Ważne zmiany dla obywateli

Od 1 marca w dowolnej gminie będzie można wyrobić dowód osobisty oraz odebrać akta stanu cywilnego. Wszystko dzięki uruchomieniu Systemu Rejestrów Państwowych (SRP) – centralnej bazy, która zintegruje rejestry lokalne. A to niejedyne zmiany czekające Polaków.

Z punktu widzenia obywateli najważniejsze jest wprowadzenie nowego wzoru dowodu osobistego. „Na dokumencie nie zobaczymy danych o naszym wzroście ani kolorze oczu. Znikną też skan podpisu i adres zameldowania. Dzięki temu nie trzeba będzie wymieniać dowodu przy każdej zmianie meldunku” – mówi serwisowi infoWire.pl Karolina Grenda, dyrektor Departamentu Spraw Obywatelskich w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych (MSW). Rozmówczyni zaznacza ponadto, że brak informacji o adresie nie powinien być problemem przy odbieraniu przesyłki na poczcie, zaciąganiu kredytu czy otwieraniu konta osobistego. Na dokumencie pojawią się z kolei informacja o obywatelstwie i szereg zabezpieczeń, między innymi powtórzone zdjęcie, tłoczenia i mikrodruki.

Dowodu osobistego nie trzeba wymieniać przed utratą ważności. Jeśli jednak musimy, możemy to zrobić w dowolnym urzędzie na terenie całego kraju. W sposób odmiejscowiony będzie można także uzyskać pewne zaświadczenia i odpisy aktów stanu cywilnego, odtworzyć zagraniczny dokument oraz wpisać go do rejestru stanu cywilnego. Ułatwione zostaną również procedury, np. sprostowanie aktu stanu cywilnego. Do tej pory odbywało się ono w postępowaniu sądowym. Teraz sprostowania będzie można dokonać bezpośrednio przez kierownika urzędu stanu cywilnego.

Mercedes i John? Dzięki zmianom w prawie możliwe stanie się nadawanie dzieciom imion obcego pochodzenia. Rodzice nadal będą mogli wybrać maksymalnie dwa imiona – niezdrobniałe, nieuwłaczające ani nieośmieszające.

Z trzymiesięcznym opóźnieniem zostanie uruchomiony System Rejestrów Państwowych. Przez ten czas udoskonalano go i szkolono urzędników, bo to oni odegrają kluczową rolę w jego wdrażaniu. „To od urzędników, mających bezpośredni kontakt z obywatelem, zależy jakość wdrożenia Systemu w życie. Mam nadzieję, że już w kwietniu wszyscy zapomną o niedogodnościach” – zaznacza Tomasz Szubiela, podsekretarz stanu w MSW.

Unibep przygotowuje się na spowolnienie, jakie czeka rynek za kilka lat. Chce wejść w usługi okołobudowlane

0

CEO Magazyn Polska

Budowlany Unibep miał dobry rok i oczekuje, że obecny będzie jeszcze lepszy. Spółka ma plany na 2015 rok dopięte w 95 proc. i zbiera zamówienia na kolejne 12 miesięcy. Na rynku budowlanym pojawią się bowiem wielkie pieniądze z funduszy unijnych, a część konkurencji wykruszyła się w ostatnich latach. Potem spodziewa się jednak spowolnienia i szykuje się do wprowadzenia nowych usług. Za rok nowa strategia.

Z 82 mld euro, jakie z unijnej kasy trafią do Polski w ciągu najbliższych siedmiu lat, znacząca część pójdzie na inwestycje budowlane. Nie tylko na drogi oraz infrastrukturę, które mają własną część budżetu, lecz także na energetykę, naukę, przedsiębiorczość, wyrównywanie szans czy rozwój uboższych regionów. Tam wszędzie będzie się również za europejskie pieniądze budować.

Chcemy oczywiście wykorzystać te pieniądze, które Polska będzie miała do wydania z Unii w obecnej perspektywie budżetowej mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jan Mikołuszko, przewodniczący rady nadzorczej Unibepu. – Myślę, że nie będzie już takiego szaleństwa cenowego, przetargowego i już troszeczkę widać uspokojenie i racjonalizację. Ci „wariaci” zbankrutowali albo wycofali się z Polski, więc nie ma już ofert za połowę ceny inwestorskiej.

Ubiegły rok był dla spółki korzystny. Po trzech pierwszych kwartałach przychody grupy przekraczały 748 mln zł i były o ponad 57 mln wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto Unibepu wzrósł o ponad 1,6 mln zł,  przekraczając 13,1 mln zł. Ostatni kwartał roku ma być jeszcze lepszy.

Chcemy jeszcze poprawić wyniki deklaruje Jan Mikołuszko, przewodniczący rady nadzorczej Unibepu. 2014 rok koledzy z nowego zarządu zamknęli bardzo ładnie. Po raz pierwszy przekroczyliśmy miliard sprzedaży, mamy bardzo efektywne zyski. Nie mogę mówić o szczegółowych zyskach, bo jesteśmy spółką giełdową, zyski nie są zaś zaudytowane, mogę jednak powiedzieć, że jest dużo lepiej niż w 2013 roku i że taka tendencja będzie trwała, tak myślę.

Spółka opublikuje raport finansowy za ubiegły rok 20 marca.

Unibep opiera się obecnie na pięciu filarach. Są to spółki rosyjska i norweska, budownictwo drogowe, działalność deweloperska (mieszkaniowa i biurowa) oraz budownictwo modułowe, głównie w Skandynawii.

Budujemy firmę organicznie, krok po kroku i tak nam się to świetnie sprawdza ocenia przewodniczący rady nadzorczej Unibepu.Ten miliard, o którym mówiłem, jest taki symboliczny, to nie jest najważniejsza rzecz. Ale chcemy, żeby za te pięć lat firma rozszerzyła swoją paletę produktową, żebyśmy pojawili się w budownictwie konstrukcyjnym, żebyśmy umocnili się na nowych rynkach, a może nawet żebyśmy zaczęli w usługach coś robić wzorem dużym koncernów zachodnich. Chcemy jednak, żeby Unibep, i to jest taka zupełna nowość, był ciągle firmą z polskim kapitałem.

Na polskim rynku najbliższe dwa lata mają być czasem hossy. Jednak Unibep przygotowuje się na chudsze lata, które mogą nadejść później. Spółka stawia więc na wzmocnienie swojej pozycji za granicą i myśli o nowych obszarach działalności. Unibep już w tej chwili jest największym polskim eksporterem usług budowlanych. Generalnym wykonawcą na takich rynkach, jak rosyjski, skandynawski, niemiecki. Szef rady nadzorczej nie wyklucza ogłoszenia za rok nowej strategii.

 2015 rok mamy przygotowany w prawie 95 proc., teraz pracujemy nad 2016 rokiem – zapowiada Jan Mikołuszko z Unibepu. To jest pierwszy cel, czyli dobrze wykorzystać pieniądze inwestycyjne na rynku. Mamy też dłuższy cel, taki strategiczny, żeby przygotować spółkę do spowolnienia rynku krajowego.

Padma Art zyskuje dzięki opomiarowaniu parku maszynowego (case study)

Optymalizacja jakości i zmniejszenie odpadowości, wsparcie dla TPM, obniżenie poziomu prac administracyjnych, wreszcie – dostęp do precyzyjnych, dostarczanych w czasie rzeczywistym informacji o nazwach i liczbie wytwarzanych artykułów oraz stratach i przestojach w procesie produkcyjnym. Padma Art, producent elementów wyposażenia wnętrz dla sieci sklepów IKEA, podsumowuje wyniki osiągnięte w pierwszych miesiącach od wdrożenia systemu opomiarowującego pracę maszyn.

Zgodnie z danymi udostępnionymi przez Ogólnopolską Izbę Gospodarczą Producentów Mebli, wartość eksportu polskich mebli w 2014 roku wyniosła ponad 8 mld euro, plasując nasz kraj na siódmym miejscu w światowym rankingu. Czy dobre wyniki branży to tylko efekt dobrej koniunktury czy również systematycznego rozwoju polskich przedsiębiorstw? Na pewno tak, szczególnie że coraz więcej firm produkcyjnych stawia na innowacyjność, upatrując w technologii drogę do zwiększania własnej konkurencyjności, a co za tym idzie – także obrotów i dochodów.

Polska branża stoi przed nie lada wyzwaniem

Zwiększająca się produkcja i eksport to duże wyzwania dla każdego przedsiębiorstwa dążącego do osiągania coraz lepszej pozycji na rynku oraz realizacji wszystkich ustalonych celów biznesowych – mówią właściciele Padma Art, firmy produkującej elementy wyposażenia wnętrz na potrzeby m.in. sieci sklepów IKEA. Przedsiębiorstwo jest jednym z największych pracodawców w Suwałkach. Firma za priorytet stawia sobie zrównoważony wzrost mocy produkcyjnych pozwalający na oferowanie wysokiej jakości produktów w możliwie konkurencyjnym pułapie cenowym. Jak każdy zakład produkcyjny chcący spełnić taki warunek, Padma Art musiała podjąć konkretne działania ukierunkowane na poprawę własnej efektywności operacyjnej. Do realizacji celu wybrała e-Production, zintegrowany system informatyczny przeznaczony do autonomicznego opomiarowania maszyn. Rozwiązanie zostało wdrożone w II kwartale 2014 roku.

Dlaczego system do opomiarowania środków trwałych parku maszynowego? Jak wiele firm z branży meblarsko-wnętrzarskiej, także Padma Art zmagała się z trudnościami technologicznymi uniemożliwiającymi rozwój organizacji. Wśród głównych barier firma wskazywała:

  • Brak narzędzi pozwalających uzyskiwać dostęp do danych o statusach i wydajnościach poszczególnych maszyn i procesów w czasie rzeczywistym
  • Brak rozwiązań umożliwiających prowadzenie efektywnej komunikacji na różnych poziomach zarządzania oraz wymianę informacji pomiędzy wszystkimi strukturami organizacyjnymi
  • Brak zintegrowanych systemów wspomagających zarządzanie produkcją, jakością, utrzymaniem ruchu, a docelowo również logistyką i planowaniem produkcji

Dążenie do eliminacji tych problemów oraz chęć dalszego rozwoju to dla wielu zakładów produkcyjnych motor napędowy determinujący wprowadzanie zaawansowanych rozwiązań informatycznych opomiarowujących pracę maszyn. Efektem wdrożeń jest bowiem dostęp do narzędzi, które pozwalają na zarządzanie procesami produkcji oraz uzyskiwanie wysokich wolumenów przy wykorzystaniu już posiadanych środków trwałych.

Ręczne pomiary odchodzą do lamusa

System do autonomicznego opomiarowania maszyn produkcyjnych pozwala na optymalizację produkcji oraz zwiększanie wydajności środków trwałych w parku maszynowym. Skutecznie eliminuje problemy ręcznych pomiarów skutkujących zbyt wolnym procesem podejmowania decyzji wpływających na produktywność fabryk. Pozyskiwane informacje pozwalają także zmniejszać straty produkcyjne uniemożliwiające osiąganie wysokich wolumenów. Jak tłumaczy Michał Soloch z firmy informatycznej QSG S.A., taki system to kompleksowe rozwiązanie obejmujące software, hardware oraz system wizualizacji informacji. Przykładem jest e-Production, system który został wdrożony przez QSG S.A. w Padma Art w pierwszej połowie 2014 roku. Po blisko 8 miesiącach od implementacji, fabryka wskazuje na pierwsze wyniki powdrożeniowe. To przede wszystkim:

  • Optymalizacja zarządzania parkiem maszynowym dzięki dostępowi w czasie rzeczywistym i w ramach całej organizacji do precyzyjnych informacji o produktywności i stratach (awarie, przestoje, braki surowców, odpady, itp.)
  • Wzrost efektywności poprzez eliminację strat i postojów oraz zwiększenie dostępności operacyjnej zasobów (maszyn, narzędzi, ludzi)
  • Optymalizacja jakości oraz zmniejszenie poziomu odpadowości
  • Wsparcie metodyki TPM (Total Productive Management)
  • Zmniejszenie obciążenia pracowników pracami biurowymi (np. ręcznym przygotowywaniem raportów)

Dodajmy, że zwrot z inwestycji nastąpił w ciągu ok. 5 miesięcy od wdrożenia, a pierwsze odczuwalne wyniki zostały odnotowane w postaci m.in. zwiększonej produktywności zakładu, motywacji pracowników oraz zmniejszenia poziomu odpadów produkcyjnych. Na obecną chwilę system do autonomicznego opomiarowania maszyn wdrażany jest jeszcze w nowopowstałej, należącej do Padma Art fabryce wieszaków Novigo. Kolejne implementacje obejmą, będącą jeszcze w budowie, fabrykę ram i luster Padma 3.0.

 

Źródło: qsg-company.com

J. Rzeźniczek (Secus Asset Management): Jeżeli Fitch obniży rating Rosji do poziomu śmieciowego, to może odbić się to rykoszetem na Polsce

Polskie aktywa nie skorzystają na obniżce ratingu wiarygodności kredytowej Rosji do poziomu śmieciowego przez agencje Moody’s i Standard & Poor’s, nawet jeśli dołączy do nich ostatnia z wielkiej trójki – agencja Fitch, ponieważ kapitał portfelowy traktuje podobnie Rosję oraz inne rynki Europy Środkowej i Wschodniej. Można oczekiwać raczej, że gdyby inwestorzy kontynuowali wycofywanie się z Moskwy, odbiłoby się to także negatywnie na ich zaangażowaniu w Polsce.

W statutach wielu międzynarodowych funduszy inwestycyjnych istnieją zapisy mówiące o tym, że mogą one inwestować w rządowe papiery wartościowe jedynie na rynkach mających pozytywne rekomendacje agencji ratingowych: S&P, Fitch oraz Moody’s. Tymczasem po styczniowej obniżce ratingu Rosji do poziomu śmieciowego, na taki sam ruch zdecydowała się agencja Moody’s. Jeśli rosyjski rating obniży także Fitch, a wystarczyłaby obniżka o jeden poziom, wiele funduszy będzie musiało wycofać się z inwestycji w rosyjskie obligacje.

Inwestor instytucjonalny zaangażowany w papiery danego kraju, mający taki zapis w statucie, po obniżeniu ratingu do poziomu śmieciowego jest zobowiązany do sprzedaży takiego aktywa – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Rzeźniczek, główny analityk Secus Asset Management SA. – Po obniżce ratingu Rosji znajdzie się na pewno wielu inwestorów, którzy zostaną zmuszeni do tego, by pozbywać się tamtejszych aktywów.

Ale, według Jacka Rzeźniczka, Polska nie skorzysta albo skorzysta w niewielkim stopniu na odpływie kapitału z Rosji.

– To wcale nie znaczy, że będą szukać miejsca odejścia dokładnie w tym samym regionie. Tym bardziej że kapitał portfelowy, jeśli opuszcza jeden z ważnych rynków regionu, to ewakuuje się również z pozostałych na danym obszarze – zauważa Rzeźniczek. – Oczywiście po obniżce ratingu Rosji jakieś przepływy mogą być, ale nie sądzę, by były znaczące.

Pod koniec stycznia Standard & Poor’s obniżył rating Rosji do poziomu BB+ uznawanego już za śmieciowy (bez rekomendacji inwestycyjnej). Utrzymana została także jego negatywna perspektywa, co oznacza, że możliwe są dalsze obniżki. Agencja zmniejsza ocenę wiarygodności kredytowej Rosji już od kwietnia ubiegłego roku. Spada ona zarówno z powodu nałożonych na ten kraj sankcji gospodarczych w związku z konfliktem na Ukrainie, jak i z powodu gwałtownego spadku cen ropy naftowej. Z kolei 20 lutego rating do poziomu śmieciowego obniżyła druga z trzech wielkich agencji – Moody’s. W uzasadnieniu analitycy agencji wskazali na wciąż trwający kryzys ukraiński, niskie ceny ropy oraz kurs rubla, co sprawia, że sytuacja gospodarcza Rosji i jej perspektywy są gorsze niż podczas sporządzania poprzedniej oceny.

Spółka Macrologic będzie się rozwijała w podobnym tempie jak polska gospodarka. Z powodu wyborów spadną jednak przychody z sektora publicznego

0

Spółka Macrologic pozytywnie ocenia perspektywy polskiej gospodarki i zakłada, że ponad 3-proc. wzrost PKB przełoży się na podobne tempo wzrostu jej przychodów. Natomiast wpływy z zamówień z sektora publicznego mogą być niższe z powodu wyborów.

Sądzimy, że tematy, które są związane z efektywnością organizacji, czyli z planowaniem zasobów, planowaniem obiegu dokumentów, większą efektywnością zarządzania zasobami i lepszym planowaniem czasu pracy, tzn. kontrolingiem, obiegiem dokumentów i organizacją, to będą te dziedziny, które będą wpływały na wzrost naszych przychodów i lepszą organizację naszych klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Patrycja Ptaszek-Strączyńska, dyrektor ds. finansów Macrologic.

Stabilne tempo wzrostu polskiej gospodarki związane jest z poprawiającymi się wynikami krajowych firm. Te zaś coraz więcej pieniędzy przeznaczają na inwestycje. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, w 2014 roku inwestycje w Polsce wzrosły o 9,4 proc. Macrologic, spółka zajmująca się dostarczeniem rozwiązań informatycznych, które wspomagających zarządzanie przedsiębiorstwem, liczy na to, że i w obecnym roku część środków firmy przeznaczą na systemy komputerowe.

– W gospodarce planowany jest lekki, ponad 3-proc. wzrost PKB, który będzie napędzał koniunkturę w tym roku – ocenia Patrycja Ptaszek-Strączyńska –Sądzimy, że nasze tempo wzrostu będzie podobne. A to wszystko za sprawą tego, że polskie firmy przejawiają większą śmiałości do inwestycji w ogóle i do inwestycji infrastruktury IT.

60 proc. przychodów spółki to przychody, które są stałe i niezmiennie rosną rok do roku. To oznacza zdaniem dyrektor ds. finansów Macrologic, że firma ma dość stabilną sytuację finansową i przychodową.

Walczymy o nowe projekty od dotychczasowych klientów i nowe projekty od nowych klientów. Ten rok jednak to rok wyborczy, dlatego na pewno przychody z tytułu projektów realizowanych na rzecz administracji rządowej i samorządowej będą mniejsze.

Dla firm z branży informatycznej każdy rok przynosi nowe wyzwania. By liczyć się na rynku, muszą oferować rozwiązania, które dotrzymują tempa technologicznemu rozwojowi świata. W roku 2014 Macrologic zanotował 70 proc. wzrost przychodów z tytułu udostępniania funkcji programów właśnie w chmurze informacyjnej.

Rozwiązania chmurowe to wciąż rozwiązania, które są nowością na rynku i nowością jest także stosowanie ich w aplikacjach biznesowych, które oferujemy – podkreśla Patrycja Ptaszek-Strączyńska z Macrologic. Sądzimy, że te wzrosty w ciągu kilku kolejnych lat będą duże, dwucyfrowe, bo baza jest jeszcze niewielka, a lawinowo wzrasta zainteresowanie klientów takimi rozwiązaniami oraz ich zaufanie do takiego sposobu korzystania z aplikacji i do takiego sposobu przechowywania danych wrażliwych o własnych operacjach i własnych zdarzeniach gospodarczych.

W 2014 roku Macrologic miał 54,33 mln zł przychodów ze sprzedaży, czyli o 3 proc. więcej niż rok wcześniej. Zysk operacyjny wzrósł o 14 proc. do 8,47 mln zł, a zysk netto zamknął się kwotą 6,68 mln zł wobec 5,93 mln zł zysku rok wcześniej.

Węgry kupią rosyjski gaz bardzo tanio. Budapeszt szkodzi unii energetycznej, ale wzmacnia pozycję negocjacyjną PGNiG

Węgry zawarły korzystny kontrakt na zakup gazu z Rosji, tym samym wyłamały się ze wspólnej unijnej polityki wobec tego kraju. W zamian za tani gaz i 12 mld euro kredytu na budowę elektrowni atomowej Budapeszt jest orędownikiem złagodzenia unijnych sankcji wobec Moskwy. Choć taka polityka szkodzi UE i unii energetycznej, jest też szansa na to, że Polska odniesie korzyści.

To jest ewidentnie transakcja wiązana. Z jednej strony Węgrzy budują elektrownię atomową w oparciu o technologię rosyjską oraz kapitał rosyjski, czyli kredyt w wysokości 12 mld euro, a z drugiej strony otrzymują znaczącą obniżkę cen gazu ‒ w sumie do poziomu 260 dol. za tysiąc metrów sześciennych. To jest faktycznie bardzo korzystna cena – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mikołaj Budzanowski, były minister skarbu państwa, obecnie członek zarządu Boryszew SA. ‒ W zamian za to głośno wypowiadają się przeciwko sankcjom nakładanym na Federację Rosyjską.

Węgry już niemal rok temu otrzymały kredyt z rządowego banku rozwoju WEB. 12 mld euro będzie dostępne do 2025 r. Środki posłużą do sfinansowania budowy dwóch nowych bloków energetycznych o mocy 1-1,2 GW w węgierskiej elektrowni atomowej w Paks. Inwestycję zrealizuje firma Rosatom.

W ubiegłym tygodniu premier Viktor Orbán wstępnie porozumiał się z Władimirem Putinem w sprawie obniżki ceny za gaz kupiony przez Węgry z Rosji, a także rezygnacji z zasady bierz lub płać, czyli obowiązku zapłaty za gaz niezależnie od jego wykorzystania. Szef rządu w Budapeszcie zwrócił także uwagę na to, że unijne sankcje nakładane na Rosję w związku ze wspieraniem przez Moskwę separatystów na wchodzie Ukrainy są niepotrzebne.

Podpisanie porozumienia między Węgrami a Federacją Rosyjską dotyczące dostaw gazu jest niepokojące i nie jest to zjawisko, które będzie pomagało w forsowaniu projektu unii energetycznej. Raczej mamy do czynienia z przykładem próby rozbicia całej koncepcji i próby korupcji politycznej związanej z transakcją wiązaną – podkreśla Budzanowski. – Stąd ostre i chłodne stanowisko premiera polskiego rządu, które jest adekwatne do zaistniałej sytuacji.

Były minister skarbu państwa liczy na interwencję Komisji Europejskiej w sprawie węgierskiej umowy o gaz. Bruksela wcześniej wspierała Polskę w walce z wysokimi cenami dyktowanymi przez Gazprom, a także działała przeciwko nadużywaniu monopolistycznej pozycji tej firmy w jej kontaktach z odbiorcami gazu w Europie Środkowo-Wschodniej.

Nasze polskie doświadczenie z interwencją Komisji Europejskiej przy zakupach gazu jest bardzo pozytywne. Gorąco popieram tego typu interwencje oraz nadzór Komisji Europejskiej nad trudnym procesem negocjacji kontraktów gazowych – mówi Budzanowski.

Zauważa jednak, że choć wyłamywanie się Węgier z wspólnej unijnej polityki wobec Rosji jest zjawiskiem negatywnym, to może ono mieć pozytywne skutki dla Polski. Bardzo korzystny kontrakt gazowy pomiędzy Budapesztem a Moskwą wzmacnia bowiem pozycję PGNiG w negocjacjach wieloletniej umowy z Gazpromem, które mogą zakończyć się jeszcze w tym roku.

Jeżeli Rosjanie zaoferowali Węgrom cenę 260 dol. za tys. m sześc., to dlaczego Polska ma płacić znacznie więcej? Podziękujmy panu premierowi Orbanowi za ten prezent i ujawnienie ceny kontraktowej. To realny i ważny dowód na to, że cena może być znacznie niższa niż ta, która dzisiaj jest oferowana w długoletnim kontrakcie dla Polski. Drugi bardzo ważny element ‒ jeżeli strona węgierska otrzymała zwolnienie z zasady bierz lub płać, to jest to podstawa do tego, żeby domagać się zniesienia tej klauzuli również w naszym kontrakcie gazowym – przekonuje Budzanowski.

Unia energetyczna coraz bliżej. KE przedstawi projekt strategii

Komisja Europejska przedstawi założenia unii energetycznej. W części projekt ten ma dotyczyć kwestii infrastruktury – potrzebnej do stworzenia wspólnego rynku energii i gazu, a także kwestii ochrony klimatu. Dla Polski ważne jest, by europejska polityka energetyczna różnicowała krajowe cele redukcji emisji dwutlenku węgla w zależności od ich możliwości zmian w miksie energetycznym.

W polityce energetycznej Unii Europejskiej muszą się znaleźć konsekwencje pakietu klimatyczno-energetycznego, to jest oczywiste. Bardzo potrzebne są również regulacje dotyczące inwestycji, które są niezbędne do budowy konkurencyjnego rynku energii elektrycznej i gazu. Jest to ważne zarówno dla Polski, jak i całej Europy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki.

W Komisji Europejskiej powstał projekt unii energetycznej, czyli działań zmierzających ku stopniowemu uniezależnianiu się od dostaw gazu z Rosji. Eksperci podkreślają, że częścią tej strategii będą działania z dziedziny ochrony klimatu.

Założenia mają odzwierciedlać cele klimatyczne UE. Do 2020 r. kraje należące do wspólnoty mają zredukować emisje gazów cieplarnianych o 20 proc. w stosunku do 1990 r., podnieść udział źródeł odnawialnych do 20 proc. i o 20 proc. zwiększyć efektywność energetyczną. Do 2030 r. ograniczenie emisji ma sięgnąć 40 proc., a udział OZE i efektywność energetyczna ‒ 27 proc.

Jak dodaje Steinhoff, poza tymi wskaźnikami UE musi zwracać uwagę na nowe technologie i zmiany na rynku, przejawiające się m.in. w coraz większym zainteresowaniu modelem prosumenckim, czyli produkcją energii oddawanej częściowo do sieci przez gospodarstwa domowe.

Polska ma specyficzną sytuację w elektroenergetyce. Większość energii elektrycznej produkujemy z paliw stałych, czyli węgla kamiennego i brunatnego. Restrykcyjne przepisy dotyczące emisji dwutlenku węgla uderzają bardzo mocno w polską elektroenergetykę, której nie możemy zmienić w sensie strukturalnym w ciągu 10, 15, czy nawet 20 lat. Będziemy zatem oczekiwać różnych regulacji, które odnoszą się do polskiej specyfiki – podkreśla Steinhoff.

Zaznacza, że Unia Europejska nie może samodzielnie działać na rzecz ograniczenia emisji. Takie działanie może przynieść oczekiwane rezultaty jedynie wtedy, gdy będą współpracować ze sobą wszystkie główne gospodarki świata. Jeśli UE będzie działać na własną rękę, to straci konkurencyjność wobec krajów, które kładą mniejszy nacisk na politykę klimatyczną.

Unia Europejska brnąc w kolejne, jeszcze bardziej restrykcyjne przepisy dotyczące redukcji emisji dwutlenku węgla czy wzrostu udziału odnawialnych źródeł energii, zapomina o tym, że świat nie idzie za nami. Efektem tego może być alokacja części przemysłu z Europy do innych krajów, które nie podjęły tego tematu w taki sposób, a co za tym idzie – utrata konkurencyjności europejskiego przemysłu i miejsc pracy – przestrzega Steinhoff.

Deweloperzy szukają oszczędności przy budowie parkingów podziemnych. Zamiast dwupoziomowych garaży stosują podnoszone platformy parkingowe

Deweloperzy oszczędzają na podziemnych parkingach. Zamiast kosztownych wielopoziomowych parkingów podziemnych niektórzy inwestorzy decydują się na montaż platform parkingowych, które umożliwiają parkowanie jednego samochodu nad drugim. Takie rozwiązania bywają niezbędne, by sprzedać jak najwięcej najpopularniejszych, małych mieszkań z zachowaniem wyznaczonego przez gminę minimum miejsc parkingowych.

 O tym, ile miejsc postojowych powstanie na nowym osiedlu, decyduje miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, czyli gmina. To od tego zależy, ile będzie trzeba tych miejsc zbudować. Deweloperom budującym nowe mieszkania zależy na tym, aby zbudować jak najbardziej kompaktowe lokale i by zbudować ich jak najwięcej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Turek, ekspert rynku nieruchomości z Lion’s Bank. ‒ Z punktu widzenia dewelopera znacznie tańszym rozwiązaniem jest zbudowanie jednego poziomu garaży i uzbrojenie go chociażby w dwupoziomowe miejsca parkingowe.

Jak tłumaczy Turek, najlepiej sprzedającymi się lokalami w Polsce są mieszkania kompaktowe, czyli o niewielkiej powierzchni. Uchwalane przez urzędy gmin miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego wyznaczają jednak minimalną liczbę miejsc parkingowych na lokal niezależnie od jego powierzchni. W zależności od lokalizacji minimum to najczęściej 1 miejsce parkingowego na lokal, jednak w Warszawie – nawet 1,5 miejsca na mieszkanie.

Deweloperzy mogliby pogłębić garaż podziemny i zbudować dwupoziomowy parking, ale to znacznie zwiększyłoby koszt inwestycji. Stąd niektórzy stosują platformy.

Zbudowanie garaży podziemnych często pociąga za sobą koszty odpowiadające kilkunastu procentom kosztów budowy całej inwestycji, a często nawet 20 proc. kosztów – podkreśla Turek.

Tańszym rozwiązaniem jest zbudowanie jednopoziomowego garażu podziemnego i wyposażonego w tzw. systemy parkowania. To piętrowe platformy, które umożliwiają zaparkowanie jednego samochodu nad drugim. W przypadku systemów zależnych znajdujący się na górnej platformie samochód nie może wyjechać, dopóki na dolnym poziomie jest zaparkowane auto. Tym samym miejsca takie nie mogą należeć do obcych sobie osób.

Choć dla deweloperów taki system jest tańszy w budowie, może on powodować dodatkowe obciążenia finansowe i biurokratyczne dla budujących oraz przyszłych właścicieli mieszkań. Wynika to z obowiązków wobec Urzędu Dozoru Technicznego, którego nadzorowi podlegają platformy parkingowe.

Zanim nastąpi przekazanie platformy do użytkowania deweloper czy właściciel tego urządzenia musi je zgłosić do UDT w celu wydania decyzji pozwalającej na eksploatację. Zanim taka decyzja zostanie wydana, musi on przedłożyć dokumentację w UDT, następnie przeprowadza się badanie w miejscu zainstalowania urządzenia oraz wykonuje niezbędne próby i finalnie wystawiany jest protokół z czynności dozoru technicznego, a w konsekwencji – po pozytywnym wyniku badania – wydawana jest decyzja zezwalająca na eksploatację – wyjaśnia Paweł Rajewski z Urzędu Dozoru Technicznego.

Rajewski dodaje, że zależne systemy parkowania wymagają również okresowego sprawdzania przez inspektorów UDT. To podnosi przyszłe koszty utrzymania takich miejsc.

Zasadniczo deweloperzy muszą informować o tym, sprzedając nowe inwestycje ‒ zgodnie z ustawą deweloperską. W prospekcie informacyjnym standardowo znajdują się informacje o miejscach postojowych, o tym, czy są to miejsca postojowe właśnie zależne czy niezależne ‒ mówi Igor Bąkowski, partner zarządzający Kancelarii Radcowskiej Bąkowski. ‒ Klient musi patrzeć na to, jak to działa i prosić o wyjaśnienia. Decyzja należy do niego. Czasami, wybierając mieszkanie w dobrej lokalizacji, gdzie uwarunkowania są takie, że działka jest stosunkowo ciasna, bo jest duże zainteresowanie okolicą, siłą rzeczy musimy stosować takie rozwiązania.

Bąkowski zwraca uwagę na to, że systemy zależne powinny być sprzedawane lokatorom jednego mieszkania, np. członkom tej samej rodziny. Dzięki temu osoby korzystające z platform są w mniejszym stopniu zależne od innych parkujących.

Ważne też, aby były jednoznaczne przepisy regulujące montowanie platform parkingowych, a banki, zapewniające finansowanie inwestycji, stosowały jasne kryteria ich oceny.

Firmy przechowujące dane w chmurze mogą być bezpieczne. Przyznano pierwszy na świecie certyfikat ochrony danych w chmurze

Microsoft został pierwszą na świecie firmą, która uzyskała certyfikat zgodności swoich usług z normą ochrony danych osobowych w chmurze ISO 27018. To potwierdzenie, że dane przechowywane przez klientów spółki w chmurze nie zostaną m.in. wykorzystane bez ich wiedzy w celach marketingowych. Firma liczy, że przełoży się to na zwiększenie zaufania do firm przetwarzających dane. Kwestie bezpieczeństwa do tej pory powstrzymywały je przed korzystaniem z chmur publicznych i hybrydowych.

Nasze dotychczasowe działania rynkowe i feedback od klientów, który otrzymujemy podczas standardowych prac z nimi, pokazały, że kwestie bezpieczeństwa są zwykle jednymi z kluczowych dla tych firm, szczególnie w procesach wyboru technologii – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Zamłyński, dyrektor pionu produktów serwerowych w polskim oddziale Microsoft.

Jak wynika z obserwacji Microsoft, obawa o bezpieczeństwo przechowywanych w chmurze danych powstrzymuje firmy przed korzystaniem z chmur publicznych lub hybrydowych (model pośredni), które częściej decydują się na rozwiązania prywatne (czyli przechowywania danych na własnych serwerach).

Klienci czuli się bardziej bezpieczni, wiedząc, że dane są u nich, w ich serwerowni, a jednocześnie mogli już korzystać z pewnych benefitów, które dawała im chmura. Myślę jednak, że dzięki certyfikacji, którą właśnie uzyskaliśmy, to bezpieczeństwo swobodnie możemy przenosić też na chmurę publiczną – wyjaśnia Zamłyński.

Microsoft jako pierwsza firma uzyskał certyfikat zgodności swoich technologii w chmurze z normą ISO 27018 16 lutego br. Certyfikacja dotyczy produktów Microsoft Azure, Office 365, Dynamics CRM Online oraz Intune.

Wszystkie mechanizmy, które dotychczas wprowadzaliśmy z punktu widzenia ochrony i zabezpieczenia danych uzyskały swoje formalne potwierdzenie i możemy powiedzieć, że jesteśmy jedynym dostawcą, który wdrożył wszystkie mechanizmy opisane normą – mówi Zamłyński.

Norma ISO 27018 została stworzona w celu wprowadzenia globalnych wysokich standardów dotyczących bezpieczeństwa technologii w chmurze. Tego typu technologie są coraz popularniejsze wśród firm i mogą być wykorzystywane m.in. do przechowywania danych, oprogramowania oraz wykonywania skomplikowanych procesów.

– Świadcząc certyfikowane usługi, Microsoft udowadnia, że nie tylko dochowuje staranności, jeśli chodzi o przestrzeganie przepisów prawa czy to lokalnego, czy na poziomie Unii Europejskiej, lecz także robi jeden krok więcej  wdraża procedury i procesy według wytycznych Międzynarodowej Organizacji Standaryzacyjnej. W związku z czym pokazuje konsumentowi, że idzie o jeden krok dalej w zabezpieczeniach jego danych – podkreśla Piotr Marczuk, dyrektor ds. polityki korporacyjnej w polskim oddziale Microsoft.

Zgodnie z normą ISO 27018 dostawca usług gwarantuje, że przetwarzane dane klientów nie mogą być w żaden sposób wykorzystywane w celach marketingowych. Cel przetwarzania danych klienta zostaje określony przez niego i tylko w takim zakresie mogą one być przetwarzane. Norma obejmuje też jasno określone zasady przechowywania, transferu do innych firm oraz zwrotu danych przechowywanych przez klienta. Nakłada także obowiązek informacyjny związany z ewentualnym przetwarzaniem danych przez podwykonawców.

Oprócz tego standard ISO 27018 nakłada na nas obowiązek informowania klienta o tym, kiedy urzędy administracji publicznej chcą uzyskać dostęp do jego danych. I Microsoft zobowiązuje się do informowania w każdym takim wypadku naszych klientów o tym, że uprawnione organy chcą sięgnąć do ich danych. Nie możemy zrobić tego tylko w przypadku, kiedy prawo wyraźnie tego zakazuje – podkreśla Marczuk.

Norma nakazuje też określenie procedur w przypadku naruszenia bezpieczeństwa danych. ISO 27018 wyznacza także standardy związane z ochroną danych dotyczące m.in. ograniczeń w przesyłaniu ich sieciami publicznymi, przechowywaniu ich na nośnikach przenośnych oraz obliguje pracowników spółki do podpisania zobowiązania do zachowania poufności. Co roku Microsoft podda się audytowi, który zweryfikuje zgodność ze standardem ISO 27018.

Piotr Marczuk dodaje, że zgodnie z ISO 27018 Microsoft gwarantuje wysoki poziom bezpieczeństwa oraz szczegółowe procedury dotyczące postępowania w przypadku ataku na dane, a umowy zawierane bezpośrednio z klientami regulują odpowiedzialność, w tym finansową, za ewentualną utratę danych.

Zmiany w przekazywaniu deklaracji podatkowych do urzędów skarbowych. Część osób może je przesyłać wyłącznie w formie elektronicznej

0

Z końcem lutego mija termin na złożenie deklaracji podatkowych przez pracodawców. Od tego roku płatnicy, którzy zatrudniają więcej niż pięć osób, są zobowiązani do złożenia druków do urzędu skarbowego wyłącznie w formie elektronicznej. Podatnikom druki powinny być przekazywane tradycyjnie, czyli w papierowej formie. Eksperci przypominają, że nieotrzymanie od pracodawcy PIT-11 nie zwalnia z obowiązku rocznego rozliczenia podatku.

Do końca lutego płatnicy, którzy sporządzają deklaracje, takie jak PIT-11, PIT-8C czy PIT-8AR, są zobowiązani przesłać je do urzędu skarbowego oraz przekazać podatnikom. Począwszy od rozliczenia za 2014 rok, obowiązują nowe zasady przesyłania takich deklaracji i informacji do urzędów skarbowych płatnicy muszą je przesłać drogą elektroniczną – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dominika Dragan-Berestecka, doradca podatkowy w Kancelarii Chmieliński & Żemantowski.

Każdy płatnik, który zatrudnia więcej niż pięciu pracowników, od tego roku musi złożyć deklaracje do urzędów skarbowych wyłącznie w formie elektronicznej. Uwagę na formę wysyłki deklaracji należy zwrócić przy drukach PIT-11, PIT-R, PIT-8C, PIT-40, IFT-1/FT-1R. Do tej pory płatnik sam decydował, czy wybiera drogę tradycyjną, czy elektroniczną. Wciąż wybór mają ci płatnicy, którzy zatrudniają mniej niż pięć osób, z tym że jeśli wybrali formę papierową, to czas minął do końca stycznia. W przypadku drogi elektronicznej termin ten wydłuża się do końca lutego. W tym roku, jako że ostatni dzień lutego przypada w sobotę, termin upływa 2 marca.

Przekazywanie deklaracji elektronicznie obowiązuje tylko w stosunku do urzędu skarbowego. Podatnikom, czyli pracownikom i zleceniobiorcom, płatnicy przekazują tę informację drogą tradycyjną, papierową – podkreśla ekspertka.

Choć pracodawca ma obowiązek przesłać do podatnika deklarację, to można próbować uzyskać dane w inny sposób.

Jest to oczywiście utrudnienie, ponieważ w PIT-11 są dane dotyczące wysokości przychodu, kosztów uzyskania przychodu i pobranej zaliczki. Dlatego jeśli minął wyznaczony termin na przekazanie takiej informacji podatnikowi, warto zwrócić się z prośbą o ponowne jej przesłanie – podkreśla doradca podatkowy.

Teoretycznie potrzebne do rozliczenia dane można też znaleźć w deklaracjach, które pracodawca przekazuje do ZUS (RMUA), wyciągach bankowych lub paskach wynagrodzeń.

Można też posiłkować się umową o pracę, gdzie zawarta jest informacja o wysokości przychodu, natomiast rzeczywiście nie będzie tam informacji o wysokości pobranych przez płatnika zaliczek. Brak deklaracji nie zwalnia podatnika z obowiązku złożenia deklaracji rocznej – przypomina Dominika Dragan-Berestecka.

O niedopełnieniu obowiązku przez pracodawcę można również powiadomić urząd skarbowy czy urząd kontroli skarbowej.

Nawierzchnie betonowe mogą obniżyć koszty utrzymania dróg

Po ubiegłorocznej nowelizacji Prawa zamówień publicznych betonowe nawierzchnie dróg stały się bardziej atrakcyjne dla inwestorów. Koszt budowy takiej nawierzchni jest już porównywalny z kosztem budowy drogi asfaltowej, ale beton jest nawet dwukrotnie trwalszy. Jest też bardziej przyczepny i wymaga słabszego oświetlenia. To obniża koszty utrzymania drogi, co jest istotne dla zamawiającego.

W zeszłym roku inwestor wprowadził bardzo ważne zmiany w postępowaniach przetargowych, wpisując w koszt całość produktu, czyli drogi. Cała realizacja inwestycji obejmuje koszty utrzymania drogi i jej napraw w określonym czasie, które nie ograniczą się tylko do kosztów budowy. To bardzo ważne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Federico Tonetti, prezes zarządu i dyrektor generalny Lafarge w Polsce.

Ubiegłoroczna nowelizacja Prawa zamówień publicznych miała na celu m.in. odejście od powszechnego stosowania najniższej ceny jako dominującego kryterium. Według nowego prawa zamawiający ma obowiązek wprowadzić co najmniej jedno inne kryterium. Nowe przepisy mają skłonić zamawiających, by nie oceniali ofert wyłącznie pod kątem ceny wykonania, lecz raczej patrzyli na koszt całkowity. Taki koszt uwzględnia m.in. koszty utrzymania oraz koszty wszystkich innych usług niewchodzących w skład oferty.

Przy inwestycjach drogowych takie podejście to szansa na szersze niż do tej pory wykorzystanie nawierzchni betonowej.

Dzisiaj cena dróg betonowych i dróg bitumicznych jest w Polsce porównywalna. Jeżeli jednak dodamy do niej koszt utrzymania, przewagę zdecydowanie ma beton. Dodatkowo trwałość dróg betonowych jest 100-proc. wyższa niż dróg bitumicznych – przekonuje Tonetti. ‒ To bardzo ważne dla inwestora, bo już wkrótce nie będzie miał funduszy unijnych na utrzymanie dróg.

Jak wynika z opracowania Stowarzyszenia Producentów Cementu, przy obecnych wymaganiach technicznych koszt budowy 1 metra sześciennego nawierzchni asfaltowej (tzw. podatnej) dla ruchu lekkiego waha się w zależności od typu nawierzchni od ok. 92 zł do ok. 124 zł. Taka sama powierzchnia nawierzchni betonowej (tzw. sztywnej) kosztuje od ok. 105 zł do ok. 134 zł.

Dla ruchu ciężkiego beton jest nawet tańszy – 1 metr sześcienny nawierzchni sztywnej kosztuje 200-225 zł, a nawierzchni podatnej 244-271 zł.

Nawierzchnie betonowe są do tego znacznie tańsze w utrzymaniu oraz trwalsze. Tonetti mówi o dwukrotnie większej trwałości, a niemieckie badania wskazują nawet na ponadtrzykrotną. Stowarzyszenie Producentów Cementu podkreśla, że w Niemczech po 23 latach tylko 5 proc. dróg betonowych wymaga naprawy, podczas gdy dla asfaltu wskaźnik ten sięga 80-100 proc.

Na drogach betonowych w Niemczech dochodzi też do ponad 30 proc. mniej wypadków, ponieważ beton jest jaśniejszy, dzięki czemu ‒ według danych Polskiego Cementu ‒ jego oświetlenie pochłania o ponad 40 proc. mniej energii.

Technologia betonowa dzisiaj jest inna niż w latach 80., bardziej innowacyjna. Dzisiaj mamy już w Polsce 700 km dróg krajowych i autostrad do realizacji. Jeżeli chodzi o drogi lokalne to nawet więcej – 800 km. To jest możliwość dla wszystkich – mówi Tonetti. ‒ Myślę, że to dobry wybór strategiczny, że inwestor ma dwie alternatywy: beton i asfalt.

Tonetti zwraca uwagę na to, że samo Lafarge bierze obecnie udział w realizacji ponad 100 km nowych dróg w Polsce. Francuski koncern korzysta w naszym kraju z bogatego doświadczenia na całym świecie. Spółka działa od ponad 180 lat i jest obecna na 62 rynkach. Polski oddział funkcjonuje już od 20 lat i obecnie zatrudnia 1,6 tys. osób.

Jak dodaje Tonetti, to właśnie lata doświadczeń przy międzynarodowych inwestycjach oraz znajomość polskiego rynku są dla Lafarge kluczowe podczas budowy nawierzchni betonowych w kraju.

Partnerzy prywatni mogą wesprzeć samorządy w pozyskiwaniu funduszy europejskich. Projekty PPP będą zyskiwać na popularności

W nowej perspektywie UE projekty w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego będą bardziej popularne. Dotychczas środki unijne raczej wypierały rozwiązania w ramach PPP, bo samorządy wolały realizować projekty wyłącznie we własnym zakresie. W nowym okresie programowania dokumentacje programów operacyjnych zezwalają na zaproszenie partnera prywatnego do realizacji. Udział biznesu gwarantuje wsparcie w planowaniu rozwiązań zaawansowanych technologicznie.

Fundusze europejskie są konkurencją dla partnerstwa publiczno-prywatnego – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Barbara Koszułap, członek zarządu specjalizującej się w budowie i eksploatacji instalacji związanych z ochroną środowiska oraz zagospodarowywaniem odpadów i surowców Eneris Polska. – Powodują, że samorządy wolą same realizować projekty i angażować swoje zasoby, które niekoniecznie są adekwatne do potrzeb związanych z prowadzeniem projektu oraz rozwiązań technologicznych.

Dziś do realizacji projektów w ramach PPP zniechęcają partnerów długotrwałe procedury. Jednostka samorządowa musi bowiem wybrać partnera prywatnego w procesie zamówienia publicznego.

To wszystko trwa wiele miesięcy – przekonuje Barbara Koszułap. – W gruncie rzeczy w wielu przepadkach zniechęca to samorządy do szybkiej realizacji inwestycji. Pytanie, jak jesteśmy w stanie ten proces skrócić, by uczynić go bardziej efektywnym, a jednocześnie zapewnić konkurencyjność podmiotów, które w nim aplikują. Myślę, że to jest punkt wyjścia dla usprawnienia rozwoju PPP w naszym kraju.

Zdaniem Barbary Koszułap usprawnienie procedur w ramach PPP spowoduje, że samorządy chętniej i częściej będą sięgać po ten sposób realizacji inwestycji. To z kolei powinno zaowocować zwiększeniem ich liczby i wyboru, jaki mają chętne do ich realizacji firmy. Wówczas zmniejszy się też prawdopodobieństwo odwołań od decyzji przetargowych.

– W sytuacji, kiedy samorządy będą przekonane, że ten instrument działa, przysparza im korzyści, nie tylko te wymierne, ograniczające ilość wydatków, ale również korzyści związanych z wdrożeniem naprawdę nowoczesnych technologii i dysponowanie zasobami na naprawdę najwyższym poziomie, wówczas z pewnością ten proces się przyspieszy, bo tego typu przetargów na partnerstwo publiczno-prywatne będzie dużo, dużo więcej – przekonuje członek zarządu Eneris Polska. – Więcej podmiotów będzie miało okazję na to, żeby startować w tych przetargach i nie będzie takiej ciągłej batalii o ten jeden przetarg, który objawia się skali całego kraju i do niego aplikują wszyscy i potem w procesie procedur odwoławczych ciągle chcą ten przetarg wygrać.

W ostatnim czasie powstało wiele platform wymiany informacji i dyskusji dotyczących PPP. W rozwój partnerstwa bardzo zaangażowane są resorty środowiska, gospodarki oraz infrastruktury i rozwoju, które chciałyby rozwinąć ten instrument finansowania inwestycji. Resort gospodarki pracuje nad założeniami do nowelizacji ustawy o partnerstwie publiczno-prywatnym, która ma usunąć pewne bariery prawne.

Natomiast bardzo trudno powiedzieć czy rzeczywiście pozwoli skrócić czasochłonność tego procesu – zastrzega Barbara Koszułap. – Na pewno kryterium sprzyjającym rozwojowi PPP z punktu widzenia przedsiębiorstw byłaby większa odwaga i otwartość ze strony samorządów. Kiedy będą one przekonane, że ten instrument działa, przysparza korzyści, nie tylko wymierne, ograniczających wydatki, lecz  także te związane z wdrożeniem nowoczesnych technologii i dysponowaniem zasobami na najwyższym poziomie, wówczas proces ten z pewnością byłby szybszy, bo przetargów na PPP byłoby dużo więcej.

W opinii władz rynek projektów PPP rozwija się niewystarczająco szybko. Około 60 inwestycji samorządowych jest prowadzonych w ten sposób. Zmiany mają zachęcić samorządy do PPP, bo ma być ono coraz ważniejsze również przy projektach współfinansowanych przez Unię Europejską. Duży nacisk na PPP kładzie też Unia Europejska, która w rozporządzeniu ogólnym dotyczącym perspektywy finansowej 2014-2020 po raz pierwszy wyszczególniła rozdział poświęcony tego typu projektom.

Tego typu finansowanie może być stosowane przy bardzo różnych inwestycjach: od gospodarki odpadami (tu szczególnie cenne jest wsparcie z programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko), przez infrastrukturę drogową i energetyczną, po budowę szpitali.

Jest pytanie, jak samorządy połączą sytuację, w której chciałyby inwestować w nowoczesne technologie, wymagające wiedzy nie tylko w zakresie budowy, lecz także eksploatacji, z apetytem na środki dotacyjne – mówi przedstawicielka Eneris Polska. – Jeżeli będą w stanie rzeczywiście przygotować dobrze procedurę zamówienia publicznego w postaci wyboru partnera prywatnego, wówczas wygrają, bo będą mogły zarówno pozyskać partnera prywatnego do skomplikowanych rozwiązań technologicznych, jak i pozyskać dotacje na to, żeby koszt wprowadzenia tych rozwiązań był jak najniższy.

Obecnie zagadnienia związane z PPP reguluje ustawa o partnerstwie publiczno-prywatnym z 19 grudnia 2008 roku, która zastąpiła stare prawo z 2005 roku. Według raportu o PPP przygotowanego przez Centrum PPP w pierwszym roku obowiązywania nowych regulacji ukazało się 41 ogłoszeń dotyczących wyboru partnera prywatnego, a rok później – 62. W latach 2009-2012 rzeczywiście (po uwzględnieniu ponawiania niektórych ogłoszeń) ogłoszono 176 tego rodzaju postępowań.

Próchnik będzie rozwijać sprzedaż internetową. Bardziej niż na zwiększanie sieci tradycyjnych sklepów stawia na zwiększanie ich rentowności

Próchnik chce rozwijać sprzedaż internetową. Jak podkreśla prezes spółki, zainteresowanie zakupami odzieży wysokiej klasy przez internet przerosło jego oczekiwania. Rosnąca aktywność konsumpcyjna Polaków pozwala oczekiwać wzrostu sprzedaży. Zamiast na nowe lokalizacje Próchnik chce postawić raczej na wzrost sprzedaży na tej samej powierzchni.

W grudniu sprzedaż detaliczna była wyższa o 1,8 proc. niż przed rokiem. W styczniu, jak podał Główny Urząd Statystyczny, wzrost był już mniejszy, zaledwie 0,1 proc. Zdaniem ekonomistów na wynik wpłynęły spadające ceny paliw, inne towary sprzedawały się znacznie lepiej. W kategorii tekstylia, odzież, obuwie aktywność konsumentów wzrosła o 12,5 proc. rok do roku. Sprzedaż sklepów Próchnika była znacząco wyższa – przekroczyła w styczniu 4,5 mln zł, co oznacza wzrost o 58 proc. w stosunku do stycznia 2014 roku.

Rynek odzieżowy w Polsce cały czas rośnie, jak dowodzą dane makro – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Bauer, prezes zarządu Próchnika. – Polacy ubierają się coraz lepiej, co mnie bardzo cieszy. Mogę to oceniać z perspektywy 11 lat w tej branży i widać tu skok międzyplanetarny. Jest to bardzo dobry prognostyk na przyszłość, czego probierzem są dane ze stycznia.

Przyzwoite wyniki polskiej gospodarki – a szczególnie rosnąca konsumpcja potwierdzająca dobre nastroje Polaków – są dość zaskakujące, biorąc pod uwagę napięcia na scenie międzynarodowej. Rafał Bauer potwierdza, że w branży odzieżowej wielu graczy notuje bardzo interesujące rezultaty.

– To bardzo szczególna sytuacja. Raptem 1,3 tys. km w linii prostej toczy się regularna wojna, w tym samym czasie w Polsce szereg firm ustanawia rekordowe wyniki sprzedaży – podkreśla Bauer. – Rynek konsumpcyjny w Polsce ma się bardzo dobrze. Niektórzy twierdzą, że lepiej niż kiedykolwiek, na tej podstawie można wyłącznie budować bardzo atrakcyjne prognozy na przyszłość.

O ile dobre styczniowe wyniki tradycyjnych sklepów Próchnika wynikają z realizowanej strategii, o tyle spółkę pozytywnie zaskoczył sukces jej e-sklepu. Tam wprawdzie sprzedaż przekroczyła tylko symboliczne 141 tys. zł, ale od razu na starcie, co jak na debiut jest bardzo dobrym wynikiem.

Jeżeli mogę formułować jakieś zarzuty wobec siebie, to na pewno będą one dotyczyły obszaru internetowego – przyznaje prezes Próchnika. – Przez kilka lat uważałem, że jest to rynek, który jakkolwiek rośnie i ma olbrzymie znaczenie, to w przypadku odzieży męskiej, a w szczególności tej droższej, raczej szybko nie przyniesie interesujących rezultatów. Otwarcie sklepów internetowych Rage Age Próchnika jesienią ubiegłego roku dowiodło, że jednak to założenie należało zweryfikować wcześniej. Te przychody rosną cały czas i myślę, że kanał internetowy w przypadku odzieży jest bardzo ważnym kanałem, dużo ważniejszym, niż uważałem.

Dlatego Próchnik zapowiada, że gros środków marketingowych będzie przeznaczane na rozwój kanału internetowego. Tym bardziej że wielu klientów zanim zrobi zakupy w sklepie fizycznym, wcześniej ogląda produkty w sieci. Prezes Próchnika zaznacza także, że spółka ostrożnie będzie podchodzić do uruchamiania nowych placówek stacjonarnych, inwestując głównie we wzrost wydajności w już istniejących obiektach.

Celem, na którym się koncentrujemy, jest konsekwentne zwiększanie sprzedaży w istniejących sklepach i podnoszenie ich rentowności – deklaruje Rafał Bauer. – Nie oznacza to oczywiście, że nie będziemy otwierać nowych lokalizacji, natomiast będziemy podchodzić do tego bardzo ostrożnie i otwierać wyłącznie te, które rokują najlepiej.

Inwestycje w dzieła sztuki bywają bardzo opłacalne, ale i ryzykowne. Przy niektórych artystach można liczyć nawet na kilka tysięcy procent zysku

Rynek sztuki współczesnej zachęca do inwestowania. W 2014 roku wartość blisko 85 proc. transakcji sprzedaży nie przekroczyła 5 tys. zł, zyski zaś mogą sięgać nawet kilku tysięcy procent. Sztuką jest jednak rozpoznanie talentu artysty, zanim stanie się on sławny.

Na rynku sztuki można mówić o inwestowaniu połączonym z kolekcjonowaniem, ponieważ kupowanie spekulacyjne jest bardzo ryzykowne. Może się zdarzyć, że za parę lat zostaniemy z zakupionymi dziełami sztuki – mówi agencji Newseria Krzysztof Maruszewski, prezes zarządu Stilnovisti, firmy specjalizującej się w inwestycjach alternatywnych. – Oczywiście są tacy artyści, którzy w ostatnich latach zarobili bardzo dużo, i na tych nazwiskach można tworzyć strategie inwestycyjne, jest to jednak rynek trudny – przyznaje.

Prace uznanych polskich artystów mogą być warte kilka milionów złotych. W ubiegłym roku obraz Romana Opałki sprzedano za ponad 2 mln zł – to rekord sztuki współczesnej sprzedanej na aukcji w Polsce. Znacznie tańsze jest jednak inwestowanie w sztukę młodych artystów. Niskie ceny wywoławcze przyciągają nowych odbiorców. W raporcie Rynek Sztuki 2014 podano, że w ubiegłym roku wartość sprzedaży niemal 85 proc. dokonanych transakcji nie przekroczyła 5 tys. zł. Cały rynek aukcyjny w Polsce odnotował w ubiegłym roku obroty rzędu 60,6 mln zł.

Największą sztuką w inwestowaniu w sztukę jest rozpoznanie talentu na samym początku. Jest oczywiście parę czynników, po których można to poznać. To m.in. determinacja artysty i galeria, z którą współpracuje. To kluczowe – galeria, która promuje danego artystę, bezpośrednio wpływa na jego karierę i wycenę jego prac – podkreśla ekspert.

Część polskich artystów już zdobywa zagraniczne rynki, co oznacza, że rosną też ceny ich dzieł. Wysokie ceny osiągają pracę Agnieszki Brzeżańskiej, Przemka Mateckiego czy Radka Szlagi.

Kiedy widzimy, że dany artysta zaczyna osiągać sukces, to jego prace są już w cenie. Na przykład prace Radka Szlagi osiągają już dosyć wysokie ceny i kiedy na rynku pojawiło się przekonanie, że jest to dobry artysta, którego obrazy będą trzymały wartość, to ceny były już konkretne – mówi Maruszewski.

Rynek sztuki przyciąga coraz więcej inwestorów, bo zysk można osiągnąć już po zainwestowaniu kilku tysięcy złotych. Jak podkreśla Maruszewski, klienci Stilnovisti zainteresowani sztuką mają portfele o wartości kilkuset tysięcy złotych.

Jeśli chodzi o stopę zwrotu, to są tacy artyści, których jesteśmy pewni, np. klasycy, których ceny rosną po kilka procent rocznie i jesteśmy pewni, że tak będzie jeszcze przez najbliższe lata. Są też młodzi artyści, których ceny mogą nigdy nie wzrosnąć, ale równie dobrze mogą wzrosnąć o kilka tysięcy procent – tłumaczy prezes Stilnovisti.

Kupuj plotki, sprzedawaj fakty

„Kupuj plotki, sprzedawaj fakty” to jedna z najpopularniejszych reguł handlu walutami, która służy często do wykorzystywania nieprawidłowej wyceny walut na rynku forex. Opiera się ona na psychologicznej zasadzie instynktu stadnego, który charakteryzuje się brakiem indywidualności sprawiającym, że ludzie myślą i zachowują się podobnie. Czasem zjawisko to określane jest także jako zachowania stadne, a w świecie inwestycji jest ono często powodem gwałtownego wzrostu lub spadku cen rynkowych, które mogą osiągać skrajne poziomy.

Najlepszym przykładem wpływu instynktu stadnego na długoterminowe zmiany cen na przestrzeni ostatnich kilku lat jest ekstremalny optymizm dotyczący ceny złota, który przyczynił się do rekordowego wzrostu jego cen. Po osiągnięciu skrajnego poziomu cenowego oraz szczytowego optymizmu na rynku nastąpiło nagłe odwrócenie tendencji zwyżkowej.

Istnieje wiele przykładów tego, w jaki sposób zasada „kupuj plotki, sprzedawaj fakty” wpływa na rynek walutowy każdego dnia. Wiadomości, a szczególnie raporty gospodarcze i doniesienia o wydarzeniach geopolitycznych, są głównymi czynnikami krótkoterminowej zmiany cen na rynku forex. Przed publikacją raportu gospodarczego na rynku kształtuje się określony konsensus dotyczący jego treści. Oczekiwanie na publikację pozytywnych wyników może wywołać optymistyczną reakcję i podnieść cenę waluty. Po opublikowaniu raportu różnica pomiędzy informacjami w nim zawartymi a konsensusem rynkowym może spowodować odwrócenie aktualnego kierunku rynku. Konsensus ten rozumiemy jako plotkę, a raport – jako fakt.

Stosowanie zasady „kupuj plotki, sprzedawaj fakty” wymaga obserwacji i analizy informacji wpływających na aktualne zmiany cen. Równolegle można wykorzystać analizę techniczną. Analitycy techniczni korzystają z szeregu narzędzi służących do mierzenia względnej siły i słabości rynku w celu oceny tego, czy dana waluta jest niedowartościowana, czy też przewartościowana.

Aby ocenić wycenę waluty, analitycy techniczni obserwują często nadwyżkę popytu (overbought) i podaży (oversold) na rynku. Nadwyżka popytu oznacza zwykle gwałtowny wzrost ceny w krótkim czasie, powodujący szybką zmianę jej kierunku. Z nadwyżką podaży mamy do czynienia natomiast, gdy w krótkim czasie występuje gwałtowny spadek ceny. W przypadku nadwyżki popytu analityk techniczny zaleca sprzedaż, a w przypadku nadwyżki podaży – kupno. Wskaźniki siły względnej, oscylatory i średnie kroczące to tylko kilka z narzędzi technicznych, których można użyć do mierzenia nadwyżki popytu i podaży na rynku.

Analitycy techniczni mogą również oceniać skrajne nastroje rynkowe dzięki obserwacji konsensusu inwestorów dotyczącego określonej waluty. Stosuje się na przykład metodę znaną jako „Bullish Consensus” („Konsensus optymizmu”), która pozwala ocenić nastroje rynkowe w skali od 0 do 100. Wynik powyżej 90 oznacza skrajną nadwyżkę popytu, natomiast 20 i mniej oznacza skrajną nadwyżkę podaży.

Uosobieniem zasady „kupuj plotki, sprzedawaj fakty” jest taki inwestor, który postępuje wbrew obiegowym opiniom i próbuje zarabiać wtedy, gdy „stado” jest w błędzie. Inwestor taki wierzy, że zachowania stadne wśród inwestorów prowadzą do przewartościowania lub niedowartościowania waluty i czeka, aż dana waluta osiągnie skrajną cenę w wyniku powszechnego optymizmu lub pesymizmu. Gdy waluta osiąga ekstremalną cenę, inwestor ten będzie próbował zarobić przyjmując przeciwną pozycję na rynku.

Zasadę „kupuj plotki, sprzedawaj fakty” stosuje się w dowolnej perspektywie czasowej: krótko-, średnio- i długoterminowej. Niektóre dane i doniesienia gospodarcze są ważniejsze od innych i mają większy wpływ na ceny rynkowe. Umiejętność właściwej oceny tych czynników wymaga praktyki oraz intensywnej obserwacji atmosfery panującej na rynku.

Andrzej Kiedrowicz, Poland Branch Director, Easy Forex Trading Ltd.

Program pożyczkowy pomaga w otwarciu pierwszego biznesu

Masz pomysł na działalność gospodarczą, ale brakuje ci pieniędzy na jej rozpoczęcie? Jednym z rozwiązań może być nisko oprocentowana pożyczka, oferowana w ramach programu „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”.

„Jest to instrument rynku pracy wdrażany z inicjatywy Ministra Pracy i Polityki Społecznej […]. Oferujemy dwie formy wsparcia: pożyczkę na podjęcie działalności gospodarczej oraz pożyczkę na tworzenie nowych miejsc pracy” – mówi serwisowi infoWire.pl Anna Gajewska, dyrektor Departamentu Programów Europejskich z Banku Gospodarstwa Krajowego, który odpowiada za realizację programu „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”.

Z pierwszej formy pomocy mogą skorzystać trzy grupy chętnych: studenci ostatnich lat studiów, absolwenci szkół i uczelni oraz osoby bezrobotne. W przypadku pożyczki na tworzenie nowych miejsc pracy dochodzą do tego niepubliczne szkoły, niepubliczne przedszkola, żłobki, kluby dziecięce i inne podmioty prowadzące działalność gospodarczą.

Osoby otwierające biznes uzyskają wsparcie w wysokości nieprzekraczającej 20-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia – powyżej 75 tys. zł. Ci, którzy chcą wziąć drugi rodzaj pożyczki, otrzymają natomiast maksymalnie równowartość 6-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia – obecnie jest to ponad 22 tys. zł. Oferowane pożyczki mają bardzo niskie oprocentowanie, równe 1/4 stopy redyskonta weksli NBP, a więc – 0,56%.

Okres spłaty nie może być dłuższy niż siedem lat dla pożyczki na podjęcie działalności gospodarczej oraz trzy lata, jeśli chodzi o pożyczkę na tworzenie nowych miejsc pracy. Osoby korzystające z pierwszej formy wsparcia mogą liczyć ponadto na roczną karencję w spłacie rat kapitałowych: „Dajemy czas na tzw. rozruch przedsięwzięcia i w tym okresie pożyczkobiorca spłaca jedynie ratę odsetkową. Jej wysokość podczas karencji wynosi ok. 40 zł” – informuje rozmówczyni.

Dokumenty, które należy złożyć, aby uzyskać pożyczkę, można znaleźć na stronie internetowej programu.

Strajk górników i rolników w Polsce. Czy będą kolejne?

Polskę w 2015 r. czekają zmiany na arenach politycznej i gospodarczej. To może być czas strajków. Uruchomiony został bowiem mechanizm ujawniający społeczne aspiracje, często niepokrywające się z wizjami rządzących. Ukazał on obawy Polaków o przyszłość kraju i stabilność życia.

„Obecne protesty rolników i górników to reakcja na trudną sytuację ekonomiczną oraz sygnał strukturalnych napięć, które wywołuje niedający bezpieczeństwa współczesny model kapitalizmu” – mówi serwisowi infoWire.pl dr hab. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Skala poparcia dla górników i rolników zaskoczyła rząd. Nic dziwnego, że protestować zamierzają inne grupy społeczne i zawodowe.

Czy strajk to skuteczna metoda negocjacji? Trudno ocenić, ponieważ na tle innych europejskich społeczeństw Polacy okazują się bardzo biernym narodem i nie strajkują prawie wcale; mimo że często sympatyzują z protestującymi, to rzadko się do nich przyłączają – wyjaśnia ekspert. Osiąganie porozumienia między rządzącymi a strajkującymi byłoby w Polsce łatwiejsze, gdyby nie brak rozbudowanej sieci instytucji negocjacyjnych, a także dawna „tradycja” przemocy, zarówno ze strony protestujących, jak i państwa. Dlatego też warto byłoby pogłębić mechanizmy dialogu.

Strajki wbrew pozorom nie wybuchają wtedy, gdy sytuacja na rynku gospodarczym jest najgorsza. Mają miejsce raczej albo we wstępnych fazach kryzysu, podczas rodzenia się poczucia zagrożenia, albo na sam koniec konfliktu, kiedy społeczeństwo domaga się rekompensaty. To, jak strajk odbierany jest przez społeczeństwo, zależy od momentu dziejowego, rodzaju strajku oraz podziałów socjopolitycznych.

Chcą przeciwdziałać wywożeniu leków z Polski

Leki onkologiczne, przeciwzakrzepowe, na cukrzycę oraz astmę coraz trudniej jest kupić w polskich aptekach. Powód? Farmaceutyki objęte refundacją są sprzedawane masowo za granicę (wartość eksportu szacuje się na 2,5 mln zł rocznie). Trwają prace nad nowelizacją, która ukróci ten proceder.

Ustawa refundacyjna z 2011 r. przyczyniła się do obniżenia cen leków (obecnie są najniższe w całej Europie), przez co polski rynek stał się źródłem tanich medykamentów dla innych państw. „Ponadto ustawa obniżyła marże w kanale dystrybucji hurtowej (o prawie 50%) i marże detaliczne, które naliczają apteki. Czyli doszło do znaczącego pogorszenia rentowności” – mówi serwisowi infoWire.pl Paweł Sztwiertnia, dyrektor generalny Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA.

Co istotne, coraz więcej krajów przyjmuje regulacje, które ograniczają wywóz leków, a Polska takiego przepisu nie ma. Farmaceutyki sprzedaje się za granicę legalnie z hurtowni oraz nielegalnie: bezpośrednio z aptek bądź z hurtowni, które odkupują leki sprzedane aptekom (tzw. odwrócony łańcuch dystrybucji).

Trwają prace nad projektem nowelizacji prawa farmaceutycznego, która ograniczy wywóz leków z Polski, a przez to zabezpieczy interesy pacjentów. „Minister Zdrowia ma stworzyć listę leków zagrożonych, jeśli chodzi o dostępność. W sytuacji, gdy hurtownia farmaceutyczna chciałaby takie leki sprzedać za granicę, musiałaby powiadomić inspekcję farmaceutyczną, która mogłaby się temu sprzeciwić” – wyjaśnia ekspert. „To dobry pomysł, ale obawiam się problemów podczas procedowania projektu ustawy w Sejmie” – dodaje.

Obecnie projekt jest na etapie przygotowań w podkomisji zdrowia. Potem będzie musiał zostać ratyfikowany przez Komisję Europejską (potrwa to ok. trzech miesięcy). Tymczasem jesienią w Polsce odbywają się wybory parlamentarne – jeśli ustawa nie zostanie uchwalona i podpisana przez prezydenta przed końcem kadencji, to zgodnie z zasadą dyskontynuacji trafi do kosza.

Frank – raty niższe niż przed czarnym czwartkiem?

W ciągu miesiąca od zaskakującej decyzji banku centralnego Szwajcarii frank potaniał o 40 groszy, a wskaźnik LIBOR 3M obniżył się o niemal 0,5 pp. Jak wynika z symulacji Bankier.pl, dla wielu kredytobiorców spłacających zobowiązania walutowe może oznaczać to rychły powrót do poprzedniego poziomu obciążeń, tak jakby nic szczególnego na rynku się nie stało.

Na wysokość raty kredytu frankowego wpływają dwa czynniki – oprocentowanie i kurs szwajcarskiej waluty. Jak wynika z obliczeń Bankier.pl, obciążenia ponoszone przez kredytobiorców zbliżają się do poziomów zanotowanych w grudniu, czyli jeszcze przed gwałtownym umocnieniem się franka.

– Jeśli utrzymają się tendencje widoczne na rynku walutowym w ostatnich dniach, to będzie można powiedzieć, że frankowców po raz drugi ominęły poważniejsze kłopoty – mówi Michał Kisiel, analityk Bankier.pl. Pod koniec 2008 roku, gdy kurs franka poszybował w górę, wzrost rat zahamował spadek wskaźnika LIBOR. Osoby spłacające zobowiązania, w których oprocentowanie ustalano w oparciu o stawki z rynku międzybankowego, odczuły wzrost obciążeń, ale nie był on tak poważny, by zagrozić stabilności domowych finansów większości dłużników.

– Wydarzenia ostatniego miesiąca nieco przypominają tamten epizod. Tym razem jednak na korzyść kredytobiorców działa także drugi czynnik – frank staniał – dodaje Michał Kisiel.

Rata wraca do poziomu z grudnia

Przyjmijmy, że kredytobiorca w grudniu zeszłego roku miał jeszcze do spłaty dług o równowartości 100 tys. franków. Zobowiązanie zostało zaciągnięte na 30 lat, w grudniu 2007 roku. Marża wyniosła 1,5 pp., a oprocentowanie naliczane jest w formule „LIBOR 3M CHF + marża”.

Dla przykładowego kredytu rata z lutego jest tylko o kilka złotych wyższa niż ta z grudnia. Przy cenie franka niższej tylko o 1 grosz, raty grudniowa i lutowa zrównają się ze sobą. – Harmonogramy spłat aktualizowane są przez banki w zróżnicowanym cyklu, np. kwartalnie, dlatego efekty zmian rynkowych wskaźników odczuwalne są z pewnym opóźnieniem – przypomina Michał Kisiel.

– Problemem numer jeden dla frankowców pozostaje jednak nadal wysokość długu w złotych, która blokuje możliwość sprzedaży nieruchomości i nierzadko komplikuje plany życiowe. Jeśli wartość kredytu przewyższa wartość nieruchomości, to kredytobiorca w zasadzie jest z nią nierozerwalnie związany. To duży problem dla młodych ludzi, którzy np. stracili pracę a nowe zatrudnienie znaleźć mogą tylko w innym mieście – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Łagodny wzrost bezrobocia w styczniu

W styczniu br. bez pracy było 12 procent Polaków. Stopa bezrobocia rośnie trzeci miesiąc z rzędu – podał GUS.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Szacunki Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej dotyczące poziomu bezrobocia w styczniu (12,1 proc.) okazały się nieco zawyżone. Stopa bezrobocia osiągnęła poziom 12 proc., czyli wzrosła jedynie o 0,5 pkt. proc. wobec grudnia 2014 r. W stosunku do stycznia 2014 stopa bezrobocia zmniejszyła się o 2 pkt. proc. Liczba bezrobotnych w styczniu zwiększyła się o niecałe 85 tys. os. (ok. 9 tys. mniej niż szacowało MPiPS). Wzrost bezrobocia na początku roku jest typowym zjawiskiem na polskim rynku pracy i wynika z jego tzw. sezonowości. Chodzi głównie o ograniczenie w zimie aktywności w niektórych sektorach gospodarki. Jednak ten rok zaczyna się bardzo umiarkowanym wzrostem bezrobocia, co można z jednej strony tłumaczyć łagodną zimą, a z drugiej oczekiwaną poprawą sytuacji gospodarczej wynikającą głównie ze wzrostu popytu konsumpcyjnego.

Konfederacja Lewiatan

Komentarz indeksowy Bossafx 24 lutego 2015 r.

Komentarz indeksowy Bossafx 24 lutego 2015 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Deklaracja o współpracy

Polska NIK będzie pomagała najwyższym organom kontroli z Ukrainy, Gruzji i Mołdawii w dostosowywaniu się do standardów UE. Polscy kontrolerzy w serii spotkań i seminariów przekażą własne doświadczenia dotyczące kontroli funduszy unijnych, walki z korupcją oraz badania finansów administracji rządowej i samorządowej. Deklaracja o współpracy w tym zakresie została podpisana dzisiaj w Sejmie w obecności Marszałka, Radosława Sikorskiego.

Eksperci z NIK od wielu miesięcy uczestniczą w przygotowywaniu projektów aktów prawnych na Ukrainie, przekazują doświadczenia ukraińskim urzędnikom, zwłaszcza w zakresie relacji między administracją rządową a samorządową.

Na podstawie podpisanej dzisiaj Deklaracji w Polsce i na Ukrainie zostaną zorganizowane szkolenia dla kontrolerów z Ukrainy w zakresie kontroli funduszy unijnych, zwalczania korupcji oraz badania finansów publicznych.

Z kolei w Mołdawii na podstawie zawartego porozumienia polska Najwyższa Izba Kontroli będzie prowadzić, wraz z kontrolerami z Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, szkolenia dotyczące rozliczania projektów unijnych.

W Gruzji podpisana Deklaracja pozwoli na zorganizowanie dodatkowego wsparcia dla procesu dostosowania gruzińskiego Najwyższego Organu Kontroli do standardów unijnych. NIK prowadzi już w tym kraju razem z Niemieckim Najwyższym Organem Kontroli – za pieniądze unijne – projekt mający na celu dostosowanie pracy gruzińskich kontrolerów do standardów UE. Teraz proces ten zostanie wsparty dodatkowymi szkoleniami.

W oparciu o podpisaną dzisiaj deklarację w 2015 roku w Warszawie zostanie zorganizowane międzynarodowe seminarium na temat rozliczania i kontroli środków unijnych oraz standardów niezależności najwyższych organów kontroli. Wezmą w nim udział kontrolerzy z Ukrainy, Mołdawii i Gruzji. Polscy kontrolerzy z NIK będą przedstawiać wraz z przedstawicielami Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, kontrolerami z państw bałtyckich: Łotwy, Litwy i Estonii oraz audytorami z państw Grupy Wyszehradzkiej: Czech, Słowacji i Węgier doświadczenia w zakresie rozliczania i kontroli środków unijnych. Przedmiotem debaty będzie także niezależność Najwyższych Organów Kontroli (NOK). Niezależność Najwyższych Organów Kontroli jest jednym z fundamentów demokracji o czym niedawno przypomniała ONZ w specjalnej rezolucji (69/2014).

Deklarację o współpracy między Najwyższymi Organami Kontroli Polski, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy, w obecności Marszałka Sejmu, Radosława Sikorskiego, podpisali:

  • z Najwyższej Izby Kontroli:
    Prezes – Krzysztof Kwiatkowski,
  • z Izby Obrachunkowej Ukrainy:
    Przewodniczący – Roman Maguta,
  • z Urzędu Kontroli Państwowej Gruzji:
    Audytor Generalny – Lasha Tordia,
  • z Trybunału Obrachunkowego Republiki Mołdawii:
    Prezes – Serafim Urechean.

Cloud Technologies przekracza prognozy przychodów o 40 proc. Firma korzysta z Big Data do personalizacji reklamy w internecie

0

CEO Magazyn Polska

Przychody Cloud Technologies, spółki specjalizującej się w analizowaniu i dostarczaniu danych na temat zainteresowań i preferencji zakupowych internautów, wyniosły w ubiegłym roku 17,5 mln zł i były wyższe o około 40 proc. od pierwotnie prognozowanych. Było to możliwe dzięki rosnącemu popytowi na zakup spersonalizowanej reklamy internetowej.

Ubiegły rok był dla nas przełomowy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Prajsnar, założyciel i prezes zarządu Cloud Technologies SA. – Zakończyliśmy ważny etap rozwoju platformy behavioralengine.com, czyli pierwszej i największej w Polsce hurtowni danych dla reklamy internetowej. Udało nam się zakończyć integrację z wiodącymi platformami reklamowymi, takimi jak Google czy Adform, które umożliwiają sprzedaż naszych danych na skalę międzynarodową. Przełożyło się to na wyniki finansowe, które są zdecydowanie lepsze od prognoz. Rok 2014 zakończyliśmy przychodami na poziomie 17,5 mln zł.

Wcześniej spółka prognozowała, że jej ubiegłoroczne przychody wyniosą 12,5 mln zł. Zostały więc przekroczone o ok. 40 proc., natomiast zysk netto okazał się zgodny z wcześniejszymi przewidywaniami i wyniósł 8 mln zł.

Wynika to z tego, że rynek, na którym działamy, cały czas rozwija się bardzo dynamicznie, a my cały czas szukamy nowych szans i angażujemy się w ciekawe przedsięwzięcia – tłumaczy Prajsnar. – Stąd wzrost zarówno przychodów, jak i kosztów. Myślę, że w przyszłości przełoży się to na wynik netto.

To spory skok w porównaniu z 2013 rokiem, gdy przychody przekroczyły 2,6 mln zł, a zysk netto 16,5 tys. zł.

Spółka zajmuje się analizą i dostarczaniem danych o internautach. Są one wykorzystywane m.in. jako paliwo do zakupu reklam w modelu programmatic buying. Oznacza to automatyczny zakup powierzchni reklamowej w momencie odwiedzania witryny przez internautę. Ukazuje się reklama tego oferenta, który za tę powierzchnię zapłacił najwięcej. Reklamodawca bazuje na informacjach dostarczanych m.in. przez Cloud Technologies, wskazujących intencje zakupowe i preferencje użytkownika. Dzięki temu adresuje on komunikat do konkretnych, zainteresowanych danym produktem lub usługą osób i zwiększa skuteczność reklamy. Cały proces odbywa się w czasie rzeczywistym.

– Olbrzymi potencjał danych jest widoczny między innymi na platformie Real Time Bidding [w skrócie RTB, to aukcje powierzchni reklamowej prowadzone w czasie rzeczywistym, które pozwalają znacznie zwiększyć skuteczność zakupu przestrzeni – red.] – tłumaczy Prajsnar. – Mamy około 100 milisekund na przeprowadzenie całej transakcji. Podczas każdej licytacji trzeba zadecydować, ile opłaca się wydać na konkretnego użytkownika. My pełnimy rolę dostawcy informacji, na podstawie których reklamodawca może podjąć lepsze decyzje i tym samym efektywniej wykorzystać budżet reklamowy.

Cloud Technologies jest spółką technologiczną, działającą na rynku reklamy internetowej w zakresie Big Data (analizy dużych zbiorów danych) oraz przetwarzania informacji w chmurze obliczeniowej. Od połowy 2012 roku jej akcje notowane są na rynku NewConnect.

Połowie Polaków grożą w przyszłości minimalne emerytury

Dziś niespełna 1 proc. emerytów otrzymuje minimalne świadczenie. Za 60 lat może być ich nawet 50 proc. Ratunkiem przed obniżeniem poziomu życia może być samodzielne oszczędzanie, np. w ramach III filara. Trwają prace nad tym, jak zachęcić Polaków do odkładania na emeryturę, bo dziś robi to zaledwie 5 proc. dorosłych.

W przyszłości Wysokość emerytury w Polsce będzie na poziomie nie większym niż 40 proc. naszych ostatnich zarobków. To oznacza, że osoba, która dzisiaj zarabia 1 tys. zł na emeryturze będzie dostawać nie więcej niż 400 zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Rusewicz, prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych. – Po drugie, co jest równie ważne, dzisiaj tylko niespełna 1 proc. osób otrzymuje minimalną emeryturę. A za około 60 lat odsetek ten ma wzrosnąć do prawie 50 proc.

Jedynym pewnym sposobem na to, by na emeryturze utrzymać dotychczasowy standard życia, jest oszczędzanie. Ułatwić odkładanie na ten okres miał III filar, jednak dziś na indywidualnych kontach emerytalnych i indywidualnych kontach zabezpieczenia emerytalnego oszczędza niespełna 5 proc. Polaków. Produkty te oferują pewne zachęty, jednak w opinii ekspertów nie są one wystarczająco atrakcyjne.

Odkładający pieniądze w IKE są zwolnieni z podatku Belki od zysków kapitałowych, zaś posiadacze IKZE mogą wprawdzie część składek odpisać od podstawy opodatkowania, jednak to, co zaoszczędzą, zostanie obłożone podatkiem, gdy przejdą na emeryturę.

W styczniu opublikowano raport przygotowany dla Kancelarii Prezydenta, w którym proponuje się dość istotne zmiany w III filarze i jego zdecydowaną popularyzację – informuje Małgorzata Rusewicz. – Te rozwiązania miałyby objąć około 40 proc. wszystkich obywateli. Co ważne, są one kierowane do osób mniej zamożnych, które mniej dzisiaj zarabiają i które nie odkładają na swoją przyszłość emerytalną.

Jak podkreśla, pojawiła się m.in. propozycja, że po przyjęciu do pracy nowy pracownik zostaje automatycznie zapisany do programu emerytalnego. W każdej chwili może z niego wystąpić, ale wtedy musi już podjąć świadomą decyzję i się pod nią podpisać. Składka lub część składki do tego funduszu będzie pochodziła np. z funduszu świadczeń socjalnych.

Wiąże się z tym wiele pytań i problemów – przyznaje prezes IGTE. – Na taką decyzję muszą się zgodzić i związki zawodowe, i pracodawcy. Myślę, że to jest pomysł, który jest dobrym początkiem do dalszej dyskusji.

Taki pomysł nie rozwiąże jednak problemów większości polskich pracowników. W obecnej wersji dotyczy bowiem tylko tych osób, które zatrudnione są w dużych i średnich firmach.

Nie obejmuje on osób pracujących w małych firmach, gdzie nie ma funduszu świadczeń socjalnych – zwraca uwagę Małgorzata Rusewicz. – Nie dotyczy też samozatrudnionych. To jest taka przestrzeń, nad którą trzeba pracować, ale na pewno te propozycje, które się pojawiły, mogą przyczynić się do wzrostu emerytur w przyszłości nawet o 20 proc., a więc na pewno jest to warte rozważenia.

Ustawa o OZE czeka na podpis prezydenta. Nowe regulacje pomogą spełnić wymogi UE

0

Do roku 2030 energia wytwarzana ze źródeł odnawialnych ma stanowić 27 proc. całości energii produkowanej w Unii. Przyjęta w ostatni piątek ustawa o OZE, która czeka na podpis prezydenta, może pomóc Polsce wypełnić te zobowiązania. Dziś z odnawialnych źródeł pochodzi ok. 11 proc. energii.

Jesteśmy zainteresowani rozwojem sektora odnawialnych źródeł energii – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Łukaszewski, prezes zarządu Schneider Electric Polska. – Mam nadzieję, że pakiet wsparcia zaproponowany w ustawie o OZE doprowadzi do istotnego rozwoju tego rynku w Polsce. W naszym kraju energia ze źródeł odnawialnych stanowi około 11 proc. całości.

Zgodnie z pakietem 3×20 do 2020 roku w UE 20 proc. energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. Dla Polski cel ten to 15,5 proc. Unia Europejska chce, żeby do roku 2030 energia produkowana z odnawialnych źródeł energii (OZE) stanowiła 27 proc. całości energii wytwarzanej w państwach członkowskich.

Polska pod tym względem nie należy do liderów. Zdaniem Łukaszewskiego jest jednak szansa na to, że uchwalona ostatecznie przez Sejm 20 lutego ustawa o OZE przyspieszy rozwój tego rodzaju instalacji w naszym kraju.

Ambicją ustawy jest dojście do 15 proc. – komentuje Jacek Łukaszewski. – Aby to było możliwe, konieczna jest zmiany struktury OZE. Obecnie istotny procent z tego stanowi spalanie biomasy [ulegające biodegradacji frakcje odpadów z produkcji rolnej, leśnej, a także pozostałości przemysłowe i komunalne – red.]. Mam nadzieję, że nowe prawo zmieni także strukturę i energia pochodząca z farm wiatrowych oraz elektrowni fotowoltaicznych będzie stanowić większość.

W Niemczech odnawialne źródła produkują ponad 27 proc. energii, wypierając produkcję opartą o węgiel brunatny. Najwięcej energii Niemcy wytwarzają z wiatru, biomasy i odpadów oraz fotowoltaiki.

Doświadczenia innych krajów wskazują, że bez odpowiedniego pakietu wsparcia i korzystnych regulacji prawnych sektor ten nie rozwija się należycie – wskazuje Łukaszewski. – We wszystkich krajach, w których wprowadzano w życie tego rodzaju rozwiązania, były pakiety wsparcia.

Nowe prawo preferuje prosumentów, czyli osoby indywidualne wytwarzające energię głównie na potrzeby własne, a ewentualne nadwyżki sprzedające do sieci. Zgodnie z ustawą posiadacze przydomowych mikroinstalacji o mocy do 10 kW mają zagwarantowane odkupienie nadwyżek po cenie wyższej niż rynkowa.

Widzimy, że nasz kraj zmierza powoli we właściwym kierunku. Jako dostawca rozwiązań w tym zakresie chcielibyśmy, żeby to się działo szybciej, ale kierunek jest właściwy. Zarówno efektywność energetyczna, modernizacja źródeł wytwarzających energię, jak i odnawialne źródła energii w naszym kraju się rozwijają. Mam nadzieję, że nowa perspektywa budżetowa UE, perspektywa 2040 roku, nowa ustawa o odnawialnych źródłach energii przyspieszą ten proces – mówi prezes Schneider Electric.

W IT, przemyśle i energetyce spodziewane są dwucyfrowe wzrosty płac

CEO Magazyn Polska

Rynek pracy staje się coraz korzystniejszy dla pracowników. Płace idą w górę średnio o ponad 3 proc., w niektórych sektorach wzrosty są dwukrotnie wyższe, szczególnie w bardziej wyspecjalizowanych dziedzinach. W tym roku dysproporcja we wzroście wynagrodzeń będzie również widoczna. Na największe podwyżki, nawet dwucyfrowe, mają szanse pracownicy IT, energetyki i przemysłu.

Rynek pracownika widzimy przede wszystkim w tych branżach, które są związane z rosnącymi trendami, takimi jak globalizacja. Mowa na przykład o tworzeniu globalnych sieci service centers, zarządzaniu łańcuchem dostaw lub tych związanych z coraz większą digitalizacją naszego życia, to pracownicy IT, e-commerce i wszystkiego, co związane z internetem – mówi agencji Newseria Biznes Michał Młynarczyk, dyrektor zarządzający w Hays Poland.

W branży IT brakuje już ok. 50 tys. informatyków, a zapotrzebowanie na nich stale rośnie. Jak wynika z „Raportu płacowego 2014” przygotowanego przez firmę Hays, sektor IT od lat zwiększa zatrudnienie. Poszukiwani są m.in. specjaliści od systemów CRM i programiści.

Rośnie wartość sektorów e-commerce i m-commerce, a to oznacza, że pojawi się więcej miejsc pracy, przede wszystkim dla osób tworzących strategię rozwoju platform tego typu.

Widzimy też, że wraz ze starzejącym się społeczeństwem jest coraz większy nacisk na tworzenie miejsc pracy związanych z dostarczaniem usług dla takiej grupy. Powstają centra opieki, szpitale prywatne i kliniki. Będzie postępowała centralizacja tych usług, więcej firm spoza tego sektora stara się inwestować w prywatną opiekę medyczną i będzie z pewnością duże zapotrzebowanie na tego typu specjalistów – ocenia Młynarczyk.

Dobre lata mają przed sobą rynek turystyczny i rekreacyjny. Jak podkreśla ekspert, oferta turystyczna nie jest jeszcze wystarczająco rozbudowana, a wraz ze wzrostem zamożności społeczeństwa będzie rosło również zainteresowanie rozrywką i rekreacją. Dlatego te sektory mogą notować systematyczny wzrost. Zmienia się też sytuacja w przemyśle, gdzie pojawia się więcej ofert dla wykształconych specjalistów.

Widzimy coraz więcej stanowisk związanych z automatyzacją procesów, ze zmniejszeniem kosztów wytwarzania, czyli dla wysoko wykwalifikowanych inżynierów. Wbrew pozorom to już nie są najprostsze profile, ale osoby po wieloletnim kształceniu kierunkowym – tłumaczy ekspert. – To są również różnej maści specjaliści znający bardzo wąskie wycinki, również od jakości procesu, bezpieczeństwa i higieny pracy.

Poprawa sytuacji na rynku pracy w poszczególnych sektorach przekłada się na wyższe płace. Jak jednak podkreśla ekspert z Hays, zyskają przede wszystkim osoby z wyższym wykształceniem i doświadczeniem, specjaliści w danej dziedzinie. Średnio wynagrodzenie rośnie o ponad 3 proc., jednak w przypadku węższych specjalizacji, gdzie specjalistów jest mniej, zarobki są wyższe o ok. 7 proc. i będą też szybciej rosły.

Nawet dwucyfrowy wzrost pensji będzie można zaobserwować w branży przemysłowej, energetycznej czy związanej ze służbą zdrowia – przyznaje ekspert.

Zdecydowanie najlepsza sytuacja pod względem wynagrodzenia panuje w branży IT, gdzie pensje powoli zrównują się z europejskimi. W ubiegłym roku, jak wynika z raportu Hays, płace wzrosły nawet o 15-20 proc.

Nasi informatycy częściej wybierają samozatrudnienie zamiast pracy na etacie. Praca w elastycznym wymiarze sprawia, że ich pensje rosną nawet dwukrotnie w stosunku do etatu – podkreśla Młynarczyk. – Za kilkanaście lat prawdopodobnie będziemy mówili o tych samych poziomach co w Europie i pracodawcy zaczną patrzeć za naszą wschodnią granicę, aby pozyskać tańszych informatyków.

Coraz większa konkurencja na warszawskim rynku powierzchni biurowych. Biurowców przybywa szybciej niż chętnych na ich wynajem

Warszawski rynek powierzchni biurowych jest coraz bardziej konkurencyjny. Deweloperzy budujący niewyróżniające się biurowce mogą mieć problem ze znalezieniem najemców, podobnie jak właściciele starszych nieruchomości. Popyt cały czas rośnie, przewyższa go jednak podaż.

Popyt na powierzchnie biurowe cały czas jest, jednak w ostatnich dwóch latach znacznie wzrosła podaż. Na Służewcu i przy rondzie Daszyńskiego dużo się buduje. To nie jest tak, że popyt maleje, tylko podaż rośnie szybciej niż popyt. Sądzę, że znalezienie najemców na lokale w budynkach, które już mają kilka lat, oraz na te w budynkach, które niczym się nie wyróżniają, będzie nie lada wyzwaniem – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Michał Skotnicki, prezes zarządu BBI Development.

Według niego warszawski rynek nieruchomości jest już bardzo dojrzały, o czym świadczą stosunkowo niskie marże, a także liczba rozpoczynanych inwestycji mieszkaniowych i biurowych. Transakcje cały czas będą następować, ale inwestorzy i deweloperzy muszą myśleć o działaniach, które pozwolą im się wyróżnić na coraz bardziej konkurencyjnym rynku.

Na rynku powierzchni biurowych problemu ze znalezieniem najemców nie będą mieli właściciele najwyższej klasy budynków w centrum biznesowym miasta. W przypadku innych inwestycji coraz ważniejsze będzie wyróżnienie się lokalizacją, architekturą lub innymi cechami.

Michał Skotnicki podaje przykład Konesera – inwestycji BBI Development na warszawskiej Pradze, która łączy funkcję mieszkalną, handlową, biurową, a nawet muzealną, wykorzystując dawny teren Warszawskiej Wytwórni Wódek „Koneser”.

Ostatni segment rynku to oczywiście handel i centra handlowe – tutaj popyt ze strony sieci jest niezmienny, natomiast nie ma nowych lokalizacji. Od czasu Złotych Tarasów jedyne centrum handlowe uruchomione w granicach Warszawy to Plac Unii – mówi Skotnicki.

Zapowiada, że pomimo wzrostu konkurencyjności rynku warszawskiego BBI Development nadal będzie traktować Warszawę jako swój priorytet. Nie wyklucza inwestycji w innych miastach, choć podkreśla, że stolica na pewno będzie najważniejszym rynkiem dla spółki. BBI Development cały czas szuka nowych szans na pozyskanie odpowiednich terenów inwestycyjnych. Do najważniejszych projektów spółki należą m.in. realizowana Złota 44, a także dwa projekty w przygotowaniu, czyli Roma Tower u zbiegu ulic Emilii Plater i Nowogrodzkiej oraz Centrum Marszałkowska u zbiegu ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej.

Uczelnie prywatne coraz chętniej nawiązują współpracę z biznesem

 

Łatwiejszy proces decyzyjny i większa elastyczność sprawiają, że uczelnie prywatne mają więcej możliwości współpracy z przedsiębiorstwami niż uczelnie publiczne. Obie strony coraz chętniej taką współpracę nawiązują. Dla szkół to szansa na bardziej atrakcyjne kierunki i programy studiów. Dla firm to okazja, by pozyskać dobrze wykształconych pracowników.

Uczelnie prywatne mają większą elastyczność w rozwoju relacji z biznesem niż publiczne ze względu na elastyczność struktur organizacyjnych, łatwiejszy proces decyzyjny w podejmowaniu decyzji o uruchomieniu kierunku – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Centrum Kształcenia Podyplomowego z Uczelni Łazarskiego. – To są najczęściej też mniejsze organizacje niż uniwersytety, które mają bardzo rozbudowane rady wydziału, senat, przez co ten proces jest tam zdecydowanie bardziej skomplikowany.

Jak podkreśla, problemem może też być pokusa, by program – tworzony przy współpracy z biznesem – był realizowany przez kadrę wykładowców na stałe pracujących na danej uczelni. To nie zawsze jest zgodne z tym, czego oczekują pracodawcy, czyli zleceniodawcy.

Oni, mówiąc o współpracy, stawiają, jak to w biznesie jest normą, pewne oczekiwania wobec programu czy sposobu jego realizacji. Żeby mogło dochodzić do tej symbiozy, dwie strony muszą być otwarte na swoje potrzeby i na swoje oczekiwania – podkreśla Gałązka-Sobotka.

Biznes współuczestniczy w tworzeniu oferty Uczelni Łazarskiego. Mowa tu o studiach licencjackich, magisterskich i podyplomowych. Dzięki takiej kooperacji proces nauczania bardziej dostosowany jest do wymagań rynku pracy, a pracodawcy mają dostęp do wykwalifikowanej kadry.

Mamy bardzo dobre doświadczenia ze współpracy z biznesem – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka. – Większość naszych kierunków studiów podyplomowych tworzona jest we współpracy z pracodawcami, przedsiębiorcami, izbami ich zrzeszającymi bądź po prostu przedstawicielami biznesu, którzy w roli kierowników studiów i wykładowców pełnią rolę łącznika pomiędzy środowiskiem biznesu, które ma pewne oczekiwania, a środowiskiem akademickim, które ma z kolei dostęp do najnowszej wiedzy.

Dobre doświadczenia ze współpracy wynikają z modelu współpracy przyjętego przez uczelnię i przedstawicieli biznesu. Jak podkreśla ekspertka, do tego potrzebna jest duża doza zaufania z obu stron.

Pracodawca musi ufać uczelni, powierzając jej swoją wiedzę i angażując pracowników w proces kształcenia czy identyfikowania potrzeb, jakie są przesłanką do budowania programu – mówi dr Gałązka-Sobotka. – Ale także środowisko akademickie powinno chcieć sięgać po tę wiedzę. Jak widzimy z praktyki innych ośrodków naukowych, nie zawsze to się udaje.

Zdaniem dyrektor Centrum Kształcenia Podyplomowego na Uczelni Łazarskiego niepowodzenia kooperacji świata biznesu ze środowiskiem akademickim mogą wynikać z tego, że często uczelnia aż nadto chroni swoją autonomię i w dostatecznym stopniu nie wprowadza zaleceń przedsiębiorców do swoich programów. W związku z tym rekomendacje biznesu często nie znajdują urzeczywistnienia w procesie dydaktycznym.

– Zaproponowaliśmy od samego początku otwartą formułę – tłumaczy dr Gałązka-Sobotka. – Staramy się bardzo krytycznie analizować problem, identyfikować potrzebę, jaka jest na rynku i znaleźć sposób na jej zaspokojenie, nie próbując jednocześnie maksymalizować naszych organizacyjnych potrzeb czy celów.

Wspólnym celem przy współpracy powinno być dostarczenie na rynek pracy wykwalifikowanej kadry, na którą będzie zapotrzebowanie.

Zasadniczą przesłanką biznesu nie jest wcale wizja rozwoju szkolnictwa wyższego, tylko zaspokojenie swojego strategicznego celu, jakim jest poprawa jakości kandydata do pracy – informuje dr Małgorzata Gałązka-Sobotka. – W związku z tym nasze studia to przestrzeń rekrutacyjna, miejsce, w którym podczas studiów można pozyskać jednocześnie pracę. Wśród wykładowców są potencjalni pracodawcy, którzy wsłuchując się i obserwując naszych słuchaczy, mają z tyłu głowy cel, jaki im przyświeca, czyli pozyskanie ciekawych, nowych osób do pracy.

Jak wynika z danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego na rok akademicki 2014-2015 przyjęto łącznie ponad 462 tys. osób. W uczelniach publicznych będzie kontynuować naukę ponad 256 tys. maturzystów, o 2,1 proc. mniej niż rok wcześniej. W przypadku placówek niepublicznych spadek był większy i wyniósł blisko 10 proc. Na rok akademicki 2014-2015 przyjęto tam blisko 69 tys. osób (rok wcześniej spadek wyniósł 17 proc.). Nowe programy studiów, tworzone przy współpracy z biznesem, uczelnie traktują jako sposób na przyciągnięcie większej liczby studentów.

Polacy chętnie odwiedzają outlety. Przyciągają one też coraz więcej marek

 

Jeszcze kilka lat temu Polacy odwiedzali tego typu centra handlowe 3-4 razy w roku, dziś robią to znacznie częściej. Sieć outletów Factory, należąca do hiszpańskiej firmy Neinver, zanotowała w ubiegłym roku 20-proc. wzrost sprzedaży i 10-proc. wzrost odwiedzalności. W tym roku też liczy na wzrosty. Tym bardziej że na sprzedaż w outletach decyduje się coraz więcej marek.

Spodziewamy się, że w 2015 odnotujemy kolejny wzrost zarówno sprzedaży, jak i liczby odwiedzających nas klientów mówi agencji informacyjnej Newseria Monika Olejnik-Okuniewska, senior marketing & PR manager w Neinver Polska.

Model sprzedaży outletowej, jaki stosuje w swych centrach Neinver, opiera się na znaczących obniżkach cen produktów, głównie ubrań znanych marek. Jak tłumaczy przedstawicielka Neinver Polska, klienci robią dużo większe zakupy, kiedy mogą kupować w cenach obniżonych o 30, a nawet 70 proc. Takie zaś oferowane są w outletach przez cały rok.

Średnio nasi klienci wydają od kilkudziesięciu do kilkuset złotych, to wszystko zależy od sezonu. Oczywiście najwięcej wydają w momencie, kiedy wprowadzone są nowe kolekcje i wtedy, kiedy ludzie naturalnie chodzą na zakupy po nowe rzeczy, czyli wiosną, latem, jesienią i zimą. Duży wzrost średniego paragonu notujemy również w trakcie rozsprzedaży, czyli w czasie, kiedy nasze ceny spadają nawet o 80 proc.

Neinver podkreśla, że cały czas szuka nowych oferty dla klientów. Obecnie negocjuje kilkanaście nowych kontraktów z nowymi markami, zapowiada premiery na polskim rynku outletowym przede wszystkim w sektorze mody oraz odzieży sportowej.

Widzimy, że nasi klienci bardzo lubią wracać do naszych centrów ocenia Monika Olejnik-Okuniewska. Jeszcze kilka lat temu przyjeżdżali do nas średnio 3 czy 4 razy w roku. Liczba wizyt w naszych centrach outletowych jednak co roku rośnie i spodziewamy się, że ten trend będzie zachowany. Ludzie coraz częściej będą wybierali centra outletowe, będą przychodzić do nich zamiast do tradycyjnych centrów handlowych.

Łącznie sklepy w centrach Factory odwiedziło w zeszłym roku 13 mln klientów, o milion więcej niż w 2013 roku. Sieć Factory to w tej chwili 84 tys. mkw. powierzchni handlowej w pięciu centrach w czterech miastach. Neinver oczekuje w 2015 roku ok. 5-proc. wzrostu odwiedzalności i 10-proc. wzrostu sprzedaży w centrach Factory. Zakłada, że w tym roku najbardziej dynamicznie będą się rozwijać najnowsze i tym samym największe obiekty: Factory w Krakowie, które działa od 2011 roku, świeżo zmodernizowane Factory w Warszawie-Ursusie oraz Factory Warszawa Annopol.

Sukces sieci bierze się przede wszystkim z unikalnego konceptu, który na polskim rynku jest obecny już 12 lat ocenia Monika Olejnik-Okuniewska. W tej chwili jest to łącznie 5 centrów outletowych w największych miastach w Polsce. Każde z nich ma kilkanaście tysięcy metrów kwadratowych powierzchni handlowej, czyli nieco mniej niż w regularnych galeriach handlowych. Sukces ten bierze się z tego, że mamy bardzo dużo marek, przede wszystkim modowych, tych najpopularniejszych w Polsce i za granicą.

Elektronika noszona może stać się atrakcyjna dla reklamodawców

 

Krokomierze, czujniki pulsu, smartwatche – elektroniczne urządzenia do noszenia (tzw. wearables) stały się coraz popularniejsze. Choć rynek wciąż jest nieduży, to marketerzy i firmy uważnie mu się przyglądają. Urządzenia te pozwalają zbierać coraz więcej danych o użytkownikach. Mały ekran ogranicza jednak możliwość wyświetlania reklam.

Na razie rynek tych urządzeń jest dosyć mały. Nie jest to rewolucja, z jaką mieliśmy do czynienia w przypadku smartfonów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Zakrzewska, strateg w agencji Next, należącej do Grupy Starcom MediaVest. ‒ Na razie najpopularniejszymi urządzeniami są te z kategorii fitness, lifestyle i zdrowie, czyli smartwatche, dzięki którym łatwo możemy mierzyć kroki i puls, czy opaski fitness, które mierzą naszą aktywność w ciągu dnia, a w nocy sprawdzają, jak śpimy.

Zakrzewska zwraca uwagę na to, że w Polsce te urządzenia są jeszcze bardzo mało popularne, ale nawet na świecie nie ma ich wiele. Wearables, czyli elektronika ubieralna, nie są produktem masowym, ale zmienić może to ofensywa któregoś z producentów. Rozwój nowych funkcji wearable jest trochę prowokowany przez producentów smartfonów – z jednej strony wbudowują w telefony aktywności, które realizowały do tej pory opaski, ale z drugiej tworzą nowe platformy wymiany danych.

Na razie twórcy reklam i deweloperzy aplikacji są umiarkowanie zainteresowani wearables, nie tylko z powodu niewielkiej ich liczby, lecz także z powodu wymagań, jakie stawiają przed nimi te urządzenia.

Sam wygląd tych urządzeń jest wyzwaniem dla deweloperów i marketerów, dlatego że muszą przyzwyczaić się do tworzenia treści na dużo mniejszy ekran niż smartfon, a to już było dla nich pewnym wyzwaniem – podkreśla Zakrzewska. ‒ Muszą się też nauczyć, jak wykorzystać ten mały ekran, jak do niego tworzyć i jak ten przekaz sformułować, żeby był zrozumiały dla użytkownika.

Na razie urządzenia typu wearables są wykorzystywane przede wszystkim do zbierania danych. Wiele z nich ma zresztą tylko taką funkcję, bo np. opaski fitness nie mają ekranu i zaczynają być funkcjonalne dopiero po sparowaniu ze smartfonem. To również jest szansa dla reklamodawców i marketerów. Zakrzewska tłumaczy, że np. ubezpieczyciele mogą skorzystać z gromadzonych w ten sposób danych o codziennej aktywności klienta, co pozwoli na znacznie lepszą ocenę ryzyka ubezpieczeniowego i wycenę składek.

Na pewno część urządzeń daje takie możliwości, żeby budować aplikacje na produkty i to będzie jedna z możliwych dróg, żeby prowadzić komunikację z użytkownikami, lepszą niż bannery na ekranach takich urządzeń – dodaje Zakrzewska.

Zaznacza, żeby nie wiązać przyszłości wearables z informacją Google’a o zakończeniu projektu Google Glass. Choć było to urządzenie z kategorii wearables, Zakrzewska zwraca uwagę na to, że spełniało inne funkcje niż większość podobnych sprzętów.

Google Glass to urządzenie, które mówi nam o innych. Natomiast smartwatche, opaski czy nawet koszulki, bo są nawet koszulki, które są naszpikowane technologią, monitorują nasz sposób życia, nasze zdrowie i to, jak zachowuje się nasz organizm – wyjaśnia Zakrzewska.

Dodaje, że osoby korzystające z Google Glass często były traktowane nieprzychylnie, a czasem dochodziło nawet do aktów agresji wobec nich. Powodem było to, że okulary te miały docelowo umożliwiać błyskawiczne pozyskanie informacji o oglądanych miejscach oraz osobach, co wielu uważało za naruszenie prywatności.

Klastry szansą na innowacyjność małych i średnich przedsiębiorstw. UE wspiera ich rozwój w tej perspektywie finansowej

Kolejne lata będą sprzyjały zacieśnianiu współpracy między przedsiębiorstwami w ramach jednej gałęzi gospodarki czy regionu. Tworzenie i działalność klastrów wspierać będą również pieniądze z UE przekazywane w ramach programów krajowych i regionalnych. To szansa na zwiększenie innowacyjności małych i średnich firm, które coraz chętniej włączają się w działalność klastrową.

Następuje coraz większe integracja przedsiębiorców klastra. Chodzi o to, żeby skupiska oparte na funkcjonowaniu dużych firm włączały do kooperacji również małe i średnie przedsiębiorstwa i razem tworzyły zaplecza dostępu do nauki, badań, edukacji czy innowacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Dondelewski, ekspert Związku Pracodawców Klastry Polskie. – Ten sposób funkcjonowania klastrów jest coraz częściej bliższy praktyce biznesowej, a dzięki temu wykorzystanie środków unijnych będzie lepsze, bo trafią one do projektów realizowanych w ramach współpracy przedsiębiorstw , a to jest najważniejszy czynnik rozwoju klastrów.

Zarówno krajowe, jak i unijne dokumenty mówią o klastrach jako o specjalizacjach lokalnych i regionalnych, na których powinien opierać się rozwój gospodarczy. W perspektywie na lata 2014-2020 Unia Europejska mocno wspiera ich rozwój.

Klastry to organizacje, do których należą jednocześnie współpracujący i konkurujący ze sobą – na danym obszarze lub w danym segmencie – przedsiębiorcy: producenci, dostawcy, a także różnego typu instytucje. W badanych w ubiegłym roku przez PARP 35 klastrach ponad 80 proc. to przedsiębiorcy (ponad 94 proc. to mikro-, małe i średnie firmy). Dwa lata temu stanowili 74 proc., co świadczy o rosnącym zainteresowaniu uczestnictwem w klastrach. W ciągu dwóch lat liczba członków klastrów wzrosła o ok. 41 proc.

Początkowo klastry kojarzono wyłącznie z branżami wysokich technologii, takimi jak lotnictwo, przemysł biotechnologiczny czy branża informatyczna. Ostatnio zaczyna się to zmieniać.

Ostatnio aktywny jest na przykład sektor rolno-spożywczy. Przetwórstwo rolno-spożywcze w całym łańcuchu kooperacji  od dostawców do eksportu polskich produktów – próbuje współpracować w formule klastrów współpracować – mówi Dondelewski.

Wciąż jednak kojarzą się one z dużą innowacyjnością. Z badania PARP wynika, że ponad połowa przedsiębiorstw należących do klastrów zadeklarowała prowadzenie działalności badawczo-rozwojowej, a 58 proc. zadeklarowało wdrożenie innowacji w ostatnich dwóch latach.

Widzimy klastry, które wkraczają w obszar nowych technologii. Obserwujemy dużą dynamikę na rynku ICT, zawiązywanie klastrów wokół technologii komunikacyjnych i informatycznych, poza tym branża farmaceutyczna, sektor medyczny, sektor biotechnologii. Powstają klastry biotechnologiczne, które realizują pewne procesy i technologie, produkty, które wymagają współpracy z nauką wysokich technologii – wymienia Dondelewski.

Co ważne, powstają też inicjatywy współpracy w obszarach przemysłowych. W kierunku klastrów coraz chętniej zmierzają strefy ekonomiczne. Jak podkreśla ekspert, powstają również inicjatywy o charakterze edukacyjnym, technicznym, ale też klastry w dziedzinach artystycznych, designerskich, jak np. w branży meblowej.

Nowym wyznacznikiem na pewno będzie rozwój eksportu. Klastry są doskonałymi strukturami, w których przedsiębiorcy mogą sami realizować wejście na rynek, konsolidując swoje produkty i sprzedając je w formułach, jakie są dla nich najkorzystniejsze – mówi Dondolewski.

W Polsce istnieje blisko 200 organizacji tego typu, a w całej Europie jest ich niemal dziesięć razy więcej. Realia działania polskich podmiotów różnią się od rzeczywistości w innych państwach europejskich. Dofinansowanie jest tam na zdecydowanie wyższym poziomie. W 2014 roku zakończono konsultacje dotyczące polityki klastrowej i możliwości wsparcia tych inicjatyw. Zgodnie z rekomendacjami Grupy roboczej ds. polityki klastrowej i innymi dokumentami klastry powinny być wspierane m.in. w działalności badawczo-rozwojowej, eksporcie, podnoszeniu kwalifikacji kadr, pobudzaniu współpracy branżowej i powstawania nowych przedsiębiorstw. Pomoc powinna być skierowane szczególnie do klastrów o największym potencjale konkurencyjnym. Ich wybór powinien więc skutkować koncentracją środków publicznych (w tym funduszy z Unii Europejskiej).

Dynamiczny wzrost sprzedaży multimediów w formie cyfrowej. Dystrybutorzy gier podwajają przychody

Sprzedaż multimediów w formie cyfrowej, a szczególnie gier komputerowych i książek, szybko rośnie. Wciąż jednak stanowi kilka procent rynku, podczas gdy w Niemczech czy Skandynawii jej udział sięga 20-30 proc. To świadczy o dużym potencjale wzrostu, dlatego już dziś producenci inwestują w segment tzw. phygital, czyli łączą wersje cyfrowe multimediów z tradycyjnymi.

– Cyfrowa sprzedaż jest dużo bardziej przyszłościowa niż sprzedaż tradycyjna, bo wciąż nasycenie sieciowej dystrybucji sprzedaży jest bardzo małe w stosunku do Niemiec czy północnej Europy, gdzie ta dystrybucja waży w rynku już 20 proc., niekiedy nawet 30 proc., a w Polsce to ciągle zaledwie parę procent – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Gembicki, dyrektor zarządzający CDP.pl, dystrybutora m.in. gier, filmów i książek.

W ocenie Gembickiego dla spółki przychody z cyfrowej dystrybucji mieszczą się w granicach 10-20 proc. Mimo tego ta część biznesu online szybko rośnie. Poza tym w cyfrowej sprzedaży można uzyskać dużo wyższe marże.

– Cyfrowa dystrybucja jest zjawiskiem, które cechuje przede wszystkim bardzo duża dynamika. Mówiąc z perspektywy własnych wyników, przyrost w wypadku gier to 100 proc., czyli dwukrotnie wzrasta nam obrót tej kategorii z roku na rok. Podobnie wygląda to w książce. Natomiast wyjściowo to ciągle mała część obrotu, jaki można uzyskać na rynku – mówi dyrektor zarządzający Cdp.pl.

Jak podkreśla, dlatego właśnie spółka stawia na tzw. phygital, czyli ofertę łączącą produkty fizyczne i cyfrowe. Chodzi np. o jednoczesną sprzedaż e-booka i książki w formie tradycyjnej.

– Dzisiaj klienci, którzy uważają cyfrową dystrybucję za zbyt skomplikowaną, za 2-3 lata przekonają się do niej. My już dzisiaj budujemy bazę przyszłych klientów, którzy dojrzeją do tej dużo atrakcyjniejszej formy sprzedawania mediów, jakim jest bezpośrednia sprzedaż przez internet – zaznacza ekspert.

Tradycyjny kanał dotarcia do klientów nie zniknie jednak całkowicie. Zdaniem Gembickiego sprzedaż tradycyjna w Polsce i na całym świecie faktycznie zaczyna mieć problemy, które wynikają z rosnącej dominacji internetu. Mimo tego na rynku pozostaną kolekcjonerzy pragnący posiadać produkt fizyczny na półce.

– Widać to dosyć wyraźnie w trendzie płyt winylowych, które wracają do łask. Mimo że wszystkiego można słuchać cyfrowo przez iTunes bądź inne aplikacje, to jest duża grupa ludzi, która chce mieć czarne płyty w domu. Wierzę zatem, że ciągle dystrybucja fizyczna pozostanie w sklepach, tylko zmieni swoją funkcję. Sklepy staną się takimi show-roomami, w których będziemy oglądać produkty, dotykać, ale kupować będziemy przez internet – prognozuje Michał Gembicki.

Jego zdaniem rynek gier w Polsce jest już bardzo mocno związany z globalnym rynkiem. Na polskim rynku ciągle największym wyzwaniem jest stosunkowo wysoka cena szczególnie gier, mimo że średnio nadal jest ona niższa niż w Europie Zachodniej. Rynek cyfrowej dystrybucji zdecydowanie rośnie.

– Z kolei drugi segment rynku w postaci sprzedaży fizycznej w sklepach znajduje się na dojrzałym i stabilnym poziomie, na którym nie odnotowywane są już znaczne wzrosty – podsumowuje Gembicki.

Pokolenie Y oczekuje, że biznes będzie rozwiązywał problemy świata

W ciągu najbliższych 10 lat pokolenie Y będzie stanowiło 75 proc. siły roboczej na świecie, a tym samym jego wpływ na kształt biznesu rośnie. Millenialsi dostrzegają ogromną lukę pomiędzy oczekiwaniami wobec firm a ich rzeczywistym działaniem na rzecz społeczności lokalnych. Choć 73 proc. reprezentantów generacji Y wierzy w to, że biznes ma pozytywny wpływ na społeczeństwo, to w ocenie aż 75 proc. badanych skupia się on przede wszystkim na swoich produktach/usługach i zyskach, zamiast przyczyniać się do poprawy dobra ogółu. Dlatego, jak wynika z globalnego badania „The 2015 Deloitte Millennial Survey. Mind the gaps”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, firmy powinny dokonać poważnych zmian w swoim postępowaniu, jeśli chcą przyciągnąć i utrzymać pracowników z pokolenia Y.

W czwartej edycji autorskiego badania firmy Deloitte wzięło udział ponad 7,8 tys. przedstawicieli pokolenia Y, urodzonych po 1982 roku i zamieszkujących 29 krajów świata. Wszyscy respondenci to absolwenci szkół wyższych, zatrudnieni w pełnym wymiarze godzin w prywatnych firmach, w których pracuje ponad sto osób.

Tegoroczne badanie (podtytuł raportu: Mind the gaps) miało na celu zidentyfikowanie różnic w postrzeganiu działalności biznesu oraz wpływu firm na społeczeństwo w porównaniu z wyznawanymi przez młodych ludzi ideałami (oczekiwania pokolenia Y versus stan faktyczny wg. pokolenia Y).

Badanie luk dotyczyło czterech obszarów ocenianych przez Y-ki :

  •  luka intencyjna (intention gap) – świadomy wpływ firm na społeczność a oczekiwania,
  • luka przywódcza (leadership gap) – koncentracja na ludziach a nacisk na wyniki,
  • impact gap czyli luka pomiędzy oczekiwaniami dotyczącymi wpływu biznesu na społeczeństwo, rozwój gospodarczy, ochronę środowiska, rozwiazywanie problemów świata etc, a tym jakie jest rzeczywiste oddziaływanie biznesu,
  • confidence gap – jakie jest indywidualne poczucie komfortu pracownika, czynniki zadowolenia, różnice w definicji satysfakcji w pracy, cele rozwoju zawodowego i awansu; równice pomiędzy mężczyznami a kobietami.

Badanie pokazało wyraźnie, że pokolenie Y nie ma złudzeń, co do zbyt małej roli, którą dziś w życiu społecznym odgrywa biznes. 73 proc. reprezentantów tej generacji wierzy, że ma on pozytywny wpływ na społeczeństwo. Z drugiej strony 75 proc. uważa, że firmy skupiają się przede wszystkim na własnych interesach, zamiast przyczyniać się do poprawy sytuacji ogółu. Co ciekawe, o pozytywnym wpływie biznesu, w większym stopniu przekonani są młodzi ludzie z rynków wschodzących, gdzie taką odpowiedź wybrało 82 proc. badanych. W krajach rozwiniętych było to o 20 p.p. mniej.” –wyjaśnia Jacek Kuchenbeker, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte, a także ekspert w zespole Sustainability Services Central Europe.

Millenialsi co prawda przyznają, że biznes bierze udział w rozwiązywaniu ważnych kwestii społecznych, ale mają wątpliwości co do motywacji tych działań. Jedynie 52 proc. ankietowanych określiło zachowanie środowisk biznesowych, jako etyczne. Opinia młodych mieszkańców krajów rozwiniętych była pod tym względem znacznie bardziej krytyczna niż w krajach rozwijających się (odpowiednio 41 i 61 proc.).

Sześciu na dziesięciu przedstawicieli pokolenia Y twierdzi, że „poczucie celu” (misja/ pozytywny sens pracy) było jednym z powodów, dla którego zdecydowali się pracować w obecnym miejscu zatrudnienia. Ich zdaniem biznes powinien koncentrować się przede wszystkim na: [1]

  • kreowaniu miejsc pracy (36 proc. ankietowanych),
  • generowaniu zysku (34 proc.),
  • poprawie sytuacji lokalnego społeczeństwa (27 proc.),
  • kreowaniu innowacji (26 proc.),
  • umożliwienie postępu i rozwoju gospodarczego (25 proc.).

Jednocześnie tylko 17 proc. ankietowanych uważa, że biznes faktycznie podejmuje działania w kierunku pozytywnej społecznej zmiany. O tym, że skupia się przede wszystkim na generowaniu zysku było przekonanych aż 44 proc. badanych. „Młodzi ludzie nie negują podstawowej roli biznesu, jaką jest zarabianie pieniędzy. Ale jest to pierwsze pokolenie, które na równi z celami finansowymi stawia tworzenie innowacyjnych rozwiązań,  rozwój pracowników i dobrobyt społeczeństwa. Ci liderzy biznesu, którzy zrozumieją to jako pierwsi, nie będą mieli problemu z pozyskaniem i utrzymaniem pracowników z generacji Y. Obserwujemy, że coraz więcej firm buduje swoją markę pracodawcy akcentując nie tylko możliwości rozwoju dla pracowników, ale także pozytywny wpływ na społeczeństwo i świat” – wyjaśnia Natalia Pisarek, Starszy Konsultant w zespole Human Capital, Dział Konsultingu Deloitte.

Tylko 28 proc. przedstawicieli pokolenia Y jest zdania, że ich obecny pracodawca w pełni wykorzystuje ich potencjał. W krajach rozwiniętych jest to zaledwie 23 proc. Najlepiej pod tym względem swoich przełożonych oceniają młodzi Filipińczycy (63 proc.), a najgorzej Japończycy (9 proc.). Ponad połowa (53 proc.) ankietowanych ma ambicje, aby zostać liderem lub pełnić najwyższe funkcje kierownicze w obecnym miejscu pracy. Istnieje jednak duża różnica pomiędzy aspiracjami zawodowymi przedstawicieli pokolenia Y na rynkach wschodzących i w krajach rozwiniętych. Funkcje kierownicze chciałoby sprawować 65 proc. respondentów z rynków wschodzących i jedynie 38 proc. ankietowanych z krajów rozwiniętych. Najczęściej takie ambicje wyrażali Millenialsi z krajów grupy BRICS (70 proc.), a najrzadziej z Europy Zachodniej (37 proc.). Wyższe stanowiska były częściej priorytetem dla mężczyzn (59 proc.) niż kobiet (47 proc.).

Badanie Deloitte pokazało, jak wyraźne rozbieżności Millenialsi dostrzegają w ocenie swoich własnych kompetencji. Respondenci wyrażali opinię, że zdobyte na uczelni wyższej umiejętności jedynie w 37 proc. odpowiadają wymogom stawianym przez pracodawców. Warto podkreślić, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni jednakowo ocenili swój poziom kompetencji zdobytych na studiach, związanych z takimi obszarami jak gospodarka czy finanse. „Jednak kobiety rzadziej niż mężczyźni oceniały własne kompetencje przywódcze na wysokim poziomie (21 proc. w porównaniu z 27 w przypadku mężczyzn). Mimo zmian, które zaszły w społeczeństwie, jest to kolejne pokolenie, w którym pod tym względem kobiety nadal postrzegają siebie gorzej niż mężczyźni. Ostatnio pojawia się coraz więcej programów rozwojowych dedykowanych wyłącznie kobietom, które powinny poprawić ich pewność siebie” – mówi Natalia Pisarek.

Millenialsi uznają umiejętności przywódcze za jedne z najbardziej cennych zdolności, za które biznes jest w stanie dużo zapłacić. Odpowiadając na pytanie, na jakie kwestie zwróciliby uwagę jako liderzy, kobiety częściej niż mężczyźni wymieniały rozwój pracowników (34 proc. wobec 30 proc. mężczyzn). Warto podkreślić, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni z pokolenia Y wskazywali ten obszar jako zaniedbywany w ich miejscu pracy.

Globalne koncerny są znacznie mniej atrakcyjnym miejscem pracy dla pokolenia Y w krajach rozwiniętych (35 proc.) niż na rynkach wschodzących (51 proc.). Respondenci z tej pierwszej grupy krajów są także mniej skłonni do otwarcia własnej firmy (11 proc. w krajach rozwiniętych w porównaniu z 22 proc. na rynkach wschodzących).

„Przedstawiciele pokolenia Y wysyłają światowym liderom biznesu bardzo wyraźny sygnał, że w swojej działalności powinni się kierować nie tylko celami finansowymi, ale również społecznymi. Młodych ludzi w równym stopniu interesuje to, jakie firma osiąga zyski, ale także jak dba o społeczeństwo. Dotyczy to w szczególności rynków rozwiniętych” – podsumowuje Jacek Kuchenbeker.

O raporcie

Raport został opublikowany przez Deloitte USA w styczniu br.

Badaniem objęto następujące kraje (podzielone na dwie grupy: kraje rozwinięte i rozwijające się): Argentyna, Brazylia, Chile, Chiny, Kolumbia, Indie, Indonezja, Meksyk, Malezja, Tajlandia, Singapur, Peru, Filipiny, Rosja, Republika Południowej Afryki, Korea Południowa, Turcja, Australia, Belgia, Kanada, Francja, Niemcy, Włochy, Japonia, Holandia, Hiszpania, Szwajcaria, Wielka Brytania, USA.

[1] Pięć najczęściej wybieranych odpowiedzi, możliwość niejednokrotnego wyboru przez ankietowanego.

Spadkobierco, teraz łatwiej dotrzesz do oszczędności po zmarłym

0

Co się dzieje z kontem osobistym, gdy jego właściciel umiera? Najczęściej rachunek zostaje „uśpiony” do czasu, kiedy przypomną sobie o nim spadkobiercy. Zgodnie z nowelizacją Prawa bankowego ma powstać centralna informacja o rachunkach, która pomoże w odnajdywaniu kont po zmarłych. To jednak tylko jedna z proponowanych zmian.

Wystarczy 90 dni nieużywania konta bankowego, by zostało uznane za nieaktywne. Bank lub spółdzielcza kasa oszczędnościowo-kredytowa nie mają obowiązku ustalać, co się dzieje z właścicielem danego rachunku. O tym, że klient nie żyje, instytucje te dowiadują się najczęściej od spadkobiercy. Ma się to zmienić. Podczas zakładania rachunku banki będą miały obowiązek informować o możliwości wskazania osób uprawnionych do przejęcia konta na wypadek śmierci. Ponadto do dnia uznania rachunku za „uśpiony” będą na nim naliczane odsetki od zgromadzonych pieniędzy, a jeśli po 10 latach żaden spadkobierca się nie zgłosi, środki z nieaktywnego konta trafią do Banku Gospodarstwa Krajowego.

Oprócz tego powstanie centralna informacja o rachunkach. Będzie ona pomagała spadkobiercom ustalać, w których bankach zmarli trzymali oszczędności. Politycy głowią się nad zmianami, tymczasem sektor bankowy już od dłuższego czasu dysponuje narzędziem (system OGNIVO), które będzie służyć do sprawdzania, czy zmarły prowadził jakieś konta bankowe. „System spełnia wszystkie wymagania (które senatorowie przewidzieli w projekcie ustawy) dla rozwiązania takiego jak centralna informacja o rachunkach osób zmarłych” – mówi serwisowi infoWire.pl Justyna Borkiewicz z PKO Banku Polskiego. Niewątpliwą zaletą OGNIVO będzie możliwość natychmiastowego uzyskania pożądanych informacji podczas jednej wizyty w banku.

Ma to działać następująco: Bank – za pośrednictwem systemu OGNIVO – złoży w imieniu spadkobiercy zapytanie do Krajowej Izby Rozliczeniowej. Ta uzyska z baz banków uczestniczących w systemie informację, gdzie zmarły prowadził rachunki, i przekaże ją z powrotem. Dane te będą udostępniane wyłącznie osobom, które mogą wykazać prawo do spadku odpowiednim dokumentem. „Mamy nadzieję, że w przyszłości w systemie zaczną uczestniczyć również fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne i domy maklerskie […]. Wówczas otrzymywane informacje będą jeszcze bardziej kompleksowe” – mówi Justyna Borkiewicz.

Czy za usprawiedliwioną nieobecność w pracy przysługuje wynagrodzenie?

Jeśli pracownik np. z powodu trudnych warunków atmosferycznych lub opóźnień autobusów czy pociągów nie dotarł do pracy, nie należy mu się zapłata. Są jednak pewne sytuacje, w których nieobecność w pracy nie jest przeszkodą w otrzymaniu wynagrodzenia.

„Kodeks pracy przewiduje, że oprócz szczególnych przypadków wynagrodzenie przysługuje tylko za pracę wykonaną” – mówi serwisowi infoWire.pl Rafał Wyziński z kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci. Te szczególne sytuacje to np. wezwanie do sądu, wezwanie przez odpowiednie organa do wykonania jakiejś czynności administracyjnej czy oddawanie krwi w stacji krwiodawstwa.

Jeśli jesteśmy pewni, że w danym dniu nie dotrzemy do pracy np. z powodu obfitych opadów śniegu, a chcemy otrzymać od pracodawcy wynagrodzenie, musimy wystąpić o urlop na żądanie. W każdym roku przysługują nam cztery dni takiego urlopu.

Kiedy wiemy, że z przyczyn niezależnych od nas nie przyjdziemy do pracy lub się spóźnimy, powinniśmy jak najszybciej powiadomić o tym pracodawcę, czy to osobiście, czy przez jakąś inną osobę, np. sekretarkę. Możemy zadzwonić, wysłać esemes lub mejl – nie ma znaczenia, w jaki sposób to zrobimy.

„Jeśli pracodawca odbierze tę wiadomość, a pracownik będzie w stanie wykazać, że go w jakikolwiek sposób powiadomił, to trudno znaleźć uzasadnienie dla radykalnych działań, jak zwolnienie z pracy lub nałożenie kary porządkowej. Gdyby pracodawca się na to zdecydował, pracownik może odwołać się do sądu pracy. Prawdopodobnie każdy sąd uzna taką nieobecność za niezawinioną, a w związku z tym decyzję pracodawcy za nieuprawnioną” – informuje ekspert.

Młodzi na rynku pracy – kariera zaczyna się od stażu

Z roku na rok rośnie zainteresowanie polskich pracodawców stażystami i praktykantami. W 2014 r. portal Pracuj.pl opublikował ponad 7,9 tys. takich ogłoszeń. Najczęściej firmy szukały kandydatów do działów związanych z finansami, handlem i sprzedażą oraz IT. Jak podkreślają przedstawiciele platformy rekrutacyjnej eRecruiter, przyciągnięcie wartościowego stażysty nie jest łatwym zadaniem, dlatego przed polskimi firmami stoi wiele wyzwań w rekrutacji uczestników programów stażowych.

Odpowiedni stażysta to wartościowy pracownik w przyszłości. Wiedzą o tym pracodawcy, którzy coraz częściej sięgają po młodych, oferując im atrakcyjne programy stażowe. Najbardziej ambitnych można przyciągnąć perspektywą zdobycia cennego doświadczenia, które będzie wstępem do rozwoju dalszej kariery zawodowej – ocenia Marta Doraczyńska, Specjalista w Dziale Rekrutacji i Badań Kompetencyjnych, Poczta Polska. Powstaje tylko pytanie, jak rekrutować do współpracy tych najlepszych.

Kierunek – staż 

Rosnąca popularność programów stażowych to doskonała okazja na pozyskanie pracownika, który będzie mógł zapoznać się z funkcjonowaniem firmy i pozna jej specyfikę od przysłowiowej podszewki. Z danych Pracuj.pl wynika, że na programy stażowe najchętniej rekrutują firmy z branży IT, finansów i handlu. Zdolny stażysta to zastrzyk nowej energii i cennych pomysłów na rozwój firmy. Dlatego coraz więcej przedsiębiorstw ceni sobie współpracę z młodymi osobami i coraz chętniej organizuje programy stażowe. Wioleta Wąsik, Talent Manager w Grupie Żywiec, podkreśla, że stażysta daje organizacji świeże spojrzenie na wiele kwestii, również tych biznesowych. Aktualne pokolenie, które rozpoczyna u nas staż, to osoby bardzo ambitne i ciekawe świata, ale również znające doskonale swoją wartość i ceniące realizację własnych pasji.  Korzystamy na tym, że są młodzi i  nie boją się wyzwań, kontaktów z osobami wysoko postawionymi w organizacji, od których sami też chcą czerpać jak najwięcej. Podchodzą do najtrudniejszych zadań z dużą dawką motywacji i optymizmu – mówi przedstawicielka Grupy Żywiec.

Jednak, podobnie jak w rekrutacji pracowników, tak i w obszarze rekrutacji stażystów, na pracodawców czeka wiele wyzwań. Między innymi związanych z odpowiednim przygotowaniem ogłoszenia czy kontaktem z kandydatem na każdym etapie procesu rekrutacyjnego. Dobre przygotowanie do rekrutacji to podstawa, gdyż stanowi ona najczęściej pierwszy kontakt stażysty z firmą. Warto ten potencjał wykorzystać jako wstęp do owocnej współpracy.

Dobry staż zaczyna się od ogłoszenia

Przygotowując ogłoszenie zadbajmy o jego jakość. Oferty pracy, które są czytelne, ciekawie skonstruowane, mają jasny przekaz, a także informacje o korzyściach, jakie będzie miał kandydat z udziału w stażu, z pewnością przyciągną uwagę. Równie istotne jest precyzyjne określenie wymagań wobec stażysty, zakresu obowiązków, czasu trwania stażu i ewentualnego wynagrodzenia. W przypadku studentów i świeżych absolwentów największy akcent należy położyć na perspektywę rozwoju i szanse na zatrudnienie po odbyciu okresu przewidzianego w programie. Kolejny krok to publikacja ogłoszenia w odpowiednich źródłach. Korzystając z platformy rekrutacyjnej takiej jak eRecruiter, jednym kliknięciem publikujemy na wybranych przez siebie stronach, m.in. na portalach rekrutacyjnych, w zakładce „Kariera i Oferty Pracy” na firmowej stronie oraz w wybranych mediach społecznościowych – podkreśla Marcin Sieńczyk, dyrektor zarządzający eRecruitment Solutions.

Nowoczesny pracodawca, dla którego liczy się opinia kandydatów, nie powinien również zapominać o jakości firmowej strony www i zakładki „Kariera”. Jeśli prowadzona jest niedbale, a zamieszczone oferty są nieaktualne, to zapewne kandydat nie wyśle do danej firmy swojej aplikacji. Dobrze, jeśli obok bieżących ofert pracy taka zakładka posiada również część poświęconą stażom i praktykom. To dowód na stałe zainteresowanie firmy taką formą współpracy, a nie tylko sposób na wypełnienie luki etatowej, na przykład w okresie urlopowym.

Student idzie na pierwszą rozmowę

Przedstawicielka Poczty Polskiej podkreśla, że rozmowa kwalifikacyjna powinna przede wszystkim opierać się na sprawdzeniu motywacji, zainteresowań i pomysłów na karierę kandydatów. Właśnie to w dużej mierze determinuje późniejsze odnalezienie się w roli stażysty i skuteczne realizowanie zadań. Ponadto, po tym jak przedstawimy nasze wymagania oraz perspektywy dalszego rozwoju, warto przyszłym stażystom dać możliwość samodzielnego wskazania, jak mogą wykorzystać wiedzę zdobytą podczas studiów. Warto podkreślić, że programy stażowe stanowią dla nas także dodatkową wartość. Stażysta, nawet jeśli ostatecznie nie zostanie u nas w firmie, a będzie miał poczucie dobrze i owocnie spędzonego czasu, może stać się naszym ambasadorem – dodaje przedstawicielka Poczty Polskiej.

Cenny finał stażu

Dobrze zorganizowany staż to również staż właściwie zakończony. Nawet jeśli ostatecznie nie zakończy się zatrudnieniem kandydata, rekruterzy powinni pozostać z nim w stałym kontakcie. Dobrą praktyką jest przesyłanie informacji o tym, co dzieje się w firmie i zapraszanie do nowych rekrutacji. Platformy rekrutacyjne takie zaproszenia generują bez dodatkowych kosztów i niemal automatycznie. CV kandydatów zachowywane jest w bazie i mamy do nich bezpośredni dostęp – podkreśla przedstawiciel eRecruitment Solutions. Cennym źródłem informacji o jakości staży są ankiety on-line, które kandydaci wypełniają po ich odbyciu. To bezcenne źródło wiedzy, na co zwracać uwagę i jak zachęcić przyszłych kandydatów do aplikowania.

Rekrutacja stażystów to nie tylko poszukiwanie najlepszych kandydatów na rynku. Właściwie przeprowadzony proces wyboru kandydatów oznacza z jednej strony troskę firmy o candidate experience, a z drugiej skuteczne narzędzie z obszaru employer branding. Najlepsi stażyści trafią do tych, którzy będą potrafili wyjść naprzeciw oczekiwaniom młodego pokolenia, tworząc atrakcyjne i ciekawe oferty. A tym samym utrwalą wizerunek pracodawcy gwarantującego rozwój kariery, który szanuje kandydata i pracownika na każdym etapie kontaktu i współpracy.

NIK o ściekach z uzdrowisk

Działalność części uzdrowisk – wbrew ich nazwie – zagraża naturze. Wytwarzane po zabiegach ścieki, błędnie traktowane jak komunalne lub bytowe, trafiają do środowiska. Tymczasem eksperci są pewni, że siarczany i chlorki pochodzące z zakładów leczniczych to ścieki przemysłowe, które nieodpowiednio odprowadzane niszczą kanalizację i degradują środowisko. NIK przed sezonem letnim podpowiada, na co warto zwrócić uwagę, aby kuracjusze jeszcze przez wiele lat mogli korzystać nie tylko z zabiegów, ale i z uroków natury.

W Polsce funkcjonuje 45 uzdrowisk. Z roku na rok z ich usług korzysta coraz więcej osób: w 2012 r. było to już ponad 670 tys. kuracjuszy. Po przeprowadzanych zabiegach z wykorzystaniem wód leczniczych powstają tzw. ścieki pokąpielowe, które mogą zawierać szkodliwe dla środowiska związki i substancje chemiczne (w Polsce największą popularnością cieszą się tzw. kąpiele siarczkowe – zabiegi z wykorzystaniem wód leczniczych zawierających związki siarki i chloru). Takie ścieki należy – zdaniem naukowców – kwalifikować jako ścieki przemysłowe, badać ich skład i, w zależności od stopnia inwazyjności, odpowiednio oczyszczać. Część ścieków rzeczywiście będzie można zaliczyć do mało inwazyjnych i w kontrolowany sposób wpuścić do kanalizacji komunalnej, jednak bezpiecznie dla środowiska można to zrobić dopiero po odpowiednim przebadaniu próbek. NIK wskazuje, że są uzdrowiska, które tego nie robią, uznając bezdyskusyjnie i bezproblemowo – bez żadnych ekspertyz – ścieki wypływające z sanatoriów za komunalne.

Najwyższa Izba Kontroli negatywnie ocenia fakt, że skontrolowane gminy uzdrowiskowe i ich przedsiębiorstwa wodociągowo – kanalizacyjne nie dbały kompleksowo o odpowiedni, dostosowany do zawartości i uciążliwości dla środowiska, sposób odprowadzania i pozbywania się ścieków po zabiegach sanatoryjnych. Tylko niektóre gminy podejmowały działania, zmniejszające uciążliwość ścieków dla środowiska.

Zabiegi z wykorzystaniem wód leczniczych, zawierających liczne związki chemiczne (głównie chloru i siarki), które mogą negatywnie wpływać na środowisko, wykonywano we wszystkich skontrolowanych przez NIK sześciu gminach uzdrowiskowych (Ciechocinek, Busko – Zdrój, Solec – Zdrój, Krynica Zdrój, Solina, Jelenia Góra). Tylko w dwóch gminach, w Ciechocinku i w Solcu, zbudowano odrębne sieci kanalizacyjne, doprowadzające ścieki pokąpielowe do oczyszczalni, w których podczyszczano je do parametrów pozwalających na ich wprowadzenie do środowiska naturalnego. Pozostałe gminy błędnie kwalifikowały ścieki pokąpielowe do bytowych i wysyłały je do kanalizacji i oczyszczalni komunalnych. W rezultacie nieoczyszczone ze szkodliwych siarczanów i chlorków wody trafiały do środowiska, powodując jego degradację.

Np. w Busku – Zdroju Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej do jesieni 2013 r. przyjmowało ścieki z uzdrowisk, mimo iż z trzech różnych analiz (przeprowadzanych w latach 2010 – 2013) jasno wynikało, że nie mogą one trafiać do kanalizacji komunalnej. W opiniach wprost napisano, że ścieki pokąpielowe, charakteryzujące się wysokimi stężeniami chlorków i siarczanów, powodują korozje betonu, studzienek żelbetonowych i kanałów miejskiej sieci kanalizacyjnej.

W trzech pozostałych gminach (Krynica Zdrój, Solina i Jelenia Góra) problemu ścieków po zabiegach sanatoryjnych w ogóle nie zauważano. Wszystkie ścieki łącznie, bez badania ich składu i bez analizy wpływu na środowisko były po prostu kanalizacją miejską wprowadzane do oczyszczalni komunalnych, gdzie mieszano je z innymi ściekami. W gminach tych nie planowano żadnych rozwiązań – budowy, rozbudowy, ani modernizacji – które miałyby na celu zorganizowanie gospodarki ściekowej, uwzględniającej oczyszczanie ścieków pokąpielowych.

Schemat niewłaściwego przekazywania ścieków pokąpielowych

Gospodarowanie ściekami „na dokument”

Przed uzyskaniem statusu uzdrowiska gmina zobowiązana jest przygotować odpowiednie dokumenty, w tym  tzw. operat uzdrowiskowy, w którym wskazuje m.in. informacje o ujęciach wody, sieci wodociągowo-kanalizacyjnej, oczyszczalniach ścieków, gospodarce odpadami oraz o ewentualnych zagrożeniach ekologicznych. W dokumentacji trzech gmin: Jelenia Góra, Krynica-Zdrój i Solina, problematyki ścieków po zabiegach sanatoryjnych w ogóle nie uwzględniono. Gminy te potraktowały ścieki z sanatoriów jak wszystkie inne zanieczyszczenie komunalne. Na przykład w operacie uzdrowiskowym gminy Krynica-Zdrój zaznaczono, że ścieki dopływające do oczyszczalni są typowymi ściekami bytowo-gospodarczymi powstającymi w gospodarstwach domowych i obiektach użyteczności publicznej.

Problem ścieków pokapielowych dostrzeżono w dokumentach uzdrowiskowych Ciechocinek, Busko-Zdrój i Solec-Zdrój. Opisano sposób ich odprowadzania i oczyszczania. Np. w gminie Solec-Zdrój ścieki z sanatoriów tłoczono do stawu retencyjnego ścieków pokąpielowych, a następnie po napowietrzeniu i wymieszaniu do stawu sedymentacyjnego ścieków komunalnych, w którym nieczystości opadają na dno. Mieszanina oczyszczonych ścieków komunalnych i pokąpielowych trafiała do rzeki Rzoski. W Ciechocinku natomiast jest dwutorowy system kanalizacji: oprócz kanalizacji sanitarnej, przeznaczonej dla typowych ścieków komunalnych, działa kanalizacja solankowa, która odprowadza solankę z 15 sanatoriów na teren oczyszczalni, gdzie wybudowano specjalny reaktor do jej oczyszczania. Oczyszczone ścieki odprowadzane są bezpośrednio z oczyszczalni do rzeki Wisły.

Natomiast dokumenty gminy Busko – Zdrój zawierały nierzetelne informacje o rozdzieleniu w gminie ścieków po zabiegach od komunalnych. Stwierdzono w nich, że od 1991 r., kiedy została wybudowana oczyszczalnia ścieków pokąpielowych, odseparowano nieczystości z uzdrowisk od komunalnych, pochodzących z miasta. NIK ustaliła jednak, że do 2013 r. gminne przedsiębiorstwo wodociągowo-kanalizacyjne przyjmowało ścieki z sanatoriów. Działo się tak dlatego, że nie wszystkie sanatoria mogły odprowadzać ścieki pokąpielowe do dedykowanej im oczyszczalni, bo nie miały właściwej infrastruktury technicznej. 

Dokładna kontrola tylko dla chętnych

Sprawdzeniu poddawane są także ścieki już wychodzące z oczyszczalni – jakiemu, to zależy obecnie tylko i wyłącznie od deklaracji oczyszczalni. Kontrola NIK wykazała, że jedynie Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Ciechocinku oraz gmina Solec-Zdrój, we wnioskach o uzyskanie pozwoleń wskazały, że będą odprowadzać do środowiska ścieki pozabiegowe z sanatoriów. Taka deklaracja skutkowała nałożeniem obowiązku kontroli oczyszczonych ścieków minimum raz na dwa miesiące, pod kątem zawartości m.in. chlorków i siarczanów, czyli takiej, jaką przechodzą ścieki przemysłowe.

W pozostałych czterech gminach wnioskowano o wydanie pozwoleń na odprowadzanie do środowiska (czyli np. do rzek) tylko ścieków komunalnych. Oczyszczalnie nie wskazywały, iż będzie to mieszanina ścieków bytowych i ścieków pokąpielowych, pochodzących z sanatoriów. Tym samym źle sklasyfikowane ścieki z zakładów leczniczych zaliczone do nieczystości komunalnych, nie musiały już być kontrolowane pod kątem obecności w nich wielu szkodliwych związków chemicznych.

Część gmin nie przeprowadzała badań ścieków pod kątem zawartości m.in. chlorków i siarczków, bo bezsprzecznie uznawała je za komunalne, a nie za przemysłowe. Na przykład Wójt Gminy Solina, podczas prowadzonej kontroli NIK, stwierdził, iż udział ścieków przemysłowych w ściekach komunalnych odprowadzanych przez poszczególne zakłady lecznicze, jest tak znikomy (średnio ok. 1,5 proc.), że nie ma żadnego wpływu na jakość i stopień oczyszczenia ścieków w oczyszczalni. Jednak zdaniem NIK do kwalifikowania ścieków pokąpielowych jako przemysłowych nie ma znaczenia ich ilość. Wystarczy odrobina ich w ściekach wytwarzanych w uzdrowiskach i już nazywamy je ściekami przemysłowymi, które obowiązkowo trzeba badać pod kątem obecności zawartych w nich związków chemicznych. Podobnego zdania są też poproszeni o opinię eksperci zewnętrzni.

Podwójna strata bez ekspertyz

NIK uważa, że błędne klasyfikowanie ścieków pozabiegowych jako komunalne powoduje, że przedsiębiorstwa zajmujące się ich odprowadzaniem i oczyszczaniem zawierają niewłaściwe umowy z zakładami leczniczymi. Na ich podstawie sanatoria nie mają obowiązku zgłaszania np. składu chemicznego ścieków. Zdaniem NIK obowiązek określenia, jakie ścieki przyjmowane są do kanalizacji, leży po stronie zakładów odbierających. Dlatego powinny one jak najszybciej zakwalifikować ścieki sanatoryjne jako przemysłowe i zagwarantować sobie tym samym możliwość badania ich pod kątem zawartych w nich związków chemicznych. Brak informacji o faktycznej ilości oraz składzie chemicznym ścieków produkowanych przez sanatoria i wprowadzanych do kanalizacji uniemożliwia sprawdzenie ich wpływu na urządzenia kanalizacyjne oraz oczyszczające. A jak pokazały analizy przeprowadzone w Busku – Zdroju, niszczą one m.in. kanalizację. W takiej sytuacji przedsiębiorstwa kanalizacyjne tracą podwójnie. Narażają się na uszkodzenia studzienek i rur, a do tego pobierają mniejsze opłaty za odprowadzanie i oczyszczanie ścieków klasyfikowanych jako komunalne. Odprowadzanie ścieków przemysłowych jest bowiem droższe. Na przykład w 2014 r. w gminie Solec – Zdrój stawka opłat za odprowadzenie 1 m3 ścieków komunalnych wynosiła 7,50 zł, natomiast za 1 m3 ścieków pokąpielowych 17,61 zł.

Wnioski

Zdaniem NIK, aby poprawić gospodarowanie ściekami pokąpielowymi w gminach uzdrowiskowych, niezbędne jest, aby Minister Zdrowia uzależniał wydanie decyzji potwierdzającej możliwość prowadzenia lecznictwa uzdrowiskowego od wykazania właściwie prowadzonej gospodarki ściekami po zabiegach leczniczych.

Sprawę może pomóc unormować także właściwe klasyfikowanie ścieków sanatoryjnych jako przemysłowe. To spowoduje obowiązek analizy ich składu i w zależności od wyników umożliwi dobór odpowiedniego sposobu oczyszczania. Dzięki takiej klasyfikacji gminy będą świadome tego, co na ich – uzdrowiskowym przecież terenie – trafia do oczyszczalni, a następnie do środowiska.

Analiza stwierdzonych nieprawidłowości wskazuje ponadto na potrzebę zmian w obowiązującym prawie. W związku z tym Najwyższa Izba Kontroli wnioskuje o:

  1. Opracowanie przez Ministra Infrastruktury i Rozwoju projektu nowelizacji ustawy o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków, zobowiązującej dostawców ścieków przemysłowych do wykazania przed podpisaniem z przedsiębiorstwem wod-kan. umowy na odprowadzanie ścieków, rodzaju substancji w nich zawartych i uzyskania odpowiedniego pozwolenia w przypadku występowania w ściekach przemysłowych substancji szczególnie szkodliwych dla środowiska wodnego.
  2. Opracowanie przez Ministra Środowiska projektu nowelizacji ustawy Prawo wodne, która zobowiąże instytucje wnioskujące o pozwolenie na odprowadzanie do wód lub do ziemi, ścieków komunalnych stanowiących mieszaninę ścieków bytowych i przemysłowych, do określenia rodzaju i stężenia substancji występujących w odprowadzanych do urządzeń kanalizacyjnych ściekach przemysłowych.

Zdaniem Eksperta

Najwyższa Izba Kontroli zleciła ekspertyzę dotyczącą ścieków pokąpielowych pochodzących z sanatoriów. Zdaniem prof. dr hab. Elżbiety Bezak – Mazur i dr. hab. inż. Mikołaja Sikorskiego z Politechniki Świętokrzyskiej w Kielcach, ścieki pokąpielowe należy bezsprzecznie zaliczyć do ścieków przemysłowych.

Ścieki pokąpielowe, w których obecne są silnie zmineralizowane wody, wykazują wysokie zawartości substancji mineralnych, w tym chlorków i siarczanów. Eksperci zauważają, że tym samym – w  zależności od stężenia – w różny sposób oddziałują na środowisko i żyjące w nim organizmy.

Chlorki obecne w wodach na przykład mogą negatywnie wpływać na kondycję osób chorych na serce, a także mogą powodować (od stężenia 250 mg/l) toksyczne, zarówno dla roślin wodnych jak i podlewanych taką wodą, zasolenie. Poza tym chlorki działają korozyjnie np. na metal i beton.

Natomiast oddziaływanie siarczanów na organizmy żywe uzależnione jest od formy chemicznej. Toksyczne są rozpuszczalne połączenia siarczanów z metalami ciężkimi, niektóre siarczany np. niklu mają działanie rakotwórcze. Przyczyniają się one także do zasolenia gleby. Jony siarczanowe powodują również korozję betonu.

Sfinks Polska chce przyciągnąć klientów nowymi daniami oraz wyszkolonym personelem. Spółka liczy na to, że inwestycja przełoży się na zyski

0

Sfinks Polska zamierza inwestować w szkolenia dla pracowników oraz sukcesywnie uzupełniać menu w restauracjach nowymi potrawami. Spółka liczy na to, że dzięki lepszej ofercie zyska nowych klientów.

Sfinks Polska miał w ubiegłym roku dobre wyniki. Przychody spółki były wprawdzie niższe o prawie 6 mln zł niż rok wcześniej i wyniosły niespełna 170 mln zł. Zysk netto przekraczał jednak 34,5 mln zł przy ponadmilionowej stracie rok wcześniej. Takie korzystne wyliczenia miały jednak charakter wyjątkowy i wynikały ze skorygowania raportu, w którym wcześniej zysk netto nie sięgał  nawet 14 mln zł.

Nową prognozę podaliśmy dlatego, że ze względu na wyniki, badania po czwartym kwartale,  po dyskusjach z audytorem okazało się bowiem, że powinniśmy skorygować wpływ zdarzeń jednorazowych w tym roku na wynik Sfinksa tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska. – W związku z czym ten wynik poprawił się o ponad 20 mln w tym roku. Natomiast te wydarzenia już nie wpłyną w przyszłym roku na wynik Sfinksa.

Notowany na GPW od 2006 roku Sfinks Polska prowadzi w Polsce sieć 108 restauracji. Większość pod marką Sphinx, a poza nią WOOK oraz Chłopskie Jadło. Spółka stawia na jakość obsługi i oferty. Liczy na to, że dzięki zwiększeniu budżetu na szkolenia personelu i wprowadzaniu do menu nowych potraw osiągnie lepsze wyniki.

W Sfinks Polska mieliśmy bardzo pracowity rok  mówi Sylwester Cacek. Po testowaniu wkładek z nowościami w 2013 roku bardzo rozbudowaliśmy tę formę promocji w 2014 roku. Jak widać, przynosiła ona dobre efekty, bo udało nam się uzyskać dosyć duży udział sprzedaży nowości. Wiadomo, że jak nowości, to cena i marża są lepsze, klient jest bardziej zadowolony, a sprzedaż jest większa, to na pewno budowało nasz wynik.

Wśród podejmowanych działań szkoleniowych prezes Sfinks Polska wymienia zarówno te obejmujące personel kuchenny, personel na sali, jak i działających w spółce restauratorów. Dla nich stworzono program „Cook” obejmujący egzaminowanie, certyfikowanie i rozwój zawodowy.

Jeżeli chodzi o szkolenia, to jest mnóstwo zależności między jakością naszej oferty i zadowoleniem klienta. Zależności nie wynikają z samej jakości, ale z oferty, z tego jak ona jest podawana, pokazywana. Z roku na rok przeznaczanym coraz więcej pieniędzy na szkolenia. Wykonujemy bardzo dużo prac od roku, od półtora jeżeli chodzi o szkolenia personelu kuchennego, jest akademia kulinarna, to zaczyna całkiem fajnie wyglądać.

Spółka promuje też pomysły samych pracowników. Dzięki ich inwencji możliwe stało się uzupełnienie oferty sieci.

Coraz więcej kucharzy włącza się w tworzenie nowych dań dla całej sieci, co jeszcze kilka lat temu było praktycznie niemożliwe podkreśla prezes Sylwester Cacek ze Sfinks Polska.Teraz rozpoczął się program pracy z restauratorami w zakresie ich rozwoju zawodowego, ten program będzie kontynuowany. Jeżeli chodzi o resztę personelu, to przygotowaliśmy dla nich długoletni program szkolenia, który jest ciągle modyfikowany i coraz bardziej precyzyjnie układany, dzięki czemu jego poziom nieustannie się podnosi. Zapewniam, że będzie to widać w restauracjach.

Inea chce w tym roku podwoić liczbę indywidualnych abonentów z dostępem do szerokopasmowego internetu

0

CEO Magazyn Polska

Świadcząca usługi dostępu do sieci przez kable światłowodowe spółka Inea od miesiąca prowadzi sprzedaż oferty pozwalającej na komunikację elektroniczną o prędkości do 500 Mb/s. Między innymi dzięki niej firma chce w br. dwukrotnie zwiększyć liczbę korzystających z jej usług abonentów. Spółka rozbudowuje także sieć szerokopasmową, aby coraz większe obszary znajdowały się w jej zasięgu. We współpracy z Play rozwijać będzie również sprzedaż pakietową.

W założeniach oferta FTTH 500 Mb/s, którą w tej chwili wprowadzamy na rynek [z ang. Fiber To The Home – szerokopasmowe usługi teleinformatyczne dla użytkowników indywidualnych – red.], ma na celu zwiększenie możliwości naszych abonentów w dostępie do internetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Kosiński, prezes zarządu spółki Inea. – W internetowej komunikacji obecnie decydująca z jednej strony staje się prędkość, z drugiej – możliwość jednoczesnej obsługi coraz większej liczby urządzeń. Przeciętna, statystyczna rodzina to 3,5 człowieka, 3,5 telefonu komórkowego, jeden albo dwa tablety i dwa telewizory. Media zdecydowanie poszły w kierunku komunikacji elektronicznej, przez internet. Ściągnięcie na te wszystkie urządzenia obrazów w jakości HD wymaga już setek megabajtów.

W tej chwili z tej nowej oferty spółki, jak informuje jej prezes, może skorzystać 70 tys. abonentów, z których 20 tys. już podpisało umowę.

Natomiast w br. będziemy dalej budować sieci FTTH i chcemy te liczby podwoić – prognozuje Janusz Kosiński. – Planujemy, że pod koniec roku z oferty będzie mogło korzystać 150 tys., z czego 40-50 tys. osób będzie z niej korzystało.

Szybki internet, jak przekonuje Kosiński, daje możliwość bardziej komfortowego korzystania ze wszystkich usług, które mogą za jego pośrednictwem być świadczone.

Abonent indywidualny nie powinien zastanawiać się nad tym, czy może pójść zrobić herbatę podczas meczu, czy ominie go bramka, czy nie, po prostu bierze tablet lub telefon i transmisję ogląda dalej tam, gdzie zamierza się udać – zauważa Kosiński. – Natomiast abonent biznesowy chce mieć doskonałe jakościowo łącze w obie strony: wysyłać i korzystać z dobrodziejstw internetu. Łącze symetryczne to dla niego podstawa. Jedynie światłowód daje obecnie możliwość takiej nieograniczonej komunikacji.

Jako przewodowy operator telekomunikacyjny spółka nie ma własnej infrastruktury mobilnej. Usługi tego rodzaju dostępu do sieci świadczy we współpracy z Play.

Z końcem ubiegłego roku zmieniliśmy partnera, co nam wyszło nam na dobre, bo dzisiaj mamy ofertę, która konkuruje z innymi – wskazuje Kosiński. – Dzisiaj ponad 20 tys. abonentów korzysta z internetu mobilnego, a pięć tys. także z telefonii. Jest, co prawda, pewien rodzaj oporu, ludzie zastanawiają się czy operator telewizji kablowej jest w stanie dostarczyć telefonię mobilną i taki internet. Pytają, czy to będzie działało. Mamy więc do przełamania opór psychologiczny. Natomiast podstawowa bariera, czyli cena, dzięki ofercie i współpracy z Play została złamana i widzimy już duży, dynamiczny wzrost.

Spółka będzie zatem w przyszłości rozwijać ofertę łączoną.

Cieszy się ona dobrym odbiorem ze względu na to, że po pierwsze, abonent otrzymuje jedną fakturę, czyli bez względu na to, czy usług jest pięć, czy dziesięć, wszystkie rozliczane są jednym dokumentem – zapewnia Janusz Kosiński. – Po drugie, z racji tego, że używamy tylko jednej infrastruktury kolejna usługa nie jest już obarczona kosztem korzystania z pierwszej, czyli może być korzystniejsza cenowo. Obecnie wspólnie z Play pracujemy nad ofertą telefonii mobilnej i takiego internetu jako kolejnej usługi w paczce oprócz komunikacji stacjonarnej i telewizji. Na razie jednak nie mogę zdradzać szczegółów.

W świetle publikowanych niedawno na rzecz Komisji Europejskiej raportów Digital Agenda for Europe Polska jest jednym z najmniej zinformatyzowanych krajów Unii Europejskiej. Pod względem penetracji łączy szerokopasmowych (liczba na 100 mieszkańców) znajduje się na przedostatnim miejscu w Europie i wyprzedza tylko Rumunię.

P. Kuczyński (Xelion): Można spodziewać się potwierdzenia niewielkiej podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. W przesłuchaniu szefowej Fed najciekawsze będą jednak pytania

W pierwszej połowie roku oczekiwane jest nieznaczne podniesienie poziomu stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. W dążeniu do podwyżki Rezerwę Federalną może jednak powstrzymywać obawa przed deflacją. Na pewną wstrzemięźliwość członków FOMC w zacieśnianiu polityki pieniężnej wskazywać mogą opublikowane w ubiegłym tygodniu zapiski z posiedzenia komitetu. Wystąpienie szefowej Fed nie będzie niespodzianką, bo jego treść upubliczniana jest wcześniej. Ciekawsza może być sesja pytań, podczas której dziennikarze i analitycy będą chcieli uzyskać sugestie dotyczące skali podwyżki i momentu jej wprowadzenia.

Najbardziej interesująca w przemówieniu szefa Rezerwy Federalnej jest sesja pytań i odpowiedzi, podczas której zawodowcy, analitycy, dziennikarze, starają się uzyskać bardziej konkretne informacje – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Oczywiście wszystkich najbardziej interesuje to, jak szybko nastąpi podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych oraz jaka będzie jej skala. Szefowa Fed na pewno nie powie, kiedy podniesie i o ile. Może jedynie zasugerować, czy stanie się to szybciej, czy wolniej, czy wzrost będzie większy, czy mniejszy.

Zdaniem Piotra Kuczyńskiego wystąpienie szefowej Fed będzie raczej neutralne dla rynków. Jego zdaniem Janet Yellen potwierdzi raczej to, o czym Rezerwa Federalna już wcześniej informowała: że podwyżka nastąpi pod koniec pierwszej połowy roku i będzie nieznaczna.

Do tego wszyscy są już przyzwyczajeni, więc gdyby rzeczywiście zapowiedź taka została powtórzona przez szefową Fed, byłoby to całkowicie neutralne – tłumaczy Kuczyński. – Rynki będą czekały szczególnie na wtorkowe wystąpienie. Środowe prawdopodobnie niewiele będzie się różniło. Chyba że rynki źle odczytają sugestie szefowej Rezerwy Federalnej. Wówczas Janet Yellen będzie mogła następnego dnia doprecyzować swój wcześniejszy komunikat.

Jak pod koniec stycznia podał amerykański Departament Handlu w pierwszym wyliczeniu PKB Stanów Zjednoczonych w czwartym kwartale ubiegłego roku wzrósł o 2,6 proc. (w ujęciu zanualizowanym), mniej niż oczekiwali analitycy, którzy spodziewali się wzrostu o 3 proc. Warto jednak pamiętać o tym, że to odczyt wstępny, a rewizja w przypadku amerykańskich danych może być znacząca. W trzecim kwartale wzrost bowiem wyniósł ostatecznie o 5 proc., tymczasem podczas pierwszego odczytu podano 3,5 proc., a po pierwszej rewizji – 3,9 proc.

Problemem gospodarki amerykańskiej jest to, że rozwija się ona co prawda dosyć szybko, jak na tak olbrzymi organizm, ale ma niską inflację – zauważa Kuczyński. – W Europie jest już deflacja, w Stanach sytuacja coraz bardziej zmierza w kierunku dezinflacji, czyli inflacji bardzo małej, poniżej 1 proc. W Chinach też wskaźnik ten oscyluje poniżej 1 proc., co jest wręcz niespotykane. To może zatrzymać dążenia Fed do podniesienia stóp procentowych. Obawa przed deflacją jest potężna, a bankierzy centralni boją się jej bardziej niż wzrostu cen.