Mieszkańcy miejscowości do 25 tys. osób są najbardziej zdyscyplinowani w spłacaniu kredytów konsumpcyjnych do 100 tys. zł – wynika z danych Biura Informacji Kredytowej. Udział kredytów przeterminowanych (do 90 dni) w miastach powyżej 500 tys. mieszkańców wynosi średnio 24 proc., natomiast w miejscowościach do 25 tys. mieszkańców udział ten wynosi średnio 20 proc.
– Biuro Informacji Kredytowej pierwszy raz dokonało analizy rynków kredytowych w podziale na poszczególne miejscowości i gminy. Wynika z nich, że w miejscowościach do 25 tys. mieszkańców udzielana jest prawie połowa kredytów konsumpcyjnych (45 proc. w ujęciu ilościowym). Jakość tych kredytów jest relatywnie lepsza niż w średnich i dużych miastach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Cholewa, prezes zarządu Biura Informacji Kredytowej.
Mieszkańcy małych miejscowości lepiej radzą sobie ze spłacaniem kredytów konsumpcyjnych niż ci z dużych miast. Według stanu z 30 czerwca br. łączna wartość takich kredytów konsumpcyjnych w miejscowościach do 25 tys. mieszkańców wyniosła 35,4 mld zł.
– Jeżeli banki są bliżej klienta, jak np. banki spółdzielcze, które w mniejszych miejscowościach są bardzo aktywne, to mają one jeszcze lepszą jakość kredytów niż średnia w mniejszych miejscowościach. Znajomość rynku lokalnego jest więc kluczowa do zarządzania relacją z klientem i do zarządzania ryzykiem – stwierdza Mariusz Cholewa.
Badanie BIK dotyczyło kredytów konsumpcyjnych do 100 tys. zł i wskazało dużą dynamikę i zróżnicowanie kredytów konsumpcyjnych w małych miejscowościach.
– Dynamika nowej sprzedaży w mniejszych miejscowościach jest niższa niż w dużych miastach. Jednak są gminy, w których obserwuje się zarówno wzrosty o 50 proc., jak i takie, gdzie sprzedaje się o połowę mniej kredytów niż rok wcześniej – podkreśla Mariusz Cholewa.
Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w pierwszym półroczu w miejscowościach do 25 tys. mieszkańców zaciągnięto 4,8 mln kredytów konsumpcyjnych. Od lipca 2012 r. do czerwca 2013 r. kredytobiorcy w tych miastach podpisali 2,4 mln umów kredytowych na łączną kwotę 19,9 mld zł.
Systematycznie rośnie zainteresowanie Polaków bankowością ubezpieczeniową, czyli zakupem polis ubezpieczeniowych z wykorzystaniem kanałów bankowych. Ponad połowa wszystkich ubezpieczeń na życie zawieranych jest w ten sposób. Rozwojowi tego kanału sprzyjają zmiany prawne, jakie dokonały się w ostatnich latach.
– W przypadku ubezpieczeń majątkowych to jest ok. 10 proc. To pokazuje, jak ważnym kanałem dystrybucji jest kanał bankowy i ten model współpracy banków i ubezpieczycieli, określany jako bancassurance – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Łuczyński, członek zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Do tej pory powstały trzy rekomendacje, wyznaczające standardy dobrych praktyk w kilku różnych obszarach: w obszarze produktów ochronnych dodawanych m.in. do kredytów i rachunków bankowych czy w obszarze ubezpieczeń finansowych stosowanych przy kredytach hipotecznych.
Trzecia rekomendacja weszła w życie w zeszłym roku. Dotyczyła produktów inwestycyjnych sprzedawanych przez banki. Uregulowała sposób ich dystrybucji, obowiązki informacyjne ubezpieczycieli, a także określiła prawa ubezpieczonych w przypadku, gdy taki produkt jest sprzedawany w ramach modelu bancassurance, kiedy to bank jest ubezpieczającym.
– Obecnie naszym największym projektem jest rekomendacja, dotycząca dobrych praktyk informacyjnych w przypadku ubezpieczeń z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym – mówi członek zarządu PIU. – Dyskusja na ten temat toczy się od dwóch lat, m.in. przez kryzys i spadek zyskowności funduszy inwestycyjnych. Klienci obserwują, że takie produkty często wiążą się z ryzykiem i w krótkim okresie osiągane wyniki mogą podlegać gwałtownym wahaniom. Wielu z nich zaczęło pytać np. o kwestię kosztów czy ryzyka związanego z tymi produktami.
W odpowiedzi Polska Izba Ubezpieczeń, w sierpniu tego roku uchwaliła kolejną rekomendację.
– Ta rekomendacja przewiduje, że już w ciągu najbliższych 12 miesięcy większość firm ubezpieczeniowych w Polsce będzie dodawała do każdego produktu z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym, do każdego ubezpieczenia z funduszem inwestycyjnym specjalną kartę produktu, zapewniającą pełną informację dla klienta – mówi Marcin Łuczyński.
Karta będzie miała charakter krótkiego dokumentu. Na pięciu stronach znajdą się czytelna lista wystandaryzowanych opłat, podstawowe informacje o produkcie, świadczeniach, wysokości składek, horyzoncie czasowym takiego produktu oraz o możliwości rezygnacji i odstąpienia od umowy.
– Co najważniejsze, będzie zawierała symulację wyniku finansowego w takim ubezpieczeniu w trzech scenariuszach: standardowym, o podwyższonej rentowności i obniżonej rentowności – mówi Łuczyński.
Polska Izba Ubezpieczeń przewiduje, że do rekomendacji przystąpi większość zakładów ubezpieczeniowych. Większość też brała udział w wypracowaniu nowych regulacji prawnych. Proces dostosowywania produktów, wewnętrznych procedur w poszczególnych firmach trwać będzie od kilku do kilkunastu miesięcy. Pierwszych rezultatów należy oczekiwać w połowie przyszłego roku.
– Uzgodniliśmy już z Komisją Nadzoru Finansowego, że w maju przyszłego roku, po okresie dostosowawczym, zostanie ogłoszona lista firm, które w pełni dostosowały się do zasad tej rekomendacji, czyli stosują dobre praktyki informacyjne w obszarze ubezpieczeń z UFK – mówi przedstawiciel PIU.
Powstałe rekomendacje PIU były odpowiedzią na raport Rzecznika Ubezpieczonych, opublikowany w 2007 roku, „Podstawowe problemy bancassurance w Polsce”. Raport poruszał m.in. kwestie naruszania interesów konsumentów, którzy zdecydowali się skorzystać z bancassurance i mówił o konieczności uregulowania rynku.
Komisja Nadzoru Finansowego zamierza do końca tego roku przedstawić do konsultacji swój projekt rekomendacji w zakresie bancassurance.
Coraz więcej osób będzie w najbliższych latach decydowało się na podróż samochodem kempingowym lub z przyczepą kempingową. Jednak w Europie ten sposób podróżowania nie stanie się dominującym z uwagi na wysokie koszty i utrudnienia związane z dużym natężeniem ruchu. Szansa na rozwój jest jedynie w Skandynawii, Australii czy Ameryce Północnej.
– Przy ogromnej ilości samochodów przemieszczających się po autostradach, szosach i drogach w Europie to może być nie zawsze przyjemne. Po pierwsze tłok, po drugie poruszamy się trochę wolniej, a więc powodujemy niezadowolenie innych kierowców. Ustawienie takiego pojazdu na parkingu w mieście może sprawiać duży kłopot, bo jest po prostu za ciasno, a to jest duży samochód – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria dr Zdzisław Preisner, ekspert Katedry Turystyki i Rekreacji Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.
Podróżowanie z przyczepą lub samochodem kempingowym jest szczególnie popularne wśród Skandynawów, Holendrów, Niemców oraz Brytyjczyków. Preisner podkreśla, że to wygodny sposób, bo nie trzeba szukać noclegu i ponosić kosztów z tym związanych. Jednak ceny paliwa oraz zatrzymania przyczepy na polu kempingowym powodują, że cały koszt wyjazdu nie będzie dużo niższy od tradycyjnej podróży. Do tego zwykle trzeba wynająć samochód lub przyczepę, bo bardzo niewielu Polaków ma własne.
Preisner zauważa, że chociaż w większości krajów taki sposób podróżowania jest dość trudny, są regiony, gdzie przyczepy i samochody kempingowe spisują się doskonale.
– Doskonale to się sprawdza w Australii, Nowej Zelandii, w USA, Kanadzie. To wielkie tereny, nie tak gęsto zaludnione i tam podróżowanie tego typu samochodem to naprawdę ogromna przyjemność. To rodzaj wyprawy, jesteśmy zdani na siebie: mamy pojazd, posiłki przygotowujemy sami i to jest też zaleta, bo to są koszty odpowiadające zakupom żywności w supermarkecie. To daje świetne możliwości, pozwala na własne decyzje, gdzie się udajemy, gdzie spędzamy czas po całodziennej podróży – podkreśla Preisner.
W Europie najlepsza do takich podróży jest Skandynawia. Wynika to przede wszystkim z rzadkiej zabudowy oraz prawa, które umożliwia postój i zatrzymanie się na noc, także poza wyznaczonymi kempingami. Na przykład w Norwegii można bez ograniczeń i za darmo nocować w przyczepach i samochodach kempingowych, o ile tylko w promieniu 150 metrów nie znajduje się żadna zamieszkała posesja.
Preisner podkreśla, że nawet na krótki postój zaparkowanie samochodu kempingowego w dużych miastach może być problemem ze względu na sporą liczbę samochodów w sezonie turystycznym. Parkowanie takiego auta na noc jest w miastach zabronione. Utrudniałoby to życie mieszkańcom, ale ponadto mogłyby się pojawić problemy z zachowaniem czystości.
Wybierając taki sposób podróży należy mieć też na uwadze względy bezpieczeństwa. Preisner odradza kempingowanie np. w Afryce.
– Taka forma podróży dla Polaków to przyszłość. Z powodów ekonomicznych wiele osób będzie decydowało się na to, aby posiadać taki własny domek na kółkach i móc decydować o miejscu podróży i czasie. Nie stanie się to powszechnością w Polsce w najbliższych latach – podsumowuje Preisner.
KGHM prowadzi prace rozpoznawcze w najbardziej perspektywicznych obszarach w Polsce i na świecie. Firma rozwija swój potencjał poprzez prace poszukiwawczo- rozpoznawcze, programy modernizacyjne oraz akwizycje. O perspektywach rozwoju spółki rozmawiali wczoraj w Warszawie goście spotkania zorganizowanego przez KGHM w siedzibie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
KGHM utrzymał tytuł „The Best of the Best” dla najlepszego przedsiębiorstwa, które trzy razy zdobyło I nagrodę główną w konkursie „The Best Annual Report”.
Jeszcze godzinę przed startem Lubin nawiedziła ogromna ulewa, ale już na starcie XXVIII Biegu o Lampkę Górniczą przestało padać i… zaświeciło słońce. To idealna pogoda do biegania.
Na piątkowej (18.10) gali rozdania nagród VIII edycji konkursu The Best Annual Report 2012, BRE otrzymał aż 2 statuetki – za pierwsze miejsce w kategorii raport roczny on-line oraz prestiżowe wyróżnienie dla najlepszego raportu rocznego 2012 roku – The Best of the Best.
W przeciwieństwie do poprzednich, ostatnia półroczna rewizja rachunków narodowych (obejmująca lata 2012 i 2013) nie przyniosła żadnych zmian w odniesieniu do wzrostu PKB. Tym niemniej, choć ścieżka PKB pozostaje bez zmian, pewne przesunięcia, jak często miało to miejsce w przeszłości, odnotowano w strukturze wzrostu gospodarczego.
Po polskich drogach może jeździć nawet o ponad 4 miliony samochodów mniej niż wynika z oficjalnych danych. Statystyki są błędne, bo uwzględniają niewyrejestrowane stare auta. Z tego powodu ich średnia wieku jest nawet o cztery lata niższa niż wynika z danych.
– Oficjalne dane statystyczne są błędne. Ponad 4 miliony samochodów, które nie istnieją, są zawarte w statystykach. To powoduje, że średni wiek samochodu w Polsce jest zawyżony według oficjalnych danych i wynosi aż piętnaście lat. Jednocześnie liczba samochodów w przeliczeniu na mieszkańca oficjalnie wydaje się, że jest taka jak w krajach Unii Europejskiej, a jest to absolutnie nieprawdą – podkreśla Alfred Franke ze Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych i ekspert Motofocus.
Oficjalne dane opublikowane przez GUS na podstawie Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców wskazują, że w Polsce na koniec 2012 r. było niemal 19 mln samochodów osobowych. Oznacza to, że na tysiąc mieszkańców przypadało 486 aut – o dwa więcej niż wynosi unijna średnia.
Franke zauważa jednak, że błędy w tych danych widać gołym okiem. Wskazuje, że zgodnie z danymi, w Polsce co czwarty samochód na drodze powinien mieć starą, czarną tablicę rejestracyjną. Inne dane wskazują, że w Polsce jest dwa razy więcej syren niż toyot yaris. Dodatkowo, jeśli średni wiek samochodów wynosiłby 15 lat, po ulicach powinno jeździć znacznie więcej pojazdów mających powyżej 30 lat, czyli uznawanych za zabytki.
– Badania robione na zlecenie GUS, i nie tylko, wykazują, że średni wiek samochodu w Polsce to jest 11 lat, a liczba samochodów jest około 4 mln niższa niż oficjalnie. To powoduje, że politycy, decydenci, podejmując decyzję na podstawie oficjalnych danych statystycznych, podejmują błędne decyzje – przekonuje Franke w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.
Przyznaje, że obecny sposób prowadzenia statystyk jest trudny do zmiany. Wielu kierowców po wyrejestrowaniu samochodu nie zgłasza tego do urzędu komunikacyjnego. Propozycję wprowadzenia kar za takie zaniechanie odrzuciły w ubiegłym roku resorty transportu i finansów.
W opinii Alfreda Frankego pomóc mogłaby weryfikacja oficjalnych statystyk poprzez porównanie ich z bazą o ubezpieczeniach OC. Liczba pojazdów z obowiązkowym ubezpieczeniem jest znacznie niższa od oficjalnej liczby aut. Franke podkreśla, że duża liczba pojazdów bez ubezpieczenia jest podejrzana i należałoby ją zweryfikować.
– Być może nałożenie oficjalnych baz statystycznych i baz ubezpieczycieli w jakiś sposób rozwiązałoby ten problem, ale myślę, że specjaliści od tego typu tematów są w stanie znaleźć jeszcze lepsze rozwiązania – ocenia Franke. – Nie można na podstawie tych błędnych danych, podejmować decyzji rzutujących np. na wprowadzenie podatków dla właścicieli starszych samochodów, nie możemy karać kogoś za to, że nie stać go na kupienie nowego samochodu.
Blisko 9 mld euro – takie fundusze będą do wydania w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, który ma zastąpić w nowej perspektywie Innowacyjną Gospodarkę. Resort rozwoju regionalnego zapewnia, że pieniądze „będą szły za przedsiębiorcą”, ale efektem musi być ostateczne wdrożenie innowacji w gospodarce.
– Musimy być zgodni z tym, na co Komisja Europejska pozwala nam wydawać pieniądze, a wiemy, że trzeba będzie wydawać je w sposób efektywny i na wybrane obszary tematyczne. Jednym z kluczowych obszarów tematycznych jest obszar badań, rozwoju, innowacji i nowych technologii. W związku z tym program Inteligentny Rozwój będzie temu dedykowany – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwona Wendel, wiceminister rozwoju regionalnego.
Program Inteligentny Rozwój ruszy wraz z nową perspektywą budżetową UE w przyszłym roku i potrwa do 2020 r. Z szacunków MRR wynika, że do rozdysponowania będzie 8,8 mld euro, w tym 7,6 mld euro z środków unijnych. Reszta funduszy będzie pochodzić ze źródeł krajowych. Niemal połowa środków ma zostać przeznaczona na wsparcie prac badawczo-rozwojowych oraz współpracy naukowo-przemysłowej.
– Przede wszystkim chcemy się skoncentrować na powiązaniu gospodarki z nauką, czyli chcemy obsłużyć cały proces związany z komercjalizacją efektów prac badawczo-rozwojowych bezpośrednio w praktyce gospodarczej. Pieniądze będą szły za przedsiębiorcą. Projekty mogą być realizowane w konsorcjach przedsiębiorców dużych z małymi, przedsiębiorców z obszarem nauki, ale za każdym razem na końcu musi być efekt w postaci wdrożenia w gospodarce – podkreśla Wendel.
Po ponad 20 proc. środków ma zostać przeznaczonych na wsparcie innowacji w przedsiębiorstwach oraz zwiększenie potencjału naukowo-badawczego. Według zapowiedzi MRR głównymi odbiorcami wsparcia będą przedsiębiorcy, w szczególności z segmentu małych i średnich firm, jednostki naukowe, a także konsorcja i klastry zrzeszające odbiorców.
Inteligentny Rozwój zastąpi funkcjonujący do tej pory Program Operacyjny Innowacyjna Gospodarka. Wendel podkreśla, że założenia tych programów są inne, więc nie należy mówić o kontynuacji. Niektóre elementy Innowacyjnej Gospodarki zostaną jednak zachowane.
– Te, które były związane już dzisiaj z wdrażaniem innowacji poprzez wstępny etap prac badawczo-rozwojowych, wtedy, kiedy środki publiczne powinny wspomóc przedsiębiorców w ponoszeniu ryzyka, ponieważ ten pierwszy etap jest dosyć mocno ryzykowny – precyzuje wiceminister.
Dodaje, że na dalszych etapach wdrażania innowacji wsparcie będzie udzielane raczej w formie zwrotnej niż jako dotacje. MRR chce również nadal współpracować z organizacjami zajmującymi się wspieraniem innowacyjności, takimi jak fundusze venture capital lub Anioły Biznesu.
Wsparcie ma być ukierunkowane również na ekspansję międzynarodową. Iwona Wendel zapowiada, że duże środki zostaną przeznaczone dla najważniejszych dla gospodarki klastrów, by ułatwić im rozszerzenie działalności poza Polskę.
– Chcemy się skupić na internacjonalizacji klastrów kluczowych dla gospodarki w taki sposób, żeby osiągać przewagi na rynku europejskim i światowym. Chcemy także jeszcze wspomóc naukę polską, w taki sposób, żeby stała się konkurencyjna w europejskiej przestrzeni badawczej, czyli żeby mogła skuteczniej sięgać po środki europejskie, np. w programie Horyzont 2020 i realizować wspólne projekty badawcze z naukowcami z Europy i ze świata – mówi wiceminister.
Telewizja Polska sprzeda jeden z dwóch warszawskich ośrodków znajdujący się przy placu Powstańców Warszawy. W głównej siedzibie TVP przy ul. Woronicza powstanie za to nowy budynek ze studiami, newsroomem oraz biurami. To ma umożliwić sprzedaż kolejnych małych budynków, a nawet położonego na działce TVP boiska piłkarskiego.
– Podjęliśmy decyzję o tym, żeby opuścić budynki na placu Powstańców Warszawy, bo podział telewizji w Warszawie na dwa odrębne ośrodki generuje różne dodatkowe koszty. W dodatku budynek na placu Powstańców jest niefunkcjonalny. Nie da się go już przy pomocy drobnych remontów usprawnić, żeby spełniał nowoczesne kryteria. Musimy wybudować nowy budynek na Woronicza – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Juliusz Braun, prezes zarządu TVP SA.
W budynku przy pl. Powstańców Warszawy znajdują się dziś przede wszystkim siedziby TVP Info oraz Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Działka przy ul. Woronicza jest znacznie większa i to tam TVP chce przenieść całą warszawską siedzibę. W przyszłym roku spółka chce sfinalizować projekty i zdobyć niezbędne pozwolenia, a także wyburzyć stary 11-piętrowy biurowiec. Rozbiórkę tego budynku nakazał nadzór budowlany.
Braun przekonuje, że w nowym budynku, który ma zostać zbudowany nowocześnie, funkcjonalnie i tanio, znajdzie się miejsce na studia newsowe, newsroom oraz pomieszczenia dla administracji. Dodaje, że zostanie on wybudowany zgodnie z wzorcami m.in. z Pragi i Lizbony, czyli w jak najprostszy sposób, ale równocześnie z zapewnieniem niezbędnej funkcjonalności wnętrz.
– Nie dlatego, żeby administracji było więcej, tylko dlatego, że dzięki temu będziemy mogli zrezygnować z bardzo wielu budynków, niektóre można uznać za baraki, które na całej wielkiej działce przy Woronicza są. Będziemy mogli wtedy pozbyć się znacznej części tej działki – tłumaczy Braun. – Tam jest nawet boisko piłkarskie, ale w tej chwili nie ma się go jak pozbyć, bo ono jest w samym środku działki.
Braun nie chce jeszcze podawać kwoty inwestycji.
W ciągu ostatnich czterech lat budżet TVP zmalał o ponad 500 mln zł, czyli o prawie 30 proc. Nadawca sprzedaje nieruchomości w całym kraju, w tym niewykorzystywane budynki, który nie tylko nie przynoszą zysków, ale wręcz generują straty.
Pieniądze na rozbudowę siedziby przy Woronicza mają pochodzić m.in. ze sprzedaży budynku przy pl. Powstańców Warszawy. TVP planuje rozpisać w taki przetarg, by po sfinalizowaniu transakcji i otrzymaniu zapłaty móc jeszcze przez jakiś czas korzystać z budynku.
– Chcemy to zrobić w ten sposób, żeby ogłosić przetarg, wybrać kupującego, z pewnym odroczeniem przekazania budynku, żeby pieniądze już można było przeznaczać na inwestycje – wyjaśnia Braun.
Przewiduje, że w przyszłym roku nie uda się jeszcze rozpocząć prac budowlanych na działce przy ul. Woronicza. Problemem jest m.in. skomplikowana technologia budowy 11-piętrowego budynku przeznaczonego do rozbiórki, co generuje dodatkowe koszty przy wyburzaniu.
Ministerstwo Finansów zapowiedziało podwyżkę akcyzy od napojów spirytusowych o 15 procent. Według resortu finansów ma to dać 780 milionów złotych dodatkowych wpływów do budżetu. Według branży na zmianach budżet jednak tyle nie zyska. Podwyżka akcyzy zamiast wzrostu dochodów może spowodować ich spadek o 150 milionów złotych, bo sprzedaż spadnie nawet o jedną czwartą.
– Planowane dodatkowe 780 mln złotych to są wpływy wirtualne, na papierze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Leszek Wiwała, prezes zarządu Polskiego Przemysłu Spirytusowego.
Potwierdzają to dwie niezależne od siebie ekspertyzy. Zarówno ta przedstawiona przez Instytut Sobieskiego, jak i Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, wskazują na prawdopodobny spadek dochodów budżetowych w przypadku tak wysokiej podwyżki akcyzy na wyroby spirytusowe.
– Trudno jest jednoznacznie przewidzieć, jak zachowają się konsumenci, ale mamy zewnętrzne prognozy, które wskazują, że dość prawdopodobne jest, że 15 proc. podwyżki akcyzy spowoduje około 10-proc., a nawet większy spadek sprzedaży – mówi Leszek Wiwała.
Z prognozy Instytutu Sobieskiego wynika, że w najbardziej optymistycznym przypadku spadek rynku wyniesie 7 procent. Tylko ten wariant zapewni budżetowi państwa wzrost wpływów z akcyzy, ale na poziomie niespełna dwóch trzecich tego, co zakłada minister finansów. W pesymistycznym scenariuszu spadek sprzedaży wyniesie 25 procent, a dochodów – o niemal miliard złotych.
– Biorąc pod uwagę najbardziej realny scenariusz, to jest utrata 150 mln złotych. My mamy nadzieje, że tego nie będzie – liczy Leszek Wiwała.
Jeśli dojdzie do podwyżki akcyzy, polski konsument zapłaci wyższy podatek niż obywatele krajów sąsiednich. W Europie wyższe stawki realne (przy uwzględnieniu siły nabywczej) obowiązują jedynie w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Finlandii, Szwecji i Grecji.
– W rezultacie zwiększy się dopływ do Polski pochodzącego z legalnych i nielegalnych źródeł alkoholu wysokoprocentowego. Za to stracą nasi producenci, nasi eksporterzy, a nawet nasi sprzedawcy, czyli detaliści – podkreśla dr Marian Szołucha z Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie.
Eksperci powołują się na przykład Litwy, gdzie akcyzę podwyższono w 2009 roku.
– Skończyło się to ponad 30-proc. skurczeniem całego rynku oraz 20-proc. stratą wpływów z tego tytułu do budżetu państwa. Bardzo byśmy nie chcieli, żeby powtórzyła się sytuacja z tego roku, kiedy minister finansów w połowie roku informuje nas, że bardzo się pomylił, że deficyt budżetowy będzie znacznie wyższy niż się spodziewał – mówi Szołucha.
Dlatego przedstawiciele branży mówią: podwyżka – tak, ale na wszystkie napoje alkoholowe.
– 5 proc. podwyżki na wszystkie napoje alkoholowe daje gwarancje znacznie wyższych wpływów, bo nie zaburzy to rynku, i w mniejszym stopniu obciąży konsumentów. Zmniejszy się też ryzyko rozwoju szarej strefy, zwłaszcza, że w przypadku lżejszych napojów alkoholowych nie ma konkurencji w postaci nielegalnego alkoholu – proponuje Leszek Wiwała.
Według GUS w 2012 roku statystyczny Polak wypił 8 litrów napojów spirytusowych, 7 litrów wina i 99 litrów piwa.
Zaostrzenie stanowiska unijnych urzędników może sprawić, że rozwój tańszej, ekologicznej technologii produkcji prądu i ciepła, może zostać zahamowany. System wsparcia dla nowoczesnych i bardziej wydajnych elektrociepłowni obowiązywał do końca minionego roku, a dziś firmy wstrzymują inwestycje i wyłączają bloki.
Na początku października Jerzy Kurella, p.o. prezesa PGNiG zapowiedział, że wstrzyma kolejne inwestycje związane z kogeneracją (czyli produkcją ciepła i energii w jednym procesie technologicznym – tzw. skojarzeniu), jeśli nie będzie wsparcia na poziomie rządowym. Obecny system wsparcia oparty na żółtych i czerwonych certyfikatach został ustalony na okres pięciu lat – od 2007 r. do końca 2012 r. Ostateczny termin ich rozliczenia minął 31 marca br. Resort gospodarki chce przedłużenia wsparcia dla tej technologii do 31 marca 2015 r. na dotychczasowych zasadach.
– Polski projekt ustawy przedłużający system wsparcia na lata 2013-2015 jest w trakcie notyfikacji w Komisji Europejskiej. KE stara się przeanalizować nasz projekt pod kątem możliwości udzielenia pomocy publicznej dla tego rodzaju wsparcia. Przypomnę, że wiele lat temu, kiedy wchodził on w życie w Polsce, nie był notyfikowany. Teraz dostrzegamy pewne zaostrzenie stanowiska Komisji i pytania przesłane ostatnio do Polski zmierzają właśnie do ustalenia, czy to jest system pomocy publicznej – Jacek Szymczak, prezes Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.
Ekspert obawia się, że decyzja KE w tej sprawie nie zapadnie w tym roku, w związku z czym nie będzie możliwości skierowania ustawy do parlamentu polskiego. W jego ocenie negatywna ocena KE w tym zakresie nie byłaby uzasadniona, ponieważ zgodnie z unijnym prawem, polski system świadectw nie angażuje środków państwowych, zatem nie jest pomocą publiczną.
– Jeśli jednak stanowisko KE będzie negatywne, projekt ustawy przedłużający system wsparcia prawdopodobnie albo będzie musiał przejść indywidualną notyfikację, albo będzie musiał być zmieniony – obawia się Jacek Szymczak.
Duże elektrociepłownie, np. powyżej 100 MW, mają szanse na zachowanie rentowności, gorsza sytuacja jest w przypadku tych mniejszych.
– Nie są realizowane inwestycje w małe i średnie źródła skojarzone. Znam przykłady kilku instalacji, które zostały wyłączone, gdy system przestał funkcjonować. Szczęśliwie w tej sytuacji dla bezpieczeństwa energetycznego powrócono do tzw. kotłów klasycznych, WR-ów, gdzie wytwarzane jest tylko ciepło. Ale ze szkodą dla środowiska, dla klientów, dla pieniędzy, które już zostały zainwestowane. Nie będzie można mówić o znacznym impulsie inwestycyjnym, jeśli system wsparcia kogeneracji nie zostanie wprowadzony w miarę szybko – zwraca uwagę Jacek Szymczak.
Podkreśla, że nie można liczyć na masowy rozwój tej technologii bez funkcjonowania systemu wsparcia. A kogeneracja jest najbardziej efektywna w przypadku wytwarzania ciepła systemowego. Jej efektywność energetyczna jest nawet o 30 proc. wyższa, niż w przypadku oddzielnego wytwarzania energii elektrycznej w innych technologiach, jak elektrownie kondensacyjne czy ciepło w kotłowni. W konsekwencji oznacza to mniejsze zużycie paliwa oraz ograniczenie emisji dwutlenku węgla. Stąd też kogeneracja jest promowana przez Unię Europejską.
– Inwestorzy będą wyczekiwać na rozwiązania prawne i będą musieli uwierzyć, że nie zmienią się w perspektywie, w jakiej liczą na zwrot z zainwestowanego kapitału. Czyli wprowadzone rozwiązanie prawne i jego stabilność są dzisiaj kluczowe z punktu widzenia zwiększenia możliwości inwestycyjnych – podkreśla Jacek Szymczak.
InPost zapowiada rozwój sieci paczkomatów poza granicami Polski. Jeszcze w tym roku spółka zainstaluje 200 urządzeń do samodzielnego odbioru paczek w Rumunii. Do końca roku InPost wejdzie także do jednego z krajów skandynawskich. Polska jest jednak na razie jedynym rynkiem, na którym spółka zarabia.
– W tej chwili jedynie w Polsce mamy dojrzały projekt, który generuje rosnące, dodatnie przepływy pieniężne. Czechy i Słowacja są kolejne w takim zaawansowaniu i pewnie za pół roku będą już generować zyski. Bardzo mocno rośniemy w Rosji, zwiększamy liczbę maszyn, natomiast 220 maszyn, które mamy w Rosji, to zbyt mało, żeby osiągnąć odpowiednie momentum – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Brzoska, prezes zarządu Integer.pl, właściciela InPost.
Brzoska ocenia, że właśnie Rosja, a także Ukraina, są najbardziej perspektywicznymi rynkami w Europie Środkowo-Wschodniej. Liczy, że podobnie dynamiczny rozwój będzie możliwy w Rumunii. Do końca tego roku spółka chce zainstalować tam 200 paczkomatów, a docelowo chce zwiększyć ich liczbę do co najmniej 500.
Największych zysków spółka oczekuje jednak nie w Europie Środkowo-Wschodniej, ale na zachodnich, konkurencyjnych rynkach – we Francji, Włoszech, Skandynawii i Wielkiej Brytanii. Dlatego InPost planuje ekspansję w wielu krajach. Jak podkreśla Brzoska, w grę wchodzi kilkanaście rynków.
– Najbardziej zaawansowane pod kątem rozwoju są Szwajcaria, Francja, Hiszpania, Portugalia. Ciekawie wygląda sytuacja w Turcji, gdzie trzech potencjalnych partnerów logistycznych chce wspólnie z nami rozwijać ten projekt. Rynek turecki również rośnie bardzo szybko. Ukraina, Rosja – tam już jesteśmy, ale zwiększamy liczbę urządzeń – wylicza Brzoska.
Dodaje, że spółka jest zainteresowana również Skandynawią. Jeszcze w tym roku w jednym z krajów skandynawskich ma się pojawić co najmniej 100 paczkomatów, a docelowo w przyszłym roku InPost chce być obecny w całej Skandynawii.
– Cztery kraje skandynawskie to w tej chwili bardzo dojrzały rynek e-commerce’owy, z użytkownikami, którzy są przyzwyczajeni do tego, żeby odbierać paczki bezpośrednio z punktów, a nie czekać na kuriera. Więc tam nawet nie trzeba edukować użytkowników, wystarczy rozlokować w najlepszych miejscach nasze urządzenia – przekonuje Brzoska.
Dodaje, że końcówka roku to zwieńczenie wielomiesięcznej pracy nad ustawieniem nowych paczkomatów. Brzoska zauważa, że łatwo jest znaleźć drogie lub słabe lokalizacje, ale nawiązanie współpracy korzystnej dla obydwu stron jest znacznie trudniejsze. Przykładem dobrej umowy sieciowej jest partnerstwo InPostu z Carrefourem we Włoszech. Dzięki takim umowom do końca tego roku spółka chce zainstalować kilkaset urządzeń.
Instalacja nowych urządzeń jest niezwykle ważna dla poprawy rentowności nowych rynków, na które wchodzi InPost. Dopiero przy odpowiedniej ich liczbie możliwe jest pozyskanie klientów i wygenerowanie zysków.
– W Polsce, kiedy mieliśmy 150 maszyn, rozwiązanie paczkomatowe właściwie było bardzo rzadko obecne w sklepach internetowych. W tej chwili kończymy plan rozlokowania 1100 maszyn. To automatycznie powoduje, że każdy sprzedawca, który chce zaoferować klientom najlepsze rozwiązanie, nie może sobie pozwolić na to, żeby w koszyku dostaw nie było paczkomatów. I to też powoduje, że nasycenie sieci jest większe, przez co – oczywiście – odbija się to na rentowności – tłumaczy Brzoska.
Rynek reklam emitowanych przed materiałami wideo w internecie rośnie o 40-50 proc. rocznie. Portale internetowe rozszerzają ofertę wideo na żądanie, a to oznacza problemy dla telewizji, która traci reklamodawców. Dzięki reklamom portale mogą oferować treści za darmo.
– W tej chwili mogę powiedzieć, że jesteśmy wyprzedani prawie w 100 proc. Właściwie zastanawiamy się nad poszerzeniem naszej oferty wideo i pracujemy nad tym ze względu na to, że jest na to popyt. W tej chwili właściwie sprzedalibyśmy każdą ilość, gdybyśmy nią dysponowali – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Tomasiak, prezes zarządu Wirtualnej Polski. – Ten rynek będzie rósł i on rzeczywiście w tym roku rośnie bardzo dynamicznie.
Zgodnie z danymi IAB AdEx w tym roku rynek reklamy wideo w internecie wzrośnie o ok. 50 proc. ZenithOptimedia szacuje ten wzrost na nieco niższym poziomie 40 proc. Takie wielkości oznaczają poważne problemy dla telewizji, która traci reklamodawców, a tym samym ma mniejsze przychody z reklam.
Jak podkreśla Grzegorz Tomasiak, portale nie mogą podnieść cen powyżej poziomu opłat w telewizji. Choć nie chce podawać dokładnych przychodów Wirtualnej Polski z tego rodzaju reklamy, podkreśla, że wyniki są zgodne z przewidywaniami i z tendencjami rynkowymi.
– To jest dla nas najważniejsze, że załapaliśmy się w odpowiednim momencie i korzystamy na tym wzroście rynku, trzymamy nasz udział w tym rynku, bo rośniemy zgodnie z rynkiem – podkreśla Tomasiak.
Dodaje, że zmiany na rynku reklamy wideo nie pozostają bez wpływu na jej treść.
– Wideo w sieci rządzi się swoimi prawami. To nie jest do końca telewizja. Tutaj internauta ma dosyć szybką możliwość utraty atencji czy zmiany tego, co chce oglądać, czytać. W związku z tym trzeba bardzo umiejętnie podawać te treści i podawać je w taki sposób, żeby też internautów nie zniechęcić – zaznacza prezes Wirtualnej Polski.
Przyznaje, że wielu internautów reklamy mogą irytować. Są one jednak niezbędne do tego, by portale mogły nadal udostępniać treść za darmo, co jest dużym wyzwaniem ekonomicznym.
Tomasiak przewiduje dalszy rozwój rynku wideo na żądanie kosztem linearnej telewizji, w której widz jest związany ramówką. Ten trend w jego ocenie przełoży się na dalszy rozwój przychodów z reklamy, a dużą ich część zgarną portale internetowe.
Równocześnie prezes Wirtualnej Polski przekonuje, że to właśnie filmy na żądanie oraz treści lokalne, a nie duże premiery, będą głównym źródłem przychodu dla nadawców.
– Wiadomo, że dla nas sprawdza się kontent lokalny i że tutaj rozmawiamy z twórcami lokalnymi na temat takich modeli, które dają nam możliwość zarobienia, ale też jak gdyby odpowiedniego wynagrodzenia właścicielom praw. Ja raczej nie wierzę w możliwość zarabiania na premierach filmów ze studiów hollywoodzkich w modelu odpłatnym – mówi Tomasiak.
W jego opinii koncentracja na premierach jest błędem przemysłu filmowego oraz fonograficznego. Przekonuje, że wobec wyzwań stawianych przez piractwo internetowe należy zmienić model działania tej branży, a nie bronić starych metod.
– To niestety się odbije negatywnie na tym przemyśle w dłuższej perspektywie, jeśli w dalszym ciągu będą mieli takie podejście – przewiduje Tomasiak.
Długa zima i upalne lato przysporzyły problemów rolnikom. Jednak zdaniem ekspertów nie wszyscy mają powody do narzekań – poprawiła się sytuacja hodowców trzody chlewnej i producentów warzyw. W dobrej sytuacji są przede wszystkim właściciele dużych gospodarstw, którzy umieją wykorzystać efekt skali. Wiele też zależy od specjalizacji danego gospodarstwa.
– Nie najgorzej ostatni sezon będą wspominać producenci mleka, szczególnie jeżeli mówimy o ostatnich tygodniach, gdyż ceny mleka wzrastają – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. – Zwiększa się także opłacalność produkcji warzyw, których ceny w ostatnich latach były wyjątkowo niskie. Teraz się to zmieniło, choćby z przyczyn pogodowych.
Na Rynku Hurtowym w podwarszawskich Broniszach podstawowe warzywa podrożały w porównaniu z ubiegłym rokiem. Mniej płaci się tylko za pomidory (ok. 20 proc.) i pory. Najbardziej zdrożały ziemniaki i cebula (2,5 razy), choć tu problemem jest fakt, że zbiory będą niższe – odpowiednio o 40 proc. i 5 proc.
W tym roku na niskie ceny skupu narzekają producenci zbóż. Choć w ostatnich tygodniach odnotowano lekki wzrost cen, to i tak są znacząco niższe niż w ubiegłym roku. Żyto konsumpcyjne w pierwszych tygodniach października skupowano po 507 zł za tonę, czyli było 28 proc. tańsze. Kukurydza jest tańsza o 23 proc., a jęczmień paszowy o 17 proc. w porównaniu do sytuacji sprzed roku.
Dzięki niższym cenom zbóż, a co za tym idzie również pasz, zwiększa się opłacalność produkcji zwierzęcej, cieszy to szczególnie producentów wieprzowiny i drobiu.
Zdaniem dyrektora IERiGŻ, ostatni sezon można określić jako przeciętny. Dotyczy to także owoców, pomimo że np. zbiory truskawek obniżyły się w stosunku do ostatnich lat.
– Ten sezon można określić jako bardzo trudny produkcyjnie, z uwagi na bardzo długą zimę i późniejsze perturbacje pogodowe. Jednocześnie dawał on w większości dziedzin poczucie pewnej stabilizacji ekonomicznej – twierdzi prof. Kowalski. – Niewyraźnie, ale jednak poprawiają się nożyce cen. A więc ceny płacone w skupie rolnikom rosną nieco szybciej niż ceny płacone za środki produkcji.
Polski rynek gier wideo jest warty ok. 400 mln zł i dynamicznie rośnie, pomimo spowolnienia gospodarczego. Wciąż dominuje sprzedaż w sklepach, a 60 proc. rynku to gry na komputery osobiste. Rośnie popularność legalnego pobierania gier z internetu oraz gier darmowych, ale dystrybutorzy nie obawiają się o przyszłość fizycznej sprzedaży.
– Jest to rynek, który dziś w dużym stopniu ciągle oparty jest jeszcze o sprzedaż detaliczną, czyli w sklepach fizycznych, ale z bardzo szybko rosnącym udziałem cyfrowej dystrybucji. Te wzrosty cyfrowe są bardzo dynamiczne i wysokie, ale ciągle jeszcze procentowo nie są znaczne na tle całego rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Gembicki, dyrektor zarządzający CDP.pl.
Gembicki szacuje wartość rynku gier wideo na ok. 400 mln złotych. Choć sprzedaje się nieco więcej gier na komputery osobiste, większą wartość ma rynek konsol. Wynika to z tego, że gry na popularne PlayStation 3 oraz Xbox 360 są nieco droższe niż te przeznaczone na komputery.
Coraz więcej osób decyduje się też na legalne pobieranie gier przez internet. Platformy to umożliwiające, takie jak Steam czy GOG, notują bardzo dobre wyniki. Dużo osób zwraca się też w stronę gier, które są dostępne za darmo. W takim modelu najczęściej podstawowa forma rozgrywki jest bezpłatna, ale w jej trakcie użytkownicy mogą dokupić nowe możliwości lub opcje, a także poprawić swój status w rozgrywce dla wielu graczy.
– To jest bardzo dynamicznie rozwijająca się część branży. Trudna do ocenienia dzisiaj, jeżeli chodzi o wartość, bo jest wiele podmiotów, które tam grają, ale światowo dwie największe tego typu gry to League of Legends i World of Tanks – w obu tych grach Polacy przodują, co pokazuje, że polski klient nie odstaje od światowych standardów – podkreśla Gembicki. – Oczywiście, należy ten trend obserwować, aczkolwiek należy też pamiętać o tym, że gracze nie są jednorodną grupą.
Gembicki nie obawia się o przyszłość dystrybutorów gier. W jego ocenie darmowe gry z mikropłatnościami w trakcie rozgrywki nigdy nie zajmą całego rynku. Konieczna jest jednak zmiana sposobu dystrybucji i odejście od tradycyjnych nośników, które są dużym ograniczeniem. Zwłaszcza tanie gry nie mają przyszłości w fizycznych sklepach, bo marża na nich jest zbyt niska. Jednak w internecie wystawienie gry na sprzedaż nic nie kosztuje, a „wirtualne półki” są nieograniczone, więc Gembicki wieszczy dynamiczny rozwój tego segmentu.
Pobieranie gier przez internet ułatwia rozwój sektora tzw. indie games, czyli małych, niezależnych producentów. Przykładami sukcesów z tego obszaru są gry Minecraft oraz Angry Birds.
– Jeszcze 2-3 lata temu bycie producentem, który ma tylko jedną grę, sam ją robi w garażu i wydaje ją na świat, było niemożliwe, bo trzeba było mieć jakiegoś wydawcę i on zabierał lwią część zysku, a dzisiaj można samodzielnie przez internet dystrybuować swoje produkty – podkreśla Gembicki. – Nie tylko duże korporacje są przyszłością, ale też kreatywność małych zespołów game’ingowych.
Dodaje, że dynamicznie rozwija się też obszar gier na urządzenia mobilne, takie jak tablety i smartfony.
– Szeroko rozumiany mobile gaming, czy to jest smartfon, czy tablet, to rzeczywiście jest dziś najdynamiczniej rosnąca platforma do grania. Gry dla dzieci – mówię o najmłodszych, w wieku 6-8 lat – kiedyś sprzedawały się przede wszystkim na komputery PC, a dzisiaj zaczynają się fantastycznie sprzedawać różnego rodzaju aplikacje dostępne na iPady czy na urządzenia zAndroidem – podkreśla Gembicki.
Gry na tablety są zwykle prostsze i tańsze, a często nawet darmowe. Jednak duże produkcje, czyli gry o sporych wymaganiach sprzętowych, są wciąż za dużym obciążeniem dla tabletów i wymagają przygotowanych z myślą o grach konsol.
Gembicki przewiduje, że ciekawym obszarem rynku będą nowe konsole PlayStation 4 oraz Xbox One. Obydwie mają czytniki fizycznych napędów, jednak są również dostosowane do gier dostarczanych wirtualnie. W jego ocenie dopiero od następnej generacji konsol, która powinna wejść na rynek za około pięć lat, będzie można mówić o zmierzchu fizycznej dystrybucji gier.
– Myślę, że to forma zabezpieczenia producentów. Ale dopiero kolejna generacja konsol będzie zupełnie pozbawiana fizycznych napędów i wtedy będziemy mogli powoli myśleć o tym, żeby gasić światło na rynku fizycznej dystrybucji – przewiduje Gembicki.
Po trzecim kwartale 2013 r. wielkość Centralnej Bazy Danych Systemu DOKUMENTY ZASTRZEŻONE z dokumentami, które w powszechnym obrocie służą do potwierdzania tożsamości, wzrosła do 1,26 mln sztuk. W ostatnim kwartale odnotowano zatem wzrost bazy o 34 325 dokumentów – jest to najwyższy wzrost bazy od początku prowadzenia badań i publikacji raportu infoDOK, a dotychczasowy rekord pobity został o ponad 8% – wynika z najnowszej edycji Raportu InfoDOK przedstawionego na konferencji prasowej ZBP.
W Konferencji wzięli udział Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes ZBP, Jerzy Bańka, Wiceprezes ZBP, Grzegorz Kondek, koordynator społecznej Kampanii Informacyjnej Systemu DOKUMENTY ZASTRZEŻONE oraz Marcin Idzik z TNS Polska
„34 tys. zastrzeżonych dokumentów w kwartale przekłada się na ponad 370 dokumentów dziennie. Oznacza to, że niezależnie od dnia tygodnia oraz pory dnia i nocy, co 4 minuty do bazy kradzionych i zgubionych dokumentów trafia jakiś dowód osobisty lub paszport.” – powiedział Grzegorz Kondek.
Łączna kwota udaremnionych prób wyłudzeń kredytów w III kwartale 2013 r. wyniosła 69,7 mln złotych (średnio 750 tys. zł dziennie) – wynika z 11. edycji raportu InfoDOK przygotowanego przez Związek Banków Polskich.
Najwyższą próbą wyłudzenia była kwota 11,8 mln złotych (woj. pomorskie). To druga co do wielkości kwota, jaką próbowano ukraść w tym roku (tegoroczny rekord to 12,2 mln zł z kwietnia – również w woj. pomorskie).
W III kwartale odnotowano 1 605 prób wyłudzeń. To liczba, która oznacza kontynuację wzrostowego trendu obserwowanego od roku. Wynik taki niebezpiecznie zbliża się do średniej 1,8 tys. prób kwartalnie z całego okresu badania, choć nadal daleko do rekordowego pod tym względem III kwartału z 2008 r. – wtedy takich prób odnotowano aż 2 412.
„Od 2008 roku odnotowaliśmy łącznie ponad 41 tys. prób wyłudzeń kredytów na łączną kwotę 2,1 miliarda zł. Jak zawsze podkreślamy jednak, że liczba oszustw poza systemem bankowym jest wielokrotnie wyższa, co pokazują policyjne statystyki. To właśnie dlatego stale rozbudowujemy bazę Systemu DOKUMENTY ZASTRZEŻONE i poszerzamy krąg firm i instytucji z niej korzystających.” – powiedział Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes Związku Banków Polskich.
Pengab: Optymizmu coraz więcej
Październikowy pomiar jest wyrazem utrzymujących się od kilku miesięcy względnie dobrych nastrojów wśród pracowników sektora bankowego. Pozytywnym sygnałem jest wyższa ocena kredytowania sektora przedsiębiorstw. Wskaźnik oceny sytuacji na rynku kredytów przedsiębiorstw wynosi obecnie 26 pp. Wskaźnik ten odnotował znaczy wzrost bo o 15 pp w stosunku do wrześniowego pomiaru. W przypadku potwierdzenia oczekiwań bankowców w sferze realnej, sektor przedsiębiorstw może mieć w dłuższej perspektywie wpływ na poprawę nastrojów w całej gospodarce. Korzystne jest również porównanie poprzedniego wskaźnika oceny na rynku kredytów obrotowych, który wzrósł o 18 pp do poziomu 35 pp co możemy odczytywać jako kolejny dobry prognostyk w gospodarce na najbliższe miesiące.
W poniedziałek 21 października, na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, KGHM Polska Miedź S.A. organizuje spotkanie poświęcone przedstawieniu perspektyw rozwojowych KGHM.
Dziś, wraz z drugą w tym roku notyfikacją fiskalną GUS najprawdopodobniej opublikuje rewizję rachunków narodowych za lata 2012 i 2013. Publikacja ta ma charakter historyczny, ale może (jeżeli znacząco zmieni strukturę wzrostu w ostatnich kwartałach) wpłynąć na prognozy PKB na II połowę roku. We wtorek poznamy stopę bezrobocia odnotowaną we wrześniu. Wstępne szacunki MPIPS wskazują, że utrzymałą się ona na poziomie 13%. Publikowane razem ze stopą bezrobocia dane o sprzedaży detalicznej powinny pokazać silnie wzrosty we wrześniu, wpisujące się w obserwowany od pewnego czasu trend. Na naszą nieco wyższą od konsensusu prognozę wpływa przede wszystkim korzystny układ dni roboczych (+1 r/r) oraz duża, pozytywna baza statystyczna w kategorii żywnosć. Ponadto, spodziewamy się pozytywnej kontrybucji sprzedaży samochodów.
W środę PKN Orlen jako jedna z pierwszych firm na polskim rynku poda wyniki za III kwartał. Dziś publikacja sprawozdania zajmuje nieco ponad 3 tygodnie od zakończenia kwartału, a jeszcze pięć lat temu było to dwa razy dłużej. Zważywszy na to, że grupa działa na kilku rynkach europejskich i konsoliduje działalność 70 spółek, jest to tempo zawrotne.
PKN Orlen właśnie za tempo i jakość sprawozdań otrzymał nagrodę „Best of the Best” w dziedzinie sprawozdań finansowych w konkursie The Best Annual Report 2012, organizowanym przez Instytut Rachunkowości i Podatków.
– Jesteśmy jedną z pierwszych spółek, która publikuje wyniki, a biorąc pod uwagę skalę naszej działalności, czyli fakt, że działamy także na rynku czeskim, niemieckim, litewskim, i że konsolidujemy 70 spółek, to powinno działać to na wyobraźnię – podkreśla Sławomir Jędrzejczyk, wiceprezes zarządu ds. finansowych w PKN Orlen.
Sprawozdanie za III kwartał br. spółka przedstawi w najbliższą środę.
Jak podkreśla Sławomir Jędrzejczyk, to dzięki determinacji zespołu czas raportowania wyników finansowych w spółce udało się skrócić w ciągu pięciu lat z 45 do 23 dni. Dodaje, że szybkie raportowanie wyników jest ważnym narzędziem w budowaniu dobrych relacji z inwestorami i komunikacji z rynkiem.
– Inwestorzy zwracają uwagę na inwestor relations, czyli nie tylko na sam fakt otrzymania raportu, ale na komunikację z rynkiem – zapewnia wiceprezes Orlenu. – Otrzymujemy szereg wyróżnień za jakość. sprawozdań, ale za tym idzie również czas, czyli tempo raportowania tych wyników oraz cała warstwa komunikacyjna – wyjaśnia.
Właśnie za jakość i tempo spółka otrzymała w piątek nagrodę „Best of the Best” w dziedzinie sprawozdań finansowych w konkursie The Best Annual Report 2012, organizowanym przez Instytut Rachunkowości i Podatków.
– Otrzymana nagroda to dla nas absolutne wyróżnienie, które pokazuje, że jakość już mamy opanowaną perfekcyjnie. Dostaliśmy już drugą nagrodę z najwyższą liczbą punktów w historii tego konkursu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Jędrzejczyk. – To motywuje zespół do ciężkiej pracy, żeby za rok znów się tu znaleźć.
Za kilka dni Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo rozpocznie odwiert o nazwie Kościaszyn 1 w poszukiwaniu gazu z łupków na koncesji lubelskiej Wiszniów-Tarnoszyn. Wiercenie powinno zająć około dwóch miesięcy. PGNiG nie obawia się protestów podobnych np. do tych, jakie mają miejsce pod Zamościem, gdzie prace prowadzi amerykański Chevron.
– Nie widzimy powodów do obaw, spotykamy się z pełnym zrozumieniem. Sprzyja temu nasza otwartość – spotykamy się, rozmawiamy z mieszkańcami i samorządowcami. Ten dialog jest z obu stron potrzebny i konieczny – podkreśla Rafał Pazura. – Nie mamy nic do ukrycia, organizujemy warsztaty dla mediów, bo za ich pośrednictwem będziemy trafiali do mieszkańców z informacją, a następnie – cykliczne spotkania z mieszkańcami gmin, powiatów, na których można zadawać nam pytania.
Przekonuje, że ta metoda sprawdziła się choćby w przypadku Pomorza, gdzie PGNiG prowadzi intensywne prace na koncesji Wejherowo oraz Kartuzy Szemud. Potwierdzają to badania opinii publicznej przeprowadzone w dwóch falach: pierwsza – na przełomie czerwca i lipca 2012 r. oraz druga – w lutym 2013 r. na zlecenie spółki przez firmę badawczą PBS z Sopotu.
– Robiliśmy badania przed naszą obecnością i po wyjściu z danego terenu. Jasno wskazują, że mieszkańcy Pomorza są nastawieni pro-łupkowo, odnotowaliśmy tam poparcie rzędu 62 proc. W przypadku Lubelszczyzny jest podobnie – byliśmy aktywni w rejonie Lubyczy Królewskiej i Markowoli. Tam żadnych problemów z lokalną społecznością nigdy nie było – zaznacza przedstawiciel zespołu prasowego PGNiG.
Najczęściej podczas spotkań dotyczących gazu łupkowego ze strony mieszkańców padają pytania o korzyści, jakie odniosą z inwestycji.
– Jesteśmy ciągle na etapie poszukiwania i na razie korzyści, jakie mogą mieć mieszkańcy i gminy, na których jesteśmy aktywni, nie są duże – przyznaje Rafał Pazura. – Na wiertni pracuje 50-60 osób, które muszą gdzieś jeść, zaopatrywać się w codzienne rzeczy. Nasi pracownicy zostawiają w okolicznych sklepach miesięcznie około 50 tysięcy złotych.
Podkreśla, że przy robotach na odwiertach pracownicy pomocniczy zatrudniani są z okolicy. Zwykle jest to 10-15 osób w ramach cateringu, ochrony mienia, sprzątania.
– To są wieloletnie inwestycje, więc relacje z mieszkańcami są kluczowe, tak aby wszyscy byli zadowoleni i każdy mógł z tego czerpać jakieś korzyści. Staramy się być dobrym sąsiadem, aktywnie uczestniczyć w życiu mieszkańców i wspierać ich działania – deklaruje Rafał Pazura.
PGNiG ma największą liczbę koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego w Polsce – 15 spośród 113 przyznanych. Trzy z nich znajdują się na terenie województwa pomorskiego. Są to koncesje Wejherowo, Kartuzy-Szemud i Stara Kiszewa. Prace koncentrują się również na południowym wschodzie kraju w województwie lubelskim, na koncesji Lubycza Królewska i na koncesji Wiszniów Tarnoszyn, oraz na koncesji Kock-Tarkawica.
Po tym, jak w trzecim kwartale chińska gospodarka urosła o 7,8 proc., Państwo Środka ma duże szanse na utrzymanie wzrostu gospodarczego w tym roku na zakładanym przez rząd poziomie 7,5 proc. Przeszkodzić w tym może jednak wyhamowanie popytu wewnętrznego i wzrost inflacji, której ostatni odczyt negatywnie zaskoczył. Zdaniem dra Marcina Jałowieckiego, eksperta Wyższej Szkoły Bankowej – ożywienie w Chinach jest wyraźne.
– Wskazują na to ostatnie dane wskaźnika PMI HSBC, które pokazują wzrost zamówień ponad przeciętną. Pokazuje to jasno, że rynek chiński się odbija – mówi dr Marcin Jałowiecki, wykładowca chorzowskiego wydziału Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.
W pierwszym półroczu wzrost gospodarczy Chin wyniósł 7,5 proc. Jak przypomina Jałowiecki, jest to rozwój zgodny z planem, jaki przyjęli chińscy decydenci po trzecim zjeździe partii komunistycznej w listopadzie ubiegłego roku. Podobnie – zdaniem analityków – będzie do końca tego i w przyszłym roku.
– Proszę pamiętać, że gospodarka chińska jest drugą największą gospodarką świata, ale również największym eksporterem i importerem. Jeżeli widać ożywienie w innych gospodarkach, również w Europie i Stanach Zjednoczonych, ono się przełoży na wzrost zakupów w Chinach. To jest główny wskaźnik, który pokazuje nam, że ta gospodarka będzie się dobrze rozwijała – mówi ekspert agencji informacyjnej Newseria Biznes.
Strefie euro udaje się wychodzić z kryzysu, widać też ożywienie w USA. To pozwala chińskim eksporterom z optymizmem patrzeć w przyszłość i to pomimo, że – jak podał tamtejszy urząd statystyczny – eksport we wrześniu spadł o 0,3 proc. w ujęciu rocznym.
Jałowiecki dodaje, że duża część wzrostu chińskiej gospodarki jest uzależniona od tego, ile kupują sami Chińczycy. W najbliższym czasie popyt wewnętrzny powinien tam rosnąć.
– Gdy się patrzy na zachowania konsumentów chińskich, również widać ożywienie w ich zakupach. Chiny zmniejszyły część opodatkowania dla najmniejszych przedsiębiorstw, aby ożywić ten rynek – mówi ekspert Wyższej Szkoły Bankowej.
Jak dodaje Jałowiecki, problemem w Chinach jest rosnąca inflacja. We wrześniu wyniosła ona 3,1 proc., a to już bardzo niewiele poniżej zakładanego przez rząd wzrostu cen konsumpcyjnych na poziomie 3,4 proc. To sprawia, że bank centralny ma spory problem – musi jednocześnie zbijać inflację i dbać o osiągnięcie założonego poziomu wzrostu gospodarczego.
W tym roku już ponad 600 firm w Polsce ogłosiło upadłość, głównie z powodu utraty płynności finansowej – wynika z badań firmy audytorsko-doradczej Grant Thornton. Szacunki mówią, że do końca roku upadnie ich więcej niż w 2012 roku, kiedy zbankrutowało 900 przedsiębiorstw. Eksperci podkreślają jednak, że na rynku widać też pozytywne sygnały. Zatory płatnicze przestały rosnąć, a firmy szukają swoich szans na coraz bardziej egzotycznych rynkach zagranicznych.
Do najbardziej zagrożonych upadłością branż należą budowlanka, meblarstwo czy sektor produkcji wyrobów metalowych – wynika z badania firmy audytorsko-doradczej Grand Thornton. Nie lepiej jest w handlu hurtowym i detalicznym.
– Zeszły rok rzeczywiście był niełatwy, bo odnotowaliśmy najwięcej bankructw w sektorze małych i średnich firm – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Adam Parfiniewicz, dyrektor Obsługi Małych i Średnich Przedsiębiorstw, członek zarządu BNP Paribas. – Ten rok podobno ma być jeszcze gorszy.
Największą bolączką małych i średnich firm są zatory płatnicze. Obecnie co czwarty polski przedsiębiorca deklaruje, że opłaca swoje faktury z opóźnieniem. Ekspert zwraca jednak uwagę na to, że zatory płatnicze przestają narastać.
– Z jednej strony widać rzeczywiście, że kryzys dotyka sektora małych i średnich firm. Natomiast z drugiej strony widzimy wiele pozytywnych symptomów. Sytuacja powoli się zmienia – mówi Adam Parfiniewicz.
– Badania Grant Thornton pokazują, że wśród przyczyn swoich trudności przedsiębiorcy wskazują spadek przychodów, kurczące się marże, złe decyzje menadżerskie i nieefektywny model biznesowy – komentuje Iwona Dolecka, menadżer w Grant Thornton.
Problematyczna strategia
Przynajmniej część z tych czynników ma charakter długoterminowy i dotyczy strategicznych decyzji oraz zarządzania ryzykiem w firmie w dłuższej perspektywie czasowej.
– Tak jak każdy z nas poddaje się okresowym badaniom lekarskim, tak samo firmy powinny co jakiś czas dokonywać przeglądu swojej strategii, modelu operacyjnego, procesów wewnętrznych i efektywności gospodarowania finansami – tłumaczy Iwona Dolecka. – Profilaktyka jest znacznie skuteczniejsza niż leczenie, zwłaszcza jeśli to leczenie odbywa się pod presją czasu, kiedy już do drzwi pukają wierzycie, a klienci wciąż nie płacą – podkreśla.
Wśród elementów zarządzania bieżącą płynnością finansową firmy wymienia m.in. poszukiwanie dodatkowych źródeł finansowania w należnościach. Czyli m.in. skracanie terminów płatności klientów, wydłużanie terminów płatności firmowych zobowiązań, próbę upłynnienia zapasów czy pozbycie się elementów majątku trwałego, niewykorzystywanych w działalności operacyjnej.
Przedsiębiorcy na nowych rynkach
Coraz częściej mali i średni przedsiębiorcy szukają swojej szansy na zagranicznych rynkach.
– Powinien nas cieszyć fakt, że polscy przedsiębiorcy bardzo dobrze sobie radzą z eksportem, sięgają po rynki, które nie są najbardziej tradycyjnym obszarem funkcjonowania małych i średnich firm w Polsce, po rynki egzotycznych, Chiny, cała Azja, Afryka – podkreśla Parfi. – To pokazuje elastyczność i otwartość na zmieniającą się geografię gospodarczą świata.
Zdaniem członka zarządu BNP Paribas, takie działanie wymusiło na przedsiębiorcach spowolnienie gospodarcze w kraju.
– Z drugiej strony kryzys wymusił pewien awans technologiczny, większą edukację i podniesienie naszego sektora małych i średnich firm na wyższy poziom – mówi Parfiniewicz. – W ciągu ostatnich lat poprawił się poziom wiedzy na temat produktów finansowych w sektorze MŚP. Przedsiębiorcy zaczynają korzystać z produktów, które do tej pory były bardziej zarezerwowane dla dużych korporacji. Sięgają po produkty takie, jak faktoring, operacje dokumentowe.
Największy popyt na tego rodzaju rozwiązania zgłaszają firmy, które prowadzą handel zagraniczny, czyli głównie eksporterzy i importerzy.
– Handlując na bardziej wymagających rynkach muszą siłą rzeczy stosować trochę bardziej skomplikowane narzędzia finansowe, ale widać, że rzeczywiście sektor małych i średnich przedsiębiorstw dobrze sobie w tej kwestii radzi. Jako partner finansowy bardzo się z tego cieszymy – podkreśla Adam Parfiniewicz.
M.in. o tym, jak budować przewagę konkurencyjną, wykorzystując do tego celu narzędzia, takie jak m.in. internet, optymalizacja podatkowa czy restrukturyzacja przedsiębiorcy będą mogli się dowiedzieć w czasie cyklu spotkań dla właścicieli i kadry zarządzającej firm z sektora MŚP w ramach Akademii Biznesu organizowanej przez BNP Paribas Bank Polska. W spotkaniach będzie uczestniczyć około 100 przedsiębiorców. Gospodarzem Akademii będzie Frederic Amoudru, prezes BNP Paribas Banku Polska, a w spotkaniach Biznes Akademii weźmie udział Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy Papierów Wartościowych. Wykłady i warsztaty poprowadzą eksperci firmy audytorsko-doradczej Grant Thornton.
Uregulowanie rynku pożyczek pozabankowych przysłuży się branży, choć niektóre propozycje Ministerstwa Finansów mogą w pewnych obszarach hamować rozwój działających w internecie firm z branży finansowej – uważa Marcin Borowiecki, dyrektor zarządzający Wonga.com w Polsce. Wśród takich zapisów wymienia m.in. wymóg pisemnej zgody klienta na sprawdzenie informacji o jego historii kredytowej w BIK.
– Cieszymy się, że regulacje się pojawiają. Wiele z nich jest rzeczywiście koniecznych – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marcin Borowiecki, dyrektor zarządzający internetowej firmy Wonga.com w Polsce.
Ministerstwo Finansów chce m.in. stworzyć rejestr firm pożyczkowych i poddać je nadzorowi KNF. Proponuje też obowiązek współpracy firm pożyczkowych z biurami informacji gospodarczej oraz udzielanie pisemnej zgody na sprawdzenie danych konsumenta w biurach informacji kredytowej, a także podwyższenie kar za prowadzenie działalności bankowej bez zezwolenia. Zastanawia się również nad wprowadzeniem maksymalnego limitu kosztu kredytu.
– Jest sporo dobrych pomysłów, np. rejestracja firm pożyczkowych, która pozwoli zwiększyć przejrzystość rynku czy obowiązkowa wymiana informacji z biurami informacji gospodarczej i kredytowej, choć Wonga była pionierem w bezpośredniej współpracy z BIK jako podmiot sektora niebankowego – mówi Marcin Borowiecki.
W projekcie resortu finansów znalazły się jednak i takie regulacje, do których firma ma zastrzeżenia, bo obawia się, że mogą hamować rozwój rynku. Do takich zapisów należy m.in. wymóg pisemnej zgody klienta na sprawdzenie informacji o jego historii kredytowej w BIK.
– Jest to krok wstecz w szeroko rozumianym rozwoju usług online, dlatego że nasz produkt może być używany w różnych kontekstach w internecie, klienci chcą konsumować w internecie, a wymóg pisemnej zgody w odniesieniu do BIK–u, który nie ma zastosowania w przypadku BIG–ów, może sprawić, że ta ochrona konsumenta będzie niepełna – tłumaczy Marcin Borowiecki.
Jednocześnie zaznacza, że nie obawia się, że zaostrzenie nadzoru nad sektorem finansowym ograniczy liczbę klientów Wonga.com.
– Klienci przychodzą do nas nie dlatego, że są obostrzenia po stronie banków, tylko dlatego, że jest to lepszy produkt, szybszy, i jesteśmy w stanie w ciągu 15 minut wypłacić kwotę pieniędzy, której klienci potrzebują – wyjaśnia.
Propozycje założeń do nowej ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym, ustawy Prawo Bankowe oraz niektórych innych ustaw Ministerstwo Finansów przedstawiło pod koniec sierpnia. Trwają konsultacje.
Dzisiaj kończą się zapisy dla klientów indywidualnych na akcje największego w Polsce i drugiego w UE przewoźnika towarowego – PKP Cargo. Zaproponowany przedział cenowy to 59-74 zł za jedną akcję, co – zdaniemanalityków – jest rozsądną propozycją, któraodzwierciedla wartość firmy. Inwestorzy czekają również na zapowiadany na końcówkę roku debiut Energi.
– Jeżeli ktoś wierzy w poprawę w polskiej gospodarce, to PKP Cargo jest interesującą spółką. Im wyższy będzie wzrost PKB, tym więcej będą warte akcje PKP Cargo. Wydaje się, że jeśli cena ustali się koło środka proponowanego przez spółkę przedziału, to inwestycja będzie sensowna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Osiecki, prezes Altus TFI.
Zapisy dla klientów indywidualnych zakończą się 21 października. Inwestorzy instytucjonalni będą mieli możliwość nabycia akcji od 23 do 25 października. Debiut giełdowy PKP Cargo jest zaplanowany na 31 października.
Na przełomie listopada i grudnia, zgodnie z planami resortu skarbu państwa, zadebiutować ma Energa, firma zajmująca się produkcją, obrotem oraz dystrybucją energii cieplnej i elektrycznej. Aktualnie Skarb Państwa posiada 85 proc. akcji tego przedsiębiorstwa.
– Energa to też ciekawa spółka, aczkolwiek grupa porównywalnych spółek z sektora energetycznego jest na warszawskiej giełdzie bardzo szeroka – zauważa Osiecki. To m.in. Tauron, PGE czy Enea. – Wycena Energi będzie pochodną dzisiejszych wycen tych spółek energetycznych.
Skarb Państwa nie wyklucza, że jeżeli przychody z prywatyzacji okażą się niewystarczające, przed końcem roku nastąpi jeszcze sprzedaż państwowych aktywów.
– Nie zdziwiłbym się, gdyby Skarb Państwa wyszedł z wtórną ofertą publiczną największych spółek już notowanych na giełdzie, np. PKO BP lub PZU, korzystając z tych stosunkowo wysokich cen – mówi Osiecki. – Zawsze od strony inwestycyjnej podaż dodatkowych akcji, zazwyczaj w skali 5-10 proc., powoduje przecenę tych akcji na giełdzie. To musi odbić się na bieżącym kursie.
Szansa na kolejne chińskie debiuty
– Słyszy się coraz więcej od maklerów na rynku, że coraz więcej spółek prywatnych myśli o debiutach i szykowane są oferty publiczne na pierwszy kwartał przyszłego roku – zapowiada Piotr Osiecki.
Powinno być też coraz więcej chińskich spółek. W ubiegłym tygodniu na GPW zadebiutowała pierwsza firma z Państwa Środka – Peixin International Group N.V. – holding zajmujący się produkcją maszyn i linii produkcyjnych produktów higienicznych.
– Była to niewątpliwie oferta interesująca, ale także trudna i dziwna – mówi Osiecki. – Nie zakończyła się ona de facto wielkim sukcesem, gdyż spółka się sprzedała po niskiej cenie, na dolnych widełkach przedziału cenowego, a zainteresowanie inwestorów instytucjonalnych było znikome.
Podczas czwartkowej sesji kurs akcji wyniósł 22,42 zł i wzrósł o 3,37 proc.
Zdaniem eksperta, istnieje szansa na kolejne emisje chińskich spółek. Inwestorzy nie powinni się obawiać, że powtórzy się sytuacja z debiutu spółek ukraińskich, które np. nie publikowały sprawozdań finansowych, i na których inwestorzy stracili znaczne sumy pieniędzy. Subindeks WIG Ukraina stracił od początku 2011 roku ponad 40 proc. swojej wartości. Choć ten przykład może działać odstraszająco, zdaniem Piotra Osieckiego, akcjonariusze Peixinu nie powinni mieć podobnych obaw.
– Oferta publiczna Peixin International Group N.V. była firmowana przez Dom Maklerski PKO BP i możemy być spokojni, że została dobrze przebadana. Wariant ukraiński nie powinien się powtórzyć – przekonuje prezes Altus TFI.
Szwajcarski frank od początku października słabnie do złotego, jednak wciąż jest na wysokich poziomach, przy których przewalutowanie kredytu na złote nie ma sensu. Mało prawdopodobne jest także przyjęcie rozwiązań, pozwalających przewalutować kredyt we frankach po kursie z dnia zaciągnięcia kredytów. Przedstawiciele banków argumentują, że straciliby na tym 45-50 mld złotych. Eksperci podkreślają jednak, że są sposoby, by płacić nieco niższe raty.
W okresie umocnienia złotego wobec głównych światowych walut (lata 2007-2008) zaciągnięto 260 tysięcy kredytów we frankach szwajcarskich. Potem jednak frank szybko się umocnił, co kredytobiorcy odczuli w postaci coraz wyższych rat. Zdaniem Jarosława Sadowskiego, głównego analityka Expander Advisors istnieje jednak niezależny od decyzji polityków i sądów sposób na ograniczenie kosztów spłaty.
– Jeżeli ktoś ma kredyt hipoteczny we frankach, to przede wszystkim powinien pomyśleć o tym, żeby samodzielnie kupować walutę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Sadowski. – Można to zrobić w zwykłych lub internetowych kantorach, a nawet w banku, który ma atrakcyjny kurs, ale niekoniecznie w tym, w którym mamy kredyt.
Banki udzielając kredytu biorą pod uwagę niższy kurs kupna waluty, a podczas spłaty – kurs jej sprzedaży, który jest wyższy. Pozwala im to zarabiać na spreadach, czyli różnicach między tymi dwoma kursami.
– Spread walutowy to swego rodzaju ukryta prowizja przy każdej racie – mówi Sadowski.
Decydując się na samodzielny zakup waluty, kredytobiorca unika płacenia tej prowizji. Może tez poczekać na moment chwilowego osłabienia franka i kupić większą ilość waluty na spłacenie kilku rat.
– Kolejna korzyść tego rozwiązania polega na tym, że możemy sami wybrać moment, w którym zdecydujemy się dokonać wymiany – mówi Sadowski. – Gdy dokonuje jej bank, robi to zawsze w określonym dniu miesiąca, a kurs niekoniecznie musi być wówczas korzystny.
Jak podkreśla analityk Expandera, w ostatnim roku stosunkowo łatwo było wytypować korzystne momenty do zakupu franków.
– W ciągu ostatniego roku frank wahał się w stałym przedziale – od 3,3 zł do 3,55 zł, a średnio znajdował się na poziomie ok. 3,4 zł. Ten, kto to zaobserwował, mógł kupować franki tylko wtedy, gdy kurs był poniżej tej przeciętnej – zauważa.
Zdaniem Sadowkiego, na uniknięciu spreadu walutowego można oszczędzić ok. 50 złotych miesięcznie, a drugie tyle – na zakupie waluty w korzystnym momencie.
– Jeżeli 100 zł przemnożymy przez liczbę miesięcy w roku i jeszcze przez 30 lat spłaty kredytu, to robią się z tego naprawdę duże kwoty. Warto więc pomyśleć o takim rozwiązaniu. Pamiętajmy, że potrzebny jest tu aneks do umowy kredytowej, który banki muszą podpisać bezpłatnie – przekonuje Sadowski.
Uproszczenia w uzyskiwaniu licencji na wydawanie pieniądza elektronicznego przewiduje znowelizowana ustawa o usługach płatniczych. Zmiany, które weszły w życie na początku października, pozwolą na rozpowszechnienie kart przedpłaconych oraz płatności mobilnych i w internecie. Tym samym mogą przyczynić się do ograniczenia używania gotówki i kart płatniczych przy zakupach.
Celem nowelizacji jest dostosowanie polskiego prawa do wymogów UE. Zmienione przepisy usuwają bariery związane z podejmowaniem i prowadzeniem działalności polegającej na wydawaniu pieniądza elektronicznego. Chodzi o zapewnienie równych warunków konkurencji wszystkim dostawcom usług płatniczych.
– Nowelizacja przede wszystkim upraszcza, ale także precyzuje przepisy dotyczące e-pieniądza, głównie w zakresie licencji na ich wydawanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Rogoziński, prawnik z kancelarii Schoenherr. – Chodzi o uzyskiwanie odpowiedniego zezwolenia Komisji Nadzoru Finansowego na prowadzenie tego typu działalności.
Znowelizowane przepisy pozwolą wejść na rynek e-pieniądza nowym podmiotom z wielu różnych branż, nie tylko z branży finansowej, oraz wspierają rynek płatności bezgotówkowych jako alternatywy wobec droższych kart płatniczych. Zmienione przepisy pozwalają na oferowanie usług płatniczych w zakresie e-pieniądza nie tylko bankom, ale dużej liczbie firm z różnych branż, które uzyskają licencję KNF. Natomiast SKOK-i, organy administracji – w tym samorządy – i Poczta Polska mogą wydawać od teraz pieniądz elektroniczny bez licencji KNF.
Nowelizacja wprowadziła niższe wymogi kapitałowe wobec niektórych podmiotów, które chcą wydawać pieniądz elektroniczny, co powinno ułatwić im wejście na ten rynek.
– Jeszcze kilka lat temu podmiot, który chciał wydać pieniądz elektroniczny, musiał posiadać kapitał zakładowy w wysokości co najmniej 1 mln euro, musiało być trzech założycieli takiego podmiotu, a jego wszystkie akcje musiały być pokryte wkładem pieniężnym przed zarejestrowaniem – przypomina Mateusz Rogoziński. – Natomiast w chwili obecnej wymogi te zostały znacząco zliberalizowane. Podmiot musi posiadać kapitał zakładowy w wysokości 350 tys. euro, a w niektórych wypadkach nawet tylko 125 tys. euro.
Dużą zaletą wprowadzonych zmian jest także kompleksowe uregulowanie kwestii związanych z e-pieniądzem w jednej ustawie.
– Dotychczas regulowały to dwa akty prawne. Była to ustawa o elektronicznych instrumentach płatniczych oraz ustawa o usługach płatniczych. Przepisy były dość niejasne, ponieważ ustawy zawierały szereg wzajemnych odniesień, co utrudniało ich zrozumienie. Natomiast teraz wszystkie kwestie związane z pieniądzem elektronicznym uregulowane są w jednej ustawie o usługach płatniczych – mówi ekspert kancelarii Schoenherr.
E-pieniądz tym różni się od tradycyjnego, że jego wydawcą nie jest bank centralny, ale inna instytucja, np. prywatna firma. Co więcej, występuje tylko w postaci wirtualnej, więc musi być zapisany na odpowiednich nośnikach, jak pasek magnetyczny, chip czy serwer. W praktyce występuje w dwóch formach.
– Jest to karta przedpłacona, którą otrzymujemy w zamian za zapłatę określonej ilości środków pieniężnych. Drugi forma to pieniądz serwerowy. Najczęściej wiąże on się z serwisami, które umożliwiają rozliczanie transakcji rozliczanych w internecie, wykorzystując koncepcję elektronicznej portmonetki. Przykładem takiego serwisu może być PayPallub Skrill – wyjaśnia ekspert. – W niedalekiej przyszłości mogą rozpowszechnić się również usługi płatności mobilnych wykorzystujących e-pieniądz, co może postawić pod znakiem zapytania dominację banków w tym segmencie rynku.
Już funkcjonujący przykład nośnika e-pieniądza to np. karta miejska z biletem komunikacji miejskiej, za pomocą której można również kupować bilety oraz inne produkty w kioskach lub sklepach, karta dla studentów i pracowników uczelni, pozwalająca im dokonywać zakupów na terenie kampusu, czy też karta wydawana przez linie lotnicze, z pomocą których można kupować na lotniskach.
Ekspert podkreśla, że wprowadzone zmiany mogą przyczynić się do rozpowszechnienia płatności e-pieniądzem oraz ograniczenia używania gotówki i kart płatniczych przy zakupach.
– Ułatwienie dostępu do rynku usług płatniczych spowoduje, że na tynku tym pojawi się więcej podmiotów zainteresowanych wydawaniem pieniądza elektronicznego, a tym samym przełoży się to na popularyzację płatności dokonywanych pieniądzem elektronicznym. Co więcej, e-pieniądz doskonale nadaje się do płatności dokonywanych mobilnie, czyli przy pomocy telefonu komórkowego, dzięki czemu będziemy mogli zapłacić nim za bilet komunikacji miejskiej, za parkomat, dokonać zakupów w sklepie, czy opłacić rachunki – podsumowuje Mateusz Rogoziński.
O około 2 procent zdrożeje w tym roku żywność w Polsce – prognozuje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Wzrost ten będzie niższy zatem niż wskaźnik inflacji. Presję na wzrost cen wywołuje rosnący eksport polskich produktów żywnościowych. Jednocześnie podwyżki hamuje tylko nieznaczny wzrost możliwości nabywczych polskich konsumentów.
– Wzrost cen żywności nie powinien przekraczać ogólnego współczynnika inflacji, a więc kształtować się w granicach 2 proc. – prognozuje prof. Andrzej Kowalski z Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.
I choć konsumentów martwi każda, nawet niewielka podwyżka, ale – jak podkreśla ekspert – trzeba pamiętać również o interesach producentów żywności.
– Jeżeli nie będą osiągali satysfakcjonujących dochodów, to nie będą mogli inwestować i, wcześniej czy później, era taniej żywności produkowanej w Polsce, by się skończyła. A więc tu musi być zgoda wzajemna: interes konsumenta godzony z interesem producenta – dodaje Kowalski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.
W ubiegłym roku żywność podrożała o 4,3 proc. Wzrost cen hamują dochody Polaków, które w ostatnich miesiącach rosły wolniej niż przed kryzysem gospodarczym. We wrześniu przeciętne wynagrodzenie w przedsiębiorstwach wzrosło o 3,6 proc. w ujęciu rocznym.
Dodatkowo, wyhamowała dynamika wzrostu globalnego popytu na żywność.
– Kryzys trwający w wielu krajach powoduje, że nie ma tzw. „ssania” – czyli światowy popyt na produkty żywnościowe wzrasta w tempie niższym, niż to było jeszcze kilka lat temu – podkreśla prof. Andrzej Kowalski.
Mimo to polski eksport artykułami rolno-spożywczymi trzyma się dobrze. I to powoduje presję na wzrost cen. Z danych resortu rolnictwa wynika, że w pierwszym półroczu eksport był o blisko 14 proc. większy niż przed rokiem. W całym 2012 roku wyeksportowaliśmy żywność o wartości prawie 18 mld euro. Rośnie również dodatnie saldo w handlu zagranicznym.
– Najwięksi optymiści nie przewidywali, że po kilku bardzo dobrych, rekordowych latach, ten rok będzie równie dobry – mówi prof. Andrzej Kowalski. – Spodziewaliśmy się, że właśnie w wyniku trwającego kryzysu na rynkach światowych, pewnych zawirowań, dotyczących informacji rozpowszechnianych przez naszych konkurentów o szkodliwości polskich produktów, o nie trzymaniu jakości, nie pobijemy rekordu z ubiegłego roku.
Klientów za granicą, np. w Czechach, miały odstraszyć m.in. doniesienia o dodawaniu koniny do mięsa wołowego czy afera z solą drogową sprzedawaną jako spożywcza.
– Zostały jeszcze trzy miesiące, a w handlu zagranicznym dzieją się różne rzeczy i trudno jest w tej chwili tak jednoznacznie wyrokować, czy te dobre kilka miesięcy w handlu zagranicznym jest wynikiem podpisanych wcześniej umów, czy utrzymującej się, mimo czarnego PR-u, dobrej opinii światowej o polskiej żywności – mówi dyrektor IERiGŻ.
Polska jest czołowym europejskim eksporterem m.in. jabłek, pieczarek i drobiu.
Last week was abundant in data from the real economy. CPI, average wage, employment, industrial and construction output, all were published this week. The releases came in a rather mixed tone. Both the labor market and the industrial output data disappointed and inflation surprisingly fell, driven by a one-off. However, it should not be interpreted as a harbinger of easing growth momentum, we still think that the recovery is proceeding.
We wrześniu produkcja przemysłowa wzrosła o 6,2% w ujęciu rocznym, słabiej od oczekiwań rynku i dość wyraźnie poniżej naszej prognozy (7,1% i 7,9%, odpowiednio). Nie sposób nie odnotować, że wrześniowe dane kształtują się poniżej poziomu implikowanego przez efekty kalendarzowe (+1 r/r) i zwyczajowe wzorce sezonowe, stąd nie ukrywamy rozczarowania odczytem produkcji przemysłowej. Po oczyszczeniu z wahań sezonowych i efektów kalendarzowych produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 5% r/r i 1,4% r/r – wprawdzie oznacza to przyspieszenie w porównaniu do poprzednich miesięcy, ale łyżką dziegciu jest tutaj, z jednej strony, anormalnie niski poziom tych dynamik w sierpniu (stąd obserwujemy raczej powrót do trendu) i dalszy spadek momentum. Ta ostatnia miara (średnia 3m/3m) spadła z +0,9% do +0,3% – nie jest to jednak zły omen, a raczej przejaw typowego ”mini cyklu” – momentum ma tendencję do słabnięcia co kilka miesięcy. Układ branżowy jest raczej neutralny, z dominacją branż eksportowych (samochody i sprzęt transportowy, meble), warto jednak odnotować spadek dynamiki produkcji napojów z ok. 25% do -10% (co przekłada się na ok. 0,5 p. proc. spadku całego agregatu).
Słabość amerykańskiego dolara wywołana wydarzeniami politycznymi jest przejściowa – ocenia Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers. W jego opinii Fed pierwszy, przez Europejskim Bankiem Centralnym, zacznie zmiany w polityce pieniężnej, co umocni dolara wobec euro, a tym samym również wobec złotego.
– Mamy sytuację, w której amerykański dolar jest mocno wyprzedany. Mimo to perspektywy makroekonomiczne dla dolara i amerykańskiej gospodarki na przyszły rok są najlepsze wśród gospodarek rozwiniętych – mówi Przemysław Kwiecień agencji informacyjnej Newseria Biznes.
Według prognoz X-Trade Brokers, przyczyni się do tego amerykański bank centralny, który przed EBC zacznie zmieniać swoją politykę monetarną.
– Mimo że mieliśmy właśnie nominację Janet Yellen na szefa Fed i zacznie rządy od stycznia, a Fed w ostatnich latach był raczej gołębiem niż jastrzębiem, to wydaje się, że jednak to Fed jako pierwszy zacznie zmiany w polityce pieniężnej. One będą bardzo powolne, ale jednak. Myślę, że Europejski Bank Centralny będzie dłużej czekał – twierdzi Kwiecień. – Dlatego też wydaje mi się, że dolar ma szansę odrobić straty z ostatnich tygodni względem euro i funta.
To zaś oznacza, że złoty pozostanie stabilny wobec euro, ale może stracić wobec dolara. W Polsce wczoraj dolar był najtańszy od lutego i kosztował 3,04 zł. Zdaniem Kwietnia, nie ma co liczyć na przebicie granicy 3 zł w najbliższym czasie.
– Chyba że okaże się, iż wpływ wydarzeń w Stanach Zjednoczonych na gospodarkę był bardzo negatywny, a spodziewanego ożywienia jednak nie ma lub jest dużo słabsze – mówi główny ekonomista X-Trade Brokers. – Wtedy trzeba będzie oczekiwania zmienić i okaże się, że dolar amerykański nie zyska na wartości.
Ekonomiści podkreślają, że kryzys budżetowy, w efekcie którego przez 2,5 tygodnia zamkniętych było większość urzędów i instytucji państwowych, a pracownicy byli na bezpłatnych urlopach przymusowych, na pewno odbije się na kondycji amerykańskiej gospodarki. Nie wiadomo tylko, w jakim stopniu. Republikanie i Demokraci dopiero wczoraj porozumieli się w tej kwestii. Podobnie jak w kwestii podniesienia ustawowego limitu długu, bez czego Stanom Zjednoczonym groziła niewypłacalność.
– Spodziewam się, że jednak ożywienie w Stanach Zjednoczonych będzie, że mimo ciosu, który zaserwowali własnej gospodarce politycy, Stany nie wpadną znów w depresję gospodarczą i cały temat ożywienia zniknie. Dlatego też wydaje mi się, że ten bardzo mocno wyprzedany dolar wróci do łask inwestorów, ale pytanie kiedy – mówi Kwiecień.
Obok ożywienia gospodarczego w USA, drugim istotnym czynnikiem dla inwestorów będą nastroje w europejskich gospodarkach. Tu – jak podkreśla ekonomista – widać stopniową poprawę: zarówno wśród przedsiębiorców, jak i konsumentów. Wciąż jednak problemem pozostaje europejski eksport.
– Azja, która była motorem napędowym eksportu w Europie, nie rozwija się już tak szybko jak wcześniej. Wolumeny eksportu np. do Chin przestały rosnąć w szybkim tempie. To ważne, bo Europa w większym stopniu niż USA, jest uzależniona od globalnej koniunktury. Azja do tej pory mocno wspierała niemiecką gospodarkę, gospodarki z północy Europy, a przez to te gospodarki wspierały gospodarki mniej konkurencyjne z południa Europy – wyjaśnia Przemysław Kwiecień.
A bez poprawy na europejskich rynkach również w Polsce nie można liczyć na mocne odbicie.
1,7 proc. PKB – tyle w 2020 roku mają wynosić nakłady na badanie i rozwój. Program Operacyjny Inteligentny Rozwój, który resort rozwoju regionalnego niedawno skończył konsultować, ma umożliwić osiągnięcie tego celu. Innowacyjność przedsiębiorstw w nowej perspektywie będzie również finansowana z regionalnych programów operacyjnych.
Inteligentny Rozwój to program, który w latach 2014-2020 ma zastąpić Innowacyjną Gospodarkę. Jak podkreśla wiceminister rozwoju regionalnego Paweł Orłowski, będzie to bardziej ambitny następca, zmodyfikowany na podstawie dobrych i złych doświadczeń POIG.
– W dużej mierze program Innowacyjna Gospodarka skupiał się na zbudowaniu bazy dla badań i rozwoju, na podniesieniu kompetencji osób, które się badaniami i rozwojem zajmują, zbudowaniem bazy w postaci finansowania laboratoriów, całej infrastruktury badawczo-rozwojowej, tak po stronie przedsiębiorców, jak i świata nauki – wyjaśnia Paweł Orłowski.
Ministerstwo ma nadzieję, że nowy program pomoże – na bazie tej infrastruktury – tworzyć polską myśl innowacyjną, finansować wspólne projekty biznesu i nauki.
– To klucz do rozwiązań innowacyjnych: wspierać przedsiębiorców i świat nauki w budowaniu tych rozwiązań, wspierać instytucje otoczenia biznesu z usługami wspomagającymi innowacje w małych i średnich przedsiębiorstwach, oraz wspierać przedsiębiorców w kierunku finansowania prac badawczo-rozwojowych, a przede wszystkim ich komercjalizacji, by polskie innowacyjne produkty i technologie stawały rozwiązaniami ogólnoeuropejskimi oraz ogólnoświatowymi – mówi Orłowski.
Celem jest zwiększenie nakładów na badania i rozwój z obecnych 0,7 proc. do 1,7 proc. PKB w 2020 roku. Zdaniem wiceministra, mniej więcej połowę tego powinny stanowić nakłady samych przedsiębiorców.
– Tak jest w każdej innowacyjnej gospodarce, że kluczem do wdrażania rozwiązań innowacyjnych jest udział kapitału prywatnego. Chcielibyśmy, jak w dobrej zrównoważonej gospodarce, oprócz tych nakładów sektora publicznego, świata nauki, żeby przedsiębiorcy finansowali mniej więcej połowę osi nakładów na badania i rozwój. Oczywiście trzeba zapewnić im odpowiednie zachęty – zapewnia Paweł Orłowski.
W ramach nowej perspektywy na innowacyjność przedsiębiorstw ma być przeznaczone 12,5 mld euro – w ramach Inteligentnego Rozwoju, Polski Wschodniej oraz regionalnych programów operacyjnych.
Paweł Orłowski ocenia, że w Polsce panuje obecnie sprzyjający klimat dla rozwoju innowacyjności. W dużej mierze jest on efektem wsparcia unijnych funduszy. Resort nie zamierza jednak na tym poprzestać i zachęca przedsiębiorców do budowania w ten sposób swojej pozycji na rynku.
– Produkty i technologie innowacyjne mają dać firmom dochód i przewagę na globalnym rynku – wyjaśnia wiceminister. – To jest kwestia tego, żeby ktoś miał świadomość, wolę, odpowiednie otoczenie prawne i wsparcie, często też zwrotne czy dotacyjne, aby mógł zainwestować w swoją firmę, zainwestować w tę innowację i zdobyć przewagę na globalnym rynku.
Projekty wszystkich programów operacyjnych rząd ma przyjąć w grudniu, a na przełomie roku przekazać je Komisji Europejskiej. Kolejnym etapem mają być negocjacje z KE, które mogą potrwać od kilku miesięcy do roku.
Nowe unijne regulacje dotyczące polubownego rozstrzygania sporów to zmiana ważna nie tylko dla klientów e-sklepów. Skorzystają na tym również klienci instytucji finansowych. Po pierwsze, rozstrzyganie sporów z bankami czy ubezpieczycielami będzie trwało krócej, po drugie, będzie znacznie łatwiejsze. Dziś w Polsce istnieją powołane do tego instytucje, ale – zdaniem ekspertów – są one niedostatecznie wykorzystywane.
Dzięki nowym, europejskim regulacjom prawnym, najdalej za dwa lata konsumentowi łatwiej będzie dochodzić swych praw w całej wspólnocie. Również w sporach z instytucjami finansowymi i ubezpieczycielami.
– Są to regulacje pomagające rozstrzygać spory konsumentów z dostawcami produktów, również finansowych. Wprowadzają mechanizmy alternatywnych sposób rozstrzygania tych sporów, czyli zakładają, że spór między konsumentem a bankiem czy ubezpieczycielem będzie rozstrzygany na zasadzie sądu polubownego czy innej instytucji stworzonej w ramach tego prawodawstwa – tłumaczy Marcin Łuczyński, członek zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Regulacje narzucone przez Brukselę wymuszają na krajach członkowskich Unii Europejskiej stworzenie lokalnych ADR-ów oraz specjalnych platform internetowych – ODR.
Alternative Dispute Resolution, w skrócie ADR, oznacza alternatywną – wobec sądowej – metodę rozwiązywania sporów. W przypadku konfliktu między sprzedawcą bądź usługodawcą a klientem, w próbę jego wyjaśnienia angażowany jest w pierwszej kolejności nie sąd powszechny, ale strona neutralna. Może to być mediator, sąd arbitrażowy, polubowny, rzecznik praw konsumentów bądź inna instytucja, powołana w tym celu. ODR, czyli Online Dispute Resolution to określenie platformy internetowej, za pomocą której możliwe jest wnoszenie tego typu spraw do instancji odwoławczych.
– Wpisuje się to w trend zwiększania praw konsumenckich, zwiększania transparentności, ułatwiania konsumentom dochodzenia swoich praw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Łuczyński.
Sektor ubezpieczeniowy pokłada w nowym prawodawstwie nadzieję na rozwój. Konsumenci, zrażeni perspektywą dochodzenia swoich praw na drodze sądowej w przypadku konfliktu z ubezpieczycielem, rezygnowali z zakupu polis. Teraz, gdy dużo łatwiej będą mogli dochodzić swoich praw, powinni chętniej zawierać umowy ubezpieczeniowe.
– Wiadomo jak działają sądy powszechne, a i sama procedura w sądach powszechnych często nie uwzględnia specyfiki sporów konsumenckich, trwa dosyć długo, nawet jeśli to dotyczy niewielkich kwot czy sporów, gdzie rozstrzygnięcie można uzyskać w wyniku szybkiego procesu – mówi Łuczyński.
Kwestii spornych między ubezpieczycielem a ubezpieczonym nie brakuje. Obrazuje to liczba skarg trafiających do Rzecznika Ubezpieczonych. W ubiegłym roku było ich 15,2 tys., w pierwszym półroczu tego roku – ponad 8,5 tys.
– Często konsumenci wchodzą w spory w sytuacjach, gdy nie mają racji, nawet w takiej sytuacji angażują swój czas, środki, zmuszeni są do sięgania po profesjonalnych doradców prawnych, natomiast w tej nowej sytuacji będą mogli to zrobić bezpośrednio i w prosty sposób – podkreśla członek zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Łuczyński dodaje, że już dzisiaj w obszarze polskiego prawodawstwa istnieją instytucje, które pełnią rolę mediatora w przypadku sporów dotyczących rynku finansowego czy ubezpieczeniowego.
– Są sądy arbitrażowe, jest sąd polubowny przy Rzeczniku Ubezpieczonych, jest centrum mediacji przy KNF – mówi Łuczyński. – Natomiast implementacja tej dyrektywy na gruncie krajowym na pewno uświadomi konsumentom i organizacjom odpowiedzialnym za kreowanie i funkcjonowanie tych instytucji do alternatywnego rozstrzygania sporów o istniejących możliwościach.
Jak pokazuje przykład arbitra bankowego, powołanego przez Związek Banków Polskich, wzmocnienie tego typu instytucji może przynieść oczekiwane efekty. Łuczyński podkreśla, że po wprowadzeniu możliwości skorzystania z pomocy arbitra liczba sporów między bankami a ich klientami znacząco zmalała.
Państwa członkowskie mają czas do 2015 roku na wprowadzenie w życie rozwiązań ustawowych, niezbędnych do wykonania unijnej dyrektywy ADR. W przypadku Polski jej implementacja jest przewidziana na rok 2014. Platformy cyfrowe w poszczególnych krajach unijnych zaczną działać prawdopodobnie w roku 2015.
Poczta Polska planuje zwiększyć udział w rynku przesyłek kurierskich, ekspresowych i paczek do 20 proc. w 2018 r. Pomóc ma w tym m.in. nowa paczkowa oferta skierowana dla małych i mikroprzedsiębiorstw. Wprowadzane przedpłacone pakiety przeznaczone będą nawet dla tych nadawców, którzy wysyłają tylko po kilkanaście paczek miesięcznie.
– Na rynku paczek i przesyłek kurierskich w Polsce mamy obecnie ok. 15-proc. udział. W kolejnych latach, w perspektywie strategicznej do 2018 roku, planujemy rozwój i wzrost udziału w rynku do 20 proc. Będziemy się starali wykorzystać trend wzrostowy handlu w internecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Żurawski, dyrektor Biura Rozwoju Usług KEP Poczty Polskiej.
Żurawski podkreśla, że Poczta upatruje swojej szansy w dynamicznym rozwoju rynku e-commerce. W ubiegłym roku Polacy kupili przez internet towary i usługi warte 22 mld zł, a roczny wzrost tego rynku sięga nawet 25-30 proc.
– Nie wydaje nam się, by to tempo miało spaść. Rynek e-commerce w Polsce nie jest dojrzały, wciąż się rozwija. Wiedząc jak rynek wygląda, że jest zdominowany przez mikro- i małych przedsiębiorców, właśnie do nich, do wielkości ich biznesu, dostosowaliśmy naszą ofertę – wyjaśnia Żurawski. – Na rynku polskim tylko jeden konkurent oferuje usługę przedpłaconą, abonamentową. Jednakże nasza oferta odróżnia się tym, że jest skierowana do najmniejszych, którzy zgodnie z naszymi badaniami, uważają, że są przez ten rynek odsuwani na bok.
Usługi Pakiet PACZKA 15, 50, 200 oraz Pakiet POCZTEX 20 są przeznaczone dla mikrofirm działających na polskim rynku e-commerce. Liczby w nazwach abonamentów oznaczają liczbę przesyłek. Ceny pakietów zaczynają się od 99,50 zł, najdroższy kosztuje 999,50 zł. Poczta po podpisaniu umowy dostarcza klientom opakowania do przesyłek. Na potrzeby tych pakietów udostępniono stronę: www.paczkakorzysci.pl.
Nowa oferta przedpłacona to nie jedyna zmiana Poczty Polskiej ułatwiająca wysyłkę małym przedsiębiorstwom prowadzącym sprzedaż przez internet. W blisko 200 wytypowanych placówkach godziny przyjmowania paczek zostały wydłużone z godziny 15.00, w niektórych nawet do godziny 18.00. Oznacza to, że później nadana paczka nie będzie traktowana jak nadana w dniu następnym. Do tego w tych placówkach powstają specjalne okienka do przyjmowania paczek lub stanowiska na zapleczu, przystosowanego do przyjmowania przesyłek masowych.
Żurawski dodaje, że nadchodzące miesiące będą dla Poczty szczególnie pracowite.
– Biznes paczkowy, kurierski jest sezonowy. W okresie przedświątecznym, zwłaszcza przed Bożym Narodzeniem, szacujemy wzrost przesyłek nawet do kilkudziesięciu procent w porównaniu do normalnego miesiąca – przewiduje.
W ubiegłym roku w okresie przedświątecznym Polacy wysyłali średnio 180 tys. paczek dziennie, a w całym okresie od połowy listopada do świąt wyekspediowali razem 4,5 mln paczek.
Z danych z amerykańskiego rynku wynika, że ożywienie gospodarcze po drugiej stronie Atlantyku jest trwałe, a amerykańskie firmy – w dobrej kondycji. Dobrym bilansom firm towarzyszą wzrosty na giełdach. Z dużych amerykańskich firm gorsze od spodziewanych wyniki za trzeci kwartał pokazały na razie tylko dwie spółki.
IBM, e-Bay, American Express, Philip Morris, PepsiCo, Intel, banki JP Morgan i Goldman Sachs, producent aluminium Alcoa i wytwórca zabawek Mattel – dla wszystkich tych firm trzeci kwartał okazał się lepszy od oczekiwań analityków.
– Firmy amerykańskie notują bardzo dobre rezultaty na giełdach, w miarę utrzymują swoje notowania. Na pewno odbiliśmy się bardzo mocno od poziomu, który był w 2008/9 roku. Kilka miesięcy temu giełdy wróciły do poziomu sprzed kryzysu – mówi Stan Popów z Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce.
Kondycja spółek po latach spowolnienia zależy jednak od branży. Suchą nogą przeszły przez kryzys zwłaszcza koncerny farmaceutyczne, informatyczne i z sektora IT. Największe różnice widać w przemyśle i finansach.
– Banki detaliczne coraz bardziej szukają sposobów, w jaki sposób na klientów przerzucić koszty funkcjonowania. Rynek nie przynosi powierzonym pieniądzom takiego zwrotu, który pozwoliłby na przykład na oferowanie klientom darmowych kont – wyjaśnia Stan Popów w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.
Ożywieniu na amerykańskim rynku sprzyjają niskie koszty energii.
– Gaz łupkowy i w ogóle gaz odkryty w USA eksploatowany jest w tej chwili w takich ilościach, że konkuruje z pozostałymi tradycyjnymi źródłami energii. W ciągu trzech lat ceny hurtowe energii spadły o 30 proc., a mówiąc energia mamy na myśli transport i produkcję – dodaje Stan Popów.
Amerykańskim firmom przysłużył się także amerykański bank centralny, czyli Fed, który co miesiąc skupuje z rynku obligacje o wartości 85 miliardów dolarów. Choć od miesięcy mówi się o powolnym wygaszaniu programu pomocowego, decyzji w tej sprawie na razie nie ma. Janet Yellen, która zastąpi obecnego szefa Fed w styczniu, jest znana z „gołębiego” nastawienia, czyli woli wpierać gospodarkę niż walczyć z inflacją. Zdaniem eksperta, dotychczasowa polityka Fedu dobrze przysłużyła się gospodarce.
– Pomogła Stanom Zjednoczonym nie dopuścić to tego, co stało się w latach 30., czyli do kryzysu monetarnego i gospodarczego, który miał wtedy miejsce. Więc z tego punktu widzenia, jeśli takie założenie przyjmiemy, to sukces jest niewątpliwy – tłumaczy Stan Popów, członek Rady Dyrektorów Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce.
Nominowanie Yellen jako następczyni Bernankego gwarantuje, że dopływ pieniędzy do amerykańskiej gospodarki nie zostanie nagle zastopowany.
– Gwarantuje kontynuację dotychczasowej polityki, a nawet pogłębienie obecnego trendu, który polega na tym, że stymulowana jest nie tylko walka z inflacją, czy utrzymanie niskich stóp procentowych, ale również wpływ na rynek pracy, na obniżanie bezrobocia – podkreśla Stan Popów.
Staż w międzynarodowej korporacji zamiast dorywczej pracy w sklepie– dzisiejsi studenci szukająpracy bardziej świadomie niż ci, którzykończyli studia kilka lat temu. Dzięki temu, że wchodzą na rynek pracy w okresie niżu demograficznego, mogą przebierać w ofertach pracy i podnosić swoje oczekiwania, również finansowe. Pracodawcy oczekują od nich przede wszystkim kompetencji „miękkich” i znajomości języków obcych.
– Młode osoby już podczas studiów wiedzą, czego chcą od siebie i czego oczekują od przyszłego pracodawcy. Idąc na praktyki lub staż budują swoje portfolio doświadczeń i wtedy, kiedy kończą studia po piątym roku, wchodzą na rynek pracy z dużo większymi oczekiwaniami niż roczniki, które wchodziły wcześniej – wyjaśnia Marcin Rosochacki z firmy HRK Finance.
Rosną również oczekiwania samych studentów. Tym bardziej, że dziś miejsc pracy jest więcej niż zainteresowanych.
– Obecna sytuacja jest znacznie lepsza niż dla studentów i absolwentów sprzed kilku lat, którzy wchodzili na rynek w sytuacji wyżu demograficznego – twierdzi Rosochacki. – W ciągu ostatnich czterech lat oczekiwania finansowe absolwentów ekonomii wzrosły o 11 proc. Studenci kierunków ekonomicznych, oczekując wynagrodzenia 2,8-3 tys. złotych netto, mają aktualnie bardzo duży wybór ofert pracy – dodaje przedstawiciel HRK Finance.
Jak podkreśla, studenci i absolwenci kierunków ekonomicznych najczęściej poszukują pracy w dużych korporacjach lub w sektorze publicznym. To pokazuje, że dużą wagę przywiązują do bezpieczeństwa zatrudnienia w długim terminie.
– Dziś jest to dla nich osiągalne, bo jest mniej studentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rosochacki. – Są oni również o wiele bardziej otwarci na to, by wyjechać za granicę, by pracować w ciekawej organizacji czy w centrali spółki. Szukają też pracy w spółkach, które pozwolą się im rozwinąć, a nie tylko np. popracować kilka miesięcy w czasie wakacji.
Ofert pracy dla studentów jest coraz więcej, ale i wymagania pracodawców wobec nich też rosną. Poszukiwana jest przede wszystkim znajomość języków obcych – najlepiej dwóch lub trzech, wysokie kompetencje „miękkie” (czyli np. komunikatywność, kreatywność) oraz doświadczenie zdobyte na stażach czy praktykach. Studenci zdają sobie sprawę, że kluczem do sukcesu jest doświadczenie zawodowe i starają się zaczynać praktyki najwcześniej jak się da.
– Polska stała się krajem, w którym inwestorzy zagraniczni otwierają bardzo dużą liczbę centrów usług wspólnych, BPO, w których studenci, szczególnie ci, którzy znają języki obce, mają bardzo szerokie pole rozwoju – przekonuje Rosochacki.
Polski jako kluczowe pola rozwoju portalu wymienia ofertę wideo oraz dotychczasowe główne obszary zainteresowania, czyli działy wiadomości, sport, finanse, styl życia i rozrywka. Decyzja o sprzedaży Wirtualnej Polski wybranemu nabywcy ma zapaść do końca roku.
– Musimy rozszerzyć naszą ofertę wideo i pracujemy nad tym, nie zapominając o naszej core’owej działalności, czyli wszystkie najważniejsze kategorie, czyli wiadomości, sport, finanse, styl życia, rozrywka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Tomasiak, prezes zarządu Wirtualnej Polski.
Tłumaczy, że przebudowanie serwisów i ulepszanie ich treści odbywa się poprzez dialog z użytkownikami, by poznać i zaspokoić ich zainteresowania. Portal pracuje również nad rozwojem oferty dla urządzeń mobilnych oraz obszaru handlu elektronicznego.
– Obszar mobile to jest następna działka, którą musimy rozwijać i dostosowywać naszą ofertę do urządzeń mobilnych, bo to kieruje się trochę innym prawami. Dochodzi szeroko rozumiany obszar e-commerce, czyli wykorzystywanie naszych możliwości pozyskania ruchu i monetyzowania go w inny sposób niż tylko reklama – tłumaczy Tomasiak.
Wirtualna Polska została wystawiona na sprzedaż na początku tego roku przez Telekomunikację Polską. Z nieoficjalnych informacji wynika, że jest kilka ofert kupna portalu, a wśród zainteresowanych przejęciem ma być m.in. Grupa o2 wraz z inwestorem finansowym. Prezes WP.PL nie komentuje zbliżającej się transakcji.
– Jest w trakcie i tyle mogę powiedzieć – stwierdza Grzegorz Tomasiak. – Wydaje mi się, że do końca roku już powinno nastąpić jakaś decyzja. Sami jesteśmy trochę zmęczeni tym procesem, bo on trwa od początku roku – wyjaśnia.
Wirtualna Polska pod względem liczby użytkowników jest drugim najpopularniejszym portalem internetowym w Polsce (dane Megapanel PBI/Gemius). Rynkową wartość WP.PL wycenia się na 500–600 mln zł, choć mówi się również o tym, że TP SA jest gotowa go sprzedać po niższej cenie, nawet za 450 mln zł.
Kopex coraz śmielej wchodzi na rynki zagraniczne i rozbudowuje bazę do serwisowania urządzeń. Producent nowoczesnych maszyn górniczych stawia przede wszystkim na Rosję, Chiny, Australię i Argentynę, ale także na Afrykę Południową. Nowa strategia zostanie opublikowana w listopadzie.
Globalizacja produkcji i sprzedaży, restrukturyzacja spółki, upłynnienie zbędnych nieruchomości i ograniczenie długu netto – to główne założenia nowej strategii, która powinna zostać upubliczniona w połowie listopada. W znaczącej mierze nowa strategia na lata 2013-2017 będzie zgodna z założeniami przyjętymi w marcu br. Spółka poinformowała wówczas, że w 2017 roku przychody grupy będą pochodziły w 20 proc. z Chin, w 25 proc. z Australii i Azji Południowej, w 24 proc. z Europy. Nieco mniej, bo 14 proc. ma pochodzić z Rosji i krajów WNP, kolejne 10 proc. z Afryki i 7 proc. z rynków obu Ameryk. Jednak nowy prezes Józef Wolski zapowiedział, że osiągnięcie zakładanych przychodów w perspektywie kilku lat na poziomie 4 mld zł, z czego ok. 45 proc. z rynków Azji i Pacyfiku, są nierealne. Stąd korekta założeń.
– Kluczowymi zagranicznymi rynkami dla nas są Rosja, Chiny, Australia i Argentyna – mówi Newserii Biznes Krzysztof Jędrzejewski, przewodniczący rady nadzorczej Kopeksu. – W ramach naszej strategii chcemy być bliżej klienta, by nasi sprzedawcy funkcjonowali na tamtych rynkach. Nasze urządzenia i maszyny potrzebują na co dzień serwisowania, a co jakiś czas remontów. Chcemy to realizować bezpośrednio na rynkach, gdzie działamy, a to z kolei wymaga hali, urządzeń, maszyn, które do tego są potrzebne. Dlatego inwestujemy w parki maszynowe.
Oznacza to, że producent i dostawca maszyn i urządzeń oraz nowoczesnych technologii dla górnictwa, stawia już nie tylko na tworzenie przedstawicielstw handlowych, ale również na tworzenie i rozwijanie oddziałów produkcyjnych i serwisowych.
Umacnianie globalnej pozycji dotyczy między innymi rynku rosyjskiego, który jest znaczącym odbiorcą maszyn Kopeksu.
– Będziemy budować w Rosji w Nowokuźniecku centrum serwisowo–remontowe – zapowiada Krzysztof Jędrzejewski. – Ta inwestycja jest warta ponad 20 mln złotych.
W tej stolicy zagłębia węglowego Kuzbass w 2010 został utworzony oddział grupy Kopex (Kopex – Sibir). Miało to wzmocnić obecność grupy na rynku rosyjskim oraz odpowiedzieć na oczekiwania „wieloletnich klientów z Rosji”. Oddział ma zapewnić obsługę serwisową, prowadzenie remontów i zaopatrywanie klientów w zapasowe części do maszyn i urządzeń.
W planach spółki jest również rozszerzenie działalności w Chinach, które mają być priorytetowym rynkiem eksportowym Kopeksu.
– To jeden z największych rynków, jesteśmy tam obecni od lat 60-tych i co roku zwiększamy naszą obecność–mówi Krzysztof Jędrzejewski. – Mamy w Chinach joint venture, spółkę Shandong Tagao, partnera, z którym wspólnie działamy i realizujemy sprzedaż. Chiny są na tyle duże, że w zasadzie każda prowincja to oddzielny kraj, oddzielne państwo. W związku z tym dla nas jest ważne, żeby uruchamiać wiele kanałów, bo każdy ma swoje nowe możliwości. Na dzisiaj do Chin docieramy trzema kanałami.
Jednym z nich jest wspominany partner Shandong Tagao, drugim – biura handlowe. W sierpniu Kopex otworzył jedno na terenie prowincji Shanxi, drugiej pod względem wydobycia węgla w Państwie Środka. Poza tym Kopex bierze udział w przetargach międzynarodowych, przeprowadzanych w Pekinie.
W Australii Kopex planuje rozbudowę oferty sprzedażowo-serwisowej na bazie wykupionej niedawno firmy. Natomiast Argentyna jest stosunkowo niedużym rynkiem dla Kopeksu, gdzie funkcjonuje jedna kopalnia.
– W związku z tym nie wymaga to inwestowania w zaplecze remontowe. Tam potrzebujemy przede wszystkim utrzymywać serwis –wyjaśniaKrzysztof Jędrzejewski.
Perspektywicznym kierunkiem jest także Afryka Południowa, gdzie Kopex Africa produkuje sprzęt elektryczny i elektroniczny dla kopalń. I na jej bazie grupa zamierza rozwijać centrum serwisowo-remontowe.
W listopadowej strategii powinno znaleźć się znaczące ograniczenie liczby spółek w grupie.
– Będzie to następować poprzez inkorporację, sprzedaż lub likwidację– wyjaśnia Marek Pogorzelski z firmy SJ Consulting, odpowiedzialnej za relacje inwestorskie Kopeksu. – Co nie znaczy, że nie będą powstawać nowe spółki. Nastąpi też dalsze ograniczenie zatrudnienia oraz długu netto i upłynnianie nieruchomości. Sytuacja na polskim rynku jest trudna i skupianie się tylko na tym rynku nie przyniesie wystarczających zysków.
Polska seria gry „Wiedźmin” podbiła serca fanów gier wideo. Zarówno pierwsza, jak i druga część odniosły spory sukces na rynku, a kluczem do niego była świetna produkcja gry. Jej twórcy mają nadzieję, że trzecia odsłona będzie jeszcze lepsza.
„Wiedźmin 3” trafi do sklepów dopiero w drugiej połowie przyszłego roku, jednak gracze i specjaliści już dziś wróżą grze wielki sukces. Adam Kiciński, prezes zarządu CD Projekt wierzy, że produkcja będzie hitem także poza Polską.
– Dobre polskie gry sprzedają się na świecie tak samo jak inne tego typu pozycje. Nikt w branży nie kieruje się tym, czy została ona stworzona w Polsce, czy nie. Nie ma to także żadnego przełożenia na sprzedaż. Grę trzeba wykonać naprawdę dobrze, a dodatkowo umiejętnie ją wypromować. Wtedy znajdzie ona kupców, bez względu na miejsce produkcji – stwierdza Kiciński w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.
Szef CD Projekt przypomina, że seria „Wiedźmin” zaliczyła bardzo dobry wynik w sprzedaży.
– Do tej pory obie gry sprzedały się w liczbie pięciu milionów egzemplarzy. To dość dobry rezultat, jednak zakładamy, że trzecia część serii będzie cieszyć się jeszcze większym zainteresowaniem. Najnowszą częścią chcemy sobie podnieść poprzeczkę sprzedażową – uważa Kiciński.
Sklep Amazon.com przyjmuje już przedpremierowe zamówienia na grę. Standardowa edycja wersji PC wyceniona została na 49,99 dolarów, czyli nieco ponad 150 złotych.