Komentarz walutowy z 05.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
MdM: Tymczasowy koniec pieniędzy na 2017 rok

Na koniec czerwca w programie Mieszkanie dla Młodych wykorzystano już prawie wszystkie środki dostępne obecnie na 2017 rok. 5 lipca BGK zaprzestał przyjmowania wniosków o dopłaty na przyszły rok, tych na 2016 nie ma już dawno, zatem klienci będą mogli kupować tylko mieszkania z dopłatą z puli na 2018 rok.
Bank Gospodarstwa Krajowego od połowy marca nie przyjmuje wniosków o dofinansowanie w ramach Mieszkania dla Młodych wypłacane w tym roku, gdyż pula środków wyczerpała się. Od dziś nie można też wnioskować o dopłatę na przyszły rok, zostaną one odblokowane 1 stycznia przyszłego roku.
Z najnowszych danych opublikowanych przez BGK wynika, że w czerwcu osoby zainteresowane nimi, tłumnie podążyły do banków z wnioskami na dofinansowanie z przyszłorocznej puli. W ciągu miesiąca do BGK trafiły wnioski o łączną kwotę ponad 114 mln zł. To największa sprzedać kredytów od marca, kiedy to wielkimi krokami zbliżało się wyczerpanie limitu na 2016 rok.
Od 5 lipca br. dostępne są tylko środki z wypłatą w 2018 r., co znacząco zmniejsza grono potencjalnych beneficjentów. Znalezienie odpowiedniego mieszkania będzie bowiem jeszcze trudniejsze niż dotąd. Kupujący nieruchomość na rynku pierwotnym muszą zawęzić obszar poszukiwań do mieszkań z takim harmonogramem płatności, by ostatnia transza była zaplanowana na 2018 r. Takie lokale oczywiście znajdują się w ofercie deweloperów, ale nie każdy kupujący chce czekać na mieszkanie półtora roku lub więcej.
Nadchodzi zastój na rynku wtórnym
Znacznie trudniej będą miały osoby kupujące mieszkanie na rynku wtórnym, bo mało który sprzedający jest zainteresowany podpisaniem umowy, na mocy której część środków zostanie mu wypłacona dopiero w 2018 roku. Deweloperzy są bardziej skorzy do pójścia na ustępstwo w kwestii harmonogramu płatności, spodziewamy się więc, że do końca roku w MdM sprzedawać się będą głównie mieszkania nowe.
1 stycznia 2017 r. odblokowana zostanie druga połowa środków na 2017 r., rynek wtórny wróci więc wówczas do gry, przynajmniej do czasu, gdy i ta pula zostanie wyczerpana, co prawdopodobnie stanie się najpóźniej na początku wiosny, znów do wzięcia będą tylko pieniądze na 2018 r. tak długo aż się nie skończą, a patrząc na popularność dopłat, nastąpi to na pewno przed końcem 2017 r. W efekcie prawdopodobne jest, że w drugiej części 2017 r. wnioski o dopłaty w ogóle nie będą przyjmowane.
1,8 mld wykorzystanych dopłat
Od początku 2014 r. (wtedy program został uruchomiony) zainteresowani złożyli wnioski na dopłaty na łączną kwotę niemal 1,8 mld zł. Chętni na kredyt z dopłatą (wnioski można składać do 31 grudnia 2018 r.) w ramach MdM muszą udać się do jednego z 14 banków, które mają podpisane umowy z BGK. Wśród nich są m.in. PKO BP, Pekao SA, Getin Noble Bank, Bank Millennium, Deutsche Bank Polska i Bank Zachodni WBK. Uzyskać dofinansowanie mogą osoby do 35 roku życia kupujące na kredyt swoje pierwsze mieszkanie, które powinno spełniać warunek cenowy (limity ceny metra kwadratowego dla danego obszaru) i powierzchniowy. Łatwiej mają rodziny wielodzietne, których nie dotyczy zasada pierwszego mieszkania, mogą kupić większą nieruchomość i otrzymać znacznie wyższą dopłatę.
Marcin Krasoń, Home Broker
Złoto – w oczekiwaniu na korektę
lipiec 05, 2016 08:05
Notowania złota po raz kolejny zbliżyły się do po-Brexitowych notowań, czyli w okolicę 1350 USD za uncję. W krótkim terminie, po tak mocnym wyskoku ceny, z jakim mieliśmy do czynienia należy spodziewać się odreagowania. Zatem złoto jest drogie, jednak tylko w krótkim terminie. Oscylator stochastyczny znajduje się powyżej poziomu 80, oznacza to, że rynek jest krótkoterminowo wykupiony.
Pomimo tego w długim terminie powinno dojść do kontynuacji trendu wzrostowego. Jeżeli dojdzie do korekty, to nie powinna zejść poniżej najbliższej strefy popytu 1291-1305.
W długim terminie wzrosty powinny zostać utrzymane za sprawą ekspansywnej polityki pieniężnej oraz zawieruchą finansową na rynku globalnym.
Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych
Wyższe koszty pracy i rosnąca płaca minimalna wpłyną na wzrost cen za usługi ochrony
W 2015 roku rynek ochrony fizycznej w Polsce (największy z segmentów branży ochrony osób i mienia) wart był 6,6 mld zł. W 2016 roku prognozowany jest wzrost o 9 proc., a w przyszłym roku aż o 12 proc. – wynika z najnowszego badania przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte przy wsparciu Polskiego Związku Pracodawców Ochrona oraz Polskiej Izby Ochrony. W związku z obowiązkiem odprowadzania składki ZUS od umów zleceń wzrosły koszty działalności firm ochroniarskich, co przełożyło się na wzrost cen za usługi ochrony fizycznej. Jak wynika z badania, średnio 65 proc. klientów firm ochroniarskich zgodziło się w 2016 roku na wzrost stawki za roboczogodzinę. Wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej za pracę w 2017 roku spowoduje dalsze wzrosty cen oraz redukcję liczby roboczogodzin przez klientów.
Od stycznia tego roku umowy zlecenia podlegają obowiązkowi odprowadzania składki ZUS do wysokości płacy minimalnej, co spowodowało znaczący wzrost kosztów pracy osób zatrudnionych na takich zasadach. Od początku 2017 roku rząd planuje również wprowadzenie minimalnej stawki za godzinę pracy na poziomie 12 zł brutto. Jedną z branż, która już odczuła i odczuje kolejne znaczące zmiany kosztów pracy jest branża ochroniarska.
„Wśród firm zrzeszonych w Polskim Związku Pracodawców Ochrona oraz Polskiej Izbie Ochrony przeprowadziliśmy badanie, które miało na celu oszacowanie wpływu tych zmian na kondycję branży. Jedno z ważniejszych pytań dotyczyło tego, jaki odsetek klientów firm ochroniarskich zgodził się na podwyżkę stawki za roboczogodzinę w wyniku renegocjacji umów związanej ze zmianami w przepisach prawa. Z badania wynika, że średnio 65 proc. klientów zaakceptowało podwyżki cen wynikające ze zmian w prawie” – wyjaśnia Anita Bielańska, Senior Manager z Zespołu Strategy and Operations, dział Konsultingu Deloitte.
Z ankiety wynika, że ceny za roboczogodzinę dla klientów komercyjnych wzrosły w 2016 roku średnio o 18 proc. Jednocześnie wzrost cen dla klientów z sektora publicznego był niższy i wyniósł 16 proc., przy czym aż połowa ankietowanych firm z branży ochrony wskazała na wzrost cen dla klientów zamawiających w trybie ustawy o zamówieniach publicznych na poziomie poniżej 10 proc.
Branża ochrony oczekuje, że wprowadzenie planowej przez rząd minimalnej płacy 12 zł brutto za godzinę spowoduje kolejny znaczący wzrost średniej stawki za roboczogodzinę. Wzrost szacowany jest na około 30 proc. Wywiady z klientami branży ochrony osób i mienia potwierdzają, iż klienci spodziewają się kolejnej renegocjacji umów oraz wzrostu cen do poziomu 15-20 zł za roboczogodzinę.
Obowiązek odprowadzania składek ZUS spowodował dla większości ankietowanych przedstawicieli firm ochroniarskich spadek liczby roboczogodzin w 2016 roku. W ich ocenie średni spadek wyniósł około 12 proc. W efekcie wzrostu cen za usługi ochroniarskie w 2017 roku (w wyniku wprowadzenia przez rząd minimalnej płacy 12 zł brutto za godzinę) zdecydowana większość ankietowanych przedstawicieli branży spodziewa się dalszego znaczącego spadku liczby roboczogodzin. Według nich spadek ten będzie większy niż w przypadku wprowadzenia ozusowania umów zleceń i wyniesie około 20 proc.
“Wprowadzenie następnych regulacji znacząco zwiększających koszt pracy odczują szczególnie klienci sektorów usługowych między innymi usług ochrony, sprzątania, cateringu itp. W tym także firmy oraz instytucje zamawiające usługi w trybie ustawy o zamówieniach publicznych. Za te usługi klienci będą musieli zapłacić znacząco więcej, czasami nawet ponad 50 proc. więcej. Jednym z efektów będzie następna fala zwolnień w branży, w szczególności wśród najsłabiej zarabiających. W przypadku branży ochrony zmiany te przyspieszą również nieunikniony proces inwestycji przez klientów w nowoczesne technologie monitoringu i ochrony. Liderzy rynku, którzy szybko dostosują się do nowych przepisów, będą ich beneficjentami w dłuższym terminie” – zauważa Jacek Pogonowski, Prezes Konsalnet Holding S.A.
Z szacunków Deloitte wynika, że rynek ochrony fizycznej w Polsce w 2015 roku był wart około 6,6 mld zł. „W tym roku będzie to już 7,2 mld zł, a w przyszłym 8 mld zł. Wzrost rynku będzie w największym stopniu napędzany przez wzrost cen w wyniku zmian prawnych w 2016 i 2017 roku, który zostanie częściowo zredukowany przez spadek liczby roboczogodzin” – wyjaśnia Anita Bielańska.
„Prognoza wzrostu rynku usług ochrony osób i mienia w chwili tak dużych zmian w prawie pracy,
to z pewnością bardzo dobra informacja. Klienci w zdecydowanej większości zaakceptowali wzrost cen związany z ozusowaniem umów zleceń. Wierzę, że pozytywnie zareagują również na kolejne rządowe propozycje związane z podniesieniem płacy minimalnej oraz ustanowieniem minimalnej stawki godzinowej. Jednak przy tak rozdrobionym rynku usług ochrony w Polsce proponowane zmiany w prawie spowodują duże problemy dla mniejszych i średniej wielkości firm, a co za tym idzie wymuszą konsolidację rynku. Na rynku pozostaną te podmioty, które są w stanie szybko dopasować się do potrzeb klientów oraz nowych regulacji prawnych i z racji skali mogą sobie pozwolić na sfinansowanie inwestycji w techniczne systemy ochrony mienia, a także są w stanie unieść kolejne rosnące obciążenia do budżetu państwa w sytuacji długich terminów płatności od swoich klientów” – stwierdza Tomasz Wojak, Prezes Polskiego Związku Pracodawców Ochrona.
„Wzrost wartości polskiego rynku ochrony wywołany zmianami stawek, w wyniku ozusowania umów zlecenia, oznacza jedynie, że staramy się wrócić do normalności w tym zakresie. Mamy jednak do czynienia z sytuacją, kiedy wielu kontrahentów nie zaakceptowało nowych stawek, co zaskutkowało ograniczaniem tzw. roboczogodzin lub nawet rozwiązywaniem kontraktów. W efekcie tych zmian następuje presja na ograniczanie bezpośredniej ochrony fizycznej na rzecz rozwiązań wprowadzających nowe technologie w zabezpieczeniach technicznych. Wartość polskiego rynku powinna wzrastać nie tylko poprzez zmianę stawek a również poprzez zwiększone zapotrzebowanie na te usługi i obejmowanie nimi nowych obszarów zastrzeżonych do tej pory dla innych formacji – mówi Sławomir Wagner, Prezes Polskiej Izby Ochrony.
O badaniu:
Badanie zostało przeprowadzone pomiędzy 12 a 20 maja 2016 r. w formie ankiety internetowej, przeprowadzonej wśród członków Polskiego Związku Pracodawców Ochrona oraz Polskiej Izby Ochrony, przedstawicieli firm ochroniarskich.
Firma Konsalnet wsparła badanie poprzez pomoc w kontakcie z klientami w celu przeprowadzenia anonimowych wywiadów pogłębionych. Deloitte przeprowadziło 15 indywidualnych wywiadów.
W momencie przeprowadzenia badania nie był znany ostateczny kształt regulacji dotyczących minimalnej płacy godzinowej. Badanie i analizy opierały się na założeniu, że wysokość minimalnej płacy za godzinę w 2017 roku wyniesie, zgodnie z wcześniejszymi propozycjami rządu, 12 zł brutto.
Co zmiast OFE?
Na rynkach w Polsce tematem numer jeden, podczas gdy niewiele się dzieje w sprawie Brexitu, są zmiany w OFE i systemie emerytalnym.
Likwidacja OFE wydaje się być przesądzona. Gwoździem do trumny programu są wysokie koszty po stronie funduszy, pobierane niezależnie od wyników, oraz sytuacja rynkowa. Dziwnym trafem, podczas gdy traciła giełda, traciły również fundusze zmuszone na niej inwestować. W perspektywie ostatnich dwóch lat żaden z 12 funduszy nie pokazał zysku. Nie wiadomo czy słuszne jest założenie, że gdyby tak duże ilości środków były w funduszach inwestycyjnych to rosły by one po kilka procent rocznie.
Środki z OFE nie mają opuścić rynku, tylko trafić to TFI (Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych). Co ciekawe w poprzednim modelu nie zasilały one gospodarki, a teraz nagle zaczną. Nie do końca wiemy dlaczego fundusz emerytalny inwestując na giełdzie powoduje inny bodziec niż fundusz inwestycyjny. Pojawiła się również informacja przemawiająca do wyobraźni: dzięki nowemu rozwiązaniu przy maksymalnej składce emerytura osoby zarabiającej średnią krajową będzie większa o 2 400 zł. Nie znamy jeszcze detali stanowiących podstawę tego wyliczenia.
Głównym ryzykiem, które widać na pierwszy rzut oka to założenia, ile osób przystąpi do programów oszczędzania. Rząd zakłada w swoich prognozach 75%, co świadczy o tym, że nieprzystąpienie nie będzie szczególnie problematyczne. Nie wiadomo z czego będą żyć osoby, które już teraz miały dostawać głodowe emerytury, skoro pozwoli im się przejadać te pieniądze. Program ten ma niestety tą samą wadę co niemal wszystkie programy emerytalne ostatnich dwóch dekad. Istnieje niczym nie poparta wiara, że da się tanio rozwiązać problem wysokich emerytur. Jeżeli chcemy pracować krótko, odkładać mało i żyć długo na emeryturze to będziemy na niej zaciskać pasa. Jeżeli popracujemy dłużej, odłożymy wyższą składkę, przez co popracujemy dłużej – będziemy mieć znacznie większy komfort finansowy. Niestety łatwiej jest mówić wyborcom, żeby pracowali krócej i przejadali owoce swojej pracy.
Czy dla rynku temat OFE jest ważny? Złotówka straciła od początku tych dyskusji na wartości do euro około 5 groszy. Rentowność obligacji 10 letnich wzrosła o 0,1%. Jest to jasny sygnał, że kapitał zagraniczny nie jest zachwycony kolejnym skokiem na cudze oszczędności.
Dzisiaj z danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
11:30 – Wielka Brytania – publiczne wystąpienie prezesa Banku Anglii Marka Carneya,
16:00 – USA – zamówienia na dobra.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
RBA pozostawia stopy procentowe na niezmienionym poziomie
lipiec 05, 2016 07:20
Centralny Bank Australii pozostawił stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Osoby decydujące o przyszłym koszcie pieniądza uzależnili swoją decyzję od przyszłej publikacji inflacji. Jeżeli po raz kolejny spadnie lub też będzie znacząco odstawać od celu RBA, to dalsze cięcie stóp procentowych jest niemalże pewne.
Na wykresie dziennym nie doszło do jakiejkolwiek zmiany, kurs waluty w dalszym ciągu znajduje się pomiędzy strefą popytu 0.722-0.726, a strefą podaży 0.767-0.771. Bazowym scenariuszem pozostanie dalsza wspinaczka kursu do najbliższej strefy podaży.
Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych
Najbliższe zmiany ratingu Polski możliwe dopiero po wakacjach. Dużo zależy od budżetu na przyszły rok i ewentualnego zwiększenia deficytu
W lipcu rating Polski nie powinien zostać obniżony. Zdaniem Marka Zubera, ekonomisty, dopiero, gdy będą znane szczegóły budżetu na 2017 rok i wyniki ściągalności podatku VAT, można się spodziewać ewentualnej zmiany. Powoli powinna również umacniać się polska waluta, nawet do poziomu 4,25 za euro pod koniec wakacji. Dużo będzie jednak zależeć nie tylko od sytuacji na rynkach finansowych, lecz także w Polsce.
W styczniu agencja ratingowa S&P obniżyła rating dla Polski do BBB+ z A-, obniżono również perspektywę ratingu z pozytywnej na negatywną. Instytucja podtrzymała również swoją ocenę podczas ostatniego przeglądu w miniony piątek. Inne agencje były bardziej powściągliwe. Fitch utrzymała rating Polski na dotychczasowym poziomie A- oraz A, ostrzegł jednak, że w zależności od deficytu budżetowego ocena kredytowa może zostać obniżona. Najnowszy rating Polski agencja ma opublikować 15 lipca.
– Nikt się nie spodziewał obniżenia ratingu Polsce przez Standard & Poor’s. Trudno ocenić, co zrobi Fitch. Nie ma obecnie żadnych przesłanek, które uzasadniałyby istotne zmiany w polskim ratingu. Oczywiście mamy decyzję Brytyjczyków o wyjściu z Unii Europejskiej, ale ona bezpośrednio na Polskę nie wpływa, tak naprawdę nie wiemy, jakie będą konsekwencje brexitu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Zuber, ekonomista.
Największym zagrożeniem jest stan finansów publicznych. Obecnie trudno jednoznacznie ocenić, jak będzie wyglądała sytuacja w najbliższych latach, a dopiero wówczas będą mogły ewentualnie zaistnieć przesłanki, które mogłyby wpłynąć na oceny agencji.
– Po przynajmniej trzech pełnych kwartałach będziemy wiedzieli jak np. wygląda kwestia ściągalności podatku VAT, z którą różowo nie jest. Co istotne, będziemy też znali więcej szczegółów na temat budżetu na 2017 rok. Myślę, że to jest dopiero moment takiej wnikliwej oceny i ewentualnej zmiany nastawienia albo ratingu po wakacjach, we wrześniu albo październiku. Teraz moim zdaniem nie powinno się nic wydarzyć – ocenia ekonomista.
Obecnie, w porównaniu do sytuacji sprzed kilku lat, do budżetu wpływa mniej VAT-u o 40 mld zł. Raport NIK wskazuje, że niska skuteczność odzyskiwania należnego podatku spowodowała gwałtowny wzrost zaległości w VAT: z 5,1 mld zł na koniec 2013 roku do 14,1 mld zł w połowie 2015 roku. Wprowadzenie od lipca Jednolitego Pliku Kontrolnego ma pomóc z tym walczyć, na efekty trzeba będzie jednak poczekać.
Jak podkreśla Zuber, zbyt dużo niewiadomych sprawia, że trudno również przewidzieć kurs złotego w najbliższym czasie.
– Nie wiemy po pierwsze, czy Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej, są ruchy, żeby do tego nie dopuścić, może będzie kolejne referendum, może decyzje ze strony królowej. To wszystko może nas zaskakiwać, a to z całą pewnością będzie miało wpływ na rynki finansowe Europy, w tym na złotego – ocenia ekonomista.
Wyniki czerwcowego referendum w Wielkiej Brytanii odbiły się na kursach walutowych. Notowania euro wzrosły do 4,50 zł, czyli do najwyższego poziomu od 2011 roku. Złoty osłabił się również wobec dolara czy franka szwajcarskiego. Na ostatni spadek wartości wpływ miały jednak zapowiadane zmiany w OFE.
– Jeżeli zostanie wprowadzony program, który w istotny sposób zmniejszałby dochody albo zwiększał wydatki, będzie to miało wpływ na złotego. Gdyby jednak nic takiego się nie wydarzyło, to moim zdaniem złoty będzie się umacniał i realne jest zejście złotówki do poziomu 4,25 za euro po wakacjach. Patrząc jednak na obecną sytuację, mało prawdopodobne jest to, że nic się nie będzie działo – prognozuje Marek Zuber.
Prezes BTFG Audit: nie należy się spodziewać znaczących ruchów NBP na rynkach finansowych w odpowiedzi na osłabienie złotego
Złoty jest obecnie najsłabszą walutą regionu. Osłabieniu przysłużył się nie tylko brexit, lecz także propozycje zmian w OFE. Zdaniem Adama Rucińskiego, prezesa firmy doradczej BTFG Audit, w odpowiedzi na osłabienie polskiej waluty nie należy się spodziewać interwencji NBP na rynkach finansowych. Według niego działania w obronie waluty mogą przynieść wyłącznie krótkoterminowe korzyści. W najbliższym czasie nie należy się również spodziewać zmian stóp procentowych. Dopiero przy znaczących wzrostach cen, stopy mogą być podniesione.
– Moim zdaniem wynik referendum w Wielkiej Brytanii nie wpłynie na decyzje Narodowego Banku Polskiego. Przede wszystkim dlatego, że NBP ma świadomość, że każda interwencja ma małe szanse, by w długim okresie faktycznie zadziałać. Ogólnie interwencje na rynkach finansowych ze strony banków centralnych są szalenie ryzykowne i historia jednoznacznie pokazuje, że na dłuższą metę nie wychodzą – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Ruciński, prezes BTFG Audit, firmy doradczej.
Wyniki czerwcowego referendum w Wielkiej Brytanii odbiły się na kursach walutowych. Notowania euro wzrosły do 4,50 zł, czyli do najwyższego poziomu od 2011 roku. Złoty osłabił się również wobec dolara czy franka szwajcarskiego. Bank Morgan Stanley ocenił, że wśród walut, które najmocniej stracą w wyniku brexitu, będzie właśnie złoty. Polska waluta była w poniedziałek najsłabszą walutą w regionie. Powodem jej spadku wartości był jednak nie brexit, ale propozycje dotyczące zmian w OFE.
Mimo to nie należy się spodziewać interwencji, które miałyby bronić kursu polskiej waluty, zwłaszcza że obecnie Polska ma sfinansowane 70 proc. potrzeb pożyczkowych, duża jest również rezerwa gotówki.
– Interwencje banków centralnych są pozbawione sensu, ponieważ możliwa jest wyłącznie interwencja w krótkim okresie. Bank centralny pozbywa się środków, a tak naprawdę to rynek o wszystkim decyduje. Jest zbyt dużo silnych graczy obecnie na świecie, którzy mają istotny wpływ na rynek, a bank centralny dysponuje tylko ograniczonymi środkami – przekonuje ekspert.
Brexit nie powinien również w znaczący sposób wpłynąć na decyzję Systemu Rezerwy Federalnej. Jak ocenia Ruciński, Fed w najbliższej perspektywie będzie obserwował sytuację na rynkach finansowych, zwłaszcza że obecnie trudno jest ją przewidzieć. Przy dużej zmienności nie można wykluczyć skoordynowanej akcji banków centralnych. Nie wiadomo jeszcze również, jakie będą decyzję brytyjskiego parlamentu (czy przegłosuje brexit), dopiero wówczas będzie można ocenić skutki gospodarcze.
– Moim zdaniem Fed utrzyma swoją politykę stopniowego podnoszenia stóp procentowych, mimo że dane, które ostatnio napływają, nie są bardzo dobre. Natomiast na rynku pracy dane pokazują, że możemy liczyć w najbliższych miesiącach na poprawę koniunktury gospodarczej – mówi prezes BTFG Audit.
Wydatki amerykańskich konsumentów w maju wzrosły o 0,4 proc. w porównaniu do kwietnia, kiedy wzrosły o 1,1 proc. Dochody Amerykanów wzrosły o 0,2 proc., przy wzroście o 0,5 proc. miesiąc wcześniej. Choć ekonomiści spodziewali się lepszych wskaźników, nie można wykluczyć, że w najbliższych miesiącach zostanie podjęta decyzja o podwyżce stóp procentowych. Takich zmian nie należy się natomiast spodziewać w Polsce.
– Rada Polityki Pieniężnej będzie przyglądała się sytuacji na światowych rynkach. Z polskiego punktu widzenia najważniejsze są jednak polskie dane makroekonomiczne i to, co będzie się działo w polskiej gospodarce. Przede wszystkim będą miały wpływ na to dane o produkcji przemysłowej, o PKB i od tego będą zależały decyzje Rady Polityki Pieniężnej – wskazuje Ruciński.
Według NBP polska gospodarka ma solidne fundamenty makroekonomiczne, a tempo wzrostu gospodarczego jest jednym z najwyższych w Unii Europejskiej przy niskim poziomie deficytu budżetowego i braku inflacji. GUS podał, że w maju zanotowano wzrost sprzedaży detalicznej w cenach stałych o 4,3 proc. w skali roku, zaś produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 3,5 proc. w porównaniu z majem ubiegłego roku. W Polsce utrzymuje się deflacja (w maju ceny były niższe o 0,9 proc. w skali roku, w porównaniu z kwietniem br. wzrosły o 0,1 proc.).
– Nie ma jasnej odpowiedzi, jakie należałoby utrzymywać stopy procentowe w Polsce. Po pierwsze, zależy to od poziomu inflacji i rozwoju polskiej gospodarki. Po drugie, Rada Polityki Pieniężnej ma swoje cele i musi dbać o stabilność, więc jeżeli pojawiłyby się jakieś radykalne procesy inflacyjne, wtedy stopy powinny być wyższe. Przy obecnej deflacji stopy są na właściwym poziomie – podkreśla Adam Ruciński.
Instytut Jagielloński: Nieprawidłowości w przetargach na systemy informatyczne w administracji publicznej. Konieczne zmiany procedur
W zakresie rozwoju e-administracji Polska zajmuje dopiero 42. miejsce w rankingu ONZ. W ciągu ostatnich ośmiu lat na 40 projektów informatycznych z wykorzystaniem środków unijnych przeznaczono ponad 4,2 mld zł. Duża część z nich nie została jednak dokończona, a administracja uzależnia się od jednego dostawcy oprogramowania. Według prezesa Instytutu Jagiellońskiego należy uprościć procedury, odejść od kryterium najniższej ceny, a ze względu na cyberbezpieczeństwo większy wpływ na tworzenie infrastruktury informatycznej powinno mieć Ministerstwo Cyfryzacji.
– Instytucje publiczne mają zły zwyczaj stosowania zasady vendor lock-in. Zgodnie z ustawą o zamówieniach publicznych wybierają usługę, kierując się kryterium najniższej ceny, a okazuje się, że dodatkowe koszty, aktualizacje, przekazanie praw autorskich i inne funkcje podwyższają główną cenę. Taka praktyka jest bardzo zła. W efekcie jeśli dana instytucja zostanie opanowana przez jedną czy dwie firmy informatyczne, trudno jej uwolnić się z ich uścisku – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego.
Choć w ostatnich latach na informatyzację administracji publicznej i centralnych urzędów z wykorzystaniem środków unijnych w ramach projektu „Społeczeństwo informacyjne – budowa elektronicznej administracji” programu operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, wydano ok. 4,2 mld zł., to w zakresie e-administracji w rankingu ONZ (Raport „E-Government Survey 2014”) Polska zajmuje dopiero 42. miejsce. Wyprzedzamy Kolumbię czy Czarnogórę, a nas wyprzedzają nie tylko nasi najbliżsi sąsiedzi, lecz także Chile czy Kazachstan. Eksperci podkreślają, że w dużej mierze to efekt patologii, jakie dotykają zamówienia na systemy informatyczne w administracji publicznej, i uzależnianie się od jednego producenta lub dostawcy oprogramowania.
– Należy uprościć procedury, żeby nie zawsze kryterium ceny było najważniejsze. Te wszystkie dodatkowe cenotwórcze elementy, które obciążają państwowe instytucje, muszą być włączone w jeden pakiet. Zwłaszcza że wielokrotnie są to instytucje, od których zależy nasze codzienne życie, które wypłacają emerytury, świadczenia KRUS. To wrażliwe rzeczy związane z teleinformatyką państwa – wskazuje Roszkowski.
Często niejasne są kryteria wyboru firm, które mają zrealizować projekty informatyczne. Prezes Instytutu Jagiellońskiego przypomina sytuację w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. W przetargu na utrzymanie i rozwój systemu informatycznego (SIA) początkowo wybrano firmę Atos Polska, która złożyła najtańszą ofertę (na 58,9 mln zł). Oferty pozostałych firm wahały się od 73 do 109 mln zł.
– Również za poprzednich rządów takie sytuacje miały miejsce. Wywołuje to bardzo duże emocje, a sposób wyłaniania podmiotów i oceny końcowego kosztu jest bardzo niejasny i niesie duże koszty dla budżetu państwa – podkreśla ekspert.
Systemy informatyczne administracji publicznej często mają problemy z zabezpieczeniem danych, są podatne na ataki ze strony hakerów. Dlatego istotny jest wybór dostawcy systemu nie tylko pod kątem ceny, lecz także pod kątem np. kompetencji. NIK wskazuje, że w 1/3 skontrolowanych urzędów nie przeprowadzono audytu w zakresie bezpieczeństwa informacji w systemach informatycznych. W 16 jednostkach, w których przeprowadzono coroczny audyt bezpieczeństwa informacji, zalecenia dotyczyły wzmocnienia bezpieczeństwa przetwarzania informacji w systemach informatycznych. Jak jednak przekonuje Roszkowski, problemem nie jest zabezpieczenie danych, ale sposób tworzenia całych mechanizmów.
– Ministerstwo Cyfryzacji powinno mieć zdecydowanie większy wpływ na to, jak te systemy są budowane, a przede wszystkim na to, na jakich zasadach one są tworzone. W każdym z dużych systemów, który obsługuje bazy danych Polaków, gdzie ministerstwa realizują swoje ustawowe zadania, całe cyberbezpieczeństwo powinno być scentralizowane – podkreśla Marcin Roszkowski.
Przywrócenie ośmioletnich szkół podstawowych będzie rewolucją organizacyjną dla samorządów. Mają niecały rok na wprowadzenie zmian
Wdrożenie nowej ustawy oświatowej dla samorządów lokalnych będzie oznaczało konieczność stworzenia nowej sieci szkół i zmian w sposobie zarządzania nimi. Potrzebne będzie także dostosowanie wydatków przeznaczonych na edukację do nowej struktury placówek. Skuteczność reformy będzie zależała od tego, czy władze samorządowe będą w pełni zaangażowane w przygotowywanie projektów aktów prawnych w ramach Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego oraz środowisk nauczycielskich.
Likwidacja gimnazjów, 8-letnia szkoła powszechna, w której edukacja wczesnoszkolna będzie prowadzona w klasach I–IV, oraz 4-letnie liceum ogólnokształcące i 5-letnie technikum – to główne założenia nowej reformy oświatowej, która wejdzie w życie od przyszłego roku. W ramach zapowiadanej przez MEN reformy szkolnictwa przewidziano trzyletni okres przejściowy. W tym czasie klasy VII będą mogły się znajdować albo w budynku gimnazjum, albo w budynku szkoły podstawowej. Docelowo klasy I–IV i V–VIII mają być połączone w jedną szkołę.
Uczniowie, którzy jesienią 2017 r. trafią do I i VII klas szkół powszechnych, będą pierwszymi rocznikami, które będą uczyć się zgodnie z nową podstawa programową kształcenia ogólnego. Przywrócenie ośmioletnich szkół podstawowych i czteroletniego liceum będzie dużą rewolucją organizacyjną dla samorządów. Przed wdrożeniem tej reformy konieczne będzie przeprowadzenie zmian na kilku płaszczyznach.
– Pierwszy obszar to zmiany w prawie miejscowym, czyli przygotowanie nowej sieci szkół, które będą wymagały nowych uchwał. Zmiany organizacyjne będą polegały na przygotowaniu nowych arkuszy organizacyjnych, a zmiany finansowe będą związane z dostosowaniem wydatków do nowej struktury szkół. Niewykluczone, że będzie się to również wiązało ze zwolnieniami nauczycieli w szkołach. I ostatnie zadanie to obszar informacyjny , czyli dotarcie z precyzyjną informacją na temat szczegółów reformy do rodziców – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle dr Robert Gawłowski, prodziekan Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.
Skuteczność tej reformy będzie zależała od prawnej współpracy strony rządowej i samorządowej, ponieważ założenia, które zostaną przyjęte w ustawie, następnie będą musiały być w praktyce wdrożone przez jednostki samorządu terytorialnego.
– W związku z tym im szybciej strona rządowa rozpocznie współpracę ze stroną samorządową, np. w ramach Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego, tym większe będą szanse na to, że ta zmiana zostanie wprowadzona szybko i skutecznie i że nie będziemy mieli jakichś problemów organizacyjnych po drodze – tłumaczy dr Robert Gawłowski.
Na razie samorządy i pedagodzy mają jedynie zapowiedź reformy, a bez konkretnego dokumentu samorządy nie mogą podejmować w tej sprawie żadnych decyzji. Kiedy ustawa zostanie przyjęta przez Sejm, Senat i podpisana przez prezydenta, dopiero wtedy będzie można rozpocząć wszelkie przygotowania.
– Wcześniej jednostki samorządu terytorialnego nie mogą ponosić żadnych wydatków publicznych ani wprowadzać zmian organizacyjnych, bo nie mają podstawy prawnej. W związku z tym ważne jest to, aby z zapowiedzi, jak najszybciej przejść do pracy nad projektami ustaw, rozpocząć współpracę ze stroną samorządową i dopiero na tej podstawie rozpocząć akcję informacyjną dla rodziców – podkreśla dr Robert Gawłowski.
Szefowa MEN Anna Zalewska podkreśla, że celem nowej ustawy jest „wprowadzenie cykliczności etapów szkolnych”. Czwarta klasa szkoły powszechnej będzie ostatnią klasą edukacji wczesnoszkolnej, tak by dzieci mogły się lepiej przestawić na system nauczania przedmiotowego. Absolwenci podstawówki będą mieli do wyboru: 4-letnie liceum ogólnokształcące, 5-letnie technikum lub dwustopniową szkołę branżową, która ma zastąpić dzisiejszą szkołę zawodową. Likwidacja gimnazjów ma być stopniowa, szkoły te całkowicie znikną na przełomie 2022 i 2023 r.
Zapowiadane zmiany w OFE mogą ograniczyć poziom długu publicznego i poprawić kondycję sektora finansów publicznych. Zyska również III filar
Przekazanie funduszy z OFE do III filara i Funduszu Rezerwy Demograficznej – nowa koncepcja Ministerstwa Rozwoju – oznacza likwidację II filara w obecnej formie. Na zmianie mogą zyskać IKE i IKZE, na których jak dotychczas odkładał pieniądze niewielki odsetek Polaków. Nie wiadomo jednak, jak miałby wyglądać transfer środków. Wyższe aktywa w Funduszu Rezerwy Demograficznej pozwolą ograniczyć poziom długu publicznego, może się również poprawić sytuacja sektora finansów publicznych.
– Propozycja premiera Mateusza Morawieckiego na temat OFE oznacza, że zniknie II filar. Zgromadzone w nim aktywa zostaną w większości przekazane do podmiotów działających w ramach III filaru do indywidualnych kont emerytalnych, natomiast częściowo zasilą Fundusz Rezerwy Demograficznej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka Raiffeisen Polbank.
Wedle oceny premiera Morawieckiego OFE się nie sprawdziły, wbrew zapowiedziom nie gwarantują wyższych emerytur, nie wpływają też na rozwój gospodarczy. Nowa koncepcja resortu rozwoju wskazuje, że ok. 35 mld zł, czyli 25 proc. aktywów, otwarte fundusze miałyby przekazać w formie gotówki do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Pozostałe środki mają trafić jako papiery wartościowe do III filara.
– To oznacza, że zdecydowanie większą popularnością będą się cieszyły formy oszczędzania w III filarze. Zostaną upowszechnione, co jest dobrą zmianą, ponieważ dotychczas ten filar cieszył się bardzo małym zainteresowaniem – wskazuje Petka-Zagajewska.
KNF podaje, że na koniec 2015 roku liczba indywidualnych kont emerytalnych (IKE) wyniosła ponad 858,7 tys. (wobec 824,5 tys. rok wcześniej), a wartość środków zgromadzonych na tych kontach sięgnęła 5,6 mld zł (5 mld zł w 2014 roku). Liczba indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego (IKZE) sięgnęła w tym czasie 597,6 tys. (528 tys. rok wcześniej), a wartość środków zgromadzonych na nich wyniosła blisko 622 mln zł (295,35 mln zł w 2014 roku).
– Wciąż jednak nie ma informacji, jak będzie wyglądał transfer tych środków, w jakiej formule się to dokona, co będzie ze składką obecnie przekazywaną do OFE, czy będzie automatycznie trafiała z powrotem do ZUS-u. Znaków zapytania jest całkiem sporo – zaznacza ekonomistka.
Obecnie emeryci mogą zdecydować, czy składki emerytalne będą ewidencjonowane na subkoncie w ZUS (4,38 proc.) i w części przekazywane do OFE (2,92 proc.), czy w całości znajdą się na subkoncie w ZUS (7,3 proc.). Niepewność związana z zapowiedziami likwidacji OFE może zdaniem Petki-Zagajewskiej sprawić, że część osób wykorzysta obecne okienko transferowe i już teraz zdecyduje przekazać całą składkę do ZUS, by żadna część środków nie trafiła do systemu rezerwy.
– Ta zmiana będzie także wpływała na kondycję finansów publicznych. Wyższe aktywa w Funduszu Rezerwy Demograficznej sprawiają, że poziom długu publicznego ulegnie ograniczeniu. Gdyby składki, które teraz co miesiąc przekazywane są do OFE, automatycznie zasilały ZUS, oznaczałoby to również mniejsze obciążenia dla budżetu z tytułu zasilania FUS. Pojawia się tylko pytanie, czy agencje ratingowe, oceniając politykę fiskalną rządu, będą to traktowały jako dobry kierunek i sposób na poprawianie kondycji sektora finansów publicznych – podkreśla ekonomistka Raiffeisen Polbank.
Z zapowiedzi ministerstwa wynika, że wszyscy pracownicy mają być automatycznie zapisywani do Pracowniczych Programów Kapitałowych, będą mogli jednak z nich wystąpić. Jak wskazuje ekspertka, przyszli emeryci nie muszą się liczyć z żadnymi trudnościami, przekazanie środków do III filaru czy uczestnictwo w PPK nie będzie wymagało z ich strony żadnych działań.
– To nie powinno budzić żadnych wątpliwości ze strony emerytów. Mogą się jednak zrodzić obawy, w jakim stopniu środki, które teraz np. zasilą Fundusz Rezerwy Emerytalnej będą w rzeczywistości wspierały ich emerytury po osiągnięciu wieku emerytalnego – wskazuje Marta Petka-Zagajewska.
Krajowa branża motoryzacyjna ze świetnymi wynikami. Kolejne miesiące mają być jeszcze lepsze
Polska branża motoryzacyjna ma za sobą najlepszy rok w historii, a pierwsze miesiące tego roku dają nadzieję na jeszcze lepsze wyniki. Pomóc mogą w tym kolejne dwie fabryki zagranicznych gigantów, które powstają w kraju.
Po inwestycjach Volkswagena i Daimlera spodziewane są otwarcia kolejnych fabryk. Eksperci prognozują, że liczba wyprodukowanych aut przekroczy 600 tys.
– Produkcja samochodów i wyniki firm poddostawczych mają się bardzo dobrze – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, ekspert Polskiej Izby Motoryzacji. – Łączna liczba wyprodukowanych aut w tym roku to około 300 tys. sztuk, co w tej chwili powinno nam dawać około 600 tys. sztuk na koniec roku, a liczba sprzedanych samochodów w Polsce sięga prawie 330 tys. pojazdów.
Pod względem produkcji słabo wypadł jednak maj. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, produkcja aut osobowych spadła o 4,8 proc. licząc rok do roku, do nieco ponad 47 tys. sztuk. Pierwsze pięć miesięcy roku przyniosło jednak wzrost w sumie o 1,7 proc. W maju skoczyła za to produkcja aut ciężarowych, i to aż o 12 proc. – do nieco ponad 9 tys. samochodów. I w tym przypadku bilans pierwszych pięciu miesięcy jest dodatni – z taśm montażowych zjechało ponad 53 tys. ciężarówek, o 3,8 proc. więcej niż przed rokiem.
– Także branża poddostawcza zanotowała w 2015 r. najlepszy rok w historii. W tej chwili jej udział w eksporcie jeśli chodzi o PKB, to prawie 14,5 proc. – mówi Gos.
Jak wynika z raportu firmy doradczej KPMG nieco gorzej wygląda produkcja działających w naszym kraju fabryk motoryzacyjnych. W pierwszych trzech miesiącach roku wzrost produkcji aut jedynie o 0,1 proc. był wyższy niż rok wcześniej, przy czym spadła produkcja pojazdów użytkowych, wzrosła zaś produkcja osobówek – o 2,2 proc. Mimo wszystko Gos uważa, że to są świetne lata dla polskiej motoryzacji. I trend jest pozytywny, o czym świadczą kolejne inwestycje w Polsce.
– Każda nowa inwestycja, każda nowa fabryka otwierana w Polsce, czy ta Volkswagena we Wrześni, czy niedawno ogłoszona wiadomość o ulokowaniu fabryki silników Daimlera w dolnośląskim Jaworze, to są bardzo dobre informacje – podkreśla ekspert.
Dodaje, że każda osoba zatrudniana bezpośrednio w fabryce, w montowni samochodów, to są około 4 osoby w przemyśle poddostawczym. I to, że inwestorzy wybierają Polskę, jako kraj, który jest ciekawy, atrakcyjny i wydaje się dobrą lokalizacją do tego typu inwestycji, świadczy o tym, że sektor ma się dobrze i będzie tylko lepiej. Gos spodziewa się kolejnych wielkich inwestycji.
– Inwestycje Volkswagena czy Daimlera stawiają nas na czele w tej części Europy, jeśli chodzi o atrakcyjność naszego sektora motoryzacyjnego – mówi Gos. – Liczę na to, że tych inwestycji będzie więcej.
We wrześni Volkswagen planuje uruchomić w drugiej połowie roku seryjną produkcję nowej generacji modelu Volkswagen Crafter. Wtedy też rozpocznie się budowa fabryki silników koncernu Daimler. Zakłada ma osiągnąć pełne moce produkcyjne w 2020 roku.
Ekpspert zwraca uwagę, że Polska jest dużym krajem z prawie 8-krotnie większą liczbą mieszkańców niż uznawana za motoryzacyjnego tygrysa Europy Wschodniej Słowacja, która ma tylko 5,5 mln mieszkańców. Polska może przyciągnąć w krótkim czasie jeszcze przynajmniej z 3–4 takie inwestycje jak we Wrześni czy Jaworze.
– Myślę, że głównym czynnikiem, który zachęca do inwestycji w Polsce, jest kadra – mówi Gos. – Mamy naprawdę bardzo wykwalifikowaną kadrę inżynierów, młodych ludzi, którzy bardzo chcą pracować dla branży motoryzacyjnej, która jest najbardziej zaawansowaną branżą jakościowo i wielkoprodukcyjnie na świecie. Atrakcyjna jest w Polsce także infrastruktura oraz otoczenie prawne, w jakim się znajdujemy. No i kondycja polskiej gospodarki z dużym popytem wewnętrznym.
Co nie znaczy, że nie można jeszcze kilku rzeczy w Polsce poprawić. Gos wymienia np. odpowiednie zachęty dla nowych inwestorów, w czym wyspecjalizowali się Słowacy, ściągając więcej inwestycji motoryzacyjnych w ostatnich latach. Paweł Gos podkreśla też, że na decyzje inwestorów wpływ ma także stabilność polityczna w kraju.
W ubiegłym roku doszło do 2,8 tys. wypadków z udziałem dzieci. Ich liczba spada m.in. dzięki akcjom edukacyjnym takim jak „Bezpieczna Jazda”
W ubiegłym roku w Polsce doszło do ponad 2,8 tys. wypadków drogowych z udziałem dzieci w wieku do 14 lat. Z roku na rok ich liczba spada. Aby zwiększać bezpieczeństwo dzieci i ich świadomość, trzeba jednak edukować najmłodszych. McDonald’s Polska już po raz 7. zorganizowała dla uczniów program edukacyjny „Bezpieczna Jazda” dotyczący bezpiecznego poruszania się po drodze. Tegoroczna edycja skupia się na promowaniu widoczności na drodze i noszeniu odblasków. Łącznie we wszystkich edycjach wzięło udział 130 tys. dzieci z 4 tys. szkół.
– Mamy w Polsce zarejestrowanych ponad 26 mln pojazdów silnikowych, z czego ponad 17 mln stanowią samochody osobowe. Współczynnik motoryzacji jest na bardzo wysokim poziomie. Dzieci i młodzież, którzy chodzą do szkoły podstawowej czy gimnazjalnej, prędzej czy później zasiądą za kierownicą samochodu osobowego. Potrzebna jest więc edukacja w duchu poszanowania przepisów prawa – mówi agencji Newseria insp. Marek Konkolewski z Komendy Głównej Policji. – To bardzo dobra inwestycja w bezpieczeństwo najmłodszych i będzie skutkować tym, że w przyszłości polskie drogi będą bardziej bezpieczne.
McDonald’s organizuje program edukacyjny od 8 lat. Tegoroczna edycja programu była odpowiedzią na wciąż występujący problem wypadków drogowych z udziałem dzieci i niewystarczającą świadomość dotyczącą noszenia odblasków.
– „Bezpieczna jazda” to program dla publicznych szkół podstawowych z terenu całego kraju, dla nauczycieli wychowania komunikacyjnego i przede wszystkim dla uczniów klas czwartych – mówi Dominik Szulowski, kierownik ds. komunikacji w McDonald’s Polska. – Zależy nam na tym, żeby wśród młodych ludzi rosła świadomość, że to, co robią, ich wiedza o zasadach ruchu drogowego, o potrzebie noszenia elementów odblaskowych przekłada się bezpośrednio na ich bezpieczeństwo – wskazuje.
W tym roku patronat nad akcją objęła Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego i po raz kolejny wspiera ją Biuro Prewencji Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji. Do lokalnego promowania akcji wśród szkół aktywnie włączyli się również licencjobiorcy McDonald’s.
– To atrakcyjna forma nauki dla dzieci. Przekazujemy materiały edukacyjne, ćwiczenia, kamizelki odblaskowe oraz opaski. Podczas zajęć dzieci uczą się podstawowych przepisów ruchu drogowego, tego, jak bezpiecznie poruszać się w drodze do domu oraz jakie niebezpieczeństwa mogą ich spotkać – tłumaczy Arkadiusz Dróżdż, licencjobiorca McDonald’s Polska, właściciel restauracji w Toruniu.
Zajęcia z wychowania komunikacyjnego w ramach „Bezpiecznej Jazdy” były prowadzone na podstawie materiałów dydaktycznych przygotowanych przez ekspertów i pozytywnie zaopiniowanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej.
– Zainteresowanie jest bardzo duże. W tym roku w zajęciach wzięło udział 30 tys. dzieci z 900 szkół. Z samego Torunia było 550 uczestników z 9 szkół. Widać więc, że taka inicjatywa jest bardzo potrzebna – wskazuje Dróżdż.
Dla niemal połowy uczniów uczestniczących w lekcjach program kończy się egzaminem na kartę rowerową. Każdy uczeń, który pozytywnie przejdzie proces edukacji, a także zda sprawdzian otrzyma kartę oraz odblaskowy zestaw bezpiecznego rowerzysty.
– Przez 9 lat dotarliśmy już do ponad 110 tys. uczniów uczęszczających do 3,2 tys. szkół i wciąż otrzymujemy nowe zgłoszenia. Program będzie kontynuowany, bo widzimy w tym głęboki sens – zapowiada Szulowski.
Ze statystyk policji wynika, że tylko w ubiegłym roku doszło do 2,8 tys. wypadków drogowych z udziałem dzieci w wieku do 14 lat. Zginęło 70 dzieci, ponad 3 tys. doznało obrażeń. W porównaniu do 2006 roku liczba wypadków z udziałem dzieci spadła o blisko połowę, zabitych o ponad 53 proc., a rannych o 46 proc.
– Dzięki programowi dzieci będą bezpiecznie uczestniczyć w zatłoczonych miastach zarówno w charakterze pieszego, jak i rowerzysty – ocenia insp. Marek Konkolewski z Komendy Głównej Policji. – Bezpieczeństwo to towar, który musi być atrakcyjnie opakowany, rozreklamowany i w ten sposób sprzedawany najmłodszym uczestnikom ruchu drogowego. Dzięki temu polskie drogi będą bardziej bezpieczne. Naprawdę wielki szacunek dla organizatora kampanii, firmy McDonald’s, liczymy na kolejne dalsze edycje – dodaje.
W ubiegłym roku doszło do 458 wypadków z winy pieszych, którzy nie ukończyli 14 lat. Wraz z wiekiem, im bardziej dzieci stają się samodzielne, tym zagrożenie wypadkiem bardziej rośnie.
Tegoroczna edycja programu „Bezpieczna droga” była odpowiedzią na wciąż niewystarczającą świadomość dotyczącą noszenia odblasków. Pieszego, który porusza się po zmroku bez odblasku, prowadzący pojazd może dostrzec z odległości ok. 20 metrów. Widoczne odblaski zwiększają ten dystans do ponad 150 metrów.
Ponad 20 proc. mężczyzn z zaburzeniami erekcji stosuje leki z czarnego rynku. Są one nierzadko zagrożeniem dla zdrowia i życia
Prawie co czwarty Polak cierpiący z powodu zaburzenia erekcji szuka pomocy na czarnym rynku. Przyczyną jest wstyd przed rozmową z lekarzem lub farmaceutą. Dostępne w internecie fałszywe leki mogą jednak być zagrożeniem dla zdrowia, a nawet życia. Wiele z nich zawiera bowiem źle dobrane substancje czynne, substancje nie dopuszczone do użytku, a nawet toksyny.
Zaburzenia erekcji to problem dotykający 10 proc. populacji mężczyzn na całym świecie. W Polsce według szacunków Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej z tego powodu cierpi blisko 1,7 mln panów. Z badań GfK Polonia wynika jednak, że aż 65 proc. z nich, głównie z powodu wstydu i lęku przed kompromitacją w oczach partnerki, nie podejmuje leczenia u lekarza specjalisty. Niektórzy zdają się na ziołowe preparaty apteczne sprzedawane bez recepty, a 22 proc. szuka pomocy na czarnym rynku.
– Główny powód to łatwa dostępność, bo kliknie i zamówi, a także eliminacja poczucia wstydu. Bo tak to trzeba pójść, rozmawiać w cztery oczy, potrzebne są badania, a tu zachowuje dyskrecję i sobie ściąga tego typu preparat. Bariera wstydu jest bardzo istotna – mówi prof. Zbigniew Lew-Starowicz agencji informacyjnej Newseria Lifestyle.
Z badań GfK Polonia wynika, że łatwa dostępność preparatów sprzedawanych bez recepty jest istotna dla prawie 80 proc. respondentów. Są to zazwyczaj suplementy diety, rzadko przynoszące oczekiwane rezultaty, niemające jednak negatywnego wpływu na organizm człowieka. W przeciwieństwie do nich podróbki leków sprzedawane przez internet i mogą zagrozić zdrowiu lub życiu zażywających je osób. Często zawierają bowiem substancje niedopuszczone do sprzedaży, a nawet toksyczne.
– Druga grupa to są preparaty sprowadzane z tanich krajów, gdzie jest masowa produkcja, np. Indie. Jaka jest wartość tych preparatów, nikt nie wie. Mogę mówić tylko o moich pacjentach, którzy nie poczuli działania. Zapłacili, byli przekonani, że to lek, ale nie zauważyli poprawy. To są preparaty raczej marnej jakości – mówi prof. Zbigniew Lew-Starowicz.
Wiele z fałszywych preparatów na potencję zawiera także źle dobrane substancje czynne, co także może mieć negatywne skutki dla organizmu człowieka. Producentom zdarza się ponadto ukryć informację o tym, że preparat zawiera substancje czynne, np. sildenafil, obecny w takich lekach na receptę jak Viagra.
– Preparat kosztuje dużo, pacjent odczuwa działanie i wierzy, że to jest ten skład chemiczny, witaminy, selen, cynk i tym podobne rzeczy, jakieś ziołowe z Afryki i nie wie, że przyjmuje też sildenafil w małej dawce i to jest tak przemycone. To są zgoła przestępcze działania – mówi prof. Zbigniew Lew-Starowicz.
Producenci fałszywych leków bardzo często stosują nieuczciwą formę reklamy. Informację o leku wysyłają pocztą elektroniczną, podając fałszywą informację, że lek poleca znany specjalista. Prof. Zbigniew Lew-Starowicz twierdzi, że jego nazwisko niejednokrotnie zostało wykorzystane w ten sposób do promocji nielegalnych produktów na potencję.
Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW w czerwcu 2016 r.
- Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na Głównym Rynku o 5,9% rdr przy rosnącej liczbie transakcji (+15,5% rdr)
- Wzrost wolumenów obrotu kontraktami terminowymi na indeksy o 18,9% rdr, a kontraktami terminowymi na akcje – o 43,1%
- Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji wzrosła o 12,7% rdr, a łączna wartości obrotu na rynku Catalyst o 230,4% rdr
- Wzrost wolumenu obrotu gazem na rynku terminowym o 9,8% rdr oraz o 9,0% na rynku spot
- Wzrost wolumenu obrotu energią elektryczną na rynku spot o 31,1% w porównaniu z czerwcem 2015 r.
Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku osiągnęła w czerwcu 2016 r. poziom 16,8 mld zł, czyli o 18,5% mniej niż rok wcześniej. Jednocześnie liczba transakcji w czerwcu 2016 r. wyniosła 1,5 mln, odnotowując wzrost o 15,5% rok do roku. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na Głównym Rynku wyniosła w czerwcu 2016 r. 694,3 mln zł, natomiast na rynku NewConnect – 3,7 mln zł. Wartość indeksu WIG na koniec czerwca 2016 r. wyniosła 44 748,53 pkt i była o 16,1% niższa niż rok temu.
W czerwcu 2016 r. wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł 580,1 tys. szt., co oznacza wzrost o 18,9% wobec czerwca 2015 r. Wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł rok do roku o 43,1%, do poziomu 122,7 tys. szt.
Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji wyniosła na koniec czerwca 2016 r. 75,5 mld zł, co oznacza wzrost o 12,7% rok do roku. Łączna wartość obrotu na rynku Catalyst wzrosła o 230,4% w porównaniu z czerwcem 2015 r., do poziomu 782,9 mln zł.
Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w czerwcu 2016 r. wyniósł 12,1 TWh wobec 12,4 TWh rok wcześniej. Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym na rynkach spot i terminowym wyniósł w czerwcu 2016 r. 7,8 TWh w porównaniu z 7,1 TWh w czerwcu ubiegłego roku.
Wolumen obrotu prawami majątkowymi w czerwcu 2016 r. wyniósł 4,3 TWh, co oznacza wzrost o 26,8% w stosunku do czerwca 2015 r.
Kapitalizacja 430 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku (GR) na koniec czerwca 2016 r. wyniosła 496,1 mld zł. Łączna kapitalizacja 483 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na GR GPW wyniosła na koniec czerwca 2016 r. 913,1 mld zł.
Na Głównym Rynku w czerwcu br. zadebiutowała spółka Auto Partner. Wartość nowych akcji serii H wyniosła 50,6 mln zł.
W czerwcu 2016 r. na GPW odbyły się 22 sesje giełdowe, o 1 więcej niż rok wcześniej.
Nowe warszawskie biuro Deloitte
Ponad 11 tys. metrów kwadratowych powierzchni, 10 pięter, nowatorski sposób aranżacji powierzchni do pracy, a także zaangażowanie pracowników we współprojektowaniu biura w jednym z najnowocześniejszych biurowców w Polsce, a także cały szereg udogodnień pozwalających na efektywną pracę w nowoczesnej przestrzeni – to cechy nowego biura firmy doradczej Deloitte, która wprowadziła się właśnie do nowo otwartego, 42 kondygnacyjnego warszawskiego biurowca Q22.
– Zmiana siedziby to dla nas nie tylko zmiana adresu. W centrum uwagi stawiamy potrzeby pracujących u nas osób, dlatego liczymy, że zmiana filozofii funkcjonowania biura, na którą się zdecydowaliśmy, wzmocni komunikację pomiędzy nimi, w tym również tę międzypokoleniową. Dodatkowo pozwoli na efektywniejsze dzielenie się wiedzą. Nowa aranżacja powoduje, że częściej się widujemy i rozmawiamy ze sobą, a to już wzmacnia proces wymiany wiedzy i doświadczeń – mówi Marek Metrycki, prezes Deloitte w Polsce. – Zmiana w funkcjonowaniu biura jest również dostrzegana przez naszych klientów. Do spotkań z nimi przeznaczyliśmy przestrzeń z fantastycznym widokiem na panoramę Warszawy – dodaje.
Firma Deloitte wybrała Q22 ze względu na prestiż budynku i jego dogodną lokalizację w centrum Warszawy, w pobliżu metra, Dworca Centralnego, jak również kluczowych linii komunikacyjnych, co jest istotne dla pracowników i klientów. Ważny był również wysoki standard wykończenia i możliwość zaaranżowania biura wedle własnych potrzeb. – Chcieliśmy stworzyć biuro na miarę XXI wieku, które podąża za zmianami technologicznymi i kulturowymi oraz gdzie nasza firma będzie mogła się dalej dynamicznie rozwijać. Jednocześnie chcieliśmy, aby aranżacja nowego biura zapewniła nam maksymalną efektywność i komfort bez względu na sposób wykonywania pracy – uzupełnia Tomasz Kacprzak, Dyrektor Finansowy Deloitte.
Deloitte zajmie w Q22 łącznie 11 000 metrów kwadratowych powierzchni na 10 piętrach. Z początkiem grudnia 2016 roku zajmie kolejne trzy piętra o powierzchni prawie 3000 metrów kwadratowych. Wiąże się to ze stałym rozwojem firmy, włączeniem nowych linii serwisowych do oferty firmy i zwiększonym zatrudnieniem. Łącznie polski oddział firmy zajmie w Q22 prawie 14 000 m2.
Biuro współprojektują pracownicy
– Chcieliśmy, aby nasze biuro odpowiadało na potrzeby pracowników. Do pracy w grupach dyskusyjnych i opiniujących pomysły na planowanie przestrzeni w nowym biurze zaprosiliśmy pracowników z różnych działów i z różnym doświadczeniem. Dodatkowo wszystkich zaprosiliśmy do współprojektowania biura i dzielenia się własnymi pomysłami na specjalnie w tym celu stworzonej wirtualnej platformie pomysłów – wskazuje Krzysztof Kwiecień, Dyrektor HR w Deloitte w Polsce i Europie Środkowej. To tam pracownicy mogli zgłaszać swoje pomysły, między innymi na wystrój przestrzeni, salek spotkań, kuchni czy kafeterii. Przez 3 miesiące działania platformy zebrano 95 pomysłów, a z narzędzia skorzystało 337 osób. Na 95 pomysłów oddano 1500 głosów. Najlepsze pomysły zostały nagrodzone, a te z największym potencjałem wdrożone w nowym biurze.
Zorganizowane zostały również specjalne warsztaty z udziałem pracowników, na których każdy mógł wziąć udział w dyskusji na temat udogodnień dla rowerzystów i motocyklistów planowanych w budynku. Grupa chętnych testowała także różne rodzaje wyposażenia, między innymi krzesła. W dotychczasowym biurze zorganizowano także „przestrzeń pokazową” – czyli próbkę aranżacji jaka powstanie w nowej siedzibie, tak, aby każdy mógł przetestować projektowane rozwiązania.
Przestrzeń dostosowana do zadań, nie siedzenia za biurkiem
Aby wyjść naprzeciw potrzebom pracowników i klientów, powierzchnia zajmowana przez Deloitte została w dużej części zaaranżowana zgodnie z zasadami Activity Based Workplace. Biuro podzielone zostało na specjalne, różniące się od siebie strefy, przeznaczone do nieformalnych spotkań, pracy zespołowej, pracy kreatywnej, pracy projektowej oraz odpoczynku.
Większa część powierzchni zajmowanej przez Deloitte jest przestrzenią otwartą (tzw. open space), a zdecydowana większość biurek nie jest przypisana do konkretnych osób (z wyjątkiem dyrektorów oraz działów wewnętrznych). Wszystkie pokoje partnerów podczas ich nieobecności będą dostępne do dyspozycji pozostałych pracowników, jako pokoje spotkań. W nowym biurze znalazły się również niewielkie pomieszczenia do realizacji zadań wymagających skupienia i koncentracji. W budynku pojawiły się elementy wygłuszające i tłumiące hałas, a do dyspozycji są również niewielkie pokoje przeznaczone do rozmów telefonicznych. W procesie projektowania powierzchni biurowej zaplanowano też rozmieszczenie dużej liczby ekranów. Pozwalają one na ograniczenie drukowania dokumentów w formie papierowej. Nowy system sprzyja więc również ochronie środowiska.
– Osiemdziesiąt procent naszych pracowników stanowią osoby, które nie ukończyły jeszcze 35 roku życia, czyli tzw. Milenialsi, Nie mieliśmy wątpliwości, że powinniśmy dostosować naszą nową siedzibę do stylu życia oraz oczekiwań naszych pracowników, wynikających chociażby z chęci zachowania równowagi pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym. Sztywne i niezmienne reguły funkcjonowania nie sprzyjają kreatywnej, a przede wszystkim efektywnej pracy – wyjaśnia Krzysztof Kwiecień.
Biuro to nie tylko miejsce do pracy
Do dyspozycji pracowników, klientów i gości Deloitte oddano kafeterię, w której także znajdują się miejsca do pracy. W kafeterii, na 20 piętrze w biurze Deloitte działać będzie popularna sieciowa kawiarnia Green Caffè Nero. Pracownicy będą tam mogli nieodpłatnie zamówić wszystkie gorące i zimne napoje, w tym napoje gazowane. Kawę przygotowywać będą profesjonalni bariści, a obsługa będzie na takim samym poziomie jak w każdej kawiarni tej sieci. Kawiarnia zaoferuje również zimne przekąski, kanapki, sałatki, kisze oraz słodkie przekąski. Pracownicy otrzymają zniżkę na ich zakup. Operator kawiarni odpowiedzialny będzie również za sprzedaż wózkową kanapek oraz zestawów obiadowych na wszystkich 10 piętrach biura Deloitte.
Oprócz tego na 14-tym piętrze budynku mieści się nieodpłatny Fitness Club dla pracowników wszystkich najemców Q22 oraz duże centrum konferencyjne. Z inicjatywy Deloitte znalazł się tam również pokój opieki nad dziećmi, którymi zajmują się wykwalifikowane opiekunki. Na parterze budynku znajdzie się restauracja, kawiarnie, pralnia oraz biuro podróży. Na podziemnym parkingu znalazło się 118 miejsc parkingowych dla rowerzystów, mają oni także do dyspozycji szatnię z prysznicami oraz specjalny warsztat, gdzie można dokonać drobnych napraw roweru. Łazienki na poszczególnych piętrach także wyposażone są w prysznice.
W niedalekiej przyszłości Deloitte udostępni pracownikom także specjalną aplikację na smartfony, w której znajdą nie tylko interaktywną mapę biura, ale także informacje o udogodnieniach w całym budynku, a także w jego najbliższym otoczeniu.
– Cieszymy się, że możemy powitać w Q22 firmę Deloitte, znaną ze swojej innowacyjności oraz tego, że jej biura są dla pracowników miejscem, w którym mogą rozwijać kreatywność oraz zwiększać efektywność. To typ partnera, z którym lubimy pracować najbardziej, ponieważ wyznajemy te same wartości. Jesteśmy dumni, że mogliśmy stworzyć dla Deloitte’a biuro przyszłości – mówi Nicklas Lindberg, CEO Echo Investment.
Q22 otrzymał certyfikat ekologiczny BREEAM Interim Excellent, z najwyższym w tej kategorii wynikiem w Polsce (79,1 proc.). Projekt budynku powstał w renomowanej pracowni architektonicznej Kuryłowicz & Associates. Właścicielem budynku jest firma Echo Investment.
Marcin Krasoń, Home Broker: Ponad połowa mieszkań kupowana jest za gotówkę

Z analizy transakcji mieszkaniowych dokonanych przez klientów Home Brokera wynika, że przez pierwszych pięć miesięcy 2015 r. w przypadku 54,2 proc. mieszkań kupowanych lub sprzedawanych za pośrednictwem firmy kredyt hipoteczny nie był potrzebny.
Warto jednak zauważyć, że w poszczególnych miastach zaobserwowaliśmy spore zróżnicowanie współczynnika zakupów gotówkowych. Spośród przebadanych przez Home Brokera rynków najczęściej z kredytu mieszkaniowego klienci korzystają we Wrocławiu i Gdańsku. To dwa z trzech dużych ośrodków, w których kredyt wykorzystywany jest częściej niż przy połowie transakcji. Trzecim jest Warszawa.
W dużych miastach więcej kredytów
W w/w miastach mamy do czynienia z wysokimi cenami nieruchomości, co bez wątpienia wpływa na potrzebę wsparcia zakupu mieszkania kredytem. Wg ostatniego notowania Indeksu Cen Transakcyjnych Home Brokera i Open Finance, mediana ceny metra kwadratowego dla Gdańska to 4993 zł, dla Wrocławia 5571 zł, a dla Warszawy – 7233 zł. Warszawa jest oczywiście miastem najdroższym, ale odsetek klientów gotówkowych nie jest tam najniższy (49 proc., a np. we Wrocławiu 42 proc.), jest to spowodowane sporą liczbą osób kupujących w stolicy mieszkania czysto inwestycyjnie – tacy klienci rzadziej korzystają z pożyczki, bo obniża to rentowność ich inwestycji.
W czterech przebadanych przez HB miastach odsetek transakcji gotówkowych przekroczył 60 proc., a w pięciu kolejnych – 70. Zwykle są to mniejsze rynki takie jak Kielce (74 proc.), Bielsko-Biała (74 proc.), Częstochowa czy Płock.
Łódź wyjątkiem potwierdzającym regułę
Ale jest wśród nich miasto duże, a mowa o Łodzi, gdzie 70 proc. tegorocznych transakcji mieszkaniowych zostało rozliczonych bez pomocy bankowego kredytu. To trzeci największy ośrodek miejski w Polsce (ponad 700 tys. mieszkańców), jednak z dość specyficznym rynkiem nieruchomości. Mieszkania w Łodzi są, na tle innych dużych miast, tanie (4 232 zł za mkw.), a bliskość Warszawy sprawia, że nie brakuje na rynku osób z zasobnym portfelem. W efekcie kredyt mieszkaniowy jest potrzebny rzadziej niż w innych miastach podobnej wielkości.
Rosnąca liczba klientów gotówkowych to efekt stabilizacji na rynku mieszkaniowym oraz niskich stóp procentowych. Tani kredyt nie przekłada się bowiem na popularność tej formy finansowania zakupu mieszkania. Za to niskie stopy procentowe, które powodują też obniżkę oprocentowania depozytów bankowych i obligacji skarbowych, a to zniechęca część klientów do trzymania pieniędzy na tych instrumentach. Szukają alternatyw i jedną z nich jest rynek nieruchomości. To widać także po wynikach sprzedaży deweloperów, którzy notują rekordowe wyniki. Z danych firmy REAS wynika, że w pierwszym kwartale 2015 r. liczba transakcji na rynku pierwotnym na sześciu najważniejszych rynkach wyniosła rekordowe 11,5 tys. mieszkań. Przez ostatnich 12 mies. sprzedano 43,5 tys. lokali, o 20 proc. więcej niż w rekordowych latach 2007 i 2013.
Marcin Krasoń, Home Broker
Będzie MdM na rynku wtórnym?

Podczas wczorajszego posiedzenia podkomisji obradującej nad nowelizacją ustawy o Mieszkaniu dla Młodych pojawiła się i została przegłosowana, rewolucyjna propozycja włączenia do niego rynku wtórnego. Podtrzymany został też pomysł zwiększenia dostępności oraz kwot dopłat dla rodzin wielodzietnych.
Dla kogo dopłaty w MdM?
Wg stanu na dziś, aby skorzystać z rządowego dofinansowania, należy kupować mieszkanie z rynku pierwotnego, które mieści się w limicie cenowym dla danej lokalizacji oraz spełnia warunek powierzchniowy (75 mkw. dla mieszkań i 100 mkw. dla domów – o 10 mkw. więcej w przypadku rodziców z co najmniej trójką dzieci). Ważne jednak, że mieszkanie może pochodzić jedynie z rynku pierwotnego i musi być kupione na kredyt w złotych rozliczony na co najmniej 15 lat i w kwocie odpowiadającej co najmniej połowie ceny nabywanej nieruchomości. O dofinansowanie mogą ubiegać się osoby do 35. Roku życia, zarówno single, jak i małżeństwa, bez względu na to, czy mają dzieci.
Katalog beneficjentów programu nie zostanie zmieniony, ale rząd od początku chce ułatwić dostęp do niego rodzinom wielodzietnym (czyli z co najmniej trójką dzieci) oraz dać możliwość zakupu mieszkania od spółdzielni mieszkaniowych.
Więcej dla rodzin wielodzietnych
Beneficjenci z co najmniej trójką dzieci będą mogli otrzymać dopłatę kupując kolejną nieruchomość, a nie tylko pierwszą. Dodatkowo, osoby takie mogą też liczyć na wyższe dopłaty i to podwójnie. Z jednej strony bowiem dofinansowanie dla nich będzie się liczyć maksymalnie do 65 mkw. (a nie do 50 mkw. jak dla pozostałych), z drugiej zaś wprowadzona ma zostać zasada, wg której kwota dopłaty zależeć będzie od liczby dzieci. Dotąd na 10 proc. wartości odtworzeniowej mogli liczyć beneficjenci bezdzietni, a na się15 proc. ci z potomstwem. Po zmianach 15 proc. ma być dostępne dla kredytobiorców z jednym dzieckiem, tym z dwójką przypadnie 20 proc., a z trójką – aż 30 proc. wartości odtworzeniowej mieszkania. W efekcie połączenia obu w/w zmian dopłaty dla kredytobiorców z co najmniej trójką dzieci wzrosną o 160 proc.
Rynek wtórny w MdM
Teraz pojawił się całkowicie nowy pomysł, który może zrewolucjonizować program MdM. Chodzi o wprowadzenie możliwości skorzystania z rynku wtórnego przez osoby kupujące mieszkanie z drugiej ręki. To bardzo istotna zmiana, bo daje szansę na dopłaty osobom kupującym nieruchomości w miejscowościach gdzie deweloperzy ani spółdzielnie nie budują. Ich działalność koncentruje się bowiem w dużych miastach, a w wielu miejscowościach rynek mieszkań to tylko nieruchomości z drugiej ręki. Budownictwo w nich opiera się na inwestycjach realizowanych przez osoby fizyczne na własny użytek (budownictwo indywidualne), a ktoś taki nie jest uprawiony do skorzystania z dopłat MdM, a jedynie może liczyć na zwrot VAT za materiały budowlane, a to i tak tylko jeśli buduje dom o powierzchni do 100 mkw. (110 mkw. dla rodzin wielodzietnych).
Warto jednak dodać, że wg pomysłu podkomisji mieszkania z rynku wtórnego mają mieć inne limity cen kwalifikujące nieruchomość do programu MdM. W przypadku rynku pierwotnego jest to 110 proc. średniego wskaźnika odtworzeniowego, dla mieszkań z drugiej ręki ma to być 90 proc. W efekcie na przykład w Warszawie limit dla rynku pierwotnego wynosi 6 588,32 zł, a przy tych założeniach na rynku wtórnym będzie to 5 390,44 zł.
Włączenie do Mieszkania dla Młodych rynku wtórnego sprawi, że dopłaty staną się dostępne dla osób mieszkających z dala od głównych ośrodków miejskich oraz kupujących tańsze mieszkania używane. Należy jednak pamiętać, że propozycja podkomisji (choć przyjęta głosami Platformy Obywatelskiej) może, lecz nie musi zostać przyjęta przez parlament. Przedwyborcza mobilizacja daje szansę na to, że zmiany wejdą w życie w trzecim kwartale 2015 roku.
Czynszówki dla niezamożnych
Jednocześnie skierowano do sejmu projekt nowelizacji ustawy o czynszówkach, który zakłada reaktywację społecznego budownictwa czynszowego. Kosztem 750 mln zł rząd chce wspierać budowanie mieszkań przeznaczonych dla osób o umiarkowanych dochodach, które z jednej strony mają problem z otrzymaniem lokalu komunalnego, a z drugiej nie stać ich na zakup własnego lokalu. Pomysł zakłada, że osoby takie będą mogły wynajmować mieszkanie na atrakcyjnych warunkach, roczny czynsz nie będzie mógł przekraczać 5 proc. wartości odtworzeniowej dla danej lokalizacji, co oznacza, że np. w Warszawie 50-metrowe mieszkanie wynajmiemy za około 1200 zł miesięcznie.
Wg projektu o mieszkanie ubiegać będą się mogły osoby spełniające kryterium dochodowe. Np. w Warszawie w przypadku singla nie może to być więcej niż 2,8 tys. zł netto miesięcznie, a dla rodziny trzyosobowej kwota ta wynosi 5,7 tys. zł.
Marcin Krasoń, Home Broker
Spokojny początek ciekawego tygodnia
lipiec 04, 2016 13:50
Spokojny poniedziałek obserwujemy na rynkach finansowych. Giełdy w Stanach Zjednoczonych nie działają ze względu Święto Niepodległości, a pozostałe cechuje niewielka zmienność, nie licząc warszawskiego parkietu, którego główny indeks spadał w pewnym momencie prawie 3%. Wszystko za sprawą nowych pomysłów dotyczących OFE.
Pokusy partii rządzącej na środki pozostałe w OFE spowodowały przecenę na warszawskim parkiecie, choć trzeba przyznać, że po południu straty zostały odrobione. Ponadto rynki działają raczej w lekkim uśpieniu ze względu na dzień wolny w Stanach Zjednoczonych. Ruch w górę kontynuuje złoto, które sukcesywnie zmierza w stronę 1400 USD za uncję.
Spokojny początek nie oznacza nudnego całego tygodnia. Już jutro poznamy indeksy PMI tym razem dla usług. W środę zostaną opublikowane „minutki” Fedu z czerwcowego posiedzenia, choć trzeba przyznać, że protokół raczej nie będzie miał dużego wpływu na rynki, gdyż posiedzenie FOMC odbyło się przed referendum w Wielkiej Brytanii, a obecnie jak wiadomo sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Z kolei koniec tygodnia będzie zdominowany przez dane z amerykańskiego rynku pracy. W czwartek poznamy zmianę zatrudnienia w sektorze pozarolniczym według ADP, a w piątek dane rządowe.
Stopy procentowe
W połowie tygodnia odbędzie się posiedzenie RPP, które prawdopodobnie nie przyniesie żadnych zmian stóp procentowych, ani kierunku prowadzonej polityki pieniężnej. Polski złoty odrobił część strat wywołanych Brexitem, a więc zapewne bank stwierdzi, że przygląda się sytuacji i trzyma rękę na pulsie. Zapewne zostanie również stwierdzone, że utrzymująca się deflacja jest spowodowana czynnikami zewnętrznymi. Raczej nie należy spodziewać reakcji na rynku walutowym w związku z posiedzeniem.
Dzisiaj polski złoty jest najsłabszą walutą z koszyka walut krajów wschodzących. Niestety wszelkie zawirowania wokół systemu emerytalnego szkodzą rodzimej walucie, bez względu na to, czy w dłuższym terminie spowodują lepsze warunki finansowe przyszłym emerytur.
Bartosz Zawadzki
Szef Działu Analiz
Popołudniowy komentarz walutowy z 04.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Popołudniowy komentarz walutowy z 04.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Srebro, srebro odleciało
lipiec 04, 2016 10:00
Srebro, lepsze od złota, wyskoczyło do góry, a wręcz zrobiło historyczny rajd, którego nikt nie zapomni. Na początku 2016 roku za uncję srebra należało zapłacić 13 USD, teraz jest to 20 USD, a tym samym srebro jest najdroższe od 2014 roku.
Według najnowszego raportu World Gold Council bardzo duży popyt zgłaszają fundusze ETF, których status zobowiązuje do nabywania fizycznego złota za nowy kapitał. Jest to sygnał, który przemawia za kontynuacją długoterminowego trendu wzrostowego.
Analiza techniczna idzie w zgodzie z analizą fundamentalną. Przełamanie, bardzo mocnego, tygodniowego oporu 18.62 było bardzo istotne. Pomimo tego należy spodziewać się korekty ostatnich wzrostów, które był zbyt duże oraz nagłe.
Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych
Ropa WTI – w oczekiwaniu na korektę
lipiec 04, 2016 11:50
Ropa naftowa WTI od dłuższego czasu porusza się w kanale wzrostowym. Aktualnie strona popytowa walczy o utrzymanie dalszych wzrostów, jednak mogą być to rychłe nadzieje. Po tak dużym rajdzie, bez większej korekty, odreagowanie jest wskazane. Dolne ograniczenie formacji utrzymującej trend wzrostowy zostało już nadszarpnięte, a nawet pokonane. Przed spadkami notowania ropy WTI bronione są jedynie przez dzienne wsparcie 46.40-47.60.
Dodatkowo analiza fundamentalna wskazuje na możliwość większej korekty. Poprawiająca się sytuacja w Libii może doprowadzić do połączenia dwóch, największych koncernów eksportujących ropę naftową, a to będzie skutkowało zwiększoną produkcją. Z drugiej strony ataki rebeliantów na rurociągi w Nigerii obniża światową produkcję tegoż surowca. Pomimo tego bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja korekty ostatnich wzrostów.
Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych
Tłumaczenia norweski
Biuro Tłumaczeń 123Tlumacz.pl powstało z prawdziwej pasji do języków. W ofercie znajdą Państwo tłumaczenia zwykłe i uwierzytelnione (zwane również przysięgłymi), z języka polskiego na język norweski i w drugą stronę.
Tłumaczenia techniczne norweski
W Biurze Tłumaczeń 123 Sp. z o.o. wykonasz tłumaczenia techniczne, przekłady specyfikacji technicznych, kart gwarancyjnych, instrukcji budowy i konserwacji maszyn, korespondencji biurowej, handlowej, ofert handlowych, CV, listów motywacyjnych, umów o pracę, korespondencji prywatnej, stron WWW, folderów reklamowych, etykiet, wypisów ze szpitala, wyników badań lekarskich, artykułów naukowych, m.in. z zakresu ekologii, weterynarii, turystyki, rolnictwa, historii, sztuki, marketingu i medycyny.
Wielu tłumaczy posiada uprawnienia NOT (Naczelnej Organizacji Technicznej), dzięki czemu Biuro Tłumaczeń może wykonać dla Państwa nawet najbardziej specjalistyczne przekłady. Ponadto świetnie znają norweskie realia, norweski rynek pracy, przepisy BHP, branże, w których pracują Polacy, tryb działania norweskich instytucji itp. W związku z tym mogą oni udzielić naszym Klientom cennych informacji i doraźnej pomocy translatorskiej, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Tłumaczenia norweski
Każda wycena traktowana jest indywidualnie i uwzględnia objętość tekstu, jego tematykę oraz czas potrzebny na realizacje zamówienia. Biuro nie stosuje sztywnych stawek, dostosowując się tym samym do oczekiwań Klientów.
Wychodzimy naprzeciw wymaganiom rynku translatorskiego i oferujemy atrakcyjne ceny, rabaty i dogodne warunki rozliczenia.
Jesteśmy do Państwa dyspozycji w razie pytań lub wątpliwości. Nasi konsultanci są dostępni mailowo, telefonicznie lub bezpośrednio w siedzibie biura znajdującego się w centrum Krakowa.
Tłumaczenia mołdawski

Zgodnie z przyjętą polityką gwarantujemy również najwyższą jakoś dokonywanych przekładów oraz pełną poufność powierzanych nam dokumentów i tekstów. Współpraca z native speakerami języka mołdawskiego powoduje, że podejmujemy się realizacji zamówień z dziedzin wiedzy takich jak: prawo, ekonomia, medycyna, górnictwo, hutnictwo, motoryzacja, budownictwo, energetyka, maszynoznawstwo, transport, nowoczesne media elektroniczne.
Praktyczna znajomość kultury, zwyczajów i mentalności Mołdawian oraz liczne rekomendacje od zadowolonych Klientów sprawiają, że nasza oferta z pewnością sprosta Państwa wymaganiom. Nie stosujemy sztywnych stawek za tłumaczenia, aby ostateczny koszt dostosować do poziomu trudności tekstu, jego objętości oraz czasu realizacji zamówienia. Stałym Klientom oferujemy ponadto atrakcyjne rabaty i dogodne warunki płatności.
Mimo że siedziba naszego biura tłumaczeń znajduje się w centrum Krakowa, to jej zakres działania jest ogólnopolski, a nawet przekraczający granicę. Nie odrzucamy żadnego zamówienia, a w razie potrzeby konsultujemy się z niezależnymi ekspertami w danej dziedzinie.
Nowe procedury ratunkiem dla upadających firm
Ustawodawca dostrzegł, że postępowania upadłościowe trwają za długo. Postępowania restrukturyzacyjne są dziś przewidziane na znacznie krótszy czas i zdaniem ekspertów, nowe procedury mają przed sobą przyszłość. Najdłużej mają trwać postępowania sanacyjne prowadzące do poprawy sytuacji w firmie. Obecnie wprowadzone są nowe rozwiązania, które mają zdecydowanie uprości procedury. Postępowania restrukturyzacyjne pozwalają na uratowanie przedsiębiorstw i zachowanie miejsc pracy. Więcej w materiale wideo.
Gdzie leżeć będą punkty sporu między Unią a Wielką Brytanią?
Decyzja o wyjściu Wielkiej Brytanii już zapadła, teraz sprawy, które od lat były ważnym elementem życia w ramach Wspólnoty podlegać będzie negocjacjom. – Trudnym punktem będą finanse. Wielka Brytania dokłada się cały czas do budżetu Unii, a przypomnijmy, że nawet po wynegocjowanym przez siebie rabacie, ciągle jest płatnikiem netto. Im szybciej Brytyjczycy zdecydują się na zabranie swoich pieniędzy ze stołu, tym gorzej dla Polski – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny analityk XTB. Więcej w materiale wideo.
To kiedy był ten "Brexit"?
lipiec 04, 2016 10:25
Od referendum w Wielkiej Brytanii minęło ponad tydzień. Każdy spodziewał się wielkiej zapaści na rynku akcji oraz obligacji. Jednak rynek zrobił zwrot, od ostatniego poniedziałku prym we wzrostach wiedzie indeks 100 największych, brytyjskich spółek zyskując ponad 9%, następny jest DAX oraz S&P 500. Tutaj wzrosty wynoszą odpowiednio 5,37% oraz 5,12%.
Wynik jest naprawdę imponujący jak na nadchodzący kryzys, który został przełożony. Pomoc przyszła ze strony Banków Centralnych, które mają zamiar dofinansować globalny rynek finansowe niższymi stopami procentowymi, a także dodrukiem „pustego” pieniądza.
Jeżeli Banki Centralne utrzymają ton ostatnich wypowiedzi, to bardzo prawdopodobne są nowe szczyty na S&P 500 oraz FTSE 100, natomiast DAX 30 oraz niemiecka gospodarka boryka się z innymi problemami, które mogą uniemożliwić osiągnięcie nowych szczytów.
Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych
Najczęściej popełniany błąd przy podpisywaniu umowy najmu mieszkania
Umowa najmu określa prawa i obowiązki najemcy oraz wynajmującego. Daje ona pewność, że wszystko przeprowadzone jest legalnie a w razie sytuacji spornej można zawsze do niej sięgnąć i powołać się na jej zapisy.
W internecie są ogólnodostępne umowy, które pełne są błędów. Umowa powinna np. zawierać cenę najmu i informację, kto pokrywa czynsz administracyjny. Wadą jest stosowanie zapisu o okresie wypowiedzenia w przypadku zawarcia umowy na czas oznaczony. Okres wypowiedzenia np. trzymiesięczny okres stosujemy wyłącznie w umowach zawartych na czas nieoznaczony.
Najczęściej popełnianym błędem przez klientów jest zawieranie umów na czas oznaczony z zachowaniem terminu wypowiedzenia np dwóch miesięcy. Prawo nie przewiduje takiego rozwiązania. Więcej w materiale wideo.
Komentarz walutowy z 04.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 04.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Nowi partnerzy w firmie doradczej EY
Od 1 lipca cztery osoby zostały partnerami w firmie doradczej EY. Agnieszka Nalewajko i Przemysław Orlonek obejmą nowe stanowiska w Dziale Audytu, a Dorota Pokrop i Marek Jarocki w Dziale Doradztwa Podatkowego.
Marek Jarocki jest partnerem w Dziale Doradztwa Podatkowego w Zespole People Advisory Services, gdzie specjalizuje się w podatku PIT oraz doradztwie w obszarze kapitału ludzkiego. Jest licencjonowanym doradcą podatkowym.
Marek jest autorem wielu publikacji dotyczących podatków dochodowych i ubezpieczeń społecznych a także współautorem komentarza do ustawy o PIT. Obecnie rozwija współpracę z sektorem małych i średnich firm oraz z przedsiębiorstwami rodzinnymi. Wspiera także program EY Przedsiębiorca Roku.
Agnieszka Nalewajko jest partnerem w Dziale Audytu. Specjalizuje się w badaniu sprawozdań finansowych spółek z sektora produkcyjnego, transportowo-logistycznego, handlowego oraz wodno-kanalizacyjnego, a także w projektach związanych z badaniem kontroli wewnętrznych. Jest Biegłym Rewidentem i posiada uprawnienia ACCA.
Agnieszka jest ekspertem w badaniu i doradztwie dla podmiotów z sektora SSC, stworzyła od podstaw 70-osobowy zespół Centralnego Wsparcia Audytu (SSC) w Łodzi, którym zarządza. Jest liderem innowacyjności i transformacji usług audytorskich w regionie CSE, gdzie wdraża nowe narzędzia pracy.
Od lipca dołącza do zespołu we Wrocławiu, gdzie będzie wspierać rozwój działalności i usług EY w regionie dolnośląskim. Dodatkowo będzie rozwijać usługi doradcze i audytorskie dla sektora usług wspólnych (SSC) w regionie CSE. W firmie doradczej EY pracuje od 1998 roku.
Od lat wspiera inicjatywy CSR, współpracuje m.in. z Uniwersytetem Łódzkim i Akademią Rozwoju Filantropii w Polsce, jest audytorem konkursu „Dobroczyńca Roku”.
Przemysław Orlonek jest partnerem w Dziale Audytu. Ma szerokie doświadczenie w zakresie świadczenia usług zarówno dla oddziałów dużych, międzynarodowych korporacji, jak i firm krajowych. Obszar specjalizacji: spółki handlowe – hurtowe i detaliczne, firmy produkcyjne oraz spółki operujące na rynku nieruchomości. Ściśle współpracuje i rozwija portfolio klientów z kapitałem koreańskim i francuskim. Nadzoruje realizację projektów klientów z całego świata m.in. Stanów Zjednoczonych, Europy i Azji.
Od wielu lat zaangażowany w realizację konkursu EY Przedsiębiorca Roku. Od 2003 roku posiada uprawnienia Biegłego Rewidenta. Członek Association of Chartered Certified Accountants (ACCA). Absolwent Advanced Management Program w IESE Business School w Barcelonie, University of Navarra. W EY pracuje od 2002 roku.
Dorota Pokrop jest partnerem w Dziale Doradztwa Podatkowego. Specjalizuje się w obszarze podatków pośrednich – VAT oraz cła. Jest licencjonowanym doradcą podatkowym. Od 2014 roku zarządza zespołem zajmującym się doradztwem w zakresie podatków pośrednich dla sektora publicznego. Koordynuje złożone projekty obejmujące różne kraje i jurysdykcje.
Jest współautorką publikacji „VAT 2013 wraz z komentarzem ekspertów EY”, która jest wyjaśnieniem największej od przystąpienia Polski do Unii Europejskiej nowelizacji ustawy o podatku od towarów i usług. Dorota jest autorką licznych komentarzy w prasie i mediach elektronicznych. Pracuje w EY od 2002 roku.
Nadużycia giełdowe pod większą kontrolą? Od 3 lipca wchodzą w życie ważne zmiany dla spółek i inwestorów
Większa ochrona akcjonariuszy, wyższe kary za ujawnianie i wykorzystanie informacji poufnych, wprowadzenie osobistej odpowiedzialności członków zarządu za nieprawidłowe wywiązywanie się z obowiązków informacyjnych – to główne zmiany, jakie wprowadza nowe prawo. 3 lipca wchodzi w życie rozporządzenie Market Abuse Regulation (MAR) oraz dyrektywa Market Abuse Direcitve (MAD), które ujednolicają przepisy obowiązujące spółki notowane na giełdzie. Nowe prawo wymusza na spółkach większą aktywność w raportowaniu informacji cenotwórczych.
Głównym celem nowych przepisów jest zapobieganie nadużyciom i uszczelnianie systemu na rynku finansowym. Zgodnie z wchodzącymi w życie regulacjami, wybrane strategie w handlu wysokiej częstotliwości, czyli handlu prowadzonego za pomocą specjalnie zaprogramowanych komputerów, są manipulacją. Nowe przepisy zakazują manipulowaniem poziomem stóp referencyjnych (np. EURIBOR, LIBOR). Wśród narzędzi przeciwdziałania nadużyciom i zapewnienia większej przejrzystości są nowe obowiązki sprawozdawcze dla emitentów.
Insider trading
Jedną z najpopularniejszych form oszustwa giełdowego jest zjawisko insider trading, które polega na wykorzystaniu lub ujawnieniu informacji poufnej na temat spółki. W efekcie może to zniekształcić wycenę emitowanego przez nią instrumentu finansowego. Powstała w ten sposób nierównowaga w dostępie do informacji między uczestnikami rynku może prowadzić do uzyskania nieuprawnionej korzyści przez jedną ze stron. – Zgodnie z zapisami MAR i MAD wykorzystanie informacji poufnej ma miejsce wówczas, gdy osoba dysponująca informacją poufną wykorzysta ją do sprzedaży lub kupna instrumentów finansowych na rachunek własny lub na rzecz osoby trzeciej. Działanie takie może mieć charakter pośredni lub bezpośredni. Bezprawnym ujawnieniem informacji poufnej jest też przekazanie jej osobie nieupoważnionej. Jedynym wyjątkiem jest sytuacja, gdy ujawnienie odbywa się w zwykłym toku zatrudnienia, wykonywania zawodu lub obowiązków – tłumaczy Jakub Kraszkiewicz, Partner, Zespół Zarządzania Ryzykiem Nadużyć, EY. Nowe regulacje zaostrzać będą potencjalne sankcje za działania tego typu. W przypadku ujawnienia informacji poufnych, Komisja Nadzoru Finansowego może nałożyć grzywnę do dwóch milionów złotych. Odpowiedzialnemu za czyn niezgodny z prawem grozić może także kara pozbawiania wolności do lat trzech. W przypadku MAR, maksymalna administracyjna sankcja wynieść może nawet 15 milionów euro lub 15% całkowitych rocznych obrotów.
Manipulacje rynkowe
Manipulacją jest nieuprawnione działanie, przez które zniekształcony zostaje jeden z parametrów instrumentu finansowego – najczęściej wycena. Nieuprawnione działanie dotyczyć może zarówno dokonywania operacji wpływających na sam instrument finansowy, jak również rozpowszechniania zmanipulowanych informacji na temat danego instrumentu lub spółki. W rozumieniu MAR i MAD manipulacją rynkową jest zawieranie transakcji, składanie zleceń lub inne zachowanie, które może wprowadzić w błąd co do podaży, popytu lub ceny instrumentu lub utrzymania jej na nienaturalnym poziomie. Manipulacją są również operacje związane z użyciem fikcyjnych narzędzi i rozpowszechnianiem lub przekazywaniem fałszywych informacji. W przepisach jest również zakaz przekazywania wprowadzających w błąd danych dotyczących wskaźników referencyjnych. MAR za manipulację uznaje także zakłócanie funkcjonowania systemów w handlu wysokiej częstotliwości. Za stosowanie niedozwolonych praktyk grozi obecnie grzywna do pięciu milionów złotych, kara pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat, lub obie te sankcje łącznie. W świetle nowych regulacji maksymalną karą administracyjną w odniesieniu do manipulacji rynkowej jest pięć milionów euro dla osoby fizycznej. W przypadku osoby prawnej to 15 milionów euro lub 15% całkowitych rocznych obrotów na podstawie ostatniego zatwierdzonego sprawozdania finansowego.
Raportowanie na bieżąco
Od lipca emitenci będą zmuszeni sami określić zakres cenotwórczości wydarzeń i wynikający z niego obowiązek upublicznienia. – Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych i Fundacja Standarów Raportowania opracowały ogólny i indywidualny standard raportowania – OSR-1 i OSR-2. Zgodnie z pierwszym z nich, spółki muszą stworzyć indywidualne procedury, które pomogą im przeanalizować i ocenić czy dane zdarzenie jest cenotwórcze i w jaki sposób powinno zostać zaprezentowane. OSR-2 zawiera wskazówki dotyczące czynników, jakie powinny być wzięte pod uwagę przy opracowywaniu przez spółkę rozwiązań dostosowanych do swojej specyfiki. Oba standardy raportowania podkreślają, że zasadniczą cechą wpływającą na cenotwórczość informacji jest różnica pomiędzy oczekiwaniami inwestorów, a faktycznymi rezultatami działalności – mówi Robert Sroka, Menedżer, Zespół Zarządzania Ryzykiem Nadużyć, EY. Oznacza to, że informacja, która odbiega od prezentowanych przez spółkę prognoz lub szacunków rynkowych powinna zostać ujęta w raporcie bieżącym. Innym powodem może być ocena tego czy dana informacja mogła być oczekiwana przez rynek lub brak możliwości utrzymania informacji w poufności.
Jak się przygotować do MAR (Market Abuse Regulation)?
Kluczowym wyzwaniem dla spółek jest sporządzenie i formalne przyjęcie polityk ujawniania informacji poufnych oraz stworzenie katalogów informacji poufnych – indywidualnych dla każdej spółki. – Należy pamiętać, że wszelkie tworzone katalogi rodzajów informacji poufnych mogą mieć jedynie charakter pomocniczy i otwarty. Każdy przypadek naruszenia obowiązków informacyjnych będzie analizowany na gruncie powszechnie obowiązującego prawa. Nie oznacza to, że jednak, że spółki nie powinny dołożyć staranności w procesie przygotowań, w tym tworzenia katalogów. Zalecaną praktyką jest przeprowadzenie przy tej okazji analiz zdarzeń i informacji, jakie historycznie publikowała spółka, bądź które trafiały na rynek wraz z ich wpływem na wahania notowań. Pewnym utrudnieniem może być wyizolowanie wpływu tych informacji na poziom notowań, z uwagi na inne czynniki (np. kształtowanie się kursów walutowych, wahań koniunktury). Jednak wynik takiej analizy daje podstawy zarówno do wskazania w katalogu rodzajów zdarzeń i informacji cenotwórczych, jak i ich ewentualnych wartości progowych, które mogą stanowić przesłankę konieczności zaraportowania danej informacji – mówi Agnieszka Bryl, Dyrektor, Dział Zarządzania Ryzykiem, EY. Kolejną kwestią jest wprowadzenie systemu wyjaśniania wycieku informacji poufnych. – Ustalenie sprawców jest istotne zwłaszcza w kontekście wysokich kar przewidywanych przez ustawodawstwo MAR. W dużej mierze wyjaśnianie wycieku informacji powinno być oparte na analizie danych elektronicznych, w tym wysyłania danych oraz potencjalnego przegrywania ich na nośniki zewnętrzne przez osoby posiadające dostęp do informacji. Każde dochodzenie wewnętrzne mające na celu wyjaśnienie wycieku informacji poufnych powinno zawierać też przegląd formalnej dokumentacji oraz rozmowy z osobami, które miały dostęp i nadzorowały przebieg informacji poufnej – mówi Jakub Kraszkiewicz. – Nowe prawo nie jest doskonałe, ponieważ zawiera niejednoznaczne definicje, co należy ujawnić w raporcie. W praktyce kłopotliwe może być jednoznaczne wybranie informacji, która „prawdopodobnie może mieć znaczny wpływ.” Po wejściu w życie uregulowań, szczególnego znaczenia nabiorą systemy compliance w spółkach. Trzeba będzie w nich zwrócić szczególną uwagę na dostęp pracowników do informacji poufnych, zakres tego dostępu i bieżące weryfikowanie potrzeby takiego dostępu – podsumowuje Robert Sroka.
Propozycja o wykorzystaniu pieniędzy z OFE do sfinansowania planu Morawieckiego byłaby poważnym ciosem dla i tak słabej warszawskiej giełdy
Podczas sobotniego kongresu Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński, prezes tej partii, zasugerował użycie pieniędzy zarządzanych przez Otwarte Fundusze Emerytalne do sfinansowania tzw. planu Morawieckiego. Zdaniem Sebastiana Buczka, szefa towarzystwa Quercus TFI, byłby to silny cios w warszawską giełdę. Inwestorzy bowiem nie cenią spółek, w których znaczącym udziałowcem jest Skarb Państwa.
Jak informuje Sebastian Buczek w najbliższych miesiącach inwestorzy będą raczej wyczekiwać dalszych decyzji rządu dotyczących Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE). Na sobotnim kongresie rządzącej partii Prawa i Sprawiedliwości jej prezes, Jarosław Kaczyński, zadeklarował, że konieczne jest rozważenie skierowania środków zarządzanych obecnie przez OFE na pobudzenie polskiej gospodarki i realizację tzw. planu wicepremiera Morawieckiego. Zdaniem prezesa PiS pieniądze te dzisiaj „tracą tylko na wartości”.
– Pojawiają się pogłoski, że latem, kiedy wszyscy będziemy na wakacjach, mogą faktycznie się pojawić jakieś konkrety na ten temat – prognozuje Sebastian Buczek. – Wydaje się, że sytuacja zmierza jednak w kierunku konsolidacji instytucji w wielki, narodowy fundusz emerytalny w ramach jednej z instytucji państwowych, takich jak Bank Gospodarstwa Krajowego, czy ZUS. Myślę, że nie byłaby to dobra informacja dla warszawskiej giełdy. Inwestorzy od pewnego czasu bardzo się jej obawiają.
Plotki i wiadomości dotyczące losów OFE, zdaniem Sebastiana Buczka, mogą w najbliższym czasie ciążyć notowaniom polskich akcji i, przynajmniej z krótkoterminowej perspektywy, mieć znaczenie dla kondycji Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
– Poczekajmy, zobaczymy czy sprawdzą się te pogłoski – radzi Sebastian Buczek. – Myślę, że konkretne informacje rzeczywiście poznamy w połowie wakacji, czyli w lipcu. To już niedługo, zaledwie kilka tygodni. Wtedy zweryfikujemy plotki.
Przejęcie środków zarządzanych przez OFE, jak zauważa Sebastian Buczek, powodowałoby, że dużym udziałowcem wielu przedsiębiorstw notowanych na GPW stałby się, pośrednio lub bezpośrednio Skarb Państwa. Inwestorzy natomiast jego zdaniem nie cenią spółek, w których czynnik polityczny odgrywa dużą rolę, a kwestia zysku jest drugoplanowa.
Obecnie na kontach Otwartych Funduszy Emerytalnych zgromadzonych jest 140 mld złotych.
– Taki konsolidacyjny scenariusz oznaczałby, że w akcjonariacie dużej części firm notowanych na giełdzie pojawiłby się podmiot państwowy, który by kontrolował od kilkunastu do kilkudziesięciu procent kapitału, a w niektórych przypadkach dążył do tego, aby obsadzić rady nadzorcze, być może również dokonać zmian zarządów – wyjaśnia Sebastian Buczek. – Zarówno polscy, jak i zagraniczni inwestorzy do takiego scenariusza podeszliby bardzo negatywnie. Większość podmiotów z takim akcjonariatem w ostatnich latach, niestety, mocno rozczarowywała pod względem kreacji wartości. Wystarczy popatrzeć na spadek notowań spółek sektora energetycznego, PKO BP czy w ostatnich miesiącach PZU. Wydaje się, że reakcja inwestorów byłaby negatywna. Myślę, że szefowie i właściciele wielu przedsiębiorstw zastanawiają się obecnie, co w takiej sytuacji powinni zrobić.
Prezes Quercus TFI zaznacza jednocześnie, że inwestorzy nie spodziewają się obecnie zmian w polskiej polityce monetarnej. Jak zauważa krajowa waluta jest dość słaba a PKB za I kwartał ukształtował się na poziomie 3 proc. i był wynikiem znacząco niższym od oczekiwań ekspertów (konsensus wynosił 3,5 proc.). Głównym tego powodem był spadek wydatków publicznych na różnego rodzaju inwestycje.
– Na razie nie oczekujemy większych zmian w polityce pieniężnej – prognozuje Sebastian Buczek, prezes zarządu towarzystwa Quercus TFI. – Złoty jest relatywnie słaby, w związku z tym nie ma miejsca w tej chwili na cięcie stóp procentowych. Natomiast, gdyby krajowa waluta się nieco umocniła w kierunku 4,30 nie można wykluczyć, że takie miejsce się znajdzie.
Czerwiec był kolejnym z rzędu miesiącem spadków na GPW. W maju (czerwcowych statystyk wciąż brakuje) wartość transakcji na rynku głównym wyniosła tylko 12,4 mld zł i była o prawie jedną trzecią (27,3 proc.) mniejsza niż rok wcześniej. Od połowy 2011 roku podstawowy indeks giełdowy WIG20 spadł z poziomu 2900 punktów do trochę ponad 1800 (o blisko 40 proc.).
Środki unijne dla Polski na gospodarkę odpadami zagrożone. Poziom recyklingu niewystarczający
Do 2025 roku zgodnie z wymogami UE poziom recyklingu tworzyw sztucznych ma wynosić 55 proc. Dziś w Polsce jest to 25 proc. Brak zmian w systemie gospodarowanie odpadami może spowodować, że środki, jakie UE przeznaczy w kolejnych latach na wsparcie inwestycji w tym zakresie, ominą Polskę – ostrzegają przedstawiciele Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu.
– Obecnie recykling tworzyw sztucznych jest na poziomie 25 proc., a w 2025 roku ma to być 55 proc. Przede wszystkim chodzi o likwidację składowania odpadów nieprzetworzonych i maksymalizację odzysku recyklingu – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jerzy Ziaja, prezes zarządu Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu (OIGR). – Wydaje się, że dekada to bardzo dużo czasu, ale jeżeli dzisiaj nie stworzymy odpowiednich aspektów ekonomicznych, to środki unijne na gospodarkę odpadami zostaną zablokowane. Co oznacza, że w 2025 roku będziemy w tym samym miejscu co dziś.
Jak podkreśla, w zakresie ogólnego poziomu recyklingu (ok. 41 proc.) Polska jest w ogonie państw europejskich. Problem w tym, że oficjalne dane nie do końca odpowiadają stanowi faktycznemu.
– Dzieje się tak dlatego, że brakuje ekonomii w całym tym przedsięwzięciu. W systemie nie ma zasady „zanieczyszczający płaci”. System, który jest promowany w krajach członkowskich starej Unii Europejskiej, polega na tym, że opłata za unieszkodliwienie odpadu, czyli za selektywną zbiórkę, sortowanie, odzysk i recykling, jest wliczona w opakowanie, które kupuje konsument. W polskim systemie nadal stosowane jest kryterium lokalizacji i ryczałtu: płaci ten, kto zamieszkuje w danej gminie – mówi Jerzy Ziaja.
Prezes OIGR ma nadzieję, że resort środowiska opracuje założenia nowego systemu pod wpływem przyjętego 2 grudnia 2015 roku pakietu dotyczącego gospodarki o obiegu zamkniętym. Wyjaśnia, że jest pięć aktów prawnych w polskim prawie, które powinny być znowelizowane pod kątem nowelizacji dyrektyw Unii Europejskiej.
Nowe propozycje KE zakładają, że do 2030 roku recykling odpadów komunalnych w UE osiągnie poziom 65 proc., odpadów opakowaniowych – 75 proc., a odsetek składowanych odpadów spadnie do 10 proc. Natomiast w przypadku składowania segregowanych odpadów będzie obowiązywał całkowity zakaz. Na wprowadzenie gospodarki zamkniętej ma być przekazane wsparcie finansowe z europejskich funduszy strukturalnych i inwestycyjnych. 650 mln euro ma pochodzić z programu Horyzont 2020 (na badania naukowe i innowacje) oraz 5,5 mld euro ze środków na gospodarowanie odpadami.
– Liczymy na to, że w nowym systemie, jak KE twierdzi, będą instrumenty ekonomiczne, które pozwolą na rozwinięcie się gospodarki recyklingu. To nie jest tylko jedna firma recyklingowa, to są również firmy produkujące maszyny i urządzenia, firmy, które muszą zabezpieczyć strumień odpadu, czyli firmy zbierające, to są również ludzie, którzy są serwisem dla tych firm – wymienia Jerzy Ziaja. – Kraje, które prawidłowo wdrożyły dyrektywy Unii Europejskiej, w ciągu dwóch lat osiągnęły poziom selektywnej zbiórki taki, jaki my po dziesięciu latach.
Jak podkreśla, pierwszym korkiem mogłoby być wprowadzenie systemu kaucji po opakowaniach napojów.
– Ten system wpłynął na świadomość społeczeństwa państw unijnych i nie tylko. Jest to bodziec finansowy, żeby opróżnione opakowanie zawieźć do sklepu i dostać za to z powrotem pieniądze – mówi Jerzy Ziaja. – Największym kosztem w całym systemie gospodarki zamkniętej są koszty transportu. Jeżeli jedziemy na pusto, to emitujemy ciepło i spaliny do powietrza. Jadąc z odpadem, oszczędzamy na zapłacie za pozbycie się odpadu, wykorzystujemy ten transport do tego, żeby w jedno miejsce zawieźć odpowiednią ilość opakowań po napojach.
Rośnie skala zagrożenia chemicznego. Świadomość Polaków jest jednak wciąż niewielka
Ze względu na położenie Polska staje się coraz mniej bezpiecznym chemicznie krajem. Rośnie tranzyt materiałów, które potencjalnie niosą ze sobą zagrożenie. Mogą one stanowić nawet 15 proc. wszystkich przewozów. Główne szlaki prowadzą przez tereny mocno zurbanizowane, a systematycznie rejestruje się przypadki zagrożeń spowodowanych nieprzestrzeganiem zasad w transporcie szkodliwych materiałów. Dlatego, jak podkreśla Międzynarodowe Centrum Bezpieczeństwa Chemicznego, konieczne są działania, które poprawią stan bezpieczeństwa.
– Coraz więcej jest zdarzeń, które oceniamy jako wypadki związane z bezpieczeństwem chemicznym lub ekologicznym. Nie jest dobrze z bezpieczeństwem chemicznym w naszym kraju, coraz gorzej jest też na świecie, a to przede wszystkim dlatego, że dostęp do chemii stał się powszechny, a po środki chemiczne sięgają coraz częściej terroryści – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes amb. Krzysztof Paturej, prezes fundacji Międzynarodowe Centrum Bezpieczeństwa Chemicznego w Warszawie (ICCSS).
Choć rola chemii w naszym życiu jest coraz większa, nie idzie ona w parze ze wzrostem świadomości na temat zagrożeń, jakie ze sobą niesie jej wykorzystywanie, a informacje na ten temat trafiają do opinii publicznej dopiero wtedy, kiedy dojdzie do tragedii.
Ekspert przypomina, że w Polsce wciąż zdarzają się przypadki śmierci w zamkniętych zbiornikach i szambach. Ludzie nie pamiętają lub nie wiedzą, że w szambach tlenu jest zaledwie kilka procent, dominuje siarkowodór i dwutlenek węgla. Wejście do środka, bez zabezpieczenia, zazwyczaj kończy się śmiercią. Awarie gazociągów, zatrucia tlenkiem węgla, wybuchy butli i pieców gazowych to jaskrawe przykłady braku bezpieczeństwa chemicznego.
– To tylko pokazuje, że bezpieczeństwo chemiczne zarówno u nas, jak i w świecie wymaga zdecydowanego działania i przede wszystkim przeciwdziałania zagrożeniom – zaznacza ekspert. – Media społecznościowe, gazety czy telewizja w bardzo niewielkim stopniu informują społeczeństwo o zagrożeniach. Najczęściej dopiero po fakcie, jeśli dojdzie do katastrofy, zatrucia rzeki, pożaru w zakładach czy wypadku, jak rozszczelnienie cysterny na drodze czy jeśli ludzie zatruwają się w oparach niebezpiecznych gazów. Ale tylko informują, w naszej opinii brakuje budowania świadomości na temat zagrożeń chemicznych i kreowania kultury bezpieczeństwa chemicznego i ekologicznego – tłumaczy Paturej.
Prezes ICCSS wskazuje również, że ze względu na rolę, jaką Polska pełni w międzynarodowym transporcie, stajemy się coraz mniej bezpiecznym krajem. Co roku transportem drogowym przewożonych jest miliony ton szkodliwych substancji. Choć w ogólnej liczbie transportów to wedle różnych szacunków ok. 10-15 proc., to skala niebezpieczeństwa jest ogromna. Również rodzimy transport takich substancji z roku na rok jest coraz większy. Wciąż dochodzi do zagrożeń spowodowanych nieprzestrzeganiem zasad transportu niebezpiecznych materiałów. Tylko przez 10 miesięcy 2015 roku inspektorzy kontroli transportu drogowego wydali 850 decyzji związanych z naruszeniami ustawy o przewozie towarów niebezpiecznych.
– Jesteśmy miejscem tranzytu towarów, w tym chemii, ze wschodu na zachód, z północy na południe. Jesteśmy też krajem, przez który przejeżdża coraz więcej ludzi, a ci często wiozą rzeczy niedozwolone. Niestety, pod tym względem granica wschodnia nie jest bezpieczniejsza, bo przypadków zatrzymywania osób przewożących związki czy substancje niedozwolone jest coraz więcej. Poza niskim stanem świadomości i niewielkim zaangażowaniem agend państwa problemem jest również fakt, że dynamicznie rośnie tranzyt przez Polskę materiałów niebezpiecznych, a do takich należy chemia – przekonuje Paturej.
Ze względu na większą powszechność produktów chemicznych, rośnie też ryzyko wykorzystania ich w atakach terrorystycznych. Również zakłady, w których produkowana lub użytkowana jest chemia, mogą być celem ataku. W Polsce działa ponad 160 zakładów, gdzie produkowane lub magazynowane są toksyczne środki przemysłowe w takich ilościach, które zwiększają ryzyko awarii. Aby ograniczyć zagrożenia, konieczna jest zmiana podejścia instytucji państwowych i przede wszystkim zmiana filozofii. Pasywne reagowanie na zdarzenia i awarie należy zamienić na aktywne przeciwdziałanie zagrożeniom chemicznym i ekologicznym. Dużą rolę mogą odgrywać firmy ubezpieczeniowe, które powinny obniżać składkę tym podmiotom, które prowadzą audyty bezpieczeństwa. Jak przekonuje prezes ICCSS, zabezpieczenia w państwach Europy Zachodniej stoją na znacznie wyższym poziomie
– Zagrożenia związane z ogromnym wzrostem dostępu do związków chemicznych, poszerzaniem się obszarów, gdzie chemia jest stosowana i rosnącym tranzytem przez Polskę powodują, że stan bezpieczeństwa chemicznego będzie się pogarszał. Niższe bezpieczeństwo zwiększa ryzyka i koszty działalności gospodarczej, co zmniejsza konkurencyjność i wiarygodność. Jestem przekonany, że stan bezpieczeństwa musimy podnosić wspólnie – podkreśla Krzysztof Paturej.
ICCSS chce wdrażać w Polsce program lokalnej świadomości i odpowiedzialności w bezpieczeństwie chemicznym. Zakłada on od lat stosowane na Zachodzie, zintegrowane podejście do bezpieczeństwa chemicznego i ekologicznego oparte na współdziałaniu agend państwowych, samorządów, firm, społeczeństwa obywatelskiego i wdrażaniu programów szkoleniowych.
Wahania kursów walut wpływają na ceny błękitnego paliwa. Uczestnicy rynku gazu powinni zabezpieczyć się przed wahaniami kursowymi
Po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej ceny gazu ziemnego były stabilne i najbardziej zależały od wahań wartości funta. W dłuższej perspektywie jednak największy wpływ ma na nie aktualna podaż i popyt. Firmy mogą zabezpieczyć się przez gwałtownymi zmianami cen błękitnego paliwa, gwarantując sobie bezpieczeństwo energetyczne.
– Podczas brexitu zauważyliśmy, że wpływ na cenę gazu miały waluty, bo kiedy wartość surowca na giełdzie w Holandii spadała, to cena w Wielkiej Brytanii szła do góry, co odzwierciedlało 10-proc. deprecjację na parze walutowej funta z dolarem i brytyjskiej waluty z euro – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Przemysław Żak, handlowiec z firmy AOT Energy Poland. – Obecnie możemy powiedzieć, że brexit wpłynął tylko w kontekście walutowym. Choć oczywiście zwiększyło się też trochę ryzyko na rynku, które i tak było duże.
Jeszcze w czwartek wieczorem po ogłoszeniu wyników ostatniego sondażu wskazującego na przegraną zwolenników brexitu w referendum, wartość brytyjskiego funta wzrosła do 1,5018 dol. Potem jednak kurs tej waluty szybko spadał. Po godzinie szóstej rano czasu polskiego, gdy znane były wyniku z dużej części lokali, spadek wartości funta wynosił ponad 10 proc. Następnego dnia rano wyceniany był już na niecałe 1,35 dol. Był to najniższy poziom od września 1985 roku.
W czwartek wieczorem indeksy giełdowe oraz surowce także dyskontowały pozostanie Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Skala reakcji na wyniki referendum z perspektywy piątku była równie wysoka jak w 2008 r. po upadku banku Lehman Brothers. Index DAX na otwarciu spadł ponad 1000 punktów, WIG30 niemalże 9 proc.
Ceny gazu ziemnego w Wielkiej Brytanii były co prawda najwyższe od grudnia 2015 r., ale z powodu przede wszystkim niezapowiedzianych prac remontowych (ograniczenia w przesyle) w Norwegii oraz niespodziewanego wyłączenia na 42 dni z użytkowania magazynów w Rough odpowiedzialnych za 10 proc. całkowitego zaopatrzenia. W piątek po południu dodatkowo ogłoszono jedenastoprocentowe zmniejszenie wydobycia błękitnego paliwa w Groningen.
W skali globalnej zmiany cen były pochodną ruchu na parach walutowych: odnotowano spadek na giełdzie w Holandii, wzrost w Wielkiej Brytanii oraz niewielką zmianę w Polsce.
Wartość rynkowa błękitnego paliwa najbardziej uzależniona jest od poziomu aktualnego i przewidywanego zapotrzebowania: rośnie, gdy zwiększa się popyt, spada, gdy jest coraz mniejszy. Niepewność dotycząca dalszych ruchów legislacyjnych powstrzymuje obecnie uczestników rynków od podejmowania decyzji na większą skalę.
– Zmiany wartości błękitnego paliwa na giełdach po ogłoszeniu wyników brytyjskiego referendum były stosunkowo niewielkie w porównaniu do innych walorów i nadal takie się utrzymują – zauważa Przemysław Żak. – Działo się tak z tego powodu, że jest to rynek bardzo mocno przywiązany do fundamentów w przeciwieństwie do akcji czy walut, gdzie niejednokrotnie odnotowano spadki dziesięcioprocentowe i większe.
Zdaniem Przemysława Żaka w takim środowisku uczestnicy tego rynku powinni zabezpieczyć się przed gwałtownym ruchem cen w jedną albo drugą stronę, co pozwoli na ograniczenie ryzyka energetycznego.
– W przypadku największych przedsiębiorstw każdy gwałtowny ruch może nieść ze sobą koszty. Niezabezpieczona pozycja na zużycie gazu zwykle drogo kosztuje w zależności od tego, w która stronę idzie cena – tłumaczy Przemysław Żak. – Dostępność produktów sprawia, że możliwość gwarantowania sobie pozycji na rynku gazu jest dosyć duża. Każda firma zużywająca większe ilości błękitnego paliwa, powinna z takiej możliwości skorzystać. Będzie mogła skupić się na swoich codziennych operacjach bez obawy o aktualną cenę gazu.
Dobrym sygnałem do zabezpieczenia ekspozycji na rynku gazu są przede wszystkim duże ruchy na parach walutowych, głównie złotym, oraz na rynkach surowcowych.
– Warto zwracać uwagę głównie na rynek ropy oraz gazu ziemnego w Stanach Zjednoczonych, który jest płynny i pełni rolę bardzo dobrego prognostyka – radzi Przemysław Żak. – Należy patrzeć także na cenę węgla, która ostatnio dosyć mocno wzrastała i po brexicie nie bardzo chciała ulec deprecjacji. Liczy się również cały rynek towarowy i obserwacja trendów nim kierujących.
Liczba zachorowań na czerniaka skóry podwoiła się w ciągu 10 lat. W Polsce umiera prawie 1/3 chorych
Polacy wiedzą, czym jest czerniak, ale się nie badają. 85 proc. przyznaje, że nie odwiedzili lekarza nawet, gdy wykryli u siebie podejrzaną zmianę na skórze. Późna wykrywalność to jedna z przyczyn wysokiej umieralności na czerniaka w Polsce. Co roku nowotwór ten zabija 30 proc. chorych, znacznie więcej niż w innych krajach Europy Zachodniej.
Czerniak to nowotwór powstający w melanocytach, czyli komórkach barwnikowych. Najczęściej występuje na skórze, może się jednak pojawić także w siatkówce oka, odbycie i błonach śluzowych jamy ustnej. Nowotwór ten zazwyczaj rozwija się na bazie już istniejących zmian skórnych, np. pieprzyków. W ciągu ostatnich 10 lat zachorowalność na czerniaka na całym świecie zwiększyła się dwukrotnie – najwyższa występuje w Australii, gdzie choruje 29 na 100 tys. osób. W Polsce co roku nowotwór ten diagnozuje się u ok. 3,5 tys. osób. Czerniak stanowi zaledwie 7 proc. wszystkich nowotworów złośliwych skóry, jest jednak przyczyną blisko 90 proc. zgonów pacjentów chorych na raka skóry. W Polsce rocznie z jego powodu umiera 1,1 tys. osób.
– W Australii na czerniaka choruje prawie 8–10 razy więcej osób niż w Polsce, ale umiera tyle samo. Tam jest on znacznie wcześniej wykrywany. Australijczycy wiedzą, że należy swoją skórę obserwować i zgłaszają się do lekarza znacznie wcześniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Rutkowski, chirurg onkolog, kierownik Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków w Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie, przewodniczący Rady Naukowej Akademii Czerniaka przy Polskim Towarzystwie Chirurgii Onkologicznej.
Wcześnie wykryty czerniak, gdy grubość zmiany jest mniejsza niż 0,8 mm, daje ponad 90 proc. szans na całkowite wyleczenie. W Polsce jednak umieralność na czerniaka wynosi ponad 30 proc., znacznie więcej niż w wielu innych krajach Europy Zachodniej. Według danych Centrum Onkologii Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie, z roku na rok zwiększa się jednak wyleczalność czerniaka w Polsce – rośnie bowiem świadomość zagrożenia i coraz więcej osób zgłasza się do lekarza na wczesnym etapie choroby. W Centrum Onkologii miesięcznie zabiegowi wycięcia zmiany skórnej poddaje się 20 pacjentów, podczas gdy jeszcze kilka lat temu był to tylko jeden chory na miesiąc.
– 80 proc. chorych jest wyleczonych, ale to i tak gorzej niż w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych, dlatego że startujemy z gorszego punktu – z grubości czerniaka średniej 1,8 mm, a w Stanach Zjednoczonych czy w Niemczech średnia grubość to 0,8 mm. To sprawia, że mamy gorsze wyniki – mówi prof. Piotr Rutkowski.
Za rozwój 50 proc. czerniaków odpowiada mutacja genu BRAF, spowodowana zbyt częstą ekspozycją skóry na promieniowanie słoneczne. Pacjenci z tej grupy chorych mają możliwość poddania się celowanej terapii molekularnej, której celem jest zablokowanie uszkodzonego genu. Badaniu na obecność tego genu powinny zostać poddane wszystkie osoby z zaawansowanym czerniakiem. Zleca je onkolog i dopiero po otrzymaniu wyników decyduje o dalszym leczeniu farmakologicznym opartym właśnie na mechanizmie celowanym lub immunoterapeutycznym.
Liczne badania pokazują, że aż 90 proc. Polaków wie, czym jest czerniak. Jednocześnie 85 proc. nie wykorzystuje tej wiedzy w praktyce – nawet, gdy znajdą podejrzaną zmianę na skórze, nie idą do lekarza. Zwiększaniu świadomości Polaków w zakresie profilaktyki czerniaka służy kampania „CZERNIAK to może być TO. Sprawdź TO”. Celem kampanii jest uświadomienie Polakom wagi stosowania zabezpieczeń przed promieniowaniem UV i regularnego kontrolowania stanu skór – samodzielnie, a w razie konieczności u lekarza.
– Kampania ma uświadamiać, że należy chronić skórę, zwłaszcza teraz, kiedy jest lato i wychodzimy na słońce. Musimy stosować filtry UV, a w momencie, kiedy już zauważymy jakąś zmianę na skórze, absolutnie jej nie ignorujemy, tylko idziemy do dermatologa i sprawdzamy, co to jest – mówi Joanna Łojko, członek zarządu fundacji Rak’n’Roll.
W momencie zauważenia podejrzanej zmiany na skórze należy się udać do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, który w razie konieczności skieruje pacjenta do specjalisty – dermatologa lub onkologa. Do lekarza zgłaszać się warto nawet z małymi zmianami, zwiększa to bowiem skuteczność ewentualnego leczenia. Warto też korzystać z bezpłatnych badań skóry, przeprowadzanych w ramach kampanii społecznych, np. przez Stowarzyszenie Chorych na Czerniaka. Stosowany do badań wideodermatoskop pozwala wykryć chorobę także we wczesnym stadium.
– Nie zawsze lekarz jest świadomy tego, że to może być czerniak. Naciskajmy na lekarzy, żeby otrzymać to skierowanie. Jak najszybciej to znamię usuwajmy. Nie wymrażamy tego, nie wypalamy, tylko to wycinamy i badamy histopatologicznie – mówi Mirosława Skitek, prezes Stowarzyszenia Chorych na Czerniaka.
Jeśli w badaniu histopatologicznym zostanie rozpoznany czerniak, wykonywany jest zabieg usunięcia blizny po biopsji oraz wycięcia maksymalnie 2-centymetrowego kawałka zdrowej skóry. Czerniak daje przerzuty do najbliższego węzła wartowniczego układu limfatycznego, dlatego jest on także wycinany i poddawany analizie.
Czerniak występuje najczęściej u osób po 40 roku życia. Ryzyko zachorowania zwiększa się u osób zbyt intensywnie eksponujących skórę na działanie promieni słonecznych, często korzystających z solarium, mających niski poziom naturalnego barwnika w skórze oraz obciążenia genetyczne.
Organizatorem kampanii „CZERNIAK to może być TO. Sprawdź TO” jest fundacja Rak&HASH39;n&HASH39;Roll, a partnerem firma Novartis Oncology.
W czasie Euro 2016 w Polsce nie powstały publiczne strefy kibica. Popularne stały się transmisje w kinach
Podczas poprzedniego Euro kibice mogli śledzić zmagania drużyn piłkarskich w publicznych strefach kibica. W tym roku jest ich niewiele. Popularnością wśród kibiców zaczęły się cieszyć transmisje w salach kinowych. Oglądane w grupie mecze na dużym ekranie dają emocje zbliżone do tych panujących na stadionie.
W tym roku kibice narzekają na brak publicznych stref kibica. Podczas poprzednich mistrzostw Europy w piłce nożnej, które odbyły się w Polsce i na Ukrainie, tego rodzaju miejsca były w niemal każdym mieście Polski.
– Wszyscy pamiętamy tłumy kibiców pod Pałacem Kultury w Warszawie czy na wrocławskim rynku – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Sadowski, kierownik projektu w spółce Multikino. – W tym roku liczba takich miejsc jest mocno ograniczona. Poza domem mecze można obejrzeć głównie w pubach i restauracjach.
Dlatego Multikino razem z głównym sponsorem UEFA, firmą Coca-Cola, postanowiło utworzyć tego rodzaju miejsca w kinach. Aby obejrzeć mecz mistrzostw Europy w piłce nożnej na wielkim, kinowym ekranie trzeba wykupić specjalny zestaw kibica za niecałe 30 zł. W jego skład wchodzi napój, naklejki z podobiznami piłkarzy oraz jeden ze związanych z rozgrywkami gadżetów. Najważniejszym jednak elementem zestawu jest jednoosobowe zaproszenie do strefy kibica Coca-Cola, które można wymienić w kasie na bezpłatną wejściówkę na wybrany mecz półfinałowy lub finał.
– Transmisje kinowe cieszą się od wielu lat olbrzymim zainteresowaniem naszych klientów – zauważa Piotr Sadowski. – Multikino jest liderem w tym zakresie i jako jedyna sieć kinowa w Polsce transmituje wszystkie najważniejsze wydarzenia piłkarskie. Zapraszamy zarówno na Ligę Mistrzów UEFA, mistrzostwa świata w piłce nożnej, a także, tak jak teraz, mistrzostwa Europy.
Strefy kibica Coca-Coli w Multikinie zostały uruchomione w piętnastu kinach w Polsce: Gdańsku, Gdyni, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Wrocławiu, Zabrzu oraz Warszawie (Złote Tarasy, Targówek, Ursynów), które łącznie mieszczą około 10 tys. osób.
– Liczba miejsc w poszczególnych lokalizacjach jest jednak zróżnicowana – zastrzega Piotr Sadowski. – Na naszej stronie internetowej można sprawdzić dokładną pojemność wybranej sali i od razu zarezerwować miejsce w strefie kibica Coca-Cola.
Transmisje z obecnie trwających mistrzostw Europy w piłce nożnej cieszą się olbrzymim powodzeniem.
– Oglądany na sali kinowej mecz daje niesamowite emocje zbliżone do tych panujących na stadionie – przekonuje Piotr Sadowski. – Ponadto Multikino gwarantuje widzom klimatyzację, wygodne fotele, a także najwyższą możliwą jakość obrazu i dźwięku. Do stref kibica przychodzi zarówno młodzież, jak i osoby dorosłe. Spotykamy również rodziny z dziećmi, które kibicują ulubionym drużynom.
Żyrardów przyciąga miłośników zabytków i naturalnych tekstyliów z całego świata. Miasto przeżywa swój renesans
Żyrardów słynie z tradycji lniarskiej i unikalnej osady fabrycznej, która z biegiem lat przekształciła się w prężnie funkcjonujące miasteczko przemysłowe. Industrialny klimat i bogactwo XIX-wiecznych zabytków, m.in. kamienic wybudowanych z charakterystycznej czerwonej cegły, zachęca do zwiedzania i przyciąga rzesze turystów. Miasto ze stuletnią tradycją i ponad trzystoma zabytkami przeżywa obecnie swój renesans.
– Jest tu ponad 300 pięknych zabytków, miasto uzyskało statut Miasta Ogrodu, więc ma się, czym pochwalić. Niewiele jest takich miejsc w Europie, może nawet na świecie. Tu się czuje ducha historii, tu się czuje to wszystko, co działo się lata temu i co budowało historię Żyrardowa – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Lifestyle Agata Młynarska, dziennikarka.
Współczesny rozwój miasta w dużej mierze opiera się na jego poprzemysłowym dziedzictwie, potędze dawnych fabryk lniarskich.
– Określenie polska stolica lnu bierze się z tradycji lniarskich miasta, które powstało ponad 150 lat i do dziś istnieje praktycznie w niezmienionej formie. Żyrardów to jedyna XIX-wieczna osada fabryczna w Europie zachowana niezmiennie do dnia dzisiejszego – mówi Daniel Jarosz, Dyrektor Działu Promocji miasta Żyrardowa.
Rok 2016 jest rokiem Filipa de Girarda, inżyniera, wynalazcy, dyrektora technicznego słynnej fabryki i twórcy przełomowego wynalazku – mechanicznej przędzarki lnu, która zrewolucjonizowała proces produkcji lnu na ziemiach polskich. Na przełomie wieku XIX i XX żyrardowska fabryka była jednym z najnowocześniejszych zakładów lniarskich ówczesnej Europy.
– To właśnie produkty tkane w Żyrardowie dzięki maszynom Filipa de Girarda znalazły się na stole cara Rosji, na dworach w Austrii, Francji, Anglii, a nawet zasłynęły za wielką wodą – mówi Jarosz.
Moda na adaptację obiektów pofabrycznych na cele usługowo-mieszkaniowe sprawiła, że przesiąknięte historią mury dawnej fabryki otrzymują zupełnie nowe funkcje, odzyskując przy tym dzięki rewitalizacji imponujący wygląd. Tradycje lniarskie kontynuują prywatne podmioty i inwestorzy działający w obiektach dawnej fabryki. Mimo zmienionego przeznaczenia niektórych budowli, jak podkreśla Daniel Jarosz, nadal jest to miasto tkaczy i wizjonerów. Pozostaje charakter przemysłowego miasta porównywanego często z małą Łodzią, słynącą z wyrobów tkanych.
Słynny żyrardowski len i oryginalne piękno pofabrycznej architektury przyciągają do Żyrardowa miłośników zabytków i naturalnych tekstyliów z całego świata. Oprócz historii i skupienia wokół przemysłu, prężnie rozwija się sfera kulturalna miasta. Pojawia się szereg inicjatyw, koncertów, festiwali promujących młodą sztukę.
– Dla artystów Żyrardów jest wyjątkowym miejscem na mapie podróży artystycznych. Bardzo lubią tu przyjeżdżać, ponieważ dużo się tutaj dzieje. Miasto angażuje się ogromnie w teatr, koncerty, w przedsięwzięcia artystyczne, które mają ogromne znaczenie dla mieszkańców, a także dla nas, artystów, którzy przyjeżdżają tu po to, żeby cieszyć się z ludźmi, fantastycznym miejscem, atmosferą. Cieszę się, że Żyrardów stawia na dobrych artystów, dobrą jakość i na dobrą zabawę – podkreśla Agata Młynarska.
Piotr Janiszewski nowym prezesem Skanska S.A.

Piotr Janiszewski, dotychczasowy wiceprezes zarządzający Skanska S.A., od dnia 1 lipca 2016 r. pełni funkcję prezesa zarządu spółki.
Piotr Janiszewski związany jest ze Skanska S.A. od 1997 roku. Ostatnio pełnił funkcję wiceprezesa zarządzającego spółki, odpowiedzialnego za jej działalność operacyjną. Wcześniej, podczas niemal 20-letniej kariery w Skanska przeszedł drogę zawodową od menadżera projektu, przez dyrektora jednego z oddziałów, po wiceprezesa i dyrektora budownictwa inżynieryjnego. W latach 2007-2011 odpowiadał za budowę północnego odcinka autostrady A1 z Gdańska do Torunia o wartości 5,5 mld zł.
Na stanowisku prezesa zarządu Skanska S.A. Piotr Janiszewski będzie odpowiadał za całokształt działalności jednostki wykonawczej Skanska w Polsce.
– Piotr jest osobą bardzo szanowaną w Skanska. Jego umiejętności menedżerskie oraz świadomość biznesu stanowią wielką wartość dla firmy. Na nowym stanowisku Piotra czekają wyzwania, jakie stawia obecnie przed wszystkimi firmami budowlanymi w Polsce zmieniająca się sytuacja rynkowa – wyjaśnia Roman Wieczorek, wiceprezes wykonawczy Skanska AB.
– Priorytetem dla mnie jest elastyczne reagowanie firmy na zmieniające się otoczenie rynkowe, aby długofalowo zapewnić jej stabilny rozwój. Sytuacja na polskim rynku budowlanym wymaga podejmowania przemyślanych decyzji uwzględniających to, co dzieje się dzisiaj oraz to, co wydarzy się na rynku zarówno w najbliższej, jak i dłuższej perspektywie – mówi Piotr Janiszewski, nowy prezes spółki.
Dotychczasowy prezes Skanska S.A. Krzysztof Andrulewicz po 23 latach pracy w Skanska odchodzi z firmy.
– Krzysztof był odpowiedzialny za wypracowanie i wdrożenie strategii lokalnej obecności. To ona, w połączeniu z jego osobistym zaangażowaniem w kwestie bezpieczeństwa, stała się fundamentem nowego biznes planu spółki do roku 2020 – dodaje Roman Wieczorek.
Grupa Skanska w 2015 roku w Polsce osiągnęła 5,5 mld zł przychodów i 470 mln zysku operacyjnego. Skanska S.A., która odpowiada za działalność firmy w obszarze generalnego wykonawstwa, stawia na lokalną obecność, bliskość klientów i innowacyjne technologie. Firma zajmuje się realizacją projektów kubaturowych i inżynieryjnych ze wszystkich segmentów rynku.
























