Łada, dzięki podjętym przez parlament decyzjom klient wie, co kupuje, a przedsiębiorcy uzyskują informację o działaniu konkurencji.

Parlament Europejski decyduje o rzeczach, które spotykamy na co dzień. W związku z tym warto brać udział w wyborach i poprzez posłów współdecydować o tym, jakiego typu mają to być decyzje – podsumowuje Agnieszka Łada. 

Trudniej o zabezpieczenie finansowe interesów na Ukrainie

0

CEO Magazyn Polska

Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych zaostrzyła politykę ubezpieczania transakcji realizowanych na wschodzie Europy. Przekonała się o tym krakowska firma Budostal-3, której Komitet Polityki Ubezpieczeń Eksportowych, nadzorujący państwowego ubezpieczyciela, odmówił ochrony ubezpieczeniowej ze strony Skarbu Państwa dla kontraktu na budowę fermy kaczek na północy Ukrainy. Zdaniem ekspertów, nie oznacza to jednak, że automatycznie każda transakcja realizowana w tym regionie Europy będzie pozbawiona ochrony.

– Niepokojące jest to, że KUKE najpierw pozytywnie zaopiniowała wniosek firmy o udzielenie zabezpieczenia, a po dwóch tygodniach tego zabezpieczenia odmówiła, co de facto postawiło Budostal w trudnej sytuacji – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Czublun, radca prawny i partner w Czublun Trębicki Kancelaria Radców Prawnych.

Krakowska firma uzyskała kontrakt na budowę fermy kaczek. Inwestycja ma powstać w regionie czernigowskim, na północy Ukrainy, i warta jest blisko 35 milionów euro. Projekt uzyskał pozytywną weryfikację ze strony Banku Gospodarstwa Krajowego.

Jednym z warunków uzyskania tego finansowania było właśnie uzyskanie zabezpieczenia gwarantowanego przez KUKE. I tu rzeczywiście należy zapytać, na ile wpływ na decyzję korporacji miała zmiana sytuacji na Ukrainie i na ile może się to przełożyć na sytuację innych przedsiębiorców, którzy chcą swoje inwestycje realizować na rynku ukraińskim czy na podobnych rynkach, na których zdarzają się niepokoje. Z całą pewnością jednak decyzja w sprawie Budostal-3 nie jest decyzją generalną – mówi Czublun.

KUKE zabezpiecza interesy polskich przedsiębiorców w kontaktach zarówno z polskimi, jak i zagranicznymi odbiorcami. Powstała, by zapewnić bezpieczeństwo w handlu, nie tylko na bezpiecznych rynkach, lecz także podwyższonego ryzyka – m.in. ryzyka politycznego. Dlatego też, zdaniem Czubluna, przyczyn odmowy uzyskania zabezpieczenia przez krakowską firmę nie należy łączyć jedynie z trudną sytuacją na Ukrainie.

W tym konkretnym przypadku należałoby zajrzeć do wniosku, jego uzasadnienia, sprawdzić, jakie były rzeczywiste przyczyny. Natomiast z całą pewnością nie budowałbym na tej podstawie generalnej zasady, że każdy, kto chce prowadzić interes na Ukrainie, musi poczekać, bo nie otrzyma takiego zabezpieczenia – ocenia radca prawny.

W sytuacji, w której KUKE odmawia ubezpieczenia, firma powinna złożyć wniosek ponownie – tym razem jednak zmienić go, zaznaczyć dodatkowe zabezpieczenie. Nawet jednak, jeśli i tym razem wniosek nie zostanie rozpatrzony pozytywnie, nie zamyka to drogi do prowadzenia inwestycji.

Druga możliwość to wejście na przykład we współpracę z innym kontrahentem, który jest w stanie dać zabezpieczenie wykonania inwestycji, coś w rodzaju konsorcjum, i dogadać się niejako z partnerem biznesowym, który mógłby wspólnie z firmą realizować projekt, a jednocześnie mógł dać dodatkowe zabezpieczenie, które pozwoliłoby je sfinansować. Inną możliwością jest oddanie kontraktu innej firmie i wystąpienie w roli podwykonawcy – mówi Czublun.

Zagraniczne koncerny mają większe możliwości w finansowaniu dużych inwestycji, jednak oddanie kontraktu wiąże się również z niższą marżą i przede wszystkim – z brakiem możliwości wypromowania swojej marki na zagranicznym rynku. Kontrakt, który zdobył krakowski Budostal-3, pomógłby firmie w zbudowaniu na ukraińskim rynku lepszej pozycji, co z kolei ułatwiłoby uzyskanie kolejnych kontraktów.

Wejście w mariaż  czy byłoby to konsorcjum, czy podwykonawstwo z innym, większym partnerem  siłą rzeczy przełoży się na mniejsze zyski. Ale może to być jedyna możliwość, aby kontrakt uratować – przyznaje Piotr Czublun.

Sytuacja na Ukrainie jest wciąż niepewna i choć nie oznacza to, że KUKE automatycznie nie będzie przyznawał zabezpieczenia firmom robiącym interesy na tym rynku, to jednak o gwarancję może być trudniej. Z pewnością korporacja będzie wnikliwiej przyglądała się takim wnioskom, będzie także prowadziła dogłębną analizę ryzyka związanego z rynkiem. To jednak nie koniec konsekwencji, jakie mogą odczuć firmy, które będą chciały prowadzić na Ukrainie interesy.

Z całą pewnością, przy rosnącym ryzyku na tym konkretnym rynku, ubezpieczyciel, czyli w tym kontekście KUKE, musi podnieść wysokość składek, które będzie musiał ponieść przedsiębiorca ubiegający się o takie zabezpieczenie. Czy będą dalej idące zmiany, zależy od rozwoju sytuacji w tym kraju – ocenia Piotr Czublun.

Wysokie koszty sprawiają, że młodzi ludzie rezygnują z wesela

Coraz mniej par decyduje się na organizację wesela. Przeważają względy osobiste: ślub często odbierany jest jako zbędna formalność, która nie cementuje związku. Często narzeczeni rezygnują z wesela także z powodu kosztów, jakie wiążą się z jego organizacją. Inne pary z kolei decydują się na kredyt, bo nawet na skromną imprezę trzeba wydać od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych. 

Według danych zgromadzonych przez GUS liczba zawieranych małżeństw maleje. Do niedawna na ślubnym kobiercu stawało blisko 200 tys. par rocznie, jednak od pięciu lat liczba ta gwałtownie spada. W ubiegłym roku jedynie 181 tys. osób zdecydowało się na zawarcie związku małżeńskiego. Jako przyczyny wymieniane są niż demograficzny, wysoka liczba młodych ludzi na emigracji oraz czynnik ekonomiczny. Organizacja wesela kosztuje nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Eksperci Związku Firm Doradztwa Finansowego radzą, aby przy organizacji weselnego przyjęcia zachować przede wszystkim zdrowy rozsądek i dostosować wydatki do możliwości finansowych. Dzięki temu można uniknąć kłopotów finansowych i rozpocząć nową drogę życia bez niepotrzebnych długów.

Za samą sukienkę możemy zapłacić nawet kilka tysięcy złotych. Niewiele mniej będzie kosztował garnitur. Żeby związek został przypieczętowany, konieczne są oczywiście obrączki. Tu też jest to inwestycja na lata, więc warto, żeby była to biżuteria piękna i trwała. To kolejny wydatek rzędu kilku tysięcy złotych. Urasta to do ceny dobrego samochodu, na który trzeba nagle niemalże z tygodnia na tydzień znaleźć pieniądze – mówi Halina Kochalska, analityk Open Finance.

Do wydatków należy doliczyć również przede wszystkim pieniądze wydane na organizację imprezy. Wesele jest uroczystością wymagającą dużej organizacji i często generuje koszty wykraczające daleko poza możliwości finansowe pary.

Dobrze jest mocno się zdyscyplinować i trzymać pierwotnie założonych planów. Nie można ulegać presji otoczenia i rozbudowywać wesela do granic możliwości. Tak, aby skutki tej imprezy później dawały nam się we znaki przez następne miesiące czy lata. Jeżeli musimy się zapożyczać, trzeba to robić z głową. Nie sugerować się reklamami mówiącymi, że ważna jest szybkość i łatwość pożyczania, bo zazwyczaj przekłada się to na większe problemy ze spłatą i wyższe koszty tak łatwo pożyczonych pieniędzy – mówi Halina Kochalska.

Jeżeli jednak para zdecyduje się pożyczyć pieniądze od rodziców lub bliskich, powinna w miarę możliwości oddać pożyczkę albo chociaż jej część, na przykład z pieniędzy otrzymanych od zaproszonych na wesele gości.

Współtwórca Skype’a odebrał pierwszą nagrodę CEED Institute

CEO Magazyn Polska

Estoński programista i przedsiębiorca Jaan Tallinn odebrał przyznaną po raz pierwszy nagrodę CEED Institute. Think-tank założony przez Jana Kulczyka postanowił wyróżniać w ten sposób osoby oraz instytucje, które odgrywają szczególnie ważną rolę w rozwoju oraz promocji innowacyjności regionu Europy Środkowej i Wschodniej. Nagrodę wręczyli podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach prezydent Lech Wałęsa, Indrek Neivelt, przewodniczący rady nadzorczej Bank of Saint Petersburg i członek Rady Programowej CEED Institute oraz Jan Kulczyk, globalny przedsiębiorca i inicjator CEED Institute.

CEED Institute, think-tank, którego celem jest promocja osiągnięć i potencjału gospodarczego państw Europy Środkowej i Wschodniej, przyznał pierwszą w historii nagrodę za szczególne zasługi w promocji i rozwoju innowacyjności krajów tego regionu. Laureatami zostali estońscy współtwórcy programu Skype, założyciele Ambient Sound Investments: Jaan Tallinn, Priit Kasesalu oraz Ahti Heinla. W imieniu laureatów nagrodę odebrał Jaan Tallinn, twórca innowacyjnych technologii internetowych, które trwale zmieniły sposoby komunikacji w globalnym świecie.

To pierwsza nagroda CEED Institute, nagroda dla wyjątkowych osób, którzy w tej części Europy stworzyli rzeczy niezwykłe i unikalne w skali globalnej. Czymś takim jest właśnie program Skype, który zrewolucjonizował sposób, w jaki ludzie komunikują się na całym świecie – powiedział, wręczając nagrodę, Jan Kulczyk, założyciel CEED Institute.

Skype nie był nawet start-upem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jaan Tallinn, współtwórca Skype’a. – Początkowo nie było nawet firmy, założyliśmy ją dopiero kilka miesięcy po starcie. Przed Skype’em mieliśmy z resztą inny udany projekt, program Kazaa. Jednak później kilka pomysłów nam nie wyszło. Kiedy jednak wystartowaliśmy ze Skype’em, to po 2-3 tygodniach stało się jasne, że to będzie coś znaczącego – dodaje.

Powstały w 2003 r. komunikator umożliwiający internautom rozmowy bez pośrednictwa centrali ma obecnie – wg szacunków samej firmy – 124 miliony użytkowników na całym świecie. W tworzeniu Skype’a od początku uczestniczył zespół międzynarodowy, złożony ze współpracowników z 5 krajów całego świata. Jednak to właśnie zespół Estończyków odegrał w tym projekcie kluczową rolę.

W Estonii mamy powiedzenie, ze nasz kraj jest wielkości Manhatanu. Dlatego jeśli mamy produkt, to nie możemy go sprzedawać tylko na lokalnym rynku, szczególnie jeśli prowadzimy biznes związany z internetem – mówi Tallinn. – Jeśli działasz w biznesie, który w dużej mierze jest wirtualny, i do tego dysponujesz kanałami komunikacji, takimi jak Skype, to możesz stworzyć zespół międzynarodowy – dodaje.

Tallinn obecnie pracuje nad kolejnymi projektami technologicznymi, a jednym z jego celów jest także uświadamianie ludziom zagrożeń, związanych z niekontrolowanym rozwojem technologii.

Przyjmując nagrodę CEED Institute, Tallinn podkreślił, że stanowi ona dla niego dodatkową motywację do dalszej pracy na rzecz wspierania globalnej komunikacji między ludźmi.

Nagroda CEED Institute będzie corocznie przyznawana osobom i instytucjom, które swoimi działaniami przyczyniają się do rozwoju i promocji osiągnięć regionu Europy Środkowej i Wschodniej, wspierając zasadę solidarności, gospodarki wolnorynkowej oraz innowacyjności i konkurencyjności regionu.

Wręczenie nagrody poprzedził panel dyskusyjny zorganizowany przez CEED Institute, którego tematem były migracje we współczesnej Europie. W debacie wzięli udział członkowie Rady Programowej i goście CEED Institute: prezydent Lech Wałęsa, Jan Kulczyk, Zdenek Bakala, wiceprezes i dyrektor New World Resources (NWR), współzałożyciel BXR Group, Indrek Neivelt, przewodniczący rady nadzorczej Bank of Saint Petersburg oraz Ldiamon, Björn Savén, prezes wykonawczy IK Investment Partners, William Lacy Swing, dyrektor generalny Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji, Arūnas Šikšta, dyrektor The Vilnius International University Business School oraz Pedro Videla – profesor Wydziału Ekonomii IESE Business School.

Uczestnicy debaty podkreślali między innymi, że we współczesnym świecie słowo migracje coraz częściej powinno być zastępowane przez określnie – mobilność. Era cyfrowa znacząco wpłynęła na otaczającą nas rzeczywistość, a nowoczesne technologie, takie jak np. Skype, zmieniły i ułatwiły sposób komunikacji między ludźmi, niezależnie od miejsca ich pobytu.

Powstały w 2010 r. CEED Institute to think-tank założony przez Jana Kulczyka. Ma on na celu promocję osiągnięć oraz potencjału gospodarczego  krajów Europy Środkowej i Wschodniej i podniesienie konkurencyjności regionu. W tym celu instytut organizuje debaty, publikuje analizy ekonomiczne oraz raporty tematyczne. Ostatnio ogłoszony raport „Migracje w XXI wieku z perspektywy krajów Europy Środkowo-Wschodniej – szansa czy zagrożenie?” to szóste z kolei opracowanie CEED Institute prezentujące największe wyzwania stojące przed regionem Europy Środkowej i Wschodniej.

SKOK-i nie chcą być tylko uzupełnieniem banków spółdzielczych

CEO Magazyn Polska

Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe podlegają nadzorowi KNF podobnie jak banki komercyjne. Nie mają jednak możliwości konkurowania z nimi. To opinia Mariusza Gazdy, prezesa SKOK-u Wołomin, który proponuje wprowadzenie amerykańskiego modelu spółdzielczości finansowej. W USA niewielkie, lokalne kasy nie są objęte państwowym nadzorem. Taki wymóg dotyczy tylko większych instytucji finansowych lub tych, które chcą przekształcić się w bank. Do amerykańskich odpowiedników SKOK-ów należy obecnie 70 mln Amerykanów.
 
– Rozwiązania prawne, które weszły wraz z ostatnią ustawą o SKOK-ach, nie do końca są konsekwentne i wymierne w swojej treści w stosunku do Kas, ponieważ z jednej strony obejmują SKOK-i tym samym nadzorem, co banki spółdzielcze i komercyjne, a z drugiej strony nie traktuje się ich jako pełnoprawnego konkurenta, partnera rynku finansowego, tylko próbuje się je wtłoczyć w taką niszę, gdzie miałyby uzupełniać ofertę banków spółdzielczych. Chodzi o to, żeby być na równych warunkach z konkurencją, która w innej formie działalności prowadzi swoje biznesy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Gazda, prezes SKOK-u Wołomin.
 
Zwraca przy tym uwagę, że instytucje podobne do polskich SKOK-ów występują na całym świecie i obsługują miliony klientów. Jako przykład podaje Stany Zjednoczone, gdzie do kas spółdzielczych należy około 70 mln Amerykanów, czemu sprzyjają obowiązujące w tym kraju regulacje.
 
– Tamtejsze kasy mają możliwość wyboru – mogą być lokalnymi kasami, które nie podlegają nadzorowi federalnemu. Natomiast kasy, które mają aspiracje i możliwości rozwoju, uzyskują licencję federalną, krajową i wtedy mają szersze możliwości, jeżeli chodzi o poszerzenie  instrumentów lub oferowanych  produktów. W sytuacji, kiedy chcą i mają możliwości przekształcenia się w bank, taką ścieżkę również mają pokazaną – podkreśla Gazda.
 
Tymczasem w opinii prezesa SKOK Wołomin, polskie prawo mogłoby dawać większe możliwości rozwoju spółdzielczym kasom.
 
Zostało to tak trochę odgórnie określone, że SKOK-i mają być uzupełnieniem oferty banków spółdzielczych – mówi Mariusz Gazda. 
 
Do 27 października 2012 r. (wtedy weszła w życie Ustawa o SKOKach z 2009 r.) członkami kas mogły być wyłącznie osoby fizyczne. W rezultacie, według danych KNF-u, pod koniec 2013 r. należności od osób fizycznych stanowiły ponad 98 proc. wartości portfela kredytowego SKOKów. Reszta przypadała na małe i średnie przedsiębiorstwa oraz rolników indywidualnych.
 
Dynamiczny rozwój niektórych SKOKów doprowadził jednak do spadku jakości ich kredytów. Według KNFu, było to spowodowane niewystarczającą kontrolą ryzyka kredytowego. W efekcie, pod  koniec 2013 roku 44 kasy zostały objęte postępowaniami naprawczymi. Ponadto, według najnowszego raportu KNFu o sytuacji tego sektora „w 2013 r. Kasa Krajowa udzieliła niektórym kasom pomocy z funduszu stabilizacyjnego na łączną kwotę 193 mln zł, z czego 33,5 mln zł stanowiły darowizny, a 10,8 mln zł umorzone wcześniej udzielone kredyty stabilizacyjne”. Jest już niemal pewne, że część kas będzie musiała zostać przejęta, by uniknąć bankructwa.  KNF pracuje obecnie nad optymalnym modelem  restrukturyzacji  branży  SKOK-ów.
 
– Na pewno nastąpi konsolidacja. Najlepsze Kasy powinny sobie poradzić, jednak te słabsze będą przejęte przez inne SKOK-i lub inne instytucje – taką możliwość przewiduje ostatnia ustawę o SKOK, która w swojej treści odnosi się do przejmowania aktywów i pasywów kas przez inne instytucje, nie tylko SKOK-i. Do tej pory takie rozwiązanie nie miało miejsca, natomiast teraz taka możliwość istnieje – mówi prezes SKOK-u Wołomin.

Polacy lokują coraz więcej pieniędzy w funduszach inwestycyjnych. TFI mogą wypełnić lukę po OFE

CEO Magazyn Polska

Od początku roku na polski rynek funduszy inwestycyjnych napłynęło 2 mld zł netto. To kontynuacja pozytywnego trendu z ubiegłego roku, kiedy to Polacy zainwestowali w fundusze 30 mld zł więcej, niż z nich wypłacili. Szczególnie dużym zainteresowaniem cieszą się fundusze akcyjne, którym sprzyjają niskie stopy procentowe i poprawa koniunktury w realnej gospodarce. Mimo ryzyka, jakie wiąże się m.in. z sytuacją na Ukrainie, akcje powinny dać lepszą stopę zwrotu niż obligacje czy surowce.
 
– Rynek urósł o około 30 mld złotych, z czego ponad połowa to były środki, które zainwestowali klienci detaliczni w fundusze inwestycyjne. To jest oczywiście pochodną tego, że stopy procentowe i oprocentowanie depozytów bankowych istotnie spadło. W tej chwili widzimy kontynuację tego trendu, w tym roku na polski rynek funduszy napłynęło 2 mld złotych netto, rynek rośnie, łączne aktywa są na poziomie około 192 mld, więc są to rekordowe poziomy, wyższe nawet od tych, które obserwowaliśmy w 2007 roku –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kamiński, członek zarządu Millennium TFI SA.
 
Klienci funduszy inwestycyjnych coraz chętniej podejmują ryzyko, o czym świadczy dodatnie saldo napływów do funduszy akcyjnych od początku 2014 r. 
 
– To w pewnym sensie może wspierać polską giełdę, bo kolejne napływy środków finansowych mogą równoważyć ewentualne wypływy z tytułu OFE. To będzie na pewno pozytywny czynnik. My spodziewamy się napływów rzędu przynajmniej kilkunastu miliardów złotych, być może 20 mld. zł ogółem, z rosnącym udziałem funduszy akcyjnych lub funduszy mieszanych i spadającym udziałem funduszy dłużnych, które były najbardziej popularnymi funduszami w ubiegłym roku – uważa Kamiński.
 
Dotychczasowe statystyki pokazują, że zmiany w OFE mogą doprowadzić do silnej wyprzedaży na giełdzie. Według komunikatu ZUS do 29 kwietnia br. jedynie 56,07 tys. z blisko 16,7 mln osób (0,33 proc.) mających oszczędności w OFE zdecydowało się pozostawić część składki emerytalnej w II filarze. Ubezpieczeni w funduszach emerytalnych mają do końca lipca czas na deklarację ws. pozostania w OFE i zdaniem części ekonomistów, duża grupa osób odłoży decyzję na ostatnią chwilę.

To, czy napływy do TFI pozwolą wypełnić lukę po marginalizacji funduszy emerytalnych, zależy także od rozwoju sytuacji na rynkach finansowych i wokół nich, zwłaszcza na Ukrainie.
 
– Jeżeli konflikt będzie eskalował, to będzie awersja do ryzyka i klienci będą wybierali fundusze bezpieczne, gotówkowe czy papierów dłużnych. To widzieliśmy w marcu, kiedy były negatywne odpływy z funduszy akcji i pozytywne napływy do funduszy gotówkowych – tłumaczy członek zarządu Millennium TFI SA.
 
W średnim i dłuższym terminie akcje powinny jednak być najchętniej wybieranymi przez inwestorów aktywami. To dlatego, że ich wycenie sprzyja bardzo luźna polityka pieniężna największych banków centralnych, a jej wyraźne zaostrzenie jest wciąż odległą perspektywą.
Zdaniem ekonomistów, również w Polsce stopa referencyjna NBP ma pozostać na rekordowo niskim poziomie 2,5 proc. co najmniej do I kwartału 2015 r. 
 
– Nasze nastawienie do rynków akcji pozostaje pozytywne, uważamy, że akcje są najciekawszą klasą aktywów w tych warunkach gospodarczych. Proszę pamiętać, że żyjemy w otoczeniu ultraniskich stóp procentowych na świecie, także w Polsce mamy historycznie niskie stopy. Ten czynnik powiązany z poprawą w gospodarce powinien przekładać się na lepsze wyniki spółek. A lepsze wyniki spółek zawsze są impulsem do wzrostu ceny akcji – wyjaśnia Kamiński.
 
O ile prognozy dla rynków akcji są w większości optymistyczne, o tyle ceny obligacji – zwłaszcza w średnim i dłuższym terminie – mogą zacząć spadać. W przypadku niektórych rynków wschodzących byłaby to kontynuacja zniżek, które zaczęły się w połowie 2013 r. Wtedy Fed zapowiedział stopniowe ograniczanie luzowania ilościowego (QE). W rezultacie wzrosło również oprocentowanie amerykańskiego długu, zwłaszcza w relacji do długu emitowanego przez państwa strefy euro.
 
– W Stanach Zjednoczonych obserwujemy od pewnego czasu spadek cen obligacji, czyli wzrost ich rentowności. Jest to związane z poprawą koniunktury, wzrostem oczekiwań co do przyszłych stóp procentowych, a także w związku z wygaszaniem programu QE. W Europie mamy z kolei sytuację odwrotną, ponieważ są oczekiwania co tego, że Europejski Bank Centralny uruchomi program QE w Europie lub będzie prowadził dodatkowe elementy ekspansywnej polityki monetarnej – mówi Krzysztof Kamiński.
 
Na tle akcji i części obligacji rynki surowcowe pozostają od dłuższego czasu w zdecydowanej defensywie. Poprawa nastrojów na światowych rynkach i niska inflacja zmniejszają popularność złota jako bezpiecznej lokaty kapitału. W rezultacie od września 2011 r. ceny złota spadły o blisko 30 proc., z 1900 USD do ok. 1300 USD za uncję. Choć złoto zanotowało silne wzrosty od początku 2014 r., to możliwość odrobienia strat w stosunku do 2011 r. jest mało prawdopodobna.
 
– Nasze nastawienie do rynków surowcowych, także metali produkcyjnych, pozostaje relatywnie neutralne. W warunkach poprawy gospodarczej na świecie trudno oczekiwać wzrostów cen złota. Wydaje się, że dopiero w warunkach rosnącej inflacji złoto może stać się bardziej atrakcyjne, wrócić do łask inwestorów, w tej chwili ceny poniżej 1300 dolarów mogą pozostać na tym poziomie albo nawet jeszcze spaść. Natomiast docelowe poziomy gdzieś na poziomie 1400 dolarów wydają się uzasadnione – mówi członek zarządu Millennium TFI SA.

Komentarz indeksowy BossaFX 8 maja 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 8 maja 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Jest szansa na zwiększenie zatrudnienia osób niepełnosprawnych

CEO Magazyn Polska

Dzisiaj Senat i przedstawiciele organizacji pozarządowych przedstawią propozycje zmian i rekomendacje ustawowe, które mają wesprzeć tworzenie nowych miejsc pracy dla niepełnosprawnych. Zdaniem ekspertów wpływ na kształt przepisów powinni mieć przede wszystkim pracodawcy. Z roku na rok zmniejsza się liczba zakładów pracy chronionej, co przekłada się również na wzrost bezrobocia wśród niepełnosprawnych.

Nasze propozycje zostały oparte na dwóch fundamentach. Pierwszy z nich to zmiana systemu orzecznictwa osób niepełnosprawnych, powinno być ustalone jedno, konkretne orzeczenie o niepełnosprawności, jakie może uzyskać dana osoba – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Brząkowski, radca prawny Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych.

Obecnie orzeczenia o niepełnosprawności mogą wydawać zarówno powiatowe zespoły, jak i Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Możliwe jest więc uzyskanie kilku zaświadczeń o niepełnosprawności, jednak przepisy nie regulują, które orzeczenie jest tak naprawdę obowiązujące.

Zdaniem Brząkowskiego zmianie powinien również ulec system dofinansowania pracodawców z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Obecnie środki przeznaczone na zatrudnianie niepełnosprawnych finansowane są w dużej mierze przez samych pracodawców – z rocznego budżetu PFRON-u, który wynosi ok. 5 mld zł., ponad 3 mld pochodzi właśnie od pracodawców. Ci, którzy zatrudniają co najmniej 25 osób, a wskaźnik zatrudnionych u nich niepełnosprawnych nie przekracza 6 procent, płacą niemałe kary – to równowartość iloczynu 40,65 procent przeciętnego wynagrodzenia z liczbą pracowników brakujących do osiągnięcia wymaganego poziomu.

POPON proponuje, żeby ten system utrzymać, ale żeby pieniądze przekazywane przez przedsiębiorców były przeznaczane z budżetu na wsparcie rehabilitacji zawodowej osób niepełnosprawnych, na dofinansowania do wynagrodzeń, czyli wszelkie systemy pomocowe, które zapewniają wzrost zatrudnienia osób z niepełnosprawnością. Obecnie tak nie jest, a dotacja budżetowa jest niewielka. Pieniądze należy przydzielić do konkretnych grup pomocowych, które mówią, że pieniądze z wpłat wracają w postaci np. dofinansowań, refundacji, czy wszelkich innych zwolnień dla przedsiębiorców – tłumaczy Mateusz Brząkowski.

To jednak nie koniec proponowanych zmian, które mają pomóc przedsiębiorcom. POPON chce, by każdy, kto zatrudnia więcej osób z określoną niepełnosprawnością, mógł liczyć na wyższe dofinansowanie, a wysokość dofinansowania ma zależeć od schorzenia.

Z roku na rok spada także liczba zakładów pracy chronionej. Obecnie jest ich 1,3 tys., co oznacza, że ich liczba w ciągu trzech lat spadła o połowę. Mniejsza liczba ZPCH-ów oznacza wyższe bezrobocie wśród niepełnosprawnych, dlatego POPON proponuje rozwiązania, które mają powstrzymać dalszy spadek liczby zakładów.

Zależy nam na zwiększeniu wysokość zwolnień podatkowych przeznaczonych na ZPCH-y, ale nieznacznie, chcemy takiego przesunięcia, żeby większa liczba zaliczek na podatek dochodowy od osób fizycznych była im przekazywana  – mówi Brząkowski.

Zdaniem POPON-u uproszczone powinny zostać zasady uzyskania statusu zakładu pracy chronionej. Jednym z wymogów jest zatrudnienie niepełnosprawnych na poziomie 50 procent, eksperci chcą, by wskaźnik ten obniżyć do wysokości 40 procent, co ich zdaniem zachęci pracodawców do podjęcia starań o uzyskanie tego statusu. Proponowane zmiany dotyczą również Zakładowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, z którego środków niepełnosprawni mogą finansować zakup leków czy wyjazd na turnusy rehabilitacyjne. Obecnie ZFRON funkcjonuje tylko w zakładach pracy chronionej. POPON chce, by również pracodawca z otwartego rynku pracy mógł, po spełnieniu określonego wskaźnika zatrudnienia niepełnosprawnych, taki zakładowy fundusz utworzyć.

Główna zmiana dla zwykłych przedsiębiorców jest taka, żeby mogli utworzyć zakładowy fundusz rehabilitacji, mieć zwolnienia podatkowe i finansować z nich pomoc dla niepełnosprawnych. Druga  aby dofinansowanie z PFRON-u było tym wyższe, im wyższy jest wskaźnik zatrudnienia osób niepełnosprawnych – zaznacza Brząkowski.

Najważniejszą jednak postulowaną zmianą jest dokładne zaplanowanie, na co mają zostać przeznaczone środki z PFRON-u – czy na założenie działalności gospodarczej przez niepełnosprawnego, czy na dofinansowanie przekazywane do pracodawcy.

– My w założeniach przedstawiamy na bazie już istniejącego systemu, ile pieniędzy i gdzie mogłoby funkcjonować, przede wszystkim tworząc zasadę, że tyle, ile pracodawcy wpłacają do PFRON-u, czyli ponad 3 mld zł, powinno do nich wracać w postaci np. dofinansowań, refundacji. Teraz tak nie jest, bo tak naprawdę wraca do nich tylko część z tych pieniędzy, dofinansowania nie trafiają do wszystkich, a z drugiej strony dotacja budżetowa jest z roku na rok coraz niższa. Trzeba to wypośrodkować, żeby ten system funkcjonował sprawnie, a nie od nowelizacji do nowelizacji – podsumowuje Brząkowski.

Niska płynność i ryzyko regulacyjne zniechęcają inwestorów zagranicznych do polskich spółek

0

CEO Magazyn Polska

Duzi zagraniczni inwestorzy niechętnie inwestują w polskie spółki energetyczne. Kilkadziesiąt lub kilkanaście miliardów złotych kapitalizacji i silna pozycja na naszym rynku nie oznacza automatycznie, że spółka jest atrakcyjna dla dużych graczy. W Polsce do najbardziej płynnych należą spółki pod kontrolą Skarbu Państwa, które działają na silnie regulowanych rynkach, co często niweluje pozytywne statystyki giełdowe. W rezultacie mniejsze zainteresowanie ich akcjami przekłada się na wzrost kosztów finansowania poprzez giełdę.

– My się cieszymy, że one są duże, że są w WIG30, ale jeżeli popatrzymy na płynność i na free float, to te wartości przeliczone na euro stanowią barierę nie do przeskoczenia. Duże fundusze mają swoje limity i nie mogą inwestować, jeżeli free float jest mniejszy niż X, albo płynność, czyli dzienny obrót jest mniejszy niż Y. I takie czynniki proste powodują, że niezależnie od tego, jak atrakcyjna byłaby dowolna polska spółka, ona nie będzie przedmiotem zainteresowania zagranicznych funduszy –  mówi agencji Newseria Biznes Paweł Puchalski, Head of Equity Research w Domu Maklerskim BZ WBK.
 
Niski udział akcji w wolnym obrocie (free float) oraz niska płynność są niepożądane, bo m.in. zmniejszają wiarygodność rynkowej wyceny akcji, która staje się silnie uzależniona od polityki największych akcjonariuszy. Niewystarczający obrót na rynku zwiększa koszty i ryzyko szczególnie wśród dużych inwestorów, którzy operują dużymi pakietami akcji, dlatego bezwzględnie zwracają oni uwagę na te kryteria.
 
Duża część z największych i najbardziej płynnych spółek na polskiej giełdzie działa w silnie regulowanych branżach gospodarki, takich jak np. energetyka czy szerzej sektora „utility”. Dlatego wyniki finansowe takich firm, jak PGE czy Tauron silnie zależą od polityki regulatora, którą jest trudno prognozować analitykom. Część inwestorów jest gotowa ponosić dodatkowe ryzyko z tytułu niepewności regulacyjnej, jednak dla innych – rozważających duże, pakietowe zakupy akcji – może być ono zbyt duże. Wśród tych mogą być zwłaszcza duże, zagraniczne fundusze inwestycyjne.
 
– Żeby wybrać, muszą mieć dokładną przejrzystość, muszą dokładnie wiedzieć, na jakich zasadach będą grały te spółki, jakie będą ich wyniki w przyszłości. A z tym jest bardzo duży problem w Polsce. Dlatego to jest minus, jeżeli chodzi o możliwości inwestycyjne w polskie spółki utility. Dobrze wiemy, że na przykład w przypadku KGHM to też jest regulator, który zadziałał w spółce Skarbu Państwa, który nagle narzucił 2 mld zł podatku od wydobycia. Taka rzecz też nie pomaga w ocenie stabilności systemu regulacyjnego w danym kraju –  tłumaczy Puchalski.
 
Ryzyko dla inwestorów wiąże się nie tylko z działalnością rządu jako regulatora, lecz także jako właściciela. Pokazała to np. inwestycja PGE w Opolu, która została źle przyjęta przez rynek, ponieważ według analiz wykonanych przez poprzedni zarząd będzie ona nierentowna. W poprzednich latach dyskusje wzbudzały także wysokie dywidendy, które wypłacał sobie (i przy okazji pozostałym akcjonariuszom) Skarb Państwa z podległych mu spółek. W niektórych przypadkach były one wyższe niż rekomendacje zarządów. Zdaniem Pawła Puchalskiego, rząd powinien zredukować swoje pakiety akcji, ale może mieć problem z uzyskaniem atrakcyjnej ceny, dlatego najprawdopodobniej utrzyma obecne status quo.
 
– Skarbu Państwa powinno być jak najmniej, czyli 25 proc. i złota akcja. Już powiedziałem, że dziwię się, że to nie zostało dużo wcześniej rozegrane, załatwione. Teraz oczywiście rynek jest relatywnie płytki. Tutaj nie byłoby łatwo uplasować na polskim rynku, szczególnie w świetle tych zmian z OFE. Ale to rząd o tym chyba doskonale wiedział, jak podejmował takie decyzje. Ja mogę tylko się dziwić, nie spodziewałbym się żadnej dużej oferty, właśnie, że dyskonto byłoby zbyt duże wymagane przez inwestorów –  uważa Paweł Puchalski. 
 
Dyskonto oznacza, że kupujący w zamian za dodatkowe ryzyko żądają niższych cen akcji. Dotyczy to zarówno papierów będących już w obrocie, jak i tych, które mogą zostać wyemitowane. Dla firmy chcącej pozyskać kapitał w drodze emisji akcji, dyskonto ze strony inwestorów finansowych zwiększa jest koszt. W rezultacie, dla spółek o niskim zadłużeniu bardziej opłacalne może być zaciąganie długu niż emisja akcji.
 
PGE de facto jest bez długu. Wskaźnik zadłużenia EBITDA razy dwa, razy trzy nie jest najmniejszym problemem dla spółki energetycznej. To oznacza, że dodatkowo mamy znikąd 25 mld. Naprawdę dziwię się, jeśli ktoś rozważa opcję, że spółki będą musiały emitować nowe akcje. Chyba, że ryzyko regulacyjne jest większe niż się spodziewamy –  wyjaśnia dyrektor w DM BZ WBK.
 
Polska Grupa Energetyczna planuje do 2018 r. wydać na inwestycje ok. 40 mld zł. Na tę kwotę składają się inwestycje w energetykę konwencjonalną w Opolu i Turowie, energetykę odnawialną, dystrybucję oraz projekt jądrowy. Spółka zapowiadała w połowie marca, że jeszcze w II kwartale przedstawi zaktualizowaną strategię. Według Puchalskiego, powinna ona zakładać cięcia kosztów, co uwolniłoby dodatkowe środki na rozwój.
 
–  Oszczędzać, oszczędzać, oszczędzać, bo dobrze wiemy, że spółki energetyczne są powszechnie podejrzewane i nie tak wcale niesłusznie o to, że ich koszty można jeszcze zoptymalizować. Tylko i wyłącznie tutaj należy się skupić. Gdybym był w zarządzie, to koszty są jedynym problemem. Bo nic nie zrobimy z ryzykiem regulacyjnym, tylko możemy pracować nad kosztami – uważa Puchalski.

Lidl liderem wśród sieci handlowych pod względem nakładów na reklamę. Na kolejnych miejscach Biedronka i Żabka

0

CEO Magazyn Polska

Lidl to sieć sklepów, która przeznaczyła najwięcej na reklamę w I kwartale. Wydatki na ten cel wyniosły 85 mln zł. Dwa razy mniej wydała druga w rankingu Biedronka, a trzecia Żabka przeznaczyła na promocję ponad 12 mln zł wynika z badania Instytutu Monitorowania Mediów. W większości badanych sieci nasilenie akcji promocyjnych nastąpiło w marcu – głównie z powodu zbliżających się świąt wielkanocnych. Wysokie nakłady na reklamę sprzyjają często popularności sieci wśród internautów, jednak nie zawsze ta zasada się sprawdza.

Najbardziej aktywnym reklamodawcą handlowym w I kwartale był Lidl. Sieć przeznaczyła na promocję w prasie, radiu oraz telewizji – wśród których najpopularniejsze były kreacje z udziałem kucharzy celebrytów Karola Okrasy i Pascala Brodnickiego – łącznie około 85 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów.

Na drugim miejscu pod względem wydatków reklamowych uplasowała się firma Jeronimo Martins – właściciel sieci Biedronka – która na ten cel przeznaczyła 35,6 mln zł, czyli ponad dwa razy mniej niż Lidl. Tym razem sieć w reklamach postawiła nie tylko na promocje i obniżki cenowe.

Pewną nowością w tym kwartale była kampania wizerunkowa Biedronki, która polegała na tym, że przedstawiciele kilku polskich firm – dostawców Biedronki – promowali własne produkty sprzedawane na półkach tej sieci. Wystąpili m.in. szefowie firm Bakalland czy Sokołów – mówi Jadaś.

Na trzecim miejscu rankingu uplasowała się Żabka, której wydatki reklamowe wyniosły nieco ponad 12 mln zł. Na czwartym zaś znalazło się Tesco (8,2 mln zł). W zestawieniu na ósmym miejscu zadebiutowała sieć Piotr i Paweł (3,9 mln zł). Ostatnia w rankingu sieć Real wydała na promocję 3,6 mln zł.

Większość sieci nasiliła akcje promocyjne w marcu. Wydatki największych reklamodawców były w marcu wyższe średnio o 56 mln złotych niż w lutym czy styczniu.

W marcu Lidl czy Biedronka zaczęły nawiązywać najpierw do wiosny, wiosennych produktów, natomiast w końcówce miesiąca w reklamach zaczął przewijać się motyw świąt wielkanocnych – mówi ekspert IMM.

Jednak, jak podkreślono w raporcie Instytutu, nasilenie wydatków związane z Wielkanocą było znacznie niższe niż w okresie przed Bożym Narodzeniem. W ujęciu kwartalnym budżety Lidla, Biedronki i Kauflandu były niższe o ok. 10 mln zł. Netto wydało ok. 5 mln zł mniej.

Sieci handlowe w cyberprzestrzeni

Instytut Monitorowania Mediów zbadał także przełożenie akcji reklamowych na wzmianki w sieci. W przypadku Lidla wydatki na reklamę były wprost proporcjonalne do intensywności dyskusji w sieci o tej marce (ponad 17 tys. publikacji).

Nieco inna zależność jest była w przypadku sieci Tesco, której wydatki na reklamę były stosunkowo niewielkie, a mimo to sieć wzbudziła wśród internautów duże zainteresowanie [blisko 10 tys. publikacji – red.] – mówi Łukasz Jadaś. – Zarówno Lidl, jak i Tesco intensywnie promują się, prowadzą intensywne działania w sieciach społecznościowych, a co za tym idzie generują dodatkową treść: udostępnienia, komentarze i inne aktywności, co sprzyja dotarciu sieci do internautów – dodaje.

Najczęściej internauci dzielą się wiadomościami dotyczącymi promocji w sieci Biedronka. Często dyskutowali także o ofercie Tesco i Lidla. Mimo że Real zajmuje dopiero 10. miejsce pod względem wydatków na reklamę, to wśród internautów oferta sieci także cieszy się popularnością.

Niektóre miejsca dyskusji w internecie na temat sieci handlowych są nietypowe. Na przykład w lutym zauważyliśmy wzmożoną aktywność na forach, blogach i fanpage’ach związanych z rozrywką elektroniczną. Jak się okazało, był to skutek rozpoczęcia promocji wyprzedaży gier wideo przez Biedronkę i firmę CD Projekt – mówi Łukasz Jadaś. – Co ciekawe, internauci dyskutują nie tylko o bieżących, korzystnych dla nich ofertach, lecz także prowadzą poważniejsze rozmowy na temat polityki handlowej i perspektyw rozwoju sklepów sieci.

Instytut Monitorowania Mediów zbadał wydatki reklamowe hipermarketów, supermarketów, dyskontów i sklepów convenience w I kwartale br. przy użyciu aplikacji Admonit. Analizie poddano reklamy w prasie, radiu i telewizji, a także ich oddźwięk w sieci. Zbadano ponad 56 tysięcy ogólnodostępnych wzmianek w internecie wraz z mediami społecznościowymi, w których pojawiały się nazwy sieci handlowych w kontekście niekomercyjnym.