Popołudniowy komentarz walutowy z 01.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Brexit. Jaki Brexit?

Brexit. Jaki Brexit? 1

Dokładnie tydzień po ogłoszeniu wyników referendum w Wielkiej Brytanii, w którym Brytyjczycy opowiedzieli się za wyjściem z Unii Europejskiej większość spadków na światowych giełdach została odrobiona. Ponownie zapanował optymizm na rynkach i tak zwany risk-on.

Wczoraj nastroje na rynkach wsparł prezes Banku Anglii Mark Carney, który zapowiedział luzowanie polityki pieniężnej, żeby złagodzić ewentualne skutki Brexitu. Prawdopodobnie będzie to dodatkowa ekspansja związana z programem QE, niż mocniejsze cięcie stóp procentowych. Po pierwsze obecnie główna stopa procentowa jest na bardzo niskim poziomie (0,5%), a poza tym jeszcze niższe stopy uderzą w zyski banków, które i tak są w bardzo słabej kondycji. Deutsche Bank ostatnio oblał stress test wykonany przez Rezerwę Federalną w Stanach Zjednoczonych.

Indeks FTSE 100 urósł od początku tygodnia około 6% i jest wyżej, niż przed ogłoszeniem referendum. Również inne indeksy w Europie odrobiły straty, choć nie tak imponująco, jak wspomniany londynki indeks. Oczekiwania rynków na dalsze luzowanie polityki pieniężnej w Wielkiej Brytanii oraz Strefie Euro napędzają ponownie kapitał do aktywów bardziej ryzykownych.

Na poprawie nastrojów zyskuje również polski złoty, który w relacji do euro spadł poniżej 4,40, a do franka szwajcarskiego w okolicach 4,06, czyli odpowiednio 15 i 20 groszy niżej, niż był widziany dokładnie tydzień temu. Jednak dalsze umocnienie nie jest tak oczywiste, gdyż wciąż pozostaje dużo niewiadomych związanych z Brexitem, co może w ostatecznym rozrachunku odstraszać od naszej waluty.

Imponujące wzrosty obserwujemy na złocie oraz srebrze. Możliwe, że jesteśmy na początku większej hossy. Oczywiście metale te zyskują na zawirowaniach rynkowych, gdyż uważane są za bezpieczne aktywa, ale warto odnotować, że ich ceny idą w górę od początku br. Obserwujemy wzmożone zainteresowanie inwestowaniem w złoto poprzez fundusze typu ETF, które są zobligowane do nabywania fizycznego złota za cześć jednostek uczestnictwa. Część inwestorów dostrzega już potencjał w tym metalu szukając większych stóp zwrotu, niż na rynkach kapitałowych. Obecnie złoto zmierza w okolice 1400 USD za uncję, a srebro w okolice 20 USD za uncję.

Bartosz Zawadzki
Szef Działu Analiz

Przed RBA – w krzywym zwierciadle

Piątego lipca poznamy najnowszy raport Banku Centralnego Australii oraz stopy procentowe. Rynek na podstawie Overnight Index Swap wycenia prawdopodobieństwo obniżenia stóp procentowych jedynie na 16,5%, natomiast na sierpniowym posiedzeniu wartość ta wzrasta do 57,4%.

Przed RBA - w krzywym zwierciadle 2

Cały świat wkracza w kolejną porcję obniżek stóp procentowych, wczoraj zapowiedział to Bank Anglii, za dwa miesiące najprawdopodobniej zrobi to Centralny Bank Australii, kolejnym Bankiem może być ECB, a potem FED, który nie zdecyduje się na zmianę stóp procentowych. Jest to niewątpliwie eksperyment monetarny wszech czasów, który nie wiadomo jak się skończy.

Przed RBA - w krzywym zwierciadle 3

Na interwale tygodniowym bykom udało się obronić strefę popytu 0.710-0.718. Pomimo zapowiadających się obniżek stóp procentowych bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu wzrostowego na danej parze walutowej.

Mateusz Groszek

Analityk Rynków Finansowych

GBP/USD po BOE

GBP/USD po BOE 4

Wczorajszego dnia odbyła się konferencja szefa Banku Anglii, Marka Carneya, poniżej najważniejsze rzeczy, o których mieliśmy okazje usłyszeć:

  • Spowolnienie jest scenariuszem podstawowym
  • BOE poluzuje politykę monetarną w wakacje
  • Ocena skutków Brexitu zostanie wykonana 14 czerwca

Na konferencji szef BoE wspomniał również, że niskie stopy procentowe mogą zaszkodzić bankom i ich wynikom finansowym, zatem możemy spodziewać się dodatkowego QE ze strony Banku Anglii. Para walutowa GBP/USD podczas konferencji spadła o ponad 200 pipsów. Na wykresie czterogodzinnym notowania waluty w dalszym ciągu pozostały pomiędzy strefą popytu 1.311-1.317, a strefą podaży 1.346-1.353.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

W zakładach PZL-Świdnik ruszyło nowe centrum serwisowania śmigłowców użytkowanych przez MON

CEO Magazyn Polska

PZL-Świdnik uruchomiło nowe centrum serwisowania śmigłowców użytkowanych głównie przez Ministerstwo Obrony Narodowej. Powadzone w nim będą prace związane z przeglądami, remontem i modernizacją takich maszyn jak Mi-2, Sokoły, Anakondy, SW-4. Przy tej okazji polskim siłom zbrojnym przekazano trzy zmodernizowane w Świdniku śmigłowce. W nowej placówce pracować będzie około stu osób.

– Nie jest tajemnicą, że było dużo sygnałów, aby nasza firma wykonywała lepiej serwis – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters, firmy do której należy PZL-Świdnik. – Wyciągnęliśmy z tego wnioski i postanowiliśmy zainwestować pieniądze i czas, aby bardziej koncentrować się na usługach serwisowych.

Nowe centrum serwisowe PZL-Świdnik ruszyło w budynku o powierzchni 4 tys. mkw. Powadzone w nim będą prace związane z przeglądami, remontem oraz modernizacją maszyn produkcji PZL-Świdnik, w tym śmigłowców Mi-2, Sokół, Anakonda, SW-4, a w przyszłości także innych maszyn, wykorzystywanych przez polskich, jak i zagranicznych użytkowników. W nowym zakładzie pracować będzie około stu osób.

– Przy okazji otwarcia przekazaliśmy trzy śmigłowce – informuje Krzysztof Krystowski. – Dwa z nich to śmigłowce ratownictwa morskiego typu Anakonda dla marynarki wojennej, a jedna [maszyna – przyp. red.] to zmodernizowany Głuszec, czyli poszukiwawczo-ratowniczy śmigłowiec pola walki.

PZL-Świdnik przekazał polskim Siłom Zbrojnym ostatni z drugiej serii czterech śmigłowców W-3PL Głuszec, dzięki czemu na wyposażeniu polskich Wojsk Lądowych znajdzie się łącznie 8 śmigłowców Głuszec. Jednocześnie przekazano także dwa pierwsze śmigłowce W-3RM Anakonda z pięciu obecnie modernizowanych dla Marynarki Wojennej RP.

Cztery pierwsze śmigłowce Głuszec zostały dostarczone Wojskom Lądowym w grudniu 2010 roku. Zaraz potem PZL-Świdnik podpisał umowę na modernizację kolejnych czterech śmigłowców Sokół do wersji W-3PL.

Śmigłowce W-3RM Anakonda służą natomiast w polskiej Marynarce Wojennej już od blisko ćwierć wieku. W tym czasie wzięły udział w ponad 330 akcjach ratowniczych. Polscy marynarze posiadają obecnie sześć takich maszyn oraz dwa śmigłowce W-3 w wersji transportowej.

– Uruchamiając nowe centrum zależało nam, aby podnieść jakość serwisu – wyjaśnia Krzysztof Krystowski. – Chodzi o to, żeby dostępność naszych śmigłowców dla naszego użytkownika była jak najwyższa. Naszym celem jest, aby była nie mniejsza niż 70 proc. floty. To duże wyzwanie biorąc pod uwagę, że część śmigłowców nie może latać nie ze względu na awarię, tylko z powodu rutynowych przerw na okresowe przeglądy. Przed nami zatem naprawdę ambitne zadanie.

Należący do Leonardo Helicopters PZL-Świdnik jest jedynym producentem śmigłowców krajowej konstrukcji posiadającym pełną zdolność projektowania, badań i rozwoju, integracji systemów, produkcji, realizacji wsparcia i szkoleń oraz modernizacji tych maszyn. Przedsiębiorstwo zatrudnia obecnie ok. 3,3 tys. pracowników, w tym niemal 650 inżynierów i współpracuje z blisko tysiącem polskich przedsiębiorstw, generując blisko 4,5 tys. dodatkowych miejsc pracy w krajowej gospodarce. Największą grupę kooperantów stanowią firmy z południowo-wschodniej Polski, w tym członkowie największego polskiego klastra lotniczego „Dolina Lotnicza” oraz Lubelskiego Klastra Zaawansowanych Technologii Lotniczych.

Grupa Recykl korzysta na ekologicznym trendzie utylizacji opon i poprawia wyniki

0

Największy w Polsce producent granulatów gumowych i przetwórca zużytych opon korzysta na trendzie do ekologicznej utylizacji opon i poprawia wyniki. Grupa wypracowała w I kwartale 2016 roku bardzo dobre rezultaty finansowe. Przychody ze sprzedaży wzrosły o 17 proc. w relacji do poprzedniego roku i wyniosły 8,9 mln zł, a zysk netto był wyższy o 44 proc. i przekroczył 460 tys. zł.

– Rynek w Polsce zmienia się dosyć dynamicznie. Jesteśmy liderem rynku, jeżeli chodzi o zagospodarowanie zużytych opon w Polsce –  mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Jasiewicz, prezes zarządu Recykl Organizacja Odzysku i wiceprezes zarządu Grupy Kapitałowej Recykl SA. – Zauważamy zmiany, jeżeli chodzi o podejście do samego odpadu. Obecnie powoli zaczyna być traktowany tak samo jak każdy odpad komunalny, czyli zanieczyszczający.

Jak stwierdza Grupa Recykl w raporcie kwartalnym, w Polsce co roku powstaje około 150 tys. ton zużytych opon do zagospodarowania. Ponieważ w trakcie użytkowania spada waga opony, praktycznie obowiązek odzysku dotyczy niemal wszystkich sprzedanych w kraju opon, czyli około 180 tys. ton. Niewywiązanie się z tego obowiązku powoduje konieczność wniesienia opłaty produktowej w wysokości iloczynu różnicy pomiędzy wymaganym a osiągniętym poziomem odzysku i recyklingu oraz stawki opłaty produktowej ustalanej na dany rok przez ministra środowiska. Przykładowo wysokość tej opłaty na 2016 r. dla nowych opon pneumatycznych z gumy stosowanych w samochodach osobowych wynosiła 2,20 zł za 1 kg wprowadzonych do obrotu opon.

– Opona, która jest przez każdego użytkownika zostawiana w punkcie serwisu czy w punkcie wymiany opon, pociąga za sobą dodatkową opłatę, która w części jest do nas przekazywana. Wpływ tej opłaty, którą udaje się powoli pozyskać, ma dla nas dosyć duże znaczenie, jeżeli chodzi o koszt pozyskania surowca – mówi Jasiewicz. – Na dziś uzyskujemy już kilkunastoprocentowy spadek kosztów pozyskania surowca, a w skali, o której mówimy, bo to jest kilkadziesiąt tysięcy ton rocznie, ma to dla nas przełożenia na wyniki finansowe, które są uzyskiwane i raportowane w poszczególnych kwartałach.

W I kwartale 2016 roku Grupa Recykl uzyskała 8,9 mln zł skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży wobec 7,6 mln zł rok temu. Zysk operacyjny wyniósł 989 tys. zł, o ponad 30 proc. więcej niż rok wcześniej. Na czysto firma zarobiła 460 tys. wobec 319 tys. zł rok wcześniej

– W wynikach za I kwartał 2016 roku odnotowaliśmy wzrost kwartał do kwartału praktycznie we wszystkich segmentach, czyli na wyniku sprzedaży, rentowności, przychodów prawie 20 proc. i wzrost wyniku netto też o 40 proc. – przypomina prezes Recyklu OO.

W latach 2008–2016 wymagany poziom odzysku opon wynosi 75 proc. masy wprowadzonych na rynek krajowy produktów, przy czym trzy czwarte z tego powinno zostać poddane recyklingowi, a do 60 proc. zutylizowane w innej formie odzysku.

– Państwo wspierało nasze działania dwukrotnie poprzez dotacje, które uzyskaliśmy w latach 2009–2010 z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Pierwsza dotacja to było 3,5 mln zł na rozwój sieci selektywnej zbiórki, czyli na zakup kontenerów i jednej technologii – mówi Jasiewicz. – Druga dotacja, w wysokości 9 mln, to była dotacja uzyskana na budowę nowego zakładu recyklingu opon. I tutaj na tym etapie wsparcie państwa się zakończyło. Obecnie nie dostajemy żadnego wsparcia, ani od strony samorządowej, ani od organów centralnych.

Podwyżka stóp procentowych w USA może mieć miejsce dopiero na początku przyszłego roku

CEO Magazyn Polska

Zapowiadana podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych prawdopodobnie spowoduje odpływ kapitału z rynku akcji w stronę dającego bardziej bezpieczny zwrot dolara. Zdaniem Rafała Sadocha z Domu Maklerskiego mBanku wydarzenie to może być przesunięte jednak nawet na początek przyszłego roku. Duży wpływ na decyzję w tej sprawie ma wynik referendum w Wielkiej Brytanii.

– Rynek w tym momencie szacuje, że kolejna podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych może mieć miejsce nawet dopiero na początku 2017 roku – informuje agencję Newseria Inwestor Rafał Sadoch, analityk w Domu Maklerskim mBanku. – Jeżeli jednak dane makroekonomiczne będą wskazywać, że może się to odbyć już po wakacjach, to mielibyśmy do czynienia z umocnieniem amerykańskiej waluty i prawdopodobnie kontynuacją spadków na głównych indeksach giełdowych.

Liczba umów na sprzedaż domów podpisanych w maju przez Amerykanów spadła miesiąc do miesiąca o 3,7 proc. Eksperci spodziewali się, że liczba umów na sprzedaż domów spadnie o 1,1 proc. miesiąc do miesiąca.

Wydatki amerykańskich konsumentów w maju wzrosły o 0,4 proc. miesiąc do miesiąca; w kwietniu wzrosły o 1,1 proc. Dochody Amerykanów wzrosły o 0,2 proc. miesiąc do miesiąca, wobec wzrostu o 0,5 proc. w poprzednim miesiącu. Ekonomiści spodziewali się, że wydatki konsumenckie wzrosną o 0,4 proc. miesiąc do miesiąca oraz że dochody wzrosną o 0,3 proc.

– Gdy rośnie ryzyko wzrostu stóp procentowych w Stanach, to kapitał odpływa z rynku akcyjnego i przez to zniżkują giełdy – wyjaśnia Rafał Sadoch. – Ostatnie dni nie były najlepsze. Mimo korekty mamy do czynienia z bardzo głębokimi spadkami, odsuwamy się od historycznych szczytów. Potencjalne umocnienie dolara jest niekorzystne dla rynków, bo kapitał w takiej sytuacji jeszcze szybciej odpływałby wtedy z rynku akcyjnego w stronę dającego bardziej bezpieczne zwroty. Wyższy poziom stóp procentowych zachęcałby do lokowania kapitału gdzie indziej niż na giełdzie.

Zdaniem ekspertów ubiegłotygodniowy wynik referendum w Wielkiej Brytanii przekreślił szansę na podwyżkę stóp procentowych przez Federalney Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku (FOMC) w tym roku. Nastawienie rynku uległo diametralnej zmianie, zamiast podwyżek, rynek z 10-proc. prawdopodobieństwem wycenia obniżkę stóp procentowych na lipcowym posiedzeniu FOMC, jednakże jest to bardzo wątpliwe.

Od dziś kierowcy jeżdżący do Francji zarobią co najmniej 9,67 euro za godzinę pracy. Przewoźnicy będą częściej kontrolowani

CEO Magazyn Polska

Na mocy nowego prawa od 1 lipca pracujący na terenie Francji kierowcy będą musieli zarabiać nie mniej niż 9,67 euro za godzinę pracy. Krajowi przewoźnicy alarmują, że wyliczanie całej stawki, obejmującej różnego rodzaju dodatki, będzie niezwykle skomplikowane. Najbardziej obawiają się drobiazgowych inspekcji ze strony francuskich organów kontrolnych.

– Francja po Niemczech i Norwegii to już trzecie państwo, w którym mają zastosowanie podobne regulacje – informuje agencję Newseria Biznes Bartosz Najman z Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców. – Obawiam się, że francuskie przepisy okażą się najbardziej dotkliwe dla polskich przewoźników.

Jednym z nich stosunkowo skomplikowany proces wyliczania wynagrodzenia minimalnego. Zdaniem OCRK stawka godzinowa nie będzie łatwa do określenia, bo oprócz ustawowego poziomu trzeba wziąć pod uwagę dodatki stażowe i kompetencyjne, godziny równoważne oraz nadliczbowe. Oprócz tego są jeszcze dodatki za pracę w niedzielę, święta oraz urlopowe.

– Oczekiwania dotyczące wzięcia pod uwagę przez polskie firmy francuskiego kodeksu pracy i układów zbiorowych są niezgodne z prawem unijnym – zauważa Bartosz Najman. – Drugim problemem są bariery administracyjne. Kluczową w tym zakresie jest kwestia reprezentanta.

Nowe, francuskie prawo przewiduje, że każda firma transportowa, która po 1 lipca br. będzie wysłać swoich pracowników do Francji musi mieć podpisaną umowę z tamtejszym przedstawicielem, który zgodzi się reprezentować jej interesy podczas inspekcji, czyli pośredniczyć w kontaktach z organami kontrolnymi. Obowiązkiem kierowcy ma być posiadanie w aucie wzoru zaświadczenia o takiej delegacji, w którym – prócz stawek, diet, nadgodzin – będą podane dane przedstawiciela.

– Najbardziej dotkliwym problemem może być sama mentalność francuskich służb kontrolnych – ocenia Bartosz Najman. – Nasi eksperci od wielu lat wspierają polskich przewoźników w walce z przedstawicielami tamtejszych organów kontrolnych. Nasze doświadczenie jest jednoznacznie negatywne. Francuzi są bardzo skrupulatni, drobiazgowi, ale niestety nie szanują unijnych regulacji. W połączeniu z bardzo wysokimi sankcjami i nową praktyką konfiskaty samochodów do czasu wypłaty zaległych kar jest to olbrzymi problem dla polskich przewoźników.

Francja to kolejny kraj po Niemczech, który zdecydował się na takie rozwiązanie. Zarówno Paryż, jak i Berlin tłumaczą wprowadzenie płacy minimalnej dla pracowników delegowanych koniecznością walki z nieuczciwą konkurencją. Z kolei kraje, w które najmocniej uderzają te ustawy argumentują, że są one niezgodne z prawem unijnym oraz ideą wspólnego rynku transportowego.

– Francuskie regulacje są bardzo restrykcyjne – ocenia Bartosz Najman. – Wynika to z dużo bardziej skomplikowanych przepisów związanych z minimalnym wynagrodzeniem oraz olbrzymich barier administracyjnych. Przedstawiciele, masa dokumentów, wszystko tłumaczone na język francuski, to dla nas duży problem. Ale, w mojej ocenie, największą różnicą będzie intensyfikacja kontroli. W Polsce na blisko 1,5 tys. firm transportowych jest około 20-30 inspekcji rocznie. Obawiam się, że we Francji będzie ich kilkadziesiąt tylko w pierwszym miesiącu.

Rządowa nowela ustawy o odnawialnych źródłach energii może spowodować utratę szans na 70 tys. nowych miejsc pracy

CEO Magazyn Polska

Obecnie 250 krajowych przedsiębiorstw, które wytwarzają urządzenia dla energetyki odnawialnej i eksportuje, bardzo rozwinęło działalność w ostatnich latach. Wdrożenie nowelizacji ustawy o OZE w kształcie przygotowanym przez Ministerstwo Energetyki grozi im bankructwem, a gospodarce – utratą szans na powstanie 70 tys. nowych miejsc pracy. Cofa także Polskę na pozycję importera takich urządzeń. Branża zabiega o wsparcie wicepremiera Mateusza Morawieckiego.

– Jeżeli zatrzymamy rozwój energetyki odnawialnej, krajowa gospodarka odnotuje straty miejsc pracy i z pozycji eksportera urządzeń oraz energii staniemy się importerem – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energii Odnawialnej. – Obecnie 250 krajowych firm wytwarza urządzenia i komponenty dla energetyki odnawialnej, eksportuje je, rozwinęło się w ciągu ostatnich dziesięciu latach naszej obecności w UE. Sporej części udało się wejść na rynki europejskie, a niektórym – na dalekowschodnie. Nie należy dopuszczać do ich upadku.

Obawy branży budzi przede wszystkim nowelizacja ustawy o odnawialnych źródłach energii. Zgodnie z jej zapisami na największe wsparcie w nowym systemie aukcji mogłyby liczyć technologie „wytwarzające energię w sposób stabilny i przewidywalny”. Według Fundacji Greenpeace oznacza to znacznie mniejsze wsparcie dla właścicieli instalacji produkujących prąd z wiatru oraz słońca. Tymczasem, zdaniem Grzegorza Wiśniewskiego na 1 MW nowych mocy zainstalowanych w energetyce słonecznej przypada 11 miejsc pracy.

– Połowa z nich przypada na produkcję urządzeń, ale to także prace przy instalacjach i konserwacji – tłumaczy Grzegorz Wiśniewski. – Jeżeli pozbędziemy się przemysłu produkcji urządzeń, to będzie tak, jakby wyciekały z Polski miejsca pracy, a my, w ramach importu, przyczyniali się do wzrostu zatrudnienia w innych krajach.

Unijna dyrektywa o odnawialnych źródłach energii przewiduje, że do 2020 roku średnio 27 proc. energii na terenie Unii Europejskiej powstawać będzie dzięki wykorzystaniu OZE.

– Gdybyśmy realizowali ten plan, moglibyśmy zapobiec utracie miejsc pracy w energetyce konwencjonalnej i utworzyć 70 tys. nowych, trwałych, dobrze płatnych etatów w energetyce odnawialnej – zapewnia Wiśniewski. – Jeżeli natomiast firmy będą upadać i tak będziemy musieli rozwijać energetykę odnawialną, nie tylko z przyczyn politycznych czy regulacyjnych, lecz także dlatego że jest ona tańsza. Wtedy niemal całkowicie uzależnimy się technologicznie od importu.

Jak wynika z raportu Fundacji Greenpeace, obecnie w branży OZE mimo braku wsparcia ze strony rządu pracuje 33,8 tys. osób. Do 2030 roku polskie firmy mogłyby zatrudniać nawet 100 tys. pracowników. Skumulowany przychód z branży energetyki słonecznej w latach 2015–2030 może natomiast wynieść 18,5 mld zł. Nie da się tego jednak osiągnąć bez stabilnego prawa i długofalowej polityki, które zakładać będą wsparcie energetyki rozproszonej.

Tymczasem nowelizacja ustawy nie tylko komplikuje procedury, lecz także w założeniu ma odebrać rodzinom wsparcie dla przydomowych mikroinstalacji OZE. Ministerstwo Energetyki proponuje bowiem zastąpienie mechanizmu obecnych taryf gwarantowanych dla najmniejszych producentów tzw. opustem. Za każdą kilowatogodzinę wprowadzonej do sieci energii prosument (mały wytwórca energii) dostawałby rabat na kupowaną energię. Jego wysokość zależałaby od mocy instalacji. Jak zauważa Greenpeace, w Polsce brakuje popytu wewnętrznego, bo nie ma odpowiedniego systemu pomocy, który działa niemal na całym świecie.

– W tej chwili rynek energii wspiera paliwa kopalne, energetykę węglową, bo chcemy podtrzymać jak najdłużej wydobycie surowca – zauważa Wiśniewski. – Nie zwraca się uwagi na to, że jednocześnie tracimy rynek energetyki odnawialnej, czyli przyszłość. Niezbędne jest włączenie w proces zmian przede wszystkim Ministerstwa Rozwoju. Przemysł energetyki odnawialnej powinien się stać ważnym elementem Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wicepremiera Mateusza Morawieckiego.

Banki wydają 1–3 proc. swoich przychodów na druk i zarządzanie dokumentami. Jest duże pole do oszczędności

CEO Magazyn Polska

W pełni cyfrowe biuro to jeszcze odległa przyszłość – podkreślają przedstawiciele firmy Lexmark. Dziś blisko 40 proc. procesów w bankach wciąż opiera się na papierowych wersja dokumentów. Zarządzanie dokumentacją i drukiem to dla instytucji finansowych znaczny koszt. Światowe trendy wskazują, że przeznaczają one na to 1–3 proc. swoich przychodów. Usprawnienia w tym procesie mogą więc przynieść znaczne oszczędności. Są też konieczne ze względu na coraz większą mobilność klientów i pracowników.

– 18 lat temu, w pierwszym dniu mojej pracy, usłyszałem hasło „digital office”, czyli biuro bez papieru. 18 lat później niewiele się zmieniło. Nadal papier jest podstawą wszystkich procesów, które odbywają się w bankach. Podając tutaj za instytutami badawczymi takimi jak IDC, w tej chwili 37 proc. procesów, które są przeprowadzane w bankach, jest nadal opartych na dokumentach w formie papierowej – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Najda, prezes w firmie Lexmark Polska. – Z kolei KPMG podaje, że około 50 proc. kosztów w banku stanowią koszty ludzkie, a zasoby te potrzebne są do manualnego procesowania dokumentów w projektach.

W porównaniu do sytuacji sprzed 18 lat bankowość stała się bardziej mobilna. Już 30 mln osób ma dostęp do swojego konta online, a 5 mln osób ma zainstalowane aplikacje bankowe na swoim smartfonie. Również organizacja wewnątrz banku opiera się w dużej mierze na urządzeniach mobilnych. Mimo to przy sprzedaży pożyczek, kredytów czy otwieraniu kont w dużej mierze korzysta się z drukowanych dokumentów.

 Bez odpowiednich regulacji papier pozostanie nadal przez najbliższe kilka, być może nawet kilkanaście lat głównym nośnikiem informacji w bankach – podkreśla Grzegorz Najda.

Jak podkreśla, operacje związane z drukiem i zarządzaniem dokumentami stanowią stały koszt dla banków. Co ważne, instytucje finansowe zwracają uwagę nie tylko na koszty zakupu danych urządzeń, lecz także na koszty ich eksploatacji i serwisu.

– Oceniają oni wybór konkretnej platformy pod kątem tego, ile będzie ich kosztowała obsługa danego rozwiązania w okresie 4 czy 5 lat trwania kontraktu. W koszty całkowite, tzw. total cost of ownership, są wliczone zarówno cena nabycia sprzętu, jak i obsługi serwisowej, materiałów eksploatacyjnych, upgrade’ów i dostępności urządzeń – wyjaśnia Grzegorz Najda.

Sprawna obsługa posprzedażowa to nie tylko kwestia zmniejszania całkowitych kosztów eksploatacji urządzeń, lecz także ich ciągłej pracy. Banki często wybierają oferty, które zwalniają ich pracowników z obowiązku kontrolowania tego, czy dany sprzęt działa, czy działa prawidłowo, czy nie brakuje papieru. Dzięki czujnikom zainstalowanym w nowoczesnych maszynach firma je obsługująca może z wyprzedzeniem przewidzieć awarię i usunąć ją jeszcze zanim pracownicy banku ją zauważą.

– Jeśli chodzi o obszar druku i zarządzania dokumentami nadal obserwujemy duże możliwości oszczędności po stronie banków. Dużo pracy zostało już wykonane, bo to nie jest tak, że banki przegapiają te możliwości. Natomiast nadal istnieje w tym obszarze duża możliwość do zoptymalizowania kosztów – przekonuje Grzegorz Najda.

Optymalizacja kosztów to tylko jeden możliwy do osiągnięcia efekt. Kolejnym jest poprawa tzw. customer experience, czyli doświadczeń klienta banku. Tym bardziej że zmiana dostawcy usług finansowych staje się coraz łatwiejsza, widać więc coraz mniejszą lojalność klientów wobec banku.

 Wydaje się, że w tej chwili poważnym wyzwaniem dla banków jest także ograniczenie ryzyka i zapewnienie zgodności z wymaganiami nakładanymi przez regulatora rynku. Są to ryzyka związane z dostępem osób niepowołanych do informacji i do urządzeń w sieci. Chodzi również o ograniczenie ryzyka związanego z samym urządzeniem, czyli zabezpieczenie dostępu poprzez autoryzację i samych informacji przetwarzanych przez maszynę, drukowanych, skanowanych czy kopiowanych – wyjaśnia Grzegorz Najda.

Ruszył pierwszy program dla dzieci, który uczy kodowania. Zainwestował w niego największy operator sieci kablowej w Polsce

CEO Magazyn Polska

Wystartował pierwszy w Polsce program dla dzieci, który uczy nowych technologii. UPC Future Makers to inicjatywa, której głównym celem jest stworzenie najmłodszym możliwości zdobywania wiedzy i umiejętności w zakresie programowania. Ma za zadanie zaszczepić w dzieciach fascynację nowymi technologiami przez naukę i zabawę. Na kreatywne wspieranie rozwoju dzieci stawia UPC Polska i fundacja CoderDojo. 

Główną ideą przyświecającą tej inicjatywie jest stworzenie najmłodszym możliwości zdobywania wiedzy i umiejętności, ważnych w dobie gospodarki cyfrowej i jednocześnie mających pozytywny wpływ na społeczeństwo. Celem jest zakrzewienie w dzieciach fascynacji nowymi technologiami poprzez naukę i zabawę. Zajęcia odbywają się pod okiem profesjonalistów w dziedzinie programowania.

– Uczymy dzieci bawić się nowymi technologiami. W polu zainteresowań naszych ninja jest programowanie, grafika komputerowa, robienie muzyki na komputerze, sterowanie robotami, budowanie rakiet. Chcemy, żeby umiały potem wykorzystać zdobyte umiejętności w życiu zawodowym, w rozwijaniu swoich pasji – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Karczewska, fundacja CoderDojo Polska.

Eksperci zaznaczają, że zainteresowanie tego typu warsztatami rośnie. Podążamy za zachodnimi krajami, które propagują i mocno podkreślają wagę wiedzy o informatyce. Sąsiedzi z Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych wprowadzili na stałe zajęcia z kodowania do swoich programów edukacyjnych. W Polsce działa 11 klubów koderskich – dojo – opierających swoje zasady funkcjonowania na wersji irlandzkiej. Pierwszy klub powstał trzy lata temu w Zambrowie, jego założycielem jest Kamil Sijko, prezes fundacji CoderDojo .

– UPC Future Makers jest nowym programem UPC Polska, którego celem jest dzielenie się z dziećmi i młodzieżą pasją do nowych technologii i pasją do programowania. Nadrzędną ideą UPC Future Makers jest stworzenie dzieciom możliwości zdobywania wiedzy, rozwijania się, rozwijania swoich umiejętności z zakresu programowania – mówi Marlena Skolimowska z UPC Polska. – 20 dzieci z 3 miast w Polsce: Warszawy, Zambrowa i Białegostoku pod okiem mentorów tworzy różne dzieła, przygotowuje grafiki 3D, programuje różne gry, bawi się robotami.

Zajęcia z programowania organizowane przez UPC są skierowane do dzieci w różnym wieku.

– Mamy grupę naszych ninja z całej Polski, od takich najmłodszych, czyli 7-letnich, do takich najstarszych, czyli około dwudziestki – wylicza Anna Karczewska z CoderDojo.

Warsztaty prowadzone są przy wsparciu specjalistów będących jednocześnie wolontariuszami. Udział w zajęciach jest bezpłatny, w dowolnym momencie można z nich zrezygnować. Zajęcia odbywają się z dala od szkoły, często w salach udostępnianych przez firmy z branży IT.

Na zajęciach dzieci wymieniają swoje doświadczenia, korzystają z dostosowanych do ich potrzeb zasobów i narzędzi. Myślą i programują kreatywnie.

– Mamy różne projekty, np. grafikę komputerową. Najmłodsze dzieciaki robią gry w Scratchu, trochę starsze dzieci robią muzykę czy sterowanie robotami Arduino, np. za pomocą komputerów dzieci można uczyć programowania i też takiego programowania kreatywnego, czyli właśnie wymyślania czegoś, co można by było zrobić – dodaje Anna Karczewska z Fundacji CoderDojo Polska.

Program UPC Future Makers pozwala dzieciom, które pojawią się na warsztatach, na samodzielne przygotowanie projektów i pokazanie efektów swojej pracy gościom z całego świata.

Piłkarze to nowi celebryci. Na reklamach zarabiają nawet kilka milionów złotych rocznie

CEO Magazyn Polska

Piłkarze zarabiają nie tylko na boisku. Najlepsi mogą liczyć na kontrakty reklamowe, które rocznie przynoszą im nawet kilka milionów złotych. Dla reklamodawców piłkarze są podwójnie cenni – łączą bowiem cechy celebrytów z pozytywnymi elementami świata sportu. W Polsce największą popularnością wśród reklamodawców cieszy się Robert Lewandowski, który za udział w kampanii otrzymuje od kilkuset tysięcy do ponad 2 mln zł. 

Zatrudnianie gwiazd i celebrytów w kampaniach reklamowych to wciąż chętnie wykorzystywany zabieg marketingowy. Jego celem jest ocieplenie wizerunku marki i wzbudzenie zaufania, a tym samym przekonanie potencjalnego klienta do zakupu. Zdaniem ekspertów dla reklamodawców szczególnie cenni są sportowcy, zwłaszcza w okresie dużych imprez sportowych, jak choćby Euro 2016 czy olimpiada. Już kilka miesięcy przed rozpoczęciem mistrzostw Europy w piłce nożnej znacznie zwiększyła się liczba reklam z udziałem piłkarzy kadry narodowej. Grzegorz Krychowiak wystąpił w reklamie telewizorów Samsung, Jakub Błaszczykowski nawiązał współpracę z marką LG, a Robert Lewandowski został gwiazdą reklam Head & Shoulders.

– W sytuacji, w której głównym tematem mediów, tematem społecznym, tematem krajowym są mistrzostwa Europy w piłce nożnej czy w ogóle jakaś duża impreza sportowa, z reguły szuka się przedstawicieli tej imprezy, najczęściej na poziomie własnej reprezentacji i stąd m.in. taka nawała reklamowa, jeżeli chodzi o polskich reprezentantów – mówi agencji informacyjnej Newseria Grzegorz Kita, prezes zarządu Sport Management Polska.

W 2014 roku magazyn „Forbes” wyceniał wartość reklamową Roberta Lewandowskiego na 1,06 mln zł. Według obecnych szacunków kapitan polskiej reprezentacji na reklamach zarabia kilka milionów złotych.

Zdaniem Grzegorza Kity piłkarze stali się współczesnymi celebrytami, a ich wartość dla reklamodawców jest podwójna. Są oni bowiem osobami rozpoznawalnymi, a jednocześnie kojarzą się ze sportem, czyli dziedziną budzącą niemal wyłącznie pozytywne emocje.

– Jeżeli mamy do czynienia ze sportowcem, który jednocześnie spełnia warunki celebryty, a z drugiej strony działa w materii, która daje olbrzymie emocje, przyjemność i nie ma tam postaw negatywnych w stosunku do reklamy, to tworzy się taki w pewnym sensie indywidualny, osobowościowy kombajn marketingowy – mówi Grzegorz Kita.

Nie każdy odnoszący sukcesy sportowe zawodnik może się jednak poszczycić osiągnięciami na polu reklamowym. Zdaniem Grzegorza Kity sukces sportowy pozwala zaledwie na wejście zawodnika do gry. O tym, czy spodoba się on konsumentom, a co za tym idzie – reklamodawcom, decyduje wiele innych czynników m.in. osobowość, aktywność na polu innym niż zawodowe, komunikacja werbalna i niewerbalna. Zdarzają się jednak przypadki, gdy wystarczy jeden z tych czynników, by sportowiec był rozchwytywany przez reklamodawców.

– Są sukcesy, które są na tyle duże, że niezależnie od walorów osobowościowych zawodnika powodują, że jest on cenny dla reklamy. Taki był przykład Adama Małysza, który nie był 10 lat temu taką postacią pełną interpersonalności, nie sprzedawał się dobrze w reklamie, ale jego sukcesy były tak duże, że marketerzy mogli z tego korzystać mówi Grzegorz Kita.

Według eksperta przykładem sportowców, którzy sukces reklamowy zawdzięczali osobowości, dobrej prezencji i aktywności, są Przemysław Saleta, Krzysztof Hołowczyc i Mateusz Kusznierewicz.

Emisja akcji Pylon S.A. z prawem poboru na przełomie III i IV kwartału 2016

Walne zgromadzenie akcjonariuszy Pylon S.A. – wiodącego, polskiego producenta wysokiej jakości zestawów oraz obudów głośnikowych, notowanego od 2013 roku na rynku NewConnect – zatwierdziło w dniu 30 czerwca 2016 roku uchwałę o podwyższeniu kapitału zakładowego spółki w drodze emisji nowych akcji serii H, realizowanej w ramach subskrypcji zamkniętej, z zachowaniem prawa poboru dla dotychczasowych akcjonariuszy. Emisja zaplanowana została na przełom III i IV kwartału 2016 roku, przy cenie emisyjnej nie niższej niż 0,22 zł za jedną akcję.

Kapitał zakładowy Pylon S.A. dzieli się obecnie na 15.092.694 akcji o łącznej wartości nominalnej 1 509 269,4 zł i zostanie podwyższony – w drodze emisji akcji zwykłych na okaziciela serii H o wartości nominalnej 0,1 zł – do kwoty nie większej niż 3.018.538,8 zł.

Celem emisji nowych akcji Pylon S.A. jest maksymalne ograniczenie zobowiązań wynikających z umowy kredytu inwestycyjnego, zawartej przez spółkę z Alior Bank S.A. oraz uregulowanie – w drodze objęcia akcji nowej emisji – należności względem PH „Maks” Sp. z o.o., stanowiącej wkład własny na zakup za 2,5 mln zł 1,09 ha nieruchomości zabudowanej w Jarocinie, na której jeszcze w 2016 roku spółka uruchomi nowy zakład produkcyjny o łącznej powierzchni ponad 3,3 tys. m2. Rozwiązanie to pozwoli spółce na długofalowe uwolnienie znacznych środków finansowych, umożliwiających dalszy, intensywny rozwój Pylon S.A.

Inwestycja we własną infrastrukturę produkcyjno-sprzedażową to nie tylko sposób na optymalizację bieżących kosztów operacyjnych, ale przede wszystkim zwiększenie możliwości produkcyjnych – już z uwzględnieniem nowego asortymentu – a tym samym potencjał do dynamicznego rozwoju Pylon Audio na rodzimym rynku oraz szeroko zakrojonej ekspansji na rynki zagraniczne. Wzrost aktywności spółki w kontekście produkcyjnym, jak też niższe koszty rat kredytu względem opłat związanych z dzierżawą zakładu produkcyjnego oznaczają również dobrą perspektywę wzrostu przychodów i rentowności spółki w kolejnych latach.

– Przeniesienie działalności produkcyjnej do własnego zakładu to plan, który konsekwentnie zakładaliśmy w strategii inwestycyjnej naszej spółki. Jesteśmy przekonani, że w perspektywie długofalowej inwestycje w infrastrukturę i działalność badawczo-rozwojową przyczynią się do znaczącego zwiększenia naszych przewag rynkowych w ujęciu technologicznym, co z kolei pozwala zakładać, że w perspektywie kolejnych lat wartość Pylon S.A. będzie wzrastać. Dlatego w ocenie Zarządu i Rady Nadzorczej przeprowadzenie celowej emisji z prawem poboru dla dotychczasowych akcjonariuszy jest najbardziej optymalnym narzędziem finansowania zobowiązań z tytułu zakupu zabudowanej nieruchomości przemysłowej w Jarocinie – podkreśla Mateusz Jujka, prezes zarządu Pylon S.A.

Od kilku lat systematycznie rozwijamy zaplecze produkcyjne, podnosząc tym samym  potencjał rozwoju Pylon S.A. Naszym długofalowym celem jest również konsekwentna rozbudowa sieci dystrybucji na krajowym rynku i równolegle rozszerzenie zagranicznych kanałów sprzedaży, a tym samym dalszy dynamiczny wzrost sprzedaży produktów własnych. Strategia ta realizowana jest zgodnie z polityką biznesową naszej firmy, której istotnym i stałym elementem operacyjnym jest pełen, merytoryczny, techniczny i biznesowy nadzór Pylon S.A. nad każdym etapem produkcji zestawów głośnikowych – od przetwornika elektroakustycznego, przez produkcję poszczególnych komponentów, aż po kompletny produkt rynkowy. Przyjęta przez nas formuła długofalowego zaangażowania w rozwój organiczny Pylon S.A. wymaga jednak znaczących inwestycji w infrastrukturę, dlatego – uwzględniając szeroko zakrojone plany strategiczne na lata 2016-2020 – jesteśmy przekonani, że dokapitalizowanie spółki w drodze nowej emisji akcji, z której środki zostaną przeznaczone na sfinansowanie zobowiązań wynikających z zakupu nieruchomości, jest jak najbardziej uzasadnione – dodaje Mikołaj Rubeńczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej Pylon S.A.

Największą inwestycją Pylon S.A. w 2016 roku był zakup nieruchomości przemysłowej w Jarocinie. Natomiast w 2015 roku – za pośrednictwem Pylon Sp. z o.o. i przy wsparciu finansowym EBC Incubator Sp. z o.o. –uruchomiła zaawansowaną technologicznie produkcję autorskich przetworników elektroakustycznych, w które docelowo wyposażone zostaną wszystkie zestawy głośnikowe produkowane przez Pylon S.A. Koszt inwestycji wyniósł 1,68 mln zł, z czego 0,8 mln zł stanowił wkład EBC Incubator Sp. z o.o. Rozszerzanie działalności produkcyjnej umożliwia Pylon S.A. wzrost marży, a tym samym pozwoli w kolejnych latach zwiększać przychody, już nie tylko w oparciu o rosnący systematycznie wolumen sprzedaży produktów własnych. Ponadto, dzięki unowocześnieniu procesu produkcji już teraz głośniki wytwarzane w zakładzie w Jarocinie umożliwiają spółce Pylon S.A. – głównemu odbiorcy sprzętu audio produkowanego przez Pylon Sp. z o.o. – aktywne konkurowanie z wiodącymi, międzynarodowymi producentami sprzętu audio i finalnie zdobywanie nowych, zagranicznych rynków zbytu.

Produkty Pylon Audio są aktualnie dostępne w niemal 30 salonach sprzedaży zlokalizowanych w całej Polsce, w tym m.in. w ofercie sieci RTV Euro AGD oraz w autorskim sklepie internetowym www.pylonsklep.pl. Od 2015 roku zestawy głośnikowe polskiego producenta można nabyć również w Norwegii. Z kolei w 2016 roku spółka rozpoczęła także ekspansję na pozostałe, wybrane rynki europejskie, w tym rozwój struktur sprzedaży w Niemczech w ramach programu GO_GLOBAL.PL, realizowanego przy współpracy z NCBiR. Dynamiczne wejście na rynek niemiecki, a przy tym jednoczesna sprzedaż obudów do krajów azjatyckich, europejskich i do USA oraz nowe zamówienia z Francji, Belgii, Turcji, Hiszpanii i Szwajcarii na zestawy głośnikowe pokazują, że potencjał Pylon Audio w zakresie ekspansji zagranicznej jest ogromny.

Do końca 2020 roku – w ramach ekspansji międzynarodowej – Pylon S.A. planuje ponadto:

  • rozwój kanałów sprzedaży na obsługiwanym już rynku norweskim i niemieckim
  • realizację bieżących zamówień na rzecz partnerów z: Francji, Belgii, Turcji, Hiszpanii i Szwajcarii
  • nawiązanie współpracy z dystrybutorami z: Austrii, Rumunii, Indii, Ukrainy, Korei Południowej i Cypru
  • współpracę w zakresie seryjnej produkcji obudów głośnikowych na rzecz partnerów zewnętrznych, prowadzących sprzedaż finalnych produktów m.in. w Stanach Zjednoczonych, Europie oraz na rynkach azjatyckich

W I kwartale 2016 roku Pylon S.A. odnotował 0,87 mln zł przychodów ze sprzedaży produktów własnych w porównaniu do 0,55 mln zł rok wcześniej. Początek 2016 roku okazał się dla polskiego producenta niezwykle atrakcyjny pod względem zbytu – krajowi konsumenci kupili w tym czasie aż 625 autorskich zestawów głośnikowych marki Pylon Audio w porównaniu do 359 rok wcześniej i 233 w pierwszych trzech miesiącach 2014 roku.

W 2015 roku Pylon S.A. osiągnął 52 proc. wzrost sprzedaży produktów własnych w ujęciu ilościowym i 59 proc. pod względem przychodów. W tym okresie producent sprzedał łącznie 1455 zestawów głośnikowych w odniesieniu do 957 w 2014 roku, dzięki czemu przychody spółki wyniosły narastająco po czterech kwartałach 2015 roku 2,29 mln zł w porównaniu do 1,44 mln zł rok wcześniej.

Jednocześnie spółka jest aktywnym beneficjentem programów unijnych, w ramach których wspierane są innowacyjne projekty technologiczne oraz firmy inwestujące w sektor Badań i Rozwoju (B + R). Łącznie w latach 2013-2016 Pylon S.A. – w tym Pylon Audio i Pylon Sp. z o.o. – pozyskała z funduszy europejskich (wprost bądź na współfinansowane projekty) ok. 1,43 mln zł.

Veeam tworzy nowe stanowiska prezesa/COO oraz CEO w swoim zespole kierowniczym

Veeam mianuje Petera McKaya prezesem i dyrektorem operacyjnym; Williama Largenta powołuje na stanowisko dyrektora generalnego.

William H. Largent - nowy dyrektor generalny (CEO) w Veeam Software
William H. Largent – nowy dyrektor generalny (CEO) w Veeam Software

Veeam® Software, mianował Petera C. McKaya – do niedawna starszego wiceprezesa i dyrektora generalnego na Amerykę w VMware – swoim prezesem i dyrektorem operacyjnym (Chief Operating Officer, COO). Jednocześnie firma powołała Williama H. Largenta, dotychczasowego wiceprezesa zarządu, na stanowiska dyrektora generalnego (Chief Executive Officer, CEO).

Peter C. McKay -nowy prezes i dyrektor operacyjny (COO) w Veeam Software
Peter C. McKay -nowy prezes i dyrektor operacyjny (COO) w Veeam Software

Współzałożyciele i dyrektorzy firmy, Ratmir Timashev i Andrei Baronov, nadal będą odgrywać ważne role w firmie, aktywnie zajmując się strategią rynkową i tworzeniem nowych produktów. Nominacje mają na celu pogłębienie kompetencji doświadczonej kadry kierowniczej. Następują one w momencie, w którym Veeam kontynuuje skuteczne wspieranie przedsiębiorstw w zapewnianiu całodobowej dostępności, rozwija działalność na rynku korporacyjnym i odnotowuje dwucyfrowe wzrosty przychodów.

„Mianując Petera i Billa, wzbogacamy kierownictwo firmy, które już teraz reprezentuje światową klasę, o dodatkowe doświadczenie i talent. Peter i Bill to doświadczeni liderzy, których umiejętności znakomicie się uzupełniają; odegrają oni kluczową rolę w podtrzymaniu szybkiego tempa rozwoju Veeam — powiedział Ratmir Timashev. — Peter dołączy też do Rady Dyrektorów, w której będzie zasiadał obok Andreia, Billa i mnie. Przyciągając talenty takie jak Peter, wysyłamy jasny sygnał, że Veeam jest liderem rynku i dopiero zaczyna wydobywać swój prawdziwy potencjał”.

Jako prezes i dyrektor operacyjny Veeam, McKay będzie bezpośrednim podwładnym Largenta, odpowiedzialnym za działania sprzedażowe, marketing, finanse i zasoby ludzkie. Przed przejściem do Veeam, McKay pełnił szereg funkcji kierowniczych w amerykańskim oddziale VMware, gdzie rozpoczynał jako wiceprezes ds. sprzedaży na Amerykę w dziale End User Computing. Następnie objął stanowisko dyrektora operacyjnego na kontynencie amerykańskim, gdzie odpowiedzialny był za optymalizację wszystkich procesów związanych z wprowadzaniem na rynek nowych produktów. Dzięki skutecznemu działaniu powierzono mu posadę starszego wiceprezesa ds. korporacyjnych, a ukoronowaniem jego pracy w VMware było objęcie funkcji starszego wiceprezesa i jednoczenie dyrektora generalnego w amerykańskim oddziale tej firmy.

McKay rozpoczął pracę w VMware w wyniku przejęcia firmy Desktone, gdzie był prezesem i dyrektorem generalnym od 2010 r. do października 2013 r. Wcześniej McKay pełnił funkcje prezesa i dyrektora generalnego w dwóch innych firmach, finansowanych przez kapitał podwyższonego ryzyka: od 2001 do lipca 2008 r. w Watchfire, dostawcy rozwiązań zabezpieczających (przejętym przez IBM w 2007 r.), oraz od 1998 do 2001 r. w spółce eCredit (nabytej przez Internet Capital Group). McKay piastował także stanowisko „dyrektora-rezydenta” w Insight Venture Partners.

„Transformacja cyfrowa, chmura, technologie społecznościowe i nienasycony apetyt użytkowników na ciągły dostęp do krytycznych danych i aplikacji zaczynają zmieniać sposób, w jaki firmy prowadzą działalność – powiedział Peter McKay. — Jesteśmy na krawędzi cyfrowej rewolucji. Przedsiębiorstwa chcą wykorzystać moc chmury i dotrzymać kroku zmieniającym się potrzebom użytkowników, a dostępność w modelu 24/7/365 nie jest już czymś, o czym myśli się po fakcie, ale strategicznym priorytetem. Właśnie dlatego tu jestem. Marka Veeam zawsze była symbolem innowacyjności i satysfakcji klienta. Niewiele jest firm tak fascynujących jak Veeam, a ja czuję się zaszczycony, że dołączam do zespołu i pomogę poprowadzić firmę do następnego etapu rozwoju”.

Jako dyrektor generalny, William Largent będzie odpowiadał bezpośrednio przez Radą Dyrektorów Veeam i nadzorował strategię oraz finanse firmy. Largent dba o rozwój Veeam od czasu założenia firmy w 2006 r. i od ponad 30 lat pracuje na stanowiskach operacyjnych i kierowniczych w szybko rosnących przedsiębiorstwach. Przed przejściem do Veeam Largent był dyrektorem generalnym Applied Innovation, Inc., spółki publicznej poprzednio notowanej na rynku NASDAQ – National Market System. Nowy CEO Veeam współpracował też z innymi członkami zespołu kierowniczego tej firmy w Aelita Software, gdzie pełnił funkcję dyrektora operacyjno-finansowego. Wcześniej, jako dyrektor finansowy spółki Plug Power, kierował jej pierwszą publiczną ofertą akcji, organizowaną przez bank Goldman, Sachs & Co., w ramach której zgromadzono kapitał przekraczający 150 milionów dolarów.

„Przez całą karierę zawodową zajmuję się budowaniem firm, ale Veeam to coś szczególnego – powiedział Largent. – Od rozpoczęcia działalności w 2006 r. zawsze byliśmy w pierwszym szeregu innowatorów i kwestionowaliśmy zachowawcze myślenie. Nasz pierwszy produkt był bezpłatny, dzięki czemu już po krótkim czasie znał nas każdy administrator systemów wirtualnych. Zawsze pracowaliśmy w tym samym duchu innowacyjności, a patrząc w przyszłość, skupiamy się na tym, aby przedsiębiorstwa mogły osiągnąć całodobową dostępność i wykorzystać pełen potencjał gospodarki cyfrowej”.

William Largent aktualnie jest w trakcie relokacji do międzynarodowej centrali Veeam w Szwajcarii.

OT Logistics przejmuje spółki Grupy STK

Zarząd OT Logistics zawarł warunkową umowę inwestycyjną z STK Group Sp. z o.o., jednym z największych prywatnych przewoźników kolejowych w Polsce. Dotyczy nabycia akcji STK S.A. i Kolei Bałtyckiej S.A., stanowiących odpowiednio 100% i 80% udziału w kapitale zakładowym i ogólnej liczbie głosów. Łączna wartość transakcji nabycia udziałów w obu spółkach wyniesie ok. 33,1 mln zł.

STK jest piątym prywatnym przewoźnikiem kolejowym w Polsce pod względem wykonanej pracy przewozowej. Specjalizuje się w przewozach masowych i transporcie ładunków ponadgabarytowych. Głównymi klientami nabywanych Spółek są największe w Polsce zakłady z branży paliwowej, energetycznej i ciepłowniczej.

Akwizycja Grupy STK wpisuje się w naszą strategię rozwoju i wzmacnia nasze kompetencje w transporcie kolejowym, który odgrywa coraz większą rolę również w obsłudze naszych portów. Liczymy, że synergie wynikające z przejęcia grupy kolejowej wzmocnią naszą ofertę dla klientów, co następnie przełoży się na wzrost naszych udziałów rynkowych i rentowności z działalności transportowej. Chcemy, aby STK odgrywało ważną rolę w budowanym przez nas korytarzu Bałtyk-Adriatyk i aby specjalizowało się w transporcie produktów rolnych z Europy Środkowej do polskich portów – mówi Zbigniew Nowik, Prezes Zarządu OT Logistics.

W 2015 r. Grupa STK wypracowała 104,7 mln zł skonsolidowanych przychodów i 18,1 mln zł zysku netto. Roczne obroty obu przejmowanych spółek z działalności kolejowej oscylują na poziomie ok. 80 mln zł. W 2015 r. EBITDA w segmencie przewozów kolejowych w przypadku STK S.A. wyniosła 5,3 mln zł, podczas gdy EBITDA Kolei Bałtyckiej S.A. sięgnęła 0,8 mln zł.

Dzięki akwizycji Grupy STK, OT Logistics będzie mieć do dyspozycji nowe aktywa kolejowe, które umożliwią efektywną obsługę transportową ładunków o dużych rozmiarach i towarów masowych (m.in. biomasy, węgiel i kruszywa), a także produktów chemicznych. W efekcie, OT Logistics zyska nowe możliwości przewozowe i dostęp do nowych rynków.

Dołączamy do Grupy Kapitałowej o międzynarodowym zasięgu, dzięki czemu STK może skutecznie wykorzystywać swój potencjał. Jestem przekonany, że dotychczasowe kompetencje STK w zakresie przewozów specjalistycznych i masowych wpisują się w plan rozwoju OT Logistics. Niewątpliwym atutem STK jest zmotywowany i kompetentny zespół osób, z odwagą podejmujących się nowych wyzwań i zorientowanych na sukces w biznesie kolejowym. Ich wiedza na temat branży i oczekiwań klientów będzie nieoceniona dla całej Grupy Kapitałowej OT Logistics. – mówi Adrian Gierczak, Prezes Zarządu STK S.A..

Sprzedaż udziałów w obu spółkach nastąpi po spełnieniu wszystkich wskazanych w umowie warunków zawieszających, w tym m.in. po podjęciu przez Radę Nadzorczą OT Logistics uchwały wyrażającej zgodę na transakcję, uzyskaniu zgody Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) na koncentrację i podjęciu 30 czerwca br. przez Walne Zgromadzenie akcjonariuszy uchwały emisyjnej.

W ramach rozliczenia transakcji, Grupa STK nabędzie 91.406 akcji serii D OT Logistics (ilość walorów nie uwzględnia skutków uchwały o splicie akcji, która będzie przedmiotem głosowania na Walnym Zgromadzeniu Spółki 30 czerwca br.) o łącznej wartości 23,4 mln zł, czyli 256 zł za jedną akcję (po podwyższeniu kapitału będą one stanowić 6% udziału w kapitale zakładowym OT Logistics i ogólnej liczbie głosów). Pozostała część ceny za akcje STK S.A. i Kolei Bałtyckiej S.A. zostanie uregulowana przez OT Logistics w drodze bezgotówkowych rozliczeń związanych ze sprzedażą na rzecz STK Group nieruchomości należących do STK S.A i jej spółki zależnej.

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.06.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.06.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Ruszyło ratowanie pięćdzięsięciu przedsiębiorstw

Od stycznia działa nowa ustawa o restrukturyzacji przedsiębiorstw, które mogłyby okazać się zagrożone bankructwem. Prawie 50 przedsiębiorstw jest już objętych tym postępowaniem

-Do końca maja postępowania restrukturyzacyjne wprowadzono w prawie 40 przedsiębiorstwach, teraz jest ich już prawdopodobnie blisko 50- mówi w rozmowie z MarketNews24 prezes zarządu spółki PMR Restrukturyzacja SA, Maciej Pietrzak.

USD jest bezpieczniejszym aktywem niż CHF

USD jest bezpieczniejszym aktywem niż CHF 5

Podczas sztormów oraz niepewności na rynkach finansowych Inwestorzy przyzwyczaili się, że frank szwajcarski pełnił rolę „bezpiecznej przystani”. Jednak po wynikach czwartkowego referendum doszło do czegoś innego. Para walutowa USD/CHF wyskoczyła do góry, czyli to dolar amerykański pełnił rolę „bezpieczniejszego” aktywa. Wszystko przez pamiętny 15 stycznia 2015 roku, czyli uwolnienie kursu szwajcarskiej waluty przez SNB.

Na interwale dziennym kurs pary walutowej porusza się pomiędzy strefą popytu 0.950-0.955, a strefą podaży 0.991-0.995. W długim terminie to dolar amerykański powinien być pod presją sprzedających ze względu na oddalające się w czasie podwyżki stóp procentowych.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Rekordy bankructw już za nami

W rekordowych latach w Polsce ogłaszało upadłość ponad tysiąc firm rocznie. W ostatnich latach 600-700 i na tym poziomie mamy stabilizację. Bankructw było jednak za mało.

-W gospodarkach takich jak Niemcy czy Francja, czyli dwukrotnie większych od Polski zdarza się 10-15 tys. upadłości – mówi w rozmowie z MarketNews24 prezes zarządu spółki PMR Restrukturyzacja SA, Maciej Pietrzak. -To oznacza, że nie do końca właściwie stosowane było prawo upadłościowe, bo ogłoszenie upadłości to sposób na wyjście przedsiębiorstwa z kłopotów, aby uniknąć wejścia likwidatora i likwidacji firmy.

Stabilizacji liczby upadłości, a nawet jest obniżeniu może teraz sprzyjać obowiązująca od stycznia ustawa o restrukturyzacji firm.

Złoto i srebro główni beneficjenci Brexitu

Złoto i srebro główni beneficjenci Brexitu 6

Złoto i srebro zyskały od ubiegłego czwartku odpowiednio 4,35% oraz około 5%. Ostatnie mocne wzrosty, głównie złota, związane były z odpływem kapitału do walorów uważanych za bezpieczne w związku z zamieszaniem wokół tak zwanego Brexitu.

Okresy niepewności wzmagają popyt na metale szlachetne, chociaż ruch w górę na złocie i srebrze obserwowany jest o wiele dłużej, a dokładnie od początku br. Wzrost cen był możliwy między innymi dzięki osłabieniu dolara amerykańskiego. Paradoksalnie waluta Stanów Zjednoczonych przestała aprecjonować po tym, jak Rezerwa Federalna podniosła stopę funduszy federalnych pierwszy raz od dziewięciu lat. Niemniej jednak dalsze podwyżki były odwlekane i prawdopodobnie nadal będą, aż do 2017 roku, a ponadto podwyżka z końca 2015 roku już dawno była zdyskontowana.

Oprócz czynnika w postaci słabszego dolara amerykańskiego obserwowany jest wzrost popytu na złoto w funduszach typu ETF, które są zobligowane kupować ten kruszec za część jednostek uczestnictwa. Również na rynku terminowym obserwowana jest duża ekspozycja pozycji kupna. Czyżby rozpoczynała się nowa hossa na tych metalach?

Z pewnością zawirowania wokół wyjścia Wielkiej Brytanii będą napędzać ruch w górę złota i srebra. Wciąż pozostaje wiele niewiadomych i mimo, że od kilku dni obserwujemy odbicie na giełdach jeszcze trudno wpadać w huraoptymizm i uznać, że nastał tak zwany „risk on„.

Złoto zmierza do okrągłego poziomu 1400 USD, który ostatnio był widziany w marcu 2014 roku, a dla srebra najbliższy przystanek to okolice 19 USD, który również były obserwowany dwa lata temu. Największym zagrożeniem dla większego ruchu w górę jest powrót do aprecjacji amerykańskiej waluty. Wprawdzie są bardzo małe szanse na podwyżkę stóp procentowych zza oceanem w tym roku, ale na tle innych państw, które mogą dalej luzować swoją politykę pieniężną może to wystarczyć, żeby dolar się umacniał.

Dzisiaj mamy raczej spokojny dzień, a rynki nadal będą żyły wyjściem Zjednoczonego Królestwa z UE. EUR/USD idzie lekko do góry po lepszych danych o inflacji HICP w Strefie Euro, a za niecałą godzinę poznamy cotygodniowe wnioski o zasiłek dla bezrobotnych w Stanach Zjednoczonych. Warto również zwrócić uwagę na wystąpienie szefa Banku Anglii, które rozpocznie się o 17:00 czasu polskiego.

Bartosz Zawadzki
Szef Działu Analiz

Powrócił temat wprowadzenia euro w Polsce

Z powodu Brexit i przygotowywanych zmian w funkcjonowaniu UE powrócił temat wprowadzenia w Polsce euro zamiast złotego. Po przyjęciu wspólnej waluty Polska znalazłaby się w gronie najsilniejszych państw Unii. A.Łaszek z FOR jest sceptykiem, co innego jest dla Polski ważniejsze.

Powinniśmy najpierw zmniejszyć deficyt budżetowy, by spełniać wszystkie kryteria traktatu z Maastricht, ocenia Aleksander Łaszek w rozmowie z MarketNews24. -Gdy mamy nieuporządkowane finanse publiczne dyskusja o wprowadzeniu euro jest dyskusją polityczną i przedwczesną.

Powiązania Deutsche Banku – TBTF

Powiązania Deutsche Banku - TBTF 7

Inwestorzy od kilku lat znienawidzili branżę finansową, większość spółek notowanych na giełdzie działających w tym sektorze znajduje się w trendzie spadkowym. Najbardziej znienawidzony jest Deutsche Bank, który posiada w swoim bilansie instrumenty pochodne opiewające na kwotę 55,605,039 milionów euro, jest to rekord wszech czasów.

W normalnych warunkach rynkowych żaden podmiot finansowy nie mógłby sobie pozwolić na tak dużą ekspozycję w instrumentach pochodnych. Zatem powstaje pytanie, czy Deutsche Bank upadnie?

Niekoniecznie, ponieważ należy do grupy Too Big to Fail, czyli nikt nie może pozwolić na jego upadek. Powyżej została przedstawione powiązana poszczególnych banków z niemieckim gigantem. Jego upadek byłby katastrofą dla całego systemu finansowego.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Gdy opadnie po-Brexitowy kurz

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Ostatnie dni, a nawet tygodnie, zdominowane zostały najpierw wyczekiwaniem na referendum odnośnie członkostwa Wielkiej Brytanii w UE, a później reakcją na jego wynik. Wybór Brytyjczyków za Brexitem spadł niczym grom z jasnego nieba, szczególnie w kontekście powszechnych oczekiwań odmiennego rezultatu. Reakcja była więc pokaźna, ale wcale nie tak duża, jak można by sądzić po komentarzach opisujących krach.

Warto sobie przypomnieć przebieg handlu w minionym tygodniu, który rozpoczął się sporymi wzrostami w nadziei na materializację sondaży wskazujących przewagę oponentów Brexitu. Zwyżki były kontynuowane na każdej kolejnej sesji tygodnia, włącznie z referendalnym czwartkiem, co jest o tyle zaskakujące, że fundusze hedgingowe zamówiły swoje sondaże exit polls, które najwidoczniej nie potrafiły poprawnie wskazać wyniku głosowania. Tym samym o wczesnych godzinach porannych w piątek niemalże wszyscy byli zaskoczeni. Potężny ruch był więc pochodną już wcześniej obserwowanej zmienności i jeżeli zaczniemy śledzić wykresy tygodniowe, to żadnej katastrofy nie dostrzeżemy.

Odmienną kwestią są konsekwencje decyzji Brytyjczyków. Te na chwilę obecną są wysoce niepewne, gdyż nie umilkły nawet głosy, czy do Brexitu rzeczywiście dojdzie. Jeżeli jednak spojrzeć na reakcję Brukseli, to widać wyraźnie, że unijni biurokraci nie smucą się z przyszłej utraty ważnego hamulcowego integracji. Wydaje się nawet, że refleksja nad przyczynami i konsekwencjami Brexitu ustąpiła miejsca złości i pewnej chęci odwetu za burzenie status quo. Tym samym w Unii ścierać się będą dwa obozy. Jeden na czele z brukselskimi biurokratami będzie chciał ukarać Londyn i uczynić Brexit kosztowym, by odwieść inne kraje od pójścia podobną ścieżką. Inny, bardziej pragmatyczny obóz będzie chciał na nowo ułożyć stosunki z drugą gospodarką Europy, handel z którą jest korzystny dla obu stron. W krótkim terminie wiele się jednak nie zmieni, gdyż wymiana handlowa będzie przebiegała na dobrze znanych warunkach, a sam proces negocjacji rozdziału trwać będzie latami. Podobnie wygląda sytuacja z budżetem unijnym, który w średnim okresie nie powinien ulec zmianie, a nawet w przyszłości nie jest powiedziane, że płatności z Londynu w całości ustaną. Preferowany norweski wariant dostępu do unijnego rynku zakłada bowiem partycypację w unijnych składkach. Tym samym w najbliższym czasie głównym skutkiem referendum jest niepewność, która może wpłynąć na konsumpcję w Wielkiej Brytanii i zapewne zaciąży na inwestycjach, jednocześnie wpływając nieco na zmianę ich kierunków. Te mogą zacząć bardziej faworyzować inne kraje, w tym Polskę, co jest potencjalną korzyścią również na GPW. Brexit nie musi się więc okazać tak strasznym, jak go malują.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Ropa WTI po raz kolejny w okolicy 50 USD

Chart WTI, D1, 2016.06.30 09:06 UTC, Admiral Markets AS, MetaTrader 4, Real

Ropa WTI od początku tygodnia zyskała niemal 3 procent. Ceny ropy po raz kolejny zbliżyły się w okolicę 50 USD za baryłkę. Wzrostom pomogły dane z American Petroleum Institute. Agencja podała do informacji publicznej, że zmiana zapasów ropy wyniosły -3,9 milionów baryłek przy konsensusie -2,3 miliona baryłek.

Wczorajsze zapasy z Energy Information Administration (EIA) także wskazały na topniejące zapasy ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych, tym razem o -4,1 miliona. Powyższe informacje przełożyły się na kontynuacje trendu wzrostowego.

Ropa WTI od dłuższego czasu porusza się w kanale wzrostowym, aktualnym wsparciem jest dolne ograniczenie tej formacji oraz strefa popytu 46-47. W długim terminie bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu wzrostowego, lecz należy oczekiwać głębszej korekty notowań w najbliższym czasie.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Technologie krakowskiej spółki Ailleron zrewolucjonizują światowe finanse?

Według danych Fed (The Federal Reserve System) w 2015 r. w samych Stanach Zjednoczonych już 43% osób posiadających telefon komórkowy i konto bankowe używało bankowości mobilnej[1]. Banki na całym świecie wykonują krok naprzód – nowe technologie, zwłaszcza wirtualne oddziały oraz bankowość mobilna, stają się obecnie ich głównym motorem napędowym. Polska ma w tej rewolucji swój znaczący udział. Krakowska firma informatyczna Ailleron SA dostarcza swój flagowy produkt , pozwalający bankom i ich klientom w pełni korzystać z dobrodziejstw bankowości mobilnej, już do kilkunastu placówek na całym świecie. Zjednoczone Emiraty Arabskie, Malezja, Singapur, Grecja czy Brazylia to dopiero początek jej ekspansji. Czy polska myśl technologiczna zamieni tradycyjne banki na wirtualne oddziały?

Polska bankowość internetowa i mobilna jest obecnie jedną z najbardziej innowacyjnych i intuicyjnych na świecie. Poziom jaki osiągnęliśmy zawdzięczamy przede wszystkim klientom. To właśnie oni wymusili na instytucjach finansowych konsekwentny proces digitalizacji oraz cyfryzacji oferowanych przez nich produktów i usług. Polacy na tle zachodnich sąsiadów wydają się bardziej odważni. W większości nie boją się zmian jakie niosą za sobą nowinki technologiczne. Wiedzą, że ułatwiają im one codzienne funkcjonowanie i zaoszczędzają czas. Dzięki takiemu podejściu utworzenie pierwszych na świecie „wirtualnych oddziałów” banków było w naszym kraju tak naprawdę kwestią czasu. Nasz autorski produkt – LiveBank – idealnie wkomponował się w czas zmian na globalnym rynku bankowym, dzięki czemu Polska stała się pionierem i trendsetter’em w zakresie najnowszych technologii dla banków. To właśnie w naszym kraju 3 z 5 największych banków wdrożyło LiveBank, a kolejne już niedługo otworzą swoje wirtualne oddziały. Inne technologie związane z nowoczesną bankowością dostarczamy do aż 11 banków z polskiej listy TOP20. Można więc powiedzieć, że odmieniamy oblicze polskiej bankowości. Byłaby to jednak tylko część prawdy biorąc pod uwagę doskonały odbiór LiveBank za granicą – i to w bardzo różnych kulturowo obszarach, co tylko potwierdza uniwersalność naszego rozwiązania – mówi Piotr Skrabski, Dyrektor Generalny LiveBank w Ailleron SA.

Małopolska spółka może już się pochwalić wieloma zagranicznymi sukcesami na kilku kontynentach, w ramach których coraz większy udział stanowią właśnie wdrożenia LiveBank. Wirtualne oddziały stworzono do kompleksowej obsługi klientów w kanałach wideo, audio i czat, przy czym to właśnie kanał wideo zasługuje na największą uwagę. LiveBank pozwala uzyskać bardzo wysoką jakość obrazu po stronie klienta, a co za tym idzie wygodę jego obsługi. To co jest bardzo istotne dla banków – LiveBank jest osadzony w ich procesach biznesowych i zakorzeniony w sercu architektury systemu bankowego, co daje więcej możliwości i zapewnia nieosiągalny do tej pory stopień bezpieczeństwa, będący kluczowym czynnikiem dla instytucji finansowych pod każdą szerokością geograficzną. Nic więc dziwnego, że proces tworzenia wirtualnych oddziałów banków nabiera tempa w tak różnych krajach jak Niemcy, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Singapur czy Malezja, nie wspominając o Polsce.

Nasze plany na najbliższą przyszłość obejmują rozszerzenie usługi LiveBank na 7 kolejnych krajów, włącznie z gigantycznym rynkiem chińskim. Trwają rozmowy o kolejnych po Commerzbanku wdrożeniach na rynku niemieckim, a także m.in. w Grecji, czy Brazylii. Dynamika wzrostu wdrożeń i tak dobre reakcje z różnych stron świata sprawiają, że musimy konsekwentnie kontynuować obraną strategię ekspansji. – mówi Tomasz Maciantowicz odpowiedzialny za sieci partnerskie LiveBanku.

Najnowsze trendy redefiniują cały obszar usług, w tym także sektora bankowego. Pojawienie się konsumentów, u których dominuje portfel mobilny, sprawiło, że banki muszą na nowo poszukiwać kanałów komunikacji z nowym pokoleniem. Według ekspertów w najbliższych latach przeciętny klient będzie odwiedzał placówkę bankową raz w roku, a 40% z nich nie będzie przychodzić do oddziałów w ogóle. Odpowiedzią na to zjawisko okazuje się zintensyfikowanie automatyzacji na linii bank-klient. Jednym ze sposobów na osiągniecie tego celu jest wdrożenie platform oferujących usługę wirtualnego banku w urządzeniu klienta, co wprowadza nowoczesną bankowość na zupełnie nowy poziom.

Wirtualne oddziały to głęboka zmiana w relacjach między bankiem a klientem. Ich wdrożenie kompleksowo i w realny sposób wpływa na prowadzony przez banki biznes umożliwiając efektywniejszą akwizycję klientów, zwłaszcza tych zorientowanych na wykorzystanie technik mobilnych, a jak wiemy ten odsetek sukcesywnie rośnie. To jednak nie jedyna akwizycyjna zaleta wirtualnych oddziałów – znacznie rozszerzają też one pole możliwości w przypadku cross-selingu szerokiej gamy produktów finansowych oferowanych przez banki. Zalety wiążą się również z daleko posuniętą optymalizacją kosztową związaną z efektywniejszą obsługą, szybszym czasem rozpatrywania zgłoszeń, co, mimo wdrożenia oszczędności, skutkuje większym zadowoleniem klientów, gdyż są to zmiany przez nich pożądane i jednocześnie jedne z głównych bolączek tradycyjnych oddziałów – zapewnia Piotr Skrabski, prowadzący LiveBank.

W 2015 roku przychody ze sprzedaży eksportowej Ailleron wzrosły o ponad połowę, do 18,21 mln złotych. Całkowite przychody zwiększyły się o 26,5 proc. do 68,2 mln zł. To oznacza, że eksport odpowiada już za niemal jedną trzecią sprzedaży Spółki.

„Chcemy inwestować coraz więcej w podbój nowych rynków i systematycznie zwiększać naszą sprzedaż zagraniczną. Na Bliskim Wschodzie wdrażamy nasz produkt w jednym z największych banków regionu a z kolejnymi prowadzimy już zawansowane rozmowy. Zainteresowanie klientów i partnerów na całym świecie jest ogromne, tylko w ostatnich kilku tygodniach podpisaliśmy strategiczne partnerstwa z wiodącymi firmami w krajach skandynawskich, Brazylii oraz w regionie Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej. Jesteśmy przekonani, że światowa klasa technologii, którą opracowaliśmy od początku do końca w Polsce, wkrótce pozwoli na komunikację jeszcze większych sukcesów eksportowych.” – dodaje Grzegorz Młynarczyk, Wiceprezes Ailleron SA.

[1] http://www.federalreserve.gov/econresdata/consumers-and-mobile-financial-services-report-201603.pdf

Na fali rekordów sprzedaży wyniki deweloperów mieszkaniowych będą coraz lepsze

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż deweloperów mieszkaniowych utrzymuje się na rekordowych poziomach, dlatego najbliższe lata powinny przynieść bardzo dobre wyniki giełdowych reprezentantów tej branży – uważa Mateusz Mucha z DM Navigator. Jego zdaniem popyt na lokale napędzają tanie kredyty hipoteczne, a także zakupy gotówkowe i inwestycyjne. Eksperci uważają, że poważnych czynników ryzyka na razie nie widać.

W I kwartale liderami sprzedaży byli kolejno Robyg z 727 sprzedanymi mieszkaniami (wzrost o 36% rdr.), następnie Murapol (701 lokali, czyli o 21% więcej r/r), Dom Development (615, 32% więcej rdr.) i Atal (509, czyli 61% więcej rdr.). Łącznie deweloperzy giełdowi sprzedali w pierwszych trzech miesiącach tego roku 4746 mieszkań, czyli 16,5% więcej w skali roku. Jak zaznaczają eksperci, sprzyja temu dobra koniunktura gospodarcza Polski i środowisko niskich stóp procentowych.

– Po pierwsze, tańszy jest kredyt, dlatego ludziom łatwiej jest zaciągać zobowiązania hipoteczne pod zakup nowych mieszkań – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mateusz Mucha, wiceprezes zarządu Navigator Debt Advisory, menadżer w Domu Maklerskim Nawigator. – Po drugie, lokaty są na tyle nisko oprocentowane, że pojawia się dużo zakupów gotówkowych, dużo zakupów inwestycyjnych, co również napędza sprzedaż deweloperom.

W I kwartale firmy zrzeszone w Związku Firm Doradztwa Finansowego (ZFDF) pośredniczyły w udzieleniu kredytów hipotecznych o łącznej wartości 3,5 mld zł, czyli niemal o 8 proc. więcej niż rok wcześniej. Rekordowa sprzedaż mieszkań oznacza, że najbliższe kwartały powinny być bardzo dobre pod kątem wyników finansowych dla deweloperów. Mateusz Mucha zaznacza jednak, że specyfiką tego rynku jest to, że firmy rozpoznają przychody ze sprzedaży mieszkań dopiero w momencie przekazania ich finalnym nabywcom.

– Wyniki finansowe, które pokazują, są więc wynikami historycznymi obrazującymi sprzedaż z poprzednich okresów – dodaje Mateusz Mucha. – Dlatego prognozujemy, że najbliższy rok, a nawet co najmniej 1,5 roku, będzie bardzo dobre dla branży deweloperskiej.

Ekspert z DM Navigator podkreśla, że poziom sprzedaży w pierwszym kwartale tego roku oraz zwiększenie liczby wydanych pozwoleń na budowę o 20% dają solidne podstawy to tego, że wyniki w latach 2016–2017 będą równie wysokie jak te zanotowane w całym 2015 r.

Zdaniem Muchy największe zagrożenia dla deweloperów to sytuacja z kredytami frankowymi. W zależności od sposobu jej rozwiązania nie wyklucza się pojawienia dużej podaży mieszkań, które mogłyby zostać przekazane bankom przez kredytobiorców.

– Innym czynnikiem hamującym jest podwyższenie wymaganego wkładu własnego, który zwiększa się do 20 proc., czy likwidacja programu rządowego Mieszkanie dla Młodych – zauważa wiceprezes zarządu Navigator Debt Advisory. – Z kolei Mieszkanie+ jest programem, który ma dopiero wystartować. Pierwsze realizacje planowane są na 2018 rok, z tego, co rząd komunikuje, będą to pilotażowe realizacje. 

Rządowy program Mieszkanie dla Młodych skończy się w 2018 roku. Tegoroczna pula pieniędzy na wsparcie zakupu mieszkania wyczerpała się już w marcu. Jednak kupujący mogli rezerwować środki z budżetu przeznaczonego na przyszły rok. Według ostatnich informacji, aż 80% środków z tej kwoty, czyli 373 mln zł zostało już przydzielonych.

Według rządowych zapowiedzi kolejny program wspierający, czyli Mieszkanie+, ma ruszyć w 2019 roku, więc w ocenie eksperta jest to na tyle odległa perspektywa, że nie przewiduje obecnie z tej strony dużego zagrożenia dla deweloperów z rynku Catalyst. Zaznacza jednak, że w dłuższej perspektywie może stanowić ryzyko dla działalności deweloperskiej.

Ceny ropy uzależnione od decyzji Fedu

0

CEO Magazyn Polska

Na ceny ropy największy wpływ mają obecnie zmiany kursu walut związane z brexitem i polityka monetarna w Stanach Zjednoczonych – ocenia Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. Obecnie baryłka ropy naftowej jest wyceniana na 48,5 dol. Zdaniem eksperta pod koniec roku cena może oscylować wokół 60 dol. za baryłkę.

– Ceny ropy zależą od sytuacji na rynku surowcowym, a przede wszystkim na rynku walutowym, od polityki monetarnej w Stanach Zjednoczonych. W czerwcu nie było zmiany stóp procentowych, w lipcu podwyżka jest już prawdopodobna, ale rynki mają to już zdyskontowane w cenach i niespecjalnie powinno to wpływać na cenę – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

W czerwcu bank centralny USA podjął decyzję o pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie, główna została utrzymana w przedziale 0,25 do 0,5 proc. W tym roku planowane są jednak dwie podwyżki, z czego jedna powinna nastąpić w lipcu. Teoretycznie im słabszy jest dolar, tym droższe są surowce. Przy wzmocnieniu dolara surowce tanieją, jednak zdaniem Kuczyńskiego w tym przypadku wzmocnienie dolara nie powinno mieć większego znaczenia przy wycenie ropy.

– Ropa atakowała już poziom 50 dol. za baryłkę, pokonała ten poziom, wydawało się, że jest na drodze w kierunku 60 dol. Sytuacja zewnętrzna spowodowała jednak, że powróciła do tego poziomu. Mimo to zakładam, że docelowo w tym roku cena osiągnie poziom 50–60 dol. za baryłkę i wyżej już nie pójdzie – ocenia analityk.

Obecnie baryłka ropy West Texas Intermediate (WTI) w dostawach na lipiec na giełdzie paliw w Nowym Jorku jest wyceniana na blisko 48,6 dol. (wzrost o 1,3 proc.). Brent w dostawach na sierpień na giełdzie londyńskiej szacowany jest na poziomie ponad 49,7 dol. za baryłkę. Jeszcze jednak na początku czerwca za baryłkę WTI trzeba było zapłacić 51 dol.

Według najnowszych danych Departamentu Energii USA zapasy ropy naftowej w ciągu tygodnia zmalały o 4,1 mln baryłek, czyli bardziej niż spodziewał się tego rynek. Analitycy spodziewali się spadku zapasów o 2,3 mln baryłek. Tydzień wcześniej zgromadzona ropy poszła w dół o 0,9 mln baryłek.

Czynnikiem ryzyka są trwające negocjacje płacowe w Norwegii pomiędzy firmami wydobywczymi a pracownikami kilku dużych pól naftowych w tym kraju. Eksperci uważają, że jeśli kompromis zostanie osiągnięty do piątku, to w sobotę najprawdopodobniej rozpocznie się zapowiadany przez związki zawodowe strajk, który może obniżyć produkcję ropy naftowej w Norwegii nawet o 18 proc.

Biura podróży zabezpieczają się na wypadek zmian kursowych. To szczególnie ważne przy egzotycznych kierunkach

CEO Magazyn Polska

Walutowe kontrakty terminowe, czyli kontrakty forward, są najczęściej wykorzystywane przez firmy kupujące lub sprzedające towar i usługi za granicą do zabezpieczania ryzyka kursowego. Zdecydowanie rzadziej decydują się one na opcje walutowe. U progu wakacji popyt na takie instrumenty rośnie, gdyż ożywia się rynek wyjazdów turystycznych w biurach podróży.

– Biura podróży mają swoje doświadczenia w zabezpieczeniu ryzyka kursowego. Te większe, które stanowią dużą część polskiego rynku, przeszły różne okresy umacniania się i osłabiania polskiej waluty, więc swoje wnioski wyciągnęły – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jakub Makurat, dyrektor generalny Ebury Polska. – Mniejsze biura dopiero się tego uczą. W szczególności te organizujące wycieczki do Afryki, Ameryki Południowej czy Azji, gdzie często używa się innych walut niż dolar amerykański i euro. Te zaczynają zauważać pewne istotne korzyści z tego, że można zabezpieczyć ryzyko walut egzotycznych.

Najpopularniejszym instrumentem wykorzystywanym przez biura podróży do zabezpieczenia przed ryzykiem kursowym są kontrakty forward, czyli kontrakty terminowe, w tym wypadku walutowe. Biuro umawia się ze sprzedającym, że w określonym terminie nabędzie waluty po umówionym z góry kursie. Obie strony są zobligowane do dokonania transakcji. W ten sposób firma być może kupi dolary czy euro nieco drożej, niż gdyby poczekała na ostatnią chwilę, a złoty akurat by się umocnił, ale też nie ryzykuje nagłego osłabienia naszej waluty, a to daje komfort zaplanowania kosztów i wpływów.

– Z dotychczasowych doświadczeń wygląda na to, że w większości biurom znane są przede wszystkim transakcje terminowe forward. Bardzo rzadko ktokolwiek używa opcji, gdyż opcje mają swoją specyfikę, trzeba je kupować, płacić premię lub też wchodzić w transakcje, które mają dodatkowe ryzyko, zwane są zerokosztowymi – podkreśla dyrektor generalny Ebury Polska.

Najpopularniejsze kierunki wyjazdów Polaków w ubiegłym roku to Chorwacja, Hiszpania, Grecja i Włochy (raport KPMG). Według serwisu Wakacje.pl od stycznia do maja br. najwięcej rezerwacji dotyczyło Grecji (jedna trzecia), a następnie Hiszpanii (jedna czwarta) i Bułgaria. Coraz większym wzięciem cieszą się jednak kierunki egzotyczne, nienakierowane jedynie na wypoczynek na plaży.

– Strategie zabezpieczające szczególnie, jeżeli weźmie się pod uwagę waluty krajów rozwijających się, tzw. waluty egzotyczne, gdzie stopy procentowe są wyższe niż w Polsce, dają możliwość oferowania bardzo ciekawych warunków cenowych klientom. Po prostu znając z góry kurs terminowy wymiany, można klientowi, tutaj w Polsce, który będzie płacił złotymi, zapewnić atrakcyjną cenę tej wycieczki – wyjaśnia Makurat.

Jak podkreśla, sama transakcja nie przysporzy firmie bezpośrednich zysków (poza zyskiem z bezpieczeństwa biznesu), jednak możliwość korzystnego zabezpieczenia egzotycznej waluty daje biurom podróży możliwość zaoferowania coraz bardziej atrakcyjnych destynacji w akceptowalnych cenach. A uatrakcyjnienie oferty to magnes na klientów.

– Przy organizacji dalszych wyjazdów kurs walutowy i wybór waluty mogą mieć istotne znaczenie. Widzę dosyć duży ruch właśnie w przypadku biur incentive travel, czy takich, które interesują się kierunkami rzadszymi i mniej popularnymi, organizują wyjazdy dla konkretnych grup, gdzie cashflow całej operacji trzeba po prostu znać z dużym wyprzedzeniem z przodu – mówi Makurat.

Resort rozwoju przyspiesza prace nad wspieraniem innowacyjności. Planuje m.in. odblokowania kapitału i zmiany w prawie

CEO Magazyn Polska

W Ministerstwie Rozwoju trwają prace nad systemowym pakietem wsparcia, który ma zwiększyć innowacyjność gospodarki. Program „Start in Poland” ma za zadanie zlikwidować lukę kapitałową i zachęcić prywatnych przedsiębiorców do inwestycji. Zmiany w prawie mają dać szansę innowacyjnym rozwiązaniom w zamówieniach publicznych, a inwestującym w innowacje przedsiębiorcom – zachęty podatkowe.

Zmianą, która jest niezbędna, aby Polska stała się innowacyjna, to przede wszystkim redukcja deficytu kapitału. Aby inwestować w innowacyjne, a zatem bardzo ryzykowne przedsięwzięcia, potrzebny jest kapitał. Tego kapitału nie ma w Polsce tyle, ile w Europie Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych, stąd niezbędny jest instrument, który wesprze przedsiębiorców, którzy mają środki odłożone na kontach, albo zainwestowane w nieruchomości – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jadwiga Emilewicz, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Temu zaradzić ma program „Start in Poland” dedykowany branży innowacji, start-upów i venture capital. W jego ramach projekty mają być po połowie finansowane przez Polski Fundusz Rozwoju i kapitał prywatny. Start-upy mogą liczyć na maksymalne wsparcie 250 tys. zł, zaś grant dla akceleratora może sięgnąć 6 mln zł. Istotne, że na wsparcie mogą liczyć firmy w różnej fazie rozwoju, nie tylko te w początkowym stadium.

Inną zmianą jest obszar regulacji. Jeśli chcemy stworzyć system przyjazny dla innowacji, to musimy zmienić prawo w kilku obszarach. Jednym z nich jest ustawa prawo zamówień publicznych. Teraz, kiedy obowiązuje ciągle jeszcze kryterium najniższej ceny, innowacyjne, niekiedy drogie na starcie, ale tanie w eksploatacji technologie nie mogą się przebić – ocenia Emilewicz.

Już po nowelizacji przepisów z 2014 roku, kiedy wprowadzono zapis, że poza szczególnymi przypadkami kryterium cenowe nie może być jedynym, jakim mogą się kierować zamawiający przy wyborze najkorzystniejszej oferty, przyniósł on wymierne efekty. Z analizy ogłoszeń dokonanej przez Urząd Zamówień Publicznych wynika, że po wprowadzeniu takiego przepisu zmniejszył się odsetek ogłoszeń, w których jako jedyne kryterium oceny wskazano najniższą cenę (z 93 do 33 proc. w przypadku ogłoszeń w Biuletynie Zamówień Publicznych, a w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej z 85 do 45 proc.). Dalsze obostrzenia w zastosowaniu kryterium najniższej ceny mają wejść w życie już na jesieni. Ustawa czeka na podpis prezydenta.

Ważną kwestią jest zmiana ustawy o wspieraniu innowacji, w którą wpisujemy realne zachęty podatkowe dla tych przedsiębiorców, którzy chcą zainwestować w nową technologię, w opatentowanie technologii, czy w zatrudnienie pracownika naukowego – tłumaczy przedstawicielka resortu.

Ministerstwo chce także wspierać eksport. Dane „Polskie Start-upy Raport 2015” wskazują, że obecnie z 2,4 tys. działających w Polsce start-upów, tylko połowa eksportuje swoje produkty. Małe firmy często nie mogą się przebić, brakuje im również środków, by zaistnieć na polskim rynku, tym bardziej na zagranicznych.

Nie mniej istotną rzeczą jest koncentracja środków, np. na projektach flagowych. Pierwszym z nich jest plan rozwoju elektromobilności, w którym drogą dojścia będzie autobus elektryczny. Autobusy już dziś w Polsce są produkowane, a zatem bazę już mamy. Jeśli spolonizujemy baterię, a zatem serce pojazdu elektrycznego, to będziemy mieć sukces – wskazuje Emilewicz.

Przedstawiciele resortu podkreślają, że założenia projektu (milion samochodów elektrycznych do 2025 roku i elektryfikacja transportu publicznego) mają kluczowe znaczenie dla wzrostu innowacyjności polskiej gospodarki. Praca nad warunkami rozwoju tego sektora może być dla krajowych firm szansą na wyprzedzenie światowych trendów. Zgodnie z szacunkami za 25 lat co czwarty samochód będzie elektryczny

W resorcie rozwoju trwają także prace nad polskim programem kosmicznym, który ma zawierać plan rozwoju tego sektora i jednocześnie ułatwiać wdrażanie innowacyjnych rozwiązań opartych na technikach satelitarnych w gospodarce i administracji.

Branża farmaceutyczna przoduje w innowacjach. Wydatki na ich opracowanie rosną

CEO Magazyn Polska

Innowacje w firmach farmaceutycznych są kluczem – przekonuje Gerd Maass z Roche. Dlatego branża ta przoduje w wydatkach na badania i rozwój. Jak wynika z danych Infarmy, w Europie innowacyjne firmy farmaceutyczne przeznaczają na ten cel ponad 15 proc. swoich przychodów netto. Innowacje to nie tylko praca nad nowymi lekami, lecz także telemedycyna i bioinformatyka. Rośnie też rola działów IT w pracach badawczo-rozwojowych.

Jeżeli przyjrzymy się leczeniu w onkologii, to widzimy wiele drobnych innowacji, które składają się na postęp. To nie jest jeden przełomowy krok, ale wiele małych kroków, z których każdy jest innowacyjny – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Gerd Maass, szef pionu Molecular Information w Roche Europe. – Wydatki na innowacje rosną. Rozwój w takich kwestiach jak informacja molekularna, zarządzanie danymi, usługi i infrastruktura IT, diagnostyka, badania nad lekami, jest bardzo kosztowny.

Sektor farmaceutyczny jest liderem pod względem liczby innowacyjnych przedsiębiorstw. Wedle danych Komisji Europejskiej nakłady na rozwój w tym sektorze w stosunku do przychodów są kilkukrotnie wyższe niż średnia wyliczona dla piętnastu najbardziej innowacyjnych sektorów. Związek Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych Infarma podaje, że europejskie innowacyjne przedsiębiorstwa z branży przeznaczają na badania i rozwój 15 proc. swoich przychodów netto. Drugi w kolejności sektor IT wydaje 9,5 proc. Koszty są coraz większe, ale dla firm farmaceutycznych innowacje są konieczne, bo przekładają się na przewagę konkurencyjną.

Jest kilka czynników, które napędzają innowacyjność w firmach farmaceutycznych. Jednym z nich jest bliska współpraca ze środowiskiem uniwersyteckim, z naukowcami, ponieważ branża farmaceutyczna bardzo potrzebuje ich wkładu. To pierwszy punkt. Drugi czynnik to fakt, że musimy dokładnie analizować dane z rynku o istniejących lekach, to dlaczego jedni pacjenci na nie reagują, a inni nie. To wymaga bardzo skomplikowanych technologii diagnostycznych, które rozwijamy, zaawansowanej części bioinformatycznej i technologii Big Data, która zbiera te wszystkie dane razem – mówi Maass.

Jak wskazuje Maass, innowacje to nie tylko leki, ale także telemedycyna.

W cukrzycy mamy cyfrowe narzędzia, specjalne zegarki albo aplikacje na smartfony, które umożliwiają pomiar poziomu cukru – przekonuje szef Molecular Information w Roche. – W perspektywie najbliższych 10 lat zmieni się cały system stosowania leków i diagnostyki. To na razie nie jest akceptowane w pełni przez społeczeństwo. Musimy więc pokazać pacjentom, dokąd to prowadzi i pokazać im przykłady korzyści, jakie będą czerpać z tych nowych technologii. Wtedy krok po kroku będziemy zmierzać w tym kierunku. Musimy to robić wspólnie z pacjentami, naukowcami i rządami.

Jak wynika z  raportu Deloitte „Healthcare and Life Sciences Predictions 2020: A bold future?”, dzięki nowoczesnym technologiom, w ciągu najbliższych lat medycynę i farmację czeka cyfrowa rewolucja. Zmienią się również same badania kliniczne.

To oznacza, że na znaczeniu w innowacjach będzie rosła rola IT, nowe technologie i przetwarzanie informacji. Badania, rozwój, produkcja i dystrybucja nowoczesnych leków, zwłaszcza biotechnologicznych, nie byłyby możliwe bez zastosowania zaawansowanych systemów informatycznych, które znacznie poprawiają dostęp do informacji i podnoszą efektywność analizy danych.

IT będzie stawało się coraz ważniejsze dla innowacji. Będzie również stanowiło wąskie gardło, ponieważ gromadzenie wszystkich danych wymaga ogromnych serwerów i bardzo zaawansowanych technologii, które zarazem muszą być bezpieczne – tłumaczy Gerd Maass.

Eksperci Deloitte przewidują, że w 2020 roku pacjenci będą wiedzieć znacznie więcej na temat swojego profilu genetycznego, chorób, jakie przechodzili w przeszłości i na jakie mogą zapaść. Jednym z najpoważniejszych wyzwań dla IT w tej cyfrowej rewolucji będzie bezpieczeństwo pozyskiwanych wrażliwych danych pacjentów.

Roche jest firmą globalną i działa na różnych polach w wielu różnych krajach. W Polsce postawiliśmy na IT, między innymi ze względu na wysokie kwalifikacje polskich pracowników – wyjaśnia Gerd Maass.

Istotną rolę w działalności badawczo-rozwojowej grupy odgrywa również dział międzynarodowych badań klinicznych zlokalizowany w Polsce.

To obszar, w który możemy zainwestować więcej. Zobaczymy jak to się będzie rozwijać. Działamy globalnie,  więc musimy brać pod uwagę wszystkie kraje, ale fakt, że wybraliśmy Polskę to bardzo dobra wiadomość dla kraju – podkreśla.

W 2015 roku Roche przeprowadził w Polsce 56 badań klinicznych w 251 placówkach medycznych z udziałem prawie 1200 pacjentów. Głównym obszarem działalności badawczej była onkologia. Innowacyjne leczenie m.in. raka płuca, nerki, piersi i żołądka, choroby Alzheimera, astmy, nieswoistych zapaleń jelit i choroby Leśniowskiego-Crohna. Łącznie na badania kliniczne w naszym kraju firma przeznaczyła 95,3 mln zł.

Roche w ubiegłym roku na badania i rozwój przeznaczył 9,3 mld CHF. Cztery leki opracowane przez koncern zostały uznane za przełomowe terapie przez FDA – amerykańską Agencję Żywności i Leków. W badaniach klinicznych odkryto 70 nowych cząsteczek (NME). To wszystko sprawia, że 25 mln pacjentów jest leczonych 25 kluczowymi lekami Roche.

Obieg dokumentacji w firmach będzie szybszy i tańszy. Zmiany w przepisach podnoszą rangę dokumentów i podpisów elektronicznych

CEO Magazyn Polska

Firmy mogą zaoszczędzić co najmniej 60 proc. czasu na obsługę danego procesu po wprowadzeniu elektronicznych dokumentów. W ten sposób oszczędzają również koszty i usprawniają obsługę klienta. Wprowadzenie w pełni cyfrowego obiegu dokumentów będzie teraz łatwiejsze. Od 1 lipca zacznie obowiązywać unijne rozporządzenie eIDAS ws. uznawania elektronicznych podpisów, a od 8 września do Kodeksu cywilnego zostanie wprowadzona forma elektroniczna czynności prawnej obok formy pisemnej.

– Nowe akty prawne zmieniają rzeczywistość obsługi dokumentów. Ustawodawca wyszedł naprzeciw oczekiwaniom firm, wprowadzając formę elektroniczną dokumentu, dzięki czemu tradycyjne podejście do papieru przestaje mieć znaczenie. To oznacza ogromny potencjał dla nas wszystkich, i firm, i konsumentów – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Wachowicz, dyrektor ds. rozwoju Paperless w Billennium, firmie IT dostarczającej rozwiązania m.in. z zakresu zarządzania dokumentami.

Zgodnie z wchodzącym 1 lipca w życie rozporządzeniem eIDAS dokument elektroniczny to każda treść przechowywana w postaci elektronicznej, w szczególności tekst, nagranie dźwiękowe, wizualne i audiowizualne.

Unijne przepisy mają upowszechnić zastosowanie elektronicznego podpisu. Skutku jego stosowania nie będzie można odmówić, nawet jeśli podpis nie spełnia wymogów kwalifikowanego podpisu elektronicznego.

Co ważne, przepisy w tym obszarze będą takie same w całej UE, co ułatwi kontakty biznesowe i administracyjne pomiędzy podmiotami z różnych państw.

 Z kolei w nowelizacji Kodeksu cywilnego wprowadzono definicję dokumentu, według której jest to nośnik informacji umożliwiający zapoznanie się z jej treścią. To jednoznacznie zrywa z tradycyjnym podejściem do dokumentu jako pismem napisanym na papierze. Ustawodawca uwzględnia rozwój technologii i przewiduje podpisywanie dokumentów elektronicznych – mówi Łukasz Wachowicz.

Obie zmiany prawne mogą zrewolucjonizować obieg dokumentacji w firmie. Korzyści z cyfryzacji tego procesu odczuwane będą na kilku płaszczyznach.

– Do tej pory dokument papierowy spowalniał procesy biznesowe, czasami nawet powodował ich zatrzymanie – podkreśla dyrektor w Billennium. – Dla przedsiębiorstwa kluczowy jest czas obsługi procesów i operacji. Nasze badania wykazały, że są to oszczędności na poziomie co najmniej 60 proc. w zależności od procesu.

Z tym wiążą się również oszczędności kosztów (np. druku, skanowania, przechowywania i archiwizowania dokumentów), a także usprawnienie obsługi klienta, kontrahenta czy kontaktów z urzędem. Chodzi m.in. o skrócenie czasu potrzebnego na obsługę klienta czy ograniczenie ryzyka pomyłek w dokumentach.

– Firmy, decydując się na rozwiązania do elektronicznego podpisywania dokumentów jak Paperless Signature, mogą usprawnić swoje procesy i finalnie dostarczyć jakość, jakiej dziś oczekuje klient. W obecnych czasach staje się to przewagą konkurencyjną dla wielu firm, które na to stawiają – zapewnia Wachowicz. – To jest również eliminacja, a przynajmniej minimalizacja ryzyka pomyłki w obsłudze dokumentu sprawy, a także eliminacja nadużyć.

Digitalizację jako cel obrał również rząd w przygotowywanym programie „Od papierowej do cyfrowej Polski”. Przewiduje on m.in. cyfryzację kluczowych usług publicznych oraz wdrożenie inicjatywy tożsamości elektronicznej (eID). Resort rozwoju chce, żeby w perspektywie kolejnych 3–5 lat połowa obywateli mogła przez internet prowadzić z administracją ok. 80 proc. swoich spraw. Na koniec przyszłego roku liczba użytkowników z wydanym komercyjnymi i państwowymi eID powinna sięgnąć10 mln.

Tradycyjna etykieta biznesowa jednym ze źródeł sukcesu japońskich firm. Bez jej znajomości niemożliwe jest nawiązanie relacji handlowych w Japonii

CEO Magazyn Polska

Nieznajomość etykiety biznesowej może zniweczyć szansę na nawiązanie współpracy z japońskim przedsiębiorstwem. Przestrzeganie tradycyjnych norm zachowań jest niezwykle istotne w firmach w Japonii. Łączą one nowoczesny sposób produkcji z tradycyjnym systemem zarządzania, bazującym na poszanowaniu współpracowników i możliwości ich samorozwoju.

Japońską kulturę współczesną cechuje ogromne przywiązanie do tradycji. Znajduje ono wyraz m.in. w celebracji tradycyjnych świąt i festiwali, także przez osoby otwarcie określające się jako ateiści. Na codzienne i biznesowe życie Japończyków wciąż ogromny wpływ mają także ukształtowane przed setkami lat normy społeczne i zasady etykiety. System zależności reiho, czyli japońskiej etykieta, umożliwia skuteczną komunikację, reguluje kontakty międzyludzkie, określa sposób zachowania w zależności od sytuacji.

W Japonii istnieje bardzo popularny pogląd, że uczymy się od naszych przodków, doskonalimy stare zasady. Uczymy się na błędach ludzi, którzy byli przed nami i dlatego musimy o nich pamiętać, musimy zachowywać tę tradycję, żeby cały czas ją ulepszać – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Kiyomoto Ogasawara, mistrz japońskiej etykiety.

Na przestrzeni wieków zasady reiho musiały ulec zmianie – pojawiły się bowiem nowe sytuacje, które wymagały nowych wzorców zachowań. Na bazie tradycyjnych norm Japończycy wykształcili współczesne zasady etykiety, np. sposób wsiadania do samochodu i wysiadania z niego, posługiwania się filiżankami do kawy, a nie tylko czarkami do herbaty oraz korzystania z krzeseł.

Ród Ogasawara od XII wieku czuwał nad zachowaniem etykiety na dworach kolejnych siogunów. Jego członkowie nauczali zasad etykiety, tradycyjnego łucznictwa pieszego oraz konnego. Obecnie współpracują z japońskimi firmami, gdzie również nauczają zasad prawidłowego zachowania.

– To, czego uczymy, to nie jest tylko prosty zestaw ruchów. Ważne jest to, żeby zrozumieć, dlaczego te ruchy i te czynności wykonujemy. W momencie, w którym zrozumiemy ideę, będziemy w stanie ją zastosować w różnych sytuacjach. Dlatego to nie są tylko puste gesty, wszystko ma znaczenie – mówi dr Kiyomoto Ogasawara.

Podstawowe zasady japońskiej etyki biznesowej dotyczą przede wszystkim powitania – Japończycy witają się ukłonem, którego głębokość zależna jest od pozycji społecznej lub zawodowej rozmówców. Podczas takiego powitania należy zachować odpowiedni dystans, aby nie zderzyć się głową z rozmówcą, co uważane jest za poważny nietakt. Zachodnim biznesmenom sporo problemów dostarcza wymiana wizytówek. Dla Japończyków jest to rodzaj rytuału – wizytówka powinna być podana zadrukowaną stroną do góry, a jej właściciel musi wykonać przy tym lekki ukłon. Klient powinien podać wizytówkę jako drugi. Niemile widziane jest także zbyt częste pytanie o imię lub nazwisko rozmówcy – jeśli zdarzy nam się zapomnieć, warto posiłkować się wizytówkami.

– W trakcie konferencji, siedząc przy stole, Japończycy zawsze ustawiają wizytówki w takiej kolejności, w jakiej siedzą ich właściciele. Mają komfortową sytuację, bo nie muszą się martwić, że zapomną, kto jak ma na imię. Ważne jest też to, żeby traktować z należytym szacunkiem tę stronę, na której jest napisane imię i nazwisko człowieka, od którego się dostało tę wizytówkę – mówi dr Kiyomoto Ogasawara.

Absolutnie niedopuszczalne jest żucie gumy podczas rozmowy oraz brak punktualności. Warto też pamiętać o zdejmowaniu płaszcza i czapki przy wejściu do firmy. Japońskie społeczeństwo jest mocno zhierarchizowane, niezwykle ważne jest okazywanie szacunku osobom o wyższej pozycji społecznej lub zawodowej oraz starszym wiekiem. W tym zakresie łatwo popełnić błąd np. podczas umiejscawiania ludzi w samochodzie. Najważniejsza osoba powinna siedzieć na miejscu uważanym za najbezpieczniejsze, czyli za kierowcą.

– Na miejscu za kierowcą sadzamy szefa, najważniejszą osobę w grupie, a pomocnik szefa, jego asystent, siada przy kierowcy z przodu. Jeżeli mamy cztery osoby wsiadające do samochodu, czyli kierowca, szef, asystent szefa i klient, to klienta sadzamy na tym najważniejszym miejscu, czyli za kierowcą, szef siada obok niego, a asystent z przodu – mówi dr Kiyomoto Ogasawara.

Japońska etykieta nie nakazuje wyjątkowego traktowania kobiet. Rozmówców wyróżnia się wyłącznie ze względu na ich pozycję społeczną lub zawodową, a nie płeć. Zasady tradycyjnej etykiety stosowane są w większości japońskich firm, także działających poza Krajem Kwitnącej Wiśni.

Toyota zawdzięcza swój światowy sukces połączeniu unikatowego procesu produkcji, najnowocześniejszych technologii, jednym słowem – bardzo nowoczesnego biznesu z poszanowaniem tradycji, kultury, z poszanowaniem drugiej jednostki, z ciągłym samodoskonaleniem się i poszukiwaniem możliwości doskonalenia się także dla osób pracujących z nami – mówi Robert Mularczyk, PR manager Toyota Motor Poland.

O zasadach prawidłowego zachowania powinni pamiętać także turyści odwiedzający Japonię. Najważniejsze nakazy etykiety to zakaz prowadzenia rozmów telefonicznych w metrze, niewpychanie się do kolejki w sklepie, zdejmowanie butów przed wejściem do domu.

Branża modowa stawia na franczyzę. Większą popularnością ten format cieszy się tylko w sektorach gastronomicznym i spożywczym

0

CEO Magazyn Polska

Franczyza jest głównym formatem rozwoju branży gastronomicznej i spożywczej. Do tych dwóch gałęzi dołączył również sektor odzieżowy. Taka forma współpracy ogranicza ryzyko finansowe po stronie franczyzobiorcy i ułatwia mu prowadzenie biznesu. Na franczyzę stawia m.in. marka Quiosque. Sieć liczy dziś blisko 130 sklepów, z czego około 60 proc. prowadzonych jest w tej formule.

Branża odzieżowa to bardzo prężnie rozwijająca się część gospodarki, ulega ona zarówno dużym wpływom pogody, jak i trendom modowym. Dlatego też właściciele sklepów odzieżowych muszą być bardzo czujni i przewidujący, żeby móc szybko i elastycznie reagować na zmieniające się potrzeby klienta – mówi Aleksandra Podsiadła, menadżer ds. ekspansji w firmie Quiosque. – Jest ona trzecią po gastronomii i branży spożywczej pod względem liczebności systemów franczyzowych.

Sukces w handlu odzieżą zależy w dużej mierze od umiejętnego zarządzania towarem – nie tylko na sklepowych półkach, lecz także w magazynach. Koszty związane z przechowywaniem niesprzedanych kolekcji mogą być dla przedsiębiorcy dużym obciążeniem. Jak podkreśla Aleksandra Podsiadła, jedną z głównych korzyści dla franczyzobiorców Quiosque jest to, że nie ponoszą kosztów niesprzedanego towaru.

To my przejmujemy od przedsiębiorcy kluczowe problemy, z którymi mógłby się borykać, prowadząc własny biznes. Taka forma współpracy na pewno minimalizuje ryzyko finansowe – mówi Podsiadła.

W sieci Quiosque około 60 proc. sklepów prowadzą franczyzobiorcy. W ubiegłym roku sieć powiększyła się o 19 salonów w całym kraju. Średni koszt związany z adaptacją metra kwadratowego salonu uzależniony jest od stanu lokalu i waha się od 1,5 tys. do 2,5 tys. netto. Optymalna powierzchnia lokalu na sklep to między 100 a 120 mkw. Powinien on znajdować się w mieście powyżej 50 tys. mieszkańców.

Franczyzobiorca może liczyć na naszą pomoc na każdym etapie inwestycji, rozpoczynając od wyszukiwania lokalizacji, poprzez negocjacje z centrum handlowym, jeśli oczywiście taka potrzeba istnieje, pozyskanie projektu architektonicznego i wszelkich zezwoleń budowlanych, aż po szkolenia pracowników czy realizację otwarcia – wymienia manager ds. ekspansji w firmie Quiosque.

Marka wspiera też swoich franczyzobiorców marketingowo. Każdy z nich może liczyć na organizowane centralnie promocje, o których informacje są regularnie umieszczane w mediach. Sieć od kilku sezonów współpracuje ze znanymi ze świata mediów kobietami: Dorotą Gardias, Anną Wendzikowską, Agnieszką Hyży, Anitą Sokołowską i Tamarą Arciuch. Quiosque wspiera przedsiębiorców także w zakresie bieżącej analizy wyników sprzedaży.

Mogą oni liczyć również na wsparcie dotyczące stałego zabezpieczenia towarowego, które jest możliwe przede wszystkim ze względu na to, że przeważająca część naszych kolekcji produkowana jest w Polsce – podkreśla Aleksandra Podsiadła.

W tym roku planowane jest otwarcie co najmniej 15 salonów, z czego połowa to będą sklepy franczyzowe.

Potencjał naszej sieci oceniamy na około 160 salonów, oczywiście będziemy realizować ten plan sukcesywnie – mówi Aleksandra Podsiadła.

Błaszczykowski podbija serca internautów, Milik z większą liczbą wzmianek niż Lewandowski

Mistrzostwa Europy w piłce nożnej od lat nie przysparzały Polakom tylu emocji co tegoroczne rozgrywki. Z meczu na mecz popularność piłkarzy naszej reprezentacji w internecie i social media rośnie. Internauci prześcigają się w komentarzach i memach na temat kadrowiczów. Najwięcej emocji, a co za tym idzie – interakcji w social mediach podczas tegorocznych rozgrywek budzą Błaszczykowski, Fabiański i Milik.

Spośród pełnego składu piłkarzy Reprezentacji Polski biorących udział w mistrzostwach IMM wyłonił pięciu najpopularniejszych pod względem liczby publikacji. Na podium jest Arkadiusz Milik, zostawiając w tyle nawet kapitana drużyny Roberta Lewandowskiego. Na jego temat w badanym czasie pojawiło się ponad 53 tys. wzmianek we wszystkich mediach (prasa, radio, TV, internet i social media, co stanowiło 13,7 proc. wszystkich wzmianek na temat kadrowiczów). Srebrny i brązowy medal przypadły kolejno Robertowi Lewandowskiemu (12,7 proc.) oraz Jakubowi Błaczykowskiemu (9,7 proc.).  TOP 5 zamykają Grzegorz Krychowiak (po 7,1 proc.) oraz Łukasz Fabiański (6,8 proc.).

Gorące dyskusje, debaty, analizy i podsumowania piłkarskich spotkań trwają w mediach społecznościowych jeszcze długo po meczach. Ponad 1,7 mln różnorodnych interakcji, wliczając w to polubienia, udostępnienia oraz komentarze wygenerował Jakub Błaszczykowski. Tuż za liderem zestawienia znalazł się bramkarz Łukasz Fabiański (ponad 1,4 mln), natomiast trzecie miejsce przypadło Arkadiuszowi Milikowi (ponad 1,3 mln).

– Warto podkreślić, że Robert Lewandowski, który jest kapitanem drużyny oraz jednym z najbardziej rozpoznawalnych i popularnych piłkarzy, wzbudził o ponad milion interakcji mniej od Jakuba Błaszczykowskiego – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Masalska, specjalista ds. PR, IMM.

Najgorętsze dyskusje, które przenoszą się sprzed telewizora do sieci, dotyczą aktywności naszych zawodników na murawie, stąd popularność Kuby Błaszczykowskiego oraz Łukasza Fabiańskiego, którzy byli w oczach użytkowników mediów społecznościowych bohaterami ostatnich spotkań. Po meczu Polska–Szwajcaria nazwisko Fabiańskiego pojawiło się ponad 6 tys. razy, a temat Błaszczykowskiego był poruszany ponad 4,6 tys w internecie. Jak podaje raport IMM, najczęściej lajkowanym postem (ponad 21 tys. razy) był ten umieszczony na portalu sportowefakty.pl o treści – „GOOOOOL!!!! Kuba Błaszczykowski! BRAWO!” oraz na portalu tvn.pl, gdzie post: „Łukasz Fabiański królem meczu Polska:Szwajcaria!” miał ponad 100 tys. lajków oraz 3,4 tys. udostępnień.

Użytkownicy równie chętnie komentują niewykorzystane okazje na boisku, co jest częstym zarzutem wobec jednego z reprezentantów – Arkadiusza Milika. Jego nazwisko w tym kontekście pojawiło się najwięcej razy. Z reguły były to zobrazowane w postaci memów przedstawionych częściej w zabawny, prześmiewczy oraz ironiczny niż obraźliwy sposób.

– Jednym z najczęściej udostępnionych postów był ten umieszczony na facebookowej stronie „Wiedza bezużyteczna”, który został udostępniony ponad 900 razy – mówi Karolina Masalska, IMM.

Ponad 14 tys. lajków zdobył jednak post na stronie Typowa FIFA na Facebooku, której administratorzy stanęli w obronie młodego zawodnika. Dyskusja pod postem podzieliła jednak internautów.

Piłkarze narażeni są na wzmianki nacechowane emocjonalnie, przede wszystkim po niewykorzystanej, źle przeprowadzonej akcji lub niezdobyciu gola. Jak pokazuje raport, warto jednak zwrócić uwagę na pozytywne komentarze, wspierające i dopingujące naszych reprezentantów.

– Warto podkreślić, że największą popularnością i największą sympatią internautów cieszy się Jakub Błaszczykowski. W opinii internautów ma on duże umiejętności, umie je wykorzystać i przełożyć na gola. Imponuje im swoją postawą oraz wyznawanymi wartościami – zaznacza Masalska.

W gronie fanów Jakuba Błaszczykowskiego jest aktor Russel Crowe, który wspiera polską drużynę od początku rozgrywek, dopingując na Twitterze naszą reprezentacje słowami – „Do boju Polska!”.

Gwałtowna reakcja rynku surowców na Brexit

Rynek surowców gwałtownie zareagował na Brexit. Gwałtownie wzrosły ceny złota. Spadły natomiast ceny ropy.
Ceny złota wzrosły przejściowo do poziomu 1 400 USD za uncję. Teraz podlegają korekcie. – Jednak należy przewidywać nowy trend wzrostowy na złocie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert z XTB.

Brexit spowodował korekty co prognoz wzrostu gospodarczego na świecie. Skoro ma być niższy, to zmaleje popyt na ropę naftową, stąd spadek jej cen.

W najbliższych dniach rynek surowców będzie się stabilizował, ale kolejne tygodnie mogą przynieść duże zmiany, o tym mówi więcej w materiale video ekspert z XTB.

700 tys. Polaków z niepokojem czeka na decyzje

700 tys. Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii z niepokojem czeka na skutki Brexit. Kwestie związane z regulacjami na rynku pracy, które zostaną wprowadzone nie powinny być powodem największych obaw. Poważniejszym problemem jest osłabienie brytyjskiej gospodarki, a więc spadek popytu na pracowników.

Niewiadomych jest bardzo wiele. Jednak pewne jest, że brytyjska gospodarka ulegnie poważnemu osłabieniu. Skutkiem regresu gospodarczego będzie spadek popytu na pracę. Rynek pracy stanie się mniej dostępny. Polacy, którzy mają wysokie kwalifikacje zawodowe mają najmniejsze powody do obaw – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Łaszek, ekspert Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR).

Ekspert FOR mówi także o innych skutkach Brexit. Dla polskiej gospodarki jest to spadek inwestycji zagranicznych, gdyż wiele firm z odległych rynków pojawiało się najpierw w Londynie, aby następnie zainwestować w takich krajach jak Polska. Wzrost niepewności spowoduje wstrzymanie wielu decyzji inwestycyjnych.

Frankowicze muszą poczekać do końca roku

Czy kurs franka szwajcarskiego, który wzrósł z powodu Brexit może powrócić do poziomu 4 zł? To możliwe, ale dopiero przed końcem br.

Wcześniej nastąpi gwałtowna wyprzedaż funta brytyjskiego, gdy dojdzie do zgłoszenia formalnego wniosku przez Wielką Brytanię o wystąpieniu z UE. – Totalna wyprzedaż będzie dotyczyła ryzykownych aktywów, także takich jak akcje – mówi w rozmowie z MarketNews24 ekspert XTB, Michał Stajniak.

To dlatego szanse na wzmocnienie złotego wobec franka szwajcarskiego, do poziomu 4 zł za franka, może się zdarzyć nie wcześniej niż pod koniec br.