Rynek reklamowy przyspieszy. Głównie dzięki wydatkom handlu i firm farmaceutycznych

Rynek reklamowy w 2015 roku może rosnąć najszybciej od 2010 roku, co wynika głównie z lepszego stanu gospodarki, sytuacji na rynku pracy i wyższych wydatków na konsumpcję. Sektorami napędzającymi rynek – podobnie jak w 2014 roku – będą handel i farmacja. Przyspieszą nakłady na promocję produktów FMCG i samochody, po tym jak w 2014 roku zarejestrowano w Polsce o 13 proc. więcej aut. Na rynku telekomunikacyjnym oczekuje się stabilizacji. 

– Szacujemy, że w tym roku pozytywny trend na rynku reklamy będzie kontynuowany. Spodziewamy się dynamiki w przedziale 2,6-3,3 proc., szczególnie w sektorze handlu i farmacji – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Lidia Kacprzycka, dyrektor generalny domu mediowego Starlink. – Prognozy dla sektora farmacji są pozytywne, bo Polacy z każdym rokiem wydają coraz więcej pieniędzy na różne suplementy diety, witaminy. Duzi gracze, jak Aflofarm, który w tej chwili jest reklamodawcą numer jeden na polskim rynku reklamy, wydaje rzeczywiście gigantyczne pieniądze.

Według raportu domu mediowego Starlink w 2014 roku nakłady na promocję produktów farmaceutycznych wzrosły o 9,9 proc., a w handlu – o 8,9 proc.

– Wydaje nam się, że w branży farmaceutycznej ten trend będzie kontynuowany z uwagi na fakt, że w dużej mierze te wzrosty generują najwięksi reklamodawcy, czyli Aflofarm, US Pharmacia, Polpharma, którzy osiągają także świetne wyniki sprzedażowe, w związku z tym będą dalej wspierać swoje produkty, rozszerzać ofertę, wchodzić w nowe kategorie – mówi ekspertka.

W tym roku do tych filarów rynku może dołączyć branża FMCG (szczególnie rynek słodyczy i piwa). Już w ubiegłym roku firmy z tego sektora wykazywały pozytywny trend (m.in. ze względu na wydarzenia sportowe, m.in. olimpiada w Soczi, mistrzostwa świata w piłce nożnej), w tym roku jej wydatki na reklamę powinny utrzymywać się na podobnym poziomie, co będą wspierać chociażby imprezy regionalne, jak promocje nowych marek piwa i lokalnych specjalności. Analitycy Starlinka spodziewają się szybszego rozwoju kanału e-commerce i handlu żywnością w internecie.

– Widzimy też sporo nowych reklamodawców z naszego rodzimego rynku producentów żywności. Ruszyła np. branża wędliniarska, mamy coraz więcej reklam różnych wyrobów mięsnych. Polski sektor produkcyjny również będzie dobrze oddziaływał na rynek reklamy – zaznacza ekspertka.

Zdaniem dyrektor generalnego domu mediowego Starlink w segmencie medialnym reklamodawcy w dalszym ciągu będą mocno wspierać swoje marki, szczególnie w telewizji.

– W Polsce nie ma dobrego monitoringu wydatków reklamowych w internecie, a z drugiej strony to, co obserwujemy, stanowi przechodzenie na różnego typu efektywnościowe modele rozliczeń i nowe formy zakupowe opierające się na tańszych powierzchniach – tłumaczy Kacprzycka. – To może powodować, że wydatki, które estymujemy, są po prostu niższe. Nie oznacza to jednak, że tych aktywnych graczy jest mniej.

W ocenie ekspertki w tym roku na pewno reklamodawcy będą intensywnie inwestować zarówno w kanał telewizyjny i internet, jak i w przekaz radiowy (popyt generowany głównie przez segmenty silne rynkowo, czyli handel i farmację).

 Z drugiej strony wiemy, że w dzisiejszych czasach oprócz mediów, które oferują duży zasięg i atrakcyjne koszty dotarcia, dużą rolę odgrywają także media, które charakteryzują się elastycznością, czyli na pewno takie media, jak radio i internet, gdzie po prostu można w każdej chwili kampanię włączyć i wyłączyć. I to jest lubiana cecha przez firmy, szczególnie farmaceutyczne i handlowe – podsumowuje Lidia Kacprzycka.

Zarówno rynek telewizyjny, jak i internetowy są bardzo zmienne. W sieci w ostatnich miesiącach doszło do wielu przejęć (m.in. Wp.pl nabyło Business Ad Network, a Bonnier Business Polska grupę Bankier.pl), poza tym niedługo w branży TV ma dojść do sprzedaży TVN. Takie wydarzenia nie są obojętne dla rynku reklamy.

Program Mieszkanie dla Młodych przyspieszy. Wykorzystanie środków w ramach programu będzie coraz lepsze

Od 11 do 27 proc. ubiegłorocznego popytu na mieszkania w sześciu największych miastach Polski deweloperzy zawdzięczają programowi Mieszkanie dla Młodych – szacuje firma REAS. Realny wpływ programu na rynek – poprzez obniżki cen nieruchomości w niektórych miastach – mógł być nawet dwukrotnie wyższy. W 2015 r. ma być co najmniej taki, jak w minionym roku.

W 2014 r. padł rekord sprzedaży mieszkań deweloperskich w największych aglomeracjach w Polsce. W Warszawie, Krakowie, Trójmieście, Poznaniu, Łodzi i we Wrocławiu nabywców znalazło ponad 43 tys. nowych mieszkań. Kupujących było o 20 proc. więcej niż w najlepszym jak dotąd pod tym względem 2007 i 2013 roku. Do tego wyniku przyczynił się program Mieszkanie dla Młodych (MdM).

Wpływ programu był zróżnicowany i zależał głównie od wysokości limitów cen metra kwadratowego na danym rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Kuniewicz, dyrektor działu badań i analiz rynku w firmie REAS.

W Gdańsku do programu kwalifikowała się prawie połowa nowych mieszkań, w Poznaniu – ok. 30 proc. W Łodzi wskaźnik ten sięgał nawet 70 proc. Na tych rynkach w 2014 r. kredytem z dopłatą sfinansowano zakup 27 proc. lokali. Z kolei w Warszawie, Krakowie i we Wrocławiu limity w programie zostały ustanowione wyraźnie poniżej średniej ceny metra kwadratowego. Liczba kredytów udzielonych w ramach MdM na tych rynkach to ok. 10–11 proc. wszystkich sprzedanych mieszkań. Największa aktywność kupujących była widoczna w IV kwartale, dzięki wzrostowi limitów.

Limit w 2014 roku dla Warszawy wzrósł dwukrotnie, co spowodowało wzrost udziału mieszkań, które mogły być kupione w ramach programu, z 12 proc. całości oferty deweloperskiej na początku 2014 roku do 25 proc. pod jego koniec – twierdzi Katarzyna Kuniewicz.

W Krakowie podwyżka limitów była symboliczna i na koniec roku wciąż mniej niż 10 proc. mieszkań kwalifikowało się do programu.

Analitycy z REAS wskazują też, że w miastach, gdzie limit był niższy od średniej rynkowej, przez co niewielka część ofert spełniała wymogi programu, niektórzy deweloperzy starali się dopasować swoje ceny do limitu. Przez to zainteresowanie ich ofertą rosło nawet wśród osób, które z programu nie mogły skorzystać. Szacunki mówią, że w ten sposób MdM wygenerował nawet dwa razy więcej transakcji, niż wynika to ze statystyk programu.

Najwięcej pieniędzy z subwencji zakontraktowano w zeszłym roku w Warszawie i Gdańsku. Do tych dwóch miast trafiło ponad 40 proc. środków na dopłaty z już zawartych umów (także na kolejne lata) dla wszystkich miast wojewódzkich. Na kolejnych miejscach znalazły się Poznań i Kraków.

Za kredyt z dopłatą kupiono w ubiegłym roku łącznie przeszło 6,1 tys. mieszkań. Według Banku Gospodarstwa Krajowego, zarządzającego rządowym programem, wysokość dofinansowania wkładu własnego na 2014 rok przekroczyła 207 mln złotych.

Kuniewicz ocenia, że w 2015 roku wskaźniki wykorzystania środków w programie będą się poprawiać. Już w ubiegłym roku złożono wnioski na ponad 13 proc. budżetu przewidzianego na ten rok. Jej zdaniem wpływ programu na rynek mieszkaniowy w 2015 r. będzie co najmniej taki, jak w minionym roku. Będzie on zauważalny przede wszystkim na stołecznym rynku.

Jeżeli limit cenowy będzie rósł, a wiele wskazuje, że tak właśnie będzie, to coraz większa liczba projektów deweloperskich bez obniżek cen będzie kwalifikowała się do programu. W kolejnych dwóch latach w ramach programu sprzedanych może zostać nawet 15 proc. mieszkań na warszawskim rynku pierwotnym – przewiduje Katarzyna Kuniewicz.

MdM pośrednio wpływa również na rynek wtórny. Dopłata premiująca nowe mieszkania skłoniła bowiem część kupujących do rezygnacji z poszukiwań na rynku wtórnym. Dotyczy to jednak tylko niektórych dzielnic – w Warszawie są również takie dzielnice, w których nie ma ani jednego mieszkania, oferowanego w ramach programu, więc tu MdM nie ma żadnego przełożenia na rynek wtórny.

Rynek pracy w ciągu najbliższych kilku lat znacząco się zmieni. Coraz cenniejsze będą zdolności przywódcze i umiejętność koncentracji

W ciągu najbliższej dekady ze względu na mniejszy przyrost naturalny będzie coraz mniej pracowników, dlatego niektóre branże czeka walka o talenty. Wraz z rozwojem technologii kompetencje pracowników szybciej będą się dezaktualizować. Jednocześnie część prac będzie wykonywana przez roboty. Pracodawcy coraz większą wagę będą przykładać do kompetencji miękkich, czyli np. zdolności przywódczych czy umiejętności koncentracji.

Rynek pracy zarówno globalny, jak i polski się zmienia. Zmiany obserwujemy już od kilkunastu lat, choć nie są one aż tak dynamiczne, jak mogłoby się wydawać. Za kilka lat pewne funkcje przejmą roboty i awatary – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Warzybok, członek europejskiego zespołu ekspertów Aon Hewitt.

Jak wynika z raportu THINKTANK „Re-wizje. Jaka będzie Polska za 10 lat?”, automatyzacja, robotyka i cyfryzacja wprawdzie nie zostaną wprowadzone wszędzie, ale już widać, że są branże, w których znacząco zmieniły i zmienią sposób pracy. Bezobsługowe kombajny będą zastępować pracę górników w najbardziej niebezpiecznych miejscach kopalni, a samoobsługowe kasy zastąpią kasjerów. Niektóre zawody mogą z tego powodu zniknąć z rynku, szczególnie te mniej wyspecjalizowane.

Zmiany społeczne i technologiczne spowodują zwiększone zapotrzebowanie na nowe zawody i umiejętności. Wzrośnie liczba zawodów wspierających życie codzienne, jak np. konsjerż, robiący zakupy czy planujący podróże i rozrywkę, opiekun do zwierząt. Pojawi się coraz większy popyt na usługi wspierające rozwój zawodowy, czyli coaching. Eksperci podkreślają, że potrzebnych będzie więcej psychologów i terapeutów, a także opiekunów osób starszych.

Zmieni się również zapotrzebowanie na pracowników. Część zawodów będzie wymagała bardziej wykwalifikowanych specjalistów – mowa przede wszystkim o branżach związanych z IT. Już teraz brakuje informatyków, rozwija się branża e-commerce, dlatego w tych branżach będzie pojawiało się więcej ofert pracy, rosło będzie również wynagrodzenie. Pracownicy o szerszych umiejętnościach nie będą mieli problemów ze znalezieniem pracy, na rynku ma być widoczna wojna na talenty.

Z perspektywy kompetencji przyszłości widzimy, że „czystą” wiedzę coraz łatwiej będą zastępować systemy i wiedza dostępna poprzez różne aplikacje. Dlatego to, co będzie bardziej się liczyć, to umiejętności miękkie. My wolimy je określać jako fundamentalne, związane z przewodzeniem pracownikom, budowaniem poczucia sensu w pracy – zaznacza ekspertka.

Badania firmy Deloitte wskazują, że 38 proc. firm wskazuje rozwój umiejętności przywódczych za pilną potrzebę, a blisko połowa – jako bardzo ważną. Sprawdzać będą się menadżerowie, którzy będą potrafili efektywnie zarządzać zespołem, trudniej będzie się odnaleźć tym, którzy swoją siłę będą budowali na wiedzy.

Co ciekawe, kompetencją, na którą obecnie nie zwraca się szczególnej uwagi, ale która będzie coraz ważniejsza, jest umiejętność skupienia się. W świecie technologii i przeskakiwania z zadania na zadanie pracodawcy poszukują takich osób, które potrafią się skoncentrować na jednym przez dłuższy czas – podkreśla Magdalena Warzybok.

Zdaniem specjalistki polski rynek pracy będzie upodabniał się do krajów Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. Pracodawcy coraz częściej rywalizują o kandydatów, oferują nie tylko wyższe pensje, lecz także bonusy pozapłacowe i możliwości rozwoju. Będzie to coraz bardziej widoczne, zwłaszcza że pogłębia się kryzys demograficzny. GUS obliczył, że w 2035 roku Polacy w wieku produkcyjnym będą stanowić 64 proc., a w 2060 – 54 proc. (obecnie ok. 70 proc.).

Wraz ze zmianami demograficznymi będzie rosła presja, żeby coraz bardziej wychodzić naprzeciw oczekiwaniom nowego pokolenia. Presja nie jest jeszcze tak duża, jak np. w Rosji, gdzie w ciągu kilkunastu lat zniknie kilkanaście milionów osób, ale polscy pracodawcy już powinni się szykować – podkreśla Warzybok.

W 2014 roku banki zapytały o klientów ponad 48,15 mln razy

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w 2014 roku banki zapytały BIK o klientów ponad 48,15 mln razy, co oznacza wzrost o 14% w porównaniu do roku 2013. Wzrost zapytań jest związany z obserwowanym większym popytem na kredyty ze strony klientów banków.

W 2014 roku udzielono łącznie 7,79 mln kredytów konsumpcyjnych i mieszkaniowych, co oznacza 13% wzrost r./r. Podobną dynamiką – 14% r./r. – charakteryzowały się raporty udostępniane przez BIK bankom i SKOK-om. W całym 2014 roku banki zapytały BIK o klientów ponad 48,15 mln razy, w 2013 – 42,8 mln razy.

CEO Magazyn Polska

Raporty kredytowe są pobierane przez banki i SKOK-i w momencie składania wniosku kredytowego przez klienta. Korzystanie przez banki i SKOK-i z raportów udostępnianych przez BIK pozwala na bezpieczne udzielanie kredytów – kredyty konsumpcyjne udzielone w ostatnich 4 latach charakteryzują się szkodowością poniżej 4%. Tym samym BIK wspiera klientów banków w ostrożnym i odpowiedzialnym zaciąganiu kredytów, dzięki czemu istotnie obniżyło się zjawisko nadmiernego zadłużenia i mniejsza liczba kredytobiorców wpada w pętle zadłużenia – komentuje prof. Waldemar Rogowski, ekspert Biura Informacji Kredytowej.

Osobom zainteresowanym monitorowaniem swoich kredytów, Biuro Informacji Kredytowej oferuje 60-dniowy bezpłatny dostęp do raportu kredytowego na portalu www.bik.pl, w którym każdy może zweryfikować swoją wiarygodność finansową.

Dobre zarobki nie są kwestią przypadku

Czy istnieją obszary, w których od początku zarabia się świetnie i z czasem jest już tylko lepiej? A co ze specjalistami, którzy zaczynają od niskiego pułapu wynagrodzenia? Czy mają szansę na dołączenie do czołówki najlepiej zarabiających? Co, oprócz doświadczenia, ma wpływ na wysokość pensji? Na te pytania odpowiada analiza ponad pół miliona ankiet wypełnionych w serwisie zarobki.pracuj.pl.

 Powiedzieć, że doświadczenie wpływa na wysokość wynagrodzenia, to nic nie powiedzieć. To, że lata i staż pracy są jednym z kluczowych czynników mających wpływ na pensje specjalistów, jest oczywiste. O tym, jak będzie się kształtować nasza pensja z biegiem czasu, w dużej mierze decyduje jednak również obszar specjalizacji, jak i zakres odpowiedzialności.

 Sprzedawcy – droga do najwyższych zarobków

 Sprzedawcy są pod względem płac szczególną grupą zawodową. Ich zarobki w początkowym okresie zatrudnienia plasują się w samym dole stawki. Niechlubny rekord najniższych przeciętnych zarobków należy do sprzedawców, z doświadczeniem zawodowym poniżej roku, zajmujących się sprzedażą odzieży/dodatków/biżuterii i wynosi przeciętnie 1 440 zł netto. Na nieco więcej mogą liczyć początkujący sprzedawcy z obszaru farmacja/medycyna czy IT/telekomunikacja, ich przeciętne zarobki wynoszą 2 000 zł netto.

Ten nie najlepszy finansowo start nie oznacza jednak, że eksperci z tego obszaru nie mogą liczyć na wysokie dochody w przyszłości. Wręcz przeciwnie, z upływem czasu stają się jedną z najlepiej opłacanych grup zawodowych. Tak, jak wśród osób z doświadczeniem zawodowym poniżej roku, specjaliści sprzedaży znajdowali się na końcu stawki, tak już wśród osób na poziomie kierownika znajdują się na czele peletonu. Przykładowo, kierownik sprzedaży specjalizujący się w farmacji/medycynie zarabia przeciętnie 9 747 zł netto, a dyrektor sprzedaży tej samej specjalności otrzymuje przeciętnie 13 400 zł netto.

Dane te wskazują wyraźnie, jak ważnym obszarem dla firmy jest sprzedaż – na poziomie strategicznym jest to jeden z kluczowych działów, odpowiedzialnych za zyski firmy. Dlatego też rola osoby odpowiedzialnej za sprzedaż na poziomie zarządczym jest bardzo istotna, co przekłada się na oferowane tym specjalistom pensje. Warto także pamiętać, że droga prowadząca na szczyt w tej specjalizacji, to wypadkowa doświadczenia, wiedzy, kursów, szkoleń i osobowości – komentuje Radosław Żemło, Dyrektor Sprzedaży w Grupie Pracuj.

Klucz do sukcesu? Specjalizacja i umiejętności kierownicze

W niemal każdym z analizowanych obszarów widać, że największy skok w wysokości płac ma miejsce w momencie, kiedy specjalista przechodzi z poziomu operacyjnego na kierowniczy. Kiedy, obok odpowiedzialności za siebie i powierzone zadania, dochodzi odpowiedzialność za zespół i realizowane przez niego projekty.

Przykładowo, specjalista marketingu odpowiedzialny za zarządzanie marką, mający kilkuletni staż pracy, może liczyć na przeciętne wynagrodzenie w wysokości 4 717 zł netto, ale już na poziomie kierowniczym oferuje mu się przeciętnie 9 125 zł netto. Jak widać jest to niemal 100% wzrost wynagrodzenia. Kolejny skok obserwować można przy wejściu na poziom najwyższej kadry zarządzającej – dyrektor marketingu w randze członka zarządu otrzymuje przeciętnie 15 000 zł netto. Dobrze ta zależność widoczna jest także w ubezpieczeniach, gdzie specjalista otrzymuje przeciętnie 4 427 zł netto, a dyrektor może liczyć przeciętnie na 12 633 zł netto.

Jak pokazują wyniki naszych analiz, staż pracy plus specjalizacja, to klucz do sukcesu na rynku pracy. Umiejętności wykraczające poza specjalizacje stają się bardzo cenne na poziomie zarządczym, kiedy zadaniem pracownika jest nie tylko dobrze wykonać swą pracę, ale i umieć zmotywować zespół i odpowiednio nim zarządzić. Analizując nasze dane obserwujemy znaczące różnice poziomu płac między specjalistami a kierownikami – komentuje Maciej Bąk, ekspert ds. raportów wynagrodzeń Grupy Pracuj.

IT – może być tylko lepiej

 Istnieją jednak wyjątki od reguł. IT jest kategorią, która rządzi się swymi własnymi prawami. Specjaliści z tego obszaru już na starcie mogą liczyć na przeciętne zarobki w wysokości 3 500 zł netto. Potem jest już tylko lepiej. Co więcej, nie obserwuje się też w przypadku tej grupy stanowisk aż tak zasadniczych skoków wynagrodzenia przy przechodzeniu z poziomu operacyjnego na zarządczy, jak to ma miejsce w przypadku innych specjalizacji. Przykładowo, ekspert IT, z kilkuletnim stażem, zajmujący się rozwojem oprogramowania otrzyma przeciętnie 8 000 zł netto, kierownik w tej specjalizacji może liczyć przeciętnie na 9 700 zł netto, a na poziomie dyrektora przeciętnie na 12 933 zł netto. Jak widać są to również znaczące zmiany, ale nie aż takie, jak miało to miejsce, na przykład w marketingu.

Źródło danych: portal Zarobki.pracuj.pl. Metodologia wyliczania danych: Analiza ponad pół miliona ankiet zgromadzonych w serwisie zarobki.pracuj.pl. W analizie pokazano wartość mediany netto (50% zarabia mniej, 50% więcej), płacy całkowitej (płaca zasadnicza + premia).

Inwestycje i spożycie ciągną gospodarkę

Polska gospodarka urosła w czwartym kwartale 2014 roku o 3,1 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku – podał Główny Urząd Statystyczny.

Komentarz Jacka Adamskiego, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Na tle danych o zmianach dynamiki czynników składowych PKB w IV kwartale 2014 roku, które nikogo nie zaskoczyły i były dokładnie zgodne z oczekiwaniami, powstaje pytanie, co to oznacza dla wykonania budżetu w bieżącym, 2015 roku.

Mamy sytuację dość silnego, jak na kraj europejski, ożywienia gospodarczego, zasilanego czynnikami wewnętrznymi – przede wszystkim inwestycjami oraz wzrostem spożycia, szybszym w przypadku spożycia publicznego niż w sektorze gospodarstw domowych. W przypadku inwestycji roczna dynamika sytuowała Polskę w III kw. na drugim miejscu w Europie (10,1% wzrostu, wobec 13,2% na Węgrzech), a w IV kwartale Polska z 9,0% wzrostem także utrzymała się w absolutnej czołówce. Strukturalnie to więc wygląda nieźle. Uruchomienie środków z nowej perspektywy finansowej UE dobrze wróży utrzymaniu przyrostu spożycia publicznego i inwestycji.
Są jednak dwa zmartwienia. Pogłębiająca się deflacja nie ustąpi, wbrew oczekiwaniom, w połowie roku. Będzie ona też hamować przyrost podatkowych dochodów budżetowych. Jednocześnie utrzymywanie w Polsce jednych z najwyższych w Europie realnych stóp procentowych prowadzić będzie do nieprzewidywanej aprecjacji złotego i pogorszenia bilansu płatniczego. W ciągu 1-2 lat te dwa czynniki mogą zagrozić wzrostowi gospodarczemu.
Konfederacja Lewiatan

Sprawdź, o ile wzrosną emerytury i renty

Wysokość pobieranej przez ciebie emerytury lub renty wynosi nie więcej niż 3 333,33 zł? Od 1 marca zostanie ona podniesiona o 36 zł. Wyższe świadczenia wzrosną o 1,08%.

„Emerytury i renty są co roku waloryzowane według ściśle określonego wskaźnika. W tym roku, po raz pierwszy, będzie to wskaźnik mieszany, ustalany na podstawie składnika procentowego i kwotowego” – mówi serwisowi infoWire.pl Radosław Milczarski z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Przelicznik procentowy (1,08%) posłuży do przemnożenia podstawy wymiaru wszystkich świadczeń i obliczenia wysokości podwyżki. Ustalono jednak, że minimalnie będzie ona mogła wynosić 36 zł. Taką podwyżkę dostaną osoby pobierające świadczenia w wysokości maksymalnie 3 333,33 zł (1,08% od tej kwoty to właśnie 36 zł). Gdyby zastosowano tylko przelicznik procentowy, osoby z najniższą emeryturą mogłyby liczyć na niecałe 9 zł podwyżki.

Wskaźnik waloryzacji jest równy średniorocznemu wzrostowi cen towarów i usług konsumpcyjnych (ogólnemu lub – jeśli jest to korzystniejsze – dla gospodarstw domowych emerytów i rencistów) zwiększonemu o co najmniej 20% realnego wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w ubiegłym roku.

Zwaloryzowane zostaną wszystkie emerytury i renty pobierane od 28 lutego 2015 r.

Od marca śluby na nowych zasadach.

0

Od 1 marca zacznie obowiązywać nowa ustawa – Prawo o aktach stanu cywilnego. Jedną ze zmian będzie możliwość zawarcia małżeństwa poza Urzędem Stanu Cywilnego. Z szacunków portalu Money.pl, opartych na sondażu zleconym przez MSW wynika, że urzędy zarobią na tym nawet 100 mln zł rocznie.

Teraz małżeństwo można zawrzeć w innym miejscu, niż Urząd Stanu Cywilnego jedynie w szczególnych przypadkach. Nowe przepisy umożliwią zorganizowanie ceremonii poza urzędem wszystkim chętnym. Para będzie musiała złożyć tylko specjalny wniosek do kierownika urzędu.

Jak jednak zastrzega Małgorzata Woźniak, rzecznik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, nie może to być każde, wymyślone przez młodych miejsce. – Musi gwarantować bezpieczeństwo uczestnikom uroczystości i podkreślać jej podniosły charakter. Wybierając miejsce, nowożeńcy będą musieli konsultować swój wybór z kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego – tłumaczy Woźniak.

Decyzja o tym, czy zaproponowana lokalizacja spełnia te wymogi, należy do kierownika USC. To, czy jest godna, czy nie jest dość nieprecyzyjne. Wiele więc zależeć też będzie od siły perswazji ze strony młodych. W myśl nowych przepisów za zorganizowanie takiej uroczystości przyszli małżonkowie będą musieli zapłacić 1000 złotych – przypomina portal Money.pl.

Jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie MSW, ślub w kraju, ale poza urzędem i kościołem, chce wziąć blisko 55 proc. badanych. 32 proc. z nich marzy o ślubie w plenerze. Wśród najczęściej wymienianych lokalizacji były: plaża (7 proc.), ogród (7 proc.) albo miejsce nad morzem (5 proc.). Innymi preferowanymi miejscami, poza urzędem stanu cywilnego, były zamek lub wybrane miasto w Polsce.

Jak wynika z badania, Polacy najchętniej wzięliby ślub w otoczeniu górali. Zakopane, to najczęściej wskazywane polskie miasto, w którym pytani chcieliby zawrzeć związek małżeński (1,5 proc). W dalszej kolejności pojawiały się jeszcze Kraków i Warszawa.

Z ostatnich danych GUS wynika, że liczba związków małżeńskich zawieranych w blisko 2300 urzędach w całym kraju sięga 180 tys. rocznie. Biorąc pod uwagę, że za możliwość zawarcia małżeństwa w każdym miejscu w kraju innym niż urząd czy kościół (55 proc.), para będzie musiała tysiąc złotych, szacujemy, że wpływy USC z tego tytułu mogą rocznie sięgnąć nawet 100 mln zł.

Minister Szczurek na kongresie polskich studentów w Wielkiej Brytanii

Rozwój Europy Środkowej i Wschodniej, wyzwania polityki europejskiej i polityki bezpieczeństwa oraz kwestie demograficzne i perspektywy rynku pracy dla absolwentów wyższych uczelni w Polsce to główne tematy VIII Kongresu Polskich Stowarzyszeń Studenckich w Wielkiej Brytanii, który odbył się na Uniwersytecie Lancaster w dniach 19-22 lutego br.

W imprezie odbywającej się w tym roku pod hasłem European Leaders Facing Global Challenges wziął udział minister finansów Mateusz Szczurek. W wystąpieniu The Challenges Facing the EU in the context of the new Greek Government and British Euro-Scepticism minister wskazał, że obok tzw. Grexit, czyli ewentualnego wystąpienia Grecji ze strefy euro oraz dyskusji w Wielkiej Brytanii nt. wyjścia z Unii Europejskiej, do podstawowych zagrożeń dla Europy należą bezrobocie w strefie euro czy różnice zdań wewnątrz strefy. Mateusz Szczurek zaznaczył, że Unii trudno jest znaleźć gotowe odpowiedzi na wyzwania gospodarcze, w tym na ultra niskie realne stopy procentowe czy deflację.

Wciąż utrzymuje się niski poziom zaufania na rynkach, od 5 lat występuje zjawisko delewarowania (tj. redukcji nadmiernego zadłużenia kredytobiorcy, odbywającej się zazwyczaj w reakcji na niekorzystne warunki rynkowe) w działalności bankowej przez banki zachodnie, chociaż gospodarka europejska jest obecnie bardziej zrównoważona niż przed kryzysem finansowym w 2007 r. W UE trwa obecnie dyskusja nt. roli inwestycji infrastrukturalnych we wsparciu wzrostu gospodarczego. Rozwój inwestycji, w tym prywatnych, przewiduje tzw. plan Junckera, co miałoby znaczenie dla pobudzenia wzrostu gospodarczego, podobnie jak osłabienie euro czy wzmocnienie popytu. Minister Szczurek podkreślił, że polskie działania w odpowiedzi na wyzwania związane z kryzysem gospodarczym w Europie polegają zarówno na wspieraniu strony podażowej, jak i popytowej, w tym przez inwestycje publiczne. To zapewnia Polsce miejsce w czołówce wzrostu gospodarczego w Europie. Wyzwaniem dla naszego kraju są jednak np. kwestie demograficzne.

Jak zauważył Mateusz Szczurek, niezbędne w UE reformy strukturalne są bardzo ogólnym hasłem, stąd często trudno ustalić ich zakres ponad standardowe odniesienia do polityki monetarnej (stopy procentowe) i polityki fiskalnej (cięcia wydatków, zmiany poziomu zadłużenia). W UE niezbędne jest dokończenie budowy wspólnego rynku, także na poziomach krajowych muszą być podejmowane działania przeciwdziałające fragmentaryzacji rynków. Jednak polityka niektórych państwa Unii w odniesieniu do rynku pracy idzie w przeciwnym kierunku. Zdaniem ministra usuwając bariery w handlu można uzyskać korzyści dla krajów czy przynajmniej sektorów gospodarki, ale usunięcie wszystkich barier będzie trudne politycznie.

Podczas spotkania dyskusyjnego Mateusz Szczurek rozmawiał ze studentami i przedstawicielami stowarzyszeń absolwentów (w tym założonego przez ministra British Alumni Society) m.in. o konieczności dostosowania rządowego programu stypendiów na studia zagraniczne do realiów brytyjskich/zagranicznych uniwersytetów, możliwości wspierania absolwentów studiów zagranicznych w powrocie do kraju czy ich szansach na polskim rynku pracy w sektorze prywatnym i publicznym. Minister Szczurek zachęcał młodych Polaków do planowania przyszłości zawodowej w ojczyźnie. Ocenił też, że bez względu na osobiste wybory na określonym etapie kariery ważny jest mocny głos Polaków w Europie.

W kongresie uczestniczyło kilkuset polskich studentów, w tym delegatów z uczelni w całej Wielkiej Brytanii (gdzie studiuje ich łącznie ok. 6 tys.). W kongresie wzięli też udział przedstawiciele polskich środowisk akademickich, rządowych oraz firm.

Gekoplast zamierza zwiększyć eksport w 2015 roku. Spółka planuje przeniesienie się z NewConnect na główny rynek GPW

0

Gekoplast zamierza systematycznie zwiększać eksport produkowanych opakowań plastikowych. Po debiucie na rynku NewConnect spółka deklaruje, że w przyszłym roku przeniesie się na główny parkiet warszawskiej giełdy.

– W Polsce jesteśmy największym producentem i nie mamy liczących się konkurentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Górowski, prezes Gekoplastu. – Cały czas jednak obserwujemy rynek europejski. Jesteśmy największym producentem w Europie Środkowej, mamy istotny udział w sprzedaży do pozostałych krajów Unii i chcemy ten udział wyraźnie zwiększać.

Gekoplast specjalizuje się w produkcji nowoczesnych opakowań, m.in. dla fabryk AGD. Z 30-proc. udziałem w rynku płyt komórkowych w Europie Środkowo-Wschodniej i niemal 8-proc. w Europie firma jest jednym z branżowych liderów w Unii Europejskiej. Eksportuje swe wyroby do niemal wszystkich krajów wspólnoty. Niemcy jednak są jej największym zagranicznym odbiorcą.

Sytuacja spółki jest dobra i stabilna podkreśla Piotr Górowski, prezes Gekoplastu. Nasza produkcja trafia w połowie na rynki zagraniczne, przede wszystkim do Niemiec. Mamy zamiar jednak nadal zwiększać sprzedaż, głównie tę eksportową.

Wczoraj spółka zadebiutowała na rynku alternatywnym warszawskiej giełdy. Nowi akcjonariusze Gekoplastu za 5,4 mln zł kupili 10,85 proc. udziałów w kapitale spółki i 11,58 proc. głosów na WZA. Dla firmy debiut na NewConnect jest jednak tylko etapem w drodze na główny rynek warszawskiej giełdy.

Jest to dla spółki ważny dzień – ocenia prezes Gekoplastu. Długo na niego czekaliśmy, dążyliśmy do tego celu od kilku lat i cieszymy się, że udało nam się go zrealizować. Jest to pierwszy krok na drodze do rynku głównego, bo taki jest nasz cel, co zapowiedzieliśmy w trakcie oferty. Jestem przekonany, że w ciągu 1-1,5 roku  znajdziemy się na głównym parkiecie.

Gekoplast zamierza w najbliższym czasie poszerzyć asortyment i zwiększyć sprzedaż. Spółka zrealizowała w ostatnich czterech latach inwestycje rzędu 18 mln zł. Zwiększają one moce produkcyjne i umożliwiają wprowadzenie na rynek nowych wyrobów. Obok płyt komórkowych stosowanych do pakowania wyrobów przemysłowych firma może teraz oferować szeroki asortyment płyt pełnych, których do tej pory nie produkowała, oraz bardzo poszukiwane w Europie przekładki transportowe, tzw. layer-pady.

Naszym atutem jest to, że praktycznie zrealizowaliśmy główny plan inwestycyjny w ostatnich latach. Teraz będziemy konsumować te inwestycje poprzez wzrosty sprzedaży z tych nowych mocy produkcyjnych. Oczywiście nadal będziemy się rozwijać, przy czym te nakłady będą skoncentrowane na dalsze przetwórstwo i produkcję wyrobów wysokomarżowych bardziej przetworzonych zapowiada prezes Piotr Górowski z Gekoplastu, dodając, że o zbyt swych wyrobów się nie obawia.

W zeszłym roku przychody netto ze sprzedaży Gekoplastu przekroczyły 76 mln zł i były o ponad 1 mln wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto producenta wzrósł o 900 tys. zł, przekraczając 4 mln zł.

M. Budzanowski: Polska może skorzystać na tranzycie gazu na Ukrainę

Polska musi zainwestować w rozbudowę połączenia gazowego na granicy z Ukrainą – przekonuje były minister skarbu Mikołaj Budzanowski. Według niego powinniśmy uzyskać zdolność eksportu nawet 20 mld metrów sześciennych rocznie błękitnego paliwa na wschód. Byłaby to nie tylko ważna deklaracja polityczna, lecz także decyzja opłacalna ekonomicznie. 

Dla Polski to konkretne zyski z tytułu tranzytu gazu. Mogą być liczone w kilkudziesięciu milionach złotych każdego roku, które zasilałyby spółkę państwową Gaz-System – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mikołaj Budzanowski, były minister skarbu państwa.

W styczniu br., po spotkaniu premier Ewy Kopacz z szefem rządu Ukrainy Arsenijem Jaceniukiem, poinformowano o podpisaniu umowy pomiędzy Gaz-Systemem a Naftohazem. Zgodnie z nią na polsko-ukraińskiej granicy ma powstać interkonektor o przepustowości do 10 mld metrów sześciennych rocznie. Poprzez to połączenie na Ukrainę eksportowany ma być gaz m.in. rozładowywany w gazoportach w Świnoujściu i Kłajpedzie.

Obecnie jedyne połączenie systemów gazowych Polski i Ukrainy znajduje się w Drozdowiczach i służy jedynie do importu gazu ze wschodu. Okazjonalnie również do eksportu na Ukrainę.

Budzanowski podkreśla, że inwestycja w nowe połączenie z Ukrainą, które umożliwi również eksport gazu na wschód, to duża szansa dla Polski. W obecnej sytuacji polityczno-gospodarczej Ukrainy zaangażowanie naszego kraju może być szczególnie cenne.

W tym projekcie upatrywałbym interesu gospodarczego dla Polski. To przede wszystkim silny impuls do inwestycji na granicy polsko-ukraińskiej związany z tzw. Karpackim Pierścieniem Energetycznym, mającym na celu budowę nowych połączeń gazowych z Ukrainą. Już nie mówimy o połączeniach na poziomie 2 czy 3 mld metrów sześciennych, ale o przesyle od 10 do 20 mld metrów sześciennych gazu – mówi Budzanowski.

Zwraca uwagę, że w sytuacji trwającego konfliktu pomiędzy Ukrainą a Rosją nie wszystkie unijne kraje mówią jednym głosem. Zwłaszcza blisko związane gospodarczo z Moskwą Słowacja i Węgry nie wspierają polityki sankcji nakładanych na Rosję przez UE. Odwrócenie się tych krajów od Ukrainy to dodatkowy bodziec do tego, by swoje zaangażowanie zwiększyła Polska.

Budzanowski przyznaje, że byłaby to decyzja w pewnym stopniu polityczna, ale także dająca szansę na wymierne korzyści ekonomiczne. Polska mogłaby bowiem zarabiać na tranzycie gazu. Już w tej chwili przez nasz kraj transportowane jest paliwo z Rosji na zachód poprzez gazociąg jamalski o maksymalnej przepustowości 32 mld metrów sześciennych. Tranzyt gazu na Ukrainę mógłby znacznie zwiększyć ten przepływ.

Na to również powinny być przeznaczone fundusze unijne oraz finansowanie z Europejskiego Banku Inwestycyjnego dla ukraińskiego partnera projektu. To odwrócony gazociąg jamalski, w kierunku ukraińskim. Polska powinna stać się krajem tranzytowym gazu z zachodu na wschód, na Ukrainę – przekonuje Budzanowski.

Unijni urzędnicy pracują nad kolejnymi zmianami w przepisach dotyczących biopaliw

Przyjęte przez komisję środowiska w Parlamencie Europejskim stanowisko zakłada ograniczenie do 6 proc. udziału biokomponentów pochodzenia rolniczego w rynku paliw. Pomysłodawcy argumentują, że rosnące zapotrzebowanie na biopaliwa pośrednio wpływa na wzrost emisji szkodliwych substancji. Polska kilka tygodni temu – z czteroletnim opóźnieniem – w pełni wdrożyła unijną dyrektywę o promocji odnawialnych źródeł energii w zakresie biopaliw.

W Parlamencie Europejskim trwają prace nad ograniczeniem obowiązkowego udziału biokomponentów pochodzenia rolniczego w rynku paliw (do 6 proc.). Autorzy tej propozycji argumentują ją tym, że rosnące zapotrzebowania na biopaliwa powoduje problemy przy wykorzystywaniu gruntów. Żeby wygospodarować więcej gruntów, wycinane są lasy i osuszane mokradła, a to pośrednio wpływ na zwiększenie emisji dwutlenku węgla. Dlatego dyrektywa ma promować wykorzystanie biopaliw np. z odpadów rolnych czy drzewnych.

Kluczowym elementem propozycji legislacyjnej jest ustanowienie ograniczenia stosowania biopaliw wytwarzanych z surowców rolnych oraz uwzględnienie emisji gazów cieplarnianych związanych ze zjawiskiem tzw. pośredniej zmiany użytkowania gruntów (ILUC). 24 lutego odbyło się głosowanie w sprawie projektu rekomendacji dla stanowiska PE na poziomie komisji środowiska. Pierwsze wnioski nie są zbyt optymistyczne, ale to ustalenia w tzw. trialogu (Rada, KE i PE) będą nadawać ton nowej dyrektywie – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Stępień, dyrektor generalny Krajowej Izby Biopaliw. ‒ Na to dodatkowo nakłada się dyskusja o dalszej przyszłości branży OZE w Europie, to cały czas niestety nie jest nam znana rama prawna, jeżeli chodzi o stosowanie biopaliw po roku 2020.

Ostatnie nowelizacje polskiej ustawy o biokomponentach i biopaliwach ciekłych uporządkowały niektóre praktyczne aspekty związane z zasadami prowadzenia działalności wytwórczej biokomponentów od strony legislacyjnej. Wprowadzono m.in. szczegółowe przepisy dyrektywy w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych oraz wdrożono istotne dla sektora biopaliw zmiany w ustawie o systemie monitorowania i kontrolowania jakości paliw.

Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ostatnią nowelizację ustawy o biokomponentach i biopaliwach pod koniec stycznia. Nie wprowadziła ona wielu zmian i była przede wszystkim techniczna. Jak dodaje Stępień, to typowa korekta i uszczegółowienie rozwiązań, które obowiązywały już od maja ubiegłego roku. Od 1 stycznia br. wszystkie biopaliwa na krajowym rynku muszą spełniać nowe normy certyfikacji pod kątem tzw. zrównoważonego rozwoju, co w praktyce sprowadza się m.in. do konieczności zapewnienia wymaganego progu redukcji emisji gazów cieplarnianych w porównaniu do ich kopalnych, ropopochodnych odpowiedników.

Z perspektywy nowelizacji ustawy o systemie monitorowania i kontrolowania jakości paliw dla branży wytwórczej biokomponentów, w szczególności bioetanolu, najważniejsze było umożliwienie sprzedaży benzyny E10, czyli z 10-proc. dodatkiem biopaliw. Choć na razie nikt nie wprowadził takiej benzyny do obrotu, Stępień ocenia, że po zmianie prawa jest to kwestia czasu. Benzyny E10 są niezbędne do tego, by Polska mogła wypełnić zawarty zarówno w unijnych, jak i krajowych przepisach cel pozyskiwania 10 proc. energii w transporcie ze źródeł odnawialnych do 2020 r.

Ten cel ma być realizowany w zdecydowanej większości poprzez stosowanie biokomponentów w paliwach normatywnych i biopaliwa ciekłe. To jest, niestety, raczej perspektywa krótkoterminowa, bo mamy już rok 2015 – mówi Stępień.

Mimo że ostatnia nowelizacja nie wprowadziła wielu zmian, to doprowadziła ostatecznie do wdrożenia w pełni unijnej dyrektywy o promocji OZE z 2009 r. Pierwotny termin jej wdrożenia upłynął już 5 grudnia 2010 r. Polska do tej pory wdrażała jedynie niektóre części unijnego prawa w tym zakresie. Dlatego Komisja Europejska w 2013 r. pozwała nasz kraj w unijnym Trybunale Sprawiedliwości. Bruksela domagała się 133 tys. euro za każdy dzień opóźnienia. 27 lutego KE poinformowała o wycofaniu z Trybunału sprawy przeciwko Polsce.

Bankowość mobilna i bezpieczeństwo w sieci to najbardziej perspektywiczne obszary rozwoju rynku IT. Sygnity liczy na współpracę z bankami i administracją

Bankowość mobilna i bezpieczeństwo mobilnych urządzeń w sieci, zwłaszcza w chmurze, to najbardziej obiecujące dziedziny działalności informatycznej w najbliższej przyszłości. Spółka Sygnity, która jest jednym z polskich liderów tej branży, liczy też na konsolidujący się sektor bankowy oraz administrację publiczną, która zacznie inwestować, gdy pojawi się kolejna transza unijnych środków do wydania.

Ze względu na koniec poprzedniej unijnej perspektywy finansowej, zamykamy projekty w sektorze publicznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Bogdan Zborowski, wiceprezes zarządu ds. sprzedaży Sygnity. Na nowe projekty czekamy. Pracujemy wspólnie z rynkiem nad tym, by wykreować projekty, które będą istotne, ważne i ciekawe dla naszych partnerów w administracji.

Spółka w I kwartale roku obrotowego miała nieco gorsze wyniki niż przed rokiem. Jej przychody ze sprzedaży spadły o 4 mln zł, do 144 mln. Zysk przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 4,1 mln zł wobec 5,9 mln zł rok wcześniej. Mimo to szefowie spółki są raczej zadowoleni, bowiem poprawiły się relacje Sygnity z sektorem bankowym.

To był dobry kwartał, bardzo dobry dla sektora bankowego. Znacznie wzrosły nasze przychody – ocenia Bogdan Zborowski. – Podpisaliśmy też nową umowę z firmą Misys, naszym strategicznym partnerem. To efekt analizy rynku, tego, co się dzieje w sektorze, jak zmienia się nasz rynek bankowy po tych konsolidacjach, które na nim zachodzą. Chcemy być dobrze pozycjonowani na przyszłość i to jest element, o który dbamy.

Obecnie spółka liczy na szybko rosnące nowe potrzeby firm i klientów, związane z błyskawicznym rozwojem rynku IT, w trakcie którego powstają nowe zagrożenia i nowe wyzwania. To rodzi popyt na nowe rozwiązania powstających problemów.

– Po pierwsze cały czas analizujemy rynek – podkreśla wiceprezes zarządu ds. sprzedaży Sygnity.  IT na świecie jest bardzo bogate i to jest element, którym kiedyś nasza firma żyła. Szukaliśmy najlepszych rozwiązań na świecie, pokazywaliśmy je naszym klientom, a następnie wdrażaliśmy, dając coś bardzo wartościowego. Cały czas patrzymy na to, co się dzieje na zewnątrz.

Jak ocenia przedstawiciel spółki, na tym rynku cały czas będą pojawiały się nowe wyzwania i obszary współpracy, niekiedy bardzo niszowe. Dlatego Sygnity stawia na specjalistyczną wiedzę w dziedzinach, które obecnie się rozwijają najszybciej. Wymienia tu bezpieczeństwo, dane i usługo gromadzone w chmurze obliczeniowej i usługi mobilne, który popularność rośnie lawinowo.

– W zakresie mobilności są dwa obszary, które według analityków rynku będą rosły najszybciej. Mówię oczywiście o bankowości mobilnej i bezpieczeństwie – prognozuje wiceprezes Bogdan Zborowski z Sygnity. To są elementy, które bardzo nas interesują, podpisujemy umowy, będziemy niedługo o nich mówić, bo wierzymy, że możemy dać tutaj wiele naszym klientom.

Od marca ślub cywilny możliwy w plenerze. Dzieciom będzie można nadawać obce imiona

0

Od 1 marca małżeństwo będzie mogło być zawarte w plenerze, a nie tylko w urzędzie. To efekt zmian przepisów o aktach stanu cywilnego. Wybrane miejsce powinno jednak gwarantować zachowanie powagi i bezpieczeństwo wszystkim uczestnikom. Chętni muszą się także liczyć z dodatkowymi kosztami. Za ślub pod chmurką zapłacimy 1 tys. zł. Nowe przepisy pozwalają też rodzicom nadawać dzieciom obce imiona. Prostszy ma też być obieg i dostęp do dokumentów.

Od marca będzie można zawrzeć ślub poza urzędem stanu cywilnego – przyznaje w rozmowie z agencją Newseria Małgorzata Woźniak, rzecznik prasowy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. – Musi być to jednak miejsce bezpieczne dla uczestników i musi podkreślać doniosłość uroczystości, dlatego ślub nie może mieć miejsca pod wodą, w balonie czy podczas skoku na bungee – tłumaczy.

Zgodę na ślub w wybranym miejscu mają podejmować kierownicy urzędów po rozmowie z nowożeńcami. Ministerstwo przypomina, że ślub w plenerze wiąże się z dodatkowymi kosztami. Trzeba będzie za to zapłacić 1 tys. zł.

Dotychczasowe przepisy również pozwalały na ślub poza urzędem, ale tylko w szczególnych okolicznościach – np. gdy jeden z małżonków był w szpitalu. W 2013 roku, jak wynika z danych GUS-u, poza urzędem odbyło się 2 tysiące ślubów. Nowe przepisy mogą te statystki znacząco zwiększyć, zwłaszcza że zainteresowanie takimi uroczystościami w plenerze jest duże. Ze zleconego przez resort sondażu wynika, że ponad 30 proc. badanych chce zawrzeć małżeństwo właśnie w plenerze.

Nasi respondenci najczęściej wskazywali takie miejsca jak zamek, a wymarzone miasto na ślub to Zakopane – mówi Woźniak.

Od marca rodzice będą mogli nadawać dzieciom obce imiona. Choć jak wskazują dane MSW Polacy, to raczej tradycjonaliści i najczęściej wybierają klasyczne imiona. W 2014 roku najczęściej nadawanym imieniem dla chłopców był Jakub (ponad 9 tys.), Kacper i Antoni (po ok. 7 tys.), wśród imion dla dziewczynek królowały Lena (blisko 10 tys.), Zuzanna czy Julia.

– Będzie jednak taka możliwość. Również polscy obywatele będą mogli nadawać swoim dzieciom imiona obcego pochodzenia, np. Mercedes, Liam albo Hiro – zaznacza rzeczniczka MSW.

Nowe przepisy mają też znacznie ułatwić nie tylko bieg, lecz także dostęp do dokumentów. Urzędy stanu cywilnego będą miały obowiązek prowadzić elektroniczną rejestrację aktów urodzeń, ślubów czy zgonów, a odpisy będzie można odebrać w dowolnym urzędzie.

Do tej pory wiązało się to z podróżą, kosztami, bo trzeba było jechać tam, gdzie akt był sporządzony. Od marca odpis zostanie wprowadzony do systemu i w wyznaczonym terminie będzie można przyjść po odbiór takiego dokumentu – wyjaśnia Małgorzata Woźniak.

Mieszkania w odnowionych kamienicach w Warszawie coraz popularniejsze. Ceny poniżej rynkowej średniej

CEO Magazyn Polska

Na warszawskim rynku wtórnym pojawia się coraz więcej mieszkań w odnowionych kamienicach. Zainteresowanie jest duże, bo lokal po praskiej stronie Wisły można kupić już za 6-7 tys. zł za metr, co w Warszawie jest atrakcyjną kwotą. Podaż na rynku utrzymuje się, bo w stolicy jest nawet 14 tys. nieruchomości, które wrócą w najbliższych latach do swoich dawnych właścicieli.

 Koszt takich mieszkań mieści się w okolicy średnich cen transakcyjnych w Warszawie, a często poniżej tych średnich, w przedziale pomiędzy 6 a 7 tys. zł za metr kwadratowy – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Tylec, prezes zarządu 2C Partners, spółki specjalizującej się w skupowaniu i rewitalizacji kamienic.

Tylko w 2014 r. firma 2C Partners sprzedała 41 lokali, co dało spółce ponad 9,5 mln zł przychodów i 4,9 mln zł zysku netto. Potencjał rozwoju tego rynku jest bardzo duży, bo w Warszawie z uwagi na uwarunkowania historyczne starych kamienic, które będą wracały do dawnych właścicieli, jest ok. 14 tysięcy. To właśnie stolica jest głównym rynkiem dla tego typu nieruchomości, choć 2C Partners prowadzi również inwestycje w Gliwicach i Sopocie. Tylec podkreśla, że Warszawa jest najbardziej atrakcyjnym rynkiem nie tylko ze względu na dostępność starych kamienic, lecz także z uwagi na dużą płynność i łatwość wyjścia z inwestycji. Z uwagi na zaangażowanie w stolicy, spółka wstrzymuje się z rozwojem na innych rynkach. Najczęściej kupuje lokale od spadkobierców dawnych właścicieli.

Tylec zwraca jednak uwagę na to, że tego typu lokale interesują specyficzną grupę nabywców.

Są to ludzie, którzy szukają pewnego klimatu, którzy nie kupiliby lokalu od dewelopera, nie lubią nowych budynków i szukają czegoś na rynku wtórnym. Po pewnym czasie poszukiwania okazuje się, że albo te lokale w kamienicach są zniszczone, albo same budynki. Przychodzą więc do nas, dlatego że tu mogą znaleźć odnowiony lokal w odnowionym budynku – wyjaśnia Tylec.

Inwestycje w tego typu nieruchomości są związane z kilkoma utrudnieniami. Poza złym stanem technicznym wiele budynków ma nieprecyzyjnie ustaloną sytuację prawną. Dlatego przed sprzedażą klientom 2C Partners musi przeprowadzić odpowiednie przekształcenia własnościowe oraz remonty, a często rozbudowę. Dopiero potem budynek jest dzielony na pojedyncze lokale i sprzedawany na rynku wtórnym.

Ten biznes wymaga unikalnych kompetencji. Działamy z dosyć nietypowymi partnerami. Kupujemy od osób fizycznych, spadkobierców, osób, które nie do końca potrafią, nawet jeśli by chciały, wykorzystać potencjał posiadanej nieruchomości. Nabywamy budynek z różnymi problemami. To są różnego rodzaju problemy prawne, techniczne, również często nabywamy je z najemcami. Musimy umieć rozwiązać te problemy, porozumieć się ze spadkobiercami, najemcami i podwykonawcami – wylicza Tylec.

Dodaje, że największym problemem dla 2C Partners jest nieprzewidywalność administracji państwowej. Otrzymanie pozwolenia na budowę i warunków zabudowy może trwać bardzo długo.

Jeżeli te procesy byłyby usprawnione, uproszczone, to na pewno każdy biznes związany z budową, z architekturą prowadziłoby się dużo prościej – ocenia Tylec.

Zwiększa się zapotrzebowanie na systemy i usługi IT. Głównie dzięki rozwojowi bankowości mobilnej i zamówieniom z administracji

Dostawcy usług i systemów informatycznych spodziewają się nowych zamówień z administracji w związku z uruchomieniem pieniędzy z nowej perspektywy UE. Wzrost zapotrzebowania na nowe rozwiązania IT może też wynikać ze zmian zachodzących w sektorze bankowym, czyli postawienie na kanał mobilny. Inne są też dziedziny, na które popyt rośnie najszybciej – teraz poza bankowością mobilną są to również cyberbezpieczeństwo i chmura obliczeniowa.

– Ze względu na to, co się dzieje w sektorze publicznym, czyli koniec poprzedniej perspektywy finansowej, kończymy projekty w sektorze publicznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Bogdan Zborowski, wiceprezes zarządu ds. sprzedaży Sygnity. – Na nowe projekty czekamy. Pracujemy wspólnie z rynkiem nad tym, żeby wykreować projekty, które będą istotne, ważne i ciekawe dla naszych partnerów w administracji.

Na rynku cały czas będą nowe wyzwania i obszary współpracy, niekiedy bardzo niszowe. Dlatego Sygnity stawia na specjalistyczną wiedzę w dziedzinach, które obecnie rozwijają się najszybciej. Najważniejsze to bezpieczeństwo, dane i usługi gromadzone w chmurze obliczeniowej i usługi mobilne, których w popularnością rośnie lawinowo.

– Z mobilnością wiążą się dwa obszary, które według prognoz analityków rynku najbardziej będą rosły, czyli bankowość mobilna i bezpieczeństwo – prognozuje Bogdan Zborowski. – To są elementy, które nas bardzo interesują, podpisujemy umowy, będziemy niedługo o nich mówić, bo wierzymy, że tutaj możemy wiele dać naszym klientom.

Spółka w I kwartale roku obrotowego miała nieco gorsze wyniki niż przed rokiem. Jej przychody ze sprzedaży spadły o 4 mln zł, do 144 mln. Zysk przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 4,1 mln zł wobec 5,9 mln zł rok wcześniej. Mimo to szefowie spółki są raczej zadowoleni, bowiem poprawiły się relacje Sygnity z sektorem bankowym.

– To był dobry kwartał, bardzo dobry dla sektora bankowego, jeżeli chodzi o przychody, bardzo tu urośliśmy – ocenia Bogdan Zborowski. – Podpisaliśmy też nową umowę z naszym strategicznym partnerem, czyli firmą Misys. Jest to efekt analizy rynku, tego, co się dzieje w sektorze, jak zmienia się nasz rynek bankowy po konsolidacjach, które na nim zachodzą. Chcemy być dobrze pozycjonowani na przyszłość i to jest element, o który dbamy.

Obecnie spółka liczy na szybko rosnące nowe potrzeby firm i klientów związane z błyskawicznym rozwojem rynku IT, co wiąże się z nowymi zagrożeniami i nowymi wyzwaniami. To rodzi popyt na nowe rozwiązania powstających problemów.

– Po pierwsze, oczywiście cały czas analizujemy rynek – podkreśla wiceprezes zarządu ds. sprzedaży Sygnity. –  Szukamy dla klientów najlepszych rozwiązań, wdrażamy je i budujemy tym samym dodatkową wartość dla klientów. Cały czas patrzymy na to, co się dzieje na zewnątrz.

Rozpoczynająca się kampania wyborcza zwiększyła cytowalność prasy w styczniu

0

Kampania wyborcza przed majowymi wyborami prezydenckimi już ruszyła i spotkała się z zainteresowaniem wielu tytułów prasowych. W styczniu najczęściej przywoływanymi mediami były „Rzeczpospolita”, „Gazeta Wyborcza” i „Fakt”. Dzięki rankingowi najbardziej popularnych szkół ponadgimnazjalnych swoją cytowalność znacznie zwiększył także miesięcznik „Perspektywy”.

Instytut Monitorowania Mediów jak co miesiąc przygotował raport na temat najbardziej opiniotwórczych mediów. W ubiegłym miesiącu zdecydowanie dominowała prasa. Najbardziej popularnymi tytułami były „Rzeczpospolita”, „Gazeta Wyborcza” i „Fakt”. Można powiedzieć, że ten wynik nie jest przypadkowy, ponieważ znajduje to odzwierciedlenie w dużym zainteresowaniu tematami związanymi z polityką – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Bartosiewicz, młodsza specjalistka ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów.

Dzienniki te cytowano odpowiednio 457 („Rzeczpospolita”), 401 („Gazeta Wyborcza”) i 245 razy („Fakt”). Bartosiewicz wyjaśnia, że to rosnące zainteresowanie polityką wpłynęło na dużą cytowalność prasy. Jednym z ważnych czynników była rozpoczynająca się kampania wyborcza przed wyborami prezydenckimi, które zaplanowano na 10 maja. Jak przypomina Bartosiewicz, duże zainteresowanie mediów i czytelników wzbudziła kandydatura Magdaleny Ogórek, kandydatki SLD, która nie była obecna w mediach tradycyjnych. To skłoniło dziennikarzy do licznych komentarzy, które potem były szeroko cytowane.

W styczniu na cytowalność wpływ miała także śmierć Józefa Oleksego. Często przywoływano artykuły dotyczące protestów najpierw górników, a potem rolników, a także wydarzeń na Ukrainie i możliwości sprzedaży broni temu krajowi przez Polskę.

Zaobserwowaliśmy też kilka dużych zmian w naszym styczniowym rankingu. Jedną z nich jest pojawienie się miesięcznika „Perspektywy” w czołówce najbardziej opiniotwórczych miesięczników, co może wynikać z przygotowania przez tenże magazyn rankingu najbardziej popularnych szkół ponadgimnazjalnych. Wśród tygodników na trzech pierwszych pozycjach uplasowały się „Newsweek” (165 cytowań), „Wprost” (139 cytowań) i „Polityka” (99 cytowań) – mówi Bartosiewicz.

Bartosiewicz dodaje, że wśród portali internetowych najwięcej cytowań zdobył Onet, który wyróżnił się informacjami sportowymi, szczególnie związanymi z tenisem. Wynikało to z dużego zainteresowania meczami Agnieszki Radwańskiej, a także z sukcesu w Pucharze Hopmana. Na początku stycznia Radwańska w parze z Jerzym Janowiczem wygrała ten uważany za nieoficjalne mistrzostwa świata turniej tenisowy. Onet miał niemal dwa razy tyle cytowań co druga z kolei Wirtualna Polska i trzecie Money.pl oraz dokładnie dwa razy tyle co, plasujący się na czwartym miejscu Bankier.

Wśród mediów ekonomicznych najczęściej cytowano „Dziennik Gazeta Prawną”. Do tej pory tytuł ten nie był klasyfikowany przez IMM jako medium ekonomiczne. Ze 160 cytowaniami wyraźnie wyprzedził „Puls Biznesu”, który miał ich 73.

Energooszczędne inwestycje w budynkach i przemyśle pozwalają na nawet kilkudziesięcioprocentowe oszczędności

Rośnie świadomość i chęć poprawy efektywności energetycznej w Polsce. Inwestycje w starych budynkach zwracają się od kilku miesięcy do ponad 10 lat. To zależy od wieku obiektu, jego stanu i zastosowanych technologii. Na popularności zyskują także inteligentne systemy w miastach, apartamentowcach i sieciach energetycznych. Te ostatnie to połączenie nowoczesnej energetyki i IT – pozwalają ograniczyć obecnie występujące 10-proc. straty w przesyle energii.

Restrykcje UE, starzejące się polskie instalacje energetyczne czy coraz popularniejsze koncepcje zrównoważonego rozwoju to czynniki, które rysują dobre perspektywy przed branżą dostarczającą inteligentne rozwiązania energetyczne.

 Zwrot z inwestycji energooszczędnych zależy od oczekiwań i sytuacji początkowej. Inaczej wygląda instalacja przemysłowa bądź budynek, który został wybudowany kilkanaście lat temu, według starych norm, przy innych oczekiwaniach w zakresie efektywności energetycznej, a inaczej wygląda możliwość oszczędzania w nowych obiektach  mówi Jacek Łukaszewski, prezes zarządu Schneider Electric Polska.

Według niego w starych obiektach oszczędności mogą być dużo większe, sięgające kilkudziesięciu procent w przypadku oświetlenia i nawet 20 proc. kosztów zużycia przez urządzenia techniczne budynku.

 W nowych obiektach tego typu możliwości są najczęściej niemożliwe do osiągnięcia, ale też nakłady ponoszone na modernizację czy zarządzanie są dużo mniejsze przekonuje ekspert.

Firma Schneider Electric pomaga klientom ocenić efektywność ekonomiczną inwestycji w zakresie wykorzystania energii. Jak tłumaczy Łukaszewski, inwestycja w energooszczędność może się zwracać od kilku miesięcy do powyżej 10 lat, a nie zawsze musi się zwrócić. Wiele zależy od tego, co znajduje się w danej instalacji i jakie są oczekiwania klientów.

 Schneider Electric ma teraz bardzo dobry okres przed sobą. Kwestie efektywności oraz dystrybucji i zarządzania energią stają się coraz ważniejsze ocenia Łukaszewski. Patrzę na najbliższe lata pozytywnie.

Dobre perspektywy dla firmy wynikają ze struktury klientów, którymi są firmy zajmujące się wytwarzaniem i dystrybucją energii. Według prezesa zarządu Schneider Electric Polska dwa filary rynku, czyli inwestycje energetyczne w budynkach i przemyśle, mają przez sobą kilka dobrych lat, a firma w obydwu obszarach widzi wzrosty i oczekuje ich kontynuacji w najbliższym czasie. Klientami Schneider Electric są biura projektowe, zakłady energetyczne, producenci maszyn czy integratorzy systemów.

 Działamy również na rynku budownictwa mieszkaniowego w zakresie systemów zarządzania komfortem i systemów dystrybucji energii. Na ten rynek wpływa z jednej strony nacisk na efektywność energetyczną i koszty związane z utrzymaniem mieszkań, a z drugiej strony wymagania użytkowników co do zwiększonego komfortu   tłumaczy Łukaszewski.

Przy szybko zmieniających się trendach technologicznych istotne w branży są nakłady na B+R. Schneider Electric w skali globalnej wydaje na nie 4-5 proc. przychodów rzędu 25 mld euro. Te nakłady są przeznaczane m.in. na rozwój oferty inteligentnych rozwiązań dla domów i miast.

 Z nowych rzeczy chciałbym wspomnieć o ofercie dla tzw. inteligentnych miast, czyli inteligentnych instalacjach energetycznych czy dotyczących innych mediów, jak woda czy ciepło  wyjaśnia ekspert.  Ale mówimy też o inteligentnych budynkach, domach i wreszcie inteligentnych usługach dla mieszkańców miast.

Niektóre z podobnych systemów zostały zastosowane w warszawskich apartamentowcach (Złota 44, Cosmopolitan). To m.in. system HMS (home management system) zarządzający klimatyzacją, telewizją, oświetleniem, ogrzewaniem czy roletami za pomocą aplikacji dostępnych w urządzeniach mobilnych.

 Warto także wspomnieć o tzw. inteligentnych sieciach energetycznych, czyli smart grid. Systemy zarządzania dystrybucją energii, połączenie energetyki i informatyki pozwala ograniczyć straty, które w Polsce w sieciach dystrybucyjnych stanowią 10 proc. Bez inteligentnych sieci nie da się także włączyć odnawialnych źródeł energii   zaznacza Jacek Łukaszewski.

Konieczność stosowania takich systemów wynika z dużych wymagań instalacji OZE pod względem zarządzania, czyli braku korelacji między potrzebami i produkcją energii. Innym zastosowaniem inteligentnych sieci energetycznych są auta elektryczne i magazyny energii.

 Schneider Electric ma przed sobą naprawdę dobry okres, ponieważ branża energetyczna nabiera przyspieszenia z uwagi na konieczność zrównoważonego rozwoju, dyrektywy unijne oraz starzenie się naszych zasobów energetycznych. To wszystko stwarza doskonałą okazję biznesową dla takiej firmy jak nasza podsumowuje prezes zarządu Schneider Electric Polska.

Rośnie sprzedaż piwa. Browary coraz więcej eksportują

Sprzedaż piwa w ubiegłym roku wzrosła o około 1 proc. Konsumpcja w kraju to dziś ponad 30 mln hektolitrów rocznie. Sprzedaż zagraniczna nie jest znacząca – wynosi 2-3 mln hektolitrów, ale systematycznie rośnie. Polskie piwo zdobywa fanów na kolejnych rynkach.

Na rynku piwa jest dość duża rozbieżność pomiędzy produkcją wytworzoną a sprzedaną. Według ostatnich danych GUS rynek nieco drgnął na plus, o około 0,8 proc. pod względem tzw. sprzedaży z półki sklepowej. Można więc powiedzieć, że zatrzymaliśmy trend spadkowy w konsumpcji piwa, co bardzo nas cieszy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Danuta Gut, dyrektor biura zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego (ZPPP) – Browary Polskie.

Jednak pod względem wartości sprzedaży statystyki odnotowały niewielki spadek – o 0,6 proc. To m.in. efekt wciąż rosnącego udziału w sprzedaży tańszych piw, marek własnych sieci popularnych dyskontów. Kondycja polskich browarów jest jednak dobra.

Rok 2014 niewiele pod tym względem zmienił – informuje Gut. – Można tylko podkreślić fakt, że jest to trudny rynek, nasycony i bardzo konkurencyjny. Nie jest łatwo w takich warunkach prowadzić biznes. Niemniej nie zdarzyło się nic, co zasadniczo mogłoby wskazywać, że z branżą dzieje się coś niedobrego. Jest wręcz przeciwnie.

Dla producentów piwa krajowy rynek pozostaje dominującym – konsumpcja roczna przekracza 30 mln hektolitrów. Sprzedaż zagraniczna, mimo że pozostaje niewielka, na poziomie 2-3 mln hektolitrów, systematycznie rośnie.

Na przykładzie ostatnich lat możemy powiedzieć, że pod względem wielkości eksport się zwiększa, chociaż przy trzydziestu kilku milionowym rynku wewnętrznym sprzedaż zagraniczna jest wciąż marginalna – ocenia Danuta Gut. – Jest to jednak stała, utrzymująca się tendencja. Eksport rzeczywiście jest coraz większy.

Polskie browary trafiają przede wszystkim do krajów, gdzie mieszka wielu Polaków. Producenci eksportują więc do Stanów Zjednoczonych i Kanady, a w Europie głównie do Irlandii i Wielkiej Brytanii. Polskie marki można także spotkać w Belgii, uważanej za królową piw. Coraz częściej trafiają również na rynki azjatyckie.

Za granicę trafiają głównie marki flagowe, które w pierwszym etapie poszły za nową Polonią, a dzisiaj kupowane są również przez lokalnych konsumentów: Szkotów, Anglików, Irlandczyków – tłumaczy Danuta Gut. – Natomiast nie możemy zapominać o tym, że w tej masie eksportu są także marki prywatne, czyli warzone pod nazwami sieci, eksportowane przez sklepy dyskontowe. Sprzedaż zagraniczna zatem obejmuje zarówno marki tradycyjne, jak i rozmaite nowości.

Na nowinki w branży otwarci są nie tylko zagraniczni konsumenci. Polacy również lubią próbować nowych smaków. W ostatnich latach mocno wzrosła popularność piw smakowych czy radlerów, czyli łączących piwo z napojem smakowym. Konsumenci szukają unikatowych smaków i tradycyjnie warzonych piw.

Rośnie popyt na innowacje, w związku z tym obserwujemy rozwój piw specjalnych – przekonuje Gut. – Wszystkie browary, bez względu na wielkość, bardzo mocno pracują nad tym, aby dojrzałemu, wymagającemu, polskiemu i zagranicznemu konsumentowi dostarczyć piwo, jakiego oczekuje.

Jak wynika z badania „Wizerunek piwa w kontekście innych alkoholi” przeprowadzonego przez GfK Polonia na zlecenie ZPPP – Browary Polskie, piwo jest najczęściej konsumowanym napojem alkoholowym w Polsce. Sięga po nie 63 proc. dorosłych Polaków – w tej grupie jest dwa razy więcej mężczyzn niż kobiet. Zdecydowana większość konsumentów pozytywnie ocenia złoty trunek. Najczęściej sięgają po lagery (jasne pełne i jasne mocne) – 82 proc. Drugie miejsce w rankingu popularności zajmują piwa smakowe – 10 proc., które cieszą się szczególną popularnością wśród kobiet, a trzecie ex aequo – piwa pszeniczne, niepasteryzowane i radlery.

Szóstoklasiści mają duże problemy z matematyką. Prawie 60 proc. z nich nie radzi sobie z rachunkami

Uczniowie ostatniej klasy podstawówki słabo radzą sobie z matematyką, zwłaszcza z liczeniem i umiejętnością rozumowania wynika z Diagnozy Umiejętności Szóstoklasistów przedstawionej przez Instytut Badań Edukacyjnych. Nieco lepiej szóstoklasiści opanowali język polski, choć nadal mają duże problemy z gramatyką i ortografią.

Do sprawdzianu szóstoklasisty uczniowie przystąpią już 1 kwietnia. W tym roku test będzie miał nową formułę. Egzamin zostanie podzielony na dwie części. Pierwsza z nich, trwająca 80 minut, będzie obejmowała zadania z matematyki i języka polskiego. Uczniowie będą odpowiadać zarówno na pytania zamknięte, jak i otwarte. Druga część egzaminu, która potrwa 45 minut, sprawdzi umiejętności uczniów w zakresie języka obcego. W tej części przewidziane zostały tylko pytania zamknięte. W porównaniu z poprzednimi edycjami egzaminu w tym roku będzie znacznie mniej pytań zamkniętych. Wprowadzono wolne wypowiedzi oraz pytania typu prawda-fałsz.

– Chcemy w ten sposób sprawdzać, na ile dzieci podejmują własne rozumowanie, na ile piszą własny tekst, na ile potrafią sami wybrać, w jaki sposób rozwiążą zadanie matematyczne. Chciałbym pokreślić, że tego typu umiejętności, jak rozumowanie, argumentacja, wybór sposobu można rozwijać w dzieciach już w I klasie szkoły podstawowej. VI klasa to na pewno nie jest za wcześnie. Tegoroczny sprawdzian większy nacisk kładzie na to, żeby dziecko mogło wykazać się własnym rozumowaniem – mówi dr hab. Michał Federowicz, dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

W grudniu Instytut Badań Edukacyjnych przeprowadził badania podczas próbnego sprawdzianu Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Wynika z niego, że szóstoklasiści słabo radzą sobie z matematyką. Za rozwiązanie wszystkich zadań można było uzyskać 20 pkt. Uczniowie zdobyli średnio 47 proc. punktacji – średni wynik ucznia wyniósł 9,35 punktu. Najgorzej szóstoklasiści wypadli w zadaniach sprawdzających umiejętność rozumowania i wybrania sposobu rozwiązania zadania – średnia punktów wyniosła zaledwie 31 proc. Uczniowie mają także duży problem z rachunkami – aż 58 proc. z nich otrzymało 0 lub 1 pkt na 3 możliwe z zadań oceniających zdolności rachunkowe. Znacznie lepiej szóstoklasiści radzą sobie w zakresie umiejętności wykorzystania i tworzenia informacji.

– Ten egzamin ma trochę inną formułę po to, by właśnie łatwiej można było sprawdzić rozumowanie. Klasycznym przypadkiem jest ocena wypowiedzi pisemnej szóstoklasisty na języku polskim. Najwyżej punktowana jest sama treść i logiczna konstrukcja wypowiedzi. Mniejszy nacisk kładzie się na sprawdzenie ortografii i interpunkcji – mówi dr hab. Michał Federowicz. – Mieliśmy w naszej diagnozie około 2,5 tys. dzieci. Bardzo starannie przyglądaliśmy się, jak przebiega ten próbny sprawdzian w tej grupie diagnostycznej.

Z językiem polskim szóstoklasiści poradzili sobie znacznie lepiej niż z matematyką. Ok. 70 proc. z nich opanowało umiejętności z zakresu odbioru wypowiedzi i wykorzystania zawartych w niej informacji. Równie dobrze uczniowie poradzili sobie z analizą i interpretacją tekstów kultury. Dobrze rozumieli tekst literacki na poziomie fabuły i rozpoznawali motywy działania postaci. Uczniowie chętnie pisali prace w formie opowiadania  pisali na temat i dobrze zarysowywali fabułę. Kłopot mieli natomiast z kompozycją. Bardzo źle radzili sobie z gramatyką, ortografią i interpunkcją.

– Aż 95 proc. uczniów podjęło swobodną wypowiedź pisemną, napisało bardzo fajne opowiadania, to się świetnie czyta. To jest znak, że dzieci miały przestrzeń, żeby spokojnie się rozwinąć. Nie sądzę, żeby trzeba było mieć obawy, że egzamin to doświadczenie, które przerasta szóstoklasistów – mówi dr hab. Michał Federowicz.

Sprawdzian szóstoklasisty to egzamin kończący szkołę podstawową. Jest on obowiązkowy dla każdego ucznia, ale nie można go nie zdać. Nawet uzyskanie zerowej liczby punktów pozwala na kontynuowanie nauki w gimnazjum.

Nowe zasady przewożenia dzieci w samochodach

Już nie wiek, ale wzrost będzie decydował, czy dziecko trzeba przewozić w foteliku samochodowym – to jedna z wielu zmian, które wprowadza nowelizacja ustawy o ruchu drogowym.

Zgodnie z założeniem Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju (MIiR) zniesiony został limit wieku dziecka (12 lat), które podczas podróży w samochodzie musiało być przewożone w foteliku. „Niemniej aby pociecha mogła jechać na przednim siedzeniu, zapięta oczywiście w pasy bezpieczeństwa, musi mieć min. 150 cm wzrostu. Jeśli dziecko siedzi bez fotelika z tyłu auta, powinno mieć min. 135 cm” – mówi serwisowi infoWire.pl Piotr Popa, rzecznik prasowy MIiR. Gdy na tylnym siedzeniu zamontowane są dwa foteliki i nie ma miejsca na trzeci, dziecko można przypiąć pasami, ale musi mieć ono co najmniej trzy lata.

Wprowadzony został także zakaz przewożenia dzieci do lat trzech pojazdami niewyposażonymi w pasy bezpieczeństwa. Ponadto, jeśli samochód ma poduszkę powietrzną dla pasażera, na przednim siedzeniu nie wolno umieszczać fotelika z dzieckiem skierowanym tyłem do kierunku jazdy.

Oprócz tego nowelizacja doprecyzowuje, kto jest zwolniony z obowiązku zapinania pasów bezpieczeństwa. Są to między innymi kobiety w widocznej ciąży, taksówkarze, funkcjonariusze, pracownicy służb medycznych oraz osoby mające stosowne zaświadczenia lekarskie. Z kolei na kierowców autobusów nałożono bezwzględny wymóg informowania pasażerów o obowiązku zapinania pasów.

Lewiatan ocenia projekt unii energetycznej

Otwartość na przebudowanie rynku energii elektrycznej, wstrzemięźliwość w przygotowywaniu nowych regulacji w zakresie liberalizacji rynku, rozwój rynków regionalnych i poprawa współpracy regionalnej to największe plusy projektu unii energetycznej ogłoszonego przez Komisję Europejską. Ale są też minusy. KE w niewystarczający sposób zwraca uwagę na wysokie ceny energii w UE, czy wspólne zakupy gazu – uważa Konfederacja Lewiatan.

Europejska Unia Energetyczna jest drugim z pięciu priorytetów obecnej KE. Słusznie, bo są to kwestie ważne dla bezpieczeństwa Europy i konkurencyjności jej przemysłu. Zaprezentowane w cele strategiczne nie są w istocie nowe i co do zasady – akceptowane, ale ich wdrożenie przebiega i przebiegać będzie z trudnościami.

Niezależnie od dotychczasowych doświadczeń Europa musi zająć się na poważnie kwestiami energii, zarówno bezpieczeństwem jej dostaw, jak i perspektywą odbiorcy, a więc konkurencyjnością cenową. Dla odbiorców ceny energii i gazu w ostatnich latach wzrosły i są znacząco wyższe względem głównych gospodarek, z którymi konkuruje Europa. Dzisiejsze prognozy pokazują wzrost importu energii w UE z 50% dzisiaj do 65% w 2030 rok. Do tego należy uwzględnić cele klimatyczne, które nakładają na energetykę i przemysł ambitny obowiązek redukcji CO2. To zapowiada ogrom wyzwań i konieczność zmiany dotychczasowego modelu produkcji energii na świecie.

– Dlatego też, pozytywnie oceniamy inicjatywę Komisji Europejskiej. Należy przyznać, że ten dokument w większym stopniu niż wcześniejsze publikacje KE, poszukuje równowagi pomiędzy klimatycznymi, energetycznymi i przemysłowymi wyzwaniami Europy. Pozytywnie oceniamy zobowiązanie KE do rewitalizacji polityki energetycznej i deklarację silniejszych działań w tym obszarze – mówi Agata Staniewska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Co na plus, co na minus:

Na początku lutego Maros Sefcovic, wiceprzewodniczący KE rozmawiał z Konfederacją Lewiatan na temat unii energetycznej. Przedstawiliśmy wówczas nasze oczekiwania co do tego projektu. Część z naszych postulatów znalazła swoje odzwierciedlenie w finalnej wersji komunikatu KE, w szczególności konieczność zaadresowania problemów rynku hurtowego energii elektrycznej, większa transparentność kontraktów gazowych, przyspieszenie wdrażania 3 pakietu liberalizacyjnego. Niestety w naszej ocenie dokument w niewystarczający sposób łączy ambicje energetyczne z ambicjami rozwoju przemysłu w Europie. Uważamy, że dokument powinien lepiej adresować konkurencyjność europejskiego przemysłu w kontekście cen energii.

Co oceniamy na plus:
– Otwartość na przebudowanie rynku energii elektrycznej. W przyszłym roku ukaże się propozycja legislacyjna KE przebudowania hurtowego rynku energii. Mamy nadzieję, że zgodnie z tym co proponowaliśmy, propozycja powstanie po dokonaniu dogłębnej analizy bieżących problemów na rynku energii elektrycznej i właściwie zaadresuje problemy bezpieczeństwa dostaw energii elektrycznej. Uważamy, że rynek energii oparty na samym wolumenie energii (energy only market) nie zapewnia długoterminowego bezpieczeństwa dostaw. Liczymy, że KE przejmie rolę lidera w dyskusji o takim modelu rynku hurtowego, który zapewni bezpieczeństwo długoterminowe dostaw oraz w czasie rzeczywistym (rezerwy i usługi pomocnicze).
– Wstrzemięźliwość w przygotowywaniu nowych regulacji w zakresie liberalizacji rynku. Jesteśmy zgodni z KE, że w pierwszej kolejności kraje powinny rzetelnie wdrożyć 3 pakiet liberalizacyjny i zobaczyć jakie rezultaty przyniesie.

– Rozwój rynków regionalnych i poprawa współpracy regionalnej. Uważamy, że jest to właściwy kierunek, jeśli na poważnie chcemy dążyć do wspólnego rynku energii.

– Rozwój infrastruktury energetycznej. Uważamy, że interkonektory muszą być budowane przede wszystkim w celu integracji rynków i systemów energetycznych. To bardzo istotny element bezpieczeństwa energetycznego UE. Rozbudowa infrastruktury międzysystemowej nie może być realizowana jedynie ze względu na OZE.
– Efektywność energetyczna. W interesie gospodarki leży poprawa efektywności energetycznej i zarządzanie popytem na energię. Jednocześnie, należy działania w tym obszarze prowadzić w sposób efektywny i wybierając przede wszystkim sektory, gdzie potencjał poprawy jest największy (budownictwo, transport).

Co oceniamy na minus:
– Uważamy, że projekt w niewystarczający sposób adresuje problem wysokich cen energii w UE. Oprócz deklaracji przygotowywania raz na dwa lata raportu o cenach energii w EU, KE nie wskazuje żadnych konkretnych działań, jak wzrost cen ograniczać i jak chronić konkurencyjność europejskiej gospodarki. KE przygotowała propozycje dla ochrony konsumenta wrażliwego, całkowicie pomijając odbiorcę przemysłowego.

– KE dość lakonicznie odniosła się do swojej roli w zakresie koordynacji mechanizmów opłat mocowych. Naszym zdaniem poszczególne kraje UE już wdrażają – w sposób nieskoordynowany – mechanizmy opłat mocowych, co prowadzi do dalszych zaburzeń funkcjonowania rynku energii. KE powinna koordynować te działania, jeśli chce tworzenia rynków regionalnych, a docelowo stworzenia wspólnego rynku.

– Wspólne zakupy gazu. Zapisy dotyczące wspólnych zakupów gazu są w komunikacie KE bardzo słabe i dają KE możliwość akceptacji wspólnych zakupów w sytuacji, gdy spełnione jest kilka warunków: sytuacja kryzysu, duże uzależnienie kraju członkowskiego od jednego dostawy, trzymanie się reguł WTO. W praktyce oznacza to brak wspólnych zakupów. Biorąc pod uwagę duży opór wielu krajów członkowskich przed wspólnymi zakupami, nie spodziewaliśmy się mocniejszych zapisów.

Nie ma odniesienia do ropy naftowej i produktów naftowych, pomimo znacznego uzależnienia UE od importu ropy naftowej (prawie 90% spoza UE). Postulowaliśmy o uwzględnienie tego elementu na spotkaniu z VP Sefcovicem, jednak nie znalazł się on w Komunikacie.

Stanowisko Lewiatana

Konfederacja Lewiatan

Aktywność na rynku fuzji i przejęć (M&A) w sektorze chemi­cznym będzie rosnąć

W 2014 roku na rynku fuzji i przejęć w globalnym przemyśle chemicznym doszło do 635 transakcji, których wartość wyniosła 77,8 mld dolarów. Wartość transakcji była dwukrotnie większa niż rok wcześniej. Zdaniem autorów najnowszego cyklicznego raportu „2015 Global chemical industry mergers and acquisitions outlook”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, liczba transakcji będzie wzrastać. 

Na wzrost liczby transakcji M&A będą miały wpływ: utrzymujący się w USA wzrost gospodarczy oraz ożywienie gospodarcze w Wielkiej Brytanii, lepsze wyniki bilansowe spółek, większe możliwości zadłużania się oraz utrzymujące się na atrakcyjnym poziomie stopy procentowe.  Największe zainteresowanie u inwestorów będzie wzbudzał segment nawozów oraz środków ochrony roślin. Głównym czynnikiem, który może negatywnie wpłynąć na aktywność na rynku fuzji i przejęć w przemyśle chemicznym są spadające ceny ropy naftowej, które mają wpływ także na funkcjonowanie polskich firm z tego sektora.

W porównaniu z 2013, w 2014 roku liczba transakcji na całym świecie wzrosła o 98. Najwięcej z nich, bo aż 206 dokonano na rynku amerykańskim, 44 na rynku niemieckim i 35 na brytyjskim. Uwagę inwestorów przykuwali przede wszystkim producenci towarów chemicznych (383 transakcje), firmy produkujące towary pośrednie i specjalistyczne (159 transakcji) oraz nawozy i środki ochrony roślin (67 transakcji).

Rekordową pod względem wartości była transakcja przejęcia firmy Sigma Aldrich przez Merck KGaA za 17,4 mld dolarów. Ponad jedna czwarta wszystkich umów o kupnie i sprzedaży miała charakter transgraniczny. „W tym roku należy spodziewać się dalszego wzrostu aktywności na rynku M&A w przemyśle chemicznym, na którą będą miały wpływ lepsze wyniki bilansowe spółek, większe możliwości zadłużania się oraz utrzymujące się na atrakcyjnym poziomie stopy procentowe. Największy wzrost liczby transakcji spodziewany jest w segmencie nawozów oraz środków ochrony roślin” – wyjaśnia Dagmara Zawadzka, Wicedyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego, członek Zespołu Energii i Zasobów Naturalnych, Deloitte.

Spółki działające w tym segmencie stawiają obecnie na innowacyjne technologie oraz koncentrują się na dalszym budowaniu swoich portfeli, chcąc zapewnić sobie możliwość dostarczania na rynek bardziej kompleksowych rozwiązań. Istotnym czynnikiem, który także wpływa na wzrost liczby transakcji fuzji i przejęć w sektorze chemicznym jest zainteresowanie inwestorów biotechnologią oraz odnawialnymi źródłami energii. Coraz więcej firm analizuje możliwość zastosowania biotechnologii w procesie produkcyjnym oraz na potrzeby tworzenia nowych produktów.

Według prognoz Deloitte utrzymujący się w Stanach Zjednoczonych wzrost gospodarczy przyczyni się do zwiększenia tegorocznej liczby transakcji. Ponadto niskie ceny surowców i energii w USA powinny przyciągać zagranicznych nabywców. Jednak, obserwowane w ostatnim czasie umocnienie amerykańskiej waluty może mieć negatywny wpływ na możliwości finansowe inwestorów z innych krajów. Dodatkowo spadek cen ropy naftowej może ograniczyć przewagę konkurencyjną, jaką zapewniają Stanom Zjednoczonym niskie ceny surowców.

W Europie, podobnie jak w ubiegłym roku, najwięcej transakcji spodziewanych jest w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Główni gracze rynkowi w Niemczech wprowadzili zmiany w swoich strukturach organizacyjnych, co powinno przyczynić się do dodatkowego zwiększenia liczby transakcji M&A w 2015 roku. Z kolei w Wielkiej Brytanii zwiększeniu liczby transakcji powinno sprzyjać dalsze ożywienie gospodarcze oraz wzrost zaangażowania zarówno inwestorów typu private equity, jak i większych spółek prywatnych i publicznych, które będą poszukiwać możliwości rozwoju.

W ostatniej dekadzie sektor ten rósł średnio 8 proc. w skali roku, czyli szybciej niż reszta przemysłu. Pomimo dokonanej w ostatnich latach konsolidacji branży, wciąż funkcjonuje wiele mniejszych firm, które są istotnym elementem tego sektora gospodarki. W perspektywie planowanych inwestycji, przejęć oraz koniecznego poszukiwania innowacji warto także zwrócić uwagę na umiędzynarodowienie polskiej chemii. Zarówno Grupa Azoty, jak i Ciech, ponad 50 proc. swoich przychodów zawdzięczają obecności na rynkach zagranicznych.

„Sukces ten rodzi jednak nowe wyzwania dla branży, w związku ze zwiększającą się podatnością polskich firm na globalne trendy rynkowe. Koniecznością staje się umiejętność analizy i ich przewidywania. Istotną cezurą z punktu widzenia makroekonomicznego w 2014 roku okazał się konflikt zbrojny na Ukrainie, który doprowadził do zmiany w strukturze cen surowców. Zmiana ta przełoży się na ceny produktów, jednak umiejętność zapewnienia sobie dostaw tanich surowców oraz ich dywersyfikacja to klucz do zyskowności w branży” – wyjaśnia Marek Turczyński, Partner w Dziale Audytu Deloitte.

W regionie Azji i Pacyfiku oczekuje się bardzo dużej aktywności Chin w segmencie środków ochrony roślin ze względu na ciągłą potrzebę zwiększania produkcji roślinnej. Liczba fuzji i przejęć może również wzrosnąć w Japonii, w szczególności w segmencie wysoko przetworzonych związków chemicznych oraz związków wykorzystywanych do produkcji leków, ponieważ spółki prowadzące działalność w tej branży w dalszym ciągu podejmują inicjatywy mające na celu dywersyfikację produkcji oraz odejście od standardowych produktów, które wiążą się z niższą marżą. W Indiach prognozowane ożywienie na rynku fuzji i przejęć wiąże się przede wszystkim ze zwiększoną aktywnością inwestorów zagranicznych.

„To co w perspektywie krótkoterminowej może wpłynąć negatywnie na liczbę transakcji M&A w globalnym przemyśle chemicznym to obserwowany ostatnio spadek cen ropy naftowej oraz obawy dotyczące rozwoju sytuacji gospodarczej na świecie. Spadek cen ropy może przełożyć się na wzrost niepewności związanej z łańcuchem wartości w sektorze chemicznym, prowadząc do znacznego zwiększenia różnic pomiędzy cenami sprzedaży a kupna. Niemniej jednak w 2015 roku tendencja wzrostowa na rynku M&A będzie się nadal utrzymywać” – podsumowuje Dagmara Zawadzka.

Im szybciej skorzystasz z PIT-11, tym szybciej dostaniesz nadpłacony podatek

0

Nie warto odkładać PIT-11 do szafy i czekać z rozliczeniem podatkowym. Choć teoretycznie termin składania zeznania podatkowego PIT-36, PIT-37 itd. mija z końcem kwietnia 2015 r., to im szybciej zbierze się informacje od pracodawców i wypełni roczną deklarację, tym szybciej można liczyć na zwrot podatku.

Termin 3 miesięcy na zwrot podatku liczy się od daty złożenia deklaracji podatkowej. Im wcześniej zatem podatnik zdecyduje się zebrać wszystkie otrzymane PIT-11 i wypełnić na ich podstawie roczną deklarację podatkową, tym szybciej może on liczyć na zwrot podatku.

– Przykładowo, osoba, która rozliczenia dokona 28 lutego zwrot podatku otrzyma nie później niż na koniec maja. Jeżeli natomiast deklaracja roczna trafi do urzędu skarbowego na koniec kwietnia, to organ skarbowy może dokonać zwrotu podatku nawet z końcem lipca, czyli 2 miesiące później – wskazuje Piotr Szulczewski, analityk portalu Bankier.pl.

Istnieje również szansa, że organ skarbowy w lutym będzie miał mniej deklaracji podatkowych do rozpatrzenia, więc nie będzie przestrzegał terminu 3 miesięcy, lecz zwrotu dokona wcześniej. Podobnie na przyspieszony zwrot liczyć mogą ci wszyscy, którzy zdecydują się wysłać swoją deklarację PIT za pośrednictwem Internetu.

Nadpłata, o którą podatnik wniosku wynika z faktu, że w ciągu roku pracodawcy (płatnicy) pobierają zaliczki na podatek. W rozliczeniu rocznym podatnik natomiast może korzystać z różnych ulg i odliczeń (np. na dzieci, na Internet, darowizn), ująć kwotę wolną od podatku itd. Jeżeli kwota zaliczek będzie wyższa niż kwota podatku po odjęciu ulg podatkowych, to możliwe jest żądanie zwrotu nadpłaconego podatku.

– Pamiętajmy, że do 2 marca nasz pracodawca ma obowiązek przekazać nam nasz PIT-11. Obecnie rozliczenie deklaracji podatkowej jest bardzo proste. Zwłaszcza jeśli pracujemy tylko w jednym miejscu na umowie o pracę. W zasadzie wystarczy poprawnie przepisać kwoty z jednego dokumentu do drugiego. Najlepiej PIT-a złożyć przez Internet jeszcze tego samego dnia, w którym otrzymamy dokumenty od pracodawcy. Jeśli nadpłaciliśmy podatek, to z praktyki wynika, że wtedy szybciej dostaniemy zwrot pieniędzy na konto. Akurat na „majówkę” – dodaje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Dobry rok dla branży pożyczkowej

14% wzrostu zysku, do 71 mln funtów, i prawie 850 tys. obsłużonych klientów – tak można podsumować 2014 r. w firmie Provident Polska. Właściciel Providenta, notowany na giełdach w Londynie i Warszawie brytyjski koncern IPF, opublikował wyniki finansowe za ubiegły rok.

Dla Provident Polska był to rok intensywnych zmian. Konkurencja w branży pożyczek pozabankowych jest ogromna, stąd szeroka oferta produktowa. „Dla osób, które wpadły w tzw. spiralę długów, przygotowaliśmy pożyczkę konsolidacyjną” – mówi serwisowi infoWire.pl Agnieszka Kłos z Provident Polska. Dzięki temu rozwiązaniu można trudne do spłacenia raty zamienić w jedną korzystną. Ponadto klientom zainteresowanym produktami typu bankowego zaproponowaliśmy comiesięczny system spłat zobowiązań zamiast tygodniowego – dodaje rozmówczyni.

Dużym zainteresowaniem cieszy się pożyczka dla mikroprzedsiębiorstw. Można ją uzyskać w ciągu 48 godz., bez zbędnych formalności – wystarczy przedstawić wydruk wpisu do rejestru Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej. Chętnych nie brakuje – zaciągniętych zostało 8 tys. pożyczek na kwotę 33 mln zł.

Ogólnie w 2014 r. z oferty pożyczkowej Provient Polska skorzystało 850 tys. osób z Polski i Litwy. Firma stawia na przejrzyste i przyjazne klientom zasady. Nic dziwnego – jest zwolennikiem regulacji rynku usług pozabankowych. „Liczymy, że Ministerstwo Finansów zakończy prace nad projektem ustawy, a Sejm jeszcze w tej kadencji uchwali regulację” – zaznacza Agnieszka Kłos. Jeśli tak się stanie, klienci nie będą narażani na wysokie koszty rolowania pożyczek. Znikną też podstępne „pożyczki 0 zł”, a nadmierne koszty windykacji i opłat za opóźnienia w spłacie zostaną ograniczone.

Minox czeka na wzrost cen i marż na rynku materiałów budowlanych. Spółka chce zainwestować w nowe markety Mrówka

0

CEO Magazyn Polska

Grupa kapitałowa Minox zamierza inwestować w nowe markety budowlane. Rozmawia też o przejęciu już istniejących sklepów sieci Mrówka. Spółka liczy na to, że poprawiająca się koniunktura w polskim budownictwie przyniesie wzrost cen i marży osiąganej na sprzedaży materiałów budowlanych.

Minox dostrzega, że rośnie zapotrzebowanie na materiały budowlane. Jak podkreśla, jej rynkiem jest rynek małej deweloperki i domków jednorodzinnych, a tam widać przypływ zarówno nowych inwestorów mniejszych domków, jak i mniejszych deweloperów.

– Oceniam ten rynek bardzo dobrze ze względu na to, że mamy bardzo dobrą pogodę – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Olszewski, prezes Minoksu. Nie ma zimy, a w budowlance jest to bardzo ważne. Już widzimy wzrost przychodów, bo zaczęły się budowy domów jednorodzinnych i sprzedaje się materiał, potrzebny do budowy, czyli bloczki betonowe. Dlatego ten rok zapowiada się dość optymistycznie. Nawet dane GUS-u pokazują, że nastąpił wzrost pozwoleń na budowę o około 16 proc. Spodziewamy się 13-proc. wzrostu przychodów, tak oceniają to analitycy.

Sprzedawcy materiałów budowlanych borykają się jednak z problemem niskich cen. Liczą, że ożywienie gospodarcze przyniesie im też wzrost zyskowności.

Nie ukrywam, że materiały budowlane są najtańsze od 10 lat zwraca uwagę prezes Minoksu. To są w tej chwili ceny materiałów budowlanych są bardzo zaniżone i bardzo przecenione. Natomiast jeżeli cały czas będzie tak, jak GUS to ogłaszał, i koniunktura wzrośnie, to materiały podrożeją, a wtedy wzrosną również marże.

Z myślą o zwiększonym zapotrzebowaniu rynku Minox postanowił pozyskać pieniądze od inwestorów. Wszystko po to, by zwiększyć asortyment w punktach sprzedaży. W lutym zakończył subskrypcję obligacji serii C, pozyskując 2,9 mln zł. Optymistyczne perspektywy rozwoju gospodarki pozwalają spółce myśleć o inwestycjach. Minox chce mieć nowe markety budowlane i potwierdza, że trwają rozmowy z grupą PSB na temat przejęcia lub budowy nowych Mrówek.

Szukamy miejsca dla nowych marketów informuje prezes Tomasz Olszewski z Minoksu.  Natomiast wiadomo, że każda inwestycja trwa i wydłuża działanie. Dlatego postanowiliśmy porozmawiać z grupą PSB na temat przejęcia niektórych Mrówek z uwagi na to, że są źle zarządzane. Przejęcie marketów pozwoli nam zwiększyć marżę produktów, która jak wiemy, w czasie zimowym jest dosyć niska.

Grupa kapitałowa Minox, która ma w Warszawie dwa sklepy z materiałami budowlanymi, a zajmuje się także specjalistycznym transportem oraz szkoleniami, osiągnęła w zeszłym roku przychody na poziomie prawie 48 mln zł, co oznacza wzrost o 21 proc. wobec 2013 roku. Zysk netto przekroczył 6 mln złotych.

 Wiele czynników złożyło się na nasze wyniki mówi Tomasz Olszewski, prezes Minoksu. – Przede wszystkim market budowlany Mrówka, który pomaga nam zwiększyć przychody w okresie zimowym. Również firma transportowa, która się cały czas rozwija, tańsze paliwo i wiele, wiele innych współczynników, takich jak na przykład deweloperka, która cały czas jest rozwijana w Polsce.

Polska może stać się ciężarem dla UE. Rośnie prawdopodobieństwo czarnego scenariusza rozwoju kraju

CEO Magazyn Polska

Rośnie prawdopodobieństwo tego, że Polska za 10 lat będzie krajem problematycznym dla całej Unii Europejskiej. Jak wynika z prognoz ośrodka THINKTANK, nasz kraj jest źle zarządzany, a rządzącym brakuje bieżących i szczegółowych analiz. Czarnemu scenariuszowi może zapobiec włączenie się młodych w politykę, poprawa jakości dialogu społecznego, a także udana ekspansja i sukcesja w polskich firmach.

W scenariuszu pesymistycznym, którego prawdopodobieństwo ‒ naszym zdaniem ‒ jest niestety coraz większe, za 10 lat Polska będzie problemem Europy, może nie tak dużym jak Grecja, ale jednak problemem. Wszystko za sprawą złego zarządzania, ulegania populistycznym hasłom i interesom różnych grup społecznych oraz bardzo nieprzemyślanej polityki w zakresie rynku pracy i edukacji. A to przyczyni się do odpływu talentów i kapitału zagranicznego oraz spowoduje, że polskie firmy nie będą w stanie się rozwijać – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Rabiej, partner zarządzający w ośrodku dialogu i analiz THINKTANK.

Rabiej podkreśla, że THINKTANK przez ostatnie półtora roku pracował nad scenariuszem dalszego rozwoju Polski. Zwraca uwagę na to, że dokładne prognozy są bardzo trudne, ale ośrodek wyróżnił dwie najbardziej prawdopodobne ścieżki rozwoju.

W optymistycznym scenariuszu Polska za 10 lat może być jednym z liderów Europy. Nasz kraj dzięki utrzymanemu wzrostowi gospodarczemu ma szansę stać się atrakcyjnym rynkiem pracy i dobrym miejscem do rozwoju działalności biznesowej. W tym scenariuszu Polska nieprzerwanie będzie przyciągać inwestorów z zagranicy, a polskie firmy będą coraz śmielej zdobywały rynki zagraniczne.

‒ Polska marka będzie coraz silniejsza w świecie, a znaczenie Polski w Europie będzie coraz większe – dodaje Rabiej.

Dzięki działalności młodych i przedsiębiorczych Polaków w tym scenariuszu polskie instytucje i mechanizmy rządzenia będą musiały ulec zmianie, a państwo będzie opierać się o wspólnoty samorządowe i sprawną administrację lokalną. Zmiany w systemie edukacji, ułatwienia dla firm oraz elastyczna polityka na rynku pracy mogą dać szansę na drugą falę rozwoju, dzięki której młodym będzie łatwiej o pracę, a do zatrudnienia wróci wiele osób powyżej 50. roku życia.

Coraz bardziej prawdopodobny staje się jednak czarny scenariusz – przestrzega Rabiej. W nim Polska zamiast liderem Europy staje się coraz większym ciężarem dla Starego Kontynentu. Przez brak elastyczności, utrudnienia biurokratyczne oraz błędną politykę edukacyjną bezrobocie może wzrosnąć nawet do 25 proc., a najbardziej utalentowani Polacy będą szukać zatrudnienia za granicą.

Rabiej zwraca jednak uwagę, że to, w którą stronę będzie zmierzać Polska, zależy w dużej mierze od decyzji politycznych, gospodarczych oraz zmian społecznych.

Po pierwsze, to zależy od tego, czy rząd będzie w stanie lepiej zarządzać. Jakość zarządzania jest dzisiaj bardzo słaba i wymaga poprawy. Po drugie, czy będzie w stanie analizować sytuację. Mamy w Polsce bardzo mało analiz, nie mówię o prognozach jednostronnych, ale właśnie o scenariuszowych analizach tego, w jakim miejscu się znajdujemy i jak możemy wykorzystać możliwości – podkreśla Rabiej.

Zwraca uwagę na to, że kolejnym problemem jest zaangażowanie młodych w politykę. Musi ono wzrosnąć, a młodzi muszą chcieć mieć większy wpływ na kształtowanie rzeczywistości. Bez tego grozi nam scenariusz włoski, czyli coraz częstsze wybuchy niezadowolenia społecznego i krytyka instytucji państwa przy równoczesnym braku zaangażowania i braku działań zmierzających do realnej poprawy.

Polska potrzebuje także bardziej efektywnego dialogu społecznego, kluczowe są także zmiany w polskich firmach, szczególnie rodzinnych.

Dużo zależy od dialogu, od tego, jak będziemy rozmawiać, a także od tego, jaka będzie jakość sukcesji i ekspansji zagranicznej polskich firm. Dlatego że to one są motorem gospodarki i to one przez 10 lat będą napędzały rozwój. Jestem optymistą, chociaż, niestety, widzę coraz więcej chmur na horyzoncie i coraz więcej sygnałów scenariusza pesymistycznego. 10 lat to okres wystarczająco długi, żeby można było szybko coś poprawić – twierdzi Rabiej.

Nie bez znaczenie jest także podejście do nowej technologii oraz globalizacji. Tendencje protekcjonistyczne, kontestacja wspólnego unijnego rynku oraz ograniczenie rozwoju technologii, nawet w myśl ochrony rynku i praw oraz prywatności konsumentów, mogą doprowadzić do realizacji czarnego scenariusza. Pozytywne zmiany będzie wspierać z kolei, jak twierdzi THINKTANK, regulacja nowych mechanizmów rynku oparta o zrozumienie nowych technologii i rozsądne pogodzenie ich ze starymi zasadami.

Kontrowersyjna decyzja warszawskich urzędników ws. koncesji dla restauratora Artura Jarczyńskiego może oznaczać nawet kilkaset miejsc pracy mniej

Samorządowe Kolegium Odwoławcze zadecyduje, czy Artur Jarczyński, właściciel m.in. restauracji Bazyliszek czy U Szwejka, straci zezwolenie na sprzedaż alkoholu w kilku swoich restauracjach. Chce tego urząd warszawskiej dzielnicy Śródmieście. Wszystko przez sprzedaż cydru o 0,1 proc. słabszego niż wynikało to z pozwolenia producenta. Utrata zezwolenia może oznaczać poważne problemy restauratora, a tym samym zagrozić wielu miejscom pracy. To również szkodliwe dla wizerunku Warszawy jako miejsca przyjaznego przedsiębiorcom.

Bardzo łatwo jest jednym podpisem urzędnika spowodować, że nagle w najbardziej prestiżowej dzielnicy, jaką jest Śródmieście, pracę straci ponad 300 osób – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Opara, samorządowiec i ekspert Narodowego Centrum Studiów Strategicznych. ‒ Sprawa ta może mieć negatywny wpływ na wizerunek miasta, które z założenia powinno być otwarte na przedsiębiorców, powinno ich przyciągać i ułatwiać im działalność.

Na przełomie 2014 i 2015 r. Urząd Dzielnicy Warszawa-Śródmieście w kilku decyzjach cofnął zezwolenia na sprzedaż alkoholu w pięciu lokalach położonych na terenie tej dzielnicy i należących do tego samego przedsiębiorcy – Artura Jarczyńskiego. Chodzi m.in. o popularne restauracje U Szwejka, Der Elefant czy Bazyliszek.

Wątpliwości urzędu dotyczą cydru Joker, produkowanego przez firmę +H2O. Według informacji na etykiecie cydr miał 4,5 proc. zawartości alkoholu, tymczasem producent z okolic Łodzi miał zezwolenie na produkcję napojów o zawartości alkoholu powyżej 4,5 proc.. Według urzędników Jarczyński, kupując ten cydr, miał złamać ustawę o wychowaniu w trzeźwości.

Miasto zakwestionowało sprzedaż cydru i skierowało sprawę do Samorządowego Kolegium Odwoławczego w celu odebrania koncesji na obrót alkoholami, co dla przedsiębiorców jest de facto wyrokiem śmierci – podkreśla Opara. ‒ Podmioty, które legalnie zaopatrywały się w alkohol od legalnie działającego producenta, nie mogą de facto go sprzedawać, ponieważ producent podobno nie dopełnił jakichś formalności. A tak naprawdę chodzi tutaj o 0,1 proc. zawartości alkoholu w cydrze.

Decyzja śródmiejskiego urzędu dziwi tym bardziej, że w innych miastach, a nawet w warszawskiej dzielnicy Targówek, urzędnicy okazali się dużo bardziej wyrozumiali i umarzali postępowania. Opinię prawną, że w tej sytuacji może brakować podstaw do cofnięcia zezwolenia, wydało nawet Biuro Funduszy Europejskich i Rozwoju Gospodarczego Urzędu m.st. Warszawy.

Zlekceważenie opinii Biura Urzędu Miasta, które jest nadrzędne wobec urzędu dzielnicy, jest bardzo kontrowersyjne i kompletnie niezrozumiałe. Opinia ta zawiera niejako wytyczne do działania – ocenia Opara.

Sprawa jest dodatkowo kontrowersyjna, bo w cydrze rzeczywista zawartość alkoholu mogła być wyższa i tym samym mieścić się w pozwoleniu wydanym producentowi. Wskazują na to m.in. wyniki badań przeprowadzonych przez Inspekcję Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Jako wino jabłkowe cydr jest alkoholem, który fermentuje, a prawo dopuszcza wahania rzeczywistej zawartości alkoholu o nawet 1 proc. w stosunku do wartości podanej na etykiecie.

To właśnie na to, by brać pod uwagę rzeczywistą zawartość alkoholu, zwracała uwagę ekspertyza Biura Funduszy Europejskich i Rozwoju Gospodarczego Urzędu m.st. Warszawy.

Do rozpatrzenia sprawy przez SKO decyzje nie wchodzą w życie.

Na rynku pożyczek pozabankowych rośnie konkurencja. Provident chce walczyć o klientów nową ofertą

Polacy coraz częściej pożyczają w sektorze pozabankowym. Wraz z rozwojem rynku rośnie też na nim konkurencja. Provident Polska chce utrzymać swoją pozycję na rynku, oferując nowe produkty, m.in. pożyczki konsolidacyjne czy kredyty dla małych i średnich firm. Stawia też na sprzedaż online. Rynek już wkrótce ma uporządkować przygotowywana przez resort finansów regulacja.

Rynek pożyczkowy stał się rynkiem bardziej nasyconym, wzrosła aktywność konkurentów. fakt, że pojawia się konkurencja powoduje, że musimy być bardziej innowacyjni. Mimo, że działamy na rynku polskim już prawie 18 lat i mamy tu ugruntowaną pozycję pożyczkodawcy, który jest bezpieczny, cieszy się zaufaniem u naszych klientów, to jednak musimy się otworzyć na nowe oczekiwania grupy klientów – mówi Agnieszka Kłos, dyrektor departamentu finansowego w Provident Polska.

Provident Polska obsłużył w ubiegłym roku 848 tys. klientów w Polsce i na Litwie. Spółka odnotowała 1-proc. wzrost liczby klientów i 3-proc. wzrost udzielonych pożyczek. To przyczyniło się do osiągnięcia o 14-proc. większego zysku przed opodatkowaniem.

Jak podkreślają przedstawiciele Providenta, w ostatnich miesiącach roku warunki rynkowe były trudniejsze niż w pierwszej połowie. Powodem był właśnie wzrost aktywności konkurencji, w szczególności firm udzielających pożyczek chwilówkowych. Spółka spodziewa się coraz większej presji konkurencyjnej, dlatego o utrzymanie pozycji chce walczyć nową ofertą produktów.

Jedną z innowacji produktowych jest pożyczka konsolidacyjna. To odpowiedź na potrzeby naszych klientów, którzy np. u naszej konkurencji zaciągnęli pożyczkę, która miała być za zero złotych, a nie mogli poradzić z jej spłatą i zostali narażeni na dodatkowe koszty opłat karnych lub windykacyjnych bądź za przedłużenie okresu spłaty – wyjaśnia Kłos.

W ubiegłym roku w ofercie znalazła się również pożyczka ze spłatą miesięczną. Do tej pory klienci mogli spłacać raty jedynie w systemie tygodniowym. Jak podkreśla Agnieszka Kłos, oferta ta wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientów, którzy wcześniej korzystali z usług bankowych i do takiego systemu rat są przyzwyczajeni.

Provident Polska wprowadził w tym roku również ofertę dla małych przedsiębiorców.

Oferta ta ma być skierowana do firm, które mają niezbyt długą historię i są prowadzone przez indywidualnego przedsiębiorcę, który nie do końca ma czas, żeby sprostać wszystkim wymogom pożyczek na rynku bankowym. Właśnie takim przedsiębiorcom chcemy wyjść naprzeciw, oferując im małe pożyczki, które wspomogą ich w bieżącej działalności, a nie będą obciążone aż tak dużymi formalnościami jak w sektorze bankowym – wyjaśnia dyrektor departamentu finansowego w Provident Polska.

W ubiegłym roku Provident obsłużył 8 tys. klientów z tego sektora, udzielając im pożyczek o wartości 33 mln zł.

W zdobywaniu nowych klientów ma pomóc również nowy kanał sprzedaży – przez internet. W grudniu ubiegłego roku działalność rozpoczęła spółka Hapi Pożyczki, która umożliwia zaciągnięcie pożyczki od 1,5 tys. do 7,5 tys. zł online.

Rynek pożyczkowy czekają zmiany regulacyjne. Resort finansów kończy prace nad nowymi przepisami, które mają uporządkować rynek i wyeliminować z niego podmioty zagrażające bezpieczeństwu klientów.

W tym momencie na rynku pożyczek pozabankowych działa ogromna rzesza firm, które nie są rejestrowane, nie wiemy, na jakiej zasadzie działają. Klient nawet nie ma gdzie sprawdzić, jak taka firma pożyczkowa działa. Dlatego też uważamy, że taka regulacja, która miejmy nadzieję opuści Ministerstwo Finansów i będzie uchwalona przez Sejm jeszcze w tej kadencji, przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa klientów – podkreśla Agnieszka Kłos.

W ubiegłym roku wzrosty zanotował nie tylko Provident Polska, lecz także cała grupa, do której należy. Liczba klientów International Personal Finance i udzielanych przez spółkę kredytów wzrosła odpowiednio o 2 proc. i  5 proc. w ujęciu rocznym. Przychód za rok wzrósł o 13 proc. IPF liczy na jeszcze szybszy wzrost w 2015 roku. Mają w tym pomóc ekspansja geograficzna, nowe kanały sprzedaży oraz produkty. Spółka rozwija działalność na 13 różnych rynkach, m.in. w Meksyku i w Bułgarii. W najbliższym czasie oczekuje zezwolenia na wejście na rynek w Hiszpanii.

Internet LTE i oferta abonamentowa napędzają rynek telefonii komórkowej. Korzysta na tym Play

Rynek telefonii komórkowej w Polsce dynamicznie się rozwija, głównie dzięki usłudze LTE, czyli szybkiego internetu mobilnego, oraz ofercie abonamentowej. Klienci odchodzą od usług prepaidowych, bo coraz częściej w abonamencie mogą liczyć na nielimitowane rozmowy i SMS-y. Na zmianach w trendach korzysta Play, który osiągnął już 21 proc. udziału w rynku.

Rynek usług telefonii komórkowej w Polsce cały czas się rozwija. To jest napędzane przede wszystkim przez 4G LTE, czyli technologię, która daje nam wszystkim w komórkach dostęp do internetu. Widzimy bardzo silny wzrost użycia tej technologii. To nas napawa optymizmem, jeśli chodzi o dalszy wzrost popularności tej usługi i liczby klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Bartosz Dobrzyński, dyrektor ds. marketingu w Play i członek zarządu P4.

Właśnie m.in. dzięki docenionej przez klientów ofercie LTE Play zanotował w 2014 r. duże wzrosty i był, jak podkreśla Dobrzyński, najbardziej dynamicznie rozwijającym się operatorem na polskim rynku telekomunikacji mobilnej. W ubiegłym roku spółka pozyskała ponad 1,5 mln nowych klientów. Oznaczało to wzrost o 14 proc. do 12,3 mln osób.

Spółka ma już ponad milion użytkowników internetu LTE, a zasięg tej usługi obejmuje 73 proc. populacji kraju.

Dzięki nowym klientom udział rynkowy sieci wzrósł o 2,4 pkt proc. do 21,3 proc. Ten wzrost przyczynił się także do poprawy wyników finansowych firmy. Przychody wzrosły o 18 proc. do niemal 4,4 mld zł, a skorygowana EBITDA była w 2014 r. większa o 52 proc. niż rok wcześniej i przekroczyła 1 mld zł.

W tym roku szczególnie widoczna jest pewna zmiana. Mniej osób korzysta z usług na kartę, a więcej osób kupuje oferty abonamentowe. To jest związane z tym, że oferty abonamentowe są bardzo przystępne. To są najczęściej oferty nielimitowane, więc klienci wybierają je bez obaw. Myślę, że jest to pozytywny sygnał, bo pozwala nam stabilnie dostarczać usługi o jak najlepszej jakości – dodaje Dobrzyński.

Udział użytkowników abonamentowych w portfelu klientów Play wzrósł w 2014 r. o 2,9 pkt proc. i wyniósł 47,3 proc. To oznacza, że większość klientów nadal wybiera oferty prepaidowe. Dobrzyński przyznaje, że oferty na kartę nie znikają jeszcze z rynku, ale można spodziewać się dalszego zmniejszania ich znaczenia.

Jak ocenia Dobrzyński, najważniejszą ofertą pozostanie w tym roku internet LTE.

Myślę, że cały czas kwestia dostępu do internetu 4G LTE to temat, który będzie najważniejszym dla nas, dla rynku i dla klientów – prognozuje szef marketingu Play. ‒ Spodziewamy się, że 2015 r. będzie dla nas bardzo dobrym rokiem, ale nie podajemy żadnych konkretnych przewidywań dotyczących wzrostu przychodów i wzrostu marży.

Raiffeisen Polbank: Pod koniec roku tempo wzrostu PKB Polski może się zbliżyć do 4 proc. Przyczyni się do tego konsumpcja wewnętrzna i eksport

CEO Magazyn Polska

W I kwartale na wyniki firm mogą jeszcze wpływać wahania nastrojów konsumenckich, a polska gospodarka może rosnąć poniżej 3 proc. – ocenia Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka banku Raiffeisen Polbank. W kolejnych miesiącach powinien jednak rosnąć eksport, konsumpcja i inwestycje. W efekcie wzrost PKB może sięgnąć pod koniec roku 4 proc.

Możemy się obawiać, że w pierwszym kwartale wahania nastroju konsumentów mogą jeszcze negatywnie przełożyć się na wyniki przedsiębiorstw – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka banku Raiffeisen Polbank. – Dodatkowo wynikom ciążyć będą bardzo dobre, zaskakująco silne, dane za pierwsze trzy miesiące ubiegłego roku, czyli to, co nazywamy efektem wysokiej bazy. Istnieje więc ryzyko, że wzrost za pierwszy kwartał br. będzie nieznacznie niższy niż 3 proc.

Prognozuje, że w kolejnych kwartałach polska gospodarką będzie nabierać wigoru. Sprzyjać jej będzie poprawiająca się sytuacja gospodarcza Niemiec, które są największym odbiorcą krajowego eksportu (około jednej czwartej polskiej sprzedaży zagranicznej). W wyniku tego tempo wzrostu będzie coraz wyższe i w drugiej połowie roku może się zbliżyć do około 4 proc.

Sprzyjać temu będzie wciąż wysoki popyt konsumpcyjny, wsparty tym, co się dzieje na rynku pracy, oraz słabe euro i bardzo niskie stopy procentowe, które zaczynają pozytywnie wpływać na niemiecką gospodarkę, z czego będą korzystać polscy eksporterzy – tłumaczy Petka-Zagajewska. – Z dużym prawdopodobieństwem można więc stwierdzić, że eksport ponownie być czynnikiem sprzyjającym tworzeniu wzrostu gospodarczego w Polsce.

Kolejnym elementem pobudzającym wzrost będą fundusze europejskie z nowej perspektywy unijnej, które powoli zaczynają napływać do Polski.

Już w przygotowaniach firm do startowania w przetargach powinniśmy widzieć pozytywny efekt tego czynnika na ostateczne dane o wzroście gospodarczym – przekonuje Petka-Zagajewska.

Według Głównego Urzędu Statystycznego PKB w IV kwartale ubiegłego roku wzrósł o 3 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2013 roku. Wynik ten był zbliżony do przewidywań ekspertów. Pełne dane za ten kwartał zostaną opublikowane przez GUS 27 lutego br.

Klienci galerii handlowych atrakcyjną grupą dla reklamodawców. Dzięki digitalom Clear Channel Poland łatwiej do niej dotrą

Klienci odwiedzający galerie handlowe to coraz ważniejsza grupa dla marketingowców. Polacy średnio spędzają w nich już 2 godziny, robiąc zakupy lub tylko spędzając tam wolny czas. Clear Channel Polska chce umożliwić reklamodawcom dotarcie do tej cennej grupy konsumentów, instalując w trzech warszawskich galeriach handlowych innowacyjne nośniki reklamowe z 65-calowymi ekranami cyfrowymi, tzw. digitale. To nowość na polskim rynku.

Cyfrowe ekrany umieszczamy w miejscach, gdzie mają największe szanse dotarcia do wyrobionych odbiorców, czyli w galeriach handlowych. Przeciętny kupujący spędza dwie godziny w galerii handlowej, więc ma czas się rozejrzeć i jest zainteresowany tego typu treściami – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes William Eccleshare, CEO Clear Channel Outdoor Worldwide. Podkreśla: ‒ Polski rynek reklamowy nie różni się od globalnego, następują na nim te same przemiany i postępuje cyfryzacja.

Clear Channel umieścił ekrany cyfrowe w trzech warszawskich galeriach handlowych zarządzanych przez francuski koncern Unibail-Rodamco – Arkadii, Galerii Mokotów oraz CH Wileńska. Digitale to 65-calowe ekrany LCD firmy Samsung osadzone na ponad 2-metrowym totemie. 58 takich nośników zostało umieszczonych w najbardziej ruchliwych miejscach tych centrów.

Galerie handlowe dostarczają unikatowej przestrzeni publicznej, która gromadzi niezwykle wartościową dla komunikacji marketingowej widownię. Jest to widownia bogatsza, bardziej otwarta na nowości, starająca się próbować nowych rzeczy, spędzająca czas wolny w galeriach – argumentuje Kalina Janicka, CEO Clear Channel Poland.

Cyfrowe ekrany umożliwiają prowadzenie nowych, bardziej innowacyjnych i skutecznych kampanii reklamowych. Nośniki dają możliwość emisji innych kampanii w zależności od pory dnia lub pogody, a wyświetlana treść jest dostosowywana automatycznie. Po instalacji czujników ruchu możliwa jest interaktywna kampania.

Jak dodaje Janicka, digitale umożliwiają przekazanie treści o najwyższej, nieoferowanej do tej pory na polskim rynku, jakości obrazu. Jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia twórców kampanii. Jak zapewnia Janicka, takie reklamy są znacznie lepiej zapamiętywane, a przez to – skuteczniejsze.

Digitale umożliwiają również instalację czujników NFC, dzięki którym możliwa jest komunikacja pomiędzy nośnikiem reklamowym a urządzeniami mobilnymi konsumentów. To połączenie dwóch najważniejszych trendów w reklamie zewnętrznej, czyli cyfryzacji i wykorzystania technologii mobilnych – tłumaczy Eccleshare.

Chodzi również o to, co dzieje się na mobilnych ekranach, najróżniejszych urządzeniach, takich jak smartfony, na których treść również może się wyświetlać. Smartfony są już tak inteligentne, że można przez nie kupować dzięki technologii NFC. To jest przyszłość – podkreśla Eccleshare.

Za pomocą takich nośników Clear Channel realizowane były już kampanie m.in. chipsów Walker’s w Londynie, która umożliwiała natychmiastowy zakup chipsów na przystanku autobusowym oraz filmu „Minionki rozrabiają”, podczas której odwiedzający galerie handlowe mogli za pomocą SMS-ów sterować zachowaniem Minionków na ekranie.

Clear Channel na świecie ma już 5 tys. digitali w 19 krajach. Jak podkreśla Janicka, to nośniki o tak dużych możliwościach, że ta liczba zainstalowanych na świecie ekranów cyfrowych ma bardzo duże znaczenie dla marketingowców.

Spółka zamierza rozwijać tę ofertę w Polsce, bo to bardzo obiecujący rynek.

Jesteśmy globalną firmą, mamy przedstawicielstwo w około 30 krajach. Są to zarówno rynki dojrzałe, np. w Zachodniej Europie czy w Stanach, jak i rynki wschodzące. Polska jest jednym z rynków wschodzących, perspektywicznym, chociażby ze względu na wysoki rozwój gospodarczy – mówi Eccleshare.

Janicka zapowiada, że w Polsce jest co najmniej 35 galerii handlowych premium, w których instalacja digitali mogłaby przynieść wymierne korzyści. Na razie spółka nie zdecydowała jednak, czy będzie inwestować w te nośniki głównie w Warszawie, czy również w innych miastach.

Rynek najmu rośnie. Przybywa lokatorów, zwiększa się też liczba udostępnianych mieszkań

Choć w Polsce na wynajem decyduje się zaledwie 4 proc. Polaków, to co roku odsetek ten rośnie. Wpływ na to ma większa mobilność zawodowa i wymagany przez banki coraz wyższy wkład własny do kredytu, co zniechęca do zakupu własnego M. Na rynku rośnie też podaż – inwestycja w nieruchomości na wynajem może być dobrą alternatywą dla bankowych lokat.

O lokatora jest łatwo. Spośród tysiąca mieszkań, którymi zarządzamy w całej Polsce, mamy zaledwie kilka procent tych, które stoją puste. Są to mieszkania mało atrakcyjne. O lokatorów będzie coraz łatwiej, dlatego że jest szereg trendów społecznych, które wpływają na to, że ludzie będą częściej wynajmować, a mniej kupować – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Artur Kaźmierczak, prezes zarządu Mzuri CFI1, spółki zajmującej się grupowym inwestowaniem w nieruchomości.

Z danych Eurostatu wynika, że ok. 4 proc. Polaków mieszka w wynajmowanych mieszkaniach. To wciąż niewiele – średnia w starych krajach UE wynosi ponad 23 proc., a w Niemczech blisko 40 proc. Rynek najmu w Polsce stopniowo jednak rośnie. Jeszcze 5 lat temu na najem decydowało się niewiele ponad 2 proc. osób.

Teraz rynek najmu może zdecydowanie przyspieszyć, bo coraz trudniej jest o kredyt. Od stycznia br. do 10 proc. wzrósł minimalny wkład własny wymagany przez banki przy udzielaniu kredytów na zakup własnego mieszkania. Do 2017 roku wzrośnie do 20 proc.

Ludzie poważniej mogą się zastanawiać nad zakupem również przez efektem psychologicznym wynikającym z niedawnych zaburzeń kursu franka szwajcarskiego, a do tego dochodzi jeszcze szereg innych czynników. Młodzi ludzie coraz mniej czują potrzebę posiadania własnej nieruchomości, zwłaszcza że coraz mniej są przywiązani do mieszkania w miejscu urodzenia – tłumaczy ekspert.

Poza tym młodzi ludzie są bardziej mobilni zawodowo. Większa jest także niepewność związana z życiem osobistym. Rozwodzi się prawie co trzecie małżeństwo (ok. 65 tys. rocznie), a singiel częściej wynajmie, niż zdecyduje się na kredyt na 30 lat. Ci, którzy wyprowadzają się od rodziców, także częściej decydują się na najem niż zakup.

Wszystko to sprawia, że najem staje się coraz popularniejszym sposobem inwestowania. Lokata pozwala na ok. 2-proc. zysk, najem może przynieść zysk na poziomie 6-8 proc.

Najem staje się w naturalny sposób atrakcyjną alternatywą, zwłaszcza kiedy można zakupić usługę obsługi najmu. Jeżeli trzeba się samemu zajmować się mieszkaniem, ściągać płatności, szukać lokatorów, to traci to nieco na atrakcyjności. Natomiast jeżeli można to zlecić wyspecjalizowanej firmie i wciąż zarobić kilka procent, to jest bardzo ciekawa alternatywa dla lokat – mówi Kaźmierczak.

Jak podkreśla ekspert, ceny najmu mieszkań utrzymują się na zbliżonym poziomie. Najwięcej za wynajem trzeba zapłacić w stolicy. Drogo jest też w innych większych miastach, gdzie na najem decydują się studenci.

Ostatnio robiliśmy analizę dla Łodzi i ceny są stabilne. Myślę, że w Warszawie będą lekko rosły – widzimy trend, że rosną ceny nieruchomości, więc w naturalny sposób ceny wynajmu pójdą za nimi. Nie ma jednak dramatycznych ruchów na rynku, jest on całkiem spokojny – podkreśla Kaźmierczak.

Ekspert podkreśla, że na razie nie widać wpływu rządowego programu Mieszkań na Wynajem na sytuację na rynku. Obecnie w ofercie jest 49 mieszkań, wszystkie w jednym bloku w Poznaniu. Zainteresowanie programem jest duże, ale w ocenie Kaźmierczaka rządowa oferta nie jest tak atrakcyjna cenowo, jak można było się spodziewać.

Jeżeli kolejne inwestycje funduszy będą wyglądały podobnie, to myślę, że wpływ na rynek najmu będzie dosyć neutralny – przewiduje prezes Mzuri CFI1.

Blisko połowa pracujących Polaków uważa, że zajmuje stanowisko niedopasowane do swoich umiejętności. To może obniżać efektywność pracy

CEO Magazyn Polska

Wiele osób wykonuje pracę niedostosowaną do swoich umiejętności i kwalifikacji. Tak swoje stanowisko pracy postrzega 42 proc. pracowników – wynika z badania Work Monitor. Lepsze wykorzystanie zasobów ludzkich może wpłynąć na poprawę wyników w firmie. To jednak wymaga od przedsiębiorców inwestycji nie tylko w poszukiwanie nowej kadry, lecz także w rozwój już zatrudnionych osób.

Do tej pory nie stosowano lub stosowano bardzo mało narzędzi, które wspomagają dobre zarządzanie pracownikami. Ze strony przedsiębiorstwa jest to proces, który pozwala skierować pracowników tam, gdzie najlepiej się czują i w czym najlepiej się sprawdzają – mówi agencji Newseria Biznes Ignacy Miedziński, prezes BPSC, firmy zajmującej się tworzeniem oprogramowania wspierającego zarządzanie przedsiębiorstwem i zasobami ludzkimi. – Od wielu lat na Zachodzie stosuje się do tego specjalne oprogramowanie. Tam kierownicy czy dyrektorzy personalni nie zarządzają ludźmi za pomocą papierów i przekazywanych dyspozycji.

Badania wskazują, że wykonywanie obowiązków niedopasowanych do posiadanych umiejętności czy kwalifikacji może obniżać efektywność pracy. A swoje niedopasowanie do zajmowanego stanowiska dostrzega już blisko połowa Polaków.

Na rynku stosowane jest oprogramowanie, które zajmuje się pracownikiem od momentu rekrutacji,poprzez przyjęcie, szkolenia, ocenę jego kwalifikacji, wpisanie go w kierunki, w których może on działać, poprzez ocenę jego działań tworzenie ścieżki kariery. Ono cieszy się coraz większą popularnością, bo lepsze wykorzystanie zasobów ludzkich oznacza zwiększenie wydajności – mówi Miedziński. – Jeśli mówimy o tym, że bardzo dużo pracujemy, a mało efektywnie, to nie dlatego, że ludzie są słabi. Ludzie są bardzo dobrzy, tylko trzeba nimi zarządzać i trzeba dać im szansę.

Niedobór talentów jako poważne wyzwanie traktuje już co piąta firma – wynika z badania HRM Institute. To jeden z powodów, dla których przedsiębiorcy coraz częściej inwestują w employer branding, czyli działania budujące wizerunek firmy jako pracodawcy. Często jednak są to pieniądze wyrzucone w błoto. Eksperci zwracają uwagę na to, że firmy – zamiast dbać o rozwój zatrudnionych – bardziej koncentrują się na szukaniu nowych talentów. To może prowadzić do utraty najcenniejszych pracowników. Z badań wynika, że najczęstszą przyczyną odejścia z pracy – poza zbyt niskimi zarobkami – jest chęć dalszego rozwoju i podejmowania nowych wyzwań. Co piąty badany wskazał rozbieżne oczekiwania pracowników i pracodawców.

Przyjmujemy z rynku ludzi, którzy po pierwsze chcą pracować w takiej firmie jak nasza i mają podstawowe kwalifikacje. Szkolimy ich i oceniamy za pomocą systemu, czy do jakiegoś segmentu naszych działań się bardziej nadają czy mniej. Potem są jeszcze próby i powoli, zmieniając czasami stanowiska, docieramy do momentu, w którym człowiek się dobrze czuje. Czasem to trwa parę lat, ale nagle przychodzi taki moment, że człowiek znajduje się w idealnym środowisku dla siebie – mówi prezes BPSC.

Branża IT, w której działa BPSC, nie jest w tym przypadku wyjątkiem. Jak podkreśla Miedziński, tu dbanie o rozwój pracowników i efektywność ich pracy jest o tyle istotne, że konkurencja na rynku jest silna, zarówno ze strony polskich, jak i zagranicznych koncernów. Poza tym zapotrzebowanie na specjalistów IT rośnie. Już dziś brakuje ok. 50 tys. specjalistów, głównie w zakresie programowania, a wraz z dynamicznym rozwojem tego segmentu ta luka będzie się zwiększać.

Od kilku lat rośnie konsumpcja ryb. Polacy jednak nadal jedzą mniej niż pozostali Europejczycy

W ciągu roku przeciętny Polak spożywa średnio 12,4 kilograma ryb. Co prawda z roku na rok można zaobserwować tendencję wzrostową, ale w skali europejskiej i tak pozostajemy daleko w tyle. Polacy nadal nie mogą się przekonać do tego, by w swojej kuchni mięso zastępować rybami. Problemem są wysokie ceny i trudność ich przygotowania.

W Polsce od kilku lat obserwujemy wzrost konsumpcji ryb. Dużą popularnością cieszą się ryby mrożone, filety, bo lubimy kawałek białego mięsa, w którym nie ma ości i najchętniej taki, który nie będzie miał intensywnego rybnego zapachu. Stąd też m.in. popularność pangi albo tilapii. Spora jest też konsumpcja łososia norweskiego, dorsza, śledzia, mniejsza szproty i makreli – mówi agencji informacyjnej Newseria Grzegorz Łapanowski, prowadzący i juror „Top Chef”.

Rocznie konsumpcje ok. 12,4 kilograma ryb na osobę, czyli dwa razy mniej niż przewiduje to unijna średnia. Zdaniem Łapanowskiego Polaków mogą odstraszać dość wysokie ceny ryb. Choć w ubiegłym roku po raz pierwszy od dawna zanotowano niewielki ich spadek, to w najbliższym czasie mogą one znów podrożeć.

Problem polega też na tym, że trudno jest kupić świeżą rybę, a to jest podstawowe kryterium przygotowania dobrej ryby. Poza tym ryba cały czas uchodzi za produkt spożywczy, który jest trudny do przygotowania. A tak wcale nie jest, bo wystarczy ją ugotować, upiec, udusić albo usmażyć. Większość ryb przygotowuje się naprawdę w bardzo prosty sposób – tłumaczy Grzegorz Łapanowski.

Łapanowski podkreśla, że Polacy wciąż nie są przyzwyczajeni i wystarczająco przekonani do ryb w kuchni. 8 proc. w ogóle nie sięga po nie, a najmniej jedzą ich dzieci i młodzież. W jadłospisie wciąż króluje mięso czerwone lub drób, a przecież ryby dają kucharzom duże pole do popisu.

Niedoceniane są zupy rybne. Robi się je prosto, szybko, są tanie, a w smaku niesamowite. Wystarczą korpusy ryb, ewentualnie oczyszczone głowy, trzeba je gotować około 30 minut, z dodatkiem białego wina, kopru włoskiego, selera naciowego i pora. Do takiego bulionu dodajemy w zależności od upodobań pomidory, śmietanę, grzyby, świeże zioła czy kawałki ryby. To jest coś absolutnie pysznego – twierdzi Grzegorz Łapanowski.

Łapanowski tłumaczy, że ryby świetnie nadają się także na przystawkę. Wykorzystując różne ich rodzaje, można eksperymentować do woli.

Jest bardzo fajna technika, która pochodzi z Ameryki Południowej to ceviche, czyli ryba marynowana w soku z cytryny albo z cytrusów, z odrobiną chili Dzięki temu sokowi ona się ścina. Na przykład sashimi to plasterki ryby najczęściej podawane z sosem sojowym albo z sokiem z cytryny, tatara można doprawić sosem sojowym, maggi, odrobiną soli, pieprzu, świeżych ziół – mówi Grzegorz Łapanowski.

Włączanie ryb do menu zalecają lekarze, dietetycy i promotorzy zdrowia. Zawierają one kwasy omega-3, które sprzyjają wzmocnieniu odporności, łagodzą procesy zapalne, mogą zapobiegać rozwojowi nadciśnienia, miażdżycy i chorób układu krążenia. Badania dowodzą, że jedzenie ryb może być dobrym sposobem profilaktyki antynowotworowej i antyzawałowej. Tłuste ryby są także dobrym źródłem witamin A i D, a także witaminy E, które wpływają na wygląd skóry.

Rata kredytu we frankach najniższa od pół roku

Kiedy w połowie stycznia kurs franka szwajcarskiego nagle poszybował powyżej 4 zł, w dramatycznej sytuacji znalazło się około 950 tys. osób posiadających kredyty w tej walucie. Kilka tygodni temu media rozpisywały się o trudnych losach frankowiczów oraz możliwych scenariuszach rozwiązania problemu. Tymczasem „niewidzialna ręka rynku” zakpiła ze wszystkich – z wyliczeń Comperia.pl wynika, że dziś rata kredytu we frankach jest… najniższa od lipca ubiegłego roku!

Od czasu styczniowego „czarnego czwartku” frankowego wiele się zmieniło – cena franka spadła już do 3,85 zł, banki uwzględniają ujemny LIBOR, który w ostatnim czasie zmalał do -0,90 proc., obniżają także tzw. spread. Dziś kurs, po którym instytucje finansowe przeliczają ratę z franków na złote, jest zdecydowanie bliżej rynkowego niż dotychczas.

Z danych Comperia.pl wynika, że średni kurs sprzedaży franka w bankach spadł już poniżej 4 zł. Przy obecnej stawce LIBOR 3M CHF (-0,90 proc.) lutowa rata modelowego, 30-letniego kredytu na 300 tys. zł zaciągniętego w sierpniu 2008 roku, kiedy kredyty we frankach cieszyły się największym powodzeniem, wynosi 1 914 zł. Miesiąc temu przy kursie bankowym 4,45 zł i LIBOR-ze -0,56 proc. rata była o ponad 300 zł wyższa.

– Dla porównania grudniowa rata, dla wielu kredytobiorców ostatnia przed styczniowym uwolnieniem kursu franka, przeliczona po bankowym kursie 3,67 zł i przy LIBOR-ze rzędu -0,05 proc., wynosiła 1 954 zł. To o 40 zł więcej niż dziś, przy historycznie drogim franku, ale i legendarnie niskiej stopie LIBOR – podsumowuje Mikołaj Fidziński, analityk porównywarki finansowej Comperia.pl.

To oznacza, że rata kredytu frankowego powróciła do stanu sprzed uwolnienia kursu, co więcej, jej wartość jest najniższa od pół roku. Obawy, że frankowcom zabraknie środków na spłatę raty są tera takie same jak przez ostatnich kilka lat. Według danych Biura Informacji Kredytowej udział zobowiązań z przeterminowaniem przekraczającym 90 dni w całości kredytów denominowanych w CHF to ledwie 1,2 proc. (stan na koniec 2014 roku).

Nie można uznać tematu sytuacji frankowiczów za zamknięty. Nadal dramatycznie wygląda poziom ich zadłużenia. Osoby, które w wakacje 2008 roku zaciągały kredyty we frankach przy kursie rzędu 2 zł, są obecnie (w przeliczeniu na złote) winne ok. 70 proc. więcej niż pożyczyły. Przykładowo, z kredyt na równowartość 300 tys. zł, po ponad 6 latach rzetelnej spłaty, zmienił się w dług przekraczający 0,5 mln zł! – zaznacza Mikołaj Fidziński z Comperia.pl.

Lewiatan krytykuje fiskusa za pomysł dociśnięcia firm

Według doniesień medialnych dyrektorzy izb skarbowych oraz naczelnicy urzędów skarbowych otrzymali wytyczne, zgodnie z którymi w 2015 r. 80 proc. kontroli podatkowych powinno zakończyć się domiarem, najlepiej wynoszącym co najmniej 1000 zł. Propozycja zwiększenia skuteczności kontroli, poprzez określenie ilości „pozytywnych” postępowań i wysokości dokonanych domiarów jest nie do zaakceptowania – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Konieczność podniesienia skuteczności kontroli podatkowej i lepszego zabezpieczenia wpływów budżetowych, nie budzi naszych wątpliwości. Co więcej, jest postulowana przez przedsiębiorców, którzy ze względu na działalność zorganizowanych grup przestępczych nie są w stanie w niektórych branżach legalnie funkcjonować. Niemniej, propozycja zwiększenia skuteczności kontroli, poprzez określenie ilości „pozytywnych” postępowań i wysokości dokonanych domiarów jest sprzeczna z art. 281 §2 Ordynacji podatkowej, który wyraźnie wskazuje, że celem kontroli podatkowej jest sprawdzenie czy kontrolowani wywiązują się z obowiązków wynikających z przepisów prawa podatkowego – mówi Przemysław Pruszyński, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Z przepisu tego wynika, że kontrolujący udając się do podatnika winien być przekonany o tym, że idzie sprawdzić, czy ten poprawnie prowadzi przewidziane w przepisach podatkowych ewidencje oraz czy rzetelnie zadeklarował wysokość zobowiązania podatkowego. Nie może rozpoczynać kontroli z przeświadczeniem, że w ośmiu na dziesięć spraw musi znaleźć uszczuplenie podatku, na kwotę co najmniej 1000 zł. Spowoduje to jeszcze większą opresyjność kontrolujących i uciążliwość kontroli, które i tak już są wskazywane przez przedsiębiorców jako niezwykle męczące. Nie przyniesie to także zakładanych efektów w postaci wzrostu wpływów budżetowych, ponieważ „szukanie na siłę” jakiegokolwiek uchybienia, w celu wykazania skuteczności kontroli, wydłuży czas pracy kontrolera i w ostatecznym rozrachunku jego efektywność nie wzrośnie.

W ocenie Konfederacji Lewiatan z ujawnionych materiałów oraz z wypowiedzi wiceministra finansów nie wynika, że kontrole podatkowe mają być w mniejszym stopniu skierowane w legalnie działających przedsiębiorców, a w większym w tych, którzy działają w celu popełnienia przestępstwa skarbowego. Dążenie do ujawnienia z góry ustalonej kwoty i liczby nieprawidłowości, właśnie w tych najmniejszych uderzy najbardziej.

Lewiatan apeluje do ministra finansów o stworzenie rzeczywistych narzędzi do walki ze zorganizowanymi grupami przestępczymi, wyłudzającymi z budżetu miliardy złotych, a nie wydawanie wytycznych, które wpłyną na większą opresyjność kontrolujących wobec legalnie działających przedsiębiorców.

Konfederacja Lewiatan

Z sieci korzystamy chętnie, ale i z obawą

Korzystanie z nowych technologii i internetu to nasza codzienność. I choć 76% obywateli Unii Europejskiej twierdzi, że istnieje duże ryzyko stania się ofiarą cyberprzestępczości, to niewielu stara się poprawić swoje bezpieczeństwo w sieci.

Jak wynika z badania Eurobarometru, 48% internautów w ciągu ostatniego roku nie zmieniło żadnego ze swoich haseł internetowych. 12% doświadczyło z kolei włamania na konto poczty elektronicznej lub profil w portalu społecznościowym. Szczególnie martwią oszustwa bankowe lub dotyczące kart kredytowych – ofiarą padło aż 7% badanych.

Internauci obawiają się nieuczciwego wykorzystywania danych osobowych (37%) oraz niebezpieczeństw związanych z płatnościami internetowymi (35%). W związku z tym tylko 50% użytkowników sieci decyduje się na robienie zakupów online czy korzystanie z internetowych usług bankowych. Cieszy fakt, że 87% respondentów wystrzega się ujawniania w internecie informacji osobistych.

Niewątpliwie obawa przed cyberatakiem szkodzi gospodarce cyfrowej oraz społecznej aktywności online. Z kolei brak wiedzy sprzyja nieodpowiedzialnym zachowaniom internautów. „Ważne są działania promujące bezpieczeństwo w internecie, zwłaszcza kiedy liczba spraw, które można załatwić online, wzrasta, tak jak przybywa osób korzystających ze smartfonów czy tabletów” – mówi serwisowi infoWire.pl Andrzej Lewiński, z-ca Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Świadome korzystanie z dobrodziejstw techniki i edukacja z pewnością pozwolą na większą ochronę przed ciemną stroną sieci.