Tyle samo kobiet co mężczyn (74 proc.) z pokolenia Millenialsów myśli o założeniu własnego biznesu – wynika z badania wykonanego na zlecenie home.pl przez ARC Rynek i Opinia. Prawie połowa ankietowanych pań (46 proc.) chciałaby to zrobić w dalszej przyszłosći (powyżej dwóch lat).
Millenialsi (inaczej pokolenie Y) to ludzie urodzeni między latami 1980-1995. Szacuje się, że w ciągu najbliższej dekady znacząco wpłyną na kształt światowej gospodarki. Będą stanowili aż 75 proc. globalnej siły roboczej. Już teraz w Polsce żyje 9 mln osób, które uznaje się za przedstawicieli pokolenia Millenialsów.
Właśnie takie osoby zostały przebadane przez ARC Rynek i Opinia nz zlecenie home.pl. Okazuje się, że tyle samo kobiet co mężczyn (74 proc.) z pokolenia Millenialsów myśli o założeniu własnego biznesu. Prawie połowa ankietowanych pań (46 proc.) chciałaby to zrobić w dalszej przyszłosći (powyżej dwóch lat).
W jakich branżać chcą najczęściej działać? Chodzi o działalność handlową, marketing, public relations, pracę w branży spożywczej, IT, kosmetycznej, odzieżowej i turystycznej.
– Kobiety należące do pokolenia Y nie boją się ryzykować. Wbrew obiegowym opiniom, to własnie one w ciągu najbliższych lat zostaną przedsiębiorcami. Z pomocą przyjdą im nowe technologie, dzięki którym założenie dobrze prosperującego sklepu internetowego, bloga, oraz aplikacji będzie tanie i wygodne – mówi Marta Puczyńska, dyrektor działu marketingu i sprzedaży w home.pl.
W jakich branżać chcą działać? Chcą zajmować się handlem (12 proc.) i marketingiem, reklama oraz public relations (6 proc.), działać w branży spożywczej (7 proc.), IT (6 proc.), kosmetycznej (5 proc.), odzieżowej (5 proc.) i turystycznej (3 proc.).
Badanie ARC Rynek i Opinia zostało wykonane w dniach 11 – 14 lutego 2016 r. Jego celem było sprawdzenie podejścia i skłonności pokolenia millennialsów do zakładania własnego biznesu. Respondentami były osoby urodzone w latach 1980-1995.
Grupa Azoty przedstawiła wyniki finansowe za 2015 rok. Spółka wskazała również kluczowe projekty, jak kompleks tworzywowy w Tarnowie, czy dokończenie projektu energetycznego w Kędzierzynie. Więcej o projektach i planach inwestycyjnych na 2016 rok mówi Andrzej Skolmowski, Wiceprezes Zarządu Spółki. – See more at:
Program rozwoju gospodarczego wicepremiera Mateusza Morawieckiego przewiduje stworzenie Polskiego Funduszu Rozwoju. Ze względu na potencjał finansowy, PFR nazywany jest superbankiem.
PFR ma zostać utworzony przez połączenie pięciu agencji rządowych oraz jednego banku: Banku Gospodarstwa Krajowego. Taki “superbank” ma być narzędziem realizacji polityki gospodarczej państwa.Potencjał inwestycyjny PFR oszacowano na 75-120 mld zł.
-Tworzenie tak dużej instytucji silnie zależnej od polityków jest ryzykowne – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marek Tatała, ekspert Forum Obywatelskiego Rozwoju. -Nie wiadomo czy inwestycje, które politycy będą promować okażą się trafione, a przecież BGK jest częścią systemu bankowego, problemy takiego superbanku mogłyby rozlać się na cały system, stwarzając zagrożenie dla całej gospodarki.
Silny popyt wewnętrzny i umiejętność wyszukiwania nowych rynków zbytu będą napędzać rozwój polskich firm w 2016 roku. Pomoże program „Rodzina 500 plus”, a ani deflacja, ani niepokoje związane z sytuacją w Chinach czy strefie euro nie powinny przeszkodzić przedsiębiorstwom w inwestowaniu i zarabianiu.
– Wyniki przemysłu zarówno potwierdzone przez GUS, jak i badania koniunktury, które starają się wychwycić tendencję w najbliższej przyszłości, nie wskazują, aby polskie firmy istotnie odczuwały negatywne efekty spowolnienia gospodarczego w Chinach czy relatywnie umiarkowanego tempa ożywienia w strefie euro – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku. – Wynika to z tego, że klientami naszych firm przemysłowych są zarówno odbiorcy wewnętrzni, a tutaj popyt wewnętrzny mamy bardzo silny, jak i częściowo firmy zagraniczne.
Zdaniem ekonomisty sami przedsiębiorcy też wydają się postrzegać przyszłość pozytywnie. Wskaźnik PMI, który opisuje nastroje menadżerów zajmujących się w firmach zakupami, pozostaje powyżej granicy 50 pkt od października 2014 roku. Oznacza to, że branża będzie się rozwijać. W lutym wskaźnik ten sięgnął 52,8 pkt, co było wynikiem o 2 pkt lepszym od oczekiwanego i najwyższym od lipca 2015 roku. Produkcja przemysłowa w 2015 roku wzrosła o 4,9 proc., zaś w styczniu 2016 r. – o 1,4 proc. Za luty oczkuje się wzrostu o 5,5 proc. rok do roku.
– Olbrzymią przewagą i atutem polskich firm przemysłowych jest duża skłonność do zdobywania nowych rynków – mówi Wojciechowski. – To było widać w ostatnich latach, kiedy rynki, takie jak chociażby żywności, zamykały się i w stosunkowo krótkim czasie eksporterzy żywności znajdowali nowych odbiorców.
Tak było po wprowadzeniu przez Rosję embarga na żywność z Unii w sierpniu 2014 roku. Potem był on rozszerzany o kolejne produkty z poszczególnych krajów, także z Polski. Polski eksport w 2015 roku wzrósł jednak o 7,8 proc. (licząc w złotych i euro; w dolarach spadł ze względu na umocnienie amerykańskiej waluty). Polscy eksporterzy większość swoich produktów sprzedają do krajów strefy euro (56,4 proc.). Udział Rosji w eksporcie spadł do 2,9 proc. z 4,2 proc. w 2014 roku.
– Zakładam, że jeżeli utrzyma się obecny wzrost gospodarczy na poziomie około 3,5 proc., to utrzyma się dotychczasowa skłonność firm do inwestycji – przewiduje Wojciechowski. – Jeżeli na to się nałoży dodatkowy impuls konsumpcyjny związany z uruchomieniem Programu 500+, to też na pewno zwiększy obroty i poprawi sentyment w firmach handlowych.
Tylko w 2016 roku na mocy Programu 500+ do konsumentów trafi 17,2 mld zł. W kolejnych latach – po 22–23 mld zł. Przedłużająca się deflacja sprawia, że siła nabywcza tych środków będzie jeszcze wyższa, choć trzeba pamiętać również o tym, że zwiększona konsumpcja może doprowadzić do szybszego powrotu do wzrostu cen.
– Źródłem deflacji są niskie ceny surowców energetycznych, ale też brak presji inflacyjnej w sektorach usługowych czy w innych kategoriach w koszyku dóbr inflacyjnych – tłumaczy główny ekonomista Plus Banku. – To nie jest zagrożenie, dlatego że gospodarstwa domowe mniej wydają np. na stacjach benzynowych, a te środki mogą przekierować na zwiększenie popytu na inne dobra. Korzystają z tego na pewno firmy inne niż te, które produkują paliwa. Chociaż to nie znaczy, że firmy produkujące i sprzedające paliwa na tym tracą, bo spadek cen może oznaczać dla nich niższe koszty pozyskania surowca. Jeżeli będą obniżały ceny z pewnym opóźnieniem, to oczywiście też na tym zarobią.
Wdrożenie w przedsiębiorstwie odpowiedniego systemu zarządzania energią pozwala na znaczne obniżenie kosztów energii. Zmniejsza także wpływ na środowisko naturalne.Tego typu rozwiązanie w naszym kraju jest jednak ciągle rzadkością. Niedawno do grona firm posiadających system zarządzania energią zgodny z normą ISO 50001 dołączyła grupa Velux.
– Posiadanie systemu zarządzania energią zgodnego z normą ISO 50001 daje spore możliwości redukcji zużycia energii, co przekłada się na obniżenie kosztów działalności. Ponadto dzięki temu rozwiązaniu zmniejsza się emisja dwutlenku węgla – mówi agencji Newseria Jerzy Pęczak, dyrektor fabryki okien Velux w Gnieźnie.
W ciągu najbliższego roku firma VELUX spodziewa się obniżenia kosztów związanych ze zużyciem energii o 5–10 proc. W kolejnych latach szacowane oszczędności to kolejne 10 procent.
Skuteczności zastosowania systemu dowiódł także pilotażowy program przeprowadzony w niemieckich fabrykach grupy Velux w latach 2013–2014.
– Ograniczenie czasu pracy maszyn w trybie gotowości, eliminacja wycieków sprężonego powietrza i zastąpienie wózków widłowych z silnikami diesla wózkami napędzanymi energią elektryczną pozwoliło na roczne oszczędności w wysokości blisko 200 000 euro i 700 ton CO2 w okresie próbnym – mówi Jerzy Pęczak.
Dyrektor fabryki w Gnieźnie wyjaśnia, że wdrożenie systemu zarządzania energią to proces długotrwały, który powinien zostać rozłożony na kilka lat. W przypadku grupy Velux działania w zakresie poprawy efektywności energetycznej były podejmowane już przy okazji wprowadzania na rynek okien nowej generacji w 2013 roku, kluczowa była również wymiana parku maszynowego. Dwa lata wcześniej firma zdecydowała się na instalację w gnieźnieńskiej fabryce okien kotła na biomasę.
– Od 2011 roku działa w naszym zakładzie kocioł na biomasę, którą w naszym przypadku stanowią wióry – odpad produkcyjny. Do tej pory ciepło wytworzone przez kocioł używaliśmy do suszenia drewna i ogrzewania hal. Obecnie planujemy zmodernizować instalacje grzewczą, aby wykorzystać tę energię w procesach technologicznych lakierni – wyjaśnia.
Działania firmy na rzecz ograniczenia zużycia energii wynikają także z wymogów unijnego prawa. Do 2020 roku kraje członkowskie muszą poprawić swoją efektywność energetyczną o 20 procent.
– Dyrektywa unijna w sprawie efektywności energetycznej zawiera konkretne wymogi związane z przeprowadzeniem audytu energetycznego w dużych przedsiębiorstwach. Uprawniony audytor co cztery lata powinien przeprowadzić w przedsiębiorstwie audyt energetyczny. Alternatywą jest posiadanie odpowiedniego systemu zarządzania energią zgodnego z ISO 50001 – informuje Pęczak.
Inwestycje w polskich zakładach grupy Velux dotyczące poprawy efektywności energetycznej stanowią część globalnej strategii spółki (ogłoszonej w 2009 roku), której podstawą jest społeczna odpowiedzialność biznesu. Jej celem jest obniżenie do 2020 roku emisji CO2 o 50 proc. w stosunku do 2007 roku. Dotychczas emisję udało się ograniczyć o prawie 30 procent.
– Nasze wyniki wyprzedzają unijne cele w tym zakresie o około dziewięć lat. Emisję ograniczono na przykład dzięki zainstalowaniu kotłów na biopaliwa zamiast tych na ropę czy gaz. Kolejnym krokiem do osiągnięcia celów w zakresie emisji CO2 było właśnie wdrożenie systemu zarządzania energią zgodnego z normą ISO 50001 – podsumowuje.
Zaradność i pomysłowość to cechy, które sprawiają, że polscy przedsiębiorcy mimo relatywnie niewielkiego kapitału i globalnej konkurencji oraz innych barier potrafią przekonać zagranicznych odbiorców do swoich produktów. Wyzwaniem dla biznesu jest zmiana wizerunku polskich firm z dostawców tanich wyrobów na wykraczających poza sztampowe myślenie innowatorów.
– Innowacyjność polskich przedsiębiorców jest na bardzo wysokim poziomie, polscy przedsiębiorcy cały czas poszukują nowych możliwości. Co ważne, wykorzystują nowoczesne technologie, wykorzystują internet i wszelkie możliwości online do tego, żeby wychodzić na rynki globalne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Zawistowska, dyrektor UPC Biznes.
Od kilku lat UPC Biznes, dostawca nowoczesnych usług cyfrowych dla firm, wspiera innowacyjne polskie firmy z sektora mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw, które opracowały nowatorski produkt i mają wizję oraz odwagę wyjścia z nim poza granice Polski, brakuje im jednak kapitału i doświadczenia w kontaktach z międzynarodowymi partnerami. Najlepsze pomysły nagradzane są w konkursie Think Big. W tym roku odbyła się już trzecia jego edycja, pod hasłem „Go beyond borders!”.
– Firmy na pewno inspiracji poszukują w wielu obszarach. Często to są pasjonaci i fachowcy w swojej dziedzinie. W tym roku było bardzo dużo firm z obszaru IT i technologii, a więc znalazło się sporo aplikacji, które wnoszą jakąś dodatkową wartość – mówi Agnieszka Zawistowska. – Myślę, że te firmy inspiracji poszukują w codziennym życiu, np. obserwując, czego nie ma na rynku, co można by było jeszcze zaoferować, ale w nowym modelu biznesowym. Na przykład sprzedaż pokoi hotelowych poprzez dobrze zorganizowaną platformę.
W Polsce aktywnie działa ok. 2 mln firm. 99,8 proc. z nich to mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa. Według PARP wytwarzają one blisko 50 proc. polskiego PKB. Stanowią też ponad połowę liczby eksporterów. Jak podaje Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej, co miesiąc w Polsce zakładanych jest 20–30 tys. nowych podmiotów.
60 proc. mikrofirm deklaruje działania innowacyjne, głównie w dziedzinie stosowanych narzędzi prowadzenia biznesu. Do wytwarzania nowatorskich produktów i usług przyznaje się co dziesiąty mikroprzedsiębiorca. 7 proc. już współpracuje z uczelniami, a 12 proc. zamierza taką współpracę nawiązać.
– My stawiamy na nowoczesną przedsiębiorczość, na tych przedsiębiorców, którzy mają określone cele, realizują je odważnie, z rozmachem, myślą „big”, tak o tym mówimy, i którzy mają przede wszystkim globalne ambicje. Potencjał rozwoju takich firm jest nieograniczony, a właściwie ograniczony jedynie wyobraźnią – mówi Ewa Sadowska z UPC Polska. – Już mamy zgłoszonych niemalże pół tysiąca przedsiębiorców o kreatywnych pomysłach na biznes do naszego konkursu Think Big, rzeczywiście wiemy, że mają nieograniczone możliwości.
Do konkursu przystąpiły głównie firmy z branży IT, e-commerce i mobilnej. Wśród dziesiątki aspirującej do nagród znaleźli się m.in. twórcy serwisów biznesowych w chmurze, autorzy systemu do zarządzania odpadami, producenci interaktywnych luster reklamowych czy aplikacji pozwalającej zidentyfikować zgubiony sprzęt elektroniczny. Przeznaczono łącznie 80 tys. zł na nagrody, które mają wesprzeć ekspansję zagraniczną przedsiębiorstw.
W poprzednich latach pierwsze miejsca zajęły firmy IzzyBike oraz Luna EMG. Tegorocznym zwycięzcą konkursu została firma Elephant, twórca aplikacji Elephant Door, sparowanego z urządzeniami elektronicznymi, np. ze smartfonem, inteligentnego systemu alarmowego.
– Tak na dobrą sprawę nie chodziło nam tutaj o wielkie systemy, rozbudowane tabelki, chodziło nam o urządzenie, które jest dla ludzi – mówi Radosław Pallach, założyciel firmy Elephant, zwycięzcy konkursu Think Big UPC. – Chciałbym je szybko zamontować, chciałbym, żeby dało mi to spokój ducha i jeszcze, żebym mógł sobie ten system przenieść w inne miejsce, kiedy zmieniam miejsce zamieszkania lub wynajmuję mieszkanie, czyli absolutnie prostota, technologia, która jest przydatna, i coś, co sprawia, że żyjemy bezpiecznie.
Jak zapewnia, zainteresowanie wymyślonym przez jego firmę sposobem zabezpieczenia mieszkań wyrazili już kontrahenci z USA, Niemiec, RPA, Japonii, Rosji, Ameryki Łacińskiej i Wielkiej Brytanii.
Nawet 4,5 mln Polaków cierpi na przewlekłą chorobę nerek. Aby ratować życie, co roku 4 tys. osób rozpoczyna leczenie dializami. Większość z nich dowiaduje się o chorobie zbyt późno.
– Problemem jest bardzo mała liczba zdiagnozowanych. 95 proc. osób nie wie o chorobie i umiera na powikłania spowodowane niewydolnością nerek – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Iwona Mazur, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Osób Dializowanych.
Szacuje się, że na choroby nerek cierpi 4,5 mln Polaków, co najmniej 1,5 mln jest z tego powodu zagrożonych przedwczesną śmiercią. Bezpośrednią przyczyną zgonów będą zawały, udary, infekcje i nowotwory. Schorzenia nefrologiczne mogą przez lata nie dawać żadnych objawów. Choć chorobę łatwo wykryć, w Polsce rzadko wykonuje się konieczne badania, tym samym większość chorych o schorzeniu dowiaduje się zbyt późno. Tymczasem progresję choroby nerek można skutecznie zatrzymać na wiele lat i opóźnić leczenie nerkozastępcze.
– Nie można cofnąć choroby, ale można opóźnić jej rozwój nawet o kilkanaście lat. Jeżeli pacjent stosuje się do zaleceń, to w zależności od momentu wykrycia choroby ma możliwość zyskania kilkunastu lat normalnego życia, bez dializy i bez terapii nerkozastępczej – wskazuje Mazur.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu miejsc dializacyjnych było za mało, chorzy byli kwalifikowani przez specjalne komisje i możliwość leczenia ratującego życie mieli nieliczni, reszta umierała. To były dramatyczne wybory powodowane brakiem wystarczającej liczby miejsc w stacjach dializ. Od ponad 20 lat w Polsce chorzy nie mają problemu z dostępem do miejsc dializacyjnych. Dzięki współistnieniu publicznych i prywatnych ośrodków dializ wszyscy zdiagnozowani pacjenci mają szansę na przeszczep i ewentualne leczenie dializami. Ośrodki publiczne i niepubliczne leczą po około 50% pacjentów.
Najlepsza dla pacjenta pod względem fizjologicznym i społecznym jest dializa otrzewnowa. Przy tej dializie pacjent leczy się w swoim domu. W dzień lub, jeśli chce, w nocy. Lepiej się czuje i przeważnie szybciej jest przeszczepiany. Pacjent hemodializowany ma zabiegi 3 razy w tygodniu w stacji dializ. Wydaje się zasadnym nieograniczanie dostępu pacjentów do dializy otrzewnowej poprzez limitowanie kontraktów z NFZ lub też stawianie zawyżonych kryteriów przed ośrodkami dializ.
Eksperci podkreślają, że w Polsce powinien powstać zintegrowany system opieki nad chorymi na nerki promujący opiekę koordynowaną. Obecnie na wizytę u nefrologa trzeba czekać średnio 7 miesięcy. Lepszy dostęp do specjalistów w przychodni i w oddziale szpitalnym pozwoli ograniczyć rozmiary epidemii chorób nerek, zwiększyć liczbę przeszczepów i przedłużyć pacjentom życie dzięki optymalnemu procesowi leczenia.
– Niemniej jednak kierowanie pacjenta do nefrologa tylko dlatego, że jego nerki z powodu wieku działają gorzej niż u 20-latka nie ma sensu. Taki pacjent skierowany do lekarza nefrologa zajmuje komuś miejsce – przekonuje prof. dr hab. Ryszard Gellert, kierownik Kliniki Nefrologii i Chorób Wewnętrznych Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego.
Do poradni nefrologicznej powinni się dostawać ci pacjenci, którzy spełniają kryteria ściśle określone przez specjalistów. Osoba z przewlekłą progresywną chorobą nerek potrzebuje zespołu lekarzy. Tylko taki model może zapewnić efektywną współpracę z pacjentem w zapobieganiu postępowi choroby.
Co roku ok. 4 tys. Polaków, aby ratować życie, musi rozpocząć stałe leczenie dializami. Bez właściwego systemu opieki ich liczba będzie stale narastać.
– Chcemy zatrzymać sytuację schyłkowej terapii, dializoterapii, przeszczepienia nerek na tym etapie i nie dopuścić do dalszej progresji – podkreśla Ryszard Gellert.
Transplantolodzy przekonują, że w Polsce potrzebne są zmiany w systemie transplantacji, które zwiększą liczbę przeszczepień.
– W 2014 roku było 55 transplantacji nerki od dawcy żywego, w 2015 – 60. Łącznie przeszczepień w Polsce wykonuje się ok. tysiąca. Niestety, większość dializowanych chorych trwale i nieodwracalnie nie kwalifikuje się do transplantacji. Wedle statystyk w 2015 rok było 43 proc. chorych powyżej 65 roku życia i 37 proc. powyżej 75 lat – wyjaśnia prof. dr hab. Magdalena Durlik, prezes Polskiego Towarzystwa Nefrologicznego.
Nielimitowana finansowo i czasowo dostępność do koniecznych badań i konsultacji mogłaby usprawnić cały proces. Obecnie oczekiwanie na badania i konsultacje wydłuża czas kwalifikacji nawet do 12 miesięcy. Reformy wymaga też tzw. system alokacji.
– W Polsce to pacjent jedzie do nerki, wyrwany od rodziny i otoczenia do nieznanego sobie ośrodka transplantacyjnego. Natomiast w wielu krajach to nerkę przysyła się w pudełku do pacjenta i przeszczepienie wykonywane jest w tym ośrodku, gdzie chory został zakwalifikowany i gdzie znają go lekarze – tłumaczy prezes PTN.
Obligacje zarówno skarbowe, jak i korporacyjne są w dłuższym terminie najlepszą oraz bezpieczną metodą odkładania na emeryturę – uważa Piotr Szulec, dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej w Pioneer Pekao TFI. Jego zdaniem warunkiem powodzenia jest m.in. odpowiednia dywersyfikacja portfela. Ci, którzy nie boją się większego ryzyka, mogą się zdecydować na fundusze akcyjne.
– Najważniejszą kwestią w oszczędzaniu na emeryturę jest samo odkładanie pieniędzy. Drugą kwestią jest zarabianie na tych środkach, które odkładamy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Szulec, dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej w Pioneer Pekao Investment Management. – Jeżeli weźmiemy pod uwagę utworzenie portfela bezpiecznego, to w tym przypadku inwestorzy powinni się skupić przede wszystkim na tym, żeby swoje środki zainwestować w fundusze obligacji skarbowych lub fundusze z udziałem obligacji korporacyjnych.
Obligacje, zwłaszcza skarbowe, to bezpieczny instrument, bo gwarantem wypłaty jest państwo. Zakup papierów dłużnych firm wymaga większej rozwagi w doborze podmiotów, bo tu ryzyko niewypłacalności jest wyższe, ale i na wyższe oprocentowanie można liczyć. W ostatnich latach najkorzystniejszy dla obligacji skarbowych i funduszy obligacyjnych był 2014 rok, gdy osiągnęły one dwucyfrową stopę zwrotu.
– Patrząc na historyczne dane, można założyć około 5-proc. stopę zwrotu na tego typu funduszach. Przy czym istotne jest to, żeby oszczędzanie na emeryturę odbywało się systematycznie – zastrzega Piotr Szulec. – Dzięki temu jesteśmy w stanie zrównoważyć stopę zwrotu, czyli kupować taniej w momencie, kiedy mamy przesilenie na rynku długu i ewentualnie zarabiać więcej wtedy, kiedy mamy hossę.
Zdaniem Piotra Szuleca 2014 rok będzie jednak w obecnych warunkach trudny do powtórzenia. Rentowność polskich 10-letnich obligacji spadła wówczas z 4,5 proc. na początku roku do mniej niż 2 proc. na początku 2015 r. Stopy obniżono wprawdzie tylko raz, w październiku, ale o pół punktu procentowego, ponadto rynek na początku roku spodziewał się raczej podwyżek. Rynek zaskoczyła deflacja, która pojawiła się w połowie 2014 roku.
– Mamy do czynienia z dwoma czynnikami, które wpływają na to, jaką stopę zwrotu z inwestycji osiągniemy. Pierwsze to są ruchy na stopie procentowej realizowane przez bank centralny w Polsce – mówi Piotr Szulec. – Podnoszenie stóp w górę powoduje słabsze stopy zwrotu z rynku obligacji skarbowych, obniżanie tych stóp powoduje zwiększenie stopy zwrotu.
Ekspert zaznacza, że obligacje przynoszą największe zyski, gdy kupuje się je przy w miarę wysokich rentownościach, które następnie będą spadać. Obniżanie stóp procentowych temu spadkowi sprzyja. Niskie rentowności oznaczają wysokie ceny i odwrotnie. Wpływ na wysokość oprocentowania mają także inne czynniki składające się na zaufanie inwestorów, np. gdy w połowie stycznia agencja Standard & Poor’s obniżyła rating Polski, rentowności skoczyły w górę. Do dziś zdążyły już jednak niemal powrócić do poziomu sprzed decyzji.
– Drugim czynnikiem, istotnym z punktu widzenia obligacji korporacyjnych, jest stan gospodarki danego kraju. W momencie, kiedy mamy do czynienia z dobrym, szybkim rozwojem gospodarki, to również stopy zwrotu na obligacjach korporacyjnych są całkiem wysokie – podkreśla dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej w Pioneer Pekao Investment Management. – Natomiast w przypadku słabszego rozwoju danego kraju istnieje ryzyko chociażby bankructwa konkretnych emitentów, którzy wpuszczają w obieg tego typu obligacje.
Szulec podkreśla, że przy obecnie relatywnie niskich stopach procentowych w Polsce portfel obligacji skarbowych warto uzupełnić korporacyjnymi. Z ostatniego rankingu Analiz Online wynika, że w ciągu ostatniego roku (od marca 2015 do lutego 2016) polskie fundusze dłużne skarbowe straciły 0,1 proc. Korporacyjne polskie urosły w tym czasie o 1,3 proc. W perspektywie 3-letniej górą są obligacje skarbowe ze względu na wspomniany 2014 rok. Zysk w tym czasie wyniósł 10,6 proc. Fundusze obligacji firm zarobiły średnio w tym czasie 7,6 proc.
– Dzisiaj, biorąc pod uwagę, że jesteśmy w cyklu obniżek stóp procentowych i one są na bardzo niskim poziomie, stopy zwrotu osiągane z rynku obligacji skarbowych też są relatywnie niskie – mówi Piotr Szulec. – Dlatego na te chwilę zalecamy, żeby w portfelu inwestora, który zdecyduje się inwestować na rynku długu jakąś część, np. 20-, 30-, a może nawet 40-proc. w zależności od profilu ryzyka, stanowiły obligacje korporacyjne, najlepiej kupowane za pośrednictwem funduszy o globalnej dywersyfikacji, czyli inwestującej w szeroki portfel wielu emitentów tego typu obligacji.
Podobną radę analityk ma dla tych inwestorów, którzy nie boją się podjąć wyższego ryzyka i przeznaczyć część środków na zakup akcji.
– Zalecamy, żeby inwestor, który jest w stanie ponieść większe ryzyko, inwestował w jak najbardziej zdywersyfikowany portfel, czyli w fundusze inwestujące globalnie. Warto pamiętać o tym, że środki, które oszczędzamy na emeryturę, to są te, z których kiedyś będziemy żyli. Dlatego jeżeli ponosimy ryzyko, to to ryzyko powinno być ponoszone w jak najmniejszym stopniu.
W ubiegłym roku upadłość konsumencką ogłosiło ponad 2 tys. Polaków, a 2 miliony ma problemy ze spłatą zadłużenia. Często aby spłacić dług, korzystają oni z krótkoterminowych pożyczek oferowanych przez firmy pożyczkowe. Przepisy o nadzorze nad firmami pożyczkowymi, które wchodzą dziś w życie, mają sprawić, że klienci będą lepiej chronieni.
Od 11 marca wprowadzone zostają limity maksymalnych kosztów pozaodsetkowych i maksymalnego limitu opłat za opóźnienie w spłatach. Dzięki temu, zaciągając zobowiązanie finansowe, pożyczkobiorca będzie wiedział, że jeżeli nie uda mu się spłacić zobowiązania w terminie, to koszty nie wpędzą go w spiralę zadłużenia.
– Po pierwsze, nikt, kto podpisuje kontrakt na pożyczkę, nie bierze pod uwagę tego, że może stać się niewypłacalnym dłużnikiem, a nie tylko zadłużonym. Taka sytuacja radykalnie wpływa na postawy i emocje w stosunku do siebie, do otoczenia i do życia. Po drugie, ludzie podpisując kontrakt na pożyczkę, biorą pod uwagę przede wszystkim swoją bieżącą sytuację ekonomiczną. Jeśli nawet myślą o przyszłości, to raczej o pierwszych 3–6 miesiącach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjnej Newseria Biznes dr Leszek Mellibruda, psycholog biznesu.
Zadłużenie konsumentów rośnie z roku na rok. Coraz więcej osób ma też problemy z tym, by terminowo spłacać zobowiązania. Raport InfoDług spółki BIG InfoMonitor wskazuje, że ok. 2 mln Polaków nie reguluje terminowo swoich zobowiązań. Kwota zaległości przekracza 40 mld zł. Rośnie też liczba osób, które zostały zmuszone do ogłoszenia upadłości konsumenckiej. Tylko w 2015 roku zdecydowało się na to ponad 2,1 tys. osób. Blisko 40 proc. z nich w chwili ogłaszania upadłości miało 2–4 kredyty, a 17 proc. – 5–10.
– Czasami na etapie podpisywania kontraktu przedstawiciel firmy pożyczkowej nie ułatwia strategicznego myślenia, tylko zachęca do zaciągnięcia zobowiązania, a czasami nawet ukrywa różnego typu niebezpieczeństwa. Na przykład informacje, że wezwania będą drogie, że po pewnym okresie odsetki będą narastać, tych niebezpieczeństw jest naprawdę dużo – wskazuje ekspert.
Oferta firm pożyczkowych to dla wielu Polaków jedyna szansa na otrzymanie wsparcia finansowego. Ze względu na złą historię kredytową czy brak stałego zatrudnienia nie mogą liczyć na pożyczkę w banku, która jest znacznie tańsza niż chwilówka. Jednocześnie pożyczka jest często przeznaczana na spłatę innego zadłużenia, tym samym łatwo wpaść w spiralę długów.
Pożyczka w banku czy firmie pożyczkowej może obecnie kosztować maksymalnie 10 proc., czyli 4-krotność stopy lombardowej ustalanej przez NBP. Przepisy ograniczały jednak dotychczas tylko koszt odsetek, pozostałe opłaty nie są limitowane. A tu firmy pożyczkowe naliczały ubezpieczenia, opłaty za rozpatrzenie wniosku o prolongatę spłaty, opłaty za powiadomienia o opóźnieniach itp. Nowe przepisy ograniczą możliwości rolowania długu, czyli właśnie zaciągania kolejnej pożyczki na spłatę poprzedniej. Maksymalne opłaty pozaodsetkowe nie będą teraz mogły przekroczyć 55 proc. rocznie, a całość poniesionych przez konsumenta opłat nie będzie mogła przekroczyć kwoty pożyczki.
– Pojawienie się u klienta sytuacji niemożności spłaty, a przynajmniej terminowej spłaty raty pożyczki powoduje zmiany w myśleniu, przeżywaniu i zachowaniu. Często pojawia się reakcja tzw. wyuczonej bezradności. Wraz z narastaniem długu i odsetek nasila się ona i powoduje, że tacy ludzie stają się jeszcze bardziej bierni – tłumaczy Mellibruda.
Większość osób, które borykają się z problemami finansowymi i nie są w stanie terminowo regulować zobowiązań, nie szuka wyjścia z sytuacji. Często dłużnicy są przekonani, że nie ma dla nich ratunku, a jedynym wyjściem jest zaciągnięcie kolejnej pożyczki. Jest to jednak rozwiązanie na krótko, w dłuższym okresie powoduje jeszcze większe problemy finansowe, a co za tym idzie – jeszcze większe problemy z radzeniem sobie z sytuacją.
– W psychologii zadłużenia nazywa się to reakcja tak–tak, kiedy człowiek powtarza bezrefleksyjnie sugestię związaną z zadłużeniem się, aby wziąć nowy kredyt, by restrukturyzować stary. Bez przemyślenia, przeliczenia i bez doradztwa zewnętrznego, ale to są przejawy wejścia w rolę osoby, która przestaje wierzyć, ma pesymistyczne myśli, czasami nastroje depresyjne, bo na tym właśnie polega reakcja bezradności – podkreśla psycholog.
Aby pomóc dłużnikowi wyjść z takiego stanu, konieczne jest zachęcenie go do walki, próby zmiany sytuacji. Często jednak najbliżsi zamiast próbować znaleźć rozwiązanie problemu, przekonują, że sytuacja sama się rozwiąże, wystarczy poczekać i problem minie.
– To nie jest rozwiązanie – przekonuje Mellibruda i dodaje, że w ten sposób wzmacnia się postawę bezradności.
– Najbliższe osoby nie mają na tyle siły, żeby czasami powiedzieć: „Jest źle, ale spróbujmy wspólnie opracować scenariusze”. Zapytajmy, poradźmy się, poszukajmy, wykonajmy pierwsze trzy kroki, bo to jest najważniejsze. Nie tylko dyskutujmy. Zasada pierwszych trzech kroków jest pomocna w takich sytuacjach, ale nie do zaplanowania, tylko do zrealizowania. Żyjesz tym, co robisz, a nie tym, jak planujesz sobie życie – tłumaczy dr Leszek Mellibruda.
Ekologiczne budynki mieszkalne to wciąż nowość na polskim rynku. Pojawiają się pierwsze inwestycje, stopniowo rośnie też zainteresowanie klientów. Szukając takich mieszkań, biorą oni pod uwagę zarówno wpływ na środowisko i zdrowie, jak i potencjalne oszczędności. Ceny takich lokali spadają – dziś są ok. 2–3 proc. wyższe niż w standardowych budynkach, ale koszty eksploatacji mogą być nawet o jedną dziesiątą niższe.
– Na rynku mieszkaniowym zauważamy coraz większe zainteresowanie klientów wszelkimi rozwiązaniami ekologicznymi, które pojawiają się w nowo budowanych osiedlach – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Witkowski, dyrektor sprzedaży w firmie Skanska Residential Development Poland, dewelopera jednej z pierwszych ekologicznych inwestycji Osiedla Mickiewicza w Warszawie. – Klienci zwracają uwagę na dwa aspekty: chcą, by żyło się zdrowiej i by później koszty eksploatacji mieszkania czy całego budynku były niższe.
Rosnące zainteresowanie klientów skłania deweloperów do kolejnych ekologicznych inwestycji. Zielone budownictwo to m.in. wykorzystanie odnawialnych źródeł energii, np. paneli słonecznych czy specjalnych pomp odpowiadających za dostarczenie energii cieplnej. To także wykorzystanie odpowiednich materiałów, takich, które nie mają negatywnego wpływu na stan zdrowia.
– Sposób, w jaki budujemy i ingerujemy w środowisko, wbrew pozorom ma znaczenie dla wielu klientów. Dla przykładu ilość lotnych związków chemicznych, które są w różnego rodzaju materiałach stosowanych na budowie, jest w istotny sposób niższy niż w projektach, które nie są certyfikowane. To w przyszłości oznacza dla klientów, że ściany oddychają inaczej, a zastosowane farby wpływają na ich komfort psychofizyczny – wyjaśnia Witkowski.
Deweloperzy dbają także o odpowiednie otoczenie, stawiają na rozwiązania przyjazne środowisku, czyli np. stanowiska dla rowerów czy systemy oszczędzania oświetleniem.
Jednym z certyfikatów poświadczających, że dana inwestycja jest ekologiczna, jest BREEAM. To wielokryterialny system oceny jakości budynków będący obecnie standardem w europejskiej branży nieruchomości Nakłada on na dewelopera szereg ściśle określonych obowiązków związanych m.in. z efektywnością energetyczną, materiałami, eksploatacją, gospodarką wodą i odpadami, jakością środowiska wewnętrznego czy dostępnością komunikacyjną.
W Polsce zainteresowanie certyfikatami rośnie przede wszystkim na rynku biurowym, ale także mieszkaniowym. Wciąż jednak daleko nam do innych europejskich krajów.
– Szwecja i w ogóle kraje nordyckie są pionierami w budownictwie ekologicznym. Mogę powiedzieć, że to pierwsze osiedle, czyli Osiedle Mickiewicza, jest jednym z 450 takich obiektów w Europie, więc jako Polska jesteśmy w tyle, a cała Europa jest daleko za USA czy Kanadą. Tam liczba certyfikowanych budynków idzie w setki tysięcy – wyjaśnia Michał Witkowski.
Według World Green Building Trends do 2018 r. 37 proc. firm na świecie podda certyfikacji środowiskowej ponad połowę swoich inwestycji.
Według ostatniego badania World Business Council for Sustainable Development, organizacji promującej zrównoważony rozwój, osoby zapytane o koszty zielonych rozwiązań w budownictwie średnio zawyżały je o 17 proc. Tymczasem rzeczywiste nakłady dodatkowe w przeanalizowanych około 150 budynkach nie przekraczały 2 proc. Michał Witkowski przyznaje, że stosując takie rozwiązania, deweloper musi się liczyć z wyższymi kosztami. Różnica jednak nie jest duża.
– Te kwoty były dużo wyższe w latach 2006–2008, kiedy na krajowym rynku deweloperzy dopiero próbowali wprowadzać zielone rozwiązania – zauważa Michał Witkowski. – To był moment, kiedy klienci nie dostrzegali jeszcze związanej z tym wartości dodanej. Obecnie jest inaczej. Cena lokalu nie jest w istotny sposób wyższa, natomiast dzięki odpowiednim inwestycjom potrafimy wpłynąć na późniejsze koszty eksploatacji. Na Osiedlu Mickiewicza opłaty związane z energią elektryczną będą o około 10 proc. niższe w stosunku do standardowego budynku.
PGNiG liczy się z tym, że ceny ropy naftowej i gazu ziemnego w najbliższych miesiącach pozostaną na niskich poziomach. Prezes spółki zaznacza jednak, że na tym rynku jedna decyzja producentów o ograniczeniu wydobycia może diametralnie zmienić sytuację. PGNiG chce zbudować portfel węglowy na dłuższy czas, bo zdaniem spółki cena tego surowca jest już tak niska, że nie ma przestrzeni do dalszych spadków.
– Naszym zdaniem niska cena gazu i ropy będzie się utrzymywała – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Woźniak, prezes PGNiG. – Cena gazu na giełdach europejskich jest niesłychanie niska, to jest 12 euro za megawatogodzinę, czasem nawet poniżej 12 euro, co jest niewyobrażalne. Jeszcze rok temu nikt by sobie nie pozwolił na taką prognozę, a to jest fakt.
Średnia cena ropy naftowej w 2015 roku była o ponad jedną trzecią niższa niż w 2014 roku. Na początku 2014 roku za baryłkę ropy Brent trzeba było płacić ponad 100 dolarów, dwa lata później niespełna 40 dolarów. Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo podało, że z powodu spadku cen ropy naftowej miało w 2015 r. w segmencie poszukiwanie i wydobycie wynik operacyjny niemal o połowę niższy niż w poprzednim roku. Wyniósł on niespełna 1,1 mld złotych przy przychodach w wysokości 4,86 mld złotych. Rok wcześniej przychody z tego segmentu przekroczyły 6 mld zł.
– Żadnej poważnej zmiany nie da się odczytać ze standardowych narzędzi, którymi dysponujemy, tzn. z krzywych forwardowych czy z krzywych instrumentów pochodnych na gazie i ropie. – mówi Piotr Woźniak. – Zwracamy jednak uwagę zawsze na to, że tego typu rynkiem porozumienie producentów jest w stanie zachwiać w ciągu jednej doby.
Jak przekonuje, gdyby kraje OPEC i 2–3 kraje eksportujące ten surowiec spoza organizacji, np. Rosja czy Wenezuela, doszły do porozumienia ws. ograniczenia wydobycia, to cena ropy natychmiast ruszyłaby w górę. Powodem jej spadku jest bowiem przewaga podaży nad popytem. Na razie jednak, mimo spekulacji na temat rozmów, które miałaby podjąć z OPEC Rosja, czy spotkania ministrów Wenezueli i Arabii Saudyjskiej do żadnych ustaleń nie doszło. Najnowsza wiadomość dotyczy spotkania, które ma się odbyć 20 marca w Rosji, a o którym poinformowała Nigeria. Miałoby ono dotyczyć zamrożenia produkcji. Na wieść o planowanych rozmowach ropa Brent podrożała, po raz pierwszy w tym roku do ponad 40 dolarów i jest najdroższa od początku grudnia ubiegłego roku.
Zdaniem analityków trudno będzie o porozumienie, bo Iran, który powrócił w tym roku na rynek ropy po zdjęciu sankcji, nie będzie chciał ograniczyć produkcji.
– To są decyzje w dużej mierze pozarynkowe, które bardzo trudno przewidzieć. Jeśliby jednak do takiego zdarzenia doszło, to zmiana ceny baryłki ropy pociągnie za sobą zmianę ceny wszystkich innych nośników łącznie z węglem, który zresztą sięgnął absolutnego dna. Pozostaje tylko pytanie, czy on się ustabilizuje na takim niskim poziomie cen czy może lekko albo bardziej odbije.
Cena węgla w portach ARA (Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia) wynosi dziś ok. 46 dolarów za tonę. To poniżej dołka z drugiej połowy 2008 roku. Pięć lat temu ta sama ilość surowca kosztowała przeszło 120 dolarów.
– Interesuje nas węgiel przede wszystkim dlatego, że mamy w Warszawie, w naszej spółce Termika i w kilku niewielkich kotłowniach w zakładach produkcyjnych w Polsce, dosyć duże wytwarzanie prądu. Moim zdaniem jesteśmy na dnie cenowym. W związku z tym warto właśnie teraz kupić i ustabilizować portfel węglowy na dłużej, dlatego że nawet jakby się ustabilizował, to nic na tym nie stracimy. A jeśli by węgiel odbił, to zyskamy. I rozważamy to albo bez aktywów, albo razem z aktywami, ponieważ teraz nasz sektor węglowy podlega głębokiej restrukturyzacji, w której nie bierzemy udziału. Obserwujemy ją jednak przede wszystkim ze względu na surowiec, który jest nam potrzebny dla naszego segmentu wytwarzania energii – wyjaśnia Woźniak.
Choć polska sieć dróg szybkiego ruchu w ciągu ostatniej dekady zwiększyła się czterokrotnie, to przed Polską wciąż długa droga do poprawy bezpieczeństwa. Jak podkreśla Kallistratos Dionelis, sekretarz generalny ASECAP, konieczne są inwestycje, a ich zaniechanie może wpłynąć na wzrost liczby wypadków drogowych. Na temat bezpieczeństwa ruchu drogowego rozmawiano podczas międzynarodowej konferencji Road Safety 2016, która odbyła się w Warszawie.
Konferencja Road Safety zorganizowana przez ASECAP, czyli Europejskie Stowarzyszenie Koncesjonariuszy i Operatorów Płatnych Autostrad, zgromadziła ponad 120 gości z całej Europy.
– Na bezpieczeństwo drogowe składają się trzy główne czynniki: samochód, infrastruktura i kierowca. Nasza rola jako menadżerów infrastruktury jest jasna. Musimy zbudować dobre drogi, zarządzać nimi w najlepszy możliwy sposób, tak aby zapewnić jak najwyższy poziom bezpieczeństwa, zarówno dla standardowych, jak i inteligentnych aut – mówi Kallistratos Dionelis, sekretarz generalny ASECAP
Ekspert zwraca uwagę na wysokie koszty związane z poprawą bezpieczeństwa ruchu drogowego. Jeśli jednak zaniechamy inwestycji, to można się spodziewać m.in. zwiększonej liczby wypadków drogowych. Finalnie koszty te i tak trzeba będzie ponieść.
Poprawa bezpieczeństwa i komfortu podróżowania w coraz większym stopniu odczuwalna jest także w polskich warunkach.
– Rozwój polskich autostrad wpływa na poprawę bezpieczeństwa na polskich drogach. Autostrady, które zostały wybudowane w ostatnich latach, szczególnie te koncesyjne, powstały z całym wyposażeniem zapewniającym bezpieczeństwo użytkownikom drogi oraz komfort przejazdu – mówi agencji Newseria Robert Nowak, wiceprezes Autostrady Wielkopolskiej SA.
Autostrady wybudowane w ostatnich latach w Polsce spełniają wszystkie normy techniczne w zakresie bezpieczeństwa i ochrony środowiska. Wpływ na bezpieczeństwo podróży ma nie tylko sama infrastruktura, lecz także procedury na wypadek ewentualnego wypadku. W tym zakresie wypracowano już spójne zasady współpracy pomiędzy służbą medyczną, policją a strażą miejską.
– Dużo zostało zrobione, ale przed nami wciąż jeszcze dużo do zmiany w kwestii poprawy bezpieczeństwa na drogach. Podejmujemy różnego rodzaju inicjatywy względem regulatora, staramy się też prowadzić różnego rodzaju akcje uświadamiające wśród uczestników i kierowców, którzy korzystają z autostrad – dodaje.
Polska sieć autostrad i dróg ekspresowych według stanu na koniec lutego 2016 roku liczyła ponad 3130 kilometrów. Kolejny tysiąc kilometrów jest w budowie. Tymczasem jeszcze w 2003 roku nasz kraj dysponował siecią dróg szybkiego ruchu o łącznej długości zaledwie 640 kilometrów.
– Na pewno by poprawić bezpieczeństwa, trzeba podjąć odpowiednie działania legislacyjne i uregulować kwestię tzw. korytarza życia. Dzisiaj kierowcy pozostawiają dla służb ratowniczy wolny pas awaryjny. Natomiast w Europie umożliwia się przejazd służbom środkiem pasa – wyjaśnia Nowak.
Przedstawiciel Autostrady Wielkopolskiej porusza także kwestię oznakowania zarówno samych autostrad, jak i dróg dojazdowych. Nadal liczne są przypadki, w których na drogach szybkiego ruchu pojawiają się kierowcy widma, czyli osoby poruszające się pod prąd. Zdaniem Roberta Nowaka wyeliminowanie tego typu przypadków zależy w dużej mierze od wspólnych działań koncesjonariuszy i strony publicznej, w tym GDDKiA.
Z opinią Roberta Nowaka zgadza się były minister skarbu Emil Wąsacz. W jego ocenie rozwój polskich autostrad zdecydowanie wpływa na poprawę bezpieczeństwa. Zaznacza, że drogi szybkiego ruchu stanowią najbezpieczniejszą kategorię dróg, na których dochodzi do najmniejszej liczby wypadków i kolizji. Niejednokrotnie też polskie drogi znajdują się w dużo lepszym stanie niż te na Zachodzie.
Poprawa bezpieczeństwa na drogach Europy była głównym tematem rozmów podczas 9. międzynarodowej konferencji Road Safety 2016, która odbyła się 8 marca w Warszawie.
– Zebraliśmy wszystkich ekspertów, by wymienić się doświadczeniami oraz zastanowić się nad tym, co można zrobić, by poprawić bezpieczeństwo w ruchu drogowym. Konferencja skupiła zarówno przedstawicieli koncesjonariuszy, jak i inne podmioty, w tym producentów samochodów czy policję – informuje Emmanuela Stocchi, dyrektorka ds. międzynarodowych we Włoskim Stowarzyszeniu Opłat Autostradowych.
Głównym celem konferencji było omówienie warunków realizacji programu „Vision Zero”. Jego celem jest zredukowanie do zera liczby śmiertelnych wypadków na europejskich drogach.
– Podczas konferencji rozmawialiśmy między innymi o Inteligentnym Systemie Transportowym (ITS), czyli narzędziach technologicznych, które mają za zadanie poprawić bezpieczeństwo, oraz o systemie wykrywania nadmiernych prędkości – dodaje.
System wykrywający zbyt szybką jazdę został już pilotażowo wprowadzony we Włoszech. W opinii Emmanueli Stocchi podobne rozwiązanie z powodzeniem mogłoby być zastosowane także w przypadku innych krajów. Dzięki nowoczesnej technologii nie tylko wzrósłbym komfort podróży, ale także zwiększyłaby się mobilność obywateli.
Podczas konferencji Road Safty ogłoszono także powołanie forum Polskie Autostrady Koncesyjne (PAK) przy Konfederacji Lewiatan. Organizacja zrzesza koncesjonariuszy płatnych autostrad w Polsce, a jej celem jest wzajemna współpraca na rzecz rozwoju i promowania bezpiecznych zachowań kierowców na autostradach. Forum ma także za zadanie reprezentowanie interesów swoich członków w relacjach ze stroną publiczną.
Polityka compliance, czyli zgodnego nie tylko z prawem, ale i etyką biznesową kierowania działaniami w firmie, jest procesem kosztownym, ale na dłuższą metę opłacalnym. Na razie dobre praktyki to głównie domena banków i ubezpieczycieli, dużych organizacji i spółek z zagranicznym kapitałem, ale coraz częściej sięgają po nie także średnie i mniejsze polskie firmy. Eksperci podkreślają, że to krok w stronę dojrzałości rynku. Jednak z drugiej strony według badania Ernst & Young ponad 60 proc. kadry kierowniczej na świecie nie wzięło udziału w szkoleniu dotyczącym przeciwdziałania korupcji.
– Compliance, czyli przyzwoite, porządne, etyczne prowadzenie firmy, jest wymagającym projektem, a to rodzi określony wysiłek w organizacji i koszty, które trzeba ponieść – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Chmielewski, dyrektor ds. compliance w Orange Polska i współautor raportu „Jak połączyć ogień z wodą i uczynić z compliance motor zmiany kulturowej w organizacji”. – Stąd wiele organizacji nie chce podjąć tego wysiłku. Inną rzeczą jest to, że w prawie polskim compliance jest regulowane tylko dla sektora bankowego i ubezpieczeniowego. Komisja Nadzoru Finansowego wymaga, żeby tam firmy politykę compliance wprowadzały, gdzie są regulacje, i rzeczywiście jest to bardzo rozbudowane oraz przestrzegane, a później nadzorowane.
Choć firmy z pozostałych branż nie mają obowiązku stosowania dobrych praktyk, to gdy Giełda Papierów Wartościowych ogłosiła w październiku ubiegłego roku, że wprowadza od stycznia zmodyfikowany zbiór rekomendacji „Dobre Praktyki Spółek Notowanych na GPW 2016”, a wielu emitentów ogłosiło, że będzie się stosować do jego zasad.
– To jest przede wszystkim korzyść związana z bardzo wysoką reputacją firmy. Na wielu giełdach funkcjonują tzw. Respect Index, które wyraźnie podnoszą wartość akcji – zauważa Chmielewski.
Na GPW również istnieje od listopada 2009 roku Respect Index, którego skład jest co roku rewidowany. Obecnie tworzą go 23 spółki, w tym dziewięć z WIG20. Od początku swojego funkcjonowania indeks ten wzrósł o ponad 40 proc. WIG20 w tym czasie spadł o 19,5 proc.
– Ponadto, jeżeli w danej organizacji wdrożymy compliance, wówczas wskazane ryzyka są monitorowane, a problemy szybciej rozwiązywane. Unikamy płacenia kar, niepotrzebnych kłopotów związanych na przykład ze sprawami antymonopolowymi – przekonuje ekspert KIGC. – To korzyści, których nie widać po tygodniu, miesiącu czy dwóch, ale w dłuższej perspektywie. Warto zainwestować w projekt, żeby za 2–3 lata mieć z niego wyraźną korzyść.
Jak mówi Chmielewski, najważniejsze przy wprowadzaniu zasad compliance są wola i wsparcie kierownictwa firmy, czyli zarządu i rady nadzorczej. Bez nich nie da się wprowadzić całego systemu regulacji wspierających wartości, które firma ustali jako swoje priorytety. Dodaje, że musi on skutkować wypracowaniem systemu powiadomień o wszelkich nieprawidłowościach, które są z tymi priorytetami sprzeczne i mogą zaburzyć wizerunek firmy oraz podważyć zaufanie inwestorów czy klientów.
– Jest szereg tzw. narzędzi miękkich, jak konsultacje czy e-learning, i twardych, jak prowadzenie dochodzeń czy robienie audytów przez jednostki compliance, które pozwalają egzekwować tę politykę.
Dużym ułatwieniem dla polskich firm, mających swoje macierzyste oddziały w krajach zachodnich, jest doświadczenie i wiedza, jaką mogą czerpać ze swoich spółek matek z bardziej pod tym względem rozwiniętych rynków. Chmielewski i Ciesiołkiewicz w swoim raporcie podkreślają, że dobrze realizowane zasady compliance budują nową jakość kultury organizacyjnej na przejrzystości, odpowiedzialności i bezpośredniości. Są też narzędziem wspierania menadżerów w podejmowaniu decyzji, zarządzaniu ryzykiem, co w konsekwencji przekłada się na ograniczenie poziomu stresu w miejscu pracy. Jednak i polskie spółki zaczynają doceniać znaczenie compliance.
– Myślę, że to jest kultura biznesu, której się uczymy. To również kwestia chęci wprowadzania dobrych praktyk oraz dojrzewania firm i polskiego rynku do standardów światowych. W takich dużych krajach jak Stany Zjednoczone, Kanada, Australia to jest bardzo silnie rozwinięte, tak samo w Europie Zachodniej , dlatego my też staramy się podążać w tę stronę – podsumowuje Sławomir Chmielewski.
Lider rynku pożyczek pozabankowych po 18 latach działania na polskim rynku poprzez mobilnych sprzedawców odwiedzających klientów w domach i stacjonarne placówki, dodaje do swojej oferty nowy kanał sprzedaży. Będzie nim sprzedaż pożyczek przez internet, całkowicie bez udziału człowieka. Provident znajdzie się też w tysiącu placówek sieci brokerskiej UniLink.
Nowe działania są reakcją nie tylko na rosnącą konkurencję na rynku pożyczek pozabankowych, lecz także na wchodzące w najbliższy piątek w życie przepisy antylichwiarskie, które uderzą zwłaszcza w firmy udzielające chwilówek. Provident ma nadzieję na przejęcie części tego rynku.
– Jesteśmy na polskim rynku od 18 lat. Stworzyliśmy nowy model biznesowy stosowany w Wielkiej Brytanii, który istnieje tam od ponad stu lat. To bardzo skuteczny model nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie. Oczywiście dostosowujemy go do zmieniających się warunków, ponieważ chcemy utrzymać pozycję lidera rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor David Parkinson, prezes zarządu Provident Polska.
W ubiegłym roku Provident Polska udzielił pożyczek na ok. 2 mld złotych (353,5 mln funtów), a liczba klientów wyniosła 832 tys. osób.
– To bardzo duży rynek, który stwarza wiele możliwości dla wielu graczy – mówi David Parkinson. – Jestem tu od sześciu lat, więc mogę porównać, co wydarzyło się podczas mojego pobytu w Polsce. Powiedziałbym, że ta konkurencja jest bardzo dynamiczna. To jest pozytywne dla rynku, ponieważ dobrze jest, kiedy konsumenci mają wybór. Każdy pożyczkodawca, który ma ambicje tu zaistnieć, musi się dostosować do konkurencji i szukać nowych sposobów dotarcia do konsumenta.
Takim sposobem dla Providenta tradycyjnie obsługującego klientów poprzez odwiedzających ich w domach sprzedawców jest uruchomienie sprzedaży internetowej. To także bardzo konkurencyjny rynek, na którym działa już kilku mocnych graczy. W tym tygodniu wchodzą w życie przepisy ustawy antylichwiarskiej, które ograniczą wysokość całkowitych kosztów pożyczki. Firma może liczyć na odebranie części rynku konkurentom nastawionym na szybki zysk.
– Dosyć duża część naszych klientów, ale przede wszystkim klientów, którzy do tej pory nie korzystali z oferty Providenta, chce korzystać z segmentu online, chce tam szukać swojej pożyczki. Dlatego zdecydowaliśmy, że wejdziemy w ten segment rynkowy – tłumaczy Agnieszka Kłos, dyrektor ds. rozwoju biznesu w Provident Polska. – Uważamy, że mamy bardzo dobre przesłanki do tego, żeby korzystać z takiego kanału, ponieważ w ubiegłym roku nasze strony internetowe odwiedziło 5 mln potencjalnych klientów.
Agnieszka Kłos dodaje, że trudno określić jednoznacznie profil klienta Providetna, gdyż z usług pożyczkodawcy korzystają zarówno osoby starsze, jak i dopiero wchodzące w dorosłe życie. Podkreśla, że zróżnicowanie kanałów sprzedaży może nie tylko zwiększyć liczbę klientów, lecz także zapewnić im większą satysfakcję z obsługi. Uruchomienie kanału online nie oznacza rezygnacji z kanału tradycyjnego. Ostatnio Provident pojawił się w 1000 placówek brokerskich UniLink.
– Rozpoznawalność naszej marki jest duża. 89 proc. respondentów spontanicznie wymienia Providenta jako pożyczkodawcę. Dlatego firma postanowił rozszerzyć swoją ofertę o produkty dostępne w kanale online oraz w kanale brokerskim.
Rozbudowie kanałów dystrybucji towarzyszy rewitalizacja wizerunku, zmiana logotypu i nowy sposób komunikacji z rynkiem.
– „Wierzymy w Twój Plan” to motto naszej nowej platformy komunikacyjnej. Pokazujemy w ten sposób, że mamy świadomość, że nasi klienci nie tylko borykają się z różnego rodzaju wyzwaniami życiowymi, lecz także mają marzenia, swoje aspiracje i chcą je realizować, często korzystając z oferty pożyczkowej – wyjaśnia przyczyny zmiany Katarzyna Szerling, dyrektor pionu marketingu Provident Polska. – Rolą marki Provident jest pomagać im w realizacji tych planów, przygotowując ofertę, która jest dopasowana zarówno do potrzeb klientów, jak i do ich możliwości finansowych.
Z raportu PwC wynika, że 4–5 proc. wzrostu gospodarczego w Polsce to zasługa operatorów sieci telewizji kablowych. Tylko w latach 2009–2014 ich wkład w polski PKB wyniósł 9,5 mld zł. Kablówki dostarczają internet do niemal co piątego użytkownika internetu i co trzeciego korzystającego ze stałego łącza.
– Wpływ branży telewizji kablowej na rozwój gospodarki krajowej jest przeogromny, aczkolwiek nie zawsze doceniany. Wyrażenie „telewizja kablowa” odnosi się nie tylko do telewizji, lecz także do innych usług, takich jak internet, telefon i to jesteśmy w stanie dostarczyć w pakiecie swoim użytkownikom, to jest nasza przewaga konkurencyjna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Straszewski, prezes zarządu Polskiej Izby Komunikacji Elektronicznej.
– W ubiegłym roku blisko 2 mld zł kontrybucji w PKB, więc myślę, że ta liczba daje pewne wyobrażenie o wpływie sektora telewizji kablowych na polską gospodarkę – dodaje Tomasz Żurański, prezes zarządu Vectry.
Z raportu przygotowanego przez PwC w październiku ub.r. wynika, że w 2014 roku operatorzy CATV wypracowali wartość dodaną na poziomie 1,76 mld zł, podczas gdy osiągnięte przez nich przychody wyniosły 3,9 mld zł. W latach 2009–2014 wkład branży do PKB wniósł niemal 10 mld zł.
– Warto też zwrócić uwagę na to, że my, jako branża, w ostatnim okresie inwestujemy bardzo dużo środków wypracowanych. Średnia dla naszej branży to inwestycje przekraczające 20 proc. przychodów – mówi Jerzy Straszewski.
Średnia reinwestowanych przychodów dla gospodarki i branży ICT ogółem wynosi ok. 5 proc. Inwestycje branży skutkują m.in. wyprzedzaniem przez nią celów Europejskiej Agendy Cyfrowej, która zakłada, że do 2020 roku każde gospodarstwo domowe będzie miało dostęp do łącza o przepustowości co najmniej 30 Mb/s, a co drugie – 100 Mb/s.
– Jeżeli byśmy patrzyli tylko na Europejską Agendę Cyfrową i na wskaźniki do osiągnięcia, to moglibyśmy powiedzieć, że możemy spocząć na laurach, bo my te 30 Mb/s osiągnęliśmy już parę lat temu – mówi szef PIKE. – W tej chwili średnia, jaką dostarczamy, to 250 Mb/s. Ostatnio robiliśmy w izbie taką ankietę wśród naszych operatorów i żaden z uczestników tej ankiety, a było to 85 proc. całego rynku, nie wskazał, że ma mniejszą przepustowość niż 100 Mb/s, a byli i tacy rekordziści, którzy wskazali, że mają 600 Mb/s.
Dwie trzecie abonentów, którzy już dziś dysponują dostępem do łącz o prędkości 30 Mb/s, korzysta z internetu za pośrednictwem kablówek. Niemal połowa abonentów telewizji kablowych wykupuje w nich także dostęp do sieci.
Przepustowości, które w ciągu kilku lat zapewnią operatorzy CATV, mogą jednak zaspokoić znacznie wyższe niż w przypadku użytkowników indywidualnych potrzeby nowoczesnego przemysłu, realizujących tzw. czwartą rewolucję przemysłową.
– Przemysł 4.0 to taki program, który określa zapotrzebowanie na usługi internetu trochę z pominięciem człowieka. Chodzi o zapotrzebowanie przemysłu na dane, które są pobierane, analizowane i na podstawie tych analiz podejmowane są decyzje bez udziału człowieka – mówi Jerzy Straszewski. – Dziś jeszcze trudno nam to sobie wyobrazić, ale jest to możliwe. Są algorytmy, które można tak realizować, że będzie to bez obecności człowieka.
Zachowanie i przyzwyczajenia pokolenia milenialsów mają obecnie największy wpływ na rozwój sektora TMT (telekomunikacji, mediów i technologii). Choć największą popularnością wśród młodych użytkowników cieszą się smartfony, to wciąż niezastąpione są laptopy i desktopy. Na znaczeniu traci natomiast telewizja. Centrum rozrywki stają się smartfony. Coraz rzadziej służą jednak do tradycyjnych rozmów głosowych, częściej do innych form komunikacji i zakupów.
Jak pokazuje raport „TMT Predictions 2016” firmy Deloitte przyzwyczajenia pokolenia trailing millennials przekładają się również na telekomunikację. W tym roku już 26 proc. użytkowników smartfonów na świecie, na rynkach rozwiniętych nie będzie wykorzystywało do komunikacji w danym tygodniu tradycyjnych połączeń głosowych. To wzrost o 4 p.p. w skali roku. Zastąpili je wiadomościami (w tym SMS), wykorzystując również usługi umożliwiające transmisję głosu i obrazu przez internet.
– W tym roku już 300 mln użytkowników, czyli pięć razy więcej niż na początku 2015 roku, będzie takie rozmowy odbywało nie przez tradycyjną technologię, ale przez voice over LTE i voice over Wi-Fi – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Zielińska, dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte, ekspert rynku TMT.
Inne formy komunikacji cieszą się coraz większą popularnością, choć obecnie głównie wśród najmłodszej grupy użytkowników. Starsze pokolenie jest bardziej tradycyjne, choć i w tej grupie można zauważyć wpływ nowoczesnych technologii.
– Obserwujemy wzrost popularności alternatywnych form komunikacji w stosunku do 2014 roku. Należy jednak zauważyć, że wciąż 78 proc. dorosłych użytkowników smartfonów w Polsce deklaruje, że korzysta z tradycyjnej formy komunikacji, jaką jest rozmowa głosowa, i aż 40 proc. wskazuje, że częstotliwość takich rozmów wzrosła względem 2014 roku – podkreśla Jakub Wróbel, starszy menadżer w Dziale Konsultingu Deloitte, ekspert rynku TMT.
Z raportu Deloitte wynika, że użytkowników smartfonów będzie przybywać. Rośnie drugi obieg tych urządzeń. Według szacunków Deloitte w 2016 roku użytkownicy na świecie sprzedadzą bezpośrednio lub wymienią na nowe 120 mln używanych smartfonów, zarabiając na tym ponad 17 mld dolarów. Stanowi to wyraźny wzrost w stosunku do liczby 80 mln używanych smartfonów o wartości 11 mld dolarów, sprzedanych lub wymienionych na nowe w 2015 roku.
– Ponad 40 proc. dorosłych użytkowników smartfonów w Polsce deklarowało w połowie 2015 r., że w ciągu najbliższego roku chce kupić smartfona. To wszystko pokazuje, że rynek urządzeń używanych i rynek dostępu do nich powinien rosnąć także w Polsce – ocenia Jakub Wróbel.
Zdaniem eksperta większe zainteresowanie smartfonami przekłada się na e-commerce. Liczba osób płacących za produkty i usługi w sieci przy użyciu urządzeń mobilnych może w tym roku sięgnąć 50 mln stałych użytkowników, co oznacza wzrost o 150 proc. w skali roku. Dotychczas mobilne strony sprzedawców notowały niewielką liczbę transakcji z powodu skomplikowanych systemów płatności.
– W pokoleniu milenialsów 75 proc. zakupów e-commerce dokonywane jest przez laptopy, ale już 40 proc. przez smartfony. Smartfony w prawie 80 proc. są też wykorzystywane do wyszukania i porównania między sobą produktów – wskazuje Agnieszka Zielińska.
Raport firmy Deloitte wskazuje, że pogłoski o końcu ery laptopów i desktopów były przesadzone. O ile pokolenie Y to użytkownicy smartfonów, o tyle jego najmłodsi przedstawiciele (do 24 lat) będą w tym roku grupą najczęściej używającą również komputerów. W 13 rozwiniętych krajach na świecie ok. 85 proc. tego pokolenia miało dostęp do laptopa, a urządzenia te nadal będą ogrywały dużą rolę.
– Pokolenie najmłodsze ciągle korzysta intensywnie z laptopów i PC. Co więcej, w ciągu następnych 12 miesięcy 1/4 z tej grupy wiekowej zamierza nabyć laptop bądź desktop – podkreśla dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.
Nowe urządzenia nie pozostają także bez wpływu na telewizję. Z danych Deloitte wynika, że najmłodsze pokolenie w USA spędzi w tym roku przed szklanym ekranem 150 minut, czyli o 20 min. mniej niż w roku ubiegłym.
– We współpracy z Fundacją Projekt Mokotów przebadaliśmy grupę pokolenia Z w Polsce, żeby zobaczyć, jak najmłodsi korzystają z różnych urządzeń i jak odbierają media. Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych korzystają coraz mniej z telewizji, dużo więcej czasu spędzają na smartfonach i wciąż chodzą do kina. Ponad 40 proc. użytkowników smartfonów deklaruje, że spędza przy nich ponad 3 godziny dziennie, a już tylko 13 proc. wskazuje, że tyle samo czasu dziennie ogląda telewizję – wskazuje ekspertka Deloitte.
Rośnie liczba pracowników tymczasowych. W trzecim kwartale 2015 roku ich liczba wyniosła ponad 360 tys. Poszukiwani są przede wszystkim pracownicy produkcyjni, coraz więcej firm decyduje się jednak na zatrudnienie tymczasowych pracowników na wysokich, wyspecjalizowanych stanowiskach. Zdaniem ekspertów praca tymczasowa to dobre rozwiązanie dla osób, które dopiero wchodzą na rynek pracy i nie mają dużego doświadczenia, lub dla osób, które powracają do pracy po urlopie macierzyńskim.
Polski rynek pracy tymczasowej rośnie najszybciej w Europie – w 2015 roku zwiększył obroty o ponad 20 proc. Według danych Polskiego Forum HR w trzecim kwartale minionego roku zatrudniono 364 tys. pracowników tymczasowych. W wielu przedsiębiorstwach pracownicy czasowi stanowią 20 proc. wszystkich zatrudnionych. 40 proc. zatrudnionych w ten sposób stanowią osoby do 26 roku życia. Obecnie pracodawcy poszukują przede wszystkim pracowników produkcyjnych – stanowią oni 84 proc. wszystkich pracowników zatrudnionych tymczasowo. Coraz więcej przedsiębiorstw poszukuje jednak również pracowników umysłowych.
– Z naszych doświadczeń wynika, że są to projekty, w których wymagane jest bardzo duże doświadczenie kandydatów, znajomość języków obcych i różnego rodzaju programów czy systemów, np. finansowo-księgowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Agata Naklicka, team leader temporary recruitment w Grafton Recruitment Polska.
Przedsiębiorstwa decydują się na zatrudnienie pracownika tymczasowego przede wszystkim, gdy nie mają możliwości przyjęcia pracownika na etat. Najczęściej dotyczy to przypadków nagłych zastępstw, gdy stały pracownik zachoruje, zajdzie w ciążę lub zdecyduje się na urlop macierzyński. Czasami firmy uzupełniają w ten sposób braki kadrowe w razie specjalnych zleceń projektowych. W tym przypadku zatrudnienie trwa najczęściej kilka miesięcy bez perspektywy przedłużenia umowy. Zdarza się, że zatrudniając pracownika tymczasowego, pracodawca chce sprawdzić stopień jego motywacji i zakres faktycznych umiejętności.
– Jeżeli jest to stanowisko specjalistyczne, to dany pracownik musi posiadać dokładnie takie same kwalifikacje i jeszcze wykazywać się elastycznością i dużą motywacją, bo od początku wie, że to jest rola czasowa i w dużej mierze to od tego, czy wykaże się na danym stanowisku, zależy, czy będzie szansa, żeby w organizacji pozostać – mówi Agata Naklicka.
Pracownik tymczasowy formalnie zatrudniony jest przez agencję pracy tymczasowej, choć obowiązki zawodowe wykonuje w innej firmie. Za wypłatę pensji oraz odprowadzanie podatku i składek ZUS odpowiedzialna jest więc agencja. Pracownicy czasowi zatrudniani są na umowę o pracę, ale wyłącznie tymczasową. Zwolennikami tymczasowego zatrudnienia są przede wszystkim pracodawcy, zdaniem ekspertów przekonują się do niej jednak także pracownicy.
– Szczególnie dla osób, które rozpoczynają karierę, jest to świetna okazja na zdobycie doświadczenia, poznanie organizacji i sprawdzenie się. To też dobre rozwiązanie dla osób, które wracają po przerwie spowodowanej choćby urlopem macierzyńskim czy rodzicielskim – mówi Agata Naklicka.
Podstawowa różnica między umową o pracę stałą a umową tymczasową dotyczy okresu wypowiedzenia oraz sposobu naliczania urlopu. W przypadku pracowników tymczasowych okres wypowiedzenia wynosi tydzień. Pracownik taki ma również prawo do dwóch dni urlopu wypoczynkowego za każdy miesiąc pozostawania do dyspozycji jednego lub więcej niż jednego pracodawcy użytkownika. Zgodnie z polskim prawem praca tymczasowa nie powinna trwać dłużej niż 18 miesięcy.
95 proc. przedstawicieli pokolenia Z w Polsce ma dostęp do smartfonu. Osoby urodzone po 2000 roku już teraz mają duży wpływ na kształtowanie się rynku mediów i telekomunikacji
W 2016 roku użytkownicy telefonów komórkowych sprzedadzą bezpośrednio lub wymienią na nowe 120 mln używanych przez siebie smartfonów, zarabiając na tym ponad 17 mld dolarów w skali całego świata. Powstanie wtórnego rynku smartfonów jest w coraz większym stopniu widoczne również w Polsce. Ewolucja rynku telekomunikacyjnego dotyczy nie tylko samych urządzeń, ale także sposobów korzystania z nich. W 2016 roku około 26 proc. użytkowników smartfonów w krajach rozwiniętych nie wykona w ciągu danego tygodnia ani jednego tradycyjnego połączenia telefonicznego. Z badania przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte wśród przedstawicieli pokolenia Z (urodzonych po 2000 roku) w Polsce wynika, że wśród gimnazjalistów media społecznościowe wyprzedziły rozmowy telefoniczne i stały się głównym narzędziem do komunikacji. Zdaniem ekspertów Deloitte rynek TMT (technologii, mediów i telekomunikacji) jest dziś w dużym stopniu rynkiem młodych odbiorców, do wymagań których producenci i dostawcy treści będą musieli się dostosować.
Według szacunków Deloitte przedstawionych w corocznym raporcie „Deloitte TMT Predictions 2016” w tym roku użytkownicy na całym świecie sprzedadzą bezpośrednio lub wymienią na nowe 120 mln używanych smartfonów, zarabiając na tym ponad 17 mld dolarów. Stanowi to wyraźny wzrost w stosunku do liczby 80 mln używanych smartfonów o wartości 11 mld dolarów, które sprzedano w 2015 roku. Szacuje się, że w bieżącym roku na świecie zostanie sprzedanych w sumie 1,6 mld smartfonów, co odpowiada wzrostowi o ok. 11 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Około 7 proc. z tej liczby będą stanowić urządzenia używane (w 2015 r. było to około 5 proc.). A jak rynek ten będzie ewoluował w Polsce? „Z naszego badania Global Mobile Consumer Survey, przeprowadzonego w połowie 2015 r. wynika, że co dziesiąty dorosły Polak sprzedał poprzednio używany przez siebie smartfon. Z kolei 41 proc. użytkowników smartfonów w wieku 18-59 lat zadeklarowało, że ma tendencję do kupowania najnowszych urządzeń, jeśli naprawdę im się podobają, a 6 proc. decyduje się na ich zakup jak tylko pojawią się na rynku. Takie podejście może oznaczać, że grupa ta coraz częściej będzie chciała sprzedać poprzednio używany przez siebie model telefonu na rynku wtórnym” – wyjaśnia Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte, ekspert rynku TMT.
Ponadto operatorzy komórkowi w Polsce zaczynają wprowadzać programy, w ramach których zamiast wyrzucać lub odkładać na półkę używany telefon, możemy np. wymienić go w rozliczeniu na nowy. Trzeba jednocześnie zwrócić uwagę, że wyniki badania Global Mobile Consumer Survey 2015 wskazują, że aż 80 proc. polskich użytkowników smartfonów wymieniając swój telefon na nowy, stary zostawia sobie, oddaje innemu członkowi rodziny/ znajomemu lub po prostu wyrzuca.
Jak pokazują dane analizowane przez Deloitte, zmienia się sposób w jaki korzystamy ze smartfonów. Na rynkach rozwiniętych w 2016 roku już około 26 proc. użytkowników smartfonów (ponad dwa razy więcej niż w 2012 roku i o 4 pp. więcej niż w 2015 roku) w ciągu danego tygodnia będzie komunikować się nie wykonując w tym czasie żadnych tradycyjnych połączeń telefonicznych. Zyskali oni miano, tzw. data exclusives. Grupa ta zastąpiła tradycyjne rozmowy np. wiadomościami (w tym SMSami), jednocześnie wykorzystując również usługi umożliwiające transmisję głosu i obrazu przez Internet. „Patrząc na lata 2012 – 2015, liczba zrealizowanych minut rozmów telefonicznych w sieciach komórkowych wzrosła, zmianie zaś uległy dostępność alternatywnych metod komunikacji oraz proporcje ich wykorzystania przez użytkowników. Innymi słowy, coraz intensywniej korzystamy z usług komunikacyjnych opartych na transmisji danych” – tłumaczy Jakub Wróbel. Czy wśród polskich użytkowników smartfonów znajdziemy data exclusives? W połowie 2015 roku tylko około trzy czwarte dorosłych użytkowników smartfonów w Polsce w wieku 18-34 lat stwierdziło, że w ostatnim tygodniu wykonało lub odebrało standardową rozmowę telefoniczną. Ponadto, blisko 30 proc. dorosłych Polaków, częściej niż przed rokiem komunikuje się za pomocą SMSów i innych form wiadomości (wykorzystując do tego celu komunikatory Instant Messaging), e-mail oraz sieci społecznościowych. Jednak patrząc na preferowane usługi komunikacyjne wśród użytkowników smartfonów w Polsce, tradycyjne rozmowy telefoniczne są nadal bardzo popularne. Aż 78 proc. dorosłych użytkowników smartfonów nadal twierdzi, że w ciągu ostatniego tygodnia wykonało lub odebrało połączenie głosowe. Popularniejsze od nich okazały się jedynie SMSy.
Tendencje, które obserwujemy u osób dorosłych mogą być jeszcze bardziej widoczne u dzieci i nastolatków, które zaczynając korzystać z usług telefonii komórkowej, mają dostęp do szerokiego wachlarza różnych form komunikacji oraz nie są obarczone przyzwyczajeniem do rozmów telefonicznych. Firma Deloitte wraz z Fundacją Projekt Mokotów przeprowadziła badanie wśród 630 gimnazjalistów z Warszawy, Poznania i Słupska. Jak się okazuje aż 95 proc. z nich ma dostęp smartfonów, podczas gdy w pozostałych grupach wiekowych odsetek ten nie przekracza 80 proc. Co ciekawe aż 42 proc. gimnazjalistów planuje zakup lub spodziewa się prezentu w postaci smartfonu w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Dostępność smartfonów jest w tej grupie na takim samym poziomie jak laptopów. Większość uczniów gimnazjów (62 proc.) posiada również dostęp do konsoli do gier.
„Nasze badanie pokazało, że młodzi użytkownicy w bardzo krótkim czasie po przebudzeniu sięgają po swój telefon. Aż siedmiu na dziesięciu uczniów szkół gimnazjalnych ma kontakt ze swoim smartfonem już w ciągu kwadransa po obudzeniu się, a bezpośrednio po otwarciu oczu po telefon sięga 36 proc. nastolatków. Wśród pozostałych grup wiekowych odsetek ten wynosi 6-7 proc. Wynika z tego, że smartfon jest naturalną, a jednocześnie integralną częścią ich świata” – wyjaśnia Agnieszka Zielińska, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte, ekspertka rynku TMT.
Aż 46 proc. gimnazjalistów korzysta z telefonu ponad trzy godziny dziennie, dla porównania oglądających telewizję przez taki sam okres czasu jest już tylko 13 proc. Prawie połowa przebadanych nastolatków spędza przed telewizorem tylko do godziny dziennie. Polscy uczniowie od telewizji zdecydowanie wolą Internet. Prawie 80 proc. ankietowanych wykorzystuje swój telefon do oglądania krótkich filmów video, podczas gdy wśród starszych użytkowników odsetek ten wynosi 46 proc. Z kolei 63 proc. gimnazjalistów używa telefonu do streamingu muzyki, w innych grupach wiekowych jest to tylko 12 proc. Dla jednej trzeciej nastolatków telefon służy również do streamingu filmów.
Laptopy, chociaż zdetronizowane przez smartfony, są dla 45 proc. gimnazjalistów najważniejszym urządzeniem, a 34 proc. spodziewa się dostać lub kupić nowy sprzęt tego typu w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Zainteresowanie tabletami jest dużo mniejsze – tylko 16 proc. gimnazjalistów chciałoby kupić lub otrzymać nowy model w kolejnym roku. „Uczniowie szkół gimnazjalnych to prawdziwi data exclusives. Aż 77 proc. z nich komunikowało się przez media społecznościowe w ciągu tygodnia poprzedzającego badanie, a 34 proc. korzysta z portali społecznościowych częściej niż rok temu. Z kolei emaile są rzadko przez nich wykorzystywaną formą komunikacji. Jedynie 16 proc. zadeklarowało, że napisało maila w ciągu ostatniego tygodnia” – mówi Agnieszka Zielińska.
Niewątpliwie na popularyzacji alternatywnych form rozrywki i pozyskiwania informacji przez młodych ludzi traci telewizja, ale jak się okazuje nie kino. Z prognoz Deloitte wynika, że wbrew obawom, które pojawiały się jeszcze dekadę temu, radzi sobie ono nadspodziewanie dobrze. Wartość biletów sprzedanych w USA i Kanadzie w 2016 roku spadnie jedynie o 3 proc. w porównaniu do poprzedniego roku. W średnioterminowej perspektywie liczba sprzedanych biletów będzie spadać o 1 proc. rocznie, ale za to przychody z ich sprzedaży będą rosnąć w tym samym czasie o taką samą wartość. W Polsce w 2005 roku frekwencja w kinach wynosiła 23,6 mln osób, a w 2015 było to już 44,7 mln (wzrost o prawie 90 proc.). Duża popularność seansów kinowych jest widoczna szczególnie wśród gimnazjalistów, w tym wśród tych z mniejszych miast, gdzie kino jest jedną z podstawowych i nielicznych form rozrywki. Aż jedna trzecia wszystkich przebadanych gimnazjalistów była w ubiegłym roku w kinie więcej niż 10 razy.
„Rynek nowych technologii zmienia się bardzo dynamicznie i jest dziś przede wszystkim rynkiem młodych odbiorców, do których wymagań i oczekiwań dostosowują się producenci i dostawcy treści. Dzisiejsze nastolatki narzucają styl konsumowania mediów i urządzeń mobilnych również pokoleniu swoich rodziców. Ci, którzy chcą śledzić trendy, które będą w najbliższych latach decydować o kierunku, w którym podąża sektor mediów, marketingu czy reklamy powinni szczególnie uważnie obserwować najmłodszych reprezentantów społeczeństwa. Bo chociaż jesteśmy już całkiem zaznajomieni z tym, jak i czym żyją millenialsi, to styl życia, zwyczaje czy pragnienia pokolenia Z dopiero zaczynamy poznawać.” – podsumowuje Olgierd Cygan, Agency Managing Partner w Deloitte Digital.
Złoty coraz mocniejszy. Ostatnie sesje przyniosły nam dalsze umocnienie złotego wobec zagranicznych walut. Jak oceniają analitycy większych zmian nie powinniśmy się spodziewać. Przynajmniej do czwartkowego posiedzenia EBC.
– Można powiedzieć, że wobec euro złoty jest najmocniejszy od początku roku. Teoretycznie jest to pochodna tego, co się dzieje na szerokim rynku, czyli wzrost kwotowania ropy naftowej, spadek wyceny dolara – mówi newsrm.tv Konrad Ryczko, analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A.
W szerszym ujęciu wydaje się, iż większość rynku czeka już na czwartkowe posiedzenie EBC, gdzie powszechnie oczekuje się, iż M. Draghi obniży dalej stopy depozytowe oraz zwiększy program stymulacyjny w Strefie Euro. Z drugiej strony coraz częściej pojawiają się już głosy, iż jest to ostatni krok tego typu w wykonaniu EBC, a ewentualne podwyżki stóp przez FED (potencjalnie wrzesień? Wedle FEDWatch) mogą przyspieszyć normalizację polityki monetarnej na świecie. Teoretycznie prawdopodobny ruch ze strony EBC powinien utrzymać dobre nastroje wokół bardziej ryzykownych aktywów oraz m.in. walut CEE. Tradycyjnie jednak należy mieć świadomości, iż duża część tego wpływu jest „już w cenach”. Kwotowania EUR/PLN spadły o blisko 20gr z okolic szczytu na 4,50 PLN. Z drugiej strony ewentualne zawiedzenie rynkowych oczekiwań przez EBC może stać się pretekstem do dynamicznej korekty, również na wycenie PLN.
Na szerokim rynku inwestorzy skupią się na m.in. na danych z Niemiec (produkcja przemysłowa) oraz Strefy Euro (rewizja PKB za IV kw.) Ponadto warto zwrócić uwagę na wskazania dot. inflacji ze Szwajcarii.
Negocjacje dotyczące zakupów powinny przebiegać podobnie jak wszystkie inne negocjacje biznesowe. Niestety, rozmowy handlowe bardzo często koncentrują się wyłącznie na cenie, a to sprawia, że wygrywają oferty najtańsze, ale nie najlepsze.
W ostatnich latach presja na jak najniższe ceny w obszarze transakcji zawieranych pomiędzy przedsiębiorstwami jeszcze wzrosła. Koncentracja na cenach spowodowała, że przedstawiciele firm, którzy zajmują się zakupami, podczas prowadzonych rozmów ograniczają się do tematu kosztów, zupełnie tak, jakby inne elementy współpracy były nieistotne.
Czasem może to prowadzić do groźnych i kosztownych konsekwencji, jak np. w przypadku firmy z branży przetwórstwa mięsnego, która kilka lat temu musiała wycofywać swoje produkty ze sprzedaży, ponieważ wykorzystane opakowania (można przypuszczać, że najtańsze) okazały się nieszczelne. To z kolei mogło narazić klientów na problemy zdrowotne, a producenta – na utratę reputacji.
Czy w ramach negocjacji ustalono takie zasady współpracy, które pozwoliły firmie mięsnej odzyskać koszty poniesione z powodu wadliwych opakowań? Tego nie wiemy, ale przykład ten pokazuje, jak ważne jest, by nie tylko cena stanowiła element negocjacji.
Liczy się nie tylko cena
Aby przeprowadzić skuteczne negocjacje zakupowe, jeszcze przed rozpoczęciem rozmów z danym dostawcą należy określić możliwe obszary negocjacji oraz to, na których z nich kupcy zamierzają skoncentrować się w sposób szczególny.
– Obecnie zakupy ograniczają się z reguły do ceny i przy tym obszarze występuje najwięcej zaangażowania. Pozostałe obszary, takie jak terminy płatności, jakość czy choćby warunki realizacji zamówienia, zostają zepchnięte na margines – mówi Arkadiusz Bober, trener, który w firmie szkoleniowej Effect Group przeprowadza szkolenia dotyczące negocjacji zakupowych.
Niestety, jeśli proces zakupowy zostanie zawężony do ceny, kupiec będzie mógł wykorzystać jedynie te narzędzia negocjacyjne, które prowadzą do kosztowej efektywności zakupów. A to zdecydowanie za mało, jeśli chcemy wywalczyć dobre zasady współpracy, a przy tym otrzymać produkty bądź usługi wysokiej jakości.
– Istotne jest, aby proces zakupów rozszerzyć do negocjacji – twierdzi Arkadiusz Bober. – Negocjacje zaś będzie można uznać za udane, jeśli wcześniej przeliczymy, jakie znaczenie ma dla nas każdy z omawianych obszarów – podkreśla.
Przed rozpoczęciem negocjacji należy więc dokładnie określić, jak ważne są dla firmy kwestie związane np. z okresami płatności, terminowością dostaw, jakością produktu czy ochroną gwarancyjną.
Warto poznać przeciwnika i… siebie
Zasadniczo negocjacje zakupowe nie różnią się w sposób diametralny od innych negocjacji. To, co je wyróżnia, to przede wszystkim wymienione wyżej, specyficzne obszary negocjacji. Kiedy wiemy już, jakie znaczenie mają dla nas poszczególne aspekty potencjalnej transakcji, warto przyjrzeć się narzędziom, jakie stosujemy i świadomie zdecydować o tym, z których i w jaki sposób zamierzamy skorzystać podczas rozmów.
– Jeśli trafimy na kogoś, kto ma w swoim warsztacie dobre, sprawdzone narzędzia, to negocjacje z takim fachowcem będą trudne. Dlatego pierwszymi krokami początkującego kupca powinno być rozpoznanie siebie i swoich narzędzi. Warto wiedzieć, że każdy negocjator jakichś używa, nawet jeśli nie potrafi ich nazwać. Ważne więc, aby zacząć z nich korzystać w sposób świadomy – mówi trener Effect Group.
Poza tym umiejętność wyodrębnienia i nazwania poszczególnych technik negocjacyjnych często pozwoli nam uzyskać przewagę podczas rozmowy i to nawet wtedy, jeśli sami chcielibyśmy unikać manipulacji i pragniemy rozmawiać w sposób jak najbardziej szczery.
– W niektórych sytuacjach, kiedy prowadzimy negocjacje strategią współpracy, warto jest wskazać negocjatorowi drugiej strony, że dokonuje manipulacji. Stwarzamy wtedy szanse na powrót do rozmów w atmosferze pokojowej – mówi Arkadiusz Bober. – Tym bardziej jednak, jeśli mamy do czynienia z negocjatorem agresywnym, odpowiednia wiedza na temat stosowanych przez niego technik może stać się dla nas orężem przybliżającym nas do zwycięstwa – podkreśla trener.
W rozpoznaniu swoich umiejętności oraz w nabyciu nowych niewątpliwie pomóc mogą odpowiednie szkolenia, podczas których nauczymy się skutecznych negocjacji. Skutecznych, tzn. takich, które pozwolą na spełnienie wszystkich warunków, które postawiliśmy przed sobą na początku rozmów.
W przypadku szkoleń z negocjacji, ich szczególną zaletę stanowi możliwość wykonywania ćwiczeń w bezpiecznych warunkach, bez ryzyka ponoszenia faktycznych strat, za to z szansą zyskania szerszego spojrzenia na swoje umiejętności czy też cechy osobowe, jakie wyłaniają się na pierwszy plan podczas negocjacji. Trudno o podobną okazję w warunkach faktycznych rozmów handlowych, gdzie stres często uniemożliwia kontrolowanie wszystkich aspektów naszych zachowań.
Praktyka czyni mistrza
Nie ulega wątpliwości, że najwięcej możemy się nauczyć podczas „prawdziwych” rozmów handlowych. Nie muszą to być zresztą wyłącznie sytuacje biznesowe, związane z pełnioną funkcją zawodową. Negocjacji możemy uczyć się dokonując codziennych zakupów, a w szczególności wówczas, gdy planujemy poważne wydatki, związane chociażby z kupnem mieszkania czy samochodu. Warto wykorzystywać podobne okazje do ćwiczenia własnych umiejętności.
– Doświadczanie empiryczne, „na własnej skórze”, przynosi najtrwalsze korzyści. Dlatego każdy, kto chce być skutecznym negocjatorem, powinien praktykować negocjacje wszędzie tam, gdzie pojawia się taka możliwość – zachęca Arkadiusz Bober. – Istotne w procesie rozwoju jest popełnianie błędów, bo to na nich uczymy się najwięcej. Zatem negocjujmy wszędzie tam, gdzie na taką naukę możemy sobie pozwolić, szczególnie, jeśli konsekwencje potencjalnej porażki będą dla nas mało dotkliwe – podkreśla.
Warto także posiłkować się literaturą fachową, traktując ją jako źródło cennego wsparcia i inspiracji. Pamiętajmy jednak, że za wyniki negocjacji nie będzie odpowiadał autor książki czy szkolenia, ale my sami. Jeśli więc chcemy stać się dobrymi negocjatorami, sami musimy stawiać przed sobą wyzwania i nieustannie doskonalić swoje umiejętności.
Western Union (NYSE: WU), światowy lider usług przekazów pieniężnych oraz największy bank w Polsce PKO Bank Polski, zainicjowały współpracę, oferując klientom większą wygodę w przesyłaniu przekazów Western Union bezpośrednio na konto osobiste za pośrednictwem smartfona.
Klienci PKO Banku Polskiego mogą kierować przekazy pieniężne Western Union (WU) bezpośrednio na konto osobiste w aplikacji mobilnej banku – mając możliwość korzystania z pieniędzy w dowolnej chwili i z dowolnego miejsca.
Western Union kontynuuje rozwój swojej międzynarodowej platformy, umożliwiając klientom płynne przekazywanie i odbiór pieniędzy w coraz bardziej zróżnicowany sposób. Obecnie 80% ubankowionych klientów w Polsce korzysta z bankowości internetowej, a procent użytkowników bankowości w smartfonach stale rośnie.
„Wzbogacanie palety możliwości odbierania przekazów pieniężnych przy wykorzystaniu bankowości mobilnej otwiera kolejny etap w naszej długiej i niezwykle owocnej współpracy z PKO Bankiem Polskim – powiedział Konrad Olszaniecki, Dyrektor na Region Europy Centralnej i Wschodniej, Western Union.
Wprowadzenie mobilnej aplikacji oznacza, że PKO Bank Polski jest pierwszym agentem Western Union w Polsce, który oferuje usługi przekazywania pieniędzy w kanałach tradycyjnych, bankowości elektronicznej, w tym bankowości mobilnej. Poza możliwością odbierania pieniędzy wprost na konto bankowe przekazy Western Union mogą być wypłacane w całej sieci 2200 placówek PKO Banku Polskiego, poprzez serwis bankowości elektronicznej iPKO oraz w ponad 3000 bankomatów oznaczonych logo PKO Banku Polskiego. W zależności od wybranego kanału wypłaty, realizacja przekazu Western Union możliwa jest w złotych, dolarach amerykańskich, funtach brytyjskich lub euro.
„Jako społeczeństwo jesteśmy coraz bardziej otwarci na nowe technologie i mobilni – również w bankowości. W rezultacie stale rośnie liczba transakcji, zarówno płatności jak
i przekazów, dokonywanych za pośrednictwem nowoczesnych kanałów. Udostępnienie naszym klientom przekazów Western Union w aplikacji IKO poszerza możliwości bankowania na smartfonie”, powiedział Piotr Helbich, dyrektor Biura Kart i Płatności z PKO Banku Polskiego.
Z nowej usługi mogą skorzystać wszyscy klienci PKO Banku Polskiego, którzy posiadają dostęp do swoich kont osobistych poprzez aplikację IKO. Na początek z usługi będą mogli skorzystać klienci posiadający iPhone, następnie usługa zostanie udostępniona użytkownikom Adroida i Windowsa. Odbiorca przekazu musi jedynie zalogować się do aplikacji IKO w swoim smartfonie i wybrać usługę wypłaty przekazu Western Union. Po podaniu numeru kontrolnego przekazu odbierana kwota zostanie wpłacona na jego rachunek.
Tomasz Krajewski, prezes SkyCash, zajął drugie miejsce w rankingu 50 najbardziej kreatywnych w biznesie. Listę osób twórczo rozwijających prowadzone przez siebie firmy już po raz szósty przygotował magazyn Brief.
7 marca br., podczas finałowej gali, ogłoszono zwycięzców szóstej edycji rankingu 50 najbardziej kreatywnych w biznesie. Co roku redakcja magazynu Brief wyróżnia osoby stojące za sterami firm, które wyróżniają się nieszablonowym myśleniem i podejściem do biznesu. Pod uwagę brane są przedsiębiorstwa różnej wielkości, które dzięki twórczej postawie menedżerów wyprzedzają działania konkurencji. Tomasz Krajewski, prezes SkyCash Poland S.A, trafił do rankingu po raz pierwszy, zajmując w nim wysoką, drugą pozycję.
Funkcję prezesa Tomasz Krajewski pełni w SkyCash od blisko dwóch lat. Pod jego rządami firma wkroczyła w etap najszybszego w swojej historii rozwoju, czego pierwszym sygnałem było nawiązanie współpracy z PKP Intercity. Pod koniec grudnia 2014 r. SkyCash odnotował pierwszy milion pobrań aplikacji, a już dziewięć miesięcy później wynik ten został podwojony. Firma jest obecnie największym polskim systemem płatności przez komórkę, działającym w kilkudziesięciu miastach na terenie całego kraju. Znalazło to odzwierciedlenie m.in. w ogłoszonym pod koniec ubiegłego roku Deloitte Technology Fast 500 EMEA – rankingu najszybciej rozwijających się spółek technologicznych z Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA). SkyCash zajął w nim 46. miejsce, będąc jednocześnie jedyną polską firmą w pierwszej 50. zestawienia.
– Rozwijanie SkyCash to nieustanne podnoszenie poprzeczki – mówi Tomasz Krajewski. Wciąż wprowadzamy nowe usługi lub modernizujemy istniejące, ponieważ takie są oczekiwania coraz bardziej mobilnych użytkowników. Jednocześnie rozbudowujemy sieć partnerów, którzy przychodzą do nas coraz chętniej, ponieważ SkyCash stał się w Polsce symbolem płatności mobilnych – dodaje.
Stanowiąca serce SkyCash aplikacja mobilna jest stale rozwijana o dodatkowe funkcje, przy czym źródłem wielu z nich są sugestie samych użytkowników. W ostatnim czasie firma udostępniła m.in. możliwość dokonywania mniejszych transakcji bez konieczności autoryzowania ich kodem PIN. Całkowitej przebudowie uległa też najpopularniejsza obecnie usługa mobiParking, która pozwala regulować należność za parkowanie w blisko 40 polskich miastach. Spośród licznych zmian na pierwszy plan wysuwa się możliwość uruchomienia postoju za pomocą zaledwie dwóch dotknięć ekranu telefonu
Świat obiegła niedawno informacja, że SMS chyli się ku końcowi. Wszystko to za sprawą prac nad nowym formatem wiadomości – RCS – do których dołączył Google. Czy działania międzynarodowej organizacji GSMA oraz Google spowodują, że spadnie liczba wysłanych SMS-ów lub całkowicie odejdą do lamusa? Jak wskazują najnowsze dane GUS* (o 557 mln wzrosła liczba wysyłanych SMS-ów) ich pozycja wydaje się być w Polsce jeszcze długo niezachwiana.
Przede wszystkim należy zaznaczyć istotną różnicę pomiędzy powiadomieniami SMS a nowym formatem RCS (ang. Rich Communication Services). RCS ma umożliwiać przesyłanie plików dowolnego rozmiaru np. zdjęć w wysokiej rozdzielczości, prowadzenie grupowych konwersacji, wykonywanie połączeń wideo, udostępnianie plików czy informacji o odczytaniu wiadomości, które do tej pory nie są dostępne w przypadku SMS-ów. Tutaj pojawiają się kluczowe kwestie. Czym w takim razie RCS różni się od dostępnych już na rynku, darmowych aplikacji jak Facebook Messenger, Whats App, Skype czy iMessage? Czy możliwe jest, aby w krótkim czasie, dzięki wsparciu Google użytkownicy smartfonów automatycznie zamiast po SMS-a czy jedną z aplikacji sięgali po RCS?
Z najnowszego raportu Rynek usług telekomunikacyjnych w Polsce w 2015 roku przygotowanego na zlecenie UKE wynika, że 92 proc. Polaków posiada telefony komórkowe, natomiast ponad połowa z nich (54 proc.) posiada smartfona. Co interesujące, jeśli weźmiemy pod uwagę funkcjonalności z jakich najczęściej korzystamy, to na pierwszych miejscach znalazły się połączenia wewnątrz własnej sieci oraz do innych sieci komórkowych i SMS-y. Na kolejnych połączenia z internetem oraz aplikacje w smartfonach, z których odpowiednio każdego dnia korzysta 25 proc. i 11 proc. badanych.
– Z przeprowadzonego przez nas badania Komunikacja SMS w Polsce 2014 wynika, że nadal główną formą komunikacji użytkowników smartfonów są SMS-y. Komunikatory mobilne wybierane są jedynie przez 42 proc. z nich – mówi Daniel Zawiliński z Platformy SerwerSMS.pl zajmującej się masową wysyłką SMS-ów. – Zdajemy sobie sprawę, że w świecie tak dynamicznie zmieniających się technologii, internet mobilny zyskuje na popularności. Dlatego, aby poznać preferencje komunikacyjne w tym roku również zdecydowaliśmy się przeprowadzić wspomniane badanie. Obecnie trwa jego czwarta odsłona, której wyniki poznamy już wkrótce. Nie sposób nie dodać, że sami jesteśmy bardzo ciekawi jak i czy na przestrzeni roku zmieniło się podejście Polaków do powiadomień SMS – dodaje.
SMS-y rosną w siłę?
Jak wskazują dane* GUS opublikowane we wrześniu 2015, o 557 mln wzrosła liczba SMS-ów wysyłanych przez Polaków, co może wskazywać, że scenariusz dotyczący zastąpienia SMS-ów aplikacjami mobilnymi jeszcze przez długi czas się nie spełni. Skąd wynika tak duże przywiązanie do SMS-ów? Poza przyzwyczajeniem Polaków do tej formy komunikacji oraz jej uniwersalnością (z SMS-ów możemy korzystać niezależnie od rodzaju posiadanego telefonu czy systemu operacyjnego) decyduje również szybkość, prostota i niezawodność. Dostęp mobilny w telefonie komórkowym lub tablecie posiada tylko 7 proc. Polaków**, a na mapie zasięgu internetu w Polsce nadal widnieją białe plamy. To właśnie dlatego tak wiele osób częściej wybiera tradycyjnego SMS kiedy chce poinformować swoich bliskich np. o ważnym wydarzeniu z życia.
Warto również zwrócić uwagę na sposób komunikacji, kiedy przebywamy za granicą. Osoby, które decydują się na obniżenie kosztów usług telekomunikacyjnych najczęściej wysyłają SMS-y zamiast dzwonić oraz decydują się na blokowanie w telefonie transferu danych. Sprzyja temu m. in. systematyczne obniżanie stawek roamingowych w Unii Europejskiej. Od końca kwietnia tego roku opłata za SMS-a ma zostać zmniejszona z 6 do 2 eurocentów. Czy w takim razie GSMA i Google uda się przekonać użytkowników wiadomości SMS do nowego formatu RCS?
RCS rzuca wzywanie
– Coraz większy udział aplikacji mobilnych w komunikacji jest naturalną koleją rzeczy, wynikającą z rozwoju rynku mobile. Jak pokazuje nam praktyka mimo pojawiających się nowych sposobów komunikowania np. Facebook Messengera, wiadomości tekstowe nadal pozostają w czołówce. Co więcej, mobilne wersje komunikatorów, czy aplikacje mobilne doskonale współistnieją z SMS-ami, a niejednokrotnie wręcz się z nimi uzupełniają – mówi Daniel Zawiliński, CMO Platformy SerwerSMS.pl.
Sam fakt, że do prac nad nowym formatem RCS przystąpiło Google może okazać się przełomowy, bo jak wiadomo gigant dysponuje zapleczem, które może przyspieszyć prowadzone od 2007 roku prace. Duże znaczenie będzie mieć również sama popularyzacja RCS. Choć nowy format ma być początkowo wdrożony na smartfony posiadające system operacyjny Android, to zgodnie z zapowiedziami rozwiązanie ma zostać udostępnione na zasadach open source.
– Należy również zwrócić uwagę na poziom umiejętności obsługi smartfonów, a co za tym idzie aplikacji. W dalszym ciągu dla wielu użytkowników obsługa tego oprogramowania to spore wyzwanie. Dlatego moment, w którym RCS zastąpi powiadomienia SMS, czy też zrówna się poziomem popularności np. z Facebook Messengera możemy uznać za odległą przyszłość. Smartfony są używane najczęściej przez osoby do 34 roku życia** – mówi Daniel Zawiliński z SerwerSMS.pl.
Rozpowszechnienie nowej aplikacji może okazać się trudniejsze niż mogłoby się wydawać, m. in. ze względu na intuicyjne uruchamiane powiadomień SMS lub coraz popularniejszych komunikatorów mobilnych. Czy kolejne rozwiązanie, w obliczu innych, mocno zakorzenionych, znajdzie uznanie wśród użytkowników smartfonów? Okaże się już wkrótce.
Pięćset miejsc pracy, nowoczesne Centrum Badawczo-Rozwojowe i innowacyjny projekt budowy sztucznej inteligencji. Cinkciarz.pl właśnie rozpoczął przedsięwzięcie, które przyniesie wymierne korzyści m.in. dla klientów biznesowych i indywidualnych użytkowników serwisu.
– Nie po raz pierwszy kreujemy przełomowe rozwiązania na rynku wymiany walut. To, czego podejmujemy się tym razem, to projekt na miarę stworzenia kantoru internetowego. Klienci korzystający z usług serwisu oszczędzają dziś do 9 proc. Naszym celem jest znaczące zwiększenie tej stawki – zapowiada Marcin Pióro, prezes Cinkciarz.pl.
Sztuczna inteligencja
Badania nad budową sztucznej inteligencji będą koncentrowały się wokół zaawansowanych technologii informatycznych, umożliwiających podejmowanie decyzji finansowych związanych z wymianą walut. – Sztuczna inteligencja, nad którą pracuje Cinkciarz.pl, będzie uczyła się wszystkiego, co pomocne w podjęciu najbardziej korzystnych decyzji transakcyjnych. To projekt, z którym wiążemy wielkie plany, ponieważ wymiana walut jest i zawsze będzie naszą główną specjalizacją. Mamy na tym polu wieloletnie doświadczenie, które z pewnością pozwoli nam skutecznie realizować postawione sobie cele. Nie zmienia to faktu, że rozwiązanie usprawniające proces podejmowania decyzji może znaleźć zastosowanie w wielu innych dziedzinach życia, m.in. w wojskowości czy lotnictwie – opowiada Marcin Pióro.
Efektem badań będą nowe usługi charakteryzujące się wysoką innowacyjnością. – Nowatorskie podejście do kwestii wymiany walut będzie połączone z nowoczesną i zwinną architekturą systemową opartą o mikroserwisy. Realizacja planu umożliwi spółce osiągnięcie statusu pioniera w rozwoju usług wymiany walut nie tylko w Polsce, ale i na świecie – dodaje prezes Cinkciarz.pl.
Cinkciarz.pl zamierza je skomercjalizować na międzynarodowych rynkach, szczególnie na tych, na których już jest obecny lub umacnia swoją obecność tj. w UE, USA, a w dalszej perspektywie w Azji. Projekt sztucznej inteligencji będzie adresowany i dostosowany do potrzeb różnych grup użytkowników. Firma zamierza udostępnić rozwiązanie klientom indywidualnym oraz korporacjom, małym i średnim przedsiębiorstwom, traderom, bankom i instytucjom finansowym.
Lepsze dane z UE; inflacja w Czechach; odwołanie wiceministra finansów Konrada Raczkowskiego; spekulacje na temat posiedzenia EBC; wystąpienie prezesa Banku Anglii, które osłabiło funta – wczorajszy dzień obfitował w wydarzenia.
Wczorajsze dane nie były szczególnie bogate. Pojawiła się co prawda rewizja PKB dla strefy euro, ale nie wniosła ona za wiele na rynku. Nawet pomimo tego, że wbrew oczekiwaniom analityków nie zrewidowano w dół rocznego wzrostu względem wstępnych danych. Było widać lekkie wzmocnienie euro tuż po danych, ale zostało one szybko wyrównane.
Od rana poznaliśmy dane na temat zmian cen z Czech. Inflacja rośnie w skali roku już o 0,5%. Powoli wskaźnik ten będzie rósł, gdyż ostatnimi miesiącami był on dławiony przez spadki cen paliw. Obecnie ceny nie spadają już tak bardzo w związku z czym presja deflacyjna powinna ustawać. Czeska korona ze względu na jej ostatnie nieformalne powiązanie z kursem euro nie zareagowała na te dane. Czeski Bank od miesięcy broni poziomu 27 koron za jedno euro.
Konrad Raczkowski, autor niefortunnego sformułowaniu o upadku kilku małych banków w Polsce w 2016 roku, przestał być wiceministrem finansów. Został odwołany przez premier Beatę Szydło na wniosek ministra Pawła Szłamachy. Nawet jeżeli się mylił, co wcale nie jest takie pewne, to dla stabilności systemu bankowego nie powinno się prowokować takimi wypowiedziami. Potencjalne skutki strachu i związanych z tym nieracjonalnych zachowań klientów mogą być znacznie bardziej dotkliwe dla sektora niż samo bankructwo. Dobrze, że nie wymienił żadnego banku z nazwy, gdyż wtedy byłby to olbrzymi cios dla jego płynności. Nie wiadomo zresztą czy mowa była o bankach, czy SKOK-ach.
Na rynkach trwają spekulację na temat efektów czwartkowego posiedzenia EBC w tym tygodniu. Spośród możliwych scenariuszy wymieniane jest oprócz oczywiście braku zmian kilka ciekawych posunięć. Jednym z nich jest dalsza obniżka stopy depozytowej o kolejne 0,1%. Wyniosłaby ona wtedy -0,4%. Drugim rozważanym rozwiązaniem jest zwiększenie skali interwencji na rynku z obecnych 60 miliardów euro miesięcznie. Jak powinny reagować rynki na te informacje? Jeżeli EBC będzie stymulować mocniej niż oczekują inwestorzy powinien być to sygnał osłabiający euro względem głównych walut. Odwrotna sytuacja powinna mieć miejsce gdyby EBC nie stymulował, bądź stymulował mniej od przewidywań. W takim scenariuszu możemy się spodziewać umocnienia euro. Biorąc pod uwagę ostatnie ruchy na głównej parze walutowej rynki nie spodziewają się znacznego luzowania ze strony EBC.
Wczorajsze wystąpienie Marka Carney’a szefa Banku Anglii w brytyjskim parlamencie na temat wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej sprowokowała kolejną przecenę. Z jednej strony nie padły tam żadne konkrety sugerujące tak silny ruch, ale to może właśnie dlatego inwestorzy tak nerwowo zareagowali.
Po wejściu w życie znowelizowanej ustawy o listach zastawnych największy polski bank zamierza wprowadzić w tym roku do oferty oparte na tym instrumencie kredyty hipoteczne o stałej stopie oprocentowania. PKO Bank Polski chce też usprawniać bankowość mobilną, zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa, oraz inwestować w szkolenia personelu i modernizację placówek.
– Mam nadzieję, że w 2016 roku po raz pierwszy wyjdziemy z szeroką ofertą kredytów hipotecznych o stałej stopie. Wyemitujemy obligacje o stałej stopie, a następnie zaoferujemy kredyt hipoteczny o stałej stopie naszym klientom. Do tego służy nasz bank hipoteczny, który rozpoczął działalność w ubiegłym roku, na początku tego roku weszła w życie nowelizacja ustawy o listach zastawnych, czyli obligacjach zabezpieczonych, które mogą finansować akcję kredytową – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Zbigniew Jagiełło, prezes PKO Banku Polskiego.
Jak podkreśla Jagiełło taka oferta pozwoli na ustabilizowanie raty kredytu, co da możliwość zaplanowania wydatków klientom. W 2015 roku co czwarty kredyt hipoteczny na polskim rynku udzielany był właśnie przez PKO Bank Polski. Oznacza to kwotę około 10 mld zł.
Zysk netto banku w 2015 roku wyniósł 2,6 mld zł i chociaż był niższy od tego z 2014 roku o 19,8 proc., to należy pamiętać, że zysk netto całego sektora spadł o 27,6 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Oznacza to wzrost udziału PKO Banku Polskiego w rynku do 22 proc.
– W 2016 roku nadal chcemy być najlepszym bankiem na polskim rynku w zakresie dwóch podstawowych czynników. Po pierwsze, chcielibyśmy, żeby zysk netto za rok 2016 był tak jak w poprzednich latach najlepszy na polskim rynku, po drugie, chcemy pod względem wielkości aktywów PKO Banku Polskiego tak jak w poprzednich latach być numerem jeden na rynku i o to będziemy walczyć.
Na koniec grudnia aktywa PKO Banku Polskiego wynosiły prawie 267 mld zł. Od aktywów bank będzie musiał odprowadzić obowiązujący od lutego bieżącego roku podatek bankowy. Sam bank szacuje, że będzie to oznaczało w tym roku koszt rzędu 812 mln zł.
– Te decyzje są od nas niezależne i musimy je antycypować w naszych działaniach. Podatek bankowy jest faktem, a czy będą zmieniane stopy procentowe w górę czy w dół, tego nie wiemy. Natomiast bank zawsze w takich sytuacjach potrafił się dostosować w kwestii i kredytów, i depozytów i to również będziemy robili w tym roku – zapewnia Jagiełło. – W Polsce nie widzimy potencjalnych problemów. Natomiast widzimy, że tzw. bilans ryzyk sytuacji zewnętrznej na świecie – czy to kwestia surowców, czy spowolnienia w Chinach, czy napięć geopolitycznych – może wpływać na Polskę. Miejmy nadzieję, że ten wpływ nie będzie tak znaczący i nie zatrzyma wzrostu gospodarczego w naszym kraju albo nie spowoduje innych perturbacji.
Pomimo podatku bankowego PKO Bank Polski zamierza nadal inwestować zarówno w pracowników, jak i w modernizację oddziałów i unowocześnianie usług.
– PKO Bank Polski zawsze inwestuje w ludzi. Mówimy tu o zarówno szkoleniach, kształceniu, wzroście wynagrodzeń, jak i o inwestycji w środki trwałe. Mamy 1,2 tys. placówek bankowych w całym kraju, one co roku wymagają uwagi, tego, żeby były odnowione albo przeniesione w lepsze dla klientów miejsce – mówi szef PKO Banku Polskiego.
Jak zaznacza Zbigniew Jagiełło, kierowany przez niego bank będzie także inwestował w zwiększenie dostępności usług poprzez aplikacje mobilne i utrzymanie bezpieczeństwa transakcji dokonywanych tą drogą. W maju ma też zostać przedstawiona nowa strategia banku. Według wstępnych zapowiedzi będzie ona zakładała wzrost organiczny i oportunistyczne podejście do akwizycji.
Kodeks pracy nie odpowiada na dzisiejsze potrzeby rynku – ocenia Jacek Męcina z Rady Dialogu Społecznego. Konieczne jest uproszczenie regulacji oraz doprecyzowanie przepisów dotyczących czasu pracy i zawierania umów o pracę. Kodeks powinien wspierać mniejsze przedsiębiorstwa oraz firmy rodzinne, a także promować wśród pracodawców zatrudnianie na etat.
Obecnie obowiązujący Kodeks Pracy funkcjonuje od 1973 roku i był kilkadziesiąt razy nowelizowany, a próby napisania go od nowa były nieskuteczne. Dlatego Jacek Męcina pozytywnie ocenia zapowiedź minister pracy o powołaniu Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Pracy. W jej skład mają wejść przedstawiciele rządu, pracodawców i związków zawodowych. Według zapowiedzi miałaby zacząć działać od 1 września br.
– Indywidualne prawo pracy ulega częstszym zmianom, zbiorowe prawo pracy właściwie od początku lat 90. jest na podobnym poziomie i daleko idących zmian nie było. Coraz mniej przystaje on do rzeczywistości. Rynek pracy i współczesna gospodarka wymuszają zupełnie inne podejście do Kodeksu pracy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Męcina, ekspert Konfederacji Lewiatan i członek Rady Dialogu Społecznego.
Ekspert podkreśla, że konieczne jest uproszczenie regulacji, bo Kodeks pracy mógłby być o połowę mniejszy.
– Co z tego, że zapiszemy w nim piękne idee, jeśli one w praktyce nie będą realizowane i zafundujemy sobie szarą strefę, a więc coś, co jest najgorszego dla rynku pracy – podkreśla Męcina.
W jego ocenie w polskim prawie pracy brakuje przepisów, które wspierałyby sektor najmniejszych przedsiębiorstw. Spośród 1,8 mln działających w Polsce firm, blisko 99 proc. stanowią właśnie te mniejsze. Sektor MŚP tworzy 6 mln miejsc pracy, odpowiada też za połowę wytwarzanego PKB. Większość firm wskazuje jednak na szereg problemów, w tym również zbyt wysokie pozapłacowe koszty pracy. Należy również ulżyć firmom rodzinnym, które funkcjonują w oparciu o przepisy prawa pracy.
– Jestem także za porozumieniami zakładowymi czy nawet układami zbiorowymi pracy. To tam powinny się znajdować wszystkie standardy BHP, a nie na kilkuset stronach ustaw i rozporządzeń, które szczegółowo regulują czynniki emisji i zagrożenia z tym związane – przekonuje Męcina.
Część norm Kodeksu pracy można byłoby przenieść na poziom zakładów pracy i w ten sposób zostawić je do decyzji pracodawców i pracowników. Lepszy dialog w firmach mógłby się przyczynić do większej konkurencyjności polskiej gospodarki i poprawy warunków pracy. Przykładem mogą być Niemcy, gdzie to układy zbiorowe są podstawą regulacji stosunków pracy.
Męcina podkreśla, że jednym z najważniejszych zadań jest stworzenie rozwiązań, które zachęcałyby pracodawców do stosowania umów o pracę. Jedna z propozycji resortu pracy zakładała podpisanie umowy społecznej ze związkami zawodowymi i pracodawcami. W zamian za zatrudnianie na etat firmy otrzymywałyby np. ulgę podatkową lub ulgę w opłacaniu składek, a to z kolei pozwoliłoby im na podwyższanie pensji.
– Działania, które w ostatnim czasie podejmują także organizacje pracodawców, to promowanie umów o pracę. To również wysiłki związane z zamówieniami publicznymi, aby w przetargach, zwłaszcza gdy wydajemy publiczne pieniądze, priorytetem było wydatkowanie środków w ramach świadczenia usług na podstawie umowy o pracę. Tam, gdzie państwo ma wpływ na jakość zatrudnienia, ten wpływ powinien być realny – podkreśla Jacek Męcina.
Z raportu Konfederacji Lewiatan wynika, że od połowy 2014 roku, kiedy do Prawa zamówień publicznych wprowadzono możliwość zastosowania klauzuli społecznych (np. przyznawanie dodatkowych punktów w przetargu dla firm zatrudniających na podstawie o umowy o pracę lub wymaganie takich umów) liczba osób zatrudnionych na etatach wzrosła o 50 tysięcy. O tyle samo spadła liczba zatrudnionych na umowy cywilnoprawne. Raport wskazuje jednak, że klauzule społeczne to wciąż niedoceniane przez zamawiających kryterium.
Zapowiadane przez resort pracy wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej w umowach cywilnoprawnych na poziomie 12 zł powinno oznaczać, że każdy zamawiający w przetargu publicznym będzie uwzględniał w kalkulacji budżetów taką stawkę. W przypadku trwających projektów konieczne byłoby renegocjowanie umów tak, by związane z minimalną stawką koszty nie były przerzucane na pracowników. Jak wskazuje Konfederacja Lewiatan, szereg placówek publicznych nie kalkuluje budżetów na usługi ochrony lub czystości w taki sposób, by pracownicy mieli zagwarantowane przynajmniej minimalne wynagrodzenie. Niektóre z nich roboczogodziny wyceniają na 5–6 zł (bez VAT).
Technologia opracowana przez polskich naukowców umożliwia wykorzystanie porożogennych komórek macierzystych w medycynie, weterynarii i kosmetologii. Naukowcy z wrocławskiej spółki Stem Cells Spin SA we współpracy z Uniwersytetem Przyrodniczym we Wrocławiu opracowali także prototypy wyrobów medycznych wspomagających regenerację i gojenie po przeszczepach, regenerację rogówki oka oraz do stosowania w jamie ustnej w przypadku wystąpienia zmian chorobowych błony śluzowej. Trwają prace nad lekami, które mogą zrewolucjonizować leczenie wielu chorób, m.in. żylaków, łuszczycy i uszkodzeń rogówki oka.
Poroże jeleni jest jednym z najszybciej regenerujących się organów u ssaków – w szczytowym okresie regeneracji jest w stanie przyrosnąć nawet 2 cm na dobę. Daje to ogromny potencjał różnicowania się i wzrostu komórkowego. Polskim naukowcom udało się przenieść to zjawisko ze świata przyrody do laboratorium. Nad wynalazkiem przez kilka lat pracowali naukowcy z Akademii Medycznej we Wrocławiu. Pierwszy materiał do badań w postaci dwóch małych krążków z poroża, został pobrany od jelenia z wrocławskiego ogrodu zoologicznego. Z fragmentów tkanki uzyskano komórki macierzyste, które z czasem utworzyły linię komórek o nazwie MIC-1.
– Sposób pobrania, hodowli i zastosowanie porożogennych komórek MIC-1 oraz homogenatu z komórek macierzystych został opatentowany. Hodujemy te komórki na skalę przemysłową jako jedyni na świecie. Wykorzystujemy ogromny potencjał tkwiący w tych komórkach macierzystych – mówi agencji informacyjnej Newseria dr hab. Marek Cegielski, wiceprezes zarządu Stem Cells Spin.
Na bazie doświadczeń wrocławskich naukowców powstała spółka Stem Cells Spin, która zajmuje się wykorzystaniem niezwykłych właściwości porożogennych komórek macierzystych w kosmetologii, weterynarii oraz medycynie ludzkiej. Działanie regeneracyjne porożogennych komórek macierzystych polega głównie na odbudowie i odmłodzeniu starzejących się lub uszkodzonych komórek. MIC-1 stymulują te komórki do podziału i przywracają ich prawidłowe funkcje w rekordowo szybkim tempie. Badania nad komórkami macierzystymi z poroża jelenia prowadzone są na całym świecie, tylko polskim naukowcom udało się jednak wyprowadzić ich stabilną hodowlę oraz opracować technologię przemysłową wykorzystywania substancji na bazie porożogennych komórek macierzystych do produkcji kosmetyków, wyrobów medycznych i leków.
– Powstały cztery prototypy wyrobów medycznych. Dwa dermatologiczne, czyli jeden na rany i skórę, otarcia naskórka, a drugi wspomagający regenerację i gojenie po przeszczepach. Trzeci wyrób medyczny przeznaczony jest do aplikacji do worka spojówkowego i wspomaga regenerację rogówki oka, a czwarty wyrób medyczny to żel do stosowania w jamie ustnej w przypadku wystąpienia zmian chorobowych błony śluzowej – mówi dr hab. Marek Cegielski.
Strategia biznesowa spółki opiera się na produktach, które można było wprowadzić na rynek w krótkim czasie, czyli dermokosmetykach, weterynaryjnych środkach pielęgnacyjnych i surowcach biologicznych otrzymanych z porożogennych komórek macierzystych, oraz w dłuższej perspektywie, czyli produktach leczniczych. Jak dotąd naukowcy stworzyli linię dermokosmetyków, w skład której wchodzą m.in. takie produkty, jak krem do pielęgnacji okolic oczu, serum odbudowujące do skóry twarzy czy krem pielęgnacyjny dla mężczyzn. Trwają prace nad wprowadzeniem na rynek opracowanych prototypów wyrobów medycznych oraz badania nad wykorzystaniem porożogennych komórek w produktach leczniczych
– Aby opracować kiedyś lek, niezbędne są dalsze badania i w takim kierunku chcielibyśmy pójść, jeżeli dostaniemy odpowiednie finansowanie. Na realizację projektu, którego celem było opracowanie prototypów wyrobów medycznych, dostaliśmy 64 mln zł, z tego dofinansowanie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju wyniosło 57 mln zł, jednak mieliśmy bardzo mało czasu na realizację tego projektu, bo tylko 29 miesięcy – mówi prof. dr hab. Józef Nicpoń z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, który był partnerem w konsorcjum realizującym projekt wspólnie z Stem Cells Spin SA.
W przyszłości spółka zamierza prowadzić badania nad lekiem wykorzystującym substancje na bazie porożogennych komórek macierzystych do regeneracji ścięgien, rogówki oka, kości, chrząstek powierzchni stawowych, tkanek mięśniowych i nerwowych, a także nad lekiem wspomagającym gojenie się trudnych ran i preparatem stymulującym porost włosów. Prowadzenie badań ułatwić ma nowe laboratorium badawczo-produkcyjne powstałe we Wrocławiu w ramach tego projektu.