Polscy pasażerowie mają według Rozporządzenia 261/2004 prawo do odszkodowania lotniczego przy opóźnieniu lub odwołaniu lotu oraz nadkomplecie pasażerów. Na mocy tego samego rozporządzenia linie lotnicze mają obowiązek informowania pasażerów o przysługujących im prawach. Firma zajmująca się uzyskiwaniem odszkodowań lotniczych, refund.me, ustaliła jak bardzo różni się ilość przekazywanych przez linie lotnicze informacji. Zaledwie połowa przedsiębiorstw lotniczych publikuje informacje w języku polskim. Istnieją również różnice w łatwości odnajdywania istotnych informacji na stronach internetowych linii lotniczych.
W ramach analizy stron pod uwagę został wzięty język strony i łatwość odnalezienia informacji dotyczących praw pasażerów. Kolejnym kryterium była ilość oferowanych informacji i ich jasność. Przeanalizowane zostały linie lotnicze: LOT, Wizzair, Norwegian, Aeroflot, easyJet, airberlin, KLM, German Wings, British Airways, SAS, Lufthansa i Ryanair. Jedynie Lufthansa, Ryanair, Air Berlin, easyJet, LOT i Wizzair publikują kluczowe informacje o prawach pasażera w języku polskim. Na stronach pozostałych linii lotniczych pasażerowie mogą uzyskać informacje między innymi w języku angielskim.
Najbardziej jasne są informacje na stronie internetowej Lufthansy. Wystarczy jedno kliknięcie, aby pasażerowie odnaleźli informacje na temat praw pasażerów lotniczych. Warto wymienić tu również Norwegian i British Airways, które oferują na swoich stronach internetowych formularz, gdzie bezpośrednio może zostać złożona reklamacja. Polityka informacyjna Aeroflotu natomiast pozostawia wiele do życzenia: z trudem można odnaleźć niewielką ilość informacji na temat praw pasażerów. Brakuje również wzmianki Rozporządzenia WE nr 261/2004 Parlamentu Europejskiego i Rady.
Podobnie jest z innymi liniami lotniczymi, które nie pomagają pasażerom odnaleźć wyżej wymienionego rozporządzenia unijnego. Tylko trzy linie lotnicze udostępniają bezpośredni link do Rozporządzenie Unii Europejskiej na swoich stronach. Są to: LOT, Norwegian und Ryanair.
„Udzielanie szczegółowych i przystępnych informacji na temat praw pasażera nie leży w interesie linii lotniczych, które każdego roku muszą wypłacać miliony euro odszkodowania“, wypowiada się Eve Büchner, założycielka i CEO firmy refund.me oraz ekspert ds. praw pasażerów. „W rzeczywistości tylko około 10% polskich pasażerów jest świadomych swojego prawa do odszkodowania. W ten sposób tracą oni rocznie 21 milionów złotych w kwocie odszkodowań“.
Dwie trzecie brytyjskich klientów banków uważa tradycyjne metody zabezpieczeń kont i aplikacji mobilnych za przeżytek. Coraz bardziej popularne za to stają się rozwiązania biometryczne, takie jak pobieranie odcisków palców, rozpoznawanie głosu i wyglądu a nawet rozpoznawanie DNA.
Biometria już od wielu lat działa w służbie bankowości dostarczając produktów usprawniających lepszą identyfikację klientów. W Polsce w wielu miastach działają pojedyncze bankomaty skanujące układ naczyń krwionośnych palca, a niektóre banki zapowiadają wykorzystanie identyfikacji głosu. Na wyspach jednak takie innowacje są znacznie popularniejsze o czym świadczy najnowszy raport firmy Telstra.
Tradycyjnie najbardziej przychylni nowym technologiom są najmłodsi klienci spośród których blisko 75% deklaruje, że chętnie używa biometrycznych zabezpieczeń a prawie 70% uważa, że jest to lepsze rozwiązanie niż tradycyjny kod PIN albo hasło. Ponad połowa (52%) chętnie korzystałaby z czytnika linii papilarnych w swojej aplikacji mobilnej. Nieco mniej użytkowników opowiada się za czytnikiem tęczówki (33%), systemem rozpoznawania twarzy (30%), rozpoznawania pulsu (29%) i rozpoznawania głosu (27%). System identyfikacji klientów na podstawie pulsu jest stosunkowo nowym wynalazkiem, który testuje aktualnie brytyjski Halifax.
Ciepłe przyjęcie biometrycznych innowacji na wyspach wynika z popularnych w ostatnich latach kradzieży tożsamości. W swoim raporcie Telstra pokazuje, że ofiarami takich praktyk padło ponad 30% badanych. Takie przypadki wpłynęły na większą nieufność Brytyjczyków do tradycyjnych zabezpieczeń, takich jak PIN albo hasło.
Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.
Mzuri Investments – specjalizująca się w inwestycjach w nieruchomości na wynajem – zakończyła pierwszy etap gruntownego remontu kamienicy przy ul. Pabianickiej 35 w Łodzi. Wszystkie powstałe mieszkania zostały od razu sprzedane celem wynajmu.
Kamienica została kupiona od prywatnego właściciela przez firmę Mzuri Investments 30 pażdziernika 2013 roku. Po uprawomocnieniu pozwoleń na budowę, remont kamienicy ruszył latem 2014 roku. – Znacząco podnieśliśmy standard – mówi Jarosław Kalinowski, Dyrektor ds. Budowlanych w firmie Mzuri Investments – W momencie zakupu nie było centralnego ogrzewania, brakowało wygód, w kamienicy były stare instalacje, przeciekający dach i wiele innych niedogodności – dodaje Kalinowski. Dziś kamienica ma nowy dach, nowe instalacje, ciepło miejskie i własny węzeł cieplny, elewacja została ocieplona, wszystkie okna wymienione, a wjazdu na posesję strzeże brama. – Wprowadziliśmy tę kamienicę w XXI wiek. Mieszkańcom zapewnimy elegancki, schludny i wygodny standard życia – chwali się Kalinowski. Lokale miały bardzo atrakcyjne ceny – najtańsze 14-metrowe kawalerki kosztowały ok. 75.000 zł w standardzie „pod klucz”, czyli łącznie z wyposażeniem kuchni, łazienki (również w AGD) oraz umeblowaniem – Zależało nam nie tyle na zarobku, ile na rozbudowaniu bazy mieszkań na wynajem w Łodzi. Wydaje nam się, że jest to ważne dla przyszłości miasta – tłumaczy Artur Kaźmierczak, prezes Mzuri Investments.
Łódź jest atrakcyjnym miejscem na inwestycje w mieszkania na wynajem – jest trzecim największym miastem w Polsce pod względem liczby mieszkańców i jednym z największych w kraju ośrodków akademickich. Leży w centrum Polski przy skrzyżowaniu dwóch głównych autostrad, co wróży dobrze jej rozwojowi, zwłaszcza po ukończeniu połączenia północ – południe i obwodnicy miasta. – Wbrew obiegowym opiniom saldo migracji z Łodzi to jedynie minus 1643 osoby rocznie (znacznie mniej niż np. w Poznaniu – minus 2310 osób). W dodatku ok. 80 proc. osób opuszczających Łódź przenosi się do jej miast satelickich pracując i wydając pieniądze w Łodzi. Cała metropolia łódzka jest przy tym obszarem w miarę stabilnym demograficznie – wyjaśnia Kaźmierczak. Łódź przyciąga coraz więcej inwestycji, w tym z sektora SSC/BPO, który dla inwestorów w mieszkania jest szczególnie atrakcyjny, gdyż jego pracownicy z reguły raczej wynajmują niż kupują swoje mieszkania.
Znaleźli się już pierwsi chętni najemcy, którzy zarezerwowali mieszkania, zachęceni niskimi cenami najmu oferowanymi przez Mzuri. – Najtańsze mieszkanie można wynająć w kamienicy przy Pabianickiej już za 590 zł miesięcznie (w tym opłaty) – wyjaśnia Krzysztof Bystrosz, wiceprezes Mzuri i rodowity Łodzianin – Jest to bardzo atrakcyjna cena dla mieszkań w tej okolicy i w tak dobrym standardzie. Pierwsi najemcy wprowadzą się do mieszkań już w czerwcu.
Zachęcone sukcesem Pabianickiej, Mzuri Investments, jest w trakcie nabywania kolejnej kamienicy przy ul. Targowej w Łodzi. Tym razem działając jako udziałowiec Mzuri CFI 1, czyli platformy grupowego inwestowania w nieruchomości, którego pionierem w Polsce jest Mzuri CFI. Mzuri CFI ma na celowniku kolejne łódzkie kamienice.
Najlepiej opłacanym dyrektorem generalnym był w 2014 roku David Zaslav z Discovery Communications. Jego roczne zarobki wyniosły ponad 156 mln USD, tym samym jest on najlepiej opłacanym CEO od czasów Tima Cooka z Apple, którego wynagrodzenie w 2011 roku osiągnęło 376 mln USD.
Kolejne miejsca na podium piastują Michael Fries (Liberty Global) i Mario Gabelli (GAMCO Investors), którzy zarobili kolejno prawie 112 mln USD i 89 mln USD.
Tabela 1. Roczne wynagrodzenia całkowite dyrektorów generalnych (brutto w USD)
dyrektor generalny
firma
roczne wynagrodzenie
całkowite w USD
David M. Zaslav
Discovery Communications
156 077 912
Michael T. Fries
Liberty Global
111 914 319
Mario J. Gabelli
GAMCO Investors
88 518 411
Satya Nadella
Microsoft
84 308 755
Nicholas Woodman
GoPro
77 427 175
Gregory B. Maffei
Liberty Media & Liberty
Interactive
73 750 882
Lawrence J. Ellison
Oracle
67 261 251
Steven M. Mollenkopf
Qualcomm
60 740 592
David T. Hamamoto
NorthStar Realty Finance
60 334 396
Leslie Moonves
CBS
54 403 721
Źródło: Opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie The New York Times
Najlepiej zarabiająca kobieta w rankingu to Marissa Mayer z Yahoo. Uplasowała się na 14 miejscu z rocznym wynagrodzeniem w wysokości 42 mln USD.
Narodowy Bank Polski zaprezentował banknot o nominale 200 zł ze zmodernizowanymi zabezpieczeniami, który będzie wprowadzany do obiegu od lutego 2016 r. Banknoty o niższych nominałach zostały już zmodernizowane i od kwietnia 2014 r. pojawiają się sukcesywnie w naszych portfelach. Tym samym NBP kończy modernizację banknotów obiegowych i rozpoczyna prace nad banknotem o nominale 500 zł, który trafi do obiegu najwcześniej w 2017 r.
Banknot 200 zł jest obecnie najwyższym nominałem, a w związku z tym został wyposażony w najbardziej zaawansowane technologicznie zabezpieczenia, m.in. w nitkę okienkową z efektem zmienności optycznej (dynamiczna zmiana koloru ze złotego do zielonego). Podobnie jak w przypadku niższych nominałów projekt graficzny banknotu o nominale 200 zł nie uległ zmianie, jednak zastosowanie nowych zabezpieczeń powoduje, że różnice pomiędzy banknotami zmodernizowanej i dotychczasowej emisji będą widoczne.
NBP rozpoczyna prace nad banknotem 500 zł
Celem wprowadzenia nowego nominału jest obniżenie kosztów emisji i sprawne zarządzanie zapasem strategicznym banknotów przechowywanych przez NBP. Na nowym banknocie znajdzie się wizerunek króla Jana III Sobieskiego, dzięki czemu zostanie zachowana chronologiczna ciągłość serii „Władcy polscy”. NBP nie planuje wprowadzenia banknotów 500 zł do obiegu przed 2017 r.
Seria banknotów „Władcy polscy” zaprojektowana przez Andrzeja Heidricha, którą posługujemy się obecnie, została wprowadzona do obiegu w 1995 r. Na składających się na serię banknotach znaleźli się dotychczas polscy władcy z dynastii Piastów i Jagiellonów w kolejności chronologicznej odpowiadającej wzrostowi nominałów: Mieszko I, Bolesław Chrobry, Kazimierz Wielki, Władysław Jagiełło i Zygmunt I Stary. Producentem wszystkich polskich banknotów jest Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych.
Wprowadzone w 1995 r. zabezpieczenia oraz system zasilania obrotu gotówkowego funkcjonują bez zarzutu, a poziom fałszerstw znaków pieniężnych w Polsce jest niski. Jednak postęp technologiczny, który dokonał się w ostatnich latach, wymaga przeprowadzenia technicznej operacji polegającej na modernizacji zabezpieczeń banknotów powszechnego obiegu. Jej celem jest zwiększenie bezpieczeństwa obrotu gotówkowego w perspektywie kolejnych lat.
Nie udało się odzyskać pieniędzy od spółki? To nie koniec świata – do odpowiedzialności można pociągnąć byłych członków zarządu! Majątek osobisty prezesa nie pozwala na zaspokojenie roszczeń? Rzeczywiście nie ma pieniędzy, a może tylko ukrywa majątek? Jak skutecznie przerwać bieg przedawnienia?
Procesy sądowe o zapłatę obfitują w wiele interesujących zwrotów akcji. Dla wierzycieli są one irytujące bo oddalają perspektywę odzyskania gotówki – przyznają adwokaci Tomasz Celary i Łukasz Federwspółpracujący z Kancelarią Prawną Pragma Inkaso SA i zdradzają skuteczne sposoby, którymi wierzyciele mogą w sądzie skutecznie walczyć o swoje pieniądze.
Nie tak łatwo odzyskać należną gotówkę
Tomasz Celary
Machinacje dłużników wprawionych w unikaniu odpowiedzialności za długi oznaczają dla części wierzycieli bezpowrotnie utraconą gotówkę. Pozbawieni profesjonalnej pomocy prawnej są w takich przypadkach skazani na porażkę, ale i tak w większości sądowa egzekucja roszczeń wiąże się ze żmudnym postępowaniem dowodowym oraz długim i kosztownym procesem – podkreśla adwokat Tomasz Celary.
Dłużnik nie posiada majątku, a może go ukrywa?
Uciekanie z majątkiem to najczęściej stosowana przez dłużników strategia. Polega na zbyciu, najczęściej fikcyjnym lub przekazaniu w formie darowizny majątku na rzecz osób trzecich, zwykle najbliższych członków rodziny – wylicza Łukasz Feder. Gdy wskutek czynności prawnej dokonanej przez dłużnika ze świadomością pokrzywdzenia wierzycieli osoba trzecia uzyskała korzyść majątkową, każdy z wierzycieli może żądać uznania tej czynności za bezskuteczną względem niego. Podstawą prawną jest skarga pauliańska.
Jeżeli dłużnik działał ze świadomością pokrzywdzenia wierzycieli, a osoba trzecia o tym wiedziała lub mogła się dowiedzieć, wystąpienie z tym rodzajem powództwa jest wskazane i z dużym prawdopodobieństwem pozwoli odzyskać gotówkę. W naszej praktyce z sukcesem odzyskiwaliśmy już w ten sposób pieniądze poszkodowanych wierzycieli – przekonuje Łukasz Feder.
Przyznaje też, że przy odpowiedniej determinacji nie tak trudno dowieść świadomego działania dłużnika i jego intencji uniknięcia odpowiedzialności za długi. Instytucja skargi paulińskiej służy właśnie obronie pokrzywdzonych wierzycieli, którzy wskutek zaskarżonej czynności prawnej utracili możliwość zaspokojenia swoich roszczeń.
Bezskuteczna egzekucja wobec spółki? Nie wszytko stracone!
Bezskuteczna egzekucja wobec spółki zwykle nie ma nic wspólnego z manipulacjami, ale i tak oznacza dramat dla rzeszy wierzycieli. W przypadku upadłości likwidacyjnej po prostu rzadko starcza majątku na zaspokojenie roszczeń wszystkich wierzycieli. Tomasz Celary przekonuje jednak, że to wcale nie musi przekreślać szans na odzyskanie gotówki i zachęca do korzystania z możliwości jakie stwarza instytucja uregulowana w art. 299 kodeksu spółek handlowych.
– Odpowiedzialność osobista członków zarządu oznacza, iż odpowiadają oni swoim majątkiem prywatnym za całość zobowiązań spółki, solidarna – że wszyscy przedstawiciele spółki z o.o. odpowiadają za cały dług. Przesłanką do dochodzenia odpowiedzialności wobec członka zarządu jest stwierdzona bezskuteczność egzekucji wobec spółki.Jeżeli można przypuszczać, że majątek osobisty członków zarządu pozwoli odzyskać pieniądze zwykle przekonuję wierzycieli do skorzystania z tej możliwości – podkreśla Tomasz Celary.
Czas ma znaczenie
Dużym zagrożeniem dla skutecznego egzekwowania roszczeń jest długa pobłażliwość wierzyciela, która może doprowadzić do przedawnienia długu. Jeżeli po upływie określonych ustawowo terminów dłużnik podniesie przed sądem zasadny zarzut przedawnienia, to tego rodzaju zobowiązanie można zaliczyć w poczet długów straconych. Z tego powodu warto wiedzieć, że dla roszczeń wynikających z prowadzenia działalności gospodarczej termin przedawnienia wynosi 3 lata, ale już w przypadku roszczeń o zapłatę za sprzedaż rzeczy w ramach przedsiębiorstwa tylko 2 lata i raptem rok dla długów wynikających z umowy przewozu i spedycji.
Przedsiębiorca może przerwać bieg przedawnienia poprzez złożenie do sądu pozwu o zapłatę lub wniosku o zawezwanie dłużnika do próby ugodowej – wiąże się to ze znacznie niższymi kosztami, a daje ten sam efekt tzn. nawet jeżeli nie doprowadzi do zawarcia ugody to przerwie bieg przedawnienia. Przerywa go również uznanie długu. Uznaniem długu jest np. zawarta między stronami umowa, w której potwierdzają istnienie długu i jego wysokość. Uznaniem długu może być również pisemne zwrócenie się przez dłużnika do wierzyciela z prośbą o rozłożenie należności na raty – wyjaśnia Łukasz Feder.
Prawnicy z Kancelarii Prawnej Pragma Inkaso twierdzą, że sytuacja beznadziejna to wyłącznie stwierdzona niewypłacalność dłużnika. Wszędzie tam gdzie dłużnik posiada majątek, z którego można zaspokoić zasadne, bezsporne i nieprzedawnione roszczenie jest kwestią czasu. W każdym przypadku dużym wsparciem jest doświadczenie kancelarii wyspecjalizowanej w sądowym dochodzeniu roszczeń wynikających z obrotu gospodarczego.
Nowe technologie to jeden z obszarów przyczyniających się do znacznego wzrostu cywilizacyjnego. Ich rozwój jest aktualnie najszybszy w historii. Wyznaczają dynamikę jakości życia poprzez wprowadzanie innowacyjnych produktów i usług. Stworzenie tej nowoczesności nie byłoby możliwe gdyby nie działania badawczo-rozwojowe prowadzone przez ośrodki naukowe, fundacje, instytuty i korporacje
Badania i rozwój (B+R) to znaczący aspekt pochłaniający sporą część przychodów dużych międzynarodowych koncernów (takich jak Google, Cisco, Microsoft, SAP), ponieważ stworzenie i wdrożenie nowych produktów na rynku pozwala zdobyć przewagę konkurencyjną i ugruntować pozycję lidera osiągając dobrą reputację wśród klientów. Działalność B+R coraz częściej jest także domeną małych i średnich firm, w tym start-upów, które korzystają z programów dotacji rządowych i unijnych. Chociaż działania polskich władz w tym zakresie kojarzą się raczej z rozdzielaniem pieniędzy z UE, rzadziej dotowaniem z programów poszczególnych ministerstw i brakiem elastycznego podejścia do ulg podatkowych skierowanych do rodzimych firm (z podatku za to zwalniani są zagraniczni przedsiębiorcy), to w praktyce okazuje się, że inicjatywa ze strony polskiej administracji jest bardziej przekrojowa i wielopłaszczyznowa.
Skąd pozyskać środki na B+R?
W zakresie działań B+R najbardziej znaczącą instytucją w Polsce jest Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR) podlegające Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego. To właśnie NCBiR jest odpowiedzialne za rozdysponowanie środków unijnych w ramach dotacji dla przedsiębiorstw. Dofinansowanie UE przewidziane na lata 2014-2020 uwzględnia wielką pulę na działania B+R w ramach kilku programów, ale przede wszystkim Programu Inteligentny Rozwój (PO IR). Jego budżet wynosi ponad 35 mld złotych, a główny cel to wzrost innowacyjności polskiej gospodarki przez zwiększenie nakładów na badania i rozwój ponoszonych przez przedsiębiorstwa. Szczególny akcent jest położony na rozwój nowoczesności, zwłaszcza poprzez zwiększenie komercjalizacji wyników badań i zastosowania ich w gospodarce (wdrażanie nowych produktów i usług). W ramach PO IR rozpisano osiem konkursów, w tym m.in. Działanie 1.1 Projekty B+R przedsiębiorstw z poddziałaniami: Prace B+R związane z wytworzeniem instalacji pilotażowej/demonstracyjnej; Badania przemysłowe i prace rozwojowe realizowane przez przedsiębiorstwa (warto zaznaczyć, że wsparcie kierowane jest zarówno do MSP, jak i dużych firm); Poddziałanie 4.1.4 Projekty aplikacyjne (zwiększenie skali wykorzystania nowych rozwiązań technologicznych niezbędnych dla rozwoju przedsiębiorstw oraz poprawy ich pozycji konkurencyjnej); Demonstrator (z którego można uzyskać dofinansowanie na projekty demonstracyjne i instalacje prezentujące efekty badań, budżet konkursu to 830 mln zł); Innomed (dotyczący prac rozwojowych nad rozwiązaniami w zakresie medycyny nowoczesnej, budżet to 300 mln zł); Innolot w ramach Działanie 1.2 Sektorowe programy B+R skoncentrowany na wsparciu prac rozwojowych w lotnictwie. Na uwagę zasługują konkursy spoza PO IR, które dotyczą komercjalizacji efektów prac naukowych, w tym konkurs Go Global skierowany do MSP z sektora wysokiej i średnio-wysokiej technologii. Przeznaczeniem dotacji ma być przede wszystkim stworzenie warunków do wejścia lokalnych przedsiębiorstw na rynki międzynarodowe. Maksymalna wartość dofinansowania projektu wynosi 150 tys. zł. Niemałe środki będą rozdysponowane również w ramach finansowania badań stosowanych w ramach programów strategicznych. Wyróżnić tutaj można zwłaszcza: Strategmed, którego celem jest postęp w zwalczaniu chorób cywilizacyjnych poprzez implementację nowoczesnej profilaktyki, diagnostyki, metod leczniczych i rehabilitacyjnych. Budżet programu to 800 mln zł. Biostrateg z kolei dotyczy wsparcia badań w obszarach związanych ze środowiskiem naturalnym, rolnictwem i leśnictwem, a przewidziany budżet programu to 500 mln. zł. Konkurs Lider z kolei został zaadresowany do młodych ludzi, którzy chcą poszerzyć swoje horyzonty w zakresie zarządzania realizacją projektu badawczego, w tym w kierowaniu własnym zespołem naukowym. Założeniem programu jest inicjowanie i umacnianie kooperacji między naukowcami, a przedsiębiorcami. Interesującą ofertę dotacji zawiera projekt pilotażowy E-pionier w ramach programu Polska Cyfrowa (PO PC) Działanie 3.3. Celem konkursu jest stymulowanie potencjału zdolnych programistów dla zwiększenia zastosowania rozwiązań cyfrowych w administracji i gospodarce. To pierwsza ogólnokrajowa inicjatywa zakładająca finansowanie powstawania rozwiązań w modelu zamówień przedkomercyjnych (PCP – pre-commercial procurement). Konkurs jest ciekawy ze względu na start-upową grupę docelową, ponieważ będzie realizowany we współpracy z wyspecjalizowanymi akceleratorami. Na fundusze mogą liczyć projekty ICT skoncentrowane na rozwiązywaniu ważnych problemów społecznych lub gospodarczych. Budżet programu to 100 mln zł. Ponadto oferowanych jest dziesięć programów międzynarodowych dotyczących m.in. badań obejmujących zagadnienia z zakresu logistyki i łańcuchów dostaw, technologii materiałowych, surowców nieenergetycznych, czy ICT w obszarze wspierania osób starszych. Warto wspomnieć jeszcze o grantach rządowych Ministerstwa Gospodarki przyznawanych na podstawie Programu wspierania inwestycji o istotnym znaczeniu dla gospodarki polskiej na lata 2011 – 2020. Przedsiębiorcy mogą ubiegać się wsparcie z tytułu tworzenia nowych miejsc pracy oraz realizacji inwestycji na terenie kraju.
Finansowanie działań B+R dla start-upów
Instytucją wspierającą rozwój obszaru B+R jest Polski Instytut Badań i Rozwoju. Jego zadanie polega na promowaniu nowych rozwiązań technologicznych, a także występowanie w roli partnera podczas ich komercjalizacji. PIBiR współpracuje z wieloma przedsiębiorstwami produkcji przemysłowej, funduszami specjalizującymi się w finansowaniu i wdrażaniu innowacji, a także z inwestorami indywidualnymi oraz partnerami medialnymi. Dzięki temu stanowi most łączący naukowców z przemysłem, pomagając urzeczywistniać nowoczesne rozwiązania poprzez wyprowadzenie rezultatów badawczych z laboratoriów do gospodarki. Nie bez znaczenia jest fakt, że instytut aktywnie pomaga w pozyskiwaniu dotacji na realizację projektów badawczych dla firm ze środków krajowych, unijnych oraz innych źródeł finansowania. Wspólnie z NCBiR prowadzi także własny program inwestycyjny Bridge Alfa, w ramach którego weryfikuje koncepcje projektów i sponsoruje ich dalszy rozwój, aż przekształcą się w niezależne spółki. W kolejnych etapach rozwoju spółek uczestniczą już fundusze venture capital. Bridge Alfa stanowi więc swego rodzaju fundusz zalążkowy. To oferta skierowana szczególnie dla start-upów, ponieważ proces inwestycyjny zakłada preinkubację, inkubację i komercjalizację.
Administracja wspiera innowacje nowymi programami
Na polu rozwoju przedsiębiorczości praktyczne działania podejmowane są przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, które powołało i finansuje program Top 500 Innovators, mający na celu podniesienie kompetencji pracowników naukowych i ośrodków badawczych w zakresie kooperacji z podmiotami gospodarczymi i komercjalizacją swoich przedsięwzięć. Zamiarem tych działań jest zapewnienie przenikania wyników prac B+R do gospodarki. Laureaci programu otrzymują możliwość wyjazdu na staże i szkolenia zagraniczne (m.in. do Doliny Krzemowej). Pobudzenie współpracy nauki z biznesem jest aktualnie priorytetowym celem działań rządu w kwestii wsparcia innowacyjności. Stworzenie dogodnych warunków zbliżenia tych dwóch środowisk ma dać impuls do szybszego rozwoju polskich technologii i ich powszechnego wykorzystania.
Wśród rozmaitych programów skierowanych do MSP znajdują się także te związane z podnoszeniem kwalifikacji i rozwojem kapitału ludzkiego. Fundacja Edukacyjna Perspektywy wraz z Ministerstwem Administracji i Cyfryzacji oraz Ambasadą amerykańską przygotowała pierwszy w Polsce program mentoringu kobiecego skierowany głównie do absolwentek uczelni technicznych. Celem jest stworzenie właściwych warunków do budowania kobiecych karier w płaszczyźnie STEM (Science, Technology, Engineering, Mathematics). Charakterystyczne dla programu jest to, że w roli mentorów występują kobiety sukcesu reprezentujące powyższe branże, a każda uczestniczka będzie bezpośrednio „prowadzona” przez daną mentorkę w toku osobistych spotkań i realizować będzie wyznaczone cele.
Rząd stara się także pozyskać strategicznych partnerów, którzy pomogą w rozwoju rodzimej branży technologicznej. W tym celu Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego wspólnie z Departamentem Stanu USA powołało program „U.S.-Poland Innovation Program PLUS-IP”. Jego celem jest utworzenie platformy kooperacji w zakresie innowacji i umożliwienie kontaktów między polskimi oraz amerykańskimi środowiskami akademickimi, biznesowymi, firmami high-tech a przedstawicielami władzy. Projekt ma wzmocnić nowoczesny ekosystem Polski i przynieść korzyści obu krajom głównie za sprawą wspólnie prowadzonych projektów badawczych.
Polskie firmy chcą wydawać więcej na B+R
Aktualnie Polska wydaje na B+R zaledwie około 0,9 proc. PKB, a według strategii rozwoju przedsiębiorczości do 2020 roku współczynnik ten ma wzrosnąć do 2 procent. W Europie liderami są Finowie i Szwedzi, wydający na B+R około 3,5 procent PKB. Przy wprowadzeniu naszego kraju na drogę innowacji niezbędne jest stworzenie inicjatyw umożliwiających wzrost poziomu wydatków polskich firm na badania i rozwój. Komisja Europejska i Europejski Bank Inwestycyjny dostrzegają potrzebę wprowadzenia ulg podatkowych, które stanowiłyby zachętę dla polskich przedsiębiorstw. Według raportu Deloitte z lipca 2014 r. (Badania i rozwój w Polsce) zwiększyła się liczba firm, które deklarują wzrost wydatków na B+R w stosunku do 2013 r. ale jednocześnie odnotowaliśmy spowolnienie dynamiki wzrostu wydatków na badania i rozwój. Coraz większa liczba przedsiębiorstw realizuje projekty wspólnie z zewnętrznymi centrami badawczymi (wzrost z 66 proc. do 82 proc.), co może wskazywać, że inicjatywy zbliżenia biznesu i nauki zaczynają odnosić skutek. Od 2013 r. nastąpiły zmiany w sposobie definiowania przez przedsiębiorstwa działań badawczo-rozwojowych. W 2014 r. największa liczba respondentów (55,6 proc.) wskazała, iż działalność ta obejmuje zmiany, ulepszenia istniejących produktów, procesów oraz usług służące poprawie wydajności i udoskonaleniu właściwości tych produktów, procesów i usług. 48,6 proc. ankietowanych prowadzi działalność B+R mającą na celu rozwój nowych produktów, procesów i usług, co oznacza spadek z 78 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Jeszcze bardziej zmniejszyła się liczba respondentów, którzy uznali, że B+R to wspólna realizacja projektów badawczych ukierunkowanych na doskonalenie bądź rozwój nowych produktów, procesów i usług z innymi spółkami grupy kapitałowej.
Nie tylko dotacje, potrzebne też ulgi podatkowe na B+R
Przedsiębiorstwa w Polsce zaznaczają potrzebę wprowadzenia ulg podatkowych związanych z działalnością B+R. Z badań Konfederacji Lewiatan dotyczących firm z sektora MMŚP wynika, że prawie 20 proc. z tych przedsiębiorstw uważa, że ulga podatkowa zachęciłaby je do zaangażowania się w działalność badawczo-rozwojową. Tendencję tę zaczynają dostrzegać władze, które zapowiedziało wprowadzenie zachęt podatkowych już w 2016 r. co wydaje się nazbyt optymistycznym założeniem. Aktualnie przedsiębiorcy mają dwie możliwości dotyczące ulg: odliczenie od podstawy opodatkowania 50 proc. wydatków na zakup innowacyjnej technologii oraz comiesięczne odpisy od podstawy opodatkowania w wysokości do 20 proc. przychodów z tytułu działalności B+R z zastrzeżeniem, że firma posiada status Centrum Badawczo-Rozwojowego. Jak pokazują światowe doświadczenia, najbardziej skuteczną formą stymulowania firm do zwiększania wydatków na B+R jest system hybrydowy, czyli połączenie ulg podatkowych z dotacjami i grantami.
Zgodnie z prowadzoną w UE strategią EUROPA 2020, nakład środków na działania badawczo-rozwojowe w Polsce musi zostać zwiększony do 2 proc. PKB w 2023 r. Według polskiego rządu już za niecałą dekadę tylko połowa tych pieniędzy będzie pochodzić z budżetu państwa, podczas gdy reszta będzie finansowana przez firmy. Z pewnością nie będzie to możliwe, jeśli w porę nie zostaną wprowadzone zachęty podatkowe, a być może dalsze udogodnienia dla przedsiębiorców.
Z ubiegłorocznego raportu Gartnera wynika, że komputer stacjonarny jest wciąż najpopularniejszym urządzeniem wykorzystywanym do pracy, także tej zdalnej. Co zrobić, by uniknąć wycieku firmowych danych? Jak edukować pracowników i jakie technologie wdrażać?
Mariusz Rzepka, dyrektor Fortinet na Polskę, Białoruś i Ukrainę
Telepraca to światowy trend, który coraz bardziej widoczny jest także w polskich firmach. Nic w tym dziwnego, ponieważ model ten oferuje wiele korzyści dla obu zainteresowanych stron. Pracownicy są bardziej elastyczni i dostępni, nie tracąc przy tym czasu na dojazdy do pracy, a pracodawcy ograniczają koszty operacyjne. Nawet firmy, które otwarcie nie promują telepracy, dostrzegają jej zalety np. w trakcie podróży pracownika lub choroby jego dziecka.
Oprócz widocznych plusów, praca zdalna niesie ze sobą jedno, często nieoczywiste dla pracodawcy zagrożenie w postaci wycieku bądź utraty strategicznych danych przedsiębiorstwa. Jak zatem zabezpieczać środowisko pracy poza firmową siecią?
Ważne jest, aby stosować kompleksowe podejście do zabezpieczeń punktów końcowych i dostępu zdalnego zamiast zastanawiać się, czy pracownicy stosują coś więcej niż tylko szyfrowanie WEP oferowane w standardzie przez każdy domowy router. Oto kilka sposobów na stworzenie bezpiecznego środowiska pracy zdalnej bez względu na lokalizację.
Używaj sieci VPN
To najważniejszy postulat. Niezależnie od tego, w jaki sposób pracownik uzyskuje dostęp do zasobów przedsiębiorstwa, jeśli używa do tego odpowiednio wdrożonego tunelu VPN, pobierane i wysyłane przez niego treści są bezpieczne. Dostępne są również sieci VPN oferowane jako usługa, które służą do zabezpieczania sesji na urządzeniach mobilnych za pośrednictwem publicznej sieci Wi-Fi, przy czym stworzenie sieci VPN pod kontrolą przedsiębiorstwa jest łatwiejsze, tańsze i bezpieczniejsze niż poleganie na sieci VPN działającej w chmurze publicznej.
Wymagaj instalacji programów antywirusowych i ich aktualizowania
Instalowanie aktualizacji programów antywirusowych i poprawek do systemów operacyjnych nie znajduje się na liście zadań pracowników, dlatego wdrożenie usług, które automatycznie zainstalują aktualizacje na klientach znajdujących się poza siecią przedsiębiorstwa jest bardziej niż wskazane.
Zablokuj korzystanie z usług przechowywania danych w chmurze publicznej
Jako że usługi takie jak Dropbox czy Google Drive mają coraz więcej funkcji i są coraz łatwiejsze w obsłudze, użytkownicy mogą ulec pokusie i przesyłać pliki służbowe do chmury. Niestety po odejściu pracownika z firmy pracodawca nie ma możliwości sprawdzenia, czy zasoby przedsiębiorstwa nie pozostały na komputerze w jego biurze domowym. Blokada dostępu do takich usług podczas korzystania przez pracowników z sieci przedsiębiorstwa zapewnia ochronę danych.
Zainwestuj w narzędzia eliminujące zgrywanie plików na przenośne dyski
Gdy pracownik nie będzie mógł przesłać plików do swojego Dropboxa bądź innego folderu w chmurze, prawdopodobnie zechce zgrać je na pendrive lub inny nośnik wymienny w celu późniejszego skorzystania z nich w domu. Takie nośniki mogą być siedliskiem wirusów. Co zrobić? Najlepiej zakupić oprogramowanie klasy biznesowej do bezpiecznego synchronizowania i udostępniania plików oraz do współpracy.
Jeśli to możliwe, zabezpiecz środowisko pracy
O ile nie jest możliwe odwiedzenie każdego użytkownika w jego domu, zainstalowanie punktu dostępu z optymalnymi ustawieniami bezpieczeństwa, a następnie centralne zarządzanie nim, można poprosić pracowników zdalnych o wdrożenie silnego szyfrowania na domowych routerach. Nawet jeśli będzie to oznaczać konieczność przeprowadzenia użytkownika krok po kroku przez proces instalacji lub zakupienia punktów dostępu 4G (które domyślnie używają szyfrowania), warto zapewnić względne bezpieczeństwo sieci domowych.
Bezpieczeństwo zaczyna się od edukacji
Nawet specjaliści ds. bezpieczeństwa i hakerzy nie rodzą się ze swoją wiedzą. Dlatego nie powinniśmy wymagać od pracowników, że będą w stanie uniknąć najnowszych ataków.
Niestety często w tę pułapkę wpada kadra zarządzająca przedsiębiorstwa. Większość firm stosuje firewalle, systemy zapobiegania włamaniom i ochronę przed szkodliwym oprogramowaniem w celu zabezpieczenia swoich sieci, ale ignoruje najsłabsze ogniwo w łańcuchu bezpieczeństwa: człowieka. Nawet największe przedsiębiorstwa dysponujące solidnymi zabezpieczeniami mogą zostać narażone na ryzyko, gdy niczego nieświadomy użytkownik padnie ofiarą wyrafinowanego ataku wykorzystującego techniki inżynierii społecznej, nieopatrznie ujawniając dane logowania lub wprowadzając złośliwe oprogramowanie do firmowej sieci.
6 ½. Miej strategię
Zastosowaliśmy w tym punkcie ułamek, gdyż ten postulat powinien być oczywisty. Niemniej niedawno przeprowadzone badania pokazują, że wiele przedsiębiorstw nie ma strategii w zakresie urządzeń osobistych, biur domowych oraz zdalnego dostępu do sieci i zasobów przedsiębiorstwa. Być może ten punkt powinien być numerem jeden, gdyż dobra, przemyślana strategia, akceptowalna zarówno dla działu informatycznego, jak i pracowników, stanowi fundament bezpieczeństwa. Aby wdrażać technologie, przedsiębiorstwa potrzebują strategii!
Mariusz Rzepka, dyrektor Fortinet na Polskę, Białoruś i Ukrainę.
Firma doradcza Deloitte rozwija się i wzmacnia swoje struktury w Warszawie. Od czerwca br. nowym Partnerem w dziale audytu została Monika Jakubczyk. Szymon Urbanowicz został Partnerem odpowiedzialnym za zarzadzanie ryzykiem przedsiębiorstw.
Monika Jakubczyk posiada wieloletnie doświadczenie audytorskie zdobyte w Polsce jak i w Stanach Zjednoczonych, gdzie pracowała w biurze Deloitte w Nowym Jorku. Nadzoruje i kieruje badaniami sprawozdań finansowych jak również projektami doradztwa rachunkowego polskich spółek publicznych oraz międzynarodowych korporacji.
Specjalizuje się w Międzynarodowych Standardach Sprawozdawczości Finansowej (MSSF) oraz Amerykańskich Standardach Sprawozdawczości Finansowej. Jest także odpowiedzialna za współpracę Deloitte ze Stowarzyszeniem Emitentów Giełdowych i Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie w zakresie konferencji dotyczących sprawozdawczości MSSF, jak również autorem licznych publikacji związanych z tematyką MSSF.
Monika jest członkiem Brytyjskiego Stowarzyszenia Biegłych Rewidentów (ACCA). Ukończyła MBA na Politechnice Warszawskiej organizowane we współpracy z London Business School. Jest członkiem Klubu Deloitte SheXO skierowanego dla kobiet biznesu oraz liderem wewnętrznego Programu Mentoringu Rodzicielskiego.
„Monika od lat jest ważną częścią zespołu Deloitte. Jej udział w budowaniu naszego sukcesu na rynku audytu jest bezsprzeczny. Szczególnie jej współpraca ze spółkami publicznymi pozwoliła nam zdobyć pozycję lidera wśród firm audytorskich, badających firmy z warszawskiego parkietu” – mówi Radosław Kuboszek, Partner Zarządzający działem Audytu Deloitte.
Nowy Partner Szymon Urbanowicz odpowiedzialny za zarzadzanie ryzykiem przedsiębiorstw, wcześniej był odpowiedzialny za usługi w zakresie audytu wewnętrznego oraz zarządzania ryzykiem korporacyjnym i finansowym. Posiada wieloletnie doświadczenie we wdrażaniu rozwiązań w zakresie ryzyk finansowych, kredytowych, płynności oraz zarządzania skarbem.
Wraz ze swoim zespołem ekspertów świadczy również usługi audytu procesów gospodarczych oraz implementacji zintegrowanego podejścia do zarządzania ryzykiem.
Nowy Partner w Deloitte jest odpowiedzialny za rozwój systemu informatycznego Exante, który jest wykorzystywany przez wiodące polskie przedsiębiorstwa i grupy kapitałowe do zarządzania ryzykiem rynkowym. Szymon Urbanowicz ukończył Politechnikę Szczecińską oraz program Advanced Management Program w IESE Business School.
„Ze swoją wiedzą i doświadczeniem Szymon wraz z zespołem, którym kieruje, dostarcza klientom szerokie i zintegrowane portfolio usług w obszarze zarządzania ryzykiem. Firma Deloitte wspiera pracowników, którzy stale rozwijają swoje kompetencje. Jestem przekonany, że jego unikatowa wiedza będzie efektywnie wykorzystana we współpracy z klientami” – mówi Zbigniew Szczerbetka, Partner zarządzający działem konsultingu Deloitte w Europie Środkowej.
Z wyjątkiem kredytów ratalnych i funduszy inwestycyjnych, ponad 90 proc. produktów bankowych jest sprzedawanych w oddziałach. Klienci bardzo często wybierają wizytę w placówce nawet po to, by zlecić przelew i sprawdzić przy okazji saldo na rachunku. Tymczasem utrzymanie średniej wielkości oddziału to koszt sięgający nawet miliona złotych rocznie. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte ponad 80 proc. Polaków jest skłonna korzystać ze zdalnych kanałów obsługi, ale migracja ta musi być inspirowana przez banki.
Utrzymujący się niski poziom stóp procentowych, obniżony poziom opłat za transakcje kartowe, zwiększona składka na BFG oraz zmiany regulacyjne wywierają dużą presję na przychody banków. Tymczasem koszty utrzymania instytucji bankowych nie maleją. „Z naszych wyliczeń wynika, że utrzymanie średniej wielkości oddziału, zatrudniającego 6-7 osób, to wydatek około miliona złotych w skali roku. Koszt ten utrzymuje się na stałym poziomie na przestrzeni około 8 lat” – wyjaśnia Piotr Sadza, Dyrektor w Sektorze Instytucji Finansowych Deloitte.
Presja na efektywność finansową oddziałów idzie w parze z rozwojem nowych technologii, które umożliwiły powstanie alternatywnych w stosunku do oddziału kanałów sprzedaży i obsługi klienta. „Nowoczesne technologie dostarczają narzędzi do budowania bliższych relacji z klientem, personalizowania oferty bankowej na nieznaną wcześniej skalę czy dotarcia do klienta najwygodniejszymi dla niego kanałami. Jak jednak wynika z naszego badania, oddziały wciąż stanowią istotny element nowego modelu wielokanałowej obsługi klientów.– mówi Dariusz Szkaradek, Partner, Lider Sektora Instytucji Finansowych w Polsce Deloitte. „Banki muszą odpowiadać na potrzeby zarówno klientów przyzwyczajonych do oddziałów, jak i tych, których gotowość do migracji do kanałów zdalnych rośnie” – dodaje.
Do banku idziemy nawet po to by sprawdzić saldo
Z badania przeprowadzonego przez Deloitte wynika, że z wyjątkiem jednostek funduszy inwestycyjnych, kredytów ratalnych i samochodowych, oddziały bankowe w Polsce odpowiadają za ponad 90 proc. sprzedaży produktów bankowych. W przypadku zakładania ROR-ów odsetek ten sięga aż 95 proc. Proste transakcje bezgotówkowe, takie jak przelewy, zlecenia stałe czy sprawdzenie historii rachunku blisko połowa respondentów również realizuje w oddziałach. Do bieżącej obsługi pozostałych poza ROR produktów, dziewięciu na dziesięciu badanych także wskazuje oddział. Tylko jedna piąta badanych korzysta w tym obszarze również z bankowości internetowej. Bardzo niewielki odsetek, bo jedynie 1-3 proc. (w zależności od produktu) preferuje aplikacje mobilne.
Dopuszczamy możliwość zakupu kolejnych produktów w kanałach zdalnych
Pomimo bardzo konserwatywnych przyzwyczajeń, około 70 proc. klientów dopuszcza możliwość zakupu kolejnych produktów finansowych w kanałach zdalnych, zaś ponad 80 proc. mogłoby w ten sposób obsługiwać już posiadane produkty. Wskazuje to na bardzo duże możliwości kształtowania przez banki ich modeli sprzedaży i obsługi klienta, choć musi się z tym wiązać aktywna polityka migracji klientów. Zaledwie 6 proc. klientów korzystających z usług bankowych głównie w oddziale, wskazało bowiem kanały zdalne jako preferowane przy zakupie kolejnych produktów finansowych. W przypadku obsługi, odsetek ten wynosi od 10 do 24 proc. w zależności od typu produktu i charakteru realizowanej czynności. Jeżeli chodzi o transakcje gotówkowe, to Polacy w 78 proc. korzystają już z bankomatów i są gotowi ograniczyć lub prawie całkowicie zrezygnować z wypłat gotówki realizowanych w oddziałach. Zupełnie inaczej wyglądają wpłaty na rachunek, które w 80 proc. realizowane są za pośrednictwem oddziałów. Upowszechnienie wpłatomatów wydaje się przy tym znacznie trudniejszym zadaniem, co wynika bardzo często z niedostatecznego zaufania i zawodności dostępnych dzisiaj rozwiązań technicznych.
Najważniejszy bezpośredni kontakt z pracownikiem banku
63 proc. klientów korzystających z oddziałów wskazało na potrzebę bezpośredniego kontaktu z pracownikiem banku. Bardzo często oczekują oni od doradcy kompetentnej porady (37 proc.) oraz pomocy w wypełnieniu dokumentów wymaganych przez bank (34 proc.). Dla niemal jednej trzeciej klientów ważne jest to, że mogą otrzymać papierową umowę lub potwierdzenie złożonych dyspozycji. Klienci korzystają również z oddziałów w sytuacjach, kiedy nie są w stanie załatwić swoich spraw finansowych innym kanałem. Taką odpowiedź wskazało 27 proc. badanych, co może wskazywać, że cały czas istnieje duże pole do poprawy procesów obsługi klienta w kanałach zdalnych.
5 segmentów klientów różniących się pod względem preferencji kanałowych
Analiza preferencji kanałowych ujawniła pięć segmentów klientów. Około 15 proc. stanowią klienci oddziałowi wykazujący bliską zeru skłonność do migracji do innych kanałów obsługi. Niewiele mniej konserwatywna jest kolejna grupa 20 proc. klientów, bardzo istotnych dla banków z powodu posiadania przez nich dużej liczby produktów bankowych. Zaledwie 6 proc. stanowią znajdujący się na drugim biegunie klienci nowocześni, którzy już dzisiaj w dużym stopniu obsługują swoje bankowe potrzeby poza placówkami. Pozostałe dwie grupy klientów są stosunkowo otwarte na eksperymentowanie z kanałami zdalnymi, przy czym z reguły wynika to z ich niewielkiego doświadczenia z usługami finansowymi i ograniczonych dotychczas kontaktów z bankami. Co ciekawe, pomimo wyraźnych różnic preferencji, badanie nie wykazuje istnienia prostych i jednoznacznych zależności demograficznych, co czyni identyfikację potrzeb klientów w zakresie preferowanych przez nich kanałów obsługi o wiele trudniejszą.
Placówka w bezpośredniej okolicy miejsca zamieszkania
Badanie Deloitte pokazało, że aż 2/3 klientów jest gotowych poświęcić na dotarcie do oddziału nie więcej niż 15 minut w przypadku prostych spraw związanych z ROR lub lokatą. Większy odsetek deklaruje akceptację dla dłuższego czasu dotarcia do placówki w przypadku zakupu lub obsługi bardziej złożonych produktów, takich jak kredyt hipoteczny. 60 proc. klientów oczekuje, że oddział ich banku będzie zlokalizowany w pobliżu ich miejsca zamieszkania. Podobny odsetek respondentów preferuje wizyty w placówce w godzinach popołudniowych, po pracy. Około 1/4 klientów chciałaby odwiedzać placówki swojego banku w godzinach porannych w drodze z domu do pracy.
Poważne i tradycyjne postrzeganie instytucji finansowej
Zaledwie 16 proc. klientów byłoby zainteresowanych zakupem w oddziale produktów niefinansowych pod warunkiem, że nie stoją one w sprzeczności z powagą tej instytucji. Najczęściej wymieniali oni sprawy urzędowe, porady prawne oraz usługi telekomunikacyjne. Respondenci niechętnie natomiast widzieliby oddział w charakterze sklepu wielobranżowego, gdzie mogliby nabyć bilety, usługi turystyczne lub rozrywkę.
Konsekwencje dla sektora finansowego
Badanie przeprowadzone przez Deloitte wskazało na bardzo tradycyjne i konserwatywne przyzwyczajenia klientów w zakresie wykorzystywanych kanałów sprzedaży i obsługi produktów finansowych. Z drugiej strony widać wyraźnie, że choć oddział pozostaje kluczowym kanałem, klienci są gotowi do stopniowej migracji do kanałów zdalnych. „Z perspektywy banków oznacza to konieczność wyboru optymalnej strategii kanałowej oraz przeprowadzenie szeregu działań zmierzających do poprawy jakości i kompleksowości obsługi klienta we wszystkich kanałach, przy jednoczesnym zapewnieniu wysokiej efektywności kosztowej” – mówi Piotr Sadza. – Z tego punktu widzenia najważniejsza wydaje się transformacja sieci oddziałów, rozwój strategii wielokanałowych oraz inwestycje w CRM i zaawansowane narzędzia analityczne w celu lepszego poznania preferencji swoich klientów.” – podsumowuje.
W Warszawie najlepiej sprzedają się nowe lokale o powierzchniach od 41 do 60 metrów. Ich udział, jak szacują analitycy serwisu RynekPierwotny.pl, zajmuje obecnie ponad połowę transakcji realizowanych w stolicy. Nietrudno więc na tej podstawie wyliczyć, że są to przeważnie oferty dwu i trzy pokojowe. Deweloperzy zaznaczają przy tym, że uwagę potencjalnych nabywców przykuwają coraz większe powierzchnie.
– Klienci koncentrują się na „dwójkach”, w tym również o takich metrażach i rozkładach, które można zaaranżować na trzy pokoje. Stąd dużym wzięciem cieszą się powierzchnie od 40 do 55 mkw. Dużą popularność wzbudzają również trzypokojowe lokale liczące 50 – 70 mkw. Ostatnio coraz większym wzięciem cieszą się także mieszkania, na które popyt w ostatnich latach był nikły – liczące 90 czy nawet 100 mkw. – tłumaczy Tomasz Sznajder, wiceprezes Polnordu .
Ok. 22 proc. klientów celuje w powierzchnie mieszkań w przedziale 61 – 80 mkw., czyli w lokale trzy i czteropokojowe. Z kolei niecałe 17 proc. umów zawieranych na stołecznym rynku pierwotnym dotyczy ofert do 40 metrów.
– Kawalerki jednak dość szybko znikają z rynku gdyż są chętnie kupowane przez inwestorów, chcących zarabiać na ich wynajmie. Z drugiej strony, przy tym ogólnym trendzie ku większym powierzchniom, również i inwestorzy kupują chętniej dwu i trzypokojowe „M”. W grę wchodzą oczywiście osiedla o rozbudowanej infrastrukturze, blisko uczelni wyższych oraz w lokalizacjach dobrze skomunikowanych z centrum Warszawy i innymi jej dzielnicami – opowiada Tomasz Sznajder.
Deweloperzy realizujący projekty w Warszawie na bieżąco reagują na potrzeby klientów. Jak podaje serwis RynekPierwotny.pl – ich dzisiejsza oferta jest niemal idealnie dopasowana do popytu: Prawie 49 proc. podaży stanowią lokale najpopularniejsze czyli liczące 41 – 60 mkw. Kolejne 25 proc. oferty to propozycje o powierzchniach 61 – 80 mkw. a prawie 15 proc. stanowią mieszkania najmniejsze, do 40 metrów.
Zdaniem warszawskich deweloperów, oferta kawalerek utrzyma się albo na dotychczasowym poziomie albo jej udział w kolejnych kwartałach nieco zmaleje. Zastępować je będą dwa pokoje o niewielkich powierzchniach (35-40 mkw.). Jednocześnie można się spodziewać lekkiego wzrostu podaży dużych mieszkań liczących cztery i więcej pokoi.
Z pewnością klienci mają dziś w czym wybierać. W sumie, jak podaje REAS, do kupienia jest ok. 17 tys. mieszkań. Deweloperzy widać dobrą passę na rynku śmiało wprowadzają kolejne projekty, co w następnych kwartałach, przy dobrym, ale stabilnym popycie może zaowocować pewną nadwyżką lokali. Z drugiej strony, niełatwo znaleźć dziś upragniony metraż i liczbę pokoi, w wybranych lokalizacjach w inwestycjach już gotowych. Jak bowiem wyliczają analitycy REAS, w ciągu I kw. 2015 r. liczba mieszkań w oddanych projektach zmalała o ponad 400, do ok. 3,1 tys. ofert. Ich udział w całej nowej podaży w stolicy sięga więc 17,5 proc.
– Dobre sygnały z gospodarki w połączeniu z zapowiadanym dłuższym okresem niskich stóp procentowych zachęcają do zakupu i zaciągania kredytów. Na zakup mieszkań będą w coraz większym stopniu decydować się osoby lub rodziny już posiadające własne mieszkanie. Dla tych nabywców deweloperzy muszą przygotować odpowiednio atrakcyjną ofertę. Jeśli tak się stanie, wówczas przeciętne ceny oferty mogą nieco wzrosnąć, ale sprzedaż utrzyma się na wysokim poziomie – przekonują w raporcie przedstawiciele REAS.
Choć mamy coraz większą świadomość konieczności zabezpieczenia przyszłości, większość Polaków nie tylko nie oszczędza, ale żyje na kredyt.
Mimo rosnącej świadomości potrzeby odkładania środków na przyszłość, większości z nas nie udało się zgromadzić żadnych oszczędności. Co więcej, systematycznie rośnie liczba zaciąganych kredytów oraz poziom zadłużenia gospodarstw domowych.
Podczas tegorocznej konferencji WallStreet, zorganizowanej przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, FAST FINANCE S.A., partner wydarzenia, postanowiła rozpoznać, jak plasują swoje środki uczestnicy konferencji.
Przeprowadzona ankieta wykazała, że zadeklarowani aktywni inwestorzy najchętniej lokują swój kapitał na rynku akcji – tak odpowiedziało 29 proc. ankietowanych, w następnej kolejności korzystają z ofert banków – 17 proc. odpowiedzi, a na trzecim miejscu znalazły się inwestycje na rynku Forex – 13 proc. ankietowanych. Z kolei według badania przeprowadzonego w październiku 2014 roku przez TNS Polska, za najbardziej opłacalną, a zarazem najbezpieczniejszą formę lokowania oszczędności uznawana jest lokata bankowa.
Jak wynika z przygotowanego przez BIG InfoMonitor i Związek Banków Polskich raportu, długi Polaków na koniec 2014 roku były warte aż 40,94 mld i wzrosły w stosunku do stanu sprzed 5 lat o blisko 45 proc. Obecnie na liście dłużników znajduje się 2,4 mln osób, tak więc średnio na jedną osobę przypada ponad 17 tysięcy złotych długu. Te dane dopełniają obrazu kondycji polskiego społeczeństwa, w którym wciąż bardziej pożyczamy, na bieżące wydatki, niż inwestujemy w trosce o przyszłość.
Rynek wierzytelności detalicznych, na którym od ponad 10 lat działa FAST FINANCE jest nie tylko wtórny wobec rynku kredytów, ale także następczy. Oznacza to, że tempo zaciągania przez Polaków kredytów wyznacza jutrzejszy stan rynku windykacji – komentuje Jacek Daroszewski, Prezes Zarządu FAST FINANCE.Dlatego śledzimy na bieżąco akcję kredytową banków i szeroko interesujemy się kondycją gospodarstw domowych. Nasza rola polega na restrukturyzacji dłużników, którzy po uregulowaniu swoich zobowiązań w wykonalnym dla siebie tempie odzyskują zdolność kredytową – dodaje Jacek Daroszewski.
BNP Paribas Real Estate, wiodąca międzynarodowa firma doradcza będąca liderem na wielu rynkach nieruchomości Europy Zachodniej, zwiększa teren działania w Europie Środkowo-Wschodniej. Oprócz Polski, Węgier, Rumunii i Republiki Czeskiej, firma oferować teraz będzie swoje usługi na terenie Słowacji.
W związku z rozszerzeniem zasięgu działalności do zespołu ekspertów BNP Paribas Real Estate dołączył dołączył Stewart Thomson MRICS, który objął stanowisko Dyrektora ds. Rozwoju w Republice Czeskiej i Słowackiej, z siedzibą w Pradze. Odpowiedzialny będzie za rozwój głównych linii biznesowych: Rynki Kapitałowe, Wyceny, Doradztwo i Wynajem.
Stewart Thomson posiada ponad piętnastoletnie doświadczenie na europejskim rynku nieruchomości, z czego dziesięć spędził w regionie środkowo-wschodnim. W czasie swojej kariery piastował kierownicze stanowiska w renomowanych międzynaradowych firmach doradczych. Posiada wszechstronne doświadczenie w zakresie Rynków Kapitałowych, Wynajmu oraz Wycen. Jest członkiem Royal Institution of Chartered Surveyors oraz zarejstrowanym rzeczoznawcą RICS.
Oczekiwania akcjonariuszy w zakresie coraz wyższych zysków, rosnące wymagania klientów, rządów i regulatorów, a także umiarkowane tempo wzrostu gospodarczego w kolejnych latach mogą oznaczać dla banków okres słabej koniunktury i spowolnionego wzrostu. Do tego dochodzi postępująca globalizacja, cyfryzacja, zmiany demograficzne i na rynku pracy. W tej sytuacji, jak wynika z raportu EY „Globalne perspektywy bankowości 2015. Bankowość nowej generacji”, banki muszą na nowo zdefiniować swoją rolę, żeby osiągnąć sukces w najbliższych 10 latach. Zmiany sposobu myślenia powinny dotyczyć pięciu obszarów: rentowności, konkurencji, głównej działalności, nowych technologii i struktury.
– Największy sukces odniosą te banki, które zmienią swój profil biznesowy – zmniejszą zakres usług i uproszczą struktury, ale zwiększą swój zasięg. Skoncentrują się na mniejszej liczbie segmentów klientów, ale będą działać na większej liczbie rynków. Banki, które zdefiniują się na nowo, wypracują innowacyjne produkty i prostszy model działania będą miały oczekiwane przez inwestorów zyski. Staną się instytucjami nowej generacji, łatwo dostosowującymi się do ciągle zmieniającego się otoczenia, zdobywającymi nowe rynki i nowych klientów – tłumaczy Iwona Kozera, Partner EY, Dyrektor Grupy Rynków Finansowych na Europę Centralną i Środkowo-Wschodnią. – Banki poza wewnętrzną potrzebą zmian, muszą także dopasować się do globalnych megatrendów, które przenikają wszystkie sektory. Są to globalny rynek, cyfryzacja, zmiany demograficzne i zmiany na rynku pracy. Niektóre z nich, jak m.in. innowacje technologiczne, mają ogromny potencjał do wprowadzenia rewolucji na tym rynku. W momencie, gdy potrzeby klientów mocno ewoluują, technologie stworzą nowe obszary działania dla banków – dodaje Iwona Kozera.
Nastawienie na rentowność i rozwój
Większa rentowność to główne oczekiwanie wyrażane przez interesariuszy banków. Osiągnięcie tego celu jest możliwe poprzez poprawienie efektywności i wydajności oraz poszerzenie posiadanego portfela klientów.
Do tego niezbędna będzie zmiana i odbudowa zaufania. Według 87% badanych małych i średnich przedsiębiorstw w Wielkiej Brytanii instytucje finansowe działają tylko zgodnie z własnym interesem nie myśląc o kliencie. Z kolei do poprawy wyników potrzebne będzie poszukiwanie motorów wzrostu. – Jest kilka obszarów, które mogą być źródłem wzrostu rentowności – mówi Iwona Kozera. – Jednym z nichmoże być infrastruktura. Szacuje się, że do 2030 roku wydatki na nią na świecie pochłoną 57 bilionów USD. Finansowanie takich projektów może być sposobem na generowanie dodatkowych przychodów – dodaje.
Kolejnym polem jest współpraca z organizacjami spoza sektora finansowego. Firmy telekomunikacyjne, technologiczne czy handlowe z chęcią skorzystają z informacji o klientach, które są w posiadaniu banków. Nowe, wspólne produkty pozwolą instytucjom finansowym na powiększenie udziału w rynku. Szansą dla międzynarodowych instytucji finansowych z kolei może być ekspansja zagraniczna. Do 2025 roku rynki wschodzące będą odpowiadały za 55% dochodu rozporządzalnego na świecie, obecnie jest to 40%. To może stwarzać bankom nowe możliwości. W bankowości detalicznej, rosnąca liczba ludności w tej części świata i wzrost dochodów będą generowały większy popyt na usługi transakcyjne w krajach o niższym i średnim dochodzie. 39% osób, które obecnie nie mają kont bankowych, nie ma ich z powodu zbyt niskich wpływów.
Nowa konkurencja na rynku
Praktycznie każdy aspekt współczesnej bankowości ma bezpośredniego konkurenta. Powstają firmy udzielające pożyczek internetowych P2P, małe banki inwestycyjne, unie kredytowe, kantory online, rozwija się też crowd funding.
– Konkurenci banków mają niższe koszty operacyjne oraz są w mniejszym stopniu dotknięci wymogami regulacyjnymi, mogą więc zaoferować klientom tańsze produkty. Organizacje te potrafią też dobrze wykorzystywać posiadane informacje o klientach, a ich modele biznesowe są lepiej przystosowane do szybkiego reagowania na zmieniające się potrzeby klientów – mówi Piotr Frankowski, Starszy Menedżer w Grupie Rynków Finansowych EY. – Konkurencja zaostrza się także w uniwersalnych bankach. Coraz częściej instytucje stawiają na tworzenie niewielkich, efektywnych kosztowo oddziałów – kiosków – w często uczęszczanych miejscach, oferując dłuższe godziny pracy oraz szybszą i bardziej zautomatyzowaną obsługę. Banki konkurują też poziomem obsługi klienta czy wprowadzaniem nowych rozwiązań technologicznych – dodaje.
Uproszczenie bankowości
Banki powinny przeanalizować wszystkie elementy swojej działalności i określić, które z nich rzeczywiście przynoszą wartość. Zdaniem EY niektóre banki już wycofują się z bycia bankiem uniwersalnym i rezygnują ze świadczenia niektórych usług, często także dokonując dezinwestycji.
– Uproszczenie bankowości oznacza także uproszczenie produktów. Regulatorzy koncentrują się na ochronie klientów oraz stabilności produktów bankowych, które muszą spełniać potrzeby klientów. Z doświadczenia EY wynika, że wielkość udziału w rynku nie ma związku z liczbą oferowanych produktów. Nastawienie na adresowanie potrzeb klienta to kolejne pole pozwalające bankom zwiększyć rentowność – mówi Paweł Preuss, Partner Zarządzający Działem Ryzyka Finansowego, EY.
Banki powinny także zastanowić się nad rozłożeniem standardowych produktów finansowych na czynniki pierwsze, żeby każdorazowo móc z tych komponentów zbudować produkt skrojony na miarę. Równocześnie powinny pracować nad nowymi rozwiązaniami i wyprzedzać oczekiwania klientów.
Nowoczesne technologie
Powszechność smartfonów i nowoczesnych technologii zmusza banki do cyfryzacji. Obecnie smartfony to 45% rynku (na podstawie danych z 48 rozwijających się i rozwiniętych państw). W 2011 roku było to 27%.
– Nowoczesne technologie zmieniają nie tylko klientów, ale też stanowią impuls dla banków do wprowadzania zmian w procesach wewnętrznych, a często wręcz redefiniowania modelu obsługi klientów– mówi Piotr Frankowski – dzięki czemu banki stają się coraz efektywniejsze i wydajniejsze. Dla wielu klientów mobilne technologie już teraz są podstawową metodą dostępu do konta – dodaje.
Globalne badanie klientów bankowości przeprowadzone przez EY w 2014 roku wskazuje, że bankowość internetowa oraz bankomat są najczęściej wykorzystywanym kanałem komunikacji z bankiem.
Cyfryzacja oznacza także, że banki będą musiały zwiększyć swoją obecność w mediach społecznościowych i lepiej korzystać z Big Data, by zrozumieć potrzeby i zachowania swoich klientów.
Struktura banków
Instytucje finansowe muszą uprościć swoje struktury. Eksperci EY przypominają, że przed kryzysem finansowym jeden z globalnych banków składał się z ponad 5000 różnych spółek na świecie.
– Zmiana struktury oznacza lepszą efektywność operacyjną, obniżenie kosztów, a także korzyści wynikające ze zgodności z regulacjami. Skomplikowane struktury to także większe ryzyko – podsumowuje Iwona Kozera.
Tomáš Alföldizostał mianowany dyrektorem zarządzającym działu Beauty Care Henkel Polska. Na nowym stanowisku, kierując całym biznesem kosmetycznym Henkla w Polsce, odpowiada za działania marketingowe i wyniki sprzedaży takich henklowskich marek kosmetycznych jak Schwarzkopf, Palette, Taft, Syoss, got2b, Schauma, Gliss Kur, Fa oraz Vademecum.
Tomáš Alföldi dyrektor zarządzający działem Beauty Care Henkel Polska
– Zadanie, jakie stawiam przed sobą jako dyrektorem zarządzającym działu Beauty Care, to dalsze umacnianie pozycji naszych marek i budowanie tym samym silnej pozycji Henkla na polskim rynku. To, na czym będę się koncentrował, to z pewnością wprowadzanie światowych innowacji produktowych na rynek polski w oparciu o nasze wcześniejsze doświadczenia oraz rozumienie potrzeb lokalnych klientów i konsumentów. Będzie mi także zależało na dalszym wzmacnianiu relacji z naszymi partnerami handlowymi oraz rozwoju umiejętności i profesjonalizmu polskiego zespołu pracowników. Bo innowacyjna oferta produktowa, doskonałe relacje biznesowe z partnerami oraz silny zespół pracowników – to trzy filary, na których będę chciał oprzeć sukces kosmetyków Henkla w Polsce – mówi Tomáš Alföldi.
Tomáš Alföldi dołączył do międzynarodowego zespołu firmy Henkel na Słowacji w 2003 roku, gdzie w latach 2003-2005 obejmował kolejno stanowiska dyrektora sprzedaży działu Beauty Care (kosmetyków), dyrektora sprzedaży działu Laundry & Home Care (środków piorących i czystości) oraz dyrektora zarządzającego Beauty Care Henkel Slovensko. Po przerwie kontynuował swoją karierę w międzynarodowych strukturach firmy Henkel, pełniąc od 2009 roku funkcję dyrektora zarządzającego działu Beauty Care Henkel Hungary. Następnie był odpowiedzialny za sprzedaż w kanale nowoczesnym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W 2012 roku objął stanowisko prezesa i dyrektora zarządzającego działu Beauty Care Henkel Vietnam.
Poza pracą w ramach struktur Henkla Tomáš Alföldi zdobywał także doświadczenia zawodowe w firmach Wrigley, Red Bull, SAB Miller i Coca-Cola.
Nowy dyrektor zarządzający działu Beauty Care Henkel Polska jest Słowakiem, ma 49 lat. Jest absolwentem Słowackiego Uniwersytetu Technicznego w Bratysławie na wydziale Mechatroniki. Jest żonaty i ma dwoje dzieci. Prywatnie interesuje się sportem – do jego ulubionych aktywności należą rafting i pływanie kanadyjką, jazda na motorze, nartach i snowboardzie, kolarstwo górskie, a także tenis ziemny i stołowy.
Sektor usług dla biznesu, w którym w najbliższych latach prognozowany jest 60 proc. wzrost zatrudnienia, w znacznym stopniu przyczyni się także do rozwoju regionalnych rynków biurowych
Bartłomiej Zagrodnik_prezes zarządu Walter Herz
Liczba osób pracujących w centrach usług dla biznesu z kapitałem zagranicznym w Polsce, z 150 000 do 2020 roku ma wzrosnąć do 250 000 zatrudnionych, wynika z prognoz zaprezentowanych podczas 6. Konferencji ABSL, która odbyła się w dniach 16-17. czerwca br. w Krakowie. ABSL szacuje ponadto, że w ciągu ostatnich 2 lat zatrudnienie w tym segmencie polskiego rynku wzrosło o 36 proc.
W ostatnim czasie największa liczba inwestycji zagranicznych w Polsce lokowana jest właśnie w segmencie nowoczesnych usług dla biznesu. Według najnowszych obliczeń ABSL, w Polsce działa 532 centra usług z kapitałem zagranicznym, z tego 70 firm notowanych jest na Fortune Global 500 List.
Najwięcej osób zatrudniają krakowskie centra usług dla biznesu
Jak wynika z analiz ABSL, najwięcej osób zatrudniają centra obsługi biznesu w Krakowie (35, 7 tys.), Warszawie (27 tys.) i Wrocławiu (23,7 tys.), Trójmieście (13,7 tys.), Łodzi (13,1 tys.), aglomeracji katowickiej (11,2 tys.) i Poznaniu (9 tys.).
Sektor usług dla biznesu to jedna z najszybciej rozwijających się gałęzi polskiej gospodarki. Aż 82 proc. firm z tej branży planuje rozwój i poszerzenie wachlarza swoich usług.
Kluczowa dla rozwoju outsourcingu w naszym kraju jest wysoka ocena Polski w globalnych klasyfikacjach. W raporcie Tholons Top 100 Outsourcing Destinations 2014, oceniającym atrakcyjność lokalizacji dla lokowania centrów obsługi biznesu, Kraków zajął 9 miejsce. Na mapie światowego outsourcingu zdobył najwyższą pozycję spośród miast europejskich. Na 32 miejscu w zestawieniu znalazła się Warszawa, a na 65 pozycji Wrocław, który poprawił wynik o 10 oczek.
Wzrasta stopień zaawansowania świadczonych usług outsourcingowych
Firmy obsługujące procesy biznesowe świadczą coraz bardziej zaawansowane usługi, także dla przedsiębiorstw o międzynarodowym zasięgu. Jak podaje ABSL, na przestrzeni ostatnich 3 lat aż 89 proc. obecnych w naszym kraju firm sektorowych zwiększyło poziom zaawansowania oferowanych usług. Centra usług w Polsce pracują najczęściej dla firm prowadzących działalność w zakresie bankowości, usług finansowych i ubezpieczeń, przedsiębiorstw handlowych, oraz firm z branży nowoczesnej technologii i telekomunikacji.
Wyrastający na gwiazdę polskiej gospodarki – sektor usług dla biznesu – wpływa także na rozwój innych segmentów rynku. Wraz z nim rośnie również rynek biurowy. Centra BPO, ITO, SSC, R&D generują w wielu ośrodkach regionalnych w całym kraju znaczący popyt na powierzchnię biurową. Poza głównymi aglomeracjami, jak Warszawa, Kraków, Wrocław, czy Poznań, także w mniejszych miastach, jak Szczecin, Bydgoszcz, Toruń, Lublin, Rzeszów, Bielsko-Biała, Opole czy Radom, Olsztyn i Białystok rozwijają się centra świadczące usługi dla biznesu.
Centra generują połowę popytu na biura na krajowych rynkach regionalnych
W 2013 roku międzynarodowe firmy outsourcingowe wynajęły w Polsce ponad 220 000 m kw. powierzchni biurowej, z czego prawie 200 000 m kw. przypadło na lokalizacje poza Warszawą. Analitycy firmy doradczej Walter Herz zauważają, że to centra obsługi procesów biznesowych są przede wszystkim siłą napędową rozwoju rynków regionalnych w naszym kraju. To na nich w 2013 roku wygenerowały łącznie ok. 50 proc. popytu na powierzchnię biurową.
– Ekspansja sektora nowoczesnych usług dla biznesu ma korzystny wpływ na polski rynek biurowy. Świadczy o tym choćby najniższy w kraju wskaźnik niewynajętej powierzchni biurowej, notowany na poziomie 5,8 proc. w Krakowie, który jest głównym ośrodkiem outsourcingu w Polsce – wskazuje Bartłomiej Zagrodnik, partner zarządzający w Walter Herz.
Bartłomiej Zagrodnik zwraca uwagę, że firmy z sektora usług dla biznesu zajmują w Krakowie ponad połowę całkowitej powierzchni biurowej. W Łodzi i we Wrocławiu są najemcami ponad 40 proc. biur, a w Trójmieście i Katowicach niespełna jednej trzeciej powierzchni, jaką dysponują aglomeracje.
Mniejsze rynki biurowe z dużym potencjałem wzrostu
Rozwój sektora outsourcingu w naszym kraju dobrze wróży szczególnie tym rynkom, gdzie planowana jest nowa podaż powierzchni biurowej. – Niewątpliwie, największy wybór najemcy mają w Warszawie, gdzie obecnie w budowie jest ok. 700 000 m kw. biur, z tego połowa oddana zostanie do użytku jeszcze w tym roku – szacuje Bartłomiej Zagrodnik.
Według obliczeń Walter Herz, we Wrocławiu powstaje obecnie 180 m kw. biur, w Trójmieście blisko 140 tys. m kw., a w Krakowie w realizacji jest ok. 140 tys. m kw. powierzchni biurowej.
Zdaniem Bartłomieja Zagrodnika, największy potencjał rozwoju spośród mniejszych miast mają rynki biurowe w Bydgoszczy, Rzeszowie, Szczecinie i Lublinie, które cieszą się zainteresowaniem firm z branży BPO i SSC. – Spośród niedużych ośrodków regionalnych najbardziej rozbudowuje się rynek biurowy właśnie w Bydgoszczy, Rzeszowie, Szczecinie i Lublinie, gdzie firmy outsourcingowe są już obecne, tworząc tym samym dobry klimat dla rozwoju oraz pozyskania kolejnych inwestorów – informuje.
Analizy Walter Herz wskazują, że rozwój sektora nowoczesnych usług dla biznesu w Polsce to także szansa na wzrost rynku biurowego w takich miastach jak Olsztyn, Białystok, Toruń, Bydgoszcz, Kielce, czy Opole, w których centra usług dla biznesu zaznaczyły już swoją obecność.
Dzisiejsi 22-latkowie w chwili przejścia na emeryturę otrzymają od 25 do 35 procent ostatniej pensji – wynika z prognoz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych[1]. Będzie to efekt dwóch czynników – po pierwsze, ze względu na niż demograficzny, w 2060 roku może być od 3,5 do nawet 5 milionów Polaków mniej niż obecnie. Po drugie, rośnie średnia długość życia na emeryturze. Komisja Europejska w najnowszym raporcie „The 2015 Ageing Report”[2] potwierdza te informacje, wskazując Polskę jako jeden z krajów, który prawdopodobnie zmierzy się z rosnąca liczbą problemów ekonomiczno-budżetowych, wynikających z procesu starzenia się społeczeństwa. Eksperci informują – jeżeli chcemy, aby nasz poziom życia na emeryturze był podobny do obecnego, powinniśmy możliwie szybko wziąć sprawy w swoje ręce i rozpocząć gromadzenie własnego kapitału.
„Obserwacja rynku oraz dane Komisji Nadzoru Finansowego potwierdzają, że realne działania w celu zabezpieczenia przyszłości na emeryturze najczęściej podejmujemy dopiero po 50-tce. Z jednej strony zjawisko to jest zrozumiałe, ponieważ przeważnie w tym wieku osiągamy stabilizację zawodowo-finansową. Właśnie wtedy zaczynamy zastanawiać się, co zrobić, aby polepszyć naszą sytuację materialną na „jesieni życia”. Warto jednak pamiętać, że takie podejście ustawia nas na słabszej pozycji niż miałoby to miejsce przy oszczędzaniu już od 30. roku życia. W odkładaniu środków mogą nam pomóc takie narzędzia, jak Indywidualne Konto Emerytalne lub Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego, które nie tylko mają za zadanie pomnożyć zebrany przez nas kapitał, ale również posiadają kilka ciekawych udogodnień. Są nimi możliwości optymalizacji podatkowej – ulgi w przypadku IKZE lub zwolnienia z 19 proc. podatku od zysków na IKE.” – mówi Jacek Treumann, członek zarządu Legg Mason TFI SA.
Według ekspertów, aby nasze życie na emeryturze było zabezpieczone finansowo, powinniśmy rozpocząć odkładanie kapitału w jak najmłodszym wieku – a najlepiej już w chwili wejścia na rynek pracy. Początkowo najważniejsza jest nie wysokość odkładanych środków, a sam fakt oszczędzania i wpojenia sobie mechanizmu gromadzenia majątku. Dopiero wraz ze wzrostem zasobności naszego portfela powinniśmy stopniowo zwiększać wartość odkładanych pieniędzy.
„W chwili podjęcia decyzji o oszczędzaniu warto zapoznać się z dostępnymi na rynku narzędziami, które pomogą w odkładaniu środków na emeryturę. Ciekawymi i funkcjonalnymi rozwiązaniami zdaniem ekspertów są np. IKE oraz IKZE. Oba konta posiadają różne zalety. Przykładowymi zaletami są: w przypadku IKE – zyski zwolnione od zryczałtowanego, 19-procentowego podatku, natomiast w przypadku IKZE – ulga podatkowa, która za 2015 może wynieść nawet do 1 520,26 zł. Oba konta posiadają limity wpłat, które w 2015 roku wynoszą – dla IKE 11 877zł, a dla IKZE 4 750,8 zł. Co więcej, w razie nieoczekiwanej potrzeby, można wypłacić zaoszczędzone środki w trakcie okresu oszczędzania na emeryturę i zadysponować je na dowolny cel. Czyni to te narzędzia niezwykle funkcjonalnymi i wygodnymi w użytkowaniu.” – mówi Jacek Treumann, członek zarządu Legg Mason TFI SA.
Jak wynika z danych KNF[3], młodzi mężczyźni (do 30. roku życia) częściej decydują się na otwarcie konta IKE i IKZE, natomiast kobiety przeważają w grupach wiekowych od 40+. Ciekawe jest także to, że w ujęciu ogólnym więcej kont, zarówno IKE, jak i IKZE, posiadają właśnie kobiety.
Mimo że formalnie nie doszło do zawarcia ugody, rynkom wystarczyły informacje, że w rozmowach nastąpił postęp, i że greckie propozycje są ‘’’dobrą bazą’’ do dalszych negocjacji. Od poniedziałku giełdy w Francji i Niemiec zyskują ponad 4%. O super euforii można mówić w przypadku giełdy w Atenach.
Krzysztof Furmańczak – dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Pierwszego dnia tygodnia wzrosty w Helladzie sięgały 9%, a we wtorek główny indeks zakończył dzień ponad 6% plusie. Greckie papiery dłużne zaczęły w końcu spadać, wyceny dwuletnich obligacji spadły o 3,3% do 21%.
Należy pamiętać, iż reformy zaproponowane przez Tsiprasa muszą zostać zaakceptowane nie tylko przez słynną Troikę (czyli EBC, MFW i KE), ale także przez parlamenty poszczególnych państw UE. Istnieją obawy, że przedstawione rozwiązania pojawiły się zbyt późno by kraje UE zdążyły je przegłosować przed 30 czerwca. Miejmy nadzieję, że grecki premier nie będzie miał problemów z przekonaniem do zmian członków swojej partii. Populistyczna Syriza składa się bowiem z różnych frakcji. Jej najbardziej radykalni politycy zapowiadali wczoraj, iż mogą nie poprzeć swojego przywódcy. Nie chcą bowiem łamać obietnic wyborczych, których głównym punktem było zakończenie programu oszczędzania prowadzonego przez poprzedni rząd. Tymczasem mieliby głosować za ograniczeniem emerytur, podwyżką podatków czy redukcją wydatków na wojsko.
Panujący na rynkach optymizm studziła nieco wypowiedź Christine Lagarde, dyrektor zarządzający MFW, która uważa, że jeszcze ogromna część pracy jest do zrobienia, a czasu mamy coraz mniej. Nie wiadomo także czy przedstawione plany oszczędności są wystarczające, czy nie okaże się za kilka miesięcy, że w greckiej kasie znowu brakuje pieniędzy na bieżące wydatki.
Podczas wczorajszej sesji na rynku walutowym uwagę zwrócił wyjątkowo mocny dolar. Główna para EUR/USD zakończyła dzień spadkiem rzędu niemal 200 pipsów. Z kolei para USD/PLN wzrosła wczoraj o ponad 4 grosze do poziomu 3,72. Co ciekawe dolarowi nie zaszkodziły gorsze dane ze Stanów odnośnie zamówień środków trwałych. Wydaje się, że za umocnieniem amerykańskiej waluty w głównej mierze odpowiada członek FOMC Jerome Powell, który miał przemówienie we wtorek o godz. 14. Powell jest przekonany do dobrej kondycji amerykańskiej gospodarki i spodziewa się aż dwóch podwyżek stóp procentowych w tym roku, w wrześniu i w grudniu.
W kalendarzu makro mamy dziś o godz. 10:00 wskaźnik nastrojów biznesowych Ifo w Niemczech. Również o 10:00 poznamy stopę bezrobocia dla Polski za maj (prognoza 10,8% poprzednia wartość 11,2%). Ze Stanów Zjednoczonych o 14:30 poznamy PKB za pierwszy kwartał, a o 16:30 zapasy ropy naftowej. O godz. 19:00 odbędzie się spotkanie Eurogrupy w sprawie Grecji.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 24.03.2015 do 24.06.2015
Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,1840. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1300, a następnie poziom 4,1025, zniesienie Fibonnaciego 38,2%.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 24.03.2015 do 24.06.2015
Kurs CHF/PLN jeszcze niedawno poruszał się w trendzie bocznym pomiędzy poziomami 3,8000 a 3,9400, po czym wyskoczył w górę i utworzył trend wzrostowy. Aktualnie przebił linie oporu na poziomie 3,9700. Najbliższym oporem będzie teraz ostatnie maksimum na poziomie 4,0200. Dla ruchu w dół wsparciem jest obecnie 3,9700 czyli 23,6% zniesienie Fibonnaciego.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 24.04.2015 do 24.06.2015
Kurs USD/PLN wybił się górą z kanału spadkowego. Opór stanowić będzie majowe maksimum na poziomie 3,8203. W przypadku ruchu w dół wsparciem będzie najpierw linia łącząca minima ostatnich tygodni w okolicach 3,6600 a następnie dolne ograniczenie kanału na poziomie 3,6050.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 24.04.2015 do 24.06.2015
Kurs GBP/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Po zbliżeniu się do linii wsparcia, kurs skutecznie się odbił i skierował ku górze. Istotnym poziomem oporu dla dalszych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,8800. W przypadku ruchu w dół wsparciem jest dolne ograniczenie kanału wzrostowego na 5,7500.
Fuzje i przejęcia kapitałowe potrafią wzbudzać wiele emocji – zwłaszcza, gdy w grę wchodzą duże pieniądze i rynkowi liderzy. Uwaga kierowana jest zwykle na efekty transakcji, w cień schodzi ogrom prac służących jej przygotowaniu. Polski rynek nieruchomości obiegła niedawno informacja o przejęciu kontrolnego pakietu akcji Echo Investment S.A. przez fundusz inwestycyjny Griffin Group. Uchylamy fragment kulis przygotowań do akwizycji.
Echo Investment S.A. to jedna z największych w Europie firm inwestycyjno-deweloperskich. O planach przejęcia pakietu kontrolnego firmy przez działający na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej fundusz Griffin mówiło się już w końcu ubiegłego roku, w maju br. zgodę na transakcję wydała Komisja Europejska.
Standardowe badanie w niestandardowym wydaniu
Realizacja transakcji wymagała rzetelnej wiedzy dotyczącej stanu prawnego należących do Echo Investment nieruchomości. Wiązało się to z koniecznością przeprowadzenia badania due diligence obejmującego ponad sześćdziesiąt nieruchomości – budynków mieszkalnych, biurowych oraz centrów handlowych, jak i gruntów niezabudowanych, których wartość szacowana jest na około pięć miliardów złotych. O skali trudności przedsięwzięcia, poza liczbą obiektów, świadczył również czas, w jakim inwestor musiał podjąć ostateczną decyzję biznesową. Zostaliśmy zobowiązani do przeprowadzenia całości prac i przedstawienia kompletnego raportu due diligence nieruchomościowego w przeciągu zaledwie dwóch miesięcy – mówi adwokat Michał Bisiorek, wspólnik kancelarii BCLA Bisiorek Cieśliński Adamczewska i Wspólnicy, której Griffin Real Estate powierzył realizację zadania.
Standardowe badanie stanu prawnego nieruchomości obejmuje między innymi weryfikację tytułu prawnego do niej i występowania ewentualnych roszczeń osób trzecich; sprawdzenie, czy względem realizowanej inwestycji nie jest prowadzone jakieś postępowanie administracyjne, lub wręcz wydana niekorzystna ostateczna decyzja, która mogłaby zagrażać jej ukończeniu. Wymagana jest także analiza ksiąg wieczystych, rejestrów gruntów, planów zagospodarowania przestrzennego oraz decyzji środowiskowych i dotyczących warunków zabudowy.
Projekt razy sześćdziesiąt
Standardowo takie badanie zajmuje od jednego do trzech tygodni dla jednej nieruchomości. W tym przypadku analiza musiała uwzględnić kilkadziesiąt obiektów zlokalizowanych na terenie całego kraju, z różną historią własności.
W zależności od urzędu i regionu mieliśmy do czynienia z różnymi trybami uzyskiwania dokumentów – wskazuje adwokat Agnieszka Adamczewska, wspólnik kancelarii BCLA. Można powiedzieć, że musieliśmy starannie zaplanować sześćdziesiąt projektów, które dopiero miały złożyć się na realizację całego zlecenia.
Aby zminimalizować ryzyko błędu, całość prac została podzielona na trzy etapy: w pierwszym BCLA we współpracy z miejscowymi kancelariami prawnymi zajęła się pozyskaniem potrzebnych dokumentów, a w szczególności aktami ksiąg wieczystych; drugi etap objął weryfikację występowania poważnych wad, które mogłyby mieć znaczenie z punktu widzenia decyzji inwestycyjnej. Na koniec całość uzyskanych informacji została zebrana w kompleksowym raporcie.
Liczby mówią za siebie
Realizacja badania prawnego wiązała się z koniecznością analizy ponad stu trzydziestu ksiąg wieczystych wraz z towarzyszącymi im aktami – niektóre liczyły nawet ponad trzydzieści tomów. Łącznie analiza stanu prawnego sześćdziesięciu nieruchomości przełożyła się na potrzebę zweryfikowania około czterdziestu tysięcy dokumentów.
Wyzwaniem logistycznym okazał się również transfer skanów oraz archiwizacja olbrzymiej ilości danych – takiej liczby dokumentów nie można efektywnie wysyłać e-mailem ani przechowywać w pamięci komputera podręcznego – zauważa adwokat Marcin W. Cieśliński, wspólnik kancelarii BCLA.
Na przestrzeni niespełna dwóch miesięcy zespół kancelarii BCLA zadał też sprzedającemu przeszło pół tysiąca pytań. W sytuacji, kiedy realizacja zlecenia zależna jest w znacznym stopniu od decyzji osób trzecich i obowiązujących je procedur – kluczowe jest zaangażowanie strony sprzedającej i – nomen omen – due diligence, czyli należyta staranność – podsumowuje adwokat Michał Bisiorek.
Popyt na gaz skroplony w centralnej i wschodniej Europie będzie się utrzymywać, bo obecnie w tej części Starego Kontynentu istnieją tylko dwie przeznaczone do rozładunku LNG instalacje. Na początku kwietnia br. została podpisana umowa na opracowanie studium wykonalności w zakresie budowy trzeciego zbiornika na terenie powstającego terminalu w Świnoujściu. Zwiększy on możliwości regazyfikacyjne instalacji do 7,5 mld metrów sześciennych rocznie i pozwoli na świadczenie dodatkowych usług.
– Zapotrzebowanie na gaz w części zachodniej Europy może być pokrywane z terminali regazyfikacyjnych, w ogóle bez importu z kierunku wschodniego i południowego – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tadeusz Tański, kierownik biura strategii i analiz w spółce Polskie LNG. – W części wschodniej Europy jest nasz terminal, litewski oraz grecki. Tutaj tylko niewielki procent zapotrzebowania można pokryć z tych terminali regazyfikacyjnych.
Powołana do obsługi inwestycji spółka Polskie LNG nie martwi się zatem, jak przekonuje Tadeusz Tański, o poziom zapotrzebowania na usługi terminalowe oraz popyt na błękitne paliwo, które już niebawem będzie dostarczane do Świnoujścia.
– W tej części Europy zapotrzebowanie na gaz i usługi terminalowe będzie kształtowało się na dosyć wysokim poziomie – przekonuje kierownik biura strategii i analiz w spółce Polskie LNG. – Oczywiście nowa infrastruktura będzie stanowiła zabezpieczenie na wypadek różnych zdarzeń, takich jak np. przerwy w dostawach gazociągami.
Zgodnie z obecnie realizowaną wersją inwestycji na terenie Świnoujścia powstały dwa zbiorniki, które będą mogły przyjmować do 5 mld metrów sześciennych gazu rocznie. Na początku kwietnia br. spółka Polskie LNG zawarła z firmą Tractebel Engineering SA umowę na opracowanie Wielowariantowego Studium Wykonalności w zakresie rozbudowy terminalu o trzeci zbiornik i infrastrukturę towarzyszącą. Dzięki zwiększeniu mocy regazyfikacyjnej obiekt będzie mógł przyjmować do 7,5 mld metrów sześciennych gazu ziemnego.
– Polskie LNG jest firmą infrastrukturalną, więc będzie świadczyło usługi regazyfikacji oraz przeładunku gazu skroplonego, ale stricte handlować paliwem nie będzie. Chcemy świadczyć usługi dla możliwie dużej liczby użytkowników terminalu. To firmy obrotowe będą sprowadzać LNG do kraju, dla konsumpcji wewnętrznej w Polsce oraz – mam nadzieję – także w regionie – mówi Tański.
Dzięki nowej inwestycji terminal w Świnoujściu będzie mógł również świadczyć takie usługi, jak bunkrowanie statków czy przeładunek na mniejsze jednostki.
– Inwestycja w tej wersji, którą kończymy, pozwala na usługi regazyfikacji i przeładunku na ciężarówki – mówi Tański. – Natomiast nie możemy w tym wariancie przeładować LNG ze zbiorników na mniejsze statki po to, by na przykład dystrybuować paliwo na Morzu Bałtyckim do innych państw. To bardzo istotne, aby terminal w tym kierunku rozwijać. Pozwoli to na zwiększenie mocy regazyfikacyjnej i świadczenie nowych usług.
Wielowariantowe Studium Wykonalności stanowić ma pogłębioną analizę w zakresie m.in. technicznym, finansowym, środowiskowym i formalno-prawnym. Celem opracowania jest wskazanie najbardziej optymalnego wariantu ewentualnej rozbudowy terminalu w Świnoujściu, kosztów oraz rentowności inwestycji w zależności od wachlarza usług.
To, czego do niedawna tylko się domyślaliśmy, teraz wiemy już na pewno: wysportowane osoby zarabiają więcej niż ich nieaktywni koledzy i koleżanki. Pracodawcy płacą uprawiającym regularnie sport ok. 10 proc. więcej, bo postrzegają ich jako osoby bardziej pewne siebie, z predyspozycjami do przywództwa w grupie.
Badania potwierdzające taką zależność przeprowadzono w USA. Analizowano kariery zawodowe absolwentów szkół średnich. Okazało się, że osoby aktywne fizycznie zarabiały średnio od 5 do 15 proc. więcej niż ich niećwiczący rówieśnicy. Jak jest geneza tej zależności? Badacze wyszli od tego, że sport wymaga odporności psychicznej i zdolności do pokonywania wewnętrznych barier. To taka rozrywka „dla twardzieli”. I stąd już tylko jeden krok do prostego porównania: sukces zawodowy jest podobny do rywalizacji o miejsce na podium.
Ankietowanych pytano, którzy pracownicy najczęściej zdradzają cechy przywódcze, odznaczają się wyższą samooceną i lepiej zarządzają swoim czasem. Odpowiedź była jednoznaczna: to ci, którzy regularnie uprawiali sport. Potwierdza te „amerykańskie” wnioski Dominik Śliwowski, członek zarządu ITP SA., dyrektor generalny Technogym – firmy dostarczającej na polski rynek urządzenia do medycyny estetycznej i sprzęt wellness. — Osoby, które regularnie ćwiczą są bardziej wytrwałe w przeciwnościach, lepiej ukierunkowane na cel i bardziej gotowe konkurować z innymi. Wszystko to sprawia, że zdobywają lepiej płatne stanowiska. Potwierdzają to nasze obserwacje rynku — wyjaśnia Śliwowski, którego firma wyposaża w sprzęt największe kluby fitness oraz prywatne siłownie osób z listy 100 najbogatszych Polaków.
Wiadomość o zbawiennym wpływie sportu na zawartość portfela byłby może tylko jedną z sensacji sezonu ogórkowego gdyby nie placówka naukowa, która ogłosiła te rewelacje. Cornell University to jeden z ośmiu prestiżowych uczelni amerykańskich skupionych w tzw. Ivy League (Liga Bluszczowa). Są w niej m.in. uniwersytety: Harvarda, Columbia, Yale i Princeton, a więc ośrodki o najpoważniejszym dorobku naukowym, wyjątkowo często z noblowskim laurem. Skoro ogłoszono, że uprawianie sportu sprzyja wyższym zarobkom to jest to nowy kanon.
W Polsce poważnych studiów w tej materii jeszcze nie prowadzono, ale wyniki na pewno będą zbliżone. Globalne korporacje, które wyznaczają standardy praktycznie w każdej dziedzinie dotyczącej zasobów ludzkich, rządzą się u nas prawami takimi jak w Nowym Jorku, Hongkongu czy Paryżu i Berlinie. Jedyne co może nas różnić, to niewielkie opóźnienie w implementacji światowych wzorów i trendów. Globalna moda na aktywność fizyczną dotarła do nas z pewnym opóźnieniem, ale z każdym rokiem znacząco zmniejszamy dystans w stosunku do liderujących w Europie Niemców, Szwajcarów i Skandynawów. Polacy coraz chętniej korzystają np. z klubów fitness. Już blisko 3 mln z nas należy do jednego z 2,5 tysiąca klubów fitness i trenuje w nich pod okiem profesjonalnych trenerów często na sprzęcie identycznym z tym ustawionym w salach np. New York Athletic Club.
Inne dane także sytuują nas w gronie państw o nowoczesnym podejściu do aktywności fizycznej. Według badania Eurobarometr prowadzonego systematycznie przez Komisję Europejską, ponad 40 proc. z nas uprawia sport przynajmniej raz w tygodniu (jeszcze w 2010 r. było to zaledwie 25 proc.!)
— Częściej ćwiczą ludzie młodsi, lepiej wykształceni, lepiej oceniający swoją sytuację materialną. Aktywni fizycznie są mieszkańcy miast, a także kadra kierownicza i specjaliści z wyższym wykształceniem. Jeżeli zauważamy wzrost popularności niektórych form aktywności fizycznej, to głównie w tych wskazanych wyżej grupach, a nie w całym społeczeństwie — zwraca uwagę dr Krzysztof Puchalski, socjolog zdrowia z SWPS.
Podobnie jak na świecie, najbardziej aktywni są mieszkańcy większych aglomeracji, przede wszystkim ze względu na duży wybór obiektów sportowych i proponowanych zajęć ale także nasycenie rynku pracy przez korporacje coraz powszechniej oferujące jako podstawowe świadczenie pozapłacowe karty sportowe (np. MultiSport). Aktywny tryb życia staje się coraz bardziej popularny.Najczęściej chodzimy na siłownię, fitness i basen.
* * *
Najbardziej aktywni są mieszkańcy województwa mazowieckiego. Według Benefit Systems, przypada na nich aż 30 proc. wszystkich wizyt w obiektach sportowych. Co ciekawe, jest tu do zaobserwowania korelacja sportu z wysokością zarobków. Według ogólnopolskiego badania wynagrodzeń firmy doradztwa HR Sedlak&Sedlak z 2013 roku, najwyższe zarobki otrzymywali pracownicy zatrudnieni właśnie w województwie mazowieckim. Połowa z nich zarabiała więcej niż 5,4 tys. zł brutto miesięcznie. Pojawia się więc pytanie: czy mieszkańcy Mazowsza dlatego zarabiają więcej niż inni, że częściej uprawiają sport, czy też dlatego są wysportowani, bo stać ich na regularne płacenie za basen lub siłownię?
Bank Zachodni WBK chce wesprzeć polskie firmy w zwiększaniu wolumenów eksportu do Chin i w ten sposób pomóc zasypać ogromny, wynoszący prawie 66 mln zł, deficyt handlowy Polski w obrotach z Państwem Środka. W tym celu BZ WBK rozpoczyna bliską współpracę z Bank of Shanghai, gdzie właśnie zaczął działać International Desk Grupy Santander – specjalny zespół doradców obsługujących klientów z zagranicy, w tym z Polski.
Polska importuje z Chin ok. 10 razy więcej niż do nich eksportuje. Eksperci Banku Zachodniego twierdzą, że deficyt można zmniejszyć, bo Polska ma wszelkie predyspozycje, aby zwiększać eksport do Państwa Środka – nasze produkty są wysokiej jakości i mogą być oferowane w rozsądnych jak na tamtejsze realia cenach. Co więcej, według ekspertów Banku, polscy przedsiębiorcy już od dawna wiedzą, że Chiny mają potencjał, o czym świadczą przyrosty polskiego eksportu, który w niektórych latach rósł bardzo dynamicznie. – Chiny nie od wczoraj są w centrum uwagi całego świata, podobnie jak nie od wczoraj wiadomo, że rosnąca zamożność obywateli Chin i zmieniające się wzorce kulturowe stwarzają popyt na towary z Zachodu, w tym z Europy. Niestety biznes w Chinach nie jest łatwy. To daleki rynek i odmienna kultura, z bardzo specyficznymi ramami dla funkcjonowania biznesu i żeby zacząć realnie działać na tym rynku trzeba mieć na miejscu naprawdę dobre wsparcie organizacyjne – mówi Robert Antczak, odpowiedzialny za rozwój biznesu międzynarodowego w Banku Zachodnim WBK.
Takie wsparcie Bank Zachodni WBK oferuje w Chinach poprzez swoich partnerów, czyli Santander Hong Kong oraz Bank of Shanghai. Od marca 2015 r., kiedy w Bank of Shanghai zaczął działać specjalny zespół zajmujący się obsługą klientów z zagranicy (tzw. International Desk), wsparcie dla polskich eksporterów na rynku chińskim ma już bardzo praktyczny wymiar. – Posiadanie w Chinach lokalnego banku, zaufanego i przygotowanego do obsługi firm np. europejskich, jest naprawdę bardzo ważne. Chiny są otwarte na świat, spragnione produktów spoza Azji, ale tam na miejscu wymagania formalne wobec zagranicznych kontrahentów są bardzo wysokie. Przykładem jest choćby otwarcie konta w chińskim banku. Wydaje się, że nie ma nic prostszego, ale tak niestety nie jest. Funkcjonuje kilkanaście typów rachunków a to, jakie konto obowiązuje dla danego typu działalności, definiują szczegółowe wytyczne odgórne. Nie jest łatwo się w nich odnaleźć. Chiński bank, wcześniej przygotowany do obsługi danego klienta przez bank polski, usuwa tego typu trudności – podkreśla Robert Antczak.
– Chińskie przepisy dla biznesu są jednymi z najbardziej skomplikowanych i szybko zmieniających się. Nie tylko istnieją różne wymagania dla różnych gałęzi przemysłu, ale dodatkowo to, co dziś jest bezwzględnym wymogiem, w przyszłym miesiącu może być już nieaktualne. W takim otoczeniu formalno-prawnym, wielu dostawców usług – bankowych i niebankowych – po prostu nie może nadążyć za zmianami – dodaje Maggie Zhang, szefowa International Desk w Bank of Shanghai.
Bank of Shanghai działa we wszystkich najważniejszych gospodarczo prowincjach i łącznie ma 307 oddziałów. Oprócz silnej reprezentacji w Szanghaju, jest obecny w drugiej gospodarczej stolicy Chin czyli Hongkongu, zagłębiu produkcyjnym nowych technologii Shenzhen i innych ośrodkach takich jak Tianjin, Nanjing, Suzhou, Hangzhou, Ningbo i Chengdu. International Desk w Bank of Shanghai pomaga klientom Banku Zachodniego WBK dokładnie rozpoznać warunki działania w danej branży oraz popyt na konkretne produkty, dostarcza szczegółowe analizy, organizuje usługi uzupełniające.
Eksperci Banku Zachodniego WBK podkreślają, że z punktu widzenia polskich firm planujących ekspansję na rynek Państwa Środka i przede wszystkim ze względu na trudność chińskiego rynku, najistotniejsze jest właśnie to, że International Desk w Bank of Shanghai rozwija bliskie kontakty z podmiotami trzecimi, takimi jak chińskie instytucje rządowe, izby branżowe, kancelarie prawne, firmy doradcze, księgowe, podatkowe i logistyczne, a przede wszystkim ambasady poszczególnych krajów. Stąd BZ WBK może zapewnić polskiej firmie całe spektrum wsparcia „pozabankowego” i znacznie ułatwić właściwie pełną organizację biznesu w Chinach. Przychodząc do BZ WBK firma zyskuje usługi finansowe, ale w pakiecie dostaje pozafinansowe, za które normalnie musiałaby zapłacić jednej z firm doradczych, które wyspecjalizowały się w usługach dla firm celujących w Chiny. – Bariera językowa, pozyskanie odbiorców, organizacja finansowania, wybór strategii sprzedaży, lokalne regulacje to tylko niektóre z wyzwań dla polskich firm na rynku chińskim. International Desk w BZ WBK i Bank of Shanghai zapewniają dostęp do bazy klientów i usług niefinansowych, których klienci nie znajdą w innych bankach. Polski klient zostanie przez nas poprowadzony przez cały proces – mówi Maggie Zhang.
Robert Antczak podkreśla także bliską współpracę Banku Zachodniego WBK z Santander Hong Kong. Przykładowo dla polskich importerów BZ WBK przygotowuje zabezpieczenie płatności z odroczonym terminem zapłaty i jednocześnie zapewnia ofertę finansowania dla ich dostawców, czyli chińskich eksporterów do Polski, z płatnością „at sight”, tj. po potwierdzeniu wysyłki towaru i dostarczeniu wymaganych dokumentów. –Wspólne strukturyzowanie transakcji przez nas i Santander Hong Kong umożliwia bezpieczny i płynny obrót między firmami – mówi Robert Antczak.
10 czerwca br. Bank Zachodni WBK zorganizował wirtualną misję do Chin dla przedstawicieli branży spożywczej – producentów mleka, mięsa, makaronów, słodyczy i przetworów owocowo-warzywnych. Nasi przedsiębiorcy spotkali się z potencjalnymi odbiorcami swoich towarów w Chinach.
Dariusz Lasek, dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych Union Investment TFI
Gorsza passa na rynku obligacji trwa nadal i obecnie na horyzoncie nie widać czynnika, który byłby w stanie zasadniczo zmienić ten obraz (choć w pewnym stopniu mogłoby pomóc rozwiązanie problemu greckiego).
Fed zmieni układ sił
W USA wszyscy spoglądają na działania Fed. Wypowiedzi członków Rezerwy Federalnej wskazują na to, że pierwsze podwyżki stóp procentowych w USA nastąpią już we wrześniu. Co prawda w tym roku skala podwyżek nie będzie bardzo duża, ale już w 2016 r. można się spodziewać bardziej zdecydowanego zaostrzania polityki pieniężnej przez amerykański bank centralny. Proces ten zmieni układ sił na rynku papierów dłużnych na całym świecie, także w Polsce.
W Polsce podwyżki stóp mało prawdopodobne
Na naszym lokalnym podwórku ociepleniu sentymentu nie sprzyja podwyższone ryzyko polityczne, które zapewne utrzyma się co najmniej do wyborów parlamentarnych na jesieni. W 2015 r. nie spodziewałbym się już żadnych ruchów ze strony Rady Polityki Pieniężnej, ponieważ inflacja jest ujemna. Na koniec roku najpewniej przekroczy zero, ale przewidujemy, że wciąż będzie bardzo niska – w granicach 0,5%. A to wciąż bardzo daleko od celu inflacyjnego NBP na poziomie 2,5% (z możliwością odchylenia o 1 punkt procentowy). Większy wpływ na kształtowanie się cen polskich obligacji ma obecnie wspomniany sentyment na świecie. Część graczy szacuje także ryzyko ewentualnej podwyższonej podaży ze strony inwestorów zagranicznych, którzy posiadają ok. 50% polskich obligacji skarbowych.
Masowa wyprzedaż polskich obligacji? Raczej nie
W kontekście wahań globalnego sentymentu należy brać pod uwagę ryzyko związane z dużym udziałem inwestorów w polskim rynku długu. Masowa wyprzedaż polskich papierów raczej nam nie grozi, ale jeśli na całym świecie trend spadkowy się pogłębi, również nasze obligacje mogą być sprzedawane. Tak działają rynki. Częściowym zabezpieczeniem dla Polski jest to, że Ministerstwo Finansów bardzo dba o dywersyfikację obligatariuszy. Nasze obligacje są w posiadaniu inwestorów z różnych regionów świata, m.in. Europy, USA i Azji.
Pierwszy seryjny model na wodorowe ogniwa paliwowe – Toyota Mirai – jest już w sprzedaży, mimo to podstawowa wiedza na temat działania napędu wodorowego wciąż jeszcze nie jest rozpowszechniona. Dziś przybliżamy najważniejsze informacje na ten temat. A już we wrześniu będzie można zobaczyć Mirai na własne oczy w wybranych salonach Toyoty w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Danii.
Gdyby zapytać inżynierów motoryzacyjnych, jaki rodzaj silnika będzie napędzał samochody przyszłości, wszyscy bez wahania odpowiedzą: elektryczny. W stosunku do silników spalinowych ma on mnóstwo zalet: bardzo duży moment obrotowy, możliwość pracy w niezwykle szerokim zakresie obrotów, prostota i trwałość wynikająca z minimalnej liczby części ruchomych, łatwość i precyzja sterowania parametrami, niewielkie wymiary i masa, wreszcie sprawność sięgająca 98% (dla typowych silników spalinowych to zaledwie ok. 33%).
Schemat działania wodorowej Toyoty
Dlaczego więc samochody z napędem elektrycznym nie zdominowały jeszcze rynku, choć silniki elektryczne są powszechnie wykorzystywane we wszelkich dziedzinach techniki, od gospodarstwa domowego po kolej, metro i tramwaje? Problemem wciąż pozostaje zapewnienie autonomicznego źródła energii elektrycznej o pojemności umożliwiającej podróżowanie na większe odległości i szybkie doładowanie po jej wyczerpaniu. Mimo ogromnego postępu w technologii akumulatorów, są one wciąż spore i ciężkie, a choć można je doładowywać ze zwykłego gniazdka elektrycznego, odnowienie zapasu energii oznacza co najmniej kilkudziesięciominutową przerwę w podróży. I to tylko w przypadku, jeśli używamy do tego celu superładowarek, których nie da się podłączyć do zwykłego gniazdka i które powodują szybką degradację baterii. Przy zwykłej, ogólnodostępnej technologii ładowania zajmuje ono kilka godzin. O ile wygodniej podjechać na kilka minut na stację benzynową!
Prąd z wodoru
Rozwiązaniem tego problemu może być zastosowanie ogniw paliwowych. Urządzenia te wytwarzają prąd elektryczny jako bezpośredni efekt reakcji paliwa z tlenem z powietrza, bez tłoków, cylindrów i innych ruchomych elementów. Najwydajniejszym paliwem dla ogniw paliwowych jest czysty wodór. Brzmi to kosmicznie – wodór, spalający się w silnikach rakietowych w temperaturze niemal 3000 stopni Celsjusza? Tak, ten sam wodór, tyle że w ogniwie paliwowym utlenianie zachodzi na zimno, dzięki obecności katalizatora. Nawiasem mówiąc, wodorowe ogniwa paliwowe opracowano właśnie z myślą o wytwarzaniu prądu w statkach kosmicznych.
Wydawać by się mogło, że tak wyrafinowane rozwiązanie długo jeszcze pozostanie domeną pojazdów studyjnych, które można podziwiać jedynie podczas wystaw motoryzacyjnych. Tymczasem na rynku jest już dostępny seryjny samochód osobowy, zasilany ogniwami paliwowymi – to Toyota Mirai.
Elektryczna przyszłość
Seryjny model Mirai (po japońsku „przyszłość”) powstał jako rozwinięcie zaprezentowanego w 2013 roku koncepcyjnego pojazdu Toyota FCV (Fuel Cell Vehicle). Choć zewnętrznie jest do niego bardzo podobny, zawiera wiele udoskonaleń, które znacząco poprawiły jego osiągi. W konstrukcji zespołu napędowego wykorzystano też szereg produkowanych wielkoseryjnie elementów pochodzących z hybrydowego napędu Toyota Hybrid Synergy Drive (HSD), co z jednej strony wpływa korzystnie na niezawodność, a z drugiej pozwala znacząco obniżyć koszty dzięki ekonomii skali.
Mirai to czterodrzwiowy sedan o wielkości porównywalnej z Toyotą Camry. Napęd przenoszony na przednią oś zapewnia sprawdzony w jednostkach HSD silnik elektryczny o mocy 113 kW (154 KM), zapewniający moment obrotowy 335 N·m. Z jednostek HSD wzięto również sterujący silnikiem elektroniczny układ PCU (Power Control Unit). Przy niewielkim zapotrzebowaniu na moc prąd jest dostarczany z akumulatora niklowo-metalowo-wodorkowego o pojemności 1,6 kWh, który magazynuje też energię odzyskiwaną podczas hamowania rekuperacyjnego (silnik elektryczny pracuje wówczas jako generator). Przy większych prędkościach energię elektryczną wytwarza zestaw ogniw paliwowych.
Dojrzała technologia
Użyty w Mirai zestaw ogniw paliwowych z elektrolitem polimerowym to zupełnie nowa konstrukcja o mocy 114 kW (155 KM). Zastosowane w nim rozwiązania zasługują na osobny artykuł; o ich wartości niech świadczy fakt, że konstruktorom Toyoty udało się osiągnąć rekordową gęstość mocy wynoszącą 3,1 kW/dm³ – dwukrotnie większą, niż w studyjnym modelu FCHV-adv. Dla poprawy wydajności systemu, między zestawem ogniw paliwowych a sterownikiem mocy zainstalowano elektroniczny przekształtnik, którego zadaniem jest podwyższanie napięcia do 650 woltów. Jego użycie umożliwiło zmniejszenie liczby ogniw paliwowych i obniżenie masy całego systemu. W chwilach największego zapotrzebowania na moc, czyli podczas gwałtownego przyspieszania, ogniwa paliwowe wspomagane są przez akumulator.
Zestaw ogniw paliwowych waży jedynie 56 kg i ma objętość zaledwie 37 dm³, dzięki czemu udało się go umieścić pod podłogą pojazdu, tak by nie ograniczał przestrzeni użytkowej nadwozia. Pod podłogą umieszczono także dwa zbiorniki wodoru (przedni mieszczący 60 l i tylny o pojemności 62,4 l), które same w sobie są prawdziwym cudem techniki. Wykonane z wielowarstwowego kompozytu, wytrzymują ogromne ciśnienie 70 MPa, a przy tym są bardzo lekkie, zaś rekordowy współczynnik pojemności sprawia, że aż 5,7% masy pełnych zbiorników to wodorowe paliwo. Wewnętrzna nylonowa wyściółka zapewnia wymaganą szczelność, następna warstwa kompozytu o zbrojeniu z włókien węglowych daje wytrzymałość na ciśnienie, wreszcie zewnętrzna warstwa kompozytu o zbrojeniu z włókien szklanych gwarantuje odporność na uszkodzenia mechaniczne. Zastosowanie włókien szklanych pozwoliło ograniczyć zużycie bardzo drogich włókien węglowych i tym samym obniżyć cenę zbiorników przy zachowaniu wymaganych parametrów.
Czysto, cicho, szybko
Konsekwencją zastosowania wodorowego paliwa jest absolutna czystość gazów wydechowych – to po prostu para wodna; czyściej się już nie da. Wodór może być przy tym paliwem całkowicie odnawialnym – sceptycy powiedzą, że do jego uzyskania np. poprzez elektrolizę wody potrzebny jest prąd wytwarzany przez elektrownie, ale może on pochodzić z elektrowni wodnych, wiatrowych bądź słonecznych. Wodór można produkować także kilkoma innymi metodami, co rozwiązuje problem dywersyfikacji źródeł energii. Inne ekologiczne aspekty Mirai to mniejsze obciążenie środowiska przez czynności eksploatacyjne – nie trzeba zmieniać oleju silnikowego i pasków klinowych, hamowanie rekuperacyjne zmniejsza zużycie okładzin hamulcowych. Inną cenną zaletą jest doskonała cisza, jaką zapewnia napęd elektryczny i bezgłośna praca ogniw paliwowych.
Elektryczny napęd może rozpędzić Mirai do prędkości maksymalnej 178 km/h, a zawarty w zbiornikach wodór umożliwia przejechanie na jednym tankowaniu 480 km (przy tankowaniu na stacjach nowej generacji nawet 700 km). Uzupełnienie paliwa trwa jedynie trzy minuty – porównywalnie z tankowaniem na stacji benzynowej.
Toyotę Mirai można już kupić w Japonii, lada moment samochód trafi na rynek amerykański. Rozpoczęcie sprzedaży w Europie ma nastąpić we wrześniu, początkowo w Wielkiej Brytanii, Danii i Niemczech (przewidywana cena netto na rynku niemieckim to ok. 60 tys. euro), a później również w innych krajach, w miarę rozwoju infrastruktury tankowania wodoru.
Inteligentny zegarek to kolejny elektroniczny gadżet, który ma ułatwić nam życie. Do czego jest nam potrzebny? Oczywiście, możemy sprawdzić godzinę, ale także skorzystać z wielu funkcji smartfona. Cinkciarz.pl przygotował bardzo praktyczną aplikację specjalnie na urządzenia z najpopularniejszym na rynku systemem Android.
Aplikacja Cinkciarz.pl jest przeznaczona na urządzenia typu smartwatch działające pod kontrolą systemu Android Wear. Zegarek komunikuje się z telefonem przez Bluetooth. Dotykowy ekran działa jak w smartfonie. Korzystając z jego funkcji m.in. zrobisz zdjęcie, sprawdzisz tętno, posłuchasz muzyki.
Nie przegapisz również najlepszych ofert serwisu Cinkciarz.pl. Serwis wymiany walut udostępnił właśnie nową aplikację. Pozwala ona na wyświetlanie aktualnych kursów trzech wybranych
przez siebie walut.
Zainstalowana na telefonie aplikacja co godzinę sprawdza aktualne kursy walut i informacje
na ten temat wysyła do zegarka. Użytkownik może także w dowolnym momencie, bezpośrednio
na zegarku, zaktualizować wyświetlane kursy. Są one prezentowane w prostej formie. Dla osób,
które wymieniają waluty to bardzo praktyczne rozwiązanie – mówi Kamil Sahaj, Marketing Manager
w Cinkciarz.pl.
Popularne modele smartwatchy, np. Motorola, Sony czy LG, są dostępne w ofercie największych sklepów internetowych. Zegarki oraz wiele ciekawych aplikacji można również kupić korzystając
z oferty Google Play.
Internetowy serwis wymiany walut Cinkciarz.pl był także jedną z pierwszych na świecie firm,
które stworzyły aplikację finansową na Google Glass™.
Od trzech lat następuje sukcesywny wzrost zainteresowania modelem pracy w przestrzeniach coworkingowych. Według danych z platformy Best2Invest w Polsce w chwili obecnej istnieje 145 biur oferujących wynajem biurek na godziny. Najwięcej jest ich w województwie mazowieckim, wielkopolskim, małopolskim i pomorskim.
W czym tkwi siła coworkingu?
Poszukując swojej ścieżki kariery, Polacy coraz częściej decydują się na wykonywanie wolnych zawodów. Rośnie liczba firm jednoosobowych, które dają ich właścicielom biznesową wolność i poczucie niezależności. Według danych GUS liczba pracujących na własny rachunek, niezatrudniających innych osób, zwiększyła się w ubiegłym roku o 63 tysiące i obecnie ten model praktykowany jest przez blisko 1/5 wszystkich aktywnych zawodowo. Są to między innymi przedstawiciele branży consultingowej, marketingu, graficy, informatycy, architekci czy osoby zajmujące się coachingiem.
Na początkowym etapie samodzielnej działalności gospodarczej utrzymywanie własnego biura nie zawsze się opłaca. Ci, którzy w jednoosobowej firmie poszukują wolności niekoniecznie chcą wiązać się długoterminową umową najmu, a tym bardziej kredytem na zakup własnego biura. Coraz więcej freelancerów i małych, działających w pojedynkę, przedsiębiorców korzysta z przestrzeni coworkingowych, które w sposób elastyczny udostępniają nowoczesną powierzchnię biurową. Dzisiejsze coworkingi to miejsca, które nie ograniczają się już tylko do wynajmu biurek na godziny. Obecnie są to miejsca pomysłowo aranżowane, kolorowe, zaprojektowane w sposób, który buduje klimat kreatywności. Biura coworkingowe posiadają specjalne przestrzenie do burzy mózgów, strefy relaksu, sale konferencyjne.
Wiktor Doktór, Prezes Fundacji Pro Progressio ocenia, że coworking w Polsce najlepsze ma dopiero przed sobą. Stale rośnie liczba osób, które szukają swojej zawodowej ścieżki poza korporacjami i decydują się na własną działalność gospodarczą. Coworking stwarza sprzyjające środowisko przedsięwzięciom start-upowym, które szukają optymalnego dla siebie modelu biznesowego. Coworking to zatem nie tylko niskie koszty powierzchni biurowej, ale przede wszystkim wolność i ogromna wartość dodana w postaci inspirującego otoczenia innych przedsiębiorców i realna szansa budowy kręgu powiązań zawodowych.
Piotr Boulange, twórca warszawskich biur coworkingowych „ClockWork” zauważa wzrost zainteresowania pracą, w tego typu przestrzeniach. Przedsiębiorcy poszukują miejsc, które oprócz wynajmu stanowisk biurowych oferują również cykliczne wydarzenia, warsztaty, wykłady, szkolenia. Wspólne dyskusje i ćwiczeniu sprzyjają wymianie biznesowej energii. Nowe znajomości i sieć kontaktów to coś, czego nie można wycenić. Możliwość dzielenia się doświadczeniami wpływa na wzrost kreatywności oraz produktywności i dodaje odwagi w działaniu. Już teraz zdarza się, że start-upy, które działały w coworkach sprzedawane są za kwoty rzędu miliona euro. Przykładem może być Filmaster, założony przez Borysa Musielaka w co-worku Reaktor. Biura coworkingowe powstają jako indywidualne inicjatywy, ale także w ramach projektów finansowanych przez Unię Europejską. Obecnie w Polsce działa 145 tego typu ośrodków. Najwięcej przestrzeni do pracy wspólnej znajduje się w województwach mazowieckim (34), wielkopolskim (17), małopolskim (14) i pomorskim (13). Biura coworkingowe powstają zarówno w dużych miastach takich jak Warszawa, Łódź czy Poznań, ale także i w mniejszych jak Radom, Piła czy Częstochowa.
Na platformie Best2Invest.org stworzyliśmy możliwość sprawdzenia rozmieszczenia coworkingów na mapie Polski. Dzięki temu każdy początkujący przedsiębiorca może dowiedzieć się gdzie w jego okolicy znajduje się przestrzeń do wspólnej pracy – mówi Wiktor Doktór.
Ebury, międzynarodowa firma specjalizująca się w usługach finansowych dla MŚP (małych i średnich firm) rozpoczyna działalność w Polsce. Ebury pomaga firmom rozwijać biznes na rynkach zagranicznych eliminując bariery w obszarze rozliczania transakcji walutowych oraz zarządzania ryzykiem walutowym. Dzięki innowacyjnej technologii i usługom dopasowanym do indywidualnych potrzeb biznesowych, Ebury podnosi także efektywność transakcji międzynarodowych i zabezpiecza marże przedsiębiorców.
Ebury zostało założone w 2009 r. Do tej pory firma obsłużyła transakcje handlowe o wartości ponad 7 mld funtów (w przeliczeniu ok. 40 mld zł) dla ponad 5 tys. europejskich eksporterów i importerów.
Dzięki współpracy z Ebury polskie firmy będą mogły korzystać z możliwości niedostępnych dotychczas na naszym rynku. Ebury umożliwia m.in. dostęp do ponad 140 różnych walut, w tym walut odległych krajów takich jak rupia indyjska, chiński juan, real brazylijski, thajski bat czy meksykańskie peso.
– Widzimy duży potencjał polskiego rynku. Do tej pory usługi analogiczne do naszych świadczyły w Polsce w zasadzie tylko banki. Ich oferta jest jednak kierowana przede wszystkim do dużych korporacji. My natomiast wychodzimy z propozycją współpracy do polskich małych i średnich przedsiębiorstw udostępniając rozwiązania precyzyjnie dostosowane do ich potrzeb i możliwości. Chcemy pomagać realizować potencjał eksporterów i importerów, realizując transakcje z kontrahentami nawet z najbardziej odległych krajów świata, eliminując tym samym bariery w handlu zagranicznym – mówi Salvador Garcia, Prezes i współzałożyciel Ebury. – Jesteśmy przekonani, że polski rynek będzie się dalej rozwijał. Już teraz, wg MFW, Polska jest 23 gospodarką świata i posiada wszelkie predyspozycje, aby stać się jednym z liderów światowego handlu międzynarodowego – dodaje Salvador Garcia.
Do tej pory firma działała w trzech krajach – Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Holandii, zatrudniając łącznie ok. 300 specjalistów z bogatym doświadczeniem na światowych rynkach finansowych.
Dzięki narzędziom finansowym zabezpieczającym ryzyko kursowe, które za każdym razem dopasowywane są indywidualnych potrzeb biznesowych, współpraca z Ebury zwiększa bezpieczeństwo rozliczeniowe oraz generuje znaczące oszczędności dla małych i średnich firm. – W Ebury mamy możliwość przeprowadzenia transakcji oraz wykonywania przelewów zagranicznych gdziekolwiek znajduje się kontrahent naszego klienta – podkreśla Jakub Makurat, Dyrektor Generalny Ebury w Polsce. – Współpracujemy z największymi podmiotami międzynarodowego rynku walutowego i dzięki temu jesteśmy w stanie zaoferować bardzo atrakcyjny kurs wymiany oraz narzędzia dostarczające siłę negocjacyjną małym i średnim firmom. Dodatkowo, nasi analitycy codziennie obserwują rynki przekazując klientom zestaw użytecznych informacji i własnych analiz, co pozwala przedsiębiorcom skoncentrować się na tym co dla nich najważniejsze– na prowadzeniu własnego biznesu – dodaje Jakub Makurat. Prognozy walutowe Ebury dostępne są m.in. regularnie w terminalach agencji Bloomberg.
Firma jest zarejestrowana w Wielkiej Brytanii (z siedzibą w Londynie) i podlega przepisom prawnym Urzędu Skarbowego i Celnego Jej Królewskiej Mości (HM Revenue and Customs). Ebury posiada także status Autoryzowanej Instytucji Płatniczej i paszport uprawniający do wykonywania usług we wszystkich krajach Unii Europejskiej oraz w krajach należących do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Firma podlega regulacji Urzędu ds. Operacji Finansowych (Financial Conduct Authority), który w zakresie prowadzonej działalności jest brytyjskim odpowiednikiem polskiej Komisji Nadzoru Finansowego.
Coraz większe znaczenie przywiązujemy do zdrowego trybu życia, diety i kondycji fizycznej. Chcemy w ten sposób funkcjonować nie tylko w domu, ale i w miejscu pracy. Poszukujemy sprzyjającego środowiska pracy, zapewniającego różnego rodzaju udogodnienia i wygody. Dla osób spędzających wiele czasu w biurze, dużym ułatwieniem jest bezpośredni dostęp do dobrej jakości placówek gastronomicznych, sklepów convenience oraz różnego rodzaju, użytecznych usług.
Takie oczekiwania pracowników stają sie z kolei dla firm poszukujących powierzchni biurowej wyznacznikiem podczas selekcji. Obok lokalizacji, standardu i czynszu, kluczowym aspektem przy wyborze biura staje się jakość pracy, jaką zapewnić może nie tylko biurowe wnętrze, ale także najbliższe otoczenie budynku.
Od restauracji, po fitness
Na obecnym, mocno konkurencyjnym rynku oferowanie wysokiej jakości powierzchni nie gwarantuje jeszcze sukcesu. Znacznie większym zainteresowaniem cieszą się biurowce, zapewniające także dostęp do usług związanych ze zdrowym stylem życia, sportem, czy ochroną zdrowia. Im więcej takich udogodnień oferuje biurowiec, tym jest atrakcyjniejszy dla najemcy. Deweloperzy podążają za oczekiwaniami swoich klientów i urządzają w budynkach nawet kluby fitness, czy przedszkola. Dodatkowa funkcjonalność obiektów biurowych to wartość dodana, która jest silnym atutem, zarówno dla inwestora komercjalizującego biurowiec, jak i najemcy, którego pracownicy mają zapewniony dostęp do różnego rodzaju usług.
Takie funkcje budynków znacznie podnoszą ich atrakcyjność. – Najemcy bardzo dobrze oceniają zastosowane udogodnienia i użyteczne funkcje, które oferuje biurowiec. W ten sposób tworzy się przyjazny klimat w miejscu pracy, a inwestycja wyróżnia się na tle innych – uważa Jacek Ochnik, prezes Ochnik Development. – Najemcy Dzielnej 60, warszawskiego kompleksu biurowego, którego modernizację niedawno zakończyliśmy, mają do dyspozycji na miejscu m.in. restaurację urządzoną w dwupoziomowym lofcie, centrum urody i zdrowia, czy showroom z wyselekcjonowanymi gatunkami win – wymienia Jacek Ochnik.
Dobry klimat jest najważniejszy
Zdaniem prezesa Ochnik Development, miłą atmosferę można wykreować również dzięki stworzeniu na terenie obiektu miejsc służących do wypoczynku. – W Dzielnej 60 mamy specjalną Strefę Relaksu, z której korzystać mogą wszyscy pracownicy, jeśli w ciągu dnia potrzebują chwili wytchnienia lub chcą popracować w swobodnej atmosferze. Podobną funkcję spełnia, usytuowany wewnętrznie, zielony dziedziniec z miejscami do odpoczynku i ogródkiem kawiarnianym – dodaje Jacek Ochnik.
Jacek Ochnik zauważa, że wraz ze wzrostem świadomości znaczenia zdrowego trybu życia, coraz wyżej na liście życzeń najemców plasują się udogodnienia związane ze sportem. Przyznaje, że odkąd popularne stało się poruszanie się jednośladami, wiele biurowców oferuje parkingi dla rowerów, prysznice i szatnie dla rowerzystów, a nawet stanowiska do drobnych napraw.
Kanapy, wyspy i budki telefoniczne
Strategia deweloperów, nakierowana na komfort pracy, obejmuje również odpowiednie projektowanie powierzchni biurowych. Przestrzeń biura powinna umożliwiać dowolną adaptację, pozwalającą na przykład na swobodną aranżację bura według popularnej ostatnio koncepcji Activity Based Workplace.
Zgodnie z jej założeniami uwolnieni od biurek pracownicy, pracują w otwartej przestrzeni, podzielonej na różne strefy aktywności. Tak zaprojektowane biura oferują miejsca przeznaczone do różnego trybu pracy. Jest przestrzeń do pracy w ciszy, stanowiska do pracy przy biurku i pracy stojącej. Są też specjalne, wyciszone miejsca do ekspresyjnych rozmów i negocjacji, przypominające budki telefoniczne. Ponadto mieszczą się w nich zarówno tradycyjne sale konferencyjne do oficjalnych zebrań, jak i wyspy służące do nieformalnych spotkań projektowych, czy przeprowadzania burzy mózgów.
W takich biurach pojawiają się także dodatkowe obszary, w których ustawiane są kanapy i fotele z podwyższonymi ściankami, zapewniające prywatność. Przy tym, część przeznaczona do pracy w skupieniu i pracy kreatywnej, choć płynnie przechodzą jedna w drugą, są od siebie wyraźnie oddzielone. Firmy coraz częściej decydują się na aranżację tego typu biur, bo pozwalają zwiększyć integrację zespołu, jego kreatywność i efektywność pracy.
Tegoroczne plany Grupy Mzuri zakładają utworzenie jeszcze przynajmniej dwóch spółek celowych. Aktywność grupy uzależniona jest jednak od zainteresowania ze strony odbiorców i inwestorów. Przyjęty model biznesowy zakłada zakup nieruchomości we wszystkich największych miastach w Polsce. Pozwoli to na ograniczenie ryzyka inwestycyjnego.
– Ten model nazwaliśmy modelem emerytalnym, gdzie powołamy kolejną spółkę, znowu zbierzemy kapitał, ale zyski z najmu nie będą wypłacane na bieżąco, tylko przez 5 lat będą reinwestowane. Całość przychodów z najmu będzie reinwestowana po to, żeby zwiększyć bazę kapitałową tej spółki – informuje Sławek Muturi, założyciel Grupy Mzuri.
Na takiej właśnie koncepcji opiera się model biznesowy spółki o nazwie Mzuri CFI 3. Jej start planowany jest na listopad 2015 roku. Założyciel Grupy Mzuri zakłada także możliwość uruchomienia – wcześniej nawet niż CFI 3 – spółki flippingowej. Strategia spółki tego typu zakłada inwestycje w kamienice wymagające remontu, a następnie sprzedaż ich inwestorom jeszcze przed zakończeniem prac remontowych. Pozwoli to na uzyskanie wzrostu wartości zainwestowanego kapitału.
– Spodziewamy się, że jeszcze może ze dwie spółki uruchomimy w tym roku i pewnie w kolejnym kolejne, ale dużo będzie zależało od zainteresowania rynku – zastrzega Sławek Muturi.
Tak jak w przypadku niedawno uruchomionej Mzuri CFI 2, planowana na jesień spółka emerytalna będzie szukała okazji inwestycyjnych we wszystkich dużych miastach w Polsce.
– Myślę, że model będzie bardzo podobny. Dzięki temu, że będziemy mogli reinwestować, spółka będzie mogła kupować mieszkania w kilku czy kilkunastu miastach. Nastąpi też naturalne rozproszenie ryzyka inwestycyjnego – odpowiada Sławek Muturi, pytany o to, gdzie spółki Grupy Mzuri będą szukały podaży mieszkań.
Plany spółek celowych w ramach Grupy Mzuri zakładają aktywność raczej na rynku wtórnym lub po prostu tam, gdzie pojawią się dogodne okazje biznesowe. Muturi nie wyklucza także, że w przyszłości inwestycje realizowane będą również na rynkach zagranicznych.
– Rozważamy takie scenariusze. Natomiast teraz jest jeszcze na to za wcześnie, chcemy zobaczyć, jak to będzie działało na polskim rynku, a potem ewentualnie rozważymy inne – wyjaśnia Muturi.
Podkreśla, że w przypadku alokacji środków za granicą niezbędna jest jednak spora ostrożność. O ile kupno nieruchomości za gotówkę nie jest problemem, o tyle dużo trudniej jest ją później wynajmować, tak żeby przynosiła przyzwoite przychody z najmu.
– Zanim byśmy weszli czy zaproponowali inwestorom wejście na jakiś inny rynek, musielibyśmy naprawdę bardzo dużo czasu poświęcić na to, żeby go dogłębnie zbadać, zrozumieć, by uniknąć spekulowania. Chcemy być inwestorami, a nie spekulantami – wyjaśnia Sławek Muturi.
Dom Inwestycyjny Investors zmienił nazwę na Vestor Dom Maklerski. Planuje, że w tym roku zdoła wprowadzić na giełdę nawet sześć spółek oraz przeprowadzić ok. 40 emisji obligacji swoich klientów. Liczy też, że zdecydowanie podniesie własną rentowność.
Zmiana nazwy przeprowadzona w tym tygodniu związana jest z wykupem menadżerskim, który został dokonany przez grupę osób zarządzających oraz współpracujących z firmą.
– Nasza firma urosła w ostatnich 5 latach– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jakub Bartkiewicz, prezes zarządu Vestor Dom Maklerski. – Przychody wzrosły mniej więcej dziesięciokrotnie, a ostatni rok to jest 40-proc. wzrost przychodów. Jesteśmy na tyle duzi i na tyle ustabilizowani, że menadżerowie z pełną świadomością, zarówno czynników ryzyka, jak i potencjału, który przed nami jest, podjęli decyzję o tym przedsięwzięciu.
Zamiarem domu maklerskiego jest nawet dwu-trzykrotne podniesienie rentowności. Jak podkreśla prezes Vestora, firma od samego początku przynosiła zyski.
– Generalnie rzecz biorąc, walczymy w tej chwili wyłącznie o to, żeby poprawić rentowność naszego przedsięwzięcia. Rentowność w postaci 20-30 proc. przychodów to jest to, do czego chcemy dotrzeć. Dzisiaj oscylujemy wokół 10-15 proc. naszych przychodów.
Klientem Vestora są firmy szukające pieniędzy z emisji obligacji, kapitałochłonne przedsięwzięcia, jak spółki wierzytelnościowe, deweloperzy, a także firmy, które się rozwijają i w obecnym stadium rozwoju niełatwo im pozyskać finansowanie bankowe. Przy emisji akcji Vestor DM stara się koncentrować na przedsiębiorstwach innowacyjnych, niewielkich, ale z dobrymi pomysłami, takich jak firmy z branży biotechnologicznej i technologicznej, spółkach internetowych, twórcach gier komputerowych.
– W tym roku mamy zamiar przeprowadzić około 5-6 emisji wraz z wprowadzeniem na giełdę, czyli 5-6 IPO– deklaruje prezes zarządu Vestor Dom Maklerski . – Liczymy na 35, być może 40 emisji obligacji. To są liczby, które zrealizowaliśmy w zeszłym roku, więc one nie są ani absurdalne, ani oderwane od rzeczywistości. Liczymy tylko na większy ich rozmiar niż w ubiegłym roku. I mamy nadzieję na zachowanie pozycji lidera, zarówno w prywatnych emisjach obligacji, jak i w IPO małych i średnich przedsiębiorstw.
Jako dom maklerski Vestor chce w ramach Private Brokerage zaoferować produkty inwestycyjne nie tylko z marką Investors, lecz także ze wszystkimi markami, które są na rynku osiągalne.
– Będziemy mogli z pełną świadomością działać jako niezależny broker, niezależny dom maklerski– zapowiada prezes Jakub Bartkiewicz. – W ramach usługi Private Brokerage przewidujemy wzrost aktywów w zarządzaniu tylko w tym roku do 0,5 mld zł. Mamy nadzieję, że to będzie nam rosło o 200-300 mln zł rocznie.
Delegacji polskiego parlamentu i ukraińskiej Rady Najwyższej rozmawiały w tym tygodniu w Warszawie na temat bezpieczeństwa energetycznego na Ukrainie i w Polsce. Strategicznym projektem w tym kontekście jest most energetyczny między Ukrainą a UE, który jest ważnym elementem projektu integracji gospodarczej Ukrainy z UE. Ukrainie pozwoliłby on eksportować do Polski oraz innych państw Unii Europejskiej nadwyżki energii z chmielnickiej elektrowni jądrowej, za które Polska mogłaby płacić potrzebnym Ukrainie węglem i gazem.
Projekt mostu energetycznego został zatwierdzony specjalnym rozporządzeniem na posiedzeniu rządu Ukrainy w dniu 15 czerwca 2015 r. Most oznaczałby nie tylko ulgę dla gospodarki Ukrainy, lecz także wzmocnienie polityczne tego osłabianego przez Rosję państwa. Otwiera drogę do eksportu energii elektrycznej z Ukrainy oraz dostęp do międzynarodowych rynków finansowych dla rozwoju i modernizacji sektora energetycznego Ukrainy. Projekt mostu pozawala na pozyskania technologii atomowych, które mogłyby być alternatywą dla dominujących na Ukrainie rosyjskich rozwiązań. Projekt jest również ważny dla demonopolizacji sektora energetycznego Ukrainy.
– Bezsprzecznie jest to ważne zarówno dla Polski, jak i dla Ukrainy– mówi agencji informacyjnej Newseria Anatolij Matwijenko, deputowany Rady Najwyższej Ukrainy, z Bloku Petra Poroszenki.
Ukraina oraz Polska byłyby bezpośrednimi beneficjentami uruchomienia mostu energetycznego. Polska miałaby dostęp do prądu na korzystnych warunkach oraz stały rynek zbytu dla polskich kopalni, w których produkcja jest obecnie nieopłacalna. Ukraina natomiast wzmocniłaby własne bezpieczeństwo energetyczne.
Anatolij Matwijenko podkreśla, że most energetyczny rozwiązuje wiele problemów, z którymi dziś musi sobie radzić i Polska, i Ukraina.
– Moglibyśmy stworzyć między Polską a Ukrainą hub gazowy dla Europy Środkowo-Wschodniej – przekonuje.
Równie ważna jest możliwość wykorzystania nadwyżki energii pochodzącej z ukraińskich elektrowni atomowych. Do jej importu można po odpowiednim rozbudowaniu wykorzystać istniejącą linię Chmielnicki-Rzeszów, prowadzącą z zachodniej Ukrainy do Rzeszowa.
W wyniku wojny Ukraina znalazła się w bardzo trudnej sytuacji gospodarczej. Anektując Krym, Rosja zajęła też ukraińskie wody terytorialne z bogatymi złożami ropy i gazu na polu Skifska. Część ukraińskich kopalni znajduje się na terenach zajętych przez wspieranych przez wojska rosyjskie separatystów, którzy zajmują także terytoria pomiędzy Donieckiem a Charkowem, z największymi złożami gazu łupkowego.
Anatolij Matwijenko tłumaczy, że w wyniki konfliktu Ukraina nie może korzystać z kopalni w obwodzie donieckim.
– Polskie kopalnie mogą tę lukę wypełnić i stać się trwałym elementem energetycznego rynku Ukrainy– ocenia deputowany Rady Najwyżej Ukrainy z Bloku Petra Poroszenki.
Polsko-ukraiński most energetyczny mógłby zdaniem Matwijenki ruszyć w ciągu półtora roku. Zależy to od tempa prac wykonawców, którzy muszą nie tylko stworzyć połączenie energetyczne, lecz także dobudować II, III i IV blok w elektrowni Chmielnicki. Deputowany Anatolij Matwijenko zwraca uwagę, że szybkie tempo prac będzie korzystne także dla Polski, gdzie wkrótce pojawi się bardzo poważny problem deficytu energetycznego ze względu na przestarzałą konstrukcję bloków węglowych. Inwestycja jest więc okazją do rozwiązania tego problemu.
– Dziś tak naprawdę walczymy o niezależność energetyczną zarówno Polski, jak i dla Ukrainy – dodaje.
W Polsce będzie rosło zapotrzebowanie na ekologiczne autobusy hybrydowe i elektryczne. Coraz więcej miast będzie decydowało się na rozwój tego typu transportu publicznego – to niezbędne z uwagi na zatłoczenie i zanieczyszczenie miast. Daje on wyjątkowe możliwości – w Szwecji powstały już nawet przystanki wewnątrz budynków.
– Zapotrzebowanie w polskich miastach ciągle rośnie. Następuje wzrost rynku w segmencie autobusów miejskich. Każde z miast ogłasza kolejne projekty, które będą realizowane w najbliższym czasie. Będą one dotyczyły zarówno autobusów niskoemisyjnych, jak i autobusów tradycyjnych – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Małgorzata Durda, dyrektor ds. sprzedaży autobusów w Volvo Polska. – Transport publiczny w Polsce ma przed sobą dosyć duże wyzwania do zrealizowania.
Durda podkreśla, że dla polskich miast stawianie na rozwój transportu miejskiego jest koniecznością z dwóch powodów. Pierwszym argumentem jest to, że aglomeracje są coraz bardziej zatłoczone, więc władze muszą przekonać mieszkańców do korzystania z transportu zbiorowego. Drugim argumentem jest zanieczyszczenie oraz hałas – autobusy, szczególnie hybrydowe oraz elektryczne, mogą wyraźnie poprawić jakość powietrza w miastach.
By jednak w pełni wykorzystać zalety transportu zbiorowego, potrzebna jest całościowa strategia, której w Polsce – według Durdy – cały czas brakuje. Podkreśla, że w takiej strategii muszą znaleźć się sposoby na zwiększenie dostępności transportu publicznego, poprawienie możliwości podróży łączącej różne środki transportu oraz optymalne wykorzystanie różnego typu pojazdów.
– Jesteśmy przedstawicielem producenta, który ma odpowiednie rozwiązania właśnie dla transportu autobusowego w Polsce – podkreśla Durda. – Mamy zarówno autobusy hybrydowe, które charakteryzują się tym, że mają niższą emisję zanieczyszczeń i hałasu niż tradycyjne autobusy napędzane silnikiem wysokoprężnym. Nasza technologia umożliwia ruszanie takiego pojazdu z przystanku lub poruszanie się w korku przy wykorzystaniu tylko silnika elektrycznego, co generuje niższą emisję i brak hałasu. Inną propozycją są autobusy elektryczne hybrydowe lub autobusy elektryczne.
Durda przywołuje dwa przykłady udanego wprowadzenia ekologicznych autobusów przez Volvo w Szwecji. W Sztokholmie jedna z miejskich linii jest obsługiwana wyłącznie taborem hybrydowym spalinowo-elektrycznym, co doprowadziło do wyraźnego obniżenia poziomu hałasu. Z kolei w Göteborgu na jednej z linii, łączących uniwersytet z lokalnym parkiem naukowo-technologicznym, kursuje siedem autobusów hybrydowych i trzy całkowicie elektryczne.
Zastosowanie tych ekologicznych pojazdów umożliwiło ulokowanie jednego z przystanków wewnątrz budynku.
– Jest to niesamowita wygoda dla pasażerów, którzy mogą oczekiwać w niesprzyjających warunkach pogodowych wewnątrz budynku, czekać na swój autobus, popijając kawę, a następnie wygodnie ruszyć w dalszą podróż – przekonuje Durda.
W Polsce autobusy elektryczne jeżdżą już w Ostrołęce, Jaworznie, Lublinie i Warszawie. Postępowanie na zakup tego typu pojazdów prowadzą Kraków i Zielona Góra, kolejne elektrobusy chce też kupić Warszawa. Znacznie więcej miast korzysta z pojazdów hybrydowych.
Minister rolnictwa nie zgadza się z wieloma zarzutami Komisji Europejskiej, która uznała, że unijne pieniądze na wsparcie producentów warzyw i owoców były wydawane nieprawidłowo. Polsce grozi z tego tytułu 220 mln zł kary, ale zdaniem szefa resortu rolnictwa uda się przed nią obronić przed Trybunałem Sprawiedliwości.
Kontrola Komisji Europejskiej dotyczyła początku obecnej dekady. Polska korzystała wtedy ze środków, dzięki którym poprawiono warunki działania grup producenckich.
– To jest audyt, który był przeprowadzany w 2010 i 2012 roku– mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi. – Komisja zarzuca, że niektóre grupy tworzyły sztuczne warunki w zakresie ich powstawania i że zarówno urzędy marszałkowskie, jak i Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa nie dość rygorystycznie rozliczały je przy wypłacaniu środków.
Pomoc z Brukseli grupy i organizacje producentów owoców i warzyw mogły otrzymać na pokrycie kosztów związanych z utworzeniem grupy i prowadzeniem działalności administracyjnej oraz na część kwalifikowanych kosztów inwestycji, m.in. na budowę lub modernizację budynków w których owoce i warzywa magazynowano lub przygotowywano do sprzedaży. Pieniądze mogły być także przeznaczone na zakup urządzeń lub środków transportu niezbędnych przy produkcji owoców i warzyw.
– My z tymi zarzutami się nie zgadzamy– tłumaczy Marek Sawicki. – Dlatego że program dla 10 tworzonych nowych państw unijnych był programem prostym, miał charakter zachętowy. Przez kilka lat państwa z tego nie korzystały. Polska rzeczywiście w roku 2010 i 2011, 2012 skorzystała z tego programu, w bardzo dużym zakresie wykorzystując prawie 80 proc. puli dostępnych środków. To są inwestycje warte ponad 10 mld zł. Nakładana kara to jest kwota około 220 mln zł. Myślę, że przed Trybunałem Sprawiedliwości uda nam się przed tą karą obronić, ale to jest długa droga.
Podobne do polskich problemy z unijnym audytem ma wiele krajów wspólnoty. Kary za niewłaściwe w ocenie Brukseli wydatkowanie pieniędzy nakładane są systematycznie i np. Francja w ciągu ostatnich 10 lat musiała zwrócić do wspólnej kasy prawie 2 mld euro. Polska ma jednak nadzieję unikać w przyszłości podobnych problemów i zamierza ściśle kontrolować beneficjentów unijnego wsparcia.
– W grudniu rozpoczęliśmy program ponownej kontroli, program naprawczy, ustalony z audytem Komisji Europejskiej – podkreśla minister Marek Sawicki. – Mamy go zakończyć pod koniec grudnia tego roku, co miesiąc składamy Komisji raporty z tego naszego audytu. Kontrolom pełnym poddanych jest ponad 180 grup i organizacji i dopiero po tym audycie będziemy mogli stwierdzić, czy rzeczywiście te uchybienia są faktyczne, czy tylko Komisja Europejska sprawdzając, rzeczywiście trafiła na tych kilkanaście gospodarstw, które w jakiś sposób nieprawidłowo się rozliczyły.
Firmy mogą wykorzystywać zbierane dane już nie tylko do lepszego poznawania własnych klientów i skuteczniejszego marketingu, lecz także do personalizowania oferty, a nawet wykrywania oszustw. Ich ilość podwaja się każdego roku. Wzrost generuje w dużej mierze internet rzeczy – do 2020 r. do internetu ma być podłączonych 26 mld urządzeń.
– Dane mają taką wartość, jaką potrafimy z nich wydobyć. Ważne jest to, aby podjąć działania i zacząć coś robić w kierunku ich wykorzystania. Szukamy takich informacji o kliencie, które stanowią wartość dla nas i innych podmiotów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Horawa, dyrektor generalny Teradata Polska.
Jak szacuje firma analityczna IDC, do 2020 r. generowanych będzie 40 zetabajtów danych (zetabajt to tryliard bajtów). Duża część będzie pochodziła z internetu rzeczy – produkty i usługi w tym sektorze będą co roku dawały firmom 300 mld dol. przychodu.
Największy sukces odniosą jednak te firmy, które będą potrafiły efektywnie wykorzystać dostępne dane, np. poprzez ich monetyzację. Ich analiza będzie coraz większym wyzwaniem, ale dobrze przeprowadzona pozwoli na wyraźne poprawienie efektywności marketingu i sprzedaży. Teradata prognozuje, że dzięki odpowiedniej analityce danych skuteczność ich wykorzystania firmy mogą zwiększyć o od 3 do 20 proc.
– Dane można monetyzować w trzech obszarach: do poprawy operacyjnej działalności firmy w obszarze marketingowym albo działań własnych firmy i sprzedaży usług marketingowych firmom zewnętrznym. Możliwości jest wiele, w sektorze telekomunikacyjnym, bankowym, detalicznym, wszędzie tam, gdzie interakcja z klientem pozwala gromadzić największą ilość danych. Jest też dział automatyki przemysłowej, tam, gdzie można poprawiać skuteczność utrzymania prewencyjnego infrastruktury czy dbania o ciągłość procesów na liniach produkcyjnych – wylicza Horawa.
Badania IDC pokazują jednak, że jedynie co dziesiąta firma posiada specjalistyczne systemy do analizy danych. Bez nich nie ma możliwości odpowiedniego zarządzania pozyskanymi informacjami oraz odfiltrowania przydatnych danych od tych niepotrzebnych.
Taka analiza umożliwia firmom wyróżnienie się na rynku dzięki tworzeniu tzw. spersonalizowanych pakietów usług dopasowujących się do preferencji danego klienta. I odbywa się to z uszanowaniem jego prywatności. Teradata podaje przykład usługi oferowanej w Stanach Zjednoczonych – każdy klient galerii handlowej może otrzymać spersonalizowane zniżki na 10-20 proc., ale ci, którzy wyrażą zgodę na dzielenie się większą ilością swoich danych, mogą robić zakupy jeszcze taniej.
– Szukanie wartości danych standardową metodą w danych strukturalnych jest po prostu niemożliwe lub nieopłacalne ze względu na ilość danych. Zakłada to konieczność zastosowania nowych metod w ich przetwarzaniu, np. analizy danych multistrukturalnych. I właśnie w tym obszarze poprzez zastosowanie nowych metod i narzędzi analitycznych pomagamy naszym klientom odnieść sukces biznesowy – podkreśla Horawa.
Opóźnienia we wczesnej diagnostyce zapalnych chorób reumatycznych w Polsce są trzykrotnie większe niż zalecane normy europejskie. Czas oczekiwania na wizytę u reumatologa wynosi nawet 35 tygodni. Nie tylko zmniejsza to skuteczność terapii, lecz także może prowadzić do nieodwracalnych zmian, a nawet niepełnosprawności.
Nowoczesne metody terapii w reumatologii dają pacjentom możliwość znacznie skuteczniejszego leczenia niż jeszcze kilka lat temu. Kluczowym czynnikiem wpływającym na powodzenie terapii jest jednak tzw. okno terapeutyczne, czyli czas jaki upływa od momentu postawienia diagnozy do wdrożenia odpowiedniego leczenia. Powinien on wynosić maksymalnie 12 tygodni. Z raportu Instytutu Reumatologii wynika jednak, że w Polsce występują znaczne opóźnienia w diagnostyce, co nie tylko zmniejsza skuteczność terapii i podnosi jej koszty, lecz także przyczynia się do powstawania nieodwracalnych zmian, a nawet niepełnosprawności.
– Opóźnienia diagnostyczne w Polsce są trzykrotnie większe niż wynika to z zapotrzebowania ekonomicznego pacjenta i zaleceń europejskich. W związku z powyższym podstawą w tej chwili do wszczęcia jakichkolwiek zmian w organizacji opieki jest utworzenie tzw. ośrodków wczesnej diagnostyki zapalnej stawów. To ma decydujące znaczenie dla szybkiej diagnozy i rozpoczęcia właściwego leczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. Brygida Kwiatkowska, kierownik Kliniki Wczesnego Zapalenia Stawów Instytutu Reumatologii.
Niezbędne są zwłaszcza zmiany w organizacji opieki nad pacjentami cierpiącymi na choroby zapalne stawów. Obecnie jednak czas oczekiwania na wizytę u lekarza reumatologa wynosi nawet 35 tygodni. Stawia to Polskę w rzędzie krajów Unii Europejskiej z najdłuższym okresem oczekiwania. Po części wynika to z niskiej świadomości samych pacjentów – większość, zwłaszcza osoby młode, bagatelizują pierwsze objawy choroby. Do lekarza należy zgłosić się, gdy występują ból i obrzęk stawu. Istotną przyczyną są także problemy w organizacji diagnostyki reumatologicznej.
– Wynika to z niedoszacowanej i niedofinansowanej opieki ambulatoryjnej i konieczności czekania pacjenta w kolejkach na równi z chorymi z chorobą zwyrodnieniową, która nie jest chorobą zapalną i może być leczona i prowadzona przez lekarzy rodzinnych. Jest to bardzo ważny aspekt terapeutyczny tych schorzeń, dlatego że skuteczność uzyskania remisji uzależniona jest od jak najwcześniejszego rozpoznania i włączenia właściwego leczenia – mówi prof. dr hab. Brygida Kwiatkowska.
Wczesne zastosowanie właściwego leczenia zmniejsza ponadto zapotrzebowanie na leki biologiczne, często bardzo drogie. Zniwelowanie opóźnień diagnostycznych może mieć także istotne skutki społeczne. Państwo ponosiłoby bowiem znacznie niższe koszty ze względu na mniejszą liczbę osób przechodzących na rentę. W Instytucie Reumatologii powstał raport pt. „Wczesna diagnostyka chorób reumatycznych. Ocena obecnej sytuacji i rekomendacje zmian”, który wskazuje kierunki rozwoju nowoczesnej diagnostyki. Raport trafił do Narodowego Funduszu Zdrowia oraz Ministerstwa Zdrowia.
– Mam nadzieję, że zostaną podjęte zmiany krok w krok za pakietem onkologicznym. Bardziej udany pakiet reumatologiczny pozwoli na wyodrębnienie ośrodków wczesnej diagnostyki, w których pacjenci będą szybko diagnozowani, szybko leczeni i właściwie monitorowani. To jest spektakularne posunięcie i uważam, że zmieni absolutnie oblicze współczesnej reumatologii w Polsce – mówi prof. dr hab. Brygida Kwiatkowska.
Rekomendowane przez Instytut Reumatologii zmiany mają przyczynić się do zwiększenia dostępu do specjalistycznych świadczeń dla pacjentów pierwszorazowych, a więc takich, którzy nie korzystali z nich w przeciągu 730 dni poprzedzających świadczenie, oraz przesunięcia środków ze świadczeń szpitalnych na opiekę ambulatoryjną.
Z badań TNS Polska wynika, że Polacy coraz chętniej pomagają osobom potrzebującym. Czynią to jednak nieregularnie, zazwyczaj w okresie przedświątecznym lub przy okazji rozliczeń podatkowych. Wynika to przede wszystkim z faktu, że większości Polaków nie stać na regularne, co miesięczne wspieranie instytucji dobroczynnych.
Polacy najchętniej przekazują więc datki podczas dużych zbiórek, np. Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Taką formę dobroczynności preferuje 41 proc. badanych. Nieco mniej, bo 34 proc., woli przekazywać 1 proc. podatku na organizacje pożytku publicznego – według Ministerstwa Finansów co roku decyduje się na taki krok coraz więcej osób.
– Myślę, że my, Polacy, częściej lubimy wspierać dzieci znajdujące się w potrzebie. Fundacja Świętego Jana Jerozolimskiego istnieje wyłącznie dzięki dobrym ludziom, których wbrew pozorom jest bardzo dużo na świecie. Dałabym taki przykład: raz na dwa tygodnie przychodzi do mnie starsza pani, ma 85 lat, prawie nie widzi, chociaż oczy ma tak jasne jak anioł, i daje mi dla dzieci 50 zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Joanna Radziwiłł, dyrektor Fundacji Świętego Jana Jerozolimskiego.
Badania TNS Polska pokazują, że Polacy najczęściej wpłacają drobne kwoty, które nie uszczuplają ich domowego budżetu, a mimo to stanowią realną pomoc dla potrzebujących. Ci, których stać na regularną pomoc, wspierają fundacje opiekujące się np. pokrzywdzonymi przez los dziećmi. Fundacja Świętego Jana Jerozolimskiego przygotowała dwa programy dla darczyńców. Mogą oni wziąć finansowo pod opiekę jedno konkretne dziecko i co miesiąc łożyć na jego potrzeby. Możliwe jest też comiesięczne wpłacanie określonej sumy na posiłki, bez wskazania konkretnego dziecka.
– Kilka razy już w fundacji odbywały się dni wolontariusza. Kiedy konkretna firma przychodzi do nas zrobić konkretną rzecz, np. odnowić płot czy pokój, zbierają na to fundusze. W zaprzyjaźnionych firmach bardzo dużo osób przesyłało też sobie informacje dotyczące możliwości wpłaty jednego procenta podatku na rzecz dzieci. Dzięki temu dzieci mają co jeść, mają jak się wychowywać, mogą jeździć na wakacje – mówi Joanna Radziwiłł.
W ubiegłym roku 1 proc. na rzecz OPP przekazało 12 mln podatników, czyli niemal połowa rozliczających się.
Fundacjom pomagają często lekarze, dentyści i rehabilitanci, którzy zapewniają bezpłatną pomoc medyczną. Organizacje takie jak Fundacja Świętego Jana Jerozolimskiego zapewniają potrzebującym bezpieczne miejsce do spędzania wolnego czasu, zabawy, domowe posiłki oraz dobrą opiekę. Dzieci mogą w tego typu domach aktywnie spędzić czas po lekcjach, nadrobić zaległości w nauce, brać udział w zajęciach hobbystycznych, jak np. nauka gry na gitarze. Fundacje organizują ponadto wyjazdy na wakacje dla dzieci z biednych rodzin, pielgrzymki do Lourdes we Francji, prowadzą także kuchnię dla bezdomnych. Przede wszystkim jednak potrzebujący, zwłaszcza dzieci, otrzymują u nich wsparcie emocjonalne.
– Wszystkie dzieci potrzebują dorosłych. Czasu, bycia z nimi, dotyku, głaskania, dobrego jedzenia, mądrych rozmów. Dzieci, które przychodzą do fundacji, są z rodzin bardzo potrzebujących pomocy. To są dzieci, które w szkole są najczęściej traktowane jak osoby drugiej kategorii, bo są trochę zaniedbane, bo są słabiej wyedukowane, ale my mamy dla nich bardzo dużo czasu – mówi Joanna Radziwiłł.
Z badań TNS Polska wynika, że w 2010 roku prawie 50 proc. Polaków nie wspomagało nigdy akcji charytatywnych ani fundacji dobroczynnych. Cztery lata później pomocy potrzebującym udzieliło już trzech na czterech Polaków.
Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.