Fundusz bValue.vc inwestuje 2,3 mln zł w rekrutacyjnego Tindera, aplikację Jobsquare

Fundusz bValue.vc inwestuje 2,3 mln zł w rekrutacyjnego Tindera, aplikację Jobsquare 1
Pracodawcom trudno jest dotrzeć do młodego pokolenia z ofertą pracy, mimo że stopa bezrobocia w grupie osób do 25 roku życia przekracza 25 proc. Na polskim rynku powstała innowacyjna aplikacja do rekrutacji, która korzysta z mechanizmów działania takich popularnych wśród młodzieży aplikacji jak Tinder czy Uber. Inwestor, fundusz venture capital bValue.vc, wierzy, że Jobsquare może zrewolucjonizować sposób poszukiwania pracy tymczasowej, nie tylko w Polsce, lecz także za granicą. Inwestuje w nią 2,3 mln zł.

Celem funduszu jest stworzenie polskich czempionów technologicznych, którzy osiągną sukces na rynkach krajowym i zagranicznych.

– Fundusz założyłem wspólnie z uznanymi polskimi przedsiębiorcami oraz akademickim inkubatorem przedsiębiorczości. Inwestujemy w firmy we wczesnej fazie rozwoju, firmy technologiczne o dużym potencjale wzrostu. Ostatnia inwestycja funduszu to Jobsquare, czyli aplikacja do poszukiwania pracy przez młodych ludzi. To atrakcyjny segment dla pracodawcy, bo wszyscy mają problem z dotarciem do osób z grupy wiekowej do 25 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prezes bValue.vc, Maciej Balsewicz.

Jobsquare to nowatorska aplikacja na smartfona, na razie wyłącznie z systemem Android. Ułatwia rekrutację w zawodach niewymagających dużego doświadczenia. Aplikacja ma pomóc głównie osobom młodym w znalezieniu pierwszej pracy, a przedsiębiorcom, zwłaszcza małym i średnim, ma ułatwić dotarcie do młodego pokolenia pracowników. W działaniu nawiązuje do sprawdzonych wzorców Tindera czy Ubera.

– Aplikacja wzorowana na znanej aplikacji do umawiania się młodych ludzi Tinder. Tutaj ten koncept został wykorzystany do umawiania pracownika i pracodawcy. Głównie na razie jest wykorzystywany do pracy w restauracjach, do pracy tymczasowej w usługach i handlu – mówi Balsewicz.

W Jobsquare pracownik tworzy profil, w którym może opisać swoje doświadczenie zawodowe, oczekiwania finansowe czy preferencje zawodowe. Z kolei pracodawca na swoim profilu zamieszcza informacje o ofertach pracy. Pracownicy mogą następnie przeglądać propozycje zatrudnienia według swoich kryteriów, a pracodawcy – kandydatów pasujących do oferty. Jeżeli obie strony zadeklarują podczas przeglądania chęć współpracy, aplikacja umożliwia natychmiastowy kontakt na wewnętrznym czacie.

Jak zaznaczają przedstawiciele bValue.vc, Jobsquare pozwala korzystać poszukującym pracy oraz pracodawcom z tej formy zatrudnienia w zasadzie od ręki i bez kosztów. Tym bardziej że w Polsce działa zaledwie 5 tys. agencji pracy, a komórkę ma każdy. Dotychczasowe wyniki w Polsce są bardzo obiecujące, aplikacja działa od marca 2016 roku, na razie wyłącznie na smartfony z systemem Android. Mimo to spółka ma już ok. 1000 klientów (pracodawców) oraz ok. 20 tysięcy profili kandydatów.

Pierwszą inwestycją funduszu była inwestycja w CallPage. To aplikacja służąca do generowania sprzedaży. Polega na tym, że klient zostawia swój numer telefonu, a firma do niego oddzwania w ciągu 28 sekund.

– bValue.vc jest unikatową platformą, ponieważ dajemy przede wszystkim, oprócz kapitału, merytoryczne wsparcie. Przedsiębiorcy, którzy stoją za nami, to firmy, które dzisiaj są wyceniane na polskiej giełdzie na ponad 3 miliardy złotych, więc jest to ogromne doświadczenie, jeżeli chodzi o tworzenie biznesu, o rozwój międzynarodowy – podkreślił Balsewicz.

K. Maliszewski (DM mBank): przebieg wyborów prezydenckich w USA znacząco wpłynie na wyceny światowych aktywów

K. Maliszewski (DM mBank): przebieg wyborów prezydenckich w USA znacząco wpłynie na wyceny światowych aktywów 2
Zbliżające się wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych mają duży wpływ na wyceny światowych aktywów. Ewentualna wygrana Donalda Trumpa spowodowałaby silny, negatywny impuls na rynkach akcji i byłaby niekorzystna dla światowego handlu. Zdaniem Kamila Maliszewskiego z Domu Maklerskiego mBanku zarówno zwycięstwo kandydata republikanów, jak i Hillary Clinton powinno umocnić dolara.

– Na rynku walutowym dolar będzie zwycięzcą w obu scenariuszach, niezależnie od tego, czy w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych wygra Hillary Clinton, czy Donald Trump – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Kamil Maliszewski, analityk Domu Maklerskiego mBank-u. – Gdy inwestorzy uciekają od ryzyka, zawsze kupują dolara.

Według najnowszego sondażu, przeprowadzonego po ujawnieniu informacji o wznowieniu śledztwa przez FBI dotyczącego korespondencji mailowej Hillary Clinton, kandydatka demokratów może liczyć na 46-proc. poparcie, tylko o jeden proc. większe niż Donald Trump. Jeszcze w ubiegłym tygodniu Clinton, według sondażu stacji telewizyjnej ABC News, miała dwunastoprocentową przewagę. Notowania republikańskiego kandydata spadały wtedy po tym, gdy kolejne kobiety oskarżały go o molestowanie seksualne.

– Ewentualne zwycięstwo Donalda Trumpa z pewnością spowodowałoby bardzo silny, negatywny impuls na rynkach akcji – uważa Kamil Maliszewski. – Wydaje się, że jest to także zagrożenie dla handlu międzynarodowego. Donald Trump wiele razy mówił, że chciałby wypowiedzieć umowy takie jak NAFTA (skrót od ang. North American Free Trade Agreement, czyli Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu – umowa zawarta pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, Kanadą i Meksykiem, tworząca strefę wolnego handlu miedzy tymi krajami), osłabić pozycję Chin. Nie sprzyjałoby to inwestorom, którzy w perspektywie kolejnych lat obawialiby się o swoje zyski. To czynnik, który paradoksalnie może umocnić amerykańską walutę.

Wycena aktywów, a szczególnie surowców oraz akcji, jest bardzo wrażliwa na wyniki wyborów prezydenckich za oceanem. Jak zauważa Kamil Maliszewski zdecydowane zwycięstwo Donalda Trumpa dałoby w krótkim terminie silny, negatywny impuls. Wygrana Hillary Clinton jest obecnie w większym stopniu wyceniona przez rynek, gdyż sondaże wskazują jednak na jej zwycięstwo. Powinno ono dać mniejszy, ale wzrostowy impuls i przyczynić się do aprecjacji cen.

W przypadku cen czarnego złota natomiast duże znaczenie będzie mieć listopadowy szczyt Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC). Podczas ostatniego spotkania, które odbyło się pod koniec września w stolicy Algierii, Algierze, członkowie kartelu po raz pierwszy od ośmiu lat osiągnęli porozumienie w sprawie ograniczenia wydobycia tego surowca. Ustalono, że dzienny limit zostanie ograniczony do 32,5 mln baryłek, czyli o prawie 750 tys. mniej niż miesiąc wcześniej. Było to jednak tylko tzw. wstępne porozumienie. Ostateczne ma być ogłoszone podczas oficjalnego spotkania OPEC w Wiedniu pod koniec listopada.

– Sukces w tych rozmowach mógłby mieć wpływ na szeroki rynek, windując za sprawą wzrostu cen ropy naftowej wartość innych ryzykownych aktywów – wskazuje Kamil Maliszewski. – Jestem jednak w tej kwestii dość sceptyczny. Wydaje się, że czarne złoto nie będzie już drożeć i za baryłkę odmiany WTI nie będziemy płacić więcej niż 50 dol. W tej sytuacji wpływ ropy na ceny ryzykownych aktywów powinien być dość neutralny.

Rośnie sprzedaż pasz. De Heus liderem w segmencie płynnego żywienia trzody chlewnej w Polsce

Rośnie sprzedaż pasz. De Heus liderem w segmencie płynnego żywienia trzody chlewnej w Polsce 3
Firma De Heus, międzynarodowy wiodący producent pasz dla drobiu, bydła i trzody chlewnej, dominuje na polskim rynku płynnego żywienia trzody chlewnej. Przedsiębiorstwo obecnie obsługuje już blisko połowę polskich hodowców zajmujących się płynnym żywieniem trzody.

– Na polskim rynku obsługujemy już około 50 proc. hodowców, którzy zajmują się płynnym żywieniem trzody chlewnej. Dysponujemy wykwalifikowanym zespołem. Jesteśmy świetnie przygotowani do tego, by odgrywać na tym rynku wiodącą rolę – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Szafryna, kierownik produktu ds. drobiu w firmie De Heus.

Płynne żywienie trzody to inaczej żywienie na mokro. W tego rodzaju systemie stosowane są produkty uboczne przemysłu spożywczego, np. odpady piekarnicze, mleczarskie, cukiernicze (m.in. wafle, ciastka). Pozwala to zaoszczędzić hodowcy od 20 do 60 zł na sztuce tucznika. Zużycie paszy w karmieniu na mokro może być niższe niż w żywieniu na sucho ze względu na możliwość restrykcyjnego żywienia. Hodowcy w ten sposób mają szansę uzyskać współczynnik zużycia paszy (FCR) nawet poniżej 2,5 kg przy bardzo niskim koszcie paszy.

Holenderska firma rodzinna De Heus największe przychody uzyskuje z produkcji i sprzedaży paszy dla drobiu. Co roku przedsiębiorstwo wytwarza około 1,2 mln ton paszy dla zwierząt.

– Specjalizujemy się w produkcji pasz dla brojlerów i indyków. Obecnie mamy około 15 proc. polskiego rynku pasz dla brojlerów i około 8 proc. rynku pasz dla indyków. Jesteśmy jedynym w Polsce producentem paszy dla stad prarodzicielskich brojlerów kurzych – mówi Michał Szafryna.

Firma De Heus ma jedną z najnowocześniejszych w Europie fabryk pasz. Obiekt w Mieścisku dysponuje specjalną instalacją (tzw. sanityzacją termiczną), która pozwala na produkcję paszy w stu procentach wolnej od salmonelli. To właśnie ta fabryka zaspokaja 30 proc. zapotrzebowania na pasze dla stad prarodzicielskich firmy Aviagen, która dominuje na rynku europejskim.

Przedsiębiorstwo istnieje od 100 lat, a w Polsce od 25 lat. Według zestawień branżowych pism i organizacji rolniczych jest 13. największą firmą na świecie produkującą pasze dla zwierząt. Na polskim rynku De Heus jest producentem numer jeden lub dwa, w zależności od zestawienia i stosowanej metodologii. Co ciekawe, w 2011 r. działalność firmy została doceniona i wyróżniona przez królową Niderlandów. Od tamtej pory firma może określać się jako „królewska” oraz wykorzystywać wizerunek holenderskiej korony w zestawieniu ze swoim logo.

W 2015 roku polski rynek pasz dla zwierząt hodowlanych miał wartość 12,54 mld zł, czyli mniej więcej taką samą co w 2014 roku – wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego. Co prawda w ubiegłym roku sprzedaż pasz wyniosła łącznie 9 394 tys. ton, więc wzrosła rok do roku o 3,8 proc., ale ceny spadły o 2,8 proc. Największy popyt jest na pasze dla drobiu (64,8 proc. sprzedaży w 2015 roku). Trzoda chlewna ma 20,1 proc. rynku pasz, a bydło 9,3 proc.

Przybywa inwestycji w nieruchomości komercyjne w Polsce. W pierwszej połowie roku aktywność inwestorów wzrosła 2,5-krotnie

Przybywa inwestycji w nieruchomości komercyjne w Polsce. W pierwszej połowie roku aktywność inwestorów wzrosła 2,5-krotnie 4
Rośnie zainteresowanie nieruchomościami komercyjnymi w Polsce. Po rekordowym 2015 roku wciąż utrzymuje się dynamiczny rozwój. Całkowity wolumen inwestycji w nieruchomości komercyjne w pierwszej połowie 2016 roku przekroczył 2 mld euro, co oznacza 2,5-krotny wzrost aktywności inwestorów. Perspektywy na najbliższe lata są równie dobre, nie tylko dla Polski, lecz także dla całego regionu, który na tle zawirowań na Zachodzie wydaje się stabilny i bezpieczny.

– Inwestorzy koncentrują się na trzech segmentach rynku nieruchomości komercyjnych: największym są biura, za nimi powierzchnie handlowe i magazyny. Trzecie miejsce magazynów nie wynika z mniejszego zainteresowania, tylko z niższych cen. Jednocześnie ten sektor bardzo dynamicznie rośnie, w dużej mierze dzięki e-commerce. Biura z kolei zawdzięczają swój rozwój najemcom z branży centrów usług wspólnych i outsourcingu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Craig Smith, założyciel i wydawca EuropaProperty.

Z raportu „Poland Investment MarketView H1 2016” przygotowanym przez ekspertów CBRE wynika, że ten rok na rynku powierzchni nieruchomości komercyjnych może być jeszcze lepszy niż rekordowy 2015 rok. Całkowity wolumen inwestycji w nieruchomości komercyjne w pierwszej połowie 2016 roku przekroczył 2 mld euro, co oznacza 2,5-krotny wzrost aktywności inwestorów. Największy udział (48 proc.) w całkowitym wolumenie inwestycyjnym odnotował sektor handlowy (1 mld euro). Sektor biurowy z wynikiem na poziomie 0,8 mld euro zyskał 40 proc. udziału. Najmniej transakcji dotyczyło obiektów magazynowych (0,25 mld euro, 12 proc. udział).

 Mówiąc o perspektywach dla regionu, mamy dwa podejścia wśród inwestorów. Część z nich twierdzi, że mamy do czynienia z dużą niestabilnością. To jednak opinia mniejszości. Większość inwestorów uważa, że na tle brexitu i innych zawirowań w Europie Zachodniej, region środkowo-wschodni wypada znacznie lepiej. Moim zdaniem perspektywy na najbliższe 18 miesięcy są bardzo dobre dla polskiego, czeskiego, węgierskiego, a w szczególności rumuńskiego rynku – ocenia Smith.

Dane firmy doradczej JLL wskazują, że wartość transakcji inwestycyjnych zrealizowanych na rynkach nieruchomości komercyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej (bez Rosji) w I półroczu 2016 roku sięgnęła ok. 5,1 mld euro. To wynik o blisko 70 proc. wyższy niż w analogicznym okresie 2015 roku i najlepsze pierwsze półrocze od 2007 roku. Łączna wartość transakcji w regionie na koniec roku może przekroczyć 10 mld euro.

Europa Środkowo-Wschodnia, zwłaszcza Polska, dzięki rosnącym gospodarkom i niskim cenom nieruchomości pozostaje stabilnym celem inwestycji nieruchomościowych.

– Jeśli są możliwości zarobienia na rynku nieruchomości komercyjnych, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał je wykorzystać. Oczywiście, pozostają kwestie polityczne związane z podatkami i regulacjami prawnymi. Pomijając je jednak, Polskę i region czeka świetlana przyszłość – przekonuje założyciel EuropaProperty.

Podczas spotkania EuropaProperty dla liderów branży inwestycji nieruchomościowych aktywnych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, jakie odbyło się 27 października w Warszawie, Smith podkreślił duże zainteresowanie inwestycjami w ekologiczne budownictwo. Z raportu Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego wynika, że pod koniec lutego tego roku w kraju istniało 328 certyfikowanych obiektów. To ponad 30-proc. wzrost względem 2015 roku (wtedy było ich 249).

Outsourcing pracowników nadużywany przez nieuczciwe firmy

Outsourcing pracowników nadużywany przez nieuczciwe firmy 5
Na polskim rynku pracy tzw. outsourcing pracowników nie jest regulowany szczegółowymi przepisami prawa. Dla wielu pracodawców jest to korzystne, umożliwiające elastyczność narzędzie, ale nieuczciwe firmy wykorzystują tę furtkę, obchodząc dzięki niej przepisy o pracy tymczasowej. Skorzystanie z usług takiej firmy może okazać się dla pracodawcy kosztowne.

Praca tymczasowa i outsourcing to często mylone pojęcia. Pierwsza ma swoją definicję prawną i może być wykonywana pod warunkiem, że pracownik jest zatrudniony przez agencję zatrudnienia. Natomiast outsourcing może praktykować każda firma i to w różnych postaciach. Może to być umowa o pracę, zlecenie, ale niestety również umowa o dzieło. Nieuczciwe firmy, które chcą obejść ustawę o pracy tymczasowej, stosując outsourcing personalny, zatrudniają pracowników właśnie w oparciu o umowę o dzieło – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Adamkiewicz, prezes zarządu Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia.

Jak podaje ZUS, outsourcing pracowniczy może być zdefiniowany m.in. jako przekazanie przez firmę innym podmiotom niektórych zadań w procesie działalności tej firmy, a podmioty przejmujące wykonują zadanie, wykorzystując własne zasoby, lub też jako przekazanie wszystkich pracowników firmie oferującej outsourcing. Eksperci podkreślają, że może to być przydatne narzędzie, które m.in. pozwala przedsiębiorcom elastycznie reagować na trudną sytuację na rynku pracy.

Jednocześnie bywa ono wykorzystywane, by omijać przepisy. Chodzi o sytuacje, kiedy firmy dokonujące przejęcia pracowników nie odprowadzają składek na ubezpieczenia społeczne za nich. Odpowiedzialność za to często spada na faktycznego pracodawcę. Przed takimi sytuacjami ostrzega także Najwyższa Izba Kontroli. W wyniku kontroli Izba zidentyfikowała 317 pracodawców, którzy na przestrzeni ostatnich kilku lat zawarli umowy z podmiotami oferującymi zniżki (sięgające 40-60 proc.) w obowiązkowych składkach na ubezpieczenie społeczne pracowników w ramach outsourcingu pracowniczego. Firmy te z czasem w ogóle zaprzestały odprowadzać składki i podatki. Problemy z tego tytułu miało 15,3 tys. ubezpieczonych.

Chciałbym przestrzec pracodawców, którzy będą chcieli korzystać z tańszych usług. Nie zawsze opłaca się tanio, bo potem trzeba będzie płacić. W tej chwili jest bardzo duży szkopuł dla tych firm, które korzystały cztery lata temu z usług Centrum Niderlandzkiego czy Royal, teraz muszą płacić do ZUS-u te składki, które wcześniej zapłaciły tamtym firmom – mówi Jarosław Adamkiewicz.

NIK wskazał, że potrzebne są mechanizmy, które umożliwiłyby państwu skuteczną reakcję w przypadku wykorzystywania outsourcingu pracowniczego do omijania prawa.

Przeciwdziałać nieprawidłowościom zamierza Zakład Ubezpieczeń Społecznych, który podczas zorganizowanego na początku października Forum Współpracy zaproponował, aby zdefiniować dokładne pojęcie outsourcingu pracowniczego. Wśród omawianych pomysłów było też wprowadzenie obowiązku podawania powodu wyrejestrowania płatników składek i ponownej rejestracji z powodu outsourcingu zatrudnienia.

Żaden kraj na świecie nie ma wypracowanej definicji outsourcingu. Pojawiła się jednak inicjatywa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i gdyby udało się to zmienić, bylibyśmy pierwsi. Problem jest palący, chociażby z uwagi na to, że niedługo wejdzie w życie nowelizacja ustawy o pracy tymczasowej, bardzo ściśle związana z outsourcingiem – podkreśla Jarosław Adamkiewicz.

Celem nowelizacji przepisów, która ma wejść w życie w 2017 roku, jest większa ochrona praw pracowników tymczasowych oraz przeciwdziałanie nadużyciom stosowanym przez nieuczciwe agencje zatrudnienia i pracodawców. Jednak organizacje zrzeszające pracodawców przestrzegają, że aktualne propozycje zawierają wiele nieścisłości, a wprowadzenie ich w obecnym kształcie spowoduje wzrost zainteresowania usługami outsourcingu pracowniczego.

ZUS radzi, by firmy, które zamierzają skorzystać z usługi outsourcingowej zwróciły szczególną uwagę na skutek zawierania tego typu umów w kontekście opłacania składek. Adamkiewicz podkreśla, że chcąc skorzystać z usług agencji zatrudnienia bądź pracy tymczasowej, pracodawcy powinni dokładnie sprawdzić jej renomę, cennik oraz wybierać podmioty zrzeszone w organizacjach branżowych.

Jeżeli agencja jest zrzeszona w związku branżowym, to podbija to jej wiarygodność, ponieważ związek monitoruje jej pracę na bieżąco i przyznaje certyfikaty. Przykładowo, każdy członek naszej organizacji podpisał zobowiązanie, że nie będzie używał umów o dzieło w celu dumpingowania usług. W przypadku firm czy agencji niezrzeszonych istnieje pewne ryzyko, przed podjęciem współpracy trzeba więc zasięgnąć języka i sprawdzić, czy nie obchodzą one prawa. Zazwyczaj cena pokazuje, czy jest to przekręt, czy rynkowa usługa – mówi Jarosław Adamkiewicz.

Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia skupia ponad 60 agencji specjalizujących się w rekrutacji, doradztwie personalnym, pracy tymczasowej i outsourcingu.

Coraz więcej firm wprowadza zaawansowane narzędzia do analizy zachowań konsumentów. To buduje ich przewagę konkurencyjną

Coraz więcej firm wprowadza zaawansowane narzędzia do analizy zachowań konsumentów. To buduje ich przewagę konkurencyjną 6
Na polskim rynku rośnie zapotrzebowanie na rozwiązania z zakresu customer intelligence, które umożliwiają firmom reagowanie na potrzeby klientów w czasie rzeczywistym, przez co budują one swoją przewagę konkurencyjną. Analityka wykorzystywana w marketingu, sprzedaży i obsłudze klienta coraz częściej przechodzi w obszar kompetencyjny osób, które podejmują kluczowe decyzje biznesowe.

– Firmy zauważają potrzebę nadążania za zmianami w oczekiwaniach klienta. Widzą, że klient jest niecierpliwy i transformują swój biznes, swoje działy wsparcia analityką. Inwestują w analitykę zarówno kliencką, która służy do tego, żeby szybciej dotrzeć z lepszą ofertą do klienta, jaki i w obszary czysto operacyjne: poprawiają produkty, dostosowują je do potrzeb klienta, optymalizują procesy operacyjne takie jak zarządzanie łańcuchem dostaw oraz lepiej planują i prognozują popyt, aby towar jak najszybciej dotarł do klienta – mówi Miłosz Trawczyński, business consulting manager w SAS Polska.

Rozwiązania customer intelligence wykorzystywane do przetwarzania i analizy danych o konsumentach zdobywają coraz większą popularność na polskim rynku. Przekształcenie danych w informacje o klientach pozwala firmie w maksymalnym stopniu zaadaptować się do ich oczekiwań i efektywniej realizować procesy marketingowo-sprzedażowe. Wartość tego rynku jest trudna do oszacowania, ale eksperci są zgodni, że rośnie on w coraz szybszym tempie.

– Nowoczesna analityka to ciągłe podążanie za klientem, ciągła adaptacja do tego, jak klient się zachowuje, jakie decyzje podejmuje. To wejście w taki tryb, w którym my, jako ludzie, zwykle próbujemy podejmować decyzje tu i teraz, w czasie rzeczywistym, wykonując pewną analitykę czy analizę sytuacji i otoczenia całego świata w trybie ad hoc. Nowoczesna analityka dzięki nowym technologiom oraz dostępnym dzisiaj wolumenom danych pozwala nam przeanalizować wszystkie interakcje z klientem, zarówno te historyczne, jak i te, które dzieją się tu i teraz – wyjaśnia Miłosz Trawczyński.

Ekspert zauważa, że na przestrzeni ostatnich lat widać, że coraz więcej firm i dużych przedsiębiorstw wpisuje analitykę w swoją strategię jako element budujący przewagę konkurencyjną. Dlatego osoby podejmujące strategiczne decyzje w organizacjach są coraz częściej aktywnie zaangażowane w wykorzystanie analityki do optymalizacji procesów biznesowych. To istotne o tyle, że sponsoring z najwyższego szczebla zapewnia szersze spojrzenie i harmonijne godzenie interesów w całej organizacji.

Jedną z firm, które dostrzegły korzyści płynące z zastosowania systemów customer intelligence, jest Orange, największy na polskim rynku telekom, z którego usług korzysta ponad 20 mln klientów. Tomasz Czerski, dyrektor Zarządzania Utrzymaniem i Analityką Omnichannel w Orange Polska podkreśla, że klienci oczekują od telekomu nie tylko sprawności operacyjnej, lecz także spersonalizowanych, dopasowanych do ich potrzeb rozwiązań. Pomaga w tym analityka, która pozwala wykryć istotne zdarzenia w relacji klientów z firmą i odpowiednio zareagować w krótkim czasie.

– Orange ma w tej chwili jedną z największych sieci sprzedaży w Polsce i jedną z największych w Europie, dlatego analityka jest dla nas kluczowa, zwłaszcza w pierwszej linii sprzedażowej. Pomaga nam w przygotowywaniu handlowców do rozmów z klientami. Bez tego kroku nadal bylibyśmy o kilka lat do tyłu, jeśli chodzi o sprostanie obecnym oczekiwaniom klientów – mówi Tomasz Czerski.

Analityka wykorzystywana wcześniej w obszarze marketingu wraz z ewolucją zachowań klientów stała się niezbędna w sprzedaży i obsłudze klientów. Dlatego w Orange w ramach pionu sprzedażowego powołano wyspecjalizowane struktury odpowiedzialne za digitalizację i wielokanałowy kontakt z klientami.

Największy w Polsce telekom wdraża obecnie projekt, który pozwoli zwiększyć wiedzę o klientach i lepiej ją wykorzystywać.

– Polega on na zbudowaniu dużej maszyny analitycznej, takiego silnika, dzięki któremu będziemy w stanie wyłapać każdy tzw. event, czyli zdarzenie klienta w kontaktach w firmą i zarządzić nim w adekwatny sposób. Będziemy wiedzieć, kiedy klient potrzebuje pewnych usług czy produktów, a kiedy lepiej wręcz nie kontaktować się z nim bez potrzeby – mówi Tomasz Czerski, dyrektor Zarządzania Utrzymaniem i Analityką Omnichannel w Orange Polska.

O zastosowaniach analityki w marketingu, sprzedaży i obszarze obsługi klienta ponad 900 ekspertów i gości z całej Europy rozmawiało podczas SAS Forum Polska 2016, które odbyło się 17 października w warszawskim Hotelu Hilton. Organizator wydarzenia, SAS Institute, jest światowym liderem w zakresie analityki biznesowej oraz największym niezależnym dostawcą oprogramowania Business Intelligence, z którego korzysta ponad 80 tys. firm i instytucji w prawie 150 krajach świata. Na polskim rynku SAS działa od dwudziestu pięciu lat.

Nowotwory jąder i prostaty to temat tabu. Polscy mężczyźni zbyt rzadko się badają

Nowotwory jąder i prostaty to temat tabu. Polscy mężczyźni zbyt rzadko się badają 7
Rak prostaty jest drugim, zaraz po raku płuc, najczęściej zabijającym mężczyzn schorzeniem. Rak jąder, choć stosunkowo rzadki, nieleczony potrafi doprowadzić do śmierci w ciągu kilku miesięcy. Chociaż to właśnie nowotworów mężczyźni obawiają się najczęściej, świadomość dotycząca regularnych badań jest wciąż niewielka. Podnieść ją chcą organizatorzy międzynarodowej kampanii Movember, która po raz trzeci w tym roku odbędzie się w Polsce. Panowie przez cały listopad mogą skorzystać z bezpłatnych badań USG w kilku polskich miastach.

Liczba zachorowań na nowotwory prostaty i jąder wzrasta. Raka prostaty co roku diagnozuje się u około 11 tys. mężczyzn, a umiera z tego powodu 4–4,5 tys. z nich. W ciągu ostatnich trzech dekad liczba zachorowań na raka jąder wzrosła 20-krotnie. Jest to stosunkowo rzadki nowotwór (w Polsce stanowi około 1 proc. przypadków), ale bardzo szybko się rozwija. Wcześnie wykryty jest jednak uleczalny w 92 proc. przypadków. Dlatego lekarze podkreślają, że najważniejsze są regularne badania.

 Nowotwory jąder i prostaty to choroby, o których mężczyźni mają nikłe pojęcie, obawiają się tego tematu. To jest tabu, ponieważ dotyczy chorób intymnych. Tymczasem są to nowotwory, które można w bardzo łatwy sposób wyleczyć. Najważniejsze jest to, aby wykryć je wcześnie. Chcemy pokazać facetom, że regularne poddawanie się badaniom, to ich największa szansa, żeby żyć dalej w dobrym zdrowiu i bez inwazyjnego leczenia – mówi Jakub Kajdaniuk z Fundacji Kapitan Światełko.

Z raportu „Miej serce dla zdrowia” przeprowadzonego dla Nationale-Nederlanden przez Millward Brown wynika, że to właśnie nowotworów mężczyźni obawiają się najczęściej. Przyznało to 41 proc. badanych. I chociaż zdecydowana większość panów (79 proc.) wierzy, że można przeciwdziałać chorobom nowotworowym, to tylko co czwarty zdaje sobie sprawę z tego, że kluczowe są tutaj regularne badania.

 W grupie wiekowej 15–35 lat panuje przekonanie, że nowotwory dotyczą tylko starszych mężczyzn, ale to niestety nie jest prawda – mówi Jakub Kajdaniuk.

Obaleniu mitów związanych z „męskimi” nowotworami i zwiększeniu świadomości dotyczącej profilaktyki służy kampania Movember Polska, która stanowi niezależny element międzynarodowej kampanii zachęcającej mężczyzn do profilaktyki. Jej organizatorem jest Fundacja Kapitan Światełko przy wsparciu Nationale-Nederlanden.

– Dla młodszych mężczyzn najistotniejsze jest samobadanie. Czyli raz w miesiącu wychodzimy spod prysznica i bierzemy sprawy w swoje ręce. Jeżeli znajdziemy coś niepokojącego, udajemy się do urologa bądź lekarza pierwszego kontaktu, który pokieruje na dalsze badania. Dla panów po 45 roku życia istotne jest to, aby raz w roku wybrać się na ogólny przegląd zdrowotny i przy okazji morfologii oznaczyć również poziom PSA [białka produkowanego przez komórki prostaty – red.]. Dzięki temu wiemy, czy z prostatą jest wszystko w porządku i czy konieczna będzie dalsza, szczegółowa diagnostyka – wskazuje Jakub Kajdaniuk.

Nowotwór jąder dotyka w szczególności bardzo młodych mężczyzn. Grupa ryzyka to wiek 14–35 lat. Tymczasem z badań wynika, że właśnie w tym przedziale wiekowym mężczyźni niezbyt przejmują się profilaktyką zdrowotną i są przeświadczeni, że to ich jeszcze nie dotyczy. Z raportu „Miej serce do zdrowia” wynika, że dopiero koło 30 roku życia mężczyźni zaczynają interesować się profilaktyką nowotworową, ale tylko jedna trzecia poddaje się badaniom profilaktycznym. Zdaniem Jakuba Kajdaniuka to zdecydowanie za późno.

W ramach akcji Movember, która będzie trwała przez cały listopad, mężczyźni będą mogli się poddać bezpłatnym badaniom USG jąder. Na terenie całej Polski zorganizowane zostaną punkty, w których będzie można nie tylko się zbadać, lecz także porozmawiać ze specjalistami zajmującymi się zdrowiem intymnym, nauczyć się samobadania i zasięgnąć wiedzy na temat raka jąder i prostaty oraz ich diagnostyki. Akcja obejmie zasięgiem Sopot, Warszawę, Wrocław, Lublin, Kraków, Kędzierzyn-Koźle, Opole oraz Katowice.

– Z kampanią Movember połączył nas wspólny cel, mianowicie chęć przekonania mężczyzn do profilaktyki zdrowia i pokazania, że to nie jest takie straszne. Kampania przełamuje pewne tabu. W sposób niestandardowy, nietuzinkowy mówi o tym problemie i zachęca mężczyzn do zdrowego stylu życia, a przede wszystkim do poddawania się regularnym badaniom – mówi Marta Pokutycka-Mądrala, rzecznik prasowy Nationale-Nederlanden.

Movember odbywa się cyklicznie od kilku lat w 21 państwach świata (m.in. w Australii i Wielkiej Brytanii). W Polsce startuje po raz trzeci. Organizatorzy kampanii zachęcają, aby mężczyźni zapuszczali przez listopad wąsy, by wyrazić swoją solidarności i sprowokować do dyskusji na temat męskiego zdrowia. Wąsy zapuścili również ambasadorzy listopadowej kampanii, czyli siatkarze Mistrza Polski, drużyny ZAKSA Kędzierzyn-Koźle.

– Jako sportowcy chcemy pokazać, że łatwiej jest przeciwdziałać, niż leczyć. Żaden sportowiec nie chce być kontuzjowany, tak samo jak żaden mężczyzna nie chce być chory. Dlatego lepiej się przebadać i sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Chcemy pokazać, że mężczyźni nie powinni się tego bać – mówi Sebastian Świderski, prezes ZAKSA i przedstawiciel siatkarskich ambasadorów kampanii Movember w Polsce.

Co roku polska rodzina wyrzuca żywność o wartości 2 tys. zł. Konieczne listy zakupowe i planowanie posiłków

Co roku polska rodzina wyrzuca żywność o wartości 2 tys. zł. Konieczne listy zakupowe i planowanie posiłków 8
Czteroosobowa rodzina w skali roku wyrzuca do kosza żywność wartą nawet 2 tys. zł – podkreślają przedstawiciele Federacji Polskich Banków Żywności. Aby temu zapobiec, trzeba m.in. racjonalnie planować zakupy. Wystarczy raz w tygodniu zrobić listę produktów, które rzeczywiście zostaną wykorzystane do przyrządzenia posiłków i ściśle trzymać się tej rozpiski w sklepie. Do promocji powinno się podchodzić z dużą dozą ostrożności, bo często prowadzą one do gromadzenia zbędnych zapasów, które w końcu wyrzuca się na śmietnik.

– Starajmy się kupować tyle, ile potrzebujemy, i przygotowywać tyle jedzenia, ile jesteśmy w stanie zjeść, oczywiście stawiając na racjonalne odżywianie. To przekłada się na zasoby naszego portfela, bo pamiętajmy, że wyrzucanie jedzenia to przede wszystkim wyrzucanie naszych własnych pieniędzy. Z niektórych szacunków wynika, że wyrzucamy średnio nawet od 20 do 50 zł na osobę na miesiąc, co w skali roku na 4-osobową rodzinę daje nawet 2 tys. zł, które można wykorzystać zupełnie w inny sposób – mówi agencji Newseria Lifestyle Maria Kowalewska z Federacji Polskich Banków Żywności.

Blisko 1/3 Polaków przyznaje, że zdarza im się wyrzucać żywność – wynika z raportu „Nie marnuj jedzenia 2016” Federacji Polskich Banków Żywności. Wśród produktów, które najczęściej lądują w koszu są wędliny (43 proc.), pieczywo (36 proc.), warzywa (32 proc.), owoce (27 proc.), jogurty (23 proc.), ziemniaki (20 proc.), mięso (17 proc.), mleko (17 proc.), ser (12 proc.), ryby (8 proc.), dania gotowe (8 proc.) oraz jaja (4 proc.).

Najważniejsze jest planowanie swojego menu na cały tydzień bądź na kolejne 3–4 dni. To pozwala nam przygotować listę zakupów. Wcześniej możemy też przejrzeć lodówkę, szafki, żeby sprawdzić, co już mamy. Bardzo prostym sposobem na to, żeby uniknąć zbyt dużych zakupów jest po prostu zrobienie zdjęcia swojej lodówki. Dzięki temu w sklepie możemy bardzo szybko przypomnieć sobie, co w niej jest – mówi Maria Kowalewska.

Lista pozwala nam określić liczbę produktów, których rzeczywiście potrzebujemy. Poprzez zbyt duże zakupy robimy zapasy w lodówkach i nie zawsze jesteśmy w stanie wszystko zjeść przed upływem terminu przydatności do spożycia.

Lista pozwala nam wybrać naprawdę tylko to, czego potrzebujemy. Oczywiście można korzystać z promocji, ale wtedy musimy wziąć pod uwagę, że często produkty przecenione mają krótszy termin przydatności do spożycia. Musimy zadać sobie pytanie, czy zdążę ten produkt w tym terminie zjeść, albo może zamiast kupić cztery opakowania, wybrać jedno, zwłaszcza jeśli to są jakieś nowe smaki, których nie próbowaliśmy wcześniej – radzi Maria Kowalewska.

Bardzo ważne jest również umiejętne przechowywanie żywności. Takie produkty jak niektóre owoce, warzywa, nabiał, wędliny czy mięso wymagają niskich temperatur i dlatego idealnym miejscem dla nich jest lodówka.

Są natomiast produkty, które wcale nie lubią zimna. Przykładem jest pieczywo wielu z nas trzyma chleb w lodówce, a wtedy szybciej czerstwieje i przez to nie nadaje się do spożycia. Podobnie banany, które szybciej czernieją w lodówce, albo cytrusy czy pomidory, które też raczej wolą trochę cieplejszą temperaturę – tłumaczy Maria Kowalewska.

Dobrym sposobem na oszczędzanie jest zakup dużych paczek produktów spożywczych. Ekonomiczne opakowania to zazwyczaj mniejsze koszty nawet o kilkanaście procent.

Bardzo ważne jest to, żeby dzielić się jedzeniem. Więc jeśli mamy jakieś wydarzenie rodzinne, urodziny czy imprezę, można zabrać jedzenie ze sobą i podzielić się z innymi albo zabrać przygotowane potrawy na wynos. Podobnie w restauracji to, czego nie zjemy, możemy zabrać ze sobą – mówi Maria Kowalewska.

Podczas gdy w Polsce rocznie ok. 9 milionów ton żywności trafia na śmietnik, wiele osób wciąż nie stać na zakup podstawowych produktów. W tzw. skrajnym ubóstwie żyje ponad 2,5 mln tych, którzy są zmuszeni korzystać z pomocy Banków Żywności.

– Odbieramy żywność często z krótkim terminem ważności, ale cały czas pełnowartościową, zdatną do spożycia i przekazujemy na rzecz organizacji społecznych po to, żeby ta żywność mogła trafić do osób najbardziej potrzebujących. Odbieramy żywność ze sklepów, od producentów żywności, od rolników. Te darowizny szybko są przekazywane dalej. Każdy darczyńca, który zdecyduje się na przekazanie darowizny żywności, jest zwolniony z podatku VAT od darowizn, czyli słynny piekarz może już spać spokojnie – dodaje Maria Kowalewska.

Ł. Bugaj: Listopad będzie na rynkach akcji słabszy niż zazwyczaj. Poprawa spodziewana na przełomie roku, o ile wygra Clinton

Ł. Bugaj: Listopad będzie na rynkach akcji słabszy niż zazwyczaj. Poprawa spodziewana na przełomie roku, o ile wygra Clinton 9
Wyborcze listopady są gorsze dla indeksów giełdowych niż te same miesiące w latach bez wyborów, wynika z analizy DM BOŚ. To, jak będą sobie radziły akcje w następnych tygodniach, uzależnione jest od wyniku wyborów w USA. Jeśli wygra Donald Trump, nie ma co liczyć na poprawę. Odbije się to także na rynkach wschodzących.

– Na koniec tego roku, a także równocześnie na początek przyszłego roku duży wpływ na klimat inwestycyjny mogą mieć wybory w Stanach Zjednoczonych. Zrobiliśmy badanie na podstawie danych historycznych, jak wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych wpływają na rynek kapitałowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ. – Rynek dosyć dobrze dyskontuje przyszłość, czyli już przed wyborami widać ich wpływ, a mianowicie wtedy, kiedy oczekiwania rosną na zwycięstwo kandydata obecnie rządzącego obozu. Rynek w stosunku do Hillary Clinton zachowuje się lepiej niż w przypadku rosnących szans oponenta, czyli Donalda Trumpa.

Po piątkowej informacji o wznowieniu śledztwa w sprawie e-maili wysyłanych przez Hillary Clinton z prywatnego konta i opublikowaniu sondażu wskazującego na jednopunktową przewagę kandydata republikanów rynki zanotowały spadek. S&P 500 spadł poniżej 2100 pkt i jest na najlepszej drodze do ustanowienia najdłuższej serii spadkowych sesji od ośmiu lat. Za to tzw. indeks strachu (VIX) zyskał od tej pory 22 proc.

– Szczególnie interesujące jest to, co się dzieje już po wyborach – zauważa Łukasz Bugaj. – Okres listopada generalnie jest całkiem korzystny na rynku kapitałowym, natomiast ten listopad wyborczy wygląda już słabiej pod tym względem i nawet w przypadku zwycięstwa kandydata obecnie rządzącej partii rynek nie zachowuje się szczególnie silnie. Dopiero w grudniu i na początku kolejnego roku widać powrót sezonowego, lepszego zachowania, czyli mówimy tutaj o tym tradycyjnym rajdzie Świętego Mikołaja oraz tzw. efekcie stycznia.

Na wzrosty na przełomie roku można jednak liczyć tylko w wypadku zwycięstwa Hillary Clinton, która jako kontynuatorka działań Baracka Obamy odbierana jest przez rynki jako osoba gwarantująca utrzymanie status quo oraz przewidywalna. Lubiący szokować Donald Trump, który dodatkowo jako reprezentant opcji przeciwnej do tej, która rządziła przez ostatnie osiem lat, będzie wprowadzał zmiany, nie zachęci inwestorów do inwestowania w akcje czy aktywa rynków wschodzących i raczej powoduje ich ucieczkę od ryzyka.

– Zatem jeżeli chodzi o koniec tego roku, czyli grudzień oraz styczeń, to ja bym musiał wskazać na wynik wyborów, ponieważ w przypadku zwycięstwa Donalda Trumpa dane historyczne przynajmniej tak wskazują, że grudzień i styczeń wyglądać będą dosyć słabo. Przeważnie notowane są spadki i to oczywiście by również pogorszyło nastroje generalnie na świecie, w tym na rynkach wschodzących – podkreśla Bugaj.

Przestrzega też przed optymizmem płynącym z szybkiego otrząśnięcia się rynków z szoku wywołanego wynikiem referendum w Wielkiej Brytanii w czerwcu. Wówczas po chwilowym spadku indeksów nastąpiło odbicie, a S&P 500 bił kolejne rekordy wszech czasów. Niemal tak samo było z londyńskim indeksem FTSE 100 (do rekordu zabrakło niewiele) czy niemieckim DAX-em, który wprawdzie szczytów z ubiegłego roku nie pobił, ale najwyższy tegoroczny poziom osiągnął w październiku.

– Niektórzy mogą mówić, że to może być podobne do brexitu, kiedy był taki strach na początku, a potem lepsze zachowanie, ale brexit to jest zupełnie coś innego, ponieważ brexit się nie wydarzył i nie wiemy, kiedy się wydarzy – mówi analityk DM BOŚ. – Natomiast nowy prezydent zostanie zaprzysiężony w styczniu przyszłego roku, czyli te wydarzenia szybciej następują po sobie i to jest realna zmiana władzy już na początku przyszłego roku, więc te ewentualne perturbacje będą postępowały zdecydowanie szybciej niż w przypadku brexitu, kiedy de facto to była tylko jedna gorsza sesja.

W czwartek brytyjski Wysoki Trybunał orzekł, że do rozpoczęcia procesu wyjścia z Unii Europejskiej brytyjski rząd potrzebuje zgody parlamentu, co opóźni cały proces i praktycznie uniemożliwi przeprowadzenie go w zapowiadanym przez Theresę May terminie, tzn. do końca I kw. 2019 r. Wprawdzie władze w Londynie zamierzają się odwołać od wyroku Trybunału (efekt będzie znany prawdopodobnie 7 grudnia), nie wiadomo jednak, z jakim skutkiem ani czy nawet w razie uwzględnienia skargi uda się zdążyć to zrobić w zaplanowanym terminie.

Polacy chętnie podróżują jesienią. W czołówce popularnych kierunków lotów Warszawa, Gdańsk i Bangkok

Polacy chętnie podróżują jesienią. W czołówce popularnych kierunków lotów Warszawa, Gdańsk i Bangkok 10
Jesień sprzyja podróżom. Polacy wykorzystują ten czas na zwiedzanie polskich miast, ale chętnie odwiedzają także daleką Azję i europejskie stolice. Egzotyki szukają w Bangkoku. Z kolei najczęściej wybieranymi kierunkami lotów w Europie były w ostatnich tygodniach Kijów, Praga i Ateny.

– Statystyki naszego biura podróży wskazują, że Polacy jesienią wybierają najprzeróżniejsze kierunki. Bardzo dużo rezerwacji zostało dokonanych na loty krajowe, najpopularniejszymi kierunkami były Warszawa, Gdańsk oraz na dalszym miejscu Kraków. Jak widać złota polska jesień jest jak najbardziej w modzie – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Szpatowicz z biura prasowego internetowego biura podróży tripsta.pl.

Jesień to także dobry czas na egzotyczne kraje. Statystyki rezerwacji Travelplanet.pl pokazują, że popularność takich kierunków rośnie z roku na rok, zwłaszcza w okresie od jesieni do wiosny. W sezonie 2014–2015 udział wyjazdów egzotycznych w ogólnym ruchu turystycznym wynosił 6 proc., a rok później wzrósł do 11 proc. W tym sezonie – jak prognozują eksperci Travelplanet.pl – ten poziom na pewno zostanie przekroczony.

 Często chcemy uciec od naszej pogody, już bardziej deszczowej, i chętnie udajemy się do cieplejszych krajów. Tutaj Azja jest najpopularniejsza. Przede wszystkim jest bardzo dużo nowych połączeń, siatki połączeń się zwiększają, coraz to nowe kierunki otwierane są z polskich lotnisk. To świetna okazja, żeby spróbować czegoś nowego – mówi Joanna Szpatowicz.

Ze statystyk tripsta.pl wynika, że najpopularniejszym egzotycznym kierunkiem jest Bangkok, który znalazł się już na trzecim miejscu w rankingu najchętniej wybieranych miast w ostatnich miesiącach roku.

Rosnącej popularności egzotycznych wakacji sprzyjają nie tylko coraz bogatsze siatki połączeń, lecz także coraz niższe ceny lotów czy wycieczek zorganizowanych przez touroperatorów. Travelplanet.pl wskazuje, że w sezonie 2014–2015 za egzotyczną wycieczkę turyści płacili średnio ponad 7,1 tys. zł, podczas gdy średni wyjazd kosztował 2,3 tys. W kolejnym sezonie było to odpowiednio 5,9 tys. zł oraz 2,4 tys. zł.

Poza podróżami po kraju i do chętnie odwiedzanego Bangkoku Polacy coraz częściej wyruszają pod koniec roku na popularne city breaki do europejskich stolic. Sprzyjają temu m.in. długie listopadowe weekendy.

– W okresie jesienno-zimowym Polacy chętnie wyjeżdżają na przedłużone weekendy, które trwają mniej więcej trzy–cztery dni. Najpopularniejszymi kierunkami city breaków są Kijów, Praga oraz Ateny – wskazuje Szpatowicz. – Łatwo znaleźć ciekawe połączenia w atrakcyjnych cenach, więc jest to naprawdę bardzo ciekawa opcja na spędzenie długiego weekendu i przy okazji poznanie nowego miejsca. Dodatkowy dzień wolny na pewno da nam możliwość, żeby trochę więcej zobaczyć.

Polskie firmy nie planują zwiększać zatrudnienia

Większość firm działających w Polsce nie planuje już zwiększania zatrudnienia. To konsekwencje pogorszenia się nastrojów wśród menedżerów, ale także stawiania na nowe technologie.

– Zwiększanie zatrudnienia jest pochodną poziomu optymizmu przedsiębiorstw co do rozwoju sytuacji gospodarczej – mówi w rozmowie z MarketNews 24 prof. dr hab. Małgorzata Bombol z Szkoły Głównej Handlowej (SGH).

To wynika z raportu „Polskie firmy w obliczu wyzwań – Plany, rozwój, finansowanie” ogłoszonego przez Deutsche Bank Polska SA. Badaniami objęto 500 przedsiębiorstw działających w Polsce.

-Nasze badania przeprowadzone dla Deutsche Bank Polska wyprzedzają wskaźniki koniunktury, a świadczą o tym, że przedsiębiorstwa ostrożnie planują swoją przyszłość.

Ceny złota rosną wraz ze wzrostem szans D.Trumpa

Ceny złota rosły bardzo szybko. Do granicy 1 300 USD za uncję. Te zmiany cen są skorelowane ze wzrostem szans D.Trumpa na prezydenturę.
Więcej na temat cen złota w materiale video przygotowanym przez MarketNews24.

Przedsiębiorcy boją się inwestować. Jak wpłynie to na wzrost gospodarczy

Deutsche Bank Polska przeprowadził badania wśród 500 firm, dotyczące ich planów inwestycyjnych. Tylko 34 proc. firm działających w Polsce planuje inwestycje w najbliższych sześciu miesiącach.

– Są powody do obaw czy polski wzrost gospodarczy utrzyma się na dotychczasowym poziomie przy tak ostrożnym podejściu do inwestycji ze strony przedsiębiorstw – mówi w rozmowie z MarketNews24 Leszek Niemycki, wiceprezes Deutsche Bank Polska SA.

Mediacje sposobem na zmniejszenie ilości bankructw

Co najmniej 589 firm ogłosiło upadłość od początku tego roku, jest to liczba większa niż w 2015 r. Bankructw mogło być mniej, a procedury sądowe mogłyby być znacznie krótsze. Nie trzeba też zaostrzać kar, a koszty dla firm byłyby niższe. Pod warunkiem, że Ministerstwo Sprawiedliwości będzie zainteresowane rozwiązaniem rekomendowanym przez UE.

– Upadłości mogłoby być znacznie mniej, gdyby mediacje odgrywały większą rolę w wymiarze sprawiedliwości. W Polsce do sądów rocznie trafia 1,5 miliona spraw gospodarczych, poprzez mediacje rozwiązywanych jest tylko 1 promil takich spraw – mówi w rozmowie z MarketNews24 Anna Wąsowska, ekspert FOR.

Negocjacje to sposób na przyśpieszenie procedur sądowych, które w Polsce są zbyt długie. Wiele firm zagrożonych bankructwem można byłoby uratować, gdyby nie wielomiesięczne oczekiwanie na decyzje sądów. Negocjacje to rozwiązanie rekomendowane przez Unię Europejską.

Wierzyciel w świetle nowych przepisów restrukturyzacyjnych i upadłościowych

Znowelizowana ustawa upadłościowa wraz z nowymi przepisami prawa restrukturyzacyjnego mają istotny wpływ na sytuację podmiotów zagrożonych upadłością lub niewypłacalnych, jak i również, w wielu aspektach, zmieniają sytuację ich wierzycieli.
Zapraszamy do udziału w warsztacie ,,Wierzyciel w świetle nowych przepisów restrukturyzacyjnych i upadłościowych”, który będzie dla Państwa możliwością zapoznania się ze zmianami wynikającymi z nowych aktów prawnych. W trakcie spotkania Eksperci omówią zwiększoną rolę wierzyciela w trakcie postępowania restrukturyzacyjnego oraz istotne dla jego kompetencji zagadnienia, m.in. pojawienie się przygotowanej likwidacji – tzw. pre – pack – oraz postępowanie sanacyjne. Przekazana w trakcie warsztatu wiedza pozwoli Państwu na zwiększenie efektywności funkcjonowania w oparciu o nowe regulacje.

Warsztat odbędzie się 7-8 listopada 2016r. w Centrum Konferencyjnym GOLDEN FLOOR.

Szczegóły programu >>

Główne zagadnienia:

  • Wpływ nowych przepisów na postępowanie restrukturyzacyjne
  • Nowe możliwości wierzyciela
  • Metody zawarcia przez dłużnika układu z wierzycielami – case study
  • Prawo restrukturyzacyjne a egzekucja
  • Przygotowana likwidacja „pre pack” na gruncie znowelizowanego prawa upadłościowego
  • Doradca restrukturyzacyjny w obliczu nowych przepisów

Prowadzący:

  • Wojciech Bokina – Kancelaria BWHS Bartkowiak Wojciechowski Hałupczak Springer
  • Piotr Grabarczyk – WKB Wierciński, Kwieciński, Baehr Sp. k.
  • Adam Miłosz – Kancelaria GALT
  • Łukasz Mróz – Kancelaria Nikiel i Wspólnicy sp.j.
  • Izabela Rajczyk – Kancelaria Bętkowska Rajczyk Adwokaci i Radcowie Prawni sp. j.
  • Bartosz Sierakowski – Kancelaria Zimmerman i Wspólnicy sp.k.,Zimmerman Filipiak Restrukturyzacja SA

Anna Bartoszewicz-Wnuk dyrektorem Workplace Advisory w JLL

Firma JLL ogłosiła nominację Anny Bartoszewicz-Wnuk na stanowisko Dyrektora ds. Workplace Advisory (Dział Doradztwa ds. Miejsca Pracy). Anna Bartoszewicz-Wnuk poprzednio zajmowała stanowisko Dyrektora Działu Badań Rynku i Doradztwa.

Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Workplace Advisory w JLL
Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Workplace Advisory w JLL

„Anna Bartoszewicz-Wnuk to najlepszy wybór na szefa Działu Workplace Advisory”, powiedział Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce. “Jako Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, Anna opracowywała badania dotyczące środowiska pracy, najnowszych trendów oraz specyfiki działalności największych firm – najemców powierzchni biurowych. Zna i rozumie ten sektor bardzo dobrze. Jej badania i raporty są wysoko cenione przez klientów. Anna będzie dynamicznie rozwijać nasze usługi związane z opracowywaniem strategii miejsca pracy”.

JLL oferuje swoim klientom kompleksową usługę związaną z analizą miejsca pracy, używając najnowszych technologii do analiz danych. Firma doradza klientom jak zaprojektować i urządzić biuro, aby przestrzeń była efektywna, elastyczna i sprzyjała produktywności.

„Dzięki połączeniu ekspertyzy JLL z takich obszarów jak m.in. zarządzanie projektami, doradztwo budowlane czy badania rynku, doświadczenia Tétris oraz przy wsparciu ze strony JLL Centre of Excellence, Anna Bartoszewicz–Wnuk będzie oferować naszym klientom kompleksowe wsparcie w zakresie workplace advisory”, dodał Tomasz Trzósło.

Anna Bartoszewicz-Wnuk przez 10 lat była Dyrektorem Działu Badań Rynku i Doradztwa w JLL. Pracowała głównie na rzecz inwestorów/właścicieli i deweloperów powierzchni komercyjnych. Zajmowała się wszystkimi sektorami rynku nieruchomości – biurowym, handlowym i magazynowym. Od 2009 roku jest mocno zaangażowana w prace ABSL (Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych) – wiodącej organizacji branżowej reprezentującej sektor nowoczesnych usług dla biznesu w Polsce. Dzięki partnerstwu strategicznemu JLL/ABSL, Anna Bartoszewicz-Wnuk miała okazję współpracować z największymi korporacjami, poznając strukturę tych organizacji, ich sposób funkcjonowania oraz wymagania dotyczące nieruchomości.

Anna jest także inicjatorką, autorką lub współautorką takich publikacji i raportów jak „Onshore, Nearshore, Offshore – Unsure?”, „Made in Poland”, „Poland’s Big 7” czy „BPO i Centra Usług Wspólnych: Pracownicy sektora zabierają głos w sprawie swojego miejsca pracy”. Wielokrotnie prowadziła warsztaty dla firm – najemców powierzchni biurowych, podczas których prezentowała globalne i ogólnopolskie badania JLL.

Ukończyła Szkołę Główną Handlową w Warszawie na wydziale Bankowości i Finansów. Jest także absolwentką studiów magisterskich w dziedzinie inwestycji w nieruchomości na City University (CASS Business) w Londynie, które ukończyła z wyróżnieniem. Anna jest laureatką europejskiej nagrody JLL za wybitne osiągnięcia związane z badaniami rynku.

Zakupy Polaków w zagranicznych sklepach internetowych

Rozwój polskiego sektora e-commerce jest powszechnie znanym faktem. Szczęśliwie dwucyfrowy wzrost każdego roku sprawia, że konsumenci mają coraz szerszy wybór towarów i usług, które mogą kupić przez Internet. Samo poruszanie się po wirtualnych sklepach także staje się coraz wygodniejsze i bardziej dostępne. Oczywiście często z tym kanałem sprzedaży przemawiają również korzystne ceny. Warto się jednak przyjrzeć konsumentom korzystającym z usług sklepów zagranicznych – może być to cenna podpowiedź dla rodzimy przedsiębiorców, jak pozyskać nowych klientów.

Skala

Z pewnością pozytywną informacją jest to, że Polacy w zdecydowanej większości korzystają z polskich sklepów. Według ostatniego raportu Gemius[1] praktycznie co drugi internauta robi zakupy przez sieć, z czego praktycznie wszyscy z nich szukają towarów i usług w rodzimych firmach. Zamawianie z zagranicy dotyczy 10% internautów. Oznacza to, że około co piąty użytkownik Internetu robiący zakupy, jest uczestnikiem handlu transgranicznego. Należy też wskazać, że póki co tendencja ta się generalnie utrzymuje, co pokazuje poniższy wykres[2]:

zakupy w sklepach zagranicznych

Może być to również delikatny sygnał, że polskie firmy w skuteczny sposób „obroniły” się przez zagraniczną konkurencją i z powodzeniem w dużej mierze odpowiadają na lokalne zapotrzebowanie. Jeśli jednak w Polsce jest obecnie około 25,8 mln internautów, z których ponad 12 mln regularnie kupuje przez sieć (z czego 2,5 mln z nich za granicą), to liczba ta jest znacząca. Należy również założyć, że wraz ze wzrostem penetracji Internetu w Polsce, i przy utrzymaniu obecnych proporcji preferencji wyboru sklepu, tego typu klientów także będzie przybywać.

Kto jest w tych 10% i co kupują?

Poświęcenie większej uwagi polskim klientom sklepów zagranicznych może być tym cenniejsze ze względu na społeczno-ekonomiczne cechy tej grupy. Tegoroczny raport Gemius wskazuje, że są to przede wszystkim osoby młode, dobrze wykształcone, mające ponadprzeciętne dochody (powyżej 5000 PLN), zamieszkujące średnie i większe miasta. Ponadto, co ciekawe osoby te w zauważalnie większym stopniu korzystają z urządzeń mobilnych podczas odwiedzania sklepów zagranicznych. Stąd można założyć, że są to osoby mające większą świadomość konsumencką, a także wymagania (sam fakt robienia zakupów za granicą, mają porównanie „Zachód vs. Polska”, wyższe zarobki i wykształcenie, urządzenia mobilne).

Warto również się przyjrzeć, które kategorie produktowe cieszą większą popularnością polskich konsumentów w sklepach zagranicznych. W zasadzie rozkład jest tu bardzo równy, choć można przyjąć, że najczęściej są to „odzież, dodatki, akcesoria” (30%). Druga w zestawieniu kategoria „książki, płyty, filmy” to już tylko 20%. „Obuwie”, „Podróże, rezerwacje”, „Artykuły dla kolekcjonerów”, „Odzież sportowa” i „Gry komputerowe” to już odpowiednio: 19, 17, 16, 15 i 14%. Co ciekawe, pod tym względem nie ma wielkich różnic, pod kątem najpopularniejszych kategorii produktowych wybieranych w polskich sklepach. Tam również najpopularniejsze są „Odzież, akcesoria i dodatki” i „Książki, płyty, filmy”. Na kolejnych miejscach są „Telefony, smartfony, tablety, akcesoria GSM” oraz „Sprzęt RTV/AGD”. Pokazuje to być może, że bardziej wartościowe sprzęty wolimy kupować w Polsce.

Czy da się na tym zarobić?

Wyniki badania jednoznacznie pokazują, że osoby robiące zakupy za granicą należą do kategorii klientów bardziej pożądanych (większa otwartość oraz zasobniejszy portfel). Są to jednocześnie klienci bardziej świadomy i wymagający. Stąd należy zauważyć, że być może trudniej go pozyskać i utrzymać, lecz staranie te powinny zostać odpowiednio wynagrodzone. Walka o tę kategorię klientów powinna być tym bardziej kusząca, gdyż szukają oni podobnych kategorii produktowych. Stąd być może decyzja o zakupie w zagranicznym sklepie jest spowodowana brakiem danego towaru w Polsce? To kolejny argument, aby badać preferencje i oczekiwania klientów, tak aby w miarę możliwości spełniać ich oczekiwania i zadbać o asortyment, którego szukają. Trzeba także pamiętać, że w niektórych przypadkach sklepy spoza Polski wygrywają także ceną czy standardem obsługi. Stąd można stwierdzić, że grupa osób kupująca zagranicą to doskonały przykład tego, że aby osiągnąć sukces w e-commerce należy trzymać się kilku żelaznych zasad: niskie ceny, szeroki asortyment, wysoka jakość obsługi klienta, dostępność, otwartość na uwagi i sugestie klienta, czy szybki czas dostawy. Można się więc pokusić o stwierdzenie, że z powodzeniem przyciąganie klientów, którzy dotychczas preferowali robienie zakupów np. na niemieckich czy angielskich stronach, może stanowić swoisty wyznacznik sukcesu i sygnał, że sklep rozwija się w dobrym kierunku.

To może w drugą stronę?

Na koniec można zadać sobie pytanie – skoro możemy kupować na całym świecie, i wielu Polaków tak czyni, to czy warto skupić się też na klientach z innych państw. Odpowiedź jest jedna: zdecydowanie warto, choć wiąże się to z dużymi nakładami pracy i zainwestowaniem. Próba zachęcenia np. Czechów, Litwinów czy Niemców, aby korzystali z usług naszego sklepu może być bardzo opłacalna, szczególnie w długim okresie. Warto zwrócić uwagę, że aktualnie polskie firmy w bardzo niewielkim stopniu podejmują starania o pozyskanie klienta zagranicznego. Jak podaje Sociomantic Labs jedynie niecałe 15% polskich sklepów jest dostępnych w innej niż polska wersji językowej, a to przecież jeden z pierwszych kroków w ekspansji międzynarodowej. Wobec tak niskiej aktywności lokalnej branży i w perspektywie postępującej integracji europejskiego e-commerce (dyrektywa PSD2), być może teraz jest bardzo dobry moment, aby pomyśleć o poszerzeniu zasięgu funkcjonowania sklepu. Szczególnie, że polskie e-commerce ma wiele do zaoferowania.

Dagmara Kruszewska, Country Manager SOFORT GmbH

[1] E-commerce w Polsce 2016. Gemius dla e-Commerce Polska

[2] Wykres opracowany na podstawie danych z raportów: „E-commerce w Polsce 2014. Gemius dla e-Commerce Polska”, „E-commerce w Polsce 2015. Gemius dla e-Commerce Polska” oraz „E-commerce w Polsce 2016. Gemius dla e-Commerce Polska”

Rynek Big Data wart jest ponad 130 mld dolarów

Według raportu „Worldwide Semiannual Big Data and Analytics Spending Guide”, autorstwa firmy analitycznej IDC, wartość globalnego rynku Big Data w tym roku przekroczy próg 130,1 mld dolarów. W najbliższych latach będzie zaś rosnąć w tempie dwucyfrowym, by w 2020 roku osiągnąć poziom ponad 203 mld dolarów. Oznacza to, że globalny rynek danych rozwija się dziś w tempie niemal sześciokrotnie szybszym, niż cała branża IT. Koniunkturę napędzają zwłaszcza dwie branże: bankowość oraz przemysł.

Zdaniem analityków firmy IDC motorem napędowym wzrostu wydatków na analitykę Big Data będą duże firmy, rozumiane jako przedsiębiorstwa zatrudniające ponad 500 pracowników. W 2020 roku skala ich inwestycji w analitykę biznesową prognozowana jest na poziomie aż 154 mld dolarów, co stanowi około 75,8 proc. całego rynku. Pozostała część przypadnie w udziale małym i średnim firmom, które zdaniem IDC pozostaną jednak kluczowymi podmiotami inwestującymi w analitykę danych.

Banki prześwietlą klienta

– Dostępność danych, pojawienie się technologii nowego typu oraz biznesowa transformacja, polegająca na stale rosnącym udziale danych w procesach biznesowych, sprzyjają rozwojowi całego tego rynku i usług w obszarze Big Data – mówi Dan Vesset, Group Vice President z działu Analityki i Zarządzania Informacją w IDC – Prognozujemy, że w tym roku rynek Big Data wzrośnie o 11,3 proc w porównaniu z rokiem ubiegłym. Wówczas globalne wydatki firm na analitykę danych wyniosły 122 mld dolarów. Średnie tempo wzrostu tego rynku do 2020 roku szacujemy na poziomie 11,7 proc. rocznie – dodaje Dan Vesset.

Największym odbiorcą Big Data będzie sektor bankowy. Na zakup tych rozwiązań banki mają przeznaczyć jeszcze w tym roku ponad 17 mld dolarów. Nie bez powodu – dzięki danym, bank ma nie tylko możliwość przeprowadzenia procesu scoringowego klienta w ciągu dosłownie kilku minut. Big Data pozwala też na zautomatyzowanie procesów bankowych i usprawnienie pracy samego banku. Jednak, jak przekonują eksperci, analityka oznacza szereg korzyści przede wszystkim dla klienta.

– Jeszcze kilka lat temu osoby ubiegające się o kredyt musiały przedstawić w placówce banku mnóstwo dokumentów. Dzisiaj całym procesem zarządzają skomplikowane algorytmy, które analizują wiele różnych parametrów za nas, oszczędzając nasz czas – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, największej platformy Big Data Europie, specjalizującej się w analityce i monetyzacji danych – Profil internauty często dostarcza bankowcom cenniejszych informacji, niż dokumenty o klientach zgromadzone w teczkach czy w bankowych systemach CRM. Dlatego kluczowe dla banku jest pozyskiwanie danych o swoim kliencie z wielu różnych źródeł. Nie tylko własnych, lecz również tych zewnętrznych. To zaś wymaga integracji bankowych CRM-ów z systemami klasy DMP, czyli Data Management Platforms, pozwalających branży bankowej na lepsze rozpoznanie potrzeb klienta – dodaje Piotr Prajsnar.

Według raportu „Banks Betting Big on Big Data and Real-Time Customer Insight”, autorstwa SAP, aż 86 proc. największych banków na świecie deklaruje, że w najbliższych latach priorytetem będzie dla nich zorientowanie działań na konsumenta („customer centricity”), w tym przede wszystkim: dopasowanie oferty do konkretnych osób. Klucza do sukcesu banki upatrują właśnie w wykorzystaniu analityki Big Data.

– Integracja bankowego systemu CRM z platformą DMP ma dziś newralgiczne znaczenie. Załóżmy, że w swoim systemie CRM bank posiada 10 mln potencjalnych klientów. Przeważnie nie wie jednak dokładnie, którzy z nich mogą być aktualnie zainteresowani ofertą kredytową czy zakupem mieszkania. Dzięki wymianie informacji pomiędzy CRM i DMP, czyli uwzględnieniu analityki Big Data w relacjach z klientami, odsłaniają się przed bankiem nowe zależności, które wcześniej nie były mu znane – mówi Piotr Prajsnar – Wykorzystując Big Data, systemy scoringowe banku mogą przetwarzać informacje o internautach, pozyskane przede wszystkim z plików cookies, jak również profili w mediach społecznościowych czy portali zakupowych (np. historii zakupów). Analiza profilu internauty na Facebooku, a także np. grona jego znajomych, może pomóc bankowi w ocenie wiarygodności finansowej klienta i zminimalizować ryzyko związane np. z udzieleniem pożyczki klientowi, który może jej nie spłacić – dodaje Piotr Prajsnar.

Big Data w produkcji

Ale nie tylko banki będą odbiorcą rozwiązań Big Data. Firma IDC prognozuje również duży popyt na technologie analityczne ze strony przemysłu. Do końca tego roku firmy zajmujące się produkcją dyskretną i procesową będą odpowiadały za ponad 20 proc. wydatków na analitykę biznesową.

Firmy będą sukcesywnie wdrażać narzędzia analityczne. Choćby po to, by skuteczniej przewidywać zakłócenia produkcji – prognozuje Andrzej Morawski, wiceprezes zarządu śląskiej firmy BPSC, która zrealizowała do tej pory blisko 700 wdrożeń systemów ERP, m.in. w firmach produkcyjnych.

Popyt na rozwiązania analityczne napędzał będzie Przemysł 4.0, idea, która opiera się m.in. na analizie danych oraz Internecie Rzeczy. Przemysł 4.0 zakłada wytworzenie danego produktu najpierw w wirtualnym świecie. Dzięki przetwarzaniu danych z wielu źródeł może być on dowolnie konfigurowany i co najważniejsze – opłacalny w produkcji. Jeśli udałoby się w pełni zautomatyzować przepływ informacji, analizować dane z wielu źródeł, to produkt można byłoby wytworzyć znacznie taniej i szybciej, do minimum zmniejszając jednocześnie liczbę awarii czy zużytego do produkcji materiału.

Zainteresowanie analityką biznesową jest już wyraźnie widoczne. Na przestrzeni ostatnich lat w polskich zakładach produkcyjnych zrealizowano ogromną liczbę inwestycji informatycznych, podnoszących poziom automatyzacji produkcji czy robotyzacji. Dzięki nim, przedsiębiorstwa produkcyjne wytwarzają dziś ogromne ilości danych. I odczuwają coraz silniejszą potrzebę otwarcia świata maszyn – zarówno tych na produkcji, jak i w przestrzeni magazynowej czy logistycznej – na komunikację z oprogramowaniem wspierającym zarządzanie oraz analizę danych.

– Coraz częściej skupiamy się z jednej strony na automatyzacji procesu planowania produkcji oraz zarządzania jej procesami z poziomu platformy ERP, a z drugiej strony na dostępie oprogramowania biznesowego do pełnej i przekrojowej informacji o realizacji produkcji poprzez zastosowanie rozwiązań klasy MES. Dopiero w takiej rzeczywistości informatycznej możliwe będzie m.in. skrócenie czasu wprowadzania nowych produktów na rynek czy obniżenie kosztów produkcji, co pozwoli nam zwiększyć konkurencyjność w stosunku do azjatyckich gospodarek – zwraca uwagę Adam Stańczyk, analityk biznesowy z BPSC.

Big Data zwiększy inwestycje w bezpieczeństwo

Rosnące uzależnienie od informatyki ma jednak swoją cenę. Nawet minuta przerwy w dostępie do cyfrowych informacji oznacza bowiem wymierne straty dla przedsiębiorstw. Zdaniem ekspertów z Ponemon Institute minuta niedostępności globalnej sieci kosztuje przedsiębiorstwa na świecie średnio 9 tys. dolarów, godzina zaś – 540 tys. dolarów. W przypadku największych korporacji kwoty te będą odpowiednio wyższe.

Zapotrzebowanie na technologie Big Data może więc wpłynąć także na inwestycje w bezpieczeństwo IT. Zwłaszcza, że problemy z zachowaniem ciągłości funkcjonowania biznesu (BCM) nie są obce również polskim firmom. Jak wynika z danych Atmana, największego operatora centrum danych w Polsce, w pierwszym półroczu minionego roku ponad połowa badanych firm doświadczyła przerw w dostępie do Internetu lub energii elektrycznej. Aż 41 proc. przedsiębiorstw musiało z tego powodu poważnie ograniczyć bądź całkowicie wstrzymać działalność. I to nie na kilkanaście minut czy kilka godzin. Zdarzało się, że nawet na kilka dni.

Z jednej strony Internet to same korzyści, jak obniżenie kosztów i przyśpieszenie wymiany informacji. Jednak warto pamiętać o tym, że w im większym stopniu gospodarka jest uzależniona od Internetu, tym straty związane z brakiem dostępu do niego są wyższe. W dobie rosnącej cyberprzestępczości bez redundancji sieci telekomunikacyjnych, bez backupu danych gromadzonych na serwerach i bez stosowania zaawansowanych zabezpieczeń, na przykład przed atakami DDoS, ryzyko przerw w ciągłości biznesowej będzie rosło. A wraz z nim rosnąć mogą także straty – zauważa Ewelina Hryszkiewicz z Atmana.

Mateusz Polkowski nowym Dyrektorem Działu Badań Rynku i Doradztwa w JLL

Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa w JLL
Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa w JLL

Mateusz Polkowski objął funkcję Dyrektora Działu Badań Rynku i Doradztwa w JLL, kierującego siedmioosobowym zespołem analityków – ekspertów z obszaru rynku nieruchomości komercyjnych.

Mateusz Polkowski związany jest z JLL od 2007 r. Jest autorem i współautorem szeregu raportów badawczych, doradczych i studiów opłacalności dla takich firm jak m.in. Skanska, Echo Investment, Ghelamco, Hines, Penta, HB Reavis, jak również publikacji JLL dotyczących rynku, trendów i prognoz. Główne obszary kompetencji Mateusza Polkowskiego to specjalistyczne analizy rynku biurowego oraz współpraca z sektorem nowoczesnych usług dla biznesu. Ma ponad 15 lat doświadczenia na rynku nieruchomości komercyjnych zdobywanego zarówno po stronie dewelopera jak i firmy doradczej. Mateusz jest absolwentem Wyższej Szkoły Gospodarowania Nieruchomościami w Warszawie ze specjalizacją w Zarządzaniu Nieruchomościami. Posiada tytuł LEED Green Associate.

„Jestem przekonany, że Dział Badań Rynku i Doradztwa pod kierownictwem Mateusza Polkowskiego będzie kontynuował prace jako wiodący zespół ekspertów rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce, dostarczający klientom JLL szczegółowych danych i prognoz, będących kluczem do podejmowania właściwych, strategicznych decyzji biznesowych ”, komentuje Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce.

Mateusz Polkowski zastąpił na stanowisku Dyrektora Działu Badań Rynku i Doradztwa Annę Bartoszewicz-Wnuk, która objęła nową funkcję w strukturze firmy – Dyrektora ds. Workplace Advisory.

Sfinks rozmawia z Fabryką Pizzy

Sfinks Polska, spółka zarządzająca sieciami restauracji Sphinx, Chłopskie Jadło i WOOK, podpisała z właścicielem spółki Fabryka Pizzy dokument określający wstępne parametry możliwej współpracy ukierunkowanej na rozbudowę sieci restauracji pod tą marką w formacie franczyzy. Porozumienie przewiduje także możliwość zakupu przez Sfinks całości udziałów w Fabryce Pizzy.

Fabryka Pizzy zarządza siecią restauracji działających pod tą samą marką, specjalizujących się w kuchni włoskiej. Na sieć składa się obecnie 10 lokali, z których dwa to restauracje własne, a pozostałe prowadzone są w ramach franczyzy. Sfinks ma do 16 grudnia br. wyłączność negocjacyjną na uzgodnienie warunków umowy inwestycyjnej oraz umowy masterfranczyzy i umów franczyzy.

Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska SA.
Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska SA.

 – Współpraca z siecią pizzerii oraz możliwość jej przejęcia jest dla nas atrakcyjna, gdyż – jak wiadomo – już od jakiegoś czasu analizujemy rynek kuchni włoskiej. Jest ona drugą najpopularniejszą kuchnią wśród Polaków, dlatego wciąż weryfikujemy możliwości zaistnienia szerzej z taką ofertą. W przypadku Fabryki Pizzy mamy przekonanie, że posiadane know-how będzie pozwalało na dynamiczny rozwój tej sieci. Dlatego zdecydowaliśmy się na zawarcie umowy intencyjnej, zbadanie spółki i podjęcie szczegółowych negocjacji. Jeśli wyniki audytu i rozmowy zakończą się pomyślnie, z pewnością zawrzemy umowę – komentuje Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska SA.

Większość firm nie chce już zwiększać zatrudnienia

Większość firm działających w Polsce nie planuje już zwiększania zatrudnienia. To konsekwencje pogorszenia się nastrojów wśród menedżerów, ale także stawiania na nowe technologie.

– Zwiększanie zatrudnienia jest pochodną poziomu optymizmu przedsiębiorstw co do rozwoju sytuacji gospodarczej – mówi w rozmowie z MarketNews 24 prof. dr hab. Małgorzata Bombol z Szkoły Głównej Handlowej (SGH).

To wynika z raportu „Polskie firmy w obliczu wyzwań – Plany, rozwój, finansowanie” ogłoszonego przez Deutsche Bank Polska SA. Badaniami objęto 500 przedsiębiorstw działających w Polsce.

-Nasze badania przeprowadzone dla Deutsche Bank Polska wyprzedzają wskaźniki koniunktury, a świadczą o tym, że przedsiębiorstwa ostrożnie planują swoją przyszłość.

Są przedsiębiorstwa, które można ocalić przed bankructwem

Co najmniej 589 firm ogłosiło upadłość od początku tego roku, jest to liczba większa niż w 2015 r. Bankructw mogło być mniej, a procedury sądowe mogłyby być znacznie krótsze. Nie trzeba też zaostrzać kar, a koszty dla firm byłyby niższe. Pod warunkiem, że Ministerstwo Sprawiedliwości będzie zainteresowane rozwiązaniem rekomendowanym przez UE.
– Upadłości mogłoby być znacznie mniej, gdyby mediacje odgrywały większą rolę w wymiarze sprawiedliwości. W Polsce do sądów rocznie trafia 1,5 miliona spraw gospodarczych, poprzez mediacje rozwiązywanych jest tylko 1 promil takich spraw – mówi w rozmowie z MarketNews24 Anna Wąsowska, ekspert FOR.
Negocjacje to sposób na przyśpieszenie procedur sądowych, które w Polsce są zbyt długie. Wiele firm zagrożonych bankructwem można byłoby uratować, gdyby nie wielomiesięczne oczekiwanie na decyzje sądów.
– Negocjacje to rozwiązanie rekomendowane przez Unię Europejską.

Trump odzyskuje poparcie. Jak przebiegnie Brexit?

Republikanom udaje się podtrzymać zainteresowanie mediów wokół afery z serwerem pocztowym Hillary Clinton. Zgoda obu izb brytyjskiego parlamentu jest wymagana aby rozpocząć Brexit. Słabsze dane z USA dodatkowo uderzyły w dolara.

Kampania wyborcza w USA już na ostatniej prostej

W sondażach co prawda nadal prowadzi kandydatka demokratów Hillary Clinton, ale coraz częściej oddaje pole republikanom. Na 12 ogólnokrajowych sondaży opublikowanych wczoraj w 7 wciąż prowadzili demokraci. Trump miał przewagę zaledwie w dwóch. Nie zmienia to faktu, że jest obecnie na fali atakując cały czas argumentami z afery z serwerem pocztowym. Rynki coraz bardziej nastawiają się na zwycięstwo kandydata partii republikańskiej. Widać to również w sondażach, gdzie za jednego postawionego dolara na Trumpa można już otrzymać zaledwie 2,3-2,6 dolara. Jak reagują rynki? Dolar osłabia się względem innych walut, a giełda w USA notuje kolejną spadkową sesję z rzędu. Skumulowany spadek nie jest co prawda porównywalny z innymi pasmami sprzed lat, aczkolwiek wyraźnie widać brak entuzjazmu u inwestorów spowodowany niepewną sytuacją.

Jak przebiegnie Brexit?

Wczoraj brytyjski Wysoki Trybunał wydał werdykt mówiący o tym, że aby rozpocząć realizację Brexitu potrzeba zgody zarówno izby niższej, jak i wyższej parlamentu brytyjskiego. Jest to nowy pogląd względem wcześniej przedstawionego, że proces może zainicjować rząd. Jaki ma to wpływ na rynek? W izbach dominują jednak politycy prounijni. Zwiększa to zatem szanse na uniknięcie tzw. twardego Brexitu. Znacznie bardziej prawdopodobne jest opóźnianie negocjacji aż wynegocjowane zostanie korzystne porozumienie dla obydwu stron. W rezultacie orzeczenie ma spore szanse wydłużyć całą procedurę. Jak zareagowały rynki? Widać było wzrost zaufania do funta, dla którego Brexit jest mniejszym zagrożeniem. Waluta Wielkiej Brytanii zyskała na wartości niemal 1%. Na notowanie nie miała wpływu decyzja banku centralnego. Bank Anglii nie zmienił wczoraj stóp procentowych i pozostawił je na poziomie 0,25%.

Dane makroekonomiczne

Również Czeski Bank Narodowy nie zmienił stóp procentowych pozostawiając je na rekordowo niskim poziomie 0,05%. Ważne dane nadeszły z USA. O 13:30 poznaliśmy liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Dane te publikowane były zwyczajowo o 14:30, jednakże ze względu na to, że Amerykanie zmieniają czas na zimowy później niż europejczycy mamy taką rozbieżność. Liczba wniosków wyniosła 265 tysięcy i była o 10 tysięcy wyższa od oczekiwań. Słabiej od oczekiwań wypadły dane z 15:00: zamówienia na dobra oraz raport ISM na temat usług. Efektem było osłabienie się dolara względem głównych walut.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Absencja uderza po portfelu – miliardowe koszty absencji chorobowej

Gdy przedsiębiorstwa zastanawiają się, w jaki sposób zwiększyć swoje wpływy, często zapominają o najprostszych rozwiązaniach. Tymczasem zwykłe działania ograniczające absencję chorobową w polskich przedsiębiorstwach mogą nie tylko przynieść miliardowe oszczędności dla gospodarki, ale również wpłynąć na rozwój gospodarczy polskich spółek.

Prawo do zwolnienia lekarskiego przysługuje każdemu zatrudnionemu na etat pracownikowi
w Polsce. Wszystkim na zdrowie i z korzyścią dla portfela wyszłoby jednak ograniczenie liczby zwolnień chorobowych. Dlatego przedsiębiorstwa powinny jak najbardziej dbać o swoich podwładnych i ich zdrowie, a co za tym idzie, ograniczać zjawisko absencji chorobowej skutecznie wykrywając oraz niwelując jej przyczynę. Zadanie to powinno zyskać na ważności, gdyż dane związane z absencją chorobową wskazują, że jest ona z roku na rok coraz bardziej kosztowna dla polskiej gospodarki.

Absencja uderza po portfelu

Firmy, w których absencja kształtuje się na średnim poziomie około 5%, wydają na koszty z nią związane nawet od 3 do 4,5 tysiąca PLN rocznie w przeliczeniu na jednego pracownika.
Z danych ZUS-u wynika, że wielu Polaków bierze zwolnienie lekarskie, chociaż nie są chorzy. Dzięki kontrolom Zakładu, przeprowadzonym w 2015 roku, odzyskano aż 195,8 miliona PLN poprzez obniżenie lub cofnięcie nieprawidłowo przyznanych świadczeń pieniężnych pochodzących z ubezpieczenia społecznego, przewidzianych na okoliczność choroby. Z innych danych ZUS wynika, że w 2014 roku na zwolnieniu lekarskim Polacy przebywali 212 milionów dni, co wygenerowało koszty 13,5 miliarda PLN. W 2015 roku absencja chorobowa trwała już 266 milionów dni, a więc jej koszty mogły wynieść prawie 17 miliardów PLN. To wydatki większe o prawie 26% – podkreśla Mikołaj Zając z firmy Conperio. Jakie jednak dokładnie są koszty absencji – nie wiadomo, bo nie można ich w pełni oszacować. Można posługiwać się danymi GUS, ZUS lub Eurostatu, ale nie uwzględniają one kosztów rekrutacji lub przeszkolenia nowych pracowników zastępujących na danym stanowisku chorych kolegów, kosztów zlecenia wykonania określonych produktów lub usług na zewnątrz, kosztów wynikających z opóźnionej lub niewykonanej pracy czy obsługi administracyjnej zwolnień. Dlatego tak ważne jest, by skutecznie wykrywać przyczyny absencji i tam, gdzie to możliwe – eliminować je.

Diagnoza przyczyn absencji

Absencja chorobowa dotyczy głównie takich gałęzi gospodarki jak przetwórstwo przemysłowe oraz handel. Co ważne, jej powodem wcale nie muszą być wypadki przy pracy. Eksperci z Conperio informują, że często wskazywaną przyczyną są choroby układu kostno-stawowego, mięśniowego i tkanki łącznej (14,7 % dni absencji ogółem w skali roku), choroby układu oddechowego (12,8%) czy choroby układu nerwowego (8,5%). Warto też zwrócić uwagę na dane Eurostatu, który wśród powodów absencji chorobowej wymieniają również stres. W ciągu roku może on odpowiadać za około 20 dni nieobecności pracownika w pracy. Kolejne ciekawe informacje można znaleźć w publikacjach Centralnego Instytutu Ochrony Pracy. Z danych, które Instytut przytacza wynika, że 25% Polaków, w ciągu ostatnich 12 miesięcy, zaraziło się chorobą, taką jak na przykład grypa, od swoich współpracowników, którzy pomimo infekcji przychodzili do pracy. Zjawisko przychodzenia do pracy pomimo choroby nazywa się prezenteizmem i to właśnie może być przyczyną zwiększonej absencji chorobowej, ponieważ ostatecznie na zwolnienie lekarskie pójdą zarówno nowo zarażeni, jak i ci, którzy infekcję rozprzestrzenili w pracy. Powyższe dane wskazują, jak ważna jest kontrola absencji chorobowej. Poprzez efektywne monitorowanie i próby zdiagnozowania jej przyczyn można znacząco ograniczyć liczbę pracowników przebywających na zwolnieniu lekarskim, a nawet przyczynić się do poprawy stanu ich zdrowia ogólnego.

Jak zapobiegać absencji?

Pracodawcy mogą starać się ograniczyć absencję chorobową na wiele sposobów. Może to być m.in. tworzenie zdrowych i bezpiecznych warunków pracy, większe angażowanie się w sprawy BHP, sprawna komunikacja kierownictwa z resztą zespołu, lepszy proces planowania, zakupów, zapewnienie pracownikom lepszego dostępu do pomocy medycznej, wprowadzenie elastycznych godzin pracy lub bardziej optymalne rozmieszczenie narzędzi pracy – mówi Mikołaj Zając z firmy Conperio zajmującej się pomaganiem przedsiębiorcom borykającym się z problemem wzrastającej absencji pracowniczej. Rozwiązania są różne i zależą od przyczyn nieobecności pracowników w pracy. Sztuką jest ich zidentyfikowanie, opisanie za pomocą wskaźników statystycznych i przedstawienie w formie raportu wraz z wnioskami pomagającymi ograniczyć absencję – Zdarzają się przypadki, w których wystarczy porozmawiać z pracownikami, by zidentyfikować problem. Czasem trzeba przeprowadzić bardziej szczegółowy audyt. Warto się na to zdecydować, bo odpowiednio dobrane działania w tym zakresie mogą ograniczyć wydatki przedsiębiorstwa ponoszone w związku z absencją od kilku do nawet 70%. – tłumaczy Mikołaj Zając z Conperio.

„Muszynianka” zakłada wzrost wartości o 30%

Celem Spółdzielni Pracy „Muszynianka” jest rozbudowa zakładu w Muszynie, która rozpoczęła się w maju br. „Muszynianka” podpisała kontrakt na zakup maszyn o wysokiej wydajności, a ich montaż ma odbyć się w styczniu 2017 r. Linia ta będzie odpowiedzialna za nową produkcję, która rozpocznie się na przełomie kwietnia i maja przyszłego roku.

– Mamy nadzieję, że dzięki zwiększeniu produkcji odnotujemy 30% wzrostu wartości „Muszynianki” – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Ryszard Mosur, prezes spółdzielni „Muszynianka” – Sprzedaż z nowej linii trafi zarówno na rynek polski, jak i zagraniczny. Woda jest eksportowana do krajów europejskich, Stanów Zjednoczonych, Kanady i Australii. Obecnie rynki wschodnie nie znajdują się w naszym kręgu zainteresowań. „Muszynianka” bazuje wyłącznie na wodzie mineralnej, a walory smakowe, dietetyczne oraz odżywcze tej wody muszą pozostać w obecnym składzie. Nasz produkt jest wysokozmineralizowany, zawiera bardzo dużo magnezu i wapnia, co czyni go idealnym dla każdego – podkreśla Mosur.

Można skutecznie zminimalizować ryzyko wycieku danych. Trzeba jednak pamiętać o kilku szczegółach

Podstawowym elementem zabezpieczenia przedsiębiorstwa przed skutkami ataków hakerskich jest precyzyjna umowa z firmą informatyczną. Powinna ona zawierać katalog praw, który klient będzie mógł wyegzekwować w przypadku szkód poniesionych w wyniku zaniechań specjalistów ds. IT.

Jak zauważa Paweł Zouner z Kancelarii Adwokackiej Zouner Legal, od kilku lat rośnie zagrożenie dla bezpieczeństwa informacji, zarówno w dużych korporacjach, jak również w małych i średnich przedsiębiorstwach. Naprzeciw temu problemowi zaczynają wychodzić ubezpieczyciele, proponując różnego rodzaju polisy, które częściowo chronią firmy przed skutkami ataków hakerskich. Ale ich właściciele przede wszystkim powinni minimalizować ryzyko wystąpienia sytuacji kryzysowych, jakie mogą się pojawić na skutek bezprawnych działań podmiotów zewnętrznych.

– W dzisiejszych czasach podstawową kwestią, o jaką musi zatroszczyć się przedsiębiorca, jest wybór profesjonalnej firmy informatycznej. Powinien podpisać z nią umowę, która w szczególności będzie określała trzy następujące obowiązki, wdrożenie do systemu komputerowego programów antywirusowych, weryfikację pracowników pod względem przestrzegania wewnętrznych procedur bezpieczeństwa informacji, a także natychmiastowe zabezpieczanie danych w sytuacjach kryzysowych, mówi serwisowi agencyjnemu MondayNews, Paweł Zouner.

Ekspert podkreśla, że w precyzyjnie sporządzonej umowie świadczenia są określone w sposób przejrzysty. Dokument stanowi niejako narzędzie do wykazania ewentualnych zaniechań specjalistów ds. IT. Jeśli przedsiębiorca padnie ofiarą ataku, wówczas firma informatyczna stanie się pierwszym z podmiotów, do którego będzie mógł sformułować swoje roszczenia odszkodowawcze. To z kolei pozwoli mu rekompensować poniesione szkody, związane z wyciekiem poufnych informacji. Jako klient ma bowiem prawo do odszkodowania z tytułu nienależnego wykonania umowy, np. w zakresie zaniechań przy wdrożeniu oprogramowania antywirusowego.

– W celu zabezpieczenia danych klientów, przedsiębiorca musi podjąć działania dwukierunkowe. W pierwszej kolejności skierować je do partnera informatycznego. Z drugiej zaś strony powinien sformalizować procedury bezpieczeństwa informacji w firmie, które nie tylko zostaną wdrożone, ale też egzekwowane, np. za pomocą przeprowadzania okresowych testów bezpieczeństwa. Może też nałożyć na firmę informatyczną obowiązek dokonywania niespodziewanych prowokacji na pracownikach i weryfikowania tego, czy stosują się do wymaganych zasad, radzi Zouner.

W każdej firmie powinny istnieć regulaminy, które nakazują zatrudnionym w niej osobom, określone postępowanie, np. w przypadku zmiany haseł do urządzeń mobilnych i komputerów, a także zasady korzystania z nośników informacji. Należy również dokładnie określić, kto, kiedy i w jakim trybie nadaje i odbiera dostęp do poszczególnych urządzeń. Jak podsumowuje ekspert, uświadamianie pracowników o konieczności stosowania procedur jest jednym z gwarantów tego, że realnie zminimalizujemy ryzyko wystąpienia niepożądanych sytuacji.

R. Sadoch: ceny ropy w 2017 r. nie wzrosną ponad poziom 50 dol. za baryłkę

R. Sadoch: ceny ropy w 2017 r. nie wzrosną ponad poziom 50 dol. za baryłkę 11
Choć są wciąż o połowę niższe niż jeszcze dwa i pół roku temu, ceny ropy naftowej zdołały wzrosnąć w tym roku o jedną trzecią i oscylują w okolicach 50 dol. za baryłkę. Wzrost wspierają wypływające co kilka tygodni z kręgu producentów surowca informacje o możliwym porozumieniu ws. zamrożenia czy nawet ograniczenia produkcji ropy. Zdaniem Rafała Sadocha z mBanku szanse na takie porozumienie są jednak nikłe, a czarne złoto nawet przez cały przyszły rok nie wybije się wyraźnie ponad poziom 50 dol. za baryłkę.

– Na rynku ropy naftowej głównym czynnikiem, który determinuje w tym momencie jego zachowania, jest oczekiwane porozumienie krajów zrzeszonych w ramach kartelu OPEC co do listopadowego formalnego spotkania, na którym oczekuje się, że niektóre kraje zamrożą, a niektóre ograniczą wydobycie –mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Sadoch, analityk DM mBanku. – Na rynku ropy mamy w tym momencie do czynienia z gigantyczną nadpodażą i ona w efekcie doprowadziła do tak niskich cen ropy, jakie widzieliśmy chociażby w końcówce 2015 roku czy na początku 2016 roku.

Cena ropy naftowej zaczęła spadać w połowie 2014 roku na skutek wzrostu wydobycia i związanej z nim nadpodaży surowca oraz mniejszemu zapotrzebowaniu na skutek powolniejszego wzrostu gospodarek, zwłaszcza chińskiej. W styczniu tego roku UE i USA zniosły sankcje nałożone na Iran w związku z programem atomowym tego kraju i Iran wrócił na międzynarodowy rynek ropy, co było dodatkowym czynnikiem spychającym ceny w dół. W lutym spadły one do 26 dol. za baryłkę, co było poziomem nienotowanym od pierwszej połowy ubiegłej dekady.

Kraje zrzeszone w OPEC, a także Rosja próbowały ratować sytuację zapowiedziami porozumienia w sprawie ograniczenia albo przynajmniej zamrożenia produkcji na obecnym poziomie. Mimo kolejnych trwających od miesięcy przecieków w tej sprawie na razie porozumienia oficjalnie jednak nie ogłoszono. Kolejne spekulacje dotyczą spotkania krajów OPEC, które ma nastąpić 30 listopada. Po nim ma zostać upublicznione porozumienie ws. ograniczenia produkcji.

– Jeśli popatrzymy na to, co komunikują zarówno kraje zrzeszone w ramach kartelu OPEC, jak i Rosję czy Stany Zjednoczone, to jestem mocno sceptyczny, czy te kraje osiągną porozumienie. Wszyscy dążą do tego, aby ten rynek był bardziej zrównoważony, aby bardziej się bilansował, niemniej jednak nikt nie chce ograniczyć produkcji. W związku z tym, że nadzieje na to, że w końcówce listopada uda się osiągnąć porozumienie, które będzie wystarczające do tego, żeby zniwelować tę podaż na rynku są przesadzone – ocenia Sadoch. – Dlatego wydaje mi się, że ceny ropy naftowej mogą jeszcze powrócić na niższe poziomy w obecnych około 50 dol. za baryłkę.

Cena ropy naftowej jednak wzrosła do 50 dol. za baryłkę. Z jednej strony pomogły spekulacje, z drugiej – liczba odwiertów w Stanach Zjednoczonych i poza nimi wciąż maleje. Według firmy Baker Hughes w październiku w Stanach Zjednoczonych było 557 wiertni, w Kanadzie – 153, a na pozostałych rynkach – 934. To łącznie o 462 mniej niż rok temu. Jednak przez ostatnie półtora roku poziom 50 dol. był najwyższym, do jakiego cenie baryłki ropy udawało się dotrzeć. Po jego osiągnięciu kurs zawracał na południe. Zdaniem Rafała Sadocha obecnie również nie ma wielkich szans na wybicie się ponad ten pułap.

– Agencje w Stanach Zjednoczonych nie prognozują wzrostu notowań ropy, także powinniśmy się przyzwyczaić do tego, że notowania ropy będą kształtować się w okolicach 50 dol. za baryłkę nawet w 2017 roku, bowiem jeśliby rosły powyżej tego poziomu, to amerykańscy producenci stawaliby się coraz bardziej rentowni i wznawialiby produkcję. W ostatnim czasie zwiększała się liczba aktywnych wież wiertniczych w Stanach Zjednoczonych, wobec czego są tam duże moce produkcyjne – przekonuje analityk DM mBanku. – Każdy wzrost powyżej 50 dol. czy w kierunku 60 dol. za baryłkę będzie prowadził do tego, że podaż ze strony amerykańskich producentów będzie rosła.

PlayWay stawia na dywersyfikację portfela gier. Regularne sprawdzanie rynku ma pomóc ograniczyć ryzyko

PlayWay stawia na dywersyfikację portfela gier. Regularne sprawdzanie rynku ma pomóc ograniczyć ryzyko 12
Firma PlayWay pracuje nad przygotowaniem 60 nowych tytułów gier i dodatków. Przedstawiciel producentów gier komputerowych i mobilnych w Polsce stawia na dużą liczbę zespołów deweloperskich. Tylko w tym roku premierę będzie mieć łącznie 30 gier. Duża skala produkcji rozkłada ryzyka typowe dla branży i pozwala utrzymać stabilne przychody i zyski  podkreśla Krzysztof Kostowski, prezes zarządu PlayWay. Firma stawia na cykliczne sprawdzanie rynku, które pomaga ograniczyć ewentualne straty.

– Na tle konkurencji wyróżnia nas liczba zespołów i tworzonych gier. Standardowo deweloper na giełdzie przyzwyczaił nas do tego, że w 1,5 roku powstają 1–2 produkcje. My, tworząc tych gier na raz ok. 60 w ponad 40 zespołach deweloperskich, cały czas sprawdzamy rynek. To jest nasz system. W dużej mierze firmy sprawdzają, co się uda, a co nie. My chcemy to robić na dużo większą skalę – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Krzysztof Kostowski, prezes zarządu PlayWay.

PlayWay to czołowy producent i wydawca gier komputerowych i mobilnych w Polsce. Grupa w ostatnich latach sześciokrotnie zwiększyła liczbę zespołów. Obecnie przy tworzeniu gier współpracuje z 40 zespołami: od małych (2–3 osobowych) po większe, liczące do 35 osób. Łącznie grupa pracuje nad przygotowaniem 60 nowych tytułów gier i dodatków.

– Rynek gier komputerowych trudno jest prognozować. Dla przykładu nasza gra Car Machine została wypuszczona w 2014 roku w niskim budżecie, jako typowy cel badawczo-rozwojowy. Chcieliśmy, żeby odrobiła budżet 70 tys. zł, może zarobiła kolejnych 10-20 tys. zł, a zarobiła kilkadziesiąt razy więcej niż budżet. Bardzo trudno jest więc prognozować, która z kolejnych wielu premier jeszcze tego roku ile zwróci – mówi prezes PlayWay.

Sprzedaż gry Car Mechanic Simulator, jej kolejnych wersji i dodatków, odpowiada za 70 proc. przychodów grupy. Mobilna wersja symulatora warsztatu samochodowego z 2014 roku zanotowała 5 mln pobrań. Symulator z 2015 roku zanotował średnią ocenę graczy w serwisie Steam na poziomie 92 proc.

Dzięki dużej liczbie zespołów tylko w tym roku zapowiedziano 30 premier gier.

– Niedawno wypuściliśmy grę o statkach, nieco wcześniej Demolish and Build, która została przyjęta bardzo dobrze. Można to zresztą śledzić na portalu Steam, gdzie widać, jaka jest wartość zakupów. Jesteśmy jedną z pięciu popularnych gier dni danego tygodnia, a skoro tygodniowo wyszło ich ok. 200, to może to świadczyć, że to jest gra popularna – przekonuje Kostowski.

Jak wskazuje prezes PlayWay każda gra sprawdza rynek, np. poprzez kampanie crowdfundingowe na Kickstarterze. Największa kampania dotyczyła gry Hard West, na której powstanie zrzuciło się 4 tys. osób, a łącznie zebrano 275 tys. zł. Inne udane zbiórki dotyczyły The Way, Farm Expert, 911 Operator, czy The Works of Merc”. O ile część firm sprawdza rynek ponad rok po wprowadzeniu gry, co może oznaczać stratę milionów, PlayWay na bieżąco monitoruje sytuację.

– Dużo firm na rynku robi cały produkt w wysokiej cenie i sprawdza na sam koniec, wtedy porażka może dużo kosztować. My sprawdzamy na dużo mniejszych grach dosyć często. Poza tym symulatory dobrze się sprzedają na rynku detalicznym. My akurat wprowadzamy nasze gry do sieci detalicznych, Polski, Czech, Słowacji i Węgier. Wówczas te gry muszą być już wyemitowane i widoczne na Steamie tak, żeby tam mogła zacząć się dystrybucja – podkreśla Krzysztof Kostowski.

Polacy coraz bardziej aktywni fizycznie, ale uprawianie sportu rozpoczynają zwykle bez badań i konsultacji z lekarzem

Polacy coraz bardziej aktywni fizycznie, ale uprawianie sportu rozpoczynają zwykle bez badań i konsultacji z lekarzem 13
Już niemal połowa Polaków w wieku 18–50 lat jest aktywna fizycznie. Z badań wynika, że większość rozpoczyna przygodę ze sportem bez uprzedniej konsultacji z lekarzem i wykonania niezbędnych badań. To może mieć konsekwencje dla zdrowia. Co piąty aktywny Polak miał w ciągu ostatniego roku do czynienia z bólem, kontuzją lub przeciążeniem. W takich sytuacjach najczęściej leczymy się sami, przerywając treningi i zażywając suplementy diety.

– Świadomość zdrowotna Polaków, którzy uprawiają sport, jest niestety niska. Większość osób zgłasza się po pomoc do lekarza dopiero w momencie, w którym pojawiają się bóle stenokardialne, nieprzyjemne epizody w trakcie treningów, utrata przytomności albo dochodzi do kontuzji czy dolegliwości bólowych ze strony narządu ruchu. Wielu tych problemów można uniknąć – mówi agencji Newseria Biznes dr Łukasz Luboiński, ordynator Carolina Medical Center.

Z raportu „Aktywność sportowa Polaków” przeprowadzonego w ubiegłym roku przez TNS Polska i Grupę LUX MED wynika, że już 44 proc. Polaków uprawia sport, ale tylko 19 proc. ankietowanych poddało się badaniom serca, a jedynie 6 proc. skonsultowało się z lekarzem medycyny sportowej przed rozpoczęciem aktywności fizycznej.

Tymczasem specjaliści przestrzegają, że niektóre schorzenia mogą być przeciwwskazaniem do uprawiania dyscyplin wymagających intensywnego wysiłku fizycznego. Zwłaszcza osoby z chorobami układu sercowo-naczyniowego lub narządu ruchu, z nadciśnieniem, cukrzycą czy zaawansowaną astmą powinny skonsultować się z lekarzem i wykonać niezbędne badania, zanim zaczną uprawiać sport.

– U części osób występuje zwiększone ryzyko zaburzeń układu sercowo-naczyniowego, jak również zwiększone ryzyko kontuzji czy urazów przeciążeniowych. Dlatego wszyscy, którzy regularnie uprawiają sport i myślą o starcie w maratonach czy innych imprezach sportowych, mogą prędzej czy później potrzebować pomocy lekarza. Lepiej, aby poszukali tej pomocy jeszcze zanim pojawi się problem ze zdrowiem – podkreśla dr Łukasz Luboiński.

Z badania TNS Polska i Grupy LUX MED wynika, że ponad połowa Polaków którzy uprawiają sport (54 proc.) opiera się tylko i wyłącznie na swojej wiedzy i doświadczeniu. Jednocześnie co piąty miał w przeciągu ostatniego roku do czynienia z bólem, urazem, kontuzją lub wyczerpaniem fizycznym. W takiej sytuacji 30 proc. przerywa trening do czasu ich ustąpienia, a co czwarty zażywa suplementy diety. Na konsultację lekarską w przypadku pojawienia się dolegliwości decyduje się zaledwie 34 proc ankietowanych.

Zdaniem Roberta Korzeniowskiego, czterokrotnego mistrza olimpijskiego, lekarz medycyny sportowej może nie tylko określić predyspozycje do uprawiania danej dyscypliny sportu czy pomóc w przypadku kontuzji, ale w stopniu nie mniejszym niż trener doradzić w zakresie diety czy intensywności treningów.

– Przynajmniej raz w roku powinniśmy się skonsultować z lekarzem medycyny sportowej, ponieważ może on doradzić w zakresie żywienia czy dostosowania treningu do naszych możliwości. Poza tym sportowcy amatorzy, zwłaszcza jeśli startują w zawodach, powinni być badani i regularnie przechodzić przegląd stanu zdrowia. Bardzo ważny jest test wysiłkowy, ponieważ tylko lekarz kardiolog jest w stanie sprawdzić, jak reaguje serce sportowca na wysiłek. Wiele o stanie zdrowia mówi też podstawowa diagnostyka laboratoryjna krwi – wskazuje Robert Korzeniowski, menadżer programu „Medycyna dla Sportu i Aktywnych” Grupy LUX MED.

Wraz ze wzrostem aktywności Polaków rośnie zapotrzebowanie na usługi medyczne wśród sportowców amatorów.

Dostęp do specjalistycznej opieki lekarzy sportowych chce poprawić Grupa LUX MED., Główny Partner Medyczny Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Poprzez warszawski szpital ortopedyczny Carolina Medical Center rozwija centra medycyny sportowej w całej Polsce.

 Filie Caroliny Medical Center funkcjonują już w Rzeszowie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Gdańsku. Wszędzie tam mamy zespoły ortopedów, lekarzy orzeczników specjalistów medycyny sportowej. W filiach CMC można uzyskać orzeczenia sportowo-lekarskie, poradę w zakresie medycyny sportowej, przejść ścieżkę rehabilitacyjną, a jeżeli potrzeba, również zabiegową – wyjaśnia Robert Korzeniowski.

Ponadto Grupa LUX MED w regionalnych 21 centrach medycyny sportowej monitoruje stan zdrowia dzieci, młodzieży, a także osób dorosłych, które chcą zacząć regularnie uprawiać sport.

Polska wśród pięciu największych producentów indyków w UE. W ciągu 2-3 lat ma szansę zostać liderem

Polska wśród pięciu największych producentów indyków w UE. W ciągu 2-3 lat ma szansę zostać liderem 14
Jesteśmy jednym z największych producentów i eksporterów. Rośnie też średnie spożycie. Popularnością cieszy się nie tylko mięso z kurczaka, ale również indyka. Indyki są jednak trudne w produkcji, dlatego ważna jest profilaktyka stad i odpowiednia opieka zootechniczna. Dzięki temu Polska może być liderem nie tylko pod względem wielkości, ale jakości, a to znajdzie bezpośrednie odbicie w cenie – ocenia Michał Szafryna z De Heus.

Nasz rynek mocno się rozwija, jesteśmy numerem jeden w Unii Europejskiej pod względem produkcji żywca drobiowego. W mięsie indyczym jesteśmy już jednym z pięciu kluczowych rozgrywających krajów, obok Niemiec, Francji, Włoch i Wielkiej Brytanii. Wszystkie prognozy wskazują, że w ciągu 2-3 lat zostaniemy absolutnym liderem nie tylko w kurczakach, ale również w indykach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Szafryna, kierownik produktu ds. drobiu w firmie De Heus, produkującej pasze dla zwierząt.

Dane Komisji Europejskiej wskazują, że od 2014 roku Polska osiąga największą w Unii Europejskiej dynamikę wzrostu produkcji mięsa drobiu (w 2015 roku o 9,7 proc., w tym roku – wedle prognoz – o 4,7 proc.). Jesteśmy liderem pod względem produkcji mięsa kurcząt i w produkcji mięsa drobiu ogółem. Prognozy Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej Państwowego Instytutu Badawczego wskazują, że produkcja mięsa i podrobów drobiowych na koniec 2016 roku wzrośnie o 10 proc. do ok. 2,6 mln ton. Wzrośnie również konsumpcja – o 1,8 proc. do poziomu 28,8 kg na mieszkańca.

Z danych Agencji Rynku Rolnego wynika, że w ciągu ośmiu miesięcy tego roku na eksport trafiło 760 tys. ton produktów drobiowych – o 16 proc. więcej niż rok wcześniej. Eksport żywca wzrósł o 59 proc., mięsa – o 15 proc., a przetworów – o 5 proc. Łączna wartość eksportu w tym segmencie wzrosła o 8 proc. rdr. do 1,3 mld euro.

Nasza przewaga polega na tym, że jesteśmy otwarci, chcemy się uczyć. To dobitnie pokazał nasz projekt „Akademia indyka”. Polscy hodowcy chcą się rozwijać, poznawać najnowsze techniki i trendy, aby produkować jeszcze bardziej efektywnie. Osiągamy już doskonałe wyniki produkcyjne na fermach i dzięki temu jesteśmy liderem rynku – wskazuje Szafryna.

Jak wskazuje ekspert, problemem dla hodowców jest niska cena żywca. Dlatego producenci powinni postawić na bezpieczeństwo mięsa oraz jakość. Rynek wymaga certyfikatów jakościowych. Hodowcy muszą posiadać certyfikat IKB – na potrzeby kupców holenderskich, GMP oraz GMP+ – na potrzeby rynku brytyjskiego i niemieckiego, a także certyfikat QS – niezbędny aby działać na rynku niemieckim, który gwarantuje jakość produktu od „pola do lady sklepowej”. W zgodzie z tym systemem produkcję pasz prowadzi firma De Heus.

Chciałbym, żebyśmy byli nie tylko liderem rynku pod względem wielkości, ale również jakości. To bezpośrednio przełoży się na ceny – przekonuje przedstawiciel De Heus.

Spotkania w ramach projektu „Akademia Indyka” kompleksowo zajmują się tematem hodowli indyka. Mają na celu poprawę wyników ekonomicznych hodowców oraz dobrostanu ptaków, pozwala też lepiej mierzyć się z wyzwaniami branży. Jednym z nich są infekcje indyków i profilaktyka stad rodzicielskich.

Jednym z popularnych trendów obecnie jest produkcja bez antybiotyków. Niestety indyk jest zwierzęciem bardzo trudnym w produkcji i na wszystkie stresy reaguje kłopotami zdrowotnymi. Przy odpowiedniej zootechnice, odpowiednich warunkach na fermie możemy te stresy zlikwidować i wówczas jesteśmy w stanie produkować naprawdę zdrowo, bez antybiotyków – tłumaczy Szafryna.

Polska jest jednym z nielicznych państw wolnych od ptasiej grypy, a pisklęta rodzicielskie mogą być wywożone poza granice kraju. Wciąż pojawiają się jednak nowe choroby, dlatego istotna jest profilaktyka stad rodzicielskich.

Polski rynek szybko się rozwija. Ważna jest jakość produktów, które są przez naszych producentów dostarczane. Ponieważ jesteśmy firmą globalną, mamy dostęp do bardzo szerokiej wiedzy, fermy testowe na całym świecie, również w Polsce i mamy doskonały zespół, który może nam tej wiedzy dostarczać, możemy się prężnie rozwijać – podkreśla Michał Szafryna.

Odzież i obuwie kategorią najchętniej kupowaną online. Grupa CCC chce dzięki internetowi zdobyć wkrótce 30 proc. rynku

Odzież i obuwie kategorią najchętniej kupowaną online. Grupa CCC chce dzięki internetowi zdobyć wkrótce 30 proc. rynku 15
Przez internet najczęściej kupujemy odzież i obuwie. Tę kategorię wskazało ponad 70 proc. badanych przez PMR. Dlatego obecność w sieci jest dla firm z branży obowiązkowa. Poprzez nowy kanał dystrybucji możemy dotrzeć do klientów, którzy mają zupełnie inne potrzeby, kupują droższe produkty i lubują się w markach – tłumaczy Piotr Nowjalis, wiceprezes CCC. W I półroczu przychody z niedawno uruchomionej sprzedaży online stanowiły 8 proc. ogólnej sprzedaży grupy.

W ubiegłym roku CCC stała się największym udziałowcem w największym polskim sklepie internetowym z butami Eobuwie.pl, działającym nie tylko na polskim rynku, ale i wśród ościennych krajów.

Próbujemy ze spółką Eobuwie.pl pójść tą samą drogą, którą kiedyś poszło CCC, czyli kapitalizować własne know-how i z sukcesem rozwijać pomysł biznesowy na rynkach ościennych. Eobuwie.pl. zaczynało od Polski, dzisiaj sprzedaje swoje produkty również w Czechach, na Słowacji, w Rumunii, Niemczech, na Węgrzech, w Bułgarii i Ukrainie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Nowjalis, wiceprezes CCC.

CCC zakłada, że do 2018 roku Eobuwie.pl ma osiągnąć przychody na poziomie ok. 500 mln zł (przy 150 mln w 2015 roku), co przełoży się na wyniki finansowe całej grupy. W I półroczu 2016 roku przychody grupy sięgnęły blisko 1,4 mld zł (przy 1 mld zł w tym samym okresie 2015 roku). Na wzrost sprzedaży zasadniczy wpływ miał rozwój działalności i ekspansja na zagranicznych rynkach oraz sprzedaż internetowa. Kanał e-comerce przyniósł w I półroczu 109,3 mln zł przychodu, co stanowiło blisko 8 proc. całkowitej sprzedaży w tym okresie.

– Wejście w e-commerce wynikało z chęci walki o udziały rynkowe. Zdawaliśmy sobie sprawę, że z produktem CCC, który jest produktem brandowanym własną marką, private label i o niskim bądź średnim poziomie cenowym, jesteśmy w stanie dotrzeć tylko do części społeczeństwa. Nasze udziały rynkowe w Polsce to 20 proc. Opierając się tylko na markach własnych, te udziały mogłyby wzrosnąć do 25 proc. – ocenia Nowjalis.

Jak podkreśla, wejście w e-commerce otworzyło grupie dostęp do klientów, którzy wybierają produkty droższe uznanych krajowych i zagranicznych marek.

Dzięki temu nasze możliwości wzrostu na polskim i na środkowoeuropejskim rynku są w praktyce nieograniczone. Myślę, że to kwestia czasu, kiedy udziały rynkowe Grupy CCC w Polsce osiągną poziom 30 proc. – zapowiada Piotr Nowjalis.

Rynek e-commerce szybko rośnie na znaczeniu w branży odzieży i obuwia. Raport PMR wskazuje, że w połowie 2015 roku internet był najważniejszym miejscem zakupu odzieży dla 8 proc. Polaków (przy 3 proc. rok wcześniej). Produkt z kategorii odzież i obuwie choć raz przez internet kupiło 73 proc. ankietowanych.

Z kolei jak wynika z raportu „E-commerce w Polsce 2016. Gemius dla e-Commerce Polska”, blisko połowa badanych wskazała, że kupiła w przeszłości obuwie przez internet. W przyszłości planuje takie zakupy 56 proc. ankietowanych kobiet i 42 proc. mężczyzn.

Baliśmy się rozwoju e-commerce’u, baliśmy się sytuacji, kiedy za 3 czy 5 lat przyjdą do nas akcjonariusze i zapytają: „a jaka jest wasza strategia rozwoju tego kanału?”. Chcieliśmy być pewni, że wtedy będziemy mogli odpowiedzieć: „e-commerce to my, i w Polsce, i w Europie Środkowej” – mówi Nowjalis.

Z prognoz firmy PMR wynika, że w 2016 roku rynek odzieży i obuwia w Polsce może wzrosnąć do 35,5 mld zł (przy 33 mld w 2015 i nieco ponad 31 mld w 2014 roku). CCC jest liderem rynku obuwniczego, z udziałami sięgającymi 20 proc. i sprzedażą na poziomie blisko 20 mln par butów. Grupa od kilku lat rozwija też działalność na zagranicznych rynkach, przede wszystkim wśród najbliższych sąsiadów. W 16 krajach łącznie ma 800 sklepów i fabrykę butów, zatrudnia 10 tys. pracowników i sprzedaje 28 mln par butów rocznie.

Polski rynek obuwniczy jest warty około 8 mld zł, rośnie w tempie umiarkowanym, 2-3 proc. rocznie. Nic więc dziwnego, że CCC, kiedy było bliskie wyczerpania możliwości wzrostu na krajowym rynku obuwniczym, zaczęło myśleć o krajach ościennych – mówi wiceprezes zarządu CCC. – Po czterech latach inwestycji na każdym z rynków – w Czechach, Słowacji, Węgier, Słowenii, Chorwacji, Rumunii czy Bułgarii – jesteśmy spółką zyskowną.

Jak podkreśla, grupa chce stopniowo zwiększać swój udział w tych krajach. Przykładowo, w Czechach i na Słowacji sięgają one 12-13 proc., a w Rumunii – ok. 4 proc.

Oczekujemy dość umiarkowanej dynamiki wzrostu rynku w krajach, które są rdzeniem Europy Środkowej, czyli w Polsce, Czechach, na Słowacji i Węgrzech. Natomiast mamy znacznie większe oczekiwania co do Bułgarii i Rumunii, gdzie oczekiwane jest tempo wzrostu ok. 10 proc. – ocenia Piotr Nowjalis.

60 proc. studentów dorabia po zajęciach. Większość pracuje na umowę-zlecenia

60 proc. studentów dorabia po zajęciach. Większość pracuje na umowę-zlecenia 16
Prawie co trzeci student ma stałą pracę. Tyle samo studentów dorabia dorywczo. Ponad 40 proc. z tych, którzy jednocześnie uczą się i studiują, karierę zawodową rozpoczęło już na pierwszym roku – wynika z badania SW Research dla Job Square. Zdobywanie doświadczeń zawodowych w czasie studiów może się okazać w przyszłości kartą przetargową podczas rozmowy o pracę. Pracodawcy chętnie zatrudniają studentów, przede wszystkim dlatego, że od umów zlecenia ze studentami nie opłaca się składek na ubezpieczenia.

 Praca w czasie studiów to niezwykle istotny fragment CV. Osoba zaraz po studiach może niewiele wpisać do swojej aplikacji. Szalenie ważne są więc wszelkiego rodzaju prace podczas nauki, staże, wolontariaty, praktyki, bo mogą przyszłemu pracodawcy dać pewien obraz kandydata. To istotne także dlatego, że staże i praktyki dają młodej osobie pewną umiejętność poruszania się w nowym środowisku – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Marciniak, ekspert Pracuj.pl.

Jak wynika z badania „Student w pracy 2016”, przeprowadzonego przez agencję SW Research na zlecenie Job Square, prawie 60 proc. studentów dorabia po zajęciach. Połowa z tej grupy pracuje dorywczo, przede wszystkim w trakcie wakacji, a 30 proc. studentów ma stałą pracę. Ponad 40 proc. z tych, którzy pracują podczas studiów, zarabiać zaczęło już na pierwszym roku. Nieco mniej niż połowa pracuje w swoim przyszłym zawodzie.

– Jeżeli jednak patrzymy szerzej na specjalistów marketingu, sprzedaży, czyli human resources, to studenci z różnych specjalizacji są w stanie sobie tam świetnie poradzić. Nie warto szukać zatrudnienia tylko zgodnego z kierunkiem studiów – przekonuje Marciniak.

Najpopularniejszą branżą, w której studenci znajdują pracę, jest handel i sprzedaż (16,5 proc.) oraz gastronomia i hotelarstwo (ponad 9 proc.). Nawet jeśli praca nie jest zgodna z wykształceniem, to zdobyte doświadczenie może być docenione przez przyszłego pracodawcę.

Choć 70 proc. studentów wskazuje, że chciałoby pracować na podstawie umowy o pracę, to nieco ponad połowa jest zatrudnianych na podstawie umów cywilnoprawnych. Takie umowy są przede wszystkim korzystne dla pracodawców.

– Zleceniodawca nie jest zobowiązany do opłacania składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne za zleceniobiorcę, czyli studenta kształcącego się na studiach I oraz II stopnia lub na jednolitych studiach magisterskich do ukończenia 26 lat – przypomina Bożena Chustecka z Departamentu Ubezpieczeń i Składek w Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

W przypadku zatrudniania na podstawie umowy-zlecenia studentów do 26 roku życia obowiązują takie same zasady jak wobec uczniów gimnazjów, uczniów szkół ponadgimnazjalnych i ponadpodstawowych. Takie osoby nie podlegają obowiązkowo ubezpieczeniom społecznym i zdrowotnemu.

Zleceniodawca nie opłaca składek na ubezpieczenia za zleceniobiorcę studenta od momentu uzyskania przez niego statusu studenta do momentu ukończenia studiów lub skreślenia z listy studentów – tłumaczy ekspertka ZUS.

Za datę ukończenia studiów przyjmuje się datę złożenia egzaminu dyplomowego lub ostatniego egzaminu, który przewiduje plan studiów: w przypadku kierunków lekarskiego, lekarsko-dentystycznego i weterynarii, datę zaliczenia ostatniej, przewidzianej w planie studiów praktyki, w przypadku kierunku farmacja.

– Słuchacze studiów doktoranckich i podyplomowych nie mają statusu studenta. Jeżeli zostaną więc zatrudnieni na podstawie umowy-zlecenia czy innej umowy o świadczenie usług, podlegają obowiązkowo ubezpieczeniom społecznym niezależnie od wieku. W związku z tym zleceniodawca jest obowiązany zgłosić taką osobę do ubezpieczeń – wskazuje Bożena Chustecka.

Warto pamiętać o tym, że zwolnienie z opłacania składek za zleceniobiorców studentów nie dotyczy tych osób, które wykonują umowę-zlecenie lub umowę o świadczenie usług zawartą z własnym pracodawcą albo z innym podmiotem, ale na rzecz swojego pracodawcy. Takie osoby uważa się bowiem za pracowników.

Trudne relacje właścicieli mieszkań i najemców. Kilka prostych zasad współpracy pozwala uniknąć sporów

Trudne relacje właścicieli mieszkań i najemców. Kilka prostych zasad współpracy pozwala uniknąć sporów 17
Wśród najczęstszych powodów sporów między właścicielami mieszkań a najemcami są płatności za naprawę usterek, obecność zwierząt domowych czy zbytnia ingerencja w aranżację mieszkania. Da się ich uniknąć, ustalając już na wstępnym etapie, zasady współpracy, które zostaną zawarte w umowie oraz przygotowując protokół zdawczo-odbiorczy. Przede wszystkim jednak relacjom na linii najemca – właściciel powinno towarzyszyć większe zaufanie i otwarta komunikacja – podkreśla Sławek Muturi, ekspert rynku najmu.

Dzisiaj jest tak, że język, którym się posługujemy do opisywania relacji na linii najemca-właściciel to jest język histerii. Właściciele o najemcach myślą, że nie płacą, zadłużają i niszczą mieszkanie, hałasują i są uciążliwi dla sąsiadów, Z kolei najemcy o właścicielach też nie mają najlepszego zdania. Mówią, że to bezduszni kapitaliści, dla których liczy się tylko kasa, którzy obiecują remont i o tym zapominają – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławek Muturi, założyciel Grupy Mzuri i autor książki „Poradnik dla najemczyń i najemców. Jak zapewnić sobie bezproblemowy najem. 100+ pytań i odpowiedzi”.

Praktyka jednak pokazuje, że jest to mylne wyobrażenie. Pod opieką firmy jest ponad 2,2 tys. mieszkań i – jak zapewnia Muturi – 99 proc. najemców to uczciwi ludzie, którzy nie szukają zwady z właścicielem mieszkania. Podobnie sprawa ma się z właścicielami lokali.

– Mimo że obie strony są uczciwe, czasami dochodzi do nieporozumień, a nawet do konfliktów, ale w naszej ocenie nie wynika to wcale ze złej woli jednej czy drugiej strony, jak to się powszechnie uważa – podkreśla Muturi.

Do nieporozumień dochodzi m.in. dlatego, że ani najemcy, ani właściciele do końca nie rozumieją procesu najmu, który jest pewnym łańcuchem powiązanych ze sobą zdarzeń.

Jakieś zaniechanie na wstępnym etapie może później skutkować problemami. To nie jest tak, że te problemy pojawiają się z nieba – wskazuje Muturi.

Kluczowym elementem jest umowa, która określa prawa i obowiązki stron, reguluje wzajemne oczekiwania i ustala płaszczyznę relacji. Dziś często ogranicza się to do ustnego porozumienia lub krótkiego dokumentu, zawierającego tylko ogólne, obligatoryjne kwestie. Chodzi jednak o to, by w umowie, najlepiej w formie pisemnej, zawrzeć jak najwięcej szczegółów. Zdaniem eksperta dobra umowa powinna przewidywać sposoby rozstrzygania potencjalnych problemów.

Wielu nieporozumień można też uniknąć dzięki szczegółowemu protokołowi zdawczo-odbiorczemu, który jest ważnym elementem umowy najmu. Dokładnie opisany stan mieszkania pozwoli bezproblemowo rozliczyć się po zakończeniu najmu,

Dzisiaj w głowach mamy zakorzenione opinie, że ta druga strona może nas oszukać, więc podchodzimy do najmu z takim nastawieniem, że albo on mnie oszuka, albo może lepiej ja oszukam jego. Na tak zabagnionym gruncie trudno jest zbudować normalną, biznesową relację, jaką jest najem. Ta relacja powinna być oparta na zaufaniu, na wzajemnym poszanowaniu i na otwartej komunikacji, a tego często brakuje, i to też jest powodem wielu problemów – podkreśla Sławek Muturi.

Jednym z potencjalnych punktów spornych może być kwestia płatności za usterki. Muturi radzi, by ustalić, czy po stronie właściciela mieszkania są zarówno większe remonty, jak i naprawa mniejszych awarii. Najemca powinien także zobowiązać się do informowania właściciela na bieżąco o pojawiających się problemach.

Inną sprawą, która może wywołać konflikt jest zbytnia ingerencja najemcy we wnętrze mieszkania. Najemcy powinni ograniczać się jedynie do takich zmian, które nie utrudnią przywrócenia stanu sprzed przeprowadzki. Na poważniejsze prace remontowe powinien wyrazić zgodę właściciel.

Spór potrafi też wywołać kaucja. Najemca powinien dostać pełną kwotę kaucji, jeśli nie doszło do szkód z jego winy, które nie zostałyby naprawione, a także jeśli mieszkanie nie jest na tyle brudne, że wymaga wynajęcia ekipy sprzątającej. Normalną rzeczą są np. wyblakłe ściany z lekkimi przebarwieniami, ale do potrącenia z kaucji kwalifikuje się już np. plama z wina czy ślady butów na ścianach. Częstym problemem jest przekonanie najemcy, że kaucja może zostać wykorzystana na poczet opłaty ostatniego czynszu, tymczasem właściciel powinien trzymać kaucję w pełnej kwocie do końca trwania umowy i zwrócić ją do 30 dni po zdaniu mieszkania.

Branża alkoholowa szykuje się na przedświąteczny boom. Na prezenty najczęściej wybierane są wina

Branża alkoholowa szykuje się na przedświąteczny boom. Na prezenty najczęściej wybierane są wina 18
Wybierając alkohol dla siebie, konsumenci częściej kierują się smakiem. Na prezenty kupują raczej trunki znanych i prestiżowych marek – wynika z badania SW Research. Na świąteczne prezenty najchętniej wybierane są wina, ale w dowód wdzięczności częściej wręczamy whisky. Polacy coraz częściej eksperymentują z nieznanymi wcześniej smakami, kupują lżejsze alkohole oraz markowe trunki, z wyższej półki.

Należy zauważyć różnicę między tym, kiedy kupujemy trunek dla siebie, a kiedy kupujemy go na prezent. Kierujemy się innymi kryteriami. Kiedy kupujemy dla siebie najważniejszy jest smak (52,2 proc. wskazań), na drugim miejscu marka i prestiż . I to jest ciekawe odkrycie, ponieważ w tej kategorii produktów cena nie odgrywa tak dużej roli – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Zimolzak, wiceprezes Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research.

Z październikowego badania agencji wynika, że w przypadku, gdy alkohol chcemy komuś podarować, najważniejsza jest znajomość marki (41 proc.) oraz jej prestiż (34,4 proc.). W obu sytuacjach cena nie była decydującym kryterium.

Alkohol jest niezmienne postrzegany jako uniwersalny i bezpieczny prezent, zwłaszcza gdy jest to produkt oryginalny, nieznajdujący się w szerokiej dystrybucji i sygnowany przez znaną osobę.

Jeżeli chodzi o prezenty najczęściej wybieramy wino, ponieważ w dobrym tonie jest jednak kupować alkohole średniego kalibru. Wódkę kupujemy rzadziej. Jeśli już to jako dowód wdzięczności – wskazuje Zimolzak.

Najpopularniejszym alkoholem wręczanym z okazji Świąt Bożego Narodzenia jest wino (36,8 proc. wskazań), wódka (29,9 proc.) i whisky (12,1 proc.). Gdy wybieramy alkohol, by wyrazić komuś wdzięczność, częściej sięgamy po whisky (24 proc.). Wino w takiej sytuacji kupuje 22,9 proc. ankietowanych, podobny odsetek wybierze wódkę lub koniak (22,8 proc. i 22 proc.).

Przed branżą najważniejszy okres w roku – święta i karnawał. Ten rok przyniósł pierwsze oznaki stabilizacji rynku, który po podwyższeniu akcyzy w 2014 roku przeszedł załamanie. W tym czasie widać zmiany również w preferencjach klientów.

Od lat w trójce najpopularniejszych alkoholi znajdują wódka, piwo i wino i w tych trzech kategoriach następuje tendencja rosnąca. Jednak widać pewne przesunięcie w stronę alkoholi smakowych: whisky, wódek kolorowych. Polacy pokazali się również od takiej strony, że lubią eksperymentować, zwłaszcza z alkoholami słabszymi takimi jakim piwo, cydr, wino. Próbujemy miksów, nowych smaków. Lubimy łączyć np. mocne alkohole z napojami lżejszymi – wyjaśnia Zimzolak.

Po nowości od czasu do czasu sięga połowa ankietowanych, a jedynie 3,5 proc. badanych robi to zawsze, gdy decyduje się na zakup trunku. Informacje o nowych produktach uzyskujemy najczęściej od znajomych (36,3 proc.) i to ich rekomendacje skłaniają nas do sięgania po nowości. 25 proc. ankietowanych polega w tej kwestii na materiałach dostępnych w sklepach.

Polacy coraz częściej kupują whisky, przede wszystkim w sklepach dyskontowych.

Dodatkowo widać tendencję w kierunku premiumizacji, czyli promowania droższych marek alkoholi luksusowych. Tu również dużą rolę odgrywają sklepy średniopowierzchniowe czy dyskonty, które od czasu do czasu mogą zaoferować konsumentom coś nietypowego np. promocję na dobre wina albo dobre whisky, ponieważ zrekompensują to sobie skalą zakupu innych produktów – mówi Zimolzak. – Często mamy też promocje regionalne, dzięki którym konsumenci mogą zapoznać się z trunkami z nieco wyższej półki.

Mercedes-Benz z rekordowym wzrostem sprzedaży w Polsce

Stuttgart/Warszawa. W pierwszych trzech kwartałach Mercedes-Benz osiągnął rekordowe wyniki sprzedaży. W Polsce od stycznia do września zarejestrowano 8777 nowych osobowych Mercedesów, o ponad 42% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku – to najwyższy wzrost spośród wiodących marek segmentu premium. Dwucyfrową dynamikę sprzedaży zanotowano także w ujęciu globalnym. Od początku roku na całym świecie dostarczono już ponad 1,5 miliona nowych aut z gwiazdą (+11,7%), z czego tylko we wrześniu – 211 286 sztuk (+12,1%). Nigdy dotąd Mercedes-Benz nie dostarczył w ciągu jednego miesiąca więcej niż 200 000 samochodów. Szczególnością popularnością cieszą się SUV-y oraz nowa Klasa E. Powody do świętowania ma również smart – od chwili wejścia na rynek w 1998 roku pojazdy tej marki znalazły już ponad 2 mln nabywców.

W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy br. polskie salony Mercedes-Benz opuściło 8777 osobowych aut spod znaku trójramiennej gwiazdy, o 42,3% więcej niż przed rokiem. Jeszcze wyższy wzrost zanotowano we wrześniu, gdy Mercedes-Benz okazał się najchętniej wybieraną marką samochodów premium na polskim rynku i dostarczył klientom 1229 nowych aut (+63,4%).

Rekordowa na tle segmentu premium dynamika sprzedaży to m.in. zasługa popularności modeli z rodziny SUV (łącznie stanowią one ponad jedną trzecią sprzedaży) oraz Klasy C, która jest najczęściej kupowanym nowym Mercedesem w Polsce (od stycznia zarejestrowano blisko 1400 egzemplarzy). Bardzo wysoki popyt notuje też nowa Klasa E (prawie 1000 sztuk), kompaktowe modele Klas B i CLA (odpowiednio, 800 i 400 samochodów) oraz Klasa V (452 egzemplarze). Nieustającym zainteresowaniem cieszy się również Klasa S (prawie 500 sztuk). Ofertę Mercedes-Benz wśród SUV-ów wzmocnił właśnie GLC Coupe, sportowo stylizowany wariant modelu GLC.

W ujęciu globalnym Mercedes-Benz pobił trzy rekordy sprzedaży: w samym wrześniu, w całym trzecim kwartale i w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy br. producent ze Stuttgartu dostarczył więcej aut niż kiedykolwiek wcześniej. We wrześniu po raz pierwszy przekroczono barierę 200 tysięcy egzemplarzy sprzedanych w jednym miesiącu (211 286 szt.; +12,1%), a od początku roku do nabywców trafiło już ponad 1,5 mln samochodów (1 537 921 szt.; +11,7%). W ubiegłym miesiącu Mercedes był liderem segmentu premium na rynkach takich krajów jak Niemcy, Francja, Hiszpania, Portugalia, Szwajcaria, Japonia, Tajwan, USA, Kanada, Meksyk oraz wspomniana już Polska.

„We wrześniu zaliczyliśmy hat-tricka – mieliśmy najlepszy miesiąc w historii, po raz pierwszy sprzedaliśmy bowiem ponad 200 tysięcy aut, a także najlepszy kwartał i najlepszy wynik za dziewięć pierwszych miesięcy roku” – powiedział Ola Källenius, Członek Zarządu Daimler AG odpowiedzialny za marketing i sprzedaż osobowych Mercedesów. „Cały czas kontynuujemy naszą rynkową ofensywę – tylko ostatnio wprowadziliśmy nową Klasę E w wersji Kombi, przedłużoną odmianę Klasy E z nadwoziem Limuzyna, Klasę C Kabriolet oraz sportowo stylizowany model GLC Coupe”.

Sprzedaż jednostkowa Mercedes-Benz na świecie: poszczególne rynki

We wrześniu sprzedaż Mercedes-Benz w Europie wzrosła o 15%, do 98 877 sztuk – to nowy rekord dla tego miesiąca i zasługa m.in. Klasy E oraz modeli z rodziny coupe, kabrioletów oraz roadsterów. Na ojczystym niemieckim rynku klienci odebrali 27 640 nowych Mercedesów, o 17,1% więcej niż przed rokiem.

W regionie Azji i Pacyfiku popyt zwiększył się o 15,9%, do 72 670 aut. W Chinach Mercedes-Benz ustanowił kolejny rekord sprzedaży, dostarczając 46 443 pojazdy (+20,1%), a od początku roku – już 344 791 (+29,5%).

W krajach NAFTA nabywcy kupili o 2,9% więcej Mercedesów niż przed rokiem (34 488 samochodów). Rekordową sprzedaż zanotowano w USA, gdzie klienci odebrali 29 500 aut z gwiazdą (+1,7%).

Sprzedaż jednostkowa Mercedes-Benz na świecie: poszczególne modele

Wyjątkową popularnością cieszy się nowa Klasa E: we wrześniu sprzedaż Limuzyny i Kombi wzrosła do 27 955 sztuk. To o 20,1% więcej niż przed rokiem. Po udanej premierze Limuzyny w salonach zadebiutowała odmiana Kombi oraz adresowana wyłącznie do nabywców z Chin Limuzyna z wydłużonym rozstawem osi. Ponadto, ofertę modelu uzupełnił hybrydowy wariant E 350 e z możliwością ładowania akumulatorów z gniazdka, który średnio zużywa zaledwie 2,1 l benzyny na 100 km.

Kolejne rekordy sprzedaży biją też SUV-y. We wrześniu na zakup modeli tych klas zdecydowało się łącznie 68 197 klientów (+26,8%), a w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy roku 2016 – już 520 321 (+42,2%), czyli więcej niż w całym roku 2015. Od września w sprzedaży dostępna jest cała siódemka rekreacyjno-terenowych aut z gwiazdą: Klasy GLA, GLC, GLC Coupe, GLE, GLE Coupe, GLS oraz legendarna Klasa G.

Rok 2016 mija w Mercedes-Benz pod hasłem „samochodów marzeń”, czyli coupe, kabrioletów i roadsterów. We wrześniu ich sprzedaż była o 32,8% wyższa niż przed rokiem – w ręce nabywców przekazano ponad 15 tysięcy takich aut. Najmłodszym członkiem rodziny samochodów marzeń jest pierwszy kabriolet zbudowany na bazie Klasy C. Jego dostawy ruszyły w ubiegłym miesiącu.

We wrześniu smart miał podwójne powody do świętowania. Po pierwsze, w porównaniu z wrześniem ubiegłego roku sprzedaż modeli fortwo i forfour wzrosła o ponad jedną trzecią (do 13 987 sztuk, +36,5%). Po drugie, po 18 latach od premiery pierwszego smarta do nabywcy trafił 2-milionowy samochód tej marki. Podczas salonu samochodowego w Paryżu zadebiutowała nowa generacja elektrycznego smarta electric drive, który w niedalekiej przyszłości będzie dostępny we wszystkich wersjach nadwoziowych: jako fortwo, fortwo cabrio oraz forfour. W efekcie smart – jako jedyny producent na rynku – całą swoją gamę modelową będzie oferować zarówno z napędem spalinowym, jak i elektrycznym.

Wyniki sprzedaży oddziału Mercedes-Benz Cars

  Wrzesień 2016 r. Zmiana (%) Sty-wrz 2016 r. Zmiana (%)
Mercedes-Benz 211 286 +12,1 1 537 921 +11,7
Smart 13 987 +36,5 105 695 +20,1
Mercedes-Benz Cars 225 273 +13,4 1 643 616 +12,2
         
Sprzedaż jednostkowa Mercedes-Benz na poszczególnych rynkach        
Europa 98 877 +15,0 669 257 +12,7
– w tym: Niemcy 27 640 +17,1 218 469 +8,6
Azja 72 670 +15,9 537 755 +20,5
– w tym: Japonia 8323 +4,5 50 240 +1,5
– w tym: Chiny 46 443 +20,1 344 791 +29,5
NAFTA 34 488 +2,9 290 218 +1,2
– w tym: USA 29 500 +1,7 249 204 -0,3

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – październik 2016 r.

  • Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 12,6% rdr
  • Wzrost wolumenu obrotu kontraktami na akcje o 38,4% rdr, a wolumen obrotu wszystkimi instrumentami pochodnymi niższy o 4,5% rdr
  • Wzrost wartości obrotu obligacjami na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń o 9,5% rdr
  • Wzrost wolumenu obrotu gazem na rynku spot o 24,0% rdr, a na rynku terminowym o 36,6% rdr

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku wyniosła w październiku 2016 r. 16,5 mld zł, czyli o 13,4% mniej niż rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń spadła rok do roku o 12,6%, do poziomu 15,8 mld zł. Spadek wartości obrotu akcjami rok do roku odnotowano również na rynku NewConnect. Łącznie wartość obrotu akcjami na rynku alternatywnym w październiku 2016 r. wyniosła 109,8 mln zł, a w ramach arkusza zleceń – 105,6 mln zł.

W październiku 2016 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 561,3 tys. szt., o 4,5 % mniej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł 300,1 tys. szt., co oznacza spadek o 10,6% wobec października 2015 r. Jednocześnie, rok do roku, odnotowano 38,4-procentowy wzrost wolumenu obrotu kontraktami na akcje, który osiągnął poziom 145,0 tys. szt.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec października 2016 r. 80,3 mld zł, co oznacza wzrost o 18,5% rok do roku. Wartość obrotu obligacjami na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła rok do roku o 9,5%, do poziomu 294,2 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła w październiku 2016 r. 37,1 mld zł i była niższa o 11,5% niż rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w październiku 2016 r. wyniósł 12,0 TWh, czyli o 29,8% mniej niż rok wcześniej. Z kolei łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wyniósł w październiku 2016 r. 8,8 TWh, o 33,0% więcej niż rok wcześniej.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2] na rynkach spot i terminowym wyniósł 2,7 TWh, co oznacza spadek o 26,3% w stosunku do października 2015 r. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) wyniósł w październiku 2016 r. 36,7 ktoe[3].

Kapitalizacja 433 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku (GR) na koniec października 2016 r. wyniosła 532,7 mld zł. Łączna kapitalizacja 486 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na GR GPW wyniosła na koniec października 2016 r. 1 019,6 mld zł.

Na Głównym Rynku w październiku 2016 r. zadebiutowały trzy spółki: Celon Pharma, PlayWay i Stelmet.

W październiku 2016 r. na GPW odbyło się 21 sesji giełdowych, o 1 mniej niż rok wcześniej.

W załączeniu dane o obrotach na rynkach prowadzonych przez Grupę GPW.

[1] Transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych.

[2] Świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg).

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe.

Blokowanie zwrotu VAT może być nadużywane

Rząd, w walce z przestępcami wyłudzającymi podatek, proponuje żeby prokuratura, policja, ABW lub CBA mogły zablokować zwrot VAT przedsiębiorcy nawet na trzy miesiące. Istnieje ryzyko, że takie rozwiązanie będzie nadużywane i ucierpi na nim wiele uczciwych firm – uważa Rada Podatkowa Konfederacji Lewiatan.

– Przyznanie tego typu uprawnień organom ścigania wydaje się dobrym pomysłem. Przyspieszenie działań organów państwa w walce z oszustami wyłudzającymi VAT jest kluczowe dla zwiększenia skuteczności w walce z patologiami. Istnieje jednak ryzyko, że rozwiązania tego typu będą nadużywane – mówi Jerzy Martini, przewodniczący Grupy VAT Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Na pewno, utrudnianie zwrotu VAT dla przedsiębiorców negatywnie wpływa na gospodarkę. Drastyczne rozwiązania służące zwalczaniu oszustów powinny być precyzyjnie nakierowane właśnie na nich, a nie na wszystkich przedsiębiorców. Dotychczasowe doświadczenie związane z działaniami organów państwa (organów skarbowych) w walce z oszustami nie napawa optymizmem. Mimo raczej skromnych efektów w walce z samymi oszustami, nadzwyczajne środki, które powinny być stosowane przeciwko oszustom (uporczywe przedłużanie zwrotów, zabezpieczenia majątku, kwestionowanie prawa do odliczenia VAT etc.) są na szeroką skalę używane przeciwko zwykłym, uczciwym biznesom i spowodowały znaczne straty w gospodarce. Duża liczba przedsiębiorstw walczy o przetrwanie lub już zbankrutowała.

– Konieczne jest więc uświadomienie organom państwa, że niefrasobliwość w stosowaniu drastycznych rozwiązań przynosi realne straty dla gospodarki i państwa. Wprowadzenie nowych rozwiązań ingerujących mocno w gospodarkę musi być związane z dodatkową akcją edukacyjną. Musi być też zapewniony rzetelny nadzór nad sposobem funkcjonowania organów w zakresie zwalczania oszustw VAT, tak aby nie dochodziło do nadużyć. Na razie nie funkcjonuje on zbyt dobrze – dodaje Jerzy Martini.

Konfederacja Lewiatan

Branża motoryzacyjna popiera zmiany w akcyzie od aut

Rząd chce ograniczyć import samochodowych wraków. Projekt zmian w podatku akcyzowym przewiduje, że drastycznie wzrośnie akcyza na stare auta, a spadnie na nowe. To dobre rozwiązanie – uważają Związek Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych oraz Konfederacja Lewiatan.

– Branża motoryzacyjna z zadowoleniem przyjmuje projekt zmian w podatku akcyzowym. Obecnie stosowany podatek, oparty na cenie pojazdu i pojemności silnika spełnia tylko rolę fiskalną. Wszelkie zmiany w podatku od samochodów, które, podkreślmy, w sposób społecznie odpowiedzialny zapoczątkują proces odnowy parku samochodowego, są pożądane, gdyż mogą przyczynić się do poprawy stanu środowiska oraz bezpieczeństwa na drogach – mówi Paweł Wideł, prezes Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych.

Co jest niezwykle ważne – wszelkie zmiany w podatku muszą zapewnić mobilność społeczeństwa, szczególnie w obszarach, gdzie utrudniony jest dostęp do transportu publicznego oraz dla osób o niższych dochodach. Przedstawiony projekt, zapewniający zróżnicowanie wysokości podatku w zależności od pojemności silnika i wieku samochodu, zdaje się te warunki w sposób odpowiedzialny spełniać.

Konfederacja Lewiatan

Stopy w USA bez zmian. Inwestycje bezpieczne w cenie

Zgodnie z oczekiwaniami na wczorajszym posiedzeniu FED nie podniesiono stóp procentowych. Egipt dewaluuje i uwalnia notowania swojego funta. Złoto i frank zyskują.

FED nie podniósł stóp procentowych w USA

Wczorajsze posiedzenie FED zgodnie z oczekiwaniami większości analityków nie przyniosło zmian stóp procentowych. Padły co prawda dwa głosy za podwyżką, aczkolwiek to i tak głos mniej niż na poprzednim posiedzeniu. Czy oznacza to, że entuzjazm wobec podnoszenia stóp procentowych spada i długo zapowiadana grudniowa podwyżka nie odbędzie się? Powodem tego zjawiska są rotujące funkcje w samej radzie. Na każdym posiedzeniu zmienia się skład głosujący. Ten na listopad był wyjątkowo gołębi. Grudniowy będzie bardziej jastrzębi co dodatkowo zwiększa szanse na podwyżkę. Jak zareagowały rynki na wczorajszą decyzję? Skoro prawdopodobieństwo podwyżki wynosiło pojedyncze procenty to decyzja nie zaskoczyła rynków. Komentarz również nie wniósł niczego nowego. Odbyło się zatem bez większych ruchów na walutach.

Egipt uwalnia notowania waluty

Decyzja o uwolnieniu kursu waluty została podyktowana wymogami Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Wraz z tą decyzją by waluta zbytnio po uwolnieniu nie straciła w górę poszły stopy procentowe, i to o 3 punkty procentowe. Powodem problemów była wyraźna różnica pomiędzy kursem oficjalnym a czarnorynkowym. Różniły się niemal dwukrotnie i to pomimo dewaluacji urzędowej w marcu tego roku. O tym jak duży jest problem świadczy fakt, że oficjalny kurs wynosił 8,9 funta egipskiego za dolara a dzisiejsze notowania startują od 13 funtów. Oznacza to osłabienie o 30% waluty. Na początku akceptowalne wahania wynoszą 10%, jednakże niewykluczone, że szerszy przedział zostanie zaakceptowany.

Złoto i frank w górę

W ostatnim czasie wyraźnie widać pokazują, że na fali są inwestycje na trudne czasy. Zyskuje złoto i frank szwajcarski. Jeszcze niedawno wydawało się, że CHF będzie stabilnie ale powoli spadał do znanych poziomów sprzed wybicia w górę. Ostatnie dni pokazały jednak, że jest inaczej. Umacnia się nie tylko względem złotego, ale co gorsza względem euro. Oznacza to, że jeżeli euro wróci w okolice 4,40 zł to bez zmiany parytetu wymiany frank przekroczy 4,10 zł. Złoto również zyskuje. Główny powód tej sytuacji to strach. Z jednej strony rosną niespodziewanie notowania Trumpa, którego boją się rynki. Z drugiej strony może nie dojść do grudniowej podwyżki stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Bank Anglii obawia się o szybki wzrost inflacji, a to umacnia funta

Bank Anglii pozostawił dziś stopy procentowe na niezmienionym poziomie 0,25 proc., limit skupu obligacji rządowych (giltów) na poziomie 435 mld funtów, a obligacji korporacyjnych na poziomie 10 mld funtów. Natomiast w załączonym do decyzji komunikacie bank obawia się o rosnącą presję inflacyjną. Dlatego też nie planuje dalszych obniżek stóp procentowych w tym roku, a jeśli inflacja dalej będzie rosnąć to nie wyklucza rozpoczęcia w przyszłym roku cyklu podwyżek. W Kwartalnym Raporcie Inflacyjnym Bank Anglii spodziewa się wzrostu inflacji ponad docelowy poziom 2 proc. na początku przyszłego roku i utrzymywania się jej w dłuższym okresie powyżej tego poziomu. Uważa również, iż inflacja osiągnie poziom 2,5 proc. w 2019 roku. Na główną przyczynę, szybszego od oczekiwań, wzrostu inflacji Bank wskazał mocno przecenionego funta.

Funt zareagował euforycznie na komunikat Banku Anglii. Obecnie zyskuje już ponad 1,4 proc. do dolara, handlując w pobliżu poziomu 1,2480, najwyżej od początku października. Para EURGBP traci aż 1,7 proc. handlując w pobliżu poziomu 0,8865, najniżej od początku października. Natomiast para GBPJPY zyskuje 1,3 proc. handlując w pobliżu poziomu 128,75 jenów. Polski złoty również  mocno traci do funta, a para GBPPLN handluje w pobliżu poziomu 4,87 – aż 7 groszy wyżej niż wczoraj. Funt zaczął zyskiwać do innych walut już ok. godziny 11, gdy poznaliśmy wyrok Sądu Najwyższego Wielkiej Brytanii. Ogłosił on, iż to parlament, a nie rząd, będzie decydował o wdrożeniu artykułu 50. Traktatu Lizbońskiego, który formalnie uruchamia proces Brexit-u, czyli negocjacji w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Rząd najprawdopodobniej złoży w tej sprawie apelację, natomiast fakt, iż parlament najprawdopodobniej będzie decydować o Brexicie wzbudził ponownie spekulacje, iż nie wejdzie on nigdy w życie, co szybko podchwycili traderzy handlujący na funcie.

Bank Anglii podwyższył również swoje projekcje odnośnie wzrostu gospodarczego, uwzględniając tym samym nadchodzące w ostatnich tygodniach mocne dane ekonomiczne. Bank uważa, iż gospodarka będzie rosnąć w tempie 2,2 proc. w tym roku oraz 1,4 proc. w przyszłym. Obniżył on jedynie prognozę wzrostu na rok 2018, do 1,5 proc., ze względu na negatywny wpływ inflacji na zamożność społeczeństwa oraz rosnącą niepewność odnośnie wyniku negocjacji „Brexitowych” z Unią Europejską. Podwyższone prognozy wzrostu powodują, iż mocno przeceniony w zeszłym miesiącu indeks brytyjskich spółek FTSE 250 zyskuje dziś ponad 1,7 proc. handlując powyżej poziomu 17700 punktów.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital