Kserowanie dowodów osobistych – czy to konieczne?

Wypożyczasz sprzęt lub wynajmujesz pokój w hotelu? Pamiętaj, nie masz obowiązku pozostawiania dokumentów tożsamości u usługodawcy lub oddawania ich do kserowania. Niestety, niektóre osoby wykorzystują społeczne niedoinformowanie.

„Szczególną obawę budzi bezmyślne pozostawianie dokumentów w ośrodkach rekreacyjnych, np. w siłowniach, na basenach, na lodowiskach. Obsługa nie ma prawa żądać od nas dowodu w zamian za możliwość skorzystania z usługi, którą oferuje. Powinniśmy pamiętać o niebezpieczeństwie, jakim jest kradzież tożsamości” – mówi serwisowi infoWire.pl Andrzej Lewiński, z-ca Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (GIODO). Na podstawie zdobytych danych osobowych złodziej może – bez naszej wiedzy – np. założyć konto w banku, wziąć kredyt online czy podpisać różne umowy.

W sytuacji kiedy przy zakupie usługi jesteśmy proszeni np. o dowód, prawo jazdy czy legitymację, najlepiej sprawdzić uprawnienia instytucji do kserowania czy przechowywania dokumentów tożsamości oraz dokładnie zapoznać się z regulaminem umowy – twierdzi ekspert.

Coraz częściej spotykamy się z żądaniem okazania karty kredytowej jako drugiego dokumentu potwierdzającego naszą tożsamość. Powinniśmy dawać kserować wyłącznie jedną stronę plastiku, zawierającą nasze dane. Kopia obu stron pozwoli pozyskać informacje wrażliwe: numer karty, datę jej ważności oraz kod CVC – zaznacza Andrzej Lewiński.

Zgodnie z wyrokiem wydanym w 2001 r. przez Naczelny Sąd Administracyjny nie ma potrzeby, by usługodawca kopiował dokumenty w całości – bez zasłonięcia np. zdjęcia czy informacji o wzroście i kolorze oczu. Do tego wymagana jest nasza zgoda, której wyrażenie bywa wymuszane w regulaminie umowy. Jeśli to wypożyczalnia czy hotel żądają od nas dokumentu tożsamości w zamian za sprzęt lub pokój, możemy złożyć skargę do GIODO.

Senatorowie zdecydują o egzekucjach komorniczych

0

Jeśli senatorowie nie poprawią przyjętej przez Sejm ustawy o komornikach sądowych i egzekucji to liczba bulwersujących opinię publiczną postępowań komorniczych może wzrosnąć – ostrzega Konfederacja Lewiatan.

4 marca br. senacka Komisja Praw Człowieka, Praworządności i Petycji zajmie się znowelizowaną niedawno przez Sejm ustawą o komornikach sądowych i egzekucji. Nowelizacja wprowadza ograniczenie liczby spraw z wyboru, które komornik będzie mógł w ciągu w roku przyjąć. Jeżeli zechce ich mieć 10 000 rocznie to będzie musiał wykazać się 35 proc. skutecznością egzekucji.

Dlatego Konfederacja Lewiatan apeluje o zmianę zapisów ustawy, polegającą na rezygnacji z kryterium 35 proc. skuteczności egzekucji i wprowadzeniu jednego limitu spraw dla kancelarii komorniczych na poziomie 10 000 spraw rocznie. Wyeliminuje ona problem „rozwarstwienia kancelarii komorniczych”, nie prowadząc jednocześnie do pogarszania wizerunku wymiaru sprawiedliwości, komorników sądowych, a także parlamentarzystów, którzy uchwalając tę ustawę będą ponosili polityczną odpowiedzialność za kolejne przypadki tzw. „ostrzejszej egzekucji” realizowanej przez komorników.

Zdaniem Lewiatana wysoki, nierealny do osiągnięcia, wskaźnik skuteczności (przypominamy, że średni roczny wynosi ok. 23 proc.) doprowadzi do zwiększenia bezwzględnie przeprowadzanych egzekucji.

Parlamentarzyści, chcąc wyeliminować rozwarstwienie kancelarii komorniczych, wywołają falę społecznego oburzenia spowodowaną czynnościami komorników, którzy będą do takich działań „przymuszani” prawem nakładającym na nich uzyskiwanie 35 proc. skuteczności i to dodatkowo w ciągu 6 miesięcy (o czym stanowią już obecnie obowiązujące przepisy prawa).

Obecnie wierzycielom nie zawsze zależy wyłącznie na skuteczności. Wielu rozumie możliwości finansowe osób zadłużonych i tym samym godzi się na spłatę zadłużenia w terminie znacznie dłuższym niż narzucone ustawą 6 miesięcy – często jest to 12 do nawet 24 miesięcy.

Wskaźnik 35 proc. wydaje się możliwy do osiągnięcia tylko dla tych komorników, którzy dostaną najlepsze wierzytelności. Komornicy, którzy otrzymają „gorsze” (np. wielokrotnie wcześniej nieskutecznie egzekwowane) zostaną ukarani mniejszym wpływem spraw. Kancelarie komornicze nie będą zatem traktowane równo, co wzbudziło już wątpliwości konstytucjonalistów co do zgodności takiego rozwiązania z ustawą zasadniczą. Doprowadzi to do podziału na kancelarie „lepsze” i „gorsze” i do nowego ich rozwarstwienia (choć nie będzie zależne od sprawności samych komorników, a bardziej od możliwości pozyskania lepszych spraw).

Kancelarie z biedniejszych regionów kraju, gdzie skuteczność ze względu na poziom zubożenia społeczeństwa będzie niższa, będą w gorszej sytuacji od kancelarii z zamożniejszych regionów Polski, a czynnikiem o tym przesądzającym będzie obszar, z którego pochodzą. Ustawa ta będzie więc odbierała szanse na rozwój kancelarii z obszarów biedniejszych np. z dużym udziałem gmin wiejskich.

Konfederacja Lewiatan

NIK o egzaminach w oświacie

System egzaminów – szóstoklasisty, gimnazjalny, maturalny i zawodowy – wymaga naprawy, głównie z uwagi na niewłaściwy sposób układania testów i błędy popełniane przy ich sprawdzaniu. Słaba kontrola komisji egzaminacyjnych sprawia, że wśród świetnych egzaminatorów bez trudu i bez konsekwencji trwają także ci nierzetelni.

W trosce o jakość kształcenia i dobro polskich uczniów, NIK przypomina, że wyniki egzaminów zewnętrznych nierzadko decydują o całej przyszłej drodze życiowej zdających, dlatego dbałość o ich właściwe przeprowadzenie powinna być sprawą najwyższej wagi.

Co roku ponad milion uczniów szkół podstawowych, gimnazjów i liceów przystępuje do egzaminów zewnętrznych, których wynik wpływa na ich dalszą edukację. Egzaminy mają sprawdzić wiedzę i umiejętności młodych ludzi na zakończenie poszczególnych etapów edukacji. Decydują także o rekrutacji kandydatów do gimnazjów, liceów, techników oraz na wyższe uczelnie. Tymczasem działanie obowiązującego od 15 lat systemu egzaminów zewnętrznych ani raz nie zostało ocenione, a Centralna Komisja Egzaminacyjna od co najmniej sześciu lat (od 2009 r.) nie realizuje swojego statutowego zadania, jakim powinna być coroczna całościowa ocena egzaminów (m.in. przygotowania materiałów, sposobu przeprowadzania) i pracy egzaminatorów.

Najwyższa Izba Kontroli zbadała funkcjonowanie systemu egzaminów zewnętrznych w latach 2009 – 2014. Kontrola była prowadzona w Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, w pięciu Okręgowych Komisjach Egzaminacyjnych oraz w 16 zespołach szkół publicznych.

Co czwarty test do poprawki

Z ustaleń NIK wynika, że niekontrolowany przez wiele lat system egzaminów zewnętrznych nie działa dobrze i wymaga naprawy. Centralna Komisja Egzaminacyjna nie nadzorowała właściwie przeprowadzania egzaminów i oceniania prac. Niepokojącym zjawiskiem jest to, że co czwarta już oceniona praca egzaminacyjna, zweryfikowana na wniosek zdającego, okazała się źle sprawdzona. I to w stopniu wymuszającym zmianę wyniku i wydanie uczniowi nowego świadectwa.

W latach 2009-2013 na ponad 40 tys. prac egzaminacyjnych udostępnionych do wglądu zdającym, 10 tys. zostało na ich wniosek ponownie sprawdzonych. Wyniki egzaminu zostały zmienione aż w ¼ przypadków (2,6 tys.). W większości (2,2 tys. prac) weryfikacja ta wynikała z konieczności poprawienia pomyłki w sumowaniu liczby przyznanych punktów. Zdarzały się także sytuacje, w których zdający mieli słuszne wątpliwości także co do liczby punktów przyznanych przez egzaminatora za poszczególne rozwiązania. Dowodzi to, że wypracowany przez komisje wewnętrzny mechanizm kontroli pracy egzaminatorów, polegający na powtórnym sprawdzeniu ok. 10 proc. losowo wybranych prac, był nieskuteczny.

NIK zwraca także uwagę na fakt, iż nawet jeśli potwierdzono niewłaściwe, błędne sprawdzenie arkusza zakwestionowanego przez zdającego, nie weryfikowano ponownie wszystkich pozostałych prac ocenionych przez egzaminatora, który błąd popełnił.

Niewłaściwe zdaniem NIK, było również to, że nierzetelni egzaminatorzy nadal mogli sprawdzać testy. To, że popełniali błędy, nie skutkowało odwołaniem ich z komisji egzaminacyjnych. W latach 2009-2014 z ewidencji egzaminatorów, w której znajduje się 180 tys. nauczycieli, z powodu nieprzestrzegania przepisów dotyczących przeprowadzania i oceniania egzaminów, wykreślono jedynie trzy osoby.

Testy nie do końca rzetelne 

Zdaniem NIK poprawy wymaga nie tylko sposób sprawdzania, ale także budowania testów. W latach 2009 – 2014 obowiązywało kolejno aż dziewięć różnych procedur przygotowywania zadań egzaminacyjnych.

Centralna Komisja Egzaminacyjna zlecała komisjom okręgowym opracowanie arkuszy egzaminacyjnych bez określenia wymogów, jakie powinny spełniać zadania. Z propozycji zebranych w okręgach Komisja tworzyła projekty arkuszy. Następnie sprawdzano ich przydatność – niestety, na niereprezentatywnej liczbie uczniów (do 300 w przypadku podstawowych przedmiotów egzaminacyjnych bez losowego doboru szkół i uczniów).

Powszechną praktyką było także, że nawet jeżeli po próbnym teście zdecydowano się zmienić wadliwe zadania, to poprawionych arkuszy ponownie już nie badano, np. nie sprawdzano powtórnie, czy uczniowie je rozumieją oraz ile czasu zajmie im rozwiązywanie.

Ponadto próbnie testowano tylko i  wyłącznie zadania zamknięte oraz krótkie zadania otwarte.Zadań wymagających poszerzonej odpowiedzi (np. wypracowania) z obawy przed ich ujawnieniem, nie standaryzowano, a model odpowiedzi do tych zadań ustalany był dopiero po przeprowadzeniu egzaminów ogólnopolskich, tuż przed ich sprawdzaniem przez egzaminatorów.

Brak pogłębionej analizy wyników egzaminów

Centralna Komisja przygotowuje co roku dla Ministra Edukacji Narodowej sprawozdania dot.  osiągnięć uczniów na poszczególnych etapach kształcenia. Niestety zawierają one głównie analizy ilościowe wyników egzaminów w danym roku, bez jakiejkolwiek analizy jakościowej czy choćby pogłębionego opisu. Brakuje oceny kompetencji uczniów na poszczególnych etapach edukacji oraz wskazania, jakie czynniki i z jakim nasileniem wpływają na wyniki egzaminów zewnętrznych. W rezultacie opracowania Komisji nie dostarczają kompletnych, przekrojowych, jakościowych informacji na temat zdających, dlatego ani nie służą one poprawie systemu edukacji, ani nie mają istotnej wartości dla kształtowania polityki oświatowej państwa.

NIK zwraca także uwagę na brak ciągłości w zarządzaniu Komisją. Od momentu powołania Centralnej Komisji Egzaminacyjnej w 1999r. jej dyrektora zmieniono 11 razy, z czego tylko w latach 2009 – 2014 instytucja miała kolejno aż pięciu nowych szefów.

Nierówne traktowanie zdających

NIK zauważa i docenia podjęte działania Ministerstwa Edukacji, zmierzające do wypracowania precyzyjnego i jednoznacznego ustawowego zapisu, dotyczącego możliwości złożenia przez ucznia (lub opiekuna) wniosku o przeprowadzenie weryfikacji sprawdzonej i ocenionej pracy egzaminacyjnej.

Równie ważne dla zdających okażą się zapewne Zasady organizowania i przeprowadzania wglądu do pracy egzaminacyjnej, wprowadzone przez Dyrektora Centralnej Komisji Egzaminacyjnej tuż po zakończeniu kontroli przez NIK.

Do tej pory bowiem zdający egzaminy byli nierówno traktowani przez poszczególne Okręgowe Komisje Egzaminacyjne, z których każda sama ustalała własne zasady zarówno wglądu do prac, jak i ponownego sprawdzenia arkuszy oraz ewentualnej zmiany wyniku egzaminu. Zapisy różniły się więc np. w zależności od regionu kraju nawet w tak newralgicznych kwestiach, jak m.in. termin wglądu do pracy (6-12 miesięcy), czas przeznaczonego na wgląd (15-30 minut) oraz możliwość sporządzania notatek.

Z kolei wniosek dot. ponownego sprawdzenia i ewentualnej weryfikacji, pomimo braku stosownych regulacji w ustawie, można było złożyć we wszystkich okręgowych komisjach egzaminacyjnych, oprócz warszawskiej. W stolicy, w kontrolowanym okresie, udostępniono do wglądu ponad 7 tys. prac. Jednak jeżeli nawet zdający po przejrzeniu arkusza miał wątpliwości czy otrzymał odpowiednią liczbę punktów, i tak nie mógł wystąpić z wnioskiem o ponowne sprawdzenie egzaminu i ewentualną zmianę wyniku.

Matura dla większości

Poproszeni przez NIK o wyrażenie opinii, rektorzy uczelni publicznych (informacje uzyskane z 40 uczelni publicznych – uniwersytetów, politechnik i akademii) w większości stwierdzili, że egzamin maturalny, który zastąpił egzamin wstępny na wyższe uczelnie, nie jest miarodajnym potwierdzeniem wiedzy kandydatów na studia. Pozytywnie przygotowanie merytoryczne absolwentów szkół ponadgimnazjalnych do podjęcia studiów wyższych oceniło jedynie 11 rektorów, 26 wyraziło opinię negatywną.

Jako główne przyczyny niedostatecznego przygotowania kandydatów na studia rektorzy wskazali:

  • skrócony, trzyletni, okres realizacji programu nauczania w liceach,
  • zbyt niski próg, od którego matura uznawana jest za zdaną,
  • premiowanie w nowej formule egzaminów maturalnych osób o zdolnościach odtwórczych (forma testowa),
  • brak wśród młodzieży umiejętności formułowania dłuższych wypowiedzi, udziału w dyskusji, analizowania problemów i wyrażania opinii.

Zdaniem rektorów, aby egzaminy zewnętrzne lepiej spełniały funkcję selekcyjną, należałoby wprowadzić zmiany, wśród których wymieniają przede wszystkim:

  • większy udział przedstawicieli uczelni publicznych w tworzeniu założeń i przygotowywaniu egzaminu maturalnego;
  • wprowadzenie zmian w systemie edukacji na etapie szkoły średniej poprzez dostosowanie programów nauczania do wymagań, jakie powinien spełniać kandydat na studia;
  • podwyższenie progu zdawalności matury do minimum 50 proc. ;
  • ograniczenie zadań zamkniętych na rzecz otwartych oraz premiowanie kreatywności i nieschematycznego rozwiązania zadań.

Także nauczyciele przedmiotów maturalnych są zdania, że obecny próg, pozwalający zdać egzamin dojrzałości jest za niski. Uważa tak 86 proc. nauczycieli przedmiotów maturalnych, którzy wzięli udział w ankiecie NIK. 42 proc. badanych jest zdania, że próg ten powinien wynosić 40 proc., natomiast według 37 proc. – 50 proc.

Wnioski

NIK zwraca uwagę wszystkich instytucji odpowiedzialnych za kształcenie i wychowanie na to, że wyniki egzaminów, do których polscy uczniowie przystępują systematycznie począwszy od szóstej klasy szkoły podstawowej, mają ważne znaczenie dla ich dalszego życia. Możliwość lub brak możliwości dokonania wyboru zawodu, miejsca i warunków pracy są w prosty sposób powiązane z wynikami wszystkich egzaminów.

W obecnym systemie brak choćby jednego punktu w ostatecznej klasyfikacji może przesądzić o sukcesie lub porażce młodego człowieka już na starcie, dlatego zdaniem Izby niedopuszczalne są jakiekolwiek wątpliwości czy zastrzeżenia co do poprawności i najwyższej rzetelności któregokolwiek z etapów egzaminowania: czy to układania zadań, sposobu ich sprawdzania i oceniania, czy też wreszcie co do ewentualnego ponownego ich weryfikowania.

W trosce o dobre imię polskiej oświaty oraz o spokój uczniów i ich rodziców, Najwyższa Izba Kontroli sformułowała szereg wniosków pokontrolnych do Ministra Edukacji Narodowej oraz do dyrektorów Centralnej i Okręgowych Komisji Egzaminacyjnych. Najważniejsze z nich dotyczą wprowadzenia zmian w ustawie o systemie oświaty, gwarantujących zewnętrzny merytoryczny nadzór nad funkcjonowaniem systemu egzaminów, w tym rozważenia systemu kontroli i weryfikacji efektów pracy egzaminatorów.

Zdaniem NIK w udoskonalaniu systemu egzaminów pomóc mogłoby także:

  • przeanalizowanie przyczyn i konsekwencji częstych zmian na stanowisku dyrektora Centralnej Komisji Egzaminacyjnej;
  • wprowadzenie zasady weryfikacji wszystkich prac egzaminacyjnych sprawdzonych przez egzaminatora, który błędnie ocenił kwestionowany przez zdającego arkusz;
  • dokonywanie cyklicznej oceny systemu egzaminów zewnętrznych, ze szczególnym uwzględnieniem przydatności dla systemu kształcenia oraz dla jakości materiałów egzaminacyjnych.

Cloud Technologies inwestuje w gry mobilne z myślą o rynku amerykańskim. Rozważa też przejście na rynek główny GPW

Cloud Technologies przymierza się do przejęcia w tym roku spółek z branży technologicznej i myśli o wejściu na nowe rynki. Firma zainwestowała w tworzenie gier mobilnych, którymi zamierza zainteresować rynek amerykański. Choć decyzja jeszcze nie zapadła, zarząd spółki myśli o przeniesieniu jej na rynek główny warszawskiej giełdy.

Zależy nam na ekspansji międzynarodowej. Obszar Unii Europejskiej jest dla nas bardzo ważny – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Prajsnar, założyciel i prezes zarządu Cloud Technologies. – USA jest dla nas ważnym celem, o tyle istotnym, że inwestujemy teraz w segment mobilny. Pod koniec ubiegłego roku pozyskaliśmy zespół, który zajmuje się tworzeniem gier mobilnych, a ich odbiorcą są użytkownicy na rynku amerykańskim.

Spółka informuje, że zakończyła już produkcję pierwszej gry mobilnej, ma podpisaną umowę dystrybucyjną i teraz szykuje się do jej premiery, która będzie miała miejsce w najbliższym czasie. Planuje też wydanie kolejnych kilku gier i zakłada, że ta działalność będzie miała istotny wpływ na jej przyszłe wyniki finansowe. Piotr Prajsnar podkreśla, że ze względu na szczególne synergie będzie to istotna część działalności firmy.

– Dane z urządzeń mobilnych są dla nas cennym uzupełnieniem informacji o internautach, które już teraz posiadamy. Widzimy dużą synergię z naszą dotychczasową działalnością. Jednocześnie gry mobilne to sam w sobie ciekawy segment. Jak pokazała historia kilku spółek notowanych na NewConnect, działalność na rynku gier mobilnych może przełożyć się na bardzo dobre wyniki finansowe, dlatego traktujemy ten obszar jako element dywersyfikacji źródeł przychodów.

Cloud Technologies jest liderem rynku w segmencie Big Data, czyli przetwarzania dużych zbiorów danych, i stała się naturalnym centrum konsolidacji. Spółka obserwuje nowe projekty branży i nie kryje zainteresowania współpracą lub akwizycjami i przejęciami.

– Aktualnie nie planujemy nowych emisji – zaznacza Piotr Prajsnar – Wyniki finansowe pozwalają nam prowadzić działalność inwestycyjną ze środków własnych. Statut Cloud Technologies przewiduje tzw. kapitał docelowy, który umożliwia nam wyemitowanie nowych akcji, ale tylko w celu pozyskania bardzo interesujących przedsięwzięć.

Cloud Technologies jest notowana na NewConnect i choć na razie nie ma skonkretyzowanych planów przejścia na główny rynek warszawskiej giełdy, to nie wyklucza tego.

– Ograniczenie dostępu OFE ma istotny wpływ na płynność rynku NewConnect – ocenia Piotr Prajsnar – Wiemy, jakie korzyści dałoby nam przeniesienie się rynek główny GPW. Spółka jednak nie podjęła jeszcze żadnych kroków w tę stronę, co oczywiście nie znaczy, że nie podejmie ich w najbliższym czasie.

Cloud Technologies jest spółką technologiczną, działającą na rynku reklamy internetowej w zakresie Big Data (analizy dużych zbiorów danych) oraz przetwarzania informacji w chmurze obliczeniowej. Od połowy 2012 roku jej akcje notowane są na rynku NewConnect.

PKP SA chce zarobić w tym roku 300 mln zł na sprzedaży nieruchomości. Będzie też działać jako deweloper przez spółkę córkę

0

CEO Magazyn Polska

Ponad 300 mln zł przychodu chce uzyskać w tym roku PKP SA ze sprzedaży nieruchomości. Spółka posiada łącznie ponad 100 tys. hektarów gruntów, z czego 10-20 proc. można przeznaczyć pod inwestycje niekolejowe. Stara się też wyprzedawać dworce, których obecnie ma ok. 2,3 tysiąca oraz mieszkania, których w portfelu kolejowej spółki jest niemal 30 tys.

Zamierzamy w tym roku powtórzyć wynik z zeszłego roku, który był bardzo dobry. Sprzedaliśmy nieruchomości za ponad 200 mln zł, wliczając w to wszystkie sprzedaże, przekroczyliśmy właściwie granicę 300 mln zł. W tym roku zamierzamy znowu sprzedać nieruchomości za ponad 300 mln – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jarosław Bator, członek zarządu PKP. ‒ Mamy łącznie ponad 100 tys. hektarów, są ona podzielone na mniej więcej 98 tys. działek. Oczywiście gros tych gruntów jest pod liniami kolejowymi, szacujemy jednak, że około 10-20 proc. można odzyskać.

Bator podkreśla, że potencjał tego sektora jest bardzo duży, bo PKP należy do największych posiadaczy gruntów w Polsce. Choć wiele z tych terenów jest przeznaczonych pod infrastrukturę kolejową, taką jak linie, zaplecza taborowe i dworce, to 10-20 proc. może być sprzedanych. Wiele z tych gruntów to atrakcyjne działki w centrach dużych miast, które dawniej pełniły funkcje kolejowe, ale obecnie już nie są spółce potrzebne.

Przykładami takich gruntów są w Warszawie tereny po byłej stacji Warszawa Główna czy Odolany, gdzie kiedyś istniało zaplecze taborowe, którego w tej chwili już nie ma i tam zamierzamy zlokalizować razem z Urzędem Marszałkowskim Stację Muzeum, czyli nowy koncept dotyczący prezentowania historii i nowoczesności w kolejnictwie – wyjaśnia Bator.

Dodaje, że nie zawsze PKP SA będzie próbowało sprzedać sam grunt. W przypadku niektórych terenów najpierw powstanie tam nieruchomość. Działalnością deweloperską ma się zajmować powołana pod koniec ubiegłego roku spółka zależna PKP SA ‒ XCity Investment. Jak wynika z szacunków PKP SA, do końca 2018 r. nowa spółka deweloperska ma mieć portfel nieruchomości o wartości 24 mld zł, a już w 2017 r. XCity ma być zdolne do samodzielnego pozyskiwania finansowania na rynku.

Jak podkreśla Bator, decyzje o tym, które grunty spółka będzie sprzedawać, a na których zajmie się działalnością deweloperską, będą podejmowane za każdym razem w zależności od perspektyw osiągnięcia zysku.

W przypadku części najatrakcyjniejszych gruntów, które wymagają dużo pracy, np. ustalenia uwarunkowań planistycznych dla tego gruntu, oraz tego, w jaki sposób infrastruktura powinna obsługiwać te grunty, często decydujemy, że te grunty zostają u nas i rozwijamy je. Czasami zabudowujemy je razem z partnerami prywatnymi i wtedy zarabiamy dużo więcej niż na zwykłej sprzedaży – zaznacza członek zarządu PKP SA.

PKP SA posiada także wiele gruntów i budynków, które są mniej atrakcyjne dla inwestorów lub nie mogą być sprzedane. Dotyczy to m.in. mieszkań. Aby zwiększyć przychody z wynajmu, spółka uruchomiła w zeszłym roku program „Tanie mieszkanie”, który promuje kolejowe lokale.

Jak wynika z ostatniego opublikowanego raportu rocznego Grupy PKP za rok 2013, przychody z komercyjnego zagospodarowania nieruchomości, tj. najmu, dzierżawy, gospodarki mieszkaniowej i sprzedaży mediów stanowiły 87,4 proc. wszystkich przychodów operacyjnych PKP SA, czyli ok. 610 mln zł.

Spółka chce także zachęcać samorządy i prywatnych inwestorów do przejmowania dawnych budynków dworcowych, które obecnie nie pełnią już takich funkcji.

Planujemy w kolejnych latach promować te mniej atrakcyjne nieruchomości i upłynniać je, w ten sposób redukując koszty, jakie PKP SA musi ponosić w związku z utrzymaniem tych nieruchomości. Te koszty nie są małe, ponieważ obowiązki właściciela nieruchomości w Polsce są dosyć szerokie, dotyczą m.in. przeglądów, podatków – wyjaśnia Bator.

Jednym z większych projektów związanych z nieruchomościami PKP SA jest zagospodarowanie warszawskiego Dworca Centralnego. Już wkrótce ruszy kolejny etap prac związanych z przebudową hali centralnej oraz galerii zachodniej, która do tej pory nie została zmodernizowana. Dzięki nim powstanie nowoczesna przestrzeń dla czekających na pociągi pasażerów, poprawi to też przychody z wynajmu powierzchni komercyjnej.

Z naszych wyliczeń, listów intencyjnych, które mamy po przetargach na poszczególne lokale, wynika, że w ciągu kilku lat z komercjalizacji powierzchni, która powstanie, ta inwestycja nam się zwróci i w ten sposób podniesiemy przychody – zapowiada Bator.

Za pół roku Rosję czeka fala upadłości. Polskie firmy muszą się przygotować na problemy z odzyskaniem należności

Polskie firmy współpracujące z Rosją czeka w tym roku poważny problem. W lecie eksperci oczekują tam fali upadłości firm, które nie radzą sobie z kryzysem. To oznacza, że ich polscy kontrahenci mogą mieć problemy z odzyskaniem należności.

Wpływ kryzysu na kondycje rosyjskich firm widać coraz wyraźniej. W grudniu upadło tam ponad 1,5 tys. firm, o 23 proc. więcej niż rok wcześniej. W styczniu br. upadłości było o 17 proc. więcej niż w styczniu 2014.

Po dosyć drastycznym podniesieniu stóp procentowych przez Centralny Bank Rosyjski [teraz są na poziomie 15 proc. – red.] firmy zaczęły mieć problemy ze spłatą zadłużenia. Szacujemy, że za 4-6 miesięcy nastąpi największy wzrost upadłości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Taraszkiewicz, dyrektor regionalny Atradius Credit Insurance. – Na rynku rosyjskim tak naprawdę trzeba uważać na wszystkie branże.

Największe problemy mają przedsiębiorstwa z branży spożywcze i rolnej, bo sankcje nałożone na import produktów spożywczych odbiły się negatywnie na całym rynku, szczególnie na segmencie rybnym, mięsnym i mlecznym. Lokalna produkcja nie jest w stanie uzupełnić braków rynku ze względu na ograniczenia w inwestycjach oraz dostępie do zagranicznych technologii i maszyn produkcyjnych. Problemy ma również branża sprzedająca elektronikę, AGD oraz rozwiązania teleinformatyczne, która wyjątkowo mocno odczuwa spadek konsumpcji.

Sytuacja gospodarcza Rosji jest coraz gorsza. Ekonomiści Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) szacują, że PKB w tym roku obniży się o 4,8 proc. Większość gałęzi gospodarki odczuje ten spadek, tak samo jak dewaluację rubla, sankcje gospodarcze czy brak nowych inwestycji. Rośnie poziom zadłużenia rosyjskich firm i ryzyko walutowe, a tamtejszą gospodarkę dobijają spadające ceny ropy.

Eksport polskich firm do Rosji spadł w ubiegłym roku o ponad 17 proc., mimo to cały eksport Polski wzrósł. Kryzys rosyjskiej gospodarki jest więc raczej problemem poszczególnych polskich firm, które były za mocno uzależnione od rynków wschodnich.

Polskie firmy dosyć dobrze zdywersyfikowały swoje rynki eksportowe – ocenia Arkadiusz Taraszkiewicz. – Wystarczy spojrzeć na wyniki finansowe kluczowych spółek giełdowych, takich jak LPP, gdzie po stronie sprzedaży widzimy spadek, natomiast zyskowność została utrzymana na wysokim poziomie. Jako Atradius nie obserwujemy znaczących opóźnień w płatnościach. Wynikają one raczej z powodów sankcyjnych. Natomiast nie odnotowaliśmy na chwilę obecną wzrostów płatności.

To, że rosyjskie firmy mają problemy, nie oznacza, że musimy zerwać z nimi współpracę. Zawierając kontrakty na Wschodzie, warto jednak znać zagrożenia i w miarę możliwości zabezpieczyć się przed nimi.

– Zabezpieczeniem handlu zagranicznego może być ubezpieczenie kredytu kupieckiego – zwraca uwagę dyrektor regionalny Atradius Credit Insurance, firmy udzielającej takich kredytów. – Jesteśmy świadomi, że coraz trudniej go uzyskać. Można tę sytuację porównać do ubezpieczenia majątku. Jak firmy ubezpieczają domy, mury i w pewnym momencie okazuje się, że tynki odpadają i zamiast cegieł mamy tam drewno, to wiadomo, że składka wzrośnie, a część tego typu domów nie będzie w ogóle ubezpieczona.

Mimo że coraz trudniej jest uzyskać ubezpieczenie, to jest ono nadal dostępne. Standardy, które są teraz zastosowane, są jednak o wiele wyższe i to się już nie zmieni.

Jak pokazuje historia i poprzednie kryzysy, wbrew pozorom kontrahenci rosyjscy płacą – wprawdzie z opóźnieniem, ale płacą. Tutaj kluczowe są wzajemne relacje między partnerami, których nie można zbudować z miesiąca na miesiąc. Jeśli ktoś prowadzi biznes od dawna, zna swoich partnerów, nawiązał już z nimi jakieś relacje, to jest to podstawa sukcesu. Przy nawiązywaniu współpracy z nowymi odbiorcami na tych rynkach zalecałbym jednak dużą ostrożność – przekonuje ekspert.

Getin Noble Bank przygotował pakiet pomocowy dla zadłużonych we frankach szwajcarskich

CEO Magazyn Polska

Łatwiejsze zawieszenie spłaty rat kredytu na trzy miesiące oraz możliwość zamiany stanowiącego zabezpieczenie kredytu mieszkania na inne – takie ułatwienia dla zadłużonych we frankach szwajcarskich przygotował Getin Noble Bank. Klientom, którzy nie chcą zmieniać mieszkania, pomogą niskie spready walutowe i uwzględnienie ujemnych stóp procentowych.

W naszym pakiecie, który nazywamy „Pomoc CHF”, proponujemy rozwiązania dla klientów posiadających kredyty we franku szwajcarskim, które z jednej strony pozwolą na utrzymanie raty na poziomie zbliżonym do tego, który był przed wzrostem kursu franka w grudniu ubiegłego roku, a z drugiej strony,  umożliwią zamianę mieszkania kredytobiorcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Szczechura, członek zarządu Getin Noble Bank.

W ramach programu „Pomoc CHF” Getin Noble Bank wprowadził m.in. nowy proces zamiany przedmiotu zabezpieczenia oraz przedmiotu kredytu. Pozwala to kredytobiorcom na zamianę mieszkania będącego zabezpieczeniem kredytu, bez konieczności wcześniejszej spłaty zobowiązania.

Umożliwiamy zmianę mieszkania bez spłacenia kredytu. To jest ciekawa propozycja dla osób, którym powiększyła się rodzina albo które przeprowadzają się do innego miasta. Do tej pory nie miały one możliwości zamiany mieszkania, nie spłacając kredytu, a więc nie realizując tej straty wynikającej z różnicy kursowej. Dzisiaj mogą przenieść kredyt do nowego mieszkania – wyjaśnia Szczechura.

Taka zamiana będzie odbywać się z zachowaniem obecnego poziomu marży.

Klienci, którzy nie zamierzają zmieniać mieszkania, będą bardziej zainteresowani rozwiązaniami, które obniżają ich comiesięczną ratę. Fakt obniżenia przez nas spreadu walutowego i uwzględnienie ujemnego LIBOR-u jest czymś, o co oni nie muszą wnosić, to mają w standardzie – przekonuje Szczechura.

Bank gwarantuje także możliwość bezprowizyjnego przewalutowania kredytu z franków na złotówki po średnim kursie NBP z dnia przewalutowania. Bank nie będzie ponownie weryfikował wartości zabezpieczenia kredytu.

Kredytobiorcy mogą także skorzystać z uproszczonych procedur zawieszania spłaty rat kapitałowych na 3 miesiące. Takie odroczenie jest bezpłatne, nie wiąże się z wydłużeniem okresu kredytowania ani z koniecznością weryfikacji wartości zabezpieczenia kredytu.

Getin Noble Bank jest pierwszym bankiem, który przygotował tak szeroki pakiet wsparcia dla osób posiadających kredyty we frankach szwajcarskich. Jak podkreśla bank, w ten sposób chce wyjść naprzeciw oczekiwaniom klientów, których dotknęła decyzja banku centralnego Szwajcarii. Po zaniechaniu obrony kursu franka waluta ta podrożała w ciągu jednego dnia o ponad 20 proc. wobec polskiego złotego. Od połowy stycznia kurs franka spadł do poziomu poniżej 3,90 zł. To jednak wciąż o niemal 40 groszy więcej niż na początku roku, a o złotówkę więcej niż na przełomie 2010 i 2011 r.

Eksporterzy leków mają mieć nowe obowiązki. Zmiany nie rozwiążą problemu niedoboru leków, mogą jednak skutkować podwyżką ich cen

Trwają prace nad zmianami w Prawie farmaceutycznym, które zmierzają do ograniczenia eksportu leków. Chodzi m.in. o wprowadzenie obowiązku zgłaszania inspekcji farmaceutycznej zamiaru ich wywozu. Taki postulat zgłaszają aptekarze, którzy argumentują, że w ten sposób można rozwiązać problem niedoboru leków. Przeciwnicy tego pomysłu podkreślają, że tylko 7 proc. farmaceutyków trafia na eksport, a ograniczony w ten sposób handel transgraniczny może wpłynąć na podwyżki cen w aptekach.

Polska eksportuje około 7 proc. leków – to nie jest dużo, nie odbiegamy w tym względzie od innych państw Unii Europejskiej. W związku z tym zakazanie eksportu nie spowoduje osiągnięcia celu, dla którego ustawa zostanie przygotowana, bo nie jest on jedyną ani główną przyczyną braków leków na rynku. Udowodniły to państwa, w których zjawisko to jest mierzone i badane od wielu lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Dzitko, przewodniczący Stowarzyszenia Importerów Równoległych Produktów Leczniczych (SIRPL).

Trwają dyskusje nad wprowadzeniem obowiązku zgłaszania do inspekcji farmaceutycznej zamiaru wywozu leków za granicę. Jak argumentują aptekarze, który od dawna to postulują, mogłoby to rozwiązać problem niedoboru leków. W przypadku zagrożenia, że danego leku zabraknie w krajowej sprzedaży, inspekcja mogłaby zgłosić sprzeciw. Jeśli mimo tego leki trafią na eksport, przedsiębiorca zostanie ukarany.

Wprowadzenie przepisu działającego wzmacniająco na firmy farmaceutyczne, czyli zapisu zakazującego eksportu kolejnych leków z Polski, spowoduje, że będziemy mogli dostarczać mniej produktów na inne rynki, a to sprawi, że z tych rynków będziemy kupować mniej produktów dla polskich pacjentów – podkreśla Tomasz Dzitko.

Ograniczenie w handlu transgranicznym może spowodować perturbacje na krajowym rynku. Zdaniem przewodniczącego SIRPL będzie to niekorzystne dla pacjentów, bo ceny leków w aptekach wzrosną.

Koncerny farmaceutyczne nie będą miały konkurencji i spowoduje to powrót do sytuacji monopolistycznej. Leki z importu są jedynym legalnym i dopuszczalnym źródłem konkurencji w okresie, kiedy na dany lek obowiązuje patent – mówi Dzitko.

Import równoległy polega na sprowadzaniu do kraju oryginalnych leków z rynków, na których są one tańsze. Dzięki temu możliwa jest ich sprzedaż po niższych cenach.

Oznacza to, że w kieszeniach pacjentów co roku zostaje 100 mln złotych oszczędności z tytułu leków z importu równoległego – mówi przewodniczący Stowarzyszenia Importerów Równoległych Produktów Leczniczych. – Pacjenci kupują leki w aptekach, na receptę lub bez niej. Leki importowane są dostępne w aptekach, w których zwykle zaopatrują się oni w swoje leki. By je kupić, wystarczy tylko zapytać o tańsze leki z importu równoległego.

Jak podkreśla, do sprowadzanych z zagranicy leków dołączane są ulotki w języku polskim. Dodatkowo wszystkie leki importowane wymagają uprzedniego zezwolenia na dopuszczenie do obrotu, czyli rejestracji przez Urząd Rejestracji Leków.

– Mamy ponad 600 tańszych leków sprowadzanych w ramach importu równoległego do Polski z różnych grup terapeutycznych, m.in. leków na nadciśnienie czy na padaczkę – wymienia Tomasz Dzitko. – Nie widzę żadnej reguły, dlaczego niektóre leki w Polsce są tanie, a niektóre są sprzedawane w wyższych cenach niż te same produkty na innych rynkach.

Według portalu Pharmalogica.pl, tylko w 2014 roku w ramach importu równoległego wydano 432 nowe pozwolenia.

Sfinks planuje w tym roku otwarcie 18 nowych restauracji. Spółka koncentruje się na przyciągnięciu studentów i rodzin z dziećmi

Studenci stają coraz ważniejszą grupą dla restauratorów. Z badań Sfinksa wynika, że blisko połowa młodych ludzi między 18. a 29. rokiem życia przynajmniej raz w tygodniu odwiedza lokale gastronomiczne. Dlatego spółka, do której należy m.in. sieć Sphinx, przygotowała dla tej grupy specjalne promocje i menu. Koncentruje się też na przyciąganiu rodzin z dziećmi. Działania mają nie tylko poprawić wyniki spółki, lecz także utrzymać przy sobie grupy, na którym jej najbardziej zależy. Spółka chce odświeżyć ofertę sieci, planuje też nowe otwarcia.

Testujemy wszelkie rozwiązania, które mogą wspomagać sprzedaż i dotarcie do klientów. To np. kupony Edenred, nowe menu studenckie, które się dobrze przyjmuje, i menu dziecięce. Prowadzimy wiele działań i obserwujemy, które z nich zostaną najlepiej przyjęte przez naszych klientów – mówi w rozmowie z agencją Newseria Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska, spółki zarządzającej restauracjami Sphinx, Chłopskie Jadło i Wook.

Oferta dla dzieci przyciąga do restauracji rodziny, sieć skupia się także na promocjach skierowanych do studentów. Jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie spółki, blisko połowa młodych ludzi w wieku 18-29 lat regularnie odwiedza lokale gastronomiczne, czyli przynajmniej raz w tygodniu. Dlatego pod koniec 2014 roku Sfinks uruchomił program Sphinx Student Club, by w ten sposób zachęcić tę grupę do odwiedzania restauracji.

– To dla nas bardzo ważna grupa. Współpracujemy z samorządami studenckimi, zostało już wydanych ponad 30 tys. kart – podkreśla Cacek. – Program studencki nie jest nastawiony na poprawę marżowości, ale na utrzymanie grupy, na której nam bardzo zależy i współpracę z nią później, już po studiach – tłumaczy prezes.

Od sierpnia ubiegłego roku klienci wszystkich restauracji spółki mogą płacić kuponami firmy Edenred, Sfinks współpracuje także z Benefit Systems. Takie działania, choć na razie, jak przyznaje prezes, nie przekładają się znacząco na sprzedaż, mają za zadanie przyciągnąć nowych klientów i dzięki temu przynieść większe zyski w przyszłości. Zwłaszcza że promocje pozwalają oferować niższe ceny.

Niektóre programy i nowości są nastawione na poprawę marżowości, bo każda nowość w każdej branży z reguły na początku poprawia marżowość. Później produkty, które najlepiej się sprzedają, wchodzą do sprzedaży masowej i ich cena może zostać obniżona – tłumaczy Cacek.

W tym roku spółka chce przeznaczyć na inwestycje 30 mln zł. Zmiany mogą dotknąć restauracje Wook. Obecnie w warszawskim hotelu Marriott testowana jest opcja „you can eat”, gdzie w jednej cenie klienci mogą jeść, ile chcą. Jak podkreśla prezes, dla spółki ważny jest też rozwój sieci Chłopskie Jadło.

Już w ubiegłym roku można było zauważyć, że popularność polskiego jedzenia rośnie. W związku z tym pracujemy nad liftingiem Chłopskiego Jadła i wzmocnieniem jego oferty – zapowiada Sylwester Cacek.

Obecnie na rynku działa ponad 100 restauracji spółki, w tym roku otwartych ma zostać kolejnych 18. Jak podkreśla prezes, na lokalizacje wybierane są przede wszystkim prestiżowe miejsca, a także centra handlowe.

Na początku marca planujemy otwarcie w Warszawie, w Błękitnym Wieżowcu na Pl. Bankowym. Na pewno prestiżowa lokalizacja będzie we Wrocławiu w odnowionym dworcu PKP, z pięknymi, zabytkowymi sufitami. To będzie nasza największa restauracja, o powierzchni ponad 1 tys. mkw. Restauracja powstanie też na krakowskim rynku – mówi Cacek.

Rośnie zainteresowanie seniorów rentą dożywotnią. Brakuje jednak regulacji prawnych

Coraz więcej seniorów jest zainteresowanych dożywotnim świadczeniem w zamian za przeniesienie własności nieruchomości, z decyzjami wstrzymują się jednak do momentu uchwalenia przepisów. Niestety, prace nad regulacjami się przedłużają.

W najbliższych dniach przedstawiciele rynku renty dożywotniej opublikują list otwarty do polityków i społeczeństwa, w którym zaapelują o przyspieszenie prac nad regulacjami.

Chcielibyśmy, aby ustawa o rencie dożywotniej pojawiła się jak najszybciej, ponieważ brakuje nadzoru nad tym rynkiem. W opinii ekspertów, także polityków, seniorzy potrzebują nadzoru, bo ma on istotne znaczenie dla sytuacji finansowej emerytów – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Robert Majkowski, prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

W grudniu 2014 roku weszła w życie ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym. Banki nie spieszą się jednak z wprowadzeniem produktu do swojej oferty. Przyjęcie tych regulacji nie przyspieszyło prac nad ustawą o rencie dożywotniej, a rynek wciąż pozostaje nieuregulowany. Branża liczy jednak na to, że w najbliższych tygodniach nowy projekt resortu gospodarki – po uwzględnieniu uwag KNF – trafi do rządu.

Zakres nadzoru został opracowany. Do uzgodnienia pozostały narzędzia sprawowania kontroli przez Komisję Nadzoru Finansowego. Z informacji, które otrzymaliśmy, wynika, że finalna wersja projektu ustawy jest już prawie gotowa. Liczymy na to, że w ciągu kilku tygodni ujrzymy propozycję ministerstwa – mówi ekspert.

KNF chciałby, aby produkt mogły oferować zakłady ubezpieczeniowe, te jednak nie wydają się być tym specjalnie zainteresowane. Potencjał rynku doceniają fundusze hipoteczne, które chcą zostać objęte nadzorem KNF. Ustawa ma zabezpieczać interesy seniorów. Jak zaznacza prezes Funduszu Hipotecznego DOM, regulacje wprowadzą nowe elementy kontrolne w zakresie wypłacalności firm oferujących produkt. Przede wszystkim zostaną wprowadzone wymagania kapitałowe. Produkt będą mogły oferować firmy o kapitale zakładowym wynoszącym co najmniej 2 mln euro.

Ponadto wymagana będzie rękojmia zarządu, czyli będzie on musiał mieć kompetencje do tego, by nadzorować tego typu działalność – zaznacza Majkowski. – Działalność funduszy hipotecznych stanie się w ten sposób zbliżona do banków i zakładów ubezpieczeń. Powstanie nowa kategoria instytucji finansowej, a to na pewno zwiększy bezpieczeństwo seniorów – zapewnia.

Jak podkreśla, coraz więcej osób pyta o ten produkt, ale z ostatecznymi decyzjami wolą wstrzymać się do momentu przyjęcia nowych przepisów.

Z danych Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych wynika, że w 2014 roku podpisano ok. 500 umów na rentę dożywotnią. To znacznie więcej niż w ubiegłych latach – jeszcze w 2011 roku było ich 96, a w 2013 – 283. Produkty oferowane seniorom cieszą się coraz większym zainteresowaniem przede wszystkim ze względu na niskie świadczenia emerytalne. Choć do Europy Zachodniej sporo nam brakuje (np. w Anglii rocznie podpisuje się 20-30 tys. umów), potencjał jest duży. Dane Eurostatu dowodzą, że seniorzy powyżej 65. roku życia są właścicielami 2,5 mln mieszkań i domów.

Analitycy Związku Banków Polskich podają, że usługą może być zainteresowanych nawet 400 tys. osób. W mojej opinii to nieco zawyżona wartość, ale myślę, że w najbliższych latach na taką usługę może zdecydować się kilkadziesiąt tysięcy osób – ocenia Robert Majkowski.

W przypadku odwróconego kredytu hipotecznego klient otrzymuje pieniądze przez określony w umowie czas. W przypadku renty świadczenie otrzymuje się dożywotnio. Drugą ważną różnicą między tymi produktami jest moment przeniesienia własności nieruchomości. Przy odwróconej hipotece klient otrzymuje świadczenie, ale nadal jest właścicielem mieszkania bądź domu. W przypadku renty dożywotniej już w momencie podpisania umowy własność nieruchomość przechodzi na fundusz, ale senior ma prawo korzystać z tego mieszkania bądź domu. Różnica dotycząca własności jest istotna dla potencjalnych spadkobierców. W przypadku odwróconej hipoteki po śmierci seniora mogą oni albo spłacić kredyt, albo sprzedać nieruchomość bankowi.

– Z danych GUS wynika, że ponad połowa polskich emerytów ma miesięcznie do dyspozycji mniej niż 1 600 zł brutto. Co prawda, w wyniku tegorocznej waloryzacji, świadczenia emerytalne wzrosną o 1,08 proc, a najniższa emerytura powiększy się o 4,26 proc., na tle Europy to wciąż mało – podkreśla Katarzyna Brzeska-Miksa, prezes Funduszu Hipotecznego Familia.

Podwykonawcy budowlani oczekują wzrostu marż po uruchomieniu funduszy europejskich

Dostawcy i poddostawcy materiałów budowlanych wciąż nie odczuwają ożywienia w inwestycjach infrastrukturalnych. Na razie projekty unijne są w fazie planowania. Wkroczenie w etap realizacji może oznaczać długo oczekiwaną przez podwykonawców poprawę marż. Znacznie lepiej jest przy inwestycjach prywatnych, gdzie inwestorzy nie szukają oszczędności za wszelką cenę.

W tej chwili projekty unijne są w fazie planowania. Dużej podaży nowych projektów, które byłyby zauważalne przez firmy podwykonawcze i dostawcze, jeszcze nie obserwujemy. Jest już sporo rozstrzygnięć przetargów, natomiast są one często w formule „zaprojektuj i wybuduj”, a to oznacza, że jeszcze trwa projektowanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Chełkowski, członek zarządu i dyrektor zarządzający Doka Polska. ‒ W infrastrukturze wzrost marż jest raczej przed nami. Zawsze można znaleźć jednak projekt ciekawy, który uda się zrobić z dobrą marżą.

Doka Polska to firma podwykonawcza dostarczająca rusztowania, deskowania i systemy stropowe do konstrukcji betonowych. Spółka nie bierze udziału bezpośrednio w przetargach, dlatego pierwsze rozstrzygnięcia projektów współfinansowanych ze środków unijnych nie wpływają na jej działalność. Chełkowski zastrzega jednak, że gdy tylko jest to możliwe, Doka stara się angażować we współpracę z głównym wykonawcą na jak najwcześniejszym etapie.

‒ Często staramy się włączać również w fazie projektowania w optymalizację projektu, jeżeli dopuszcza to formuła przetargu i nie ma jakiejś większej ingerencji w pozwolenie na budowę. Natomiast jeśli już sam harmonogram prac można zoptymalizować, to chętnie podejmujemy takie wyzwania – tłumaczy Chełkowski.

Na rynku budowlanym wciąż dominuje kryterium niskiej ceny, co jak podkreśla Chełkowski, przekłada się na dużą presję cenową na wykonawców. By utrzymać rentowność, poddostawcy tacy jak Doka muszą bardzo selektywnie podchodzić do projektów. Tylko niektóre z nich zapewniają na tyle dobrą marżę, że firmie opłaca się zaangażować.

Szczególnie inwestycje publiczne, czyli przede wszystkim infrastrukturalne, są mało opłacalne dla poddostawców – dodaje Chełkowski. Pomimo zmian w Prawie zamówień publicznych, to wciąż niska cena zwykle decyduje o wyborze wykonawcy. Gdy jednak pojawią się problemy, często dochodzi do przeciągających się sporów i przerzucania odpowiedzialności pomiędzy wykonawcą, projektantem i zamawiającym.

Przy inwestycjach prywatnych, głównie kubaturowych, takich problemów nie ma. Przez to są one bardziej atrakcyjne marżowo dla Doki.

W segmencie inwestorów prywatnych obserwujemy bardziej pragmatyczne podejście. Inwestor prywatny, czy to będzie projekt biurowca czy galerii handlowej, ma swój model biznesowy, musi w danym momencie ten budynek otworzyć, bo ma już kolejnych najemców. W związku z tym nie jest zainteresowany tym, by budować za pół ceny. Ten sektor pozwoli nam normalnie funkcjonować w sytuacji, gdy w segmencie zamówień publicznych trwają wojny cenowe – wyjaśnia Chełkowski.

Zaznacza, że Doka jako duża firma, będąca częścią międzynarodowego koncernu, może dodatkowo poprawić swoje marże dzięki doświadczeniu i innowacyjnym rozwiązaniom redukującym koszty.

Doka w Polsce współpracowała przy budowie m.in. Pomorskiej Kolei Metropolitalnej i węzła Konotopa w sektorze publicznym oraz biurowców Żoliborz One w Warszawie i Centrum Biurowego Neptun w Gdańsku w ramach inwestycji prywatnych.

Rynek inwestycyjny ma w Polsce duży potencjał rozwoju. Docelowo liczba aktywnych inwestorów może być 10 razy wyższa niż obecnie

Polski rynek inwestycyjny jest wciąż słabo rozwinięty, ale ma potencjał. Jeśli porównamy go z dojrzałymi rynkami, to przekonamy się o tym, że może na nim działać nawet pół miliona aktywnych inwestorów. Szacuje się, że obecnie  takich inwestorów w Polsce jest dziesięć razy mniej.

Każdy dorosły Australijczyk inwestuje w akcje, a połowę środków odkłada na emeryturę. Właściwie całe społeczeństwo – od osiemnastolatka, który kończy szkołę, aż do osób w wieku 60 lat – rozumie rynki finansowe i na nich aktywnie inwestuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Max Idzik, prezes Traders Centre, zajmującej się szkoleniami z rynku walutowego i towarowego. – W Polsce mówi się, że jest około 50 tys. osób, które aktywnie się tym zajmują. Jeżeli porównamy nasze statystyki ze statystykami takich krajów, jak Wielka Brytania, to okaże się, że tych osób w Polsce powinno być około pół miliona. Rynek jest jeszcze w powijakach.

Stwarza to wielki potencjał rozwoju. Wielu inwestorów potknęło się jednak na samodzielnych próbach inwestowania i zniechęciło do rynków finansowych.

– Inwestorzy stracili zaufanie do instytucji finansowych i już w tej chwili nie ma racji bytu produkt, w którym pieniądze zamykamy, wrzucamy do worka i po sześciu miesiącach czy po roku klient otrzymuje statement i dowiaduje się, np., że jest tam duża strata – mówi Max Idzik. – Na takie produkty nie ma miejsca, my w takie produkty również nie wierzymy.

Dom Maklerski Athena Investments wspólnie z londyńskim inwestorem Maksem Idzikiem chcą odbudować zaufanie Polaków do bardziej ryzykownych operacji finansowych, oferując produkt oparty na rynku walutowym oraz towarowym, przy którym prowizja uzależniona jest od zysków. Zarządzający zarobią tylko wtedy, kiedy zarobi klient, zyskiem podzielą się po połowie.

Są to rzeczy, które na rynku inwestycyjnym w Londynie, dużo dojrzalszym od naszego, są całkowicie normalne. Wprowadzamy do Polski pewne sprawdzone standardy najlepszych praktyk, bo na świecie jakąś część rynku w ten sposób się obsługuje – deklaruje Max Idzik.

Forex mimo wielu zalet wymaga od handlujących sporej wiedzy i doświadczenia, a od powierzających im pieniądze inwestorów – zaufania. Dlatego Max Idzik stawia też na edukację. Chce, by inwestor rozumiał, jak są pomnażane jego pieniądze.

– Dużo łatwiej pracuje się z inwestorem, który dokładnie wie, co się dzieje z jego pieniędzmi, niż z inwestorem, któremu pokazuje się tabelki i prezentacje. Inwestor, który jest wyedukowany, jest też skłonny zainwestować więcej, bo inwestuje świadomie, rozumie strukturę rynku i strukturę produktu, wie, co się będzie działo oraz właśnie dlatego to połączenie ma ogromny sens – tłumaczy Max Idzik.

Forex ma jednak tę przewagę nad tradycyjnym handlem akcjami, że pozwala zarabiać bez względu na koniunkturę.

– Staramy się uzyskać stopę zwrotu wyraźnie większą od stopy pozbawionej ryzyka, takiej, którą można uzyskać na lokacie bankowej – podkreśla Arkadiusz Skóbel, prezes zarządu Athena Investments Dom Maklerski. – Przeważająca liczba produktów usiłuje ten cel osiągnąć poprzez inwestycje na rynku akcji i strategię „kup i trzymaj”. Ona bardzo dobrze się sprawdza w warunkach dobrej koniunktury giełdowej, hossy, niestety, nie sprawdza się w warunkach bessy, czyli spadków.

Studia podyplomowe cieszą się sporym zainteresowaniem. Na naukę decydują się coraz starsze osoby

Polacy chętnie wybierają się na studia podyplomowe. Jedni w ten sposób chcą wspierać swoją karierę zawodową, inni traktują takie późne studia jako sposób na zmianę pracy, a nawet zawodu. Na studia decydują się coraz starsze osoby.

Studia podyplomowe cieszą się dużą popularnością. Na brak studentów uczelnie nie narzekają i jak się ocenia w najbliższych latach ich liczba nie powinna spadać. W roku akademickim 2013/2014, jak podaje Główny Urząd Statystyczny, było ich 163,6 tys., czyli o 9 tys. mniej niż przed rokiem (z czego ponad 99 tys. studiowało na uczelniach publicznych).

Mimo że dane statystyczne pokazały, że w roku akademickim 2013/2014 studentów studiów podyplomowych było trochę mniej niż rok wcześniej, statystyki naszej uczelni potwierdzają, że zainteresowanie nimi systematycznie rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Centrum Kształcenia Podyplomowego Uczelni Łazarskiego.

Polacy przekonują się, że wraz z wykształceniem i zdobytą wiedzą rosną ich zawodowe kompetencje, dzięki czemu stają się oni coraz bardziej atrakcyjni dla pracodawcy. Wraz z nową wiedzą mogą więc liczyć na wyższe zarobki i stanowiska.

Aby efektywnie, z sukcesem i satysfakcją przejść przez ścieżkę kariery zawodowej, trzeba się uczyć i nie ma takiego wieku, w którym uczenie się kończy – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka. – Dla naszych słuchaczy coraz częściej studia podyplomowe są zarówno formą rozwoju swoich kompetencji, niezbędnych do pracy na obecnym stanowisku pracy, jak i elementem pozwalającym strategicznie zarządzać swoją karierą, elastycznie dostosować się do trendów, które obserwują w swoich branżach, oraz swoich specjalizacjach, które wymuszają na nich poszerzenie zakresu wiedzy, a nieraz całkowitą zmianę zawodu.

W roku akademickim 2013/2014 największą popularnością – podobnie jak rok wcześniej – cieszyły się kierunki ekonomiczne i administracyjne, pedagogiczne oraz medyczne. Na Uczelni Łazarskiego najchętniej wybierane są kierunki, które wypełniają obszary niezagospodarowane w procesie kształcenia magisterskiego czy korporacyjnego. Dużą popularnością cieszy się m.in. proces inwestycyjno-budowlany dla prawników.

Staramy się tak budować naszą ofertę, aby ona, po pierwsze, odpowiadała na realne potrzeby pracodawców i gospodarki, poprzez wąską specjalizację, którą na studiach dyplomowych dużo trudniej osiągnąć. Z drugiej strony staramy się dostrzegać zmiany, jakie zachodzą na rynku, i promować nowe zawody – mówi Gałązka-Sobotka. – Stąd m.in. kierunek e-commerce, nowe podejście do zarządzania marketingowego i architekt marki.

Z danych GUS wynika, że blisko 70 proc. studentów podyplomowych to kobiety. Potwierdzają to statystyki UŁ. Średni wiek słuchacza studiów podyplomowych na tej uczelni to 36 lat, jednak stopniowo rośnie. Coraz częściej wiedzę postanawiają uzupełnić ludzie w bardziej zaawansowanym wieku. Nawet osoby powyżej 50. roku życia podejmują decyzję o kontynuacji nauki.

Widać wyraźnie, że studia podyplomowe to oferta, po którą sięgają osoby posiadające już kilkuletnie doświadczenie – zwraca uwagę dyrektor Centrum Kształcenia Podyplomowego Uczelni Łazarskiego. – Jeżeli chodzi o ich stanowiska, aktualną pozycję zawodową, to jest to bardzo zróżnicowane. Najczęściej są to specjaliści, kadra średniego szczebla, również top management, ale to dotyczy przede wszystkim programów MBA i bardzo wyspecjalizowanych programów, na przykład przywódczych czy z obszaru prawa.

Mimo że pracodawców cieszy zdobywanie wiedzy i nowych kompetencji przez pracowników, to na studia podyplomowe wysyłają ich raczej rzadko. Na ogół rozpoczęcie nauki to inicjatywa samych pracowników. Wskazuje na to ankieta przeprowadzona wśród studentów UŁ. Ankietowani wskazali, że najczęściej też samodzielnie finansują dalsze kształcenie. Systematycznie rośnie jednak udział pracodawców w finansowaniu studiów podyplomowych.

Myślę, że w dyskusji publicznej brakuje wskazania zasadniczej korzyści, jaką dają studia podyplomowe na tle szkoleń, w które pracodawcy chętnie inwestują. Wiemy, jakie są budżety szkoleniowe wielu firm, i wiemy, że dużo mniejsze są wydatki na studia podyplomowe. One mają jednak tę przewagę, że są długotrwałym procesem budowania kompetencji ze zdecydowanie większą szansą na ich utrwalenie i praktyczne zastosowanie na stanowisku pracy – podkreśla dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Warto pracować w przemyśle

Wskaźnik PMI w lutym 2015 r. osiągnął poziom 55,1, czyli był porównywalny do poziomu ze stycznia br. – poinformował bank HSBC.

 Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Rosną nowe zamówienia w przemyśle, w tym zamówienia eksportowe. Tak bardzo, że rosną także zaległości produkcyjne, a maleją zapasy wyrobów gotowych. Ma to naprawdę silne przełożenie na wzrost zatrudnienia, które rośnie trzeci miesiąc z rzędu. A przedsiębiorcy nie są przecież skorzy do zwiększania zatrudnienia jeśli nie widzą stabilnych, dobrych perspektyw. PMI wskazuje, że widzą. Warto zatem pracować w przemyśle! Szczególnie jeśli ma się doświadczenie, kwalifikacje i kompetencje przez przemysł poszukiwane. Bo to rosnące zapotrzebowanie na pracę zgłaszane przez przemysł będzie się zapewne wiązało z nieco szybszym niż przeciętnie w gospodarce wzrostem wynagrodzeń.

Rosnące zamówienia, rosnące zaległości produkcyjne i malejące zapasy nie mają jednak przełożenia na ceny producentów, bowiem te ciągle spadają. Przedsiębiorstwa przemysłowe mówią, że to efekt silnej konkurencji, a także ciągle niskich cen surowców. Mamy zatem dość nietypową sytuację – z jednej strony presję popytową, a z drugiej malejące ceny. A to oznacza, że firmy będą więcej produkować, ale ich przychody ze sprzedaży wcale nie muszą rosnąć, a przynajmniej nie w tempie wynikającym ze wzrostu zamówień. Przemysł dalej zatem musi kontrolować koszty, aby utrzymać rentowność sprzedaży. I chyba jednak musi dalej inwestować, bo jak widać inwestycje rozpoczęte i zrealizowane w ubiegłym roku są niewystarczające. Firmy przemysłowe potrzebują dalej zwiększać swoje moce wytwórcze, nie tylko je modernizować.

Możemy się zatem spodziewać nieco szybszej dynamiki inwestycji, a także wzrostu zapasów, które przemysł musi odbudować. A to oznacza same dobre wiadomości dla gospodarki i tempa jej wzrostu.
Interesujące jak na te dane zareaguje RPP, której członkowie sygnalizowali przed posiedzeniem możliwość i zasadność obniżenia stopy referencyjnej NBP. Tym razem wysoki poziom PMI może nie zniechęcić Rady, a przynajmniej części jej członków, do dalszego rozluźnienia polityki pieniężnej.

Konfederacja Lewiatan

Casus Finanse: Rynek przeterminowanych wierzytelności rośnie wraz z rozwijającą się gospodarką. W 2015 roku na sprzedaż trafią długi warte ponad 15 mld zł

CEO Magazyn Polska

Zeszły rok był rekordowy na rynku wierzytelności, ale w obecnym paść powinien kolejny rekord. W ocenie zarządzającej wierzytelnościami firmy Casus Finanse, zajmującej się portfelami zarówno z obszaru B2B, jak i B2C, w tym roku na sprzedaż mogą trafić niespłacone należności, których wartość przekroczy 15 mld zł. To uboczny efekt coraz szybszego rozwoju polskiej gospodarki i rosnącej akcji kredytowej.

– Jak podaje raport Deloitte, w najbliższych czterech latach wzrost akcji sprzedażowej w obszarze leasingu powinien osiągnąć poziom 9 proc., co również przełoży się na wzrost outsourcingu procesów w branży zarządzania wierzytelnościami mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sławomir Szarek, prezes zarządu Casus Finanse.

Casus Finanse oczekuje, że wzrost sprzedaży usług leasingowych wpłynie na podaż tych wierzytelności na rynku windykacyjnym. Inne obszary, jak rosnąca akcja kredytowa w obszarze MŚP czy wzrost liczby wierzytelności hipotecznych, także przełożą się na rozwój branży zarządzania wierzytelnościami.

Analizujemy sytuację rynkową i wzrost akcji kredytowej. W obszarze MŚP, detalu i hipotek zauważalny jest wzrost sprzedaży, a to oczywiście przekłada się na liczbę wierzytelności, które są wystawiane do outsourcingu oraz oferowane przez naszych klientów do zakupu – zwraca uwagę Sławomir Szarek. –Ta sytuacja zdecydowanie pokazuje, że rynek rośnie, dynamika na ten rok powinna osiągnąć poziom dwucyfrowy. Trudno będzie uzyskać taką dynamikę jak w roku poprzednim, kiedy było to ponad 40 proc. Ale szacujemy, że podaż wierzytelności w tym roku powinna przekroczyć 15 mld zł.

Z raportu Deloitte wynika, że w Polsce udaje się odzyskać ok. 55 proc. windykowanych wierzytelności. Casus Finanse precyzuje, że wszystko zależy od portfela. Każdy powinien być analizowany indywidualnie. 

– Wszystko zależy od tego, które wierzytelności banki chcą przekazać firmom windykacyjnym podkreśla prezes Sławomir Szarek z Casus Finanse. – Jeżeli chodzi o podaż wierzytelności, oczywiście głównie banki decydują o tym, jakie portfele wierzytelności chcą oferować do sprzedaży. My uwzględniamy to w wycenie, a nasze analizy dokładnie weryfikują, jak dane statystyczne wpływają na potencjał odzyskiwalności tych wierzytelności.

PGNiG angażuje zewnętrzne kancelarie podczas negocjacji z Gazpromem. To standardowa praktyka przy kluczowych kontraktach

CEO Magazyn Polska

Zewnętrzne kancelarie prawne pomagają PGNiG w negocjacjach nowego kontraktu długoterminowego z Gazpromem. Związki zawodowe w liście do premier Ewy Kopacz krytykują zaangażowanie doradców spoza firmy. Eksperci podkreślają jednak, że prawdziwą niegospodarnością byłoby niekorzystanie z takiej pomocy. Zaangażowanie zewnętrznych kancelarii to standard przy tak skomplikowanych negocjacjach, a umowa z Gazpromem jest kluczowa nie tylko dla PGNiG, lecz także dla kraju.

‒ Zarzut braku profesjonalizmu można by postawić wtedy, kiedy zarząd PGNiG nie skorzystałby z zewnętrznego doradcy prawnego – podkreśla w rozmowie z agencja informacyjną Newseria Biznes Filip Elżanowski, radca prawny i ekspert ds. energetyki z Kancelarii Elżanowski Cherka & Wąsowski. ‒ To jest elementarz negocjacji, nie tylko w branży oil and gas. Trudno mi sobie wyobrazić jakiekolwiek duże, strategiczne negocjacje prowadzone przez koncern międzynarodowy, nawet o mniejszym znaczeniu, gdzie oprócz przedstawicieli zarządu, prawników i doradców wewnętrznych na sali nie siedzą prawnicy z zewnątrz.

Związki zawodowe PGNiG w liście do premier Ewy Kopacz skrytykowały sposób prowadzenia negocjacji z Gazpromem. Jednym z podnoszonych zarzutów jest właśnie zaangażowanie kancelarii zewnętrznych. Negocjacje mają określić warunki, na jakich PGNiG będzie odbierało gaz od Gazpromu po zakończeniu obecnego kontraktu w 2022 r.

Negocjacje są niezwykle skomplikowane i mają strategiczne znaczenie nie tylko dla PGNiG, lecz także dla bezpieczeństwa energetycznego Polski. Dlatego, jak podkreśla Elżanowski, zewnętrzni doradcy są niezwykle ważni, gdyż pozwalają na bardziej obiektywną ocenę sytuacji.

Równocześnie przewagą kancelarii spoza struktur PGNiG jest to, że w każdej chwili można je odsunąć od negocjacji.

 Po pierwsze, to jest zawsze podwójne spojrzenie, po drugie, tacy prawnicy mają trochę inne doświadczenia i kompetencje. Po trzecie, strategie negocjacyjne zakładają, że zawsze takiego prawnika można wycofać. A trudno jest wycofać członka zarządu biorącego udział w negocjacjach – zauważa Elżanowski.

Dodaje, że zarzuty związkowców świadczą o całkowitym niezrozumieniu tego, w jaki sposób funkcjonuje spółka. Zyski związane z udziałem zewnętrznego doradcy są znacznie wyższe niż koszty wynikające z zatrudnienia kancelarii.

Gdyby zarząd nie skorzystał ze wszystkich możliwych środków, żeby zapewnić sobie jak najlepszą sytuację negocjacyjną, to moglibyśmy się zastanowić, czy nie oznacza to niedopełnienia obowiązków, które ciążą na zarządzie. Gdybym patrzył na to z punktu widzenia akcjonariuszy i pracowników, to pisałbym list do pani premier wtedy, kiedy zarząd nie skorzystałby z takich doradców, a nie wtedy, kiedy skorzystał – twierdzi Elżanowski.

Podkreśla, że skorzystanie z zewnętrznych doradców nie ma związku z kompetencjami samego zarządu. Nawet najlepsi członkowie zarządu spółki mogą skorzystać dzięki dodatkowym radom ekspertów spoza spółki. Opinie wyspecjalizowanych w dziedzinie energetyków prawników mogą się różnić, co powoduje, że zarząd zawsze korzysta na wysłuchaniu dodatkowego zdania.

Elżanowski sugeruje, że dla związkowców list do premier Kopacz może być dobrym pretekstem do nagłośnienia także innych podnoszonych przez nich postulatów.

Związkowcy szukają pola do dyskusji, chcą, żeby ktoś ich wysłuchał, żeby zaczęła się rozmowa o tym, co się dzieje w spółce, żeby mogli wyrazić swój pogląd – ocenia Elżanowski. ‒ Wszyscy dzisiaj chcą rozmawiać z panią premier w sprawach związkowych, chcą wyciągnąć pewien temat na stół. Może liczą na to, że przy okazji tego uda się poruszyć kilka innych spraw, które są dla ich ważniejsze.

Rząd zajmie się programem Mieszkanie dla Młodych. Udział w nim ma być łatwiejszy

Rząd chce ułatwić zakup nieruchomości w ramach programu Mieszkanie dla Młodych. Trwają prace nad zmianami w prawie, które zwiększą dopłaty dla poszczególnych grup beneficjentów. Najbardziej skorzystają na tym rodziny wielodzietne. Zmiany mają także poszerzyć pulę mieszkań dostępnych w ramach programu – dopuszczą kupno mieszkania w ramach spółdzielczego finansowania.

W zeszłym roku program nie cieszył się wielkim zainteresowaniem. Bank Gospodarstwa Krajowego przyjął blisko 16 tys. wniosków, przyznając dopłaty o wartości ponad 366 mln zł. Budżet na ubiegły rok wynosił 600 mln zł, w tym roku będzie to 715 mln zł, z czego do końca stycznia wykorzystano 21 proc., licząc na podstawie złożonych wniosków.

Wygląda na to, że zmiany idą w słusznym kierunku, bo bazują na analizach, którym poddano dotychczasowe funkcjonowanie programu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Bernatowicz, ekspert Business Centre Club. – Wyciągnęliśmy wnioski z dotychczasowych doświadczeń. Spodziewamy, że te zmiany spowodują, że więcej osób będzie mogło skorzystać z programu, a to jest jego głównym założeniem.

Jedna z kluczowych zmian polega na zwiększeniu dopłat. Dotychczasowy okres realizacji programu MdM wskazuje, ze beneficjentami rozwiązań są głównie osoby bezdzietne i wychowujące jedno dziecko. Dziś osoby samotne i bezdzietne mogą liczyć na 10 proc. dopłaty do kupowanych mieszkań, osoby wychowujące co najmniej jedno dziecko na 15 proc. wartości odtworzeniowej mieszkania. Nowelizacja, którą przygotował resort infrastruktury, przewiduje, że osoby wychowujące jedno dziecko będą mogli liczyć na 15-proc. dopłatę, rodzice z dwójką dzieci – na 20 proc. dopłaty, a z większą liczbą dzieci – nawet na 30 proc., przy dodatkowym zwiększeniu podstawy wymiaru wsparcia o 15 mkw. powierzchni użytkowej mieszkania.

Młodzi będą też mogli korzystać z większego wyboru lokali, a przepisy mają być dla nich korzystniejsze.

Chodzi o dopuszczenie spółdzielni do programu, czyli poszerzenie katalogu podmiotów, które będą mogły zaoferować młodym ludziom mieszkania. Do tej pory spółdzielnie były z tego wyłączone – wylicza Łukasz Bernatowicz. – Poza tym pojawi się również możliwość udostępnienia środków przez osoby trzecie osobom ubiegającym się o wsparcie i bardzo ważna z technicznego punktu widzenia zmiana, czyli nie będzie wymagane przedłożenia umowy przenoszącej własność mieszkania.

Ten ostatni przepis był wyjątkowo nieprzemyślany i w praktyce wielu zainteresowanym uniemożliwiał skorzystanie z programu Mieszkanie dla Młodych.

Była to pewna kwadratura koła, która polegała na tym, że aby uzyskać wsparcie trzeba było się wylegitymować umową, co z kolei powodowało, że nie można było uzyskać tej umowy, ponieważ nie miało się środków – wyjaśnia ekspert Business Centre Club.

Skutek zmian w przepisach powinien być taki, że już od połowy 2015 roku, gdy zmienione przepisy mają zacząć obowiązywać, będzie można dzięki programowi, sfinansować większą niż dotąd część mieszkania, łatwiej będzie się do programu zakwalifikować i większy będzie wybór mieszkań objętych dopłatami.

Z danych BGK wynika, że w ubiegłym roku najliczniejszą grupą beneficjentów były osoby samotne, z tego zdecydowana większość to osoby bezdzietne. Również wśród małżeństw większość stanowiły pary bezdzietne. Tylko 8 proc. z nich miało dwoje dzieci lub więcej.

Średnia powierzchnia mieszkań nabywanych w programie wynosi 53,17 mkw. Uczestnicy programu Mieszkanie dla Młodych mają również możliwość zakupu domu jednorodzinnego – obecnie jego średnia wielkość to 84,17 mkw.

SII: Spółki, które lekceważą swoje obowiązki, są ryzykowną inwestycją. 35 firm z GPW na liście ostrzeżeń

35 spółek notowanych na warszawskiej giełdzie znajduje się na liście ostrzeżeń Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. Najczęstszym grzechem figurujących na niej firm jest brak sprawozdania finansowego, z którego inwestorzy mogą się dowiedzieć o aktualnej kondycji przedsiębiorstwa.

Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych podkreśla, że stworzona w połowie lutego lista jest weryfikowana każdego dnia. To oznacza, że natychmiast, gdy spółka obowiązku, zostaje wykreślona z zestawu. Obecnie na liście ostrzeżeń można znaleźć 16 spółek z głównego parkietu giełdy oraz 19 z NewConnect.

Największym problemem, w szczególności w przypadku spółek z NewConnect, jest problem ze sprawozdawczością finansową, przede wszystkim chodzi o opóźnienia bądź brak publikacji raportów okresowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Cieślak, wiceprezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych, pomysłodawca listy. – Dosyć dużym problemem jest też kwestia upadłości, upadłości układowej czy upadłości likwidacyjnej czy umorzenia takiego postępowania z powodu braku środków.

Lista ostrzeżeń przygotowana przez Stowarzyszenie jest obiektywna. Spółki nie trafiają na nią z powodu niekorzystnej oceny ich sytuacji dokonanej przez ekspertów. Wpisywane są na nią tylko te spółki, które przez zaniechanie obowiązków informacyjnych narażają bezpieczeństwo inwestycji.

Kiedy spółka nie publikuje określonych raportów rocznych lub śródrocznych, grozi jej ryzyko nie tylko zawieszenia, lecz także wykluczenia z obrotu – ocenia Piotr Cieślak. – Staramy się więc na bieżąco, tuż po raportach, jeszcze szybciej niż giełda, przekazywać takie informacje inwestorom.

Wśród grzechów, jakie spółkom zdarza się popełniać wobec własnych inwestorów, jest nieliczenie się z prawami drobnych udziałowców, np. przez pozbawianie ich prawa głosu.

Kiedy spółka nie zwołuje zwyczajnego walnego zgromadzenia, to z reguły może oznaczać, że albo nie szanuje akcjonariuszy mniejszościowych, albo są jakieś problemy, które to uniemożliwiają – zwraca uwagę wiceprezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. – Innymi kryteriami, które bierzemy pod uwagę, są np. umorzenia postępowania upadłościowego z powodu braku środków na przeprowadzenie procesu upadłości czy chociażby obowiązek przygotowania przez spółkę analizy, której oczekuje giełda w przypadku wątpliwości związanych ze spółką lub w sytuacji, kiedy środki spółki nie wystarczają komornikowi na zaspokojenie kosztów egzekucji.

Cieślak podkreśla, że SII zdecydowało się tworzyć i publikować listę ostrzeżeń, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom drobnych udziałowców giełdowych spółek.

Inwestorzy nierzadko zgłaszali, że brakuje kompleksowego narzędzia, które pozwoliłoby im w jednym miejscu znaleźć informacje na temat spółek, które z powodu obiektywnych przesłanek obarczone są jakimś dodatkowym systemowym ryzykiem. Postanowiliśmy wyjść naprzeciw inwestorom i pomóc im w zakresie analizy spółek tworząc narzędzie, które pomoże im w codziennym inwestowaniu na rynku – wyjaśnia Piotr Cieślak.

Cena przestaje decydować o wyborze OC. Kierowców przyciągają rozbudowane oferty, m.in. ze szkołą jazdy i darmowym assistance w Europie

CEO Magazyn Polska

Najniższa cena przestaje być najważniejszym czynnikiem wyboru ubezpieczenia OC. Polscy kierowcy coraz częściej szukają oferty łączącej korzystną cenę z rozbudowanym katalogiem usług. Ubezpieczyciele oferują m.in. kursy bezpiecznej jazdy, usługi assistance i uproszczoną obsługę procesu likwidacji szkód.

Do tej pory dominującym trendem była nieustająca walkę o najniższe ceny. Wojna cenowa trwająca na polskim rynku przez kilka ostatnich lat jest już jednak za nami. W tej chwili najważniejsza jest obsługa oraz to, co mieści się w zakresie ubezpieczenia – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Elżbieta Wójcik, wiceprezes Avivy.

Jak podkreśla Wójcik, szczególnie ważna jest poprawa jakości całego procesu likwidacji szkody. Na rynku pojawiła się już bezpośrednia likwidacja szkód. Już wkrótce zgodnie z deklaracjami członków Polskiej Izby Ubezpieczeń bezpośrednia likwidacja ma stać się standardem na rynku. Usługa ta umożliwia ubezpieczonemu kontakt tylko ze swoim ubezpieczycielem i uzyskanie od niego odszkodowania, bez kontaktu z ubezpieczycielem sprawcy szkody.

Ubezpieczyciele zaczynają konkurować również innymi usługami. Coraz częściej uważnie wsłuchują się w głos ubezpieczonych i odpowiadają na ich potrzeby.

Wydajemy na ubezpieczenie własne pieniądze, więc cena jest niezwykle istotna, ale już nie najważniejsza. Nigdy kupując samochód czy ubezpieczenie nie wybrałbym oferty najtańszej, z dołu tabeli. Oczywiste jest to, że jeżeli zapłacimy trochę więcej, to prawdopodobnie usługa będzie po prostu dużo lepsza – podkreśla Adam Kornacki, ekspert ds. motoryzacji.

Klienci coraz większą uwagę zwracają na jakość obsługi po kolizji lub wypadku. Irytuje ich konieczność długiego oczekiwania na połączenie z infolinią oraz to, że przy kolejnej rozmowie muszą od nowa wyjaśniać całą sytuację nowemu rozmówcy. To potęguje stres związany z samym wypadkiem. Dlatego Aviva wprowadziła usługę bezpośredniego kontaktu z konkretnym likwidatorem, którego przypisano do danej sprawy.

Stres związany z wypadkiem ma też zmniejszyć usługa darmowego assistance na terenie całej Europy (poza Rosją). Obejmuje ona m.in. holowanie do warsztatu oraz zapewnienie darmowego samochodu zastępczego.

Klient może się czuć bezpiecznie. Jak mu się zepsuje samochód, to nikt go na ulicy nie zostawi. Samochód szybko znajdzie się w warsztacie, a klient dostanie samochód zastępczy i zaopiekujemy się jego rodziną. Zadbamy też o to, żeby po takim zdarzeniu mógł odbyć szkolenie się w Szkole Bezpiecznej Jazdy – dodaje Wójcik.

Kornacki zaznacza, że odbycie szkolenia z bezpiecznej jazdy pod okiem profesjonalistów bezpośrednio po zdarzeniu drogowym pozwoli kierowcom pozbyć się lęku przed prowadzeniem pojazdów. Dzięki temu wzrośnie poziom bezpieczeństwa na polskich drogach, które wciąż należą do najbardziej niebezpiecznych w Europie.

Kursy będą odbywać się w szkołach jazdy na terenie całego kraju. Dla posiadaczy OC w Avivie takie szkolenie, normalnie kosztujące nawet kilkaset złotych, będzie darmowe. W ramach kursu kierowcy będą uczyli się tego, jak wprowadzać pojazd w poślizg kontrolowany, jak wyprowadzić samochód z poślizgu, a także jak zachować się w przypadku utraty kontroli nad autem. Dowiedzą się także o podstawach bezpieczeństwa związanych m.in. z prawidłową pozycją za kierownicą.

Kierowcy uczą się takich zachowań na drodze, jakich mam nadzieję, że w normalnym ruchu drogowym nigdy nie doświadczą – podkreśla Kornacki. ‒ Wszyscy kierowcy myślą, że są mistrzami kierownicy, to jednak nic bardziej złudnego. Jeden dzień na torze wyścigowym, gdzie możemy sprawdzić swoje umiejętności, robi naprawdę bardzo dużo, dlatego warto inwestować w takie rzeczy. W Polsce, niestety, współczynnik wypadków i tragicznych sytuacji na drodze wciąż jest jednym z najwyższych w Europie.

Empik Media & Fashion wprowadza znaczące zmiany. Sprzeda szkoły językowe i wycofa się z sektora modowego

Grupa Empik Media & Fashion chce w tym roku otworzyć kilkanaście sklepów Empik i Smyk, ale tylko w Polsce. Zamknięte zostaną za to sklepy modowe spółki. EMF wycofuje się z rynku mody, bo jako franczyzobiorca sklepów nie był w stanie wypracować odpowiednich marż. Koncern sprzeda także swoje szkoły językowe.

W 2015 roku spółka przewiduje otwarcia w Polsce, nie chcemy jednak otwierać sklepów za granicą. Uruchomimy kilkanaście sklepów w Grupie Empik i Smyk – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Krzysztof Rabiański, prezes Grupy Empik Media & Fashion (EMF). ‒ Zdecydowanie odchodzimy od mody. To jest coś, co zakończymy w I półroczu 2015 r.

Grupa EMF potrzebuje szybkiej transformacji i restrukturyzacji, bo notuje słabe wyniki finansowe. Po trzech kwartałach 2014 r. spółka straciła łącznie ponad 114 mln zł netto. To wynik niemal o 100 mln zł gorszy niż w tym samym okresie 2013 r. Szacunkowa skorygowana EBITDA za cały rok wyniosła 230 mln zł (o 6 proc. mniej niż w 2013 r.), ale wskaźnik ten nie uwzględnia mocno obciążających rezultaty EMF kosztów finansowych. W ostatnim kwartale ubiegłego roku spółka przeprowadziła udaną renegocjację zadłużenia, co zapewni stabilne finansowanie na okres trzech lat.

W ramach transformacji EMF zakłada całkowite wycofanie się z segmentu modowego. Poprzez spółkę zależną EMF jest wyłącznym franczyzobiorcą m.in. marek Esprit, River Island, Aldo oraz Gap w Polsce. Rabiański zapowiada, że wycofanie z tego segmentu nastąpi w przeciągu najbliższych miesięcy. Sklepy zostaną zamknięte, sprzedane lub zwrócone franczyzodawcom.

To jest dezinwestycja w modę i to są małe przychody, które właściwie nie mają znaczenia dla wyników spółki. To jest raczej decyzja kierunkowa o wyjściu albo przez zamknięcie, albo przez sprzedaż, albo przez zwrot do franczyzodawcy. Na przykład jeżeli chodzi o Gap, to są tylko trzy sklepy, w związku z tym nie są to przychody ze sprzedaży, które spowodują jakieś zniekształcenie in plus czy in minus naszych planów rocznych – przekonuje Rabiański.

Wyjaśnia, że w modelu franczyzowym EMF nie był w stanie wygenerować zadowalających spółkę marż na segmencie modowym.

To była osobna dywizja, która nie sprawdziła się ze względu na to, że byliśmy tam franczyzobiorcą. I w tego typu modelu biznesowym dystrybucja marży jest taka, że bardzo trudno jest wygenerować satysfakcjonujące marże i zysk – tłumaczy Rabiański.

W 2014 roku zamknięto 75 sklepów z kategorii moda (część w Polsce i wszystkie sklepy w Rosji i na Ukrainie). Na koniec roku 2014 r. EMF posiadał jeszcze 44 sklepy w tej kategorii. Transfer sklepów marki Esprit planowany jest do końca I kwartału, negocjacje dotyczące sklepów Aldo mówią o wycofaniu się z końcem I lub II kwartału, a w ramach sklepów Gap zebrano na razie oferty.

Spółka planuje za to stopniowy rozwój w najważniejszych sektorach, czyli w ramach marki Empik, oraz największej w grupie marki Smyk. Nowe sklepy tych sieci będą powstawać jednak jedynie w Polsce, a nie na rynkach zagranicznych. To niewielka zmiana strategii, bo w 2014 r. spośród 15 nowych sklepów Grupy Smyk dwa zostały otwarte w Niemczech pod marką Spiele Max.

Niemieckie sklepy dla spółki są ważnym segmentem, bo stopniowo wzrasta tam udział wysokomarżowych produktów pod markami własnymi. Cała Grupa Smyk zwiększyła w zeszłym roku marże o 4 pkt proc. do 44 proc., co w dużej mierze wynikało ze zmiany asortymentu. W ramach Grupy Empik otwartych zostało 25 sklepów, ale nie powstrzymało to spadku sprzedaży w ujęciu rok do roku o 5 proc.

Rabiański dodaje, że nowe punkty będą powstawać selektywnie, czyli jedynie tam, gdzie obecnie nie ma EMF.

W zależności od tego, gdzie pojawią się nowe galerie i gdzie jeszcze nas nie ma, ponieważ zarówno Smyk, jak i Empik osiągnęły już pewną masę krytyczną. To jest ponad 200 sklepów w Grupie Empik i ponad 100 sklepów w Grupie Smyk. Zatem na pewno będą to selektywne decyzje. Wszystko będzie zależeć od tego, gdzie pojawią się jakieś możliwości – tłumaczy Rabiański.

W ubiegłym roku dynamicznie rozwijał się segment e-commerce w Grupie. Sklep empik.com zanotował 25-proc. wzrost sprzedaży, a smyk.com ‒ 75 proc. (w IV kwartale te wzrosty były jeszcze większe ‒ odpowiednio o 38 proc i 88 proc. rok do roku)

Poza wycofaniem się z sektora modowego EMF planuje także sprzedaż szkół językowych. Obecnie EMF ma własne szkoły językowe w Polsce, Rosji, Turcji i na Ukrainie. W ciągu 2014 r. EBITDA segmentu szkół językowych w grupie EMF wyniosła 30 mln zł i była niższa o 9 proc. niż rok wcześniej. W skali roku sprzedaż spadła o 7 proc., czyli o 14 mln zł. Przyczyną spadków jest przede wszystkim osłabienie się kursu walutowego rubla i hrywny, co wpływa na przeliczenie wyników szkół w Rosji i na Ukrainie na polską walutę.

Ceny urządzeń mobilnych będą spadać. W ostatnich tygodniach rośnie sprzedaż phabletów

Krajowy rynek tabletów i smartfonów jest stabilny, a wzrosty generuje systematyczna wymiana urządzeń na nowsze i bardziej nowoczesne. Producenci urządzeń mobilnych oczekują, że ceny będą spadać, a oferta przesuwać się w stronę klientów dysponujących mniej zasobnym portfelem. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się urządzenia oparte na systemie operacyjnym Windows, z racji pojawienia się nowej wersji oprogramowania, oraz phablety.

W dalszym ciągu widać trend polegający na przenoszeniu poszczególnych rozwiązań ze standardowego komputera na urządzenia mobilne: laptopy oraz tablety – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Zalewski z firmy Asbis, country manager marki Prestigio w Polsce. – Znaczna część rynku przesuwa się także w kierunku phabletów, czyli urządzeń łączących cechy tabletu i telefonu. Trend jest delikatny, aczkolwiek w ostatnich tygodniach obserwujemy wzrost ich sprzedaży.

Coraz większym zainteresowaniem cieszą się rozwiązania oparte na systemie operacyjnym (OS) firmy Microsoft, a szczególnie jego najnowszej wersji, jeszcze niedostępnej w sprzedaży. Premiera Windows 10 planowana jest na jesień br.

Klienci już zaczynają pytać, czy na naszych produktach ten nowy system operacyjny będzie pracował – mówi Zalewski. – Prestigio oferuje takie urządzenia, zarówno w kategorii tabletów i smartfonów. Nadchodzący Windows 10 może wnieść powiew świeżości w obydwu kategoriach.

Dystrybutorzy sprzętu liczą na ten powiew świeżości, bo na rynku IT, szczególnie w sektorze tabletów, niewiele jest nowości.

Nie mamy wyraźnych nowych trendów, nie mamy nowych kierunków rozwoju, więc najprawdopodobniej cały rynek będzie się obracał w kategorii designu i wyposażenia urządzenia. Tak samo jest na rynku smartfonów – prognozuje Zalewski. – W tej chwili polscy klienci zdecydowanie zwracają uwagę na wyposażenie, jakość produktu, komponenty, z których został wykonany, a także na jego projekt, to, jak wygląda.

Jak podkreśla, na rynku widać wyraźne spadki cen, zarówno w przypadku tabletów i smartfonów.

Marki obserwują to, co się dzieje, i sięgają już po klienta, który jest mniej wymagający i dysponuje mniej zasobnym portfelem – podkreśla Andrzej Zalewski.

Według country managera marki Prestigio rynek tabletów już jest w Polsce ustabilizowany i spodziewana jest jego dalsza stabilizacja.

Oczekujemy jednak kolejnej fali wymiany urządzeń – twierdzi Zalewski. – Użytkownicy, którzy kupili w zeszłym roku tablet z ciekawości, pod koniec br. będą szukać urządzeń bardziej zaawansowanych technologicznie, lepiej wyposażonych. Taki trend obserwujemy na rynku smartfonów.

Pod koniec ubiegłego roku w Polsce było w użytku ok. 4 mln tabletów i ok. 27 mln smartfonów. Jak wynika z danych Ministerstwa Gospodarki, cały rynek ICT notuje co roku wzrost rzędu 8 proc., wytwarza niemal 8 proc. PKB i jest źródłem 3 proc. miejsc pracy w całej gospodarce. Resort szacuje, że działalnością związaną z ICT zajmuje się blisko 2,5 proc. krajowych firm, z czego ok. 50 tys. to małe i średnie przedsiębiorstwa.

Dalsze obniżki stóp procentowych mogą przyspieszyć wzrost sprzedaży kredytów konsumenckich. Chce na tym skorzystać Sygma Bank

Środowisko niskich stóp procentowych zachęca konsumentów do wydatków i nowych kredytów. Banki specjalizujące się w kredytach konsumenckich zyskują na tanim pieniądzu i rozwijają swoją ofertę. Obecny głównie w galeriach handlowych Sygma Bank szczególnie stawia na rozwój oferty kart kredytowych, które nie tylko osiągają wysokie marże, lecz także budują lojalność klientów.

‒ W tym roku chcemy budować swoją pozycję poprzez produkty finansowe, w których się specjalizujemy. Oferta obejmuje karty kredytowe, kredyty ratalne i kredyty gotówkowe ‒ mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Gaj, zarządzający programami lojalnościowymi i komunikacją w Sygma Bank Polska. ‒W najbliższych miesiącach chcemy rozwijać segment kredytów gotówkowych oraz powiększać nasz biznes kartowy.

Jak dodaje, Sygma Bank szczególnie nastawia się właśnie na rozwój segmentu kart kredytowych, co wynika ze współpracy z sieciami handlowymi w ramach m.in. oferty kredytów bezodsetkowych i kredytów z częściowym udziałem klienta.

‒ Klienci najbardziej cenią sobie kredyty bezodsetkowe w sklepach. Konstrukcja takiego kredytu jest bardzo prosta, ponieważ rzeczywiście nie ponoszą dodatkowych kosztów, spłacając jedynie dokładnie wartość towaru podzieloną przez liczbę rat ‒ tłumaczy Gaj.

Jak podkreśla, przeciętnym klientem jest osoba w wieku od 35 do 55 lat, o średnich zarobkach, z dużego miasta.

Sygma Bank ma pięć samodzielnych placówek: w Gliwicach, Katowicach, Kielcach, Toruniu i we Wrocławiu, oraz 29 punktów kredytowych. Sieć tych pierwszych nie będzie w obecnym roku rozwijana.

‒ Nie będziemy w tym roku otwierali nowych placówek. Nasza strategia związana jest z sieciami handlowymi ‒ tłumaczy Gaj. ‒ Współpraca między Sygma Bankiem a galeriami handlowymi jest harmonijna, bo obu stronom na tym zależy. Bank chętnie wchodzi do galerii handlowych, natomiast galerie chętnie udostępniają mu miejsce. Interes leży po obu stronach ‒ zaznacza.

W sytuacji niskich stóp procentowych spadają marże banków, co zmusza je do poszukiwania rentowności w innych obszarach biznesowych. Takim obszarem dla Sygma Banku są karty kredytowe, które budują większą lojalność klienta niż przy udzieleniu kredytów i pożyczek gotówkowych.

Dzięki odpowiedniej konstrukcji naszej oferty, czyli połączeniu zachęt i preferencyjnych opłat dla klientów, znajdujemy złoty środek, w którym bank jest w stanie osiągać odpowiednie marże. Natomiast w szerszym ujęciu rynkowym spodziewamy się dalszego spadku stóp procentowych i przygotowujemy się przynajmniej na jeszcze jeden trudny rok ‒ prognozuje Artur Gaj.

W ocenie eksperta niskie stopy procentowe wynikają z ujemnej inflacji, na którą składają się z kolei niskie ceny ropy naftowej, deflacja w UE, a także embargo ze strony Rosji na produkty unijne.

‒ Trudno jest przewidzieć, jak długo to jeszcze potrwa. Natomiast w miarę przyspieszania rozwoju gospodarczego w Polsce i w Europie inflacja na pewno będzie rosła i z czasem stopy procentowe również wzrosną ‒ mówi Gaj.

Środowisko taniego pieniądza pomaga Sygma Bankowi. Niskie stopy procentowe to niższy koszt kredytu dla klientów, co powoduje że chętniej sięgają oni po taki sposób finansowania swoich zakupów.

Co 20 minut na świecie ginie jeden gatunek ryb. Halibuty i łososie bałtyckie na liście ryb zagrożonych wyginięciem

CEO Magazyn Polska

W ciągu 40 lat niektóre gatunki ryb i owoców morza mogą wyginąć. Należą do nich m.in. halibut, węgorz, łosoś bałtycki i homar. Aby nie dopuścić do tego, Polacy powinni zmienić swoje nawyki żywieniowe i wykreślić zagrożone gatunki z jadłospisu. WWF Polska, aby pomóc konsumentom w dokonywaniu świadomych zakupów, wydała poradnik pokazujący, które ryby można, a których nie należy kupować.

Liczba ryb i owoców morza na całym świecie drastycznie maleje. Według FAO (Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa) aż 90 proc. światowych zasobów ryb jest przełowionych lub poławianych na najwyższym możliwym poziomie. Oznacza to, że niektóre gatunki ryb mogą wkrótce bezpowrotnie zniknąć.

– Polacy jedzą ryby nieświadomie, kupują dużo gatunków, które są zagrożone, nie zdając sobie sprawy z tego, że te są poławiane w sposób niezrównoważony, zagrażający środowisku i populacji danego gatunku. Przykładem jest łosoś bałtycki, który wydaje się być rybą dość pospolitą i powszechną, a tak naprawdę jest krytycznie zagrożony. Tak samo wygląda sytuacja morszczuka, dorady albo soli, które są rybami dość często jedzonymi w Polsce, jednakże stan ich populacji jest wysoce zagrożony – mówi Olga Sarna z WWF Polska, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

O świadomą konsumpcję ryb apeluje organizacja WWF Polska w projekcie „Kampania na rzecz ochrony bioróżnorodności mórz i oceanów”. W ramach projektu opracowany został poradnik pt. „Jaka ryba na obiad”, pokazujący, które ryby są zagrożone, a które nie. Dzieli się on na trzy kolory świateł dla danej ryby. Światło zielone jest dla ryb niezagrożonych wyginięciem i których połowy nie szkodzą środowisku  te ryby można jeść bez ograniczeń. Światło żółte oznacza ryby, których spożycie należy ograniczyć, bowiem ich polowy lub hodowla szkodzą środowisku i negatywnie wpływają na różnorodność mórz i oceanów. Światło czerwone przeznaczone jest dla ryb, których kupować nie należy, bowiem zagraża im wyginięcie.

– Namawiamy do świadomych wyborów. Nie mówimy: „Nie jedzmy ryb w ogóle”, tylko kupujmy te ryby, które nie są zagrożone i których metodyka połowów nie zagraża w żaden sposób środowisku. Tłumaczymy, których ryb na tę chwilę nie należy kupować, a które ryby możemy jeść. Namawiamy do jedzenia ryb oznaczonych zielonym światłem. Lista jest dość długa, w tej chwili znajduje się na niej śledź, szprot, karp, jest tam też dużo owoców morza, takich jak ośmiorniczki, langustynki czy ostrygi – mówi Olga Sarna.

Według WWF co 20 minut na świecie bezpowrotnie ginie jeden gatunek ryb. Powstrzymanie się od kupowania ryb z przełowionych stad, może sprawić, że rybacy przestaną łowić zagrożone gatunki. To z kolei pozwoli zahamować spadek różnorodności biologicznej w morzach i oceanach.

Ryby to bardzo istotny element diety każdego człowieka. Są najbogatszym źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych omega-3, zawierają duże ilości łatwo przyswajalnego białka oraz witamin, zwłaszcza A, D, E i B. Dzięki temu obniżają ciśnienie krwi, zmniejszają poziom cholesterolu, poprawiają kondycję skóry, wzmacniają kości i zęby, usuwają z organizmu wolne rodniki, a nawet zapobiegają obniżeniu nastroju.

E-handel w Chinach rośnie o ponad 20 proc. rocznie. Do 2019 roku będzie wart 1 bln dol.

Rynek e-commerce w Chinach rośnie w tempie ponad 20 proc. rocznie, a w niektórych kategoriach – jak żywność – nawet dwa razy szybciej. Zmiany społeczne powodują, że dynamicznie wzrasta sprzedaż farmaceutyków i produktów ochrony zdrowia, a także kategorii rozrywka i rekreacja.

Handel elektroniczny w Chinach, podobnie jak inne segmenty branży ICT, wymaga dużych wolumenów transakcji, co wynika z wielkości populacji. Dlatego możemy zaobserwować szybki wzrost e-commerce’u wszędzie tam, gdzie jest duża liczba ludności, a Chiny pod tym względem nie mają sobie równych na świecie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Naichuan Miao, prezes spółki LongMarch Partners.

Handel internetowy w Państwie Środka wzrósł w ubiegłym roku o 25 proc. Wartość transakcji sięgnęła 2 bln dol., z tego ok. 450 mld dol. to handel detaliczny. Z raportu Forrester Research wynika, że do 2019 roku ten segment e-commerce osiągnie wartość 1 bln dol.

Do dynamicznych wzrostów przyczynia się również dobra sytuacja gospodarcza i wzrost konsumpcji w kraju.

W ostatnich latach mieliśmy do czynienia z efektem tzw. żabiego skoku. Ponieważ sieć tradycyjnych sklepów nie była w pełni rozwinięta, pojawiło się dużo miejsca dla e-commerce, więcej niż na dojrzałych, europejskich rynkach – mówi Miao.

Z ubiegłorocznych prognoz KPMG wynika, że do 2020 roku rynek e-commerce w Chinach będzie większy niż rynki amerykański, brytyjski, japoński, niemiecki i francuski razem wzięte.

Szybko rosnącą kategoria sprzedaży jest żywność. Według spółki LongMarch Partners na artykuły spożywcze w sieci Chińczycy wydali łącznie dwa lata temu ponad 20 mld zł (w Polsce było to 1 proc. tej kwoty). Obecnie rynek kupowanej w internecie żywności jest tam prawie dwa razy większy i rośnie w tempie ok. 50 proc. rocznie.

Potencjał chińskiego rynku wykorzystują eksporterzy, również polscy producenci żywności. LongMarch Partners i Sonall Consulting chcą sprzedawać polskie produkty żywnościowe przez platformę e-commerce w ramach popularnych serwisów JD.com oraz Taobao.com. Oferta kierowana jest bezpośrednio do chińskich konsumentów, z pominięciem pośredników i dystrybutorów.

Obserwujemy duży wzrost sprzedaży dóbr konsumpcyjnych w Chinach, nie tylko w internecie, lecz także w tradycyjnych sklepach – zauważa Naichuan Miao. – Ze względu na wielkość populacji i strukturę demograficzną potencjał w segmencie ochrony zdrowia i przemyśle farmaceutycznym także jest duży. Z kolei w konsekwencji zmian zachodzących w społeczeństwie rozwijać się będzie także segment rozrywki, mediów i kultury.

Jak podkreśla, w każdej branży widać zmiany, dzięki którym mają one lepiej odpowiadać na nowe potrzeby konsumentów, przede wszystkim wywodzących się z rosnącej klasy średniej.

Dlaczego Polacy nie decydują się na rodzicielstwo?

Chęć posiadania jednego potomka deklaruje zaledwie 5% społeczeństwa, natomiast model rodziny z dwójką lub trójką dzieci aż 91% Polaków uważa za najlepszy. Dlaczego więc pary tak rzadko decydują się na ten drugi – wymarzony – wariant? Przeszkodą najczęściej jest sytuacja ekonomiczna.

„Polacy chcą mieć dzieci, ale ich nie mają” – stwierdza w rozmowie z serwisem infoWire.pl Marcin Bagiński z Warsaw Enterprise Institute. Jedynie 4% młodych ludzi opowiada się za rezygnacją z rodzicielstwa. Nie jest to zatem problem kulturowy. Co wobec tego stoi Polakom na przeszkodzie w posiadaniu dzieci?

Wiele kobiet nadal uważa, że po urlopie macierzyńskim trudno będzie im wrócić do pracy. Niektóre boją się także reakcji swojego życiowego partnera. Obawy te jednak najczęściej okazują się nieuzasadnione.

Prawie 90% osób bardzo źle ocenia politykę prorodzinną w kraju. Ankietowani chętnie powiększyliby swoje rodziny, ale zwyczajnie boją się, że ich na to nie stać. Widzą konieczność przeprowadzenia w Polsce poważnych zmian systemowych, gdyż potrzebują wsparcia ekonomicznego.

I nie chodzi tu o jednorazową pomoc finansową, jak „becikowe”, lecz trwałe i długoterminowe rozwiązania – jako takie Polacy wskazywali zwiększenie zarobków (61%), zagwarantowanie systematycznych dodatków do pensji w przypadku urodzenia każdego kolejnego dziecka (45%), ustabilizowanie sytuacji na rynku pracy (44%) oraz zapewnienie systemowych ułatwień, np. elastycznego czasu pracy, dla pracujących matek (34%). Dobrym pomysłem wydaje się również wprowadzenie bonu wychowawczego oraz rozbudowanie sieci żłobków i przedszkoli. Państwami przodującymi w korzystnych rozwiązaniach prorodzinnych są według badanych Anglia, Niemcy i Norwegia.

Jako przykład programu wspierającego polską rodzinę ekspert wskazuje „Mieszkanie dla Młodych”. Pozytywne jest to, że rząd planuje wprowadzić większe dofinansowania dla rodzin z dziećmi. Własne M-4 oraz dodatki pieniężne z pewnością są dobrą zmianą i sprzyjają rozwojowi polityki prorodzinnej, jednak wobec oczekiwań zgłaszanych przez ankietowanych wydają się zaledwie kroplą w morzu potrzeb.

E-poradnik Programu Onet Autorzy

W ramach Programu Onet Autorzy wydano e-booka dla wszystkich tych, którzy chcą poszerzyć swoją wiedzę z zakresu dziennikarstwa internetowego. Do pracy przy publikacji zostali zaproszeni eksperci i praktycy zajmujący się komunikacją w internecie, warsztatem dziennikarza internetowego oraz prawami autorskimi. Poradnik p.t. „Dziennikarstwo przyszłości. Jak publikować w internecie” zawiera teksty autorstwa Piotra Stasiaka, Grzegorza Krawczyka, Artura Roguskiego, Kazimierza Wolnego- Zmorzyńskiego oraz Wojciecha Dziomdziory. 

E-book, który można pobrać ze strony www.autorzy.onet.pl porusza najważniejsze kwestie związane z budowaniem przekazu w Internecie. Znajdziemy w nim porady, jak pisać, by zostać znalezionym, w jakich mediach społecznościowych zaistnieć, by nas dostrzeżono, jak pisać tytuł, o czym pisać, jak redagować tekst oraz skąd brać zdjęcia, ile cytować, jak chronić swoje teksty, zawiera on także przykłady najlepszych tekstów dziennikarstwa internetowego ostatniego roku.

Dostrzegamy trendy w publikowaniu treści w internecie, wiemy, jak ważną rolę zaczynają odgrywać konkretne osoby, reprezentujące różne środowiska i punkty widzenia, dlatego prowadzimy Program Onet Autorzy. Z tego też względu zdecydowaliśmy się wydanie poradnika dla przyszłych adeptów dziennikarstwa internetowego, w którym zawarte będą niezbędne informacje dotyczące tego jak pisać, by zostać zauważonym w internecie, porady z zakresu własności intelektualnej czy social media. Co istotne dzięki zaangażowaniu w projekt ekspertów z każdej z poruszanych dziedzin, e-book stanowi ciekawe oraz praktyczne kompendium wiedzy dla wszystkich, którzy swoją przyszłość chcą wiązać z tym konkretnym medium. – mówi Magdalena Jadach, Content Manager w projekcie Onet Autorzy.

Program Onet Autorzy gromadzi ciekawe oraz opiniotwórcze osobowości świata mediów i blogosfery, które jako współpracownicy biorą aktywny udział w tworzeniu i rozwoju Onetu wraz z grupą zatrudnionych na stałe dziennikarzy. Ponad 70. autorów codziennie publikuje materiały tekstowe, materiały video oraz zdjęcia tworząc unikatowe i wartościowe treści na dowolny, wybrany przez siebie temat. Redakcja nie narzuca im tematów oraz zapewnia całkowitą samodzielność i możliwość publikacji bezpośrednio w określonym serwisie Onetu. Z Programem współpracują m.in. Kamila Biedrzycka- Osica, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, Ryszard Kalisz, Agnieszka Maciąg, Paulina Młynarska, Tamara Gonzalez Perea „Macademian Girl”, ks. Kazimierz Sowa i Ewa Wachowicz.

E-book dostępny jest na http://ocdn.eu/static/template-engine/ODk7MDA_/81dd57b33780bf697fce83f838d78f4d/files/onet_ebook.pdf

Wybrane fragmenty e-booka:

Jak pisać, by zostać znalezionym?

Według Piotra Stasiaka, trzeba pisać po prostu dobrze. „Na aktualne tematy, które interesują Twoją grupę odbiorców. Dotyczą ich świata, ich życia, rozwiązują ich problemy. Trzeba pisać tak, aby innym chciało się to czytać. Ciekawie, aby chcieli doczytać tekst do końca. Warto pisać tak, aby wywoływać emocje: porywać, a przynajmniej nie być zbywanym wzruszeniem ramion. Aby wzbudzać chęć skomentowania. Aby zapadać odbiorcom w pamięć. Aby chcieli wracać po więcej.

Zanim zaczniesz pisać zadaj sobie kilka prostych pytań. Czy temat jest ciekawy? Czy mam coś ciekawego do powiedzenia w temacie? Czy mam wystarczającą wiedzę w temacie? Czy mój odbiorca nie będzie miał wrażenia, że stracił cenny czas? Czy ja chciałbym /-łabym coś takiego przeczytać, skomentować, podać dalej? Czy moja mama / siostra / partner życiowy to przeczyta?

Jak widać czasy się zmieniły, ale w cyfrowych mediach większość zasad wyznawanych przez starych redaktorów, pozostało niezmiennych.”

Autor uważa również, że „Publikacja tekstu, który wypozycjonuje się w Google na pierwszym miejscu – szczególnie na popularną i często wyszukiwaną frazę – to oczywiście natychmiastowy dopalacz jeśli chodzi o liczbę użytkowników, którzy na niego trafią. Przez dwa lata pracując przy stronie newsweek.pl codziennie widziałem, ile daje takie pierwsze miejsce na hasło „Dymisja ministra”, „Afera taka czy owaka”. Gdy nagle cała masa ludzi w internecie zaczyna wyszukiwać jakieś hasło i trafia właśnie na TWÓJ tekst, statystyki strzelają w górę. To jest sukces.

Tyle tylko, że pisanie wyłącznie z myślą o SEO – mechaniczne stosowanie tych reguł – jest pułapką. Po pierwsze dlatego, że im więcej autorów treści i redakcji poznaje sekrety pisania pod SEO, tym większa w tej dziedzinie panuje konkurencja. Proste sztuczki przestają działać. Po drugie – Google nie jest głupi, a przynajmniej od jakiegoś czasu już nie. Od tego, jak trafne informacje podaje użytkownikom, zależy przecież jego biznes polegający na wyświetlaniu reklam. Dlatego sam równie szybko uczy się wszystkich sztuczek, które są stosowane, aby algorytm oszukać.”

Jak wyglądał ostatni rok w dziennikarstwie internetowym?

W Polsce najlepszych dziennikarzy internetowych można podzielić na kilka różnych kategorii. Niezależnie jednak od tego, jakiego klucza użyjemy przy tym podziale, finalnie wniosek jest ten sam. Dziennikarstwo internetowe jest coraz ważniejsze, a publikowane w ostatnich latach w sieci treści mają – głównie ze względu na czas publikacji – szerszy wygłos niż te pokazywane w mediach tradycyjnych. Przykładów jest wiele, a zestawienie najlepszych tekstów dziennikarstwa internetowego nie należy do najłatwiejszych. Podjęliśmy się jednak tego zadania.” – pisze w e-booku Grzegorz Krawczyk.

Uważa on także, że teksty dziennikarzy internetowych „zestawione obok siebie – oprócz jakości, formy i tematu – pokazują, że dziennikarstwo internetowe to dzisiaj już nie tylko publicystyka prezentująca poglądy autora, niewiele różnica się w przeszłości od blogosfery. Artykuły zaliczane obecnie do tej formy dziennikarstwa to materiały autorskie, które mogą w pełni konkurować z najlepszymi materiałami tytułów prasowych. Niejako z boku pozostaje kwestia oglądalności, która (pokazuje to choćby ostatni przykład) jest dużo wyższa niż w przypadku prasy tradycyjnej.

Wśród pozytywów publikacji w sieci trzeba też wspomnieć szybkość – o tym chyba najdobitniej przekonują się dziennikarze tradycyjni, którzy z publikacją informacji muszą czekać niekiedy kilkanaście godzin, podczas gdy w Internecie jest ona już dawno dostępna.”

Gdzie musisz zaistnieć, by zostać dostrzeżonym?

„Upraszczając, praca dziennikarza składa się z dwóch elementów: rzetelnego warsztatu oraz szybkości z jaką dostarcza informacje. O pierwszym elemencie można pisać opracowania na setki stron. Drugi natomiast jest ściśle związany z rozwojem nowych technologii komunikacji. Aktywność w mediach społecznościowych zaczyna odgrywać coraz ważniejszą rolę w obu tych elementach. Pierwszy wyróżniony przeze mnie element, czyli rzetelny warsztat, to składowa doświadczenia, cech charakteru, intuicji, inteligencji, umiejętności poszukiwania informacji, czy siatki kontaktów. Zazwyczaj wraz ze stażem pracy warsztat dziennikarza staje się bogatszy, co przekłada się na lepsze treści. Jeśli chodzi o szybkość dostarczana informacji, to należy pamiętać, że żyjemy w świecie rozwiniętych technologii komunikacyjnych. Pozwalają one zostać medium każdemu, kto jest na miejscu wydarzenia. Oczywiście to dziennikarz, wspierając się swoim warsztatem, lepiej przekaże informacje umieszczając je w odpowiednim kontekście, czy nadając im tło, dzięki któremu odbiorcy będą w stanie lepiej zrozumieć zaistniałą sytuację. Jak pogodzić te dwa elementy? Jak przenieść swój „warsztat” na miejsce wydarzeń odległe nawet o tysiące kilometrów i zaledwie w kilka minut stać się źródłem informacji z tego miejsca? Jak dotrzeć do jak największej grupy odbiorców? Co zrobić, żeby zostać uznanym źródłem informacji? Odpowiedzią na te pytania są przemyślane działania w mediach społecznościowych.” – pisze w e-booku Artur Roguski.

Uważa on również, że „Bez rzetelnego tworzenia treści, które są obiektywne, bogate w fakty, wolne od domysłów, nawet najlepsze wykorzystanie social mediów nie przyniesie zamierzonych rezultatów.”

Jak opowiadać, by było ciekawie?

„Dziennikarz piszący artykuły wiralowe musi wykazać się spostrzegawczością, musi mieć zmysł obserwacyjny, posiadać znajomość psychologii i dowcip, by wpływać na uczucia odbiorców. Najważniejsze są dwa pierwsze akapity artykułu wiralowego. To ich treść ma od razu chwycić czytelnika „za gardło”, a następne mają trzymać w napięciu do końca tekstu. Osiąga się to stosując krótkie zdania, używa języka żywego, barwnego, plastycznego, wywołującego w świadomości odbiorcy obrazy, które będzie on umiał sobie wyobrazić.

 Należy unikać przymiotników takich jak np. „fenomenalny”, „majestatyczny”, szokujący”, „wyśmienity”, „obrzydliwy”. To ma wynikać z treści i opisanych sytuacji, że coś jest „fenomenalne”, „wspaniałe”, „wyśmienite”, „odrażające”.  Autor artykułu wiralowego ma zatem pokazać (!) zdarzenia, sprawić iluzję rzeczywistości, by odbiorca miał wrażenie, że uczestniczy w przedstawianych  historiach. Najważniejsze tu jest owo pokazanie (!), a więc obrazowe ujęcie tematu, omówienie faktów, zastanawianie się nad nimi wspólnie z czytelnikiem.” – podkreśla prof. dr hab. Kazimierz Wolny-Zmorzyński.

Dodaje on także, że „Najważniejsze w artykule wiralowym jest zatem plastyczne zaprezentowanie problemu, które ma się wyłaniać z opowieści dziennikarza, będącego gospodarzem, oprowadzającym odbiorców po tematach, które sam wcześniej dobrze poznał, dysponuje faktami i tak je dawkuje, by wzmagać zaciekawienie odbiorcy.”

Wolne licencje, jak z nich korzystać?

Coraz bardziej rozpowszechnione w internecie jest publikowanie utworów na zasadzie tzw. wolnych lub częściowo wolnych licencji. Uprawniają one inne podmioty do określonego wykorzystywania opublikowanych utworów. Najbardziej rozpowszechnionym systemem wolnych licencji jest system Creative Commons określający w miarę prosty sposób, za pomocą oznaczeń graficznych, w jakim zakresie jesteśmy uprawnieni, jako użytkownicy praw, do korzystania z opublikowanych utworów. Posługiwanie się licencjami takimi jak Creative Commons jest korzystne również dla twórców, szczególnie tych, którzy nie działają na zasadach w pełni komercyjnych. Pozwala bowiem na bezpieczne rozpowszechnianie i popularyzację ich utworów. Licencje Creative Commons rozpowszechnione są szczególnie działalności organizacji pozarządowych.pisze w e-booku Wojciech Dziomdziora.

Biogramy autorów:

Piotr Stasiak (ur.1979). Z wykształcenia prawnik, z zawodu od zawsze w mediach. Od stycznia 2013 roku w Grupie Onet-RASP. Szef rozwoju newsweek.pl oraz jeden z twórców projektu płatnych treści w RASP. Wykładowca dziennikarstwa internetowego na Collegium Civitas.

Grzegorz Krawczyk – Wydawca Serwisów Informacyjnych w Onecie. Z wykształcenia politolog i dziennikarz z dyplomami Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się najnowszą historią Polski, transformacją ustrojową i polityką krajów postjugosłowiańskich, a także mediami.

Artur Roguski – Autor bloga whysosocial.pl. Specjalista content marketingu oraz marketingu w mediach społecznościowych. Product managera w serwisie Fakt.pl. Z wykształcenia magister psychologii o specjalizacji media i reklama.

Wojciech  Dziomdziora – radca prawny, specjalista w zakresie nowych technologii, prawa autorskiego, mediów i telekomunikacji a także ochrony konkurencji i konsumentów. Obecnie pracuje w kancelarii prawnej DZP. Pełni również funkcję arbitra w Komisji Prawa Autorskiego.

Prof. dr hab. Kazimierz Wolny-Zmorzyński – medioznawca i literaturoznawca, w latach 2003-2014 kierownik Katedry Genologii Dziennikarskiej i Komunikacji Wizualnej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie , od października 2014 roku kierownik Zakładu Genologii i Fotografii w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Członek Rady Programowej Antologii polskiego reportażu XX wieku pod redakcją Mariusza Szczygła (2014).

Spis treści e-booka p.t. „Dziennikarstwo przyszłości. Jak publikować w internecie” 

  1. Pisać, by zostać znalezionym
    Piotr Stasiak, Szef online Newsweek.pl

 

  1. Najlepsze teksty dziennikarstwa internetowego ostatniego roku
    Grzegorz Krawczyk, Wydawca Serwisów Informacyjnych, Onet.pl
  2. Social media – gdzie musisz zaistnieć, by zostać dostrzeżonym
    Artur Roguski, Product Manager, Fakt.pl

 

  1. Anatomia wiralowego artykułu (jak pisać tytuł, o czym pisać, jak redagować tekst)
    Kazimierz Wolny-Zmorzyński,  profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, dr hab. medioznawca i literaturoznawca
  2. Prawa autorskie – skąd brać zdjęcia, ile cytować, jak chronić swoje teksty
    Wojciech Dziomdziora, radca prawny, specjalista w zakresie prawa autorskiego, mediów, telekomunikacji i nowych technologii, zarówno na gruncie krajowym jak i międzynarodowym

Co nowego na maturze?

0

Obowiązkowy egzamin z jednego przedmiotu na poziomie rozszerzonym, nowa formuła części ustnej z języka polskiego oraz wyniki podane na skali centylowej – to główne zmiany na maturze, które w maju 2015 r. czekają licealistów, a w 2016 r. uczniów szkół technicznych.

Maturzyści muszą obowiązkowo przystąpić do trzech pisemnych egzaminów: z języka polskiego, języka obcego nowożytnego i matematyki – wszystkich na poziomie podstawowym. „Zmiana, która pojawia się na tegorocznej maturze, dotyczy obowiązku przystąpienia ucznia do co najmniej jednego egzaminu pisemnego z wybranego przedmiotu dodatkowego na poziomie rozszerzonym” – mówi serwisowi infoWire.pl dr Marcin Smolik, dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej (CKE). O ile dla pierwszych trzech wymienionych egzaminów próg zaliczenia wynosi 30%, o tyle dla grupy przedmiotów do wyboru nie jest on wyznaczony. To rozwiązanie wprowadzono, aby maturzysta nie zamykał sobie dostępu do kształcenia w przyszłości w szkołach wyższych.

Zmiany dotyczą również części ustnej egzaminu z języka polskiego. Rezygnuje się z prezentacji. Teraz maturzysta po wejściu na salę będzie losował zagadnienie i otrzymywał 15 min na przygotowanie się, 10 minut na wypowiedź i 5 min na rozmowę z członkami komisji. „Stawiamy na umiejętność wyrażania swoich opinii, a nie odtwarzania z pamięci” – wyjaśnia dyrektor CKE. Rozmówca nie ukrywa, że zmiana była podyktowana również tym, że część zdających nie przygotowywała prezentacji samodzielnie.

Od tego roku nowa będzie też forma przedstawienia wyników na świadectwie. Zostaną one wyrażone w punktach procentowych (jak dotychczas), ale także na skali centylowej, z której maturzysta dowie się, ile procent uczniów uzyskało taki sam lub gorszy wynik.

CKE zaznacza, że stopień trudności egzaminów maturalnych – przynajmniej na poziomie rozszerzonym – będzie rósł. Pozwala na to nowa podstawa programowa realizowana przez szkoły ponadgimnazjalne: każdy przyszły maturzysta jest nauczany przynajmniej dwóch przedmiotów w zakresie rozszerzonym.

Ruszył program tworzenia żłobków na uczelniach

Macierzyństwo nie musi oznaczać końca nauki! W ramach programu „Maluch na uczelni” w 2015 r. prawie 11 mln zł zostanie przeznaczonych na powstanie na uczelniach miejsc opieki dla dzieci tych rodziców, którzy studiują bądź są pracownikami naukowymi.

Obecnie w Polsce działa jedynie 15 miejsc, gdzie studenci mogą zostawiać swoje dzieci na czas wykładów, egzaminów czy nauki w bibliotece. To już niebawem się zmieni. „»Maluch na uczelni«, który jest programem Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego [MNiSW], zakłada możliwość tworzenia żłobków lub klubików dziecięcych przy szkołach wyższych oraz zatrudniania na uczelniach opiekunów dziennych” – mówi serwisowi infoWire.pl Łukasz Szelecki, rzecznik prasowy MNiSW.

Uczelnie mogą ubiegać się o 80-procentowe dofinansowanie na utworzenie nowych miejsc opieki (pomoc nie może być jednak większa niż 5 tys. zł na jedno miejsce) lub prowadzenie istniejących oraz na zatrudnianie opiekunów. Wnioski należy składać w odpowiednich urzędach wojewódzkich.

„Popularne ocieplenia będą mniej palne – na razie tylko w Niemczech…”

W Polsce mamy ponad 5 mln budynków wzniesionych w różnych technologiach i w różnym czasie. Rosnące ceny energii na przestrzeni ostatnich lat sprawiły, iż właściciel oraz zarządcy zaczęli bardziej dbać o izolację termiczną budynków mieszkalnych.

ETICS to znana w Polsce od lat metoda lekka mokra określana również, jako bezspoinowy system ociepleń lub po prostu system ociepleń. Jest to izolacja cieplna przyklejona lub zamocowana mechanicznie do ściany zewnętrznej budynku, odpowiednio wzmocniona i wykończona kilkumilimetrową warstwą tynku. W Polsce grubość izolacji określona w przepisach zmieniała się na przestrzeni lat. W latach 90-tych wynosiła ona maksymalnie do 10 centymetrów. Do 2020 roku będzie  wynosić od 20 do 30 centymetrów. Polska jest jednym z nielicznych krajów, w którym wraz z rozwojem rynku ociepleń i wzrostem grubości izolacji, w tym również palnych,  nie wprowadzono żadnych środków mających zapobiec obniżeniu się poziomu bezpieczeństwa pożarowego – mówi Maria Dreger, ze Stowarzyszenia na rzecz bezpieczeństwa pożarowego.  Przepisy dot. ETICS uwzględniające ich właściwości ogniowe, nie zmieniły się od 1997 roku. W dalszym ciągu wszystkie nowe budynki do wysokości 25 metrów, a zbudowane przed 1995 r budynki mieszkalne o wysokości nawet ponad 30 metrów (do 11 kondygnacji) można ocieplić na całej wysokości i bez żadnej troski o detale dowolnie grubą warstwą palnej izolacji.

Niemcy mądrzy przed szkodą, a my?

Pożary ociepleń zdarzały się i będą zdarzać. Wbrew dawno nieaktualnym, a często powtarzanym opiniom, miały miejsce również w Polsce, a pożar rozprzestrzeniający się po ścianie zewnętrznej, wspomagany aktywnie przez płonące ocieplenie, przenosił się na wyższe kondygnacje, stwarzając dodatkowe zagrożenie. W Niemczech wyciągnięto wnioski z takich zdarzeń i  wprowadzono odpowiednie przepisy bezpieczeństwa.

Niemiecki Instytut Techniki Budowlanej (DIBt) ogłosił właśnie decyzję w sprawie wprowadzenia kolejnych środków mających na celu poprawę bezpieczeństwa popularnych systemów ociepleń ETICS w których stosuje się styropian samogasnący. Już od kilku lat w Niemczech tylko małe budynki mieszkalne i biurowe, w których strop najwyższej kondygnacji znajduje się nie wyżej niż 7 m nad ziemią, mogą być ocieplane systemami ze styropianem samogasnącym o grubości większej niż 10 cm, bez zastosowania ekstra środków ograniczających rozprzestrzenianie ognia. Takie styropianowe ocieplenia są uznawane w Niemczech za „normalnie palne„ (B2 wg DIN). Na przeciwnym biegunie znajdują się budynki wysokie, w których już od lat 80-tych wymagana jest niepalność wszystkich materiałów budowlanych, z których wykonuje się ściany zewnętrzne, w tym również ocieplenia, niezależnie od grubości warstwy izolacyjnej. Stosowanie styropianu wszelkich odmian, również tzw. „samogasnącego” jest w takich budynkach wykluczone. W budynkach o wysokościach pośrednich, pomiędzy 7 a 22 m, systemy zawierające styropian samogasnący o grubości większej niż 10 cm mogą być stosowane, jeśli odpowiadają niemieckiej klasie ogniowej „trudnozapalne” (B1 wg DIN), a jednym z warunków jej uzyskania jest wykonanie w ociepleniu pewnych konstrukcyjnych zabezpieczeń, ograniczających rozprzestrzenianie ognia po ścianie. Stosowane były dotychczas dwa typy zabezpieczeń. Jedno w postaci niepalnej izolacji cieplnej z wełny mineralnej w newralgicznych strefach ścian, nad oknami lub wokół całych otworów okiennych, czyli tam, gdzie może pojawić się ogień. Za równoważne rozwiązanie uznaje się wykonanie niepalnych pasów wokół całego obwodu budynku, nie rzadziej niż co drugą kondygnację. Podobnie jak w przypadku niepalnej izolacji wokół okien, do wykonania takich pasów przeciwpożarowych stosuje się izolację cieplną z wełny mineralnej. Teraz, działając z upoważnienia landowych ministrów budownictwa, DIBt wprowadził kolejne wymagania. Niepalnymi pasami przeciwpożarowymi trzeba będzie zabezpieczać kolejne strefy szczególnie narażone na bezpośrednie działanie ognia. Pierwszym takim miejscem jest dolna krawędź ocieplenia, przy cokole. Kolejny pas należy wykonać na wysokości  stropu nad parterem, ale jeśli będzie się znajdował w odległości większej niż 3 m od cokołu, potrzebny będzie dodatkowy pośredni pas niepalnej izolacji.

Obowiązkowo trzeba będzie również wykańczać pasem niepalnej izolacji z wełny górne zakończenie ocieplenia, przy dachu. Rozmieszczenie pozostałych pasów przeciwpożarowych lub zamiennie, niepalnej izolacji cieplnej stref nadprożowych i ościeży okiennych pozostaje takie, jak dotychczas obowiązujące. Należy zachować również minimalną grubość warstwy wierzchniej, (tynk i warstwa zbrojona), osłaniającej palną izolację, równą co najmniej 4 mm i stosować w tym samym celu siatkę zbrojeniową o większej masie powierzchniowej (min 160 g/m2) w strefie parteru i 1. piętra

Wszystkie te środki mają ograniczyć możliwość rozprzestrzeniania się ognia po fasadach budynków ocieplonych styropianem.

Apple szykuje rewolucję na rynku. Za miesiąc zegarki, potem samochody

0

CEO Magazyn Polska

Amerykański gigant komputerowy Apple nie zamierza ograniczać działalności do swojej branży. Chce wstrząsnąć rynkiem towarów konsumpcyjnych. W kwietniu debiutuje na rynku zegarków na rękę. Jednocześnie z coraz większym rozmachem prowadzi prace nad własnym samochodem, który  zdaniem analityków  może zrewolucjonizować rynek motoryzacyjny.

Obecnie ponad 50 proc. przychodów Apple pochodzi ze sprzedaży iPhonów. Drugim produktem jest iPad, a dopiero na trzecim miejscu są komputery Mac. Ważnym pytaniem, jakie zadają sobie analitycy, jest, na ile zmieni się ten ranking po debiucie zegarków Apple Watch.

– Sprzedaż iWatcha rozpocznie się w kwietniu mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Aleksander Jawień, prezes IFM Global Asset Management. – Produkcja, która spowoduje, że iWatch będzie dostępny na całym świecie już w kwietniu, w I kw. osiągnie ponad 5 mln sztuk. Dzisiaj siłą napędową firmy nadal są iPhony, ale być może ta statystyka się zmieni. Co ciekawe, te prawie 75 mld dol. przychodów i 35 mld euro zysku powoduje, że to jest najbardziej rentowna firma technologiczna o największych przychodach wśród firm technologicznych.

Mimo że Apple jest gigantem komputerowym, sukces zawdzięcza niekonwencjonalnemu podejściu do biznesu. Dziś nie wystarczy produkować towary dobrej jakości. Trzeba tworzyć potrzeby konsumentów, po to, by je zaspokajać.

Świetne wyniki firmy Apple za IV kw. nie dziwią, dlatego że Apple jest dzisiaj największą firmą modową na świecie zwraca uwagę Aleksander Jawień. – Dlatego że wykreowana przez Apple moda na wspaniale wyglądające i wszystko mające telefony nadal trwa. Co minutę na całym świecie sprzedaje się ponad 500 iPhonów. Furorę robi oczywiście iPhone 6 w jednym i drugim rozmiarze. Dam przykład: w IV kw. sprzedaż w Chinach wzrosła o 70 proc.

W efekcie zwrot na kapitale Apple po zapłaceniu podatków sięga 35 proc. W ocenie prezesa IFM Global Asset Management spółka ta nie jest wcale wyceniana na rynku wysoko. Jej wskaźnik ceny do zysku, tak jak średnia wycena na rynku NASDAQ, wynosi około 19.

Jeżeli spojrzymy na wskaźnik ceny do zysku, oparty na przyszłych zyskach w tym roku, to on spada do niewiele ponad 14, więc dzisiaj Apple jest spółką, która jest zgodna z wyceną rynkową, a jednocześnie jest spółką bardzo rentowną i są szanse na to, że zyski z obecnie wprowadzonych do sprzedaży produktów, czyli iPhona 6 j oraz tych, które są w planach, czyli przede wszystkim iWatcha, jeszcze wzrosną.

Tymczasem zegarki to nie jest ostatnie słowo koncernu. Ostatnio na rynku pojawiły się informacje o samochodzie, nad którym pracuje Apple. Jeżeli weźmie się pod uwagę potencjał finansowy koncernu i doda do tego możliwości technologiczne oraz marketingowo-innowacyjne, to taki projekt może być dla tradycyjnych koncernów samochodowych wstrząsem.

– Ocenia się w przemyśle motoryzacyjnym, że wyprodukowanie jednego modelu samochodu to koszt około 1 mld dol. wylicza prezes Aleksander Jawień z IFM Global Asset Management.  On jest zależny od tego, czy danej platformy używa się w stosunku do modelu podstawowego, klasy średniej czy sport utility vehicles. Ta kwota może być trochę wyższa, trochę niższa. Apple dzisiaj ma w gotówce ponad 180 mld dol., więc nawet jeżeli na projekt samochodu spółka miałaby wydać parę mld dol., to nie będzie to dla niej żadne istotne obciążenie.

Koncern energetyczny Fortum buduje elektrociepłownie dla Zabrza, Bytomia i Wrocławia. Spółka nie planuje wejścia na rynek dystrybucji energii

0

CEO Magazyn Polska

Fiński koncern Fortum Power and Heat Polska skupia się na rozwoju elektrociepłowni w rekomendowanej przez UE technologii kogeneracyjnej, łączącej produkcję energii i ciepła. Dla firmy priorytetem są projekty na Dolnym i Górnym Śląsku. Fortum nie zamierza wchodzić na rynek dystrybucji energii, ale nie wyklucza akwizycji na polskim rynku. Spadek sprzedaży ciepła wywołany cieplejszymi zimami koncern rekompensuje poprzez nowe przyłącza, w ciągu roku w skali 50-60 MW dla nowych odbiorców.

– Fortum jest obecne w Polsce od 2003 roku. W tym czasie zrealizowaliśmy nasz najważniejszy projekt – budowę elektrociepłowni w Częstochowie. Aktualnie pracujemy nad kolejnymi projektami budowy elektrociepłowni na Śląsku, w Zabrzu i Bytomiu, oraz rozwijamy projekt budowy elektrociepłowni gazowej we Wrocławiu – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Górnik, dyrektor ds. produkcji i dystrybucji Fortum Power and Heat Polska. – dzimy, że rozwój tego miasta wymaga dodatkowego źródła ciepła, która zabezpieczy te potrzeby w długiej perspektywie.

Firma Fortum już funkcjonuje we Wrocławiu jako dystrybutor ciepła, a w ramach nowej inwestycji zbuduje elektrociepłownię dla dzielnic Kępa Mieszczańska i WuWa 2. Inwestycja we Wrocławiu będzie składać się z bloku gazowo-parowego o mocy elektrycznej 400 MW oraz cieplnej 290 MW.

– Fortum w Polsce koncentruje się na budowie elektrociepłowni pozwalających na jednoczesne skojarzone wytwarzanie energii elektrycznej i ciepła. To są podstawowe obszary, w których firma rozwija się w Polsce i w których nadal chce się rozwijać. Oczywiście, patrzymy również na inne możliwości rozwoju energetycznego w Polsce – podkreśla Górnik.

Jak dodaje, Fortum oprócz swoich sztandarowych inwestycji rozwoju sieci we Wrocławiu jednocześnie co roku w Polsce przyłącza 50-60 megawatów (od czego należy odliczyć ograniczenia mocy zamówionej) nowych odbiorów, czyli rozwija sieć ciepłowniczą pod potrzeby skojarzonego wytwarzania energii elektrycznej i ciepła. Największe możliwości rozwojowe Fortum posiada we Wrocławiu, gdzie firma notuje najbardziej efektywny bilans.

Sprzedaż ciepła jest determinowana przez temperaturę zewnętrzną. Ostatnie lata nie są sprzyjające. Staramy się zastępować efekt termomodernizacji i poprawy efektywności wykorzystania ciepła nowymi przyłączeniami –  tłumaczy dyrektor ds. produkcji i dystrybucji Fortum. –  Stąd kładziemy duży nacisk na wzrost organiczny, na przyłączanie nowych odbiorców i likwidację wspólnie z jednostkami miejskimi niskiej emisji w miastach, w których funkcjonujemy.

Spółka nie wyklucza akwizycji, ale w pierwszej kolejności skupia się na rozwoju obecnych projektów, z których podstawowym jest budowa elektrociepłowni dla połączonych systemów Zabrza i Bytomia.

– Nie planujemy wejścia w rynek dystrybucji elektrycznej w Polsce. Fortum w Polsce funkcjonuje w obszarze produkcji i dystrybucji ciepła. Energię elektryczną wytwarzaną w ciepłowniach sprzedajemy na rynku hurtowym – mówi podczas konferencji „Zmieniamy polski przemysł” Piotr Górnik.

Jego zdaniem do dalszej poprawy efektywności energetyki w Polsce niezbędny jest rozwój systemów kogeneracji, czyli jednoczesnej produkcji energii i ciepła. To ważne dla spełnienia wytycznych UE, m.in. pakietu 3×20 (pakiet przede wszystkim zakłada wzrost znaczenia OZE, poprawa efektywności energetycznej, spadek oddziaływania energetyki na środowisko)

– Podstawowe projekty Fortum z Zabrza i Wrocławia pozwolą wykorzystać potencjał kogeneracji. Chodzi zarówno o tę istniejącą dzisiaj, bo w Zabrzu, Bytomiu zastąpimy stare źródła, jak i we Wrocławiu, gdzie wybudujemy nowe, dodatkowe źródło oprócz funkcjonujących już w tym mieście –  mówi Górnik.

Dyrektor ds. produkcji i dystrybucji Fortum podsumowuje, że by prowadzić długofalową politykę energetyczną, potrzebne jest wsparcie nie tylko w perspektywie 2-3 lat, lecz także w perspektywie co najmniej 15 lat. Dlatego Fortum z zadowoleniem przyjął informację, że rząd postanowił skoordynować swoje działania w zakresie wprowadzania ustawy o OZE, poprawy energetycznej i ustawy o prawie energetycznym.

NIK o budowie terminalu LNG

Polska wciąż nie może uruchomić gazoportu w Świnoujściu, odbierać dostaw skroplonego gazu i przesyłać go po regazyfikacji do odbiorców, bo spółki GAZ-SYSTEM oraz PLNG, odpowiedzialne za kluczowe działania związane z tą inwestycją, nieprawidłowo realizowały część swoich zadań. Również nadzór nad procesem budowy terminalu LNG ze strony właściwych ministerstw okazał się niewystarczający. W efekcie gazoport w Świnoujściu nie został oddany do użytkowania ani na koniec czerwca 2014 r. (czyli w terminie przyjętym w umowie z głównym wykonawcą), ani też do końca 2014 r. (czyli w terminie wynikającym z aneksu do umowy). Brak skuteczności w terminowej realizacji inwestycji NIK ocenia negatywnie.

Terminal regazyfikacyjny skroplonego gazu ziemnego w Świnoujściu wraz z instalacjami, urządzeniami i obiektami, niezbędnymi dla jego uruchomienia i funkcjonowania, nie został oddany do eksploatacji do końca 2014 r., czyli w terminie gdy miały rozpocząć się dostawy gazu LNG dla PGNiG SA.

Opóźnienia w realizacji inwestycji terminalu w Świnoujściu przesuwają termin rozpoczęcia odbioru dostaw gazu LNG z Kataru oraz rodzą ryzyko utraty środków UE, wykorzystanych do współfinansowania inwestycji.

Budowa terminalu w Świnoujściu została zainicjowana na podstawie uchwały Rady Ministrów w roku 2006. Jednak do roku 2009 nie podjęto prac legislacyjnych niezbędnych do usunięcia barier przeszkadzających w realizacji inwestycji. Była to jedna z szeregu przyczyn prowadzących do opóźnień w budowie gazoportu w Świnoujściu.

Ważną przyczyną opóźnień okazał się też spór między Transportowym Dozorem Technicznym (TDT) a wykonawcą inwestycji (Generalnym Realizatorem Inwestycji). Sprowadzał się on początkowo do ustalenia, które odcinki rurociągów podlegają ustawowej inspekcji TDT, a które tylko ocenie zgodności (certyfikacji). NIK z niepokojem zauważa, że w trakcie realizacji inwestycji TDT występował w podwójnej roli, co stwarzało sytuację konfliktu interesów. TDT wykonywał ustawowe zadania inspekcyjne w stosunku do wykonawcy (Generalnego Realizatora Inwestycji) w zakresie dozoru technicznego i równocześnie opłacany przez wykonawcę (Generalnego Realizatora Inwestycji) wykonywał dla niego, na podstawie umowy cywilnej, ocenę zgodności urządzeń z wymaganiami technicznymi (certyfikował urządzenia w obrębie terminalu).

Konflikt interesów stał się szczególnie widoczny w momencie wystąpienia rozbieżności dotyczących rozwiązania zawartej umowy cywilnej i powstałego z tego powodu sporu sądowego między TDT a Generalnym Realizatorem Inwestycji. Ministrowie nadzorujący inwestycję nie potrafili doprowadzić do zakończenia przedłużającego się sporu o zakres kompetencji nadzoru technicznego nad budową terminalu LNG między Generalnym Realizatorem Inwestycji a Transportowym Dozorem Technicznym, co prowadziło do dalszych opóźnień.

Kolejną przyczyną powstania opóźnień było ogłoszenie upadłości spółek wchodzących w skład Grupy PBG, jednego z członków konsorcjum Generalnego Realizatora Inwestycji oraz ogłoszenie upadłości bezpośredniego wykonawcy robót spawalniczych Gazociągu Świnoujście-Szczecin.

NIK stwierdza, że spółki GAZ-SYSTEM oraz PLNG realizowały swoje zadania niezgodnie z przyjętym harmonogramem. Dwa z czterech zadań inwestycyjnych (Terminal LNG oraz Gazociąg Świnoujście-Szczecin) zostały znacznie opóźnione na skutek wielu nieprawidłowości, które głównie polegały na:

  • nieskutecznym nadzorze wykonywanym przez GAZ-SYSTEM oraz PLNG w stosunku do wykonawców co skutkowało odstępstwami od projektu budowlanego oraz wadliwym wykonywaniem niektórych prac budowlanych przy budowie terminalu LNG, co powodowało konieczność wprowadzenia korekt wydłużających czas realizacji inwestycji;
  • nieskutecznym egzekwowaniu przez GAZ-SYSTEM oraz PLNG od wykonawców prawidłowego i terminowego wykonywania obowiązków wynikających z umów;
  • błędach popełnionych przez GAZ-SYSTEM oraz PLNG przy zawieraniu aneksów do umów z wykonawcami (np. nie wprowadzono prawnych i organizacyjnych narzędzi, które pomagałyby w określeniu winy wykonawcy, nienależycie zabezpieczono interes inwestora w sprawach dotyczących zmian terminów ukończenia prac budowlanych, nie wskazano konkretnych rozwiązań prowadzących do przyśpieszenia robót);

Nieskuteczne były też działania Spółki GAZ-SYSTEM jako koordynatora inwestycji. NIK odnotowuje, że spółka ta stworzyła formalne podstawy do koordynowania budowy, rekomendowała nawet przedsięwzięcia usprawniające proces budowy oraz monitorowała realizację inwestycji, jednak nie posiadała wystarczających instrumentów do egzekwowania pożądanych działań ze strony uczestników procesu inwestycyjnego. To stało się główną przyczyną nieskutecznej koordynacji.

Kontrola NIK wykazała, że w prawidłowym realizowaniu zadań trudną do pokonania przeszkodą okazała się skomplikowana podległość realizatorów całego projektu. Podmioty realizujące poszczególne zadania (terminal, infrastruktura portowa, nabrzeże, gazociąg) podlegały różnym ministrom, co nie ułatwiało im harmonijnej współpracy.

Przygotowanie i realizacja skomplikowanych projektów inwestycyjnych, o znaczeniu strategicznym, wymaga od administracji rządowej dysponowania zasobem kadrowym o wysokich kwalifikacjach. Bez tego rodzaju zasobu, który dokonywałby na bieżąco analiz oraz weryfikacji opinii i stanowisk uczestników procesu inwestycyjnego, nadzór ze strony administracji rządowej staje się nieskuteczny. Nie dysponując wsparciem eksperckim na najwyższym poziomie trudno jest bowiem zidentyfikować kluczowe ryzyka i zaproponować środki prowadzące do ich minimalizacji lub usunięcia.

Wyspecjalizowane kadry umożliwiłyby aktywny nadzór nad inwestycją, rozpoznawanie zagrożeń, ocenę i weryfikację podejmowanych przedsięwzięć zaradczych, przecinanie sporów, wyjaśnianie stanowisk, szybkie reagowanie na zaistniałe problemy. Wyposażenie koordynatora w instrumenty prawne pozwalające na skuteczną egzekucję wypracowanych rozwiązań prowadziłoby zaś do sprawniejszego pokonywania pojawiających się przeszkód. Niestety obu tych elementów – kluczowych dla inwestycji strategicznych – w wypadku budowy gazoportu zabrakło.

Polska na właściwym kursie

Tempo wzrostu PKB w całym 2014 roku było niemal dwukrotnie wyższe niż rok wcześniej. Łączny wzrost PKB w minionym roku wyniósł 3,3 proc. – To bardzo dobry wynik. Tylko jeden kraj w UE miał wyższy wzrost – powiedział minister finansów Mateusz Szczurek podczas konferencji prasowej podsumowującej sytuację makroekonomiczną w Polsce w 2014 roku.

Szef resortu finansów podkreślił, że Polska ma zdecydowanie najwyższe skumulowane tempo wzrostu gospodarczego spośród krajów Unii Europejskiej. – Skumulowany wzrost Polski od 2007 r. to 23,8 proc. Polska to zatem Mont Blanc, podczas gdy średnia unijna to Górka Szczęśliwicka – powiedział minister Szczurek.

Głównym czynnikiem wzrostu gospodarczego w IV kw. 2014 r. był popyt krajowy, zarówno konsumpcyjny jak i inwestycyjny. Wysoką dynamikę zanotowały również obroty handlowe z zagranicą, w tym szczególnie import.

Minister finansów odniósł sią do danych BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności), które ilustrują poprawiający się rynek pracy w Polsce. Według nich w 2014 roku liczba pracujących zwiększyła się o prawie 2 proc. W sumie w latach 2008-2014 przyrost liczby pracujących w naszym kraju był jednym z najwyższych w Unii Europejskiej. I to także dzięki temu w Polsce miał miejsce szybszy niż przeciętnie w Unii spadek bezrobocia. – Co ważne wzrosła także o 16 proc. wydajność pracy, co ma wpływ na obserwowany wzrost płac – powiedział minister Szczurek. Według danych Eurostatu w 2014 roku stopa bezrobocia obniżyła się w Polsce z 10,3 proc. do 9 proc. i jest ona niższa od przeciętnej dla Unii Europejskiej (10,2 proc. w 2014 roku).

Minister Szczurek zaznaczył, że uległy zmniejszeniu koszty obsługi długu krajowego, a obserwowany spadek cen dodatkowo wzmacnia znaczenie minimalnego wzrostu płac.

Uczestniczący w konferencji prasowej wiceminister finansów Jacek Kapica przedstawił propozycję nowego systemu obsługi i wsparcia podatnika, ujętą w projekcie ustawy o administracji podatkowej (link otwiera nowe w serwisie zewnętrznym). – Przewiduje ona wprowadzenie asystenta podatnika, stworzenie Centrum Obsługi oraz wzmocnienie Krajowej Informacji Podatkowej – powiedział wiceminister Kapica. Zapowiedział również zmiany w wyspecjalizowanych urzędach skarbowych, które będę koncentrować się na obsłudze dużych podatników oraz nawiązał do zmian w organizacji administracji podatkowej od 1 kwietnia br. W wyniku konsolidacji procesów pomocniczych około 2 tys. pracowników zostanie przesuniętych m. in. do obsługi bezpośredniej w urzędach skarbowych. Więcej informacji nastronie Adminitracja Podatkowa/Aktualności.

W 2015 r. Synektik będzie się rozwijał organicznie. Spółka liczy, że jej kardioznacznik trafi na międzynarodowe rynki

0

CEO Magazyn Polska

Synektik, spółka specjalizująca się w produkcji radiofarmaceutyków stosowanych przy diagnostyce obrazowej, liczy na wzrost przychodów związanych z inwestycjami poczynionymi w latach 2013-2014. W tym roku na badania przeznaczy minimum 2 mln zł. Chce zostać światowym liderem w produkcji i sprzedaży kardioznacznika, na który ma licencję.

Prace nad kardioznacznikiem do diagnozy chorób serca Synektik prowadzi wraz z Hadasit Medical Research.

– Kardioznacznik jest formą radiofarmaceutyku, który ma być stosowany w przypadku choroby wieńcowej i układu krążenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Korecki, wiceprezes zarządu Synektik. – Nasze plany dotyczą perspektywy krótko- oraz średnioterminowej. Kardioznacznik jest produktem, których chcemy sprzedawać na całym świecie, ponieważ uprawnia nas do tego posiadana licencja. Wydatki związane z pracami badawczo-rozwojowymi szacujemy w tym roku na minimum 2 mln złotych.

Dużych inwestycji w 2015 roku Synektik raczej nie planuje. W rozpoczętym właśnie roku spółka zamierza w możliwie najbardziej optymalny sposób wykorzystywać środki inwestycyjne, które wydała w latach 2013-2014.

– W zakresie procesu inwestycyjnego uważamy, że w 2015 roku będziemy przede wszystkim notowali korzyści ze zrealizowanych dotąd inwestycji – zapowiada Dariusz Korecki. – Czyli partycypowali we wzroście rynku radiofarmaceutyków i obniżeniu kosztów zakupu licencji. Liczymy też na osiągnięcie dodatkowych przychodów ze sprzedaży eksportowej, ponieważ z radiofarmaceutykami specjalnymi chcemy wyjść poza teren Polski.

Istotnym wydatkiem inwestycyjnym spółki w zeszłym roku było zakończenie budowy Centrum Badawczo-Rozwojowego w Warszawie, które skupia się na pracach badawczych nad nowymi radiofarmaceutykami.

– Liczymy na to, że w 2015 roku złożymy pierwsze wnioski o rejestrację krajową innowacyjnych produktów, które uzupełnią portfolio czterech posiadanych już przez nas radioznaczników – podkreśla wiceprezes zarządu Synektik. – Drugim strumieniem związanym z pracami badawczo-rozwojowymi jest współpraca z Hadasit Medical Research, w ramach której prowadzimy badania nad kardioznacznikiem.

Udział spółki Synektik w krajowym rynku radiofarmaceutyków wynosi około 50 proc. Ważnym segmentem produkcji są radioznaczniki specjalne, czyli takie produkty, jak CHOLINA, DOPA, FLUOREK SODU. Te produkty spółka chce eksportować do Czech, na Słowację oraz do krajów bałtyckich. Liczy, że w tym segmencie jest w stanie uzyskać nawet do 5 proc. przychodów.

– Produkty na tych rynkach są zarejestrowane, nawiązaliśmy pierwsze kontakty i myślę, że na przełomie drugiego i trzeciego kwartału rozpoczniemy tam sprzedaż eksportową – deklaruje Dariusz Korecki z Synektik. – W Czechach i na Słowacji metody diagnostyki onkologicznej PET są już rozwinięte, wykorzystuje się tam nie tylko znaczniki typu FDG. Liczymy więc na to, że rynki te wykażą zainteresowanie naszymi produktami .

W ciągu trzech pierwszych kwartałów 2014 roku przychody Synektik przekraczały 48 mln zł i były o niemal 2 mln zł wyższe niż w 2013 roku. Zysk netto spółki wyniósł 2 mln zł i był obciążony licznymi inwestycjami.

LPP zatrudni kilka tysięcy osób i zwiększy powierzchnię handlową o jedną piątą. Wychodzi również poza Europę

0

CEO Magazyn Polska

LPP planuje w 2015 roku otworzyć ok. 200 nowych sklepów w kraju i za granicą. W związku z tym zatrudni kilka tysięcy nowych pracowników. Na wynikach spółki za 2014 r. odbił się ukraiński kryzys. Dlatego w tym roku spółka rozwijać będzie się za granicą, głównie w Unii Europejskiej i na Bliskim Wschodzie.

Dla LPP poważnym problemem jest sytuacja na Wschodzie. Sklepy w Rosji i na Ukrainie to 25 proc. biznesu spółki, więc konflikt, kryzys walutowy i związany z tym spadek sprzedaży są poważnym problemem.

Jest duża niepewność co do rozwoju sytuacji, to na pewno będzie rzucać cień na nasze wyniki mówi agencji informacyjnej Newseria Przemysław Lutkiewicz, wiceprezes i dyrektor finansowy LPP, właściciela takich marek, jak Reserved, Mohito, House czy Cropp.Jeśli chodzi o nowe rynki, to Niemcy są bardzo perspektywicznym i obiecującym, dlatego będziemy inwestować tam oraz w pozostałych krajach Unii Europejskiej. Podbijemy także Bliski Wschód, jednak przy tej inwestycji skorzystamy ze wsparcia naszego partnera franczyzowego, tak że wszystkie koszty i całe ryzyko będzie przerzucone na partnera, a my będziemy tylko partycypować w zyskach z tamtego obrotu.

5 lutego br. spółka otworzyła pierwszy sklep Reserved w Egipcie. To początek ekspansji LPP poza Europę. W ciągu najbliższych pięciu lat spółka chce otworzyć na Bliskim Wschodzie kilkadziesiąt salonów sprzedaży.

Zyski, jakie LPP osiągnęła w 2014 roku, nie satysfakcjonują władz spółki. Wprawdzie przychody przekroczyły w tym czasie 4,7 mld zł, a skonsolidowany zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł niemal 480 mln zł, co jest wynikiem lepszym o 11 proc. od ubiegłorocznego, jednak zysk operacyjny spadł o 1 proc., do 609,2 mln zł.

– Wyniki za IV kwartał i cały 2014 rok są poniżej naszych oczekiwań przyznaje Przemysław Lutkiewicz.Co prawda przychody wzrosły nam o 16 proc., jednak zyski są na poziomie zeszłorocznym, co wynika z trudnej sytuacji na naszych wschodnich rynkach: w Rosji i na Ukrainie. Tam spadek rubla o 40 proc. rok do roku i spadek hrywny o prawie 40 proc. rok do roku bardzo zmieniły nasz biznes na tamtym terenie.

Spółka ma obecnie 1516 salonów o łącznej powierzchni 723 tys. mkw. W tym roku LPP planuje dalszy rozwój ich sieci. Nowe sklepy powstaną zarówno w Polsce, jak i za granicą, głównie na Zachodzie.

– W 2015 roku planujemy zwiększenie powierzchni handlowych o około 21 proc., czyli ponad 150 tys. mkw. zapowiada wiceprezes i dyrektor finansowy LPP. To jest około 200 nowych sklepów, co wiążę się z tym, że zdecydowanie zwiększymy liczbę pracowników. Średnie zatrudnienie na sklep to ok. 50 osób dla sklepu Reserved, 20-30 osób dla sklepów mniejszych: Cropp, House. Oprócz tego wzrasta zatrudnienie w tzw. back office. Otwieramy w 2015 roku nowe centrum logistyczne w Pruszczu Gdańskim, gdzie ponad 100 osób znajdzie zatrudnienie.

Mimo dobrych wyników polskiej gospodarki, napędzanej, jak podkreślają ekonomiści, wzrostem indywidualnej konsumpcji, LPP nie dostrzega podobnego ożywienia w swoich salonach. Spółka liczyła na to, że rekordowo niskie stopy procentowe w Polsce przysporzą jej klientów, a ci będą mieli większe zasoby gotówki do wydawania i niższą motywację do oszczędzania. Tak się jednak nie stało. Przeciwnie, sprzedaż na porównywalnej powierzchni była niższa niż w 2013 roku i spadła o ok. 2,5 proc.

– Wydaje nam się, że jest to kwestia nasycenia rynku ocenia Przemysław Lutkiewicz z LPP.Centrów handlowych jest coraz więcej, powstają kolejne, natomiast wiemy, że Polaków nie przybywa, więc ta sprzedaż rozlewa się na wszystkie nowe centra handlowe, czyli jest duży efekt kanibalizacji.

Nowe dowody osobiste bez adresu zameldowania, informacji o kolorze oczu i wzroście

Od dziś polskie urzędy będą przyjmować wnioski o nowe dowody osobiste. Dokument będzie zawierać znacznie mniej informacji niż do tej pory. Znikną m.in. pola z adresem zameldowania, kolorem oczu czy skanem podpisu. Dzięki uruchomionemu wczoraj Systemowi Rejestrów Państwowych wniosek można złożyć w dowolnym urzędzie.

Kto złoży wniosek o dowód osobisty po 1 marca, otrzyma dokument w nowej szacie graficznej i nowymi zabezpieczeniami. Nie oznacza to jednak, że stare dokumenty tracą ważność.

Nowy dowód osobisty nie ma adresu zameldowania, rysopisu i skanu własnoręcznego podpisu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Woźniak, rzecznik prasowy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. – W dowodzie jest natomiast większe zdjęcie – takie samo, jak w paszporcie, oraz jest informacja o obywatelstwie polskim. Nie zmienią się natomiast wymiary dowodu osobistego. 

Dowód osobisty – tak jak dotąd – wydawany jest za darmo i na 10 lat. Również wniosek o wydanie dowodu osobistego, jaki trzeba wypełnić i złożyć, będzie miał znacznie mniej rubryk do wypełnienia. Po złożeniu takiego formularza będziemy oczekiwać na dokument zgodnie z ustawą 30 dni.

– Z naszych obserwacji wynikało, że wnioski przysparzały problemów obywatelom. Bardzo często błędnie wypełniali ten formularz, dlatego został uproszczony do minimum po to, by jak najszybciej obywatel mógł go wypełnić, nie myląc się i nie zastanawiając się, co ma wpisać – wyjaśnia rzecznik prasowy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Bardzo istotna zmiana dotyczy miejsca składania wniosku o wydanie dokumentu. Dotąd można to było zrobić wyłącznie we własnej gminie. Teraz można to zrobić w każdym z 2,5 tys. urzędów, jakie działają w kraju.

– Obywatel przyjdzie do dowolnego urzędu gminy, złoży wniosek o dowód i tam go odbierze – potwierdza Małgorzata Woźniak. – Do tej pory było tak, że trzeba było jechać do tej gminy, na której terenie byliśmy zameldowani.

Jest to możliwe dzięki uruchomionemu wczoraj Systemowi Rejestrów Państwowych (SRP). Wszystkie urzędy gmin w Polsce zyskały dostęp m.in. do rejestrów PESEL, dowodów osobistych i aktów stanu cywilnego. W niedzielę urzędnicy wykonali już pierwsze czynności za pośrednictwem SRP, m.in. zarejestrowali 31 aktów zgonu i 110 aktów urodzeń, nadano 112 numerów PESEL.

Zmiany w dowodach oznaczają, że w instytucjach, gdzie trzeba się wylegitymować, np. w bankach, na poczcie czy u notariusza, trzeba będzie wypełnić oświadczenie, w którym klient wpisze i poświadczy podpisem swoje dane.

Na końcu po prostu poświadczamy, że informacje, które wpisaliśmy, są zgodne ze stanem faktycznym, są prawdziwe, albowiem podawanie informacji nieprawdziwych jest w Polsce. Bardzo często w bankach już dziś załatwiamy wszelkie sprawy za pomocą paszportu, a w paszporcie nie mamy adresu zameldowania – podkreśla Małgorzata Woźniak.

Dzięki SRP również akt urodzenia, ślubu czy zgony będzie można odebrać w dowolnym urzędzie

Dużo pracy przed nami. Ogromnym wyzwaniem będzie przeniesienie aktów stanu cywilnego z systemu papierowego do systemu elektronicznego, bo mamy nawet stuletnie karty stanu cywilnego – mówi Woźniak

Połowa Polaków uważa, że 10 tys. zł wystarczy na start działalności gospodarczej

49 proc. Polaków jest zdania, że za 10 tys. złotych można rozpocząć działalność gospodarczą – wynika z badania Barometr Providenta. W praktyce rzeczywiście tyle wystarczy na start, ale jak podkreślają eksperci, potem potrzebne są dodatkowe środki na rozwój. Jednocześnie większość badanych uważa, że małym firmom trudniej jest funkcjonować na rynku. Dlatego instytucje finansowe powinny mieć specjalną ofertę dla nich – potrzebę uważniejszego traktowania sektora mikrofirm dostrzega aż 59 proc. Polaków.

‒ W ramach cyklicznego badania Barometr Provident zadaliśmy reprezentatywnej próbie Polaków pytanie, jak sobie wyobrażają, ile pieniędzy wystarczy na założenie działalności gospodarczej. Tylko 8 proc. uważało, że tą kwotą jest 2 tys. zł. Gdy zapytaliśmy o kwotę 10 tys. zł uzyskaliśmy zgodność już prawie połowy badanych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Kasza z działu badań Provident Polska.

Jak pokazały badania Providenta, 76 proc. Polaków uważa, że na własną działalność gospodarczą wystarczy 25 tys. zł, a 91 proc. uważa, że wystarczy 50 tys. zł. Paweł Szustakiewicz, kierownik ds. rozwoju produktu Provident Polska, zwraca uwagę, że Polacy przeceniają wymagania finansowe przy otwieraniu działalności gospodarczej. 10 tys. zł to według niego wystarczająca kwota, choć na dalszy rozwój potrzebne są dodatkowe środki. Zwraca uwagę, że zależy to jednak od typu działalności – mniej kosztowne są te, gdzie największym kapitałem jest wiedza lub umiejętności przedsiębiorcy.

Finansowanie na dalszy rozwój często pochodzi z środków zewnętrznych, dlatego instytucje finansowe powinny przygotowywać specjalne oferty dla sektora małych firm . 23 proc. Polaków uważa, że są ona zdecydowanie potrzebne, a 36 proc., że raczej potrzebna.

‒ Prawie 60 proc. Polaków daje ten dodatkowy mandat zaufania drobnym przedsiębiorcom i uważa, że firmy pożyczkowe powinny mieć specjalną ofertę dla firm z tego sektora ‒ mówi Przemysław Kasza.

‒ Mikroprzedsiębiorcy zazwyczaj nie mają problemu z rentownością swojego przedsięwzięcia, natomiast mają problem z dostępem do kapitału finansującego ich rozwój. Stąd jednym z głównych problemów mikrofirm jest dostęp do zewnętrznego finansowania, które umożliwi rozwój – tłumaczy Szustakiewicz. ‒ Mikroprzedsiębiorca, niestety, ma utrudniony dostęp do finansowania zewnętrznego.

Szustakiewicz zwraca uwagę na to, że problemem często są nie tylko raty i prowizje związane z kredytami bankowymi, lecz także inne opłaty. Mali przedsiębiorcy w Polsce często borykają się z niezawinionymi zatorami płatniczymi, więc koszty związane z opóźnieniem spłaty mogą być dla nich bardzo poważnym problemem.

‒ Wydaje się, że o atrakcyjności oferty dla mikroprzedsiębiorcy świadczy nie tylko dostępność tej pożyczki i jej koszt. Mikrofirmy poszukują partnera, który zrozumie ich specyfikę, ich biznes, takiego, który potrafi właściwie zareagować, jeśli chodzi o dostęp do finansowania, obsługę tego finansowania w zależności od tego, jak się rozwija dana firma i jakie ma problemy w swojej codziennej działalności – ocenia Szustakiewicz.

Badanie Providenta pokazało także, że aż 57 proc. Polaków uważa, że małym firmom trudniej jest funkcjonować na rynku, w tym według 26 proc. jest im zdecydowanie trudniej. Być może z tego powodu Polacy wolą pracować w dużych, dających stabilność przedsiębiorstwach. Pracę w dużej firmie zdecydowanie lub raczej wybrałoby 43 proc. osób, a tylko 28 proc. wolałoby pracę w małym przedsiębiorstwie.

Co ciekawe, młodzi Polacy w wieku 15-24 lat jeszcze bardziej preferują dużą firmę. Wolałoby w niej pracować 50 proc. osób w tej grupie wiekowej, podczas gdy małą firmę wybrałoby tylko 23 proc.

‒ Polacy obawiają się braku stabilności zatrudnienia w małych firmach, dostrzegają również fakt, że małym firmom jest na rynku trudniej, dlatego rzadziej decydują się na podjęcie współpracy z małymi przedsiębiorstwami – tłumaczy Kasza.

Rynek e-commerce cały czas rośnie. Z porównywarek cenowych korzysta już 9 mln użytkowników

E-klienci coraz częściej decydują się na skorzystanie z porównywarki cenowej, szczególnie kupując produkty z kategorii lifestyle oraz dla domu i ogrodu. Popularność tych serwisów rośnie, bo oferują one nie tylko możliwość wybrania najniższej ceny, lecz także porównania właściwości produktów, opinii klientów i przeprowadzenia transakcji. Z czterech największych porównywarek korzysta co miesiąc nawet ponad 9 mln unikalnych użytkowników. Największa z nich – Ceneo.pl – generuje ok. 15 proc. transakcji internetowych w Polsce.

Polska jest swego rodzaju fenomenem, ponieważ mamy na rynku cztery dobrze prosperujące porównywarki, które co miesiąc docierają do ponad 9 mln unikalnych użytkowników. To olbrzymi sukces. Fundamentem tego sukcesu jest to, że porównywarki cen już dawno temu przestały się skupiać na dostarczaniu informacji o najniższych cenach, teraz pomagają użytkownikom podjąć jak najlepszą decyzję, tak żeby było jak najłatwiej, jak najszybciej i jak najbezpieczniej – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Łachajczyk, dyrektor zarządzający Ceneo.pl.

Łachajczyk zwraca uwagę na to, że wartość polskiego rynku e-commerce w ubiegłym roku mogła wynieść nawet 28 mld zł. Oznacza to kolejny rok rozwoju tego rynku. Badania zrealizowane dla Ceneo.pl przez TNS Polska potwierdziły także, że ponad 80 proc. kupujących bardzo ceni zakupy w sieci

Jedną z zalet e-commerce jest możliwość porównania cen. Jak wynika z danych Megapanel PBI/Gemius za grudzień 2014 r., samo tylko działające już od 10 lat Ceneo.pl notowało niemal 7 mln unikalnych użytkowników. To ponad trzy razy więcej niż zanotował największy konkurent tej spółki.

Już co szósta transakcja zakupu w internecie zaczynała się na naszym serwisie, dzięki czemu umocniliśmy pozycję lidera wśród porównywarek cen. Nie byłoby to możliwe bez dwóch czynników: pierwszy to zadowoleni użytkownicy, których mamy już 7 mln miesięcznie, drugi to inwestycje w innowacje, przede wszystkim w obszarze mobilności. Już co czwarta wizyta w e-commerce jest wizytą mobilną – dodaje Łachajczyk.

To właśnie skuteczne dostosowanie się do nowych preferencji klientów pozwoliło na zdobycie tak silnej pozycji przez porównywarki cenowe. Serwisy tego typu nie służą już wyłącznie do sprawdzenia cen wybranych produktów. Umożliwiają także wystawienie i przejrzenie ocen, poznanie danych technicznych produktów, a nawet zakup bezpośrednio ze strony porównywarki. Bardzo ważne są także ułatwienia w dostępie mobilnym.

Dzięki technologiom mobilnym możliwe jest zbudowanie oferty dla smart-shopperów, czyli osób, które najpierw oglądają towary w sklepach, a potem kupują je taniej w internecie. Dzięki aplikacji Ceneo mogą one teraz dokonać zakupu nawet tuż po wypatrzeniu produktu w tradycyjnym sklepie.

Dosyć szybko postawiliśmy na kontent, czyli na treści, które znajdują się w naszym serwisie. Mam na myśli opisy produktów, specyfikacje techniczne czy zdjęcia, lecz także opinie, zarówno o produktach, jak i sklepach, aby użytkownik, który chce podjąć decyzję zakupową, miał wszystkie niezbędne informacje w naszym serwisie, by nie musiał ich szukać nigdzie indziej – tłumaczy Joanna Heine, kierownik działu rozwoju produktów.

Katarzyna Stehlik, dyrektor działu sprzedaży Ceneo.pl, dodaje, że dzięki porównywarce ok. 5 tys. sklepów współpracujących może pozyskać nawet 15-20 proc. dodatkowego ruchu na swojej stronie. Średnio 3,2 proc. osób trafiających z Ceneo.pl do e-sklepu dokonuje zakupu – to najwyższy wskaźnik wśród polskich serwisów tego typu. Są  kategorie, jak książki i kosmetyki, gdzie poziom konwersji dochodzi do nawet 10 proc. To właśnie szeroki wybór kategorii jest mocną stroną porównywarek, bo klienci szukają bardzo różnych produktów.

Historycznie porównywarki kojarzą się z branżami technicznymi, takimi jak RTV, AGD czy komputery. To nadal nasze mocne kategorie, jednak obecnie największa liczba produktów występuje w branżach związanych z szeroko pojętym stylem życia, takich jak dom i wnętrze, moda. Ciekawostką na Ceneo.pl jest to, że użytkownicy najczęściej poszukują u nas sukienek i płytek ceramicznych – tłumaczy Stehlik.

Ponad jedna czwarta wszystkich wyszukiwanych na Ceneo.pl produktów należy do kategorii lifestyle. Popularne są też dom i ogród (18 proc.), komputery (12 proc.) oraz rozrywka i AGD/RTV (po 10 proc.). Pod względem liczby sklepów zdecydowanie przodują dwie pierwsze kategorie: produkty lifestyle sprzedaje prawie 3,4 tys. sklepów współpracujących z Ceneo.pl, a produkty dom i ogród o 100 sklepów więcej.

Wybór produktów to tylko jeden z powodów rozwoju porównywarek. Heine podkreśla, że użytkownicy bardzo doceniają także możliwość sprawdzenia opinii o danym sklepie i produkcie.

Użytkownicy internetu są coraz bardziej wymagający i nie kierują się wyłącznie kryterium cenowym, chociaż oczywiście wiadomo, nikt z nas nie chce przepłacać. Natomiast warto zwrócić uwagę też na to, w jakim sklepie kupujemy, jaka jest jego renoma. Użytkownicy poszukują wszelkiego rodzaju korzyści i programów wspierających bezpieczeństwo zakupów – wyjaśnia Heine, zwracając uwagę na to, że Ceneo.pl oferuje Program Ochrony Kupujących oraz opcję „zaufane opinie”.

Dużym udogodnieniem dla klientów jest też możliwość zakupu bezpośrednio ze strony Ceneo.pl oraz możliwość tworzenie koszyka do wspólnej płatności z towarów kupowanych w różnych sklepach. To ułatwia klientowi dokończenie zakupu.

Tłuste lata przed firmami windykacyjnymi. Banki coraz chętniej sprzedają wierzytelności hipoteczne

Branża windykacyjna ma się coraz lepiej. Wierzyciele chętnie sprzedają nie tylko długi konsumpcyjne, lecz także hipoteczne. Zrobiły to już m.in. banki Getin Bank i BZ WBK. W najbliższym czasie na taki krok zdecydować się ma Raiffeisen Polbank. Na sprzedaż wystawiane są pakiety hipoteczne wraz z zabezpieczeniem, co – jak przekonują firmy windykacyjne – poprawia sytuację dłużników, bo daje więcej możliwości spłaty bez ryzyka utraty domu czy mieszkania. 

– Rynek wierzytelności będzie się rozwijać, ponieważ będzie rosła liczba wypowiadanych kredytów konsumenckich udzielanych przez banki oraz pożyczek udzielanych w SKOK-ach, czy też różnego rodzaju chwilówek  ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Markus Marcinkiewicz, ekspert ds. windykacji, autor książki „Zawodowy windykator”.

Jak dodaje, w najbliższym czasie powinien nastąpić duży napływ długów kupowanych przez firmy windykacyjne, bo bankom i wierzycielom pierwotnym coraz mniej będzie opłacało się przekonywanie swoich klientów do regulowania zobowiązań.

– Jeśli nie będą oni w stanie sprostać wymaganiom, te umowy będą jak najszybciej wypowiadane, a po bezskutecznych egzekucjach komorniczych sprzedawane firmom windykacyjnym  mówi Marcinkiewicz.

To właśnie ten trend powoduje, że polski rynek wierzytelności staje się atrakcyjny dla zagranicznych podmiotów z branży, które rozpoczynają działalność w Polsce.

– Konsumencki sektor windykacji będzie rozwijał się bardzo gwałtownie, ponieważ tutaj są największe obostrzenia KNF-u i UOKiK-u, a wierzycielom będzie zależało na jak najszybszej sprzedaży złych długów, by móc chwalić się dobrymi wynikami finansowymi  mówi ekspert.

Dobre perspektywy ma przed sobą segment kredytów hipotecznych – banki coraz częściej wystawiają przeterminowane długi hipoteczne na sprzedaż.

 Banki zaczynają dojrzewać do myśli, że mimo wszystko warto zacząć zlecać niewypowiedziane kredyty firmom windykacyjnym, a także zaczynają sprzedawać pierwsze duże i spektakularne pakiety   podkreśla Markus Marcinkiewicz.

W 2014 roku Getin Bank sprzedał pakiet długów o wartości 1 mld zł  za kwotę 340 mln zł (długi hipoteczne stanowiły 44 proc. pakietu). Z kolei w grudniu BZ WBK doszedł do porozumienia ze spółką Kruk i sprzedał pakiet długów hipotecznych o wartości 443 mln zł za kwotę 70,2 mln zł.

– W najbliższym czasie Raiffeisen Polbank wystawi na sprzedaż bardzo duży pakiet. Możemy być zatem pewni, że inne banki również będą szły w tym kierunku, także banki oferujące kredyty we frankach szwajcarskich   prognozuje Marcinkiewicz.

Na rynku coraz głośniej o wystawieniu na sprzedaż przez Raiffeisen Polbank pakietu złych kredytów hipotecznych. Eksperci szacują, że pakiet może mieć wartość ok. 30 proc. z 1 mld zł w ujęciu nominalnym. To byłaby jak do tej pory największa tego typu transakcja na rynku. Z zamiarem sprzedaży jeszcze większego pakietu nosi się kolejny bank, jeden z największych w Polsce.

– Sytuacja z drogim frankiem wpłynie na rynek wierzytelności znacząco. Trzeba wiedzieć, że w tej chwili jest zagrożonych 13 tys. kredytobiorców, a są to kredytobiorcy, którzy już przed skokiem franka mieli problemy z płatnościami  przypomina ekspert. – W związku z powyższym to jest ten poziom, który jest w tej chwili najbardziej zagrożony, bo im może się nie udać uratować kredytu przed wypowiedzeniem.

W sprzedawanych przez banki pakietach znajdują się nie tylko wierzytelności, lecz także przedmioty zabezpieczeń. To oznacza, że w przypadku wierzytelności sprzed licytacji komorniczej dłużnik ma możliwość porozumienia się z wierzycielem, dzięki czemu może uniknąć ryzyka utraty domu czy mieszkania.

– Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że korzystając z trendu rozwoju wierzytelności hipotecznych, banki będą sprzedawać te pakiety windykatorom. Otrzymają za to więcej pieniędzy w przypadku, kiedy w pakiecie będzie przedmiot zabezpieczenia, a windykator będzie mógł się dogadać z dłużnikiem: będzie mógł umorzyć część zadłużenia, rozłożyć je na więcej rat bądź zmniejszyć ratę. Bank ma ograniczenia, nie może rozciągnąć na więcej niż maksymalny okres kredytowania, windykator może to zrobić – podsumowuje ekspert ds. windykacji.

Z danych BIG InfoMonitor wynika, że na zakończenie 2014 r. zaległe zadłużenie Polaków wyniosło 40,94 mld zł i było wyższe o 1,1 mld zł niż rok wcześniej.

Rośnie popularność cydru. Będzie sprzedawany także w puszkach

Rynek cydru to dziś ok. 9-10 mln litrów, ale ma potencjał być kilkukrotnie większy. Docelowo może osiągnąć nawet równowartość ok. 2 proc. rynku piwa. Producenci chcąc zwiększać sprzedaż, planują kolejne akcje promocyjne i nowości. Ambra, producent Cydru Lubelskiego, chce jeszcze przed wakacjami wprowadzić na rynek ten trunek w puszce.

–  Rynek, tak jak oczekiwaliśmy, stanowi dziś około 10 mln litrów. Jesteśmy zdecydowanym liderem i właściwie Cydr Lubelski stał się synonimem cydru. To nas cieszy, ale przed nami jeszcze daleka droga, ponieważ osiągnięcie docelowego planu, czyli sprzedaży na poziomie około 2 proc. rynku piwa, wymaga pracy. Musimy poczekać i zobaczyć, jak wypadnie następne lato z cydrem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Ogór, prezes Grupy Ambra, producenta, dystrybutora i importera win oraz cydru.

Marka osiągnęła sprzedaż na poziomie 3 mln litrów, w ten sposób umacniając pozycję lidera na polskim rynku. Ambra przygotowuje się również do wprowadzeni na rynek cydru w puszce.

– Pierwszy cel jest dystrybucyjny  musimy uzupełnić paletę produktów. Chodzi o jak najszersze i najszybsze wprowadzenie Cydru Lubelskiego w puszce na półki sklepów, koniecznie przed rozpoczęciem lata. To najważniejsza sprawa w naszej tegorocznej kampanii – mówi prezes Ambry. – Wprowadzenie Cydru Lubelskiego w puszce to odpowiedź na potrzeby naszych konsumentów, którzy zwłaszcza w sezonie letnim, dużo napojów orzeźwiających kupują właśnie w puszce.

W I półroczu roku obrotowego 2014/2015 Ambra odnotowała o ponad 5 proc. większy zysk brutto ze sprzedaży, do czego przyczyniły się niższe ceny zakupu surowców. Spadek kosztów zrównoważył duże inwestycje w rozwój marki Cydr Lubelski, czyli wsparcie marketingowe i nakłady na zwiększenie jego dostępności, zwłaszcza na dystrybucję w mniejszych sklepach detalicznych.

Koszt surowców, czyli jabłek i świeżych soków jabłkowych, z których produkujemy cydr, kształtowały się korzystnie i ten efekt już jest widoczny w wynikach finansowych z pierwszego półrocza, gdzie marża zysku brutto ze sprzedaży zdecydowanie się poprawiła. Oczywiście nie oczekujemy dalszego spadku cen surowców, ale w najbliższym półroczu efekt niższych kosztów będzie tak samo pozytywnie przekładał się na wynik finansowy – prognozuje Ogór. – Zobaczymy, co przyniosą kolejne zbiory i jak będzie wyglądała sytuacja popytu. Ogólnie sytuacja po stronie kosztów surowca jest dla nas średnioterminowo korzystna.

Na wyniki Ambry w ostatnim czasie negatywnie wpływał spadek sprzedaż wermutów, głównie w kanale dyskontowym. Spółka zapowiada więc aktywne działania na tym słabnącym rynku. Podobnie przedstawia się sytuacja na rynku win musujących.

Rynek wina się rozwija, ale także nadal się rozdrabnia. W związku z tym spodziewamy się podobnego wyniku po kolejnym półroczu, czyli stabilnej sprzedaży w pozostałych asortymentach i dalszego wzrostu sprzedaży cydru. Te właśnie czynniki będą kształtować nasz wynik sprzedażowy i naszą sytuacje na rynku – prognozuje Robert Ogór.