PageGroup coraz śmielej mówi o planach uruchomienia czwartego oddziału w Polsce. Niedawno otwarte we Wrocławiu biuro Michael Page ma docelowo zwiększyć zatrudnienie pięciokrotnie

CEO Magazyn Polska

Międzynarodowa firma rekrutacyjna PageGroup, skupiająca takie marki, jak Page Personnel, Michael Page i Page Executive, planuje otwarcie nowych oddziałów w Polsce. Po Warszawie, Katowicach i Wrocławiu przyjdzie czas na Poznań. W polu widzenia zarządu spółki jest też Trójmiasto.

– Od pewnego czasu przyglądamy się rynkom poznańskiemu oraz trójmiejskiemu – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Dziedzic z PageGroup w Polsce. – Szacujemy, że w Poznaniu naszymi klientami mogą być przede wszystkim firmy, które poszukują pracowników z obszaru finansów, produkcji lub inżynierii, a także Centrów Usług Wspólnych (SSC/BPO). Natomiast w Gdańsku analizujemy rynek stanowisk finansowych, a także rekrutacje kandydatów do sektora IT.

W styczniu bezrobocie w Polsce wynosiło 12 proc. i było o 2 pkt. proc. niższe niż rok wcześniej. Jednocześnie zdaniem ekonomistów w kolejnych miesiącach pracy w Polsce będzie coraz więcej i w tym roku stopa bezrobocia może spaść do poziomu jednocyfrowego. To zaś oznacza, że na rynku może zacząć brakować wykwalifikowanych specjalistów. Dla PageGroup to szansa na nowe zlecenia od firm, które mają problem z pozyskaniem odpowiednich pracowników, a co za tym idzie – rozwój w Polsce.

– Otwarcia nowych oddziałów planujemy w kolejnych latach, jednak dzisiaj trudno jest jeszcze powiedzieć, kiedy dokładnie – zapowiada dyrektor PageGroup w Polsce. – Uważam, że w ciągu najbliższych 24 miesięcy otworzymy jeden z nich.

Wraz z rozwojem polskiej gospodarki i spadkiem bezrobocia firmy zajmujące się rekrutacją pracowników mogą liczyć na więcej zleceń od klientów, którzy zwiększają zatrudnienie.

Dla nas najważniejsze jest to, żeby w danym regionie istniał rynek kandydata – mówi Piotr Dziedzic z PageGroup w Polsce. – Jeżeli mamy kandydatów do pracy, możemy prowadzić rekrutacje i zdobywać klientów. A to znaczy, że dany oddział ma rację bytu. I tak właśnie stało się z Wrocławiem. Każdy kolejny oddział otwieramy po dokładnej analizie danego rynku. Poznań, któremu przyglądamy się obecnie, jest dla nas atrakcyjny, ponieważ działa w nim dużo firm międzynarodowych, a także istnieje dosyć mocny rynek kandydata i niskie bezrobocie.

Uruchomiony ostatnio oddział we Wrocławiu będzie zatrudniać docelowo 4-5 razy więcej pracowników niż obecnie.

Oddział we Wrocławiu otworzyliśmy dzięki wzrostowi organicznemu – informuje Piotr Dziedzic. – Aktualnie pracują w nim trzy osoby, jest zatem niewielki. Planujemy jednak, że docelowo będziemy tam zatrudniać 12-15 osób. Tak na ten moment szacujemy nasze możliwości i wymogi lokalnego rynku pracy.

Na polski rynek pracy wpływ mają nie tylko czynniki gospodarcze, które tworzą miejsca pracy, lecz także demografia. W 2000 roku w wieku produkcyjnym było niepełna 61 proc. Polaków, a przedprodukcyjnym – ponad 24 proc. W 2008 roku aktywnych na rynku pracy było aż 64,5 proc., do wejścia na rynek szykowało się jednak już tylko nieco ponad 19 proc. Dziś pracę podejmują młodzi z ostatnich roczników demograficznego wyżu, a wkrótce będzie ich trafiać na rynek o ok. 30 proc. mniej niż dotąd. Będzie to odczuwalne szczególnie w rejonach dużych miast, gdzie już dziś bezrobocie utrzymuje się na poziomie 5 proc. a nowe firmy cały czas powstają.

Jeżeli prognoza NBP się sprawdzi budżet państwa będzie miał problem z wpływami

W 2015 r. PKB wzrośnie o 3,4 proc. przy deflacji na poziomie 0,5 proc. – prognozuje w marcowej projekcji inflacji Instytut Ekonomiczny NBP.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Instytut Ekonomiczny NBP podniósł prognozę wzrostu PKB w 2015 r. z 3 proc. (listopad 2014) do 3,4 proc. Jednocześnie obniżył znacząco (w stosunku do listopadowej prognozy), bo aż o 1,6 punktu procentowego prognozę inflacji. Przypomnę, że budżet państwa na 2015 r. był opracowany na bazie założeń dotyczących wzrostu PKB także na poziomie 3,4 proc., ale inflację zakładał na poziomie 1,2 proc., czyli o 1,7 punktu procentowego wyższą od marcowych prognoz NBP.

Styczniowe dochody budżetu państwa są niższe od planowanych o ponad 2 mld zł. Jest to wynikiem przede wszystkim istotnie mniejszych, bo o 1,7 mld zł, wpływów z podatku VAT niż w styczniu 2014 r. W połączeniu z niższymi wpływami z podatku akcyzowego (o prawie 400 mln zł) daje to o 2,1 mld zł niższe wpływy z podatków pośrednich w styczniu 2015 r. w relacji do stycznia 2014 r. I pokazuje, gdzie będzie tkwił problem z wykonaniem budżetu w br., a tym samym że możemy mieć problem z zejściem do planowanego poziomu 2,8 proc. z deficytem sektora finansów publicznych.

Patrząc na styczniową sprzedaż detaliczną, która w cenach bieżących właściwie się nie zmieniła (r/r wzrost o 0,1 proc.), a w cenach stałych wzrosła o 3,3 proc. dostajemy potwierdzenie, że konsumpcja będzie rosła, ale nie będzie to oznaczało wzrostu wpływów z podatków pośrednich do budżetu państwa. Przedsiębiorcy mają podobny problem, bowiem produkując więcej mają porównywalne do zeszłorocznych przychody. Oni jednak mogą (a nawet muszą) zarządzać kosztami w sposób, który pozwoli im na utrzymanie zeszłorocznego poziomu dochodów, czyli zysków (na szczęście dla całej gospodarki nie robią tego „zamrażając” wynagrodzenia). Budżet państwa ma w tym obszarze znacznie mniejsze możliwości, bowiem ponad 70 proc. wydatków to wydatki sztywne, którymi nie da się „zarządzać”. Taką strukturę wydatków budżetowych zafundowały nam bowiem w kolejnych latach kolejne rządy i kolejni politycy.

Już widać, a dzisiejsza prognoza NBP dotycząca inflacji to potwierdza, że trudno będzie osiągnąć zaplanowane wpływy do budżetu państwa. Należy bowiem pamiętać, że podatki pośrednie to ponad 2/3 dochodów budżetowych. Jeżeli prognozy NBP zmaterializują się, to będziemy mieć poważny kłopot z utrzymaniem deficytu na zaplanowanym (46 mld zł) poziomie. Wydaje się, że już dzisiaj Ministerstwo Finansów we współpracy ze wszystkimi innymi ministerstwami powinno przyjrzeć się sytuacji, abyśmy nie obudzili się w 2. połowie 2015 r. z trudno rozwiązywalnym problemem.

Konfederacja Lewiatan

Żyjemy w turbulentnych czasach

W 2015 r. PKB wzrośnie o 3,4 proc. przy deflacji na poziomie 0,5 proc. – prognozuje w marcowej projekcji inflacji Instytut Ekonomiczny NBP.

Małgorzata Starczewska-KrzysztoszekKomentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

W projekcji listopadowej (2014) IE NBP prognozował wzrost PKB w 2015 r. na poziomie 3 proc., a inflację na poziomie 1,1 proc. Dzisiejsza prognoza wskazuje, że mamy szanse na szybszy wzrost w warunkach znaczącej deflacji. Taka zmienność prognoz nie jest niespodzianką – zmienia się bowiem sytuacja przede wszystkim w otoczeniu Polski, i to na tyle silnie, że np. prognoza inflacji NBP na 2015 r. z marca 2014 r. to jeszcze 1,8 proc., a dzisiejsza to już deflacja na poziomie 0,5 proc. (patrz wykresy poniżej). Różnica 2,3 punktu procentowego! Podobnie zmiennie wyglądają prognozy innych instytucji, w tym IMF czy KE przygotowywane dla Polski, a także dla innych krajów.

Żyjemy jak widać w coraz bardziej turbulentnych czasach. Byliśmy przyzwyczajeni, że zmienność była rozłożona w czasie, bo wyznaczały ją fazy koniunktury gospodarczej, które ekonomistom było znacznie łatwiej przewidywać niż zmiany innych czynników. „Wczoraj” do wzrostu zmienności prognoz makroekonomicznych dołożył się bowiem rynek finansowy, później – problemy wielu krajów z finansami publicznymi, a dzisiaj w coraz większym stopniu geopolityka, na co Raport o inflacji także zwraca uwagę.
Przedsiębiorcy jednak mają problem, szczególnie firmy średnie i duże, a wśród firm mniejszych te które są eksporterami. Muszą one bowiem przyglądać się prognozom – tym dla Polski, tym dla krajów UE, a także prognozom globalnym przygotowując swoje strategie, korekty do nich, a także budżety. Jak zatem żyć? zapytałby (znany z tego pytania) producent papryki.

Patrząc na prognozy makroekonomiczne instytucji je przygotowujących należałoby odpowiedzieć – firmy muszą przygotowywać nie jeden a kilka scenariuszy rozwoju, przygotować się na częstsze korekty strategii, i … nie tylko patrzeć na liczby zawarte w prognozach, ale czytać analizy do tych liczb dołączone, bo tam powinni znaleźć wyjaśnienia dotyczące nawet najgłębszych korekt prognoz makroekonomicznych na których w ciągu ostatnich 3-4 miesięcy bazowali. Albo … obywać się bez przyglądania się prognozom i bazować na własnej intuicji, czyli wiedzy zgromadzonej w czasie całego swojego biznesowego życia.

Konfederacja Lewiatan

Lewiatan o zintegrowanym systemie kwalifikacji

Stworzenie krajowego systemu kwalifikacji jako części europejskiej przestrzeni uczenia się przez całe życie stanowi strategiczne zadanie dla Polski. Rozwój gospodarczy w naszym kraju powinien w coraz większym stopniu opierać się na wysokiej jakości kapitału ludzkiego, który będzie odpowiadać potrzebom budowania gospodarki opartej na wiedzy – uważa Konfederacja Lewiatan. 10 marca br. projektem założeń ustawy o zintegrowanym systemie kwalifikacji (ZSK) zajmie się rząd.

– Wskazane w dokumencie podstawowe wyzwanie dla systemu nabywania kwalifikacji, jakim jest niski poziom kompetencji osób dorosłych oraz ich niskie zaangażowanie w podnoszenie i uzupełnianie kompetencji po zakończeniu edukacji formalnej zostało określone prawidłowo. Należy zgodzić się także ze wskazanymi w projekcie problemami związanymi z obecnym funkcjonowaniem krajowego systemu kwalifikacji w Polsce – mówi Anna Kapłon, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

W szczególności z punktu widzenia pracodawców istotne są: – brak wiarygodnych informacji o nadawanych kwalifikacjach oraz ich jakości i wynikająca z tego niska wiarygodność dla pracodawców różnego rodzaju świadectw i certyfikatów; – brak narzędzi wspierających w określaniu deficytów kompetencji i kwalifikacji pracowników oraz komunikowaniu swoich potrzeb do instytucji wspierających nabywanie kompetencji oraz kwalifikacji; – niedostateczne powiązanie oferty edukacyjnej z potrzebami rynku pracy; – brak systemu akredytacji dla podmiotów prowadzących kształcenie ustawiczne w formach pozaszkolnych i instytucji sektora pozaformalnego oraz brak powszechnego, obejmującego wszystkie rodzaje kwalifikacji, systemu walidacji efektów uczenia się nieformalnego i pozaformalnej edukacji.

W kontekście przedstawionych wyzwań cele wdrożenia ZSK zostały wskazane właściwie. Należy jednak zauważyć, że osiągnięcie zwłaszcza takich celów jak: – ułatwienie osobom uczącym się oraz pracodawcom wyboru odpowiadającej ich potrzebom usługi edukacyjnej; – otworzenie nowych możliwości nabywania kwalifikacji niezależnie od tego gdzie, jak i kiedy nastąpiło osiągnięcie efektów uczenia się; – usprawnienie procesów rekrutacji pracowników i ułatwienie zarządzania zasobami ludzkimi w przedsiębiorstwach oraz zwiększenie efektywności wydawania środków na kształcenie i szkolenie wymagać będzie wdrożenia ZSK w odpowiedniej skali.

Oznacza to konieczność zapewnienia wprowadzenia do ZSK znaczącej części kwalifikacji nabywanych w ramach edukacji pozaformalnej i nieformalnego uczenia się. Optymalnie byłoby, gdyby wszystkie kwalifikacje nabywane poza systemami oświaty i szkolnictwa wyższego były wpisywane do ZSK. Jest to jednak efekt trudny do uzyskania tym bardziej, że zgodnie z przedstawionymi założeniami wprowadzenie kwalifikacji do ZSK nie będzie obligatoryjne, a zainteresowany podmiot będzie podejmował decyzję o skorzystaniu z uprawnienia do wprowadzenia kwalifikacji kierując się indywidualną oceną. Przyjmując takie założenie należy zatem zadbać o wprowadzenie takich rozwiązań organizacyjnych, proceduralnych i finansowych, które zachęcą potencjalnych interesariuszy, w tym branżowych do zaangażowania w proces wdrożeniowy. Należy zadbać o jak największe zaangażowanie w proces wprowadzania kwalifikacji do ZSK organizacji partnerów społecznych, w tym zwłaszcza organizacji pracodawców. W ocenie Konfederacji Lewiatan projekt założeń projektu ustawy w niedostatecznym stopniu uwzględnia tą potrzebę, a nawet ogranicza rolę interesariuszy społecznych w procesie wprowadzania kwalifikacji do ZSK względem organów administracji publicznej.

Po pierwsze, złożenie wniosku o wprowadzenie kwalifikacji do ZSK przez zainteresowany podmiot będzie skutkowało obowiązkiem przeprowadzenia przez właściwego ministra postępowania administracyjnego kończącego się wprowadzeniem kwalifikacji do ZSK albo odmową wprowadzenia. W projekcie założeń nie określono sytuacji w jakich możliwa byłaby odmowa wprowadzenia kwalifikacji oraz nie wskazano warunków jakie muszą być spełnione, żeby właściwy minister mógł wydać decyzję o odmowie wprowadzenia do ZSK. Braki w tym względzie należy uzupełnić, aby z góry określić przejrzyste warunki działania dla podmiotów składających wnioski o wprowadzenie kwalifikacji.

Po drugie, w procesie oceny wniosku o wprowadzenie kwalifikacji do ZSK zakłada się powołanie przez właściwego ministra zespołu ekspertów, którzy mogą być pracownikami struktury administracyjnej właściwego ministra lub pochodzić z zewnątrz, jednak pozostawia się właściwemu ministrowi nadmierną dowolność w ustalaniu składu zespołu. W założeniach należy wskazać, że w skład zespołu powinni wchodzić eksperci spoza struktury administracyjnej reprezentujący właściwych dla danej kwalifikacji interesariuszy.

Po trzecie, zapisano, że właściwy minister lub szef urzędu centralnego przeprowadza konsultacje dla wprowadzenia kwalifikacji do ZSK, ustalając ich zakres i tryb stosownie do potrzeb. W ocenie Konfederacji Lewiatan pozostawia się tu nadmierną dowolność. Konieczne jest zapewnienie udziału w konsultacjach organizacji pracodawców oraz pozostałych właściwych dla danej kwalifikacji interesariuszy.

Po czwarte, przedstawiony w założeniach proces wprowadzenia kwalifikacji do ZSK przez podmioty spoza systemów oświaty i szkolnictwa wyższego, w tym podmioty rynkowe oraz organizacje partnerów społecznych, a także ewentualnych innych interesariuszy nie zawiera odpowiednich zachęt do przyjmowania przez te podmioty roli autora kwalifikacji, na którym ciąży przygotowanie i złożenie wniosku. Zakłada się, że wnioskodawca samodzielnie i w ramach własnych środków przygotuje odpowiedni wniosek oraz, że składając wniosek uiści standardową opłatę za jego rozpatrzenie, stanowiącą dochód budżetu państwa. Takie założenie wymagałoby ustalenia, że wnioskodawca w wyniku umieszczenia kwalifikacji w ZSK może uzyskać korzyść, która zrekompensuje poniesione koszty. Taką korzyścią mogłoby być uzyskanie statutu podmiotu certyfikującego. Jednak w projekcie założono ograniczenie roli autorów kwalifikacji, którzy mogą decyzją administracyjną pozostawioną w gestii właściwego ministra zostać pozbawieni de facto jakiegokolwiek wpływu i uczestnictwa w funkcjonowaniu danej kwalifikacji. Właściwy minister może samodzielnie wyznaczyć podmiot certyfikujący. Może też wyznaczyć nowe, kolejne podmioty certyfikujące dla danej kwalifikacji, z pominięciem autora kwalifikacji, niezależnie od tego, czy jest on tą rolą zainteresowany. Jest to szczególnie szkodliwe w odniesieniu do pozaformalnych kwalifikacji branżowych, które jeśli mają być bliskie rynkowi pracy powinny być budowane przez organizacje reprezentujące ten rynek. Umocowanie właściwego ministra do wyznaczenia podmiotu certyfikującego oraz nowych podmiotów certyfikujących dla tej samej kwalifikacji, przy braku propozycji re/finansowania poniesionych kosztów może skutecznie podważyć racjonalność inwestycji w nowe kwalifikacje, które jako ważne dla potrzeb rynku pracy mogłyby i powinny być włączone do ZSK.

Należy także zauważyć, że projekt założeń projektu ustawy w niedostatecznym stopniu uwzględnia potrzebę szerokiego zaangażowania interesariuszy branżowych, w tym pracodawców, w proces wdrażania ZSK. W tym kontekście warto rozważyć rozszerzenie zapisanej w projekcie koncepcji tworzenia Rady Interesariuszy o możliwość tworzenia Branżowych lub Sektorowych Rad Interesariuszy, które pełniłyby podobne funkcje jak Rada Interesariuszy w ramach poszczególnych branż/sektorów.

Konfederacja Lewiatan

Jak efektywnie wykorzystać unijne pieniądze na młodych?

0

Aby unijne pieniądze przeznaczane dla ludzi młodych zostały dobrze wykorzystane konieczna jest ścisła współpraca instytucji realizujących projekty z pracodawcami i takie przygotowanie kandydatów, żeby ich kompetencje i kwalifikacje odpowiadały zapotrzebowaniu firm i instytucji, tzn. pasowały do konkretnych miejsc pracy. Szansą na dobre i trwałe efekty jest także współpraca publicznych i niepublicznych służb zatrudnienia, poprzez zlecanie usług aktywizacyjnych – uważa Konfederacja Lewiatan.

Szerokim strumieniem płynie wsparcie unijne dla ludzi młodych – 1,76 mld euro wesprze osoby w wieku 15-29 na rynku pracy, 1,76 mld euro unijnego wsparcia przewidziano w Programie Wiedza Edukacja Rozwój 2014-2020 na zwiększenie możliwości zatrudnienia osób młodych między 15 a 29 rokiem życia, które nie pracują, nie uczestniczą w kształceniu ani szkoleniu, czyli tzw. NEET.

Obowiązkowym elementem wsparcia będzie identyfikacja potrzeb osób młodych oraz pomoc w wyborze zawodu zgodnego z kwalifikacjami i kompetencjami, a także pomoc w ich uzupełnieniu. Osoby, które przedwcześnie opuściły system edukacji będą mogły do niego wrócić i uzyskać dofinansowanie kontynuacji nauki lub zdania egzaminów potwierdzających określone kwalifikacje. W tym zakresie, już od 2014 r. projekty realizują ochotnicze hufce pracy. Szczególnie istotne jest także wsparcie w zdobyciu doświadczenia zawodowego wymaganego przez pracodawców. Uczestnicy projektów – zgodnie z potrzebami – nabędą lub uzupełnią doświadczenie zawodowe, a także będą mieli możliwość odbycia wysokiej jakości staży i praktyk. Temu celowi ma także służyć wsparcie zatrudniania ludzi młodych u przedsiębiorców. Jaką zachętę dla pracodawców proponuje Program? Wsparcie obejmie subsydiowanie zatrudnienia, a także wyposażenie i doposażenie stanowiska pracy. Na wsparcie mogą także liczyć osoby, które dotychczas miały kłopot ze znalezieniem zatrudnienia w danej branży, sektorze czy miejscu zamieszkania. Premiowana będzie mobilność międzysektorowa i geograficzna poprzez organizację staży i praktyk, ale także dofinansowanie kosztów dojazdu do pracy lub przeprowadzki. Dla najbardziej przedsiębiorczych przewidziano pomoc w zakładaniu i prowadzeniu własnej działalności gospodarczej. Szczególny priorytet będą miały osoby z niepełnosprawnościami – te mogą liczyć na pomoc asystenta, a także doposażenie miejsca pracy.
Projekty będą realizowane w ramach kilku ścieżek przez publiczne i niepubliczne instytucje rynku pracy: powiatowe urzędy pracy, ochotnicze hufce pracy, agencje zatrudnienia, instytucje szkoleniowe, instytucje dialogu społecznego zgodnie z ustawą o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy oraz instytucje partnerstwa lokalnego, a także jednostki organizacyjne wspierania rodziny i systemu pieczy zastępczej, młodzieżowe ośrodki wychowawcze i socjoterapii, specjalne ośrodki szkolno-wychowawcze, domy samotnej matki, Centralny Zarząd Służby Więziennej.

We wszystkich projektach związanych z aktywizacją zawodową obowiązkowe są wskaźniki efektywności zatrudnieniowej (efektywność ta rozumiana jest jako podjęcie zatrudnienia najpóźniej 3 miesiące po zakończeniu udziału w projekcie). Dla przykładu w wyników projektów realizowanych przez powiatowe urzędy pracy, których realizacja ma się zacząć najpóźniej w II kwartale 2015 r., zatrudnienie powinno znaleźć co najmniej 17% osób z niepełnosprawnościami spośród osób objętych wsparciem, 35% spośród osób długotrwale trwale bezrobotnych, 36 % osób o niskich kwalifikacjach. Dla uczestników, którzy nie wchodzą do żadnej z powyższych grup ten odsetek wynosi 43 %.

Zakłada się zatem, że średnio co trzecia osoba znajdzie zatrudnienie w czasie lub tuż po zakończeniu udziału w projekcie. Ocena, czy to dużo, czy mało, zależy także od trwałości tego zatrudnienia, a to z kolei od dopasowania uczestników projektów do miejsc pracy, do których zostaną oni przygotowani. Oznacza to konieczność ścisłej współpracy instytucji realizujących projekty z pracodawcami i takie przygotowanie kandydatów, żeby ich kompetencje i kwalifikacje odpowiadały zapotrzebowaniu firm i instytucji, tzn. pasowały do konkretnych miejsc pracy. Szansą na dobre i trwałe efekty jest także współpraca publicznych i niepublicznych służb zatrudnienia, poprzez zlecanie usług aktywizacyjnych zgodnie z rozdziałem 13c Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy.

– Efektywność tego modelu opiera się na wysokiej indywidualizacji usług przywracania do trwałego zatrudnienia, co zwłaszcza w przypadku osób oddalonych od rynku pracy stanowi istotne wsparcie dopasowane do potrzeb i możliwości klienta. Pozwala to także uzyskać najwyższy rezultat dzięki temu, że podmioty prywatne, realizujące usługi, wynagradzane są za efekt, jakim jest przywrócenie na rynek pracy określonej liczby bezrobotnych i utrzymanie ich w zatrudnieniu, co najmniej 6 miesięcy – mówi Małgorzata Lelińska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Nowy model obsługi podatników – debata w MF

Zmiana podejścia do podatnika jako klienta administracji podatkowej, jego wsparcie w prowadzeniu działalności gospodarczej i ograniczanie działań wobec podatników prawidłowo wypełniających obowiązki podatkowe – to główne wątki spotkania przedstawicieli kierownictwa Ministerstwa Finansów z szefami największych organizacji samorządu gospodarczego w Polsce.
Zwiększanie dobrowolności w wypełnianiu obowiązków podatkowych oraz wdrażanie nowych lub usprawnianie istniejących rozwiązań służących obsłudze i wsparciu podatnika to jeden z priorytetów polskiego rządu. W tym kierunku prowadzone są prace zmieniające polską Administrację Podatkową i dostosowujące ją do oczekiwań podatników.

Wsparcie podatnika w prawidłowej realizacji obowiązków podatkowych jako zadanie administracji podatkowej Ministerstwo Finansów wprowadziło do ustawy i dla wykonania tego zadania zdefiniowało system obsługi i wsparcia podatnika. Składają się na niego między innymi centra obsługi w US, stanowiska asystenta podatnika dla rozpoczynających działalność gospodarczą, koncentracja wyspecjalizowanych US na dużych podatnikach o przychodach pow. 3 mln. Euro. Istotnym elementem zmiany jest wzmocnienie kadrowe KIP dla zwiększenia obsługi infolinii oraz specjalizacja biur KIP na poszczególnych podatkach w celu zapewnienia jednolitości interpretacji.

Na nowo określane są standardy i procedury prowadzenia weryfikacji prawidłowości rozliczeń podatkowych. Podstawą kształtowania relacji z podatnikiem i podejmowania działań urzędu skarbowego ma być analiza ryzyka nieprawidłowych rozliczeń podatkowych i na jej podstawie dobieranie adekwatnych narzędzi reakcji.

W zależności od skali zidentyfikowanego ryzyka nieprawidłowości w rozliczeniu należności podatkowych podejmowane będą „miękkie” formy poprawy błędów podatników, jak chociażby telefoniczne wyjaśnianie wątpliwości, uzupełnienie brakujących danych, skorygowanie błędów popełnionych przy wypełnianiu dokumentów czy też czynności sprawdzające z wnioskiem o skorygowanie rozliczeń. Takie działania znacznie ograniczą konieczność przeprowadzenia kontroli w siedzibie przedsiębiorcy i nie będą utrudniały przedsiębiorcom prowadzenia działalności gospodarczej.

Ministerstwo Finansów potwierdziło, że celem kontroli podatkowych nie jest doraźny cel fiskalny, a sprawdzenie czy szacowane ryzyko nieprawidłowości ma swoje potwierdzenie i wskazanie podatnikowi prawidłowości opodatkowania. Mierniki w tym zakresie dotyczą oceny prawidłowości analizy ryzyka typowania do kontroli, aby było jak najmniej kontroli w obszarach gdzie nie identyfikuje się ryzyka nadużyć, a podatnicy dokonują prawidłowych rozliczeń podatkowych. Kontrola ma sprawdzić wskazania analizy ryzyka, a jej wyniki i protokoły są oceniane następnie przez prowadzącego postępowania podatkowe.

Uczestnicy debaty pozytywnie ocenili spotkanie, podkreślając znaczenie dyskusji i wymiany poglądów obu środowisk na tematy dotyczące zmian w Administracji Podatkowej. Wszyscy wskazywali na konieczność podejmowania działań zapewniających, aby właściwie przeprowadzano wdrożenie tych założeń.

Spotkanie to ma stworzyć platformę do dalszej merytorycznej dyskusji z liderami wiodących organizacji samorządu gospodarczego w temacie współpracy z resortem finansów.

Dyskusja pt. „Kierunki reformy administracji podatkowej a ochrona legalnej działalności gospodarczej” odbyła się w Ministerstwie Finansów 9 marca br. Wzięli w niej udział liderzy największych organizacji liderzy największych organizacji zrzeszających przedsiębiorców i podatników: Ryszard Petru – Przewodniczący Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich, prof. Andrzej Blikle – Prezes Zarządu Stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych, Andrzej Sadowski – Prezydent Centrum im. A. Smitha, Robert Oliwa – Przewodniczący Komitetu Podatkowego Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej, Rafał Iniewski – Wiceprzewodniczący Konfederacji Lewiatan, Marek Goliszewski – Prezes Business Centre Club, Zbigniew Błaszczyk -Ekspert Krajowej Izby Gospodarczej oraz Marcin Nowacki – Wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Gospodarzami spotkania byli: Mateusz Szczurek – minister finansów, Janusz Cichoń – sekretarz stanu oraz Jacek Kapica – podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów.

Asseco Business Solutions ma już umowy na 87,5 mln zł. Spółka chce ponownie przeznaczyć niemal cały zysk na dywidendę

0

 

Firma Asseco Business Solutions, jeden z liderów zintegrowanych systemów informatycznych dla firm, ma już zakontraktowane prawie 90 mln zł w przychodach, w większości na podstawie umów z przedsiębiorcami. Firma w 2015 roku zamierza rozwijać posiadane w portfolio produkty, głównie systemy klasy ERP. Dobra sytuacja finansowa firmy pozwala wypłacić akcjonariuszom w tym roku prawie 100 proc. zysku, choć w przypadku pojawienia się atrakcyjnych celów akwizycyjnych, w kolejnych latach dywidenda ta może być niższa. 

– Segmenty naszej działalności są dość proste, bo dzielimy naszą działalność na systemy ERP i pozostałe. Te pierwsze są naszym core biznesem, stąd pochodzi większość naszych przychodów i zysków i to się nie zmieni w tym roku – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mariusz Lizon, członek zarządu Asseco Business Solutions.

Jak dodaje, przyszłe zakontraktowane przychody firmy w ciągu w ujęciu rocznym wzrosły. Obecnie Asseco BS ma już 87,7 mln zł w ramach podpisanych umów, co stanowi 60 proc. ubiegłorocznej sprzedaży.

– Głównymi klientami naszej firmy są przedsiębiorcy, którzy generują 88 proc. przychodów, przynajmniej tak było w 2014 roku, sektor finansowy 5 proc. – to jest tak naprawdę jeden produkt, czyli system factoringowy, no i sektor publiczny z reprezentacją 7-8 proc. Ta struktura będzie się raczej utrzymywała przez kolejne lata – prognozuje Lizon.

Członek zarządu Asseco BS wyjaśnia, że firma nie planuje wprowadzania na rynek nowych produktów, będzie jednak rozwijać istniejące, które mają już ugruntowaną pozycję. Każdy produkt Asseco BS będzie odświeżony, czyli będzie miał swoją nową wersję w przyszłym roku.

Asseco BS oferuje szeroką paletę oprogramowania do prowadzenia firmy, czyli systemy ERP (Asseco Softlab ERP), systemy HR (Asseco Softlab HR), systemy faktoringowe (Faktor 3), czy rozwiązania WMS (oprogramowanie do zarządzania logistyką, magazynami itp.).

Zarząd Asseco Business Solutions w komunikacie z 6 marca rekomenduje przeznaczenie na dywidendę prawie 100 proc. zysku za 2014 r., czyli 28,4 mln zł, co daje 0,85 zł na akcję.

Spółka nie planuje, ale też nie wyklucza akwizycji. W przypadku pojawienia się atrakcyjnej okazji na rynku, Asseco BS zamierza sfinansować ją własnymi środkami. Na początku grudnia 2014 r. jedna ze spółek z grupy Asseco – Asseco Poland S.A. podpisała list intencyjny w sprawie przejęcia prawie 51 proc. akcji szczecińskiej spółki produkującej oprogramowanie Unizeto Technologies. W styczniu UOKiK wydał zgodę na transakcję.

– Jeżeli takie inwestycje nie pojawią się, to tak naprawdę te środki gromadzą się na kontach i to jest sposób na to żeby docenić akcjonariuszy, którzy podjęli decyzję żeby kiedyś w akcje ABS-u zainwestować – uzasadnia decyzję o dywidendzie Mariusz Lizon.

Asseco Business Solutions jest notowane na GPW od listopada 2007 roku. Obecnie kurs akcji oscyluje wokół poziomów 13-15 zł, co daje niespełna 500 mln zł kapitalizacji. Spółka w 2015 roku nie planuje pozyskania kapitału na drodze emisji akcji bądź obligacji.

NIK o ochronie drzew przy realizacji inwestycji w miastach

W Polsce drzewa wciąż przegrywają z nowymi osiedlami, galeriami handlowymi i parkingami, bo wielu samorządowców na pierwszym miejscu stawia interes inwestorów, lekką ręką zgadzając się na wycinkę drzew. Sadzone w ramach kompensacji nowe drzewa często są niskiej jakości, a niezabezpieczone i niepodlewane – szybko obumierają. NIK zwraca również uwagę, że samorządy bez wystarczających przesłanek, umarzają inwestorom opłaty za wycięte drzewa.

NIK zbadała problem zadrzewienia i stwierdziła, że w polskich miastach brakuje inwentaryzacji terenów zielonych. Nikt nie wie dokładnie, ile drzew i jakie gatunki rosną na terenach miast. To z kolei utrudnia ich skuteczną ochronę. Choć burmistrzowie i starostowie dysponują instrumentami prawnymi dla zapewniania dostatecznej ochrony drzew, szczególnie np. w przypadku budowy, mając w swoich kompetencjach: planowanie i zagospodarowanie przestrzenne, wydawanie zezwoleń na usunięcie drzew, ustalenie kompensacji przyrodniczej oraz wydawanie decyzji o pozwoleniu na budowę – korzystają z nich w ograniczonym zakresie. Ponieważ decyzje zezwalające na wycinkę drzew są decyzjami uznaniowymi, urzędnicy w toku prowadzonego postępowania muszą ważyć sprzeczne interesy – z jednej strony ochronę przyrody, z drugiej rozwój miasta i interes inwestora.

Zdaniem NIK samorządowcy przedkładali interesy inwestorów ponad interes społeczny, jakim jest ochrona przyrody. W większości prowadzonych postępowań opierano się głównie na dowodach przedłożonych przez inwestorów. Sami urzędnicy nie badali wartości przyrodniczej drzew, ani nie rozważali rozwiązań alternatywnych, np. zmiany projektu inwestycji, tak by drzewa zachować. Na 201 zbadanych przez NIK inwestycji, w obrębie których znajdowało się 25 377 drzew, urzędnicy odmówili zezwolenia na wycięcie tylko 59 drzew (0,2 proc.), a inwestorzy otrzymali zezwolenia na wycinkę niemal we wszystkich przypadkach, których dotyczyły wnioski – aż 24 817 drzew (część nie wymagała zezwolenia, w części inwestorzy korygowali liczbę drzew do wycięcia).

Według NIK zezwolenia na usunięcie drzew wydawano zgodnie z przepisami ustawy o ochronie przyrody, jednakże postępowania te często były prowadzone nierzetelnie. Co prawda urzędnicy przeprowadzali oględziny drzew na terenie budowy (w 92 proc. badanych przypadków), ale dokumentację fotograficzną sporządzono już tylko w 30 proc. przypadków. Biegli w zakresie oceny stanu drzew zostali powołani zaledwie w dwóch przypadkach (1 proc. spraw). Z kolei rozprawy administracyjne, podczas których uzgadnia się interesy stron, przeprowadzano jedynie w Krakowie.

Najczęściej wykorzystywaną  formą kompensacji za wycięte drzewa, jaką urzędnicy nakładali na inwestorów, był obowiązek nasadzenia nowych drzew. W zamian za usunięte 24 817 drzew inwestorzy posadzili 23 332 nowych (94 proc.). W miastach ogółem posadzono nawet więcej drzew niż wycięto (109 proc.), w powiatach nieco mniej. Bez jakiejkolwiek kompensacji wycięto tylko niespełna 3 proc. drzew. W większości miast i powiatów obowiązywała zasada „jedno za jedno”: za jedno usunięte drzewo inwestor miał obowiązek posadzić jedno nowe. Ale zdarzały się też przypadki, w których nakazywano posadzenie większej liczby drzew.

Mimo tak optymistycznych liczbowo wyników w ocenie NIK jakościowa skuteczność kompensacji przyrodniczej jest niska. W związku z tym istnieje ryzyko, że zasoby przyrodnicze miast ulegać będą powolnemu, ale systematycznemu zmniejszaniu. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że inwestorzy kupują sadzonki słabe i niskiej jakości, a w dodatku – już nasadzone – pozostawiają bez odpowiedniej opieki: niezabezpieczone i niepodlewane. Przepisy ustawy o ochronie przyrody nie określają warunków, jakie powinno spełniać nowo sadzone drzewo: nie precyzują ani jego gatunku, ani wieku, ani rozmiarów. W efekcie oferowane przez inwestorów sadzonki były często złej jakości: za słabe i zbyt młode by się przyjąć i rzeczywiście zastąpić wycięte drzewa. Młode drzewka niedopasowane do otoczenia i panujących warunków często obumierały. Ponadto NIK zwraca uwagę, że brak możliwości określenia wieku nowego drzewa może prowadzić do sytuacji, że wbrew założeniom kompensacji, także ono zostanie w bliższej lub dalszej przyszłości usunięte. I to dużo bardziej bezproblemowo, bez powiadamiania urzędników, ponieważ drzewa, których wiek nie przekroczy 10 lat można wycinać bez zezwolenia.

W ramach rekompensaty urzędnicy za wycięte drzewa mogli także naliczać opłaty – w skontrolowanych miastach i powiatach w sumie naliczono ponad 51 mln zł odszkodowań (w miastach 24,7 mln zł, a w powiatach 26,4 mln zł). Realnie jednak do samorządowych kas wpłynęło tylko 5 proc. ustalonych opłat (ok.2,5 mln zł), bo płatności często odraczano – na trzy lata od daty wydania zezwolenia pod warunkiem posadzenia nowych drzew. Jeżeli nowe drzewo zachowało żywotność powyżej trzech lat, opłaty były umarzane. W ocenie NIK urzędnicy często zbyt pochopnie i bez należytego sprawdzenia wszystkich przesłanek, decydowali o umarzaniu opłat za usunięcie drzew. Bardzo szeroko stosowano także jeszcze inną możliwość – zwolnienia z opłat bez żadnych warunków. W przypadku ponad 16 tys. drzew (65 proc.) przy wydawaniu zezwolenia na wycięcie odszkodowań w ogóle nie naliczono. Jest to o tyle niekorzystne, że naliczona opłata jest formą gwarancji w przypadku, gdyby inwestor drzew „rekompensujących” nie posadził. Jeśli zastosuje się procedurę zwolnienia – takiego zabezpieczenia nie ma, bo nie ma kwoty, którą można by wyegzekwować jako rekompensatę za wycięte drzewa i nieposadzenie nowych. NIK zwraca także uwagę, że większość inwestorów sadziła drzewa ze sporym opóźnieniem, już po wyznaczonym przez urzędników terminie. W dodatku urzędnicy w ponad połowie spraw nie sprawdzali nawet, czy nowe drzewa rzeczywiście zostały posadzone, zadowalając się jedynie oświadczeniem inwestora (zdarzało się, że nie było nawet takiego oświadczenia). Nowe nasadzenia częściej sprawdzano w miastach (75 proc.), niż w powiatach (jedynie 17 proc).

W kontrolowanych miastach w latach 2010-2013 łączne wpływy z tytułu opłat i kar za usuwanie drzew i krzewów wyniosły prawie 24 mln zł, a wydatki na utrzymanie terenów zielonych ponad 88 mln zł (w tym budowanie placów zabaw, ścieżek itp.). Zdaniem NIKniskie wpływy z opłat lub kar za usunięcie drzew świadczą o tym, że wysokość opłat z tego tytułu nie stanowi bariery dla wycinania drzew przez inwestorów.

Miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego w gminach, a także decyzje o warunkach zabudowy, nie precyzowały w jaki sposób należy postępować z drzewami, jeżeli kolidują z planowanymi inwestycjami. Decyzje o pozwoleniu na budowę i załączone do nich projekty budowlane nie zawierały (choć powinny) inwentaryzacji istniejących zadrzewień i planowanego układu zieleni lub odnosiły się do nich bardzo ogólnie. Pracownicy urzędów zajmujący się planowaniem przestrzennym nie współpracowali z osobami zajmującymi się wydawaniem zezwoleń na usunięcie drzew (taka współpraca istniała jedynie w Urzędzie Miasta Krakowa). Zdaniem NIK zacieśnienie współpracy pomiędzy tymi działami pozwoliłoby na wypracowanie spójnych i kompleksowych zaleceń dla inwestora już na etapie wydawania decyzji o warunkach zabudowy i pozwoliło ochronić jak największą liczbę drzew.

NIK zwraca uwagę, że obowiązujące przepisy ustawy o ochronie przyrody nie precyzują, na jakim etapie procesu inwestycyjnego powinno być wydane zezwolenie na niezbędne usunięcie drzew. Najczęściej o wydanie zezwolenia inwestorzy starają się i otrzymują je jeszcze przed rozpoczęciem inwestycji. Jest to o tyle nieracjonalne, że projekt budowlany wraz z projektem zagospodarowania terenu powstaje dopiero w postępowaniu o wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę i właśnie te dokumenty powinny stanowić podstawę do wydania zezwolenia na usunięcie drzew oraz ustalenia właściwej kompensacji przyrodniczej.

Wnioski

Aby skuteczniej chronić drzewa w trakcie realizacji inwestycji konieczna jest zmiana ustawy o ochronie przyrody, w szczególności zapisów dotyczących ustalania i egzekwowania kompensacji przyrodniczej.

Ponadto zdaniem NIK, aby proces kompensacji nie był jedynie urzędniczą formalnością, ale aby przynosił spodziewane efekty, szczegółowego uregulowania wymaga kwestia warunków, jakie nowo sadzone drzewa powinny spełniać (m.in. określenia gatunku drzewa, jego wielkości, wieku). Ważne jest również precyzyjne dookreślenie, w jakich miejscach i o jakiej porze roku należy drzewa sadzić, tak by miały szansę się utrzymać.

TelForceOne: Spółka będzie w tym roku pracować nad rentownością i wypracowaniem dywidendy dla akcjonariuszy

0

CEO Magazyn Polska

Ponad 40 proc. Polaków, którzy rozważają zakup telefonu tzw. B-brandu, bierze pod uwagę myPhone&HASH39;a. Jego producent, spółka TelForceOne, która pod koniec marca opublikuje raport za 2014 rok, podkreśla, że o ile w ubiegłym roku pracowała nad zwiększeniem sprzedaży, o tyle w tym roku skupi się na poprawie rentowności i wyższej dywidendzie dla akcjonariuszy.

Sprzedaż telefonów myPhone produkowanych przez TelForceOne systematycznie rośnie. Jak podaje spółka, o ile przez pierwsze pięć lat działalności sprzedała milion aparatów, o tyle w zeszłym roku znalazła nabywców na kolejne 300 tys.

W 2015 roku na pewno skupimy się na tym, żeby rentowność netto była znacznie ciekawsza dla naszych inwestorów i akcjonariuszy oraz by w efekcie można było rozważać jeszcze ciekawszą politykę dywidendową – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wiesław Żywicki, wiceprezes TelForceOne.

Wraz ze sprzedażą rosną przychody i zyski spółki. Po trzech pierwszych kwartałach 2014 roku TelForceOne więcej niż podwoiła przychody, które sięgnęły niemal 200 mln zł. Zysk netto spółki, przekraczając 5,5 mln zł był ponaddwukrotnie wyższy niż przed rokiem. Całoroczne wyniki spółka opublikuje 23 marca.

Dla inwestorów, jak sądzę, najważniejsze są wyniki finansowe i tutaj mogę zapewnić, że w 2015 roku  będziemy bardzo pracowali nad tym, by osiągnąć wyższą rentowność sprzedaży – zapowiada Wiesław Żywicki. – W 2014 roku bardzo mocno pracowaliśmy zaś nad skalą sprzedaży, uważamy, że po trzech kwartały dużo pokazaliśmy, będą widoczne niedługo wyniki całego roku. Natomiast 2015 rok to okres praca nad tym, by w kolejnych latach można było oferować satysfakcjonującą dywidendę dla akcjonariuszy.

Sukces TelForceOne związany jest z odkryciem i zagospodarowaniem luki rynkowej. Spółka oferuje telefony, których nie produkują światowi potentaci. Rozpoczęła od maksymalnie uproszczonych aparatów dla ludzi starszych i niezainteresowanych skomplikowanymi modelami wiodących marek. Następnie zaproponowała telefon odporny na ekstremalne warunki, we wzmocnionej i szczelnej obudowie. Teraz kusi klientów tanimi smartfonami, zbudowanymi z podzespołów producentów z górnej półki.

– Nasza skala obecności na otwartym rynku w zakresie smartfonów zwiększyła się o przeszło 10 proc. – podkreśla wiceprezes TelForceOne. – Badania inne, które były publikowane pod koniec tamtego roku, wskazują, że jeśli chodzi o wybory dokonywane przez konsumentów, są oni przy wyborze smartfonów B-brandów bardzo zainteresowani marką myPhone. 44 proc. respondentów, którzy rozważają zakup marki B, wskazało, że zainteresowani są myPhone&HASH39;em.

Dlatego spółka optymistycznie zakłada, że w 2015 roku uda się jej powtórzyć wynik z 2014 roku.

To był bardzo udany rok, bardzo duży wysiłek i jednocześnie bardzo duży wzrost skali naszych operacji i skali naszych przychodów – ocenia Wiesław Żywicki z TelForceOne. Ten wzrost skali przychodów zawsze jest związany z większą rozpoznawalnością na rynku, a na tym nam przede wszystkim zależało w tym roku. Badania rynkowe, które już znamy, chociażby GfK Polonia, bardzo mocno to potwierdzają.

Wzrost ES-System przyspieszy w II połowie roku. Spółka liczy na ożywienie w polskim budownictwie

0

CEO Magazyn Polska

Producent opraw oświetleniowych ES-System po dobrym IV kwartale spodziewa się wolniejszego tempa wzrostu na początku roku i przyspieszenia w jego drugiej połowie. Spółce sprzyjać powinno ożywienie w polskim budownictwie.

ES-System nieźle radzi sobie jako producent oświetlenia, ale jako spółka giełdowa może budzić mieszane uczucia inwestorów. Wartość księgowa firmy sięga 153 mln zł, podczas gdy jej wartość rynkowa wynosi tylko 120 mln zł.

– Wzrosty w dużej mierze zależą od tego, co dzieje się w ogóle na rynkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Bogusław Pilszczek, prezes zarządu ES-System. – Gdy patrzmy na sam kurs, nasz wykres jest uzależniony przede wszystkim od tego, jakie mamy wyniki. Początek roku zawsze wiąże się z sezonowym spadkiem sprzedaży, jednak w drugiej połowie roku te wyniki wyraźnie się poprawiają, taka jest po prostu specyfika branży.

Po trzech kwartałach zeszłego roku przychody ze sprzedaży spółki sięgały 121 mln zł i były o ponad 8 mln wyższe niż w 2013 roku. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej przekraczał w tym czasie 4,6 mln zł i był wyższy o prawie 1,5 mln niż rok wcześniej. Kurs spółki ruszył w górę, ale nadal daleko mu do poziomu z lata, gdy zaczął spadać.

To jest kwestia, która przede wszystkim wiąże się z koniunkturalną sytuacją na rynku oraz free floatem [rozproszonym akcjonariatem – red.] spółki – podkreśla Bogusław Pilszczek. – On jest relatywnie niewielki, my jako główni akcjonariusze utrzymujemy stały poziom zaangażowania, nie sprzedaliśmy ani jednej akcji, ani nie mamy takich zamiarów. Mamy również stabilne grono inwestorów instytucjonalnych.

O ile ES-System nie zdołał jak na razie zainteresować zbyt wielkiego grona drobnych udziałowców, o tyle potrafił przyciągnąć tych bardziej znaczących. Ostatnio TFI Quercus nabył pakiet akcji spółki.

– Istotne jest to, że mamy stabilnego, stałego inwestora, który jest zainteresowany spółką – zaznacza prezes zarządu ES-System. – Jestem przekonany, że wyniki, które mamy, bardzo stabilna pozycja od lat oraz znaczna ilość gotówki, dają pogląd na spółkę jako na atrakcyjne miejsce lokaty kapitału, a w długofalowej perspektywie – spółki o dużym potencjale zwrotu z inwestycji. Sądzę, że nasza pozycja w portfelu Quercusa jest dla tego TFI istotna, a dla nas jest to sygnał pozytywnej oceny spółki i zarządu przez rynek inwestorów instytucjonalnych.

Obecnie ES-System stawia na rozwój organiczny. Spółka liczy na oczekiwane ożywienie w budownictwie, z czym wiąże nadzieje na wzrost sprzedaży swych systemów oświetleniowych. Nie myśli raczej ani o większych inwestycjach raczej, ani o poszukiwaniu kapitału.

Nie ma takiej potrzeby – deklaruje prezes Bogusław Pilszczek z ES-System. – Aktualnie sytuacja finansowa firmy jest bardzo dobra. Potrzeby inwestycyjne zostały zrealizowane w ciągu ostatnich pięciu lat na dużą skalę. Teraz czas na odnoszenie korzyści z wcześniejszych inwestycji oraz dalszą realizację strategii firmy. Sprzyjać nam będzie rosnące zainteresowanie produktami LED-owymi, w których od wielu lat się specjalizujemy. Na koniec 2014 roku oświetlenia LED stanowiło 30 proc. sprzedaży i spodziewamy się dalszych wzrostów w tym segmencie.

Na braku możliwości płacenia za autostrady elektronicznie tracą i kierowcy, i państwo. Elektroniczny system pozwoli rozładować sezonowe korki

CEO Magazyn Polska

Jednolity elektroniczny system poboru opłat na krajowych autostradach nie tylko ułatwiłby podróż kierowcom, lecz także mógłby zwiększyć efektywność wykorzystania autostrad, a tym samym przyniósł dodatkowe wpływy Skarbowi Państwa. Choć eksperci oceniają, że nie ma przeszkód prawnych, technicznych i finansowych, by rozszerzać system i likwidować bramki, to nadal nie wiadomo, kiedy będzie to możliwe. Ich zdaniem również system viaTOLL nie jest rozbudowywany w takim tempie, w jakim powinien.

Pobór opłat na bramkach to rozwiązania z poprzedniej epoki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Brzozowski, doradca prezydenta Pracodawców RP. – Autostrady są inwestycjami dość kapitałochłonnymi, więc zmniejsza się efektywność takiej autostrady. Wydajemy duże pieniądze na jej budowę, a potem co kilkadziesiąt kilometrów kierowcy muszą zwalniać i zatrzymywać się. Czasami dochodzi tam do jakichś spiętrzeń, korków, a to stoi to w sprzeczności z logiką dróg szybkiego ruchu i autostrad.

Likwidacje manualnego poboru opłat na autostradach i uciążliwych dla kierowców bramek wiosną ubiegłego roku zapowiadała była minister infrastruktury i rozwoju Elżbieta Bieńkowska. Odchodząc na stanowisko komisarza UE, zarekomendowała ona zastąpienie go elektronicznym poborem opłat. Według wstępnych zapowiedzi mogłoby to nastąpić nawet w 2016 roku. Nadal jednak nie wiadomo, czy to w ogóle nastąpi – według nieoficjalnych doniesień medialnych rząd chce odstąpić od projektu likwidacji szlabanów.

Włączenie w system odcinków autostrad, na których obecnie pobór opiera się na bramkach, to zwiększenie wygody dla kierowców. Przyczyni się do zwiększenia użyteczności tych dróg dla kierowców. Unikniemy tego uciążliwego elementu związanego z zatrzymywaniem się i regulowaniem tej należności – mówi Jacek Brzozowski.

Jego zdaniem dziś nie ma istotnych przeszkód, które hamowałyby wdrożenie elektronicznego systemu poboru opłat i likwidację bramek funkcjonujących na autostradach.

Według Brzozowskiego wprowadzenie elektronicznego systemu poboru opłat na autostradach – także tych zarządzanych przez prywatnych koncesjonariuszy – mogłoby być pierwszym krokiem do porozumienia z koncesjonariuszami w innej ważnej sprawie. Chodzi o objęcie systemem viaTOLL zarządzanych przez nich tras.

Niewątpliwie istotnym problemem w obszarze rozwoju polskiej sieci autostradowej było w pewnym sensie poszatkowanie niektórych tras na odcinki publiczne oraz na odcinki działające w ramach prywatnych koncesji – zwraca uwagę Jacek Brzozowski. – Przekonanie prywatnych koncesjonariuszy do włączenia się ich do tego centralnego systemu viaTOLL byłoby dużym sukcesem Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Pracodawcy RP zwracają uwagę na to, że również rozszerzanie viaTOLL na kolejne odcinki autostrad i dróg ekspresowych nie idzie zgodnie z założeniami. Do 2018 roku system ma obejmować 7 tys. km dróg, a dziś jest to nieco ponad 3 tys. W tym roku zostanie w niego włączonych zaledwie 250 km, mniej niż w poprzednich latach, chociaż istnieje już teraz możliwość objęcia e-mytem większej liczby gotowych nowych dróg.

Drogi dwupasmowe i autostrady to kręgosłup naszej gospodarki. Z punktu widzenia przedsiębiorców dopięcie tej podstawowej sieci transportowej to istotne wyzwanie, z którym musimy się zmierzyć w ciągu kilku lat. Niezadowalające postępy w realizacji wdrożenia systemu viaTOLL uszczuplają dochody budżetu, tym samym zmniejsza się pula funduszy przeznaczonych na inwestycje drogowe – przypomina Jacek Brzozowski.

W centralnych dzielnicach Warszawy wciąż jest miejsce na nowe inwestycje mieszkaniowe. Wymagają one jednak jednoczesnych inwestycji w infrastrukturę drogową

CEO Magazyn Polska

W centrum Warszawy i jego okolicach wciąż jest wiele atrakcyjnych miejsc dla inwestorów. Warto rozwijać te miejsca. Niemniej za wydawaniem pozwoleń na budowę powinno iść inwestowanie przez miasto w niezbędną nowym mieszkańcom infrastrukturę drogową i komunikacyjną. Dodatkowo budowa mieszkań w pobliżu serca stolicy może w pewnym stopniu powstrzymać krytykowany przez Unię Europejską proces rozrastania się miasta w stronę przedmieść. Jedną z takich niezagospodarowanych lokalizacji są tereny Łuku Siekierkowskiego.

Są miejsca w centrum Warszawy, które mogą zostać jeszcze zagospodarowane. Potencjał jest olbrzymi, zarówno do pojawienia się nowych miejsc do mieszkania, jak i nowych biurowców – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Kuniewicz, dyrektor działu badań i analiz rynku w REAS.

Kuniewicz zauważa, że wykorzystanie terenów w centrum miasta może zapobiec rozprzestrzenianiu się zabudowy na przedmieścia. To szansa na poprawę jakości życia oraz wymierne oszczędności dla miast.

Rewitalizacja centrów miast jest jak najbardziej pożądana przez mieszkańców i środowiska inwestorskie. Miasto powinno być zagospodarowane dobrze w centrum i dopiero, gdy tych terenów w centrum brakuje, powinniśmy wychodzić na obrzeża miast – przekonuje Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Dzięki rewitalizacji miasto może zaoszczędzić na budowie m.in. szkół i innej infrastruktury społecznej, której zawsze brakuje po rozbudowie osiedli na obrzeżach aglomeracji. Również mieszkańcy doceniają inwestycje, które znajdują się w sercu miasta, choć Kuniewicz zwraca uwagę na to, że tę lokalizację bardziej doceniają osoby aktywne zawodowo. W sercu stolicy dobrze mieszka się także studentom i osobom młodym.

Z uwagi na ten potencjalny duży popyt na mieszkania w centrum i okolicach inwestorzy cały czas są zainteresowani budowaniem kolejnych lokali. Jak podkreśla Kuniewicz, dotyczy to nie tylko inwestorów polskich, lecz także zagranicznych. Pozwolenia na budowę powinny jednakże iść w parze z planami inwestycyjnymi miasta w zakresie niezbędnej infrastruktury.

Dotyczy to m.in. rejonu Siekierek. To duży teren inwestycyjny położony zaledwie 5 km od Pałacu Kultury i Nauki. By uruchomić inwestycje w tym obszarze, niezbędne jest jednak m.in. zbudowanie ulicy Czerniakowskiej-bis oraz Wschodniej. Na tę pierwszą miasto zarezerwowało w tym roku 25 mln zł na prace projektowe. Na ul. Wschodnią wciąż nie ma środków. Tymczasem ulice te zapewniłyby minimum komunikacyjne dla tego rejonu.

Miasta mogą zrobić dużo, by przyciągnąć inwestorów na takie tereny i dokonać ich rękoma rewitalizacji całych obszarów. Oczywiście są potrzebne zachęty dla tych inwestorów, przede wszystkim dialog z miastem i ze służbami miejskimi – podkreśla Płochocki. ‒ Miasta mogą również zachęcać inwestorów opłatami z tytułu użytkowania wieczystego czy zwolnieniami z podatków od nieruchomości – dodaje.

W dzielnicach położonych poza ścisłym centrum, ale wciąż bardzo blisko najważniejszych miejsc w Warszawie, niezbędne są także inwestycje infrastrukturalne.

Miasto oczywiście musi przygotować teren, aby dokonała się tam rewitalizacja społeczno-gospodarcza. W tym celu potrzebne jest udrożnienie kanalizacji, budowa sieci infrastrukturalnych. Natomiast najczęściej to będzie dużo tańsze niż budowanie wszystkiego od nowa na terenach podmiejskich, gdzie wcześniej nie było żadnej infrastruktury – podkreśla Płochocki.

Usprawnienie komunikacji w takich miejscach w pobliżu centrum miasta jest istotne nie tylko dla inwestorów i ich potencjalnych klientów. To również udrożnienie tras dojazdowych z peryferii.

Obszar Łuku Siekierkowskiego jest w centrum miasta, jednocześnie jest to teren bardzo niezurbanizowany. To zielona plama w centrum miasta, która została zachowana. Problem z nią polega na tym, że infrastruktura drogowo-komunikacyjna, a także wodociągowa i kanalizacyjna nie są wystarczające. Ale jeżeli spojrzymy na mapę, to zobaczymy, że ten obszar aż się prosi o to, aby włączyć go w centrum miasta – przekonuje Płochocki.

Inwestycje mieszkalne w centrum Warszawy, biorąc pod uwagę dostępność terenów, powinny być priorytetem władz. Takie są bowiem zalecenia Unii Europejskiej. Komisja Europejska w lipcu 2014 r. wydała komunikat, w którym podkreśla potrzebę kreowania bardziej zwartych miast. Płochocki przypomina, że w Warszawie miało już miejsce kilka dużych rewitalizacji przeprowadzonych z inicjatywy inwestorów. Dotyczy to m.in. poprzemysłowych terenów w dzielnicach Żoliborz i Wola. Miasto powinno jednak wzmocnić zachęty do tego typu projektów.

Musi istnieć plan. Większym kłopotem niż brak inwestorów jest raczej na razie brak jednolitej strategii, którą powinien ogłosić samorząd – zaznacza Kuniewicz.

O działania apelują też sami mieszkańcy w petycji wystosowanej do władz miasta ws. realizacji inwestycji drogowych w rejonie Siekierek.

Admiral Markets: Polskie kopalnie czeka restrukturyzacja albo bankructwo. Cena węgla będzie niższa niż koszty wydobycia

CEO Magazyn Polska

Najbliższe lata nie przyniosą powrotu hossy na światowym rynku surowców przewidują analitycy Admiral Markets. Tanie pozostać mają m.in. ropa i węgiel. To zaś oznacza, że polskie kopalnie będą wydobywać węgiel drożej, niż będą go w stanie sprzedać. Czeka je więc albo restrukturyzacja, albo upadłość.

Baryłka ropy Brent potaniała w ciągu roku o niemal 45 proc., a amerykańskiej Crude – o ponad połowę. W marcu 2014 roku, gdy konflikt rosyjsko-ukraiński dopiero się rozpoczynał, kosztowała ponad 100 dolarów, dziś ok. 50. Tonę węgla kamiennego ARA, czyli oferowanego w portach Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia, jeszcze latem wyceniano na ponad 80 dolarów, a dziś na ponad 60.

– Obserwując sytuację na rynku surowcowym, można dostrzec, że hossa dawno się skończyła i że jesteśmy w okresie dekoniunktury. Cykl wzrostowy jest już za nami i w najbliższych latach – nie jest wykluczone, że nawet w dekadzie – ceny większości surowców, w tym surowców energetycznych, pozostaną niskie albo będą dalej jeszcze spadać – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz Admiral Markets.

Wojna na Wschodzie to tylko jedna z przyczyn obserwowanego spadku cen. Drugą jest nadprodukcja surowców.

Przy wysokich cenach surowców zostały poczynione duże inwestycje, które powodują, że podaż surowców, w tym surowców energetycznych, jak ropa czy węgiel, jest większa, niż zapotrzebowanie na nie – ocenia Marcin Kiepas. – To w sposób automatyczny powoduje spadek cen. Innym elementem mającym negatywny wpływ jest spowolnienie wzrostu gospodarczego głównie na rynkach emerging markets, a także np. rynku europejskim, gdzie mamy do czynienia ze stagnacją.

Na niskie ceny surowców ma też wpływ umacnianie się kursu dolara, w którym większość transakcji jest rozliczana. W ocenie analityków obserwowany ostatnio wzrost wartości amerykańskiej waluty jest zjawiskiem trwałym i tendencja ta nie powinna się zmienić przez  kilka najbliższych lat. Po spadkach w zeszłym roku na rynku oczekuje się teraz stabilizacji cen surowców.

Istnieje duże ryzyko dla takich prognoz – zwraca uwagę dyrektor działu analiz Admiral Markets. – Czynnikiem, który będzie wpływał na ceny, chociażby ceny węgla, jest sytuacja gospodarcza w Chinach. Nie mamy na tę chwilę odpowiedzi na pytanie, jak mocne będzie spowolnienie wzrostu gospodarczego w Państwie Środka, a przede wszystkim, czy przypadkiem Chiny nie dążą w kierunku twardego lądowania. To miałoby wręcz druzgocący wpływ na ceny ropy i węgla.

Według prognoz chińskiego rządu wzrost gospodarczy w 2015 roku ma wyhamować do 7 proc. Nawet jeżeli nie dojdzie do większego spowolnienia w chińskiej gospodarce, to eksperci Banku Światowego prognozują, że w latach 2015-2019 ceny węgla energetycznego będą kształtowały się na poziomie od 60 do 70 dol. za tonę. Później, do roku 2025, zgodnie z ich oczekiwaniami notowania węgla nieznacznie podskoczą i będą kształtowały się na poziomie od 70 do 80 dol. za tonę.

Te prognozy sugerują, że koszty wydobycia w Polsce w większości kopalń będą wyższe niż ceny rynkowe, można więc postawić tezę, że bez głębokiej restrukturyzacji kopalń większość z nich nie ma racji bytu ekonomicznego i musi upaść – podkreśla Marcin Kiepas.

4 mld zł niespłacanych kredytów hipotecznych może trafić w tym roku na sprzedaż

CEO Magazyn Polska

Rosnąca akcja kredytowa na rynku hipotecznym może spowodować wzrost liczby zagrożonych kredytów. Spora ich część trafi do firm zarządzających wierzytelnościami. Już w ubiegłym roku na rynku pojawiło się o połowę wierzytelności hipotecznych więcej niż w 2013 roku. W opinii przedstawicieli branży udział tego sektora będzie rósł. Najczęściej problemy ze spłatą mają kredytobiorcy w wieku od 42 do 47 lat, zaciągający zobowiązania na budowę domu jednorodzinnego.

W 2014 roku podaż na rynku wierzytelności przekroczyła 14 mld zł, a niektóre dane pokazują, że mogła osiągnąć nawet 15 mld zł – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sławomir Szarek, prezes spółki Casus Finanse. – W 2013 roku było to 9,7 mld zł, czyli dynamika jest olbrzymia. Zdecydowanie wpływ na to miały wierzytelności hipoteczne, które bardzo szybko rosną. Ich wzrost w ubiegłym roku przekroczył 50 proc.

W 2014 roku wartość wierzytelności hipotecznych w obrocie wyniosła około 2 mld zł. W br. spółka spodziewa się, że będzie ona większa o prawie 100 proc. i wyniesie około 4 mld zł.

Banki otworzyły się na sprzedaż wierzytelności firmom zewnętrznym – wskazuje Szarek. – Casus Finanse działa na rynku zarządzania wierzytelnościami od 18 lat, natomiast aktywnie kupuje wierzytelności od lat pięciu. Dopiero dwa lata temu nabyliśmy jednak pierwsze portfele hipoteczne. Jak pokazują ostatnie lata, był to dobry ruch, bo podaż tego rodzaju zaległych płatności bardzo szybko rośnie. Sądzimy, że ta dynamika nadal będzie bardzo wysoka. Zobowiązania hipoteczne powinny stanowić znaczącą część rynku.

Podaż na rynku wierzytelności w zdecydowanej większości kreują, jak zauważa Szarek, banki i instytucje finansowe, a w mniejszym stopniu firmy ubezpieczeniowe i działające w obszarze multimediów, przy czym coraz więcej dużych banków decyduje się na sprzedaż pokaźnych wolumenów. W pierwszym kwartale ub.r. jedna ze spółek zależnych wrocławskiej grupy Kruk kupiła od Getin Noble Bank wierzytelności o wartości 710 mln złotych. Były to zobowiązania hipoteczne klientów tego banku, sprzedane za 230 mln złotych.

Widzimy, że sprzedawane są zarówno duże portfele, jak i średnie, o wolumenach przekraczających 100 mln zł – twierdzi Sławomir Szarek. – Przede wszystkim duża podaż napędza rynek.

Na podaż duży wpływ ma poziom akcji kredytowej. Obecnie wartość bilansowa wierzytelności hipotecznych przekroczyła 336 mld zł, w tym zagrożone zobowiązania wynoszą około 10 mld zł.

W dalszym ciągu rynek jest bardzo perspektywiczny i obiecujący – uważa Szarek – Szczególnie wierzytelności hipoteczne będą w coraz większej skali oferowane przez banki. 

Po decyzji banku centralnego Szwajcarii o zaprzestaniu obrony kursu franka wobec euro, czego skutkiem był skokowy wzrost notowań szwajcarskiej waluty, banki zastanawiają się, jak pomóc kredytobiorcom. Na rzetelność obsługi zobowiązań dłużnych, jak twierdzi Szarek, nie ma jednak wpływu to, czy były one zaciągane we franku. Zarówno pożyczki denominowane, jak i złotowe spłacane są podobnie.

Zdecydowana większość wierzytelności hipotecznych, które obsługujemy, to wierzytelności z lat 2006-2008 i nie zauważamy znaczących różnic, jeżeli chodzi o obsługę wierzytelności denominowanych we frankach szwajcarskich i złotówkach. Jeden i drugi portfel zachowuje się bardzo podobnie – powiedział Sławomir Szarek, prezes zarządu Grupy Casus Finanse.

Najstarsze kredyty w portfelu spółki pochodzą z 1994 roku. Łączna kwota wszystkich zobowiązań to 51 mln zł.

Z obserwacji firmy wynika, że trzy czwarte kredytów, z których spłatą nie radzą sobie kredytobiorcy, to kredyty na domy jednorodzinne. Zaledwie 10 proc. zobowiązań, które trafiają do obsługi w Grupie Casus Finanse, to kredyty zaciągnięte pod hipotekę mieszkań. W większości przypadków czas trwania umowy przed jej wypowiedzeniem wynosił niecałe cztery lata.

Do 2010 roku problemy ze spłatą miały najczęściej osoby przed 40. rokiem życia, w ostatnich trzech latach średnia wieku przesunęła się jednak w górę – 42-47 lat. Najwięcej problemów mają kredytobiorcy z województw mazowieckiego, wielkopolskiego i dolnośląskiego, bo tam zarówno budownictwo, jak i rynek hipoteczny najszybciej rosną. Ale w czołówce niespłacających pojawili się też kredytobiorcy z pomorskiego. Jak podkreśla Szarek, może to wynikać z rosnących inwestycji w nieruchomości w nadmorskich kurortach.

Państwa europejskie stawiają na oświetlenie LED. Polskie firmy na tym korzystają

Oświetlenie ledowe stało się standardem w takich państwach, jak Niemcy, Szwajcaria, Austria czy kraje skandynawskie. Na tych bardzo konkurencyjnie rynkach dobrze radzą sobie również polskie firmy. Spółka ES-System blisko jedną piątą przychodów osiąga za granicą. Po załamaniu na rynkach wschodnich próbuje swoich sił na innych rynkach, m.in. w Kazachstanie i Azerbejdżanie.

Oświetlenie ledowe stało się standardem w Europie w ciągu ostatnich 2 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bogusław Pilszczek, prezes zarządu ES-System. ‒ ES-System prawie od 10 lat tworzy tę technologię, zbudował zakład do produkcji takiego oświetlenia i stąd jesteśmy w czołówce firm europejskich. Sprzedaż w 2014 r. przekroczyła 30 proc. A celem na rok 2015 było 35 proc., na pewno to przekroczymy.

Oświetleniowe ledowe jest szczególnie popularne na rynkach zagranicznych, zwłaszcza w Europie Zachodniej. Pilszczek wymienia rynki niemiecki, szwajcarski, austriacki, francuski i skandynawskie.

Rynki zagraniczne mają być dla spółki coraz ważniejszym obszarem rozwoju. Obecnie stanowią one niecałe 20 proc. przychodów spółki. Oczekiwania ES-System to poziom ok. 30 proc., ale Pilszczek przyznaje, że na razie nie uda się go osiągnąć. Wynika to m.in. ze stagnacji na rynku zachodnioeuropejskim, gdzie wzrosty są bardzo niewielkie. Spółka odczuła również kryzys gospodarczy na Wschodzie – spadła szczególnie sprzedaż do Rosji. Eksport na Ukrainę ucierpiał w nieco mniejszym stopniu.

Oczywiście byłoby cudownie, gdyby udział eksportu był na poziomie 80, a nawet 90 proc., jak to niektóre firmy, np. w Finlandii, mają. Ale oczywiście realia są takie, że jesteśmy na trudnym rynku, konkurencja jest bardzo silna, zwłaszcza w Europie Zachodniej – podkreśla Pilszczek. ‒ Próbujemy sięgać trochę głębiej, ma tu na myśli Kazachstan, Azerbejdżan i oczywiście także kraje Pribałtyki. To są dla nas miejsca do działania, które mają zrekompensować to, co utraciliśmy na rynkach wschodnich w ubiegłym roku.

Spółka testuje również rynki na innych kontynentach, m.in. w Afryce i Ameryce Południowej.

Oświetlenie zewnętrzne, w tym uliczne, nie jest jednak dla spółki priorytetowym obszarem. Jak wyjaśnia Pilszczek, choć to obszar, w którym łatwo uzyskać duży obrót, marże w nim są bardzo niskie ze względu na dużą konkurencję. Dlatego ES-System zamierza stawiać na oświetlenie architektoniczne. Pilszczek podkreśla, że to nie tylko dochodowy, lecz także dający dużą satysfakcję obszar. ES-System ma wiele ciekawych produktów w tym segmencie i jest dobrze postrzegany na rynku europejskim.

Mamy w tym roku istotne wzrosty w obszarze oświetlenia zewnętrznego, ale tak naprawdę dla nas najważniejszym obszarem jest oświetlenie architektoniczne, w drugiej kolejności zaś oświetlenie przemysłowe – tłumaczy Pilszczek.

W Polsce spółka w ubiegłym roku zrealizowała m.in. projekt oświetlenia Muzeum Historii Żydów Polski, Centrum Solidarności w Gdańsku czy Międzynarodowego Centrum Kongresowego w Krakowie.

3 mln Polaków cierpi na zespół pęcherza nadreaktywnego. Pacjenci mają problem z ograniczeniami w refundacji leków

Ciągłe wizyty w toalecie i trudne do opanowania parcie na pęcherz odczuwane nawet w nocy to symptomy, które mogą świadczyć o zespole pęcherza nadreaktywnego. Dolegliwość ta dotyczy 3 milionów Polaków i przy braku odpowiedniej terapii doprowadza do wycofania się chorego z życia społecznego i zawodowego. Na refundację leczenia mogą liczyć jedynie pacjenci, którzy poddali się inwazyjnemu i stresującemu badaniu urodynamicznemu. Lekarze od dawna apelują o usunięcie ograniczeń w refundacji. Obecnie sprawą zajęły się parlamentarzystki.

Według raportu Stowarzyszenia Osób z NTM „UroConti”nawet 3 miliony Polaków cierpi na zespół pęcherza nadreaktywnego. Szacuje się, że każdego roku na tę chorobę zapada kolejne 15 tys. osób w naszym kraju.

Zespół pęcherza nadreaktywnego (OAB) ma trzy podstawowe objawy. Pierwszy z nich to częstomocz, czyli częsta potrzeba oddawania moczu, powyżej ośmiu razy w ciągu dnia. Drugi to nykturia, czyli konieczność oddawania moczu w nocy. Trzeci objaw to tzw. parcia naglące, czyli sytuacja, w której nagle i niespodziewanie pojawia się parcie na mocz, bardzo trudne do opanowania – mówi agencji informacyjnej Newseria profesor Ewa Barcz, ginekolog.

Schorzenie doprowadza do znacznego pogorszenia jakości życia. Osoby z pęcherzem nadreaktywnym ograniczają swoje wyjścia jedynie do miejsc z dostępem do toalety, często wycofują się z życia społecznego i mają duże trudności w pracy. Nieleczone OAB jest przyczyną depresji, spadku poczucia własnej wartości, zaburzeń snu, a w efekcie zmęczenia i problemów z koncentracją.

Początkowe symptomy choroby są zwykle mylone przez pacjentki z przeziębieniem. Lekarze pierwszego kontaktu często nie mają doświadczenia w diagnostyce i terapii zespołu pęcherza nadreaktywnego, dlatego od wystąpienia objawów do rozpoczęcia właściwego leczenia może minąć nawet kilka lat.

– Wbrew pozorom rozpoznanie zespołu pęcherza nadreaktywnego jest bardzo proste. Diagnozę stawia się na podstawie wywiadu lekarskiego i samoobserwacji pacjentki. Pacjentka prowadzi kontrolną kartę sposobu oddawania moczu, częstości oddawania moczu i przyjmowanych płynów – tłumaczy Ewa Barcz.

Dużym problemem dla chorych jest dostęp do leków, które stosuje się obecnie w terapii zespołu pęcherza nadreaktywnego. Częściowa refundacja przez Narodowy Fundusz Zdrowia przysługuje tylko osobom, które przeszły bardzo nieprzyjemne i inwazyjne badanie urodynamiczne.

– To badanie jest bardzo stresujące, wręcz uwłaczające godności pacjentek. Polega na włożeniu ciała obcego do cewki, odbytu i pochwy. Często wiąże się to z powikłaniami, m.in. infekcjami pęcherza. Na Lubelszczyźnie trzeba je powtarzać co roku tylko po to, by otrzymać lek refundowany. Przeszłam już trzy takie badania i czwartemu się nie poddam – mówi Teresa Bodzak ze Stowarzyszenia Osób z NTM „UroConti”.

Eksperci podkreślają, że badanie urodynamiczne nie jest konieczne do postawienia diagnozy i podjęcia prawidłowego leczenia zespołu pęcherza nadreaktywnego. Co więcej, w niektórych przypadkach daje fałszywe wyniki.

Zdarza się, że znamy diagnozę kliniczną na podstawie objawów, które pacjentka zgłasza, i jej samoobserwacji, a badanie urodynamiczne jej nie potwierdza. To sytuacja absurdalna, kiedy wiemy, co pacjentce dolega, ale jednak nie możemy zaproponować jej leków refundowanych – zwraca uwagę Ewa Barcz.

Polska, jako jedyny kraj w Unii Europejskiej, wymaga badania urodynamicznego do refundacji leczenia zespołu pęcherza nadreaktywnego.

– Jako parlamentarzystki chcemy doprowadzić do zniesienia tego zapisu z ustawy refundacyjnej. Dzięki zniesieniu tego uciążliwego badania, koszty dla NFZ będą niższe, a dostępność leków lepsza – mówi Bożena Szydłowska, posłanka PO.

Na konieczność usunięcia ograniczeń w dostępie do refundacji tych leków zwraca również uwagę najnowszy raport Stowarzyszenia Osób z NTM „UroConti” „Leczenie OAB – gdzie jesteśmy w Polsce?”. Autorzy publikacji podkreślają też potrzebę poszerzenia możliwości terapeutycznych pęcherza nadreaktywnego o iniekcje toksyny botulinowej oraz tzw. neuromodulację krzyżową. Obie te metody, podobnie jak najnowsze terapie farmakologiczne, uzyskały pozytywną rekomendację Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Są jedyną nadzieją dla chorych, u których farmakoterapia nie przyniosła zamierzonego skutku.

Sieci handlowe w dobrej kondycji, ale ich rentowność spada. To efekt wojny o klienta i lokalizację

0

Spada rentowność sieci handlowych. Choć trzy czwarte z nich jest w dobrej lub bardzo dobrej kondycji, to ich przychody rosną znacznie wolniej niż w poprzednich latach. Spadek tempa wzrostu spowodowany jest przede wszystkim dużą konkurencją na rynku, a co za tym idzie – wojną cenową. Sklepy coraz częściej stawiają na mniejsze formaty i urozmaicanie ofert.

Sieci handlowe są w bardzo dobrej kondycji, jednak po latach dynamicznego wzrostu nastąpił w ubiegłym roku jego spadek.  To wynik wojny cenowej i polityki sieci, które coraz mocniej ze sobą konkurują – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Robert Kremser, dyrektor ds. rozwoju w Bisnode Polska.

Sprzedaż krajowa utrzymuje się na wysokim poziomie, co przekłada się na dobrą sytuację sieci handlowych. Z analizy rynku handlu artykułów spożywczych przeprowadzonej przez Bisnode Polska wynika, że blisko 54 proc. z ponad 200 ujętych w analizie podmiotów znajduje się w bardzo dobrej kondycji finansowej, w dobrej jest blisko 24 proc. W słabej i bardzo złej kondycji na koniec stycznia było odpowiednio 15,5 proc. i 7 proc. Mimo dobrej sytuacji większości sieci przychody branży są znacznie mniejsze.

– Po trudny 2014 roku, obfitującym w ciekawe wydarzenia na rynku sieci handlowych, który to nadal się konsoliduje i mocno rozwija, rentowność sieci zaczęła spadać, choć na razie jest to spadek niewielki. Pojawiło się zjawisko deflacji, którego przyczyną może być woja cenowa, którą prowadzą między sobą sieci – podkreśla Kremser.

W 2013 roku sieci handlowe miały przychody w wysokości 101,6 mld zł, co względem 2012 roku oznacza 1 proc. wzrost. W porównaniu z wynikami kilka lat wcześniej, kiedy dynamika sięgała 17 proc., jest to znaczący spadek.

Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc na nowe sklepy, jest bitwa o lokalizacje. Część sieci sama się kanibalizuje – mam tutaj na myśli głównie liderów rynku lub sieci wchodzące do większych miast, które są zmuszone niejako przez sytuację rynkową w danym rejonie do obrania bardziej agresywnej polityki cenowej, de facto – polityki dumpingowej. To też powoduje, że przychody i rentowność tych sieci spadają – wyjaśnia Robert Kremser.

Większe nasycenie rynku sprawia, że taka sytuacja w najbliższym czasie się utrzyma. Sieci już w ubiegłym roku otworzyły mniej sklepów, niż planowały, podobnie będzie także w tym roku.

Sieci muszą uwzględniać to, że zmieniają się preferencje zakupowe Polaków, którzy coraz częściej zamiast w hipermarketach kupują w mniejszych sklepach bliżej domu. Jak podkreśla Kremser, sieci handlowe zaczęły też modyfikować swój model finansowy pod względem nie tylko formatu, lecz także asortymentu.

Jest coraz mniej marek własnych, a więcej produktów markowych. Sklepy są lepiej zaopatrzone w takie produkty, które mają klienta przyciągnąć. Widać duże zmiany w ofercie sieci handlowych. Znacznie odbiega ona od tego, co było jeszcze kilka lat temu – ocenia ekspert Bisnode Polska.

Na półkach pojawiają się produkty importowane, często również z bardziej egzotycznych krajów. Sklepy próbują przyciągnąć klientów, organizując akcje tematyczne, podczas których można znaleźć więcej produktów z danego kraju, często w atrakcyjnych cenach.

Ma to na celu wyróżnienie sieci na rynku i przyciągnięcie klientów, którzy może wcześniej tam nie bywali, bo nie byli świadomi, że produkty będące w ofercie są atrakcyjne i ciekawe – komentuje Kremser.

Rynek jest mocno skonsolidowany – pierwszych 10 sieci wykazało blisko 80 proc. przychodu wszystkich badanych podmiotów.

Naukowcy będą pracować nad materiałami przyszłości dla polskiego przemysłu. Kompleks laboratoriów rozpocznie działalność jeszcze w tym roku

Jeszcze w tym roku ma zacząć działać CEZAMAT, kompleks laboratoriów Politechniki Warszawskiej oraz innych stołecznych uczelni i instytutów, w którym naukowcy będą pracować nad materiałami i technologiami przyszłości. Odbiorcą innowacyjnych produktów i technologii, które tam powstaną, ma być polski przemysł  od fabryk zbrojeniowych po firmy medyczne.

Budowa siedziby CEZAMAT, czyli Centrum Zaawansowanych Materiałów i Technologii, przy ul. Poleczki w Warszawie, rozpoczęła się w ubiegłym roku i ma zakończyć się do grudnia. Jej koszt to ok. 385 mln zł. To jeden z największych projektów programu operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.

Kończymy budować naszą infrastrukturę techniczną, jedyną taką w Polsce i tej części Europy. Usiłujemy ją sprawnie, dobrze, na czas wyposażyć, dobrze uruchomić i rozpocząć wreszcie pracę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Romuald Beck, wiceprezes ds. naukowych CEZAMAT Politechnika Warszawska

Udziałowcami i partnerami inwestycji są trzy uczelnie warszawskie: Politechnika, która pełni rolę lidera projektu, Uniwersytet Warszawski oraz Wojskowa Akademia Techniczna. Oprócz tego partycypują w niej cztery instytuty Polskiej Akademii Nauk: Instytut Fizyki, Instytut Chemii Fizycznej, Instytut Wysokich Ciśnień i Instytut Podstawowych Problemów Techniki oraz dwa instytuty, które – jak podkreśla prof. Romuald Beck – miały zawsze silny związek z przemysłem: Instytut Technologii Elektronowej i Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych.

– To jest ogromna baza wiedzy, którą CEZAMAT będzie próbował przekuć w nowe technologie i nowe produkty, jednym słowem: CEZAMAT będzie brał udział w modernizacji polskiego przemysłu i przyczyni się tym samym do wzrostu dobrobytu państwa – mówi prof. Beck.

W Centrum, nowoczesnym budynku o powierzchni blisko 20 tys. mkw., powstaną laboratoria, w których naukowcy pracować będą nad materiałami przyszłości i  jak podkreśla inwestor, technologiami z pogranicza fizyki, chemii, biologii i inżynierii materiałowej.

Ta infrastruktura ma za zadanie stworzyć materialne podstawy do realizacji takich prac, których do tej pory w Polsce realizować nie było można i nie było gdzie – tłumaczy wiceprezes ds. naukowych CEZAMAT Politechnika Warszawska. – Po pierwsze, stworzone zostano laboratoria odpowiednio wyposażone, które można wykorzystać nie tylko do badań podstawowych, lecz przede wszystkim do prac o charakterze wdrożeniowym, które potem będą miały istotny wpływ na innowacyjność w przemyśle, a w konsekwencji – na efekty ekonomiczne w skali państwa.

Inwestycja ma mieć nie tylko wymiar naukowy, lecz także biznesowy. Technologie to dziś źródło największych zysków dla gospodarki. Dlatego tematy prac, które mają być podejmowane w nowym laboratorium, pozostaną zapewne tajne, przynajmniej do czasu opatentowania ich wyników.

– O innowacyjnych produktach się nie rozmawia, tylko się je robi i sprzedaje – zaznacza prof. Romuald Beck. – Skala możliwości produktów i technologii, które można na bazie takiej wiedzy, jaką dysponuje Centrum, wytworzyć, jest przeogromna. Nie będzie żadną przesadą, jeśli powiem, że z produktów lub z technologii tego typu będą korzystać zarówno ochrona zdrowia, ochrona środowiska, komunikacja, transport, informatyka i obronność. Tak że bardzo wiele różnych dziedzin życia może uzyskać wsparcie w postaci zupełnie innych rozwiązań, nowych produktów, które zmienią ten świat.

CEZAMAT PW znalazł się w gronie trzech zwycięskich polskich projektów zakwalifikowanych jako laureaci konkursu Teaming for Excellence w ramach unijnego programu Horyzont 2020. Nagrodzona inicjatywa CEZAMAT-Environment będzie poświęcona badaniom nad czujnikami chemicznymi, fizycznymi i biochemicznymi umożliwiającymi wykrywanie zagrożeń dla środowiska i określającymi stan zasobów naturalnych. Centrum otrzymało 500 tys. zł na przygotowanie biznesplanu uruchomienia w Polsce nowej instytucji badawczej – Centrum Doskonałości. Zwycięzcy drugiego etapu otrzymają dofinansowanie na złożone w ramach konkursu projekty.

7 mln singli w Polsce. Młodzi ludzie mają coraz większe problemy z budowaniem stałych związków

W Polsce przybywa singli. Według danych GUS w pojedynkę żyje już co piąty Polak. Zdaniem ekspertów jest to w równym stopniu efekt mody i obawy przed bliskością. Młodym ludziom bardzo łatwo jest obecnie nawiązywać relacje, znacznie trudniej przychodzi im jednak ich utrzymanie. 

Z danych GUS wynika, że 7 mln Polaków żyje samotnie. Są to przede wszystkim osoby powyżej 25. roku życia, mieszkające w dużych miastach, posiadające własne firmy lub pracujące w wielkich korporacjach. Blisko połowa z nich to single z wyboru, a więc osoby, które postanowiły nie wchodzić w związki ze względu na karierę zawodową, traumatyczne doświadczenia z małżeństwa rodziców lub własne nieudane relacje z przeszłości. Zdaniem ekspertów tak duża liczba singli w Polsce wynika przede wszystkim z mody kształtowanej przez rynek. Osoby żyjące w pojedynkę mają bowiem znacznie lepszą siłę nabywczą niż posiadające rodzinę. Na liczbę singli wpłynęły też zmiany społeczno-kulturowe.

– Jest większe przyzwolenie na bycie samemu, mieszkanie samemu, ewentualnie spotykanie się kimś, ale nietworzenie stałego związku. Inną przyczyną są trudności osobowościowe: może to być lęk przed bliskością, brak zaufania, lęk przed zranieniem w związku. Dlatego wolimy się dystansować, ponieważ bycie za blisko oznacza odsłonięcie się, czyli narażenie na ewentualne zranienie. Jest też trudność związana z podjęciem odpowiedzialności za siebie w związku, za swoje zachowanie, a po części także za drugą osobę – mówi dr n. med. Katarzyna Niewińska, psycholog i psychoterapeuta w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Zdaniem ekspertów współcześnie młodzi ludzi mają dużą łatwość w nawiązywaniu relacji, ale nie potrafią lub nie chcą dbać o związek. W Polsce wzrasta liczba rozwodów, a nieformalne związki bardzo łatwo zerwać, aby zawrzeć kolejne. Młodzi ludzie nie chcą iść na kompromisy, których wymaga budowanie związku o stabilnej podstawie, mają też duże problemy z komunikacją.

Zdecydowana większość polskich singli uważa swoją sytuację za stan przejściowy, tylko 4 proc. preferuje stałe życie w pojedynkę. Sygnałem, że samotne życie przestaje komuś wystarczać jest pogorszenie nastroju, pragnienie wejścia w stałą relację, a jednocześnie poczucie niemożności zawarcia związku. W takich sytuacjach pomóc może terapia u psychologa lub psychoterapeuty.

– Podczas takiej terapii omawiane są różne trudności danej osoby. Pacjenci mówią o swoich obawach przed zaangażowaniem, podjęciem odpowiedzialności, ale też przed tym, że nie wytrzymają długo w związku, bo się znudzą. Nudny związek znaczy, że związek jest pusty, bez więzi, bo więź to jest coś, co daje duży napęd, chęć do życia, co sprawia, że związek jest pełny i że czujemy się dobrze. Jeżeli tego nie ma, to znaczy, że dzieje się coś niepokojącego w relacji – mówi dr n. med. Katarzyna Niewińska.

Psychologowie przekonują, że każdy człowiek potrzebuje bliskości innej osoby, ale bycie singlem nie jest czymś złym. Może to być czas poświęcony zrozumieniu własnych uczuć i potrzeb, co pozwoli w przyszłości zbudować silny związek. To także dobry moment na sprawdzenie swojej niezależności, samowystarczalności i sposobów radzenia sobie z codziennymi problemami. Zdaniem psychologów najważniejsze dla osób żyjących w pojedynkę jest pozytywne nastawienie do samotności i niepostrzeganie jej jako stanu powodującego cierpienie. Dzięki pozytywnym emocjom singiel uniknie niesatysfakcjonujących i krótkotrwałych relacji zawieranych wyłącznie w celu uniknięcia samotności.

– W ramach psychoterapii uczę pacjentów, jak znosić samotność, jak sobie z nią radzić, bo związek nie może być antidotum na uczucie samotności mówi dr n. med. Katarzyna Niewińska.

Okres życia w pojedynkę można także wykorzystać na rozwijanie swoich pasji i dokształcanie się. Samotne wieczory można wykorzystać na zajęcia na kursach zawodowych lub hobbystycznych. To także dobry czas na poświęcenie się karierze zawodowej. Psychologowie radzą singlom, aby potrzeby miłości i obdarzania czułością wykorzystali do pomocy osobom potrzebującym. Namawiają także do aktywności towarzyskiej i nierezygnowania z randek.

Rząd sfinansuje studentom naukę za granicą, ale nic bezinteresownie

Co roku 100 najzdolniejszych studentów będzie mogło się kształcić – bez martwienia o koszty – na najlepszych uczelniach wyższych z całego świata. To polski rząd sfinansuje naukę w ramach programu „Studia dla wybitnych”.

Mają wiedzę, zdolności i umiejętności, ale często brakuje im pieniędzy – wielu młodych Polaków chciałoby studiować za granicą, lecz niestety ich na to nie stać. Postanowiono im pomóc. „Państwo nie tylko sfinansuje koszty czesnego na zagranicznej uczelni, lecz także da pieniądze na utrzymanie, przeloty, przejazdy czy ubezpieczenie” – mówi serwisowi infoWire.pl Łukasz Szelecki, rzecznik prasowy Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Rząd przeznaczy na ten cel od 2016 do 2025 r. 336 mln zł.

Nic jednak za darmo – osoba, która otrzymała pomoc, musi w ciągu 10 lat od ukończenia studiów odprowadzać w kraju przez pięć lat składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne lub skończyć w Polsce studia doktoranckie. Inaczej będzie musiała zwrócić pieniądze.

Program ma ruszyć w 2016 r. Skorzystać będą mogli z niego studenci, którzy ukończyli III rok jednolitych studiów magisterskich, oraz absolwenci studiów licencjackich. Warunkiem otrzymania finansowania jest posiadanie dokumentu potwierdzającego przyjęcie na uczelnię z pierwszej piętnastki tzw. rankingu szanghajskiego lub jedną z uczelni z rankingów szkół dziedzinowych, która jest objęta programem.

Co dalej z rynkiem polskich warzyw i owoców?

2014 r. był czasem urodzaju, który mógł cieszyć rolników. Niestety, embargo wprowadzone na polskie produkty zamknęło rynek zbytu i doprowadziło do nadprodukcji. Sytuacja sadownictwa i warzywnictwa nie jest komfortowa, dlatego wielu się zastanawia, jaki będzie ten sezon.

Ubiegły rok kojarzy się ze sprzyjającymi warunkami pogodowymi. „Plony były rekordowe, zarówno jabłek, jak i poszczególnych gatunków warzyw” – mówi serwisowi infoWire.pl prof. dr hab. Franciszek Adamicki, dyrektor Instytutu Ogrodnictwa w Skierniewicach. Życie rolnikom uprzykrzyły szkodniki, ale dzięki wdrożeniu systemu integrowanej ochrony roślin poradzono sobie z tym problemem. Niestety nieco trudniej było z embargiem nałożonym przez Rosję, które utrudniło eksport za wschodnią granicę.

Ministerstwo Rolnictwa wciąż stara się pozyskać nowych partnerów handlowych – w Chinach, Kanadzie czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Wymaga to jednak czasu, więc na razie plony magazynowane są w chłodniach. Stopniowo następuje jednak sprzedaż – reklamy rodzimych produktów przyniosły pozytywny efekt. „Spożycie jabłek w Polsce wzrosło o 4 kg/os. rocznie. Kupujemy też więcej papryk, brokułów i kalafiorów, czyli warzyw prozdrowotnych, zawierających dużą ilość witamin i minerałów” – wyjaśnia profesor. Cieszy również fakt, że Polacy najchętniej kupują rodzime produkty – widzimy korzystną różnicę w smaku w porównaniu z towarami sprowadzanymi z zagranicy.

Jak pod względem upraw sadowniczych i warzywniczych zapowiada się rok 2015? Efektem łagodnej zimy może być wzmożone występowanie szkodników i chorób. Będzie to wymagało intensywnej ochrony roślin, choć restrykcyjne przepisy dotyczące dopuszczalnego poziomu środków chemicznych pozostałych na produktach spożywczych wymuszają ostrożność.

Ruszył ogólnopolski konkurs na krótkie filmy o iluzjach podatkowych – Taxminutes

Czy da się mówić o podatkach prosto i atrakcyjnie? Taka jest idea konkursu pt. „Krótkie filmy o iluzjach podatkowych – TAXMINUTES”, który rozpoczął się 1 marca. Zadanie jest takie, by zobrazować pojęcia związane z podatkami w prosty i przyjazny sposób w krótkich klipach – do 1,5 minuty. Organizatorami konkursu jest Szkoła Główna Handlowa i Uniwersytet Warszawski. Ministerstwo Finansów objęło nad nim patronat.

Konkurs kierowany jest do studentów z całej Polski, niezależnie od tego, co studiują i na jakiej uczelni. Klipy konkursowe mogą nawiązywać do określonych pojęć podatkowych np. celu opodatkowania, rodzajów podatków, konstrukcji podatkowych czy wpływu podatków na życie społeczne.

To świetna inicjatywa. Polscy studenci są bardzo kreatywni i mają poczucie humoru, dlatego nie mogę doczekać się pierwszych efektów ich prac. Nie ma co ukrywać, że jest to wyzwanie, z którym w Ministerstwie Finansów zmagamy się na co dzień – jak mówić zrozumiale i ciekawie o sprawach ważnych i trudnych – mówi Izabela Leszczyna, sekretarz stanu w MF, pełnomocnik rządu ds. informacji i edukacji finansowej.

Filmy mogą być kręcone dowolną techniką: telefonem, kamerą, aparatem. Mogą przybrać też dowolną formę, np. animacji, wywiadu w taksówce czy klubie, poklatkowych zdjęć, sondy, reklamówki, protestu, pantomimy – byleby rzeczywiście zwykły człowiek mógł wiedzieć: acha, rozumiem – dodaje dr hab. Aleksander Werner z SGH, jeden ze współorganizatorów konkursu.

Dobrze by było, gdybyśmy opowiedzieli jakąś historię, wychodząc od działań Polaków, którzy przeżywają przygody w urzędach skarbowych lub robią dziwne rzeczy, żeby podatków nie płacić albo wcale, albo w Polsce. Dla inspiracji do przykładowych scenariuszy na stronie internetowej konkursu przygotowaliśmy pakiet tematyczny i manual – uzupełnia dr hab. Jacek Wasilewski z Uniwersytetu Warszawskiego, drugi współorganizator konkursu.

Autorów najlepszych filmów wyłoni jury, w którym są m.in. przedstawiciele Ministerstwa Finansów oraz językoznawca Jerzy Bralczyk i reżyser Robert Gliński. Przewiduje się dla nich nagrody rzeczowe oraz staże ufundowane przez Ministerstwo Finansów lub staże w mediach patronujących konkursowi: PR 1 Polskiego Radia i dzienniku Rzeczpospolita. Wyniki zostaną ogłoszone podczas uroczystej gali w pierwszej połowie czerwca 2015 r. Zwycięskie filmy ma szansę zobaczyć cała Polska. Patronat medialny nad konkursem objęli także TVP Info, Przegląd Podatkowy, Wolters Kluwer, INN Poland i Forbes.

Prace konkursowe można zgłaszać poprzez stronę konkursu do 31 kwietnia (wystarczy załadować je na stronie internetowej). Szczegóły i aktualności na www.facebook.com/Taxminutes (link otwiera nowe okno w serwisie zewnętrznym) oraz stronie konkursu (link otwiera nowe okno w serwisie zewnętrznym).

Ukraińscy uchodźcy mogą uratować ZUS

Od ponad roku, kiedy Ukraińcy zaczęli demonstrować na kijowskim Majdanie, zdecydowanie rośnie liczba imigrantów przyjeżdżających z tego kraju do Polski – pisze portal Money.pl. W zeszłym roku Ukraińcy złożyli ponad pięćdziesiąt razy więcej wniosków o przyznanie statusu uchodźcy i ponad dwa razy więcej wniosków o pozwolenie na pobyt czasowy, niż rok wcześniej. Zdecydowanie rośnie też liczba zainteresowanych pracą w Polsce.

W zeszłym roku padł rekord w liczbie wniosków, złożonych przez Ukraińców o przyznanie statusu uchodźcy. Było ich ponad 2318, w tym jest ich już 512, a warto pamiętać, że w 2013 było ich tylko 46. Można to potraktować jako wskazanie barometru migracyjnych nastrojów u naszych wschodnich sąsiadów.

Jak zwraca uwagę Urząd do Spraw Cudzoziemców, powodem dla którego żaden z wniosków nie został jednak rozpatrzony pozytywnie był fakt, że Ukraińcy mieli możliwość emigracji wewnętrznej. Co oznacza ni mniej ni więcej, że mogli przenieść się na tereny gdzie nie toczą się walki. Tymczasem zapisy prawa jasno określają, że w takie sytuacji nie może być mowy o przyznaniu statusu.

Pełna definicja mówi o osobie, która na skutek uzasadnionej obawy przed prześladowaniem z powodu swojej rasy, religii, narodowości, przynależności do określonej grupy społecznej lub z powodu przekonań politycznych przebywa poza granicami państwa, którego jest obywatelem, i nie może lub nie chce z powodu tych obaw korzystać z ochrony tego państwa, albo która nie ma żadnego obywatelstwa i znajdując się na skutek podobnych zdarzeń poza państwem swojego dawnego stałego zamieszkania nie może lub nie chce z powodu tych obaw powrócić do tego państwa.

Zdaniem Andrija Kornijczuka, analityka Instytutu Spraw Publicznych, mimo że takie postępowanie jest w zgodzie z prawem może u naszych wschodnich sąsiadów być niezrozumiałe i spowodować, że Polska nie będzie postrzegana jako miejsce gdzie można zamieszkać i pracować. – W czasie najostrzejszych starć na Majdanie przekaz polskiej strony był jasny: jesteśmy gotowi na przyjęcie Ukraińców i stworzenie im warunków do pozostania. Czujecie się zagrożeni w swoim kraju, przyjeżdżajcie do nas. Tymczasem już teraz wiem, że wiedza na temat zawracania imigrantów z powrotem jest na wschodzie dość powszechna – tłumaczy ekspert w portalu Money.pl.

Warto dodać, że mimo potraktowania wszystkich wniosków odmownie, część obywateli Ukrainy mogła pozostać w Polsce, ale było to tylko 11 osób, które otrzymały zgody na tak zwany pobyt tolerowany. Reszta musiała wrócić.

Paradoksem jest, że często ponownie jadą na wschód gdzie jest najniebezpieczniej, bo wszelkie próby osiedlenia się gdzie indziej zakończyły się niepowodzeniem. Skutkować to może tym, że z obawy o swoje życie spróbują przebrnąć przez nasze procedury imigracyjne raz jeszcze – przekonuje Kornijczuk. W ocenie analityka może to zmienić uproszczenie procedur związanych z możliwością osiedlania się na terenie Polski pod warunkiem znalezienia zatrudnienia.

Z kolei polscy pracodawcy udowadniają, że chętnie zatrudniają wschodnich sąsiadów. W zeszłym roku wydano dla nich ponad 26 tysięcy pozwoleń na pracę z 373 tysięcy wniosków. O możliwość legalnego zatrudnienia ubiegało się ponad 155 tysięcy osób więcej niż w 2013. Nie znana jest oczywiście dokładna liczba pracujących nielegalnie – Naprawdę trudno pokusić się o konkretne i poparte dowodami wyliczenia. Jednak znane mi są szacunki organizacji pozarządowych mówiące nawet o 400 tysiącach – mówi Andrij Kornijczuk.

Oficjalne dane mówią tylko o wzroście statystyk w związku ze stwierdzeniem nielegalnego wykonywania pracy. W zeszłym roku z tego powodu zatrzymano 1,2 tys. cudzoziemców i w stosunku do 2013 roku to aż o 88 procent więcej. – Najliczniejszą grupę stanowią tu obywatele Ukrainy. 571 obywateli tego kraju nie miało zezwoleń i umów, bądź też pracowało na innych warunkach, niż te określone w zezwoleniu – mówi portalowi Money.pl Agnieszka Golias, rzecznik prasowy komendanta głównego straży granicznej.

Fundacja Ośrodek Badań nad Migracjami w oparciu o prognozy Biura Statystycznego Komisji Europejskiej alarmuje, że w 2060 liczba Polaków w wieku 80 lat stanowić będzie 3 mln. Z 31 mln Polaków jedynie nieco ponad połowa będzie pracować, ale 11 milionów będzie miała więcej niż 65 lat.

Z badań demografów SGH wynika, że będziemy potrzebowali napływu rzędu 140 tysięcy imigrantów rocznie, by tego uniknąć. Fundacja Energia dla Europy przekonuje z kolei, że przed brakiem rąk do pracy w 2060 roku uratuje polską gospodarkę tylko 5 mln ludności napływowej – podaje portal Money.pl. Prognozy te różnią się tylko nieznacznie i każą poważniej się zastanowić jak traktować zainteresowanie obywateli Ukrainy możliwością pracy i osiedlania się w Polsce.

Tym bardziej, że w rolnictwie, produkcji czy ogrodnictwie coraz trudniej znaleźć chętnych do pracy z polskim paszportem. Z danych agencji pracy Work Service, powstałych po analizie rynku pracy w całym kraju wynika, że już w tym roku nawet do 11 tysięcy miejsc pracy czeka na Ukraińców.

Z badań agencji pośrednictwa pracy OTTO wynika, że aż 76 procent imigrantów zarobkowych z Ukrainy rozważa pozostanie u nas na stałe. Z bardziej szczegółowych pytań wyłania się obraz Ukraińców zaskoczonych tym, że jako naród jesteśmy mili, pomocni i otwarci. 75 procent z nich uważa, że Polska jest krajem otwartym na pracowników z ich kraju. Wprawdzie w tej kwestii przepytano tylko nieco ponad 300 pracowników, ale daje to pewien pogląd na panujące wśród naszych wschodnich sąsiadów nastroje.

 

Startuje program skupu aktywów przez EBC. To pomoże polskiej giełdzie i obniży rentowności obligacji

Kondycja europejskiej gospodarki poprawia się, o czym świadczą lepsze dane makroekonomiczne i wyższe prognozy PKB opublikowane przez Europejski Bank Centralny. Poprawę sytuacji gospodarczej dodatkowo może wspomóc program QE, który rusza dziś. To dobre informacje dla Polski, która skorzysta na tym głównie poprzez wzrost eksportu do UE. Pośrednio także skup aktywów EBC wspomoże polską giełdę i rynek papierów dłużnych.

– Europejski Bank Centralny coraz bardziej wierzy w to, że europejska gospodarka ma szansę na ożywienie. To dla nas dobra informacja, bo jeżeli Europa będzie rosła szybciej, to istnieją większe szanse na to, że polscy eksporterzy będą więcej sprzedawali i w efekcie, że polska gospodarka także na tym skorzysta – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Bielski, ekonomista banku BZ WBK.

Według ostatniej marcowej prognozy EBC, tempo wzrostu gospodarczego w strefie euro w 2015 r. powinno wynieść 1,5 proc. (według poprzedniej prognozy 1 proc.) oraz odpowiednio 1,9 (poprzednio 1,5 proc.) i 2,1 proc. w kolejnych dwóch latach. Z kolei inflację Europejski Bank Centralny szacuje na poziomie 0 proc. (w 2016 r. – 1,5 proc., a w 2017 r. 1,8 proc.).

W Polsce z kolei zgodnie z najnowszą projekcją inflacji, opublikowaną w pełni w poniedziałek, roczna dynamika cen znajdzie się z 50-procentowym prawdopodobieństwem w przedziale -1,0-0,0 proc. w 2015 r. (wobec 0,4-1,7 proc. w projekcji z listopada 2014 r.), -0,1-1,8 proc. w 2016 r. (wobec 0,6-2,3 proc.) oraz 0,1-2,2 proc. w 2017 r.

– Inflacja w Polsce może rosnąć szybciej niż ta, którą przewiduje NBP, wprawdzie jeszcze w najbliższym roku pewnie nie osiągniemy celu inflacyjnego, ale pod koniec 2016 r. może się ona zbliżyć do celu inflacyjnego – prognozuje ekonomista.

Piotr Bielski przyspieszenie wzrostu gospodarczego w Polsce odczytuje po poprawiających się danych dotyczących eksportu, szczególnie do Niemiec, Francji, Włoch czy krajów skandynawskich. Jak podaje GUS, od stycznia do grudnia 2014 r. eksport do UE wzrósł o 8,2 proc. (obroty 526,07 mld zł), z czego do Niemiec odnotowano wzrost rzędu 9,6 proc. (178,17 mld zł), do Francji – 5,6 proc. (38,40 mld zł), a do Włoch – 10,1 proc. (30,78 mld zł).

– Rzeczywiście wskaźniki koniunktury i niektóre dane ze strefy euro wskazują na przyspieszenie wzrostu – mówi Bielski. – Mam nadzieję, że jeśli teraz jeszcze EBC uruchomi skup aktywów, doleje tej masy pieniądza na rynek, to jeszcze bardziej wzmocni procesy ożywienia i w efekcie faktycznie będziemy na ścieżce przyspieszania wzrostu gospodarczego zarówno w Europie, jak i w Polsce.

Europejski Bank Centralny 9 marca rozpoczął zapowiadany od niespełna dwóch miesięcy program luzowania ilościowego, którego zakończenie planowane jest na wrzesień 2016 r. Miesięcznie EBC będzie skupywał z rynku 60 mld euro, głównie papierów emitowanych przez rządy i banki komercyjne.

– W pierwszej kolejności efekty europejskiego programu QE pojawią się na rynkach finansowych. Podobnie było w Stanach, gdzie program najpierw wpłynął na rynki finansowe, windując ceny aktywów, a dopiero później przełożyły się na wyniki realnej gospodarki – przypomina Bielski.

Ekonomista dodaje, że obecnie w USA wyraźnie widoczny są silniejszy wzrost gospodarczy i poprawa na rynku pracy, choć należy pamiętać o tym, że pierwsza runda amerykańskiego luzowania ilościowego miała miejsce jeszcze w 2009 roku, więc na realne efekty będzie trzeba poczekać.

– Efekty skupu uruchomionego przez EBC na rynkach finansowych przełożoną się m.in. na dalszy spadek rentowności obligacji w Europie – tłumaczy przedstawiciel BZ WBK.

Jak wyjaśnia ekspert, mimo już niskich poziomów obligacji mogą być one jeszcze niższe. Powodem jest zbieranie z rynku przez EBC prawie całej podaży tegorocznych emisji papierów dłużnych.

– Oprócz wpływu na rynek obligacji, program QE będzie mocno sprzyjający dla giełd. W sytuacji bardzo niskich stóp procentowych i coraz niższej dochodowości papierów skarbowych program będzie również sprzyjał rynkowi akcyjnemu i jego wycenom. W Europie na pewno, a być może także w Polsce – mówi Piotr Bielski.

Jego zdaniem europejskie QE może wpłynąć na polski rynek, szczególnie na rynek papierów dłużnych. To będzie wynikało z poszukiwań rentowności przez inwestorów, dla których wyceny obligacji w strefie euro będą mało atrakcyjne. Poza tym polska gospodarka, mimo że należy do rynków rozwijających się, charakteryzuje się stabilnością o niewielkich ryzykach.

– Dla inwestorów polskie obligacje mogą być substytutem niektórych obligacji europejskich w sytuacji, kiedy te europejskie rentowności pójdą mocno w dół. Dlatego sądzę, że pierwszym odczuwalnym efektem programu QE będzie dalszy spadek rentowności obligacji, być może także pewne umocnienie złotego – ocenia Piotr Bielski.

Jak jednak podkreśla ekonomista, złoty niekoniecznie musi się umocnić, co wynika m.in. z ciągle niepewnej sytuacji w Grecji i na Ukrainie. Z drugiej strony przy faktycznym umocnieniu złotego niedawna zdecydowana deklaracja RPP o zakończeniu cyklu obniżek będzie poddana poważnemu testowi.

Dotacje na innowacje. Nowe źródła finansowania przedsięwzięć innowacyjnych i prorozwojowych dla MSP

W dniu 19 marca w Warszawie odbędzie się konferencja pt: „Dotacje na innowacje. Nowe źródła finansowania przedsięwzięć innowacyjnych i prorozwojowych dla MSP”. W ramach wydarzenia zostaną przedstawione możliwości finansowania działalności związanej z podnoszeniem innowacyjności oraz z rozwojem Małych i Średnich Przedsiębiorstw dostępne w nowej perspektywie finansowej Unii Europejskiej. Omówione zostaną również zasady aplikowania w ramach programu Horyzont 2020 z naciskiem na Instrument dla MŚP oraz Szybką Ścieżkę do Innowacji (Fast Track to Innovation).

Ponadto start upy mogą zdobyć bezpłatną wejściówkę na konferencję biorąc udział w poniższym konkursie:

Spotkanie ministra Szczurka z wiceprezesem EBI

Podsumowanie dotychczasowej współpracy, jak również perspektywy jej rozwoju w latach kolejnych szczególnie w odniesieniu do nowopowstającego funduszu inwestycyjnego -European Fund for Strategic Investments (EFSI), były tematem spotkania pomiędzy ministrem finansów Mateuszem Szczurkiem a wiceprezesem Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI) odpowiedzialnym za współpracę Banku z Polską, Laszlo Baranyayem. Spotkanie odbyło się 5 marca br. w Ministerstwie Finansów.

Minister Szczurek wyraził zadowolenie z relacji z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym podkreślając, że cieszy nasz utrzymujący się w ostatnich latach rekordowo wysoki poziom zaangażowania Banku w Polsce. Minister podkreślił chęć utrzymania tego trendu oraz zachęcił Bank do jeszcze większego zacieśniania współpracy i poszukiwania nowych obszarów kwalifikujących się do współfinansowania przez Bank w naszym kraju.

Prezes EBI podziękował ministrowi za dotychczasową współpracę, jak również podkreślił, że Polska jest największym beneficjentem kredytów Banku wśród państw członkowskich, które przystąpiły UE po 2004 roku, a szóstym spośród wszystkich krajów otrzymujących wsparcie z EBI.

Ponadto, na dzisiejszym spotkaniu poruszono temat sytuacji na Ukrainie w kontekście operacji Banku w tym kraju. Wiceprezes podkreślił, że pomimo trudnej sytuacji Bank nadal realizuje projekty (głównie z partnerami prywatnymi), a zaangażowanie Banku na koniec 2014 roku wyniosło ok. 940 mln EUR. Minister Szczurek wyraził zadowolenie, jak również podkreślił, iż Polska również angażuje się w przemiany na Ukrainie.

***

Europejski Bank Inwestycyjny odgrywa znaczącą rolę we współfinansowaniu licznych projektów inwestycyjnych na obszarze całego kraju. Od początku swojego funkcjonowania w Polsce, tj. od 1990 roku, Bank udzielił polskim podmiotom finansowania na łączną kwotę prawie 49,6 mld EUR (wartość podpisanych kredytów wg stanu na koniec 2014 r.). Należy zauważyć, że rozwój działalności EBI w Polsce gwałtownie przyspieszył z chwilą przystąpienia Polski do UE,  osiągając rekordowy poziom ok. 5,7 mld EUR w 2013 r. Kredyty oferowane przez EBI charakteryzują się bardzo konkurencyjnymi warunkami finansowymi i stanowią jedno z najatrakcyjniejszych źródeł pozyskiwania finansowania dłużnego, stanowią istotną (tańszą) alternatywę wobec emisji papierów dłużnych na międzynarodowych rynkach finansowych.

Dialog MF z przedstawicielami barów mlecznych

Wypracowanie optymalnych rozwiązań w zakresie dotowania barów mlecznych jest głównym celem dialogu prowadzonego przez przedstawicieli barów mlecznych oraz Ministerstwa Finansów.

Podczas spotkania (4 marca) zaproponowano, aby przedstawiciele barów mlecznych przygotowali optymalne dla nich założenia do projektu nowego rozporządzenia, które w możliwie najlepszy sposób zabezpieczą interesy „barowiczów” oraz Skarbu Państwa. Proponowane zmiany uwzględnić mają postulaty przedstawicieli barów mlecznych, przy zachowaniu zasad dotowania posiłków w nich sprzedawanych, tj. wsparcia osób o niskich dochodach, poprzez sprzedaż tanich mleczno-nabiałowo-jarskich posiłków.

Projekt ma zostać przekazany Ministerstwu Finansów w najbliższą środę (11 marca).

Prowadzone w ostatnim czasie kontrole skarbowe dot. rozliczenia dotacji, w części przypadków wykazały nieprawidłowości. W ocenie przedsiębiorców niektóre z nich wynikały ze zmiany interpretacji przepisów rozporządzenia lub z odmiennej interpretacji przepisów organów kontrolnych. W kilku sprawach zapadły już jednak wyroki sądów administracyjnych, potwierdzające słuszność organów kontrolnych.

W ocenie MF niektórzy przedsiębiorcy starali się obchodzić limity nakładane przez rozporządzenie, ograniczające ostateczną cenę posiłku, co podważało sens dotacji (całkowita marża sięgała wysokości kilkuset procent).

Transition Technologies: Usługi IT wkraczają do świata medycyny. Spółka upatruje swojej niszy w bioinformatyce

CEO Magazyn Polska

Bioinformatyka jako nowy kierunek rozwoju technologii zyskuje na popularności. Polska firma Transition Technologies, produkująca rozwiązania IT m.in. dla energetyki i przemysłu, widzi swoją szansę w powstaniu nowej niszy usług informatycznych w medycynie. Mowa tu o rozwiązaniach służących lepszej diagnostyce i leczeniu chorób oraz aplikacjach, które ułatwią codzienne życie osobom niewidomym. 

‒ Mamy cztery podstawowe filary działalności: energetyka, gaz, przemysł i medycyna. Od wielu lat byliśmy najbardziej innowacyjną firmą w zakresie energetyki i tam mamy wiele produktów, które były wielokrotnie nagradzane i które sprzedają się na całym świecie ‒ mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Konrad Świrski, prezes zarządu Transition Technologies, firmy informatycznej działającej w branży hi-tech i zarazem profesor Politechniki Warszawskiej. ‒ Natomiast ostatnie lata to rozwój medycyny i wszechstronnych zastosowań informatyki w medycynie.

Chodzi o tzw. bioinformatykę, w tym aplikacje na iPhony i inne urządzenia mobilne. Firma współpracuje z lekarzami, oferując innowacyjne metody badań. Pierwszym kontaktem Transition Technologies z bioinformatyką były sztuczne sieci immunologiczne, w których system odpornościowy organizmu posłużył jako inspiracja do optymalizacji procesów w energetyce.

‒ Ostatnio dużo dzieje się w zakresie rozpoznawania obrazu i aplikacji, to całe portfolio naszych produktów o nazwie Seeing Assistant. Oferujemy urządzenia mobilne, które pomagają osobom niewidomym albo słabowidzącym. To najnowsze techniki, które wspomagają ich w codziennym życiu ‒  wyjaśnia Świrski.

Część produktów od kilkunastu lat firma sprzedaje w światowych sieciach koncernów, na podstawie umów licencyjnych, np. z amerykańskimi korporacjami.

‒ Niektóre produkty, które możemy sprzedawać samodzielnie, wystawiamy chociażby w App Store. Taka informatyka daje duże pole do popisu, a dobry, innowacyjny produkt może być kupowany przez klientów na całym świecie ‒ przekonuje prezes zarządu Konrad Świrski.

Transition Technologies oferuje produkcję i sprzedaż oprogramowania do sektora utilities, optymalizację procesów technologicznych, zarządzanie ryzykiem, usługi inżynierskie czy outsourcing i consulting usług programistycznych.

Mamy dużo zleceń od zachodnich korporacji, mamy stare produkty, ale tak naprawdę duszą naszej firmy jest budowa nowych rozwiązań technicznych – przekonuje Świrski.

Jak podkreśla, ideą firmy jest nacisk na badania i rozwój nowych produktów. Doktorzy, doktoranci, programiści mogą w dziale B+R rozwijać alternatywną ścieżkę kariery zawodowej.

Mamy z tego realne pieniądze. To nie jest tak, że żyjemy wyłącznie z grantów. Oczywiście zdobywamy je i traktujemy jako pewien sposób finansowania naszej działalności badawczo-rozwojowej, ale tak z racji tego, że istniejemy na rynku międzynarodowym, to od razu, jeśli tylko coś wyprodukujemy, staramy się to sprzedawać i robimy to z sukcesem ‒ mówi Świrski.

Prezes Transition Technologies podsumowuje, że nakłady na rozwój nowych produktów są liczone w milionach złotych. Składają się na nie koszt pracy, koszty przygotowania produktów oraz koszty ich promocji i sprzedaży. By takie działania były opłacalne, trzeba posiadać własny kanał sprzedaży, a decyzja o jego uruchomieniu powinna nastąpić jeszcze przez rozpoczęciem działań B+R.

DM Michael/Ström: Obniżka stóp NBP będzie korzystna dla polskiej gospodarki. Paradoksalnie może na niej zyskać rynek obligacji

CEO Magazyn Polska

Ostatnia decyzja Rady Polityki Pieniężnej o obniżce stóp procentowych powinna ożywczo podziałać na polskie firmy. Dzięki niej łatwiej i taniej będzie im sfinansować działalność i rozwój zarówno poprzez kredyt, jak i emisję obligacji. Można też oczekiwać zahamowania spadku cen w Polsce, choć bez ryzyka ich zdecydowanego wzrostu.

– Dla emitentów obligacji korporacyjnych i przedsiębiorstw finansujących się długiem jest to jednoznacznie pozytywna decyzja – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Kozioł, menadżer transakcji z Domu Maklerskiego Michael/Ström.Oznacza ona obniżenie kosztu finansowania. W tym miejscu należy zaznaczyć, że banki, które tracą przychody wskutek obniżki stóp, będą próbowały odbić sobie część utraconych przychodów na zwiększeniu marż i prowizji na nowo udzielanych kredytach. Tym samym obligacje jako instrument droższy od kredytów mogą relatywnie zyskiwać, ponieważ różnica pomiędzy kosztem finansowania się obligacjami i kredytem może ulegać zmniejszeniu.

Paradoksalnie mimo spadku oprocentowania można oczekiwać wzrostu popytu na obligacje. Bankowe lokaty także stają się jeszcze mniej atrakcyjne, a klienci detaliczni będą szukać aktywów dających nieco wyższy zysk, choć bardziej ryzykownych, takich jak akcje, fundusze inwestycyjne i właśnie obligacje.

W obecnym otoczeniu nie należy oczekiwać mocnego wzrostu inflacji, a tym samym wzrostu stóp procentowych uspokaja Rafał Kozioł z Domu Maklerskiego Michael/Ström.Jest to związane z tym, że ryzyko wzrostu cen surowców, w szczególności ropy naftowej, do poziomów obserwowanych w latach 2012-2013 jest niewielkie. Tym samym jest to dobra informacja dla przedsiębiorstw, które planują pozyskiwanie średnio- i długoterminowego długu, który w przeważającej części jest oparty o oprocentowanie zmienne.

Sama decyzja o obniżce stóp procentowych NBP nie była zaskoczeniem. Wprawdzie nawet przed ostatnia decyzją RPP już były one najniższe w historii, jednak przy innych państwach Unii Europejskiej polskie kredyty nadal były wyjątkowo drogie. Zaś spadające od roku ceny nie uzasadniały utrzymywania tak wysokiej ceny pieniądza.

Należy zwrócić uwagę na to, że w ostatnich kwartałach polska gospodarka znajdowała się w otoczeniu deflacyjnym, zarówno nominalna, jak i realna stopa procentowa były jednymi z najwyższych w Unii – mówi Rafał Kozioł.

Stopa lombardowa została obniżona do 2,5 proc, stopa redyskonta weksli wyniesie 1,75 proc., referencyjna  1,5 proc., zaś depozytowa – 0,5 proc. Decyzja jest odważna, i różnie komentowana, jednak przynajmniej część analityków uznaje ją za uzasadnioną i korzystnie wpływającą na gospodarkę kraju.

Decyzja Rady Polityki Pieniężnej o obniżeniu stóp procentowych o 50 punktów bazowych jest zaskoczeniem przyznaje Rafał Kozioł. Większość ekspertów oczekiwała spadku poziomu stóp o 25 punktów bazowych. To odważna decyzja, która ma na celu pobudzenie wzrostu gospodarczego i utrzymanie stabilności cen.

R. Baniak (MSP): Wynik LOT-u powyżej planu. Spółka pracuje nad strategią rozwoju od 2016 r.

0

CEO Magazyn Polska

Restrukturyzacja LOT-u przebiega bez zakłóceń i przynosi efekty. Jak podkreśla Rafał Baniak, wiceminister skarbu państwa, w zeszłym roku polski przewoźnik z podstawowej działalności osiągnął wyższy niż zakładany zysk – na poziomie kilkudziesięciu milionów złotych. Proces uzdrawiania spółki ma się zakończyć w tym roku. Resort podtrzymuje chęć prywatyzacji spółki, ale pod warunkiem, że marka LOT pozostanie na rynku, a siedziba spółki – w Warszawie.

Ten rok jest ostatnim rokiem restrukturyzacji w rozumieniu dokumentu, który jest notyfikowany w Komisji Europejskiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Baniak, wiceminister skarbu państwa. – Proces przebiega pomyślnie, występują niewielkie odchylenia od planu, nie ma jednak jakichś niedobrych załamań czy sygnałów.

Przed rozpoczęciem w 2014 roku restrukturyzacji LOT przynosił regularne straty, które w ciągu poprzednich pięciu lat skumulowały się do ponad miliarda złotych. Sytuację w spółce poprawiły dopiero znaczące oszczędności, m.in. zwolnienie z pracy 35 proc. personelu i obcięcie uposażeń pozostałej części pracowników.

Dzięki podjętym działaniom Komisja Europejska zgodziła się, by rząd polski wsparł narodowego przewoźnika zastrzykiem niemal 800 mln zł, z czego ostatecznie przekazano niespełna 530 mln zł.

LOT w ostatnich latach wymienił dalekodystansową flotę samolotów na najnowocześniejsze Boeingi 787 Dreamliner, dzięki czemu zwiększył liczbę pasażerów na najdalszych trasach oraz sprzedaż biletów wyższej klasy.

Co istotne, LOT zarabia już na lataniu i wynik za 2014 rok z działalności operacyjnej będzie na poziomie kilkudziesięciu milionów złotych – podkreśla Rafał Baniak. – Zakładamy, że będzie to powyżej planu.

Już w 2013 roku przewoźnik odnotował zysk netto w wysokości 26 mln zł, a strata operacyjna wyniosła tylko 4 mln zł wobec oczekiwanych i założonych w planie restrukturyzacji 142 mln zł. Za 2014 rok zysk z działalności podstawowej ma być wyższy niż zakładane w planie 70 mln zł.

Zakończenie procesu restrukturyzacji oznacza dla spółki zdjęcie z niej zabezpieczeń, które chronią rynek przed konkurencją firm wspieranych przez państwo. Gdy skończy się pomoc publiczna, spółka będzie mogła się rozwijać znacznie swobodniej niż dziś i oferować nowe połączenia lub zwiększyć liczbę rejsów.

Równolegle z zespołem pracującym nad poprawą w Locie pracuje zespół, który zajmuje się dalszym rozwojem spółki – informuje wiceminister skarbu państwa. – W okresie bieżącym z powodu udzielonej pomocy publicznej spółka nie mogła się rozwijać, czyli nie mogła zwiększać oferty dla pasażerów. Od 2016 r. będzie to już możliwe. Dzisiaj spółka musi rozmawiać z dostawcami samolotów i identyfikować nowe połączenia.

Skarb Państwa jest większościowym akcjonariuszem LOT-u, ma blisko 68 proc. udziałów. Wkrótce spółka ma jedna zmienić właściciela.

LOT nie jest podmiotem, który chcemy trzymać w zasobach Skarbu Państwa. Cały czas spółka może być przedmiotem zainteresowania inwestorów branżowych i finansowych – deklaruje Rafał Baniak. – Gdyby jednak miało dojść do transakcji, to zależy nam na tym – i o to chcielibyśmy zadbać – żeby nie zniknęło logo LOT-u i żeby siedziba spółki nadal była w Warszawie.

Bezrobocie w Polsce obniża się szybciej niż w większości państw UE. Możliwy spadek poniżej 10 proc.

CEO Magazyn Polska

Najnowsze dane Eurostatu za okres od stycznia 2007 roku do stycznia 2015 roku wskazują, że bezrobocie w Polsce obniża się szybciej niż w innych państwach członkowskich UE. Szybszy spadek odnotowano tylko w Niemczech. Resort pracy jest zdania, że w tym roku możliwa do osiągnięcie jest jednocyfrowa stopa bezrobocia. Mają w tym pomóc programy aktywizujące bezrobotnych, zwłaszcza najtrudniejsze grupy – młodych i osoby powyżej 55. roku życia, a także wsparcie i zachęty dla pracodawców.

Od stycznia 2007 roku bezrobocie w Polsce (liczone metodą Eurostatu) obniżyło się o 3,3 pkt proc. – z 11,3 proc. do 8 proc. Większy spadek odnotowano w tym okresie tylko w Niemczech (o 4,5 pkt proc.), a średnia w krajach UE wzrosła o 2,2 proc. Wśród młodych bezrobocie w Polsce spadało jeszcze szybciej (o 4,2 pkt proc.).

Według metody stosowanej przez GUS w styczniu tego roku bezrobocie wyniosło 12 proc. To wprawdzie nieznaczny wzrost względem grudnia, ale o 2 pkt proc. mniej niż rok wcześniej. Początek roku to jednak najgorszy okres na rynku pracy, w kolejnych miesiącach sytuacja stopniowo się poprawia.

Mamy więcej środków (5,5 mld zł) z Funduszu Pracy na obniżanie kosztów pracy, mamy wciąż ogromną aktywność Polaków, wysoką dynamikę tworzenia miejsc pracy i podejmowania pracy. Jesteśmy w stanie to spożytkować tak, że w kolejnych miesiącach bezrobocie będzie spadać. Warto powalczyć o wynik jednocyfrowy, poniżej 10 proc. – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.

Z raportu firmy Grant Thornton wynika, że od początku transformacji ustrojowej w gospodarce nie było zatrudnionych tak wiele osób jak dziś. Na koniec 2014 roku liczba zatrudnionych sięgnęła 16,1 mln osób, a prognozy mówią o wzroście do 16,5 mln do końca 2016 roku

Choć dużo zależy od sytuacji gospodarczej, to przeznaczone w tym roku środki na walkę z bezrobociem mogą pomóc w osiągnięciu najlepszego wyniku od 2008 roku.

Rozwijamy program „Pierwszy biznes  wsparcie w starcie”. To najniżej oprocentowana na rynku pożyczka – do wartości ok. 78 tys. zł – na utworzenia własnej działalności gospodarczej. Co ważne, jest ona przeznaczona nie tylko dla absolwentów, lecz także  studentów ostatniego roku, na studiach I i II stopnia – podkreśla Kosiniak-Kamysz.

Dalej oferowane jest młodym wsparcie w postaci bonów czy szkoleń. Dotychczas z różnego typu pomocy oferowanej młodym przez urzędy pracy skorzystało ponad 13 tys. osób. Bon aktywizacyjny stosowano w 88 proc. powiatów. Zainteresowaniem cieszyły się również bony szkoleniowe i na zatrudnienie. Pozytywnie rozpatrzono 740 wniosków o bon na zasiedlenie.

Mamy też świadczenia aktywizujące rodziców wracających do pracy po przerwie związanej z urodzeniem i wychowaniem dzieci czy opiekunów osób niesamodzielnych, granty na telepracę. Oferujemy także obniżenie wymiaru zaangażowania finansowego przez pracodawców za zatrudnienie pracowników powyżej 50.-60. roku życia – mówi minister.

Na wsparcie mogą też liczyć firmy, które najwięcej straciły na rosyjskim embargu. Na lata 2015-2016 przeznaczono dla nich 0,5 mld zł. Warunkiem wsparcia jest 15-proc. spadek obrotów firmy w trzech miesiącach po 6 sierpnia 2014 r. w porównaniu z takim samym okresem rok wcześniej. Jak zaznacza minister, program działa zaledwie od miesiąca, więc na jego ocenę jest za wcześnie, ale pierwsze transze już ruszyły.

Dopłacamy do wynagrodzeń pracowników, składek i szkoleń, żeby firmy utrzymały miejsca pracy w trakcie szukania nowych rynków. Na pewno pobudzenie rynków Afryki Północnej, Bliskiego i Dalekiego Wschodu oraz skierowanie misji gospodarczych w tej rejony jest dzisiaj jeszcze bardziej potrzebne, także z powodu sytuacji na Wschodzie – podkreśla Kosiniak-Kamysz.

We Wrocławiu powstał pierwszy w Polsce otwarty dla wszystkich walutowy trading floor

Traders Centre uruchomiło w piątek pierwszy ogólnodostępny trading floor, gdzie każdy będzie mógł obserwować i uczyć się inwestowania na rynku walutowym od niemal 40 profesjonalnych traderów. Traders Centre – firma wywodząca się z londyńskiego City – nie tylko daje możliwość inwestowania na specjalnej platformie, gdzie na start potrzeba około 10 tys. zł, lecz także oferuje kursy edukacyjno-szkoleniowe. Jak zapewniają inicjatorzy, to konieczność na ciągle raczkującym i rozwijającym się rynku walutowym w Polsce, na którym działa tylko 50 tys. inwestorów. Potencjał tego rynku jest dziesięciokrotnie wyższy.

Inwestycja w Forex Trading Floor w Polsce jest pierwszą tego typu inwestycją, dostępną dla każdego, kto tylko zechce przyjść i zobaczyć, jak pracuje profesjonalny trading floor – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Max Idzik, prezes Traders Centre. – Każdy będzie mógł zobaczyć na żywo, jak zakładamy zlecenia oraz w jaki sposób się na tym rynku rzeczywiście zarabia.

Projekt skierowany jest głównie do początkujących graczy, którzy pragną rozpocząć swoją historię inwestycyjną, bez względu na wiek – schematy inwestycyjne realizowane są zarówno przez młodych ludzi, jak i tych, którzy ukończyli 50 lat i więcej. Muszą mieć minimalnie 4 tys. zł. Do tego należy założyć rachunek brokerski (na kwotę min. 2 tys. dolarów) w firmie zewnętrznej poza Traders Centre.

Nakłady inwestycyjne firmy wyniosły 2 mln zł i w swojej skali stanowi to największy prywatny foreksowy trading floor, który jest inwestycją w ujęciu nie tylko czysto biznesowym, lecz także edukacyjnym.

Programy mentorskie to kwoty rzędu 30 tys. zł. W takim programie oferujemy wiedzę i pracujemy nad psychologią. Cały proces trwa około 7 miesięcy, a dla niektórych programów nawet do dwóch lat – wyjaśnia ekspert. – Dajemy także pewne gwarancje, jeżeli chodzi o wyniki, studentom, którzy stosują się do zaleceń i używają naszych narzędzi. 

Prezes Traders Centre zaznacza, że potrzeba edukowania wynika z tego, że nasz rynek jest ciągle raczkujący i działa na nim niewielka liczby graczy. Szacuje się, że w Polsce tradingiem zajmuje się 50 tys. osób, a porównując wielkość społeczeństwa do liczby graczy w innych krajach, w Polsce statystycznie powinno być 0,5 mln aktywnych traderów. Dlatego za realny firma uznaje cel wyszkolenia ok. 400 tys. osób w przeciągu 10 lat.

Firma oferuje zainteresowanym takie programy, jak Max’s FOREX Intro, Max’s FOREX Inception, Max’s FOREX Ekspert, Live Trading Session, Max’s TURTLES i Max’s Partner.

Mamy do czynienia z rynkiem jeszcze nieodkrytym. Pomimo wielu negatywnych newsów w mediach będziemy starali się to zmieniać i poszerzać bazę klientów – przekonuje Max Idzik. – Uważamy, że Polacy nie są gorsi od innych nacji i około pół miliona osób powinno się zająć inwestowaniem profesjonalnie lub quasi-profesjonalnie, bo naprawdę można na tym rynku zarabiać. Trzeba robić to oczywiście z dużą rozwagą, ograniczać ryzyko i używać systemów, które są sprawdzone.

Firma w przypadku swojego głównego produktu inwestycyjnego London Bull Trading oferowanego przez Dom Maklerski Athena Investments, chce do końca roku pozyskać ok. 20 mln funtów. Pieniądze będą zainwestowane także w Polsce. Istotną rolę w pozyskiwaniu klientów będą miały kontakty jej właściciela w takich krajach, jak Wielka Brytania, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Australia, Singapur, Hongkong

Planujemy na naszym trading floor docelowo zatrudnić 36 traderów. Każdy będzie miał cel inwestycyjny, ten cel inwestycyjny, czyli ok. 5 proc. przyrostu kapitału na rachunku miesięcznie, co daje nam ok. 30 proc. dla klienta netto po odliczeniu wszystkich prowizji – prognozuje Max Idzik.

Prezes firmy dodaje, że w ciągu najbliższych 3-4 lat Traders Centre skupi się głównie na działalności podstawowej (działalność funduszu i związana z produktem inwestycyjnym London Bull Trading).

Traders Centre jest firmą edukacyjną, niezależną od instytucji brokerskich i instytucji finansowych. Zależy nam na tym, by wymiernym wynikiem naszej działalności było to, że student po kilku dniach, tygodniach czy miesiącach naszej edukacji zacznie zarabiać pieniądze na rynku. Już dzisiaj możemy się pochwalić wieloma osobami na całym świecie, które odnoszą sukcesy, chcemy, żeby Polacy również dołączyli do tego grona – podsumowuje Max Idzik.

Korzenie firmy sięgają londyńskiego City, gdzie założyciele Traders Centre przez wiele lat pracowali na rynku walutowym.

Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce czeka kolejny dobry rok. Inwestycje przekroczą 3 mld euro

Wartość inwestycji w nieruchomości komercyjne w Polsce w tym roku ponownie przekroczy 3 mld euro – oceniają analitycy Cushman & Wakefield. Aktywność deweloperska jest wysoka, wciąż odnotowuje się napływ kapitału międzynarodowego. Z przewidywanego zwiększonego zainteresowania ze strony inwestorów z pewnością skorzystają miasta regionalne.

Polski rynek inwestycji w nieruchomości komercyjne zaczął odnotowywać wzrosty po globalnym kryzysie, czyli od 2010 r., gdy wartość transakcji przekroczyła 1 mld euro. Rok później wolumen transakcji przekraczał już 2,8 mld euro. Zeszłoroczny wzrost nie był już może tak imponujący, bo zaledwie 0,3-proc., nadal jednak sprzyjał umacnianiu pozycji Polski jako regionalnego lidera rynku.

Obecnie nastroje inwestorów są bardzo dobre – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Charles Taylor, partner zarządzający Cushman & Wakefield w Polsce. – Wolumen transakcji inwestycyjnych na polskim rynku nieruchomości komercyjnych od pięciu lat stale rośnie i w 2014 r. wyniósł 3,13 mld euro. Tempo wzrostu, co prawda, spadło w porównaniu z poprzednimi latami, lecz jest to raczej wynik ograniczonej podaży niż mniejszego zainteresowania inwestorów.

Zdecydowanie większy niż w poprzednim roku poziom inwestycji obserwowano na polskim rynku powierzchni biurowej. Stanowił ponad połowę całkowitego wolumenu transakcji w kraju i zanotował 40-proc. wzrost w porównaniu z 2013 rokiem. Najwięcej transakcji odnotowano w Warszawie, ale wyraźnie wzrosło zainteresowanie inwestorów miastami regionalnymi.

W sektorze biurowym będziemy obserwować dalsze zwiększanie podaży, zwłaszcza w Warszawie, gdzie na rynek trafi ok. 300 tys. mkw. Dla najemców oznacza to możliwość negocjowania warunków najmu, zaś przed właścicielami istniejących nieruchomości stawia wyzwanie – ocenia Taylor.

Rynek magazynowy cieszył się dużym zainteresowaniem zarówno inwestorów (wolumen transakcji inwestycyjnych wzrósł o 68-proc.), jak i najemców (transakcje najmu wyniosły 2,36 mln mkw.). Na rynek w ubiegłym roku trafił ponad 1 mln mkw. nowej powierzchni.

Przyczyniła się do tego poprawa infrastruktury transportowej na Górnym Śląsku, w Polsce Centralnej, Poznaniu i Wrocławiu. Na te regiony przypada obecnie blisko 60 proc. krajowych zasobów powierzchni magazynowych. Dzięki wysokiemu popytowi ze strony najemców wskaźnik pustostanów spadł do 6,8 proc. – wyjaśnia partner zarządzający Cushman & Wakefield w Polsce.

W sektorze nieruchomości handlowych ubiegłoroczna podaż nowych powierzchni spadła o 23 proc., co głównie wynikało z małej skali realizowanych projektów. Popyt na tego typu nieruchomości ze strony sieci handlowych utrzymał się na dobrym poziomie. Dynamicznie rosło zapotrzebowanie ze strony branży modowej, ale jak zauważa Charles Taylor, mniejsi i krajowi najemcy decyzję o ekspansji podejmowali z większą ostrożnością.

W sektorze powierzchni handlowych nadal będziemy obserwować aktywność deweloperów – ocenia Charles Taylor. – W 2015 roku planowane jest otwarcie 20 nowych centrów handlowych, czterech parków handlowych i jednego centrum wyprzedażowego.

W pozostałych sektorach także oczekiwane są spore inwestycje. Szczególnie na rynku powierzchni magazynowych w tym roku analitycy spodziewają się dalszego wzrostu podaży i popytu. Powinno to skutkować utrzymaniem bądź lekkim obniżeniem wskaźnika pustostanów.

2015 rok powinien być dla rynku nieruchomości komercyjnych równie dobry jak 2014 rok, głównie dzięki utrzymaniu wysokiego tempa rozwoju gospodarczego – prognozuje  Taylor. – Wartość inwestycji w Polsce we wszystkich sektorach powinna wynieść ponad 3 mld euro.

Rosną wymagania przedsiębiorców wobec firm zajmujących się gospodarką odpadami. Bardziej zwracają uwagę na ekologię

Z działalności przemysłowej pochodzi 90 proc. całkowitej ilości odpadów w Polsce. Wymagania firm względem przedsiębiorstw, które zajmują się ich odbieraniem i przetwarzaniem, w ostatnim czasie bardzo się zmieniły. Po pierwsze, przedsiębiorcy oczekują, że będzie to kompleksowa usługa, po drugie, chcą, by spełniała ona określone wymogi w zakresie ekologii, czyli m.in. recyklingu i redukcji emisji dwutlenku węgla. Oczekują również działań edukacyjnych.

Rynek gospodarki odpadami się zmienia, ponieważ pojawia się coraz więcej oczekiwań ze strony firm, które generują te odpady – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Nowakowska, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w firmie Stena Recycling. – Przedsiębiorcy oczekują, że otrzymają kompleksową usługę, która zdejmie problem gospodarki odpadami z barków ich firmy, dla których najważniejszą rzeczą jest po prostu produkowanie wyrobów.

Odpady przemysłowe to dziś ok. 90 proc. całkowitej ilości odpadów. Zdaniem Nowakowskiej na polskim rynku widać tendencje, które od lat są obecne w Europie Zachodniej i Skandynawii, czyli duży nacisk na CSR (Społeczną Odpowiedzialność Biznesu) i zrównoważony rozwój. Coraz częściej kwestie te stają się elementem strategii w firmach.

Te wymagania są w tej chwili nakładane na przedsiębiorstwa zajmujące się gospodarką odpadami. Stawiane są bardzo konkretne oczekiwania, np. dotyczące tego, aby realizować konkretne plany zakładające już nie tylko odzysku odpadów, lecz także poziomu uzyskanego recyklingu. Chcą, aby sprzęt, którym się posługujemy, uwzględniał takie aspekty, jak zmniejszenie emisji dwutlenku węgla – wymienia Anna Nowakowska.

Ale oczekiwania idą także w tym kierunku, aby firma zajmująca się gospodarką odpadami nie tylko zorganizowała cały proces, tak aby przebiegał on sprawnie, lecz także aby zadbała o odpowiedni poziom wiedzy na temat odpadów wśród pracowników.

Bardzo duży nacisk w naszej ofercie i we współpracy z firmami kładziemy na wszelkie szkolenia, działania edukacyjne i wsparcie klientów w zakresie przygotowania odpowiednich dokumentów, które są potrzebne do tego, by zgodnie z prawem prowadzić gospodarkę odpadami i by właściwie ją raportować. To jest kierunek, w którym rozwijają się usługi kompleksowego zarządzania – mówi dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w firmie Stena Recycling.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2012 roku powstało w Polsce około 135,2 mln ton odpadów, z czego 9 proc. (12,1 mln ton) stanowiły pozostałości komunalne (szóste miejsce w Europie). Reszta była efektem ubocznym działalności gospodarczej, głównie przemysłowej. Według GUS 72 proc. odpadów poddano odzyskowi, 30 proc. unieszkodliwiono przez składowanie i w inny sposób, ok. 2 proc. poddano tzw. czasowemu magazynowaniu.

Według GUS głównym źródłem odpadów są górnictwo i przemysł wydobywczy (ok. 52 proc.), przetwórstwo przemysłowe (22 proc.) oraz wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną (ponad 18 proc.). Największy udział w całości stanowią odpady powstające przy poszukiwaniu, wydobywaniu, fizycznej i chemicznej przeróbce rud i innych kopalin oraz w rezultacie procesów termicznych.

Do przetworzenia nadają się wszystkie opakowania, czyli karton, folia i oczywiście elementy żelazne oraz nieżelazne ze złomu. Generalnie metale są podstawowym surowcem, które jest przetwarzany, i to w bardzo wysokim stopniu – wyjaśnia Anna Nowakowska. – Żelazo można przetwarzać prawie w nieskończoność, papier około siedmiu razy, bo potem włókna są coraz krótsze.

Również tworzywa sztuczne nadają się do wielokrotnego przetworzenia. W przypadku pozostałości zmieszanych najczęstszą metodą jest odzysk energetyczny, czyli używanie ich do produkcji paliw alternatywnych, przydatnych m.in. podczas procesów produkcyjnych w cegielniach.

Z usług Stena Recycling korzysta ponad 2 tys. firm różnej wielkości firmy. Tych największych firma ma w portfolio ok. 500. Rocznie przetwarza 600-800 tys. ton odpadów.

Strabag nie chce ograniczać się tylko do inwestycji drogowych. Liczy rozwój w obszarze kolei

CEO Magazyn Polska

Strabag nie zamierza się ograniczać w Polsce do inwestycji infrastrukturalnych. Austriacki koncern budowlany tylko dla Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad realizuje projekty warte 3,5 mld zł. Liczy jednak także na zamówienia samorządowe, zamówienia budowlane od firm oraz udział w modernizacji polskiej kolei. 

Mimo że pod koniec zeszłego roku znowelizowano w Polsce przepisy dotyczące zamówień publicznych, firmy budowlane widzą jeszcze kilka kwestii, które wymagają poprawy. Nowe przepisy m.in. uregulowały kwestię oferowania niskiej ceny w przetargach. Jeżeli wykonawca zaproponuje, że wykona prace o 30 proc. taniej niż oferował zamawiający, będzie musiał wykazać, że jest w stanie to zrobić za tak niską cenę. Zgodnie z nowelizacją cena przestała być wyłącznym kryterium rozstrzygania przetargów (jest to możliwe tylko w określonych przypadkach). Zwiększono również jawność zamówień publicznych.

Ta nowelizacja ma dużo aspektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Alfred Watzl, członek zarządu Strabag Polska. – Ogólnie jest trochę lepiej, ale jako branża mamy jeszcze w Polsce kilka propozycji dotyczących tego, co można jeszcze poprawić, jak zmniejszyć podział ryzyka pomiędzy inwestorami i firmami budowlanymi. Nie jesteśmy jeszcze tam, gdzie powinniśmy być.

W jego ocenie zbyt skromne są np. klauzule dotyczące waloryzacji wartości kontraktu wraz ze wzrostem kosztów ponoszonych przez wykonawcę. Ustawa umożliwiła renegocjację w sprawie zmiany wynagrodzenia, np. w przypadku zmiany wysokości płacy minimalnej, stawki VAT czy zasad podlegania ubezpieczeniom.

Na razie jest to tylko 1 proc. umowy i od początku mówiliśmy, że to nie wystarczy, bo jeżeli nastąpi taki wzrost cen, jak nastąpił kilka lat temu podczas kumulacji inwestycji, to może on być wielkim zagrożeniem dla firm budowlanych w Polsce – zwraca uwagę Alfred Watzl.

Strabag działa w Polsce od 1985 roku i dziś zatrudnia tu ok. 5 tys. osób. Firma specjalizuje się w budownictwie ogólnym i inżynieryjnym, choć w ostatnich latach z sukcesem uczestniczy także w projekcie przebudowy polskich dróg.

Dla nas ważnym segmentem jest budownictwo infrastrukturalne – podkreśla członek zarządu Strabag Polska. – Tutaj jesteśmy skuteczni, wygraliśmy albo już podpisaliśmy kontrakty z GDDKiA o wartości około 3,5 mld zł netto. Chcemy też rozwijać budownictwo ogólne, kubaturowe. Budujemy w tej chwili dużą fabrykę dla Volkswagena. W segmencie budownictwa inżynieryjnego także odnosimy sukcesy. Obecnie budujemy duży most na trasie S7 w Krakowie. Chcę podkreślić, że bardzo ważne są dla nas również kontrakty infrastrukturalne dla samorządów, to ważny segment naszej działalności.

Firma liczy także na to, że będzie uczestniczyć w modernizacji polskiej kolei. W przeznaczonej dla Polski części unijnego budżetu na lata 2014-2020 na modernizację kolei przeznaczono ponad 10 mld euro. Można więc oczekiwać, że wkrótce rozpoczną się przetargi dla firm, które będą zainteresowane uczestnictwem w tych projektach.

Kolej postrzegamy jako perspektywiczny obszar, który ma duży potencjał – przyznaje Alfred Watzl. – Zrealizujemy kontrakty na kolei w Polsce, a mamy duży potencjał, żeby to rozwijać, zwłaszcza że jako grupa Strabag mamy w Europie najnowszy sprzęt. Jesteśmy dobrze przygotowani, czekamy tylko na przetargi, bo te duże jeszcze się nie rozpoczęły.

Tatry poradziły sobie bez Ukraińców i Rosjan. Przyciągają coraz więcej turystów i narciarzy z Europy

CEO Magazyn Polska

Tegoroczna zima była korzystna dla firm organizujących wypoczynek zimowy w Tatrach. Warunki pogodowe spowodowały, że zarówno pod koniec 2014 roku, jak i na początku bieżącego więcej osób wybrało polsko-słowackie góry. Spadła wprawdzie liczba turystów z Ukrainy i Rosji, jednak pojawia się coraz więcej osób z innych państw europejskich.

Ten sezon zimowy na pewno był lepszy od poprzedniego, ponieważ było więcej śniegu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bohuš Hlavatý, prezes zarządu spółki Tatry Mountain Resorts (TMR). – Naśnieżyło na początku listopada, podczas świąt Bożego Narodzenia też było chłodno, dlatego przyjeżdżało dużo osób. Ostatni sezon oceniamy zatem bardzo dobrze.

Głównie w tatrzańskich ośrodkach wypoczywają Polacy, Słowacy i Czesi. Wprawdzie ostatnie miesiące przyniosły znaczący spadek liczby turystów z Ukrainy i Rosji (niektórzy hotelarze mówią nawet o 70-proc. spadku zainteresowania), jednak TMR odnotowuje wzrost klientów również z innych krajów europejskich. Na Słowację przyciągają ich m.in. międzynarodowe imprezy sportowe, jak ubiegłoroczne Mistrzostwa Świata Juniorów w narciarstwie alpejskim w ośrodku Jasna czy właśnie zakończone zawody Pucharu Europy w narciarstwie alpejskim. W przyszłym roku do Jasnej po 30 latach wróci Puchar Świata w narciarstwie alpejskim.

– Dużo jest eventów na skalę europejską i światową, dzięki temu ludzie się o nas dowiadują. W zeszłym roku mieliśmy też w Eurosporcie wiele reklam, dzięki czemu słowackie ośrodki stają się bardziej międzynarodowe. Oczywiście ten rok był bardzo trudny z powodu wydarzeń na Ukrainie, ale wierzę, że to się wkrótce zmieni – mówi Hlavatý.

Turyści i narciarze coraz chętniej wybierają Tatry również ze względu na coraz lepszą infrastrukturę. Jak podkreśla prezes TMR, powoli rozpoczyna się nowa era Tatr, czyli ich odrodzenie pod względem inwestycyjnym, sportowo-kulturalnym i społecznym. Główną strategią firmy w ramach Nowej Ery Tatr jest realizacja wielu inwestycji, m.in. rekonstrukcja hoteli, wellness i restauracji, budowa kolejek liniowych w ośrodkach górskich, poprawianie jakości obsługi.

Gdy rozpoczęliśmy rozbudowę ośrodków, w które zainwestowaliśmy 200 mln euro, nazwaliśmy ten proces Nowa Erą Tatr – przypomina Bohuš Hlavatý. – Przyjeżdża tu coraz więcej ludzi, bo jakość usług jest o wiele lepsza niż kilka lat temu, góry tętnią życiem, jest dużo różnych, nowych imprez. Puchar Świata dowodzi, że Tatry stają się tzw. ski destination na skalę europejską, a może i światową.

W Tatrach Wysokich spółka przygotowuje budowę kolejki gondolowej łączącej Stary Smokowiec z Tatrzańską Łomnicą.

To jest kierunek, w którym zmierzają ośrodki: łączenie się w większe ośrodki. Ludzie się przemieszczają i chcą mieć poczucie, że mogą uprawiać turystykę na nartach – mówi Hlavatý.

Jak wymienia, na Słowacji prowadzonych jest wiele mniejszych inwestycji: poszerzanie tras zjazdowych, naśnieżanie, modernizacja hoteli. Spółka zrealizuje też dużą inwestycję w Szczyrku – trwają prace nad planami rozbudowy Szczyrkowskiego Ośrodka Narciarskiego. Inwestycja ma ruszyć w 2016 roku, po zakończeniu wszystkich czynności proceduralnych. Oprócz większej liczby tras zjazdowych pojawią się nowe kolejki kanapowe i gondolowe, oświetlenie tras, restauracje i Snowpark. Przepustowość ośrodka ma być trzy razy większa niż do tej pory.

Zaniechanie szczepień może prowadzić do szybkiego nawrotu epidemii groźnych chorób zakaźnych

CEO Magazyn Polska

W Polsce rośnie liczba nieszczepionych dzieci. Zdaniem lekarzy jest to efekt działalności ruchów antyszczepionkowych, które podają nieprawdziwe informacje na temat szczepionek. Zaniechanie ich może natomiast prowadzić do nawrotu epidemii groźnych chorób zakaźnych. Już rośnie liczba zachorowań na świnkę, różyczkę oraz odrę. Za gwałtowny wzrost zachorowań na tę ostatnią chorobę Państwowy Zakład Higieny odpowiedzialnością obarcza rodziców, którzy nie chcą poddawać swoich dzieci szczepieniom.

Według Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny w 2013 roku obowiązkowemu szczepieniu nie zostało poddanych 7 tys. dzieci. To prawie 2 tys. więcej niż rok wcześniej. Niechęć do szczepień jest wśród rodziców coraz większa, podobnie jak w Europie Zachodniej. Przeciwnicy szczepień twierdzą przede wszystkim, że wywołują one choroby, przed którymi mają chronić oraz wywołują poważne skutki uboczne. Ruchy antyszczepionkowe powołują się także na artykuł brytyjskiego lekarza A.J. Wakefielda, który w 1998 roku przedstawił związek niektórych szczepionek z zaburzeniami rozwoju psychicznego dziecka, m.in. autyzmem. Zwolennicy podkreślają, że wiele publikacji na ten temat zawiera nieprawdziwe informacje.

– Możemy dyskutować o aspektach technicznych szczepień, a więc tego, kiedy szczepić, kogo nie szczepić, jakie są przeciwwskazania, jakie są działania niepożądane szczepień, czy możemy je zminimalizować, jak reagować, kiedy się pojawią. Natomiast jeśli ktoś neguje potrzebę szczepień, mówiąc, że są szkodliwe, niszczą zdrowie, prowadzą do przewlekłych chorób, wywołują autyzm i problemy rozwojowe, to uważam, że jest szalony i bardzo szkodliwy dla społeczeństwa mówi agencji Newseria dr n. med. Paweł Grzesiowski, pediatra i ekspert ds. szczepień.

Zdaniem lekarzy większość ludzi ma na tyle małą wiedzę medyczną, że argumentacja przeciwników szczepień wydaje im się słuszna. Wielu rodziców wciąż żywi także przekonanie, że najlepszym sposobem na uodpornienie organizmu dziecka jest przejście chorób zakaźnych. Tymczasem konsekwencją zaniechania szczepień może być nawrót zachorowań na choroby zakaźne.

–  W latach 70. była antyszczepionkowa kampania przeciwko krztuścowi, która doprowadziła do bardzo szybkiego powrotu tej choroby i do wzrostu liczby zachorowań. W latach 90. mieliśmy do czynienia z powrotem błonicy na skutek tego, że przestały być realizowane szczepienia w krajach byłego Związku Radzieckiego. A teraz, od mniej więcej pięciu lat, widzimy stały, regularny wzrost zachorowań na odrę w Europie Zachodniej, który jest efektem tego, że skumulowała się tak duża liczba dzieci niezaszczepionych i że mamy do czynienia z przenoszeniem tej choroby zakaźnej w różnych środowiskach – mówi dr n. med. Paweł Grzesiowski.

Od października 2014 roku gwałtownie rośnie też liczba zachorowań na odrę w Niemczech, zachorowało na nią już ponad 600 osób.

Z danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny wynika, że w 2014 roku odnotowano 110 przypadków zachorowań na odrę. Rok wcześniej było to 85 przypadków, a w 2012 70.

Odrą można się zarazić tylko od drugiego człowieka. Zakażenie szerzy się drogą kropelkową oraz przez styczność z wydzieliną z jamy nosowo-gardłowej. Okres wylęgania wirusa w organizmie to ok. 10 dni.

– Odra to choroba, która raz na tysiąc przypadków zabija, tak że jest to niestety bolesna statystycznie prawidłowość, że jeśli dochodzi do epidemii, która obejmuje swoim zasięgiem kilka tysięcy osób, to będziemy mieli kilka zgonów. Taka sytuacja miała miejsce dwa lata temu we Francji, gdzie pięcioro nastolatków zmarło z powodu powikłań w epidemii, która objęła prawie 30 tys. przypadków – mówi dr n. med. Paweł Grzesiowski.

Według szacunków Światowej Organizacji Zdrowia odra powoduje 10 proc. wszystkich zgonów wśród dzieci poniżej 5. roku życia i jest ósmą najczęstszą przyczyną zgonów na świecie.

Najpoważniejsze powikłanie po odrze to podostre stwardniające zapalenie mózgu. Może się ono pojawić wiele lat po zachorowaniu na odrę, objawia się postępującym otępieniem, sztywnością mięśni i drgawkami. W wielu przypadkach może prowadzić do śmierci w ciągu dwóch lat. Inne powikłania to biegunka i silne odwodnienie organizmu, drgawki, zapalenie mózgu, zapalenie płuc, zapalenie ucha środkowego. Według PZH jeszcze kilka lat temu uważano, że odra została w Europie pokonana  występowały bowiem tylko sporadyczne przypadki zachorowań. Ich liczba zaczęła jednak gwałtownie rosnąć w 2010 roku.

Zakaz stosowania dwóch substancji uderzy w polski przemysł

Konfederacja Lewiatan apeluje do resortu gospodarki i przedstawicieli rządu, którzy będą uczestniczyli w sesji ONZ w Wiedniu, o nieopowiadanie się za włączeniem dwóch substancji Gamma-butyrolactone (GBL) oraz 1,4-butanediol (BDO) do załącznika I Konwencji o substancjach psychotropowych, co by oznaczało zakaz ich stosowania. Wyeliminowanie tych substancji z przemysłu będzie miało bardzo niekorzystne konsekwencje dla wielu branż i firm.

Na rozpoczynającej się 9 marca br. sesji ONZ w Wiedniu odbędzie się dyskusja dotycząca wpisania do załącznika I Konwencji o substancjach psychotropowych z 1971 r. dwóch substancji: Gamma-butyrolactone (GBL) oraz 1,4-butanediol (BDO). Stanowią one podstawę wszystkich procesów technologicznych w produkcji i wytwarzaniu półprzewodnikowych podzespołów elektronicznych. Są one niezbędne w produkcji podzespołów elektronicznych wykorzystywanych w litografii, w przemyśle elektronicznym (komputery, elektronika użytkowa), sprzęcie AGD, budowie samochodów itd.

– Niestety obecnie nie ma żadnej alternatywy dla tych substancji, a stworzenie zamienników może potrwać lata i nie ma gwarancji, że takie prace zakończą się sukcesem. Z uwagi na bardzo szerokie wykorzystywanie tych substancji, Konfederacja Lewiatan uważa, że nie ma uzasadnienia dla ograniczania komercyjnego zastosowania GBL I BDO. Tak radykalne podejście uderzyłoby w naszą gospodarkę. Straciłyby na tym przedsiębiorstwa małe i średnie, jaki najwięksi producenci high-tech – mówi Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Substancja GBL, ze względu na silne właściwości, znajduje zastosowanie w czyszczeniu obwodów elektroniki i zaawansowanej technologii, przy usuwania farb. Używana jest również przy produkcji herbicydów i farmaceutyków. Natomiast BDO wykorzystywana jest jako półprodukt w typowych wyrobach przemysłowych, takich jak diole polieterowe, polimery uretanu oraz polimery poliestrowe. Wiele z polimerów poliestrowych można stosować jako części samochodowe, takie jak zderzaki. BDO jest też stosowana jako plastyfikator, rozpuszczalnik nośnikowy w farbach drukarskich czy jako środek czyszczący.

Konfederacja Lewiatan

Warsztat samochodowy w internecie. Jak rozreklamować, by nie przepłacić?

Ponad 1 100 wejść na stronę www – to wynik, który może osiągnąć poznański warsztat samochodowy inwestujący w reklamę ok. 50 zł dziennie. Każde kliknięcie zostanie wygenerowane przez osoby bezpośrednio zainteresowane promowanymi usługami, np. wymianą oleju czy regeneracją turbosprężarki. Raport Blink.pl ujawnia, jakie marki i usługi są najczęściej wyszukiwane oraz analizuje wybrane trendy sezonowe w branży motoryzacyjnej.

56 proc. wzrostu!

Zgodnie z raportem Starlink podsumowującym rynek reklamy i mediów w 2014 roku, wydatki na promocję w sieci wzrosły o 6,4 proc. w stosunku do roku poprzedniego. W których branżach ulokowano dodatkowe 70,1 mln złotych? Największe wzrosty odnotowało dziesięć sektorów, a motoryzacja stanowiła jeden z nich. Trend ten potwierdził się w raporcie domu mediowego Value Media, zgodnie z którym wydatki na reklamę w internecie rosną najbardziej dynamicznie (56 proc. wzrost w stosunku do roku 2013).

20 tysięcy reklamodawców

Branża motoryzacyjna to nie tylko salony i komisy samochodowe, ale także – warsztaty naprawcze, których w Polsce jest ok. 20 tys. Symulacja przeprowadzona przez Blink.pl, agencję specjalizującą się w hostingu oraz kampaniach SEM i SEO, pokazała jak właściciele tych ostatnich mogą wykorzystać reklamę w wyszukiwarce Google do zwiększania widoczności oraz pozyskiwania nowych klientów. Specjaliści sprawdzili, serwisy których marek są najczęściej wyszukiwane (w skali miesiąca) oraz jak wygląda przybliżony koszt kliknięcia w reklamę danego zakładu (CPC). Niniejszy raport stanowi interesującą bazę wiedzy przydatną zarówno menadżerowi sieci, jak i właścicielowi warsztatu niezależnego.

Musisz znać swojego klienta

Aby mówić o sukcesie kampanii w wyszukiwarce, reklama musi trafiać do odpowiedniej grupy docelowej realizując ustalone cele. Założenia te, w uproszczeniu, mogą być wizerunkowe, ale też „prosprzedażowe”. Te drugie łatwiej zmierzyć, analizując tzw. konwersję, czyli pożądane zachowania użytkownika strony www. Może być to wysłanie zapytania, dokonanie zakupu online, albo choćby zadzwonienie do warsztatu. – W pierwszej fazie rozważamy, czego mogą szukać użytkownicy oraz zapewniamy im widoczność reklamy dokładnie odpowiadającej na te potrzeby. Innymi słowy: szukającym wymiany oleju wyświetlamy reklamę związaną z tą usługą, nie proponując na przykład naprawy skrzyni biegów. Co więcej, możemy skierować użytkownika albo na stronę główną warsztatu, albo dokładnie w to miejsce, z którego zasięgnie więcej informacji na temat interesującej go usługi lub uzyska np. obiecany w reklamie rabat. Naturalnie przygotowanie kampanii oraz takiej strony jest pracochłonne i wymaga nieco więcej umiejętności, dlatego najczęściej lepiej jest powierzyć działania agencji niż wykonywać je samodzielnie – mówi Artur Pajkert, ekspert z Blink.pl.

Naprawiasz samochody tej marki?

Na potrzeby badania specjaliści zdefiniowali listę reprezentatywnych fraz branżowych wykorzystywanych w czasie szukania usług serwisowych w internecie. Nie jest zaskoczeniem, że największy potencjał zapytań krył się w wyrażeniach „warsztat samochodowy” (ponad 133 tys. wyświetleń reklamy/m-c) oraz „serwis samochodowy” (ponad 121 tys. wyświetleń/m-c). Co więcej, analiza liczby wyszukiwań po wpisaniu kombinacji składającej się z frazy „serwis” oraz marki samochodu, pokazała, że  serwisy takich marek, jak: Opel, Ford, Toyota generują aż 36 tys. wyszukiwań miesięcznie. Rekordowo niski wynik notuje natomiast Fiat – zaledwie 4,5 tys. W markach premium stawkę otwiera fraza „serwis Audi” – ok. 30 tys. wyszukiwań, następnie jest BMW – 24 tys. oraz Mercedes – 18 tys.

Tych usług sprzedasz najwięcej

Autorzy badania sprawdzili także, które usługi serwisowe są najczęściej wyszukiwane przez internatów. Popularne okazały się zapytania o „wymianę oleju” (189 452 wyświetleń oraz 19 748 prognozowanych kliknięć w skali miesiąca) oraz „wymianę rozrządu” (148 998 wyświetleń i 17 944 prognozowanych kliknięć/m-c). Analiza pokazała także, że wiele z usług serwisowych ma charakter sezonowy, a potencjał innych -systematycznie rośnie. Dla przykładu fraza „wymiana oleju” najczęściej wyszukiwana jest w miesiącach marzec oraz kwiecień, natomiast fraza „wymiana rozrządu”, choć notuje mniejsze wahania sezonowe, najczęściej wpisywana jest w wyszukiwarkę w miesiącach wiosennych – marzec/kwiecień oraz letnich – lipiec/sierpień. Co ciekawe, począwszy od 2008 do początku 2015 roku zainteresowanie internatów właśnie tą usługą systematycznie rośnie.

Poznanie trendów sezonowych w obrębie wszystkich fraz kluczowych dla danego przedsiębiorstwa jest bardzo ważne dla prowadzenia skutecznych działań reklamowych w internecie. Dzięki takiej wiedzy reklamodawca ma gwarancję, że jego przekaz będzie dostosowany zarówno treścią, jak i czasem emisji do aktualnego zapotrzebowania jego klientów – tłumaczy Jakub Dwernicki, prezes Blink.pl.

Sprawdź jak reklamować w twoim mieście

Na potrzeby badania specjaliści przeanalizowali zbiór fraz związanych z merytoryką usług serwisowych. Dzięki temu oszacowano orientacyjną liczbę kliknięć, na które mogą liczyć właściciele warsztatów z dużych miast Polski – Gdańska, Krakowa, Poznania, Warszawy i Wrocławia. Do tej analizy przyjęto budżet na reklamę w wyszukiwarce w wysokości 50 zł/dzień.

Jak przedstawiają się prognozowane rezultaty? Największe zainteresowanie usługą „wymiana oleju” jest we Wrocławiu (353 kliknięcia w reklamę) oraz Warszawie (257 kliknięć). Fraza „wymiana rozrządu” najlepsze wyniki odnotuje w Poznaniu (490 kliknięć) oraz Krakowie (396 kliknięć). Na pewno warto promować „naprawę silnika” w Gdańsku (146 kliknięć), „naprawę turbosprężarki” w Poznaniu (159 kliknięć) oraz „lakierowanie samochodu” w Warszawie (102 kliknięcia).

Warsztaty jeszcze niemobilne

Analizując wyszukania na terenie całego kraju stwierdziliśmy, że najwięcej klientów warsztatów samochodowych wyszukuje frazy przy użyciu komputerów stacjonarnych – 84 proc. osób, a najmniej – korzysta w tym celu ze smartfonów (4 proc.). Trendy mobilne nie są zatem tak silne, jak w innych branżach, choć z pewnością sytuacja ta będzie ulegać zmianie. Już teraz w wielu analizowanych przez nas gałęziach gospodarki odnotowujemy odsetek osób wyszukujących informacji na smartfonach jako przekraczający 20 proc. – zauważa Jakub Dwernicki.

Podsumowując prognozy reklamowe w wyszukiwarce dla warsztatów samochodowych, jaki budżet trzeba przeznaczyć, aby osiągnąć wysokie wyniki? Symulacja przeprowadzona za pomocą narzędzi Google Planer Słów Kluczowych oraz Google Trends pokazała, że inwestycja wymaga nakładu ok. 50 zł dziennie (1 500 zł netto w skali miesiąca). Zakładając 2,75 zł jako cenę maksymalną za kliknięcie, reklama warsztatu samochodowego wyświetlona zostanie 12-46 tys. internatom oraz spowoduje ok. 700-1 200 kliknięć. Wysokie wyniki można osiągać także przy niższym budżecie. W jaki sposób? – Rezygnując z kampanii ogólnopolskiej na rzecz reklamy w określonej lokalizacji, co jest dobrym krokiem w momencie, gdy promujemy warsztat działający lokalnie. Drugim sposobem jest ograniczenie merytoryczne, czyli reklamowanie przy pomocy ściśle zdefiniowanych fraz. Możemy w ten sposób wypromować konkretne usługi. Ostatnim sposobem jest zmniejszenie budżetu dziennego, w wyniku czego reklama będzie wyświetlana nieco rzadziej i z mniejszą liczbą kliknięć – podsumowuje Artur Pajkert.

 

Źródło: Blink.pl