TK: ustawa hazardowa zgodna z konstytucją

0

Trybunał Konstytucyjny 11 marca 2015 r. potwierdził zgodność ustawy o grach hazardowych z Konstytucją RP.

Sprawę zgłosili Naczelny Sąd Administracyjny oraz Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe X Wydział Karny. Trybunał Konstytucyjny uznał, że art. 14 ust. 1 i art. 89 ust. 1 pkt 2 ustawy z dnia 19 listopada 2009 roku o grach hazardowych są zgodne z art. 2 i 7 oraz z art. 20 i 22 w związku z art. 31 ust. 3 Konstytucji RP.

Trybunał potwierdził stanowisko Ministra Finansów, że wprowadzenie ustawy o grach hazardowych miało na celu ochronę przed uzależnieniami od hazardu oraz wzmocnienie kontroli nad rozwijającym się rynkiem gier hazardowych.

TK potwierdził również, że wprowadzenie ustawy o grach hazardowych było uzasadnione interesem publicznym, uzasadnione było również ograniczenie działalności gospodarczej w zakresie gier hazardowych.

TK nie podzielił stanowiska sądu pytającego, zgodnie z którym przepisy obowiązujące przed wejściem w życie ustawy o grach hazardowych wystarczająco regulowały rynek gier hazardowych.

Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego jest ostateczne.

Rząd opóźnia wprowadzenie jednolitego systemu poboru opłat na autostradach

Opłaty za przejazd autostradami kierowcy wnoszą na bramkach, a każda droga ma inny system poboru, czasami nawet różni się on na poszczególnych odcinkach. Zdaniem Adriana Furgalskiego z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR nic nie stoi na przeszkodzie, by wprowadzić jednolity elektroniczny systemu poboru na wszystkich, także koncesyjnych, autostradach w Polsce. Takie rozszerzenie kosztowałoby około 20 mln zł, czyli tyle, ile wyniosły wydatki związane z podniesieniem szlabanów na A1 w ubiegłe wakacje.

Działający dzisiaj system poboru opłat jest zbyt skomplikowany, tak naprawdę to kilka rozwiązań, co autostrada to inny system – ocenia Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Obecnego systemu nie da się usprawnić. Gdy odeszła Elżbieta Bieńkowska, zabrakło kogoś, kto wywierałby presję na urzędników, by Ci przygotowywali zmiany prawne tam, gdzie są potrzebne i by rozmawiali z koncesjonariuszami. To, co zostawiła minister, jadąc do Brukseli, oczywiście wymagało dopracowania, ale „młotek” nad urzędnikami wtedy jednak był.

Likwidację ręcznego poboru opłat wiosną ubiegłego roku zapowiadała była minister infrastruktury i rozwoju Elżbieta Bieńkowska. Odchodząc na stanowisko komisarza UE, zarekomendowała zastąpienie go elektronicznym poborem, co mogło nastąpić nawet w 2016 roku. Nie wiadomo jednak, czy w ogóle tak się stanie, bo według nieoficjalnych doniesień rząd chce odstąpić od projektu likwidacji szlabanów.

Być może resort chciałoby wybrać innego operatora niż firmę Kapsch, co w związku z zawartą po przetargu umową, nie jest możliwe – przypuszcza Furgalski. – Jestem za tym, żeby ludziom, którzy podróżują samochodami, albo powiedzieć wprost, że do listopada 2018 roku nie zmieni się nic, bo wtedy mija ważność umowy z Kapschem, albo wrócić do koncepcji Elżbiety Bieńkowskiej. Wszystkie inne rozwiązania pośrednie, jak szybsze wydawanie biletów w trakcie zakorkowania, kolejne, nieszczęsne dla Krajowego Funduszu Drogowego podnoszenie bramek czy zniesienie opłat za przejazd nocą, nic nie dadzą.

Oszczędności po wprowadzeniu elektronicznego systemu poboru samych tylko kierowców miały wynieść do 2025 roku 13 mld zł, a gdyby rozwiązanie objęło również autostrady koncesyjne – około 15 mld zł.

Nie ma przeszkód, które odsuwałyby w czasie objęcie wszystkich autostrad projektem – przekonuje Furgalski. – Jeżeli chcemy włączyć do niego prywatnych koncesjonariuszy, potrzebujemy jedynie prawnych porozumień tych przedsiębiorstw z operatorem, czyli firmą Kapsch, oraz umowy między nim i Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad. Przygotowanie tych dokumentów to tylko kilka dni pracy dla prawników. Są możliwości techniczne, brakuje jedynie dobrej woli, by wprowadzić program wdrożenia jednakowego sposobu opłat na wszystkich autostradach w całej Polsce.

W dyskusji nad systemem często podnoszono argument, że w Polsce jest trzech prywatnych koncesjonariuszy, którzy związani są zobowiązaniami na przykład wobec banków.

Tymczasem sami koncesjonariusze, jeden już nawet na piśmie, zgłaszają pełną gotowość i deklarują chęć przystąpienia do systemu, nie ma żadnych przeszkód natury finansowej, bo wyposażenie autostrady w elementy systemu, którego operatorem jest firma Kapsch, biorą na siebie – zauważa Furgalski. – Koszty wdrożenia systemu, który dzisiaj obowiązuje na autostradach państwowych, na trzech odcinkach koncesyjnych wyniósłby mniej więcej 20 mln zł, czyli tyle, ile kosztowało swego czasu podniesienie szlabanów na bramkach autostrady A1. Rozbudowywanie placów poborów nie ma sensu, bo kiedyś i tak trzeba je będzie zlikwidować. A w bardzo wielu przypadkach, zwłaszcza na autostradzie A4, nie ma już nawet gdzie tych nowych bramek postawić.

Zdaniem Adriana Furgalskiego rezygnacja z elektronicznego systemu poboru opłat to nie tylko dłuższy czas przejazdu, lecz przede wszystkim utracone pieniądze, które mogłyby posłużyć do rozbudowy sieci dróg i autostrad.

Dopóki nie ma elektronicznego systemu, obowiązuje decyzja, że nie budujemy bramek bądź nie wyposażamy ich w urządzenia do poboru opłat – zauważa Adrian Furgalski. – Na to może sobie pozwolić tylko tak bogate  państwo mówię to ironicznie – jak Polska. Można szacować, że roczne braki z tego tytułu sięgają nawet 800-900 mln zł. Za te pieniądze moglibyśmy spokojnie uskładać na brakujące odcinki autostrad i dróg ekspresowych, które w tej chwili znajdują się w nowym programie inwestycji na liście rezerwowej.

Wraca formuła spotkań trójstronnych. Przed wakacjami mogą być przyjęte nowe przepisy dotyczące Rady Dialogu Społecznego

Ustawa o Radzie Dialogu Społecznego może wejść w życie jeszcze przed wakacjami. Trwają ostatnie prace i wszystko wskazuje na to, że dialog trójstronny niedługo zostanie wznowiony. Ograniczona ma zostać dominująca rola rządu. Przewodnictwo w Radzie ma być rotacyjne, zaś w dialogu regionalnym większe ma być zaangażowanie marszałka województwa. Rada ma także inicjować proces legislacyjny i opiniować projekty aktów prawnych. 

Ważne jest, by przywrócić ustawową formułę spotkań trójstronnych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej. – Teraz grupa ekspertów pod kierownictwem ministra Jacka Męciny dopracowuje szczegóły, później trzeba będzie rozstrzygnąć kwestie, które pozostaną po pracy ekspertów. Mam nadzieję, że jeszcze przed wakacjami zostanie przyjęte nowe rozwiązanie ustawowe dotyczące Rady Dialogu Społecznego.

Rada Dialogu Społecznego zastąpi Komisję Trójstronną, która tak naprawdę przestała funkcjonować dwa lata temu. Związki zawodowe nie brały udziału w spotkaniach od czerwca 2013 roku, twierdząc, że dialog jest pozorowany. Teraz są szanse na to, że dialog zostanie wznowiony, zwłaszcza że w pracach nad Radą uczestniczyli wszyscy zainteresowani – związki zawodowe, pracodawcy i rząd.

Jak podkreśla Kosiniak-Kamysz, nowa rada ma być organem bardziej społecznym i mniej zależnym od rządu.

Dotychczas tylko strona rządowa miała przewodniczącego Komisji Trójstronnej, teraz będzie on rotacyjny. Większe ma być także zaangażowanie marszałka województwa w dialog regionalny. Tu właśnie rozstrzyga się wiele kwestii kluczowych również z punktu widzenia europejskiego – przekonuje minister.

Na czele Rady co dwa lata mają się zmieniać związki zawodowe i organizacje pracodawców. Nowy system głosowania może natomiast sprawić, że trudniejsze będzie blokowanie decyzji, jako że każda uchwała powinna zdobyć 2/3 głosów każdej ze stron. Większa ma też być profesjonalizacja.

Nowe rozwiązania dotyczące Rady przewidują, że w opiniowanie lub przygotowanie różnego rodzaju rozwiązań będą zaangażowani eksperci. Będą też kwestie związane z procesem legislacyjnym – mówi Władysław Kosiniak-Kamysz.

Nowy organ ma opiniować projekty aktów prawnych. Dialog społeczny ma być jawny dla opinii publicznej, Rada ma też przekazywać rządowi i prezydentowi roczne sprawozdania ze swojej działalności.

MSP: Duże polskie firmy na badania i rozwój przeznaczają dziesiątki milionów rocznie. Wydatki na innowacyjność wrosną pięciokrotnie

Polskie firmy coraz więcej pieniędzy inwestują w badania, rozwój i współpracę z ośrodkami naukowymi. W dużych koncernach z udziałem Skarbu Państwa te wydatki liczone są w dziesiątkach milionów złotych rocznie. W najbliższych latach środki przeznaczane na innowacje w Polsce mogą wzrosnąć niemal pięciokrotnie.

Na rozwój innowacyjności polskich firm w budżecie Unii Europejskiej na lata 2014-2020 przeznaczono 8,6 mld euro. Te pieniądze mają dostać firmy, które same zapewnią część środków na badania i rozwój. W sumie europejskie i prywatne środki wydane w Polsce na innowacje mają w ciągu najbliższych 5 lat wynieść 12 mld euro.

Ostatnie strategie, czyli dokumenty programujące prace zarządów dużych grup z udziałem skarbu państwa, zawierają wyraźne elementy mówiące o innowacyjności – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Baniak, wiceminister skarbu państwa. – Każda z dużych grup jest mocno zaangażowana w prace badawczo-rozwojowe, a także w ścisłą kooperację z uczelniami.

Wydatki na badania i rozwój znacząco wzrosną. Przy wsparciu unijnym, w ramach poprzedniego budżetu wspólnoty, pieniądze na innowacje były pięciokrotnie mniejsze niż zaplanowano obecnie. Mimo to, podsumowując te inwestycje, podkreślano, że niemal 10 mld zł, jakie wydano, było sumą rekordową w naszej historii. Jednocześnie znacząco wzrósł udział własny polskich firm w tych inwestycjach. W latach 2010-2013 stanowił on ponad 32 proc. ogółu wydatków, podczas gdy wcześniej biznes partycypował w co najwyżej 20 proc. kwot wydawanych na innowacje.

Wystarczy wspomnieć, że chociażby w Grupie Orlen działa już fundusz venture, Grupa Azoty to kilkadziesiąt milionów złotych rocznie przeznaczonych na innowacyjność, podobnie Polska Grupa Zbrojeniowa czy Grupa Lotos – podkreśla Rafał Baniak. – Tam wszędzie o innowacyjności przestało się mówić, a zaczęło się ją robić.

W finansowaniu wydatków na badania i rozwój uczestniczy też Agencja Rozwoju Przemysłu, która do 2020 roku zamierza przeznaczyć na ten cel 1,3 mld zł pochodzących z budżetu UE.

Agencja Rozwoju Przemysłu jako instrument ministra skarbu państwa ma dzisiaj tę kompetencję, żeby komercjalizować wiedzę i następnie transferować ją do biznesu, w tym także do spółek skarbu państwa, choć nie wyłącznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Baniak, wiceminister skarbu państwa.

ARP zapowiada, że projekty w dużych przedsiębiorstwach będą dofinansowywane na poziomie 1-100 mln zł w okresie inwestycji nie dłuższym niż 10 lat w przypadku pożyczek i 3-5 lat w przypadku dokapitalizowania. Agencja zamierza m.in. wspierać firmy finansowaniem dłużnym w postaci pożyczek i obligacji, obejmować udziały w spółkach w ramach podwyższania kapitału, wspierać inwestycje związane z wdrożeniem innowacji oraz pomagać firmom w zdobywaniu finansowania z funduszy europejskich.

Provident chce opracowania kodeksu etyki reklamowej dla sektora finansowego. Firma jako pierwsza z branży przystąpiła do Rady Reklamy

Provident przystąpił do Rady Reklamy. Największa polska firma pożyczkowa liczy na to, że za nią pójdą kolejne przedsiębiorstwa z sektora finansowego, by wspólnie przygotować kodeks etyki reklamowej. Branża chce w ten sposób poprawić swój wizerunek wśród klientów.

Provident przystąpił do Rady Reklamy jako pierwsza firma z sektora finansowego. Ma nadzieję, że za jej przykładem pójdą inni.

– Jest to dla nas nie tylko zaszczyt, lecz także bardzo poważne zobowiązanie, ponieważ każda z naszych reklam będzie poddawana audytowi Komisji Etyki Reklamy w ramach Rady Reklamy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Patrycja Rogowska-Tomaszycka, dyrektor ds. korporacyjnych Provident Polska. – Również razem z Radą Reklamy Provident będzie tworzył kodeks etyki na rynku reklamy branży finansowej. Liczymy na to, że grono członków Rady się powiększy, że przystąpią inne firmy z rynku finansowego i że wszystkie będą poddawane audytowi pod kątem etyczności reklam.

Obecnie kodeks etyki reklamy obejmuje działania wielu branż, jednak nie branży finansowej. Tymczasem firmy z tego sektora nie tylko prowadzą intensywne działania promocyjne, lecz także zajmują się sprzedażą produktów, które mogą mieć istotny wpływ na życie klientów i wiązać ich na wiele lat.

– Znaczenie etyki reklamy w przypadku produktu, który kosztuje 5 zł i daje się łatwo zastąpić innym produktem, jest zupełnie inne niż w przypadku etycznego podejścia do reklamy produktu, który często wiąże klienta z dostawcą na całe życie – podkreśla Jacek Barankiewicz, prezes Rady Reklamy. – Tym bardziej uważamy, że należy tę sprawę uporządkować, i tym bardziej widzimy lukę na rynku w obszarze reklamy szeroko pojętej branży finansowej.

Provident dostrzega, że na rynku finansowym pojawia się coraz więcej rozwiązań produktowych, które  mogą być niezrozumiałe dla klientów. Firma liczy na to, że dzięki współpracy z Radą Reklamy uda się organizować działania marketingowe z odpowiedzialnością, przejrzystością oraz szacunkiem do klientów.

– Chcemy jako lider rynku kreować standardy, które spowodują, że klient w przekazie marketingowym będzie otrzymywał informację, która jest rzetelna, przejrzysta, że będzie wiedział, czego może od nas oczekiwać i jaki produkt finalnie dostanie – zaznacza Katarzyna Szerling, dyrektor marketingu Provident Polska

Prezes Rady Reklamy ocenia, że firmy sprzedające produkty finansowe dla własnego dobra muszą zacząć pracować nad poprawą swojego wizerunku. Zresztą, jak zauważa, już zaczyna zdawać sobie z tego sprawę sama branża.

– UOKiK też dał wyraźne sygnały branży finansowej, że powinna pracować, może nie tyle nad samym wizerunkiem, ile raczej nad poprawieniem relacji z konsumentami. Myślę, że kwestia kodeksu etyki reklamy, naszej roli i już kilkunastoletniego doświadczenia w tym obszarze, również międzynarodowego, daje nadzieje na to, że kwestia etyki w reklamie branży finansowej zostanie szybko uporządkowana.

Polski rynek kapitałowy mógłby być wart 50 miliardów złotych. Aktywność na rynkach finansowych ożywiłaby całą gospodarkę

Nawet 50 miliardów złotych mogliby inwestować Polacy na rynkach finansowych, gdyby ich aktywność była tej miary, co w krajach rozwiniętych. Jak podkreśla londyński inwestor Max Idzik, większe zaangażowanie w inwestycje na Foreksie czy na giełdzie rozruszałoby cała gospodarkę.

Osiągnięcie w Polsce poziomu aktywności inwestorów z krajów rozwiniętych dałoby potężny impuls do rozwoju całej gospodarce. Przy obecnej populacji Polaków w wieku produkcyjnym na rynkach kapitałowych powinno dzisiaj inwestować pół miliona Polaków.

– Jeżeli każdy z nich inwestowałby 100 tys. zł na rynkach finansowych, to mamy pół miliona osób, więc zasób tego kapitału bardzo łatwo policzyć mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Max Idzik, prezes Traders Centre. – Jest to bardzo duża suma i myślę, że dystrybucja naturalna, która wystąpiła pomiędzy np. rynkiem Forex czy rynkami instrumentów pochodnych, a także rynkami akcji, spowodowałaby wzrost aktywności gospodarczej w kraju.

Idzik, który doświadczenie zdobywał w londyńskim City, podkreśla, że obserwował rozwój innych rynków, które też startowały z niskiego poziomu. Jego zdaniem wystarczą odpowiednie przepisy i edukacja. Podkreśla, że np. w Australii każdy dorosły sam inwestuje połowę swoich składek emerytalnych. Od tego, czy robi to skutecznie, zależy standard jego życia na starość.

Patrząc na Singapur, ostatnie 15 czy 20 lat to tak naprawdę rozkwit tego miejsca jako stolicy finansowej. Dzisiaj oczywiście jest to miasto państwo, mieszka tam około 5,5 mln ludzi, z czego około 2 mln, czyli praktycznie wszyscy w wieku produkcyjnym, jest zaangażowane w jakiś sposób w rynki kapitałowe.

W Polsce jednak nie ma ani tradycji, ani zachęt do inwestowania pieniędzy na rynku kapitałowym. Dlatego, jak się szacuje, jest tu około 50 tys. osób, które aktywnie zajmują się inwestowaniem swoich pieniędzy. To 10 proc. potencjału, na jaki ocenia rynek Max Idzik.

Samo to, co czytamy np. o rynku walutowym i co się na nim dzieje, świadczy o tym, że społeczeństwo w ogóle nie widzi drugiej strony medalu, czyli ludzi, którzy zarabiają ubolewa prezes Traders Centre. Faktem jest, że centrum finansowym dla rynku Forex jest City, więc ci, którzy zarabiają, niestety, w 99 proc. są tam. Stąd też nasz pobyt w Polsce. Jest to absolutnie niszowy rynek, ponieważ tutaj nikt inny, kto się tym profesjonalnie zajmuje, w otwarcie nie opowiada o tym, jak do tego dochodzi i w jaki sposób inwestuje.

Edukacja potencjalnych inwestorów to według niego podstawa rozwoju rynku. Dobrą zasadą, propagowaną przez Warrena Buffetta, jest nieinwestowanie pieniędzy w produkt, którego się nie rozumie. W Polsce zaś niewiele można się dowiedzieć o bardziej skomplikowanych instrumentach stosowanych na międzynarodowych rynkach.

O ile o giełdzie wiedza jest dosyć duża, bo jednak wykłada się to na SGH, Akademii Leona Koźmińskiego czy innych dobrych szkołach biznesowych w Polsce, o tyle o rynku walutowym wiemy po prostu mało zwraca uwagę Max Idzik z Traders Centre. Dlatego że to środowisko foreksowe z londyńskiego City, które jest absolutnym centrum, jest bardzo hermetyczne i trzeba być wewnątrz, żeby zrozumieć, co tam się dzieje. Dlatego myślę, że edukacja jest konieczna.

Traders Centre w ubiegłym tygodniu uruchomiło pierwszy ogólnodostępny trading floor, gdzie każdy będzie mógł obserwować i uczyć się inwestowania na rynku walutowym od niemal 40 profesjonalnych traderów. Projekt skierowany jest głównie do początkujących graczy, którzy pragną rozpocząć swoją historię inwestycyjną.

Zużycie energii w domach i firmach można w łatwy sposób obniżyć o 1/5. Pomogą w tym technologie IT

Dzięki specjalnym technologiom informatycznym można obniżyć koszty zużycia energii elektrycznej nawet o 20 procent. Rozwój usług energy saving to nowy trend, który zakłada nie tylko doradztwo w zakresie wyboru optymalnego dostawcy energii, lecz także innowacyjne aplikacje, które monitorują bieżące zużycie oraz sterują wybranymi obwodami elektrycznymi.

– Konsumenci z roku na rok są coraz bardziej świadomi tego, że trzeba i można oszczędzać energię. W momencie, kiedy parę lat temu rynek energii został uwolniony, sporo firm i prywatnych konsumentów zainteresowało się rozwiązaniami, które pozwalają na spore oszczędności – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Tworek, prezesem zarządu zielonogórskiej firmy FreeEn, zajmującej się rozwiązaniami informatycznymi wpływającymi na oszczędności energii elektrycznej.

FreeEn oferuje kompleksowe usługi z zakresu IT, które zakładają m.in. zarządzanie, kontrolę i rejestrację parametrów zużywanej energii, prognozowanie zużycia energii czy wsparcie działań w celu uzyskania białych certyfikatów.  Poza tym firma doradza, która ofertawśród dostawców energii elektrycznej będzie najlepsza dla klienta, sprzedaje energię w ramach świadczenia usług multibrokera i dostosowuje układy pomiarowo-rozliczeniowe (w sytuacji klient zmienia dostawcę energii).

Mirosław Tworek szacuje, że minimalne oszczędności sięgają 3-4 proc., ale niektórzy klienci FreeEn osiągają je na poziomie kilkunastu, a niekiedy nawet 20 proc. Klientami FreeEn są zakłady przemysłowe, banki, sieci handlowe, branża hotelarska, sektor publiczny i prywatni konsumenci.

Jak dodaje prezes zarządu FreeEn, jeszcze 4-5 lat temu na rynku było niskie zainteresowanie podobnymi rozwiązaniami, co wynikało z braku narzędzi do przeprowadzania takich inwestycji oraz niewielkiej wiedzy na temat możliwych potencjalnych oszczędności energii.

– Teraz oszczędności firmy, które stosują szereg narzędzi czy w ogóle jakikolwiek consulting, są ogromne. Na przestrzeni kilkunastu, kilkudziesięciu firm oszczędności sięgają nawet kilkudziesięciu milionów złotych rocznie – tłumaczy Tworek. –  Warto zaznaczyć, że mówimy tu nie tylko o firmach komercyjnych, lecz także jednostkach samorządowych czy rządowych. Bardzo nas cieszy rosnące zainteresowanie tymi możliwościami.

Rozwój energooszczędnych rozwiązań wynika z rządowej liberalizacji prawa (m.in. konsumenci mogą łatwo zmienić dostawcę energii elektrycznej). Jednak rozwój rynku wymaga dodatkowej edukacji i wzrostu świadomości wśród klientów.

Mirosław Tworek  wyjaśnia, że nie istnieje reguła, według której największe oszczędności generuje określony typ obiektów. Może to być zarówno duża fabryka, jak i kilkadziesiąt, kilkaset niewielkich punktów (sieć sklepów, hoteli, centrów handlowych).

– Potrzebne są narzędzia, które umożliwiają tego typu rozwiązania. Dlatego rekomendujemy wszelkie aplikacje, które zwyczajnie o każdej porze dnia i nocy informują, co się z tą energią w danym momencie dzieje – wyjaśnia Tworek.

Aplikacje przede wszystkim pozwalają obniżyć koszty poprzez monitorowanie bieżącego zużycia, przewidywanie z odpowiednim wyprzedzeniem zjawisk, które generują dodatkowe, wysokie koszty (przekroczenia mocy) i w konsekwencji wskazanie na zbędne obszary wykorzystania energii elektrycznej oraz automatyczne sterowanie wybranymi obwodami elektrycznymi.

– Klienci chcą kontrolować to, co się dzieje ze środkami wydatkowanymi na energię. A w wielu przypadkach koszty energii i w ogóle mediów to pozycja w pierwszej piątce wszystkich kosztów działalności firmy, czyli znacząca pozycja kosztowa. Zainteresowanie jest coraz większe, a to wynika z coraz droższych i trudno dostępnych klasycznych surowców energetycznych, jak węgiel – mówi prezes FreeEn. – Naszym zdaniem energia będzie coraz droższa, coraz trudniej dostępna, a narzędzia, które będą wykorzystywały możliwości obniżenia kosztów z tym związanych, będą cieszyły się coraz większym zainteresowaniem.

Niskie stopy procentowe zwiększą zainteresowanie kredytami. Banki będą zachęcać do korzystania z kart kredytowych

Obniżka stóp procentowych może zachęcić Polaków do większej aktywności na rynku kredytowym. Już w 2014 roku banki udzieliły 7,6 mln kredytów o łącznej wartości 78 mld zł. Obniżenie stóp, a więc i oprocentowania kredytów, oznacza dla banków konieczność poszukiwania bardziej rentownych i atrakcyjnych dla klientów produktów. W ubiegłym roku były to karty kredytowe.

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że 2014 rok był dobry dla rynku customer finance. Polacy zaciągnęli 7,6 mln pożyczek, czyli o 13 proc. więcej niż w 2013 roku. Ich wartość była o 11 proc. większa, wzrosła do 78 mld zł.

Na taki wynik wpływ miał stabilny rozwój gospodarczy w Polsce. Rosnące zatrudnienie i spadek bezrobocia przełożyły się na większy optymizm konsumentów, a tym samym na zwiększenie ich zakupów, w części finansowanych kredytem. Z drugiej strony spadek stóp procentowych sprawił, że kredyty stały się tańsze – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Gaj, zarządzający programami lojalnościowymi i komunikacją w Sygma Banku.

W tym roku liczba udzielanych kredytów może być jeszcze większa. 4 marca Rada Polityki Pieniężnej po raz kolejny obniżyła stopy procentowe. Stopa referencyjna wynosi obecnie 1,5 proc. (wcześniej 2 proc.), a stopa lombardowa, od której zależy oprocentowanie kredytów konsumpcyjnych, została obniżona o 50 punktów bazowych do 2,5 proc. To oznacza, że maksymalne oprocentowanie może teraz wynosić 10 proc. (czterokrotność stopy lombardowej).

Dla banków – w sektorze kredytów – obniżki stóp to niekoniecznie dobra wiadomość. Dlatego szukają rentowności w innych oferowanych produktach.

W ubiegłym roku takim produktem były karty kredytowe. Po raz pierwszy od lat 2008-2009, czyli od kryzysu finansowego, zwiększył się portfel kart kredytowych i wyniósł 6,3 mln sztuk, choć trzeba pamiętać, że aktywnych jest ok. 4 mln kart – mówi Gaj.

Ekspert podkreśla, że banki wciąż czeka dużo pracy, aby przekonać klientów do kart kredytowych i korzystania z nich przy codziennych zakupach. Dlatego tworzone są programy lojalnościowe i rabatowe.

Banki chcą również korzystać na rozwoju bankowości mobilnej. Ten rynek w Polsce dopiero raczkuje, więc instytucje finansowe dopiero szukają optymalnych rozwiązań.

Od szybkiego wzrostu rynek powstrzymuje brak jakichkolwiek standardów. Na razie poszczególne banki oferują inne rozwiązania, często mają je także w ofercie operatorzy komórkowi. Klient musi mieć wyraźną korzyść z takiego rozwiązania, bo przecież z kart też już można bardzo wygodnie korzystać – podkreśla Artur Gaj.

Obecnie z bankowości mobilnej korzysta 3,5 mln Polaków. Liczba ta powinna systematycznie rosnąć, zwłaszcza że rodzimy rynek jest otwarty na nowinki technologiczne. Szybko przyjęła się np. płatność bezstykowa kartami, obecnie 20 z 35 mln wydanych kart ma taką możliwość, dlatego eksperci liczą na to, że podobnie będzie też z bankowością mobilną.

Jesteśmy na początku tego procesu, w tej chwili rynek rośnie o kilkaset procent rocznie. Tempo jest bardzo duże, ale należy pamiętać, że ruszamy prawie z zerowego poziomu – zaznacza Artur Gaj.

Polski rynek transakcji internetowych rośnie w dwucyfrowym tempie. W 2015 roku wartość transakcji sięgnie 25 mld zł

Polski rynek handlu elektronicznego jest największy w Europie Wschodniej i rośnie w tempie dwucyfrowym. Specjalizująca się w obsłudze transakcji internetowych firma PayPal szacuje jego wartość na 25 mld zł i zapowiada, że chce w Polsce oferować nowe usługi ułatwiające transakcje transgraniczne.

Chcemy być platformą dla każdego zainteresowanego robieniem transakcji handlowych, ułatwiać handel pomiędzy handlowcami i kupującymi zarówno Polsce, jak i na całym świecie mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Damien Perillat, dyrektor zarządzający PayPal. – Chcemy być platformą, która faktycznie daje dostęp do świata każdemu, kto ma swoją siedzibę tutaj i chce kupować globalnie lub chce sprzedawać i w kraju, i za granicą.

PayPal prowadzi płatności internetowe. Zamiast numeru konta używa się w nim adresu e-mailowego, a pieniądze przelewa pomiędzy kartami kredytowymi lub założonymi w systemie kontami. Obecnie system używany jest w blisko 200 krajach.

Bardzo chcemy kontynuować ekspansję w sieć akceptacji w Polsce i uruchomić nowe, innowacyjne usługi deklaruje Damien Perillat. – Drugą rzeczą jest bardzo silny nacisk na handel mobilny, nie tylko dlatego, że jest on bardzo ważną częścią handlu elektronicznego, lecz także dlatego, że poprzez urządzenia mobilne handlowcy i detaliści mogą korzystać z nowych narzędzi, których nie mogli wykorzystywać wcześniej, a które dają nowe możliwości jeśli chodzi o zaangażowanie konsumenta i interakcję z nim.

W 2014 roku kwota przetworzonych przez PayPal transakcji wzrosła na świecie do 228 mld dolarów, czyli aż o 27 proc., i jak ocenia dyrektor zarządzający PayPal, jeśli chodzi o wolumeny płatności, nie ma dziś innej firmy, która przetwarzałaby tyle płatności cyfrowych i w handlu elektronicznym.

Znów, jeśli spojrzeć na statystyki dotyczące płatności mobilnych i transgranicznych, to około 20 proc. płatności w PayPal dokonywana jest mobilnie, a około 25 proc. całkowitej wartości tych płatności dokonywana jest transgranicznie. To, co również dla nas jest bardzo ciekawe, to fakt, że tendencja, którą obserwujemy na całym świecie, to również tendencja, którą obserwujemy w Polsce, jest to więc bardzo dobry znak, bardzo zachęcający znak, który sygnalizuje, że polski rynek handlu elektronicznego staje się bardziej dojrzały i coraz bardziej wyrafinowany.

O ile jednak Polska jest regionalnym potentatem, o tyle do rozwiniętych rynków nadal jej jeszcze daleko. W 2013 roku wartość handlu elektronicznego nad Wisłą wyniosła ok. 5 mld euro, czyli nieco ponad 20 mld zł. Dla porównania w Niemczech było to 48,5 mld euro, a w Wielkiej Brytanii – 112 mld euro. Mimo dynamicznego wzrostu nadal sporo dzieli więc Polskę od bogatych krajów zachodu Europy. Choć ten dystans systematycznie maleje.

Jeśli spojrzymy na stopę wzrostu w Polsce, a jest to bardzo ważne, to ten wzrost jest dwucyfrowy, czyli o wiele szybszy niż te, który obserwujemy w pozostałych krajach Unii Europejskiej zauważa Damien Perillat z PayPal. – Niezależnie od rozmachu, z jakim rozwijają się w Polsce zakupy mobilne, widzimy również bardzo silny i pewny rozmach, jeśli chodzi o zakupy transgraniczne, i to nie tylko jeśli chodzi o polskich kupujących, którzy udają się do sklepów zagranicznych, lecz także o obcokrajowców, którzy robią zakupy w polskich sklepach internetowych.

Wielkanocne wyjazdy coraz popularniejsze wśród Polaków. Najczęściej wybierana destynacja to Rzym

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej Polaków decyduje się spędzić Wielkanoc za granicą zamiast przy rodzinnym stole. Najpopularniejsze kierunki wyjazdów to europejskie stolice, głównie Rzym, Paryż i Londyn. Spragnieni słońca i ciepła Polacy chętnie wybierają także egzotyczne kurorty, np. w Maroku lub na Malcie. Przy organizacji wielkanocnych wyjazdów coraz więcej osób rezygnuje z pośrednictwa biur podróży i samodzielnie poszukuje przelotów i miejsc noclegowych.

Wyjazdy wielkanocne są zwykle kilkudniowe. Jeśli wypadają w drugiej połowie kwietnia, wyjazd może być łączony z majówką. Spośród wszystkich destynacji największą popularnością cieszą europejskie stolice, głównie Rzym. W Wiecznym Mieście odbywa się w tym czasie wiele nabożeństw, które przyciągają zwłaszcza pielgrzymów.

– Bardzo upodobaliśmy sobie Włochy. Dwa lata temu, rok temu i w tym roku najpopularniejszym kierunkiem wśród Polaków jest Rzym. Poza tym lubimy jeździć do Wielkiej Brytanii, często wybieramy Londyn. Rezerwujemy również na własną rękę hotele w Barcelonie i Paryżu. Spośród polskich miast, nie tylko w okresie Wielkanocy, dużą popularnością cieszą się duże miasta. Podróżujemy do Warszawy, Wrocławia, Gdańska i Gdyni. W okresie wielkanocnym najczęściej wybieramy jednak Kraków mówi Justyna Śnieżek z Trivago Polska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Kraków jest najdroższym polskim miastem w czasie Wielkanocy, głównie ze względu na wysokie ceny zakwaterowania. W pozostałych miesiącach najwyższe ceny ma natomiast Sopot. W czasie Wielkanocy Polacy równie chętnie wybierają się w góry. Spośród górskich miejscowości wypoczynkowych największą popularnością cieszą się Zakopane i Karpacz.

Osoby spragnione słońca i ciepła decydują się natomiast na bardziej egzotyczny wyjazd, np. na plaże Maroka, Malty lub Dominikany. Organizując wyjazd, Polacy coraz częściej rezygnują z pośrednictwa biur podróży.

– Z roku na rok coraz więcej Polaków samodzielnie wyszukuje sobie noclegi i planuje wyjazdy. Widzimy taki trend, że porównywarki cen zyskują na popularności. Coraz więcej osób poszukuje samodzielnie noclegów i przelotów. Ten trend jest rosnący mówi Justyna Śnieżek.

Podróżnicze gusta Polaków pokrywają się z upodobaniami innych mieszkańców Europy. Rzym, Paryż i Londyn są najchętniej wybierane na krótkie wyjazdy także przez Niemców, Austriaków i Czechów.

Popołudniowy komentarz walutowy z 11.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 11.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Lewiatan krytykuje zmiany w prawie farmaceutycznym

Nowy projekt Prawa farmaceutycznego, który powstał w wyniku prac sejmowej podkomisji nadzwyczajnej, tylko częściowo dotyczy kontroli wywozu leków. Przewiduje natomiast stworzenie systemu monitorującego obrót ponad 30 tys. leków, w tym również dostępnymi bez recepty. Zdaniem Konfederacji Lewiatan takie rozwiązanie wcale nie zwiększy dostępności leków na naszym rynku.

– Jesteśmy za wprowadzeniem regulacji dotyczącej kontrolowania wywozu leków z Polski. Nasze obawy budzi jednak zakres tej regulacji, która może nie przejść notyfikacji w Komisji Europejskiej. Postulujemy zatem ograniczenie projektu do kwestii najważniejszych i zwiększenie kontroli nad wywozem leków niezbędnych dla ratowania życia pacjentów – mówi Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Monitoring ma tymczasem objąć także sprawozdawczość dotyczącą środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz refundowanych wyrobów medycznych. Zbierane mają być dane bardzo wrażliwe (jak np. cena sprzedaży). Nie wskazano zasad ochrony tych danych przed dostępem osób trzecich.

– W naszej opinii budowa tak szerokiego systemu monitoringu nie wpłynie na dostępność leków, których braki stanowią zagrożenie dla życia i zdrowia pacjentów. Obecnie problem dotyczy około 50 leków innowacyjnych i refundowanych (głównie przeciwzakrzepowe, przeciwastmatyczne, kardiologiczne i onkologiczne) – dodaje Dobrawa Biadun.

Konfederacja Lewiatan

Ważą się losy ustawy hazardowej. Polska straciła na niej ponad 4 miliardy złotych

Jeśli dzisiaj Trybunał Konstytucyjny uzna, że ustawa hazardowa jest niezgodna z ustawą zasadniczą, Skarb Państwa może zostać zasypany pozwami przez byłych posiadaczy automatów do gier. Suma może być niebagatelna – eksperci cytowani przez portal Money.pl mówią nawet o 8 miliardach złotych odszkodowań.

Dziś o 17.15 Trybunał Konstytucyjny wyda wyrok w sprawie zgodności z konstytucją ustawy hazardowej. Sprawę zgłosili: Naczelny Sąd Administracyjny, Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe X Wydział Karny. Chcą między innymi ustalenia czy można pociągać do odpowiedzialności karnej osoby, które prowadzą grę losową, grę na automacie lub zakład wzajemny wbrew zakazom zawartym w przepisach. Kluczowe będzie ustalenie, czy przepisy zawarte w ustawie, która nie została notyfikowana przez Unię można stosować przeciwko jednostkom – tłumaczył podczas rozprawy prezes TK Andrzej Rzepliński.

W 2012 roku Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu stwierdził, że Polska powinna była notyfikować, czyli zgłosić ustawę hazardową do Komisji Europejskiej. Skoro jednak do tego nie doszło, przepisy są wadliwe. Do ustalenia, co to znaczy, zostały wezwane polskie sądy. Te jednak nie wiedziały, co robić. Z jednej strony przepisy nie zostały uchylone, więc celnicy ścigali posiadaczy jednorękich bandytów, z drugiej organizacje takie jak Związek Przedsiębiorców i Pracodawców przekonywały, że organy administracji publicznej i sądy powinny powstrzymać się od stosowania tych przepisów przynajmniej poprzez zawieszenie toczących się na ich podstawie spraw do czasu rozstrzygnięcia o ich mocy obowiązującej.

Służba Celna przekonuje tymczasem, że do czasu podjęcia przez Trybunał rozstrzygnięcia w tej sprawie nie ma podstaw do odmowy stosowania przepisów ustawy o grach hazardowych, a przedsiębiorcy się z tym nie zgadzają i skarżą celników do sądów.

Jak podaje ZPP, liczba punktów na automaty o niskich wygranych spadła od 2009 roku o blisko 22 tysiące. Od 2010 roku przestały być bowiem udzielane nowe zezwolenia między innymi na urządzanie gier na tych maszynach. Te zaś zgody, które obowiązywały, powoli tracą ważność.

Od wprowadzenia ustawy Służba Celna tropi również domeny, na których organizowane są gry internetowe z naruszeniem prawa. Jak podaje Money.pl, celnicy w 2014 roku wykryli ich ponad 1000, z czego 230 już usunęło treści, które wzbudziły czujność służb. Najnowsze dane mówią, że obecnie toczy się postępowanie wobec, jak zapewnia instytucja, blisko 17 tysięcy osób, uczestniczących w nielegalnych grach internetowych na zagranicznych serwerach. Służba Celna nie ma wątpliwości, że to, co robi jest legalne i zasadne. Zaś sugestie, że eliminując automaty do gier celnicy narażają się na odpowiedzialność karną traktuje jako próbę zastraszenia funkcjonariuszy celnych.

Państwo uderzyło jednak nie tylko w posiadaczy automatów, ale również w graczy, którzy oddawali się hazardowi w sieci. Pierwszy Polak skazany za internetowy hazard oskarżony był o to, że w latach 2009-2011, działając w krótkich odstępach czasu, wielokrotnie uczestniczył – przez sieć internet – w zagranicznych grach losowych i zagranicznych zakładach wzajemnych. Sąd Rejonowy w Szczecinku wymierzył mu karę grzywny 5000 zł i 500 zł kosztów sądowych. Tak wynika z kopii wyroku, opublikowanego w sieci. Wkrótce potem jednak sędziowie uznali, że sprawa musi zostać przełożona, bo wniosek skarbówki jest niepełny i wymaga uzupełnienia.

Nie był to jednak przypadek jednostkowy. Na stronie Służby Celnej możemy wyczytać na przykład o mieszkance Pabianic, która musiała zapłacić aż 12 tysięcy złotych za to, że przez cztery lata uczestniczyła w internetowych zagranicznych zakładach wzajemnych.

Do grudnia 2014 roku służby zainteresowały się już dziesiątkami tysięcy graczy. – Namierzyliśmy niemal 25 tys. internetowych hazardzistów, w tym 17 700, którzy uzyskali wygraną na łączną kwotę 27 mln. Do 22 października wszczęto 1072 postępowania karno-skarbowe – mówił Jacek Kapica, szef Służby Celnej i wiceminister finansów, podczas posiedzenia Komisji Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki pod koniec zeszłego roku.

Działająca legalnie branża dość krytycznie podchodziła jednak do tych kroków. – Działania podjęte przez Ministerstwo Finansów nie zażegnają skutecznie problemu. W pełni popieramy czynności na rzecz egzekwowania prawa, jednak w tym przypadku zamiast w źródło problemu uderza się w obywateli – twierdziło Stowarzyszenie Pracodawców i Pracowników Firm Bukmacherskich w oficjalnym oświadczeniu poświęconym działaniom Ministerstwa Finansów.

Na problemach z ustawą tracą jednak nie tylko gracze i właściciele firm, ale również Skarb Państwa, ponieważ ze spadkiem liczby automatów do gry zmniejszyła się również suma, jaka wpływała do budżetu z podatków nałożonych na branżę hazardową. O jakich stratach mowa? Jak podaje ZPP, wpływy z tego tytułu od gier z automatów o niskich wygranych zmniejszyły się od 2010 roku o 332,4 mln złotych.

Związek poszedł nawet dalej. Wyliczył, ile na ustawie stracił Skarb Państwa, porównując potencjalne wpływy z podatku od gier oraz wpływy obecne. Okazało się, że w ciągu trzech lat, od 2010 do 2013 roku przepadły w ten sposób blisko 4,4 miliardy złotych! Pomimo zapytań Money.pl, resort finansów nie odniósł się do tych wyliczeń.

Skarb Państwa może jednak czekać strata kolejnych miliardów. Jeśli bowiem dziś Trybunał uzna, że ustawa jest niezgodna z Konstytucją, przedsiębiorcy mogą masowo występować z pozwami o odszkodowania. ZPP tłumaczy to jasno: Każde zastosowanie nienotyfikowanego przepisu jest tożsame z działaniem bezprawnym ponieważ bez podstawy prawnej i jako takie rodzi odpowiedzialność odszkodowawczą po stronie państwa. I liczy, że odszkodowania te mogą sięgnąć nawet 8 miliardów złotych.

Ministerstwo operuje nieco niższymi kwotami. W grudniu 2014 roku Mateusz Szczurek w piśmie przesłanym do Trybunału Konstytucyjnego przyznał, że roszczenia cywilnoprawne podmiotów działających na rynku gier hazardowych oscylują na poziomie ok. 6 mld zł. To suma wynikająca z: wezwań do prób ugodowych (ok. 5,7 mld złotych), pozwów o odszkodowania (ok. 50 mln złotych) oraz postępowania arbitrażowego pomiędzy Polską a zagranicznym podmiotem sektora gier hazardowych (ok. 120 mln złotych).

 

Spotkanie ministrów finansów z Europejskiej Partii Ludowej

Ustanowienie Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych – jednego z elementów Planu Inwestycyjnego dla Europy, który ma zwiększyć inwestycje i wzrost w Unii Europejskiej to temat rozmów ministrów finansów i gospodarki z tych państw członkowskich UE, w których partie rządzące wchodzą w skład Europejskiej Partii Ludowej (EPL). Spotkaniu, które odbyło się 10 marca br. w Brukseli, współprzewodniczył minister finansów Mateusz Szczurek.

Ministrowie zapoznali również się z sytuacją w Grecji i przebiegiem rozmów nt. dalszego wsparcia tego kraju w związku z wygaśnięciem z końcem lutego br. programu pomocowego. Dyskutowano także o wdrażaniu Paktu Stabilności i Wzrostu, w tym rekomendacji dla Francji, wydłużającej o 2 lata termin na zredukowanie nadmiernego deficytu.

EPL jest największą organizacją polityczną skupiającą 78 partii politycznych z 40 państw, w tym większość szefów państw i rządów oraz 14 komisarzy, w tym przewodniczącego Komisji Europejskiej. Jest też największą grupą polityczną w Parlamencie Europejskim. Spotkania EPL i ministrów uczestniczących w Radzie ECOFIN odbywają się regularnie od 2008 r. Dyskusję moderuje przewodniczący EPL (obecnie Joseph Daul) oraz wybrani wiceprzewodniczący ze strony ministrów (zwyczajowo po jednym ministrze z państwa ze strefy euro i spoza niej). Obecnie wiceprzewodniczącymi są hiszpański minister gospodarki i konkurencyjności Luis de Guindos oraz od marca br. polski minister finansów Mateusz Szczurek.

Więcej o spotkaniu na stronie Europejskiej Partii Ludowej.

Dwa pomysły na pomoc frankowcom. Czy Państwo dopłaci?

Przewodniczący Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz podczas Forum Bankowego przedstawił propozycje banków na to, jak rozwiązać problem kredytów CHF. Banki chcą, by wykorzystać w tym celu także środki z budżetu państwa. Przeciwny temu rozwiązaniu jest szef Komisji Nadzoru Finansowego – Andrzej Jakubiak.

Związek Banków Polskich proponuje, by utworzyć dwa specjalne fundusze. Fundusz wspierania restrukturyzacji kredytów hipotecznych byłby adresowany do wszystkich klientów, mających problemy ze spłatą kredytów – niezależnie od tego, czy byłyby to kredyty złotowe, czy walutowe. Z funduszu mogłyby skorzystać osoby, które utraciły pracę, są dotknięte chorobą lub padły ofiarą klęski żywiołowej. Fundusz byłby stworzony przede wszystkim ze środków bankowych.

Sektorowy fundusz stabilizacyjny miałby stabilizować wysokości rat kredytu. Można by z niego skorzystać wówczas,  gdyby kurs franka gwałtownie wzrósł, co przełożyłoby się na skokowy wzrost wartości kredytu. Kredytobiorca, który skorzystałby z funduszu, musiałby się jednak zobowiązać, że przewalutuje swój kredyt na złotówki, kiedy kurs franka spadnie do wcześniejszego poziomu.

Oba fundusze zakładają wsparcie ze strony budżetu państwa. W przypadku pierwszego z nich na poziomie 50%, a w przypadku drugiego w 33%.

– W przypadku propozycji przedstawionej przez banki największe kontrowersje może budzić prośba, by w kwestii rozwiązania problemu kredytów walutowych, sięgnąć po pieniądze z budżetu państwa. Innymi słowy, do rozwiązania problemu z CHF miałyby zostać wykorzystane środki publiczne, czyli także tych klientów którzy spłacają już kredyty w złotówkach oraz tych, których na kredyt w ogóle nie stać – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl

Alternatywy KNF

Alternatywną propozycję przedstawił szef Komisji Nadzoru Finansowego – Andrzej Jakubiak. Uważa, że koszt powinien rozkładać się tylko na banki i na kredytobiorców. KNF proponuje, by przewalutować kredyt po kursie średnim i podzielić go na 2 zobowiązania:

  1. właściwy kredyt hipoteczny, obsługiwany, zabezpieczony i oprocentowany jak kredyt w złotych;
  2. kredyt niezabezpieczony hipotecznie i w połowie umarzany, jego wartość odpowiadałaby skali/kosztowi deprecjacji.

– Przedstawiciele sektora bankowego z ZBP chcą, aby za błędy banków i klientów częściowo zapłacili także podatnicy, których na kredyt mieszkaniowy w ogóle nie było stać. Byłby to klasyczny transfer dochodu od biednych do bogatszych. Po drugie, w propozycji ZBP to kredytobiorca miałby wziąć na siebie prawie całość strat poniesionych na aprecjacji franka – dodaje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

ZBP nie chce fajerwerków

Zdaniem Bogusława Półtoraka, redaktora naczelnego Bankier.pl, dla frankowiczów kluczowe będą mocniejsze zachęty do przewalutowania kredytów po mocnym osłabieniu franka na rynku walutowym, co – jak przewiduje – pewnie nastąpi w perspektywie kilkunastu miesięcy.

ZBP przekonuje, że chce spokojnego rozwiązania problemu dla zadłużonych we franku, a nie tylko dla sektora bankowego.

– Podział ryzyka kursowego jest nierówny na niekorzyść klientów. Banki mają też wątpliwości, czy respektować ujemne stawki LIBOR. W mojej opinii propozycje ZBP to wstęp do dalszych negocjacji z rządem. Jedyne co powinniśmy negować na wstępie, to dokapitalizowanie jakiegokolwiek funduszu z pieniędzy podatników. Banki są instytucjami zaufania publicznego. Mają specjalne prawa, ale też specjalne obowiązki i powinny o tym pamiętać. Bank, jako profesjonalna strona umowy, miał odpowiednią wiedzę i możliwości lepszego przewidzenia niektórych wydarzeń rynkowych, a także oszacowanie i wycenę ryzyka. W związku z tym, musi w większym stopniu niż klienci partycypować w kosztach potrzebnych do rozwiązania problemu kredytów walutowych – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Coraz mniej korzystamy ze zwolnień lekarskich

106 mln dni – tyle czasu w ubiegłym roku spędzili Polacy na zwolnieniach lekarskich. Dobra wiadomość jest taka, że to o prawie 5% mniej niż w roku 2013. Nieobecności te kosztowały pracodawców ponad 24 mld zł.

Najwyższy odsetek osób korzystających z L4 notuje się w rejonach, w których jest najwięcej pracowników oraz dużych przedsiębiorstw. W statystykach przoduje województwo śląskie – ponad 12,8% zatrudnionych było na zwolnieniach lekarskich. Kolejne w rankingu jest mazowieckie (12,5%), a tuż za nim plasują się wielkopolskie (10,4%) oraz łódzkie (8,5%). Najczęściej na zwolnienia idą pracownicy przemysłu, handlu i administracji publicznej. Najrzadziej – pracownicy oświaty i służby zdrowia.

Można zauważyć, że niechętnie korzystamy z krótkoterminowych L4. „Polacy coraz bardziej szanują pracę i dojrzewają jako społeczeństwo pracownicze” – mówi serwisowi infoWire.pl Krzysztof Inglot z Work Service. Jednak nadal widać, że zwolnienia lekarskie są nadużywane, co dziwi, biorąc pod uwagę to, że dni chorobowe nie są w pełni płatne.

Duża liczba wykorzystanych pojedynczych dni chorobowych nie jest mile widziana przez pracodawców – może oznaczać poważne problemy zdrowotne lub trudności komunikacyjne z otoczeniem, z powodu których nie chcemy być w pracy. W razie potrzeby, zamiast oszukiwać i brać fałszywe L4, lepiej porozmawiać z przełożonym i skorzystać z należącego się nam urlopu.

Praca ważniejsza niż zdrowie?

Mimo złego samopoczucia nie opuszczasz żadnego dnia w pracy? Z wysoką gorączką oraz katarem realizujesz kolejne przedsięwzięcia i nie dajesz sobie czasu na wyzdrowienie? Być może chorujesz nie tylko na grypę, lecz także prezenteizm.

To choroba wyróżniana od stosunkowo niedawna. Osoby nią dotknięte, chociaż są niedysponowane, „boją się” wziąć kilka dni wolnego. „Czujemy się niezbędni w pracy i przychodzimy chorzy, mimo że nasza produktywność jest wtedy znacznie mniejsza” – mówi serwisowi infoWire.pl Katarzyna Niewińska, psychoterapeutka z kliniki Psychomedic.pl.

Według badań prawie połowa Polaków (ok. 45%) w czasie choroby idzie do pracy. Decydują się na to z powodu braku zastępstwa (ok. 36%), nadmiaru obowiązków (ok. 33%) lub kwestii finansowych (ok. 32%). Ponadto wśród przyczyn wymienić można poczucie winy, obawę przed pretensjami ze strony współpracowników i szefa oraz strach przed utratą pracy. Czasem też nadmiernie zależy nam na pokazaniu zaangażowania i dlatego staramy się udowodnić, że praca jest dla nas ważniejsza niż własne zdrowie. Nie jest to jednak prawidłowe podejście – wyjaśnia ekspertka.

Granica między sumiennością a prezenteizmem jest cienka. Pracodawcy nie powinni dopuszczać do sytuacji, w której chorzy pracownicy przychodzą do pracy, ponieważ z punktu widzenia firmy jest to nieekonomiczne i nieopłacalne. W dodatku powoduje inne, poważniejsze problemy – brak asertywności, niską samoocenę lub chęć nadmiernego przypodobania się otoczeniu. Dlatego prezenteizmu nie należy bagatelizować. Warto poprosić o pomoc psychologa i jak najszybciej rozpocząć terapię.

Kierowco TIR-a, śpisz w kabinie pojazdu? Dostaniesz pieniądze

Kierowca samochodu ciężarowego może spać w jego kabinie, ale musi mieć zapłacony ryczałt z powodu niezapewnienia przez pracodawcę noclegu – orzeczenie Sądu Najwyższego wywołało burzę wśród właścicieli przedsiębiorstw transportowych.

Dotychczas udostępnienie kabiny wyposażonej w miejsce do spania, a więc zapewnienie bezpłatnego noclegu, zwalniało pracodawcę z obowiązku wypłaty ryczałtu. Jednak Sąd Najwyższy uznał, że leżanka w samochodzie to nie łóżko. Firmy transportowe muszą zadbać o noclegi w hotelach dla wszystkich swoich kierowców jeżdżących na trasach międzynarodowych. Jeśli tego nie zrobią, pracownik ma prawo domagać się pieniędzy.

Wyrok spowodował, że kierowcy mogą domagać się wypłaty zaległych ryczałtów z tytułu spędzania nocy w kabinie pojazdu za okres trzech ostatnich lat. „Wysokość takiego roszczenia to przeciętnie 50 tys. zł dla kierowcy, a łączna wartość potencjalnych świadczeń może wynosić nawet 2 mld zł” – mówi serwisowi infoWire.pl Paweł Trębicki ze stowarzyszenia pracodawców Transport i Logistyka Polska.

Konieczność wypłaty ryczałtów może doprowadzić do upadłości wielu przedsiębiorstw transportowych. A to wiąże się z likwidacją setek tysięcy miejsc pracy. Firmy, którym uda się przetrwać kryzys, będą zmuszone zgodnie z ustawą zmienić system wynagrodzeń. W konsekwencji kierowcy będą zarabiać mniej – dodaje ekspert.

Konieczne jest wypracowanie nowych rozwiązań legislacyjnych. „Traktowanie pracy kierowcy TIR-a jako podróży służbowej nie odpowiada jej specyfice. Co więcej, przepisy nie mogą gwarantować, że kierowca będzie otrzymywał ryczałt jako stały dodatek do pracy, niezależnie od tego, czy poniósł wydatki związane z noclegiem, czy też nie. Jest to sprzeczne z Kodeksem pracy” – zaznacza Maciej Wroński, przewodniczący Transportu i Logistyki Polskiej.

Fundusz z Grupy MCI inwestuje w Ganymede

MCI.TechVentures 1.0, fundusz z Grupy MCI, inwestujący w spółki technologiczne w fazie wzrostu i ekspansji w krajach CEE, Niemczech, Turcji oraz Rosji, zrealizował inwestycję w Ganymede, jedną z największych polskich spółek z branży gier komputerowych. Ganymede specjalizuje się w grach typu social casino, posiadając w swoim portfelu kilkadziesiąt tytułów oferowanych w ponad stu krajach. Środki pozyskane z inwestycji funduszu zostaną przeznaczone na dalszy rozwój portfela gier oraz promocję i pozyskanie nowych użytkowników na najbardziej perspektywicznych rynkach.

Fundusz MCI.TechVentures 1.0 konsekwentnie realizuje strategię inwestycyjną, zakładającą inwestycje w spółki posiadające pozycję lidera w wybranych segmentach rynku, charakteryzujących się dużym potencjałem wzrostu. Segment gier social casino przez ostatnie cztery lata charakteryzował się dynamiką wzrostu przychodów na poziomie +50% rocznie, z wartością przychodów w 2014 roku na poziomie 2,6 mld USD.

Ganymede przez 10 lat swojej działalności zdobyła bardzo silną pozycję wśród polskich producentów gier online. Spółka jest właścicielem serwisu GameDesire.com, jak również współpracuje z siecią partnerów z całego świata. Dotychczasowy sukces finansowy spółki i plany dalszego wzrostu opierają się na wysokiej jakości oferowanych gier przyciągających nowych użytkowników – średnia liczba dziennych rejestracji na wszystkich serwisach, włączając Facebook’a, wyniosła w 2014 r. prawie 50 tys., natomiast wskaźnik MAU (ang. monthly active users) na przestrzeni ostatnich dwóch lat wzrósł prawie trzykrotnie – mówi Sylwester Janik, Partner w MCI Management S.A., zarządzający funduszem MCI.TechVentures 1.0.

Pozyskana przez Ganymede runda finansowania zostanie przeznaczone na rozwój nowych gier social casino na urządzenia mobilne, kampanie marketingowe oraz dalsze wzmocnienie zaplecza analitycznego. Plany ekspansji produktowej i rynkowej są ściśle związane z powiększeniem zespołu o specjalistów w zakresie rozwoju gier oraz osoby z doświadczeniem marketingowym oraz analitycznym.

Realizacja strategii dalszego dynamicznego wzrostu wymaga od nas pozyskania najlepszych pracowników na rynku. W tym roku planujemy zwiększenie zatrudnienia o 50 osób. Aby zrealizować plan rekrutacji, nie wykluczamy otworzenia biura w Londynie lub San Francisco. Wierzymy, że pozyskanie funduszu z Grupy MCI jako partnera, który podziela naszą wizję i strategię rozwoju sprawi, że zrealizujemy nasze plany – dodaje Maciej Mróz, CEO Ganymede.

Poza środkami na dalszy rozwój spółki, MCI wnosi również know-how wyniesiony ze współpracy z innymi spółkami rozwijającymi gry komputerowe oraz sieć swoich kontaktów w sektorze.

– Plan, który sobie nakreśliliśmy we współpracy z MCI w trakcie przygotowania inwestycji, jest niezwykle ambitny, ale wierzymy, że doświadczenie naszego zespołu, który będziemy sukcesywnie poszerzać, umożliwi jego realizację – powiedział Marek Wylon – założyciel grupy Ganymede.

Komentarz do wyników finansowych MCI Management S.A. za 2014 rok

0

Największy udział w zysku netto miał wzrost wartości certyfikatów inwestycyjnych
funduszy MCI.TechVentures i MCI.EuroVentures (o 189,9 mln zł), zysk na transakcji dekonsolidacji
PEManagers (62 mln zł) oraz zysk z zarządzania funduszami zrealizowany przez PEManagers do dnia
dekonsolidacji (22,4 mln zł). Skonsolidowane aktywa wyniosły 1 mld 223 mln zł – o 283 mln zł więcej
niż na dzień 31.12.2013 r. Certyfikaty inwestycyjne funduszy wyniosły na koniec grudnia 2014 r. 1 mld
371 mln zł, co oznacza wzrost o 16% względem stanu na koniec 2013 r. Wskaźnik NAV/akcję, który
jest najbardziej miarodajnym wskaźnikiem obrazującym kondycję funduszy typu Private Equity,
wzrósł w ciągu roku o 34% do poziomu 16,46 zł, czyli zgodnego z prognozą spółki.

Spółka zrealizowała prognozy wskaźnika aktywów netto na akcję (NAV/akcję), który wyniósł na
31.12.2014 r. 16,46 zł (wzrost o 34% r/r). Łączne skonsolidowane aktywa wyniosły na 31.12.2014 r. 1 mld 223 mln zł (o 283 mln zł więcej niż na 31.12.2013 r.)
Certyfikaty inwestycyjne funduszy wyniosły 1 mld 371 mln zł (wzrost o 16% r/r), fundusze z Grupy MCI dokonały w 2014 r. 15 inwestycji, wliczając udział w kolejnych rundach finansowania dla dotychczasowych spółek portfelowych.

Blisko 300 mln zł pozyskane ze sprzedaży certyfikatów inwestycyjnych i emisji obligacji oraz
z dostępnych linii kredytowych zostaną przeznaczone na nowe inwestycje. Oferta publiczna akcji Private Equity Managers S.A. (PEManagers) jest przygotowana na marzec/kwiecień 2015 r., w zależności od warunków rynkowych i decyzji KNF.

– Wysiłek całego zespołu zarządzającego skupiony był zarówno na budowaniu wartości
dotychczasowych aktywów, jak również stałym powiększaniu portfeli inwestycyjnych o nowe spółki.
W efekcie w 2014 r. zaobserwowaliśmy dynamiczny wzrost wartości certyfikatów funduszy
MCI.TechVentures 1.0 i MCI.EuroVentures 1.0. NAV na akcję na poziomie prawie 16,50 zł i rekordowy zysk netto grupy MCI to wyniki, z których jesteśmy bardzo zadowoleni – mówi Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management S.A.

NIK o bezpieczeństwie sieci gazowych

Spółka GAZ-SYSTEM S.A. prawidłowo nadzoruje system zapewnienia bezpieczeństwa eksploatowanych gazociągów oraz prowadzonych nowych inwestycji w tym zakresie. W Spółce opracowane zostały kompleksowe procedury przeprowadzania czynności eksploatacyjnych, a także zasady nadzoru nad wykonywaniem tych prac. Również zasady prowadzenia nowych inwestycji sieciowych były w Spółce ściśle uregulowane stosownymi procedurami, zgodnie z którymi konstruowano umowy z wykonawcami robót i firmami sprawującymi nadzór nad budowami.

Nieodłącznym ryzykiem eksploatowania rozbudowanej sieci gazociągów jest możliwość wystąpienia awarii, głównie spowodowanych zawodnością armatury i innych urządzeń na niej zamontowanych. W sieci eksploatowanej przez GAZ-SYSTEM częstotliwość występowania awarii  utrzymywała się w okresie objętym kontrolą na poziomie ok. trzydziestu rocznie. Występowanie awarii nie miało bezpośredniego związku z wiekiem eksploatowanych gazociągów.

Podczas budowy gazociągów, mimo sprawowanego nadzoru, występowało ryzyko nieprzestrzegania zasad realizacji robót oraz stosowania niewłaściwych technologii. W czasie prowadzenia prac w pobliżu czynnej sieci gazowej nadzór budowlany powinien być szczególnie dokładny i możliwie stały, ze względu na zwiększone zagrożenia życia i zdrowia. Pracownicy GAZ-SYSTEM S.A. kontrolowali realizację obowiązków wykonywanych przez nadzór budowlany, ale przypadki pięciu awarii z 2013 r. wskazują na konieczność wzmożenia tego rodzaju kontroli.

W Spółce opracowane zostały kompleksowe procedury przeprowadzania czynności eksploatacyjnych, a także zasady nadzoru nad wykonywaniem tych prac. Przestrzeganie ustalonych reguł podlegało cyklicznym wewnętrznym audytom, których wyniki wykorzystywane były do usuwania stwierdzonych uchybień. Uchybienia dotyczyły na ogół niepełnego dokumentowania przeprowadzanych czynności i nie powodowały obniżenia stopnia bezpieczeństwa gazociągów.

Zasady prowadzenia inwestycji sieciowych były w Spółce GAZ-SYSTEM S.A.  ściśle uregulowane wypracowanymi procedurami, zgodnie z którymi konstruowano umowy z wykonawcami robót i firmami sprawującymi nadzór nad budowami. Skuteczność tych procedur zależała jednak od rygorystycznego przestrzegania przez wykonawców robót zarówno założeń projektu budowlanego, jak i zasad sztuki budowlanej.

Odstąpienie od wymaganego reżimu prac przez wykonawców skutkowało poważnymi, katastrofalnymi wręcz konsekwencjami, czego przykładem była awaria zaistniała w 2013 r. podczas budowy gazociągu w okolicach Jankowa Przygodzkiego.

Spółka GAZ-SYSTEM S.A. przedsięwzięła z należytą starannością niezbędne działania w celu ustalenia faktycznych przyczyn tej katastrofy (podobnie jak i innych awarii), niezależnie od wyników prac komisji powołanej przez Wojewódzkiego Inspektora Nadzoru Budowlanego w Poznaniu.

Konkluzje obydwu raportów (wewnętrznego sporządzonego w Spółce i opracowanego przez organ nadzoru budowlanego) były zbieżne – wskazywały na złamanie przez wykonawcę robót reguł obowiązujących przy prowadzeniu tego rodzaju prac w ówczesnych warunkach terenowych i pogodowych.

W ocenie NIK, zasadne było wydanie przez Ministra Gospodarki nowego rozporządzenia  w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać sieci gazowe i ich usytuowanie. Rozporządzenie to dostosowało obowiązujące regulacje do obecnego stanu wiedzy technicznej.  Zdaniem NIK część wprowadzonych zmian wpłynie bezpośrednio na poprawę bezpieczeństwa eksploatacji dotychczasowych i nowych gazociągów.

Kupujesz mieszkanie na rynku pierwotnym? Dobrze wybierz dewelopera

Kupno mieszkania to poważna inwestycja. Zwykle spłacamy je przez wiele lat. Dlatego ważne jest, żeby wybór lokalu był przemyślany i w pełni świadomy. Ma to szczególne znaczenie, kiedy szukamy mieszkania na rynku pierwotnym.

Gdy mamy na oku jakiegoś dewelopera, należy sprawdzić, co do tej pory wybudował. „W internecie są informacje o tym, jak dana firma oddawała osiedla, czy w terminie, czy jakość mieszkań jest odpowiednia itd. […] Jeżeli opinie są negatywne, musimy bardzo uważać” – mówi serwisowi infoWire.pl Jarosław Mikołaj Skoczeń z Emmerson Realty. Warto pamiętać, że część niekorzystnych wpisów może być wynikiem działań konkurencji, niemniej trzeba mieć się na baczności.

Mieszkanie, które chcemy kupić, może być już wybudowane lub nie. Plusem kupna dziury w ziemi jest niższa cena, minusem to, że nie wiemy, czy budynek powstanie i jaki będzie – zauważa rozmówca. Gdy nieruchomość już stoi, nie musimy się obawiać, że firma deweloperska upadnie, nie wywiąże się z umowy lub będzie miała problemy z dotrzymaniem terminów. Niestety lokale są wtedy droższe od tych zakupionych przed rozpoczęciem inwestycji i mogą być już przebrane.

Jeśli kupujemy mieszkanie przed powstaniem budynku, trzeba dowiedzieć się, czy firma deweloperska stawia nieruchomość za własne pieniądze – wtedy nie ma nad sobą żadnego nadzoru – czy zaciąga na ten cel kredyt bankowy. Druga opcja wydaje się korzystniejsza, ponieważ pieniądze trafiają do dewelopera w transzach, a ich wypłacanie jest uzależnione od postępu prac budowlanych. Bank przy okazji staje się więc obrońcą interesów przyszłych mieszkańców.

Istotne jest również to, na jakiej ziemi powstaje budynek, w którym zamieszkamy. „Jeżeli mamy do czynienia z dzierżawą wieczystą, to co roku będziemy obciążani dość wysokimi kosztami za grunt. Jeśli natomiast deweloper stawia nieruchomość na własnej ziemi, jest ona dzielona aktem notarialnym na mieszkańców, którzy za swoje części będą płacić nieduże opłaty gruntowe” – wyjaśnia ekspert.

Bezrobocie w lutym bez zmian

Stopa bezrobocia pod koniec lutego wyniosła 12% – poinformowało Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. To powtórzenie wyniku z końca stycznia. Dane ministerstwa pokazują, że stopa bezrobocia utrzymała się w lutym na niezmienionym poziomie wobec stycznia.

Na koniec lutego w urzędach pracy zarejestrowanych było 1 919,6 tys. osób. W porównaniu do lutego 2014 roku, liczba bezrobotnych zmniejszyła się o 336 tys. osób. To największy spadek od 7 lat. Zdaniem ministra pracy Władysława Kosiniaka-Kamysza, mamy długo oczekiwane ożywienie na rynku pracy, a Polska gospodarka jeszcze nigdy od rozpoczęcia transformacji nie zatrudniała tylu osób, co obecnie. Wg ministra, w nadchodzących miesiącach możemy spodziewać się dalszego spadku bezrobocia.

– Obecnie w Polsce pracuje ponad 16 mln ludzi – to rekord. Wskaźnik zatrudnienia nam rośnie, ale wciąż jest on na dużo niższym poziomie niż w krajach starej UE. Obecnie wynosi on u nas ok. 64%, a w UE ponad 68%. Celem dla Polski jest osiągnięcie wyniku 70% w 2020 roku. Średnia UE ma wzrosnąć do 75%. Sukces możemy osiągnąć na dwa sposoby – można stworzyć i promować rozwiązania systemowe, również te obejmujące zachęty podatkowe, które zmotywują część bezrobotnych do aktywniejszego poszukiwana legalnego zatrudnienia, a pracodawców – do oferowania im wyższych stawek za pracę. Z drugiej strony, dobry wynik statystyczny można też osiągnąć nie robiąc nic, po prostu czekając aż na skutek emigracji zarobkowej zmniejszy się baza ludzi w wieku produkcyjnym. Miejmy nadzieję, że resort pracy poważnie rozważa tylko pierwszy scenariusz – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W 2015 roku bezrobocie poniżej 10%?

W 2015 roku resort pracy będzie miał do dyspozycji ponad 5,5 mld zł na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu. To o pół miliarda więcej niż w zeszłym roku i prawie miliard więcej niż dwa lata temu. Zdaniem szefa resortu pracy, bezrobocie rejestrowe w 2015 roku może spaść poniżej 10%. Aktywne formy walki z bezrobociem, to m.in dofinansowywanie miejsc pracy dla organizujących je przedsiębiorców.

– Pieniądze na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu pochodzą ze składek pracowników płaconych przez pracodawców. Następnie transferowane są one do funduszu pracy, z którego finansuje się akcje mające na celu obniżenie kosztów pracy. To pewnego rodzaju paradoks, że czynnik zwiększający koszty zatrudnienia przeznaczany jest na jego obniżanie. W mojej opinii ma on skuteczność tylko „statystyczną”, a nie przyczynia się do tworzenia trwałych miejsc pracy – stwierdza Łukasz Piechowiak.

 

J. Piechociński: Polskie firmy poradziły sobie z rosyjskim kryzysem. Eksport rośnie

0

CEO Magazyn Polska

Polska gospodarka doskonale poradziła sobie z kryzysem na Wschodzie – uważa wicepremier Janusz Piechociński. Potwierdza to rosnący eksport i wzrost sprzedaży polskich towarów na rynkach, na których jeszcze niedawno polskie firmy obecne były zaledwie symbolicznie.

Wartość polskich towarów eksportowanych do Rosji spadła w zeszłym roku o 14 proc. Po części spowodowały to wzajemnie sankcje, jednak główna przyczyną słabnącej sprzedaży na Wschodzie jest kryzys, jaki przeżywa tamtejsza gospodarka.

– To tąpnięcie w eksporcie na Wschód jest związane nie tylko z niepewnością polityczną, militarną na wschodniej Ukrainie, nie tylko z sankcjami, lecz przede wszystkim z osłabianiem się walut na wschód od Polski i generowaniem w ten sposób dużo mniejszego popytu, a także zachwianiem pewności co do płatności mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Piechociński wicepremier, minister gospodarki. – W ubiegłym roku nie sprzedaliśmy  w stosunku do roku 2013 roku towarów o wartości 500 mln dolarów.

Te pół miliarda dolarów, czyli 1,5 mld złotych, to niewiele w skali polskiego eksportu. Jak wstępnie policzył Główny Urząd Statystyczny, w 2014 roku jego wartość przekroczyła 682 mld zł i była o 5,3 proc. wyższa niż w 2013 roku. W polskim handlu zagranicznym Rosja odgrywa więc coraz mniejszą rolę i kupując przez rok towary za 29 mld zł jest na szóstej pozycji, wyprzedzona nawet przez małe Czechy. Mimo to są polskie firmy, dla których słabnący udział w rosyjskim rynku był dramatycznym doświadczeniem.

To jest określony impuls negatywny dla polskiej gospodarki, bo dla niektórych sektorów, jak rolnictwo, mleczarstwo, przemysł techniczny, materiały budowlane, jest to bolesne ograniczenie ważnego rynku zwraca uwagę Janusz Piechociński. – Dodajmy do tego duże straty, które ponieśli polscy inwestorzy. W pierwszej kolejności to były straty sprzed dwóch lat czy roku na Ukrainie, ale także 2014 rok był bardzo bolesny dla tych, którzy zainwestowali na rynku rosyjskim. Gwałtownie pogorszyło się otoczenie gospodarcze, spadła wartość waluty krajowej oraz pojawiły się zatory płatnicze.

Większość polskich firm zdołała jednak sprawnie pozbierać się po wybuchu wojny na Wschodzie.

 Już na początku stycznia 2014 roku zbudowaliśmy mechanizm przerzucania tego, co się da przerzucić, na inne rynki. Wskazaliśmy 15 alternatywnych rynków, 5 krajów o podobnej strukturze gospodarczej. Tam przekładaliśmy towary, które nie sprzedawały się na rynku ukraińskim czy rosyjskim – mówi wicepremier i minister gospodarki. Proszę zwrócić uwagę na to, że choćby w produktach mleczarskich Algieria pojawiła się na drugim miejscu po Niemczech.

Skutkiem takiej polityki jest 3,3 proc. wzrostu polskiego PKB w zeszłym roku. Wicepremier Janusz Piechociński podkreśla, że Polska gospodarka pokazała, że jest zdrowa i mocna.

Dlatego trzeba uznać te 5,2-5,3 proc. wzrostu polskiego eksportu w tych warunkach za olbrzymi sukces przedsiębiorców i eksporterów oraz docenić wsparcie ze strony administracji państwowej i dyplomacji gospodarczej.

Światłowody w małych wsiach nieopłacalne dla operatorów nawet z wsparciem państwa. Powszechny dostęp do internetu zapewni technologia radiowa

CEO Magazyn Polska

Dotowane lub finansowane przez państwo inwestycje to jedyna metoda na zapewnienie powszechnego dostępu do internetu w Polsce. Operatorom nie opłaca się budować połączeń szerokopasmowych w mniejszych miejscowościach i wsiach. Rozwiązaniem jest program operacyjny Polska Cyfrowa, który ma wspierać rozwój tańszych technologii radiowych.

Opłata za internet ‒ przy uwzględnieniu siły nabywczej pieniądza i w porównaniu z innymi krajami Zachodu  jest w okolicy średniej europejskiej albo nawet wysoka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Streżyńska, prezes Wielkopolskiej Sieci Szerokopasmowej. ‒ Ale operatorzy mają bardzo wąską przestrzeń pomiędzy ponoszonymi przez siebie kosztami i cenami akceptowanymi przez konsumenta, które jeszcze w dodatku cały czas podlegają presji konkurencyjnych operatorów.

Jak wynika z danych Eurostatu, w Polsce tylko 75 proc. gospodarstw domowych ma dostęp do internetu. To jeden z gorszych wyników w Unii Europejskiej – średnia dla całej wspólnoty to 81 proc., a w przodujących pod tym względem Luksemburgu i Holandii dostęp do internetu ma 96 proc. domów.

Równocześnie dostęp do internetu szerokopasmowego jest w Polsce droższy niż w innych krajach. Jak wynika z badań przeprowadzonych w ramach oceny realizacji unijnej Agendy Cyfrowej 2020, przeciętna oferta internetu szerokopasmowego w Polsce kosztowała w 2013 r. ponad 144 zł miesięcznie. Mediana wszystkich krajów objętych badaniem wyniosła 104 zł. Po uwzględnieniu siły nabywczej mediana ofert internetu szerokopasmowego w Polsce była o niemal 40 proc. droższa niż w pozostałych krajach.

Szczególną różnicę widać w połączeniach FTTx, czyli opartych o przesył danych światłowodami. Tego typu oferty były w 2013 r. droższe w Polsce o ponad 60 proc. w porównaniu z medianą ze wszystkich badanych krajów.

Problem dostępu do sieci, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, mają rozwiązać dofinansowywane przez UE programy budowy wojewódzkich sieci szerokopasmowych. Wielkopolska Sieć Szerokopasmowa jest najdłuższa w kraju i jako jedna z pierwszych została już zbudowana.

Zostanie jeszcze około 900 miejscowości bez zasięgu. Przy czym są to wsie, w których czasem są 4, czasem 10-20 domów. W takich maleńkich miejscowościach jest odpowiednio mniejsze zapotrzebowanie na internet. Bo z tych kilku domów to zazwyczaj nawet nie połowa chce mieć internet. A z drugiej strony mówimy często o miejscowościach, gdzie ludzie żyją w dużym rozproszeniu. Są to miejscowości rolnicze, gdzie odległości między tymi domami są duże. Prowadzenie tam działalności telekomunikacyjnej przewodowej, światłowodowej w ogóle się nie opłaca – podkreśla Streżyńska.

Zaznacza, że nawet sfinansowanie w całości inwestycji z środków publicznych nie rozwiąże problemu, bo utrzymanie sieci światłowodowej doprowadzonej do małych wsi będzie zbyt dużym kosztem dla operatorów. Tym bardziej że na takich terenach zwykle działalność prowadzą mali, regionalni operatorzy, którzy nie mają takich możliwości finansowych, jak największe koncerny.

Jak jest duży, konkurencyjny operator, to jego stać na przenoszenie pewnych kosztów na inne usługi albo do innych kategorii kosztowych. Te koszty związane z tą wsią gdzieś sobie umieści, w innej szufladce. Jak jest to mały operator, to on ma koszty związane z tym akurat obszarem i ani nie ma gdzie ich rozproszyć, ani nie ma możliwości dotowania ich z innych źródeł. A ponosi koszty dokładnie takie same, jak duży operator – wyjaśnia Streżyńska.

Streżyńska dodaje, że powszechny dostęp do internetu na wsiach i w małych miasteczkach może umożliwić jedynie technologia radiowa. Jest ona tańsza w utrzymaniu i budowie, a wsparcie dla tego typu inwestycji zapowiedziało Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji w ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa.

Polska Cyfrowa daje również możliwość zastosowania bardzo nowoczesnych technologii radiowych, w ramach których oferowany jest internet o podobnej jakości, co ten oferowany w ramach technologii światłowodowej. To rozwiązanie pozwala upowszechniać internet na obszarach, na których budowa łączy szerokopasmowych nie jest opłacalna – mówi Streżyńska.

Zmiany w warszawskim węźle kolejowym. Pociągi dalekobieżne będą kursowały przez Warszawę Gdańską

CEO Magazyn Polska

Przebudowa warszawskiego węzła kolejowego może dla stolicy i wszystkich podróżujących oznaczać duże utrudnienia. W 2018 roku zamknięte zostaną jednocześnie trzy stołeczne dworce: Centralny, Zachodni i Wschodni, a ruch dalekobieżny ma być kierowany przez stację Warszawa Gdańska. Eksperci zalecają ostrożność i zaznaczają, że priorytetem powinno być wpuszczenie na linię średnicową pociągów aglomeracyjnych i zwiększenie przepustowości Warszawy Gdańskiej.

Warszawski Węzeł Kolejowy czeka wiele zmian. Wedle planów od 2018 roku pociągi mają kursować przez Warszawę Gdańską, a linia średnicowa ma zostać całkowicie przebudowana.

– Potrzeba bardzo dużej ostrożności przy planowaniu inwestycji na linii średnicowej. Jest to linia o dużym znaczeniu handlowym dla przewoźników kolejowych i systemu transportowego w Warszawie – ostrzega w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Massel, były wiceminister infrastruktury i transportu, zastępca dyrektora Instytutu Kolejnictwa ds. studiów i projektów badawczych.

Jak zaznacza ekspert, transport szynowy jest w stolicy istotny i pozwala na lepsze skomunikowanie lewo- i prawobrzeżnej części Warszawy. Dlatego wszystkie wyłączenia z ruchu podczas przebudowy powinny być możliwie jak najkrótsze, tak aby nie spowodowały paraliżu.

– Oczywiście, konieczne będą zamknięcia torów, priorytetem powinno być wprowadzenie przez linię średnicową pociągów aglomeracyjnych. To one odgrywają największą rolę w systemie transportowym przy przekierowaniu pociągów dalekobieżnych na Dworzec Gdański – mówi Massel.

Puszczenie całego ruchu przez jedną stację będzie dużym wyzwaniem logistycznym. Warszawa Centralna obecnie w ciągu doby obsługuje ponad 25 tys. pasażerów. W przypadku zamknięcia trzech największych stacji w stolicy, Warszawa Gdańska będzie obsługiwać blisko 50 tys. osób. Wymaga to przystosowanie dworca do tak dużego ruchu.

– Konieczne jest poprawienie stanu technicznego linii doprowadzających ruch do Dworca Gdańskiego, budowa dodatkowego peronu tak, żeby zapewnić odpowiednią przepustowość. Dopiero w tym momencie i przy zapewnieniu jeszcze dobrych warunków obsługi podróżnych na Dworcu Gdańskim system ma szanse działać – ocenia ekspert.

Harmonogram PKP PLK przewiduje, że modernizacja stacji i odcinków przebiegającej przez nią linii kolejowej ma ruszyć w 2016 roku. Jeszcze w tym roku ma zostać dobudowany peron, zmodernizowane zostaną również tory dla pociągów towarowych.

Remont linii średnicowej spowoduje, że ruch pociągów podmiejskich do centrum przez pierwsze 2,5 roku ma odbywać się przez średnicę podmiejską, a od 2020 roku – przez średnicę dalekobieżną. To sprawi, że konieczne będzie przekierowanie pociągów dalekobieżnych.

– Każde kolejne wydłużenie zamknięć dla ruchu dalekobieżnego, nawet o kilka miesięcy, jest bardzo szkodliwe, zwłaszcza dla ruchu pociągów tam, gdzie liczy się czas przejazdu, np. dla Pendolino. Ludzie będą inaczej traktowali środek transportu, który jest dostępny z centrum Warszawy, a inaczej z Dworca Gdańskiego, do którego nie z każdej części Warszawy jest łatwo dotrzeć – tłumaczy Andrzej Massel.

Na czas remontu węzła planowane jest uruchomienie stacji Warszawa Główna. Zmiany czekają też kierowców, bo remont wiaduktów na odcinku od Powiśla do Warszawy Wschodniej spowoduje zamknięcie kilku ulic. Przebudowa warszawskiego węzła kolejowego ma kosztować 2 mld zł.

Notowania ropy wpływają na ceny innych surowców. Tanieją też biokomponenty

CEO Magazyn Polska

Notowania cen ropy naftowej mają bezpośrednie przełożenie na wycenę innych surowców, w tym biokomponentów. Przykładowo cena oleju rzepakowego spadła w ostatnich trzech miesiącach o blisko 10 proc. Zmiany te nie są korzystne dla rolników.

Biorąc pod uwagę korelację, jaka istnieje pomiędzy cenami paliw ciekłych i biopaliw, niski poziom notowań ropy nie wpływa zbyt dobrze na notowania biokomponentów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adam Stępień, dyrektor generalny Krajowej Izby Biopaliw.

W ostatnim miesiącu ropa Brent podrożała o ponad 5 proc., jednak w ciągu ostatniego roku jej cena spadła o 40 proc. Tendencję spadkową widać również na rynku biopaliw. Olej rzepakowy przez ostatnie 12 miesięcy potaniał o ponad 23 proc. Notowania soi w ciągu roku spadły o ponad 30 proc., kukurydzy, która jest najważniejszym w USA i UE surowcem do produkcji etanolu – o blisko 20 proc.

Notowania ropy naftowej od wielu lat determinują indeksy pozostałych surowców, również tych pochodzenia rolniczego, notowanych na giełdach. Inwestorzy zaczęli bardziej interesować się handlem kontraktami na produkty rolne w okresie, kiedy cena ropy była rekordowo wysoka (ok. 140 dolarów), a biopaliwa z produktów rolniczych zaczęły być postrzegane jako dobre alternatywne źródło energii. Dla inwestorów była to także alternatywa dla przewartościowanego rynku ropy.

Szczegółowa sytuacja, jak wyjaśnia Adam Stępień, zależy od rodzaju biokomponentów, które podlegają nieco innym zasadom kreowania cen w UE. Bioetanol – odnawialny substytut dla benzyn – produkowany jest Europie głównie ze zbóż i buraków cukrowych, z kolei w procesie estryfikacji olejów roślinnych otrzymujemy biodiesel, czyli biopaliwo. Domieszki obu tych biokomponentów stosowane są powszechnie w paliwach normatywnych w Polsce i innych krajach UE.

Istnieje dosyć duża zależność między notowaniami ropy naftowej i cenami surowców rolnych, na co wielokrotnie wskazywały m.in. raporty Banku Światowego – podkreśla dyrektor generalny Krajowej Izby Biopaliw. – W związku z tym na przestrzeni ostatnich miesięcy spadły również ceny surowców rolnych, także tych wykorzystywanych do produkcji biokomponentów, za nimi stabilizacji uległ również światowy indeks cen żywności. To efekt swoistego rodzaju reakcji łańcuchowej, która pokazuje przy okazji faktyczną, minimalną rolę biopaliw w kreowaniu wzrostów cen żywności i spadku jej dostępności dla najuboższych.

W 2015 roku potanieją kredyty i poprawi się zdolność kredytowa Polaków. Mieszkania będą drożeć

CEO Magazyn Polska

W tym roku na rynku nieruchomości nastąpi spadek kosztów kredytów oraz wzrost popytu na nowe mieszkania. To może oznaczać wyższe ceny. Analitycy oczekują wzrostu o 1-2 proc. 

Polska gospodarka przyspiesza i widać to także w budowlanych statystykach. Liczba rozpoczętych inwestycji mieszkaniowych wzrosła w styczniu o 11,8 proc. podał Główny Urząd Statystyczny. Wprawdzie w Polsce niemal połowę nowych domów budują inwestorzy indywidualni, jednak to deweloperzy mieli największy wpływ na tak wysoki wzrost. W pierwszym miesiącu tego roku rozpoczęli oni budowę ponad 4 tys. mieszkań, to aż o 16 proc. więcej niż w styczniu 2014. Najwyraźniej liczą oni na to, że nieruchomości zaczną się lepiej sprzedawać.

– Kredyty będą tańsze mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Bartosz Turek, analityk Lion&HASH39;s Bank. – Jak kredyty będą tańsze, to będzie można więcej pożyczyć. Już teraz rodzina 3-osobowa z dochodem 5 tys. zł netto może pożyczyć około 450 tys. zł. Zdolność kredytowa w 2015 roku po obniżeniu stóp procentowych będzie rosła. W związku z tym będzie można pożyczyć więcej, więcej osób będzie też stać na to, aby kupić mieszkanie. To najprawdopodobniej przełoży się na co najmniej tak dobry popyt, jaki był w 2014 roku, jeśli nie lepszy, a więc będzie zawieranych dużo transakcji.

Rada Polityki Pieniężnej po zapoznaniu się z raportem o inflacji zdecydowała się na bardziej intensywną walkę z deflacją i obniżyła w marcu stopy procentowe o 0,5 pkt proc. do kolejnego najniższego w historii poziomu. Główna stopa referencyjna wynosi od ubiegłego czwartku 1,5 proc. Poprzednie poziomy nie zapobiegły spadkowi cen w Polsce. Deflacja cały czas narasta, w styczniu ceny były o 1,3 proc. niższe niż rok temu, a w marcowej projekcji NBP przewiduje dynamikę cen w 2015 roku na od -1,0 do 0 proc.

Rok 2015 dla rynku nieruchomości będzie udany ocenia Bartosz Turek. Cały czas mamy do czynienia z bardzo niskim kosztem kredytu.

Marcowa obniżka stóp, i to głębsza od oczekiwanej, jeszcze ten koszt obniży.

Przez ostatnie lata na rynku panowała raczej stagnacja. Wprawdzie po załamaniu w 2012 roku rynek mieszkaniowy powrócił do równowagi, jednak nadal daleko mu do cen z czasów hossy w 2007 roku. Taniejące kredyty i rosnący popyt na mieszkania może to zacząć zmieniać.

– Niewykluczone, że będzie się to wiązało ze wzrostami cen uważa analityk Lion&HASH39;s Bank. Deweloperzy mogą sondować rynek, sprawdzać, czy nabywcy mieszkań będą w stanie zapłacić trochę więcej. Moim zdaniem 2015 rok zamknie się niewielkimi wzrostami cen. Biorąc pod uwagę to, że inflację będziemy mieli na znikomym poziomie, myślę, że 2015 rok może skończyć się 1-2 proc. wzrostem.

O ile jednak ceny nowych mieszkań mogą wzrosnąć, o tyle nadal będzie warto kupować nieruchomości z drugiej ręki. Tutaj na razie wzrostu cen nie należy się spodziewać. Tym bardziej że preferencyjny program Mieszkanie dla Młodych przeznaczony jest tylko dla kupujących lokale od deweloperów.

Jeżeli deweloperzy zdecydują się podnosić ceny mieszkań, nawet w takim niewielkim zakresie, to dopiero po jakimś czasie, jednego kwartału, a nawet dwóch lub trzech kwartałów, właściciele mieszkań używanych mogą włączyć się w ten trend, najpierw jednak zrobią to deweloperzy twierdzi Bartosz Turek.

W Polsce brakuje jednolitego systemu identyfikacji zwierząt

CEO Magazyn Polska

Chipowanie psów i kotów zyskuje coraz więcej zwolenników. To najlepszy sposób na odnalezienie pupila w razie jego zagubienia lub kradzieży. W Polsce brakuje jednak zunifikowanego systemu identyfikacji zwierząt. Nie ma bowiem ogólnokrajowej bazy zawierającej numery chipów. Właściciel psa lub kota musi rejestrować się w wielu niepołączonych ze sobą bazach, co znacznie obniża wydajność całego systemu.

– Ponieważ psy czy koty są do siebie podobne, żeby można je było identyfikować wymyślono chipy. Zwierzę ma identyfikacyjny numer, który potem jest wpisany do bazy danych i książeczki czy paszportu zwierzęcia, dzięki czemu możemy sprawdzić zwierzę, dowiedzieć się, kiedy się urodziło i jakie przebyło szczepienia oraz odnaleźć jego właściciela mówi Michał Ceregrzyn, kierownik naukowy ds. żywienia zwierząt Mars Polska, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Chip to mikroprocesor, o rozmiarze ok. 3 mm, w którym zakodowany jest 15-cyfrowy numer identyfikacyjny zwierzęcia. Jest on zamknięty w szklanej kapsułce wprowadzanej do organizmu psa za pomocą zwykłego zastrzyku. Zabieg jest nieinwazyjny, zwierzę nie czuje bólu, nie odczuwa też obecności chipa. Kapsułka, w której zamknięty jest mikroprocesor, a także strzykawka są sterylne, a przed zabiegiem lekarz dezynfekuje skórę psa, nie ma więc możliwości zakażenia lub powikłań. Po zabiegu należy udostępnić numer chipa w specjalnej bazie danych wraz ze swoimi danymi kontaktowymi.

W Polsce nie ma ustawowego obowiązku chipowania psów. Jest to niezbędne tylko do wyrobienia zwierzęciu paszportu przed wyjazdem z kraju. Coraz więcej właścicieli psów decyduje się jednak chronić w ten sposób swojego pupila. Jeśli zwierzę się zgubi, obecność chipa znacznie zwiększa szanse na jego szybkie odnalezienie. W przypadku kradzieży rasowego psa utrudnia natomiast jego odsprzedanie. Możliwość odkodowania danych zawartych w chipie posiadają wszystkie polskie schroniska, Ekopatrol Straży Miejskiej, Policja, Towarzystwo Ochrony Zwierząt oraz wiele gabinetów weterynaryjnych.

– W Polsce większość schronisk ma już czytniki. Zwierzęta wychodzące ze schronisk także są chipowane. Zwierzę, które jest adoptowane, powinno mieć chip. Liczba zwierząt oznakowanych w Polsce bardzo rośnie. Niektóre gminy wprowadziły w Polsce obowiązek chipowania. Nie jest to jeszcze zunifikowane w całym kraju, ale myślę, że z czasem będzie to coraz popularniejsze – mówi Michał Ceregrzyn.

Problemem w Polsce jest brak jednej ogólnokrajowej bazy danych. Istnieje ich bardzo wiele, w dodatku nie są ze sobą połączone. Rejestracja w części z nich jest płatna. Bazy danych zapewniają całodobowy dostęp przez internet, a czasami także przez telefon. Aby jak najlepiej chronić swojego pupila, należy zarejestrować numer jego chipa w jak największej liczbie baz. Największa z nich to Ogólnopolska Baza Danych Polskiego Towarzystwa Rejestracji i Identyfikacji.

– W Polsce jeszcze do końca ten system nie działa, dlatego że nie ma jednej bazy danych zwierząt. Jest ogromna potrzeba, żeby w jakiś sposób zunifikować ten system, dzięki czemu każdy lekarz weterynarii i każde schronisko miałoby dostęp do jednej powszechnej polskiej bazy danych, gdzie mógłby te zwierzęta łatwo odszukiwać i odnaleźć ich właścicieli, jeżeli się zgubią, lub identyfikować zwierzęta, kiedy wystąpi taka potrzeba mówi Michał Ceregrzyn.

Niektóre gminy i miasta oferują swoim mieszkańcom bezpłatne chipowanie zwierząt. Warunkiem zazwyczaj jest zamieszkanie w danej gminie i zaszczepienie zwierzęcia przeciwko wściekliźnie. Chip może służyć przez całe życie psa lub kota.

Po 2020 r. wzrośnie rola partnerstwa publiczno-prywatnego w infrastrukturze

CEO Magazyn Polska

Po 2020 roku, kiedy wygaszone zostaną środków unijne, kapitał prywatny stanie się jedynym źródłem wsparcia inwestycji infrastrukturalnych. Żeby uniknąć zastoju w inwestycjach, zamawiający powinni już w tej perspektywie finansowej UE otworzyć się na metodę partnerstwa publiczno-prywatnego, tym bardziej że to model współpracy silnie wspierany przez Brukselę.

‒ Nie mam wątpliwości, że w dalszej perspektywie finansowej bez sektora prywatnego będzie trudno realizować zadania inwestycyjne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Żmijan, poseł Platformy Obywatelskiej i przewodniczący sejmowej Komisji Infrastruktury. ‒ Dobrze byłoby, żebyśmy tego problemu nie odkładali na później, tylko żebyśmy mieli świadomość, że to jest konieczność, żebyśmy oswajali się z taką świadomością. Nie może styk pieniądza publicznego z prywatnym kojarzyć się tylko z nieprawidłowościami, korupcją i przestępstwem.

Żmijan podkreśla, że po wielu zmianach prawo dotyczące inwestycji infrastrukturalnych jest już odpowiednie. M.in. po nowelizacjach Prawa zamówień publicznych coraz więcej przetargów rozstrzyganych jest już nie tylko na podstawie najniższej ceny, lecz także dodatkowych kryteriów. Polityk wymienia także inne ustawy uchwalone przez Sejm RP: o płatnych autostradach, Krajowym Funduszu Drogowym, drogowych spółkach specjalnego przeznaczenia i koncesjach na roboty budowlane lub usługi.

Według niego problemem nie jest samo prawo, lecz sposób jego stosowania. Jak ocenia Żmijan, przy wydawaniu środków europejskich w perspektywie 2014-2020 praktyczna aplikacja tych przepisów musi być lepsza.

Zwraca także uwagę na to, że choć Polska wciąż będzie beneficjentem bardzo dużych środków z UE w nadchodzących latach, już teraz trzeba zacząć przygotowywać się do zmiany źródła finansowania inwestycji. W latach 2014-2020 (projekty można rozliczać do końca 2022 r.) Polska otrzyma w ramach unijnej polityki spójności 82,5 mld euro, w tym ok. 31,5 mld euro trafi na typowo infrastrukturalne działania w ramach programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko oraz instrumentu Łącząc Europę.

To będzie ostatni tak duży zastrzyk środków z UE, więc trzeba przygotować się do pozyskania kapitału prywatnego.

To będzie konieczność. Mamy świadomość, że środki z perspektywy finansowej 2007-2013 były przeznaczone na modernizację infrastruktury drogowej, w perspektywie finansowej 2014-2020 akcent został położony na infrastrukturę kolejową. W jednej i drugiej mieliśmy naprawdę bardzo duże środki finansowe, ale przyjdą lata, kiedy przestaną one płynąć do Polski – podkreśla Żmijan.

Poseł zwraca uwagę na koszty utrzymania inwestycji. Nawet teraz, gdy UE współfinansuje budowę nowych dróg czy linii kolejowych, ale już nie ich utrzymania, jest to poważne obciążenie dla państwowego budżetu. Gdy środki wspólnotowe na budowę będą znacznie mniejsze, znaczenie kosztów utrzymania jeszcze wzrośnie.

W związku z tym może się pojawić bariera finansowa. Tym bardziej że niezbędny będzie, jak w latach 2007-2013 i 2014-2020, udział własny, czyli także pojawi się zadłużenie zarówno budżetu centralnego, jak i budżetów samorządowych – dodaje Żmijan.

Wirtualna rzeczywistość wkracza na rynek reklamy. Duże zmiany spodziewane w przyszłym roku

CEO Magazyn Polska

Wirtualna rzeczywistość zyskała na znaczeniu wraz z głośnym ostatnio zakupem za 2 mld dolarów firmy Oculus przez Facebooka. Nowa komunikacja z klientem przy wykorzystaniu wirtualnej rzeczywistości ma przypominać rewolucję technologiczną, jaka miała miejsce na rynku telefonii komórkowej podczas wprowadzaniu smartfonów.

Nagle się okazało, że ten temat, który wcześniej był interesujący głównie dla graczy komputerowych, staje się teraz tematem mainstreamowym. Sieć hoteli Marriott, Lexus i Bentley wchodzą w tę technologię. Spodziewamy się, że prawdziwy boom wirtualnej rzeczywistości jest jednak przed nami i rozpocznie się dopiero w 2016 roku – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Baczyński, prezes firmy Immersion.

Jego zdaniem sytuacja ta będzie porównywalna do startu pierwszych smartfonów albo nawet do początku internetu.

Nagle pojawi się nowa platforma komunikacyjna. Pozwoli ona na przekazywanie informacji w nowy sposób, na pokazywanie przedmiotów w ich realnej skali, lokalizacji podobnych do tego, jak są odczuwane w rzeczywistości. I to jest ogromne spektrum możliwości dla każdej branży: od sprzedawców butów poprzez turystykę, hotelarstwo, aż po samochody czy nieruchomości – dodaje.

Baczyński uważa, że wraz z popularyzacją tego rozwiązania firmy będą musiały dostosować swoją komunikację, podobnie jak było z mediami społecznościowymi.

Po raz pierwszy od lat 60., czyli od rozwoju telewizji, przestajemy odbierać świat przez płaskie ekrany. Zaczynamy wchodzić w środek, w ten świat, który jest za ekranem. To nowy kanał, za pomocą którego możemy dotrzeć do klientów. I tylko od innowacyjności i pomysłowości firmy zależy to, na ile skutecznie wykorzystają tę nową platformą – uważa prezes Immersion.

Według niego obecnie firmy w Polsce skupiają się na rozwiązaniach, które pozwolą im w ciekawy i innowacyjny sposób  zaprezentować produkty. Obecnie stosowana przez firmy wirtualna rzeczywistość pozwala na przykład użytkownikowi wejść do środka samochodu, zobaczyć, jak wygląda deska rozdzielcza, jak wyglądają szczegóły. Pozwalają także na zmianę elementów wystroju wnętrz w czasie rzeczywistym.

Podobny trend pojawia się teraz w nieruchomościach, dlatego że wirtualna rzeczywistość pozwala na bardzo realistyczne odczucie tej przestrzeni, w której możemy się znaleźć. Możemy zobaczyć mieszkanie, które chcielibyśmy kupić na długo zanim zostanie ono zbudowane, możemy wejść do środka, rozejrzeć się, zmieniać wystrój czy przestawiać meble – mówi prezes.

Baczyński dodaje, że również w takich branżach jak turystyka czy medycyna już obecne rozwiązania dotyczące wirtualnej rzeczywistości sprawdzają się lub będą mogły się sprawdzić. Wśród firm, które oferują odpowiednią technologię, jest m.in. Oculus i Samsung.

Pojawił się nowy typ konsumenta: w ciągłej gotowości do zakupów, kupujący przez urządzenia mobilne

CEO Magazyn Polska

Upowszechnienie się tabletów i smartfonów doprowadziło do powstania nowego typu konsumenta. Dzięki dostępowi do internetu jest on stale gotowy do zakupów, chętnie korzysta z możliwości porównania cen produktów i opinii innych internautów na ich temat. Aby utrzymać się na rynku, sprzedawcy detaliczni muszą zauważyć obecność nowej grupy klientów i dostosować do niej swoją ofertę. Zdanie ekspertów sklepy przyszłości będą łączyły sprzedaż tradycyjną i internetową.

Według ekspertów marketingu w ciągu najbliższych kilku lat sposób robienia zakupów przejdzie dużą zmianę. Już dziś pojawił się nowy typ konsumenta, zwany konsumentem 3.0. Jest to klient niezwykle wymagający, mający duże potrzeby i oczekiwania wobec sprzedawców. Nie zachowuje on lojalności w stosunku do sklepów, kupuje tam, gdzie może najlepiej zrealizować swoje oczekiwania. Konsument nowego typu jest stale aktywny  za pomocą smartfonów i tabletów może być stale obecny w sieci i przez nie dokonywać zakupów. W ten sposób powoli znikają martwe okresy w handlu, np. w późnych godzinach nocnych czy godzinach szczytu, gdy większość ludzi jest w drodze do pracy.

– Konsument chce być obsłużony dobrze, ale równocześnie jest wrażliwy na cenę. Wybiera produkty, sprawdza ich oceny, porównuje je w internecie, próbuje dopasować je do swojej osobowości oraz do osobowości grupy społecznej, z którą się utożsamia. To jest też efekt kryzysu – konsument nie chce być oszukiwany – mówi Elżbieta Dmowska-Mędrzycka z firmy Mediadem Consulting, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria. – Jeżeli znajdzie tańszy produkt w internecie, to tam go kupi. Ale będzie raczej łączył zakupy online i offline – o tym musi pamiętać również właściciel klasycznego sklepu.

Pojawienie się nowego typu konsumenta wymusza zmiany w sprzedaży detalicznej. Zdaniem ekspertów upodobanie klientów do funkcjonowania zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym oznacza, że sklepy przyszłości będą znacznie mniejsze. Ich przestrzeń zostanie podzielona na dwa obszary. Pierwszy z nich będzie obszarem odbioru towarów zakupionych w internecie. Drugi to obszar klasyczny, często połączony z showroomem, w którym eksponowane będą towary.

Dla sklepów przyszłości bardzo ważny stanie się także obszar tzw. doświadczenia konsumenckiego, a więc techniki marketingowej, zwanej także tzw. storytelling. Jest to umiejętność opowiadania historii, które oczarowują klientów. W marketingu 3.0 dobry storytelling będzie się odwoływał np. do historii marki.

– Przyszłość jest w personalizacji, w łączeniu internetu ze światem realnym, ale też w ludziach z pasją. To dlatego, że przyszli sprzedawcy to ludzie, którzy znają się na swoim produkcie, którzy są takimi samymi jego fanami, jak konsument, który rozmawia z pasją o swoim domu i z pasją chce kupować rzeczy bądź realizować swoje zainteresowania – mówi Elżbieta Dmowska-Mędrzycka. – Ważną rzeczą jest podejście do przeszłości, dlatego że przyszły konsument będzie retronowoczesny. Będzie nadawał starym przedmiotom nowe funkcje.

Nowoczesny konsument lubi życie w zbiorowości. Ceni możliwość życia w wielkim mieście, chętnie spotyka się z nowymi ludźmi na imprezach kulturalnych lub targach śniadaniowych. Ponadto jest to człowiek o szerokich zainteresowaniach, które wykraczają poza tradycyjne hobby, jak sport lub kino. Sprzedawcy powinni wyjść na przeciw tym oczekiwaniom, tworząc takie inicjatywy, jak np. urban garden  miejski ogród, w którym ludzie mogą się nauczyć, jak hodować rośliny w torbach zakupowych lub zioła w doniczkach.

– Do lamusa trafiły stare podziały socjo-geograficzne i podziały w oparciu o dochody, bo ten sam konsument może mieć dużo mniejsze dochody, ale podobne upodobania jak konsument, który ma wyższe dochody. Tych ludzi zaczyna łączyć pewien styl życia: on może być ekologiczny, technologiczny czy nastawiony na retro. Nie ma w tej chwili żadnej reguły, która by tego konsumenta określiła. Trzeba być nastawionym na zmiany i umieć odnaleźć przedsiębiorców, którzy z takim konsumentem potrafią wejść w dialog – mówi Elżbieta Dmowska-Mędrzycka.

Zdaniem ekspertów sprzedawcy detaliczni, aby przetrwać na rynku, muszą dostosować się do nowego typu klienta. W tym celu powinni jak najpełniej korzystać z możliwości sprzedaży przez internet, budować wartość swojej marki oraz rozwijać więź z klientem. Przywiązanie konsumenta można zdobyć, nie tylko zapewniając wysoką jakość produktów, lecz przede wszystkim idealnie trafiając w jego potrzeby i oczekiwania.

Popołudniowy komentarz walutowy z 10.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 10.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Lewiatan o Krajowym Planie Działań na rzecz Zatrudnienia

W Krajowym Planie Działań na rzecz Zatrudnienia na lata 2015 – 2017., wątpliwości budzi przyjęty wskaźnik osiągnięcia w 2017 r. zatrudnienia na poziomie 68,1 proc. przez osoby w wieku 20-64 lata – uważa Konfederacja Lewiatan. Dzisiaj planem zatrudnienia w tych latach zajmuje się rząd.

dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan
dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Jeśli wziąć pod uwagę wyzwania, które stoją przed naszym rynkiem pracy, to należy uznać za słuszne wyznaczenie celu polegającego na zwiększeniu zatrudnienia i aktywności zawodowej. Analiza zadań szczegółowych wskazuje na pewne braki w zakresie praktycznych przedsięwzięć, dotyczących przede wszystkim charakteru podejmowanych zadań i ich skali. W związku z tym trudno ocenić czy wywrą one realny wpływ na zmianę sytuacji na rynku pracy. Wątpliwości budzi też przyjęty cel realizacji, czyli osiągnięcie w 2017 r. wskaźnika zatrudnienia dla osób w przedziale wieku 20-64 lata na poziomie 68,1 proc. Scenariusz dojścia do tego wskaźnika w kolejnych latach wydaje się nie uwzględniać wpływu działań wpisanych do Krajowego Planu na wzrost zatrudnienia, a jedynie zakłada stałe zwiększanie zatrudnienia niezależnie od sytuacji gospodarczej i decyzji podejmowanych przez rząd. Należy zatem liczyć, że ramy działań określone w KPDZ szybko wypełnią się treścią i przyjęcie planu szybko przełoży się na praktyczne działania.

Konfederacja Lewiatan

 

Wiosna na rynku pracy zaczyna się w tym roku wcześniej

Stopa bezrobocia pod koniec lutego wyniosła 12 proc – poinformował resort pracy i polityki społecznej. To powtórzenie wyniku z końca stycznia.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej opierając się na meldunkach z urzędów pracy wyliczyło, że stopa bezrobocia w lutym wyniosła 12 proc., czyli nie zmieniła się w stosunku do stycznia. Również liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy pozostała na niemal niezmienionym poziomie ok. 1919 tys. osób . Zwykle na polskim rynku pracy doświadczamy w tym okresie wzrostu bezrobocia, co wiąże się z jego sezonowością. W zimie część firm ogranicza aktywność, równocześnie redukując zatrudnienie. W tym roku mamy jednak do czynienia ze szczególnie łagodnym przebiegiem zimy, więc wpływ czynników związanych z klimatem np. w branży budowlanej nie jest już tak istotny. Kolejnym czynnikiem, który powoduje, że bezrobocie w lutym nie rośnie już drugi rok z rzędu jest szybsze i sprawniejsze przekazywanie środków Funduszu Pracy przeznaczonych na aktywizację zawodową do powiatowych urzędów pracy.

Nie należy jednak pomijać także pozytywnego wpływu na zatrudnienie koniunktury gospodarczej. Dobre sygnały płyną z sektora przemysłowego, gdzie wskaźnik PMI w lutym utrzymał się na poziomie bliskim tego ze stycznia (55,1) i wciąż pozostaje wysoki wskazując na możliwą dalszą poprawę. W ramach tego wskaźnika już trzeci miesiąc z rzędu rósł subwskaźnik dotyczący zatrudnienia, co wskazuje, że w sektorze przemysłowym możemy spodziewać się dalszego wzrostu popytu na pracę. Dzięki oddziaływaniu tych czynników stopa bezrobocia jest w lutym 2015 r. niższa o niemal 2 pkt. proc. w stosunku do poprzedniego roku, a liczba bezrobotnych spadła o ok. 336 tys. osób. W kolejnych miesiącach możemy spodziewać się przyspieszenia tych pozytywnych zmian. Już teraz zgłoszono do urzędów pracy 95,1 tys. miejsc pracy i aktywizacji zawodowej o ok. 23 tys. więcej niż w styczniu.

Konfederacja Lewiatan

Internet Ventures inwestuje w platformę 4screens

Internet Ventures FIZ, fundusz z Grupy MCI Management (MCI), którego współudziałowcem jest Krajowy Fundusz Kapitałowy (KFK), podpisał umowę inwestycyjną z NOPATTERN, właścicielem 4screens, platformy do tworzenia interaktywnych aplikacji, które umożliwiają interakcję z użytkownikiem/widzem w czasie rzeczywistym na wielu urządzeniach. Inwestycja w kwocie kilku milionów złotych umożliwia MCI objęcie mniejszościowych udziałów w spółce.

4screens to polski startup pozwalający firmom z branży medialnej, marketingowej i e-commerce w prosty sposób tworzyć interaktywne aplikacje dostępne na wielu ekranach (m.in. second screen, social hub). NOPATTERN przeznaczy środki m.in. na wprowadzenie usługi na globalny rynek B2B.

– 4screens wpisuje się w najnowsze światowe trendy technologii mobilnych. Z jednej strony platforma umożliwia klientom samodzielną budowę aplikacji, z drugiej charakteryzuje się elastycznością ze względu na dostępność gotowych modułów, które można dowolnie modyfikować w zależności od potrzeb i na ich bazie tworzyć interaktywne aplikacje – mówi Tomasz Danis, zarządzający funduszem Internet Ventures. – Platforma 4screens jest oferowana w modelu abonamentowym, jako usługa w tzw. chmurze (Software as a Service), dzięki temu model biznesowy posiada potencjał łatwego skalowania – dodaje.

4screens pozwala tworzyć interaktywne aplikacje dostępne na wielu ekranach (mobile, desktop, TV, outdoor). Dzięki modułowej budowie 4screens oferuje dedykowane rozwiązania przeznaczone dla nadawców TV (second screen), nadawców radiowych (jako narzędzie komunikacji ze słuchaczami), organizatorów eventów (rozwiązania multi screen), w handlu detalicznym (social hub), jak również w zakresie promocji marki (content marketing).

Około 90 proc. wszystkich interakcji z mediami odbywa się na wielu ekranach – mówi Piotr Szostak, dyrektor zarządzający 4screens. – Coraz powszechniejszy jest tzw. multiscreening. Większość widzów ogląda telewizję korzystając równocześnie z innego urządzenia: telefonu, tabletu, laptopa, zatem nadawcy muszą obecnie walczyć o uwagę widza również na dodatkowych platformach. Jeśli sami zbudują interaktywne aplikacje, zwiększą zaangażowanie odbiorców, a w konsekwencji przychody – dodaje.

Z rozwiązań 4screens korzystają polscy nadawcy telewizyjni, m.in. TVN (“Kuba Wojewódzki”, “You Can Dance”), TVP (“The Voice of Poland”, “Dzięki Bogu Już Weekend” oraz “SuperSTAR-cie) czy 4fun Media (aplikacja Fun App TV dostępna w Google Play oraz iTunes), a także przedstawiciele marek, m.in. spółka Agros Nova, która w ramach 4screens uruchomiła social hub poświęcony sokom Fortuna.

Inwestycja w 4screens jest realizowana wspólnie z Krajowym Funduszem Kapitałowym,
który w roli współudziałowca/uczestnika kilkunastu funduszy inwestycyjnych typu venture capital, wspiera inwestowanie w młode polskie firmy napotykające na barierę finansowania swego rozwoju ze względu na wczesny etap działalności operacyjnej i niepewność odnośnie efektu ekonomicznego.

Sektor nieruchomości jeszcze pilniej sprawdzany

Wskutek wprowadzenia nowych przepisów rynek nieruchomości będzie poddawany skrupulatniejszej kontroli podatkowej. Branża zarzuca władzy zbytnią restrykcyjność prawa.

Unia Europejska oraz Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju planują wprowadzenie rozwiązań prawnych, które mają zapobiegać agresywnemu planowaniu podatkowemu. W konsekwencji inwestorzy i deweloperzy działający na rynku nieruchomości zostaną zobowiązani do precyzyjniejszego wykazywania uzasadnień gospodarczych dla swoich transakcji. Branżowcy muszą liczyć się z tym, że jeżeli nie będą spełniali nowych wymogów, ich transakcje mogą być kwestionowane przez organy podatkowe.

Od 1 stycznia w sektorze nieruchomości obowiązują przepisy z zakresu finansowania inwestycji. „Wymuszają one na inwestorach, żeby w większym stopniu finansowali swoje inwestycje kapitałem, a nie długiem. Wynika to z tego, że jeżeli zadłużenie przekroczy pewną proporcję długów do kapitałów, odsetki od takiego długu nie będą mogły stanowić kosztu, czyli nie pomniejszą podstawy do opodatkowania” – mówi serwisowi infoWire.pl Michał Thedy, dyrektor w Dziale Doradztwa Podatkowego EY. „Współczynnik finansowania inwestycji jest zbyt restrykcyjny w porównaniu z zasadami obowiązującymi w innych krajach” – dodaje.

Przepisy zapobiegające unikaniu opodatkowania istnieją w większości krajów. „To, że zostaną one wprowadzone w Polsce, nie budzi sprzeciwu. Jednak rodzą się obawy, czy przepisy będą stosowane faktycznie w sytuacjach, w których dochodzi do przestępstwa, czy też władze skarbowe będą ich nadużywały i krępowały w ten sposób swobodę gospodarczą” – podkreśla ekspert.

Konflikt na Ukrainie a nastroje Polaków

Wiele osób śledzi wydarzenia za wschodnią granicą, bo rezultaty konfliktu na Ukrainie i sankcje nałożone na Federację Rosyjską bezpośrednio dotykają Polskę. Nasz stosunek do tego, co dzieje się na wschodzie, jest widoczny w statystykach.

Jak pokazują badania CBOS, według aż 3/4 Polaków konflikt na Ukrainie może grozić bezpieczeństwu naszego kraju. Oczywiście, uważamy, że sąsiadów powinno się wspierać, ale tylko wspólnie z innymi krajami Unii Europejskiej (56%). 33% badanych jest zdania, że nie powinniśmy angażować sił w konflikt na Ukrainie, a 62% – że nie warto nawet pomagać finansowo. Wielu z nas sankcje nałożone na Rosję przez Unię Europejską uznaje za zbyt małe. Z drugiej zaś strony boimy się, że podejmowane działania odbiją się negatywnie na gospodarce czy bezpieczeństwie energetycznym.

Sytuacja na wschodzie nie wpływa na refleksje większości polskich polityków. „Powtarzają te same hasła i slogany, których nikt na arenie międzynarodowej nie chce słuchać” – mówi serwisowi infoWire.pl dr hab. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. „Państwo polskie, prowadzące aktywną politykę wschodnią i wchodzące na różne płaszczyzny sporów z Federacją Rosyjską, a także innymi państwami, zachowuje się jak drogowiec, którego zaskoczyła zima” – dodaje.

W konflikcie związanym z przejęciem Krymu oraz zmianą władzy w Kijowie trudno znaleźć wygranych, może poza Białorusią. Łatwo natomiast wskazać przegranych – są to Ukraina i Polska. Obecna sytuacja pokazała, że nasz kraj jest samotnym białym żaglem w Europie. Niestety żadne inne państwo nie podziela naszych poglądów, a nawet jeśli jest nam bliskie – jak Litwa – to relacje z nim pozostawiają wiele do życzenia.