Wąskie gardła przyczyną korków

Z najnowszego „Raportu o korkach w 7 największych miastach Polski” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte i serwis Targeo.pl wynika, że największym i wciąż nierozwiązanym problemem są wąskie gardła komunikacyjne. Widać to szczególnie na przykładzie Wrocławia i Warszawy. Najskuteczniej z wąskimi gardłami poradził sobie Gdańsk, któremu w ciągu ostatnich czterech lat udało się zredukować ich liczbę niemal o połowę. O tym, że korki są wciąż rosnącą bolączką dużych miast świadczy fakt, że w 2014 czas stracony w korkach wydłużył się o prawie 19 godzin rocznie na jednego kierowcę.

Czas spędzony w korkach nie jest wykorzystywany produktywnie, gdyż można byłoby go przeznaczyć na pracę lub odpoczynek. Z ekonomicznego punktu widzenia jest to więc strata, której rozmiar można oszacować jako koszt utraconych korzyści. Pracujący kierowcy w siedmiu największych miastach Polski – Warszawie, Łodzi, Wrocławiu, Krakowie, Katowicach, Poznaniu i Gdańsku – tracili w korkach w 2014 r. średnio 13,7 mln zł dziennie, czyli prawie 301 mln zł miesięcznie i ponad 3,6 mld zł rocznie. „W porównaniu z rokiem 2013 jest to pogorszenie o ponad 5 proc., czyli odpowiednio więcej o 0,7 mln zł dziennie, 14,8 mln zł miesięcznie i 177,7 mln zł rocznie. Zmiana ta jest tym bardziej znacząca, że jeszcze w roku 2013 w porównaniu z rokiem 2011 koszty korków dla kierowców spadały o 59,5 mln zł rocznie. Przechodząc na poziom mikroekonomiczny, koszt korków dla statystycznego mieszkańca-kierowcy z siedmiu miast wzrósł o 4,4 proc. i wynosił średnio 3 034 zł rocznie w porównaniu z 2 905 zł w 2013 r. W ujęciu nominalnym był to wzrost kosztu o 129 zł rocznie” – mówi Rafał Antczak, Członek Zarządu, Deloitte Consulting. „Jednak wzrost średnich wynagrodzeń w siedmiu analizowanych przez nas miastach na zbliżonym poziomie do kosztów korków oraz spadek cen paliw sprawił, że w ujęciu realnym koszt korków nieznacznie spadł i wynosił średnio 68 proc. miesięcznego wynagrodzenia w porównaniu z 70proc. w 2013 r.” – dodaje.

Poszczególne miasta dość silnie różnią się składnikami kosztów korków, więc interpretacja wyników wymaga szczegółowej analizy. Na przykład najwyższy koszt 308 zł miesięcznie i 72 proc. miesięcznej płacy rocznie ponosili kierowcy w Warszawie, co wynika z wysokiego średniego wynagrodzenia i stosunkowo długiego czasu traconego w korkach. Z drugiej strony, wyższe średnie wynagrodzenie jest w Warszawie niż w Katowicach (5 173 zł wobec 5 532 zł miesięcznie brutto w 2014 r.), ale czas tracony w korkach jest aż o jedną czwartą niższy w stolicy Górnego Śląska i w efekcie koszt korków dla mieszkańca-kierowcy w Katowicach wynosił 248 zł miesięcznie (54 proc. miesięcznej płacy rocznie). Najniższy nominalny koszt korków ponosili kierowcy w Łodzi i Gdańsku, odpowiednio 201 zł i 202 zł miesięcznie. Jednak w porównaniu ze średnią płacą, roczny koszt korków w Łodzi okazał się jednym z najwyższych – 65 proc. średniego miesięcznego wynagrodzenia, podczas gdy w Gdańsku wyniósł on zaledwie 54 proc. Rekordowo wysoki koszt korków ponoszą Wrocławianie – aż 88 proc. średniego miesięcznego wynagrodzenia rocznie, na co składa się stosunkowo wysoki nominalny koszt korków (295 zł miesięcznie), relatywnie niska baza wynagrodzenia (4 014 zł miesięcznie brutto) oraz wysoki i wciąż rosnący czas tracony w korkach.

Analizujący koszty korków raport powstał w oparciu o badanie Korkometr™ zrealizowane przez serwis Targeo.pl i AutoMapę. Bazując na rzeczywistych pomiarach prędkości, dla każdego miasta wyliczono wskaźniki opóźnień, pokazujące o ile korki wydłużają czas potrzebny kierowcom na dotarcie do miejsca docelowego. Czas opóźnień w korkach w dni robocze zmniejszył się w trzech, a wzrósł w czterech miastach, w tym w dwóch pogorszył się bardzo znacząco – o niemal godzinę miesięcznie na jednego kierowcę. Roczny czas opóźnień we wszystkich miastach łącznie wydłużył się o 18 godzin 39 minut.

Zmiany w tegorocznym rankingu wskazują na kontynuację pewnych trendów, które były widoczne w poprzednich edycjach raportu. Miasta, w których systematycznie poprawiała się organizacja komunikacji drogowej awansują w rankingu i odwrotnie.

W tegorocznym rankingu Gdańsk jest miastem o najmniejszej liczbie korków (czas tracony w korkach wynosił 14 minut i 46 sekund dziennie), co było spadkiem o ponad 6 minut, a w skali miesiąca blisko dwóch godzin – jest to największy odnotowany spadek czasu w korkach w polskich miastach w ciągu czterech lat. Warto także zauważyć, że Gdańsk znacząco ograniczył liczbę wąskich gardeł, doganiając pod tym względem lidera poprzednich rankingów, czyli Katowice. „Na poprawę sytuacji kierowców w Gdańsku istotny wpływ miało konsekwentne łączenie różnych form komunikacji (drogi, szyny, rowery, piesi) i współdziałanie gminy, samorządu województwa, Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad oraz inwestorów prywatnych. Nie bez znaczenia są także inwestycje we wspólne przystanki autobusowe, tramwajowe i kolejowe, budowa parkingów park&ride oraz bike&ride, dróg rowerowych czy też położenie nacisku na rozwój transportu zbiorowego i wyprowadzanie tranzytu z centrum miasta” – wyjaśnia Andrzej Bojanowski, wiceprezydent Miasta Gdańska ds. polityki gospodarczej.

Powodów do zadowolenia nie ma Wrocław. W ciągu czterech lat czas w korkach wydłużył się o półtorej godziny miesięcznie, a roczny koszt dla mieszkańca-kierowcy wzrósł aż do 88 proc. średniego miesięcznego wynagrodzenia. W efekcie Wrocław znalazł się na 1. miejscu najbardziej zakorkowanych miast a Gdańsk w zestawieniu wypadł najlepiej.

Na drugim miejscu rankingu znalazł się Kraków a na 3. Warszawa, która w poprzedniej edycji rankingu była się poza podium. „Ponowne otwarcie ulic w centrum Warszawy, zamkniętych na czas budowy II linii metra, paradoksalnie zwiększyło korki, Zjawisko to ma nawet wytłumaczenie naukowe i jest określane jako paradoks Braessa. To odwrócenie sytuacji, którą mieliśmy wcześniej po zamknięciu ul Świetokrzyskiej, gdy zakorkowanie okolicy, również paradoksalnie – znacząco zmalało”– wyjaśnia Rafał Mikołajczak, Prezes Zarządu Indigo, operatora serwisu Targeo.pl. Poznań i Łódź znalazły się odpowiednio na 4. i 5. miejscu rankingu. W obu tych miastach nastąpiło skrócenie czasu traconego w korkach oraz spadek kosztu dla kierowców w porównaniu do poprzedniego rankingu. Na 6. miejscu znalazły się Katowice, które dotychczas były liderem rankingu z najmniejszymi korkami.

Niezmiennym problemem miast są wąskie gardła komunikacyjne. Tegoroczny raport analizując wąskie gardła, porównuje je również do stanu z 2011 roku. Rozwiązanie problemu wąskich gardeł mogłoby przynieść skokową poprawę przejezdności nie tylko dla większego rejonu, ale i całego miasta. Przykładowo w Gdańsku wytypowano w tegorocznej edycji badania sześć najważniejszych wąskich gardeł, co w porównaniu z 2011 rokiem stanowi spadek o blisko 50 proc.

W większości miast wąskie gardła są wciąż nierozwiązanym problemem. Analiza w latach 2011 i 2014 wskazuje na systemowy problem – liczba i skala wąskich gardeł w Warszawie i innych miastach rośnie, a niektóre z nich są niezmiennie w tych samych miejscach i to pomimo dużych nakładów na infrastrukturę komunikacyjną i przy rekordowym poziomie wykorzystania transportu publicznego nie tylko wśród miast w Polsce, ale także w Europie” – wyjaśnia Rafał Mikołajczak.

Problem wąskich gardeł w polskich miastach wydaje się zatem wynikać z niedostatecznej analizy i uwagi poświęconej temu zagadnieniu przez władze miast oraz zarządzających transportem drogowym i komunikacją miejską.

Nasz tegoroczny raport wyraźnie pokazał, że są miasta, które efektywnie realizują przyjętą strategię komunikacyjną i są takie, w których problemy się kumulują. W tym i w przyszłym roku w wielu polskich aglomeracjach będą przygotowywane nowe strategie transportowe. Kilka prostych zmian, jak choćby wykorzystanie torowisk tramwajowych jako bus-pasów, zmniejszenie liczby znaków drogowych, czy inwestowanie w zintegrowane systemy zarządzania ruchem miałyby korzystne ekonomicznie efekty dla uczestników ruchu drogowego, tak więc i dla finansów kierowców oraz samych miast” – mówi Rafał Antczak.

Trudno w tym kontekście nie wspomnieć o zaistniałej sytuacji komunikacyjnej Warszawy po pożarze i w konsekwencji zamknięciu Mostu Łazienkowskiego w połowie lutego 2015 r. Wynikające z tej sytuacji zmiany w organizacji ruchu – wprowadzenie nowych buspasów, a następnie częściowa ich likwidacja spowodowały w jednych miejscach kompletny paraliż, a w innych zaskakujące zmniejszenie natężenia ruchu. Szczególnie w Warszawie, ale także w innych miastach, sytuacja wąskich gardłach może ulegać znacznym zmianom nawet w krótkim czasie. Dlatego, autorzy raportu udostępnili także pomiary wąskich gardeł i korków aktualizowane w czasie rzeczywistym oraz zmiany w każdym z miast w stosunku do października 2014.

Bieżące pomiary wąskich gardeł i monitoring korków w czasie rzeczywistym:www.korkometr.pl.
Całość raportu do pobrania www.deloitte.com/pl oraz www.korkometr.pl.

Polwax chce trzykrotnie zwiększyć sprzedaż parafin dla przemysłu. Inwestuje w instalację, która pozwoli mu poprawić jakość wyrobów

Polwax inwestuje w nowoczesną instalację odolejania rozpuszczalnikowego i liczy na to, że dzięki niej będzie w stanie trzykrotnie zwiększyć sprzedaż wyrobów parafinowych dla przemysłu. Spółka szykuje się do podbijania rynków zagranicznych i zapowiada, że w ciągu najbliższych pięciu lat jej przychody wzrosną do 350 mln zł rocznie.

Warta ok. 80 mln zł instalacja powstanie w należącym do spółki zakładzie w Czechowicach-Dziedzicach. Jej uruchomienie planowane jest za cztery lata.

– Instalacja będzie licencjonowana przez jednego z największych liderów technologii na świecie, którym jest ThyssenKrupp UD Engineering Service z Niemiec – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dominik Tomczyk, prezes zarządu Polwaksu. – To będzie instalacja na poziomie 30 tys. ton przerobu surowca, z czego otrzymamy 25 tys. ton wyrobu gotowego. Po rozeznaniu, że jest zapotrzebowanie na tego typu produkty, po rozpoznaniu całej technologii, zarząd jest przekonany, że to bardzo dobry kierunek rozwoju.

Pełny raport finansowy za 2014 rok spółka opublikuje 18 marca, ale według szacunkowych danych w ubiegłym roku Polwax miał 258,2 mln zł przychodów, 30,8 mln zł zysku EBITDA i 22,4 mln zł zysku netto. W przyjętej przez zarząd spółki strategii rozwoju na lata 2015-2020 zapowiedziano, że wyniki z czasem będą jeszcze lepsze.

– Zakładamy trzykrotny wzrost sprzedaży specyfików parafinowych dla segmentu przemysłowego – deklaruje Dominik Tomczyk. – Zakładamy zwiększenie zaplecza badawczo-rozwojowego. W roku 2020 chcielibyśmy osiągnąć poziom przychodów rzędu 350 mln zł i poziom EBITDA na poziomie 15-20 proc. Wszystko to będzie możliwe dzięki budowie i uruchomieniu instalacji odolejania rozpuszczalnikowego.

Polwax zakłada, że dzięki wyrobom z nowej instalacji wzrosną też zyski spółki, ponieważ jej wyroby staną się droższe i będzie można sprzedawać ich więcej, także na nowych rynkach.

– Dotychczasowym klientom będziemy chcieli sprzedać nasze nowe produkty z nowej instalacji. Myślimy też o takich rynkach, jak Chiny, Indie i Stany Zjednoczone. Ostatnio bardzo mocno penetrowaliśmy rynek afrykański. Uważamy, że na nowe produkty, które będą wychodzić z naszej instalacji, będzie dość duże zapotrzebowanie – zapowiada prezes zarządu Polwaksu.

Polwax należy do największych europejskich producentów i dystrybutorów parafin oraz wosków. Od października spółka jest notowana na warszawskiej giełdzie. Sporo inwestuje w badania i rozwój, prowadząc prace nad nowatorskimi zastosowaniami dla swych wyrobów. W ramach programu INNOLOT uczestniczy np. w projekcie wytworzenia wysokojakościowych wosków potrzebnych przy odlewaniu łopatek wirnika innowacyjnego silnika lotniczego. Jej wydatki na innowacyjne rozwiązania systematycznie rosną.

 Mówimy to o kwocie od 600 do 800 tys. rocznie – informuje prezes Dominik Tomczyk z Polwaksu. – Jeżeli uwzględnimy ostatnią inwestycję, którą chcemy sfinalizować 31 marca 2015 roku, czyli zakup dwóch laboratoriów spółki Lotos Lab, to nasze wydatki znacznie przekroczą ten poziom zaangażowania finansowego.

Wartość netto laboratoriów w Czechowicach i Jaśle to 3,5 mln zł. Polwax szacuje, że dzięki nim przychody spółki wzrosną o 7 mln zł rocznie.

PGNiG zyskuje na niższych cenach ropy naftowej i restrukturyzacji grupy

CEO Magazyn Polska

Z powodu niższych kosztów pozyskania gazu, dobrych wyników z jego sprzedaży oraz trwającej restrukturyzacji Grupa PGNiG wypracowała w ub.r. ponad 2,8 mld zł zysku netto, aż o 47 proc. więcej niż rok wcześniej. Zdaniem Dominika Smyrgały z Collegium Civitas spółka musi kontynuować zarówno działania restrukturyzacyjne, jak i negocjacje z kontrahentami.

Jak na rok, w którym było dużo perturbacji, wyniki PGNiG są bardzo dobre – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Dominik Smyrgała, kierownik studiów podyplomowych Bezpieczeństwo Energetyczne w Collegium Civitas. – Widać, że spółka korzysta ze spadków wartości surowca na rynkach międzynarodowych, spowodowanych ogólną redukcją cen energii, zwłaszcza ropy naftowej, ale również gazu.

Przychody ze sprzedaży PGNiG w ub.r. wzrosły o 7 proc. do ponad 34 mld zł wobec 32 mld zł w 2013 r. Na progres wpływ miały przede wszystkim wyższe (o 9 proc., czyli o 2,16 mld zł), przychody ze sprzedaży gazu. Z działalności operacyjnej Grupa odnotowała wzrost wyniku EBITDA o 13 proc., czyli do 6,3 mld zł wobec 5,6 mld zł rok wcześniej.

Spółce udało się wybrnąć z kontraktu katarskiego, który nie wygenerował takich kosztów, jakie przedsiębiorstwu groziły – tłumaczy Dominik Smyrgała. – Wpływ konfliktu na Wschodzie wbrew różnym opiniom także był dość pozytywny. W tej sytuacji politycznej Gazprom nie może ryzykować zbyt agresywnej polityki wobec europejskich partnerów, więc redukował ceny. Obecnie jest dobry moment, by w ogóle renegocjować warunki kontraktu z Rosjanami, co zresztą ma miejsce. 

Zdaniem kierownika studiów podyplomowych w Collegium Civitas PGNiG musi kontynuować restrukturyzację. Ryzyko wysokiej ceny surowca, a więc mniejszego marginesu możliwej do uzyskania marży, jest wciąż wysokie.

Spółka cały czas przechodzi restrukturyzację: została podpisana umowa holdingowa, podejmowane są kroki na rzecz zwiększenia efektywności spółki, które w pierwszym okresie zawsze zwiększają ryzyko generowania dodatkowych kosztów – precyzuje Smyrgała. – PGNiG musi jednak cały czas myśleć o tym, jak ciąć koszty własne, jak sprawić, by ponoszone wydatki, zwłaszcza inwestycje w nowe złoża i pozyskiwanie nowych klientów, był jak najefektywniejsze.

W związku z zawartą w czerwcu 2009 roku umową z Qatargas na odbiór skroplonego gazu we wciąż nie ukończonym gazoporcie w Świnoujściu nad PGNiG wisiało widmo pokrycia zobowiązań w związku z przyjętą formułą „take or pay” (bierz albo płać). Negocjacje z katarską spółką zakończyły się jednak sukcesem. Qatargas ulokuje LNG, który miał być dostarczony do Polski w 2015 r. (ok. 1,5 mld metrów sześc.) na innych rynkach. Polska spółka natomiast pokryje ewentualną różnicę pomiędzy ceną surowca określoną w umowie, a wartością uzyskaną przez Qatargas. Jeśli cena byłaby niższa niż satysfakcjonująca PGNiG, wówczas odbiór niesprzedanego LNG będzie przesunięty na kolejne lata.

Będziemy mieć kolejne opóźnienie, pojawi się więc pytanie, co robić z kontraktem katarskim, poza tym nie wiadomo jak długo utrzymają się niskie ceny surowca – wskazuje Dominik Smyrgała. – W związku z liberalizacją rynku będzie coraz większa konkurencja, zapis obowiązkowej sprzedaży gazu przez giełdę także nie jest najszczęśliwszy, zwłaszcza w polskich warunkach. Niestety, czynniki, które spowodują, że polska spółka będzie musiała się liczyć z dodatkowymi kosztami, ciągle się będą pojawiać.

Polscy oficerowie już uczą się obsługi okrętów podwodnych, które Polska może otrzymać po 2020 r.

CEO Magazyn Polska

Oficerowie w Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni za pomocą symulatora systemu walki francuskiej firmy DCNS uczą się, jak wykorzystywać zintegrowany obraz sytuacji wokół okrętu podwodnego oraz jak używać jego uzbrojenia, w tym broni odstraszania. Producent startujący w przetargu na dostawę okrętów podwodnych dla Polski zaprezentował w Gdyni swój symulator. 

Współpracowaliśmy z firmą od dłuższego czasu. Ponad dwa zajęło nam ściągnięcie na tydzień tego symulatora. Wszystko po to, aby przedstawić oficerom Marynarki Wojennej, jakie możliwości mogą mieć przyszłe okręty podwodne – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes kmdr por. Wojciech Mundt, rzecznik prasowy Akademii Marynarki Wojennej. ‒ W Marynarce Wojennej w tej chwili mamy okręty podwodne o napędzie klasycznym, które przenoszą uzbrojenie torpedowe, a tutaj mamy również uzbrojenie rakietowe. To duży skok technologiczny, dlatego by w pełni wykorzystać możliwości nowych okrętów, trzeba mieć zdecydowanie szerszą wiedzę.

Francuski koncern DCNS już wcześniej współpracował z Akademią Marynarki Wojennej. Zorganizował m.in. szkolenia z obsługi zintegrowanego systemu zarządzania platformą okrętu podwodnego IPMS dla specjalistów z MW.

Teraz przez tydzień Francuzi prezentowali w Gdyni symulator okrętu typu Scorpène. DCNS proponuje tego typu okręty w postępowaniu na zakup trzech nowych jednostek dla polskiej Marynarki Wojennej.

Jak podkreśla kmdr por. Mundt, zakup nowych okrętów podwodnych wiąże się z całkowitą zmianą technologii, więc oficerowie MW muszą się do tego odpowiednio przygotować, a symulator systemu walki to właśnie umożliwia. Za jego pomocą oficerowie mogą zapoznać się ze skomplikowanymi systemami elektronicznymi oraz nowymi typami uzbrojenia.

Jest to skomplikowany system: od stacji hydrolokacyjnej, poprzez obsługę systemów samego systemu walki, aż po obsługę uzbrojenia. W dzisiejszych czasach okręty są naszpikowane elektroniką, zwłaszcza okręty podwodne, które powinny wykonywać zadanie w ukryciu, bo nie mogą być widoczne dla przeciwnika. Obsługujący je muszą też słyszeć, co się wokół nich dzieje i muszą umiejętnie wykorzystać to uzbrojenie. Wydaje mi się, że oficerowie dowiedzieli się w tym tygodniu, jak to skutecznie zrobić – ocenia kmdr por. Mundt.

Dzięki symulatorowi systemu walki oficerowie mogli przećwiczyć niszczenie różnego rodzaju celów. Okręty Scorpène przenoszą dużo większy zakres uzbrojenia niż te, którymi obecnie dysponują okręty podwodne MW, w tym pociski manewrujące o zasięgu przekraczającym nawet 1000 km.

Dla nas zasadniczą kwestią jest – i to jest powód naszej obecności w Akademii Marynarki Wojennej – zaprezentowanie możliwości, jakie daje system walki, który proponujemy w ramach francuskiej oferty dotyczącej dostarczenia nowych okrętów podwodnych dla Polski. To dobra okazja do tego, by zaprezentować oficerom nową generację systemów walki oraz pokazać im, jak z nimi pracować – podkreśla Alain Cursat, odpowiedzialny za marketing systemów walki okrętów podwodnych w DCNS.

Cursat podkreśla, że w prezentowany na symulatorze system walki SUBTICS wyposażone są zarówno okręty wykorzystywane przez francuską marynarkę, jak i jednostki eksportowane.

Ten system wyróżnia poziom zintegrowania informacji płynących ze wszystkich czujników oraz przystosowanie do korzystania zarówno z torped, jak i pocisków odstraszających.

To mózg okrętu podwodnego, który zbiera informacje i dane ze wszystkich jego „zmysłów”, sygnały akustyczne i nieakustyczne. Na tej podstawie tworzy obraz sytuacji taktycznej i daje możliwość odpowiedniej reakcji na zagrożenie, czyli przeprowadzenie ataku z użyciem każdego rodzaju broni, m.in. torped i pocisków rakietowych – wyjaśnia Cursat.

Mundt dodaje, że dla AMW nowoczesne symulatory to nie nowość. Na uczelni jest wiele urządzeń tego typu, w tym symulatory manewrowania okrętami, symulator GMDSS (Global Maritime Distress and Safety System, czyli ogólnoświatowego systemu bezpieczeństwa) oraz trenażery artyleryjskie.

AMW buduje także symulator całego okrętu w stojącym przy uczelni, na lądzie okręcie podwodnym klasy Kobben.

Cały czas staramy się coś pozyskiwać, a te, które mamy, musimy unowocześniać, ponieważ technika idzie do przodu, a my chcemy uczyć tego, co będzie, a nie tego, co było – podkreśla kmdr por. Mundt.

A. Furgalski (TOR): Tylko Warszawę stać na utrzymanie metra. Kraków taka inwestycja kosztowałaby 25 mld zł

Możliwe, że już w ten weekend warszawiacy pojadą drugą linią metra. Adrian Furgalski z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR sugeruje, że realizacja zapowiedzi budowy metra w innych miastach niż Warszawa jest nierealna. Koszt budowy sięga bowiem dziesiątek miliardów złotych, a następnie trzeba łożyć na bieżące utrzymanie takiego środka transportu. W stolicy, której budżet wynosi blisko 14 mld zł rocznie, to kwoty rzędu 300 mln zł, a budowa drugiej linii metra odbija się na jakości funkcjonowania innych elementów komunikacji publicznej.

– Najlepszą odpowiedzią na pytanie, czy plany budowy metra w innych miastach są realne, jest podanie kosztu takiej inwestycji – uważa Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – W Krakowie budowa wszystkich linii, o których mówią planiści, może kosztować nawet 25 mld zł. Poza tym miasto to dzisiaj na funkcjonowanie komunikacji wydaje ponad 400 mln zł rocznie. Warto się zatem zastanowić, czy będzie je stać na utrzymanie metra. Stolica, w której każdego dnia jedynie z pierwszej linii tego środku transportu korzysta średnio 550 tys. osób, musi dopłacać tylko do niego ponad 300 mln zł rocznie. Odpowiedź jest więc raczej jednoznaczna.

Swego czasu w Krakowie powstał pomysł, żeby w godzinach szczytu linie tramwajowe kursowały częściej. Nie znaleziono na to jednak pieniędzy, bo rozwiązanie wyceniono na około 20 mln zł.

Czy stolica Małopolski znajdzie kilkaset milionów złotych rocznie na utrzymanie metra? Uważam, że raczej nie – przekonuje Furgalski. – Wystarczyło mi to, co powiedział prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz przed ostatnimi wyborami samorządowymi, na szczęście nikomu żadnego metra nie obiecując. Jego zdaniem stosunkowo łatwo przeprowadzić taką inwestycję, bo nawet 80 proc. pieniędzy można uzyskać z UE. Powstaje jednak pytanie, z czego taki środek transportu będzie potem utrzymywany.

Budowa drugiej linii metra w Warszawie w dużej części finansowana jest właśnie z budżetu Unii Europejskiej. Dotychczas miasto zagospodarowało na wszystkie inwestycje łącznie 8,5 mld zł z budżetu UE. W ramach kontraktu terytorialnego nowej perspektywy unijnej do 2019 roku blisko 4 mld zł przewidziano na budowę kolejnych trzech stacji drugiej linii metra w kierunku Targówka i Woli oraz nowe pociągi i rozbudowę bazy na Kabatach. Kolejne 3,84 mld zł do 2022 r. przeznaczono na tabor i wydłużenie tuneli o dwie stacje, czyli do ul. Powstańców Śląskich na Bemowie oraz o trzy na Bródno. W ramach nowej perspektywy unijnej planowana jest w sumie budowa 11 przystanków drugiej linii podziemnej kolejki.

Stolica ma przy tym gigantyczny, wynoszący prawie 14 mld zł budżet, porównywalny do środków, jakimi dysponuje kilka dużych miast w Polsce, a i tak ma bardzo duże wsparcie z Unii – zauważa Furgalski. – Mimo to w Warszawie wciąż utrzymuje się niedorozwój systemów tramwajowych. Mam nadzieję, że w końcu ruszą prace nad połączeniem Gocławia i Wilanowa. Ale obecne braki w tym zakresie, jak podejrzewam, wynikają z tego, że energia oraz koszty budowy i funkcjonowania metra wysysają pieniądze z innych inwestycji.

W przypadku Krakowa, jak wskazuje Adrian Furgalski, zasadne byłoby natomiast rozważenie, czy system tramwajowy rzeczywiście jest tam ukończony i działa optymalnie.

Przede wszystkim warto zastanowić się nad tym, czy rozwój linii osiągnął już maksimum i nic się nie da już zrobić – mówi Furgalski. – Moim zdaniem tak nie jest. A nawet jeśli to byłaby prawda, to na pewno można poprawić komunikację tramwajową, zwiększając jej częstotliwość kursowania, szczególnie w godzinach szczytu. Wiadomo, że w stolicy Małopolski będzie rozwijana w przyszłości kolej aglomeracyjna. Trzeba pomyśleć więc, w jaki sposób zebrać to wszystko w jeden system transportowy.

LUX MED mocniej otwiera się na sportowców. Do 2017 roku uruchomi sześć placówek specjalnie dla nich

CEO Magazyn Polska

Ocena sprawności i wydolności organizmu, specjalistyczne treningi i konsultacje, pełne leczenie i rehabilitacja – to nowa oferta Grupy LUX MED dla sportowców i ambitnych amatorów. Właśnie uruchamia ona program Medycyna dla Sportu i Aktywnych, który będzie realizowany m.in. przez sześć nowych specjalistycznych placówek. Pierwsza z nich już rozpoczęła działalność w Warszawie. Z jej oferty będą mogli korzystać nie tylko zawodowi sportowcy, lecz także amatorzy oraz ci, którzy dopiero rozpoczynają przygodę ze sportem.

Mamy już pierwsze placówki pod marką Profemed, których jednym z filarów działalności jest Medycyna dla Sportu i Aktywnych. Planujemy ich otworzyć jeszcze 5-6 do końca 2017. Program Medycyna dla Sportu i Aktywnych realizowany będzie także w szpitalu Carolina Medical Center i Szpitalu LUX MED Puławska – zapowiada Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.

Nowy program Medycyna dla Sportu i Aktywnych ma być kompleksową ofertą dla sportowców, zarówno amatorów, jak i zawodowców, poza abonamentem. Będą mogli oni skorzystać z możliwości oceny sprawności i wydolności oraz kwalifikacji do uprawiania sportu (orzecznictwo sportowe), ze specjalistycznych konsultacji, a w razie potrzeby z leczenia i rehabilitacji.

Naszym głównym celem jest przede wszystkim kształtowanie postaw prozdrowotnych. Zależy nam na tym, by nasi rodacy żyli dużo aktywniej, zdrowiej i dłużej. Profilaktyka i dbanie o ich kondycję zdrowotną to nasz cel – mówi agencji Newseria Biznes Anna Rulkiewicz. – Z programu Medycyna dla Sportu i Aktywnych może korzystać każdy, kto uprawia sport, oraz każda osoba, która chce żyć aktywnie, nie tylko wyczynowi sportowcy.

Badania wskazują, że dwie trzecie Polaków uprawia sport. Szczególnie popularne staje się bieganie, o czym świadczy rosnąca liczba uczestników licznych biegów i maratonów. Eksperci podkreślają, że aktywność ta jest jedną z bardziej wymagających. Podobnie jak inne popularne ostatnio jazda na rowerze, crossfit czy triathlon.

– Z własnego doświadczenia wiem, jak ważna dla sportowców oraz aktywnych amatorów jest skoordynowana ścieżka leczenia i fachowe poradnictwo w zakresie profilaktyki – mówi Robert Korzeniowski, menadżer projektu Medycyna dla Sportu i Aktywnych w Grupie LUX MED.

Eksperci radzą też, by przed poważnym zaangażowaniem w jakąś dyscyplinę sportu zbadać możliwości swojego organizmu, np. ocenić zdolności tlenowe. To pierwszy warunek bezpiecznej aktywności.

Sport możemy uprawiać bezpiecznie, to zależy tylko od tego, w jaki sposób do tego podejdziemy i jak się przygotujemy. Wychodzimy więc z propozycją, żeby sprawdzić zanim, zaczniemy uprawiać sport, w jakim stanie jest nasz organizm. Czy jesteśmy już gotowi, czy może musimy na coś zwrócić uwagę , np. z punktu widzenia ortopedycznego, czy mamy jakieś zaburzenia osi kończyn, czy potrzebujemy wkładek lub jakiegoś przygotowania – mówi dr Robert Śmigielski, ortopeda Carolina Medical Center, Grupa LUX MED.

Pierwsza placówka Profemed Rehabilitacja już rozpoczęła działalność przy ulicy Bobrowieckiej w Warszawie. Do dyspozycji pacjentów są lekarze różnych specjalizacji. Wszyscy mają doświadczenie w sporcie lub są lekarzami medycyny sportowej. Jak podkreśla Anna Rulkiewicz, to już kolejna inicjatywa Grupy, która ma przyczynić się do zwiększania kompetencji w zakresie medycyny sportowej. Od ubiegłego roku LUX MED jest Głównym Partnerem Medycznym Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Rok wcześniej przejął szpital Carolina Medical Center, którego specjalnością jest ortopedia i medycyna sportowa.

Polskie marki modowe pojawią się w Egipcie, Katarze, Kuwejcie i Arabii Saudyjskiej. LPP chce zwiększać przychody z zagranicznych rynków

CEO Magazyn Polska

W ciągu kilku lat LPP chce osiągać nawet 20-30 proc. swoich przychodów z rynku niemieckiego. Żeby osiągnąć ten cel, spółka będzie co roku otwierać mniej więcej 10 nowych sklepów. Na razie w Niemczech działają cztery salony Reserved. Duże nadzieje LPP wiąże też z rynkami bliskowschodnimi, gdzie ryzyko jest zminimalizowane poprzez działalność w formie franczyzy. Na ten rok planowane są otwarcia sklepów m.in. w Katarze i Kuwejcie.

LPP, właściciel marek Reserved, Mohito, Sinsay, Cropp i House, stawia na rynki bliskowschodnie. Będą one obsługiwane w formacie franczyzowym, przez co ryzyko dla LPP będzie mniejsze. W Egipcie działa już pierwszy salon marki Reserved, kolejne pojawią się najprawdopodobniej w Katarze, Kuwejcie i Arabii Saudyjskiej. Do końca tego roku w tych krajach ma być łącznie 8 salonów marek LPP.

Mówimy o salonach Reserved, ale jest również pojawienie się sklepów marki Mohito, a w 2016 roku może marki Sinsay. Poziom cenowy będzie nieco wyższy niż w Polsce, natomiast ryzyko i dobór lokalizacji będą po stronie naszego partnera – mówi agencji informacyjnej Newseria Przemysław Lutkiewicz, wiceprezes i dyrektor finansowy LPP.

Zaznacza, że oferta w bliskowschodnich sklepach LPP będzie zbliżona do polskiej kolekcji z wyjątkiem odzieży zimowej.

Dla spółki wejście na te rynki oznacza pozyskanie dwóch nowych źródeł przychodów – po pierwsze z hurtowej sprzedaży towaru do franczyzobiorcy na rynku lokalnym, a po drugie z udziału w przychodach ze sprzedaży.

Nam i naszemu partnerowi biznesowemu zależy na tym, by maksymalizować sprzedaż, przez co obie strony będą partycypować w przyszłych zyskach – tłumaczy Lutkiewicz.

Kluczowy dla spółki pozostanie rynek niemiecki.

Liczymy, że w perspektywie kilku lat udział przychodów z tego rynku może stanowić 20-30 proc. całości w grupie. Wystarczy 30 sklepów z wysokim obrotem, a sprzedaż może być dwu-, trzy-, może nawet czterokrotnie wyższa z metra kwadratowego niż dla identycznych sklepów w Polsce. To może znacząco poprawić nasze przychody i wzmocnić zyskowność LPP – przekonuje wiceprezes LPP.

LPP uruchomiła w zeszłym roku pierwsze cztery sklepy za zachodnią granicą. Salony marki Reserved działają obecnie w Bremie, Hanowerze, Recklinghausen i Stuttgarcie. W tym roku i kolejnych latach ma ich przybywać. W tym roku ruszą trzy sklepy przy ulicach handlowych – największy w Stuttgarcie. W 2016 r. LPP planuje m.in. uruchomienie flagowego sklepu w Berlinie, przy prestiżowej ulicy Tauentzienstrasse, tuż przy słynnym Ku’dammie. Salon będzie miał powierzchnię ponad 2 tys. mkw.

To właśnie ulice handlowe będą coraz ważniejsze w strategii LPP w Niemczech. Za zachodnią granicą centra handlowe cieszą się mniejszą popularnością niż w Polsce – twierdzi Lutkiewicz. Spółka planuje w 2016 i 2017 r. otwierać rocznie ok. 10 nowych sklepów w Niemczech.

Rynek niemiecki to przede wszystkim największy rynek w Europie: bardzo trudny, bardzo konkurencyjny, ale i bardzo obiecujący, ponieważ klient niemiecki ma wysoką siłę nabywczą. Cały rynek jest ośmiokrotnie wyższy, jeśli chodzi o wartość sprzedaży odzieży, niż rynek polski – wyjaśnia Lutkiewicz.

Grupa LPP przygląda się także rynkowi rumuńskiemu, na którym jest już obecna z markami Reserved, Cropp, Sinsay i House. Jak tłumaczy Lutkiewicz, dużo budujących się tam centrów handlowych oznacza szansę na niższe czynsze. Perspektywiczne są też rynki czeski, słowacki i węgierski.

Biedronka organizuje konkurs na najlepszy tekst dla dzieci. Chce w ten sposób promować czytanie wśród najmłodszych

Ruszył konkurs literacki „Piórko 2015” skierowany do pisarzy i ilustratorów, których prace nie były nigdy publikowane. Autorzy zwycięskich prac otrzymają łącznie 200 tys. złotych. Organizatorem konkursu jest sieć sklepów Biedronka, a partnerem znany wydawca książek dla dzieci Zielona Sowa. Konkurs ma przyczynić się do popularyzacji literatury dziecięcej oraz wpłynąć na poziom czytelnictwa wśród najmłodszych. Efektem projektu będzie wydanie ilustrowanej książki dla dzieci w nakładzie 50 tys. egzemplarzy. 

Konkurs „Piórko 2015” ma wyłonić najlepszy tekst dla dzieci w wieku od czterech do dziesięciu lat. Ich autorami mogą być wyłącznie debiutanci, a więc osoby, których prace nigdy wcześniej nie były publikowane.

Tekst nie może być za długi, między 20 a 60 tys. znaków, więc będzie wymagał określonego rygoru w pisaniu. Pierwszy etap to przyjmowanie prace, potrwa blisko 1,5 miesiąca, kolejny etap to weryfikacja techniczna i merytoryczna nadesłanych tekstów – mówi agencji informacyjnej Newseria Anetta Jaworska-Rutkowska, kierownik ds. relacji zewnętrznych i CSR Jeronimo Martins Polska.

Prace można zgłaszać do 21 kwietnia. Po tym terminie jury wyłoni najlepszy tekst, którego autor otrzyma nagrodę w wysokości 100 tys. zł. 11 czerwca rozpocznie się drugi etap konkursu, tym razem przeznaczony dla ilustratorów. Uczestnicy będą musieli przygotować ilustracje do nagrodzonego tekstu.

– Musi powstać ilustracja okładkowa i pięć ilustracji uzupełniających. Wydawca zobowiązał się, że przygotuje również makietę, która nie będzie obowiązkowa, ale będzie pokazywała, w jakich miejscach można będzie ten tekst ilustrować – mówi Jaworska-Rutkowska.

Zwycięski ilustrator także otrzyma w ramach nagrody 100 tys. zł. Laureatów wyłoni jury, w którym zasiądą znani dziennikarze, autorzy książek i ilustratorzy, w tym m.in. Jarosław Gugała, Renata Piątkowska i legenda ilustracji dziecięcej – Bohdan Butenko. Zgłoszenia w konkursie przyjmowane są do 21 kwietnia.

Punktem kulminacyjnym projektu będzie wydanie książki w nakładzie 50 tys. egzemplarzy. Pozycja ta będzie dostępna w sieciach sklepów Biedronka pod koniec listopada.

Konkurs Biedronki ma przyczynić się do promowania literatury dziecięcej oraz zapobiegania spadkowi czytelnictwa wśród najmłodszych. Z badań Instytutu Badań Edukacyjnych wynika, że czytanie książek zajmuje dopiero trzecie miejsce wśród form spędzania wolnego czasu przez dzieci i młodzież. Wyprzedza je oglądanie telewizji i korzystanie z internetu. Aż 5 proc. polskich 12-latków nie czyta w ogóle.

– To jest kolejna inicjatywa, która pokazuje, że burzymy mury pomiędzy kultura wysoką, literaturą i zwykłym człowiekiem, który niewiele ma wspólnego ze środowiskiem kulturalnym na co dzień. We współczesnym świecie kultura, w tym literatura, powinny wychodzić tam, gdzie są ludzie, gdzie robią zakupy, bawią się, gdzie spędzają czas. I to jest właśnie taka inicjatywa. Jeżeli rodzic przy okazji zakupów na kolację, kupi także książkę dla dziecka, a ta książka będzie dobrej jakości, to myślę, że to będzie bardzo duży sukces akcji – mówi Agnieszka Karp-Szymańska, współwłaścicielka CzasDzieci.pl.

Z badań TNS Polska dla Biblioteki Narodowej wynika, że w 2014 roku poziom czytelnictwa przestał spadać. Nadal jednak aż 58 proc. Polaków deklaruje, że nie czyta nawet jednej książki w ciągu roku. Tymczasem psychologowie przekonują, że to właśnie rodzice, a nie szkoła, powinni zaszczepiać w dzieciach nawyk czytania, zachęcają do wspólnego codziennego czytania, tak aby dziecko kojarzyło tę czynność z przyjemnością, a nie obowiązkiem. Zdaniem pedagogów niski poziom czytelnictwa u dzieci odbija się na ich rozwój emocjonalny i intelektualny.

– Wszyscy chcemy, żeby nasze dzieci były mądre i szczęśliwe. Żeby jednak były mądre, to przede wszystkim muszą czytać. Wydaje mi się, że to, co tutaj razem robimy, wpłynie bardzo pozytywnie na poziom czytelnictwa i popularyzację książek dla dzieci. Dzieci czytające to dzieci uśmiechnięte i z dużą wyobraźnią mówi Marek Jakimiuk, szef marketingu i sprzedaży Wydawnictwa Zielona Sowa.

W czasie trwania konkursu „Piórko 2015” organizator planuje wiele wydarzeń promujących czytanie książek jako najlepszego sposobu rozrywki, a zarazem rozwijania intelektu i wyobraźni dziecka. Nie wyklucza też kolejnych edycji konkursu w przyszłości. „Piórko 2015” to nie pierwsza akcja Biedronki, która ma promować czytelnictwo. Na półkach tej sieci sklepów od dawna można dostać także książki, zarówno z dziedziny literatury popularnej, jak i wysokiej. Sieć wydaje także własne publikacje np. „Legendy polskie” z rysunkami Andrzeja Pągowskiego.

W Polsce kobiety średnio zarabiają o 18 proc. mniej od mężczyzn. Dysproporcje zależą od stanowiska

CEO Magazyn Polska

Według badania Grupy Pracuj kobiety osiągają niższe zarobki niż mężczyźni, jednak im wyższe stanowisko, tym różnice mniejsze. Wśród specjalistów dysproporcja wynosi średnio 11 proc., a na szczeblu dyrektorskim już tylko 2 proc. Poza tym istnieją specjalizacje, gdzie kobiety osiągają wyższe płace – to kadry, księgowość czy komunikacja marketingowa. 

– Jak wynika z analizy ponad pół miliona ankiet zebranych w naszej bazie, kobiety zarabiają o około 18 proc mniej od mężczyzn. Różnica zmniejsza się wraz ze wzrostem poziomu stanowiska. W przypadku specjalistów ta różnica wynosi około 11 proc., ale na poziomie dyrektorskim płace kobiet różnią się od płac mężczyzn już tylko o 2 proc. – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Bąk, ekspert ds. raportów wynagrodzeń z Grupy Pracuj.

Jak dodaje, 18-proc. różnica wynika z tego, że kobiety rzadziej zajmują kierownicze i dyrektorskie stanowiska. Na poziomie specjalistów 40 proc. zatrudnionych to kobiety, ale tylko niespełna co czwarty dyrektor jest kobietą (23 proc.).

– Są jednak branże, gdzie kobiety zarabiają podobnie bądź nawet więcej niż mężczyźni. Są to takie obszary, jak administracja biurowa, czyli sekretarki, asystentki – mówi Bąk. – Mówimy również o niektórych obszarach marketingu, HR, działy kadr i płac, ale te obszary są niestety mniejszością i stanowią mniejszość próbki.

Według ekspertów z Grupy Pracuj najbardziej zdominowanymi przez kobiety segmentami rynku pracy jest administracja biurowa, HR, PR i marketing (70 proc.). Z drugiej strony tylko co dziesiąty pracownik branży IT i inżynierii jest kobietą. Ankieta wskazuje, że dominacja pod względem liczebności kobiet na stanowiskach przez nie zdominowanych niekoniecznie przekłada się na wyższe wynagrodzenia. W takich obszarach kobiety i tak zwykle zarabiają mniej od mężczyzn.

Według badania Sedlak & Sedlak w 2014 roku kobiety średnio zarabiały 3600 zł brutto, czyli 1000 zł mniej niż mężczyźni. Poza tym różnice w płacach rosną wraz ze stażem pracy – po studiach różnice są kilkuprocentowe, ale po ponad 10 latach doświadczenia mężczyźni zarabiają już o blisko 30 proc. więcej niż kobiety.

Polski producent urządzeń mobilnych zapowiada debiut nowych smartfonów i ekspansję zagraniczną

0

CEO Magazyn Polska

Należący do Grupy TelForceOne polski producent telefonów myPhone chce zwiększyć swój udział w segmencie smartfonów. Za kilka dni oficjalną premierę będą miały dwa nowe modele. Producent telefonów Simply, czyli prostych urządzeń z kilkoma funkcjami, zamierza w najbliższych miesiącach zaproponować seniorom nowsze rozwiązania. myPhone chce też aktywnie walczyć o rynki zagraniczne.

Pięć lat po rozpoczęciu działalności, czyli z końcem 2013 roku, spółka chwaliła się sprzedażą milionowego telefonu. Po kolejnym roku liczba sprzedanych aparatów wzrosła do 1,3 mln sztuk, a wkrótce można oczekiwać debiutu nowych modeli. Grupa TelForceOne po trzech kwartałach zeszłego roku podwoiła wyniki. Jej przychody przekraczały 197 mln zł, a zysk netto sięgał 5,5 mln zł.

To jest doświadczenie, które przekłada się na produkcję – mówi agencji informacyjnej Newseria Radosław Trzeba, członek zarządu myPhone, należącej do TelForceOne. – Nową serią Infinity będziemy chcieli zdobyć większy udział w rynku smartfonów. Jest to dla nas priorytet, ponieważ już jesteśmy liderem rynku, jeżeli chodzi o telefony Simply, a teraz rozszerzamy swoje portfolio, jeżeli chodzi o telefony specjalne. W tym i w przyszłym roku będziemy chcieli znacznie zwiększyć swój udział w rynku smartfonów.

myPhone zadebiutował, oferując proste telefony Simply, służące niemal wyłącznie do dzwonienia, zaprojektowane dla ludzi starszych oraz osób niezainteresowanych nowoczesnymi funkcjonalnościami smartfonów. W tej kategorii firma ma ponad 40-proc. udział w sprzedaży openmarketowej. W ofercie są również telefony outdoorowe, odporne na uszkodzenia i złe warunki użytkowania (kategoria IP67).

Teraz myPhone chce zaoferować niedrogie smartfony o wysokim standardzie. Były już pokazywane na branżowych targach w Las Vegas czy Barcelonie.

Seria Infinity to smartfony z najwyższej półki, o wielkości 4,7 cala oraz 5 cali, z technologią 3G i LTE. Charakteryzują się bardzo wysoką jakością wykonania, ale też użytych elementów i komponentów – deklaruje Radosław Trzeba. – Siłą rzeczy te produkty muszą znaleźć odbiorców, ponieważ spełniają oczekiwania klientów, a ich wartość jest znacznie niższa niż konkurencyjnych A-brandów.

Smartfony są już dostępne online w przedsprzedaży, po oficjalnej premierze mają trafić zarówno do sklepów, jak i do operatorów.

Spółka cały czas szuka nisz rynkowych. Chce robić telefony dla tych, którzy nie mogą znaleźć nic dla siebie wśród ofert producentów popularnych aparatów. Kolejnym pomysłem firmy jest połączenie zalet kilku modeli w jednym telefonie.

Niedługo będziemy pokazywać nowy model z kategorii Simply, będzie to jednak smartfon – zapowiada członek zarządu myPhone. – Będzie to urządzenie może nie tyle dla osoby starszej, ile dla osoby nietechnicznej, „niesmartfonowej”. To grupa docelowa zapomniana przez A-brandy.

myPhone wiąże duże nadzieję także z wyjściem poza granice kraju.

Rodzimy rynek jest dla nas bardzo ważny i to jest nasza baza, z której możemy dokonywać ekspansji dalej – podkreśla Radosław Trzeba. – Plan na ten i przyszły rok to znaczne poszerzenie sprzedaży zagranicznej. Pomóc w osiągnięciu tego celu ma oczywiście udział we wszystkich znaczących targach.

myPhone za swoje produkty już po raz drugi otrzymał nagrodę Mobility Trends. Przed rokiem doceniono prostotę telefonów Simply, w tym roku wyróżniono modele outdoorowe.

Polskie firmy korzystają z rozwiązań IT na światowym poziomie, administracja jednak wciąż w tyle

Przedsiębiorstwa z sektora prywatnego wdrażają rozwiązania IT na najwyższym światowym poziomie, natomiast w sektorze publicznym wciąż jest wiele do zrobienia. Oba te obszary są perspektywiczne dla polskich firm informatycznych. Przedsiębiorstwa muszą utrzymywać swoje systemy i usługi outsourcingowe, zaś administracji potrzebne są nowe rozwiązania. Wiele zamówień pochodzi od firm zagranicznych.

Polski sektor komercyjny nadąża za krajami zachodnimi, bo mamy całkiem niezłe firmy informatyczne. To jednak nie dotyczy sektora publicznego, bo chyba każdy z nas czuje pewien niesmak i niedosyt, że chwalimy się, że mamy najlepszych informatyków na świecie, a jednocześnie mamy cały czas wielki problem z systemami informatycznymi dla sektora publicznego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Konrad Świrski, prezes zarządu Transition Technologies, firmy dostarczającej systemy informatyczne i inżynierskie dla przemysłu.

Świrski podkreśla, że sektory, w których aktywna jest spółka Transition Technologies, czyli przemysł ciężki i medyczny, rozwijają się bardzo dobrze. Rosnące obroty firm przekładają się na coraz większe kontrakty dla dostawców rozwiązań i usług informatycznych. Przedsiębiorcy rozumieją bowiem, że bez nowoczesnych technologii ich firmy za kilka lat mogą upaść lub co najmniej stracić udział w rynku.

To właśnie narzędzia informatyczne są podstawowym sposobem budowy nowoczesnej firmy. Świrski wśród najbardziej popularnych usług wymienia technologie chmurowe, analizę big data oraz integrację danych. Dodaje, że standardem stały się już rozwiązania mobilne, które w tej chwili chce mieć prawie każda firma.

‒ To, co będzie modne, przydatne i przyniesie pieniądze w następnych latach, to na pewno bardziej zaawansowana analiza zbiorów danych, automatyczne wnioskowanie oraz internet rzeczy, w który też inwestujemy, czyli połączenie informatyki z naszym codziennym życiem – zapowiada Świrski.

Poza zainteresowaniem ze strony rodzimych firm motorem napędowym dla polskiego sektora IT pozostaje obsługa zagranicznych koncernów. Polska stała się dla nich obecnie jeszcze bardziej atrakcyjnym miejscem do przenoszenia działalności IT z uwagi na kryzys na Ukrainie. Nasi wschodni sąsiedzi również mają rozwinięty ten sektor gospodarki, ale zagraniczne koncerny obawiają się niestabilności na Ukrainie.

Polska coraz częściej wygrywa też z przodującymi jako rynek outsourcingu Indiami. Wynika to m.in. z tego, że koszty są porównywalne, a Polska ma znacznie bardziej korzystne położenie pod względem strefy czasowej. Bliskość kulturowa naszego kraju i zachodnich koncernów też jest nie bez znaczenia.

Firmy chętnie pozbywają się kłopotu z informatyką. Mówię tu nie tylko o obsłudze sieci czy komputerów, lecz także rozwoju oprogramowania. Zlecają działania związane z wykonanie i utrzymanie oprogramowania wyspecjalizowanej firmie zewnętrznej, a same skupiają się na produkcji i ewentualnie na funkcjonalnych wymaganiach dotyczących systemów informatycznych. My jesteśmy przykładem firmy, która z tego korzysta  tworzymy oprogramowanie dla innych firm – podkreśla Świrski.

Minister Finansów zaprasza przedsiębiorców do dyskusji

Optymalne wsparcie i ochrona uczciwych podatników, szybka i wiarygodna informacja podatkowa, nowy model kontroli podatkowej  i aktywniejsze zwalczanie oszustw to główne tematy spotkania ministra finansów z szefami największych organizacji  zrzeszających przedsiębiorców w Polsce.

W poniedziałek 9 marca br. w godz. 11.00-13.00 w Ministerstwie Finansów odbędzie się dyskusja pt. „Kierunki reformy administracji podatkowej a ochrona legalnej działalności gospodarczej”. Udział w spotkaniu potwierdzili liderzy największych organizacji zrzeszających przedsiębiorców i podatników: Ryszard Petru – Przewodniczący Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich, prof. Andrzej Blikle – Prezes Zarządu Stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych, Andrzej Sadowski – Prezydent Centrum im. A. Smitha. Do dyskusji zaproszono również przedstawicieli Organizacji Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej, Konfederacji Lewiatan, Business Centre Club, Krajowej Izby Gospodarczej, oraz Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Gospodarzami spotkania będą: Mateusz Szczurek – minister finansów, Janusz Cichoń – sekretarz stanu oraz Jacek Kapica –  podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów.

Spotkanie ma być pierwszym krokiem do stworzenia platformy umożliwiającej merytoryczną dyskusję z liderami wiodących organizacji zrzeszających przedsiębiorców na tematy dotyczące relacji z Administracją Podatkową.

Podczas spotkania przedstawione zostaną planowane kierunki zmian w funkcjonowaniu administracji Podatkowej. Zaprezentowane zostaną  główne elementy nowego systemu obsługi i wsparcia podatników, w tym projekt wzmocnienia Krajowej Informacji Podatkowej, utworzenie centrów obsługi, powołanie asystentów podatnika (wsparcie osób rozpoczynających działalność gospodarczą w ciągu pierwszych 18 miesięcy od jej zarejestrowania) , zmiany  w wyspecjalizowanych  urzędach skarbowych oraz nowe podejście do kontroli podatkowej, jej przebiegu i standardów.

Spotkanie w Ministerstwie Finansów będzie transmitowane on-line w Internecie.

Niemiecka ustawa wyeliminuje z rynku polskich przewoźników?

Zgodnie z wprowadzoną od 1 stycznia ustawą MiLoG minimalna płaca w Niemczech wynosi 8,5 euro za godzinę. Nasi zachodni sąsiedzi chcą, aby stawka ta obowiązywała wszystkie osoby wykonujące pracę na terenie ich kraju. Dla polskich kierowców TIR-ów może oznaczać to utratę konkurencyjności.

Pensje kierowców zatrudnianych w Polsce składają się z innych elementów niż tych pracujących w Niemczech. Są to kwota podstawowa (minimalnie 2,31 euro na godzinę), premie, diety i ryczałty za noclegi. Składniki te po zsumowaniu dają wynagrodzenie za godzinę na poziomie nie niższym niż 7–7,5 euro – mówi serwisowi infoWire.pl Paweł Trębicki ze stowarzyszenia pracodawców „Transport i Logistyka Polska”. Jeśli polscy przewoźnicy działający na terenie Niemiec mieliby się zastosować do ustawy MiLoG, okazałoby się, że kierowcy przez nich zatrudniani zarabialiby 12–14 euro za godzinę, a więc dużo więcej niż ich zachodni koledzy.

W praktyce oznaczałoby to wyeliminowanie naszych kierowców z niemieckiego rynku pracy i większości przewozów międzynarodowych. 40% wszystkich polskich transportów to transporty z Niemiec lub do Niemiec, a kolejne 30% to transporty przejeżdżające przez ten kraj – argumentuje ekspert.

Czy przepisy ustawy MiLoG faktycznie będą obowiązywać kierowców zatrudnianych przez polskich przewoźników, jeszcze nie wiadomo. Strona niemiecka uważa, że powinny. Rząd polski interweniował w tej sprawie w Komisji Europejskiej. Zwrócono uwagę, że wprowadzone przepisy ograniczają wolną konkurencję i są niezgodne z prawem unijnym. W tej chwili w Brukseli trwają analizy niemieckiej ustawy. Na decyzję Komisji przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.

Dzień Otwarty w urzędach skarbowych

0

Ministerstwo Finansów zaprasza w sobotę 7 marca na Dzień Otwarty do urzędów skarbowych w całej Polsce. Wszyscy, którzy zamierzają osobiście złożyć lub wysłać deklarację podatkową, mogą odwiedzić swój urząd w godzinach od 9.00 do 13.00.

Dzień Otwarty to znakomita okazja do uzyskania fachowej pomocy przy wypełnianiu deklaracji podatkowej. Pracownicy urzędów w całej Polsce będą przyjmowali zeznania oraz pomagali w rozliczeniu elektronicznym. W urzędach przygotowano dodatkowe punkty informacyjne, a podatnicy będą mieli do dyspozycji również broszury informacyjne nt. zasad odliczania podatku czy przysługujących ulg. We wszystkich urzędach zostaną uruchomione w salach obsługi podatnika specjalne stanowiska komputerowe, na których można będzie złożyć zeznanie drogą elektroniczną.

Lewiatan opracował katalog dobrych praktyk w zamówieniach publicznych

Rada Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan opracowała katalog dobrych praktyk. Zestawienie, które zostanie przekazane Urzędowi Zamówień Publicznych, ma na celu ułatwienie zamawiającym pełną i zgodną z intencją ustawodawcy realizację nowych zapisów prawnych. Dokument jest swoistym vademecum umożliwiającym właściwe konstruowanie przetargów, co tym samym zabezpiecza interes wszystkich uczestników rynku – zamawiającego, wykonawcy oraz pracowników.

Katalog jest krokiem milowym w kierunku dalszej profesjonalizacji systemu zamówień publicznych. Uwzględnia on tak istotne aspekty jak: wdrażanie w procedurach przetargowych jasnych kryteriów jakościowych i odejście od dominującej roli kryterium ceny, wymaganie zatrudnienia pracowników na umowy o pracę do realizacji konkretnych zamówień publicznych oraz pełną waloryzację umów w toku na podstawie art. 142 ust. 5 znowelizowanej ustawy Pzp.

Cena nabycia nie jest już wyłącznym kryterium rozstrzygania przetargów, a zamawiający powinien wymagać od wykonawcy zatrudniania na podstawie umowy o pracę. To podstawowe zmiany, jakie niesie za sobą nowelizacja ustawy Pzp, która weszła w życie 19 października 2014 roku. Należy jednak pamiętać, że sama nowelizacja nie wystarczy, by w obszarze zamówień publicznych wybierać rzeczywiście najlepszą ofertę. Potrzeba przede wszystkim odpowiedniego podejścia, właściwych procedur oraz – co najważniejsze – dobrych praktyk w ramach nowego, efektywniejszego sposobu rozstrzygania przetargów. W związku z tym Lewiatan przekaże w ciągu tygodnia zestaw wzorcowych dokumentów do zarekomendowania Urzędowi Zamówień Publicznych (UZP).

Wykaz dobrych praktyk dotyczy trzech niezwykle istotnych z punktu widzenia sektora zamówień publicznych branż – usług czystościowych, ochroniarskich oraz pocztowych. Ponadto do końca kwietnia 2015 roku Urząd Zamówień Publicznych ma otrzymać katalog, który będzie systematyzował kwestie związane z pozostałymi branżami zrzeszonymi w ramach Konfederacji Lewiatan.

– Niemal pół roku funkcjonowania znowelizowanej ustawy Pzp wykazało, że to właśnie odpowiedni dobór kryteriów w Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia stanowi największe wyzwanie dla zamawiających. Dane pochodzące z Urzędu Zamówień Publicznych wskazują, że liczba przetargów rozstrzyganych tylko i wyłącznie w oparciu o kryterium ceny spadła z 93% do 13%. Jak widać nowe regulacje przynoszą pierwsze pozytywne efekty. Zauważalne są jednak problemy z określaniem prawidłowych wag danym kryteriom. W związku z tym Konfederacja Lewiatan – jako jedyna organizacja – dostrzegła znaczenie zapisów art. 36c znowelizowanego Pzp i na tej podstawie podjęła się usystematyzowania przetargów w poszczególnych branżach, opracowując wzorcowe dokumenty dla zamawiających. Nasz katalog stanowi swego rodzaju drogowskaz dla urzędników, który pozwala na przygotowanie uczciwych, profesjonalnych i zgodnych z intencją ustawodawcy SIWZ. Warto przypomnieć, że to właśnie Lewiatan był pomysłodawcą zapisu umożliwiającego korzystanie ze wzorcowych dokumentów w przygotowaniu i przeprowadzaniu postępowania przetargowego. Liczymy, że wspólne zaangażowanie wszystkich uczestników rynku – zamawiających, wykonawców i UZP – wyeliminuje wszelkie nieprawidłowości, z jakimi mierzy się system zamówień publicznych – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Rady Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan.

Precyzyjne określenie sposobu oceny poszczególnych kryteriów – zarówno tych ilościowych (takich, jak cena), jak i jakościowych (doświadczenie potencjalnego wykonawcy, możliwości technologiczne) oraz zebranie ich w zestaw wzorów dokumentacyjnych, zatwierdzonych przez Urząd Zamówień Publicznych – pozwala na realizację nowych zapisów Pzp w zgodzie z intencją ustawodawcy. W ten sposób nie tylko rynek zamówień publicznych, ale także sytuacja zatrudnionych ulegnie znaczącej stabilizacji i jakościowej poprawie. Zabezpieczenie interesu pracowników oraz ich miejsc pracy stanowi jedno z najważniejszych wyzwań w kontekście zmian w systemie zamówień publicznych, jest to szczególnie istotne m.in. z powodu wysokiego poziomu bezrobocia, które w styczniu 2015 roku wyniosło 12%.

Konfederacja Lewiatan

Jak oszczędzać na emeryturę?

Tylko co setny młody człowiek wchodzący na rynek pracy zapisuje się do OFE. Efektem będzie ich stopniowa likwidacja. Dlatego konieczne jest zachęcanie do dobrowolnego oszczędzania na starość. Takie oszczędności pozwoliłyby finansować inwestycje i szybciej modernizować gospodarkę, zapewniając wzrost wydajności pracy, a w konsekwencji wzrost płac i emerytur – uważa Konfederacja Lewiatan.

Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Pomysł zakładający płacenie składek na emeryturę równolegle przez pracowników, pracodawców i budżet państwa jest wart rozważenia. Polska bardzo potrzebuje dużych, długoterminowych oszczędności dla finansowania wieloletnich inwestycji. Ich finansowanie z krótkoterminowych oszczędności jest ryzykowne i drogie.

W naszym kraju mamy duże zasoby pracy, ale małe zasoby kapitału. Średni koszt stworzenia jednego miejsca pracy to około 200 tysięcy złotych. Jeśli chcemy zapewnić atrakcyjną pracę młodym ludziom, a jednocześnie pozwolić osobom 50+ na aktywność zawodową do osiągnięcia wieku emerytalnego, to potrzebujemy olbrzymich inwestycji. Takie inwestycje mogę być finansowane z długoterminowych oszczędności krajowych skumulowanych przez zbiorowe programy oszczędzania. Dzięki dodatkowym bardziej efektywnym inwestycjom wzrośnie zatrudnienie i produktywność, będziemy więcej zarabiać i płacić większe składki na emerytury, a w konsekwencji nasze przyszłe świadczenia będą wyższe.

W przypadku finansowania inwestycji oszczędnościami krajowymi, a nie zagranicznymi, zysk w większym stopniu pozostawałby w kraju, co dodatkowo wpływałoby na wzrost gospodarki i zamożności społeczeństwa.

Wprowadzenie zmian, zakładających płacenie składek na emeryturę równolegle przez pracowników, pracodawców i budżet państwa przyniesie także korzyści dla budżetu. Dzięki szybszemu wzrostowi gospodarczemu w dłuższym okresie wpływy do budżetu najprawdopodobniej byłyby wyższe od wydatków z tytułu dopłat.

Model oszczędzania powinien być zależny od sytuacji rodzinnej, etapu kariery zawodowej i formy zatrudnienia. Jeśli ktoś ma dzieci na utrzymaniu, spłaca kredyt za mieszkanie i pracuje na etacie płacąc składkę emerytalną w wysokości 1/5 wynagrodzenia, to jego możliwości dodatkowego oszczędzania na emeryturę są ograniczone. Ale osoby nie ponoszące jeszcze lub już kosztów utrzymania dzieci powinny oszczędzać więcej. Powinniśmy zwiększać oszczędności proporcjonalnie do wzrostu dochodów.

Konfederacja Lewiatan

Pracodawcy o warunkach udzielania pomocy przez PARP

Rezygnacja ze szczegółowych regulacji na poziomie rozporządzenia pozwoli uniknąć przeregulowania wybranych kwestii i da Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości większe możliwości działania. Oznacza to większą odpowiedzialność PARP za skuteczne konsultowanie i informowanie o szczegółowych warunkach udzielania pomocy oraz za prawidłowe, zgodne z interesem przedsiębiorców, posługiwanie się ramowymi zasadami określonymi w rozporządzeniu – uważa Konfederacja Lewiatan.

W latach 2014-2020, w PO Inteligentny Rozwój, PARP będzie odpowiadał za wdrożenie działań:
• 2.3 Proinnowacyjne Usługi dla przedsiębiorstw
• 2.4 Współpraca w ramach krajowego systemu innowacji – Centrum analiz i pilotaży nowych instrumentów INNO_LAB
• 3.1 Finasowanie innowacyjnej działalności MŚP z wykorzystaniem kapitału podwyższonego ryzyka: STARTER, BiZNEST, Fundusz Pożyczkowy Innowacji, 4STOCK
• 3.2 Wsparcie wdrożeń wyników prac B+R: Badania na rynek
• 3.3 Wsparcie promocji i internacjonalizacji innowacyjnych przedsiębiorstw: Polskie mosty technologiczne, Go to Brand.PL

Projekt rozporządzenia oceniony przez Konfederację Lewiatan określa ramowe warunki realizacji tych działań. Pierwszą ważną zmianą w stosunku do przepisów obowiązujących w latach 2007-2013 jest ogólny charakter projektu. W zdecydowanej mierze powtórzono w nim warunki i zasady udzielania wsparcia ustanowione w rozporządzeniach UE, podczas gdy w poprzednim okresie programowania analogiczne rozporządzenie było bardzo szczegółowe. Ta szczegółowość ograniczała możliwość elastycznego reagowania na pojawiające się wraz z kolejnymi konkursami wyzwania. Dodatkowo część przedsiębiorców zgłaszała problemy z nadmiernie restrykcyjną interpretacją poszczególnych przepisów – Agencja preferowała podejście gwarantujące maksymalne bezpieczeństwo wydatkowych środków, nie wykorzystując tym samym pola manewru na jaki pozawalały regulacje unijne. Niewątpliwie zaś korzyścią z takiego rozwiązania było większa pewność prawna i stabilność warunków udzielania wsparcia oraz obowiązek konsultacji projektu przed jego wejściem życie, gwarantujący przedsiębiorcom – chociażby formalny – udział w konstruowaniu warunków udzielania wsparcia.

Niezależnie jednak od tych korzyści, Konfederacja popiera zmianę podejścia widoczną w projekcie. Uważamy, że rezygnacja ze szczegółowych regulacji na poziomie rozporządzenia pozwoli nam z jednej strony uniknąć przeregulowania wybranych kwestii, a z drugiej, da Agencji szersze możliwości działania, w ramach wyznaczonych przez przepisy unijne. Takie podejście oznacza również większą odpowiedzialność po stronie PARP, i za skuteczne konsultowanie oraz informowanie o szczegółowych warunkach udzielania, i za prawidłowe, zgodne z interesem przedsiębiorców, posługiwanie się ramowymi zasadami określonymi w rozporządzeniu.

W opinii do konkretnych zapisów zawartych w projekcie, zwróciliśmy uwagę na niewystarczające uzasadnienie wykluczenia z możliwości uzyskania wsparcia wybranych sektorów gospodarki, w tym np. sektora militarnego.

Podnieśliśmy także problem nadmiernego, wynoszącego 10% wartości wydatków kwalifikowalnych limitu nałożonego na wydatki dotyczące kosztów zakupu nieruchomości zabudowanych lub niezabudowanych oraz nabycia robót i materiałów budowalnych. Zgodnie z przepisami UE taki limit powinien się odnosić wyłącznie do zakupu nieruchomości zabudowanych lub niezabudowanych i nie powinien obejmować robót i materiałów budowalnych. Uważamy że podejście projektodawcy w tym zakresie jest niekorzystane dla przedsiębiorców, planujących realizację projektów B+R, w których konieczne jest przeprowadzenie specjalistycznych i kosztownych prac i robót budowalnych związanych z wymogami technicznymi zakupionego sprzętu czy maszyn. W swojej opinii postulujemy, aby ograniczenie, o którym mowa w projekcie odnosiło się wyłącznie do kosztów zakupu nieruchomości zabudowanych lub niezabudowanych, zgodnie z ograniczeniem, o którym mowa w art. 69 ust. 3 Rozporządzenia 1303/2014.

Konfederacja Lewiatan

Nowy dowód osobisty zwiększy liczbę wyłudzeń kredytów?

Adres zameldowania? Skan podpisu? Próżno szukać tych elementów na nowym dowodzie osobistym. Nic dziwnego, że wiele osób się zastanawia, czy to nie utrudni starań o kredyt lub też ułatwi życie oszustom.

Związek Banków Polskich (ZBP) uspokaja: zmiany wprowadzone w nowym dowodzie nie powinny spowodować problemów z otwarciem rachunku bankowego czy zaciągnięciem kredytu, a już na pewno nie pomogą złodziejom w zaciągnięciu zobowiązań na nasze konto. „Każda z instytucji finansowych ma własne procedury zabezpieczające przed wyłudzeniami. Weryfikacja adresu możliwa jest na podstawie innych dokumentów, np. umów czy rachunków” – mówi serwisowi infoWire.pl Grzegorz Kondek z ZBP. Jeśli chodzi o podpisy, banki weryfikują je, wykorzystując własne bazy danych. Wzory podpisów są skanowane do systemu i można sprawdzić, czy podpis składany w danym momencie jest zgodny z tym, który był złożony wcześniej, podczas zakładania konta osobistego.

W 2014 r. zanotowano prawie 8 tys. prób wyłudzenia kredytu. 98% z nich zostało zablokowanych na etapie sprawdzania historii kredytowej klienta. Było to możliwe dzięki zastrzeżeniu zagubionego lub skradzionego dowodu osobistego. „Najważniejszym elementem weryfikacji danych jest sprawdzenie, czy dany dokument znajduje się w Systemie »Dokumenty zastrzeżone«” – wyjaśnia ekspert. Dostęp do systemu mają nie tylko banki, lecz także operatorzy telefonii, pocztowi, telewizyjni, hotele, kancelarie prawne i notarialne, sklepy internetowe czy wypożyczalnie samochodów.

Brak adresu zameldowania na dowodzie może utrudnić klientom korzystanie z ofert bankowych, ale nie dyskwalifikuje całkowicie tego dokumentu w oczach banków. Ważne jest to, że nowy wzór dowodu ma dużo lepsze zabezpieczenia i trudniej go podrobić. Jeżeli będzie potrzebna weryfikacja adresu, bank może poprosić o podpisane przez klienta pisemne oświadczenie informujące o miejscu zamieszkania. Osoba, która poda fałszywy adres, naraża się na zarzut oszustwa i karę grzywny lub pozbawienia wolności.

Spokój przed wyborami będzie kosztował Ewę Kopacz 10 mld zł

Porozumienia zawarte przez rząd na początku roku z górnikami Kompanii Węglowej i lekarzami Porozumienia Zielonogórskiego będą kosztować rząd co najmniej 4,5 miliarda złotych. Na tym jednak nieplanowane w budżecie wydatki mogą się nie skończyć. Już teraz rękę po dodatkowe pieniądze wyciągają kolejne grupy związków zawodowych. Money.pl oszacował, ile premier Ewa Kopacz musi wydać, by prowadzić spokojną kampanię wyborczą.

Money.pl zebrał wszystkie postulaty związków zawodowych i oszacował koszt wprowadzenia postulowanych zmian. Do tej pory najtańsze żądania wystosowali pocztowcy – upominają się o ponad 350 milionów złotych. Inne grupy będą jednak zdecydowanie droższe. Same podwyżki dla nauczycieli mogą kosztować budżet prawie 10 razy więcej! A na dodatkowe pieniądze czekają jeszcze urzędnicy, pielęgniarki oraz pocztowcy.

Nauczyciele: 3,3 mld złotych

O podwyżki dla nauczycieli w jednym czasie walczą aż dwa związki zawodowe. Jeszcze w grudniu ubiegłego roku pierwsze postulaty zgłosiła krajowa sekcja oświaty NSZZ Solidarność. W połowie stycznia swoje stanowisko opublikował Związek Nauczycielstwa Polskiego.

Związkowcy „Solidarności” wysłali do premier Ewy Kopacz list z żądaniem podniesienia płac w szkolnictwie o 9 procent jeszcze w tym roku. Jednocześnie ogłosili zakrojoną na szeroką skalę akcję szkoleniową w zakresie procedur strajkowych w szkołach i placówkach oświatowych. Jak zapowiadają – przekazana nauczycielom wiedza będzie wykorzystana, jeżeli rząd nadal uporczywie będzie ignorował ich postulaty.

Nieznacznie wyżej celują związkowcy z ZNP. Oni z kolei domagają się 10-procentowej podwyżki płac. Chcą też powrotu do systemowego rozwiązania regulacji wynagrodzeń nauczycieli od stycznia kolejnego roku, a nie od września.

Jak wyglądają zarobki w szkolnictwie? Dziś stażysta może liczyć na 2 717,59 zł, nauczyciel kontraktowy otrzymuje 3 016,52 zł (111 procent kwoty bazowej), nauczyciel mianowany 3 913,33 zł (144 procent kwoty bazowej), a nauczyciel dyplomowany 5 000,37 zł (184 procent kwoty bazowej).

Ile zatem są warte postulaty nauczycieli? Według szacunków Money.pl postulaty związków zawodowych będą kosztować 277,5 miliona złotych miesięcznie. Rocznie podwyżki nauczycieli mogą uszczuplić budżet o 3,3 miliarda złotych!

Urzędnicy: 1 mld złotych

Jak wynika z nieoficjalnych informacji, przekazanych Money.pl, premier Ewa Kopacz może przyznać urzędnikom (wojewódzkim, skarbowym i pracownikom ministerstw) podwyżkę w wysokości 5 procent od 2016 roku. Dodatkowo w grę może wchodzić również opcja wypłacenia rekompensaty do pensji za 2015 rok. W urzędniczych kuluarach o takich planach mówi się od początku roku.

Urzędnicy to jedyna tak liczna grupa zawodowa, która od długiego czasu nie uzyskała dodatkowych pieniędzy. Jeżeli premier nie zdecyduje się na podwyżkę, to już w 2017 roku kwota bazowa (na podstawie której wyliczane jest wynagrodzenie pracowników korpusu służby cywilnej) zrówna się z… pensją minimalną.

Ile podwyżka będzie kosztować budżet? Średnia pensja około 130 tysięcy urzędników administracji rządowej wynosi w tej chwili 4348 złotych brutto. Jak wynika z obliczeń Money.pl, na ewentualne podwyżki trzeba przeznaczyć 337 mln złotych w ciągu roku. Dokładnie drugie tyle trafiłoby do urzędników w postaci zadośćuczynienia. Gdyby Ewa Kopacz zdecydowała się rozdzielić większe pensje sprawiedliwie wszystkim urzędnikom w Polsce – budżet musiałby na to wyłożyć prawie 1,1 miliarda złotych.

Pielęgniarki: 3,4 mld

Harmonogram działań Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych zakłada strajk ostrzegawczy jeszcze w maju, a we wrześniu – zdecydowanie ostrzejszy – strajk generalny. Związek zawodowy jest na etapie wchodzenia w spory zbiorowe w zakładach pracy i przygotowuje się do protestu. OZZPiP skarży się między innymi na małą i ciągle spadającą liczbę pielęgniarek zatrudnionych w placówkach ochrony zdrowia oraz rażąco niskie płace.

Ile dziś zarabiają pielęgniarki? Według przekazanych Money.pl przez Ministerstwo Zdrowia, wynagrodzenie zasadnicze pielęgniarek waha się od 2119 złotych brutto do 2607 złotych brutto.Pensja zależy nie tylko od zajmowanego w szpitalu stanowiska, ale również od przyznanych dodatków. Pielęgniarki mogą liczyć na pieniądze za wysługę lat, pracę w weekendy i w nocy oraz za pracę w zespole wyjazdowym pogotowia ratunkowego. Jak wynika z informacji, które wysyłają co roku dyrektorzy placówek medycznych do resortu zdrowia, różne dodatki podwyższają pensję nawet o 50 procent – nawet do 3889 złotych brutto.

Należy pamiętać, że kwoty, którymi chwali się Ministerstwo Zdrowia to stawki brutto. Do kieszeni niektórych moich koleżanek z wieloletnim stażem pracy wciąż wpływa niewiele ponad 1300 złotych! – mówi Money.pl Logina Kaczmarska, wiceprzewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.

Protest pielęgniarek wydaje się przesądzony – przedstawiciele związków otwarcie przyznają, że są zmęczeni fatalną sytuacją tej grupy zawodowej. Część pielęgniarek żąda podniesienia wynagrodzenia o 1500 złotych.

Ile pieniędzy premier Ewa Kopacz potrzebuje, by nie dopuścić do strajku generalnego wśród pielęgniarek? Według szacunków Money.pl podniesienie pensji o 1500 złotych wszystkich pracującym w publicznej służbie zdrowia pielęgniarkom to koszt 285 milionów złotych miesięcznie. W ciągu roku jest t o już 3,4 miliarda.

Pocztowcy: 360 milionów zł

Spór w Poczcie Polskiej trwa od grudnia ubiegłego roku, ale dopiero o 17 lutego nabrał rozpędu. Związkowcy domagają się utrzymania warunków pracy i wstrzymania procesu zwolnień, a dodatkowo dla każdego z ponad 75 tysięcy pracowników żądają podwyżki w wysokości 400 złotych.

Według szacunków Money.pl skarb państwa musiałby dosypać do budżetu poczty w tym roku ponad 360 milionów złotych.

Komentarz Comarch: Wyniki finansowe I-IV kwartał 2014 r.

0

Komentarz Comarch: Wyniki finansowe I-IV kwartał 2014 r.
Konrad Tarański, dyrektor finansowy, wiceprezes Comarch.

A. Jawień (IFM): Na rynkach kapitałowych nadchodzi czas hossy. Fundusze inwestycyjne chcą powalczyć o inwestorów

Grupa Investment Fund Managers spodziewa się 2-3 lat hossy na rynkach kapitałowych. Z racji spadających zysków z bezpiecznych lokat i obligacji spółka oczekuje odwrotu od tego typu inwestycji i poszukiwania ciekawszych ofert na rynku.

To dobry czas dla rynku funduszy inwestycyjnych, którym coraz łatwiej pozyskać nowe aktywa. W rezultacie TFI wykazują się bardzo dużą innowacyjnością w proponowaniu nowych rozwiązań i funduszy.

– Rentowność lokat bankowych spada i prawdopodobnie będzie jeszcze spadać  mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Aleksander Jawień, prezes IFM Global Asset Management. – Oznacza to, że wyniki bezpiecznych opcji, czyli funduszy gotówkowych i funduszy obligacyjnych na pewno w tym roku nie będą takie dobre, jak w 2014 roku, co skłoni inwestorów do poszukiwania może trochę bardziej ryzykownych, ale za to dających szanse na lepszy wynik produktów. I tutaj myślę, że polskie i zagraniczne towarzystwa inwestycyjne mają się szansę wykazać i zaproponować ciekawe rozwiązania, mam nadzieję, że my będziemy w tym gronie.

IFM Global Asset Management ma w planie dynamiczny wzrost aktywów. Zamierza rozwijać zarówno swój sztandarowy produkt, czyli portfele zarządzane dla zamożnych klientów prywatnych, jak i ma plany detaliczne. Zamierza w III kwartale tego roku pod marką IFM stworzyć fundusze skierowane do szerszego grona klientów.

Jak patrzymy na nasz rodzimy rynek, na to, ile aktywów zgromadzono w funduszach, ile pieniędzy Polacy ulokowali na lokatach bankowych, to od razu zobaczymy, że jest o co walczyć, wystarczy tylko zaproponować odpowiednie produkty, które będą uczciwie i w sposób konsekwentny zarządzane zaznacza Aleksander Jawień.

Jak podkreśla, chce zaoferować produkty dostępne dla inwestorów detalicznych i pokazać, co można zrobić, także w oparciu o globalne rynki.

Mówię głównie o strategii aktywnej alokacji oraz strategii dłużnej. Na pewno będziemy chcieli zaoferować szeroką paletę różnych funduszy, co oczywiście przełoży się na bazę aktywów i mam nadzieję, na polepszenie wyników w następnych kwartałach. Spółka jest bezpieczna, bardzo płynna, mamy środki na inwestycje i promocję. Myślę, że następne kwartały udowodnią też, że ten kierunek jest właściwy.

W zeszłym roku IMF miało blisko 4 mln zł przychodu ze sprzedaży, o 11 proc. więcej niż w 2013 roku. Zysk netto funduszu sięgał 519 tys. zł wobec straty przekraczającej 650 tys. w 2013 roku. Spółka planuje wypłatę dywidendy w wysokości 2 groszy na jedną akcję. Te wyniki i dobra sytuacja na rynku pozwalają funduszowi patrzeć w przyszłość z optymizmem.

Dzisiaj planujemy, że hossa na rynkach będzie kontynuowana nie tylko w tym roku, lecz także w najbliższych 2-3 latach uważa prezes Aleksander Jawień z IFM Global Asset Management. Dlaczego? Dlatego że inwestorzy już nie będą zarabiali takich dużych pieniędzy na obligacjach, jak do tej pory. Prawdopodobnie będziemy mieć serię podwyżek stóp procentowych, która rozpocznie się w największej gospodarce świata, czyli w Stanach Zjednoczonych, potem dotrze do Europy i na inne rynki, a to spowoduje, że każda inwestycja w bezpieczne papiery, obligacje będzie obarczona większym ryzykiem, a może nawet będzie się wiązać z ryzykiem strat.

P3 Logistic Parks sfinalizował zakup parków logistycznych w Błoniu i Piotrkowie. Spółka zapowiada kolejne inwestycje

P3 Logistic Parks nabył pod koniec stycznia ok. 250 tys. mkw. powierzchni magazynowej i zapowiada dalszej inwestycje. Spółka chce rozwijać się w najważniejszych regionach w kraju – okolicach Warszawy, Poznania, Wrocławia, na Górnym Śląsku, a także w Polsce Centralnej. Spółka chce mieć ofertę dla wszystkich najemców, ale szczególnie stawia na sektor e-commerce oraz lekką produkcję przemysłową.

30 stycznia 2015 r. kupiliśmy około 250 tys. mkw. powierzchni magazynowej i biurowej. Przez najbliższy rok będziemy się blisko przyglądać każdemu projektowi i będziemy wybierać to, co pasuje do naszej strategii inwestycyjnej. Bardzo prawdopodobne jest to, że pojawią się nowe inwestycje i kolejne zakupy – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Wroński, country head Poland w P3 Logistic Parks.

Jak podkreśla Wroński, P3 Logistic Parks zwraca uwagę przede wszystkim na inwestycje w najważniejszych dla logistyki lokalizacjach w kraju. To oznacza Polskę Centralną, czyli region łódzki, okolice Warszawy, Poznania i Wrocławia oraz Górny Śląsk. Szef polskiego oddziału P3 Logistic Park dodaje, że coraz atrakcyjniejsze dla inwestorów stają się także lokalizacje na wschodzie Polski. Budowaniu tam powierzchni magazynowych sprzyja konflikt na Ukrainie. Inwestorzy boją się wchodzić na Ukrainę, a wschodnia Polska umożliwia łatwy transport na tamten rynek bez zaangażowania inwestycyjnego.

P3 Logistic Parks stara się mieć ofertę dla wszystkich rodzajów najemców, ale jak podkreśla Wroński, szczególnie atrakcyjny jest sektor e-commerce. Zwłaszcza w okolicach Warszawy, czyli m.in. w zakupionym w styczniu parku w Błoniu, duży potencjał ma właśnie e-handel, a także dostawcy lokalni i regionalni.

Nie zamykamy się absolutnie na żadnych klientów, chcemy współpracować z każdym – podkreśla Wroński. ‒ Staramy się dostarczać kompleksowe rozwiązania wszelkim, poczynając od prostych operacji logistycznych, poprzez rozwiązań dla e-commerce, aż po rozwiązania z gatunku light industrial, czyli powierzchni lekkich produkcyjnych.

Wśród największych trwających inwestycji P3 jest m.in. budowa 46 tys. mkw. w parku logistycznym w Mszczonowie. Najemcą będzie firma logistyczna ID Logistics, a docelowym użytkownikiem tej powierzchni będzie Auchan. Po ukończeniu inwestycji pracę znaleźć może tam kilkaset osób. Pod koniec 2014 roku, także w Mszczonowie, spółka zakończyła budowę 26 tys. mkw. powierzchni dla firmy logistycznej Fiege.

P3 chce także rozbudować niedawno pozyskane parki w Błoniu i okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Wroński zaznacza, że priorytetem jest szukanie możliwości rozwoju z już pozyskanymi najemcami, ale niewykluczone jest też zdobywanie nowych zainteresowanych.

Utrzymanie wyższych stawek VAT będzie kosztować gospodarstwa domowe 4 mld zł rocznie

Dodatkowe 4 mld zł rocznie przekażą do budżetu gospodarstwa domowe z powodu utrzymania wyższych stawek VAT do 2016 roku – wynika z raportu Centrum Analiz Ekonomicznych. Najbardziej podatkiem obciążona jest grupa 10 proc. najbiedniejszych gospodarstw – w ramach VAT oddają ponad 16 proc. swoich dochodów do dyspozycji. W grupie 10 proc. najbogatszych udział ten spada poniżej 7 proc.

Reforma z 2011 roku oznacza dodatkowe bezpośrednie obciążenie podatkiem VAT gospodarstw domowych w wysokości około 4,4 mld zł rocznie – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Myck, dyrektor i członek zarządu Centrum Analiz Ekonomicznych. – Efektem utrzymania wyższych stawek w wysokości 8 i 23 proc. przez kolejne trzy lata (2014-2016) jest wzrost obciążenia o ok. 4 mld zł.

Obowiązek odprowadzania VAT leży na przedsiębiorcach, jednak to konsumenci ponoszą jego ostateczny koszt. W 2011 roku rząd podjął decyzję o tymczasowym podniesieniu stawki podstawowej VAT z 22 do 23 proc., a obniżonej stawki z 7 do 8 proc. Wprowadzono również stawkę 5 proc. na nieprzetworzoną żywność, w związku z wygaśnięciem okresów przejściowych w UE. W listopadzie 2013 roku zadecydowano o utrzymaniu tych stawek do końca 2016 roku.

W wartościach bezwzględnych, jak wynika z raportu instytutu CenEA, zmiany w wysokości podatku VAT w największym stopniu dotknęły najbogatsze gospodarstwa domowe, dla których obciążenie wzrosło o 35,4 zł miesięcznie (w grupie najuboższej – o 7,6 zł). Ale porównując te wzrosty do dochodów, widać, że w najuboższej grupie gospodarstw podwyżka stanowiła 0,8 proc. dochodu do dyspozycji, podczas gdy w najbogatszej – 0,3 proc.

Poziom obciążeń VAT-em poszczególnych gospodarstw domowych zależy przede wszystkim od wysokości sum wydawanych na bieżące utrzymanie, jak również struktury wydatków (jaką część dochodu gospodarstwa domowe przeznaczają na dobra obciążone poszczególnymi stawkami tego podatku).

Miesięcznie gospodarstwa domowe wydają przeciętnie 325 zł w ramach obciążenia VAT-em i względem całkowitych wydatków jest to średnia stawka w wysokości ok. 12,5 proc. – wyjaśnia Myck. – Natomiast obciążenie podatkiem od towarów i usług różni się w zależności od wysokości dochodów gospodarstw domowych. Najwyższe dotyczy pierwszej grupy decylowej, czyli najbiedniejszych 10 proc. populacji, gdzie odprowadzana stawka stanowi średnio ok. 16,3 proc dochodu. Po drugiej stronie skali, wśród 10 proc. najzamożniejszych gospodarstw domowych, jest to tylko około 7 proc.

Zdaniem analityków CenEA na wysokość płaconego podatku VAT wpływ ma również struktura demograficzna gospodarstw domowych. Wyższy podatek płacą wprawdzie te większe i posiadające dzieci, ale nie rośnie on wprost proporcjonalnie do liczby znajdujących się w gospodarstwie osób.

Porównując np. gospodarstwo jednoosobowe do dwuosobowego, wzrost VAT wynosi około 15 proc. w przypadku gospodarstw większych. Ale nie rośnie bardziej wraz ze wzrostem zarówno liczby osób dorosłych i dzieci. Gospodarstwa domowe z dziećmi płacą więcej VAT-u – o około 9 proc., natomiast wysokości obciążenia nie jest zależna od liczby dzieci czy ich wieku – wyjaśnia Myck.

Jak podkreśla, gdy pojawia się w gospodarstwie więcej dzieci albo ich wiek jest zróżnicowany, struktura konsumpcji idzie bardziej w kierunku dóbr i usług objętych niższymi stawkami podatku, w związku z czym całkowite obciążenie VAT-em mniej więcej pozostaje na podobnym poziomie.

Wydaje się, że bardziej efektywnym gospodarczo rozwiązaniem jest jedna stawka podatku VAT – przekonuje dyrektor CenEA. – Przemawia za tym szereg argumentów dotyczących efektywności zarówno konsumpcji, jak i produkcji. Takie rozwiązanie w większym stopniu obciążałoby gospodarstwa o niższych dochodach, więc należałoby pomyśleć o rekompensacie tych strat, np. w postaci ulg w systemie podatku dochodowego albo świadczeń.

Z szacunków Centrum wynika, że aby nie zwiększać całkowitego obciążenia gospodarstw domowych, jednolita stawka VAT musiałaby wynosić 15,5 proc. Jednak gdyby była wyższa, dodatkowe wpływy do budżetu mogłyby pokryć koszty ewentualnych ulg i świadczeń dla najbiedniejszej grupy.

Podatek od towarów i usług jest jednym z najważniejszych źródeł dochodu budżetu państwa. W 2013 r. wpływy z tego tytułu stanowiły 41 proc. całkowitego dochodu sektora finansów publicznych i jednocześnie 47 proc. wpływów z podatków. W ubiegłym roku dochody budżetu z tytułu VAT przekroczyły 120 mld zł.

Dalszy rozwój kolei umożliwią projekty rewitalizacyjne. Są obarczone mniejszym ryzykiem niż duże modernizacje

Pomimo zakończenia kilku dużych projektów inwestycyjnych na polskich torach program poprawy stanu polskiej infrastruktury kolejowej musi być kontynuowany. Według ekspertów zamiast wielkich projektów inwestycyjnych Polska powinna skupić się na realizacji większej liczby projektów rewitalizacyjnych. Są one obarczone mniejszym ryzykiem i mogą znacznie poprawić ofertę dla pasażerów. 

Z projektami o mniejszym zakresie i mniejszym skomplikowaniu technicznym wiąże się mniejsze ryzyko. Mamy doświadczenia z projektów rewitalizacyjnych w ramach perspektywy 2007-2013. Na przełomie 2010 i 2011 roku pojawiło się ryzyko niewykorzystania środków Unii Europejskiej przeznaczonych na kolej. Rozwiązanie, które wtedy zaproponowaliśmy, czyli objęcie dofinansowaniem unijnym projektów rewitalizacyjnych, zostało zaakceptowane przez Komisję Europejską, a później okazało się, że był to strzał w dziesiątkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Massel, były wiceminister infrastruktury i transportu, obecnie zastępca dyrektora Instytutu Kolejnictwa ds. studiów i projektów badawczych.

Massel wyjaśnia, że projekty rewitalizacyjne są krótkotrwałe, a przynoszą wymierne efekty. Dzięki nim prędkość szlakowa na lokalnych liniach kolejowych może zostać podniesiona z 40-50 km/h do nawet ponad 100 km/h, co pozwala na stworzenie znacznie lepszej oferty dla pasażerów.

To właśnie takie projekty ruszyły pod koniec poprzedniej unijnej perspektywy, gdy groziło nam, że część środków na kolej przepadnie. Massel zwraca uwagę na to, że wiele z tych projektów, przy których umowy z wykonawcami były podpisywane w 2012 r., a prace ruszyły dopiero na przełomie 2012 i 2013 r., jest już ukończonych lub jest na ostatnim etapie.

W odróżnieniu od wielu inwestycji modernizacyjnych, które są rozgrzebane i nie wiadomo wcale, jak długo jeszcze będą w takim stanie. To jest bardzo istotna różnica, bo te projekty są bardziej przewidywalne i dają konkretne efekty – podkreśla Massel. ‒ Wielkie modernizacje dają nieco większe skrócenie czasu przejazdu, wiążą się jednak z dużo większym ryzykiem.

W ocenie Massela najważniejsze jest jednak to, by prace program poprawy polskiej infrastruktury kolejowej nie zostały wstrzymany. Pomimo kończącej się przebudowy szlaków m.in. z Gdańska i Krakowa oraz Katowic do Warszawy w związku z wprowadzeniem pociągów Pendolino w grudniu 2014 r. wciąż pozostało wiele do zrobienia.

Trzeba planować inwestycje w sposób zrównoważony, zarówno projekty modernizacyjne na wybranych korytarzach międzynarodowych, jak i projekty o charakterze rewitalizacyjnym – przekonuje Massel.

Takie rewitalizacje umożliwiają przewoźnikom poprawienie oferty przede wszystkim poprzez skrócenie czasów przejazdu. Dzięki temu udaje się przyciągnąć pasażerów z powrotem do tego środka transportu. Massel daje przykład połączenia z Wrocławia do Jeleniej Góry, gdzie jeszcze kilka lat temu pociągi jeździły puste, bo podróż trwała 3,5 godziny. Teraz jest o godzinę krótsza, a na linii kursuje nowy tabor zakupiony przy współudziale środków unijnych.

To bardzo ważny element: połączenie efektu zmodernizowanej czy zrewitalizowanej infrastruktury z nowoczesnym taborem i racjonalną częstotliwością usługi, czyli nie dwa pociągi dziennie, jeden rano, drugi wieczorem, ale w przypadku linii regionalnych na przykład połączenie co dwie godziny lub co godzinę. Jeżeli spełnimy te warunki, to kolej stanie się atrakcyjnym środkiem transportu – tłumaczy Massel.

Rośnie zagrożenie dla bezpieczeństwa użytkowników internetu oraz samej sieci. To wymaga od operatorów szczególnych działań

W ubiegłym roku światowe firmy odnotowały o połowę więcej naruszeń cyberbezpieczeństwa niż w 2013 roku. W tym roku eksperci spodziewają się równie dynamicznego wzrostu ryzyka. Ataki będą nie tylko częstsze, lecz także bardziej wyrafinowane. Ochrona danych to nie tylko wyzwanie dla firm i użytkowników prywatnych, lecz także dla operatorów sieci telekomunikacyjnych. Systemy bezpieczeństwa w sieci Orange Polska praktycznie codziennie identyfikują nawet setki ostrzeżeń o potencjalnych atakach.

Nie sprowadzajmy zagrożenia tylko do przestępczości, która z założenia jest świadomym działaniem na szkodę ofiary. Tutaj mamy również do czynienia ze zdarzeniami, które wcale nie są nakierowane bezpośrednio na uczynienie szkody. Choć rzeczywiście świadomych zdarzeń z zakresu np. ataków DDoS-owych czy ataków phishingowych, czyli nielegalnej próby pozyskania dostępu do strony i do naszych danych, jest coraz więcej – mówi Piotr Muszyński, wiceprezes Orange Polska ds. operacyjnych.

Bezpieczeństwo teleinformatyczne i ochrona danych – zarówno prywatnych, jak i danych firm czy instytucji – to wyzwanie, które z roku na rok nabiera coraz większego znaczenia. Jak wynika z danych PwC, w ubiegłym roku liczba cyberataków na światowe firmy wzrosła o blisko połowę, do ponad 117 tys. dziennie. Ankietowane przedsiębiorstwa odnotowały łącznie 42,8 mln naruszeń. Dynamika wzrostu zagrożeń w Polsce jest na porównywalnym poziomie – w ubiegłym roku wyniosła 41 proc.

CERT Orange Polska identyfikował w minionym roku średnio ponad 5 miliardów zdarzeń w miesiącu i analizował ok. 300 tysięcy ostrzeżeń o potencjalnych atakach.

Jeśli chodzi o ataki DDoS, których efektem może być np. zablokowanie dostępu do stron WWW ofiary, to zaobserwowaliśmy ok. 40-proc. wzrost tego typu zdarzeń w stosunku do 2013 roku – podkreśla Muszyński. – Z tego wynika liczba konkretnych incydentów, które wymagają naszej interwencji. To średnio ok. tysiąca miesięcznie.

W 2014 roku zespół CERT Orange Polska obsłużył ponad 11 tys. incydentów bezpieczeństwa, w których źródłem bądź celem ataku była sieć usługowa Orange, obejmująca ok. 40 proc. ruchu w polskim internecie. Dlatego tak konieczne jest podejmowanie przez operatora działań technologicznych i prewencyjnych, które poprawiają bezpieczeństwo teleinformatyczne.

W 39 proc. incydenty dotyczyły spamu, czyli rozsyłania niechcianej korespondencji. Poza tym użytkownicy narażeni są na złośliwe oprogramowanie, próby wykradzenia wrażliwych danych czy przejęcie kontroli nad komputerem. Analiza złośliwego oprogramowania wykazała, że dużą popularnością cieszą się tzw. bankery, umożliwiające kradzież danych do logowania systemów e-bankowości.

Naszym podstawowym obowiązkiem jest ochrona klientów, którzy nam zaufali, podpisując z nami umowę. To są wielomilionowe nakłady. Ale mamy też usługę komercyjną, gdzie działamy na rzecz ochrony bazy klientów innych podmiotów, np. instytucji, głównie z sektora finansowego. Tworzymy politykę bezpieczeństwa i wprowadzamy rozwiązania zmierzające do ochrony transakcji dokonywanych przez i na rzecz podmiotów, które są naszymi klientami, i to jest bardzo istotna domena naszej działalności – wyjaśnia Muszyński.

Jak podkreśla, Orange oferuje swoim klientom szereg rozwiązań, które mają zwiększać ich bezpieczeństwo. Pod koniec ubiegłego roku wprowadzono nowe wzory wiadomości e-mail, w których przesyłane są faktury elektroniczne i inne dokumenty rozliczeniowe. Pozwalają one na sprawdzenie autentyczności wiadomości jeszcze przed otwarciem załącznika.

Zdaniem Muszyńskiego równie istotne jest podnoszenie świadomości użytkowników w zakresie zagrożeń i obrony przed nimi. Orange na bieżąco publikuje alerty bezpieczeństwa, zaś na stronie cert.orange.pl oraz blog.orange.pl można znaleźć szereg informacji i porad, m.in. dla rodziców, w tym materiały drukowane i filmowe. To o tyle ważne, że już ponad połowa dzieci ma telefon lub tablet z dostępem do internetu.

Cały czas uświadamiamy naszym klientom, że muszą uważać na to, co się wokół nich dzieje, co się dzieje na ich ekranie. W internecie pozostawiamy ślady, działając w różnych obszarach. Pamiętajmy o tym, gdzie i jakie strony odwiedzamy, żebyśmy nie byli zaskoczeni tym, że ktoś czasami wykorzysta przeciwko nam informacje, które nabył właśnie w wirtualnym świecie – mówi Piotr Muszyński.

Eksperci oceniają, że kwestia bezpieczeństwa teleinformatycznego pozostanie kluczowa również w kolejnych latach. Tym bardziej że liczba urządzeń w sieci będzie dynamicznie rosnąć, a każde z nich to nowy potencjalny obiekt ataku ze strony włamywaczy. Prób naruszeń nie tylko będzie więcej, lecz także będą one bardziej wyrafinowane, wykorzystujące np. mechanizmy samozniszczenia.

Rośnie globalny rynek fuzji i przejęć. W 2014 roku o 45 proc. wzrosła liczba takich transakcji

W ubiegłym roku zawarto ponad 3,2 tys. transakcji fuzji i przejęć o wartości 3,12 bln dolarów, co oznacza wzrosty odpowiednio o 45 proc. i 70 proc. To najlepszy rok od ośmiu lat, a transakcjom sprzyjało środowisko niskich stóp procentowych, dostępność do finansowania i stabilność na rynkach finansowych. Polski rynek transakcji hamuje głównie sytuacja na Ukrainie, choć niektóre branże są nadal atrakcyjne.

2014 rok był okresem wyjątkowym, był to najlepszy rok od czasu kryzysu finansowego, charakteryzujący się bardzo dużą aktywnością na rynku fuzji i przejęć – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jarosław Iwanicki, partner międzynarodowej kancelarii prawnej Allen & Overy, w praktyce zawodowej zajmujący się transakcjami fuzji i przejęć. – W ubiegłym roku wzrosła liczba wielkich transakcji o wartości przekraczającej 5 mld funtów brytyjskich.

W 2014 roku odnotowano 94 globalne transakcje o wartości ponad 5 mld funtów brytyjskich każda (wzrost o 81 proc. w stosunku rocznym). Jak tłumaczy ekspert, największa liczba transakcji miała miejsce na rynku amerykańskim (36 proc. ilościowo i 45 proc. wartościowo). Aktywne były firmy z USA inwestujące poza krajem (głównie na rynku brytyjskim – 65 transakcji) oraz firmy z Europy Zachodniej, które poszukują możliwości rozwoju poza własnymi rynkami, bo te charakteryzują się stagnacją. Tu wartość transakcji prawie uległa podwojeniu (do 863 mld USD), głównie dzięki sektorom TMT (technologie, media, telekomunikacja) i nauk biologicznych.

Niestety, polski rynek na tle światowego nie wygląda aż tak różowo, co może zaskakiwać. Nasz rynek od paru lat tkwi w pewnym marazmie i jego uczestnicy narzekają na liczbę transakcji. Rynek nie jest aż tak aktywny, jak w innych regionach i jak mogłaby sugerować poprawiająca się sytuacja w polskiej gospodarce – zaznacza partner kancelarii Allen & Overy.

Według danych Allen & Overy ożywienie na rynku M&A przyniosła w Polsce II połowa 2014 roku. Istotne transakcje z tego okresu to zamknięcie przejęcia Banku BGŻ przez BNP Paribas, sprzedaż spółki Ultimo przez fundusze Adventu i inwestycje funduszy Innova w spółki Delecta i Bakalland. Obecnie najbardziej atrakcyjne sektory na rynku to TMT, rynek ochrony zdrowia i handel detaliczny. Eksperci kancelarii oczekują ożywienia w sektorze finansowym i przemysłowym. To jednak zależy głównie od sytuacji w strefie euro i na Ukrainie.

Jarosław Iwanicki w ujęciu globalnym pozytywnie patrzy na perspektywy rynku M&A w 2015 roku. W jego ocenie czynnikami stymulującymi są w dalszym ciągu duża ilość pieniądza na rynku i dostęp do taniego finansowania.

Liczymy na to, że zwiększona aktywność na świecie przełoży się zwiększenie aktywności na polskim rynku. Na świecie prawdopodobnie będą dominowały dalej te same dwa sektory, czyli farmaceutyka i telekomunikacja, u nas widzimy dużą aktywność w sektorze usług finansowych, czyli głównie na rynku bankowym – mówi Iwanicki.

 

W Polsce w 2015 roku zostanie sprzedany Bank BPH, a właścicieli prawdopodobnie zmienią również Alior Bank, Raiffeisen Polbank i FM Bank PBP. W środowisku niskich stóp procentowych, spadających marż i obniżek opłat interchange banki mocniej próbują poprawić poziomy przychodów i udziały rynkowe poprzez procesy fuzji i przejęć.

Na rynku przejęć transgranicznych inwestorzy również wykazali się dużą aktywnością i statystyki wskazują, że takich przejęć było blisko półtora tysiąca, co oznacza wzrost o 1/3 w porównaniu z rokiem 2013 – mówi Iwanicki.

Największą liczbę takich transakcji odnotowano w sektorach farmaceutycznym oraz telekomunikacyjnym. Według raportu Allen & Overy liczba transgranicznych fuzji w ubiegłym roku była najwyższa od 2007 roku.

Niechęć do oszczędzania na emeryturę będzie dla Polaków kosztowna. Potrzeba nowych produktów i zmian w przepisach

Polak statystycznie na ubezpieczenia na życie wydaje rocznie niecałe 220 dolarów, czyli sześć razy mniej mniej niż Niemiec. Zainteresowanie produktami prywatnego zabezpieczenia emerytalnego również jest niewielkie. Powodem są słabe zachęty ze strony państwa oraz wyczekiwanie przez firmy ubezpieczeniowe i klientów na efekty działań urzędników. Zdaniem prezesa Ergo Pro w Polsce przyszłością są produkty łączące inwestycję z ochroną kapitału.

‒ Rynek ubezpieczeń na życie wygląda w Polsce ciekawie. Jeśli porównujemy się do rynków w Europie Zachodniej, do UE, to jesteśmy z tyłu zarówno pod względem składki przypisanej na głowę, jak i pod względem udziału składki w PKB ‒ tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Peter Grudniak, prezes zarządu grupy ubezpieczeniowej Ergo Pro w Polsce.

Jak dodaje, w Polsce udział składki ubezpieczeniowej w PKB to około 3,4 proc., podczas gdy w Europie jest on dwukrotnie większy, bo 6,8 proc. Z kolei pod względem średniej składki ubezpieczeń na życie na 1 osobę rocznie to zaledwie 25 proc. średniej unijnej (220 dolarów w relacji do 1 tys. dolarów w UE i prawie 1,4 tys. dolarów w Niemczech). Co więcej, w ostatnim czasie rynek ubezpieczeń na życie w Polsce zaczął się kurczyć. Według ostatnich danych KNF po III kwartale 2014 roku składka przypisana brutto wyniosła 21,2 mld zł, co oznacza, że w stosunku rocznym spadła o 8,7 proc.

Peter Grudniak zwraca uwagę na powolny i niezadowalający rozwój rozwiązań z tzw. III filara. Mimo prób uświadamiania Polakom przyszłej sytuacji emerytalnej oraz ograniczenia skali działania OFE niewiele osób sięga po IKE i IKZE.

Na koniec 2014 roku indywidualne konta emerytalne miało 824,5 tys. Polaków, a zgromadzone w IKE aktywa sięgnęły 5 mld zł. Z kolei liczba indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego przekroczyła 528 tys.

‒ Nie wierzę, że wzrośnie popularność IKE czy IKZE, ponieważ te produkty nie są ani bardzo atrakcyjne, ani nie ma dużego zainteresowania ich sprzedażą. Za ich dystrybucję oferowane są bardzo niskie prowizje, dodatkowo przeciętny Polak nie rozumie ani istoty tych programów, ani korzyści podatkowych, które one dają ‒ podkreśla Grudniak. ‒ Żeby Polacy chętniej sięgali po takie produkty, należy zmienić ich nastawienie do nich Polaków. Pomogą w tym agenci, którzy odpowiednio wyjaśnią programy, a za swoją pracę dostaną godziwe wynagrodzenie.

Jego zdaniem sytuacja związana z indywidualnym zabezpieczaniem przyszłości powoli ulega jednak zmianie, bo świadomość Polaków powoli, ale jednak  rośnie. Mimo to niezbędnym krokiem jest stworzenie przez branżę ubezpieczeniową odpowiednich produktów i jasne, transparentne doradztwo.

‒ W Niemczech podejmuje się więcej działań zachęcających do oszczędzania. Są bardzo jasne reguły i pokaźne zachęty podatkowe dla klientów, którzy oszczędzają na emerytury ‒ tłumaczy Grudniak.

Jak dodaje, chodzi o kilka kompleksowych programów. Najbardziej znany jest ten dla pracowników etatowych – Riester, gdzie klient, oszczędzając na swoją przyszłość emerytalną, odciąża państwo, ale państwo płaci takiej osobie doraźnie – na koniec roku w gotówce, zwracając dużą część zainwestowanych pieniędzy.

Jest też program Eichel, który jest przeznaczony dla wszystkich samodzielnych przedsiębiorców i który również daje konkretne korzyści finansowe. Jeśli porównamy to, ile oszczędza się w Niemczech, a ile u Polsce, to zobaczymy, jak wiele mamy jeszcze do zrobienia. Jesteśmy mile świetlne od niemieckiego rynku. Prosty przykład – Niemiec aż pięciokrotnie więcej odkłada na swoją przyszłość, swoje życie i zdrowie niż Polaka ‒ podsumowuje Peter Grudniak.

Coraz więcej pasażerów kupuje online bilety na pociąg

PKP Intercity zanotowało w pierwszych dwóch miesiącach tego roku 85-proc. wzrost sprzedaży biletów online. Najczęściej transakcje dotyczą przejazdów pociągami Pendolino. Mimo że kasy dworcowe pozostają głównym miejscem zakupu biletów, to przewoźnik spodziewa się, że liczba kupujących w sieci pasażerów będzie systematycznie rosła. Do kanału online przekonuje prosty i bezpieczny system transakcyjny.

Nadal najwięcej biletów sprzedajemy w tradycyjnym kanale sprzedaży, czyli w kasach dworcowych. Znaczna większość klientów jest bowiem przyzwyczajona do kupowania biletu tuż przed odjazdem pociągu. Trendy rynkowe, patrząc ogólnie na zakupy, pokazują jednak, że coraz większa grupa konsumentów dokonuje zakupów online. Widać to także w transporcie kolejowym. W styczniu i lutym odnotowaliśmy 85-proc. wzrost sprzedaży online w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Hackiewicz, dyrektor wykonawczy ds. sprzedaży i marketingu PKP Intercity.

Większość kupowanych przez internet biletów sprzedawanych jest na nową kategorię pociągów Express InterCity Premium obsługiwaną pociągami Pendolino. Wzrost sprzedaży biletów online widać także w pozostałych kategoriach pociągów: Express InterCity, InterCity i Twoje Linie Kolejowe.

Najczęściej przez internet bilety kupują mieszkańcy dużych miast – Warszawy, Katowic, Krakowa, Poznania, Trójmiasta i Wrocławia. Do większości z nich, z wyjątkiem Poznania, kursują nowoczesne pociągi EIP.

Każdego dnia procesujemy ogromne liczby transakcji i zapewniamy podróżującym z PKP Intercity stałą możliwość zakupu biletu online. System transakcyjny gwarantuje ponadto całkowite bezpieczeństwo i jest objęty całodobowym monitoringiem, podobnie jak system informatyczny, który przetwarza dane – mówi Wojciech Czajkowski, dyrektor zarządzający PayU w Polsce.

Zakup biletu przez internet jest bardzo wygodny, bo można go dokonać niemal przez całą dobę (z wyjątkiem krótkiej nocnej przerwy technologicznej). Wszystkie transakcje opłacane szybkim e-przelewem za pośrednictwem PayU są przetwarzane natychmiast, a bilet od razu trafia do podróżnego. Dokument uprawniający do podróży można wydrukować, ale można go również pokazać konduktorowi na ekranie urządzenia mobilnego.

W kanale zdalnym klient może także szybko zwrócić bilet, np. jeżeli będzie chciał zrezygnować z wyjazdu. Innym ważnym elementem jest możliwość kupienia biletu jako gość, bez konieczności rejestrowania się jako stały użytkownik na stronie internetowej – wylicza Hackiewicz. – Pasażerowie zakupu biletu mogą dokonać zarówno na naszej stronie www.intercity.pl, jaki i poprzez aplikację mobilną IC Navigator.

Według niego to właśnie wygoda, szybkość i bezpieczeństwo transakcji przekonują coraz większą liczbę podróżnych do zakupu biletów przez internet. Hackiewicz zaznacza, że dzięki korzystaniu ze strony internetowej przewoźnika klienci mają również cały czas dostęp do aktualnych promocji. Zakup biletu przez internet daje możliwość skorzystania np. z oferty SuperPromo, w ramach której dostępne są bilety od 49 zł na podróże pociągami EIC oraz EIP, a także z 30-, 20- i 10-proc. zniżką na wszystkie kategorie pociągów.

Sprzedaż biletów przez internet umożliwiają również inni przewoźnicy, w tym Przewozy Regionalne, które także współpracują w zakresie obsługi płatności z PayU, oraz wielu przewoźników samorządowych. W niedługim czasie taką możliwość planują zaoferować Koleje Mazowieckie.

Banki bardziej otwierają się na małe i średnie firmy. Pojawia się więcej usług i produktów, a także wyspecjalizowanych doradców

Mikro-, małe i średnie firmy są dla banków atrakcyjnym klientem. W najbliższym czasie spodziewany jest dalszy rozwój oferty dla tej grupy klientów. Chodzi nie tylko o nowe produkty, ułatwiające przedsiębiorcom dostęp do finansowania, lecz także nowe działy obsługi, specjalizujące się tylko w tym segmencie. Problemem banków jest jednak odpowiednie ocena ryzyka kredytowego w tej grupie klientów. 

‒ Sektor MŚP to ciągle łakomy kąsek dla banków z uwagi na liczebność tej grupy i stosunkowo wysokie obroty, które banki realizują dla indywidualnych przedsiębiorców i osób fizycznych prowadzących działalność ‒ ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Matuszewski, prezes zarządu Professional Benchmark Consulting, firmy analizującej trendy w sektorze bankowym. ‒ W Polsce mówimy o ok. 1,7 mln podmiotów aktywnie prowadzących działalność. Jest to populacja stosunkowo duża, potrzebująca finansowania i często zwracająca się do banków o kredyt obrotowy albo inwestycyjny po to, żeby rozszerzyć działalność czy wprowadzić nowe produkty i usługi.

Banki są coraz bardziej zainteresowanie rozwijaniem oferty dla tej grupy, głównie ze względu na jej rosnące znaczenie. MŚP odpowiadają za 2/3 polskiego PKB i 70 proc. miejsc pracy w gospodarce. Ekspert ocenia, że sytuacja tego sektora nie jest zła. Przedsiębiorcy przeciętnie generują około 400 tys. zł przychodów rocznie. W przypadku mikrofirm rentowność działalności sięga 13-14 proc. W stosunku do nieco większych firm jest nawet dwu-, trzykrotnie wyższa.

Oferta sektora bankowego to przede wszystkim kredyty obrotowe, kredyty inwestycyjne, kredyty w rachunku kredytowym, w rachunku bieżącym, czyli limit albo karta kredytowa. Banki często akceptują zabezpieczenia i są to zabezpieczenia zwykle wysokokwotowych kredytów inwestycyjnych. Mogą to być pożyczki zabezpieczone hipoteką czy kredyty pod zastaw – wymienia Matuszewski. – Niektóre banki starają się dostosować do specyfiki niektórych grup przedsiębiorców i oferują bardziej dopasowane rozwiązania, na przykład kredyt pod obroty z terminali płatniczych czy karty typu charge.

Jak podkreśla, dostosowywana jest nie tylko oferta kredytowa. W ofercie banków przybywa m.in. dostosowanych rachunków (nie tylko dla start-upów, lecz także dla profesjonalistów), produktów inwestycyjnych, lokacyjnych, transakcyjnych i ubezpieczeniowych.

Zdaniem eksperta banki wciąż mają problemem z właściwą oceną ryzyka kredytowego i zdolności kredytowej przedsiębiorcy. Choć w miarę rozwoju oferty, i to będzie się poprawiać. Banki uważnie śledzą statystyki dotyczące przeżywalności młodych firm na rynku i różnicują ofertę w zależności od tego, jak długo dany przedsiębiorca działa na rynku.

Badania PARP wskazują, że trzy czwarte przedsiębiorców przeżywa pierwszy rok. Dlatego banki często dzielą ofertę na taką dla firm działających krócej niż 12 miesięcy i na taką dla firm z ponad rocznym stażem. Patrzą też na strukturę wiekową przedsiębiorców – ok. 25 proc. prowadzi działalność od 2 do 4 lat. Największy udział mają spółki 5-letnie i starsze – jest ich około 65 proc. Tych najmłodszych, które prowadzą działalność krócej niż rok, jest około 10 proc. – mówi Matuszewski.

Na ofertę banków wpływa również branża, w jakiej działa firma. Z obserwacji wynika, że dobrze radzą sobie przedsiębiorcy działający m.in. w branży związanej z wolnymi zawodami oraz działających w komunikacji, usługach informatycznych, nieco gorzej idzie podmiotom związanym z gastronomią, kulturą czy rozrywką.

To wszystko determinuje ofertę banków. Profesjonaliści mogą otrzymać kredyty nawet o połowę większe od pozostałych.  – wyjaśnia prezes PBC.

Drugim aspektem jest szybkość uzyskania finansowania i wymagalność zabezpieczeń. Profesjonaliści otrzymują je szybciej i banki mogą złagodzić wymagania co do zabezpieczenia kredytu.

Zainteresowanie instytucji finansowych sektorem MŚP będzie wymuszać również zmiany w modelu obsługi klienta. Jak prognozuje Matuszewski, standardem staną się oddziały i doradcy obsługujący bez problemu zarówno osoby fizyczne jak i mikroprzedsiębiorców.

‒ Doradcy detaliczni dwóch dużych banków zostali już w odpowiedni sposób przeszkoleni, aby obsługiwać również mikroprzedsiębiorców. Pozostałe banki, widząc to i nie chcąc zostać w tyle, też będą musiały w jakiś sposób się do tego przygotować i również przeszkolić swoich pracowników sieci detalicznej ‒prognozuje ekspert. – Trzeba zweryfikować dotychczasowe modele scoringowe, modele oceny zdolności kredytowej, oraz przygotować sieci do szybszej i bardziej kompleksowej obsługi tego klienta.

Matuszewski podkreśla, że w ostatnim czasie poprawiła się dostępność do finansowania dla małych firm, głównie w wyniku obniżek stóp, które zmniejszyły koszty finansowania. W niewielkim stopniu było to spowodowane złagodzeniem kryteriów udzielania kredytów. Zresztą ich ewentualne dalsze luzowanie mogłoby zwiększyć szkodowość portfeli kredytowych, dlatego banki ciągle trzymają w ryzach mikroprzedsiębiorców.

 Jeżeli banki podchodziłyby łagodniej do oceny zdolności kredytowej przedsiębiorców i udzielałyby im więcej kredytów, to w przypadku 25 proc. nowych firm, które nie dożywają pierwszego roku, wzrósłby udział kredytów z utratą wartości. Dlatego dobrym czynnikiem, częściowo mitygującym ryzyko kredytowe, są na przykład gwarancje minimis, które w jakiś sposób zabezpieczają banki przed ewentualnymi komplikacjami w spłacaniu tych kredytów ‒podsumowuje Piotr Matuszewski.

Od 15 marca 2013 r., czyli od początku trwania programu gwarancji de minimis, do końca stycznia 2015 r. BGK udzielił firmom gwarancji na 17,34 mld zł. To pozwoliło bankom udzielić 78 tys. przedsiębiorcom kredytów na łączną kwotę 30,88 mld zł.

Powierzchnie magazynowe bardziej atrakcyjne dla inwestorów niż biurowe. Popyt napędzają branże e-commerce i automotive

Rośnie udział sektora e-commerce wśród najemców powierzchni magazynowych w Polsce. W Europie Zachodniej przedsiębiorstwa specjalizujące się w handlu internetowym już od kilku lat zajmują ważne miejsce na tym rynku, natomiast w Polsce dopiero budują swoją pozycję. Dzięki rosnącemu popytowi powierzchnie magazynowe stały się ciekawą alternatywą dla słabnącego rynku biurowego.

E-commerce jest wschodzącą gwiazdą polskiego rynku, która poszerza swój zasób i coraz wyraźniej wchodzi na rynek. W Europie Zachodniej to już jest dawno trend zaspokojony i e-commerce jest rozwiniętą gałęzią. U nas cały czas obserwujemy zwiększone zainteresowanie ze strony firm e-commerce. Drugą branżą, gdzie obserwujemy wzrost po pewnym zahamowaniu, jest gałąź automotive – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Wroński, country head Poland w P3 Logistic Parks.

Wroński podkreśla, że ten rosnący popyt skłania inwestorów do większej aktywności na rynku powierzchni magazynowych. Do tej pory zwykle były one traktowane jako sektor mniej atrakcyjny niż powierzchnie biurowe i handlowe. Powierzchnie biurowe stają się jednak coraz mniej atrakcyjne – szczególnie w Warszawie, gdzie w szybkim tempie przybywa nowej powierzchni, a co za tym idzie rośnie wskaźnik pustostanów, czyli niewynajętych biur, co wpływa również na obniżanie czynszów.

Jak wynika z danych CBRE, w Warszawie już ok. 14 proc. powierzchni biurowej jest niewynajęte, a do połowy przyszłego roku wskaźnik ten może przekroczyć 20 proc. To dwukrotnie więcej niż wynosi średnia dla największych europejskich miast.

Inwestorzy z mniejszą ochotą podchodzą do rynku biurowego, a produkty magazynowe, które czerpią korzyść z tej koniunktury, która wytworzyła się na rynku, są postrzegane jako alternatywa dla wcześniej dobrego rynku biurowego – tłumaczy Wroński.

Dobra koniunktura na rynku powierzchni magazynowych trwa już od 2013 r. Już wtedy, jak przypomina Wroński, przybywało zarówno budowanych, jak i wynajmowanych powierzchni. Obecni klienci chętnie przedłużali umowy najmu. Ten trend był kontynuowany także w 2014 r.

P3 Logistic Parks ma już w Polsce ok. 50 klientów, a w całej Europie liczba ta sięga 300. Spółka nie skupia się tylko na najbardziej dynamicznie rosnących sektorach e-commerce i automotive, lecz także na innych branżach.

Nie skupiamy się na konkretnej grupie docelowej, ale staramy się dostarczać kompleksowe rozwiązania wszelkim klientom, poczynając od prostych operacji logistycznych, poprzez rozwiązania dla e-commerce, aż po rozwiązań z gatunku light industrial, czyli powierzchni lekkich produkcyjnych – wyjaśnia Wroński.

Polacy coraz chętniej piją whisky. Sprzedaż trunków z górnej półki będzie rosła o 12-15 proc. rocznie

Konsumpcja whisky w Polsce szybko rośnie. Polacy kupują więcej nie tylko tańszej odmiany blended, w sprzedaży której silne są marki dyskontowe, lecz również droższej single malt. W najbliższych latach spodziewane jest utrzymanie wysokiej dynamiki konsumpcji, która w zależności od gatunku trunku ma wynieść od ośmiu do kilkunastu procent rocznie. W 2013 roku w kraju sprzedano 19 mln litrów whisky o wartości 1,8 mld zł.

Mamy do czynienia z bardzo dużym wzrostem konsumpcji whisky w Polsce, przede wszystkim gatunku blended [powstająca w wyniku zmieszania kilku rodzajów – red.], ale także single malt [destylowana w jednej destylarni i wytwarzana w całości z jednego rodzaju słodu, zazwyczaj jęczmiennego – red.] – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Krzysztof Maruszewski, prezes zarządu zajmującej się inwestycjami alternatywnymi spółki Stilnovisti. – Whisky stała się alkoholem klasy średniej i wyższej oraz osób aspirujących do podniesienia statusu społecznego.

Z danych International Wine & Spirit Research wynika, że Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków whisky na świecie. W ostatnich 10 latach sprzedaż tego alkoholu rosła o 20 proc. rocznie. Od 2008 roku zwiększyła udział w wolumenie sprzedaży napojów spirytusowych z nieco ponad 2 proc. do ponad 5 proc. W 2013 roku spożycie whisky wyniosło 19 mln litrów, sześć razy więcej niż w 2004 roku. Według ostatniego raportu Scotch Whisky Association, stowarzyszenia producentów szkockiej whisky, pod względem ilości kupowanej whisky Polska znalazła się w pierwszej dwudziestce jej największych odbiorców. Szacuje się, że w 2013 roku pełnoletni Polak wypił ok. 0,6 litra tego trunku (Brytyjczyk 1,5 litra, a Francuz – 2,8 litra).

Jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że jesteśmy w tym rankingu przed bardzo dużymi krajami, takimi jak Chiny czy inne duże kraje azjatyckie, to jest bardzo dobra pozycja – ocenia Krzysztof Maruszewski. – W najbliższych latach na pewno będziemy mieć do czynienia z dalszym bardzo dużym wzrostem.

Na większą sprzedaż wpływa z pewnością fakt, że najtańsza whisky blended kosztuje niewiele więcej niż wódka. Te gatunki stanowią znaczącą większość rynku (14,9 mln l). Dużą rolę w zwiększeniu sprzedaży odegrały dyskonty, które z firmami dystrybucyjnymi wprowadziły na półki światowe marki w znacznie niższych cenach.

Mamy bardzo stabilny rynek blendów. Jedna z marek dyskontowych jest w Polsce na 4. miejscu pod względem spożycia whisky w Polsce. To oznacza, że marki dyskontowe są silne. Jest to dosyć dobrej jakości whisky blended, co jest stabilną podstawą rynku – ocenia Maruszewski.

Następnym krokiem jest rosnąca sprzedaż coraz bardziej wyrafinowanych trunków, również wysokiej jakości kolekcjonerskich gatunków.

Najpierw konsument pije najtańszy gatunek, później blend 8-12-letni, który przechodzi w single malt – wyjaśnia prezes Stilnovisti. – Obecnie jesteśmy po silnym wzroście tanich whisky, które częściowo są wprowadzane na rynek przez sieci dyskontowe, częściowo przez mniejsze sklepy. Cenowo jest to nieporównywalne, bo blended kosztuje ok. 40 zł, a single malt to wydatek rzędu 120-150 zł.

Większa dostępność whisky powoduje też zmiany w profilu konsumenta. Jeszcze kilka lat temu po ten trunek sięgali głównie mężczyźni w wieku 45+, to teraz coraz chętniej wybierają go młodzi, wykształceni, między 25. a 30. rokiem życia. Grupą, która pije najwięcej whisky, jest klasa średnia i wyższa.

W naszej ocenie rynek blendów będzie rósł w najbliższych latach o 6-8 proc. Rynek single malt na pewno będzie się rozwijał dużo szybciej. Szacujemy, że to będzie 12-15 proc. z tego względu, że jest wiele inicjatyw popularyzujących whisky tego rodzaju – wyjaśnia prezes Stilnovisti.

Jak podkreśla, na rynku jest coraz więcej wydarzeń dla wielbicieli whisky – od szkoleń, poprzez degustacje, aż po festiwale.

Jak na kraj, w którym 5-7 lat temu w ogóle nie spożywano tego trunku, jest to bardzo duże osiągnięcie – przekonuje Maruszewski.

Whisky zyskuje dużą popularność także w wielu innych rozwijających się krajach. W Estonii spożycie tego alkoholu jest na podobnym poziomie co w Polsce, mimo że kraj jest dużo mniejszy. W ubiegłym roku konsumpcja wzrosła tam o 50 proc. W Wietnamie 90 proc. spożywanej whisky to szkocka single malt.

RPP w końcu obniża stopy procentowe

Rada Polityki Pieniężnej postanowiła obniżyć stopy procentowe do najniższego poziomu w historii. Stopa referencyjna została sprowadzona do 1,5 proc.

Rada Polityki Pieniężnej postanowiła zrealizować oczekiwania rynku FRA, obniżając stopy procentowe od razu o 50 punktów bazowych każdą. Stopa referencyjna w Polsce wynosić będzie 1,5 proc, lombardowa 2,5 proc, depozytowa 0,5 proc, a redyskontowa weksli 1,75 proc. Stopy procentowe w Polsce są obecnie na najniższym poziomie w historii. Poprzednio Rada obniżyła je w październiku ubiegłego roku.

– Spadek ceny pieniądza odczują kredytobiorcy hipoteczni – rata obniży się o ok. 30 zł na każde pożyczone 100 tys. zł. Skutki cięć zobaczą w harmonogramach spłat, jak zwykle, z pewnym opóźnieniem. Będzie to jednak zapewne ostatnia taka „promocja” w tym roku – twierdzi Michał Kisiel, analityk Bankier.pl.

Tuż po ogłoszeniu decyzji złoty nieco osłabił się względem głównych walut. Za dolara trzeba było zapłacić nawet 3,757 zł, zaś za euro 4,178 zł. Stan ten nie trwał jednak długo i już po 14.00 kursy spadły do odpowiednio 3,751 zł i 4,173 zł. Zdaniem Krzysztofa Kolanego, głównego analityka Bankier.pl, obniżka stóp procentowych może doprowadzić do osłabienia polskiej waluty.

– Obniżka była długo oczekiwana. Analitycy wskazywali, że RPP wstrzymując się z decyzją o cięciu stóp procentowych nie realizuje celu inflacyjnego, który wynosi 2,5%. Obecnie w Polsce mamy deflację. Decyzja RPP może wpłynąć na nieznaczny wzrost cen, ale te jeszcze długo będą amortyzowane przez niskie ceny paliw. Niższe stopy procentowe to dobra wiadomość dla kredytobiorców hipotecznych, których raty spadną o kilkadziesiąt złotych. Z drugiej strony mamy potencjalnych przyszłych kredytobiorców, którzy będą musieli w większym stopniu uwzględniać ryzyko podwyżki stóp procentowych w przyszłości, a co za tym idzie – wzrostu przyszłej raty. Na koniec pozostają przedsiębiorcy czekający na fundusze unijne. Wiele przedsięwzięć współfinansowanych przez UE będzie realizowanych przy udziale  kredytów na tzw. wkład własny. Im są one tańsze tym większy będzie zysk z tego typu inwestycji w przyszłości. W mojej ocenie decyzja RPP pozytywnie wpłynie na koniunkturę gospodarczą – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Intensywny czas dla rynku nieruchomości

Rok 2014 na rynku nieruchomości upłynął pod znakiem boomu w sektorach mieszkaniowym, magazynowym i biurowym. Obecny nie powinien różnić się od ubiegłego. Przez najbliższe miesiące popyt na nowe inwestycje nie osłabnie i będzie to czas intensywnego rozwoju – zaznaczają specjaliści.

Według raportu „Poland. The real state of real estate” ubiegły rok był bardzo udany dla rynku magazynów. Do użytku oddano ponad milion m2 powierzchni, przy czym spadł udział pustostanów – z ok. 10 do 5,5%. Dobrze miały się też sektor biurowy – powierzchnia oddana do użytku wyniosła 400 tys. m2 – oraz handlowy. Co ważne, centra biurowe powstają nie tylko w dużych aglomeracjach. „Obserwujemy tendencję do szukania nowych rynków. Lublin, Rzeszów, Opole czy Bydgoszcz to miasta, które dotąd nie były brane pod uwagę, a dzisiaj są konkurencyjne cenowo” – mówi serwisowi infoWire.pl Katarzyna Twarowska z EY.

Wzmożoną aktywność można zauważyć również na rynku mieszkaniowym. Przyczyniły się do tego niskie stopy procentowe oraz  deflacja. Według Głównego Urzędu Statystycznego w minionym roku oddano do użytku ponad 143 tys. lokali, z czego 41% zostało wybudowanych przez deweloperów. Zachęceni dobrą passą, rozpoczęli budowę ponad 69 tys. nowych mieszkań. Co ciekawe, rośnie zainteresowanie mieszkaniami luksusowymi. I choć wiele jest jeszcze do zrobienia w tym segmencie rynku, to ma on rację bytu również w Polsce.

Oprócz tego widać napływ kapitału z nowych obszarów: Azji, Stanów Zjednoczonych, Kanady. Inwestorzy z tych stron są gotowi zainwestować w naszym kraju – szukają aktywów, które mogą im zapewnić określoną stopę zwrotu. „Polska jest ciekawym i atrakcyjnym obszarem. Ponadto zaufanie do naszego kraju wzrasta, bo pokazaliśmy, że potrafimy utrzymać się w stabilnej kondycji ekonomicznej”– zaznacza ekspertka.

Ygreki będą wkrótce główną siłą napędową polskiej gospodarki

W powszechnej świadomości pokolenie Y rysuje się jako generacja roszczeniowa, nielojalna i leniwa. Ma to szczególnie istotne znaczenie dla pracodawców, zważywszy że wkrótce generacja Y stanowić będzie 75 proc. zasobów ludzkich w organizacjach. Obraz Ygreków ma zmienić startująca właśnie kampania świadomościowa #jestemYgrekiem. nie jestem leniem. realizowana przez Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami.

Pokolenie Y nie cieszy się dobrą opinią wśród wszystkich pracodawców – głównie z racji odmiennego od starszych pokoleń podejścia do pracy i filozofii życia. – Wokół generacji Y toczy się wiele dyskusji prezentujących młodych ludzi głównie w negatywnym świetle. Oczywiście, pokolenie Y – jak każde pokolenie – posiada szereg wad, ale także i wiele zalet. Ygreki są otwarci, ambitni, pełni pasji, wielozadaniowi i sprawnie poruszający się w świecie nowych technologii. Przy odpowiednim podejściu pracodawców potrafią być bardzo cennymi członkami zespołów – komentuje Piotr Palikowski, prezes PSZK.

Organizatorzy kampanii prezentują młodych ludzi jako wartościowych i pełnych potencjału pracowników, podchodzących z pełnym zaangażowaniem zarówno do kwestii budowania kariery, jak i do swoich pasji. Kampania służy zachęceniu młodych ludzi do pokazania się swoim obecnym i przyszłym pracodawcom z jak najlepszej strony już na etapie studiów – podczas staży i praktyk. Ma też na celu zachęcenie pracodawców do otwartej postawy wobec Ygreków i budowania relacji z młodymi ludźmi. – Pracodawcy muszą nauczyć się współpracować z młodym pokoleniem, by efektywnie wykorzystać ich potencjał. Zwłaszcza, że w perspektywie 10-15 lat Ygreki będą stanowić główną siłę napędową gospodarki, a już teraz borykają się z trudnościami w sprawnym wejściu na rynek pracy i bezrobociem – twierdzi Maciej Hassa, Kierownik Zespołu Marki Pracodawcy z PZU – jednego z Mecenasów Kampanii. Kluczową dla polskiej gospodarki rolę młodych ludzi potwierdzają dane GUS dotyczące prognoz ludności na lata 2014-2050, według których Polska będzie borykać się z coraz bardziej zaawansowanym problemem starzenia się społeczeństwa przy jednoczesnym, sukcesywnym spadku ludności w wieku produkcyjnym. Do 2020 roku ubędzie ponad 1 mln, a do 2035 roku prawie 5 mln osób w wieku produkcyjnym, a pokolenie Y stanowić będzie 75 proc. zasobów ludzkich w organizacjach.

Kampania #jestemYgrekiem. nie jestem leniem. jest realizowana w ramach Programu Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk przez Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami przy współpracy BFS Group. Mecenasami Kampanii są Grupa Żywiec, Nestlé, Orange i PZU. Patronami medialnymi są: Dlastudenta.pl, Dziennik Gazeta Prawna, kariera.com.pl. oraz Dziennik Metro. Więcej informacji na temat kampanii na stronie www.stazeipraktyki.pl oraz na profilu Staże i praktyki na portalu Facebook.

W lutym sądy opublikowały informacje o upadłości 60 polskich przedsiębiorstw

– Poza dwoma największymi firmami w zestawieniu upadłości z tego miesiąca (kasa oszczędnościowa i hurtownik paliw o łącznym obrocie ponad 540 mln złotych) były to firmy mniejsze, o zdecydowanie regionalnej, bądź lokalnej skali działalności.
– Mniej upadłości firm budowlanych – nie jest to jeszcze efekt wiosennego odbicia w branży, ale raczej koniec korekty spowodowanej spadkiem wartości prac
w II połowie ub. roku.
– Brak poprawy (lub nawet pogorszenie) pod względem liczby upadłości we wszystkich pozostałych sektorach: stagnacja w hurcie, wśród firm produkcyjnych, pogorszenie w sektorze usług. Problemy górnictwa uderzają w dostawców maszyn dla tej branży?
– Sektor spożywczy: problemy firm produkcyjnych czy dystrybucyjnych nie są na tyle duże, aby przekładało się to na ich dużą liczbę upadłości. Zdecydowanie większe problemy mają firmy transportowe czy usługowe, pojawiają się także w zestawieniu upadłości producentów mebli (w lutym trzy takie przypadki).
– Zmiana mapy upadłości w podziale na regiony: ich liczba nie rośnie już w województwach południowo-wschodnich i w województwie dolnośląskim. Po raz pierwszy od wielu miesięcy wzrost liczby bankructw odnotowano na Śląsku. Natomiast bez zmian – wciąż większa niż przed rokiem jest liczba bankructw w województwach pomorskim i kujawsko-pomorskim.
Mniejsza liczba upadłości wykonawców prac budowlanych wiosny jeszcze nie czyni
Budownictwo – wzrost tak, ale umiarkowany i niosący zagrożenie dla części współpracujących firm, zwłaszcza hurtowników i producentów materiałów
Jak ocenia sytuację Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes, odpowiedzialny za ocenę ryzyka: – Czy w budownictwie jest lepiej niż przed rokiem? Na pewno rynek oczyścił się już z firm, które były na tyle słabe finansowo, iż nie poradziły sobie ze spowolnieniem na budowach w III i IV kwartale ub. roku. Cały rok ubiegły branża budowlana zamknęła ponad 3% wzrostem wartość produkcji budowlano-montażowej. Nie jest to więc spektakularne odbicie, nie zapowiada go raczej także zmiana w liczbie pozwoleń na budowę: wzrosty w pewnych obszarach (budownictwo mieszkaniowe) osłabia spadek w innych (m.in. inwestycje przedsiębiorstw). Mniejsza liczba upadłości wykonawców prac budowlanych wiosny jeszcze nie czyni z innego powodu: obserwujemy spłaszczenie koniunktury w budownictwie.
Od dwóch lat łagodne zimy oraz mniejsza ilość inwestycji infrastrukturalnych (rozliczanych z środków publicznych na koniec roku – stąd napędzających wiosenne ożywienie branży) skutkują brakiem odbicia wczesną wiosną, na rynku jest po prostu mniej pieniędzy o tej porze roku. – Obecnie zjawisko wiosennego odbicia jest bardzo ograniczone, a producenci i dystrybutorzy materiałów budowlanych muszą się przygotować na bardziej stały, płaski cykl popytu na swoje produkty (a więc i takie finansowanie – bez nagłych wzrostów). Spodziewamy się, iż w perspektywie całego roku branża budowlana będzie mierzyć się z podobnymi wyzwaniami i osiągać podobne wyniki jak w roku ubiegłym. Będziemy wiec mieli do czynienia ze wzrostem, ale umiarkowanym i wiążącymi się z pewnymi zagrożeniami – zwłaszcza w sektorze dystrybucji materiałów budowlanych: kondycja hurtowników nie tylko nie poprawiła się w stosunku do roku ubiegłego, ale nawet pod względem przepływów finansowych jest ona gorsza i to może kłaść się cieniem na wynikach producentów – mówi Tomasz Starus.

Hurt – popyt wciąż nie jest na tyle duży, aby sytuacja w handlu uległa trwałej poprawie
Wśród firm dystrybucyjnych, których upadłość ogłoszono w lutym warto zauważyć dwie grupy: dystrybutorów artykułów wyposażenia mieszkań (kwiaty, artykuły elektryczne, meble i inne) oraz artykułów związanych z motoryzacją (4 przypadki z kategorii paliw, smarów, pojazdów i części). Oczywiście – są też bankructwa podmiotów mających inny profil działalności – np. sprzedaż zbóż i pasz czy maszyn. Wciąż ograniczane są wydatki konsumentów na dobra, które nie są pierwszej potrzeby oraz firm na inwestycje – tym wytłumaczyć można na poziomie ogólnym upadłości dystrybutorów artykułów wyposażenia mieszkań czy dystrybutorów maszyn. Problemy firm związanych z sektorem paliw i motoryzacji mogą być zaskoczeniem: w ubiegłym roku sprzedaż nowych pojazdów była najwyższa od 2008 roku. Tym niemniej od kilku kwartałów mamy co miesiąc do czynienia z upadłościami firm paliwowych oraz motoryzacyjnych.
– Problemy maja przede wszystkim dealerzy niezrzeszeni w większych grupach, w mniejszym stopniu nastawieni na rynek firm – flotowy (to on generował gros wzrostów sprzedaży w ubiegłym roku). Przy dużych, ale jednocześnie trudnych do odzyskania w krótkim czasie nakładach koniecznych w prowadzeniu takiej działalności (drogie salony, wyposażenie serwisowe etc.) niezależni dealerzy mogą mieć bieżące problemy finansowe ze spełnieniem wymogów przedstawicieli koncernów samochodowych i oddają pola konkurencji, która działa w ramach grup dealerskich – mówi Grzegorz Hylewicz, dyrektor Windykacji w Euler Hermes. Z podobną sytuacją mamy do czynienia na rynku m.in. paliw i smarów czy części samochodowych – duże wymagania kapitałowe (związane także z obowiązkami skarbowymi, podatkowymi) przy marżach ograniczanych konkurencją na rynku i postępującą jego koncentracją nie stwarzają miejsca nawet na najmniejsze błędy w zarządzaniu firmami w tych sektorach (przypomnijmy – druga największa upadłość opublikowana w lutym to przypadek dystrybutora paliw i smarów) – dodaje Grzegorz Hylewicz.

Transport – rośnie liczba upadłości spedytorów
Firmy transportowe donoszą o większej ilości zleceń, chociaż… wzrost liczby klientów wcale nie oznacza w tym przypadku poprawy sytuacji. Nie postępuje za tym generalnie wzrost ich wartości – a wręcz przeciwnie, spadek – poza największymi przewoźnikami korzystającymi z powoli kroczącej koncentracji rynku (to oni w coraz większym stopniu opanowują rynek stałych zleceń od największych klientów). Jak mówi Michał Modrzejewski, dyrektor Analiz Branżowych w Euler Hermes: – Korzystający z usług transportowych przedsiębiorcy na coraz większą skalę rozbijają swoje zamówienia na różne firmy transportowe w tym samym czasie, co zmniejsza także ich zobowiązania z tego tytułu i pozwala je regulować w różnym terminie. Takie żonglowanie należnościami zauważyć można zestawiając: wspomniany wzrost liczby klientów obsługiwanych przez firmy transportowe z malejącą wartością należności bieżących (nieprzeterminowanych) oraz ze wzrostem wartości należności opóźnionych w porównaniu do sytuacji sprzed roku. Firmy transportowe na to reagują, starają się monitorować terminy płatności, ale nie zawsze to się udaje – duża konkurencja i rozdrobnienie na rynku sprawia, iż to klient dyktuje warunki. Rentowność w branży transportowej jest nie mniej istotnym problemem niż nagłaśniane ostatnio próby ograniczenia konkurencyjności polskich firm przy przewozach realizowanych na terenie Niemiec.

Produkcja – upadłości dostarczających na potrzeby budownictwa, ale też wytwórców mebli i tekstyliów. Żywność (przynajmniej przetwórstwo) ma się nieźle?
To, iż długi łańcuch płatności i nienajlepsza kondycja hurtowników uderza w producentów artykułów budowlanych (konstrukcje metalowe, okna, wyroby z betonu – to przykłady bankructw z lutego) nie jest niczym nowym. Producenci mebli, o których upadłości opublikowano informację w lutym (cztery przypadki) związani byli przede wszystkim z rynkiem wewnętrznym: mebli kuchennych oraz biurowych. Dwie firm wytwarzały maszyny i obsługiwały inwestycje w górnictwie – nie jest to może duża liczba, ale takie przypadki pojawiają się prawie co miesiąc. Trudno jednoznacznie określić, czy w ich przypadku decydujące są problemy górnictwa węgla kamiennego, spadek popytu inwestycyjnego za granicą czy może problemy w eksploatacji złóż łupkowych?
– Bardziej zaskakujące jest to, jakich firm nie ma lub pojawiają się w statystyce upadłości w lutym i minionych miesiącach sporadycznie – chodzi o firmy z branży spożywczej, zwłaszcza mięsne czy mleczarskie (przetwórcy jak i dystrybutorzy) – zauważa Michał Modrzejewski. – Niewątpliwie opłacalność produkcji rolnej wystawiona jest na próbę (zwłaszcza sektor owocowy, nabiałowy czy mięsny), ale… przetwórcy tych produktów radzą sobie obecnie dobrze, o czym świadczy zarówno rekordowy ich eksport, jak i brak zapowiadanej chociażby w branży mięsnej fali upadłości (w całym ubiegłym roku w statystyce sądowych upadłości były nie setki, ale niewiele ponad 20 takich przypadków – średnia nie odbiegająca od lat minionych). Oczywiście interesy przetwórców oraz dostawców surowców (np. mięsa) są rozbieżne: niskie ceny sprzyjają przede wszystkim tym pierwszym, ale… opłacalność produkcji zwierzęcej nie spadała tak mocno jak spadek cen żywca, gdyż jednocześnie od dłuższego czasu spadają ceny pasz (i akurat w tym sektorze obserwujemy upadłości – w lutym dwie). Oczywiście – zmiany zwyczajów żywieniowych, rosnąca koncentracja handlu, zmiany fiskalne czy konkurencja ze strony dyskontów uderza w pewne sektory spożywcze, jak piekarnie czy producenci alkoholi, inne mają już za sobą ten etap – jak np. producenci napojów – zauważa dyrektor Analiz Branżowych w Euler Hermes.

Liczba upadłości nie rośnie na Podkarpaciu i w Małopolsce. Wzrosła natomiast na Śląsku, Pomorzu i Kujawach
W województwie śląskim problemy zakończone bankructwem w lutym miały głównie firmy usługowe i budowlane (dwie), a nie produkcyjne – jedyna firma produkcyjna z tego województwa w zestawieniu upadłości za ostatni miesiąc nie działała w przemyśle ciężkim czy maszynowym, ale produkowała meble kuchenne… W województwie kujawsko-pomorskim najwięcej upadłości opublikowanych w lutym dotyczyło firm handlowych (cztery takie przypadki na siedem ogółem). Również w Wielkopolsce cztery upadłości tamtejszych firm miały miejsce w handlu, a dwie kolejne związane były z budownictwem (stały, jak się wydaje, element ryzyka w tym regionie).

Lokaty last minute? Za chwilę cięcie stóp

Jeśli dziś zdeponujemy na lokacie miesięcznej 10.000 zł, 3 kwietnia dostaniemy 16,50 zł odsetek. To niewiele, ale już za kilka dni i taki zysk może być trudny do osiągnięcia. Rynek oczekuje kolejnej obniżki stóp procentowych. Jeśli do niej dojdzie, oprocentowanie lokat runie.

– Dziś na lokatach miesięcznych zarabiamy symboliczne 2 proc. Choć słowo zarabiamy jest nieco na wyrost, bo w rzeczywistości dostajemy jeszcze mniej. Od zysku z lokaty musimy jeszcze odprowadzić 19 proc. podatku Belki. Ekonomiści oczekują, że podczas najbliższego posiedzenia RPP obniży stopy procentowe. Jeśli do tego dojdzie, lokaty jednomiesięczne ze stawką powyżej 2 proc. staną się rarytasem – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Coraz trudniej znaleźć dobrze oprocentowane lokaty

Od jesieni ubiegłego roku podstawowa stopa procentowa Narodowego Banku Polskiego wynosi  2 proc. Parametr ten stanowi punkt odniesienia dla banków wyceniających depozyty. Jeśli płacą więcej niż 2 proc., to dopłacają do depozytu. Dlatego większość banków nie jest skora do windowania stawek depozytów ponad stopę podstawową.

Na rynku znajdziemy jednak lepsze depozyty, ale te są zarezerwowane dla wybranych. Zanim klient otrzyma wyższe oprocentowanie musi przejść tor przeszkód. Na dobre depozyty mogą liczyć posiadacze kont osobistych, którzy aktywnie z nich korzystają, czy osoby przynoszące do banku nowe środki.

– Zysk z jednomiesięcznej lokaty na kwotę 1000 zł nie starczy nawet na zakup jednorazowego biletu w komunikacji miejskiej w Warszawie. Jeśli RPP podejmie decyzje o obniżce stóp procentowych to prawdopodobnie za zysk z takiej lokaty nie da się kupić nawet biletu ulgowego. Obecnie lokaty w zasadzie można zakładać tylko po to, by nie trzymać pieniędzy w domu. M.in. z tego powodu na rynku pojawiają się coraz to ciekawsze oferty lokowania kapitału w różnych produktach inwestycyjnych, które w teorii mogą przynieść dużo wyższe dochody. Uważajmy i nie wierzmy w „złote góry”. Lokata daje gwarancję, że pieniędzy nie stracimy i jeśli komuś zależy na tym, by czuć się bezpiecznie, to produkt ten wciąż jest dla niego – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W najnowszym rankingu lokat Bankier.pl uwzględniliśmy lokaty na 1M, które można założyć bez spełniania dodatkowych warunków. Zestawienie przygotowaliśmy dla trzech kwot: 1000 zł, 10.000 zł i 30.000 zł.