Centralny system wymiany informacji przyspieszy proces zmiany sprzedawcy energii

CEO Magazyn Polska

Powstaje centralny system wymiany informacji między operatorami systemów dystrybucyjnych (OSD) a spółkami obrotu energią elektryczną. Ma on m.in. przyspieszyć proces zmiany sprzedawcy energii elektrycznej przez odbiorców, którzy skorzystają z tego prawa. W systemie następują również inne drobne, ale ważne zmiany – m.in. wdrażany jest automatyczny odczyt zużytej energii.

Aby usprawnić zarówno odbiorcom zmianę sprzedawcy energii, jak i spółkom obrotu przyspieszenie tej zmiany i przekazywanie pełnej informacji pomiarowej, tworzymy obecnie centralny system wymiany informacji. Poprzez ten system dane ze wszystkich punktów pomiarowych będą przekazywane do spółek obrotu energią elektryczną – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Tabiś, dyrektor biura Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej.

Jak tłumaczy Wojciech Tabiś, obecnie wymiana informacji między operatorami a spółkami obrotu, czyli sprzedawcami energii elektrycznej, następuje w formie papierowej poprzez 5 różnych platform. Do tego klienci decydują się na zmianę najczęściej pod koniec roku, co powoduje spiętrzenie liczby spraw w tym okresie i wydłuża czas ich przetwarzania. System informatyczny, który tworzy pięciu OSD zrzeszonych w PTPiREE, ma być oparty na europejskich standardach (zgodny z systemem ebIX) i m.in. przyspieszy proces zmiany sprzedawcy.

Na rynku trwa też proces wdrażania inteligentnych liczników zużycia energii elektrycznej. Takie urządzenia umożliwiają przesyłanie danych o zużytej energii do spółek dystrybutorskich, co również usprawnia proces wystawiania rachunków.

Każdy odbiorca chciałby być właściwie rozliczany za zużytą energię elektryczną. Chcielibyśmy również płacić należności adekwatnie do poziomu zużycia – zaznacza Wojciech Tabiś.

Przy licznikach starego typu klienci indywidualni są rozliczani na podstawie prognoz zużycia energii, a faktyczny odczyt odbywa się zwykle raz na pół roku. Jedynie odbiorcy przemysłowi mogą liczyć na odczyt na bieżąco.

Wojciech Tabiś zwraca uwagę na to, że zmiany następują także pod względem fakturowania za zużycie i dystrybucję energii elektrycznej. Po rozdzieleniu tych dwóch segmentów (obrót jest zliberalizowany, dystrybucja regulowana) odbiorcy mogą otrzymywać jedną lub dwie faktury. Zmiany w administracji i prawie regulującym płatności nadążają za liberalizacją przepisów dotyczących sprzedaży energii elektrycznej – podkreśla dyrektor biura PTPiREE.

Staramy się ułatwić naszym odbiorcom korzystanie z usług spółek dystrybucyjnych, a także korzystanie z możliwości wyboru sprzedawcy energii elektrycznej, tak aby ta część spraw administracyjnych, spraw umownych, spraw faktur była zintegrowana. Dlatego oferujemy, zgodnie zresztą z uzgodnieniami Urzędu Regulacji Energetyki, tzw. umowy kompleksowe – mówi Wojciech Tabiś.

Zgodnie z umową kompleksową faktura jest wystawiana przez spółki obrotu energią elektryczną, czyli sprzedawców energii. To oni biorą na siebie odpowiedzialność za ściągnięcie opłat od klientów i przekazanie odpowiedniej części firmom dystrybuującym energię.

Taki model wymaga jednak zabezpieczeń, które chronią interesy firm dystrybucyjnych.

Ponieważ jest bardzo dużo spółek obrotu o różnym statusie finansowym dążymy do tego, żeby te należności dla spółek sieciowych [dystrybucyjnych – red.] były w jakiś sposób zabezpieczone. Gwarancje są taką formą zabezpieczenia – wyjaśnia Wojciech Tabiś.

W lipcu rusza kolejna runda negocjacji TTIP. Europejsko-amerykańska umowa o wolnym handlu ma ożywić gospodarkę na obu kontynentach

CEO Magazyn Polska

Jeszcze w lipcu odbędzie się dziesiąta runda negocjacji TTIP. Mają one doprowadzić do zawarcia umowy o wolnym handlu pomiędzy Unia Europejską a Stanami Zjednoczonymi, co ma zwiększyć liczbę miejsc pracy, także w Polsce. Powinno też spowodować spadek cen energii i surowców energetycznych w Europie i zmniejszyć uzależnienie kontynentu od dostaw z Rosji.

Umowa pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi o Transatlantyckim Partnerstwie na rzecz Handlu i Inwestycji może zostać podpisana, jak prognozują eksperci, za jakieś dwa lata. Negocjacje toczą się od 2013 roku i kolejna, dziesiąta już, runda rozmów odbędzie się w lipcu.  

Chcemy dobrej umowy dla Europy, która przyczyni się do wzrostu zatrudnienia i wzrostu gospodarczego w całej Europie mówi agencji informacyjnej Newseria Wojciech Talko z Dyrekcji Generalnej ds. Handlu, Komisji Europejskiej, koordynator polityczny ds. negocjacji TTIP. – 31 mln ludzi w Europie jest zatrudnionych w handlu, z czego 2 mln w samej Polsce. Im więcej eksportujemy z Europy, tym więcej takich miejsc pracy się tworzy. Umowa o wolnym handlu z Ameryką spowoduje zwiększenie tego eksportu, co  mamy nadzieję, automatycznie spowoduje zwiększenie zatrudnienia.

Wśród pozytywnych skutków umowy wymienia się zniesienie barier we wzajemnym handlu, także tych biurokratycznych, związanych z koniecznością uzyskiwania różnego rodzaju certyfikatów i zgód na sprzedaż swych wyrobów za oceanem. W praktyce oznacza to, że na rynek amerykański będą mogły wejść także mniejsze firmy, których dotąd nie było stać na podobną inwestycję.

– Jest taka firma pod Wrocławiem, która produkuje bardzo specjalistyczne, nowoczesne narzędzia, np. do chirurgii kolana przytacza przykład Wojciech Talko. – I oni nie mogą eksportować swoich rzeczy do Stanów Zjednoczonych, ponieważ certyfikacja tych urządzeń jest zbyt droga dla tej małej firmy, nie stać jej na coś takiego. Natomiast w TTIP mamy za zadanie uprościć takie rzeczy, te wszystkie biurokratyczne wymagania, co spowoduje, że ta firma będzie mogła sprzedawać więcej i konsekwencją tego będzie też zwiększenie zatrudnienia.

Zniesienie barier, ceł oraz przepisów ochronnych to atuty negocjowanego traktatu. Jego przeciwnicy zwracają jednak uwagę na to, że amerykańska gospodarka jest w znacznie lepszej sytuacji niż europejska. Liberalne prawo pracy oznacza, że koszty firm są niższe, a mniej restrykcyjne przepisy dotyczące ochrony środowiska i bogate złoża surowców łupkowych pozwalają na znacząco tańszą produkcję energii. W rezultacie amerykańska żywność czy choćby wyroby chemiczne są dużo tańsze ode unijnych.

 Oczywiście zdajemy sobie sprawę z wrażliwych elementów polskiej czy europejskiej gospodarki zastrzega koordynator polityczny ds. negocjacji TTIP z Dyrekcji Generalnej ds. Handlu, Komisji Europejskiej. – Tu chodzi o rolnictwo, w Polsce dość głośno chemia mówi o swoich problemach czy wątpliwościach. Największe zastrzeżenia w przypadku firm z Polski pojawiają się przy cenach energii, ponieważ w Ameryce dzięki rewolucji łupkowej ceny energii są dużo niższe.

Dlatego jednym z europejskich warunków w negocjacjach jest zniesienie amerykańskich ograniczeń w eksporcie surowców energetycznych.

Chcemy znieść restrykcje eksportowe, które mają Amerykanie, ponieważ bardzo trudno kupić od nich ropę czy gaz podkreśla Wojciech Talko z Dyrekcji Generalnej ds. Handlu, Komisji Europejskiej. Chcemy znieść w umowie handlowej te restrykcje, co by spowodowało pewne wyrównanie czy obniżenie cen gazu, a także zwiększyło nasze bezpieczeństwo w Polsce, bo nie mielibyśmy dostaw tylko od partnera ze Wschodu, lecz także z Zachodu.

Ograniczenie stosowania przez rolników środków ochrony roślin spowodowałoby spadek dochodów w UE o miliardy euro

CEO Magazyn Polska

Cały cykl produkcji środków ochrony roślin – od wprowadzenie na rynek, rejestracji, aż po ich stosowanie – podlega rygorystycznym regulacjom prawnym. Wszystko po to, by zagwarantować, że produkowana żywność jest bezpieczna. Jednym z przykładów bezpośredniego wpływu regulacji na produkcję rolną jest wprowadzony przez Komisję Europejską dwa lata temu zakaz zaprawiania nasion rzepaku substancjami z grupy neonikotynoidów. W Polsce spadek produkcji rzepaku może wynieść nawet 10 proc., a w całej UE – 7 proc. Szacuje się, że w razie dalszych ograniczeń stosowania różnego typu środków plony i zbiory mogą być niższe o kilkadziesiąt proc., a łączne dochody w UE spadną o miliardy euro.

Jak informuje Polskie Stowarzyszenie Ochrony Roślin, dzięki stosowaniu środków ochrony roślin rolnicy mogą zwiększać produkcję i dbać o bezpieczeństwo żywności, zaś bezpieczeństwo stosowania środków ochrony roślin gwarantują liczne regulacje prawne. Branża środków ochrony roślin należy do jednej z najbardziej regulowanych w Polsce i Unii Europejskiej. Regulacje prawne obejmują cały cykl produkcji środka  od rejestracji w celu dopuszczenia do sprzedaży, aż po ustalenie dopuszczalnych poziomów pozostałości środków ochrony roślin w żywności.

– Nie tylko rejestracja, lecz także stosowanie środków ochrony roślin jest regulowane przez prawo – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Tuleja, dyrektor Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Roślin. – Każdy rolnik, czyli profesjonalny użytkownik, który produkuje żywność, ma obowiązek ukończenia szkolenia chemizacyjnego.

Podczas takiego szkolenia producent rolny dowiaduje się, jak odpowiedzialnie i bezpiecznie stosować środki ochrony roślin, jak przygotować sprzęt, aby zabiegi przebiegły właściwie i były bezpieczne dla niego samego, osób postronnych i środowiska naturalnego. Zdobywa także wiedzę na temat odpowiedniej ochrony osobistej. Szkolenie ma jednak określony okres ważności, musi być powtarzane co pięć lat.

Wiąże się to z tym, że technologia idzie naprzód i co trochę pojawiają się nowe środki ochrony roślin – tłumaczy Anna Tuleja. – Ustawodawca dba o to, żeby rolnik na bieżąco dowiadywał się, jak stosować tego rodzaju produkty.

PSOR prowadzi liczne projekty edukacyjno-informacyjne, skierowane między innymi do trenerów i użytkowników środków ochrony roślin. Flagowym działaniem jest szerzenie wiedzy na temat odpowiedniej ochrony operatora przed zabiegami agrochemicznymi  i w trakcie ich wykonywania. Od ponad 11 lat stowarzyszenie koordynuje także ogólnopolską zbiórkę opakowań połączoną z edukacją użytkowników i sprzedawców ŚOR.

Rolnik stosujący środki ochrony roślin musi się także liczyć z kontrolą – podkreśla Anna Tuleja. – W każdej chwili do gospodarstwa może przyjść inspektor i poprosić o zeszyt ewidencji zabiegów agrochemicznych, w którym musi być wpisany każdy zabieg z użyciem środków ochrony roślin.

Środki ochrony roślin (fitofarmaceutyki) to produkty przeznaczone do ochrony roślin uprawnych przed grzybami (fungicydy), szkodnikami (insektycydy) i chwastami (herbicydy). Dzięki nim rośliny uprawne i ich plony będą zdrowe. Stosowane są w rolnictwie, ogrodnictwie (zarówno profesjonalnym, jak i amatorskim), na obszarach miejskich (poza strefami wyłączonymi), a także w leśnictwie. Wokół tego rodzaju produktów ostatnimi laty narosło wiele mitów.

Stowarzyszenie stara się wspierać tych, którzy stosują środki ochrony roślin, prowadząc rozmaite kampanie informacyjne – informuje Tuleja. – Tym bardziej że system prawny kształtowany jest obecnie na poziomie unijnym, a decyzje, które zapadają , często są motywowane przez najróżniejsze głosy społeczne. Decydenci nie zawsze dobrze rozumieją, w jaki sposób projekt decyzji lub aktu prawnego przełoży się na produkcję roślinną.

Przykładem jest ograniczenie stosowania m.in. w uprawach rzepaku zapraw nasiennych z grupy neonikotynoidów, wprowadzone przez Komisję Europejską w 2013 roku.  Powodem były obawy, że środki ochrony roślin, którymi zaprawiane były nasiona, mają negatywny wpływ na zdrowie pszczół. Raport Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności wskazywał wprawdzie, że niewłaściwie używanie środków z tej grupy może być zagrożeniem dla pszczół, ale nie rekomendował wprowadzenia ograniczeń. Dane opublikowane przez europejską organizację zrzeszającą rolnicze związki zawodowe i organizacje spółdzielcze (Copa-Cogeca) mówią o 7-proc. spadku unijnej produkcji rzepaku. Analitycy Sparks’a przewidują ponad 10-proc. spadek zbiorów w Polsce. Obie organizacje przyczyny poszukują w zakazie stosowania zapraw nasiennych z grupy neonikotynoidów

Jak wynika z danych ECPA (European Crop Protection Association), w branży środków ochrony roślin na terenie Unii Europejskiej pracuje 20 tys. osób, nie licząc tych zatrudnionych przy dystrybucji i obsłudze.

Gdyby ograniczyć ochronę roślin uprawnych spadek plonów pszenicy i innych zbóż wyniósłby około 40 proc., nasion oleistych (w tym rzepaku) – 50 proc., warzyw i owoców – ponad 30 proc. Szacuje się, że łączne dochody w Unii Europejskiej spadłyby o miliardy euro. 

Coraz więcej miejsc pracy u producentów części samochodowych. W przyszłym roku wzrośnie zatrudnienie przy produkcji aut

CEO Magazyn Polska

Wraz z rosnącymi zamówieniami na części i akcesoria samochodowe producenci dynamicznie zwiększają zatrudnienie. W produkcji aut wzrosty są niewielkie, ale przyspieszenia można się spodziewać na początku przyszłego roku ze względu na planowane na przyszły rok uruchomienie fabryki Volkswagena we Wrześni. Znalezienie dobrych pracowników może być coraz trudniejsze.

Z szacunków firmy AutomotiveSuppliers.pl wynika, że w tym roku w Polsce zostanie wyprodukowanych ponad 630 tys. samochodów, o ok. 54 tys. więcej niż w 2014 roku. To będzie drugi rok z rzędu z odnotowanym wzrostem produkcji. Dobra sytuacja w produkcji wpływa na lepsze wyniki sprzedaży, również zagranicznej, oraz na zwiększanie zatrudnienia. U producentów pojazdów (grupa PKD 29.10) jest on jednak nieznaczny – w I kwartale przeciętne zatrudnienie wyniosło 30 tys. osób, o 0,2 tys. więcej niż przed rokiem.

Zatrudnienie u producentów pojazdów jest raczej na stałym poziomie i wzrosty na razie są dosyć niskie. Zakładamy, że będą zdecydowanie wyższe, ale na początku przyszłego roku, kiedy w fabryce we Wrześni ruszy najważniejszy proces rekrutacyjny związany z pracownikami produkcyjnymi – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Rafał Orłowski z AutomotiveSuppliers.pl.

W zakładach dużych i średnich grupy PKD 29 (pojazdy, przyczepy i naczepy) po I kwartale br. przeciętne zatrudnienie wynosiło 164,3 tys. zatrudnionych, o 6,3 tys. więcej niż rok wcześniej.

Najwięcej nowych miejsc pracy tworzą producenci części i akcesoriów (PKD 29.30) W ciągu 12 miesięcy przeciętne zatrudnienie wzrosło o 5,3 tys. osób do poziomu 126,1 tys.

To efekt ogólnej sytuacji na rynku europejskim. Od blisko 20 miesięcy rośnie wreszcie sprzedaż nowych samochodów, a wiele firm z Polski współpracuje z fabrykami w innych krajach. Im lepiej sprzedają się samochody produkowane w Europie, im szybciej rośnie produkcja samochodów w Niemczech, a więc na największym rynku motoryzacyjnym w Europie, tym kondycja polskich dostawców jest lepsza, co przekłada się zarówno na większe obroty, jak i na wzrost zatrudnienia – wyjaśnia Rafał Orłowski.

Na koniec I kwartału w przemyśle motoryzacyjnym w Polsce zatrudnionych mogło być blisko 270 tys. osób, wliczając w to również osoby zatrudnione przez agencje pracy czy przedsiębiorstwa zaliczane do innych grup niż PKD 29.

Prognozy na kolejne miesiące są bardzo dobre. AutomotiveSuppliers.pl przypomina, że kolejni producenci dostali zezwolenia na inwestycje (np. CSF Poland, Gestamp, Wirthwein Polska), co oznacza dalsze zwiększanie zatrudnienia.

Zakładamy, że poprawi się produkcja samochodów, choć pojawią się też pewnego rodzaju problemy, bo wiele firm motoryzacyjnych i producentów części informuje, że sytuacja na rynku pracy jest coraz trudniejsza, mówię tu oczywiście o poszukiwaniu nowych pracowników – mówi Orłowski.

Według danych AutomotiveSuppliers.pl w marcu br. eksport przemysłu motoryzacyjnego z Polski osiągnął rekordową wartość ponad 1,97 mld euro. To o 16,83 proc. więcej niż przed rokiem. W pierwszych trzech miesiącach tego roku eksport wyniósł ponad 5,35 mld euro i był o 14,04 proc. wyższy niż przed rokiem. W marcu br. również eksport części i akcesoriów osiągnął najwyższą w historii wartość – 809,36 mln euro, czyli o 14,57 proc. więcej niż przed rokiem. Natomiast wartość eksportu części i akcesoriów w I kwartale wyniosła 2,22 mld euro (o 10,76 proc. więcej niż przed rokiem).

Konkurencyjność Polski może się poprawić dzięki większym wydatkom na badania i rozwój, a nie niskim kosztom pracy

CEO Magazyn Polska

Doświadczenia bardziej rozwiniętych państw pokazują, że innowacje i technologie, a nie niskie koszty pracy w dłuższej perspektywie dają przewagi konkurencyjne. Pod względem innowacji Polska jest w ogonie Europy – wydatki na badania i rozwój wynoszą zaledwie 0,9 proc. PKB. Kraje skandynawskie wydają na ten cel ponad 3 proc. Przykładem dla Polski może być Szwecja, gdzie innowacje i badania są traktowane priorytetowo, również przez sektor publiczny.

Szwecja pokonała drogę od jednego z biedniejszych krajów Europy do jednej z najsilniejszych gospodarek na świecie. Jednym z czynników, który przyczynił się do sukcesu tego kraju, była duża otwartość w handlu, na imigrację i zagraniczne wpływy. To właśnie klucz do sukcesu w zglobalizowanym świecie – podkreśla Jakob Hellman, dyrektor ds. polityki innowacji w Vinnova, szwedzkiej agencji rządowej promującej innowację.

Pod względem innowacji na tle Europy wypadamy bardzo słabo – według Komisji Europejskiej zajmujemy 25. miejsce w UE. W Globalnym Rankingu Innowacyjności przygotowanym przez Cornell University, INSEAD i WIPO jesteśmy na 45. pozycji, a oprócz światowych potęg wyprzedzają nas takie kraje, jak Barbados. Potrzebne są zmiany, choć jak podkreśla ekspert, nie ma jednej magicznej recepty. Kluczem nie mogą być na pewno niskie koszty pracy. A te w Polsce wynoszą ok. 30 proc. kosztów zachodniej Europy. W 2014 roku było to 32 zł za godzinę przy średniej europejskiej 110 zł. W Szwecji to 140 zł, a w otwierającej ranking Norwegii – 203 zł (dane Eurostatu).

W pewnym momencie powiedzieliśmy sobie w Szwecji, że nie będziemy konkurować w tej kategorii, bo to droga na dno. Zamiast tego chcemy rywalizować w dziedzinie kompetencji, technologii, bo to droga na szczyt. Trzeba znaleźć konsensus polityczny wokół przyszłości dla Polski. Nie będziecie w stanie konkurować niskimi kosztami na dłuższą metę – przekonuje Hellman.

W Polsce wydatki na badania i rozwój nie były dotychczas priorytetem. Brakuje też współpracy między światem nauki a biznesu, a to na pewno pomogłoby skomercjalizować wynalazki. Problemem jest finansowanie wydatków na B+R przez prywatne przedsiębiorstwa – w Szwecji stanowią one 70 proc. ogółu nakładów, w Polsce to niewiele ponad 40 proc.

Dopóki na badania i rozwój Polska nie będzie przeznaczać więcej środków, trudno będzie dogonić Zachód. Choć w ciągu 10 lat wydatki na innowacje się podwoiły, to jesteśmy w dziesiątce tych krajów europejskich, których wydatki na B+R są nadal poniżej 1 proc. PKB (0,87 proc. w 2013 roku). Najwięcej wydaje się w krajach skandynawskich – Finlandia i Szwecja przeznaczają na ten cel 3,2 proc. PKB.

W Szwecji mamy agencje wspierające i współfinansujące projekty, których celem jest rozwinięcie innowacji. To element stymulujący prywatne inwestycje w badania i rozwój – tłumaczy ekspert. – Mamy też tradycję partnerstw publiczno-prywatnych. Globalizacja badań i rozwoju powoduje, że szwedzkie firmy inwestują w innych krajach, nie tylko u siebie. W organizacjach działy badań i rozwoju są mniej rozbudowane, ale za to bardziej skłonne do współpracy, łączą siły w sferze prywatnej i publicznej – podkreśla.

Hellman przypomina, że jeszcze kilka lat temu innowacje w Szwecji były domeną branży inżynieryjnej i politechnik, a największe sukcesy odnosiły duże firmy, jak Volvo czy Ericsson. Obecnie do długoterminowych inwestycji zachęcane są też mniejsze przedsiębiorstwa. Innowacje stają się również istotne dla administracji publicznej.

Administracja powinna być innowacyjna, a sektor publiczny ma duże możliwości, by napędzać innowacje w sektorze prywatnym – mówi Hellman.

Polska przyciągnęła ponad 114 mld złotych niemieckich inwestycji

W ocenie inwestorów niemieckich, Polska po raz trzeci z rzędu jest na pierwszym miejscu pod względem atrakcyjności inwestycyjnej wśród 16 krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Ponad 6 tys. firm z udziałem kapitału niemieckiego prowadzi w Polsce swoją działalność, zatrudniając około 300 tys. osób. Zaangażowanie kapitałowe niemieckich przedsiębiorstw jest szczególnie widoczne w przetwórstwie przemysłowym, m.in. w branży motoryzacyjnej oraz chemicznej. Niemcy to także największy dostawca towarów do Polski i główny odbiorca polskiego eksportu.

Polska pierwsza w regionie

W 10. edycji badania atrakcyjności inwestycyjnej krajów Europy Środkowo-Wschodniej, przeprowadzonym przez Polsko-Niemiecką Izbę Przemysłowo-Handlową (AHK Polska) i 15 innych niemieckich izb bilateralnych w regionie, wśród ponad 1400 inwestorów niemieckich, Polska utrzymała pierwsze miejsce w rankingu. Obroniła przy tym po raz trzeci pozycję lidera, zdobytą w 2013 r. W tegorocznym badaniu, na 6 możliwych do uzyskania punktów Polska uzyskała 4,16 pkt. (w ub. r. 4,09 pkt), Czechy – 4,00 pkt, a Estonia – 3,89 pkt. Na kolejnych pozycjach znalazły się: Słowacja, Słowenia, Łotwa i Litwa. Z badania wynika, że 86% firm z kapitałem niemieckim, które zainwestowały w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, potwierdziło podjętą w przeszłości decyzję o lokalizacji inwestycji. Największy odsetek odpowiedzi pozytywnych na pytanie: „Czy zainwestowaliby Państwo ponownie w kraju lokalizacji firmy?” odnotowano wśród inwestorów zagranicznych w Polsce i Estonii (94%), na Litwie (93%) oraz w Czechach (92%).

Kadry vs. skomplikowany system podatkowy

Inwestorzy niemieccy ocenili atrakcyjność inwestycyjną krajów Europy Środkowo-Wschodniej w oparciu o 21 czynników. Najwyżej punktowane czynniki – zarówno w przypadku całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej, jak i inwestorów działających tylko w Polsce – to: członkostwo danego kraju w Unii Europejskiej, zalety pracowników (kwalifikacje, zaangażowanie i produktywność), a także jakość kształcenia akademickiego. Najgorsze oceny dla regionu dotyczą: braku przejrzystości w procesie przetargów publicznych, niskiej przewidywalności polityki gospodarczej i nieefektywnej walki z przestępczością i korupcją. Wyniki badania regionalnego w niewielkim stopniu pokrywają się z ocenami dla Polski. W 2015 roku największą krytykę inwestorów niemieckich w Polsce wywołały natomiast skomplikowany system podatkowy i działanie instytucji podatkowych oraz nieefektywność działania administracji publicznej.

Co warte podkreślenia, w ocenie ankietowanych przedsiębiorstw – na tle regionu Europy Środkowo-Wschodniej pozytywnie wyróżnia się kondycja polskiej gospodarki. 42% respondentów ocenia sytuację gospodarczą w Polsce jako dobrą, a 52% jako satysfakcjonującą, a więc łącznie 94% jest z niej zadowolonych. Średnia ocen dobrych i satysfakcjonujących dla 16 krajów regionu objętych badaniem to 65%.

– mówi Michael Kern, dyrektor generalny, członek zarządu Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej (AHK Polska).

Wartość skumulowanych bezpośrednich inwestycji niemieckich w Polsce na koniec 2013 roku sięgnęła 114 mld złotych

Niemcy są w Polsce największym inwestorem zagranicznym. Do końca 2013 roku wartość bezpośrednich inwestycji w Polsce stanowiła aż 17% łącznej wartości inwestycji zagranicznych w naszym kraju. Dotychczas niemieckie podmioty najwięcej zainwestowały w Polsce w branży przetwórstwa przemysłowego (31% niemieckich inwestycji ogółem), m.in. w motoryzacji i branży chemicznej. Na kolejnych pozycjach pod względem wielkości inwestycji plasują się: działalność finansowa i ubezpieczeniowa (26%) oraz handel hurtowy i detaliczny (15%).

Struktura bezpośrednich inwestycji niemieckich w Polsce (stan na koniec 2013 roku)

Struktura bezpośrednich inwestycji niemieckich w Polsce (stan na koniec 2013 roku)
Żródło: Raport KPMG w Polsce i Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej
pt.: „Perspektywiczne sąsiedztwo. Polsko-niemieckie relacje gospodarcze”

Firmy niemieckie zatrudniają w Polsce ponad 300 tys. pracowników

W 2013 roku w Polsce prowadziło działalność 6 230 firm z udziałem kapitału niemieckiego. Blisko cztery na dziesięć przedsiębiorstw stanowiły podmioty zatrudniające 10 i więcej pracowników.

Liczba podmiotów z kapitałem niemieckim w Polsce stale rośnie. Wśród działających w Polsce firm z udziałem kapitału zagranicznego zdecydowanie najwięcej jest właśnie przedsiębiorstw niemieckich. Okazuje się, że podmiotów niemieckich jest w Polsce 2,5 razy więcej niż firm z kapitałem holenderskim i blisko 5 razy więcej niż firm z kapitałem francuskim. Warto dodać, że firmy niemieckie są w Polsce najważniejszym zagranicznym pracodawcą i według naszych szacunków zatrudniają w Polsce już ok. 300 tys. osób
– mówi mówi Janusz Charytonowicz, partner w dziale audytu ogólnego w KPMG w Polsce.

Liczba firm z udziałem kapitału zagranicznego prowadzących działalność w Polsce (2013)

Liczba firm z udziałem kapitału zagranicznego prowadzących działalność w Polsce (2013)
Żródło: Raport KPMG w Polsce i Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej
pt.: „Perspektywiczne sąsiedztwo. Polsko-niemieckie relacje gospodarcze”

Niemcy są największym dostawcą towarów do Polski i największym importerem polskich produktów

Według wstępnych danych GUS w 2014 roku wartość importu towarów z Niemiec wyniosła 152 mld zł. Jest to więcej niż łączna wartość importu z Chin i Rosji, które zajmują drugie i trzecie miejsce wśród najważniejszych dostawców towarów do Polski. Eksport polskich towarów do zachodniego sąsiada w 2014 roku osiągnął rekordową wartość 178 mld zł.

Polsko-niemiecka wymiana towarowa (mld zł)

Polsko-niemiecka wymiana towarowa (mld zł)
Żródło: Raport KPMG w Polsce i Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej
pt.: „Perspektywiczne sąsiedztwo. Polsko-niemieckie relacje gospodarcze”

Sprzedaż portfela wierzytelności przez Alior Bank

29 czerwca br. Alior Bank i jego spółka zależna Meritum Bank ICB S.A. zawarły umowy sprzedaży pakietu wierzytelności ze zidentyfikowaną utratą wartości (NPL) segmentu klienta indywidualnego. Całkowite saldo zbywanych wierzytelności wynosi 663 mln zł.

Podpisanie umów jest jednym z elementów zarządzania jakością portfela kredytowego Alior Banku.

W efekcie transakcji poprawi się struktura aktywów Banku i obniży się poziom wskaźnika NPL. Dodatkowo transakcja zmniejszy obciążenia kapitałowe oraz poprawi płynność Alior Banku.

Łączna cena sprzedaży pakietu kształtuje się na poziomie rynkowym, a sama transakcja ma pozytywny wpływ na rachunek zysków i strat Banku. Alior Bank nie wyklucza zawierania kolejnych transakcji sprzedaży wierzytelności ze zidentyfikowaną utratą wartości w 2015 r.

Źródło: Alior Bank

Czerwiec pod znakiem ważnych spotkań w sektorze nieruchomości

Drugi tydzień czerwca br. przyniósł dwa kluczowe wydarzenia dla uczestników rynku nieruchomości. Pierwszą okazją do merytorycznej dyskusji i wymiany doświadczeń stało się V Forum Rynku Nieruchomości w Sopocie. Dwa dni później miejscem spotkania ponad 1400 przedstawicieli branży retail w regionie CEE stał się Stadion Narodowy, który przez dwa dni stanowił arenę międzynarodowych Targów ReDI.

Po bardzo dobrym dla wszystkich segmentów rynku nieruchomości roku 2014, nadal obserwujemy wzmożoną aktywność ze strony deweloperów oraz  inwestorów. Boom w sektorze magazynowym, wzrost podaży mieszkań, przenikanie się zakupów tradycyjnych ze sprzedażą online, jak również zmieniające się zwyczaje zakupowe konsumentów – to tylko niektóre trendy, które będą kształtowały sektor nieruchomości w Polsce w 2015 roku, stawiając przed jego uczestnikami kolejne wyzwania.rd_bud_ch_riviera

O tym, czym charakteryzują się inwestycje handlowe w nowych realiach rynkowych dyskutowali w dn. 8-9 czerwca 2015 r. uczestnicy V Forum Rynku Nieruchomości w Sopocie. Deweloperzy, architekci, firmy budowlane, a także przedstawiciele banków i pośredników finansowych, którzy przybyli do Sheraton Hotel Sopot pokusili się również o próbę odpowiedzi na pytanie „Co zrobić z bańką na stołecznym rynku biurowym?”. Rozmawiano także o prognozach dla rynku mieszkaniowego w odniesieniu do aktualnej sytuacji gospodarczej, a także o znaczeniu nowych przepisów dotyczących handlu w Internecie dla branży magazynowej. Wśród prelegentów, panelistów i uczestników konferencji, którzy podjęli branżową dyskusję znaleźli się wybitni dziennikarze, uznani analitycy oraz wiodący przedstawiciele polskiego sektora nieruchomości. Zgodnie z tradycją ubiegłych lat swoją wiedzę, doświadczenie i portfolio podczas tego dwudniowego wydarzenia zaprezentowała firma RD bud, wyspecjalizowana w budowie „pod klucz” centrów handlowych, hoteli, biur, obiektów mieszkaniowych, centrów logistycznych i przemysłowych, a także salonów samochodowych i stacji serwisowych.

„Udział w V Forum Rynku Nieruchomości umożliwił nam nie tylko zaprezentowanie ważnych dla firmy projektów. Stał się również znakomitą okazją do odbycia wielu ciekawych spotkań, których celem było między innymi budowanie i pogłębianie relacji biznesowych. Poprzez uczestnictwo w targach otrzymaliśmy również szansę zdobycia najbardziej aktualnej wiedzy na temat rynku, na którym działamy” – mówi Eric Agnello, Dyrektor Generalny RD bud Sp. z o.o.

Dla deweloperów, najemców czy firm budowlanych wykazujących aktywność w sektorze real estate, V Forum Rynku Nieruchomości okazało się znakomitym wprowadzeniem do kolejnego ważnego dla branży wydarzenia – Międzynarodowych Targów ReDI, które odbyły się 10 i 11 czerwca na Stadionie Narodowym w Warszawie. Podczas drugiej edycji spotkania zaprezentowanych zostało ponad 120 projektów handlowych z Polski oraz zagranicy. Wśród nich nie zabrakło prestiżowych realizacji firmy RD bud takich jak m.in. modernizacja Centrum Handlowego Arkadia w Warszawie czy certyfikowanego w systemie BREEAM Centrum Handlowego Riviera w Gdyni. W ciągu dwóch dni ponad 1400 przedstawicieli europejskiego sektora retail prowadziło ożywione negocjacje biznesowe, jednocześnie prowadząc rozmowy o przyszłości branży. Okazją do dyskusji była strefa konferencyjna „ReDI to TALK” zbudowana w oparciu o panele dyskusyjne, w ramach których poruszano takie tematy jak m.in. miejsce polskich projektantów w retailu, rola handlu w rozwoju pasażerskich węzłów komunikacyjnych, bariery administracyjno-prawne w rozwoju i modernizacji obiektów handlowych czy standardy międzynarodowe RICS w obszarze zarządzania nieruchomościami w odniesieniu do rynku polskiego.

„Targi ReDI, choć organizowane przez Polską Radę Centrów Handlowych dopiero po raz drugi, już zyskały renomę najważniejszego w Europie Środkowo-Wschodniej miejsca spotkań przedstawicieli sektora nieruchomości handlowych. Już pierwsza edycja tego wydarzenia spotkała się z dużym zainteresowaniem decydentów z tej branży oraz przedstawicieli sieci handlowych i usługowych. W tym roku organizatorzy odnieśli kolejny sukces organizacyjny, przypieczętowany znakomitą frekwencją uczestników. Dla Generalnego Wykonawcy wyspecjalizowanego w budowie i modernizacji centrów handlowych targi ReDI to unikalna szansa spotkania – w jednym miejscu i czasie – wielu obecnych i potencjalnych partnerów z różnych regionów Europy. Wśród odwiedzających znaleźli się goście między innymi z Czech, Ukrainy, Łotwy, Litwy, Węgier, Rumunii, Białorusi, Francji, Niemiec, Włoch czy Wielkiej Brytanii.” – mówi Eric Agnello, Dyrektor Generalny RD bud Sp. z o.o.

Popołudniowy komentarz walutowy z 29.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 29.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Mariusz Golec Prezesem Zarządu Wielton SA

29 czerwca 2015 roku Rada Nadzorcza powołała Mariusza Golca na stanowisko Prezesa Zarządu spółki Wielton SA. Mariusz Golec będzie odpowiedzialny za dalszą ekspansję grupy w kraju i za granicą oraz rozwój innowacyjnych rozwiązań i produktów dla zwiększania konkurencyjności spółki w branży. Celem Zarządu na najbliższe lata jest zdobycie pozycji trzeciego największego europejskiego producenta naczep.

W związku z kolejnym ważnym etapem rozwoju grupy Wielton, zdecydowaliśmy się na powierzenie funkcji Prezesa Zarządu Panu Mariuszowi Golcowi. Dogłębna znajomość branży, wiedza dotycząca optymalizacji procesów zarządzania i produkcji w spółce oraz wieloletnie doświadczenie w obszarze rozwoju innowacyjności to kluczowe kompetencje Mariusza Golca, które przyczynią się do dalszego budowania pozycji Wieltonu na rynku, mówi Paweł Szataniak, Przewodniczący Rady Nadzorczej Wielton SA.

Rada Nadzorcza w dn. 29 czerwca br. powołała Mariusza Golca na stanowisko Prezesa Zarządu na trzyletnią kadencję. Umowa o zarządzanie spółką z dotychczasowym Prezesem Wieltonu, Panem Andrzejem Szczepkiem, który kierował spółką od 2010 roku, wygasa.

Doceniamy ogromny wkład Pana Prezesa Andrzeja Szczepka w rozwój Wieltonu. W ciągu ostatnich5-ciu lat pod kierownictwem Prezesa Szczepka, Wielton stał się europejską firmą z nowoczesnym podejściem do zarządzania oraz stabilnym zapleczem kadrowym i produkcyjnym potrzebnym do dalszego rozwoju. Wielton dziś to spółka gotowa do nowych wyzwań z potencjałem ekspansji na świecie, podkreśla Paweł Szataniak, Przewodniczący Rady.

Andrzej Szczepek przyczynił się do skokowego rozwoju Wieltonu w ostatnich latach. Do największych sukcesów Prezesa Szczepka należy, między innymi, optymalizacja wewnętrznej organizacji spółki oraz rozbudowa i usprawnienie procesów zarządczych. Istotnym wkładem Prezesa Szczepka jest również implementacja systemu pracy z kadrami. W ramach ekspansji Wieltonu w kraju i za granicą,

Prezes Szczepek przyczynił się do sukcesu przejęcia firmy Fruehauf. W maju br. Wielton podpisał umowę przejęcia lidera francuskiego rynku naczep. Zakup firmy Fruehauf otwiera grupie Wielton drogę do zdobycia pozycji trzeciego największego europejskiego producenta naczep z początkowym potencjałem produkcyjnym na poziomie 11 tys. produktów rocznie.

Wielton staje dziś przed nowymi wyzwaniami. Celem Zarządu jest zdobycie pozycji trzeciego największego europejskiego producenta naczep. Kompetencje i doświadczenie Pana Mariusza Golca odpowiadają potrzebom spółki w tym nowym etapie rozwoju, mówi Paweł Szataniak, Przewodniczący Rady.

Zmiana warty w Wieltonie jest efektem naturalnego procesu przygotowywania następcy na stanowisko Prezesa Zarządu. Mariusz Golec, od 16 lat związany z Wieltonem jako Wiceprezes Zarządu, posiada dogłębną wiedzę na temat spółki, jej produktów i obszarów działalności. Mariusz Golec jest ekspertem w dziedzinie procesów zarządzania i produkcji oraz innowacyjności, co ma szczególne znaczenie dla dalszego zwiększania konkurencyjności spółki. Absolwent Wydziału Mechanicznego Politechniki Łódzkiej oraz podyplomowych studiów MBA z Zarządzania Przedsiębiorstwem na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.

WIELTON – GO GLOBAL

Przed nami ogromne perspektywy rozwoju. Stawiamy na optymalizację procesów zarządczych i wytwórczych oraz innowacyjność rozwiązań w obszarze produkcji, co powinno przełożyć się na jakość produktów i przewagę konkurencyjną w branży. W planach jest dalsza ekspansja w kraju i za granicą. Miejsce w pierwszej trójce europejskich producentów to cel dla Zarządu w najbliższych latach wskazuje Mariusz Golec, Prezes Zarządu Wielton SA.

Wielton jest obecny na ponad 35 rynkach, w Europie, Azji i Afryce, gdzie wypracował przewagę konkurencyjną w segmentach wywrotek i zestawach wysokogabarytowych, dzięki stałemu wdrażaniu nowoczesnych rozwiązań. Odbiorcami pojazdów Wieltonu są firmy transportowe, budowlane, produkcyjne i dystrybucyjne w kraju oraz zagraniczni dealerzy pojazdów ciężarowych i naczep. W szczególności klientami grupy są firmy z Rosji, Ukrainy, Białorusi, Norwegii, Węgier, Litwy, Łotwy, Czech, Bułgarii, Rumunii, Słowacji, Estonii, Niemiec, Austrii, Francji, Holandii, Słowenii oraz Serbii.

W planach jest podbój rynków w Europie, Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie. W ofercie spółki znajduje się ok. 60 typów wyrobów dostosowanych do potrzeb różnych klientów w kraju i za granicą.

DALSZY ROZWÓJ INNOWACYJNOŚCI DLA BUDOWANIA PRZEWAGI KONKURENCYJNEJ NA RYNKU

Nowo powołany Zarząd Wieltonu stawia na dalszy rozwój organizacji, między innymi, poprzez optymalizację procesów zarządczych i produkcyjnych oraz innowacyjność.

Kluczem do sukcesu na dzisiejszym rynku jest nowoczesna i elastyczna organizacja, w której DNA zapisana jest innowacyjność. Taką firmą jest właśnie Wielton, który ma wszystkie atuty niezbędne do tego, by wraz ze zwiększaniem skali działalności zdobywać kolejne rynki, wskazuje Mariusz Golec, Prezes Zarządu Wielton SA.

W czerwcu br. Wielton otworzył biuro projektowe w Parku Naukowo-Technologicznym Technopark Gliwice. Biuro projektowe będzie wspierać transfer innowacyjnych technologii z Politechniki Śląskiej do biznesu i zwiększać konkurencyjność Wieltonu. Wielton SA ma status Centrum Badawczo-

Rozwojowego, co pozwala działać jak jednostce naukowej i finansować prace badawczo-rozwojowe ze środków zewnętrznych, m.in. z funduszy unijnych oraz Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Innowacyjność produktów i procesów produkcyjnych oraz 100% gwarancja, że wdrażany wyrób będzie działał przez dekady pozwoli nam budować markę, która z powodzeniem będzie rywalizować z podmiotami o największym udziale w rynku światowym, mówi Prezes Golec. W ramach dalszego dynamicznego rozwoju grupy chcemy równocześnie utrzymać to, co zawsze było naszą silną stroną: elastyczność organizacyjną i umiejętność szybkiego dostosowywania się do potrzeb rynkowych oraz zaspokajania oczekiwań klientów zarówno tych z potrzebami wielkoseryjnych produktów, jak i tych z indywidualnymi zamówieniami, podkreśla Mariusz Golec.

Żaneta Berus i Dariusz Matysiak dołączyli do władz Sapphire Group Poland

Od czerwca br. Żaneta Berus, Prezes EXPO XXI Warszawa, dołączyła do Zarządu Sapphire Group Poland, właściciela obiektu. Natomiast Dariusz Matysiak, Dyrektor Administracyjny EXPO XXI Warszawa, objął stanowisko Dyrektora Operacyjnego. Zmiany podyktowane są strategicznymi planami rozwoju grupy w kraju i za granicą.

Sapphire Group Poland jest dynamicznie rozwijającym się konsorcjum spółek, działających w szeroko pojętym przemyśle spotkań w Polsce, Rosji i Azji. Swoim klientom oferuje kompleksowe portfolio usług związanych z organizacją wydarzeń specjalnych. Firma jest zarówno właścicielem jednego z najbardziej znanych obiektów eventowych w stolicy – EXPO XXI Warszawa, jak również zarządza spółką specjalizującą się w przygotowaniu i realizacji różnego rodzaju konferencji, kongresów i eventów – Blue Business Media.

Aby zapewnić kontynuację przyjętej strategii i realizację biznesowych celów firmy oraz w pełni wykorzystać możliwości wynikające z kompleksowej oferty usług dla branży MICE, Zarząd firmy podjął decyzję
o włączeniu Żanety Berus do Executive Team Sapphire Group Poland oraz awansowaniu Dariusza Matysiaka na stanowisko Dyrektora Operacyjnego.

Żaneta Berus w Zarządzie Sapphire Group Poland

EXPO XXI Warszawa Żaneta Berus
EXPO XXI Warszawa Żaneta Berus

Żaneta Berus z EXPO XXI Warszawa związana jest od 2000 roku, początkowo pracowała na stanowisku Dyrektora Handlowego. W 2006 roku objęła funkcję Dyrektora Zarządzającego, a w 2010 roku Prezesa Zarządu jednego z najbardziej znanych obiektów typu muliti-venue w Warszawie. Żaneta jest także szanowanym ekspertem z wieloletnim doświadczeniem w swojej dziedzinie. Za działania na rzecz samorządu i zasługi dla promocji Polski, otrzymała w październiku 2013 roku Srebrny Krzyż Zasługi, drugie najważniejsze odznaczenie państwowe, przyznane przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego. Także branża eventowa doceniła jej zaangażowanie. W 2012 roku uhonorowana została tytułem MP-12, jako menedżer obiektu w kategorii Dostawca-Venue, zaś rok później EXPO XXI Warszawa otrzymało nagrodę MP Power Awards 2013 – Power Venue w kategorii „Kongres venue”. W styczniu bieżącego roku Żaneta Berus odebrała kolejne wyróżnienie branżowe – tytuł „Osobowość Roku 2014” w kategorii „Menadżer obiektu”, a w czerwcu nagrodę Businesswoman Roku 2014 w kategorii „Lider branży MICE”.

Zadaniem Żanety Berus w ramach nowo objętego stanowiska członka Zarządu Sapphire Group Poland, jest nadzór nad kluczowymi obszarami działalności firmy – kierowanie EXPO XXI Warszawa oraz rozwój spółki zarówno w kraju, jak i za granicą. W ramach swoich nowych obowiązków będzie odpowiedzialna zarówno
za realizację biznesowych celów grupy i wysoką jakość oferowanych usług, jak i strategię jej rozwoju w oparciu o dostępne zasoby i specjalistyczną wiedzę.

Dariusz Matysiak nowym Dyrektorem Operacyjnym w Sapphire Group Poland

EXPO XXI Warszawa Dariusz Matysiak
EXPO XXI Warszawa Dariusz Matysiak

Dariusz Matysiak z EXPO XXI Warszawa współpracuje od 2001 roku, początkowo na stanowisku Dyrektora Technicznego. W 2012 roku dołączył do Zarządu jednego z najbardziej znanych obiektów eventowych stolicy. Dariusz Matysiak posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie zarządzania wielkopowierzchniowymi obiektami typu muliti-venue. W ramach swojej pracy w EXPO XXI Warszawa odpowiada za sprawne funkcjonowanie i bezpieczeństwo budynków, koordynując zarówno pracę zespołu technicznego, administracyjnego, IT i sprzedaży, jak i centrum usług. Jest także cenionym doradcą, wspierającym Klientów na każdym etapie organizacji eventu oraz licencjonowanym specjalistą ds. systemów zarządzających budynkami. Za swoją wiedzę i osiągnięcia Dariusz Matysiak został nominowany do jednej z najważniejszych nagród branżowych – Osobowość Roku 2013 branży MICE w kategorii „Manager obiektu”.

Zadaniem Dariusza Matysiaka, po objęciu stanowiska Dyrektora Operacyjnego Sapphire Group, jest współpraca z Żanetą Berus w zakresie zarządzania EXPO XXI Warszawa i rozwoju spółki zarówno na rynku polskim, jak i za granicą.

Jak reklamować nieudaną wycieczkę?

Zbliżający się okres wakacyjny zachęca do dokładniejszego przyjrzenia się tematyce reklamacji imprezy turystycznej. Zyskują one coraz większą popularność, jednak świadomość praw korzystającego z takiej formy wypoczynku wciąż jest niska. Niezależnie od ceny wycieczki i trybu jej zakupienia biuro podróży zobowiązuje się dostarczyć nam pełnowartościową usługę. Jeżeli organizator nie wywiąże się z umowy i nie zapewni warunków, jakie obiecał w  umowie, mamy możliwość złożenia reklamacji imprezy turystycznej.

Impreza turystyczna – co to jest?

Andrzej Lazarowicz, Prezes wfirma.pl
Andrzej Lazarowicz, Prezes wfirma.pl

Pojęcie imprezy turystycznej wyjaśnia w art. 3 pkt 2 Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o usługach turystycznych. Na jej podstawie możemy zdefiniować ją jako co najmniej dwie usługi turystyczne tworzące jednolity program i objęte wspólną ceną, jeżeli usługi te obejmują nocleg lub trwają ponad 24 godziny, albo jeżeli program przewiduje zmianę miejsca pobytu. Ustawa definiuje także usługi turystyczne jako usługi przewodnickie, hotelarskie i wszystkie inne, świadczone turystom.

Jak dokonać reklamacji imprezy turystycznej?

Imprezę turystyczną możemy reklamować na podstawie przepisów o niewykonaniu lub nienależytym wykonaniu zobowiązania, zawartych w kodeksie cywilnym. Oprócz tego można powołać się na przepisy ustawy o usługach turystycznych –  art. 16b szczegółowo opisuje problematykę złożenia reklamacji i samą procedurę reklamacyjną.

Klient nierzetelnego biura podróży nie musi składać reklamacji – ma prawo zwrócić się ze swoimi roszczeniami bezpośrednio do sądu. Sam proces jest jednak długi i kosztowny, warto więc rozpocząć dochodzenie swoich praw od złożenia reklamacji. Istnieje też możliwość złożenia skargi do samorządu gospodarczego, urzędu marszałkowskiego województwa lub do Ministerstwa Sportu i Turystyki, nie jest to jednak równoznaczne ze złożeniem reklamacji.

Termin złożenia reklamacji imprezy turystycznej

Reklamację powinno się złożyć nie później niż 30 dni od dnia zakończenia wyjazdu. Skrócenie tego terminu jest niedozwolone i wszelkie modyfikujące go zapisy, zawarte w regulaminie organizatora, uznawane są za klauzule niedozwolone. Organizator musi odpowiedzieć na reklamację w ciągu 30 dni od dnia otrzymania reklamacji – jeśli tego nie zrobi, uznaje się, że uznał reklamację za uzasadnioną.

Kto i do kogo może złożyć reklamację imprezy turystycznej?

Każdy klient, czyli osoba która zamierza zawrzeć lub zawarła umowę o świadczenie usług turystycznych na swoją rzecz lub na rzecz innej osoby, a przedmiot umowy nie stanowi przedmiotu jej działalności gospodarczej, może złożyć reklamację. Co ważne, może to być nie tylko osoba fizyczna, ale także osoba prawna – na przykład firma wykupująca wyjazd dla pracowników.

Reklamację składa się do organizatora imprezy turystycznej, nawet jeżeli wycieczkę kupiliśmy bezpośrednio u agenta. Agent nie odpowiada za jakość wycieczki i złożenie reklamacji na jego ręce może tylko wydłużyć proces reklamacyjny.

Forma i treść reklamacji imprezy turystycznej

Przepisy prawa nie przewidują szczególnej formy dla reklamacji, będzie ona zatem ważna niezależnie od formy, w jakiej ją przedłożymy, pod warunkiem, że zawrzemy w niej wszystkie ważne informacje, takie jak nasze dane (imię, nazwisko adres, telefon kontaktowy), dane organizatora (nazwa, adres siedziby), dokładne oznaczenie umowy, opis wad wyjazdu, wysokość kwoty, jakiej żądamy w ramach odszkodowania lub kwoty obniżenia ceny usługi turystycznej, oznaczenie miejsca i daty złożenia reklamacji, podpis reklamującego, a także numer konta bankowego, na które odszkodowanie powinno być wpłacone.

Warto także załączyć dowody potwierdzające przedstawione nieprawidłowości – mogą to być zdjęcia, oświadczenia innych osób uczestniczących w wyjeździe lub rachunki za usługi, które miały być bezpłatne.

Zadośćuczynienie za stracony urlop

Urlop jest według orzecznictwa polskich sądów dobrem osobistym, a nieprawidłowe wykonanie umowy przez organizatora jest jego naruszeniem. W związku z tym możemy też wstąpić na drogę sądową i w ten sposób żądać od organizatora imprezy turystycznej zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, jaką jest zmarnowany urlop.

Andrzej Lazarowicz, wfirma.pl

Jest praca dla specjalistów ds. finansów

W ciągu pierwszych pięciu miesięcy roku na portalu Pracuj.pl oblikowano 28 000 ogłoszeń o pracę dla ekspertów odpowiedzialnych za finanse. Największe zapotrzebowanie odnotowano na specjalistów odpowiedzialnych za księgowość, analityków finansowych oraz specjalistów ds. bankowości detalicznej. Najwięcej ofert pracy pochodziło z branży finansowej, handel i sprzedaż oraz przemysł ciężki.

Eksperci ds. finansów są jednymi z najbardziej poszukiwanych specjalistów na rynku pracy. Zapotrzebowanie na nich utrzymuje się od wielu miesięcy na niezmiennie wysokim poziomie, stawiającym tych ekspertów w czołówce najbardziej poszukiwanych pracowników na rynku.

 Jakich specjalistów z obszaru finansów poszukiwano?

 W pierwszych pięciu miesiącach 2015 roku specjalistom odpowiedzialnym za finanse dedykowano 28 000 ogłoszeń o pracę. Głównie poszukiwano księgowych, analityków finansowych, ekspertów ds. bankowości detalicznej, ekspertów od audytu finansowego, kontrolingu.

Porównując obecne zapotrzebowanie z analogicznym okresem w 2014 roku, największy wzrost zapotrzebowania odnotowano na analityków finansowych (o 24,5%) oraz na specjalistów odpowiedzialnych za analizę ryzyka w bankowości (wzrost o 22,3%,). Dynamicznie wzrosło również zapotrzebowanie na specjalistów ds. analizy ryzyka w ubezpieczeniach (wzrost o 13,6%), a także na księgowych (wzrost o 12,2%) oraz ekspertów ds. kontrolingu finansowego (wzrost o 12,1%).

 Specyfika rekrutacji w branży finansowej

 Największym pracodawcą dla specjalistów ds. finansów jest oczywiście branża finansowa. W ogólnej sumie 28 000 ofert pracy dedykowanych tym specjalistom (opublikowanych od stycznia do maja 2015 roku na portalu Pracuj.pl), 15 415 pochodziło z branży bankowość/finanse/ubezpieczenia. Co istotne, realizacja wyznaczonych celów w takich firmach wymaga odpowiedniej polityki HR i jej dopasowania do biznesu, dlatego – przy rosnącym zapotrzebowaniu na pracowników – tak istotne stają się nowoczesne metody rekrutacji.

 Podmioty z branży finansowej to bardzo często duże firmy o rozbudowanej strukturze, które otrzymują nawet kilkaset aplikacji dziennie, w związku z prowadzeniem jednocześnie od kilkunastu do kilkudziesięciu procesów rekrutacyjnych. Wsparciem są nowoczesne platformy rekrutacyjne, które umożliwiają kompleksowe prowadzenie projektów rekrutacyjnych, bez względu na liczbę nadesłanych aplikacji i złożoność całego procesu – ocenia Marcin Sieńczyk, Business Development Director w eRecruiter.

 Platformy rekrutacyjne są dla rekruterów nie tylko wsparciem w zarządzaniu procesami rekrutacyjnymi, ale także swoistym narzędziem do komunikacji i kooperacji z biznesem. Umożliwiają podjęcie szybkich i efektywnych działań, które w dynamicznie rozwijającym się sektorze finansowym są niemal codziennością.

Rekrutacja w branży finansowej to bardzo złożony proces. Korzystanie z nowoczesnych narzędzi jak np. eRecruiter, pozwala nam na monitorowanie całego procesu, zarządzanie bazą kandydatów, a także mierzenie efektywności naszych działań – wyjaśnia Maciej Stroński, Starszy Koordynator ds. rekrutacji Sił Sprzedaży w ING Życie.

 Gdzie najłatwiej o pracę dla finansistów?

 Od stycznia do maja 2015 r. najwięcej ogłoszeń o pracę skierowanych do specjalistów ds. finansów opublikowały firmy największe (powyżej 250 pracowników) – było ich 10 870, na drugim miejscu uplasowały się firmy małe (11-50 pracowników) z liczbą 7 300 ofert.

Najwięcej ofert pochodziło z województw: mazowieckiego – 7 469 ogłoszeń, małopolskiego – 4 240 i dolnośląskiego – 2 829. Największy wzrost ogłoszeń dla specjalistów ds. finansów odnotowano w województwie małopolskim i wyniósł on niemal 25%.

 

5 powodów, dla których warto mieć długoterminowe ubezpieczenie następstw nieszczęśliwych wypadków (NNW)

Zbliża się okres wakacyjnych wojaży. Pomimo rosnącej popularności zagranicznych wycieczek, bardzo dużo Polaków będzie spędzało wakacje również w Polsce. Okres letni to także czas wielu festiwali, koncertów i innych wydarzeń promujących lokalną turystykę oraz zachęcających Polaków do krajowych podróży i korzystania z wielu atrakcji. Wzmożona aktywność sprzyja niestety wypadkom i urazom, dlatego warto rozważyć zakup ubezpieczenia NNW.  

Co to jest nieszczęśliwy wypadek?

Choć w potocznym rozumieniu każde zdarzenie niosące ze sobą konsekwencje zdrowotne jest nieszczęśliwym wypadkiem, to ubezpieczyciele stosują określoną definicję tego pojęcia, zawsze jasno przedstawioną w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia. Najczęściej nieszczęśliwy wypadek jest opisany jako zdarzenie niezależne od woli, gwałtowne i nagłe, wywołane przyczyną zewnętrzną, niezwiązane z jakimkolwiek istniejącym stanem chorobowym i które miało miejsce w trakcie trwania ochrony ubezpieczeniowej. W świetle takiej definicji ubezpieczyciel ma prawo odmówić pomocy i wypłaty świadczenia w sytuacji, gdy do trwałego uszczerbku na zdrowiu doszło np. z powodu omdlenia lub zawału – są to bowiem konsekwencje stanu chorobowego ubezpieczonego, a nie konsekwencje nieszczęśliwego wypadku. Jeśli już jednak dojdzie do zdarzenia określonego w definicjach OWU jako nieszczęśliwego wypadku, ubezpieczeni posiadający dobrowolną polisę NNW mogą liczyć na wypłatę świadczenia. Wysokość tego świadczenia określona jest również w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia, a obliczana jest procentowym udziałem uszczerbku na zdrowiu powstałym na skutek nieszczęśliwego wypadku. Podstawowy zakres ubezpieczenia, charakteryzujący się również niezbyt wysokimi sumami ubezpieczenia, jest możliwy do nabycia w biurach podróży lub w agencjach ubezpieczeniowych już w cenie około 10 zł za 3 dni ochrony. Jednak wybierając ubezpieczenie o niskich sumach i podstawowym zakresie świadczeń, warto się przygotować na fakt, że wysokość świadczenia w razie nieszczęśliwego wypadku nie będzie zadowalająca.

A jak zadbać o swój komfort w razie nieprzewidzianej sytuacji? Warto rozważyć zakup długoterminowej polisy NNW, która niesie ze sobą szereg korzyści.

  1. Szeroki zakres świadczeń

Polisy NNW zawierane na dłuższy okres oferują z reguły dużo szerszy zakres ochrony oraz dużo wyższe wartości świadczeń. Chronią klienta począwszy od zdarzeń, takich jak pobyt w szpitalu, złamania i oparzenia, po poważniejsze skutki nieszczęśliwych wypadków: trwałe inwalidztwo, operacje, czy nawet śmierć. Ponadto, polisy te mogą zapewniać również dodatkowe usługi
i świadczenia.

Na rynku dostępne są polisy, które w razie inwalidztwa, a tym samym utrudnienia lub wręcz utraty możliwości zarobkowania, oferują wypłatę comiesięcznego świadczenia, tzw. renty i to przez okres nawet 10 lat – mówi Bożena Trzaska, Dyrektor ds. Rozwoju Produktów w MetLife.

Polisy NNW zawierane na dłuższy czas zapewniają dodatkowo kompleksową pomoc medyczną w razie nieszczęśliwego wypadku.  Oznacza to między innymi oddanie do dyspozycji ubezpieczonych całodobowego centrum pomocy i organizację przez konsultantów badań medycznych, konsultacji lekarskich, procesów rehabilitacyjnych i wielu innych usług.

Usługi assistance, przeważnie realizowane przez współpracujące z towarzystwem firmy assistance, to rozwiązanie, które zdejmuje z ubezpieczonego ciężar samodzielnych poszukiwań lekarza specjalisty, placówki medycznej, transportu itp. W ramach tych usług, ubezpieczeni mogą liczyć na zakup i dostarczenie leków, czy sprzętu rehabilitacyjnego, a także organizację rehabilitacji oraz zabiegów i badań ambulatoryjnych, w tym rezonansu oraz tomografii komputerowej. Dzięki tym usługom, rolą ubezpieczyciela jest nie tylko wypłata odszkodowania, ale przede wszystkim realna pomoc w wyjątkowej dla klienta sytuacji – dodaje Bożena Trzaska.

Warto też sprawdzić, czy polisa NNW chroni wypadki jedynie na terytorium Polski. Przeważnie te długoterminowe polisy NNW mają zniesione ograniczenia terytorialne i oferują ochronę bez względu na miejsce zdarzenia ubezpieczeniowego.

  1. Rosnąca suma ubezpieczenia

Długoterminowe polisy NNW to korzyść zarówno dla ubezpieczonego, jak i towarzystwa ubezpieczeń, które z kolei potrafi docenić lojalność klienta i może zaoferować mu dodatkowe benefity. Na rynku dostępne są produkty ubezpieczeniowe, których wartość rośnie wraz z czasem od ich zakupu.

W niektórych ofertach, klienci otrzymują np. 10% wzrost sumy ubezpieczenia z każdym kolejnym rokiem. Przy czym warto podkreślić, że składka najczęściej pozostaje niezmienna. Z jednej strony towarzystwa ubezpieczeń zachęcają tym klientów do korzystania z ich oferty i jest to element lojalnościowy, jednak tak naprawdę beneficjentem tego rozwiązania jest sam ubezpieczony, który w razie nieszczęśliwego wypadku ma szansę otrzymać wyższe świadczenie – dodaje Rafał Piotrowski, Dyrektor Działu Rozwoju i Marketingu Produktów w MetLife.

Wraz z czasem trwania umowy pomiędzy ubezpieczonym a towarzystwem ubezpieczeń, rośnie również zaufanie, które również skutkuje korzyściami dla obu stron.

  1. Dobra współpraca z towarzystwem ubezpieczeń

Historia, jaką klient posiada z towarzystwem ubezpieczeń, ma ogromne znaczenie. Niektóre towarzystwa na jej podstawie obliczają składkę, biorąc pod uwagę tzw. szkodowość klienta. Zaufanie do klienta i historia współpracy wpływa również na proces obsługi roszczeń i zawierania kolejnych polis ubezpieczeniowych. Czasem zwalnia się „zaufanego klienta” z konieczności dostarczenia dokumentacji medycznej, czy przeprowadzenia badań, co wpływa na szybkość rozpatrzenia wniosku i wypłatę świadczenia lub zakup ubezpieczenia. Również długoletnia historia z ubezpieczycielem pozytywnie wpływa na określenie wysokości składki w innych polisach z oferty danego towarzystwa (np. ubezpieczenia na życie, OC, majątkowego etc.), czy objęcie dodatkową ochroną ubezpieczeniową bliskich.

  1. Możliwość rozszerzenie ochrony na bliskich

Dobrze jest, gdy polisa NNW jest tzw. polisą rodzinną i obejmuje ochroną wszystkich członków. Jeszcze lepiej, gdy składka nie jest pomnażana przez liczbę ubezpieczonych.

W dobrych polisach NNW dostępnych na rynku, ubezpieczający może objąć ochroną małżonka lub partnera/partnerkę oraz pozostające na ich utrzymaniu dzieci bez konieczności podnoszenia składki ubezpieczeniowej. To taki pakiet rodzinny, w którym składka jest stała bez względu na ilość osób objętych ochroną – mówi Bożena Trzaska z MetLife .

Towarzystwa ubezpieczeń obejmują automatycznie ochroną również nowych członków rodziny – nowonarodzone dzieci lub przysposobionych podopiecznych. Wystarczy zgłosić fakt pojawienia się nowego członka rodziny do towarzystwa ubezpieczeń. Co ważniejsze zakres ochrony przeważnie jest identyczny dla każdego dziecka objętego ubezpieczeniem.

  1. Automatyczne przedłużenie ochrony

Dobre towarzystwo ubezpieczeń myśli za klienta i dba, aby klient był nieprzerwanie chroniony. A to oznacza, że klient nie musi pamiętać o tym, kiedy zawarł polisę i kiedy kończy się jej ochrona oraz samodzielnie ją przedłużać. Obecnie dostępność wielu sposobów kontaktu z klientem (telefon, sms, mail, system do zarządzania polisami itp.) pozwala tak zarządzić kontaktem z ubezpieczającym, by ułatwić mu proces zakupu polisy i zachęcić do dokonania jedynej czynności – opłacenia składki, najlepiej obniżonej za lojalność i dobrą współpracę.

Internet of Things – w obliczu kolejnej rewolucji

Ponad 20 lat temu Internet odbierany był głównie na jednym typie urządzeń, czyli na komputerach PC. Na przestrzeni lat bardzo wiele się zmieniło, głównie dzięki urządzeniom mobilnym, które zrewolucjonizowały rynek Internetu. Teraz stoimy w obliczu kolejnej rewolucja nazywanej potocznie Internetem rzeczy (ang. Internet of Things, IoT). Można śmiało powiedzieć, że już w niedalekiej przyszłości będziemy mieć do czynienia z podłączeniem wszystkiego i wszystkich do sieci Internetowej.

Internet rzeczy to koncepcja, wedle której wszystkie przedmioty codziennego użytku mogą pośrednio albo bezpośrednio gromadzić, przetwarzać lub wymieniać dane za pośrednictwem sieci komputerowej. Do tego typu przedmiotów możemy zaliczyć wszelkiego rodzaju sprzęty codziennego użytku – od małej elektroniki po rozbudowane zespoły, sprzęty domowe, jak również całe domy, czy nawet budynki. Już teraz takie pojęcia jak inteligentne czytniki, inteligentne domy, czy inteligentne samochody weszły do naszego codziennego słownictwa.

Zdajemy sobie sprawę, że przyszły rozwój rynku IT zdefiniują te firmy, które będą w stanie wyjść na przeciw oczekiwaniom Klientom i zaoferować usługi odpowiadające rynkowym trendom – mówi Jakub Szewdzik Dyrektor Operacyjny Nespro Sp. z o.o.- I to nie tylko Internet od Things, ale również cloud, mobility, Big Data, drukowanie 3D, robotyzacja i cybersecurity. Jeszcze wiele lat pracy przed nami, ale w najbliższych czasie planujemy mocny rozwój w kierunku zgodnym ze światowymi trendami. Na chwilę obecną nie mogę jednak zdradzić, który to kierunek – dodaje.”

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wraz z postępem technologicznym nasze życie staje się prostsze. Miejmy nadzieję, że również Internet od Things przełoży się na poprawienie komfortu naszej pracy, wykonywania obowiązków, czy spędzania wolnego czasu.

 

Wynagrodzenia w Grecji

W ciągu kilka lat od wejścia Grecji do Unii Europejskiej (1981 rok), nastąpiło przyspieszenie rozwoju gospodarczego. Kraj odszedł od gospodarki rolno-surowcowej i skoncentrował się na usługach. Niestety w 2009 roku nastąpił koniec okresu szybkiego wzrostu. Główną przyczyną złej sytuacji nie był jednak kryzys na rynkach światowych. Nałożył się on jedynie na fatalną sytuację kraju i przyspieszył bieg zdarzeń.

Gospodarka Grecji z powodu braku reform znajdowała się w stanie nierównowagi. Jednym z głównych problemów była niska skuteczność ściągania podatków. Natomiast rząd notorycznie przekraczał limity wydatków, a ich znaczna część była przeznaczona na transfery socjalne i wynagrodzenia w sektorze publicznym. Pracownicy otrzymywali trzynaste pensje na Boże Narodzenie a czternaste na Wielkanoc. Grecja była również liderem w kwestii rozdawania benefitów. Przykładowo w jednym z przedsiębiorstw sfery budżetowej oferowano dodatek za mycie rąk (420 EUR/miesięcznie). Pracownicy innej państwowej firmy otrzymywali 600 EUR miesięcznie za niespóźnianie się do pracy. W wielu przypadkach dodatki stanowiły 50% wartości pensji. Greckie prawo pracy było również przyjazne dla pracowników. Część Greków mogła przejść na emeryturę po ukończeniu 53 roku życia, a osoby utrzymujące się z turystyki pracowały przez 4-5 miesięcy w roku. W pozostałych miesiącach otrzymywały zasiłek, który pozwalał na dostatnie życie.

Najwyższe przeciętne wynagrodzenie w Grecji było w 2009 roku i wyniosło 1 838 EUR brutto. Jeszcze w pierwszej połowie 2009 roku grecka gospodarka prosperowała poprawnie, przynajmniej na papierze. Jesienią odbyły się wybory, władzę w państwie przejęli socjaliści. W tym czasie na światło dzienne wyszły problemy, z którymi już od początku roku borykała się Grecja, a które skutecznie tuszowali poprzedni rządzący. Ogromny dług publiczny i dziura budżetowa stały się gwoździem do trumny. Inflacja wzrosła do 10,3%, a kraj pogrążał się w recesji.

To wszystko przełożyło się na wysokość średnich wynagrodzeń. W 2010 roku odnotowano pierwszy spadek przeciętnego wynagrodzenia. Średnia płaca wynosiła wówczas 1 767 EUR brutto. Od tego czasu zapoczątkowana została tendencja spadkowa przeciętnego wynagrodzenia spowodowana rządowym planem naprawy finansów. W porozumieniu z Unią Europejską i Międzynarodowym Funduszem Walutowym, rząd zobowiązał się do likwidacji tak zwanych trzynastych i czternastych pensji w sektorze publicznym, ograniczenia zatrudnienia i likwidacji godzin nadliczbowych.

Plan oszczędności zakładał zwolnienie 150 tys. pracowników sektora budżetowego, podniesienie podatków, obniżenie płacy minimalnej oraz zwiększenie tygodnia pracy z 37,5 godzin do 40 godzin. Co więcej, władze były zmuszone dokonać masowej prywatyzacji. W 2011 roku średnie wynagrodzenie spadło do 1 700 EUR brutto. W połowie 2012 roku obniżono płacę minimalną. co przełożyło się na dalsze spadki średniego wynagrodzenia. W 2013 roku wynosiło ono 1 541 EUR brutto, czyli było prawie o 300 EUR niższe niż w roku, w którym rozpoczął się kryzys. W 2009 roku bezrobocie oscylowało w granicach 9%, obecnie przekracza 25%, a wśród młodych mieszkańców Grecji, przed ukończeniem 25. roku życia jest prawie dwukrotnie wyższe.

Wykres 1. Średnie miesięczne wynagrodzenie brutto w Grecji na przestrzeni lat (w EUR)

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Europejskiej Komisji Gospodarczej
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Europejskiej Komisji Gospodarczej

Produkt Krajowy Brutto w Grecji najwyższą wartość osiągnął w 2008 roku – 242 096 mln EUR. W 2009 roku, zanotowano pierwszy, niewielki spadek PKB. Do 2014 roku wartość PKB spadła do 179 081 mln EUR, co odpowiada wartości PKB z 2003 roku.

Wykres 2. Produkt krajowy brutto Grecji na przestrzeni lat (w mln EUR)

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu

Do 2008 roku w Grecji systematycznie notowano wzrosty PKB oraz średnich wynagrodzeń. W 2002 roku dynamika średniego wynagrodzenia osiągnęła aż 11,3%. Rok później, w 2003 roku PKB wzrósł o 10%. Pierwszy spadek średniego wynagrodzenia, o 3,9%, nastąpił w 2009 roku. W 2013 roku przeciętna płaca spadła już o 6,4%. Od 2009 roku średnie płaca spadła o ponad 16%. Podobnie było z PKB. Pierwszy, zaledwie 1,9% spadek odnotowano w 2008 roku. Największy spadek stwierdzono w 2011 roku – o 8,2%. Recesja w Grecji trwa do chwili obecnej.

Wykres 3. Dynamika produktu krajowego brutto i średniego wynagrodzenia netto w Grecji na przestrzeni lat (w %)

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu

Grecja była jednym z nielicznych krajów europejskich, w którym minimalne wynagrodzenie przekraczało 50% płacy średniej. Do 2012 roku odnotowywano systematyczne jej wzrosty. Na początku 2012 roku wynosiła ona 877 EUR, natomiast w połowie roku pierwszy raz zdecydowano się na jej obniżenie. Stało się tak za sprawą porozumienia Grecji z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Unią Europejską. Rząd musiał zdecydować się na ten krok w celu uzyskania wsparcia. Od 2012 roku płaca minimalna jest na stałym poziomie i wynosi 684 EUR brutto.

Wykres 4. Płaca minimalna w Grecji na przestrzeni lat (w EUR brutto)*

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu *P1 – pierwsze półrocze, P2 – drugie półrocze
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu
*P1 – pierwsze półrocze, P2 – drugie półrocze

Na początku XXI roczna dynamika wynagrodzenia minimalnego oscylowała między 4 – 6%. W drugiej połowie 2012 roku spadek był drastyczny bo aż 22%. Od tego czasu dynamika płacy minimalnej wynosi 0%. Warto wspomnieć, że Grecja nie jest jedynym krajem UE, który w ciągu ostatnich kilku lat zdecydował się na obniżenie płacy minimalnej. W 2006 roku również Francja postanowiła obniżyć wynagrodzenie minimalne o 5,3%.

Wykres 5. Dynamika minimalnego wynagrodzenia w Grecji na przestrzeni lat (w %)*

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu *P1 – pierwsze półrocze, P2 – drugie półrocze
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu
*P1 – pierwsze półrocze, P2 – drugie półrocze

Redakcja portalu wynagrodzenia.pl

Ogólnopolskie Badania Wynagrodzeń 2014

Bezrobocie najniższe od 6 lat i dalej będzie spadać

GUS potwierdził ogłoszone wcześniej przez resort pracy dane o bezrobociu w maju. Wynika z nich, że poziom bezrobocia zmniejszył się z 11,2 proc. w kwietniu do 10,8 proc. w maju. W porównaniu z majem poprzedniego roku spadek wyniósł 1,7 pkt. proc. Można zatem powiedzieć, że utrzymuje się tempo spadku bezrobocia obserwowane od kilkunastu miesięcy. Firmy coraz chętniej zatrudniają nowych pracowników. W maju pracodawcy zgłosili do urzędów 120,9 tys. miejsc pracy i aktywizacji zawodowej.

Pozytywny trend na rynku pracy potwierdzają majowe dane o zatrudnieniu i wynagrodzeniach w sektorze przedsiębiorstw, które obejmują firmy zatrudniające co najmniej 10 osób. Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło do 5 577,2 tys., czyli o 2,1 tys. w stosunku do kwietnia. Dzięki temu osiągnęło najwyższy poziom od 2005 r., od kiedy zaczęto liczyć te dane. Zatrudnienie rośnie w ostatnim czasie w dość stabilnym tempie o ok. 1,1 proc. w ujęciu rocznym, czyli nieco wolniej niż spada bezrobocie. Utrzymywanie się tego tempa będzie prowadzić do bicia rekordów zatrudnienia i bezrobocia w kolejnych miesiącach. Zmiany te będą postępować m.in. dzięki utrzymującej się dobrej sytuacji ekonomicznej, ale także w wyniku podejmowania prac sezonowych, zwłaszcza w handlu, gastronomii i hotelarstwie, turystyce. Możliwe będzie także przyspieszenie wzrostu zatrudnienia w budownictwie, transporcie i logistyce. Wiele osób może znaleźć okresowe zatrudnienie np. w usługach i rolnictwie. Dzięki temu stopa bezrobocia powinna wkrótce spaść poniżej poziomu 10 proc.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Grexit – czy to już koniec euro?

60 euro na osobę – tyle wynosi limit dziennych wypłat z bankomatów w Grecji. Bankomaty w tym kraju dzisiaj będą nieczynne, a banki będą zamknięte cały tydzień do 6 lipca. W Bankier.pl piszemy o przyczynach, konsekwencjach i możliwych scenariuszach wydarzeń – w tym także dla Polski.

Fiasko negocjacji między UE a Grecją doprowadziło do weekendowego runu na bankomaty w tym kraju. W związku z tym grecki rząd podjął decyzję o zamknięciu banków na tydzień, wprowadzeniu limitu wypłat z bankomatów, a także o zawieszeniu notowań na giełdzie w Atenach. Na wydarzenia w Grecji zareagowała Komisja Europejska, która w najbliższym czasie przedstawi prawdopodobnie łagodniejsze warunki wsparcia finansowego dla Greków. Jeżeli rząd w Atenach do jutra nie wniesie do MFW 1,55 mld euro (6,3 mld zł) to rozpocznie się procedura ogłoszenia bankructwa tego kraju.

Zadłużenie Grecji wynosi ok. 320 mld euro (1334 mld zł). PKB tego kraju to 179 mld euro. Innymi słowy, dług państwa greckiego wynosi 175% PKB. Na jednego Greka przypada 32 tys. euro (133 tys. zł) długu. Dla porównania w Polsce zadłużenie publiczne wynosi 192 mld euro (802 mld zł), co stanowi 47% PKB. Na jednego Polaka przypada 5,2 tys. euro (22 tys. zł) długu.

– Grecy silnie zadłużali się w latach 2003-2008, m.in. w związku z organizacją Olimpiady w Atenach a także rozbudowując programy zabezpieczenia socjalnego dla obywateli (wysokie emerytury, stypendia studenckie, dodatki do wynagrodzeń i inne świadczenia), które nie miały pokrycia w zebranych podatkach. Gdy wybuchł kryzys relacja greckiego długu do PKB wynosiła 130%. Wierzyciele zgodzili się na częściowe umorzenie oraz zaproponowali Grekom „pakiet pomocowy”, który nie spełnił pokładanych w nim nadziei. „Pakiet pomocowy” miał na celu ratowanie banków, które pożyczyły Grecji pieniądze. Sama Grecja tylko na nim straciła: relacja długu publicznego do PKB wystrzeliła w górę, sięgając 177% na koniec 2014 roku. W rezultacie grecki dług z niespłacalnego stał się absolutnie niespłacalny – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Sytuacja w Grecji odbiła się na rynkach walutowych i giełdach na całym świecie, ale najsilniej w Europie. Polskie GPW na otwarciu straciło prawie 3,6%. Podobnie reagowały główne europejskie rynki akcji: niemiecki DAX otworzył się ze stratą 3,3%, francuski CAC40 spadł aż o 4,7%, a w Londynie FTSE100 obniżył się o 2,2%. Giełda w Atenach pozostanie zamknięta prawdopodobnie przynajmniej do końca tygodnia.

Grecy płaczą, a frankowcy płacą

Dramat w Grecji mocno wpłynął na kurs walutowy, co jest fatalną wiadomością dla osób zadłużonych we franku szwajcarskim. Zgodnie z przypuszczeniami analityków niepewność na rynkach doprowadziła do wzrosu kursu helweckiej waluty do 4,05 zł – frank nie był tak drogi od 5 miesięcy. To wzrost o ok. 5 groszy względem piątku. Szef Szwajcarskiego Banku Centralnego (SNB) w ubiegłym tygodniu powiedział, że kryzys długu w Europie, zapoczątkowany w 2007 roku kryzysem kredytów wysokiego ryzyka w USA (subprime), spowodował wzrost zainteresowania frankiem jako walutą bezpieczną. Zwiększony popyt doprowadził do zwiększenia wartości franka. Część analityków uważa, że helwecka waluta jest mocno przewartościowana, co negatywnie wpływa nie tylko na szwajcarską gospodarkę, ale sytuację kredytobiorców walutowych m.in. w Polsce. Umocnieniu uległ dolar i funt. Euro traci wobec każdej pary. To samo dotyczy złotego.

– Grecy są w bardzo trudnej sytuacji. Olbrzymia niepewność wśród obywateli może doprowadzić do wybuchu konfliktów. Na razie na ulicach spokojnie, ale tylko dlatego, że obywatele tego kraju są przekonani, że nic gorszego nie może się już wydarzyć. Ponadto wielu  przezornie wyciągnęło wcześniej pieniądze z banków. Jednak utrzymujące się wakacje bankowe, brak jednoznacznych decyzji odnośnie do reform i sposobu regulacji zadłużenia wobec wierzycieli może doprowadzić np., do wstrzymania wypłat emerytur i pensji w sektorze publicznym. Protestom nie byłoby wtedy końca. Jeżeli wierzyciele nie zgodzą się na radykalne umorzenie greckiego długu, to najprawdopodobniej ci ogłoszą bankructwo i zrezygnują z euro. Dla Greków oznacza to radykalne obniżenie siły nabywczej pieniądza (zubożenie), ale w dłuższym okresie większa konkurencyjność prawdopodobnie umożliwiłaby im powrót na ścieżkę rozwoju gospodarczego. A co by się stało w Polsce? Wycofanie inwestorów zagranicznych z giełdy oraz silny wzrost kursu franka prawdopodobnie negatywnie odbiłyby się na rodzącej się w bólu dobrej koniunkturze gospodarczej. Innymi słowy, raty kredytów by wzrosły, a podwyżek pensji by nie było. Niestety, niezależnie od tego co zrobią Grecy, odbije się to na nas negatywnie – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

 

Nowe mieszkanie w Warszawie 8 razy tańsze niż w Londynie

Metr kwadratowy nowego mieszkania w Warszawie kosztuje średnio tysiąc siedemset pięćdziesiąt euro. W Polsce od czterech lat ceny nieruchomości podlegają jedynie nieznacznym wahaniom. Spośród badanych stolic taniej jest tylko w Budapeszcie i Lizbonie. Tymczasem średni koszt metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Londynu wynosi prawie 14,1 tys. euro, a w Paryżu ponad 10,2 tys. euro. Polska nadal boryka się z niedoborem mieszkaniowym, z najniższą w Europie liczbą mieszkań przypadających na 1000 mieszkańców – to niektóre z wniosków tegorocznej 4. edycji raportu „Property Index. Overview of European Residential Markets”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Raport podsumowuje rynek nieruchomości największych miast w piętnastu krajach Unii Europejskiej, Rosji oraz Izraelu.

Wśród najdroższych metropolii w analizowanych krajach, oceniając rynek mieszkań nowych, tuż za Londynem i Paryżem, znalazł się Tel Aviv z ceną ok. 6,5 tys. euro za metr kwadratowy. Z kolei najtańsze mieszkania można znaleźć w Porto (dla Portugalii dane dla rynku mieszkań starszych), gdzie metr kwadratowy kosztuje średnio 860 euro. Niskie ceny w Portugalii wynikają z nadal trudnej sytuacji sektora nieruchomości na Półwyspie Iberyjskim.

Spośród stolic w naszym regionie najtaniej jest w Budapeszcie (1,2 tys. euro za m2) i w Warszawie (nieco ponad 1,7 tys. euro za m2). Dla porównania w Pradze koszt ten wzrasta już do 2 tys. euro za m2.

Dla Polski, raport pokazuje również ceny dla sześciu innych dużych miast: Krakowa (ok. 1,5 tys. euro za m2), Poznania (ok. 1,5 tys. euro za m2), Wrocławia (ok. 1,4 tys. euro za m2), Gdańska (ok. 1,4 tys. euro za m2), Katowic (ok. 1,2 tys. euro za m2) oraz Łodzi (ok. 1,1 tys. euro za m2).

Tylko w jednym mieście zanotowano ceny czterokrotnie przekraczające wartość średniej dla całego kraju. Była to Moskwa (ok. 3,8 tys. euro za m2), co można tłumaczyć ogólnym zjawiskiem dysproporcji zamożności społeczeństwa rosyjskiego. Ceny mieszkań w Moskwie kształtują się na poziomie cen wiedeńskich i mediolańskich. Trzy razy wyższe ceny niż w skali całego kraju notuje się w Monachium, a dwa razy wyższe w Hamburgu, Barcelonie oraz Paryżu.

Wśród analizowanych miast, największy procentowy spadek cen w 2014 roku w stosunku rocznym odnotowano w Lizbonie (-14 proc.). Z kolei największy procentowy wzrost cen miał miejsce w Dublinie (+34 proc.), w centralnych dzielnicach Londynu (+32 proc.) oraz Madrycie (+24 proc.). Warszawa w tym zestawieniu dynamiki zmian odnotowała przyrost cen na poziomie ok. +3 proc.

Średnia cena metra kwadratowego dla całej Polski wynosiła w ubiegłym roku nieco ponad tysiąc euro. Wśród analizowanych krajów, taniej jest tylko w Rosji, na Węgrzech oraz w Portugalii. Najdrożej jest za to we Francji, Izraelu, Szwecji i Wielkiej Brytanii, gdzie za metr kwadratowy trzeba zapłacić średnio pięć razy więcej. W 2014 r. ceny polskich mieszkań w porównaniu z rokiem 2013 właściwie się nie zmieniły (wzrost na poziomie ok. 1 proc.). Na poziomie cen mieszkań środkowoeuropejskich kształtują się ceny w Hiszpanii i Portugalii.

„W 2014 roku w Polsce odnotowano rekordową, najwyższą od 2008 roku, sprzedaż mieszkań. Wynikało to z kilku przyczyn: po pierwsze stabilnych cen nieruchomości, niskich stóp procentowych, oraz coraz lepszej jakości nieruchomości proponowanych przez deweloperów. Jednocześnie tak wysoka aktywność wynikała z chęci uniknięcia kolejnych obostrzeń na rynku kredytów hipotecznych, które od stycznia 2015 roku wprowadziła Komisja Nadzoru Finansowego. Z tych powodów wielu kupujących zmobilizowało się do zawarcia transakcji jeszcze w 2014 roku” – wyjaśnia Marta Kamionowska, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego, Zespół Doradztwa ds. Rynku Nieruchomości, Deloitte.

W większości badanych krajów ceny mieszkań wzrosły. Największe wzrosty cen nowych nieruchomości odnotowano w Irlandii (o 31,7 proc.) oraz Izraelu (o 25,6 proc.). Z kolei największe spadki cen odnotowano w Rosji (o -16,6 proc.), co wiąże się głównie z ogólną sytuacją gospodarczą tego kraju i dużą deprecjacją rubla.

W roku 2014 średnie zasoby mieszkaniowe w piętnastu z analizowanych krajów wyniosły 452 mieszkania w przeliczeniu na tysiąc obywateli. Największymi zasobami mieszkaniowymi mogą pochwalić się Włochy (580 mieszkań na 1000 mieszkańców, dane za 2013 rok, 28% powyżej średniej dla badanych krajów), Portugalia (565 mieszkań, dane za 2013 rok, tu prawie 25% ponad średnią) oraz Hiszpania (549 mieszkań). Warto zwrócić uwagę, że jest to częściowo efekt statystyczny, wynikający z wysokiej liczby mieszkań wakacyjnych, tzw. drugiego miejsca zamieszkania. Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań na 1000 mieszkańców w 2014 roku było w Irlandii (342 mieszkania). Na drugim miejscu po Irlandii znalazła się Polska, w której wskaźnik ten wyniósł 360 mieszkań na 1000 mieszkańców w 2013 roku. Nasz kraj niezmiennie pozostaje poniżej średniej europejskiej.

Wśród badanych krajów, średnia liczba ukończonych/ oddanych nowych mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców zwiększyła się z 2,5 w 2013 roku do prawie 3 w 2014 roku. Miejscem, gdzie nastąpiła największa intensyfikacja prac budowlanych w 2014 roku jest Rosja (7,6 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na 1000 mieszkańców, o 1,2 mieszkania więcej niż rok wcześniej). Wśród krajów unijnych, liderem w tej kategorii jest Francja (6,2 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na 1000 obywateli). Powyżej przeciętnej znalazły się także Polska (3,7), Belgia, Niemcy oraz Holandia. Z kolei najgorsze wyniki w tej kategorii odnotowano na Węgrzech (0,8 mieszkań na 1000 mieszkańców) oraz w Portugalii (0,9 mieszkań na 1000 mieszkańców).

„Przy wysokiej intensywności sprzedaży w roku 2014, towarzyszący mu dosyć wysoki wskaźnik nowo oddawanych mieszkań powinien pozytywnie wpłynąć na utrzymanie się stabilnego poziomu cen również w roku bieżącym. Wciąż mamy problem podaży mieszkań, ale cieszy fakt, że deweloperzy starają się ten deficyt uzupełniać w tempie powyżej średniej dla badanych krajów. Grunty przeznaczone pod przyszłe inwestycje w ich portfelach powinny zagwarantować ciągłość tempa budowy nowych mieszkań” komentuje Marta Kamionowska.

Biorąc pod uwagę wysokość średniej rocznej pensji brutto w danym kraju, najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Belgowie, których już po 38 miesiącach (3 lata i 2 m-ce) pracy byłoby stać na 70-metrowe lokum na rynku pierwotnym w Belgii. Mieszkańcy Izraela muszą swoją pensję brutto odkładać w całości przez 12 lat i 7 miesięcy lat (151 miesięcznych pensji). Polska znalazła się w grupie krajów (wraz z m.in. Włochami, Czechami, Węgrami i Francją), w której mieszkańców stać na własne lokum po ok. 6-8 latach nieprzerwanej pracy i odkładania wszystkich zarobków. W przypadku Polski byłoby to po siedmiu latach i 2 miesiącach. Należy pamiętać, że faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń pensji brutto w różnych krajach może się różnić, jednak dla potrzeb tego badania przejęto założenie, które umożliwia porównanie krajów (średnich zarobków w danym kraju do średnich cen mieszkań).

Kolejny rok z rządu zbadano zdolności negocjacyjne nabywców w wybranych krajach i okazuje się, że w Polsce możemy liczyć na zaledwie 6 proc. upust od ceny nowych mieszkań. Dla porównania Hiszpanie mogą liczyć na nawet 20 proc. rabaty (najwyższy w analizowanych krajach). Warto jednak zauważyć, że jeszcze rok temu było to w Hiszpanii 30 proc. Zmiana ta może sugerować stopniowy wzrost popytu na nieruchomości na Półwyspie Iberyjskim, co z kolei spowodowane jest dotychczas stosunkowo niskim poziomem cen na tle krajów Starej Unii.

Cena nowego mieszkania od starego w badanych krajach jest wyższa od 10 do blisko 50 proc. Dla Polski różnica ta wynosi ok. 17 proc. Ciekawe jest natomiast zjawisko odwrotne, zanotowane w Izraelu, Rosji oraz Wielkiej Brytanii, gdzie ceny mieszkań starych przekraczają ceny mieszkań nowych.

O raporcie:

Raport „Property Index. Overview of European Residential Markets 2014” został przygotowany przez Deloitte Czechy i został opublikowany w czerwcu br. Raport analizuje rynek w 2014 r. Eksperci Deloitte przeanalizowali rynek mieszkań w piętnastu krajach UE (Austria, Belgia, Czechy, Dania, Francja, Holandia, Irlandia, Niemcy, Węgry, Włochy, Polska, Portugalia, Hiszpania, Szwecja, Wielka Brytania) oraz Rosji i Izraelu.

Wizja krąży po Europie – wizja obrotu bezgotówkowego

Już co najmniej od kilku lat. Zakłada ona redukcję lub całkowitą eliminację rozliczeń gotówkowych z obrotu, w którym udział biorą krajowe podmioty sektora publicznego, firmy, konsumenci.

Skala gotówkowości obrotu

Stopień gotówkowości obrotu mierzyć można na różne sposoby. W Polsce, najczęściej wspomina się o udziale transakcji gotówkowych w ogólnej liczbie transakcji detalicznych. Wartość 81,8%, zaczerpnięta z badania NBP Zwyczaje płatnicze Polaków (opr. Tomasz Koźliński, Warszawa, maj 2013,), była chyba najczęściej wspominanym, najbardziej „medialnym” wskaźnikiem opisującym skalę obrotu gotówkowego w Polsce. Podobnie jest obecnie z ilościowym udziałem transakcji gotówkowych w całości obrotu płatniczego w Polsce, który wynosi 79,9%.

Polska jest, przy okazji wymieniania tego wskaźnika, przeciwstawiana takim krajom, jak Niemcy (60,8%), Wielka Brytania (45,3%), Szwecja (38,3%), Finlandia (36,1%), czy choćby średnia UE (59,7%). Rzadziej wspomina się o przypadku Austrii, w której wskaźnik ten (zgodnie z wynikami badania prowadzonego przez Komisję Europejską) wyniósł ponad 85%.

Sporo uwagi i badań poświecono analizie przyczyn tak wysokiego – w przypadku Polski – udziału transakcji gotówkowych w obrocie. Wnioski wskazują na kompleks przyczyn, nie zaś na pojedynczego „winowajcę”. Nie ma też konsensu co do czynnika dominującego. Jeszcze więcej mówi się i pisze o sposobach upowszechniania obrotu bezgotówkowego, ale tu, o jednolite stanowisko, w rozumieniu bardzo konkretnej praktyki, która miałaby objąć większość rynku, jeszcze trudniej.

Motywy „walki z gotówką”

Nie podaje się w wątpliwość tezy, że obrót gotówkowy – w sensie zarówno inwestycji, jak i bieżącej eksploatacji – jest bardziej kosztowny od bezgotówkowego. Szacunki kosztów obrotu gotówkowego w skali całej gospodarki są – w zależności od instytucji, która je przeprowadza i momentu badania – mocno zróżnicowane. Raport NBP na ten temat (Diagnoza stanu obrotu bezgotówkowego w Polsce, grudzień 2013, s. 59,) wskazuje, że w Polsce koszty te mogą kształtować się na poziomie 0,8%-1,0% PKB. To właśnie ten koszt miałby być podstawowym i ostatecznym motywem redukowania skali obrotu gotówkowego.

Zmniejszanie obrotu gotówkowego jest też celem Ministerstwa Finansów, które postrzega go jako wehikuł rozliczeń – pozostającej poza kontrolą systemu fiskalnego – „szarej strefy”. Stąd właśnie, to MF wystąpiło niedawno z inicjatywą, powstrzymaną przez Ministerstwo Gospodarki, obniżenia progu gotówkowych rozliczeń gospodarczych z pułapu równowartości 15 tys. EUR do 3 tys. EUR.

Fiskalizm jest dość powszechnym motywem wprowadzania limitów transakcyjnych w Europie: kilka lat temu Włochy wprowadziły pułap do 1 tys. EUR dla transakcji gotówkowych, a Francja wprowadza taki limit w bieżącym roku. Pomimo kontrowersji, związanych niemal wyłącznie z poziomem limitu dopuszczalnych transakcji gotówkowych, zasadność postępowania w kierunku elektronizacji obrotu nie jest w Polsce kwestionowana i uznawana jest za powszechnie przyjęty cel „modernizacyjny”.

Niewątpliwie, ograniczenia obrotu gotówkowego są też wymuszane przez globalną politykę zwalczania prania pieniędzy i finansowania terroryzmu. Ten motyw staje się z czasem coraz silniejszy i choć często postrzegany jest jako przejaw stopniowego zacieśniania sfery prywatności obywateli, w zasadzie nie jest głośno kwestionowany.

Być może krajowy konsens w sprawie elektronizacji obrotu jest tak powszechny, bowiem w Polsce nikt nie wygłasza tak radykalnych poglądów polityczno-ekonomicznych, jak niedawny głos b. ekonomisty Banku Anglii, Jima Leavissa, który na łamach londyńskiego The Telegraphz 13 maja br. opowiedział się za całkowitym wyjęciem gotówki spod prawa. W artykule pt. Jak skończyć z hossą i krachem: zdelegalizować gotówkę, Leaviss sugeruje umieszczenie całych płynnych zasobów finansowych ludności na rachunkach w jednym banku państwowym albo centralnym. Od tej chwili, władze mogłyby ręcznie sterować skłonnością obywateli do konsumpcji i oszczędzania, w odpowiednich momentach pobudzając konsumpcję podatkiem od utrzymywanych oszczędności. Gdy zaś władze chciałyby powstrzymać konsumpcję, nakładałyby podatek na każdą, dokonywaną za pomocą bezstykowej karty, mobilnej aplikacji albo przelewu, płatność.

Polska pozostaje pod tym względem na pozycji racjonalnej modernizacji: granica pomiędzy celem tj. gospodarką zdominowaną przez obrót elektroniczny, a jedynie wizją tj. społeczeństwem całkowicie bezgotówkowym, wydaje się być wyraźna.

Wyznaczanie ról

Sporo mówi się o tym, co mogłoby mieć istotny wpływ na zwiększenie udziału płatności bezgotówkowych w obrocie. Mniej jednak o tym, kto miałby realizować konkretne działania, tj. na czyich barkach miałoby spoczywać główne brzemię działań zmierzających do zaplanowanej z góry redukcji udziału płatności gotówkowych w gospodarce. Zadania nie zostały ostatecznie wyznaczone ani przydzielone. Poszczególne grupy podmiotów działają zatem na rzecz obrotu bezgotówkowego w takim stopniu, w jakim jest to zgodne lub co najmniej nie kłóci się z ich ekonomicznymi i społecznymi interesami. Niezależnie od niedawnych, ustawowych zmian zasad rządzących dotąd rynkiem płatności kartowych, jak i reguł realizacji usług płatniczych, nie podejmowano dotąd w Polsce – w tym zakresie – działań o charakterze bezpośrednio administracyjnym.

Przyjrzyjmy się krajowemu otoczeniu rynkowemu i wynikającym z niego motywacjom poszczególnych stron do zwiększania skali płatności bezgotówkowych.

Do roku 2014, funkcjonujący w Polsce model biznesowy dla kart płatniczych, oparty na stosunkowo wysokim interchange fee, skłaniał wydawców kart (głównie banki) do motywowania płatników, aby w transakcjach detalicznych korzystali raczej z kart płatniczych, niż z gotówki. Co więcej, nagrody w konkursach i zwroty (tzw. moneybacki) oferowane przez banki, nakierowane były na zwiększanie przez użytkowników częstotliwości i skali zakupów dokonywanych kartami. Przy okazji, do kart dodawane były różnorodne usługi, takie jakassistance, czy ubezpieczenia. Ważną częścią tych usług był niemal powszechny dostęp do bezpłatnych bankomatów.

Na tym polu widać było silną, wzajemną konkurencję banków, prześcigających się w coraz to atrakcyjniejszych, kierowanych do klientów, pakietach promujących płatności bezgotówkowe. Mechanizm transferu wartości finansowej był następujący: interchange fee, pobierana przez wydawcę karty od sprzedawcy, przeznaczana była w istotnej części na marketing i komunikację oraz na darmowe usługi (np. wydanie karty, ubezpieczenie, wypłaty gotówki z bankomatów), jak również na transfer do finalnego użytkownika karty. Pod wpływem wszystkich tych bodźców, posiadacz karty nie tylko chętniej po nią sięgał, ale też coraz częściej z niej korzystał, rezygnując z dokonywania wielu transakcji gotówką.

Ostatni rok przyniósł istotną zmianę mechanizmu finansowania płatności kartowych. Od sprzedawcy otrzymywana jest dziś przez wydawcę karty kwota ok. 5 razy mniejsza, niż poprzednio. Pozwala to bankowi na dokonanie tylko niektórych dalszych transferów i to w stopniu często niewystarczającym do pokrycia kosztów szeroko rozumianej obsługi kart. Dlatego też wydawca karty rezygnuje często z gotówkowego transferu (moneybacku) środków do użytkownika karty z tytułu samej realizacji transakcji bezgotówkowych. Co najwyżej, aktywny użytkownik instrumentu płatniczego może zostać zwolniony z opłat za jego wydanie. Ponadto, wobec braku finansowania infrastruktury i kosztów eksploatacji bankomatów, wycofywane są bezpłatne usługi wypłaty gotówki.

To samo dotyczy bezpłatnych dotąd albo oferowanych poniżej kosztów usług assistance, ubezpieczenia itp. Ograniczona zostaje zatem treść komunikacji do klientów, a tym samym nakłady na marketing instrumentu płatniczego i na skłanianie użytkownika do zwiększania częstotliwości płatności bezgotówkowych.

Cześć przychodów z interchange fee banki przeznaczały na modernizację i utrzymanie infrastruktury: także gotówkowej, w szczególności bardzo kosztownych bankomatów. Były one finansowane przede wszystkim z przychodów kartowych. Dziś, wobec ich odpływu, właściciele bankomatów podejmują kroki, aby zbierać środki na utrzymanie i rozwój tych urządzeń bezpośrednio od posiadaczy kart.

Zmiany w ustawie o usługach płatniczych spowodowały odwrócenie mechanizmu finansowania operacji kartowych: środki pobierane wcześniej od akceptantów przez banki w postaci interchange fee, pozostają niemal w całości w sklepach. Oznacza to transfer tych wartości z powrotem do sprzedawców. Jeśli jednak banki, wraz z organizacjami płatniczymi, zachęcały dotąd konsumentów do płatności kartami (w tym: do wywierania „negatywnego nacisku” na sklepy, które kart nie akceptowały) wszędzie tam, gdzie było to możliwe, obecnie, środki pozostające w sklepach przeznaczane być mogą co najwyżej na zachęcanie do płatności bezgotówkowych w wybranych punktach, czyli tam, gdzie właściciel sklepu zdecydował o nagrodzeniu klienta płacącego kartą.

Fakt, iż znaczne środki, których sprzedawcy nie muszą przeznaczać już na interchange fee, zatrzymywane są w sklepach, niekoniecznie wpłynął na obniżkę cen dla nabywców. W efekcie, nie przełożył się też na tańsze zakupy dla płacących bezgotówkowo. Środki odzyskane przez sprzedawców z mechanizmu interchange fee, w przeważającej części bezpośrednio powiększyły przychody sklepów.

Stało się tak przede wszystkim dlatego, że ten nowy model biznesowy nie niesie z sobą jednoznacznych, silnych bodźców, które motywowałyby sprzedawców do promowania obrotu bezgotówkowego. Różnice w kosztach przyjmowania gotówki i akceptacji płatniczych instrumentów bezgotówkowych są – dla sklepów – zdecydowanie niższe, niż różnice w marżach, które sklepy te stosują z powodów marketingowych. Powodem nie są tu zbyt wysokie koszty obrotu bezgotówkowego, ale niskie ceny obsługi gotówkowej, oferowane przede wszystkim przez banki, klientom firmowym. Co więcej, ostra konkurencja pomiędzy instytucjami finansowymi utrzymuje poziom kosztów gotówki pod względną kontrolą.

Obrót bezgotówkowy czy budowanie lojalności

W tej sytuacji, sprzedawcy, którzy akceptują karty, ostrożnie podchodzą do promowania zakupów bezgotówkowych. Jeśli już oferują rabaty za płatności kartowe, to czynią to mając na celu coś innego, niż redukcję częstotliwości transakcji gotówkowych. Programy rabatowe sklepów i sieci handlowych – nawet jeśli powiązane są z faktem realizacji zakupu kartą – tworzone są głównie w celu pozyskiwania nowych klientów lub przyzwyczajania ich do zakupów w danym sklepie lub sieci.

Dobrym przykładem tej nowej tendencji jest półtoramiesięczna (maj-czerwiec 2015)kampania promocyjna VISA związana z płatnościami kartami tej organizacji, dokonywanymi w Biedronce i na stacjach Orlen. Nagrody lub rabaty realizować można w Allegro, Cinema City, C&A, Intersport, Orlen, Praktiker, Stop Cafe, Telepizza. Dystrybucja wartości dodanej dokonuje się tu bez udziału wydawców kart. Choć promocja ta jest w znacznym stopniu integracją rozproszonych dotąd rabatów, oferowanych wcześniej przez wymienione sieci, stanowi ona pewien krok w kierunku aktywizacji nabywców do zakupów kartami płatniczymi.

Jednocześnie, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców w aliansie z MasterCard organizuje cykl seminariów „Kartą się opłaca”, adresowany do firm małych i średnich, które płatności bezgotówkowych dotąd nie akceptują. Celem seminariów jest przekonanie słuchaczy do akceptacji kart i pomoc w przygotowaniu się do wdrożenia tej formy płatności.

Choć obie akcje są godne zauważenia, nie mają jednak charakteru trwałego, a ich wpływ na zmiany zwyczajów płatniczych Polaków można ocenić jako nieznaczny.

Z drugiej strony, widzimy, że emitenci kart coraz silniej skręcają w kierunku „sprytnych programów lojalnościowych” (skłaniających nie tyle do zakupów „bezprzymiotnikowych”, ale do bardzo konkretnych), których adresatem jest konsument, płacący kartą lub – coraz częściej – mobilnie. Stopniowo znikają z rynku oferty rachunków lub kart z atrakcyjnym, ale nie związanym z konkretnymi zakupami, moneybackiem. W ich miejsce promowane są programy korzyści, które dany bank realizuje we współpracy z konkretnymi grupami sprzedawców. Choć w programach takich – przede wszystkim rabatowych – mogliby uczestniczyć nabywcy niekoniecznie płacący bezgotówkowo, jednak łatwiej jest poszczególne zakupy identyfikować, gdy dokonywane są konkretnym elektronicznym instrumentem płatniczym. Niemniej, celem tych akcji nie jest upowszechnianie płatności bezgotówkowych w ogóle, ale zachęcanie do zakupów – zazwyczaj kartowych – w konkretnych sklepach, a czasem: ściśle określonych asortymentów.

W takim otoczeniu rodzi się oczywiście zapotrzebowanie na szersze programy lojalnościowe, prowadzone przez wyspecjalizowane w tym zakresie firmy. Kłopot w tym, że takie programy nie muszą wcale wiązać się z dokonywaniem zakupów bezgotówkowo.

Skoro środki wykorzystywane dotychczas na finansowanie obrotu bezgotówkowego zostały odzyskane przez akceptantów kart, a jednocześnie, aktualny model finansowy transakcji kartowych i mobilnych nie motywuje zbytnio sprzedawców, by ten rodzaj obrotu upowszechniać wśród nabywców, to co mogłoby takiej motywacji dostarczyć?

Płatności bezgotówkowe w rękach sprzedawców?

Teoretycznie, ważnym impulsem do zainteresowania sprzedawców płatnościami bezgotówkowymi byłby fakt współposiadania przez nich (i czerpania stąd korzyści) elektronicznego systemu płatności detalicznych. Nawet jeśli taki system nie byłby finansowany żadnymi dodatkowymi prowizjami pochodzącymi z zewnątrz, dawałby sklepom uprzywilejowany dostęp do informacji o transakcjach w nim realizowanych.

Choć w większości krajów systemy bazujące na elektronicznych instrumentach płatniczych tworzone są przez organizacje płatnicze, banki, ew. telekomy, duże sieci handlowe przejawiają takimi systemami coraz większe zainteresowanie.

Przykładem takiego aktywnego zainteresowania może być historia tworzenia amerykańskiego systemu płatniczego MCX. Projekt tego wielostronnego systemu płatniczego uzyskał silne wsparcie uczestniczących w tym konsorcjum sieci handlowych (m.in. BP, Walmart, Gap, Dunkin Donuts) w opozycji do systemu ApplePay, w którym akceptanci nie mieli mieć udziału.

Aby takie silne wsparcie było możliwe, sieci sprzedaży muszą przejawiać dostateczne zainteresowanie możliwościami, jakie dawać mogą elektroniczne instrumenty płatnicze w wymiarze systemowym. Oznacza to nie tylko skłonność do inwestowania, ale także rzeczywiste rozpoznanie własnego interesu w tym, jaki użytek (zwł. marketingowy) można czynić mając bezpośredni, bieżący kontakt z szeroką rzeszą klientów i uzyskując uprzywilejowane informacje o ich zachowaniach.

W Polsce, podobne przedsięwzięcia inwestycyjne, które miałyby na celu stworzenie przez sieci handlowe ekosystemu płatności bezgotówkowych, nie są szczególnie popularne. Interesujący, precedensowy projekt zamkniętego systemu płatności mobilnych w sklepach sieci Biedronka – iKasa – najwidoczniej nie spełnił oczekiwań swoich twórców i jego dalszy rozwój został zarzucony. Z drugiej strony, uruchamianie kartowych płatności autostradowych przez Orlen, Routex, a ostatnio Stalexport Autostrada Wielkopolska, sugerowałoby, że systemy płatnicze należące do akceptantów stawiają dopiero pierwsze kroki.

Polskie sieci handlowe wydają się wykazywać ograniczone zainteresowanie podobnymi projektami. W dialogu z przedstawicielami systemów płatniczych formułują oczywiście swoje oczekiwania co do powszechności danego instrumentu płatniczego, jego popularności wśród określonych grup klientów, ich skłonności do wydatków itp. Interesują się też samym przebiegiem procesu zakupowego. Niemniej, polskie sieci handlowe nie wypracowały dotąd jednolitych, wspólnych, bardziej szczegółowych zasad dot. elektronicznych instrumentów płatniczych, które skłonne byłyby akceptować.

Ich stanowisko wobec propozycji banków lub organizacji (instytucji) płatniczych jest raczej reaktywne, precyzowane w odpowiedzi na konkretną propozycję właściciela systemu. To zaś oznacza, że do ew. samodzielnego stworzenia przez sieci handlowe własnego systemu płatniczego droga stosunkowo daleka.

Nie można oczywiście wykluczyć, że w obliczu postępującej demonopolizacji wydawnictwa elektronicznych instrumentów płatniczych, wobec zbliżających się zmian Dyrektywy o Usługach Płatniczych, niosącej dostawcom usług płatniczych otwarcie dostępu do rachunków bankowych osób fizycznych, sytuacja ta ulegnie zmianie. Niemniej jednak, w chwili obecnej, trudno jest dostrzec jakiś dodatkowy impuls do promowania płatności bezgotówkowych przez sklepy, który płynąłby z motywu ich aktywnego uczestnictwa w jakimś systemie płatniczym.

Podsumowanie

Spróbujmy nakreślony wyżej obraz podsumować. Jakie płyną z tego opisu wnioski i wskazówki, przede wszystkim co do tego, kto powinien grać aktywną rolę w promocji korzystania z bezgotówkowych instrumentów płatniczych?

  1. Banki (jako emitenci) utraciły w finansowym modelu detalicznych płatności bezgotówkowych pozycję najbardziej uprzywilejowaną. W tej sytuacji, ew. rola lidera intensyfikacji korzystania z istniejącej infrastruktury i znaczącego ukartowienia konsumentów powinna przypaść sektorowi akceptantów kart. Przy tej okazji, wpływ Narodowego Banku Polskiego – jako najważniejszej instytucji publicznej, która za program rozwoju obrotu bezgotówkowego i za nadzór nad jego realizacją czuje się odpowiedzialna – na kluczowy dla promocji płatności bezgotówkowych sektor, będzie teraz mniejszy,
  2. Aktualny model biznesowy dla kart płatniczych i większości schematów płatności mobilnych nie niesie bieżącym ani potencjalnym akceptantom kart szczególnych zachęt do intensywnego promowania płatności bezgotówkowych. O ile przyjmowanie gotówki nie stałoby się znacząco droższe od akceptacji transakcji kartowych, ta sytuacja nie ulegnie istotnej zmianie,
  3. Warto zatem powrócić do pytania o aktywną rolę rządu jako głównego agenta mogącego promować obrót bezgotówkowy. Fakt, iż Program Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego w Polsce nie został finalnie rozpatrzony przez Radę Ministrów, nie stwarzał optymistycznych perspektyw na przyszłość. A przecież rząd właśnie mógłby zdecydować m.in. o powszechnej akceptacji elektronicznych instrumentów płatniczych w urzędach i w relacjach obywateli oraz firm z własnymi agendami. Warto więc zwrócić uwagę na jaskółkę zmiany: rządowy projekt nowelizacji Ordynacji podatkowejzakłada możliwość zapłaty podatku lub należności celnej kartą płatniczą. Szkoda, że koszty obsługi takiej transakcji pokryć miałby – dodatkowo – wpłacający.
  4. Uczestnicy obrotu handlowego powinni przy tym jasno artykułować, że „walka z gotówką” nie powinna być realizowana w trybie obciążania obrotu gotówkowego jakimś dodatkowym – jawnym albo ukrytym – podatkiem lub tp. Taki kierunek stanowiłby bowiem dodatkowe obciążenie obrotu gospodarczego, w miejsce działań, które powinny go ułatwiać.
  5. Jednym z kierunków ew. dalszego regulowania obrotu może być określenie dopuszczalnych stawek obciążenia akceptantów z tytułu opłat należnych agentom rozliczeniowym. Zapewne nie należałoby stosować tu jakiegoś pojedynczego pułapu prowizji, lecz zależny np. degresywnie od realizowalnego przez sprzedawcę obrotu. Niemniej, prowizje i opłaty na rzecz agentów rozliczeniowych pozostają barierą upowszechniania akceptacji elektronicznych instrumentów płatniczych, której nie poddano regulacji przy ostatnich nowelizacjach ustawy o usługach płatniczych.
  6. Wobec dynamicznego rozwoju e-handlu i związanych z nim usług kurierskich, Ministerstwo Finansów mogłoby rozważyć preferencje szczególnie w tym sektorze (np. związane z zakupami i eksploatacją terminali płatniczych), co zapewniłoby dostępność transakcji kartowych także tym nabywcom, którzy nie są skłonni do przedpłacania należności za zamówione w sieci towary.
  7. Aby zredukować koszty obrotu gotówkowego (w maju 2015 pieniądz gotówkowy rdr przyrósł o 15,5%), wskazany byłby powrót do zarzuconego pomysłu zaokrąglania należności – płatnej gotówkowo – np. do 5 gr, co pozwoliłoby na wycofanie z obrotu monet o nominale 1 gr i 2 gr, znacząco ograniczając ciężar finansowy utrzymywania przez NBP obrotu gotówkowego.

Warto cały czas pamiętać o tym, że koszty obrotu gotówkowego są wysokie nie tyle z punktu widzenia indywidualnego sprzedawcy, sklepu, ale właśnie z punktu widzenia państwa. W przeciwieństwie bowiem do systemów rozliczeń transakcji kartowych i mobilnych, które znajdują się w rękach prywatnych właścicieli, nadmiarowe koszty utrzymywania systemu obrotu gotówkowego ponosi w znacznej mierze państwo i dlatego ono właśnie mogłoby stać się bezpośrednim liderem i najbardziej skutecznym z promotorów rozwoju alternatywnego (elektronicznego) obrotu płatniczego. Aktywność takiego lidera mógłby zostać skuteczniej wsparta przez sektor zarówno handlu, jak i usług płatniczych.

Grzegorz Hansen

Autor jest dyrektorem ds. strategii i rozwoju w Departamencie Bankowości Transakcyjnej mBank SA. Prezentowane tezy odzwierciedlają indywidualne opinie autora.

Dla połowy Polaków służbowy telefon to smycz, której chętnie by się pozbyli

Kto dostanie największe dopłaty do mieszkań po wakacjach

Po wejściu w życie zmian, dotyczących przyznawania dopłat do kredytów mieszkaniowych najwięcej zyskają rodziny z dziećmi. Sejm przyjął właśnie poprawki, dzięki którym rodzinom z trójką dzieci państwo może dopłacić aż 160 proc. więcej niż dotychczas.   

Nowe zasady przyznawania dopłat do kredytów mieszkaniowym zaczną obowiązywać już za 2-3 miesiące. Poza znacznie większym dofinansowaniem dla rodzin z dziećmi, nowelizacja programu Mieszkanie dla młodych przynosi jeszcze jedną zasadniczą zmianę. Rządowe dopłaty obejmą również mieszkania kupowane na rynku wtórnym. W ten sposób program MdM wkroczy także do mniejszych miejscowości, w których deweloperzy nie budują.

Osoby wychowujące jedno dziecko dostaną dopłatę w wysokości 15 proc. do 50 m kw. nabywanego mieszkania, które maksymalnie może mieć metraż 75 m kw. Kredytobiorcy z co najmniej dwójką dzieci otrzymają 20 proc. dopłaty, tj. o jedną trzecią więcej niż obecnie.

30 proc. dopłaty do kredytu dla rodzin z trójką dzieci

Rodziny z trojgiem lub większą liczbą dzieci mogą liczyć na największe wsparcie ze strony państwa. Dostaną aż 30 proc. dopłaty maksymalnie do 65 m kw. kupowanego mieszkania, które może mieć wielkość do 85 m kw. Oznacza to aż 160 proc. więcej dopłaty niż dotychczas. Takich rodzin nie będzie obowiązywał również limit wieku (35 lat) i będą mogły mieć już wcześniej kupioną nieruchomość na własność.

– Dzięki temu rodziny wielodzietne będą mogły zmienić mieszkanie na większe, a rządową dopłatę wykorzystać na pokrycie wkładu własnego do zaciąganego kredytu, który obecnie wynosi minimum 10 proc., a z początkiem przyszłego roku wzrośnie do 15 proc. – zauważa Wojciech Stisz, z firmy Barc Warszawa SA.

Na największym w kraju, warszawskim rynku deweloperskim można obecnie kupić mieszkanie z dopłatą, jeśli jego cena za metr kw. nie przekracza 6588 zł. Największym zagłębiem takich mieszkań jest warszawska Białołęka. Większość powstających w tej dzielnicy mieszkań kwalifikuje się do dopłat. Stawki ofertowe obowiązujące w tym rejonie miasta pozwalają nawet czasem na objęcie dopłatą także miejsca postojowego i wykończenia mieszkania.

Jest to możliwe na przykład w  ramach nowej oferty firmy Barc Warszawa – Wszystko w cenie w MdMie. W powstającym przy ul. Winorośli stołecznym osiedlu Tarasy Dionizosa wybrane mieszkania (w cenie 5500 zł/m kw.) można kupić z wykończeniem i miejscem postojowym w garażu podziemnym i wszystko sfinansować kredytem z dopłatą. Dla rodzin wielodzietnych firma ma w ofercie czteropokojowe mieszkania o powierzchni 74 m kw. w cenie od 431 tys. zł.

Najlepsza sprzedaż nowych mieszkań w historii

Wyższe dopłaty do kredytów dla rodzin z dziećmi prawdopodobnie przełożą się po wakacjach na jeszcze większy popyt na lokale z segmentu popularnego, które obejmuje MdM. A przecież na brak zainteresowania mieszkaniami deweloperzy nie narzekają już od dłuższego czasu. W ubiegłym roku, jak podaje Reas, sprzedali w największych aglomeracjach w kraju o 20 proc. lokali więcej niż w rekordowych latach 2007 i 2013.

Wśród kupujących najbardziej popularne są wciąż lokale dwu i trzypokojowe o niewielkich metrażach. Nabywają je nie tylko osoby chcące się usamodzielnić, ale także inwestorzy na wynajem, dla których niskooprocentowane lokaty bankowe stały się nieatrakcyjne.

Dobra sprzedaż motywuje firmy budujące mieszkania do większej aktywności. W minionym roku deweloperzy rozpoczęli budowę największej liczby mieszkań od pięciu lat. A w ciągu pierwszych 5 miesięcy tego roku zainicjowali w największych aglomeracjach budowę prawie o jedną trzecią większej liczby mieszkań niż w analogicznym okresie przed rokiem. To najlepszy rezultat w historii rynku. W 2014 roku firmy wystąpiły też o największą od trzech lat liczbę pozwoleń na budowę. Śmiało można więc mówić o boomie inwestycyjnym na rynku deweloperskim.

Autor: Barc Warszawa SA.

Ciekawie na rynku długu

Choć dynamika zmian na rynku długu jest ostatnio znacznie mniejsza niż na giełdzie, wciąż trudno narzekać na brak interesujących wydarzeń.

Na uwagę zasługują przede wszystkim dwa zjawiska. Pierwszy to wzrost cent polskich obligacji skarbowych. Tendencja ta utrzymuje się od połowy czerwca. W jej wyniku rentowność papierów dziesięcioletnich obniżyła się z 3,34 do 3,2 proc. Co ciekawe, dzieje się to w warunkach bardzo dużej nerwowości, związanej z negocjacjami między Grecją a jej wierzycielami. W obliczu zagrożenia bankructwem Grecji i jej wyjścia ze strefy euro, można by spodziewać się wyprzedaży polskich obligacji, tymczasem mamy do czynienia z ruchem w przeciwnym kierunku. Może to wskazywać, że inwestorzy dostrzegają fundamentalną siłę naszej gospodarki i dobrze oceniają jej perspektywy. Wzrost cen obligacji wpływa na poprawę wyników funduszy papierów dłużnych, szczególnie tych, które mają w portfelach dużo papierów o stałym oprocentowaniu.

Jednocześnie od prawie dwóch miesięcy utrzymuje się powolna, ale wyraźna tendencja zwyżkowa stawek WIBOR, podwyższająca oprocentowanie obligacji o zmiennym oprocentowaniu, a więc głównie emitowanych przez firmy. Trzymiesięczna stawka poszła od początku maja w górę z 1,65 proc. do 1,72 proc. Obie tendencje sprzyjają funduszom posiadającym dobrze zdywersyfikowany i elastycznie zarządzany portfel papierów dłużnych. Na dłuższą metę jednak tak korzystny splot okoliczności nie ma szans się utrzymać. Perspektywa podwyżki stóp procentowych, choć nadal odległa, będzie spychać ceny obligacji skarbowych w dół. Z kolej stawki WIBOR będą nadal zwyżkowały. Taki układ premiuje fundusze specjalizujące się w obligacjach korporacyjnych, w przypadku których dominuje oprocentowanie zmienne, zależne od zmian stawek rynku pieniężnego. A w odróżnieniu od sytuacji na warszawskiej giełdzie, gdzie nowych spółek jak na lekarstwo, emisji obligacji firm nie brakuje.

————
Michał Stanek
Dyrektor ds. Komunikacji Inwestycyjnej AgioFunds TFI S.A.

Ranking najbardziej medialnych zespołów T-Mobile Ekstraklasy

W najnowszym badaniu „Polska Piłka”, przygotowanym przez „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”, ponownie na szczycie zestawienia znalazła się Legia Warszawa. „Wojskowi” wyprzedzili Lecha. Duży awans zanotowała Jagiellonia.

W maju na temat lidera zestawienia pojawiło się ponad 4,6 tys. materiałów z prasy i wybranych stron internetowych. Legia Warszawa zdecydowanie najczęściej gościła w mediach. Druga lokata ponownie przypadła Lechowi, na temat którego w maju pojawiło się o ok. 8% materiałów mniej niż o stołecznej Legii. Na najniższy stopień podium wróciła Wisła Kraków, która w poprzednim zestawieniu – kosztem Śląska Wrocław – znalazła się tuż za podium.

Do większych przetasowań doszło poza podium. Największy awans w maju zanotowała Jagiellonia Białystok. Zespół z Podlasia, w porównaniu z poprzednim miesiącem, awansował aż o sześć pozycji. Suma publikacji związanych z zespołem prowadzonym przez Michała Probierza urosła o niemal 25%.

Wykres 1. Over 2500 - zestawienie najbardziej medialnych zespołów T-Mobile Ekstraklasy, na temat których w maju 2015 roku pojawiło się ponad 2,5 tys. publikacji
Wykres 1. Over 2500 – zestawienie najbardziej medialnych zespołów T-Mobile Ekstraklasy, na temat których w maju 2015 roku pojawiło się ponad 2,5 tys. publikacji

 

Badanie „Polska Piłka” prowadzone jest na podstawie monitoringu 1100 tytułów prasy ogólnopolskiej i regionalnej oraz wybranych portali internetowych. Łącznie od początku badania – czyli od 1 marca 2010 do 31 maja 2015 – analitycy firmy „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów” wzięli pod uwagę ponad 952 tys. informacji.

 

PRESS-SERVICE Monitoring Mediów wyraża zgodę na pełną lub częściową publikację materiałów pod warunkiem podania źródła (pełna nazwa firmy: PRESS-SERVICE Monitoring Mediów). W przypadku wykorzystania grafik należy wskazać źródło (nazwę firmy lub logotyp) przy każdym wykresie.

Raport IRCenter: Andrzej Duda wygrał wybory na Twitterze i Instagramie, a Bronisław Komorowski na Facebooku

Agencja  badawcza IRCenter analizuje w tym roku wydarzenia polityczne w mediach społecznościowych, wyszukiwarce Google i na urządzeniach mobilnych.
W najnowszym
raporcie IRCenter skupia się na ostatnich wyborach prezydenckich i komunikacji politycznej w mediach społecznościowych w okresie od początku marca do końca maja 2015 roku. Analiza ma na celu wskazanie najbardziej efektywnych działań i bieżący tracking aktywności do końca roku.

Analiza wykazała, że w trakcie ostatnich wyborów kluczowym kanałem komunikacji w internecie był Facebook. Publikowane tam treści kandydatów docierały do największej liczby odbiorców i najwięcej osób dyskutowało na ich temat. Tylko o Andrzeju Dudzie, Bronisławie Komorowskim i Pawle Kukizie w okresie od początku marca do końca maja na Facebooku pojawiło się 2408 tyś. komentarzy, na Twitterze – tylko 407 tyś., a na Wykopie –205 tyś. W trakcie pierwszej tury wyborów oficjalne fanpage kandydatów zgromadziły 11% wszystkich postów i komentarzy na tym serwisie. Odsetek ten wzrósł w dniu debaty telewizyjnej 17 maja do 19% i utrzymywał się na stabilnym poziomie.

Na Facebooku to Bronisław Komorowski wywołał w trakcie wyborów najwięcej interakcji (łącznie
1 710 tyś.) i wywoływał średnio 6,4 tyś. interakcji na jeden post. Najbardziej aktywny na oficjalnym fanpage’u był jednak Paweł Kukiz (419 postów), wyprzedzając Andrzeja Dudę (351 opublikowanych postów i 1 358 tyś. wywołanych interakcji). Prezydent elekt efektywnie łączył oficjalną komunikację kampanijną z bezpośrednimi zwrotami do fanów – dziękował swoim fanom, publikował selfie ze znanymi osobami i zdjęcia ze spotkań ze swoimi sympatykami. W tym czasie Bronisław Komorowski prezentował się tam znacznie bardziej oficjalnie, a Paweł Kukiz prowadził najbardziej bezpośrednią i osobową komunikację.

Twittera zdecydowanie zdominował Andrzej Duda, którego śledziła największa liczba osób – 56 tyś. (Bronisława Komorowskiego – 37 tyś.). Chociaż Duda opublikował 178 mniej tweetów niż Bronisław Komorowski (1134 tweety), to wywołał 140 tyś. reakcji użytkowników Twittera, podczas gdy Bronisław Komorowski – tylko 92 tyś. Prezydent elekt w trakcie wyborów wywoływał pod każdym tweetem prawie dwa razy więcej reakcji niż Bronisław Komorowski. Istotne jest też, że Andrzej Duda odpowiedział na 274 tweety innych osób, a urzędujący prezydent w ogóle nie odpowiadał na tweety i komentarze fanów.

Andrzej Duda najlepiej radził sobie też na Instagramie – wywołał najwięcej polubień i komentarzy już od 1 tury wyborów; zaraz po drugiej turze miał też dwa razy więcej obserwujących (6200) niż Bronisław Komorowski. Prezydent elekt publikował zdjęcia relacjonujące spotkania z wyborcami (kandydat wśród ludzi), podczas gdy Bronisław Komorowski komunikował się w sposób bardziej oficjalny i przypominający tradycyjne formaty reklamowe.

Wyborcza walka rozegrała się też przy użyciu hasztagów. Niektóre z nich po prostu odwoływały się do kandydatów i były używane zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym kontekście. Wśród oficjalnych hasztagów kampanijnych najlepszy był #bronekmusisz (68 tyś. użyć), drugi – #potrafiszpolsko Pawła Kukiza (56 tyś. użyć), a trzeci – #andrzejduda2015 (43 tyś. użyć).

lp. hasztag liczba wystąpień lp. hasztag liczba wystąpień
1. #wybory 189 165 11. #wybory2015 61 220
2. #czasdecyzji 164 452 12. #potrafiszpolsko 56 531
3. #komorowski 159 721 13. #korwin 43 822
4. #polityka 148 375 14. #andrzejduda2015 43 520
5. #debata 124 997 15. #4konserwy 38 761
6. #polska 122 541 16. #popieramkomorowskiego 38 434
7. #duda 77 841 17. #tosieuda 38 138
8. #wyboryprezydenckie2015 70 685 18. #rmf24 25 840
9. #kukiz 68 369 19. #andrzejduda 21 582
10. #bronekmusisz 68 068 20. #dobrazmiana 14 871

 

„Podczas tegorocznych wyborów prezydenckich trzech najważniejszych kandydatów na prezydenta postawiło na internet. Media społecznościowe z jednej strony odzwierciedlały preferencje wyborcze internautów, ale z drugiej stanowiły arenę walki tych kandydatów. I była to walka wyrównana do samego końca” – komentuje Małgorzata Tomczyk-Walczak z IRCenter.

Prezentowana analiza dotyczy kluczowych wskaźników efektywności (KPI) głównych kandydatów na prezydenta. Kolejne opracowania będą skupiały się na efektywności poszczególnych kanałów i rodzajów contentu oraz relacji internetu do pozostałych mediów i zmian preferencji wyborczych. Pełny raport można pobrać ze strony: http://ircenter.com/kto-wygral-wybory-prezydenckie-2015-w-internecie/

Nowe usprawnione prawo budowlane

0

Nowelizacja prawa budowlanego, która wchodzi w życie 28 czerwca 2015 r., stanowi znaczne ułatwienie dla budujących. Zredukowanie formalności i skrócenie czasu oczekiwania na akceptację dokumentacji przed rozpoczęciem budowy to tylko niektóre zmiany, które niosą za sobą nowe regulacje. O aktualnych przepisach w polskim prawie budowlanym opowiada Aleksandra Gilewska, Manager ds. marketingu z firmy Baumit.

Zmiany w szczególności opierają się na usprawnieniu procesu budowlanego poprzez zniesienie obowiązku uzyskania decyzji o pozwoleniu na budowę w stosunku do wybranych obiektów. Procedury ulegają uproszczeniu i usprawnieniu dzięki rezygnacji z przymusu dołączania do projektu budowlanego oświadczeń o zapewnieniu dostawy energii, ciepła, gazu, wody, o warunkach przyłączenia sieci wodociągowych, kanalizacyjnych, cieplnych, gazowych, elektroenergetycznych, telekomunikacyjnych oraz dostępu do publicznej drogi. Dotychczasowe prawo stanowiło, że nawet przy niewielkich inwestycjach każdy inwestor musiał zadbać o to, by nowy budynek miał dostarczone wszelkie media oraz aby został stworzony dojazd do posesji. Nowe zmiany znacznie skracają procedurę już na etapie projektowania obiektu.

Zmiany w zgłaszaniu budów

Aleksandra Gilewska, Manager ds. marketingu Baumit Sp. z o.o., fot. Baumit
Aleksandra Gilewska, Manager ds. marketingu Baumit Sp. z o.o., fot. Baumit

„Jedną z wprowadzonych modyfikacji jest zmiana w zakresie procedury przekazywania dokumentacji do urzędu, dzięki której budowa lub przebudowa niektórych obiektów wymagać będzie zgłoszenia, a nie – jak dotychczas – pozwolenia na budowę. Nowelizacja ta dotyczy wolnostojących budynków mieszkalnych jednorodzinnych, których obszar oddziaływania mieści się w całości na działce lub działkach, na których zostały zaprojektowane. Nowe prawo dotyczy również wolnostojących budynków parterowych gospodarczych – w tym garaży czy altan – oraz rekreacji indywidualnej o powierzchni zabudowy do 35m2, maksymalnie dwóch na każde 500 m2 działki, gdzie powierzchnia przed nowelizacją wynosiła tylko 25 m2. Nowym zasadom podlega również zgłaszanie wolnostojących parterowych budynków stacji transformatorowych oraz kontenerowych stacji transformatorowych o powierzchni zabudowy do 35m2” – mówi Aleksandra Gilewska z firmy Baumit. Nowelizacja zakłada również możliwość budowy wiat o powierzchni aż do 50m2, których budowę wystarczy tylko zgłosić, przy czym liczba wiat nie może przekraczać dwóch na każde 1000 m2 działki. Dzięki zmianie zredukowane zostaną ponoszone koszty projektów budowlanych, ponieważ do zgłoszenia załącza się tylko szkice. Natomiast do zgłoszenia budów trzeba będzie dołączyć m.in. cztery egzemplarze projektu budowlanego z opiniami, pozwoleniami czy uzgodnieniami. Podobnej zmianie rezygnacji z obowiązku uzyskania decyzji pozwolenia podlega budowa zjazdu z drogi publicznej. Nowe prawo budowlane zakłada konieczność jedynie jej zgłoszenia, do którego dołączona musi być zgoda od zarządcy drogi na lokalizację zjazdu.

Zmiany w czasie

Urząd będzie miał 30 dni na sprzeciw lub decyzję, że w danym przypadku konieczne jest uzyskanie pozwolenia na budowę. Natomiast, gdyby w tym czasie urzędnicy nie zareagowali, oznaczać to będzie milczącą zgodę. Dzięki tym zmianom znacznie skróci się czas oczekiwania na rozpoczęcie prac budowlanych. Istotną, z punktu widzenia inwestora, zmianą jest wydłużenie czasu, w jakim może on rozpocząć zgłoszone roboty. Dotychczas były to 2 lata, teraz czas wydłużono do lat 3. Jeśli jednak w tym czasie nie rozpoczniemy budowy, konieczne będzie ponowne wystąpienie ze zgłoszeniem. Warto zaznaczyć, że czas ten liczy się od planowanej daty rozpoczęcia prac, która została wskazana w zgłoszeniu, a nie od daty samego złożenia dokumentu. Ponadto zlikwidowano obowiązek zgłaszania zamierzonego terminu rozpoczęcia robót budowlanych, który dotychczas stanowił, że inwestor musi to zrobić co najmniej 7 dni przed rozpoczęciem robót budowlanych.

Oszczędność na każdym kroku

„Niższe opłaty legalizacyjne dla sprawców samowoli budowlanej to znaczne ułatwienie, które niesie ze sobą nowe prawo. Dotyczą one niewielkich obiektów, które stanowią element zagospodarowania działki. Przykładowo opłata za domek letniskowy lub garaż do 35m2 wyniesie 5 000 zł zamiast dotychczasowych 25 000 zł. W przypadku domu jednorodzinnego samowola budowlana nadal będzie podlegała opłacie 50 000 zł, jednak wprowadzono możliwość wystąpienia z wnioskiem o umorzenie, odroczenie lub rozłożenie jej na raty” – dodaje Aleksandra Gilewska.

Ochrona środowiska

Zgodnie z nowym prawem, pomimo tego, że pozwolenie na budowę w wielu przypadkach nie będzie już wymagane, będzie obowiązek zgłaszania budów w sytuacji, gdy obiekty znajdować się będą na obszarze Natura 2000. Ze względu na aspekty związane z ochroną środowiska, zgłaszaniu podlegać będzie również budowa boisk, instalacji wodociągowych, cieplnych, elektroenergetycznych oraz telekomunikacyjnych wewnątrz budynku. Z tych samych powodów ograniczono możliwość stawiania wiat. Bez uzyskania pozwolenia na budowę będą mogły one powstawać tylko na działkach, na których już znajduje się budynek lub przeznaczonych pod budownictwo mieszkaniowe.

Nowe zasady wprowadzone do polskiego prawa budowlanego znacząco wpłyną na zwiększenie realizowanych w trybie zgłoszeniowym budów, co będzie stanowiło oszczędności finansowe oraz czasowe dla inwestorów.

Równoległa waluta to jedyne lekarstwo dla Grecji. Zadziała?

– Zaskakujące zerwanie piątkowych rozmów między Grecją a jej wierzycielami doprowadziło ten kraj na skraj przepaści. Co może dalej stać się w najbliższych dniach i kolejnych miesiącach? Czy pomysł równoległej greckiej waluty to sensowna koncepcja? – komentuje Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.

Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl
Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl

Grecki rząd od niespełna pół roku negocjował z Komisją Europejską (KE), Międzynarodowym Funduszem Walutowym (MFW) oraz Europejskim Bankiem Centralnym (EBC) warunki wypłaty ostatniej raty programu pomocowego. Rozmowy były o tyle trudne, że zaprzysiężony pod koniec stycznia gabinet Syrizy obiecał zakończenie prowadzenia polityki oszczędności narzuconą przez wierzycieli, podniesie pensje i emerytury oraz przywróci do pracy zwolnionych urzędników.

Z kolei tak zwana Trojka (KE, MFW, EBC) zgadzała się na wypłatę kolejnych miliardów euro pomocy, ale tylko jeżeli Ateny przedstawią wiarygodny plan reform gospodarczych. Trwające miesiącami rozmowy bardzo wyraźnie przyspieszyły w minionym tygodniu, kiedy propozycje wierzycieli i kredytobiorcy bardzo wyraźnie się zbliżyły.

Jeszcze w piątek obie strony sugerowały, że konsensus jest coraz bliżej. Potwierdzały to wyciekające do mediów informacje z kopiami poszczególnych planów reform oraz koncepcje przedłużenia programu pomocowego o kolejne sześć miesięcy.

Jednak w pewnym momencie nastąpił rozłam w rozmowach. Premier Tsipras wrócił do Aten i ogłosił, że w następną niedzielę zostanie zwołane referendum w sprawie przyjęcia bądź odrzucenia oferty wierzycieli. Ten ruch jednak dramatyczne komplikuje rozmowy, stawia na szali grecką przynależność do strefy euro oraz naraża całą Unię Europejską na ryzyko perturbacji gospodarczych.

Za późno na referendum

Wyrażenie przez społeczeństwo wiążącej opinii na temat reform to teoretycznie dobre rozwiązanie. Mówił o nim jeszcze w maju minister finansów Niemiec Wolfgang Schauble, który od początku był zwolennikiem twardego podejścia w stosunku do Hellady. Tę koncepcję odrzucała jednak strona grecka, twierdząc, że niedawno były wybory i rząd ma mandat, aby prowadzić negocjacje z wierzycielami.

Problemem jest jednak fakt, że obecny program pomocy dla Grecji kończy się 30 czerwca. Tego samego dnia przypada płatność raty dla MFW o wartości 1.6 mld euro. Ponieważ kasa państwa jest pusta, a brak porozumienia Aten z wierzycielami uniemożliwia wypłacenie ostatniej raty pomocy o wartości ponad 7 mld euro, Hellada może zbankrutować już na początku lipca.

Kolejną poważna kwestią jest również fakt, że greckie banki są tak naprawdę na skraju bankructwa. Ich normalne funkcjonowanie było możliwe jedynie dzięki dostarczaniu do nich płynności przez EBC. Gdy w niedzielę okazało się, że europejskie władze monetarne wstrzymują „kroplówkę”, po kilku godzinach rząd musiał ogłosić wprowadzenie kontroli przepływu kapitału.

W rezultacie państwo będzie sparaliżowane przynajmniej przez najbliższy tydzień. Nie chodzi tylko o ludność, która może wypłacić jedynie 60 euro dziennie z bankomatów. Dotyczy to przede wszystkim przedsiębiorstw. Ich działalność przez najbliższe dni będzie niemożliwa. Niestety w znacznym stopniu ucierpi branża turystyczna, która akurat wchodzi w szczyt sezonu. Skutki decyzji Tsiprasa są więc już katastrofalne.

Co dalej z Grecją?

Co będzie się działo w Grecji przez najbliższe dni i tygodnie? To w tej chwili podstawowe pytanie. Jednak na ten temat ministrowie finansów państw strefy euro nie chcieli spekulować. Na zakończonym w sobotę wieczorem nadzwyczajnym posiedzeniu Eurogrupy wielu z nich wyrażało opinię, że ryzyko opuszczenia strefy euro przez Helladę znacznie wzrosło. Natomiast decyzja o zwołaniu referendum przez premiera Tsiprasa w tak newralgicznym momencie była dla nich całkowicie niezrozumiała.

Teoretycznie można sobie wyobrazić powrót do rozmów, jeżeli większość społeczeństwa poparłaby program reform. To prawdopodobnie spowodowałoby upadek rządu Tsiprasa i kolejne wybory. Niewykluczone, że to jedyny ratunek przed zapaścią finansową Grecji, która ze sparaliżowanym systemem bankowym, olbrzymim długiem i pustym skarbcem pogrążyłaby się najpierw w głębokiej recesji. Przejście na własną walutę groziłoby dodatkowo wysoką inflacją.

Obecnie jednak coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz tak zwanego Grexitu, czyli opuszczenia przez Grecję strefy euro. Ponieważ jednak cała operacja przebiegałaby pod presją czasu oraz podczas zapaści gospodarczej, to trud reform podejmowany przez Ateny w ciągu ostatnich lat poszedłby szybko na marne.

Równoległa waluta

Ponieważ spekulacje o Grexicie trwają już od wielu lat, są analizy pokazujące, jak mógłby on przebiegać. Ten temat dobrze przedstawił Jeremie Cohen-Setton na łamach brukselskiego think tanku Bruegel. Ateny mogą wyemitować tak zwane IOU („I owe you”, z angielskiego „jestem tobie winien”). Byłoby to swojego rodzaju zobowiązanie państwa w stosunku do obywateli i przyrzeczenie jego realizacji w przyszłości.

Przykładowo, zatrudniony w sektorze publicznym pracownik dostaje 1 tys. euro. Ponieważ jednak państwo nie ma pieniędzy, wypłaca mu 1 tys. IOU, z obietnicą zamiany go na europejską walutę w terminie np. 3 lat w stosunku 1:1. Obywatel może np. opłacać IOU podatki czy inne daniny dla państwa.

Większy problem pojawia się, gdy przychodzi konieczność zapłacenia za dobra i usługi z sektora prywatnego. Szybko jednak rodzi się możliwość wymiany IOU na euro czy inne waluty po prostu na rynku. Ten, kto nie będzie chciał czekać trzech lat lub nie ufa, że państwo dotrzyma obietnicy, będzie mógł zamienić IOU na euro, ale oczywiście po znacznie gorszym kursie, np. 1 IOU za 0.5 euro.

Tym sposobem zarobki Greków realnie spadną o połowę. Poprawi to ich konkurencyjność bez konieczności obniżania nominalnych płac, co często spotyka się z oporem społecznym. Po pewnym czasie IOU stanie się nową walutą i następuje formalne wyjście Grecji ze strefy euro lub po prostu IOU przestanie funkcjonować, ale nie po kursie obiecanym przez rząd, tylko po rynkowym.

Czy to możliwe? Na pierwszy rzut oka niekoniecznie, gdyż dla Grecji o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby zbudowanie porozumienia z wierzycielami. Gdy jednak dowiadujemy się, co półtora roku temu obecny minister finansów Hellady napisał o IOU naszą opinię należy szybko zweryfikować. Yanis Varoufakis twierdził na swoim blogu, iż ta koncepcja„ma wiele zalet, gdyż kreuje źródło płynności dla rządu poza rynkiem instrumentów dłużnych, nie wymaga zaangażowania banków (w kreacji pieniądza – przyp. aut.) oraz leży poza restrykcjami europejskich instytucji”. Niewykluczone więc, że obecne wydarzenia to właśnie część tego planu.

Ostrzejsze kary za złamanie ochrony danych?

0

Tegoroczna zmiana przepisów o ochronie danych osobowych to nie koniec rewolucji. 15.06.2015 r. ministrowie państw unijnych zawarli porozumienie w sprawie kolejnej reformy prawa, która ma poprawić ochronę prywatności.

Polska zgłasza szereg zastrzeżeń do przedstawionego projektu przepisów, które dotyczą m.in. możliwości usuwania danych z Internetu na żądanie podmiotu danych. Propozycja zakłada bowiem zobowiązanie administratora danych do poinformowania wszystkich jednostek przetwarzających te dane o wniosku o ich usunięcie, co może stanowić nieproporcjonalne obciążenie dla przedsiębiorców. Unijny projekt przewiduje również, że dane osobowe będą mogły być przetwarzane ze względu na tzw. „uzasadniony interes administratora”, a to z kolei budzi obawy o możliwe nadużycia. Kwestionowanym rozwiązaniem jest też proponowany „mechanizm jednego okienka” (ang. one stop shop), pozwalający obywatelom UE, w przypadku naruszenia ich danych, na składanie skarg do organu w miejscu zamieszkania, nawet wtedy, gdy do złamania prawa doszło w innym kraju Unii Europejskiej.

Na dalszych etapach prac sporną kwestią może okazać się określenie wymiaru sankcji za naruszenie prawa do prywatności. Państwa UE proponują, aby na firmy, które złamią przepisy o ochronie danych, została nałożona grzywna do 1 mln euro albo 2 proc. rocznych obrotów. Eurodeputowani postulują kary nawet w wysokości do 100 mln euro lub 5 proc. rocznych obrotów.

UE zakłada, że nowe przepisy zostaną przyjęte do końca tego roku w formie rozporządzenia, co oznacza, że będą stosowane wprost i nie będzie potrzeby ich implementacji przez państwa członkowskie.

Autor/Źródło: RSM Poland

1 lipca wchodzi w życie nowa ustawa o obligacjach. Ma ułatwić firmom pozyskanie kapitału i lepiej chronić interesy inwestorów

CEO Magazyn Polska

Od lipca wchodzi w życie nowa ustawa o obligacjach. Poszerza ona grono potencjalnych emitentów papierów dłużnych oraz lepiej zabezpiecza interesy inwestorów, także tych drobnych. Skutkiem zmian w przepisach może być ożywienie polskiego rynku obligacji korporacyjnych.

Ustawa poszerza grono potencjalnych emitentów obligacji, wprowadza także nowe rodzaje papierów dłużnych.

– Emitentem obligacji może być spółka specjalnego przeznaczenia, utworzona jedynie do takiej emisji mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Radosław Krzyżak, dyrektor departamentu prawnego w Domu Maklerskim Michael/ Ström. Takie sytuacje miały miejsce na rynku, natomiast również były podnoszone pytania, czy jest to zgodne z obowiązującą ustawą, budziło to wątpliwości. Teraz zostało to jasno wskazane. Podobnie w przypadku emitentów zagranicznych, spółki zagraniczne będą mogły emitować obligacje w Polsce.

Pojawią się także nowe rodzaje obligacji, czyli obligacje podporządkowane oraz wieczyste. Te pierwsze, jeśli nie zostaną zabezpieczone, w przypadku upadłości lub likwidacji emitenta zostaną spłacone dopiero po zaspokojeniu pozostałych zobowiązań emitenta. Natomiast obligacje wieczyste co do zasady nie będą miały terminu wykupu i będą zapewniały oprocentowanie przez czas nieoznaczony.

Nowa ustawa ma też lepiej od dotychczasowych przepisów zabezpieczać interesy obligatariuszy. Przewiduje np. powołanie zgromadzenia, które ma reprezentować inwestorów.

– W tym momencie zgromadzenie obligatariuszy, które działa na kształt walnego zgromadzenia w spółce akcyjnej, jest w stanie dokonywać pewnych zmian w warunkach emisji, jest w stanie rozmawiać z emitentem, co może się okazać bardzo przydatne w związku ze zmieniającą się sytuacją rynkową, gdy istnieje potrzeba na nowo zapisania niektórych regulacji zamieszczonych w warunkach emisji obligacji tłumaczy Radosław Krzyżak.

Kolejną ze zmian jest możliwość ustanowienia tzw. administratora zabezpieczeń. Jest to nowa instytucja, wprowadzona właśnie w tym akcie prawnym. Do tej pory emitent mógł zawrzeć umowę o świadczenia usług administratora zabezpieczeń jedynie w przypadku hipoteki i zastawu rejestrowego.

– Najczęściej będzie to kancelaria prawna, która będzie mogła dbać o interesy pojedynczych inwestorów podkreśla dyrektor departamentu prawnego w Domu Maklerskim Michael/ Ström. – W przypadku inwestorów detalicznych będzie to niezwykle cenne, ponieważ pojawi się pełnomocnik wykonujący prawa wierzyciela w kwestiach zabezpieczeń innych niż zastaw rejestrowy czy hipoteka.

Nowa ustawa nakłada sporo dodatkowych obowiązków informacyjnych na emitentów obligacji. Poczynając od wymogu prowadzenia strony internetowej, a kończąc na precyzyjnym określeniu warunków publikowania sprawozdań finansowych. Dotychczasowa ustawa nie precyzowała na przykład tego, czy w przypadku spółek tworzących grupy kapitałowe ma to być również sprawozdanie skonsolidowane.

– Oznacza to, że w warunkach rynkowych inwestor nie zawsze otrzymywał pełny obraz, nie zawsze otrzymywał w pełni rzetelną informację zwraca uwagę Radosław Krzyżak z Domu Maklerskiego Michael/ Ström. W obecnym brzmieniu ustawy, która wejdzie w życie 1 lipca, taki obowiązek został nakreślony. To znaczy w przypadku, gdy emitent obligacji sporządza sprawozdanie, również skonsolidowane, to ma ono zostać przedstawione wraz z propozycją nabycia obligacji, a więc na początku emisji.

Zmiany i nowości w części dłużnej Union Investment TFI

W wyniku rozbudowy oferty funduszy dłużnych Union Investment TFI, m.in. o fundusz UniObligacje High Yield FIZ, od 1 lipca nastąpi wewnętrzna zmiana na stanowisku zarządzającego subfunduszem UniWIBID Plus. Obowiązki jego dotychczasowego zarządzającego, Dariusza Laska, przejmie Marek Warmuz.

Marek Warmuz
Marek Warmuz

UniWIBID Plus to sztandarowy produkt z oferty Union Investment TFI oparty na polskich obligacjach korporacyjnych, utworzony w 2003 r. We wrześniu 2013 r. (wraz ze wzrostem popularności UniLokaty – bliźniaczego funduszu dostępnego dla inwestorów detalicznych) jego strategia inwestycyjna ewoluowała. Z klasycznego narzędzia do zarządzania bieżącą płynnością dla przedsiębiorstw, UniWIBID Plus przekształcił się w rozwiązanie dedykowane klientom zamożnym oraz firmom do średnioterminowego zarządzania środkami.

Od początku jego powstania, przez ponad 12 lat, subfunduszem UniWIBID Plus zarządzał Dariusz Lasek, wieloletni dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych Union Investment TFI. Subfundusz wypracowywał atrakcyjne stopy zwrotu, regularnie pobijając swój benchmark – WIBID 1M. Jako zalety UniWIBID Plus, poza wynikami, niezależni analitycy wskazują m.in.: jakość portfela (znacząca przewaga emitentów o wysokiej wiarygodności kredytowej), szeroką dywersyfikację (brak koncentracji papierów pojedynczych spółek), stabilność i efektywność zarządzania oraz niskie opłaty. UniWIBID Plus może się pochwalić wysokim, 4-gwiazdkowym ratingiem Analiz Online.

Płynna kontynuacja zarządzania

Od 1 lipca zarządzanie subfunduszem UniWIBID Plus przejmie Marek Warmuz, co jest podyktowane koniecznością dostosowania struktury działu zarządzania do obecnych potrzeb Union Investment TFI, w tym rozwoju oferty produktowej, oraz sytuacji na rynku.

Z punktu widzenia klientów subfunduszu nic się nie zmieni, bo ciągłość zarządzania zostanie zachowana. – Przez długi czas współuczestniczyłem w procesie zarządzania subfunduszem UniWIBID Plus, znam więc w pełni jego specyfikę. Dotychczasowa polityka inwestycyjna pozostanie bez zmian, zarówno pod względem doboru emitentów, wykorzystania limitów zaangażowania w instrumenty wysokodochodowe, jak i poziomu koncentracji portfela – deklaruje Marek Warmuz, zarządzający funduszami obligacji w Union Investment TFI.

Jak dodaje, obecne otoczenie rynkowe wspiera obligacje korporacyjne dużo bardziej niż skarbowe. Dlatego to właśnie fundusze, takie jak UniWIBID Plus, oparte na obligacjach emitowanych przez przedsiębiorstwa oraz samorządy o wysokiej wiarygodności kredytowej mają w tym roku najlepsze perspektywy.

UniObligacje High Yield – w lipcu pierwsza subskrypcja

Równolegle ze zmianą w subfunduszu UniWIBID Plus, towarzystwo wprowadza do oferty nowy fundusz UniObligacje High Yield FIZ, którego zarządzającym będzie Dariusz Lasek. Fundusz będzie inwestował w polskie obligacje i euroobligacje korporacyjne high yield, a także rządowe obligacje high yield (obligacje krajów o niskim ratingu kredytowym).

Większość emisji tego typu obligacji kierowana jest do inwestorów instytucjonalnych. Fundusz UniObligacje High Yield FIZ daje ekspozycję na ten segment rynku także inwestorom indywidualnym. W obecnym otoczeniu rynkowym, gdy stopy procentowe są niskie, a wyceny papierów skarbowych podlegają dużej zmienności, premia za ryzyko, którą oferują obligacje high yield może być szczególnie atrakcyjna – mówi Dariusz Lasek, dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych w Union Investment TFI.

Pierwsza subskrypcja certyfikatów inwestycyjnych funduszu UniObligacje High Yield FIZ odbędzie się 13 lipca tego roku. Minimalna wpłata to równowartość 40 tys. euro.

O zarządzających

Dariusz LasekDariusz Lasek jest związany z Union Investment TFI od 2002 r. Do zespołu dołączył jako zarządzający funduszami. Od kwietnia 2006 jako dyrektor inwestycyjny nadzoruje inwestycje w papiery dłużne we wszystkich funduszach z oferty. Ponadto zarządza bezpośrednio m.in. subfunduszem UniKorona Obligacje, funduszami dedykowanymi oraz częścią dłużną UniKorona Zrównoważony. Wielokrotnie nagradzany za osiągnięte wyniki inwestycyjne, m.in. przez „Parkiet”: Złoty Portfel 2005 za UniDolar Obligacje, Złoty Portfel 2011 za UniKorona Zrównoważony.

Marek Warmuz
Marek Warmuz

Marek Warmuz dołączył do części dłużnej zespołu zarządzania Union Investment TFI w 2010 r., stając się silnym wzmocnieniem komitetu inwestycyjnego. Wcześniej przez 11 lat zdobywał doświadczenie m.in. w dziale inwestycji w największym w Polsce powszechnym towarzystwie emerytalnym, gdzie zajmował się wyceną, analizą i realizowaniem strategii głównie w zakresie głównie dłużnych papierów wartościowych. Jest odpowiedzialny za zarządzanie produktami asset management, subfunduszem SGB Gotówkowy (dedykowany bankom spółdzielczym) oraz częścią dłużną subfunduszu UniStabilny Wzrost. Za wyniki inwestycyjne wypracowane w tym ostatnim został nagrodzony przez „Parkiet” Złotym Portfelem 2011.

Grecja minimalizuje straty

dużych zmian na rynku walutowym jak znana wszystkim decyzja Banku Szwajcarii ze stycznia tego roku.

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

W Grecji nie doszło do porozumienia. Wbrew pozorom reakcja rynków na problemy Grecji nie była powalająca. Wiele osób w przypadku braku porozumienia przepowiadało apokalipsę. Rzeczywistość pokazała jednak to o czym uczą podręczniki do ekonomii. Giełdy nie reagują na wydarzenia tylko na zmiany oczekiwań. Skoro większość analityków spodziewało się problemów Aten nie zaskoczyły one inwestorów. Owszem poziom 4,06 zł na franku nie cieszy. Przypomnieć należy jednak, że jest to 6 groszy wyższy kurs od piątkowego zamknięcia. Jak Szwajcarzy ogłaszali odejście od bronienia parytetu wymiany do euro ruch był niemal 10-krotnie silniejszy, a po ustabilizowaniu się kurs znajdował się około 70 groszy powyżej. Duże zmiany widać było też na funcie, który podrożał 10 groszy przez weekend. Euro kosztuje już niemal 4,20  zł po 2 groszowej podwyżce. Dlaczego pozostałe waluty drożały bardziej niż euro? Kapitał szuka bezpiecznej przystani nie wiedząc dokładnie jak się rozwinie sytuacja. Frank i funt to najmocniejsze waluty naszego regionu nie licząc euro. Były zatem naturalnym wyborem.

W celu zapobiegania panice pośród obywateli, którzy tłumnie szturmowali banki w celu wypłacenia swoich pieniędzy podjęto szereg działań. Najważniejsze to zamknięcie dla klientów banków do 6 lipca. Jest to spowodowane problemami z płynnością jakie mają te instytucje. Drugą ważną informacją jest dzienny limit wypłat z bankomatów wynoszący 60 euro na osobę. Dotyczy oczywiście tylko tych maszyn, które w ogóle mają w sobie środki. Wedle niektórych danych połowa bankomatów miała być w weekend opróżniona przez chcących wypłacić środki obywateli. Dlaczego ograniczany jest dostęp do pieniędzy? Banki w tak krótkim czasie nie są w stanie wypłacić 100% depozytów. Chcąc uniknąć paniki gdy obywatele odchodzą od kas z niczym postanowiono poczynić taki krok.

Co skłania Greków do wypłaty oszczędności? Boją się dwóch scenariuszy, z których jeden nie wyklucza drugiego. Pierwszy to przymusowa wymiana euro na drahmę. W tej sytuacji najprawdopodobniej drahma będzie tracić na początku do głównych walut. W związku z czym przewalutowanie się na nią w późniejszym terminie pozwoli wymienić tą samą kwotę euro na więcej pieniędzy. Drugi wariant to scenariusz znany już z Cypru. W skrócie chodzi o ratowanie banków kosztem klientów. Pobranie jakiegoś procenta depozytów to najprawdopodobniej ostateczność, ale jak pokazał scenariusz cypryjski są momenty kiedy do niej dochodzi. Biorąc pod uwagę specyficzną transparentność Grecji nie do końca wiadomo w jakiej kondycji są banki.

Co będzie dalej? Wygląda na to, że wreszcie zbliżamy się do rozwiązania “problemu Grecji”. Cieszy tak spokojna reakcja rynków co daje nadzieję, że uda się tą operację przeprowadzić bez większych zmian na rynkach.

Komentarz walutowy 29.06.2015 Komentarz aktualny na godzinę 10:00

Maciej Przygórzewski – główny analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

EUR/PLNKomentarz o sytuacji w Grecji i jej wpływie na rynek walutowy w Polsce - Maciej Przygórzewski - główny analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl 29.06.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 29.03.2015 do 29.06.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2000, a po jego przebiciu górne ograniczenie kanału na 4,2500. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1600.

CHF/PLNKomentarz o sytuacji w Grecji i jej wpływie na rynek walutowy w Polsce - Maciej Przygórzewski - główny analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl 29.06.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 29.03.2015 do 29.06.2015

Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy. Dotychczas okolice 4zł były skutecznym oporem dla dalszych wzrostów kursów, jednakże problemy Grecji spowodowały, że poziom ten został wyraźnie przekroczony. Oporem dla dalszych wzrostów jest górne ograniczenie kanału przebiegające w okolicach 4,1000ł. Poziom ten spędza sen z powiek kredytobiorcom frankowym. Wsparciem jest dolne ograniczenie formacji na znacznie sympatyczniej wyglądającym poziomie 3,9400.

USD/PLNKomentarz o sytuacji w Grecji i jej wpływie na rynek walutowy w Polsce - Maciej Przygórzewski - główny analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl 29.06.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 29.04.2015 do 29.06.2015

Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wystrzelił do góry. Opór stanowić będzie majowe maksimum na poziomie 3,8200. W przypadku ruchu w dół wsparciem będzie najpierw linia łącząca minima ostatnich tygodni w okolicach 3,6800 a następnie minima ostatnich tygodni na 3,6500.

GBP/PLNKomentarz o sytuacji w Grecji i jej wpływie na rynek walutowy w Polsce - Maciej Przygórzewski - główny analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl 29.06.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 29.04.2015 do 29.06.2015

Kurs GBP/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Wewnątrz tej formacji utworzył się krótkoterminiowy bardziej stromy trend wzrostowy z którego doszło do wybicia górą. Paliwem dla tego ruchu były wydarzenia polityczne i można mieć nadzieję, że w razie uspokojenia nastrojów kurs powróci przynajmniej do wspomnianej formacji. W przypadku ruchu w dół wsparciem jest poprzednie maksimum z maja w okolicach 5,8800. Dla ruchu w górę oporem jest psychologiczna bariera 6,0000.

Ile zarobili krajowi ubezpieczyciele w 2014 r.?

Polska Izba Ubezpieczeń (PIU) niedawno podsumowała wyniki działalności ubezpieczycieli w 2014 r. Informacje zgromadzone przez PIU wskazują, że firmy aktywne w dziale I (ubezpieczeń na życie) nie powinny mieć powodów do narzekań. W przypadku pozostałych polis (ubezpieczeniowy dział II), sytuacja jest nieco inna. Towarzystwa oferujące ubezpieczenia majątkowe, od stycznia do grudnia 2014 r. wypracowały znacznie mniejszy zysk …

Poprzedni rok przyniósł obniżkę wartości odszkodowań i składek

Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl informuje, że miniony rok upłynął pod znakiem mniejszej aktywności firm ubezpieczeniowych. Łączna suma przypisanej składki brutto (w dziale I oraz II) zmniejszyła się o 5,09% (2,95 mld zł). Nieco większa zmiana (-7,16%/2,63 mld zł) dotyczyła łącznej wartości wypłaconych świadczeń i odszkodowań.

Poniższa tabela dostarcza bardziej dokładnych informacji na temat składek i odszkodowań w 2014 r. Po jej przeanalizowaniu można zauważyć, że istotna zmiana dotyczyła polis z działu I. W przypadku tych ubezpieczeń, wartość zebranych składek zmniejszyła się 8,31% (rok do roku). Pozytywnym akcentem dla ubezpieczycieli był jeszcze większy spadek wypłaconych kwot (-11,84%). „Trzeba odnotować, że w 2014 r. tradycyjne polisy na życie (bez funduszy kapitałowych) były grupą produktów, która najbardziej straciła znaczenie (obniżka składki przypisanej brutto o 19,15%)” – mówi Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Nina Kuczyńska zaznacza, że w dziale II można zauważyć trend niekorzystny dla ubezpieczycieli. Od stycznia do grudnia 2014 r. suma składek związanych z pozostałymi ubezpieczeniami osobowymi i ubezpieczeniami majątkowymi, zmniejszyła się o 1,31%. W tym samym czasie wartość wypłaconych odszkodowań wzrosła o 0,72%. Szczególnie niekorzystne zmiany dotyczyły polis OC dla kierowców oraz ubezpieczeń szkód spowodowanych żywiołami. W przypadku ubezpieczeń dla posiadaczy pojazdów, przypisana składka brutto spadła o 4,64% (rok do roku), podczas gdy poziom odszkodowań wyraźnie wzrósł (+6,78%). Dla ubezpieczycieli uwikłanych w wojnę cenową na rynku polis komunikacyjnych, ta zmiana na pewno była odczuwalna.

Na uwagę zasługują też informacje o ubezpieczeniach szkód spowodowanych żywiołami. Składka takich polis w ujęciu rocznym spadła o 6,13%. Znacznie większa zmiana (-16,74%) dotyczyła jednak wartości wypłaconych odszkodowań. „To wiąże się z faktem, że pogoda była bardziej łaskawa dla posiadaczy budynków i ubezpieczycieli” – zaznacza Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Polski sektor ubezpieczeniowy w 2014 roku: informacje na temat zebranej składki i wypłaconych odszkodowań 
Informacje na temat składki

przypisanej brutto

Informacje dotyczące wypłaconych odszkodowań i świadczeń
Kategoria/rodzaj ubezpieczeń Zmiana w relacji

do 2013 r.

Kategoria/rodzaj ubezpieczeń Zmiana w relacji

do 2013 r.

Ubezpieczenia z

działu I (ogółem)

-8,31% Ubezpieczenia z

działu I (ogółem)

-11,84%
ubezpieczenia

na życie

-19,15% ubezpieczenia

na życie

-22,93%
ubezpieczenia

z UFK

-3,46% ubezpieczenia

z UFK

3,59%
ubezpieczenia wypadkowe 7,59% ubezpieczenia wypadkowe 7,76%
Ubezpieczenia z

działu II (ogółem)

-1,31% Ubezpieczenia z

działu II (ogółem)

0,72%
ubezpieczenia OC dla kierowców -4,64% ubezpieczenia OC dla kierowców 6,78%
ubezpieczenia casco pojazdów lądowych -1,17% ubezpieczenia casco pojazdów lądowych 2,49%
ubezpieczenia szkód spowodowanych żywiołami -6,13% ubezpieczenia szkód spowodowanych żywiołami -16,74%
ubezpieczenia ogólnej odpowiedzialności cywilnej 3,25% ubezpieczenia ogólnej odpowiedzialności cywilnej 6,11%

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Polskiej Izby Ubezpieczeń

Roczny zysk netto w drugim dziale ubezpieczeń spadł o 40% …

Zmiany wartości składek i odszkodowań wpływają na zysk firm ubezpieczeniowych. Trzeba jednak pamiętać, że wynik techniczny dotyczący podstawowej działalności ubezpieczyciela jest korygowany o różne kwoty (np. przychody z lokat i pozostałe koszty operacyjne). „Dlatego zmiany rocznego zysku w sektorze ubezpieczeniowym nie zawsze są adekwatne do spadków i wzrostów ogólnego wyniku technicznego” – wyjaśnia Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.     

Kolejna tabela przedstawia dane na temat wyników finansowych ubezpieczycieli (zysk techniczny, zysk brutto i zysk netto). Na podstawie zaprezentowanych informacji można stwierdzić, że łączny zysk z działalności ubezpieczeniowej (dział I oraz II), w ujęciu rocznym spadł o 23,64% (2,11 mld zł). Nina Kuczyńska informuje, że ta zmiana była efektem znacznie gorszych wyników firm oferujących pozostałe ubezpieczenia osobowe i polisy majątkowe. W ubezpieczeniowym dziale II, roczny zysk netto towarzystw spadł z 6,11 mld zł do 3,67 mld zł. Jak podaje PIU, wynik techniczny z samych ubezpieczeń OC posiadaczy pojazdów wyniósł -795,7 mln zł (dane za 2014 r.).

Zmiana dotycząca ubezpieczeń na życie (wzrost zysku netto z 2,81 mld zł do 3,14 mld zł), tylko w niewielkim stopniu skompensowała wpływ gorszej rentowności działu II na całkowity wynik ubezpieczycieli. Zakłady ubezpieczeniowe oczekują jednak, że w bieżącym roku zysk z działu II będzie nieco większy. „W poprawie rocznych wyników ma pomóc między innymi wprowadzenie systemu bezpośredniej likwidacji szkód (dla posiadaczy pojazdów mechanicznych). Wspomniane rozwiązanie powinno zakończyć wojnę cenową w segmencie obowiązkowego OC i skierować uwagę kierowców na jakość obsługi” – podsumowuje Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Źródło: porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl

Podstawowe wyniki sektora ubezpieczeniowego w Polsce

(2013 r. – 2014 r.)

Dział I – ubezpieczenia na życie Wartość z

2014 r.

(w mld zł)

Wartość z

2013 r.

(w mld zł)

Różnica w stosunku do 2013 r.
Koszty działalności ubezpieczeniowej 6,39 6,05 5,75%
Wynik techniczny 3,30 3,00 10,09%
Wynik finansowy brutto 3,78 3,45 9,55%
Podatek dochodowy 0,64 0,64 0,23%
Wynik finansowy netto 3,14 2,81 11,66%
Dział II – pozostałe ubezpieczenia osobowe i majątkowe Wartość z

2014 r.

(w mld zł)

Wartość z

2013 r.

(w mld zł)

Różnica w stosunku do 2013 r.
Koszty działalności ubezpieczeniowej 7,38 7,01 5,23%
Wynik techniczny 0,76 1,26 -40,01%
Wynik finansowy brutto 4,02 6,60 -39,09%
Podatek dochodowy 0,34 0,49 -29,40%
Wynik finansowy netto 3,67 6,11 -39,87%

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Polskiej Izby Ubezpieczeń

Société Générale: W Polsce zostało już niewiele firm do prywatyzacji. Na pewno znaleźliby się chętni na porty lotnicze

Andrzej Olszewski

W Polsce zostało już niewiele przedsiębiorstw nadających się do prywatyzacji. Według banku Société Générale, gdy ceny prądu pójdą w górę, Skarb Państwa będzie bardziej skłonny do przekształceń własnościowych sektora energetycznego. Inwestorzy mogliby się zainteresować krajowymi portami lotniczymi, głównie ze względu na rosnącą liczbę pasażerów.

Porty lotnicze to obecnie własność państwa albo miast, województw, ewentualnie jakichś funduszy lokalnych – zauważa dyrektor zarządzający Société Générale. – Nikt nie powiedział, że tak musi być zawsze. Nie ma powodu, żeby lotniska w Polsce nie były prywatne, tak jak w zachodniej Europie.

Jak wynika z danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego w ubiegłym roku z warszawskiego lotniska Fryderyka Chopina skorzystało 10,5 mln pasażerów, w krakowskich Balicach odprawiono 3,8 mln osób, w gdańskim porcie lotniczym Rębiechowo – 3,2 mln, a w Międzynarodowym Porcie Lotniczym Katowice w Pyrzowicach – 2,7 mln pasażerów.

Porty lotnicze to dla mnie po prostu samograj – przekonuje Andrzej Olszewski. – Ruch lotniczy w Polsce rośnie, pasażerów przybywa, więc apetyt ze strony inwestorów na pewno byłby duży. W Polsce od mniej więcej roku, dwóch widać coraz większą aktywność zagranicznych funduszy infrastrukturalnych, które pojawiają się w różnych transakcjach.

Zostało mało firm, które można jeszcze w Polsce sprywatyzować – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Olszewski, dyrektor zarządzający banku Société Générale. – Oczywiście rząd ma ciągle udziały w wielu spółkach, które są na przykład na giełdzie. W sektorze finansowym to choćby PZU i PKO BP, ale jest też energetyka. Myślę, że jest tylko kwestią czasu, żeby Skarb zszedł z obecnych pakietów.

Szczególnie, że sektor energetyczny – zdaniem Andrzeja Olszewskiego – znajduje się w pewnej stagnacji i korzystna dla niego byłaby konsolidacja. Firmy mają ogromne programy inwestycyjne i łączenie ich w większe organizmy ułatwiłoby ich finalizowane, a także zwiększyłoby możliwości inwestycji poza granicami kraju, na co przynajmniej niektóre z nich mają apetyt. Są jednak sektory polskiej gospodarki, które nie zostały w ogóle sprywatyzowane.

Nie dlatego, że spółki są złe czy coś niedobrego się w nich dzieje, tylko dlatego, że ceny prądu nie są wysokie – precyzuje Olszewski. – Myślę, że jak ruszą w górę, to skłonność rządu do sprzedawania pakietów w PGE, Tauronie czy w jakimkolwiek innym przedsiębiorstwie będzie większa.

Spore jest też zaangażowanie Skarbu Państwa, jak zauważa Olszewski, w sektorze nieruchomości. W 2011 roku w wyniku konsolidacji spółek należących do SP powstała Grupa Polski Holding Nieruchomości. Obecnie jest ona jednym z największych, pod względem wartości portfela, podmiotów w sektorze komercyjnym. Dzisiaj spółka posiada 140 tego rodzaju nieruchomości i blisko 700 ha gruntów na terenie całej Polski (m.in. w Warszawie, Wrocławiu i Trójmieście). Od lutego 2013 roku PHN notowany jest na giełdzie.

Z różnych powodów było to umiarkowanym sukcesem, sprzedało się, ale pewnie mogło się sprzedać lepiej – uważa Andrzej Olszewski. – Także spółki kolejowe mają mnóstwo nieruchomości. PKP w tej chwili stworzyło firmę, do której wkłada swoje aktywa, ale istnieje szereg przeszkód formalnych, które wstrzymują prywatyzację należących do nich nieruchomości.

Bez względu na ostateczne rozstrzygnięcia ws. Grecji złotego czeka osłabienie. To dobra wiadomość dla eksporterów, gorsza dla frankowiczów

CEO Magazyn Polska

Decyzji o przedłużeniu programu pomocowego dla Grecji nie ma, ale EBC utrzyma na razie finansowanie greckich banków, które jednak przez najbliższy tydzień pozostaną zamknięte. Bez względu na to, jak potoczą się ekonomiczne losy Grecji, Polska gospodarka nie powinna na tym ucierpieć. Bankructwo tego kraju to dobra wiadomość dla eksporterów. Oznacza bowiem, że kurs złotego osłabi się w stosunku do wszystkich walut, także do euro, które z kolei straci do dolara czy franka. Porozumienie zaś wzmocniłoby euro, także w stosunku do polskiej waluty.

Osłabienie euro, spadek złotego i frank znów po cztery złote – to konsekwencje niedzielnych decyzji o nieprzedłużeniu programu pomocowego ze strony Trojki i zamknięciu na kilka dni banków ze strony Grecji. Premier Cipras podtrzymał swoją decyzję o referendum w kolejny weekend, a EBC na razie utrzymuje płynność greckich banków. Jednak bankructwo jest dziś bliżej niż porozumienie, choć grecki premier wysłał jeszcze jedną prośbę o przedłużenie pomocy. Chodzi o ratę w wysokości 7,2 mld euro. Warunkiem jej odblokowania było kontynuowanie programu oszczędnościowego, na co nie chcą się zgodzić Grecy oraz spłata raty pożyczki wobec MFW w wysokości 1,6 mld euro, na co nie mają pieniędzy.

W krótkim terminie na pewno będzie to oznaczało mocny spadek kursu euro i ucieczkę w stronę walut bezpiecznych, takich jak dolar amerykański, jen japoński czy frank szwajcarski mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Kiedrowicz, dyrektor polskiego oddziału Easy Forex. W przypadku pary euro-dolar oznaczałoby to przebicie, wsparcie na poziomie 1,10 i kierowanie się w stronę minimów z początku roku, czyli poziom 1,0460. Wydaje mi się, że ten poziom jednak przynajmniej w krótkim terminie nie zostałby przebity.

Jak przewiduje Andrzej Kiedrowicz, przy takim scenariuszu wraz z euro potanieje także polski złoty, co wzmocniłoby eksporterów, korzystających na słabszej walucie. Ten ruch było już widać w niedzielę wieczorem.

– W krótkim terminie złoty prawdopodobnie traciłby do wszystkich walut, również do euro, z tego względu, że właśnie bankructwo Grecji spowodowałoby ucieczkę od ryzykownych aktywów, a złoty należy do walut uważanych za ryzykowne, dlatego by się osłabił, oczywiście najmocniej do dolara i franka szwajcarskiego.

W praktyce można się przy takim scenariuszu spodziewać notować polskiej waluty na poziomie powyżej 4 zł za dolara oraz franka. W przypadku euro-złotego spodziewać można  się około 20-groszowego spadku notowań, czyli osiągnięcie gdzieś poziomów 4,40 zł za euro.

W długim terminie, czyli pod koniec roku, w przypadku bankructwa Grecji Unia Europejska i strefa euro już wyjdzie z tego i najprawdopodobniej zapomni o Grecji zwraca uwagę dyrektor polskiego oddziału Easy Forex. Pytanie, czy bankructwo Grecji nie skłoni innych krajów zadłużonych, takich jak Hiszpania i Portugalia, do szukania podobnej drogi wyjścia z problemu. Jeśli miałoby to nastąpić, to oczywiście wtedy dalej wpływałoby to negatywnie na euro.

Jeżeli nie dojdzie do takich wydarzeń, to można się spodziewać umocnienia euro do innych walut, w tym również polskiego złotego. W dłuższym terminie Unia Europejska bez samej Grecji bardzo dobrze sobie poradzi  ocenia Andrzej Kiedrowicz, który podkreśla jednak, że jak na razie rynki raczej wierzą w kompromis niż wyjście Grecji ze strefy euro. To by oznaczało, że sytuacja na rynku walutowym nie zmieni się zbyt mocno, a kursy pozostaną na obecnych, już korzystnych dla polskich eksporterów poziomach.

Wydaje mi się, że osiągnięcie tego porozumienia pod koniec czerwca jest już wycenione przez rynki, gdyż ostatnio obserwowaliśmy dość silne umocnienie się euro w stosunku do innych walut. I dlatego w przypadku osiągnięcia takiego porozumienia oczywiście euro może się umocnić, natomiast skala tego umocnienia będzie już niewielka, z tego względu, że samo osiągnięcie porozumienia nie oznacza, że ono wejdzie w życie, gdyż jeszcze musi je przegłosować grecki parlament.

M. Sawicki: pracujemy nad zwiększeniem dochodowości polskich gospodarstw

CEO Magazyn Polska

Według resortu rolnictwa rozwiązaniem, które może zwiększyć dochodowość gospodarstw rolnych, ma być umożliwienie im prowadzenia sprzedaży bezpośredniej. Istotne jest również usprawnienie łańcucha dostaw żywnościowych, a także konsolidacja sektora przetwórczego i handlowego w eksporcie. Tu jako pierwsze na dobrej drodze do porozumienia są branża mleczarska i drobiarska. Natomiast producenci trzody chlewnej z Podlasia w ponad 80 proc. przystąpili do programu bioasekuracji, który ma wygasić ogniska choroby w Polsce.

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi ma trzy rozwiązania, która pomogą zwiększyć dochodowość polskich gospodarstw.

Pierwsze rozwiązanie dotyczy pozostawienia wartości dodanych w gospodarstwie, a więc szeroko rozumianej sprzedaży bezpośredniej – mówi agencji Newseria Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi. – Innym rozwiązaniem jest próba porozumienia się w łańcuchu dostaw żywności, mowa tu oczywiście o producentach, przetwórcach i handlowcach. Takie spotkanie odbywają się sukcesywnie w Ministerstwie Rolnictwa, także z udziałem UOKiK – mówi minister.

Polscy rolnicy mają mieć możliwość działania w ramach małego przetwórstwa, przetwarzania własnych produktów i przeznaczania ich do sprzedaży. Uchwalona w kwietniu ustawa o sprzedaży bezpośredniej wejdzie w życie od 1 stycznia 2016 r. Będzie korzystna przede wszystkim dla mniejszych gospodarstw, które ze względu na niewielką produkcję, a w związku z tym małe dochody, mają trudności w funkcjonowaniu na rynku. Obecnie, żeby sprzedawać swoje wyroby, trzeba zarejestrować działalność gospodarczą i spełniać wymogi sanitarne. Od przyszłego roku tacy rolnicy nie musieliby rejestrować działalności. Co więcej, ustawa pozwoli na to, by w ramach podatku ryczałtowego mogli sprzedawać przetworzone produkty do wartości 150 tys. euro w ciągu roku.

Ważna jest też konsolidacja sprzedażowa, czyli budowanie polskiego koszyka eksportowego na inne rynki. Przedsiębiorcy i przetwórcy z różnych branż rolniczych i innych sektorów przemysłowych czy gospodarczych mogliby wówczas razem przedstawiać szeroką ofertę towarową, która będzie widoczna na dużych rynkach, jak Chiny, Indie czy Korea Południowa – przekonuje Sawicki.

Na przeszkodzie może jednak stanąć brak zaufania między polskimi przedsiębiorcami, który utrzymuje się na jednym z wyższych poziomów w Europie. Z danych Krajowego Rejestru Długów wynika, że 47 proc. przedsiębiorców właśnie z tego względu rezygnuje z zawierania części umów. 73,5 proc. twierdzi zaś, że prowadząc działalność gospodarczą, muszą ciągle uważać, by nie zostać oszukanym.

Poziom nieufności jest wysoki, ale są już pierwsze symptomy zmian. Mamy sygnały, że może dojść do powołania wspólnego przedsięwzięcia w sektorze drobiarskim i mleczarskim – podkreśla minister.

Trudniejsze zadanie stoi przed hodowcami trzody chlewnej, którzy wciąż nie mogą wznowić eksportu do wielu krajów azjatyckich. Z racji wykrycia ognisk zapalnych Afrykańskiego Pomoru Świń (ASF) na terenie naszego kraju w lutym 2014 roku wprowadziły one zakaz importu wieprzowiny pochodzącej z Polski. Z tego powodu producenci utracili dostęp do wielu ważnych rynków zbytu, m.in. Chin, Korei, Singapuru czy Japonii. Wolumen i wartość eksportu do tych krajów spadły w ubiegłym roku o 82-85 proc.

W maju singapurska agencja weterynaryjna zadecydowała o zniesieniu embarga na polską wieprzowinę. Polska branża mięsna liczy na to, że kolejne azjatyckie kraje pójdą w ślad za Singapurem. W czerwcu polska delegacja weterynaryjna rozmawiała na ten temat z Japończykami. Do zdjęcia wszystkich embarg potrzebne jest jednak wygaszenie ognisk afrykańskiego pomoru świń.

Obecnie program bioasekuracji jest na etapie wykupu stad trzody z gospodarstw, które zrezygnowały z produkcji. Będziemy wypłacać rolnikom nie tylko równowartość rynkową kupowanych sztuk zdejmowanych z gospodarstwa, lecz także odpłatność za trzy lata nieprowadzenia produkcji trzody chlewnej – mówi Marek Sawicki.

W Polsce dotychczas wykryto 65 przypadków ASF u dzików i 3 ogniska u świń, wszystkie w Podlaskiem. Program bioasekuracji ma zlikwidować ogniska choroby. Do końca maja rezygnację z produkcji trzody chlewnej zgłosiło 277 gospodarstw, czyli niespełna jedna piąta objętych programem, gdzie hodowanych jest blisko 6 tys. sztuk trzody. Od takich rolników zostaną wykupione wszystkie sztuki świń po cenach rynkowych. Ponadto wszystkie gospodarstwa, które zdecydują się na rezygnację z hodowli, mają dostać rekompensatę w wysokości ok. 50 zł od każdej sztuki, jaką mogliby wyhodować w ciągu 3 lat. Z danych Inspekcji Weterynaryjnej wynika, że w całej strefie objętej programem bioasekuracji znajduje się 1,8 tys. gospodarstw, w których rolnicy hodują ok. 35 tys. sztuk trzody.

Duża część gospodarstw zgłosiła chęć dostosowania się do bioasekuracji, dostaną one wsparcie, a obecnie są w trakcie kontroli. Po skontrolowaniu 272 gospodarstw widać wyraźnie, że zrozumienie programu wśród rolników jest naprawdę duże – przekonuje Sawicki.

Rolnicy, którzy zdecydowali się przystąpić do programu, muszą chronić gospodarstwo przed kontaktem zewnętrznym, np. poprzez budowę podwójnego ogrodzenia o wysokości 1,5 m na podmurówce. Świnie nie mogą mieć też kontaktu ze zwierzętami domowymi. Skontrolowane gospodarstwa mogą też liczyć na środki na urządzenia do dezynfekcji mat i ubrań.

Nie będzie strajku w Przewozach Regionalnych. ARP jako inwestor strategiczny przekaże spółce 770 mln zł

CEO Magazyn Polska

Nie będzie planowanego na poniedziałek strajku Przewozów Regionalnych. Związkowcy doszli do porozumienia z zarządem w ostatniej chwili, ale to nie koniec problemów spółki. Jak podkreśla Adrian Furgalski, dobrze, że związkowcy zwracają uwagę na sytuację przewoźnika. Według niego Przewozy Regionalne wymagają głębokiej restrukturyzacji i być może całkowitej zmiany struktury działania oraz usamorządowienia.

Rzadko mi się zdarza popierać akcje protestacyjne związkowców, ale w tym przypadku uważam, że być może był to jedyny sposób zwrócenia uwagi na to, że w Przewozach Regionalnych źle się dzieje – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adrian Furgalski, wiceprezes zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – W moim przekonaniu dzisiaj znów niewiele wiemy o tej restrukturyzacji poza tym, że kukułcze jajo przerzucamy teraz z marszałków na Agencję Rozwoju Przemysłu, licząc, że może ona ten twór uratuje.

Strajku w Przewozach Regionalnych udało się uniknąć dzięki wypracowanemu w ostatniej chwili porozumieniu. W ubiegły czwartek marszałkowie 12 województw (w piątek dołączyło województwo śląskie) podpisali pięcioletnie umowy służby publicznej z przewoźnikiem. To gwarancja, że przez 5 najbliższych lat PR będą wozić pasażerów w tych województwach (choć nie na wszystkich trasach).

Marszałkowie województw wydali też zgodę na zmianę struktury własnościowej spółki – 51 proc. akcji obejmie w niej Agencja Rozwoju Przemysłu, wnosząc 770 mln zł z budżetu. Do tej pory właścicielami wszystkich udziałów były województwa. Związkowcy domagali się podpisania paktów gwarancji pracowniczych; na razie postulat ten zawiesili – zgodnie z osiągniętym porozumieniem zostaną one zawarte, gdy zgodę na restrukturyzację wyda Komisja Europejska.

Furgalski ocenia jednak, że taka restrukturyzacja nie rozwiązuje problemów Przewozów Regionalnych.

Pieniądze, które pójdą na oddłużenie, w większości trafią do PKP Energetyki i Polskich Linii Kolejowych, zostanie 160 mln zł na niepełną restrukturyzację, natomiast nie będzie pieniędzy na rozwój. Być może Agencja Rozwoju Przemysłu dokapitalizuję w kolejnych miesiącach ten podmiot, ale same Przewozy Regionalne nie są w stanie wystąpić o kredyt na modernizację taboru czy zakup nowego – wyjaśnia Furgalski.

Według niego źródłem problemów jest struktura własnościowa Przewozów Regionalnych oraz nieudana reforma tego podmiotu w 2008 r. Akcjonariusze nie mają wspólnych interesów – o ile marszałkowie sąsiednich województw mogą współpracować, o tyle oddalone samorząd nie mają potrzeby koordynacji działań. To prowadzi do chaosu, związanego również z samą wielkością rady nadzorczej spółki, w której są przedstawiciele wszystkich województw oraz trzech przedstawicieli związków.

Do tego w 2008 r. Przewozom Regionalnym zabrano Oddział Przewozów Międzywojewódzkich – najbardziej rentowną część działalności – i przekazano go PKP Intercity.

Furgalski zwraca uwagę, że to samorządy finansują działalność spółki i tylko z wojewódzkich budżetów mogą pochodzić środki na jej rozwój.

Dlatego nic dziwnego, że ci marszałkowie, którzy mają pieniądze, którzy mają duże potoki podróżnych, zdecydowali się na to, aby na swoim terenie zacząć tworzyć spółki, które stopniowo będą przejmować całą obsługę ruchu regionalnego albo już przejęły, jak na Śląsku – podkreśla ekspert. – Dzisiaj wydaje się najlepszym rozwiązaniem pozwolić marszałkom na to, aby tam, gdzie te koleje marszałkowskie już funkcjonują, mogły objąć swoim zasięgiem całe województwo. Natomiast tam, gdzie są niewielkie potoki podróżnych, np. w województwie lubelskim czy podlaskim, bez sensu jest wymagać, żeby tworzono własne spółki.

Furgalski sugeruje, że w województwach o mniejszym ruchu kolejowym samorządy mogłyby zawierać umowy z przewoźnikami z sąsiednich regionów, np. z Kolejami Mazowieckimi. Drugim rozwiązaniem jest przetarg na długoterminową umowę świadczenia usług przewozowych z wykorzystaniem taboru i pracowników Przewozów Regionalnych. W warunkach takich umów marszałkowie mogliby zobowiązywać przewoźników do inwestycji w tabor.

Taka zmiana i całkowite usamorządowienie Przewozów Regionalnych musiałoby się jednak odbyć w ramach bliskiej współpracy regionów.

Te obszary, w których działają przewozy ograniczone granicami województw, nie mogą sprowadzać się do tego, że pociąg przejeżdża granicę województwa, zatrzymuje się na najbliższej stacji i się cofa, bo marszałek kolejnego województwa stwierdził, że nie będzie dopłacał do tego przewozu na swoim terenie – przekonuje Furgalski.

W jego ocenie przy dobrym rozwiązaniu kwestii pociągów stykowych (czyli dojeżdżających do innego województwa) oraz wspólnym systemie biletowym dla wszystkich spółek kolejowych zwiększy się popularność kolei regionalnych.

Wciąż 10 mln Polaków po 50 roku życia nie korzysta z internetu. Edukacja cyfrowa ważniejsza od zakupów sprzętu

CEO Magazyn Polska

Wykluczenie cyfrowe staje się dziś jednym z najpoważniejszych problemów społecznych w Polsce. 1/3 dorosłej  populacji, czyli około 10 spośród 13 mln Polaków powyżej 50 roku życia nie korzysta z ułatwień, jakie niesie korzystanie z cyfrowych technologii. Przyszłość pomagającego im w przezwyciężaniu barier technologicznych programu Polska Cyfrowa Równych Szans zależy od tego, czy znajdą się pieniądze na szkolenia wolontariuszy.

W ocenie ludzi aktywnie walczących z wykluczeniem cyfrowym Polaków konieczna jest zmiana filozofii państwowych programów cyfryzacji kraju. Dziś kluczowa staje się kwestia edukacji cyfrowej i pomoc wykluczonym.

– Im bardziej jesteśmy zaawansowani w rozumieniu świata cyfrowego, tym bardziej widzimy, że podstawową barierą, która staje na drodze do tego, aby upowszechnić korzystanie z internetu, jest mentalność ludzi i ich stosunek do internetu. Ich rozumienie tych barier i pokonanie strachu przed technologią cyfrową, a nie sam fizyczny dostęp do internetu – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Głomb, prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”, które wspólnie z Ministerstwem Administracji i Cyfryzacji realizuje program Polska Cyfrowa Równych Szans.

Od kilku lat w Polsce działa program Polska Cyfrowa Równych Szans, którego celem było zbudowanie systemu edukacji cyfrowej dla dorosłych Polaków. Dzięki zajęciom prowadzonym przez latarników  ludzie starsi oraz osoby niemające dotąd wiedzy o sieci uczą się, jak poruszać się po internecie, korzystać z usług cyfrowych, komunikacji elektronicznej i internetu. Dotychczas prawie 3 tys. wolontariuszy przeprowadziło w całym kraju blisko 36 tys. spotkań, w których wzięło udział ponad ćwierć miliona Polaków.

Cyfrowa edukacja jest ważniejsza niż sprzęt. Prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie” zwraca uwagę na to, że w wielu gospodarstwach domowych,  w których dostęp do internetu jest doskonały, gdzie jest sprzęt, i tak z internetu nie korzystają osoby dorosłe tylko dzieci.

– Wspomagane gospodarstwa domowe właściwie ograniczały się do wykorzystania tego sprzętu przez dzieci, co oczywiście samo w sobie nie jest żadnym problemem, natomiast program był po to, żeby nie tylko osoby wykluczone cyfrowo, lecz przede wszystkim wykluczone społecznie, bo tam było bardzo rygorystyczne kryterium ekonomiczne przyznawania takiego wsparcia, mogły wejść w świat cyfrowy, a jednocześnie zwiększyć swoją pozycję na rynku pracy. Zwiększyć swoją szansę na to, żeby zarabiać i polepszyć byt tego gospodarstwa.

W ramach programu w całej Polsce powstała sieć Latarników Polski Cyfrowej. Dzięki ich pomocy ludzie niemający doświadczenia w korzystaniu z sieci przestają się jej obawiać i zaczynają dostrzegać możliwości, jakie tworzy.

– Im więcej seniorzy wiedzą na temat nowinek technologicznych, tym łatwiej im zdobywać nowe informacje i poruszać się we współczesnym świecie uważa Jolanta Dec, Latarnik Polski Cyfrowej. – Są ludzie, którzy przychodzą po to, żeby się nauczyć korzystać z wyszukiwarki, a po 2-3 miesiącach zwiedzają wirtualnie świat, wędrują po muzeach całego świata, słuchają koncertów. Odkrywają nowe możliwości i właściwie w momencie, kiedy zaczynają, nigdy nie wiadomo, jak ta droga się skończy.

Przyszłość Ruchu Latarników stoi pod znakiem zapytania i zależeć będzie od tego, czy państwo znajdzie fundusze na jego dalsze funkcjonowanie w obecnej skali. Jeśli nie, potencjał blisko 3 tysięcy wolontariuszy zostanie zmarnowany – mówią uczestnicy programu.

– Są warsztaty i szkolenia, które wzbogacają nas, ale również w ten sposób podtrzymujemy więzi, uczymy się współpracować między sobą mówi Krzysztof Łepkowski, Latarnik Polski Cyfrowej. – Oczywiście niezbędne jest wsparcie finansowe. Latarnik mimo wszystko nie jest w stanie funkcjonować i w pełni odpowiadać na zapotrzebowanie lokalne, jeżeli będzie tylko hobbystą. On musi czuć, że ma chociaż podstawowe wsparcie.

W Polsce przybywa imigrantów i wciąż będzie. Potrzebna jest polityka integracyjna

CEO Magazyn Polska

W 2008 roku ważne karty pobytu miało 77 tys. osób, w ubiegłym roku już 175 tys. Najczęściej są to osoby z Rosji i Ukrainy, ale już wkrótce nasz kraj przyjmie nieznaną jeszcze liczbę imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu. Będzie to wymagało działań integracyjnych, także w samorządach.

Na tle innych krajów mamy wciąż dosyć małą skalę imigracji, Polska jest raczej krajem emigracyjnym. Badania pokazują jednak, że z roku na rok przybywa cudzoziemców. Choć wciąż stanowią niewielki odsetek, ale w poszczególnych sektorach zaczynają odgrywać coraz większą rolę. Z tym wiążą się problemy na rynku pracy, w życiu społecznym, integracyjne. Na te potrzeby powinna odpowiadać polityka publiczna – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dominika Potkańska, analityk Programu Polityki Imigracyjnej w Instytucie Spraw Publicznych (ISP).

Dane Urzędu ds. Cudzoziemców wskazują, że od 2008 roku regularnie rośnie liczba imigrantów, którzy wybierają Polskę. Wówczas karty pobytu miało 77 tys. osób, w 2013 roku – 121 tys., a na koniec ubiegłego roku już 175 tys. Najchętniej przyjeżdżają mieszkańcy wschodniej Europy, którzy łącznie stanowią blisko połowę wszystkich imigrantów – Ukraińcy (blisko 38 tys. osób), Rosjanie (12,5 tys.), Białorusini (11 tys.) i Ormianie (blisko 5 tys.). Pokaźną grupę stanowią też Wietnamczycy (13,4 tys.).

Ekspertka podkreśla, że wpływ imigrantów na gospodarkę jest jeszcze niewielki, choć dużo zależy od sektora.

W budownictwie czy rolnictwie pracuje dużo cudzoziemców. Widać, że to sektor prac sezonowych przyciąga ich najbardziej. Ale ważne, żeby polska polityka imigracyjna zachęcała do przyjazdu poprzez stosowanie różnych instrumentów polityki publicznej, również wysoko wykwalifikowanych osób. Powinniśmy przejść od polityki nakierowanej na sezonowe cyrkulacje do budowania spójności społecznej i kapitału w dłuższej perspektywie – przekonuje ekspertka ISP.

Istotne jest też stworzenie polityki integracyjnej, bez niej cała polityka migracyjna może nie być skuteczna. To ważne, zwłaszcza że Komisja Europejska wprowadziła obowiązek dla państw członkowskich przyjęcia imigrantów z Afryki i krajów Bliskiego Wschodu. W ciągu dwóch lat do UE ma trafić 20 tys. imigrantów z obozów spoza UE, a 40 tys. ma zostać przyjętych przez inne państwa od Grecji i Włoch. Premier Ewa Kopacz zapowiedziała, że pod koniec lipca ogłosi, ile osób może przyjąć Polska, zrezygnowano bowiem z pierwotnego pomysłu narzuconych kwot, który Polsce przydzielał liczbę 2,6 tys. osób.

Zdaniem ekspertki ISP Polska powinna czerpać wzorce z państw zachodnich, gdzie prowadzona polityka pozwala na większą integrację imigrantów ze społeczeństwem, a państwo zapewnia imigrantom taki sam standard życia jak własnym obywatelom.

Polityka integracyjna powinna być budowana w sposób partnerski, zarówno przy udziale organizacji pozarządowych, jak i środowiska imigranckiego, które wie najlepiej, jakie są potrzeby integracyjne. Polityka ma być długofalowa, żeby można było rozpisać konkretne działania na dłuższy czas. Powinna być też kompleksowa i włączać instytucje z poziomu centralnego i lokalnego, a przede wszystkim być priorytetem państwa, co oznacza, że powinny być na to także przeznaczone środki – tłumaczy Dominika Potkańska.

Galerie handlowe coraz częściej wprowadzają beacony. Ich nadmiar może jednak powodować chaos informacyjny

CEO Magazyn Polska

Obecnie beacony, czyli niewielkie urządzenia emitujące sygnał odbierany przez telefony komórkowe, najczęściej wykorzystywane są przez właścicieli poszczególnych sklepów i marek. W przyszłości jednak powinny być zarządzane z poziomu galerii handlowych. Nadmiar beaconów powodować może bowiem chaos informacyjny. Konsumenci odbieraliby zbyt wiele komunikatów i byliby narażeni na spam.

– Wejście beaconów jest obecnie obserwowanym trendem – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Paweł Przetacznik, prezes zarządu Tech Cave, członek Grupy Internet Media Services.

Według niego obecnie można zauważyć dwa podejścia do tego zagadnienia: pierwszym jest umieszczanie beaconów przez poszczególne marki w swoich salonach i budowa własnych aplikacji mobilnych. Drugim jest rozwój tego rodzaju platformy komunikacji z poziomu galerii handlowych.

– Stoję na stanowisku, że powinien to być obszar, który będzie kontrolowany przez galerie – przekonuje Paweł Przetacznik. – W pewnym momencie zabronią one najemcom umieszczania dowolnej ilości beaconów w swoich sklepach. Na koniec może to bowiem wywołać chaos informacyjny i być uciążliwe dla klientów. Aplikacje mogą bowiem pushować swoimi informacjami i spamować klientów. Na razie jednak zarządzający nie sygnalizują zdecydowanego i uporządkowanego podejścia tego tematu.

Beacony to niewielkie urządzenia elektroniczne, które potrafią komunikować się z naszymi telefonami komórowymi, wysyłać powiadomienia push, uruchamiać aplikacje itp. Emitują stały sygnał, korzystając z technologii Bluetooth Low Energy (BLE). Te małe nadajniki umożliwiają nowoczesny marketing, bo przy użyciu smartfonu z odpowiednią aplikacją i włączonym Bluetoothem informują klienta o dostępnych promocjach i ofertach czy drodze dojścia do sklepu itp.

Choć same nie łączą się z internetem, to działają dzięki aplikacjom na smartfony i tablety. Prawdopodobnie już niebawem każdy smartfon i tablet będzie zdolny do współpracy z nimi. Obecnie wspierane są one na najnowszych wersjach systemu Apple&HASH39;a oraz Androida.

– Bez aplikacji mobilnej beacony nie działają, więc ich popularność zależy od rozwoju softu – zauważa Przetacznik. – Obecnie właściwie wszyscy jesteśmy już wyposażeni w smartfony. Trochę gorzej wygląda sytuacja, jeżeli chodzi o aplikacje. Klienci nie do końca zdają sobie sprawę z ich możliwości. Nie wszyscy też korzystają z nich tak szeroko.

Rozwój beaconów to jednak – zdaniem prezesa zarządu Tech Cave  proces nieuchronny. Firmy w coraz większym zakresie będą brały pod uwagę możliwości, jakie oferują te niewielkie urządzenia.

– Natomiast zwracam uwagę na to, że będą potrzebne duże nakłady na promocję konkretnego rozwiązania – wskazuje Paweł Przetacznik. – To, które będzie pierwsze i zdobędzie odpowiednią masę krytyczną użytkowników, może potem rozdawać karty i być liderem rynku. Dlatego przygotowujemy się do tego rozwiązania i próbujemy się w nie wpasować.