Coface: CETA – szanse i zagrożenia dla Polski

W obliczu spowolnienia globalnej wymiany handlowej podpisana kilka dni temu umowa o wolnym handlu pomiędzy Unią Europejską i Kanadą stwarza możliwości większego wykorzystania potencjału eksportowego europejskich firm. Kanada, która jest obecnie w trzeciej dziesiątce największych odbiorców polskiego eksportu, ma szansę stać się bardziej atrakcyjnym rynkiem zbytu dla produkcji naszych przedsiębiorstw. Jednak bilans korzyści wydaje się przeważać na stronę kanadyjską, a obawy Europejczyków wzbudzają nie tylko kwestie związane z możliwością wykorzystania arbitrażu międzynarodowego.

Grzegorz SIELEWICZ, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej Coface
Grzegorz SIELEWICZ, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej – Coface

Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej: Podpisana umowa o wolnym handlu pomiędzy UE i Kanadą otwiera drogę do jej dalszej ratyfikacji przez kraje członkowskie. Proces ten może zająć w praktyce nawet kilka lat, jednak CETA – w części handlowej – wchodzi w życie. Niewątpliwie – regulacje sprzyjające wzajemnej wymianie handlowej są korzystne dla sektora przedsiębiorstw, zwłaszcza w obliczu rosnącej liczby barier handlowych broniących dostępu do rynków partnerów gospodarczych UE oraz spowolnienia tempa globalnej wymiany handlowej. Zgodnie z ostatnio opublikowanymi szacunkami Światowej Organizacji Handlu dynamika globalnej wymiany handlowej sięgnie 1,7 proc. w tym roku, co będzie najsłabszym tempem od kryzysu finansowego rozpoczętego w 2009 roku. Niższy wolumen handlu międzynarodowego znajduje także odzwierciedlenie w statystykach wymiany handlowej naszego kraju. Gdy jeszcze w pierwszych miesiącach tego roku roczna dynamika polskiego eksportu była bliska 4 proc., eksport stracił impet w dalszej części roku, a jego wzrost sięgnął 1,5 proc. w okresie styczeń-sierpień 2016 w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego. Z Kanadą utrzymujemy dodatni bilans handlowy, jednak na koniec zeszłego roku kraj ten był dopiero na 26. pozycji wśród głównych odbiorców naszego eksportu, do którego wysłaliśmy towary o wartości niewiele przekraczającej 1,1 mld EUR. Umowa CETA , która znosi pomiędzy UE i Kanadą większość ceł we wzajemnym handlu, barier pozataryfowych i liberalizuje handel usługami daje większą możliwość firmom europejskim do dotarcia z swoimi produktami i usługami do potencjalnej liczby 36 milionów kanadyjskich klientów. Z drugiej strony rynek europejski staje się bardziej otwarty dla kanadyjskich eksporterów, a większa konkurencja może osłabić naszą pozycję w Unii Europejskiej, która jest głównym kierunkiem działalności zagranicznej polskich przedsiębiorstw, i na który kierujemy ponad 80 proc. naszego eksportu. Zgodnie z szacunkami Uniwersytetu Tufts wzrost konkurencyjności dóbr i usług kanadyjskich będzie wyższy niż w UE działając na korzyść zwiększenia się bilansu handlowego Kanady. Z kolei w Unii Europejskiej poprawę bilansu handlowego mają szansę odnotować Niemcy, Francja i Włochy, podczas gdy Wielka Brytania i inne kraje UE doświadczą ich pogorszenia. Wedle tych samych wyliczeń, CETA przyczyni się do utraty 23 tys. miejsc pracy w Kanadzie i 204 tys. miejsc pracy w UE do roku 2023, a rosnący wolumen handlu i inwestycji zwiększy PKB Kanady o co najwyżej 0,76 proc., a Unii Europejskiej o nie więcej niż 0,08 proc.

Pomimo, że umowa CETA nie zmienia unijnych regulacji dotyczących bezpieczeństwa żywności, w tym żywności genetycznie modyfikowanej czy zakazu wykorzystywania hormonów w produkcji żywności, jednak bezcłowy import surowców i produktów rolno-spożywczych może stanowić zagrożenie dla producentów chociażby z branży mięsnej. Dla polskich rolników, którzy eksportują 80 proc. produktów na rynki UE wzrośnie konkurencja na tym istotnym kierunku wymiany handlowej. Po wprowadzeniu w sierpniu 2014 r. embarga przez Rosję (która w łącznym eksporcie Polski ma mniejszy udział niż UE, ale większy niż Kanada) wzrosła liczba upadłości przedsiębiorstw w branży rolno-spożywczej, zwłaszcza wśród podmiotów, które miały dużą ekspozycję na rynek rosyjski, a rok 2014 zakończył się liczbą upadłości w branży wyższą o 38% proc. niż w roku poprzednim. Po względnej stabilizacji w 2015 r. w kolejnych miesiącach tego roku notujemy wzrost upadłości firm rolno-spożywczych w Polsce (o 37 proc. r/r w pierwszych trzech kwartałach 2016), a liberalizacja handlu z Kanadą, pomimo, że odwrotna w zamierzeniach i efektach niż protekcjonizm gospodarczy Rosji może wpłynąć na osłabienie pozycji konkurencyjnej branży na głównym rynku eksportowym i przyczynić się do dalszego zwiększenia liczby ich upadłości i postępowań restrukturyzacyjnych.

Część inwestycyjna CETA będzie obowiązywać dopiero po procesie ratyfikacji przez państwa członkowskie UE. Do tej części należy arbitraż międzynarodowy, który pozostaje jednym z bardziej kontrowersyjnych elementów umowy. Właśnie m.in. do arbitrażu zastrzeżenia miała Belgia, a konkretnie region Walonii, który blokował podpisanie CETA. Ostatecznie Belgowie zapowiedzieli, że zwrócą się do Trybunału Sprawiedliwości UE o ocenę legalności przewidzianego w CETA systemu arbitrażu inwestycyjnego. Umowa CETA i przyszłość regulacji dotyczących arbitrażu będzie stanowić istotny punkt odniesienia przy dyskusjach nad przygotowywaną umową handlową z USA (TTIP). A w tym przypadku Stany Zjednoczone są bardziej znaczącym partnerem handlowym Unii Europejskiej.

Loża Ekspertów programu „Doceń polskie” o sytuacji branży spożywczej

Jeśli jakość polskiej żywności oceniamy na podstawie produktów biorących udział w programie „Doceń polskie”, możemy być więcej niż zadowoleni. Świadomość konsumentów rośnie, a w odpowiedzi na ich potrzeby przedstawiciele polskiego sektora FMCG przygotowują coraz ciekawsze wyroby – to konkluzje z przeprowadzonego 27 października br. audytu artykułów spożywczych. Specjaliści po raz dwudziesty drugi decydowali, które ze zgłoszonych wyrobów mogą zostać uhonorowane znakiem „Doceń polskie”.

Loża Ekspertów programu Doceń polskie 

Certyfikacja artykułów spożywczych z oferty polskich firm miała miejsce w Sosnowcu. To był czwarty w tym roku audyt żywności, a jednocześnie dwudziesty drugi w historii Ogólnopolskiego Programu Promocyjnego „Doceń polskie”. Przedsięwzięcie jest organizowane od 2011 roku. Od samego początku istnienia programu, honorowy patronat nad atestacjami żywności sprawuje Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Certyfikacje odbywają się co kwartał. Do październikowej oceny zakwalifikowanych zostało 177 wyrobów z asortymentu 71 firm. Każdy z nich został indywidualnie sprawdzony przez członków Loży Ekspertów programu „Doceń polskie”. – Ocenie podlegają trzy czynniki: smak i wygląd produktu, a także stosunek jego jakości do ceny. Za każdą z cech przyznajemy punkty w skali od 1 do 10 – wyjaśnia Katarzyna Salomon, członkini Loży Ekspertów. Jak dodaje, do zdobycia godła promocyjnego „Doceń polskie” potrzeba minimum 7,5 pkt. Tytułem TOP PRODUKT honoruje się natomiast wyłącznie żywność z maksymalnymi notami.

Regulamin programu i zasady przyznawania certyfikatów jakości są niezmienne. Zawsze jednak podkreślamy fakt, iż każdy produkt jest indywidualnie sprawdzany przez specjalistów z branży spożywczej, a godłem promocyjnym wyróżniane są tylko wyroby z wysokimi notami. Tym program „Doceń polskie” różni się od inicjatyw, w których nagrody przyznaje się automatycznie wszystkim zgłaszającym się – podkreśla Marek Bielski, twórca Ogólnopolskiego Programu Promocyjnego „Doceń polskie”.

Podczas niedawnej certyfikacji po raz pierwszy w Loży Ekspertów zasiadł Marcin Stańczyk, szef kuchni z wieloletnim doświadczeniem. – Pozytywnie zaskoczyła mnie różnorodność produktów biorących udział w audycie. Równie istotne jest, że wiele z nich prezentowało wysoki poziom. Oceniając polską żywność wyłącznie na podstawie wyrobów firm zaangażowanych w program można powiedzieć, że branża idzie w bardzo dobrym kierunku – podkreślał.

Podczas atestacji jurorzy sprawdzali jakość tradycyjnych produktów (m.in. nabiału, pieczywa, wędlin, warzyw, mięs i dań gotowych), oceniali również wyroby powstające zgodnie z ideami Raw food oraz Slow Food. Do certyfikacji zakwalifikowano także specjały łączące klasyczne smaki z nowoczesnymi metodami produkcji, suplementy diety i probiotyki. O wyróżnienie dla wyrobów marki własnej starała się także jedna z sieci handlowych.

Do bogatego spektrum oferty polskich producentów żywności zdążyli się już przekonać Celina Nierodkiewicz i Mirek Drewniak, którzy po raz kolejny uczestniczyli w pracach jury programu „Doceń polskie”. Przewodniczący Loży Ekspertów, Mirek Drewniak, zwraca uwagę, że jakość żywności utrzymuje się na wysokim poziomie. Zmienia się natomiast stosunek kupujących do produktów spożywczych. – Świadomość konsumentów rośnie. Zawsze powtarzamy jak ważne jest czytanie etykiet i dokonywanie przemyślanych zakupów. Obecnie widzimy już, że Polacy (po okresie pewnego „zachłyśnięcia się” ogromnym wyborem produktów) są coraz bardziej rozważni, staranniej wybierają żywność, zwracają uwagę na jej pochodzenie, szukają wyrobów spełniających konkretne wymagania – mówi mistrz kuchni.

Ze stwierdzeniem tym zgadza się Celina Nierodkiewicz. Członkini Loży Ekspertów przypomina, że robienie zakupów spożywczych nie jest osobną czynnością, ale pierwszą fazą przygotowywania posiłków. – Często przywołuje się argument dot. szybkiego tempa życia i wynikającym z niego brakiem czasu na długie, spokojne zakupy. Tymczasem osoby, które mają „mało” czasu, tym bardziej powinny go szanować. Zamiast trwonić go na byle jakie posiłki, najlepiej jest zaplanować jadłospis na kilka dni, przygotować listę potrzebnych produktów i z nich przyrządzić jedzenie. To zdecydowanie oszczędza czas i pieniądze, a przy tym zapobiega marnowaniu żywności kupionej pod wpływem impulsu – mówi C. Nierodkiewicz.

To podstawowa wiedza, o której często zapominamy – przyznaje Mirek Drewniak. Jak dodaje, zmianie stylu życia konsumentów towarzyszą nowe propozycje producentów żywności. Mistrz kuchni przewiduje, że do naszego kraju niebawem dotrze także moda na mrożone dania przygotowywane w podobny sposób, co popularne obecnie dietetyczne posiłki firm cateringowych.

Członkowie Loży Ekspertów zgodnie przyznają, że panująca obecnie moda na gotowanie,  otwartość Polaków na nowe smaki i rosnące znaczenie patriotyzmu konsumenckiego pozytywnie oddziałują na wzrost świadomość kupujących. Bogactwo wysokiej jakości rodzimych produktów to dodatkowa motywacja do tego, by polską kuchnię wciąż odkrywać na nowo.

* * *

Autor tekstu: Anna Koza/Adventure Media

Warszawska Wola przeżywa boom inwestycyjny

W ciągu roku na warszawskiej Woli powstaną biura o powierzchni 600 tys. m kw. Rozwija się cała miejska infrastruktura, a wraz z nią budownictwo mieszkaniowe. Stopa zwrotu z inwestycji może wynieść 15 proc. w ciągu 2-3 lat.

– Rozwój ten jest związany z drugą linią metra i jej rozbudową – mówi Małgorzata Czeboćko z Grupy Emmerson SA.

Skandale polityczne zmieniły kursy walut i wywołały wyprzedaż akcji

Kolejne ujawniane podczas wyborów prezydenckich w USA skandale polityczne odbiły się bardzo niekorzystnie na kursach niektórych walut, spowodowały też wyprzedaż akcji.

– W najbliższych dniach czeka nas jeszcze wiele wydarzeń i nie wiadomo, jak rynki finansowe odreagują wynik wyborów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Adam Puchalski z XTB.

Będziemy mieli najmłodszych emerytów w Europie

Jeżeli w realizację obietnicy z kampanii prezydenckiej obniżenia wieku emerytalnego wkomponowany zostanie staż pracy, to i tak po zmianach Polacy będą najmłodszymi emerytami w Europie.

-To nadal będzie antyreforma – ocenia w rozmowie z MarketNews24 Rafał Trzeciakowski, ekspert FOR.

W listopadzie będą spadać ceny ropy naftowej

Przez kilka tygodni ceny ropy utrzymywały się na wysokim poziomie, ale teraz będą spadać. I tak powinno być co najmniej do 30 listopada.

-Ceny spadają, bo inwestorzy nie wierzą już, że kraje OPEC porozumieją się i ograniczą wydobycie ropy naftowej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak z XTB. – Spadek cen powinien trwać do 30 listopada, gdy kraje OPEC spotkają się w Wiedniu, a może nawet i dłużej.

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Wybory w USA jak Brexit?

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Wielkimi krokami zbliżają się wybory prezydenckie w USA, a temperatura wokół nich podgrzewana jest kolejnymi zwrotami akcji. Wcześniejsze rewelacje związane z Donaldem Trumpem wyraźnie zmniejszyły deklarowane mu poparcie, ale w kluczowym okresie ostatnich dni kampanii wyborczej to Hillary Clinton znalazła się na cenzurowanym. Pamiętać przy tym trzeba, że te wybory są o tyle specyficzne, że większość osób nie będzie głosowała za konkretnym kandydatem, ale raczej przeciwko jego oponentowi. Właśnie dlatego kluczowe są wiadomość negatywne, gdyż osłabiają one jednego kandydata na rzecz drugiego. Teraz wcześniej niemalże przekreślony Donald Trump wraca jako potencjalny przyszły prezydent USA, co oczywiście przekłada się na stosowną reakcję po stronie rynków finansowych. W tym miejscu warto jest spojrzeć w przeszłość i na podstawie wcześniejszych wyborów określić możliwy ich wypływ na rynek kapitałowy. Otóż historia dość dobrze potwierdza dwie znane charakterystyki rynku. Pierwsza wiąże się z próbą dyskontowania wyniku wyborów jeszcze przed ich miejscem, a druga wskazuje na niechęć wobec zmian. Tym samym Hillary Clinton jest korzystna z punktu widzenia ryzykownych aktywów, tylko dlatego, że zapewnia kontynuację znanej polityki. Jednocześnie malejące szanse na jej wygraną powodują właśnie obserwowane rynkowe perturbacje. Historia pokazuje, że inwestorzy są dość dobrzy w określeniu wyniku wyborów i przez ostatnie niemalże 100 lat tylko raz zdarzyło się, aby przez okres trzech miesięcy przed wyborami stopa zwrotu z indeksu S&P500 była ujemna w przypadku wygranej kandydata dotychczas rządzącego obozu. Z kolei w pierwszym miesiącu po wyborach zachowanie rynku jest trudne do przewidzenia na podstawie danych historycznych, poza powtarzającym się schematem gorszej postawy w relacji do historycznego wzorca. Dopiero w kluczowym okresie grudnia i stycznia dość wyraźnie zaznacza się wpływ wyniku wyborów na to, czy zobaczymy ewentualny rajd św. Mikołaja bądź efekt stycznia. Odnosząc te obserwacje do obecnej sytuacji stwierdzić trzeba, że początkowa nerwowa reakcja na wynik wyborów może okazać się nietrwała. Jednocześnie po pierwszym niepewnym miesiącu rynek albo wróci do swojego normalnego zachowania (w przypadku wygranej Clinton), bądź czekać nas może słabszy niż zwykle grudzień i początek nowego roku na fali niepewności, z którą wiązać się będą rządy Donalda Trumpa. Tym samym historia pokazuje, że zwycięstwo populistów w USA nie powinno przełożyć się na prostą powtórkę rynkowego scenariusza znanego z Brexitu.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Portret polskiej turystyki w social mediach

Gdyby o popularności atrakcji turystycznych miała decydować liczba zameldowań na Facebooku, to niekwestionowanym zwycięzcą byłaby Gubałówka ze 189 561 wizytami. Jeśli w ten sam sposób miałby się rozstrzygnąć odwieczny konflikt: góry czy morze, to tatrzańskie atrakcje zajęłyby wszystkie miejsca na podium.

Drugą pozycję zajęły Krupówki ze 157 913 wizytami, a trzecią Kasprowy Wierch, na którym zameldowało się 153 601 internautów (co ciekawe, w kolejce jadącej na szczyt oznaczyły się zaledwie 3 422 osoby).

Poza podium znalazło się molo w Sopocie, choć na nim także zameldowała się imponująca liczba turystów – 141 721 użytkowników Facebooka. Ponad 100 000 wizyt notuje jeszcze zapora wodna Solina w Bieszczadach, co daje kolejny punkt przewagi wielbicielom gór. Podczas zwiedzania obiektów Elektrowni Wodnej w Solinie na Facebooku poinformowały o tym 110 343 osoby.

Warto zauważyć, że pomiędzy pierwszą piątką atrakcji, która przekroczyła pułap 100 000 zameldowań, a resztą badanych obiektów, występuje spora przepaść. Kolejne na liście Morskie Oko co prawda potwierdza dominującą pozycję gór w rankingu, ale może pochwalić się tylko 82 299 oznaczeniami w portalu społecznościowym. Po górskich i nadmorskich atrakcjach dopiero na 7. pozycji pojawia się stołeczna atrakcja – Łazienki Królewskie, w których zameldowało się  55 448 osób.

O czym świadczy ten społecznościowy portret polskiej turystyki? Ewa Filipowicz Digital Media Manager AccorHotels zauważa, że internauci lubią się pochwalić publicznie tym, że właśnie są na wakacjach, a wzrost zainteresowania Polską jako miejscem urlopu przekłada się również na większą liczbę zameldowań w polskich atrakcjach turystycznych. – To, że wypoczywamy w Zakopanem czy w Sopocie jest równie atrakcyjne dla naszych znajomych, jak wypoczynek w zagranicznych kurortach. Moda na Polskę nabiera rozpędu – dodaje Ewa Filipowicz z AccorHotels.

Lista atrakcji turystycznych w Polsce, w których zameldowało się najwięcej osób na Facebooku:

  1. Gubałówka: 189 561 wizyt
  2. Krupówki: 157 913 wizyt
  3. Kasprowy Wierch: 153 601 wizyt
  4. Molo w Sopocie: 141 721 wizyt
  5. Solina Zapora / Solina Bieszczady: 110 343 wizyty
  6. Morskie Oko: 82 299 wizyt
  7. Łazienki Królewskie w Warszawie: 55 448 wizyt
  8. Molo w Kołobrzegu: 50 789 wizyt
  9. Śnieżka: 46 905 wizyt
  10. Dolina Chochołowska: 38 312 wizyt

[Dane zostały zebrane 20 września 2016]

Rośnie liczba singli i bezdzietnych małżeństw. Plany deweloperów muszą to uwzględniać

W Polsce rośnie liczba singli i bezdzietnych małżeństw. Te zmiany demograficzne mają spory wpływ na rynek nieruchomości, gdyż stymulują deweloperów do budowania osiedli z dużym udziałem lokali o mniejszych powierzchniach.

Według badań Eurostatu, od 2006 r. do 2015 r. liczba polskich singli wzrosła o ponad 800 tys. Znacznie zwiększył się również udział bezdzietnych par, do 23 proc. – Do tej kategorii zaliczają się m.in. starsi małżonkowie, których potomstwo opuściło rodzinny dom oraz młodsze pary rezygnujące z rodzicielstwa. Między 2006 r. i 2015 r. liczba takich gospodarstw domowych wzrosła o niemal 900 tys. – podaje Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Co warte podkreślenia, liczba polskich par mieszkających bez dzieci rośnie najszybciej w całej UE. Deweloperzy w odpowiedzi na te zmiany demograficzne starają się utrzymać odpowiedni odsetek niewielkich, kompaktowych mieszkań w swoich inwestycjach

– Warto pamiętać, że takimi lokalami interesują się nie tylko osoby szukające ofert na potrzeby własne lecz także inwestorzy, którzy mają duży wpływ na dzisiejsze oblicze rynku nieruchomości. To w znacznej mierze dzięki nim, tylko w pierwszej połowie br. roku, klienci wydali na nowe mieszkania ok. 7 mld zł na głównych rynkach Polski. Dla porównania, w całym 2012 r. kiedy stopy procentowe były znacznie wyższe, zawarto transakcje o wartości ok. 6,1 mld zł – wylicza Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord SA.

Na szarym końcu w Europie

Mimo dużej podaży nowych lokali, która, według REAS oscyluje na poziomie ok. 51 tys. w największych miastach, luka mieszkaniowa w naszym kraju ciągle jest znacząca. Najbardziej paląca, jak zwracają uwagę przedstawiciele Lion’s Banku, wydaje się właśnie kwestia przeludnienia – Wiele mówi się o tym, że nad Wisłą mieszkań jest za mało i właśnie dlatego są droższe niż na Zachodzie, w porównaniu do zarobków. Różne szacunki mówią o tym, że brakuje od około miliona do nawet 5 czy 8 milionów mieszkań, jeśli chcielibyśmy, aby statystyczny Polak w końcu mieszkał tak jak przeciętny Europejczyk – mówi Bartosz Turek, analityk Lion’s Banku.

Co więcej, jak wynika z danych Eurostatu, ponad dwóch na trzech najemców w Polsce mieszka w za małym lokalu – Eurostat uznaje aż 67,8 proc. mieszkań w Polsce za przeludnione. Gorszy wynik w Europie ma tylko Rumunia, gdzie problem przeludnienia dotyka 69,3 proc. najemców. Potencjalny popyt zarówno na mieszkania na własne potrzeby jak i inwestycyjne jest duży aczkolwiek notowane na tym rynku obroty daleko odbiegają od potrzeb wielu Polaków, ograniczonych słabą płynnością finansową. Z drugiej strony, w ostatnich latach deweloperzy mają się czym pochwalić. – Wystarczy spojrzeć na ostatnie wyniki giełdowych graczy, którzy od stycznia do września br. podpisali ok. 16,7 tys. umów, a w tym samym okresie 2015 r. sprzedali ok. 15 tys. mieszkań. Szczególnie szybko z oferty znikają kawalerki dwa pokoje, w dobrych lokalizacjach i odpowiednio skalkulowanej cenie – zapewnia Dariusz Krawczyk.  

Dobre prognozy dla kompaktów

Stąd, we wszystkich popularnych projektach Polnordu na nabywców czekają zarówno kawalerki jak i niedrogie dwa pokoje. Np. w IV etapie projektu 2 Potoki, powstającym w południowej części Gdańska, przewidziano bogatą ofertę mieszkań o powierzchni od 36 mkw. Nie dość, że mieszczą się w limicie MdM, są objęte gwarancją najniższej ceny. Osiedle 2 Potoki powstaje wśród terenów zielonych ale zarazem w jego pobliżu znajdziemy rozwiniętą infrastrukturę, a od centrum Gdańska znajduje się w odległości zaledwie 4 km. Z kolei w warszawskim Wilanowie Polnord wprowadził na sprzedaż nowe lokale (budynek A3) w projekcie Brzozowy Zakątek. W tym etapie spółka zaoferowała m.in. kawalerki o powierzchni od 32 mkw. Prosta forma i modernistyczna architektura to znak rozpoznawczy całego osiedla. A, jak zapewnia Wioletta Kleniewska, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu Polnord SA., krótki spacer wystarczy by dotrzeć do sklepów, placówek oświatowych, na pocztę czy też do przychodni. Z kolei szybki dojazd do pozostałych dzielnic Warszawy zapewnią: al. Rzeczypospolitej i al. Wilanowska oraz komunikacja miejska a wyjazd z miasta przyspieszy planowana na przyszły rok obwodnica.

Co czeka nas dalej na rynku mieszkań? – Biorąc pod uwagą lukę podażową w Polsce, długoterminowe perspektywy napawają optymizmem wielu deweloperów. Obecnie jednak widać pierwsze oznaki spowolnienia na rynku, co przejawia się choćby w malejącej liczbie rozpoczynania nowych budów. Ale to jest naturalny cykl życia w tej branży i nikt nie liczył, że dotychczasowa koniunktura będzie trwać wiecznie. Z drugiej strony, nie spodziewamy się drastycznego spadku popytu, zwłaszcza właśnie w sferze niewielkich, kompaktowych lokali – tłumaczy Dariusz Krawczyk.

Zdaniem Andrzeja Prajsnara, konieczne jest dostosowanie polityki mieszkaniowej rządu do obecnych realiów. – Plany budowy lokali w ramach programu „Mieszkanie Plus”, muszą uwzględniać wzrost liczby singli oraz malejące potrzeby metrażowe polskich rodzin. W ramach szerszej i społecznej perspektywy, politycy powinni zastanowić się nad problemami wynikającymi ze wzrostu liczby samotnie mieszkających starszych Polaków – tłumaczy Prajsnar.

Polacy inwestują mniej

Piotr Żółkiewicz
Wypowiedź: Piotr Żółkiewicz z Funduszu Inwestycyjnego Zolkiewicz & Partners.

1,2 biliona złotych – tyle oszczędności już zgromadzili Polacy. Choć to wcale niemało, to eksperci są przekonani, że nasze oszczędności z powodzeniem mogłyby wynosić kilkukrotnie więcej. Dlaczego? Jak się okazuje, Polacy nadal wykazują się zdecydowanie większą zachowawczością inwestycyjną niż zachodnioeuropejscy sąsiedzi czy Amerykanie.

Oszczędności zainwestowanych w fundusze inwestycyjne mamy obecnie zaledwie 9 proc.
– W Polsce przez zawirowania na giełdach, w ostatnich kilku latach, Polacy przestraszyli się. Nasi rodacy często oszczędzają pieniądze ale odkładają je na lokatach bankowych i w rozwiązaniach, które nie pracują – mówi newsrm.tv Piotr Żółkiewicz z Funduszu Inwestycyjnego Zolkiewicz & Partners i dodaje. – Te pieniądze można zaprząc do pracy w gospodarce. Polskie firmy potrafią pomnażać pieniądze, które inwestorzy im powierza na 10-15 proc. rocznie i myślę, że ten trend się zmieni.
Jak tłumaczy Piotr Żółkiewicz Polacy boją się inwestować, bo nie dysponują wystarczającą wiedzą na ten temat. – Także oferta inwestycyjna w naszym kraju jest zdecydowanie węższa niż na zachodzie. To, że boimy się tego co nieznane nie jest niczym odkrywczym, a świadomość inwestycyjna w naszym kraju utrzymuje się niestety na bardzo niskim poziomie. Polacy wolą więc umieszczać swoje oszczędności na niezbyt zyskownych, ale prostych i dobrze im znanych lokatach bankowych, niż skorzystać z pomocy doświadczonych funduszy. To problem, który może mieć dalekosiężne skutki dla całej gospodarki. Jeśli pieniądze trzymane są w przysłowiowej skarpecie, nie przynoszą wartości ani dla ich posiadacza, ani dla gospodarki. Właśnie dlatego wiedza na temat zarządzania finansami powinna być krzewiona zarówno w szkołach, jak i w mediach. Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych nie ułatwiają Polakom inwestycji oferując wiele kierunkowych rozwiązań ale bardzo mało rozwiązań uniwersalnych, do których można by wpłacić pieniądze i zapomnieć o nich na lata. Skoro decyzja co do tego jaką klasę aktywów nabyć w danym momencie jest cedowana na klienta – niezrozumiałe są bardzo wysokie koszty pobierane przez polskie TFI, w wypadku wielu funduszy akcyjnych dochodzące do 4%-5% aktywów rocznie.

Wyniki III edycji Rankingu Dzielnic Warszawy

Prowadzenie inwestycji mieszkaniowych w Warszawie wciąż wymaga od inwestorów cierpliwości. I choć pewne elementy ulegają poprawie, nadal jest nad czym pracować. Takie wnioski można wyciągnąć na podstawie wyników III edycji Rankingu Dzielnic Warszawy przeprowadzonego przez Oddział Warszawski Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Celem Rankingu jest rozpoznanie sprawności pracy urzędów administracji samorządowej w m.st. Warszawie, w zakresie prowadzenia postępowań administracyjnych dotyczących wielorodzinnego budownictwa mieszkaniowego poprzez ustalenie ile czasu (od dnia złożenia wniosku do otrzymania decyzji) trwa oczekiwanie na uzyskanie decyzji administracyjnej.

Ranking obejmuje 18 warszawskich dzielnic w których wydawane są decyzje o warunkach zabudowy (WZ) i o pozwoleniu na budowę (PnB) dla obiektów kubaturowych o powierzchni całkowitej nie przekraczającej 15 000 m2. Dla celów porównawczych w rankingu uwzględniono także decyzje wydane przez Ratusz, który prowadzi postępowania dla inwestycji przekraczających 15 000 m2 powierzchni.

Ranking przeprowadzany jest w oparciu o dostarczone przez poszczególne urzędy dane, bez uwzględnienia  okresu na jaki postępowanie uległo ewentualnemu zawieszeniu lub opóźnieniu zgodnie z art. 35 §5 KPA.

Decyzje o warunkach zabudowy – najwięcej we Włochach, ale najszybciej na Targówku.

W roku 2015 wydano w Warszawie 178 decyzji o warunkach zabudowy. Aż 74% z nich przypadło w udziale urzędom dzielnicowym. Najwięcej decyzji WZ – 25, wydano w dzielnicy Włochy – co stanowi blisko 20% wszystkich decyzji WZ wydanych w Dzielnicach. Natomiast na Wilanowie i Żoliborzu nie wydano żadnej decyzji. O ile w przypadku Wilanowa można to tłumaczyć dużym, bo ponad 70% pokryciem miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego, to Żoliborz charakteryzuje się bardzo wysokim zurbanizowaniem i w tej najmniejszej pod względem powierzchni Dzielnicy zaczyna brakować atrakcyjnych terenów pod budownictwo mieszkaniowe, o czym może świadczyć brak wydanych decyzji o pozwoleniu na budowę.

Kluczowe znaczenie w rankingu miał jednak czas wydania decyzji, a w tej kategorii najlepszy okazał się Targówek.

Trzeba jednak wspomnieć, że pomimo zauważalnej poprawy w stosunku do roku poprzedniego, czas wydawania decyzji (zarówno przez dzielnice, jak i Ratusz) wciąż nie jest zadowalający. Prawie 76% decyzji zostało wydanych z przekroczeniem ustawowego terminu 60 dni.  Zdecydowanie lepiej w tym zestawieniu wypada Ratusz, gdzie 45% decyzji wydano z przekroczeniem ustawowego terminu. W dzielnicach było to ponad 87%.

Pozwolenia na budowę – spadek decyzji dla dużych projektów i wielu liderów

W 2015 roku w stolicy wydano 285 pozwoleń na budowę. To o 227 mniej niż w roku 2014. Ten spadek spowodowany jest mniejszą, bo aż o 261, liczbą wydanych decyzji przez Ratusz, a więc dla dużych projektów, których powierzchnia całkowita przekracza 15.000 m2. Tym samym 63% wszystkich wydanych decyzji o pozwoleniu na budowę było efektem prac dzielnic, a 37% Ratusza, co stanowi odwrotne proporcje w stosunku do 2014 roku. Najwięcej decyzji wydano na Białołęce i Pradze Południe, zaś na Żoliborzu i w Śródmieściu nie wydano żadnej decyzji. W tej kategorii także kluczowy był czas oczekiwania na decyzję. A tę najszybciej wydawano na Ochocie, Targówku, Ursynowie, w Wawrze, Rembertowie, Ursusie i Wesołej. W całej Warszawie 48% decyzji o pozwoleniu na budowę wydano w ustawowym terminie – do 65 dni. Pozostałe 52% wydano z przekroczeniem tego terminu, z czego prawie 11% w przedziale od 6 do 12 miesięcy. W ustawowym terminie 65 dni więcej decyzji wydały dzielnice (52%, Ratusz – 41%)

Targówek liderem, na podium Ursus i Ursynów

W klasyfikacji generalnej, uwzględniającej zarówno czas wydania decyzji o warunkach zabudowy, jak i decyzji o pozwoleniu na budowę, liderem okazał się Targówek, który w rankingu z 2014 roku zajmował 2 lokatę. Tym razem na podium znalazł się także Ursynów, który zanotował największy awans – w 2014 roku zajmował 18 pozycję oraz Ursus, który rok wcześniej był na pierwszym miejscu – a więc cały czas w ścisłej czołówce. Ogromny awans Ursynowa to dowód na to, że z roku na rok można zdecydowanie poprawić pracę urzędu, a tym samym skrócić czas potrzebny na wydanie decyzji o warunkach zabudowy, jak i pozwoleniu na budowę. Warto podkreślić, że w obu kategoriach (WZ i PnB) zarówno w Dzielnicach, jak i w skali całego miasta nastąpiła niewielka poprawa w stosunku do roku 2014. Daje to nadzieję, że za rok będzie jeszcze lepiej.

Bank Pekao S.A. z najlepszą Bankowością Prywatną w kraju wg magazynu Global Finance

Prestiżowy magazyn Global Finance ogłosił wyniki drugiej edycji World’s Best Private Banks Awards. Podobnie jak w ubiegłym roku, bankowość prywatna oferowana przez Bank Pekao S.A. została uznana za najlepszą w Polsce.
Nagrody Word’s Best Private Banks Awards przyznawane są instytucjom, które oferują klientom bankowości prywatnej najlepszy customer experience oraz najwyższą wartość i poziom usług. Eksperci z magazynu Global Finance wybrali zwycięzców rankingu na podstawie zgłoszeń nadesłanych przez same instytucje, analiz rynkowych, opinii analityków i menedżerów wyższego szczebla oraz klientów bankowości prywatnej.
Bankowość prywatna w Banku Pekao S.A. powstała w 1997 roku. Bank Pekao S.A. jest największym bankiem działających na rynku usług private banking, biorąc pod uwagę podstawowy wyznacznik w tym obszarze: poziom aktywów klientów. Nagroda Global Finance to kolejne prestiżowe wyróżnienie przyznane Pekao w ostatnim czasie. W ubiegłym roku bank został wyróżniony tytułem Best Private Bank in Poland przez magazyn The Banker należący do grupy Financial Times.

Bank Pekao SA działa od 85 lat, jest jedną z największych instytucji finansowych Europy Środkowo-Wschodniej. Biorąc pod uwagę siłę kapitałową mierzoną współczynnikiem wypłacalności, Bank Pekao jest liderem wśród dużych banków w Polsce i jedną z najsilniejszych kapitałowo instytucji finansowych w Europie (współczynnik Core Tier 1 na koniec 2 kwartału 2016 r. na poziomie 18,1%).

Pozycję nr 1 Banku Pekao w Polsce i wśród największych banków europejskich potwierdziły wyniki testów warunków skrajnych oraz przeglądu jakości aktywów (AQR).

Bank Pekao SA jest laureatem wielu prestiżowych nagród i wyróżnień, zarówno w Polsce, jak i na arenie międzynarodowej. W 2016 r. Bank obronił tytuł najbardziej innowacyjnego banku, ponownie zdobywając Złotego Bankiera w kategorii Innowacja. Eksperci uznali kartę wielowalutową Pekao za najbardziej innowacyjny produkt na rynku. W poprzedniej edycji rankingu Pekao triumfował za wdrożenie, jako jeden z pierwszych banków na świecie, mobilnych płatności HCE. W 2015 r. rozwiązania mobilne Banku otrzymały pierwsze miejsce w rankingu Bankier.pl. Bank Pekao otrzymał również tytuł „Most innovative Bank in CEE & CIS” magazynu EMEA Finance.

Lubelska KULkarta – wielofunkcyjna legitymacja studencka z funkcją płatniczą – efekt współpracy Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Banku Pekao otzrymałą nagrodę Contactless & Mobile Awards 2016, przyznawaną na londyńskiej prestiżowej konferencji „Contacless Inteligence”.

Na polu bankowości korporacyjnej w 2015 roku, Bank Pekao zdobył tytuł Innowatora Roku 2015 w obszarze bankowości transakcyjnej w międzynarodowym rankingu magazynu Global Finance. Niezależni eksperci docenili pionierską inicjatywę na rynku bankowości korporacyjnej w Polsce, jaką jest platforma EDI Finansowanie. Kolejny raz Bank Pekao uzyskał tytuł Najlepszego Dostawcy Usług Finansowania Handlu 2015 w badaniu przeprowadzonym przez prestiżowy magazyn Euromoney. Bankowość korporacyjna Pekao została uhonorowana także tytułem „Financing Provider of the Year, Poland” w konkursie organizowanym przez miesięcznik Eurobuild. W 2015 roku Bank Pekao został uznany po raz czwarty za Najlepszy Bank Powierniczy w Polsce oraz zdobył tytuł Banku Roku w konkursie Diamenty Private Equity.

Andrzej Zienkiewicz nowym Partnerem w firmie Deloitte

Firma doradcza Deloitte wzmacnia swoje struktury. Nowym Partnerem w Dziale Konsultingu został Andrzej Zienkiewicz, który posiada doświadczenie w pracy dla klientów z sektora energetycznego i zasobów naturalnych. W Deloitte dołączył do Zespołu ds. Energii i Zasobów Naturalnych.

Zespół ds. Energii i Zasobów Naturalnych Deloitte jest częścią środkowoeuropejskiego Energy & Resources Group operującego na wszystkich rynkach regionu. W Polsce w jego skład wchodzi ponad stu specjalistów. „Cieszymy się, że do tego grona dołączył Andrzej. Jego wieloletnie doświadczenie, wiedza ekspercka, międzynarodowa sieć kontaktów oraz rozumienie wyzwań stojących przed sektorem prywatnym i publicznym w branży energetycznej przyczynią się do rozwoju usług Deloitte zarówno w Polsce, jak i w Europie Środkowej” – mówi Zbigniew Szczerbetka, Partner Zarządzający, Lider Działu Konsultingu w Europie Środkowej.

Nowy Partner posiada ponad piętnastoletnie doświadczenie, zdobyte podczas realizacji prac doradczych dla spółek z sektora energetycznego i użyteczności publicznej w jednej z firm Wielkiej Czwórki. Był odpowiedzialny za realizację kluczowych projektów strategicznych. Odpowiadał również za projekty operacyjne mające na celu poprawę efektywności funkcjonowania przedsiębiorstw, a także nadzorował przygotowanie analiz i opracowań dla nowych projektów inwestycyjnych w energetyce.

Andrzej Zienkiewicz jest absolwentem Advanced Management Program w IESE Barcelona oraz Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Gdańskiego. „Deloitte odpowiada na nadchodzące trendy budując organizację ukierunkowaną na pełne wykorzystanie synergii pomiędzy biznesem i nowymi technologiami. Cieszę się, że mogę dołączyć do zespołu posiadającego tak wysokie kompetencje oraz doskonałą reputację i wspomóc go moją znajomością potrzeb sektora energetycznego i użyteczności publicznej oraz doświadczeniem w realizacji kluczowych projektów doradczych” – mówi Andrzej Zienkiewicz.

Wobec nowych wyzwań ze strony konkurentów, wysokich oczekiwań inwestorów oraz wymagań rynku, przedsiębiorstwa z sektora energii i zasobów naturalnych muszą krytycznie analizować swoje dotychczasowe strategie działania, a także nauczyć się zarządzać coraz bardziej złożonymi ryzykami. „Interdyscyplinarna grupa profesjonalistów funkcjonująca w ramach Deloitte, do której dołączył Andrzej, dostarcza firmom działającym w obszarze wydobywczym, energetyki, rynku nafty i gazu oraz przedsiębiorstw użyteczności publicznej nowoczesne i kompleksowe rozwiązania. Ze swoją wiedzą i doświadczeniem Andrzej wraz z zespołem, rozszerza nasze portfolio usług w obszarze doradztwa biznesowego. Jestem przekonany, że ich unikatowa na rynku wiedza będzie efektywnie wykorzystana we współpracy z klientami” – mówi Tomasz Konik, Lider Zespołu ds. Energii i Zasobów Naturalnych Deloitte w Polsce.

Dzisiaj ostatni dzień zapisów na akcje Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.

Dziś dla inwestorów indywidualnych mija termin na składanie zapisów na akcje Biura Inwestycji Kapitałowych S.A., w związku z prowadzoną ofertą publiczną. Zapisy prowadzi DM BOŚ jako oferujący oraz  DM mBanku i BM Alior Banku będące w konsorcjum. Zapisy w transzy instytucjonalnej będą prowadzone do 4 listopada br.

W ramach prowadzonej pierwszej publicznej oferty Biura Inwestycji Kapitałowych S.A. oferowanych jest 1.130.000 nowych akcji serii I. Cena emisyjna akcji dewelopera powierzchni magazynowych i handlowych została ustalona na poziomie 18 zł za walor. W przypadku objęcia przez inwestorów wszystkich oferowanych papierów, wartość oferty sięgnie 20,34 mln zł brutto.

„Mamy przygotowany konkretny program inwestycyjny, a pozyskane z oferty publicznej środki zamierzamy od razu wykorzystać na realizację planowanych i przygotowanych już projektów. Jesteśmy gotowi do natychmiastowego działania ponieważ posiadamy grunty, na których będą powstawały inwestycje,  oraz stosowne pozwolenia na budowę. Dlatego oczekujemy szybkiego wzrostu skali działania i w efekcie wartości Spółki” – powiedział Mirosław Koszany, Prezes Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.

Zapisy w transzy inwestorów indywidualnych są przyjmowane do 3 listopada br., natomiast  w transzy inwestorów instytucjonalnych do 4 listopada br. Zapisy prowadzi Dom Maklerski BOŚ, jako oferujący oraz Dom Maklerski mBanku i Biuro Maklerskie Alior Banku będące w konsorcjum. W ramach transzy detalicznej  spółka oferuje 200 tys. akcji (ok. 17,7% oferowanych akcji), a inwestorom instytucjonalnym 930 tys. akcji (ok. 82,3%). Przydział akcji planowany jest na 7 listopada br.

Oferowane inwestorom akcje stanowić będą łącznie 27,4% podwyższonego kapitału zakładowego spółki. Aktualnie 100% akcji Biura Inwestycji Kapitałowych S.A. jest własnością Belancor Sp. z o.o. z siedzibą w Krakowie. Udziałowcami Belancor Sp. z o.o. są osoby fizyczne. Przy uwzględnieniu, że wszystkie nowo emitowane papiery zostaną sprzedane, po zakończeniu IPO kapitał zakładowy dewelopera będzie się dzielił na 4,13 mln akcji.

GPW przejmuje organizację fixingu stawek referencyjnych WIBID i WIBOR

  • GPW podjęła decyzję o przyjęciu od Stowarzyszenia Rynków Finansowych ACI Polska oferty dotyczącej organizacji fixingu stawek referencyjnych WIBID i WIBOR
  • Zmiana organizatora stawek jest związana z wejściem w życie Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady Europy, które nakłada istotne wymogi wobec instytucji obliczających wskaźniki referencyjne
  • Proces przejęcia będzie miał charakter etapowy, na który będzie składało się: rozpoczęcie organizacji fixingu, uzyskanie zezwolenia na pełnienie funkcji administratora oraz przegląd metodyki stawek

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie podpisała ze Stowarzyszeniem Rynków Finansowych ACI Polska umowę przejęcia organizacji fixingu stawek referencyjnych WIBID i WIBOR. Wraz z przejęciem organizacji fixingu stawek referencyjnych, GPW przejmie również rolę agenta kalkulacyjnego. Umowa wejdzie w życie po jej akceptacji przez Radę WIBOR oraz wyrażeniu zgody na zmianę Regulaminu fixingu stawek referencyjnych WIBID i WIBOR przez banki – uczestników fixingu.

Decyzja o przejęciu przez GPW funkcji organizatora fixingu stawek referencyjnych nastąpiław związku z ofertą, którą Giełda otrzymała od Stowarzyszenia ACI Polska. Rezygnacja ACI Polska z pełnienia funkcji organizatora jest wynikiem Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/1011 z dnia 8 czerwca 2016 r. w sprawie indeksów stosowanych jako wskaźniki referencyjne w instrumentach finansowych i umowach finansowych lub do pomiaru wyników funduszu inwestycyjnego, które wejdzie w życie z początkiem 2018 r. Rozporządzenie to definiuje trzy podstawowe kategorie wskaźników i w zależności od jego przynależności, nakłada wymogi na podmiot obliczający dany wskaźnik. W związku z wejściem w życie ww. Rozporządzenia, Stowarzyszenie ACI Polska uznało, iż nie będzie w stanie spełnić jego wymogów, tym samym zwróciło się do GPW z ofertą przekazania organizacji fixingu stawek WIBID i WIBOR. GPW w wyniku przeprowadzonych analiz zdecydowała o przyjęciu oferty ACI Polska.

Decyzja Giełdy o przejęciu organizacji fixingu stawek WIBID i WIBOR jest ważnym wydarzeniem w odniesieniu do prowadzonej dotychczas działalności. GPW, która dotychczas skupiała się na obrocie instrumentami rynku kapitałowego i towarowego, rozszerza swoją działalność o usługi z zakresu rynku finansowego. Wierzę, że ta decyzja przyczyni się do zwiększenia zainteresowania banków ofertą GPW, szczególnie w zakresie dłużnych instrumentów finansowych oraz kontraktów terminowych na stopy procentowe – powiedziała prof. dr hab. Małgorzata Zaleska, Prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Proces przejęcia organizacji fixingu stawek referencyjnych będzie realizowany przez GPW we współpracy z bankami – uczestnikami fixingu. Ma to szczególne znaczenie z punktu widzenia roli, jaką banki pełnią w tym procesie oraz zakresu wykorzystania stawek referencyjnych w działalności prowadzonej przez banki.

W opinii Rady WIBOR, Giełda Papierów Wartościowych ze względu na doświadczenie w obliczaniu wskaźników rynkowych, odpowiednie zaplecze organizacyjno-techniczne oraz charakter instytucji zaufania publicznego. Jest podmiotem, który zapewni utrzymanie wysokiej jakości stawek referencyjnych oraz pozwoli na dostosowanie do wymogów regulacyjnych – dodaje Sławomir Panasiuk, Przewodniczący Rady WIBOR.

Proces przejęcia przez GPW organizacji, a w przyszłości administracji fixingu stawek referencyjnych będzie miał charakter etapowy. W pierwszej fazie, po zmianie Regulaminu stawek WIBID i WIBOR, GPW przejmie funkcję organizatora i agenta kalkulacyjnego. Kolejny etap będzie polegał na przeprowadzeniu działań mających na celu uzyskanie zezwolenia na pełnienie przez GPW funkcji administratora zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (EU). Ważnym elementem planowanych zmian jest przegląd metodyki stawek referencyjnych. Proces ten zostanie przeprowadzony po uzyskaniu przez GPW wspomnianego wyżej zezwolenia i będzie miał charakter otwartych konsultacji z szerokim gronem uczestników rynku finansowego, w szczególności podmiotów wykorzystujących stawki referencyjne w umowach z klientami.

ACI Polska stworzyło wskaźnik na potrzeby rynku międzybankowego. Warto podkreślić, że jego konstrukcja polegająca na przekazaniu kwotowania, które jest jednocześnie zobowiązaniem do zawarcia transakcji była unikalna na świecie. Stowarzyszenie przez ponad 20 lat z powodzeniem administrowało benchmarkiem. W tym czasie WIBOR stał się najważniejszym wskaźnikiem rynku międzybankowego. ACI Polska dokonała szczegółowej analizy rozporządzenia, z której wynikało, że nowy administrator stawek WIBID i WIBOR powinien się cechować brakiem konfliktu interesów, mieć profesjonalny charakter działalności i dobrą opinię na rynku finansowym, a także odpowiednie zaplecze organizacyjne. ACI Polska skierowała ofertę przejęcia do GPW, jako do najlepszego podmiotu na krajowym rynku finansowym spełniającego powyższe kryteria- powiedziała Marta Kępa, Prezes Stowarzyszenia Rynków Finansowych ACI Polska.

Stawki referencyjne WIBID i WIBOR

Stawka WIBOR jest obliczana od 1991 r., zaś stawka WIBID od 1995 r. Zgodnie z obowiązującą metodyką, na podstawie ofert banków-uczestników fixingu obliczane są średnie stanowiące wartość stawek dla poszczególnych okresów. Przekazane na fixing WIBID i WIBOR stawki mają charakter transakcyjny: każdy z banków po przedstawieniu swoich stawek, w przypadku zapytania od innego banku panelisty ma obowiązek zawierać transakcje po zaproponowanych przez siebie cenach. Od samego początku za proces organizacji fixingu stawek odpowiada Stowarzyszenie Rynków Finansowych ACI Polska (wcześniej Polskie Stowarzyszenie Dealerów Bankowych FOREX Polska). Obecnie każda ze stawek jest obliczana dla 9 różnych okresów. Szacuje się, że stawki WIBID i WIBOR są punktem odniesienia w umowach kredytowo-depozytowych na poziomie 800 mld zł.

BIG InfoMonitor: Młodzi, piękni i zadłużeni na 3,7 mld zł

Mamy już w Polsce ponad pół miliona osób w wieku od 18 do 34 lat z problemami finansowymi – wynika z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Zaległe długi młodych wzrosły od sierpnia ubiegłego roku o blisko 1,5 mld zł i sięgają obecnie 3,7 mld zł. Głównie są wynikiem niepłaconych alimentów, pożyczek gotówkowych oraz rachunków za telefon. Średnia zaległość młodej osoby przekracza 7 tys. zł.

W Polsce żyje 9 298 873 osób* w wieku od 18 do 34 lat – podaje GUS, 523 804 z nich zdążyło zgromadzić zaległości wynoszące łącznie 3,7 mld zł. Od sierpnia 2015 r., kiedy to ostatnio przyglądaliśmy się kondycji młodych, do września 2016 r. liczba 18-34 latków z kłopotami finansowymi zwiększyła się o niemal 110 tys. Kwota nieregulowanych przez nich w terminie m.in. bieżących rachunków, rat pożyczek i alimentów wzrosła o blisko 1,5 mld zł.

W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor do młodych  przyporządkowanych jest ponad 941 tys. informacji sygnalizujących nieopłacone zobowiązania. Zgodnie z przepisami wierzyciel ma prawo wpisać do BIG, dług osoby fizycznej jeśli wynosi on minimum 200 zł, a od terminu płatności minęło co najmniej 60 dni.

Długi młodych Polaków

Za co nie płacą młodzi

Największą część zaległości osób, które nie ukończyły 35 roku życia stanowią długi alimentacyjne – ok. 30 proc. (ponad 1,17 mld zł), na drugim miejscu znalazły się pożyczki z firm pozabankowych ponad 828 mln zł, ale też kredyty bankowe o których złej obsłudze niektóre banki decydują się informować nie tylko Biuro Informacji Kredytowej, ale także BIG InfoMonitor. Znacząca do spłaty, przez osoby młode jest także kwota za usługi telekomunikacyjne – prawie 360 mln zł. Na listę trafiło również powyżej 13 mln zł opłat karnych za jazdę bez ważnego biletu.

Zaległości młodych mają najniższą wartość…

Przeciętna zaległość osób, które nie ukończyły 35 lat to 7 067 zł, przy czym wśród 18-24 latków jest to jeszcze 2 840 zł, a wśród 25-34 latków już 8 264 zł. To i tak znacznie mniej niż u przedstawicieli pozostałych grup wiekowych, gdzie przeciętny niespłacony dług wynosi – od 10 421 zł wśród osób, które mają ponad 65 lat do 17 548 tys. zł u 45-54 latków. Co działa na korzyść młodych dłużników? M.in. niższa od przeciętnej, wartość zaległości alimentacyjnej, wynosząca – 9 784 zł wśród osób do 24 roku życia i 22 817 zł u osób między 25 a 34 lata, podczas gdy średnia dla wszystkich to 33 159 zł. Zdecydowanie niższe w tej grupie wiekowej są również zaległości, których wierzyciele dochodzili przed wymiarem sprawiedliwości – średnio jest to prawie 6 tys. zł podczas gdy u młodych długi wpisane na podstawie wyroku sadowego nie przekraczają 4,6 tys. zł. Ale już średni dług młodych wobec firmy telekomunikacyjnej – 2 498 zł – przekracza średnią dla wszystkich dłużników – 2 362 zł. U operatorów telewizji kablowej młodzi również wyróżniają się negatywnie. Przypadający tu na osobę dług z tytułu nieopłaconych rachunków za usługi operatorów telewizji kablowych wynosi 1485 zł wobec przeciętnej 1361 zł.

… mimo że na jedną osobę przypada ich najwięcej

Choć średnia zaległość osób młodych jest znacznie niższa niż niespłacone długi pozostałych Polaków, zwraca uwagę fakt, że to właśnie niesolidny dłużnik między 25 a 34 rokiem życia ma statystycznie najwięcej zgłoszonych informacji gospodarczych czyli zaległości. Jak wynika z danych BIG InfoMonitor przeciętnie na osobę przypada 1,84 wpisu o długu.

Źródło: BIG InfoMonitor
Źródło: BIG InfoMonitor

Skąd tak znaczące liczby? Do młodych osób należy np. połowa informacji gospodarczych wprowadzonych do BIG InfoMonitor przez sądy. Konto młodych obciąża również 40 proc. z całej puli wpisów dokonanych przez pozabankowe firmy pożyczkowe oraz blisko 40 proc. nieuregulowanych rachunków w firmach telekomunikacyjnych. Na młodych przypada także m.in. co trzecia z nieuregulowanych opłat karnych za korzystanie z komunikacji bez ważnego biletu. Stosunkowo niski udział młodzi dłużnicy mają natomiast w długach alimentacyjnych. Jest to co piaty dług z tego tytułu.

Generalnie wśród wszystkich niesolidnych płatników zgłoszonych do BIG InfoMonitor osoby w wieku od 18 do 34 lat stanowią 31,5 proc., a ich udział w sumie zaległych zobowiązań notowanych w BIG InfoMonitor wynosi 18 proc. Mimo sporego przyrostu liczby młodych dłużników oraz wartości ich zaległości, udziały te nie zmieniły się istotnie w ciągu minionych 13 miesięcy.

Pochodzą głównie ze Śląska i Mazowsza                                                                                                                       

Najwięcej niesolidnych młodych dłużników zamieszkuje województwa: śląskie, mazowieckie, dolnośląskie oraz kujawsko-pomorskie, z kolei najmniej takich osób można spotkać w Świętokrzyskiem i na Podlasiu.

Liczba dłużników
Region wiek 18-24 wiek 25-34
DOLNOŚLĄSKIE 12 487 42 986
KUJAWSKO POMORSKIE 11 405 30 485
LUBELSKIE 4 848 17 811
LUBUSKIE 4 066 15 058
ŁÓDZKIE 6 467 25 360
MAŁOPOLSKIE 5 645 22 454
MAZOWIECKIE 12 085 46 671
OPOLSKIE 2 872 10 227
PODKARPACKIE 3 369 12 480
PODLASKIE 2 453 9 367
POMORSKIE 8 969 28 660
ŚLĄSKIE 15 160 55 370
ŚWIĘTOKRZYSKIE 2 706 9 626
WARMIŃSKO MAZURSKIE 5 461 20 322
WIELKOPOLSKIE 10 353 36 736
ZACHODNIOPOMORSKIE 7 217 24 628
Suma 523 804

Źródło: BIG InfoMonitor

W grupie młodych, problem zaległego zadłużenia zdecydowanie częściej dotyka osób, które mają co najmniej 25 lat, niż tych które wchodzą dopiero w dorosłość po ukończeniu 18-tego roku życia.

Kwota zaległości (zł)
Region wiek 18-24 wiek 25-34
DOLNOŚLĄSKIE 37 705 518 338 545 571
KUJAWSKO POMORSKIE 31 130 230 252 071 609
LUBELSKIE 12 685 236 149 410 748
LUBUSKIE 11 837 413 113 858 899
ŁÓDZKIE 18 733 571 204 639 679
MAŁOPOLSKIE 15 418 457 188 349 236
MAZOWIECKIE 33 106 997 388 465 202
OPOLSKIE 8 576 482 93 034 899
PODKARPACKIE 8 127 710 91 587 492
PODLASKIE 6 556 089 75 592 148
POMORSKIE 26 268 678 275 219 051
ŚLĄSKIE 45 362 163 457 635 327
ŚWIĘTOKRZYSKIE 7 346 236 74 094 652
WARMIŃSKO MAZURSKIE 14 995 644 161 899 923
WIELKOPOLSKIE 30 056 846 299 449 538
ZACHODNIOPOMORSKIE 20 253 608 209 733 226
Suma 3 701 748 078 zł

Źródło: BIG InfoMonitor

Rekordziści

Najwięcej osób z najwyższymi kwotami zadłużenia zamieszkuje województwo opolskie. W pierwszej 10. są aż trzy osoby z tego regionu m.in. najmłodszy rekordzista – 21-latek, który ma już do spłacenia prawie 300 tys. zł. Na Opolszczyźnie mieszka również 34-latek, którego długi narosły do ponad 10 mln zł i jest to najwyższa kwota zaległości w Polsce osoby z przedziału wiekowego 18-34.

Rekordziści TOP 10
Region Wiek Płeć Zaległość
OPOLSKIE 34 M 10 184 615
OPOLSKIE 30 M 852 685
MAZOWIECKIE 34 M 739 975
ZACHODNIOPOMORSKIE 33 K 719 494
LUBELSKIE 31 K 663 018
OPOLSKIE 21 M 295 562
WIELKOPOLSKIE 23 M 274 868
DOLNOŚLĄSKIE 24 K 171 107
ŚLĄSKIE 24 M 154 305
DOLNOŚLĄSKIE 23 K 123 461

Źródło: BIG InfoMonitor

Raport Euler Hermes omawiający sytuację w branży chemicznej w Polsce i na świecie

Euler Hermes: europejskie i amerykańskie firmy przemysłu chemicznego toczą ze sobą bardzo wyrównaną walkę

  • Europejskie firmy branży chemicznej inwestują za granicą – w szczególności na terenie USA – więcej niż w swoich krajach
  • Europejskie przedsiębiorstwa znajdują się na dobrej pozycji, jednak ich sytuacja może szybko ulec zmianie w razie nagłego spadku popytu
  • Bardzo wyrównana walka: europejskie firmy korzystają ze spadku cen surowców, ich szanse w konkurencji z przedsiębiorstwami amerykańskimi wyrównały się
  • Kluczem do sukcesu jest inwestowanie w innowacyjne rozwiązania o wysokiej wartości dodanej oraz dalsza specjalizacja 

Największe europejskie firmy przemysłu chemicznego dokonały w okresie ostatnich lat znaczących przejęć, realizując przy tym zdecydowanie poważniejsze inwestycje za granicą, niż w swoich krajach macierzystych – to USA są ich najważniejszym rynkiem. Jest to związane przede wszystkim z niższymi cenami surowców i energii w Stanach Zjednoczonych, dzięki którym przedsiębiorstwa tam działające uzyskują przewagę konkurencyjną. Coraz większe znaczenie dla firm europejskich ma także konkurencja azjatycka, jednak jak do tej pory skutecznie bronią one w tym starciu swojej dobrej pozycji. Euler Hermes, firma będąca liderem światowych rynków ubezpieczeń kredytów handlowych przeprowadziła niedawno badanie dotyczące sektora chemicznego.

Swoją dobrą pozycję firmy zawdzięczają w znaczącym stopniu spadkowi cen podstawowego dla nich surowca, jakim jest ciężka benzyna

“Działalność europejskich firmy przemysłu chemicznego wciąż jest rentowna, a pomimo utrzymującej się stagnacji sprzedaży, w roku 2016 ich marże zysku z działalności operacyjnej utrzymywały się na stabilnym poziomie wynoszącym około 10%” – mówi Ludovic Subran, główny ekonomista w Euler Hermes. „Ryzyko dotyczące tego sektora jest dosyć niskie. Niemniej jednak, tak komfortowa sytuacja jest obecnie związana przede wszystkim ze spadkiem cen niezwykle ważnego surowca, jakim jest ciężka benzyna, surowiec wykorzystywany głównie w Europie. Od roku 2013 jej ceny spadły o mniej więcej 60%, co umożliwiło firmom przemysłu chemicznego skompensowanie pewnej stagnacji, jeżeli chodzi o wartość uzyskiwanych obrotów.”

Niemniej jednak, nie powinno to jednak przysłonić faktu dużego uzależnienia wyników tej branży od popytu na światowych rynkach.

Nie wolno spoczywać na laurach – światowe rynki wykazują pewne oznaki słabości jako konsekwencja atmosfery niepewności po decyzji o Brexicie

“Europejskie firmy przemysłu chemicznego nie mogą w żadnym wypadku spocząć na laurach” – mówi będący autorem raportu Marc Livinec, ekonomista w Euler Hermes. „Niezwykle istotne, a nawet krytyczne znaczenie ma z praktycznego punktu widzenia możliwość zakupu najważniejszych surowców po niskich cenach.  Niemniej jednak, krótkowzroczne jest przekonanie, że wykorzystanie jedynie niskich kosztów energii umożliwi zrekompensowanie możliwych konsekwencji Brexit’u oraz trudnej sytuacji na światowych rynkach – może to w perspektywie długoterminowej stanowić poważny błąd. Niezbyt wesołe perspektywy rozwoju światowych rynków mają negatywne konsekwencje także dla poziomu europejskiej produkcji przemysłowej – prognozy dotyczące stopy wzrostu wynoszącej +1,3% w roku 2016 i 1,1% w roku 2017 nie są zbyt optymistyczne. Pomimo ich wielkości i skali działania europejskie przedsiębiorstwa przemysłu chemicznego wciąż są narażone na negatywne konsekwencje rynkowego spowolnienia.”

Sytuacja firm prowadzących działalność na rynkach europejskich jest również ściśle uzależniona od ewolucji ich klientów w kluczowych sektorach przemysłu, którymi są: budownictwo, motoryzacja i elektronika. W razie poważnego kryzysu w którymkolwiek z tych sektorów przemysłowych, presja w chemii natychmiast rośnie.

USA: Bonanza w wydobyciu gazu łupkowego pociągnęła ze sobą prawdziwe trzęsienie ziemi w przemyśle chemicznym

W perspektywie długoterminowej dla firm europejskich kluczowe znaczenie, jeżeli chodzi o perspektywy rozwoju i zagrożenia stanowi konkurencja z amerykańskimi spółkami chemicznymi.

Amerykańskie firmy przemysłu chemicznego wciąż łapią silny wiatr z tyłu w żagle” – mówi Subran. “W przeciwieństwie do firm europejskich do wytwarzania swojego najważniejszego półproduktu, którym jest etylen, nie wykorzystują one ciężkiej benzyny produkowanej z ropy naftowej, ale etan, którego cena zależy od cen gazu. Rewolucja związana z wydobyciem gazu łupkowego przynosi więc prawdziwe korzyści także amerykańskim przedsiębiorstwom przemysłu chemicznego. W jej rezultacie, ceny gazu są dwukrotnie niższe, niż w Europie i nawet trzy razy niższe, niż w regionie Azji. Zapewnia to Amerykanom zdecydowaną przewagę konkurencyjną. W okresie najbliższych dziesięciu lat, amerykańskie przedsiębiorstwa powinny być gotowe do wykorzystania zysków z inwestycji w moce produkcyjne. Firmy europejskie powinny zacząć przygotowywać się do tego…

Postawienie na właściwego konia: w wyrównanym wyścigu firm chemicznych łeb w łeb z najlepszymi konkurują firmy stawiające na badania i rozwój

W ostatnich kilku latach niemieckie firmy postawiły na właściwego konia w globalnym wyścigu, realizując poważne inwestycje w dziedzinie prac badawczo-rozwojowych i przeprowadzając dalszą specjalizację prowadzonej działalności.

“Już w przeszłości europejskie firmy przemysłu chemicznego wykazały swoją zdolność do radzenia sobie w trudnych sytuacjach” – dodaje Livinec. „Amerykańskie przedsiębiorstwa miały przez wiele lat wyraźną przewagę. Najważniejsi miejscowi gracze rynkowi starali się nawiązać z nimi rywalizację przynajmniej w pewnym stopniu, dzięki ciągłemu podnoszeniu efektywności. Spadek cen ropy naftowej umożliwił im zdecydowane obniżenie kosztów i powrót do wyrównanego wyścigu. Jednak aby wygrać ten wyścig, muszą one dalej się specjalizować, niezależnie od ewolucji cen surowców, a także realizować inwestycje w ściśle określonych dziedzinach – nie w zakresie zwiększenia samej skali produkcji, ale przede wszystkim procesów końcowych i usług, które mogą zapewnić im zdecydowanie wyższą wartość dodaną. W ten sposób mogą zapewnić sobie przewagę konkurencyjną, której potrzebują.

W niezwykle wyspecjalizowanych segmentach przemysłu chemicznego, już obecnie zdecydowanie największe znaczenie ma innowacyjność, a nie koszty surowców. W ujęciu ogólnym, produkty najnowszych technologii zapewniają możliwość uzyskania wyższej marży – jest tak na przykład w przypadku chemikaliów konsumpcyjnych, wykorzystywanych w produkcji środków higienicznych i kosmetyków.

Polski przemysł chemiczny – skoncentrowany na ograniczonej liczbie tradycyjnych produktów, zależny więc od wahań na rynkach światowych

Większość firm działających w Polsce w branży chemicznej specjalizuje się przetwórstwem tworzyw sztucznych i kauczuku (70% ich liczby za PAIZ). Segment klasycznej, ciężkiej chemii – produkcji chemikaliów i wyrobów chemicznych jest dużo mniej rozdrobniony, są to duże podmioty, w tym z udziałem skarbu państwa, konsolidowane w ostatnich latach. Dominuje w niej petrochemia, nawozy sztuczne i tworzywa sztuczne, zdecydowanie niższy jest natomiast udział produkcji farmaceutycznej i kosmetycznej.

Mało jeszcze rozwinięta w porównaniu do innych rynków europejskich produkcja wyrobów o wyższej wartości dodanej, wyspecjalizowanych, w tym na rynek konsumencki sprawia, że wyniki polskiego sektora chemicznego są narażone na wahania koniunktury. Mimo, iż porównując pierwsze półrocze br. do roku ubiegłego widać wyraźną poprawę wyników branży chemicznej, to…. Sprzyjający jej spadek cen surowców, w tym ropy wiąże się także ze spadkiem popytu i cen na rynkach światowych na wyroby polskiej syntezy chemicznej, m.in. amoniaku i mocznika (o 30% – za Grupą Azoty). Możliwości w dywersyfikacji produkcji nawozów pozwoliły utrzymać wskaźniki rentowności, tym niemniej w perspektywie długookresowej polskie firmy chemiczne muszą przebudować swoje portfele inwestycyjne. Potrzeba zmiany, a nie zwiększenia skali produkcji jest oczywista, wskazywane są natomiast przeszkody, niespotykane chociażby w USA – takie jak problem w dziedzinie biotechnologii w przemyśle chemicznym, która wymaga niezbędnych areałów do uprawy roślin przemysłowych, o co muszą konkurować z wiodącą jak dotąd produkcją spożywczą.

Wybrane wyniki produkcji chemicznej w Polsce w porównaniu do produkcji przemysłowej ogółem

Źródło: Główny Urząd Statystyczny
Źródło: Główny Urząd Statystyczny

Pełna treść przeprowadzonego przez firmę Euler Hermes raportu pod tytułem “Europejski sektor chemiczny: niskie koszty produkcji i znaczące zyski w świetle popytu na rynkach światowych oraz amerykańskiej konkurencji” jest dostępna pod adresem:

http://www.eulerhermes.com/economic-research/blog/EconomicPublications/europe-us-asia-chemicals-industry-report-sep16.pdf

Pracodawcy coraz częściej poszukują pracowników… u konkurencji!

Według GUS we wrześniu stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce wyniosła 8,3%. To najlepszy wynik od maja 1991 roku. Choć sytuacja na rynku pracy od początku 2014 roku systematycznie się poprawia, to na koniec ubiegłego miesiąca bez zatrudnienia pozostawało nadal ponad 1 milion 300 tysięcy Polaków, z czego więcej niż połowa to długotrwale bezrobotni. Im najtrudniej znaleźć pracę, tym bardziej, że firmom coraz częściej opłaca się rekrutacja osób już aktywnych zawodowo niż długotrwałe eksplorowanie rynku osób poszukujących zatrudnienia.

Jak twierdzą eksperci, polska gospodarka potrzebuje obecnie fachowców, a o nich coraz trudniej. Problemy z pozyskaniem pracowników o odpowiednich kompetencjach zgłasza ponad 30% pracodawców. Brakuje inżynierów i wykwalifikowanych pracowników fizycznych w sektorze produkcyjnym, a związku z dynamicznymi zmianami technologicznymi i rozwojem licznych centrów usług dla biznesu, już dziś niedobór chociażby specjalistów IT w naszym kraju sięga ponad 50 tys. osób. Mniejsze lub większe problemy z rekrutacją komunikują firmy z niemal wszystkich branż.

Problem braku rąk do pracy, dotychczas omawiany w kategoriach „wyzwań przyszłości”, materializuje się na naszych oczach – mówi prof. Elżbieta Kryńska, kierownik Katedry Polityki Ekonomicznej Uniwersytetu Łódzkiego. – Nie ma już kogo zatrudniać. Niemal wszyscy, którzy mieli w miarę aktualne kompetencje i chęć do pracy, znaleźli zajęcie – dodaje.

Bezrobocie jest, rąk do pracy nie ma!

Jak wynika z danych GUS, większość bezrobotnych rejestrujących się w urzędach pracy w II kwartale 2016 roku to osoby o stosunkowo niskim poziomie wykształcenia – zasadniczym zawodowym (26,5%) oraz gimnazjalnym, podstawowym i niepełnym podstawowym (27,9%). Świadectwami ukończenia szkół policealnych oraz średnich zawodowych i ogólnokształcących legitymowało się 32,7%, a dyplomami uczelni wyższych nieco ponad 12% zarejestrowanych. Prawie 800 000 osób to trwale bezrobotni. Dla wielu z nich sama oferta pracy to za mało, wymagają pomocy specjalistów i licznych kursów zawodowych. Przywracanie ich rynkowi pracy trwa miesiącami, a firmy nie mają na to czasu, bo potrzebują pracowników na już.

Problemy osób długotrwale bezrobotnych są różne. Bardzo często nie chodzi tylko o brak kwalifikacji. Przede wszystkim ludzie ci stracili kontakt z rynkiem pracy. Nie wiedzą, jak szukać zatrudnienia i w jaki sposób dotrzeć do pracodawców. Osobom tym nierzadko brakuje też motywacji. Przez te kilka czy kilkanaście lat bezrobocia nauczyły się one funkcjonować bez pracy. Uważają, że jej nie potrzebują, kojarzy się im ona z czymś bardzo uciążliwym – mówi Anna Karaszewska, dyrektor generalna w firmie Ingeus Polska.

Dodatkowym problemem są regionalne i lokalne rozbieżności między podażą pracy i popytem na pracę, trudności z dopasowaniem kompetencji do wymogów stanowiska, a także rosnące wymagania pracowników odnośnie płacy i warunków zatrudnienia.

Rekrutacje coraz kosztowniejsze

Eksplorowanie rynku w poszukiwaniu pracowników o odpowiednich kwalifikacjach generuje coraz większe koszty po stronie pracodawców. Jak wynika z badania SARATOGA Human Capital Benchmarking, wydatki związane z pozyskaniem nowego pracownika na przestrzeni czterech lat wzrosły o 40 proc. Średni koszt rekrutacji to 2640 zł. W przypadku firm produkcyjnych wzrasta on nawet do 4300 zł. Dlatego coraz więcej przedsiębiorców decyduje się na zlecanie rekrutacji wyspecjalizowanym firmom zewnętrznym.

Należy zauważyć, że sami pracodawcy dysponują dość ograniczonymi narzędziami. Zazwyczaj są to ogłoszenia  zamieszczane w mediach lub Internecie, które docierają tylko do osób aktywnie poszukujących pracy. A ci najlepsi pracę już mają. To skutkuje niską jakością kandydatur i 90% nadesłanych CV jest przeważnie nietrafionych. To wydłuża sam proces i generuje dodatkowe koszty. Dlatego coraz częściej przedsiębiorcy korzystają z usług firm rekrutacyjnych, które dysponują o wiele szerszym wachlarzem narzędzi dotarcia do potencjalnych pracowników. Poszukując najlepszych kandydatów, wykorzystujemy m.in. budowane przez lata sieci kontaktów, które pozwalają dotrzeć do specjalistów zatrudnionych w innych firmach – mówi Konrad Królikowski, Assosiate Manger w Relyon Recruitment & IT Services, firmie specjalizującej się m.in. w rekrutacjach kadry kierowniczej i specjalistycznej dla branży produkcyjnej.

Taniej przejąć, niż znaleźć

Jak twierdzi Konrad Królikowski, przedsiębiorcom, zwłaszcza tym poszukującym kandydatów o wysokich kwalifikacjach, bardziej opłaca się zatrudnienie firmy zewnętrznej, która szybko i efektywnie zrekrutuje pracownika pracującego u konkurencji niż żmudne eksplorowanie rynku bezrobotnych. Przejmowanie kadr to w Polsce proces coraz popularniejszy, tym bardziej że nie zawsze wiąże się z koniecznością przebicia dotychczasowej stawki kandydata.

Motywacje do rezygnacji z pracy w danej firmie są różne i często nie dotyczą kwestii finansowych. Chęć sprawdzenia się na nowym stanowisku, mniejsza odległość zakładu pracy od miejsca zamieszkania czy niezadowolenie ze współpracy z przełożonym to przyczyny, dla których pracownicy często zmieniają pracodawcę, nie oczekując wyższej płacy. Dzięki wysokiemu poziomowi specjalizacji zewnętrzna firma szybciej dotrze do takich kandydatów niż sam pracodawca. Takie działania były, są i będą stosowane, szczególnie kiedy inne formy pozyskania wartościowych pracowników nie skutkują – dodaje Konrad Królikowski.

Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wyniku świadczonej usługi pośrednictwa pracy zatrudnienie lub inną pracę zarobkową na terenie kraju w 2015 r. otrzymało 278 062 osoby. W porównaniu do 2014 r. liczba zatrudnionych wzrosła o 57 640 osób.

Deloitte Digital: Rok 2017 będzie sprawdzianem dla wirtualnej rzeczywistości

Wirtualna rzeczywistość nabiera coraz większego znaczenia w biznesie, inwestują w nią najwięksi gracze na rynku. Potencjał VR wykorzystują firmy takie jak Google, Microsoft czy Sony, które konsekwentnie rozwijają tę technologię i znajdują kolejne zastosowania dla produkowanych sprzętów. Otwartymi pozostają pytania, czy po czasie eksperymentów i edukacji wśród użytkowników i marek, VR dotrze do szerszego grona odbiorców? Jakie są prognozy na następne lata? Eksperci Deloitte Digital przewidują, że nachodzący rok będzie przełomowy i wyznaczy dalsze trendy rozwoju wirtualnej rzeczywistości.

Jak prognozuje Deloitte, w 2016 roku liczba sprzedanych na świecie okularów VR wyniesie 2,5 miliona. Natomiast wartość rynku wirtualnej rzeczywistości po raz pierwszy osiągnie miliard dolarów. Rola i zastosowanie tej technologii dynamicznie się zmienia. Dotychczas wykorzystywana była przede wszystkim w grach komputerowych. Obecnie, firmy z branży dóbr i usług coraz częściej widzą w niej narzędzie, dzięki, któremu mogą przyciągać klientów i budować z nimi relacje.

Potencjał VR wykorzystała na przykład marka Topshop, która stworzyła wirtualną przymierzalnię, dzięki której klienci mogą „przymierzyć” ubranie bez zakładania go fizycznie. IKEA w komunikacji marketingowej, skorzystała z technologii AR (rzeczywistości rozszerzonej) i stworzyła aplikację na smartfony umożliwiającą sprawdzenie, jak dany mebel lub dodatek będzie wyglądał w domach klientów sklepu. Z virtual reality, korzysta chętnie branża rozrywkowa oraz medialna. Powstają pierwsze produkcje w całości stworzone w technice 360 stopni (np. wywiad z Michelle Obamą). Trendy te docierają również do Polski stacja TVN właśnie nakręciła serial korzystając z tej technologii.

W walce o uwagę konsumenta, firmy zauważyły potencjał marketingowy w wykorzystaniu virtual reality. W przeciwieństwie do tradycyjnych kanałów komunikacji, rzeczywistość wirtualna jest medium, które pozwala odizolować odbiorcę od bodźców pochodzących ze świata zewnętrznego i gwarantuje jego pełne zaangażowanie. Dodatkowo, doświadczenia i emocje wywołane pełnym zanurzeniem w VR okazują się o wiele silniejsze niż te wywołane biernym odbiorem – w przypadku oglądania ich “tylko” na ekranie. Czynniki te stwarzają idealne środowisko do budowania pożądanej relacji z potencjalnym odbiorcą  – mówi Tomasz Sapiński, Starszy Specjalista ds. Nowych Technologii, Deloitte Digital CE.

Twórcy wirtualnej rzeczywistości wychodzą poza strefę rozrywki. Jednak tempo zmian wciąż pozostaje relatywnie niskie technologia VR dość powoli znajduje swoje zastosowanie w dziedzinach takich jak edukacja czy medycyna. Rynek wirtualnej rzeczywistości daje nowe możliwości również firmom działającym w sektorze B2B.

Oczywiście wszyscy prognozują, jak VR przyjmie się w obszarze konsumenckim i jak szybko osiągnie odpowiednie nasycenie. Warto jednak zwrócić uwagę na potencjał komunikacji business-to-business: tutaj bariery są mniejsze, a jednocześnie możliwości inwestycji w projekty wykorzystujące technologie CRT większe. Wdrożenie kampanii na kilkaset stanowisk z headsetami VR na terenie całej Polski nie jest nieosiągalną inwestycją dla firm. Uważam, że właśnie projekty B2B mogą przyczynić się do popularyzacji wirtualnej rzeczywistości i dać marketerom niezbędne podstawy do przeniesienia tego doświadczenia do świata konsumenta oraz oferty B2C – ocenia Olgierd Cygan, Partner Zarządzający częścią agencyjną w Deloitte Digital.

Jak zauważają eksperci Deloitte Digital o rosnącym znaczeniu rynku wirtualnej rzeczywistości i potencjale, jaki oferuje, świadczą działania producentów sprzętu do virtual reality, takich jak Google, Sony czy Microsoft, którzy stale inwestują w nowe technologie, innowacyjne akcesoria i proponują nieznane dotychczas urządzeniami zastosowania sprzętu do VR.

Na konferencji prasowej w październiku 2016, Google zaprezentowało swoją platformę VR Daydream. Jak zapowiada firma, nowe okulary do virtual reality współpracują nie tylko ze smartfonami Google’a Pixel (pierwsze smartfony, które wspierają Daydream), ale również wszystkimi innymi posiadającymi dostęp do platformy dedykowanej urządzeniu. Na platformie działać będzie YouTube, Google Street View czy Google Photos, a także serwisy zewnętrzne takie jak Netflix. Dalsze inwestycje i nowe rozwiązania w zakresie VR planuje również Facebook. Na konferencji Oculus Connect 3 w październiku 2016 r., Mark Zuckerberg mówił o nowych funkcjach pozwalających łączyć VR i Facebooka oraz przekonywał jakie nowe możliwości wirtualna rzeczywistość oferuje dla platform społecznościowych. Facebook zapowiada również bezprzewodowe gogle Oculus Rift.

Przyszłość wirtualnej rzeczywistości wciąż jest niejasna. Widać coraz szersze jej zastosowania, jednak nadal postrzegana jest bardziej jako ciekawostka technologiczna, niż kolejny, powszechnie liczący się kanał komunikacyjny. Baza stałych odbiorców jest jeszcze nieliczna. Jedną z największych przeszkód, która wpływa na ograniczony dostęp do VR, pozostaje cena sprzętu. – wyjaśnia Tomasz Sapiński – Konsumenckie wersje hełmów są relatywnie dużym wydatkiem, co może zniechęcać potencjalnych użytkowników. Jednak sytuacja ta może się wkrótce zmienić. Oculus zapowiedział obniżenie wymagań sprzętowych. Dzięki temu VR ma szanse trafić do o wiele szerszego grona odbiorców – mówi Tomasz Sapiński.

Mimo, coraz szerszego zastosowania virtual reality w biznesie, w 2016 roku wciąż nie ma odpowiedzi na najważniejsze pytanie czy technologia ta znajdzie szerokie zastosowanie i trafi do konsumentów na skalę porównywalną do, np. tabletów? Jaki potencjał użytkowy oferują okulary VR? Kiedy, i czy w ogóle, możemy spodziewać się przełomu?

– Przewidujemy, że dla rynku VR kluczowy będzie rok 2017, kiedy to ogólnodostępne będą już nowe urządzenia kierowane do masowego odbiorcy, ale przede wszystkim będzie można ocenić, czy nowe formy wykorzystania tej technologii upowszechnią się na tyle, że hełm do VR stanie się sprzętem stanowiącym wyposażenia każdego domu, wykorzystywanym w codziennym życiu – podsumowuje Tomasz Sapiński.

Jeśli Trump wygra wyścig do Białego Domu, giełdy w USA, Europie oraz Azji zareagują wstrząsem

Kandydatka Demokratów zagraża amerykańskim bankom i firmom farmaceutycznym, notowanym na Wall Street. Ale rynki finansowe wolą, by to ona została nowym prezydentem USA. Hillary Clinton gwarantuje bowiem stabilność gospodarki, inaczej niż nieprzewidywalny Donald Trump. Jego wygrana uderzyłaby w giełdy na całym świecie.

Amerykańska gospodarka jest największą na świecie, dlatego wybór nowego przywódcy USA będzie miał duży wpływ na międzynarodowe rynki. Jak tłumaczy dr Przemysław Kwiecień́ z domu maklerskiego X-Trade Brokers, spodziewane wyniki powodują zwykle łagodne reakcje na giełdach, trwające np. jeden dzień. Tak też miało być w przypadku zwycięstwa Hillary Clinton, która do niedawna powszechnie była uważana za faworytkę kampanii prezydenckiej. Kandydatka wciąż utrzymuje wysokie poparcie wśród wyborców, ale Donald Trump coraz bardziej zyskuje w sondażach. Rośnie więc niepewność na rynkach giełdowych.

– Ewentualne zwycięstwo Donalda Trumpa wywołałoby większy wstrząs na rynkach, niż wygrana Hillary Clinton. W przypadku jego sukcesu, przewidywałbym bardzo negatywne reakcje indeksów giełdowych, przynajmniej w pierwszych dniach po ogłoszeniu wyników, i to nie tylko w USA. Oczywiście takie wydarzenie najsilniej wpłynęłoby na amerykańskie parkiety. Ale światowe giełdy są ze sobą tak mocno powiązane, że spodziewałbym się wyraźnego oddźwięku również w Azji i Europie. Dlatego, GPW też może być zagrożona, mimo że zazwyczaj najbardziej wpływają na nią czynniki krajowe – mówi w rozmowie z serwisem agencyjnym MondayNews, dr Przemysław Kwiecień.

Wyniki wyborów poznamy nad ranem, 9 listopada. Decydująca faza nastąpi pomiędzy godziną 01:00 a 02:00 w nocy, naszego czasu. Wówczas zakończy się głosowanie w kluczowych stanach na Wschodnim Wybrzeżu. Jak wyjaśnia ekspert z X-Trade Brokers, międzynarodowe rynki będą natychmiast reagowały na bieżące doniesienia, płynące z tamtej części Stanów Zjednoczonych. W przypadku rosnącego poparcia dla Donalda Trumpa, nerwowość może pojawić się w pierwszej kolejności na parkietach w Azji, gdzie wówczas, o poranku, maklerzy będą rozpoczynali pracę na giełdach.

– Rynki akcji tradycyjnie wolałyby na stanowisku prezydenta USA kandydata Republikanów, ponieważ z reguły im sprzyja. Jednak teraz, wyjątkowo, liczą na wygraną Hillary Clinton. Ona zapewnia bowiem gwarancję, że nie nastąpią żadne zaskakujące zmiany gospodarcze czy polityczne. Demokratka naturalnie powinna kontynuować działania dotychczasowego lidera jej partii, Baracka Obamy, który rządzi już od 8 lat. Na Wall Street wielu przedsiębiorców może się obawiać byłej pierwszej damy po tym, jak przedstawiła niekorzystne propozycje dla niektórych gałęzi biznesu. Ale jej przewidywalność sprawia, że parkiety zareagowałyby pozytywnie, gdyby wygrała – tłumaczy dr Przemysław Kwiecień.

Hillary Clinton chce podnieść opodatkowanie największych, amerykańskich banków, których aktywa wynoszą powyżej 50 miliardów dolarów. W przypadku jej zwycięstwa, ten sektor musiałby więc dostosować się do nowych, trudnych warunków rynkowych. Podobnie zagrożenie dotknęłoby firmy farmaceutyczne, które w ostatnich latach bardzo dobrze radziły sobie na Wall Street. Przedstawicielka Partii Demokratycznej zapowiedziała bowiem, większą regulację polityki cenowej w Stanach Zjednoczonych. Oznacza to, że najdroższe leki musiałyby stać się sporo tańsze. Tymczasem ich koszt wynika m.in. z wysokich nakładów finansowych ponoszonych zarówno na etapie testów, jak również z procesu produkcji. To oczywiście byłoby niekorzystne dla całego sektora biotechnologicznego.

– Trudno przewidywać, jakie decyzje podjąłby Donald Trump, gdyby faktycznie zdobył fotel prezydenta USA. To, co zapowiadał w trakcie kampanii wyborczej, ma charakter populistyczny i nie układa się w jeden, spójny plan. Dlatego, nie można wierzyć, że spełni swoje obietnice po ewentualnej wygranej. Wiadomo jednak, że chciałby wzmacniać branżę energetyczną. Na jego zwycięstwie mogłyby zyskać spółki związane z wydobyciem węgla, ale straciłyby prawdopodobnie firmy działające w sektorze odnawialnych źródeł energii – ocenia dr Kwiecień.

Zdaniem eksperta, kierunek polityki zagranicznej, który mógłby obrać Donald Trump jako potencjalny prezydent USA, również jest dość niepewny. Podczas całej kampanii kandydat zgłaszał różne pomysły. Jeden z nich dotyczył zniesienia amerykańskich wiz dla Polaków. Ale, w ocenie dr Przemysława Kwietnia, był to jedynie gest wykonany na potrzeby uzyskania poparcia Polonii. Hipotetyczna wygrana lidera Republikanów nie wpłynęłaby też w istotny sposób na polską gospodarkę, podobnie jak ewentualne zwycięstwo Hillary Clinton.

K. Maliszewski: akcje amerykańskie są za drogie, nad polskimi ciąży niepewność polityczna. Warta rozważenia jest inwestycja w spółki niemieckie lub hiszpańskie

K. Maliszewski: akcje amerykańskie są za drogie, nad polskimi ciąży niepewność polityczna. Warta rozważenia jest inwestycja w spółki niemieckie lub hiszpańskie 1
Chętni do inwestowania w akcje nie mają łatwego zadania. Rynki zachowują się w sposób kapryśny w oczekiwaniu na amerykańskie wybory i spodziewaną podwyżkę stóp za Oceanem. Zdaniem Kamila Maliszewskiego z DM mBanku, warto zainteresować się rynkami europejskimi, bo amerykańskie spółki wyceniane są już wysoko, polskie spółki, zwłaszcza duże, narażone są na nieprzewidziane działania i wypowiedzi polityków.

– Jeżeli popatrzymy na wyceny spółek w Stanach Zjednoczonych, to wydaje się, że już po 7 latach hossy, na pewno nie jest dobry moment na wchodzenie na ten rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Kamil Maliszewski, analityk DM mBanku. – Ryzyko tego, że zobaczymy większą korektę coraz bardziej rośnie, dlatego popatrzyłbym raczej w stronę rynków europejskich, chociażby niemieckiego, ale też może hiszpańskiego, jeżeli uda się uformować rząd w Hiszpanii w końcu po tych 10 miesiącach, po kolejnych przedterminowych wyborach, to może być dość pozytywny impuls.

Indeks S&P500 pobił w połowie sierpnia swój rekord wszech czasów, sięgając niemal 2200 pkt. Nawet obecnie, po niemal 5-proc. spadku wart jest prawie trzy razy tyle co w lutym 2009 roku, gdy sięgał ledwie 735 pkt. Niemiecki DAX od swoich szczytów z kwietnia 2015 r. jest odległy o ponad 15 proc. Hiszpański IBEX natomiast od szczytów z października 2007 roku odległy jest o niemal połowę. Tymczasem w weekend z Hiszpanii nadeszły dobre wieści – po 10 miesiącach udało się uzyskać aprobatę parlamentu dla powierzenia misji tworzenia rządu Mariano Rajoyowi, co pozwoliło uniknąć rozpisania trzecich w tym czasie wyborów parlamentarnych.

Polityka oddziałuje także na polskie spółki. Dołuje je zarówno globalna niepewność, która odciąga inwestorów od rynków wschodzących i gasi ich apetyt na ryzyko, jak i lokalne uwarunkowania polityczne. Ostatnie tygodnie szczególnie ciężko doświadczyły sektor energetyczny, który w ciągu ostatniego roku stracił najmocniej ze wszystkich subindeksów branżowych na GPW.

– W kontekście naszej giełdy nie patrzymy tylko na gospodarkę, ale ciągle z butami wchodzi nam polityka i przez to bardzo trudno jest ocenić perspektywy WIG20, który zdominowany jest przez spółki skarbu państwa – zauważa Maliszewski. – A jeżeli faktycznie Ministerstwo Energii wycofa się z pomysłów zwiększania wartości nominalnej akcji, jeżeli zostanie utrzymana polityka dywidendowa w spółkach, to jest szansa na pokonanie przez WIG20 jeszcze w tym roku poziomu 1800 punktów. Ale nie spodziewałbym się, aby te wzrosty mogły być przesadnie silne i do 2000 punktów raczej nie dotrzemy.

WIG20 na razie oscyluje wokół poziomu 1700-1800 pkt. W ciągu roku stracił ponad 15 proc. Zaszkodził mu m.in. wysoki udział sektora bankowego, obciążonego od lutego podatkiem od aktywów i przez dużą część roku zagrożony ewentualnością kosztownego przewalutowania kredytów frankowych, KGHM-u, któremu szkodzą niskie ceny surowców oraz sektor energetyczny, który ucierpiał na skutek pomysłów ratowania górnictwa, jak i – w ostatnich tygodniach – pochopnych wypowiedzi kierownictwa ministerstwa. Najpierw w drugiej połowie września minister energii Krzysztof Tchórzewski zapowiedział podniesienie nominalnej wartości spółek, co zaowocowałoby wysokim podatkiem i akcje spółek energetycznych runęły do poziomów najniższych w historii. Następnie po zapowiedzi, że wydarzenie to nie nastąpi w tym roku akcje spółek energetycznych zyskały od pięciu do kilkunastu procent w czasie jednej sesji.

– To jest bardzo duży problem, że wypowiedzi polityczne mogą silnie wpływać na ceny akcji. Jeżeli popatrzymy sobie na spółki z branży energetycznej, takie jak Enea, PGE, to te wahania sesyjne potrafią wynosić kilka procent, nie mówiąc o tym, że po tych informacjach spółki spadają o kilkanaście procent. Potem, kiedy ministerstwo odwołuje swoje założenia, czy minister Tchórzewski odwołuje swoje słowa, to widzimy powrót inwestorów do tych spółek i one zdecydowanie rosną – przypomina Kamil Maliszewski. – To jest duży problem i z pewnością warto byłoby tego unikać, gdyż tego rodzaju nerwowość, tego rodzaju niepewność nie jest nikomu potrzebna.

GetBack zamierza rozwijać swój oddział w Rumunii. Obawia się jednak częstych zmian prawa

GetBack zamierza rozwijać swój oddział w Rumunii. Obawia się jednak częstych zmian prawa 2
Rumunia to drugi rynek handlu wierzytelnościami w Europie Środkowej i Wschodniej. Polska spółka GetBack zamierza rozwijać działalność w tym kraju. Podobnie jak w Polsce firma kupuje tam długi głównie sektora telekomunikacyjnego oraz konsumenckie. Na przeszkodzie stoją jednak częste zmiany tamtejszego prawa.

– Rynek rumuński jest dla nas bardzo ważny, uważamy go za alternatywę dla Polski – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Trybuchowski, wiceprezes zarządu w spółce GetBack. – Wejście do Rumunii było podyktowane także chęcią uodpornienia firmy na wahania koniunkturalne krajowego rynku. Chcieliśmy mieć możliwość czerpania zysków w sytuacji, gdy portfele w Polsce nie są wystawiane lub ich cena, naszym zdaniem, jest zawyżona. Tamten rynek traktujemy tak samo jak rodzimy i bardzo mocno na nim inwestujemy.

Spółka GetBack zajmuje się zakupem i windykacją portfeli wierzytelności pochodzących głównie od banków i firm telekomunikacyjnych. Przychody z tego tytułu w ubiegłym roku stanowiły 60 proc., pozostałe zostały wygenerowane dzięki usługom zarządzania zewnętrznymi portfelami wierzytelności. Od marca 2014 roku firma jest także obecna na rynku rumuńskim. W Bukareszcie prowadzą działalność należące do niej przedsiębiorstwa GetBack Recovery oraz kancelaria prawna Lawyer Consulting Associate.

– Podstawowymi motorami wzrostu są tam portfele, ich jakość oraz cena – informuje Piotr Trybuchowski. – Rumuński rynek jest na tyle przyjazny, że naszymi największymi konkurentami są tam podmioty, które znamy z Polski. Nie ma więc problemu, że jest tam ktoś, o kim niczego nie wiemy. Natomiast ważne jest tam otoczenie prawne, które właśnie się zmienia i w ostatnich latach czy miesiącach bardzo ewoluowało. Nie chcemy kupować dużych portfeli, gdy nie wiemy, jaki ostatecznie kształt przyjmie legislacja. Specjalizujemy się w telekomach i niezabezpieczonych portfelach bankowych.

Od 30 czerwca 2014 r. do 31 grudnia 2015 r. wartość zarządzanych przez GetBack środków zwiększyła się z 2,2 mld zł do 13,3 mld zł. Liczba funduszy sekurytyzacyjnych (także w zarządzaniu) wzrosła natomiast z dwóch do dziewięciu. Miesięczne odzyski z portfeli własnych wzrosły z 4,3 do 10,3 mln zł.

W pierwszym półroczu br. przychody spółki ze sprzedaży wyniosły 43,44 mln zł i były o około osiem proc. wyższe niż w tym samym okresie rok wcześniej. Zysk netto natomiast ukształtował się na poziomie niecałych 73 mln zł, co było wynikiem o blisko połowę wyższym niż po pierwszych sześciu miesiącach 2014 roku (50,9 mln zł). Kilka miesięcy temu przedsiębiorstwa zmieniło właściciela. W czerwcu br. konsorcjum funduszy private equity (poprzez spółkę celową DNLD sp. z o.o., dawniej Emest Investment sp. z o.o.) kupiło 100 proc. akcji GetBack SA od Grupy Kapitałowej Idea Bank za 825 mln zł.

– W Rumunii także kupujemy bardzo duże portfele, jesteśmy mocni w sektorach telekomunikacyjnym i konsumenckim – wskazuje Piotr Trybuchowski. –Naszą rumuńską spółkę rozwijamy w taki sam sposób jak GetBack. Podąża ona trochę za nami, ale jest na tyle prężna, że daje radę i wcześniej czy później nas dogoni. Rumunia to drugi co do wielkości rynek handlu wierzytelnościami w tej części Europy.

CCC liczy wzrost obrotów w tym roku o miliard złotych. Na celowniku detalisty są Rosja i Bliski Wschód

CCC liczy wzrost obrotów w tym roku o miliard złotych. Na celowniku detalisty są Rosja i Bliski Wschód 3
Już ponad połowa powierzchni handlowej sieci sklepów obuwniczych CCC znajduje się za granicą. Spółka planuje intensywny rozwój w Europie Środkowo-Wschodniej w ciągu kolejnych kilku lat, a następnie chce obrać za cel Rosję i kraje Zatoki Perskiej. Pierwsze sklepy na Bliskim Wschodzie mogą powstać już w 2018 roku.

– Dla CCC 2016 rok będzie bez wątpienia najbardziej spektakularnym rokiem w historii, zarówno z punktu widzenia przyrostu powierzchni handlowej, obrotów, tak w sklepach stacjonarnych, jak i naszej części e-commerce’owej, jak i z punktu widzenia zysku, który spółka zamierza osiągnąć w ciągu całego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Nowjalis, wiceprezes zarządu CCC. – Główną osią wzrostu nie jest już tylko Polska. Już dawno przestaliśmy liczyć tylko na polski rynek. Jeszcze cztery lata temu stanowił on 95 proc. obrotów. Dzisiaj stanowi jedynie 50 proc.

Spółka podała, że w pierwszej połowie br. po raz pierwszy w historii powierzchnia handlowa polskich sklepów grupy spadła poniżej powierzchni na rynkach zagranicznych. Poinformowała także, że w samym tylko październiku jej obroty wzrosły rok do roku o 47,2 proc. i wyniosły ponad 460 mln zł. Od początku roku przychody przekroczyły 2,5 mld zł i były wyższe niż rok wcześniej o przeszło 35 proc. Z kwoty tej 2,16 mld zł pochodziło ze sprzedaży stacjonarnej. To wzrost o ponad 22 proc. wobec 2015 r.

– Rośniemy także poza Polską, w takich krajach jak Rumunia, Austria, Niemcy oraz równomiernie w krajach Europy Środkowo-Wschodniej: Czechy, Słowacja, Węgry, Słowenia, Chorwacja, kraje bałtyckie, a od jakiegoś czasu przywróciliśmy do łask również inwestycje na Ukrainie i w Rosji. Najbliższe 3-4 lata upłyną pod znakiem inwestycji na tych właśnie rynkach – zapowiada Nowjalis.

Tylko w pierwszym półroczu 2016 roku sieć powiększyła swoją powierzchnię sprzedaży o 35 tys. mkw., a do końca roku planowała dołożyć jeszcze niemal dwa razy tyle. Większość, bo 23 tys. mkw. uruchomiono za granicą. Na początku roku spółka włączyła też w swoje struktury platformę internetową eObuwie.

– Natomiast już dzisiaj przygotowujemy się do tego, co po Europie Środkowo-Wschodniej. Zdajemy sobie sprawę, że jest to bardzo chłonny, bardzo dobry, bardzo zyskowny dla nas rynek, natomiast wystarczy on, tak jak wspomniałem, na 3-4 lata. Uważamy, że po roku 2019 CCC będzie miało olbrzymią szansę rozwoju na rynkach wschodnich, dlatego już dzisiaj zaczynamy aktywnie penetrować rynek rosyjski – tłumaczy Nowjalis. – Zdajemy sobie sprawę, że ryzyko oczywiście jest wyższe niż w Europie Środkowej, ale z różnych względów makro i mikroekonomicznych zaczęliśmy je akceptować.

W połowie roku CCC miał 422 sklepy własne w Polsce i 312 poza jej granicami. We franczyzie funkcjonowało  71 placówek, z czego większość (44) w Rumunii. W Rosji działało ich w tej formule dziewięć, na Ukrainie i w Kazachstanie – siedem, podobnie jak na Łotwie.

– Przymierzamy się do otwarcia franczyz na rynkach bardziej egzotycznych. Mówimy o dawnych Republikach Związku Radzieckiego, takich jak Kazachstan, Armenia, Azerbejdżan, Gruzja, ale też tych bardziej egzotycznych, takich jak Turkmenistan, Uzbekistan, Kirgistan oraz myślimy o krajach Zatoki Perskiej – mówi wiceprezes CCC. – Prawdopodobnie w roku 2017 jeszcze żaden z krajów grupy tzw. GCC, czyli Arabia Saudyjska, Emiraty Arabskie, Bahrajn, Oman, Kuwejt, Katar nie zostanie tam otwarty sklep CCC. Natomiast myślę, że wiosną 2018 roku będzie można zobaczyć pomarańczowe logo już w tak egzotycznym dla Polaka miejscu.

W pierwszym półroczu sprzedaż sieci wyniosła niemal 1,4 mld zł, o 34 proc. więcej niż rok wcześniej. Skonsolidowany zysk netto CCC w tym okresie to 113,3 mln zł, o 1,6 proc. więcej.

– Już w roku 2016 spółka może wzrosnąć o ponad miliard złotych przychodów. Nowych przychodów, dzięki nowym sklepom, nowym rynkom, wzrostowi sprzedaży w sklepach porównywalnych oraz e-commerce’owi, który konsolidujemy dopiero po raz pierwszy w tym roku. Tak że miliard złotych wzrostu przychodów może być zrealizowany w roku 2016 – zapowiada wiceprezes spółki.

Coraz większe niedobory na rynku pracy. Firmy z przemysłu mięsnego i drzewnego mają problem ze znalezieniem pracowników fizycznych

Coraz większe niedobory na rynku pracy. Firmy z przemysłu mięsnego i drzewnego mają problem ze znalezieniem pracowników fizycznych 4
Pracodawcy mają coraz większy problem ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników fizycznych. IPF Group szacuje, że niedobór kadr wynosi ok. 15–20 proc. Braki uzupełniają obcokrajowcy, głównie z Ukrainy, których oczekiwania finansowe w ostatnim czasie wzrosły. Na najwyższe wynagrodzenia mogą liczyć osoby zatrudnione w przemyśle mięsnym i drzewnym.

 Mamy bardzo duży problem z pozyskaniem pracowników fizycznych, taka sytuacja utrzymuje się już około pół roku. Jeszcze w ubiegłym roku pracownicy walili do nas drzwiami i oknami. Mogliśmy wybierać, ponieważ na jedno miejsce zgłaszało się po trzech kandydatów. W tej chwili notujemy około 15–20 proc. niedobory. Z informacji, które docierają do nas z rynku, wynika, że w takiej samej sytuacji są też inne firmy, które zajmują się rekrutowaniem pracowników do pracy tymczasowej – mówi Jan Starzyk, dyrektor generalny IPF Group w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Według GUS stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła we wrześniu br. 8,4 proc. i spada nieprzerwanie od kilku miesięcy. Bezrobocie w Polsce jest obecnie na poziomie najniższym od 25 lat, co sprawia, że pracodawcy muszą coraz energiczniej szukać rąk do pracy. Zdaniem minister pracy Elżbiety Rafalskiej, która skomentowała wrześniowe dane GUS, rynek pracy przekształcił się w rynek pracownika, a wielu pracodawców ma problem ze znalezieniem wykwalifikowanej kadry, posiłkując się pracownikami ze Wschodu.

 Ściągamy pracowników z Ukrainy do wykonywania prac, których Polacy niekoniecznie chcą się już podejmować. Z drugiej strony oferujemy pracę dla Polaków we Francji, tam, gdzie mogą zarobić więcej – potwierdza Jan Starzyk.

Najbardziej poszukiwani są pracownicy w przetwórstwie mięsnym i przemyśle drzewnym oraz spawacze i tokarze. Brak odpowiedniej kadry sprawił, że pracodawcy są gotowi przyjmować nawet osoby bez wymaganych kwalifikacji, za to dobrze zmotywowane i chętne do pracy oraz do przyuczania się nowego zawodu.

– Nasi klienci w przemyśle mięsnym oferują nawet niewykwalifikowanym osobom możliwości rozwoju, bo na rynku jest ogromne zapotrzebowanie. Podobnie jest w przemyśle drzewnym, tutaj również trudno znaleźć pracownika wykwalifikowanego, a nawet takiego bez kwalifikacji, który będzie zmotywowany i będzie chciał efektywnie pracować – mówi Jan Starzyk. – Analogiczna sytuacja jest we Francji w przemyśle mięsnym. Tu też obsługujemy zakłady zajmujące się przetwórstwem drobiu i mamy większe zapotrzebowanie na pracowników, niż jesteśmy w stanie zaspokoić.

Jak podkreśla, widoczny jest też bardzo duży wzrost zapotrzebowania na spawaczy, tokarzy, osoby zajmujące się obróbką skrawaniem. IPF Group notuje około 30-proc. wzrost rok do roku i wciąż pojawiają się nowe zamówienia.

Niska podaż wykwalifikowanej kadry przekłada się na wzrost wynagrodzeń. Zdaniem dyrektora IPF Group dotyczy to także pracowników z Ukrainy, których oczekiwania finansowe wzrosły w ostatnim czasie o około 10 proc. Wobec braku innych możliwości pracodawcy muszą się godzić na wyższe stawki.

– Jeżeli mamy problem ze znalezieniem w Polsce pracowników do pracy we Francji, wtedy wracamy do klientów z informacją o wyższych stawkach i zazwyczaj są skłonni zgodzić się na nie, bo po prostu nie mają wyboru. Mogą albo zapłacić odrobinę więcej, albo nie zrealizować swojej produkcji – mówi Jan Starzyk.

Z danych agencji IPF Group wynika, że na największe zarobki mogą liczyć pracownicy fizyczni zatrudnieni w przemyśle mięsnym i drzewnym. Poziom zarobków zależy od specyfiki i intensywności danej pracy.

 Najwyższe zarobki notujemy w przemyśle mięsnym dla pracowników niewykwalifikowanych. Również w przemyśle drzewnym na produkcji, ponieważ to jest bardzo ciężka praca. Jeżeli chodzi o zakłady produkcyjne czy magazyny to sytuacja jest trochę lepsza, bo ta praca nie jest aż tak wymagająca fizycznie. Co do zasady wynagrodzenie zależy zazwyczaj od tego, na ile intensywna fizycznie jest praca, którą wykonuje pracownik – mówi Jan Starzyk.

Grupa IPF jest certyfikowaną agencją doradztwa personalnego i pracy tymczasowej, która działa od 2008 roku. Jej roczne przychody przekraczają 60 mln zł. Zajmuje się koordynacją i pozyskiwanie specjalistycznego personelu dla klientów w Polsce, we Francji oraz w Niemczech.

Zmiany w prawie farmaceutycznym uderzą w rodzime, małe i średnie firmy. Do nich należy 96 proc. aptek w Polsce

Zmiany w prawie farmaceutycznym uderzą w rodzime, małe i średnie firmy. Do nich należy 96 proc. aptek w Polsce 5
Przedstawiciele sieci aptek krytycznie oceniają propozycje ograniczenia liczby aptek w rękach jednego właściciela. Ma to chronić rynek przed ekspansją kapitału zagranicznego, którego w Polsce prawie nie ma. Zmiany proponowane przez posłów uderzą za to w polskich małych i średnich przedsiębiorców – ocenia Leszek Jargan, prezes grupy polskich aptek „Apteka Blisko Ciebie”. To oni stanowią znakomitą większość rynku. Liczba sieci aptecznych rośnie przede wszystkim dzięki niewielkim przedsiębiorstwom.

– Na rynku istnieje 5 sieci z kapitałem zagranicznym. To zaledwie 4 proc. rynku. Następne 5–7 dużych sieci to sieci z polskim kapitałem należące do dużych krajowych podmiotów. Znakomitą większość pozostałych sieci tworzą małe i średnie podmioty gospodarcze, firmy rodzinne, które mają w swoich rękach od 5 do kilkudziesięciu aptek – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Leszek Jargan, prezes grupy polskich aptek „Apteka Blisko Ciebie”.

Z raportu „Rynek dystrybucji farmaceutycznej w Polsce” przygotowanego przez Fundację Republikańską wynika, że w kraju działa ponad 14,7 tys. aptek i punktów aptecznych. Na rynku funkcjonuje ponad 390 sieci aptecznych mających pięć i więcej aptek. To 38 proc. wszystkich placówek działających na rynku. Tylko 16 sieci składa się z więcej niż 50 aptek w całym kraju, w tym cztery mają ponad 100 placówek.

Liczba aptek i sieci aptek rośnie, nie jest to jednak zasługa gigantów, a rozwijających się małych i średnich przedsiębiorstw. Sieci apteczne to w dużej mierze firmy rodzinne, często będące własnością farmaceutów.

Rynek aptekarski czeka sporo zmian. Jedna z najważniejszych zmian proponowanych przez parlamentarny zespół ds. regulacji rynku farmaceutycznego, dotyczy własności aptek. W rękach jednego właściciela będą mogły się znaleźć najwyżej cztery apteki.

Raport Fundacji Republikańskiej wskazuje, że na ekonomiczną sytuację apteki wpływają coraz bardziej produkty o cenach wolnorynkowych. Stąd większe znaczenie mają zdolności menedżerskie ich właścicieli, umiejętności uzyskiwania lepszych warunków handlowych, które wypływają z efektu skali. Grupa zawsze ma lepszą pozycję negocjacyjną i większy potencjał niż pojedyncza placówka. Z tego powodu apteki sieciowe są chętniej odwiedzanie przez Polaków – apteka sieciowa przyciąga średnio 61 proc. więcej klientów i pacjentów niż apteka indywidualna i generuje obrót wyższy o 72 proc.

Pacjenci wybierają apteki sieciowe, gdyż mogą tam liczyć na niższe ceny, szeroki asortyment produktów oraz wysoką jakość obsługi. Farmaceuta w aptece sieciowej zwolniony jest bowiem z wielu czynności administracyjno-zarządczych, które wykonuje za niego centrala, mogąc w 100 proc. skupić się na kontakcie z pacjentem.

 Staramy się, aby pacjent przychodził do nas dlatego, że nasi farmaceuci są najbardziej fachowymi ludźmi na rynku. My konkurujemy z aptekami indywidualnymi jakością, a nie jesteśmy dla nich zagrożeniem – wskazuje Jan Zając, prezes sieci ZIKO Apteka.

– Nie ma mowy o tym, żebyśmy jako firma byli zagrożeniem dla pojedynczej apteki. Często współpracujemy z osobami, które posiadają jedną aptekę, szanujemy się nawzajem, korzystamy ze wspólnych rozwiązań – mówi Leszek Jargan.

Jak podkreśla, dla indywidualnych aptek zagrożeniem są one same. Jeśli przez lata nie zostały doinwestowane, klienci wybiorą te nowsze, z większym asortymentem i fachową obsługą.

– To jakość świadczonych usług sprawia, że apteka jest konkurencyjna, a nie fakt, czy jest sieciowa, czy nie jest. Są takie miejscowości, gdzie lokalny farmaceuta ma trzy apteki i jako sieć nie jesteśmy się w stanie przebić, bo przez lokalną społeczność jest uważany jako lepszy. Nie obrażamy się na to, wiemy, że musimy tam wykonać jeszcze dużą pracę – mówi Jan Zając.

Projekt nowelizacji ustawy Prawo farmaceutyczne zakłada przeniesienie na farmaceutów odpowiedzialności za prowadzenie aptek. Zdaniem Leszka Jargana w nowelizacji nie bierze się pod uwagę tego, że w aptekach prowadzonych przez jednego farmaceutę na właściciela spada dużo administracyjnych obowiązków. Dodaje, że wystarczającym zabezpieczeniem prawidłowego funkcjonowania apteki jest dziś obowiązujący wymóg, by kierownik apteki był farmaceutą.

– W aptece sieciowej kierownik, który jest farmaceutą, może cały swój czas poświęcić na sprawowanie właściwej opieki farmaceutycznej. Natomiast jeśli farmaceuta jest właścicielem apteki, to nie ma on takiego komfortu, bo jako właściciel apteki ma wiele obowiązków. To dokonywanie wszystkich płatności, składki ZUS-u, sprawy księgowe, śledzenie na bieżąco wszystkich zmian na rynku, wizyty w urzędach. Dlatego ma on niezwykle mało czasu na to, żeby poświęcić go na sprawowanie właściwej opieki farmaceutycznej. A to jest często argumentem podawanym przez Naczelną Radę Aptekarską jako uzasadnienie wprowadzenia zmian w ustawie Prawo farmaceutyczne – podsumowuje Leszek Jargan.

Na zbliżające się święta Bożego Narodzenia Polacy mają zamiar wydać średnio 700 zł. To mniej niż rok temu

Na zbliżające się święta Bożego Narodzenia Polacy mają zamiar wydać średnio 700 zł. To mniej niż rok temu 6
W tym roku planujemy wydać na organizację świąt Bożego Narodzenia średnio 722 zł, czyli o ok. 100 zł mniej niż przed rokiem. Tylko 10 proc. Polaków przeznaczy na ten cel więcej niż 1 tys. zł, a 24 proc. nie więcej niż 400 zł – wynika z badania Providenta. Największe wydatki poniosą osoby mające duże rodziny, najmniejsze najmłodsi respondenci. 77 proc. z nas spodziewa się prezentu pod choinką, choć optymizm w tej sprawie spada wraz z wiekiem. Kobiety chcą najczęściej otrzymać kosmetyki, odzież bądź biżuterię, a mężczyźni elektronikę lub alkohol. 

– Według badania Barometr Providenta 77 proc. Polaków spodziewa się prezentu pod świątecznym drzewkiem. Największą pewność mają najmłodsi – wśród nich odsetek wynosi 90 proc. Najmniejszy odsetek jest wśród osób powyżej 59 roku życia, ale też nie jest to mało, bo ponad połowa badanych spodziewa się prezentu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik ds. komunikacji w Provident Polska. – Kobiety najczęściej spodziewają się pod choinką książki, odzieży, chętnie dostałyby też biżuterię (18 proc.), mężczyźni wolą elektronikę, ale chcieliby też otrzymać alkohol. 

15 proc. badanych raczej nie spodziewa się w tym roku prezentu pod choinką, 9 proc. nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Pewność w tej sprawie wyraża 77 proc. wszystkich badanych, 90 proc. najmłodszych i 64 proc. osób powyżej 59 roku życia. Co czwarta kobieta chciałaby dostać pod choinkę kosmetyki i odzież. Na biżuterię liczy 18 proc. z nich, na książki – 9 proc., a na elektronikę – 4 proc. Tymczasem na elektronikę stawia aż jedna trzecia mężczyzn, 15 proc. chciałoby znaleźć pod choinką odzież, 13 proc. – alkohol, a 10 proc. – kosmetyki. Na książkę lub muzykę oczekuje w tym roku ok. 7 proc. panów.

– Zadaliśmy też pytanie, ile Polacy zamierzają wydać na święta i dni okołoświąteczne. Średnio jest to 722 zł, czyli ok. 100 zł mniej, niż deklarowaliśmy rok temu. Ok. 10 proc. badanych wyda powyżej 1 tys. zł, ok. 22–23 proc. wyda mniej niż 400 zł. Najwięcej wydadzą osoby mające większe rodziny, najmniej osoby najmłodsze, które prawdopodobnie cały budżet przeznaczą na prezenty, podobnie jak osoby starsze, które organizują święta dla mniejszej liczby osób mówi Przemysław Kasza, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska.

Choć Polacy mają zamiar wydać na święta o ponad sto złotych mniej niż w ubiegłym roku, to 80 proc. badanych nie chce niczego zmieniać w przygotowaniach świątecznych. Wydatki nie rozkładają się równomiernie. Co czwarty Polak planuje zmieścić się w kwocie miedzy 400 a 700 zł, a 15 proc. wyda od 700 do 1 tys. zł. Co dziesiąty badany planuje wydatki większe niż 1 tys. zł.

Najniższy poziom wydatków deklarują osoby najmłodsze, w wieku 15–24 lat i najstarsze – powyżej 59 roku życia. Ich średnia nie przekracza 660 zł. Osoby najuboższe wydadzą prawie 200 zł mniej od osób lepiej uposażonych. Najwięcej wydadzą mieszkańcy średnich i małych miast – ok. 800 zł. O prawie 100 zł mniej mieszkańcy wsi i największych miast.

Rośnie rola marketingu w firmach. Dzięki postępującej automatyzacji generuje znaczne zyski

Rośnie rola marketingu w firmach. Dzięki postępującej automatyzacji generuje znaczne zyski 7
Powszechny dostęp do technologii mobilnych i internetu wykreował nowy typ konsumenta, który z jednej strony jest bardziej świadomy swoich decyzji, a z drugiej pozostawia po sobie tysiące śladów w przeglądarkach, aplikacjach i systemach transakcyjnych. To wyzwanie dla marketingu, który aby nadążyć za konsumentami, musi korzystać z nowych narzędzi. Dzięki postępującej od dekady automatyzacji, marketing zaczyna generować spore przychody, a jego rola w firmach i przedsiębiorstwach rośnie.

– Marketing przechodzi rewolucję. To jedyny dział w firmie, który podlega ogromnym zmianom i jest to związane z nieustannie zmieniającymi się modelami zakupowymi klientów. Współczesny konsument ciągle zmienia sposób, w jaki dokonuje wyboru produktów i usług. To powoduje, że praca marketera też musi się zmieniać, a za konsumentem musi podążyć również technologia. To odróżnia marketing od innych obszarów, takich jak księgowość, produkcja czy logistyka, które są bardziej stabilne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Błażewicz, autor książki „Rewolucja z Marketing Automation” wyd. PWN i prezes zarządu SALESmanago.

Rewolucja technologiczna sprawiła, że obecnie większość konsumentów korzysta ze smartfonów i ma dostęp do internetu, za pośrednictwem którego robi zakupy albo szuka informacji o interesujących go produktach i usługach. Z opublikowanego w połowie tego roku raportu Gemius wynika, że już niemal co drugi Polak (47 proc.) dokonuje zakupów w sieci. Konsumenci zostawiają po sobie tysiące śladów w przeglądarkach internetowych, systemach transakcyjnych i aplikacjach mobilnych. To wyzwanie dla marketingu, który musi korzystać z coraz to nowszych narzędzi.

– O ile dziesięć lat temu mówiliśmy o przesunięciu modelu zakupowego z offline do online, to dzisiaj większość użytkowników korzysta już z technologii mobilnych. Technologia ewoluuje i wykorzystuje nowe narzędzia, jak choćby ostatni przykład – booty facebookowe. Technologia musi nadążać za zmianami po to, aby wykorzystać pełny potencjał marketingowy związany z nowymi technikami i narzędziami – uważa Grzegorz Błażewicz.

Jedną z najważniejszych zmian zachodzących w marketingu jest tzw. marketing automation, czyli postępująca automatyzacja. Dzięki specjalistycznemu oprogramowaniu firmy i przedsiębiorcy mogą gromadzić duże ilości danych o indywidualnych klientach (np. wiek, płeć, miejsce zamieszkania, aktywność w internecie). Analiza tych danych i wykorzystanie ich w marketingu pozwala zwiększyć jego efektywność i podnieść przychody. W efekcie wzrasta znaczenie marketingu w strukturze organizacji.

– Marketing automation to filozofia marketingu, której zastosowanie z jednej strony zmienia optykę osoby pracującej w tym dziale. Z drugiej strony umożliwia transformację marketingu z działu typowo kosztowego, który przepala budżety, w taki, który faktycznie buduje wartość firmy poprzez wdrażanie różnego rodzaju procesów marketingowych, do których można przypisać strumienie przychodowe. To jest rewolucyjna filozofia, która powoduje, że status marketingu drastycznie rośnie w każdej organizacji – mówi Grzegorz Błażewicz.

Marketing automation to termin stosunkowo nowy na polskim rynku, ale na świecie narzędzie cieszy się coraz większą popularnością. Z raportu „State of B2B Marketing Automation 2015” przeprowadzonego przez firmę Regalix wynika, że z marketing automation korzysta 79 proc. firm. Z kolei z globalnego badania przeprowadzonego w 2015 roku przez Ascend2 i Marketo wynika, że 91 proc. marketerów osiągających najlepsze wyniki uważa automatyzację za kluczowe narzędzie. 63 proc. firm, które efektywnie wdrożyły marketing automation, zamierza podnieść swój budżet na wydatki marketingowe.

Zdaniem autora książki „Rewolucja z Marketing Automation” w klasycznym marketingu pieniądze wydawane przez ten dział są zazwyczaj kosztem. Natomiast w marketing automation to inwestycja, która w określonym czasie ma przynieść zwrot.

– Ten zysk może być mierzalny w różny sposób. Może być związany z ograniczeniem manualnej pracy wykonywanej przez dział handlowy i dział marketingu. Może być również związany z przyspieszeniem procesów obsługi klienta bądź ograniczeniem kosztów obsługi call center. Najczęściej jednak zysk jest wypadkową, która wynika ze wzrostu konwersji komunikacji mailowej, przez media społecznościowe albo stronę internetową na sprzedaż – mówi Grzegorz Błażewicz.

Postępująca rewolucja w technologii wymusiła zmiany zarówno w marketingu, jak i w postawach konsumentów, którzy stają się coraz bardziej świadomi i mniej podatki na standardowe kampanie marketingowe.

– Decyzje konsumenckie są coraz bardziej świadome. Wydaje się, że konsumenci są mniej podatni na masowe kampanie, a z biegiem lat przejmują coraz większą część procesu decyzyjnego i zakupowego. O ile kilka lat temu handlowcy, kampanie i wpływy wywierane na konsumentów miały ogromne znaczenie, o tyle dziś stają się oni coraz bardziej niezależni – mówi autor książki „Rewolucja z Marketing Automation”.

Grzegorz Błażewicz to założyciel i prezes zarządu SALESmanago Marketing Automation, pierwszej w Polsce i jednej z pierwszych w Europie platform automatyzacji marketingu, z której dziś korzysta 5000 firm w 40 krajach świata. Ma ponad 15 lat doświadczenia w polskiej i międzynarodowej branży marketingowej. Pełnił funkcje m.in. dyrektora marketingu Grupy Kapitałowej Comarch i był prezesem zarządu Interia.pl. Od 5 lat jako przedsiębiorca zajmuje się tworzeniem oprogramowania dla działów marketingu.

Cyfrowa transformacja przynosi zyski. Mimo to zaledwie 26 proc. polskich firm uwzględnia ją w swojej strategii biznesowej

Cyfrowa transformacja przynosi zyski. Mimo to zaledwie 26 proc. polskich firm uwzględnia ją w swojej strategii biznesowej 8
Ponad jedna piąta firm realizujących strategię cyfryzacji oczekuje jeszcze w tym roku ponad 10-proc. wzrostu przychodów. W przedsiębiorstwach, które nie wdrażają nowych technologii IT, odsetek ten jest dziesięciokrotnie niższy. Mimo to tylko 26 proc. krajowych przedsiębiorstw uwzględnia cyfryzację w swojej strategii – wynika z badania IDC na zlecenie Oracle Polska.

Krajowe firmy jeszcze sobie nie zdają sprawy z korzyści płynących z cyfrowej transformacji, co w dużej mierze wynika z braku wiedzy. 40 proc. respondentów w ogóle nie wie, czym taka transformacja jest – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Edyta Kosowska, analityk rynku oprogramowania w IDC Polska. – Na pewno czeka nas sporo wysiłku, aby polskie przedsiębiorstwa wyedukować w tym zakresie.

IDC definiuje cyfrową transformację jako nowe podejście do biznesu, tworzenie nowych modeli biznesowych, procesów, produktów czy usług, przy wykorzystaniu nowoczesnych rozwiązań IT takich jak technologie mobilne, chmura obliczeniowa, sieci społecznościowe, analizy małych czy dużych zbiorów danych. Te filary transformacji pomagają firmom dowiedzieć się więcej o klientach, szybciej wprowadzać nowe usługi i lepiej je profilować.

Jak wynika z danych IDC, do końca 2017 roku cyfrowa transformacja znajdzie się w centrum strategii biznesowej ponad dwóch trzecich wiodących firm na świecie, ale nie w Polsce. Na razie w swoich strategiach uwzględnia ją tylko 26 proc. krajowych podmiotów gospodarczych. Co piąta firma już dziś ten proces realizuje, a 8 proc. wkrótce go rozpocznie. Ponad połowa nie ma jednak w ogóle planów związanych z przeprowadzaniem cyfrowej transformacji.

To zaskakujące, gdyż w krajach Europy Zachodniej, według naszych badań ponad 60 proc. przedsiębiorstw już przechodzi procesy cyfrowej transformacji, a na świecie aż dwie trzecie globalnych koncernów – komentuje Edyta Kosowska.

Dziś 29 proc. firm w Polsce używa technologii mobilnych, 18 proc. – chmury obliczeniowej, a tylko 8 proc. korzysta z rozwiązań big data. Sytuacja jednak powoli będzie się w tym zakresie zmieniać. 19 proc. firm planuje podjąć działania związane z cyfrową transformacją. 39 proc. firm planuje lub rozważa możliwość wdrożenia chmury, a 14 proc. skłania się ku implementacji technologii mobilnych, tyle samo, co dużych zbiorów informacji.

Firmy planują zwiększanie wydatków zarówno na technologię chmury obliczeniowej, jak i na technologie mobilne. Dlatego dynamika zarówno rynku chmurowego, jak i innych rynków związanych z cyfrową transformacją jest bardzo wysoka i plasuje się w okolicach 20–30 proc. rocznie – komentuje Edyta Kosowska.

Badanie IDC dla Oracle Polska wykazało, że inwestycję w nowe technologie przedsiębiorcy wiążą z szeregiem korzyści biznesowych. 21 proc. respondentów, którzy obecnie realizują strategię cyfryzacji, oczekuje w tym roku ponad 10 proc. wzrostu przychodów. Wśród firm, w których takie procesy nie zachodzą, tylko 2 proc. spodziewa się takiego wzrostu.

E-sport przyciąga coraz więcej graczy i widzów. Rośnie też zainteresowanie branżą przedstawicieli sportowego biznesu

E-sport przyciąga coraz więcej graczy i widzów. Rośnie też zainteresowanie branżą przedstawicieli sportowego biznesu 9
Mistrzostwa w grach komputerowych ogląda blisko 256 mln osób na całym świecie. Rynek wart jest obecnie 0,5 mld dol., a w 2019 roku ma sięgnąć 1,1 mld dol. – wynika z szacunków Newzoo. Rosnąca popularność e-sportu sprawia, że interesują się nim przedstawiciele biznesu sportowego. To niezagospodarowana przestrzeń, w której można kreować przyszłość i brać w niej czynny udział – ocenia Paweł Madler, dyrektor operacyjny Macro Games.

Na biznes e-sportowy trzeba patrzeć jak na inne dyscypliny sportowe. Jesteśmy w takiej sytuacji, że e-sport jako dyscyplina sportowa dopiero się rozwija. Wchodzimy w nowy rynek, nowe wyzwania i możliwości, które daje – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Madler, dyrektor operacyjny spółki Macro Games.

E-sport, czyli mistrzostwa w grach komputerowych, stają się popularną dyscypliną sportową. Tylko w Europie przyciąga 23 mln fanów, w Polsce to obecnie ok. 0,5 mln osób, ale dynamika wzrostu jest szybsza niż w innych krajach europejskich (14 proc.). Jeszcze kilka lat temu rynek praktycznie nie istniał, dziś jego wartość globalną ocenia się na blisko 500 mln dol. Do 2019 roku ma przekroczyć 1,1 mld dol. W Korei Południowej e-sport został uznany za sporty narodowy. To wszystko sprawia, że firmy, które zainwestują w tę nową dyscyplinę sportu, mogą sporo zyskać. Przykładem mogą być klasyczne dyscypliny sportu.

E-sport to niezagospodarowana przestrzeń. Możemy wyciągać wnioski, jak rozwijał się biznes wokół innych dyscyplin, przenosić je na rozrywkę elektroniczną, gry elektroniczne i maksymalizować zyski, wyciągać wnioski, czyli nie powtarzać błędów, a robić to, co naprawdę działa – przekonuje Madler.

Zarobki e-zawodników, choć niższe niż w najbardziej dochodowych klasycznych sportach, pozwalają na dostatnie życie. Najlepsi w Polsce mogą zarobić 0,5 mln dol., czołowi zawodnicy świata – kilka milionów dolarów.

To podobna historia jak w innych popularnych dyscyplinach. Najpierw byli zawodnicy, którzy się stawali coraz bardziej profesjonalni, w związku z tym wokół nich pojawiały się pieniądze, najpierw nieduże, wspierające tylko takie podstawowe działania, a później coraz większy profesjonalizm, coraz większe nakłady na trening i rozwój zawodników – mówi ekspert Macro Games. – W klasycznych sportach wzrastała atrakcyjność tego, co robią sportowcy, coraz więcej ludzi miało ochotę oglądać rywalizację. Budowały się trybuny, zbierali widzowie wokół meczów, coraz chętniej oglądali też transmisje z tych wydarzeń.

Zmagania w grach komputerowych przyciągają setki tysięcy osób, relacje telewizyjne śledzą miliony. Mistrzostwa świata z 2015 roku przyciągnęły przed ekrany 60 mln internautów. W Polsce Intel Extreme Masters, najważniejsza tego typu impreza w naszym kraju, zgromadziła ponad 110 tys. widzów w trzy dni. Łącznie liczba miłośników e-sportu sięga 256 mln osób. W 2019 roku może być ich niemal 350 mln (raport Newzoo Global eSports Market).

Źródła przychodów drużyn e-sportowych, podobnie jak w przypadku zwykłych klubów sportowych, pochodzą przede wszystkim z praw medialnych i transmisji imprez. Część drużyn wypuszcza też własne akcesoria, które generują dużą część zysków.

Wokół całej działalności stricte sportowej urósł cały biznes sponsorski – gadżety, stroje, koszulki, zabawki. To samo dokładnie w tej chwili się dzieje z e-sportem, tyle tylko, że jesteśmy na początku tej drogi, co jest bardzo dobre, bo możemy kreować tę przyszłość i brać w niej czynny udział – przekonuje Paweł Madler.

Wiek emerytalny uzależniony od stażu pracy? Będziemy mieli najmłodszych emerytów w Europie

Jeżeli w realizację obietnicy z kampanii prezydenckiej obniżenia wieku emerytalnego wkomponowany zostanie staż pracy, to i tak po zmianach Polacy będą najmłodszymi emerytami w Europie.
-To nadal będzie antyreforma – ocenia w rozmowie z MarketNews24 Rafał Trzeciakowski, ekspert FOR.

Przemysł wyraźnie w defensywie

W październiku wskaźnik PMI Polskiego Sektora Przemysłowego spadł do poziomu 50,2 z 52,2 we wrześniu br. Najnowsze dane PMI (…) prezentują kolejne zagrożenia dla prognoz dotyczących ekspansji w polskim przemyśle – podał Markit.

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Większość gospodarek strefy euro (poza Grecją i Włochami) odnotowała w październiku nie tylko wzrost wskaźnika PMI, ale także jego najwyższe od wielu miesięcy wartości. Szczególnie dobrze ma się gospodarka Holandii (PMI na poziomie 55,7) i Niemiec (PMI na poziomie 55,0, najwyższym od 33 miesięcy). Ale także gospodarka Austrii, Hiszpanii, Irlandii, a nawet Francji, gdzie przemysł przez długi czas miał kłopoty.

Tymczasem informacje płynące z październikowego polskiego wskaźnika PMI są niepojące, bo sygnalizują stagnację w przemyśle, czyli odwrotny trend niż w większości przemysłów europejskich.

Przemysł jest motorem napędowym polskiej gospodarki, tworzy ponad 25 proc. naszego PKB, a także kreuje popyt w innych sektorach. Tymczasem w październiku firmy przemysłowe sygnalizowały spadek zamówień tak na rynku krajowym, jak i na rynkach zagranicznych (łącznie drugi najsilniejszy spadek od 2 lat). Wielkość produkcji wzrosła w minimalnym stopniu, i to tylko w wyniku realizacji zamówień z poprzednich miesięcy. Kropkę nad „i” stawia zahamowanie wzrostu zatrudnienia w przemyśle, zmniejszenie zakupów komponentów do produkcji, a także zmniejszanie się poziomu zapasów. Trend w polskim przemyśle jest zatem odwrotny do tego obserwowanego w innych krajach UE, w tym np. także w Czechach.

Najbardziej dziwią informacje o spadku zamówień eksportowych w polskim przemyśle, szczególnie w kontekście świetnej sytuacji w przemyśle niemieckim, ale także czeskim (2. nasz rynek eksportowy), holenderskim, francuskim i hiszpańskim. Łączenie polski eksport na te rynki to prawie 47 proc. całego eksportu. Popyt na tych rynkach zatem jest, ale z jakichś powodów nie jest on jak widać kierowany do eksporterów z polskiego rynku. Warto przeanalizować powody dla których tak się dzieje pytając o to firmy przemysłowe.

Ponieważ wszystkie składowe październikowego wskaźnika PMI obniżyły się, trudno zakładać, że jest to jednorazowe osłabienie kondycji polskiego przemysłu. A to oznacza, że 4. kwartał 2016 r. może być dla polskiej gospodarki słabszy niż wszyscy oczekiwali i samo rosnące na bazie pieniędzy z programu 500+ spożycie indywidulane może nie utrzymać dynamiki PKB na poziomie 3,1-3,2, nie mówiąc o zakładanym w budżecie państwa na 2016 r. poziomie 3,8 proc. Ale ten rok to mniejszy problem. Jeśli osłabienie przemysłu nie ma jednorazowego charakteru, a rozpoczyna słabszy okres w największej części polskiej gospodarki, to w 2017 r. możemy mieć znacznie poważniejsze problemy niż dzisiaj zakładamy. Przede wszystkimi problemy może mieć budżet państwa. I my wszyscy razem z nim.

Konfederacja Lewiatan

Aptekę będzie mógł założyć i prowadzić tylko farmaceuta

Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan
Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan

Projekt zmian w funkcjonowaniu aptek, przedstawiony na posiedzeniu parlamentarnego zespołu ds. regulacji rynku farmaceutycznego, ingeruje w konstytucyjną zasadę prowadzenia działalności gospodarczej – uważa Konfederacja Lewiatan.

Aptekę będzie mógł założyć i prowadzić tylko farmaceuta. Dodatkowo jednego właściciela mogłyby mieć maksymalnie cztery placówki.

Konfederacja Lewiatan w stanowisku dotyczącym projektu ustawy Prawo farmaceutyczne napisała, że w latach 90 -tych XX wieku, kiedy opracowywano nowe zasady działalności aptecznej zdecydowano uwolnić ten rynek i pozwolić, aby prowadzenie apteki było możliwe również przez osoby niemające wykształcenia farmaceutycznego. Niemniej jednak wprowadzono warunek, że w aptece musi być zatrudniony kierownik apteki – farmaceuta. W ten sposób państwo zabezpieczyło pacjentów i zagwarantowało, że to farmaceuta nadal odpowiadał za działalność merytoryczną apteki.

– Nowy projekt Prawa farmaceutycznego idzie pod prąd tym zasadom, ponieważ zakłada, że tylko farmaceuta będzie mógł być właścicielem apteki. Zabezpiecza komfort pracy aptekarza, zapominając zupełnie o dobru pacjenta (konsumenta) – mówi dr Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Niezrozumiały jest zapis o możliwości posiadanie maksymalnie 4 aptek. Skoro celem ma być wprowadzenie zasady „apteka dla aptekarza” jedynym słusznym krokiem powinno być ograniczenie liczby posiadanych aptek do jednej. Nie wiadomo jakie przesłanki przemawiają za określeniem takiej a nie innej liczby aptek. Niemniej jednak takie rozwiązanie preferuje tylko mikroprzedsiębiorstwa.

Projekt ustawy przewiduje ograniczenie możliwości otwarcia apteki, gdy w odległości 1 km znajduje się inna placówka. To zła propozycja, w żaden sposób nie korespondująca z mapą potrzeb pacjentów.

Zdaniem Lewiatana projektowane zmiany nie wpłyną na dostępność leków w Polsce, ani nie zachęcą do zakładania aptek w mniejszych miejscowościach. Dodatkowo rynek zostanie na wiele lat zamknięty dla wszystkich, również dla farmaceutów, którzy poprzez zakazy demograficzne i geograficzne nie będą mogli rozpocząć działalności.

Konfederacja Lewiatan

Deflacja słabnie

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych spadły w październiku 2016 r. o 0,2 proc. r/r, ale w stosunku do września wzrosły o 0,5 proc. – podał GUS prezentując szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych.

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Październik był kolejnym, 28 miesiącem spadku wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych. Jednak spadły one w tym miesiącu w najmniejszym stopniu w całym 2016 r., bo o 0,2 proc. r/r. Jednocześnie odnotowaliśmy dość silny, najsilniejszy od kwietnia 2012 r. wzrost CPI miesiąc do poprzedniego miesiąca br. (o 0,5 proc.). Coś się zmienia.

Nie znamy jeszcze składowych październikowej zmiany cen, ale można zakładać, że wzrosły ceny żywności, odzieży i obuwia, a także zapewne paliw czyli (poza żywnością) tych komponentów wskaźnika cen, które od wielu miesięcy utrzymywały deflację.

Żywność drożeje r/r już od października 2015 r. W ciągu 9 miesięcy 2016 r. ceny żywności wzrosły średnio o 0,8 proc. r/r. Jest to bez wątpienia efektem stale poprawiającej się sytuacji na rynku pracy – rosnącego zatrudnienia i wynagrodzeń, które przekładają się na wyższą skłonność do konsumpcji, szczególnie w gospodarstwach domowych z niższych grup dochodowych. Także od października 2015 r. drożeją r/r napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe. Przyczyny są w części podobne. Jednak ponieważ w ciągu 9 miesięcy br. ceny żywności oraz ceny napojów alkoholowych i wyrobów tytoniowych wzrosły średnio silniej niż w pierwszej połowie roku, można zakładać, że ceny tych grup produktów rosły w pewnym stopniu także w efekcie wzrostu popytu wynikającego z dopływu środków finansowych z realizacji programu 500+.

Wstępne dane dotyczące wskaźnika cen w październiku br. Wskazują zatem, że na ceny zaczął wpływać popyt gospodarstw domowych wynikający nie tylko z poprawy sytuacji na rynku pracy, ale także z dopływu ponad 13 mld zł do rodzin z dziećmi z programu Rodzina 500+.

Beneficjentami programu 500+ są oczywiście gospodarstwa domowe, ale ich rosnąca skłonność do konsumpcji dzięki dodatkowym pieniądzom powoduje, że ceny niektórych produktów i usług zaczęły rosnąć szybciej. A to oznacza, że gospodarstwa domowe (i te otrzymujące pieniądze z programu 500+, jak i te nie będące beneficjentami tego programu), muszą płacić za część nabywanych produktów i usług więcej. Ich realne dochody, szczególnie gospodarstw domowych o niższych uposażeniach, sukcesywnie zatem maleją. Korzystają natomiast na rosnącym popycie konsumpcyjnym przedsiębiorstwa dostarczające na rynek właśnie te dobra i – przede wszystkim – budżet państwa.

Wszystko wskazuje na to, że w listopadzie i grudniu ceny dóbr i usług konsumpcyjnych będą dalej rosły m/m (szczególnie w grudniu), a r/r będziemy mieć niewielką inflację.

W tym rysującym się trendzie wychodzenia z deflacji pojawia się pytanie o siłę inflacji w 2017 r., co jest istotne nie tylko dla konsumenckich portfeli, ale przede wszystkim dla budżetu państwa. Prognozy wskazują, że ceny dóbr konsumpcyjnych będą rosły, ale w wolnym tempie, słabszym od założonego w budżecie państwa na 2017 r. (1,3 proc.). Chyba, że sytuacja polityczna na świecie zdestabilizuje się w sposób trudny dzisiaj do przewidzenia. Pierwszą odpowiedź otrzymamy 9 listopada, po wyborach w USA.

Konfederacja Lewiatan

Sondażowa przewaga Donalda Trumpa rozgrzewa rynki

Meksykańskie peso mocno traci na wartości, a globalne rynki akcji pogłębiają przecenę po tym, jak najnowszy sondaż przedwyborczy wskazał przewagę Donalda Trumpa nad Hilary Clinton. Para USDMXN zyskuje dziś 0,9 proc. po tym jak w dniu wczorajszym zyskała ponad 2 proc. i ponownie handluje powyżej poziomu 19 peso za dolara. Dzieje się tak dlatego, iż Trump zapowiedział, że jeśli wygra wybory, to będzie dążył do renegocjacji umowy NAFTA, która ustanowiła ponad 20 lat temu strefę wolnego handlu pomiędzy USA, Meksykiem i Kanadą.  Wtorkowy sondaż ABC News/Washington Post pokazał 46 proc. poparcie dla republikańskiego kandydata – o 1 proc. więcej niż dla kandydatki demokratów. Jest to pierwszy od maja sondaż dający przewagę Trumpowi. Natomiast szanse na wygraną Clinton, według mediany sondaży FiveThirtyEight, spadły aż o 10 proc. do 72 proc. Republikański kandydat cieszy się większym poparciem od czasu, gdy FBI zajęło się ponownie sprawą używania prywatnego maila przez Hilary Clinton, podczas sprawowania urzędu Sekretarza Stanu USA. Z tego powodu indeks Bank Of America Corp., mierzący oczekiwania odnośnie zmienności na indeksach, akcjach, walutach i surowcach, wzrósł aż o 67 proc. w ciągu pięciu dni, najmocniej od tygodnia poprzedzającego głosowanie w sprawie Brexitu.   

Indeks dolarowy agencji Bloomberg traci czwarty dzień z rzędu, gdyż ewentualna wygrana Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich mogłaby wywołać awersję do ryzyka na rynkach finansowych oraz zmniejszyć szansę na podwyżkę stóp procentowych w grudniu.  Para EURUSD zyskuje 0,3 proc. handlując w okolicy poziomu 1,1090, para GBPUSD zyskuje 0,6 proc. handlując w okolicy poziomu 1,2315 a para USDJPY traci 0,7 proc. handlując w okolicy poziomu 103,30. Jednym z większych beneficjentów rosnącej awersji do ryzyka i taniejącego dolara jest frank szwajcarski. Para USDCHF traci dziś 0,3 proc. handlując w pobliżu poziomu 0,9720 po tym jak wczoraj straciła aż 1,4 proc., najwięcej od pięciu miesięcy. Para EURCHF handluje w pobliżu poziomu 1,0770, najniżej od czerwca. Złotówka również traci do helweckiej waluty, gdyż za franka ponownie trzeba płacić ponad 4 złote, najwięcej od początku września.

Dolar nowozelandzki zyskuje aż 1,2 proc. do dolara amerykańskiego, handlując w pobliżu poziomu 0,7300, po tym jak nowozelandzka stopa bezrobocia niespodziewanie spadła do najniższego od 2008 roku poziomu. Stopa bezrobocia w III kwartale wyniosła jedynie 4,9 proc., podczas gdy oczekiwano takiego samego poziomu jak II kwartale, czyli 5,1 proc. Dobre dane z rynku pracy mogą pomóc gubernatorowi Banku Rezerwowego Nowej Zelandii podnieść stopę inflacji do poziomu 2 proc., czyli środka ustalonego przez Bank docelowego przedziału inflacji pomiędzy 1 a 3 proc., negując tym samym potrzebę dalszej obniżki stóp procentowych.

Europejskie indeksy handlują dziś na czerwono przez rosnącą awersję do ryzyka oraz przez wczorajsze mocne spadki amerykańskich indeksów. Na indeksach ciążą notowania europejskich banków oraz producentów samochodów, gdyż rosnący kurs euro do dolara może negatywnie oddziaływać na wpływy z eksportu. Niemiecki DAX traci około 0,9 proc. handlując w pobliżu poziomu 10430 punktów a francuski CAC 40 traci około 0,7 proc. handlując w pobliżu poziomu 4440 punktów. Również WIG 20 jest na sporych minusach, tracąc już ponad 2 proc. i handlując poniżej poziomu 1775 punktów. Na indeksie najbardziej ciążą akcje banków i spółek energetycznych.

Akcje Danske Bank A/S tracą ponad 2,5 proc. po tym jak A.P. Moller-Maersk A/S sprzedał swój cały pakiet akcji tego największego duńskiego banku. Natomiast akcje samego Maersk tracą ponad 7 proc., po tym jak zaraportował on spadek dochodów ze względu na nadpodaż na rynku stoczniowym.  Akcje Sony Corp. handlują na 2-miesięcznych minimach po ogłoszeniu rozczarowującego zysku za III kwartał. Z kolei akcje Hugo Boss zyskują ponad 6 proc. po zaraportowaniu lepszego od oczekiwań zysku, głównie dzięki silnemu wzrostowi sprzedaży na rynku chińskim. W dniu dzisiejszym inwestorzy oczekują na wyniki takich gigantów internetowych jak Alibaba Group Holding Ltd. i Facebook Inc.

Ceny złota zyskują dziś 1 proc. a szlachetny kruszec próbuje przebić kluczowy poziom oporu 1300 dolarów za uncję.  Złoto zyskuje na rosnącej awersji do ryzyka po tym, gdy FBI ogłosiło, iż zajmie się ponownie sprawą prywatnych maili demokratycznej kandydatki na prezydenta, Hilary Clinton. Również srebro zyskuje ponad 1,3 proc. a jego cena pokonała kluczowy poziom oporu 18,5 dolarów za uncję.

Ropa naftowa WTI traci około 1,2 proc. handlując już poniżej poziomu 46 dolarów za baryłkę, po tym jak raport API pokazał wzrost zapasów w zeszłym tygodniu o 9,3 mln baryłek. Członkowie OPEC – Libia i Nigeria zwiększają produkcję, co stanowi zagrożenie dla finalizacji porozumienia grupy odnośnie wprowadzenia limitów produkcji i stabilizacji cen ropy. Ropa Brent również traci około 1,1 proc. handlując już poniżej poziomu 47,5 dolarów za baryłkę.
Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Spadek wartości funta zmniejszył zyski eksporterów na rynek brytyjski

Spadek wartości funta brytyjskiego wspomógł eksport brytyjski. Dane rzeczywiście pokazują wzrost eksportu, dzięki czemu zwiększyła się konkurencyjność na rynku. Niestety, sytuacja ma również negatywne odbicie.

– Zwiększyły się koszty importu dla Brytyjczyków – powiedział agencji eNewsroom.pl Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej–  Dla Polski i innych krajów eksportujących rynek brytyjski stał się droższy. Firmy są zmuszone do podniesienia cen, godzenia się na niższe marże lub całkowicie wycofują się z Wielkiej Brytanii. Oznacza to, że zawirowania rynku walutowego działają niekorzystnie na eksporterów obecnych na rynku brytyjskim.

Jak ustalić cenę za własne mieszkanie

Duża różnica między oczekiwaną ceną za własne mieszkanie i ceną transakcyjną wynika z tego, że wraz z mieszkaniem próbujemy sprzedać własne wspomnienia.
– Z tego powodu przeżywamy rozczarowania, właściciele tracą czas i energię – mówi Maria Musiałek z Grupy Emmerson SA.

Komercyjne wcielenie historycznych obiektów

Powoływane do powtórnego życia zabytkowe zabudowania zyskują zwykle charakter multifunkcyjny.

rewitalizacja obiektów biurowychInwestycje związane z adaptacją historycznych obiektów na cele komercyjne możemy obserwować w całym kraju. Tego typu projektów nie ma wiele, stanowią raczej ekskluzywne uzupełnienie oferty rynkowej. Wysiłki inwestorów, którzy podejmują się realizacji tych niecodziennych i wymagających przedsięwzięć idą teraz w stronę tworzenia kompleksów multifunkcyjnych. Opartych na łączeniu różnorodnych funkcji oraz komplementarnych rozwiązań, które mają wpłynąć na zwiększenie wygody użytkowania – przyznają specjaliści firmy doradczej Walter Herz.

Do rewitalizacji dawnych fabryk, kompleksów przemysłowych, elektrowni, czy browarów zachęca firmy nie tylko niezwykły potencjał starych, często zabytkowych zabudowań, ale także ich doskonałe, na ogół centralne usytuowanie. Prestiżowa lokalizacja zobowiązuje, inwestorzy starają się więc by modernizowane obiekty przyciągały swoim niepowtarzalnym charakterem, zarówno aranżacyjnym, jak i użytkowym. Wierzą, że większy wysiłek docenią koneserzy wyjątkowej przestrzeni i najemcy poszukujący niestandardowych nieruchomości, a inwestycja będzie procentować w długoletniej perspektywie.

Dla retronowoczesnych

W Warszawie najwięcej okazji do rewitalizacji stwarza teren Woli, Pragi i Powiśla – wskazują specjaliści Walter Herz. Na tych obszarach wiele z zaplanowanych modernizacji wciąż czeka na start. Grupa Capital Park od ośmiu lat pracuje nad projektem rewitalizacji zabudowań dawnej fabryki Norblina przy Żelaznej. Inwestor ma nadzieję rozpocząć prace budowlane na początku przyszłego roku, po zakończeniu fazy projektowej. Zamierza wdrożyć w kompleksie swoiste rozwiązania z podziałem na strefy i w 11 zabytkowych halach odtworzyć charakterystyczny klimat fabryczny. Wciąż jednak przygotowywane są szczegółowe opracowania konserwatorskie dotyczące murów, każdego okna i kawałka dachu. Start budowy opóźnia m.in. konieczność przesunięcia jednego z budynków i podwieszenia drugiego, żeby można było zrobić parking.

Inwestycja ArtN ma przynieść ponad 64 tys. mkw. powierzchni biurowo-usługowo-handlowo-kulturalnej z parkingiem na czterech kondygnacjach podziemnych. Do „retro nowoczesnych” pofabrycznych wnętrz mają przyciągać unikatowe marki z ofertą niedostępną dotąd w Polsce. W odnowionych budynkach poza biurami, mieścić się będą butiki popularnych projektantów mody i niezależnych designerów, nietuzinkowe koncepty gastronomiczne i delikatesy. Na terenie kompleksu znajdzie się elitarny klub fitness z segmentu high-end i sportowy dom towarowy, będzie strefa Health & Wellness z ofertą z zakresu medycyny estetycznej, kosmetologii i SPA oraz strefa High Tech, w której po raz pierwszy w naszym kraju będą prezentowane wszelkie nowinki technologiczne. Kluczową częścią projektu będzie uliczka Norblina, tj. otwarta przestrzeń publiczna ze sklepami, galeriami, kawiarniami i restauracjami. Atrakcję ma stanowić także muzeum, w którym znajdzie się m.in. 44 zabytkowych maszyn i urządzeń fabrycznych.

Sukces gastronomii

Jako przykład udanej rewitalizacji eksperci Walter Herz wymieniają warszawską Halę Koszyki. W ramach projektu odnowiony został historyczny budynek położony przy Koszykowej, który zachował wiele oryginalnych elementów konstrukcyjnych oraz wykończeniowych. Pierwotna funkcja obiektu, czyli handel i gastronomia została zachowana. Już samo otwarcie obiektu pokazało, że będzie to jeden z najchętniej odwiedzanych konceptów kulinarnych przez mieszkańców miasta. Nowo powstałe budynki, wchodzące w skład kompleksu zaoferują powierzchnię biurową.

Innym, warszawskim projektem typu mixed-use, opartym na modernizacji historycznych zabudowań jest Centrum Praskie Koneser. Kompleks położony przy Ząbkowskiej, reklamowany jest jako lifestylowe centrum stolicy. To niewątpliwie jeden z najbardziej oryginalnych kwartałów miasta. Adaptacja zabytkowych budynków i budowa nowych, inspirowanych postindustrialną zabudową na 5-hektarowym terenie dawnej Warszawskiej Wytwórni Wódek przebiega etapami. Obiekt tworzy część mieszkaniowa, handlowo-usługowa, kulturalna i biurowa (ok. 25 tys. mkw.), w której ulokował się m.in. Google Campus Warsaw.

W zabytkowych zabudowaniach Mennicy Polskiej z 1897 roku oraz nowym budynkach o charakterze industrialnym powstały mieszkania. Na terenie obiektu otwarty zostanie także hotel, będą restauracje, kawiarnie i bary, a także multimedialne Muzeum Polskiej Wódki. Budowa komercyjnej części Konesera rozpoczęła się jesienią 2015 roku, a jej zakończenie zaplanowano na koniec 2017 roku.

Lokomotywa na placu miejskim

 

Eksperci Walter Herz wspominają także o biurach i apartamentach, które mają powstać w miejscu zabytkowej Elektrowni Powiśle położonej pomiędzy ulicami Dobrą, Leszczyńską, Wybrzeżem Kościuszkowskim i Zajęczą w Warszawie. Poza biurowcami i apartamentowcem, na terenie obiektu zaaranżowany będzie również pasaż handlowy, na który zaadoptowany zostanie zabytkowy budynek elektrowni znajdujący się w centralnej części obiektu. Specjaliści zauważają, że projekt przygotowywany jest już niemal od 10 lat, ale po ostatniej zmianie inwestora inwestycja ma szansę przyspieszyć. Na terenie kompleksu mają powstać także cztery ogólnodostępne place miejskie. Z ustaleń wynika, że na posadzce jednego z nich odwzorowany zostanie przebieg torów kolejowych oraz kształt komina i stanie zabytkowa lokomotywa. Wstępne założenia mówią, że modernizacja historycznych budynków, w których odrestaurowane zostaną zabytkowe elementy i budowa nowych ma rozpocząć się w 2018 roku.

 

Kolejna planowana rewitalizacja w Warszawie obejmie fabrykę Pollena znajdującą się przy ulicy Szwedzkiej. Wielofunkcyjny kompleks Bohema ma być połączony pasażem ze stacją metra Szwedzka oraz siecią zjazdów z ulicą Strzelecką. Na bazie historycznych budynków ma powstać swoisty kompleks handlowo-usługowy, w którym m.in. mieścił się będzie food market, nawiązujący do tradycji targów praskich. N część mieszkalną złożą się nowopowstałe budynki. Wewnątrz kwartału zaaranżowana zostanie otwarta, miejska przestrzeń z restauracyjkami, sklepami i miejscem przeznaczonym do organizacji wydarzeń kulturalno-społecznych. Przewidywany termin oddania pierwszych mieszkań oraz modernizacja zabytkowych budynków przewidywana jest w 2018 roku.

Tylko dla odważnych

Przedstawiciele Walter Herz podkreślają, że olbrzymim wyzwaniem dla inwestorów będzie na pewno zapowiedziana rewitalizacja obiektu koszarowego Twierdza Modlin, usytuowanego pod Warszawa, u zbiegu Wisły i Narwi. Spektakularna inwestycja prowadzona będzie na terenie zespołu umocnień i fortyfikacji położonych na obszarze 58 ha, który zamienić się ma w Warszawa Modlin Smart City. Grupa Konkret, która kupiła nieruchomość od Agencji Mienia Wojskowego ma w planie zamienić ten obszar w miasto inteligentnych rozwiązań. Spółka zapowiedziała budowę widowiskowego kompleksu oferującego wiele funkcji. Projekt obejmuje budowę dużego centrum kongresowego, hoteli, budynków z mieszkaniami, powierzchnią biurową i usługową.

W Łodzi trwa obecnie modernizacja starej drukarni przy ulicy Gdańskiej, która zmieni się w sześciokondygnacyjny biurowiec z 5 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni użytkowej. Poza biurami, które mają zajmować głównie najemcy z branży IT, znajdą się w nim placówki handlowe i usługowe. Prace budowlane związane z rewitalizacją obiektu mają zakończyć się w kwietniu 2017 roku.

Biurowce w OFF-ie

Wkrótce rozpocznie się także wstępny etap prac budowlanych związany z realizacją dwóch biurowców – Sepia Office i Teal Office – usytuowanych na terenie łódzkiego OFF Piotrkowska Center. Oba budynki mają wpisywać się w szeroki projekt rewitalizacji dawnej fabryki  bawełny Franciszka Ramischa położonej przy ulicy Piotrkowskiej.

Projekt Sepia Office oparty będzie na głębokiej rewitalizacji XIX-wiecznego budynku, którego wnętrza zdobić mają oryginalne ściany z surowej, wypiaskowanej cegły oraz pieczołowicie odrestaurowane, historyczne detale. Industrialny charakter miejsca podbiją odnowione elementy konstrukcyjne starej fabryki, w tym słupy żeliwne podtrzymujące stropy, odsłonięte sufity w konstrukcji drewnianej, historyczne podziały okien, stalowe belki i dawna konstrukcja dachowa ze hełmem wieńczącym starą wieżę wodną. Zmodernizowany budynek zaoferuje również udogodnienia użytkowe i technologiczne, jakie wymagane są w obiekcie biurowym o wysokim standardzie.

Teal Office będzie nowoczesnym biurowcem klasy A, harmonijnie wkomponowanym w tkankę zabytkowej przestrzeni. Stanie na pustej działce od strony ulicy Roosevelta. Zgodnie z założeniami budowa obu obiektów ma ruszyć jeszcze w tym roku. Dziś OFF w charakterystycznych, neogotyckich wnętrzach z czerwonej cegły dawnych tkalni, przędzalni, maszynowni i stolarni mieszczą się bary, restauracje, kluby, pracownie projektowe i concept store’y. Obiekt skupia „przedstawicieli przemysłów kreatywnych” i jest modnym adresem na kulinarnej mapie miasta.

Finansowanie unijne

Także łódzki magistrat przymierza się do rewitalizacji zabytków. Drugie życie dostaną zabudowania fabryczne przy ulicy Sienkiewicza 61 i kamienica przy Piotrkowskiej 118 w Łodzi. W budynkach powstanie 3 tys. mkw. powierzchni usługowej i 3,5 tys. mkw. biur oraz 800 mkw. powierzchni mieszkaniowej, która znajdzie się w kamienicy przy Piotrkowskiej. Plany zakładają przebicie oficyny i stworzenie pasażu łączącego ulicę Nawrot z placem Komuny Paryskiej. Na dachu budynku przy Sienkiewicza będzie zielony taras, ogólnodostępny dzięki windzie zamontowanej od strony pasażu Schillera. Nieruchomości będą rewitalizowane z funduszy unijnych. Prace budowlane rozpoczną się najwcześniej w przyszłym roku.

W Krakowie realizowany jest projekt Nowa Stajnia. W zabytkowe wnętrze starej stajni i wozowni usytuowanej przy ul. Sokołowskiego ma zostać wkomponowana nowoczesna przestrzeń biurowa. Inwestor chce nadać starym zabudowaniom gospodarczym współczesny charakter, nie pozbawiając ich uroku wiejskich zabudowań. Inspiracją są dla niego brytyjskie rezydencje, które przekształcają swoje zespoły gospodarcze w przytulne centra biznesowe znane jako „office courtyard”, w których substancja historyczna uzupełniana jest nowoczesnymi rozwiązaniami.

Multifunkcyjny bulwar

We Wrocławiu trwa rewitalizacja 6 z 14 w większości zabytkowych obiektów, które tworzą zabudowę bulwaru, zlokalizowanego w ścisłym centrum miasta przy placu Jana Pawła II, u zbiegu ulicy Św. Mikołaja i Podwala, w otulinie rzeki Odry i fosy miejskiej. Różnorodność stylów i odmienna przeszłość każdego z obiektów dodaje projektowi wyjątkowości. Plany modernizacji Bulwaru Staromiejskiego obejmują stworzenie kompleksu architektonicznego z rozwiniętą infrastrukturą mieszkaniowo-komercyjną. Inwestycja realizowana jest na terenie o łącznej powierzchni 2,5 ha. Na części tego obszaru trwają prace archeologiczne, które niebawem obejmą cały bulwar.

Bulwar Staromiejski oferuje obecnie cztery budynki mieszkaniowe i dwa komercyjne. Jeden z obiektów z powierzchniami komercyjnymi to szkatułkowy The Place, który będzie miał charakter biurowo-usługowy. Drugi będzie energooszczędnym, siedmiokondygnacyjnym biurowcem klasy A z częścią usługową na parterze.

Biura w browarze

Wśród wrocławskich rewitalizacji specjaliści Walter Herz wymieniają też projekt firmy Archicom. Deweloper zamierza zagospodarować teren dawnego Browaru Piastowskiego przy ulicy Jedności Narodowej. W planach są m.in. biura z funkcją handlowo-usługową. Na ten cel zostaną zaadaptowane ocalałe zabudowania dawnego browaru, tj. dwa budynki biurowe przy bramie głównej, komin i położona za nim niewielka stajnia oraz gmach leżakowni.

Pierwsze prace budowlane mają rozpocząć się w drugiej połowie przyszłego roku. Do tego czasu zostanie przygotowana infrastruktura. Cała inwestycja zajmująca obszar 5,8 ha ma być podzielona na kilka etapów i powinna zakończyć się w 2022 roku. W sumie znajdzie się tam kilkanaście budynków. Inwestor myśli również o minibrowarze z restauracją.

W byłej fabryce fortepianów i pianin w Kaliszu powstanie z kolei hotel Hampton by Hilton Kalisz, biura i lokale handlowo-usługowe. Centrum hotelowo-biznesowego Calisia ma już pozwolenie na budowę. Poza częścią hotelową w skład projektu wejdzie także przestrzeń biurowo-usługowa o łącznej powierzchni 4 tys. mkw. Kompleks uzupełni zrewitalizowany dziedziniec fabryki, który stanie się zieloną przestrzenią publiczną dostępną dla mieszkańców, gdzie będą mogli skorzystać z oferty restauracji i showroomów.

Na swój come back w nowym wielofunkcyjnym wydaniu czeka także w Gdańsku Wyspa Spichrzów. Skrystalizowały się już plany rewitalizacji jej północnego cypla. Pomiędzy ulicą Chmielną, drewnianą promenadą nad Motławą, Zielonym Mostem i spichrzem Deo znajdzie się czterogwiazdkowy hotel, będą restauracje, kawiarnie, ekskluzywne apartamenty oraz strefa handlowo-usługowa. Inwestor zapowiada zakończenie inwestycji za dwa lata.

Autor: Walter Herz

Grupa Orange zdecydowała się na wdrożenie Chmury Oracle ERP Cloud

Do prowadzonego w Grupie Orange uspójnienia procesów finansowych w Chmurze wybrano Oracle ERP Cloud, jako produkt najlepiej odpowiadający potrzebom klienta w tym zakresie – informuje Oracle Polska.

Orange to czołowy światowy operator telekomunikacyjny, obsługuje 250 mln klientów w 29 krajach, zatrudnia 157 tys. pracowników. Od roku 2015 w Grupie Orange wdrażany jest program „Essential 2020”, który zakłada m.in. usprawnienie obsługi klientów zgodnie z najnowszymi trendami i dostarczenie im cyfrowych usług nowej generacji. Realizacja tego programu wymaga reorganizacji procesów biznesowych, a także zwiększenia sprawności operacyjnej działów finansowych.

Grupa Orange zdecydowała się na przejście do Chmury Oracle ERP Cloud, co pozwala na konsolidację i unifikację systemów finansowych działających w różnych krajach. Wdrożenie Oracle ERP Cloud umożliwi reorganizację procesów opartych na najlepszych w swojej kategorii standardach, które są wbudowane w rozwiązanie Oracle.

Wdrożenie Oracle ERP Cloud rozpoczęło się w Belgii. Dwa kolejne kraje objęte projektem, to Francja i Polska. Wdrożenie realizowane jest przez zespół Orange przy pomocy partnerów technologicznych. W pierwszej kolejności wdrożeniu podlegają procesy księgi głównej, należności i zobowiązań. Następnie, zakładane jest wdrożenie procesów zakupów i projektów w modelu Chmury Oracle.

„Oracle ERP Cloud  zapewnia Grupie Orange zwiększenie produktywności i szybkości pracy, a także radykalnie redukuje koszty operacyjne” – komentuje Piotr Witczyński, Dyrektor Generalny Oracle Polska. „Już na etapie ewaluacji rozwiązania Oracle okazało się, że nasz model chmury jest bezpieczny, wydajny i zgodny ze standardami, zapewnia elastyczność, wsparcie dla mobilności i mediów społecznościowych.

„Już w pierwszym okresie użytkowania Oracle ERP Cloud we Francji osiągnęliśmy ogromny wzrost zadowolenia naszych pracowników obsługujących systemy ERP” – mówi Christophe Eouzan, Group Chief Accounting Officer z Orange. „Pracownicy są entuzjastycznie nastawieni do pracy w nowym modelu, mając dostęp do najnowocześniejszych technologii dostępnych dziś na rynku. Warto dodać, że tak nowoczesne rozwiązanie ERP ułatwia nam rekrutację młodych pracowników z grupy „digital natives”, dla których rozwiązania cyfrowe są codziennością. Oracle ERP Cloud okazał się dla naszych potrzeb najlepszy ze wszystkich dostępnych rozwiązań i spodziewamy się po jego instalacji osiągnąć nawet 50% oszczędności w działalności operacyjnej w najbliższych latach”.

Maciej Nowohoński, członek zarządu Orange Polska ds. finansów dodaje: „Zdecydowaliśmy się na wdrożenie jednolitego systemu Oracle Cloud w Grupie Orange, ponieważ ta zmiana pozwoli nam na uproszczenie procesów, zwiększenie automatyzacji i wydajności zespołów finansowych oraz obniżenie kosztów utrzymania systemów informatycznych. Nie bez znaczenia jest także aspekt bezpieczeństwa w rozwiązaniu Oracle”.

CHF przekracza ponownie 4zł. Szanse Trumpa rosną

1 listopada po dobrych danych ze Szwajcarii i wzroście ryzyka z wyborów w USA frank szwajcarski podrożał o ponad 1%. Skandal polityczny w Korei Południowej powoduje zmiany na coraz wyższych stanowiskach.

Wszystkich Świętych słabe dla frankowiczów

1 Listopada był dniem wolnym nie tylko w Polsce, ale również na Słowacji i na Węgrzech. Nie zmienia to faktu, że rynki tego dnia pracowały. Poznaliśmy między innymi odczyty indeksów PMI dla europejskich gospodarek. Wielka Brytania okazała się nieznacznie słabsza od oczekiwań. Na uwagę zasługuje natomiast Szwajcaria. Wskaźnik okazał się wyższy o 0,9 pkt od i tak optymistycznych oczekiwań. W Połączeniu z korzystnymi danymi o sprzedaży detalicznej rozpoczął się ruch umacniający franka. Ku przerażeniu polskich kredytobiorców frankowych waluta szybko przebyła drogę z 3,95 zł na 4,00zł.

Donald Trump dalej odrabia straty

Ostatni sondaż Washington Post wskazuje na przewagę kandydata Partii Republikańskiej w wyścigu do Białego Domu. Przewaga wynosiła co prawda 1%, co przy błędzie badania wynoszącym do 3% nie daje jednoznacznego obrazu sytuacji. Pozostali kandydaci łącznie zdobywają poniżej 10% głosów i nie liczą się w tych wyborach. Powodu słabości Hillary Clinton analitycy dopatrują się we wznowionym śledztwie FBI w sprawie sławnych serwerów pocztowych oraz znudzeniu wyborców skandalem z seksistowskimi wypowiedziami Donalda Trumpa sprzed lat. Nie bez znaczenia jest też kwestia Obamacare. Wedle zapowiedzi rządu, od przyszłego roku składki mają wzrosnąć średnio o 24%. Jest to argument, który przemawia do wyobraźni amerykanów. Program już teraz jest tak drogi, że wielu ludzi pomimo, że stać ich na składkę woli płacić kary niż brać w nim udział. Efektem odzyskiwania pola przez Donalda Trumpa jest osłabienie się dolara oraz wzrost wartości “inwestycji na złe czasy”. Pod tym hasłem zyskuje obecnie nie tylko frank szwajcarski ale również złoto.

Skandal szkodzie prezydentowi Korei Południowej

Powodem całego zamieszania jest ujawnienie, że bliska znajoma Pani prezydent otrzymywała dostęp do wielu informacji, do których nie powinna go nigdy otrzymać. Problemem są powiązania owej osoby z organizacją religijną i próby wyłudzenia dużych sum od czołowych koreańskich koncernów. Co ciekawe pomimo tego, że obywatele bardzo zdecydowanie domagają się ustąpienia Pani prezydent wymieniono premiera, ministra finansów oraz ministra bezpieczeństwa publicznego. Zmiany te nie rozwiązują problemu a waluta Południowej Korei osłabia się względem głównych walut. Nie można jednak mówić jeszcze o panice.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:15 – USA – raport ADP,
  • 15:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw,
  • 19:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Ile kosztują pracodawców „przerwy na dymka”

Palenie papierosów w Polsce staje się coraz mniej powszechne. Już tylko 24% Polaków deklaruje regularne palenie, ale należy pamiętać, że to nadal duża grupa, także pracowników. Jak wynika z wyliczeń Work Service przerwy na papierosa w czasie prasy to realny koszt dla pracodawców. Dziennie wynosi on niemal 21 mln zł.

Z danych Głównego Inspektoratu Sanitarnego  wynika, że do codziennego palenia papierosów przyznaje się w Polsce 24% osób. To wyraźnie niższy wynik niż w ostatnich latach i potwierdzenie utrzymujących się trendów. Jeszcze w 2011 roku odsetek regularnych palaczy wynosił 31% a w 2013 roku sięgał 27%.

Pomimo malejącej populacji palaczy w Polsce koszty dla pracodawców związane z przerwami na papierosa nie spadają równomiernie. Z naszych analiz wynika, że przy 8-godzinnym dniu pracy i założeniu 45-minut skumulowanej przerwy na przysłowiowego „dymka”, koszty dla średnich i dużych przedsiębiorstw wynoszą ponad 20,9 miliona złotych dziennie*. Dlatego wiele firm wprowadza specjalne programy antynikotynowe i ewidencję czasu pracy – mówi Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service.

Przerwy pod kontrolą

W kodeksie pracy nie znajdziemy specjalnych zapisów przewidujących przerwę na papierosa. Pracownicy na ten cel mogą przeznaczyć czas przysługujący na odpoczynek w ciągu dnia pracy. Pracodawcy mają możliwość, aby uregulować kwestię przerw na papierosa w wewnętrznym regulaminie zakładowym. Wówczas mogą zarówno zabronić jak i umożliwić opuszczanie stanowiska pracy.

To jak pracownik wykorzysta swoją przerwę w pracy pozostaje tylko do jego decyzji. Jednak poza wymiarowym czasem, pracodawca nie jest zobowiązany do ponoszenia dodatkowych kosztów związanych z nadprogramowymi przerwami. Dlatego coraz więcej średnich i dużych firm stawia na wprowadzenie systemów kontroli czasu pracy. Powszechne staje się wykorzystanie kart zbliżeniowych, umożliwiających dostęp do zakładu pracy. To właśnie dzięki nim systemy rejestrują każde wyjście i wejście pracownika – dodaje Inglot.

Na terenie zakładu pracy palenie zabronione

Zgodnie z ustawą z 1995 roku o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych, palenie w zakładach pracy może następować jedynie w specjalnie przygotowanych do tego miejscach, zwykle nazywanymi palarniami. Poza nimi obowiązuje całkowity zakaz, który od 8 września tego roku obejmuje również papierosy elektroniczne.

* Podstawa do obliczeń: GUS, średnie miesięczne wynagrodzenie we wrześniu 2016 w wysokości 4217,96 zł, liczba pracujących 5771500,00 dotyczy przedsiębiorstw zatrudniających minimum 9 osób, przy przerwach trwających średnio 45 minut dziennie.