Rosną potrzeby inwestycyjne rolników. Zakup maszyn i urządzeń najczęściej finansują pożyczką

Rozpoczynająca się unijna perspektywa sprawia, że rosną potrzeby inwestycyjne rolników. Coraz częściej korzystają oni z finansowania zewnętrznego, głównie pożyczek i leasingu. Najchętniej w ten sposób finansują zakup maszyn i urządzeń rolniczych, ale także nawozów i materiału siewnego oraz gruntów rolnych. 

Potrzeby rolników z roku na rok są coraz większe – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Zwierski, dyrektor sprzedaży ds. rynku rolnego w BZ WBK Leasing. – Analizy rynku pokazują, że każdego roku rolnicy coraz więcej inwestują w swoje gospodarstwa, finansując zakupy nowoczesnych ciągników, maszyn i urządzeń oraz gruntów rolnych. Obserwujemy także, że rolnicy coraz częściej inwestują w dobra takie jak samochody osobowe, dostawcze i ciężarowe.

Jak wynika z badań Agribus zrealizowanych na zlecenie BZ WBK Leasing przez firmę badawczą Martin & Jacob, 92 proc. rolników deklaruje, że korzysta z produktów finansowych w swoim banku.

Rolnicy finansując zakupy z zewnętrznych źródeł, przeznaczają je na maszyny i urządzenia (17 proc.), zakup nawozów i materiałów siewnych (12 proc.) oraz na grunty rolne (5 proc.) – mówi Jacek Zwierski.

Z danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że cały rynek finansowania maszyn i urządzeń wzrósł w ubiegłym roku o 12 proc., a sam segment maszyn i urządzeń rolniczych o ponad 9 proc. W drugiej połowie 2015 r. branża agro odczuła wyraźne spowolnienie w inwestycjach, co było związane z zakończeniem finansowania w ramach perspektywy unijnej na lata 2007–2013.

Polskie rolnictwo nadal potrzebuje inwestycji – podkreśla Zwierski. – Wierzymy w to, że mimo oczekiwania na nowe dotacje w ramach PROW rolnicy niezależnie będą wymieniać i unowocześniać park maszynowy w gospodarstwach.

Branża czeka na ożywienie związane z uruchomieniem środków z perspektywy unijnej na lata 2014–2020 w II połowie tego roku. Nakłady publiczne na realizację tylko Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich wyniosą 13,5 mld euro, z czego 8,6 mld euro będą stanowić środki UE (Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich), a niecałe 5 mld euro to wkład krajowy. Jednocześnie eksperci przyznają, że finansowanie rolnictwa będzie stawało się coraz bardziej niezależne od unijnych subwencji.

Dla rolników ważne jest to, by doradca do nich dojechał i przedstawił kompleksową ofertę finansowania, która będzie dostosowana do tego sektora i profilu ich działalności. Istotne są także uproszczone procedury, które przekładają się na szybkość działania – precyzuje Jacek Zwierski – Rolnicy zwracają również uwagę na przejrzystość i bezpieczeństwo zapisów umów – podkreśla ekspert.

Z badania Martin & Jacob wynika, że głównymi czynnikami wyboru dla niemal połowy rolników w Polsce są takie elementy, jak elastyczne warunki spłaty, dostępność oddziału i sieci sprzedaży. Ponad 25 proc. ankietowanych przy wyborze finansowania zwraca uwagę na procedury, czyli liczbę wymaganych dokumentów i zabezpieczenie inwestycji. Co czwarty rolnik przyznał, że decydujący jest czas podjęcia decyzji danej instytucji o przyznaniu finansowania.

BZ WBK Leasing jest jednym z liderów finansowania rolnictwa wśród polskich firm leasingowych. W 2015 roku spółka pośredniczyła w zakupie środków trwałych o wartości (netto) ponad 1,8 mld zł. W samym rolnictwie inwestycje wyniosły łącznie ponad 788 mln zł i były o 14,8 proc. wyższe niż rok wcześniej. Z roku na rok liczba umów zawieranych z rolnikami dynamicznie rośnie.

Dobre perspektywy na rynku farmaceutycznym. Zwiększa się zapotrzebowanie na leki, produkty i usługi medyczne

CEO Magazyn Polska

Wartość sprzedaży aptecznej sięgnęła w ubiegłym roku 30 mld zł, w tym roku oczekiwany jest kilkuprocentowy wzrost. Przyszłością rynku są telemedycyna i e-commerce. Neuca, lider polskiego rynku dystrybucji farmaceutyków, zapowiada również inwestycje w badania kliniczne. Obecnie osiem firm, które należą do grupy, prowadzi ponad sto badań.

Rynek hurtu aptecznego, biorąc pod uwagę starzejące się społeczeństwo i rosnące zapotrzebowanie na usługi i produkty medyczne w Polsce, będzie prezentował tendencję wzrostową. Od wielu lat ta tendencja jest widoczna na rynku. Kilka lat temu były to wzrosty dwucyfrowe, teraz obserwujemy wzrost na poziomie 3–5 proc. – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Dzik, wiceprezes zarządu ds. finansowych w spółce Neuca.

Z danych spółki wynika, że w ubiegłym roku rynek hurtu aptecznego wzrósł o 5,1 proc. do 26,5 mld zł. Neuca w tym czasie wzrosła o 6 proc. (do blisko 7 mld zł), co daje jej blisko 30-proc. udział w rynku.

Dla producentów leków polski rynek jest korzystny, coraz lepsze są też perspektywy. Z analizy PharmaExpert wynika, że wartość sprzedaży rynku aptecznego na koniec roku wyniesie ponad 30,6 mld zł i będzie wyższa o 2,5 proc. względem 2015 roku. Wartość refundacji leków może wynieść ponad 7,9 mld zł, czyli o ok. 1 proc. więcej niż wartość refundacji za poprzedni rok.

Zawsze, kiedy na rynku pojawia się nowy lek, jego cena jest relatywnie wysoka dla pacjenta. Możliwość refundacji tego typu produktów zależy od polityki ustawodawcy. Natomiast w pozostałych produktach, produktach generycznych, możemy się spodziewać dalszych spadków cen – mówi Dzik.

W Polsce wydajemy coraz więcej na farmaceutyki. Z raportu DNB Bank Polska i firmy Deloitte „Sektor farmaceutyczny i med-tech” wynika, że wydatki wynoszą średnio 139 euro rocznie, znacznie mniej niż w większości krajów europejskich. Dla porównania w Niemczech to 510 euro, a na Węgrzech 247 euro. Na wysokość wydatków na leki wpływają czynniki demograficzne, rozwiązania systemowe i relatywnie niskie ceny leków. Leki generyczne stanowią 85 proc. całości sprzedaży, ich średnia cena spadła w ciągu ostatnich kilku lat o 7 proc.

Jak podkreśla Dzik, przyszłością rynku jest telemedycyna.

Mamy na rynku szereg graczy – producentów urządzeń telemedycznych, podmiotów, które świadczą usługi w obszarze opieki pacjenckiej i w obszarze informatycznym. Platforma informatyczna musi być elementem całości łańcucha wartości w tym obszarze. Chcemy integrować ten łańcuch i zastanowić się nad tym, kto i w jaki sposób powinien w nim współdziałać, a kto powinien być finansującym – podkreśla wiceprezes Neuca.

W ubiegłym roku Neuca kupiła spółkę Diabdis, która prowadzi projekt telemedyczny.

Kolejny kluczowy dla spółki obszar to badania kliniczne.

Druga połowa ubiegłego roku była najbardziej intensywnym okresem, przejęliśmy trzy podmioty komplementarne [Clinport, BioScience i Medica Pro Familia red.]. Dzisiaj prowadzimy już około stu badań klinicznych w różnych obszarach. Nie mamy obecnie konkretnych planów związanych z przejmowaniem kolejnych tego typu podmiotów. Wraz z akwizycjami staliśmy się liderem wśród firm, które mają własne ośrodki badań klinicznych, mamy ich w grupie już osiem – tłumaczy Dzik.

Raport PwC przygotowany na zlecenie INFARMY, GCP i Polcro „Badania kliniczne w Polsce” wskazuje, że rynek wart jest prawie 1 mld zł. Jednocześnie spada liczba prowadzonych badań. Jeszcze w 2009 roku było ich  469, w 2014 – 396. Eksperci oceniają, że potencjał polskiego rynku jest znacznie większy. Wskaźnik liczby prowadzonych badań klinicznych na milion mieszkańców wynosi 10,4, znacznie mniej niż wśród najbliższych sąsiadów. W Czechach to 24,5, a na Węgrzech 22,5.

Neuca planuje również inwestycje w obszarze e-commerce. Spółka pracuje nad projektem platformy zamówień aptecznych, która umożliwi pacjentom znalezienie i zarezerwowanie leków oraz ich odbiór w niezależnej aptece. Celem tej platformy jest podnoszenie konkurencyjności takich placówek wobec aptek sieciowych.

E-commerce to oddzielny segment, który wraz z rozwojem internetu i dostępu pacjentów do usług za pośrednictwem internetu jest nie do pominięcia w naszych rozważaniach. Obecnie nie jest to zyskowny obszar, ale z uwagi na skalę i na tempo rozwoju myślę, że na pewno zainteresujemy się nim szerzej – ocenia Grzegorz Dzik.

Jak podkreślają przedstawiciele spółki, przejęcia przychodni, firm zajmujących się badaniami klinicznymi oraz spółki telemedycznej to elementy realizacji strategii pacjenckiej.

Światowy rynek gier komputerowych wart ponad 90 mld dolarów. Polska 19. w globalnym rankingu

CEO Magazyn Polska

91,5 mld dol. wart jest globalny rynek gier komputerowych – wynika z szacunków firmy Newzoo. W tym roku jego wartość może być bliska 100 mld dol. Wielkość polskiego rynku szacowana jest na ponad 400 mln dol., czyli ok. 1,5 mld zł. Ze względu na efekt skali większość firm dystrybuuje swoje produkcje od razu na rynek międzynarodowy i zyskuje coraz większe uznanie na świecie. W tym roku producenci będą mogli się starać o wsparcie w ramach dofinansowanego z UE programu sektorowego GameINN.

Ubiegły rok na rynku gier był rewelacyjny. Dwaj kluczowi gracze, czyli CD Projekt i Techland, odnieśli ogromne sukcesy oraz zanotowali rekordowe przychody i zyski. To z kolei nakręcało pozostałych graczy – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Rosiński, wiceprezes zarządu The Farm 51. – Nie wiadomo, czy w 2016 roku uda się powtórzyć ubiegłoroczne wyniki, bo nie ma zaplanowanych premier tak dużych tytułów jak „Dying Light” czy „Wiedźmin”, ale producenci mają wiele dobrych projektów. Zwłaszcza mali gracze mają teraz swój czas, żeby pokazać, że nie tylko najwięksi potrafią odnieść spektakularny, światowy sukces.

Sektor gier komputerowych to jeden z najbardziej innowacyjnych obszarów polskiego przemysłu kreatywnego. Dlatego Stowarzyszenie Polskie Gry wystąpiło do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju z wnioskiem o program sektorowy dla branży gamingowej. Wydana w ubiegłym roku pozytywna rekomendacja Rady NCBiR pozwoli uruchomić taki program w połowie tego roku (ogłoszenie I konkursu ma nastąpić 28 kwietnia, a nabór wniosków ma ruszyć 1 czerwca). Budżet programu GameINN to blisko 500 mln zł, z czego 80 mln zł w tym roku. Celem programu jest wsparcie firm z branży (występujących samodzielnie lub w konsorcjach) w opracowaniu i wdrożeniu innowacyjnych produktów i technologii o wysokim potencjale komercjalizacyjnym.

Gry komputerowe są hitem eksportowym Polski, dlatego warto je wspierać. Mówimy tu o bardzo innowacyjnych projektach, które są doceniane na całym świecie – tłumaczy Łukasz Rosiński.

W 2016 roku planowana jest premiera wielu interesujących tytułów. Studio The Farm 51 przymierza się do wprowadzenia na rynek swojego kluczowego tytułu, czyli gry „Get Even”. W najbliższych miesiącach w sprzedaży znajdą się także m.in. „Sniper: Ghost Warrior 3” studia CI Games, „Kursk” będący dziełem Jujubee czy druga część gry „Shadow Warrior” autorstwa studia Flying Wild Hog.

Jak ocenia firma Newzoo, wartość polskiego rynku to ok. 1,5 mld zł. W Polsce jest ok. 13,4 mln graczy (na świecie do końca tego roku będzie to 2,2 mld). Dlatego większość firm stawia na globalny rynek.

Wszyscy producenci gier w Polsce, czy to na komputery PC, konsole czy gier mobilnych, analizują rynek jako rynek globalny i cały marketing jest skierowany globalnie, nikt nie myśli w kategoriach lokalnych – mówi Rosiński.

Spośród 6 mln egzemplarzy gry „Wiedźmin 3” sprzedanych w pierwszych sześciu tygodniach od premiery niespełna 5 proc. zostało zakupionych w Polsce.

Rynek globalny rośnie w tempie kilkunastu procent rocznie. Tam nie ma żadnych kryzysów. Ludzie traktują gry komputerowe jako formę rozrywki. Standardowa gra kosztuje około 150 zł, podobnie jak wyjście trzech osób do kina. W kinie mamy rozrywkę na dwie godziny, a przy grach – na wiele dni – wyjaśnia.

Ekspert wskazuje także na zmiany zachodzące w strukturze rynku gier. Jeszcze kilka lat temu zdecydowana większość przychodów pochodziła z dystrybucji gier na płytach poprzez tradycyjne sklepy. Obecnie mniej więcej połowa egzemplarzy sprzedawana jest drogą cyfrową. Dużym powodzeniem cieszą się także gry w formule free-to-play, gdzie sama gra jest darmowa, a płaci się jedynie za dodatkowe opcje podczas rozgrywki.

Takie gry sprawiają, że nie kupujemy kota w worku. Tak więc dopiero, kiedy gracze uznają, że tytuł jest interesujący, płacą za różne elementy w grze, niejako doceniając cały produkt. Zwłaszcza gracze na rynku azjatyckim preferują ten model sprzedaży gier. Tamtejszych graczy nie można pomijać we wszelkich kalkulacjach biznesowych, ponieważ jest to największy rynek free-to-play na świecie – mówi Rosiński.

Polacy jedzą trzy razy mniej lodów niż Skandynawowie. Producenci walczą o zwiększenie ich konsumpcji

CEO Magazyn Polska

Polacy spożywają jedynie 4 l lodów rocznie. W Szwecji średnia konsumpcja jest trzy razy wyższa. Ulubionymi smakami w Polsce są tradycyjne waniliowo-śmietankowy, czekoladowy i truskawkowy. Producenci jednak stale poszerzają ofertę smaków i wprowadzają nowe formaty, żeby zwiększać sprzedaż.

 Polacy konsumują mało lodów, spożycie jest na poziomie około 4 litrów na głowę. Dla przykładu, w Stanach Zjednoczonych to ponad 20 l, a w zimnej Szwecji około 12. W Polsce jeszcze nie ma mody na lody. Ludzie są nieświadomi, że lody to samo zdrowie z tej racji, że w tym produkcie są różne naturalne składniki – mówi agencji informacyjnej Newseria Zbigniew Grycan, właściciel firmy Grycan – Lody od pokoleń.

W kwestii lodów gusta Polaków nie zmieniają się od lat. Najchętniej wybierają trzy smaki: waniliowo-śmietankowe, czekoladowe i truskawkowe. Producenci jednak idą dużo dalej i wprowadzają na rynek kolejne kompozycje.

– W tym roku zrobiliśmy setny smak: czekolada z pomarańczą i migdałami – podkreśla Zbigniew Grycan.

W kwietniu Marka Grycan – Lody od pokoleń wchodzi w nowy segment rynku – w sklepach pojawią się lody impulsowe, w kubeczkach pojemności 125 ml. Jak podkreśla Zbigniew Grycan, wprowadzenie lodów impulsowych to odpowiedź firmy na potrzeby klientów, którzy domagali się swoich ulubionych smaków nie tylko w dużych pojemnikach, lecz także w małych, poręcznych kubeczkach.

– Są to takie małe kubeczki z łyżeczką w środku, o pojemności 125 ml. Na razie będą trzy smaki: waniliowy, czekoladowy i truskawkowy, a potem rozwiniemy całą bazę smakową – mówi Zbigniew Grycan.

Tym samym marka wchodzi w segment stanowiący 61 proc. całego rynku. Do tej pory udało się jej uzyskać pozycję lidera rynku lodów familijnych, a jej wartościowe udziały w rynku sięgają 15,4 proc.

W ofercie ciągłej i sezonowej jest dziś ponad 60 różnych smaków. Wśród nich są zarówno lody tradycyjne, tworzone na bazie śmietanki kremówki, żółtej, z dodatkiem czekolady czy bakalii, jak i lody jogurtowe oraz sorbety, przygotowywane z owoców krajowych i importowanych.

 Składniki dajemy te same, co kiedyś. Dziś urządzenia są nowsze i nie potrzeba już z termometrem badać temperatury, tylko komputer to robi – wyjaśnia właściciel marki Grycan – Lody od pokoleń.

Dodaje, że smak lodów wiele zawdzięcza procedurze produkcji.

– W pierwszej fazie lody pasteryzujemy, tzn. gotujemy do temperatury ponad 80 stopni, następnie szokowo schładzamy do temperatury 4 stopni i dopiero zamrażamy do temperatury -5–6 stopni. Następnie znów szokowo schładzamy do temperatury -18–20. To jest cykl szybki, bo lody muszą być wyrabiane w warunkach sterylnych. Cały proces technologiczny musi być przestrzegany – podkreśla Zbigniew Grycan.

Marka Grycan – Lody od pokoleń jest obecna na polskim rynku od 2004 r. W ciągu niemal 12 lat istnienia firma rozwinęła największą rodzinną sieć lodziarnio-kawiarni nie tylko w Polsce, lecz także w Europie. Teraz jest to już ponad 140 lokali.

Jabłka tematem przewodnim międzynarodowego spotkania sadowników i przetwórców

6 kwietnia br. Bank Pekao S.A. wraz z przedstawicielami największych światowych targów owocowych Macfrut zorganizował międzynarodowe spotkanie firm działających w sektorze owocowym. To już kolejna edycja międzynarodowego forum wymiany doświadczeń w zakresie produkcji, technologii przechowywania, przetwarzania, czy pakowania. Jabłka są tegorocznym tematem przewodnim. Zwiększenie produkcji wysoko jakościowych odmian, rozwój technologii, czy wzmocnienie działań marketingowych, to najważniejsze rekomendacje płynące z forum dla producentów i przetwórców jabłek w Polsce.

Podobnie jak w ubiegłym roku z inicjatywy Banku Pekao S.A. odbyło się w Warszawie międzynarodowe spotkanie sektora rolno-spożywczego, stanowiące wydarzenie towarzyszące targom owocowo- warzywnym Macfrut, które w tym roku odbędą się w dniach 14-16 września w Rimini. Wśród uczestników spotkania nie zabrakło włoskich i polskich sadowników i przetwórców jabłek oraz firm zajmujących się przechowywaniem, przetwarzaniem, transportem oraz dystrybucją owoców. Kilkudziesięciu przedstawicieli firm z Polski i z Włoch miało możliwość wymiany doświadczeń w zakresie produkcji czy technologii wykorzystywanych w sektorze owocowym.

Polska i Włochy to kolejno najwięksi producenci jabłek w Unii Europejskiej. Polska odpowiada za 26% udziałów całkowitej produkcji unijnej tych owoców. Jabłka stanowią blisko 80% polskiego eksportu owoców. Jeszcze w 2013 r. aż 55% wszystkich jabłek z Polski było przeznaczonych na eksport do Rosji. W 2014 r., po wprowadzeniu embarga na import żywności z Unii Europejskiej przez Rosję, największym odbiorcą polskiego eksportu jabłek stała się Białoruś z 30% udziałem ilościowym w eksporcie. W 2015 r. na wszystkie kraje Unii Europejskiej przypadło ponad 50% polskiego eksportu jabłek, jednak udział państw Europy Zachodniej wynosił tylko 15% (reszta skierowana została na Litwę, Łotwę, Cypr, do Czech, Rumunii, Estonii i Bułgarii).

– Przyglądając się obecnej strukturze eksportu, wydaje się, że dobrym rozwiązaniem dla polskich producentów byłoby poszukiwanie nowych rynków zbytu, takich jak Bliski Wschód, Afryka Północna, Azja, ewentualnie próba zwiększenia eksportu jabłek do krajów Europy Zachodniej. Aby to zrobić, należałoby przedstawić produkcję na odmiany wysokiej jakości popularne w tych krajach, ograniczając przy tym dominujące dzisiaj w strukturze produkcji, nisko marżowe odmiany popularne szczególnie w Rosji – mówi Paweł Kowalski, ekonomista Banku Pekao S.A.

Popularne w krajach Europy Zachodniej odmiany jabłek Golden Delicious, Gala czy Red Delicious stanowią łącznie około 10% polskiej produkcji. Natomiast, aż 20% udziału ma odmiana Idared, ciesząca się popularnością przede wszystkim w Rosji, gdzie wymagania co do jakości owoców są niższe. Specjalizacja w eksporcie na wschód i produkcji popularnych na tamtejszych rynkach, tańszych odmian powoduje, że średnia cena za tonę polskiego eksportu jabłek jest dwukrotnie niższa w porównaniu z eksportem z Włoch, czy Francji (ok. 400 euro za tonę vs. ok. 800-900 euro za tonę).

Nasze analizy pokazują również, że poprzez inwestycje w infrastrukturę do przechowywania owoców sadownicy mogą zmniejszyć wrażliwość na wahania cen, które są znaczne ze względu na sezonowość, a dodatkowo ostatnio nasiliło je rosyjskie embargo na import żywności z UE. Przykładowo, średnie ceny krajowe i eksportowe płacone producentom jabłek na przełomie III i IV kw. 2014 r. spadły o 30 – 40% w porównaniu z analogicznym okresem 2013 r. Jednak już w II kw. 2015 r. wzrosły one 2 – 3 krotnie do poziomów zbliżonych do II kw. 2013 r. Zatem sadownicy dysponujący odpowiednią infrastrukturą do przechowywania owoców mogli przeczekać okres najgłębszych spadków. Istotne jest również poprawienie wydajności procesów produkcyjnych i przetwórczych, a także wzmocnienie działań marketingowych, mających na celu wypromowanie polskich jabłek jako owoców wysokiej jakości. Wszystko to powinno prowadzić do wzrostu rentowności sadowników i przetwórców – dodaje Paweł Kowalski, ekonomista Banku Pekao S.A.

Warszawskie międzynarodowe spotkanie przedsiębiorców z sektora rolnego jest jednym z szeregu działań, jakie Bank Pekao podejmuje w celu ułatwienia klientom prowadzenia biznesu międzynarodowego, nawiązywania kontaktów handlowych za granicą oraz kojarzenia potencjalnych partnerów biznesowych.

Ponadto, Bank Pekao S.A. oferuje gamę produktów dla firm, które eksportują towary m.in. na rynki Europy Zachodniej. Eksporterów – sadowników, czy przetwórców mogą zainteresować akredytywa, bądź inkaso. Są to produkty, które zabezpieczają interesy eksportera, minimalizując ryzyko nieotrzymania zapłaty, ponieważ bank importera, po spełnieniu określonych wymagań, zobowiązuje się do zapłaty za importowane produkty. Akredytywa stosowana jest w przypadku nowych kontrahentów i bardziej ryzykownych transakcji. Inkaso jest natomiast przeznaczone dla tych eksporterów, którzy mają już więcej zaufania do kontrahenta, ale jeszcze nie chcą się rozliczać na zasadzie zwykłych przelewów. W tym przypadku bank wydaje importerowi dokumenty w zamian za zapłatę określonej sumy pieniężnej. Eksporterzy pragnący poprawić płynność finansową mogą skorzystać z kredytu „Zaliczka”. Nie muszą wtedy czekać na zapłatę faktur od kontrahentów, gdyż otrzymują z Banku zaliczkowe finansowanie do 80% kwoty faktur. Spłata kredytu następuje poprzez wpływy środków od kontrahentów na wskazany przez bank rachunek.

Bank Pekao S.A. wspiera również polskich sadowników poprzez kredyty inwestycyjne, leasing czy kredyt „Unia” przeznaczony na finansowanie projektów ze wsparciem unijnym. Bank wykazuje elastyczne podejście do spłaty rat kredytu, dopasowując harmonogram spłat do cykli produkcyjnych i sezonowości. Stosuje także uproszczone procedury przyznawania kredytów.

Bank Pekao SA działa od 85 lat, jest jedną z największych instytucji finansowych Europy Środkowo-Wschodniej. Biorąc pod uwagę siłę kapitałową mierzoną współczynnikiem wypłacalności, Bank Pekao jest liderem wśród dużych banków w Polsce i jedną z najsilniejszych kapitałowo instytucji finansowych w Europie (współczynnik Core Tier 1 na koniec 4 kwartału 2015 r. na poziomie 17,7%).

Pozycję nr 1 Banku Pekao w Polsce i wśród największych banków europejskich potwierdziły wyniki testów warunków skrajnych oraz przeglądu jakości aktywów (AQR).

Bank Pekao SA jest laureatem wielu prestiżowych nagród i wyróżnień, zarówno w Polsce, jak i na arenie międzynarodowej. W 2015 r. aplikacja płatności mobilnych PeoPay Banku została okrzyknięta Innowacją Finansową roku 2014 w prestiżowym rankingu Złoty Bankier, a rozwiązania mobilne Banku otrzymały pierwsze miejsce w rankingu Bankier.pl. Bank Pekao otrzymał również tytuł „Most innovative Bank in CEE & CIS” magazynu EMEA Finance. Bank Pekao został także uhonorowany po raz piąty z rzędu tytułem Top Employers Poland 2014.

Na polu bankowości korporacyjnej w 2013 roku, trzeci raz z rzędu Bank Pekao uznany został przez Euromoney Magazine Najlepszym Bankiem w Polsce w Zakresie Usług Bankowości Transakcyjnej. Pekao otrzymał również tytuł „Bank of the Year in CEE 2013” w konkursie zorganizowanym przez EuropaProperty. Pekao zdobył Nagrodę GPW dla liderów polskiego rynku kapitałowego za osiągnięcia w 2013 r. – Nagroda za największą wartość emisji nieskarbowych instrumentów dłużnych wprowadzonych na Catalyst w 2013 roku. Trzykrotnie był uznany za najlepszy bank w Polsce przez magazyny „The Banker” i „Global Finance”. Bankowość korporacyjna została uhonorowana także m.in. nagrodą „Złotego Bankiera” za pierwsze w Europie wprowadzenie do oferty usługi identyfikacji klienta za pomocą odcisku palca.

Bank Pekao SA należy do Grupy UniCredit, jednej z wiodących międzynarodowych instytucji finansowych.


Prognoza Saxo na II kwartał: protesty przeciwko establishmentowi i wzrost zmienności w efekcie naruszenia umowy społecznej

Największym wyzwaniem dla rynków finansowych w II kwartale 2016 r. jest wzrost ryzyka społeczno-politycznego.

Saxo Bank, specjalista w zakresie transakcji i inwestycji online, oferujący dostęp do różnorodnych instrumentów finansowych, opublikował kwartalną prognozę dla światowych rynków oraz główne inspiracje inwestycyjne na II kwartał 2016 r. – Koncepcje Inwestycyjne:

Niepewność polityczna i coraz liczniejsze głosy przeciwko establishmentowi towarzyszące kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych oraz kampanii poprzedzającej czerwcowe referendum w sprawie Breksitu to dwa główne zagrożenia dla rynków finansowych w II kwartale 2016 r. Ich znaczenie podkreśla fakt, iż na całym świecie pojawia się coraz więcej podobnych protestów, co wskazuje na zasadnicze odrzucenie elit i status quo. W prognozie eksperci od strategii z Saxo Banku sugerują, w jaki sposób można rozegrać tę sytuację w poszczególnych klasach aktywów.

Steen Jakobsen, główny ekonomista w Saxo Bank:

– Po ośmiu latach od czasu kryzysu finansowego relacja wypłat pracowniczych do PKB osiągnęła najniższy poziom w historii, podczas gdy korporacje odnotowują rekordowo wysokie zyski przed opodatkowaniem w porównaniu z PKB. Również poziom wydatków kapitałowych, podobnie jak produktywności, jeszcze nigdy nie był tak niski. Te czynniki łącznie tłumaczą umocnienie zarówno skrajnej lewicy, jak i skrajnej prawicy, ponieważ ugrupowania te są najbardziej odległe od obecnych elit politycznych. Wydaje się, że wyborcy uznali, że chaos jest lepszy niż „powtórka z rozrywki”. Ten nowy paradygmat określiliśmy mianem „naruszenia umowy społecznej”.

W tym kontekście prognoza Saxo dla głównych klas aktywów w II kwartale 2016 r. jest następująca:

Forex

W drugim kwartale przewidujemy, że naruszenie umowy społecznej będzie najbardziej odczuwalne dla inwestujących w funta szterlinga, ponieważ Wielka Brytania zmierza do potencjalnego wyjścia z UE. Nie jest jeszcze jasne, co to oznacza w praktyce, jednak w kontekście walut można się spodziewać szeroko zakrojonych konsekwencji, szczególnie w odniesieniu do zmienności kursu funta względem innych walut.

W II kwartale rynek może również rozważać prawdopodobieństwo wygranej Trumpa w wyborach prezydenckich i jej skutki dla amerykańskiej gospodarki, a w szczególności dla dolara. Jeżeli sondaże wykażą, że prawdopodobieństwo zwycięstwa Trumpa jest wysokie, istnieje duże ryzyko osłabienia USD w miarę zbliżania się do wyborów, ponieważ Trump reprezentuje niewiadomą – jedyna gwarancja dotyczy zmienności, tzn. burzliwego rozwoju wypadków bez względu na okoliczności.

Ponadto umowa społeczna może w dalszej kolejności zostać naruszona w Japonii. Prezes Banku Japonii, Haruhiko Kuroda, z łatwością osiągnie przyjęty cel inflacyjny na poziomie 2%, jednak najprawdopodobniej realny wynik to -2% lub gorzej. W praktyce oznacza to, że ci, którzy chcieliby oszczędzać, odczuliby spadek wartości gromadzonych środków. Są to swego rodzaju „represje finansowe”.

Obligacje

Narastająca w Europie presja na rozwiązanie najpilniejszych problemów z łatwością może ponownie wpłynąć na obligacje, ponieważ obawy o Brexit i protesty przeciwko reżimowi oszczędnościowemu w peryferyjnych rejonach Europy mogą zakłócić funkcjonowanie rynku. Wskaźniki finansowe na początku II kwartału nadal traktujemy ostrożnie ze względu na bardzo niskie rentowności, wzrost (jeszcze nieznanych) regulacji, wyższy odsetek niespłacanych kredytów oraz przede wszystkim modele biznesowe oparte na przestarzałych technologiach.

Surowce

Na rynkach towarowych widać wreszcie oznaki stabilizacji po brutalnej wyprzedaży w ciągu ostatnich kilku lat; najlepsze wyniki odnotowują złoto i ropa. W I kwartale wykup złota trwał niemal non-stop; fundusze hedgingowe z rekordowej krótkiej pozycji przeszły do największej długiej pozycji netto od 13 miesięcy – zdecydowany impet powinien doprowadzić do osiągnięcia, jednak nie przekroczenia, ceny 1 310 USD za uncję.

Po upływie jednego kwartału również nastroje inwestorów na rynku ropy poprawiły się w porównaniu z połową stycznia, gdy cena ropy Brent osiągnęła dwunastoletnie minimum. Prognozowany przedział w II kwartale nie ulega zmianie w porównaniu z I kwartałem, tj. pozostaje na poziomie 35-40 USD za baryłkę, natomiast ryzyko spadkowe już nie występuje.

Akcje

Zmienny początek 2016 r. negatywnie odbił się na światowych rynkach akcji, przez co niektóre sektory bardzo straciły na wartości według naszego nowego modelu wyceny indeksów sektorowych MSCI World. W efekcie sektory o charakterze cyklicznym, takie jak sektor konsumpcyjnych dóbr luksusowych, materiałów i finansów stały się tanie w odniesieniu do znormalizowanych miar wyceny – w miarę zbliżania się do II kwartału sektory te coraz bardziej przeważają w portfelach inwestorów.

Prognoza makroekonomiczna

Z perspektywy makroekonomicznej w II kwartale wystąpi ryzyko związane z istotnymi wydarzeniami, w tym z posiedzeniem Federalnego Komitetu Otwartego Rynku 15 czerwca, referendum w sprawie Breksitu 23 czerwca oraz wyborami powszechnymi w Hiszpanii. Nawet jeżeli uda nam się jednak przetrwać przewidywaną na II kwartał podwyżkę stóp FOMC, akcje z państw rozwiniętych nie wydają się chwilowo tanie – w porównaniu z poziomem z lutego odbicie wyniosło około 10% w oparciu o wyceny.

Przewidujemy, że Włochy odnotują zdecydowany wzrost zysków w miarę poprawy kondycji włoskiego sektora finansowego, a dywidendy wyniosą około 3,5%. Z drugiej strony, Wielka Brytania jest nadal przewartościowana ze względu na coraz słabsze wsparcie ze strony sektora mieszkaniowego.

John Hardy, dyrektor ds. strategii rynków walutowych, o perspektywie dla złotego, stopach procentowych i franku

Złoty może w dalszym ciągu nieco się umacniać w kierunku centralnej części ustanowionego przedziału w parze EUR/PLN (4,10-4,25). W perspektywie długoterminowej utrzymają się jednak obawy natury strukturalnej, jeżeli apetyt na ryzyko w nadchodzących miesiącach znacznie się pogorszy, w szczególności w przypadku, gdyby zarówno Stany Zjednoczone, jak i Chiny napotkały problemy gospodarcze. Wynika to z faktu, iż każda nowa globalna recesja w połączeniu z ryzykiem pogorszenia strukturalnych fundamentów w Polsce (jeżeli nowy rząd zatwierdzi większy, niż przewidywano deficyt fiskalny na potrzeby finansowania nowych wydatków, a równocześnie nastąpi odpływ znaczącego w Polsce kapitału zagranicznego) może przyczynić się do osłabienia PLN.

Jednak ostatnie ze wspomnianych problemów mogą się pojawić dopiero w drugiej połowie roku lub wręcz w przyszłym roku. W przypadku lekkiego umocnienia PLN wzrasta ryzyko, że NBP dokona luzowania o kolejne 50 punktów bazowych, ponieważ inflacja jest bardzo niska, a mocniejszy PLN jedynie pogorszy tę sytuację. Frank szwajcarski wydaje się pozostawać w kursie bocznym, ponieważ SBN stara się utrzymać stabilną relację względem euro.

Pełna lista inspiracji inwestycyjnych opracowanych przez analityków Saxo Banku i załączona do Koncepcji Inwestycyjnych na II kwartał 2016 r. dostępna jest pod adresem: http://pl.saxobank.com/campaigns/essential-trades/2016-q2

 

Biznes i nauka muszą się dogadać

Bez porozumienia między światem biznesu i światem nauki możemy zapomnieć o budowaniu innowacyjnej gospodarki. Tymczasem, według raportu „Społeczny klimat innowacji w Polsce” opracowanego przez Fundację Polskiego Godła Promocyjnego na drodze do współpracy naukowców i przedsiębiorców znajdują się poważne bariery, bez usunięcia których nie ma mowy o rozwoju innowacyjności. 

Innowacyjność to nie tylko kolejne wygenerowane pomysły. Droga do niej wiedzie bowiem przez kolejne wdrożenia, które okazują  się sukcesem na rynku. Kluczowa jest więc tutaj współpraca naukowców z przedsiębiorcami.

Musimy sobie uświadomić, że misją uczelni nie jest wdrażanie nauki. Wdrażaniem pomysłów naukowców powinien zajmować się przede wszystkim przemysł – mieć w tym cel i korzyści własne. – mówi prof. dr hab. Janusz Bujnicki, kierownik Laboratorium Bioinformatyki i Inżynierii Białka w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie, wyróżniony przez Fundację Polskiego Godła Promocyjnego tytułem Lidera Przyszłości.

Coraz więcej naukowców wie i rozumie, że bez współpracy ze światem biznesu ich wynalazki nie ujrzą światła dziennego. Zmiany następują też po drugiej stronie barykady. Coraz więcej przedsiębiorców wie i rozumie, że konkurencyjność na rynku zapewnią im innowacyjne rozwiązania, które powstają na drodze badań naukowych. Świadomość ta jest jednak wciąż za niska. Naukowcy i przedsiębiorcy działają na różnych płaszczyznach i ta różnica zdaje się być jedną z największych przeszkód do pokonania.

Problem tkwi w braku zrozumienia po dwóch stronach. Nauka i biznes mają trochę inne cele. Nauka ma opracowywać nowe technologie, ma je badać, opisywać, publikować, prezentować na konferencjach. Celem przemysłu czy biznesu jest osiągnięcie dochodu. Do pewnego stopnia to są światy kompletnie rozłączne i próba zmuszenia ludzi z jednego świata, żeby dogadali się z ludźmi z drugiego świata, nie może polegać na tym, że jeden z tych światów narzuci swoją wizję drugiemu. – tłumaczy dr Grzegorz Brona, wykładowca na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, współzałożyciel i prezes zarządu firmy Creotech Instruments SA, wyróżniony tytułem Very Important Polish Innovator w ramach projektu Młodzi Liderzy Innowacji realizowanego przez Fundację Polskiego Godła Promocyjnego.

Fundamentem współpracy nauki i biznesu powinno być wzajemne zrozumienie. Powinna ona polegać na dwustronnej prezentacji oczekiwań i możliwości oraz uczeniu się od siebie. Bez zaufania, dialogu w relacjach międzyludzkich na styku nauka – biznes nie można tworzyć właściwego klimatu współpracy, który motywuje do poszukiwania nowych koncepcji.

Do kluczowych barier współpracy pomiędzy sferą naukową a biznesem należy zaliczyć także słabo rozwinięte otoczenie pośredniczące w transferze technologii.

Jeżeli nie zostaną podjęte odpowiednie działania, głównie związane z zarządzaniem, a jednostki budżetowe nie zwiększą akceptacji ryzyka w finansowaniu badań, to całość zakończy się źle. – mówi dr inż. Dawid Nidzworski, z Międzyuczelnianego Wydział Biotechnologii Uniwersytetu Gdańskiego i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, założyciel ETON Group, wyróżniony tytułem Very Important Polish Innovator w ramach projektu Młodzi Liderzy Innowacji realizowanego przez Fundację Polskiego Godła Promocyjnego.

Polska ma szansę, by stać się światową marką w dziedzinie innowacyjności. Konieczne jest jednak dokładne rozpoznanie barier i wdrożenie odpowiednich rozwiązań.

Więcej o współpracy nauki i biznesu można przeczytać w raporcie „Społeczny klimat innowacji w Polsce” opracowanym przez Fundację Polskiego Godła Promocyjnego w ramach projektu „Młodzi Liderzy Innowacji”. 

Obrona firmy przed bankructwem

Firmy zyskały nowy sposób obrony przed bankructwem. Od stycznia obowiązuje prawo restrukturyzacyjne. Dzięki nowej ustawie powinno być więcej restrukturyzacji, a mniej bankructw.
W okresach dekoniunktury gospodarczej w Polsce liczba bankructw dochodziła do tysiąca rocznie. W takich krajach jak Francja czy Niemcy, a więc o gospodarkach dwukrotnie większych niż polska, bankructw jest dziesięciokrotnie więcej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Pietrzak, prezes zarządu PMR Restrukturyzacja SA. – To nie oznacza, że gospodarki Niemiec i Francji są słabsze, po prostu w Polsce zawierano zbyt mało postępowań układowych, to powinno się zmieniać po wejściu w życie prawa restrukturyzacyjnego.
Ustawa dotycząca prawa restrukturyzacyjnego weszła w życie z początkiem tego roku, po dwóch latach przygotowań jej zapisów. Firmy zyskały bardzo istotne zabezpieczenie dla swej działalności. – Firmy powinny finansować się długiem, wtedy w okresie, gdy kończy się jedna umowa kredytowa, a zanim zacznie się nowa, firma narażona jest na dodatkowe ryzyka finansowe, to jeden z powodów dlaczego ta ustawa była tak potrzebna – mówi Maciej Pietrzak.
O innych skutkach dla firm wprowadzenia ustawy w kolejnych częściach rozmowy przeprowadzonej przez MarketNews24.

Popołudniowy komentarz walutowy z 06.04.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 06.04.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Wszystkie polskie lotniska mogą mieć kłopoty

Jeżeli okaże się, że podkrakowska gmina Zabierzów ma rację w sporze z lotniskiem Balice, a to oceni Komisja Europejska, to inne gminy pójdą tym śladem i kolejne polskie lotniska będą miały kłopoty finansowe.
Gmina Zabierzów twierdzi, że zwolnienie lotniska w Balicach z podatku od nieruchomości było niedozwoloną pomocą publiczną. I swoje straty ocenia na 6 mln zł rocznie. Chce odzyskać pieniądze, które w jej ocenie traci od ponad dziesięciu laty. W tej sprawie zwróciła się do Komisji Europejskiej.
Co zdecyduje KE? Odpowiedzią jest zainteresowanych wiele gmin, na terenie których znajdują się też inne lotniska. Jeżeli decyzja będzie satysfakcjonująca dla Zabierzowa, to prawdopodobnie pójdą śladem tej gminy.
– Najchętniej zrobią to te gminy, na terenie których są dochodowe lotniska – mówi o tym w rozmowie z MarketNews24 Maciej Fornalczyk z Comper Fornalczyk i Partnerzy Spółka Jawna. W rozmowie wymienia konkretne lotniska i dodaje kiedy i jaki błąd został popełniony.

Blok 910 MW TAURON Wytwarzanie: chłodnia kominowa ostro w górę

CEO Magazyn Polska

Na budowie bloku 910 MW prace idą pełną parą. Główne roboty obejmują obecnie budynek maszynowni i kotłowni, budynek nastawni elektrycznej oraz chłodnię kominową.

Na placu budowy dobrze widoczna zaczyna być chłodnia kominowa bloku. Jej powłokę docelowo będzie tworzyć przeszło 140 warstw zbrojonego betonu.

– Największa inwestycja Grupy TAURON jest zaawansowana w ok. 17 proc. – informuje Remigiusz Nowakowski prezes zarządu TAURON Polska Energia – Średnica podstawy chłodni wynosi 150 metrów, co oznacza, że pomieściłaby pełnowymiarowe boisko piłkarskie FIFA. Ta monumentalna budowla jest jednym z kluczowych elementów jednostki wytwórczej. Dzięki zastosowaniu zamkniętego układu chłodzenia, jaworznicki blok będzie mniej zależny od warunków pogodowo-hydrologicznych aniżeli bloki o układzie otwartym, korzystające bezpośrednio z zasobów rzecznych.

Po posadowieniu 40 słupów wsporczych, które sięgnęły 12 m, rozpoczęło się wznoszenie powłok chłodni. Obecnie trwa zbrojenie i deskowanie 14. ze 142 zaplanowanych powłok monolitycznych.

Docelowo chłodnia kominowa osiągnie 180 m. wysokości. Na budowę samej powłoki chłodni, oprócz wsporników i elementów prefabrykowanych, zużytych zostanie prawie 1,5 tys. ton stali zbrojeniowej i wylanych zostanie blisko 14 tys. m sześc. betonu. Obiekt osiągnie niemal dwie trzecie wysokości – należącego do Grupy TAURON – jednego z najwyższych kominów w Polsce, który podobnie jak budowany blok 910 MW, znajduje się w Elektrowni Jaworzno III.

Szkolenia Enei Operator dla wielkopolskich strażaków


Prawie 160 strażaków z całej Wielkopolski wzięło udział w szkoleniu prowadzonym przez pracowników Enei Operator. Zajęcia dotyczyły zagrożeń w pobliżu infrastruktury energetycznej w czasie prowadzenia akcji ratowniczo-gaśniczych. Szkolenie zorganizowane zostało z inicjatywy wielkopolskiej Państwowej Straży Pożarnej.

W Nowym Folwarku niedaleko Wrześni odbyło się specjalne szkolenie dla Straży Pożarnej. Wykłady prowadzone były przez pracowników Enei Operator: Józefa Jacka Zawodniaka i Jarosława Cypriana. Celem prelegentów było uświadomienie strażakom, na jakie zagrożenia są narażeni podczas akcji ratunkowych prowadzonych w pobliżu urządzeń energetycznych pod napięciem i w jaki sposób unikać tych zagrożeń.

– Dzielimy się doświadczeniem i wiedzą z zakresu energetyki, ponieważ nasza firma podchodzi bardzo odpowiedzialnie do szeroko pojętego bezpieczeństwa. To nasz priorytet. Bardzo się cieszę, że odbywają się takie szkolenia, ponieważ stanowią one wartość samą w sobie” – mówi Jakub Kamyk, wiceprezes Enei Operator.

Spotkanie ze strażakami podzielone było na dwie części: teoretyczną i praktyczną. W pierwszej z nich omówione zostały m.in. takie zagadnienia jak oddziaływanie prądu elektrycznego na organizm człowieka, podstawowe informacje o sieciach elektroenergetycznych oraz ich podział ze względu na poziom napięcia czy wyłączenia zasilania w sieci i współpraca z dyżurnymi pogotowia energetycznego. Podczas części praktycznej strażacy ćwiczyli rozpoznawanie urządzeń i sieci energetycznej oraz zdejmowanie z samochodu przewodów pod napięciem.

W szkoleniu wzięło udział niemal 160 strażaków z całej Wielkopolski. Każda jednostka ratowniczo-gaśnicza w regionie oddelegowała na zajęcia dwóch strażaków. W zajęciach wzięli też udział przedstawiciele szkoły aspirantów z Poznania oraz dyżurni ze Stanowiska Kierowania Komendanta Wojewódzkiego z Poznania. Strażacy, którzy wzięli udział w szkoleniu przekażą dalej wiedzę w swoich jednostkach.

Było to jedno z wielu szkoleń jakie Enea Operator przeprowadziła dla Straży Pożarnej, ale pierwsze na taką skalę.

Moody’s ostrzega Polskę przed majową decyzją. Eksperci uważają, że ewentualna obniżka nie wpłynie znacząco na rynek akcji i walutowy

CEO Magazyn Polska

Jedna z trzech największych agencji ratingowych Moody&HASH39;s ostrzegła Polskę, że jej wiarygodność kredytowa może ulec obniżeniu w obliczu kryzysu konstytucyjnego. Agencja rewizję ratingu Polski ogłosi 13 maja. Według Piotra Bujaka z PKO BP ewentualne obniżenie ratingu nie wpłynie tak znacząco na nastroje inwestorów, jak styczniowa decyzja agencji Standard & Poor’s.

– Po decyzji Standard & Poor’s uczestnicy polskiego rynku finansowego oswoili się z negatywną opinią agencji ratingowych dotyczącą polityki fiskalnej w Polsce i planów nowego rządu, dlatego ewentualna negatywna decyzja dotycząca oceny wiarygodności kredytowej Polski dokonana przez inną agencję, np. przez Moody’s, który będzie dokonywał przeglądu ratingu Polski w maju, nie powinna wstrząsnąć polskim rynkiem finansowym – przekonuje szef Zespołu Analiz Makroekonomicznych PKO BP.

13 maja agencja Moody’s ogłosi nowy rating (lub potwierdzi dotychczasowy) dla Polski. Choć decyzja o obniżeniu oceny wiarygodności nie jest przesądzona, to agencja ostrzegła w poniedziałek nasz kraj, że kryzys konstytucyjny może się odbić na wiarygodności kredytowej Polski i to bez względu na solidne podstawy makroekonomiczne.

– Po ewentualnej decyzji obniżającej rating zobaczymy osłabienie złotego o kilka groszy, ale zasięg tego ruchu powinien być mniejszy niż tego, który nastąpił po obniżce ratingu przez agencję Standard & Poor’s. Uczestnicy rynku finansowego już w bardzo dużym stopniu wycenili niepewność dotyczącą przyszłego kształtu polityki fiskalnej w Polsce i stanu polskich finansów publicznych – mówi Piotr Bujak.

Zaznacza jednak, że ewentualne zmiany ratingu, obojętnie czy uzasadnione, czy nie, będą miały wpływ na wizerunek Polski w oczach inwestorów. Gdy w styczniu agencja Standard & Poor’s nieoczekiwanie obniżyła rating Polski z A- do BBB+, złoty podrożał o kilkanaście groszy wobec euro, dolara i franka. Dziś jest jednak mocno poniżej tych poziomów. Bujak zaznacza, że najistotniejsze jednak będzie przekonanie międzynarodowych inwestorów, że przeprowadzane w Polsce zmiany nie spowodują zwiększenia deficytu budżetowego.

– Istotny będzie nowy program konwergencji, czyli plan działań fiskalnych na najbliższe lata, w którym polski rząd będzie starał się pokazać Komisji Europejskiej, że ma wiarygodny plan na utrzymanie deficytu budżetowego pod kontrolą. Istotna będzie również odpowiedź Komisji Europejskiej na ten plan, jej opinia na temat wiarygodności polskiej polityki fiskalnej, a także decyzja agencji ratingowych, w szczególności decyzja agencji Moody’s, kiedy w maju będzie dokonywać przeglądu polskiego ratingu – przekonuje Bujak.

Równie istotnym elementem, który może ucierpieć z powodu ewentualnej obniżki ratingu Polski, jest kwestia kosztu długu, czyli rentowności obligacji. W styczniu podskoczyła ona do 3,33 proc., powróciła jednak do poziomu 2,86 proc. obecnie. I choć to więcej niż rok temu, gdy rentowności spadły poniżej 2 proc., to dług Polski wciąż wyceniany jest relatywnie niedrogo.

– W najbliższym czasie największy wpływ na notowania na polskim rynku finansowym, na notowania złotego w szczególności, będą mieć czynniki globalne, czyli poziom zaufania globalnych inwestorów do kondycji światowej gospodarki, a w szczególności do kondycji takich dużych gospodarek wschodzących jak Chiny czy Brazylia – mówi Bujak.

Jak mówi, polska gospodarka jest odporna na czynniki zewnętrzne, a wzrost gospodarczy powinien w połowie roku przyspieszyć m.in. dzięki programowi „Rodzina 500 plus”, który napędzi do kieszeni konsumentów 17 mld zł.

– To powinno spowodować, że wzrost konsumpcji prywatnej przyspieszy nawet do 5 proc. pod koniec tego roku, a wzrost gospodarczy – do 4 proc. Pozostaną tylko obawy o to, jak dodatkowe duże wydatki wpłyną na stabilność polskich finansów publicznych w kolejnych latach i czy taki szybki wzrost gospodarczy będzie się mógł utrzymać.

Elektrobudowa chce poprawić rentowność. W 2016 roku prognozuje blisko 51 mln zł zysku netto

CEO Magazyn Polska

W 2016 roku Elektrobudowa SA spodziewa się poprawy rentowności. Przy mniejszych przychodach ze sprzedaży spółka chce zarobić więcej niż przed rokiem. Realizacja celu ma być możliwa głównie dzięki zmianie organizacji i optymalizacji jej kosztów. Spółka liczy na inwestycje w przemyśle paliwowym i chemicznym oraz rosnący popyt w obszarze związanym z ochroną środowiska. Jak tłumaczy prezes Janusz Juszczyk, większość instalacji energetycznych jest już przestarzała i wymaga modernizacji. Elektrobudowa planuje także kolejne wejścia na rynki zagraniczne.

– Dostrzegamy możliwości dla Elektrobudowy w przemyśle paliwowym i chemicznym. W tym obszarze jesteśmy obecni już od wielu lat i wydaje się, że mamy na chwilę obecną spore szanse na pozyskanie dużych zamówień – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Juszczyk, prezes zarządu Elektrobudowy.

W 2015 roku grupa uzyskała blisko 1,24 mld zł skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży. To wynik o ponad 12 proc. lepszy niż rok wcześniej. Zdecydowanie największy udział w sprzedaży stanowiły usługi budowlano-montażowe. Ich udział w całkowitej strukturze sprzedaży przekroczył 84 proc. Działalność w obszarze rynku wytwarzania energii połączona w zeszłym roku z działalnością związaną z rynkiem przemysłu przyniosła ok. 70 proc. sprzedaży.

–  W najbliższym czasie to właśnie z działalnością w sektorze przemysłu wiążemy największe nadzieje. W tym obszarze budujemy swoje kompetencje jako wykonawcy kompletnych obiektów technologicznych – komentuje Juszczyk.

Obok rosnących przychodów grupie Elektrobudowa udało się także znacznie poprawić rentowność. Ubiegłoroczny zysk netto grupy przekroczył 50 mln zł (wzrost o ponad 83 proc. rdr.) i był to najlepszy wynik od 2009 roku. Poprawa rentowności ma być kontynuowana także w tym roku. Prognoza zarządu na 2016 rok zakłada wzrost zysku netto do poziomu 50,9 mln zł przy niższych przychodach ze sprzedaży o ok. 10 proc.

Elektrobudowa duże nadzieje pokłada również w obszarze inwestycji związanych ochroną środowiska.

– Znacząca część inwestycji z pewnością będzie związana z ochroną środowiska. Ograniczenia unijne powodują, że będą budowane kolejne instalacje odazotowania czy odsiarczania spalin. W tym obszarze istniejemy na rynku już od lat, mamy doświadczenie w wykonywaniu instalacji elektroenergetycznych na tego typu projektach – wyjaśnia prezes Elektrobudowy. – Wydaje się, że będziemy uczestniczyli w tych realizacjach także w przyszłości – dodaje.

Jak deklaruje prezes Juszczyk, segment wytwarzania energii nadal będzie odgrywał dominującą rolę w aktywności spółki. Grupa spory potencjał dostrzega także w eksporcie swoich produktów za granicę.

– Uważamy, że w zakresie zarówno produktów, jak i usług rynek eksportowy w swej znaczącej części jest dostępny dla Elektrobudowy i tu chcemy rozwijać nasze kompetencje – dodaje.

W 2015 roku przychody ze sprzedaży z rynków zagranicznych Elektrobudowy wzrosły o prawie 70 proc. do ponad 113 mln zł. Największym rynkiem zagranicznym spółki była Finlandia, głównie dzięki kolejnemu etapowi prac przy budowie elektrowni jądrowej Olkiluoto 3.

Początki działalności spółki Elektrobudowa datowane są na 1953 rok. W 1992 roku podmiot został przekształcony w spółkę akcyjną, a cztery lata później zadebiutował na warszawskiej giełdzie. Na koniec 2015 roku zatrudnienie w całej grupie wyniosło ponad 2150 osób.

Polskie firmy wchodzą do krajów arktycznych. Największy potencjał mają Dania i Grenlandia

CEO Magazyn Polska

Szacuje się, że kraje skandynawskie odpowiadają za ponad 7 proc. polskiego eksportu. Potencjał regionu – dodatkowo z krajami takimi jak Islandia, Kanada, a także z Grenlandią i Wyspami Owczymi – jest jednak większy. To na ten obszar ukierunkowany jest program rozwoju eksportu Go Arctic. Trwają rozmowy między resortem rozwoju a PAIiIZ na temat kształtu, w jakim program ten mógłby być kontynuowany. Na współpracy zyskać mogą przede wszystkim sektory budownictwa energooszczędnego i odnawialnych źródeł energii.

Programy takie jak Go Arctic, Go China oraz Go Africa są bardzo potrzebne polskim przedsiębiorcom. Dają one bezpośredni kontakt z decydentami z innych krajów, dzięki spotkaniom B2B organizowanym przez administracje można poznać przedsiębiorstwa i porozmawiać o potencjalnych projektach, uzyskaniu dofinansowania czy nowych przedsięwzięciach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mateusz Halicki, prezes firmy Ecorys Polska, która wzięła udział w misji gospodarczej w Danii i Grenlandii w grudniu 2015 roku.

Programy prowadzone przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych przynoszą efekty, rośnie wymiana handlowa, zwiększa się również aktywność polskich przedsiębiorców. Uruchomienie Go Arctic daje szansę na umocnienie obecności w krajach tworzących Radę Arktyczną, tzn. Islandii, Stanach Zjednoczonych, Rosji, Szwecji, Kanadzie, Finlandii, Norwegii i Danii, wraz z jej autonomicznymi terytoriami zależnymi – Grenlandią i Wyspami Owczymi.

Po sukcesie programu Go Arctic w ubiegłym roku są plany, aby go kontynuować w 2016 roku. W chwili obecnej trwają negocjacje pomiędzy PAIiIZ a Ministerstwem Rozwoju na temat tego, w jakim kształcie i zakresie miałoby się to odbywać. Więcej szczegółów na ten temat poznamy po podpisaniu umowy pomiędzy tymi instytucjami – poinformowali Newserię przedstawiciele PAIiIZ.

Zdaniem eksperta wsparcie rządowe przy tego typu projektach jest bezcenne, ponieważ oprócz ułatwienia w nawiązaniu kontaktów gospodarczych pozwala także zmniejszyć koszty.

Cały proces business intelligence jest drogi i bardzo czasochłonny. Dlatego namaszczenie ze strony administracji publicznej jest istotne, bo druga strona wie, że mamy poparcie administracji – ocenia Halicki. – W sferze pomocy firmom w ekspansji nasi sąsiedzi są jeszcze bardziej aktywni. Tego typu schemat jest stosowany chociażby we Francji czy w Niemczech.

Uważam, że tego typu projekty jak najbardziej powinny być kontynuowane. Oczywiście pozostaje kwestia szczegółów, czyli tego, w jakiej formie to ma być kontynuowane, czy to ma być odpłatne, czy nieodpłatne, ale sądzę, że to są już rzeczy, na które polski biznes jest jak najbardziej otwarty i w których chce uczestniczyć finansowo w tej formie.

Z danych GUS wynika, że w 2015 roku eksport polskich produktów wyniósł 178,7 mld euro. Skandynawia odpowiada za ponad 7 proc. jego wartości, a najbardziej aktywnym rynkiem jest Szwecja. To ósmy partner handlowy Polski w eksporcie. W ubiegłym roku wartość eksportu sięgnęła blisko 5 mld euro i dynamicznie rośnie, tylko w styczniu o ponad 18 proc. rdr.

Zdaniem Halickiego duży potencjał z regionu arktycznego ma Dania, przede wszystkim ze względu na istniejące już relacje biznesowe. Tylko przez pierwsze trzy kwartały 2015 roku Polska sprzedała Danii towary i usługi o łącznej wartości ponad 2,3 mld dolarów. W styczniu tego roku eksport wzrósł o 12,4 proc.

Grenlandii nie należy bagatelizować. Tym regionem są już zainteresowane wszystkie inne kraje, nie jesteśmy więc pierwszymi, którzy się tam wybierają. Ponadto polskie przedsiębiorstwa realizują już tam duże inwestycje. Dania też jest dobrym krajem, poprzez który można inwestować na Grenlandii – tłumaczy prezes Ecorys.

Jak wskazuje Halicki, Polska nie może zapomnieć również o Kanadzie. Według danych kanadyjskiego głównego urzędu statystycznego (Statistics Canada) i kanadyjskiego federalnego Ministerstwa Przemysłu (Industry Canada) obroty polsko-kanadyjskiej wymiany handlowej w 2015 roku osiągnęły rekordowy poziom 2,2 mld dol. kanadyjskich (z czego 1,7 mld dol. sam eksport). Tym samym były niemal 14 proc. wyższe niż w 2014 roku.

W handlu z poszczególnymi krajami dominują różne branże, jednak najbardziej korzystają na nim branża meblowa, sektor rolno-spożywczy, elektromechaniczny, elektryczny oraz stoczniowy. Halicki wskazuje jednak, że przyszłościowe mogą okazać się inne.

Sądzę, że polskie firmy mogą się odnaleźć w dwóch sektorach, przede wszystkim w budownictwie energooszczędnym ze względów atmosferycznych. Drugim są wszelkiego rodzaju odnawialne źródła energii efektywniejsze niż w naszych warunkach, dzięki którym można tam zbudować przewagę konkurencyjną – podkreśla Mateusz Halicki.

Już podczas misji gospodarczej, firma Ecorys odkryła inny biznesowy potencjał. Na Grenlandii opłacalną inwestycję mogą być hotele. W regionie brakuje miejsc hotelowych, a każdy nowo budowany obiekt jeszcze przez oddaniem do użytkowani, ma zarezerwowane już wszystkie miejsca.

Zadłużeni we frankach lepiej radzą sobie z terminową spłatą rat niż kredytobiorcy w złotych

CEO Magazyn Polska

W sektorze bankowym jest ok. 540 tys. aktywnych umów kredytowych we frankach szwajcarskich. Sytuacja na rynku walutowym daje się we znaki frankowiczom, chociaż – jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowych – mimo wszystko lepiej radzą sobie z terminową spłatą rat niż kredytobiorcy w złotych. Zadłużeni we frankach czekają na regulacje, których wprowadzenie zapowiadał prezydent Andrzej Duda, a które mają ułatwić im spłatę kredytów. – Samodzielnie też można zaoszczędzić na racie – przekonuje Mikołaj Fidziński, analityk Comperia.pl.

Najlepszym sposobem jest samodzielne kupowanie franków szwajcarskich – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mikołaj Fidziński, analityk w firmie Comperia.pl. – Odradzam korzystanie z bardzo wysokiego kursu stosowanego przez banki. Lepiej nabywać walutę np. w kantorze internetowym czy placówce stacjonarnej i przynosić środki do banku.

Jak wynika z danych serwisu Comperia.pl, w krajowym sektorze bankowym nadal aktywnych jest około 540 tys. umów kredytowych we frankach szwajcarskich. Większość to porozumienia z lat 2005–2010, kiedy kurs tej waluty był niski i oscylował wokół 3 zł. Razem ze stopami procentowymi Narodowego Banku Szwajcarii pozwalało to przyznawać zdolność kredytową osobom, które nie kwalifikowały się do pożyczki w złotym.

Umowy takie objęte były jednak ryzykiem kursowym. W przypadku wzrostu wartości szwajcarskiej waluty rosły także zobowiązania w przeliczeniu na złoty. Taka sytuacja miała się nie zdarzyć, bo bank centralny deklarował, że w przypadku większego popytu na franka będzie reagował, tak aby kurs nie przekraczał 1,2 euro. W połowie stycznie 2015 roku bank jednak zrezygnował z takich interwencji. W wyniku tego notowania franka wobec złotego wzrosły o prawie 25 proc., co spowodowało podwyżkę zadłużenia (w przeliczeniu na krajową walutę) osób posiadających zobowiązania we franku. Jednocześnie bank zdecydował się na obniżenie stóp procentowych do ujemnego poziomu.

Tacy kredytobiorcy od około roku są w nieco lepszej sytuacji, bo banki zdecydowały się na obniżenie kursów, po których przeliczają raty, co było jednym z elementów tzw. sześciopaku Związku Banków Polskich wydanego w celu złagodzenia uderzenia związanego z nagłym wzrostem kursu franka – przypomina Fidziński. – Ale trzeba pamiętać o tym, że wcześniej notowania bankowe były nawet od 10 do ponad 20 groszy wyższe niż inne, co przekładało się na wzrost raty nawet o 50–100 zł przy bardzo dużych kredytach.

Frankowicze czekają także na pomoc, którą deklarował prezydent Andrzej Duda. Przygotowany przez Kancelarię Prezydenta projekt zakładający spłatę kredytów po tzw. kursie sprawiedliwym jest jednak krytykowany ze względu na wysokie koszty, jakie się z nim wiążą. Z obliczeń Narodowego Banku Polskiego wynikało, że obciążyłoby ono sektor bankowy kwotą około 40 mld zł. Szacunki Komisji Nadzoru Bankowego mówią nawet o ponad 100 mld zł.

Na razie mogę poradzić przemyślenie refinansowania kredytu, czyli przeniesienie zobowiązania do innej instytucji, gdzie będzie trochę ono tańsze – proponuje Mikołaj Fidziński. – Banki obecnie starają się przychodzić z pomocą osobom, które mają problem ze spłatą: mogą wydłużyć okres spłaty, co siłą rzeczy wpływa na wysokość raty, zastosować tzw. wakacje kredytowe, czyli czas, podczas którego kredytobiorca nie musi spłacać rat bądź reguluje wyłącznie odsetki. Takich rozwiązań jest sporo.

Kredyty frankowe, jak przekonuje Fidziński, mają także jasne strony. W ostatnich miesiącach kredytobiorcom wprawdzie ciąży wysoki kurs tej waluty wobec złotego, ale trzeba pamiętać o atrakcyjnym, bo czasem ujemnym, oprocentowaniu tych kredytów.

Analiza kredytów mieszkaniowych z lat 2006–2008 przeprowadzona przez Biuro Informacji Kredytowej wykazała, że mimo wszystko frankowicze lepiej radzą sobie z terminową spłatą rat. BIK obliczył, że w tym czasie banki udzieliły 924 tys. kredytów hipotecznych, z czego prawie połowę – 436 tys. – we frankach. Szkodowość w ich przypadku (opóźnienie w spłacie przekraczające 90 dni) po 7–9 latach była wyraźnie niższa niż kredytów złotowych z tego okresu. Podobnie było w trudnym dla frankowiczów 2015 roku. Udział opóźnionych kredytów złotowych na koniec roku przekroczył 3 proc., a walutowych – 2 proc.

Świetlice szkolne będą uczyć dzieci bezpiecznego korzystania z internetu. Chce tego 80 proc. rodziców

CEO Magazyn Polska

Już co drugie dziecko w wieku 10–15 lat korzysta z własnych lub należących do rodziców urządzeń mobilnych z internetem. To stwarza duże szanse edukacyjne, ale wiąże się również z zagrożeniami. Uczeniem bezpiecznego surfowania po sieci zajmują się nie tylko rodzice, lecz także szkoła. Teraz będą mogły robić to także świetlice szkolne w ramach programu MegaMisja Fundacji Orange.

Obecnie około 55 proc. dzieci w wieku od 10 do 15 lat korzysta z podłączonych do internetu urządzeń własnych bądź udostępnianych. Z racji tego, że technologia otacza te dzieci właściwie na każdym kroku, to warto wyposażyć je w ważne umiejętności praktyczne dotyczące tego, jak w sieci poruszać się bezpiecznie, z pożytkiem dla siebie, jak się dzięki temu rozwijać i uczyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Krupa, prezes Fundacji Orange, organizatora akcji MegaMisja.

Z badań przeprowadzonych przez GIODO wynika, że 93 proc. korzystających z internetu dzieci ma do niego dostęp w domu, a 55 proc. zadeklarowało, że używa go w szkole. Już cztery lata temu 27 proc. uczniów łączyło się z siecią przez telefon komórkowy. Od tego czasu odsetek ten znacząco wzrósł.

Dzieci od samego początku są wychowywane w otoczeniu urządzeń elektronicznych. Dlatego tak ważne jest to, żeby pokazywać im możliwość wykorzystania technologii nie tylko dla zabicia czasu i rozrywki, lecz także w sposób edukacyjny i twórczy – mówi Ewa Krupa. – Zachęcamy do tego dzieci, ale staramy się też budować właściwe postawy w rodzicach oraz wspierać nauczycieli, wychowawców w tym, żeby także w świetlicy szkolnej i we wszystkich tych miejscach, gdzie dzieci mają kontakt z technologią, pokazywać im dobre strony internetu.

80 proc. rodziców uważa, że właściwym miejscem do nauki bezpiecznego i odpowiedzialnego korzystania z technologii w szkołach jest świetlica – tak wynika z badania przeprowadzonego przez Millward Brown dla Fundacji Orange. Jednocześnie dwoje na pięcioro rodziców oczekuje, że świetlica zapewni dzieciom wiedzę w zakresie bezpiecznego korzystania z internetu i komputera, a co trzeci rodzic – że dziecko nauczy się tam także wykorzystywania technologii do odrabiania lekcji i poszerzania wiedzy.

Przede wszystkim dzieci trzeba zainteresować czymś ciekawym, czymś zupełnie innym, czymś, co wyłowią w nadmiarze informacji, które do nich trafiają, czy to ze smartfonów, czy z telewizorów, co będzie wiązać się z jakąś przygodą czy zabawą – mówi Michał Jeska, ekspert ds. grywalizacji z fundacji Highlight/ Inaczej.

Projekt MegaMisja przygotowany przez Fundację Orange oparty jest na animowanej historii dwojga bohaterów – Julki i Kuby, małych eksperymentatorów, którym udaje się stworzyć sztuczną inteligencję w postaci śmiesznego stworka. Wynalazek okazuje się jednak nieco niesforny i rodzeństwo musi szukać sposobów w swoim cyfrowym laboratorium, jak go okiełznać. Dzieci biorące udział w programie mają im w tym pomóc.

Do tego są jeszcze elementy takie jak odkrywanie świata cyfrowego laboratorium, zdobywanie punktów czy poznawanie nowych animacji. Co ważne, w naszej grywalizacji punkty nie są ważne, mają tylko pokazać, że dzieci idą do przodu, że wygrywają, że jest postęp w ich działaniu, a nie, że z kimś rywalizują – wyjaśnia Michał Jeska.

W tej edycji programu udział weźmie trzysta szkół z całej Polski, a zgłaszać się mogą do 29 kwietnia na stronie www.megamisja.pl. Cykl zajęć przeznaczony jest dla dzieci z klas I–III, aktywności odbywają się raz w tygodniu przez godzinę. Wychowawca wyposażany jest w materiały metodyczne, gotowe scenariusze zajęć, ma też dostęp do filmików i porad ekspertów, dzięki czemu może prowadzić zajęcia. Fundacja Orange przeprowadziła już pilotaż programu w 50 szkołach.

Dzieci na zajęciach z MegaMisji uczą się etykiety internetowej, komputerowej, uczą się korzystać z komputera i odkrywać dla siebie miejsce w internecie i korzystać z informacji w nim zawartych – mówi Alina Tukaj, wychowawca w biorącej udział w pilotażu świetlicy szkoły nr 257 na Białołęce w Warszawie. – To na pewno urozmaica zajęcia. Z MegaMisją związana jest cała historia Julki i Kuby, a dzieci mają okazję wejść w tę fabułę i poczuć się, jak pomocnicy bliźniaków.

Peugeot zapowiada premiery w rodzinie SUV-ów. Poszerzy też ofertę samochodów dostawczych

CEO Magazyn Polska

Peugeot stawia na rozwój modeli typu SUV i crossover. Obok Peugeota 2008, kompaktowego SUV-a, którego firma zaprezentowała podczas Motor Show w Poznaniu, jeszcze w tym roku pojawi się druga generacja Peugeota 3008 i następca rodzinnego Peugeota 5008. Firma planuje również podbić rynek samochodów dostawczych nowym Peugeot Expert, którego premiera planowana jest na wakacje. Koncern liczy na dużą dynamikę sprzedaży ze względu na premiery w najpopularniejszych segmentach rynku motoryzacyjnego.

Podczas Motor Show 2016 w Poznaniu Peugeot zaprezentował dwie polskie premiery – nowego SUV-a Peugeot 2008 i Peugeot Travellera.

Peugeot 2008, nowy mały kompaktowy SUV, jest pierwszym krokiem w dużej kampanii, czyli prezentacji kolejnych modeli SUV-ów. Przez najbliższe miesiące w marce Peugeot będziemy pokazywać nową rodzinę SUV-ów. Za niespełna dwa miesiące pokażemy pierwsze zdjęcia nowego SUV-a 3008, a wkrótce potem następcy Peugeot 5008, samochodu z pogranicza świata SUV-ów – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Mucha, PR Manager Peugeot, Citroën i DS w Polsce.

W Polsce samochody kompaktowe cieszą się coraz większą popularnością. W ubiegłym roku liczba rejestracji wzrosła o prawie 6 proc. do 106,6 tys. Segment małych i średnich SUV-ów oraz crossoverów wzrósł o ponad 13 proc. do 78,2 tys.

Peugeot wchodzi również na rynek lekkich samochodów dostawczych z segmentu K1. Peugeot Traveller to rodzaj ekskluzywnego busa dostępnego w trzech długościach.

Już w wersji krótkiej o długości 4,60 m dysponuje aż dziewięcioma miejscami. To najmniejszy samochód w tym segmencie, który pomieści aż tylu pasażerów. Druga wersja ma 4,95 m, a trzecia, przy zwiększonym rozstawie osi, mierzy przeszło 5,30 m. Peugeot Traveller będzie pokazywany w polskich salonach we wrześniu tego roku. Wcześniej, bo w lipcu, trafi do naszej sieci dystrybucji wersja dostawcza, popularny blaszak, ponieważ to ona stanowi 85 proc. sprzedaży tego typu aut – podkreśla Mucha.

W okresie wakacyjnym w sprzedaży pojawi się także Peugeot Expert. Jak dodaje Mucha, oba auta mają wzmocnić pozycję Peugeot w segmencie lekkich samochodów dostawczych.

Jesteśmy liderem kombivanów z modelem Peugeot Partner, ale też doskonale radzimy sobie w segmencie samochodów do 3,5 tony, czyli takich jak Boxer, m.in. zdobywamy takich dostawców jak Poczta Polska – mówi Tomasz Mucha.

We wszystkich nowych modelach Peugeota montowany jest innowacyjna deska rozdzielcza, czyli Peugeot i-Cockpit, która potęguje emocje z jazdy i podnosi komfort użytkowania. Nowością jest również montaż we wszystkich modelach silnika PureTech, który w ubiegłym roku zdobył nagrodę Silnika Roku w kategorii pojemnościowej od 1,0 do 1,4 l.

Wyprodukowanych już zostało 300 tys. egzemplarzy tej jednostki o mocach 110 oraz 130 koni mechanicznych – zaznacza rzecznik Peugeota. – Te silniki stanowią w tej chwili gros naszej propozycji handlowej, ciekawą alternatywę ze względu na niskie parametry spalania, wagę silnika o przeszło 21 proc. niższą od podobnych jednostek 4-cylindrowych i przede wszystkim mniejsze wymiary, kompaktowość.

Jak podkreśla Mucha, w tym roku wyzwaniem będzie wprowadzenie na rynek nowych pojazdów. W październiku do polskich salonów trafi Peugeot 3008.

W ubiegłym roku sprzedaż modeli Peugeot wzrosła w Europie o ponad 9 proc. do miliona sprzedanych nowych samochodów rocznie. Również w Polsce marka znajduje się w czołówce wybieranych samochodów, koncern liczy na kontynuację trendu i wyższą dynamikę sprzedaży dzięki wprowadzonym do sprzedaży nowościom i dopasowaniu oferty do klienta.

Dysponujemy bardzo młodą, bo niespełna 4-letnią, gamą modeli. Niedługo pojawią się kolejne atrakcyjne samochody we wzrostowych segmentach rynku. To, co w tej chwili cieszy się ogromną popularnością wśród polskich klientów, to nadwozia typu crossover i SUV. Właściwie każdy segment zdominowany jest w tej chwili przez tego typu premiery, a my za tym podążamy. Dowodem tego jest model 2008 – mały SUV, a wkrótce 3008. Nasza oferta będzie bardzo mocno dostosowana do tego, czego poszukuje na rynku polski klient – podkreśla Tomasz Mucha.

Podczas Motor Show w Poznaniu Peugeot zaprezentował również dwa samochody sportowe – seryjny 308 GTi by Peugeot Sport, który właśnie trafił do sprzedaży w polskich salonach, napędzany silnikiem benzynowym 1,6 Turbo o mocy 270 koni, oraz 2008 DKR, czyli samochód, który wygrał tegoroczny Rajd Dakar.

Reklama zewnętrzna rośnie w siłę. Tradycyjne billboardy coraz częściej zastępowane przez cyfrowe nośniki

CEO Magazyn Polska

Wartość reklamy zewnętrznej szacuje się na 471,5 mln zł. W tym roku eksperci prognozują dalszy wzrost tego segmentu rynku. Ekrany cyfrowe coraz częściej zastępują tradycyjne billboardy i citylighty. Obecny rok może być przełomowy dla polskiej branży reklamowej w związku z wprowadzeniem systemu Outdoor Track. Umożliwi on planowanie i kupowanie powierzchni reklamowej na podstawie takich samych wskaźników, jak w innych mediach.

Jednym z najważniejszych trendów w reklamie jest próba znalezienia równowagi pomiędzy dużymi kampaniami budującymi wizerunek marki, kierowanymi do wielu grup odbiorców jednocześnie a personalizacją przekazu. Internet jest skutecznym narzędziem budowania spersonalizowanego przekazu, ale już nie do prowadzenia dużych kampanii. Widzimy więc coraz większą różnorodność środków przekazu zindywidualizowanego i masowego – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Matthew Dearden, president Clear Channel Europe, lidera reklamy zewnętrznej na świecie.

Izba Gospodarcza Reklamy Zewnętrznej i dom mediowy Starlink oceniają, że w ubiegłym roku wartość reklamy zewnętrznej wyniosła 471,5 mln zł. To o 2,4 proc. więcej niż w 2014 roku, a wartość branży powinna wciąż rosnąć, w tym roku o kolejne 5 proc. To efekt dużej różnorodności tej formy reklamy, która pozwala na dotarcie nie tylko do klienta masowego, lecz także daje możliwość spersonalizowanego przekazu.

W większości krajów segment reklamy zewnętrznej rośnie. Wielu analityków twierdzi, że w reklamie internetowej minęliśmy już szczyt i teraz następuje wyhamowanie tempa rozwoju w tego segmentu, natomiast rozwija się segment mobilny, który może być znakomitym partnerem dla reklamy zewnętrznej. Widzimy coraz większy zasięg takich mediów jak Out-of-Home – wskazuje Dearden.

Reklama zewnętrzna to coraz rzadziej zwykłe billboardy. Wedle szacunków w Polsce zarejestrowanych jest ok. 65 tys. nośników. W ciągu kilkunastu miesięcy ich liczba spadła o ponad 17 tys. Reklamodawcy rezygnują przede wszystkim z mniejszych formatów, stawiają też na nowatorskie formy nośników: front- i backlighty, monitory LCD czy interaktywne tablice. Wartość digitalowej reklamy outdoorowej (DOOH) w kraju ocenia się na 23,5 mln zł.

Jak podkreśla Matthew Dearden, digitalizacja pomaga budować świadomość marki, zwiększa też kreatywność reklamy.

Jednym z najważniejszych trendów jest odchodzenie od prostego sprzedawania przestrzeni reklamowej, np. billboardów. Polska jest pod tym względem liderem. Myślimy o tym w kategoriach sprzedawania interakcji z publicznością. Dajemy reklamodawcom szansę zakupienia tego, czego naprawdę potrzebują, czyli możliwość dotarcia do klientów i rozmowy z nimi – podkreśla prezes Clear Channel na Europę.

W tym roku branżę reklamy zewnętrznej może czekać rewolucja. Planowane jest wprowadzenie wyników projektu badawczego „Outdoor Track”, które stworzy standard rynkowy oparty na wskaźnikach stosowanych w innych mediach. Jego najważniejszym celem jest zbadanie widowni outdooru – częstotliwości kontaktów z nośnikami, czy zasięgu kampanii w grupach celowych. Dzięki temu będzie możliwe kupowanie powierzchni reklamowej na podstawie takich samych wskaźników, jak w innych mediach. Jak wskazuje Dearden, zyskają na tym właściciele mediów.

Mamy nadzieję, że Outdoor Track pozwoli nam sprzedawać dostęp do konkretnej grupy odbiorców. Chcemy oferować kreatywne podejście reklamodawcom i doradzać im, jak dużo przestrzeni na reklamy potrzebują, z jaką częstotliwością powinny się one ukazywać i jaka kampania najlepiej sprawdzi się przy danym produkcie. To szansa na zmianę sposobu sprzedawania reklam w Polsce i na to, aby zaangażowanie odbiorców i potrzeby reklamodawców mogły się spotkać w jednym punkcie – tłumaczy Dearden.

Jedną z najbardziej poszukiwanych lokalizacji dla reklamodawców stają się centra handlowe, które przyciągają dużą liczbę potencjalnych odbiorców. W Polsce działa ponad 450 galerii handlowych, a popularnym narzędziem komunikacji z klientami są właśnie digitale, czyli cyfrowe nośniki.

Reklamodawcy wiedzą, że zyskują dzięki nim elastyczność i mogą dotrzeć do właściwego klienta we właściwym czasie, co czyni przekaz bardziej skutecznym. Ten trend przenosi się także na inne miejsca, w sąsiedztwo szlaków drogowych czy kolejowych. Jestem pod dużym wrażeniem tego, jak w Polsce rozwija się reklama cyfrowa w najlepszych galeriach handlowych – podkreśla Dearden

Clear Channel na świecie ma ponad 5 tys. ekranów cyfrowych w 200 galeriach handlowych w 19 krajach. Systematycznie powiększa sieć elektronicznych powierzchni reklamowych w Polsce – obecnie liczy ponad 100 digitali. Nośniki zlokalizowane są już w kilku galeriach handlowych w kraju, m.in. w czterech centrach w stolicy – Galerii Mokotów, CH Arkadii, CH Wola Park i Galerii Wileńska, w gdyńskim Centrum Riviera oraz w Alei Bielany i Magnolia Parku we Wrocławiu.

Istotne jest nastawienie, sprzedawanie dostępu do odbiorców, a nie jedynie powierzchni reklamowej. Reklamodawcy chcą zbudować dobre relacje między swoją marką a odbiorcami. Polska jest jednym z liderów pod względem innowacji, dogłębnego rozumienia potrzeb reklamodawców i sprzedawania im tego, czego naprawdę potrzebują – podkreśla Matthew Dearden.

Volvo chce w tym roku sprzedać ponad 7 tys. samochodów. Tegoroczne premiery napędzą ruch w salonach

CEO Magazyn Polska

W połowie roku do salonów w Polsce trafią nowe modele Volvo – sedan S90 i kombi V90. Koncern liczy, że jeszcze w tym roku sprzedaż nowości osiągnie poziom co najmniej 800 sztuk, a w kolejnych latach będzie przekraczać 1 tys. Volvo chce wykorzystywać potencjał segmentu aut premium, który rośnie szybciej niż cały rynek motoryzacyjny. Jeszcze w tym roku zapowiada premierę modelu V40 i V90 Cross Country, a w kolejnym – odświeżenie całej gamy serii 60.

– Już w czerwcu i lipcu zobaczymy nasze najnowsze modele w salonach. Spodziewam się, że w pierwszym roku tych zamówień będzie 8001000, a każdego kolejnego roku na polskie drogi będzie wyjeżdżać ponad tysiąc egzemplarzy – prognozuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Stanisław Dojs, rzecznik prasowy Volvo Car Poland.

Nowe modele S90 i V90 będą miały istotny wpływ na wyniki sprzedażowe Volvo. W ubiegłym roku nabywców znalazło 6,8 tys. aut, o tysiąc więcej niż w 2014 roku. W tym roku koncern spodziewa się wyniku na poziomie znacząco przekraczającym 7 tys.

Jeszcze bardziej ambitne plany są na kolejny rok, kiedy zobaczymy kolejne nowości z serii 60. Przed nami liczne premiery. Jeszcze w tym roku zobaczymy facelifting modelu V40 oraz modelu V90 Cross Country, który będzie dopełnieniem odnowionej gamy 90. W kolejnych latach będziemy odświeżać modele serii 60 i to będzie prawdziwy huragan. Zmiany postępują tak dynamicznie, jak jeszcze nigdy w 90-letniej historii Volvo – mówi Stanisław Dojs.

Zmiany dotyczą zarówno designu i wyposażenia, jak i technologii. Kluczowe dla Volvo są kwestie bezpieczeństwa – szwedzki koncern zapowiada, że do 2020 roku stworzy tak bezpieczne auta, w których nikt nie zginie na drodze.

Kolejnym elementem są osiągi samochodów. To, co Volvo w tej chwili jest w stanie zrobić z silnikami, jest niebywałe. Wracają czasy, kiedy kombi Volvo to były samochody pionierskie, które miały silniki turbodoładowane i osiągi, których nikt nie spodziewałby się po tak praktycznych samochodach – zapewnia przedstawiciel Volvo.

Jak podkreśla Dojs, zmiany w technologii i wizerunku są entuzjastycznie przyjmowane przez klientów. Pierwsze zamówienia na S90 i V90 pojawiły się jeszcze przed prezentacją ich zdjęć. To pozwala szacować, że będą one hitem wśród kupujących. Cennik S90 rozpoczyna się od 170 tys. zł, model V90 w najtańszej wersji będzie o 10 tys. zł droższy. Najdroższa ma być odmiana hybrydowa, której cena zacznie się od niemal 350 tys. zł. Głównymi odbiorcami tych aut są firmy.

To są bardzo świadomi odbiorcy, którzy wiedzą, czego chcą. Nie sprzedaje się takich samochodów w wersjach podstawowych. Z reguły klient, który po taki samochód przychodzi, wybiera diesla, około 200 koni mechanicznych, z automatyczną skrzynią biegów, koniecznie z reflektorami ksenonowymi. Najczęściej sprzedawaną wersją zapewne będzie Inscription, czyli wersja najbogatsza, ze skórzaną tapicerką oraz licznymi systemami bezpieczeństwa – mówi Stanisław Dojs.

Przedstawiciele Volvo podkreślają, że nowe modele wprowadzone w 2015 roku zmieniają proporcję sprzedawanych modeli. Do tej pory największą popularnością cieszyły się auta z serii 60 i 40. Teraz rośnie zainteresowanie autami większymi i droższymi. To pokazuje tendencję obecną na całym rynku motoryzacyjnym.

Polska jest rynkiem klientów, którzy są zdecydowani na zakup samochodów z silnikiem diesla. Za granicą sprzedaje się więcej wersji hybrydowych, ponieważ cały system podatkowy w wielu krajach ustawiony jest w ten sposób, by dopłacać bądź też przygotować szereg preferencji dla kierowców takich aut. W Polsce takich preferencji nie ma, więc klienci są pragmatyczni. Wybierają silnik diesla, mocny, który ma pokonywać długie trasy – mówi Stanisław Dojs.

Sukcesy liderów branży call contact center

Polski rynek call contact center rozwija się dynamicznie już od ponad 20 lat. Rok 2015 to umocnienie Polski na pozycji lidera outsourcingu usług nie tylko w Europie Środkowo-Wschodniej, ale także globalnie. Rosną w siłę wiodące firmy call contact center. Teleperformance Polska zanotował w minionym roku 37-procentowy wzrost przychodów i 30-procentowy wzrost zatrudnienia.

Wbrew obiegowym opiniom, call contact center to nie „akwizycja przez telefon“, ale potężna, zaawansowana biznesowo i technologicznie branża świadcząca profesjonalne usługi dla największych przedsiębiorstw i organizacji z całego świata. W 2015 roku w dalszym ciągu wzrastało zainteresowanie międzynarodowych firm rozwiązaniami call contact center nad Wisłą. Między innymi z tego względu Teleperformance Polska powiększył zespół konsultantów o blisko 150 osób i sukcesywnie rozwija swój biznes. Obecnie nasi konsultanci posługując się 15 językami obsługują klientów z 20 krajów. W 2015 roku poszerzyliśmy nasze portfolio klientów o znane marki z sektora finansowego, retail i automotive. Ciągłemu wzrostowi podlega wielojęzyczny projekt dla globalnej marki odzieżowej, w ramach którego prowadzimy wielokanałową obsługę klienta w 11 językach dla 16 krajów – mówi Mariusz Odkała, prezes Teleperformance Polska.

Profesjonalna obsługa międzynarodowych klientów wymaga zbudowania wielokulturowego zespołu. Wśród pracowników Teleperformance Polska znajdują się obywatele aż 30 krajów. Jest to duży atut w pozyskiwaniu globalnych przedsiębiorstw poszukujących wsparcia dla obsługi klientów z różnych zakątków świata. Praca w tak zróżnicowanym, wielonarodowym środowisku bywa wyzwaniem, ale również źródłem satysfakcji. Teleperformance Polska może pochwalić się wyjątkowo wysokim zadowoleniem zatrudnionych w firmie osób. W 2015 roku rotacja pracowników po raz kolejny wyniosła jedynie 4%, co jest bardzo dobrym wynikiem w branży call contact center.

Według ekspertów w najbliższym czasie o konkurencyjności przedsiębiorstw na rynku będą decydowały wysokie kompetencje w zakresie tzw. Customer Experience Management, czyli zarządzania doświadczeniem klienta. Firmy będą poszukiwać dostawców, którzy są w stanie zagwarantować najbardziej kompleksowe, a przede wszystkim jakościowe rozwiązania z wykorzystaniem zintegrowanych kanałów interakcji: telefonu, email, chatu, aplikacji mobilnych czy mediów społecznościowych – mówi Mariusz Odkała. Tak zwany Omnichannel, czyli zintegrowana wielokanałowość to trend, który, podobnie jak w roku ubiegłym, będzie wyznaczał standardy również w 2016. Wyzwaniem na przyszły rok jest również budowanie świadomości – szczególnie wśród osób decyzyjnych w polskich firmach – jak istotna i ważna jest rola outsourcingu w Polsce. Nie wszyscy jeszcze zauważają jak wielką wartość dodaną generuje outsourcing usług call contact center i jak szeroki jest wachlarz procesów obsługiwanych przez nowoczesne centra kontaktowe.

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.04.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.04.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Energia dla Wałbrzyskiej Strefy Ekonomicznej

Energia dla Wałbrzyskiej Strefy Ekonomicznej 1

TAURON Dystrybucja buduje nową stację elektroenergetyczną w Skarbimierzu na Opolszczyźnie. Główny punkt zasilania (GPZ) zlokalizowany jest na terenie podstrefy Skarbimierz Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej „Invest-Park”, na największym w Polsce byłym poradzieckim lotnisku wojskowym w okolicach Brzegu. 

W ostatnich latach obserwujemy dynamiczny wzrost zapotrzebowania na moc przyłączeniową na terenach objętych strefa ekonomiczną w Skarbimierzu, stąd decyzja o rozpoczęciu budowy nowej stacji elektroenergetycznej, która jednocześnie będzie stanowiła wsparcie dla istniejącej sieci średniego napięcia zasilanej z GPZ Hermanowice w Brzegu – mówi Roman Guła, dyrektor opolskiego oddziału TAURON Dystrybucja. 

Inwestycja obejmuje budowę stacji elektroenergetycznej 110/15 kV z rozdzielnią 110 kV. W stacji zostaną zainstalowane dwa transformatory o mocy 25 MVA każdy. GPZ Skarbimierz zostanie połączony z istniejącą siecią elektroenergetyczną liniami kablowymi o łącznej długości 11 kilometrów i linią napowietrzną o długości 2,5 kilometra.

Dotychczas w ramach prac został wykonany montaż aparatury napowietrznej wysokiego napięcia, stanowiska pod transformatory, maszty odgromowe, wieża antenowa, budynek technologiczny wraz z montażem rozdzielnicy średniego napięcia, a także wybudowano dwutorową linię napowietrzną 110 kV. 

Termin zakończenia całego zadania inwestycyjnego planowany jest na październik 2016 roku.

Grycan wchodzi na nowe rynki zagraniczne. Szczególnie liczy na Tajwan, gdzie w ciągu roku chce podwoić przychody ze sprzedaży

CEO Magazyn Polska

Firma Grycan – Lody od Pokoleń rozpoczyna sprzedaż swoich produktów w Skandynawii, Rumuni oraz Dubaju. Wśród potencjalnych celów ekspansji są także Niemcy oraz Chiny. Szczególne nadzieje pokłada natomiast w Tajwanie, gdzie w ciągu roku chce podwoić przychody ze sprzedaży. Największą barierą wejścia na nowe rynki jest brak rozpoznawalności marki wśród lokalnych konsumentów.

– Mamy ambitne plany zdobycia kolejnych rynków zagranicznych. Cel realizujemy krok po kroku. W najbliższych dniach będziemy oferować nasze lody w Skandynawii. Mamy już podpisane umowy. W tym tygodniu nasze lody wysłaliśmy także do Rumunii oraz do Dubaju – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Zbigniew Grycan, właściciel firmy Grycan – Lody od Pokoleń.

Pierwsza zagraniczna lodziarnia polskiego producenta została otwarta w 2013 roku w Pradze. Dziś poza czeską stolicą firma Grycan – Lody od Pokoleń ma swój lokal także w Ostrawie. W sumie prowadzi działalność eksportową na 11 rynkach w Europie i Azji.

– Planujemy ekspansję na różne rynki. Mamy odbiorcę także na Tajwanie. Nasze założenie biznesowe są takie, że na azjatyckim rynku zdołamy w ciągu roku podwoić nasze przychody ze sprzedaży – dodaje Grycan.

Wśród potencjalnych celów inwestycyjnych wymieniane są także Niemcy oraz Chiny.

– Należy jednak pamiętać o tym, że na tych nowych rynkach nasza marka nie jest w ogóle znana. Jesteśmy jednak przekonani i niemal w stu procentach pewni, że osoba, która raz skosztuje naszych produktów, wróci do nas. Na wyraźne efekty trzeba trochę poczekać, ale wzrosty już osiągamy – stwierdza właściciel firmy.

Prezes spółki podkreśla, że niska rozpoznawalność marki za granicą nie stanowi żadnego problemu w przypadku krajowego rynku. Według badania „Polacy o firmach rodzinnych” opracowanego na zlecenie Fundacji Firmy Rodzinne firma Grycan – Lody od pokoleń była w ubiegłym roku najbardziej kojarzoną polską marką rodzinną (aż 30 proc. wskazań spontanicznego badania znajomości marek).

Polski rynek lodów w ostatnich latach notuje dwucyfrową dynamikę wzrostu. W 2015 roku jego wartość szacowana była na 1,6 mld zł, a przeciętne spożycie lodów wzrosło do prawie 4 l na osobę rocznie. Na przestrzeni ostatnich 20 lat oznacza to dwukrotny wzrost.

Początki działalności firmy Grycan datowane są na 2004 roku. Dziś ma ponad 140 lokali na terenie Polski oraz za granicą (tylko w 2015 roku otwarto 22 nowe lokale). Na koniec 2015 roku według badań AC Nielsen z ponad 15-proc. udziałem była liderem polskiego rynku lodów familijnych. W firmie zatrudnionych jest blisko 1,3 tys. osób.

Wzrost PKB Polski w tym roku powinien wynieść ok. 3,5 proc. Gospodarkę wspierać będzie wysoka konsumpcja oraz produkcja przemysłowa

CEO Magazyn Polska

W 2016 roku polska gospodarka może wzrosnąć o 3,5–3,6 proc. – uważa Jarosław Janecki z Société Générale. Wzrost wspierać będzie przede wszystkim większa konsumpcja spowodowana wejściem w życie programu „Rodzina 500 plus”. Pozytywnym czynnikiem będzie także wysoka produkcja przemysłowa. Hamulcem dla polskiego PKB może się okazać natomiast słabsza od oczekiwań dynamika inwestycji oraz niższe od prognoz saldo handlu zagranicznego.

– Wzrost PKB na poziomie 3,5–3,6 proc. jest w tym roku możliwy do uzyskania. Prognozy poszczególnych instytucji różnią się od siebie głównie tym, w jaki sposób poszczególne czynniki będą wpływały na ten wzrost gospodarczy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jarosław Janecki, główny ekonomista Société Générale.

Ekonomista jest zdania, że najważniejszym czynnikiem wspierającym wzrost gospodarczy będzie konsumpcja prywatna. Na jej poziom wpływać będzie przede wszystkim program „Rodzina 500 plus”, który ruszył od 1 kwietnia 2016 roku.

– Według różnych szacunków wykonywanych na podstawie modeli ekonometrycznych można wskazać, że prawie 60–70 proc. wartości tego programu będzie przeznaczana na bieżącą konsumpcję, a reszta będzie oszczędzana – tłumaczy Janecki.

Według szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej koszt programu w pierwszym roku jego obowiązywania wyniesie w sumie 17,2 mld zł. W 2017 roku wydatki będą jeszcze wyższe, a do polskich rodzin trafi łącznie ponad 22 mld zł.

W ocenie głównego ekonomisty Société Générale tegoroczna dynamika konsumpcji może osiągnąć nawet 4 proc. Równie istotne dla polskiej gospodarki będą zmiany na rynku pracy, które spowoduje rządowy program „Rodzina 500 plus”.

– Mamy już pierwsze przykłady z hipermarketów, gdzie pojawia się obawa, czy część pracowników rzeczywiście zostanie w pracy. Uważam, że program wpłynie na większe podwyżki płac, szczególnie tam, gdzie mamy do czynienia z płacą minimalną – stwierdza.

Janecki uważa, że w 2016 roku na wysokim poziomie powinna się utrzymać także dynamika produkcji przemysłowej. Szacuje, że wyniesie ona od 4 do 6 proc. Dobrą koniunkturę potwierdzają m.in. odczyty indeksu PMI. W marcu odczyt obrazujący nastroje w polskim sektorze przemysłowym wzrósł do 53,8 pkt z 52,8 pkt zanotowanych miesiąc wcześniej. Wskaźnik ten osiągnął tym samym najwyższą wartość od 8 miesięcy.

– Warto zwrócić także uwagę na ostatnie dane z rynku samochodowego w Unii Europejskiej. Tu liczba rejestracji nowych aut nie ulega obniżce, tylko w dalszym ciągu notowane są stabilne wzrosty. To wszystko pokazuje, że nie mamy czynników, które sugerowałyby gwałtowne spowolnienie w najbliższym czasie – ocenia Jarosław Janecki.

Ekspert w tym roku spodziewa się natomiast niższego od oczekiwań bilansu handlu zagranicznego. Podkreśla, że będzie to czynnik wpływający negatywnie na dynamikę polskiego PKB.

– Ostrzegam także przed hurraoptymizmem w przypadku dynamiki inwestycji. Uważam, że tutaj będziemy mogli mieć, niestety, zaskakująco złe informacje, szczególnie w I połowie tego roku – dodaje Janecki.

Prognozy Ministerstwa Rozwoju zakładają, że w 2016 roku PKB Polski zwiększy się o 3,6 proc. Z kolei zdaniem Komisji Europejskiej nasza gospodarka urośnie w tym roku o 3,5 proc.

Polacy coraz częściej rezygnują z płacenia gotówką. Zyskują karty zbliżeniowe oraz płatności smartfonem

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej korzystają z nowoczesnych form płatności. Płacenie zbliżeniowe kartą jest już na rynku standardem – taką możliwość oferuje 80 proc. kart i terminali płatniczych. Coraz powszechniejsze stają się także płatności zbliżeniowe telefonem – umożliwiają to zarówno producenci telefonów, jak i banki, które upraszczają swoje systemy mobilne. Płatności zbliżeniowe mają szansę stopniowo ograniczać dominację transakcji gotówkowych. Dziś po raz pierwszy w Polsce obchodzony jest Dzień bez Płatności Gotówką.

W Polsce płatności zbliżeniowe są już standardem na rynku, w innych krajach europejskich nie są jeszcze tak powszechne. To kwestia kilku lat, by dzięki staraniom organizacji płatniczych, banków i agentów rozliczeniowych takie płatności zostały docenione przez mieszkańców innych krajów. W Polsce, dzięki temu, że już ponad 80 proc. terminali akceptuje płatności zbliżeniowe, jesteśmy jednym z liderów światowych w tym zakresie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartosz Zborowski, dyrektor Biura Projektów Strategicznych w Banku Pekao SA.

Raport netB@nk wskazuje, że w Polsce w III kwartale 2015 roku 80 proc. wszystkich kart (27,6 mln po wzroście o blisko 13 proc. rdr.) umożliwiało płatność zbliżeniową. Liczba terminali obsługujących takie transakcje wzrosła w ciągu roku o 100 tys. (o ponad 37 proc.), a ich udział rynku przekroczył 83 proc. Coraz częściej karty płatnicze są zastępowane przez smartfony.

W Banku Pekao traktujemy płatności mobilne jako bardziej nowoczesne karty płatnicze. Telefonem można płacić nie tylko w sklepach stacjonarnych, lecz także w internetowych, można przelewać pieniądze, wypłacać z bankomatu, w każdej chwili można sprawdzić saldo rachunku czy historię operacji. Wprawdzie klienci raczej stopniowo przechodzą od gotówki do kart, ale są również tacy, którzy się zaprzyjaźnili z kartami i stopniowo przechodzą do płatności mobilnych – podkreśla Zborowski.

Choć na rynku wciąż jeszcze przeważają transakcje gotówkowe (ok. 80 proc.), to większość Polaków przyznaje, że używa gotówki rzadziej niż jeszcze rok temu. 5 kwietnia po raz pierwszy w Polsce będzie obchodzony Dzień bez Płacenia Gotówką. To element ogólnoeuropejskiej kampanii pod patronatem Parlamentu Europejskiego. W UE udział płatności gotówkowych wynosi 60 proc.

Eksperci przyznają, że nowoczesne formy płatności mają szansę stopniowo ograniczać wysoki udział gotówki również na polskim rynku, ale muszą one być maksymalnie uproszczone, intuicyjne i bezpieczne.

Przez ostatnie lata obserwujemy istny wysyp różnych metod płacenia telefonem. Mieliśmy SMS-y, kody QR, kody sześciocyfrowe, karty przyklejane do telefonu, karty instalowane na SIM w telefonie czy płatności zbliżeniowe HCE. Nie było jednego standardu – podkreśla Zborowski. – Po ponad trzyletnich doświadczeniach z płatnościami mobilnymi PeoPay wiemy już, że metoda, która ma szansę stać się standardem, musi klientowi oferować wygodę, pewność, szybkość płacenia i być szeroko akceptowana nie tylko w Polsce, lecz także na świecie.

O upowszechnianie płatności mobilnych dbają zarówno producenci smartfonów, wyposażając je w moduły NFC (Near Field Communication), jak i banki, które wdrażają specjalne aplikacje. Bank Pekao SA jako pierwszy bank w Polsce udostępnił pod koniec 2014 roku płatności mobilne wykorzystujące technologię HCE.

Płatności zbliżeniowe HCE to metoda, która pozwala osobom ze smartfonami z modułem NFC płacić telefonem zbliżeniowo, tak jak kartą. HCE oznacza, że dane karty są przechowywane na serwerze w banku, co pozwala klientom, którzy pobiorą ze sklepu aplikację PeoPay i aktywują ją na swoim telefonie, od razu zacząć płacić zbliżeniowo – wyjaśnia dyrektor Biura Projektów Strategicznych w Banku Pekao S.A

Do tej pory płatności zbliżeniowe były dostępne dla użytkowników telefonów z systemem operacyjnym Android. Od lutego br. mogą z nich korzystać również użytkownicy Windows 10 Mobile. To pierwsze na świecie wdrożenie na ten system operacyjny.

– Po przeszło rocznych doświadczeniach i obserwacjach, jak klienci używają telefonów do płacenia, postanowiliśmy jeszcze bardziej uprościć sam proces płacenia. Teraz płatność wygląda już tak jak kartą zbliżeniową. Klient odblokowuje ekran telefonu, przykłada do terminala i płatność jest wykonana. Dodatkową nowością jest to, że pozwalamy teraz płacić zbliżeniowo także w sytuacjach, gdy telefon nie ma zasięgu do internetu lub transmisja danych w telefonie jest wyłączona – wyjaśnia Bartosz Zborowski.

W przypadku transakcji poniżej 50 zł, podobnie jak w przypadku płatności kartą, nie jest wymagana autoryzacja kodem ePIN na terminalu. PeoPay umożliwia także szybkie przelewy między użytkownikami aplikacji na numer telefonu i wypłaty z ponad 1700 bankomatów Banku Pekao SA.

Amerykańska korporacja Crossover do końca roku planuje zatrudnić w Polsce tysiąc pracowników. Poszukuje głównie informatyków

CEO Magazyn Polska

Po trzech miesiącach od czasu otwarcia polskiego przedstawicielstwa spółka Crossover zatrudniła pierwszych dwudziestu pracowników. Do końca 2016 roku chce pozyskać w sumie około 1000 osób. Poszukuje przede wszystkim informatyków oraz specjalistów ds. finansów. Zatrudnieni będą pracować bezpośrednio na zlecenie międzynarodowych korporacji. Firma oferuje pracę w trybie zdalnym oraz wynagrodzenia na poziomie tych z amerykańskiego rynku.

– Crossover w Polsce planuje na początek zatrudnić blisko tysiąc osób. Będą to najlepsi specjaliści, głównie w dziedzinie informatyki. Cel chcemy zrealizować do końca 2016 roku. Mamy także ambitne plany na kolejne lata – po pierwszym tysiącu zatrudnionych werbowani będą kolejni – mówi agencji informacyjnej Newseria Markus Törnberg, dyrektor generalny Crossover Poland.

Po trzech miesiącach od otwarcia polskiego przedstawicielstwa firma zatrudniła ponad 20 pracowników. Jej specyfiką jest praca w trybie zdalnym, dzięki czemu pracownicy Crossover Poland mogą wykonywać swoje zadania bez konieczności fizycznej obecności w biurze. Jak tłumaczy Markus Törnberg, jest to szczególnie atrakcyjna specyfika pracy m.in. dla Polaków, którzy wcześniej musieli wyemigrować za granicę.

– Osoby, które pracują w Irlandii czy Niemczech i chcą wrócić do Polski, mają taką możliwość. Mogą zarabiać tyle samo, ile zarabiali za granicą, wykonując swoje obowiązki np. w domu – tłumaczy.

Poza Polską Crossover otworzył w ostatnim czasie swoje oddziały na Ukrainie, w Rosji, Turcji oraz Pakistanie.

Większość, bo ok. 60 proc. wakatów, to stanowiska dla specjalistów z zakresu IT. Oprócz tego firma rekrutuje ekspertów z dziedziny finansów, marketingu czy sprzedaży.

– Oferujemy 100 proc. pracy zdalnej. Dzięki temu osoba mieszkająca w Polsce może pracować bezpośrednio dla dużej amerykańskiej korporacji, np. z San Francisco. Aktualnie mamy podpisane umowy z kilkoma dużymi przedsiębiorstwami, takimi jak m.in. Versata czy Oria – informuje Törnberg

Choć zatrudnieni pracownicy działają na zlecenie globalnych korporacji, to w praktyce ich bezpośrednim pracodawcą jest Crossover. Firma pełni rolę pośrednika pomiędzy nimi, jednocześnie prowadząc cały proces rekrutacji i biorąc odpowiedzialność za selekcję kandydatów.

– Crossover podąża za międzynarodowym trendem, w którym ludzie nie chcą pracować w klasycznym, ośmiogodzinnym trybie. Pokolenie Y, chce mieć wybór, czy pracować rano, czy wieczorem. Taki jest światowy trend, który staramy się naśladować, oferując 100-procentową możliwość pracy zdalnej – wyjaśnia.

W celu podniesienia efektywności pracy firma wprowadziła autorski system o nazwie WorkSmart. Dzięki niemu pracownik ma możliwość zaplanowania swojego czasu pracy wraz jego z późniejszą weryfikacją. W przypadku jeśli w planie dnia były przewidziane np. 2 godz. korzystania z poczty elektronicznej,  to użytkownik po przekroczeniu tego czasu zostanie o tym poinformowany.

– Wiemy, że większość polskich informatyków zna takie systemy, to nie jest zupełna nowość. Natomiast dla osób związanych z zarządzaniem, np. w sektorze finansowym, może być to coś, z czym do tej pory jeszcze się nie spotkali – zauważa dyrektor generalny Crossover Poland.

Proces rekrutacji w Crossover również odbywa się bez fizycznego kontaktu z pracodawcą.

Jak wyjaśnia Markus Törnberg, priorytetem spółki jest ciągłe podnoszenie jakości świadczonych usług.

– Większość naszych środków przeznaczamy na zatrudnienie naszego zespołu albo na innowacje. Bez innowacji nie moglibyśmy działać. Ponieważ wszystko, co robimy, opiera się na technologii chmury, to z tego powodu ponosimy spore nakłady inwestycyjne – podsumowuje.

Oprócz głównej siedziby w Austin, w Teksasie, spółka ma także sześć oddziałów zagranicznych. Zatrudnia pracowników z 80 państw i ponad 2300 miast świata.

Ubezpieczyciele wprowadzają nowe rodzaje polis. Można się ubezpieczyć od cyberataków i transakcji na rynku nieruchomości

CEO Magazyn Polska

Nowe produkty ubezpieczeniowe są szansą dla zakładów ubezpieczeń. Choć wciąż wielu Polaków ubezpiecza się tylko, gdy jest to obowiązkowe, to także na naszym rynku rośnie świadomość nowych zagrożeń i konieczności zabezpieczenia się przed nimi. Coraz więcej towarzystw ubezpieczeniowych oferuje m.in. możliwość ubezpieczenia firmy od ataku hakerskiego lub transakcji kupna–sprzedaży nieruchomości.

Ubezpieczenie cyber to nowość na polskim rynku, produkt, który przychodzi do nas z Zachodu, gdzie pojawia się coraz więcej szkód z tytułu cyberataków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Stachiewicz, członek zarządu Donorii. – Ryzyko związane z utratą danych, z atakiem hakerskim jest coraz większe. Przedsiębiorcy i menadżerowie powinni być świadomi, że powinni zabezpieczać swoją działalność nie tylko od zagrożeń fizycznych, jak pożar, zalanie czy powódź, lecz także od nowych zewnętrznych czynników ryzyka, czyli właśnie tych związanych z atakami hakerskimi czy działaniami wewnątrz organizacji.

Jak podkreśla, na polskim rynku podobne ubezpieczenia oferuje już siedmiu ubezpieczycieli, podczas gdy jeszcze rok temu takie oferty miało w swoim portfolio tylko dwóch. Jak przekonuje członek zarządu Donorii, do końca roku liczba ta zapewne się zwiększy.

Nowością na rynku ubezpieczeniowym są polisy, które towarzyszą transakcjom na rynku real estate.

Ze względu na wzmożony ruch na tym rynku, czyli coraz większą liczbę transakcji przejęcia nieruchomości bądź spółek celowych, występują dwa rodzaje ubezpieczeń – mówi członek zarządu Donorii. – Pierwsze ubezpieczenie to tzw. title, czyli tytuł prawny do gruntu bądź nieruchomości. To ubezpieczenie pokrywa wszelkie potencjalne roszczenia wynikające z wady prawnej związanej z nieruchomością bądź z gruntem, na którym nieruchomość stoi.

Najczęściej ubezpieczenie takie jest zawierane na wypadek roszczeń poprzednich właścicieli, np. o zwrot gruntu, który należał do ich rodziny przed wojną. Ubezpieczyć można także transakcję dokonywaną poza Polską. Drugi rodzaj ubezpieczeń związanych z rynkiem nieruchomości wiąże się z ubezpieczeniem ryzyka samej transakcji (warranty and indemnity).

Jak podkreśla Stachiewicz, na rynku widać też tendencję do zwiększania sum gwarancyjnych w ubezpieczeniach odpowiedzialności cywilnej.

Szczególnie wśród grup zawodowych takich jak architekci i prawnicy, czyli osób, które wykonują czynności zawodowe, widzimy wzrost zainteresowania polisami o coraz większych sumach gwarancyjnych. Podyktowane jest to po pierwsze tym, że same kontrakty są podpisywane na coraz większe wartości – zauważa Dominik Stachiewicz. – Po drugie tym, że polskie podmioty coraz częściej startują w przetargach zagranicznych i je wygrywają bądź podpisują umowy z podmiotami zagranicznymi, gdzie wymogi są wyższe.

W 2015 roku składki od ubezpieczeń OC niebędących polisami komunikacyjnymi wyniosły 2 mld zł i były wyższa o 4,8 proc. niż w 2014 roku. Cały rynek ubezpieczeń majątkowych bez komunikacyjnych odnotował składki w wysokości 13,7 mld zł, co było wynikiem o 5,7 proc. wyższym niż rok wcześniej. Natomiast biorąc pod uwagę wszystkie składki ogółem, można zauważyć ich niewielki spadek – o 0,23 proc. do 54,8 mld zł.

Stachiewicz dodaje, że na polskim rynku coraz silniejszy staje się kanał affinity.

Tego typu ubezpieczenia są sprzedawane w sposób masowy. Pamiętajmy, że na tym rynku zaczynają działalność już coraz mocniej dwa silne podmioty, które też należy obserwować. Pierwszym jest PKO Bank Polski, który założył własne towarzystwo ubezpieczeniowe, a drugim jest Poczta Polska, która również ma swojego własnego ubezpieczyciela. Myślę, że warto się przyglądać tym dwóm podmiotom i obserwować, jak będą realizowały sprzedaż wśród swoich klientów w grupie – zwraca uwagę Stachiewicz.

Affinity to ubezpieczenia kupowanych w sklepach produktów, np. sprzętu RTV, komputera czy smartfona. Nazwa oznacza pokrewieństwo i wzięła się z bliskiej współpracy ubezpieczycieli i sieci detalicznych przy oferowaniu tego typu polis. Od 1 kwietnia weszły w życie nowe przepisy dotyczące m.in. właśnie tej grupy produktów, czyli wszystkich ubezpieczeń grupowych (część zapisów ustawy o ubezpieczeniach weszła już w życie 1 stycznia). Nakazują one informowanie ubezpieczonego o warunkach ubezpieczenia przed objęciem go polisą, co do tej pory nie było ani obowiązkiem, ani powszechną praktyką, chyba że ubezpieczony sam o to wystąpił.

Citroën zapowiada co najmniej jedną premierę rocznie do 2020 roku. Chce umacniać swoją pozycję w segmencie aut dostawczych

CEO Magazyn Polska

W 2016 roku sprzedaż nowych samochodów na polskim rynku może wzrosnąć do 440 tysięcy – wynika z prognoz Citroëna. Koncern chce wykorzystać rosnący popyt zarówno na samochody osobowe, szczególnie na crossovery, jak i na samochody dostawcze. Do salonów trafią w tym roku nowości z tych segmentów. Duże nadzieje koncern wiąże z modelem Spacetourer, który stanowi debiut francuskiej grupy w segmencie tzw. shuttle bus. Citroën zapowiada przynajmniej jedną premierę rocznie do 2020 roku.

W sektorze motoryzacyjnym powiało optymizmem. W 2016 roku spodziewamy się sprzedaży 440 tys. nowych samochodów na polskim rynku. Magiczna liczba pół miliona sprzedanych aut jest jednak dopiero przed nami – mówi agencji Newseria Sebastian Domeracki, dyrektor marki Citroën i DS w Polsce.

Sprzedaż na polskim rynku w dalszym ciągu jest jednak znacznie niższa niż w rekordowym 2000 roku. Wówczas nabywców znalazło ponad 600 tys. nowych aut. Niemniej już od 2011 roku pod tym względem obserwowana jest stała poprawa, a autami, które w największym stopniu napędzają koniunkturę, są samochody dostawcze. W 2015 roku zarejestrowano 53,3 tys. nowych aut tego typu, czyli o 17 proc. więcej niż rok wcześniej.

Solidne podstawy do wzrostu prezentują także niektóre segmenty samochodów osobowych, głównie crossoverów. Każda marka oferuje lub planuje wprowadzenie do sprzedaży samochodów w tym segmencie. Również my to zrobimy – wyjaśnia Domeracki.

W ubiegłym roku, jak wynika z danych KPMG i PZPM, popyt na SUV-y i crossovery wzrósł o blisko 20 proc. Zdaniem dyrektora marek Citroën i DS  w Polsce to właśnie w tym kierunku będzie się rozwijał polski rynek motoryzacyjny. Połączenie VAN-a, samochodu terenowego i auta rodzinnego stanowi interesującą kombinację, która powinna wzbudzić duże zainteresowanie klientów.

W przypadku naszej firmy koncentrujemy się na samochodach dostawczych. Natomiast myślimy również o samochodach osobowych. Za chwilę będziecie mogli państwo obserwować zupełnie nowe samochody w segmencie samochodów osobowych, oczywiście będzie to model C3. Mogę też złożyć obietnicę, że Citroën w tym roku zaczynie swoją ekspansję i w każdym kolejnym roku będziemy prezentowali jedną nowość aż do 2020 roku – dodaje Domeracki.

Tegoroczną nowością w ofercie firmy jest Citroën Spacetourer – model stanowiący debiut francuskiej marki w segmencie tzw. shuttle bus.

Wchodzimy w ten segment z pełną odpowiedzialnością i absolutnie się tego nie boimy, dlatego że mamy ogromne doświadczenia w budowaniu samochodów użytkowych i to jest kolejny element naszej strategii – wyjaśnia przedstawiciel firmy.

Oprócz premierowego samochodu Citroëna na polskim rynku oferowany jest także zaliczany do tego samego segmentu model Jumpy.

Nowy Citroën Spacetourer to samochód, który proponuje w tym segmencie rozwiązania, które do tej pory były stosowane wyłącznie w samochodach osobowych naszych marek – mówi Tomasz Mucha, PR manager marek Citroën, Peugeot i DS w Polsce. – To auto, które przede wszystkim technologicznie zbudowane jest na kompletnie nowej platformie, dzięki czemu jest lżejsze o ok. 100 kg od swojej rynkowej konkurencji.

Wymienia także zalety pojazdu, które istotnie wpływają na komfort podróżowania, wśród nich alarm zmęczenia kierowcy czy system head-up display wyświetlający najważniejsze informacje w polu widzenia drogi.

Nowy Citroën Spacetourer to także bardzo szeroka gama zróżnicowanych diesli. Wybieramy między silnikiem 1,6 95 koni BlueHDi, 1,6 120 BlueHDi, 2-litrowym 150-konnym dieslem oraz topową jednostką 180-konną wyposażoną w tradycyjny automat – wymienia Tomasz Mucha.

Auto przestaje być oznaką statusu. Staje się narzędziem, które ułatwia życie i zwiększa mobilność

CEO Magazyn Polska

Mobilność oznacza dla Polaków przede wszystkim swobodę ruchu i przemieszczania się – wynika z badania „Mobilność w oczach Polaków” przeprowadzonego przez Ipsos na zlecenie Volkswagen Financial Services. Najczęściej wskazywanym w badaniu skojarzeniem był samochód, nie jest on już jednak w dużej mierze oznaką statusu, lecz narzędziem, które ułatwia życie. 

Mobilność kojarzy się Polakom z wygodą – żyjemy tak, żeby było nam coraz wygodniej, a także z szybkością i internetem. Przeprowadzone dla Volkswagen Financial Service pokazały, że ponad 40 proc. Polaków właśnie z tym kojarzy to pojęcie – mówi agencji Newseria Biznes dr Leszek Mellibruda, psycholog biznesu.

Samochód był najczęściej wymienianym spontanicznie hasłem kojarzącym się z mobilnością zarówno przez mężczyzn, jak i przez kobiety. W większości grup wiekowych wymieniony był na pierwszym miejscu.

Dla Polaków według naszych ostatnich badań mobilność kojarzy się przede wszystkim z jedną rzeczą, czyli z samochodem i z tym, że mogą się przemieszczać. To jest główna definicja polskiego społeczeństwa na dzisiaj – podkreśla Edyta Barmentloo, dyrektor Departamentu Marketingu w Volkswagen Financial Services.

Polacy najchętniej łączą mobilność z wygodą i szybkością, czyli stwierdzeniami o pozytywnym znaczeniu. 42 proc. badanych wskazało przynajmniej jedną z tych odpowiedzi pośród trzech skojarzeń z mobilnością. Niewiele mniej osób wybrało niezależność i podróżowanie. Zdecydowana większość z nas uważa, że samochód przynajmniej w części przyczynia się do uczynienia nas bardziej mobilnymi.

Komfort, wygoda oraz niezależność. To są najważniejsze potrzeby, które realizuje nam samochód. Wydawać by się mogło, że samochód jest wyznacznikiem statusu, te badania jednak tego nie potwierdzają. Być może tak, jeśli chodzi o markę, ale ogólnie Polacy samochód jednak postrzegają jako narzędzie do pracy albo związane z wygodą spędzania wolnego czasu – mówi Leszek Mellibruda. – Zwyczaje motoryzacyjne zmieniają się na naszych oczach. Dawne „mieć” dzisiaj zamienia się na „używać” i to jest podstawowa różnica. Dzisiaj nie jest ambicją mieć samochód, chodzi o to, żeby służył nam on w codziennych czynnościach dotyczących zarówno pracy, jak i wypoczynku.

Nadal mniej kobiet niż mężczyzn ma auto (44 proc. vs 54 proc.). Olbrzymia większość wśród ankietowanych, którzy nie mają jeszcze samochodu, chciałaby go mieć. Twierdzi tak aż 90% osób z tej grupy uczestniczących w badaniu „Mobilność w oczach Polaków”, przy czym połowa z nich odpowiada „zdecydowanie tak”, a połowa – „raczej tak”. Chęć zakupu samochodu deklarują częściej kobiety niż mężczyźni (57 proc. vs 46 proc.).

Polacy, którzy nie mają samochodu w 90 proc. deklarują, że chcieliby go mieć. Dlatego nowoczesne finansowanie sprzyja temu, aby samochód stał się również dostępny dla osób, które dzisiaj go nie mają – mówi Edyta Barmentloo.

Prawie 75 proc. ankietowanych, którzy nie mają samochodu, twierdzi, że posiadanie auta jest dla nich osiągalne w najbliższej przyszłości.

Cena mobilności jest taka, jaką dzisiaj mamy okazję zobaczyć, czyli prawie każdy samochód jest dostępny dla klientów zgodnie z ich miesięcznymi możliwościami finansowymi – mówi Edyta Barmentloo.

Dzięki nowoczesnemu finansowaniu klient może kupić nowe auto w ramach niskich miesięcznych rat, a na zakończenie 3–4-letniej umowy może zdecydować, czy chce oddać samochód do dealera, zmienić go na nowy czy zatrzymać używane dotychczas auto, spłacając je do końca.

Polacy cenią również dodatkowe bonusy, które mogą otrzymać przy zakupie samochodu. Użyczenie samochodu zastępczego, zniżki na ubezpieczenie czy darmowa wymiana oleju i opon są najczęściej wymieniane przez badanych jako pożądane dodatkowe usługi proponowane przez dealerów aut. W krajach Europy Zachodniej, na przykład w Niemczech, z nowoczesnych form finansowania zakupu samochodu korzysta ok. 70–75 proc. klientów kupujących nowe auta.

Marka DS stawia na duże samochody premium. W ciągu kolejnych trzech lat zaprezentuje sześć nowych modeli

CEO Magazyn Polska

Marka DS pracuje nad kolejnymi premierami. W ciągu trzech lat firma zaprezentuje sześć modeli w nowych dla niej segmentach crossoverów i SUV-ów. 1 kwietnia do salonów trafił nowy DS 3. Koncern rozbuduje też sieć sprzedaży w 8–10 największych miastach w Polsce. W ten sposób chce wzmacniać wśród klientów świadomość marki DS jako odrębnego od Citroëna brandu.

Stawiamy na segmenty, w których jest najwięcej klientów, czyli stawiamy na segmenty crossoverów i SUV-ów. W tej chwili marka DS jeszcze w tych obszarach nie istnieje, natomiast na przestrzeni kolejnych trzech lat wprowadzimy sześć nowości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sebastian Domeracki, dyrektor marki Citroën i DS w Polsce. – W tej chwili przebudowujemy sieć, mamy docelowo mieć sieć sprzedaży w głównych miastach Polski, jest to od 8 do 10 lokalizacji i musimy to zrobić w ciągu 2 lat, przed nadejściem nowych modeli.

Na razie w Polsce działa jeden salon sprzedaży – w Warszawie. Grupa PSA pracuje nad budowaniem wśród klientów świadomości nowej marki, jaką jest DS. Marka ta aspiruje do segmentu premium, który z roku na rok rośnie. W ubiegłym roku zarejestrowano 40 tys. takich samochodów (dane PZPM i KPMG). To o 20 proc. więcej niż rok wcześniej. Segment marek popularnych wzrósł natomiast o 7 proc.

Rynek motoryzacyjny w segmencie premium, jaki reprezentuje marka DS, cały czas rośnie. To jest jedyny segment rynku, który od kilku lat notuje wzrosty – mówi Domeracki. – Obserwując inne koncerny i to, jak wiele jest nowości w markach premium, jesteśmy przekonani, że to jest kierunek, który będzie cały czas rósł w Polsce i w Europie.

Marka DS pojawiła się na polskim rynku aut premium przed rokiem, w marcu 2015 roku. Do grudnia zarejestrowano łącznie 531 samochodów tej marki. Tegoroczne plany zakładają podwojenie sprzedaży.

W tej chwili cały segment rośnie w tempie 8–10 proc. rocznie. Takie są przewidywania. Marki premium są bardzo podatne na zmiany podatkowe, więc trudno jest oszacować, ile on urośnie w przyszłości. Na pewno ten wzrost nie będzie mniejszy niż wzrost całego rynku – przewiduje dyrektor marki DS na Polskę.

Na targach Motor Show w Poznaniu w ubiegłym tygodniu DS zaprezentował swoje modele DS 4 oraz DS 4 Crossback i polską premierę nowego DS 3, który jest najmniejszym samochodem z gamy. Przed rokiem firma pokazała model DS 5.

W tej chwili budujemy rozpoznawalność marki DS jako marki oddzielnej od Citroëna, bazując na tradycji Citroëna. Jesteśmy przed wprowadzeniem nowych modeli, do 2020 roku będziemy mieli w swojej ofercie sześć modeli DS. Wraz z wprowadzeniem nowych modeli poczynimy inwestycje marketingowe i reklamowe, które tę rozpoznawalność zwiększą – zapowiada Domeracki.

Model DS 3, który 1 kwietnia trafił do salonów, ma charakterystyczne dwukolorowe nadwozie (dach w innym kolorze) i środkowe słupki w kształcie płetwy rekina. Nowy DS 3 może być wyposażony w jeden z pięciu silników benzynowych o mocy od 82 do 208 KM, w tym silnik roku 2015 PureTech o mocy 110 KM. Ma też kolorowy ekran dotykowy o przekątnej siedem cali.

Samochody marki DS oprócz podstawowych rzeczy, takich jak nowoczesne silniki, mają również mnóstwo technologii. Wydaje mi się, że jest jeszcze mało marek premium, które są w stanie oferować we wszystkich samochodach chociażby CarPlay, czyli połączenie telefonów marki Apple z urządzeniami pokładowymi. Tak samo jesteśmy gotowi do wprowadzenia i możemy korzystać z Androida, czyli możemy łączyć technologie Google&HASH39;a z naszymi samochodami. To wszystko jest dostępne w DS-ach – mówi Sebastian Domeracki.

Popołudniowy komentarz walutowy z 04.04.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 04.04.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Briju rozszerza sieć sprzedaży

Spółka w 2015 roku otworzyła 18 nowych sklepów, z czego 9 w samym czwartym kwartale. W tym roku spółka planuje otwarcie kolejnych kilkunastu sklepów, z czego pierwszy już na przełomie kwietnia i maja. Oprócz tego Briju planuje rozwój sprzedaży internetowej. W 2015 roku spółka zanotowała zysk netto na poziomie 17,8 mln złotych, co stanowi wzrost o prawie 42% względem wcześniejszego roku.

E. Mączyńska (PTE): Nie zazdroszczę członkom nowej RPP. To będzie jedna z najtrudniejszych kadencji

CEO Magazyn Polska

Obecnie urzędująca Rada Polityki Pieniężnej będzie miała twardy orzech do zgryzienia. Tradycyjne metody stymulowania gospodarki i dławienia inflacji odeszły bowiem do lamusa. Obniżanie stóp procentowych czy skup obligacji nie pobudzają inwestycji firm, choć powinny. Skłonność konsumentów do wydawania pieniędzy także słabnie wraz ze starzeniem się społeczeństw. Kluczowym zadaniem staje się więc pobudzenie popytu.

– Trudność prowadzenia polityki pieniężnej polega na tym, że tradycyjne narzędzia nie działają. Zawsze było tak, że by ożywić gospodarkę, trzeba było odkręcić kurek z pieniędzmi, czyli obniżyć stopę procentową – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. –  A teraz mimo że obniża się stopę procentową, to nie ma impulsu ze strony popytu, czyli nie pobudza to należycie inwestycji. Radą Polityki Pieniężnej będzie zatem musiała pomyśleć, co zrobić, żeby pobudzić popyt, pobudzić inwestycje, czy i w jakim stopniu polityka pieniężna ma w tym pomóc.

W 2015 r. popyt krajowy wzrósł realnie o 3,4 proc. przy wzroście PKB o 3,6 proc. W 2014 r. popyt krajowy wzrósł o 4,9 proc. przy wzroście PKB o 3,3 proc. Nakłady brutto na środki trwałe wzrosły o 6,1 proc. (w 2014 r. zanotowano wzrost o 9,8 proc.). Stopa inwestycji w gospodarce narodowej (relacja nakładów brutto na środki trwałe do produktu krajowego brutto w cenach bieżących) w 2015 r. wyniosła 20,2 proc. wobec 19,6 proc. w 2014 r.

– Społeczeństwo może się cieszyć, jak jest deflacja, bo obniżają się ceny, możemy za każdą jednostkę pieniężną kupić więcej towarów, tylko że deflacja dla producentów oznacza słabszą motywację do inwestowania. Skoro w perspektywie są niskie ceny, to producenci nie mają dostatecznych bodźców do inwestowania – tłumaczy Mączyńska. – Jak nie ma bodźców do inwestowania, to mniejsze są szanse na to, żeby się tworzyły nowe miejsca pracy. Jak jest bezrobocie, to jest mniejszy popyt, jak jest mniejszy popyt, to pojawia się deflacja, a deflacja to z kolei mniejsza skłonność do inwestowania. W ten sposób tworzy się błędne koło, który trzeba jakoś przerwać.

Na razie sytuacja nie wygląda dramatycznie, gdyż mimo trwającej już niemal 2 lata deflacji (ostatni odczyt za luty pokazał spadek cen o 0,8 proc.) tempo wzrostu PKB przyspiesza, bezrobocie spada, a produkcja rośnie. Pozostaje jednak pytanie o kolejne miesiące.

– Nie zazdroszczę członkom tej Rady – mówi szefowa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – To będzie jedna z najtrudniejszych kadencji w porównaniu z poprzednimi. Poprzednio sytuacja była dość klarowna, był cel – utrzymywanie inflacji na odpowiednio niskim poziomie, a teraz mamy proces deflacji, więc ten cel się zmienia. Z drugiej strony proces deflacji wynika z niekorzystnych przemian, jakie się dokonują w świecie.

Zarówno deflacja, jaki i spadek popytu są skutkiem światowych tendencji, głównie na rynku surowców. Główną przyczyną spadku cen są niskie ceny ropy naftowej, które pociągają za sobą niskie ceny paliw i obniżenie kosztów transportu. Od połowy 2014 roku ropa WTI potaniała o 60 dol., z przeszło 100 dolarów za baryłkę do 40 dolarów, a i tak ostatnie tygodnie przyniosły wzrost cen czarnego złota, bo przed połową lutego baryłka kosztowała już poniżej 30 dol.

Z drugiej strony starzejące się społeczeństwa wykazują tendencję do ograniczania zakupów.

– Ludzie starzeją, a to oznacza, że zmniejsza się popyt, bo najbardziej atrakcyjną grupą z punktu widzenia popytowego są ludzie w wieku produkcyjnym, którzy mają dzieci – mówi Mączyńska. – Z drugiej strony ci, którzy pracują, pracują ponad miarę, a ci, którzy nie mają pracy, nie pracują wcale. Nie generują popytu, nie mają pieniędzy. I tworzy się błędne koło, które sprawia, że popyt nie nadąża za podażą, a w takiej sytuacji dochodzi do obniżek cenowych.

Jak zaznacza, na świecie próbuje się stymulować rynek, dokładając pieniądze najuboższym, bo oni dodatkowe pieniądze natychmiast przeznaczają na konsumpcję. Bogaci natomiast mają już zaspokojone potrzeby i nadmiar pieniędzy akumulują.

– Co do drugiego kierunku działań ekonomiści są zgodni bez względu na to, jakie szkoły reprezentują. Niezbędne są inwestycje publiczne, czyli inwestycje, które są inspirowane i finansowane z budżetu państwa i które dają miejsca pracy, co się przekłada na popyt, i które powodują, że biznes ma lepsze warunki funkcjonowania – mówi ekonomistka.

Prof. Mączyńska podkreśla, że w tej sytuacji cieszy plan premiera Morawieckiego, w którym duży nacisk kładzie się na rozwój przemysłu, m.in. kolejowego, czego przykładem jest grant dla Pesy. W wyniku rozstrzygnięcia przetargu bydgoska Pesa otrzymała od Narodowego Centrum Badań i Rozwoju 24 mln zł na budowę pociągu metra.

Konfederacja Lewiatan: Program „Rodzina 500 plus” może wpłynąć na konsumpcję w mniejszym stopniu, niż oczekuje tego rząd

CEO Magazyn Polska

Środki z programu „Rodzina 500 plus” zamiast na konsumpcję mogą być przeznaczone na spłatę zaciągniętych kredytów i pożyczek – uważa Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek z Konfederacji Lewiatan. W przypadku bogatszych rodzin wzrosnąć może za to stopa oszczędności. Niewiadomą jest natomiast to, jaka część otrzymanych pieniędzy rzeczywiście posłuży dzieciom. Zdaniem ekonomistki skuteczność programu będzie można ocenić najwcześniej pod koniec 2016 roku.

– Bardzo trudno jest jednoznacznie ocenić to, jaki wpływ na polską gospodarkę będzie miał program „Rodzina 500 plus”. W tym roku to jest wydatek rzędu ponad 17 mld zł. Tyle pieniędzy z budżetu państwa wpłynie do gospodarstw domowych, które mają dzieci. Natomiast to, jak te pieniądze będą wydawane, bardzo trudno jest jednoznacznie zdefiniować – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Program „Rodzina 500 plus” zaczął obowiązywać 1 kwietnia 2016 roku. Zdaniem szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej już w pierwszym roku jego koszt wyniesie 17,2 mld zł. W kolejnych latach, kiedy świadczenia będą wypłacane przez pełny rok kalendarzowy, koszt wzrośnie do nawet 23 mld zł.

Zdaniem ekonomistki wpływ programu będzie ograniczony. Część otrzymanych środków – główne w przypadku uboższych rodzin – zostanie przeznaczona za spłatę zaciągniętych kredytów i pożyczek, a tylko pewien odsetek wpłynie na realny bieżący wzrost konsumpcji. W przypadku bogatszych gospodarstw domowych może się natomiast zwiększyć stopa oszczędności.

– Wydaje mi się, że nie wszystkie pieniądze będą trafiać na konsumpcję. Pytanie też, jaka część z tych pieniędzy na konsumpcję będzie szła rzeczywiście na inwestycje w dzieci, w ich edukację, a jaka część będzie szła po prostu na zakup żywności czy zmianę struktury zakupów żywnościowych – zauważa Starczewska-Krzysztoszek.

Ekonomistka Konfederacji Lewiatan jest zdania, że skuteczność programu będzie można ocenić najwcześniej pod koniec 2016 roku.

– Pani premier niedawno mówiła, jak te pieniądze będą technicznie trafiały do rodzin. Mówiła, że liczy na to, że właśnie będą to wydatki na dzieci, czyli inwestycje w ich edukację. Mówiła także np. o takim wsparciu edukacji dzieci chociażby dodatkowymi lekcjami językowymi – informuje.

Rozmówczyni dostrzega spory problem związany m.in. edukacją językową dzieci i młodzieży. W wielu przypadkach nauka odbywa się przez nauczycieli korepetytorów, którzy nie prowadzą zarejestrowanej działalności. W związku z tym pieniądze z programu „Rodzina 500 plus”, choć obecne w gospodarce, mogą nie przełożyć na wzrost przychodów budżetu państwa.

– Te pieniądze trafią gdzieś do gospodarki, ale jednocześnie nie będzie z tego wpływu podatkowego do budżetu państwa, bo te osoby po prostu prowadzą nierejestrowaną działalność gospodarczą – stwierdza Starczewska-Krzysztoszek.

Polski eksport do Ameryki Łacińskiej rośnie w dwucyfrowym tempie. Szybszy wzrost ograniczają bariery geograficzne

CEO Magazyn Polska

Polski eksport do krajów Ameryki Łacińskiej dynamicznie rośnie. W okresie od I do III kwartału 2015 roku wyniósł 1,96 mld euro i był o 40 proc. wyższy niż rok wcześniej. Szybszy wzrost ogranicza przede wszystkim duża odległość geograficzna. Przeszkodę stanowi także nieznajomość lokalnych realiów. Ekonomistka dr Joanna Gocłowska-Bolek podkreśla, że w kontaktach z południowoamerykańskim biznesem dużą wagę należy przywiązywać do kwestii relacji interpersonalnych. 

– Ameryka Łacińska dała się historycznie poznać jako region o pewnej niestabilności politycznej i gospodarczej. Natomiast od początku XXI wieku jest to już zupełnie inny region, który wprowadził zdrowe i sprawnie działające instytucje – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor ekonomistka dr Joanna Gocłowska-Bolek.

Dodaje, że mechanizmy rynkowe działają tam skutecznie, a lokalne napięcia o charakterze politycznym nie zakłócają ich funkcjonowania.

Potencjał Ameryki Łacińskiej dostrzega także coraz liczniejsze grono inwestorów z naszego kraju. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, tylko w okresie od stycznia do końca września 2015 roku wielkość polskiego eksportu do krajów tego regionu wyniosła blisko 2 mld euro (wzrost o 40 proc. rdr).

– Ta niestabilność polityczna czy gospodarcza niekoniecznie musi nam skutecznie utrudniać wejście na rynek. Wręcz przeciwnie. To jest świetny moment na wejście, aby ze swoim produktem, być może słabszej jakości, niż mają nasi konkurenci z Europy czy z Ameryki Północnej, wejść na rynek latynoamerykański – zauważa Gocłowska-Bolek

Ekonomistka tłumaczy, że mimo geograficznej odległości warunki do prowadzenia biznesu zarówno w Polsce, jak i w krajach Ameryki Południowej i Środkowej są do siebie zbliżone. Przed podjęciem decyzji o ekspansji zagranicznej radzi jednak, aby dużą wagę przywiązywać do relacji interpersonalnych ze swoimi potencjalnymi kontrahentami.

– Warto poświęcić więcej czasu i energii na to, żeby nawiązać kontakt bezpośredni z naszym partnerem handlowym. Spotkać się z nim wiele razy, rozmawiać. Wówczas nie ważne są podpisane umowy, tylko to, co powiedzieliśmy sobie przy wieczornym spotkaniu czy w mniej formalnej sytuacji – wyjaśnia dr Joanna Gocłowska-Bolek.

Ekspertka podkreśla, że wśród produktów, które polskie firmy z powodzeniem mogłyby oferować na tamtejszych rynkach, są przede wszystkim maszyny i urządzenia przemysłowe, wyposażenie transportowe czy tabor kolejowy.

– To są ogromne inwestycje, w które warto się zaangażować. W tej chwili w Ameryce Łacińskiej bardzo intensywnie rozbudowywana jest infrastruktura, dlatego w ciągu następnych kilkunastu, kilkudziesięciu lat będzie tam bardzo duże zapotrzebowanie na inwestycje w tym zakresie – informuje.

Zdaniem dr Gocłowskiej-Bolek podstawową bariera handlową jest duży dystans dzielący oba rynki. Zwraca jednak uwagę na spadające koszty transportu, które powoli przestają już być przeszkodą uniemożliwiającą ekspansję polskim firmom.

– Każdy kraj najbardziej ceni sobie współpracę z najbliżej leżącymi sąsiadami, dlatego że znajomość kultury, pewnych przyzwyczajeń i gustów konsumenckich jest dużo większa – przekonuje. – W przypadku Ameryki Łacińskiej nie ma jednak takich rażących trudności politycznych czy rozbieżności kulturowych, które miałyby to utrudniać. To jest rynek, który jesteśmy w stanie zdobyć, jeżeli tylko tego rzeczywiście będziemy chcieli.