Pozaspożywczy handel liderem w skutecznym zarządzaniu doświadczeniami klientów w Polsce

Firmy z branży pozaspożywczego handlu detalicznego zostały najwyżej ocenione przez polskich konsumentów, którzy w badaniu przeprowadzonym przez KPMG wyrazili swoje opinie na temat doświadczeń w kontaktach z markami, ich produktami, a także w procesie zakupu i obsługi klienta (ang. customer experience). Analiza wiodących praktyk na rynku polskim wskazuje, że dbałość o klienta się opłaca – dynamika wzrostu przedsiębiorstw skutecznie zarządzających doświadczeniami swoich klientów jest szybsza od konkurentów. Wśród zestawienia Top 100 Brands w oczach polskich konsumentów silnie reprezentowane są marki budowane w Polsce, co wskazuje na tendencję, że klienci coraz bardziej doceniają rodzimych dostawców, którzy potrafią już bardzo skutecznie konkurować w zakresie doświadczeń konsumenckich – wynika z badania KPMG przeprowadzonego po raz pierwszy w Polsce na próbie ponad 5 000 konsumentów.

Konsumenci w Polsce ocenili m.in. swoje doświadczenia w interakcjach z markami w podziale na 9 branż. Analiza odpowiedzi ponad 5 000 respondentów wskazuje, że polscy konsumenci mają najlepszą opinię na temat doświadczeń, jakie oferują im marki z sektora pozaspożywczego handlu detalicznego.

– Jednym z kluczowych źródeł tak dobrych wyników tej branży jest bardzo wysoki poziom konkurencji, który z kolei stawia przed handlowcami wyśrubowane wymagania pod względem dbałości o całościowe, pozytywne doświadczenia klientów. Duża część podmiotów działających w sektorze handlu pozaspożywczego, obserując dynamiczny rozwój sprzedaży w kanale online, szybko zrozumiała, że musi dostosować się do oczekiwań klienta – mówi Jerzy Kalinowski, partner w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

Wysokie oceny uzyskały również firmy z sektorów podróży i gastronomii. Polacy niżej oceniają swoje doświadczenia z przedsiębiorstwami oferującymi bardziej złożone produkty i usługi, w przypadku których interakcje na linii klient-marka mają skomplikowany, częsty i długoterminowy charakter.Raport KPMG w Polsce pt. „Jak budować pozytywne doświadczenia klientów. Analiza wiodących praktyk zarządzania doświadczeniami klientów na rynku polskim”

Rodzimi dostawcy doceniani przez polskich konsumentów

W zestawieniu 100 najlepiej ocenionych przez konsumentów marek w obszarze zarządzania doświadczeniami klientów znalazło się stosunkowo dużo marek o polskich korzeniach. Aż połowa docenionych przez konsumentów firm powstała w Polsce.

– Pokazuje to, że po pierwszym okresie transformacji polityczno-gospodarczej i zachwycie dostępnością produktów zza granicy, Polacy doceniają także rodzimych dostawców, którzy często skutecznie konkurują ze swoimi zagranicznymi rywalami – mówi Jerzy Kalinowski, partner w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.Raport KPMG w Polsce pt. „Jak budować pozytywne doświadczenia klientów. Analiza wiodących praktyk zarządzania doświadczeniami klientów na rynku polskim”

Wymierne korzyści troski o klienta

Zasadniczym pytaniem, które zadają sobie menedżerowie z różnych branż jest jak efektywne zarządzanie doświadczeniami klientów przekłada się na wyniki ekonomiczne przedsiębiorstwa, w szczególności w warunkach intensywnej konkurencji.

– Analiza wyników finansowych spółek z zestawienia Top 100 Brands pokazuje, że firmy uzyskujące wysokie oceny pod względem doświadczeń klientów rozwijają się szybciej niż ich konkurenci. W latach 2013-2015 przychody spółek z zestawienia Top 100 Brands rosły średnio o 8 punktów procentowych szybciej niż ich konkurenci wchodzący w skład indeksu WIG. To, że dbałość o klienta może przynosić znaczące korzyści, dobrze ilustruje przykład marek z sektora detalicznego handlu spożywczego. Liderzy w zakresie doświadczeń klientów w tej branży, pomimo spadków przychodów innych spółek, odnotowali w okresie ostatnich 3 lat średnioroczny wzrost przychodów aż o 11% – mówi Andrzej Musiał, menedżer w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

Doświadczenia klientów są budowane wokół sześciu istotnych wymiarów
Analiza doświadczeń polskich konsumentów z różnymi markami została oparta na bazie specjalnej metodologii KPMG Sześciu Filarów™ Customer Experience, pozwalającej zrozumieć prawdziwe doświadczenia widziane oczami klienta we wszystkich interakcjach z marką. Tymi filarami są: wiarygodność, rozwiązywanie problemów, oczekiwania, czas i wysiłek, personalizacja oraz empatia. Metodologia Sześciu Filarów™ jest szczególnie użyteczna dla przedsiębiorstw, które dzięki niej mogą skutecznie zarządzać doświadczeniami klientów w sposób systematyczny, a tym samym zdobywać przewagę na coraz bardziej konkurencyjnym rynku.

Raport KPMG w Polsce pt. „Jak budować pozytywne doświadczenia klientów. Analiza wiodących praktyk zarządzania doświadczeniami klientów na rynku polskim”Wiarygodność kluczem do budowania pozytywnych doświadczeń klientów w Polsce
Z analiz KPMG wynika, że filarem kluczowym dla satysfakcji klienta w Polsce jest wiarygodność w kontekście budowania zaufania i dotrzymywania słowa. Polscy konsumenci wysoko oceniają przedsiębiorstwa, które dotrzymują obietnicy marki, rzetelnie informują o istotnych elementach swojej oferty, a także działają w rzeczywistym interesie klienta i nie koncentrują się wyłącznie na swoich zyskach. Uzasadnieniem kluczowego znaczenia wiarygodności marki z punktu widzenia budowy doskonałych doświadczeń klientów może być relatywnie niski poziom zaufania Polaków do innych osób czy podmiotów, podkreślanym w różnych badaniach socjologicznych.

– Polacy cenią też szybką i bezproblemową obsługę oraz skuteczność w rozwiązywaniu problemów. Nasze analizy pokazują, że czynniki związane z czasem i wysiłkiem oraz rozwiązywaniem problemów mają niebagatelne znaczenie dla Polaków – każdy z nich w 17% odpowiada za naszą skłonność do polecenia danej marki znajomym lub rodzinie – mówi Jerzy Kalinowski, partner w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

Personalizacja odgrywa w Polsce nieco mniejszą rolę niż w innych badanych przez KPMG krajach. Także mniejsze znaczenie oczekiwań (czy klient wie, czego się spodziewać) oraz empatii (jak wczuć się w specyficzną sytuację klienta) wskazuje, że polscy konsumenci oczekują od przedsiębiorstw przede wszystkim przestrzegania podstawowych zasad i spełnienia fundamentalnych kryteriów pod względem produktów, usług i obsługi klienta.Raport KPMG w Polsce pt. „Jak budować pozytywne doświadczenia klientów. Analiza wiodących praktyk zarządzania doświadczeniami klientów na rynku polskim”

Dobre wyniki na tle regionu, dystans do światowego lidera

Marki w Polsce zebrały stosunkowo dobre oceny klientów w zestawieniu z innymi krajami naszego regionu, które wzięły udział w analogicznym badaniu. Polska plasuje się pomiędzy najwyżej ocenioną Słowacją, a Czechami. Konsumenci z Polski wysoko ocenili swoje doświadczenia z markami w zakresie wiarygodności, rozwiązywania problemów i empatii, podczas gdy firmy na Słowacji osiągnęły najwyższe wyniki w obszarze personalizacji, czasu i wysiłku oraz oczekiwań.

Analizy KPMG pokazują, że marki w Stanach Zjednoczonych osiągnęły najwyższe wyniki w pięciu z Sześciu Filarów™ Customer Experience, wyprzedzając kraje z regionu Europy Środkowo-Wschodniej średnio o 7%. Wyjątek stanowi tu obszar empatii, w którym to Polska wyprzedziła Czechy, Słowację i Stany Zjednoczone.

– Wyniki badania pokazują, że pomimo zadowalających rezultatów na tle naszych sąsiadów, mamy jeszcze duży dystans do nadrobienia względem światowych liderów w zarządzaniu doświadczeniami klientów. Widać wyraźnie, że na najbardziej rozwiniętym rynku konsumenckim jakim są Stany Zjednoczone, marki przywiązują dużo większe znaczenie do zaawansowanych działań w filarach oczekiwań i personalizacji – mówi Andrzej Musiał, menedżer w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

Raport w wersji elektronicznej można pobrać ze strony kpmg.pl.

****

Raport KPMG w Polsce pt. „Jak budować pozytywne doświadczenia klientów. Analiza wiodących praktyk zarządzania doświadczeniami klientów na rynku polskim.”, powstał na podstawie badania rynkowego przeprowadzonego na reprezentatywnej próbie ponad 5 000 polskich konsumentów, zrealizowanego w pierwszym kwartale 2017 r. przez niezależną firmę badawczą metodą CAWI (ang. Computer-Assisterd Web Interview). Badanie zostało zrealizowane wg tej samej metodologii KPMG Nunwood, która jest wykorzystywana do badań na innych rynkach. W raporcie KPMG znalazło się również zestawienie stu marek – Top 100 Brands, które zdaniem polskich konsumentów oferują im najlepsze doświadczenia klienckie. Do analizy włączono marki świadczące usługi lub prowadzące sprzedaż produktów dla klientów detalicznych na skalę ogólnopolską lub w największych miastach. W badaniu uwzględnione zostały te sektory, w których przedsiębiorstwa używające danej marki mają istotny wpływ na budowanie doświadczeń klientów w jak największej liczbie punktów styku na linii klient-firma. Wnioski prezentowane w raporcie KPMG na temat poszczególnych marek i ich działania na polskim rynku w zakresie zarządzania doświadczeniami klientów zostały opracowane wyłącznie na podstawie wyników badania konsumenckiego zrealizowanego przez zewnętrzną agencję badawczą oraz publicznie dostępnych informacji. Raport ilustruje praktyki zarządzania doświadczeniami klientów i nie stanowi opinii ani stanowiska KPMG w Polsce dotyczącego działania jakiegokolwiek przedsiębiorstwa.

Bank odrzucił Twoją reklamację? Złóż ją po raz drugi, wtedy jest większa szansa na jej uznanie

Jarosław Sadowski, Główny Analityk Expander Advisors
Jarosław Sadowski, Główny Analityk Expander Advisors. Fot. serwis agencyjny MondayNews™

Jarosław Sadowski, ekspert rynku finansowego, namawia do tego, by regularnie śledzić historię swojego rachunku i absolutnie nie rezygnować z dochodzenia swoich praw. W interesie banku jest utrzymanie dobrych relacji z klientem. Ale, jeżeli bank nie uwzględni naszego zastrzeżenia, możemy skorzystać np. z pomocy UOKIK-u.

Główny Analityk Expander Advisors zachęca, aby rozmawiać z przedstawicielami banku, jeżeli z czymś się nie zgadzamy lub po prostu nie rozumiemy, dlaczego naliczono nam określoną opłatę. Zawsze warto też składać reklamację. W przypadku gdy zostanie ona odrzucona, mamy prawo odwołać się np. do Rzecznika Finansowego. Możemy też zgłosić sprawę do UOKiK-u lub sądu polubownego przy Komisji Nadzoru Finansowego. Ponadto, do rozstrzygania sporów między klientem a bankiem jest powołany Bankowy Arbitraż Konsumencki, który działa przy Związku Banków Polskich.

– W Polsce jest kilka instytucji, które wspierają konsumentów w kryzysowych sytuacjach. Ale w praktyce, nierzadko wystarczają negocjacje z samym bankiem. Należy pamiętać, że w jego interesie jest utrzymanie jak najlepszych relacji z klientami i dbanie o własny wizerunek. Z tego względu, nawet jeśli instytucja finansowa nie zgadza się z nabywcami usług, to czasami ostatecznie wycofuje się ze swoich wcześniejszych decyzji. Dlatego, tak ważne jest, aby nie zniechęcić się po odrzuceniu pierwszej reklamacji – doradza Jarosław Sadowski.

Oczywiście domaganie się swoich praw przez konsumenta jest możliwe tylko wtedy, gdy dostrzega on nieprawidłowości. Ekspert stanowczo przekonuje do tego, by regularnie i dokładnie sprawdzać historię swojego rachunku. Jeżeli nie jesteśmy skrupulatni lub bardziej pochłaniają nas inne sprawy, niż „drobne” transakcje, to możemy przeoczyć niesłusznie naliczane opłaty. Jak wyjaśnia Jarosław Sadowski, czasami wynikają one z błędu systemu informatycznego lub są efektem pomyłki pracownika banku.

– Zdarza się również tak, że to nie bank, a my sami jesteśmy winni tego, że ponosimy niepotrzebne, dodatkowe koszty. Klienci zapominają o tym, iż założyli dodatkowe, płatne konto lub kartę kredytową. W takim przypadku, naliczana przez wiele miesięcy należność wraz z odsetkami może urosnąć na przykład do kilkuset złotych. Dlatego, tak ważne jest pilnowanie porządku w swoich finansach – przekonuje Główny Analityk Expander Advisors.

Osobom, które nie są dokładne i staranne z natury, ekspert podpowiada, aby wybrały jeden dzień w miesiącu na sprawdzanie historii operacji bankowych oraz kontrolowanie swoich finansów. Wówczas, będą stale śledzić, czy na ich rachunku nie pojawiają się niepokojące transakcje. Gdy mamy dostęp do Internetu, zdecydowanie łatwiej jest nam to sprawdzać. Dzięki flirtowaniu historii możemy przeglądać np. same opłaty lub operacje wykonane powyżej danej kwoty. O wiele trudniej w tym zakresie jest osobom, zwłaszcza starszym, które korzystają wyłącznie z papierowych dokumentów.

Mama na etacie, czyli czego może oczekiwać kobieta od swojego pracodawcy?

Mamy są pożądanymi pracownikami ze względu na cechującą je lojalność, wielozadaniowość oraz odpowiedzialność. Te zalety nabierają szczególnego znaczenia w obecnej bardzo dynamicznej sytuacji na rynku pracy. Co obecnym i przyszłym mamom gwarantuje  kodeks pracy? Na co mogą liczyć u obecnego pracodawcy, a na co w sytuacji, w której decydują się na zmianę miejsca zatrudnienia po urlopie macierzyńskim? Na jakie dodatkowe przywileje mogą liczyć? Pracuj.pl z okazji Dnia Matki przygotował krótki przewodnik dla obecnych i przyszłych rodziców.

PRAWNE PRZYWILEJE PRZYSZŁYCH MAM

Polskie prawo dokładnie reguluje zobowiązania pracodawcy wobec przyszłych mam. Dodatkowe uprawnienia przysługują kobietom już od pierwszego dnia, w którym poinformują przełożonego o ciąży oraz przedstawią stosowne zaświadczenie od lekarza specjalisty lub internisty.

Według prawa, przyszła mama nie może:

  • pracować w godzinach nadliczbowych oraz w godzinach nocnych (między 21:00 w nocy a 7:00 rano);
  • zostać delegowana poza swoje stałe miejsce pracy;
  • pracować w pozycji stojącej dłużej niż 3 godziny, a także przy podnoszeniu i przenoszeniu ciężarów, które ważą więcej niż 3 kilogramy;
  • pracować w ciągu doby więcej niż 8 godzin.

Przyszła mama ma prawo:

  • wyjść na badania lekarskie, jeśli wykaże, że nie mogła tego zrobić poza pracą (za ten czas otrzyma pełne wynagrodzenie);
  • skorzystać z 15 minutowej przerwy po każdej godzinie pracy przy komputerze.

KODEKS PRACY A URLOP MACIERZYŃSKI

Na jakie przywileje może liczyć mama wracająca po urlopie macierzyńskim czy rodzicielskim do pracy? Warto wiedzieć o kilku istotnych kwestiach prawnych, które ułatwiają godzenie macierzyństwa z życiem zawodowym, aż do 4. roku życia dziecka i sprawią, że powrót na etat nie będzie dla mamy wyzwaniem.

– Każda mama wracająca do pracy po urlopie macierzyńskim, dodatkowym urlopie macierzyńskim czy urlopie rodzicielskim powinna zostać przyjęta przez pracodawcę na stanowisko, na którym pracowała przed odejściem. Jeżeli jest to niemożliwe, pracodawca jest zobowiązany zaproponować kobiecie stanowisko równorzędne. Zmiana ta nie może jednak wiązać się z obniżeniem wynagrodzenia – wyjaśnia Grzegorz Kalinowski, radca prawny z kancelarii Legal Ideas Z kolei te z pań, którym przysługuje prawo do urlopu wychowawczego, mają możliwość złożenia wniosku o obniżenie etatu i pracowania w takim wymiarze do 36 miesięcy, z czego przez rok nie mogą zostać zwolnione. Dodatkowo, mamom, pracującym powyżej 4 godzin przysługują dwie półgodzinne przerwy z tytułu karmienia w naturalny sposób, które można wykorzystać w dowolnym momencie dnia. Kobiety mające dzieci do 4 r.ż. nie mogą być też delegowane poza stałe miejsce zatrudnienia, ani pracować w godzinach nadliczbowych i nocnych – dodaje Grzegorz Kalinowski.

Zdarza się, że młode mamy wykorzystują okres urlopu macierzyńskiego czy rodzicielskiego na poszukiwanie nowego miejsca pracy. Obecny rynek pracy wręcz je do tego skłania. Wiele czynników może je do takiej decyzji motywować., jednak jak wynika z badania Pracuj.pl Specjaliści na rynku pracy 2017*, dla niemal połowy kobiet biorących udział w badania, aspektem zachęcającym do podjęcia pracy w nowym miejscu, jest możliwość zachowania równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Warto pamiętać, jak zwraca uwagę radca prawny Grzegorz Kalinowskimama przechodząca po urlopie macierzyńskim czy rodzicielskim do nowej pracy zachowuje wszystkie przywieje gwarantowane przez kodeks pracy.

Co, obok możliwości godzenia ról, zachęca kobiety do podjęcia nowej pracy? Jak wynika z badania Specjaliści na rynku pracy 2017, czynnikiem najsilniej motywującym do wyboru nowego pracodawcy są wciąż wyższe zarobki, tak deklaruje blisko 77% respondentek. Dla kobiet ważna jest także dobra atmosfera pracy oraz odległość z miejsca pracy do domu – na czynnik ten zwróciła uwagę nieco ponad jedna trzecia respondentek.

DODATKOWE UDOGODNIENIA

A benefity? Czy są one w stanie zachęcić młodą mamę do podjęcia nowej pracy? Badanie Pracuj.pl ujawnia, że dodatkowe przywileje są czynnikiem mającym znaczenie dla co ósmej respondentki. Jednak pracodawcy nie bagatelizują ich znaczenia, zdając sobie sprawę, że dodatkowe przywileje mogą okazać się kluczowe w podejmowaniu decyzji  o wyborze miejsca pracy. Z drugiej strony, mogą również być czynnikiem, który skłoni mamę do pozostania w obecnej firmie.

Jak wynika z doświadczenia ekspertki Pracuj.pl pracodawcy doceniają rolę benefitów – Firmy coraz chętniej proponują kobietom ułatwienia w powrocie do pracy i przywileje, umożliwiające godzenie pracy z rodzicielstwem. Pracodawcy doceniają umiejętności, które posiadają pracujące mamy – wielozadaniowość, elastyczność czy szybkie tempo pracy, a dodatkowo, oferowane benefity wpływają na dobry wizerunek firm. Dla przykładu, ważnym udogodnieniem dla mam jest możliwość przyjścia do pracy z dzieckiem, jeśli zachodzi taka potrzeba czy pracy zdalnej. Część pracodawców posiada także w swoich biurach specjalne pokoje do karmienia oraz oferuje dogodne miejsca parkingowe. Dodatkowym ułatwieniem są też benefity finansowe, np. ubezpieczenie rodzinne, dofinansowanie wyjazdów wakacyjnych dla dzieci oraz podarunki okazyjne na Święta czy Dzień Dziecka – komentuje Agata Roszkiewicz, Koordynator ds. Wynagrodzeń i Administracji Personalnej w Pracuj.pl.

Zarówno kodeks pracy, jak i sami pracodawcy, gwarantują rodzicom przywileje mające wesprzeć ich w godzeniu życia osobistego z życiem zawodowym. Warto wiedzieć, jak z nich korzystać, tak by w pracy być efektywnym pracownikiem, a w domu szczęśliwym i spełnionym rodzicem.

###

* Badanie Specjaliści na rynku pracy 2017 przeprowadzono w styczniu 2017 roku na grupie 2506  użytkowników Pracuj.pl. Cytowanie za podaniem źródła.

 

Ponad połowa produktów rolniczych jest wolna od pozostałości pestycydów. Konsumenci chcą wiedzieć więcej o jakości żywności

Ponad połowa produktów rolniczych jest wolna od pozostałości pestycydów. Konsumenci chcą wiedzieć więcej o jakości żywności 1

Europejskie badania produktów rolniczych wskazują, że blisko 44 proc. z nich zawiera śladowe ilości pestycydów, które jednak mieszczą się w granicach ściśle określonych norm europejskich. Nadmierna ilość pozostałości pestycydów i metali ciężkich w żywności może być groźna dla zdrowia. Choć konsumenci mają coraz większą świadomość na temat zdrowego jedzenia, to trudno im zweryfikować obecność szkodliwych związków. Powstał więc specjalny system, który pozwala sprawdzić jakość żywności.

– Pestycydy są sprzedawane jako wyroby optymalizujące produkcję żywności, ale mają też swoje ciemne strony, działające bardzo często z opóźnieniem. Skutki zdrowotne nie są widoczne od razu, tylko po jakimś czasie. Dlatego spożywające je osoby często nie są świadome konsekwencji. Poza składnikami odżywczymi, które powinny się znajdować w produktach spożywczych, pojawia się tam także wynikająca z zanieczyszczeń chemia ciężka. Na to, niestety, często nie mamy wpływu. Możemy tylko dbać o środowisko, starać się wprowadzać różnego rodzaju przyjazne technologie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Galicki z portalu Szamaj.pl, organizator systemu Food Rentgen.

Z danych przeprowadzonych przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) wynika, że z 84 tys. próbek produktów rolniczych zdecydowana większość, bo 97,2 proc., spełniło rygorystyczne normy dotyczące obecności pestycydów określone w przepisach unijnych. Nie oznacza to jednak, że nie zawierały one żadnych pozostałości – nieco ponad połowa była od nich wolna, a 43,9 proc. zawierało takie ilości pozostałości środków ochrony roślin, które mieściły się w normach.

Produkty, które mieszczą się w normach zawartości pozostałości pestycydów i metali ciężkich, są oceniane w specjalnej skali Szamaj. Przy współpracy z partnerami – Fundacją Inventity i Instytutem Ogrodnictwa ze Skierniewic – przebadano 16 produktów, z których połowa nie spełniła podstawowych polskich norm. Żaden produkt nie uzyskał najwyższej noty, która poświadcza, że w danym wyrobie nie wykryto pozostałości pestycydów.

– Wyniki tych badań dla nas i dla samych producentów były dużym zaskoczeniem, a wynika to z faktu, że często dostawcy nie sprawdzali się w swojej roli. Na tej bazie powołaliśmy program Food Rentgen, do którego konsumenci zgłaszają produkty. My zbieramy fundusze, badamy najczęściej wybierane przez konsumentów produkty i publikujemy wyniki. Sami chcielibyśmy wiedzieć, czy produkty, które jemy, spełniają normy, stąd pomysł na badanie oraz zapraszanie producentów uważających, że mają dobre wyroby. Chodzi o to, żeby mieć pewność – wyjaśnia Marcin Galicki.

Jak wynika z ostatnich przesiewowych badań żywności, przeprowadzonych przez Instytut Ogrodnictwa, w piwie, maku czy zbożach wykryto różnego rodzaju szkodliwe substancje. Przykładem jest glifosat (szkodliwy i trudno wykrywalny pestycyd używany między innymi do przyspieszenia procesu suszenia roślin). Wśród metali ciężkich najniebezpieczniejsze są ołów i kadm, pochodzące głównie ze spalin samochodowych i niskiej emisji.

– Konsumenci muszą być świadomi, poszukiwać, domagać się i podążać za informacją dotyczącą jakości spożywanej żywności – podkreśla Marcin Galicki. – Polski rynek jest pod tym względem trochę ziemią niczyją. Dla porównania w Niemczech ruchy konsumenckie dbające o badanie żywności są dużo bardziej rozwinięte, a informacja na ten temat znacznie lepiej dostępna.

Utworzony przez parę ekonomistów angażujących się od lat w przedsięwzięcia ekologiczne i społeczne program „Szamaj zdrowe”, którego częścią jest Food Rentgen, to sposób oceny jakości produktów żywnościowych. Badaniu poddawane są wyroby pochodzące prosto z półek sklepowych. Inicjatywa ma na celu uzupełnienie istniejących systemów certyfikacji żywności, które najczęściej są mało przejrzyste dla konsumentów. Skupiają się one z reguły jedynie na warunkach, w których produkowane są wyroby lub ich losowo wybrane składniki i często pomijają ostateczną jakość wyrobu końcowego.

– Producenci dzielą się na dwie grupy: idealistów dbających o jakość i niewyobrażających sobie, by sprzedawane przez nich wyroby mogły być niezdrowe, oraz takich, którzy ze sprzedaży niezdrowych produktów czerpią korzyści. Mają przy tym dylemat, czy osiągane w ten sposób zyski są wystarczająco wysokie, żeby zrekompensować ewentualną karę, czy nie – precyzuje Marcin Galicki.

Jak podkreśla, wynika to z podejścia do prowadzonej działalności.

– Ludzie, którzy nie widzą innego sposobu wytwarzania żywności jak tylko w sposób zrównoważony i z dbałością o konsumenta, zawsze będą się starać wytwarzać żywność w taki właśnie sposób. Z drugiej strony bardzo często są oni uzależnieni od tego, co otrzymują od dostawców, którzy nie zawsze są już tak etyczni – mówi Marcin Galicki.

Do programu Food Rentgen może dołączyć każdy i następnie przesyłać zdjęcia produktów, które jego zdaniem powinny zostać zbadane. Propozycje poddawane są głosowaniu. Zdobywające najwięcej głosów wyroby trafiają na platformę crowdfundingową, gdzie zbierane są fundusze na testy. Po uzbieraniu koniecznej kwoty żywność kierowana jest do laboratoriów, gdzie przechodzi testy na zawartość pestycydów, metali ciężkich i szkodliwych nawozów. Laboratoria określają, czy ewentualne przekroczenia mieszczą się w normach dla poszczególnych rodzajów żywności.

Studenci z Politechniki Wrocławskiej organizują walki robotów. Zawody mają przyciągać nie tylko fanów robotyki ale i przyszłych konstruktorów

Studenci z Politechniki Wrocławskiej organizują walki robotów. Zawody mają przyciągać nie tylko fanów robotyki ale i przyszłych konstruktorów 2

Studenci z Koła Naukowego Robotyków „KoNaR”, należącego do Politechniki Wrocławskiej, co roku organizują walki robotów, które mają przyciągać młodych konstruktorów nie tylko z całej Polski, lecz także z Europy. Turniej organizowany od 2004 r. cieszy się sporym zainteresowaniem widzów i uczestników.

Po raz pierwszy wrocławscy studenci zorganizowali turniej robotów w 2004 r., nadając mu nazwę Otwarte Zawody Robotów Minisumo. Cztery lata później zmieniono ją na Robotic Arena, i ta nazwa obowiązuje do dziś.

Oprócz samego budowania robotów i jeżdżenia z nimi na zawody, sami organizujemy olimpiadę Robotic Arena, na której konstruktorzy z całej Polski i nie tylko mogą się wykazać swoimi umiejętnościami. Propagujemy robotykę wśród osób niezainteresowanych tym tematem, aby pokazać, jak wyglądają takie konstrukcje i zachęcić osoby w młodym wieku do tworzenia własnych projektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Łukasz Gruszczelak z Koła Naukowego Robotyków „KoNaR” z Politechniki Wrocławskiej.

Ponadto koło każdego roku organizuje specjalne warsztaty robotyczne dla studentów Politechniki Wrocławskiej, na których od podstaw można się nauczyć budowy robotów, by później zyskać szansę wystartowania w olimpiadzie Robotic Arena. Największą popularnością cieszy się na niej kategoria sumo, w której na miniaturowych arenach rywalizują ze sobą roboty o maksymalnych wymiarach 20×20 cm i wadze do 3 kg.

Zarówno nasza Robotic Arena, jak i większość tego typu zawodów bardziej przypomina lekkoatletykę. Jest wiele konkurencji, w  których można wziąć udział, natomiast cieszącą się największą popularnością jest kategoria sumo, w której dwa roboty ustawione w czarnym ringu mają za zadanie wypchnąć się poza matę. Robot, który pierwszy dotknie podłoża, przegrywa – tłumaczy Łukasz Gruszczelak.

Jak podkreśla, podczas olimpiady roboty rywalizują nie tylko w wielu kategoriach wagowych (Nanosumo, Minisumo Enhanced, Microsumo Enhanced i Sumo), lecz także w rozmaitych konkurencjach, takich jak chociażby: Line Follower (pokonanie trasy zaznaczonej ciemną linią w jak najkrótszym czasie) lub Micromouse (jak najszybsze wyjechanie z labiryntu). Konstrukcje można rozbudowywać o dodatkowe elementy uwzględnione w regulaminie, np. turbiny zwiększające przyczepność do podłoża, co pomaga robotom radzić sobie z przeszkodami takimi jak mosty czy huśtawki.

Roboty muszą zrobić to wszystko autonomicznie. Ogólnie na tego typu zawodach nie mogą podejmować interakcji z człowiekiem. Robot postawiony raz na macie musi dojechać do mety sam. Jedyne, co konstruktor może zrobić, to zdalnie wyłączyć swojego robota – wyjaśnia Łukasz Gruszczelak.

Na konstruktorów, którzy nie lubią ograniczeń, czeka kategoria Freestyle, która rządzi się o wiele luźniejszymi prawami. W jej przypadku o zwycięstwie danego robota decyduje nie jego sprawność, ale popularność robota, przekładająca się na liczbę uzyskanych głosów.

Tam nie liczy się czas, w jakim robot przejechał trasę lub liczba zdobytych krążków w trakcie walki. Tutaj liczy się liczba głosów uzyskanych podczas głosowania. Głosować może zarówno publiczność, jak i jury. Oddaje się głosy na roboty, które najbardziej urzekły czy zastosowały jakieś ciekawe rozwiązania. W poprzednich latach mogliśmy zobaczyć prototypy łazików marsjańskich, protezy ręki czy robotów humanoidalnych – wylicza Łukasz Gruszczelak.

Członkowie Koła Naukowego Robotyków „KoNaR” od lat dzielą się swoimi osiągnięciami z innymi studentami, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z konstruowaniem robotów. Dzięki temu podczas Robotic Arena każdego kolejnego roku można oglądać jeszcze ciekawsze konstrukcje.

Członkowie naszego koła w ramach prac magisterskich oraz inżynierskich bardzo często konstruują roboty. Podczas pracy nad nimi mogą przetestować nowe algorytmy sterowania. Prowadzą nad nimi zasadnicze badania, więc to są poważne prace, które potem są upubliczniane i z których możemy korzystać – podsumowuje Łukasz Gruszczelak.

W Polsce statystycznie co pół godziny jedna osoba dowiaduje się, że cierpi białaczkę. Często jedynym ratunkiem jest przeszczep szpiku

W Polsce statystycznie co pół godziny jedna osoba dowiaduje się, że cierpi białaczkę. Często jedynym ratunkiem jest przeszczep szpiku 3

Tylko 20 proc. chorych na białaczkę bliźniaka genetycznego udaje się znaleźć w rodzinie. W pozostałych konieczne jest znalezienie dawcy niespokrewnionego, którego tkanki wykażą niemal 100-procentową zgodność. Szansa na powodzenie wynosi w najlepszych przypadku 1 do 20 tysięcy, a w najgorszym jeden do kilku milionów. Im więcej osób zarejestrowanych w bazach potencjalnych dawców szpiku, tym większe szanse na znalezienie dawcy dla pacjenta potrzebującego przeszczepienia krwiotwórczych komórek macierzystych.

– Przyjmuje się, że w Polsce co pół godziny ktoś zapada na chorobę nowotworową krwi i szpiku. Są to choroby rzadkie. Według moich kalkulacji około 1,5 tys. osób rocznie wymaga w Polsce transplantacji komórek krwiotwórczych. Obecnie wykonujemy natomiast ok. 700 przeszczepień – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. n. med. Grzegorz Basak z Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Przeszczepianie szpiku, który jest głównym narządem krwiotwórczym, zrewolucjonizowało leczenie wielu nowotworów i chorób krwi, szpiku kostnego oraz układu limfatycznego. Wskazaniem do zabiegu są między innymi ostra białaczka szpikowa i limfoblastyczna, zespoły mielodysplastyczne, szpiczak mnogi, chłoniak Hodgkina i chłoniaki nieziarnicze. Według Fundacji DKMS statystycznie co godzinę jedna osoba dowiaduje się, że cierpi na białaczkę. Dotyczy to zarówno dzieci, młodzieży, jak i osób w wieku produkcyjnym. Dla części z nich przeszczepienie szpiku jest jedyną możliwą formą leczenia, jeżeli chemioterapia i standardowe terapie są nieskuteczne.

– Przeszczepienie komórek krwiotwórczych przeprowadza się w szeregu kilkudziesięciu różnych chorób krwi. Ponieważ społeczeństwo się starzeje, coraz więcej osób choruje na zespoły mielodysplastyczne i całą gamę innych chorób nowotworowych. Bardzo często mamy do czynienia z sytuacjami, w których pacjenta nie można skutecznie leczyć za pomocą innej metody. Wtedy właśnie ratunkiem pozostaje przeszczepienie komórek krwiotwórczych – mówi dr hab. n. med. Grzegorz Basak.

Przeszczepienie szpiku od dawcy (tzw. transplantacja allogeniczna) pozwala na zregenerowanie układu krwiotwórczego i odpornościowego pacjenta, u którego jest on uszkodzony wskutek choroby albo chemioterapii. Krwiotwórcze komórki macierzyste pozyskuje się najczęściej (w 80 proc. przypadków) z krwi obwodowej. Zarówno szpik, jak i krew nieustannie się regenerują, dlatego zabieg nie wiąże się dla dawcy z ryzykiem utraty zdrowia. Konieczna jest tylko jednodniowa wizyta w klinice w celu pobrania krwiotwórczych komórek macierzystych.

– Najczęściej komórek macierzystych wcale nie pobiera się ze szpiku, nie wykonuje się nakłucia kości, jak niektórym może się wydawać. Pobiera się je najzwyczajniej z krwi, zakładając wenflony do odpowiednich naczyń. Dawca przyjmuje najpierw szereg zastrzyków do tkanki podskórnej, co wiąże się z niewielkim dyskomfortem. Ma to spowodować, że komórki macierzyste przedostaną się ze szpiku do krwi, a z niej są wychwytywane przez specjalną maszynę. Innymi słowy, dawca jest podłączony do maszyny, przez którą przepływa jego krew. Maszyna odwirowuje komórki macierzyste do woreczka, a reszta krwi wraca do dawcy. Nie jest mu potrzebna tak duża liczba komórek macierzystych, która szybko się zregeneruje. Natomiast dla pacjenta jest to kluczowe – tłumaczy dr hab. n. med. Grzegorz Basak.

W niewielu przypadkach komórki od dawcy trzeba pobrać ze szpiku, tzn. z talerza kości biodrowej. Taki zabieg wiąże się z 2–3 dniowym pobytem w szpitalu i jest przeprowadzany w znieczuleniu ogólnym, dawcy przysługuje natomiast zwolnienie lekarskie.

– Tradycyjna metoda wymaga znieczulenia ogólnego i sali operacyjnej, ale nie jest to żaden dramatyczny zabieg polegający na rozcinaniu kości. Jest to procedura analogiczna do pobrania szpiku, czyli nakłucie igłą talerza kości biodrowej, konkretnie miednicy, i wyssanie strzykawką odpowiedniej ilości szpiku z kości. Nie jest to żadna szeroko zakrojona operacja, a dawca może następnego dnia spokojnie wyjść do domu – wyjaśnia dr hab. n. med. Grzegorz Basak.

W Polsce zarejestrowanych jest ponad 1,2 mln potencjalnych dawców krwiotwórczych komórek macierzystych, co czyni nas trzecim co do wielkości w Europie i szóstym na świecie rejestrem potencjalnych dawców. Aż ponad milion z nich zarejestrowało się w Ośrodku Dawców Szpiku Fundacji DKMS. Mimo to prawdopodobieństwo znalezienia odpowiedniego dawcy wynosi 1 do 20 tys., a w niektórych przypadkach nawet jeden do kilku milionów. Aby przeszczep mógł się odbyć, tkanki chorego i dawcy muszą się wykazać prawie 100-procentową zgodnością (tzw. antygeny zgodności tkankowej HLA są niemal jak linie papilarne i mają kilka miliardów możliwych kombinacji).

Nie więcej niż 20 proc. pacjentów udaje się znaleźć w rodzinie bliźniaka genetycznego, od którego można pobrać komórki. Dla reszty chorych szansą jest znalezienie dawcy niespokrewnionego. Im większa liczba osób zarejestrowanych w bazach potencjalnych dawców szpiku, tym większa szansa na znalezienie właściwego dawcy dla pacjenta, który potrzebuje transplantacji. Może nim zostać każdy zdrowy człowiek pomiędzy 18 a 55 rokiem życia, o ile nie ma ku temu istotnych przeciwwskazań medycznych.

Koordynatorka rekrutacji dawców w Fundacji DKMS, która od prawie dziesięciu lat prowadzi największy w Polsce rejestr dawców szpiku, podkreśla, że ważne jest szerzenie wiedzy, obalanie stereotypów związanych z tą procedurą medyczną oraz zachęcanie Polaków do rejestrowania się w bazie dawców.

– Zachęcanie kolejnych osób do rejestrowania się w bazie powinno polegać przede wszystkim na informowaniu oraz obalaniu mitów dotyczących dawstwa szpiku. Warto zaznaczyć, że wiedza na ten temat z roku na rok jest coraz większa, ale nadal widzimy duże pole do działania. Szerzenie wrażliwości oraz idei dawstwa jest dla nas kwestią priorytetową – zaznacza Sylwia Zakrzewska.

Jak podaje Centrum Organizacyjno-Koordynacyjne ds. Transplantacji „Poltransplant” od 2006 do końca 2015 roku przeprowadzono w Polsce ponad 4 tys. allogenicznych przeszczepów komórek krwiotwórczych w ramach terapii nowotworów krwi i schorzeń szpiku kostnego. Ponad połowa (2457) transplantacji odbyła się dzięki dawcom niespokrewnionym. 60 proc. Polaków, u których w 2015 roku wykonano przeszczepienie komórek krwiotwórczych, otrzymało je od polskiego dawcy. W tym samym roku dokonano 842 transplantacji od polskich dawców dla pacjentów z zagranicy.

Polscy łowcy burz wdrożyli system do rekonstrukcji miejsca uderzenia pioruna nawet wiele lat wstecz. Pozwala on też przewidzieć, gdzie uderzy w przyszłości

Polscy łowcy burz wdrożyli system do rekonstrukcji miejsca uderzenia pioruna nawet wiele lat wstecz. Pozwala on też przewidzieć, gdzie uderzy w przyszłości 4

System LINET, wdrożony przez polską firmę Nowcast, służy do wykrywania i rejestracji wyładowań atmosferycznych. Działa w czasie rzeczywistym, ale pozwala także z dużą dokładnością przewidzieć występowanie i intensywność burz w przyszłości oraz zrekonstruować, gdzie miały miejsce wyładowania atmosferyczne wiele lat wstecz, z dokładnością do 100–200 metrów.

Jest to możliwe dzięki 10 antenom magnetycznym zainstalowanym i rozlokowanym w Polsce. Są one zintegrowane z setką anten z całej Europy, zsynchronizowanych czasowo za pomocą systemu GPS. Technologia ta została zainstalowana w Polsce w 2006 roku i cały czas jest rozwijana, przy czym coraz ważniejsze stają się jej aspekty gospodarczo-ekonomiczne.

System rejestruje wyładowania poprzez ocenę wartości parametrów impulsu pola magnetycznego od wyładowania doziemnego lub między chmurami i poprzez wykorzystanie określonych algorytmów służących do rejestracji miejsca wyładowania doziemnego. Również w układzie 3D, czyli wskazuje, jak wysoko są wyładowania międzychmurowe – opowiada Marek Łoboda z Politechniki Warszawskiej. I dodaje: ­– Dzięki temu systemowi mamy informację o miejscu wystąpienia wyładowania, jego lokalizacji i parametrach prądu piorunowego, czyli o jego amplitudzie i biegunowości.

Specjalista podkreśla, że wiedza o liczbie wyładowań na kilometr kwadratowy na przestrzeni roku ma nie tylko wymiar naukowy czy statystyczny. To dane cenne, które mogą zostać wykorzystany do informowania, ostrzegania i prewencji, służąc m.in. do prognozowania i analizy ryzyka związanego z wyładowaniami atmosferycznymi.

Dane służą do ostrzegania czy określenia, gdzie i kiedy są burze i wyładowania. Informacje są również archiwizowane, dzięki czemu mamy szeroką bazę danych statystycznych potrzebnych np. do projektowania, oceny ochrony odgromowej, oceny ryzyka zagrożenia piorunowego, no i do innych celów, w tym prac badawczych, ale również zastosowań komercyjnych w elektroenergetyce, komunikacji czy lotnictwie – wylicza Marek Łoboda.

Wśród zastosowań komercyjnych danych archiwalnych warto także wymienić wszelkiego rodzaju postępowania związane z uzyskaniem odszkodowania ze względu na wyładowania atmosferyczne. Tym bardziej że informacje podawane przez system są w skali kraju bardzo precyzyjne – miejsce wyładowania może zostać zrekonstruowane z dokładnością do 100–150 metrów.

Niezwykle istotna jest jednak także możliwość analizowania danych o przebiegu burz w czasie rzeczywistym. Umożliwia to m.in. monitorowanie stanu ważnych obiektów, które są narażone na wyładowania atmosferyczne, oraz śledzenie przemieszczania się groźnych zjawisk pogodowych, a przez to odpowiednio wczesne działania ostrzegawcze, na przykład w stosunku do ekip wykonujących prace na liniach wysokiego napięcia.

System LINET może być jednak dalej rozwijany, ponieważ o precyzji i efektywności rejestracji wszelkich parametrów decyduje nie tylko liczba anten na danym obszarze, lecz także odległość między nimi.

Oczywiście im więcej anten, im bliżej lokowane są wokół siebie, tym ta dokładność jest dużo większa. W tej chwili system LINET zapewnia nam dokładność lokalizacji wyładowań w zależności od miejsca w Polsce rzędu 100–150 metrów. Natomiast jeśli chodzi o efektywność, to oceniamy, że jest ona powyżej 90 proc. Oznacz to, że 90–95 proc. rzeczywistych wyładowań jest rejestrowanych – twierdzi Marek Łoboda.

W Polsce tego typu technologia została wdrożona w 2006 roku, a zatem do tego momentu możemy się cofnąć, rekonstruując miejsca wyładowań atmosferycznych w naszym  kraju. Na świecie podobne rozwiązania funkcjonują już od przeszło 30 lat. Co najważniejsze, system LINET cały czas prężnie się rozwija, co sprawia, że może z niego korzystać dosłownie każdy.

Rozwój polega przede wszystkim na ulepszaniu systemu rejestracji impulsów i dyskryminacji, czyli poprzez rozwój software’owy oraz aplikacyjność. W tej chwili możemy uzyskiwać dane np. poprzez aplikację dla smartfonów czy komputerów, także jeśli dowolna osoba jest zainteresowana wyładowaniem, może uzyskać informację, gdzie i kiedy te wyładowania występują w stosunku do miejsca, gdzie się znajduje. I na tej podstawie również przez meteorologów są podejmowane próby prognozowania kierunku rozwoju burz czy wyładowań atmosferycznych – wyjaśnia Marek Łoboda.

System LINET oferuje dane, które przydają się na bardzo wielu płaszczyznach. Dlatego specjalista przewiduje, że z czasem z informacji burzowych będzie korzystało jeszcze więcej osób i przedsiębiorstw.

Informacje, które ten system dostarcza, idealnie nadają się dla firm ubezpieczeniowych przy weryfikacji szkód piorunowych, przy identyfikacji wyładowań w obiekty o określonych szczególnych cechach, jak linie energetyczne wysokiego napięcia, urządzenia telekomunikacyjne, stacje bazowe GSM czy inne. Mamy nadzieję, że krąg odbiorców komercyjnych w Polsce cały czas będzie się rozszerzał – podsumowuje Marek Łoboda.

Orange chce zrewolucjonizować inteligentne systemy miejskie. Stworzył technologię do centralnego zarządzania infrastrukturą

Orange chce zrewolucjonizować inteligentne systemy miejskie. Stworzył technologię do centralnego zarządzania infrastrukturą 5

Inteligentne miasto, czyli smart city, to najpopularniejsza obecnie koncepcja rozwoju miast i samorządów. Do 2020 roku wartość rynku inteligentnych systemów miejskich może sięgnąć 1,5 bln dol. w skali globalnej. Nowoczesne technologie do zarządzania transportem, wodociągami czy oświetleniem coraz śmielej wprowadzają też polskie samorządy. Orange wprowadza właśnie rozwiązanie, które ma napędzić rozwój polskiego rynku smart cities i usprawnić funkcjonowanie inteligentnych miast.

Interpretacja określenia „smart city” zmienia się wraz z rozwojem technologii. Początkowo dotyczyła po prostu inteligentnych miast, naszpikowanych dużą ilością nowych technologii. Z czasem zaczęliśmy myśleć o smart city jak o mieście, które ma zapewnić mieszkańcom i społeczeństwu lepsze, wygodniejsze życie. Użycie technologii i czujników oraz zdolność do analizy płynących z nich informacji pozwalają na wdrażanie usprawnień i podnoszenie komfortu życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bożena Leśniewska, wiceprezes zarządu ds. rynku biznesowego w Orange Polska.

Pojęciem smart cities określa się inteligentne miasta, które z pomocą nowoczesnych technologii usprawniają funkcjonowanie i odpowiadają na potrzeby swoich mieszkańców. Modelowymi przykładami są zachodnioeuropejskie stolice jak Londyn, Paryż, Kopenhaga czy Amsterdam, ale inwestycje z tego zakresu realizuje też coraz więcej polskich metropolii i mniejszych miast.

Według szacunków ONZ do 2050 roku dwie trzecie światowej populacji będzie zamieszkiwać małe i duże miasta, które będą zmuszone stawić czoła problemom takim, jak skokowy przyrost liczby mieszkańców, zanieczyszczenie powietrza, wzrost zapotrzebowania na wodę i energię, wzrost przestępczości, problemy komunikacyjne i transportowe czy niedostatek mieszkań. Nowe technologie mogą pomóc w rozwiązaniu tych problemów oraz obniżyć koszty utrzymania miasta i zwiększyć wydajność miejskiej infrastruktury.

Z artykułu Anny Dąbrowskiej, prezes zarządu Fundacji Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych, przytaczanym w raporcie „Inteligentny Rozwój Miasta”, wynika, że do 2020 roku wartość rynku smart cities w skali globalnej sięgnie 1,5 bln dol. Pięć lat później, w 2025 roku, na świecie będzie już ponad 100 w pełni inteligentnych miast, a działania w tym kierunku będzie podejmowała większość światowych metropolii.

Jest całe spektrum możliwości, które pojawiają się na rynku: detekcja zanieczyszczeń, sterowanie ruchem, zarządzaniem parkingami, energią czy oświetleniem w mieście – mówi Bożena Leśniewska.

Najbardziej popularne przykłady z polskiego podwórka to nowoczesne systemy oświetleniowe. Dla przykładu dużą część lamp ulicznych w Szczecinie i Krakowie zastąpiło już automatyzowane oświetlenie LED, które w skali roku pozwala miastu zaoszczędzić nawet 700 tys. zł. We Wrocławiu technologia pozwoliła na obniżenie awaryjności sieci wodociągowej o ponad 40 proc. Inteligentnych usprawnień, które miasta na całym świecie wdrażają w ramach koncepcji smart cities, jest dużo więcej.

Inteligentne systemy miejskie opierają się na wymianie informacji między maszynami (M2M) oraz analizie danych pochodzących z internetu rzeczy (IoT). Według prognoz globalnej firmy doradczej IDC do 2018 roku już 2 miliardy autonomicznych urządzeń – na przykład inteligentnych lamp ulicznych czy czujników ruchu – będzie podłączonych do sieci. Integracja tych urządzeń i miejskich systemów za pomocą IoT wymaga jednak odpowiedniej infrastruktury i narzędzi.

Orange Polska, który odpowiada również za 40 proc. ruchu w polskim internecie, jest też jednym z głównym dostarczycieli produktów i usług dla samorządów wdrażających rozwiązania z zakresu smart cities. Właśnie wprowadza na rynek rozwiązanie, które może znacznie przyspieszyć i uprościć proces powstawania inteligentnych miast.

Tworzymy platformę, która stworzy możliwość przeprowadzenia analizy, wyciągnięcia wniosków i wykorzystania danych w celu tworzenia coraz lepszych rozwiązań dla miast. Taka platforma API IoT będzie de facto otwartym i bezpiecznym środowiskiem zarządzania smart city. Dzięki temu miasta będą mogły lepiej sterować swoimi systemami, poprawiać korzyści i sposób funkcjonowania mieszkańców w mieście – mówi Bożena Leśniewska.

Na centrum dowodzenia smart city złożą się: platforma API IoT (internetu rzeczy), serwery BI (business intelligence) oraz bezpieczna komunikacja USSD. Platforma umożliwi gromadzenie i analizowanie ogromnych ilości danych potrzebnych do zarządzania miejską infrastrukturą. Za jej pośrednictwem miasta będą mogły w jednym, scentralizowanym systemie zarządzać i integrować różne inteligentne rozwiązania z zakresu komunikacji, wodociągów, transportu czy ekologii. Dane z różnych urządzeń będą zbierane i przetwarzane w jednym miejscu, ponieważ partnerzy dostarczający rozwiązania z zakresu smart city (smart lights, inteligentne kosze, etc.) będą dołączani do infrastruktury Orange.

Pierwszą usługą, jaką telekomunikacyjny gigant zaoferuje na bazie platformy API IoT, będzie system inteligentnego i ekologicznego oświetlenia ulic opracowany we współpracy z polskimi firmami Quantron oraz Biosolutions. W porównaniu do tradycyjnych rozwiązań jest oszczędniejszy o 85 proc., a każda lampa może pełnić funkcję smart spota, czyli obiektu, który dzięki komunikacji z platformą API IoT może przekazywać informacje z zainstalowanych na niej czujników zanieczyszczeń, hałasu lub monitoringu natężenia ruchu.

Zaproponowaliśmy miastom nowoczesne oświetlenie LED-owe, które jest wyposażone w technologie GSM i GPS. Dzięki temu następuje pełna automatyzacja, możliwość zdalnego zarządzania, a także zbierania informacji, które można odpowiednio przetwarzać – podsumowuje Bożena Leśniewska.

Banki inwestują w zaawansowaną analitykę danych. Pozwala im ona lepiej dopasować ofertę do klienta i zwiększyć bezpieczeństwo środków na koncie

Banki inwestują w zaawansowaną analitykę danych. Pozwala im ona lepiej dopasować ofertę do klienta i zwiększyć bezpieczeństwo środków na koncie 6

Dzięki zaawansowanej analityce dużych zbiorów danych (big data) banki lepiej poznają zachowania swoich klientów i dostosowują swoją ofertę do ich indywidualnych potrzeb. Pozwalają także bardziej precyzyjnie określić zdolność kredytową klienta. Analityka danych zwiększa również poziom bezpieczeństwa transakcji i ułatwia korzystanie z bankowości mobilnej. Przykładem takich narzędzi jest BEHEX PKO Banku Polskiego analizujący ponad pół miliarda operacji miesięcznie.

Jeżeli chodzi o szeroko rozumianą analizę danych big data, to można powiedzieć, że banki korzystają z niej w trzech głównych obszarach. Pierwszy to jest właściwe oferowanie, czyli przygotowanie dobrej propozycji dla klienta. Drugi to ocena zdolności kredytowej klienta. Trzeci to obszar antyfraudowy, czyli weryfikacja zachowań klienta pod kątem ochrony jego i jego pieniędzy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Marciniak, dyrektor Pionu Rozwoju i Utrzymania Aplikacji w PKO Banku Polskim.

Zdaniem przedstawiciela banku analityka big data jest dziś obok rozwiązań mobilnych oraz kwestii związanych z cyberbezpieczeństwem jedną z kluczowych technologii stosowanych w bankowości. Koncentracja na tych obszarach jest tym istotniejsza, że w styczniu 2018 roku w życie wejdzie dyrektywa PSD2, która dopuści na rynek usług bankowych zupełnie nową grupę podmiotów, tzw. dostawców usług płatniczych. To w zamyśle ma obniżyć koszty, zwiększyć bezpieczeństwo, ale i znacznie zaostrzyć panującą na rynku konkurencję.

W wyniku nowej dyrektywy zwiększy się otwartość banku, co będzie dużą szansą dla tego świata zewnętrznego, żeby budować swoją ofertę na bazie klientów banku, ale z drugiej strony bank będzie mógł skorzystać z tej otwartości w celu zaproponowania klientom wartości dodanej, która niekoniecznie musi być bezpośrednio biznesowo wynikająca z tradycyjnych metod bankowania – zauważa Marciniak.

Jednym z przedsięwzięć rozwijanych przez największy polski bank jest projekt o nazwie BEHEX. To rozwiązanie big data wykorzystywane do gromadzenia, strukturyzowania oraz analizowania wszelkiego rodzaju danych dotyczących zachowań klientów korzystających mobilnej aplikacji IKO.

Codziennie z aplikacji IKO korzysta prawie 1,5 mln użytkowników, zbieranych jest 17 mln zdarzeń, co daje około 500 mln zdarzeń miesięcznie. Te wszystkie dane są analizowane w czasie rzeczywistym – wyjaśnia Bohdan Wójcicki z SAP Poland, partnera rozwiązania BEHEX. – Przekłada się to na znaczący wzrost popularności samej aplikacji, jak i na wzrost liczby klientów banku PKO Banku Polskiego.

Prognozy PKO Banku Polskiego zakładają, że popularność aplikacji IKO będzie w najbliższych latach rosnąć w lawinowym tempie. W ciągu najbliższych 12 miesięcy liczba zdarzeń, za których przetwarzanie odpowiedzialny jest BEHEX, wzrośnie z obecnych 17 mln do ponad 40 mln miesięcznie, a pod koniec dekady będzie to już 65 mln.

Te dane to skarb. Ich umiejętne przetwarzanie to możliwość wykorzystania, przekłucia na wiedzę o zachowaniach klientów, ich przyzwyczajeniach i potrzebach. Dzięki temu możemy kreować lepiej dostosowane usługi do potrzeb klientów – zauważa Łukasz Kuc, dyrektor Biura Projektów Mobilnych i Internetowych w PKO Banku Polskim. – BEHEX to rozwiązanie, dzięki któremu możemy obserwować kto, co, kiedy i jak wykonał w aplikacji IKO, a w przyszłości także w innych kanałach banku – dodaje.

Możliwości stosowanej technologii pozwalają m.in. na zbadanie, jak długo dany klient był zalogowany do bankowości mobilnej i w jaki sposób przeszedł przez dany proces. Wreszcie umożliwiają stworzenie profili behawioralnych pozwalających na personalizację oferty czy zwiększenie bezpieczeństwa.

– BEHEX pozwala nam śledzić dokładne zachowanie klienta i w bardzo dużych szczegółach, również na poziomie takich poszczególnych interakcji z aplikacją. Jego unikalność polega też na tym, że ma bardzo dużą skalę. To rozwiązanie, które rzeczywiście pozwoli nam wygenerować jakieś wnioski z bardzo dużej bazy ponad 1,3 mln klientów, którzy używają aplikacji mobilnej IKO – mówi Jakub Grzechnik, dyrektor Centrum Bankowości Mobilnej i Internetowej w PKO Banku Polskim.

Rozwiązanie wykorzystywane przez PKO Bank Polski zostało docenione przez kapitułę konkursu na najlepsze rozwiązanie służące do analityki big data z wykorzystaniem narzędzi SAP. Nagroda za to osiągnięcie została przyznana podczas odbywającego się w Warszawie SAP Executive Forum.

Polska ma za mało globalnych marek. Ekspansję zagraniczną firm ożywić ma pomoc rządu

Polska ma za mało globalnych marek. Ekspansję zagraniczną firm ożywić ma pomoc rządu 7

Polski Fundusz Rozwoju realizuje zakrojony na szeroką skalę program wsparcia eksportu, który ma ośmielić rodzime firmy do podbijania zagranicznych rynków. Po ubiegłorocznym nieznacznym wzroście teraz ma nastąpić odbicie. Mają się do tego przyczynić warte 60 mld zł instrumenty wsparcia w postaci gwarancji, ubezpieczeń i kredytów eksportowych oraz działalność Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu, która na całym świecie otwiera biura handlowe. Prezes PFR ocenia, że największy sukces na zagranicznych rynkach mogą odnieść polskie meble, przemysł maszynowy, elektronika, AGD i usługi.

– Polska ma mało globalnych marek, ale widać już pierwsze sukcesy. Dotyczy to nie tylko eksportu, lecz także bardziej śmiałych inwestycji zagranicznych. Jednak małe i średnie firmy cały czas zbyt mało eksportują i decydują się wychodzić z inwestycjami za granicę. Dlatego koncentrujemy się na instrumentach wsparcia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju, który był jednym z gości debaty „Polacy na podbój światowych rynków” zorganizowanej przez Executive Club.

Polski Fundusz Rozwoju ma być głównym narzędziem realizacji planu Morawieckiego przyjętego w lutym przez rząd. Jednym z filarów strategii jest właśnie eksport i ekspansja międzynarodowa polskich przedsiębiorstw. Działająca w strukturach funduszu Polska Agencja Inwestycji i Handlu (dawniej PAIiIZ) realizuje nowy program, który ma zapewnić polskim eksporterom dostęp do szeregu instrumentów wsparcia ich ekspansji – takich samych, z jakich korzystają zagraniczni konkurenci.

W ciągu kilku najbliższych lat agencja otworzy na całym świecie blisko 70 swoich przedstawicielstw, czyli tzw. Zagranicznych Biur Handlowych. Te będą powstawały na rynkach, które stwarzają największy potencjał polskim inwestorom i eksporterom. Już w tej chwili działa 12 takich placówek  (m.in. w Nairobi, San Francisco, Singapurze, Teheranie, Szanghaju i Meksyku), a do 2020 roku ma ich być około 20. Zadaniem Zagranicznych Biur Handlowych będzie dostarczanie wiedzy i wspieranie polskich firm, które stawiają pierwsze kroki na obcym rynku, pomoc w szukaniu partnerów biznesowych, organizacja kampanii promocyjnych i misji gospodarczych, a także przyciąganie inwestorów w drugą stronę – do Polski.

Jak zauważa Paweł Borys, w wartym kilkadziesiąt miliardów złotych planie wsparcia polskiego eksportu znaczącą rolę odgrywa też KUKE, która zabezpiecza finansowanie projektów eksportowych. Z pomocy państwowej spółki mogą skorzystać przedsiębiorstwa, które obawiają się ryzyka związanego z rozpoczęciem działalności na zagranicznych rynkach.

– Daje to większy komfort przedsiębiorcom przy realizacji eksportu na trudniejsze, ale szybko rozwijające się rynki w Azji, Afryce czy Ameryce Południowej – mówi Paweł Borys.

W ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku wartość ubezpieczonego obrotu eksportowego w ramach krótkoterminowych ubezpieczeń gwarantowanych przez Skarb Państwa wzrosła o 12 proc. i sięgnęła 451 mln zł. Natomiast wartość udzielonych gwarancji ubezpieczeniowych była wyższa o 22 proc., osiągając wartość 61 mln zł. W ubiegłym roku wzrost ubezpieczeń KUKE wyniósł blisko 10 proc., co również było rekordowym wynikiem.

Wyniki działalności Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (również działającej w ramach grupy Polskiego Funduszu Rozwoju) za I kwartał 2017 roku pokazują, że aktywność eksportowa polskich przedsiębiorców wzrasta, a wielu z nich decyduje się na rozpoczęcie ekspansji nawet na tych rynkach, które uważane są za bardziej ryzykowne.

Maksymalna wartość limitu na ubezpieczenia gwarantowane przez Skarb Państwa wynosi w tym roku 15 mld zł. Natomiast wartość nowoczesnych instrumentów finansowania eksportu, które Polski Fundusz Rozwoju udostępni polskim eksporterom w postaci gwarancji, ubezpieczeń i kredytów eksportowych oraz inwestycji Funduszu Ekspansji Zagranicznej, wynosi 60 mld zł.

– Fundusz Ekspansji Zagranicznej zaczyna realizować coraz więcej projektów z przedsiębiorcami, którzy są zainteresowani akwizycjami na rynkach międzynarodowych. Musimy pamiętać, że inwestycje zagraniczne i przejęcia są szalenie ważne w ekspansji międzynarodowej, ponieważ za ich pośrednictwem często kupuje się cały rynek dystrybucji. Dobrym tego przykładem jest Amica – mówi Paweł Borys.

Spółka Amica, polski producent sprzętu AGD, ponad dwie trzecie swoich przychodów generuje dzięki sprzedaży na 50 zagranicznych rynkach, z których najważniejsze to m.in. Niemcy, Wielka Brytania i Skandynawia. W portfolio grupy Amica znajdują się też zagraniczne brandy: Gram, duńska marka znana w całej Skandynawii przejęta przez Amicę w 2001 roku, oraz CDA, kupiona dwa lata temu brytyjska firma, dobrze rozpoznawalna na tamtejszym rynku.

Zdaniem prezesa PFR w Polsce jest szereg branż, które mają ogromny potencjał eksportowy. Jedną z najbardziej obiecujących gałęzi jest meblarstwo, dla którego PFR realizuje program sektorowy Polskie Meble. W ubiegłym roku polscy producenci mebli wyeksportowali wyroby o wartości blisko 42 mld zł (10-procentowy wzrost rdr.).

– Mamy szereg branż, w których możemy odnosić sukcesy. Są to między innymi przemysł maszynowy, elektronika, przemysł AGD, polskie meble, dla których realizujemy program sektorowy, branża motoryzacyjna i oczywiście usługi, w których Polska ma wiele przewag, takich jak bardzo wysokie kompetencje pracowników – wylicza Paweł Borys.

Według danych GUS w 2016 roku polski eksport zwiększył się o 2,3 proc., osiągając wartość 183,6 mld euro. Polska jest gospodarczo najmocniej związana z rynkiem niemieckim, który ma prawie 30-procentowy udział w eksporcie. KUKE negatywnie oceniła poprzedni rok dla polskiego eksportu, ale z jej szacunków wynika, że w tym roku może on wzrosnąć nawet o 8 proc.

Anna Streżyńska: Polska jest dopiero uczniem w zakresie cyfryzacji. Wzorem dla nas może być Szwajcaria

Anna Streżyńska: Polska jest dopiero uczniem w zakresie cyfryzacji. Wzorem dla nas może być Szwajcaria 8

Polska wciąż znajduje się daleko poza czołówką najbardziej innowacyjnych państw świata. Zdaniem minister cyfryzacji Anny Streżyńskiej w zakresie cyfryzacji i innowacji Polska może czerpać z osiągnięć Szwajcarii. Szczególnie ciekawy jest tamtejszy model inwestycji w szkolnictwo wyższe i zawodowe. Szwajcarzy za to mogą się uczyć od Polaków większej otwartości na ryzyko i eksperymenty – podkreśla ambasador Szwajcarii w Polsce.

Szwajcaria należy do światowych liderów w zakresie innowacyjności. Od sześciu lat zajmuje pierwsze miejsce w rankingu Global Innovation Index, wyprzedzając Stany Zjednoczone i Singapur. Polska w 2016 roku uplasowała się na 39. pozycji tego zestawienia. Zdaniem ekspertów przyczyną sukcesów Szwajcarii na tym polu jest gospodarka nastawiona na współpracę, choć nie pozbawiona konkurencji, odpowiednie finansowanie działań innowacyjnych (większość funduszy pochodzi z sektora prywatnego), wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorstw oraz inwestycje w edukację.

– Szwajcarzy bardzo dużo inwestują w edukację wyższą i zawodową. Dzisiaj, kiedy rynek i całe nasze życie opiera się na technologiach cyfrowych, kładą duży nacisk na wykorzystanie takich technologii w procesach edukacyjnych, począwszy od zwykłego szkolnictwa po edukację wyższą – powiedziała agencji informacyjnej Newseria Biznes podczas Polish-Swiss Innovation Day Anna Streżyńska, minister cyfryzacji.

Zdaniem minister taka strategia działania prowadzi do budowania kapitału społecznego umożliwiającego zdobycie dobrej pozycji rynkowej w Europie. Dzięki temu, że na kontynencie działa Jednolity Rynek Cyfrowy, państwom łatwiej jest nawiązywać współpracę na rzecz cyfryzacji. Jest to szczególnie ważne dla takich państw jak Polska, które choć notują postępy w sferze innowacji, to wciąż odstają od światowych liderów. Dla krajów tych Szwajcaria może stanowić źródło inspiracji i ciekawych rozwiązań.

– Jesteśmy krajem, który jest poddany próbie bycia outsiderem cyfrowym, uczniem w tym zakresie. Możemy się uczyć, w jaki sposób ta inwestycja została dokonana w edukacji, jak przełamać bariery, upowszechnić cyfryzację w przedsiębiorczości i wśród obywateli – mówi Anna Streżyńska.

Aby ułatwić taką współpracę w Polsce od trzech lat organizowany jest Polish-Swiss Innovation Day. Wydarzenie to ma w zamierzeniu pomysłodawców służyć jako platforma współpracy w zakresie innowacji, wymiany najlepszych praktyk oraz podkreślenia roli cyfryzacji w zdobywaniu przewagi konkurencyjnej zarówno w biznesie, jak i świecie nauki. Zdaniem ekspertów polsko-szwajcarska współpraca w zakresie innowacji już teraz układa się doskonale.

– W Polsko-Szwajcarskiej Izbie Gospodarczej mamy zrzeszonych 188 firm szwajcarskich. Wszystkie one inwestują w Polsce, zatrudniają polskich pracowników, transferują wiedzę i technologię do Polski. Na tym korzystają krajowe firmy i gospodarka. Z drugiej strony polskie przedsiębiorstwa inwestują też w Szwajcarii – mówi Marek Szymański, prezes Polsko-Szwajcarskiej Izby Gospodarczej.

– Geberit, jedna ze szwajcarskich firm, która produkuje materiały do łazienek, kupiła polską firmę Koło – firma jest teraz szwajcarska, ale marka Koło została. Dzięki temu teraz będzie obecna np. w najlepszych hotelach. Marka stanie się więc znana na całym świecie. To już wcześniej była wspaniała firma, wszystko zostało w niej zachowane, a teraz współpraca ze Szwajcarami jest jak nowe otwarcie – mówi Andriej Motyl, ambasador Szwajcarii w Polsce.

Andrej Motyl twierdzi, że przyczyną słabszej pozycji Polski na rynku innowacyjności może być krótsza tradycja przedsiębiorczości. Duże szwajcarskie firmy działają nawet od 150 lat – w tym czasie zdołały doskonale poznać mechanizmy rynkowe, zasady konkurencyjności i rozwijania innowacji, dzięki czemu bez trudu radzą sobie także na światowych rynkach. Polskie przedsiębiorstwa mogą się natomiast pochwalić historią nie dłuższą niż ćwierć wieku.

Zdaniem ambasadora współpraca między Polską a Szwajcarią może przynieść obopólne korzyści, oba państwa mają bowiem inne zasoby predestynujące je do sukcesu na polu innowacyjności. Polacy są narodem bardziej niż Szwajcarzy otwartym na nowości i eksperymenty. Chętnie korzystają ze zdobyczy technologicznej. Przykładem może być branża finansowa – w Polsce ogromną popularnością cieszą się np. płatności zbliżeniowe czy mobilne. Szwajcarzy obawiają się natomiast o bezpieczeństwo tego rodzaju transakcji.

– Polacy wciąż próbują, nawet jeśli nie potrafią lub się nie udaje, oni i tak spróbują. W Polakach jest więcej gotowości na ryzyko. To jest ogromnie ciekawe i jest to szansa dla innowacji. Myślę, że Szwajcarzy zainteresowani współpracą, muszą tutaj przyjechać i razem z Polakami być innowacyjnymi – mówi Andriej Motyl.

Trzecia edycja Polish-Swiss Innovation Day odbyła się 23 maja w Centrum Zarządzania Innowacjami i Transferem Technologii na terenie kampusu Politechniki Warszawskiej. Jej tematem przewodnim było tworzenie skutecznego ekosystemu cyfrowego.

Nagrody FutureTech Night rozdane

W czasie wieczornej gali FutureTech Night, będącej zwieńczeniem pierwszego dnia FutureTech Congress, rozdano nagrody dla najlepszych rozwiązań, produktów i usług w branży fintech, insurtech i big data. Jury przyznało nagrody w ośmiu kategoriach.

W kategorii „Best startup” wygrał Zencard, narzędzie do tworzenia programów lojalnościowych. Doceniono stworzenie oryginalnego rozwiązania integralnego z bezgotówkowymi płatnościami. Zencard to pierwszy polski start-up zakupiony przez tradycyjną instytucję finansową – PKO Bank Polski.

W kategorii „Fintech in Bank Implementation” zwyciężyła spółka technologiczna Alfavox za wprowadzenie innowacyjnego systemu Alpha Virtual Branch – narzędzie, które intuicyjnie rozumie ludzki umysł, dzięki czemu może wspiera rozwój i wydajność branży bankowej w XXI wieku.

Grupa Warta została laureatem w kategorii „Insurtech Implementation”. Za główny sukces firmy uznano wdrożenie platformy analitycznej DataWalk – innowacyjnego systemu opracowanego przez firmę PiLab, który jest wykorzystywany m.in. w procesie wykrywania oszustw.

Nagrodę w kategorii „Payment Solutions” przyznano Polskiemu Standardowi Płatności za BLIK – innowacyjny, bezpieczny i wygodny sposób płatności mobilnych. Zaledwie dwa lata temu największe polskie banki postanowiły wspólnie zapewnić klientom powszechnie dostępny standard płatności mobilnych. Obecnie już 4 miliony klientów z powodzeniem korzysta z BLIK-a.

Vivus zwyciężył w kategorii „Lending Solutions”. Działająca od 2012 r. firma wprowadziła szereg rozwiązań, które stały się standardem w całym sektorze finansowym. Jury doceniło wkład Vivusa w rozwój rynku mikro-kredytów w Polsce.

W kategorii „Currency Exchange Solution” jury wyróżniło Currency One – czołową spółkę na rynku wymiany walut online w Polsce. Osiągając roczne obroty na poziomie przekraczającym 14 mld zł Currency One umacnia pozycję lidera w swojej branży.

Wirtualny doradca – Dronn – od Alior Banku wygrał w kategorii „Technology Innovation”. Dronn to pionierski system wykorzystujący elementy sztucznej inteligencji m.in. do windykacji długów. Wirtualny doradca przyczynił się już do znacznego obniżenia kosztów banku i zwiększonej satysfakcji klienta z tego typu usług.

W kategorii „IoT Solutions” zwyciężył Samsung Galaxy S8 – smartfon umożliwiający pełne zarządzanie inteligentnym domem, a tym samym ułatwiający życie i pozwalający oszczędzać czas użytkownikom.

FutureTech Congress to jeden z najważniejszych szczytów biznesowych w Europie Środkowo-Wschodniej dedykowany branżom fintech, insurtech oraz big data. Wydarzenie ma na celu stworzenie platformy wymiany myśli i doświadczeń podmiotów wpływających na rozwój innowacji technologicznych. Umożliwia zapoznanie się z trendami rynkowymi, a także służy edukacji branż, które chcą sprostać wymaganiom cyfrowej rewolucji.

Partnerami gali FutureTech Night byli APA Group, Asseco, Atende, Emitel, G2A, ITMAGINATION, KPMG, Swaper, VISA, Vivus, Blue Media, BeGroup, Bireta oraz Beyond.pl.

YouTube udostępnia wideo 360º na telewizorach

Google ma obsesję na punkcie wideo 360º. Teraz planuje, że usługa będzie widoczna na telewizorach.

YouTube ma ponad miliard użytkowników, a to prawie jedna trzecia wszystkich osób korzystających z globalnej sieci internetowej. Widzowie na całym świecie codziennie oglądają setki milionów godzin filmów, a ponad połowa wszystkich wyświetleń YouTube pochodzi z urządzeń mobilnych.

Pełne oglądanie telewizji

Sztandarowa usługa jest obecna na popularnym serwisie internetowym już od nieco ponad dwóch lat. Została uruchomiona na komputerze stacjonarnym, działa na telefonie komórkowym, a teraz ma trafić do inteligentnego telewizora. Wiadomość została ogłoszona przez CEO YouTube Susan Wojcicki podczas konferencji Google.

Każdy inteligentny telewizor, który uruchamia aplikację YouTube lub uzyskuje do niej dostęp za pośrednictwem Chromecasta Google, wkrótce będzie mógł cieszyć się pełnym obrazem 360º. Sposobem na jego zwiedzanie będzie użycie pilota.

– Dla Google ważne jest, aby wideo 360º zaistniało w domowym zaciszu salonu, zanim pojawi się w nim technologia VR – mówi Aleksandra Lągawa, PR Manager 365 agencja. – To duży krok w kierunku bardziej interaktywnego i pełnego oglądania telewizji – dodaje.

Silniki Diesla emitują o 50 procent więcej zanieczyszczeń niż pokazują oficjalne dane

Ostatni raport  Międzynarodowej Rady ds. Czystego Transportu (ICCT) wykazał, że silniki zasilane olejem napędowym emitują w rzeczywistości o 50 proc. więcej szkodliwych tlenków azotu, niż można się tego spodziewać w oparciu o badania laboratoryjne.

Tlenki azotu (NOx) są główną przyczyną zgonów związanych z zanieczyszczeniami powietrza na całym świecie. Specjaliści ICCT podkreślają, że sytuacji nie poprawia zatajanie przez niektórych producentów realnych poziomów emisji. Co więcej – samochody z silnikiem Diesla emitują w praktyce o wiele więcej szkodliwych cząstek NOx, niż pokazują wyniki testów w warunkach laboratoryjnych. Eksperci dodają, że problemem są nie tylko manipulacje, ale również złe procedury pomiarowe.

Badania przeprowadzone przez ICCT oraz brytyjski University of York objęły w sumie 11 największych rynków sprzedaży nowych samochodów, na których sprzedawanych jest 80 procent wszystkich samochodów z silnikami Diesla. Należą do nich: Australia, Brazylia, Kanada, Chiny, UE, Indie, Japonia, Meksyk, Rosja, Korea Południowa i USA. Samochody zarejestrowane w tych regionach emitują rocznie 13,2 mln ton tlenków azotu. Oznacza to, że do środowiska przedostaje się o 4,5 mln ton więcej substancji toksycznych niż wskazują wyniki oficjalnych badań samochodów zasilanych olejem napędowym.

Zgony spowodowane emisją tlenków azotu
Zgony spowodowane emisją tlenków azotu

Dwutlenek azotu to gaz o bardzo wysokiej toksyczności, który może powodować choroby serca i układu oddechowego. Zmniejsza zdolność krwi do przenoszenia tlenu, może być również przyczyną chorób nowotworowych.

Wyniki analiz przeprowadzonych przez ICCT i University of York pokazały, że nadmiar NOx emitowanych przez pojazdy z silnikami Diesla miały w 2015 roku związek z blisko 38 tys. przedwczesnych zgonów na całym świecie, głównie na terenie Unii Europejskiej, Chin i Indii.

– Konsekwencje związane z wysoką emisją tlenków azotu przez samochody zasilane olejem napędowym są uderzające. Trzeba przy tym podkreślić, że gdyby te auta w rzeczywistości spełniały narzucone normy, śmiertelność w Europie spowodowana smogiem spadłaby aż o 10 procent – komentuje Susan Anenberg, współautor tego badania i współzałożyciel Environmental Health Analytics, LLC.

Naukowcy przewidują, że jeżeli nic się nie zmieni, to wpływ rzeczywistej emisji tlenków azotu spowoduje w ciągu najbliższych 20 lat wzrost liczby zgonów o 381 procent! Alarmujące dane powodują, że stale są zaostrzane normy emisji spalin, a już niedługo w Europie zostanie wprowadzony nowy standard pomiaru emisji w rzeczywistych warunkach drogowych. W tej sytuacji nawet ci producenci, którzy nie byli do tej pory zainteresowani alternatywnymi napędami, prowadzą prace nad samochodami hybrydowymi bądź elektrycznymi. W polu zainteresowań znajduje się także technologia napędów na wodorowe ogniwa paliwowe.

– Jednym z najważniejszych działań, które mają na celu zmniejszenie skutków zdrowotnych spowodowanych nadmierną emisją NOx, jest wdrożenie i prawidłowe egzekwowanie normy Euro 6 nie tylko dla samochodów osobowych, ale również dla transportu ciężkiego. Dzięki temu istnieje szansa na niemal całkowite wyeliminowanie szkodliwych substancji pochodzących z silników wysokoprężnych – dodaje Ray Minjares, współautor raportu z ICCT.

Rynek biurowy sprzyja a rynek pracy wymaga. Trendy na warszawskim rynku biurowym w 2017 r.

Rynek biurowy w Warszawie należy do najemców i stawia szeroki wachlarz możliwości w odniesieniu do wyboru powierzchni oraz negocjacji z właścicielami budynków. Równolegle wyzwania dla firm stawiają przemiany na rynku pracy –  czytamy w najnowszej publikacji „Projekt biuro” AXI IMMO.

AXI IMMO, wiodąca agencja doradcza na rynku nieruchomości komercyjnych wydała publikację „Projekt biuro”. Materiał ma charakter przewodnika dla najemców zainteresowanych powierzchniami biurowymi w Warszawie. Publikacja porusza najbardziej interesujące aspekty rynków: nieruchomości biurowych i pracy, które mają wpływ na wybór biura a także kształtowanie jego przestrzeni i funkcjonalność.

Sytuacja na rynku biurowym sprzyja najemcom

W I kwartale 2017 roku na warszawski rynek biurowy trafiło ponad 84 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej. Wynik ten powiększył całkowity wolumen nowoczesnej powierzchni biurowej w stolicy do prawie 5,12 mln mkw. Inwestycje nie zwalniają tempa. Towarzyszy im silna absorbcja ze strony najemców – w I kw. 2017 wynajęto prawie 200 tys. mkw., co oznacza wzrost o 28 proc. w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego. Wskaźnik pustostanów utrzymuje się na stabilnym, stosunkowo wysokim poziomie 14,1%, co umacnia pozycję negocjacyjną firm myślących o relokacji lub renegocjacji umowy. 

Martin Lipiński, szef działu Office AXI IMMO
Martin Lipiński, szef działu Office AXI IMMO

Martin Lipiński, szef działu Office AXI IMMO komentuje: Bieżący rok powinien przynieść dalszy wzrost wskaźnika powierzchni niewynajętej, głównie ze względu na wysoki poziom inwestycji spekulacyjnych na rynku warszawskim. Jest to doskonały czas dla firm, którym kończą się umowy najmu i okazja dla tych chcących zrewidować swoje umowy oraz potrzeby w zakresie powierzchni biurowej. Właściciele biurowców są skłonni do ustępstw w negocjacjach i proponują najemcom szeroki pakiet zachęt od wakacji czynszowych do pakietów na aranżację nowego biura. 

Jak czytamy w publikacji AXI IMMO, średnie stawki za wynajem biura w centrum Warszawy utrzymują się na poziomie od 19 do 23 EUR/mkw., natomiast w pozostałych lokalizacjach od 13 do 17 EUR/mkw. W starszych obiektach i na Mokotowie w ostatnich kilku miesiącach odnotowano wyraźne spadki czynszów.

Pokolenie Y stawia nowe wyzwania dla pracodawców

W opracowaniu „Projekt biuro” analitycy AXI IMMO zwracają uwagę na przemiany na rynku pracy w Warszawie: rekordowo niskie bezrobocie – na poziomie 2,8% na początku roku i rynek pracownika. Konkurencja w walce o pracownika jest szczególnie duża w sektorach usług dla biznesu czy IT i dotyczy wszystkich szczebli zatrudnienia. Co więcej, prognozy nie są dla pracodawców optymistyczne, gdyż liczba studentów spada (z 270 tys. w 2011 do 243 tys. studentów  w 2016 roku). Atrakcyjne miejsce pracy to jeden z atutów w walce o specjalistów w nowych warunkach rynkowych, zwłaszcza jeśli chodzi o nabór pracowników wśród tzw. millenialsów. Generacja urodzona w latach 1983-2000 zwraca uwagę nie tylko jak pracuje, ale też w jakim miejscu. Pracodawcy, aby przyciągnąć talenty muszą dopasować się do specyficznych wymagań nowego pokolenia.

Poszukiwanie odpowiedniej powierzchni biurowej lub reorganizacja dotychczas zajmowanej powinny być poprzedzone gruntowną odpowiedzią na pytanie: „czego potrzebuje nasza firma i nasi pracownicy?”. Również uwzględnienie opinii pracowników w tych procesach jest kluczowe i jest wyrazem troski o komfort zatrudnionych  – dodaje Martin Lipiński, szef działu Office AXI IMMO.

Transition Technologies podtrzymuje optymistyczne prognozy na rok 2017

Grupa Kapitałowa Transition Technologies (GK TT) – polski lider IT w obszarze energii, gazu i przemysłu podsumowuje wstępne wyniki pierwszego kwartału i podtrzymuje założenia przyjęte na ten rok.

Pomimo umiarkowanej koniunktury w krajowym segmencie IT, spółki Grupy Kapitałowej TT osiągnęły w Q1 sprzedaż na poziomie 60 mln PLN, a portfel zamówień (backlog) zwiększył się do ok 193 mln PLN. Pozwala to na utrzymanie prognozy wzrostu sprzedaży o 30% w porównaniu do poprzedniego roku. Grupa kontynuuje realizację kluczowych projektów w sektorze energetycznym i przemysłowym. Odnotowuje również dynamiczny wzrost sprzedaży usług outsourcingowych, a w szczególności usług zarządzanych (managed services) w segmencie informatycznym.

O rosnącym potencjalne i rozwoju świadczy otwarcie dwóch biur przez Transition Technologies Managed Services – spółkę wchodzącą w skład GK TT. Nowe oddziały zlokalizowane są w Kuala Lumpur (Malezja) oraz Krakowie.

Pod koniec kwietnia, kolejna spółka z Grupy – Transition Technologies PSC z sukcesem zaprezentowała swoje rozwiązania na największych targach przemysłowych Hannover Messe. O dobrej passie biznesowej, świadczy również wybór Transition Technologies (z najlepszą oceną) przez Centralny Ośrodek Informatyki, w największym tegorocznym przetargu na wynajem programistów dla sektora publicznego.  W dalszym stopniu, kluczowe dla dynamicznego rozwoju GK Transition Technologies jest unikatowe portfolio produktów oraz stabilne i długoterminowe kontrakty na usługi dla największych światowych korporacji.

By stać się światowym „tygrysem” polskie meblarstwo potrzebuje automatyzacji

Eksport o wartości kilkunastu miliardów złotych, rosnący wolumen produkcji, otwarcie na nowe rynki zbytu – polskie meblarstwo przeżywa rozkwit i rośnie w siłę na arenie międzynarodowej. Równocześnie, producenci mierzą się z niedoborami kadrowymi i dużą konkurencyjnością, a do drzwi fabryk puka czwarta rewolucja przemysłowa. Przepustką do zwiększenia rentowności staje się automatyzacja, która umożliwia wzrost wydajności i elastyczności produkcji.

Coraz wyraźniej widać, że branża meblarska zajmuje strategiczną pozycję w rozwoju gospodarczym Polski. W ostatnich latach odnotowuje kolejne rekordy w liczbie wytwarzanych towarów, a także w wynikach sprzedaży zarówno krajowej, jak i zagranicznej. Optymizmem napawają dane Głównego Urzędu Statystycznego*, podsumowujące 2016 r., dotyczące eksportu oraz importu. W pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku eksport wzrósł o 11,9 proc. w stosunku do analogicznego okresu w 2015 r. Jego wartość wyniosła blisko 16 mld zł. Z kolei wartość importu przekroczyła 3 mld zł, co oznacza przyrost na poziomie 13,7 proc.

Jako szósty producent i czwarty eksporter mebli na świecie, Polska osiągnęła status jednego
z liderów branży. To pozwala coraz śmielej patrzeć w przyszłość i poszukiwać nowych rynków zbytu. Dotychczas głównymi kierunkami eksportu były Niemcy, Wielka Brytania, Czechy, Francja oraz Holandia. Obecnie dużym zainteresowaniem cieszą się kraje azjatyckie, afrykańskie i Bliski Wschód. Dalsza ekspansja na arenie międzynarodowej oraz wzrost rentowności nie będą jednak możliwe bez wprowadzenia zmian w zakresie pracy zakładów produkcyjnych. Dotyczy to zwłaszcza działań podejmowanych w duchu idei Przemysłu 4.0.

– Do najważniejszych wyzwań, przed jakimi stoją polskie zakłady meblarskie należą: skrócenie czasu realizacji zamówień, poprawa elastyczności produkcyjnej i szybsze dostosowanie się do wymagań rynkowych. Na końcu łańcucha produkcyjnego stoi bowiem klient, którego potrzeby należy spełnić, a jego wymagania są coraz wyższe. Firmy poszukują także rozwiązań, które pozwolą im zbalansować sezonowe obciążenia produkcyjne i w pełni korzystać z dostępnych zasobów infrastrukturalnych, materialnych i kadrowych. Odpowiedzią na to zapotrzebowanie jest automatyzacja – mówi Piotr Gładysz, krajowy konsultant ds. meblarstwa, dyrektor poznańskiego oddziału ASTOR.

Automatyzacja produkcji przynosi wiele pozytywnych efektów. Umożliwia optymalizację pracy ludzi i maszyn, sprawniejsze zarządzanie przepływem materiałów, zwiększenie wydajności, ograniczenie kosztów mediów (głównie energii elektrycznej), minimalizację błędów i zapobieganie awariom. Te wszystkie elementy zdecydowanie podnoszą efektywność produkcji.

Głównymi miarami określającymi konkurencyjność przedsiębiorstwa funkcjonującego w branży meblarskiej są wydajność i elastyczność. Szybkość działania i jakość oferowanych towarów i usług decydują bowiem o sukcesie lub porażce w tym biznesie. Warunkiem utrzymania ich na wysokim poziomie jest stworzenie systemu produkcyjnego, który będzie zdolny wytworzyć oraz zrealizować zróżnicowane wyroby przy maksymalnym wykorzystaniu istniejących zasobów. Inteligentne fabryki, w których maszyny komunikują się między sobą, a ich praca jest monitorowana i analizowana za pomocą specjalistycznego oprogramowania, wciąż są w Polsce rzadkością.

Z badania stopnia automatyzacji firm w Polsce*, przeprowadzonego przez ASTOR w 2016 r. wynika, że tylko 15 proc. krajowych zakładów produkcyjnych jest w pełni zautomatyzowanych. Częściowa automatyzacja występuje w przypadku 76 proc. fabryk, natomiast 9 proc. respondentów wskazało na brak automatyzacji. Ponadto wciąż tylko niewielka część przedsiębiorstw korzysta z systemów IT do operacyjnego zarządzania i sterowania produkcją (systemy klasy MES). Polski przemysł zatem nadal ma do opanowania pewien zakres technologii związanych z trzecią falą zmian w organizacji produkcji, by móc pewnie przejść o krok dalej, do Przemysłu 4.0.

– Polscy producenci mebli są coraz bardziej otwarci na innowacyjne rozwiązania technologiczne, pozwalające zoptymalizować pracę fabryk i zakładów. Tej postawie towarzyszy wzrost wiedzy na temat dostępnych możliwości rozwoju oraz zwiększenie świadomości w zakresie korzyści płynących z automatyzacji i robotyzacji. Czynnikami, które eksponują potrzebę szukania nowych technologii i metod usprawniania produkcji są niedobory kadrowe i rosnąca konkurencyjność na rynku – dodaje Piotr Gładysz.

Producenci mebli coraz częściej wykazują gotowość do inwestowania w nowoczesne narzędzia oraz systemy, dostrzegając ich potencjał i licząc, że staną się one przepustką do wzmocnienia ich pozycji biznesowej. Zmiany te nie dotyczą jednak całości realizowanych w fabrykach procesów, lecz ich wybranych elementów, np. ultralogistyki, przepływu surowców, systemów AGV czy wytwarzania półproduktów. Nadal istnieją bowiem sfery, w których nieodzowna jest praca ludzka (np. szycie, tapicerowanie). Wprowadzenie rozwiązań z zakresu automatyzacji nie oznacza zatem zasadniczych zmian kadrowych, a może stać się kluczem do zapewnienia polskim firmom stabilnej, silnej pozycji w czołówce najlepszych producentów mebli na świecie.

***

*Źródło: Biuletyn Informacyjny Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli
(marzec 2017), http://www.oigpm.org.pl/art/files/209

*Źródło: Badanie stopnia automatyzacji firm w Polsce, ASTOR, 2016

Opcje waniliowe – cenne uzupełnienie portfolio inwestycyjnego

Opcje waniliowe to mało popularny w Polsce instrument finansowy. Rodzimi traderzy dopiero się do niego przekonują, tymczasem na rynkach Zachodniej Europy czy Stanów Zjednoczonych, jest on mocno rozpowszechniony. Ostrożność wobec nich i niechęć do włączenia ich do portfolio inwestycyjnego może wynikać ze złożoności tego instrumentu, określonych cech oraz nazewnictwa odbiegającego od standardowych działań. Wszystkie te kwestie wyjaśnimy krok po kroku w poniższym materiale.

Opcje waniliowe to nic innego jak kontrakt, stąd często stosowane określenie kontrakt lub umowa opcyjna. W ich przypadku mówimy o prawie nabywcy opcji do zakupu bądź sprzedaży waluty

Podobnie jak inne umowy, z którymi mamy do czynienia na co dzień, tak i kontrakt opcyjny określony jest poprzez pewne warunki. Pierwszy to instrument bazowy, na którym będzie opierać się rozliczenie kontraktu – może być to np. waluta, surowiec, indeks giełdowy. Kolejne to czas trwania umowy oraz cena rozliczenia kontraktu. Co istotne, w przypadku opcji waniliowych sami możemy ustalać powyższe warunki umowy i na płynnym rynku szukać drugiej strony transakcji, która się na nie zgodzi i np. kupi od nas kontrakt.

Pojęcia, które trzeba znać

W kontekście opcji waniliowych obowiązuje kilka terminów, które koniecznie należy przyswoić.

  • Opcja call – opcja kupna, która daje prawo do zakupu instrumentu po określonej cenie w ustalonym okresie czasu
  • Opcja put – opcja sprzedaży, która daje prawo do sprzedaży po określonej cenie w ustalonym okresie czasu
  • Wykonanie opcji – skorzystanie z nabytej opcji, czyli dokonanie zakupu lub sprzedaży.
  • Data wygaśnięcia – dzień, w którym opcja traci ważność, czyli już nie możemy nic z nią zrobić.
  • Cena wykonania – czyli cena rozliczenia kontraktu, cena za którą kupimy lub sprzedamy instrument bazowy.
  • Cena opcji lub premia – kwota jaką płacimy za kontrakt.

Jak to działa?

Najlepiej funkcjonowanie umowy opcyjnej opisać na przykładzie. Inwestor kupuje kontrakt opcyjny na ropę, ponosząc przy tym koszt premii. Umowa pozwala mu na zakup ropy w określonej cenie za baryłkę, czyli po cenie wykonania. Oczywiście kupując opcję kupna inwestor wierzy we wzrost cen ropy w przyszłości, co pozwoli mu zarobić (do daty wygaśnięcia opcji, nawet jeśli cena rynkowa wzrosła by dwa razy, on zapłaci tyle ile zakładał kontrakt, czyli po cenie wykonania).

Jeśli natomiast cena rynkowa spadnie, inwestor odnotuje stratę, ale tylko w wysokości premii jaką zapłacił. Musimy pamiętać, że opcje waniliowe (nabyte) dają prawo do kupna lub sprzedaży, a nie zobowiązują, zatem inwestor nie musi decydować się na wykonanie opcji. Opcje waniliowe pozwalają na spekulacje na zmianach cen instrumentów, nawet jeśli nie zamierzamy dokonywać ich fizycznego zakupu.

Korzyści opcji waniliowych

Na rozwiniętych rynkach, gdzie inwestorzy posiadają np. akcje spółek, kontrakty na indeksy lub surowce, rynek opcji wykorzystywany jest do zabezpieczenia swojej ekspozycji.

Rynek opcji może być wykorzystywany przez graczy krótkoterminowych, jako alternatywa do zawierania transakcji bezpośrednio na rynku. Kupione opcje minimalizują ryzyko jedynie do zapłaconej tzw. premii opcyjnej. Co więcej nie są instrumentem nabytym z dźwignią finansową.

Opcje pozwalają także prowadzić handel na podstawie przewidywań zmienności i trendów w dłuższej perspektywie. Nie trzeba kierować się wyłącznie aktualnymi spadkami i wzrostami na rynku.

Jednoczesne nabycie rożnych opcji pozwala na tworzenie strategii. Dają one możliwości takie, jakich nie znajdzie się na zwykłym rynku, jak np. próba zyskania wtedy, kiedy inwestor spodziewa się niskiej zmienności. Z inną sytuacją mamy do czynienia, kiedy inwestor uważa, że cena określonego instrumentu zacznie poruszać się silnym trendem, ale nie wie, czy będzie to trend wzrostowy czy spadkowy.

Opcje waniliowe w praktyce

Obecnie handel opcjami waniliowymi na platformie internetowej możliwy jest jedynie w easyMarkets. Ich funkcjonowanie w praktyce przebiega następująco.

Nabycie opcji odbywa się w 5 etapach. Najpierw należy wybrać instrument bazowy. Zakładając, że jesteśmy zainteresowani walutami, wybieramy określoną parę walutową. Następnie wybieramy typ opcji, czyli call lub put. W poniższym przykładzie jest to opcja zakupu, czyli call – wyjaśnia Tomasz Brach, ekspert ds. tradingu easyMarkets. Następnie określamy cenę wykonania i w zależności od przewidywanego okresu ruchu ceny, wybieramy datę wygaśnięcia – dodaje

W poniższym przykładzie cena nabycia opcji kupna call EURUSD o nominale 10.000 z datą wygaśnięcia 7 dni to 49,92 USD (cena podana w jasnoniebieskiej ramce). Ryzyko inwestora ograniczone jest tylko do kwoty wydanej na zakup opcji.easymarkets

Po otwarciu pozycji opcyjnej pozostaje śledzić zysk/stratę. W zestawieniu takim jak poniżej widzimy premię przy otwarciu, obecną premię i różnicę pomiędzy nimi, która oznacza zysk lub stratę. W przypadku opcji na parę EURUSD wyświetlonej w dolnym wierszu cena zakupu opcji wyniosła 53,77 USD (premia przy otwarciu), aktualna wartość opcji to 86,53 USD (premia obecna), a zatem zysk wynosi 32,76 USD.easymarkets2

Dla gracza detalicznego rynek opcji może być alternatywą dla klasycznych transakcji na rynku spot. Może być także wykorzystywany do zabezpieczenia już posiadanych średnio czy długoterminowych transakcji w momencie pojawienia się ryzykownego zdarzenia (politycznego lub wynikającego z danych makroekonomiczych itp.). Jednak, aby skutecznie posługiwać się tym instrumentem trzeba poznać jego podstawy, terminologię i schemat działania. Wszystkie te zagadnienia zostały omówione krok po kroku we wspólnej akcji edukacyjnej easyMarkets i Rynków Na Żywo: http://rynkinazywo.tv/opcje-edukacja/

Autorami tekstu są Daniel Kostecki i Tomasz Brach, ekspert ds. tradingu easyMarkets

Prospekt emisyjny PKN ORLEN w KNF

PKN ORLEN złożył do Komisji Nadzoru Finansowego prospekt dotyczący planowanego, drugiego już programu publicznych emisji obligacji. Przewiduje on możliwość wyemitowania w ciągu 12 miesięcy, w kilku seriach, obligacji do łącznej kwoty 1 mld zł. Parametry poszczególnych emisji będą na bieżąco dostosowywane do oczekiwań rynkowych oraz potrzeb Koncernu.

Decyzja o zainicjowaniu kolejnego programu została poprzedzona szczegółowymi analizami rynku oraz oparta o dotychczasowe, bogate doświadczenie PKN ORLEN w zakresie emisji papierów dłużnych.

Sukces emisji papierów dłużnych Koncernu, zarówno dla inwestorów instytucjonalnych, jak i detalicznych wskazuje na duże zapotrzebowanie rynku na ofertę tego typu ze strony zaufanych i wiarygodnych partnerów. Udało nam się zbudować silną markę na rynkach finansowych, potwierdzoną przez wysokie ratingi międzynarodowych agencji Fitch czy Moody’s. Zależy nam, aby ponownie wykorzystać ten potencjał – powiedział Sławomir Jędrzejczyk, Wiceprezes Zarządu PKN ORLEN ds. Finansowych.

Obligacje będą oferowane w trybie oferty publicznej, po zatwierdzeniu i opublikowaniu prospektu emisyjnego. PKN ORLEN planuje wprowadzenie papierów dłużnych do obrotu na rynku regulowanym w ramach platformy Catalyst.

Agencja Moody’s obniżyła Chinom rating pierwszy raz od 1989 r.

Europejscy ustawodawcy po raz kolejny przełożyli prace nad rozwiązaniem greckiego kryzysu. Jest to jedna z pozostałości po Wielkiej Recesji z 2008 roku i na ten moment, bardzo prawdopodobnym wydaje się, aby Grecja pozostała w swoich długach jeszcze przez dłuższy czas. Rząd grecki, Europejski Bank Centralny, głowy państw członkowskich wraz z Międzynarodowym Funduszem Walutowym rozpaczliwie próbowali dopracować porozumienie w tym tygodniu ale po raz kolejny rokowania zostały przełożone, tym razem do 15 czerwca.

Po 7 godzinach spotkania, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, przerwał rozmowy stwierdzeniem, iż obecna propozycja jest nie wystarczająca, aby przynieść ulgę Grekom lub rynkom finansowym. W tych okolicznościach poziom zadłużenia pozostaje niezrównoważony. Chociaż Europejczycy są z reguły dobrzy w matematyce i wszyscy rozumieją, że w obecnym tempie Grecja nigdy nie będzie mogła spłacić ogromu swoich zadłużeń, nie są najlepsi jeżeli chodzi o czas. To nie pierwsza sytuacja, gdy odraczają oni podjęcie decyzji w nadziei, że problem sam się rozwiąże i byłoby zaskakującym, jeżeli udałoby się nam zobaczyć długoterminowe rozwiązanie 15 czerwca.

EURUSD_24_05_2017Euro spadło dzisiejszego ranka niewiele w stosunku do dolara ale wciąż ma duży impet po zwycięstwie Emanuela Macrona we francuskich wyborach. W tym samym czasie, sentyment do EUR/USD na eToro wynosi 68%.

USDCNH_24_05_2017Wcześniej dzisiejszego dnia, na azjatyckiej sesji, agencja ratingowa Moody’s postanowiła obniżyć wiarygodność kredytową Chin z Aa3 na A1. Nie żeby A1 było złą oceną. Po prostu Moody’s czuje, iż chiński rozwój w przyszłości będzie potrzebował rozluźniania polityki pieniężnej, czego efektem będzie zwiększenie ogólnego zadłużenia. Ta zmiana spowodowała pewne poruszenie na chińskim rynku akcji jak również w renminbich. Szybko się jednak odwróciła.

Istnieją ku temu dwa powody. Po pierwsze, pomimo iż wiarygodność kredytowa została obniżona, Moody’s rzeczywiście poprawił swoje oceny z negatywnych na bardziej stabilne. Oznacza to, iż pomimo mocnego zaufania do rozluźniania polityki pieniężnej, prawdopodobnie nie przyniesie to większych wstrząsów na rynku. Drugi powód jest nieco bardziej kulturowy. Po rozmowie z naszym analitykiem rynkowym z Chin na temat WeChat, dziś nauczyłem się: „Chińscy inwestorzy nie dbają o to, kto to jest Moody’s i czym się zajmuje. Rząd tutaj zawsze będzie robił to, co ma w planach.” – Macy Ma (@Macygogo).

Co więcej nasi klienci i pracownicy w Chinach są znacznie bardziej zainteresowani kryptowalutami na ten moment i to nie bez powodu. Całkowita wartość cyfrowego majątku w obiegu osiągnęła 86,5 miliarda dolarów. Liczba ta zwiększyła się o 8 miliardów w zaledwie 24 godziny. Wartość drugiej z najbardziej popularnych kryptowalut, Ethereum, wzrosła dzisiejszego ranka o 11%. Dzień ledwo co się zaczął a my już mamy nowy wzrost wszech czasów.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Opinie o firmie w sieci są ważniejsze dla Polaków niż zdanie znajomych

Do tej pory Polacy wskazywali znajomych jako najistotniejsze źródło wiedzy o pożądanym pracodawcy. W tym roku po raz pierwszy najbardziej opiniotwórcze okazały się media, portale społecznościowe i internetowe fora. To sygnał mówiący wiele nie tylko o rynku pracy, ale również roli tradycyjnych i nowoczesnych mediów – zauważają eksperci Antal.

Zasięganie? opinii o firmie z pierwszej ręki, czyli u pracującej tam osoby, traci na znaczeniu. Za najistotniejsze uważa je 35% pracowników – o 6 punktów procentowych mniej, niż przed dwoma laty. To i tak sporo w porównaniu do zaufania, które pokładamy w znajomych nie zatrudnionych u interesującego nas pracodawcy. Takim osobom ufa jedynie 11 na 100 specjalistów i menedżerów.

Komu zatem wierzymy? Główne źródło wiedzy o preferowanych pracodawcach to publikacje o firmie w mediach – prasie, radiu, telewizji oraz na portalach branżowych i informacyjnych. Z takich doniesień chętnie korzysta 42% pracowników. Niewiele mniej, 41% specjalistów i menedżerów, ufa opiniom w Internecie zamieszczonym na portalach społecznościowych lub forach.

Źródła wiedzy specjalistów i menedżerów o pożądanych pracodawcach
Pytanie wielokrotnego wyboru. Badanie Antal „Najbardziej pożądani pracodawcy”, kwiecień 2017

Jak Cię piszą, tak Cię widzą

Wyniki badania wskazują na rosnącą rolę mediów, tak tradycyjnych, jak i nowoczesnych w kształtowaniu wizerunku marki pracodawcy. To pokazuje wagę trafnej strategii komunikacji firmy” – komentuje Agnieszka Wójcik, menedżer ds. badań rynkowych w Antal.

To wyzwanie, ponieważ w porównaniu do znaczenia publikacji dotyczących firmy, materiały dystrybuowane oficjalnie przez samą organizację (jak broszury, newslettery, kampanie reklamowe) mają nieporównywalnie mniejszą wagę. Jedynie 10% pracowników traktuje je jako ważne źródło wiedzy o pracodawcach.

Co to oznacza dla pracodawców? Konieczność sprofilowania prowadzonej komunikacji tak, aby w sposób możliwie nieinwazyjny trafić do adekwatnej grupy odbiorców – w tym potencjalnych pracowników. „Przeciętnie w toku badania wizerunkowego firmy są w stanie wyodrębnić jedną najważniejszą grupę docelową i dodatkowo dwie – trzy stanowiące uzupełniające źródła rekrutacyjne” – zauważa Agnieszka Wójcik – „Dalszym krokiem jest zmapowanie preferencji tych grup, czyli poznanie ich zwyczajów w kontekście wyboru prasy, odwiedzanych portali, aktywności w mediach społecznościowych, zainteresowań. Dopiero później można przejść do koncepcji samej treści, komunikatu”.

Czubek komunikacyjnej góry lodowej

Zdeklasowanie roli znajomych przez media i Internet w procesie wyrabiania opinii o firmie to element nowej rzeczywistości, w której funkcjonujemy. „Coraz silniejszy wpływ mają na nas – w miejsce znajomych – tzw. microinfluencerzy, czyli liderzy opinii, którzy jednocześnie nie są szeroko rozpoznawalni (np. poza własną branżą)” – zauważa Marta Todorczuk, odpowiadająca w Antal za media społecznościowe i PR. „Ponadto upowszechniająca się możliwość wystawienia oceny lub recenzji na poziomie typowo konsumenckim zaczęła popularyzować się także w relacjach zawodowych. Już nie tylko firmy udzielają kandydatom lub pracownikom informację zwrotną – oni też mogą ją przekazać, np. w sieci”. Specjalista lub menedżer zainteresowany pracą w danej organizacji może więc po prostu odwiedzić dedykowany ocenom pracodawców portal i zapoznać się z dotychczasowymi opiniami.

Ostatnim, niemniej ważnym czynnikiem, jest także coraz łatwiejszy kontakt z pracodawcami, na co również niebagatelny wpływ miały media społecznościowe. „Odkąd istnieją profile firmowe, traktujemy organizacje jak znane nam osoby. Podglądamy, co u nich słychać, zaczynamy rozróżniać język, jakim się z nami komunikują, kojarzymy, czym się zajmują” – zauważa Marta Todorczuk – „Jeśli zatem organizacja jest biegła w wirtualnej komunikacji, jej marka pracodawcy może sporo zyskać”.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 24.05.2017

Czy to już koniec wyprzedaży dolara australijskiego? Bardzo wątpliwe, ale mamy do czynienia z przedłużającą się korektą, a przed nami kilka zagrożeń. Na wykresie dziennym od kilkunastu dni trwa korekta, która zdołała pokonać ostatni opór w okolicy 0.7470. Aby trend spadkowy na dobre został zakończony musimy pokonać jeszcze ostatni szczyt 0.755, zatem w chwili obecnej możemy w dalszym ciągu mówić o trendzie spadkowym.

Notowania dolara australijskiego, interwał dzienny

Notowania dolara australijskiego, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Warto również zauważyć, że przy ostatnich wzrostach stochastic za nimi nie podążał, powstała nam negatywna dywergencja, która tylko wzmacnia sygnał spadkowy. Długoterminowym celem dla niedźwiedzi może być poziom 0.72, gdyż tam wypada tygodniowa strefa wsparcia. Ponadto ruch południowy powinien być wspierany przez notowania rudy żelaza.

Ruda żelaza na tle AUD/USD

Ruda żelaza na tle AUD/USD

Źródło: Bloomberg

Notowania rudy żelaza zostały zaznaczone kolorem żółtym, natomiast para walutowa AUD/USD białym. Jak widać, notowania rudy od kilku miesięcy znajdują się w trendzie spadkowym, natomiast dolar australijski nieśmiało za nimi podąża. Kolejnym czynnikiem, który powinien spychać notowania dolara australijskiego względem amerykańskiego jest różnica w rentowności obligacji skarbowych obydwu państw.

Spread 2 letnich obligacji australijskich i amerykańskich na tle AUD/USD

Spread 2 letnich obligacji australijskich i amerykańskich na tle AUD/USD

Źródło: Bloomberg

Linią białą zobrazowano różnicę pomiędzy rentownościami 2-letnich obligacji australijskich oraz amerykańskich. Od 2014 roku spread rentowności zaczął przemawiać na korzyść USD, dlatego też AUD znalazł się w długoterminowym trendzie spadkowym. Od 2016 roku, pomimo spadku rentowności waluta australijska znalazła się w konsolidacji. Czy powrócimy do korelacji? Tego nie wie nikt, ale musimy być tego świadomi. Aczkolwiek nie ma wątpliwości, że dalsza wyprzedaż surowców przyczyni się do deprecjacji dolara australijskiego.

Zagrożeniem dla takiej transakcji może okazać się dzisiejsza publikacja minutek FOMC z ostatniego spotkania. Gdyby były bardziej gołębie, to opór zostałby przeszyty bez najmniejszego problemu.

Z kolei patrząc na wykres indeksu dolara możemy spodziewać się korekty ostatnich spadków.

Indeks dolara, interwał dzienny

Indeks dolara, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Od początku roku indeks dolara porusza się w trendzie spadkowym wyznaczonym przez szeroki kanał. Notowania znalazły się na jego dolnej bandzie, oscylator stochastyczny sugeruje mocne wyprzedanie i możliwą korektę. Ewentualny ruch wzrostowy powinien zostać zatrzymany w okolicy oporu 98.30-98.70, po czym trend spadkowy powinien być kontynuowany.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Inbank pierwszym bankiem w Polsce z komercyjnym zastosowaniem wideoweryfikacji klienta

Inbank, jako pierwszy wdraża na polskim rynku innowacyjną technologię weryfikacji klientów online, opierającą się na technikach biometrycznych. Pilotażowe wdrożenie dedykowanego rozwiązania Veriff w Inbank Polska jest naturalnym krokiem w kierunku ułatwienia weryfikacji tożsamości w internecie, a także przyspieszenia procesu kredytowego z korzyścią dla klientów. Wpisuje się też w technologiczne DNA banku, który podąża w kierunku optymalizacji działalności bankowej z wykorzystaniem nowych technologii.

Wdrożony system Veriff to autorski projekt, opracowany w ramach Grupy Inbank. Pozwala na bezpieczne uwierzytelnianie transakcji i innych operacji dokonywanych online, jednocześnie zmniejszając ryzyko nadużyć finansowych. System działa w oparciu o techniki biometryczne, wykorzystujące geometrię twarzy danej osoby jako cechę unikalną.

Veriff to innowacyjny system, sięgający do wiedzy biometrycznej, który wspomoże nasze procedury weryfikacji. Pilotaż pokaże, czy tego typu rozwiązania się sprawdzają i jak skutecznie usprawnią bieżące procedury. Zdajemy sobie sprawę, że wprowadzając tego typu rozwiązanie jako pierwsi, możemy nadać technologiczny ton branży bankowej na najbliższe lata. Spodziewamy się, że naszym śladem ruszą kolejne podmioty, przyczyniając się do usprawnienia rynku bankowości internetowej i uczynienia go jeszcze bardziej bezpiecznym  – mówi Maciej Pieczkowski, Dyrektor Generalny Inbank Polska.

System Veriff to rozwiązanie działające w pełni online za pośrednictwem wideoczatu. Nie jest wymagana instalacja na komputerze użytkownika jakichkolwiek dodatkowych aplikacji. Jedyne, czego potrzeba, to komputer z dostępem do internetu, wyposażony w kamerę i mikrofon. Specjalne algorytmy systemu dokonują porównania zdjęcia użytkownika na przedstawionym w procesie weryfikacji dokumencie tożsamości, ze zdjęciem portretowym, wykonanym bezpośrednio przed ekranem komputera. Uwierzytelnienie za pomocą Veriff trwa maksymalnie kilka minut, a przez każdy z kroków przeprowadza Klienta intuicyjny system. W procesie weryfikacji na końcu występuje także czynnik ludzki, mający decydujący głos w zatwierdzeniu weryfikacji.

Proces wdrożenia poprzedzony był testami rozwiązania w środowisku Inbank oraz szkoleniami, prowadzonymi przez specjalistów ds. weryfikacji Veriff. Już w najbliższych dniach pierwsi klienci będą mogli sprawdzić system w działaniu. W pierwszym etapie weryfikacja będzie dotyczyła wybranych klientów.

Inbank świadczy usługi w 100% w internecie, gdzie konieczność weryfikacji użytkownika jest nieodłącznym elementem procedury bezpieczeństwa. Do tej pory służył do tego przelew jednozłotowy lub konieczność dostarczenia skanu dowodu osobistego do banku poprzez kuriera lub osobiście. Poprzez realizowany pilotaż Inbank zmienia zasady gry. Wdrażana technologia pozwoli na optymalizację działalności banku, spełnienie wymagań procedury KYC oraz znacząco ułatwi i przyspieszy klientom proces zaciągnięcia kredytu.

Podwrocławskie gminy tworzą klaster czystej energii

Prusice, Oborniki Śląskie, Wisznia Mała, Wołów i Żmigród powołały we wtorek Klaster Energii Odnawialnej Wzgórz Trzebnickich. To drugie takie przedsięwzięcie w Polsce realizowane przez samorządy i pierwsze na tak dużą skalę. Na terenie sąsiadującego z Gminą Wrocław klastra mieszka łącznie 72,6 tys. osób.

Klaster Energii Odnawialnej Wzgórz Trzebnickich utworzyło pięć gmin: Prusice, Oborniki Śląskie, Wisznia Mała, Wołów i Żmigród. To lokalny system wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych. W ramach klastra mogą powstać elektrownie fotowoltaiczne i bioelektrownie. Projekt będzie realizowany w długofalowej perspektywie, jednak pierwsze inwestycje – jak na przykład w gminie Prusice – rozpoczną się już w wakacje.

Obecnie rozstrzygamy przetarg na siedem instalacji fotowoltaicznych na dachach budynków użyteczności publicznej. Myślę, że powstaną jeszcze w tegoroczne wakacje – mówi Igor Bandrowicz, burmistrz Prusic. – Poza tym mamy podpisaną umowę na zaprojektowanie elektrowni fotowoltaicznej o szacowanej mocy 450 kW w Wszemirowie. We wrześniu powinniśmy otrzymać pozwolenie na budowę. Nawet jeżeli prace rozpoczną się późną jesienią, to jeszcze w tym roku uda nam się ją wybudować – dodaje.

Miejsce na swoją elektrownię fotowoltaiczną wytypowała już również Wisznia Mała. To tereny należące do gminy, przy wysypisku śmieci. – Pod elektrownię planujemy przeznaczyć obszar o powierzchni około 2 ha. Nasze zapotrzebowanie na energię to około 2 MW – mówi Jakub Bronowicki, wójt gminy Wisznia Mała. – Pod koniec kwietnia Wielka Brytania świętowała pierwszy dzień bez użycia węgla do produkcji energii elektrycznej. To dla Brytyjczyków prawdziwy kamień milowy, a dla nas nadzieja, że również doczekamy takiego dnia – dodaje.

Instalacje powstaną również na terenach innych gmin zaangażowanych w klaster. – Wszystko jest jeszcze w początkowej fazie. Nie mamy terenów nadających się pod elektrownie fotowoltaiczne, dlatego już wiadomo, że będziemy musieli wydzierżawić grunty od osób prywatnych – mówi Jacek Włosek, zastępca burmistrza Wołowa.

Na brak gruntów nie narzeka natomiast Arkadiusz Poprawa, burmistrz Obornik Śląskich.
Mamy dużo terenów, na których możemy wybudować elektrownię. Jednak konkretna decyzja jeszcze nie zapadła. Energię chcemy tworzyć na własne potrzeby. Dzięki temu zredukujemy koszty, a w budżecie zostanie więcej środków, które przeznaczymy na inne cele – mówi Arkadiusz Poprawa.

Z kolei gmina Żmigród rozpoczyna właśnie prace związane z wyborem jednej z kilku możliwych lokalizacji przyszłej elektrowni.

Energia odnawialna jest dziś niezbędna w każdej gminie – uważa Robert Lewandowski, burmistrz Żmigrodu. – Ma ona ogromne znaczenie nie tylko, gdy chodzi o ochronę środowiska, ale również ze względu na zwiększenie innowacyjności, obniżenie kosztów funkcjonowania gminy oraz możliwość pozyskiwania środków zewnętrznych na realizację planowanych inwestycji. Dlatego tak ważna jest nasza współpraca w tej dziedzinie.

Przygotowaniem kompleksowej strategii rozwoju i realizacją inwestycji w ramach Klastra Energii Odnawialnej Wzgórz Trzebnickich zajmie się jego koordynator, spółka komunalna Prusice PS Energetyka Odnawialna, utworzona przez gminę Prusice i firmę Polski Solar Holding. Powołanie klastra umożliwia również dostęp do dodatkowych dotacji, w tym krajowych oraz ze środków unijnych.

Docelowo, klaster pozwoli gminom na stworzenie tzw. „wyspy energetycznej”, tj. uzyskanie całkowitej samowystarczalności w tej dziedzinie. Przewidywana moc klastra, którego koordynatorem jest spółka Prusice PS Energetyka Odnawialna, wyniesie, sumując potencjał projektowanych instalacji na terenie wszystkich czterech gmin, około 12 MW.

Pozwoli to na bardziej elastyczne, a przez to efektywniejsze sterowanie wytwarzaniem energii, co przełoży się na konkretne oszczędności dla gmin. Warto tu również dodać, że zgodnie z naszymi obliczeniami wyprodukujemy nadwyżkę energii, która będzie mogła zostać przeznaczona na potrzeby Wrocławia – podkreśla Jacek Ryński, członek rady nadzorczej spółki Prusice PS Energetyka Odnawialna.

Zasady funkcjonowania lokalnych systemów zasilania, zwanych klastrami energii, reguluje znowelizowana w ubiegłym roku ustawa o odnawialnych źródłach energii. Jej dalekosiężnym celem jest restrukturyzacja i modernizacja polskiej energetyki, połączone z dążeniem do osiągnięcia gospodarki niskoemisyjnej. Stwarza ona warunki do realizacji lokalnych inicjatyw, zrzeszających wytwórców energii, ze szczególnym naciskiem na wykorzystanie źródeł odnawialnych. Zgodnie z brzmieniem ustawy, obszar działania tego rodzaju klastra nie może przekraczać granic jednego powiatu lub pięciu gmin, a jego koordynatorem powinien być jeden z jego członków.

Klaster energii odnawialnej powołany przez gminy Prusice, Oborniki Śląskie, Wisznię Małą, Wołów i Żmigród jest drugim tego rodzaju przedsięwzięciem w Polsce realizowanym przez samorządy. 16 maja „Klaster Energii Odnawialnej Ziemi Łużyckiej” powołało również pięć innych dolnośląskich gmin: Olszyna, Gryfów Śląski, Leśna, Siekierczyn i Lubań.

Potencjał do wzrostów na EUR/USD pozostaje. Korekta na dolarze

Pusty kalendarz makro co nie znaczy, że dzień będzie nudny. Zapiski z ostatniego posiedzenia Fed w centrum uwagi. Dolar odrabia nieco strat, ale trudno mówić o zmianie nastawienia. Głosy z Niemiec za zaostrzeniem polityki monetarnej EBC. Złoty stabilny do większości głównych walut, traci kilka groszy do dolara. Pozytywne nastawienie konsumentów w Niemczech na nowych rekordowych poziomach.  

Próba zainicjowania korekty

Od wczoraj na rynkach widoczna jest próba korekty na parach dolarowych. Pytanie czy to tylko realizacja zysków na mocnych dotąd walutach, czyli euro i franku, czy zmiana trendu. Patrząc od strony technicznej krótka pozycja na EUR/USD i długa na USD/CHF jest w tym momencie uzasadniona.

Nadal jednak więcej przemawia za euro

Wcale to nie oznacza, że coś się nagle zmieniło i wszystko przemawia za dolarem. Był taki moment na rynkach, że wyceniono bardzo wysoko wizję trzech podwyżek stóp w USA. Ale gdzieś to jednak się zachwiało. Zaczęły się pojawiać słabsze dane makro z gospodarki, które poddały wątpliwość co do ruchu już w czerwcu. Poza tym członkowie Fed przestali rozmawiać o podwyżce stóp, a coraz częściej pojawiał się temat redukcji bilansu. Trzeba jednak pamiętać, że to tak naprawdę to samo. To także element zacieśniania polityki monetarnej. Odkup skupionych papierów przez banki komercyjne spowoduje zmniejszenie akcji kredytowej. Ale wykorzystanie obydwu elementów na raz jest praktycznie wykluczone.

Dlaczego nie 1,1615

Do tego mieliśmy aferę związaną z Donaldem Trumpem. Te wszystkie elementy od początku roku spowodowały ruch na północ na EUR/USD. Maksimum w ostatnich dniach to 1,1270 ale to ciągle nie jest sufit. Tak naprawdę droga do maxa z maja 2016 czyli 1,1615 jest cały czas otwarta. Bez echa nie mogą również przejść słowa choćby Merkel czy Schaeuble, którzy już otwarcie nawołują do zaostrzenia polityki przez EBC. To wszystko w relacji euro vs dolar przemawia na korzyść wspólnej waluty.

Czy minutki mogą zaskoczyć?

Niemniej jednak dzisiaj mamy minutki Fed z ostatniego posiedzenia Fed. I to mogą wykorzystać inwestorzy grający pod mocniejszego dolara choćby w krótkim okresie. Z pewnością pojawiające się spekulacje służą tej tezie, gdyż oczekuje się jastrzębiego wydźwięku komunikatu.

Złoty ma się dobrze

Na polskiej walucie można powiedzieć spokój. EUR/PLN stabilny w okolicach 4,20. Złotówka traci nieco do dolara, ale wynika to z ruchów na EUR/USD.

Znów pustki

Kalendarz makro dzisiaj nie rozpieszcza, poza minutkami Fed tak naprawdę nie ma nic ważnego. O 8 poznaliśmy jedynie wskaźnik nastrojów niemieckich konsumentów. Odczyt wyniósł 10,4 i był na najwyższym poziomie od ponad 15 lat. Nieco euro zyskało do dolara po tej publikacji.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

PayPal rozszerza Ochronę Sprzedających w Polsce

PayPal ogłosił dzisiaj rozszerzenie Ochrony Sprzedających[1] w Polsce. Program zabezpieczy sprzedających w momencie, gdy otrzymają oni niezweryfikowaną płatność, np. poprzez przejęte konto lub kiedy kupujący twierdzi, że nie otrzymał przedmiotu. W takich przypadkach, Ochrona Sprzedających PayPal pokryje pełen koszt płatności za dokonane transakcje.

Dotychczas, Ochrona Sprzedających PayPal obejmowała w Polsce jedynie produkty fizyczne. Od teraz, program obejmie również  płatności za usługi (np. design, edukacja czy fotografia), bilety (na koncerty, przedstawienia, wydarzenia sportowe etc.) oraz podróże (wycieczki, loty, rezerwacje hotelowe etc.).

„Bardzo się cieszę  z powodu rozszerzenia naszych usług. Decyzja o rozszerzeniu Ochrony Sprzedających została podjęta przez PayPal, aby zapewnić ich, że mogą rozwijać swój e-biznes i sprzedawać swoje produkty na większą skalę, bez obaw związanych z otrzymaniem płatności” – mówi Matt Komorowski, Dyrektor Zarządzający PayPal w Europie Północnej i Środkowej. „Świadomość, że jesteś zabezpieczony, jeżeli coś pójdzie nie tak, powinna być obowiązkowym elementem zakupów i sprzedaży online dla obu stron transakcji. Te ulepszenia zostały wprowadzone na podstawie informacji zwrotnych od naszych użytkowników, którzy chcą się czuć bezpiecznie dokonując transakcji online. Bardzo się cieszę i jestem przekonany, że wprowadzone rozszerzenie programu –  obok takich usług, jak Ochrona Kupujących czy Zwrot Kosztów Odesłania Przedmiotu – zwiększy zaufanie sprzedających i ich bezpieczeństwo w obszarze e-commerce”.

Ochrona Sprzedających PayPal pomaga polskim przedsiębiorcom sprzedawać produkty i usługi w bardziej bezpieczny sposób nie tylko w Polsce, ale także na ponad 200 innych rynkach, gdzie działa PayPal. Zgodnie z raportem Accenture, handel transgraniczny online staje się głównym motorem rozwoju handlu B2C, z czynnikiem CAGR na poziomie 29,3% w latach 2014-2020[2]. Jedną z najpopularniejszych kategorii w tej branży są podróże (bilety, zakwaterowanie, wycieczki etc.), które obejmują 26% wszystkich sprzedawanych produktów i usług. PayPal ma nadzieje, że rozszerzona Ochrona Sprzedających pomoże polskim firmom osiągnąć nowy poziom rozwoju biznesu w skali międzynarodowej.

[1] Więcej informacji: https://www.paypal.com/pl/webapps/mpp/ua/useragreement-full

[2] Accenture.com, Ivan Chan: Cross-border eCommerce, 2016.

Kurs euro i dolara 24.05.2017

Kurs euro EURPLN

Kurs euro EURPLN wykresNa wykresie tygodniowym cena przetestowała cieniem świecy dolne ograniczenie kanału wzrostowego. Korpus świecy z zeszłego tygodnia zamknął się powyżej mierzenia 61,8% Fibo impulsu wzrostowego mierzonego od kwietnia 2015 do stycznia 2016. Obecnie, świeca tygodniowa jest wzrostowa. Sytuacja ta może sugerować, iż 6-cio miesięczny trend spadkowy, może być na wykończeniu, a cena poruszać się będzie na północ. Wiele będzie zależeć od zamknięcia świecy z tego tygodnia oraz świecy miesięcznej w przyszłym tygodniu.

W bardzo ciekawym momencie znajdujemy się na wykresie 4-ro godzinnym. Cena znajduje się pomiędzy dolnym ograniczeniem wzrostowego kanału trendowego a linią trendu spadkowego wyrysowaną po szczytach z 6 grudnia, 13 marca i 21 kwietnia. Wczoraj po raz kolejny zaksięgowaliśmy równość korekt w trendzie spadkowym. Reakcja podaży nie była już jednak tak silna, co może sugerować, iż niedźwiedzie nie mają już siły do dalszego umacniania złotego. W przypadku spadków może dojść do kolejnego testu dolnego ograniczenia kanału, a w przypadku jego trwałego wybicia wsparcie znajduje się na poziomie 4,16. W przypadku wzrostów cena powinna przetestować poziom linii lokalnego trendu spadkowego, a po jej trwałym pokonaniu droga do 4,28 będzie stała otworem.Kurs euro EURPLN wykres

Kurs dolara USDPLN

Dolar przebił większość istotnych wsparć, otwierając sobie drogę nawet do poziomu 3,64. W tym momencie trzeba się zastanowić, czy dolar będzie faktycznie taki słaby, a złotówka taka mocna. Naszym zdaniem jest na to szansa, jednakże scenariuszem bazowym jest odwrót na północ i znaczna korekta. Osłabienie dolara na szerokim rynku spowodowane jest zamieszaniem politycznym wokół Prezydenta Donalda Trumpa, a nie czynnikami fundamentalnymi. Sytuacja może się diametralnie zmienić już za kilka dni, gdy będziemy się zbliżać do kolejnej decyzji FED-u w sprawie stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Zatem, gdyby miał się ziścić scenariusz spadkowy, to cena może przetestować poziom nawet 3,64. W przypadku wzrostów oporem będzie poziom 3,89.

Kurs dolara USDPLN wykres

Na niższym interwale, cena porusza się w spadkowym kanale trendowym. Po dwukrotnym teście kanału trendowego nastąpiła niewielka korekta. Obecnie zauważalna jest słabość popytu, gdyż cena nie ma sił przetestować górnego ograniczenia kanału trendowego. W przypadku spadków wsparciem pozostają ostatnie dołki przy 3,7250, a następnie dolne ograniczenie kanału. W przypadku wzrostów oporem będzie górne ograniczenie kanału przy 3,77, a następnie poziom 3,81.

Kurs dolara USDPLN wykres

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Mabion kończy badania kliniczne i planuje zagraniczną emisję akcji

Mabion kończy badania kliniczne leku MabionCD20 i planuje zagraniczną emisję akcji.  Przeprowadzenie tej transakcji planowane jest do końca roku. Ponadto spółka chce sfinalizować współpracę z partnerami z Azji, Bliskiego Wschodu czy Ameryki Południowej. 

– Kończymy produkcję pierwszej serii w skali komercyjnej – powiedział serwisowi eNewsroom Artur Chabowski, prezes Mabion S.A. – Podsumowanie powinniśmy mieć w ciągu kilku tygodni. Kolejną informacją jest przygotowanie do dużej zagranicznej emisji akcji. Zakończyliśmy sprawozdanie finansowe według MSR-ów za ostatnie dwa lata. Piszemy także prospekt we współpracy z międzynarodową kancelarią. W tym czasie planujemy podpisanie kolejnych umów z partnerami, którzy sami zgłosili się do nas, jak również zostali pozyskani przez firmę Plexus Ventures. Są to zainteresowane współpracą przedsiębiorstwa z całego świata – z Azji, Bliskiego Wschodu czy Ameryki Południowej. Bardzo aktywnie i dynamicznie działamy na polu pozyskiwania nowych partnerów. Planujemy także rozbudowę mocy produkcyjnych w związku z umową z MyLane – naszym amerykańskim partnerem na Unię Europejską. Na tym będziemy się skupiać w tym i przyszłym roku. Zwiększamy także zatrudnienie, a spółka dynamicznie się rozwija, co jest atrakcyjne dla inwestorów – ocenił Chabowski.

Belka: Możliwy wzrost stóp procentowych

Gospodarka w Polsce nie będzie rosła powyżej swojego tempa potencjalnego. Możemy się jednak spodziewać presji płacowej. Sytuacja na rynku pracy zmienia się na korzyść pracobiorców.

To dobra informacja, ale oznacza jednocześnie potencjalnie większy nacisk na ceny i przyspieszenie ich wzrostu – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Belka, profesor nauk ekonomicznych – W takim wypadku stopy procentowe mogłyby pójść w górę. Z tego, co komunikuje Narodowy Bank Polski i Rada Polityki Pieniężnej wynika, że z ewentualnymi decyzjami i zmianą nastawienia należy poczekać do końca lipca, czyli do następnej projekcji PKB i inflacji. Wtedy będziemy więcej wiedzieć o tym, jak gospodarkę widzą eksperci NBP i czy zbliża się perspektywa wzrostu stóp procentowych – dodał Belka.

Przedterminowe wykupy na rynku Catalyst w 2016 roku

W ubiegłym roku wykupionych zostało łącznie 98 serii obligacji, pochodzących od 69 emitentów. Ich łączna wartość wyniosła 3,9 mld zł. Spośród wszystkich wykupów, 27 stanowiły wykupy przedterminowe. 22 spółki zdecydowały się skorzystać z zapisanej w warunkach emisji obligacji możliwości dokonania przedterminowego wykupu na żądanie emitenta – czyli tzw. opcji call, zmniejszając tym samym całkowity outstanding obligacji korporacyjnych o niemal 1,3 mld zł. Stanowi to niecałe 2 proc. łącznej wartości obligacji korporacyjnych notowanych na Catalyst, która na koniec 2016 roku wynosiła prawie 69 mld zł. Największy wartościowy udział w przedterminowych wykupach obligacji korporacyjnych miał Aero2 (d. Midas) – spółka wchodząca w skład grupy kapitałowej Cyfrowy Polsat, która wycofała z obiegu obligacje zerokuponowe o wartości nominalnej ponad 580 mln zł. Prawie połowa wszystkich przedterminowych wykupów następuje na nie więcej niż rok przed datą zapadalności.

Do przedterminowych wykupów może dojść nie tylko w wyniku decyzji spółki. Emitent ma obowiązek wykupić obligacje w następstwie złamania kowenantów, czyli warunków jakie zobowiązuje się spełniać by w dodatkowy sposób chronić interesy obligatariuszy – gdy tylko zgłoszą oni takie żądanie. Emitent, by nie dopuścić do naruszenia kowenantów, może dążyć do zmiany warunków emisji. Z takim przypadkiem mieliśmy do czynienia np. we wrześniu ubiegłego roku, kiedy Integer.pl zaproponował by nie testować wskaźnika dług netto/EBITDA. Spośród analizowanych emisji – wykupionych przedterminowo w 2016 roku, prawie wszystkie spółki dawały obligatariuszom możliwość żądania wcześniejszego wykupu. Mimo to, na Catalyst można odnotować zaledwie kilka przypadków, kiedy obligacje zostały wykupione wskutek żądania obligatariuszy.

Emitenci dokonują przedterminowych wykupów z wielu powodów. Najczęstszym z nich jest możliwość zrefinansowania zadłużenia – zastąpienia starego długu nowym, na korzystniejszych warunkach. Z takim wydarzeniem mieliśmy m. in. do czynienia w grudniu ubiegłego roku, kiedy Vantage Development wykupił obligacje serii H na niemal cztery miesiące przed datą zapadalności, których marża wynosiła 5 proc. ponad WIBOR i po części zastąpił je nowo wyemitowanymi obligacjami serii O, których marża była już niższa o 85 punktów bazowych. Ta sama spółka dokonała niegdyś przedterminowego wykupu obligacji serii E z racji zbyt restrykcyjnych kowenantów – co jest kolejną przyczyną, dla której spółki korzystają z opcji call. Zabezpieczenie obligacji zwiększa prawdopodobieństwo dokonania przedterminowego wykupu – spółka chcąc wykorzystać pewne zasoby potrzebuje np. zwolnić hipotekę.

Na Catalyst występuje na tyle dużo przedterminowych wykupów, że nie można sobie pozwolić na zignorowanie ryzyka jakie się z nimi wiąże. Należy pamiętać, że przedterminowy wykup może mieć istotny wpływ na wynik inwestycji. Rozważmy sytuację, w której inwestor nabywa obligacje po cenie rynkowej powyżej nominału, a następnie spółka podaje informację o dokonaniu przedterminowego wykupu. Obligacje zostaną wykupione po cenie nominalnej, czyli poniżej tej, po której inwestor kupił papier. Nawet gdy emitent, w zamian za skorzystanie z opcji call, wypłaca premię (nie jest to regułą), może to nie być wystarczające by skompensować stratę z tytułu różnicy pomiędzy ceną po jakiej inwestor nabył obligację, a wartością po jakiej obligacja została wykupiona. Okazuje się zatem, że taka inwestycja może nie tyle nie przynieść zysku, co nawet wygenerować stratę, dlatego zawsze przed podjęciem decyzji inwestycyjnej warto dokładnie zapoznać się z warunkami emisji obligacji, oraz zwrócić uwagę na zapis dotyczący możliwości dokonania przedterminowego wykupu na żądanie emitenta.

Maciej Kostański, Michael Ström

Dziś decyzja Banku Kanady i protokół FOMC

EUR/USD zrealizował plan minimum i brak świeżych katalizatorów do wzrostów skłania do redukcji pozycji. Moody’s ściął rating Chin, ale perspektywa jest stabilna, a problemy zadłużeniowe Państwa Środka nie są niczym nowym i rynek szybko otrząsnął się z informacji. Dziś decyzja Banku Kanady i protokół FOMC.

EUR/USD osiągnął swój cel. Nie w idealny sposób, ale 1,13 (szczyt po ogłoszeniu zwycięstwa Trumpa w wyborach prezydenckich w listopadzie) był wczoraj na wyciagnięcie ręki. Możemy się tam jeszcze raz znaleźć (jeśli pojawią się nowe rewelacje w temacie Trumpa/FBI/Rosja), ale na razie rynek jest w fazie, że plan minimum został zrealizowany i pytanie – co dalej? Pesymizm wokół USD i polityki Trumpa jest dalej obecny, choć mocno zdyskontowany. Bez świeżego impulsu nagromadzone pozycje stają się wrażliwe na jakiekolwiek przebłyski optymizmu. Wczorajsze umocnienie USD i odbicie rentowności obligacji skarbowych USA może być tylko oznaką redukcji pozycjonowania, a inwestorzy starają się pozostać ostrożni na wypadek „niespodzianek”. Katalizatorem może być publikowany wieczorem protokół FOMC, choć w obliczu bieżących wydarzeń opinia Fed z początku maja wydaje się już nieaktualna. Mało realne, aby minutki wpłynęły na oczekiwania na czerwcową podwyżkę stóp procentowych (wczoraj P. Harker z Fed Filadelfii powiedział, że jest to „bardzo prawdopodobne”). Mimo to interesujące będzie, czy członkowie Komitetu szerzej dyskutują nad strategią redukcji sumy bilansowej (nagromadzonej przez programy skupu aktywów) – im szybciej, tym lepiej(dla USD. Z drugiej strony, jeśli ostatnie spowolnienie inflacji dla części członków jest argumentem za przyhamowaniem normalizacji, będzie to gołębi sygnał. Ogólne jednak nie oczekujemy silnej reakcji.

Co jest bardziej interesujące w kontekście przyszłości EUR/USD, to gdzie powędrują oczekiwania w stosunku do EUR? Tło makroekonomiczne jest bardzo dobre (vide PMI najwyższy od sześciu lat), a przy wyparowaniu ryzyka politycznego kapitał ciągnie z zagranicy na europejski rynek akcji. Jednak głównym motorem siły waluty są oczekiwania względem polityki ECB. W mojej ocenie wygórowane. Popieram bazowy scenariusz dla zakończenia programu QE do czerwca 2018 r., ale dlaczego rynek wycenia pierwszą podwyżkę już za 12 miesięcy? Wczoraj Benoit Coeure z ECB przypomniał, że polityka banku pozostaje sekwencyjna i podwyżki stóp nie zaczną się jeszcze przez długi czas po programie skupu aktywów. Jestem zdania, że prezes Draghi po czerwcowym posiedzeniu ECB (8 czerwca) rozczaruje co bardziej agresywnych kupujących EUR.

Moody’s ściął Chinom rating o jeden stopień z Aa3 do A1, pierwszy raz od 1989 r., a jako powód podał ryzyka związane z rosnącym zadłużeniem. Jednak reakcja rynku była stonowana: Shanghai Composite ostatecznie wyciągnął się ze spadków, a AUD/USD jest niżej tylko o 20 pipsów. Decyzja ma małe pole rażenia z uwagi na ograniczenia dla inwestorów zagranicznych do nabywania chińskich aktywów (niskie ryzyko wyprzedaży po decyzji). Dodatkowo obniżka ratingu nie grozi porzucaniu chińskich obligacji przez fundusze dłużne, które wymagają minimalnego ratingu dwa stopnie poniżej obcego dla Chin. Choć decyzja Moody’s może obudzić dyskusję o strukturalnych problemach Chin, nie jest to temat nowy, a z uwagi na to, że perspektywa ratingu u Moody’s i Fitch jest stabilna, nie ma ryzyka dalszych cięć.

Dziś w kalendarzu wspominany już FOMC, a ponadto z USA mamy dane z rynku nieruchomości z drugorzędnym znaczeniem dla USD. Od Banku Kanady oczekujemy utrzymania głównej stopy procentowej na 0,5 proc. i neutralnego komunikatu. Ostatnie dane makro z Kanady tworzą warunki do złagodzenia nastawienia, choć już poprzednio ton komunikatu był wyjątkowo ostrożny, więc szanse na bardziej gołębi wydźwięk są niewielkie. Dla CAD ważniejsze niż BoC mogą być wydarzenia wokół ropy naftowej i czwartkowego posiedzenia OPEC. W Europie mamy przemówienia Draghiego i Praeta z ECB.

Konrad Białas, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sektor Podróże i Turystyka tnie wydatki reklamowe

W pierwszym kwartale 2017 roku reklamodawcy z sektora Podróże i Turystyka (PiT) przeznaczyli na promocję blisko 40,4 mln zł, o około 6 mln mniej niż rok wcześniej, co stanowi spadek o ok. 13% – pokazuje analiza domu mediowego Codemedia. Najwięcej na reklamę wydała branża gastronomiczna – 17,2 mln zł (43% SOS całego sektora PiT), przed biurami podróży (8,0 mln zł, 20% SOS) i miejscami noclegowymi (7,2 mln zł, 18% SOS). Pozostałe 19% SOS wygenerowały branże: transport publiczny/koleje/linie lotnicze i promocja regionów turystycznych. Lider reklamodawców sektora PiT – McDonald’s, w odróżnieniu od ogółu reklamodawców, którzy najchętniej wybierali reklamę w telewizji, postawił w pierwszym kwartale 2017 roku na promocję w kinach i wydał na nią ponad połowę budżetu reklamowego.

Branże

Codemedia_wydatki_reklamowe_podroze_i_turystyka_Q1_2017_podzial_na_branzeW branży gastronomicznej za ponad połowę inwestycji odpowiadali: McDonald’s Polska oraz Amrest. Wśród biur podróży wyróżniały się pod względem wydatków: Rainbow Tours i Nowa Itaka (blisko 54% SOS tej branży). W branży miejsca noclegowe dominowała Grupa Hotelowa Orbis (22% SOS tej branży). W transporcie publicznym/kolejach/liniach lotniczych największe wydatki pochodziły od linii lotniczych, gdzie dominował The Emirates Group (22% SOS badanej branży).  W większości branż sektora PiT w Q1 2017 (w ujęciu rdr) dominowały spadki wydatków – największe dla branż: transport publiczny/koleje/linie lotnicze (-41%), biura podróży (-21%), gastronomia (-7%). Jedyną branżą z dużym wzrostem wydatków były miejsca noclegowe, wśród których dominowały hotele (+35%).

Turystyka to jedna z najszybciej rozwijających się gałęzi gospodarki w Polsce z estymowanym udziałem w PKB na poziomie ok. 5–6% (w 2015 roku), jednak z wciąż mało docenianą rolą. Co ciekawe – pomimo ogólnie dominujących spadków wydatków w całym sektorze PiT jak i poszczególnych jego branżach w Q1 2017 w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku – większość dominujących reklamodawców w każdej z branż przeznaczyło w tym okresie coraz większe budżety na promocję. Z dużych reklamodawców wydatki ograniczyli jedynie: Amrest (branża gastronomia), Neckermann Polska Biuro Podróży (branża biura podróży) i PKP Intercity (branża transport/koleje/linie lotnicze). Oznacza to, że za spadkami wydatków całego sektora PiT stoją głównie średni i mali gracze, którzy mogli wstrzymać wydatki z uwagi na niepewną sytuację gospodarczą, która od początku 2017 r. zaczyna się stopniowo poprawiać. Gracze ci mogą uaktywnić się jeszcze reklamowo w dalszej części roku – mówi Szczepan Okła, Group Account Director, Codemedia.

Reklamodawcy

Liderem sektora turystyka pod względem wydatków na reklamę w pierwszym kwartale 2017 roku był  McDonald’s (właściciel takich brandów jak: KFC, Pizza Hut, Burger King i Starbucks), który przeznaczył na promocję 6,3 mln zł, o 17% więcej niż w analogicznym okresie w 2016 roku. Za nim uplasował się Amrest z inwestycjami na poziomie 4,5 mln zł, który spadł z pierwszej pozycji w zestawieniu TOP 5 reklamodawców branży. W porównaniu rok do roku wydał na reklamę mniej o 26%.

Na trzecim miejscu znalazł się Rainbow Tours z wydatkami na poziomie 2,2 mln zł, co stanowi wzrost o 25% w stosunku do inwestycji na reklamę w pierwszym kwartale 2016 roku. Na kolejnych pozycjach uplasowały się: Nowa Itaka (2,1 mln zł, +373%), Orbis Grupa Hotelowa (1,6 mln zł, +127%), The Emirates Group (1,3 mln zł, +47%), Wśród TOP 10 największych reklamodawców sektora największy procentowy wzrost wydatków na promocję zanotowała Ikea Polska – jednak jest to efekt wzrostu z tzw. niskiej bazy w roku poprzednim.

Warto wskazać, że w Q1 2017 w ujęciu rdr udział dziesięciu największych reklamodawców w wydatkach całego sektora PiT wzrósł z 37% do blisko 53% SOS (+4,37 mln zł).

Media

Codemedia_wydatki_reklamowe_podroze_i_turystyka_Q1_2017_podzial_na_mediaW media miksie wydatków sektora Podróże i  Turystyka w pierwszym kwartale 2017 roku na pierwszym miejscu uplasowała się telewizja z udziałem na poziomie 24%. Na drugiej pozycji znalazł się internet – 20%, a na trzeciej radio – 16%.

W porównaniu rok do roku największy spadek udziału zanotowały: telewizja – 8 punktów procentowych i OOH – 6 punktów procentowych, a największy wzrost: kina – 9 punktów procentowych i radio – 5 punktów procentowych

W zależności od branży w różny sposób rozkładają się również wydatki na poszczególne media. Reklamodawcy z branży gastronomicznej wybierali przede wszystkim w reklamę w telewizji i w kinach (62% SOS branży generowanych przez te dwa media), biura podróży skupiały się na reklamie w TV, w internecie i w radio (72% SOS), reklamodawcy miejsc noclegowych preferowali internet i magazyny (81% SOS).

Powodem takich różnic w rozłożeniu wydatków reklamowych na media w poszczególnych branżach jest przede wszystkim specyfika różnych grup docelowych i charakteru biznesu każdej z tych branż – mówi Szczepan Okła, Group Account Director, Codemedia. – Gastronomia to przede wszystkim duże sieci restauracji opierające swoje działania na silnych międzynarodowych markach promowanych ogólnopolsko, a także lokalnemu wsparciu sprzedaży w swoich lokalach i kampaniach adresowanych do młodych ludzi. Biura podróży kojarzone są przede wszystkim z agresywną reklamą ofert First i Last Minute bazującą na dużym ruchu kierowanym do sieci (sprzedaż ofert głównie przez internet). Miejsca noclegowe zaś to w większości przypadków międzynarodowe i krajowe sieci hoteli adresujące swoją ofertę to osób nieco starszych i preferujących wyjazdy krajowe: rodzin z dziećmi lub przedstawicieli biznesu (konferencje, imprezy integracyjne). Dodatkowo warto podkreślić, że w większości przypadków powyższe branże komunikują produkty komplementarne dla klienta, reklamodawcom reprezentującym te branże powinno więc szczególnie zależeć na aktywnym współdziałaniu w tworzeniu pełnego produktu turystycznego, czego efektem będzie dotarcie zarówno do klienta krajowego, jak i zachęcenie do korzystania z reklamowanych usług turystów zagranicznych. 

Analiza została przygotowana przez dom mediowy Codemedia na podstawie unettowionych danych Kantar Media.

Raport EY: rekordowa liczba inwestycji zagranicznych w Polsce i Europie

W 2016 r. w Europie ogłoszono rekordową liczbę Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych, które wiążą się z powstaniem nowych miejsc pracy i nakładami na środki trwałe. W minionym roku na Starym Kontynencie odnotowano 5 845 nowych projektów, co oznacza wzrost o 15% rdr. Na inwestycje te przypada co najmniej 259 673 miejsc pracy – to wzrost o 19% rdr. Trzema najpopularniejszymi kierunkami inwestycyjnymi były: Wielka Brytania, Niemcy i Francja, w których zlokalizowano ponad połowę (51%) nowych projektów. Po raz pierwszy od 2008 r. w pierwszej piątce najpopularniejszych europejskich kierunków dla inwestorów zagranicznych znalazła się Polska. Takie dane płyną z najnowszego raportu firmy doradczej EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy” (European Attractiveness Survey). Wkrótce EY Polska opublikuje szczegółowy raport „Atrakcyjność inwestycyjna Polski”, w którym zbadano postrzeganie naszego kraju przez inwestorów zagranicznych.

Rok 2016 okazał się dobrym czasem dla Europy pod względem liczby Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych (BIZ), które wiążą się z powstaniem nowych miejsc pracy i nakładami na środki trwałe. Liderami wzrostu są Szwecja, Włochy i Czechy. W tych krajach odnotowano odpowiednio o 76%, 62% i 57% rdr więcej nowych projektów. Z kolei tylko w 3 krajach spośród europejskiego Top 20 – w Holandii, Belgii i Szwajcarii – było mniej inwestycji zagranicznych niż rok wcześniej. Pomimo dobrych wyników, geopolityczne i makroekonomiczne wyzwania, które stają przed kontynentem z ponad 500 milionami konsumentów i 30 milionami firm, odbijają się na nastrojach inwestorów, zwłaszcza w perspektywie krótkoterminowej. Świadczy o tym fakt, że jedynie 28% ankietowanych przez EY inwestorów planuje rozszerzyć obecność w Europie w kolejnym roku (spadek z 32% rok wcześniej). W ocenie inwestorów zagranicznych termin oczekiwanego powrotu do zrównoważonego wzrostu gospodarczego w Europie nieco się przesunął. O 11 pkt. proc. zmniejszyła się liczba respondentów oczekujących poprawy w terminie krótszym niż 5 lat – z 53% w 2015 r. do 42%, wzrosła natomiast odpowiednio liczba respondentów oczekujących poprawy w terminie dłuższym.

Nowe miejsca pracy – widoczny efekt BIZ

Europa, a zwłaszcza jej część Środkowo-Wschodnia, odnotowała silny wzrost w liczbie nowych miejsc pracy tworzonych w związku z ogłoszonymi BIZ. Nasza część kontynentu odpowiada za ponad połowę (52%) wszystkich nowych miejsc pracy związanych z projektami inwestycyjnymi w 2016 r. Rekordziści to Ukraina (wzrost o 435%) i Mołdawia (wzrost o 220%). Jeśli jednak chodzi o liczby bezwzględne – liderem jest Wielka Brytania. Na Wyspach, pomimo zbliżającej się wizji Brexitu, dzięki inwestycjom ma powstać 43 165 nowych miejsc pracy. Warto jednak zwrócić uwagę, że ten wynik jest tylko o 2% lepszy niż rok wcześniej – to zdecydowanie najniższe tempo wzrostu wśród krajów pierwszej europejskiej dziesiątki. Drugie miejsce w całej Europie i pierwsze w regionie zajęła Polska, w której na nowe BIZ przypada 22 074 stanowisk pracy (wzrost o 12% rdr). Za nimi, w gronie krajów, w których ogłoszono powstanie więcej niż 15 tysięcy nowych miejsc pracy, znalazły się także: Niemcy, Rumunia, Francja, Serbia i Rosja.

– Ćwierć miliona nowych miejsc pracy, tworzonych dzięki nowym inwestycjom zagranicznym w samym tylko 2016 roku to wynik, którego należy Europie pogratulować. Zwłaszcza, że był to okres, w którym wieszczono czas spadku inwestycji i stagnacji gospodarczej z powodu geopolityki. Inwestorzy odpowiedzieli na to rekordową aktywnością i zwiększonym poziomem zaangażowania na kontynencie. To wyraźny sygnał do decydentów kształtujących politykę europejską – biznes wierzy, że nasz kontynent powrócił na ścieżkę wzrostu i gospodarka europejska dobrze funkcjonuje, choć jeszcze w sposób niedoskonały, nierównomierny i nie do końca stabilny – mówi Paweł Tynel, Partner EY i lider Grupy Zarządzania Innowacjami EY. – Warto podkreślić, że w latach 2012-2016 BIZ w Europie wygenerowały – zgodnie z naszymi szacunkami – ponad milion nowych miejsc pracy. To potwierdzenie wiary inwestorów w Stary Kontynent, pomimo licznych wewnętrznych kłopotów – dodaje Paweł Tynel.

USA – największym europejskim inwestorem zagranicznym

Co piąty nowy projekt w Europie został w 2016 r. wygenerowany przez inwestorów ze Stanów Zjednoczonych Ameryki bądź Kanady. To firmy z Ameryki Północnej okazały się największymi inwestorami zagranicznymi (spoza Europy) na naszym kontynencie. Z nimi bowiem związanych było w minionym roku 1 310 projektów (22% całości). Jednak laur największego inwestora należy do firm europejskich – aż 3 272 nowe projekty (56% całości) odnotowane w 2016 r. były związane z wewnątrzwspólnotowymi inwestycjami bezpośrednimi, a z nimi 138 431 nowych miejsc pracy. Analizując poszczególne państwa, w generowaniu BIZ w innych krajach prym wiodły Niemcy (651 projektów poza własnym krajem), Francja (346), Wielka Brytania (335), Szwajcaria (289) i Włochy (187).

Trzecim inwestorem zagranicznym w Europie w ubiegłym roku okazały się Chiny, które zwiększyły swoje zaangażowanie biznesowe o jedną czwartą. Chińskie przedsiębiorstwa ogłosiły na naszym kontynencie 297 projektów, z którymi wiąże się 7 919 miejsc pracy. Warto zaznaczyć, że dwie trzecie projektów chińskich firm dotyczyło inwestycji w przedsiębiorstwa działające w obszarze sprzedaży i marketingu. Inwestorzy z Państwa Środka pozostawali również aktywni w sektorze produkcji.

Europa silna usługami i produkcją

W ubiegłym roku w sektorze usług biznesowych i rozwoju oprogramowania odnotowano razem jedną czwartą wszystkich nowych projektów BIZ w Europie. O sile europejskiej transformacji cyfrowej świadczy fakt, że to sektor rozwoju oprogramowania okazał się w 2016 r. największym źródłem realizacji projektów z kapitałem zagranicznym w Europie, generując 780 projektów. Jednak to w usługach biznesowych nastąpił największy wzrost rok do roku – aż o 47%. Patrząc na nowe miejsca pracy, na inwestycje w usługi biznesowe w Europie przypada ich aż 27 513, osiągając niemalże stuprocentowy (98%) wzrost rdr. Jednak najwięcej miejsc pracy wiąże się z inwestycjami w sektorze motoryzacyjnym – aż 60 249 (wzrost o 64%).

O sile naszego kontynentu wciąż stanowi produkcja. W tym sektorze powstało bowiem 1 538 projektów BIZ (29% całości). Zagłębiem produkcyjnym Europy nadal pozostaje jej część środkowo-wschodnia. To tutaj powstało 755 projektów z tej branży. Stanowi to niemalże połowę (49%) wszystkich projektów produkcyjnych na Starym Kontynencie.

Inwestorzy wierzą w Europę

Pytana o prawdopodobny wpływ Brexitu na działalność ich przedsiębiorstw, zdecydowana większość (80%) inwestorów już obecnych w Europie twierdzi, że wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, nie skłania ich do przygotowywania planów relokacji biznesu. Potwierdzają to dane – wśród BIZ w 2016 r. 68% stanowiły nowe projekty, 30% to powiększanie istniejących inwestycje, a zaledwie 2% to zmiana lokalizacji biznesu. Równocześnie jednak zagraniczni przedsiębiorcy podkreślają obawy związane z ewentualnymi konsekwencjami podatkowymi, administracyjnymi i regulacyjnymi. Pomimo niepewności wobec klimatu geopolitycznego, 65% ankietowanych przez EY optymistycznie wyraża się o przyszłości Unii Europejskiej. Potwierdzają, że swobodny przepływ towarów i usług, kapitału oraz pracowników w 28 państwach członkowskich UE nadal zapewnia atrakcyjne środowisko do rozwoju przedsiębiorstw i inwestowania.

Inwestycyjne miejsce Polski w Europie

Raport EY potwierdza silną pozycję Polski na inwestycyjnej mapie Europy, nie tylko naszego regionu. W 2016 r. w naszym kraju ogłoszono 256 nowych projektów BIZ. To wzrost o 21% z 211 projektów rok wcześniej. Na te inwestycje przypada w Polsce co najmniej 22 074 miejsc pracy – wzrost o 12% z 19 651 w 2015 r. W obu kategoriach okazaliśmy się niekwestionowanym liderem Europy Środkowo-Wschodniej. Również Warszawa odnotowała wzrost, jako jedno z najbardziej atrakcyjnych miast kontynentu. W pierwszej trójce atrakcyjnych inwestycyjnie lokalizacji stolicę Polski wskazało 8% badanych przez EY – o 4 pkt. proc. więcej niż rok wcześniej. Więcej informacji na temat pozycji Polski na inwestycyjnej mapie Europy w raporcie EY „Atrakcyjność inwestycyjna Polski”, który ukaże się wkrótce.

O raporcie EY „Atrakcyjność Inwestycyjna Europy 2017”

Badanie EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy 2017” (European Attractiveness Survey: Investors vote “remain” in Europe) składa się z dwóch części: danych gromadzonych w ramach EY Global Investment Monitor o inwestycjach zagranicznych w Europie w roku 2016 (z wyłączeniem inwestycji portfelowych oraz fuzji i przejęć) oraz badania postrzegania przez inwestorów zagranicznych poszczególnych krajów oraz miast. Dokładność danych potwierdzana jest telefonicznie bezpośrednio u inwestorów. W badaniu zidentyfikowano w Europie w 2016 roku 5 845 nowych Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych. Badanie ankietowe zostało przeprowadzone w marcu 2017 r. Na pytania EY dotyczące postrzegania atrakcyjności Europy odpowiedziało 505 respondentów – decydentów biznesowych odpowiedzialnych za inwestycje.

Złoto już pod oporem

Wczorajszy dzień na rynku walutowym należał do dolara amerykańskiego. Zmiany były raczej niewielkie. Nieznaczne spadki odnotowano na rynku metali. Ceny ropy naftowej wyszły na koniec sesji na plus.

Na rynku polskim złoty uległ presji zarówno dolara jak i euro. Główny indeks giełdowy WIG20 odnotował pokaźne spadki, tracąc na koniec dnia ponad 1.5%. Tym samym zbliżył się do ważnej bariery wsparcia na wysokości 2300 pkt. Tymczasem za oceanem agencja Moody’s obniżyła rating kredytowy Chin. To pierwsza sytuacja tego typu od 30 lat. Według agencji tempo rozwoju chińskiej gospodarki będzie słabło w najbliższych latach, a dług będzie narastał, stwarzając problem.

Indeksy giełdowe w Azji zareagowały na to różnie i praktycznie jedynie w Chinach zakończyły dzień na minusie. O ile wczorajszy dzień pełen był publikacji makroekonomicznych (głównie indeksy PMI) o tyle dziś będzie ich już mniej. Inwestorzy czekać będą z pewnością jednak na posiedzenie Banku Kanady, którego decyzję poznamy o godzinie 16:00. Oczekuje się, iż oprocentowanie pozostanie na niezmienionym poziomie. O 20:00 poznamy protokół z ostatniego posiedzenia Fed.

Złoto już pod oporem 9

Rynek złota zatrzymał swe odbicie na wysokości 1260$, tuż pod górną linią kanału spadkowego. Wskaźnik RSI ciągle utrzymuje się ponad pułapem 50pkt, więc powrót do spadków nie jest przesądzony. Jeśli jednak RSI zejdzie niżej, rynek mógłby wrócić na 1200$, a nawet na 1180$. Oporem jest obszar 1275$-1280$.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

W jaki sposób fundusze venture capital zabezpieczają drogę wyjścia z inwestycji?

Przedsiębiorcy pozyskujący wsparcie funduszu venture capital muszą pamiętać, że tego typu inwestor – przystępując do spółki – z góry określa czas trwania współpracy. Mało tego – określa również sposób i warunki wyjścia z inwestycji.  Dlatego tak ważne jest, by przedsiębiorca już na etapie omawiania umowy inwestycyjnej miał tego świadomość i wynegocjował ofertę współpracy najlepszą dla swojej firmy.  

Projekty zarządzane przez kompetentny i doświadczony zespół, odznaczające się dużym potencjałem wzrostu oraz pozwalające na wyjście z inwestycji z jednoczesnym zyskiem – to one mają największą szansę na pozyskanie inwestora w postaci funduszu venture capital. W zależności od prowadzonej polityki inwestycyjnej, współpraca przy projekcie trwa od trzech do siedmiu lat.  Po tym okresie przychodzi czas wycofania się z inwestycji. Fundusze przewidują różne warianty zakończenia inwestycji i proponują odpowiednie zapisy w umowie inwestycyjnej. Jakie zatem klauzule są najczęściej stosowane?

Prawo przyłączenia (Tag – Along)

Jedną z klauzul stosowanych w umowach jest prawo przyłączenia się do transakcji sprzedaży udziałów, realizowanej przez któregokolwiek z pozostałych udziałowców. – Taka klauzula zabezpiecza przed sytuacją, w której na przykład inwestor branżowy wykupuje pakiet kontrolny udziałów od pozostałych udziałowców, a fundusz zostaje ze swoim pakietem udziałów mniejszościowych, bez możliwości zrealizowania swojego zwrotu – tłumaczy Krystyna Kalinowska, Dyrektor Inwestycyjny z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego. Prawo przyłączenia jest bardzo korzystne dla założycieli, ponieważ często, gdy inwestor znajduje nabywcę swoich udziałów właściciel ma okazję sprzedać udziały na korzystnych warunkach.

Prawo pociągnięcia do sprzedaży (Drag – Along)

Kolejną klauzulą stosowaną w umowach pomiędzy inwestorem a przedsiębiorcą jest prawo pociągnięcia do sprzedaży. W ramach umowy wspólnicy zobowiązują się po upływie określonego czasu do sprzedaży swoich udziałów na takich samych warunkach, jak te zaproponowane funduszowi venture capital. Klauzula umożliwia poszukiwanie nabywcy spółki przez fundusz i w przypadku uzyskania satysfakcjonującej oferty zobowiązanie pozostałych wspólników do sprzedaży również swoich udziałów. Z punktu widzenia założycieli jest to mniej korzystna sytuacja, gdyż pozbawiają się oni prawa do decyzji o momencie wyjścia oraz o wycenie swoich udziałów.

Opcja odkupu udziałów funduszu przez pozostałych udziałowców (Opcja put)

Opcja put w umowach inwestycyjnych dotyczy sytuacji, gdy strony umawiają się, że po upływie określonego czasu inwestor może skierować do pozostałych udziałowców żądanie odkupu swoich udziałów po z góry ustalonej cenie. – Taka klauzula jest zwykle stosowana na wypadek niezbyt udanej inwestycji. Nie jest ona korzystna dla założyciela, ponieważ niesie ze sobą ryzyko konieczności zwrotu zainwestowanych przez fundusz środków – wyjaśnia Krystyna Kalinowska.

Umorzenie udziałów

Taki sposób wyjścia z inwestycji polega na odkupieniu udziałów przez spółkę w celu umorzenia. Wiąże się to z koniecznością wygenerowania przez spółkę odpowiednich środków, z których umorzenie można sfinansować. Poprzez taką klauzulę inwestorzy zabezpieczają swoją pozycję w przypadku, gdy preferowane wyjście kapitałowe, na przykład sprzedaż udziałów, jest niemożliwe.

Prawo do przeprowadzenia IPO

Jedną z metod zabezpieczenia drogi z inwestycji jest prawo do przeprowadzenia IPO. Polega ono na tym, że po upływie określonego czasu fundusz venture capital ma prawo do zainicjowania procesu wprowadzenia spółki na giełdę papierów wartościowych. Spółkę na giełdę wprowadza fundusz wraz z zarządem spółki.

Każdy przedsiębiorca, który chce pozyskać wsparcie od jednego z funduszy venture capital powinien wiedzieć, w jaki sposób zabezpieczają one zwykle drogę wyjścia z inwestycji. Istnieją różne możliwości, dlatego warto się z nimi zapoznać przed przystąpieniem do negocjacji warunków transakcji.

Rynek pracy nie przetrwa bez millenialsów. Za 10 lat to oni będą głównym motorem napędowym gospodarki

Jak twierdzi A. Carvelli, młodzi Polacy mogą bez obaw szukać dobrej posady dotąd, aż ją znajdą. Najpóźniej po pół roku pracy w danej firmie powinni wiedzieć, jakie mają szanse na awans, by zdecydować, czy chcą w niej zostać. Ekspert też uważa, że osoby, które często zmieniają pracę, nie muszą bać się o swoją karierę.

Członek Zarządu i Country Manager w międzynarodowej agencji pracy Gi Group, zwraca uwagę, że polscy pracodawcy i rekruterzy powoli zaczynają doceniać millenialsów, którzy często zmieniają pracę. Przez całe lata, tacy kandydaci w ogóle nie byli brani pod uwagę, zwłaszcza na poważne stanowiska. Postrzegano ich w bardzo negatywny sposób, jako niezdecydowanych i niegodnych zaufania. Jednak, jak wynika z obserwacji eksperta, w ostatnim czasie zaczęto dostrzegać determinację i ambicję młodych ludzi, uparcie szukających właściwego miejsca do rozwoju zawodowego.

– W końcu przedsiębiorcy zdają sobie sprawę z tego, że duża część pracodawców w Polsce nie potrafi zagwarantować swoim pracownikom odpowiedniego środowiska pracy, a tym bardziej dopasować ich kompetencji do potrzeb firmy. Zatem częsta zmiana pracy przestaje być postrzegana w kategorii życiowej porażki młodego, pełnego energii, człowieka, który chce się realizować. Jest już oczywiste, że rynek potrzebuje ambitnych osób. I każda z nich powinna mieć pełną satysfakcję z wykonywanych obowiązków. Znalezienie dobrego miejsca dla siebie to tylko kwestia czasu – mówi Antonio Carvelli.

Zdaniem włoskiego eksperta, przy zmianie posady millenialsi zwracają uwagę m.in. na etykę firmy, środowisko pracy i elastyczne godziny pracy. Wielu z nich woli pracować w domu lub kawiarni, niż w biurze. Młodzi ludzie potrzebują czuć się wolni. Wtedy mogą uzewnętrzniać cały swój potencjał i kreatywność. Antonio Carvelli uważa, że forma zatrudnienia nie ma dla nich znaczenia. Najważniejszy jest rodzaj realizowanych zadań i możliwość rozwoju. Maksymalnie po pół roku pracownicy muszą już wiedzieć, jak szybko mogą awansować. Jednak to powinno być jasno opisane w umowie.

– Urodzeni w latach 1977-1990 cechują się bogatym doświadczeniem zawodowym w różnych branżach. Znają i cenią swoją wartość. Pracodawcy zaczęli zmieniać do nich nastawienie, gdy w Polsce wykształcił się rynek pracownika. Dwa lata temu rozpoczęła się hossa dla kandydatów do pracy. Zeszły rok był absolutnie przełomowy, ze względu na historyczny spadek stopy bezrobocia. Obecnie widać, że zatrudniane osoby są traktowane z coraz większym zrozumieniem i szacunkiem dla ich oczekiwań, w nowoczesnych firmach wręcz po partnersku – wyjaśnia Antonio Carvelli.

Ekspert dodaje, że millenialsi w różnych krajach Europy są do siebie podobni. Uczestniczyli w tych bowiem samych przemianach społecznych i kulturowych, związanych np. z rozwojem Internetu i nowych technologii. „Fala millenijna”, którą Antonio Carvelli określa wzrostem znaczenia reprezentantów pokolenia Y w działalności gospodarczej przedsiębiorstw, przetoczyła się przez Stary Kontynent od Zachodu na Wschód. We Włoszech, skąd pochodzi ekspert, ten trend również miał miejsce, tylko 5-6 lat temu. W Polsce właśnie się rozwija.

– Tutejszym pracodawcom ciągle jeszcze brakuje zaufania do młodych ludzi, ale muszą go nabrać. Nie mają innego wyjścia, bowiem za 10 lat millenialsi będą silnikiem napędowym całej gospodarki. Już teraz stanowią tzw. „core business”, czyli istotną część wielu polskich firm. W wielu branżach dyrektor ok. 30  roku życia już nikogo nie dziwi. Pokolenie Y nabrało rozpędu i coraz częściej obejmuje najwyższe kierownicze stanowiska. Wiek przestał mieć już znaczenie. Przedsiębiorcy muszą myśleć właśnie w ten sposób, aby optymalizować zasoby kadrowe i w pełni wykorzystywać potencjał ludzki – przypomina Antonio Carvelli.

Jak zauważa ekspert z Gi Group, większość pracodawców w Polsce jeszcze nie myśli zbyt postępowo i pozytywnie o millienialsach, którzy nie godzą się na niesatysfakcjonujące ich warunki pracy. Szczególnie starsze pokolenie często odbiera młodych pracowników jako kapryśnych i egoistycznych. Jednak, Antonio Carvelli uważa, że nawet jeśli przedsiębiorca nie chce zmieniać swojego sposobu postrzegania rzeczywistości, to wkrótce rynek wymusi na nim nowe podejście do zarządzania załogą firmy. Siłą rzeczy, nie da się przecież prowadzić przedsiębiorstwa bez pracowników.

– Może okazać się, że kandydaci do pracy masowo wybiorą zakładanie startupów, zamiast pracę w firmach niespełniających ich oczekiwań. Korporacje będą miały spory problem w pozyskiwaniu osób na ważne stanowiska. Prawdopodobny jest również dalszy „odpływ” talentów poza granice Polski. Wynika to z tego, że millenialsi coraz częściej łączą swoją ścieżki zawodowe z międzynarodowym środowiskiem. Dobry pracownik już dziś okazuje się być na wagę złota. Dlatego, należy zapewnić mu godne warunki zatrudnienia i wsparcie kompetencyjne – doradza Antonio Carvelli.

Polskie banki jednymi z najbardziej innowacyjnych w Europie. W rozwoju cyfryzacji przeszkadzają im hakerzy i nowe regulacje prawne

Polskie banki jednymi z najbardziej innowacyjnych w Europie. W rozwoju cyfryzacji przeszkadzają im hakerzy i nowe regulacje prawne 10

Digitalizacja i wdrażanie cyfrowych rozwiązań to obecnie priorytety sektora bankowego. Rosnące wymagania klientów i rozwój start-upów z branży fintech zmuszają banki do szukania innowacji, optymalizowania procesów i wdrażania nowych rozwiązań. Cyfrową transformację utrudniają im jednak nowe europejskie regulacje oraz cyberzagrożenia i ataki hakerskie. Bezpieczeństwo danych jest w tej chwili jednym z największych wyzwań dla banków, które są na etapie wdrażania cyfrowej strategii. 

– Sektor bankowy skupia się w tej chwili głównie na digitalizacji i optymalizacji swoich procesów. Udostępnienie klientom zautomatyzowanych usług i produktów spowodowało, że rola pracownika banku maleje – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Aleksandra Gren, dyrektor generalny Fiserv Polska.

Cyfrowe technologie na nowo zdefiniowały usługi bankowe. Ponad 14 mln Polaków aktywnie korzysta z bankowości internetowej, a około 5 mln ma zainstalowaną w smartfonie aplikację swojego banku. Firma doradcza PwC podaje, że z bankowości mobilnej korzysta już 61 proc. posiadaczy telefonów komórkowych (najwyższy wynik w UE), a ponad 2 mln Polaków aktywowało mobilny system BLIK.

Opublikowany w lutym raport Narodowego Banku Polskiego („Postawy Polaków wobec obrotu bezgotówkowego”) potwierdza, że Polacy preferują usługi bankowe dostępne za pośrednictwem kanałów cyfrowych. Aż 92 proc. korzysta z bankowości internetowej, podczas gdy tylko 8 proc. wybiera wizytę w tradycyjnych oddziałach. Dlatego liczba tych ostatnich maleje już od kilku lat. Dane Komisji Nadzoru Finansowego pokazują, że liczba stacjonarnych oddziałów bankowych w kwietniu spadła poniżej 7 tys. placówek, co przełożyło się na znaczne zmniejszenie zatrudnienia. Ostatni raz taki spadek miał miejsce w 2011 roku.

Ubiegłoroczne badanie „Digital Banking Expert Survey” przeprowadzone przez GFT Technologies pokazuje, że 5 proc. banków planuje całkowicie zrezygnować ze stacjonarnych placówek, a 23 proc. analizuje możliwość stworzenia w pełni samoobsługowych oddziałów bankowych.

– Transformacja cyfrowa i digitalizacja są obecnie priorytetem dla banków. Po aplikacjach i szeregu innowacji, które zostały wprowadzone po stronie interfejsu użytkownika, teraz banki muszą mieć na uwadze kwestie regulacyjne i kwestie zarządzania danymi – mówi Aleksandra Gren.

GTF wskazuje w raporcie, że regulacje prawne to jedna z głównych barier utrudniających bankom digitalizację. Europejski sektor bankowy ucierpi zwłaszcza w wyniku wejścia w życie w 2018 roku unijnej dyrektywy PSD2, która nałoży na instytucje finansowe szereg nowych wymogów, w tym tzw. silne uwierzytelnianie transakcji płatniczych. Problemów przysporzy bankom również rozporządzenia RODO dotyczące restrykcyjnej ochrony danych osobowych (w Polsce będzie obowiązywać od 25 maja 2018 roku).

W raporcie „CE Banking Outlook” Deloitte prognozuje, że ten rok będzie trudny również dla polskich banków, które borykają się z nowymi regulacjami i podatkiem bankowym. Globalna firma doradcza podaje, że polski sektor bankowy jest  jednak liderem cyfryzacji w Europie Środkowej. Polskie banki wdrożyły zaawansowane narzędzia i metody zdobywania nowych klientów za pośrednictwem internetu i aplikacji mobilnych (w czołówce najlepiej zdigitalizowanych Deloitte wymienił ING Bank Śląski, mBank i Millenium).

Zdaniem analityków Deloitte to właśnie cyfryzacja jest kluczem do utrzymania rentowności sektora bankowego. Dzięki niej banki będą mogły też konkurować z coraz szybciej rosnącym sektorem fintech. Innowacyjne start-upy z sektora finansowego oraz rosnące potrzeby klientów, którzy chcą szybkiego, wygodnego dostępu do usług i produktów, zmuszają banki do nieustannego szukania innowacji, optymalizowania swoich procesów i wdrażania nowych rozwiązań.

– Aby systemy automatyczne mogły interaktywnie i mądrze współdziałać z klientem i prowadzić go do zakończenia procesu zakupowego, trzeba doskonale ustawić i zintegrować odpowiednie procesy na różnych platformach banku. Stąd ciągła praca nad automatyzacją, data miningiem, wspieranie sztucznej inteligencji, budowanie nowych algorytmów i wspieranie automatyzacji procesów front-endowych i back-endowych – mówi Aleksandra Gren.

Globalna firma doradcza PwC prognozuje, że zmieniające się potrzeby klientów oraz rozwój fintechów zmienią układ sił w sektorze finansowym, a innowacyjne start-upy technologiczne mogą przejąć nawet jedną trzecią światowego rynku usług finansowych. Blisko dwie trzecie (57 proc.) klientów jest skłonnych zastąpić bankowego doradcę rozwiązaniem technologicznym.

Prognozowane scenariusze zakładają, że tradycyjne instytucje finansowe mogą stracić nawet 20 proc. rynku na rzecz fintechów, a wiele banków zniknie zupełnie. Rola tych, które utrzymają się na rynku, będzie znacznie ograniczona do świadczenia podstawowych usług i produktów finansowych.

Szybki rozwój i potencjał fintechów potwierdza skala inwestycji w tej branży. Dane Citi oraz CB Insights (raport „How FinTech is Forcing Banking to a Tipping Point”) pokazują, że w ciągu ostatnich pięciu lat skala inwestycji w przedsięwzięcia z sektora fintech zwiększyła się dziesięciokrotnie. Natomiast według firmy doradczej Deloitte globalny rynek inwestycji w fintechy jest obecnie szacowany na ponad 19 mld dol. W tegorocznym raporcie „CEE FinTech Report” firma doradcza wycenia polski rynek na 860 mln euro (co plasuje Polskę w czołówce regionu CEE).

Firmy i start-upy z branży fintech mogą zagrozić pozycji sektora bankowego, który musi wypracować model współpracy z nimi i nadążać za zmieniającym się rynkiem. Jednak wdrażanie innowacyjnych rozwiązań w przypadku ogromnych struktur bankowych, osłabionych kryzysem finansowym i obciążonych nowymi przepisami, nie przebiega szybko ani prosto.

Badanie „Digital Banking Expert Survey” przeprowadzone w minionym roku przez GFT Technologies pokazało, że tylko 9 proc. światowych banków zakończyło wdrożenie cyfrowej strategii. Jedna trzecia dopiero zakończyła tworzenie takiego planu, a 60 proc. wciąż pracuje nad swoją strategią.

Największe wyzwania dla banków, które przechodzą proces cyfryzacji, są związane z ochroną i zarządzaniem danymi oraz z cyberzagrożeniami. Ataki hakerskie (zwłaszcza ransomware) są wymieniane w czołówce najpoważniejszych zagrożeń tego roku.

– Kwestia cyberbezpieczeństwa jest bardzo ważna. Poprzez rozwiązania, które są odpowiednio certyfikowane już na etapie tworzenia, zapewniamy klientom pełen zakres zabezpieczeń przed cyberatakami. Często pomagamy też bankom w rozwiązywaniu szeregu pytań, które nie dotyczą bezpośrednio naszych systemów, ale też wspomagamy je doświadczeniem ze Stanów Zjednoczonych i całego świata. Aktywnie działamy we wszelkich grupach roboczych i kołach dyskusyjnych dotyczących tego, jak pomóc bankom zabezpieczyć się przed cyberatakami – podsumowuje Aleksandra Gren.

Polacy chętnie uczestniczą w programach lojalnościowych. Tradycyjne karty powoli wypierane są przez aplikacje

Polacy chętnie uczestniczą w programach lojalnościowych. Tradycyjne karty powoli wypierane są przez aplikacje 11

Czterech na pięciu internautów deklaruje udział w programach lojalnościowych sklepów, firm usługowych czy stacji benzynowych – wynika z badania „Lojalni 2017”. Choć trzy czwarte z nich nadal korzysta z plastikowych kart wydawanych przez firmy, coraz częściej punkty zbierane są za pomocą stron internetowych lub aplikacji na smartfony.

– Programów lojalnościowych na rynku jest coraz więcej. Każda firma stara się angażować klientów w różnego rodzaju akcje, w tym programy lojalnościowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystian Dylewski, członek zarządu 2take.it, platformy lojalnościowej i rekomendacyjnej. – Z badań wynika, że użytkownicy są coraz bardziej zniechęceni coraz większą liczbą kart, które muszą nosić ze sobą, żeby korzystać z takich programów, więc coraz chętniej przerzucają się na aplikacje mobilne. Już ponad 20 proc. użytkowników korzysta ze smartfonów, żeby zbierać punkty lojalnościowe.

Jak wynika z badania „Lojalni 2017” przeprowadzonego na panelu Ariadna dla 2take.it na 1074 internautach, 81 proc. ankietowanych korzysta przynajmniej z jednego z programów lojalnościowych.

– Działa tutaj chęć ponownego zakupu w danym miejscu, jeśli zostaniemy za to wynagrodzeni. Czyli jeżeli dostajemy 10. kawę gratis, to chętniej kupujemy w tym samym miejscu. To jest wpisane w naszą psychologię – tłumaczy członek zarządu 2take.it. – Drugim aspektem jest to, że dzięki programom firmy zbierają dane o użytkownikach. Wiedzą, jak często ktoś kupuje, w których punktach. Dzięki temu mogą przekuć te dane w lepsze oferty, spersonalizowane po kątem konkretnego użytkownika.

Krystian Dylewski podkreśla, że spersonalizowana komunikacja z klientem jest nawet o 300 proc. skuteczniejsza od masowej, co przekłada się na wyniki sprzedaży danej sieci czy sklepu. Jednak jeśli klient korzysta z kilku lub nawet kilkunastu kart, powstaje problem ich przechowywania. Stąd w interesie firm jest oferowanie innej formy uczestnictwa konsumentom.

– Żeby rozwiązać problem dużej liczby kart lojalnościowych noszonych przez użytkowników, stworzyliśmy technologię, przy użyciu której wystarczy zrobić zdjęcie paragonu smartfonem i dzięki temu naliczać sobie punkty lojalnościowe – mówi Dylewski. – Po stronie klienta nie wymaga to instalacji żadnego sprzętu ani nie wymaga czasu obsługi. Program lojalnościowy jest bardzo szybki i niedrogi we wdrożeniu.

Z badania „Lojalni 2017” wynikło, że wciąż 74 proc. uczestników programów lojalnościowych zbiera punkty na plastikowych kartach wydawanych przez organizatora programu. Co trzeci pytany gromadzi jednak punkty poprzez stronę www, a niemal co piąty (19 proc.) poprzez aplikację na smartfonie. 32 proc. zbiera kupony promocyjne, natomiast 26 proc. gromadzi pieczątki przy zakupie.

– Nasza technologia sczytywania danych z paragonów znakomicie się w to wpisuje, ponieważ dzięki temu wiemy, kto, co, gdzie i o której godzinie kupuje, bo to wszystko jest na paragonach – dodaje Krystian Dylewski.

Tylko co czwarta młoda osoba wierzy we własne możliwości na rynku pracy. Powodem jest głównie brak pewności siebie i doświadczenia

Tylko co czwarta młoda osoba wierzy we własne możliwości na rynku pracy. Powodem jest głównie brak pewności siebie i doświadczenia 12

Wbrew powszechnym opiniom obecnie wchodzące na rynek pracy pokolenie nie jest pewne siebie. Młodzi ludzie obawiają się porażki w nowym miejscu pracy, przeraża ich perspektywa kontaktów ze współpracownikami i przełożonymi. Tylko co czwarty student i absolwent wierzy we własne możliwości – wynika z badania SW Research przeprowadzonego na zlecenie Polskiej Rady Biznesu. Lęk ma podłoże przede wszystkim psychologiczne, ale przyczyną jest także brak doświadczenia. Pomóc w nabraniu pewności siebie mogłyby staże i praktyki.

– Panuje powszechne przekonanie, że młode pokolenie jest bardzo pewne siebie, przebojowe i roszczeniowe. Polska Rada Biznesu na zlecenie programu „Kariera”, który prowadzimy, przeprowadziła badania, których wyniki chyba wszystkich zaskoczyły. Okazało się, że tylko co czwarta osoba czuje się dobrze i pewnie, a co trzecia mówi, że w ogóle się nie nadaje do pójścia do pracy, nie wie, jak sobie da radę, i nie ma pomysłu na siebie. Co czwarta ma poważne wątpliwości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Małgorzata Durska, dyrektor Polskiej Rady Biznesu.

Z badania SW Research przeprowadzonego na zlecenie Polskiej Rady Biznesu wynika, że młode pokolenie jest niepewne siebie, nie czuje się przygotowane do wejścia na rynek pracy. Nieco mniej niż 25 proc. studentów i absolwentów jest pewnych swoich możliwości. Ponad 33 proc. przyznaje, że trudno jest im podjąć zawodową decyzję, a na rynku pracy czują się zagubieni. Niemal 42 proc. osób ma wątpliwości, ale potrafi sobie sama z nimi poradzić.

– Większość zwraca uwagę na brak doświadczenia. Jest też mnóstwo osób, które mówią o barierach psychologicznych, lękach i obawach. Są osoby, które obawiają się, że będą miały problem, żeby rozmawiać z szefem, nie wyobrażają sobie tego, to dla nich paraliżująca sytuacja – podkreśla dr Małgorzata Durska.

Z badania wynika, że największą trudnością w podejmowaniu pierwszej pracy był brak doświadczenia (blisko 66 proc.), zbyt duże wymagania pracodawców (39 proc.) i brak pewności siebie (31 proc.). Co trzeci badany wskazuje na zbyt małą liczbę ofert pracy, niemal tyle samo wskazuje niską samoocenę jako główną barierę. Większość absolwentów nie czuje się przygotowana do podjęcia pierwszej pracy.

Panuje przekonanie, że młode pokolenie ma problem ze znalezieniem pracy ze względu na zbyt wysokie oczekiwania finansowe. Z badania wynika jednak, że połowa studentów i absolwentów jako akceptowalne wynagrodzenie wskazuje 2,2 tys. zł.

– Nie jest też tak, że ci młodzi ludzie mają oczekiwania finansowe z kosmosu. Przeważnie zwracają uwagę, że w pierwszej pracy liczą na takie wynagrodzenie, z którego mogliby się utrzymać. Były nawet osoby, które zgodziłyby się na stawkę 1,2–1,5 tys. zł – przekonuje dyrektor Polskiej Rady Biznesu.

Tylko dla co czwartego badanego wysokie wynagrodzenie otrzymywane za dobrze wykonane obowiązki jest czynnikiem, który sprawia, że pierwsza praca jest pracą marzeń.

Aby czuć się przygotowanymi do wejścia na rynek pracy, młodzi potrzebują większej liczby programów stażowych i praktyk (48,1 proc.) oraz zajęć praktycznych zamiast teorii (45,7 proc.). Co czwarty badany potrzebuje, by ktoś pokazał mu, gdzie tkwi jego potencjał. To duże wyzwanie dla uczelni, ale i dla pracodawców, aby nie zmarnować potencjału tkwiącego w młodym pokoleniu.

– Dlatego polecam staże, zwłaszcza w programie „Kariera” Polskiej Rady Biznesu. Program jest prowadzony od 14 lat. To staże wakacyjne, dobrze przygotowane, przemyślane i płatne – stażysta dostaje co najmniej 2,5 tys. zł. Co roku oceniamy prowadzone staże, konsultujemy je z działami HR. Każdy stażysta ma zapewniony dzień z osobą, która osiągnęła sukces i wiele znaczy w danej branży. To unikalne doświadczenie, którego nie dają inne programy – podkreśla dr Małgorzata Durska.

Jak wynika z badania „Student w pracy 2016” przeprowadzonego przez agencję SW Research, prawie 60 proc. studentów dorabia po zajęciach. Połowa z tej grupy pracuje dorywczo, przede wszystkim w trakcie wakacji, a 30 proc. studentów ma stałą pracę. Ponad 40 proc. z tych, którzy pracują podczas studiów, zarabiać zaczęło już na pierwszym roku. Nieco mniej niż połowa pracuje w swoim przyszłym zawodzie.

Szumy uszne uniemożliwiają pracę zawodową i normalne funkcjonowanie. Problem dotyka już 17 proc. dorosłych Polaków

Szumy uszne uniemożliwiają pracę zawodową i normalne funkcjonowanie. Problem dotyka już 17 proc. dorosłych Polaków 13

Szumy uszne powodują ciągłe napięcie nerwowe i przemęczenie, uniemożliwiające wykonywanie pracy zawodowej i zachowanie prawidłowych relacji z bliskimi. Cierpi na nie 17 proc. dorosłych Polaków i 35 proc. seniorów. Szumy uszne mogą dotknąć także dzieci, upośledzając ich rozwój i zdolności przyswajania wiedzy. Nowoczesne metody diagnostyki i leczenia tej dolegliwości są tematem odbywającego się w Warszawie I World Tinnitus Congress.

Szumy uszne to różnego rodzaju dźwięki słyszalne wyłącznie przez osobę dotkniętą tą dolegliwością. Mogą one występować stale lub pojawiać się sporadycznie. Przyczyną ich powstawania mogą być przebyte infekcje, stres, nadmierny hałas czy uraz mechaniczny głowy. Szumy uszne nie są chorobą i nie prowadzą do upośledzenia narządu słuchu, znacznie pogarszają jednak jakość życia osoby, która na nie cierpi. Prowadzą m.in. do przewlekłego napięcia nerwowego i zmęczenia uniemożliwiającego np. wykonywanie obowiązków zawodowych.

– Stały szum uszny oznacza, że ktoś permanentnie jest bombardowany dźwiękiem, którego nie ma w otoczeniu. Ta osoba jest przez to rozdrażniona, nie może się skupić, staje się niezwykle uciążliwa dla siebie i otoczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Henryk Skarżyński, dyrektor Światowego Centrum Słuchu.

Szumy uszne mogą się pojawić nawet u dzieci w wieku szkolnym. Zazwyczaj mają one charakter krótkotrwały i przemijający, mogą jednak sprawiać, że dziecko będzie miało problemy z przyswajaniem wiedzy i nie będzie się rozwijało adekwatnie do swego wieku. Wśród dorosłych Polaków na stałe szumy uszne cierpi 17 proc. osób, a wśród seniorów nawet 35 proc.

Podstawą leczenia tej dolegliwości jest obecnie farmakoterapia – jest to metoda skuteczna, lecz droga. W niektórych przypadkach stosuje się również terapie wykorzystujące generatory szumu, a nawet psychoterapię.

– Poszukiwanie innych, bardziej efektywnych rozwiązań to wyzwanie naszych czasów. Oznaczają one możliwość obniżenia kosztów, zapobiegania izolacji i wyłączania się wielu osób, które z powodu szumów usznych dzisiaj nie są aktywne w społeczeństwie – mówi prof. Henryk Skarżyński.

Wraz ze starzeniem się polskiego społeczeństwa problem szumów usznych będzie narastał. Do 2050 roku blisko jedną trzecią populacji mają stanowić osoby po 65 roku życia, co oznacza, że szumy uszne mogą się stać istotnym problemem społecznym.

Kwestii skutecznego leczenia tej dolegliwości poświęcony jest obywający się w Warszawie I World Tinnitus Congress pod honorowym patronatem Prezydenta RP Andrzeja Dudy. Podczas kongresu są prezentowane najnowsze metody terapeutyczne, wyniki badań, a także farmakologiczne sposoby leczenia szumów usznych.

– Pierwszy Światowy Kongres Szumów Usznych to możliwość nowego otwarcia, zgromadzenia specjalistów z wielu dziedzin i specjalności medycznych, ze środowisk pozamedycznych, z inżynieryjnych, pedagogicznych, psychologicznych, osób zajmujących się rehabilitacją głosu i mowy – mówi prof. Henryk Skarżyński.

Odbywający się w dniach 22–25 maja I World Tinnitus Congress to pierwsze tego typu spotkanie wybitnych specjalistów z całego świata, zajmujących się diagnostyką i leczeniem szumów usznych, którego organizacja została powierzona zespołowi Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu. Kongres kontynuuje tradycję Międzynarodowego Seminarium Szumów Usznych odbywającego się od 1979 roku.