Komentarz indeksowy BossaFX 11 marca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca
Komentarz indeksowy BossaFX 11 marca 2013 r.
MSP włącza się w rozmowy o ewentualnym połączeniu PKO BP i Banku Pocztowego
Nie ma uzasadnienia biznesowego, ekonomicznego, by obie te instytucje działały osobno – twierdzi minister skarbu państwa Mikołaj Budzanowski. Na razie przeciwna przejęciu jest Poczta Polska, posiadacz większościowego pakietu akcji Banku Pocztowego, który odrzucił już dwie propozycje PKO BP.
Według Ministerstwa Skarbu Państwa połączenie obu podmiotów byłoby dzisiaj najlepszym rozwiązaniem.
– Z punktu widzenia sektora bankowego lepiej jest, aby obie te instytucje ze sobą połączyć – przekonuje szef resortu skarbu w wywiadzie udzielonym Agencji Informacyjnej Newseria po odebraniu nagrody dla Finansisty Roku 2012, przyznawanej przez redakcję tygodnika ekonomicznego „Gazeta Finansowa”.
W opozycji do planów ministra skarbu jest stanowisko zarządu Poczty Polskiej, w której posiadaniu jest Bank Pocztowy.
– Poczta Polska potrzebuje tej instytucji do swojej działalności, ale będziemy na ten temat dyskutować i będą prowadzone analizy, by podjąć ostateczną decyzję – dodaje Mikołaj Budzanowski.
Do PKO BP należy dziś ok. 25 proc. akcji Banku Pocztowego. Właścicielem pozostałych ok. 75 procent jest Poczta Polska. O możliwym połączeniu obu banków mówi sie od ubiegłego roku, kiedy PKO BP zadeklarował chęć kupienia Banku Pocztowego za 240 mln zł. W grudniu 2012 r. Poczta Polska ofertę odrzuciła. Jednocześnie nie wykluczyła możliwej współpracy z największym, polskim bankiem, przy zachowaniu obecnej struktury akcjonariatu.
W lutym PKO BP złożył nową ofertę w sprawie dokapitalizowania Banku Pocztowego kwotą 380 mln zł, z czego 290 mln zł miał wyłożyć PKO BP, a Poczta miałaby zainwestować 90 mln zł. Propozycja PKO BP zakładała również zwołanie walnego zgromadzenia akcjonariuszy, decyzji o emisji akcji i większego wpływu na proces podejmowania decyzji w Banku Pocztowym. Jednak i ta oferta została odrzucona.
Sama Poczta Polska kilka dni temu złozyla z kolei propozycję przejęcia 25 proc. akcji należących do PKO BP. Zarząd Poczty gotowy jest dokapitalizować posiadany przez siebie bank, by poszerzyć możliwości jego działania na rynku bankowym. Bank Pocztowy jest jedną z najszybciej rozwijających się instytucji w Polsce, jednak jego rezerwy kapitałowe są ograniczone i dlatego potrzebuje dokapitalizowania.
500 mln zł na wsparcie prac badawczo – rozwojowych
Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR) po raz pierwszy uruchamia nowy instrument ukierunkowany na wsparcie projektów w skali demonstracyjnej. Przedsiębiorcy, przyzwyczajeni do standardowych projektów badawczo – rozwojowych (B+R), mogą nie widzieć od razu korzyści dla siebie, tymczasem program odpowiada na wiele ich potrzeb i otwiera liczne nowe możliwości. NCBiR przewidziało bardzo atrakcyjny budżet wynoszący aż 500 mln PLN.
W polskich programach nie mamy doświadczenia w dofinansowywaniu typowych projektów demonstracyjnych, ale analizując programy europejskie np. LIFE+ możemy znaleźć już wiele przykładów. Jednym z nich było opracowanie czystej technologii PVD (technika zastosowana do dekoracyjnego platerowania) do produkcji elementów dekoracyjnych, czy też demonstracja systemu blanszowania „Closed Loop” w przetwórstwie ziemniaka. Z ciekawszych przykładów można też przywołać projekt dotyczący opakowań do ryżu pozbawionych zanieczyszczeń, gdzie demonstracja dotyczyła zastosowania przemysłowego nowej „czystej” technologii pakowania żywności przy użyciu przyjaznej dla środowiska maszyny próżniowej. Z dziedziny motoryzacji dotację dostał projekt demonstracyjny przyjaznego środowisku systemu odlewania aluminiowych bloków silnika „Core Package” przy zastosowaniu nieorganicznego spoiwa. Wśród projektów dofinansowanych z Polski znalazł się między innymi projekt poświęcony instalacji demonstracyjnej wytwarzania kruszyw lekkich z osadów ściekowych i krzemionki odpadowej.
Jak więc widać z powyżej przytoczonych przykładów, są to projekty dotyczące w większości rozwoju technologii, metod produkcji lub dostosowania technologii w celu osiągnięcia określonego produktu.
W przypadku LIFE+ projekty muszą dotyczyć ochrony środowiska, w przypadku zaś Programu NCBiR Wsparcia badań w skali demonstracyjnej można mówić o 4 głównych obszarach oceny: zasadności kosztów, potencjale wykonawców i sposobie zarządzania projektem, strukturze projektu (trafność naukowa, zasadność zadań, efektywność ekonomiczna, ryzyka) i innowacyjności oraz ostatni obszar związany z celami projektu i ich uzasadnieniem.
Program będzie ukierunkowany na dwa główne typu projektów: pierwszy to budowa instalacji demonstracyjnych w celu przetestowania nowych technologii, drugi zaś typ obejmuje fazy wcześniejsze, gdyż zaczyna się od badań naukowych i kończy na przygotowaniu technologii lub produktu przetestowanego na instalacji demonstracyjnej.
Bardzo ważne jest zrozumienie, iż jest to projekt badawczo – rozwojowy z całą swoją specyfiką w zakresie kwalifikowania kosztów. – mówi Beata Tylman, dyrektor w zespole pomocy publicznej PwC. – Przede wszystkim instalacja pilotażowa/ demonstracyjna nie może być wykorzystywana komercyjnie. Jeśli to nastąpi, wszelkie dochody uzyskane z tego tytułu są odejmowane od kosztów kwalifikowanych do dotacji. Po drugie, należy wnikliwie przejrzeć katalog kosztów kwalifikowanych. Są to koszty typowe dla projektów B+R tj. wynagrodzenia zaangażowanych osób lub amortyzacja wykorzystywanego sprzętu. W katalogu znalazły się dodatkowo techniczne studia wykonalności na potrzeby prac rozwojowych. Nie ma tu miejsca na inwestycje przedsiębiorstw, czy choćby wdrożenie wyników prac B+R.
Dodatkowo projekt powinien uwzględniać plan wykorzystania instalacji demonstracyjnej po zakończeniu realizacji projektu, nie można więc założyć zbudowania instalacji, która po zakończeniu projektu będzie stała bezużytecznie lub zostanie zutylizowana.
Interesujący jest zakładany system składania wniosków. Ma być on jednoetapowy i oparty wyłącznie o system elektronicznego składania wniosków. Wnioski, które otrzymają minimum 60% punktów, przechodzą do etapu prezentacji projektu na panelu ekspertów, który podejmuje ostateczną decyzję o przyznaniu dofinansowania.
Generalnie zakłada się wsparcie dużych projektów, gdyż wartość minimalna projektów została określona na 5 mln PLN, a maksymalna kwota dotacji to aż 100 mln PLN. Zakłada się, iż w wyniku programu powstanie zaledwie 10 instalacji pilotażowych/ demonstracyjnych.
Projekty mogą trwać maksymalnie 3 lata, poziomy dofinansowania są standardowe jak dla projektów badawczych, czyli od 25% do 80% w zależności od wielkości przedsiębiorstwa i rodzaju badań. Przy tym badania przemysłowe nie mogą stanowić więcej niż 15% kosztów kwalifikowanych. Dotacja na techniczne studia wykonalności na potrzeby prac rozwojowych wynosi dla małych lub średnich przedsiębiorstw do 50%, zaś dla dużych – do 40%.
Rusza nowy program wsparcia prac badawczo – rozwojowych (R&D)
Do 100 mln zł dotacji może otrzymać przedsiębiorstwo na dofinansowanie swoich prac badawczo – rozwojowych (wraz z budową instalacji pilotażowych) w ramach nowego programu ogłoszonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. O dofinansowanie mogą starać się zarówno małe, średnie jak i duże przedsiębiorstwa. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte jest to jedna z ostatnich możliwości otrzymania tak wysokich dotacji na projekty R&D przed wejściem w życie nowego budżetu unijnego na lata 2014-2020. Wnioski do NCBiR można składać w terminie od 19 marca do 2 maja br.
W ramach programu wsparcie otrzymają duże i kompleksowe przedsięwzięcia badawcze, których wartość przekracza 5 mln zł. Pod uwagę będą brane te projekty, które uwzględniają budowę instalacji pilotażowych lub demonstracyjnych służących testowaniu innowacyjnych rozwiązań technologicznych i produktowych.
„Nowy program NCBiR stanowi z pewnością ważny i potrzebny instrument wsparcia zwłaszcza w obecnej sytuacji wyczerpania środków na duże przedsięwzięcia badawcze. Mogą z niego skorzystać przedsiębiorstwa reprezentujące różne branże. Istotnym elementem jest możliwość dofinansowania działań dotyczących budowy instalacji pilotażowych, walidacji czy testów, celem jak najlepszego przygotowania uzyskiwanych wyników do wdrożenia w działalności gospodarczej” – mówi Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider zespołu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej, Deloitte.
Firmy, które posiadają już wiedzę wynikającą z wcześniej zrealizowanych prac badawczych będą mogły ubiegać się o wsparcie na realizację dalszych prac uwzględniających techniczne studia wykonalności, testy oraz budowę prototypów.
Wartość dofinansowania może wynieść od 40 proc. do 80 proc. dla przedsiębiorców (w zależności od rodzaju prowadzonych prac i wielkości przedsiębiorstwa) oraz do 100 proc. dla jednostek badawczych. Na dofinansowanie projektów badawczych NCBiR przeznacza 830 mln PLN (łącznie wkład publiczny i krajowy). „Dla wnioskodawców nowy program NCBiR może być jedną z ostatnich możliwości otrzymania tak wysokich dotacji na projekty B+R przed uruchomieniem nowych programów w ramach unijnej perspektywy finansowej 2014-2020, na które musimy poczekać co najmniej rok” – dodaje ekspert.
Więcej informacji o programie „Wsparcie badań naukowych i prac rozwojowych w skali demonstracyjnej”: www.ncbir.pl
Służbowa komórka i samochód podlegają opodatkowaniu
Według wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego korzystanie przez menedżera ze służbowej komórki czy samochodu lub zwrot kosztów hotelowych przez firmę, która go zatrudnia, podlega opodatkowaniu. Może to oznaczać w praktyce, że menedżerowie, ale także osoby wykonujące pracę na umowę o dzieło lub zlecenie, dostaną niższe wynagrodzenie „na rękę”. Eksperci mówią, że w konsekwencji orzeczenia NSA zmienią się zapisy umów o zarządzanie przedsiębiorstwem, jakie podpisują menedżerowie firm.
W wyroku z 6 grudnia 2012 r., Naczelny Sąd Administracyjny orzekł, że firma zatrudniająca menedżera przed przekazaniem świadczeń takich jak pobyt w hotelu czy służbowy samochód musi pobrać od niego zaliczkę na podatek dochodowy. NSA podkreślił, że na podstawie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, przychodem są otrzymane lub postawione do dyspozycji podatnika pieniądze oraz wartość otrzymanych świadczeń w naturze i innych nieodpłatnych świadczeń. Dlatego też sąd uznał, że nie ma znaczenia to, że przekazane przez spółkę składniki jej majątku nie były wykorzystywane przez menedżerów do celów osobistych, a tylko do celów związanych z wykonywaniem umowy o zarządzanie, zawartej z tą spółką.
Orzeczenie NSA może się odnosić także do umów o dzieło czy umów zlecenia, gdzie zleceniobiorca zobowiązuje się do wykonania na rzecz zlecającego dzieła lub czynności, korzystając ze składników majątku zleceniodawcy.
– Orzeczenie dotyczy menedżerów, którzy w ramach własnej działalności gospodarczej świadczyli usługi zarządzania. Na gruncie przepisów podatkowych te usługi zarządzania traktowane są jak działalność wykonywana osobiście, niezależnie od tego, że są świadczone w ramach działalności gospodarczej. Dlatego może mieć to znaczenie dla bardzo szerokiej grupy osób. Trzeba pamiętać o tym, że w chwili obecnej ta forma zatrudnienia – wykonywanie czynności zarządzania – jest bardzo powszechna w wielu podmiotach, zarówno prywatnych, jak i państwowych – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Anna Misiak, członek Rady Podatkowej PKPP Lewiatan.
Wyrok NSA oznacza w praktyce ubytek w wynagrodzeniu netto osób zatrudnionych na podstawie kontraktów menedżerskich, na podstawie umów o dzieło lub zlecenie, którzy otrzymują świadczenia od zleceniodawcy.
– W przypadku, kiedy powstaje dodatkowy przychód do opodatkowania, to koszty dodatkowego opodatkowania ponosi sam pracownik, zleceniobiorca czy menedżer, ale jednocześnie traci on na swoim wynagrodzeniu netto. Ma więc argument, aby żądać od pomiotu, który go zatrudnia, zwiększonego wynagrodzenia po to, żeby zrekompensować sobie w jakiś sposób utracony zarobek netto – podkreśla ekspertka Rady Podatkowej Lewiatan. – To mogą być również zwiększone koszty po stronie ubezpieczeń społecznych, ponieważ przychód podatkowy stanowi jednocześnie podstawę do naliczenia składek ZUS, które obciążają zarówno podmiot dający zatrudnienie, jak i podmiot wykonujący pracę.
Wyrok NSA dotyczy indywidualnej sprawy, nie został wydany w formie uchwały wiążącej wojewódzkie sądy administracyjne, dlatego nie jest pewne, jakie decyzje będą podejmowały organy podatkowe i sądy w kolejnych podobnych sprawach.
– Mamy nadzieję, że nie rozciągnie się to na inne przypadki, które aktualnie są rozpatrywane przez sądy. Trzeba mieć nadzieję, że sądy rozpoznając podobne sprawy będą kierowały się racjonalizmem i będą oceniały w każdym przypadku indywidualnie, czy można mówić o powstaniu przychodu z tego tytułu, że udostępnia się wyłącznie pewne narzędzia i środki do wykonania pracy – mówi ekspertka.
Może mieć to jednak wpływ na zapisy umów o zarządzanie firmą, jakie podpisują menedżerowie.
– Już teraz będzie trzeba mieć na względzie to, że zobowiązanie spółki do udostępnienia samochodu, telefonu czy komputera w celu wykonania zlecenia na jej rzecz może wiązać się z ryzykiem podatkowym. Omawiany wyrok NSA może mieć także skutek dla osób, które w ramach ustawy kominowej wykonują swoje czynności zarządzania przedsiębiorstwami, czyli spółki Skarbu Państwa będą miały zwiększone koszty – podsumowuje Anna Misiak.
NSA w wyroku z 6 grudnia 2012r. orzekł, że przychodem osób zatrudnionych na podstawie kontraktów menedżerskich są wszelkie świadczenia otrzymane w celu wykonania usługi. Chodzi głównie o koszty udostępnienia menedżerom składników majątku oraz ponoszenie przez firmę jakichkolwiek innych kosztów związanych z wykonaniem kontraktu menedżerskiego.
Zmniejsza się skala zatorów płatniczych
Nastroje przedsiębiorców coraz gorsze i to w większości branż – wynika z raportu BIG. W ciągu ostatnich trzech miesięcy najbardziej zmieniło się nastawienie dostawców usług finansowych i usług masowych. Wskaźnik BIG wśród małych i średnich przedsiębiorców wyniósł -9,42 pkt i jest na najniższym w historii poziomie. Pozytywnym sygnałem jest to, że spada zadłużenie firm i skala zatorów płatniczych. wWedług autoró raportu może to oznaczać zapowiedź odbicia koniunktury.
– Patrząc na najnowszy raport BIG, pokazujący wskaźnik bezpieczeństwa w obrocie gospodarczym widać, że spadły trochę nastroje przedsiębiorców. Spadek ten jest podobny do tego, który wystąpił rok temu. Wskaźnik osiągnął poziom 5,46 pkt. Zdecydowanie większy spadek nastrojów nastąpił w segmencie małych i średnich firm i przekroczył on poziom -9 pkt – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mariusz Hildebrand, prezes BIG InfoMonitor.
Spadki nastrojów odnotowano we wszystkich branżach. Wyjątkiem jest branża turystyczna, w której wskaźnik wzrósł o prawie 2,69 punkty. W porównaniu z lutym 2012 roku jest blisko dwa razy większy.
Najpoważniejsze pogorszenie nastrojów w ciągu ostatnich trzech miesięcy nastąpiło w grupie dostawców usług finansowych (-15,18 pkt.) oraz w nieco mniejszym stopniu w grupie przedsiębiorców (-6,56 pkt.). Na ten spadek wskaźnika w przypadku dostawców usług finansowych przede wszystkim wpływ miał zdecydowany wzrost przeterminowanych wierzytelności. Dotyczy to zarówno klientów indywidualnych (spadek o ponad 48 pkt.), jak i klientów korporacyjnych (spadek o ponad 30 pkt.).
– Największe spadki nastrojów odnotowaliśmy wśród dostawców usług masowych i dostawców usług finansowych. Na wskaźnik składa się wiele czynników, które pokazują pozytywne lub negatywne skutki działalności gospodarczej, to, co się dzieje w gospodarce od kilku miesięcy, jak również to, że w styczniu i w lutym wystąpił wzrost bezrobocia. To przekłada się również na nastroje przedsiębiorców – mówi Mariusz Hildebrand.
Dobre nastroje są również wśród firm z branży e-commerce. Nie jest to tylko polska specyfika.
– Wynika to głównie z faktu, że firmy e-commerce są najmniej narażone na efekty zmian nastrojów. Zresztą jak patrzymy na ogólnoświatową tendencję, branża sprzedaży w internecie przynosi największe efekty gospodarcze w ciągu ostatnich kilku lat – podkreśla Mariusz Hildebrand.
Podstawowe wskaźniki spadają, ale są i dobre sygnały
Nadal dla 83 proc. firm nieterminowe płatności stanowią przeszkodę w prowadzeniu działalności gospodarczej. Pozytywnym sygnałem jest jednak to, że spada zadłużenie firm i zmniejsza się skala zatorów płatniczych. Od przeszło sześciu miesięcy wzrasta liczba firm pozytywnie ocieniających zdolność kontrahentów do regulowania bieżących zobowiązań. Wynik ten jest wyższy w stosunku do badania z sierpnia 2012 br. o 5 pkt. proc. Obecnie 64 proc. respondentów uważa, że ich partnerzy biznesowi mają wysoką zdolność do regulowania bieżących zobowiązań. 27 proc. ankietowanych firm ocenia, że suma przeterminowanych należności, z jakimi zalegają na ich rzecz kontrahenci, przekracza 100 tysięcy złotych.
– Większość przedsiębiorców wskazuje, że zmniejszają się kwoty zaległości powyżej 100 tysięcy zł, czyli zaczynają się spłacać należności. Odczuwalność problemów, jeśli chodzi o zatory płatnicze trochę się zmniejszyła, więc mamy kilka sygnałów, że jednak koniunktura będzie w tym roku lepsza niż się spodziewamy – ocenia prezes BIG InfoMonitor.
Mimo spadku nastrojów, widać, że firmy coraz lepiej radzą sobie lepiej z sytuacją gospodarczą.
– Pomimo spadku głównych wartości wskaźników, mamy pozytywny rozwój sytuacji gospodarczej: zmniejszają się zatory płatnicze, widać, że więcej przedsiębiorców ma środki, żeby nam zapłacić nasze należności. I to powoduje, że pozytywny nastrój wśród przedsiębiorców powoli się rozwija i jest on możliwy w przyszłości – ocenia prezes BIG InfoMonitor.
Z badania BIG InfoMonitor wynika także, że już od ponad 9 miesięcy powiększa się grupa firm, które otrzymały w terminie ponad 90 proc. należności. Według stanu na koniec lutego br. było to 16 proc. wszystkich badanych firm. Wciąż najlepiej swoją sytuację finansową oceniają dostawcy usług masowych, wśród których 54 proc. respondentów otrzymuje między 76 proc. a 100 proc. płatności na czas. Najwolniej płatności spływają do przedsiębiorców i przedstawicieli branży e-commerce, wśród których odpowiednio 25 proc. i 26 proc. firm otrzymuje w terminie mniej niż jedną czwartą należnych płatności.
Działalność finansowana głównie ze środków własnych
Progresu nie widać natomiast w nastawieniu firm do banków. Z raportu BIG InfoMonitor wynika, że większość badanych firm (84 proc.) wykorzystuje środki własne do finansowania działalności. Zaledwie 18 proc. ankietowanych podmiotów w tej grupie korzysta z kredytów bankowych.
Blisko jedna trzecia firm korzysta z pożyczek z banków komercyjnych, najchętniej z takiego typu finansowania działalności korzystają firmy z branży e-commerce. Równie często, choć nieznacznie rzadziej, na takie rozwiązanie decydują się przedsiębiorcy (39 proc.) oraz firmy z branży budowlanej (37 proc.). Co dziesiąta badana firma korzystała lub korzysta z usług zarówno banków komercyjnych bądź spółdzielczych, większość wybiera banki komercyjne (53 proc.), aż 22 proc. deklaruje, że w ogóle nie korzysta z usług banków.
– Spora cześć firm upatruje banki jako utrudnienie prowadzenia działalności. Większość korzysta jednak z własnych środków finansowych, co jest dość niezrozumiałe, bo korzystanie z finansowania zewnętrznego, czyli z kapitału obcego, jest zwykle bardzo dobrym i najmniej kosztownym rozwiązaniem dla firmy. Oczywiście, wiąże się z pewnym ryzykiem związanym z tym, że zaciągając zobowiązanie kredytowe czy finansowe musimy je spłacić, zresztą jak każde inne zobowiązanie. Jednak spora część firm nie korzysta z tego typu finansowania działalności. Jeśli już korzystają, to zwykle z banków komercyjnych niż spółdzielczych – podsumowuje Mariusz Hildebrand.
Polkomtel wnioskuje o unieważnienie całego przetargu na 1800 MHz
Polkomtel złożył wniosek o unieważnienie przetargu na częstotliwości z zakresu 1800 MHz, z powodu rażącego naruszenia przepisów prawa i interesów uczestników przetargu. Zgodnie ze złożonym wnioskiem rażące naruszenia wystąpiły zarówno w ramach ogłoszenia, procesu dokonywania ocen złożonych ofert oraz rozstrzygnięcia przetargu.
W złożonym wczoraj wniosku o unieważnienie podane zostały argumenty, które w sposób oczywisty podważają legalność przeprowadzonego przetargu. Zastrzeżenia budzi kwestia odrzucenia oferty nr 2 Polkomtel z powodu braku pieczątki. Niepokoi także fakt, że dokumentacja przetargowa UKE od początku faworyzowała jeden podmiot kosztem innych. Spółka wskazuje także na rażące błędy przy weryfikacji konkurencyjności uczestników przetargu oraz powierzchowną, niekompletną oraz nierzetelną opinię Prezesa UOKiK.
Na szczególną uwagę zasługuje nierówne traktowanie uczestników przetargu. Według dokumentacji przetargowej, Polkomtel, aby tak jak PTC SA, operator sieci T-Mobile zdobyć miejsca 4 i 5 musiałby zadeklarować dwa razy po 526 mln zł. Przypominamy przy tym, że PTC SA, która jak sama twierdzi ma najwięcej klientów na polskim rynku, czyli ponad 16 mln, za częstotliwości zapłaci 450 mln zł, podczas gdy Polkomtel z blisko 14 mln abonentów, aby nie tyle wygrać, ale tak jak T-Mobile zdobyć miejsca 4 i 5 musiałby zapłacić niemal 1 mld 100 mln zł, czyli 650 mln zł więcej niż koncern Deutsche Telekom.
Co więcej, dokumentacja przetargowa UKE od początku faworyzowała jedne podmioty kosztem innych. Prezes UKE konstruując warunki przetargu, od początku miał świadomość, że na ich podstawie przyzna częstotliwości konkretnej firmie. Mierniki badania poszczególnych kryteriów oceny ofert zostały skonstruowane jedynie w sposób fasadowy i pozorujący taką ocenę.
W sprawie odrzucenia jednej z ofert Polkomtelu z powodu braku pieczątki, niepokoi fakt powierzchowności działań komisji przetargowej i dowolność podejścia organu do kwestii oceny spełnienia wymogów formalnych uczestnika przetargu. We wniosku o unieważnienie bezsprzecznie udowodniliśmy błędy, jakie w tym zakresie popełniła Komisja przetargowa.
Podaliśmy powyżej jedynie wybrane argumenty. Cała nasza argumentacja zarzucająca UKE ogłoszenie, przeprowadzenie i rozstrzygnięcie przetargu w sposób rażąco naruszający prawo, zajmuje kilkadziesiąt stron. Biorąc pod uwagę powyższe, stoimy na stanowisku, że Prezes UKE jako urzędnik państwowy, który zawsze deklaruje konieczność działania zgodnie z prawem, zastosuje tę zasadę również teraz i przede wszystkim w stosunku do siebie. Jedyną decyzją zgodną z prawem, jaką może podjąć Prezes UKE jest unieważnienie przetargu.
Złoto tanieje a powrót hossy jest mało prawdopodobny
Od 1 stycznia 2013 r. cena złota spadła o ponad 100 dolarów za uncję. Podczas poniedziałkowej sesji inwestorzy płacili za uncję 1575 dolarów. Spadek ten wynika z ogólnej poprawy sytuacji na rynkach finansowych – zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i strefie euro. Sprzyja to inwestowaniu w bardziej ryzykowne aktywa, takie jak akcje. Inwestorzy natomiast stopniowo pozbywają się złota, którego głównym walorem jest bezpieczeństwo.
Tylko przez ostatni miesiąc cena złota spadła o ponad 5 proc.
– Już od dłuższego czasu wycofywali się z tego rynku ci najbardziej świadomi inwestorzy w funduszach hedgingowych. Niedawno napłynęły dane, że dotyczy to również inwestorów indywidualnych, którzy kupują złoto poprzez fundusze ETF [fundusze inwestycyjne odwzorowujące dany indeks giełdowy – red.] i oni również powoli wyprzedają swoje aktywa z funduszy. To na razie nie jest proces dramatyczny. Działają też czynniki stabilizujące ceny złota, więc nie będzie panicznej wyprzedaży, ale moim zdaniem scenariusz powolnego osuwania się ceny złota jest najbardziej prawdopodobny – prognozuje Maciej Bitner, główny ekonomista Wealth Solutions.
Hossa na rynku złota trwała aż dwanaście lat, napędzana głównie przez liberalną politykę monetarną amerykańskiego banku centralnego. Choć stojący na czele FED Ben Bernanke zwiększa ilość pieniądza na rynku, to nie ma już tak znacznego wpływu na cenę złota, jak w ubiegłych latach.
Ceny złota rosły wraz z popytem na kruszec, ponieważ pojawiało się coraz więcej zainteresowanych kupnem inwestorów.
– W 2012 roku mniej więcej co druga sztabka była kupowana w celach inwestycyjnych – tłumaczy Bitner. – Ci inwestorzy kupowali je po to, żeby za jakiś czas sprzedać z zyskiem. Póki cały czas ta grupa rośnie, to cena może się piąć do góry. Natomiast jak warunki rynkowe się zmienią i inwestorów ubędzie, to czeka nas przecena, bo ten popyt fundamentalny może złoto przyjąć, ale nie po tak wysokich cenach.
Nie oznacza to, że hossa na rynku szlachetnego kruszcu nie powróci w przyszłości. Będzie jednak ona w mniejszym stopniu wynikała z działań inwestorów, a w większym z popytu na praktyczne zastosowanie złota.
– Widzę powrót hossy wtedy, kiedy ten wzrost będzie bardziej zdrowy, kiedy wycofa się część inwestorów z tego rynku i większą część popytu z powrotem będzie stanowił popyt jubilerski, bo ten popyt gdzieś tam w tle jest – twierdzi główny ekonomista Wealth Solutions. – Gospodarka światowa się rozwija, kraje azjatyckie będą chciały kupować więcej złota, nie tylko w celach inwestycyjnych.
Zdaniem Bitnera złoto nie jest najlepszym aktywem na najbliższe lata.
– Jeżeli inwestor kupił po to, żeby mieć zupełnie bezpieczne środki, to zdecydowanie już powinien sprzedać, dlatego że to nie jest właściwa inwestycja przy takim celu inwestycyjnym – mówi analityk. – Jeśli chcemy wycofać się bezpiecznie za pół roku czy rok, to w ogóle powinniśmy od złota trzymać się z daleka, podobnie jak od rynku akcji. Natomiast jeżeli chcemy przez kilka lat zarobić, to moim zdaniem większy zarobek będzie na tradycyjnych aktywach.
Zdaniem głównego ekonomisty Wealth Solutions osoby, które mimo wszystko zdecydują się na inwestowanie w złoto, powinny nabyć raczej jednostki uczestnictwa funduszy inwestycyjnych, a nie sztabki.
– Inwestowanie w sztabki nie jest efektywną strategią, ponieważ wysokie są marże z tego tytułu, że sztabka musi być wytopiona, dostarczona, jest też marża marketingowa firm, które te sztabki oferują – przekonuje Bitner. – Dużo lepiej jest zainwestować w fundusze ETF, niestety na polskiej giełdzie takiego funduszu nie ma, ale poprzez giełdy zagraniczne można kupić fundusz, który masowo kupuje i magazynuje złoto np. w Szwajcarii czy w Londynie i nie pobiera żadnej opłaty dystrybucyjnej, natomiast za zarządzanie jest opłata na poziomie 0,2-0,3 proc. rocznie.
W przypadku zakupu sztabek problemem może być także ich przechowywanie, a także późniejsza sprzedaż.
Luty był piątym z rzędu miesiącem, w którym wartość złota spadała. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce w 1997 r.
Od nowego roku ulgi podatkowe dla najbardziej innowacyjnych firm?
To ma być prawdziwa rewolucja. Ministerstwo Gospodarki zapowiada nową ulgę podatkową dla najbardziej innowacyjnych firm. Jeżeli ta propozycja przejdzie to już od przyszłego roku będzie można odliczyć od podatku wydatki poniesione na badania i rozwój. Wicepremier i szef resortu Janusz Piechociński przyznaje, że może być trudno przekonać do tego Ministerstwo Finansów.
– Proponujemy ulgę innowacyjną. Byłyby to odpisy w podatkach CIT i PIT. Takie rozwiązania są w niektórych krajach europejskich i tam się sprawdziły – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Janusz Piechociński. – My chcemy dać nowy impuls. W ostatnich latach z funduszy publicznych, nie tylko europejskich, ale i krajowych, wprawdzie znacząco zwiększyliśmy nakłady na to, co się nazywa badania i rozwój, ale najczęściej są to sale wykładowe, laboratoria i sprzęt.
Propozycja nowej ulgi zakłada, że firma prowadząca prace badawczo-rozwojowe może skorzystać z preferencji podatkowych (przy rozliczaniu podatku dochodowego od osób fizycznych – PIT lub osób prawnych – CIT).
– Myślę, że to rozwiązanie znajdzie szersze poparcie społeczne, ponad partyjnymi podziałami. Dzisiaj jesteśmy to winni polskiej przedsiębiorczości, bo wygasają te proste przewagi konkurencyjne sprzed kilku lat, oparte o niższe ceny kapitału ludzkiego, niższe ceny energii, niższe podatki czy opłaty lokalne – wyjaśnia szef resortu gospodarki.
Ministerstwo Gospodarki, w którym powstał projekt, chce, by ulga obowiązywała od początku 2014 roku. Jest to część Programu Rozwoju Przedsiębiorstw do 2020 roku, który wpisuje się w nowy budżet Unii Europejskiej. Dzięki nowej uldze zwiększyć się ma innowacyjność polskich firm.
– Chcielibyśmy, aby na styku poprzedniej i nowej perspektywy finansowania unijnego odwrócić proporcje. Aby były to wspólne wystąpienia przedsiębiorczości polskiej oraz nauki, które bardzo szybko, w odstępie kilku albo kilkunastu miesięcy pojawią się w realnej produkcji jako zaimplementowane wynalazki czy rozwiązania techniczne – zapowiada Janusz Piechociński w czasie targów CeBIT w Hanowerze, których Polska jest partnerem strategicznym, a Ministerstwo Gospodarki i Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości współorganizatorami.
Projekt znajduje się obecnie na etapie konsultacji międzyresortowych. Jeżeli poszczególne ministerstwa nie będą zgłaszały większych wątpliwości, to powinien on w drugiej połowie roku przejść całą ścieżkę legislacyjną i wejść w życie wraz z 2014 rokiem. Minister gospodarki obawia się jednak, że zastrzeżenia mogą pojawić się w Ministerstwie Finansów. Nowa ulga wiązałaby się bowiem z uszczupleniem wpływów do budżetu państwa.
– Zapewne będzie to pole sporu z tymi, którzy w rządzie pilnują dochodów budżetowych. Ale w ramach równowagi gospodarczej nie wolno tylko oszczędzać, trzeba też inwestować. Inwestowanie w rozwój i praktyczne wdrażanie na co dzień innowacyjności w usługach i przemyśle jest jedyną szansą odbudowania większej niż dotąd konkurencyjności polskiej gospodarki – podkreśla wicepremier.
Dziś firmy, które decydują się na inwestowanie w badania, by zwiększyć jakość swoich produktów, mogą zaliczyć poniesione wydatki do kosztów uzyskania przychodu, ale nie mogą skorzystać z ulg za tworzenie innowacyjnych produktów.
Postęp technologiczny powoduje, że media publiczne straciły przewagę w jakości treści
Media publiczne straciły przewagę nad prywatnymi pod względem jakości treści – uważa były prezes TVP Robert Kwiatkowski. Konkurencja i brak dobrych programów powodują fatalną kondycję finansową państwowego nadawcy. Wiadomo, że tylko w okresie od stycznia do listopada 2012 r. TVP straciła 150 mln zł netto. Oficjalne wyniki za cały 2012 r. TVP ma podać pod koniec marca.
– Wyniki są rzeczywiście alarmujące, bo strata przekracza tę, którą miał LOT. Dramatem byłaby utrata płynności, mam nadzieję, że do tego nie dojdzie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Robert Kwiatkowski, były prezes TVP. Nie chce jednak oceniać Juliusza Brauna, który jest prezesem spółki od 2011 r. Podkreśla, że niedługo miną dwa lata jego prezesury i jest to dobry moment na ocenę, ale powinna ona wyjść ze strony rady nadzorczej.
Kwiatkowski przyznaje, że media publiczne w coraz mniejszym stopniu mogą rywalizować z nadawcami prywatnymi. Podkreśla jednak, że problemem jest nie tylko siła konkurencji, ale i przestarzały model funkcjonowania nadawców publicznych.
– Zmiana technologii stawia pod znakiem zapytania sens funkcjonowania rozgłośni radiowych, regionalnych, w składzie stu czy stu kilkudziesięciu pracowników – mówi były prezes TVP.
Kwiatkowski dobrze wspomina jednak okres własnej prezesury w latach 1998-2004. Przypomina, że podjął wtedy trudną decyzję o zwolnieniu 2 tys. ludzi, czyli jedną trzecią pracowników. Podkreśla, że nie był to łatwy proces, jednak zmiany były konieczne dla reformy TVP. Były prezes uważa, że pomimo pojawiającej się krytyki widzowie dobrze wspominają lata jego urzędowania.
– Udało się zwiększyć udziały w rynku, mieliśmy masę premierowych produkcji. Oczywiście, krytyki nigdy nie brakowało, ale ja jestem dumny z tego, co osiągnąłem – mówi Robert Kwiatkowski.
Polska strategicznym partnerem CeBIT 2013
Ponad 200 wystawców z Polski weźmie udział w tegorocznych targach CeBIT. Kolejnych 100 przedsiębiorców uczestniczy będzie w tzw. giełdzie kooperacyjnej, gdzie nawiązywane są nowe kontakty biznesowe. Są wśród nich najróżniejsi przedstawiciele sektora ICT (technologii informacyjnych i komunikacyjnych) – od twórców oprogramowania, przez firmy logistyczne, po operatorów pocztowych. Strona polska zorganizuje około 700 spotkań z biznesmenami i organizacjami przedsiębiorców.
– Na CeBIT będzie wszystko: hardware, software, usługi, logistyka – wymienia wiceminister gospodarki Dariusz Bogdan. – Od Instytutu Logistyki i Magazynowania który będzie pokazywał świetne rozwiązania, poprzez InPost, operatora pocztowego, który zapewnia również logistykę, poprzez Oktawave, czyli polską wielka chmura obliczeniowa, aż po duże rozwiązania software i to, co oferujemy jako Polska samej administracji publicznej, czyli usługi – dodaje wiceminister w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.
Podczas targów odbędą się nie tylko wystawy, ale także spotkania i seminaria. Tegoroczny CeBIT jest dla Polski szczególnie ważny, ponieważ w tym roku Polska jest partnerem strategicznym tych targów.
– Chcemy zaprezentować wszystko to, co w Polsce jest najlepsze – mówi Dariusz Bogdan. – Chcemy pokazać, że Polska to kraj nowych technologii. Chociaż zwykle dla wielu państw kojarzymy się przede wszystkim z węglem, to jeśli bliżej się temu przyjrzymy, to dojedziemy do wniosku, że polski sektor ICT ma większy wpływ na PKB niż sam przemysł węglowy.
Firmy uczestniczące w CeBIT będą także brały udział w spotkaniach z partnerami na tzw. giełdzie kooperacyjnej, którą przygotowała Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości. Będzie to okazja do spotkań między średnimi i małymi firmami oraz start-upami. W targach uczestniczyć będzie wiele małych firm i mikroprzedsiębiorstw.
Targi posłużą także promocji Polski jako dobrego miejsca na inwestycje.
– Na targi jadą również strefy ekonomiczne po to, żeby pokazać, że Polska to świetny kraj do inwestowania – mówi Bogdan. – Przypomnę, że Polska została uznana w ubiegłym roku jako drugi kraj do inwestowania w UE po Niemczech.
Według wiceministra podczas targów będziemy mieli okazję pokazać inne mocne strony, m.in. chodzi tu o ukazanie Polski jako kraju rozwiniętego technologicznie i ludzi przedsiębiorczych.
– Spotykamy się z niemieckimi przedsiębiorcami, mówimy o tym jak bardzo ważne jest dla nas uczestnictwo w CeBIT, ale przede wszystkim mówimy to, że jesteśmy krajem nowoczesnym i pokazujemy nasz potencjał intelektualny i techniczny. Prezentujemy się również i przez cały rok będziemy prezentowali się w prasie i branżowej, jeżeli chodzi o ICT, ale również pozabranżowej – dodaje wiceminister gospodarki.
Polski sektor ICT (Information & Communication Technologies) jest najbardziej rozwinięty w UE, a jego szacunkowa wartość to 20 mld euro.
– Trzeba zwrócić uwagę, że rynek polski to największa dynamika i 10. miejsce na świecie. To warto podkreślać – mówi Bogdan.
Sukcesem Polski jest także wybór jej przez Niemcy na partnera strategicznego targów. Niemcy to kraj, w którym sektor ICT jest najlepiej rozwinięty, a jego wartość wynosi 150 mld euro. Strona polska nie zamierza się więc ograniczać do kilkudniowego uczestnictwa w targach, lecz wykorzystać swoją rolę partnera strategicznego niemieckich targów do celów promocyjnych.
– To jest dla nas bardzo ważne dlatego, że podkreśla nasze umiejętności, stąd przez cały rok będziemy chwalić się tym, będziemy jeździli po świecie i będziemy mówili o tym, że Niemcy wybrały Polskę jako partnera strategicznego, bo to jest dla nas ważne i pokazuje rzeczywisty potencjał – mówi wiceminister gospodarki.
Oprócz Niemiec, promocja polskiego ICT będzie się odbywać w innych krajach, takich jak USA, Chiny czy Indie.
Polscy specjaliści z branży wśród najlepszych
Największym walorem polskiego ICT jest kapitał ludzki.
– We wszystkich konkursach, które się odbywają na świecie, od konkursów Google, Microsoftu, Intela, programowania grupowego, Polacy wszędzie zajmują doskonałe miejsca, są cenionymi pracownikami w największych firmach na świecie – zauważa wiceminister. – Samych centrów BPO [Business Process Offshoring, usługi pozaprodukcyjne dla biznesu – red.] w Polsce jest 360 – dodaje.
Corocznie studia związane z ICT kończy w Polsce 40 tysięcy absolwentów. Co więcej, wyjazdy zagraniczne do pracy nie są wśród specjalistów z tej branży tak powszechne jak w innych dziedzinach. Wynika to z dobrych płac w polskich firmach działających w tym sektorze. Szczególne sukcesy Polacy odnoszą w tworzeniu gier komputerowych.
– Również na targach CeBIT będzie bardzo duży sektor gaming, reprezentowanych będzie kilkanaście polskich firm. To jest coś, w czym jesteśmy absolutnie liderami na świecie i w czym jesteśmy doceniani – przekonuje wiceminister.
Targi CeBIT (skrót od Centrum der Büro- und Informationstechnik) to jedne z największych targi Technologii Informacyjnych i Komunikacyjnych (ITC). Odbywają się w Hanowerze od 1986 r. co roku w połowie marca – w tym roku między 5 a 9 marca.
20 mld zł na inwestycje drogowe w 2013 r.
Od czasu wejścia Polski do Unii Europejskiej wkład budownictwa drogowego w branżę budowlaną rósł nieprzerwanie, osiągając w 2011 roku udział na poziomie 28%. Rok 2012 był pierwszym okresem spowolnienia, a wkład drogownictwa spadł do 22%. Najbliższe dwa lata dla branży będą raczej trudne, jednakże długoterminowy potencjał wciąż jest spory, co wynika przede wszystkim z dużych potrzeb, jakie generuje polska, wciąż niekompletna, sieć drogowa.
Według najnowszego raportu firmy badawczej PMR „Budownictwo drogowe w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2015”, po spadkowym roku 2012, kiedy to wartość rynku budownictwa drogowego skurczyła się o ok. 19%, także rok 2013 przyniesie dalszy spadek produkcji w tym segmencie – do ok. 20 mld zł. Obecnemu spowolnieniu w branży drogowej towarzyszy znaczne pogorszenie sytuacji finansowej firm wykonawczych, co jest związane z malejącą liczbą przetargów na nowe przedsięwzięcia.
Budownictwo drogowe znajduje się aktualnie w punkcie zwrotnym, a ostateczny scenariusz będzie zależał od kilku czynników. Dalszy rozwój branży może ułatwić planowana poprawa standardów współpracy między zamawiającymi a wykonawcami inwestycji. Spory toczące się pomiędzy stronami doprowadziły do rozwiązania wielu umów oraz wydłużenia terminów realizacji inwestycji. Co więcej, konieczność przeprowadzania nowych przetargów pociąga za sobą dodatkowe koszty oraz opóźnia oddawanie tras do użytku.
Obecnie stosowane praktyki, oparte o funkcjonujące zapisy prawne, przyczyniły się do upadłości wielu firm budowlanych. W 2012 roku zbankrutowało ok. 300 przedsiębiorstw parających się realizacją prac budowlanych, a jako jedną z głównych przyczyn takiego stanu rzeczy wymienia się niskie poziomy cen oferowanych przez firmy budowlane w przetargach i brak możliwości późniejszej ich waloryzacji. Nowe zasady opracowywane dla postępowań przetargowych mają wejść w życie wraz z projektami przewidywanymi na kolejny okres finansowania unijnego. Przyszłe ramy prawne mają zagwarantować bardziej zrównoważony podział ryzyk pomiędzy stronami umowy, a gwałtowne zmiany cenowe, które dla wielu przedsiębiorstw stały się powodem poważnych trudności, mają zostać zniwelowane (jeśli nie zupełnie wykluczone) poprzez zastosowanie waloryzacji cen materiałów. W trakcie ustaleń są także regulacje dotyczące kwestii podwykonawców. Istnieje zatem realna szansa, by szara strefa w budownictwie została znacznie ograniczona.
Istotnym jest fakt, iż wraz z bolesnymi doświadczeniami, rośnie świadomość podmiotów odnośnie tego, jak prowadzić dane przedsięwzięcia. O ile najbliższe lata zostaną odpowiednio wykorzystane, to jakość pracy branży drogowej ulegnie znacznej poprawie.
Kluczową kwestią, która stanowi bazę wyjściową dla dalszej sytuacji branży, jest zapewnienie środków finansowych na realizację planowanych przedsięwzięć. Według szacunków analityków PMR, obecnie na różnym etapie przygotowania znajdują się projekty o wartości ok. 85 mld zł. Jednakże, z pewnością nie uda się zrealizować wszystkich zamierzeń, a ostateczny kształt programu inwestycyjnego planowanego przez GDDKiA będzie uzależniony od porozumienia osiągniętego na szczycie UE. Wstępnie wynegocjowana wielkości budżetu na lata 2014-2020 zakładającego środki dla Polski na zbliżonym do obecnego budżetu poziomie, powinny przynieść branży inżynieryjnej kilka lat stabilnej odbudowy potencjału.
Budujący dla drogowców powinien być fakt, że GDDKiA zapowiada rozpoczynanie pierwszych przetargów w ramach nowej perspektywy już w 2013 roku. Dodatkowo, racjonalne rozłożenie tych postępowań w czasie pozwoli uniknąć spiętrzenia zadań w jednym okresie i gwałtownych zmian cenowych na rynku, co miało miejsce w przypadku pakietu inwestycyjnego na Euro 2012.
Bardzo dobrym rozwiązaniem jest również przekazywanie utrzymywania dróg w ręce prywatnych przedsiębiorców na mocy umów zawieranych na określony czas. Segment ten jest co prawda zbyt mały, by wypełnić wyrwę po wielomilionowych przetargach na roboty budowlane, jednak stanowi dodatkowy rynek dla firm wykonawczych, a przy tym generuje oszczędności dla inwestora oraz gwarantuje odpowiedni stan nawierzchni dla użytkowników. Obecnie umowy dotyczą ok. 830 km tras krajowych, natomiast docelowo mają objąć wszystkie trasy będące pod zarządem GDDKiA.
Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Budownictwo drogowe w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2015”.
Niepewna przyszłość Specjalnych Stref Ekonomicznych
Specjalne Strefy Ekonomiczne, w których przedsiębiorcy mogą prowadzić działalność na preferencyjnych warunkach, istnieją w Polsce od 1994 r. Według obecnie obowiązującego prawa zakończą one swoją działalność w 2020 r. W tej chwili Ministerstwo Gospodarki proponuje przesunięcie tego terminu o kolejne sześć lat. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte jest to konieczne, gdyż zbliżająca się data zakończenia ich funkcjonowania, już teraz powoduje zmniejszenie ich atrakcyjności w oczach nowych inwestorów.
„SSE są jednym z nielicznych dostępnych obecnie instrumentów, jakie Polska może zaoferować inwestorom. Korzyści związane z ulokowaniem inwestycji w SSE polegają na objęciu dochodów uzyskanych w SSE zwolnieniem od podatku dochodowego, oczywiście przy założeniu, że spełnione zostaną określone przepisami warunki” – wyjaśnia Magdalena Szmulewska-Wich, Dyrektor w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte. Wysokość tego zwolnienia zależna jest od lokalizacji inwestycji oraz jej wielkości (poniesionych wydatków inwestycyjnych i utworzonych miejsc pracy). Przedsiębiorca może czerpać korzyści ze zwolnienia podatkowego w dłuższym okresie czasu, zazwyczaj wielokrotnie przekraczającym czas realizacji inwestycji. Nie może to trwać jednak dłużej niż okres funkcjonowania SSE.
Zasadniczym problemem jest tymczasem to, że zgodnie z obowiązującymi przepisami SSE funkcjonować mają jedynie do końca 2020 r. Oznacza to nie tylko ograniczenia czasowe w wykorzystaniu całości dostępnego zwolnienia podatkowego dla inwestorów, którzy są właśnie w trakcie realizacji inwestycji bądź już ją zrealizowali na terenie SSE, ale przede wszystkim znacznie zmniejszenie ich atrakcyjności dla nowych inwestorów. „Dostępność ulg podatkowych nie stanowi priorytetowego kryterium dla wyboru lokalizacji inwestycji, choć w wielu wypadkach okazuje się przysłowiowym języczkiem u wagi, nie tylko dla lokalizacji, ale także dla określenia rozmiaru inwestycji czy momentu jej rozpoczęcia” – tłumaczy Magdalena Szmulewska-Wich. Tymczasem, uwzględniając okres realizacji inwestycji, jest mało prawdopodobne, aby do końca funkcjonowania SSE przypadającego na 2020 r., inwestorzy mogli zakładać osiągnięcie takich zysków z nowo zakończonej inwestycji, aby możliwość objęcia ich zwolnieniem podatkowym była przez nich postrzegana jako korzyść realną do zrealizowania.
Problem ten został już dawno zauważony przez Ministerstwo Gospodarki, które w ostatnim czasie przedstawiło propozycję przedłużenia okresu funkcjonowania SSE do roku 2026. Postulat ten spotkał się jednak ze sprzeciwem Ministra Finansów, który twierdzi, że brak jest kompleksowych analiz i badań, które pozwoliłyby obiektywnie ocenić wartość ulg podatkowych w SSE (i uszczuplających wpływy do budżetu) w porównaniu z uzyskanymi korzyściami z tytułu tych inwestycji.
Oba resorty mają teraz opracować spójne kryteria zasadności przedłużenia funkcjonowania SSE.
W jednym projektów założeń nowelizacji ustawy strefowej Minister Gospodarki zaproponował wręcz bezterminowe funkcjonowanie SSE w zamian za ograniczenie pomocy publicznej (zwolnienia podatkowego). Dla nowych inwestorów jedynym ograniczeniem byłby wówczas określony kwotowo limit pomocy wynikający z wartości inwestycji i kosztów pracy oraz tzw. współczynnika intensywności pomocy dla danej lokalizacji. „Rozwiązanie takie byłoby szczególnie pożądane z perspektywy inwestorów branż o niskiej rentowności, w tym również różnego rodzaju centrów usług wspólnych, które ze względu na charakter i liczbę tworzonych miejsc prac dla absolwentów uczelni oraz szkół średnich są w wielu miastach szczególnie pożądanym rodzajem inwestycji” – podsumowuje Magdalena Szmulewska-Wich.
Dotychczas przez 16 lat funkcjonowania SSE ponad 600 przedsiębiorców krajowych i zagranicznych zdecydowało się wybrać tereny SSE na lokalizację swoich inwestycji, a ich łączna wartość przekroczyła 80 mld złotych, tworząc i utrzymując przy tym ponad 230 tysięcy miejsc pracy*. Pomimo, że w tym momencie trudno oszacować precyzyjnie, jak brak przedłużenia SSE wywarłby wpływ na przyszłe statystyki SSE, niewątpliwie nie byłby to skutek pożądany.
Профессиональные переводчики Польша Краков
Компетентные и профессиональные люди, слушающие потребности клиентов – вот наша сила! Мы хотим быть для них профессиональным консультантом и ответственным партнёром, который старательно проанализирует их потребности и предложит наиболее оптимальное решение.
Наша миссия и цели:
Миссия: Создание бренда, связанного с качеством, своевременностью и честностью.
Наша миссия заключается в последовательной реализации программы развития и укрепления позиций на рынке переводческих услуг при полном соблюдении принципов политики качества, а также при заботливости об имидже. Кроме того её важным элементом является обеспечение клиентов услугами самого высокого качества в кратчайшие сроки.
Цели: Создать взаимную лояльность и признание, осуществляя намерения и исполняя ожидания потребителей. Целью компании, обусловленной исполнением миссии, является постоянный рост, обеспечение всех групп наших клиентов переводческими услугами самого высокого качества, а затем возможность справиться с вызовами, которые несут с собой развитие рынка переводческих услуг.
Знаем, что успех не рождается день ото дня, и поэтому, идя навстречу ожиданиям наших клиентов, на свой успех мы работаем каждый день.
Business Centre Club: Powinniśmy ratyfikować pakt fiskalny
Polska powinna popierać reformy, które mają poprawić sytuację w strefie euro, bo sama kiedyś zostanie jej członkiem – twierdzi prof. Stanisław Gomułka. Pakt fiskalny, który będzie dyscyplinował budżety państw eurolandu właśnie do tego zmierza. Dziś Sejm podczas dodatkowego posiedzenia zajmie się projektem rządowej ustawy, upoważniającej prezydenta do ratyfikacji tego dokumentu.
Podczas kilkugodzinnej debaty premier będzie przekonywać opozycję, by zgodziła się na ratyfikację paktu. Sprzeciw wyrażały dotąd Prawo i Sprawiedliwość oraz Solidarna Polska, pozostałe partie przyjęcie paktu popierają.
Pakt fiskalny jest dokumentem narzucającym na poszczególne państwa większą kontrolę dyscypliny w finansach publicznych. Określa nowe, dużo ostrzejsze sankcje za jej łamanie oraz wprowadza tzw. złotą regułę wydatkową, według której roczny deficyt nie może przekroczyć 0,5 proc. PKB. Nowe przepisy będą obowiązywały jedynie te kraje, które należą do strefy euro. Mają one zmniejszyć ryzyko wystąpienia problemów podobnych do tych, z jakimi przyszło się ostatnio mierzyć m.in. Grecji, Hiszpanii i Portugalii.
Zdaniem głównego ekonomisty BCC, pakt fiskalny jest ważnym dokumentem także z punktu widzenia krajów, które myślą o przyjęciu wspólnej, europejskiej waluty.
– Polska chce przystąpić w którymś momencie do strefy euro, ale mówimy, że przystąpimy wtedy, jak zmniejszy się znacząco ryzyko powtórzenia kryzysu w tych krajach – zauważa prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club. – Warunkiem, aby to się stało, jest właśnie lepsza koordynacja polityki fiskalnej państw w strefie euro, czyli przyjęcie paktu fiskalnego.
Lepsza koordynacja, ale też trzymanie w ryzach budżetów narodowych – to zadania paktu. Chodzi o to, by jedne kraje nie musiały płacić za błędy i nadmierne zadłużanie innych.
– Chodzi o kryteria Traktatu z Mastricht, które nadal obowiązują, tyle tylko, że w przeszłości było ponad 60 przypadków niestosowania się do tych kryteriów – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria były wiceminister finansów.
Wobec państw, które łamały postanowienia traktatu, nikt do tej pory nie wyciągał żadnych konsekwencji, nie było kar. Teraz ma się to zmienić. Profesor Gomułka podkreśla, że przyjęcie paktu fiskalnego, określane często jako rewolucyjny krok na drodze stabilizacji europejskich finansów, jest tak naprawdę konieczną korektą obowiązujących wcześniej zasad, ich uszczegółowieniem, po to, by do minimum ograniczyć ryzyko, związane z załamaniem finansów państw. Negatywne doświadczenia państw eurolandu z ostatnich kilku lat, takich jak Grecja czy Hiszpania mogą okazać się niewystarczające.
– Istnienie paktu fiskalnego jest czymś dodatkowym wobec własnego negatywnego doświadczenia, które kraje te będą pamiętać – mówi główny ekonomista BCC. – Nie powinien on przeszkadzać, ale wzmacniać tendencje do dobrego zachowania.
Pakt fiskalny nie zyskał aprobaty wszystkich członków UE. Przeciwne przyjęciu były Czechy i Wielka Brytania. Zdaniem profesora Gomułki fakt, że Brytyjczycy nie ratyfikują dokumentu nie ma dla jego powodzenia wielkiego znaczenia. Polska również nie powinna się tym sugerować. Tym bardziej, że plany Warszawy różnią się od zamierzeń Londynu, który opowiada się za utrzymaniem swojej odrębnej, narodowej waluty, nawet w przypadku uzdrowienia sytuacji w strefie euro.
Pakt fiskalny został przyjęty w marcu ub.r. Wszedł w życie 1 stycznia po ratyfikacji przez 12 z 17 państw eurolandu.
Monika Nachyła nowym prezesem zarządu banku BGŻ
Monika Nachyła jest związana z Bankiem BGŻ od lipca 2011 roku, jako jeden z dwóch niezależnych członków Rady Nadzorczej. Dodatkowo, aktywnie działała jako członek Komisji ds. Audytu Wewnętrznego w Banku BGŻ. Podczas posiedzenia Rady Nadzorczej nowo powołana prezes złożyła swoją rezygnację z pełnionych dotychczas funkcji.
– Doświadczenie zawodowe Moniki Nachyła zdobyte zarówno w sektorze finansowym podczas pracy dla funduszy typu Private Equity, jak i w trakcie zarządzania operacyjnego oraz pracy audytora, będzie kluczowe na stanowisku prezesa. Jestem przekonany że zdobywane przez 20 lat umiejętności Pani Nachyła okażą się bardzo przydatne w pełnieniu przez nią nowej roli – powiedział Alexander Pruijs, przewodniczący Rady Nadzorczej Banku BGŻ podkreślając swoje zadowolenie z nowo podjętej decyzji.
Monika Nachyła urodziła się w 1968 roku. W 1991 roku uzyskała tytuł magistra ekonomii na Wydziale Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Specjalizacja: finanse międzynarodowe i ubezpieczenia. Dodatkowo, w 2007 roku ukończyła studia podyplomowe z zakresu psychologii społecznej.
Nominacja Rady Nadzorczej wymaga akceptacji Komisji Nadzoru Finansowego. Do momentu jej uzyskania, Pani Monika Nachyła będzie pełniła obowiązki prezesa Zarządu Banku BGŻ.
Biurokracja wciąż największym hamulcem innowacyjności
Niespójna polityka państwa, małe nakłady finansowe i rozbudowana biurokracja – to zdaniem menadżerów, pytanych podczas badania Barometr Innowacji na zlecenie GE, główne przyczyny tego, że Polska nie jest postrzegana jako rynek innowacyjności. Tylko 38 proc. polskich menadżerów i 24 proc. zagranicznych oceniają polski rynek jako sprzyjający innowacyjności. Problemem jest również brak zasobów kapitałowych i niedostosowanie polskiego systemu edukacji do potrzeb rynku pracy.
Zdaniem ankietowanych menadżerów polityka rządu powinna zmierzać w kierunku pobudzania innowacyjności polskich przedsiębiorstw, i to tej aktywnej.
– Polskie firmy raczej skupiają się na wprowadzaniu istniejących już rozwiązań. Dla małych i średnich przedsiębiorstw samo słowo „innowacja” oznacza wprowadzanie rozwiązań czy też technologii, które gdzie indziej już zostały wynalezione. Więc raczej jest to działanie zachowawcze, bardziej reaktywne niż proaktywne – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Magdalena Nizik, dyrektor zarządzająca GE Engineering Design Center.
Jednocześnie aż 96 proc. szefów polskich firm uważa, że innowacyjność to jeden z najważniejszych czynników dla rozwoju biznesu. Niewiele mniej z grupy badanych zaznacza jednak, że innowacje łatwiej wprowadzać budując strategiczne partnerstwa z innymi firmami. Czynnikiem hamującym innowacje jest przede wszystkim brak kapitału, zarówno prywatnego, jak i państwowego.
– Menadżerowie uważają, że jest za mało inwestorów, za mało kapitału prywatnego, który wspierałby innowacyjność. Ale i nakłady na innowacje jako procent budżetu czy PKB w Polsce są jednymi z najniższych w Europie. Mało jest środków własnych na innowacje. W ostatnich kilku latach to się poprawiło, ponieważ Polska zyskała środki z UE. Jednakże w naszym odczuciu to nie te najbardziej innowacyjne projekty wygrywają – podkreśla Magdalena Nizik.
To wina kryteriów stosowanych w trakcie konkursów oraz podejmowania decyzji nie na podstawie stopnia innowacyjności projektów, tylko kryteriów formalnych, np. dostarczenia odpowiednich zaświadczeń. Dlatego, jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie GE, aż 81 proc. przedsiębiorców oczekuje od rządu walki z biurokracją. 63 proc. pytanych zwraca uwagę na niedostateczną ochronę w polskim prawie własności intelektualnej i poufności. Ale tylko 23 proc. oczekiwałoby od państwa wsparcia w postaci kapitału. Zamiast tego wybierają strategiczną współpracę z uczelniami.
Dla GE jednym z ważnych partnerów jet Instytut Lotnictwa Politechniki Warszawskiej.
– Takie układy przynoszą obopólne korzyści. Instytut Lotnictwa przez to, że współpracuje z partnerem prywatnym, z firmą globalną, istniejącą na globalnych rynkach, ma dostęp do światowych rozwiązań technologicznych. Widzi, co jest w tej chwili na świecie na topie, jakie jest zapotrzebowanie, co się mówi, co się robi, jakimi technologiami posługują się największe firmy. Ma również dostęp do najważniejszych i najlepszych metod zarządzania – wymienia dyrektor zarządzająca GE EDC.
Jej zdaniem, rząd powinien skupić się właśnie na tym, by promować współpracę nauki z przemysłem, spowodować, by stała się opłacalna dla uczelni i instytucji naukowych.
– Od pewnego czasu uczelnie i instytuty są oceniane w oparciu o liczbę ich publikacji. Bardzo często jednostki współpracujące z przemysłem takich publikacji nie prowadzą, bo często firma nie chce, żeby wyniki jej badań były rozpowszechnione w prasie od razu i dla wszystkich. Uczelnie nie są więc chętne, bo nie daje im to punktów w klasyfikacji instytutów. Myślę, że ocena instytucji badawczych przez rząd, przez ministerstwa, które nimi zarządzają, powinna modelować zachowanie tych instytucji i promować pewne zachowania. Na razie tego nie widzimy – dodaje Magdalena Nizik.
W ramach badania Barometru Innowacji GE 2013 ankieterzy spytali o innowacyjność 3100 dyrektorów najwyższego szczebla z 25 krajów.
e-papierosy są mniej szkodliwe od tradycyjnych, ale też mogą uzależniać
Chociaż badania nad wpływem korzystania z e-papierosów wciąż trwają, eksperci nie mają wątpliwości, że są one mniej szkodliwe niż zwykłe papierosy. Przede wszystkim nie ma w nich ponad 5,6 tysiąca związków rakotwórczych występujących w dymie papierosowym, dodatkowo nie stwarzają zagrożenia związanego z biernym paleniem. Ale eksperci z Instytutu Medycyny Pracy i Zdrowia Środowiskowego w Sosnowcu, którzy przeanalizowali dostępne wyniki badań i ankiety, przestrzegają. że papierosy elektroniczne z powodu zawartości nikotyny uzależniają podobnie jak konwencjonalne.
– Musimy porównywać bezpieczeństwo stosowania tych wyrobów do papierosów konwencjonalnych. Nie ma wątpliwości, że to są produkty o wiele bardziej bezpieczne niż zwykłe papierosy konwencjonalne – tłumaczy prof. Andrzej Sobczak, kierownik Zakładu Szkodliwości Chemicznych i Toksykologii Genetycznej w Instytucie Medycyny Pracy i Zdrowia Środowiskowego w Sosnowcu.
W Polsce po e-papierosa sięga regularnie ok. 300-350 tysięcy osób. W Wielkiej Brytanii e-palaczy jest prawie trzy razy więcej.
Przede wszystkim są one traktowane jako sposób na zerwanie z nałogiem. Ich skuteczność potwierdzają przeprowadzone w krajach zachodnioeuropejskich badania i ankiety.
– Są też nieliczne przykłady badań klinicznych, które pokazały, że osoby palące nie potrafiły rzucić palenia stosując normalne środki nikotynowej terapii zastępczej, a skutecznie rzuciły przez stosowanie papierosów elektronicznych – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prof. Andrzej Sobczak.
Podobnie jak plastry nikotynowe, gumy i inhalatory e-papierosy zawierają nikotynę i z tym wiąże się poważne zagrożenie.
– Mogą po nie sięgnąć osoby, które do tej pory nie paliły i w ten sposób się uzależnić. To jest pierwsze niebezpieczeństwo – podkreśla ekspert IMPiZŚ.
Tym bardziej, że elektroniczne papierosy są łatwo dostępne dla dzieci i młodzieży, np. w internecie. Z badań przeprowadzonych kilka miesięcy temu przez zespół profesora Sobczaka wynika, że w 14-tysięcznej grupie młodzieży licealnej i studentów co piąta osoba przynajmniej raz w życiu „zapaliła” e-papierosa. 8 proc. ankietowanych przyznało, że miała z tym urządzeniem styczność w ciągu 30 dni poprzedzających badanie.
– Drugim zagrożeniem jest fakt, że jest mnóstwo wyrobów niesprawdzonych, niewiadomego pochodzenia, bez jakichkolwiek obostrzeń na etykietach, pudełkach, wskazujących, że to jest produkt przeznaczony wyłącznie dla osób chcących rzucić palenie – mówi prof. Andrzej Sobczak.
Wiąże się to z tym, że w polskim prawie brakuje przepisów dotyczących e-papierosów. Sprzedaży nie regulują ani ustawa o ochronie zdrowia przed wyrobami tytoniowymi, ani prawo farmaceutyczne, które określa dostęp do nikotynowej terapii zastępczej.
Cały czas trwają badania nad długotrwałym wpływem e-papierosów na zdrowie człowieka. Dlatego też nie ma jednoznacznego stanowiska Światowej Organizacji Zdrowia, które mogłoby rozwiać wątpliwości.
Nad ograniczeniem dostępu do elektronicznych papierosów pracuje Komisja Europejska, choć na razie wycofała się z pomysłu, by całkowicie zakaz sprzedaży tych wyrobów.
Urząd pracy ma pomóc w znalezieniu zatrudnienia co drugiemu zarejestrowanemu bezrobotnemu
Resort pracy stawia sobie ambitny cel. Chce, by co najmniej połowa osób, które rejestrują się jako bezrobotne, znajdowała zatrudnienie. Dlatego urzędy pracy będą miały do dyspozycji nowe instrumenty walki z bezrobociem. Jedna z najważniejszych zmian to wprowadzenie doradcy klienta, który będzie pracował zarówno z osobą bezrobotną, jak i z pracodawcami. Kolejnym instrumentem jest możliwość zlecania części zadań firmom zewnętrznym.
Resort pracy kilka dni temu uruchomił konsultacje założeń do zmian w funkcjonowaniu całego systemu publicznych służb zatrudnienia. Z racji tego, że proponowane zmiany dotyczą wielu różnych podmiotów w całym kraju, proces legislacyjny może trwać długo. Choć, jak zapewnia Jacek Męcina, wiceminister pracy, założenia były przez kilka miesięcy konsultowane z urzędami pracy we wszystkich województwach, ale też agencjami prywatnymi i ekspertami.
– Liczymy, że nowe przepisy będą mogły zacząć funkcjonować od 1 stycznia 2014. Być może pewne rozwiązania wprowadzimy fakultatywnie w pierwszym roku ich funkcjonowania po to, żeby także urzędy przygotowały się do nowej rzeczywistości, aby przetestowały te rozwiązania na zasadzie fakultatywnej – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria wiceminister pracy Jacek Męcina.
Jedna zmian dotyczyć będzie zlecania części zadań firmom prywatnym agencjom zajmującym się rekrutacją.
– Chcemy, aby publiczne służby zatrudnienia mogły także zlecać aktywizację tych grup, które wymagają bardzo szerokiego wsparcia, prywatnym agencjom. Właśnie uruchomiliśmy taki pilotaż – mówi wiceminister pracy.
Pilotażowy program rozpocznie się w marcu w trzech województwach (dolnośląskim, mazowieckim i podkarpackim) i obejmie łącznie blisko 3 tysiące bezrobotnych, z tego połowa należąca do grupy długotrwale bezrobotnych. Uczestnikami pilotażu będą również kobiety, które nie wróciły na rynek pracy po urodzeniu dziecka, oraz osoby powyżej 50 roku życia i niepełnosprawni. Budżet programu to 30 mln zł z Funduszu Pracy.
Jak podkreśla wiceminister, takie rozwiązanie od 20 lat z powodzeniem funkcjonuje w Wielkiej Brytanii. Tym bardziej, że prywatne agencje są wynagradzane za znalezienie trwałego zatrudnienia dla osoby bezrobotnej.
– Dając tę swobodę chcemy jednocześnie wprowadzić nowoczesne metody pracy z bezrobotnymi. Przede wszystkim profilowanie, od dawna stosowane w wielu krajach UE, ma odpowiedzieć na pytanie, jakiego wsparcia potrzebuje poszczególna osoba bezrobotna ze względu na swój poziom kwalifikacji, ale jednocześnie, jaką motywację ma do tego, żeby znaleźć zatrudnienie – mówi Jacek Męcina.
Ministerstwo uruchomi też specjalny Program Aktywizacji i Integracji. W jego ramach osoba długotrwale bezrobotna przez 10 godzin w tygodniu będzie pracować przy pracach społecznych. Kolejne 10 godzin spędzi na zajęciach integracyjnych. Po dwóch miesiącach doradca zajmujący się bezrobotnym zdecyduje, czy klient może wrócić na rynek pracy, czy potrzebuje dalszej pomocy.
Oprócz zmian legislacyjnych, MPiPS chce także wprowadzić rankingi urzędów pracy i możliwość nagradzania najbardziej efektywnych pracowników tych urzędów.
Deutsche Telekom właściciel T-Mobile otworzy inkubator przedsiębiorczości w Krakowie
Deutsche Telekom liczy na innowacyjność Polaków i naszych sąsiadów. Już wkrótce zamierza uruchomić w Krakowie inkubator, który będzie wspierał początkujące firmy w innowacyjnej działalności, z której rezultatów sam będzie mógł korzystać. Jak dowiedziała się Agencja Informacyjna Newseria, inkubator zacznie działać w połowie roku w samym centrum Krakowa. Rekrutacja projektów już ruszyła, ale zainteresowani przedsiębiorcy z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej wciąż mogą się zgłaszać.
Z ramienia Deutsche Telekom projekt w Krakowie nadzoruje T-Mobile Polska. Przedstawiciele operatora prowadzą też rekrutacje projektów.
– Interesuje nas wszystko, co pomoże nam przyspieszyć rozwój oprogramowania mobilnego. To może być produkt czysto konsumencki, aplikacja związana z cloud computing [przetwarzaniem danych w tzw. chmurze obliczeniowej – red.], ale też liczymy na produkty potrzebne do rozwoju handlu mobilnego i płatności mobilnych. To mogą być aplikacje związane z mediami, ale też z edukacją – mówi Thomas Kiessling, dyrektor ds. produktów i innowacji w Deutsche Telekom w wywiadzie udzielonym Agencji Informacyjnej Newseria podczas Mobile World Congress 2013 w Barcelonie.
Jak zapewnia, w projekcie brane są pod uwagę wszystkie pomysły, które pozwolą zwiększyć innowacyjność firmy. Dodatkowo wszystkie stworzone dzięki wsparciu aplikacje będą dostępne dla klientów T-Mobile.
– To będzie pewnego rodzaju inkubator w takim sensie, że będziemy inwestować w start-upy. To będzie finansowanie zalążkowe, tzw. seed funding, przy pomocy naszego funduszu venture capital, czyli T-Venture – wyjaśnia Thomas Kiessling.
W tym roku Deutsche Telekom chce zrealizować pięć pierwszych projektów.
– To oznacza pięć firm, które chcemy sfinansować i pomóc im się rozwijać – mówi dyrektor w Deutsche Telekom. – Na bardzo wstępnym etapie przeznaczamy 30 tysięcy euro wsparcia na jedną firmę, ale to nie jest limitowane. Będziemy inwestować więcej w zależności od osiągniętych wyników na kolejnych etapach.
Kiessling dodaje, że dopiero po przeglądzie pierwszych efektów działalności pod koniec roku spółka będzie robić plany na kolejny rok.
Podkreśla, że projekt skierowany jest nie tylko dla przedsiębiorców z Polski. O dofinansowanie mogą się ubiegać również firmy z innych państw regionu Europy Wschodniej. Podobny inkubator działa już w Berlinie, ale – jak wyjaśnia Kiessling – jego działalność koncentruje się głównie na reklamie i mediach.
– W Krakowie chcielibyśmy rozwijać lokalnych, regionalnych przedsiębiorców, którzy nawet nie są znani w międzynarodowym środowisku – mówi dyrektor ds. produktów i innowacji w Deutsche Telekom. – Wybraliśmy Kraków, ponieważ tu jest świetne otoczenie dla przedsiębiorców, to miasto średniej wielkości, i dlatego jest tu wiele zrozumienia dla potrzeb biznesu w tej części Europy, które są zupełnie inne niż w takich lokalizacjach jak Niemcy, Wielka Brytania czy Francja.
Kurczy się rynek IT. Firmy handlujące sprzętem walczą o utrzymanie swoich pozycji.
Trudna sytuacja na rynku sprzedaży sprzętu IT. Dystrybutorzy komputerów, drukarek, monitorów i sprzętu telekomunikacyjnego narzekają na znaczący spadek sprzedaży, zauważalny przede wszystkim w sektorze biznesowym. Ratunkiem – jak w przypadku Komputronika – może być zmiana polityki cenowej.
Firmy niepewne przyszłości wstrzymują się z zakupami sprzętu IT, czekają również na kolejną turę środków unijnych z nowej perspektywy finansowej. Jak podkreśla Wojciech Buczkowski, prezes Komputronika, w takiej sytuacji szansą dla branży IT jest oferowanie usług zewnętrznych. Tym bardziej, że outsourcing niektórych usług staje się dziś coraz popularniejszym sposobem na ograniczanie kosztów w przedsiębiorstwach.
– To m.in. outsourcing druku, czyli możliwość wynajęcia zewnętrznej firmy, która dostarczy urządzenia drukujące i będzie pobierać opłaty tylko za jeden wydruk. Oszczędności sięgają 30-40 proc. – tłumaczy Wojciech Buczkowski w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.
Innym przykładem są systemy do elektronicznego obiegu dokumentów, które ograniczają ilość zużytego papieru, ale i przyspieszają przepływ informacji i usprawniają proces podejmowania decyzji.
Otoczenie rynkowe powoduje, że ostatnie miesiące były dla dystrybutorów sprzętu elektronicznego trudne.
– Podjęliśmy decyzję, że wykorzystamy tę szansę, jaką daje trudniejszy rynek i trudniejsza sytuacja sprzedażowa naszych konkurentów. Było nas stać na to, żeby obniżyć marże – mówi Wojciech Buczkowski, prezes firmy Komputronik.
Tym samym sprzedaż znacząco wzrosła, co zrekompensowało spadek marży.
– Notujemy teraz bardzo dużą dynamikę wzrostu sprzedaży, zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i partnerskich naszej sieci, jak również w sprzedaży internetowej – tłumaczy szef Komputronika.
Nowe kierunki
Dużym zainteresowaniem wciąż cieszą się notebooki, szczególnie ultrabooki, nowe, cienkie urządzenia o wydajnej baterii, poprawiające komfort pracy. Systematycznie zwiększa się sprzedaż tabletów. W ubiegłym wzrosła roku 3,5-krotnie. Prognozy na ten rok mówią o podwojeniu wyników sprzedaży. Przyszłość rynku należy również do smartfonów.
– Tutaj sprzedaż rośnie nawet nastokrotnie w naszym przypadku – mówi Wojciech Buczkowski. – Spodziewamy się, że eksplozja popularności tego sprzętu również przyniesie nam dodatkowy strumień przychodu.
Tym bardziej, że firma zamierza dalej wychodzić „na zewnątrz”, to znaczy prowadzić swoją działalność handlową na innych rynkach. Poprzez spółkę K24 jest już obecna w Czechach i Słowacji. Wprawdzie u naszych południowych sąsiadów kryzys dał się mocno we znaki branży IT – rynek czeski skurczył się o 25 proc. – władze Komputronika wierzą w ekspansję u naszych południowych sąsiadów.
– Jestem przekonany, że są to przejściowe problemy – mówi prezes firmy. – Spółka jest bardzo efektywna, tania w utrzymaniu, więc przetrwanie tej sytuacji nie stanowi dla nas problemu.
Kolejnym krokiem będzie zaistnienie na rynkach Europy Zachodniej. Głównie poprzez internetowe platformy handlowe.
– Wierzymy w to, że regionalna sprzedaż w internecie będzie sposobem sprzedaży najbardziej odpornym na zawirowania rynkowe i będziemy mogli korzystać z różnic cenowych w różnych asortymentach występujących w różnych krajach, więc chcemy tę spółkę rozwijać – tłumaczy Buczkowski.
Polacy coraz częściej wybierają rejsy wycieczkowe
Na całym świecie rocznie na rejsy wycieczkowe udaje się ponad 20 milionów osób, z czego Polacy to wciąż zaledwie od 6 do 12 tysięcy. Rynek jednak rozwija się dynamicznie. Jako wyjazdy motywacyjne w rejsy wycieczkowe swoich pracowników wysyłają zagraniczne firmy, ale coraz chętniej udają się w nie także klienci indywidualni.
– Największe statki wycieczkowe zabierają na pokład ponad 6 tys. osób, gdzie 2 tys. osób to sama załoga, która obsługuje gości – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Maciej Szymański, prezes firmy Veniti S.A., właściciela serwisu kruzy.pl.
Rozwojowi rynku sprzyjają promocje. Dzięki pojawiającym się kilka razy w roku specjalnym ofertom, na ośmiodniowy rejs wycieczkowy można popłynąć za tysiąc złotych. Takie ceny dotyczą nawet najbardziej luksusowych statków, porównywalnych standardem do cztero- i pięciogwiazdkowych hoteli.
Drugim czynnikiem sprzyjającym wzrostowi tego rynku są wyjazdy motywacyjne. Zagraniczne koncerny, które mają swoje oddziały w Polsce, chętnie zapraszają pracowników na właśnie tego typu podróże.
– Rejsy wycieczkowe nie bez powodu nazywam wakacjami bez pakowania. Kupując taką wycieczkę można popłynąć np. w rejs po basenie Morza Śródziemnego, budzić się codziennie w innym porcie, zwiedzać przez cały dzień, a w nocy rozkoszować się rozrywkami na statku – wyjaśnia Maciej Szymański i dodaje: – Takie statki to w zasadzie pływające miasteczka. Są na nich baseny, kasyna, kina, sale koncertowe, ściany wspinaczkowe i wiele innych zaskakujących atrakcji.
Statystyki mówią, że w 2013 r. w podróż statkiem wycieczkowym uda się na całym świecie niemal 21 milionów osób. Najwięcej spośród nich to Amerykanie – około 11,7 miliona. W Europie w ten sposób najchętniej wypoczywają Brytyjczycy (1,7 miliona) oraz Niemcy (1,4 miliona). W ciągu najbliższych czterech lat liczba osób wybierających ten sposób wypoczynku może wzrosnąć nawet do prawie 24 milionów rocznie. Choć statystyki wskazują, że najchętniej w rejs udają się starsi, zamożni turyści, Maciej Szymański podkreśla, że oferta jest skierowana do wszystkich.
– Praktycznie nie ma żadnych ograniczeń, na rejsy wyjeżdżają zarówno osoby młode, osoby z rodzinami, ludzie starsi – mówi prezes Veniti S.A.
Według statystyk Cruise Market Watch łączna pojemność statków wycieczkowych na świecie to ok. 440 tys. osób. Niekwestionowanymi liderami rynku są koncerny Carnival Corporation (48,4 proc. udziału jako cały koncern) oraz Royal Carribean (23,3 proc.). Do tego drugiego koncernu należą dwa największe, siostrzane statki wycieczkowe świata: MS Allure of the Seas i MS Oasis of the Seas. Obydwa mają 362 m długości, 72 m wysokości ponad lustrem wody oraz mogą maksymalnie zabrać6296 pasażerów na 16 pokładów.
Przeciętnie turysta biorący udział w rejsie wycieczkowym wydaje ok. 1728 dolarów, czyli ok. 5400 zł. Większość z tej kwoty stanowi cena biletu, kształtująca się średnio na poziomie 1300 dolarów (ok. 4000 zł).
Na raczkującym polskim rynku rejsów wycieczkowych Veniti S.A. jest jednym z liderów.
– Stworzyliśmy silny ekspercki dział, który zajmuje się u nas wyjazdami motywacyjnymi. Specjalizujemy się też w wyjazdach motywacyjnych na pokładzie statków wycieczkowych – podkreśla Maciej Szymański.
Firma Veniti S.A., właściciel m.in portalu kruzy.pl, sprzedaje rejsy na statkach należących między innymi do firm Carnival Cruise Line, Costa Cruises oraz MSC Cruises. Oferta obejmuje cały świat, w tym Morze Śródziemne, norweskie fiordy oraz Karaiby. Notowana na rynku New Connect spółka osiąga dobre wyniki.
– W ostatnim kwartale udało nam się osiągnąć break point. Czwarty kwartał 2012 roku to ponad 230 tys. złotych zysku netto przy poziomie sprzedaży 1,3 mln. Te wyniki są konsekwencją realizowanej przez nas strategii, polegającej na zbudowaniu silnej firmy, która specjalizuje się w niszach turystycznych – podkreśla Szymański.
Prezes Veniti S.A. mówi, że jego firma wyspecjalizowała się w rynkach o wysokim potencjale rozwoju. Stąd między innymi koncentracja na wyjazdach motywacyjnych. Maciej Szymański jest przekonany, że ułatwiona sprzedaż tego typu wyjazdów pomoże w dynamicznym rozwoju rynku.
– W momencie, kiedy wdrożymy naszą ofertę online do standardowych systemów multiagencyjnych, z których agenci korzystają na co dzień, jestem przekonany, że łatwość sprzedaży, dostępność, aktualność oferty spowoduje, że agenci dużo chętniej będą sięgali po ten produkt – przekonuje prezes Veniti S.A i dodaje, że wysokie marże powinny zachęcić agentów do sprzedaży rejsów wycieczkowych.
Państwo będzie nadzorować treści audiowizualne w internecie
Wchodząca dziś w życie nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji w znacznej mierze dotyczy nadawców usług audiowizualnych na żądanie, nakładając na nich wiele obowiązków i ograniczeń. Według Marka Skrobackiego, eksperta w dziedzinie prawa medialnego z Kancelarii MDDP Sobońska, Olkiewicz i Wspólnicy – są to wprowadzane „tylnymi drzwiami” regulacje podobne do ACTA.
Nowelizacja mówi o tym, że taki dostawca treści audiowizualnych kształtuje katalog audycji samodzielnie i ponosi odpowiedzialność za jego treść, ale także wprowadza wiele warunków, jakie musi on spełnić. Przykładowo, nowelizacja zobowiązuje dostawcę usług na żądanie do oznaczania audycji oznaczeniami kategorii wiekowych, zapewniania odpowiedniego udziału audycji europejskich, przystosowywania audycji do potrzeb osób niepełnosprawnych czy przechowywania kopii audycji przez 28 dni. Dostawcy usług VOD (wideo na życzenie) mają obowiązek składania do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji corocznego sprawozdania.
– Przełomowym dla wielu firm tematem będzie to, że w ogóle będzie ich ktoś nadzorował. Praktyka tych nadawców klasycznych, telewizyjnych jest taka, że muszą mieć rozbudowane działy prawne, które raportują co miesiąc, co kwartał, co roku i część z tych obowiązków będzie dotykać takich, którzy działają np. w garażu w swoim domu i nagrywali własne filmy wideo. Niestety, może do nich przyjść Krajowa Rada i powiedzieć: nie wypełniasz dobrze pewnych obowiązków, płać mi karę – tłumaczy ekspert. – Wiele zależy od praktyki organu regulacyjnego. Dzisiaj jego moce są ograniczone, ale potencjalnie może mieć więcej aktywności i wtedy trafi do każdego.
Obowiązująca od dziś nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji jest dostosowaniem polskiego prawa do unijnej dyrektywy o audiowizualnych usługach medialnych. Wprowadza między innymi zasady nadawania audiowizualnych usług medialnych na żądanie.
– Audiowizualna usługa medialna na żądanie to tak naprawdę wideo na żądanie, dostarczane wszelkimi kanałami. Chodzi zatem o wszystkie klasyczne i znane ludziom formy: za pomocą operatorów telewizji kablowych, satelitarnych, ale też internetowych, czyli np. Iplex, Kinoplex, Ipla, ale też wszystkie inne kanały, dlatego że definicja w ustawie jest pojemna i wszystko zależy od praktyki – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Marek Skrobacki, radca prawny z Kancelarii MDDP Sobońska Olkiewicz i Wspólnicy.
To drugie ACTA?
Mecenas Marek Skrobacki podkreśla, że nowelizacja wprowadza bowiem wiele uciążliwych obowiązków dla nadawców audiowizualnej usługi medialnej na żądanie, jak choćby obowiązek nadawania określonej ilości programów europejskich. Dostawcy będą mieli obowiązek przeznaczania co najmniej 20 proc. zawartości katalogu na audycje europejskie, w tym wytworzone pierwotnie w języku polskim oraz odpowiedniego wyeksponowania tych audycji.
– Mieliśmy do czynienia z ACTA, ludzie protestowali, a teraz tylnymi drzwiami wprowadza się coś podobnego, czyli nadzór państwa nad wszelką działalnością audiowizualną, także w internecie. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji będzie organem nadzorczym. Każdy będzie miał obowiązek do niej przyjść. Trzeba będzie oznaczać programy, czy są dla dorosłych, dla dzieci, nie będzie można reklamować papierosów, alkoholu, co jest słuszne. Ale bardziej bolesnym dla dostawców usług elementem będzie kwestia zapewnienia odpowiedniej ilości programów polskich i europejskich – mówi Marek Skrobacki.
Nowelizacja zabrania publicznego udostępniania treści na żądanie przeznaczonych dla dorosłych bez stosowania zabezpieczeń technicznych lub innych odpowiednich środków, mających na celu ochronę małoletnich przed ich odbiorem. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, w porozumieniu z ministrem administracji i cyfryzacji, będzie mogła określić, w drodze rozporządzenia, szczegółowe warunki, jakie muszą spełniać takie zabezpieczenia.
Nowe przepisy to także możliwość wprowadzenia kar dla nadawców, którzy nie przestrzegają nałożonych ustawą obowiązków.
– Krajowa Rada może nakładać więcej niż dotychczas kar na dostawców. Na pewno na pierwszy rzut pójdą ci, którzy są najwięksi, ale oni sobie dadzą radę, bo są do tego przygotowani i mają potencjał organizacyjny. Często mają zaplecze w postaci tego nadawcy klasycznego, telewizyjnego. Natomiast w największej biedzie są ci mniejsi dostawcy. Ale zapewne jedni i drudzy nie są w sytuacji bez wyjścia – uważa Marek Skrobacki.
Ucieczka za granicę
Wyjściem z tej sytuacji dla nadawców może być możliwość rejestrowania się w innych krajach, gdzie przepisy nie są tak restrykcyjne. Na przykład w Dani czy w Niemczech nadawcy nie muszą rejestrować serwisów na żądanie ani spełniać kryteriów udziału kwot programów europejskich w katalogu.
– Serwisy prowadzące takie usługi wycofają się z Polski i będą je prowadzić z zagranicy. Ustawa wprowadzając różne restrykcje i obowiązki jest otwarta „od góry”. To znaczy, że pozwala wszystkim podmiotom, szczególnie europejskim, prowadzić działalność nadawczą na terenie Polski. I tak samo w zakresie usług medialnych na żądanie, czyli VOD. Nie ma problemu, żeby firma prowadząca takie usługi głównie w internecie była zarejestrowana w Czechach, na Węgrzech, nawet w Niemczech i nie podlegała nadzorowi Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz dodatkowym obowiązkom wynikającym z nowelizacji – tłumaczy mecenas Skrobacki.
Podkreśla równocześnie, że wchodzące dziś w życie zmiany to powrót do tego, co wzbudziło protest tego typu usługodawców w 2011 r.
– To jest drugie podejście do wprowadzenia tych kontrowersyjnych rozwiązań. Pierwsza partia przepisów wprowadzających dyrektywy o usługach medialnych została uchwalona przez Sejm w 2011 roku i wtedy znajdowały się tam także przepisy dotyczące wideo na żądanie. Wtedy środowisko internetowe bardzo się zbuntowało i zasypało Sejm i Senat wielką ilością protestów, apeli, petycji, po których Senat wykreślił te przepisy. Natomiast minęły dwa lata i te przepisy wróciły. Nie wiem dlaczego nie wzbudziły w tej chwili tyle kontrowersji, natomiast co do zasady sytuacja jest identyczna – dodaje mecenas Skrobacki.
Nowe przepisy o dietach i innych należnościach za podróże służbowe
Dziś wchodzi w życie rozporządzenie ministra pracy i polityki społecznej w sprawie wysokości oraz warunków ustalania pracownikom diet z tytułu krajowych oraz zagranicznych podróży służbowych. Zgodnie z nowymi przepisami wzrasta wysokość diety do 30 zł za dobę podróży krajowej. Nowe przepisy wyjaśniają pracodawcom wiele niejasności, m.in. jakie jest prawo pracownika do diety, gdy podczas podróży służbowej miał zapewnione w części wyżywienie.
Wchodzące w życie 1 marca br. rozporządzenie ministra pracy i polityki społecznej przewiduje, że pracownikowi z tytułu podróży krajowej oraz podróży zagranicznej, odbywanej w terminie i miejscu określonym przez pracodawcę, przysługują: diety, zwrot kosztów przejazdów, dojazdów środkami komunikacji miejscowej, noclegów oraz innych niezbędnych udokumentowanych uzasadnionych wydatków.
Pracownik ma – według nowych przepisów – prawo do zwrotu kosztów przejazdu w wysokości udokumentowanej biletami lub fakturami obejmującymi cenę biletu, wraz ze związanymi z nimi opłatami dodatkowymi, w tym miejscówkami, z uwzględnieniem posiadanej przez pracownika ulgi na dany środek transportu. Na wniosek pracownika pracodawca może wyrazić zgodę na przejazd w podróży krajowej lub podróży zagranicznej samochodem osobowym, motocyklem lub motorowerem niebędącym własnością pracodawcy.
Pracownik ma obowiązek rozliczenia kosztów podróży krajowej lub podróży zagranicznej nie później niż w terminie 14 dni od dnia zakończenia tej podróży.
– Obowiązujące od 1 marca br. rozporządzenie ministra pracy to zintegrowanie dotychczas dwóch istniejących rozporządzeń, odrębnych dla podróży zagranicznych i krajowych. Do tej pory pracodawcy pracowali na dwóch dokumentach, które były nie do końca spójne. W tej chwili będzie jeden dokument, łatwiejszy do obsługi i do pracy dla pracodawców – mówi Agencji Informacyjnej Newseria mecenas Karolina Stawicka, ekspert prawa pracy z Kancelarii Bird & Bird.
Jedna z największych zmian to wzrost diety za dobę w podroży krajowej, jak też w podróżach zagranicznych.
– W podróżach krajowych ten wzrost jest mniej więcej o 30 proc. – z 23 na 30 złotych. W zagranicznych podróżach zależy to od państwa. Jest cała tabela państw, która stanowi załącznik do rozporządzenia i każdy pracodawca musi zajrzeć do rozporządzenia i zobaczyć, jaki jest limit na diety, jaki jest limit na zakwaterowanie w poszczególnych państwach – wyjaśnia Karolina Stawicka.
Należność z tytułu diet oblicza się za czas od rozpoczęcia podróży krajowej (wyjazdu) do powrotu (przyjazdu) po wykonaniu zadania służbowego.
– Między innymi dookreślona została długość trwania doby, za którą przysługuje dieta. Jeżeli pracownik wyjeżdża na wyjazd poniżej 8 godzin, dieta wtedy w ogóle nie obowiązuje. Do tej pory było to niejasne. Powyżej 8 godzin przysługuje dieta w 50 procentach, jeżeli podróż trwa do 12 godzin, a powyżej 12 godzin – przysługuje pełna dieta. Inną konsekwencją podwyższenia limitów diety krajowej dziennej do 30 złotych jest to, że wzrosną również ryczałty komunikacyjny i hotelowy – wyjaśnia Karolina Stawicka.
Rozporządzenie przewiduje też, że za każdą dobę podróży zagranicznej przysługuje dieta w pełnej wysokości. Za niepełną dobę podróży zagranicznej: do 8 godzin – przysługuje 1/3 diety, ponad 8 do 12 godzin – przysługuje 50 proc. diety, ponad 12 godzin – przysługuje dieta w pełnej wysokości.
Wyższe diety to niższe podatki
Ekspertka mówi, że korzyść z nowych przepisów odczują zarówno pracodawcy, jak i pracownicy.
– Będzie ona dotyczyła przede wszystkim opodatkowania. Ponieważ dieta jest wyższa, pracownik nie będzie musiał płacić podatku do kwoty diety. Będzie miał większą możliwość gospodarowania funduszem, nadal znikomym, który będzie do jego dyspozycji w czasie podróży służbowej. Z kolei dla pracodawcy będzie to wyższy koszt. W związku z tym jego podatek ulegnie obniżeniu – wyjaśnia ekspertka prawa pracy.
Rozporządzenie precyzuje też wiele kwestii, związanych z rozliczaniem należności z tytułu podróży służbowych, które na podstawie dotychczas obowiązujących przepisów budziły wątpliwości pracodawców i pracowników. Chodzi tu np. o to, czy trzeba wypłacić dietę, jeżeli pracownik miał zapewnione częściowe wyżywienie podczas podroży służbowej. Rozporządzenie przewiduje, że w takim wypadku kwota diety będzie zmniejszana o koszt zapewnionego bezpłatnego wyżywienia, także w przypadku korzystania przez pracownika z usługi hotelarskiej, w ramach której zapewniono wyżywienie.
– W chwili obecnej rozporządzenie wyraźnie określa, w przypadku częściowego wyżywienia w czasie delegacji, ile dodatkowo należy wypłacić z diet. I tak kwotę diety zmniejsza się o koszt zapewnionego bezpłatnego wyżywienia przyjmując, że każdy posiłek stanowi odpowiednio: śniadanie – 25 proc. diety, obiad – 50 proc. diety, kolacja – 25 proc. diety. Czyli pracownik ma szansę uzupełnienia w diecie ponad to, co będzie miał zagwarantowane – tłumaczy ekspertka.
Do rozliczenia kosztów podróży pracownik będzie musiał dołączyć dokumenty, np. rachunki, faktury lub bilety potwierdzające poszczególne wydatki; nie dotyczy to diet oraz wydatków objętych ryczałtami. Jeżeli przedstawienie dokumentu nie będzie możliwe, pracownik złoży pisemne oświadczenie o dokonanym wydatku i przyczynach braku jego udokumentowania.
PKO BP planuje rozwój przez fuzje i przejęcia. Myśli o Banku Millennium i Banku Pocztowym
Bank PKO BP rozważa kolejne fuzje i przejęcia, jeśli na polskim rynku usług finansowych pojawią się okazje korzystnych transakcji. Ze względu na strategiczne plany banku, który chce powiększyć portfel zamożnych klientów z dużych miast, dobrym kandydatem jest Bank Millennium. PKO BP złożył także nową ofertę Bankowi Pocztowemu.
ZETO Bydgoszcz dołącza do Asseco
18 lutego 2013 r. została sfinalizowana transakcja zakupu 2 936 sztuk akcji Przedsiębiorstwa Informatyki ZETO Bydgoszcz S.A. przez jednoosobową spółkę Asseco Systems S.A. Wartość nominalna jednej akcji wyniosła 800 zł. Nabyte akcje stanowią 100 proc. kapitału zakładowego ZETO Bydgoszcz i dają prawo do 100 proc. głosów na walnym zgromadzeniu tej spółki.
Spółka ZETO Bydgoszcz jest obecna na polskim rynku od 45 lat. Dostarcza kompleksowe usługi informatyczne dla sektora ubezpieczeń społecznych, administracji publicznej oraz przemysłu. Koncentruje się głównie na usługach outsourcingu IT, tworzeniu i rozwoju własnego oprogramowania, dostawie oraz integracji nowoczesnych technologii informatycznych. Do kluczowych klientów spółki należą między innymi ZUS, KRUS, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, Kujawsko-Pomorskie Centrum Zdrowia Publicznego, Pierwszy Urząd Skarbowy w Bydgoszczy oraz Wojskowe Zakłady Lotnicze Nr 2 w Bydgoszczy. Spółka dostarcza również wysokiej jakości zintegrowane rozwiązania klasy ERP dla średnich i małych przedsiębiorstw. W 2011 roku spółka osiągnęła przychody w wysokości 35,5 mln zł i wypracowała 9,4 mln zł zysku. Spółka zatrudnia 127 osób.
Działalność ZETO Bydgoszcz wpisuje się w strategię Grupy Asseco w zakresie budowy ogólnopolskiego podmiotu koncentrującego się na rynkach lokalnych, który świadczy usługi informatyczne związane z przetwarzaniem danych, outsourcingiem oraz kompleksowe usługi w obszarze infrastruktury sprzętowo-sieciowej, systemów bezpieczeństwa, instalacji teletechnicznych i okablowania strukturalnego.
Spółki integracyjne wiodące w poszczególnych regionach kraju zostaną zgrupowane przez holding Asseco Systems S.A.
Smartfony, laptopy i tablety kluczem do wzrostu wydajności
W ciągu ostatnich 25 lat produktywność amerykańskiej administracji znacząco spadła, podczas gdy w sektorze prywatnym w tym samym czasie wzrosła aż o ponad 50 proc. Firmy prywatne „produkują” średnio 62,7 dolara na godzinę, a instytucje rządowe jedynie 34,5 dolara. Problem dotyczy również Europy. Aby zniwelować tę różnicę rządy państw powinny w jak najszerszej skali implementować nowoczesne technologie, a przede wszystkim urządzenia mobilne. To najważniejsze wnioski z globalnego raportu „Gov on the Go. Boosting Public-Sector Productivity by Going Mobile” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.
Policjant sprawdzający w swoim tablecie, czy posiadamy ubezpieczenie OC (w przypadku, gdy zapomnieliśmy zabrać ze sobą dowodu opłacenia polisy)? Ważna decyzja administracyjna, którą odczytujemy w smartfonie, a nie otrzymujemy listem poleconym? Takie udogodnienia brzmią dziś jak mało realne marzenie fana e-administracji. Jednak rewolucja cyfrowa w sektorze publicznym nie jest wcale tak odległą perspektywą.
Według danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) koszty administracji publicznej w badanych 34 krajach wzrosły średnio z 20,9 proc. PKB w 2000 r. do 23,3 proc. w 2009 r. W Wielkiej Brytanii w ciągu dziesięciu lat (1997-2007) produktywność w sektorze publicznym spadała średnio o 0,3 proc. rocznie, podczas gdy w firmach prywatnych rosła o 2,3 proc. W całej Europie pomiędzy 1990 a 2000 rokiem wydajność w biznesie wzrosła trzy razy szybciej niż w sektorze publicznym. „Skąd tak duże różnice? Ostatnie lata to okres dynamicznego rozwoju nowoczesnych technologii, w tym urządzeń mobilnych, takich jak laptopy, smartfony i tablety. Jednak jak dotąd znalazły one zastosowanie przede wszystkim w biznesie. Ograniczone przez biurokrację rządy pozostają w tyle w rozwoju cywilizacyjnym. Aby zniwelować tę lukę administracje rządowe muszą jak najszybciej znaleźć możliwie najszersze zastosowanie dla tych nowoczesnych urządzeń, co pozwoli nie tylko zwiększyć efektywność i produktywność, ale także poprawić jakość usług” – wyjaśnia Dariusz Nachyła, ekspert ds. TMT w Deloitte.
Niektóre państwa dostrzegają już tę potrzebę i pracują nad poprawieniem obecnego stanu rzeczy. Amerykańska strategia „cyfrowego rządu” zakłada m.in. że do maja 2013 r. w każdej agencji rządowej przynajmniej dwie kluczowe usługi będą dostępne na urządzeniach mobilnych. „W Polsce nie mamy jeszcze co prawda „strategii mobilnej” w administracji państwowej, ale niektóre usługi on-line dla obywateli wymagające nieskomplikowanej nawigacji są również dostępne poprzez smartfony. Wiele urzędów w Polsce zdecydowało się na wysyłanie zainteresowanym mieszkańcom komunikatów sms-owych np. o zagrożeniu powodziowym lub przerwach w dostawach wody. Natomiast, z wyjątkiem niektórych służb, stosowanie urządzeń mobilnych w codziennej działalności administracji w celu zwiększenia jej efektywności nie przyjęło się jeszcze, przede wszystkim ze względu na przywiązanie do papieru, pieczątek i podpisów” – dodaje Dariusz Nachyła.
Według ekspertów firmy doradczej Deloitte w nowoczesne urządzenia mobilne, takie jak smartfony, tablety czy laptopy powinny być przede wszystkim wyposażone służby ratownicze, organy ścigania oraz opieka społeczna i zdrowotna, czyli wszystkie te sektory, w których działający w terenie pracownicy są pod nieustającą presją czasu. Jak wynika z wyliczeń Deloitte wyposażenie funkcjonariuszy opieki społecznej w urządzenia mobilne mogłoby spowodować wzrost ich produktywnego czasu pracy aż o 45 proc. Przykłady udowadniają, że inwestycje w mobilny sprzęt szybko się zwracają. Kiedy ponad 2,3 tys. pracowników socjalnych na Florydzie wyposażono w laptopy i smartfony, okazało się, że liczba wizyt domowych u ich podopiecznych wzrosła o 30 proc. przy tej samej liczbie pracowników socjalnych. Podobne rezultaty osiągnięto w Szwecji. Z kolei wyposażenie kalifornijskich strażaków w tablety pozwoliło zaoszczędzić im 300 godzin rocznie na czynnościach administracyjnych. Analogicznie w przypadku policjantów, którzy potrzebują szybkiego dostępu do danych, chociażby podczas zwykłej kontroli drogowej. I tak dzięki mobilnemu dostępowi do policyjnych kartotek funkcjonariusze z Baltimore oszczędzają pół godziny każdego dnia. Szacunki pokazują, że gdyby taką możliwość miał każdy z ponad 630 tys. funkcjonariuszy w USA rocznie przyniosłoby to oszczędność 50 mln godzin, co odpowiada sumie 1,3 mld dolarów.
Mobilne technologie mogą wspomóc także służbę zdrowia. Używana w Wielkiej Brytanii aplikacja pozwala w nagłych przypadkach wybrać pacjentom odpowiednią i najbliższą dla siebie placówkę medyczną, co odciążyło tamtejsze oddziały ratunkowe. Przykładów możliwości zastosowania urządzeń mobilnych można szukać w każdej dziedzinie życia społecznego, jak choćby w komunikacji (np. zarządzanie korkami w czasie rzeczywistym czy szukanie miejsc parkingowych za pośrednictwem smartfona) czy nawet usługach pocztowych (Duńczycy mogą kupić znaczek za pomocą SMS). Bolączką wielu przedsiębiorców jest urzędnicza biurokracja. I tu sytuacja mogłaby się poprawić. Dobrym przykładem są m.in. urzędnicy inspekcji budowlanej w Salt Lake City, którzy wysyłają petentom wyniki kontroli na smartfony.
Szeroka implementacja urządzeń mobilnych w sektorze publicznym to także ogromna oszczędność pośrednich kosztów utrzymania administracji. Jak wynika z analiz Deloitte, 32 proc. urzędników federalnych w USA mogłoby pracować zdalnie. Nawet gdyby pracowali tak tylko przez połowę łącznego czasu pracy to rząd zaoszczędziłby w ten sposób 5,4 mld dolarów. Niestety w tej chwili jedynie 7 proc. urzędników w USA korzysta z możliwości telepracy.
Eksperci Deloitte ostrzegają jednak, że choć sama idea włączenia nowoczesnych technologii w sektorze publicznym jest bardzo pozytywna i potrzebna, to istnieje obawa, że podzieli ona los e-administracji, w której wiele rozwiązań pozostało na etapie rozważań teoretycznych. Dlatego administracje rządowe muszą się dobrze przygotować do rewolucji mobilnej, m.in. poprzez dokładne testowanie odpowiednich rozwiązań. „Przede wszystkim należy sobie wyznaczyć długofalowe cele, które chce się osiągnąć. Niezbędna jest też zmiana mentalności, która pozwoli zrozumieć, że urządzenia mobilne przy odpowiednich zabezpieczeniach nie stwarzają żadnego zagrożenia, i że nie są to tylko gadżety czy dodatki, bez których można się obejść. Mobilność powinna trafić na szczyt priorytetów każdej nowoczesnej administracji publicznej” – podsumowuje Dariusz Nachyła.
Komentarz indeksowy BossaFX 20 lutego 2013 r.
Komentarz indeksowy BossaFX 20 lutego 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca
Wartość leasingu w 2012 roku wyniosła 31 mld zł
Szacunkowa łączna wartość całego rynku leasingu w ubiegłym roku w Polsce wyniosła około 31 mld zł, co oznacza niewielki spadek około 0,5 proc. Widać wyraźnie, że dynamika rynku leasingu zmniejsza się, a średnioroczne wzrosty rzędu kilkunastu czy kilkudziesięciu procent, z którymi mieliśmy do czynienia odchodzą do historii. Oceniamy, że w 2013 roku wzrost rynku będzie hamowany przez różne czynniki m.in. ograniczanie inwestycji przez przedsiębiorstwa, spadek tempa wzrostu eksportu z uwagi na recesję w strefie euro, osłabienie popytu wewnętrznego czy wzrost bezrobocia.
Mimo to szacujemy, że w całym 2013 roku suma aktywów oddanych w leasing nie ulegnie istotnej zmianie. Trzeba pamiętać, że aktywny portfel wszystkich przedmiotów leasingu, który wyniósł na koniec czerwca ubiegłego roku 61 mld zł jest porównywalny z saldem kredytów inwestycyjnych udzielonych firmom przez banki w wysokości 80 mld zł. Osobiście stawiam na pozytywny efekt synergii spółek leasingowych należących do banków ze względu na ciągle niewykorzystany potencjał cross sellingu. Posiadanie wiarygodnej relacji klienta z bankiem powinno przełożyć się na łatwiejszy dostęp do usług leasingowych. Wydaje się, że głównym źródłem wzrostu rynku powinien być segment pojazdów ciężarowych i w mniejszym stopniu maszyn rolniczych.
Z punktu widzenia rynku flotowego, miniony rok był dobrym czasem dla rozwoju branży. Pomimo negatywnych sygnałów dotyczących sytuacji gospodarczej na świecie, był to kolejny rok, w którym operatorzy Full Service Leasing pozyskali wiele atrakcyjnych kontraktów. Spodziewamy się też, że w 2013 roku Full Service Leasing będzie głównym sposobem pozyskiwania samochodów przez przedsiębiorstwa w Polsce.
Stagnacja płac i dalsze spadki zatrudnienia
W styczniu płace w sektorze przedsiębiorstw wzrosły zaledwie o 0,4 proc. r/r po 2,4 proc. wzroście zanotowanym w grudniu. – Trzeba podkreślić, że niska dynamika płac to w dużej mierze zasługa efektów bazowych w górnictwie z poprzedniego roku, ale nie tylko. W sytuacji silnej dezinflacji i polityki redukcji kosztów zamrożenie płac jest naturalną strategią rosnącej grupy przedsiębiorstw – ocenia Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku. – Na powyższe dość jednoznacznie wskazują zresztą wyniki monitoringu wśród przedsiębiorstw prowadzonego przez NBP. W pierwszym półroczu 2013 wzrost płac może oscylować w okolicy 1,5-2,0 proc. – dodaje. Jego zdaniem w kolejnych kwartałach coraz większy wpływ na ograniczenie wzrostu płac w Polsce może mieć polityka deflacyjna na … peryferiach strefy euro i ciągły monitoring kosztów przez polskich producentów konkurujących na rynkach UE.
Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw spadło o 0,8 proc. r/r (prognoza BRE to -0,6 proc., konsensus rynkowy -0,9 proc.). Jak zwykle w styczniu doszło do zmiany próbki GUS, której kierunek zgodny był z zasadami rządzącymi zmianą tego kierunku w poprzednich latach (duża korelacja z całkowitą zmianą zatrudnienia w ciągu roku). Stąd też w otoczeniu spadków na rynku pracy mamy jednorazowy wzrost o 32 tys. (dla porównania w 2009 roku styczniowy wzrost wyniósł +21,2 tys. a następnie nastąpiła seria dotkliwych spadków). – Skala zmiany była jednak średnio nieco niższa niż we wszystkich poprzednich latach, tzn. zatrudnienie spadło o nieco więcej niż można było się spodziewać, co tylko potwierdza słabość rynku pracy. Nie tylko przedsiębiorstwa nie rosną w dostatecznym tempie, aby zostać objęte badaniem GUS, ale także te już obecne w próbie nie zatrudniają lub nawet zwalniają – wyjaśnia Marcin Mazurek, analityk BRE Banku. – Podtrzymujemy nasze wcześniejsze stwierdzenia, że kolejna faza osłabienia rynku pracy jest bardzo prawdopodobna i powinna być widoczna ponownie w danych lutowych i będzie się przejawiać znacznym spadkiem zatrudnienia w ujęciu miesięcznym – dodaje.
W styczniu fundusz płac realnie obniżył się o 2 proc. w skali roku. – Podtrzymujemy naszą prognozę spadku PKB w ujęciu rocznym w 1 kw. 2013, tym bardziej że potwierdzają się sygnały solidnych spadków inwestycji – rozpoczęte budowy mieszkań obniżyły się w styczniu o 38 proc. r/r. Wobec stagnacji dochodu i rosnącej stopy oszczędności jedynie wiarygodne szacunki co do promowanego ostatnio mechanizmu „polskiego ducha” mogłyby spowodować rewizję naszych prognoz – mówi Ernest Pytlarczyk.
Rynek długu i waluty nie zareagowały na dane. Dane dzisiejsze w teorii powinny zwiększyć szansę na marcową obniżkę stóp, jednak inwestorzy świadomi są skomplikowania procesu decyzyjnego w RPP. – Myślimy, że wizja spadku PKB i spadku inflacji poniżej dolnej granicy celu w połączeniu z nijaką projekcją powinny wystarczyć do obniżki stóp w marcu. Słaba pierwsza połowa 2013 powinna ostatecznie sprowadzić stopę NBP do poziomu 3,25 proc. – podsumowuje Ernest Pytlarczyk.
Komentarz indeksowy BossaFX 15 lutego 2013 r.
Komentarz indeksowy BossaFX 15 lutego 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca
30 mln ton miedzi rocznie przez co najmniej 30 lat – kanadyjska firma oszacowała możliwości wydobycia w KGHM
18,6 mln ton miedzi i 1,8 mld uncji srebra – firma Micon International potwierdza szacowane przez KGHM Polska Miedź zasoby surowców w Legnicko-Głogowskim Okręgu Miedziowym. Kanadyjska firma prognozuje, że w najbliższych kilku dekadach pozwoli to utrzymać wydobycie na obecnym poziomie, czyli 29-30 mln ton miedzi rocznie. Jest to jedno z najbogatszych złóż na świecie.
Niezależny raport Micon International potwierdził wielkość i jakość polskich zasobów miedzi i srebra należących do polskiego koncernu. Wynika z niego, że zasoby istniejących kopalń i złoża Głogów Głęboki Przemysłowy pozwolą na utrzymanie obecnego poziomu wydobycia nawet przez następnych 40 lat.
– To jest też potwierdzenie tego, że nasze złoże zalegające pomiędzy Legnicą a Głogowem jest jednym z najbogatszych złóż na świecie. Pierwsze lub drugie, geolodzy tu się spierają – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Wojciech Kędzia, wiceprezes ds. produkcji w KGHM Polska Miedź.
To stan na koniec grudnia 2011 roku. Te statystyki mogą się jeszcze poprawić, zwłaszcza że spółka pracuje nad nowymi projektami w bezpośrednim sąsiedztwie m.in. Radwanice-Gaworzyce, Bytom Odrzański i Retków, które mogą powiększyć zasoby KGHM o kolejne 987 mln ton rudy miedzi, zawierającej ok. 17 mln ton czystego surowca.
Jak podkreślają przedstawiciele KGHM i Micon International, raport został przeprowadzony zgodnie z kanadyjskimi wytycznymi. Tego typu publikacje nie są wymagane przez polskie prawo. Jednak – jak zaznacza wiceprezes spółki – firma uznała, że jest to potrzebne, biorąc pod uwagę pozycje KGHM w świecie, tj. czwarte co do wielkości zasoby miedzi i dziewiąte miejsce w jej produkcji oraz pozycja lidera w produkcji srebra.
– KGHM jest firmą globalną, a więc musi raportować, pokazywać informacje dla inwestorów zgodnie z normami przyjętymi na świecie, stąd też wybór firmy kanadyjskiej. Na giełdzie w Toronto znajdują się wszystkie globalne firmy górnicze – wyjaśnia Wojciech Kędzia.
Dodaje, że to powinno podnieść wiarygodność spółki dla zagranicznych inwestorów, a to z kolei przełoży się na notowania akcji KGHM.
– Na pewno ten raport będzie się pojawiał co pewien czas, dlatego że sytuacja na rynku jest zmienna. Natomiast inwestorzy cały czas chcą mieć przegląd informacji, czy zainwestowane pieniądze w akcje są dobrą lokatą – dodaje wiceprezes spółki. – Inwestorzy odnajdą w nim nie tylko zasoby geologiczne, ale również ocenę ciągu produkcyjnego, sytuację ekonomiczną w ujęciu 5 lat wcześniejszych i 5 lat jako prognozę na przyszłość – wymienia.
Raport sporządzony przez międzynarodowych doradców w sektorze górniczym wskazuje, że w ostatnich latach działalność koncernu była bardzo zyskowna, głównie dzięki drożejącym surowcom. Zysk operacyjny (z działalności wydobywczej i przeróbczej) w okresie 2007-2011 wynosił średnio 2 mld dolarów rocznie.
– Dla mnie pozytywnym sygnałem na pewno jest dobra ocena produkcji w KGHM Polska Miedź S.A. na terenie Polski. Drugi bardzo dobry sygnał, który płynie dla inwestorów, to fakt, że nawet w przypadku słabego, pesymistycznego scenariusza KGHM będzie generował dodatnie przepływy gotówkowe, a więc będzie generował zysk – wyjaśnia Wojciech Kędzia.
Prognozowany przez Micon gotówkowy zysk operacyjny w tym roku wyniesie nieco ponad 1,9 mld dolarów, a w kolejnych dwóch latach odpowiednio 1,7 mld oraz 1,3 mld dolarów. Działalność KGHM w Polsce pozostanie zyskowna, nawet biorąc pod uwagę prognozowane spadki cen metali i podatek od wydobycia niektórych kopalin. Micon szacuje, że podatek ten wyniesie ok. 30 proc. przyszłych zysków operacyjnych generowanych z działalności wydobywczej i przeróbczej.
PARP: 750 mln zł na tegoroczne dotacje dla firm. Pierwszy konkurs już 4 lutego
750 milionów złotych czeka w tym roku na przedsiębiorców, którzy wystartują w konkursach organizowanych przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości w ramach działań 8.1 i 8.2 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Uzyskane w ten sposób środki mają być przeznaczone na inwestycje związane z rozwojem procesów informatycznych w firmie, np. budowę platformy wymiany danych czy wdrożenie e-usług.
Kolejny konkurs w ramach działania 8.1 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka zostanie ogłoszony 4 lutego. Przyszli beneficjenci wnioski o dofinansowanie będą mogli składać od 18 lutego do 1 marca 2013 r. bezpośrednio w regionalnych instytucjach finansujących. Działanie adresowane jest przede wszystkim do mikro- i małych przedsiębiorstw, czyli zatrudniających do 50 osób.
– Jes to wsparcie tej działalności przedsiębiorców, która będzie dotyczyła bezpośrednio przygotowania i wdrożenia e-usługi, czyli usługi, której świadczenie bezpośrednio związane jest z siecią, z internetem – tłumaczy Radosław Runowski, dyrektor Departamentu Wsparcia e-Gospodarki w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.
Gra toczy się o duże pieniądze. Do rozdysponowania będzie ok. 300 mln złotych. Przedsiębiorcy, którzy w dniu złożenia wniosku nie przekroczyli 27. roku życia będą mogli się starać maksymalnie o 560 tys. złotych wsparcia. Starsi – o 70 tys. złotych mniej. Środki te mogą pokryć co najwyżej 70 proc. wydatków kwalifikujących się do objęcia wsparciem. Ich kwota nie może natomiast przekroczyć 700 tys. złotych.
Zasady ogłaszanego wkrótce konkursu mają być podobne do tych, jakie obowiązywały wcześniej.
– Jeżeli będą jakiekolwiek zmiany, to na poziomie dokumentacji, mające na celu dostosowanie do bieżących warunków, uelastycznienie tych informacji – zapewnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Radosław Runowski.
Istotne zmiany dotyczyć za to będą zasad ogłaszanego wkrótce konkursu w ramach działania 8.2 PO IG, gdzie do „rozdania” będzie ok. 400 mln złotych na projekty polegające m.in. na elektronicznej wymianie danych pomiędzy firmami. Chodzi tu np. o tworzenie baz danych czy programów, do których dostęp ma szereg współpracujących ze sobą przedsiębiorstw.
– W tej chwili procedowane jest rozporządzenie ministra rozwoju regionalnego w sprawie wdrażania przez PARP działań 8.1 i 8.2, i tam znajdą się te zasadnicze zmiany, które następnie zostaną odzwierciedlone w dokumentacji konkursowej – dodaje dyrektor Departamentu Wsparcia e-Gospodarki PARP.
Można się spodziewać, że w konkursowe szranki stanie wielu przedsiębiorców. Z analiz PARP wynika, że systematycznie rośnie zainteresowanie, zarówno działaniem 8.1 jak i 8.2.
– W ubiegłym roku w działaniu 8.1 przez pierwsze dwie rundy złożono w każdej z rund po około 800 wniosków, natomiast w ostatniej rundzie ponad 1200 wniosków – mówi Radosław Runowski.
W tym roku zostaną ogłoszone trzy rundy aplikacyjne.
Rozpatrzone zostaną wszystkie prawidłowo wypełnione wnioski. O przyznaniu pomocy nie decyduje kolejność, w jakich zostały one złożone, ale suma punktów, które każdy wniosek otrzyma na etapie oceny merytorycznej.
Cloud computing to jeden z najważniejszych trendów w branży IT
Rośnie światowy rynek cloud computingu, czyli mocy obliczeniowej oraz przestrzeni dyskowych do przechowywania danych. Szacuje się, że jego wartość przekracza już dziś kwotę 100 mld dolarów. Zainteresowanie korzystaniem z tej usługi wzrasta z miesiąca na miesiąc. Głównie ze względu na niewielkie koszty dla firm i użytkowników końcowych. Nieporównywalnie mniejsze do tych, które musieliby wydać na budowę własnej infrastruktury informatycznej.
Usługa ta umożliwia przechowywanie danych i aplikacji nie na komputerze użytkownika, a poza lokalną siecią, korzystając z infrastruktury należącej do zewnętrznego dostawcy. W ten sposób użytkownik ma dostęp do danych z dowolnego urządzenia: komputera lub urządzenia mobilnego, który jest podłączony do internetu.
Korzystając z chmury, możemy zbudować na przykład sklep internetowy, bazę danych, system CRM (zarządzania relacjami z klientem) czy inne potrzebne rozwiązania. Klient nie musi kupować licencji na oprogramowanie, instalować czy rozbudowywać własnych serwerów, płaci tylko za to, z czego aktualnie korzysta.
– Szacuje się wielkość rynku cloud computingu na świecie na ponad 100 mld dolarów. Rośnie on w tempie 30-40 proc. i to tempo wcale nie ma ochoty się zmniejszać – mówi Janusz Żebrowski, prezes Grupy K2, właściciela Oktawave, czyli polskiej chmury obliczeniowej.
Ojczyzną tego typu usług, których największym dostawcą jest firma Amazon, są Stany Zjednoczone. W Europie chmurę oferuje tylko kilku usługodawców. Wartość polskiego rynku cloud computingu szacuje się na ok. 200 mln zł.
Zalety chmury to elastyczność, łatwiejszy dostęp do infrastruktury, a przede wszystkim niższe koszty działania, co zaczyna dostrzegać coraz więcej przedsiębiorców. Głównie są to duże firmy, które na tego typu usługach opierają procesy archiwizacji czy testów i wdrożeń nowych rozwiązań. Nie muszą bowiem kupować drogiego sprzętu czy inwestować w zabezpieczenie swoich danych.
Także małe i średnie przedsiębiorstwa oraz startupy zaczynają dostrzegać zalety związane z rozwojem tego typu rozwiązań informatycznych. Jak podkreślają dostawcy, chmura może być również przydatna w instytucjach administracji publicznej i służby zdrowia.
– To się wpisuje w trend niekupowania sprzętu, tylko korzystania z tego, co potrzebujemy dzisiaj, bo jutro potrzeby mogą być całkiem inne, a za miesiąc jeszcze inne – mówi Janusz Żebrowski. – Dzięki korzystaniu z chmury firmy nie wydają niepotrzebnie pieniędzy.
Eksperci szacują, że w kolejnych latach zapotrzebowanie na takie usługi będzie rosło jeszcze szybciej. Według szacunków IDC, liczba danych, które gromadzą firmy, co dwa lata ulega podwojeniu. A to oznacza, że albo muszą rozbudowywać własną infrastrukturę informatyczną, albo zlecą zarządzanie danym firmom zewnętrznym.
Dlatego zarząd Grupy K2 ma nadzieję, że Oktawave powtórzy sukces Audioteki – platformy również należącej do Grupy oferującej dostęp do audiobooków. W 2012 roku jej wartość wzrosła o ponad 100 proc. Ten rok ma być lepszy, co wiązać się będzie z próbą zagranicznej ekspansji. Aplikacja poza Czechami, gdzie jest obecna już dziś, będzie dostępna także w Hiszpanii i Francji.
– W innych krajach nie ma tego rodzaju usług, które byłyby zintegrowane z nowymi telefonami, smartfonami i za tym też idzie kilka drobnych innowacji, związanych z tym, jak ten produkt jest serwowany, jak on dociera do klienta – mówi prezes Grupy K2.
Polska Izba Książki przeciwna planom łamania praw autorskich
Twórcy obawiają się propozycji resortu administracji i cyfryzacji w sprawie udostępniania dzieł kultury. – Jesteśmy stanowczo przeciwko upaństwawianiu tego, co jest objęte ochroną praw autorskich. To burzy porządek prawny i konstytucyjny – podkreśla Piotr Marciszuk, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książki. I przestrzega, że wbrew założeniom może to utrudnić dostęp odbiorców do kultury.
Propozycje przedstawione w grudniu ubiegłego roku przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji zakładają powszechne udostępnienie za darmo w formie cyfrowej zasobów, które zostały wytworzone za publiczne pieniądze (udział środków budżetowych w finansowaniu wydania przekroczył 50 proc.). Dotyczy to materiałów edukacyjnych oraz zasobów dziedzictwa kulturowego i naukowego. MAC chce również stworzyć ramy prawne, które umożliwią twórcom udostępnianie efektów swojej pracy internautom czy instytucjom publicznym.
Projekt spotkał się z ostra krytyką środowisk twórczych, m.in. Związku Kompozytorów Polskich, Stowarzyszenia Autorów ZAiKS i Polskiej Izby Książki, które wprawdzie popierają szersze udostępnienia tego, co należy do domeny publicznej, ale jednocześnie są przeciwko otwieraniu tego, co objęte jest ochroną praw autorskich.
– Konsekwencje, jakie mogą wyniknąć z wprowadzenia tej regulacji są niezwykle groźne nie tylko dla rynku książki, ale w ogóle dla całej kultury – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Piotr Marciszuk, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książki. – Ona zmienia porządek prawny, a nawet konstytucyjny. Nasze opinie prawne wskazują, że rozwiązania proponowane przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji naruszają pewne artykuły konstytucji.
Ustawa ta, zdaniem twórców, prowadzi do ograniczenia wolności gospodarczej i podważa zaufanie do państwa.
– W momencie, kiedy się wszystko otwiera za darmo, twórcy stracą motywacje do tworzenia nowych dzieł, bo nie będą na nich zarabiać. Ustawa w takim kształcie pozbawi także motywacji do inwestowania przemysł kreatywny – tłumaczy Marciszuk. – Skorzysta na tym jedynie dystrybucja, i to dystrybucja dzieł w sposób elektroniczny.
W opinii Polskiej Izby Książki należy się spodziewać załamania tradycyjnego rynku dystrybucji dzieł. Stracą na tym m.in. firmy wydawnicze.
– Projekt regulacji zawiera punkt, iż poszkodowane mogą być podmioty sektora wydawniczego, wymieniona jest liczba 15 tysięcy – mówi Marciszuk. – Pod tą liczbą kryje się ponad 100 tys. ludzi, którzy pracują na rzecz przedsiębiorstw wydawniczych, bo to są również dystrybutorzy, drukarze, czyli całe szerokie spectrum ludzi, którzy mogą stracić pracę.
Zdaniem Piotra Marciszuka zasoby objęte ochroną praw autorskich mogą być otwierane wyłącznie w sposób kontrolowany, przy poszanowaniu zgody lub braku pozwolenia na udostępnianie ze strony autora.
– Twórca może wyrazić zgodę na określoną kwotę za swoją pracę, ale pod warunkiem, że ta jego zgoda zostanie uwzględniona, nie można go do tego zmusić – mówi przedstawiciel Polskiej Izby Książki.
W rozmowie z Newserią minister Michał Boni zapewniał, że taka jest też intencja jego resortu.
– Trzeba znaleźć rozwiązania, które będą akceptowane przez twórców. Jedni będą chcieli się umawiać, co do większego otwierania swoich dzieł i udostępniania, inni będą chcieli to robić w mniejszej skali. Ale to będzie na pewno prawo wyboru, z pełnym respektowaniem prawa własności podmiotowego, czyli kto jest twórcą, autorem, i przedmiotowego, czyli w sensie materialnym – wyjaśnia Michał Boni.
Na całym świecie, na bieżąco udostępniane są w internecie utwory, należące do domeny publicznej, do których zyskują dostęp wszyscy zainteresowani. Tych dzieł przybywa. Przykładem jest platforma Europeana, na której udostępniane są zasoby europejskich bibliotek narodowych, znajdujące się w domenie publicznej.
– Do tych dzieł, które są chronione prawem autorskim, jest jedynie odesłanie do stron wydawców, twórców i można mieć do nich dostęp płatny – tłumaczy Marciszuk.
Spożycie piwa może przekroczyć 100 litrów na osobę. Polska w europejskiej czołówce
Statystyczny Polak wypija 97 litrów piwa rocznie, a w kolejnych latach spodziewany jest dalszy wzrost konsumpcji. Jednak browary czekają ciężkie miesiące. To efekt coraz ostrożniejszych zakupów konsumentów. Na odbicie w sprzedaży piwa branża może liczyć najwcześniej w IV kwartale.
– W tej chwili nasza branża dochodzi do poziomu prawie 38 mln hektolitrów. To już jest bardzo poważna liczba. Konsumpcja piwa na głowę jest w tej grupie krajów, które przewodzą w Europie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Piotr Jurjewicz, wiceprezes ds. marketingu Kompanii Piwowarskiej.
Dla porównania w 2011 roku było to blisko 36 mln hektolitrów. Jednak w ubiegłym roku rynek piwa rozwijał się tylko do lipca, a w drugiej połowie roku popyt na złoty trunek wyhamował. Ostatni kwartał był już widocznie gorszy od końcówki 2011 roku, bo sprzedaż zmalała o 0,5 proc.
– Dynamika w drugiej połowie roku sięgnęła około -2 proc. To jest dosyć dużo biorąc pod uwagę, że w pierwszej połowie roku branża wzrosła o około 8 proc. – podkreśla wiceprezes Kompanii Piwowarskiej.
Wpływ na tak dobre wyniki w pierwszej połowie roku miała przede wszystkim ciepła wiosna i organizacji Euro 2012. Łącznie w zeszłym roku sprzedano 37,8 mln hektolitrów piwa., czyli około 97 litrów na osobę.
– Myślimy, że sprzedaż może dojść nawet do 100 litrów na osobę w pewnej perspektywie. Takie możliwości zdecydowanie jeszcze istnieją – podkreśla Piotr Jurjewicz.
– Rynek przez trzy kwartały roku będzie raczej dosyć stabilny. Myślimy, że dobrym wynikiem będzie, jeżeli nie pojawi się żaden spadek wolumenu sprzedaży, a jeżeli byłby jakiś drobny wzrost, to już będzie dobry wynik – uważa Piotr Jurjewicz. – Oczekujemy również, że ostatni kwartał roku, a może i nieco wcześniej, to będzie lepszy czas i że wówczas pojawią się już bardziej zauważalne wzrosty konsumpcji.
Teraz branży daje się we znaki przede wszystkim spadek nastrojów konsumenckich i spowolnienie gospodarcze.
– Konsumenci martwią się o swoją przyszłość, widzą, że sąsiad stracił pracę, a informacje w mediach nie są zbyt optymistyczne, zaczynają przygotowywać na gorsze czasy. Piwo to wprawdzie nie jest wydatek jednostkowo istotny, ale ludzie zasadniczo mają mniejszą skłonność do tego, żeby wydawać pieniądze na produkty, które nie są tymi pierwszej potrzeby – wyjaśnia wiceprezes Kompanii Piwowarskiej.
W całym 2012 roku Polacy wydali na piwo 21,4 mld zł, na co wpływ miało także rosnące zainteresowanie piwami regionalnymi i smakowymi. Te pojawiały się w ofercie zarówno małych warzelni (reaktywowany browar w Zwierzyńcu), jak i dużych browarów (Carlsberg wprowadził Somersby, Grupa Żywiec – Warkę Radler, a Kompania Piwowarska – Lecha Shandy).
– Z jednej strony to jest dobre dla branży, bo wzbudza zainteresowanie, oferuje konsumentom szerszy wybór. To, co może się wiązać negatywnego z tym trendem to to, że nakręca głównie konkurencje cenową – podkreśla Jurjewicz.
Piwa niszowe, w tym m. in. niepasteryzowane, pszeniczne czy smakowe skupiają w tej chwili około 7 proc. rynku, choć jeszcze 2-3 lata temu należało do nich 3-4 proc.
Konkurencja obniżyła ceny, teraz mogą wzrastać
Ale choć rosło spożycie piwa i na rynku pojawiały się kolejne nowości, to jego średnia cena spadała. O ile w 2009 roku wynosiła 5,27 zł za litr, to np. w marcu 2012 roku było to już tylko 5,06 zł.
– Wiąże się to z kilkoma czynnikami, w tym między innymi wzrostem segmentu piw tanich. Natomiast mamy do czynienia z sytuacją, kiedy koszty produkcji, surowców, energii wzrastają. Jestem przekonany, że branża będzie zmierzała ku podwyższaniu cen – twierdzi Piotr Jurjewicz.
Ale zdania na rynku – co do wzrostu cen piw – są podzielone. Nie bez znaczenia jest także fakt, że konsumenci coraz częściej szukają swoich ulubionych marek w innych kanałach sprzedaży, w tym np. w dyskontach, czyli tam gdzie ceny są zdecydowanie niższe.
Komisja Europejska chce, żeby przesyłki międzynarodowe były tańsze
Unijni urzędnicy będą walczyć z wysokimi cenami przesyłek pocztowych na terenie Unii Europejskiej. Nad regulacjami dotyczącymi rynku pocztowego pracuje Komisja Europejska, a wkrótce zajmą się nimi parlamentarne komisje. – Paczka, która przekracza granice jest nawet siedem razy droższa, nawet jeśli jest to tylko kilka kilometrów, niż ta, która przebędzie setki kilometrów wewnątrz kraju – zwraca uwagę eurodeputowana Platformy Obywatelskiej, Róża Thun. To z kolei przekłada się na mniejsze tempo rozwoju handlu elektronicznego w Europie.
– Nie mamy wspólnego rynku pocztowego – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Róża Thun. – I choć e-handel rośnie, to on nie rośnie w skali całej UE. Jeżeli chcemy, żeby ta gospodarka naprawdę się rozwinęła, to sprzedający musi mieć do dyspozycji 500 mln obywateli, cały rynek unijny, a kupujący musi mieć wybór produktów z całego rynku.
O potrzebie wypracowania wspólnych, jednolitych zasad, które obowiązywałyby na rynku przesyłek pocztowych w Europie mówi się od dłuższego czasu. Zwracają na to uwagę przede wszystkim konsumenci, korzystający na co dzień z usług operatorów pocztowych. Przykładowo, paczka ze Szczecina do Przemyśla może być 5-7 razy tańsza niż ze Szczecina do niemieckiego miasta oddalonego kilka kilometrów od granicy.
Polska nie jest tu żadnym wyjątkiem, sytuacja wygląda podobnie w całej Europie. Sposób dostarczenia towaru wciąż stanowi istotną barierę w rozwoju e-handlu. Wielu sprzedawców nie chce realizować transakcji międzynarodowych. Kupujących z kolei odstrasza cena przesyłki, która niejednokrotnie przewyższa koszt zamówionego towaru.
– Dlatego Komisja Europejska przygotowała tzw. Green Paper, czyli Zieloną Księgę z takimi propozycjami, co zrobić, żeby granice, których nie zauważamy, gdy jedziemy autem, nie blokowały nam przesyłek – mówi eurodeputowana PO.
Propozycje Komisji trafią wkrótce do Parlamentu Europejskiego. Europosłowie zamierzają wypracować zasady podobne do tych, jakie panują dziś na rynku telekomunikacyjnym. Do niedawna operatorzy komórkowi dyktowali ceny za międzynarodowe połączenia telefoniczne, które przekraczały możliwości większości mieszkańców Unii Europejskiej. Dzięki regulacjom przyjętym przez Brukselę, które weszły w życie 1 lipca 2012 roku, dziś stawki są niższe o kilkadziesiąt procent.
Róża Thun prognozuje, że na pewno spotka się to z oporem przedstawicieli firm, operujących na rynkach pocztowych poszczególnych państw.
– Już teraz przychodzą do mnie przedstawiciele poczt z poszczególnych krajów i mówią, że tego zrobić się nie da – mówi Róża Thun. – Jestem pewna, że nie tylko się da, ale my, parlamentarzyści, jesteśmy zobowiązani w stosunku do naszych wyborców i obywateli europejskich, żeby stopniowo znosić bariery na jednolitym rynku europejskim.
Ujednolicanie rynku zajmie co najmniej kilka lat, więc – według europosłanki – należy dzisiaj kontynuować proces przełamywania monopolu krajowych operatorów pocztowych oraz wspierać pojawianie się na rynku nowych, prywatnych podmiotów.
– Będziemy coraz bardziej otwierać tę przestrzeń dla przedsiębiorców dynamicznych, pomysłowych, nowych i budować zdrową konkurencję z tymi tradycyjnymi pocztami tak, żeby oni mogli wchodzić na rynek i dobrze obsłużyć klienta czy to przedsiębiorcę, czy konsumenta – zapowiada Róża Thun. – Tradycyjne poczty chyba w każdym kraju miały monopol, oni nie są do tego przygotowani, żeby rzucić się na głęboką wodę i myśleć w zupełnie nowych kategoriach wielkiej przestrzeni europejskiej, dogadania się między sobą, żeby rynek pocztowy, szczególnie jeśli chodzi o wysyłkę paczek, funkcjonował jako jeden wspólny rynek – dodaje.
Zdaniem europosłanki PO sam proces legislacyjny będzie z pewnością długotrwały.
– Chciałabym, żeby do końca tej kadencji PE były już widoczne ślady otwierania się na siebie nawzajem, ale wątpię, żeby przez te półtora roku udało się problem rozwiązać – prognozuje.
Jakubas o unijnym budżecie: dostaliśmy bardzo dużo. To fenomenalny wynik
Zastrzyk pieniędzy z nowego unijnego budżetu pomoże polskiej gospodarce dopiero za dwa lata. W tym czasie, a szczególnie w najbliższych miesiącach, trzeba więc szukać innego motoru napędzającego gospodarkę. Zdaniem Zbigniewa Jakubasa, właściciela grupy kapitałowej Multico, wynik negocjacji unijnego budżetu jest fenomenalny i wpłynie nie tylko na kondycję gospodarki, ale też na interesy jego spółek.
Budżet UE, który w ubiegłym tygodniu uzgodnili szefowie 27 państw, po raz pierwszy w historii jest niższy od poprzedniego. Mimo to fundusze dla Polski są większe o 4 miliardy euro. W sumie z unijnej kasy w ciągu 7 lat nasz kraj otrzyma 105,8 miliardów euro, z czego niemal 73 miliardy w ramach funduszy spójności.
– Powinniśmy się z tego cieszyć i skończyć biadolenie, zwłaszcza wśród polityków opozycji, że można było więcej. Dostaliśmy bardzo dużo. To jest zasługa naszych polityków, którzy po stronie Brukseli negocjowali i minister Bieńkowskiej, która jest nie do przecenienia, jeżeli chodzi o jej zdolności negocjacyjne i jej wpływ na to, co nam się udaje z Unii uzyskać – mówi Agencji Informacyjnej Zbigniew Jakubas, właściciel Grupy Multico.
Zdaniem inwestora, fundusze mimo wszystko można wykorzystać lepiej. Polska administracja nadal uczy się jednak skomplikowanych procedur i tego, jak korzystać z dotacji. Urzędnicy boją się popełnić błąd, a sytuacji nie ułatwia też pełna nieufności atmosfera wokół inwestycji. Jednak, zdaniem Jakubasa, głośne krytykowanie sposobu wykorzystywania unijnych pieniędzy przez samych Polaków jest dużym błędem.
– Nie strzelajmy sobie jako Polska, jako społeczeństwo w kolano, mówiąc, że Polska to jest kraj, gdzie się wszystko rozkrada, kraj korupcji, bo potem podchwytują to inni, np. Anglicy, Irlandczycy. Wykorzystują te informacje, żeby nas ograbić, z czego tylko jest możliwe, dać nam jak najmniej dotacji. Bądźmy sprawiedliwi. Starajmy się robić to lepiej, ale jednocześnie nie dezawuujmy tego, co nam się udało zrobić – podkreśla rozmówca Newserii.
Na unijne pieniądze czekają polskie firmy i giełda
– Moja firma buduje koleje, więc infrastrukturę będziemy budowali dalej. Ponadto dobra infrastruktura pomaga nam w prowadzeniu biznesu. Dziś już transport jest dużo lepszy, wygodniejszy w poruszaniu się po Polsce, bo tych autostrad trochę jest, natomiast należy ten program dokończyć – podkreśla Zbigniew Jakubas.
Zdaniem inwestora obecnie Polska gospodarka jest w trudnej sytuacji, także dlatego, że na środki z nowej unijnej perspektywy budżetowej przyjdzie jeszcze poczekać, a te z poprzednich lat się kończą. To oczekiwanie będzie miało wpływ także na spółki notowane na giełdzie.
– Gdybyśmy zobaczyli ożywienie i trochę entuzjazmu w gospodarce – tylko pytanie, skąd to ożywienie, przecież środków unijnych nie dostaniemy ani w tym, ani w następnym roku – ale gdyby takie ożywienie przyszło, np. w postaci popytu wewnętrznego, to możemy z giełdą w II połowie roku trochę „podjechać”. Ale nie spodziewałabym się niesamowitych wzrostów. Jeśli będzie wzrost, to kilkuprocentowy. Jednak jeśli utrzymamy się z obecnym poziomem przez cały rok, w takiej kołyszącej się koniunkturze, to też nie powinniśmy narzekać – podkreśla Zbigniew Jakubas.





