Co dziesiąty Polak ma problemy z nietrzymaniem moczu. Według chorych Ministerstwo Zdrowia utrudnia im leczenie

CEO Magazyn Polska

Nietrzymanie moczu to trudna, krępująca i często bolesna dolegliwość. Co gorsza, pacjenci, których dotknął ten problem, muszą nie tylko przełamać barierę wstydu i zacząć leczenie, lecz także zmagać się z – ich zdaniem – absurdalnymi przepisami Ministerstwa Zdrowia. Dlatego też chorzy domagają się, by zniesiono wymóg badania urodynamicznego, które jest warunkiem refundacji, i apelują o wprowadzenie nowoczesnych środków farmakologicznych.

– Problem pęcherza nadreaktywnego i nietrzymania moczu jest ogromny. Szacuje się, że w Polsce prawie 10 proc. społeczeństwa cierpi na taką przypadłość. To prawie 4 mln osób. Są to zarówno mężczyźni, jak i kobiety, nie tylko osoby starsze, lecz także bardzo młode, kobiety po porodach, dzieci – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Sarbak, prezes Stowarzyszenia Osób z Nietrzymaniem Moczu UroConti.

Ze statystyk wynika, że problem nietrzymania moczu (NTM) dotyka co ósmą kobietę w wieku do 39 lat, a co drugą po menopauzie. Dla większości z nich jest to bardzo wstydliwe schorzenie. Blisko 2/3 kobiet nigdy nie skonsultowało się w tej kwestii z lekarzem, a te, które zdecydowały się na rozmowę ze specjalistą, zwlekały z tym średnio 3 lata.

– Według różnych opracowań częstość występowania tego schorzenia u pań wynosi od 7,7 proc. do 31,3 proc., odsetek pacjentek cierpiących z powodu OAB (overactive bladder – red.) wzrasta z wiekiem. Objawy charakterystyczne dla OAB mogą także występować w przebiegu różnych schorzeń, na przykład ostrego zapalenia pęcherza moczowego, kamicy nerkowej, raka pęcherza, stwardnienia rozsianego czy też jako efekt uboczny radioterapii, jednak najczęściej przyczyna pojawienia się naglącego nietrzymania moczu pozostaje nieznana – mówi prof. Tomasz Rechberger, kierownik Katedry i Kliniki Ginekologii UM w Lublinie.

Anna Sarbak ze Stowarzyszenie Osób z Nietrzymaniem Moczu UroConti podkreśla, że nietrzymanie moczu jest chorobą przewlekłą, ale można ją skutecznie leczyć. Niestety, nie wszystkie badania i zabiegi są finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia.

– Przykładem jest leczenie nietrzymania moczu w dysfunkcji neurogennej pęcherza. Z powodzeniem potrafimy opanować ten objaw, wstrzykując toksynę botulinową. Niestety, zabieg ten nie jest ona refundowany. Zresztą tak jak i neuromodulacja, bardzo nowoczesna metoda poprawy czynności mikcyjnych zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn, która na Zachodzie jest stosowana z powodzeniem od ponad 20 lat – mówi prof. Zbigniew Wolski, prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego.

Zdaniem pacjentów już na poziomie diagnostyki napotykają oni wiele barier, co skutecznie zniechęca ich do dalszego leczenia.

– Symbolem nieporadności polskiego państwa jest wymóg wykonywania badania urodynamicznego przy refundacji leków w zespole pęcherza nadreaktywnego. Nie znam żadnego innego kraju, w którym taki wymóg byłby potrzebny. Co więcej, wszyscy lekarze, również w Polsce, mówią jednoznacznie: badanie urodynamiczne nie jest potrzebne do tego, żeby zdiagnozować ten problem. Wystarczy zwykły wywiad czy dzienniczek mikcji. Jest to pomysł typowo administracyjny, który jak rozumiem, miał na celu ograniczenie liczby pacjentów korzystających z tej refundacji – mówi Tomasz Michałek, pełnomocnik zarządu UroConti ds. współpracy międzynarodowej i członek rady wykonawczej World Federation of Incontinent Patients (WFIP).

– Wykonywanie badania na etapie wstępnej diagnozy nie jest ani niezbędne, ani konieczne, a wymóg przeprowadzenia go przed zapisaniem leków refundowanych jest zupełnie niezrozumiały z lekarskiego punktu widzenia – dodaje prof. Rechberger

Z danych NFZ wynika, że w ubiegłym roku przeprowadzono 25 tys. badań urodynamicznych. Narodowy Fundusz Zdrowia refunduje dwie substancje medyczne stosowane w leczeniu NTM. Za zakup pozostałych pacjent musi zapłacić z własnej kieszeni, dlatego Stowarzyszenie Osób z Nietrzymaniem Moczu UroConti przygotowało szereg postulatów i liczy na wsparcie w tej kwestii.

– Przede wszystkim liczymy na to, że wymóg badania urodynamicznego zostanie zniesiony. Kolejnym postulatem jest poszerzenie listy refundowanych leków. W innych krajach refunduje się 6-8 różnych substancji, co znacznie zwiększa prawdopodobieństwo skuteczności terapii lekowej ordynowanej przez lekarza. Anachronizmem jest również bardzo restrykcyjne kryterium chorobowe niezbędne do otrzymania refundacji na środki absorpcyjne. W Polsce oprócz pęcherza nadreaktywnego trzeba udowodnić jeszcze drugą chorobę wymienioną w rozporządzeniu Ministra Zdrowia. U osób, u których zdiagnozowano wysiłkowe NTM, jest jeszcze gorzej. Im się żadna refundacja nie należy. Tylko w Polsce minister zdrowia dzieli pacjentów z inkontynencją w tak absurdalny sposób  – wylicza Tomasz Michałek.

To będzie czarny poniedziałek

– Załamanie się rozmów Grecji z wierzycielami oznacza prawdziwy cios dla rynków. Będzie to widoczne zwłaszcza w poniedziałek, gdyż jeszcze do zamknięcia piątkowych notowań scenariuszem bazowym pozostawało porozumienie Aten z Brukselą. Jedną z ofiar zawirowania prawdopodobnie zostanie także złoty – komentuje Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.

Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl
Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl

Grexit na horyzoncie

W nocy z piątku na sobotę okazało się, że premier Tsipras zwoła referendum w sprawie przyjęcia bądź odrzucenia planu reform przedstawionego przez wierzycieli. Jest o to tyle zaskakujące, iż jeszcze przed weekendem wiele wskazywało na to, że porozumienie Aten z Brukselą jest bardzo prawdopodobne. Sugerowały tak zarówno wypowiedzi polityków z obu stron, jak i przecieki dokumentów do prasy.

W samym referendum oczywiście nie ma nic złego. Kluczem jest jednak czas, bo 30 czerwca wygasa program pomocowy dla Grecji, a zerwanie rozmów uniemożliwia wypłatę Atenom ostatniej transzy pomocy o wartości ponad 7 miliardów euro. Tego samego dnia przypada także płatność raty dla MFW, na którą Hellada prawdopodobnie nie znajdzie ponad półtora miliarda euro. Natomiast termin referendum został zaplanowany na 5 lipca, czyli pięć dni po kluczowych dla kraju datach.

Dodatkowo greckie banki są w pełni zależne od zapewniania płynności przez EBC. Ta jednak może zostać natychmiast zatrzymana, jeżeli okaże się, że europejskie władze monetarne uznają niewypłacalność Grecji. W rezultacie kraj może pogrążyć się w chaosie gospodarczym, a jeżeli „otrzeźwienie” nie nadejdzie szybko, to również i w społecznym. Jego funkcjonowanie w obecnych warunkach i bez własnej waluty prowadzi do jednego scenariusza – Grexitu – opuszczenia strefy euro przez Grecję.

Poniedziałkowe otwarcie

Już po otwarciu się rynku walutowego, późnym wieczorem w niedzielę, będzie można się zorientować o skali strat. Najbardziej poszkodowane powinny zostać waluty rynków wschodzących oraz euro. Niewykluczone, że EUR/USD szybko zanurkuje poniżej poziomu 1.10. Spore przeceny oczekiwane są również na giełdach, choć na pełne oszacowanie strat będziemy musieli poczekać prawdopodobnie do otwarcia notowań w Londynie czy Frankfurcie.

Kluczową kwestią będzie również zachowanie się rynku obligacji, a zwłaszcza różnice w rentownościach instrumentów skarbowych Niemiec i Hiszpanii oraz Włoch. Jeżeli będą one w dramatyczny sposób rozszerzać się (o więcej niż 50 punktów bazowych w porównaniu do piątkowego zamknięcia), wtedy awersja do ryzyka znacznie wzrośnie. Taki ruch będzie budzić niepokój zwłaszcza w kontekście luzowania ilościowego przeprowadzanego przez EBC, które teoretycznie powinno stabilizować notowania.

Równie ważne w kontekście możliwych ruchów na walutach jest zachowanie się akcji. Ich poważne spadki mogą prowadzić do dalszej ucieczki kapitału ze strefy euro i generować sygnał dalszej wyprzedaży euro.

A co ze złotym?

Krajowa waluta może stracić na całej linii. Utrata wartości złotego w relacji do franka, dolara
czy funta jest niemal pewna. Prawdopodobnie już w poniedziałek rano będzie trzeba za nie płacić w okolicach odpowiednio 4.10, ponad 3.80 i około 6 zł. Dodatkowo, mimo iż kryzys został wygenerowany w obszarze wspólnej waluty, to złoty będzie z dużym prawdopodobieństwem słabszy również do euro. Para EUR/PLN może szybko przekroczyć poziom 4.20.

Gdyby doszło do większego osłabienia się rodzimej waluty, wtedy można oczekiwać interwencji ze strony NBP. Sugerowały to wypowiedzi poszczególnych członków RPP, jak i również prezesa w minionym tygodniu. Podobną opinię wyrażał także w poniedziałek minister finansów Mateusz Szczurek. Warto jednak pamiętać, że powyższe interwencje raczej mają na celu stabilizację kursu, a nie przeciwdziałanie jego osłabieniu. Jeżeli więc zagranicą sytuacja będzie się pogarszać, wtedy złoty jest „skazany” na osłabienie.

Globalna interwencja banków centralnych?

W przypadku poważnych zawirowań niewykluczona jest także globalna interwencja banków centralnych. Władze monetarne krajów posiadających waluty rezerwowe (dolar, euro, frank, funt, jen) mogą zdecydować się na wspólnej działanie w celu zmniejszenia ich ruchów i przerwania gwałtownych przepływów kapitałów.

Powyższe działanie na pewno ustabilizowałoby sytuacje, choć zależałoby to również od skali zmian oraz nastawienia inwestorów. Przez ostatnie miesiące przez rynek „przewinęło” się wiele analiz mówiących o znacznie większej odporności strefy euro na zawirowania niż miało to miejsce podczas światowego kryzysu finansowego oraz załamania się rynku obligacji krajów peryferyjnych dzielących wspólną walutę.

Tylko krótkotrwały szok?

Cześć obserwatorów rynku uważa natomiast, że szok może być bardzo krótki, a euro może nawet zyskać do dolara ze względu na usunięcie „najsłabszego ogniwa”. Jest to jednak mało prawdopodobne, zwłaszcza w krótkim terminie. Porażka w zbudowaniu konsensusu z Grecją będzie raczej odbierana na początku jako słabość obszaru wspólnej waluty oraz zagrożenie dla jego wzrostu gospodarczego. Dodatkowo są przecież inne kraje, których sytuacja fiskalna jest także trudna. Do tego dochodzą również kwestie geopolityczne i społeczne.

Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest więc gwałtowny wzrost awersji do ryzyka
i utrzymanie się go dopóki sytuacja związana z Grecją nie ulegnie poprawie. Najbliższe dni będą więc bardzo nerwowe na wszystkich klasach aktywów, w tym również na polskim złotym.

Popołudniowy komentarz walutowy z 26.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 26.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 26.06.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

HFT Brokers: do końca roku można oczekiwać dalszych spadków cen miedzi i ropy naftowej

CEO Magazyn Polska

W związku z hamowaniem gospodarki Chin, największego na świecie konsumenta miedzi, cena tego surowca nadal będzie pod presją. Sytuację pogarszają informacje o planowanej przez ten kraj wymianie infrastruktury energetycznej na wykorzystującą aluminium. W rezultacie pod koniec roku cena tony miedzi może wynieść 5,5 tys. dol. Ropa naftowa także, choć z innych powodów, nie powinna drożeć.

Notowania miedzi są dosyć mocno skorelowane z sytuacją gospodarczą w Chinach – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Robert Pietrzak z Domu Maklerskiego HFT. – Od kilku miesięcy obserwujemy wyhamowywanie tamtejszej gospodarki, w związku z czym popyt na miedź staje się coraz mniejszy, przez co spada cena tego surowca.

Już w ubiegłym roku Chiny rozwijały się w tempie 7,4 proc., czyli najwolniejszym od 24 lat. W trakcie pierwszego kwartału br. zza Wielkiego Muru napłynęła cała seria nie najlepszych informacji, wzbudzając obawy o kondycję tamtejszej gospodarki. Dane podsumowujące pierwsze trzy miesiące potwierdziły, że kondycja Państwa Środka nie jest najlepsza. PKB Chin wzrósł zaledwie o 7 proc., co jest z kolei najwolniejszym wzrostem kwartalnym od sześciu lat.

Nastrojów nie poprawiły miesięczne dane o produkcji przemysłowej (najniższy wzrost od grudnia 2008 r. o 5,6 proc.), sprzedaży detalicznej (najwolniejszy progres od dziewięciu lat o 10,2 proc.) oraz inwestycjach (najsłabszy wzrost od 2000 roku o 13,5 proc.).

Wydaje się, że dopóki sytuacja gospodarcza w Chinach jakoś się nie unormuje, spadki nie wyhamują i nie będziemy świadkami jakiegoś odbicia gospodarczego, to cena miedzi będzie raczej dalej spadała – uważa Robert Pietrzak.

W dodatku niedawno rynki surowcowe zelektryzowała wiadomość, że Chiny zamierzają wymienić infrastrukturę sieci energetycznych, rezygnując z miedzi na rzecz aluminium, które jest trzykrotnie tańsze. 75 proc. miedzi Państwo Środka importuje. Natomiast posiada znacznie większe nadwyżki zgromadzonego wcześniej aluminium.

Jeśli dojdzie do tak znaczącej zmiany w wykorzystaniu surowców sieci energetycznej, to możemy być świadkami dalszych spadków cen miedzi – ocenia Pietrzak. – Pod koniec roku wartość trzymiesięcznego kontraktu na miedź w Londynie może wynieść ok. 5500 dol.

Nie należy się także spodziewać w najbliższych miesiącach, jak przekonuje Robert Pietrzak, wzrostu ceny ropy naftowej. W dalszym ciągu rynek ma do czynienia ze znacznie wyższym poziomem podaży tego surowca niż popytu. Powodem jest utrzymanie poziomu produkcji na czerwcowym szczycie przez państwa zrzeszone w OPEC. Wynosić on ma w dalszym ciągu 30 mln baryłek ropy dziennie, chociaż jak zauważa Pietrzak, niektóre kraje de facto produkują więcej (nawet 31,5 mln baryłek).

W związku z tym również prognozy analityków do końca 2015 roku zakładają raczej spadek niż wzrost cen tego surowca. Według Domu Maklerskiego HFT Brokers obecnie obserwowane poziomy ok. 60-65 dol. za baryłkę ropy naftowej utrzymają się w perspektywie najbliższych miesięcy albo cena surowca jeszcze bardziej spadnie.

Szanse na zmniejszenie produkcji przez OPEC przynajmniej w tym roku są dosyć małe, ponieważ niska cena za baryłkę jest głównym czynnikiem, który pozwala państwom zrzeszonym w tej organizacji na konkurowanie – tłumaczy Robert Pietrzak. – Poza tym następne spotkanie OPEC jest zaplanowane dopiero na grudzień, więc przynajmniej do tego czasu możemy być pewni, że produkcja będzie wynosiła 30 mln baryłek ropy naftowej dziennie.

Polska źródłem innowacyjności w przemyśle stoczniowym. Remontowa Shipbuilding na nowe technologie wydaje co najmniej 30 proc. zysków

CEO Magazyn Polska

Polskie stocznie inwestują w rozwój. Jeden z liderów na tym rynku, Remontowa Shipbuilding, co roku przeznacza na nowe technologie nie mniej niż 30 proc. zysków. Pod względem innowacyjności polski przemysł wypada bardzo dobrze na tle konkurencji. Tym bardziej że rośnie zapotrzebowanie na bardziej zaawansowane technologicznie okręty.

Na rynku stoczniowym rośnie popyt na jednostki coraz bardziej zaawansowane technologicznie, nie tylko statki oraz inne konstrukcje dla transportu morskiego, lecz także pływające urządzenia dla przemysłu wydobywczego oraz wytwórców energii odnawialnej, np. platformy wiertnicze czy elektrownie pływowe.

Dzisiaj trudno mówić o zwykłej produkcji statków – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Wojtkiewicz, prezes zarządu stoczni Remontowa Shipbuilding. – Najczęściej są to skomplikowane projekty technologiczne, których fragmentem jest statek. Najważniejsze jest to, co na tym statku jest zainstalowane, z czego się składa i do czego ta jednostka pływająca ma służyć. Epoka produkcji zwykłych statków towarowych w zasadzie przeszła już do historii.

Konkurencja na światowym rynku jest bardzo duża. O zlecenia walczą zarówno dotychczasowi potentaci, np. stocznie skandynawskie, jak i regiony, które na stocznie postawiły niedawno. To m.in. Turcja, która dynamicznie inwestowała w ostatnich latach w przemysł okrętowy, oraz Azja, gdzie stocznie walczą głównie niskimi cenami.

Musimy mieć klienta, który jest zdeterminowany, aby ze względów terminowych, jakościowych czy logistycznych realizować produkcję w Europie. Wtedy mamy szansę wygrywać tę konkurencję – ocenia Andrzej Wojtkiewicz. – Mamy też konkurencję europejską, głównie producentów skandynawskich, a w zasadzie norweskich, od których przez lata się uczyliśmy, a teraz bez fałszywej skromności możemy powiedzieć, że udało nam się również ich w niektórych elementach działalności wyprzedzić.

Polskim stoczniom przewagę daje dziś głównie technologia. Starają się wyprzedzać zapotrzebowanie potencjalnych klientów i cały czas inwestują, by tę przewagę utrzymywać. Stocznia Remontowa Shipbuilding, która jest częścią Remontowa Holding, co roku przeznacza na rozwój technologiczny co najmniej 30 proc. zysków.

Mamy wiele biur projektowo-konstrukcyjnych i ośrodki badawczo-rozwojowe. Polska jest źródłem innowacyjności w tej branży. Mało o tym w kraju słychać, ale nasi inżynierowie są doceniani, żeby nie powiedzieć rozchwytywani, przez zagranicznych odbiorców – mówi Wojtkiewicz podczas posiedzenia Rady Związku Pracodawców Forum Okrętowe, które odbyło się w siedzibie kancelarii K&L Gates. – Jesteśmy spokojni o to, że dysponujemy wiedzą, która jest potrzebna w tym zakresie, dlatego że wszystkie najnowocześniejsze rozwiązania i identyfikowanie przyszłych potrzeb rynkowych tak naprawdę dzieje się w Polsce i na polskim wybrzeżu.

Systematycznie wydawane środki pozwalają rozbudowywać infrastrukturę stoczni. Niedawno w zakładzie Remontowa Shipbuilding otwarto nową linię montażową, która usprawnia pracę i przyspiesza proces montażu. Wcześniej wybudowano tam halę o powierzchni 10 tys. mkw., służącą do kompletacji, montażu i testowania systemów, które są montowane na statkach. Dostosowano też jedną z hal do pracy ze specjalnymi stalami antymagnetycznymi, które służą do budowy jednostek wojskowych. Ta technologia, jak zwraca uwagę prezes firmy, jest unikalna w skali świata.

W naszej polityce inwestycyjnej na przyszłe lata trzymamy się zasady, że każda inwestycja służy realizacji konkretnego projektu, konkretnego produktu. Na pewno następne pomysły i plany inwestycyjne będą zdeterminowane tym, czego będą od nas oczekiwali nasi klienci, jaki projekt będziemy musieli dla nich zrealizować. To, co mogę teraz powiedzieć, to to, że na pewno będą dalsze inwestycje – mówi prezes stoczni Remontowa Shipbuilding.

Od 1 lipca tanieje roaming w Unii Europejskiej. Unijne stawki się nie zmieniają, ale korzystny kurs złotego lekko obniży ceny połączeń

CEO Magazyn Polska

Od lipca zaczną obowiązywać nowe tabele stawek roamingowych za połączenia komórkowe w Unii Europejskiej. Ceny maksymalne w złotych lekko spadną. Za minutę połączenia z zagranicy Polacy zapłacą nie więcej niż 95 groszy.

Trzy lata temu Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej wydały rozporządzenie, które ograniczyło poziom opłat za połączenia międzynarodowe na terenie wspólnoty. W rezultacie ceny rozmów na kontynencie radykalnie spadły. Obecna obniżka jest już niewielka i wynika ze zmiany kursu złotego do euro. W rezultacie Polacy zapłacą za połączenie o 1-2 grosze mniej.

Obecnie od 1 lipca abonent nie zapłaci więcej niż 95 groszy za minutę połączenia wykonanego i 25 groszy za minutę połączenia odebranego mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Warzecki, specjalista w Departamencie Strategii i Analiz Rynku Telekomunikacyjnego Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Koszt wysłania wiadomości SMS to maksymalnie 30 groszy, a wiadomości MMS 1 zł. Podobnie jest z 1 MB transmisji danych, abonent nie poniesie kosztu większego niż 1 zł. Obniżka cen widoczna jest szczególnie w przypadku usług transmisji danych, ponieważ jeszcze w 2012 roku klienci ponosili koszt na poziomie niemal 3,60 zł. Operatorzy często jednak w opłatę abonamentową zaszywają pakiet usług, przede wszystkim jest to pakiet minut lub megabajtów transmisji danych.

Przemysław Warzecki zwraca jednak uwagę na t, że to klient musi sprawdzić, jaka forma rozliczeń z operatorem opłaci mu się najbardziej. Powinien on rozważyć, czy korzystniejsze jest dla niego pozostanie w reżimie eurotaryfy, czy przejście i zakupienie u operatora pakietu danych lub minut.

Istotną kwestią jest również to, że stawki za usługi roamingowe obowiązują tylko na obszarze Unii Europejskiej. W związku z tym abonent podróżując do kraju europejskiego niekoniecznie leżącego w strukturach unijnych, powinien sprawdzić u swojego operatora koszt takich usług, aby w przyszłości nie narazić się na niespodziewane wydatki.

Stawki za usługi roamingowe reguluje dokument Parlamentu Europejskiego i Rady w randze rozporządzenia. Zgodnie z jego treścią aktualizacja stawek następuje 1 lipca danego roku kalendarzowego.

Obniżka cen połączeń wynika bezpośrednio z zapisów tego rozporządzenia tłumaczy specjalista w Departamencie Strategii i Analiz Rynku Telekomunikacyjnego Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Należy również wskazać, że obejmuje ono cztery główne usługi telekomunikacyjne: połączenia głosowe zarówno wychodzące, jak i przychodzące, wysyłanie wiadomości SMS, wysyłanie wiadomości MMS oraz transmisję danych.

Stawki za połączenia roamingowe są dziś znacznie niższe niż przed decyzją władz Unii. Mimo że tegoroczna obniżka ma symboliczny charakter, wspólnota pracuje nad kolejnymi przepisami, które mogą uczynić rozmowy telefoniczne jeszcze tańszymi.

Obecnie w ramach struktur Unii Europejskiej trwają prace nad zniesieniem podwyższonych opłat roamingowych informuje Przemysław Warzecki z Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Dużą rolę odgrywa tutaj obecna prezydencja łotewska, która przygotowuje taki dokument, prace nad jego wdrożeniem trwają. W tej chwili mamy do czynienia z trilogiem, czyli rozmowami prezydencji, Parlamentu i Rady, które jeżeli doprowadzą do konsensusu, wprowadzą korzystniejsze dla klienta rozwiązania, również w aspekcie roamingu.

Polska źródłem innowacyjności w przemyśle stoczniowym. Rośnie zapotrzebowanie na zaawansowane technologicznie okręty

CEO Magazyn Polska

Polskie stocznie inwestują w rozwój. Jeden z liderów na tym rynku, Remontowa Shipbuilding, co roku przeznacza na nowe technologie nie mniej niż 30 proc. zysków. Pod względem innowacyjności polski przemysł wypada bardzo dobrze na tle konkurencji. Tym bardziej że rośnie zapotrzebowanie na bardziej zaawansowane technologicznie okręty.

Na rynku stoczniowym rośnie popyt na jednostki coraz bardziej zaawansowane technologicznie, nie tylko na statki oraz inne konstrukcje dla transportu morskiego, lecz także na pływające urządzenia dla przemysłu wydobywczego oraz wytwórców energii odnawialnej, np. platformy wiertnicze czy elektrownie pływowe.

Dzisiaj trudno mówić o zwykłej produkcji statków – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Wojtkiewicz, prezes zarządu stoczni Remontowa Shipbuilding. – Najczęściej są to skomplikowane projekty technologiczne, których fragmentem jest statek. Najważniejsze jest to, co na tym statku jest zainstalowane, z czego się składa i do czego ta jednostka pływająca ma służyć. Epoka produkcji zwykłych statków towarowych w zasadzie odeszła już do historii.

Konkurencja na światowym rynku jest bardzo duża. O zlecenia walczą zarówno dotychczasowi potentaci, np. stocznie skandynawskie, jak i regiony, które na stocznie postawiły niedawno. To m.in. Turcja, która dynamicznie inwestowała w ostatnich latach w przemysł okrętowy, oraz Azja, gdzie stocznie walczą głównie niskimi cenami.

Musimy mieć klienta, który jest zdeterminowany, aby ze względów terminowych, jakościowych czy logistycznych realizować produkcję w Europie. Wtedy mamy szansę wygrywać tę konkurencję – ocenia Andrzej Wojtkiewicz. – Mamy też konkurencję europejską, głównie producentów skandynawskich, a w zasadzie norweskich, od których przez lata się uczyliśmy, a teraz bez fałszywej skromności możemy powiedzieć, że udało nam się również ich w niektórych elementach działalności wyprzedzić.

Polskim stoczniom przewagę daje dziś głównie technologia. Starają się wyprzedzać zapotrzebowanie potencjalnych klientów i cały czas inwestują, by tę przewagę utrzymywać. Stocznia Remontowa Shipbuilding, która jest częścią Remontowa Holding, co roku przeznacza na rozwój technologiczny co najmniej 30 proc. zysków.

Mamy wiele biur projektowo-konstrukcyjnych i ośrodki badawczo-rozwojowe. Polska jest źródłem innowacyjności w tej branży. Mało o tym w kraju słychać, ale nasi inżynierowie są doceniani, żeby nie powiedzieć rozchwytywani, przez zagranicznych odbiorców – mówi Wojtkiewicz podczas posiedzenia Rady Związku Pracodawców Forum Okrętowe, które odbyło się w siedzibie kancelarii K&L Gates. – Jesteśmy spokojni o to, że dysponujemy wiedzą, która jest potrzebna w tym zakresie, dlatego że wszystkie najnowocześniejsze rozwiązania i identyfikowanie przyszłych potrzeb rynkowych tak naprawdę dzieje się w Polsce i na polskim wybrzeżu.

Systematycznie wydawane środki pozwalają rozbudowywać infrastrukturę stoczni. Niedawno w zakładzie Remontowa Shipbuilding otwarto nową linię montażową, która usprawnia pracę i przyspiesza proces montażu. Wcześniej wybudowano tam halę o powierzchni 10 tys. mkw., służącą do kompletacji, montażu i testowania systemów, które są montowane na statkach. Dostosowano też jedną z hal do pracy ze specjalnymi stalami antymagnetycznymi, które służą do budowy jednostek wojskowych. Ta technologia, jak zwraca uwagę prezes firmy, jest unikalna w skali świata.

W naszej polityce inwestycyjnej na przyszłe lata trzymamy się takiej zasady, że każda inwestycja służy realizacji konkretnego projektu, konkretnego produktu. Na pewno następne pomysły i następne plany inwestycyjne będą zdeterminowane tym, czego będą od nas oczekiwali nasi klienci, jaki projekt będziemy musieli dla nich zrealizować. To co mogę teraz powiedzieć, to to, że na pewno będą dalsze inwestycje – mówi prezes stoczni Remontowa Shipbuilding.

Wakacyjne otwarcie bramek na niektórych autostradach nie rozwiąże problemu ich przepustowości. Należy wprowadzić ogólnopolski system elektronicznego poboru opłat

CEO Magazyn Polska

Rządowe decyzje dotyczące otwarcia bramek na autostradach w czasie wakacyjnych przejazdów to zagranie PR-owskie ocenia Adrian Furgalski z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. Jego zdaniem politycy powinni zabrać się za rozwiązanie problemu i na stałe zmienić system poboru opłat na taki, który usprawni podróżowanie.

W zeszłym roku ogromne korki na autostradach spowodowały otwarcie bramek na A1 z Łodzi do Gdańska. Podjęta w sierpniu przez premiera decyzja kosztowała 20 mln zł. Obecnie już wiadomo, że autostrada A1 będzie otwarta przez całe wakacje, na co przeznaczono z rezerwy 50 mln zł.

– To PR-owskie zagranie, zwłaszcza że zbliżamy się do wyborów mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Furgalski, wiceprezes zarządu Zespół Doradców Gospodarczych TOR. – Tylko znacznie lepiej byłoby to przyjęte, gdybyśmy na horyzoncie mieli cel, do jakiego zmierza ten rząd i ten minister infrastruktury. Taki cel, jaki jeszcze do niedawna miał rząd Donalda Tuska, czyli przejście na system elektroniczny.

Sejm przyjął ustawę, która pozwala ministrowi infrastruktury podejmować decyzję o otwieraniu bramek na autostradach, których zarządcą jest GDDKiA. Dotyczy to autostrady A2 Konin-Stryków oraz trasy pomiędzy Wrocławiem a Śląskiem. Otwarcie może dotyczyć także autostrady A1, bo tam w umowie koncesyjnej przewidziano takie rozwiązanie. Nie dotyczy to natomiast koncesyjnej części autostrady A2 ani A4 należącej do firmy Stalexport, nie rozwiązuje więc dużej części problemów.

My cały czas się upieramy, że należy ulżyć kierowcom samochodów osobowych poprzez likwidację tych zawalidróg w postaci bramek, które w ogóle nie powinny na autostradach powstać podkreśla Adrian Furgalski.

Jak ocenia, sprawne poruszanie się po polskich drogach wymaga zastosowania nowoczesnych rozwiązań.

Na pewno nie powinien być to system manualny. Natomiast, skoro i tak prace zostały zatrzymane nad jakimkolwiek innym rozwiązaniem, to możemy już teraz dyskutować, czy to będzie system elektroniczny, gdzie tylko dzisiejsze viaAUTO będzie na wyposażeniu samochodu, czy też będą inne opcje.

Warto, jak zwraca uwagę Adrian Furgalski z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR, stworzyć system, który uwzględnia nie tylko różnorodność pojazdów podróżujących po polskich drogach, lecz także różne potrzeby kierowców.

– Byłbym za tym, żeby to była wersja jak najszersza. Kto często jeździ, ma viaAUTO, bo np. po miesiącu dostaje fakturę za korzystanie z autostrad. Ale jeżeli ktoś jeździ sporadycznie, może zapłacić za przejazd autostradą za pomocą telefonu komórkowego czy specjalnej strony internetowej, gdzie wstuka tablice rejestracyjne swojego samochodu. System będzie sprawdzał, czy ten samochód zapłacił, czy nie. Sposobów jest tutaj masa. Najważniejsze, żeby ktoś w rządzie chciał rozpocząć nad tym prace. Niestety, na razie zostały wstrzymane.

Produkcja samochodów osobowych w Polsce rośnie najszybciej od 4 lat. Ten rok będzie rekordowy

CEO Magazyn Polska

Przyspieszyła produkcja polskiego przemysłu samochodowego. W tym roku z taśm montażowych krajowych fabryk może zjechać nawet 630 tys. nowych wozów, o ponad 50 tys. więcej niż w 2014 roku – prognozuje firma analityczna i consultingowa AutomotiveSuppliers.pl.

Przemysł motoryzacyjny w Polsce zaczyna się rozwijać bardzo dynamicznie, zarówno w zakresie produkcji samochodów, jak i komponentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Orłowski z AutomotiveSuppliers.pl. Z jednej strony mamy znaczący wzrost zatrudnienia w sektorze produkcji części i komponentów, z drugiej strony od kilku miesięcy wreszcie obserwujemy wzrost produkcji samochodów, które są wytwarzane w trzech zakładach produkcyjnych na terenie naszego kraju.

Już w kwietniu, jak policzył Główny Urząd Statystyczny, tegoroczna produkcja samochodów osobowych przekroczyła 200 tys. To najlepszy wynik od czterech lat. Produkcja samochodów w Polsce malała od początku ostatniego kryzysu światowego, praktycznie od 2008 roku. W 2014 branża odnotowała wprawdzie wzrost, ale jak ocenia Rafał Orłowski był on symboliczny. Obecnie jednak pojawiają się sygnały, że w tym roku produkcja wyraźnie wzrośnie.

Prognozujemy, że w tym roku w Polsce zostanie wyprodukowanych około 630 tys. samochodów, a więc około 50 tys. więcej niż w zeszłym roku zaznacza Rafał Orłowski I tutaj mamy podzieloną tę sytuację pomiędzy stabilną i stałą, taką samą produkcję mniej więcej w Volkswagenie i Fiacie, a z drugiej strony bardzo dynamiczny wzrost produkcji samochodów w fabryce Opla w Gliwicach. Wystarczy powiedzieć, że w ciągu 5 miesięcy tego roku wyprodukowano w Gliwicach niewiele mniej samochodów niż w całym zeszłym roku właśnie w tym zakładzie.

W tym roku wartość eksport polskiego przemysłu motoryzacyjnego już po pierwszym kwartale przekroczyła 5 mld euro i była o 14 proc. wyższa, porównując z takim samym okresem 2014 roku. W ocenie ekspertów do końca roku powinien on być o ponad 1 mld euro większy niż rok wcześniej.

– Na pewno będziemy ustanawiali nowe rekordy w każdej wartości, zarówno pod względem obrotu, sprzedaży, zatrudnienia, jaki i eksportu prognozuje ekspert AutomotiveSuppliers.pl. Zakładamy m.in. to, że po raz pierwszy wartość eksportu przemysłu motoryzacyjnego z naszego kraju przekroczy 20 mld euro w skali całego roku, więc to jest ten jeden element. Zakładamy również, że poprawi się wspomniana wcześniej produkcja samochodów.

Polskiej branży motoryzacyjnej sprzyja zarówno dobra koniunktura na świecie, jak i atrakcyjny kurs złotego. Nie oznacza to jednak, że producenci samochodów nie mają przed sobą wyzwań.

– Pojawią się także pewnego rodzaju problemy, bo wiele firm motoryzacyjnych i producentów części informuje, że rynek pracy, mówię tu o poszukiwania i znajdowania nowych pracowników, robi się coraz trudniejszy tłumaczy Rafał Orłowski z Automotive Suppliers.

Od lipca nowe Prawo budowlane. Nie będą już potrzebne zezwolenia na budowę domu

0

CEO Magazyn Polska

W niedzielę wchodzi w życie nowelizacja ustawy Prawo budowlane. Zmiany mają usprawnić proces budowlany oraz ograniczyć bariery natury prawnej i biurokratycznej. Budowa domu nie będzie już wymagała wydania pozwolenia. Wystarczy zgłoszenie do urzędu gminy lub miasta. Maksymalny czas, po którym zgłaszający będzie mógł rozpocząć prace budowlane, skróci się o ponad połowę.

– Główne zmiany dotyczą rozszerzenia katalogu obiektów budowlanych, których budowa nie wymaga już uzyskania pozwolenia na budowę. Rozpoczęcie inwestycji będzie możliwe na podstawie zgłoszenia z uproszczoną procedurą tzw. zgłoszenia z projektem – mówi agencji Newseria Kinga Cekiera z kancelarii prawnej Brevells Cekiera Grzywacka Oleksiewicz.

Urzędnik będzie mógł co najwyżej zgłosić sprzeciw wobec inwestycji, ale i na to będzie miał tylko 30 dni. W starym trybie miał 60 dni (plus 14 dni na uprawomocnienie) na wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę.

Starosta, który ma uprawnienia do wniesienia sprzeciwu przy takim zgłoszeniu, będzie weryfikował, czy to zgłoszenie i ta budowa są zgodne z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego bądź decyzją o warunkach zabudowy w przypadku, gdy takiego planu nie ma, a także będzie weryfikował, czy nie są wymagane innego rodzaju pozwolenia i uzgodnienia dotyczące budowy takiego obiektu – tłumaczy Kinga Cekiera.

Uproszczona procedura dotyczyć będzie także takich obiektów, jak altany, ogrodzenia oraz budynki rekreacyjne położone na obszarze działek, dla których projektowane są te obiekty budowlane. 

Zgłoszenia w świetle tej nowelizacji będzie wymagała np. budowa domów jednorodzinnych, dla których obszar oddziaływania nie przekracza działki lub działek, na których zaprojektowano ten budynek. To będzie uproszczona procedura tzw. zgłoszenia z projektem. Do zgłoszenia tego trzeba będzie załączyć cztery egzemplarze projektu budowlanego i oświadczenie o posiadanym prawie dysponowania nieruchomością na cele budowlane – wyjaśnia Cekiera.

Zdaniem Kingi Cekiery nowe prawo nie powinno spowodować samowoli budowlanej. Zgłoszenia budowy nowych obiektów lub ich rozbudowy w dalszym ciągu podlegać będzie bowiem urzędowej kontroli.

Ekspert wskazuje, że z punktu widzenia inwestorów liberalizacja przepisów oznaczać będzie głównie skrócenie czasu procedur, które są niezbędne do załatwienia jeszcze przez rozpoczęciem budowy.

– Do projektu budowlanego nie będzie trzeba załączać także warunków przyłączenia. To były procedury bardzo długotrwałe i czasochłonne, a w tej chwili są one wyeliminowane. Aczkolwiek nie oznacza to, że te uzgodnienia z gestorami mediów nie będą potrzebne, dlatego że na etapie zgłoszenia do użytkowania inwestor będzie je musiał posiadać – zaznacza radca prawny kancelarii Brevells Cekiera Grzywacka Oleksiewicz.

Według danych za 2014 roku przeciętny czas konieczny na uzyskanie wszystkich stosownych zezwoleń koniecznych do rozpoczęcia budowy wynosił 220 dni.

Zmiana dostawcy energii elektrycznej jest coraz prostsza. Wciąż jednak decyduje się na nią niewielu

CEO Magazyn Polska

Zmiana dostawcy energii elektrycznej jest coraz prostsza. Lepsza jest też współpraca między sprzedawcami a dystrybutorami energii na rynku. Dotychczas na ten krok zdecydowało się blisko 330 tys. gospodarstw domowych. To wciąż niewiele, ale coraz większa jest świadomość Polaków na temat możliwości zmiany sprzedawcy. Nadal jednak mało osób wie, co należy zrobić, aby wybrać innego dostawcę prądu.   

Zmienić dostawcę energii jest naprawdę łatwo. Ten proces staje się coraz bardziej przyjazny dla odbiorcy końcowego, przede wszystkim dzięki coraz większej standaryzacji reguł obowiązujących na rynku i coraz lepszej współpracy między poszczególnymi graczami na rynku, czyli sprzedawcami i dystrybutorami energii elektrycznej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Jakub Jacewicz, dyrektor Departamentu Usług Energetycznych w Multimedia Polska.

Od 2007 roku, czyli od momentu kiedy możliwa stała się zmiana dystrybutora energii, zrobiło to blisko 330 tys. gospodarstw domowych. Choć to niewiele ponad 3 proc., to ich liczba w ostatnich latach znacznie wzrosła. Jak podaje URE, w 2010 roku, trzy lata po wprowadzeniu takiej możliwości, było to zaledwie 1,34 tys., tymczasem tylko w ciągu trzech miesięcy od lutego do kwietnia br. sprzedawcę prądu zmieniło 10 tys. gospodarstw. Ze strony klientów nie wymaga to większego wysiłku, jednak obecnie 7 proc. wskazuje na to, że zmieniło dostawcę lub zamierza to zrobić w ciągu najbliższego roku.

Obecnie zmiana sprzedawcy energii elektrycznej to de facto podpisanie umowy i pełnomocnictwa dla sprzedawcy, dzięki któremu sprzedawca realizuje wszystkie formalności za klienta – przypomina ekspert.

Z raportu GfK „Badanie świadomości klientów indywidualnych w zakresie zmiany sprzedawcy energii elektrycznej oraz praktyk rynkowych sprzedawców” wynika, że świadomość Polaków jest coraz większa. Już 88 proc. osób wie, że może samemu wybrać dostawcę, jednak tylko 49 proc. deklaruje, że wie, co należy wówczas zrobić. Dla połowy Polaków oszczędność finansowa jest bardzo przekonującym argumentem, zaś uniknięcie podwyżek cen ma znaczenie dla 43 proc.

Naszą podstawową rolą w tym momencie jest ułatwianie klientom tego procesu. Edukowanie ich, uświadamianie, w jaki sposób mogą zmienić sprzedawcę i przede wszystkim dlaczego warto go zmienić. To kwestia komunikacji, informowania o benefitach, jakie wynikają z naszych ofert – przekonuje Jakub Jacewicz.

Popołudniowy komentarz walutowy z 25.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 25.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Co trzecia firma w Polsce cierpi na niedobór wykwalifikowanych kadr

Już 33 proc. polskich firm cierpi na niedobór talentów[1]. Najtrudniej jest z pracownikami fizycznymi o odpowiednich kompetencjach oraz z wysoko wyspecjalizowanymi inżynierami. Aż 44 proc. pracodawców szuka do pracy wykwalifikowanych robotników i operatorów maszyn[2]. Eksperci do spraw rekrutacji twierdzą, że największym kłopotem jest brak odpowiedniej komunikacji na linii bezrobotny – pracodawca. W tym miejscu pojawia się zadanie dla wyspecjalizowanych agencji pracy, które pozwalają na optymalizację procesów rekrutacyjnych. Wiele do nadrobienia jest także w zakresie aktywizacji zawodowej osób o różnym stopniu niepełnosprawności. Według specjalistów wdrożenie nowych technologii w znacznym stopniu pomoże zrewolucjonizować rynek pracy. W jakich barwach maluje się zatem przyszłość polskiej branży HR?

Wykształcenie stało się towarem, który łatwo kupić, jednak trudniej sprzedać, ponieważ jak wynika z badań rynkowych, przedsiębiorcy mogli zaoferować tym młodym ludziom jedynie ok. 250 tys. stanowisk odpowiadających ich kwalifikacjom. Drugie tyle wakatów czeka na rzemieślników, robotników i ludzi z średnim czy zawodowym wykształceniem. Niestety, takich specjalistów jest w naszym kraju coraz mniej. Można za to winić system edukacji, który nastawiony jest na maksymalizację liczby osób z wykształceniem wyższym, przy jednoczesnym pomijaniu kreowania specjalistów w dziedzinach technicznych, takich jak np. spawacz czy elektromechanik. Zapomina się tu o fundamentalnej kwestii – dla pracodawcy najważniejszym czynnikiem decydującym o zatrudnieniu nie jest wykształcenie lecz odpowiednie kwalifikacje i doświadczenie” komentuje Bartosz Kaczmarczyk, Prezes Grupy Kapitałowej Loyd S.A.

Receptą na niekorzystne tendencje są nowoczesne technologie telekomunikacyjno-informacyjne, które mogą wyraźnie poprawić szybkość i efektywność rekrutacji pracowników. Przejawiać się to będzie m.in. większą dostępnością i jakością usług świadczonych dotychczas. Zasadniczą rolę odgrywa w tym przypadku internet, który stanowi skuteczne narzędzie komunikacji pomiędzy klientami a pracodawcami, czy też pośrednikami takimi jak urzędy pracy czy agencje pracy. O ile oferty pracy dla pracowników biurowych są zamieszczane w internecie i potencjalnemu kandydatowi łatwo do nich dotrzeć, to najbardziej poszukiwana obecnie grupa pracowników, czyli pracownicy fizyczni, mają z tym kłopot. Na stopniowej informatyzacji procesów rekrutacyjnych skorzystają zarówno bezrobotni, jak i poszukujący pracowników przedsiębiorcy.

„Do podmiotów kształtujących obecny rynek pracy w tym także administracji publicznej, powinno się wdrażać rozwiązania przede wszystkim sprawdzone od lat w biznesie, takie jak np. platformy internetowe czy aplikacje. Powinniśmy zrobić wszystko, aby w zakresie rekrutacji maksymalnie ułatwić życie przedsiębiorcom, jak i bezrobotnym. Na rynku pracy i tak trudno o pracownika o odpowiednich kwalifikacjach. Tutaj nikt nie ma czasu na testowanie i sprawdzanie rozwiązań, a tym bardziej na opracowywanie nowych systemów. Dlaczego by więc nie dokonać „transplantacji” narzędzi, które z powodzeniem funkcjonują np. na rynku e-commerce? Skorzystają na tym wszyscy, a bezsprzecznym faktem jest to, iż postępującej digitalizacji i tak już nic nie zatrzyma. Im szybciej zaczniemy wdrażać nowe technologie i edukować społeczeństwo w zakresie ich wykorzystania, tym większe korzyści odniesiemy wszyscy w przyszłości. Nadrzędnym celem jest to, aby agencje pracy i podmioty z rynku HR wyszły naprzeciw oczekiwaniom zarówno przedsiębiorców, jak i bezrobotnych. W czasach, kiedy wykwalifikowanych pracowników fizycznych na rynku pracy brakuje, musimy zrobić wszystko, aby ich rekrutacja przebiegała maksymalnie sprawnie i efektywnie. Należy zadbać także o wykształcenie typowo zawodowe– dodaje Bartosz Kaczmarczyk, Prezes Grupy Kapitałowej Loyd S.A.

[1] Rynek pracy widziany oczami pracodawców

[2] Rynek pracy widziany oczami pracodawców

 

Gonimy Europę w domenach – podsumowanie najnowszego raportu EURid

Jak wynika z najnowszego raportu rejestru EURid – pierwszy kwartał 2015 roku to kolejny okres stabilnego wzrostu dla domen .eu. Na koniec marca br. zarejestrowanych było prawie 3,9 miliona europejskich nazw w Sieci. Obecnie domenę .eu mogą rejestrować osoby i podmioty z 28 krajów  – państw członkowskich UE a także, od 8 stycznia 2014 r.,  innych krajów należących do Europejskiego Obszaru Gospodarczego (Norwegia, Islandia, Lichtenstein).

W Polsce, na koniec I kw. br.,  utrzymywanych było ponad 280 tysięcy nazw domen z rozszerzeniem .eu, co daje nam mocne piąte miejsce rankingu EURid. Wyprzedzamy przy tym takie kraje Europy Zachodniej, jak Włochy, Austria, Belgia, czy Hiszpania.

„Rosnąca popularność domeny .eu w naszym kraju jest wynikową dwóch czynników. Po pierwsze, większość ciekawych nazw w rodzimej domenie .pl już dawno zostało zarejestrowanych, co sprawia, iż Abonenci szukają ich w kolejnym rozszerzeniu, do którego najbliższej nam geograficznie, czyli .eu. Po drugie, zmienia się postrzeganie prowadzonego przez Polaków biznesu – wychodzimy z lokalnego rynku polskiego, na znacznie szerszy rynek europejski, co generuje popyt na oryginalne rozszerzenie pasujące do wszystkich europejskich rynków” – ocenia Robert Siebielski, właściciel hurtowego serwisu domenowego HRD.pl.

W liczącej ok.38 milionów polskiej populacji liczba 280 tysięcy utrzymywanych nazw domen .eu nie wygląda jednak zbyt imponująco. Na 1000 mieszkańców przypada zaledwie 6,9 zarejestrowanych europejskich adresów (w całej UE wskaźnik ten wynosi 7,7).

„Popularność domeny .eu w danym kraju, mierzona liczbą utrzymywanych adresów .eu/1000 mieszkańców jest ściśle skorelowana z podobnym wskaźnikiem dotyczącym domen narodowych zarejestrowanych na 1000 mieszkańców, który w Polsce wynosi zaledwie 65,4, podczas gdy w całej UE 104,9  – wyjaśnia Robert Siebielski z HRD.pl. W krajach o wysokim stopniu cyfryzacji np. w Niemczech, Austrii, czy Holandii, popularność domen europejskich jest kilka razy większa, niż nad Wisłą. Jednocześnie wspomniane państwa szczycą się najwyższymi w Europie wskaźnikami dotyczącymi liczby zarejestrowanych nazw domen narodowych przypadających na jednego obywatela”.

Polska, podobnie jak i inne państwa byłego bloku wschodniego, od kilku lat notuje jednak bardzo dynamiczne wzrosty w rejestracjach nazw domen, w tym nazw domen europejskich.  Czy i kiedy dogonimy pod tym względem kraje starej unijnej piętnastki – czas pokaże.

Jedno jest pewne – nasi przedsiębiorcy są coraz bardziej świadomi potencjału, jaki drzemie w e-commerce, dlatego chętniej sięgają po adresy podkreślające europejski charakter prowadzonej działalności.    

Źródło: http://www.eurid.eu/files/docs/Quarterly_Report_Q1_2015.pdf

Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Comarch SA

0

Zapis Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy Comarch SA, które odbyło sie 24/06/2015 r.

Rynki są cierpliwe

Negocjacje Aten z wierzycielami trwają nadal, póki co nie przyniosły żadnych pozytywnych rezultatów. Propozycje przestawione przez Grecję zostały wczoraj oficjalnie odrzucone, pomimo wcześniejszej wstępnej akceptacji ze strony Zachodu. Klinem w rozmowach nadal są tak istotne kwestie, jak podatki czy reforma emerytalna. Do wtorku pozostało jeszcze kilka dni, więc rozmowy będą trwały nadal. Rynek cierpliwie oczekuje rozwiązania tej patowej i męczącej już sytuacji.

Marcin Rogalski - dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Marcin Rogalski – dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Środa na rynku walutowym minęła spokojnie. W czasie kiedy rozmowy, pomimo wcześniejszych dużych nadziei, zostają odrzucone, a przeciąganie liny pomiędzy Grecją a jej wierzycielami trwa nadal – rynek podchodzi do tego tematu z ogromnym dystansem i zdaje się spokojnie oczekiwać na ostateczne rozstrzygnięcie. Wczorajszy dzień na rynku walutowym charakteryzował się niewielką zmiennością.

Główna para walutowa – eurodolar – zatrzymała się wczoraj na poziomie 1,12 USD i można powiedzieć, że cały dzień oscylowała wokół tegoż poziomu. Ten spokój może dziwić, ale wcale nie musi, ponieważ inwestorzy zdają sobie sprawę, że nawet osiągnięcie konsensusu w sprawie pomocy dla Grecji, rozwiąże te problemy tylko na pewien czas, a temat wróci prawdopodobnie z terminem kolejnej płatności.

Patrząc bardziej lokalnie, nasza rodzima waluta, traci na wartości w wyniku greckich problemów. Dzisiaj rano, w kwotowaniu do polskiego złotego, euro wyceniane jest na poziomie 4,17 zł, frank szwajcarski 3,98 zł, dolar amerykański 3,72 zł, natomiast funt brytyjski 5,83 zł.

Wczorajszy dzień przyniósł nam kilka istotnych publikacji danych makroekonomicznych. Indeks Ifo z Niemiec za czerwiec wyniósł 107,4 pkt, a więc znacznie gorzej od oczekiwań (108,1 pkt.) oraz poprzedniego odczytu (108,5 pkt.). Dane te przełożyły się na osłabienie europejskiej waluty. Popołudnie należało do Amerykanów, którzy pokazali swoje dane na temat PKB. W ujęciu zannualizowanym odczyt wyniósł -0,2%. Dynamika za I kwartał okazała się zgodna z oczekiwaniami analityków, przez co rynek przyjął te dane neutralnie.

Dzisiaj poznaliśmy już niemiecki Indeks zaufania Gfk za lipiec, którego odczyt wyniósł 10,1 pkt, a więc delikatnie gorzej od oczekiwań. O 10:00 głos zabierze szef Szwajcarskiego Banku Narodowego – Thomas Jordan. Dokładnie w południe Wielka Brytania opublikuje czerwcowe dane o sprzedaży detalicznej (wg CBI). Godzinę później rozpocznie się spotkanie ministrów finansów Strefy Euro.

Najistotniejsze dane w dniu dzisiejszym opublikowane zostaną po południu, będą to dane ze Stanów Zjednoczonych. Standardowo już o 14:30 poznamy liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych oraz dane na temat dochodów i wydatków Amerykanów w maju. Analitycy oczekują wzrostu dochodów obywateli USA w ujęciu miesięcznym o 0,4% oraz zwiększenia dynamiki wydatków o 0,6%. Prognoza wskaźnika PCE core wynosi 0,1% m/m.

EUR/PLNeur Komentarz walutowy 25.06.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 25.03.2015 do 25.06.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,1840. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1520, a następnie poziom 4,1330 zniesienie Fibonnaciego 23,6%.

CHF/PLNchf Komentarz walutowy 25.06.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 25.03.2015 do 25.06.2015

Kurs CHF/PLN jeszcze niedawno poruszał się w trendzie bocznym pomiędzy poziomami 3,8000 a 3,9400, po czym wyskoczył w górę i utworzył trend wzrostowy. Aktualnie zbliżył się do linii wsparcia na poziomie 3,9830. Najbliższym oporem będzie teraz ostatnie maksimum na poziomie 4,0200. Dla ruchu w dół wsparciem jest obecnie 3,9680 czyli 23,6% zniesienie Fibonnaciego. A potem 3,9400 czyli średnioterminowa linia wsparcia.

USD/PLNusd Komentarz walutowy 25.06.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 25.04.2015 do 25.06.2015

Kurs USD/PLN w ujęciu krótkoterminowym znajduje się w szerokim kanale spadkowym. Aktualnie zatrzymał się na oporze na poziomie 3,7270. W przypadku wybicia górą, bardzo silny opór będzie stanowiło ostatnie maksimum czyli poziom 3,8210. W przypadku ruchu na południe, wsparcie stanowi aktualnie poziom 3,6700.

GBP/PLNgbp Komentarz walutowy 25.06.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 25.04.2015 do 25.06.2015

Kurs GBP/PLN znajduje się w kanale wzrostowym. Skutecznym oporem, który zatrzymał dynamiczne wzrosty na tej parze walutowej okazał się poziom 5,8790, czyli maksimum z końca maja. Średnioterminowy trend wzrostowy zostaje zachowany, a dolne ograniczenie kanału wzrostowego aktualnie znajduje się na poziomie 5,8250. Jeżeli doszłoby do korekty ostatniego ruchu umacniającego funta szterlinga, wówczas silne wsparcie stanowi aktualnie poziom 5,7600

Wielton SA otworzył biuro projektowe w Parku Naukowo-Technologicznym Technopark Gliwice

0

Biuro projektowe będzie wspierać transfer innowacyjnych technologii z Politechniki Śląskiej do biznesu i zwiększać konkurencyjność Wieltonu. Oprócz biura projektowego we współpracy z PŚ w roku akademickim 2015/2016 zostanie uruchomiony nowy kierunek studiów, na którym studenci będą się kształcić m.in. w obszarze konstrukcji naczep.

Zdecydowaliśmy się na otworzenie działu innowacji, który będzie inspirował firmę nowymi pomysłami, nowym spojrzeniem na działalność. Firma się rozrasta, więc produkty muszą być konkurencyjne – mówi Piotr Kowalski, Dyrektor ds. Innowacji Wielton SA.

Biuro projektowe otworzone we współpracy z Politechniką Śląską będzie wspierać transfer innowacyjnych technologii z uczelni i jednostek badawczo-rozwojowych do Wieltonu. Spółka w ten sposób zamierza zwiększać swoją konkurencyjność. Jednostka, znajdująca się w Technoparku Gliwice, podlega działowi R&D spółki, który działa od kilkunastu lat.

Mariusz Golec, Wiceprezes Zarządu Wielton SA
Mariusz Golec, Wiceprezes Zarządu Wielton SA

W biurze projektowym konstruktorzy nie mają ściśle określonego zadania – z czasem wyspecjalizują się w określonej dziedzinie. Z pewnością zależy nam na współpracy z nauką. Nie mówimy tylko o dofinansowanych projektach, ale również o efektywnym przekuwaniu wiedzy teoretycznej w praktyczną – podkreśla Mariusz Golec, Wiceprezes Zarządu Wielton SA.

Razem z Wieltonem udało nam się wypracować wspólną wizję współpracy. Z tej współpracy dla uczelni będą wynikać wymierne korzyści. Przede wszystkim naszym celem jest kształcenie inżynierów dla przemysłu zaawansowanych technologii. Im więcej studenci mają kontaktu z tymi technologiami podczas studiów, tym lepiej są przystosowani do swojej pracy zawodowej – mówi Dziekan Wydziału Mechanicznego-Technologicznego Politechniki Śląskiej Arkadiusz Mężyk.

We współpracy z Politechniką Śląską w roku akademickim 2015/2016  zostanie również uruchomiony nowy kierunek: Konstruowanie Mechatronicznych Układów Mobilnych. Pod tą nazwą kryje się konstrukcja naczep.

Współpracując z Politechniką Śląską będziemy w kontakcie z młodą, twórczą kadrą inżynierską. Chcielibyśmy, aby do naszego zespołu w Wieluniu trafiło wielu zdolnych inżynierów. Pierwszy odzew na nasze oferty pracy jest bardzo duży – mówi Piotr Kowalski, Dyrektor ds. Innowacji Wielton SA.

W mającym powstać jeszcze w tym roku Centrum Badawczo-Rozwojowym  pod Wieluniem planowane jest zatrudnienie kilkudziesięciu inżynierów. Wielton SA jako spółka ma status Centrum Badawczo-Rozwojowego, co pozwala działać mu jak jednostce naukowej i finansować prace badawczo-rozwojowe ze środków zewnętrznych, m.in. z funduszy unijnych oraz Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.  W całej Polsce tylko 34 firmy są zakwalifikowane jako CBR. W Centrum Badawczo-Rozwojowym Wieltonu będzie jedyna w tej części Europy stacja do całopojazdowego badania naczepy. Będą się w niej odbywać symulacje przejazdu przez naczepę 1 mln kilometrów w warunkach drogowych. Dzięki temu przed wdrożeniem do produkcji na szeroką skalę, wytrzymałość produktów zostanie skrupulatnie zbadana, a ryzyko jakichkolwiek usterek nawet przy wieloletniej eksploatacji – wykluczone.

Innowacyjność konstrukcji produktów i procesów produkcyjnych oraz 100% gwarancja, że wdrażany wyrób będzie działał bez zarzutu przez dekady pozwoli nam budować markę, która z powodzeniem będzie rywalizować z podmiotami o największym udziale w rynku światowym – mówi Mariusz Golec, Wiceprezes Zarządu Wielton SA.

Wielton w maju br. przejął francuską spółkę Freuhauf, co otworzyło grupie drogę do zdobycia pozycji trzeciego największego europejskiego producenta naczep. W I etapie transakcji Wielton zakupił większościowy, tj. 65,31% pakiet akcji firmy Fruehauf od akcjonariusza finansowego MBO Capital 2 FCPR i kilku akcjonariuszy mniejszościowych. Wartość transakcji wyniosła 9,5 mln euro. W planach na najbliższy rok jest pogłębianie kompetencji w zakresie wspólnych badań i rozwoju. Potencjał badawczy i techniczny obu podmiotów pozwoli na rozwój kompetencji projektowych i produkcyjnych, przyjęcie najlepszych praktyk zarządczych i wymianę wiedzy pomiędzy firmami, co przełoży się na jeszcze większą konkurencyjność.

Indie wyprzedzają Chiny, a Grecja idzie w ślady Zambii

Na europejskich giełdach obserwujemy ocieplenie sentymentu. Po złożeniu przez Greków w poniedziałek nowych propozycji cięć budżetowych negocjacje na temat szczegółów ewentualnego porozumienia właśnie trwają.

Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI

Rynki finansowe, szczególnie w Europie, zareagowały entuzjastycznie i chociaż tym razem światełko w tunelu zdaje się wyraźniejsze niż do tej pory, należy pamiętać, że szans na rozwiązanie problemu greckiego zadłużenia było już wiele. Jedynym faktem jest, że jak dotąd Grecja tylko skumulowała sobie trzy czerwcowe płatności dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego w jedną. Pozwoliło to kupić trochę czasu, ale oznacza konieczność spłaty ok. 1,6 mld euro do końca czerwca. W przeszłości na podobny manewr zdecydowała się tylko Zambia (w 1983 r.). Problem Greków polega na tym, że kasa państwa nie posiada takich środków i ich jedyną nadzieją jest ostateczne porozumienie. Co prawda szansa na jego osiągnięcie znacząco wzrosła w tym tygodniu, ale dopóki to nie nastąpi, a postanowienia umowy pomiędzy Grecją a państwami strefy euro nie zaczną być wdrażane, trwałość obecnego sentymentu na giełdach europejskich może się okazać krótkotrwała.

Indie przejmują gospodarczą palmę pierwszeństwa

Jeśli chodzi o interesujące tendencje w skali globalnej, na pewno warto się przyjrzeć Azji. Wszystko wskazuje na to, że już w tym roku Indie przejmą gospodarczą palmę pierwszeństwa od Chin. Podczas gdy koniunktura w Chinach słabnie, a prognozy PKB w 2015 r. przewidują ok. 7-procentowy wzrost, Indie dynamicznie się rozwijają. Tegoroczna dynamika wzrostu indyjskiego PKB ma wynieść ok. 7,5%.

Jaka jest geneza tak poważnych zmian w Azji? Indie przypominają obecnie Chiny sprzed kilkunastu lat. Po długim okresie zastoju, kiedy nie wdrażano reform, a infrastruktura się nie rozwijała, w Indiach nastąpiły zdecydowane zmiany polityczne. Wybory parlamentarne w 2014 r. wygrała Indyjska Partia Ludowa na czele z Narendrą Modim. Nowy premier okazał się bardzo przedsiębiorczym człowiekiem i swoje doświadczenia w zarządzaniu jednym z indyjskich stanów (który za jego rządów bardzo prężnie się rozwinął) zaczął przenosić na poziom ogólnokrajowy. Nie bez znaczenia jest też spadek cen surowców takich jak ropa naftowa w ostatnich 12 miesiącach. Wpływa to na spadek inflacji (która historycznie w Indiach była bardzo wysoka), co daje indyjskiemu bankowi centralnemu pole do działania, jeśli chodzi o obniżki stóp procentowych (od grudnia zeszłego roku o 0,75 punktu procentowego). To z kolei pozytywnie wpływa m.in. na aktywność w gospodarce (niższe koszty kredytu). Co warte podkreślenia, indyjska waluta okazała się odporna na obniżki stóp procentowych i ogólne zawirowania wokół walut rynków wschodzących. W tym roku osłabiła się do dolara jedynie o niespełna 1%.

Indyjska gospodarka – tak, giełda – raczej nie

W kontekście inwestowania w indyjskie akcje momentum nie jest obecnie optymalne. Przede wszystkim z uwagi na niezbyt atrakcyjne wyceny spółek, głównie względem obligacji. Co prawda poziomy wskaźnika cena/zysk dla indeksu SENSEX oscylują wokół historycznych średnich, jednak już względem obligacji wycena wygląda mało atrakcyjnie. Pomimo spadku w ciągu roku o ok. 3 punkty procentowe inflacja w Indiach wciąż jest relatywnie wysoka (wzrost w maju o ok. 5% r/r), podobnie jak rentowności indyjskich obligacji skarbowych. Oprocentowanie papierów 1-rocznych wynosi obecnie ok. 7,8%. Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, obligacje indyjskiego rządu wydają się atrakcyjniejsze dla inwestora niż akcje.

Rada Nadzorcza PZU SA wybrała zarząd na nową kadencję

Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy: Nieoczekiwane wydarzenia polityczne zwiększają niepokój inwestorów. Niepewność może potrwać do jesieni

CEO Magazyn Polska

Wydarzenia polityczne, takie jak konflikt na Ukrainie czy nowe siły na polskiej scenie politycznej, nie pozostają bez wpływu na notowania na warszawskim parkiecie – ocenia Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy. Jego zdaniem niepewność nastrojów może się utrzymać aż do jesiennych wyborów, choć inwestorzy większą wagę przywiązują do wyników i perspektyw spółek.

Na warszawską giełdę hossy nie przyniosła zupełnie niezła sytuacja gospodarcza kraju, gdzie jak wynika z prognoz i bieżących odczytów PKB rośnie w tempie coraz bardziej przekraczającym 3 proc. Nastrojów nie poprawiły też niezłe notowania giełd światowych. Podczas gdy w ciągu ostatniego roku S&P 500 wzrósł o prawie 7 proc., zaś niemiecki DAX o niemal 15 proc., polski WIG20 spadł o ponad 3 proc., zaś WIG wzrósł o niespełna 3 proc.

Pamiętajmy o tym, że nie tylko gospodarka decyduje o notowaniach giełdowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy. – Są pewne niepokoje polityczne, zacznę od tych dłużej trwających, czyli konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. To jednak ciąży, bo to jest ryzyko, które bardzo trudno skwantyfikować, ocenić liczbowo. Natomiast niepewność pozostaje i skłania do ostrożności.

Polskich inwestorów niepokoi też utrzymująca się niepewność na krajowej scenie politycznej. Lekkie spadki rozpoczęły się tuż po pierwszej turze wyborów prezydenckich, by nabrać impetu po ich rozstrzygnięciu. Od tego czasu główny indeks warszawskiego rynku stracił ok. 8 proc.

– Pokazały się jednak siły zupełnie nieoczekiwane na naszym rynku i myślę, że do października, a może i dłużej, ta niepewność może się utrzymać prognozuje Wiesław Rozłucki. Co prawda mogę powiedzieć, że i w dłuższym terminie, i nawet w średnim warszawska giełda zawsze była w pewnym sensie autonomiczna wobec wydarzeń politycznych. Inwestorzy patrzyli jednak na wyniki i perspektywy spółek, a nie na turbulencje polityczne, ale zawsze w okolicach wyborów ten niepokój wzrastał.

Na dłuższą metę jednak inwestorzy nie powinni przejmować się zawirowaniami w świecie polityki. Prezes Rady Giełdy podkreśla, że dla inwestorów najważniejsza jest kondycja gospodarki, bo ona przekłada się na dochodowość spółek.

Nie sądzę, żeby scena polityczna miała coraz większe znaczenie, ona zawsze ma pewne znaczenie i myślę, że akurat teraz jesteśmy w takim kolejnym okresie przedwyborczym i można się spodziewać większych niepokojów i większych wahań z tym związanych ocenia prezes Rady Giełdy. – Ale w dłuższym terminie jednak giełda odzwierciedla wyniki i perspektywy spółek, a nie wydarzenia polityczne. I mogę to powiedzieć, obserwując giełdę praktycznie od 25 lat.

Easy Forex: Bankructwo Grecji zostanie odroczone. Porozumienie nie rozwiąże jednak problemów tego kraju

CEO Magazyn Polska

Po ewentualnym bankructwie i powrocie do drachmy Grecja potrzebowałaby 2-3 lata, by wrócić do równowagi i normalnie funkcjonować na europejskich rynkach finansowych – ocenia Andrzej Kiedrowicz z Easy Forex. Jego zdaniem jednak do ogłoszenia niewypłacalności tego kraju na razie nie dojdzie i rozmowy w ostatniej chwili doprowadzą do porozumienia, które obu stronom da więcej czasu.

Minister finansów Grecji trochę działa tak, jakby w samotności mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Kiedrowicz, dyrektor polskiego oddziału Easy Forex.  Przedstawia te drastyczne cięcia fiskalne, reformy emerytalne, cięcia podatków, nie do końca porozumiewając się ze swoją partią, czyli Syrizą. Bardziej konserwatywna część partii jest przeciwko nowym propozycjom greckim.

Do końca czerwca Grecja musi oddać Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu 1,6 mld euro. Mogłaby jednocześnie liczyć na 7 mld euro nowej pożyczki, jednak tę wierzyciele uzależniają od zaakceptowania przez Ateny programu reform oszczędnościowych. Problem w tym, że na jego wdrożenie nie ma ochoty parlamentarna większość stojąca za obecnym greckim rządem.

Nawet, jeśli parlament przegłosowałby to porozumienie, to trzeba płacić kolejne transze, odsetki z wcześniej zaciągniętych pożyczek, a cały czas kasa jest pusta zwraca uwagę Andrzej Kiedrowicz. Tutaj rozwiązaniem tego problemu byłoby na pewno umorzenie części greckiego długu. Natomiast pojawia się pytanie, czy wierzyciele będą skłonni pójść aż na tak dalekie ustępstwa, gdyż już wcześniej część greckiego długu została umorzona.

Obecnie w ocenie dyrektora polskiego oddziału Easy Forex kraj ten może liczyć na 10-20-proc. redukcję zadłużenia, co tylko o kilka miesięcy przesunie w czasie problem Grecji. Bankructwo wydaje się zdrowszym rozwiązaniem. Tym bardziej że Grecja znajdzie się w innej sytuacji niż Argentyna, która po upadku do równowagi dochodziła 10 lat.

W przypadku Grecji może odbywałoby się to w trochę krótszym okresie, gdyż Grecja jest mimo wszystko w Unii Europejskiej, ma solidnych partnerów handlowych. Więc nawet w przypadku bankructwa i wprowadzenia z powrotem drachmy na pewno europejskie gospodarki chciałyby w jakiś sposób pomóc Grecji wyjść z tego dołka. Wydaje mi się, że w ciągu 2-3 lat Grecja zaczęłaby znowu normalnie funkcjonować na europejskich rynkach finansowych.

Na razie jednak analitycy spodziewają się raczej jakiegoś kompromisu.

To będzie kolejne porozumienie, które będzie tylko przenosić w czasie problemy, czyli to ostre zadłużenie Grecji, ponieważ długi trzeba będzie kiedyś spłacić, kolejne transze pożyczki pomogą tutaj tylko w krótkim okresie uważa Andrzej Kiedrowicz z Easy Forex. Grecja i tak już bardzo mocno zaciska pasa i w końcu mogą się skończyć te możliwości. Natomiast prawdopodobnie do końca czerwca to porozumienie uda się jednak osiągnąć.

Polskie fabryki motoryzacyjne biją eksportowe rekordy. Ich zagraniczna sprzedaż w 2015 roku może być najwyższa w historii

CEO Magazyn Polska

Wartość polskiego eksportu motoryzacyjnego może w tym roku po raz pierwszy w historii przekroczyć 20 mld euro ocenia firma analityczna i consultingowa AutomotiveSuppliers.pl. Na tak dobre perspektywy wskazują rekordowe wyniki marca, gdy polski fabryki sprzedały za granicą samochody i części warte 1,97 mld euro.

Po trzech miesiącach tego roku eksport polskiego przemysłu motoryzacyjnego przekroczył 5 mld euro i był większy o 14 proc., porównując z analogicznym okresem w 2014 roku. W samym marcu wynik był jeszcze lepszy, bowiem eksport samochodów i części był o 16,8 proc. wyższy niż rok wcześniej.

– Tylko w marcu zanotowaliśmy 2 mld euro wyeksportowanych produktów motoryzacyjnych, co jest najwyższą wartością w historii mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Orłowski z AutomotiveSuppliers.pl. Najwięcej eksportujemy części i komponentów, ponad 800 mln euro także w marcu, to nowy rekord w eksporcie samych części i komponentów.

O tak znaczącym wzroście w marcu zdecydowała wyższa o ponad 1/5 dynamika eksportu do krajów Unii Europejskiej. Najbardziej, bo o ponad 56 proc., wzrosła sprzedaż do Wielkiej Brytanii, która odbiera ponad 10 proc. polskich wyrobów motoryzacyjnych. Eksport do Niemiec wzrósł o ponad 12,6 proc.

Dla nas największym rynkiem nadal pozostaje rynek niemiecki zaznacza Rafał Orłowski O ile w tym rynku ogólnym, łączonym spośród kilku grup, jest to około 30 proc., o tyle w przypadku części i komponentów mówimy tutaj o wartości aż 40 proc.

Od początku 2015 roku eksport polskiego przemysłu motoryzacyjnego systematycznie rośnie. W styczniu o blisko 12 proc., w lutym o 13 proc. a w marcu o prawie 17 proc. W zeszłym roku polskie fabryki motoryzacyjne sprzedały za granicą samochody i części warte ok. 19 mld euro. W tym wynik powinien być jeszcze lepszy.

Na pewno będziemy ustanawiali nowe rekordy w każdej wartości, zarówno pod względem obrotu, sprzedaży, zatrudnienia, jak i eksportu ocenia ekspert AutomotiveSuppliers.pl. Zakładamy m.in. to, że po raz pierwszy wartość eksportu przemysłu motoryzacyjnego z naszego kraju przekroczy 20 mld euro w skali całego roku.

Grupa Casus Finanse i PiLab łączą siły

0

Najcenniejszym zasobem w branży windykacyjnej są dane, a dokładniej umiejętność ich analizy. W tej chwili Casus Finanse korzysta z kilku autorskich systemów, m.in. scoringowego, który automatycznie łączy konsultantów z numerami telefonów oraz transakcyjnego, służącego do obsługi windykacji, w którym znajdują się informacje na temat klientów i ich zobowiązań finansowych. Technologia spółki PiLab/BI zapewni Casus Finanse możliwość lepszej niż dotychczas kontroli ryzyka i bardziej efektywnego zarządzania bazą danych klientów z przeterminowanymi zobowiązaniami.

Dla naszych partnerów finansowych, którzy powierzają nam zarządzanie swoją bazą przeterminowanych płatności, bardzo ważna jest skuteczność w ich odzyskiwaniu. Casus Finanse na podstawie indywidualnych cech każdej sprawy dobiera dostosowany do jej specyfiki proces odzyskiwania wierzytelności, który wskazuje negocjatorom, jakie działania należy wykonać. Wyzwaniem jest przewidzenie reakcji klientów na działania – jak wiemy zachowania są zmienne w czasie. Przy wykonywaniu setek tysięcy połączeń telefonicznych tygodniowo, bardzo ważna jest optymalizacja tego procesu, czyli np. określenie, czy klienci mają więcej niż jeden numer telefonu, który telefon odbierają najczęściej, w jakich godzinach i w jakie dni – tłumaczy Sławomir Szarek, prezes Grupy Casus Finanse.

– Branża zarządzania wierzytelnościami narażona jest na obsługę portfeli, w których mogą zdarzać się nadużycia ze strony klientów. Platforma PiLab/BI, bazując na połączeniach bezpośrednich i pośrednich, pozwala szybko zidentyfikować podmioty, które mają np. ten sam numer telefonu lub ten sam adres. Dzięki temu można zbudować precyzyjne wzory działań oraz wychwycić nieprawidłowości w bazie, co przekłada się na konkretne oszczędności w obszarze odzyskiwania należności – tłumaczy Paweł Wieczyński, Prezes Zarządu PiLab SA.

Dzięki PiLab/BI będziemy w stanie przenalizować skuteczność naszych dotychczasowych działań, dzwonić do klientów w czasie dla nich odpowiednim oraz proponować optymalne rozwiązania. Wyraźnie poprawi to jakość i skuteczność naszych działań – dodaje Sławomir Szarek, prezes Grupy Casus Finanse.

W tej chwili współpraca PiLab i Casus Finanse ma charakter pilotażowy, w przyszłości system PiLab/BI może być wykorzystywany do analizowania kolejnych poziomów relacji pomiędzy danymi i skutecznego wykrywania wszelkiego typu nieprawidłowości w bazie, umożliwiając jej sprawniejszą i bardziej efektywną obsługę.

Airbus pracuje nad następcą modelu śmigłowca Caracal. To może oznaczać, że do Polski trafią przestarzałe śmigłowce

CEO Magazyn Polska

Szefowie Airbus Helicopters poinformowali podczas Międzynarodowego Salonu Lotniczego w Paryżu, że szykują następcę śmigłowca Caracal, którego chęć zakupu zgłosiła Polska. Nie wiadomo jednak, kiedy nowa maszyna miałaby pojawić się na rynku. Zdaniem majora Michała Fiszera, eksperta ds. lotnictwa, oczekiwanie na inaugurację tego modelu nie miałoby sensu, bo model o wstępnej nazwie X6 pojawi się w ofercie Airbus Helicopters najwcześniej za kilka lat. Według niego informacja ta potwierdza tylko, że zaproponowany Polsce Caracal jest starym śmigłowcem, opracowanym w II połowie lat 60., obarczonym poważnymi wadami.

Miejmy świadomość tego, że to nie jest opracowanie nowego samochodu czy nowej kreacji, tylko że ten śmigłowiec zacznie wchodzić do eksploatacji za kilkanaście lat. A wtedy to będziemy potrzebować następcę Caracala, jeżeli teraz go kupimy. W związku z tym czekanie na następcę mija się absolutnie z celem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes mjr Michał Fiszer.

MON po przetargu na 50 śmigłowców wielozadaniowych zdecydował o skierowaniu do testów modelu H225M Caracal wyprodukowanego przez Airbus Helicopters. Wypadły one pozytywnie, co oznacza, że pod koniec lata może zostać podpisana umowa offsetowa oraz umowa na zakup tych helikopterów. Według majora Fiszera była to błędna decyzja.

Błąd leży w wymaganiach przetargowych. Chcemy zastąpić postradzieckie śmigłowce niemalże identycznymi, zachodnimi, czyli takimi, które nie istnieją, ponieważ Zachód poza nielicznymi wyjątkami nie produkował nigdy śmigłowców tej klasy – mówi ekspert ds. lotnictwa. – Caracal to stary śmigłowiec, który został opracowany w II połowie lat 60. Jego konstrukcja była dość udana w owych latach, natomiast jeżeli chodzi o nasze potrzeby, to jest ona obarczona bardzo poważnymi wadami.

Major Fiszer zwraca jednak uwagę na to, że tak naprawdę Polska nie kupuje nowych śmigłowców. Maszyna dziś oferowana jako H225M Caracal pochodzi z 2000 r., a sama konstrukcja została opracowana pół wieku temu. Wywodzi się ona z modelu Aérospatiale SA 330 Puma, który został oblatany w 1965 r.

Później pojawiła się jego nowsza wersja Super Puma, a po przekształceniach własnościowych, kiedy powstała firma Eurocopter, wersję cywilną sprzedawano dalej jako Super Puma, a wersję wojskową już jako Cougar. Później Cougar otrzymał wyposażenie radioelektroniczne i inne drobne zmiany oblatanego pod nazwą Caracal. Niemniej jednak jest to taki sam stary śmigłowiec, który został opracowany w II połowie lat 60. – podkreśla mjr Fiszer.

Największą wadą Caracala według niego jest to, że jest to śmigłowiec niezdolny do pełnienia funkcji transportowych. Maszyna ta nie ma tylnej rampy, a kabina ładunkowa ma szerokość zaledwie 1,8 metra. Oznacza to, że fizycznie nie ma tam miejsca na pojazdy czy działa przeciwlotnicze, nawet jeśli wojsko znalazłoby metodę na ich załadowanie.

Major Fiszer zwraca uwagę na to, że Caracale mają zastąpić w polskim lotnictwie dwa modele produkcji radzieckiej – Mi-8 i Mi-17. Jednak w jego ocenie wymiana ta nie podniesie jakości polskiej floty powietrznej, a jedynie doprowadzi do zwiększenia udziału jednostek zachodnich kosztem radzieckich.

Wszędzie tam, gdzie państwo miało wybór  kupić śmigłowce zachodnie czy radzieckie lub później rosyjskie  wybierało te lepsze, czyli te radzieckie czy rosyjskie. Teraz my te lepsze zamieniamy na te gorsze, bo są zachodnie – krytykuje mjr Fiszer. – Jeżeli chcemy zastąpić Mi-8 i Mi-17, ponieważ potrzebujemy śmigłowca do transportu ciężkiego sprzętu dla taktycznych desantów powietrznych, to powinniśmy wybrać śmigłowiec, który ma możliwości transportu tego ciężkiego sprzętu dla desantu powietrznego.

Ekspert ds. lotnictwa podkreśla, że dużo lepszy rozwiązaniem byłoby kupienie śmigłowców AgustaWestland AW149 lub Sikorsky Black Hawk oraz dodatkowo mniejszą liczbę (np. osiem) transportowych boeingów CH-47 Chinook, wykorzystywanych przez wiele armii na całym świecie. Zauważa, że w przypadku wyboru śmigłowca AW149 byłoby to wyjątkowo łatwe, bo AgustaWestland ma licencję na produkcję Chinooków.

Rozwiązaniem byłby też zakup modelu NH90 produkowanego przez konsorcjum Airbus Helicopters, AgustaWestland i Fokkera. Fiszer zauważa, że w przetargu nikt tego modelu nie proponował w obawie przed kosztami, choć w rzeczywistości jest on znacznie tańszy niż Caracal.

Za pół roku nowe prawo upadłościowe. Poprawi ono sytuację firm i ich wierzycieli

CEO Magazyn Polska

Nowe przepisy restrukturyzacyjne mogą zapewnić przedsiębiorstwom większą szansę na gospodarcze przetrwanie. Upadłość nie musi oznaczać likwidacji firmy, możliwe będą cztery sposoby na zawarcie układu z wierzycielami. Przedsiębiorca z problemami finansowymi będzie miał możliwość wyboru najlepszej dla siebie procedury.

Nowe prawo restrukturyzacyjne, które wchodzi w życie 1 stycznia 2016 roku, niesie ze sobą fundamentalne zmiany w zakresie postępowania z niewypłacalnymi dłużnikami. Zamiast kompletnie nieefektywnego i niedziałającego postępowania upadłościowego w wersji układowej albo likwidacyjnej, będziemy mieli zupełnie osobne prawo restrukturyzacyjne. Daje ono dłużnikowi aż cztery drogi dojścia do zawarcia układu z wierzycielami – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Piotr Zimmerman, radca prawny w Kancelarii Zimmerman i Wspólnicy.

W czasie problemów finansowych przedsiębiorca będzie miał dostęp do takich procedur, które dadzą mu z jednej strony możliwość efektywnej restrukturyzacji, a z drugiej strony – zapewnią ochronę wierzycieli. Postępowanie restrukturyzacyjne będzie obejmować w zależności od stopnia zagrożenia firmy bankructwem: postępowanie o zawarcie układu, które pozwoli na porozumienie z wierzycielami bez nagłaśniania problemu, przyspieszone postępowanie układowe (do zawarcia układu będzie można dochodzić na zgromadzeniu wierzycieli), postępowania układowe (przeznaczone dla tych przedsiębiorców, którzy są na skraju niewypłacalności lub już są niewypłacalni) czy postępowanie sanacyjne (następuje restrukturyzacja zobowiązań, a dłużnik ma ograniczone możliwości zarządzania swoim majątkiem).

Największe szanse daję układowi zawieranemu w drodze samodzielnego zbierania głosów przez przedsiębiorcę. Ten zawiera umowę z nadzorcą, który będzie go wspomagał, następnie zbiera głosy od swoich wierzycieli, a gdy uzbiera ich komplet, to przedstawia układ sądowi do zatwierdzenia. To procedura bardzo szybka, łatwa, nieinwazyjna i niezwiązana z ryzykiem przekształcenia się w upadłość – ocenia ekspert.

Zmiana prawa pozwoli na zerwanie ze zbędnym formalizmem, więcej będzie też usprawnień, które w efekcie mogą pozwolić na uratowanie przedsiębiorstwa w złej sytuacji finansowej. O dalszym losie dłużnika najczęściej decydują najwięksi wierzyciele. Jeśli uda się porozumieć z nimi, to firma ma szanse normalnie funkcjonować. Na takie porozumienie, bez uruchamiania całej procedury ze wszystkimi wierzycielami, pozwala właśnie układ częściowy. To tylko jeden z elementów, jakie wprowadza ustawa.

Wprowadzona sprzedaż w upadłości, to sytuacja, gdzie przedsiębiorca znajduje chętnego na firmę, zawiera z nim wstępną umowę, a sąd, ogłaszając upadłość, zatwierdza sprzedaż. Dzięki temu w jednym dniu jest dokonana transakcję sprzedaży i ogłoszenie upadłości. Rynek nie jest zaniepokojony, przedsiębiorstwo normalnie działa pod rządami nowego nabywcy, a syndyk w upadłości zajmuje się już tylko podzieleniem otrzymanych pieniędzy – tłumaczy Zimmerman.

Jak podkreśla ekspert, rynek czekał na zmiany już od kilku lat, kiedy zaczęło się okazywać, że poprzednie przepisy, wprowadzone w 2003 roku, nie spełniają do końca swojej roli. Na nowym prawie skorzysta cały rynek, niezależnie od branży, choć ucieszy ono tych najczęściej narażonych na upadłość. Z raportu Euler Hermes wynika, że większość upadłości w maju 2015 r. dotyczyła firm zajmujących się obsługą procesów inwestycyjnych, rekrutacją czy wspierających działalność marketingowo-reklamową. W całym 2014 roku upadło w Polsce 820 firm, tendencja jest jednak spadkowa.

Na przepisy czekają też te podmioty, które obecnie nie mogą skorzystać z możliwości zawarcia układu, bo są wyjęte spod działania prawa upadłościowego. Instytucje i osoby prawne utworzone w drodze ustawy od stycznia przyszłego roku będą mogły już zawrzeć układ z wierzycielem – przekonuje radca prawny.

Część przepisów, które zaczną obowiązywać od stycznia 2016 roku, obowiązuje z powodzeniem w innych krajach. To sprawia, że ekspert pozytywnie ocenia wprowadzane zmiany, które przede wszystkim wpłyną na większą transparentność obrotu gospodarczego. Zostanie też wykształcony nowy zawód doradcy restrukturyzacyjnego.

W ustawie przewidziano mechanizmy wpływu wierzycieli na osobę syndyka, nadzorcy i zarządcy. Dzięki temu te podmioty będą pod podwójną kontrolą, po pierwsze sądu i sędziego komisarza tak jak do tej pory, a po drugie pod kontrolą rynku – wskazuje Zimmerman.

Po wprowadzeniu do ustawy o OZE zmian proponowanych przez Ministerstwo Gospodarki energetyka obywatelska stanie się nieopłacalna

CEO Magazyn Polska

Energetyka obywatelska to nie tylko tańsza energia dla gospodarstw domowych. To także większe bezpieczeństwo energetyczne kraju, ze względu na wielość rozproszonych źródeł energii. W Polsce rozwój energetyki obywatelskiej wciąż napotyka trudności administracyjne i prawne. Problemem jest m.in. projekt nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii.

Polska energetyka oparta jest obecnie na tzw. modelu scentralizowanym. Oznacza to, że większość energii produkowana jest w ponad 50 elektrowniach i elektrociepłowniach zlokalizowanych głównie na południu Polski. Z tego powodu wiele regionów kraju ma problemy z dostawami prądu. Co więcej, często na wsiach dochodzi do obniżenia napięcia, co skutkuje problemami z produkcją. Rozwiązaniem jest m.in. rozwój energetyki rozproszonej, opartej na małych, lokalnych źródłach bazujących głównie na energii odnawialnej. Zgodnie z ideą energetyki obywatelskiej każdy obywatel może sam produkować energię na własne potrzeby.

– Moglibyśmy wykorzystywać zasoby, które tak naprawdę się nie skończą, czyli energię pochodzącą z promieniowania słonecznego czy wiatru, oraz lokalnie produkowaną biomasę, dzięki temu produkcja rolna mogłaby być bardziej zdywersyfikowana i jednocześnie nie tylko produkować energię, lecz także tworzyć nowe miejsca pracy, zarówno przy konserwacji tych urządzeń, jak i przy przetwórstwie biomasy, biogazu – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Ogniewska, koordynatorka kampanii Klimat i Energia Greenpeace.

Energetyka obywatelska powinna się wiązać z oszczędnościami w budżecie domowym i większą kontrolę nad dostawami energii, powinna także zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne, i nie tylko na poziomie gospodarstw domowych. W razie awarii sieci duża ilość małych źródeł energii zabezpieczyłaby cały kraj przed odłączeniem od dostaw prądu i ciepła. Energetyka obywatelska może dotyczyć pojedynczych gospodarstw domowych, może także przybierać kształt spółek cywilnych lub spółdzielni. Jak mówi Anna Ogniewska, w Niemczech funkcjonuje obecnie prawie tysiąc tego typu spółdzielni, a prawie dwa miliony osób produkuje energię na własne potrzeby. W Polsce rozwój tego rodzaju energetyki jest poważnie utrudniony, ze względu na bariery administracyjne i prawne.

Ostatnio, po 5 latach pracy w Ministerstwie Gospodarki, udało się wreszcie przyjąć ustawę o odnawialnych źródłach energii, która i tak nie spełnia oczekiwań społecznych, jest dopiero pierwszym krokiem w kierunku rozwoju energetyki rozproszonej w Polsce. Udało się w niej wprowadzić taryfy gwarantowane, czyli stałe ceny na odbiór energii elektrycznej od właścicieli mikroinstalacji o mocy do 10 kW, takie, żeby były te instalacje choć trochę opłacalne, żeby mogły się zwrócić koszty inwestycji w tę instalację –  mówi Anna Ogniewska.

Ustawa weszła w życie 4 maja, a już w połowie tego samego miesiąca Ministerstwo Gospodarki przygotowało projekt nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii, w której zmienia na niekorzyść prosumenta zasady przyznawania wsparcia dla obywateli. W ocenie Instytutu Energii Odnawialnej wprowadzenie tych zmian do ustawy nie tylko obniży taryfy gwarantowane FiT, lecz także zwiększy koszty instalacji. W efekcie inwestycje te staną się nieopłacalne.

Aby propagować ideę energetyki obywatelskiej, powstał ruch „Więcej niż energia”, popierany m.in. przez Stowarzyszenie Gmin Przyjaznych Energii Odnawialnej, miasto Słupsk, Związek Pracodawców Forum Energetyki Odnawialnej, Stowarzyszenie ds. Rozliczania Energii i Polską Izbę Gospodarczą Energetyki Odnawialnej.

Jest coraz więcej podmiotów, które apelują do polityków, żeby przejęli rozwiązania korzystne dla rozwoju energetyki obywatelskiej w Polsce. Bo w tej chwili np. jest tak, że szkoła nie może produkować energii na własne potrzeby, ponieważ nie ma takiej kategorii w prawie. Powinno to być zmienione, powinna istnieć możliwość tworzenia spółdzielni energetycznych. Powinno być też wsparcie dla produkcji zielonego ciepła, a nie tylko tak jak w tej chwili  dla produkcji energii elektrycznej – mówi Anna Ogniewska.

Ruch „Więcej niż energia” udostępnia też petycję na swojej stronie internetowej, którą można podpisać online. Zawiera ona apel do polityków, aby wprowadzili zmiany umożliwiające rozwój energetyki obywatelskiej w Polsce.

Rynek środków ochrony roślin w ciągu 10 lat podwoił swoją wartość

CEO Magazyn Polska

W ubiegłym roku rynek środków ochrony roślin szacowano na blisko 3 mld zł. W ciągu 10 lat jego wartość się podwoiła. Środki ochrony roślin są niezbędne do produkcji wysokiej jakości żywności, a ich brak może spowodować znaczącą redukcję plonów. Wolno je jednak stosować wyłącznie według rygorystycznych zasad, stąd tak ważne są regulacje, którym podlega rynek, nie tylko na poziomie krajowym, lecz także europejskim.

Środki ochrony roślin są niezbędne dla produkcji wysokiej jakości żywności – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Anna Tuleja, dyrektor Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Roślin (PSOR).

Podstawą uzyskiwania plonów dobrej jakości jest umożliwienie roślinom wzrostu w środowisku wolnym od chwastów i szkodników. Brak odpowiednio stosowanych środków ochrony szybko spowodowałby zainfekowanie roślin i spadek ich walorów konsumpcyjnych.

To oznacza mniej zbóż, mniej warzyw, mniej owoców i mniej przetworów, które z nich powstają. Dlatego cała branża rolna postrzega ochronę roślin jako rzecz niezbędną do tego, aby rolnik mógł dostarczyć żywność konsumentowi – tłumaczy dyrektor PSOR.

Wedle danych PSOR, gdyby ograniczyć użycie środków ochrony w Europie, plony roślin oleistych byłyby o połowę mniejsze, pszenicy i innych zbóż o 40 proc., a warzyw i owoców – o 30 proc. Szacuje się, że taka sytuacja mogłaby spowodować miliardowe straty rolników i niższe dochody Unii, a także utratę samowystarczalności żywnościowej. Zasady stosowania środków ochrony muszą jednak podlegać szczegółowym regulacjom.

Mamy ustawę na poziomie krajowym, mamy też rozporządzenie na poziomie europejskim. Rolnik jest zobowiązany przestrzegać wszystkich tych przepisów, podobnie jak producent środków ochrony roślin. Wszystko po to, żebyśmy mieli absolutną pewność, że kiedy środek ochrony roślin zostanie wyprodukowany i zastosowany zgodnie z instrukcją użytkowania, nie będzie to miało żadnego negatywnego wpływu na żywność – mówi Tuleja.

Ze względu na ochronę zdrowia regulacje prawne wymagają przestrzegania ograniczeń dotyczących pozostałości środków ochrony roślin w żywności w postaci dopuszczalnej dawka dziennej (ADI), maksymalnego poziomu pozostałości (MRL) oraz maksymalnej dawki jednorazowej (ARfD).

Poziomy pozostałości są badane przez odpowiednie inspekcje, tak że możemy mieć pewność, kupując np. jabłka na bazarze, że zawierają one tylko tę nieszkodliwą ilość środków ochrony roślin – zaznacza dyrektor PSOR.

Spośród wszystkich środków chemicznych to właśnie pestycydy podlegają najostrzejszym regulacjom prawnym. PSOR podaje, że na jeden czynny składnik zarejestrowany do obrotu rynkowego przypada ponad 139 tys. innych, które nie wyszły poza etap koncesyjno-rozwojowy. Dlatego wprowadzenie na rynek jednego środka ochrony roślin zajmuje średnio 9 lat i kosztuje ponad 200 mln euro.

Nie wyobrażam sytuacji, w której rezygnujemy z regulacji, które dotyczą dopuszczania do obrotu środków ochrony roślin. W farmacji każdy lek musi być zarejestrowany, część jest przepisywana przez lekarza na receptę i z wyszczególnieniem zasad stosowania. Podobnie jest ze środkami ochrony roślin, które również muszą być stosowane według bardzo rygorystycznych zasad – podkreśla Anna Tuleja.

W galeriach handlowych pojawiły się rabatomaty. Wspierają sprzedaż i zbierają dane o zachowaniach klientów

CEO Magazyn Polska

Interaktywne platformy dla galerii handlowych, tzw. rabatomaty, jednocześnie przekazują praktyczne wiadomości konsumentom i zbierają o nich informacje. Obecnie działają w dziesięciu galeriach handlowych na terenie Polski. Choć działy marketingu tych obiektów ostrożnie podchodzą do tego rodzaju rozwiązań, to zarząd oferującej je spółki Tech Cave liczy na kilkudziesięcioprocentowy wzrost sprzedaży.

Rabatomaty to urządzenia, które wspierają sprzedaż i budują lojalność – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Paweł Przetacznik, prezes zarządu Tech Cave, członek grupy Internet Media Services.

To przede wszystkim, jak podkreśla Paweł Przetacznik, platforma komunikacyjna między galerią a klientami. Podstawowym zadaniem tych urządzeń jest przekazywanie informacji, które są przydatne konsumentom. Wskazują, w jaki sposób dotrzeć do wybranego sklepu lub jak najkrótszą drogą wyjechać z placówki handlowej (rozkłady jazdy wszystkich środków transportu publicznego). Jeżeli na terenie galerii jest kino, na tablicy może także pojawić się jego repertuar.

Promowane przez spółkę interaktywne plany galerii handlowych poza standardowymi funkcjami wyposażone są dodatkowo w opcję wskazywania, rezerwacji oraz wydrukowania kuponów rabatowych. Mają także wbudowane tzw. weryfikatory, które powodują, że wykorzystane bilety trafiają na serwer, przekazując tym samym informację o zachowaniach i preferencjach użytkowników.

Urządzenie przekazuje tylko takie informacje, które są potrzebne tu i teraz, by doświadczenie zakupowe klientów było pełniejsze i bardziej świadome – precyzuje Przetacznik. – Oprócz tego niosą informacje na temat tego, gdzie aktualnie są promocje. Wygląd tablicy może być zindywidualizowany, co pozwala kierować akcje promocyjne do różnych klientów na podstawie ich zachowań i poprzedniej aktywności. W związku z tym każdy może zobaczyć inną tablicę, z odmiennie rozmieszczonymi pinezkami ofert specjalnych.

Jak wynika z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH) krajowi konsumenci mają obecnie do dyspozycji 450 galerii handlowych, co sytuuje Polskę w okolicach średniej unijnej. Połowa to większe i bardziej wszechstronne placówki handlowe. W budowie znajduje się 30 tego rodzaju obiektów, choć nieco mniejszych.

Jesteśmy obecnie na terenie czterdziestu galerii w Polsce ze zwykłymi interaktywnymi planami, lokalizatorami – informuje Przetacznik. – W około dziesięciu funkcjonuje nasze bardziej skomplikowane rozwiązanie, czyli rabatomat. Ale nie ma jednej, zunifikowanej linii tego, jak taka tablica powinna wyglądać. W różnych galeriach odmienne elementy systemu mogą być bowiem uruchamiane i używane.

Rabatomat współpracuje także z aplikacją mobilną. Z poziomu smartfona, tabletu i strony www klienci również mogą poszukiwać rabatów. Jednocześnie są to urządzenia gromadzące dane behawioralne o korzystających z jego funkcjonalności konsumentach. Na razie jednak rozmowy z galeriami, jak zauważa Przetacznik, nie należą do łatwych, gdyż – jak mówi – wiele osób w działach marketingu ma nie najlepsze doświadczenia z wcześniej działającymi programami lojalnościowymi.

Wprowadzenie ich oznacza zobowiązanie, z którego później bardzo trudno się wycofać – tłumacz prezes zarządu Tech Cave. – Wcześniej wiele galerii próbowało samodzielnie wdrażać jakiś program lojalnościowy i często kończyło się to niepowodzeniem. Wydaje nam się jednak, że obecnie mamy przepis i potrafimy to robić właściwie.

Jego zdaniem potencjał wzrostu sprzedaży rok do roku w przypadku tych urządzeń sięga kilkudziesięciu procent.

W ciągu dekady frekwencja na stadionach Ekstraklasy wzrosła o trzy czwarte. W ostatnim sezonie rozgrywki oglądało prawie 2,5 mln osób

0

CEO Magazyn Polska

Podczas ostatniej serii spotkań stadiony, na których grały drużyny T-Mobile Ekstraklasy, odwiedziło blisko 2,5 mln osób, co oznacza, że w ciągu dekady frekwencja wzrosła o 76 proc., a w ciągu pięciu lat się podwoiła.

Ostatnie rozgrywki były niezwykle emocjonujące, bo toczyły się o mistrzostwo Polski, o to, kto zagra w pucharach i jak będzie rozstawiony, a także o to, kto będzie grał w ekstraklasie w kolejnym sezonie – podsumowuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Animucki, wiceprezes spółki Ekstraklasa. – Wszystko było możliwe do ostatniej kolejki. Rozstrzygnięcia poznaliśmy finale, w ostatniej rundzie, co bardzo nas cieszy.

Podczas ubiegłego sezonu 2014/2015 w rozgrywkach wzięło udział łącznie 466 zawodników i padło 790 goli. Stadiony odwiedziło w sumie 2 463 999 osób, co oznacza, że w ciągu ostatniej dekady frekwencja wzrosła o 76 proc.

To najwyższy wynik w Polsce, jeżeli chodzi o rywalizację sportową w ramach ligi, co bardzo nas cieszy – zauważa Marcin Animucki. – Ale przed nami, oczywiście, jeszcze dużo pracy. Chcemy, aby nowoczesne stadiony Ekstraklasy, a mamy ich już prawie 14, były zapełnione także w kolejnych latach.

Jak zapewnia Animucki, Ekstraklasa dąży do sytuacji, w której wpływy z biletów będą sięgały jednej trzeciej wszystkich przychodów klubów. W ubiegłym sezonie łączne przychody sięgnęły 0,5 mld zł, a najwięcej przyniosła sprzedaż praw mediowych.

Od sezonu 2013/2014 rozgrywki o mistrzostwo Polski w piłce nożnej odbywają się dwustopniowo, według tzw. systemu ESA37. Najpierw, po 30 kolejkach sezonu zasadniczego, uczestnicy zostają podzieleni na grupę mistrzowską oraz spadkową, a liczba uzyskanych przez nich punktów jest zmniejszana o połowę. W trakcie fazy finałowej odbywa się siedem kolejek, po których zostają wyłonieni mistrz Polski, uczestnicy Ligi Europy oraz spadkowicze.

ESA37 miała wyeliminować tzw. mecze o pietruszkę w końcowej fazie sezonu oraz sprawić, aby piłkarze rozgrywali większą liczbę spotkań o realną, konkretną stawkę.

Emocje, które towarzyszyły rozgrywkom, przez cały czas były natężone, ale najbardziej – w rundzie finałowej – przekonuje wiceprezes Animucki. – Taki był nasz zamysł podczas tworzenia innowacyjnego systemu rozgrywek. Chodziło właśnie o to, aby w ostatnich meczach emocje były jak największe.

W nowym sezonie w rozgrywkach nie wezmą udziału drużyny z Bełchatowa i Bydgoszczy. Do Ekstraklasy dołączyły natomiast KGHM Zagłębie Lublin, swego czasu zdobywca tytułu mistrza Polski, oraz zespół Termalica Bruk-Bet z Niecieczy, beniaminek.

Staramy się przede wszystkim tak przygotować rozgrywki, aby były na jak najwyższym poziomie – zapewnia wiceprezes spółki Ekstraklasa. – Już w tym tygodniu mamy spotkanie z beniaminkami. Zależy nam na tym, aby miesiąc przed rozpoczęciem meczy zespoły wiedziały, jak się do nich przygotować. Nie łudźmy się: różnica między I ligą a Ekstraklasą jest dość duża. W grę wchodzi transmisja telewizyjna i centralne kontrakty marketingowe. Przed beniaminkami na pewno jest jeszcze dużo pracy. Mam jednak nadzieję, że czas, który pozostał, będzie przez nich wykorzystany efektywnie.

Debiutująca Termalica Bruk-Bet z Niecieczy to – zdaniem wiceprezesa Animuckiego – bardzo ciekawy zespół.

Na pewno budujący tę drużynę od podstaw właściciele mają pomysł na to, aby stać się zespołem, który może mile zaskoczyć – uważa Marcin Animucki. – Wszystko okaże się jednak na boisku.

Internet korzyści czy sieć zagrożeń?

82,1 proc. internautów obawia się o swoje bezpieczeństwo w sieci, ale jedynie 19,8 proc. z nich korzysta z zaawansowanych rozwiązań zabezpieczających – takie wnioski płyną z badania przeprowadzonego na zlecenie firmy Intel wśród polskich użytkowników Internetu. Dane nie napawają optymizmem, tym bardziej, że problem zagrożeń w sieci dotyczy coraz większej liczby Polaków. Z informacji Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w ubiegłym roku aż w 10 milionach polskich domów znajdował się przynajmniej jeden komputer, a dostęp do Internetu miało 74 proc. gospodarstw domowych.

Z Internetu w Polsce regularnie korzysta ponad 66 proc. osób w wieku 16-74 lat. Od poczty elektronicznej, wyszukiwania informacji o produktach i usługach, po bankowość elektroniczną i zakupy w sieci – coraz chętniej korzystamy z możliwości, jakie daje globalna sieć. Większa liczba osób korzystających z Internetu to jednak także większa liczba potencjalnych celów dla cyberprzestępców. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Intela, polscy internauci, choć świadomi zagrożeń, nadal niefrasobliwie podchodzą do kwestii bezpieczeństwa.

Wg danych GUS aż 79,5 proc. internautów w Polsce korzysta z poczty email, ponad trzy czwarte z nich przeszukuje Internet w poszukiwaniu informacji na temat interesujących ich produktów. Coraz więcej osób robi zakupy w sieci – w 2014 roku na e-zakupy wybrał się co drugi polski dorosły użytkownik Internetu. Niewiele mniejszą popularnością cieszy się także bankowość elektroniczna – z usług tego typu korzysta prawie 49 proc. internautów.

Sezon na wyłudzenia

Z badań przeprowadzonych przez ekspertów Intela wynika, że ponad 60 proc. internautów otrzymało w ciągu ostatniego roku wiadomość email z próbą wyłudzenia danych, informacji bądź pieniędzy. Odsetek ten może być jednak wyższy, gdyż 15 proc. ankietowanych nie wie, jak rozpoznać tego typu wiadomość. Choć to właśnie osoby o niskiej świadomości zagrożeń, dodatkowo nie korzystające z oprogramowania zabezpieczającego, stanowią najłatwiejszy cel dla cyberprzestępców, nie oznacza to, że ci bardziej zaawansowani użytkownicy mogą pozwolić sobie na zignorowanie problemu. Jak wykazało badanie Intela, ponad 90 proc. użytkowników desktopów i ponad trzy czwarte posiadaczy laptopów przyznało, że zdarzyło się, że ich komputer z dostępem do sieci był zainfekowany wirusem lub złośliwym oprogramowaniem.

– Internet stał się naszym codziennym narzędziem pracy, ale jednocześnie kryje coraz więcej zagrożeń, których często nie jesteśmy w stanie zidentyfikować. Komputery czy urządzenia mobilne, którymi posługujemy się zarówno w pracy, jak i w domu, są kopalnią danych. Niezabezpieczone stają się łatwym łupem dla cyberprzestępców – mówi Artur Długosz z Intel Technology Polska. Dlatego każde z urządzeń, na którym korzystamy z Internetu, powinno mieć zainstalowane oprogramowanie zabezpieczające – dodaje.

Świadomość coraz wyższa, zabezpieczeń brak

Mimo stosunkowo wysokiego poziomu świadomości zagrożeń, jakie czyhają na nich w sieci, większość internautów nie ma na swoich komputerach profesjonalnego oprogramowania zabezpieczającego. Na jego zakup zdecydowało się nieco ponad 19 proc. ankietowanych. Z pakietu bezpieczeństwa zainstalowanego na komputerze od nowości korzysta kolejne 21,8 proc. respondentów. Pozostali badani zadeklarowali, że zabezpieczają swoje komputery przy pomocy bezpłatnych programów, podstawowej zapory systemu operacyjnego lub wcale tego nie robią.

Bezpłatne oprogramowanie to zdecydowanie lepsze rozwiązanie niż brak jakiegokolwiek narzędzia. Warto jednak pamiętać, że w porównaniu z pełnymi pakietami bezpieczeństwa oferują one stosunkowo niski poziom ochrony. O ile te pierwsze oferują tylko wybrane, podstawowe funkcje zabezpieczające, o tyle te drugie potrafią zamienić komputer w twierdzę. Zaawansowane pakiety typu McAfee Internet Security chronią urządzenie przez złośliwym oprogramowaniem, trojanami, wirusami, oprogramowaniem szpiegującym i programami typu rootkit. Zabezpieczają także przed kradzieżą danych lub tożsamości, chronią prywatność, blokują podejrzany ruch w sieci oraz pomagają zoptymalizować i przyspieszyć prace komputera. Posiadają też dodatkowe narzędzia – np. moduł kontroli rodzicielskiej, pozwalający na blokowanie nieodpowiednich witryn oraz kontrolowanie czasu spędzanego przez dziecko w Internecie, filtr spamu i niebezpiecznych wiadomości e-mail. Ochrona najmłodszych i najbardziej podatnych na atak użytkowników sieci powinna być priorytetem dla rodziców. Wg GUS 79,5 proc. dzieci w wieku 12-15 lat spędza wolny czas na portalach społecznościowych. Mimo to, jak wynika z badania Intela, blisko jedna czwarta rodziców w żaden sposób nie chroni swoich dzieci przed zagrożeniami w sieci.

Mimo, iż polscy internauci odznaczają się dużą świadomością niebezpieczeństw czyhających na nich w Internecie, jedynie co piąty z nich jest gotów zainwestować w swoje bezpieczeństwo w sieci więcej niż 100 zł – mówi Artur Długosz z Intel Technology Polska. Posiadanie profesjonalnego pakietu bezpieczeństwa, choć wiąże się z wydatkiem, należy rozpatrywać w kategorii inwestycji. Utrata cennych danych, wyciek poufnych informacji, kodów, haseł – wszystko to może w perspektywie czasu kosztować zdecydowanie więcej niż inwestycja w bezpieczeństwo – dodaje.

Światowa premiera Alfy Romeo Giulia

Dzisiaj w Arese, niedaleko Mediolanu, w odnowionym Muzeum Alfy Romeo zaprezentowano nowy model Alfa Romeo Giulia, w topowej wersji Quadrifioglio (czterolistna koniczyna).

Debiut w obecności przedstawicieli międzynarodowej prasy odbył się w Muzeum Alfy Romeo w Arese, które 30 czerwca br. otworzy swoje podwoje ku zadowoleniu miłośników z całego świata.
Debiut w obecności przedstawicieli międzynarodowej prasy odbył się w Muzeum Alfy Romeo w Arese, które 30 czerwca br. otworzy swoje podwoje ku zadowoleniu miłośników z całego świata.

Nowe logo Alfy Romeo.

Alfa Romeo Giulia doskonale odzwierciedla nowy wzorzec marki, pozostając jednak wierną swojej stuletniej tradycji: zresztą, tylko ten, kto ma za sobą wielką przeszłość może mierzyć się z wyzwaniami przyszłości. Szacunek dla własnej historii widać również w nowym logo – firmowanym przez Robilant Associati – które nowy model prezentuje światu po raz pierwszy: na zewnątrz znaczek został odnowiony i zmodernizowany, nie tknięto jednak kształtu i cech charakterystycznych, które czynią z niego symbol rozpoznawalny i kochany na całym świecie.

„La meccanica delle emozioni” – mechanika emocji.

Jest pięć elementów, dzięki którym Alfa Romeo stała się jednym z najbardziej pożądanych marek samochodowych na świecie: wyraźnie włoska stylistyka, nowoczesne i innowacyjne silniki, doskonałe rozłożenie wagi (50/50), wyjątkowe rozwiązania techniczne, najlepszy stosunek masy do mocy. Są to niezbędne składniki do stworzenia Alfy Romeo.

Wystarczy usiąść za kierownicą nowego modelu, aby zrozumieć, że wkraczamy w inny wymiar, w którym wszystko skupia się wokół kierowcy, jego emocji i chęci przeżywania radosnych chwil podczas jazdy. Jest to zasługa bezpośredniego układu kierowniczego, natychmiastowej reakcji na pedał przyspieszenia oraz szybkim zmianom biegów i skutecznego układu hamulcowego. Do cech tych należy dodać również wybór napędu tylnego lub 4×4, które nie jest tylko hołdem złożonym autentycznym korzeniom legendarnej Alfy Romeo, ale również rozwiązaniem technicznym, które zapewnia wysokie osiągi i dobrą zabawę.

W Alfie Romeo wszystko to kryje się pod hasłem „meccanica delle emozioni” (mechanika emocji). Jest to silny i wyrazisty przekaz rozpowszechniany na całym świecie, po włosku, składając hołd ojczyźnie, w której marka powstała ponad 100 lat temu. To legenda, która do dziś wyprowadza symbol Made in Italy na codziennie przemierzane drogi, na najsławniejsze tory wyścigowe oraz do serc milionów miłośników na całym świecie.

Wyraźny włoski styl.

Alfa Romeo powstaje z doskonałej równowagi pomiędzy spuścizną, szybkością i pięknem, dzięki której staje się najwyższym wyrazem włoskiego stylu w dziedzinie motoryzacji. Nowa Giulia nie stanowi tu oczywiście wyjątku, ponieważ skupia w sobie trzy charakterystyczne cechy włoskiej stylistyki: wyczucie proporcji, prostotę i dbałość o jakość wykończenia. To jest właśnie „skóra”, którą styliści Alfy Romeo z niesamowitą starannością ukształtowali na „mechanicznym szkielecie”.

Proporcje oparte są na architekturze technicznej całego samochodu: dla Alfy Romeo punktem odniesienia jest równowaga pomiędzy rozkładem mas na osie (50/50) oraz tylny napęd. Aby lepiej zbilansować masy, silnik oraz mechanika muszą być ułożone pomiędzy dwoma osiami. Stąd pomysł na projekt Giulii: bardzo krótkie zwisy, długa maska silnika oraz długie błotniki przednie, „cofnięta” kabina pasażerska „wsparta” na kołach napędowych oraz tylne, „muskularne” błotniki, optycznie sugerujące punkt, w którym moc przekazywana jest na jezdnię. Wszystko to przekłada się na wyjątkowo długi rozstaw osi – najdłuższy w swojej kategorii – zamknięty w jednym z najbardziej kompaktowych nadwozi. Z tych proporcji powstaje dynamiczna forma, jaką można wyczytać z elipsy, patrząc na plan z góry. Poza tym, zaokrąglone krawędzie oraz otulające słupki nadają samochodowi smukłości, tworząc kształt „kropli”, która przypomina jeden z najpiękniejszych aut wszech czasów: Giuliettę Sprint.

Drugi aspekt włoskiego stylu to prostota, za którą kryje się jeden z najbardziej złożonych w przemyśle, kreatywnych procesów: projektowanie samochodu. To właśnie styl ma za zadanie ukryć długą i złożoną pracę za prostą i naturalną linią, która ukazuje elegancję form oraz wyrafinowany włoski gust. To samo podejście przenika całą historię wzornictwa Alfy Romeo, które zawsze wyrażało się w czystych i wyrazistych liniach. Dlatego też nowa Alfa Romeo jest jednoznacznie identyfikowalna, a to dzięki kilku prostym cechom: linii wyżłobionej na bokach, która zaznacza drzwi i otacza klamki oraz – rzecz jasna – legendarnemu, charakterystycznemu trójkątnemu grillowi (Trilobo) na masce, być może najsławniejszym i najbardziej rozpoznawalnym logo w świecie motoryzacji.

Wreszcie, włoski styl charakteryzuje się wysoką jakością powierzchni, co oznacza tworzenie bogatych i harmonijnych refleksów poprzez bryły. Końcowym rezultatem jest nowa Giulia o plastycznym kształcie, który przypomina dużego kota, uchwyconego tuż przed skokiem. Tę samą inspirację odnajdujemy we wewnętrzu samochodu, które jest czyste i proste i gdzie wszystko skoncentrowane jest wokół kierowcy, o czym świadczy chociażby zebranie wszystkich przycisków na małej kierownicy, zaprojektowanej tak, aby mogła dopasować się do każdego stylu jazdy. To jednak nie wszystko. Miejsce kierowcy zostało „skrojone” tak jak materiał, z ukośnym tunelem, delikatnie pofalowaną deską rozdzielczą oraz oprzyrządowaniem ukierunkowanym na kierowcę; zostało „odszyte” tak jak ubranie, z niesamowitą starannością i z użyciem wysokiej jakości materiałów: włókna węglowego, drewna i materiałów miłych dla oka i przyjemnych w dotyku.

Nowoczesne i innowacyjne silniki.

Innym elementem, który wyróżnia prawdziwą Alfę Romeo, są nowoczesne i innowacyjne silniki. Z tego powodu, dla topowej wersji Quadifoglio postanowiono stworzyć jednostkę napędową wyjątkową pod względem technologii i osiągów, która stanie się nowym punktem odniesienia marki.

Mowa tu o turbodoładowanym silniku benzynowym z 6 cylindrami, opracowanym przez techników Ferrari, który rozwija moc 510 KM i zapewnia budzące entuzjazm osiągi: między innymi przyspieszenie od 0 do 100 km/h w zaledwie 3,9 sekundy. Nawiasem mówiąc, pomimo fantastycznej wartości mocy i momentu obrotowego, nowa jednostka napędowa jest zaskakująco ekonomiczna, dzięki sterowanemu elektronicznie systemowi dezaktywacji cylindrów. Oczywiście, tak jak wszystkie pozostałe silniki najnowszej generacji, i te benzynowe, jak i te wysokoprężne, 6-cylindrowy silnik Giulii wykonany jest w całości z aluminium, aby zredukować całkowitą masę samochodu, szczególnie tę przenoszoną na oś przednią, generując charakterystyczny dla Alfy Romeo dźwięk.

Doskonały rozkład masy.

Cechą charakterystyczną nowej Giulii jest przemyślane zarządzanie masami i materiałami, które umożliwiło doskonałe rozłożenie masy na osie w proporcji 50/50. Jest to cecha, która okazała się istotna dla przyjemności jazdy Alfą Romeo. Została uzyskana dzięki pracy zarówno nad układem samochodu, jak i umieszczeniu wszystkich najcięższych elementów w możliwie najbardziej centralnej pozycji.

Oprócz rozkładu masy, tak samo istotne dla optymalnej jazdy są zawieszenia. Na osi tylnej zastosowano rozwiązanie wielowahaczowe typu Multilink, które jednocześnie gwarantuje wysokie osiągi, przyjemność jazdy i komfort. Niezależne dwuwahaczowe zawieszenie osi przedniej to nowa konstrukcja, która optymalizuje „filtrowanie” nierówności, jednocześnie gwarantując szybkie i precyzyjne manewry w każdych warunkach. Autorskie rozwiązanie zawieszenia Alfa Romeo, jest w stanie zapewnić wysokie przyspieszenia boczne w każdej sytuacji i przy każdej prędkości. Dzięki temu jazda nową Alfą Romeo Giulia jest zawsze naturalna i instynktowna, również dzięki najbardziej bezpośredniemu na rynku przełożeniu układu kierowniczego.

Wyjątkowe i ekskluzywne rozwiązania techniczne.

Zgodnie z kulturą techniczną Alfy Romeo, projekt, wykonanie oraz wybór materiałów na podwozie i zawieszenia muszą być zawsze doskonałe. W wyniku tego postanowiono, że elektronika powinna zostać wykorzystana tylko do spotęgowania doznań podczas jazdy, zapewnionych już zresztą przez doskonałą mechanikę.

Świadczą o tym ekskluzywne rozwiązania techniczne zastosowane w nowym samochodzie, takie jak na przykład technologia Torque Vectoring, która dzięki podwójnemu sprzęgłu pozwala tylnemu mechanizmowi różnicowemu odrębnie sterować momentem każdego z kół. W ten sposób przekazywanie mocy na podłoże poprawia się również w warunkach niskiej przyczepności. Pozwala to prowadzić samochód bezpiecznie i zawsze bardzo przyjemnie, bez konieczności nagłych interwencji ze strony systemu kontroli stabilności. W nowej Alfie Romeo pojawia się również po raz pierwszy Integrated Brake System, innowacyjny system elektro-mechaniczny łączący kontrolę stabilności z tradycyjnym wspomaganiem hamulców, który zapewnia natychmiastową reakcję hamulca i rekordowo krótką drogę hamowania, jak również pozwala na optymalizację obciążeń.

Oprócz doskonałej wartości współczynnika Cx, perfekcyjnego zbalansowania sił na zakrętach oraz docisku aerodynamicznego, nowy model wyposażony jest w Active Aero Splitter, system przedni, który aktywnie zarządza dociskiem aerodynamicznym, zapewniając w ten sposób lepsze osiągi i przyczepność, nawet przy dużych prędkościach. Wszystkie te nowoczesne systemy są zarządzane przez Chassis Domain Control, „mózg” elektronicznego sterowania samochodu, który przydziela każdemu z nich precyzyjne zadanie, aby zoptymalizować osiągi i przyjemność jazdy.

Nie można również zapominać, że nowa Alfa Romeo Giulia oferuje unowocześniony selektor Alfa DNA, który modyfikuje dynamiczne zachowanie samochodu w oparciu o wybory dokonywane przez kierowcę: Dynamic, Natural, Advanced Efficient (tryb wydajności energetycznej, który po raz pierwszy został zastosowany w Alfie Romeo) i oczywiści Racing (w wersjach o wysokich osiągach).

W kabinie pasażerskiej nowy samochód oferuje najwyższy poziom jakości, bezpieczeństwa, wyposażenia i komfortu, a dodatkowo jeden, bardzo typowy dla Alfy Romeo element: centralne zorientowanie przyrządów i przycisków na kierowcę. Nieprzypadkowo wszystkie główne przyciski są wbudowane w kierownicę, jak w bolidzie Formuły 1, natomiast interfejs człowiek/samochód składa się z dwóch pokręteł, które prosto i łatwo regulują selekor Alfa DNA oraz system infotainment.

Najlepszy stosunek masy do mocy.

Aby uzyskać doskonały stosunek masy do mocy, wynoszący poniżej 3 kg/KM, nowa Giulia łączy świetne osiągi silnika z szerokim zastosowaniem ultralekkich materiałów we wszystkich częściach samochodu. Na przykład, użyto włókno węglowe na wał napędowy, maskę silnika i dach albo aluminium na silnik, hamulce, zawieszenia (w tym przednie punkty mocowania gniazd amortyzatorów oraz ramę przednią i tylną) oraz wiele elementów karoserii, takich jak drzwi i błotniki. Poza tym, belka poprzeczna tylna wykonana jest z kompozytu aluminium i tworzywa.

W celu zmniejszenia masy całkowitej, dopracowano również układ hamulcowy, wprowadzając aluminiowe elementy oraz tarcze węglowo-ceramiczne, natomiast siedzenia mają konstrukcję wykonaną z włókna węglowego. Pomimo optymalizacji mas, samochód może się pochwalić najlepszą w swojej kategorii sztywnością skrętną, zapewniając w ten sposób ponadczasową jakość, komfort akustyczny oraz poręczność również w przypadku ekstremalnych naprężeń.

Salesforce: w 5 lat ilość danych wzrośnie od 10 do 50 razy

Według firmy Salesforce, dramatyczny przyrost danych generowanych przez ludzi, urządzenia i firmy będzie coraz silniej stawiał biznes przed trzema wyzwaniami. Firmy będą walczyć na polu szybkości reagowania, personalizacji w relacjach z klientami i umiejętności selekcji danych do przetwarzania i dalszego wykorzystywania.

W trakcie dorocznej konferencji Salesforce Cloud Tour amerykańska firma opierała się na prognozach wzrostu ilości danych generowanych w skali globalnej. Zdaniem firmy, tak silny wzrost połączony z rozwojem mobilności i społeczności internetowych już dziś stawia firmy przed nowymi wyzwaniami.

Dramatyczny przyrost danych

W ciągu ostatnich 12 miesięcy na świecie wygenerowano niemal 90% wszystkich danych cyfrowych, jakie powstały w ciągu ubiegłych dekad. Ten wzrost nieustannie postępuje: zdaniem Salesforce, do 2020 roku w skali globalnej ogół danych przetwarzanych przez firmy wzrośnie od 10 do 50 razy! Ilość danych mobilnych wzrośnie 10-krotnie, ilość danych nieustrukturyzowanych 19-krotnie, a danych odnoszących się do sprzedawanych produktów będzie aż 50 razy więcej w stosunku do obecnego wolumenu. W obliczu takiego wzrostu firmy zmuszone są nie tylko działać szybciej (tzn. umieć przetwarzać większe wolumeny danych dla sprawnego prowadzenia procesów biznesowych). Muszą też umieć decydować, które z kategorii danych wykorzystywać w swojej działalności, ponieważ analizowanie wszystkiego wiąże się ze zbyt dużymi nakładami, co z kolei obniża efektywność.

Zmiany po stronie konsumentów

Równolegle do logarytmicznego przyrostu danych zmienia się rynek po stronie popytu. Klienci stają się coraz bardziej świadomi. Coraz chętniej też wymieniają się opiniami o produktach, korzystając ze społeczności. I jest to zjawisko, którego biznes nie może lekceważyć. Wg Salesforce do roku 2017 już ponad 2,3 mld ludzi (ok. 31% populacji globu) będzie uczestnikami społeczności w Internecie. Coraz więcej ludzi do zakupów wykorzystuje sieć, w tym – już dziś – większość kieruje swoje zapytania do wyszukiwarek przez urządzenia mobilne. Nic dziwnego, że w takich okolicznościach klienci stają się wymagający, co dla praktyki biznesowej oznacza konieczność podnoszenia jakości obsługi klientów – szybkiego reagowania, dokładności, terminowych realizacji i – co dziś bardzo ważne – personalizowania relacji. Jak pokazują dane Salesforce, nie jest to łatwe, bowiem obecnie aż 77% klientów twierdzi, że nie jest dostatecznie angażowanych w kupowane przez siebie produkty i usługi. To z jednej strony pokazuje, że jest ogromny potencjał do budowania lojalności klientów. Z drugiej strony, dość często powtarza się teza, że w dzisiejszym świecie klienci są coraz mniej lojalni. Prawdą jest jednak, że wszyscy lubimy być obsługiwani należycie, zgodnie z naszymi oczekiwaniami i wyobrażeniami. W dzisiejszym świecie do spełnienia tych wymagań firmy potrzebują właściwego przetwarzania danych. I, jak podkreśla Salesforce, biznes dziś bardziej potrzebuje innowacji, niż infrastruktury.

Konsekwencje dla biznesu

Zmiany po stronie konsumentów oraz przyrost danych sprawiają, że firmy zmuszone są dziś stawiać czoła nowym wyzwaniom. Salesforce za najważniejsze z nich wskazał:

  • szybkość reagowania na informacje płynące z rynku – jest uwarunkowana m.in. zdolnością do analizy strumieni danych z mikrozdarzeń (kontakty klienta z firmą, transakcje, wpisy na profilach internetowych, dynamiczne dane z geolokalizacji) oraz do wdrażania na podstawie tych analiz określonych działań ukierunkowanych na klientów,
  • personalizowanie kontaktów z klientami we wszystkich punktach styku konsumenta z marką, firmą lub produktem. Wyzwanie to należy rozumieć zarówno jako ciągłe podnoszenie jakości obsługi klientów, jak i elastyczne reagowanie na zgłaszane przez nich indywidualne potrzeby czy oczekiwania,
  • właściwe dobieranie źródeł i kategorii danych do analizy i dalszego przetwarzania – nadawanie kategoriom priorytetów, tak aby optymalizować koszty analizy informacji oraz nie zaciemniać obrazu spowodowanego nadmiarem informacji (trzymanie się celów, dostrzeganie rzeczywistych oczekiwań klientów).

Szybkie zmiany czyli szanse i zagrożenia

Dla biznesu każda zmiana jednocześnie stanowi ryzyko, ale także niesie ze sobą szansę. Bardzo wyraźnie widać to obecnie, szczególnie na przykładzie firm, które zdecydowały się zaadaptować do nowych realiów rynkowych. Z badań Salesforce wynika, że firmy, które zdecydowały się wykorzystać platformy do integracji, analizy i przetwarzania danych w procesach sprzedaży, obsługi klientów, komunikacji z rynkiem, marketingu i zarządzania relacjami z klientami zwiększają efektywność w obszarze sprzedaży średnio o kilkadziesiąt procent. Np. notują średni wzrost sprzedaży na poziomie 37%, o poprawiają współczynnik utrzymania klientów (lojalności) o 45% uzyskując podobny poziom wzrostu satysfakcji klientów. Firmy, które nauczyły się szybko przetwarzać dane i komunikować z rynkiem (sprzedaż / marketing / obsługa) poprawiły aż o 43% konwersję zapytań ofertowych.

Może się wydawać, że w dobie tak silnej konkurencyjności dla firmy wypracowanie w ciągu roku dwucyfrowego wzrostu jest dziś wyjątkowo trudne. Zapewne tak jest w przypadku firm, które nie dostosowują się do zmian.

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Europa i Polska mogłyby przyciągnąć nowe inwestycje badawczo-rozwojowe. Do tego potrzebny jest spójny system zachęt podatkowych na innowacje

Zdaniem 58% światowych inwestorów, badania i rozwój to funkcja biznesowa, która w przyszłości przyciągnie najwięcej projektów do Europy. Spośród tych, obecnych już na starym kontynencie, tego zdania jest 63% badanych – wynika z raportu EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy 2015″. 35% inwestorów ceni Europę za jej osiągnięcia w dziedzinie badań i rozwoju oraz innowacji, a zaledwie 3% ocenia potencjał innowacyjny tego obszaru jako niski.

W 2014 roku w Europie powstało 288 bezpośrednich inwestycji zagranicznych w dziedzinie badań i rozwoju w Europie. To pozom porównywalny z ubiegłym rokiem. Niestety, w tym samym czasie utworzyły one o 17% mniej miejsc pracy – zaledwie nieco ponad 10 000. W Polsce takich projektów w ubiegłym roku było zaledwie 6 i stanowiły one w sumie 5% wszystkich inwestycji.

Europa i Polska mogłyby przyciągnąć nowe inwestycje badawczo-rozwojowe

Wszyscy badani przez EY podkreślają, że Europa musi poprawić wdrażanie w życie rezultatów badań oraz ich komercjalizację. Zwracają też uwagę na konieczność szerszego stosowania ulg podatkowych.

Badania i rozwój w Polsce

Według roboczego sprawozdania Komisji Europejskiej o sytuacji gospodarczej Polski „Sprawozdanie krajowe – Polska 2015 r.” nakłady na B+R w naszym kraju zwiększają się, ale łącznie w 2013 roku wyniosły zaledwie 0,9% PKB.

– W porównaniu z wieloma krajami, Polska, w sferze podatkowej i prawnej, nie oferuje mechanizmów, które przyciągałyby działalność badawczą czy innowacyjną – mówi Paweł Tynel, Partner w EY odpowiedzialny za inwestycje i innowacje. Są oczywiście fundusze unijne, które będą pełniły niezwykle ważną rolę w zachęcaniu firm polskich oraz międzynarodowych do realizacji działań z obszaru B+R w Polsce, ale brak rozwiązań podatkowych stawia nas w niekorzystnej sytuacji w porównaniu z wieloma innymi krajami. Pamiętać należy bowiem, że konkurujemy tutaj o projekty w wadze ciężkiej – z lokalizacjami, z których dane firmy się wywodzą – dodaje.

„Atrakcyjność inwestycyjna Europy 2015"

W unijnym rankingu B+R Polska zajmuje 25. miejsce na 28 krajów. Istniejące od 10 lat ulgi podatkowe na nowe technologie są niewystarczające, zwłaszcza, że dotyczą zakupu już istniejących technologii, a nie wsparcia na opracowanie nowych i zgodnie z planami rządu mają przestać obowiązywać od początku 2016 roku. W 2013 roku z tej ulgi skorzystało zaledwie 75 firm.

Co robią inni?

Wiele krajów Unii Europejskiej oferuje inwestorom korzystne opodatkowanie dochodów z praw własności intelektualnej. Polegają na tym, że dochody osiągane z rezultatów badań czy patentów są opodatkowane niższą stawką. Takie rozwiązanie stosuje Belgia, Francja, Hiszpania, Holandia, Portugalia oraz Wielka Brytania. Polska, mimo wykształconej kadry i niższych niż na Zachodzie kosztów pracy, nie będzie krajem preferowanym przez inwestorów nastawionych na B+R, jeśli nie zaoferuje podobnych rozwiązań.

Czarny scenariusz?

Zdarza się, że międzynarodowe firmy zlecają swoim polskim spółkom zależnym badania, ale efekty prac, w tym patenty, są wykorzystywane przez jeszcze inną spółkę – córkę, w kraju, w którym są odpowiednie ulgi podatkowe. Co prawda dochody z rezultatów badań nie trafiają do Polski, ale powstają nowe miejsca pracy. Jednak OECD planuje ograniczyć tego rodzaju rozwiązania, w ramach działań mających przeciwdziałać przenoszeniu dochodów pomiędzy krajami. Niewykluczone więc, że część firm przestanie zlecać badania polskim spółkom z grupy. A to może oznaczać nie tyle brak wzrostu nakładów na badania i rozwój, co wręcz ich spadek.
Polska mogłaby wprowadzić porównywalne do Europy Zachodniej rozwiązania przyciągające inwestycje w badania i rozwój – twierdzi Paweł Tynel – które byłyby zgodne z wymogami OECD. Wtedy, dzięki wykształconej kadrze i porównywanemu otoczeniu prawnemu, miałaby szansę znaleźć się na krótkiej liście krajów wybieranych przez międzynarodowe koncerny na centra badawczo-rozwojowe – dodaje.

Dodatkową szansą dla Polski jest perspektywa budżetowa UE na lata 2014 – 2020, ponieważ zakłada szerokie wspieranie projektów badawczych. Przeznaczono na ten cel 10 mld euro. Jeśli zostanie to połączone z ulgami podatkowymi może zachęcić wiele polskich firm do inwestycji w nowe dla nich obszary oraz zmotywować inwestorów zagranicznych do wejścia w działania poza produkcją.

 

Pracownik poszukiwany. Kto ma szansę?

Pracodawcy w Polsce są umiarkowanie optymistyczni co do planów zwiększania zatrudnienia w najbliższych miesiącach   Spośród 750 przebadanych w Polsce pracodawców, 13 proc. przewiduje zwiększenie całkowitego zatrudnienia, 4 proc. zamierza redukować etaty a 78 proc. nie planuje zmian personalnych w najbliższym kwartale – wynika z raportu raportu Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia.

Stopa bezrobocia w Polsce wciąż maleje, a obserwowana na rynku pracy sytuacja jest stabilna i umiarkowanie optymistyczna, – komentuje Iwona Janas, Dyrektor Generalna ManpowerGroup w Polsce. – Po przedwakacyjnym wzroście zapotrzebowania na pracowników możemy spodziewać się, że w III kwartale popyt na nich nieco zmaleje. Jest to jednak spowodowane sezonowością rynku pracy i nie powinno stanowić powodów do obaw. Nasz kraj jest wciąż jednym z najszybciej rozwijających się rynków, a potrzeba powiększania zespołów będzie się utrzymywać na stabilnym poziomie, dotycząc zarówno osób na stanowiskach specjalistycznych, jak i wykwalifikowanych pracowników fizycznych. To zapotrzebowanie na pracowników, w połączeniu ze zwiększającymi się trudnościami w ich pozyskaniu, wpływa na odczuwaną presję płacową. Możemy więc spodziewać się wzrostu nakładów na wynagrodzenia oraz systemy motywacji pracowniczej, choć na duże skoki przyjdzie nam jeszcze poczekać – dodaje Iwona Janas.

Najwyższą prognozę netto zatrudnienia odnotowano dla Sektorów Transport, Logistyka, Komunikacja, +14 proc., oraz Handel detaliczny i hurtowy, +11 proc. Wyraźny optymizm widać także w Budownictwie i Produkcji przemysłowej, gdzie uzyskany wynik wynosi +8 proc. dla obu. Na umiarkowanie pozytywny trend wskazują prognozy uzyskane dla branż Finanse/Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi oraz Instytucje sektora publicznego, odpowiednio +6 proc. i +3 proc. Ujemną prognozę netto zatrudnienia odnotowano dla trzech sektorów. Najniższy wynik uzyskano dla branż Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi, a także Kopalnie/Przemysł wydobywczy, odpowiednio -6 proc. i -4 proc.. Mało optymistyczne prognozy odnotowano też dla sektorów Restauracje i hotele oraz Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo, odpowiednio -1 proc. i 0 proc.

Czym deweloperzy kierują się przy wyborze gruntów pod nowe osiedla?

Czy deweloperzy posiadają działki pod budowę kolejnych projektów? Które firmy poszukują gruntów inwestycyjnych? Analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl zapytali inwestorów, czym kierują się przy wyborze parceli pod przyszłe inwestycje mieszkaniowe.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Dysponujemy obecnie bankiem ziemi, pozwalającym na wybudowanie blisko 120 000 m kw. mieszkań. Na podstawie wyników badań preferencji potencjalnych nabywców oraz sumy doświadczeń pozyskujemy tereny w perspektywicznych lokalizacjach, harmonijnie współgrających z rozwojem miasta. W 2015 roku starannie założony plan rozwojowy spółki został zauważony i doceniony przez jednego z uczestników rynku finansowego, który po przeprowadzeniu szczegółowej analizy finansowej Grupy Wawel Service, objął w całości emisję obligacji, opiewającą na 11 mln zł. Pozyskane środki pozwolą na przyspieszenie tempa rozwoju firmy, w tym zakup gruntów pod przyszłe inwestycje.

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp

LC Corp należy do grona największych spółek deweloperskich w Polsce. Od 2010 roku, w którym to sprzedano 200 mieszkań, spółka utrzymuje bardzo wysoką dynamikę wzrostu i już w 2014 roku sprzedano ich ponad 1200. W kolejnych latach planujemy utrzymanie wysokiej pozycji wśród największych spółek deweloperskich, a to wymaga szerokiego i ciągle uzupełnianego banku ziemi. Tym samym spółka jest aktywna na rynku gruntów i poszukuje w szczególności działek pod inwestycje z segmentu popularnego, które dają możliwość osiągnięcia dynamicznego tempa sprzedaży w cenach oczekiwanych przez potencjalnych nabywców. Miasta, na których obecnie szczególne się skupiamy to Warszawa, Wrocław, Trójmiasto oraz Kraków.

Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord

Mamy potężny bank gruntów, wyceniony na ok. 1 mld zł, które pozwalają nam realizację projektów na wiele lat. Jednocześnie szukamy nowych możliwości inwestycyjnych, więc stale monitorujemy rynek gruntów. A jeśli pojawi się okazja, nawet w lokalizacjach, w których jesteśmy obecni również nie powiemy nie.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Mamy bardzo dokładnie przemyślany plan rozwoju na najbliższe lata i zgromadziliśmy już bank gruntów, pozwalający na realizację ponad 1000 mieszkań w Warszawie. Jednocześnie cały czas jesteśmy otwarci na akwizycje nowych gruntów i stale ich poszukujemy. Nie ograniczamy się do konkretnych dzielnic, staramy się dokładnie analizować każdą działkę także pod kątem najbliższej okolicy i zainteresowania nabywców. Aktualnie prowadzimy cztery realizacje w obrębie Bielan oraz dwie na terenie Śródmieścia i bliskiej Woli, uważamy te rejony za rozwojowe. Rozważamy też całkiem nowe lokalizacje oraz oczywiście powrót do dzielnic, gdzie osiągnęliśmy bardzo dobre wyniki sprzedaży w poprzednich realizacjach na Bemowie i Ursynowie.

Anna Sitnik, dyrektor sprzedaży Dolcan

Stale poszukujemy gruntów pod nowe inwestycje. Mamy również zgromadzoną odpowiednią ilość ziemi do budowy kolejnych etapów powstających już osiedli i realizacji nowych projektów. Przy wyborze gruntów kierujemy się głównie ich lokalizacją i atrakcyjnością dzielnicy, w której się znajdują. Ważna jest infrastruktura, dostępność mediów, komunikacja oraz bliskość terenów zielonych i rekreacyjnych.

Magdalena Rurarz, dyrektor działu sprzedaży i marketingu Victoria Dom

Victoria Dom jest spółką rozwijającą się dynamicznie. Mamy grunty pod nowe inwestycje i poszukujemy działek pod następne. Główne kryteria wyboru to lokalizacja działki i atrakcyjność otoczenia, koszt zakupu, warunki zabudowy i potencjał rynkowy projektu.

Katarzyna Żarska z firmy Marvipol

Jeszcze w tym roku Marvipol Development rozpocznie realizację drugiego etapu inwestycji Central Park Ursynów z ponad 400 mieszkaniami. Zakładamy, że może to nastąpić najpóźniej na przełomie trzeciego i czwartego kwartału tego roku. Zakończenie inwestycji, która obejmuje ponad dwa i pół tysiąca mieszkań zlokalizowanych w 24 budynkach, przewidziane jest do 2020 roku. W najbliższym czasie planujemy zakup nieruchomości gruntowej w dzielnicy Białołęka. Kryterium wyboru gruntów stanowi odpowiednia cena w porównaniu do atutów lokalizacji.

Karolina Guzik, koordynator sprzedaży Skanska Residential Development Poland

Stale poszukujemy gruntów pod budowę kolejnych inwestycji. Ważna jest dla nas przede wszystkim dogodna lokalizacja, ale także dobra komunikacja z innymi częściami miasta oraz bogata w zielone tereny rekreacyjne okolica. Staramy się, by wszystkie nasze inwestycje usytuowane były w bezpośrednim sąsiedztwie szkół, sklepów oraz tras rowerowych. W ten sposób powstają nowoczesne osiedla, przyjazne dla ich mieszkańców i doskonale wpisujące się w istniejącą tkankę miejską.

Michał Witkowski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Atlas Estates

W obecnych realiach rynkowych deweloperzy nie budują już rozległych banków ziemi, ale nabywają działki pod realizację inwestycji, które mają rozpocząć się w nieodległej przyszłości. Taką strategię stosuje też Atlas Estates. W zeszłym roku zakupiliśmy w Warszawie dwie działki, na których w tym roku chcemy rozpocząć budowę nowych osiedli – jedną na Żoliborzu przy ul. Krasińskiego, drugą na Woli przy ul. Nakielskiej. W tym roku planujemy zakup kolejnych gruntów, na które mamy zarezerwowaną kwotę 50 mln zł. Skupiamy się przy tym na gruntach położonych w lewobrzeżnej Warszawie, w niewielkiej odległości od centrum.

Nasz obecny bank ziemi pozwala na realizację ok. 1000 mieszkań. Docelowo chcemy go powiększyć dwukrotnie, a być może nawet trzykrotnie, w zależności od atrakcyjności dostępnych na rynku ofert sprzedaży działek. Należy przy tym zauważyć, że od ok. dwóch-trzech lat ceny gruntów rosną, niektóre nawet o 20-30 proc.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Bank ziemi, który posiadamy wystarczy nam na wiele lat. Są to grunty, które zakupiliśmy w ubiegłych latach po bardzo preferencyjnych cenach. Na bieżąco jednak monitorujemy rynek i nie wykluczamy zakupów, jeśli oferta będzie wystarczająco atrakcyjna. Interesują nas działki położone w centrum dużych miast lub przyszłościowych lokalizacjach w aglomeracjach.

Urszula Hofman, reprezentująca Grupę Inwest

Grupa Inwest od 15 lat z sukcesem realizuje projekty deweloperskie, głównie na warszawskiej Pradze Południe i Pradze Północ. Poszukując nowych gruntów inwestycyjnych kierujemy się przede wszystkim lokalizacją nieruchomości. Nie bez znaczenia pozostaje też aspekt przygotowania gruntu do realizacji inwestycji. W znacznej części Warszawy nie zostały jeszcze uchwalone miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego, co skutkuje długotrwałymi procedurami administracyjnymi. Obecnie kilka działek, na których zamierzamy budować nasze projekty jest właśnie w trakcie administracyjnego procedowania. W większości przypadków mamy zawarte umowy przedwstępne, które zmierzają do zakupu gruntu, ale już z uzyskanymi decyzjami administracyjnymi. To nasza baza pod przyszłe projekty. Wciąż szukamy ciekawych terenów inwestycyjnych co nie jest łatwe, gdyż sprzedający są często niezorientowani w możliwościach inwestycyjnych i znacznie zawyżają ceny nieruchomości. Nierzadko dzieje się tak za namową pośredników.

Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic

Prowadzimy działalność nieprzerwanie od ponad 30 lat, jesteśmy jednym z najbardziej doświadczonych deweloperów na rynku. Posiadanie banku ziemi i poszukiwanie kolejnych działek budowlanych jest dla nas rzeczą naturalną, konieczną dla zachowania ciągłości inwestycyjnej. Z uwagi na długość procesu inwestycyjnego od zakupu działki do wprowadzenia oferty do sprzedaży może minąć nawet kilka lat. Dlatego też decydując się na zakup działki należy przede wszystkim rozważyć potencjał rozwojowy danej lokalizacji, bo z upływem czasu wiele może się zmienić. Przykładem jest tu działka, na której wybudowaliśmy osiedle Hubertus. Kupiliśmy ją w momencie, w którym Służewiec nie był jeszcze warszawskim biurowym City, a w krajobrazie przeważały stare budynki poprzemysłowe. Dziś to jedna z najbardziej efektownych części Warszawy.

Jarosław Jankowski, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Obecnie nie posiadamy gruntów przeznaczonych pod przyszłe projekty. Nie oznacza to jednak, iż nie czynimy starań w tym kierunku i nie planujemy kolejnych inwestycji. Wnikliwie obserwujemy rynek, analizujemy aktualną sytuację, jednocześnie prowadzimy rozmowy z partnerami, z którymi w przyszłości moglibyśmy zrealizować projekty mieszkaniowe. Poszukujemy lokalizacji, które podobnie jak ul. Jana Kazimierza – gdzie obecnie realizujemy projekty Miasto Wola i Stacja Kazimierz – będą wyróżniały się doskonałym skomunikowaniem z centrum, bliskością rozbudowanej infrastruktury transportowej oraz dogodnym dostępem do licznych punktów handlowo-usługowych. Koncentrujemy nasze poszukiwania na takich dzielnicach, jak: Wola, Bemowo, Mokotów, czy Praga Południe.

Jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji ze względu na to, że posiadamy bardzo silną i stabilną strukturę właścicielską, na której czele stoi Polska Grupa Zbrojeniowa. Przynależność do tego podmiotu oznacza dla nas szansę kooperacji z kilkudziesięcioma firmami z szeroko rozumianej grupy spółek Skarbu Państwa, posiadającymi aktywa nieruchomościowe w atrakcyjnych lokalizacjach.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w firmie Home Invest

W ostatnim czasie firma Home Invest dokonała zakupu gruntu wraz z pozwoleniem na budowę w warszawskiej dzielnicy Włochy, u zbiegu ulic Śląskiej i Popularnej. Powstanie tam kameralne osiedle mieszkaniowe Monte Verdi, wraz z lokalami usługowymi w parterze budynku. Rozpoczęcie budowy nastąpi jeszcze w tym roku. Kolejna nasza inwestycja, która jest już w fazie projektowania, będzie realizowana na Mokotowie przy ulicy Woronicza. Nieustannie poszukujemy działek pod kolejne inwestycje na terenie Warszawy. Kluczowym kryterium przy ich zakupie jest lokalizacja, tj. dobra infrastruktura i połączenie z centrum oraz najważniejszymi punktami w stolicy. Home Invest zamierza przeznaczyć w tym roku 80 mln złotych na nowe grunty inwestycyjne na terenie Warszawy.

Autor: Kamil Niedźwiedzki