P. Kwiecień (XTB): Wzrost gospodarczy w całym 2017 roku może się zbliżyć do 4 proc. Nie jest to jednak początek boomu gospodarczego

P. Kwiecień (XTB): Wzrost gospodarczy w całym 2017 roku może się zbliżyć do 4 proc. Nie jest to jednak początek boomu gospodarczego 1

Polska gospodarka w I kwartale 2017 roku urosła o 4 proc. w ujęciu rocznym, co jest wynikiem najlepszym od ostatniego kwartału 2015 roku. Pomogło ożywienie w inwestycjach samorządów i gospodarkach Europy Zachodniej oraz niska baza, czyli słaby kwartał porównawczy. Według Przemysława Kwietnia z XTB to tempo ma szansę się utrzymać, ale na dłuższą metę nie brakuje wyzwań, zwłaszcza na rynku pracy.

– Można być optymistą co do wzrostu gospodarczego w całym 2017 roku. Co prawda niekoniecznie będzie on wyższy niż w I kwartale, może być nieco niższy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Na ten moment możemy mówić, że on będzie w przedziale 3,5–4 proc., trochę bliżej 4 proc. W I kwartale było sporo czynników korzystnych, które pomogły ten wzrost gospodarczy wygenerować, ale trzeba mieć też na uwadze fakt, że I kwartał ubiegłego roku był słaby, dlatego od niskiej bazy łatwiej było się odbić.

Zgodnie z wstępnym szacunkiem Głównego Urzędu Statystycznego w całym 2016 roku PKB zwiększył się o 2,8 proc., ale ostateczny odczyt może się okazać niższy, bo skorygowano w dół dane za IV kwartał do 2,5 proc. z 2,7 proc. I kwartał 2016 roku przyniósł 2,9-proc. tempo rozwoju gospodarki, co było niemiłym zaskoczeniem po bardzo wysokim odczycie w poprzedniego kwartału (4,6 proc. rdr.). Jeszcze słabsze okazało się drugie półrocze. Głównym winowajcą takiego stanu rzeczy były opóźnione inwestycje z pieniędzy unijnych i samorządowych, a także prywatnych przedsiębiorców. Ten stan rzeczy zaczął się jednak zmieniać.

– Inwestycje samorządowe uległy wręcz załamaniu w 2016 roku, przez przesunięcie perspektywy unijnej, naciski z administracji centralnej, żeby samorządy nie notowały deficytów. To sprawiło, że one bardzo mocno ograniczyły inwestycje – ocenia Kwiecień. – W tym roku już widać, że samorządy wracają z inwestycjami. To na pewno pomogło. Wraca w coraz większym stopniu konsumpcja, co wydaje się oczywiste. Mamy dobrą sytuację na rynku pracy i wzrost transferów socjalnych. To wszystko sprawia, że dochody gospodarstw domowych rosną w szybkim tempie i konsumpcja może jeszcze przyspieszać, a przynajmniej to bardzo solidne tempo wzrostu notowane w ostatnich dwóch kwartałach może się utrzymać.

Wzrostowi dochodów rozporządzalnych konsumentów sprzyja zarówno program Rodzina 500 plus, jak i wzrost wynagrodzeń. Ten proces trwa: w pierwszych czterech miesiącach 2017 roku zarówno zatrudnienie, jak i średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwach były o 4,5 proc. wyższe niż w analogicznym okresie 2016 roku. Sprzedaż detaliczna była wyższa o 8,7 proc., a licząc w cenach stałych – o 6,9 proc. Lepsze jest też otoczenie zewnętrzne.

– Bardzo istotnie poprawiła się sytuacja w Europie Zachodniej. To jest też element, którego nie powinniśmy ignorować. Widać to w przemyśle i eksporcie. Ożywienie w Europie Zachodniej jest najsilniejsze przynajmniej od 2011 roku – wskazuje główny ekonomista XTB. – To nam bardzo pomaga i sprawia, że perspektywy na cały rok uległy wyraźnej poprawie. 

Blisko 4-proc. wzrostu PKB spodziewa się także wicepremier Mateusz Morawiecki, którego zdaniem prognozy Komisji Europejskiej dla Polski na poziomie 3,5 proc. są niedoszacowane. KE i tak podniosła prognozę z 3,2 proc. przewidywanych poprzednio. Także prezes NBP Adam Glapiński spodziewa się 4-proc. wzrostu. Ekonomista XTB przestrzega jednak przed eskalacją oczekiwań.

– To nie jest tak, że mamy początek boomu gospodarczego i kolejne lata będą przynosiły jeszcze lepsze tempo wzrostu. Będziemy za chwilę mierzyć się z pewnymi ograniczeniami, jak np. trudniejsza z punktu pracodawców sytuacja na rynku pracy, czyli coraz mniej rąk do pracy, co może sprawić, że będzie trudniej firmom pozostawać konkurencyjnymi – przewiduje Kwiecień. – Impuls ze strony wzrostu transferów socjalnych też będzie wygasał. Gospodarstwa domowe teraz czują przyrost dochodów, ale wkrótce niejako przyzwyczają się do ich wyższych wartości i nie będą sukcesywnie zwiększać konsumpcji.

W 2016 roku na głowę Polaka przypadało średnio 27,7 tys. dolarów PKB, co daje 68. miejsce na świecie (The World Factbook CIA). W przypadku Niemców było to 48,2 tys. dolarów (27. miejsce). To wciąż oznacza, że Polska musi się rozwijać dużo szybciej niż zachodni sąsiedzi, by zmniejszać dystans. Wprawdzie na tle innych krajów europejskich wynik 2,8 proc. nie był najgorszy, ale na Zachodzie były kraje, które rozwijały się szybciej, jak Irlandia, Islandia, Hiszpania czy Malta.

– Wyzwanie związane z osiąganiem takiego wzrostu gospodarczego, który pozwoli nam gonić Europę Zachodnią, jest cały czas aktualne. Leży ono przede wszystkim po stronie rynku pracy, większej aktywizacji siły roboczej, która na tle Europy Zachodniej cały czas jest niska. Bez tego w momencie, kiedy fundusze unijne znowu będą się wyczerpywać, np. w kolejnej dekadzie w ramach nowej perspektywy, czeka nas nieuniknione spowolnienie – ocenia Przemysław Kwiecień.

Pożyczasz pieniądze rodzinie? – dekalog dobrych praktyk

Pożyczanie od rodziny lub znajomych to wciąż bardzo popularny sposób uzupełniania braków finansowych. W skali całego społeczeństwa odsetek osób korzystających z pożyczki w rodzinie wynosi 11,3%. Badania wykazują, że skłonność do pożyczania od bliskich maleje wraz z wiekiem. Grupą najmniej zapożyczoną wśród rodziny lub znajomych (zaledwie 6,6%) są osoby powyżej 60 lat. Na przeciwnym biegunie znajdują się ludzie młodzi – aż co piąty (19,6%) Polak przed trzydziestką ma u swoich bliskich finansowy dług – wynika z badań Kantar Millward Brown wykonanych dla GetBack S.A

– Najnowsze badania potwierdzają, że pożyczanie pieniędzy od rodziny i znajomych pozostaje drugą, po zakupie na raty, najczęściej stosowaną przez Polaków metodą uzupełnienia dziur w osobistym budżecie. Z hojności bliskich korzystamy prawie tak często, jak z pożyczek gotówkowych czy kart kredytowych ­– mówi Paweł Trybuchowski, Wiceprezes Zarządu GetBack S.A. – Pożyczanie pieniędzy w rodzinnym gronie to przede wszystkim przejaw chęci pomocy i współpracy w ramach najważniejszej komórki społecznej. Należy jednak brać pod uwagę możliwość, że osoba prosząca o materialne wsparcie bliskich mogła wcześniej spotkać się z odmowną decyzją banku lub innej profesjonalnej instytucji finansowej. Najprawdopodobniej istniały więc ku temu słuszne powody. Prawie 7% badanych, którzy deklarowali pożyczkę w rodzinie lub od znajomych przyznało, że miało duże problemy ze spłatą tego długu. Dlatego zanim pożyczymy pieniądze rodzinie, warto skorzystać z naszego katalogu zasad odpowiedzialnego pożyczania w rodzinie.

Pożyczki rodzinne – dekalog dobrych praktyk

  1. Upewnij się, że pożyczający wie, iż oczekujesz zwrotu pieniędzy. Być może pod prośbą o „pożyczkę” w rzeczywistości kryje się nadzieja na darowiznę.
  2. Gdy pożyczasz więcej niż 1000 zł – zachowaj dokumentową formę umowy. Jeśli tego nie zrobisz, w przypadku sporu w sądzie nie będziesz mógł powoływać świadków ani składać zeznań, które dowodziłyby, że faktycznie doszło do pożyczenia pieniędzy. Ponadto łatwiej będzie ustalić jasne zasady i termin spłaty pożyczki, a druga strona poważniej podejdzie do tematu. Uwaga – forma dokumentowa to nie to samo co forma pisemna. Zgodnie z aktualnymi przepisami, wystarczające jest zawarcie umowy np. przez e-mail lub SMS. Ważne, by został po niej jakikolwiek ślad.
  3. Upewnij się, że Twoja sytuacja finansowa jest wystarczająca na udzielenie komukolwiek pożyczki. Zawsze kieruj się zasadą: nie pożyczaj więcej, niż Cię na to stać. Nie bój się odmówić bliskim, kiedy wiesz, że prośba przekracza Twoje możliwości. Ewentualne problemy finansowe mogłyby wówczas odbić się źle na kondycji całej Twojej rodziny.
  4. Oceń „zdolność kredytową” osoby, która prosi Cię o pożyczkę. Dopytaj o jej dochody i wydatki. Postaw się w sytuacji osoby pożyczającej i oszacuj, czy spłata jest realna. Określ też ryzyko niezwrócenia pieniędzy. Jeżeli szczerze porozmawiasz z członkiem rodziny o jego sytuacji finansowej, będziesz mógł też skuteczniej mu pomóc, wskazać często popełniane błędy, zaproponować inne rozwiązania i zapobiec dalszemu zadłużaniu się.
  5. Jasno określ termin zwrotu pieniędzy. Weźcie pod uwagę różne czynniki, np. czy termin nie wypadnie przed świętami lub wyjazdem na wakacje. Jeśli tak – poruszcie ten temat i ewentualnie wybierzcie dogodniejszą datę. Nie bój się też odezwać do pożyczkobiorcy, jeśli termin nie zostanie dotrzymany. Inaczej dłużnik może pomyśleć, że zrezygnowałeś z dochodzenia pożyczki.
  6. Zapewnij sobie świadka lub dowód potwierdzający udzielenie pożyczki. Przekaż pieniądze w czyjejś obecności lub za pomocą przelewu bankowego, którego tytuł będzie jednoznacznie wskazywał na fakt pożyczki. Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić, jest pożyczenie pieniędzy w biegu, pod presją, bez poświęcenia czasu na przemyślenia i rozmowę, bez wyznaczenia reguł spłaty oraz bez potwierdzenia przekazania kwoty pożyczki.
  7. Pożyczaj odpowiedzialnie i ucz odpowiedzialności. Jak wynika z badań Millward Brown dla GetBack S.A., co piąty młody człowiek w wieku 18-29 lat w okresie ostatnich 24 miesięcy zdecydował się na pożyczenie pieniędzy od rodziny. Najprawdopodobniej dla większości z nich była to pierwsza pożyczka w dorosłym życiu. Nie należy traktować tej sprawy pobłażliwie. Jeżeli Twoje dziecko pożycza od Ciebie pieniądze, postaraj się wykorzystać to jako szansę na życiową lekcję, która pomoże mu sumiennie i odpowiedzialnie podchodzić do podejmowanych zobowiązań. W przyszłości młodzi ludzie mogą potrzebować pożyczek na znacznie wyższe kwoty, np. przy zakupie mieszkania czy samochodu. Dlatego pożyczka rodzinna może i powinna być szkołą odpowiedzialnego pożyczania i gospodarowania pieniędzmi; szkołą, która pozwoli uniknąć wielu finansowych problemów w przyszłości.
  8. Zwróć uwagę, że pożyczki i kredyty oferowane na rynku wiążą się z dodatkowym kosztem i marżą (zarobkiem) po stronie pożyczkodawcy. Pożyczenie pieniędzy na 0% to znacząca pomoc finansowa – pamiętaj jednak, że nie zyskasz odsetek, a w przypadku inflacji pieniądze stracą na wartości. Miej to zawsze z tyłu głowy.
  9. Prawnicze przysłowie mówi, że umowy pisze się na złe czasy. Wyobraź sobie najgorszy możliwy scenariusz i przeanalizuj, czy jeśli wydarzenia przyjmą pesymistyczny obrót, będziesz w stanie odzyskać swoje pieniądze bez odwoływania się do sądu i komornika. Pamiętaj, że z tych względów ważne jest spełnienie wymogów prawnych odnośnie formy pisemnej i podatków.
  10. Ucz się na błędach. Jeżeli nie znałeś powyższych zasad, kiedy udzielałeś komuś pożyczki i straciłeś swoje pieniądze, wykorzystaj to doświadczenie, by nie doprowadzić ponownie do takiej sytuacji. Nie bój się odmówić komuś, kto już wcześniej nie wywiązał się ze swoich zobowiązań.

Firmy coraz częściej szukają wsparcia finansowego. 3,6 mld zł pożyczek dla przedsiębiorców pochodziło z Agencji Rozwoju Przemysłu

Firmy coraz częściej szukają wsparcia finansowego. 3,6 mld zł pożyczek dla przedsiębiorców pochodziło z Agencji Rozwoju Przemysłu 2

Zapotrzebowanie na pożyczki dla przedsiębiorstw rośnie. Alternatywą dla kredytów bankowych stało się finansowanie udzielane przez Agencję Rozwoju Przemysłu. Wsparcie udzielone rodzimym firmom w ciągu sześciu ostatnich lat sięgnęło 3,6 mld zł. Z pożyczek udzielonych przez ARP komercyjnie lub na zasadach pomocy publicznej mogą skorzystać nie tylko firmy w trudnej sytuacji finansowej, ale i te, które szukają środków na rozwój i inwestycje. 

– Zapotrzebowanie na pożyczki dla przedsiębiorstw jest bardzo duże. Począwszy od 2010 roku, udzieliliśmy finansowania na ponad 3,6 mld zł. Przyznajemy pożyczki dla przedsiębiorstw prywatnych, państwowych i spółek giełdowych. Rozszerzamy też ofertę dla średnich podmiotów. Odpowiadając na zapotrzebowanie rynków innowacyjnych, otworzyliśmy linię pożyczkową dla sektora technologii kosmicznych oraz dla przedsiębiorstw z sektora okołogórniczego – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Barbara Hajdas, wicedyrektor Biura Usług Finansowych Agencji Rozwoju Przemysłu.

Agencja, działająca w strukturach Polskiego Funduszu Rozwoju, kojarzona jest głównie z pożyczkami dla przedsiębiorstw borykających się z trudnościami finansowymi. Pomoc w restrukturyzacji jest jednym z filarów działalności ARP, która – w odróżnieniu od sektora bankowego – finansuje nawet przedsiębiorstwa generujące ujemne wyniki.

– Przykładem są Malborskie Zakłady Organika, którym udzieliliśmy finansowania w momencie, kiedy inne instytucje wypowiedziały im umowy. Spółka spłaciła już naszą pożyczkę w całości wraz z odsetkami i pozyskała nowy kapitał. Jesteśmy bardzo dobrym partnerem także na czas, kiedy w firmie dzieje się źle i ma problemy ze spłatą pożyczki, ponieważ szukamy rozwiązań długofalowych – podkreśla Barbara Hajdas.

Jak zauważa Barbara Hajdas, jedną z najlepszych decyzji okazało się sfinansowanie dwa lata temu pożyczki w wysokości 20 mln zł dla fabryki ciągników Ursus, która po udanej restrukturyzacji jest obecnie jedną z najprężniej działających na europejskim rynku.

– Słaba kondycja finansowa utrudnia dostęp do kredytów. To powoduje, że przedsiębiorcy poszukują finansowania poza sektorem bankowym i tak często trafiają do nas. Długoletnie doświadczenia z pożyczkobiorcami pokazały, że takie trudności mają charakter przejściowy i wcale nie muszą prowadzić do upadłości. Wcześnie wdrożone działania restrukturyzacyjne zazwyczaj pozwalają przedsiębiorcom odzyskać długoterminową rentowność – mówi Joanna Bryx-Ogrodnik, wicedyrektor biura usług finansowych ARP.

– Często instytucje finansowe działają radykalnie i podejmują zdecydowane kroki, chcąc odzyskać swoje środki, a tym samym pogarszają już i tak trudną sytuację danego przedsiębiorcy. Od oferty bankowej odróżnia nas bardziej elastyczne i kompleksowe podejście – dodaje Barbara Hajdas.

Poza finansowaniem restrukturyzacji ARP wspomaga również przedsiębiorstwa w działaniach rozwojowych, zapewniając pożyczki obrotowe na rozwój czy na wsparcie przedsięwzięć innowacyjnych. Tylko w ostatnich miesiącach z jej wsparcia skorzystała hutnicza spółka Bowim Podkarpacie oraz Białogardzki Park Inwestycyjny „Invest Park”, który za 11 mln zł pożyczki sfinansuje budowę nowej hali produkcyjnej.

Dotychczas oferta była skierowana głównie do dużych przedsiębiorstw, ale w marcu ARP zdecydowała się rozszerzyć ją również o średnie firmy ze względu na duże rynkowe zapotrzebowanie. Obecnie Agencja udziela więcej pożyczek na komercyjnych zasadach niż w ramach publicznej pomocy, stanowiąc uzupełnienie albo alternatywę dla oferty banków.

– W naszej ofercie znajdują się pożyczki rozwojowe, na inwestycje i innowacje, z których skorzystać mogą także mniejsze firmy. Okres finansowania to standardowo od dwóch do siedmiu lat. Natomiast kwoty wahają się w przedziale od 2 do 40 mln zł. Nie są to jednak sztywne ramy, najwyższa udzielona przez nas pożyczka sięgnęła 150 mln zł – wszystko zależy od projektu – mówi Joanna Bryx-Ogrodnik.

Ze względu na specyfikę Agencja Rozwoju Przemysłu wspiera przede wszystkim przemysł albo firmy, które świadczą usługi dla przemysłu. Wśród dotychczasowych jej beneficjentów są zarówno prywatne firmy, jak i spółki państwowe oraz te notowane na warszawskiej GPW. Aktualni pożyczkobiorcy, którzy korzystają ze wsparcia Agencji, reprezentują 23 różne branże: od przemysłu paliwowego, stoczniowego i maszynowego po RTV i AGD oraz sektor kosmiczny.

– Wśród beneficjentów naszych pożyczek znaleźć można przedsiębiorców z różnych branż, od przemysłu lekkiego do ciężkiego, przez branżę motoryzacyjną, spożywczą i chemiczną. Udzielanie pożyczek to dla nas przede wszystkim działalność biznesowa, jednak są również inne aspekty, takie jak wsparcie przedsiębiorstw z regionów słabiej uprzemysłowionych czy tych z wysokim bezrobociem. Ten pozabiznesowy aspekt jest dla nas również ważny –mówi Joanna Bryx-Ogrodnik.

Resort zdrowia proponuje kontrowersyjną zmianę w ustawie refundacyjnej. Ucierpieć mogą polscy producenci leków

Resort zdrowia proponuje kontrowersyjną zmianę w ustawie refundacyjnej. Ucierpieć mogą polscy producenci leków 3

Nowelizacja ustawy refundacyjnej, nad którą pracuje Ministerstwo Zdrowia, zawiera propozycję nowych zasad refundacji leków. Resort założył, że jeżeli NFZ wyda na refundację leków więcej, niż miał w planach, różnicę w kosztach pokryją producenci leków, czyli głównie krajowe firmy farmaceutyczne. Tym samym to oni poniosą koszt refundacji droższych importowanych leków. Eksperci Instytutu Jagiellońskiego przestrzegają, że nowa propozycja zachwieje polskim przemysłem farmaceutycznym, który jest jednym z najbardziej innowacyjnych i dochodowych sektorów polskiej gospodarki. 

 Ta formuła spowoduje, że za leki refundowane, które sprzedają w Polsce zagraniczne koncerny farmaceutyczne, będą płacić krajowi producenci. Za takie rozwiązanie, które miało opanować koszty systemu refundacyjnego, zapłaci cały polski przemysł farmaceutyczny. To kuriozalne, nigdzie na świecie rząd nie rozprawia się w podobny sposób z własnym przemysłem – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego.

W resorcie zdrowia trwają prace nad nowelizacją ustawy refundacyjnej, która według zapowiedzi wiceministra Marka Tombarkiewicza powinna w najbliższym czasie zostać przekazana do zewnętrznych konsultacji. W ministerialnym projekcie znalazła się nowa propozycja dotycząca tzw. paybacku, czyli mechanizmu zwrotu kosztów w systemie refundacyjnym.

Zakłada ona, że jeżeli NFZ wyda na refundację leków więcej, niż zakładał plan finansowy, różnice pokryją wytwórcy leków sprzedawanych w aptekach. W większości są to krajowi producenci leków generycznych (tańszych zamienników dla drogich leków zagranicznych), podczas gdy za przekroczenie budżetu refundacyjnego zwykle odpowiadają właśnie drogie, importowane leki, których producenci zwolnieni są z obowiązku pokrywania tych różnic.

Instytut Jagielloński zwraca uwagę na to, że w tym kształcie payback zmusi polskich producentów leków do nieprzewidzianych wydatków i osłabi ich sytuację finansową. W opinii ekspertów może się to przełożyć na mniejsze wpływy do budżetu państwa, spadek zatrudnienia i zmniejszenie środków wydawanych na badania i rozwój (farmaceutyki są jednym z najbardziej innowacyjnych sektorów gospodarki), co w konsekwencji osłabi cały polski przemysł farmaceutyczny.

W obawie przed paybackiem polscy producenci mogą zmniejszać dostawy leków do aptek, co utrudni do nich dostęp lub doprowadzi nawet do braków niektórych leków.

 Spowoduje to ograniczony dostęp do niektórych leków, szczególnie tych refundowanych, których zużycie może się okresowo wahać. To nie jest dobre, bo to powoduje, że polski przemysł farmaceutyczny traci stabilność. Nikt już nie oczekuje preferencji względem zagranicznej konkurencji, ale tym bardziej atakowania tego sektora naszej gospodarki – mówi Marcin Roszkowski.

Obecnie co drugi sprzedawany w Polsce farmaceutyk jest produktem krajowych firm. Te uniezależniają polski rynek od leków importowanych i są gwarantem bezpieczeństwa lekowego kraju. W przypadku jakichkolwiek problemów produkcyjnych czy wahania kursu walut krajowy przemysł jest w stanie zabezpieczyć polski rynek i uniezależnić go od dostaw z zewnątrz. Dlatego – zdaniem ekspertów Instytutu Jagiellońskiego – rozwiązania wymierzone w krajowy przemysł farmaceutyczny nie leżą w państwowym interesie.

– Polski przemysł farmaceutycznie nie musi być światową potęgą. Musi natomiast gwarantować, że w przypadkach takich jak zagrożenie suwerenności, wahania kursowe czy kryzysy finansowe, znane z poprzednich lat, będzie w stanie zabezpieczyć nasze podstawowe interesy – podkreśla Marcin Roszkowski.

Eksperci think tanku szacują, że dzięki lekom generycznym NFZ zyskuje co roku około pół miliarda złotych oszczędności. Nawet jeśli ich sprzedaż jest większa niż założona w planie finansowym, jest to korzystne dla budżetu funduszu. Dlatego payback, który proponuje Ministerstwo Zdrowia, nie powinien obejmować leków generycznych ani biopodobnych, które generują oszczędności.

Jak wynika z raportu „Makroekonomiczne aspekty znaczenia sektora farmaceutycznego dla polskiej gospodarki”, opracowanego przez DeLAB Uniwersytet Warszawski, z każdej złotówki wydanej na zakup leku krajowych producentów 78 groszy trafia do Skarbu Państwa, wspierając krajowe PKB. Resortowe propozycje zmian mogą się więc odbić także na krajowym budżecie. Są również sprzeczne z przyjętą w lutym przez rząd Strategią na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, która wskazuje przemysł farmaceutyczny jako ten, który ma ogromny potencjał rozwojowy i może zwiększać innowacyjności polskiej gospodarki.

Eksperci Instytutu Jagiellońskiego podkreślają duże ryzyko, z którym wiążą się zmiany proponowane przez Ministerstwo Zdrowia. Rekomendują utworzenie międzyresortowego zespołu, który wypracowałby regulacje korzystne dla krajowego rynku. Powinni się znaleźć w nim nie tylko przedstawiciele NFZ i resortu zdrowia, lecz także Ministerstwa Rozwoju, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oraz Ministerstwa Obrony Narodowej.

– Miejmy więc nadzieję, że te ministerstwa usiądą razem i przemyślą te pomysły, bo niszczenie części sektora polskiej gospodarki tylko po to, żeby zrealizować jakąś formułę wsparcia zagranicznego przemysłu, jest kompletnie bez sensu – uważa Marcin Roszkowski.

Nie ma słuchawek uniwersalnych. Design i parametry techniczne równie ważne jak brzmienie i funkcjonalność

Nie ma słuchawek uniwersalnych. Design i parametry techniczne równie ważne jak brzmienie i funkcjonalność 4

Wybór dobrych słuchawek jest coraz trudniejszy, bo rynek tej kategorii produktów w ostatnich latach rozwija się bardzo dynamicznie. W zależności od rodzaju słuchawki mogą oferować różne standardy zarówno, jeśli chodzi o design, jak i parametry techniczne. Eksperci zauważają, że coraz większą popularnością cieszą się inteligentne słuchawki dla uprawiających sporty wyposażone w elementy sztucznej inteligencji.

Uniwersalne słuchawki nie istnieją. W zależności od rodzaju sprzęt będzie miał różne walory. Obecnie na rynku wyróżniamy takie typy słuchawek jak: przewodowe, bezprzewodowe, otwarte, półotwarte i dokanałowe. Jest też zupełnie nowa, odrębna grupa, hearables, w której pojawia się wiele tzw. inteligentnych modeli tworzonych z myślą chociażby o aktywności fizycznej. Menadżer marketingu firmy Aplauz zwraca uwagę, że wszystkie rodzaje słuchawek mają kilka cech wspólnych, na które warto zwrócić uwagę.

– Przykładowo, jeżeli mówimy o zakresie częstotliwości, czyli tzw. paśmie przenoszenia, które zawiera się bardzo często pomiędzy 20 a 20 000 Hz, nawet więcej. Jest to zakres maksymalny, jaki człowiek może usłyszeć, ale tak naprawdę mało który człowiek słyszy taki zakres, bowiem niewiele osób słyszy powyżej 15 kHz. Im wyższe wartości, tym słuchawki mają jednak mniejsze zniekształcenie i są bardziej naturalne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Kuhn. Po czym dodaje, że: ­– Drugim uniwersalnym parametrem, na którym możemy się skupić, to SPL, czyli poziom ciśnienia akustycznego. To głośność z jaką słuchawki mogą pracować bez zniekształceń. Słuchawki są w stanie przekazać nawet ponad 120 decybeli bez zniekształceń, ale oczywiście absolutnie odradzamy tak wysokie głośności – komentuje Paweł Kuhn.

Menadżer marketingu firmy Aplauz docenia brzmienie otwartych słuchawek i ich funkcjonalność, która według specjalisty okaże się szczególnie przydatna w zaciszu własnego domu. Tego typu rozwiązanie dedykowane jest w szczególności wymagającym audiofilom.

– W przypadku melomana absolutnie polecam słuchawki otwarte, które są bardziej przestrzenne. Niestety, trzeba wziąć poprawkę, że nie przydadzą się na zewnątrz, gdyż ich profil nadaje się tylko do użytku wewnątrz pomieszczenia i to niezbyt wielkiego. Tego typu słuchawki są przede wszystkim komfortowe, nie powodują zmęczenia uszu i pocenia, a przede wszystkim oferują doskonałe brzmienie – przekonuje Paweł Kuhn.

Ponadto specjalista podkreśla atuty słuchawek sportowych, które w ostatnich latach nie tylko pozbyły się zbędnych przewodów, dzięki czemu straciły na wadze, lecz także zostały wyposażone w elementy sztucznej inteligencji za sprawą sensorów monitorujących postępy treningu. Osoby, które regularnie chodzą na basen, również znajdą coś dla siebie, ponieważ modele dedykowane aktywnym oferują wyższą klasę wodoszczelności niż standardowe słuchawki.

– Słuchawki dla sportowca powinny się cechować elastycznością, tak by nie wypadały z uszu i były wygodne. Powinny mieć specjalny systemem utrzymania w uszach czy wokół uszu wsparty wodoodpornością i potoodpornością, tak aby sprzęt był w pełni bezpieczny i miał wyższą żywotność – wyjaśnia Paweł Kuhn.

Menadżer marketingu firmy Aplauz zaznacza, że słuchawki gamingowe dla graczy również powinny spełniać szereg wymogów, które wzniosą entuzjastów wirtualnej rozgrywki na wyżyny umiejętności. Przede wszystkim powinny mieć ergonomiczną konstrukcję, która zapewni wygodę podczas najdłuższych sesji przy komputerze lub konsoli.

– Słuchawki gamingowe przede wszystkim powinny mieć genialną wygodę, lekkość i funkcjonalność. Powinny oferować elastycznie zawieszony mikrofon, który zniweluje szumy i wyłączy się, kiedy podniesiemy mikrofon. Oczywiście, koniecznie z regulacją głośności na uszniku. O wydłużoną żywotność zadba niezniszczalny kabel wzmocniony specjalną plecionką – podsumowuje Paweł Kuhn.

Sony Xperia XZ z systemem Motion Eye w aparacie. Umożliwia nagrywanie filmów z prędkością 960 klatek na sekundę

Sony Xperia XZ z systemem Motion Eye w aparacie. Umożliwia nagrywanie filmów z prędkością 960 klatek na sekundę 5

Sony Xperia XZ Premium to topowy smartfon japońskiego producenta, który pojawił się na rynku w pierwszej połowie maja tego roku. Jako jedyny na świecie telefon oferuje innowacyjny system Motion Eye, umożliwiający nagrywanie w trybie superslowmotion, 960 klatek na sekundę. Oznacza to, że użytkownik będzie mógł uchwycić akcję i wydarzenia, których nie dostrzega ludzkie oko.

Możliwość nagrywania filmów spowalniających dziejącą się akcję aż 32-krotnie to niewątpliwie najbardziej widowiskowa zaleta nowego smartfona Sony.

Sony Xperia XZ to pierwszy smartfon z wyświetlaczem 4K HDR, co oznacza, że kontrast, barwa, kolor są zupełnie inne niż w dostępnych obecnie smartfonach. To też jedyny smartfon, który wyposażono w technologię dźwięku High Resolution Audio. Całość uzupełnia najnowszy procesor Snapdragon 835, który jest wydajny pod względem dźwiękowym i fotograficznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Agnieszka Jaśkiewicz, dyrektor ds. marketingu w Sony Mobile Polska. – Rozwiązaniem, z którego jesteśmy szczególnie dumni, jest nowy system Motion Eye, który umożliwia nagrywanie filmów superslowmotion, czyli aż 960 klatek na sekundę. Mało który aparat to potrafi, a już na pewno żaden sprzęt smartfonowy.

Jak podkreśla specjalistka, unikalna technologia Motion Eye umożliwia nagrywanie w filmów prezentujących rzeczywistość w zwolnionym tempie. Zamiast zwykłych 30 klatek na sekundę tryb superslowmotion to 960 klatek na sekundę, co oznacza, że użytkownik będzie mógł zarejestrować materiał, którego nie dostrzega ludzkie oko. Tłuczenie szkła, zabawa z wodą, pękające balony, wychodzenie z kąpieli, spektakularny ruch włosami, taniec, ruch, sport – wszystko to może być później odtwarzane 32 razy wolniej. Tryb filmów rejestrujących akcję w zwolnionym tempie sprawdzi się także podczas aktywności fizycznej, umożliwiając dokładną analizę szczegółów i wyciągnięcie lepszych wniosków z treningu.

Jeśli chodzi o superslowmotion, 960 klatek na sekundę, jest to technologia, którą mogliśmy wdrożyć dzięki wprowadzeniu pamięci bezpośrednio w aparacie smartfona. System Motion Eye, o którym mowa, bazuje na tym, że dodaliśmy dodatkową pamięć przy samej matrycy. Smartfon jest w stanie zapamiętywać to, co rejestruje, czy to przy robieniu zdjęć, czy przy kręceniu filmów. Dzięki temu rejestrując film 30 klatek na sekundę, jesteśmy w stanie wyłapać momenty, które chcemy zwolnić i nagrać je w częstotliwości do 960 klatek na sekundę – wyjaśnia Agnieszka Jaśkiewicz.

Zaletą matrycy wykorzystywanej przez moduł fotograficzny w Xperii XZ Premium są także większe pojedyncze piksele. Dzięki temu na każdy z nich pada w momencie rejestracji obrazu więcej światła, co przekłada się na jego lepszą jakość. Inną zaletą aparatu jest technologia ustawiania ostrości przewidująca, gdzie znajdzie się przemieszczający się przedmiot w momencie wykonania zdjęcia.

Zastosowaliśmy matrycę 19 megapikseli, dzięki temu obraz przy nagrywaniu i robieniu zdjęć jest zdecydowanie lepiej doświetlony już sam w sobie. Zastosowaliśmy także dodatkową pamięć, która umożliwia kręcenie w superslowmotion, ale też umożliwia robienie dużo ostrzejszych zdjęć ze względu na to, że smartfon rejestruje ruch jeszcze przed wciśnięciem spustu migawki – tłumaczy Agnieszka Jaśkiewicz.

Szefowa marketingu Sony Mobile Polska podkreśla, że superslowmotion to prosta, a zarazem intuicyjna w obsłudze technologia. Kręcąc film wystarczy przycisnąć tylko przycisk i 0,2 sekundy historii rozciąga się do ponad 6 sekund, zapewniając użytkownikowi i jego bliskim wiele momentów dobrej zabawy.

System ten służy do tego, żeby nagrywać siebie i bliskich, wywołując uśmiech na każdej twarzy. Czy wychodzimy z basenu i się otrzepujemy, czy pies biegnie po łące, czy dziecko robi coś śmiesznego i chcemy to zwolnić. Na przykład ja mam często problem, żeby uchwycić synka, bo jest za szybki, więc to rozwiązanie faktycznie idealnie sprawdzi się w czasie zabawy – przekonuje  Agnieszka Jaśkiewicz.

Mimo że wielu producentów oferuje obecnie smartfony z dwoma matrycami i dwoma obiektywami na tylnej ściance, Sony konsekwentnie twierdzi, że jedna matryca wysokiej jakości w pełni wystarczy, by dać użytkownikowi zaawansowany aparat, który spełni jego oczekiwania.

Z niezależnych badań wiemy, że drugi obiektyw nie wpływa na jakość zdjęć. Stawiamy na to, by dać klientowi jedną matrycę, która jest najlepsza. Dlatego też nie widzimy potrzeby zastosowania dwóch matryc w aparatach Sony. Technologie, które stosujemy, to systemy stosowane w profesjonalnych produktach Sony i właśnie one zapewniają najlepszą jakość zdjęć, która jest użytkownikowi potrzebna – podsumowuje Agnieszka Jaśkiewicz.

Monitoring transportu drogowego towarów do poprawki

Przemysław Pruszyński Lewiatan
Przemysław Pruszyński

Wprowadzenie możliwości dokonywania zgłoszeń zbiorczych towarów, wydłużenie czasu ważności zgłoszenia, klasyfikowanie towarów wyłącznie na podstawie klasyfikacji CN, wyłączenie z monitorowania surowców, które nie powodują ryzyka nadużyć podatkowych, odstąpienie od nałożenia kary, jeśli pomyłka, która miała miejsce w zgłoszeniu nie generuje skutków podatkowych oraz ochrona własności osób trzecich – m.in. takie poprawki proponuje Konfederacja Lewiatan w niedawno uchwalonej ustawie o systemie monitorowania drogowego przewozu towarów.

Ustawa wprowadziła monitoring przewozów tzw. towarów wrażliwych (paliwo, alkohol, susz tytoniowy). Przepisy mają uszczelnić system podatkowy i utrudnić działalność przestępcom wyłudzającym podatek VAT. Konfederacja Lewiatan podkreślała, że nowe przepisy nie pozwolą w pełni zrealizować zakładanych celów, a jedynie zaburzą elastyczność i szybkość dostaw towarów, zwiększą ryzyko i koszty działalności uczciwego biznesu.

– Po miesiącu obowiązywania ustawy widzimy, że koniczne jest odejście od grupowania towarów na podstawie dwóch klasyfikacji CN i PKWiU. To nastręcza wielu problemów, przedsiębiorcy nie wiedzą kiedy stosować jedną, a kiedy drugą klasyfikację. W przypadku gdy towar podlega monitorowaniu na podstawie klasyfikacji CN, a nie podlega stosując PKWiU, może dochodzić do dyskryminacji części podmiotów, tylko z powodu tego jaką klasyfikację statystyczną stosują – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Przedsiębiorcy proponują także odejście od podawania wagi brutto towarów na rzecz wartości netto. W praktyce podanie dokładnej wagi brutto jest problemem, ponieważ zamawiając towar przedsiębiorca nie posiada informacji o tym, w jaki pojemnik zostanie on zapakowany.

Nie przystaje do realiów biznesowych 10 – dniowy termin ważności numeru referencyjnego. Jest on zbyt krótki przy dostawach wewnątrzwspólnotowych z dalej położonych krajów Europy oraz w przypadku zamówień zbiorowych i transportów łączonych. Okres ważności dla numeru referencyjnego w takich przypadkach powinien wynosić co najmniej 15 dni – często mimo że zakup dokonywany jest u dystrybutora w Polsce zdarza się, że fizycznie towar znajduje się w magazynach centralnych, np. w Hiszpanii. Polski dostawca – sprzedawca tego towaru jest zobowiązany do dokonania zgłoszenia w systemie. Towar jest pakowany i wysyłany pociągiem z magazynu w Hiszpanii, w Polsce zostaje przeładowany na samochód i dalej dostarczany do konkretnego klienta. Pomimo że obowiązkom monitorowania podlega tylko transport drogowy (mający miejsce na końcowym etapie dostawy tego surowca) zgłoszenie przewozu musi zostać dokonane już w momencie pakowania towaru w Hiszpanii.

Konfederacja Lewiatan postuluje o odstąpienie od nakładania kary, jeśli pomyłka w wypełnieniu zgłoszenia nie powoduje uszczuplenia podatkowego. Podczas wypełniania formularzy elektronicznych dochodzi do niezamierzonych pomyłek, tzw. literówek. Zdarza się, że omyłkowo zostało wpisane jedno zero za dużo lub za mało, albo przecinek postawiony jest nie w tym miejscu. Powyższy zapis pozwoli na odstąpienie od nałożenia kary w takim przypadku.

Ustawa zawiera także regulacje, które w ocenie Konfederacji powodują ryzyko ograniczenia prawa własności osób trzecich, nieobjętych bezpośrednio regulacjami ustawy, w szczególności leasingodawców środków transportu wykorzystywanych do transportu. Kwestia zwrotu właścicielowi (niebędącemu przewoźnikiem ani podmiotem obowiązanym do złożenia zgłoszenia) zatrzymanego środka transportu powinna zostać wyraźnie uregulowana w ustawie.

Konieczną zmianą jest również doprecyzowanie numerów taryf celnych określających zakres produktów objętych obowiązkiem przewozu towarów. W chwili obecnej obowiązkiem monitorowania została objęta bardzo duża liczba surowców kosmetycznych. To substancje, które nie są stosowane jako dodatki do paliw, nie są surowcami akcyzowymi, ani nie stwarzają ryzyka nadużyć podatkowych.

– Najbardziej optymalne z punktu widzenia praktyki rejestrowania produktów w systemie byłoby doprecyzowanie w przepisach ustawy pełnych numerów taryf celnych, a nie tylko ich 4 pierwszych cyfr, wyłączając jednocześnie spod obowiązku monitorowania towary nie akcyzowe i nie wykorzystywane w nadużyciach podatkowych – dodaje Przemysław Pruszyński.

Dlaczego strategia więcej i szybciej nie daje oczekiwanych efektów i jak to zmienić?

Małgorzata Czernecka
Małgorzata Czernecka – psycholog, ekspert ds. efektywności, prezes Human Power

Wielozadaniowość umożliwia równoczesne wykonywanie kilku zadań na raz. Umiejętność tą próbuje się wykorzystywać zarówno przy domowych obowiązkach, jak i w pracy zawodowej. Nasze mózgi nie są jednak przystosowane do robienia wielu czynności jednocześnie. Czym skutkuje nieustanne przełączanie się między zadaniami oraz związany z nim brak odpoczynku w pracy? O efektach, kosztach takich działań oraz pomysłach na zmianę opowiada psycholog Małgorzata Czernecka.

Skutki wielozadaniowości i braku odpoczynku

Nieustanne rozpraszanie uwagi i przerywanie zadań powoduje, że czas pracy wydłuża się – za każdym razem kiedy coś nas rozprasza tracimy od 10 do 25 minut. Tyle bowiem potrzebuje mózg, by ponownie się skupić. Badania pokazują, że średnio co 11 minut coś nas rozprasza i odciąga naszą uwagę od wykonywanego w danym momencie zadania. To może oznaczać, że w ciągu jednego dnia, w którym nasze czynności są przerywane np. 10 razy, tracimy minimum dwie godziny na efektywną pracę.

Warto także pamiętać, że czas skupienia dorosłego człowieka wynosi maksymalnie 90 minut (w świecie zdominowanym przez nowe technologie średnio wynosi 30-45 minut). Po tym czasie pojawia się fizjologiczne zmęczenie. Praca bez przerw powoduje spadek efektywności, co objawia się m.in. dłuższym czasem reakcji, mniejszą kreatywnością i wydłużeniem czasu wykonywania zadania.

Zdecydowana większość respondentów pierwszego polskiego badania dotyczącego efektywności w miejscu pracy (PRACA, MOC, ENERGIA W POLSKICH FIRMACH) odpowiedziała (81,4%), że z łatwością koncentruje uwagę na wykonywanym w danym momencie zadaniu, choć jednocześnie 50,7% pytanych przyznało, że nie potrafi pracować bez konieczności ciągłego sprawdzania poczty mailowej czy odbierania telefonów. Ponad 1/3 ankietowanych zauważa (35,1%), że w pracy jest często rozkojarzona i rozproszona. Badani (83,1%) informują, że zadania, które wykonują są wielokrotnie przerywane przez maile i telefony (w tym: 92,1% kierowników, 80,0% pracowników). Spokój w trakcie wywiązywania się z obowiązków ma zaledwie 16,9% respondentów (w tym 7,9% kierowników, 20,0% kadry na stanowiskach niekierowniczych).

Co to oznacza dla organizacji?

Warto zastanowić się jaki styl pracy dominuje w danej organizacji, a następnie zadać sobie pytanie: za co pracownicy, będący nieustannie dostępni pod mailem lub telefonem, otrzymują swoje  wynagrodzenie – za efektywną pracę, czy raczej za bycie w stanie ciągłego rozproszenia? Odbieranie wiadomości w trakcie innych zadań przerywa bowiem ich skupienie, uniemożliwiając efektywną pracę. Łatwo można policzyć, ile kosztuje organizację dzielenie uwagi pracowników na różne zadania. Jeżeli w zespole pracuje 6 osób i każda z nich w ciągu dnia ma średnio 10 rozproszeń, to firma traci minimum 12 godzin efektywnej pracy. Warto ten wynik pomnożyć przez średnią stawkę godzinową pracowników… Jeżeli organizacja chce pracować na wysokim poziomie efektywności, powinna zrezygnować z multizadaniowości i choć na 2 godziny dziennie ograniczyć pełną ekspozycję pracowników na dystraktory takie jak telefony, komunikatory czy maile. Do spadku produktywności przyczynia się również brak regularnych przerw w pracy. Pracownik, który nie ma czasu nawet na chwilę oddechu, po kilku godzinach i tak doświadczy silnego spadku energii. Korzystanie z hormonów stresu z pewnością mobilizuje, ale na dłuższą metę bycie w strefie walki lub ucieczki obniża naszą efektywność, w tym kreatywne i strategiczne myślenie. Pracownik, który pracuje codzienne przez wiele godzin, nie robiąc sobie żadnych przerw, odczuwa też po pewnym czasie frustrację. Jego koncentracja i motywacja do pracy spada, wzrasta zmęczenie i zniechęcenie do wykonywanych obowiązków. To z kolei przekłada się na osiągane przez niego wyniki, atmosferę w pracy oraz relacje z innymi.

Co organizacja może zmienić?

Badania nad wielozadaniowością w pracy przede wszystkim potwierdzają, że firmy często nie są świadome kosztów jakie ponoszą, gdy ich pracownicy pracują w ten sposób. Organizacje mają jednak realny wpływ na to, by koszty te zminimalizować. Wystarczy zadbać o efektywność pracowników. Warto wprowadzić w firmie 60 lub 90 minut pracy w ciszy, najlepiej rano, które poświęcane będą najważniejszym zadaniom. W tym czasie dobrze, aby nie było obowiązku odpowiadania na maile czy brania udziału w spotkaniach. Zwykle to 2-3 godziny od wstania osiągamy statystycznie największy szczyt efektywności. W tym czasie nasze zmysły, ale też funkcje uwagi są na najwyższym poziomie. Oznacza to, że odpowiadanie w tym czasie na maile, branie udziału w kolejnych spotkaniach, wypełnianie mało znaczących tabel czy dokumentów, jest tak naprawdę marnowaniem potencjału pracownika. Innym pomysłem, związanym z zarządzaniem energią pracowników, jest stworzenie im możliwości odpowiadania na wiadomości w konkretnych godzinach w pracy. Warto ustalić, że pracownicy mogą wysyłać oraz odbierać maile np. trzy razy dziennie i tylko do godziny 20:00. Ponadto można też skrócić czas trwania zebrań, najpierw o 10 minut, potem o połowę, co powinno skutkować solidniejszym przygotowaniem merytorycznym uczestników oraz większym poziomem ich koncentracji w pracy. Istotne jest również rozdzielenie miejsc pracy, według podejmowanych w nich działań. W firmach powinny funkcjonować osobne sale do pracy kreatywnej, pracy w ciszy oraz spotkań biznesowych. Organizacja może również zapewnić pracownikom szkolenia na temat zarządzania ich własną energią, co będzie przekładać się na mądre planowanie dnia pracy. Ciekawym pomysłem jest także wdrażanie kompleksowych programów dla menadżerów i pracowników, wspierających zarówno ich efektywną pracę jak i regenerację.

Autor artykułu: Małgorzata Czernecka – psycholog, ekspert ds. efektywności, prezes Human Power.

PKO szykuje dla frankowiczów program przewalutowań dobrowolnych

Wczorajsze zapowiedzi wprowadzenia euro do 2025 roku zostały zdementowane z wielu stron. Bank PKO BP szykuje program przewalutowań dobrowolnych. Bez porozumienia w sprawie Grecji.

Bez euro w całej Unii do 2025 roku

Wczorajszy przeciek na temat wprowadzenia wszystkich członków wspólnoty do strefy euro został szybko zdementowany. Takie plotki są jednak bardzo dobrym testem na reakcje samych uczestników oraz zbadanie nastrojów w strukturach unijnych. Warto też pamiętać, że niemal zawsze klimat w instytucjach unijnych jest bardziej pro integracyjny niż rządach państw członkowskich. Większość państw, których miałaby dotyczyć zmiana, wydała wczoraj oświadczenia w temacie. Można je najprościej streścić, że nic nie wiedzą a jak będą zainteresowane i będzie się to opłacać to rozważą możliwość.

Banki szykują programy dla frankowiczów

PKO BP zapowiedział na przełomie 2 i 3 kwartału tego roku rozwiązanie dobrowolnego przewalutowania kredytu z CHF na PLN. Co ciekawe projekt ma zakładać, że rata kredytu ma pozostać taka sama. Skoro rata będzie taka sama to są dwie możliwości, albo utrata rentowności kredytu albo istotne wydłużenie okresu spłaty. Pytanie nasuwa się wtedy samo, skoro bank nie jest instytucją charytatywną, to kto skorzysta z tej możliwości. Biorąc pod uwagę dodatkowe warunki stawiane przez bank może się okazać, że niewiele osób będzie miało w ogóle możliwość skorzystać z oferty.

Wraca temat greckiego długu

Wczorajsze spotkanie w Brukseli pomiędzy przedstawicielami greckiego rządu i Międzynarodowego Funduszu Walutowego nie przyniosło rozstrzygnięcia. Nie ma zatem zgody na kolejną transzę pomocy a tym bardziej na redukcję greckiego zadłużenia. Następna duża transza spłat, której zdaniem specjalistów Grecja nie powinna móc spłacić bez pomocy z zewnątrz przypada już w lipcu. Biorąc pod uwagę bliskość tej daty może nas czekać gorący początek sezonu urlopowego. Na razie nie wpłynęło to na notowania euro, które od wyborów prezydenckich we Francji wciąż zyskuje wobec dolara.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Hakerzy przejmują urządzenia za pomocą… napisów filmowych

Badacze z firmy Check Point odkryli nowy sposób ataku, który może pozwalać hakerom na przejęcie pełnej kontroli nad komputerami, telefonami komórkowymi i inteligentnymi telewizorami użytkowników popularnych platform multimedialnych z wykorzystaniem szkodliwych napisów do filmów.

Analitycy ds. bezpieczeństwa w firmie Check Point odkryli nowy sposób ataku stanowiący zagrożenie dla setek milionów użytkowników popularnych odtwarzaczy multimedialnych, w tym VLC, Kodi (XBMC), Popcorn Time i Stremio. Preparując szkodliwe napisy filmowe do pobrania przez widzów, napastnicy mogą potencjalnie przejąć pełną kontrolę nad każdym urządzeniem, na którym działają podatne na atak platformy.

Hacked in Translation – from Subtitles to Complete TakeoverŁańcuch dostaw w przypadku napisów jest złożony – wykorzystywanych jest ponad 25 formatów, z których każdy posiada inne cechy i udostępnia inne możliwości. Jako że ekosystem jest rozproszony i obejmuje niewiele zabezpieczeń, występują w nim liczne podatności, co czyni go ogromnie atrakcyjnym celem dla atakujących – stwierdził kierujący zespołem ds. luk bezpieczeństwa w firmie Check Point Omri Herscovici. – Odkryliśmy, że można stworzyć szkodliwe napisy i automatycznie dostarczyć je do milionów urządzeń, pomijając oprogramowanie zabezpieczające oraz zyskując pełną kontrolę nad zainfekowanym urządzeniem i przechowywanymi w nim danymi.

Zespół badawczy firmy Check Point przetestował cztery najpopularniejsze odtwarzacze multimedialne (VLC, Kodi, Popcorn Time oraz Stremio) i znalazł w nich luki bezpieczeństwa, o których poinformował zgodnie z zasadami dotyczącymi odpowiedzialnego ujawnienia. Wykorzystując podatności występujące w tych platformach, hakerzy mogli posłużyć się szkodliwymi plikami, aby przejąć urządzenia odtwarzające materiały multimedialne.

Napisy do filmów i programów telewizyjnych są tworzone przez licznych tłumaczy, po czym trafiają do wspólnych repozytoriów internetowych, jak na przykład OpenSubtitles.org, gdzie są indeksowane i klasyfikowane. Badacze Check Point wykazali również, że poprzez manipulowanie algorytmem klasyfikacji stosowanym przez repozytoria hakerzy mogą doprowadzić do automatycznego pobrania szkodliwych napisów przez odtwarzacz multimedialny, zyskując w ten sposób pełną kontrolę nad całym łańcuchem dostaw napisów bez żadnego udziału użytkownika.

Po przekazaniu informacji twórcom, wszystkie cztery firmy rozwiązały zgłoszone problemy. Stremio i VLC zdążyły już wydać nowe wersje oprogramowania, które zawierają właściwe łatki.

Aby się zabezpieczyć i zminimalizować ryzyko ataków, użytkownicy powinni zaktualizować swoje odtwarzacze strumieniowe do najnowszej wersji  – podsumował Herscovici.

W przypadku odtwarzacza VLC odnotowano ponad 170 milionów pobrań ostatniej wersji wydanej 5 czerwca 2016 r. Kodi (XBMC) osiągnął ponad 10 milionów unikatowych użytkowników dziennie i niemal 40 milionów użytkowników miesięcznie. Brak aktualnych szacunków dotyczących liczby użytkowników Popcorn Time, ale szacuje się, że jest ich kilkadziesiąt milionów. Zdaniem Check Point podobne luki mogą być obecne również w innych odtwarzaczach strumieniowych.

Film pokazujący mechanizm działania ataku znajduje się tutaj:

Wspólny głos pracodawców w sprawie płacy minimalnej

Pracodawcy RP wspólnie z pozostałymi reprezentatywnymi organizacjami pracodawców działającymi w Radzie Dialogu Społecznego przedstawili minister Rafalskiej propozycję w sprawie przyszłorocznego wzrostu płacy minimalnej, wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej oraz waloryzacji świadczeń emerytalnych i rentowych.

Proponowana przez stronę pracodawców stawka płacy minimalnej na 2018 r. to 2050 zł brutto miesięcznie, co oznaczałoby równocześnie wzrost minimalnej stawki godzinowej do 13,30 zł brutto. Taki wzrost byłby spójny z ustawowym mechanizmem gwarancji podwyżek minimalnego wynagrodzenia. – Ostatnie lata były czasem bezprecedensowo szybkiego wzrostu płacy minimalnej, która została podniesiona z 936 zł w 2007 r. do 2000 zł w roku 2017. W ciągu poprzednich 10 lat płaca minimalna rosła dwukrotnie szybciej niż średnia krajowa, mocno wyprzedzając również wzrost produktywności pracy – wyjaśnia Łukasz Kozłowski, ekspert Pracodawców RP.

W kwestii wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej, organizacje pracodawców opowiedziały się za utrzymaniem poziomu funduszu płac z poprzedniego roku. Oznacza to, że podwyżki wynagrodzeń byłyby możliwe, ale tylko wtedy, gdyby doszło do ograniczenia poziomu zatrudnienia. O potrzebie racjonalizacji funkcjonowania przerośniętego aparatu biurokratycznego świadczy natomiast fakt, iż w ciągu ostatnich 15 lat liczba osób pracujących w administracji publicznej zwiększyła się aż o ok. 66%.

Przedstawiona propozycja w sprawie waloryzacji emerytur i rent również jest zbieżna z gwarancją ustawową, tj. wzrost świadczeń o inflację oraz 20% realnego wzrostu przeciętnego wynagrodzenia. – Ze względu na znaczny deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, niekorzystne tendencje demograficzne oraz skrócenie wieku emerytalnego, ustalenie wyższego poziomu waloryzacji byłoby wyrazem braku odpowiedzialności za przyszłość. Oznaczałaby konieczność nakładania coraz większych ciężarów podatkowych na pracujące pokolenia oraz wystawiałoby na dodatkowe ryzyko stabilność systemu emerytalnego w dłuższym okresie – mówi Łukasz Kozłowski.

Firmy z sektora finansowego mają coraz większy problem ze znalezieniem specjalistów

  • Bankowość, finanse, ubezpieczenia – to branże, w których odnotowuje się bardzo duże zapotrzebowanie na pracowników.
  • W marcu br. odnotowano najniższą od 25 lat stopę bezrobocia, która wyniosła 8,1 proc. – sprzyja to trendowi rynku pracownika.
  • Firmy z branży finansowej mają problem ze znalezieniem specjalistów, np. na stanowisku doradcy finansowego czy pośrednika finansowego.

Rośnie zapotrzebowanie na specjalistów sektora finansowego – tylko w I kwartale 2017 r. w jednym serwisie ogłoszeniowym pojawiło się w tej kategorii ponad 16 tys. ofert pracy. Pozyskanie doradcy klienta czy pośrednika finansowego, przy obecnej bardzo dobrej koniunkturze na polskim rynku pracy, jest trudniejsze niż kilka lat temu, dlatego firmy sięgają w tym celu po nowe rozwiązania, również od partnerów zewnętrznych.

Instytucje finansowe stoją przed nowymi wyzwaniami rekrutacyjnymi. Z jednej strony mamy utrzymujące się wysokie zapotrzebowanie specjalistów branży finansowej. Bankowość, finanse, ubezpieczenia to branże, w których,  jak podaje pracuj.pl, zaraz po handlu i sprzedaży w I kwartale 2017 r. odnotowano największe zapotrzebowanie na pracowników (12% udziału w całości, tj. 138 089 ogłoszeń). Firmy szukają przede wszystkim sprzedawców, specjalistów ds. obsługi klienta oraz specjalistów ds. finansów.

Z drugiej strony mamy do czynienia z coraz silniejszym trendem rynku pracownika. W marcu 2017 r. odnotowano najniższą od 25 lat stopę bezrobocia, która według Głównego Urzędu Statystycznego wyniosła 8,1 proc. To powoduje, że niektóre firmy branży finansowej napotykają na problem z pozyskaniem pracowników, szczególnie specjalistów średniego i wyższego szczebla.

Inwestycja w pracownika

Mamy do czynienia z sytuacją, w której osoby poszukujące pracy mają wybór spośród wielu ofert dostępnych na rynku. Aby zwiększyć swoją konkurencyjność na rynku pracodawców, instytucje finansowe muszą myśleć o rozwoju inwestycji w pracownika.

Karolina Troszak, Dyrektor Departamentu Wsparcia i Rozwoju Biznesu Sales Group, firmy działającej m.in. na rynku pośrednictwa finansowego, specjalizującej się w outsourcingu sił sprzedaży i procesów kadrowych: „Podstawą powinno być zaoferowanie umowy o pracę, benefitów pozapłacowych, rozbudowany system szkoleń, czy idąc dalej program lojalnościowy, który ułatwi nam pozyskanie pracownika, a później jego utrzymanie, co w sytuacji dużej rotacji na rynku, jest niezwykle istotne.”

Pomoc doświadczonego partnera z branży

W sprostaniu wyzwaniom, jakie dyktuje światowy trend rynku pracownika, szczególnie w przypadku dużych firm i korporacji finansowych, pomocny może być też outsourcing procesów związanych z budowaniem i utrzymaniem kadry pracowniczej.

Piotr Tabor Dyrektor Zarządzający Sales Group: „Branża finansowa, i nie tylko ona, ma coraz większą świadomość, że może skorzystać na modelu biznesowym, opartym na oddelegowaniu wybranych obszarów procesów firmy na zewnątrz. Potwierdzają to nasze wyniki – na przestrzeni lat 2012 – 2016 r. zwiększyliśmy w naszej spółce  ponad trzykrotnie  liczbę  pracowników,  wykonujących czynności w ramach outsourcingu usług.”

Przykładowo usługa rekrutacyjna od partnera zewnętrznego pozwala na:

  • Uwolnienie firmy od procesu szukania potencjalnych pracowników.
  • Przeprowadzenie wstępnej selekcji kandydatów.
  • Przeprowadzanie pierwszych rozmów rekrutacyjnych z selekcją kandydatów i rekomendacjami do zatrudnienia.

Organizacje sektora finansowego idą też dalej, oddając w ręce partnera procesy kadrowo-płacowe, administracyjne, prawne i szkoleniowe. Część z nich to powtarzalne procesy, przy których rozszerzenie kompetencji wewnątrz firmy, jest mniej opłacalne. Można  zatrudnić w tym celu wyspecjalizowaną, kompetentną, a często również tańszą firmę zewnętrzną. W takiej sytuacji instytucja może się skupić na swojej głównej działalności.

Deloitte: Nowy MSSF 17 oznacza rewolucję dla firm ubezpieczeniowych

Rada Międzynarodowych Standardów Rachunkowości (IASB) ogłosiła nowy standard MSSF 17, który wprowadza zupełnie nowe podejście w rozpoznawaniu przychodów oraz zysku/strat w okresie świadczenia usług ubezpieczeniowych. Choć zacznie on obowiązywać dopiero od stycznia 2021 roku, to oznacza tak dużą zmianę dla firm ubezpieczeniowych, że powinny one rozpocząć przygotowania do jego wdrożenia już teraz. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte MSSF 17 daje szansę na zagwarantowanie przejrzystości oraz porównywalności sprawozdań finansowych ubezpieczycieli, co może zmienić sposób postrzegania działalności ubezpieczeniowej, rynkowej pozycji poszczególnych firm czy też rodzajów produktów, które są przez nich oferowane.

Rada Międzynarodowych Standardów Rachunkowości nad nowym standardem pracowała od ponad dekady. Dlaczego nowy standard był konieczny? Analitycy zgłaszali wiele zastrzeżeń do dotychczasowych, przejściowych zasad sprawozdawczości ubezpieczycieli (MSSF 4). Wskazywano zarówno na różnorakość podejść księgowych akceptowalnych w ramach dotychczasowych regulacji, jak też na dopuszczaną możliwość opierania się przy wycenie na zdezaktualizowanych założeniach. „Często podnoszone było również, że sprawozdania ubezpieczycieli nie przedstawiają informacji kluczowych dla oceny faktycznej sytuacji finansowej danego podmiotu. Ze względu na długoterminowy charakter wielu ubezpieczeń, naturalnym jest bowiem pytanie, w jaki sposób każda firma rozpoznaje w czasie zysk z poszczególnych polis i jakiej jego części należy spodziewać się w przyszłości. Dotychczasowe sprawozdania nie dostarczały rynkom takich informacji” – mówi Krzysztof Stroiński, Partner, Lider Praktyki Ubezpieczeniowej w Europie Środkowej, Deloitte.

MSSF 17 definiuje zupełnie nowe podejście do rozpoznawania przychodów oraz zysku/strat w okresie świadczenia usług ubezpieczeniowych. Standard wejdzie w życie 1 stycznia 2021 r, ale skala proponowanych zmian jest tak ogromna, że wiele grup ubezpieczeniowych rozpoczęło już pierwsze pracę nad analizą wpływu nowych regulacji, opierając się na wersjach roboczych standardu.

Nowy standard ma duży potencjał, aby w znacznym stopniu wpłynąć na rynek ubezpieczeniowy na świecie. Jeśli uda się zrealizować główny cel przyświecający jego twórcom, czyli zagwarantowanie przejrzystości oraz porównywalności sprawozdań finansowych ubezpieczycieli, to zmienić się może sposób postrzegania działalności ubezpieczeniowej, rynkowej pozycji poszczególnych ubezpieczycieli czy też rodzajów produktów, które warto oferować. Zniknie wiele dotychczasowych, powszechnie stosowanych miar, takich jak składka przypisana. Zyskać mogą ubezpieczyciele koncentrujący się na działalności o profilu bardziej ubezpieczeniowym niż inwestycyjnym (składki inwestycyjne będą rozpoznawane w inny sposób). Wymogi prezentacyjne nowego standardu będą nakładały na ubezpieczycieli obowiązki prezentowania pewnych dodatkowych informacji. np. o portfelach stratnych. Wybór metody rozpoznania istniejącego portfela według MSSF 17 (tzw. „transition”) określi profil zysków spółki ubezpieczeniowej z tegoż portfela w przyszłości.

W jakim zakresie nowy standard będzie dotyczył Polski? „Ze względu na obowiązki informacyjne, standard obejmie spółki notowane na giełdzie. Jednak i dla pozostałych wdrożenie nowego standardu nie będzie obojętne. Duża liczba podmiotów ubezpieczeniowych w Polsce wchodzi w skład międzynarodowych grup ubezpieczeniowych, z których wiele objętych będzie wymaganiem publikacji skonsolidowanych sprawozdań według MSSF 17” – mówi dr Adam Pasternak-Winiarski, Menedżer w dziale Usług Aktuarialnych i Ubezpieczeniowych, Deloitte.

Po wdrożeniu MSSF 17 wiele spółek będzie prowadzić przynajmniej trzy rodzaje sprawozdawczości według coraz bardziej złożonych zasad: dla celów lokalnej rachunkowości, wypłacalności oraz nowego standardu. Dla ubezpieczycieli stanowić to może bardzo duże obciążenie. Zdaniem ekspertów Deloitte niewykluczone, że w Polsce rozpocznie się dyskusja na temat konieczności przyjęcia MSSF 17 jako standardu wymaganego również na cele sprawozdawczości lokalnej. Podobne rozmowy prowadzone są już obecnie w niektórych krajach.

Zakres zmian wprowadzanych przez MSSF 17 powoduje, że jego wdrożenie będzie bez wątpienia procesem kosztownym. „Ze względu na konieczność modyfikacji systemów IT, księgowych oraz aktuarialnych oczekuje się, że koszt dostosowania do MSSF 17 będzie porównywalny z kosztem wprowadzenia regulacji Solvency II, który szacowano na 3-4 mld euro w całej UE. Mimo, że obciążenia finansowe w większym stopniu będą dotyczyły ubezpieczycieli oferujących ubezpieczenia na życie niż majątkowe, to ci ostatni również mogą spodziewać się istotnego nakładu pracy” – mówi dr Adam Pasternak-Winiarski.

Internet rzeczy – wygoda obarczona zagrożeniami. NSA ostrzega

Czym jest internet rzeczy? To otaczająca nas rzeczywistość, gdzie dostęp do przepływu informacji – potocznie zwanym internetem – mają urządzenia wokół nas. Są to lodówki, telewizory, smartfony oraz komputery. Internet dostępny w tych urządzeniach nie tylko pozwala na czerpanie informacji o nich, ale także urządzenia czerpią informacje od nas. Lodówka może poinformować sklep internetowy, że skończył się np. sok, a telefon poinformuje o naszej lokalizacji. W laptopach i w innych urządzeniach z wbudowanymi kamerami mamy możliwość przeprowadzania wideo rozmów, ale istnieje również ryzyko podglądania nas. Narodowa Agencja Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych wydała rekomendację zasłaniania wizjerów w tego typu urządzeniach, gdy nie korzystamy z nich.

– Możliwy jest nieautoryzowany podgląd z tych urządzeń i powinniśmy się zastanowić nad zaklejeniem takiej kamerki – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Tomasz Szymanik, dyrektor sprzedaży UseCrypt – Mimo to internet rzeczy jest nieuchronną szansą, ponieważ nie odejdziemy od masowego wykorzystywania sieci w naszym życiu. Jest to dla nas wygodne, potrzebne i wydaje się, że niezbędne. Z tej drogi zapewne już nie zejdziemy, więc co jest nam potrzebne do bezpiecznego poruszania się w sieci? Podstawą jest zachowanie rozsądku – każde urządzenie może być naszym przyjacielem lub wrogiem. Nie należy nadużywać korzystania ze smartfonów, social media, zbytnio rozpowszechniać informacji na temat swojego życia osobistego – ocenił Szymanik.

Polscy pracownicy krótko śpią. Co ich trapi? – raport serwisu MonsterPolska.pl

Aż 34 proc. Polaków martwi się zbyt dużą ilością obowiązków w pracy, a 26 proc. stresuje się brakiem pieniędzy. Takie problemy ma zaledwie odpowiednio: 9 i 2 proc. Finów. Jeszcze inne kłopoty mają Czesi, Słoweńcy i Litwini – wynika z badania „Stres w miejscu pracy”, przeprowadzonego na zlecenie międzynarodowego serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl przez Paylab.com.

W badaniu wzięło udział ponad 58,5 tys. pracowników z 11 krajów europejskich takich jak: Słowacja, Węgry, Czechy, Serbia, Bośnia i Hercegowina, Słowenia, Chorwacja, Litwa, Łotwa, Finlandia i Polska. Okazało się, że im bardziej stresujące miejsce pracy, tym głębsze kłopoty pracowników ze snem. Z kolei im mniej snu, tym poważniejszy spadek formy, większe napięcie i mniejsza chęć dbania o relacje w pracy.

Twórcy badania „Stres w miejscu pracy” zapytali respondentów, jak długo śpią w noc poprzedzającą pracujący dzień. Okazało się, że zaledwie 5 proc. pracowników z 11 badanych krajów śpi powyżej 8 godzin. Pozostałe 95 proc. badanych śpi poniżej tego czasu. I tak: mniej niż 5 godzin – śpi 2 proc. badanych, od 5 do 6 godzin – 17 proc., od 6 do 7 godzin – 40 proc., a od 7 do 8 – 35 proc.

Sen do pięciu godzin? Liderem Polacy

Podczas gdy poniżej pięciu godzin śpi tylko 2 proc. ogółu badanych, w Polsce wynik ten wynosi aż 5 proc. Na Łotwie i w Finlandii na tak krótki sen decyduje się 1 proc. pracujących osób. Na pocieszenie mamy też najwięcej śpiochów, którzy dbają o to, aby ich relaks trwał powyżej 8 godzin. I tak 7 proc. osób wysypia się porządnie w Polsce, ale także na Węgrzech i w Bośni i Hercegowinie.

Ile śpi przeciętny polski pracownik?

  • >> mniej niż 5 godzin – 5 proc.
  • >> od 5 do 6 godzin – 21 proc.
  • >> od 6 do 7 godzin – 38 proc.
  • >> od 7 do 8 godzin – 29 proc.
  • >> powyżej 8 godzin – 7 proc.

5 powodów, dla których stresujemy się w pracy i nie możemy spać

  1. Zbyt wiele obowiązków

Aż 25 proc. ogółu badanych stwierdziło, że ma poczucie nadmiaru obowiązków. W Polce ten problem także był wymieniany, jako numer jeden, przy czym wskazało na niego aż 34 proc. pracowników. Spośród 11 krajów to jednak respondenci w Słowenii najbardziej narzekali na piętrzące się obowiązki – na ten punkt wskazało 44 proc. badanych. Ten problem okazał się najmniej znaczący dla Serbów (4 proc. odpowiedzi) i Finów (9 proc.).

Z badań wynika, że na tego typu stres narażone są zwłaszcza osoby, które odpowiadają za wyniki. To ci pracownicy mniej śpią i intensywniej odczuwają wszelkie minusy wykonywanego zawodu.

  1. Problemy finansowe

Przyczyną stresu także dla 25 proc. z ogółu badanych są kłopoty finansowe. W Polce ten wskaźnik wynosi 26 proc, a najwyższy jest w Bośni i Hercegowinie i wynosi 34 proc. O pieniądze obawiają się zwłaszcza mniej wykwalifikowani pracownicy i pracownicy o niskich dochodach. To oni też często ponoszą zdrowotne skutki wykonywania zawodu. Problemów finansowych nie mają zaś Finowie. Zaledwie w 2 proc. z nich udzieliło takiej odpowiedzi.

  1. Nadgodziny

Praca, praca i jeszcze raz praca – z tego powodu rozdrażnionych jest aż 16 proc. ogółu badanych, 15 proc. – Polaków i najwięcej, bo 26 proc. – Słoweńców. Osobom, które przesiadują w pracy, trudniej jest też osiągnąć równowagę między pracą a życiem prywatnym. Problem nadgodzin wskazało tylko 9 proc. osób pracujących w Finlandii.

  1. Wypalenie

Już 15 proc. pracowników z 11 przebadanych krajów czuje, że praca prowadzi ich prosto do wypalenia zawodowego. W Polsce ten wskaźnik jest nieco niższy i wynosi 13 proc., natomiast w Słowenii problem ten dotyczy aż 25 proc. pracowników. Emocjonalne wypalenie zaobserwowano we wszelkich grupach zawodowych. Byli w nich programiści, lekarze, specjaliści medyczni, nauczyciele i policjanci. Najmniej – zaledwie w 5 proc. – wypaleni czują się Finowie.

  1. Długi czas pracy bez urlopu

Przeciętnie narzekało na to 16 proc. ogółu badanych. W Polsce z tym problemem mierzy się 15 proc. pracowników, w Finlandii – 24 proc., w Słowenii aż 27 proc. Z takim kłopotem boryka się wielu menadżerów. To oni też śpią mniej. Aż 21 proc. menedżerom sen zajmuje mniej niż 6 godzin.

Główne powody stresu wśród polskich pracowników:

  • >> Zbyt wiele obowiązków – 34 proc.,
  • >> Problemy finansowe – 26 proc.,
  • >> Złe warunki pracy lub środowisko pracy – 16 proc.,
  • >> Oczekiwania szefostwa – 16 proc.,
  • >> Nadgodziny i długi czas pracy bez urlopu – po 15 proc.,

Mniej we znaki dają się relacje z kolegami i dojazdy

Z ogólnych danych wynika, że pracownikom, choć już w mniejszym stopniu doskwierają też:

  • >> złe warunki pracy lub środowisko pracy – 15 proc.,
  • >> zmiany organizacyjne – 12 proc.,
  • >> dojazdy – 14 proc.,
  • >> brak work&balance – 12 proc,
  • >> oczekiwania szefa – 12 proc.,
  • >> problemy zdrowotne związane z pracą – 9 proc.,
  • >> słabe relacje z kolegami – 9 proc.,
  • >> oczekiwania klientów –  9 proc.,
  • >> niezdolność do radzenia sobie z obciążeniem pracą – 7 proc.
  • 14 proc. Polaków w bezstresowej pracy

Co ciekawe, część badanych przyznała, że nie ma stresującej pracy. I ogółem z takim stwierdzeniem zgodziło się 13 proc. badanych. Wśród Polaków aż 14 proc., podobnie, jak na Słowacji, w Czechach i Bośni i Hercegowinie. Brak stresu w pracy odczuwa (rekordowo), bo aż 22 proc. Finów. Po drugiej stronie znalazła się Słowenia, gdzie komfortowo w pracy czuje się jedynie 9 proc. pracowników.

Zamiast wzrostu cen ropy – fluktuacje

Celem porozumienia było podniesienie i utrzymanie ceny ropy powyżej 50 dolarów za baryłkę. Aby to osiągnąć uczestniczące w nim kraje (kartel OPEC bez Libii i Nigerii), Rosja i kilka krajów spoza OPEC zobowiązały się zredukować wydobycie w pierwszej połowie 2017 r. o blisko 1,8 mb/d (milion baryłek dziennie) w stosunku do poziomu z października 2016. Mimo zaskakująco dobrego wywiązywania się z zadeklarowanych cięć, cel cenowy udało się osiągnąć jedynie w pierwszych dwóch miesiącach roku. Wtedy rynek był tak podekscytowany redukcjami wydobycia, że ignorował sygnały o słabnących fundamentach rynku ropy, nie przywiązywał wagi do skrajnego pozycjonowania na rynku papierowym czy historycznie małej zmienności cen. Spóźnione przetrawienie tych informacji doprowadziło następnie do korekty i cena spadła w pobliże 50 dolarów za baryłkę, wykazując skłonność do dalszych spadków w miarę napływu kolejnych danych.

Czy obecne porozumienie działa? Duża część rynku jest zdania, że tak, ale jego pełny efekt jeszcze się nie ujawnił. Aby to nastąpiło, potrzebne jest przedłużenie porozumienia do końca roku. Wspólny komunikat ministrów Arabii Saudyjskiej i Rosji z 15 maja o woli przedłużenia porozumienia do marca 2018 wzmocnił te oczekiwania, na co cena ropy zareagowała powrotem do przedziału celu. Także Międzynarodowa Agencja Energii w swoim raporcie sprzed paru dni jest zdania, że równoważenie rynku postępuje, ale podkreśla, że rola OPEC w tym procesie nie dobiegła jeszcze końca. Nie brakuje jednak także opinii, że interwencje OPEC nie mają sensu, bo pobudzają silny wzrost wydobycia „szybkiej” amerykańskiej ropy i w konsekwencji ich cel (cena ropy trwale powyżej 50 dolarów za baryłkę) nie zostanie osiągnięty.

Ocena skuteczności interwencji OPEC na podstawie tego, co się stało z fundamentami rynku ropy od czasu jej ogłoszenia i implementacji nie jest jednoznaczna. Zacznijmy od tego, że cena reaguje na zmiany globalnego popytu oraz podaży poprzez pryzmat napływających informacji, które docierają do uczestników rynku z dużym opóźnieniem i są niekompletne. Najlepiej widoczne są zmiany popytu i podaży ropy i paliw w krajach OECD, raportujących do Międzynarodowej Agencji Energii. Na podstawie regularnych publikacji o tym, co się dzieje z zapasami, wydobyciem i popytem w krajach OECD, uczestnicy rynku wyrabiają sobie opinię o zmianach na rynku globalnym. Z kolei informacje o zmianach popytu i podaży w krajach OPEC i w Rosji docierają na rynek z dużym opóźnieniem i są mniej wiarygodne, bo są odgadywane na podstawie np. ilości i terminów załadunku i wyładunku statków transportujących i magazynujących ładunki ropy. W przypadku tych krajów trudno jest na przykład ocenić, co się dzieje z wydobytą ropą, która nie opuściła kraju: czy została skonsumowana, czy też powiększyła zapasy, co w przypadku oceny skuteczności interwencji OPEC ma niebagatelne znaczenie.

Bezpośrednią przyczyną spadku cen ropy są informacje o komercyjnych zapasach ropy naftowej i paliw płynnych w krajach OECD (widoczna część globalnych zapasów). W pierwszym kwartale 2017, zamiast spodziewanego obniżenia, odnotowały one wzrost o 0,3 mb/d. Niewątpliwie stoi za tym dynamiczny wzrost wydobycia ropy w USA, którego skala została poważnie niedoszacowana. Mniej znanym czynnikiem, który także przyczynił się do wzrostu zapasów komercyjnych w krajach OECD jest zmniejszenie się zapasów w krajach OPEC. Okazuje się bowiem, że kraje OPEC ograniczyły co prawda wydobycie ale zwiększyły eksport ropy i paliw płynnych ze zgromadzonych wcześniej zapasów, aby skorzystać na wzroście cen. Ropa ta, odbierana także przez rafinerie polskie, weszła do produkcji w Europie w miejsce ropy Brent i URALS, a w USA w miejsce ropy amerykańskiej i przez to utrudniła redukcję zapasów w tych regionach.

Co będzie dalej? Z jednej strony już wiemy, że wydobycie ropy łupkowej w USA rośnie bardzo dynamicznie. Na początku roku szacowano, że w 2017 r. będzie to wzrost o 0,4 mb/d, a obecnie mówi się o przyroście rzędu 1,0 mb/d. Stoi za tym kilka czynników. Zwrócę uwagę na kilka najbardziej istotnych. Obecnie ocenia się, że graniczna cena ropy, przy której wydobycie na polach łupkowych przestaje być opłacalne, obniżyła się do 50 dolarów za baryłkę. Wręcz niewiarygodnie wzrosła także efektywność wydobycia. Według najnowszych szacunków do wydobycia 1,0 mb/d ropy w 2017 r. wystarczy 15 000 odwiertów, podczas gdy w 2014 r. do wydobycia tego samego wolumenu wykonano 40 000 odwiertów. Na dodatek firmy poszukujące i wydobywające ropę na polach łupkowych nadspodziewanie dobrze wykorzystały wzrost cen ropy na przełomie roku i zabezpieczyły, w transakcjach terminowych, przyszłe zyski w horyzoncie dwóch lat przy cenie ropy powyżej 50 dolarów za baryłkę. W rezultacie tych transakcji zabezpieczających sektor E&P w USA nie ma już bariery w postaci dostępności kapitału na prace poszukiwawczo-wydobywcze, zależnej od ceny ropy. Z drugiej jednak strony niewiele wiadomo o skali zapasów ropy naftowej i paliw zgromadzonych w krajach OPEC i w Rosji. Trudno więc ocenić, jak istotny wpływ może mieć to źródło na globalny bilans podaży w nadchodzących miesiącach. Uwolnienie zapasów dało możliwość zwiększenia sprzedaży ropy przez OPEC w warunkach redukcji wydobycia i z informacji o ruchu statków można wnioskować, że źródło to zostało uruchomione już w grudniu. Najsilniejszy wzrost zapasów komercyjnych w OECD miał miejsce w styczniu, kiedy ładunki ropy dotarły do Europy i USA. W lutym i w marcu zapasy komercyjne w OECD malały, co pozwala sądzić, że kraje OPEC pozbyły się już nadmiernych zapasów.

W ujęciu globalnym, w pierwszym kwartale 2017 poziom zapasów prawdopodobnie się obniżył, zatem porozumienie działa i jego przedłużenie może podnieść cenę ropy (na wzroście cen ropy szczególnie zależy Arabii Saudyjskiej z powodu przygotowanego wprowadzenia Saudi Aramco na giełdę i wyceny wartości firmy). Strony porozumienia mają już dane na temat szacowanej obecnie skali wydobycia ropy w USA i w Kanadzie (gdzie wydobycie także rośnie) oraz w innych krajach poza OPEC, mają informacje na temat globalnej skali nadmiernego poziomu zapasów komercyjnych (znają swoje zapasy, a w krajach OECD jest to około 0,5 mb/d). Skonfrontowanie tych danych z przyrostem globalnego popytu (1,6-1,7 mb/d w 2017 r i około 1,5-1,6 mb/d w 2018 r.) pozwala oszacować skalę niezbędnego cięcia wydobycia, prowadzącego do powrotu zapasów w krajach OPEC do poziomu średniej z ostatnich pięciu lat. Wyraźny ruch zapasów w tym kierunku powinien spowodować wzrost ceny ropy powyżej 50 dolarów za baryłkę.

Po wstępnych deklaracjach trzeba sądzić, że będzie to wymagało znacznie większego wysiłku ze strony krajów OPEC i Rosji, niż w przypadku pierwszego porozumienia. Trzeba też wziąć pod uwagę, że im skuteczniejsza interwencja, tym wyższa cena i tym silniejsza reakcja podaży łupkowej, obniżająca cenę. Arabia Saudyjska nie chce jednak dopuścić do zbyt wysokiego wzrostu ceny, powyżej 60 dolarów za baryłkę, gdyż w jej opinii taka cena, z uwagi na opłacalność, przyspieszyłaby nadmiernie wzrost wydobycia w USA. Jak już wspominałem, jest bardzo prawdopodobne, że ta graniczna cena obniżyła się do 50 dolarów za baryłkę, co stanowi poważny czynnik ryzyka dla strategii zarządzania ceną. Utrzymanie ceny powyżej 50 dolarów za baryłkę w miarę upływu czasu będzie coraz trudniejsze i w przypadku zaniechania dalszych interwencji, w 2018 można się spodziewać nadwyżki podaży, wzrostu zapasów komercyjnych i obniżenia ceny. Jednym zdaniem, rezultatem interwencji może być powtórka z przeszłości, kiedy to wiara w kotwicę OPEC i utrzymywanie zbyt wysokiej ceny, powyżej krańcowego kosztu wydobycia doprowadziły do załamania się cen ropy.

Także dzisiaj wiele przemawia za tym, że przy cenie ropy powyżej 50 dolarów za baryłkę potencjał wydobycia ropy w USA i w Kanadzie jest na tyle duży, że prawdopodobnie wypełni lukę podaży, oczekiwaną w latach 2019 i dalszych z powodu zaniechania realizacji wielu projektów konwencjonalnych. Jeśli tak się stanie, to w horyzoncie najbliższych pięciu lat zamiast wzrostowego trendu cen ropy czekają nas fluktuacje cen w dość szerokim przedziale, np. 40-65 dolarów za baryłkę, jak sugeruje choćby Edward Morse. Założone w naszej strategii 55 dolarów za baryłkę w latach 2017-2018 wpisuje się zatem w ten scenariusz.

Adam Czyżewski, główny ekonomista PKN Orlen

Jakub Ananicz: Faktoring jako alternatywne źródło inwestowania

Przedsiębiorcy coraz częściej dostrzegają korzyści płynące z faktoringu, i to nie tylko te związane z zabezpieczeniem przed nieterminowymi płatnościami. Dziś faktoring to przede wszystkim alternatywne źródło inwestowania, które przynosi zyski w wysokości ponad 20 proc. w skali roku.

Według danych Polskiego Związku Faktorów, firmy faktoringowe w ubiegłym roku osiągnęły obroty w wysokości blisko 176 mld złotych. Co ważne, aż 79 proc. zysków pochodziło z transakcji dokonanych między rodzimymi firmami. Na uwagę zasługuje również fakt, że w 2016 roku sfinansowanych zostało ponad 7 mln faktur.

Faktoring… czyli właściwie co?

Faktoring to jedna z form finansowania przedsiębiorstwa, polegająca na wykupie wierzytelności wynikającej z tytułu sprzedaży towarów bądź usług. Wykorzystywany jest przede wszystkim w zarządzaniu płynnością finansową przedsiębiorstwa, ponieważ pozwala na regulację strumienia wpływów pieniężnych do przedsiębiorstwa. W procesie wykupu należności udział biorą: Faktor (podmiot, który wykupuje wierzytelność handlową), Faktorant (przedsiębiorstwo, które wystawia faktury z odroczonym terminem płatności) oraz Odbiorca (płatnik zobowiązany do terminowej zapłaty za zakupiony towar lub wykonaną usługę). Dzięki usłudze faktoringu, przedsiębiorstwo otrzymuje zapłatę na wykonaną usługę lub zakupiony towar w ciągu kilku dni od daty wystawienia faktury.

Druga strona medalu

Jednak dziś faktoring to nie tylko działanie zabezpieczające firmy przed opóźnieniami w spłacie należności. To alternatywne źródło pozyskiwania kapitału, które pokochali polscy inwestorzy. Dlaczego? Ponieważ wyróżnia się bezpieczeństwem transakcji oraz ponadprzeciętnymi zyskami. – Zyski, które można odnotować, uzależnione są od przede wszystkim od rentowności faktury. Na jej intratność wpływ mają przede wszystkim: kwota zobowiązania, termin płatności oraz podmiot będący płatnikiem faktury. Jednak z naszych danych wynika, że inwestorzy, którzy w ubiegłym roku zdecydowali się na zakup faktur, zanotowali zyski w wysokości 24,5 proc. w skali roku – komentuje Jakub Ananicz, wiceprezes zarządu Faktoramy, pierwszej na polskim rynku platformy umożliwiającej inwestowanie w faktury. – Takie wyniki są osiągalne dzięki zapewnieniu współpracy wyłącznie z wiarygodnymi płatnikami, czyli m.in. firmami notowanymi na Giełdzie Papierów Wartościowych, a właśnie tak jest w naszym przypadku – dodaje Jakub Ananicz.

Bezpieczne inwestowanie?

Inwestycja w należności jest jednym z najbezpieczniejszych sposobów pomnożenia naszych aktywów finansowych. Wszystko dzięki temu, że firmy, które postanawiają skorzystać z faktoringu, są odpowiednio weryfikowane. Proces ten odbywa się na kilku, różnych płaszczyznach. Sprawdzane są przede wszystkim dane rejestrowe spółki dostępne m.in. w Krajowym Rejestrze Sądowym oraz Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej. – Ryzyko związane z inwestowaniem w faktury porównywalne jest do poziomu obligacji korporacyjnych i sprowadza się do ryzyka kredytowego. Dzieje się tak, ponieważ faktury wystawione na sprzedaż uznane są za bezsporne, co niweluje ryzyko związane z reklamacjami, potrąceniami za uszkodzony towar czy zwrotem zakupionych artykułów – wyjaśnia Jakub Ananicz z Faktoramy.

Kupujemy najwięcej nowych mieszkań w Europie

Deweloperzy biją rekordy w budowaniu nowych mieszkań, a Polacy kupują ich najwięcej w Europie. Sukcesywnie spada metraż, choć nie zmienia się oczekiwanie względem ich komfortu i funkcjonalności. Jak to pogodzić?

Kupujemy coraz więcej nowych, a przy tym mniejszych mieszkań. Polacy wyrośli na europejskich liderów rynku pierwotnego – dotyczyła go niemal połowa transakcji zawartych w 2016 roku. Na taki wybór wpływa fakt, że coraz częściej mieszkamy w pojedynkę lub bez dzieci. Nie zmieniają się tylko wymagania dot. mieszkania. – Oczekuje się, że małe mieszkania zapewnią niezbędny komfort i swobodę ruchu, a ergonomicznością nie będą ustępowały większym lokalom – mówi Magdalena Dymek z firmy Häfele, jednego z największych dostawców akcesoriów budowlanych i meblowych w Polsce. Skąd ta tendencja?

Mieszkaniowa hossa

Branża budowlana w Polsce przeżywa prawdziwą hossę – jak pokazują dane GUS, w marcu 2017 r. liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto, wzrosła o ponad 34% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Nie ma też obaw o to, że budynki będą stały puste, czekając na nabywców. Polacy chcą kupować nowe mieszkania dużo chętniej niż ich europejscy koledzy – jak wynika z szacunków Eurostatu, transakcje na rynku pierwotnym to aż 48% udziału w ogólnej wartości sprzedanych nieruchomości. Pod tym względem wyprzedają nas tylko Malta oraz Cypr. Okazuje się jednak, że choć kupujemy więcej, to jednocześnie mniej – jeśli przeliczymy mieszkania na nabyte „metry”.

Ciasne, ale własne

Opierając się na danych Głównego Urzędu Statystycznego łatwo zauważyć, że deweloperzy odpowiadając na oczekiwania rynku, wnioskują o pozwolenia na budowę coraz mniejszych lokali. Od 2010 roku przeciętne mieszkanie w ofercie dewelopera „skurczyło się” aż o 8 metrów kwadratowych. Wybieramy mieszkania coraz bardziej kompaktowe oczekując, że będą równie wygodne i funkcjonalne co dużo większe lokale. Co szczególnie widać po aktualnych trendach aranżacyjnych. – Da się zaobserwować rosnące zainteresowanie rozwiązaniami pozwalającymi maksymalnie wykorzystać dostępną przestrzeń, uczynić ją wygodną, a przy tym pojemną. Polacy coraz większą uwagę poświęcają na przykład głębokim szufladom, czy górnym szafkom obecnym w zabudowie pod sam sufit – mówi Magdalena Dymek. Na wybór mniejszego mieszkania i sposób jego aranżacji w wyraźny sposób wpływają też siła nabywcza Polaków

i zmieniający się model życia.

Mniejszy metraż, ta sama wygoda

Za średnią miesięczną pensję Polak może kupić ok. pół metra kwadratowego mieszkania. Oprócz argumentu finansowego dochodzi także głos rozsądku – większe mieszkania są nabywcom po prostu niepotrzebne. Jak to możliwe? Jak wskazują dane Eurostatu, w ostatnich latach znacznie zmieniła się sytuacja społeczno-demograficzna Polaków. Na przestrzeni 10 lat (od 2006 do 2015 r.) przybyło samotnie mieszkających Polaków – i to aż o 34%., do tego dochodzą pary mieszkające bez dzieci (wzrost o ponad 38%). Nabywcy nie oczekują więc dodatkowej przestrzeni, ale skutecznego wykorzystania metrażu kawalerki czy dwupokojowego mieszkania. – Należy spodziewać się wyższej sprzedaży rozwiązań zapewniających wielofunkcyjność mebli, jak okucia łączące funkcje biurka i łóżka, czy na przykład blatów wysuwnych, które na co dzień nie zajmują miejsca, a mogą posłużyć jako stolik do kawy, czy mini-biurko – mówi Magdalena Dymek z Häfele. I choć daleko nam do Hongkongu, gdzie hitem są nanomieszkania poniżej 20 mkw., wszystko wskazuje na to, że zainteresowanie małymi mieszkaniami i dedykowanymi im rozwiązaniami aranżacyjnymi, będzie rosnąć także w kolejnych latach.

Geny czy doświadczenie – co odpowiada za skłonność do podejmowania ryzyka?

Geny czy doświadczenie – co odpowiada za skłonność do podejmowania ryzyka? Jak pokazują badania, cechy odziedziczone po rodzicach mają duże znaczenie dla tego, w jakim stopniu będziemy działać zachowawczo, a w jakim zachowywać się brawurowo – również w odniesieniu do pieniędzy. Niemały wpływ na charakter inwestora ma środowisko, w którym żyje. Ale największe znaczenie w kształtowaniu jego postaw inwestycyjnych mają doświadczenie życiowe i inwestorskie.

Zysk i strata to dwie strony tej samej monety. Postawa inwestora pytającego o starty to klasyczny przykład osoby ostrożnie ważącej ryzyko, patrzącej właśnie na te obydwie strony. Również dziś analiza danych funduszy inwestycyjnych dla wielu kupujących powinna zaczynać się od pytania „a ile można stracić?”. Taka postawa pozwala nam ono określić, jak duże ryzyko jesteśmy w stanie wziąć na siebie. Przykład: agresywny fundusz akcji daje średni roczny zysk w wysokości 10 proc. przy czym najlepszy roczny wynik to aż 39,9 proc. wzrostu. W tym samym czasie fundusz konserwatywnej alokacji wypracował przeciętnie 5,5 proc. zysku, a w najlepszym roku zarobił 12 proc. Zestawienie obydwu funduszy wygląda zupełnie inaczej jeśli spojrzymy na historyczne straty jakie one poniosły. W przypadku funduszu agresywnego było to aż 36 proc. Fundusz pieniężny stracił maksymalnie 4,8 proc.

Urodzeni ryzykanci

Jedni inwestorzy będą patrzeć tylko na pozytywną stronę wyników funduszy, koncentrując się na perspektywie dużych zysków. Osoby bardziej zachowawcze wezmą pod rozwagę możliwość niepowodzenia w inwestycji i pod tym kątem będą kalkulowały zaangażowanie na danym rynku. Co sprawia, że ktoś jest w stanie zaryzykować jedną trzecią pieniędzy a ktoś inny zawsze w pierwszej kolejności boi się potencjalnej straty? Naukowcy od lat próbują dociec od czego zależy skłonność do większej brawury w sprawach finansowych, a co powstrzymuje ludzi od gry o duże stawki i skłania do – czasem nadmiernej – ostrożności.

Wnioski są takie, że nasz profil ryzyka zależy od trzech czynników. Po pierwsze – cech wrodzonych. Po drugie – wpływu środowiska, w którym żyjemy. I po trzecie doświadczenia życiowego. O niektórych  ludziach mówi się, że mają żyłkę do ryzyka i jest to powiedzenie jak najbardziej oddające prawdę. Skłonność do podejmowania ryzyka jest w dużej mierze cechą wrodzoną, co potwierdzają niezwykle ciekawe badania przeprowadzone w Szwecji. Naukowcy przyjrzeli się zachowaniom par bliźniaków wychowywanych razem oraz osobno, w różnych rodzinach adopcyjnych. Materiał badawczy był zupełnie unikalny, gdyż Szwecja od końca XIX wieku prowadzi rejestr bliźniaków. Od dawna, dla celów podatkowych gromadzone są również dane finansowe obywateli, co pozwala na wgląd w ich sytuacje finansową i posiadane aktywa. Zestawiając obydwie bazy danych i analizując portfele inwestycyjne 37 tys. bliźniąt naukowcy stwierdzili, że w 20 do 40 proc. decyzje inwestycyjne warunkowane są cechami wrodzonymi, a nie nabytymi. Nie jest to rzecz specjalnie zaskakująca, ponieważ genetycy wyodrębnili gen odpowiedzialny za ryzyko.

Kto z kim przestaje

Chociaż predyspozycje do podejmowania decyzji nieszablonowych mają podłoże genetyczne to drugim, bardzo ważnym czynnikiem wpływającym na nasz profil ryzyka jest środowisko w którym żyjemy: rodzina, lokalna społeczność, kościół, organizacje, miejsce pracy, ale też np. sytuacja polityczna. Z badań przeprowadzonych w 2011 r. w Europie wynika, że stabilność polityczna kraju ma zasadniczy wpływ na podejmowanie długoterminowych inwestycji. W Rumunii Grecji i Rosji skłonność do lokowania pieniędzy na okresy dłuższe niż rok jest daleko niższa niż w Niemczech, Szwajcarii, czy stabilnej Skandynawii.

Największy wpływ na charakter inwestora i jego nastawienie do ryzyka ma doświadczenie życiowe. Naukowcy stwierdzili, że kluczowe znaczenie dla kształtowania się jego osobowości ma okres między 16 a 25 rokiem życia, kiedy ugruntowują się poglądy polityczne i ekonomiczne człowieka. Doświadczenia i nauka wyniesione z młodzieńczych lat będą później rzutowały na decyzje inwestycyjne dojrzałego już inwestora.

Trauma inwestora

Niezwykle ważnym czynnikiem kształtującym charakter nawet wyrobionych już inwestorów są doświadczenia związane z cyklami i krachami rynkowymi. Badania pokazują, że ich przejście przez inwestora osłabia jego skłonność do ryzyka i stawia w pozycji zdecydowanie bardziej zachowawczej od innych graczy. Ludzie, którzy przeżyli Wielką Depresję lat 30 ubiegłego wieku to zupełnie inny typ inwestora niż osoby, które weszły na rynek kapitałowy niewiele później bo po zakończeniu II wojny. O ile ci pierwsi pozostali nieufni to drudzy byli pokoleniem prawdziwych rynkowych optymistów.

Podobnie negatywnie naznaczone zostało pokolenie inwestorów wielkiej inflacji lat. 70, która nadwątliła niejeden portfel inwestycyjny. Za to gracze aktywni na rynku w latach 90 to dzieci szczęścia i hossy.

Badania prowadzone wśród starszych pokoleń w całości znalazły potwierdzenie w nowych pracach naukowych, realizowanych po kryzysie 2008 r. Inwestorzy, którzy go przeżyli są mniej skłonni do podejmowania ryzyka, nie inwestują kiedy na rynku pojawiają się zachwiania kursów i późno wchodzą do gry na rynku wzrostowym jakby czekając na potwierdzenie, że trend jest trwały.

Badania realizowane obecnie, jak i przed laty wskazują na jedną wspólną cechę inwestorów doświadczonych recesją. Otóż w tej grupie silne jest przekonanie, że państwo powinno interweniować i pomagać kiedy nadejdzie kryzys.

Poznaj swój profil

Profilowanie ryzyka pod kątem konkretnej osoby to dzisiaj osobna dziedzina wiedzy i biznesu na rozwiniętych rynkach. W Polsce każdy doradca finansowy ma obowiązek określić profil ryzyka klienta zainteresowanego nabyciem produktu inwestycyjnego. Wynika to z przepisów dyrektywy MiFID obowiązującej w Polsce od siedmiu lat. Klient wypełnia ankietę, udzielając odpowiedzi na szereg pytań, które pozwalają ocenić poziom jego wiedzy o produktach finansowych oraz zakres posiadanej wiedzy i na trefl  doświadczenie w inwestowaniu na rynkach finansowych.

Każdy początkujący inwestor powinien obowiązkowo wypełnić ankietę MiFID, bo odpowiedzi na zadane pytania pozwolą mu dość dokładnie określić jaki rodzaj ryzyka inwestycyjnego jest w stanie zaakceptować. To w połączeniu z określeniem celów inwestycyjnych i perspektywy czasowej w jakiej chcemy angażować nasze oszczędności na rynku kapitałowym to podstawa indywidualnej strategii pomnażania oszczędności. O ile nie jesteśmy „Wilkiem z Wall Street”, z wielkim apetytem na zysk i nerwami ze stali, dywersyfikacja aktywów i uśrednianie cen zakupu poprzez regularne inwestowanie zamiast szukania okazji na szybki zysk będą dla nas dobrymi inwestycyjnymi przyzwyczajeniami.

Za rok wchodzi nowe prawo ochrony danych osobowych. Pięć zmian, na które powinien zwrócić uwagę pracodawca

Pracodawca gromadząc w czasie trwania procesu rekrutacyjnego aplikacje kandydatów staje się administratorem danych osobowych. Zanim z nich skorzysta, musi wypełnić szereg obowiązków informacyjnych. Te reguluje ustawa o ochronie danych osobowych z 1997 roku, która w obecnym kształcie będzie obowiązywać jeszcze tylko rok. 25 maja 2018 roku zastąpi ją Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE, stanowiące największą w historii zmianę regulacji w tym obszarze. Nowe przepisy wpłyną na wiele aspektów procesów rekrutacyjnych, w tym na te, w których firmy pozyskują kandydatów przez polecenia rekrutacyjne.

– Obecnie rynek pracy w Polsce w zdecydowanej większości należy do pracownika. Taka sytuacja wymusza na firmach poszukiwanie nowych rozwiązań wspierających procesy rekrutacyjne. Część z nich już wdrożyło lub zastanawia się nad wdrożeniem programu poleceń rekrutacyjnych. Takie rozwiązanie świetnie wspiera proces dotarcia do potencjalnych kandydatów, jednocześnie jednak stawia przed działami HR, IT i prawnymi sporo wyzwań natury prawnej. Szczególnie teraz, kiedy do wejścia nowych regulacji w zakresie ochrony danych osobowych, pozostał tylko rok. Dwanaście miesięcy to niewiele biorąc pod uwagę, że nadchodzące zmiany dotyczą wielu obszarów rekrutacyjnych i obejmują wszystkich kandydatów do pracy, niezależnie od sposobu ich rekrutacji – mówi Artur Sibera, Project Leader w ShareHire.

Na administratorze danych spoczywa szereg obowiązków, które obecnie wynikają z ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (t.j. Dz. U. z 2016 r. poz. 992) dalej: UODO. Od 25 maja 2018 r. zastąpi je Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE, dalej: RODO. W stosunku do obecnego stanu prawnego, RODO wprowadza w zakresie ochrony kandydatów do pracy kilka istotnych zmian. Będą one dotyczyć także osób, które w ramach programów poleceń rekrutacyjnych zostały zarekomendowane do pracy.

Po pierwsze, pełniejsza informacja dla kandydata

Nowe regulacje rozszerzają zakres informacji, które pracodawca (administrator danych) musi przekazać kandydatowi, również temu z polecenia. Obecnie należy informować m.in. o adresie swojej siedziby, pełnej nazwie firmy, celu i zakresie zbierania danych, odbiorcach lub kategoriach odbiorców danych. Zgodnie z nowymi przepisami, katalog będzie musiał zawierać również m.in. dane kontaktowe inspektora ochrony danych (o ile taka osoba będzie w podmiocie wyznaczona), informacje o prawie wniesienia skargi do organu nadzorczego (GIODO) czy informacje o okresie, przez który dane osobowe będą przechowywane. Ponadto, pracodawca będzie miał obowiązek podania powyższych informacji przy pierwszej komunikacji z potencjalnym pracownikiem.

Po drugie, dane gromadzone tylko na czas konkretnej rekrutacji

Administrator danych powinien przetwarzać dane osobowe potencjalnych pracowników zgodnie z zasadami rzetelności, celowości, adekwatności oraz czasowości. Jeżeli zatem rekrutacja dobiegnie końca, to dane osobowe osób polecanych do pracy należy usunąć o ile nie wyraziły zgody na przetwarzanie danych w celu realizacji przyszłych procesów rekrutacyjnych. Co ważne, dotyczy to dokumentów zarówno w formie papierowej, jak i elektronicznej. Względnie dla celu obrony przed roszczeniami w związku z naruszeniem zakazu dyskryminacji, możliwe jest przechowanie danych osobowych osób biorących udział w rekrutacji przez okres roku od dnia jej zakończenia.

Po trzecie, zgoda na przetwarzanie danych poleconego pracownika

Pracodawcy korzystający z programów poleceń rekrutacyjnych muszą uzyskać zgodę na przetwarzanie danych osobowych potencjalnego pracownika, który został polecony. Stąd najlepiej, jeżeli zaaplikuje on do pracy w taki sam sposób, jakby robił to bez polecenia. W tym celu osoba polecająca zamiast wyręczać polecanego w wysłaniu CV, powinna przekazać link do ogłoszenia o pracy, na które ten może zaaplikować samodzielnie akceptując wymagane oświadczenia. Jest to model, który zabezpiecza w sposób kompleksowy interesy zarówno pracodawcy, kandydata, jak i osoby polecającej, która nie dysponuje wbrew prawu danymi kandydata.

Po czwarte, obowiązki prawno-informacyjne wobec osób polecających

Wyzwaniem dla pracodawców pozostaje również kwestia gromadzenia danych osób polecających kandydatów do pracy. Sytuacja wydaje się być czytelna, kiedy mówimy o zamkniętym programie poleceń rekrutacyjnych, w którym role polecającego pełni pracownik danego pracodawcy. W przypadku, w którym pracodawca rozszerza zakres programu poleceń o alumnów, pracowników firm partnerskich czy dostawców, pojawia się szereg nowych obowiązków prawno-informacyjnych. Pracodawca jest zobowiązany m.in. zgłosić do GIODO dodatkowy zbiór osób polecających nie będących pracownikami. Jak wskazują eksperci ShareHire, kwestie organizacyjno-informatyczne, ale i prawne, warto zlecić firmom specjalizującym się w kompleksowej obsłudze programów poleceń rekrutacyjnych. Oferują one kompleksowe rozwiązania pozwalające zadbać o bezpieczeństwo wszystkich uczestników procesu: polecających, potencjalnych kandydatów oraz pracodawców.

Po piąte, potencjalne zmiany ustawodawcy krajowego

Nowe regulacje prawne dotyczące ochrony danych osobowych zostaną również zweryfikowane przez ustawodawcę krajowego. – Zgodnie z unijnym rozporządzeniem, może on zawrzeć w ustawodawstwie krajowym bardziej szczegółowe przepisy mające zapewnić ochronę praw i wolności w przypadku przetwarzania danych osobowych pracowników w związku z zatrudnieniem, w szczególności do celów rekrutacji. Tego rodzaju regulacje mogłyby na przykład doprecyzowywać zakres danych, które potencjalny pracodawca może przetwarzać w związku z prowadzoną rekrutacją. Ale, czy i w jakim zakresie zostaną wprowadzone, dowiemy się w ciągu najbliższych miesięcy – podkreśla Piotr Janiszewski, Radca Prawny, Prezes Zarządu Auraco.

Najbardziej innowacyjne eco-samochody dla managera

Samochody z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in stają się coraz bardziej popularne również w Polsce. Kierowcy doceniają w nich nie tylko dbałość o środowisko, ale również innowacyjne systemy poprawiające wydajność układu napędowego. Oto najbardziej innowacyjne modele ładowane z gniazdka, które idealnie sprawdzą się jako wizytówka nowoczesnej firmy.

Toyota Prius Plug-in Hybrid

Toyota Prius Plug-in Hybrid
Toyota Prius Plug-in Hybrid

Druga generacja Toyoty Prius Plus-in Hybrid trafiła do sprzedaży w Polsce wiosną tego roku. Samochód otrzymał baterie litowo-jonowe o dwa razy większej pojemności niż poprzedni model – akumulatory 8,8 kWh można w pełni naładować już w nieco ponad 2 godziny przy użyciu standardowej wtyczki zasilanej z gniazdka 230V.

Maksymalny zasięg w trybie elektrycznym na jednym ładowaniu to teraz 50 km, a jednocześnie samochód jest w stanie poruszać się bez żadnego udziału motoru spalinowego do prędkości 135 km/h. Zasięg dodatkowo wzrasta dzięki odzyskiwaniu energii z hamowania oraz nowej funkcji ładowania podczas jazdy – tylko odrobinę większe zużycie paliwa pozwala sprawnie naładować akumulator do poziomu 80% i cieszyć się bezszelestną jazdą przez następne kilkadziesiąt kilometrów. Średnio samochód spala zaledwie litr benzyny na każde 100 km, a emisja CO2 wynosi symboliczne 22 g/km.

Nowy układ napędowy Toyoty Prius Plug-in składa się z trzech motorów. Mowa o połączeniu 98-konnego benzyniaka o pojemności 1,8 litra, agregatu elektrycznego i generatora. Generator z jednej strony zajmuje się odzyskiwaniem energii elektrycznej podczas hamowania, a z drugiej za sprawą sprzęgła jednokierunkowego może odwrócić swój potencjał i zostać wykorzystany jako booster podczas dynamicznego przyspieszania. Układ silników elektrycznych Dual Motor Drive System generuje 92 konie mechaniczne. Toyota Prius Plug-in Hybrid oferuje w sumie 122 konie mechaniczne.

Na dachu samochodu można zamontować (opcja wyposażenia) ogniwa słoneczne. Za ich sprawą Prius Plug-in każdego dnia zyskuje 5 km dodatkowego i całkowicie darmowego zasięgu. Dodatkowo klimatyzacja oparta na pompie ciepła z wtryskiem gazu może pracować bez włączonego silnika, a zestaw ogniw litowo-jonowych jest ogrzewany, co daje mu pełną sprawność nawet przy temperaturze -20 stopni Celsjusza.

Toyota Prius Plug-in jest dostępna na rynku polskim w wersji Prestige. Jej cena to 152 900 zł – tylko 11 tysięcy złotych więcej od identycznie wyposażonego Priusa 4. generacji.

Tesla S

Tesla S
Tesla S

Osoby zafascynowane technologią i motoryzacją na pewno wiedzą, czym jest Tesla S. Prototyp tego samochodu został zaprezentowany w 2009 roku, a jego wersja produkcyjna pojawiła się w 2012 roku.

Nadwozie samochodu zostało wykonane z aluminium, a za napęd odpowiadają silniki elektryczne. Ten charakterystycznie wyglądający model dostępny jest w opcji z kilkoma odmianami baterii. Te najmniejsze według specyfikacji zapewniają zasięg do 490 km, prędkość maksymalną na poziomie 225 km/h i przyspieszenie do 100 km w czasie 5,8 sekundy. Wtedy samochód kosztuje 68 tys. euro plus podatki obowiązujące w danym kraju. Zwiększenie zasięgu do 632 km to wydatek na poziomie 94 tys. euro (plus podatki). Samochód występuje również z napędem na cztery koła.

Wnętrze Tesli wygląda futurystycznie. Na desce rozdzielczej znajduje się 17- calowy tablet multimedialny – za jego pomocą steruje się praktycznie każdym systemem tego samochodu: klimatyzacją, otwieranym panoramicznym dachem, radiem czy nawigacją. Tradycyjne przyciski są tylko dwa – pierwszy odpowiada za uruchamianie świateł awaryjnych, drugi otwiera schowek. Tesla S jest również wyposażona w funkcję autopilota.

BMW i3

BMW i3
BMW i3

Miejskie ekologiczne BMW niewątpliwie szokuje swoim wzornictwem, co jednak nie przeszkodziło mu w pozyskaniu grona fanów takiego stylu. Na rynku samochód pojawił się w 2013 roku.

Konstruktorzy zadbali o minimalizację masy poprzez zastosowanie kompozytów z włókna węglowego oraz aluminium – co więcej, wnętrze pojazdu wykonane zostało z surowców wtórnych.

Model i3 występuje na rynku w dwóch wersjach napędu. Pierwsza to stuprocentowy elektryk, druga jest wyposażona dodatkowo w silnik benzynowy o pojemności 650 centymetrów sześciennych i mocy 38 KM, który po wyczerpaniu baterii ma awaryjnie zapewnić dotarcie do celu – pod warunkiem, że ten będzie nie dalej niż 100 km, gdyż zbiornik paliwa ma pojemność zaledwie 6 litrów. Zasięg silnika elektrycznego to według specyfikacji producenta 190 km.

Charakterystycznym i nietypowym rozwiązaniem jest system otwierania drzwi – tylne otwierają się do tyłu, ale najpierw trzeba otworzyć przednie. Samochód w wersji z napędem elektrycznym kosztuje w Polsce około 153 tys. zł – to podstawowa wersja z najmniejszymi akumulatorami. Za odmianę spalinowo-elektryczną trzeba zapłacić 174 tys. zł.

Chevrolet Volt

Chevrolet Volt
Chevrolet Volt

Dostępny w Stanach Zjednoczonych Volt wyposażony jest nie tylko w silnik elektryczny, ale również w jednostkę spalinową. Ta ostatnia – o pojemności 1,5 litra i mocy 102 KM – ma za zadanie doładowywać baterie, gdy te wyczerpią się podczas jazdy. Silnik elektryczny oferuje natomiast 151 KM i moment obrotowy na poziomie 398 Nm. Ładowanie akumulatorów z gniazdka 230V nie powinno zająć dłużej niż 5 godzin. Zasięg samochodu jest szacowany na około 640 KM, a średnie spalanie podane przez producenta to 5,7 litra na 100 km.

We wnętrzu Volta w miejscu standardowego prędkościomierza znajduje się ekran, linia deski rozdzielczej nawiązuje do współczesnych Opli, a ilość przycisków jest ograniczona do absolutnego minimum.

Ile trzeba zapłacić za ten model? W Stanach Zjednoczonych ceny Volta zaczynają się od około 35 tys. dolarów (bez podatków) – to w przeliczeniu około 131 tys. zł.

Porsche Panamera 4 E-Hybrid

Porsche Panamera 4 E-Hybrid
Porsche Panamera 4 E-Hybrid

Pojawienie się modelu Panamera na rynku spowodowało niemałe zmieszanie wśród konserwatywnych miłośników Porsche. Kolejnym zaskoczeniem stała się zapewne dla niektórych fanów wersja hybrydowa.

Odmiana hybrydowa tego modelu wyposażona jest w silnik spalinowy o mocy 330 KM i silnik elektryczny generujący 136 KM. Zasięg napędu elektrycznego podczas standardowego użytkowania to – wg producenta – 50 km.

Napęd przekazywany jest za pomocą 8-stopniowej przekładni automatycznej, a przyspieszenie od 0 do 100 km/h zajmuje około 4,6 sekundy.

Energię elektryczną magazynuje akumulator zamontowany pod podłogą bagażnika – pełne ładowanie z gniazdka 230 V zajmuje około 6 godzin. Opcjonalna ładowarka skraca ten czas do 3,6 godziny. Ceny samochodu na polskim rynku zaczynają się od około 530 tys. zł.

Tak mało potrzeba do wzrostów EUR/USD

Atak terrorystyczny w Manchesterze odciska piętno na sentymencie, choć historia ostatnich miesięcy uczy, że wpływ takich wydarzeń na rynki pozostaje umiarkowany. USD musi zmierzyć się z kolejnymi rewelacji dotyczącymi skandalu w Waszyngtonie. EUR/USD pozostaje wysoko po ostatnich komentarzach Merkel.

Marazm poniedziałkowego handlu zmącił komentarz kanclerz Niemiec Angeli Merkel, że euro jest „za słabe”, przez co EUR/USD wyszedł na nowe szczyty. Jednak przestrzegałbym w odczytywaniu tych słów jako werbalnej interwencji, gdyż kontekst ma znaczenie. Merkel wypowiadała się na temat nadwyżki handlowej przed uczniami jednej z berlińskich szkół i kanclerz tylko tłumaczyła wpływ taniej waluty na poprawę eksportu. Po drugie Merkel wskazała na ECB jako sprawcę słabości euro. Bank centralny jest niezależny do polityków i choć w Niemczech nie brakuje krytycznych głosów względem działań ECB, tak mało realne jest wywieranie presji przez niemiecki rząd. Mimo to komentarz obudził spekulacje, czy Merkel nie szuka ścieżki do złagodzenia krytyki USA w stosunku do polityki kursowej. Jakkolwiek wątpię, aby za słowami Merkel w przyszłości szły podobne sygnały w stosunku do euro, tak komentarz trafił na podatny grunt i dopisał się do pozytywnych impulsów (przy dalszym spadku atrakcyjności dolara). Rynek pozostaje w trybie szukania okazji do kupna EUR/USD i wczorajsze komentarze przyspieszyły ten proces z pomocą przełamania ważnych poziomów technicznych. Celem dalej pozostaje dotarcie do 1,13 i wymazanie spadków zapoczątkowanych od wygranej Trumpa w listopadowych wyborach.

Jednocześnie rewelacji dotyczących prezydenta USA i jego powiązań z rosyjskimi władzami nie ma końca. Washington Post donosi, że prezydent Trump w marcu prosił dwóch wysoko postawionych pracowników służb wywiadowczych, by pomogli mu wyciszyć śledztwo FBI w sprawie możliwych powiązań jego kampanii z rządem rosyjskim. Informacje wzmacniają wiarygodność zeszłotygodniowych doniesień byłego szefa FBI Comeya, który był proszony przez Trumpa o porzucenie śledztwa dotyczącego kontaktów Flynna z Rosjanami. Podczas sesji w Azji nie było zbyt dużej reakcji, ale w ubiegłym tygodniu w takich sytuacjach rynek rozkręcał się dopiero po wejściu Europy do handlu. Z drugiej strony nie można oprzeć się wrażeniu, że „już to gdzieś słyszeliśmy”, więc z każdym dniem wpływ tego typu informacji będzie coraz mniejszy. Generalnym przekonaniem jest, że potrzeba naprawdę wiele, aby odwołać prezydenta, śledztwo w tej sprawie może ciągnąć się miesiącami, a znając Trumpa on w międzyczasie dalej będzie robił swoje. Warto przypomnieć, że podczas kampanii wyborczej wypłynęło wiele skandali związanych z Trumpem (na czele z taśmami jego niecenzuralnych wypowiedzi w stosunku do kobiet), a jednak to on został prezydentem USA. Z tego punktu widzenia potencjał do dalszej przeceny dolara zaczyna się wyczerpywać.
A administracja Trumpa kontynuuje swoją pracę. Dziś Biały Dom a przedstawił projekt budżetu na rok fiskalny 2018. Pod obrady Kongresu trafi plan cięcia wydatków socjalnych o 3,6 bln USD, a według doniesień prasowych celem jest zrównoważenie budżetu w ciągu następnej dekady. Plan jest oparty na dość optymistycznych założeniach gospodarczych, więc może spotkać się krytyką wśród kongresmenów, na wet po republikańskiej stronie. Jeśli budżet zostałby storpedowany już na tym etapie, będzie to kolejny negatywny czynnik dla USD, gdyż skomplikuje to przyszłą ścieżkę polityki fiskalnej, więc ma znaczenie dla ożywienia gospodarczego oraz kształtu polityki Fed (choć rynek pozostaje pewny podwyżki stóp na czerwcowym posiedzeniu).

W kalendarzu mamy indeksy PMI z Eurolandu i niemiecki indeks Ifo i pierwsze sygnały są pozytywne. W USA PMI i sprzedaż nowych domów raczej nie przebiją się istotnością nad sprawy polityczne.

EUR/PLN pozostaje bez większych zmian w przedziale 4,18-4,23. Atak terrorystyczny w Manchesterze ma potencjał wpłynąć w umiarkowany sposób na sentyment rynkowy, co by przejściowo osłabiło złotego ponad 4,21, ale na więcej raczej nie ma co liczyć.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

“Kiwi” przed szansą na wzrosty

Poniedziałek był dniem spadków dla dolara amerykańskiego. Na niemal wszystkich głównych rynkach USD był w defensywie. Wzrosty odnotowano na warszawskim parkiecie giełdowym.

Spośród głównych par walutowych, najwięcej do dolara amerykańskiego zyskał wczoraj dolar nowozelandzki – ponad 0.8%. Na sile zyskało też złoto oraz inne metale szlachetne, jak też rynek ropy. Cena baryłki BRENT była na wczorajszym zamknięciu minimalnie niższa niż w piątek, jednak WTI zyskała ponad 1%. W Warszawie główny indeks giełdowy WIG20 zszedł do południa w strefę spadkową, jednak końcówka sesji należała już do byków, otwierając drogę do dalszych wzrostów we wtorek.

Wczorajszy dzień był wolny od znaczących wydarzeń makroekonomicznych. W Kanadzie „Dzień Zwycięstwa”, więc rynki były zamknięte, co przełożyło się na niemrawy handel na CAD. Dziś danych będzie już więcej. Dominować będą publikacje Indeksów PMI-zarówno w Europie jak też w USA. Tymczasem już w środę będzie miało miejsce posiedzenie Banku Kanady, a w czwartek dane o aktualnym poziomie bezrobocia w Polsce.

audusd23052017r

Odbicie jakie jest widoczne w ostatnich dniach na wykresie NZD/USD ma szansę przerodzić się w coś większego. Taki obrót spraw sygnalizuje wykres RSI, na którym pokonana została linia trendu spadkowego, a sam wskaźnik przełamał barierę 50 pkt. Wsparcie mamy teraz przy 0.7450 oraz 0.74. Jeśli impet się utrzyma, wzrosty mogłyby sięgnąć pułapu 0.77, gdzie mamy pierwszy istotny obszar podaży.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

ORLEN strategicznym partnerem Traficar

PKN ORLEN, od tej pory będzie pełnił funkcję strategicznego partnera paliwowego Traficar. W ramach współpracy, na wybranych stacjach pod marką ORLEN w miastach, w  których dostępna jest usługa, będzie można pozostawić i wypożyczyć samochód.

PKN ORLEN poza zapewnieniem dostaw paliwa dla samochodów oraz świadczeniem dodatkowych usług, np. myjni, został partnerem strategicznym marki Traficar. Współpraca obu firm ma szerszy wymiar. Obie posiadają polski rodowód, a ich działania wspierają innowacyjność i promują nowoczesne technologie.

Współpraca ta wpisuje się w naszą strategię i plany rozwoju  segmentu detalicznego ORLEN. Stale analizujemy trendy rynkowe i dostosowujemy naszą ofertę do potrzeb klienta. Carsharing to bardzo perspektywiczna usługa, a wspierając jej rozwój przyczyniamy się do zwiększania innowacyjności krajowej gospodarki i rozszerzania oferty mobilności w oparciu o polskie spółki i polski kapitał – powiedział Zbigniew Leszczyński, Członek Zarządu ds. Sprzedaży, PKN ORLEN.

Współpraca z PKN ORLEN to dla naszej firmy możliwość rozwoju i zwiększenia dostępności usługi. Duże znaczenie ma dla nas fakt, że PKN ORLEN, tak jak Traficar dostrzega potrzebę inwestowania w nowoczesne rozwiązania transportowe i jest aktywnym inicjatorem zmian społecznych w zakresie poruszania się i komunikacji. Dlatego nasza współpraca ma wymiar znacznie głębszy niż tylko obecność samochodów na stacjach paliw partnera. Użytkownicy otrzymują innowacyjną, wygodną i kompleksową usługę – tłumaczy Piotr Groński, Prezes firmy Traficar.

Usługa wypożyczania samochodu na stacjach paliw ORLEN będzie dostępna od 1 czerwca 2017 r. w Warszawie i Krakowie. Poza wyznaczeniem dedykowanych miejsc parkingowych na obiektach Koncernu, planowany jest również szereg wzajemnych działań sprzedażowych, promocyjnych i społecznych.

Co dalej z ropą naftową?

Od kilku tygodni notowania ropy naftowej poruszają się w szerokiej konsolidacji. Spadki napędzane są wiadomościami o rosnącej produkcji w Stanach Zjednoczonych, z drugiej strony mamy OPEC, który stara się doprowadzić do wyższych cen ropy naftowej poprzez redukcję jej podaży.

25 maja poznamy dalsze kroki do przywrócenia równowagi na rynku ropy naftowej, ale czy to się uda? Obecnie 21 państw stara się ograniczyć swoje wydobycie czarnego złota o 1.8 miliona baryłek dziennie mierzonego od stanu produkcji z października minionego roku. Z zawartej umowy w kwietniu wywiązało się jedynie 10 z 21 państw.

Ograniczenie produkcji ropy naftowej

Ograniczenie produkcji ropy naftowej

Źródło: Bloomberg

Na powyższej grafice zobrazowano faktyczne cięcie produkcji w poszczególnych miesiącach. W ostatnich dwóch miesiącach państwa należące do kartelu naftowego dopięły swego, produkcja została obniżona o 1 295 tysięcy baryłek dziennie względem 1 164 zamierzonych. Z kolei państwa niezrzeszone w OPEC, które zdeklarowały się na zmniejszenie wydobycia ropy nie dopełniły swojego obowiązku.

W notowaniach ropy naftowej jest przedłużenie obecnej umowy o 9 miesięcy. Niektórzy oczekują, że OPEC może zaskoczyć rynek i wprowadzić dalsze ograniczenie podaży czarnego złota. W takim scenariuszu ropa naftowa mogłaby wznieść się na 2017 maksima, a nawet je pokonać, ale czy to wystarczy? Wszystko zależy od kolejnej redukcji. Przy przedłużeniu dealu o 9 miesięcy nie spodziewałbym się, że cena ropy naftowej w najbliższych tygodniach wzrośnie powyżej 55 USD za baryłkę. Potrzeba czegoś więcej.

Największym zagrożeniem dla strategii przyjętej przez OPEC jest produkcja ropy naftowej zza oceanu.

Produkcja ropy naftowej w USA na tle liczby odwiertów

Produkcja ropy naftowej w USA na tle liczby odwiertów

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie zestawiono produkcję ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych na tle aktywnych wież wiertniczych (kolor niebieski). Liczba wież wiertniczych została przesunięta o 3 miesiące do przodu, ponieważ w ten sposób łatwiej pokazać opóźnienie nowej produkcji ropy naftowej względem odwiertów. W połowie 2016 roku Stany Zjednoczone produkowały 8 424 tysięcy baryłek ropy naftowej każdego dnia, teraz jest to o 900 tysięcy baryłek więcej.

Reasumując, 21 państw stara się ograniczyć wydobycie produkcji ropy naftowej, z drugiej strony mamy Stany Zjednoczone, którym najwyraźniej nie przeszkadza tania ropa naftowa, ale w długim terminie to się powinno zmienić. Aktualny wzrost cen ropy naftowej powinien być dalej hamowany. Czynnikiem, który pozwoli na wzrosty w okolicę 60 czy też 70 USD za baryłkę powinno być naturalne ograniczenie wydobycia ze strony pozostałych producentów. Co mam na myśli przez naturalne? Niskie ceny ropy zmusiły producentów ropy z łupków do nadmiernego zadłużenia, jeżeli przez następne kilka miesięcy notowania pozostaną na tym samym poziomie, to rynek powinien automatycznie się oczyścić.

Niemniej jednak na to należy poczekać. Od strony technicznej sytuacja nie jest zbyt przejrzysta.

Notowania ropy naftowej, interwał dzienny

Co dalej z ropą naftową? 6

Źródło: Admiral Markets

Notowania ropy poruszają się w szerokiej konsolidacji od 42 USD za baryłkę do 55 USD. Wybicie ponad górny opór może być utrudnione, natomiast sam spadek notowań poniżej 40 USD również. Zatem na dzień dzisiejszy najlepszą strategią może okazać się podbieranie ropy naftowej w okolicy 40-42 USD za baryłkę.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Jak zaplanować komunikację mobilną do pokolenia Z?

Z badania “Nastolatki 3.0”, przeprowadzonego w 2016 roku przez NASK wynika, że ponad 30 proc. osób urodzonych po 2000 roku pozostaje online cały czas, bez względu na miejsce, w którym się znajduje. Sieć internetowa i nieograniczony dostęp do informacji sprawia, że nastolatkowie mają szybki i łatwy dostęp do niemal wszystkich zasobów: treści, usług czy produktów. Smartfon stał się dla nich najważniejszym narzędziem komunikacji i firmy oraz marki powinny wziąć ten fakt pod uwagę planując komunikację kierowaną do młodzieży.

Pokolenie Z nazywane również Generacją C (od ang. Connected, czyli połączony do sieci), do której zaliczamy osoby urodzone po 2000 roku to jest poważne wyzwanie dla firm, chcących dotrzeć ze swoją ofertą do tej grupy konsumentów. To pierwsze pokolenie mobilne, które dorasta w dobie nowoczesnych technologii. W przeciwieństwie do pokolenia Y, nie mówiąc już o wcześniejszych, nie znają świata bez smartfonów i Internetu, a świat wirtualny i realny to dla nich ta sama rzeczywistość.

„Pokolenie Z to grupa młodych ludzi, którzy zdecydowaną większość czasu spędza w sieci. To najbardziej mobilne pokolenie z dotychczasowych, nastolatkowie praktycznie nie potrzebują komputera, wszystkie potrzebne rzeczy mają w smartfonie. Dlatego właśnie na komunikację kanałami dostępnymi na smartfonie powinny postawić wszystkie firmy i marki, chcące dotrzeć ze swoją ofertą do tej grupy konsumentów. Jest to nie tylko gwarancja dotarcia do swoich odbiorców kanałami, w których są oni obecni na co dzień, ale przede wszystkim możliwość nawiązania z nimi interakcji oraz spersonalizowania przekazu.” – mówi Aleksander Siczek, Business Development Manager w firmie Infobip.

I choć nastolatkowie nie mają wielkiej siły nabywczej, to jednak stoją często za decyzjami zakupowymi swoich rodziców. W badaniu „Nastolatki 3.0” 31,3 proc. młodzieży przyznało, że codziennie korzysta ze smartfona przez co najmniej 5 godzin, a dostęp do informacji, jaki oferuje obecność w sieci sprawia, że młodzież posiada o wiele większą wiedzę i świadomość o tym co kupuje, niż ich rodzice. Dlatego firmy muszą wykazać się większą niż dotychczas kreatywnością w dotarciu ze swoim przekazem, bo klasyczne narzędzia i schematyczne podejście, w przypadku tej grupy są mało skuteczne.

Generacja Z posiada własną charakterystykę, którą marketerzy powinni wziąć pod uwagę, czyli specyficzny język, zachowania i preferencje. W przeciwieństwie do innych generacji, obecna młodzież jest odporna na tradycyjną reklamę szukając bezpośredniej komunikacji, ma większe oczekiwania, z łatwością wyszukuje potrzebne informacje w sieci. Poza tym bardzo chętnie dzieli się informacjami w mediach społecznościowych, z których codziennie korzysta 78,1 proc. badanych młodych ludzi. Dlatego obecnie czat, a w szczególności komunikator Messenger jest gorącym kanałem, który nabiera coraz większego znaczenia również w obszarze biznesu. Pokolenie Z bryluje w wirtualnym świecie, świetnie orientując się w nowinkach, bez trudu przyswajając obsługę najnowszych gadżetów.

„Według badania „Nastolatki 3.0” jedynie 17,8 proc. ankietowanych korzysta z poczty, natomiast aż 68,7 proc. używa komunikatorów do kontaktów ze znajomymi. Dlatego warto wykorzystać potencjał komunikatorów takich jak np. Messenger i w ten sposób prowadzić interakcję oraz zaangażować odbiorców. Ponieważ młodzież praktycznie nie rozstaje się ze swoim telefonem, doskonałym kanałem komunikacji wciąż pozostaje niezniszczalny SMS, za pomocą którego szybko i skutecznie dotrzemy z ofertą. Osoby z Pokolenia Z cenią sobie bezpośrednią komunikację i chcą być wyjątkowi, dlatego dobrym pomysłem będzie skierowanie do nich spersonalizowanej komunikacji za pomocą krótkich wiadomości tekstowych.”- podsumowuje Aleksander Siczek z Infobip.

Pokolenie Z często nazywa się także Pokoleniem Instant, z tego względu, że nie lubi czekać i wszystko musi mieć natychmiast. Zamiast więc obrażać się na to, efektywniej będzie, gdy uda się wykorzystać tą cechę. Świetnie w takie oczekiwania wstrzelił się np. Netflix. Największa platforma VOD jako pierwsza postanowiła udostępniać wszystkie serialowe odcinki sezonu od razu, i widz nie musi czekać na kolejny odcinek. Aby więc wykorzystać takie preferencje obecnej młodzieży, w komunikacji można zastosować powiadomienia PUSH lub usługę geotargowania SMS, czyli wysyłkę krótkich wiadomości tekstowych z ofertą do ludzi, znajdujących się na danych terenie, np. w galerii handlowej.

Według badania „Wykorzystanie technologii informacyjno-telekomunikacyjnych w gospodarstwach domowych w 2016 roku” przeprowadzonego przez Główny Urząd Statystyczny, w 51,4 proc. gospodarstw domowych w Polsce z dziećmi w wieku 5-15 lat, dzieci korzystają z telefonów komórkowych. W 44,1 proc gospodarstw dzieci korzystają ze smartfonów. Należy spodziewać się, że liczby te będą już tylko rosły.

Już za 25 lat niemal połowa zawodów na rynku pracy zostanie zastąpiona przez maszyny

Automatyzacja wywróci rynek pracy do góry nogami. Jak wynika z raportu „Aktywni+ Przyszłość rynku pracy”, wykonawcy aż 40% zawodów mogą w ciągu najbliższych 25 lat zostać zastąpieni przez maszyny. Większa obecność robotów w znacznym stopniu wpłynie także na sam charakter pracy. Jak dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości?

Umowy o pracę staną się przeżytkiem?

Jak mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Katarzyna Merska, koordynator ds. komunikacji w Gumtree.pl: „W nadchodzących latach rynek pracy będzie coraz szybciej się zmieniał […]. Do lamusa odejdą etaty i umowy o pracę. Będziemy pracować bardziej projektowo, szukać zleceń u różnych pracodawców i działać wspólnie na platformach crowdworkingowych, na których będziemy się dzielić projektami. Ale to stworzy również nowe możliwości, ponieważ automatyzacja – tak jak wiele osób oczekuje – sprawi, że będziemy mieć więcej czasu wolnego”.

Zawody bez przyszłości

Najbardziej zagrożone zniknięciem z powodu automatyzacji są zawody niewymagające dużej kreatywności i wysokich kwalifikacji, polegające na rutynowym wykonywaniu określonych czynności. Dotyczy to między innymi prostych prac biurowych czy niektórych zajęć z zakresu logistyki i transportu. Coraz więcej maszyn będzie pojawiało się także w handlu. Już teraz w wielu sklepach widzimy kasy samoobsługowe i fakturomaty. Wkrótce niepotrzebni staną się też prawdopodobnie sprzedawcy telefoniczni, handel przenosi się bowiem do internetu. Wśród innych zawodów, które w najbliższym czasie może dotknąć powszechna automatyzacja, należy wymienić chociażby urzędnika, agenta ubezpieczeniowego, księgowego, bibliotekarza czy recepcjonistę.

Polacy mają świadomość, że rynek pracy się zmienia, ale nikt tego nie odnosi do siebie. Większość uważa, że za 10 czy 15 lat będzie pracować cały czas w tym samym zawodzie. Tylko około 6 procent Polaków zdaje sobie sprawę z tego, jak duże mogą być zmiany i bierze pod uwagę, że nie będzie pracować na etat, ale zadaniowo i z wykorzystaniem nowych technologii.

Jak odnaleźć się na rynku pracy?

Zmieniająca się rzeczywistość sprawia, że niektóre kompetencje zawodowe są coraz mniej potrzebne. Z drugiej strony inne – pozwalają lepiej się do nowej sytuacji dostosować. Czego warto się uczyć, aby być konkurencyjnym pracownikiem? Z pewnością przydadzą się kompetencje matematyczno-informatyczne, np. umiejętność analizowania danych – ciągle będzie bowiem wzrastać zapotrzebowanie na pracowników z branży IT. Dużym wzięciem będą się cieszyć również tzw. e-liderzy, czyli osoby będące jednocześnie specjalistami IT, ekspertami biznesowymi i przywódcami strategicznymi. Ponadto w cenie pozostaną przedstawiciele zawodów wymagających rozwiniętych umiejętności interpersonalnych, inteligencji społecznej i empatii. Opiekunki, terapeuci czy pielęgniarki mogą więc spać spokojnie – w pewnych dziedzinach życia maszyny na razie jeszcze nas nie zastąpią.

Kompap zwiekszyl zysk o 133% do 1,47 mln zl w I kw. 2017

Grupa Kompap, do której należą dwie wiodące drukarnie dziełowe w Polsce – BZGraf i OZGraf, osiągnęła w pierwszym kwartale 2017 roku przychody ze sprzedaży na poziomie 14,64 mln zł wobec 15,75 mln zł rok wcześniej. Jednocześnie do 1,43 mln zł zwiększył się w tym okresie zysk z działalności operacyjnej w porównaniu do 1,40 mln zł przed rokiem. Na koniec I kwartału grupa zanotowała zysk netto w wysokości 1,47 mln zł, co oznacza wzrost o blisko 133% r/r.

Osiągnięte w I kwartale wyniki wyraźnie pokazują, jak wysoce zyskowny jest biznes Kompapu. Z przychodów w wysokości 14,6 mln zł  wypracowaliśmy bowiem na czysto blisko 1,5 mln zł. To oznacza, że rentowność netto przekroczyła 10%. Pracujemy wydajnie, optymalizujemy koszty, cały czas zapewniając naszym klientom najwyższą jakość. W kolejnych miesiącach zamierzamy skupiać się na budowaniu sprzedaży, tak by umacniać swoją pozycję zarówno na rynku krajowym, jak i za granicą. Zgodnie z zapowiedziami kontynuujemy też inwestycje w maszyny z myślą o zwiększaniu potencjału produkcyjnego naszych drukarni – mówi Waldemar Lipka, prezes zarządu Kompap SA.

Kompap w I kwartale 2017 roku zainwestował w offsetową maszynę Heidelberg Speedmaster SX 102-8-P dla Olsztyńskich Zakładów Graficznych OZGraf. Umożliwia ona drukowanie prac wielokolorowych z prędkością do 14 000 arkuszy na godzinę z zachowaniem najwyższej jakości zadruku i maksymalnej wydajności. Na potrzeby BZGraf z kolei grupa podpisała umowę w kontekście finansowania zakupu pełnoformatowej maszyny drukującej KBA Rapida 106. Do białostockiej drukarni ma ona trafić w czerwcu 2017 roku.

Podstawową działalność Kompapu stanowi druk, w tym przede wszystkim druk dziełowy. Gros sprzedaży, bo aż 96%, stanowią przychody z tytułu działalności produkcyjnej, czyli m.in. sprzedaży gotowych książek, katalogów, czasopism i innych artykułów poligraficznych, które w I kwartale 2017 roku sięgnęły 14,04 mln zł. Klientami Kompapu są przede wszystkim wydawnictwa krajowe i zagraniczne, w tym z Niemiec, Skandynawii czy Wielkiej Brytanii. Na koniec 2016 roku eksport grupy odpowiadał za 22% skonsolidowanych przychodów, generując 14,11 mln zł.

Niemal połowa Polaków uważa oszczędność energii za kluczową wartość inteligentnych domów. System opracowany przez polską firmę pozwoli zaoszczędzić do 40 proc. energii

Niemal połowa Polaków uważa oszczędność energii za kluczową wartość inteligentnych domów. System opracowany przez polską firmę pozwoli zaoszczędzić do 40 proc. energii 7

Sieć elektryczna jest integralną częścią każdego współczesnego domu i nikt dziś nie wyobraża sobie funkcjonowania większości najważniejszych urządzeń bez dostępu do zasilania. Dzięki rozwiązaniom typu smart home zarządzanie zużyciem energii stało się jednak dużo łatwiejsze i bardziej efektywne. Niemal połowa ankietowanych Polaków uważa oszczędność energii za kluczową korzyść inteligentnych domów. Rozwiązania takie jak Fibaro wyostrzają samoświadomość domowników w tym zakresie.     

Raport „Internet Rzeczy w Polsce” stworzony przez IAB Polska wykazał, że 44 proc. Polaków uważa oszczędność energii za kluczową korzyść z użytkowania inteligentnych domów. Bez tej energii większość współczesnych urządzeń, choćby nie wiadomo jak inteligentnych, nie będzie po prostu działać.

– Energia i dom to dwie nieodzowne części życia. Uważam, że pierwszym krokiem do poprawy jest samoświadomość zużycia energii elektrycznej. Tę samoświadomość możemy uzyskać dopiero wtedy, kiedy zainstalujemy taki system, jak np. Fibaro. Jest to system kompletny, który pozwala nam dokładnie sprawdzić, ile energii zużywa każdy element naszego domowego ekosystemu. System automatycznie przelicza, ile pieniędzy kosztuje prąd zużywany na przykład przez zmywarkę, a ile zużywają chociażby konkretne elementy oświetlenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Banasiak, członek zarządu Fibaro.

Smart Home opiera się na zautomatyzowaniu domowych urządzeń za pomocą zaawansowanych sensorów. W konsekwencji użytkownik maksymalizuje oszczędność energii, bowiem zaawansowane czujniki sterują np. oświetleniem, sprawiając, że włącza się tylko wtedy, kiedy jest taka potrzeba.

– Za pomocą naszych czujników ruchu, a konkretnie odpowiednich modułów do sterowania oświetleniem, jesteśmy w stanie autonomicznie sterować całym oświetleniem w domu. Innymi słowy, dopiero po wykryciu ruchów domowników odpowiednie światła pozapalają się lub zgasną – komentuje Krzysztof Banasiak.

Jak przekonuje ekspert z firmy Fibaro, użytkownik ekosystemu może dowolnie go zaprogramować w postaci harmonogramu – od poniedziałku do piątku o konkretnej godzinie. Chodzi na przykład o dobową i tygodniową regulację działania ogrzewania, co daje oszczędności na poziomie od 20 do nawet 40 proc. Oczywiście w razie potrzeby możliwa jest też manualna korekcja ustawień temperatury.

– Użytkownik ekosystemu Fibaro może go dowolnie kalibrować, np. od poniedziałku do piątku dom nagrzewa się od rana w odpowiednich godzinach do godzin południowych, potem temperatura spada, a jak wracamy do domu znów się podnosi. Te luki czasowe, w których nie jesteśmy obecni w domu, są czystą oszczędnością – wyjaśnia Krzysztof Banasiak.

Ponadto ekosystem Fibaro oferuje system wakacyjny (do stosowania w dowolnej porze roku), który jest powiązany z badaniem lokalizacji użytkownika. Oznacza to, że ogrzewanie uaktywnia się dopiero wtedy, kiedy użytkownik wraca do domu lub jest w jego pobliżu.

– Jeżeli klient zbliża się do domu, jest w obrębie 1 do 2 km, to automatycznie temperatura w mieszkaniu się podnosi i dom już jest przygotowany na jego przyjęcie – opowiada ekspert.

Ekosystem działa lokalnie, co oznacza, że można nim sterować z domu z poziomu aplikacji, która dostępna jest zarówno na system Android, jak i iOS. Aplikację można zainstalować na telefonie lub tablecie.

Ciekawym urządzeniem, które zwiększa świadomość użytkowników w zakresie zużycia energii elektrycznej, jest inteligentny włącznik urządzeń elektrycznych z funkcją pomiaru energii. Z jego pomocą nie tylko można zdalnie uruchamiać bądź wyłączać podłączane urządzenia, lecz także na pierwszy rzut oka widać, ile energii elektrycznej zużywają. Wszystko za sprawą wbudowanego pierścienia LED, który zmienia swój kolor w zależności od mocy pobieranej przez podłączone urządzenia.

Startup z Warszawy stworzył system ostrzegający przed zawaleniem dachu. Wynalazek ma szansę podbić zagraniczne rynki

Startup z Warszawy stworzył system ostrzegający przed zawaleniem dachu. Wynalazek ma szansę podbić zagraniczne rynki 8

Firma Sense stworzyła sieć bezprzewodowych sensorów S-One, która jest w stanie zadbać o bezpieczeństwo niemal każdej konstrukcji dachowej. System informuje o potrzebie sprawdzenia, odśnieżenia dachu lub innym zagrożeniu dla konstrukcji obiektu dzięki stałej, zautomatyzowanej obserwacji konstrukcji. Patent stał się  już obiektem zainteresowania wielu inwestorów z zagranicy. 

Dość niedawno, bo jesienią 2016 roku, zawalił się salon samochodowy w Lublinie, przy czym problemem okazał się nie śnieg, ale spiętrzona na dachu woda. Choć w naszym kraju nadal najmocniej pamięta się katastrofę w Katowicach z 2006 roku, kiedy wskutek zawalenia się hali zginęło aż 65 osób, a 170 zostało rannych, to właśnie lubelskie wydarzenie jest przykładem jednego z zaskakująco wielu tego typu incydentów, które zdarzyły się w Polsce i na świecie w ostatnim czasie. Statystyki katastrof budowlanych wskazują, że najwięcej budynków ulega zniszczeniu właśnie podczas niewłaściwej eksploatacji. Czy w XXI wieku można zapobiegać siłom natury?

– Oczywiście, można  przeciwdziałać na różne sposoby, na przykład instalując specjalne sensory w budynku lub na zewnątrz: tensometry, specjalne maty na dachu mierzące wagę śniegu lub inne rozwiązania oparte na laserach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Przemysław Gałązka, współzałożyciel firmy Sense.

Według eksperta nie tylko starsze budowle są zagrożone, lecz także całkiem nowe budynki ulegają zniszczeniu z prozaicznych powodów: zatkany wpust na dachu, nasiąknięta warstwa izolacji czy zalegający zlodowaciały śnieg. Instalacja odpowiedniego systemu jest inwestycją na wagę złota – ochroni nie tylko konstrukcję budynku, towar lub linie technologiczne, lecz także ludzkie życie. I właśnie w takim przypadku dobrze się sprawdzi opatentowany system bezpieczeństwa firmy Sense.

– Zaletą naszego rozwiązania jest sieć rozproszonych sensorów, które na bieżąco analizują stan konstrukcji, zapewniając jej należyte bezpieczeństwo. Sensory mierzą ugięcia dachu od różnego rodzaju obciążeń – od śniegu, od gradu, od wody, a nawet od piasku. Nasze rozwiązanie przede wszystkim odpowiada na pytanie: co się dzieje z konstrukcją? – wyjaśnia Przemysław Gałązka.

Zaletami systemu opracowanego przez polską firmę są łatwa instalacja i wygoda użytkowania, niezależnie od wieku konstrukcji czy rodzaju budowli, w jakiej jest wykorzystywany.

– Wynikiem kilkuletniej pracy zespołu inżynierów z branży konstrukcyjnej, geodezyjnej oraz IT jest unikalna na skalę światową metoda pomiaru ugięć pionowych. Opatentowany układ pomiarowy pracuje wysoko w płaszczyźnie dachu, dzięki czemu nie ma możliwości jej przerwania np. przez ruch ludzi w budynku. Wyniki pomiarów są przesyłane bezprzewodowo i analizowane w chmurze, użytkownik natomiast otrzymuje czytelną aplikację webową do inteligentnego zarządzania budynkiem. System automatycznie powiadamia o zagrożeniach drogą e-mail lub SMS, co pozwala znacznie ograniczyć wydatki na utrzymanie – mówi Przemysław Gałązka.

Firma Sense ubiega się obecnie o uzyskanie międzynarodowego patentu chroniącego jej rozwiązanie. Po analizie stanu techniki na całym świecie przeprowadzonej przez Urząd Patentowy okazało się, że nie ma na świecie wynalazków, które mają podobne cechy. Dlatego droga do uzyskania patentu wydaje się otwarta. Tym samym twórcy start-upu myślą już poważnie o wejściu na globalny rynek, bo – jak się okazuje – potencjał ku temu jest duży.

– Dla nas właśnie ten patent jest kluczowy, dlatego że ze zwykłej firmy, która chciała rozwiązać problem w zakresie bezpieczeństwa konstrukcji, staliśmy się ciekawym start-upem o potencjale globalnym. Zaczęliśmy rozmawiać z różnymi ludźmi, z inwestorami, z innymi start-upami, dostrzegliśmy potencjał nie tylko w Polsce, lecz także za granicą. Bardzo intensywnie myślimy o rynkach wschodnich, już znaleźliśmy tam poważnych partnerów branżowych. Oczywiście naszym nadrzędnym celem są Stany Zjednoczone – podsumowuje Przemysław Gałązka.

Rośnie popularność e-sportu. Rozgrywkami coraz częściej interesują się największe globalne koncerny, które napędzają wzrost branży

Rośnie popularność e-sportu. Rozgrywkami coraz częściej interesują się największe globalne koncerny, które napędzają wzrost branży 9

Rynek gier komputerowych dynamicznie rośnie. Tylko w Polsce jego wartość szacuje się na 40 mln zł, a tempo wzrostu sięga 20 proc. Do 2020 roku globalna wartość e-sportu, na którą składają się prawa do transmisji, wpływy z biletów i sponsoring, może przekroczyć 1,5 mld dol. Rosnąca popularność rozgrywek sprawia, że interesują się nimi największe koncerny, nie tylko te związane z branżą gier. To będzie jeszcze bardziej napędzać rozwój rynku.

 Obecnie szacuje się, że rynek e-sportowy w Polsce wart jest 40 mln zł. Na świecie do 2020 roku będzie to już 1,5 mld dol. Na to składają się wpływy ze sprzedaży biletów, pula nagród, kontrakty na transmisje telewizyjne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adrian Kostrzębski, PR manager w ESL Polska, platformie dla sportów elektronicznych.

Z danych PayPal i SuperData wynika, że w tym roku przychody z e-sportu w Polsce mogą wzrosnąć do 12 mln dol., a w 2018 – do 13,5 mln dol. Zawodowe rozgrywki przyciągają ok. 550 tys. widzów, ale do 2018 roku liczba ta ma się podwoić. Mistrzostwa w grach komputerowych ogląda blisko 256 mln osób na całym świecie, a w Europie e-sport zapewnia rozrywkę 23 mln widzów.

– Według naszych wskazań rynek rośnie średnio o 20 proc. rocznie. Niewątpliwie rozwój e-sportu nie jest zagrożony – ocenia ekspert.

E-sport może stać się w ciągu kilku lat konkurencją dla najpopularniejszych tradycyjnych sportów. Coraz częściej zawody transmitują telewizje. Pod koniec ubiegłego roku BAMTech kupiła prawa do e-sportowych transmisji League of Legends do 2023 roku, a wartość transakcji wyniosła co najmniej 300 mln dol. W lutym tego roku transmisję e-sportowej wersji meczu piłki nożnej po raz pierwszy pokazała też Telewizja Polska. Spotkanie obejrzało ok. 50 tys. osób. Jeszcze kilka lat temu rynek praktycznie nie istniał, dziś jego wartość globalną ocenia się na blisko 500 mln dol,

– Na wartość rynku składa się kilka elementów – przede wszystkim prawa do transmisji, wpływy z biletów, sponsoring i finansowanie typu joint venture – mówi Kostrzębski.

Rosnące zainteresowanie ze strony graczy i widzów sprawia, że w stronę e-sportu zwracają się także coraz częściej największe koncerny, niekoniecznie związane z sektorem gier czy elektroniką.

– Widać coraz większe zainteresowanie olbrzymich graczy na rynku, to np. Coca-Cola, MasterCard, Red Bull, a jest to dopiero początek – przekonuje Kostrzębski. – Zainteresowanie tych największych firm i koncernów mediowych sprawia, że rynek będzie rósł.

Zarząd Energi zarekomendował wypłatę dywidendy

Zarząd Energa SA zarekomendował Walnemu Zgromadzeniu wypłatę dywidendy w wysokości 0,19 zł za akcję, czyli 10 proc. zysku netto za 2016 rok.

Propozycja wypłaty dywidendy jest wynikiem analizy sytuacji finansowej Energi, obserwacji zmieniającego się otoczenia rynkowo-regulacyjnego oraz uwzględnia bieżące i planowane inwestycje Grupy. W ocenie Energi, jej realizacja nie wpłynie negatywnie na sytuację finansowo-płynnościową Grupy, ani na możliwość realizacji jej bieżących planów inwestycyjnych oraz strategii rozwoju.

Zysk netto Energi za 2016 rok wyniósł 783 542 643,96 zł. Zarząd Energa SA rekomenduje, aby na wypłatę dywidendy dla akcjonariuszy przeznaczyć 10 proc. zysku, czyli 78 672 751,66 zł, natomiast pozostałe 90 proc. zysku, czyli 704 869 892,30 zł przeznaczyć na kapitał zapasowy.

Energa, zgodnie z art. 396 § 1 Kodeksu spółek handlowych, jest zobowiązana do tworzenia kapitału zapasowego i przeznaczenia na niego co najmniej 8% zysku za dany rok obrotowy, dopóki nie osiągnie on jednej trzeciej kapitału zakładowego (w przypadku Energi jest to kwota 1 507 204 294,96 zł). Według stanu na dzień 31 grudnia 2016 roku, wynosi on 728 047 318,80 zł, tj. 16,1% kapitału zakładowego, zaś po uwzględnieniu proponowanego podziału zysku, osiągnie poziom 1 432 917 211,10 zł, tj. 31,7% kapitału zakładowego (tj. 95,1% wymaganej kwoty).

Polska firma wprowadziła „szczepionkę” chroniącą przed atakami cybernetycznymi typu ransomware. Hakerzy wyłudzili już ponad miliard dolarów w zamian za odblokowanie komputerów i dostępu do danych

Polska firma wprowadziła „szczepionkę” chroniącą przed atakami cybernetycznymi typu ransomware. Hakerzy wyłudzili już ponad miliard dolarów w zamian za odblokowanie komputerów i dostępu do danych 10

Blisko 70 proc. menadżerów największych firm ocenia, że wykorzystywane w ich firmach środki bezpieczeństwa nie są odpowiednie. Jednocześnie rośnie liczba ataków hakerskich, które wykorzystują oprogramowanie typu ransomware – w 2016 roku aż o 748 proc. Firma Connect Distribution wprowadziła jednak „szczepionkę” – nowe rozwiązanie skutecznie zwiększające ochronę przed tego typu zagrożeniami.

Coraz większą część wydatków w firmach stanowi ochrona przed cyberatakami, choć jak udowadniają to wyniki GE Global Innovation Barometer 2016, główną motywacją do inwestowania w infrastrukturę IT pozostaje nadal potrzeba przeprowadzania wydajnych analiz big data i budowy biznesu napędzanego danymi. Jednak to właśnie rosnąca lawinowo liczba różnorodnych zagrożeń sieciowych skupia teraz na sobie uwagę przedsiębiorstw, tym bardziej że ataki mają zróżnicowane formy.

– Jako pierwsza firma w Polsce i w regionie wprowadzamy oprogramowanie antyphishingowe, które stawia na naukę użytkowników, aby sami potrafili się bronić przed tego typu atakami – opowiada w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Sławomir Karpiński, wiceprezes zarządu Connect Distribution.

Oprogramowanie PhishMe Simulator stawia na edukację, zamiast polegać wyłącznie na technicznych metodach blokujących przenikanie do sieci e-maili z niebezpieczną treścią.

W rekordowym tempie narasta też, niestety, liczba ataków typu ransomware, czego przykładem był słynny WannaCry, który w maju 2017 roku zaatakował ok. 200 tys. urządzeń w 150 krajach. Tylko w 2016 roku liczba nowych rodzajów ataków z wykorzystaniem oprogramowania ransomware, które blokuje dostęp do danych i umożliwia hakerom żądanie okupu w zamian za przywrócenie do nich dostępu, wzrosła o 748 proc. Przestępcy wyłudzili w ten sposób ponad 1 mld dol.

– W kwietniu nasz dostawca, firma SonicWall, wprowadził nowatorską technologię przeciwko działaniom ransomware, podczas których atakowane są zasoby firmowe, szyfrowane są dyski, a hakerzy żądają horrendalnych opłat za ich odszyfrowanie. Mamy już potwierdzenie, że szczepionka SonicWall ustrzegła klientów przed atakiem WannaCry, jaki miał miejsce w ostatnim tygodniu. Tego typu innowacje są na porządku dziennym, staramy się być wspólnie z naszymi dostawcami na bieżąco z trendami, które pojawiają się na rynku – podkreśla Sławomir Karpiński.

Nie tylko dzięki innowacjom związanym z bezpieczeństwem polski rynek IT może w tym roku osiągnąć wartość blisko 36 mld zł, przy czym jego wartość rośnie co roku o kilka procent. W dużej mierze to efekt ewolucji potrzeb rynkowych, a coraz więcej polskich firm skupia się na eksporcie technologii, usług i produktów. Jak wskazuje ekspert, jeszcze kilka lat temu rodzime przedsiębiorstwa stawiały na mniejsze systemy, ale obecnie to się zmienia.

– Widzimy rozwój aplikacji mobilnych, aplikacji do zarządzania systemami, ale również aplikacji z dziedzin bezpieczeństwa. Istnieją firmy, które produkują już najwyższej klasy oprogramowanie dla dużych korporacji, czego wcześniej nie było. Polski rynek bardzo mocno się rozwinął w ostatnich latach. Widzimy duży przyrost firm informatycznych stricte polskich i rozwiązań tworzonych w Polsce. Działamy w segmencie firm zagranicznych, ale widzimy coraz więcej polskich firm, które oferują rozwiązania oprogramowania najwyższej klasy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Sławomir Karpiński, wiceprezes zarządu Connect Distribution.

Firmy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, jak istotne są rozwiązania IT, rosną więc wydatki na tego typu inwestycje. Ponad połowa ma konkretną wizję tego, w jaki sposób transformacja cyfrowa powinna zostać przeprowadzona, a 28 proc. z nich opracowaną strategię jej wdrożenia. Firmy inwestują w narzędzia umożliwiające zarządzanie dużymi zbiorami danych i ich analizę, chmurę obliczeniową oraz rozwiązania mobilne, które pozwalają poprawić model biznesowy. To potencjalni klienci Connect Distribution.

– Zajmujemy się dystrybucją oprogramowania niszowego, innowacyjnego, również na potrzeby polskich klientów. Wyróżnia nas to, że oferujemy naszym partnerom wsparcie techniczne, szkolenia, możliwość zapoznania się z rozwiązaniami, przeprowadzenie próbnych instalacji, tzw. proof of concept, tak by mogli się przekonać, że kupują to, czego rzeczywiście potrzebują – wskazuje Karpiński.

Zdaniem eksperta głównym kierunkiem rozwoju oprogramowania w najbliższych latach będą rozwiązania chmurowe. Obecnie 16 proc. z sektora IT przedsiębiorstw trafia na aplikacje i usługi świadczone w chmurze. Badania Bain & Company wskazują, że choć jeszcze w 2011 roku ostrożni klienci mieli w chmurze mniej niż 1 proc. swojego oprogramowania, to w 2015 roku było to już 16 proc. Do 2018 roku może to być już 30 proc.

– Coraz częściej wdrażane są rozwiązania chmurowe oparte na data center oddalonym od siedziby firmy. Głównym kierunkiem rozwoju są chmura, urządzenia mobilne, aplikacje mobilne oparte na chmurowych w data center oddalonym od centrum – wymienia ekspert.

Connect Distribution otwiera się na rynki poza Polską, przede wszystkim w Europie Środkowo-Wschodniej. Niedawno zostało uruchomione pierwsze przedstawicielstwo w Słowenii, następne mają być Węgry, Czechy oraz Słowacja.

– Dotychczas rozwijaliśmy się organicznie, niemniej rozważamy też różne inne ścieżki rozwoju firmy: od aliansu z jednym z dużych dostawców informatycznych jako inwestorem strategicznym po możliwość debiutu na parkiecie alternatywnym typu NewConnect. Niemniej jest to kwestia przyszłości, a dalsze decyzje uzależnimy od sytuacji firmy i perspektyw rynku IT w Polsce i naszym regionie – zapowiada Sławomir Karpiński.

Chiński biznes coraz sprawniej rozpoznaje polski rynek. Nasi przedsiębiorcy powinni wykorzystać ten moment

Chińczycy wydają się dość trudnymi partnerami w interesach. Polacy narzekają, że rozmowy z nimi przebiegają zbyt wolno. Dużo szybciej realizują projekty z Japończykami czy Koreańczykami. Ale ten ogromny kapitał może przynieść nieporównywalnie większe zyski tym, którzy zgłębią oczekiwania inwestorów z Państwa Środka.

Jak podkreśla Mariusz Sperczyński, szef zespołu Inicjatywy 51GoShanghai, Chińczycy zaledwie kilka lat temu dostali pozwolenie od swoich władz na prowadzenie zagranicznych inwestycji. W związku z tym, ekspansja gospodarcza na obce rynki jest dla nich zupełnie nowym doświadczeniem. Polskie firmy muszą pamiętać o tym, że pokazują im, jak wygląda w praktyce prowadzenie interesów w Europie. Podczas swoich pierwszych wizyt gospodarczych na Starym Kontynencie przedsiębiorcy Państwa Środka potrzebują od nas wsparcia. Zdaniem eksperta, jeśli to odpowiednio zrozumiemy, będziemy mogli odnieść duże korzyści we współpracy z nimi.

– Polacy bardzo często narzekają na to, że negocjacje z biznesmenami z Państwa Środka są dla nich trudne. Wynika to oczywiście z różnic kulturowych, ale także z braku przygotowania obu stron do spotkań i rozmów. Propozycje naszych przedsiębiorców często są niedostosowane do chińskiego rynku. Stanowią kopię rozwiązań zastosowanych wcześniej w Europie. Jednak podstawą rozpoczęcia współpracy z Chińczykami jest przygotowanie dla nich dobrej oferty, tzn. dostosowanej do ich gustów i potrzeb. Oni zaś nie zawsze wiedzą, co dokładnie ma do zaoferowania nasz biznes – mówi Bartosz Michalak, prezes Polsko-Chińskiego Forum Współpracy.

Ekspert z Inicjatywy 51GoShanghai wyjaśnia, że Chińczycy, podczas swoich krótkich wizyt na Starym Kontynencie, bardzo dużo się uczą oraz obserwują. Na początku trudno im zrozumieć różnice pomiędzy gospodarką europejską a chińską. Nie do końca orientują się w tym, co nasze przedsiębiorstwa mają im do zaoferowania. Na swoim terenie Polacy powinni im wszystko spokojnie, krok po kroku, dokładnie wyjaśnić. W momencie, gdy ogólna interpretacja biznesu stanie się zrozumiała dla Chińczyków, rozmowy z nimi staną się znacznie łatwiejsze.

– Chińczycy do tej pory inwestowali głównie w firmy z Europy Zachodniej, tzn. niemieckie, francuskie, brytyjskie czy włoskie. Zeszłoroczna wizyta prezydenta Chin, Xi Jinpinga, w Polsce była znakiem tego, że przedsiębiorcy z Państwa Środka chcą z nami aktywnie współpracować. Postrzegają nasz kraj jako lidera Europy Środkowo-Wschodniej. Na razie rzeczywiście nie ma jeszcze wielu wymiernych i zauważalnych korzyści biznesowych wynikających bezpośrednio z tamtej wizyty. Jednak, Polacy zdecydowanie powinni wykorzystać ten moment na poszukiwanie partnerów po stronie chińskiej – przekonuje Bartosz Michalak.

Natomiast, Mariusz Sperczyński zwraca uwagę na to, że Chińczycy są bardzo zdolnym i nastawionym na sukces narodem. Ponadto, zostali zobligowani przez swój rząd do przejmowania perspektywicznych przedsiębiorstw w Europie. W Azji Środkowej i w Afryce czynią to systematycznie już od kilku lat. Celem tych działań jest zapewnienie kanału wzrostu chińskiej dominacji gospodarczej w świecie. Dlatego, ekspert przewiduje, że maksymalnie w ciągu 10 lat obywatele Państwa Środka staną się równie atrakcyjnymi partnerami w biznesie, co obecne pokolenie koreańskich czy japońskich przedsiębiorców. Będą już mieli bagaż własnych doświadczeń. Zaczną podejmować szybkie i konkretne decyzje. Dorównają intensywnością i skutecznością inwestycji innym krajom z Azji.

– W zeszłym roku Chińczycy kupili polską firmę, zajmującą się segregacją odpadów. Była to jedna z największych azjatyckich inwestycji w naszym kraju. Niedawno rozpoczęła się też u nas budowa chińskiego zakładu produkującego oświetlenie LED. To pokazuje, że przedsiębiorcy z Chin są coraz bardziej zainteresowani naszym krajem. Wspomniane projekty stanowią pewną referencję. To znaczy, dzięki nim w Państwie Środka mówi się o zaletach Polski jako kraju najlepiej rozwijającego się w Unii Europejskiej. Chińczycy uważają, że można u nas dobrze zarobić. Widzą bowiem, iż nasza gospodarka rośnie z roku na rok. To nas wyróżnia na tle innych krajów UE – zauważa Bartosz Michalak.

Tymczasem Mariusz Sperczyński przypomina, że polscy przedsiębiorcy muszą stale i dokładnie badać chiński rynek. Prowadzenie tam swoich interesów wymaga nie tylko działań organizacyjnych, związanych z wysyłaniem produktów, ale także budowania relacji z miejscową społecznością. Europejczycy często o tym zapominają. Jednak, myśląc o rozwoju własnej działalności w Państwie Środka, należy zatrudnić tam lokalnych specjalistów, mających szerokie znajomości w swojej branży. Warto rekrutować ich we współpracy z zaufanymi partnerami HR, którzy świadczą swoje usługi na miejscu. Z kolei, w poszukiwaniu sprawdzonych agencji doradztwa personalnego mogą nam pomóc Zagraniczne Biura Handlowe, które działają w Chinach.

– Rozważając ekspansję na rynek chiński, polskie firmy powinny przede wszystkim zbadać potrzeby wybranych prowincji lub obszarów autonomicznych. Każdy z tych regionów charakteryzuje się odmienną specyfiką. Wynika ona z danej lokalizacji, przyzwyczajeń klientów, a także sposobów prowadzenia biznesu. Najpierw należy sprawdzić, czy nasz produkt jest odpowiedni na wybranym obszarze. Ewentualnie, można go zmodyfikować, na postawie przeprowadzonej analizy. Ta inwestycja pozwoli nam zaoszczędzić wielu kłopotów i rozczarowań. A trzeba podkreślić, że dotykają one wiele firm, wchodzących na rynek bez odpowiedniego przygotowania. Kolejny etap obejmuje już certyfikację i znalezienie lokalnego partnera, odpowiedzialnego za dystrybucję i marketing – podsumowuje Bartosz Michalak.

Cyberataki terrorystyczne to tylko kwestia czasu. Narażone są szczególnie sektor energetyczny, finansowy i administracja

Cyberataki terrorystyczne to tylko kwestia czasu. Narażone są szczególnie sektor energetyczny, finansowy i administracja 11

Rośnie ryzyko cyberataków terrorystycznych. Eksperci przestrzegają, że ich wystąpienie to tylko kwestia czasu. Mimo że infrastruktura krytyczna w Polsce jest solidnie zabezpieczona, to skutki ewentualnego ataku mogą być bardzo dotkliwe. Szczególnie narażone są sektor finansowy, administracja publiczna, sieci energetyczne oraz firmy wysokiej technologii.

– Cyberterroryzm dotyczy Polski w takim samym stopniu jak innych krajów. To realne ryzyko, które jeszcze się nie zmaterializowało, ale musimy się z tym liczyć. Dotyczy to także polskiej infrastruktury krytycznej, na szczęście jest ona jednak dobrze zabezpieczona. Cyberterroryzm, jeśli się zmaterializuje, będzie naprawdę dotkliwy. Będzie to też precedens, ponieważ cyberataków terrorystycznych dotychczas nie było, ale jest to jedynie kwestia czasu – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Leszek Tasiemski, wiceprezes Rapid Detection Center w F-Secure.

Na celowniku cyberterrorystów mogą się znaleźć takie obiekty jak lotniska czy duże elektrownie. Według ekspertów cyberzagrożenia będą się stawały stopniowo bardziej groźne niż terroryzm w tradycyjnym rozumieniu tego słowa.

Ostatnie miesiące pokazały, że cyberprzestępcy atakują coraz śmielej nie tylko firmy, lecz także rządy i jednostki administracji. Wykorzystują do tego luki w zabezpieczeniach, nieostrożność pracowników i inne środki, dzięki którym złośliwe oprogramowanie w klasycznym wydaniu odchodzi do lamusa.

– Narażeni są wszyscy, ale przede wszystkim sektor finansowy, administracja publiczna, bo to one przechowują bardzo ważne dane, oraz firmy wysokich technologii, które mają własności intelektualne i projekty, które są wartościowe dla złodziei – mówi Tasiemski.

Badania przeprowadzane przez firmę F-Secure między październikiem 2016 a marcem 2017 roku wskazują, że dziennie dochodzi w Polsce do około 100 tysięcy cyberataków. Najczęstsze ataki to reckon (skanowanie urządzeń i wykrywanie niezabezpieczonych urządzeń), tworzenie botnetów (grupa komputerów zainfekowanych przez szkodliwe programy, które umożliwiają zdalne kontrolowanie komputera) oraz próby infekcji złośliwym oprogramowaniem, przede wszystkim ransomware i adware.

– Z jednej strony możemy się zabezpieczyć poprzez testy penetracyjne, czyli zanim nastąpi atak, zasymulować go i zobaczyć, w jaki sposób organizacja jest przygotowana. Jeśli atak już nastąpi, potrzebna jest pomoc przy analizie powłamaniowej i tzw. incident response, czyli pomoc w zarządzaniu tą sytuacją. Profesjonaliści pomogą klientowi wrócić do stanu operacyjnego, wyczyszczą system z resztek włamania i upewnią się, że używając tego samego wektora, nie dojdzie do ponownego włamania – tłumaczy Tasiemski.

Z wyliczeń Deloitte wynika, że w jednej organizacji jest ok. 150–200 potencjalnych miejsc, które mogą zostać wykorzystane do ataku. Cyberwłamania do firmowych serwerów mogą się okazać bardzo kosztowne. Według badania „Cost of Data Breach Study” z 2016 roku w Stanach Zjednoczonych, na które powołuje się Check Point, pojedynczy koszt wycieku danych z sieci korporacyjnej wynosi 4 mln dol. (wzrost o 5 proc. w stosunku do 2015 roku). Badanie Ponemon Institute dowiodło zaś, że koszt jednorazowego ataku typu malware na jedno urządzenie mobile kosztuje średnio 9,5 tys. dol. Jak jednak przekonuje ekspert, części ataków firmy mogą skutecznie zapobiegać we własnym zakresie. Źródłem cyberataków bardzo często są sami pracownicy.

– Cyberbezpieczeństwo powinno wrosnąć w kulturę organizacyjną, od recepcji po zarząd. To nie tylko domena IT. Powinny być także wdrożone działania mające zachować higienę internetową i zachęcające ludzi do aktywnego raportowania podejrzanych sytuacji. Dość często widzimy, że pracownicy zdają sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak, ale obawiają się, że to była ich wina i boją się konsekwencji. Dochodzi więc do incydentu, który przez dłuższy okres pozostaje niezauważony i następuje jego eskalacja – podkreśla Leszek Tasiemski.

Przybędzie kolejny milion drzew. Każdy może posadzić drzewo przez internet lub osobiście odebrać sadzonkę

Przybędzie kolejny milion drzew. Każdy może posadzić drzewo przez internet lub osobiście odebrać sadzonkę 12

Rośnie świadomość Polaków dotycząca ochrony środowiska i zaangażowania w proekologiczne akcje społeczne. W tegorocznej, dziewiątej edycji programu „Po stronie natury” posadzony zostanie milion drzew, by z myślą o obecnych i przyszłych pokoleniach chronić naturalne zasoby wodne. Do działań na rzecz natury zachęca ambasadorka programu Martyna Wojciechowska i dzieci, dla których te działania mają szczególne znaczenie.  

– Natura nie jest nam dana raz na zawsze, musimy o nią dbać, bo to od nas zależy, jaki świat zostawimy naszym dzieciom. To właśnie one motywują nas do tego, by działać na rzecz ochrony naturalnych zasobów wody. Dlatego od 9 lat realizujemy program „Po stronie natury”. Pragniemy zapewnić im świat przyrody co najmniej tak bogaty jak ten, w jakim szczęście mamy żyć my. Troska o zdrowie naszych dzieci i przyszłych pokoleń jest motywacją dla nas, dorosłych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Inga Songin, dyrektor marketingu i PR Żywiec Zdrój.

Zainicjowany przez markę program  „Po stronie natury” odbywa się w tym roku po raz dziewiąty. Celem ogólnopolskiej akcji jest nie tylko kształtowanie świadomości społecznej, dotyczącej ochrony środowiska naturalnego, lecz także wspieranie inicjatyw proekologicznych i sadzenie drzew, które przyczyniają się do ochrony zasobów wodnych. Dotychczas w ramach akcji posadzonych zostało ponad 5 mln w Beskidach.

– W tym roku mamy ambitny cel i planujemy zasadzić kolejny milion drzew. Odnowiliśmy też ponad tysiąc kilometrów górskich szlaków, żeby turyści mogli z nich odpowiedzialnie i bezpiecznie korzystać. Ponadto wspieramy inicjatywy społeczne i zachęcamy ludzi, żeby realizowali własne projekty wspierające środowisko naturalne. Do tej pory sfinansowaliśmy 115 takich inicjatyw – mówi Inga Songin.

Program realizowany jest przez Żywiec Zdrój wspólnie z Lasami Państwowymi, Towarzystwem Turystyczno-Krajoznawczym oraz Fundacją Arka. Jego ambasadorką jest Martyna Wojciechowska, znana podróżniczka, dziennikarka i pisarka. Organizatorzy zaznaczają, że ważnym elementem kampanii jest edukowanie Polaków i wskazywanie roli, jaką drzewa spełniają w przyrodzie oraz ochronie zasobów wodnych.

– Chcemy budować w społeczeństwie świadomość tego, że każde drzewo jest ważne dla czystości powietrza i zasobów wodnych, bo to właśnie one umożliwiają magazynowanie wody w glebie, która następnie jest naturalnie filtrowana. Poprzez zakup butelki wody można się włączyć do akcji i wspólnie z nami sadzić drzewa – mówi Inga Songin.

Program „Po stronie natury” odniósł duży sukces społeczny już w ubiegłych latach, a liczba Polaków zaangażowanych w akcję stale rośnie.

– Liczba uczestników rośnie ze względu na dwa czynniki. Po pierwsze, poświęcamy tej akcji coraz więcej uwagi i środków, starając się dotrzeć z nią do możliwie szerokiego grona. Po drugie, świadomość ekologiczna rośnie i coraz więcej ludzi chce się angażować w takie działania – mówi Inga Songin.

Dyrektor marketingu i PR marki Żywiec Zdrój zauważa, że poza aspektem społecznym działania na rzecz środowiska budują też pozytywny wizerunek i reputację marki, co przekłada się na działalność biznesową. Ponadto prowadzona od dziewięciu lat kampania mocno wpisuje się w strategię i misję marki Żywiec Zdrój.

– Ta misja opiera się na naszym dążeniu do tego, aby Polacy pili zdrowiej, dbając o naturę, bo to z niej przecież czerpiemy wodę. Jej zasoby nie są wieczne, dlatego trzeba podejmować takie działania, żeby przyszłe pokolenia również mogły z nich korzystać. Program „Po stronie natury” jest wpisany w działania i misję naszej marki już od dawna – podkreśla Inga Songin.

Każdy może zdecydować o posadzeniu drzewa, wpisując na stronie kampanii kod z etykiety wody Żywiec Zdrój, a w naszym imieniu to drzewo posadzą leśnicy w Beskidach. W ten sposób można się włączyć do ogólnopolskiej akcji sadzenia drzew i zadedykować drzewo bliskiej osobie. W całej Polsce w maju i czerwcu odbywają się wydarzenia specjalnie dotyczące ekologii, a milionowe drzewo zostanie zasadzone podczas wielkiego finału 11 czerwca w Warszawie.

Polscy pacjenci z cukrzycą typu 2 bardziej niż w innych krajach narażeni na groźne powikłania. Problemem jest ograniczony dostęp do nowoczesnych leków

Polscy pacjenci z cukrzycą typu 2 bardziej niż w innych krajach narażeni na groźne powikłania. Problemem jest ograniczony dostęp do nowoczesnych leków 13

W Polsce co roku wykonuje się blisko 15 tys. amputacji kończyny z powodu stopy cukrzycowej, 3,5 tysiąca diabetyków jest dializowanych z powodu niewydolności nerek. Powikłania te można ograniczyć poprzez stosowanie analogów insulin długo działających, do których polscy pacjenci z cukrzycą typu 2 mają ograniczony dostęp. Aby z nich skorzystać, muszą bowiem stosować insuliny NPH przez 6 miesięcy i przejść epizody groźnego dla zdrowia niedocukrzenia.

Cukrzyca to przewlekła choroba, której przyczyną jest upośledzenie wydzielania hormonu zwanego insuliną przez trzustkę. Prowadzi to do zaburzenia gospodarki węglowodanowej w organizmie, a w efekcie do niewydolności wielu narządów, m.in. oczu, nerek oraz układu sercowo-naczyniowego. Zachorowalność na cukrzycę rośnie z roku na rok. Według szacunków w Polsce choruje blisko 3 mln osób.

Około 550 tys. Polaków nie wie o chorobie. Co gorsze, kilka milionów Polaków ma tzw. zespół prediabetes, czyli wartości glikemii na czczo nie są jeszcze diagnozowane jako cukrzyca, ale są już powyżej normy. Te kilka milionów Polaków w ciągu roku może w 10 proc. przejść w jawną cukrzycę typu 2 – mówi dr Michał Sutkowski, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.

Wcześnie wykryta i prawidłowo leczona cukrzyca daje szansę na uniknięcie powikłań i prowadzenie niemalże normalnego życia. W Polsce powikłania cukrzycowe występują jednak niezwykle często – tylko z powodu niewydolności nerek rocznie dializowanych jest ponad 3,5 tys. chorych na cukrzycę.

– Jest dla nich mniej elementów refundowanych niż dla osób z cukrzycą typu 1 i są to rzeczy mniej zaawansowane technologiczne. Przede wszystkim nie mają dostępu, takiego jak powinien być, do długo działających analogów insulin oraz do leków inkretynowych czy flozyn – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Śliwińska, prezes Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

Cukrzyca ilościowo to przede wszystkim typ 2. Na skutek działania pewnych czynników (m.in. otyłości czy małej aktywności fizycznej) w komórkach organizmu wytwarza się insulinooporność, co sprawia, że organizm potrzebuje jej znacznie więcej, by prowadzić prawidłową gospodarkę węglowodanową. W leczeniu cukrzycy typu 2 Polskie Towarzystwo Diabetologiczne zaleca stosowanie insulinoterapii w modelu skojarzonym z doustnymi lekami przeciwcukrzycowymi. Szczególne znaczenie w terapii mają analogii insulin długo działających, które imitują stałe wydzielanie insuliny przez trzustkę, co przyczynia się do utrzymania jej stężenia na odpowiednim poziomie przez wiele godzin. Polscy pacjenci mają jednak ograniczony dostęp do nowoczesnych terapii  insulinowych.

– Jest dostęp do insulin długo działających, ale pacjent musi przez pół roku walczyć z czymś takim jak niedocukrzenie nocne. Sytuacja, w której insulinę glargine możemy podać pacjentom dopiero po 6-miesięcznych mordęgach z niedocukrzeniem, wydaje mi się absurdalna i świetna do kabaretu, ale kiepska w życiu – mówi dr Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny, prezes Fundacji „Razem w Chorobie”.

Hipoglikemia, czyli niedocukrzenie, to stan, w którym poziom glukozy obniża się do mniej niż 70 mg/dl. Przez wiele lat w medycynie istniało przekonanie, że hipoglikemia jest nieodzownym elementem terapii insuliną. Liczne badania przeprowadzone na przestrzeni ostatnich 10 lat pokazały jednak, że nawet łagodne niedocukrzenie, często nieodczuwane, może mieć negatywne skutki, takie jak uszkodzenia układu krążenia i mózgu oraz przyspieszenie powstawania typowych powikłań cukrzycowych. Celem działania lekarzy jest więc obecnie niedopuszczenie do hipoglikemii, nawet kosztem wyższego poziomu cukru.

– Zasada refundacji analogów długo działających została wprowadzona kilka lat temu, wtedy, kiedy nie myśleliśmy tak krytycznie o niedocukrzeniach. Był pomysł, by spróbować tradycyjnych insulin, dopiero jak one nie działają, wtedy sięgnijmy po nowsze insuliny. Powoli ten sposób myślenia staje się przestarzały i rzeczywiście nie powinno być tak, że chory ma mieć niedocukrzenie po to, żeby dostał lepszy wariant leczenia – mówi Leszek Czupryniak, kierownik Kliniki Diabetologii i Chorób Wewnętrznych Samodzielnego Publicznego Centralnego Szpitala Klinicznego w Warszawie.

Od kilku lat  dostępny jest  biopodobny analog insuliny długo działającej, który jest tańszy od oryginatora. Insulina glargine, zwana bezszczytową, utrzymuje stały poziom we krwi, nie dopuszcza więc do jego gwałtownego spadku tak jak powszechnie stosowane preparaty. W Polsce dostęp do insuliny glargine jest jednak mocno ograniczony, odwrotnie niż w większości krajów Unii Europejskiej.

– Bierze się to z prostego rachunku, tam nikt nic nie robi z serca, a prostego rachunku: mniej wydamy na optymalną opiekę nad chorym pacjentem na cukrzycę niż na leczenie konsekwencji powikłań – mówi dr Leszek Borkowski.

Pozytywnym aspektem leczenia cukrzycy w Polsce jest  podpisane w listopadzie 2016 roku porozumienie między Polskim Towarzystwem Diabetologicznym a Stowarzyszeniem Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce. Jego celem jest zacieśnienie współpracy między diabetologami a lekarzami rodzinnymi w zakresie profilaktyki i leczenia cukrzycy. Zdaniem ekspertów to lekarz rodzinny powinien być lekarzem prowadzącym dla większości pacjentów cierpiących na cukrzycę. Lekarz ten powinien sprawować kontrolę nad przebiegiem leczenia, a także inicjować i nadzorować insulinoterapię odpowiednio wcześniej, aby zapobiec powikłaniom.

Cukrzyca to jedyna choroba niezakaźna, którą ONZ uznało za epidemię XXI wieku. Według szacunków Międzynarodowej Federacji Diabetologicznej liczba chorych rośnie tak szybko, że w 2035 roku może osiągnąć wynik ponad 590 mln. Nieprawidłowo leczeni chorzy generują duże straty ekonomiczne, do których zalicza się przede wszystkim koszty pośrednie wynikające z absencji w pracy i pobierania świadczeń zdrowotnych. Istotne znaczenie mają także koszty związane z leczeniem powikłań.

Rośnie znaczenie Dubaju na turystycznej i biznesowej mapie świata. To napędza rozwój połączeń lotniczych

Rośnie znaczenie Dubaju na turystycznej i biznesowej mapie świata. To napędza rozwój połączeń lotniczych 14

15 mln turystów odwiedziło w ubiegłym roku Dubaj. To jeden z najpopularniejszych kierunków podróży na świecie. Zyskuje na znaczeniu także pod względem biznesowym. To powoduje, że linie lotnicze Emirates stale rozwijają sieć połączeń z i do tego miasta. Na kolejne miesiące zapowiedziały m.in. uruchomienie lotów do Kambodży i Zagrzebia. Coraz większy ruch lotniczy skłania przewoźnika do rozbudowy floty maszyn.

– Obecnie operujemy do 155 kierunków na całym świecie na 6 kontynentach. To nie jest nasze ostatnie słowo. Na pewno będziemy się rozwijać. Uruchamiamy już kolejne połączenia, m.in. do europejskiego miasta Zagrzebia. Innym ciekawym miejscem jest Phnom Penh w Kambodży – powiedział agencji Newseria Biznes Maciej Pyrka, country manager Emirates Polska podczas debaty „Polacy na podbój światowych rynków” zorganizowanej przez Executive Club.

W 2016 roku linie Emirates uruchomiły 7 nowych rejsów pasażerskich, przede wszystkim do Azji. Zamierzają rozwijać połączenia także do miast europejskich. W połowie marca uruchomiono loty między Dubajem a Atenami, a w czerwcu zostanie wprowadzone codzienne połączenia z Dubaju do Zagrzebia w Chorwacji. Od lipca samolotami Emirates będzie można polecieć do Phnom Penh przez Rangun. Ze względu na rosnące zapotrzebowanie na 2 lipca linie zapowiadają uruchomienie drugiego codziennego połączenia na indonezyjską wyspę Bali.

 W nasze DNA wpisane jest łączenia ludzi na całym świecie, nie tylko między kluczowymi aglomeracjami, lecz także między mniejszymi miastami. Latamy do miejsc, do których lata niewielu przewoźników, a które z naszego punktu widzenia mają bardzo ciekawy potencjał. Takim było połączenie pomiędzy Warszawą i Dubajem, które okazało się wielkim sukcesem. Nie zdradzę naszych strategicznych planów dotyczących otwierania nowych połączeń, ale na pewno pojawią się kolejne ciekawe destynacje – zapowiada Maciej Pyrka.

Przewoźnik rozbudowuje też flotę pasażerską, która obecnie składa się z 257 airbusów A380 i boeingów 777. Zamierza ją powiększyć o ponad 200 kolejnych maszyn.

– Globalny rozwój gospodarki wpływa na bogacenie się i na to, że ludzie przemieszczają się nie tylko w celach służbowych i bezpośrednio związanych z gospodarczym rozwojem, lecz także w celach prywatnych. Jesteśmy świadkami dosyć sporych migracji, co sprzyja rozwojowi połączeń lotniczych – tłumaczy Maciej Pyrka.

Na rozwój Emirates wpływ ma także sam Dubaj, miasto, które określane jest mianem centrum Bliskiego Wschodu, jedno z ważniejszych w regionie. Łącznie Dubaj odwiedza rocznie ok. 15 mln turystów. Wedle zestawienia MasterCard Global Destination Cities Index jest czwartym najpopularniejszym miastem na świecie i liderem w regionie Bliskiego Wschodu i Afryki. Szacuje się, że w 2015 roku podróżni zostawili w Dubaju blisko 12 mld dol.

 Dubaj powoli staje się także centrum rozwoju globalnego. To tam właśnie powstają i są wdrażane najnowsze rozwiązania technologiczne. Dubaj będzie gospodarzem światowego Expo w 2020 roku i spodziewa się ponad 20 mln odwiedzających – podkreśla Maciej Pyrka.

Polskie firmy podbijają zagraniczne rynki. W ekspansji mogą liczyć nie tylko na dyplomację ekonomiczną, lecz także wsparcie finansowe

Polskie firmy podbijają zagraniczne rynki. W ekspansji mogą liczyć nie tylko na dyplomację ekonomiczną, lecz także wsparcie finansowe 15

Polski eksport, który szacuje się obecnie na ok. 200 mld dol., rośnie w tempie ok. 6 proc. rocznie, a jego dynamika w kolejnych będzie rosła. Rodzime firmy coraz częściej wchodzą na zagraniczne rynki, dlatego rośnie zapotrzebowanie na wsparcie, także finansowe, w ekspansji zagranicznej. Tylko w 2016 roku Bank Gospodarstwa Krajowego zwiększył wartość finansowania eksportu i ekspansji zagranicznej polskich firm do poziomu 1,7 mld zł. 

– Dla polskich eksporterów największymi ryzykami, które ograniczają ich ekspansję zagraniczną, są te związane z barierą wejścia na rynek, z systemem prawnym innej jurysdykcji, barierą kulturową i te związane z dostępnością finansowania. Te ryzyka mogą być zarządzane, często mogą być zmniejszane, ale na ogół nie mogą być nigdy wyeliminowane – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Hann, członek zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Polski rząd podkreśla, że budowanie konkurencyjności polskich przedsiębiorców na międzynarodowych rynkach jest jednym z priorytetów. Zapowiada zwiększanie powiązań z rynkami międzynarodowymi poprzez poszerzanie liczby podmiotów uczestniczących w wymianie międzynarodowej oraz rozwijanie bardziej zaawansowanych form współpracy z zagranicą. Jak jednak przekonuje Hann, choć dyplomacja ekonomiczna jest nie do przecenienia, nie jest jednak wystarczająca.

– Dyplomacja ekonomiczna może wspomóc polskiego przedsiębiorcę w podejmowaniu decyzji o ekspansji czy wejściu na inny rynek. Trudniej jest, gdy mówimy o ograniczaniu strat albo minimalizowaniu rozmiarów porażki – tłumaczy ekspert.

Blisko jedna trzecia (28,7 proc.) rodzimych przedsiębiorstw z sektora MŚP prowadzi działalność na zagranicznych rynkach – większość w krajach Europy Zachodniej (75 proc.). Natomiast 33,3 proc. operuje na rynkach poza Unią Europejską (badanie „Smart Industry Polska 2017”). Raport „Poland, Go Global!” wskazuje, że trzykrotnie więcej polskich firm eksportuje, niż importuje. Ekspansja polskich firm nabiera coraz większej dynamiki, w dużej mierze dzięki wsparciu rządowych instytucji.

– Jesteśmy jedną z instytucji ważnych systemowo dla strategii odpowiedzialnego rozwoju. Wspólnie z PFR, PAIH, ARP, KUKE czy PARP, jesteśmy w stanie przygotować pakiety rozwiązań dla polskich eksporterów. Dyplomacja ekonomiczna i koledzy z PAIH-u wspólnie z ekspertami z lokalnych przedstawicielstw dyplomatycznych Rzeczpospolitej i z Ministerstwem Spraw Zagranicznych są w stanie udzielić wsparcia. Można stwierdzić, że polscy eksporterzy w coraz większym stopniu będą z tego typu instrumentów korzystać – wymienia Hann.

W ubiegłym roku polski eksport przekroczył 203 mld dol., co oznacza 6-proc. wzrost. Choć naszymi największymi partnerami są kraje Unii Europejskiej, rośnie sprzedaż na wschodzących rynkach, także w Azji czy Afryce. Nieodzowne jest przy tym wsparcie finansowe. Na finansowanie strategicznych sektorów polskiej gospodarki oraz eksportu i ekspansji zagranicznej polskich przedsiębiorstw nakierowane są działania BGK. Saldo kredytów brutto na koniec 2016 roku wyniosło 27,4 mld zł i zwiększyło się o 4,9 mld zł (o 22 proc.). Największy wzrost (o 5,4 mld zł, czyli o 34,5 proc.) nastąpił w kredytach dla podmiotów gospodarczych.

– W przypadku ekspansji związanej z prostym eksportem, możemy myśleć o akredytywach z opcją późniejszej zapłaty. W przypadku nabycia przez polską firmę aktywów za granicą możemy mówić o finansowaniu akwizycyjnym. Przy budowie np. hotelu przez polskiego generalnego wykonawcę będzie to projektowanie finansowe. Lubimy myśleć o sobie jako o banku, który oferuje finansowanie na miarę potrzeb polskich inwestorów – wskazuje członek zarządu BGK.

W ubiegłym roku BGK zwiększył wartość finansowania eksportu i ekspansji zagranicznej polskich przedsiębiorstw do poziomu 1,7 mld zł. Tworzył też nowe możliwości dla eksporterów i inwestorów, ustanowił limity m.in. na Chorwację, Portugalię, Brazylię, Tajwan, Arabię Saudyjską czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Bank zapowiada, że będzie kontynuował wsparcie projektów inwestycyjnych polskich firm, motorem rozwoju działalności kredytowej ma być finansowanie eksportu i ekspansji zagranicznej.

– Jesteśmy obecni na 41 rynkach międzynarodowych. Dlatego w każdym wypadku jesteśmy w stanie dopasować profil spłaty i charakterystykę instrumentu finansowego do potrzeb konkretnego przedsiębiorcy i konkretnego biznesplanu – podkreśla ekspert.

Ekspansję zagraniczną polskich firm wspiera też Fundusz Ekspansji Zagranicznej, który inwestuje bezpośrednio w zagraniczne spółki zależne należące do polskich firm i dzieli z polskimi partnerami ryzyko inwestycji.

– Nie zabezpieczy on przed stratami, ale zmniejszy ekspozycję i może być postrzegany jako przyjazny inwestor czy współinwestor w przypadku programów akwizycyjnych. Dlatego polecamy uwadze wszystkich eksporterów opcje wykorzystania usług i produktów związanych z finansowaniem equity poprzez fundusz – dodaje Wojciech Hann.

Złoty ciągle bardzo mocny

Złoty korzysta ciągle na osłabieniu dolara, jednak siła naszej waluty ma swoje odzwierciedlenie w fundamentach. Zdaniem dr Przemysława Kwietnia, głównego ekonomisty XTB, złoty ciągle jest niedowartościowany. Mocny złoty to niższe obciążenie zadłużonych w walutach obcych, mocny złoty sprzyja też importowi. Jednak złoty jest uzależniony od koniunktury na rynkach europejskich. Więcej w materiale wideo.