MAC: Do września 140 usług administracji dostępnych online. Głosowanie przez internet na razie niemożliwe

Już na przełomie marca i kwietnia Polacy mają zyskać dostęp online do 30 usług administracji państwowej. Docelowo do września platforma ePUAP ma obejmować 140 usług, dzięki czemu znacznie rzadziej trzeba będzie odwiedzać urzędy. Nie zmieni się jednak sposób głosowania – w najbliższym czasie nie będzie ono możliwe przez internet.

Jest wiele usług, które będą zastępowane, może nie w całości, ale będzie możliwość załatwienia ich także drogą elektroniczną: od wniosku o wydanie dokumentu tożsamości, prawa jazdy, dowodu rejestracyjnego czy dowodu osobistego, po zgłoszenie utraty dokumentu. Do tego będzie służyć platforma cyfrowa ePUAP – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji.

Pierwsze 30 usług administracji państwowej będzie udostępnione na przełomie marca i kwietnia. Kolejne będą dodawane w kolejnych miesiącach, ale jeszcze w tym roku. Jak zapowiada Halicki, do września katalog usług w platformie ePUAP ma obejmować 140 funkcji.

Nie będzie wśród nich jednak głosowania przez internet. Halicki zwraca uwagę na to, że ta czynność wymaga szczególnego bezpieczeństwa. Głosowanie przez internet jest możliwe w Estonii, gdzie ta metoda zyskuje na popularności. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych w 2011 r. przez internet zagłosowało 140 tys. osób (ponad 24 proc. wszystkich głosów), niemal pięciokrotnie więcej niż w 2007 r. Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE w raporcie zauważyło jednak pewne niedociągnięcia prawne oraz związane z przejrzystością tego sposobu głosowania.

W kilku innych europejskich krajach (m.in. w Finlandii i Irlandii) próbowano wprowadzić głosowanie przez internet za pomocą terminali umieszczonych w lokalach wyborczych, ale z uwagi na problemy techniczne i kwestie bezpieczeństwa programy zawieszono.

Głosowanie przez internet na pewno jest przyszłością, ale powiem szczerze, że dzisiaj ‒ chociażby z powodu bezpieczeństwa  pomysłem pewnie raczej nie do zrealizowania na powszechną skalę. Wiedząc o tym, że świat idzie w kierunku cyfryzacji, myślę, że nasze wybory powinny pozostać w tym kształcie, jaki mamy dziś, czyli urna, wrzucenie kartki, trochę więcej uwagi i godności przy tym powinno się ostać – ocenia Halicki.

Minister administracji i cyfryzacji dodaje, że by ePUAP był skutecznie i powszechnie wykorzystywany, musi poprawić się zasięg internetu w Polsce. Jak wynika z danych Eurostatu, w 2014 r. tylko 71 proc. polskich gospodarstw domowych miało dostęp do internetu szerokopasmowego. Unijna średnia to 78 proc., a gorzej niż w Polsce jest tylko w Bułgarii, Rumunii, Portugalii, Grecji, na Litwie, w Chorwacji i na Cyprze.

Do tego niezbędne są inwestycje, a te w dużej mierze zależą od prawa. Przepisy jednak – jak przekonuje Halicki – są coraz bardziej przyjazne.

Prawo zmienia się i mam nadzieję, że jest coraz bardziej przychylne inwestorom, ale oczywiście musimy pamiętać także o bezpieczeństwie i innych aspektach z tym związanych – zastrzega Halicki. ‒ Nieustannie właściwie musimy nowelizować prawo telekomunikacyjne, bo operatorzy chcieliby szybciej i łatwiej dostarczać swoje usługi. To jest kwestia wykorzystywania możliwych obszarów, pasm przydrogowych czy obszarów leśnych pod inwestycje, takie jak właśnie sieci kablowe. Ale to jest także kwestia budowy masztów, jeżeli mówimy o usługach mobilnych.

Szef resortu administracji i cyfryzacji dodaje, że ułatwienia w dostępie do internetu nie mogą jednak postępować zbyt szybko. Równie ważne jest tu bezpieczeństwo rozumiane nie tylko jako bezpieczeństwo inwestycji, lecz także ochrona przed niebezpiecznymi treściami.

Ta wolność wymaga też odpowiedzialności i chociaż sam nie jestem zwolennikiem jakichś restrykcyjnych przepisów, to na pewno jest to również kwestia bezpieczeństwa oraz odpowiedzialnego użytkowania sieci – przekonuje Halicki.

Polskie wojsko buduje system odstraszania. Brakuje jeszcze okrętów podwodnych z pociskami manewrującymi

Nowe okręty podwodne wyposażone w pociski manewrujące wraz z pociskami JASSM w samolotach F-16 i rakietami ziemia-ziemia Homar zmienią potencjał polskiego wojska. Także przekazanie technologii wraz ze sprzętem kupowanym zagranicą polskim zakładom przemysłu obronnego poprawi możliwości militarne kraju, a do tego wpłynie korzystnie na gospodarkę.

‒ Polska już poczyniła pewne kroki, żeby mieć elementy systemu odstraszania. 15 grudnia 2014 r. podpisano porozumienie o pozyskaniu 40 amerykańskich pocisków JASSM do samolotów F-16 o zasięgu 370 km. W planach jest również pozyskanie trzech okrętów podwodnych wyposażonych w pociski manewrujące. Rozpoczęto także realizację programu Homar z udziałem polskich firm, którego celem jest wyprodukowanie w Polsce rakiet ziemia-ziemia o zasięgu 300 km – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr hab. Paweł Soroka, koordynator Polskiego Lobby Przemysłowego. ‒ Gdyby się udało w najbliższych dziesięciu, może kilkunastu latach zakończyć te programy, to stworzylibyśmy polską triadę odstraszającą.

W skład polskiego systemu odstraszania, poza pociskami manewrującymi JASSM dla F-16 oraz rakietami ziemia-ziemia Homar, które będą produkowane w Hucie Stalowa Wola na licencji Lockheed Martin, wejdą także pociski manewrujące na okrętach podwodnych. W ramach programu Orka rząd planuje wydać 7,5 mld zł na trzy okręty, które zgodnie ze stanowiskiem MON mają być zakupione razem z pociskami manewrującymi.

Pociski manewrujące umożliwiają atak z okrętu podwodnego na cele naziemne na terytorium wroga nawet kilkaset kilometrów od wybrzeża. Profesor Soroka zwraca uwagę na to, że Polska byłby jedynym państwem Europy Środkowo-Wschodniej o tak silnym potencjale odstraszającym. System ten wzmocniłby także rolę naszego kraju jako państwa granicznego NATO.

Byłoby dobrze, gdybyśmy pozyskując nowe okręty podwodne, jednocześnie nabyli rakiety manewrujące, bo wtedy można wynegocjować lepsze warunki zarówno przemysłowe, jak i finansowe. Poza tym skróciłby się proces nadania okrętom pełnych zdolności bojowych – podkreśla prof. Soroka. ‒ NATO posiada system odstraszania na czele z amerykańskim. Myślę, że z jednej strony powinniśmy być włączeni do systemu odstraszania NATO jako sojusznik, ale z drugiej strony powinniśmy mieć zdolności autonomiczne.

Według niego niezależność w wykorzystaniu systemu odstraszania byłaby szczególnie ważna w sytuacjach kryzysowych, kiedy mogłoby zabraknąć czasu lub możliwości, by polegać na współpracy z NATO.

Profesor dodaje, że nowe okręty podwodne wzmocnią potencjał polskiego wojska także w innych obszarach.

Nowy sprzęt to nowe zdolności, nie mają ich okręty, które posiadamy. Mamy jeszcze pięć okrętów podwodnych. Cztery to Kobbeny, które niebawem  zejdą z wyposażenia. Jest jeszcze stosunkowo nowoczesny „Orzeł” klasy Kilo, ale wszystkie one są uzbrojone tylko w torpedy – podkreśla prof. Soroka. ‒ Wraz z nowym sprzętem pojawią się też inne możliwości, np. desantowanie z okrętów podwodnych oddziałów specjalnych. Mam nadzieję, że to będzie zupełnie nowa generacja okrętów, wyposażona w napęd niezależny od powietrza atmosferycznego. Takie okręty podwodne mogą nie wypływać na powierzchnię nawet przez 2-3 tygodnie.

W postępowaniu, jak przekonuje prof. Soroka, trzeba brać pod uwagę także aspekt polonizacji, czyli transferu technologii do Polski i produkcji przynajmniej części wyposażenia tych okrętów, a może nawet ich montażu w kraju. Dzięki temu co najmniej dwa z trzech okrętów mogłyby powstać w pewnym stopniu w Polsce, a nabyte w ten sposób kompetencje byłyby przydatne podczas 20-30-letniego okresu ich użytkowania.

Ekspert podkreśla, że zdolność samodzielnej obsługi technicznej okrętów i ich remontowania to nie tylko większe bezpieczeństwo, lecz także korzyści dla gospodarki. Dzięki przeniesieniu produkcji i serwisowania do Polski powstaną nowe miejsca pracy, a duża część z wydanych środków pozostanie lub wróci do kraju.

W styczniu przybyło ludzi bez pracy. W 2015 r. możliwy jednak spadek stopy bezrobocia poniżej 10 proc.

Mimo że bezrobocie w styczniu prawdopodobnie wzrosło, będzie to najwyższy odczyt w ciągu całego roku – uważa główna ekonomistka Raiffeisen Polbank. Początek roku zwykle przynosi spadek zatrudnienia, jednak w kolejnych miesiącach można oczekiwać, że stopa bezrobocia spadnie w Polsce poniżej 10 proc.  

W styczniu bez pracy mogło być nawet 12 proc. obecnych na rynku Polaków, o pół punktu procentowego więcej niż w grudniu. To jednak efekt związany z porą roku, który już za miesiąc-dwa powinien zacząć zanikać.

Bezrobocie w styczniu najprawdopodobniej będzie dalej podlegało przede wszystkim sezonowemu wzorcowi, czyli klasycznej zależności, że na przełomie roku, w związku z okresem zimowym i wygaszeniem wielu prac w branżach sezonowych, bezrobocie niestety nam wzrasta. Zakładamy, że odczyt bezrobocia będzie w okolicach 11,9-12 proc.  ocenia Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka Raiffeisen Polbank.

Mimo że w tym roku nie ma srogiej zimy, to i tak w takich branżach, jak leśnictwo, rolnictwo, turystyka czy budownictwo spada zapotrzebowanie na pracowników. Poza tym z końcem roku niektórym pracownikom wygasają umowy-zlecenie, umowy terminowe, kończą się staże. Nawet spodziewany wyższy odczyt bezrobocia będzie jednak nadal znacznie niższy niż w styczniu 2014, gdy, jak podawał GUS, wynosiło ono 14 proc.

Zdaniem ekonomistki styczniowe bezrobocie powinno być najwyższe w całym roku. Kondycja polskiej gospodarki jest dobra, a wiele wskazuje na to, że powinna być coraz lepsza. PKB w 2014 roku wzrosło o 3,3 proc. W 2015 r. ten wzrost powinien być jeszcze szybszy.

– Sądzimy, że już luty przyniesie ustabilizowanie odczytu bezrobocia na poziomie z poprzedniego miesiąca [11,5 proc. – red.], natomiast począwszy od marca, będziemy mogli liczyć ponownie na regularne spadki bezrobocia, które będziemy obserwować do jesieni – uważa główna ekonomistka Raiffeisen Polbank.

To oznacza, że na rynku pracy mogą się zacząć powtarzać odczyty stopy bezrobocia z najlepszego 2008 roku, gdy w niektórych miesiącach bez pracy było mniej niż 10 proc. ludzi w Polsce.

– Efekt powinien być taki, że w perspektywie 2015 roku siła spadku stopy bezrobocia sięgnie jakieś 1,5, być może nawet 2 punktów procentowych mówi Marta Petka-Zagajewska.Utrzymanie się dynamiki PKB na poziomie powyżej 3 proc. jest czynnikiem, który bardzo mocno sprzyja redukcji bezrobocia i pozwala liczyć na to, że sytuacja na rynku pracy będzie cały czas ulegała systematycznej poprawie.

Unijne małe i średnie firmy zbyt mało eksportują. Może to zmienić umowa o wolnym handlu UE-USA

CEO Magazyn Polska

Blisko połowa małych i średnich firm w Polsce wstrzymuje rozwój eksportu, bo obawia się regulacji i procedur administracyjnych. Podobne obawy mają również przedsiębiorcy z innych państw UE. Potencjał eksportowy firm z tego sektora jest znacznie większy. Sprzedaż zagraniczną może pobudzić umowa o wolnym handlu między Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi.

Przeprowadziliśmy ankietę wśród małych i średnich przedsiębiorstw, z której wynika, że aż 45 proc. przedsiębiorstw w Polsce jest zaniepokojonych różnego typu regulacjami, które ograniczają możliwości eksportu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Penny Naas, wiceprezes firmy kurierskiej UPS ds. public affairs na region Europy, Środkowego Wschodu i Afryki. – Nawiązaliśmy współpracę z rządami krajów europejskich i Stanów Zjednoczonych, której celem jest usunięcie przeszkód hamujących współpracę. Mamy nadzieje, że regulacje prawne mogą ułatwić handel transgraniczny, szczególnie małym i średnim przedsiębiorstwom.

Z ubiegłorocznego badania „European SME Exporting Insights” wynika, że europejskie firmy z sektora MSP nie wykorzystują w pełni swoich możliwości eksportowych. Większość towarów wysyłanych za granicę trafia do innych krajów UE (w zależności od kraju to od 87 do 100 proc.). To może oznaczać, że przedsiębiorstwa potrzebują wsparcia w ekspansji na dalsze rynki. Główną przyczyną wstrzymywania się z rozwojem eksportu jest obawa o utratę lub uszkodzenie towaru, a także brak informacji o regulacjach i procedurach eksportowych.

To też zostało uznane za najważniejszą przeszkodę w eksporcie do USA. Zdaniem ekspertów porozumienie handlowe negocjowane przez UE i USA pomoże w zniesieniu barier taryfowych i ograniczeniu formalności celnych.

Widzimy znacznie więcej szans i możliwości niż zagrożeń, patrząc na kierunek transatlantycki – twierdzi Penny Naas. – Nasze gospodarki są ze sobą blisko związane. Nie możemy zapominać też o geopolitycznym znaczeniu przygotowywanej umowy o wolnym handlu TTIP [Transatlantic Trade and Investment Partnership, z ang. Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji – red.] i tym, że ścisła współpraca między Stanami Zjednoczonymi i Europą pozwoli zniwelować negatywne efekty, które ewentualnie mogą się pojawić.

Tym bardziej że USA jest najpopularniejszym kierunkiem eksportu, poza państwami europejskimi. Ten rynek wybierają najczęściej firmy z branży high-tech, przemysłu, zdrowia, handlu i motoryzacji.

Wielu eksporterów jednak, jak wynika z badania UPS, ma ograniczoną wiedzę na temat TTIP. Przedsiębiorcy nie wiedzą także, jak ta umowa może pomóc w wejściu na rynek amerykański. Świadomość jest niska na wszystkich badanych rynkach (średnio 21 proc. ankietowanych). Najszersza wiedza cechuje eksporterów niemieckich (47 proc.).

Jak przekonuje Penny Naas, umowa – przez to, że wpłynie na rozwój wymiany handlowej – będzie mieć również wpływ na rynek pracy, również Polski.

W UPS mamy przelicznik, zgodnie z którym po podpisaniu umowy o wolnym handlu na każde 22 dodatkowe przesyłki, które będą efektem tego porozumienia, przypada jedno nowe miejsce pracy – wskazuje Penny Naas. – Kiedy więc rozważamy wady i zalety TTIP, warto pomyśleć o wszystkich możliwościach przyszłego wzrostu, które pojawią dzięki współpracy między USA a Europą. Jedną z nich są właśnie nowe miejsca pracy.

Według Głównego Urzędu Statystycznego eksport Polski w ubiegłym roku wzrósł o 5,2 proc. w stosunku do 2013 roku i wyniósł 163,1 mld euro. Import zaś zwiększył się o 5,5 proc., do 165,6 mld euro. Ujemne saldo wyniosło więc ponad 2,4 mld euro wobec niecałych 2 mld euro w 2013 r.

Obecnie Polska ma zbyt niski wskaźnik eksportu zarówno do krajów europejskich, jak i do Stanów Zjednoczonych – zauważa Penny Naas. – W tym kontekście myślę o dużej liczbie potencjalnych klientów w USA. Im więcej zrobimy, żeby zintensyfikować relacje handlowe pomiędzy Stanami i Europą,  w szczególności Polską, tym więcej korzyści dla pracowników, rolników i firm, również tych małych i średnich.

W badaniu „European SME Exporting Insights” zapytano o opinię na temat regulacji dotyczących sprzedaży zagranicznej właścicieli lub dyrektorów 8144 przedsiębiorstw z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Włoch, Holandii, Francji, Polska i Belgii z branży motoryzacyjnej, medycznej, technologicznej, przemysłowej oraz handlu detalicznego. Ankieta miała na celu sprawdzenie szans rozwoju sprzedaży zagranicznej oraz zidentyfikowanie kluczowych barier i obaw z nią związanych.

Enea obniża koszty finansowania inwestycji. Koncern do 2020 roku chce wydać 20 mld zł i podwoić ilość wytwarzanej energii

0

Enea zdołała ograniczyć koszty finansowania swojego zadłużenia o 270 mln zł. Koncern realizuje zaplanowany na najbliższe pięć lat program inwestycyjny, który jest warty 20 mld zł. Dużą część środków pochłania rozbudowa elektrowni w Kozienicach.

Enea wytwarza ponad 3 tys. MW energii i ma szansę do 2020 roku podwoić tę ilość. Koncern buduje m.in. gigantyczny blok 11 w elektrowni Kozienice, który za dwa lata może dostarczać dodatkowo ponad 1 tys. MW prądu.

– Wiele inwestycji związanych jest z wytwarzaniem i budową bloku 11 – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Zamasz, prezes zarządu Enea. – To jest największy blok w kraju, w Europie, a nawet chyba na świecie. Ta jednostka to ponad 6,5 mld zł. Średniorocznie do roku 2020 około 900 mln zł wydajemy też na inwestycje dystrybucyjne, nowe sieci, nowe przyłącza i nowe stacje transformatorowe.

Enea inwestuje też w energetykę odnawialną, która za pięć lat ma wytwarzać dla niej ok. 500 MW oraz w źródła kogeneracyjne i sieci ciepłownicze, w których powstawać ma 300 MW prądu i 1,5 tys. MW ciepła.

– To powoduje, że grupa poza środkami własnymi, które generuje z przychodu, sprzedaży energii z wytwarzania czy sprzedaży energii elektrycznej, ma duże potrzeby finansowania zewnętrznego – informuje Krzysztof Zamasz. Dlatego uruchomiliśmy kolejny program obligacji. To program związany również z pozyskaniem finansowania na bieżące potrzeby.

Na początku lutego Enea wyemitowała obligacje warte 1 mld zł w ramach pierwszej puli programu emisji obligacji do maksymalnej kwoty 5 mld zł. Jak jednak podkreśla prezes, spółka bardzo pilnuje poziomu wskaźnika zadłużenia do wskaźnika EBITDA. Na koniec III kwartału 2014 r. wskaźnik ten wynosił 0,2; pod koniec cyklu inwestycyjnego w 2020 roku ma sięgać 2,5.

Permanentnie i na bieżąco restrukturyzujemy to zadłużenie, które mamy – podkreśla prezes zarządu Enea. Mamy na tyle komfortową sytuację, że możemy restrukturyzować finansowanie, które pozyskaliśmy wcześniej. Dzięki temu grupa obniżyła koszty finansowania o około 270 mln zł w ostatnim czasie. To są duże pieniądze, dlatego staramy się być bardzo aktywnym uczestnikiem również w obszarze zaciągania finansowania w bardzo przemyślany i mądry sposób.

W swym programie inwestycyjnym koncern może liczyć na pieniądze z Unii Europejskiej. Z ogólnej puli 85 mld euro przewidzianych na lata 2014-2020 na ochronę środowiska i związaną z tym modernizację energetyki trafić ma 9,1 mld euro. Z kolei 10 mld euro trafi na prace nad nowoczesnymi technologiami. Z tej puli, za pośrednictwem Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, czerpać mogą też takie spółki, jak Enea, która ze swej strony deklaruje, że chce na ten cel wydać nawet kilkaset milionów złotych.

Mamy bardzo dużo projektów innowacyjnych na przyszłe lata – zapowiada Krzysztof Zamasz. Dość mocno wchodzimy w R&D [research and development, badania i rozwój – red.], w ramach nowego rozdania i nowych środków, które poprzez NCBiR również będziemy chcieli aplikować, jako konsorcjum kilku podmiotów, zwłaszcza tych największych energetycznych. Widzimy bardzo duże możliwości i przestrzeń do ograniczenia kosztów po stronie naszej grupy oraz naszych klientów.

Polskie wędliny, słodycze i makarony popularne wśród chińskich konsumentów. Sprzedaż żywności na tym rynku ma być łatwiejsza

Rośnie sprzedaż polskiej żywności w Chinach. W gusta Chińczyków trafiają przede wszystkim producenci słodyczy, wędlin i makaronów. W najbliższym czasie ruszyć ma sprzedaż polskich produktów przez internetowe strony dwóch popularnych w Chinach sklepów. To ma ułatwić producentom wchodzenie na ten rynek, bez dodatkowego udziału pośredników, hurtowników i detalistów.

– Wspólnie z partnerem chińskim [LongMarch Partners – red.] przygotowaliśmy projekt, który wykorzystuje dynamiczny wzrost sprzedaży żywności importowanej w kanale e-commerce. W Polsce w ten sposób sprzedawane jest 0,2 proc. żywności, w Chinach – 20 proc. Na tym oparliśmy koncepcję stworzenia platformy Wirtualny Pawilon z Polską Żywnością (VPF) – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Ziemski, prezes Sonall Consulting.

VPF ruszy na przełomie III i IV kw. tego roku. Dzięki obecności na dwóch platformach – JD.com i Taobao.com – dotrze do ok. 300 mln chińskich konsumentów. Projekt nie tylko pomoże zwiększyć sprzedaż polskiej żywności, lecz także będzie dobrą możliwością promocji. To o tyle istotne, że jak podkreśla Ziemski, sprzedaż e-commerce w Chinach dynamicznie rośnie, ok. 50 proc. w skali roku. Dlatego początkowo do VPF mają być zapraszane firmy o dużym potencjale.

Najważniejszą cechą projektu jest to, że produkty polskiego producenta będą adresowane bezpośrednio do chińskiego konsumenta, bez pośrednictwa importera, dystrybutora i detalisty, czyli ze stref wolnocłowych, do których dotrą, będą odbierane przez systemy logistyczne platform chińskich – zapowiada prezes Sonall Consulting.

Wstępnie zainteresowanie wyraziło kilkunastu polskich producentów, ale docelowo miejsce na platformie może znaleźć znacznie więcej, bo ok. 50 firm. Dla firm to duża szansa, zwłaszcza że dla większości małych i średnich przedsiębiorstw samodzielne wejście na chiński rynek jest z powodu wysokich kosztów praktycznie niemożliwe.

Ziemski podkreśla, że partnerzy liczą na wsparcie od państwa, ok. 15 mln zł. Pozwoli to zmniejszyć koszty przystąpienia do wirtualnego pawilonu dla polskich firm, ze 100 do ok. 25 tys. zł. Wsparcie pomoże polskiej platformie konkurować z innymi, które rozpoczynają w Chinach działalność.

Nasza platforma jest jedną z czterech, które instalują się na chińskich portalach. Oprócz nas Nowa Zelandia, Francja i Kanada rozpoczęły już prace, tak że ścigamy się z nimi. Te kraje dostały duże wsparcie rządowe, my też liczymy na nie liczymy – mówi Dariusz Ziemski.

Polska żywność ma szanse zyskać zainteresowanie Chińczyków. Bogacąca się klasa średnia chętnie kupuje zagraniczne produkty spożywcze, szczególnie z Europy, które są znacznie lepszej jakości niż rodzime.

Poszukiwane są polskie wędliny i makarony, świetnie sprzedają się także polskie słodycze. Po trzech latach działalności jeden z polskich producentów sprzedał czekoladę za 50 mld dolarów, a zaczynał od 0,5 mln. To pokazuje dynamikę sprzedaży i rosnące zapotrzebowanie klasy średniej – podkreśla Ziemski.

Klienci poszukują w smartfonach nowych funkcjonalności za niższą cenę

Producenci urządzeń mobilnych pracują nad coraz to nowszymi funkcjonalnościami, bo tego oczekują klienci. Na rynku poszukiwane są też coraz tańsze urządzenia. Mimo to najnowszy iPhone sprzedaje się w Polsce całkiem dobrze. Jednym z beneficjentów tego sukcesu jest Grupa AB, dystrybutor produktów Apple’a w Polsce, Czechach i na Słowacji. Grupa liczy na to, że podobnym sukcesem okażą się również nowe urządzenia.

Zainteresowanie produktami Apple znacząco wzrasta. Jesteśmy jednym z beneficjentów tego sukcesu i sądzimy, że kolejne okresy będą przynosiły dobre informacje, szczególnie, że czekają nas premiery rynkowe urządzeń, które Apple planuje wprowadzić na rynek – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Grzegorz Ochędzan, członek zarządu i dyrektor finansowy AB.

Dystrybucja iPhone’ów to ważny sektor dla spółki. Grupa AB pod koniec ubiegłego roku została jedynym broadline’owym dystrybutorem produktów Apple Polsce, Czechach i na Słowacji i jak podkreśla prezes, jest beneficjentem dużego sukcesu nowego modelu iPhone 6. Produkt Apple&HASH39;a odpowiada na trendy na rynku elektroniki użytkowej. Klienci poszukują bowiem smartfonów, które będą im oferować jak najwięcej funkcjonalności. Coraz częściej jednak wybierają produkty w niższych cenach.

Wszyscy producenci pracują nad tym, aby dostarczać coraz to nowe rozwiązania, więcej nowinek, które będą konsumentów zarówno biznesowych, jak indywidualnych zaskakiwać. Będziemy niebawem świadkami kolejnych nowych rozwiązań, które będą lokomotywą napędzającą sprzedaż smartfonów. Z naszej perspektywy widać pozytywne trendy i oczekujemy wzrostu zainteresowania tymi rozwiązaniami, a także wzrostu ich sprzedaży – prognozuje Ochędzan.

Jego zdaniem smartfon pozostanie najpopularniejszym urządzeniem na rynku ze względu na liczbę funkcji, które łączy. Tym samym popyt na nie nie powinien spadać. Zwraca uwagę na to, że nowymi produktami, których rynek mocno oczekuje, może być tzw. elektronika ubieralna. czyli wearables, jak na przykład iWatch czy inne smartwatche, które już wkrótce mogą stać się znacznie bardziej popularne.

Grupa AB jest w czołówce dystrybutorów IT w Europie Środkowo-Wschodniej. Sektor ten jest najważniejszym segmentem dla Grupy, ale jednocześnie stawia ona na rozwój innych, m.in. sprzedaży zabawek, sprzętu RTV i AGD czy rozwiązań dla firm.

Widzimy wiele szans na rozwój rynkowy i produktowy. W dalszym ciągu będziemy kontynuować rozwój naszych projektów, dotyczących Rekmana, czyli rozwój oferty zabawek. Będziemy dalej rozwijać segment AGD i RTV, także w zakresie enterprise, gdzie bardzo duży nacisk kładziemy na wzrost naszej aktywności rynkowej – zapowiada Grzegorz Ochędzan.

Grupa AB przejęła spółkę Rekman w 2013 r. i od tego czasu stara się zwiększyć swoją obecność na bardzo rozdrobnionym rynku dystrybutorów zabawek. Już teraz jest na nim istotnym graczem, ale zamierza dalej rozwijać ten obszar. Podobnie jest na rynku AGD i RTV, na którym AB działa również od niedawna.

Duże znaczenie dla rozwój rynku urządzeń elektronicznych oraz pokrewnych produktów mają marki własne spółki, czyli grupa TB (TB Print, TB Energy i TB Clean i TB Touch), Triline oraz zakupiona w 2013 r. marka Optimus.

Oczywiście, co jest najważniejsze, rozwój ten realizujemy w sposób racjonalny, maksymalizując efekty ekonomiczne z prowadzonej działalności w tym zakresie – zapewnia Ochędzan.

AB nie zapomina także o sektorze usług. Spółka świadczy bardzo zaawansowane usługi dla firm z sektora e-commerce i zamierza je rozwijać. Chodzi m.in. o usługi przechowywania danych czy logistyczne, np. usługę dropshippingu, czyli przejęcia dostawy towaru. To szczególnie popularne rozwiązanie wśród małych e-sklepów, które nie chcą inwestować w zaopatrzenie magazynów oraz przestrzeń do przechowywania produktów. Dzięki dropshippingowi, to dostawca odbiera towar z hurtowni i rozwozi go do klientów, a sprzedawca jedynie zbiera zamówienia.

Ochędzan podkreśla, że rozwój oferty dla sektora e-commerce to bardzo perspektywiczna działalność. Choć Polacy coraz więcej kupują przez internet, wciąż są pod tym względem daleko za Europą Zachodnią. Dlatego w najbliższych lat dynamika wzrostu tego sektora utrzyma się i będzie wyższa niż ten sam wskaźnik dla bardziej dojrzałych rynków.

Coraz więcej reklam w kinach. Firmy wybierają już nie tylko spoty na ekranach

Reklama w kinach staje się coraz popularniejsza. W ubiegłym roku – według Kantar Media – wydatki reklamodawców sięgnęły 1,6 mld zł i były o 65 proc. wyższe niż w 2013 roku. Najczęściej tę formę promocji wybierają dystrybutorzy filmowi, branża FMCG, firmy telekomunikacyjne, motoryzacyjne i banki. Reklama w kinie to już nie tylko spoty wyświetlane na ekranie, lecz także promocja w salach i holach kinowych czy na biletomatach.

W ubiegłym roku zauważyliśmy trend wchodzenia z reklamą już nie tylko na sam ekran, lecz także robienia różnego rodzaju akcji promocyjnych. Nasi klienci starają się podchodzić trochę bardziej niestandardowo do reklamy kinowej, by dzięki temu wzbudzać w widzach bardzo pozytywne skojarzenia i emocje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Wasilewska, dyrektor ds. obsługi klienta w firmie New Age Media, domu sprzedaży reklam w kinach. – Ten segment bardzo mocno się rozwija i wydaje mi się, że w przyszłości reklama kinowa to będzie już nie tylko ekran, lecz przede wszystkim akcje okołoekranowe.

Kino daje duże możliwości promocji poza ekranem. Przykładem niestandardowych działań jest sponsoring sal czy całych kin (np. sieć McDonald’s została sponsorem kin IMAX w Polsce). Innym przykładem jest listopadowa akcja Mastercard i sklepu internetowego Showroom. W wydzielonej strefie Cinema City Mokotów dostępna była witryna sklepu, za pośrednictwem której można było dokonać zakupów online, korzystając z platformy płatności internetowych MasterPass.

Inny projekt, sala Škoda 4DX, pozwala widzowi kinowemu jeszcze mocniej przeżywać to, co widzi na ekranie. To już nie jest tylko obraz 3D i fenomenalny dźwięk, lecz jeszcze ruchome fotele, pojawiające się bańki mydlane czy gra świateł – wymienia Wasilewska.

Dla polskich kin ubiegły rok był wyjątkowo dobry – sprzedano ponad 40 mln biletów, o 11 proc. więcej niż w 2013 roku. Z tego jedna trzecia widzów odwiedziła kina w ostatnim kwartale.

Reklama kinowa z roku na rok radzi sobie coraz lepiej – ocenia Magdalena Wasilewska. – Według monitorującej wydatki reklamowe firmy Kantar Media [która pokazuje szacunkowe przychody reklamowe brutto – red.] w 2014 roku ten sektor rynku odnotował bardzo wysoki wzrost w wysokości 65 proc. w stosunku do poprzednich dwunastu miesięcy. Na reklamę kinową w 2014 roku wydano 1,6 mld zł, co jest bardzo dobrym wynikiem.

Z tego rodzaju promocji bardzo chętnie korzystają dystrybutorzy filmowi.

Prym wiedzie Kino Świat, dystrybutor, który w kinach Cinema City pojawia się praktycznie co tydzień ze swoimi trailerami i zapowiedziami nowych propozycji – mówi dyrektor w New Age Media. – Na pewno mocno rozwija wydatki branża FMCG, telekomunikacja, motoryzacja i bankowość. To sektory, które bez kina nie wyobrażają już sobie swojego miksu reklamowego. Zaobserwowaliśmy też większą aktywność farmacji oraz firm kosmetycznych.

Ale nie tylko wielkie koncerny korzystają obecnie z tej formy promocji. Cyfryzacja obrazu dała taką możliwość, jak przekonuje Magdalena Wasilewska, także mniejszym podmiotom.

Myślę np. o dilerach samochodów, deweloperach, a nawet restauracjach, które znajdują się w centrum handlowym, gdzie jest także kino, w którym odbywa się emisja – zauważa Wasilewska. – Tacy klienci także wybierają reklamę kinową jako sposób zaprezentowania się widzowi, który, jak wiadomo, jest bardzo atrakcyjnym konsumentem.

Sprzedaż elektrotechniki wzrosła w zeszłym roku o ok. 10 proc. Rynek napędza budownictwo mieszkaniowe

0

O ok. 10 proc. urósł w 2014 r. rynek artykułów elektrotechnicznych. Napędza go budownictwo mieszkaniowe i małe przemysłowe. Na rynku panuje bardzo duża konkurencja – czołowi sprzedawcy nie mają więcej niż 7 proc. udziału w rynku. Wśród liderów przeważają firmy zagraniczne. Jedyna w czołówce polska firma TIM SA stawia na sprzedaż hurtową i online.

Oceniam, że wzrost sprzedaży elektrotechniki w skali roku wyniósł ok. 10 proc. w całości rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Folta, prezes zarządu TIM SA. ‒ Rośnie głównie budownictwo mieszkaniowe i okołomieszkaniowe, czyli wyposażenie mieszkań i małych firm. Prawie nie mamy w tym wzroście udziału przemysłu i infrastruktury.

Jak przypomina Folta, szczególnie dobry był początek 2014 r. Pierwsze półrocze rozbudziło nadzieje na nawet większy wzrost w skali roku, ale od III kwartału nastąpiło spowolnienie. Jak dodaje Folta, w ciągu 12 miesięcy sprzedaż w sektorze budowlanym wzrosła o ok. 5 proc. Duża aktywność nastąpiła w inwestycjach związanych z modernizacjami, budową mieszkań oraz małych obiektów przemysłowych – znacznie gorzej było w dużym przemyśle i infrastrukturze, gdzie sprzedaż elektrotechniki jest niższa.

Folta dodaje, że jest to rynek bardzo konkurencyjny i rozdrobniony. Czołowi sprzedawcy nie mają więcej niż 7 proc. udziału, a czterech liderów razem ma tylko ok. 25 proc. udziału. Jak jednak zwraca uwagę, w większości są to podmioty zagraniczne. Najwięksi konkurenci tej jedynej w czołówce polskiej spółki to Alfa Elektro należąca do francuskiej grupy Sonepar, Elektroskandia z grupy Rexel (również z Francji) oraz fiński Onninen.

Z pierwszych pięciu firm, jeżeli chodzi o wielkość obrotów w Polsce, cztery firmy to podmioty zagraniczne, my jesteśmy jedynym podmiotem polskim – podkreśla Folta. ‒ Najczęściej spotykamy się z firmami o zasięgu ogólnokrajowym, czyli podobnymi do naszej oraz całą masą konkurentów lokalnych. Może ci konkurenci w skali kraju nie są liczącymi się konkurentami, ale na danym rynku akurat mają swój udział.

Folta zwraca uwagę na to, że TIM zanotował wyższy wzrost sprzedaży niż cały rynek (o ok. 50 proc. po III kwartałach), bo w 2014 r. całkowicie zmienił model działalności. Spółka zlikwidowała oddziały lokalne, w zamian otwierając biura handlowe. Dostawy są realizowane w ciągu 24 godzin z centralnego magazynu w Siechnicach pod Wrocławiem.

Taki model działalności to nowość na polskim rynku elektrotechnicznym. Inne firmy wciąż stawiają na klasyczne oddziały z magazynami. Folta ocenia, że choć jakość obsługi części klientów faktycznie się pogorszyła, to dla całej działalności spółki jest to korzystna zmiana.

Z jednej strony lokalni konkurenci, czy firmy, które posiadają lokalne oddziały, mają przewagę nad nami, ponieważ ich produkty są dostępne od ręki. Z drugiej strony mamy w tej chwili najszerszą ofertę asortymentową w Polsce. Jeżeli spojrzymy na dostępność liczoną w skali 24 godzin, to na pewno nasza oferta jest o wiele większa. W ciągu jednego roku, między grudniem 2013 i grudniem 2014 roku, rozszerzyliśmy naszą ofertę z 17 tys. sztuk asortymentu do 47 tys. To diametralny skok – podkreśla Folta.

TIM stawia też na sprzedaż internetową, która znacznie ułatwia dostęp do produktów spółki. W tej chwili już 60 proc. sprzedaży TIM odbywa się w tym kanale. To dla klientów oznacza nie tylko wygodę całodobowego dostępu do asortymentu, lecz także możliwość podglądu dostępności towarów i atrakcyjniejsze ceny.

Posłowie za zaostrzeniem egzekucji komorniczych

20 lutego br. Sejm znowelizował ustawę o komornikach sądowych i egzekucji. Konfederacja Lewiatan obawia się, że liczba bulwersujących opinię publiczną postępowań komorniczych wzrośnie.

Nowelizacja wprowadza ograniczenie liczby spraw z wyboru, które komornik będzie mógł w ciągu w roku przyjąć. Jeżeli komornik będzie chciał przyjąć 10.000 spraw rocznie to będzie musiał wykazać się 35 proc. skutecznością egzekucji.

Zdaniem Lewiatana tak wysoki, wręcz nierealny do osiągnięcia, wskaźnik skuteczności (przypominamy, że średni roczny wynosi ok. 23 proc.) doprowadzi do zwiększenia bezwzględnie przeprowadzanych egzekucji.

Komornicy, którzy nie są utrzymywani przez państwo, ale żyją z określonego przez prawo procentu tego co wyegzekwują, będą dążyli do zwiększenia liczby prowadzonych spraw (10.000) a ceną za to będzie bezwzględna walka o 35 proc. skuteczności.

– Konfederacja Lewiatan negatywnie ocenia uchwalone przez Sejm zmiany w ustawie o komornikach sądowych i egzekucji. Na wprowadzonych zmianach stracą niestety wszyscy. Dłużnicy będą narażeni na większą bezwzględność podczas egzekucji (podobne jak w przypadku szeroko komentowanego zajęcia traktora), wierzyciele ograniczą liczbę spraw kierowanych do egzekucji wybierając działania polubowne. W rezultacie mniej wniosków egzekucyjnych dostaną komornicy, a Skarb Państwa otrzyma mniejsze wpływy (m.in. mniej egzekucji to mniej zapytań komorniczych kierowanych do ZUS i urzędów skarbowych, za co pobierane są opłaty). Szczególnie przykre jest to, że krytyczne opinie organizacji biznesowych i prawniczych wobec projektu (odnoszące się kompleksowo do wszystkich kwestii) zostały zupełnie zignorowane. Nie wzięto także pod uwagę opinii konstytucjonalistów – uważa Krzysztof Kajda, dyrektor departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Liczymy, że Senat wnikliwie przyjrzy się uchwalonym przez Sejm zmianom i wprowadzi do ustawy stosowne korekty.

Konfederacja Lewiatan

Za duże kompetencje Państwowej Inspekcji Pracy

Nie jest wskazane rozszerzanie zadań Państwowej Inspekcji Pracy o kontrolę prowadzonego przez pracodawcę wykazu stanowisk pracy, w szczególnych warunkach lub o szczególnym charakterze – uważa Konfederacja Lewiatan.

Dlatego Lewiatan opowiada się utrzymaniem dotychczasowego stanu prawnego w projekcie ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy oraz ustawy o emeryturach pomostowych.

– Państwowa Inspekcja Pracy nie jest właściwa do rozstrzygania spraw dotyczących wykazywania, czy konkretne stanowisko pracy spełnia wymogi przewidziane przez ustawę o emeryturach pomostowych. W sytuacji spornej właściwym organem do sporządzenia takiej kwalifikacji jest Zakład Ubezpieczeń Społecznych, a następnie sąd powszechny – mówi dr Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

To pracodawca określa wykaz stanowisk pracy, na których w jego firmie wykonywane są prace w szczególnych warunkach lub o szczególnym charakterze. Zaliczenie faktycznie istniejących stanowisk do wykazu nie jest objęte kontrolą Państwowej Inspekcji Pracy. Natomiast w razie nieumieszczenia w ewidencji pracowników wykonujących prace w szczególnych warunkach lub o szczególnym charakterze, za których jest przewidziany obowiązek opłacania składek na Fundusz Emerytur Pomostowych, pracownikowi przysługuje skarga do Państwowej Inspekcji Pracy.

Kompetencja organów Państwowej Inspekcji Pracy do wydania nakazu, powinna ograniczać się do spraw, w których nie jest sporna kwalifikacja pracowników wykonujących prace w szczególnych warunkach lub o szczególnym charakterze.

Konfederacja Lewiatan

Pakiet onkologiczny do trybunału

Środowisko medyczne od samego początku krytycznie ocenia pakiet onkologiczny. Uważa, że jego wprowadzenie doprowadzi do dużej dezorganizacji służby zdrowia i dzielenia pacjentów na lepszych i gorszych. Stąd decyzja Naczelnej Rady Lekarskiej o złożeniu do Trybunału Konstytucyjnego wniosku o sprawdzenie zgodności zapisów pakietu z konstytucją.

Pakiet onkologiczny ma przyspieszyć diagnostykę oraz zapewnić chorym na raka łatwiejszy dostęp do specjalistów i skuteczniejsze leczenie. Wprowadzono tzw. zieloną kartę, którą otrzyma każda osoba z podejrzeniem nowotworu. Dzięki niej pacjent dostanie się na wszystkie wymagane badania bez konieczności czekania w kolejkach i – jeśli choroba się potwierdzi – będzie leczony szybciej.

W teorii wszystko brzmi pięknie. Wprowadzenie ułatwień dla chorych na raka spotkało się jednak ze sporą krytyką ze strony lekarzy: „stworzy to na pewno wielki chaos we wszystkich tych miejscach, w których pacjenci onkologiczni będą konkurowali z nieonkologicznymi, już wcześniej zapisanymi w kolejce i oczekującymi na badania” – mówi serwisowi infoWire.pl sekretarz Naczelnej Izby Lekarskiej dr n. med. Konstanty Radziwiłł. „Jeśli w tę kolejkę zaczną wchodzić osoby z podejrzeniem choroby onkologicznej, to właściwie trudno sobie wyobrazić administrowanie taką kolejką i sytuację pozostałych chorych, którzy przecież – nie dla własnej przyjemności, tylko z potrzeby zdrowotnej – czekają na badania czy konsultacje” – kontynuuje lekarz.

Jak zaznacza rozmówca, środowisko medyczne nie protestuje przeciwko temu, żeby jakość i bezpieczeństwo leczenia chorych na raka uległy poprawie. Zauważa jednak, że osoby te są przyjmowane i leczone stosunkowo szybko, a problem kolejek dotyczy przede wszystkim pacjentów nieonkologicznych.

„Z perspektywy lekarskiej to wszystko nie wygląda zbyt dobrze również od strony etycznej. Lekarz ma obowiązek zajmowania się każdym pacjentem […] w sposób dla niego najlepszy. Trudno sobie wyobrazić, żebyśmy – jak w jakichś wojennych warunkach – selekcjonowali pacjentów na lepszych i gorszych” – dodaje ekspert.

Unia stawia na innowacje. I ma na to pieniądze!

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR) ponownie otwiera dostęp do unijnej kasy. Do 2020 roku przedsiębiorcy będą mogli ubiegać się dofinansowanie z puli blisko 15 miliardów euro! Pierwsze nabory planowane są już na II kwartał 2015 r. Które z rodzajów wsparcia mogą szczególnie zainteresować przedsiębiorców?

Dofinansowanie oferowane przez NCBiR, zgodnie z specyfiką działalności tej instytucji, skierowane jest przede wszystkim na wspieranie badań stosowanych i prac B+R, finansowanie ich komercjalizacji i transferu wyników do gospodarki. Wśród organizowanych przez Centrum konkursów są zarówno kontynuacje cieszących się dużą popularnością w poprzednim rozdaniu programów, jak i całkowicie nowe propozycje, które mają pobudzać innowacyjność w polskiej gospodarce. Chociaż wiele z nich skierowanych jest do naukowców i ośrodków badawczych, to NCBiR podkreśla, że w latach 2014-2020 przedsiębiorcy mają być głównymi beneficjentami funduszy przeznaczonych na projekty badawczo-rozwojowe. Na firmy czeka więc szeroki wachlarz możliwości wsparcia ich inwestycji, które ze względu na swój nowatorski charakter mogą się nieraz wiązać ze znacznymi kosztami i ryzykiem.

Godny następca

Jedną z najciekawszych i skierowanych do najszerszego grona odbiorców biznesowych propozycją NCBiR będzie Działanie 1.1 Programu Operacyjnego Innowacyjny Rozwój (POIR). To kontynuacja bardzo popularnego w zeszłej perspektywie finansowej Działania 1.4 POIG. W ramach tego konkursu rozpatrywane będą projekty obejmujące realizację badań przemysłowych lub prac rozwojowych nad rozwiązaniami technologicznymi i produktami. Celem dofinansowanych inwestycji ma być rozwój prowadzonej działalności firmy i wzmacnianie jej pozycji konkurencyjnej. Pozyskaną dotację można będzie wykorzystać przede wszystkim na wyposażenie niezbędne do prowadzenia prac B+R, w tym m.in. na nowe urządzenia i aparaturę, amortyzację budynków czy wartości niematerialne i prawne. Może ona również zostać przeznaczona na wynagrodzenia pracowników związane z realizacją projektu.

Szybka ścieżka do dużej kasy

Na Program Operacyjny Innowacyjny Rozwój NCBiR planuje przekazać prawie 2 mld euro. Tak duża kwota wynika prawdopodobnie z wysokiego poziomu dofinansowania i dużych dotacji, o jakie będą mogli starać się przedsiębiorcy. Już w poprzednim rozdaniu unijnym intensywność wsparcia w Działaniu 1.4 POIG sięgała nawet 80% kosztów kwalifikowanych, a największa przyznana dotacja dla jednego projektu wyniosła ponad 32 mln złotych. Dlaczego jeszcze przedsiębiorcy powinni zwrócić uwagę na ten program? – Niezwykłym atutem Działania 1.1 POIR będzie zastosowanie tzw. „szybkiej ścieżki”. Pod tym tajemniczym określeniem kryje się innowacyjna metoda aplikacji, która będzie zastosowana w konkursie. To specjalne udogodnienie dla przedsiębiorców będzie polegało na maksymalnym ograniczeniu formalności przy składaniu projektu do oceny oraz skróceniu czasu wydania decyzji o przyznaniu dotacji do maksymalnie 60 dni od momentu złożenia dokumentów. Firmy w ramach „szybkiej ścieżki” będą mogły składać projekty w dowolnej chwili, ponieważ nabory będą prowadzone w sposób ciągły. Ponadto sam wniosek aplikacyjny będzie znacznie uproszczony w pierwszej fazie składania projektu w Centrum – tłumaczy Krzysztof Banasiuk, Starszy specjalista ds. funduszy UE z firmy ECDF. – Centrum o niezbędne dokumenty i załączniki będzie się ubiegało dopiero w momencie podpisywania umowy o dofinansowanie, a nie na etapie składania wniosku, jak to miało miejsce w dotychczasowych naborach – dodaje Matylda Sochacka, Specjalista ds. funduszy UE z ECDF. Co ciekawe, będzie to jeden z niewielu rodzajów wsparcia z UE dostępnych dla dużych firm. Skierowane do nich konkursy rozpoczną się jednak później, bo w IV kwartale 2015 r. (nabór dla MŚP planowany jest na II kwartał 2015 r.), a poziom dofinansowania będzie niższy niż w przypadku mikro, małych i średnich przedsiębiorstw.

Unijne drzwi do globalnych rynków

Innym ciekawym programem NCBiR dedykowanym przedsiębiorcom jest GO_GLOBAL, który cieszył się dużym zainteresowaniem w ubiegłych latach. Głównym jego celem pozostanie zwiększenie skali komercjalizacji na rynkach światowych wyników badań naukowych lub prac rozwojowych rodzimych firm. Jakie koszty można było pokryć z otrzymanej dotacji w poprzedniej edycji? – Przede wszystkim wydatki związane z opracowaniem i wstępną weryfikacją strategii wejścia firmy na rynki światowe. Wśród nich można wymienić m.in. koszty usług doradczych i równorzędnych, nabycia i zużycia materiałów, środków eksploatacyjnych czy wynagrodzenia dla pracowników – mówi Piotr Jankowiak, Specjalista ds. funduszy UE z ECDF. – Firma biorąca udział w tym programie powinna posiadać już innowacyjny produkt lub usługę, które z powodzeniem mogą być oferowane na rynkach zagranicznych – dodaje. O wsparcie z GO_GLOBAL będą mogły ubiegać się innowacyjne mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa działające w sektorze wysokiej i średnio-wysokiej technologii  w przemyśle lub w sektorze usług wysokiej techniki (zgodnie z definicją Eurostat). Warto zwrócić uwagę na specyficzną metodę opiniowania projektów w tym programie. Procedura konkursowa obejmuje ocenę formalną wniosku oraz dwustopniową ocenę merytoryczną. Ostatni etap stanowi prezentacja projektu przed panelem ekspertów i dyskusja z nimi na temat przedstawianego pomysłu. Przewidywany termin rozpoczęcia naborów do GO_GLOBAL przypada na II kwartał 2015 r.

Specjalistyczne konkursy, innowacyjne formuły

Obok konkursów kierowanych do szerokiego grona odbiorców, NCBiR przygotował również propozycje dedykowane ściśle określonym branżom. Wśród nich są kontynuacje programów INNOLOT dla branży lotniczej oraz INNOMED mający na celu opracowywanie rozwiązań z zakresu medycyny innowacyjnej, a także poświęcony wsparciu B+R w obszarze związanym z wydobyciem gazu łupkowego w Polsce program Blue Gas. Jedną z najbardziej nowatorskich w formule propozycji NCBiR będzie z kolei E-pionier. Celem nowej inicjatywy jest pobudzanie potencjału uzdolnionych programistów dla zwiększenia zastosowania rozwiązań cyfrowych w administracji i gospodarce. W ramach działania  zostanie wykorzystana nowatorska na rynku polskim formuła zamówień przedkomercyjnych. Efektem udzielanego wsparcia powinno być wypracowanie prototypu bądź odpowiednich rozwiązań w formie MVP (minimum viable product), czyli produktu lub usługi zawierających przynajmniej podstawowe funkcjonalności odpowiadające na określone wcześniej potrzeby, oraz ich rozwój celem przetestowania przez potencjalnego użytkownika.

Polscy przedsiębiorcy, którzy planują rozwój poprzez prace B+R i wdrażanie innowacji w firmach, dzięki programom opracowanym przez NCBiR będą mieli w najbliższych latach wiele możliwości skorzystania ze wsparcia dla swoich inwestycji. Rozwiązania, które szykuje instytucja, mogą znacznie ułatwić dostęp do dotacji. Warto więc dobrze się przygotować i nie marnować okazji na, być może ostatnie, tak duże wsparcie z UE.

Dobra pensja tuż po studiach? To możliwe

Z danych serwisu zarobki.pracuj.pl wynika, że początek kariery nie zawsze wiąże się z niskimi zarobkami. Nawet osoby z niewielkim doświadczeniem mogą liczyć na przeciętne pensje powyżej 3000 zł netto – jak ma to miejsce np. w przypadku początkujących pracowników odpowiedzialnych za doradztwo i konsulting czy informatyków odpowiedzialnych za rozwój oprogramowania.

Początek kariery zawodowej związany jest z brakiem doświadczenia, a co za tym idzie kojarzy się z niewysokimi zarobkami. I rzeczywiście, w większości przypadków osoby dopiero wchodzące na rynek pracy często nie mogą liczyć na pensje zbliżone lub równe średniej krajowej. Jednak istnieją wyjątki.

O tym na jakie wynagrodzenie możemy liczyć decyduje popyt i stopień naszej specjalizacji. Istnieją specjalności bardzo poszukiwane na rynku pracy. Wtedy decydującym czynnikiem staje się nie nasz staż pracy, a wykształcenie i umiejętności. Nie ma co ukrywać, że na stracie łatwiej mają osoby o wykształceniu ścisłym, związanym z IT, finansami, przetwarzaniem danych komentuje Maciej Bąk, ekspert ds. raportów wynagrodzeń Grupy Pracuj.

IT – dobre na start

Osoby w wieku 26 lat lub młodsze, z doświadczeniem na stanowisku nie przekraczającym roku, największe szanse na wysokie zarobki mają w obszarach związanych z finansami, IT, analizami biznesowymi i finansowymi. Na czele stawki znajduje się doradztwo i  konsulting, początkujący z tego obszaru mogą liczyć na przeciętne wynagrodzenie w wysokości 3 500 zł netto miesięcznie.

Bardzo podobna pensja proponowana jest informatykom odpowiedzialnym za rozwój oprogramowania, a specjalizującym się w zarządzaniu projektem – przeciętne wynagrodzenie dla młodych pracowników wynosi 3 240 zł netto. W obszarze IT przeciętne wynagrodzenia powyżej 2500 zł na rękę mogą otrzymywać także początkujący pracownicy odpowiedzialni za bezpieczeństwo i audyt (2 890 zł netto) oraz ci odpowiedzialni za rozwój oprogramowania w obszarze analiza biznesowa (2 816 zł netto) oraz programowanie (2 678 zł netto).

Przechowywanie i administrowanie danych oraz ich bezpieczeństwo są kluczowymi aspektami w branży IT, dlatego specjaliści wykonujący takie zadania, nawet z niewielkim doświadczeniem, mogą liczyć na relatywnie wysokie wynagrodzenie. Jednak aktualnie to programiści i analitycy są filarami każdego zespołu zajmującego się tworzeniem nowych oraz rozwojem dotychczas stworzonych oprogramowań, co powoduje, że osoby zajmujące takie stanowiska, już na starcie zarabiają bardzo dobre pieniądze. Tym bardziej, że na rynku IT wciąż brakuje specjalistów w tej materii – wyjaśnia Rafał Dąbkowski, Business Unit Director w Connectis.

Osoby planujące karierę w IT, mogą zapoznać się z najnowszym wydaniem „Pracuj w IT 2015”, publikacji, w której 28 firm z branży prezentuje swoje profile pracodawców.  Kolejnym obszarem, z wynagrodzeniami powyżej średniej krajowej, jest bardzo specjalistyczny sektor badań i rozwoju w specjalności związanej z tworzeniem tzw. hurtowni danych oraz Business Intelligence – tutaj zarobki specjalistów o krótkim stażu wynoszą przeciętnie 2 980 zł netto.

Finanse również w cenie

Na dobre wynagrodzenia mogą także liczyć pracownicy związani z finansami. W bankowości najwyżej ceni się początkujących pracowników od bankowości inwestycyjnej oraz analizy ryzyka – z przeciętnymi zarobkami na poziomie 2800 zł netto. Na identyczne wynagrodzenie mogą liczyć młodzi pracownicy z obszaru finanse/ekonomia zajmujący się rynkami kapitałowymi i kontrolingiem. Taka sama pensja proponowana jest tym początkującym specjalistom z obszaru ubezpieczeń, którzy odpowiadają za analizy, ryzyko lub aktuariat.

Wśród młodych pracowników zarabiających w granicach 2 700 – 2 500 zł netto znajdują się inżynierowie motoryzacji i lotnictwa, marketingowcy odpowiedzialni za zarządzanie produktem i marką czy osoby odpowiedzialne za zarządzanie HR.

Nie ma co ukrywać, że większość młodych osób u progu kariery zawodowej nie może liczyć na wysokie zarobki, i że czas oraz doświadczenie wpływają na nasze pensje korzystnie. Jak widać z przytoczonych wyników, istnieją jednak obszary, w których już na początku zarabia się znacznie powyżej średniej. W cenie są wąskie specjalizacje. Takich ekspertów jest mało i to wpływa na oferowane im wynagrodzenie.

 

Źródło danych: portal Zarobki.pracuj.pl Metodologia wyliczania danych: Analiza ponad pół miliona ankiet zgormadzonych w serwisie zarobki.pracuj.pl. Wyodrębniono ankiety osób w wieku do 26 roku życia, z doświadczeniem na stanowisku nie przekraczającym roku. W analizie pokazano wartość mediany netto (50% zarabia mniej, 50% więcej), płacy całkowitej (płaca zasadnicza + premia).

 Pracuj w IT 2015 to publikacja w nakładzie 20 000 egzemplarzy dystrybuowana na 11 największych uczelniach technicznych oraz targach i wydarzeniach kierowanych do branży IT (m.in. Kariera IT, Infoshare, Confitura). Zawiera porady dotyczące rekrutacji, kariery i rynku pracy oraz oferty pracodawców, szukających kandydatów na stanowiska IT. Dostępna online na http://www.pracuj.pl/pracuj-w-it/

Spotkanie z duńską Komisją ds. Finansów

Perspektywy przyjęcia euro oraz przeprowadzane przez Polskę i Danię reformy strukturalne to tematy spotkania ministra finansów Mateusza Szczurka z przedstawicielami Komisji ds. Finansów duńskiego parlamentu, której przewodniczyła Camilla Hersom. W spotkaniu, które odbyło się 18 lutego 2015 r. w Ministerstwie Finansów, uczestniczył także ambasador Królestwa Danii w Polsce Steen Hommel.

Rozmawiano również o sytuacji ekonomicznej w Polsce i Unii Europejskiej. Camilla Hersom wyraziła uznanie dla wyników gospodarczych osiągniętych przez Polskę na tle innych państw regionu w obliczu skutków kryzysu ekonomicznego w Europie. Minister Szczurek podkreślił, że jednym z kluczowych elementów, które przyczyniły się do sukcesu w tym zakresie, była prowadzona przez Polskę zrównoważona polityka fiskalna. Dodał, że warunkiem utrzymania tego trendu w dłuższej perspektywie mogą być zmiany na rynku pracy, w tym zwiększenie produktywności i udziału osób narażonych na wykluczenie oraz wzrost kapitału społecznego. Rozmówcy podkreślili jednocześnie, że obecnie kluczowym elementem przy podejmowaniu decyzji o przyjęciu waluty powinno być dokonanie właściwej oceny korzyści i kosztów w ujęciu ekonomicznym oraz politycznym.

Oprócz spotkania w Ministerstwie Finansów duńscy parlamentarzyści spotkali się m.in. z Komisją ds. Finansów Sejmu RP oraz członkiem Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów i szefem zespołu doradców politycznych premiera Jackiem Rostowskim.

Związkowcy, nie niszczcie gospodarki

Związkowcy zapowiadają w całym kraju akcje protestacyjne, których celem jest zmuszenie rządu do dialogu. Międzyzwiązkowy Krajowy Komitet Protestacyjno-Strajkowy przekonuje, że rząd niszczy przemysł, wzrost gospodarczy jest konsumowany przez najbogatszych, bezrobocie utrzymuje się na wysokim poziomie , a płace w sferze budżetowej są zamrożone od sześciu lat.

Komentarz Henryki Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan

Związkowcy oskarżają rząd o zniszczenie stoczni i kopalń. Tymczasem to właśnie związki zawodowe są współodpowiedzialne za upadek stoczni i dramatyczną sytuację kopalń. Blokowały niezbędne zmiany i modernizację stoczni. W kopalniach wywalczyły wzrost wynagrodzeń bez wzrostu wydajności pracy uniemożliwiając sfinansowanie koniecznych inwestycji. Dzisiaj walczą o wypłatę nagród, mimo, że kopalnie przynoszą straty.

Związkowcy oskarżają premier Ewę Kopacz o niechęć do dialogu. A przecież to związkowcy szykując jesienne manifestacje w 2013 roku, opuścili Trójstronną Komisję. Pracodawcy również nie byli usatysfakcjonowani efektywnością dialogu, ale jego całkowite zerwanie nie jest wyjściem z sytuacji. Jesteśmy przeciwni, żeby premier jeździła gasić strajkowe pożary. Szanujmy własne państwo i jego instytucje. Przedstawiona na spotkaniu z partnerami społecznymi odpowiedź resortu pracy i polityki społecznej na projekt zastąpienia Komisji Trójstronnej nową Radą Dialogu Społecznego przygotowany przez pracodawców i związkowców może być podstawą do dalszych rozmów. Mamy nadzieję na nową ustawę o dialogu społecznym jeszcze przed wakacjami. Teraz, kiedy wreszcie dochodzimy do porozumienia w sprawie nowej formuły dialogu społecznego, związkowcy robią wszystko, żeby to zaprzepaścić.

Związkowcy, aby podgrzać emocje, nieprawdziwie przedstawiają rzeczywistość.

Ich zdaniem „wzrost gospodarczy jest konsumowany przez najbogatszych”. To nieprawda. Według Eurostatu rozwarstwienie dochodów w Polsce, mierzone współczynnikiem Giniego, zmniejszyło się z 0,36 w 2005 roku do 0,31 w 2013 roku. Według Głównego Urzędu Statystycznego współczynnik Giniego w tym okresie pozostawał na poziomie 0,34. Tak czy inaczej nie można mówić o wzroście rozwarstwienia dochodów, a to znaczy, że wszyscy Polacy korzystają ze wzrostu gospodarczego.

„Bezrobocie utrzymuje się na wysokim poziomie”. Według Eurostatu bezrobocie w Polsce jest najniższe od 5 lat. Średnia stopa bezrobocia w całej Unii Europejskiej wynosi 10 proc., w samej strefie euro 11 proc., a w Polsce 9 proc. Według metodologii GUS w ciągu w roku bezrobocie obniżyło się z ponad 13 proc. do 12 proc. Niesłuszne jest oskarżanie rządu, że bagatelizuje problem bezrobocia.

„Płace w sferze budżetowej są zamrożone od 6 lat”. To nieprawda. Zamrożony jest fundusz wynagrodzeń, a nie wysokość płac. To znaczy, że w przypadku zmniejszenia zatrudnienia w wyniku zwiększenia wydajności pracy można podnosić płace. Związkowcy muszą zaakceptować powiązanie wzrostu wynagrodzeń ze wzrostem wydajności pracy w sektorze publicznym, jak dzieje się to w sektorze prywatnym. Warto tez dodać, że płaca minimalna w Polsce wzrosła z 700 zł w 2000 roku do 1750 zł w 2015 roku.

„Miliony pracowników zmuszono do zatrudniania się na umowach śmieciowych”. Związkowcy do umów śmieciowych niesłusznie zaliczają wszystkie umowy, na przykład, na czas określony. We współczesnej gospodarce elastyczność zatrudnienia i produkcji jest niezbędna. Gdyby związki zawodowe dopuściły do uelastycznienia kodeksowych umów o pracę mielibyśmy bardziej jednorodny rynek pracy.

Konfederacja Lewiatan

Na bankructwie Grecji można zarobić

Z tysiąca złotych postawionych na wyjście Grecji ze strefy euro można zyskać dodatkowe trzy tysiące. Taką ofertę daje co najmniej kilkanaście zagranicznych zakładów bukmacherskich. Jeśli komuś nie odpowiada hazard, może zainwestować w najbardziej przecenione spółki notowane na giełdzie w Atenach, kupić złoto albo zagrać pod umocnienie złotego względem euro – radzą analitycy i ekonomiści w rozmowie z portalem Money.pl.

Grecja złożyła propozycję przedłużenia umowy kredytowej ze strefą euro, ale bez przymusu utrzymywania w dalszym ciągu reform oszczędnościowych. Niemcy już zapowiadają, że odrzucą tę propozycję. Prawdopodobieństwo ogłoszenia niewypłacalności i opuszczenia strefy euro jest coraz większe.

Jak więc zarobić na wyjściu Grecji ze strefy euro? – Najprościej postawić pieniądze u bukmachera – odpowiada Roland Paszkiewicz, główny ekonomista CDM Pekao. – To najprostszy i pewny sposób, jeśli faktycznie do tego dojdzie.

Faktycznie, zagraniczne serwisy internetowe zakładów bukmacherskich dają możliwość obstawienia takiego scenariusza. Bardziej opłacalne jest postawienie na tzw. Grexit. Jak podaje Money.pl, poświęcając tysiąc złotych bukmacher przy naszej wygranej wypłacić 3,5 tysiąca.

Znacznie mniej można zarobić na przeciwnym scenariuszu. Jeśli Grecja utrzyma euro do końca roku, z każdego postawionego tysiąca wypłata wyniesie 1300 złotych. Duża dysproporcja w stawkach zachęca do podejmowania ryzyka. Około 55 procent wszystkich zakładów dotyczy czarnego scenariusza.

Sporo zarobić można też na rynkach finansowych. W tego typu czarnych scenariuszach należy najpierw przewidzieć zachowanie innych inwestorów. – Wbrew pozorom nie jest to oczywiste – podkreśla w rozmowie z Money.pl Roland Paszkiewicz.

Grecja może namieszać też na rynkach akcji. Podczas ostatniego dużego krachu w latach 2007-2008 indeks WIG, grupujący większość spółek z warszawskiego parkietu, zanotował blisko 70-procentowe tąpnięcie. Do tej pory straty te nie zostały nadrobione.

Grę na spadki indeksów giełdowych proponuje Piotr Bujak, główny ekonomista PKO BP. – Można oczekiwać krótkoterminowych spadków na rynkach akcji, także na giełdzie w Stanach Zjednoczonych, gdzie od kilku miesięcy mamy do czynienia z historycznymi rekordami. Mowa o kilku lub kilkunastoprocentowej korekcie. Podkreślam, że w grę wchodzi tylko korekta, a nie wejście w okres bessy – prognozuje w rozmowie z Money.pl.

Paweł Cymcyk z ING TFI największym spekulantom poleca inwestycje w samej Grecji. – Jak wyjdą ze strefy euro to skończy się niepewność. Będzie można skończyć z uciążliwym zaciskaniem pasa i będzie tylko lepiej – uważa. Sugeruje, że największe zyski da giełda, która przez ostatni rok straciła na wartości blisko 50 procent. – Można liczyć w końcu na odbicie. Trzeba przyznać, że taka strategia to już ostra jazda bez trzymanki, ale kiedyś w podobny sposób majątek zbił jeden z największych inwestorów na świecie George Soros czy Warren Buffet.

Monitoring social media: Polacy często szukają rad w internecie.

Jak wynika z monitoringu social media, zwroty typu „czy ktoś mógłby mi pomóc” pojawiają się w sieci średnio 1,2 tys. razy dziennie. To szansa dla marketerów, działów marketingu i obsługi klienta, by radząc internautom, zwrócili ich uwagę na własną firmę.

J. Rzeźniczek (Secus AM): Frank nie powinien wzrosnąć powyżej 4 zł. Eurodolar może zejść poniżej 1,1 i pozostać na tym poziomie przez dłuższy czas

W ostatnich tygodniach na rynkach finansowych obserwowana jest duża zmienność.  Frank szwajcarski zszedł mocno poniżej 4 zł i nie powinien wrócić ponad tę granicę, a euro w relacji do dolara może dalej się osłabiać, nawet poniżej poziomu 1,1. Powodem jest m.in. program luzowania ilościowego EBC. Z kolei w Polsce w marcu rynek oczekuje obniżki stóp procentowych.

 W przypadku franka szwajcarskiego obstawiam, że obszarem konsolidacji w najbliższym czasie będą poziomy poniżej 4 zł w relacji franka do złotego –prognozuje w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Jacek Rzeźniczek, dyrektor Departamentu Zarządzania Portfelami Secus Asset Management. – Tutaj sytuacja już jest całkiem nieprzewidywalna, podobnie jak władze Szwajcarskiego Banku Narodowego. Natomiast sądzę, że władze SNB będą próbowały osłabiać franka i zrobią wszystko, żeby nie poszedł on specjalnie do góry. Zresztą to pokazuje ostatnio rynek, poziomy 4, poniżej 4 są akceptowalne.

W kontekście pary walutowej EUR/USD analityk Secus AM przewiduje kontynuację osłabienia euro w stosunku do dolara do poziomu nawet poniżej 1,1, w którym może nastąpić konsolidacja. To konsekwencja z jednej strony działań umacniających dolarach i wywołanych przez Fed, a z drugiej – wpływ wywiera polityka EBC w zakresie luzowania ilościowego, co osłabia euro. Nie pomagają też przepychanki między Grecją a UE, czy dokładniej Niemcami , w sprawie dalszej pomocy dla Aten.

Jak dodaje Rzeźniczek, obecnie obserwowane odbicie notowań ropy naftowej nie jest jeszcze duże, a rynek potrzebuje czasu, aby się odbudować. W najbliższych miesiącach, a nawet do połowy roku, notowania ropy powinny się konsolidować w stosunkowo niskich wartościach, w granicach 50-55 dolarów za baryłkę.

 Wydaje mi się, że te poziomy, które widzieliśmy na ropie pod koniec stycznia, mimo wszystko są dołkiem cyklu i ropa poniżej 45 dolarów za baryłkę prawdopodobnie już nie zejdzie  uzupełnia ekspert.  Ropa w II półroczu ubiegłego roku zaliczyła bardzo mocny, 60-proc. spadek. I prawdę mówiąc, przez ostatnie 20 lat podobne spadki na ropie zdarzyły się tylko czterokrotnie. Natomiast ten ostatni pod względem dynamiki był porównywalny tylko i wyłącznie ze spadkiem z 2008 roku, kiedy mieliśmy kryzys finansowy związany z upadkiem banku Lehman Brothers.

Wysoka zmienność na rynkach powoduje też, że polska Rada Polityki Pieniężnej będzie ostrożnie podchodziła do wszelkich kroków w swojej polityce. Przedstawiciel Secus AM przewiduje, że już w marcu istnieje duże prawdopodobieństwo obniżki stóp procentowych w Polsce. RPP w tej chwili czeka przed wszystkim na projekcję inflacji i PKB, co w dużym stopniu będzie determinować przyszłe decyzje gremium.

 Z ostatniego komunikatu można wyraźnie wywnioskować, że jeśli perspektywa deflacji będzie się pogłębiać i oddalać, to Rada nie wyklucza dostosowania polityki pieniężnej. Natomiast kolejny czynnik, na który Rada będzie zwracała uwagę, to zmienność na rynkach finansowych – wyjaśnia Jacek Rzeźniczek.

Według niego, jeśli wysoka zmienność na rynkach utrzyma się, to RPP najpierw obniży stopy o 25 punktów i poczeka do następnego posiedzenia na rozwój wydarzeń.

Próchnik zapowiada poprawę wyników w 2015 roku. Pod koniec marca może się pojawić nowa strategia

0

CEO Magazyn Polska

Po słabych wynikach w zeszłym roku Próchnik ma wyjść na prostą. Spółka zaczęła 2015 rok wzrostem sprzedaży o 60 proc. i zapowiada poprawę wyników. Nie wyklucza publikacji nowej strategii, myśli także o eksporcie swoich wyrobów.

W styczniu wzrost sprzedaży odnotowały wszystkie kanały dystrybucyjne spółki. Największa sieć, 38  sklepów z tradycyjną elegancką odzieżą męska działająca pod marką Adam Feliks Próchnik, zwiększyła sprzedaż z niemal 2,1 mln zł w styczniu 2014 do prawie 3 mln. Sieć 12 sklepów Rage Age by Czapul z naddatkiem podwoiła sprzedaż, zwiększając ją z 764 tys. zł do niemal 1,6 mln. Łącznie wszystkie sklepy odnotowały wpływy o 58 proc. wyższe niż przed rokiem.

– Na pewno jest to dla nas ważny instrument probierczy tego, na ile nasze założenia strategiczne na rok 2015 są skuteczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Bauer, prezes zarządu Próchnika. – Natomiast trudno chwalić dzień przed zachodem słońca, rok ma 12 miesięcy, pierwszy miesiąc był bardzo obiecujący, mam nadzieję, że ten trend zdołamy utrzymać.

Ze styczniowych wyników prezes Bauer jest zadowolony. Szczególnie, jak mówi, ponad 100-proc. wzrost przychodów Rage Age pokazuje, jaka może być ta dynamika. Przypomina też, że to marka budowaną od zera przez ostatnie 6 lat.

Teraz dopiero możemy obserwować w pełni efekty synergii dotyczącej wspólnego zaplecza produkcyjnego dwóch marek, w związku z czym realizuje się pewien projekt, na który liczyłem od dawna. Natomiast żyjemy w kraju, w którym wszelkich efektów spodziewamy się bardzo szybko, natomiast praktyka dowodzi, że niestety, trzeba na nie poczekać. Rage Age jest w pewnym sensie dzieckiem moim i Rafała Czapula, w związku z tym długo czekałem na te efekty. Natomiast mam nadzieję, że właśnie w tej chwili będzie można pokazywać rynkowi jak wspaniałe rezultaty można uzyskiwać w czymś, co jest jednocześnie tak kompaktowe.

Za granicą moda z Próchnika nie jest szeroko dostępna. Jeden salon Rage Age działa wprawdzie na Białorusi, a ubrania oferowane przez spółkę kupować można w sklepie internetowym, jednak Polska nie jest postrzegana w świecie jako eksporter mody. Mimo to Próchnik zamierza ponownie spróbować swoich sił w tej dziedzinie.

To jest bardzo trudny rynek, do tego trzeba być odpowiednio przygotowanym – tłumaczy prezes zarządu Próchnika. – W związku z tym na pewno można powiedzieć, że dopiero w 2015 roku uzyskaliśmy taką zdolność, aby rzeczywiście skutecznie obsługiwać dużych klientów zagranicznych. Toteż wznowimy obecność na targach odzieżowych, na których bywaliśmy kiedyś i myślę, że to zaowocuje ciekawymi kontraktami, aczkolwiek jest jeszcze zbyt wcześnie, aby o tym mówić. Myślę, że nasza aktywność w internecie będzie też w znacznym stopniu eksportowa.

Zarząd spółki rozważa też publikację nowej strategii, odkłada ją jednak na czas po ogłoszeniu wyników za cały ubiegły rok, które spółka publikuje 23 marca.

Poważnie się zastanawiamy nad prezentacją nowej strategii, a być może nawet bardziej detalicznych danych odnośnie tego, co się będzie działo w tym roku. Natomiast myślę, że zdarzy się to raczej w okolicach publikacji wyników ubiegłego roku, ponieważ dopiero wtedy jest jakieś tło, którym można waloryzować dalsze posunięcia – zastrzega Rafał Bauer.

W ubiegłym roku wyniki spółki były rozczarowujące. Wprawdzie po trzech pierwszych kwartałach jej przychody ze sprzedaży wzrosły zdecydowanie, o niemal 11 mln złotych, przekraczając 27 mln zł. Wynik netto spółki przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej spadł jednak z ponad miliona złotych zysku do niemal 300 tys. zł straty.

– Zeszły rok był dla nas dość trudny, musieliśmy dokonać poważnych zmian w strategii w oparciu o to, co na rynku zaoferowali konkurenci – ocenia prezes Próchnika. – Niestety, nie udało się zrealizować tych celów, które stawialiśmy sobie na 2014 rok. Natomiast wydaje mi się, że wyciągnęliśmy z tego ważne wnioski, które pozwolą nam poprawić wyniki w roku bieżącym.

TIM SA w tym roku zakłada osiągnięcie zysku operacyjnego dzięki szybszemu niż rynek wzrostowi sprzedaży, rozszerzeniu asortymentu i optymalizacji kosztowej

0

Dystrybutor sprzętu elektrotechnicznego TIM SA spod Wrocławia przyspiesza ekspansję na polskim rynku. Firma dąży do wzrostu przychodów poprzez zwiększenie sprzedaży w kanale internetowym, który docelowo ma odpowiadać za 80 proc. generowanych obrotów. To pozwoli zwiększyć liczbę klientów i obniżyć koszty. Poza tym spółka rozszerza asortyment o 60 proc., czyli do aż 75 tys. produktów. Takie działania w założeniach mają pozwolić spółce w 2015 roku osiągnąć pierwsze od dwóch lat zyski. 

 Chcemy zwiększyć udziały w rynku poprzez wzrost liczby klientów korzystających z naszych usług. Głównie liczymy na wzrost sprzedaży, a ten będzie realizowany dzięki rejestracji nowych klientów naszego sklepu i jego pozycjonowaniu w przeglądarkach internetowych, głównie w Google  mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Krzysztof Folta, prezes zarządu TIM SA, dystrybutora artykułów elektrotechnicznych.

Jak dodaje, firma będzie dążyć do 80-proc. udziału sprzedaży internetowej w strukturze przychodów. Pozostałą część ma stanowić dotychczasowa sprzedaż multikanałowa (kontakt z klientem przez telefon, e-mail bądź wizytę osobistą w placówce firmy).

TIM SA oferuje m.in. aparaturę elektryczną, rozdzielnice, elektronarzędzia, osprzęt łączeniowy, a także narzędzia do domu i ogrodu oraz odzież ochronną. Firma dystrybuuje produkty takich producentów, jak Bosch, Delta Plus, Awex, Hager, Schneider Electric i PCE.

 Mamy założenie, że w 2015 roku powinniśmy osiągnąć pierwsze zyski. 2015 rok jest dla nas bardzo ważny, bo to rok przełamania 2-letniej passy strat, związanych ze zmianą modelu sprzedaży. Myślę, że w 2015 rok powinniśmy wejść z ustabilizowaną wewnętrznie firmą i to powinien być rok, kiedy już nie będzie strat, zarówno na sprzedaży, wyniku operacyjnym, jak i zysku EBITDA – takie są założenia   podkreśla Folta.

Po trzech kwartałach 2014 roku spółka wygenerowała 9,32 mln zł straty operacyjnej (wobec straty 6,7 mln zł rok wcześniej) oraz stratę netto rzędu 7,9 mln zł (5,2 mln zł w analogicznym okresie 2013 roku). Przychody wyniosły 381 mln zł, o 45 proc. więcej niż rok wcześniej i niemal tyle, co w całym 2013 roku.

W 2015 roku TIM SA zakłada trzy podstawowe cele do zrealizowania. Pierwszy z nich dotyczy rozszerzenia asortymentu artykułów elektrotechnicznych o 60 proc. – z 47 tys. do 75 tys. sztuk.

 Drugi dotyczy optymalizacji kosztów, a trzecim osiągnięcia wyższego wzrostu sprzedaży niż rynek. Zakładamy, że powinniśmy rosnąć od 20 do 30 proc. powyżej wzrostu rynku, takie są założenia wymienia prezes zarządu TIM SA.

Folta tłumaczy, że szczególną rolę w strategii odgrywa optymalizacja kosztowa, gdyż w nowym modelu sprzedaży, w większości przez internet, firma przewiduje niską pozycję kosztową.

Kalendarz wyborczy skłania kolejne grupy zawodowe do strajków. W niektórych przypadkach roszczenia są uzasadnione

Rok wyborczy skłania kolejne grupy do podejmowania działań strajkowych. W ostatnim czasie protestowali górnicy i rolnicy, a w najbliższych miesiącach planuje do nich dołączyć środowisko pielęgniarek. Głównym powodem są niskie wynagrodzenia oraz zbyt duże obciążenie pracą. W przypadku zawodów medycznych od wielu lat brakuje specjalistów, co dodatkowo wzmacnia pozycję przetargową przyszłych protestujących uważa Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan.

 O ile górników mamy za dużo i należałoby zmniejszyć liczbę zatrudnionych w górnictwie, o ile mamy za dużo nauczycieli, bo ponad 100 tys., o tyle mało mamy lekarzy i pielęgniarek – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan. – Uważam, że jest miejsce na rzetelną debatę i negocjacje między pracodawcami a związkowcami, a ściślej mówiąc, między pracownikami i pracodawcami, pod warunkiem że obie strony zgodzą się, że wysokość wynagrodzeń powinna być powiązana z wydajnością pracy.

Jak dodaje, dla medycznej grupy zawodowej deficyt specjalistów może być argumentem przemawiającym za wzrostem wynagrodzeń.

Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych domaga się wzrostu płac oraz określenia maksymalnej liczby pacjentów, którymi miałaby się opiekować jedna pielęgniarka. Przedstawiciele ZZPiP w maju planują strajk ostrzegawczy, a jeśli nie przyniesie on pożądanych rezultatów, środowisko we wrześniu przeprowadzi strajk generalny w całej Polsce.

Według danych serwisu Wynagrodzenia.pl, w którym przedstawiciele poszczególnych zawodów w formie ankiety podają wysokości swoich płac, mediana w odniesieniu do pielęgniarek wynosi 2700 zł brutto, co czwarta z nich zarabia poniżej 2236 zł. 25 proc. przedstawicieli zawodu osiąga powyżej 3379 zł. Badanie wykonano na próbie blisko 2 tys. ankietowanych.

– Istnieje błędne przekonanie, że skoro zmniejsza się deficyt w finansach publicznych, to jest co dzielić. Nie mamy czego dzielić, bo deficyt może będzie nieco mniejszy, ale nadal będzie ogromny, przekraczający 40 mld zł – zaznacza Mordasewicz. – W związku z tym musimy powstrzymać swoje apetyty do momentu, kiedy zrównoważymy finanse publiczne.

Niewskazane są także radykalne wzrosty wynagrodzeń. Konieczne jest ich powiązanie z wydajnością pracy. Według eksperta może się to skończyć podobnie, jak w państwach Europy Południowej, gdzie szybsze tempo podnoszenia płac w stosunku do wzrostu wydajności pracy doprowadziło do wyższego bezrobocia (Portugalia, Hiszpania) lub ryzyka bankructwa (Grecja).

Jak dodaje, pracownicy powinni mieć dostęp do danych dotyczących wydajności w spółkach i instytucjach, w których pracują.

– Poza tym obowiązkiem pracodawcy jest wyjaśnienie, w jakich warunkach będzie można podnosić wynagrodzenie – mówi przedstawiciel Konfederacji Lewiatan. – W sektorze prywatnym jest to dość proste, ponieważ mamy bilans firmy i można wytłumaczyć pracownikom, w jakiej sytuacji firma się znajduje. Z reguły pracownicy nie żądają więcej, bo boją się, że w przypadku upadku firmy stracą pracę.

Według Mordasewicza sytuacja wygląda gorzej w sektorze publicznym, gdzie rozmowy są trudniejsze, ale istnieje możliwość obserwacji sytuacji na rynku, a szczególnie liczby zatrudnionych w stosunku do potrzeb danej branży. Jeśli na rynku jest deficyt określonej grupy zawodowej, oznacza to dyskusję o podwyżce wynagrodzeń dla takich osób.

Senacki projekt grozi wywłaszczeniem dawnych właścicieli warszawskich nieruchomości

2 tys. wniosków dekretowych o przyznanie prawa użytkowania wieczystego do nieruchomości w Warszawie nie zostało nigdy rozpatrzonych przez Biuro Gospodarki Nieruchomości stołecznego ratusza. Chodzi o sprawy, w których pomimo skutecznego złożenia wniosków dekretowych w latach 40. XX wieku nie były prowadzone jakiekolwiek czynności administracyjne i nie doszło do wydania jakiekolwiek rozstrzygnięcia złożonego wniosku. Senacki projekt ustawy ma – jak podkreślają inicjatorzy – przyspieszyć proces rozpatrywania tych wniosków i zapobiegać dzikiej reprywatyzacji nieruchomości w stolicy, ale może w praktyce doprowadzić do wywłaszczenia praw dawnych właścicieli – ocenia radca prawny Adam Starczewski.  

Około 2 tys. wniosków dekretowych, zgodnie z informacjami Biura Gospodarki Nieruchomościami, na dziś jest nierozpoznanych. Pojawił się pomysł, aby takie wnioski były rozpatrzone, ale w ten sposób, że jeżeli ktoś nie zgłosi się do Biura, to dane postępowanie zostanie umorzone – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes radca prawny Adam Starczewski, ekspert ds. reprywatyzacji.

Wnioski dekretowe były składane przez przedwojennych właścicieli nieruchomości w Warszawie. Tzw. dekret Bieruta z 1945 r. przekazał własność wszystkich nieruchomości i gruntów w granicach miasta samorządowi. Dawni właściciele mogli w ciągu sześciu miesięcy złożyć wniosek dekretowy i na podstawie udowodnionej własności ubiegać się o prawo wieczystej dzierżawy (obecnie użytkowanie wieczyste).

Jak wynika z informacji podawanych przez warszawski magistrat, złożono ok. 17 tys. wniosków. W większości przypadków władze odmówiły udzielenia prawa wieczystej dzierżawy, a duża część wniosków w ogóle nie została rozpatrzona.

Są przypadki, kiedy zgłoszony został wyłącznie wniosek dekretowy, a później nie były dokonywane żadne czynności. Tak więc od 70 lat taka teczka własnościowa składa się tylko z wniosku dekretowego. Ten wniosek był zapewne złożony w terminie, był złożony ze wszystkimi obwarowaniami prawnymi, był adres osoby, która ten wniosek złożyła, bądź adres jej pełnomocnika prawnego. Natomiast organy przez 70 lat nic nie z tym robiły – podkreśla Starczewski.

Z uwagi na przeciągające się problemy z rozwiązaniem problemu reprywatyzacji w Warszawie działania podjęli parlamentarzyści. Na początku lutego Senat skierował do Sejmu projekt nowelizacji ustawy o gospodarce nieruchomościami, która ma doprowadzić do szybkiego zakończenia procesu reprywatyzacji i do jego uszczelnienia. Senacki projekt powstał w odpowiedzi na apele warszawskiego samorządu. Jeśli przyjmą go posłowie, nowelizacja może zacząć obowiązywać jeszcze w tym roku. Starczewski zwraca jednak uwagę na to, że projekt ma wady.

– Dysponujemy opiniami, które zostały przedstawione Senatowi przez jednostki Skarbu Państwa, przez Ministra Finansów, Ministra Skarbu Państwa, Krajową Radę Sądownictwa, Krajową Radę Notarialną, Naczelny Sąd Administracyjny, miasto stołeczne Warszawy i przez podmioty społeczne, jak stowarzyszenia Dekretowiec. Wszystkie te opinie, oprócz opinii miasta, w sposób negatywny wypowiadają się o pewnych pomysłach, które w gruncie rzeczy zmierzają do wywłaszczenia praw nabytych na podstawie dekretu warszawskiego przez osoby, które złożyły wnioski dekretowe – podkreśla Starczewski. – W opiniach tych podkreślane jest możliwe istotne zwiększenie obciążeń finansowych Skarbu Państwa w sytuacji, gdy projektodawca nie wskazał ich źródła finansowania. Opinie te wskazują również na niezgodność z podstawowymi zasadami dobrej legislacji poprzez odniesienie regulacji wyłącznie do gruntów warszawskich, a zatem dochodzi do niekorzystnego różnicowania osób dotkniętych dekretem Bieruta od innych osób, których dotknęły przepisy nacjonalizacyjne po drugiej wojnie światowej.

Podstawowym problemem jest wygaszanie nierozpatrzonych od 70 lat wniosków. Jeśli w ciągu pół roku od ponowionego wezwania nikt nie odnowi wniosku, miasto w myśl nowych przepisów będzie mogło umorzyć postępowanie. Ekspert dodaje, że wygaszenie wniosków może zostać uznane za niekonstytucyjne, gdyż dochodzi do tworzenia skutków prawnych wywłaszczenia prawa nabytego bez udziału osób zainteresowanych, które ten wniosek złożyły.

Ekspert krytykuje, że projekt nowelizacji nie tylko zadziała jak akt wywłaszczeniowy, lecz także ma inne poważne wady prawne. Jedną z nich jest brak mechanizmu odszkodowawczego. Jak przypomina Starczewski, dekret Bieruta, który nie miał w założeniach charakteru nacjonalizacyjnego, przewidywał samodzielny system odszkodowawczy, który nie został wprowadzony w życie. Ponadto nie wiadomo, jak projektodawca wyobraża sobie sytuacje wydawania decyzji administracyjnej w stosunku do osób, które mogą już nie żyć. Taki sposób zakończenia postępowań może rodzić odpowiedzialność odszkodowawczą Skarbu Państwa w wypadku stwierdzenia nieważności decyzji o umorzeniu postępowania wydanej w stosunku do osoby nieżyjącej.

Ponadto nie wiadomo, w jaki sposób Skarb Państwa miałby sfinansować wykonanie nowych przepisów. Według Starczewskiego może to doprowadzić do sytuacji, w której korzyści w postaci gruntów i nieruchomości trafią do samorządu Warszawy, ale ewentualnymi kosztami zostanie obciążony budżet centralny. Jak podkreśla, Fundusz Reprywatyzacyjny nie jest jednak przeznaczony na takie cele.

Radca prawny krytykuje także prawo pierwokupu nieruchomości przez Skarb Państwa. Dochodzi bowiem do rozszerzenia prawa pierwokupu na nieruchomości zabudowane budynkami stanowiącymi własność dawnych właścicieli. Obecnie prawo pierwokupu na rzecz Skarbu Państwa lub gminy dotyczy wyłącznie nieruchomości niezabudowanych uprzednio należących do Skarbu Państwa lub gminy. Przepisy wprowadzają zróżnicowanie dotyczące obrotu nieruchomościami na terenie m.st. Warszawy od obrotu nieruchomościami w innych częściach kraju. Zaburzona zostaje zatem zasada równego traktowania obywateli. Krajowa Rada Notarialna w swojej opinii zwraca uwagę na niepewność obrotu prawnego nieruchomościami zabudowanymi budynkami wzniesionymi przed datą wejścia w życie dekretu Bieruta.

Niewątpliwie jest to niekorzystny projekt dla dawnych właścicieli także z tego powodu, że jest kilka nowych przesłanek, na podstawie których istnieje możliwość odmowy przez Prezydenta Warszawy przyznania prawa własności czasowej, obecnie prawa użytkowania wieczystego. Takim sposobem jest na przykład cel publiczny. Obecnie w pewnych warunkach prywatny właściciel może wykonywać cel publiczny. Projekt ustawy definitywnie prowadzi do odmowy uwzględnienia wniosku dekretowego również w sytuacji, gdy obecnie nieruchomość jest oddawana w użytkowanie wieczyste – dodaje Starczewski.

Zaznacza, że w myśl projektu nowelizacji powodem przyznania prawa użytkowania wieczystego może być też niemożność podziału działki lub fakt, że nieruchomość w ponad 66 proc. została wyremontowana przez Skarb Państwa. Według Starczewskiego we wszystkich tych sytuacjach można mówić o zabronionym konstytucyjnie wywłaszczeniu dawnych właścicieli.

Mimo że ten budynek był bardzo zniszczony i został przeznaczony do odbudowy, to nadal jest on własnością dawnych właścicieli, natomiast Skarbowi Państwa, tudzież osobom trzecim służy ewentualnie prawo obligacyjne do żądania pewnych nakładów. Natomiast pisanie w ustawie, że w takim wypadku konieczna jest odmowa, to czysta postać wywłaszczenia – podkreśla ekspert. – Takie założenia projektu ustawy bowiem kwestionują dotychczasowy długoletni i ukształtowany dorobek orzecznictwa Sądu Najwyższego oraz Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Dodaje, że w projekcie znalazły się także dobre przepisy, jak choćby konieczność potwierdzania transakcji sprzedaży roszczeń do nieruchomości u notariusza. Ma to zapobiec procederowi, w którym handlarze roszczeniami skupują je od dawnych właścicieli, często za bardzo niską kwotę, a potem zarabiają na odzyskanej nieruchomości.

Netia redukuje koszty, by utrzymać swą pozycję na rynku. Spółka stawia na usługi mobilne, chmurę i centra danych

0

Netia zamierza w tym roku rozwijać usługi mobilne – ma to zapewnić nawiązana w lutym współpraca z operatorem sieci Play. W IV kwartale chce zaproponować klientom korporacyjnym m.in. centra danych i chmurę obliczeniową. Spółka liczy, że mimo ostrej konkurencji na rynku uda jej się utrzymać zgromadzoną bazę abonencką. Zamierza też walczyć o klientów z sektora publicznego. By ograniczyć koszty, planuje redukcję zatrudnienia.

Netia zmaga się z typowym problemem tradycyjnych firm telekomunikacyjnych. Klienci w coraz mniejszym stopniu są zainteresowani posiadaniem stacjonarnego telefonu. Dlatego spółka inwestuje w nowe usługi. Chce stworzyć ofertę łączącą usługi stacjonarne z mobilnymi, zamierza inwestować w centra danych, proponuje usługi w chmurze i planuje nowe usługi telewizyjne.

Widzimy trendy rynkowe i w pewien sposób staramy się za nimi walczyć, koncentrując się na utrzymaniu bazy abonenckiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Adam Sawicki, prezes Netii. – Jednocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że z trendami rynkowymi nie wygramy i te ubytki staramy się zrekompensować usługami w nowych obszarach – głównie telewizja, data center i chmura.

Temu m.in. ma służyć współpraca rozwijana z P4, operatorem sieci Play.

Spółka podkreśla jednak, że obecny rok raczej nie będzie przełomowy. Nowe usługi zostaną wprawdzie zaoferowane klientom w ciągu kilku miesięcy, jednak efekty w postaci wzrostu przychodów będzie można  zobaczyć najwcześniej w 2016 roku.

Na pewno wzrostów spodziewamy się w segmencie telewizji – deklaruje Adam Sawicki. – Pojawią się usługi mobilne, więc to dla nas będzie wzrost usług. Poza tym usługi w chmurze i data center, ale to jest dopiero IV kwartał, oraz usługi dla klientów w segmencie publicznym.

Netia wraz z GTS wygrała przetarg i zbuduje oraz przez cztery lata będzie operatorem sieci transmisji danych, łączącej wszystkie placówki Poczty Polskiej.

W zeszłym roku Netia osiągnęła 1,67 mld zł przychodu, o 200 mln mniej niż rok wcześniej. Jej zysk netto jednak bliski był 175 mln zł przy 46 mln zł w 2013 roku. W tej kwocie uwzględnione jest m.in. ok. 140 mln zł, które spółka otrzymała od Orange w ramach ugody jako wzajemne rozliczenie roszczeń.

To bardzo solidne wyniki finansowe – komentuje prezes Netii. – Stawiają firmę w bardzo dobrej sytuacji, dają możliwość rozwoju, ukształtowania nowego portfela produktów, spojrzenia na stronę akwizycyjną i te projekty, które są na rynku, ale oznaczają też dużo pracy, wyzwań i dalej bardzo wymagający klimat. Widzimy erozję cenową na wszystkich cenach produktowych, ale jednocześnie wiele dobrych tendencji w poszczególnych segmentach.

Nawet dobre wyniki nie chronią firmy przed pewną restrukturyzacją. Spółka wdraża program Netia Lajt 2.0, który ma zoptymalizować koszty m.in. przez zwolnienie części pracowników Początkowo mówiono o 350 osobach, ale prezes Netii zapewnia, że zwolnienia dotkną mniej osób.

Będą dwa efekty programu: skuteczniejsza organizacja, dzięki szybszym decyzjom i większej elastyczność, oraz zmniejszenie bazy kosztowej, dzięki redukcji zatrudnienia – zapowiada  Adam Sawicki. – To buduje nam pewną poduszkę finansową, aby móc inwestować w nowe grupy produktowe.

Nowoczesne systemy IT coraz częściej wspierają pracodawców w zarządzaniu kapitałem ludzkim. Zwroty z inwestycji możliwe już po 2 latach

Zarządzanie kadrami może być tańsze i bardziej efektywne dzięki nowoczesnym systemom IT. Oprogramowanie jest wykorzystywane już nie tylko do zarządzania płacami, urlopami i innymi procesami administracyjnymi, lecz także do badania kompetencji, identyfikacji talentów, wspierania indywidualnego rozwoju pracowników, szkoleń oraz budowania ścieżek kariery. Dla firm to szansa na znacznie bardziej efektywne wydatki.

Widzimy bardzo silne powiązanie między dwoma obszarami: realizacją strategii biznesowej firmy i obszarem HR [zasobów ludzkich – red.] poprzez wybieranie właściwych osób do realizacji właściwych zadań we właściwy sposób, przy zapewnieniu pracownikom właściwego rozwoju. Musimy pamiętać o tym, że największą wartością w firmie są ludzie, to dzięki nim niektóre z firm realizują założone cele i osiągają sukces ‒ przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Beata Bartkiewicz, HCM senior sales executive w SAP Polska. ‒ Obszar HR staje się strategiczną częścią biznesu, gdzie dodatkowym wyzwaniem zarządzanie niekiedy pięcioma generacjami jednocześnie zatrudnionych pracowników. W związku z tym systemy wspierające zarządzanie muszą być przyjazne i dostosowane do potrzeb oraz oczekiwań każdej z nich.

Popularność systemów zapewniających elastyczność w zarządzaniu kadrami jest coraz większa. Jak podkreśla Bartkiewicz, zainteresowane są przede wszystkim duże organizacje posiadające ogólnokrajową sieć sprzedaży i złożoną strukturę organizacyjną. Należą do nich m.in. banki oraz towarzystwa ubezpieczeniowe. Tylko z systemu SAP korzysta w Polsce już ponad milion pracowników, a liczba ta cały czas wzrasta.

Bartkiewicz zwraca uwagę na to, że systemy IT wspierają wszystkie obszary zarządzania kadrami – zarówno obszar twardego HR, czyli procesy związane z administracją pracowniczą, jak i miękkiego HR związanego z komunikacją, szkoleniami, rozwojem indywidualnym, oceną, awansem i nagrodami pracowników. Efektywność działań w tym drugim obszarze jest trudna do zmierzenia, bo niełatwo jest oszacować np. zwrot z inwestycji w szkolenia pracowników. Dzięki zastosowaniu nowoczesnych aplikacji można monitorować postępy i mierzyć efektywność wprowadzanych zmian.

Patrząc na człowieka w organizacji, musimy pamiętać o tym, że jego praca składa się z wielu elementów. Podstawowe to kompetencje, zaangażowanie, motywacja, innowacyjność, adaptacja do zmian, ale to nie wszystko, ważne są także sposoby przekazywania zadań i celów, sposoby ich realizacji, ocena i nagrody. Aby mieć pełen obraz człowieka w organizacji, informacje dotyczące powyższych elementów powinny być zintegrowane w aplikacjach wspierających twardy i miękki HR. Dane powinny być zintegrowane, a systemy powinny umożliwiać generowanie informacji zarządczej i raportów – podkreśla Bartkiewicz.

Podkreśla, że firmy muszą poznać potrzeby, oczekiwania, kompetencje i umiejętności swoich pracowników, by móc efektywnie nimi zarządzać. Te jednak, są zupełnie różne w przypadku bardzo młodych pracowników z generacji milenijnej i tych, którzy od lat pracują w firmie.

Bartkiewicz zwraca uwagę na to, że w przypadku oprogramowania SAP SuccessFactors dużą zaletą jest krótki czas wdrożenia systemu. Aplikacja działa w chmurze obliczeniowej, co zamienia koszt zakupu tradycyjnych licencji i coroczny koszt serwisu, na jedyny koszt po stronie klienta, jakim jest roczny koszt subskrypcji oprogramowania zależny od liczby użytkowników. Roczna subskrypcja jest kosztem operacyjnym i zapewnia elastyczność związaną np. z łatwymi rozszerzeniami wykorzystania aplikacji w miarę rozwoju firmy.

‒ Elastyczność naszej aplikacji pozwala zmieniać ją zgodnie z potrzebami organizacji, a wdrożenie jest szybsze niż w przypadku tradycyjnych rozwiązań. Zwrot z inwestycji jest mierzalny i dużo szybszy. Z doświadczeń naszych klientów wynika, że już po dwóch latach od wdrożenia SuccessFactors możemy zarządowi przekazać twarde cyfry, pokazujące jak zmienia się czas realizacji projektów, wzrost zaangażowania i efektywność organizacji – przekonuje Bartkiewicz.

Wykorzystanie nowych technologii i monitorowanie postępu realizacji przyczynia się do wzrostu efektywności procesu rekrutacji, onboardingu, ustalania celów, ale również planowania zatrudnienia, budowania ścieżek kariery, planowania i realizacji szkoleń. Tym samym zwiększa się wynik finansowy firmy.

Kompleksowe rozwiązania IT wspierają obszar zarządzania kapitałem ludzkim i usprawniają pracę menadżerów zarówno w podstawowych aspektach, jak i w bardziej zaawansowanych obszarach zarządzania kapitałem ludzkim.

W ostatnich latach widzimy wzrost znaczenia roli obszaru HR w organizacjach przy jednoczesnym wzroście zainteresowania zaawansowanymi rozwiązaniami IT wspierającymi ten obszar. Następuje stopniowe odejście od roli podstawowej ‒ sprowadzającej się do obsługi wynagrodzeń i administracji dokumentacji pracowniczej ‒ do roli ważniejszej, czyli budowy zaawansowanych systemów płacowych, identyfikacji kluczowych osób i kompetencji w organizacji, planowania ścieżek kariery, planowania szkoleń zgodnych z kierunkiem rozwoju organizacji, identyfikacji posiadanych kompetencji i dopasowania ich do zadań stawianych przed organizacją. W konsekwencji HR staje się strategiczną częścią biznesu, gdzie dodatkowym wyzwaniem jest obszar zarządzania talentami, który coraz częściej pojawia się w agendzie kadry zarządzającej – wyjaśnia Bartkiewicz.

Spowolnienie inwestycyjne w energetyce wiatrowej. W tym roku przyrost mocy znowu będzie niższy niż w poprzednim

Nowa ustawa o OZE spowolni nieco rozwój energetyki wiatrowej. Branża i tak czeka jednak na uchwalenie prawa i wstrzymuje się z inwestycjami. Widać to w statystykach – w 2014 r. przyłączono do sieci o połowę mniej mocy z energetyki wiatrowej niż w poprzednich latach. 

Mamy nadzieję, że ta sytuacja wyjaśni się w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Niestety, ostrożne szacunki wskazują, że przyrost mocy w energetyce wiatrowej w nowym reżimie prawnym będzie mniejszy niż obecnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Przybylski, dyrektor branży Wind Power w Siemensie.

Jak wynika z danych Europejskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej (EWEA) w 2014 r. w Polsce przyłączono do sieci 444 MW nowych mocy w elektrowniach wiatrowych. To spadek o ok. 50 proc. wobec 894 MW przyłączonych w 2013 r. i wobec 880 MW w 2012 r. Łączna moc elektrowni wiatrowych w Polsce to ok. 3,8 GW.

Przybylski tłumaczy, że spowolnienie inwestycyjne wynika w dużej mierze z niepewności dotyczącej zmian w prawie. Ustawa o odnawialnych źródłach energii, która ma całkowicie zmienić sposób wsparcia tych źródeł (w tym energetyki wiatrowej), czeka teraz na podpis prezydenta. Obecny system zielonych certyfikatów zastąpią aukcje energii. Branża nie wie jeszcze, czego spodziewać się po nowym systemie wsparcia i na razie ostrożnie się na ten temat wypowiada.

Jest bardzo dużo niewiadomych. Nie wiemy, jaki będzie wolumen energii dostępny w danych aukcjach i kiedy te aukcje będą organizowane – tłumaczy Przybylski. ‒ Każdy inwestor, który będzie chciał zainwestować w energetykę wiatrową, będzie musiał przygotować projekt, a ten będzie musiał w etapie prekwalifikacji zostać dopuszczony do aukcji. Następnie dany inwestor będzie brał udział w aukcji, by uzyskać gwarancje ceny na kolejnych 15 lat. Wiemy, że te aukcje będą się odbywały najwcześniej od 2016 roku.

Zaznacza, że poza aukcjami nowa ustawa ma wprowadzić 15-letnią gwarancję ceny, która co roku będzie indeksowana o wskaźnik inflacji.

Przybylski dodaje także, że choć branża czeka na nową ustawę, to nie powinna ona wejść w życie zbyt szybko. Ważne, by administracja pozwoliła na dokończenie inwestycji według starego systemu wsparcia.

Pytanie, czy uda się przekonać administrację do tego, aby wprowadzono tzw. bufor bezpieczeństwa, czyli przesunięcie o co najmniej kwartał momentu wprowadzenia nowej ustawy, by inwestycje, które są w bardzo zaawansowanym stanie, mogły zostać podłączone do sieci i mogły skorzystać jeszcze z obecnego systemu zielonych certyfikatów – przekonuje Przybylski.

Unijne pieniądze wspomogą badania i rozwój. Ciekawe projekty zachęcą do powrotu polskich młodych naukowców

Ten rok może być przełomowy dla polskiej nauki. Programy uruchomione w ramach nowej perspektywy finansowej UE pozwolą na nowe, innowacyjne przedsięwzięcia. Ciekawe projekty powinny przyciągnąć do kraju młodych i zdolnych naukowców, którzy kształcą się lub prowadzą badania za granicą.

Rok 2015 jest przełomowym okresem ze względu na to, że zostaną uruchomione pieniądze strukturalne. I w ramach tych pieniędzy będzie szereg przedsięwzięć, które będą promowały to, co nazywam kulturą jakości nauki – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

W ramach programu Horyzont 2020 na finansowanie badań naukowych i innowacji w UE otrzymamy w sumie 80 mld euro. Dzięki temu możliwe będzie całościowe finansowanie innowacji – od koncepcji naukowej, poprzez etap badań, aż po wdrożenie nowych technologii czy produktów.

Powstaną nowe miejsca pracy dla młodych ludzi. Chcemy, by młodzi uczeni, którzy obecnie pracują za granicą, przyjechali do Polski i albo budowali tu własne zespoły, albo wbudowywali się w już istniejące. Mogą też pracować w międzynarodowych agendach badawczych – przekonuje Żylicz.

Jeszcze w tym roku resort nauki ma ogłosić konkurs na międzynarodowe agendy badawcze (MAB) koordynowane przez Polaków. Skierowany jest on do jednostek naukowych w Polsce, które współpracują z zagranicznym partnerem, prowadzącym badania na najwyższym poziomie. Udział w konkursie będą mogły wziąć wszystkie polskie zespoły, które zgłosiły się do unijnego konkursu Teaming of Excellence w ramach programu ramowego Horyzont 2020. Do drugiego etapu z 19 zespołów przeszły trzy (na 31 w całej UE) – Centrum Innowacyjnych Biomateriałów w Łodzi, Wrocławskie Centrum Doskonałości i CEZAMAT-Environment – które dostały po 500 tys. euro na przygotowanie szczegółowego biznesplanu dotyczącego powstania nowego ośrodka. Mają szansę na otrzymać finansowanie w wysokości do 20 mln euro na okres siedmiu lat. Resort nauki nie chce jednak tracić potencjału tych, którym się nie udało, stąd pomysł na konkurs na MAB. Najlepsze konsorcja będą mogły otrzymać nawet po 50-60 mln zł.

Pieniądze strukturalne są na tyle poważne, że możemy zaproponować młodym ludziom podobne warunki, jakie mają w innych krajach Unii Europejskiej. Stypendia i uposażenie będą bardzo porównywalne ze środkami, jakie mają Niemcy czy Francuzi – ocenia Maciej Żylicz.

Do Polski wróciła już część młodych naukowców. Prowadzony przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej program Homing Plus przyciągnął osoby po doktoracie. Najlepsi otrzymali subsydium badawcze (do 80 tys. zł rocznie) i stypendia naukowe (do 5 tys. zł miesięcznie). Dotychczas wpłynęło 225 wniosków, laureatami zostało 73 naukowców. Fundacja określa współczynnik sukcesu programu na 32 proc., dlatego chce go kontynuować.

Fizyka, chemia materiałów i biotechnologia są w Polsce na dobrym poziomie. Dlatego jeśli będzie otwarty konkurs i będą dobrze ustawione kryteria jakościowe, to przypuszczalnie wygrają właśnie naukowcy z tych środowisk – zaznacza ekspert.

Polska nauka ma stawać się też bardziej efektywna i konkurencyjna. Od tego roku stopniowo zmienia się finansowanie jednostek naukowych. Podstawowym kryterium do ustalenia wysokości dotacji nie będzie już wysokość dofinansowania z poprzedniego roku, a kategoria naukowa, która obrazuje potencjał jednostki. Na zmianach zyskają przede wszystkim innowacyjne jednostki. Resort chce promować najlepszych, stąd też organizowane konkursy i chęć ścisłej współpracy naukowców z przedsiębiorstwami.

Fundacja na rzecz Nauki Polskiej jest największym w Polsce pozabudżetowym źródłem finansowania nauki.

Veolia zainwestuje w Polsce 700 mln zł. Francuski koncern chce budować nowoczesne i oszczędne sieci ciepłownicze

Ponad 700 mln zł wyda w tym roku na inwestycje w Polsce francuski koncern energetyczny Veolia. Firma specjalizująca się w dostarczaniu ciepła i pozyskiwaniu energii ze źródeł odnawialnych chce unowocześniać metody utylizacji odpadów.

– Działamy w trzech obszarach biznesowych: energia, odpady, woda – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Gérard Bourland, dyrektor generalny Veolia Polska. – Główną częścią inwestycji energetycznych w 2015 r., a także w 2016 r., będzie poprawa naszych aktywów, tak żeby ograniczyć emisję dwutlenku węgla. Wydamy w tym roku 700 milionów złotych na projekty, które zredukują emisje. Wiemy, że w segmencie gospodarki odpadami, władze dużych miast mają mnóstwo projektów, a my z chęcią weźmiemy udział w przetargach.

Veolia dotąd prowadziła Polsce działalność wspólnie z innym francuskim koncernem EDF pod marką Dalkia. Po rozdzieleniu przejęła polskie aktywa Dalkii i działalność spółki postanowiła kontynuować pod własną marką. Jej specjalnością są nowoczesne, zautomatyzowane systemy ciepłownicze.

Z nowymi inwestycjami w instalacje produkcyjne firma na razie się wstrzymuje, przynajmniej w perspektywie krótkoterminowej. Jak tłumaczy dyrektor, spółka czeka na nowe ustawodawstwo dotyczące energii, żeby mieć jasny ogląd na kolejne lata. Dopiero gdy nowe prawo zacznie obowiązywać, zdecyduje, gdzie i jak zainwestować. Rozwija natomiast sieć dystrybucyjną.

– Jest to element naszej codziennej działalności: poprawiać wydajność naszych sieci i je rozwijać – informuje Gérard Bourland. Wciąż planujemy szybki rozwój w miastach. W Warszawie poprzez współpracę, którą rozwijamy z PGNiG Termika, możemy razem, jako producent i dystrybutor, zoptymalizować i faktycznie poprawić wydajność sieci.

Veolia Polska działa w 40 miastach, z tych największych – obok Warszawy – także w Poznaniu i Łodzi. W sumie z jej usług korzysta ponad 2 mln Polaków. Spółka nie wyklucza podłączenia do swych sieci kolejnych ośrodków, choć jak zaznacza jej szef, zależy to od decyzji samych władz samorządowych. Veolia planuje też inwestycje w pozyskiwanie energii z odpadów.

Odpady są  tradycyjnym źródłem energii – zaznacza dyrektor generalny Veolia Polska. Władze miejskie muszą sobie poradzić z takimi kwestiami, jak oczyszczalnie ścieków czy odpady, a do wytwarzania energii potrzebne jest paliwo. Mamy pomysł na to,  jak zrealizować najlepsze połączenie tego, co nazywamy lokalnymi paliwami, czyli węglem, biomasą, odpadami, tak by zapewnić tanie i wydajne ciepło dla miast.

Veolia nie wyklucza też inwestycji w pozyskiwanie energii z ogniw fotowoltaicznych. Elektrowniami wiatrowymi jednak koncern nie jest zainteresowany.

– Mamy mały projekt w zakresie energii słonecznej, jednak zawsze jest to tylko dodatek do głównej działalności – podkreśla Gérard Bourland. – Jeśli chodzi o wiatr – naszym zadaniem jest zapewniać inwestycje o wartości dodanej, gdzie wymagany jest profesjonalizm pracowników. W przypadku energii wiatrowej nie jest to tak skomplikowane. Trzeba zainwestować w wiatraki i czekać na wiatr, nie jest to tak naprawdę wartość dodana, dlatego nie planujemy inwestycji w energię wiatrową.

Windykatorzy mogą pomóc w spłacie długu. Wciąż jednak są negatywnie postrzegani

Polacy często źle zarządzają swoimi finansami. Jednym kredytem spłacają drugi, przez co łatwo wpadają w spiralę zadłużenia. Rośnie za to ich wiedza na temat tego, jak zadłużyć się na duże kwoty i uniknąć spłaty długu – oceniają windykatorzy. Oszukują komorników, a windykatorów straszą policją. Zdaniem eksperta to błąd, bo windykatorzy, choć wciąż są postrzegani negatywnie, mogą pełnić rolę doradcy finansowego i pomóc w spłacie długu. 

Świadomość dłużników w Polsce rośnie, ale w niewłaściwym kierunku. Nie wiedzą, jak zarządzać domowymi portfelami, aby nie doprowadzić rodziny do katastrofy finansowej, ale za to rośnie świadomość, jak kiwać windykatorów i oszukiwać komorników, jak grać na nosie sądom, unikać odpowiedzialności i jak brać duże pieniądze i po prostu nie płacić. To właśnie w tym kierunku rozwija się polski konsument – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Markus Marcinkiewicz, ekspert ds. windykacji, autor książki „Zawodowy windykator”.

Jak podkreśla, Polscy dłużnicy wiedzę czerpią z internetu. Nauczyli się, że windykatorom można zagrozić policją, oskarżyć o stalking, a to daje szansę, że więcej nie zadzwonią. Potrafią też zgłosić skargę do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Podpowiedzi innych dłużników w sieci sprawiają, że coraz więcej osób próbuje oszukać windykatorów i komorników. To błąd, przekonuje Marcinkiewicz i zaznacza, że windykatora nie warto unikać, bo może pomóc.

Nie jesteśmy tymi złymi, którzy wymagają natychmiast spłaty całych kwot. Musimy tylko poznać prawdziwą i najlepiej udokumentowaną historię – mówi ekspert. – Jesteśmy w stanie zaproponować klientowi spore umorzenia. W tej chwili standardem jest 10- 20 proc., znam też takie przypadki, kiedy udało się wynegocjować nawet 50 proc. umorzenia. Proponujemy też spłatę reszty w takich ratach, które umożliwiają konsumentowi wyjście z problemów i uwolnienie go od przyszłego komornika – tłumaczy Marcinkiewicz.

Dłużnicy rzadko postrzegają windykatorów pozytywnie. Widzą w nich raczej osoby, które przemocą wejdą do mieszkania i zabiorą wartościowe przedmioty. Charakter pracy windykatorów jednak się zmienił, bo inne są też oczekiwania dłużników, którzy nie unikają spłaty należności.

Odkąd UOKiK i KNF znormalizowały naszą branżę, windykator nie ma uprawnień komorników i nigdy się tak nie zachowuje. Żaden cywilizowany windykator, który pracuje w porządnej firmie, nie posunie się do takich metod. Trzeba poznać sytuację dłużników i po prostu się dogadać – mówi Marcinkiewicz.

Windykatorzy w Polsce mają coraz więcej pracy. Z roku na rok rośnie bowiem zadłużenie konsumentów. Raport InfoDług spółki BIG InfoMonitor wskazuje, że na koniec 2014 roku łączna kwota zaległych płatności Polaków wyniosła blisko 41 mld zł (o 1 mld zł więcej niż w 2013 roku). Ze spłatą długów problem ma ponad 2,3 mln osób. Coraz większą popularnością cieszą się firmy pożyczkowe (dane Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych szacują jego wartość na blisko 4 mld zł), które dla 7 mln Polaków są jedyną szansą na uzyskanie pożyczki.

Polski dłużnik w większości przypadków pożycza bezmyślnie – podkreśla ekspert ds. windykacji. – Mimo ostrzeżeń, jeżeli konsument będzie chciał wziąć kredyt czy chwilówkę ponad jego stan, i tak to zrobi. Jeżeli odmówi mu bank, pójdzie do firmy pożyczkowej, nawet jeżeli będzie musiał słono przepłacić.

Polacy często korzystają z krótkoterminowych pożyczek oferowanych przez firmy pożyczkowej, aby spłacić inny dług. To prosty sposób na spiralę zadłużenia. Jak podkreśla Marcinkiewicz, problemy ze spłatą zaciągniętych kredytów wynikają ze źle podejmowanych decyzji.

Kiedy konsument mówi, że nie ma pieniędzy, bo musi wykarmić rodzinę, ma chorą matkę czy dzieci, szanuję to, zastanawiam się tylko, gdzie była ta wiedza, kiedy zaciągał kolejne chwilówki albo brał kolejny kredyt – mówi Markus Marcinkiewicz.

Szkocka whisky daje dobry procent. Inwestycje w alkohole bywają znacznie atrakcyjniejsze od bankowych lokat

Szkocka whisky ceniona jest nie tylko przez koneserów, lecz także przez inwestorów. Zyski, jakie osiągają na tym alkoholu, co najmniej trzykrotnie przebijają dochody z bankowych lokat. W niektórych przypadkach możliwy jest zwrot z inwestycji w whisky na poziomie 20-25 proc. rocznie.

Wyróżniamy dwa typy inwestycji w whisky. Pierwszy typ to kupowanie whisky w butelkach, tej która jest przeznaczona do budowania kolekcji. Drugi typ to kupowanie beczek whisky – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Krzysztof Maruszewski, prezes zarządu Stilnovisti, firmy specjalizującej się w inwestycjach alternatywnych.

Jak podkreśla, rzadkie butelki whisky to produkty stricte kolekcjonerskie, podobnie jak dzieła sztuki, znaczki czy autografy. Za niektóre egzemplarze – najlepsze, najstarsze, najbardziej unikatowe – kolekcjonerzy są w stanie zapłacić na aukcjach sześciocyfrowe sumy. Z tego powodu inwestowanie w butelki whisky staje się coraz modniejsze. Walor inwestycyjny posiadają takie marki, jak Macallan, Port Ellen, Dalmore czy Bowmore. Jak wynika z danych Stilnovisti, rynek aukcyjny butelek whisky ocenia się na ponad 7 mln funtów, a ceny tysiąca butelek o największym potencjale inwestycyjnym w ostatnich pięciu latach wzrosły o 160 proc.

Drugi sposób inwestowania w whisky to kupowanie beczek. Ceny tego alkoholu szybko idą w górę, ponieważ beczka niemieszanego trunku typu single malt stanowi składnik sprzedawanych potem w sklepach butelek z whisky typu blended.

W każdej butelce popularnej whisky blended mamy 15 proc. whisky single malt – tak mówi prawo brytyjskie i tego zmienić się nie da. W momencie, kiedy cały rynek na świecie rośnie rocznie od kilku do kilkunastu procent w zależności od roku, mówimy o znacznym niedoborze whisky single malt, które są potrzebne do produkcji blended – wyjaśnia Krzysztof Maruszewski.

Cenniejsze butelki alkoholu oznaczane jako kilku- lub kilkunastoletnie zawierać muszą whisky z równie starej beczki. Tych zaś na rynku jest coraz mniej. Ocenia się, że tylko 15 proc. z około 18 mln beczek, które leżą w Szkocji, to beczki starsze niż 12 lat. Według indeksu Investment Grade Scotch ceny 100 najlepszych destylatów od początku 2008 roku do końca lipca 2014 roku wzrosły średnio o 440 proc.

Są prognozy, że za cztery lata nie będzie dostępnych beczek starszych niż 12 lat. Tym samym wydarzy się to samo, co w segmencie koniaków, czyli wersje wiekowe tego trunku będą zdarzały się bardzo rzadko – tłumaczy Krzysztof Maruszewski. – W sprzedaży znajdują się kilkuletnie whisky, np. Macallana, podczas gdy jakiś czas temu były też 10, 12 czy 15-letnie. Dzisiaj Macallan to wycofuje, dlatego że nie ma starych beczek do produkcji whisky.

Beczki whisky można kupić za pośrednictwem firm specjalizujących się w inwestycjach w alkohole. Stilnovisti, jako jedna z kilku firm na świecie proponuje klientom taką formę lokowania środków. Specjalizuje się w zakupie beczki dla klienta, zorganizowaniu jej przechowywania i ubezpieczenia jej przez określony czas, a następnie odsprzedaniu na terenie Szkocji.

– Jeżeli chodzi o kwotę bazową, od której możemy zacząć inwestycje w whisky, jest to kwota zakupu jednej beczki – mówi prezes zarządu Stilnovisti. – Świeża beczka dzisiaj zalewana kosztuje około 2,4 tys. funtów. Jeżeli chcielibyśmy kupić starszą beczkę, bo taka możliwość też jest, to ceny zaczynają się od kilku do kilkunastu tysięcy funtów.

Na jakość i cenę inwestycyjnej beczki whisky w największy sposób wpływa drewno. Dobra jakość beczki, np. po sherry czy burbonie, znacząco wpływa na smak i aromat trunku. Whisky starzeje się w beczce, a kiedy jest już przelana do butelki, ten proces się kończy.

Podstawą inwestycji w beczki whisky jest możliwość zakupów świeżych beczek, ponieważ wtedy mamy też możliwość doboru drewna – zwraca uwagę prezes zarządu Stilnovisti. – Najbardziej cenionym drewnem w Szkocji jest beczka pierwszy raz używana do starzenia whisky, np. po sherry. Taka beczka (sama pojedyncza) potrafi kosztować nawet 800 funtów za sztukę, jeżeli jest dobrej jakości, i nawet używana po raz drugi czy trzeci raz nadal ma ona dużą wartość.

W 2013 roku sprzedaż whisky na największym rynku, czyli w USA, wzrosła o  6 proc. Scotch Whisky Association szacuje, że tylko od stycznia do czerwca 2014 roku amerykańscy importerzy sprowadzili szkocka wartą 327,7 mln euro. W Polsce, która jest 20. największym importerem tego trunku, w 2013 roku sprzedano 19 mln litrów whisky o wartości 1,8 mld zł. Potencjał wzrostowy tego rynku szacuje się na 8 proc. rocznie. To oznacza przewagę popytu nad podażą, co zwykle jest fundamentem dobrej inwestycji.

Jeżeli chodzi o stopy zwrotu, to pokazujemy naszym inwestorom bardzo bezpiecznie, około trzykrotność lokaty bankowej – mówi Krzysztof Maruszewski. – Oczywiście mamy inwestorów, którzy osiągają konkretne wyniki nawet, 20-25-proc. stopy zwrotu rocznie.

„Po alkoholu nie jadę” – świadomość Polaków się zmienia

Polacy są coraz bardziej negatywnie nastawieni do jazdy pod wpływem alkoholu – to jeden z wielu wniosków płynących z raportu Instytutu Transportu Samochodowego. Niestety, problemem wciąż są zbyt niskie kary dla nietrzeźwych kierowców oraz brak skutecznych rozwiązań wobec recydywistów.

Nie da się całkowicie wyeliminować problemu pijanych kierowców, mimo to ich liczba na drogach systematycznie spada. „Nietrzeźwi stanowią obecnie ok. 1% kierujących. Spowodowali ok. 8% wypadków samochodowych. Zginęło w nich 12,7% wszystkich ofiar wypadków drogowych” – mówi serwisowi infoWire.pl podinsp. Artur Zawadzki z Komendy Głównej Policji.

Do zmniejszenia liczby nietrzeźwych kierowców przyczyniły się częstsze kontrole policyjne, ale także liczne akcje kształtujące wśród Polaków negatywny obraz związku alkohol – ruch drogowy. Szkoda, że działalność pojedynczych instytucji przynosi większe efekty w walce z pijanymi na drogach niż wdrażana skoordynowana polityka zapobiegawcza. W Polsce funkcjonują trzy programy prewencyjne, ale nie ma mechanizmów monitorowania i oceny zastosowanych działań.

Administracyjny i karny system rozliczania nietrzeźwych kierowców ma niewielki wpływ na kształtowanie postaw oraz zachowań społecznych. „Wciąż nie ma skutecznych rozwiązań przewidzianych dla osób uzależnionych od alkoholu oraz recydywistów. Z kolei sądy nadal nie wykorzystują wszystkich możliwych narzędzi karania kierowców adekwatnie do popełnionych przez nich przestępstw” – podkreśla Ilona Buttler z Instytutu Transportu Samochodowego.

Najważniejsze to zmieniać świadomość społeczną i wpajać dobre praktyki już od najmłodszych lat – zaznaczają eksperci. Dzięki temu brak przyzwolenia na jazdę po alkoholu staje się coraz bardziej powszechny.

Ośrodki opieki długoterminowej w świadomości Polaków – opinie i wyzwania

Jak pokazuje badanie przeprowadzone we wrześniu ub. roku przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie firmy MEDI-system, przy podejmowaniu decyzji o wyborze rozwiązania dotyczącego opieki nad niesamodzielnym krewnym na pierwszym miejscu nadal plasuje się opieka rodziny bądź zapewnienie jej w domu. Jednak widoczna jest zmiana w podejściu Polaków do ośrodków opieki. Okazuje się, że 44 proc. respondentów wybrałoby ośrodek opieki dla bliskiej osoby wymagającej stałej troski. Najczęściej wskazywanym argumentem za takim rozwiązaniem (62 proc.) była obawa związana z nieumiejętnością zapewnienia odpowiedniej opieki. Na drugim miejscu (45 proc.) znalazła się opinia, że ośrodek jest w stanie zapewnić najlepszą opiekę, a na trzecim (40 proc.) był brak możliwości pogodzenia obowiązków zawodowych i dotychczasowego trybu życia z opieką nad niesamodzielnym członkiem rodziny. Zaledwie 5 proc. respondentów całkowicie odrzuciło możliwość zdania się na ośrodek opieki długoterminowej w przypadku niesamodzielności bliskiej osoby.

„W miarę jak przypadki opieki długoterminowej stają się częstsze, zwiększa się odsetek akceptujących umieszczenie osoby w tego typu instytucji. Wynika to zapewne nie tylko z lepszej niż dawniej oceny samych placówek, ale i z faktu, że rodzina jest coraz bardziej świadoma tego, że nie może zapewnić należytej opieki świadczonej przez coraz dłuższy okres. Na opinię osób do niedawna pracujących za granicą w sprawie umieszczenia niesamodzielnych członków rodziny w placówce wpływa dodatkowo znacznie większa popularność i akceptacja społeczna dla takich rozwiązań w krajach Europy Zachodniej” – komentuje prof. dr hab. Piotr Błędowski ze Szkoły Głównej Handlowej.

Dr Małgorzata Gałązka-Sobotka z Uczelni Łazarskiego zauważa zaś, że: „Istotną kwestią ograniczającą skłonność do skorzystania z ośrodka opieki jest najczęściej brak wiedzy i niski poziom świadomości społecznej na temat poziomu rozwoju usług w tym zakresie. Deficyt obiektywnych informacji lub prezentacja przez media tylko złych praktyk betonuje utarte schematy myślenia i ogranicza gotowość do rozważenia tej formy opieki.”

Polacy dostrzegają również obowiązki i konsekwencje związane z opieką nad niesamodzielnym bliskim w domu. Z badania wynika, że zaledwie 6 proc. respondentów uważa, że podjęcie się opieki nad bliskim w żaden sposób nie wpływa na komfort dotychczasowego życia. Dla większości ryzyko utraty pracy, obniżenie statusu społecznego czy rezygnacja z dotychczasowego życia jest bolesnym następstwem opieki rodzinnej. „Pomoc dla starszych osób niesamodzielnych powinna być równocześnie wsparciem dla opiekunów rodzinnych. Nie chodzi o ich zastąpienie, tylko pomoc w sprawowaniu przez nich swojej funkcji, ale nie kosztem rezygnacji z życia rodzinnego, ambicji zawodowych i partycypacji w życiu społecznym” – mówi prof. dr hab. Piotr Błędowski ze Szkoły Głównej Handlowej.

„Czas zauważyć, że wybory o pobycie ojca, matki czy dziadków w placówce senioralnej nie są lub nie będą najczęściej podyktowane brakiem miłości w rodzinie, ale są to decyzje mające w swym uzasadnieniu troskę o tę osobę, zapewnienie jej przede wszystkim opieki, bezpieczeństwa oraz towarzystwa, którego dzieci nie mogą zorganizować” – dodaje Marzena Rudnicka, prezes Krajowego Instytutu Gospodarki Senioralnej.

Prawie 2/3 respondentów uznało, że najważniejszym argumentem przemawiającym za wyborem ośrodka opieki długoterminowej dla osoby bliskiej jest dostęp do specjalistycznego leczenia i rehabilitacji. Niewiele mniej głosów akceptacji zyskał przyjazny personel (61 proc.)

„Ośrodek powinien nie tylko zastąpić członków rodziny w opiece nad bliskim, ale dać więcej – fachową opiekę specjalistów przedłużającą okres sprawności lub prowadzącą do jej poprawy. Wybór ośrodka to wybór miejsca, w którym bliski ma być otoczony przyjazną i fachową opieką. Z naszego doświadczenia wynika, że zaproponowanie ciekawych aktywności, uwzględniających oczywiście sprawność i stan zdrowia pacjentów, jest istotnym czynnikiem wyboru i późniejszej oceny zadowolenia pacjenta z pobytu” – mówi Beata Leszczyńska, prezes MEDI-system.

Badanie pokazało również, że zmienia się podejście społeczeństwa do osób, które podjęły decyzję o wyborze ośrodka opieki długoterminowej dla swojego bliskiego. Zaledwie 6 proc. respondentów oceniło je negatywnie, jako dbające wyłącznie o własne potrzeby. Spora część – 42 proc. – ocenę uzależnia od sytuacji i towarzyszących jej indywidualnych uwarunkowań.

Jedną z ważnych kwestii poruszanych w badaniu przeprowadzonym przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie MEDI-system jest stosunek respondentów do wyboru rodzaju opieki dla nich samych w przyszłości. Widać wyraźnie, że osoby (57 proc), które w przeszłości miały do czynienia z ośrodkiem opieki długoterminowej w związku z bliską osobą, chciałyby skorzystać z jego usług osobiście. Co trzeci badany, który nigdy nie stanął przed takim wyborem albo niegdyś zdecydował się na opiekę rodziny bądź pielęgniarki, także skłania się ku opcji ośrodka opieki. „Ostatnio obserwuje się coraz większą skłonność osób dziś jeszcze sprawnych do tego, by w przyszłości nie obarczać rodziny obowiązkiem opieki nad sobą, ale złożyć to zadanie na barki profesjonalnych świadczeniodawców” – komentuje prof. dr hab. Piotr Błędowski.

Ośrodek opieki długoterminowej to forma opieki coraz częściej brana przez Polaków pod uwagę zarówno w kontekście osoby bliskiej, jak również przyszłości badanych osób. „Przeciętna jakość opieki długoterminowej w skali kraju pozostawia wiele do życzenia. Jest to w dużej mierze uzależnione od poziomu finansowania tego sektora. Obecny system opiera się na granicy absolutnego minimum kosztów potrzebnych do zapewnienia bezpieczeństwa i najniezbędniejszych potrzeb” – zauważa Marcin Zawadzki, przewodniczący Rady Nadzorczej MEDI-system. „Polska staje właśnie przed poważnym wyzwaniem, jakim jest sprostanie procesowi starzenia się społeczeństwa, którego istotną kwestią będzie również opieka długoterminowa. To, jakie kroki zostaną podjęte w najbliższym czasie, zadecyduje o naszej kondycji za kilkanaście lat” – dodaje.

Samochód wypożyczony, czyli samochód dla każdego

Choć wypożyczanie samochodów nie jest u nas aż tak popularne jak na Zachodzie, rynek wynajmu aut rozwija się w Polsce w szybkim tempie – 15–20% w skali roku. Zainteresowanie widać zarówno wśród Polaków, jak i gości z zagranicy.

Wypożyczenie pojazdu nie jest skomplikowane. „Wystarczy zadzwonić do naszego biura, ewentualnie wejść na stronę internetową i za pomocą systemu rezerwacyjnego dokonać rezerwacji. Po jej zrobieniu skontaktujemy się z klientem, ustalimy dokładny termin odbioru, dokładny model auta i zostanie ono podstawione” – objaśnia Łukasz Grzelak z Anca Cars.

Wynajem samochodu nie należy do najtańszych usług, lecz dzięki kompleksowości oferty zapewnia użytkownikowi duży komfort. Pojazd jest niemalże nowy, objęty pełnym pakietem ubezpieczeniowym – OC, AC i NNW. Przysługuje mu obsługa serwisowa oraz wymiana opon. Niektóre wypożyczalnie nie pobierają kaucji – dopiero w przypadku kolizji klient partycypuje w kosztach ubezpieczenia i musi zapłacić kwotę uzgodnioną wcześniej przez obie strony, tzw. udział własny. W zależności od potrzeb wynajem może być krótkoterminowy (od dnia do dwóch miesięcy), średnioterminowy (od dwóch do czterech miesięcy) lub długoterminowy (od 24 do 60 miesięcy).

Prognozy dalszego rozwoju usług związanych z wypożyczaniem aut są dobre. Zmiana postawy Polaków (coraz częściej chcemy użytkować samochód, zamiast posiadać) stwarza korzystne warunki do wprowadzania nowych produktów, takich jak np. leasing konsumencki. I choć usługa ta na razie raczkuje na polskim gruncie, prawdopodobnie zostanie spopularyzowana wraz z szybko rozwijającym się rynkiem wynajmu pojazdów.

Prezes TVN: Na rynku reklamowym ceny będą rosły. Dla TVN-u 2015 rok będzie okresem żniw

Koniec kryzysu na rynku medialnym. Ceny telewizyjnych reklam zaczęły rosnąć pod koniec 2014 roku i w tym roku ten trend powinien się utrzymać. Prezes TVN oczekuje zarówno wzrostu przychodów, jak i zysku Grupy.

W zeszłym roku przychody TVN-u sięgały 1,6 mld zł i były o 3,6 proc. wyższe niż rok wcześniej. EBITDA spółki, czyli jej zysk operacyjny przed amortyzacją, wzrosła o 4,9 proc. i sięgnęła 530 mln zł. Jednocześnie zadłużenie spółki spadło o 100 mln, do 2,1 mld zł, a zysk netto sięgnął 195 mln zł.

– W 2015 roku spodziewamy się kontynuacji dobrej końcówki 2014 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Markus Tellenbach, prezes TVN SA. – Ubiegły rok był dla nas okresem zmian na lepsze, osiągnęliśmy wszystkie cele, które sobie założyliśmy. Na ten rok prognozujemy wzrost rynku reklamy telewizyjnej o około 5 proc., a także wysoki, jednocyfrowy wzrost dochodów grupy TVN.

Do Grupy TVN poza głównym kanałem należy 10 kanałów tematycznych. W planach spółka ma utworzenie kolejnych. Obecnie oglądalność stacji sięga 12 proc. widzów w najbardziej cenionym przez reklamodawców przedziale wiekowym, czyli od 16 do 49 lat. W zeszłym roku, jak podaje dom mediowy Starlink, kanały TVN-u miały 44,5 proc. udziału w polskim rynku telewizyjnym.

– W pełni skorzystamy z inwestycji, które przeprowadziliśmy w ostatnich kilku latach – ocenia Markus Tellenbach. – Zdywersyfikowaliśmy nasz portfel, uruchomiliśmy nowe kanały, zainwestowaliśmy w nieliniowe formy odtwarzania produkcji, wprowadziliśmy usługi Premium TV i nową politykę sprzedaży. 2015 rok będzie dla nas okresem żniw.

TVN liczy na to, że obserwowane obecnie ożywienie w polskiej gospodarce bezpośrednio przełoży się na rynek medialny. Tym bardziej że bardzo zmieniły się ostatnio zwyczaje widzów. Oglądalność tradycyjnych, ogólnotematycznych kanałów spada. TVN, który inwestował w kanały tematyczne, liczy, że reklamodawcy to docenią.

Naszym zdaniem jest szansa na wzrost cen, a to wszystko za sprawą rosnącego zapotrzebowania na kanały tematyczne oraz ze względu na ich wyniki – podkreśla prezes TVN SA. Zwiększamy ceny, jeśli chodzi o nasz portfel, kanały reprezentowane w Premium TV. Uważamy, że możliwe jest bardzo nieznaczne dostosowanie cen w głównym kanale, ale trzeba przy tym uwzględnić fakt, że przez ostatnie cztery lata ceny spadały, więc niektóre z podwyżek są uzasadnione.

W ostatnich lata stacje telewizyjne musiały zaciskać pasa, bo wraz z kryzysem malały budżety reklamowe. Obecnie można oczekiwać odbicia na tym rynku. Wskazuje na to ostatni kwartał 2014 roku, gdy przychody z reklamy wzrosły o 5,4 proc.

– Reklamodawcy zdają sobie z tego sprawę, agencje również – zwraca uwagę prezes Markus Tellenbach z TVN SA. Oni skorzystali ze znaczących obniżek podczas kryzysu branży reklamowej, więc częściowo odzyskaliśmy to, co zostało zredukowane w ostatnich latach.

NIK o dotowaniu szkół artystycznych

Od 14 lat kolejni ministrowie kultury za pośrednictwem Centrum Edukacji Artystycznej, przekazywali niepublicznym szkołom artystycznym zaniżone dotacje, konsekwentnie naruszając ustawę o systemie oświaty. W latach 2011-2013 wszystkie szkoły tego rodzaju dostały mniej niż połowę przysługującej im kwoty. Szkoły nie wiedziały czy przyznane im sumy są prawidłowe, bo nie znały podstawy ani wynikających z niej stawek dotacji. Sprawa jest istotna, ponieważ zapotrzebowanie na dotacje rośnie – w ciągu ostatnich dwunastu lat liczba niepublicznych szkół artystycznych o uprawnieniach szkół publicznych wzrosła dwukrotnie.

W latach 2011-2013 niepublicznym szkołom artystycznym o uprawnieniach szkół publicznych przysługiwały dotacje w wysokości blisko 131 mln zł. Tymczasem szkoły te otrzymały zaledwie nieco ponad 62 mln zł, czyli mniej niż połowę należnej im kwoty. Na nieprawidłowości w tym zakresie wskazywały już wcześniejsze kontrole NIK (z lat 2002, 2004, 2009). Wyniki obecnej kontroli potwierdzają, że niezgodne z przepisami zaniżanie dotacji przekazywanych niepublicznym szkołom artystycznym nie tylko nie zostało przerwane, ale nawet się pogłębiło. Od 14 lat niepubliczne szkoły artystyczne otrzymują mniej pieniędzy niż wynikałoby to z przepisów: w różnych okresach te swoiste „niedopłaty” zmieniają się – bywają raz mniejsze, raz większe, jednak zawsze z uszczerbkiem dla szkół. W ostatnich latach (2011-2013) zjawisko zaniżania dotacji (w ujęciu procentowym) jest nawet wyraźniejsze niż we wcześniejszych okresach objętych kontrolami NIK.

NIK zwraca uwagę, że większość dyrektorów i właścicieli szkół nie miała możliwości ubiegania się o rzeczywiście należne im kwoty, ponieważ ich nie znała. Szkoły nie były bowiem informowane o wysokości przysługujących im dotacji na jednego ucznia. Kwotę tę ustala się na podstawie wydatków bieżących prowadzonych przez Ministerstwo Kultury publicznych szkół artystycznych danego typu. Wysokość dotacji wylicza, a później w imieniu Ministra przekazuje, Centrum Edukacji Artystycznej – jednostka sprawująca nadzór pedagogiczny nad szkołami artystycznymi i realizująca zadania organu prowadzącego szkół prowadzonych przez Ministerstwo.

Pomimo niewystarczających środków resort kultury nie wnioskował do resortu finansów o dodatkowe kwoty na dotacje dla niepublicznych szkół artystycznych. Głównym powodem tego zaniechania miało być przekonanie Ministra Kultury, iż w związku z nadmiernym obciążeniem budżetu państwa wypłata należnych środków i tak nie byłaby możliwa.

Na tym wątpliwości dotyczące wysokości dotacji się jednak nie kończą. NIK wskazuje także, że te zaniżone dotacje naliczane były według niejednolitych stawek. Szkoły tego samego typu (np. policealne) otrzymywały więc różne dofinansowania, chociaż zgodnie z przepisami stawka na jednego ucznia powinna być taka sama dla szkół artystycznych danego typu, bez względu na to, jaką dyscypliną sztuki się zajmują. Zdarzało się również, że przekazywano środki na podstawie planowanej, a nie rzeczywistej liczby uczniów – w efekcie w wybranych miesiącach szkoły które przyjęły mniej uczniów, niż planowały otrzymywały więcej pieniędzy niż powinny, a te, które nie doszacowały liczby chętnych – mniej, niż powinny. Kontrolerzy NIK wskazują także przypadki, w których pomimo braku środków na dotacje dla szkół artystycznych posiadających uprawnienia publicznych – udzielono dotacji szkołom, które takich uprawnień nie posiadały: trzy takie szkoły otrzymały (w latach 2011-2013) łącznie milion złotych.

W badanym przez NIK okresie ani Ministerstwo Kultury, ani Centrum Edukacji nie kontrolowały prawidłowości wykorzystania przez szkoły środków z dotacji. Centrum przeprowadziło zaledwie trzy tego typu kontrole, z czego pierwszą dopiero w styczniu 2014 r., na zlecenie Izby. Tymczasem, jak wynika z ustaleń kontroli NIK  w 14 z 16 szkółobjętych kontrolą wystąpiły nieprawidłowości w rozliczeniu dotacji, a w czterech w jej wykorzystaniu. Nieprawidłowości przy rozliczaniu dotacji polegały m.in. na naruszeniu terminów przekazywania rozliczeń, podawaniu w rozliczeniach nieprawdziwej liczby uczniów lub błędnych kwot.

Kontrola NIK wykazała także luki w nadzorze pedagogicznym nad niepublicznymi szkołami artystycznymi, sprawowanym przez Centrum Edukacji. Centrum akceptowało np. kształcenie w systemie zaocznym przez te szkoły, chociaż przepisy nie przewidywały takiego rozwiązania. NIK zauważa, że wpływ na nieprawidłowości w nadzorze pedagogicznym nad artystycznymi szkołami policealnymi i pomaturalnymi miały braki i niespójności w prawie, dot. m.in. nieprzejrzystych zasad klasyfikowania i promowania słuchaczy.

Wnioski NIK

W związku z ustaleniami kontroli NIK skierowała do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego m.in. wnioski o:

  • informowanie niepublicznych szkół artystycznych o podstawie naliczenia dotacji oraz o należnych stawkach dotacji na jednego ucznia;
  • planowanie, we współpracy z Ministrem Finansów, dotacji dla szkół niepublicznych o uprawnieniach szkół publicznych w kwotach zapewniających spełnienie wymogów.

NIK przedstawiła również wnioski de lege ferenda. W ocenie Izby Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego powinien m.in. podjąć, we współpracy z Ministrem Edukacji Narodowej, działania zmierzające do znowelizowania ustawy o systemie oświaty poprzezokreślenie podstawy naliczenia dotacji dla tych niepublicznych szkół artystycznych o uprawnieniach szkół publicznych, które nie mają odpowiednika wśród typów szkół prowadzonych przez ministra kultury (dotyczy to np. szkoły sztuki tańca).

Szkolnictwo artystyczne w Polsce stanowi wyodrębniony system szkolnictwa, za który odpowiada minister kultury. Charakterystyczną jego cechą jest zorganizowanie kształcenia w odmiennych od szkolnictwa powszechnego typach szkół, w szczególności w szkołach muzycznych, plastycznych, baletowych, szkołach sztuki cyrkowej lub pomaturalnych szkołach bibliotekarskich i animatorów kultury. Nadzór pedagogiczny nad szkołami artystycznymi sprawuje Centrum Edukacji Artystycznej.

W systemie szkolnictwa artystycznego realizowane są dwa modele kształcenia, tj. kształcenie wyłącznie artystyczne lub kształcenie artystyczne połączone z kształceniem ogólnym.

W roku szkolnym 2013/2014 funkcjonowały 843 szkoły artystyczne różnych typów, do których uczęszczało 92 757 uczniów. Liczba ta obejmowała 317 szkół niepublicznych ogółem (38%), w których kształciło się 13 043 (14%) uczniów, z czego do 135 szkół niepublicznych o uprawnieniach szkół publicznych uczęszczało 6 465 uczniów (wg danych Centrum Edukacji).

W ostatnich dwunastu latach liczba niepublicznych szkół artystycznych o uprawnieniach szkół publicznych uległa podwojeniu. Liczba tych szkół w 2013 r. (135), w porównaniu do 2001 r. (63), zwiększyła się o 111%.

Niepubliczne szkoły artystyczne o uprawnieniach szkół publicznych korzystają ze środków publicznych w formie dotacji z budżetu państwa, udzielanych przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, za pośrednictwem Centrum Edukacji Artystycznej. W latach 2011, 2012 i 2013 przekazano szkołom odpowiednio: 19 582,1 tys. zł, 20 472,7 tys. zł, 22 685,9 tys. zł.

Piotr Kuczyński (Xelion): Unia i Grecja znajdą tymczasowy kompromis. Jeśli nie, to rynki finansowe się przestraszą

Piątkowy termin na porozumienie się Grecji z Eurolandem wcale nie jest ostateczny uważa Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. Jego zdaniem ryzyko, że obie strony nie zdołają osiągnąć kompromisu, nie jest wielkie, choć na razie jedni i drudzy twardo obstają przy swoim zdaniu.

28 lutego kończy się program pomocowy, w ramach którego Grecja dostaje nowe pożyczki, a w zamian musi wprowadzać reformy gospodarcze. Nowy program powinien być podpisany do piątku, by państwa finansujące Grecję zdążyły go zatwierdzić.

– Nie wiadomo jednak, czy do piątku się to uda. Mówimy o piątku, bo później parlamenty muszą mieć czas na zatwierdzenie programu. Ale wiemy doskonale, że to nie musi być piątek, może być to następny piątek. To jest tylko kwestia tego, żeby „podkręcić” Greków ocenia Piotr Kuczyński.

Jak to ujmuje, Grecy bawią się w tej chwili w dobrego i złego policjanta. Janis Warufakis, grecki minister finansów na zmianę z premierem Aleksisem Ciprasem to dają europejskim politykom nadzieję na kompromis, to utwardzają stanowisko.

– W ten sposób grają na nerwach UE, która też gra twardego policjanta, a jak tak wszyscy grają, to wszystko zmienia się w grę „chicken game”. Dwa samochody jadą naprzeciwko siebie, albo się zderzą, albo któryś stchórzy. Myślę, że w ostatniej chwili oba stchórzą i może otrą się trochę bokami, ale jakoś tam się dogadają. Na tym etapie myślę, że się jeszcze dogadają.

Przez cztery ostatnie lata bankrutująca Grecja dostała od Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego 240 mld euro pożyczki, dzięki której przetrwała kryzys, w który sama się wpędziła, przez lata żyjąc ponad stan. W zamian musiała wprowadzić program reform i oszczędności, m.in. sprzedać część państwowego majątku, zwolnić zbędnych urzędników i ograniczyć płace w budżetówce. Program oszczędnościowy tak bardzo nie spodobał się obywatelom, że wprowadzający go politycy przegrali wybory i władzę zdobyły ugrupowania obiecujące, że zerwą międzynarodowe umowy. Zerwanie tych umów bez wynegocjowania innych oznacza, że Grecja nie dostanie kolejnych pieniędzy i zbankrutuje.

Rynki w tej chwili w ogóle się tego nie boją i to jest lekko niebezpieczne, bo gdyby sytuacja się zaostrzyła, to mogą się wtedy przestraszyć  mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.Nie boją się, bo zakładają to, co ja powiedziałem, że w końcu obie strony muszą się dogadać. Gdyby się nie dogadali, wtedy byłby jakiś problem, ale wydaje mi się, że jest możliwość dogadania się tymczasowego, bo to oczywiście nie będzie docelowe porozumienie.

Ryzyko, że tak się nie stanie, Piotr Kuczyński ocenia na 5, najwyżej 10 proc. Na razie jednak obie strony zajmują stanowiska twarde i nie widać, by były skłonne do ustępstw. Unia nie chce się zgodzić na powrót do tradycyjnej greckiej polityki wydawania pieniędzy publicznych, zwłaszcza że Grecja nie ma już własnych środków na ten cel i jej politykę finansować muszą inni. Grecki rząd złożył zaś obietnice wyborcom i niespełna miesiąc po wyborach nie bardzo ma jak się z nich wycofać.

Nie są to typowi politycy, którzy natychmiast po wyborach zmieniają zdanie i mówią, że to, co obiecali podczas wyborów, się nie liczy uważa główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.Oni przynajmniej na razie starają się nie iść w tym kierunku.

Dystrybuowana przez firma Asbis marka Prestigio ma 7-8 proc. udział w rynku smartfonów i tabletów. Firma po odświeżeniu marki Canyon liczy na zdobycie młodych odbiorców

0

CEO Magazyn Polska

Międzynarodowy dystrybutor sprzętu IT Asbis niedawno przeprowadził rebranding jednej ze swojej marek – Canyon, oferującej sprzęt audio, i liczy na wzrost udziałów w rynku. Asbis odnotowuje także wzrost zainteresowania wideorejestratorami spod szyldu Prestigio – swojej głównej marki, którą sygnowane są tablety i smartfony. Poza tym firma nadal podejmuje walkę o udziały w wartym 40 mln zł rynku e-booków, na którym mierzy się z Kindle&HASH39;em Amazona.

 Jeśli chodzi o markę Canyon, to w ramach rebrandingu stawiamy pierwsze kroki na rynku. Postanowiliśmy zaadresować ją do klienta dynamicznego i młodego, takiego, który nie boi się nowych, kolorowych i ciekawych rozwiązań mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Zalewski, country manager marki Prestigio dystrybuowanej w Polsce przez Asbis.

Odnowiona marka Canyon oferuje akcesoria związane z audio, czyli głośniki i sprzęt słuchawkowy. Nowym wizerunkiem chce zdobyć młodych odbiorców.

Natomiast koronną marką, którą na naszym rynku sprzedaje Asbis, jest Prestigio. Jak mówi Zalewski, na rynku rośnie zainteresowanie wideorejestratorami tej marki.

 Marka Prestigio jest niekwestionowanym liderem rynkowym w segmencie B-brandów. Rynek być może nie jest trudny, ale dla wszystkich wymagający. W minionym roku udało nam się na tzw. open markecie uzyskać 7-8-proc. udział w rynku smartfonów i bardzo porównywalny udział w rynku tabletów –  wyjaśnia country manager marki Prestigio w Polsce.

Według serwisu iMagazine.pl w okresie od maj 2013  do czerwiec 2014 roku w Polsce sprzedano 1,63 mln tabletów, z czego co 14. urządzenie to był produkt marki Prestigio. To dało firmie trzecie miejsce pod względem popularności wśród Polaków.

Z kolei ubiegłoroczne dane firmy Virtualo wskazują na dynamiczny rozwój rynku e-booków, który warty jest już 40 mln zł. Prestigio według cytowanego raportu miało 1,6 proc. udziałów w rynku. Dla porównania monopolista Amazon wraz ze swoim Kindle&HASH39;em kontrolował prawie trzy czwarte polskiego rynku (73 proc.)

 Czytniki e-booków zdecydowanie przyjęły się na polskim rynku. Jest to rynek bardzo wymagający, ponieważ wszystkim nam, także Prestigio, przyszło konkurować z potentatem rynku, czyli Kindle&HASH39;em  tłumaczy Andrzej Zalewski.  Firma oprócz urządzenia oferuje klientom ciekawy system abonamentowy dostarczania kontentu.

Przedstawiciel firmy Asbis uzupełnia jednak, że Prestigio w swoich urządzeniach także posiada pakiet książek i publikacji (obecnie ponad milion, z czego kilkadziesiąt tysięcy w języku polskim).

 Mimo że czytnik Kindle nie ma oficjalnej dystrybucji w Polsce, to jest on bardzo popularny i zyskuje wielu zwolenników   podkreśla Zalewski.

Według niego Polska jest krajem, który podąża za trendami, a moda na czytniki Kindle przyszła do kraju zza zachodniej granicy i mocno się rozprzestrzeniła, na co wpływa także łatwość użytkowania takich czytników. Dystrybutor urządzeń mobilnych Asbis wierzy w swoją przyszłość na rynku.

 Staramy się dostarczać klientowi ciekawe rozwiązania oraz zaawansowane technologicznie urządzenia w bardzo przystępnych cenach. To wyróżnia nas na rynku   podsumowuje Andrzej Zalewski.

Asbis Polska wchodzi w skład Asbis Group, międzynarodowego dystrybutora sprzętu IT (Intel, Seagate, Kingston, NEC i innych) w Europie, na Bliskim Wschodzie i Afryce. Firma jest wyłącznym dystrybutorem marek własnych – Prestigio oraz Canyon.

CEED Institute: Coraz więcej pracujących za granicą Polaków chce wracać do kraju. Potrzebuje ich nasza gospodarka

Rośnie skala migracji powrotnych, ale wciąż nie są one masowe, a bilans wyjazdów i powrotów nadal jest ujemny. Zdecydowana większość pracujących za granicą chce tam zostać. 90 proc. z nich wskazuje, że ich sytuacja materialna znacznie się poprawiła po wyjeździe z Polski. To ważne, bo głównym powodem emigracji nie jest wcale brak pracy w kraju, ale zbyt niskie zarobki – wynika z raportu „Bilet w jedną stronę? Migracje w Europie z perspektywy krajów Europy Środkowo-Wschodniej” przygotowanego przez CEED Institute przy współpracy z Work Service.

Miliony emigrantów, którzy wyruszyli w świat po wyższe zarobki, wykształcenie i szansę na lepsze życie, to siła napędowa globalnej gospodarki. Ich odwaga i przedsiębiorczość sprawiają, że świat coraz szybciej się rozwija. Musimy zrobić wszystko, aby ich zapał i zdobytą wiedzę wykorzystać w Polsce, czyli zrobić coś, by chcieli i mieli do czego wrócić. To właśnie od nich w dużej mierze zależy przyszłość polskiej gospodarki i jej konkurencyjność na świecie – mówi Jan Kulczyk, założyciel CEED Institute.

Z raportu „Bilet w jedną stronę? Migracje w Europie z perspektywy krajów Europy Środkowo-Wschodniej” przygotowanego przez CEED Institute przy współpracy z Work Service wynika, że skala migracji powrotnej jest coraz większa, choć o masowych powrotach nie można na razie mówić. Zachęcić Polaków do powrotu mogłyby poprawa konkurencyjności krajowego rynku pracy, zwiększenie wynagrodzeń, inwestowanie w pracowników i stwarzanie szans rozwoju.

Dobrą informacją jest to, że wzrasta nam liczba powrotów, a liczba Polaków, którzy mieszkają za granicą, wzrasta o wiele wolniej niż w ostatnich latach. Natomiast nadal liczba wyjeżdżających przekracza – choć niewiele – liczbę powracających – mówi dr hab. Maciej Duszczyk, ekspert CEED Institute, wicedyrektor Instytutu Polityki Społecznej UW.

Pracy w bardziej rozwiniętych krajach UE chętnie szukają nie tylko Polacy, lecz także obywatele innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak skala wyjazdów słabnie od trzech lat. Z raportu wynika, że w 2013 roku łączna liczba obywateli tych krajów pracujących poza granicami wzrosła nieznacznie – do 5,737 mln z 5,623 mln w 2012 roku. W tym czasie przybyło 85 tys. emigrantów z Polski (łączna liczba 1,88 mln). Wciąż w grupie nowych państw członkowskich Polska jest druga, po Rumunii, pod względem liczby emigrantów.

W ciągu ostatnich 10 lat wielu Estończyków wyjechało z kraju. Podobny trend obserwowaliśmy we wszystkich krajach Europy Środkowo-Wschodniej, może poza Czechami – mówi agencji Newseria Biznes Indrek Neivelt, członek Rady Programowej CEED Institute. – Główny powód dużej emigracji to oczywiście zarobki. Ludzie wyjeżdżają do Europy Zachodniej, ponieważ ich wynagrodzenia są zbyt niskie, chcą mieć wyższy standard życia.

Najczęściej wskazywanym powodem wyjazdu nie jest wcale brak pracy. W zależności od branży wskazuje na to jedynie od 12 proc. (np. w sektorze budowlanym) do 34 proc. (w sektorze przemysłowym) ankietowanych. Aż trzy czwarte badanych jako główną przyczynę emigracji wskazało zbyt niskie zarobki w Polsce. Wskaźnik ten jest jeszcze wyższy w sektorze usług (84,1 proc.).

Ponad 90 proc. emigrantów jest zadowolonych z decyzji o wyjeździe, a ich sytuacja finansowa poprawiła się dzięki pracy za granicą (91 proc. w branży budowlanej i 98,6 proc. w produkcji). Wielu ankietowanych wskazuje też, że wzrosło poczucie własnej wartości (w usługach – połowa badanych).

Wyraźnie widać, że nakładają się na siebie trendy związane ze wzrostem wynagrodzeń i spadkiem liczby wyjazdów zarobkowych. Polska musi robić wszystko, aby być coraz bardziej konkurencyjna na rynku pracy. W innym wypadku zabraknie nam wykwalifikowanych pracowników, a migracji nie powstrzymamy, bo w Unii Europejskiej to naturalne zjawisko – mówi Tomasz Misiak, prezydent rady nadzorczej Work Service.

Ci, którzy wracają do kraju, najczęściej jako powód podają kwestie rodzinne (30 proc. w usługach i blisko 70 proc. w budowlance). Wielu od początku miało zamiar wyjechania do pracy tylko na kilka lat. Eksperci podkreślają, że na przyszłość dobrze rokuje fakt, że Polacy pracujący za granicą nie mają negatywnej opinii o Polsce.

Poziom zadowolenia z pracy w krajach UE jest wysoki. To wiąże się także ze swobodnym przepływem osób, czyli Polacy pracujący za granicą mają te same prawa, co ludność lokalna. To jest czynnik, który jest absolutnie warunkiem sine qua non dla integracji, mówię tu o równych prawach i równych obowiązkach – mówi Anna Rostocka, dyrektor biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji w Polsce.

Co ciekawe, wśród państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej Polska jest krajem o najniższej obecności obcokrajowców. Na Litwie i w Estonii w latach 2012-2013 odsetek ten wynosił 16 proc., w Polsce – 0,15 proc. W raporcie CEED Institute opublikowano też ranking, który wskazuje, które kraje regionu mogłyby rywalizować ze starą piętnastką UE o wykwalifikowanych imigrantów. W pierwszej trójce – w oparciu o kryteria socjalno-ekonomiczne – znalazły się Czechy, Słowacja i Estonia. Polska jest tuż za podium. W gronie pozostałych państw najbardziej atrakcyjne dla imigrantów są Szwecja, Luksemburg i Dania. Ranking zamykają Hiszpania, Portugalia i Grecja.