W najbliższym czasie euro może jeszcze się umocnić w stosunku do dolara. Dalszy scenariusz zależy od rozwoju pandemii w USA

Wspólna europejska waluta od początku listopada umacnia się względem amerykańskiego dolara. To efekt fali optymizmu na rynkach i odstąpienia inwestorów od „bezpiecznych przystani”, do których należy waluta Stanów Zjednoczonych. Zdaniem analityka walutowego Marcina Kiepasa trend ten potrwa jeszcze tydzień lub dwa, ale mocniejsze uderzenie drugiej fali pandemii za oceanem może przerwać tę passę.

Od pierwszych dni listopada jesteśmy świadkami wyraźnego umocnienia euro względem dolara. Ten mocny ruch do góry miał miejsce w następstwie przede wszystkim poprawiających się nastrojów na rynkach globalnych i związanego z tym wzrostu apetytu na ryzyko – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kiepas, analityk walutowy Tickmill. – To następowało w oczekiwaniu na zmianę warty w Białym Domu, a przede wszystkim w oczekiwaniu na przyszłe uchwalenie dużego pakietu fiskalnego. Jednocześnie inwestorzy ignorowali szereg innych czynników, negatywnych z punktu widzenia rynków, a więc i z punktu widzenia eurodolara, jak chociażby pandemia w Europie i wprowadzane kolejno przez europejskie rządy lockdowny.

Optymizm inwestorów widoczny jest nie tylko na rynkach walutowych, ale także na giełdach. Indeks szerokiego amerykańskiego rynku S&P 500 ustanowił 9 listopada kolejny rekord, przekraczając 3610 punktów, technologiczny NASDAQ zbliżył się do poziomów z początku września, niemiecki DAX ponownie przekroczył 13 tys. punktów i nawet polski WIG20 zaliczył najlepszy tydzień od 12 lat. Nie przeszkodziło temu odłożenie uchwalenia pakietu fiskalnego w Stanach Zjednoczonych na okres po wyborach prezydenta, Senatu i Izby Reprezentantów (demokraci chcieli 2,2 bln dol., republikanie byli skłonni zgodzić się na 1,88 bln dol.). Nawet prowadzenie Joe Bidena w wyścigu do Białego Domu nie popsuło nastrojów, gdyż rynki są przekonane, że Senat pozostanie w rękach republikanów, co utrudni przeprowadzenie gwałtownych reform, takich jak np. podwyżka podatków dla najbogatszych czy podział wielkich firm technologicznych.

Rynki zignorowały też m.in. zapowiedź poluzowania polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny, co w normalnych warunkach byłoby czynnikiem osłabiającym euro względem dolara. Sytuacja na wykresie eurodolara, ale też otoczenie rynkowe sugerują, że te dobre nastroje na rynkach finansowych mogą być podtrzymane, chociażby przez ostatnie doniesienia na temat skutecznej szczepionki na koronawirusa – przewiduje Marcin Kiepas. – To wszystko każe oczekiwać, że w perspektywie tygodnia, może dwóch tygodni kurs eurodolara ponownie przetestuje okolicę 1,20, a więc poziomy, które stały się momentem zwrotnym na początku września.

Euro umacnia się do dolara nie tylko od listopada, ale w ogóle w tym roku. Od stycznia zyskało ponad 5 proc., a w ciągu ostatnich 12 miesięcy – niemal 7 proc. Wyjątkiem był marzec, gdy uderzenie pierwszej fali pandemii na Europę osłabiło eurodolara z poziomu ok. 1,14 do mniej niż 1,10. Jednak już od drugiej połowy maja, czyli zluzowania obostrzeń, europejska waluta wznowiła rajd w górę. Na przełomie lipca i sierpnia przekroczyła poziom 1,175 i od tej pory oscyluje wokół niego. Obecnie eurodolar kosztuje około 1,18 dol., najwięcej od przełomu sierpnia i września, gdy zbliżył się do granicy 1,20.

Trwałe wybicie powyżej 1,20 staje pod sporym znakiem zapytania. Przede wszystkim dlatego, że poważnym ryzykiem z punktu widzenia rynków jest rozszerzająca się druga fala pandemii w Stanach Zjednoczonych. Wydaje się, że Ameryka idzie ścieżką wcześniej wydeptaną przez Europę, z dwutrzytygodniowym opóźnieniem. Można więc zakładać, że w drugiej połowie listopada Stany Zjednoczone będą się borykały z takimi samymi problemami dotyczącymi liczby zakażeń i systemu ochrony zdrowia, co obecnie Europa – komentuje analityk walutowy Tickmill. – Istnieje więc ryzyko, że również tam będą wprowadzane lockdowny, a to miałoby negatywne przełożenie na nastroje na rynkach finansowych, a więc nie tylko zatrzymałoby wzrosty eurodolara, ale nawet mogłoby prowokować zwrot na tej parze.

Akcyza na podgrzewacze tytoniu jest pięciokrotnie niższa niż na tradycyjne papierosy. Dla budżetu to oznacza stratę 1 mld zł rocznie

0

Nowatorskie wyroby tytoniowe są w Polsce opodatkowane pięciokrotnie niższą stawką akcyzy niż papierosy tradycyjne, a to może zniekształcać rynek – podkreślili eksperci podczas debaty zorganizowanej przez Business Centre Club. Ich zdaniem potrzebne jest urealnienie stawki akcyzy na nowatorskie wyroby i wprowadzenie planu, który określi kierunek polityki akcyzowej dla branży tytoniowej w kilkuletniej perspektywie. Eksperci wskazują, że te działania pozwoliłyby zwiększyć wpływy z akcyzy do budżetu państwa o ok. 1 mld zł rocznie. 

– Mamy do czynienia z trzema grupami wyrobów, które zaspokajają analogiczną potrzebę konsumenta: tradycyjne papierosy, wyroby nowatorskie i płyny do papierosów elektronicznych. Te produkty są w istotnym zakresie substytutami, a rynek jest zniekształcany za pomocą podatków – niektóre wyroby są faworyzowane, a niektóre dyskryminowane. Należy to, po pierwsze, z punktu widzenia  biznesowego wyeliminować, bo podatki, zwłaszcza tak ważne jak akcyza, powinny być pod tym względem neutralne, a po drugie, może to dać wzrost dochodów budżetowych bez zwiększenia cen wyrobów – mówi agencji Newseria Biznes prof. Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych.

Jeszcze do października br. podatkiem akcyzowym objęte były tylko tradycyjne wyroby, natomiast e-papierosy i wyroby nowatorskie były z niego zwolnione. Akcyzę na nie wprowadzono wprawdzie w 2018 roku, ale przez pierwsze dwa lata była to zerowa stawka. Zmieniło się to od 1 października.

– Podatek akcyzowy od wyrobów nowatorskich jest pobierany metodami wadliwie wymyślonymi. Obowiązuje na nie stawka stanowiąca 1/5 akcyzy od papierosów, co nie ma żadnego uzasadnienia – podkreśla prof. Witold Modzelewski. – Ponadto sama konstrukcja podatku akcyzowego od wyrobów nowatorskich jest nieprzemyślana i obecnie nieadekwatna do realiów rynkowych – powinna przede wszystkim zostać uproszczona. Należałoby także odejść od powiązania jej z tytoniem do palenia, aby ograniczyć możliwość wpływania na wysokość akcyzy dla wyrobów nowatorskich.

– Podgrzewacze tytoniu stanowią substytut papierosów. Wyglądają jak papieros, zawierają tytoń do podgrzewania, a jedyna różnica jest taka, że nie dochodzi w nich do procesu spalania. Wyroby nowatorskie są jednak w Polsce opodatkowane pięciokrotnie niższą stawką akcyzy niż papierosy tradycyjne – mówi Szymon Parulski, doradca podatkowy w Kancelaria Parulski i Wspólnicy.

Według ekspertów urealnienie opodatkowania nowatorskich wyrobów tytoniowych do poziomu ok. 40–50 proc. akcyzy, którą objęte są tradycyjne papierosy, pozwoliłoby zwiększyć wpływy do budżetu państwa o około 1 mld zł rocznie.

Jak podkreślają eksperci, urealnienie opodatkowania ma szczególne znaczenie ze względu na to, że wyroby nowatorskie są bardzo szybko rosnącą kategorią.

 Ten rynek urósł już do takiego poziomu, kiedy jest najlepszy moment, aby tę stawkę urealnić i nie popełniać błędów takich jak Litwa, gdzie te produkty nie były przez wiele lat opodatkowane. Potem dokonano drastycznej podwyżki, która spowodowała negatywne konsekwencje, bo została wprowadzona zbyt późno – przekonuje Szymon Parulski.

Rosnąca popularność wyrobów nowatorskich i preferencyjna stawka akcyzy stwarzają ryzyko kolejnych rynkowych perturbacji. Według ekspertów wpływy budżetowe z tradycyjnych papierosów mogą wówczas spadać, więc Ministerstwo Finansów może chcieć kompensować je kolejną skokową podwyżką akcyzy na wyroby tradycyjne. Historyczne doświadczenia pokazały jednak, że radykalne podwyżki prowadzą do załamania legalnego rynku i wzrostu szarej strefy.

Od stycznia tego roku rząd podniósł akcyzę na wyroby tytoniowe i alkoholowe o 10 proc. Jakiekolwiek radykalne podwyżki dla tradycyjnych wyrobów skończą się tak jak w latach 2010–2014: wzrostem szarej strefy i spadkiem wpływów do budżetu, ponieważ mimo wysiłków służb państwowych wyroby te są łatwo dostępne na bazarach. Dlatego właśnie apelujemy o przewidywalną politykę akcyzową w postaci kilkuletniego planu. Jednocześnie urealnienie opodatkowania nowatorskich wyrobów tytoniowych do poziomu ok. 40–50 proc. w stosunku do tradycyjnych papierosów nie tylko znacząco zwiększy wpływy do budżetu państwa, pozwoli na dalszy rozwój tej kategorii, ale także zapewni bardziej sprawiedliwe traktowanie przedsiębiorstw – wyjaśnia Anna Potocka-Domin, wiceprezeska i dyrektorka Instytutu Interwencji Gospodarczych Business Centre Club.

Eksperci BCC apelują o opracowanie tzw. akcyzowej mapy drogowej, która określi kierunki polityki akcyzowej na nadchodzące trzy lata. Zbudowanie takiego planu pomogłoby przedsiębiorcom przygotować się na podwyżki, zapobiegłoby odpływowi konsumentów do szarej strefy i zabezpieczyło wpływy budżetowe.

– Każda branża musi wiedzieć, w jakim otoczeniu ma działać. Mapa akcyzowa jest w miarę prosta: zamiast jednorazowej, 10-proc. podwyżki zakłada 3 proc. podwyżki stawki kwotowej na papierosy przez kolejne trzy lata. To o wiele lepsze rozwiązanie, bo lepiej jest 10 proc. rozłożyć w czasie – mówi Szymon Parulski. – To rozwiązanie jest ważne z punktu widzenia stabilności i zabezpieczenia przed wzrostem szarej strefy. Uniknęlibyśmy takich sytuacji jak w zeszłym roku, kiedy podatek na wyroby tytoniowe po czterech latach nagle został skokowo podwyższony o 10 proc.

Wraz ze wzrostem cen część konsumentów naturalnie zwraca się ku szarej strefie. Taki scenariusz miał już miejsce w latach 2010–2014, kiedy rząd skokowo podnosił akcyzę na wyroby tytoniowe. W efekcie legalny rynek się załamał, szara strefa wystrzeliła do najwyższych w historii poziomów, a wpływy budżetowe spadały, zamiast rosnąć. W ostatnich latach udało się ograniczyć szarą strefę z prawie 20 proc. w 2015 roku do poniżej 10 proc. w ubiegłym. Jednak ostatnie wyniki badań prowadzonych przez Instytut Almares wskazują już na trend wzrostowy. Co istotne, wzrost szarej strefy uderza głównie w budżet państwa, bo w jednej paczce papierosów aż 80 proc. ceny stanowią właśnie podatki.

Ten rok jest dla branży tytoniowej szczególnie trudny. Po wzroście akcyzy od stycznia o 10 proc. kolejną bolączką stała się pandemia. Wiosną branża odnotowała duże spadki sprzedaży. Z kolei w maju – zgodnie z unijnymi przepisami – zaczął obowiązywać zakaz sprzedaży papierosów o charakterystycznym aromacie (np. mentolowych), które stanowiły ok. 1/3 polskiego rynku.

– Polska jest drugim największym producentem wyrobów tytoniowych w Unii Europejskiej. Największe firmy budują u nas fabryki i inwestują swoje pieniądze. Natomiast akcyza jest drugim najważniejszym podatkiem dla Skarbu Państwa, po podatku od towarów i usług. Każdego roku branża tytoniowa dostarcza do budżetu ok. 29 mld zł, w ubiegłym roku sama akcyza z wyrobów tytoniowych wyniosła rekordowe 20 mld zł – wskazuje dr Jacek Matarewicz z Kancelarii Ożóg Tomczykowski, ekspert Business Centre Club ds. podatku VAT, akcyzy i prawa karnoskarbowego.

O sytuacji w branży tytoniowej, konieczności opracowania drogowej mapy akcyzowej i możliwych konsekwencjach działań w sferze podatkowej dla budżetu państwa rozmawiali uczestnicy debaty pt. „Znaczenie branży tytoniowej dla gospodarki i budżetu państwa”, którą zorganizował Business Centre Club.

Neuralink będzie sterował protezami za pomocą myśli oraz pozwoli na inny sposób odbierania muzyki i filmów. Przyszłością może być połączenie mózgu z chmurą

Branża technologiczna intensyfikuje prace wdrożeniowe innowacyjnych interfejsów mózg–komputer. Wysoce wyspecjalizowana elektronika implantacyjna umożliwi nawiązanie bezpośredniego połączenia pomiędzy maszyną a układem nerwowym, dzięki czemu za pomocą myśli będziemy mogli kontrolować urządzenia elektroniczne. Pierwsze interfejsy sprawdzą się w branży medycznej, a do końca dekady mogą powstać maszyny zdolne do połączenia mózgu z chmurą danych.

– Neuralink pozwoli dogonić sztuczną inteligencję i nie dać się jej prześcignąć w cyfrowym świecie. Obecnie rozmawiamy o jego potencjale z punktu widzenia możliwości, które za sobą niesie. Osoby z ograniczeniami motorycznymi za pośrednictwem myśli mogłyby sterować egzoszkieletami czy inteligentnymi bionicznymi protezami. To również możliwości wykorzystania w przypadku osób cierpiących na choroby neurologiczne. Neuralink mógłby okazać się elementem, który zwiększyłby szanse ich powrotu do społeczeństwa – mówi agencji Newseria Innowacje dr Dominika Kaczorowska-Spychalska, dyrektor Centrum Mikser Inteligentnych Technologii na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego.

Zespół odpowiedzialny za projekt Neuralink opracował już wyspecjalizowaną maszynę do wszywania układów elektronicznych, dzięki której możliwe będzie zautomatyzowanie procesu implantacji interfejsu mózg–komputer. Firmie Elona Muska udało się pomyślnie wszczepić oraz usunąć implant z mózgów świń laboratoryjnych, co ma być dowodem na to, że korzystanie z tej technologii jest w pełni bezpieczne. Kolejnym krokiem na drodze do wdrożenia będą testy przeprowadzone na ludziach, które zaplanowano na 2021 rok. Jeśli zakończą się pomyślnie, naukowcy będą mogli wykorzystać ten interfejs jako narzędzie do analizy fal mózgowych pacjentów oraz stymulacji ich mózgu.

Naukowcy zaangażowani w ten projekt chcieliby w pierwszej kolejności wykorzystać Neuralinka jako narzędzie wspomagające funkcjonowanie osób cierpiących na chorobę Parkinsona. Implant mógłby ułatwić im kontrolowanie ruchu kończyn. W dalszej perspektywie czasowej sprzężenie urządzenia z elektronicznymi protezami umożliwiłoby kontrolowanie ich bez konieczności przeprowadzania inwazyjnych operacji. Protezy sterowane byłyby bezprzewodowo, za pośrednictwem impulsów elektrycznych wyzwalanych przez mózg i tłumaczonych na polecenia zrozumiałe przez elektroniczny układ sterowania zainstalowany w takiej protezie.

– Neuralink może mieć też inne zastosowania. Mógłby pozwolić odczuwać muzykę wewnątrz naszego mózgu. To samo dotyczyłoby kwestii związanych z odczuwaniem czy przeżywaniem sztuki, filmu. Mógłby również stanowić pewną perspektywę w interakcji pomiędzy konsumentem a różnego rodzaju markami. To rozwiązania czysto futurologiczne, ale takie scenariusze już zaczynają się pojawiać. Wchodzimy na całkiem inną przestrzeń wzajemnych interakcji, odczuwania, czegoś na wzór cyfrowej telepatii – zauważa ekspertka.

Prace nad podobnym interfejsem prowadzą również naukowcy z firmy Synchron, która opracowała urządzenie o nazwie Stentrode. W przeciwieństwie do Neuralinka implementacja tego interfejsu nie wymaga przewiercenia się przez czaszkę pacjenta – układ implementowany jest w ścianach żyły szyjnej i za jej pośrednictwem komunikuje się z płatem czołowym. Ten system skupia się wyłącznie na analizie impulsów elektrycznych związanych z ruchem ludzkiego ciała, co ma przede wszystkim ułatwić życie osobom sparaliżowanym. Pierwsze testy laboratoryjne dowiodły, że interfejs może zostać wykorzystany do poruszania wskaźnika myszy po ekranie komputera za pośrednictwem myśli.

Przewodowe połączenie mózgu z komputerem to jednak dopiero początek cybertechnologicznej rewolucji. Zespół badaczy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley oraz US Institute for Molecular Manufacturing opublikowali na łamach „Frontiers in Neuroscience” pracę naukową opisującą Human Brain/Cloud Interface, czyli interfejs łączący mózg pacjenta z chmurą obliczeniową. Praca opisuje wyspecjalizowane nanoroboty, które miałyby odpowiadać za przesyłanie danych pomiędzy korą nową mózgu a zewnętrznym serwerem chmurowym. Takie połączenie umożliwiłoby błyskawiczne pozyskiwanie informacji z szerokich zasobów internetowych.

– Jedyne, co nas ogranicza, to nasza wyobraźnia. Natomiast coś, na co powinniśmy zwrócić uwagę, to właśnie funkcja człowieka, który powinien być weryfikatorem, wskaźnikiem racjonalności określonych zastosowań i decyzji o tym, czy dane rozwiązanie powinniśmy implementować do naszego życia – podsumowuje dr Dominika Kaczorowska-Spychalska.

Według analityków z firmy Valuates Reports wartość globalnego rynku interfejsów mózg–komputer w 2019 roku wyniosła 1,36 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 3,85 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14,3 proc.

Lewitujący pociąg przewiózł już pierwszych pasażerów. W ciągu najbliższych lat mogą ruszyć komercyjne podróże hyperloopem

Pierwsi pasażerowie podróżowali już w lewitującym systemie Hyperloop. Virgin Hyperloop osiągnął prędkość 172 km/h. Tym samym dzieli nas tylko krok od wprowadzenia rewolucyjnego systemu transportu na szeroką skalę. Hyperloop będzie w stanie przewozić ludzi i ładunki między miastami z prędkością większą niż komercyjne samoloty pasażerskie z rekordową wydajnością energetyczną. Podróż między Nowym Jorkiem a Waszyngtonem może trwać zaledwie 30 minut, tym samym miasta mogą się stać kolejnymi stacjami metra.

Już od lat trwa wyścig w dziedzinie transportu przyszłości. Coraz bliżej są autonomiczne pojazdy czy latające taksówki, które zastąpią zwykły transport miejski. Przyszłością transportu kolejowego mogą być pociągi bez maszynisty, napędzane wodorem, ale przede wszystkim pociągi-pociski, które nie tyle jeżdżą, co lewitują nad torami. Wszystko wskazuje na to, że właśnie pojazdy hyperloop będą tymi, które zmienią w najbliższym czasie oblicze transportu. Właśnie zakończyła się pierwsza na świecie przejażdżka pasażerska w szybkim lewitującym systemie kapsuły Virgin Hyperloop.

– Zespół Virgin Hyperloop od kilku lat pracuje nad wprowadzeniem przełomowej technologii do naszej rzeczywistości – podkreśla Sir Richard Branson, założyciel Virgin Group. – Tym udanym testem pokazaliśmy, że ten duch innowacji w nadchodzących latach zmieni sposób, w jaki ludzie na całym świecie żyją, pracują i podróżują.

Dotychczas firma przeprowadziła już ponad 400 testów bez pasażerów w zakładzie w Nevadzie. Tym razem jednak kapsuła zabrała na pokład dwoje pasażerów. Wszystko po to, by sprawdzić bezpieczeństwo nowego środka transportu. Docelowo futurystyczna kolej ma jeździć z prędkością 900 km/h. Hyperloop byłby więc tak szybki jak samolot, tańszy niż pociąg i dostępny niezależnie od pogody, przy okazji ekologiczny, bo nie emituje dwutlenku węgla.

Gdyby ludzie mogli dostać się z Los Angeles do San Francisco w mniej niż 30 minut, z Los Angeles do Las Vegas w 20 minut lub z Nowego Jorku do Filadelfii w 10 minut, miasta stałyby się w zasadzie stacjami metra, zniknęłyby też granice. Przemieszczanie się byłoby znacznie prostsze, można byłoby więc pracować w zasadzie w dowolnym miejscu na kontynencie, a mieszkać tam, gdzie dotychczas.

– Przeprowadzone przez nas testy z pasażerami dowodzą, że hyperloop jest bezpiecznym środkiem transportu. Virgin Hyperloop nie tylko może bezpiecznie umieścić osobę w kapsule w próżniowym środowisku, ale także mamy przemyślane podejście do bezpieczeństwa, które zostało potwierdzone przez niezależną organizację – przekonuje Jay Walder, dyrektor generalny Virgin Hyperloop.

Już w październiku 2020 roku Virgin Hyperloop wskazała Wirginię Zachodnią jako lokalizację Centrum Certyfikacji Hyperloop (HCC). W lipcu powstały zaś wytyczne dotyczące jasnych ram regulacyjnych dotyczących hyperloopu w Stanach Zjednoczonych. To pierwszy krok do regulacji i wdrażania hyperloopów w USA. Virgin zapowiada, że certyfikacja bezpieczeństwa będzie gotowa do 2025 roku, a operacje komercyjne ruszą najpóźniej w 2030 roku.

– Historia tworzy się na naszych oczach, jesteśmy świadkami powstania pierwszego od ponad 100 lat nowego środka transportu zbiorowego – twierdzi Sultan Ahmed Bin Sulayem, przewodniczący Virgin Hyperloop. – Zawsze bardzo wierzyłem, że zespół Virgin Hyperloop przekształci tę technologię w bezpieczny system i właśnie to zrobiliśmy. Jesteśmy o krok bliżej do zapoczątkowania nowej ery ultraszybkiego i zrównoważonego transportu osób i towarów.

Warto zaznaczyć, że coraz bliższa jest też ogólnoeuropejska sieć ultraszybkich transportów. To możliwe dzięki współpracy Hardt, Nevomo (wcześniej Hyper Poland), TransPod i Zeleros, w kooperacji z Europejskim Komitetem Normalizacyjnym i Europejskim Komitetem Normalizacyjnym Elektrotechniki. Konsorcjum europejskich i kanadyjskich firm hyperloop wspólnie z europejskimi instytucjami opracowuje ramy regulujące nowe systemy ruchu. Kapsuły nowego, lewitującego środka transportu są także rozwijane w Polsce.

Wirtualne biuro – co to jest i w jaki sposób pomoże początkującym przedsiębiorcom?

Osoba, która dopiero co zdecydowała się na założenie własnej działalności gospodarczej, zmaga się na początku swojej drogi z kosztami prowadzenia działalności.  Wydatki, które może ponieść muszą być starannie zaplanowane. Szczególnie te, które są związane z bieżącymi kosztami prowadzenia firmy. Ceny pomieszczeń biurowych rosną, dlatego jeśli nie potrzebujemy na co dzień lokalu i nie zatrudniamy dużej ilości pracowników, warto skorzystać z usług wirtualnego biura. Czym jest wirtualne biuro i jakie korzyści za sobą niesie?

Wynajem wirtualnego biura – opcja dla nowych przedsiębiorców

W początkowym okresie prowadzenia działalności gospodarczej bardzo istotną kwestią jest wynajęcie powierzchni biurowej. Wysokie koszty wynajmu mogą odstraszyć przedsiębiorców, którzy są dopiero na początku swojej drogi. Zakładając firmę potrzebujemy posiadać adres, pod którym zostanie zarejestrowana. W celu zredukowania kosztów, dobrym rozwiązaniem będzie wynajem wirtualnego biura.

Korzyści wynikające z takiego rozwiązania są spore. Przede wszystkim nie musimy martwić się o utrzymanie własnego biura. Wiele firm oferujących wirtualne biura, takie jak Dolnośląskie Centrum Biznesu, oferują kompleksową obsługę administracyjną firmy. Unikniemy w ten sposób niepotrzebnych kosztów zatrudniając pracownika biurowego. Przedsiębiorca, który zdecyduje się na skorzystanie z usług wynajmu biura, otrzyma do dyspozycji adres korespondencyjny. Cała poczta firmowa będzie docierać na adres wirtualnego biura, a klient zostanie poinformowany telefonicznie lub mailowo w celu odebrania korespondencji.

Dodatkowymi zaletami, wynikającymi z wirtualnego biura, jest wynajem lokalu na godziny. Jest to o tyle pomocne, gdy chcemy umówić się na spotkanie z klientem i mieć zapewnione dobre warunki do przedstawienia swojej oferty, omówienia efektów swojej pracy czy chęci pracy w miejscu, które jest do tego przystosowane. Zdecydowanie lepiej wygląda to w oczach klienta, z którym spotykamy się w warunkach biurowych. Buduje to reputację i wiarygodność przedsiębiorcy. Jest to przydatna opcja również przy okazji szkoleń dla kilku osób, które możemy przeprowadzić bez problemu w warunkach do tego przeznaczonych.

Dla kogo polecane jest wirtualne biuro?

Zlecenie obsługi biurowej jest przeznaczona dla osób lub firm, które chcą zredukować koszty działalności. Jest to idealne rozwiązanie dla tych, którzy stawiają dopiero pierwsze kroki w biznesie i próbują znaleźć oszczędności na wynajmie pomieszczenia biurowego. To świetne rozwiązanie dla firm, które chcą zmniejszyć dotychczasowe wydatki związane z wynajmem lokalu, który w zasadzie nie jest im potrzebny.

Na koniec, ostatnią grupą, dla której wirtualne biuro będzie szczególnie przydatne to freelancerzy. Osoby, które wykonują wolny zawód, szczególnie zdalnie, mogą pracować w każdym miejscu na świecie. Dlatego zbędne jest posiadanie biura, w którym nikt nie będzie pracował, ale uiszczał comiesięczne opłaty za jego wynajem.

Podsumowując, jeśli przedsiębiorca chce obniżyć koszty wynajmu biura i zlecić obsługę zewnętrznej firmie, wirtualne biuro jest najlepszą opcją. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze może przeznaczyć na rozwój własnej firmy lub pracowników, których zatrudnia.

Parlament Europejski i Rada osiągnęły kompromis w sprawie wieloletnich ram finansowych UE na lata 2021–2027

Po osiągnięciu porozumienia ws. budżetu UE 2021-2027, środki na odbudowę powinny zostać uruchomione jak najszybciej, powiedział przewodniczący Komisji Budżetowej PE Johan Van Overtveldt.

„Porozumienie między Parlamentem Europejskim i Radą w sprawie wieloletnich ram finansowych, czyli długoterminowego budżetu UE, jest krokiem w kierunku pomocy gospodarce UE w odbudowie po szkodach, jakie wyrządził i cały czas wyrządza kryzys COVID-19” – powiedział Dyrektor Generalny BusinessEurope Markus J. Beyrer.

Porozumienie było wynikiem długich negocjacji. Tym bardziej cieszy, że strony znalazły płaszczyzny porozumienia w duchu kompromisu. „Wszyscy możemy wskazać obszary wydatków, w których chcielibyśmy widzieć więcej, i chociaż z zadowoleniem przyjmujemy dodatkowe środki dla HorizonEurope, nadal wspieramy większy nacisk na innowacje i badania i rozwój. Niemniej jednak w pełni popieramy to porozumienie, które pokazuje, że decydenci UE są w stanie pójść na kompromis dla wspólnego dobra i gwarantuje, że UE znajduje się w centrum naszej długoterminowej odpowiedzi na ten kryzys.” – dodał Beyrer.

Obecnie ważne jest, aby osiągnięte porozumienie zostało szybko ratyfikowane, aby dodatkowo zapewnić milionom przedsiębiorstw i innych podmiotów pewność, że będą mogły korzystać z programów finansowanych przez UE.

Przewodniczący Komisji Budżetowej PE Johan Van Overtveldt
Przewodniczący Komisji Budżetowej PE Johan Van Overtveldt

„Wiemy, że jest problem z p. Orbánem i projektem w sprawie praworządności, ale nie można sprawiać, że reszta Europy czeka na 750 miliardów euro potrzebnych do walki z tą pandemią. Obecnie zagrożone są miliony miejsc pracy, a każdy zmarnowany dzień jest straszny dla tych, którzy żyją w niepewności i dla wszystkich firm na skraju bankructwa”. powiedział przewodniczący Komisji Budżetowej PE Johan Van Overtveldt.

Przewodniczący Komisji Budżetowej wyszczególnił dodatkowe środki zabezpieczone przez Parlament dla kluczowych programów UE w dziedzinach takich jak zdrowie, badania naukowe i młodzież. Całkowita kwota tych dodatkowych środków wynosi 15 miliardów euro, a kolejny 1 miliard euro zostanie odłożony na wypadek konieczności walki z nieoczekiwanymi przyszłymi kryzysami.

Rząd powinien mieć plan wyjścia z recesji

Wychodzenie z deficytu i recesji gospodarczej będzie długim procesem. Sytuacja, w jakiej znajduje się Polska gospodarka, jest bezprecedensowa. Ekonomiści wskazują, że do oceny stanu naszej gospodarki nie możemy używać narzędzi i porównań z poprzednich lat. To całkowicie nowa sytuacja, która wymaga specjalnego planu wychodzenia z recesji. Prawie całkowite zahamowanie gospodarki na wiosnę, a także nadchodzący kolejny lockdown jesienny to potężne ciosy dla płynności finansowej przedsiębiorstw, a także dla skarbu państwa. Chociaż reakcja rządu na potrzeby pracodawców i pracowników była całkowicie nieunikniona, to dziura w budżecie państwa musi zostać w jakiś sposób załatana. A plan na wyjście z recesji już powinien powstawać.

– Trzeba znaleźć jakąś ścieżkę i zaprezentować realistyczną, ale także zdecydowaną, drogę wychodzenia z tego wielkiego deficytu w kolejnych latach. Po to, żeby uprzedzić sytuację, w której uczestnicy rynku zaczną nas w tę stronę popędzać – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Trzeba mocno zastanowić się nad inwestycjami publicznymi i używaniem środków unijnych na inwestycje prywatne. To będzie element, który zdecyduje o dynamice polskiej gospodarki w kolejnych latach. Tu pojawia się pytanie: czy rząd powinien finansować w Centralny Port Komunikacyjny, którego budowa nie zacznie się w ciągu najbliższych lat, czy nie lepiej skoncentrować środki unijne na mniejszych inwestycjach, które mogą być szybko uruchomione? Raczej sugerowałbym to drugie rozwiązanie.

– Ale wyjście z recesji to nie tylko zarządzanie funduszami unijnymi. W tej chwili Bank Centralny drukuje pieniądze, żeby pomóc rządowi pokryć deficyt. To jest polityka, z której trzeba będzie w pewnym momencie wyjść. Ujemne stopy procentowe i chroniczna inflacja to sytuacja, która dzisiaj nie dziwi, natomiast w perspektywie kilku lat musi się zakończyć. Jest to bowiem potężny czynnik zniechęcający ludzi do oszczędzania. Dlatego Bank Centralny i rząd muszą zacząć myśleć o tym, w jaki sposób kontynuować wsparcie dla gospodarki, a jednocześnie zacząć już pokazywać ścieżkę wyjścia z tej nadzwyczajnej sytuacji – radzi Orłowski.

Life Science Open Space – Online Week’20

Life Science Open Space – Online Week’20
Forum Współpracy dla Zdrowia i Jakości Życia
NOWA RZECZYWISTOŚĆ – NOWE WYZWANIA
23-27 listopada 2020

W ostatnim tygodniu listopada odbędzie się 10 edycja Life Science Open Space – tym razem w formule Online Week. Edycja jubileuszowa i pod wieloma względami wyjątkowa. W związku z obecną sytuacją wydarzenie zostało w całości przeniesione do sieci. Postawiło to przed uczestnikami nowe zadania, ale również otwarło wiele nowych możliwości.

LSOS, czyli Forum Współpracy i Innowacji dla Zdrowia i Jakości Życia, opiera się na czterech głównych filarach, którymi są: life (czyli rozwiązania służące poprawie zdrowia i jakości życia), science (czyli interdyscyplinarne naukowe spotkania służące nawiązaniu współpracy), open (czyli otwarcie na wiele różnych grup interesów i stworzenie dla nich warunków do kooperacji) oraz space (czyli inspirująca atmosfera i ciekawy program, co tworzy przestrzeń szans dla rozwoju współpracy).

Wydarzenie rozpocznie się w poniedziałek 23 listopada i potrwa przez cały tydzień. Każdego dnia przewidziane są sesje tematyczne w MODULE WSPÓŁPRACA. Na każdą sesję złożą się prezentacje dotyczące możliwości współpracy w projektach, przedsięwzięciach oraz innych interdyscyplinarnych działaniach w następujących ścieżkach tematycznych:

Przez cały czas trwania wydarzenia odbywać się będą spotkania B2B w MODULE PARTNERINGOWYM, które można umawiać poprzez system matchmakingowy. Ponadto każdy zarejestrowany uczestnik może stworzyć profil swojej firmy i zaprezentować swoją ofertę w MODULE MARKETPLACE.

Zapowiada się ciekawy tydzień pod znakiem współpracy!

Wszystkie informacje o Forum, odbywającym się w formule Digital Event, znaleźć można na oficjalnej stronie wydarzenia: http://lsos.info

Miasto Kraków

Rząd przyjął nowe przepisy dot. m.in. Żandarmerii Wojskowej, które wejdą w życie 1 stycznia 2021 r.

Podczas dzisiejszego posiedzenia rząd przyjął:

– projekt ustawy o zmianie ustawy o ochronie osób i mienia oraz ustawy o Żandarmerii Wojskowej i wojskowych organach porządkowych;
– projekt ustawy o zmianie ustawy o działach administracji rządowej oraz niektórych innych ustaw (projekt przyjęty kierunkowo, zostanie przegłosowany po wprowadzeniu korekt wynikających z posiedzenia Rady Ministrów).

Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy o ochronie osób i mienia oraz ustawy o Żandarmerii Wojskowej i wojskowych organach porządkowych, przedłożony przez ministra obrony narodowej.

Uregulowane zostały zasady związane ze sprawowaniem nadzoru nad specjalistycznymi uzbrojonymi formacjami ochronnymi (SUFO). Zadaniem tych formacji jest ochrona osób i mienia, w tym np. ochrona obiektów czy konwojowanie.

Nadzór nad specjalistycznymi uzbrojonymi formacjami ochronnymi w resorcie obrony narodowej sprawować będzie Minister Obrony Narodowej poprzez Komendanta Głównego Żandarmerii Wojskowej.

Nadzór ten będzie realnym i skutecznym narzędziem weryfikacji prawidłowej ochrony terenów jednostek wojskowych podległych, podporządkowanych lub nadzorowanych przez szefa MON. Na terenach tych jednostek zdarzają się nieprawidłowości, które są ujawniane przez Żandarmerię Wojskową w ramach kontroli specjalistycznych uzbrojonych formacji ochronnych.

Najważniejsze rozwiązania

1. Nadzór sprawowany będzie poprzez kontrolę organizacji i zasad działania, uzbrojenia i wyposażenia, współpracy z innymi formacjami i służbami oraz zgodności aktualnego stanu ochrony jednostki z planem ochrony. Dotyczyć to będzie także m.in. kontroli warunków przechowywania broni i amunicji oraz zgodności ewidencji broni i amunicji ze stanem faktycznym.

2. Żołnierzom Żandarmerii Wojskowej wykonującym czynności w ramach nadzoru nad SUFO przysługiwać będzie:

– prawo wstępu na teren obszarów i obiektów objętych ochroną,
– żądanie wyjaśnień,
– dostęp do dokumentacji ochronnej,
– wstęp na teren siedziby przedsiębiorcy prowadzącego działalność ochronną,
– wydawanie pisemnych zaleceń zmierzających do usunięcia stwierdzonych nieprawidłowości i dostosowania działalności SUFO do przepisów prawa.

3. W ramach nadzoru nad SUFO Żandarmeria Wojskowa będzie kontrolowała wpis na listę kwalifikowanych pracowników ochrony oraz dokumentację szkoleniową.

4. Projekt ustawy zawiera także szczegółowe zagadnienia związane z wydawaniem upoważnień do czynności nadzoru, a także prawa i obowiązki osoby nadzorującej i nadzorowanego.

5. Przebieg czynności nadzoru będzie mógł być utrwalany za pomocą technik audiowizualnych.

Nowe przepisy wejdą w życie po upływie 30 dni od ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.

Rada Ministrów przyjęła kierunkowo projekt ustawy o zmianie ustawy o działach administracji rządowej oraz niektórych innych ustaw, przedłożony przez Ministra – Członka Rady Ministrów.

Struktura administracji rządowej została dostosowana do nowej, zrekonstruowanej Rady Ministrów, będącej odpowiedzią na czasy, z którymi wiążą się wyzwania wywołane COVID-19. Chodzi o zwiększenie efektywności, przy jednoczesnym zmniejszeniu kosztów działania administracji rządowej. Zoptymalizowana została także struktura funkcjonowania administracji uwzględniająca konieczność zapewnienia racjonalnego i efektywnego wykorzystania kadry urzędniczej.

Wyodrębnione zostały nowe działy administracji rządowej: geologia, leśnictwo i łowiectwo oraz centrum administracyjne rządu. Ponadto wprowadzono zmiany dotyczące spraw przyporządkowanych do działu budownictwo, planowanie i zagospodarowanie przestrzenne oraz mieszkalnictwo, gospodarka, gospodarka wodna, gospodarka złożami kopalin, klimat, kultura fizyczna, turystyka i środowisko.

Nowy dział administracji – centrum administracyjne rządu obejmować będzie sprawy dotyczące m.in.:

– określania strategicznych kierunków rozwoju państwa i oceny funkcjonalności jego struktur, analiz, prognoz oraz ocen skutków społeczno-gospodarczych projektowanych regulacji,
– koordynacji działań administracji rządowej w zakresie powierzonym przez Radę Ministrów lub Prezesa Rady Ministrów,
– polityki kadrowej w administracji rządowej,

– koordynacji działań związanych ze współdziałaniem Rady Ministrów i Prezesa Rady Ministrów z Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, Sejmem Rzeczypospolitej Polskiej, Senatem Rzeczypospolitej Polskiej i innymi organami państwowymi, obronności i bezpieczeństwa państwa – w zakresie zadań należących do działu, polityki informacyjnej Rady Ministrów i Prezesa Rady Ministrów oraz obsługi merytorycznej, organizacyjno-prawnej, technicznej i kancelaryjno-biurowej Rady Ministrów, Prezesa Rady Ministrów, wiceprezesa Rady Ministrów, oraz innych podmiotów, jeżeli tak stanowią przepisy o ich utworzeniu.

Zmiany w ustawie o Radzie Ministrów

– Zaproponowano przepisy zmierzające do podniesienia poziomu tworzonego prawa przez usystematyzowanie zagadnień dotyczących funkcjonowania podmiotów stanowiących organ opiniodawczo-doradczy Rady Ministrów czy podległych Prezesowi Rady Ministrów. Chodzi o podmioty, których zadaniem jest dbanie o spójność systemu prawa.
– Wprowadzono zmiany dotyczące obsługi Rady Ministrów i Prezesa Rady Ministrów w zakresie opracowywania analiz dotyczących kluczowych polityk publicznych.

Nowe przepisy mają wejść w życie 1 stycznia 2021 r., z wyjątkiem niektórych artykułów, które zaczną obowiązywać z dniem następującym po dniu ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.

Korekta ceny transferowej, czy korekta dochodowości?

Podmioty powiązane współpracujące ze sobą w zakresie dostawy towarów lub świadczenia usług muszą ustalić warunki transakcji takie same jak podmioty rynkowe. W związku z tym częstą praktyką jest bazowanie na benchmarkach lub na kosztach planowanych, które następnie są porównywane z kosztami realnymi. W przypadku pojawienia się różnic konieczna jest korekta ceny transferowej, mająca na celu wyrównanie cen do poziomu rynkowego. Ustawa o podatku od towarów i usług nie wskazuje wyraźnie, czy korekta ceny transferowej dokonywana pomiędzy podmiotami powiązanymi (lub inna korekta rentowności) powinny być uznane za zdarzenia podlegające lub niepodlegające VAT.

Opinia Komisji Europejskiej

Tytułem wstępu warto wspomnieć, że tematyka korekty ceny transferowej w kontekście VAT była przedmiotem wniosków sformułowanych przez Grupę Ekspertów ds. VAT działającą w ramach Komisji Europejskiej. Wskazania Grupy Ekspertów zostały opisane w dokumencie z dnia 18 kwietnia 2018 r. (VEG nr 071 REV2).

Zgodnie z opinią Grupy Ekspertów ds. VAT korekty cen transferowych należy traktować jako znajdujące się „poza zakresem regulacji VAT” w przypadku, gdy obie strony mają pełne prawo do „odzyskania” podatku. Jedynie w sytuacji, gdy jeden z przedsiębiorców nie ma pełnego prawa do zwrotu VAT, korekta ceny transferowej powinna zostać opodatkowana VAT, jeżeli oczywiście istnieje wystarczająco bezpośredni związek między płatnościami wynikającymi z korekty a konkretnymi dostawami.

Dodatkowo według Grupy Ekspertów ds. VAT w przypadku, gdy korekta cen transferowych może być powiązana z pierwotną dostawą, rozliczenie korekty VAT jest traktowane tak samo, jak pierwotna dostawa. „Powiązanie” wymaga, aby korektę cen transferowych można było zrobić tak, aby powiązać poszczególne części korekty z każdym pojedynczym sprzedawanym towarem lub świadczoną usługą. W przypadku towarów takie powiązanie jest stosunkowo proste do wykonania. Problematyczna sytuacja powstaje jednak w odniesieniu do usług, w przypadku których często płatność korygująca ma na celu osiągnięcie uzgodnionej marży zysku, która nie jest transakcją podlegającą opodatkowaniu VAT.

Podejście polskich organów podatkowych i sądów

Zgodnie z obecnym podejściem polskich organów podatkowych i sądów administracyjnych korekta ceny transferowej może zostać uznana za będącą poza regulacjami podatku VAT i może być rozliczona na podstawie noty księgowej.

Polska ustawa o VAT nie zawiera również żadnych bezpośrednich przepisów dotyczących konsekwencji VAT w przypadku korekty cen transferowych. W związku z tym nie można wykluczyć, że organy podatkowe będą skłaniać się do traktowania korekty cen transferowych obniżającej podatek należny jako nieobjętej zakresem podatku VAT. Przykładowo w interpretacji z dnia 7 kwietnia 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-2.4010.47.2020.1.SJ, Dyrektor KIS wskazał, że takie korekty służą zniwelowaniu różnic w rentowności pomiędzy planowanym a realnym poziomem rentowności i w związku z tym pozostają poza zakresem ustawy o VAT. Inną przyczyną korekt wskazywaną przez organy podatkowe są rozbieżności pomiędzy ustaloną ceną a wynikami analizy porównawczej, co wymusza konieczność zmiany ceny transferowej. W takim przypadku mamy również do czynienia z czynnością będącą poza zakresem VAT (por. interpretacja z dnia 24 czerwca 2019 r., sygn. akt 0111-KDIB1-2.4010.98.2019.5.AW).

Z kolei w interpretacji z dnia 3 stycznia 2020 r., sygn. akt 0111-KDIB3-1.4012.754.2019.1.KO, Dyrektor KIS potwierdził, że w przypadku, gdy korekta marży na sprzedaży jest dokonywana na poziomie zysku operacyjnego, a nie na poziomie zysku ze sprzedaży poszczególnych towarów, to taka korekta jest poza regulacjami ustawy o VAT. Innymi słowy, w sytuacji, gdy korekta dokonywana jest w celu urynkowienia całościowej marży ze sprzedaży, znajduje się poza VAT, a w sytuacji odniesienia korekty do poszczególnych towarów należy taką transakcję opodatkować VAT.

Kryteria formalne korekty na potrzeby CIT

Dodatkowo warto zwrócić uwagę na kryteria formalne w przypadku dokonywania korekty cen transferowych między podmiotami powiązanymi. Zgodnie z art. 11e ustawy o CIT, aby dokonać korekty cen transferowych, niezależnie od tego, czy jest to korekta kosztowa, czy przychodowa, muszą zostać spełnione określone kryteria:

  • transakcje kontrolowane dokonane przez podatnika były niezgodne z zasadą ceny rynkowej;
  • nastąpiła istotna zmiana okoliczności ważnych z punktu widzenia ustalenia warunków transakcji lub są znane faktycznie poniesione koszty lub znany jest uzyskany dochód niezbędny do obliczenia ceny transferowej i konieczne jest skorygowanie ceny transferowej w celu zachowania transakcji na warunkach rynkowych;
  • w momencie dokonania korekty podatnik posiada oświadczenie podmiotu powiązanego dokonującego przeciwstawnej korekty, że jest to kwota równa;
  • podmiot powiązany musi mieć siedzibę w Polsce lub w innym państwie, z którym Polska zawarła umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania;
  • podatnik powinien potwierdzić korektę ceny transferowej w zeznaniu rocznym za rok podatkowy, którego korekta dotyczy.

Dodatkowo, w oparciu o nowe przepisy ustawy o CIT, w przypadku korekty ceny transferowej zwiększającej wynik podatkowy podmiotu wystarczy spełnienie pierwszego i drugiego z wymienionych warunków. W przypadku korekt zmniejszających powinny zostać spełnione wszystkie warunki.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jakub Karnowski: Fundusz Trójmorza założony przez BGK kupuje spółkę Cargounit od Abris Capital Partners. Co na to PKP Cargo?

Założony w maju 2019 roku z inicjatywy oraz z udziałem kapitałowym i organizacyjnym Banku Gospodarstwa Krajowego Fundusz Trójmorza (Three Seas Initiative) wykupił 100% udziałów w spółce Industrial Division działającej jako Cargounit.

Cargounit to pool taborowy, który ma 175 lokomotyw. Jego właścicielem były podmioty związane z Abris Capital Partners.

Parametry transakcji w tym cena nigdy nie zostały ujawnione. Przewodniczącą rady nadzorczej Funduszu Trójmorza jest prezes BGK Beata Daszyńska-Muzyczka.

O transakcji pisał Puls Biznesu: https://www.pb.pl/pierwsza-inwestycja-funduszu-trojmorza-1006396

Abris Capital Partners to fundusz który w lutym 2019 roku wygrał w arbitrażu ze Skarbem Państwa spór związany ze sprawą FM Banku oraz 650 mln. zł. Aktualnie sprawa jest w blisko dwuletnim zawieszeniu. Abris jest też współwłaścicielem spółki GetBack.

W 2015 roku PKP Cargo kupiło 80% udziałów w czeskiej spółce AWT International (dzisiaj PKP Cargo International) która ma także około 170 lokomotyw oraz 3400 wagonów (plus 1800 wynajmowanych), licencje na 8 krajów i kontrakty przewozowe. Miesiąc po tej transakcji akcje PKP Cargo osiągnęły historyczny rekord ponad 92 zł. Dziś to około 11 zł.

Równocześnie z zakupem AWT ówczesne władze PKP Cargo podpisały strategiczną umowę o współpracy z kolejami chorwackimi (HZ). Umowa i transakcja idealnie wpisywały się w projekt Trójmorza oraz w powstałą w 2017 roku Strategię Odpowiedzialnego Rozwoju ówczesnego wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który w 2015 roku chwalił transakcję przejęcia AWT przez PKP Cargo. W zakupie zarządowi PKP Cargo doradzało konsorcjum złożone z Domu Maklerskiego PKO Banku Polskiego, firmy doradczej EY i prawnej WGM. Po jej zakończeniu firma doradcza PWC przeprowadziła zewnętrzny audyt procesu.

W związku z tym pojawiają się następujące pytania:

(1) Czy Fundusz Trójmorza – utworzony za publiczne pieniądze państwowego BGK – rozważał zakup PKP Cargo International od PKP Cargo? Czy PKP Cargo rozważało sprzedaż spółki?

Całe PKP Cargo ma około 3000 lokomotyw i 65000 wagonów.

(2) Jakie elementy zdecydowały, że Fundusz Trójmorza nabył spółkę taborową od prywatnego funduszu Abris Capital Partners a nie od kontrolowanego przez rząd PKP Cargo?

(3) Dlaczego opinia publiczna nie może poznać szczegółów transakcji zakupu Cargounit przez Fundusz Trójmorza w formie Białej Księgi?

(4) Dlaczego rząd Mateusza Morawieckiego używa publicznych pieniędzy państwowego banku do budowy struktury bezpośrednio konkurencyjnej wobec swojego „narodowego championa” którego wartość stopniała do 12% wartości z przed 5 lat, a jego perspektywy są bardzo słabe?

Źródła:

https://media.bgk.pl/60741-fundusz-trojmorza-oficjalnie-zalozony-bgk-podpisal-akt-zalozycielski

http://m.300polityka.pl/biznes/2020/10/21/fundusz-trojmorza-rosnie-bgk-zwiekszyl-udzial-w-funduszu-trojmorza-o-250-mln-euro/

https://finanse.gazetaprawna.pl/artykuly/1413844,spor-z-abris-arbitraz.html

Autor:

Jakub Karnowski – w latach 2012-15 Prezes Zarządu PKP S.A. oraz Przewodniczący Rady Nadzorczej PKP Cargo S.A. Obecnie pracuje jako konsultant Banku Światowego ds. restrukturyzacji kolei w Kazachstanie i Tanzanii.

Jak połączyć prezent z taktowną reklamą Twojej firmy?

Pomysłowe gadżety reklamowe to bardzo miły i elegancki gest wobec Twoich klientów oraz kontrahentów. Taki podarunek nie ma w sobie negatywnych konotacji związanych z nachalnym marketingiem, a wręcz przeciwnie, jest odbierany bardzo pozytywnie.

Gadżety reklamowe powalają nam w subtelny sposób utrwalać wizerunek naszej firmy, a jednocześnie stanowią atrakcyjny prezent dla obdarowanej osoby. Czym lepszej jakości są gadżety reklamowe, tym większy prestiż osiąga nasza aktywność marketingowa. Coraz większą popularność zdobywają gadżety ekskluzywne, które stanowią naprawdę wartościowy upominek, a dzięki elegancko naniesionemu logo Twojej firmy stanowią skuteczną i długotrwałą reklamę.

Najlepsza jakość gwarantuje ogromne wrażenie

Gadżety biznesowe są aktualnie jednym z najczęściej wybieranych wariantów wśród akcesoriów reklamowych. Charakteryzują się świetną jakością wykonania i nienaganną prezentacją. Jest to zatem doskonały wybór dla wszystkich firm, które chcą dla swoich najlepszych klientów lub cenionych kontrahentów przygotować prezent naprawdę wyjątkowy. Nie musisz się obawiać, że ten rodzaj upominku spowoduje jakakolwiek niezręczność. Dzięki umieszczeniu Twojego logo na przedmiotach eleganckich i wyszukanych Twój podarunek będzie robił pożądane, duże, ale jednocześnie gustowne wrażenie. Gadżety ekskluzywne są odbierane jako taktowne i na miejscu, nie wywołując wrażenia zbyt nachalnej reklamy. Stawiając na gadżety firmowe masz też pewność, że obdarowany klient od razu będzie mieć świadomość, że otrzymał coś wartościowego, co naprawdę ma podkreślić, że jest cenionym ogniwem w waszej współpracy.

Gadżety biznesowe

Nie tylko dla klientów

Planujesz pomysłowe podarunki dla swoich pracowników? A może myślisz o nagrodzeniu najbardziej lojalnych klientów? Gadżety firmowe oferowane przez Polagift.pl to doskonały wybór, gdy chcesz mieć pewność, że połączysz w udany sposób ciekawy prezent oraz mądry marketing. Twoja załoga z pewnością doceni taki gest. Dzięki swojej jakości ekskluzywne gadżety reklamowe będą służyć osobie, której je wręczysz bardzo długo. Stwarza to sytuację, w której logo Twojej firmy będzie przez długi czas utrwalane w oczach danej osoby i osób z nią przebywających. A jeśli produkt świetnie spełni swoje  podstawowe zadania podczas jego użytkowania, klient lub pracownik będzie mógł kojarzyć jego świetną i długotrwałą jakość właśnie z Twoją firmą i Twoim prezentem. To doskonały sposób na tworzenie pozytywnego wizerunku i budowanie zaufania do swojego przedsiębiorstwa i usług lub produktów, które oferujesz. Gadżety ekskluzywne zapewnią ci zadowolenie osoby, która je otrzyma oraz Twoją satysfakcję z rozsądnego sposobu na elegancką reklamę.

Gadżet z nadrukiem-reklamowy

Odzież oraz upominki w segmencie premium

Dzięki szerokiej ofercie gadżetów firmowych na Polagift.pl znajdziesz najbardziej prestiżowe gadżety ekskluzywne, dopasowane do okazji oraz rangi wydarzenia, które chcesz podkreślić. Znajdziesz tu zarówno firmową odzież cenionego angielskiego producenta Brook Taverner, którego doświadczenie sięga już 1912 roku, ale także mnóstwo propozycji na gadżety biznesowe uznanych firm, jak Parker czy Waterman. Masz zatem możliwość ubrania swoich pracowników na najwyższym możliwym poziomie w odzież premium, podkreślającą profesjonalizm oraz wysublimowany wizerunek Twojej firmy. Znajdziesz tu też gadżety biznesowe, które zadowolą nawet najbardziej wymagających i światowych kontrahentów.

Praca zdalna – nowe przepisy. Co zmieni się w Kodeksie pracy?

Nie było pewne czy pracodawca może nakazać pracę zdalną podczas kwarantanny, jeżeli pracownik się na to nie zgadza. Nowa ustawa nie rozstrzyga tej wątpliwości, a dodatkowo wprowadza nowe przepisy, który rodzą kolejne pytania i trudności interpretacyjne.

3 listopada 2020 r. prezydent podpisał kolejną wersję tarczy antykryzysowej (tj. ustawę z 28 października 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym związanym z wystąpieniem COVID­­‑19), w której m.in. dodany został przepis, zgodnie z którym w okresie ogłoszenia stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii, pracownicy i inne osoby zatrudnione, poddane obowiązkowej kwarantannie, mogą – za zgodą pracodawcy albo zatrudniającego – świadczyć w trybie pracy zdalnej pracę określoną w umowie i otrzymywać z tego tytułu wynagrodzenie. Chodzi przy tym o kwarantannę w rozumieniu przepisów o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, tj. o odosobnienie osoby zdrowej, która była narażona na zakażenie, a obowiązek poddania się kwarantannie wynika z decyzji właściwego organu albo z mocy prawa (po przekroczeniu granicy).

Za okres trwania kwarantanny przysługuje (na ogólnych zasadach) wynagrodzenie za czas choroby od pracodawcy lub zasiłek chorobowy z ZUS. Jeśli natomiast pracownik wykonuje pracę zdalną podczas kwarantanny, nie przysługuje mu wynagrodzenie chorobowe albo zasiłek chorobowy, a normalne wynagrodzenie za pracę.

Na podstawie obecnie obowiązujących przepisów możliwość wykonywania pracy przez pracownika przebywającego na kwarantannie nie budziła wątpliwości i była akceptowana zarówno przez pracodawców jak i pracowników. – Jeśli u danej osoby nie stwierdzono objawów choroby, to uznawano, że nie ma przeciwskazań, aby przy zachowaniu rygorów kwarantanny wykonywała zdalnie pracę wynikającą z umowy o pracę, jeśli rodzaj pracy na to pozwalał, a pracownik miał umiejętności i warunki do tego aby pracę zdalną wykonywać – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Agata Miętek z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Nowa regulacja potwierdza wskazaną możliwość wykonywania pracy podczas kwarantanny, ale nie rozstrzyga, czy pracownikowi przebywającemu na kwarantannie pracodawca może jednostronnie polecić wykonywanie pracy zdalnej, czy zgoda pracownika jest konieczna. Zgodnie ze stanowiskiem prezentowanym nieformalnie przez niektóre powiatowe inspektoraty pracy, pracownik ma prawo wyboru między zasiłkiem chorobowym, a wynagrodzeniem, a tym samym polecenie pracodawcy do wykonywania pracy zdalnej podczas kwarantanny należy potraktować jako propozycję.

– Nie było dotąd wątpliwości, że praca zdalna może być wykonywana podczas kwarantanny o ile pracodawca i pracownik wyrażają na to zgodę. Istniały natomiast wątpliwości czy taką pracę jednostronnie może zlecić pracodawca i co w sytuacji, gdy pracownik odmówi – komentuje dr A.Miętek. – Nowa regulacja nie tylko nie wyjaśnia wątpliwości istniejących dotychczas, ale wywołuje także nowe pytania. W odniesieniu do pracowników pojawia się pytanie czy brak wystąpienia przez pracownika z prośbą/wnioskiem o wykonywanie pracy podczas kwarantanny będzie oznaczał, że pracodawca nie może jednostronnie polecić/zaproponować takiej pracy oraz czy w przypadku braku zgody pracownika na wykonywanie pracy zdalnej pracodawca może odmówić wypłaty wynagrodzenia chorobowego.

Nie jest też jasne jaka jest relacja nowej regulacji do art. 14 ustawy zasiłkowej, zgodnie z którym pracownikowi odsuniętemu od pracy w wyniku decyzji wydanej przez właściwy organ albo uprawniony podmiot na podstawie przepisów o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi z powodu podejrzenia o nosicielstwo zarazków choroby zakaźnej nie przysługuje zasiłek choroby (a tym samym także wynagrodzenie chorobowe) jeżeli nie podjął proponowanej mu przez pracodawcę innej pracy niezabronionej takim osobom, odpowiadającej jego kwalifikacjom zawodowym lub którą może wykonywać po uprzednim przeszkoleniu.

– W mojej ocenie pracownik, który jest zdrowy, ale przebywa na kwarantannie i odmówi pracy zdalnej, zarówno w świetle dotychczasowych jak i nowych przepisów powinien to uzasadnić – wyjaśnia A.Miętek z Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Uzasadniać może to na przykład brakiem odpowiednich warunków lokalowych w jego domu.

Nowy przepis ustawy antykryzysowej będzie dotyczył nie tylko pracowników, ale także „innych osób zatrudnionych”. Z uwagi na brak definicji, takie sformułowanie zakresu podmiotowego budzi wątpliwości. Wydaje się, że przepis w tym zakresie będzie dotyczył osób wykonujących pracę na innej podstawie niż stosunek pracy. To mogą być przykładowo osoby pracujące na podstawie umowy zlecenia. W przypadku osób wykonujących pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej (np. umowy zlecenia), pojawiają się dodatkowe wątpliwości o zakres dopuszczalnej ingerencji podmiotu zatrudniającego w sytuację drugiej strony – na podstawie nowych przepisów, podmiot zatrudniający będzie mógł jednostronnie polecić osobie wykonującej pracę (np. na podstawie umowy zlecenia) sporządzanie szczegółowej ewidencji i czasu wykonywanych czynności.

Nowa ustawa wprowadza także inne zmiany, choćby dotyczące lekarzy. Przykładowo, do zwalczania epidemii może być skierowany lekarz, który nie przekroczył wieku 65 lat, gdy dotychczas była to granica 60 lat.

Elastycznym organizacjom łatwiej przetrwać kryzys

Dane ekonomiczne wskazują, że amerykańskie przedsiębiorstwa dzięki elastyczności zatrudnienia lepiej radzą sobie z kryzysem.

Jedną z najważniejszych cech, jakie są potrzebne przedsiębiorstwu w czasie kryzysu jest elastyczność. Możliwość szybkiego dostosowania się do zmiennych warunków w otoczeniu gospodarczym może nawet stanowić warunek niezbędny dla przetrwania organizacji.

Elastyczność przedsiębiorstwa może jednak być w istotny sposób ograniczona w ramach obowiązującego systemu gospodarczego i prawnego a szczególnym problemem mogą się okazać się obowiązujące przepisy prawa pracy. W warunkach głębokiego kryzysu los firmy może zależeć od sprawnie przeprowadzonej redukcji personelu. W tym zakresie w Unii Europejskiej i w Stanach Zjednoczonych obowiązują skrajnie odmienne podejścia. W niektórych krajach Unii, na przykład we Włoszech, Szwecji czy Portugalii zwolnienie pracownika jest ekstremalnie drogie. Natomiast w Stanach Zjednoczonych prawo nie oferuje pracownikom praktycznie żadnej ochrony a zwolnienie często odbywa się z dnia na dzień. Zostawiając na boku zagadnienia moralne czy socjalne obowiązki pracodawcy wobec pracowników, zastanówmy się, jakie rozwiązanie jest długoterminowo korzystniejsze dla gospodarki jako całości (a tym samym zarówno dla pracodawców, jak i pracowników).

Bardzo ciekawych wniosków dostarcza analiza danych ekonomicznych dotyczących ostatniego poważnego kryzysu gospodarczego, czyli kryzysu finansowego z 2008 roku. Miał on istotny wpływ na rynki pracy po obu stronach Atlantyku. W Stanach Zjednoczonych stopa bezrobocia zaczęła powoli rosnąć już w styczniu 2007 roku. Z poziomu 4,6% urosła aż do 10% w październiku 2009, następnie zaczęła konsekwentnie spadać. Zupełnie inaczej sytuacja wyglądała w strefie euro, gdzie obowiązują restrykcyjne prawa dotyczące zwalniania pracowników. Stopa bezrobocia zaczęła rosnąć od marca 2008. Jednak kulminację na poziomie 12,1% osiągnęła dopiero w maju 2013. A więc w Stanach Zjednoczonych bezrobocie zaczęło spadać po około roku od wybuchu kryzysu we wrześniu 2008, podczas gdy w Europie stało się to dopiero po pięciu latach.

Pierwsza faza aktualnego kryzysu przynosi podobne dane. W USA stopa bezrobocia eksplodowała z 3,5% w lutym do 14,7% w kwietniu aby od maja zacząć dynamicznie spadać. W strefie euro jest zupełnie inaczej. Stopa bezrobocia wzrosła bardzo nieznacznie z poziomu 7,2% w marcu do 8,1% w sierpniu ale cały czas rośnie. Co więcej, prognozy wskazują na to, że poziom pomiędzy 8,5% a 10,5% będzie się utrzymywał co najmniej do roku 2022.

Wygląda na to, że w modelu amerykańskim przedsiębiorstwa są w stanie znacznie bardziej elastycznie reagować na kryzys. Zwalniają pracowników natychmiast aby adaptować się do nowej sytuacji ale jak tylko mają możliwość, natychmiast zatrudniają. W Europie ze względu na koszty przedsiębiorcy zwlekają z redukcjami zatrudnienia, w efekcie ich sytuacja nie ulega poprawie i muszą cały czas zwalniać, gdy ich amerykańscy konkurenci już od dawna zatrudniają. Amerykańskie podejście w długim okresie jest korzystne również dla pracowników, którzy co prawda muszą przetrwać zwolnienie ale bardzo szybko mogą znaleźć nową pracę.

Również dane o wzroście gospodarczym nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że amerykańska gospodarka jest bardziej dynamiczna. Co prawda dla obu gospodarek wstępne dane za trzeci kwartał 2020 roku wskazują na ujemne tempo wzrostu, jednak w przypadku Stanów Zjednoczonych jest to -2,9% a w przypadku strefy euro -4,3%.

Autor: Łukasz Blichewicz, współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

10 nowych fintechów w programie Start Path, które zmienią przyszłość handlu i finansów

Mastercard zaprosił kolejnych dziesięć fintechów do swojego globalnego programu Start Path. Startupy te, pod okiem specjalistów Mastercard przez najbliższe pół roku będą rozwijać swoje rozwiązania z obszaru cyfrowego handlu i finansów. Jest to szczególnie ważne w czasie trwającej pandemii, kiedy innowacje technologiczne ułatwiają dostęp do cyfrowych rozwiązań, także dla osób, które wcześniej nie miały z nimi do czynienia.

Start Path to program akceleracyjny Mastercard, w którym od 2014 r. wzięło udział już 250 startupów z całego świata, w tym polski Zencard. Firmy te po uczestnictwie w programie zebrały w sumie 2,9 mld dolarów finansowania, a ich rozwiązania zmieniają świat handlu i finansów.

Fintechy zaproszone do najnowszej edycji Mastercard Start Path oferują tak nowatorskie rozwiązania jak: ultradźwiękowa transmisja danych, integracja usług bankowych z aplikacjami biznesowymi typu ERP, niedrogie przelewy na konta na całym świecie czy zarządzanie subskrypcjami z poziomu bankowości elektronicznej. Oto one:

  • Carry1st niweluje cyfrowe nierówności wykorzystując technologię mobilną, bramki płatności i treści specyficzne dla danej kultury, aby służyć afrykańskim użytkownikom smartfonów.
  • FISPAN to platforma, która osadza usługi bankowości w aplikacjach biznesowych i księgowych, z których firmy korzystają w prowadzeniu działalności gospodarczej.
  • Lendio zapewnia kompleksowe podejście do finansowania małych firm, od infrastruktury technologicznej dla instytucji finansowych, po dostęp do kapitału na rozwój.
  • LISNR łączy obsługę klienta offline i online za pomocą ultradźwiękowej technologii transmisji danych, umożliwiającej sprzedawcom i dostawcom usług finansowych weryfikację transakcji zbliżeniowych.
  • Mocafi to platforma usług finansowych zaprojektowana tak, aby osobom wykluczonym finansowo ułatwiać dostęp do usług bankowości elektronicznej, kredytów czy wiedzy w zakresie zarządzania swoimi pieniędzmi.
  • Mo Technologies oferuje innowacyjny model oceny zdolności kredytowej dla instytucji finansowych i niefinansowych, który umożliwia przyznawanie kredytów większej liczbie klientów we wszystkich segmentach.
  • Panda Remit buduje globalną platformę finansową, w której pieniądze nie mają granic, umożliwiając bezpieczne, wygodne i tanie przelewy.
  • Paycode zapewnia niedrogi, biometryczny system bankowości i płatności online i offline, który odpowiada na trzy kluczowe wyzwania osób nieubankowionych: potwierdzanie tożsamości, dostęp do rozwiązań w sieci oraz koszty.
  • Fanbank/Plink to platforma automatyzacji handlu stworzona, aby pomóc rozwijać małe firmy poprzez zwiększanie wartości klienta w czasie, przyciąganie lokalnych kupujących i przekształcanie terminali w punktach sprzedaży.
  • Subaio oferuje bankową usługę zarządzania subskrypcjami, umożliwiając użytkownikom śledzenie i anulowanie subskrypcji z poziomu bankowości internetowej.

Dlaczego warto korzystać z szybkich przelewów przez internet?

Płatność online niewątpliwie posiada dużą przewagę nad innymi formami. Zaletą dokonywania szybkich przelewów przez internet jest przede wszystkim – jak sama nazwa wskazuje – krótki czas, jaki musimy poświęcić na dokonanie transakcji. W przypadku wspomnianych wcześniej nowoczesnych metod nie ma konieczności podawania swoich danych, a płatności w sklepie internetowym zazwyczaj dokonuje się za pomocą kilku ruchów, jedynie za pomocą własnego smartfonu.

Kolejną zaletą jest też możliwość dokonania zakupów z każdego miejsca na świecie, co zdecydowanie ułatwia proces decyzyjny kupującego. Korzyść występuje również po stronie sklepu – klient łatwiej dostaje to, czego potrzebuje i rzadziej porzuca koszyk zakupowy w trakcie robienia zakupów.

Dlaczego warto korzystać z szybkich przelewów w ramach bramek płatności?

Szeroki wybór szybkich płatności w sklepie internetowym jest gwarancją powodzenia firm działających w branży e-commerce. Klient dokonujący zakupów online powinien mieć możliwość skorzystania z różnych metod dokonania transakcji zakupowej – najlepiej takich, które są najszybsze i dodatkowo bezpieczne! Doskonałym rozwiązaniem są w tym zakresie tzw. bramki płatności, które pozwalają na zintegrowanie w jednym miejscu różnych kanałów płatności, m.in. szybkich przelewów online. Jak dokładnie działają bramki płatności i dlaczego warto korzystać właśnie z szybkich przelewów przez internet?

Czym są bramki płatności i jak z nich korzystać?

Bramki płatności, z których obecnie korzysta coraz więcej sklepów internetowych, dają klientowi dokonującemu zakupów online możliwość dokonania autoryzacji transakcji za pomocą różnych metod. Należą do nich m.in. formy takie jak np.:

  • karta kredytowa,
  • kod BLIK,
  • Google Pay,
  • przelew online.

Zdecydowaną zaletą bramek płatności jest uproszczenie całego procesu dokonania zakupów, co rodzi korzyści zarówno po stronie klienta, jak i sprzedającego. Bramka płatności oznacza bowiem możliwość dokonania płatności online wieloma kanałami, ale w jednym miejscu. Warto wspomnieć, że jest to rozwiązanie szybkie i bardzo intuicyjne w obsłudze. Co szczególnie ważne w dzisiejszych czasach, pozwala również na zachowanie bezpieczeństwa transakcji, pomimo tego, że klient podaje w trakcie zakupów swoje dane, takie jak np. numer karty.

Jedną ze wspomnianych metod płatności jest przelew online. Stanowi on bardzo dobre rozwiązanie dla klientów, którym zależy przede wszystkim na łatwości i szybkości transakcji.

Zalety szybkich przelewów

Szybkie przelewy online, będące obecnie jedną z najpopularniejszych form płatności w sklepach internetowych, to zdecydowanie łatwiejsza forma niż przelewy tradycyjne, do czego przekonało się już wielu klientów. Pozwalają one na w zasadzie natychmiastowe zrealizowanie danej transakcji – jak sama nazwa wskazuje, to właśnie „szybkość” jest ich główną cechą, a także niewątpliwą zaletą. Co ważne, system szybkich przelewów zintegrowany jest z różnymi bankami, dzięki czemu każdy klient ma możliwość wyboru własnego banku. Dzięki temu cały proces zakupowy zostaje uproszczony. Klient nie traci czasu na dokonanie przelewu tradycyjnego poprzez stronę swojego banku, natomiast korzyścią po stronie branży e-commerce są szybsze i częstsze decyzje zakupowe oraz zadowolenie klientów.

Równe prawa pracownicze dla Polaków i cudzoziemców

Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ) zachęca do zatrudniania pracowników o innej narodowości. Realizując swoje projekty dba o wzmacnianie pracowników  różnych sytuacjach życiowych – również uchodźców i emigrantów – by ich głos był słyszalny w dialogu społecznym. Problemy cudzoziemców – szczególnie pochodzących z biedniejszych krajów, zza wschodniej granicy lub o innym kolorze skóry – często dotyczą nierównego traktowania w pracy i nieposzanowania praw pracowniczych.

– Realizujemy szereg projektów, współfinansowanych ze środków Komisji Europejskiej lub Innovation Norway, do których zapraszamy wszystkich pracowników. Jesteśmy również w stałej współpracy z Międzyzakładowym Związkiem Zawodowym Ukraińców w Polsce, który często zapraszamy do realizacji i współudziału we wszystkich projektach, i który chętnie w nich uczestniczy – powiedziała serwisowi eNewsroom Nicole Cieplik, specjalistka ds. funduszy europejskich OPZZ. – Chcemy, aby pracownicy, szczególnie z krajów trzeciego świata albo zza wschodniej granicy, mieli takie same prawa pracownicze jak Polacy i osoby z innych krajów europejskich. Realizując nasze projekty mamy na celu stworzenie sprawiedliwego, równego rynku pracowniczego w Polsce – traktującego pracowników tak samo, bez względu na pochodzenie rasowe, wykształcenie i różnice kulturowe – podkreśla Cieplik.

Polska o krok od boomu na samochody elektryczne

Już prawie 30 proc. Polaków deklaruje, że przy kolejnej zmianie pojazdu, rozważy zakup samochodu z napędem elektrycznym. Czwarta edycja „Barometru Nowej Mobilności” PSPA obrazuje, jakie zmiany zaszły od 2017 r. w świadomości i preferencjach Polaków, związanych z ekologicznym transportem.

Barometr Nowej Mobilności 2020 to 4. edycja cyklicznego opracowania PSPA zawierającego wnioski z badania opinii społecznej dotyczącego elektromobilności, w tym potencjału zakupowego Polaków w zakresie nabywania samochodów elektrycznych oraz ich preferencji związanych z infrastrukturą ładowania. Barometr powstaje na podstawie odpowiedzi uzyskanych od reprezentatywnej grupy polskich kierowców, którzy realnie rozważają zakup nowego pojazdu w najbliższych trzech latach. Partnerami strategicznymi najnowszej edycji raportu zostały Mazda, GreenWay Polska, Arval oraz Volvo Polska. Tegoroczna edycja jest już czwartą z kolei i przynosi ciekawe wnioski o tym, jak na przestrzeni ostatnich lat zmieniało się podejście Polaków do elektromobilności.

– Zeroemisyjna transformacja w sektorze transportu wymaga zmiany nawyków mobilnościowych Polaków i prowadzenia kompleksowej edukacji społecznej. To rola nie tylko administracji publicznej, ale również sektora biznesu. Aby te działania były skuteczne, ważne jest ustalenie aktualnego poziomu wiedzy i świadomości społecznej w zakresie nowego trendu, jakim jest elektromobilność. Opracowany przez PSPA Barometr Nowej Mobilności 2020 stanowi przekrojowe źródło wiedzy w tym zakresie. Projekt wpisuje się w założenia kampanii edukacyjnej elektromobilni.pl, którą z sukcesem realizuje polska branża elektromobilności – mówi Michał Kurtyka Minister Klimatu i Środowiska.

– W ramach Barometru od czterech lat konsekwentnie badamy opinię Polaków w zakresie ich podejścia do zero- i niskoemisyjnego transportu. Przepytaliśmy łącznie 4,7 tys. osób, od których zebraliśmy w sumie pół miliona odpowiedzi dodaje Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Tegoroczna edycja jest o tyle wyjątkowa, że podjęliśmy się analizy wyników ze wszystkich lat i wskazujemy trendy konsumenckie w obszarze elektromobilności. Emisyjność pojazdów, która do niedawna nie była zbyt istotna dla osób zainteresowanych zakupem nowego pojazdu, dzisiaj zyskuje na znaczeniu. Paliwa konwencjonalne, w tym Diesel, jest w odwrocie. Świadomość ekologiczna polskich kierowców rośnie. Potrzebne jest jednak dalsze wsparcie administracji stymulujące rozwój rynku, które odpowie na te preferencje i wpłynie na dynamiczny wzrost liczby EV na polskich drogach.

Coraz większe zainteresowanie EV

Z najnowszej edycji badania wynika, że w 2020 r. po raz kolejny zanotowano wzrost zainteresowania Polaków zakupem samochodu elektrycznego. 29,4 proc. respondentów zadeklarowało, że realnie rozważy zakup BEV (samochód w pełni elektryczny) lub PHEV (hybryda typu plug-in) w okresie kolejnych trzech lat. W 2019 r. taką gotowość wyraziło 28 proc. ankietowanych, w 2018 r. 17 proc., zaś w 2017 r. – 12 proc.1_Grafika_BNM2020

– Rośnie zainteresowanie samochodami elektrycznymi, ponieważ rośnie rynek elektromobilności, w szczególności liczba oferowanych modeli EV oraz ogólnodostępnych ładowarek – mówi Jan Wiśniewski z Centrum Badań i Analiz PSPA. – Od czasu wydania pierwszej edycji Barometru w 2017 r., w Polsce uruchomiono ponad 1,1 tys. stacji ładowania, a oferta samochodów z napędem elektrycznym poszerzyła się o 69 nowych modeli. Średni zasięg EV zwiększył się o niemal 100 km, a cena najtańszego pojazdu spadła o 10 proc.

Jednocześnie cały czas zmniejsza się zainteresowanie silnikami Diesla, z 38 proc. w 2017 r. do 17 proc. w roku bieżącym. W latach 2017-2020 znaczenie aspektów środowiskowych wśród Polaków przy zakupie nowego samochodu wzrosło o ponad 30 proc. Co istotne, coraz więcej respondentów postrzega samochody elektryczne jako pojazdy pozytywnie wpływające na środowisko. W 2017 r. takie przekonanie wyrażało zaledwie 8 proc. ankietowanych, w 2018 r. 12 proc., w 2019 r. – 19 proc., zaś w 2020 r. – już prawie 33 proc.2_Grafika_BNM2020

To właśnie ekologiczność jest także najczęściej wymieniana jako czynnik, który w największym stopniu wpływa na podjęcie decyzji o zakupie pojazdu elektrycznego, równolegle z niskimi kosztami eksploatacji (na te odpowiedzi wskazało po 70 proc. ankietowanych, będących już użytkownikami EV). Dla 50 proc. respondentów liczyły się także pozytywne opinie o elektromobilności, a dla 45 proc. lepsze osiągi EV od pojazdów konwencjonalnych.

Pozytywne doświadczenia

W przypadku 95 proc. użytkowników samochodów elektrycznych, obecnie eksploatowany pojazd jest ich pierwszym samochodem elektrycznym. Co istotne, aż 98 proc. kierowców jest zadowolona z jego zakupu. EV w pełni zaspokajają ich potrzeby eksploatacyjne, także w zakresie zasięgu (87 proc. kierowców stwierdziło, że nie pokonuje dziennie więcej niż 50 km).

– Nasze doświadczenia z wprowadzeniem elektrycznej Mazdy MX-30 na polski rynek pokrywają się z danymi opublikowanymi w Barometrze. Polacy oczekują dobrze wycenionych i wyposażonych samochodów elektrycznych, którymi zamierzają pokonywać każdego dnia średnio kilkadziesiąt kilometrów, a do tego są gotowi korzystać z domowych stacji ładowania. To wpisuje się w wizję elektromobilności Mazdy, którą realizujemy naszym kompaktowym SUV-em. Do lepszego rozpromowania elektromobilności potrzebne są jeszcze rządowe subwencje, które, jak widzimy na innych rynkach, stymulują sprzedaż samochodów elektrycznych – mówi Łukasz Paździor, Dyrektor Zarządzający Mazdy w Polsce.

Coraz większa liczba Polaków miała także okazję jeździć samochodem elektrycznym. W 2017 r. było to 6 proc. badanych, w 2018 r. 11 proc., w 2019 r. – 16 proc., zaś w 2020 r. z EV skorzystał już niemal co piąty respondent (18 proc.). Prawie połowa z nich (47,7 proc.), miała okazję usiąść za kierownicą samochodu elektrycznego kilkukrotnie. Wśród największych zalet użytkowych, respondenci korzystający z EV wymieniają niskie koszty eksploatacji (65 proc.), ekologiczność (60 proc.) oraz cichą pracę układu napędowego (25 proc.). Wśród największych wyzwań najczęściej wskazywany jest zasięg (50 proc.), dostępność infrastruktury ładowania (45 proc.) oraz ceny (35 proc.).3_Grafika_BNM2020

Z Barometru wynika także, że Polacy postrzegają elektromobilność jako przyszłość motoryzacji. Zdaniem 73,5 proc. ankietowanych samochody elektryczne zastąpią w przyszłości pojazdy spalinowe.

– Wnioski z badania napawają dużym optymizmem. Jako firma zajmująca się wynajmem pojazdów obserwujemy rosnące zainteresowanie firm samochodami elektrycznymi. Transformacja energetyczna zatacza coraz szersze kręgi i cieszymy się bardzo, że zamiar przejścia na ekologiczne auta deklarują także osoby prywatne. Istotne jest, by takie postawy były umacniane zarówno poprzez wspieranie klientów w wyborze właściwego pojazdu, jak i zachęty finansowe zawarte w programach rządowych do ich zakupu, nie bez znaczenia będzie również rozwój infrastruktury do ich ładowania mówi Radosław Kitala, Consultant & AMO Manager w Arval Service Lease Polska.

Cena i ładowarki kluczowe

Wybierając samochód Polacy kierują się przede wszystkim pragmatyzmem – w pierwszej kolejności, zainteresowani zwracają uwagę na cenę (95 proc.). Największa grupa respondentów (32 proc.) deklaruje, że na zakup pojazdu jest w stanie przeznaczyć środki w wysokości od 50 do 100 tys. zł., 23 proc. od 100 do 150 tys. zł. W tej kwocie Polacy są w stanie obecnie kupić dwa razy więcej pojazdów niż w 2017 r. Autorzy badania postawili respondentów przed teoretyczną sytuacją zakupową, w ramach której ankietowani mieli wybierać spośród kilku par samochodów spalinowych i odpowiadających im modeli elektrycznych, w cenach katalogowych oraz w cenach uwzględniających dopłaty z programów wsparcia NFOŚiGW.

– Jak się okazało, ceny EV są coraz bardziej dopasowane do oczekiwań Polaków. Ankietowani, pytani o ile samochody elektryczne powinny być tańsze, z każdym rokiem typują coraz niższą wartość. W 2017 r. wskazywali, że ceny samochodów elektrycznych w salonach powinny zostać zredukowane o 44 proc., w 2018 r. o 42 proc., w 2019 r. o 31 proc., zaś w 2020 r. – już o 26 proc. mówi Albert Kania z PSPA.4_Grafika_BNM2020

Niemal 97 proc. badanych chciałoby mieć możliwość ładowania EV w miejscu zamieszkania. Ważne są także szybkie ładowarki publiczne, które według ankietowanych są priorytetowe dla tras przelotowych pomiędzy głównymi miastami (58,9 proc.) oraz w miejscach użyteczności publicznej, takich jak centra handlowe (20 proc.). Zdaniem 44 proc. respondentów czas ładowania nie powinien przekraczać w punkcie publicznym 30 min, a dla 34 proc. jednej godziny. Ponad 75 proc. badanych pokonuje trasę dłuższą niż 300 km nie częściej niż raz w miesiącu. 65 proc. z nich zdecydowałoby się na dłuższą podróż międzymiastową samochodem elektrycznym, wiedząc, że mają możliwość skorzystania z szybkiej stacji DC.

– Jako firma wdrażająca infrastrukturę dla ładowania pojazdów elektrycznych zdajemy sobie sprawę z konieczności ciągłej analizy potrzeb i oczekiwań naszych klientów. Jest to nieodzownym elementem kreowania naszych rozwiązań. Wyniki badania przedstawione w nowym raporcie są więc dla nas istotną wskazówką, w jaki sposób dostosowywać nasze rozwiązania do oczekiwań posiadaczy samochodów elektrycznych mówi Rafał Czyżewski, Prezes Zarządu GreenWay Polska.5_Grafika_BNM2020

Miasta coraz bardziej elektromobilne

Barometr Nowej Mobilności 2020 obrazuje również preferencje Polaków związanych z korzystaniem ze zbiorowego transportu publicznego. Aż 98 proc. respondentów popiera trend polegający na wdrażaniu elektromobilności w transporcie publicznym. 36 proc. ankietowanych miało już okazję jeździć autobusem elektrycznym. Za największe zalety e-busów badani uznali brak emisji CO2 (55 proc.) oraz cichą pracę układu napędowego (40 proc.).

– Polacy, wskazując brak emisji CO2 i redukcję hałasu, trafnie identyfikują korzyści płynące z elektryfikacji transportu publicznego. I choć znakomita większość, aż 98 proc. badanych, popiera rozwój zelektryfikowanego transportu publicznego, to elektrycznym autobusem miała okazję jechać zaledwie 1/3 respondentów. To wszystko z jednej strony pokazuje, jakie są oczekiwania społeczne odnośnie kierunku rozwoju transportu publicznego, zaś z drugiej, jak wiele jest jeszcze do zrobienia. Jedno jest jednak pewne, od elektryfikacji transportu w miastach nie ma odwrotu mówi Marek Gawroński, Wiceprezes Volvo Polska ds. relacji z sektorem publicznym.

Wyniki Barometru wskazują także na potrzebę prowadzenia w Polsce społecznych działań edukacyjnych z zakresu elektromobilności. Aż 86 proc. respondentów przyznaje, że nie dysponuje wystarczającą wiedzą dotyczącą ładowania pojazdów elektrycznych. Jedynie co 10 Polak potrafi odróżnić złącza ładowania oraz wymienić rodzaje dostępnych stacji. 74 proc. badanych nie wie, czym różni się hybryda typu plug-in od klasycznej hybrydy. 79 proc. ankietowanych zadeklarowało brak wiedzy lub posiadanie niewystarczającej wiedzy dotyczącej kosztów eksploatacji EV, 77 proc. zasad działania pojazdów tego typu, a 65 proc. znajomości przywilejów i systemów wsparcia. 93 proc. osób niebędących użytkownikami EV nie jest w stanie wskazać lokalizacji ładowarek w swojej w miejscowości.

– Rzetelne informowanie na temat zeroemisyjnego transportu stanowi jeden z warunków niezbędnych dla dynamizacji rozwoju elektromobilności w naszym kraju i dokonywania świadomych wyborów konsumenckich i inwestycyjnych w zakresie EV przez Polaków i polskie przedsiębiorstwa. Dlatego właśnie PSPA, wspólnie z Krajowym Ośrodkiem Zmian Klimatu zainicjowało kampanię elektromobilni.pl, której celem jest edukacja na temat pojazdów elektrycznych. W ramach kampanii dostarczamy wiedzę i narzędzia, niezbędne do podejmowania odpowiedzialnych decyzji o zamianie pojazdu na elektryczny mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA).

Razem dla elektromobilności

Kampania elektromobilni.pl to jedna z najbardziej kompleksowych inicjatyw w Europie, której celem jest edukacja i wzrost świadomości społecznej w zakresie rozwoju zeroemisyjnych technologii w transporcie. Projekt został objęty patronatem honorowym Ministerstwa Klimatu i Środowiska oraz Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii. W inicjatywę zaangażowało się także kilkadziesiąt podmiotów i instytucji aktywnych w obszarze zrównoważonego transportu w Polsce, w tym koncerny motoryzacyjne: BMW, Daimler, Nissan i Volkswagen, sektor infrastrukturalny: ABB i Nexity oraz instytucje finansowe: PKO Leasing. Wśród partnerów są ponadto: Arval, Garo, GreenWay, Volvo, LOTOS, Energa, innogy Go! oraz MAN. Wśród patronów znalazły się również liczne ambasady, m.in. Niderlandów, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Włoch, Izraela, Niemiec oraz izby handlowe i kilkadziesiąt polskich samorządów, a także organizacje, w tym m.in. UDT, NCBiR, PZPM, PZWLP, Forum Energii, ZPL, ZDS, ITS.

We wrocławskim Aquaparku będzie można zapłacić tęczówką oka

Wrocławski Aquapark, jako pierwszy kompleks basenowy na świecie wprowadza płatność okiem. To pierwszy park wodny we Wrocławiu, w Polsce i na świecie, który udostępni taką możliwość swoim klientom. We wtorek, 10 listopada władze spółki podpisały umowę o współpracy z PayEye, wrocławskim fintechem, który pierwszy na świecie wprowadził biometryczną płatność w tej formie.

Mimo pandemii wrocławski Aquapark szykuje się na powrót klientów i ponowne otwarcie. Obecnie trwają prace remontowe w części rekreacyjnej tuż przy jacuzzi i leniwej rzece, ale na tym nie koniec. Jak tylko obostrzenia sanitarne zostaną poluzowane, a park wodny otworzy się dla odwiedzających, to ci od razu będą mieć do dyspozycji nowatorską płatność tęczówką oka. Takie propozycji dla swoich klientów nie ma żaden park wodny na świecie.

– Jak tylko usłyszałem o możliwości dokonywania płatności okiem, pomyślałem, że to idealne rozwiązanie dla klientów naszego Aquaparku. Na basen, saunę czy siłownię przychodzi się ze spakowanym ręcznikiem, strojem sportowym, kostiumem kąpielowym i klapkami. Jeśli nie musimy mieć ze sobą portfela ani telefonu, a płatności dokonamy dosłownie w mgnieniu oka, to nasz pobyt stanie się szybszy i łatwiejszy. Uwielbiamy takie technologiczne nowości – mówi Grzegorz Kaliszczak, prezes Aquapark.

Prezes Grzegorz Kaliszczak wraz z Pawłem Rańdą, członkiem zarządu Aquparku podpisali właśnie umowę współpracy ze spółką PayEye, która wprowadziła autorski system płatności okiem.

– Marzył nam się system płatności, który nie będzie wymagał portfela, karty, telefonu, czy też jakiegokolwiek dodatkowego akcesorium, które nas ogranicza Klienci wrocławskiego Aquaparku chcą korzystać z jego atrakcji właśnie mając pełną swobodę, a o to chodziło w idei payeye, którą wcielamy w życie. Cieszę się z dzisiejszego dnia, bo będziemy współpracować z bardzo ważnym partnerem, a tak patrzymy na wrocławski Aquapark. Liczymy, że zagrożenie epidemiczne oraz restrykcje miną jak najszybciej, bo nie możemy się doczekać, gdy pierwszy klient Aquaparku zrealizuje płatność jednym spojrzeniem – wyjaśnia Krystian Kulczycki, prezes PayEye.

W 2019 r. padł rekord liczby kupionych mieszkań? Ciekawe dane z rynku…

Znamy już ostateczną liczbę nieruchomości sprzedanych w 2019 roku. Warto dowiedzieć się, czy Polacy kupili rekordową liczbę lokali i domów. Rekordów raczej nie uda się pobić w bieżącym roku.

Na ostateczne informacje dotyczące liczby sprzedanych mieszkań zawsze trzeba dość długo czekać. Jest to związane z faktem, że takie dane powstają po analizie aktów notarialnych.

Konieczność analizowania informacji przekazywanych przez notariuszy tłumaczy, dlaczego GUS dopiero niedawno podał statystyki o liczbie nieruchomości, które nasi rodacy kupili w 2019 roku. Eksperci RynekPierwotny.pl przyglądają się tym danym.liczba sprzedanych mieszkań

Aktualnie dostępne dane GUS na temat obrotu nieruchomościami w Polsce bazują na informacjach Ministerstwa Sprawiedliwości. Na podstawie tych dwóch źródeł można ustalić, że liczba sprzedanych nieruchomości w minionym roku przedstawia następująco (patrz tabela).

Zaprezentowane informacje sugerują, że rekordowa sprzedaż nieruchomości w 2019 r. miała związek m.in. z aktywizacją rynku domów jednorodzinnych oraz działek. Można przypuszczać, że w tym drugim przypadku chodziło również o grunty budowlane pod inwestycje mieszkaniowe.

Niestety nie znamy jeszcze informacji o skali obrotu nieruchomościami w pierwszym kwartale lub pierwszej połowie bieżącego roku. Można być jednak niemal pewnym, że rynkowi nieruchomości nie uda się pobić ubiegłorocznych rekordów transakcyjnych.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Co po wyborach w USA?

Cichną na rynku efekty wyborów w USA i wracają stare problemy. Brexit teoretycznie miał się rozstrzygnąć dwa tygodnie przed wyborami, ale wygląda na to, że ten temat będzie z nami jeszcze długo.

Co z brexitem?

Po przekroczeniu terminów osiągnięcia porozumienia wyznaczonych przez Brytyjczyków temat mocno przycichł. Z jednej strony powodem były wybory w USA, które przyćmiły inne wydarzenia. Z drugiej strony nie bardzo jest o czym pisać. Boris Johnson zresztą na dodatek przegrywa głosowania w brytyjskim parlamencie. Teraz dotyczyło ono głosowania w sprawie granicy w Irlandii. Problemem były zapisy niezgodne z prawem międzynarodowym oraz umowami brexitowymi. Oznacza to, że premier wcale nie ma takiej swobody działania, jakby wynikało czasem z jego zachowań. Nie zmienia to faktu, że ostatnie dni są dość dobre dla funta brytyjskiego, który po wyborach w USA zyskuje na wartości.

Dane z Chin

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat inflacji w Chinach. Wynosi ona zaledwie 0,5% w skali roku. To najniższy poziom wzrostu cen od 2009 roku, kiedy to po kryzysie z 2008 roku mieliśmy deflację w Chinach. Warto zwrócić uwagę, że w weekend poznaliśmy dane na temat wymiany handlowej, import jest znacznie słabszy od oczekiwań i rośnie o 4,7%, a nie o 9,5% jak oczekiwali analitycy. Wskazuje to na pewien problem z konsumpcją. Z drugiej strony produkcja ma się relatywnie dobrze, bo eksport rośnie powyżej oczekiwań.

Rośnie nadwyżka handlowa Niemiec

Wczorajsze dane pokazują, że o ile eksport w Niemczech zgodnie z oczekiwaniami rośnie około 2%, to problemem jest import. We wrześniu uległ on zmniejszeniu o symboliczne 0,1%. Efektem tego jest kolejny wzrost nadwyżki handlowej. Pokazuje to, że o ile przemysł niemiecki ma się całkiem dobrze, skoro utrzymywany jest wzrost eksportu, o tyle problemy mogą dotyczyć konsumpcji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Sezon grypowy będzie kosztować polską gospodarkę w szczycie pandemii dodatkowe 3 mld zł

Połączenie trwającej pandemii koronawirusa SARS CoV-2 z ewentualną epidemią wirusa grypy stanowi nie tylko realne zagrożenie dla zdrowia i życia Polaków, ale także kosztować będzie polską gospodarkę miliardy złotych. Najnowszy raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego dowodzi, że choć dzięki większej świadomości epidemiologicznej i przy obowiązujących zasadach dystansowania społecznego zachorowalność na grypę będzie w tym sezonie niższa niż zazwyczaj to grypę w tym sezonie złapie nawet 2,31 mln Polaków, a koszt społeczny tej choroby może wynieść 3,11 mld PLN. Nie będzie on jednak znacząco odbiegał od kosztu, którego należałoby się spodziewać w normalnej sytuacji (3,33 mld PLN).

W krajach rozwiniętych grypa nie jest chorobą niebezpieczną, jednak ze względu na wysoką liczbę przypadków, jej coroczne koszty na świecie można liczyć w miliardach euro. Na tę sumę składają się koszty związane z leczeniem choroby i wykorzystaniem zasobów systemu opieki zdrowotnej (tzw. koszty bezpośrednie), czyli m.in. koszty wizyt lekarskich, badań laboratoryjnych, hospitalizacji i leków. Są to wartości namacalne, które stosunkowo łatwo zmierzyć i odnieść do budżetów konkretnych osób bądź instytucji.

Mniej oczywiste są koszty pośrednie, czyli koszty choroby odnoszące się do utraconej produktywności i zysków, które mogły lecz nie zostały osiągnięte. Koszty te ponoszą nie tylko konkretne osoby dotknięte chorobą bądź instytucje zajmujące się leczeniem, lecz całe społeczeństwo i gospodarka, których dobrobyt w kolejnych latach traci w wyniku obniżonej produktywności jednostek. Oba rodzaje tych kosztów w tym roku zostaną skumulowane z kosztami pandemii Covid-19, która aktualnie pustoszy polską gospodarkę, służbę zdrowia i budżet państwa.

– Prognozowana liczba zachorowań na grypę w sezonie 2020-2021 w sytuacji trwającej pandemii oraz obowiązujących obostrzeń wynosi 2,31 mln. Zgodnie z naszym modelem leczenia grypy, spośród tych osób 986 tys. będzie szukało profesjonalnej pomocy medycznej a 31 tys. będzie hospitalizowanych z powodu grypy. Równocześnie oszacowaliśmy, że liczba zgonów związanych z grypą wyniesie 4,36 tys. W normalnej sytuacji, tj. gdyby nie pandemia Covid-19, liczba zachorowań na grypę w sezonie 2020-2021 wyniosłaby 3,04 mln. Spośród tych osób 1,31 mln szukałoby profesjonalnej pomocy medycznej, co skutkowałoby 41 tys. hospitalizacji, a liczba zgonów wyniosłaby 6,07 tys. – Adam Czerwiński, analityk z zespołu strategii w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Bezpośrednie, pośrednie i całkowite koszty grypy w bazowym scenariuszu pandemicznym, w którym założono obniżoną skumulowaną zapadalność na grypę oraz dłuższe trwanie zwolnień chorobowych, wyniosły odpowiednio 493 mln PLN, 2,616 mld PLN i 3,109 mld PLN. Scenariusz niepandemiczny cechował się zbliżonymi kosztami, które wyniosły odpowiednio 649 mln PLN, 2,681 mld PLN i 3,329 mld PLN. Wyniki dla obydwu tych scenariuszy wskazują, że koszt grypy w sezonie 2020-2021 nie powinien znacząco odbiegać od kosztów, które zaobserwowalibyśmy w normalnej sytuacji i poniesionych w poprzednich sezonach.

– Wyniki bazowych analiz wskazują, że koszt grypy w pandemicznym sezonie 2020-2021 powinien być zbliżony do kosztu grypy, którego należałoby oczekiwać w normalnej sytuacji. Należy jednak spodziewać się zmiany struktury tych kosztów – z racji obniżonej zapadalności powinny spaść koszty opieki zdrowotnej, podczas gdy wydłużony czas trwania zwolnień lekarskich powinien zwiększyć skalę utraty produktywności z tego powodu. Istotny wpływ na ostateczny koszt grypy w obecnym sezonie będą miały ludzkie zachowania, a także skala obowiązujących obostrzeń – uważa Adam Czerwiński, analityk z zespołu strategii w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Wykres 1: Bezpośrednie i pośrednie koszty grypy w sezonie 2020-21 w normalnej sytuacji i w sytuacji trwającej pandemii (mln PLN wg wartości z 2020 r.)grypa2020

Komentarz Piotra Staniszewskiego dot. ustawowej abolicji czynszowej

Ustawowa abolicja czynszowa – art. 15ze ustawy z 2 marca 2020 r. – podjęta w ramach wiosennego lockdownu powinna zostać uznana za absolutnie wyjątkowy, jednorazowy zabieg, który nie powinien być uważany za regułę w państwie chroniącym prawo własności oraz swobodę przedsiębiorczości.

Piotr Staniszewski, Wiceprezes Zarządu Polskiej Rady Centrów Handlowych, partner Dentons.

Środki prawne wprowadzane w różnych krajach w związku z COVID-19, częściowe wsparcie gospodarki i narzucane ograniczenia w funkcjonowaniu biznesu budzą coraz większe wątpliwości prawne ze względu na niesymetryczne i wybiórcze podejście do różnych sektorów gospodarki. W związku z tym inwestorzy i właściciele przedsiębiorstw objętych ograniczeniami w Europie coraz częściej sięgają po rozwiązania sądowe. Pozwy zostały już złożone przeciwko rządowi w Irlandii, a także przeciwko krajom związkowym w Niemczech.

Z punktu widzenia prawa UE dopuszczalne są regulacje w celu walki z rozprzestrzenianiem się pandemii (ograniczenia) oraz dopuszczalne jest udzielanie w tym celu pomocy publicznej, o ile została ona notyfikowana i zatwierdzona przez Komisję Europejską (Tarcze) lub jest objęta obowiązującymi wyłączeniami blokowymi. Nie są natomiast dopuszczalne środki krajowe, w tym nienotyfikowana pomoc publiczna, które są nadmierne, zbytnio zakłócają rynek, są nieproporcjonalne, preferują przedsiębiorców danej kategorii, z danego kraju, ze szkodą dla przedsiębiorców innych kategorii, lub z innych względów są niezgodne z rynkiem wewnętrznym.

Tego rodzaju zastrzeżenia co do zgodności z prawem unijnym nie są w pełni wykluczone w stosunku do środków zastosowanych na polskim rynku. Przykładowo można argumentować, że rozwiązania takie jak ustawowa abolicja czynszowa, wprowadzona w art. 15ze ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych, mogą naruszać swobodę przepływu kapitału czy swobodę przedsiębiorczości. Rząd nie włączył również formalnie sektora nieruchomości komercyjnych do notyfikowanej pomocy publicznej w ramach Tarcz, co utrudnia udzielenie wsparcia rządowego właścicielom nieruchomości (wynajmującym lokale dla poszczególnych najemców w centrach handlowych), w tym właśnie sektorze w sposób zgodny z prawem unijnym.

W sferze prawa międzynarodowego istnieją umowy o ochronie inwestycji (tzw. BITy, od Bilateral Investment Treaties), które przewidują pewne standardy ochrony prawnej inwestycji dokonywanych przez inwestorów z państw – stron tych umów. Co istotne, BITy zawierają postanowienia zabraniające państwom między innymi uchwalania i stosowania środków nieproporcjonalnych, czy nadmiernie faworyzujących określonych przedsiębiorców z pokrzywdzeniem innych. Polska zawarła szereg umów o ochronie inwestycji, w tym z państwami, z których pochodzi kapitał inwestowany w Polsce, dotyczy to m.in. centrów handlowych (np. USA, Australia, Kanada czy Korea Południowa). Pokrzywdzonym inwestorom przysługuje prawo do dochodzenia odszkodowania przed międzynarodowymi trybunałami arbitrażowymi.

 

Wprowadzone od 7 listopada 2020 roku zakazy prowadzenia działalności w obiektach handlowych, usługowych oraz parkach handlowych powodują duże trudności ekonomiczne w całym sektorze nieruchomości komercyjnych. Jeżeli wraz z wprowadzonymi zakazami zostanie zastosowany również art. 15ze ustawy z 2 marca 2020 r. bez dodatkowego wsparcia finansowego od rządu dla sektora centrów handlowych, spowoduje to w rzeczywistości wsparcie grupy najemców kosztem właścicieli i inwestorów centrów handlowych. Takie rozwiązanie, zastosowane już w ramach wiosennego lockdownu, budziło i nadal budzi daleko idące wątpliwości pod względem zgodności z Konstytucją Rzeczpospolitej Polskiej, przede wszystkim prawem ochrony własności (jako wywłaszczenie bez rekompensaty) czy swobodą działalności gospodarczej (jako ustawowa ingerencja w stosunki cywilnoprawne). Nie przesądzając o zgodności z prawem tego rozwiązania, ustawowa abolicja czynszowa (art. 15ze ustawy z 2 marca 2020 r.) podjęta w ramach wiosennego lockdownu powinna zostać uznana za absolutnie wyjątkowy, jednorazowy zabieg, który nie powinien być uważany za regułę w państwie chroniącym prawo własności oraz swobodę przedsiębiorczości. Ograniczenie zastosowania art. 15ze ustawy z 2 marca 2020 r. wyłącznie do wiosennego lockdownu powinno zostać niezwłocznie potwierdzone w przepisach prawa odpowiedniej rangi.

Polska jest jednym z bardzo nielicznych państw demokratycznych, które zdecydowały się na taki krok. Niektóre państwa europejskie, np. Czechy czy Litwa proponują inne podejście, zapewniające ochronę własności i równe traktowanie przedsiębiorców działających w danym sektorze rynku, podejmując rozwiązania wspomagające całą branżę handlową – poprzez dofinansowanie czynszów pomagają zarówno najemcom, jak i wynajmującym.

Powyższe przykłady wskazują, jak istotne i konieczne w obecnej sytuacji jest wprowadzanie rozwiązań prawnych uwzględniających interesy wszystkich uczestników rynku oraz spójnych z konstytucyjnym porządkiem prawnym.

Nowy zastrzyk optymizmu

Rynki otrzymały nowy zastrzyk optymizmu w postaci informacji o przełomie w pracach nad szczepionką przeciwko COVID-19. Euforia, jak zapanowała, wywindowała ceny akcji i ropy naftowej oraz przyniosła skok ryzykownych walut. Ale po wstępne ekscytacji przychodzi trzeźwa analiza faktów i wątpliwości.

Komunikat Pfizera i BioNTech, że ich badania wskazują na ponad 90-proc. skuteczność szczepionki przeciw COVID-19 jest fantastyczną informacją, która może odmienić wszystko, co ma jakikolwiek związek z wirusem. Nie dziwi więc silna reakcja rynku akcji po stronie spółek uzależnionych od kondycji globalnej gospodarki, a na FX brylowały walutowy ryzykowne. Istotna poprawa perspektywy ożywienia napędzała odbicie cen ropy naftowej, za to pod presją znalazło się złoto i inne bezpieczne przystanie (JPY, CHF). Razem z rozstrzygnięciem wyborów w USA na korzyść J. Bidena rynki mają wszystko, by wyceniać pomyślniejszą i stabilniejszą przyszłość.

Po wstępnej euforii przychodzi czas na spokojną ocenę faktów i oszacowane, czy rajd był uzasadniony i jeśli tak, jak daleko może zajść? Badania się jeszcze nie zakończyły i niewiele wiadomo o tym, na jak długo szczepionka daje ochronę, jaką ma skuteczność u osób z grupy podwyższonego ryzyka lub wobec nowych szczepów wirusa oraz czy zarażeni pomimo zaszczepienia mają łagodne lub ostre objawy? Mimo to firmy już szykują zatwierdzenie szczepionki w USA pod koniec listopada i później w Europie, jednocześnie przygotowując się do produkcji 50 mln dawek w tym roku i 1,3 mld w 2021 r.
Kryzys pandemiczny jeszcze się nie zakończył, ale po wczoraj jesteśmy zdecydowanie bliżej niż dalej szczęśliwego zakończenia. Skala wczorajszej reakcji sugeruje, że przez zamieszanie związane z wyborami USA rynek całkowicie wyzbył się z ujmowania w cenach premii za postępy w pracach nad szczepionką i teraz ma spore pokłady niezagospodarowanego kapitału. Choć COVID-19 prędko nie zniknie z naszego życia i minie jeszcze dużo czasu, zanim wystarczająca część populacji uzyska odporność, postępy w pracach nad lekarstwem leków wspierają trend, do którego inwestorzy dopiero co zaczęli wracać – poprawa perspektyw globalnego ożywienia wspartego niskimi stopami procentowymi i ekspansją monetarną oraz fiskalną.

Rajd ryzyka nie będzie odbywał się w prostej linii i jeszcze wczoraj kilka godzin po rewelacjach widać nerwowe korekty. Badania medyczne to trudna droga przełomów i porażek, na które rynki będą teraz reagować z podwyższoną wrażliwością. Ale w ogólnym ujęciu więcej przemawia za scenariuszem pozytywnych efektów długoterminowych dla globalnej gospodarki.

Wczoraj na FX mieliśmy sugestię, co może najbardziej korzystać na szczepionkowym optymizmie. Ryzykowne waluty AUD, NZD, NOK i CAD były najsilniejsze, podczas gdy inwestorzy porzucali bezpieczne przystanie: JPY, CHF i USD. Na uboczu pozostawiono EUR i GBP. W przypadku funta zbliżający się wielkimi krokami deadline 15 listopada dla zakończenia negocjacji handlowych z UE może być ważniejszy – można by rzec, że z punktu widzenia Wielkiej Brytanii twardy brexit jest groźniejszym wirusem niż COVID-19. W kwestii euro brak umocnienia jest o tyle intersujący, że w ostatnich dniach wzrosty kursu były skorelowane z zachowaniem rynku akcji. Wczoraj rano stawiałem tezę, że dopiero 1,20 będzie poziomem, który zacznie generować obawy inwestorów o werbalną interwencję EBC, ale być może zbiorowa trwoga zaczyna zniechęcać do kupna jeszcze przed wskoczeniem na 1,19? Tak czy inaczej inwestowanie w EUR wymaga teraz podwyższonej ostrożności.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Gra od Bloober Team pierwszym polskim tytułem na konsole PS5

Observer: System Redux, pierwsza polska gra na konsole nowej generacji już dziś zadebiutuje na Xbox Series X|S oraz komputerach osobistych. W czwartek, w dniu PS5 premiery, gra będzie dostępna również na tę platformę. Krakowski developer jako pierwszy ma 2 tytuły “launchowe” na obie konsole nowej generacji.

Premiera Observer: System Redux w dzień debiutu najnowszej generacji konsol, obrazuje jak daleką drogę przeszliśmy i gdzie obecnie się znajdujemy. Napawa nas ogromną dumą fakt, że wśród gier dostępnych w momencie najważniejszej od 8 lat premiery naszej branży, znajdzie się cyberpunkowy tytuł prosto z Polski – komentuje Piotr Babieno, prezes Bloober Team.

Observer: System Redux będzie posiadał wszystkie usprawnienia graficzne, które zostały rozpowszechnione w ostatnich latach, w tym tekstury w rozdzielczości 4K, ray-tracing oraz HDR. Zostały dodane także trzy nowe zadania poboczne. Gra będzie dostępna na komputerach osobistych (Steam, Epic Store oraz GOG) oraz konsolach Xbox Series X|S oraz PlayStation 5 w cenie 29.99 EUR/USD.

– Konsole nowej generacji to dla nas kolejna szansa by pokazać naszą grę z zupełnie nowej strony. Myślę, że udało nam się to osiągnąć i nawet dla osób, które już miały okazję grać w Observera będzie to całkowicie nowe doświadczenie. Potwierdzają to pierwsze opinie, które już dostajemy – komentuje prezes.

Ron Burke w swojej recenzji na Gaming Trend ocenił grę na 95%! Odświeżony Observer System Redux dostarczał najwyższej klasy rozrywkę w retrofuturystycznym cyberpunkowym świecie horroru. O ile oryginał był oceniany dobrze, nową wersję gry uznano za znakomitą.

Rekordowa sprzedaż Vivid Games

Ponad 23,6 mln zł przychodów ze sprzedaży wypracował Vivid Games narastająco do końca października bieżącego roku, wynika ze wstępnych wyników finansowych opublikowanych przez spółkę. To o ponad 160 proc. więcej niż a analogicznym okresie roku ubiegłego. Zysk bydgoskiego developera i wydawcy wzrósł po 10 miesiącach do 2,15 mln zł.

Tylko w październiku Vivid Games wypracował ponad 2,14 mln zł przychodów ze sprzedaży i 130 tys. zysku netto. Narastająco sprzedaż bydgoskiej spółki sięgnęła 23,6 mln zł, a zysk netto przekroczył 2,15 mln zł. Dla porównania prognoza na 2020 r. zakładała wypracowanie 19 mln zł przychodów i 3 mln z zysku netto. – Jesteśmy bliscy realizacji prognozy również na poziomie zysku netto. Czy będzie to poziom zbliżony do przewidywań czy nieznacznie poniżej w dużej mierze zależy od kampanii marketingowych Knights Fight 2 i Real Boxing 2. zapowiada Remigiusz Kościelny, prezes zarządu Vivid Games.

Przypomnijmy, że celem strategicznym Vivid Games na najbliższe lata jest powiększanie portfolio gier o 2-3 wysokiej jakości gry segmentu mid-core oraz dużą liczbę gier z segmentu casual rocznie. Tytuły z obu segmentów będą produkowane wewnętrznie, zlecane zewnętrznym producentom lub pozyskiwane za pośrednictwem programu wydawniczego. Wiadomo już, że w przyszłym roku na rynek trafią trzy tytuły mobilne: mid-corowy RPG „Amusing Heroes”, jak również „The Cash” oraz „Right Swipes”.

Kluczowe w dalszym rozwoju spółki będzie poszukiwanie nowych konceptów gier przy jednoczesnej koncentracji na najlepszych tytułach w zakresie zwiększania metryk zadowolenia i zaangażowania graczy oraz monetyzacji i zwiększenia zasięgu (ilości pobrań) poprzez działania marketingowe (tzw. user-acquisition), co w efekcie prowadzić będzie do stałego zwiększania przychodów ze sprzedaży. – Wydaje się, że problemy są już przeszłością. Rozpoczęliśmy szósty kwartał z rzędu z dodatnimi wynikami finansowymi. Bieżący rok będzie najlepszy w historii pod kątem sprzedaży. – podsumowuje Kościelny.

Jak pandemia wpłynęła na portfele i zwyczaje finansowe Polaków?

Pandemia COVID-19 uderza w portfele wielu gospodarstw domowych, ale w znacznie mniejszym stopniu niż się obawiano. Ponad 60 proc. Polaków nie odczuwa negatywnego wpływu pandemii na stan swoich finansów, a tylko 16 proc. ogranicza wydatki. Nie sprawdziły się też obawy o wzrost zadłużenia konsumentów – 9 na 10 osób zaprzecza, by aktualna sytuacja gospodarcza zmusiła ich do sięgnięcia po kredyt lub pożyczkę. W czasach kryzysu nie chcemy zaciągać długów, a częściej wspieramy się zaskórniakami. Koronawirus uszczuplił oszczędności co 3. rodziny – to wnioski z raportu opublikowanego podczas debaty organizowanej przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.

ZPP zorganizował debatę podczas której opublikowany został raport z badania przeprowadzonego przez Federację Konsumentów i Fundację Rozwoju Rynku Finansowego. W debacie na temat raportu wzięli udział:

  • Piotr Patkowski, Podsekretarz Stanu, Główny Rzecznik Dyscypliny Finansów Publicznych w Ministerstwo Finansów,
  • Tadeusz Białek, Wiceprezes Związku Banków Polskich,
  • Tomasz Chróstny, Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów,
  • Kamil Pluskwa-Dąbrowski, Prezes Federacja Konsumentów,
  • Agnieszka Wachnicka, Prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.

Debatę poprowadził Piotr Palutkiewicz, Z-ca Dyrektora Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.

Wnioski z raportu przedstawił Kamil Pluskwa-Dąbowski. Według badania 61 proc. gospodarstw domowych nie odczuwa negatywnych efektów pandemii pod kątem finansowym. Pogorszenie sytuacji materialnej deklaruje 1/3 badanych, a w grupie tej przeważają osoby młode w wieku 18-24 lata i 25-34 lata. Nie wiążę się to jednak z nagłą zmianą nawyków finansowych i choćby większą kontrolą wydatków – do ich ograniczania przyznaje się bowiem jedynie 16 proc. ankietowanych. W większości rodzin (56 proc.) poziom wydatków pozostał na takim samym poziomie jak przed marcem 2020 r.

COVID-19 nie spowodował również trudności w spłacie stałych miesięcznych zobowiązań, takich jak np. czynsz za mieszkanie czy rata kredytu. Tylko 1 na 10 osób wskazuje na taki problem. Nie sprawdziły się też obawy o nadmierne zadłużanie się Polaków w związku z pandemią – 90 proc. respondentów zaprzeczyło, by aktualna sytuacja gospodarcza zmusiła ich do zaciągnięcia kredytu lub pożyczki. Co więcej, ponad połowa ankietowanych (55 proc.) odrzuca taką możliwość w kolejnych miesiącach.

Polacy niechętnie się zadłużają w czasach kryzysu

Pomimo ogólnego przekonania, że Polacy lubią żyć na kredyt i chętnie sięgają po pożyczki, to w przypadku gorszych i niepewnych czasów sytuacja jest wręcz odwrotna. Nie zaciągamy długów, gdy istnieje realne ryzyko, że możemy mieć problem z ich spłatą.

Ankietowani zapytani o skłonność do poszczególnych zachowań finansowych w przypadku znalezienia się w trudnej sytuacji ekonomicznej wskazują w pierwszej kolejności na rezygnację z wydatków na abonament za telefon, internet czy dostęp do popularnych serwisów muzycznych i filmowych. Co drugi badany uznaje taki scenariusz za prawdopodobny. Drugim w kolejności rozwiązaniem wskazywanym przez 1/3 respondentów jest sprzedaż swojego majątku, np. biżuterii czy samochodu. Dopiero na trzecim miejscu znalazła się możliwość zaciągnięcia kredytu lub pożyczki – taką opcję rozważyłoby 30 proc. ankietowanych. Zastawienie swojego majątku w lombardzie lub innym miejscu dopuszcza co 5. badany. Natomiast jako ostateczność traktujemy zaprzestanie spłacania stałych zobowiązań – aż 72 proc. osób wprost odrzuca ten wariant zachowania, nawet w razie kłopotów finansowych.

„Przywykliśmy mówić, że Polacy chętnie sięgają po kredyty lub pożyczki, szczególnie w przypadku problemów finansowych, tymczasem jak wynika z naszego badania, w czasach niepewności gospodarczej nie chcemy zaciągać nowych zobowiązań. Co więcej, jesteśmy bardziej skłonni do sprzedaży majątku niż skorzystania z oferty kredytowej banku lub firmy pożyczkowej” – komentuje Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego. „Jedną z obaw, jaka towarzyszy nam przy decyzji kredytowej, jest ryzyko nagłej utraty zdolności do terminowej spłaty długu. To świadczy o ostrożnym i odpowiedzialnym podejściu konsumentów do kwestii zadłużania się” – dodaje Agnieszka Wachnicka z FRRF.

Wyniki badania nie tylko wskazują, że w czasach kryzysu z dystansem podchodzimy do kredytów i pożyczek, ale równocześnie obalają popularny mit, że te służą nam głównie do uzupełniania luk w budżecie domowym. „Jako główny powód zaciągania kredytów i pożyczek konsumenci wskazują na pojawienie się u nich dużego wydatku, którego nie są w stanie pokryć z bieżących dochodów. Co ciekawe, częściej w ten sposób finansujemy impulsywne zakupy, np. w związku z atrakcyjną promocją na jakiś produkt lub usługę, niż ratujemy się nimi w razie chwilowych problemów finansowych” – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów.

Respondenci wskazali, że w razie kłopotów finansowych częściej skorzystamy z debetu na koncie lub karty kredytowej niż wesprzemy się kredytem bądź pożyczką. Jednak zamiast sięgać po produkt kredytowy z dużą dozą prawdopodobieństwa w pierwszej kolejności sięgniemy po nasze zaskórniaki – a te mocno stopniały w ostatnich miesiącach.

Pandemia uszczupliła nasze oszczędności

Choć większość Polaków radzi sobie finansowo, a przynajmniej nie narzeka na kondycję swojego domowego budżetu w czasie pandemii, to jednak co 3. osoba przyznaje, że ich oszczędności zmalały w związku z COVID-19. Być może jest to efekt próby  zrekompensowania zmniejszonych dochodów w czasie lockdownu, a może większa skłonność do naruszenia poduszki finansowej niż zadłużania się. Oba scenariusze są o tyle prawdopodobne, że respondenci zapytani o cel gromadzenia oszczędności wskazują właśnie na nieprzewidziane wydatki (53 proc.) oraz na tzw. czarną godzinę – w razie utraty pracy lub innego źródła dochodu (46 proc.).

Niepokojący jest jednak fakt, że wciąż 14 na 100 Polaków przyznaje, że nie posiada jakiegokolwiek zabezpieczenia finansowego. Badani nie widzą też większych szans na zmianę sytuacji w kolejnych miesiącach. Ankietowani zapytani o to, czy ich zdaniem doświadczenia z pandemii zmotywują Polaków do oszczędzania wydają się być sceptyczni. 46 proc. badanych nie podjęło się próby antycypacji, z tylko co 3. osoba wierzy, że COVID-19 będzie impulsem do gromadzenia środków na gorsze czasy.

Podczas pandemii na Boże Narodzenie wydamy ponad połowę mniej niż rok wcześniej. Tylko 60 proc. Polaków liczy na prezent pod choinką

Ze względu na pandemię tegoroczne święta Bożego Narodzenia będą wyjątkowo oszczędne. Polacy wydadzą średnio nieco ponad 744 zł, czyli ponad połowę mniej niż w 2019 roku – wynika z badania Barometr Providenta. Prezentów pod choinką spodziewa się zaledwie 62 proc. osób, a zamiast osobistych podarunków najchętniej przyjęlibyśmy pieniądze. Większość Polaków sfinansuje świąteczne wydatki z bieżących dochodów. Co trzeci sięgnie po oszczędności.

Z tegorocznymi świętami Bożego Narodzenia wiąże się wiele niewiadomych. Możliwe, że ze względu na obostrzenia związane z sytuacją epidemiologiczną z części tradycji, np. ze spotkań w dużym gronie rodzinnym, trzeba będzie zrezygnować. Tę niepewność widać także w deklaracjach dotyczących wydatków świątecznych.

– Pandemia i niepokój, który w nas wzbudza, powodują, że planujemy dość oszczędnie podejść do świątecznych wydatków. W tym roku Polacy deklarują, że średnio na gospodarstwo domowe wydadzą ok. 700 zł. To kwota o tysiąc złotych niższa niż w ubiegłym roku – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Łuczak, rzeczniczka Provident Polska.

Z cyklicznego badania Barometr Providenta wynika, że oszczędniej do organizacji świąt podejdą kobiety. W ich deklaracjach średnia kwota, którą zamierzają przeznaczyć na ten cel, to 727 zł, podczas gdy u mężczyzn jest to średnio ponad 760 zł.

Wydatki świąteczne w dużym stopniu zależą od wieku. Najwięcej, bo ok. 800 zł, na Boże Narodzenie wydadzą osoby w wieku 35–49 lat. Najmłodsi, do 24 lat, deklarują zaś kwotę ok. 600 zł.

– Wynika to również z tego, że młodsze osoby przede wszystkim będą inwestowały w prezenty świąteczne, natomiast na barkach osób starszych spoczywa cała organizacja świąt – tłumaczy rzeczniczka Providenta.

Poza tym to zwykle trzydziesto- i czterdziestolatkowie mają największe grono osób do obdarowania i stąd deklarowane przez nich wyższe wydatki. W czasie pandemii prezent pod choinką spodziewa się znaleźć tylko 62 proc. badanych, a tylko 22 proc. jest tego pewnych. Dla porównania – w poprzednich latach na Świętego Mikołaja czekało ok. 80 proc. Polaków. Optymistami są przede wszystkim osoby do 24 lat oraz kobiety – 63,7 proc. pań spodziewa się otrzymać prezent (vs. 60 proc. panów).

– Coraz więcej respondentów wskazuje na to, że chciałoby otrzymać pieniądze. To rzecz, o której nie myśleliśmy w poprzednich latach – zaznacza Karolina Łuczak.

Osobiste prezenty będą w tym roku znacznie mniej popularne niż pieniądze czy bony na zakupy. Kobiety wskazują również na kosmetyki, perfumy (21,5 proc. kobiet i 14,4 proc. mężczyzn), biżuterię (12,4 proc. i 3,2 proc. mężczyzn) oraz bieliznę (5,8 proc. i 4,2 proc. mężczyzn). Panowie częściej zaś wskazują na ubrania (13,6 proc. przy 11,9 proc. kobiet) oraz sprzęt elektroniczny (16,1 proc. przy 5,2 proc. kobiet).

Jak wynika z Barometru Providenta, większość Polaków (62 proc.) świąteczne wydatki pokryje z bieżących dochodów, a ok. 30 proc. sięgnie po oszczędności. To źródło najczęściej wskazują młodzi, którzy często nie mają jeszcze stabilnych dochodów.

Rzecznik MŚP postuluje do rządu o plan ratunkowy dla biznesu. Wśród propozycji reforma ZUS i regionalizacja płacy minimalnej

Rozszerzenie Małego ZUS Plus na większą grupę przedsiębiorców, wprowadzenie dobrowolnego ubezpieczenia społecznego na wzór niemiecki, regionalizacja minimalnego wynagrodzenia czy obowiązkowe wydłużenie vacatio legis w ważnych dla biznesu przepisach – to tylko część postulatów wystosowanych przez Adama Abramowicza, Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, i współpracujące organizacje. Lista 10 propozycji, które mają ograniczyć koszty działalności małych firm i ukrócić biurokrację, trafiła do rządu oraz przewodniczących kół i klubów parlamentarnych.

Obecna sytuacja wielu firm w Polsce jest dramatyczna, a pandemia koronawirusa wymusza kolejne ograniczenia. Nasze środowisko opracowało w 10 punktach propozycje niezbędnych zmian prawnych i otoczenia prawnego przedsiębiorców, które nie będą pociągały dużych nakładów finansowych z budżetu, a przyniosą wiele korzyści przedsiębiorcom – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Abramowicz.

Jak podkreśla, celem tych zmian jest zmniejszenie kosztów działalności firm i obowiązków biurokratycznych, które powodują, że przedsiębiorcy zajmują się czymś innym niż swoim biznesem. Nowe uregulowania mają doprowadzić do większego poczucia bezpieczeństwa w prowadzeniu działalności gospodarczej w Polsce, co przełoży się na większą chęć do inwestowania.

– To jest dziesiątka postulatów skonstruowana tak, aby każdy format działalności gospodarczej uzyskał pomoc. Jest wzorowana na rozwiązaniach obowiązujących w państwach, do których młodzi Polacy wyjeżdżali także po to, żeby zakładać firmy, bo widzieli, że tam prowadzenie działalności gospodarczej jest łatwiejsze, np. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, czyli w wysoko rozwiniętych krajach Europy Zachodniej – tłumaczy Rzecznik MŚP.

Listę postulatów otwiera reforma ZUS dla przedsiębiorców, która zakłada dostosowanie składki do ich możliwości dochodowych.

Po drugie, proponujemy, aby płaca minimalna była powiązana z parametrem ekonomicznym, a nie z oświadczeniem polityków, którzy się licytują z uwagi na poparcie pracowników. Chcemy, żeby wynosiła ona połowę średniego wynagrodzenia w danym województwie albo w powiecie – to byłoby jeszcze bardziej dokładne, co pozwalałoby powiatom mniej rozwiniętym gospodarczo na szybki wzrost – wyjaśnia Adam Abramowicz.

Punkt trzeci to zakaz nakładania przez ustawodawcę nowych obowiązków biurokratycznych dla mikroprzedsiębiorców oraz redukcja obecnie istniejących (na podstawie prawa Wielkiej Brytanii). W punkcie czwartym jest zawarty postulat, żeby wszelkie zmiany prawa gospodarczego, które nakładają obowiązki na przedsiębiorców, były ogłaszane z co najmniej półrocznym wyprzedzeniem. Zbyt krótkie vacatio legis w ważnych ustawach, szczególnie tych, które zwiększają obciążenia finansowe firm, powoduje dużą niepewność w otoczeniu gospodarczym.

Kolejny postulat Rzecznika MŚP dotyczy rozliczania się ryczałtem od przychodów bez ograniczeń wraz z dostosowaniem stawek do możliwości poszczególnych branż. Chodzi o znowelizowanie ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od osób fizycznych, aby z tego sposobu rozliczeń mogli korzystać wszyscy przedsiębiorcy, niezależnie od wysokości osiąganego przychodu oraz rodzaju działalności. Stawki podatku od przychodu powinny być ustalone tak, aby w poszczególnych branżach generowały one podobne wpływy do budżetu co podatek dochodowy.

– Chcemy także zlikwidować możliwość zawieszania biegu terminu zobowiązania podatkowego przez postawienie zarzutów z kodeksu karnego skarbowego. Urzędnicy nadużywają tej możliwości, prowadzą postępowania bardzo długo, a kiedy zbliża się data przedawnienia, robią z przedsiębiorcy przestępcę. Mamy pomysł, w jaki sposób zabezpieczyć interes budżetu państwa, jeśli chodzi o prawdziwych przestępców, ale uniemożliwiać urzędnikom używanie tego narzędzia wobec uczciwych przedsiębiorców – zapowiada Rzecznik MŚP.

Tym pomysłem jest powołanie nowego organu – rady odwoławczej przy Ministrze Finansów. W jej skład weszliby przedstawiciele samorządów zawodowych (doradcy podatkowi, adwokaci i radcowie prawni), Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, Krajowej Administracji Skarbowej, Ministerstwa Finansów oraz Ministerstwa Rozwoju. Rada miałaby rozpatrywać zasadność odwołania od wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego do Naczelnego Sądu Administracyjnego w przypadku, gdy wyrok jest korzystny dla przedsiębiorcy i zachodzą przesłanki do zastosowania zasad Konstytucji Biznesu.

– Postulujemy także wprowadzenie odpowiedzialności dyscyplinarnej i majątkowej urzędników. Chcemy, aby komisje dyscyplinarne były przenoszone do organów wyższego stopnia, bo dzisiaj komisja dyscyplinarna jest powoływana z pracowników tego urzędu, wobec którego wnioskuje się o odpowiedzialność dyscyplinarną. Chcemy także ograniczenia praktyki nadużywania tymczasowych aresztowań dla przedsiębiorców do dziewięciu miesięcy oraz skrócenia czasu trwania postępowań gospodarczych. Dzisiaj termin instrukcyjny to sześć miesięcy, ale postulujemy, żeby były narzędzia, które pozwolą na praktyczne zakończenie sprawy po sześciu miesiącach – wymienia Adam Abramowicz.

Jak podkreśla, kilka z tych postulatów już było konsultowanych z ministerstwami. Resort finansów patrzy łaskawym okiem na powołanie rady odwoławczej, były także rozmowy z ministrem Zbigniewem Ziobrą na temat sześciomiesięcznego okresu kończenia spraw w sądach gospodarczych.

Prowadzone są rozmowy dotyczące także innych postulatów, ale oczywiście to wszystko wymaga jeszcze opracowania i analiz. Gospodarka jest teraz najważniejsza i powinna być poza sporem politycznym, dlatego liczymy na to, że wszystkie siły polityczne i kluby w parlamencie wezmą nasze propozycje jako swoje i wspólnie z obozem rządzącym szybko je przeprowadzą, wdrożą i zaczną one obowiązywać najszybciej jak to tylko możliwe – zakłada.

Postulaty Rzecznika MŚP wspiera prawie 250 organizacji Rady Przedsiębiorców przy Rzeczniku, ale też środowiska naukowe.

Chorzy na COVID-19 łatwiej dodzwonią się do sanepidu. Powstaje dodatkowe call center finansowane przez ubezpieczycieli

Gwałtownie rosnąca liczba zakażeń koronawirusem i przebywających na kwarantannach osób to problem dla służby zdrowia, która jest już na granicy wydolności, jak i dla Głównego Inspektoratu Sanitarnego, którego pracownicy nie są już w stanie obsłużyć tysięcy telefonów dziennie. Pomoc zaoferowało 18 firm ubezpieczeniowych, które zdecydowały się sfinansować dodatkowe call center dla GIS-u. Linia będzie dostępna 24/7, a ubezpieczyciele sfinansują pracę 100 dodatkowych konsultantów przez najbliższe pół roku. Jak podkreśla prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń, to kolejna z inicjatyw branży ukierunkowanych na walkę z pandemią.

 Osiemnastu ubezpieczycieli przystąpiło do wspólnej inicjatywy rozpoczętej przez Polską Izbę Ubezpieczeń. Celem jest pomoc GIS-owi i sfinansowanie call center, które będzie w pierwszej linii pomocy obywatelom, osobom, które podejrzewają lub mają koronawirusa – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jan Grzegorz Prądzyński, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń. – Call center ma odciążyć GIS od tysięcy telefonów każdego dnia. Ludzie często potrzebują bardzo podstawowych odpowiedzi, podczas gdy pracownicy GIS-u powinni zajmować się już tymi osobami, które są w poważnym stanie i potrzebują fachowej pomocy. 

W ostatni weekend liczba zakażonych SARS-CoV-2 przekroczyła w Polsce pół miliona. Gwałtowne przyrosty nowych zakażeń to problem nie tylko dla systemu służby zdrowia, który jest już na granicy wydolności, lecz także dla GIS-u, który pełni rolę krajowego koordynatora i pierwszego źródła informacji m.in. dla osób z objawami czy przebywających na kwarantannach. Tych przybywa lawinowo, dlatego infolinia GIS-u jest przeważnie zajęta, a pracownicy call center fizycznie nie są w stanie obsłużyć tysięcy telefonów dziennie. Pomoc zapewnią im ubezpieczyciele – 18 firm zrzeszonych w Polskiej Izbie Ubezpieczeń zdecydowało się wspólnie sfinansować dodatkowe call center dla Głównego Inspektoratu Sanitarnego.

Linia będzie dostępna dla potrzebujących przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. Ubezpieczyciele sfinansują pracę konsultantów przez najbliższe pół roku.

– To będzie profesjonalne call center, które jest już operacyjne i które dokładnie wie, co ma robić. Konsultanci są przeszkoleni tak, żeby pomagać w zapewnieniu informacji osobom, które tego potrzebują – mówi Jan Grzegorz Prądzyński. – Będzie w nim pracowało 100 konsultantów.

Jak podkreśla, finansowanie dodatkowego call center dla GIS-u to kolejna z inicjatyw branży ubezpieczeniowej, wspierających zarówno medyków walczących z koronawirusem na pierwszej linii, jak i Polaków zmagających się ze skutkami pandemii. W ramach dotychczasowej pomocy branża ubezpieczeniowa m.in. finansowała zakupy sprzętu medycznego i środków ochrony osobistej dla medyków, pomoc prawną dla przedsiębiorców, a także bezpłatną pomoc psychologiczną i telemedyczną dla ubezpieczonych.

Polska Izba Ubezpieczeń krótko po wybuchu pandemii opracowała rekomendacje działań proklienckich dla zakładów ubezpieczeń. W efekcie uproszczono procedury zawierania i przedłużania umów ubezpieczenia oraz wprowadzono zdalną likwidację szkód w zakresie znacznie szerszym niż wcześniej. Dodatkowo przyspieszono też wypłaty dla kontrahentów, tj. warsztatów naprawczych, firm transportowych czy lekarzy orzeczników.

– Dla klientów, którzy mieli ubezpieczenie na życie dołączone do kredytu, wprowadziliśmy możliwość zawieszenia składek na okres, w którym zawieszony jest również kredyt. Z tego rozwiązania na początku pandemii skorzystało wiele osób. Natomiast w segmencie majątkowym pomogliśmy klientom m.in. w rozkładaniu ubezpieczeń komunikacyjnych na raty. Zainicjowaliśmy też wiele dobrych praktyk skierowanych np. do personelu medycznego – wymienia prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Wskazuje, że branża ubezpieczeniowa przeszła na pracę zdalną i szybko dostosowała się do nowych realiów. Kanały sprzedaży zostały przeniesione do online’u, w dużej mierze zdigitalizowany został też proces zgłaszania i obsługi szkód.

 Jako PIU współpracowaliśmy z Komisją Nadzoru Finansowego i Ministerstwem Finansów, żeby wszystkie procesy mogły odbywać się online’owo, i to się udało – mówi Jan Grzegorz Prądzyński. – Trzeba było też zmienić procesy sprzedażowe, przejść na zdalne podpisywanie umów i zdalną identyfikację klienta. Tu również się udało, m.in. dzięki pomocy KNF. Wspólnie udało nam się zmienić wiele przepisów, żeby praca zdalna była jak najbardziej efektywna. Klienci musieli zostać w domach i ubezpieczyciele się do tego dostosowali. 

Wraz z rozwojem pracy zdalnej pojawiły się nowe zagrożenia dla pracowników. Firmy zmieniają swoje programy benefitów

Praca w fotelu, łóżku czy przy kuchennym blacie, jedzenie posiłków przy komputerze – to częste realia pracy zdalnej, które mogą mieć negatywny wpływ na zdrowie pracowników. Dodatkowo stały dostęp do lodówki powoduje, że częściej podjadamy, co w połączeniu z mniejszą ilością ruchu w ciągu dnia także może powodować problemy zdrowotne. Praca zdalna oznacza także wyzwania dla kondycji psychicznej – poczucie osamotnienia, brak kontaktu z innymi ludźmi czy frustracja wynikająca z trudności w łączeniu obowiązków zawodowych i opieki nad dziećmi. To wszystko sprawia, że pracodawcy zmieniają swoje programy benefitów, przede wszystkim te nakierowane na wellbeing pracowników.

– Przed pandemią koronawirusa praca zdalna była marzeniem większości Polaków. Wiele osób podczas rozmowy rekrutacyjnej pytało o możliwość wykonywania pracy w pełnej koncentracji w domu. Teraz praca zdalna jest dostępna w znacznie szerszym zakresie i ma to swoje dobre i złe strony – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Kotzian, strateg wellbeingu w firmach, współzałożycielka Well.hr.

Z badania przeprowadzonego przez MC2 Innovations, Hays Poland i Uniwersytet SWPS wynika, że większość pracowników pozytywnie ocenia okres pracy zdalnej i swoją efektywność. Jako największe wyzwanie wskazali zaburzoną równowagę pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym (43 proc.) oraz brak bezpośredniego kontaktu ze współpracownikami (37 proc.). Na liście wyzwań pojawiły się także samotność/poczucie izolacji (25 proc.) oraz brak wyznaczonego miejsca do pracy (17 proc.). Te nowe problemy, jakie pojawiły się w związku z upowszechnieniem na masową skalę pracy zdalnej, nie pozostają bez wpływu na zdrowie pracowników.

– Pierwsza kwestia to samo środowisko pracy, które nie jest takie jak to oferowane w biurach, czyli nie mamy biurka czy krzesła spełniającego wszystkie zasady ergonomii. Najczęściej pracujemy w fotelach, czasem w łóżkach, w kuchni pomiędzy talerzami czy garnkami, jednocześnie przyrządzając obiad. Te  wszystkie ograniczenia dotyczące środowiska pracy przekładają się na nasz dobrostan fizyczny – podkreśla Joanna Kotzian.

Badania przeprowadzone w Finlandii pokazały, że połowa telepracowników nie miała w domu ani krzesła biurowego, ani biurka, natomiast 53 proc. cierpiało z powodu bólu barków, 46 proc. zgłaszało bóle szyi, a 1/3 bóle pleców. Telepracownicy skarżyli się także na bóle w nadgarstkach i palcach, bóle głowy, zmęczenie, znużenie i zaburzenia snu.

Jak wynika z raportu „Na zdrowie! Jak dbać o kondycję zdrowotną pracowników” stworzonego przez Well.hr i PwC, również dostępność domowej lodówki sprawia, że często podjadają oni między posiłkami, a ich aktywność fizyczna w ciągu dnia pracy jest mniejsza niż osób pracujących w firmowym biurze, ponieważ rzadziej wstają od biurka, nie muszą dojść na przystanek czy na parking ani nawet zejść po schodach. W dłuższej perspektywie grozi to otyłością.

– Druga kwestia to dobrostan psychiczny pracownika wynikający z tego, że pracujemy w izolacji domowej, co ma wpływ na nasze samopoczucie. Wtedy tym bardziej dopadają nas różne lęki. Nie mamy możliwości uzyskania natychmiastowego wsparcia w obowiązkach od kolegi przy biurku czy możliwości wyjścia na lunch, zazwyczaj jemy go po prostu przy biurku czy w miejscu, w którym pracujemy – zauważa współzałożycielka Well.hr.

Pracownicy zdalni mogą również doświadczać problemów związanych z brakiem kontaktów międzyludzkich i samotnością, co w dłuższej perspektywie prowadzi do stanów lękowych czy depresji. Kolejną uciążliwością jest praca w obecności dzieci i próba pogodzenia obowiązków zawodowych z opieką nad nimi i pomocą im w nauce zdalnej.

– Mniejsze dzieci potrzebują opieki i nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć im, że teraz mama i tata pracują. Jest to bardzo frustrujące, co przekłada się na samopoczucie pracowników i sprawia, że nie czują się ani dobrymi pracownikami, ani dobrymi rodzicami – zwraca uwagę Joanna Kotzian.

Powyższe wyzwania sprawiają, że firmy zmieniają swoje świadczenia dla zatrudnionych. Uwzględniają w nich warunki pracy zdalnej i zmieniające się w związku z nią potrzeby personelu. Wciąż na szczycie listy benefitów pozostaje opieka zdrowotna, teraz coraz częściej w postaci dostępu do tele- czy wideokonsultacji ze specjalistami czy możliwości zdalnego monitorowania stanu zdrowia przez odpowiednie urządzenia i aplikacje. W miejsce dotąd bardzo popularnych kart umożliwiających korzystanie z siłowni i klubów fitness teraz pojawiają się oferty ćwiczeń online, a bilety do teatrów i kin zostały zastąpione przez dostęp do rozrywki w sieci.

– Pracodawcy starają się, by środowisko pracy było mniej stresujące, dostarczają pracownikom podpowiedzi, jak radzić sobie w realizacji coraz trudniejszych zadań pod coraz większą presją czasu – mówi współzałożycielka Well.hr. – Jedną z korzyści pandemii jest docenienie kwestii związanych ze zdrowiem psychicznym. Jeszcze dwa lata temu to był temat kompletnie w Polsce nieporuszany. Tymczasem w Wielkiej Brytanii mamy w rządzie ministra ds. samotności, a temat wellbeingu psychicznego jest tam w firmach absolutnym priorytetem.

Jej zdaniem wsparcie psychologiczne nagle stało się hitem wellbeingu. Spotkania z psychologami i psychoterapeutami odbywają się online na chacie albo w formie telekonsultacji. Mogą z nich korzystać zarówno pracownicy, jak i ich rodziny. Jak podkreśla ekspertka, w przyszłości wellbeing psychiczny pracowników będzie zyskiwał na znaczeniu, m.in. dlatego że praca zdalna może stać się standardem.

– Kiedy wrócimy już do normalnego trybu pracy, okaże się, że model pracy zdalnej wdrożyły firmy, które wcześniej nie odważyły się tego zrobić przez wiele lat, również instytucje publiczne, organizacje, w których wcześniej wydawało się to absolutnie niemożliwe. W przyszłości może się okazać, że właśnie praca zdalna jest rozwiązaniem tańszym dla wielu pracodawców, bo nie trzeba wynajmować biur o tak dużej powierzchni, ale też rozwiązaniem przyjaznym dla pracowników, jeśli stanie się ich wyborem, a nie koniecznością – przewiduje Joanna Kotzian.

To jednak wcale nie oznacza, że pracodawcy zapomnieli o pracownikach pracujących stacjonarnie w biurach czy fabrykach. Okres pandemii i lockdownu jest szczególnie trudny dla osób, które nie mają możliwości przejścia na tryb zdalny, bo w wielu z nich potęguje się obawa o zakażenie siebie lub bliskich.

– Lęki związane z pandemią, opieką nad dziećmi mają też pracownicy na produkcji czy w sieciach handlowych. Oni także muszą sobie poradzić z obecną sytuacją. Firmy wdrożyły specjalne zasady bezpieczeństwa, część z nich wprowadziła dodatki dla osób, które nie mogą pracować zdalnie. Niektóre sieci handlowe zwalniały ze świadczenia pracy kobiety w ciąży albo pracowników starszych, żeby nie narażać ich na niebezpieczeństwo zakażenia. To również były działania bardzo wartościowe z punktu widzenia wellbeingu i świadczące o tym, że pracodawca myśli o pracownikach – podsumowuje ekspertka Well.hr.

Nowa technologia pozwala obniżyć średnią temperaturę w pokoju nawet o 6 stopni bez utraty komfortu cieplnego. Wykorzystuje m.in. ciepło emitowane przez urządzenia

Technologie zeroenergetyczne stają się coraz popularniejsze w budownictwie. Pozwalają na tworzenie samowystarczalnych pomieszczeń, a nawet całych budynków. Dzięki inteligentnemu systemowi opracowanemu przez polską firmę można obniżyć temperaturę w pomieszczeniach nawet o 6 stopni bez utraty komfortu cieplnego. Technologia aktywnej synergii pozwala nie tylko zoptymalizować wykorzystanie energii, lecz także zagospodarować ciepło emitowane przez pracujące w pomieszczeniach urządzenia.

– Każdy budynek, niezależnie od systemu grzewczego, produkuje dość dużo energii. Ludzie, komputery i maszyny, takie jak lodówki produkują ciepło. Jeżeli to się połączy w jeden wspólny system, to można zaoszczędzić i nie potrzeba produkować nowej energii. Najczystsza energia to ta, której się nie wyprodukuje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jerzy Hawranek, prezes zarządu iNergy.

Sposobem na zastosowanie energii wytworzonej np. przez różnego rodzaju urządzenia w pomieszczeniach może być technologia AS, czyli inteligentny system łączący w sobie wentylację, ogrzewanie i chłodzenie oraz wykorzystujący je do optymalnego dla ludzkiego organizmu rozprowadzania temperatury.

– Staramy się połączyć i wykorzystać to, co jest w danym pomieszczeniu energetyczne. Przez to, że człowiek czuje ciepło nogami, a komfort głową, czyli odwrotnie do fizyki, trzeba położyć ogrzewanie na podłodze, a chłodzenie od sufitu. Wszystko po to, żeby pod sufitem było chłodniej, a na dole cieplej – tłumaczy Jerzy Hawranek.

Transport energii odbywa się z użyciem nośnika, jakim jest woda. Takie rozłożenie temperatur w ramach technologii synergii aktywnej pozwala zwiększyć komfort cieplny przy równoczesnym obniżeniu średniej temperatury w pomieszczeniu o 4 do 6 stopni. Tymczasem jak wynika z badań przeprowadzonych przez firmę Danfoss, obniżenie temperatury już o jeden stopień Celsjusza pozwala zaoszczędzić od 4 do 6 proc. kosztów ogrzewania.

– System jest przeznaczony zarówno dla małego budownictwa, np. budynków jednorodzinnych, domków, jak i dużych, wielopiętrowych budynków. Budując w tej technologii wieżowiec o wysokości 130 m, możemy zmieścić o cztery piętra więcej, a obniżone koszty eksploatacji pokryją z nadwyżką koszt budowy. Dla uzyskania tego samego efektu potrzebna jest mniejsza ilość powierzchni czy kubatury, ponieważ mamy tzw. wentylację rozproszoną – wyjaśnia ekspert.

Obecnie w budownictwie promowany jest trend zeroenergetyczny. Oznacza to, że konstruktorzy dążą do tego, by budynek był samowystarczalny energetycznie. Najczęściej oznacza to połączenie kilku technologii z zakresu odnawialnych źródeł energii – np. fotowoltaiki i pomp ciepła. Budynki zeroenergetyczne budowane są przeważnie od podstaw, ale możliwe jest również odpowiednie dostosowanie już istniejących.

Przykładem może być inwestycja realizowana obecnie przez Amerykańskie Stowarzyszenie Inżynierów Ogrzewnictwa, Chłodnictwa i Klimatyzacji. Nowa siedziba organizacji będzie się mieściła w zmodernizowanym trzykondygnacyjnym budynku, który powstał w latach 70. ubiegłego wieku. Zostanie on wyposażony w panele fotowoltaiczne oraz system zdalnego monitorowania i analizy wydajności budynku, z pulpitem nawigacyjnym online, a także zaawansowany system automatyki budynkowej (BAS). Siedziba ma być samowystarczalna energetycznie najpóźniej w marcu przyszłego roku.

 – Powinniśmy budować zeroenergetyczne domy, ponieważ musimy pozwolić naszym dzieciom mieć czym oddychać. Jeżeli wszyscy będziemy zużywać środowisko, to nasze dzieci nie będą miały w czym żyć. A skoro nie ma potrzeby produkowania więcej energii, niż możemy skonsumować, to trzeba to ograniczać – przekonuje prezes iNergy.

Z prognoz Prescient & Strategic Intelligence wynika, że światowy rynek budownictwa zeroenergetycznego osiągnie w 2024 roku wartość ponad 2,1 mld dol. W 2018 roku rynek ten był wyceniany na niespełna 0,9 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie 15,6 proc.

Przełomowe odkrycie naukowców. Wokół gwiazd podobnych do Słońca krąży co najmniej 300 mln planet nadających się do zamieszkania

W galaktyce Drogi Mlecznej może znajdować się 300 mln planet, które potencjalnie nadają się do zamieszkania. Co istotne, kilka z nich jest odległych o 30 lat świetlnych od Słońca, a niektóre nawet mniej niż 20 lat świetlnych – oceniają naukowcy NASA. To jednak najbardziej konserwatywne oceny. Wedle tych optymistycznych nawet jedna na dwie gwiazdy podobne do Słońca może mieć planetę nadającą się do zamieszkania. Tym samym nawet 2–3,6 mld planet może mieć warunki przyjazne człowiekowi.

Według nowych badań wykorzystujących dane z teleskopu kosmicznego Keplera, około połowa gwiazd o podobnej temperaturze do Słońca może mieć skalistą planetę zdolną do utrzymywania wody w stanie ciekłym na jej powierzchni. Tym samym w naszej galaktyce Drogi Mlecznej może znajdować się 300 milionów planet, które potencjalnie nadają się do zamieszkania, przy czym cztery z nich prawdopodobnie w odległości 30 lat świetlnych od Słońca, a jedna nawet bliżej niż 20 lat świetlnych.

Kepler powiedział nam już, że istnieją miliardy planet, ale teraz wiemy, że spora część z nich może być skalista i nadająca się do zamieszkania – podkreśla  Steve Bryson, naukowiec z centrum badawczego NASA Ames Research Center w Kalifornii.

To jednak najbardziej pesymistyczne obliczenia przy założeniu, że 7 proc. gwiazd podobnych do Słońca ma takie planety. Jednak przy średnim oczekiwanym wskaźniku na poziomie 50 proc. może być ich znacznie więcej.

Badacze przyjrzeli się egzoplanetom odkrytym przez teleskop Keplera o promieniu 0,5-1,5 razy większym od promienia Ziemi. Skupili się zaś przede wszystkim na gwiazdach podobnych do naszego Słońca pod względem wieku i temperatury (ok. 1500 st. Fahrenheita) oraz planetach, które najprawdopodobniej są skaliste. Odkrycie naukowców jest przełomowe – dotychczasowe badania pomijały np. zależność między temperaturą gwiazdy a rodzajem emitowanego przez nią światła pochłanianego przez planetę.

Uzyskany przez nas wynik jest daleki od ostatecznej wartości, a woda na powierzchni planety jest tylko jednym z wielu czynników podtrzymujących życie. Jednak dokonanie obliczeń z tak dużą pewnością i precyzją, które wskazują na taką powszechność planet do zamieszkania, jest niezwykle ekscytujące – wskazuje Steve Bryson.

Nowa analiza uwzględnia większość czynników i dzięki temu pozwala lepiej ocenić, czy dana planeta może być w stanie utrzymać wodę w stanie ciekłym, a tym samym – potencjalnie życie. Było to możliwe dzięki połączeniu ostatecznego zbioru danych Keplera o sygnałach planetarnych z danymi o produkcji energii każdej gwiazdy z misji Gaia Europejskiej Agencji Kosmicznej.

Zawsze wiedzieliśmy, że definiowanie zdolności do zamieszkania planety oparte na kategoriach jej fizycznej odległości od gwiazdy, tak aby nie była zbyt gorąca ani zimna, pozostawiało wiele wątpliwości – twierdzi Ravi Kopparapu, naukowiec z NASA Goddard Space Flight Center w Greenbelt w stanie Maryland. – Dane zebrane przez Gaię pozwoliły nam spojrzeć na te planety i ich gwiazdy w zupełnie nowy sposób.

Według naukowców atmosfera planety określa, ile światła potrzeba, aby na jej powierzchni znalazła się woda w stanie ciekłym. Wyliczenia wskazują, że nawet około połowa gwiazd podobnych do Słońca ma planety skaliste, na których powierzchniach może znajdować się woda w stanie ciekłym. Optymistyczne szacunki mówią nawet o 75 proc. takich gwiazd.

To dobra wiadomość, zwłaszcza że ludzkość może być zagrożona wyginięciem z powodu jakiegoś kataklizmu. Jak zauważył astronom Carl Sagan, jedynym możliwym sposobem uniknięcia końca świata, jaki znamy, może być zasiedlenie innej planety w krótkim czasie.

Wiedza o tym, jak powszechne są różne rodzaje planet, jest niezwykle cenna przy projektowaniu nadchodzących misji poszukiwania egzoplanet – tłumaczy Michelle Kunimoto z zespołu TESS na uczelni Massachusetts Institute of Technology w Cambridge. – Na podstawie tych oszacowanych wyników można zmaksymalizować szanse powodzenia badań poszukiwania małych, potencjalnie nadających się do zamieszkania planet wokół gwiazd podobnych do Słońca.

Najpierw wybory, teraz szczepionka. Euforia na rynkach trwa

Ostateczna informacja o zwycięzcy wyborów prezydenckich w USA nadeszła w weekend, ale rynki świętowały wcześniej: obserwowaliśmy wyraźne wzrosty cen akcji i spadki kursów walut safe haven, takich jak USD. Dzisiejsze informacje dotyczące możliwego przełomu w walce z pandemią jeszcze wzmocniły dobre nastroje.

Kluczowe w kontekście najbliższych kilku tygodni będzie to, jak rynek walutowy przetrawi kombinację zwycięstwa Joe Bidena i prawdopodobnego utrzymania większości w Senacie przez Republikanów. W kontekście takiej kombinacji niemal na pewno dojdzie do złagodzenia napięć w handlu, jednak perspektywy znacznego rozluźnienia polityki fiskalnej w USA oddaliły się. Ewentualność, że odmowa uznania wyników wyborów przez Donalda Trumpa przełoży się na jakiekolwiek skuteczne kroki prawne stanowi zmartwienie, jednak na tym etapie uważamy, że jest to bardzo nieprawdopodobny scenariusz.

W tym tygodniu nie czekają nas posiedzenia kluczowych banków centralnych, nie poznamy też przełomowych danych. Dlatego sądzimy, że rynki będą skupiać się przede wszystkim na pandemii. Istotne będą covidowe statystyki i ogłoszenia dotyczące nowych restrykcji, jednak na początku tygodnia uwaga rynków koncentruje się na informacjach o 90-procentowej skuteczności szczepionki Pfizer/BioNtech. Wzrost szans na szybsze i skuteczniejsze poradzenie sobie z pandemią wspiera nastroje, przekładając się na wzrosty cen aktywów ryzykownych i odwrót od safe haven.

PLN

Polski złoty zakończył miniony tydzień wyraźnym umocnieniem, zyskując ponad 2% w parze z euro. Walucie sprzyjała poprawa sentymentu do ryzyka na fali wyników wyborów prezydenckich w USA.

Piątkowe posiedzenie RPP nie było przełomowe. To, co istotne, to nowe projekcje NBP, które pokazały, że polski bank centralny spodziewa się wyższej inflacji i jednocześnie wyższego wzrostu gospodarczego niż oczekiwał jeszcze w lipcu. W piątek nadeszły też kolejne ogłoszenia ze strony rządu. Nowe działania pomocowe dla przedsiębiorców w kontekście drugiej fali pandemii są zdecydowanie mniej imponujące niż te wdrażane na wiosnę, niemniej zapowiada się, że negatywny wpływ pandemii na gospodarkę w ostatnich miesiącach tego roku nie będzie tak duży jak wtedy.

W piątek poznamy wstępny szacunek PKB Polski w III kwartale br. Wraz ze zbliżaniem się do granicy warunkującej wprowadzenie narodowej kwarantanny warto też obserwować informacje dotyczące ewentualnych nowych obostrzeń. Złoty nadal powinien jednak reagować przede wszystkim na globalne zmiany sentymentu do ryzyka. Na początku tygodnia waluta zyskuje, wspierana przez wspomniane wyżej informacje dotyczące nowej szczepionki.

EUR

Euro doświadczyło silnego umocnienia w związku z rosnącymi oczekiwaniami na zwycięstwo Bidena. Obecnie kurs EUR/USD znajduje się w okolicy poziomu 1,19 i jest najwyżej od połowy września. Dalsze wzrosty mogą jednak być trudniejsze do osiągnięcia, przynajmniej w krótkim terminie. Pogarszająca się sytuacja w związku z pandemią i szereg nowych restrykcji przekładają się na aktywność gospodarczą, co pokazały październikowe dane PMI. W tym tygodniu, za sprawą przemówień kluczowych oficjeli banku centralnego, w centrum uwagi ponownie znajdzie się EBC. Inwestorzy czekają na sygnały dotyczące tego, jakiej skali działań stymulacyjnych możemy spodziewać się w grudniu.

USD

Połączenie zwycięstwa kandydata Demokratów, Joe Bidena, i lepszego niż oczekiwano wyniku Republikanów w wyborach wpłynęło na rynek zgodnie z naszymi oczekiwaniami – tj. powodując umiarkowany rajd aktywów ryzykownych i wyprzedaż amerykańskiej waluty. Lepsze od oczekiwań miesięczne dane o zatrudnieniu w USA z piątku sugerują, że wdrożenie ambitnego pakietu fiskalnego w najbliższym czasie jest jeszcze mniej prawdopodobne, pomimo pogorszenia covidowych statystyk w USA. Po okresie istotnych wydarzeń wracamy do obserwowania publikacji makroekonomicznych. Na pierwszy plan w tym tygodniu wysuwają się czwartkowe dane o inflacji w USA.

GBP

Bank Anglii rozszerzył program QE o 150 mld funtów, zwiększając jego pułap do 895 mld funtów. Skala tego rozszerzenia była wyższa niż oczekiwaliśmy zarówno my, jak i rynki. Jednocześnie BoE istotnie obniżył prognozę PKB Wielkiej Brytanii w ostatnim kwartale, dodatkowo sugerując, że wielkość gospodarki może nie wrócić do rozmiaru sprzed pandemii aż do 2022 roku.

Gołębi BoE i brak wyraźnych postępów w negocjacjach na linii Unia Europejska-Wielka Brytania odbiły się na funcie, który w zeszłym tygodniu radził sobie gorzej niż wszystkie pozostałe waluty G10 za wyjątkiem dolara amerykańskiego i jena japońskiego. Ten tydzień wypełniony jest danymi z Wielkiej Brytanii. We wtorek poznamy dane z brytyjskiego rynku pracy, w czwartek natomiast opublikowane zostaną wstępne szacunki PKB w III kwartale. Mogą one jednak nie mieć istotnego przełożenia na zachowanie rynku, ze względu na ich wsteczność i to, że nie pokażą wpływu nowych covidowych restrykcji na gospodarkę Wielkiej Brytanii.

CHF

Frank szwajcarski radził sobie lepiej niż inne waluty safe haven, kończąc tydzień na niemal niezmienionym poziomie w parze z euro. Wzrost zmienności pary EUR/CHF w związku z wyborami w USA okazał się dość ograniczony.

Krajowe wieści z frontu walki z pandemią były mieszane. Z jednej strony liczba nowych infekcji zdaje się stabilizować – Szwajcaria obecnie rejestruje ok. 10 tys. przypadków dziennie. Z drugiej strony jednak, rośnie liczba nowych zgonów. Niemniej restrykcje wprowadzone w kraju są stosunkowo łagodne w porównaniu z wieloma innymi europejskimi krajami. W zasięgu wzroku nie widać również drugiego lockdownu.

Najnowsze dane makroekonomiczne ze Szwajcarii w ujęciu ogólnym były dość pozytywne, jednak nie zmieniają znacząco obrazu sytuacji gospodarczej. Październikowe dane o inflacji, które poznaliśmy w zeszłym tygodniu, pokazały najniższy spadek cen od marca. Inflacja pozostaje jednak ujemna, kształtując się na poziomie -0,6%. Poza dzisiejszymi danymi z rynku pracy, które pokazały stabilizację stopy bezrobocia w październiku, kalendarz ekonomiczny na ten tydzień nie obejmuje żadnych publikacji szczególnie wartych obserwacji. Frank powinien nadal reagować głównie na zmiany rynkowych nastrojów, w poniedziałek po południu waluta doświadcza wyprzedaży, tracąc w związku z poprawą sentymentu do ryzyka po informacjach dotyczących nowej szczepionki.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Elastyczne biura znów na topie

Wraz z rozpowszechnieniem się elastycznego modelu pracy zyskaliśmy pewność, że biura pozostaną niezbędnym elementem dla funkcjonowania firm. Transformacja oczekiwań pracowników, co do sposobu wykonywania pracy, wpłynie jedynie na zmianę ich funkcji 

Ogłoszenie pandemii stało się jednym z punktów zwrotnych dla sektora biurowego. Na początku tego roku rynek elastycznych powierzchni biurowych przeżywał inwestycyjny boom. We wszystkich, dużych ośrodkach biznesowych w kraju zasoby powierzchni coworkingowych i biur serwisowanych szybko rosły. Za wzrostem podaży szło coraz większe zapotrzebowanie na tego typu przestrzeń do pracy. Po marcowym przełomie wszystko się zmieniło. W obecnej rzeczywistości elastyczne biura mają jednak szansę wrócić na ścieżkę wzrostu. Oferują bowiem gotową, dobrze wyposażoną powierzchnię w atrakcyjnym środowisku pracy, a do tego bardzo wygodne warunki najmu i niewygórowane ceny.

– Prawie połowa firm, które myślą o zmianie strategii wobec miejsca pracy rozważa  wykorzystanie dostępnej na rynku oferty biur serwisowanych i centrów coworkingowych. Elastyczne przestrzenie biurowe są coraz bardziej dostosowane, zarówno do nowych wymagań najemców, jak i rosnących wymogów sanitarnych. Klienci poszukują takich rozwiązań, szczególnie jeśli mają na uwadze czas obowiązywania umowy najmu albo możliwości, jakie niosą w przypadku konieczności szybkiej ekspansji czy redukcji powierzchni biurowej. Miejsca pracy w niektórych elastycznych przestrzeniach biurowych można wynająć na bardzo krótki okres, nawet jednego miesiąca, a w niektórych obiektach istnieje możliwość wynajęcia ich na dni czy godziny – mówi Krzysztof Foks, Analyst w Walter Herz.

Optymalne ceny

Plusem elastycznych powierzchni jest na pewno prosta forma rozliczenia kosztów. Zamiast opłacać czynsz, regulować opłaty eksploatacyjne oraz rozliczać się za media, jak w przypadku regularnego najmu, najemca płaci tylko jedną, stałą kwotę na rzecz wynajmującego. W tej cenie zawarte są wszystkie podstawowe opłaty, a często obejmuje ona również dostęp do sal konferencyjnych.

Przyczyn powodzenia, jakim na powrót cieszą się coworkingi i biura serwisowane upatrywać można również w chęci optymalizacji kosztów, co wiąże się z szybkim przechodzeniem firm na pracę zdalną, najczęściej w modelu hybrydowym. Nowa sytuacja na rynku skłania firmy do stosowania modelu hybrydowego, który skupia się na połączeniu długoterminowych umów najmu powierzchni z krótkoterminowym wynajmem przestrzeni coworkingowej, co pozwala zaoferować pracownikom możliwość pracy zdalnej nie tylko z domu. Elastyczne biura stają się coraz bardziej pożądanym rozwiązaniem rynkowym, w miarę jak wrasta liczba freelancerów i osób, które nie chcą dojeżdżać do siedziby firmy i nie mogą stale pracować w domu. Od marca br. pracodawcy tworzą i rozwijają siatki umożliwiające wykonywanie pracy w różnych miejscach. To sprawia, że wzrasta zapotrzebowanie na elastyczną i łatwo dostępną przestrzeń biurową.

Warszawa z największą elastyczną ofertą

Jak wynika z danych zawartych w raporcie – Coworking i powierzchnie serwisowane w Polsce 2020 opracowanym przez Walter Herz, największą ilością elastycznych przestrzeni do pracy dysponuje Warszawa, w której jest blisko 2/3 krajowych zasobów tego rodzaju powierzchni. Największym powodzeniem firm poszukujących takich biur w stolicy cieszą się lokalizacje centralne oraz Mokotów. Na ich obszarze skupionych jest blisko 75 proc. warszawskich centrów coworkingowych. Kolejne miejsce po Warszawie na mapie podaży elastycznych przestrzeni biurowych w Polsce z 13 procentowym odsetkiem krajowej oferty zajmuje Kraków. Za nim plasuje się Wrocław (7 proc.), Poznań (3 proc.) i Trójmiasto (3 proc.).

Biura serwisowane i centra coworkingowe oferują kilka form najmu przestrzeni. Najtańszą opcją jest HotDesk, kiedy najemca zyskuje dostęp do przestrzeni biurowej, w której może zająć dowolne, wolne miejsce rotacyjne. Kolejna opcja to dedykowane biurko, kiedy najemca dostaje wyznaczone, stałe miejsce w przestrzeni open space lub w gabinecie. Do wyboru jest także prywatne biuro w gabinecie dedykowanym tylko jednemu najemcy.

W cenie najmu elastycznej powierzchni zawarte jest wiele udogodnień dla użytkowników, które w przypadku standardowego najmu pracodawca musiałby sam zorganizować. Chodzi m.in. o dostęp do części wspólnych, takich jak kuchnia i strefy wypoczynku. Użytkownicy mogą korzystać z Wi-Fi oraz podstawowych sprzętów biurowych typu skaner i drukarka, a także kawy, herbaty i wody. Mają również zapewnioną obsługę recepcji czy dostęp do zamykanych szafek i budek telefonicznych. Za dodatkową opłatą oferowana jest zaś zwykle obsługa korespondencji, wirtualny adres, obsługa księgowa, prawna i doradcza.

BADANIE: Druga fala pandemii poważnym zagrożeniem dla zdrowia psychicznego Polaków

Niemal co drugi Polak obawia się, że jego zdrowie psychiczne pogorszy się z powodu drugiej fali pandemii. Taki lęk czuje ponad połowa kobiet oraz przeszło czterech na dziesięciu mężczyzn. Ludzie głównie martwią się o to, że zachorują ich bliscy lub oni sami, a także że zabraknie im dostępu do lekarzy lub pieniędzy. Zdecydowanie mniejszy stres wywołuje perspektywa powrotu do pracy zdalnej, a nawet możliwość utraty zatrudnienia. Takie wnioski płyną z ogólnopolskiego badania przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla aplikacji Therapify.

Pandemiczny niepokój

Z badania wynika, że 47% Polaków obawia się, że przez drugą falę pandemii koronawirusa ich zdrowie psychiczne się pogorszy. Z kolei 39% nie podziela tego. Natomiast 14% nie ma zdania na ten temat. Jak podkreśla Damian Markowski z aplikacji Therapify, obawa ta jest naturalną konsekwencją rozwoju epidemii i zmian zachodzących w otaczającej nas rzeczywistości. Ludzie znajdują się w nowej sytuacji, której przede wszystkim nie mogą kontrolować.

– Te wyniki mnie w ogóle nie dziwią. Już pierwsza fala pokazała, że wielu z nas zbliżyło się do granicy wytrzymałości psychicznej, a niektórzy nawet ją przekroczyli. Wówczas byliśmy w stanie przetrzymać znaczny dyskomfort, mając nadzieję na poprawę. Druga fala skonfrontowała nas z brakiem określonego końca oraz znacznie większym zagrożeniem – komentuje dr n med. Agnieszka Popiel z Kliniki Terapii Poznawczo-Behawioralnej Uniwersytetu SWPS.

Uwzględniając płeć badanych, to raczej kobiety bardziej od mężczyzn (52% vs 41%) obawiają się tego scenariusza. Jacek Legierski, psycholog, psychoterapeuta i przewodniczący zarządu Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej, dodaje, że w wielu badaniach stwierdzano większą skłonność kobiet do przeżywania lęku i zamartwiania się. Za przyczynę tego stanu rzeczy wskazywane są zazwyczaj różnice w strategii regulacji emocji, stosowane przez osoby danej płci. Kobiety wydają się też częściej koncentrować na negatywnych myślach. Natomiast mężczyźni jako regulację emocji wybierają działanie i rzadziej też ujawniają negatywne emocje.

Powody do lęków

Polacy przede wszystkim boją się, że zachorują ich bliscy. Często też sądzą, że do ich stanu przyczyni się brak dostępu do lekarzy. Oczywiście obawiają się również, że sami zachorują. Ponadto poważny niepokój budzi perspektywa gorszych warunków finansowych i sama izolacja społeczna.

– Od kwietnia na naszym uniwersytecie prowadzimy badanie COVID-STRES. W pierwszej fali pandemii wyniki były odwrotne i dominowały obawy o czynniki finansowe oraz zawodowe. Wówczas przekazy w mediach dotyczyły dramatycznej sytuacji w Bergamo, Peru czy Hiszpanii. Ale teraz jest zgoła inaczej. Każdego dnia słychać o zapaści i dezorganizacji w ochronie zdrowia – podkreśla dr Popiel.

Jak dodaje Damian Markowski, obawy o zakażenie czy brak dostępu do lekarzy występowały już podczas pierwszego lockdownu. Wtedy mieliśmy np. kilkanaście zakażeń dziennie, a w ostatnim czasie liczba nowych przypadków drastycznie rośnie. Ale problem z dostępem do lekarzy nie pojawił się teraz. System opieki zdrowotnej był już wcześniej przeciążony, a COVID-19 tylko sprawił, że stał się on teraz szczególnie widoczny.

– Potwierdzenie nasilonych obaw o zdrowie bliskich w dobie pandemii jest spójne z doniesieniami z innych krajów. Tam również wyższy odsetek osób obawiał się zachorowania bliskich niż o własne zdrowie. We wszystkich najczęściej wskazywanych lękach można znaleźć wspólne cechy. Są nimi niepewności. Jest to też niski poziom postrzeganej kontroli nad pojawieniem się zagrożenia i możliwością radzenia sobie z nim. Mówiąc prościej, to obawy przed tym, co może się zdarzyć, a czego jeszcze nie doświadczyliśmy – analizuje Jacek Legierski.

Najmniej niepokoju budzi powrót do zdalnej pracy, brak dostępu do leków oraz możliwość utraty zatrudnienia. Jak zaznacza ekspert z aplikacji Therapify, wprowadzenie powszechnej pracy na odległość podczas wiosennego lockdownu mogło być rewolucją lub nawet szokiem dla wielu osób, więc pojawił się naturalny lęk przed nieznanym. Jednak udało się go opanować poprzez zdobyte doświadczenie.

– Mniejsza częstotliwość wskazywania tych zdarzeń jako zagrożenia może mieć związek z doświadczeniami z poprzedniej tzw. fali. Ludzie mogli zdążyć się przyzwyczaić do pracy zdalnej. Nie zabrakło leków w aptekach ani żywności w sklepach, mimo takich przewidywań. Nie było też masowych zwolnień. Chociaż obawa o utratę pracy jest tu najczęstsza, bo przy dłużej trwającym lockdownie skutki dla gospodarki są trudno przewidywalne – dodaje przewodniczący zarządu PTTPiB.

Odporni na kryzys

Osoby, które wskazały, że nie obawiają się pogorszenia swojego zdrowia psychicznego, głównie używają argumentu, że mają dość mocną psychikę. Często też wskazują, że odpowiednio dbają o siebie i swój komfort życia, a ponadto izolacja społeczna nie jest im straszna. Dalej widzimy takie odpowiedzi jak brak obawy przed wykonywaniem pracy zdalnej i własną chorobą.

Zdrowie psychiczne Polaków w czasie pandemii – INFOGRAFIKA – Copyright by UCE RESEARCH 3xzdrowie Centrum Medyczne– Uzasadnienie respondentów w przytaczanym badaniu brzmi sensownie. Możemy rozumieć nasilenie emocji jako wprost proporcjonalne do postrzeganego zagrożenia, a odwrotnie do możliwości poradzenia sobie w danej sytuacji. Zatem przeświadczenie o dysponowaniu zasobami, czyli „mam mocną psychikę, umiem o siebie dbać, dam radę w warunkach izolacji”, chroni przed lękiem. A doświadczenie silnego lęku jest dla wielu osób miarą pogorszenia zdrowia psychicznego – opisuje ekspert z SWPS.

Z kolei ww. osoby najrzadziej zaznaczają, że nie mają obaw o to, że ich bliscy zachorują. Dalej są takie uzasadnienia, że nie trzeba się bać utraty pracy i pogorszenia warunków finansowych. Według Damiana Markowskiego, to może jedynie świadczyć o braku zdawania sobie sprawy z powagi sytuacji. Przekonanie o tym, że mnie lub moim bliskim nie grozi ryzyko, nie ma racjonalnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Przy obecnym dziennym wzroście liczby zakażeń, to właściwie może dotyczyć każdego z nas. Opieranie swojego komfortu psychicznego na przekonaniach o całkowitym braku zagrożenia może mieć negatywne konsekwencje.

Badanie zostało przeprowadzone na zlecenie aplikacji Therapify w dniach 31.10-01.11.2020 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland na reprezentatywnej próbie 1 023 dorosłych Polaków.

Wynajem długoterminowy aut i Rent a Car po III kw. 2020

Wynajem długoterminowy aut wciąż hamuje w wyniku pandemii. Po trzecim kwartale branży udało się jednak nadal utrzymać wzrost na poziomie 2,8% r/r.

Jak wynika z danych opublikowanych przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), w trzecim kwartale bieżącego roku rynek motoryzacyjny i flotowy w Polsce nadal wyraźnie odczuwał wpływ pandemii koronawirusa, notując wyniki znacząco gorsze od tych osiąganych w poprzednich latach. Pomimo, że trzeci kwartał, ze względu na kilkumiesięczne odmrożenie gospodarki, był jak na razie najlepszym czasem w tym roku dla rynku motoryzacyjnego w kraju, to spadek sprzedaży nowych aut w porównaniu z rokiem poprzednim był nadal dwucyfrowy. Branża wynajmu długoterminowego samochodów, podobnie jak w pierwszym półroczu, także w trzecim kwartale wyróżniała się na tym tle dodatnią dynamiką rozwoju na poziomie 2,8% r/r. Tempo wzrostu branży jest jednak coraz mniejsze w każdym kolejnym kwartale 2020 r. Branża zakupiła w trzecim kwartale o 9,3% mniej nowych aut osobowych niż rok wcześniej i spadek ten był nieco mniejszy niż w przypadku konkurencyjnych form finansowania samochodów.

Odmrożenie gospodarki, podróże wakacyjne i biznesowe, a także częściowe przywrócenie ruchu lotniczego pozwoliły osiągnąć branży Rent a Car (wypożyczalnie samochodów) w trzecim kwartale nieco lepsze wyniki. Lepsze, niestety nie znaczy dobre – branża Rent a Car zanotowała bowiem wciąż znaczący spadek – na poziomie -13,4% r/r. Spośród wszystkich form wynajmu aut, to właśnie wypożyczalnie samochodów ucierpiały w Polsce do tej pory najbardziej w wyniku pandemii. Co gorsza, dynamicznie pogarszająca się w czwartym kwartale sytuacja epidemiczna w kraju i liczne obostrzenia z nią związane, powodują że branża Rent a Car musi się ponownie zmagać z bardzo dużymi trudnościami, zbliżonymi do tych z wiosny tego roku. Co więcej, jeśli nie zostaną uruchomione mechanizmy publicznego wsparcia dla wypożyczalni samochodów, to eksperci PZWLP alarmują, że część firm z tej branży może mieć kłopoty z przetrwaniem drugiej fali pandemii.   

Rok 2020, ze względu na pandemię koronawirusa, jest jednym z najtrudniejszych w historii branży motoryzacyjnej. Od początku roku do końca września, a więc w okresie trzech kwartałów, z salonów w Polsce wyjechało o ponad 115 tys. nowych samochodów osobowych mniej niż w analogicznym czasie roku ubiegłego. Głównym filarem polskiego rynku motoryzacyjnego niezmiennie pozostają firmy, które odpowiadały w pierwszych dziewięciu miesiącach roku za zakup 70% pojazdów. Ale i sprzedaż do firm zanotowała gigantyczny spadek – klienci instytucjonalni nabyli w okresie styczeń – wrzesień o 78 tys. nowych samochodów osobowych mniej niż rok temu.

Trzeci kwartał z najmniejszymi spadkami sprzedaży aut

Trudno mówić tu o polepszeniu sytuacji, a raczej o tzw. mniejszym złu, ale relatywnie do innych okresów bieżącego roku, najlepszym – to znaczy z najmniejszymi spadkami sprzedaży – okazał się być do tej pory trzeci kwartał roku. Znaczące odmrożenie gospodarki i częściowy ogólny powrót do normalnego, sprzed pandemii, funkcjonowania społeczeństwa, biznesu i przedsiębiorców, to czynniki które przełożyły się na zmniejszenie skali recesji na rynku motoryzacyjnym w kraju w tym czasie.

W efekcie, w trzecim kwartale sprzedaż nowych aut osobowych do firm sięgnęła 86,5 tys. pojazdów i była o 11% mniejsza niż rok temu. „Tylko” o 11% mniejsza, bo dla porównania w całym pierwszym półroczu spadek w tym zakresie wyniósł aż 35%.Sprzedaż nowych aut do firm w 2020 – wynajem długoterminowy vs cały rynek firmowy

Podobnie jak we wcześniejszych okresach bieżącego roku, tak i w trzecim kwartale, najmniejszy spadek zanotowała branża wynajmu długoterminowego aut – na poziomie -9,3% r/r. W okresie lipiec – wrzesień branża wynajmu długoterminowego zakupiła na potrzeby oferowanych przez siebie usług 19,4 tys. nowych aut osobowych. Dla porównania, w przypadku konkurencyjnych form finansowania samochodów firmowych, czyli kredytu, zakupu i klasycznego leasingu finansowego liczonych razem, spadek był na podobnym poziomie i wyniósł -11,5% r/r.    Sprzedaz nowych aut osobowych w III kw. 2020 – wynajem dlugoterminowy vs reszta rynku

Na 86,5 tys. nowych aut osobowych, które zostały sprzedane w trzecim kwartale roku do firm, więcej niż co piąty samochód (22,4%) był nabywany w wynajmie długoterminowym. Oznacza to, że udział branży w sprzedaży nowych samochodów do firm zwiększył się w ciągu roku o 0,4%.Udział wynajmu długoterminowego aut – sprzedaż nowych aut osobowych III kw. 2020

Wynajem długoterminowy nadal hamował, ale coraz łagodniej. Druga fala pandemii może negatywnie wpłynąć na branżę.

Biorąc pod uwagę najważniejszy wskaźnik rozwoju branży, a więc łączną liczbę samochodów znajdujących się w usłudze Full Serwis Leasing (finansowanie auta wraz z jego pełną obsługą), wynajem długoterminowy zanotował po trzecim kwartale roku wciąż wzrost – na poziomie 2,8% r/r. Tempo wzrostu branży jest jednak w każdym kolejnym kwartale roku coraz niższe. Branża cały czas hamuje, jednakże w trzecim kwartale hamowanie było to już znacznie łagodniejsze niż w kwartale pierwszym, czy drugim.Tempo wzrostu wynajmu długoterminowego

Informacja, że po trzecim kwartale tego roku branża wynajmu długoterminowego pokazała stabilność, zdołała wypracować niewielki wzrost rok do roku, jest mimo wszystko pozytywna – mówi Robert Antczak, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska. – Na tle ogólnej sytuacji gospodarczej, sytuacji na rynku motoryzacyjnym oraz biorąc pod uwagę konkurencyjne formy finansowania, wynajem długoterminowy wciąż się wyróżnia. Choć jest to bardzo umiarkowany optymizm. Skala trwającej obecnie drugiej fali pandemii i jej wpływ jest trudny do określenia, a niestety zaczynamy po raz wtóry w tym roku mierzyć się z obostrzeniami, ograniczeniami życia społecznego i gospodarczego. Przełoży się to najprawdopodobniej negatywnie na sytuację w branży wynajmu długoterminowego w czwartym kwartale tego roku. Ciężko w tym momencie przewidzieć, czy ten negatywny wpływ będzie na tyle duży co na wiosnę, ale z pewnością będzie miał miejsce. W związku z tym trzeba założyć, że krzywa obrazująca dynamikę rozwoju naszej branży, a także całej gospodarki, nie będzie miała, jak wcześniej prognozowano, kształtu litery U czy V, ale dzisiaj jest już przesądzone, że będzie to przebieg przypominający raczej literę W, a kolejne fale pandemii wystąpią również w przyszłości.

Diesle stanowią już tylko połowę wszystkich aut w wynajmie długoterminowym

Dane na koniec trzeciego kwartału 2020 r. potwierdzają trwający już od dłuższego czasu trend rynkowy stopniowego odchodzenia firm od samochodów z silnikami Diesla. Napędy dieslowskie stanowiły we flotach w wynajmie długoterminowym już niewiele ponad połowę ogółu, dokładnie 54,5% i ich udział w łącznym parku pojazdów zmniejszył się w ciągu ostatniego roku o 4,4%. Silniki wysokoprężne są wypierane przez jednostki benzynowe, które napędzały na koniec września już 40,4% aut, zyskując tym samym 2,1% r/r udziału w całej flocie. Ponadto, Diesel jest zastępowany napędami ekologicznymi, a więc hybrydowymi i w pełni elektrycznymi. Samochody wyposażone w ekologiczne jednostki napędowe reprezentowały na koniec trzeciego kwartału już 5,1% wszystkich aut w wynajmie długoterminowym, a ich udział w całym parku pojazdów zwiększył się w ciągu roku o 2,3%. Należy przy tym podkreślić, że wśród samochodów ekologicznych zdecydowanie dominują te wyposażone w napędy hybrydowe, a auta w pełni elektryczne stanowią tylko 0,4% wszystkich pojazdów w wynajmie długoterminowym.Napędy w wynajmie długoterminowym aut na koniec III kw. 2020

Zwrot w kierunku samochodów przyjaznych środowisku jest już widoczny w wynajmie długoterminowym i to jest bardzo dobra wiadomość – mówi Jacek Studziński, Członek Zarządu PZWLP, Dyrektor Finansowy i Członek Zarządu LeasePlan Polska. – Ale żeby jazda samochodem  elektrycznym stała się w Polsce zdroworozsądkowym wyborem, potrzebujemy działań rządowych. Mamy nadzieję, że planowane uruchomienie dotacji publicznych na zakup samochodów elektrycznych przez firmy obejmie również możliwość finansowania takich pojazdów w ramach wynajmu długoterminowego, co powinno przełożyć się na wzrost popytu na te pojazdy. Wynajem długoterminowy jest obecnie jedną z wiodących form nabywania samochodów przez firmy i popularność  tego rozwiązania w naszym kraju stale rośnie. Finansowanie samochodów elektrycznych w ramach wynajmu długoterminowego mogłoby przyczynić się do znacznego wzrostu ich liczby na polskim rynku.

Średnia emisja dwutlenku węgla nowych samochodów osobowych zakupionych przez branżę wynajmu długoterminowego w trzecim kwartale 2020 roku była o 2,1% i 2,8 g/km niższa niż rok wcześniej i wyniosła 127,7 g/km. Jeśli zaś chodzi o auta dostawcze, to średnia emisja w ich przypadku wyniosła 159,5 g/km i była wyższa o 3,6% i 5,5 g/km w stosunku do stanu sprzed roku.  Emisja CO2 nowych aut w wynajmie długoterminowym – III kw. 2020

W liczącej na koniec trzeciego kwartału ponad 179 tys. aut* flocie w wynajmie długoterminowym firm należących do PZWLP, wśród najpopularniejszych samochodów znalazły się: Skoda Octavia, Opel Astra, Volkswagen Passat i Volkswagen Golf.

Branża Rent a Car najmocniej dotknięta przez pandemię – eksperci PZWLP alarmują, że bez programów wsparcia, część firm może mieć kłopoty z przetrwaniem drugiej fali

Skutki spowolnienia spowodowanego pandemią koronawirusa spośród wszystkich form wynajmu aut najsilniej odczuwa w Polsce branża Rent a Car (wypożyczalnie samochodów). W jej przypadku samochody są wynajmowane na okresy krótkie (1-30 dni) oraz średnie (1 miesiąc – 2 lata), co powoduje, że obostrzenia związane z ruchem lotniczym, zamykaniem granic państw, przemieszczaniem się osób w celach turystycznych czy biznesowych, mają zasadniczy wpływ na kondycję branży.

W trzecim kwartale roku, dzięki odmrożeniu gospodarki, częściowemu wznowieniu pracy lotnisk i ruchu lotniczego oraz podróżom wakacyjnym i biznesowym, branża Rent a Car odnotowała nieco mniejszy spadek, niż we wcześniejszych okresach bieżącego roku, który wyniósł -13,4% r/r.Dynamiki rozwoju branży Rent a Car w 2020

Pomimo, że wyniki branży Rent a Car były trochę lepsze w trzecim kwartale, to nadal mówimy o bardzo dużym spadku w stosunku do roku ubiegłego – mówi Maciej Tórz, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Rentis SA. – Wypożyczalnie samochodów, podobnie jak branża gastronomiczna, czy turystyczna, w sposób bezpośredni i niemalże natychmiastowy odczuwają skutki pandemii i wprowadzanych w jej wyniku ograniczeń gospodarczych, społecznych, w przemieszczaniu się i ruchu lotniczym. Wiosenny lockdown postawił branżę Rent a Car w bardzo trudnej sytuacji, doprowadzając do prawie całkowitego zamrożenia jej działalności i realnego zagrożenia utratą płynności wielu wypożyczalni aut. Niestety, druga fala pandemii i kolejne wprowadzane ograniczenia w czwartym kwartale, powodują, że sytuacja naszej branży ponownie staje się bardzo trudna. Musimy z przykrością jasno powiedzieć, że bez wdrożenia publicznych działań pomocowych czy programów wsparcia dla branży Rent a Car, np. wakacji czynszowych za wynajem lokali, czy miejsc parkingowych w portach lotniczych, wiele wypożyczalni samochodów w naszym kraju może mieć trudności z przetrwaniem drugiej fali pandemii i zachowaniem dotychczasowego zakresu działalności. Bez pomocy, część firm może zostać zmuszona do procesów restrukturyzacyjnych, redukcji floty aut przeznaczonych na wynajem, a w niektórych przypadkach scenariusze mogą być trudne do przewidzenia.

Branża Rent a Car jest obecnie reprezentowana w PZWLP przez 6 dużych, sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów, których łączna flota** w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła na koniec września 2020 roku blisko 15 tys. aut (14.790).

Banki u progu drugiej fali pandemii

Druga fala pandemii, która okazała się być znacznie poważniejsza od kreślonych latem trudnych scenariuszy, może spowodować kolejne kłopoty na rynkach finansowych, w szczególności w obszarze kredytów hipotecznych mocno powiązanych z branżą nieruchomości. Obecnie, nie ma jeszcze pełnego lockdownu, jednak banki, a więc instytucje głównie odpowiadające za politykę kredytową w Polsce, zaczęły już od kilku tygodni wprowadzać zmiany w swoich ofertach. Jakie rozwiązania wdrażają? Na co powinni przygotować się przyszli kredytobiorcy? Jakie ważne decyzje podjęły czołowe banki?

Odbudowa popytu zatrzymana?

Najnowszy odczyt BIK Indeksu –  popytu na kredyty mieszkaniowe wyniósł w październiku +8,1%, co oznacza, że w ostatnim miesiącu, w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 8,1% w porównaniu z październikiem 2019 roku Równocześnie z raportu BIK dowiadujemy się, iż w październiku 2020 roku o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 38,44 tys. potencjalnych kredytobiorców, w porównaniu do 39,12 tys. rok wcześniej – jest to spadek o -1,7%. W porównaniu do września 2020 roku, liczba wnioskujących wzrosła o 2%, zaś w stosunku do minimum z kwietnia 2020 roku wzrosła aż o 38,2%. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w październiku br. wyniosła 297,77 tys. zł i była o 5,3% wyższa niż w październiku 2019 roku.

Dane z rynku kredytów hipotecznych pokazują, że chociaż popyt nie odbudował się do poziomu sprzed pandemii to osiągnął on najwyższy wskaźnik notowany od momentu załamania związanego z pierwszym lockdownem na początku roku, a jego pozytywna zmiana miesiąc do miesiąca jest faktem już od czerwca br. Tym niemniej, wkroczyliśmy w drugą jesienną falę pandemii, która okazała się jak do tej pory znacznie poważniejsza niż najczarniejsze scenariusze epidemiologów, co z pewnością będzie mieć negatywny wpływ na rynek kredytów hipotecznych w końcówce roku 2020 –– wskazuje Kinga Burcan, ekspert kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance.

Trudniej o wybrane kredyty

Banki już od pewnego czasu zaczęły przygotowywać się na taki scenariusz korygując własne polityki kredytowe czy dokonując zmian na poziomie operacyjnym, co również ostatecznie ma wpływ na proces kredytowy. Alior Bank już od 14 sierpnia 2020 roku do odwołania czasowo wstrzymał możliwość procesowania nowych wniosków kredytowych z przeznaczeniem na cel konsolidacyjny, konsumpcyjny, mieszany i komercyjny.

Z kolei ING zdecydowało się wprowadzić ograniczenia związane z kredytowaniem przedsiębiorców w wybranych branżach. Dotknęły one podmiotów z takich obszarów jak: gastronomia, kultura/rozrywka/rekreacja, turystyka, zakwaterowanie – wskazuje Kinga Burcan, ekspert kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance.

mBank także tymczasowo wprowadził zmiany w polityce kredytowej. Dotyczą one braku możliwości podwyższenia LtV o dodatkowe 10pp objętego ubezpieczeniem NWW dla trzeciego i czwartego kredytu.

Inne ważne zmiany

Warto zwrócić uwagę, że PKO BP skróciło okres ważności decyzji kredytowej. Oznacza to w przypadku tego podmiotu powrót do wyłącznie 36-dniowej ważności takiej decyzji oraz możliwości analizy zdolności kredytowej w krótszym ujęciu czasowym.

Dodatkowo, PKO BP zmodyfikowało indywidualną ocenę stabilności przychodów dla osób prowadzących działalność gospodarczą oraz zrezygnowało z porównywania średniorocznego dochodu w roku bieżącym vs rok ubiegły. Zmiany w polityce tego banku obowiązują od 21 października 2020 roku i dotyczą wniosków, w sprawie których od tego dnia będzie podejmowana decyzja kredytowa – mówi Kinga Burcan, ekspert kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance.

Bank Pekao SA od 30 października 2020 r. do odwołania ograniczył do sześciu godzin otwarcie placówek dla klientów. Zachował jednocześnie ośmiogodzinny tryb pracy pracowników w każdym oddziale.

Niektóre banki stały się bardziej przezorne i w większym stopniu – niż dotychczas – prześwietlają możliwości finansowe klientów. Muszą mieć pewność, że w tych niepewnych czasach, przyszły kredytobiorca będzie systematycznie spłacał zaciągnięte zobowiązanie finansowe. Warto mieć to na uwadze, ale też nie rezygnujmy ze starań o własne mieszkanie czy dom. Nie możemy z góry zakładać, że zostaniemy odesłani z kwitkiem – mówi Kinga Burcan, ekspert kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance.

Szczepionka albo kolejne, długotrwałe załamanie

Druga fala pandemii – trudniejsza od konserwatywnych nawet oczekiwań epidemiologów – z pewnością wymusi po raz kolejny znaczące osłabienie popytu spowodowane ponownym lockdownem, ale również zupełnie inną sytuacją kredytobiorców, którzy, jak chociażby w przypadku osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, nie mogą już liczyć na taką osłonę państwa jak w czasie pierwszej fali.

Wydaje się, że w obecnej sytuacji dopiero okres późnej wiosny 2021 roku, ewentualnie pojawienie się farmakologicznej szczepionki przeciwko COVID-19, będzie swoistą szczepionką oraz zabezpieczeniem dla rynku kredytów hipotecznych i długotrwałej fali odbudowy popytu na nim – wskazuje Kinga Burcan,  ekspert kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance.

Ulga IP Box na razie dla wąskiego grona podatników

Znakomita większość interpretacji indywidualnych dotyczących ulgi IP Box dotyczy możliwości objęcia nią dochodów generowanych przez jednoosobowe działalności gospodarcze zajmujące się tworzeniem oprogramowania. W rezultacie z opodatkowania 5-procentową preferencyjną stawką podatkową skomercjalizowanych praw własności intelektualnej korzystają najczęściej programiści rozliczający się z kontrahentami na podstawie umów B2B. Tę tendencję potwierdzają wstępne dane Ministerstwa Finansów za 2019 r. Z ulgi IP Box miało skorzystać 1601 podatników PIT oraz zaledwie 49 podatników CIT, czyli MŚP i dużych przedsiębiorstw, które mają największy wpływ na wzrost polskiej innowacyjności.

Ulga IP Box (Innovation Box), mimo że obowiązuje od 1 stycznia 2019 r., wciąż budzi u podatników wątpliwości prawne, a mechanizm jej stosowania nie jest do końca jasny. Samo wytworzenie kwalifikowanego prawa własności intelektualnej, mieszczącego się na zamkniętej liście wprost wskazanej w ustawie o CIT, to dopiero początek drogi do uzyskania podatkowych oszczędności. Przedsiębiorca musi jeszcze m.in. przygotować szczegółowe zestawienie kosztów związanych z tworzonym kwalifikowanym IP, obliczyć wskaźnik nexus oraz określić dochód związany z komercjalizacją wytworzonego kwalifikowanego IP. Nie jest to proste, dlatego wciąż niewielka liczba podatników sięga po nową ulgę.

Czas rejestracji IP jest kluczowy

Z IP Box korzystają najchętniej programiści, ponieważ autorskie prawo do programu komputerowego, będące kwalifikowanym IP, nie wymaga dodatkowego procesu weryfikacyjnego czy też rejestracyjnego, co w znaczący sposób ułatwia i przyśpiesza proces korzystania z ulgi. Co prawda wśród kwalifikowanych praw własności intelektualnej występują również takie, dla których proces rejestracyjny jest znacznie krótszy niż w przypadku patentu (tutaj cała procedura może potrwać nawet 5-6 lat), jednak nie są one tak popularne na polskim rynku, jak tworzenie programów komputerowych.

Za przykład prawa własności intelektualnej, którego rejestracja przebiega w miarę szybko, można podać prawo z rejestracji topografii układu scalonego. Jednak w 2018 r. zarejestrowano je w Polsce 20 razy, a rok później już tylko 9 razy. Niewielka liczba IP innych niż autorskie prawo do programu komputerowego (np. patenty, wzory przemysłowe i użytkowe) sprawia, iż IP Box nie cieszy się na razie dużą popularnością wśród podatników CIT – dodaje Tomasz Stańczyk, Konsultant w Dziale innowacji, ulg i dotacji w Ayming Polska.

Wyliczanie dochodu generowanego

Jednym z większych wyzwań dla przedsiębiorców w ramach IP Box była kwestia określenia dochodu generowanego z kwalifikowanego IP w przypadku sprzedaży produktów nim objętych. Podatnicy mają obowiązek wskazania, jaka część dochodu ze sprzedaży wynika bezpośrednio z udziału kwalifikowanego IP w cenie oferowanych produktów. Metodologia określania wysokości takiego dochodu jest skomplikowana
i nierzadko stanowi dla przedsiębiorców duże wyzwanie. Co więcej, podatnicy czasem wprost oświadczają, że nie są w stanie wykonać tego w rzetelny sposób.

Taką sytuację w interpretacji indywidualnej opisuje jeden z wnioskodawców. W stanie faktycznym stwierdza, że: „[…] nie jest możliwe wymierne określenie, w jakim konkretnie zakresie powyższe prawa własności intelektualnej rzeczywiście wpływają/wpłyną na wolumen sprzedaży Towarów ani na przychody Spółki ze sprzedaży konkretnego Produktu […]. Z tego względu, w ocenie Wnioskodawcy, całość dochodów ze sprzedaży Towarów objętych Wzorem przemysłowym bądź Patentem […] wyrażona w cenie netto sprzedaży tych Towarów powinna być brana pod uwagę na potrzeby obliczenia wysokości dochodu z kwalifikowanego prawa własności intelektualnej” (0112-KDIL3-3.4011.347.2019.1.MM). Dyrektor KIS nie zakwestionował stanowiska wnioskodawcy, uznając je w całości za prawidłowe.

Interpretacje indywidualne na wątpliwości

Dotychczasowe małe zainteresowanie ulgą IP Box nie musi oznaczać, że w przyszłości nie stanie się ona bardziej popularną preferencją wśród MŚP i dużych firm. Pozytywnym sygnałem jest to, że z miesiąca na miesiąc coraz bardziej ugruntowana staje się praktyka interpretacyjna w zakresie IP Box, a kolejne interpretacje indywidualne rzucają nowe światło na ten mechanizm podatkowy. Na początku istnienia ulgi dużo emocji budził na przykład aspekt definicji programu komputerowego, której próżno doszukiwać się
w polskim prawie. Obecnie indywidualne interpretacje podatkowe dość jasno wskazują, że oprogramowanie podlega takiej samej ochronie jak utwór literacki w świetle art. 30ca ust. 2 pkt 8 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (0113-KDIPT2-3.4011.600.2019.3.JŚ). Takie stanowisko Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej skutecznie rozmywa granicę między programem komputerowym
a oprogramowaniem, które nie zawsze musi mieć formę programu komputerowego w intuicyjnym tego słowa znaczeniu.

Warto jednak zauważyć, że Indywidualna Interpretacja Podatkowa odnosi się jedynie do opisanego stanu faktycznego i nie może stanowić wykładni prawa. W związku z tym niefortunnie przedstawiony opis stanu faktycznego może skłonić Dyrektora KIS do zgoła odmiennych wniosków w przypadku innych podatników tworzących oprogramowanie komputerowe – komentuje Tomasz Stańczyk, Konsultant w Dziale innowacji, ulg i dotacji w Ayming Polska.

Przykładem takiej sytuacji jest interpretacja, w której czytamy:

„W niniejszej sprawie Wnioskodawca tworzy nowe części lub przetwarza istniejące części programów komputerowych już istniejących, w wyniku czego nie powstają odrębne programy komputerowe (nowe kwalifikowane prawa własności intelektualnej w postaci nowych autorskich praw do programów komputerowych), w konsekwencji efekty działalności badawczo-rozwojowej prowadzonej przez Wnioskodawcę nie stanowią kwalifikowanego prawa własności intelektualnej […]” (0115-KDIT1.4011.3.2019.3.DW).

Spółki giełdowe z branż FMCG i finansowej najlepiej wynagradzają członków swoich zarządów i rad nadzorczych

Mediana wynagrodzeń członków zarządów spółek giełdowych w 2019 r. wyniosła 1,048 tys. zł, co stanowi niewielki wzrost w porównaniu z poprzednim rokiem. Najwyższy wzrost odnotowały spółki z indeksu WIG20 – wynika z raportu PwC „Wynagrodzenia członków zarządów i rad nadzorczych spółek giełdowych 2019”. Autorzy opracowania podkreślają, że nadal widoczna jest znaczna dysproporcja pomiędzy wynagrodzeniami prezesów i członków zarządu – przeciętna pensja członka zarządu stanowi ok. 70% uposażenia prezesa.

Wynagrodzenia zarządów

Jak wynika z raportu rok 2019 pokazuje nieznaczny trend wzrostowy mediany wynagrodzeń członków zarządu we wszystkich indeksach, jak i wśród badanych spółek łącznie. Najwyższy wzrost (z 1,3 tys. zł do 1,650 tys. zł) odnotowały spółki tworzące WIG20.

Charakterystyczna pozostaje dysproporcja pomiędzy wynagrodzeniami prezesów i członków zarządu. W spółkach należących do sWIG80 oraz WIG20, zarówno w zakresie mediany, jak i średniej, wynagrodzenie członka zarządu stanowi ok. 70% wynagrodzenia prezesa. Najlepiej zarabiających prezesów znajdziemy wśród spółek w mWIG40.

Jedne z wyższych średnich i median wynagrodzeń występują w sektorach finansowym i FMCG. Na drugim biegunie znalazła się branża IT. Jak tłumaczą eksperci PwC, relatywnie niskie wartości wynagrodzeń w tym sektorze, który na poziomie pracowników niższego szczebla jest kojarzony z wysokim poziomem płac, znajdują swoje uzasadnienie w dość częstym udziale właścicieli czy pomysłodawców biznesu we władzach. Również udział właścicieli we władzach spółek stwarza możliwość realizowania płatności ze spółki także w innych modelach niż wynagrodzenie za funkcję korporacyjną.

Patrząc w przyszłość i prognozując zmiany w trendach na kolejne lata, prawdopodobnym wydaje się jeszcze mocniejsze i wielowymiarowe powiązanie zmiennych składników wynagrodzenia członków zarządu ze strategią i w konsekwencji z wynikami firmy. Do tej pory zmiany w tym obszarze były stymulowane najczęściej zmianami regulacyjnymi. Niepewność rynkowa i wynikająca z niej potrzeba szeroko rozumianej elastyczności w modelach zatrudnienia i wynagradzania, wywołana pandemią koronawirusa, mogą być kolejnymi – tym razem nie regulacyjnymi – czynnikami stymulującymi zmiany w tym obszarze.

Katarzyna Komorowska, partner w PwC, lider zespołu People & Organization
Analiza PwC obejmuje również badanie różnorodności członków zarządów spółek giełdowych. Zebrane dane pokazują, że struktura demograficzna zarządów w 2019 r. nie uległa znaczącym zmianom w porównaniu do roku poprzedniego, zwłaszcza w zakresie zróżnicowania płci. Udział kobiet na stanowiskach prezesów spółek spadł o 1 p.p., zaś w przypadku członków zarządu pozostał na niezmienionym poziomie. Dodatkowo, w porównaniu z 2018 r. widoczny jest nieznaczny spadek udziału osób o zagranicznym obywatelstwie wśród członków zarządu (z 13% do 9%).

Pozytywnym trendem jest zmniejszanie się dysproporcji w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn. Członek zarządu – mężczyzna przeciętnie może liczyć na wynagrodzenie zasadnicze w wysokości 876 tys. zł, podczas gdy kobieta, będąca jego odpowiednikiem, otrzyma 862 tys. zł.

Wynagrodzenia rad nadzorczych

Jak wynika z danych zebranych w raporcie PwC mediany wynagrodzenia rad nadzorczych pozostają na zbliżonym poziomie od trzech lat i wynoszą: 81 tys. zł (2017 r.), 85 tys. zł (2018 r.) i 84 tys. zł rocznie (2019 r.). Przewodniczący i członkowie rad nadzorczych w 2019 roku mogli liczyć na podobny poziom wynagrodzeń, co w roku poprzednim – odpowiednio 97 tys. zł i 81 tys. zł rocznie. Na podobnym poziomie (ok. 10% badanej populacji) utrzymuje się grupa osób niepobierających wynagrodzenia.

Członek rady nadzorczej spółki z WIG20 może liczyć na blisko dwa razy wyższe wynagrodzenie niż osoba zasiadająca w spółce WIG80. Branże finansowa i FMCG wynagradzają swoje rady najwyżej. Nadal jednak 28% członków rad nadzorczych może liczyć na roczne wynagrodzenie w przedziale 36-84 tys. zł rocznie. To najczęściej występujący przedział w badanej populacji.

Autorzy raportu zwracają uwagę, że w porównaniu do lat ubiegłych widoczny jest spadek liczby członków zasiadających w większej liczbie rad nadzorczych, co może być związane z rosnącymi wymogami i odpowiedzialnością przy braku proporcjonalnego wzrostu wynagrodzeń. Stopniowy spadek liczby osób zasiadających w kilku radach nadzorczych ogranicza grono doświadczonych profesjonalistów pełniących te funkcje na polskim rynku. Nie widać też niestety pozytywnych zmian w obszarze różnorodności. Kobiet w radach nadzorczych jest nadal niewiele (pozytywnie wyróżniają się tu spółki z WIG20 z 21% udziałem kobiet w organie nadzorczym), podobnie jak obcokrajowców.

Choć badania pokazują, że różnorodność pozytywnie przekłada się na osiągane przez spółki wyniki, w większości sektorów brakuje regulacji czy choćby miękkich rekomendacji w tym zakresie. Wyjątkiem jest branża finansowa, gdzie stosowane są impulsy nadzorcze ze strony instytucji europejskich (EBA oraz ESMA), które w postaci wytycznych dotyczących oceny odpowiedniości członków organów zarządzających i nadzorczych, nałożyły na nadzorowane przez siebie instytucje obowiązek dążenia do zapewnienia odpowiedniego zróżnicowania w składach kluczowych organów.

Małgorzata Fiedorczuk, starszy menedżer w zespole People & Organization w PwC
Raport „Wynagrodzenia członków zarządów i rad nadzorczych spółek giełdowych 2019” został zaprezentowany 4 listopada 2020 r. podczas Forum Rad Nadzorczych. Nagranie z wydarzenia jest dostępne na stronie https://bit.ly/3k53OwN. Forum Rad Nadzorczych jest wspólną inicjatywą Giełdy Papierów Wartościowych, PwC i Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych. Celem FRN jest kompleksowe wspieranie członków rad nadzorczych w pełnieniu ich strategicznej roli w spółce. W ramach inicjatywy odbywają się spotkania warsztatowe oraz konferencje. Forum to także centrum badań i analiz poświęconych kluczowym wyzwaniom rynkowym oraz profesjonalizacji członków rad nadzorczych.