Niskie oprocentowanie lokat zachęca Polaków do funduszy inwestycyjnych

CEO Magazyn Polska

Rośnie zainteresowanie Polaków funduszami inwestycyjnymi. Dziś niespełna 20 proc. posiada jednostki funduszy inwestycyjnych, ale kolejne 9 proc. przymierza się do ich zakupu – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Deutsche Banku. Do rosnącej popularności TFI przyczynia się coraz niższe oprocentowanie lokat i coraz większa wiedza na temat różnych metod inwestowania.

Dziś jednostki funduszy inwestycyjnych posiada 2,1 mln Polaków.

Dynamika wzrostu tej bazy jest duża i będzie jeszcze większa, bo mamy otoczenie sprzyjające inwestowaniu w fundusze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Szlosek, dyrektor bankowości detalicznej i inwestycyjnej w Deutsche Banku. – Mamy historycznie najniższe stopy procentowe, spadające od 2 lat, a co za tym idzie – spadające oprocentowanie depozytów i kont oszczędnościowych. To jest motywator dla Polaków, żeby szukać rozwiązań alternatywnych dla lokat bankowych.

Z badania Deutsche Banku wynika, że inwestowaniem w fundusze zainteresowani są głównie ludzie dobrze zarabiający. Wśród tych, którzy zarabiają miesięcznie poniżej 3 tys. zł, jednostki udziału posiada ok. 11 proc. Dla zarabiających więcej niż 3 tys. zł średnia ta wynosi już 46 proc. Wśród Polaków z zarobkami w przedziale 4-4,9 tys. zł oszczędności w funduszach trzyma ponad połowa ankietowanych (prawie 52 proc.).

Wśród Polaków nadal jest przekonanie, że aby inwestować w fundusze, trzeba mieć duże kwoty. Tymczasem jest to nieprawda. W zależności od funduszy minimalna kwota to może być nawet 50, 100 lub 150 zł. Przy pierwszej wpłacie czasami jest to większa kwota. Po raz kolejny musimy obalić mity związane z inwestowaniem w fundusze – mówi Szlosek.

Przed inwestycją w fundusze powstrzymuje Polaków głównie obawa przed porażką. Ponad 38 proc. ankietowanych obawia się utraty kapitału, podobna grupa ocenia, że brak jej wolnych środków do zainwestowania. Postrzegają je jako produkt wymagający dużej wiedzy o rynku – stwierdziło tak 37 proc. pytanych. Zdaniem Moniki Szlosek to przekonanie, który wpływa na niewielką popularność tej metody inwestowania.

Leszek Niemycki, wiceprezes Deutsche Banku podkreśla, że właśnie z tego powodu obok oferty bardzo ważna jest więc też edukacja.

Nasz bank od wielu lat oferuje bardzo szeroką gamę funduszy inwestycyjnych. Bazą naszej oferty jest wiedza i umiejętność dostosowania poziomu ryzyka i poziomu inwestycji do możliwości finansowych i specyfiki danego klienta. W tym widzimy naszą rolę, żeby klienci w bezpieczny i rozsądny sposób, w sposób dopasowany do ich własnych oczekiwań i możliwości powoli zapoznawali się i rozbudowywali swoją wiedzę na temat rynku funduszy inwestycyjnych i rynku kapitałowego – mówi Leszek Niemycki.

Z badań wynika, że Polacy mają umiarkowaną skłonność do ryzyka. Jako społeczeństwo indywidualistyczne jesteśmy znacznie roztropniejsi w inwestycjach od społeczeństw kolektywistycznych, jakie tworzą mieszkańcy Azji. Mamy też złe doświadczenia historyczne i nie ufamy instytucjom.

Dopiero młode pokolenia, które weszły już na rynek pracy, zarabiają, przeżyły kryzys 2008 roku i wiedzą, co oznacza podejmowanie ryzykownych decyzji, także finansowych – zwraca uwagę prof. dr hab. Małgorzata Bombol z Zakład Badań Zachowań Konsumentów Instytutu Zarządzania SGH. – Obawy inwestycyjne dotyczą przede wszystkim osób w wieku powyżej 50-60 lat. Wynika to m.in. z tego, że to są tzw. konsumenci tradycyjni z dosyć konserwatywnym podejściem do swoich zachowań, także finansowych. Im młodsi konsumenci, tym bardziej kosmopolityczni, otwarci, lepiej poinformowani, w związku z tym poziom awersji do ryzyka może u nich maleć.

Ponad połowa pytanych znających fundusze uważa, że inwestując w nie, powierza swoje pieniądze profesjonalistom.

Deutsche Bank współpracuje z 18 towarzystwami funduszy inwestycyjnych inwestującymi zarówno w  kraju, jak i zagranicą. Dzięki temu pieniądze klientów alokowane są również w instrumenty finansowe poza granicami Polski, co pozwala lepiej zdywersyfikować inwestycje.

Możemy również czynnie uczestniczyć we wzrostach wartości dużych, znanych firm z Europy lub jeszcze dalej, ze Stanów Zjednoczonych i z Azji. Z tych rynków, gdzie przynajmniej w ostatnim czasie były największe wzrosty wartości indeksów – mówi Leszek Niemycki.

Deutsche Bank wystartował z kampanią promującą bankowość doradczą i produkty inwestycyjne pod hasłem „Niech Twoje pieniądze pracują tak ciężko jak Ty”. Chce zachęcić klientów do inwestowania, oferując im również w ramach promocji „Zwracamy 1%” premię w postaci 1 proc. sumy zainwestowanej w dowolne fundusze.

Eksport to szansa na podniesienie sprzedaży po zeszłorocznej podwyżce akcyzy

Polska wódka jest jedyną globalną marka dostępną na wszystkich rynkach, choć jeszcze w niewystarczającym stopniu – uważa prezes Stowarzyszenia Polska Wódka. Dzięki coraz większemu uznaniu dla polskiej marki w świecie oraz szeroko zakrojonym działaniom promocyjnym eksport wódki powinien z roku na rok rosnąć. W innych krajach flagowe alkohole, jak np. francuski calvados czy szkocka whisky, w znaczącej większości trafiają na eksport. Podobnie może być w Polsce.

Stawiając na sprzedaż za granicą, producenci wódki rekompensują sobie trudną sytuację na polskim rynku, gdzie wciąż odczuwalne są negatywne konsekwencje ubiegłorocznej 15-proc. podwyżki akcyzy. Z informacji Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy wynika, że po podwyżce tylko dwie trzecie dużych i średnich firm z branży jest rentowne, a produkcja wódki zmalała o blisko jedną czwartą. To wpłynęło na zmniejszenie wolumenu eksportowego w ubiegłym roku.

– Polska wódka jest jedyną polską marką globalną, jeśli chodzi o marki produktowe na rynkach światowych. Jest dostępna wszędzie, choć może nie w takim wymiarze, jak sobie byśmy tego życzyli – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Szumowski, prezes Stowarzyszenia Polska Wódka. – Wierzę, że przyszłością polskiej wódki jest przede wszystkim eksport – eksport produktu doskonale znanego, cenionego przez koneserów, uzyskującego wyższe ceny i w związku z tym mogącego znaleźć swoje solidne miejsce na rynkach całego świata.

Przewagą polskiej wódki na rynkach zagranicznych jest to, że jest to produkt z unijnym oznaczeniem geograficznym. Taki certyfikat gwarantuje, że dana marka faktycznie jest produkowana w Polsce, z zachowaniem określonych procedur i przy użyciu określonych surowców, a to z kolei w oczach konsumentów kojarzy się z wysoką jakością. Samo oznaczenie jednak nie wystarczy – potrzebna jest też duża promocja.

Szumowski podkreśla, że już teraz Agencja Rynku Rolnego wspiera polską wódkę, podobnie jak promujące eksport resorty i służby dyplomatyczne

Na jesień wstępnie zapowiedziano szeroki wachlarz działań promujących produkty geograficznie wytwarzane w Unii Europejskiej. Komisarz UE ds. rolnictwa wybiera się do Pekinu, gdzie będzie promował produkty oznaczone jako GI [geographical identification – red.], w tym polską wódkę – mówi Szumowski.

Jak podkreśla, promocja polskiej wódki powinna być powiązana z promocją żywności w ogóle. Według niego powinniśmy uczyć się od Francuzów, którzy promując własne potrawy, popularyzują również krajowe wina, calvadosy, koniaki i inne trunki.

Wykorzystujmy do promocji chociażby polskie mięso – nie da się zjeść polskiego tatara bez kieliszka polskiej wódki. Bądźmy dumni z polskiej żywności, która nie ma sobie równej na świecie – podkreśla Szumowski.

Telefony coraz rzadziej służą do rozmawiania

CEO Magazyn Polska

Transmisja danych na urządzeniach mobilnych będzie jedną z szybciej rosnących usług telekomunikacyjnych w tym roku – wynika z raportu firmy PMR. Podczas gdy cały rynek usług spadnie o 1,1 proc., ten segment wzrośnie dwucyfrowo. Do tego trendu na rynku zaczynają dopasowywać się sieci komórkowej, oferując nielimitowany transfer danych. To w wyborach konsumentów staje się kluczowe.

Są tacy klienci, którzy nie potrzebują lub nie chcą z różnych powodów mieć smartfona, natomiast z naszych badań i obserwacji w punktach sprzedaży wynika, że jest ich bardzo niewielu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Dobrzyński, dyrektor marketingu Play. – Naszą ofertę kierujemy do wszystkich segmentów klientów. Formuły są przeznaczone przede wszystkim do rozmów i SMS-ów, ale one stanowią mniejszość naszej sprzedaży. Większość klientów kupuje smartfona i używa go w sposób intensywny.

Z danych PwC wynika, że w tym roku liczba smartfonów wzrośnie z 22 do 27 mln sztuk. To oznacza, że będą one stanowić blisko połowę telefonów komórkowych. Liczba tabletów z kolei ma się w tym roku podwoić (do 4 mln sztuk). Będzie z nich korzystać blisko co dziesiąty Polak. Rosnąca popularność urządzeń mobilnych sprawia, że coraz szybciej rośnie zapotrzebowanie na transfer danych.

Transmisja danych stała się dzisiaj podstawową usługą, którą wykorzystujemy w smartfonie, bo wszystko na tym jest oparte – prognoza pogody, zegar, wiadomości, poczta e-mail czy Facebook – podkreśla Bartosz Dobrzyński. – Wyraźnie widzimy, że w ciągu ostatnich lat liczba transmitowanych bitów i bajtów rośnie szybko.

Z myślą o mobilnych użytkownikach sieci komórkowe stawiają w swoich ofertach na transfer danych. Przykładem jest wprowadzona właśnie formuła Smartfon Unlimited w Play.

W ramach naszej oferty mamy nielimitowane gigabajty, tak żeby klient nie musiał się martwić o to, co się stanie, jeżeli mu się pakiet skończy. To możliwość swobodnego korzystania zawsze i wszędzie z transmisji danych – wyjaśnia Bartosz Dobrzyński.

Druga nowość w ofercie Play – kierowana szczególnie do wybierających się na wakacje – to pakiet rozmów, SMS-ów i transferu danych w roamingu na terenie UE. Klient otrzymuje dni, w których usługi te są nielimitowane. Ta propozycja to konsekwencja działań Komisji Europejskiej zmierzających do ograniczenia kosztów międzynarodowych połączeń.

Play liczy, że nowe usługi, na które rośnie zapotrzebowanie, pozwolą mu zachować pozycję najszybciej rosnącego operatora w Polsce.

2 mln Polaków cierpi na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc

CEO Magazyn Polska

200 mln ludzi na całym świecie, w tym 2 mln w Polsce, cierpi na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (POChP). Coraz częściej dotyka ona osób w sile wieku. Jej objawy – duszności, kaszel i ucisk w klatce piersiowej, występujące często mimo stosowanych terapii – znacznie utrudniają codzienne życie w domu i pracy. Eksperci podkreślają, że chorym mogą pomóc nowoczesne leki, które lecząc, zmniejszają jednocześnie objawy.

Przewlekła obturacyjna choroba płuc to czwarty zabójca na świecie, licząc osoby umierające z powodu POChP. W Stanach Zjednoczonych POChP jest już trzecim zabójcą i to samo przewiduje się dla reszty świata, w tym Europy i Polski do 2020 roku – mówi agencji Newseria prof. dr hab. n. med. Andrzej Fal, pulmonolog, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Alergologii CSK MSWiA w Warszawie.

POChP charakteryzuje się uporczywym utrudnieniem przepływu powietrza, które związane jest z nasiloną przewlekłą reakcją zapalną na szkodliwe cząsteczki lub gazy w drogach oddechowych lub płucach. Głównym czynnikiem ryzyka jest przede wszystkim palenie tytoniu, ale groźne może być także palenie w domu resztkami biologicznymi.

Liczba chorych na całym świecie szacowana jest na 210 mln. W Polsce to ok. 2 mln, ale liczba leczących się osób jest dużo niższa – w ubiegłym roku odnotowano 600 tys. indywidualnych wizyt związanych z tą chorobą i 60 tys. hospitalizacji.

Około 40-50 proc. chorujących nie ma jeszcze objawów albo ma objawy na tyle łagodne, że nie zgłaszają się do lekarza. Problem zaczyna się właściwie od samej rozpoznawalności nazwy POChP – mówi Fal. – Im szybciej zdiagnozujemy tę chorobę i szybciej wdrożymy leczenie, tym większe mamy szanse na poprawę stanu zdrowia pacjenta.

Choć przewlekła obturacyjna chorobę płuc uważana jest za chorobę osób starszych, to co czwarty czterdziestolatek doświadcza łagodnego utrudnienia przepływu powietrza. Szacuje się, że nawet połowa chorych to osoby poniżej 65. roku życia.

Utrudnienie przepływów powietrza powoduje u chorego takie objawy, jak duszności, kaszel, świszczenie i ucisk w klatce piersiowej. Może to znacząco utrudnić codzienne życie i negatywnie wpłynąć na jakość życia pacjentów. Eksperci przyznają, że wielu pacjentów doświadcza tych objawów nawet przy stosowaniu leczenia.

Ponadto u chorych zdarzają się epizody zaostrzania choroby, czyli pogorszenie objawów, np. na skutek infekcji górnych dróg oddechowych. Ma to negatywny wpływ na stan płuc i jest groźne dla życia pacjenta. Chorzy na POChP każdego roku zazwyczaj doświadczają od jednego do trzech epizodów zaostrzenia choroby, a w 3-16 proc. takich przypadków wymagane jest przyjęcie chorego do szpitala. Może się to skończyć śmiercią w przypadku jednego na dziesięciu pacjentów. Dlatego eksperci podkreślają konieczność zapobiegania epizodom zaostrzenia.

Leczenie POChP powinno zaczynać się przede wszystkim od zwalczenia nałogu, czyli ekspozycji czynnika wywołującego – podkreśla prof. Fal. – Oprócz tego istnieją leki rozkurczowe z dwóch różnych grup: LABA i LAMA, czyli leki poprawiające przepływ powietrza przez drogi oddechowe o różnych mechanizmach działania. Żeby to ułatwić pacjentowi, zwiększyć compliance tych leków, zaczęły się pojawiać również preparaty łączone, czyli takie, które w jednym inhalatorze, w jednej kapsułce inhalacyjnej, zawierają obydwie substancje.

Terapia łączona jest nowością w leczeniu POChP. Od blisko roku stosują ją pacjenci w Stanach Zjednoczonych. Podobne preparaty są dostępne również w Niemczech, Holandii i Wielkiej Brytanii, gdzie są również refundowane. W Polsce nie trafiły one jeszcze na listę refundacyjną, ale jak podkreśla prof. Fal, refundacja byłaby uzasadniona, bo skuteczne leczenie POChP obniża koszty ponoszone przez służbę zdrowia i koszty społeczne.

Jeżeli ktoś choruje, ma zaostrzenie, zostaje pięć dni w domu i nie pracuje, to nie wytworzył jakiegoś dobra, w związku z tym PKB przez to zmalało – mówi prof. Andrzej Fal. – Jeśli byśmy szeroko spojrzeli na koszty choroby i koszty zaostrzeń, to zdecydowanie każde leczenie, nawet bardzo drogie, dużo bardziej się opłaca niż utrata dni pracy czy utrata sprawności członka społeczeństwa. Niestety, takich mechanizmów liczenia nie mamy, a z punktu widzenia NFZ nie zawsze to wygląda aż tak prosto.

Zatrudnienie w centrach usług wspólnych może wzrosnąć o 100 tys. osób

CEO Magazyn Polska

Centra usług biznesowych co roku generują 25-30 tys. nowych miejsc pracy. Inwestorów przyciąga wysoka jakość kadry, w tym znajomość języków obcych oraz bogate doświadczenie. Jednak sektory bankowy, finansowy i ubezpieczeniowy, które generują największe zatrudnienie w obszarze outsourcingu, wciąż nad Wisłą są obecne w niewielkim stopniu. Pomogłyby zmiany w prawie. Dzięki nim jest szansa na kolejne 100 tysięcy nowych miejsc pracy w ciągu trzech lat.

Polska dziś jest na najlepszej drodze, żeby centra usług wspólnych stał się naszym flagowym sektorem w ciągu najbliższych 5-10 lat. Mamy bardzo wysoką pozycję w rankingach atrakcyjności miast pod kątem tych inwestycji  – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystian Bestry, wiceprezes Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL), prezes zarządu firmy Adaptive Group.

W tegorocznym zestawieniu „Top 100 Outsourcing Destinations” firmy konsultingowej Tholons Kraków utrzymał dziewiątą pozycję wśród najatrakcyjniejszych na świecie miast dla inwestycji tego sektora, będąc jednocześnie jedynym miejscem w Europie, które znalazło się w pierwszej dziesiątce. Nieprzerwanie liderem i tym samym najlepszą lokalizacją doradzaną firmom z sektora centrów usług wspólnych (Shared Service Center – SSC) oraz obsługi outsourcingowej biznesu (Business Process Outsourcing – BPO) jest Bangalore w Indiach.

W czołowej setce ulokowała się także Warszawa (30) oraz Wrocław (62), które poprawiły swoje pozycje odpowiednio o dwa i trzy miejsca.

Jak podkreśla Bestry, niezmiennie zaletą polskich miast jest wykwalifikowana kadra – Polacy są dobrze wykształceni, mają coraz lepsze kwalifikacje językowe i umieją się zaangażować w pracę, co podoba się zagranicznym inwestorom.

Kolejny element to coraz silniejsza specjalizacja w tej branży. Mamy coraz więcej doświadczonych pracowników, nowym firmom więc coraz łatwiej wystartować z centrum usług, bo zawsze mogą liczyć na pracowników, którzy w tym biznesie mają już doświadczenie. Nie rozpoczynają od zera, tylko z kadrami, które umieją to robić – twierdzi Krystian Bestry

Jak wynika z ostatniego raportu ABSL w 2013 roku powstało w Polsce 66 nowych centrów. Blisko 60 proc. z nich utworzyli nowi inwestorzy, nie posiadali dotychczas w Polsce przedsiębiorstwa działającego w tej branży.

Wiele sektorów jeszcze nie rozpoczęło swojej ekspansji w Polsce, przede wszystkim banki, branża ubezpieczeniowa czy obsługa finansowa – zauważa Krystian Bestry. – To branże, które dają największą możliwość wzrostu zatrudnienia w centrach outsourcingowych. Jeśli uda się przeprowadzić kilka zmian legislacyjnych w Polsce i przyciągnąć kilku dużych inwestorów, to sektor może zyskać kolejnych 100 tys. nowych miejsc pracy.

Zainteresowanie ulokowaniem niektórych procesów biznesowych w Polsce wyrażały między innymi wielkie banki inwestycyjne, jak Bank of America Merrill Lynch, JP Morgan oraz Morgan Stanley. Na razie większość operacji prowadzonych na terenie naszego kraju wykonują ich oddziały w Luksemburgu, Holandii, Niemczech oraz Szwajcarii.

W przeniesieniu ich nad Wisłę stanęły uregulowania prawne, które zabraniają m.in. sprawdzania przeszłości kryminalnej pracowników.

Wiele banków nie zdecyduje się na przekazanie kluczowych procesów pracownikom, których nie będzie można pod tym kątem sprawdzić – tłumaczył Bestry podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach. – Dzisiaj polskie prawo to wyklucza i niestety procesy takie trafiają gdzie indziej. A tak naprawdę wiele firm z tego sektora funkcjonuje w Polsce i tylko czeka na zmiany, żeby móc rozszerzyć swoją działalność. Myślę, że 100 tys. nowych miejsc pracy w ciągu trzech lat jest naprawdę realne. Potrzeba do tego bardzo niewiele.

Według ostatniego raportu ABSL pod koniec 2013 roku w Polsce prowadziło działalność 470 centrów usług wspólnych. Na zlecenie innych podmiotów, zazwyczaj dużych korporacji międzynarodowych, obsługują poszczególne procesy biznesowe, usługi z zakresu IT, a także badawczo-rozwojowe. Zatrudniały łącznie 128 tys. osób, o blisko 50 proc. więcej niż pod koniec 2011 roku. W jednym przedsiębiorstwie z tego sektora pracują średnio 273 osoby.

W Polsce brakuje przepisów, które pomogłyby zwiększyć bezpieczeństwo pieszych

0

CEO Magazyn Polska

17 maja zmieniają się przepisy o ruchu drogowym. Przekroczenie dozwolonej prędkości o 50 km/h będzie skutkowało utratą prawa jazdy na trzy miesiące, surowiej będą też traktowani kierowcy prowadzący pod wpływem alkoholu. Wciąż jednak brakuje przepisów dotyczących bezpieczeństwa pieszych, a pod tym względem Polska jest w ogonie Europy. Co piąta ofiara wypadków samochodowych w UE ginie w Polsce, a blisko jedna trzecia wypadków ma miejsce na pasach. W Sejmie trwają prace nad projektem, który zwiększyłby ochronę osób, które dopiero zamierzają wejść na przejście dla pieszych.

Zmiany, które wchodzą w życie 17 maja, są szczególnie istotne. Każda z nich jest gatunkowo ważna – zaostrzenie sankcji za prowadzenie pod wpływem alkoholu i wypadki spowodowane po spożyciu alkoholu czy konsekwencje za przekroczenia prędkości o 50 km/h – mówi agencji Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki, prezes Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego.

Zmiany znacznie zaostrzają kary, przede wszystkim za nadmierną prędkość. Przekroczenie o co najmniej 50 km/h w terenie zabudowanym będzie skutkowało trzymiesięczną utratą prawa jazdy. Jeśli ukarany kierowca znów zostanie przyłapany, zakaz prowadzenia pojazdu wydłuży się do sześciu miesięcy. Zatrzymanie po raz trzeci oznacza definitywne cofnięcie uprawnień. Kierowcy, którzy prowadzą po alkoholu (ponad 0,5 promila), mogą nie tylko trafić do więzienia, zapłacą też minimum 5000 zł na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym. Zdaniem Morzyckiego surowe kary mogą wpłynąć na sposób rozumowania kierowców, którzy w obawie przed utratą prawa jazdy zdejmą nogę z gazu.

Zmiany w przepisach dotyczą głównych przyczyn wypadków samochodowych. Mam nadzieję, że przyczyni się to do zmniejszenia liczby wypadków i ofiar. W poprzednich latach takie poważne zmiany przynosiły pozytywne skutki, np. w roku, w którym pojawiły się fotoradary, odnotowaliśmy największy procentowy spadek liczby wypadków drogowych – podkreśla ekspert.

W prawie o ruchu drogowym wciąż brakuje jednak przepisów, które mogłyby zmniejszyć liczbę wypadków z udziałem pieszych, a tych w Polsce jest wyjątkowo dużo. Pieszy jest co trzecią ofiarą wypadku. Jak wynika z danych policji, w ubiegłym roku doszło do ponad 9,1 tys. wypadków, w których zginęło 1116 pieszych. „Podręcznik o ochronie pieszych” przygotowany przez Krajową Radę Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego wskazuje co prawda, że na polskich drogach ginie coraz mniej pieszych (do 2008 roku było ok. 2 tys. ofiar), jest ich jednak znacznie więcej niż na Zachodzie.

Pod względem ochrony pieszych Polska należy do najsłabszych państw w Europie. Co piąty pieszy, który ginie w Unii, to pieszy w Polsce. Dlatego liczymy, że kolejną zmianą przyjętą przez parlament będzie lepsza ochrona tych najsłabszych uczestników ruchu drogowego, czyli właśnie pieszych – zaznacza prezes Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego.

Trwają prace nad przepisami, dzięki którym pieszy ma mieć zawsze pierwszeństwo na pasach. Tak jest w większości krajów Europy, gdzie za niezatrzymanie się przed zebrą, przy której stoi pieszy, grozi nawet utrata prawa jazdy. Obecnie w Polsce pieszy, która znajduje się na zebrze ma pierwszeństwo, to jednak tylko teoria. Ze statystyk wynika, że co trzeci wypadek ma miejsce na przejściu dla pieszych.

Posłowie pracują nad projektem, który mógłby zapewnić większą ochronę, bo kierowcy musieliby przepuszczać pieszych nie dlatego, że są dobrze wychowani, ale dlatego, że tak stanowi prawo. Myślę, że taka zmiana zostanie przegłosowana jeszcze w tej kadencji Sejmu – ocenia Bartłomiej Morzycki.

Znajomość języków skandynawskich coraz częściej oczekiwana przez pracodawców

Minimum dwa języki obce, w tym biegły angielski to wymagania polskich pracodawców, które już stały się standardem. Jako drugi język najlepiej wciąż widziany jest niemiecki lub rosyjski. Ze względu na zwiększające się kontakty biznesowe z krajami skandynawskimi rośnie także zapotrzebowanie na osoby władające szwedzkim, duńskim lub norweskim. W cenie są także języki orientalne, zwłaszcza chiński i arabski.

Znajomość języków obcych to dziś jedna z najbardziej liczących się umiejętności na rynku pracy. Z danych GUS wynika, że osoby posługujące się biegle przynajmniej jednym językiem obcym zarabiają znacznie więcej niż pracownicy nieposiadający takiej umiejętności. Większość pracodawców oczekuje nawet od szeregowych pracowników znajomości co najmniej dwóch języków obcych – angielskiego w stopniu biegłym oraz drugiego języka na poziomie co najmniej komunikatywnym.

Znajomość angielskiego to niejako umiejętność podstawowa, która może być nawet porównywana do umiejętności obsługi komputera. Warto zadbać o to, by poza językiem angielskim biegle posługiwać się też innym językiem obcym. Przedsiębiorcy w tym momencie poszukują osób ze znajomością takich języków jak francuski, hiszpański, rosyjski czy niemiecki. To te języki – poza angielskim – są pożądane przez pracodawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Magdalena Marcinkowska, menadżer w szkole językowej Skrivanek.

W rankingach języków, których najchętniej uczą się Polacy, dominuje angielski i niemiecki. Z danych Ministerstwa Edukacji Narodowej wynika, że w tym roku na maturze egzamin z angielskiego wybrało 90 proc. licealistów oraz 85 proc. absolwentów techników. Na drugim miejscu znalazł się język niemiecki, który zdawać będzie 13 proc. wszystkich maturzystów, a na trzecim rosyjski. Popularność języka niemieckiego wynika przede wszystkim z dobrych perspektyw zawodowych, zwłaszcza w biznesie, ze względu na ożywioną wymianę gospodarczą między Niemcami a Polską.

Wśród Polaków rośnie także popularność języków skandynawskich. Wynika to z coraz częstszych i szerszych kontaktów biznesowych między firmami polskimi i skandynawskimi oraz rosnącej emigracji zarobkowej do Szwecji, Norwegii i Danii.

– Pod względem liczby użytkowników posługujących się danym językiem obcym na pewno na pierwszych miejscach, poza językiem angielskim, powinniśmy wymienić język mandaryński, hiszpański, arabski i francuski. Warto wspomnieć, że te największe i najprężniej rozwijające się gospodarki to właśnie Chiny, Stany Zjednoczone, Indie, Brazylia i Rosja. Myślę, że warto inwestować w języki, którymi posługują się te kraje – mówi Magdalena Marcinkowska.

Wymogi rynku pracy sprawiły, że Polacy bardzo dobrze wypadają w rankingach znajomości języków obcych. W rankingu Education First, sprawdzającym znajomość języka angielskiego w firmach, Polska uplasowała się na 7. miejscu, wyprzedzając takie kraje, jak Niemcy i Szwajcaria. W pierwszej szóstce rankingu znalazły się kraje skandynawskie, Belgia i Holandia. Z badań Education First wynika również, że co drugi dorosły Polak posługuje się co najmniej jednym językiem obcym, a 40 proc. Polaków zna język angielski na poziomie komunikatywnym.

Zgoda na koncentrację – Węglokoks Kraj i Kompania Węglowa

UOKiK wydał zgodę na zakup przez Węglokoks Kraj dwóch kopalń należących do Kompanii Węglowej. Przeprowadzone postępowanie wykazało, że koncentracja nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji.

W wyniku transakcji Węglokoks Kraj ma nabyć część mienia Kompanii Węglowej w postaci zakładów górniczych: KWK Bobrek i KWK Piekary.

Podstawą zgłoszenia zamiaru koncentracji jest przedwstępna umowa pomiędzy Węglokoks Kraj a Kompanią Węglową. Zgodnie z deklaracją wnioskodawcy celem transakcji jest pozyskanie bazy surowcowej węgla energetycznego. Jednocześnie ma ona umożliwić wsparcie przejmowanych zakładów górniczych, m.in. zapewniając środki niezbędne do ich restrukturyzacji oraz dalszego funkcjonowania.

Analiza UOKiK wykazała, że koncentracja nie będzie miała wpływu na rynek wprowadzania do obrotu (produkcji i sprzedaży oraz importu) węgla energetycznego, na którym działają przejmowane kopalnie. Nie działają na nim bowiem podmioty należące do przejmującej spółki.

Urząd stwierdził również, że nie dojdzie do ograniczenia konkurencji na krajowych rynkach produkcji i sprzedaży obudów chodnikowych oraz akcesoriów górniczych: strzemion, stojaków i stopnic. Ich producentem jest Huta Łabędy należąca do Węglokoksu, natomiast odbiorcami jej produktów są kopalnie należące do Kompanii Węglowej. Posiadają one  jednak niewielkie udziały w rynkach zakupów tych wyrobów i dlatego w wyniku koncentracji nie zmieni się znacząco pozycja rynkowa Huta Łabędy.

Węglokoks Kraj prowadzi działalność w zakresie wzbogacania miałów energetycznych węgla i ich sprzedaży w Polsce. Należy do grupy kapitałowej Węglokoks, która zajmuje się głównie hurtowym handlem węglem kamiennym i surowcami energetycznymi oraz produkcją wyrobów hutniczych. W skład grupy kapitałowej Kompania Węglowa wchodzą 22 spółki, 14 kopalń oraz 5 zakładów pomocniczych.

 

Koniec taniej ropy

Wiadomość o wzroście deficytu handlowego Stanów Zjednoczonych do najwyższego poziomu od ponad sześciu lat – z 35.9 mld USD w lutym do 51.4 mld USD w marcu – przyczyniła się podczas wczorajszej sesji do znaczących wzrostów na rynku surowców. W reakcji na dane opublikowane przez amerykański Departament Handlu, cena ropy WTI na giełdzie paliw NYMEX w Nowym Jorku podrożała o 3%, przekraczając tym samym poziom 61.5 USD za baryłkę. Istotne zwyżki widoczne były także na giełdzie paliw ICE Futures Europe w Londynie, gdzie za baryłkę ropy Brent inwestorzy musieli zapłacić we wtorek ponad 68 USD za baryłkę.

Dzisiejsza sesja zostanie zdominowana przez publikację usługowych indeksów PMI dla największych światowych gospodarek. Popołudniu poznamy także dane obrazujące aktualną sytuację na amerykańskim rynku pracy, w tym raport ADP ukazujący szacunkową zmianę zatrudnienia w tamtejszym sektorze pozarolniczym (prognoza 200K). Uwagę inwestorów znad Wisły przyciągnie natomiast treść komunikatu z ostatniego posiedzenia RPP.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

saxo bank

NZD traci po słabym raporcie w sprawie zatrudnienia

Opublikowany ubiegłej nocy raport w sprawie zatrudnienia w Nowej Zelandii w I kwartale okazał się słabszy, niż przewidywano: wbrew powszechnym oczekiwaniom, skorygowana w górę stopa bezrobocia (5,8%) nie została obniżona. Wzrost zatrudnienia również okazał się niższy, niż zakładano, mimo iż w ujęciu miesięcznym liczba nowych miejsc pracy była konkretna; wysoki współczynnik aktywności zawodowej częściowo tłumaczy gorszą, niż przewidywano stopę bezrobocia.

Również i płace w Nowej Zelandii nie sięgnęły oczekiwanego poziomu, dlatego rynek nadal wyprzedaje NZD, a para AUD/NZD przekroczyła poziom 1,0500, natomiast para NZD/USD straciła na wartości pomimo bardzo słabego otoczenia USD.

Od najważniejszego wydarzenia w tym tygodniu, piątkowego amerykańskiego raportu w sprawie zatrudnienia, dzielą nas jeszcze dwa dni, jednak już dziś może nastąpić test potwierdzający, czy inwestorzy mogą kontynuować sprzedaż USD w przypadku mocnego odczytu ADP. Należy podkreślić, że wczorajszy mocny odczyt ISM dla sektora niewytwórczego został całkowicie zignorowany przez rynek.

Sytuacja ta może przede wszystkim wynikać z pozycjonowania, a nie z amerykańskich danych ekonomicznych/prognoz Fed, ponieważ „transakcja makro roku”, czyli kupno akcji europejskich spółek w związku z luzowaniem ilościowym przez EBC i zabezpieczaniem ekspozycji na waluty, ostatnio nie przynosiła szczególnych rezultatów. Obie strony tej transakcji w ubiegłym tygodniu przybrały niefortunny obrót, a przed publikacją ważnego raportem w sprawie zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych może nastąpić zamykanie znaczących pozycji, ponieważ w przypadku słabego odczytu mogą nastąpić wahania lub wręcz katastrofy na rynkach.

Najważniejsze pytanie brzmi obecnie: czy ten trend/squeeze zasadniczo zmierza już ku końcowi, czy też ryzykujemy jego kontynuację po piątkowej publikacji? Innymi słowy, wszystko zależy teraz od liczby skorygowanych już pozycji i do treści samego raportu. Obserwujcie sytuację.

Wykres: NZD/USD

Po słabych danych z Nowej Zelandii ubiegłej nocy wszystko przemawia obecnie za spadkiem w parze NZD/USD, jednak poziomy USD w pozostałych parach wskazują na możliwość zahamowania tego ruchu. Utrzymanie znaczącego spadku w tej parze będzie trudne, chyba że USD po publikacji raportu w sprawie zatrudnienia w najbliższy piątek podejmie walkę i rozpocznie rajd.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: waluta jest zasadniczo słaba. Rynek, o dziwo, zignorował wczorajsze mocne wyniki badania sektora niewytwórczego ISM i najwyraźniej zakłada, że Fed potrzebuje zdecydowanych dowodów na ożywienie w II kwartale, zanim prognozy dotyczące stóp zostaną podwyższone. Bez względu na wynik, piątkowy raport w sprawie zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych będzie istotnym katalizatorem.

EUR: squeeze utrzymuje się i jest wyraźnie powiązany z osłabieniem na rynku akcji. Co jednak wydarzy się w piątek w przypadku mocnego odczytu zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych? Zdecydowany wzrost oczekiwań wobec Fed mógłby negatywnie wpłynąć na apetyt na ryzyko, ale wesprzeć USD. Ciekawi mnie, czy zobaczymy zmianę paradygmatu, czy też negatywną korelację apetytu na ryzyko z parą EUR/USD, kiedy nie będzie już różnicy pomiędzy inwestowaniem w akcje europejskie i w parę EUR/USD.

JPY: waluta w tym tygodniu zachowuje się biernie, ponieważ Japonia dopiero jutro kończy długi weekend. Największym zainteresowaniem cieszy się para USD/JPY w związku z piątkowym raportem w sprawie zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych i reakcją na ewentualne podwyższenie oczekiwań wobec zmiany stóp Fed w przypadku mocnego odczytu. Para USD/JPY tradycyjnie najmocniej reaguje na dane ze Stanów Zjednoczonych, mimo iż od jakiegoś czasu nie miało to miejsca ze względu na transakcje carry w EUR.

GBP: funt szterling czeka na wyniki wyborów pod koniec tygodnia lub nawet po weekendzie. Rząd torysów znacznie bardziej umocniłby brytyjską walutę, niż rząd laburzystów, a sondaże wydaje się podzielone. Rynek nie jest zatem pewny co do dalszych ruchów, mimo iż w wycenach uwzględniono już pewną dawkę ostrożności, ponieważ w przypadku zwycięstwa Partii Pracy istnieje ryzyko spadku GBP.

CHF: waluta jest nadal stosunkowo mocna. Wczoraj spready państw peryferyjnych UE wzrosły pomimo niedawnej poprawy sytuacji i może rozpocząć się przepływ kapitału do tzw. bezpiecznej przystani. W parze EUR/CHF poziom 1,0350 to wsparcie Fibonacciego, natomiast para USD/CHF może wyjątkowo dużo stracić na wartości w przypadku mocnego odczytu zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych w najbliższy piątek.

AUD: kluczowym katalizatorem będzie dzisiejszy odczyt zatrudnienia w Australii. Rynek znienacka wykazuje olbrzymi optymizm wobec australijskiej gospodarki, być może w związku z mocnym odczytem chińskiego PMI w sektorze usługowym ubiegłej nocy. W wycenach uwzględniono ryzyko powrotu do średniej, jednak w przypadku słabego raportu dzisiejszej nocy reakcja rynków będzie negatywna.

CAD: waluta jest nadal mocna względem USD w związku z wysokimi cenami ropy i pomimo wczorajszej informacji, że w marcu kanadyjski deficyt handlowy był najgorszy w historii. Dzisiejszy odczyt PMI Ivey może dostarczyć nowych argumentów, mimo iż badanie to słynie ze zmiennych wyników. Największy wpływ na kurs CAD będą miały piątkowe raporty w sprawie zatrudnienia w Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych. W parze USD/CAD 1,2000 to poziom krytyczny.

NZD: waluta jest słaba we wszystkich parach po niekorzystnym raporcie w sprawie zatrudnienia ubiegłej nocy; rynek zaczyna w większym stopniu uwzględniać w wycenach przyszłe cięcia stóp przez RBNZ. Już wkrótce ruch ten się wyczerpie, jednak nowozelandzkiej walucie zadano istotny cios i w najbliższych tygodniach można nastawiać się na sprzedaż w przypadku rajdów.

SEK: nie stawiam żadnej prognozy tak długo, jak para EUR/SEK pozostawać będzie w wąskim przedziale pomiędzy poziomami 9,20 i 9,40; nie wiadomo, jaki jest nowy katalizator SEK.

NOK: wszystko zależy od jutrzejszego posiedzenia Norges Bank. Łatwo jest zakładać niespodziewane złagodzenie polityki w odniesieniu do stóp procentowych na początku norweskiej krzywej dochodowości, jednak ceny ropy w okolicach 70 USD za baryłkę sugerują, że równie dobrze NOK może się umocnić w przypadku bierności lub wzmianek o ryzyku bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości ze strony Norges Bank w sytuacji, gdy ceny ropy nie tylko się ustabilizowały, ale wręcz dramatycznie poprawiły.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Nowa Zelandia: stopa bezrobocia w I kwartale stabilnie na poziomie 5,8% w porównaniu z przewidywanym spadkiem do 5,5%
  • Nowa Zelandia: zmiana zatrudnienia w I kw. wykazała +0,7% k/k i +3,2% r/r w porównaniu z przewidywanymi odpowiednio +0,8%/+3,3% oraz z odnotowanym w IV kw. +3,6% r/r
  • Nowa Zelandia: wzrost płac o 0,3% k/k w porównaniu z przewidywanym wzrostem o 0,4%
  • Wielka Brytania: wskaźnik cen w sklepach (BRC Shop Price Index) w kwietniu wykazał -1,9% r/r w porównaniu z przewidywanym -1,7% i odnotowanym w marcu -2,1%
  • Australia: sprzedaż detaliczna w marcu wykazała +0,3% m/m w porównaniu z przewidywanym wynikiem +0,4%
  • Chiny: odczyt PMI w sektorze usługowym (HSBC) w kwietniu wykazał 52,9 w porównaniu z odnotowanym w marcu 52,3

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Strefa euro: ostateczny odczyt PMI w sektorze usługowym w kwietniu (08:00)
  • Wielka Brytania: wskaźnik PMI w sektorze usługowym (Markit/CIPS Services PMI) w kwietniu (08:30)
  • Strefa euro: sprzedaż detaliczna w marcu (09:00)
  • Szwecja: wystąpienie prezesa Riksbank, Ingvesa (10:00)
  • Stany Zjednoczone: zmiana zatrudnienia (ADP) w kwietniu (12:15)
  • Stany Zjednoczone: jednostkowe koszty pracy/produktywność w sektorze pozarolniczym w I kw. (12:30)
  • Stany Zjednoczone: wystąpienie panelowe Yellen z Fed (13:15)
  • Kanada: odczyt PMI (Ivey) w kwietniu (14:00)
  • Stany Zjednoczone: wystąpienie George z Fed (17:15)
  • Stany Zjednoczone: wystąpienie Lockharta z Fed (17:30)
  • Australia: wskaźnik wyników sektora budowlanego (AiG Performance of Construction) w kwietniu (23:30)
  • Australia: zmiana zatrudnienia/stopa bezrobocia w kwietniu (01:30)
  • Japonia: odczyt PMI w sektorze usługowym (Markit) w kwietniu (01:35)

John J Hardy, Saxo Bank

saxo bank

Akcje Wirtualnej Polskiej wzrosły na otwarciu pierwszej sesji o 10 proc.

Wirtualna Polska Holding (WPH), właściciel wiodącej platformy medialnej online w Polsce oraz jeden z największych podmiotów na polskim rynku reklamy internetowej, z sukcesem zadebiutowała dziś na rynku głównym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Na otwarciu notowań akcje WPH drożały o blisko 10 proc.

W ramach pierwszej oferty publicznej WPH, spółka portfelowa subfunduszu MCI.EuroVentures 1.0, zaoferowała ponad 9,19 mln sztuk akcji, w tym prawie 3,34 mln akcji nowej emisji i 5,85 mln istniejących akcji sprzedawanych przez akcjonariusza, spółkę European Media Holding, której udziałowcami są m.in. fundusze Innova Capital i MCI Management. Akcje zostały przydzielone 7.379 inwestorom indywidualnym oraz 347 inwestorom instytucjonalnym. Stopa redukcji zapisów w pierwszej kategorii inwestorów wyniosła aż 83 proc. Przy cenie sprzedaży akcji 32 zł wartość przeprowadzonej oferty publicznej wyniosła 294,2 mln zł.

Wirtualna Polska Holding jest 7. debiutantem na Głównym Rynku GPW w 2015 roku oraz 474. spółką notowaną na tym rynku.

Spółka WPH w zaledwie kilkanaście miesięcy przeszła proces integracji, rozbudowy oraz zmian wizerunkowych, które doprowadziły do niemal potrojenia jej wartości rynkowej.

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.05.2015 Piotr Lonczak Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.05.2015 Piotr Lonczak Analityk Cinkciarz.pl

Przedsiębiorcy chcą więcej uprawnień w starciu z UOKiK

0

Przedsiębiorcom należy zapewnić odpowiednie uprawnienia i gwarancje procesowe, pozwalające na obronę ich praw. Stąd też, niektóre proponowane w projekcie rozwiązania wymagają uzupełnienia, celem realizacji zasady sprawiedliwości proceduralnej – uważa Konfederacja Lewiatan oceniając projekt nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów.

– W kwietniu br. opublikowany został projekt nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Projekt, oprócz kompleksowej reformy systemu abstrakcyjnej kontroli wzorów umów, zakłada zwiększenie kompetencji Prezesa UOKiK w obszarze ochrony konsumentów (decyzje tymczasowe, publikacje ostrzeżeń, „tajemniczy klient”). Co ciekawe, uzasadnienie do projektu, zdaje się wskazywać, że zmiany podyktowane są nieprawidłowymi – w ocenie UOKiK – praktykami na rynku finansowym.

Tymczasem, nowelizacja swoim zakresem w zasadzie obejmuje wszystkich przedsiębiorców ze wszystkich branż. Oczywistym jest, że Prezes UOKiK musi mieć odpowiednie uprawnienia, do zwalczania zakazanych praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów i innych, nielegalnych zachowań na polskim rynku. Tym niemniej, przedsiębiorcom należy zapewnić odpowiednie uprawnienia i gwarancje procesowe – mówi Bartosz Wyżykowski, radca prawny z departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Decyzje tymczasowe
Wśród proponowanych w projekcie środków zwłaszcza decyzja tymczasowa stanowi instrument prawny, który w bardzo dużym stopniu ingeruje w swobodę działalności gospodarczej. Istotą tego narzędzia jest zobowiązanie przedsiębiorcy do określonego działania lub powstrzymywanie przedsiębiorcy od określonego zachowywania się na rynku, pomimo braku prawomocnego orzeczenia odnośnie kwalifikacji tego zachowania (np. zakaz emitowania reklamy lub oferowania określonego produktu). Wydanie takiej decyzji nie następowałoby oczywiście arbitralnie, a tylko wówczas, jeżeli zostanie uprawdopodobnione, że dalsze stosowanie zarzucanej praktyki może spowodować poważne i trudne do usunięcia zagrożenia dla zbiorowych interesów konsumentów. Tym niemniej, są to bardzo ogólne klauzule generalne, które organ będzie mógł interpretować bardzo szeroko.

– Z tego powodu, kluczowym jest zapewnienie szybkiej kontroli sądowej takich decyzji. Nad wyborem konkretnego rozwiązania można dyskutować. Możliwa wydaje się kontrola ex ante, wyrażona w formie zgody sądu (SOKiKu) – bez takiej zgody działanie organu nie byłoby dopuszczalne. Ponadto, przedsiębiorcy powinno przysługiwać prawo do zaskarżenia „decyzji” sądu. Można też wprowadzić mechanizm zatwierdzania przedmiotowej decyzji ex post – przez SOKiK, przykładowo w trybie analogicznym jak w przypadku postępowania zabezpieczającego, uregulowanego w kodeksie postępowania cywilnego. Wówczas, od decyzji tymczasowej, przedsiębiorcy służyłby sprzeciw (odwołanie), wnoszony do SOKiK i niweczący skutki tej decyzji. SOKiK rozpoznawałby sprzeciw w przyśpieszonym trybie i albo udzielałby zabezpieczenia, albo odmawiałby jego udzielenia – dodaje Bartosz Wyżykowski.

Publikacja ostrzeżeń i komunikatów
Projekt zakłada również, że Prezesowi UOKiK przysługiwać będzie prawo do nieodpłatnej publikacji ostrzeżeń i komunikatów – w formie i czasie przez siebie określonym – w publicznym radiu i telewizji. Sam pomysł, aby publikacje możliwe były nie tylko, jak obecnie, w sprawach dotyczących praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów, ale szerzej, nie budzi większych zastrzeżeń. Jednakże, przesłanki, stanowiące podstawę prawną do takiego działania powinny być ściśle określone. Tymczasem, projekt nie zawiera żadnego katalogu okoliczności lub podstaw prawnych, warunkujących możliwość publikowania przedmiotowych ostrzeżeń. Kluczowym dla oceny tej propozycji jest też odpowiedź na pytanie, czy komunikaty mają mieć charakter ogólny (tj. będą dotyczyć określonych zjawisk na rynku, tendencji rynkowych), czy też odnosić się mają do zachowania konkretnego przedsiębiorcy. Wydaje się, że intencją projektodawców jest możliwość publikowania obu rodzajów komunikatów. W takim wypadku, koniecznym jest jednak zapewnienie przedsiębiorcy, który się nie zgadza z takim komunikatem, możliwości jego podważenia czy zaskarżenia.

Konfederacja Lewiatan

 

Google zachęca Polaków do głosowania

Wybory prezydenckie odbędą się już w najbliższą niedzielę, 10 maja. Wcześniej firma Google zaangażowała się w organizację serii Hangoutów na żywo z kandydatami na prezydenta, oraz uruchomiła specjalnie z tej okazji serwis google.pl/wybory , który ma pomóc dokonać świadomego wyboru.

Google strona wybory 2015

Znajdziecie w nim informacje o wszystkich kandydatach pochodzące z serwisu MamPrawoWiedziec.pl oraz najnowsze wiadomości o wyborach pochodzące z Google News, w tym z 300POLITYKA, Dziennik.pl, Gazeta.pl, naTemat.pl oraz Wirtualnej Polski.

Zachęcamy Was do głosowania! Marta Poślad, Senior Policy AnalystCEO Magazyn Polska

Konferencja „Patenty na konkurencyjnym rynku”

Ministerstwo Gospodarki oraz Urząd Patentowy RP serdecznie zapraszają do wzięcia udziału w konferencji „Patenty na konkurencyjnym rynku”, która odbędzie się 12 maja 2015 r. w Ministerstwie Gospodarki (Sala pod Kopułą, wejście od ul. Wspólnej).

Celem konferencji będzie m.in. próba udzielenia odpowiedzi na następujące pytania związane ze strategią wykorzystania ochrony patentowej do rozwoju biznesowego:

  • jakie są korzyści i ryzyka związane z ubieganiem się o ochronę patentową?
  • czy koncentrować się wyłącznie na rynku krajowym, czy też już wcześniej planować ochronę na rynkach zagranicznych?
  • jak zaplanować sposób i terytorium chronienia innowacji, aby zmaksymalizować korzyści z ochrony?
  • jakie są koszty związane z ochroną i jak skutecznie tymi kosztami zarządzać?jak wykorzystują patenty przedsiębiorcy w Polsce, a jakie są tendencje za granicą?

Po zakończeniu konferencji eksperci Urzędu Patentowego RP będą udzielali odpowiedzi na pytania indywidualne uczestników.

Udział w konferencji jest bezpłatny.

Ministerstwo Gospodarki (MG)

eService obsłużyło już ponad milion transakcji na rynku czeskim

0

eService w ubiegłym roku oficjalnie rozpoczął działalność operacyjną w Czechach i już odnotował pierwszy sukces – milion rozliczonych transakcji na sąsiadującym rynku.

eService na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy odnotowało wzrost nie tylko liczby rozliczanych transakcji, ale też zainteresowania samych akceptantów. Spółka skutecznie konkuruje z lokalnymi i obecnymi w Czechach międzynarodowymi agentami rozliczeniowymi i z powodzeniem zdobywa zaufanie nowych klientów, zainteresowanych akceptacją płatności bezgotówkowych.

Zagraniczna oferta eService obejmuje rozliczenia płatności dokonywanych kartami Visa i MasterCard, a od niedawna również Diners Club i Discover. Prężnie działający agent rozliczeniowy bierze udział w wielu przetargach zarówno dużych graczy międzynarodowych, jak też lokalnych biznesów.

„Milion rozliczonych transakcji jest dla eService dużym krokiem milowym w procesie ekspansji zagranicznej. Atrakcyjne warunki współpracy oraz profesjonalizm zbudowany na wieloletnim doświadczeniu z pewnością stanowią podstawę naszego sukcesu.” – komentuje Arkadiusz Bochniak, Dyrektor Departamentu Biznesu eService.

Spółka pracuje nad wdrożeniem kolejnych usług na rynki zagraniczne, jednocześnie nie zaniedbując rynku polskiego. eService nadal zajmuje pozycję lidera wśród agentów rozliczeniowych oraz kontynuuje swój rozwój, czego dowodem jest potrojenie w ciągu ostatnich 12 miesięcy udziału w rynku eCommerce.

W 2015 roku Spółka została nominowana do prestiżowej nagrody Merchant Payment Ecosystem 2015 (MPE) w dwóch kategoriach – Payment Service Provider oraz Processing Award. Jest to już kolejne wyróżnienie Spółki za jej wkład w rozwój międzynarodowego systemu płatności elektronicznych.kiego.

mFaktoring: rośnie popularność faktoringu zagranicznego

Polscy eksporterzy coraz chętniej sięgają po faktoring,  także po to, by zabezpieczyć się przed ryzykiem kursowym.

Jak pokazują wstępne dane GUS*, eksport towarów z Polski w 2014 r. wzrósł o 5,2 proc., osiągając wartość 163,1 mld euro. Przeważającą część tej kwoty stanowił eksport na rynki rozwinięte, który w ubiegłym roku wyniósł 136,8 mld euro, co oznacza wzrost o 7,7%. Nadwyżka obrotów w tych transakcjach wyniosła w 2014 r. 28,4 mld euro, czyli powiększyła się o 5 mld euro.

Podbój międzynarodowych rynków coraz częściej jest jednym ze strategicznych kierunków rozwoju przedsiębiorstw, co zwiększa popularność faktoringu zagranicznego. Obroty mFaktoringu w segmencie faktoringu zagranicznego wzrosły w 2014 roku o ponad 25%.

Faktoring zagraniczny jest doskonałym zabezpieczeniem przed ryzykiem kursowym. Eksporter otrzymuje od Faktora walutową należność zanim ureguluje ją kontrahent, zwykle w ciągu jednego lub dwóch dni od wystawania faktury. Otrzymaną kwotę może w tym samym dniu przewalutować ograniczając czas, w którym jej wartość po przeliczeniu na złote podlega wahaniom. Polskie przedsiębiorstwo otrzymuje należność jeszcze zanim ureguluje ją kontrahent, co pozwala na przeliczenie jej po bezpiecznym kursie.

Faktoring zagraniczny jest doskonałym rozwiązaniem dla przedsiębiorstw realizujących kontrakty międzynarodowe oraz dla odbiorców płacących w walucie z odroczonymi terminami płatności. Przykładowo, eksporter wystawiając fakturę na 500 tys. euro z datą zapłaty za 60 dni, narażony jest na spadek otrzymanej ostatecznie kwoty płatności po jej przeliczeniu na złotówki, po kursie z dnia faktycznej zapłaty przez odbiorcę. Korzystając z faktoringu zagranicznego, eksporter otrzyma płatność od razu, co pozwala na przeliczenie należności w dniu wystawienia faktury. Otrzymanie zaliczki w dniu wystawienia faktury zapewnia utrzymanie założonej marży i ogranicza wpływ potencjalnych zmian kursowych, bez korzystania z innych metod zabezpieczających przed wahaniami kursu walutowego. Wielu eksporterów, którzy przy przychodach walutowych koszty ponoszą w złotych, wybiera faktoring jako formę ograniczenia ryzyka walutowego i jako alternatywę korzystania z instrumentów pochodnych – mówi Marta Ciemniewska, dyrektor działu sprzedaży w mFaktoringu.

Oczywiście faktoring zagraniczny – poza minimalizowaniem ryzyk kursowych i finansowaniem obrotowym – daje przedsiębiorcom szereg dodatkowych korzyści. Istotnie podnosi on poziom bezpieczeństwa relacji z nowymi, nieznanymi kontrahentami spoza Polski. Podobnie jak w faktoringu krajowym, przedsiębiorstwa otrzymuje należne pieniądze w ustalonym z faktorem czasie, nawet gdy termin płatności jeszcze nie upłynął. Z jednej strony firmy mogą więc oferować swoim partnerom handlowym dłuższe, bardziej konkurencyjne terminy płatności, z drugiej mają zapewniony stabilny dostęp do gotówki. Faktoring zagraniczny zapewnia też bezpieczeństwo transakcji i minimalizuje ryzyko braku zapłaty. Jest to istotne szczególnie w handlu zagranicznym, gdyż proces oceny wiarygodności odbiorców spoza Polski jest złożony.

ING Bank Śląski zwiększa udziały w rynku

W I kwartale 2015 roku skonsolidowany zysk netto ING Banku Śląskiego wzrósł do 261 mln zł, czyli o 3% w porównaniu z analogicznym okresem 2014 roku. Bank zanotował dalszy dynamiczny wzrost i umocnił udziały rynkowe w depozytach i kredytach. W minionym kwartale bank wprowadził kolejne innowacyjne rozwiązania w obszarze bankowości mobilnej oraz płatności.

Podstawowe dane finansowe Grupy ING Banku Śląskiego za I kwartał 2015 r. w porównaniu do analogicznego okresu ub.r.:

  • przychody ogółem wzrosły o 3% do 906 mln zł,
  • koszty ogółem wyniosły 495,6 mln zł w porównaniu z 471,2 mln zł w ub.r.,
  • wynik przed kosztami ryzyka wyniósł 410,4 mln zł w porównaniu z 412,6 mln zł w ub.r.,
  • zysk brutto wyniósł 326,1 mln zł w porównaniu z 328,5 mln zł w ub.r.,
  • zysk netto wzrósł o 3% do 261 mln zł,
  • wskaźnik koszty/przychody wyniósł 54,7% w porównaniu z 53,3% w ub.r.,
  • łączny współczynnik kapitałowy 14,8% w porównaniu z 14,6% w ub.r.,
  • zwrot z kapitału (ROE) osiągnął poziom 10,8% w porównaniu z 11,3% w

– To był kolejny kwartał dynamicznego wzrostu. Wartość depozytów w ujęciu rok do roku przyrosła o 10,6 mld zł, czyli o 16 proc. i na koniec marca wynosiła 77,3 mld zł. Przełożyło się to na wzrost do 8,6 proc. udziału w rynku depozytów gospodarstw domowych i do 7,6 proc. udziału w rynku korporacyjnym. Zanotowaliśmy wysoki, bo sięgający ponad 9 mld zł, wzrost wartości kredytów. To o 17 proc. więcej w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Łącznie na koniec pierwszego kwartału portfel kredytowy osiągnął wartość prawie 62 mld zł. Udział w rynku kredytów gospodarstw domowych wzrósł do blisko 4 proc., a w rynku kredytów korporacyjnych – 9,3 proc. – powiedziała Małgorzata Kołakowska, prezes ING Banku Śląskiego.

– Klienci wybierają nasz bank dzięki dobremu połączeniu innowacyjnych technologii, wysokiej jakości obsługi i konkurencyjnej oferty. W pierwszym kwartale bank pozyskał blisko 119 tys. nowych klientów, których liczba wzrosła do 3,8 mln – dodała prezes ING Banku Śląskiego.

Najważniejsze wyniki biznesowe Grupy ING Banku Śląskiego osiągnięte w I kwartale 2015 roku w porównaniu do analogicznego okresu ub.r.:

  • wzrost wartości kredytów o 17% do 61,6 mld zł:
  • kredyty dla klientów detalicznych – wzrost o 22% do 23,1 mld zł,
  • kredyty dla klientów korporacyjnych – wzrost o 15% do 38,5 mld zł,
  • wzrost depozytów o 16% do 77,3 mld zł,
  • liczba klientów detalicznych 3,8 mln (118 tys. nowych klientów
    pozyskanych w I kwartale)
  • liczba klientów korporacyjnych – 38,1 tys.

BIK Indeks – Popytu na Kredyty Konsumpcyjne wyniósł +0,4%, a BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe wyniósł -7,6% w kwietniu 2015 r.

Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Konsumpcyjne (BIK Indeks – PKK), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów konsumpcyjnych, wyniosła +0,4% w kwietniu 2015 r. Oznacza to, że w kwietniu 2015 r., banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty konsumpcyjne na kwotę wyższą o 0,4% w porównaniu z kwietniem 2014 r. W 1 kwartale 2015 r. średnia wartość indeksu wyniosła +2,2% – podało Biuro Informacji Kredytowej.

– Od początku 2015 r. obserwujemy pozytywne dynamiki wartości wniosków o kredyty konsumpcyjne. W pierwszych 4 miesiącach br. powinniśmy mieć do czynienia z niewielkim wzrostem sprzedaży kredytów konsumpcyjnych. Pomimo najniższych historycznie stóp procentowych nie obserwujemy znacznego wzrostu zainteresowania krótkoterminowymi kredytami konsumpcyjnymi – powiedział prezes BIK Mariusz Cholewa.

 

Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych, wyniosła -7,6% w kwietniu 2015 r. Oznacza to, że w kwietniu 2015 r., banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 7,6% w porównaniu z kwietniem 2014 r. W 1 kwartale 2015 r. średnia wartość indeksu wyniosła +0,5%.

 

– Po pozytywnych informacjach z 1 kwartału 2015 r., w kwietniu zaobserwowaliśmy załamanie dynamiki, zarówno liczby jaki i wartości, nowych wniosków o kredyty mieszkaniowe. Oznacza to, że nie widać jeszcze trwałego ożywienia na rynku kredytów mieszkaniowych pomimo sprzyjającej sytuacji zewnętrznej – dodaje Mariusz Cholewa.

Metodyka indeksów:

Wskaźnik BIK Indeks – PKK obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy, po wyłączeniu zapytań kredytowych na kwoty powyżej 200 tys. zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 30 dniach. Kredyty konsumpcyjne to łącznie: kredyty gotówkowe, kredyty ratalne, karty kredytowe oraz limity kredytowe.

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach.

Metodyka BIK indeks – PKK oraz BIK Indeks – PKM została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeksy są publikowane co miesiąc.

 

Jak szanse kandydatów oceniają bukmacherzy?

Wybory prezydenckie to rozgrywka nie tylko przy wyborczej urnie, ale także przy bukmacherskiej ladzie. Kursy prezentowane przez bukmacherów można potraktować jako ciekawy sondaż, którego wiarygodność wspierają nie wątpliwe badania opinii, ale prawdziwe pieniądze.

– U bukmacherów faworyt wyborów jest tylko jeden, notowania Bronisława Komorowskiego można porównać do notowań Rogera Federera, czy innej tenisowej gwiazdy w meczu pierwszej rundy turnieju Wielkiego Szlema. Wśród czterech przeanalizowanych polskich bukmacherów kurs na zwycięstwo dotychczasowego prezydenta waha się od 1,12 do 1,18. Średnia wynosi 1,15, co oznacza, że za każdą postawioną na Komorowskiego złotówkę w razie powodzenia otrzymać można dodatkowe 15 groszy – komentuje Adam Torchała, analityk Bankier.pl.

Jedynym konkurentem, który według bukmacherów może zagrozić Komorowskiemu, jest Andrzej Duda. Średni kurs na kandydata wspieranego przez PiS wynosi 4,52, a więc każda postawiona złotówka może się przełożyć na wygraną w wysokości 4,52 zł. Po rozpiętości proponowanych przez bukmacherów stawek widać jednak, że ocena prawdziwej siły Andrzeja Dudy sprawia ekspertom spory problem.

Bukmacherzy obstawiają, że będzie druga tura

Analizując kursy ciężko dostrzec konkurenta dla duetu Komorowski-Duda. Jedyną osobą, na której zwycięstwo nie obowiązuje trzycyfrowa stawka, jest Paweł Kukiz – i to właśnie jego zakłady postrzegają jako faworyta do trzeciego stopnia podium. Duża przewaga Bronisława Komorowskiego nie przełoży się jednak najprawdopodobniej na zwycięstwo w pierwszej turze. Według bukmacherów II tura jest wysoce prawdopodobna. Za każdą złotówkę postawioną na brak rozstrzygnięcia w pierwszej turze można średnio zarobić jedynie 1,10 zł.

Bukmacherzy ocenili prawdopodobieństwo wejścia niektórych kandydatów do drugiej tury. Przykładowo za każdą złotówkę postawioną na awans Janusza Korwin-Mikkego w wypadku przejścia przez niego pierwszej tury otrzymać można 30 zł. Awans Magdaleny Ogórek wyceniany jest na 25 zł, a Janusza Palikota na 50 zł.

Bukmacherzy umożliwiają także obstawianie frekwencji wyborczej. Analizując przedstawione w ich ofercie stawki można stwierdzić, że oczekiwana frekwencja wynosi około 54,5%. To niewiele mniej niż zanotowano w I turze poprzednich wyborów prezydenckich (54,95%). Do rekordu z 1995 roku (68,23% w drugiej turze) wciąż więc daleko.

– Na zakładach zarabiają głównie bukmacherzy. Hazard wielu ludzi doprowadził do całkowitej ruiny. Nie ma nic złego w przejrzeniu kursów, ale pamiętajmy, że wybory prezydenckie to nie jest rzut monetą. Szklana kula to też nie jest najlepszy pomysł na rozstrzygnięcie wyboru. Każdy wyborca powinien dobrze przemyśleć na kogo zagłosuje. Najlepiej dokonać oceny zgodnie ze swoim sumieniem. Nie sugerujmy się zbytnio badaniami opinii publicznej czy kursami w zakładach bukmacherskich. Nie dajmy się ponieść emocjom i dobrze zastanówmy się nad tym, co czytamy i oglądamy. Prezydent pozornie nie ma wielkiego wpływu na stan naszych portfeli, ale potencjalne możliwości poprawy naszej sytuacji materialnej to dobry powód do oddania na kogoś głosu. Niestety tylko pod warunkiem, że dana osoba spełni swoje obietnice. Ocena, czy jest to możliwe to prawdopodobnie zadanie ponad siły także dla najlepszych bukmacherów – Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Ile kosztuje mała trójka u dewelopera?

Analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl prześledzili ofertę firm deweloperskich w poszukiwaniu małych mieszkań trzypokojowych. Sprawdzili, jakie metraże mają najmniejsze budowane trójki, w których osiedlach są dostępne i ile kosztują.

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp

W każdym z naszych projektów można znaleźć kompaktowe mieszkanie trzypokojowe. Ich powierzchnia waha się od 50 do 60 mkw. Ceny różnią sie w zależności od miasta i lokalizacji, zaczynają się od 3900 zł/mkw.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Kompaktowe mieszkania trzypokojowe to w przypadku każdej naszej inwestycji ważna część oferty. Stawiamy przede wszystkim na funkcjonalność lokali o najmniejszym metrażu. Ceny uzależnione są od lokalizacji inwestycji. Na przykład w warszawskim projekcie przy ulicy Księżycowej mała trójka kosztuje w granicach 300 tys. zł. W tym projekcie oferujemy także większe mieszkania trzypokojowe, odpowiadające nowym wytycznym programu MdM dla rodzin z minimum trójką dzieci.

Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord

Mieszkania trzypokojowe o niewielkich metrażach mamy w każdej z naszych inwestycji w Warszawie, Trójmieście, Olsztynie, Łodzi i Szczecinie. W warszawskiej inwestycji Śródmieście Wilanów trzypokojowe mieszkania o metrażu od 48 mkw. oferujemy w cenie od 354,9 tys. zł. W osiedlu Neptun w podwarszawskich Ząbkach najmniejsze trzypokojowe mieszkania od 56 mkw. kosztują ok. 273 tys. zł.

W osiedlu Dwa Potoki w południowym Gdańsku, lokale trzypokojowe mają powierzchnię od 48 mkw. i kosztują poniżej 200 tys. zł. Z kolei w gdańskiej dzielnicy Ujeścisko, w projekcie Dwa Tarasy, mieszkania z trzema pokojami o metrażu 56 mkw. są dostępne w kwocie od 284,2 tys. zł. W projekcie Tęczowy Las w Olsztynie trójki o pow. 49-52 mkw. kosztują od 209,4 tys. zł.

Magdalena Rurarz, dyrektor działu sprzedaży i marketingu Victoria Dom

W warszawskim Osiedlu Classic najmniejsze mieszkania trzypokojowe, jakie obecnie oferujemy mają powierzchnię 44 mkw. Można je kupić w cenie od 260 tys. zł, od 5790 zł za mkw.

Katarzyna Żarska z firmy Marvipol

W warszawskiej inwestycji Central Park Ursynów najmniejsze mieszkania trzypokojowe o powierzchni 58 mkw. z balkonami są obecnie dostępne w cenie promocyjnej 6588 zł za mkw. W Rezydencji Arteco na stołecznym Żoliborzu najmniejsze dostępne obecnie mieszkanie trzypokojowe ma ok. 56 mkw.

Andrzej Przybek, dyrektor sprzedaży w Grupy Kapitałowej Euro Styl

Małe mieszkania trzypokojowe o metrażu do 55 mkw. oferujemy w Osiedlu Morskim, które mieści się na granicy gdyńskiej dzielnicy Pogórze i gminy Kosakowo, w pobliżu ulicy Pułkownika Dąbka. Inwestycję charakteryzuje nowoczesne budownictwo oraz wysokiej jakości wykonanie. Ceny małych trójek mieszczą się w przedziale od 260 591 do 292 179 zł, a ceny metra kw. kształtują się od 4975 do 5655 zł.

Bogatą ofertę niewielkich mieszkań trzypokojowych mamy również w osiedlu Nowy Horyzont i Osiedlu Cytrusowym, które sąsiadują ze sobą na obrzeżach gdańskich Łostowic, Kowal i Borkowa.

W inwestycji Nowy Horyzont lokal trzypokojowy można nabyć już od 219 079 zł, tj. za 4150 zł/mkw. Większa trójka, o metrażu ok. 55 mkw., kosztuje 4350 zł za mkw.

W Osiedlu Cytrusowym mieszkanie trzypokojowe o powierzchni 52 – 54 mkw. oferujemy w cenie od 220 880 do 232 175 zł.

Wojciech Stisz z Barc Warszawa

W warszawskim osiedlu Tarasy Dionizosa, położonym przy ul. Winorośli, mamy w sprzedaży mieszkania trzypokojowe o metrażu od 55 do 59 mkw. Najtańsza trójka kosztuje 309 tys. zł. Wszystkie mieszkania w tym projekcie można kupić z dopłatą do kredytu.

Alicja Dolińska, dyrektor działu marketingu i reklamy Dolcan

Trzypokojowe mieszkania kompaktowe mamy w sprzedaży inwestycji Ogrody Ochota II, która usytuowana jest w centrum Warszawy. W tym projekcie dostępne są lokale z trzema pokojami o powierzchni 50 – 55 mkw. Panujemy budowę kolejnego etapu osiedla.

W warszawskiej Białołęce również oferujmy mieszkania trzypokojowe o niewielkim metrażu – 56 mkw.w cenie od 355 tys. zł w formacie bezczynszowym.

W Częstochowie w Osiedlu Jordanowskim trzypokojowe, 53 metrowe mieszkanie jest dostępne za 230 tys. zł. Inwestycja będzie realizowana w trzech etapach, z których pierwszy jest już ukończony.

Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic

Popyt na tzw. mieszkania kompaktowe zaczął wzrastać 5-6 lat temu. Obecna, dobra sytuacja gospodarcza i niskie stopy procentowe sprawiają, że część osób poszukujących mieszkań trzypokojowych może pozwolić sobie na wygodniejsze lokale o pow. 70 mkw. zamiast np. 55 metrowych. Widać to po rosnącym zainteresowaniu trójkami o metrażu 70-80 mkw.

W tej chwili mieszkania trzypokojowe poniżej 60 mkw. mamy w inwestycji Hubertus w Warszawie i Wolne Miasto w Gdańsku. Stanowią one jednak tylko ok. 12 proc. oferty. Najmniejszy lokal z trzema pokojami w II etapie projektu Wolne Miasto ma 52 mkw. i kosztuje 262 tys. zł.

Urszula Hofman, reprezentująca Grupę Inwest

Mieszkania trzypokojowe oferujemy już na powierzchni około 50 mkw. Przykładowo w nowo powstającym budynku na warszawskiej Pradze przy ul. Siedleckiej mieszkania trzypokojowe zaprojektowane zostały na 50 lub 54 mkw. W gotowych w budynkach przy ul. Nizinnej (okolice Ronda Wiatraczna) oraz Zana (okolice Placu Szembeka) w Warszawie oferujemy trzy pokoje o podobnych metrażach. Istotne dla klientów jest to, że są to mieszkania z niezależnym wejściem do każdego z pokoi.

Jarosław Jankowski, prezes zarządu Grupy Waryński
Mieszkania trzypokojowe są najchętniej wybieranymi lokalami przez naszych klientów, dlatego oferujemy ich szeroki wybór. W warszawskim projekcie Miasto Wola metraże trójek rozpoczynają się od 55 mkw., a cena za mkw. kształtuje się od ok. 7 tys. zł. Tego typu mieszkania zniknęły już niemal z oferty pierwszego etapu inwestycji. W drugiej fazie projektu, której sprzedaż trwa od niespełna dwóch miesięcy, dostępnych jest jeszcze ok. 30 takich mieszkań z 60 oferowanych.

Również w ofercie pierwszego etapu osiedla Stacja Kazimierz na warszawskiej Woli przygotowaliśmy lokale trzypokojowe, których powierzchnie rozpoczynały się od 50 mkw., ale wszystkie z 49 małych trójek znalazły już swoich nabywców.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Najmniejsze mieszkania trzypokojowe oferujemy w inwestycji Na Sokratesa w Warszawie. Metraże zaczynają się od 54 mkw. Można je kupić w cenie od ok. 379 tys. zł.

Wkrótce rozpoczniemy także sprzedaż nowego, kameralnego osiedla w warszawskiej dzielnicy Włochy, w którym znajdą się małe, trzypokojowe mieszkania w atrakcyjnych cenach.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor pionu marketingu i sprzedaży w J.W. Construction

Mieszkania trzypokojowe o najmniejszych metrażach oferujemy w inwestycji Zielona Dolina w warszawskiej Białołęce. W nowym etapie osiedla, który zostanie zakończony w 2016 roku, będą to mieszkania o powierzchni od ok. 50 mkw. Obecnie w ofercie znajdują się takie lokale o powierzchni od 56 mkw. Białołęka jest dzielnicą pierwszego wyboru dla osób poszukujących pierwszego mieszkania. Ze względu na niskie ceny pary planujące założenie rodziny mogą tu kupić większe mieszkanie. Z myślą o nich zaprojektowaliśmy funkcjonalne mieszkania trzypokojowe o mniejszych metrażach, w których dodatkowy pokój mogą przeznaczyć dla dziecka.

Michał Witkowski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Atlas Estates

Lokale trzypokojowe mamy aktualnie w ofercie dwóch osiedli w Warszawie: ConceptHouse Mokotów i Capital Art Apartments nieopodal Ronda Daszyńskiego.

W ConceptHouse Mokotów nasze trójki mierzą od 70 do 74 mkw., a ich ceny wahają się w przedziale 8,6-9,4 tys. zł za mkw. Są to ceny promocyjne ceny na ostatnie gotowe lokale, które zostały obniżone o ok. 5 proc. Dodatkowo oferujemy możliwość indywidualnych negocjacji i specjalne ceny za miejsca postojowe. Jedno z trzypokojowych mieszkań proponujemy z wykończeniem, z rabatem w wysokości 45 tys. zł i z miejscem garażowym gratis.

W Capital Art Apartments mniejsze trzy pokoje mają powierzchnię od 65 do 69 mkw. a ich ceny wynoszą 8,3-8,8 tys. zł za mkw. Najczęściej wybierają je osoby, które kupują już kolejne, większe mieszkanie.

Karolina Guzik, koordynator sprzedaży Skanska Residential Development Poland

Najmniejsze mieszkanie trzypokojowe w Parku Ostrobramska w Warszawie mają 63 mkw., a w naszej najnowszej inwestycji Osiedle Mickiewicza na warszawskim Żoliborzu – 62 mkw. Ceny są zróżnicowane, uzależnione od wielu czynników.

Piotr Kijanka, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service
Najmniejsze mieszkania trzypokojowe mamy w energooszczędnej inwestycji Borkowska B1 i B2 na krakowskich Klinach. Są to mieszkania z balkonami o powierzchni od 59 do 64 mkw., a ich ceny zaczynają się od 340 860 zł.

Małe trójki, o metrażu od 55 do 70 mkw., można nabyć również w energooszczędnej inwestycji Halszki 28A na krakowskim Kurdwanowie w cenach od 305 694 zł do 357 847 zł. Zakup mieszkania w obu energooszczędnych inwestycjach gwarantuje nabywcom dopłatę w wysokości 11 tys. zł w ramach programu NFOŚiGW. Wybrane mieszkania kwalifikują się również do programu Mieszkanie dla młodych.

Monika Kudełko z Activ Investment

Mieszkania trzypokojowe oferujemy we wszystkich realizowanych inwestycjach: 4 Wieże w Katowicach, Skarbowców II we Wrocławiu oraz w projektach Banacha i Okulickiego IX w Krakowie.

Najmniejsze mieszkania trzypokojowe, od 42 mkw., mamy we wrocławskiej inwestycji Skarbowców II. Można je nabyć w cenie 240 084 zł.

W Krakowie w inwestycji Banacha małe trójki, o powierzchni 46 mkw. są dostępne w cenie 246 768 zł. Obecnie trwa promocja. Pierwszych 30 mieszkań, które zostaną kupione w tej inwestycji, oferujemy w obniżonej cenie.

W inwestycji Okulickiego IX także w Krakowie zostały ostatnie 3 mieszkania trzypokojowe, z czego najmniejsze o pow. 59 mkw.

W katowickiej inwestycji 4 Wieże mamy w sprzedaży trzy pokoje o metrażu od 64 mkw., a ich ceny kształtują się w przedziale 305 124 zł – 311 616 zł brutto.

Autor: Kamil Niedźwiedzki, analityk Dompress.pl

Dyrektorzy IT mają coraz większy wpływ na strategię biznesową swoich firm

0

Z roku na rok na całym świecie zwiększa się wpływ systemów IT oraz nowoczesnych technologii na kształt biznesu. Rośnie też rola menedżerów kierujących działami IT, którzy coraz częściej zasiadają w zarządach swoich firm i stają się pełnoprawnymi partnerami biznesowymi. By ułatwić im ten proces firma doradcza Deloitte uruchomiła „CIO Programme”. Systematyczne działania mające na celu dostarczenie polskim CIO wiedzy, pozwalającej im wzmocnić kompetencje biznesowe i zarządcze firma Deloitte rozpoczęła już jesienią 2014. Teraz projekt rusza w pełnym zakresie. 

Inicjatywa „CIO Programme” rusza 6 maja pod adresem www.deloitte.com/pl/cio. Tego samego dnia rozpoczyna się także trzecia edycja globalnego badania Deloitte: CIO Survey 2015, w której poruszane będą między innymi tematy takie, jak relacje CIO z członkami kadry zarządczej oraz technologie kluczowe dla funkcjonowania biznesu. „Dynamiczny rozwój technologii sprawia, że dyrektorzy IT muszą i będą mieć coraz większy wpływ na strategię biznesową firmy. Chcemy dostarczać im wiedzy, która wykracza poza ich dotychczasowe kompetencje oraz sprawiać, by stali się pełnoprawnymi partnerami dla CEO i CFO. Naszym celem jest obalenie mitu, że zadania działów IT ograniczają się jedynie do sprawowania kontroli nad systemami teleinformatycznymi” – mówi Andrzej Lachowski, Partner oraz lider zespołu Technology Integration i FSI Consulting w Deloitte.

W tym roku uczestnicy badania CIO Survey 2015 – dyrektorzy IT z całego świata – będą mieli okazję bezpośredniego porównania priorytetów oraz wyzwań, jakie stoją przed ich organizacjami z wynikami innych firm w wybranym regionie oraz sektorze. Raport podsumowujący badanie zawierający opinie dyrektorów IT z całego świata oraz z Polski opublikowany zostanie jesienią na stronie internetowej „CIO Programme”.

Oprócz wyników badania na stronie internetowej inicjatywy„CIO Programme” dostępne będą między innymi:

  • globalne i lokalne raporty przygotowywane przez Deloitte;
  • wywiady z polskimi dyrektorami IT;
  • krótkie komentarze eksperckie oraz analizy;
  • tłumaczenia najciekawszych publikacji Deloitte z całego świata dotyczących IT, technologii i najnowszych trendów w zarządzaniu.

W ramach projektu organizowane będą także kolejne spotkania i debaty. Dla dyrektorów IT będzie to okazja do prezentowania najlepszych praktyk, doświadczeń oraz udziału w dyskusji na temat tego jak CIO widzą swoją rolę w biznesie.

Inspiracją do powołania „CIO Programme” były m.in. wyniki badania CIO Survey 2014 przeprowadzonego wśród ponad 900 dyrektorów IT z 49 państw, w tym z Polski:

  • raport polski „Badanie CIO 2014. Nowe technologie – na skrzyżowaniu” (informacja prasowa:Szefowie działów IT chcą wspierać innowacyjność oraz być partnerami zarządów w dyskusji dotyczącej strategii i przyszłości ich firm),
  • raport globalny “The Deloitte CIO Survey 2014. CIOs: At the Tech-Junction”.

Jak się okazuje, reagowanie na zmieniające się potrzeby biznesowe pozostaje najważniejszym priorytetem na nadchodzące kilkanaście miesięcy dla zdecydowanej większości liderów IT. Na świecie odpowiedziało tak 71 procent respondentów, w Polsce aż 77 procent. Niemal siedmiu na dziesięciu respondentów wysoko oceniło efektywność IT jako strategicznego partnera biznesu. Poprawy wymagają jednak relacje z prezesami firm – co piąty dyrektor IT w Polsce ocenił je jako słabe.

„Technologia zmienia istniejące modele biznesowe i daje początek nowym. Szybko zmienia się zatem także rola CIO w organizacji. Dyrektorzy IT coraz częściej muszą wykorzystywać pojawiające się przełomowe technologie, równoważąc przy tym przyszłe potrzeby ich organizacji z obecnymi realiami, w których działają. Mamy nadzieję, że CIO Programme im w tym pomoże” – mówi Stanisław Bochnak, Dyrektor w zespole Technology Integration w Deloitte oraz lider „CIO Programme” w Polsce.

Elpigaz kończy pięcioletnią inwestycję w Gorlicach o łącznej wartości 15 mln zł. W dalszym ciągu zamierza przeznaczać 12-14 proc. przychodów na badania i rozwój

0

CEO Magazyn Polska

Zajmująca się produkcją, instalacją i serwisowaniem instalacji gazowych firma Elpigaz co roku wydaje kilkanaście procent swoich przychodów na poszukiwanie nowych rozwiązań technicznych, które unowocześnią instalacje, nie odbijając się na ich wydajności. Po wakacjach spółka zakończy pięcioletni projekt inwestycyjny rozbudowy i modernizacji zakładu.

– W tym roku kończymy projekt o wartości 15 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Grzegorz Jarzyński, prezes zarządu firmy Elpigaz. – Jeżeli powstają nowe linie, nowe obiekty, to są zatrudniane nowe osoby. Potrzebujemy coraz więcej wykwalifikowanych, wyżej wykształconych pracowników, z większymi umiejętnościami. Dzięki rozwojowi rynku autogazu w Polsce możemy być beneficjentami i inwestować w naszą przyszłość. I ta przyszłość to są też inwestycje też związane z autogazem.

We wrześniu ma się zakończyć pięcioletni projekt rozbudowy i modernizacji fabryki w Gorlicach. W jego ramach przed rokiem uruchomiono nową halę magazynową o wartości 2 mln zł, w tym roku oddana zostanie rozbudowana część fabryki z nowymi liniami i maszynami do produkcji lżejszych instalacji. Na dział techniczny i badania związane z rozwojem nowych produktów Elpigaz wydaje ok. 12 do 14 proc. rocznych przychodów firmy i zamierza te wydatki kontynuować mimo finalizacji inwestycji.

Pracujemy nad tym, żeby ta instalacja była coraz lżejsza, czyli mniej materiałochłonna deklaruje Grzegorz Jarzyński. I musimy nadążać za rozwojem motoryzacji, czyli tak jak pojawiają się nowe silniki, nowe rozwiązania, tak my do tych silników musimy mieć nową instalację, bo inaczej nie będziemy mieli klientów.

Firma zamierza sprzedawać na rynku m.in. systemy do zasilania gazem silników wysokoprężnych. Opracowuje technologie pozwalające używać autogazu w zawodach sportowych. Stara się też rozwiązać jeden z najpoważniejszych problemów związanych z tą technologią, a mianowicie to, jak odzyskać więcej miejsca w bagażniku.

Cały czas staramy się szukać lepszych rozwiązań pod kątem zbiorników deklaruje prezes Grzegorz Jarzyński z Elpigazu. – Dla klienta ważne jest to, by zajmowały one jak najmniej miejsca. I choć pewne prawa fizyczne muszą być zachowane, to da się jeszcze w tym obszarze dużo zrobić.

W Polsce, jak szacuje Główny Urząd Statystyczny, jeździ prawie 20 mln samochodów, co ósmy z nich ma zamontowaną instalację gazową. W ocenie branży takich wozów będzie nadal przybywać.

Jeżeli chodzi o poziom sprzedaży, to liczba instalacji zamontowanych w ubiegłym roku w Polsce przekroczyła 100 tys. mówi Grzegorz Jarzyński. W tym roku na pewno się zwiększy, dlatego że dochodzą dodatkowe aplikacje gazodiesla i sprzyja nam światowy rynek paliw, a mianowicie gaz jest wyjątkowo tani od ponad roku i to pomaga nam znaleźć nowych nabywców.

Litr autogazu można dziś kupić w zależności od regionu Polski za 1,82-1,96 zł. Rok temu ceny potrafiły sięgać 2,70 zł. Przy cenach benzyny, która nawet po ogromnych spadkach z ostatniego roku kosztuje ponad 4,60 zł za litr, samochód zasilany gazem daje kierowcom ogromnie oszczędności. W rezultacie Elpigaz, jak podkreśla jej prezes, systematycznie poprawia wyniki.

Akcje Wirtualnej Polski wzrosły na otwarciu pierwszej sesji o 10 proc.

Wirtualna Polska Holding (WPH), właściciel wiodącej platformy medialnej online w Polsce oraz jeden z największych podmiotów na polskim rynku reklamy internetowej, z sukcesem zadebiutowała dziś na rynku głównym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Na otwarciu notowań akcje WPH drożały o blisko 10 proc.

W ramach pierwszej oferty publicznej WPH, spółka portfelowa subfunduszu MCI.EuroVentures 1.0, zaoferowała ponad 9,19 mln sztuk akcji, w tym prawie 3,34 mln akcji nowej emisji i 5,85 mln istniejących akcji sprzedawanych przez akcjonariusza, spółkę European Media Holding, której udziałowcami są m.in. fundusze Innova Capital i MCI Management. Akcje zostały przydzielone 7.379 inwestorom indywidualnym oraz 347 inwestorom instytucjonalnym. Stopa redukcji zapisów w pierwszej kategorii inwestorów wyniosła aż 83 proc. Przy cenie sprzedaży akcji 32 zł wartość przeprowadzonej oferty publicznej wyniosła 294,2 mln zł.

Wirtualna Polska Holding jest 7. debiutantem na Głównym Rynku GPW w 2015 roku oraz 474. spółką notowaną na tym rynku.

Spółka WPH w zaledwie kilkanaście miesięcy przeszła proces integracji, rozbudowy oraz zmian wizerunkowych, które doprowadziły do niemal potrojenia jej wartości rynkowej.

PEPEES liczy na wzrost eksportu i zysków w 2015 roku. Spółce sprzyjają dopłaty do plantacji ziemniaków skrobiowych

CEO Magazyn Polska

Mimo rosyjskiego kryzysu Przedsiębiorstwo Przemysłu Spożywczego PEPEES zdołało w zeszłym roku zwiększyć sprzedaż produkowanej skrobi na wschodzie. W tym roku firma zamierza zwiększyć do 30 proc. udział eksportu w swej sprzedaży. Zapowiada też dalszą poprawę wyników oraz przywrócenie dopłat dla plantatorów.

Dla wschodnich odbiorców PEPEES-u dużym problemem były w zeszłym roku problemy gospodarcze, zwłaszcza dramatyczne spadki wartości rubla oraz kryzys w tamtejszym systemie bankowym, ograniczający dostęp do kredytów.

Zawirowania związane z kursami walutowymi na wschodzie Europy utrudniają niewątpliwie naszym kontrahentom pozyskanie odpowiednich środków mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Homenda, członek zarządu i dyrektor finansowy PEPEES SA. Pomimo tego stwierdzam, że w ubiegłym roku nasza sprzedaż na wschód Europy była nie tylko stabilna, lecz nawet była większa niż w roku poprzednim. Dodam, że skrobia ziemniaczana nie znajduje się na liście produktów, które podlegają embargu, więc nie ma ono bezpośredniego przełożenia na skrobię ziemniaczaną.

Dla spółki ubiegły rok był kolejnym, w którym sprzedaż eksportowa rosła. PEPEES liczy, że jeszcze lepiej będzie wyglądała sytuacja w 2015 roku.

– W 2013 roku sprzedaliśmy za granicę – tutaj chciałbym wyjaśnić, że mówiąc o eksporcie, skrótowo ujmuję sprzedaż wewnątrzwspólnotową i pozawspólnotową – ponad 16 proc. informuje Krzysztof Homenda. – W roku ubiegłym było to już ponad 21 proc., natomiast w bieżącym roku planujemy dalsze znaczące zwiększenie do ponad 30 proc. Obserwujemy rynki eksportowe jako te, na których występuje popyt na skrobię, a więc są to dobre rynki do sprzedaży skrobi, stad plany znaczącego zwiększania eksportu.

W rezultacie spółka w 2014 roku miała dobre wyniki, a przychody przekroczyły 91 mln zł. Mimo że były one o ponad 1 mln zł niższe niż w 2013 roku, to zysk netto PEPEES-u wzrósł z niespełna 800 tys. zł do ponad 3,6 mln.

– Chciałbym zwrócić uwagę na dynamikę, jaką osiągnęliśmy podkreśla członek zarządu spółki. Oczywiście ten 4,5-krotny wzrost wyniku netto w porównaniu do 2013 roku nie jest szczytem naszych ambicji, jest to jednak ewidentna poprawa. Na przyszłość planujemy dalszy ich wzrost.

Lekki spadek przychodów spółka tłumaczy tym, że w 2013 roku spadła produkcja, bowiem niski był skup surowca i co za tym idzie  niskie poziomy zapasów. Zarząd podjął działania zmierzające do optymalizacji działalności oraz ograniczenia kosztów. Do tego doszły dobre ceny skrobi. W tym roku otoczenie rynkowe spółki się poprawiło.

Od 2015 roku dzięki działaniom rolników oraz wsparciu zarządów poszczególnych zakładów produkujących skrobię zostały przywrócone dopłaty do uprawy ziemniaków skrobiowych zwraca uwagę Krzysztof Homenda z PEPEES-u. To w ewidentny sposób wpływa pozytywnie na branżę skrobiową. Mogę również stwierdzić, że optymistycznie podchodzimy do dalszego rozwoju naszej działalności w branży skrobiowej.

Dotacje będą przeznaczone dla tych rolników, którzy zawrą umowy kontraktacyjne z zakładami produkującymi skrobię ziemniaczaną i dostarczą swój surowiec do tychże zakładów. Jak podkreśla dyrektor finansowy PEPEES-u, po oficjalnym ogłoszeniu, że będą takie dotacje dla plantatorów, wyraźnie wzrosło zainteresowanie uprawą ziemniaków skrobiowych.

Złej klauzuli unikania opodatkowania nie będzie

Klauzula unikania opodatkowania została usunięta z projektu zmian ordynacji podatkowej. Interweniowała premier Ewa Kopacz. Rada Podatkowa Konfederacji Lewiatan cieszy się z takiej decyzji i wierzy, że nie jest ona determinowana zbliżającymi się wyborami, ale powrotem do debaty i analizy skutków wprowadzenia tak niebezpiecznych dla podatników przepisów.

W cieniu debaty nad kierunkowymi założeniami nowej – „przyjaznej” ordynacji podatkowej trwały prace nad jej dużą nowelizacją, o których w ostatnim czasie niewiele się mówiło. Zakłada ona wprowadzenie tzw. klauzuli obejścia prawa podatkowego, która wbrew deklaracją premier Ewy Kopacz zdecydowanie nie jest przykładem tworzenia prawa „z myślą o 99 proc. uczciwych podatników”. Klauzula miała posłużyć Ministrowi Finansów do ścigania przedsiębiorców oraz sankcjonowania legalnych działań biznesowych podejmowanych przez podatnika. Jednocześnie ograniczając prawo do uzyskiwania interpretacji indywidualnych przepisów prawa podatkowego. Nowe regulacje zdecydowanie miałyby negatywny wpływ na rozwój i finanse przedsiębiorców oraz doprowadziłyby do znacznego pogorszenia warunków prowadzenia działalności gospodarczej.

Konfederacja Lewiatan wielokrotnie w trakcie konsultacji społecznych wskazywała na potrzebę dogłębnej analizy potencjalnych skutków dla podatników proponowanych przepisów, łącznie z odwołaniem się do praktyk światowych. Wskazywała na konieczność zachowania standardów regulacji, które ochronią uczciwych podatników, świadomie kierujących swoimi interesami podatkowymi.

– W naszej ocenie kształt klauzuli zaproponowany w projekcie nie spełniał oczekiwanych standardów szczegółowości i kompletności, przez co stanowił zagrożenie, nie tylko dla firm uchylających się od opodatkowania, ale wszystkich podatników, w tym również tych z sektora małych i średnich przedsiębiorców – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan

Przedsiębiorcy proponują nową ulgę na badania i rozwój

0

Rada Podatkowa Konfederacji Lewiatan rekomenduje wprowadzenie ulgi na badania i rozwój, zawierającej otwarty katalog kosztów kwalifikowanych zaliczanych jako wydatki na B+R wraz z przykładowymi rodzajami wydatków związanych z tymi pracami. Jednocześnie proponuje pozostawienie obecnej ulgi na nabycie nowych technologii, z tym że konieczne jest wydłużenie okresu rozliczenia kosztów nabycia nowych technologii z 3 do 5 lat.

Ponadto, uwzględniając odległą pozycję Polski w rankingach innowacyjności, Rada Podatkowa Lewiatana uważa za konieczne wprowadzenie także tzw. ulgi Patent Box, polegającej na zastosowaniu obniżonej stawki podatkowej do przychodów osiąganych z patentów i wzorów użytkowych (np. sprzedaż produktów, do produkcji których wykorzystywane są określone patenty). Wskaźniki dotyczące patentowania w Polsce od lat pozostają na bardzo niskim poziomie. Dlatego też Polska powinna zadbać nie tylko o zwiększenie wydatków na B+R ale również o rozwój własności przemysłowej w rozumieniu rozwoju patentów i wzorów użytkowych. Ulga na B+R oraz ulga Patent Box są względem siebie komplementarne i odpowiadają potrzebą przedsiębiorców.

Zdaniem Małgorzaty Boguszewskiej, przewodniczącej Zespołu ds. opracowania rekomendacji ulgi na B+R Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan system podatkowy w zakresie zachęt podatkowych na działalność B+R powinien być prosty i przejrzysty. Pozwoli wtedy, aby przedsiębiorcy mogli w swobodny sposób czerpać korzyści z prowadzenia prac badawczo – rozwojowych, bez ryzyka kwestionowania ich działalności ze strony organów podatkowych przy jednoczesnym zabezpieczeniu budżetu państwa przed nadużyciami.

Postulaty Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan w zakresie konstrukcji ulgi na B+R:
1. wprowadzenie ulgi opartej o metodę powiększenia kosztów działalności B+R,
2. wprowadzenie do ustawy definicji działalności B+R przyjętej na poziomie europejskim,
3. brak obostrzenia do skorzystania z ulgi wyłącznie dla projektów zakończonych sukcesem,
4. wprowadzenie pozytywnego otwartego katalogu z wyszczególnieniem podstawowych rodzajów działalności B+R,
5. stawka ulgi na poziomie co najmniej 100% powiększenia kosztów podatkowych,
6. 10 letni okres rozliczenia ulgi w czasie,
7. mechanizm refundacji dla „młodych MŚP”,
8. wprowadzenie obowiązku ewidencjonowania kosztów ponoszonych na B+R.

Obecnie toczy się debata publiczna na temat, jakie zachęty do podejmowania działalności innowacyjnej powinny zostać w Polsce wprowadzone. W Sejmie procedowany jest projekt ustawy założony przez Prezydenta RP, zawierający propozycję ulgi podatkowej na badania i rozwój. Swoje propozycje zaprezentowało także Narodowe Centrum Nauki i Rozwoju.

Kluczem do rozwoju gospodarczego oraz konkurencyjności gospodarek jest ich innowacyjność. Unia Europejska w celu wsparcia innowacyjności krajów członkowskich przyjęła Strategię Europa 2020,w której określiła cele, których realizacja zapewni konkurencyjność Europie, wobec takich krajów jak Stany Zjednoczone, Japonia czy Korea Południowa. Podstawowym założeniem jest, aby do 2020 roku państwa członkowskie inwestowały 3 proc. PKB w działalność o charakterze badawczo – rozwojowym, oraz aby 2/3 z tych środków pochodziło od sektora prywatnego. Polska, której wydatki na badania i rozwój należą do najniższych spośród krajów członkowskich (ok 0,9% PKB) zobowiązała się zapewnić swój wkład w realizację Strategii Europa 2020 poprzez osiągnięcie w 2020 r. poziomu nakładów na badania i rozwój w wysokości 1,7% PKB, z czego prawie połowa ma pochodzić od przedsiębiorców.

Rządy poszczególnych państw podejmują działania mające zachęcić przedsiębiorców do inwestowania w działalność badawczo – rozwojową. Jak wynika z badań, preferencje podatkowe są jednym z głównych czynników skłaniających firmy do zwiększania nakładów na innowacje. Funkcjonują prawie we wszystkich krajach EU, z wyjątkiem Polski i Niemiec. O ile gospodarka niemiecka, jako najbardziej innowacyjna z całej UE, nie wymaga dodatkowego wsparcia, o tyle brak takiego instrumentu w Polsce powoduje, że jesteśmy na końcu rankingu, jeśli chodzi o innowacyjność.

W związku z powyższym oraz przy uwzględnieniu, że nie ma w Polsce przyjaznego otoczenia fiskalnego, które zachęcałoby przedsiębiorców do inwestowania w badania i rozwój, konieczne jest wprowadzenie skutecznego systemu ulg wspierających prowadzenie prac badawczo rozwojowych, pozyskiwanie patentów i wzorów użytkowych, know- how, jak również motywujących przedsiębiorstwa do inwestycji w rozwój własności intelektualnej.

Konfederacja Lewiatan

W CV postaw na doświadczenie

Pracuj.pl postanowił sprawdzić, które elementy CV są najbardziej istotne dla rekruterów i jak wiele uwagi im poświęcają. W tym celu zrealizował pierwsze w Polsce usystematyzowane badanie eyetrackingowe wśród specjalistów, którzy na co dzień weryfikują nadsyłane do pracodawców CV. Eksperyment pokazał, że dla rekruterów najważniejsze przy ocenie CV jest doświadczenie zawodowe kandydata.

Profesjonalne CVDobrze przygotowane CV jest kluczem do sukcesu w pierwszym etapie rekrutacji i stanowi przepustkę do dalszych rozmów z potencjalnym pracodawcą. Dlatego Pracuj.pl zbadał preferencje rekruterów odnośnie nadsyłanych dokumentów aplikacyjnych. Wykorzystano nowoczesną metodę badawczą – eyetracking. Polega ona na śledzeniu uwagi wzrokowej badanego. Profesjonalni rekruterzy przeanalizowali i wytypowali najlepsze CV. W trakcie badania dokonano ponad 200 pomiarów. Analiza eyetrackingowa pozwoliła rzetelnie sprawdzić, które elementy CV faktycznie przykuwają uwagę specjalistów HR.

 Doświadczenie przykuje uwagę

 Wyniki badania pokazały, że rekruterzy rozpoczynają analizę CV od informacji o doświadczeniu zawodowym. Wzrok 45% badanych w pierwszej kolejności został skierowany na ten obszar dokumentu. Najwięcej ich uwagi pochłaniały trzy najnowsze pozycje doświadczenia. Potwierdziło to zasadę, że w tej sekcji warto stosować chronologię odwróconą i na początku wymieniać najświeższe doświadczenia. Drugim obszarem, na który padał wzrok rekrutera, były dane osobowe. Kolejną przyciągającą uwagę była sekcja wykształcenie.

Zanim CV zostanie odrzucone

Doświadczenie było również ostatnią sekcją czytaną przez rekruterów przed odrzuceniem kandydata. Blisko 45% badanych wróciło do tych informacji przed podjęciem decyzji o jego wykluczeniu z rekrutacji. Świadczy to o tym, że właśnie przebieg naszej kariery jest najważniejszą częścią CV, która ostatecznie zaważy na dalszym udziale w procesie rekrutacyjnym.

W zatwierdzonych CV czas poświęcony analizie doświadczenia zawodowego był dłuższy. Ponadto, w grupie odrzuconych CV znacznie mniej rekruterów analizowało sekcję umiejętności – 67,7% vs 79,5% dla zatwierdzonych dokumentów. Potwierdza to wniosek, że kluczowe jest doświadczenie kandydata. Dopiero gdy jest odpowiednie, rekruterzy poświęcają czas na analizę umiejętności.

CV z Kreatora zwróci uwagę na doświadczenie

CV utworzone za pomocą Kreatora CV Pracuj.pl były szybciej oceniane od wersji autorskich (przygotowanych samodzielnie przez kandydatów), zawierających te same informacje o osobie biorącej udział w rekrutacji. Czas poświęcany na analizę CV z Kreatora był blisko 10% krótszy niż dla wersji autorskich. Skrócony czas eksploracji wynika z lepszej organizacji percepcyjnej layoutu w dokumentach stworzonych na bazie szablonów. Świadczy to o większej czytelności i przejrzystości tak skonstruowanych życiorysów. Użycie Kreatora porządkuje informacje, co zmienia kolejność zapoznawania się z profilem kandydata.

CV stworzone z użyciem Kreatora CV Pracuj.pl, mimo że było analizowane krócej, na dłużej skupiało uwagę rekruterów na kluczowej dla nich sekcji dotyczącej doświadczenia zawodowego. W tak przygotowanym dokumencie aż 64% pierwszych spojrzeń padało na tą sekcję, podczas gdy w CV autorskich jest to zaledwie 26%. CV z Kreatora zdecydowanie silniej eksponuje doświadczenie, podczas gdy autorskie wersje skupiają uwagę na danych osobowych oraz wykształceniu, znacznie mniej istotnych dla rekruterów.

*Badanie eyetrackingowe CV przeprowadzone wśród rekruterów na zlecenie Pracuj.pl przez ośrodek badawczy Bioscope. Celem badania było sprawdzenie sposobu selekcji materiałów aplikacyjnych (CV) przez rekruterów. W badaniu udział wzięło 21 specjalistów ds. HR. Do zbierania pomiarów użyto eyetrackerów – urządzeń śledzących uwagę wzrokową badanego. Przetestowano 60 CV w wersji autorskiej (przygotowanych samodzielnie przez kandydatów) oraz 60 CV w wersji utworzonej poprzez Kreator CV Pracuj.pl.

źródło: Raport Pracuj.pl „CV okiem rekruterów”.

 

NIK o zadłużeniu samorządów

Regionalne izby obrachunkowe prawidłowo wykonywały zadania ustawowe w zakresie przeciwdziałania nadmiernemu narastaniu długu w jednostkach samorządu terytorialnego. W ocenie NIK regionalne izby obrachunkowe (RIO) nie dysponują jednak odpowiednimi instrumentami do skutecznego przeciwdziałania nadmiernemu zadłużaniu się jednostek samorządu terytorialnego.

Organy samorządu, mimo narastania zadłużenia, nie stosowały się do wniosków wynikających z raportów o stanie gospodarki finansowej i wystąpień pokontrolnych RIO, a rzeczywiste zadłużenie ukrywały w zobowiązaniach komunalnych osób prawnych.

Niekorzystny wpływ na skuteczne wykonywanie zadań regionalnych izb obrachunkowych ma sporządzanie oceny stanu zadłużenia na podstawie sprawozdań i dokumentów jednostek samorządu terytorialnego, których rzetelność może być zweryfikowana dopiero w toku kontroli. Skuteczne wykonywanie zadań utrudnia też podatność na manipulacje wskaźników zadłużenia, ustalonych w ustawie o finansach publicznych.

Co zmieni nowelizacja Ustawy o rolnictwie ekologicznym?

Polacy coraz bardziej dbają o zdrowy styl życia i chętnie kupują żywność ekologiczną. Niestety, gospodarstwa produkujące towary „bio” stanowią zaledwie 5% powierzchni rolnych. Zmienić to ma nowelizacja Ustawy o rolnictwie ekologicznym.

Właściciele gospodarstw ekologicznych nie muszą już raportować o wprowadzanych zmianach, które są nieistotne dla produkcji. Nowelizacja umożliwia też bezproblemowe przeniesienie do innej jednostki certyfikującej. Pomogą w tym dostęp do elektronicznej bazy danych oraz wydłużenie ważności wystawionych certyfikatów. Zmiany mają usprawnić obieg dokumentów oraz zmniejszyć sprawozdawczość. Ułatwienia dotyczą również inspektorów rolnictwa ekologicznego – uprawnienia otrzymają oni po jednorazowym egzaminie, będą jednak zobowiązani się doszkalać.

„Zmiany wynikają z wejścia nowego Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Nie wystarczy już, że gospodarstwo będzie spełniało wszystkie wymogi ekologiczne: rolnicy pobierający premie będą musieli wykazać się sprzedażą. Pomoże to uniknąć nadużyć finansowych i zachęci do aktywnego uczestniczenia na rynku” – mówi serwisowi infoWire.pl Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Ci, którzy chcą rozwijać swoje gospodarstwa ekologiczne, przyjmują nowelizację z aprobatą. Wciąż potrzeba jednak dalszych zmian, nie tylko prawnych. „Przydałoby się powiększyć rynek zbytu. Mamy w Polsce za mało sklepów ekologicznych” – twierdzi ekspert.

W miastach powstaną ekostrefy – nie każdym samochodem wjedziesz do centrum

0

Za zanieczyszczenie powietrza w takich miastach, jak: Warszawa, Kraków, Gdynia, Wrocław czy Katowice, w 30% odpowiada ruch samochodowy. Receptą na smog ma być wprowadzenie ekostref i uregulowanie zasad wjeżdżania do centrów.

Projekt nowelizacji ustawy Prawo ochrony środowiska zakłada możliwość wyznaczania w miastach – przez samorządy – stref niskiej emisji spalin. Mają one zostać podzielone na pięć klas – tak jak auta, które podczas przeglądów technicznych będą otrzymywać naklejki informujące o spełnianych normach emisji spalin. Im wyższa klasa samochodu, tym dalej w głąb centrum miasta będzie można nim wjechać.

„To nie jest przepis o zakazie wjazdu starych aut do miast” – podkreśla w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl poseł Tomasz Arkit, pomysłodawca nowelizacji. Znaczenie ma mieć nie wiek samochodu, ale to, jakie normy emisji spalin spełnia pojazd. Samorządy będą stopniowo podnosić ich wysokość, tak jak miało to miejsce w innych 225 europejskich miastach, gdzie wprowadzono podobne przepisy. „Rozpoczęto od normy Euro 2, a po kilku latach podwyższono ją do normy dość wysokiej, Euro 5. Warto zaznaczyć, że normę Euro 4 spełnia 10-letni samochód z dieslem oraz 20-letnie auto na benzynę, pod warunkiem że jest dobrze eksploatowane” – zaznacza rozmówca.

Prace nad ustawą nabierają tempa i być może zacznie ona obowiązywać pod koniec 2015 r. Zapewne wiele samorządów skorzysta z możliwości wprowadzenia ekostref. Przepisy mają dotyczyć nie tylko właścicieli samochodów, lecz także – motocykli.

Pomagająca optymalizować procesy w firmach spółka OptiBuy wzrosła w ostatnich latach o 400 proc. Wszystko dzięki kryzysowi

CEO Magazyn Polska

Polskie przedsiębiorstwa nauczyły się doceniać korzyści związane z optymalizacją zakupów. Szczególnie czasy kryzysowe sprzyjały myśleniu o systemowym obniżaniu wydatków i w ciągu ostatnich trzech lat oferująca takie rozwiązania firma OptiBuy zanotowała pięciokrotny wzrost obrotów i zatrudnienia. Cały czas szuka też nowych osób do pracy.

OptiBuy działa na polskim rynku od 10 lat i pierwszych 5 było dla niej okresem systematycznego, ale spokojnego wzrostu. Czas bardzo dynamicznego rozwoju nastąpił po kryzysie finansowym.

Począwszy od 2009 roku, firmy na polskim rynku zaczęły dostrzegać to, że wzrosty sprzedaży są już ograniczone mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mateusz Borowiecki, prezes zarządu OptiBuy. – Dużo więcej przedsiębiorstw niż wcześniej zaczęło przyglądać się kosztom zakupowym i sięgać po usługi doradcze, po wsparcie, po usługi outsourcingowe w obszarze zakupów, po narzędzia IT. To przyczyniło się to do znacznego wzrostu firmy w ostatnich trzech latach, to był wzrost o 400 proc. zarówno, jeśli chodzi o zespół, jak i obroty firmy.

Wraz ze wzrostem obrotów OptiBuy inwestuje w swój rozwój. Choć jak podkreśla Mateusz Borowiecki, przy tego typu działalności te inwestycje nie są spektakularne. Polegają na budowie zespołu specjalistów i dostarczaniu im nowoczesnych narzędzi do działania.

Rozwijamy własną platformę NextBuy, która wspiera średnie i duże przedsiębiorstwa w obszarze informatyzacji zakupów, zarówno przetargi, jak i sam proces obsługi bieżącej zamówień, i to faktycznie są inwestycje. Natomiast gros naszej pracy oparte jest na ludziach, więc inwestujemy przede wszystkim w budowanie zespołu, nabieranie doświadczenia przez naszych pracowników, a więc to są takie inwestycje miękkie.

W kolejnych latach firma spodziewa się dalszych dynamicznych wzrostów. Polski rynek wsparcia zakupowego, gdyby porównać go do analogicznego rynku z Niemiec czy Francji, jest stosunkowo niewielki. Perspektywy ma jednak bardzo dobre, bowiem potrzeby zakupowe polskich firm cały czas rosną, a potencjał, właśnie z powodu dość wczesnego stadium rozwoju, jest obiecujący.

My tak naprawdę zatrudniamy na bieżąco informuje prezes zarządu OptiBuy.W każdym kwartale przez ostatnie 3 lata przychodziły do nas jakieś nowe osoby, czasami kilka. Zatrudnienie rośnie z kwartału na kwartał, cały czas. Dalej poszukujemy dobrych osób, zdolnych, z doświadczeniem i bez niego. Bardziej patrzymy na predyspozycje do pracy konsultanta, która jest trudna, specyficzna i wymagająca.

Polska jest największym rynkiem dla OptiBuy. Tu firma ma najwięcej pracowników i stad pochodzi połowa przychodów całej firmy. Druga połowa to projekty zagraniczne. Największe w Niemczech oraz we Francji i Szwajcarii.

Oprócz rynku francuskiego i niemieckiego realizujemy w tej chwili dużo projektów na rynku szwajcarskim, mamy tam własne przedstawicielstwo handlowe, które ułatwia nam kontakty z klientami z tamtych rynków opowiada prezes Mateusz Borowiecki z OptiBuy. – Aktualnie realizujemy projekt w Austrii, mamy własne biuro w Czechach i Chinach, więc na tych rynkach również działamy. Od niedawna obsługujemy także rynek skandynawski, pierwsze projekty na tym rynku się już rozpoczęły.

To może być rekordowy rok dla lądowej energetyki wiatrowej

CEO Magazyn Polska

Kolejne miesiące – już z nową ustawą o OZE – mogą okazać się rekordowe pod względem zainstalowanych mocy w energetyce wiatrowej. Szacunki mówią o ponad 1 GW nowej mocy w tym roku – mówi Paweł Przybylski z Siemensa. Pod koniec ubiegłego roku łączna moc z odnawialnych źródeł energii wyniosła blisko 6 GW. Dynamicznie rozwija się również energetyka słoneczna, a w ciągu najbliższych kilku lat mają powstać pierwsze morskie farmy wiatrowe.

Sytuacja na rynku energetyki wiatrowej i ogólnie energetyki odnawialnej stała się bardziej klarowna. To wszystko dzięki uchwalonej niedawno ustawie o odnawialnych źródłach energii. Pewne aspekty wejdą w życie 1 stycznia 2016 roku, w związku z tym spodziewamy się bardzo dużej liczby nowych projektów w lądowej energetyce wiatrowej w tym roku – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Przybylski, dyrektor Branży Wind Power and Renewables w Siemens.

4 maja weszła w życie ustawa o OZE, kluczowa z punktu widzenia rozwoju energetyki odnawialnej. Nowy system wsparcia oparty będzie na aukcjach zielonej energii, przeprowadzanych w zależności od zapotrzebowania i rozpisywanych przez rząd. Aby móc korzystać z dotychczasowego systemu zielonych certyfikatów, przedsiębiorcy i inwestorzy będą starali się ruszyć z projektami jeszcze w tym roku.

Myślę, że mamy szansę na rekordowy rok, jeśli chodzi o podłączenie nowych mocy, nawet powyżej 1 GW – zaznacza ekspert i wskazuje, że w 2016 roku w związku z uruchomieniem nowego systemu aukcyjnego, możliwa jest luka inwestycyjna. – Inwestor będzie musiał wziąć udział w aukcji. Pierwsza spodziewana jest w połowie przyszłego roku. Dlatego biorąc pod uwagę cykl przygotowania projektu i cykl produkcji, nowe farmy wiatrowe będą znów budowane dopiero w 2017 roku – tłumaczy.

Dane Urzędu Regulacji Energetyki wskazują, że na koniec ubiegłego roku łączna moc zainstalowanych w Polsce odnawialnych źródeł energii wyniosła ponad 6 GW, z czego zdecydowanie najwięcej (3,8 GW) w elektrowniach wiatrowych. Powoli rozwijają się elektrownie na biogaz i biomasę (łącznie niecałe 2 GW). Dynamicznie rozwijają się natomiast elektrownie słoneczne. Ich moc ich wzrosła ponad dziesięciokrotnie, jednak wciąż to zaledwie 21 MW.

Przygotowywanych jest wiele projektów i być może w nowym systemie aukcyjnym będą one miały szansę na realizację i zwiększenie mocy zainstalowanej w innych kategoriach – ocenia Przybylski.

Od kilku lat na podobnym poziomie utrzymuje się moc z elektrowni wodnych. Na koniec I kwartału bieżącego roku było to blisko 980 MW, dla porównania w 2006 roku było to zaledwie 43 MW mniej.

Ekspert ocenia, że w dłuższej perspektywie rozwinie się również morska energetyka wiatrowa. Niestety, to inwestycje nie tylko trudne i pracochłonne, lecz także kosztowne.

Mówimy obecnie o farmach rzędu 300-400 MW. Koszt zbudowania 1 MW to rząd 4 mln euro, więc mówimy tu o grubych miliardach – tłumaczy Przybylski. – Obecnie dwie firmy intensywnie pracują nad rozwojem takich projektów. Myślę, że po roku 2020 jedna z nich lub obie będą miały szansę na budowę takich instalacji na polskiej części Morza Bałtyckiego.

Przybylski wskazuje, że branża odnawialna pracuje nad innowacjami technologicznymi, by inwestycje były jak najbardziej efektywne, a koszt wyprodukowania energii możliwie jak najniższy. Inwestorzy w lądowej i morskiej energetyce wiatrowej pracują nad zwiększeniem mocy turbin i budują coraz wyższe wieże.

Szacuje się, że w morskiej energetyce wiatrowej cel, który branża wzięła na siebie, to zejście z kosztami poniżej 100 euro za MWh po 2020 roku. Jest to możliwe dzięki m.in. innowacjom technicznym oraz wydłużeniu czasu pracy turbiny z 20 do 25 lat – komentuje Paweł Przybylski w rozmowie podczas EKG w Katowicach.

Coraz więcej inwestycji w Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej

CEO Magazyn Polska

Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna notuje coraz lepsze wyniki. Ubiegłoroczny wynik – 58 nowych projektów inwestycyjnych o wartości 2,5 mld zł – był wyjątkowo dobry, a prognozy na ten właśnie zostały zrewidowane w górę po udanym I kwartale. Spodziewane nakłady inwestycyjne (ok. 1,5 mld zł) mogą przyczynić się do powstania nawet 1,3 tys. nowych miejsc pracy.

Dokonaliśmy kolejnej weryfikacji naszych oczekiwań na ten rok, gdyż wydawało się, że po tym świetnym ubiegłorocznym istnieje bariera kapitałowa, zainteresowań i projektów, że nasi klienci „wystrzelali się” z projektów. Okazało się jednak, że zainteresowanie wzrasta tak jak w dobrych okresach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Wojaczek, prezes Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Wcześniejsze prognozy mówiły o 10 lub 12 nowych projektach wartych ok. 1 mld zł, dzięki którym miało powstać 800–1000 nowych miejsc pracy. Wyniki pierwszego kwartału pokazały, że projektów może być nawet dwa razy więcej, a nakłady wzrosną o połowę – do ok. 1,5 mld zł.

Podobnie powinny się kształtować miejsca pracy – liczymy na około 1,2-1,3 tys. miejsc pracy, czyli powinno być przyzwoicie – mówi Wojaczek.

Jak wynika z danych KSSE, w 2014 roku wydano 58 zezwoleń o łącznych deklarowanych nakładach inwestycyjnych o wartości 2,5 mld zł. To wyjątkowo dobry wynik – rok wcześniej pozyskano dwukrotnie mniej projektów na ponad 1,5 mld zł. Eksperci wiążą tak dobre wyniki z lipcową zmianą mapy intensywności pomocy publicznej. W pierwszej połowie roku firmy inwestowały, chcąc skorzystać z wyższych dopłat.

Ta pomoc ma kolosalne znaczenie, zwłaszcza że Śląsk nie jest tani. W tej części Europy jesteśmy raczej miejscem porównywalnym nawet może z Mazowieckiem, a czasami średnia jest nawet wyższa – przyznaje prezes KSSE.

Do czerwca ubiegłego roku małe firmy w KSSE mogły liczyć na pomoc w wysokości 60 proc. inwestycji, średnie – 50, a duże – 40 proc. Po zmianach maksymalne poziomy pomocy spadły odpowiednio do 45, 53 i 25 proc. Choć wpłynęło to na nastroje inwestorów, to nie przełożyło się na mniejsze zainteresowanie regionem. Zdaniem Wojaczka w dużej mierze wynika to również ze zmiany charakteru środków przeznaczonych na wsparcie.

Jest już coraz mniej grantów, czyli dotacji, środków niezwracanych, jeżeli projekt jest zrobiony zgodnie z planem. Ciężar przesunął się w kierunku pożyczek, czyli środków zwracanych. W przypadku dobrego biznesu te pieniądze pozostają jednak na zawsze u przedsiębiorcy i dlatego uważam, że będzie dobrze – komentuje prezes KSSE w rozmowie podczas EKG w Katowicach.

Zdaniem prezesa KSSE tak optymistyczne prognozy to zasługa samego województwa. Jak wynika z raportu Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową „Atrakcyjność inwestycyjna województw i podregionów Polski 2014”, województwo śląskie, na którego terenie znajduje się KSSE, jest najlepszym miejscem do inwestycji w Polsce. To zasługa nie tylko korzystnego położenia, blisko zachodniej granicy, lecz także zasobów pracy i infrastruktury gospodarczej. KSSE przyciąga przede wszystkim firmy z branży motoryzacyjnej. W 2014 roku Business Financial Times wyróżnił katowicką strefę jako idealne miejsce dla tego typu inwestycji.

Firmy muszą znaleźć sposób na bycie konkurencyjnym, również korzystając z naszych zasobów. Te zaś są znacznie wyższe, bo coraz więcej powstaje centrów rozwoju produktów lub R&D. Inne branże – poza motoryzacyjną – stanowią ok. 40 proc. To branże spożywcze, budowlane i maszynowe. Liczymy, że taka propozycja będzie się utrzymywać – podsumowuje Piotr Wojaczek.

Małe budynki coraz częściej są energooszczędne

CEO Magazyn Polska

Właściciele małych budynków coraz częściej idą w ślady dużych deweloperów i inwestują w rozwiązania ekologiczne. Do wdrożenia ich na szerszą skalę potrzebny jest jednak bardziej rozwinięty system wsparcia ze strony państwa. Ekologiczne budynki docelowo mają współpracować z inteligentnymi sieciami miejskimi i przynosić bardzo duże oszczędności.

– Drobni inwestorzy, czyli deweloperzy małych obiektów, już dziś widzą, że stać ich na rozwiązania ekologiczne, że nie są one zarezerwowane wyłącznie dla dużych obiektów. Co ważne, powierzchnia tych małych obiektów to aż 65 proc. ogółu, więc to nam bardzo pomaga w szerzeniu idei efektywności energetycznej małych i średnich obiektów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Parys, wiceprezes pionu budynków i ekobiznesu w Schneider Electric.

Jak przypomina Parys, jeszcze niedawno systemami automatyki budynkowej, pozwalającymi na oszczędności energii i zmniejszenie negatywnego wpływu na środowisko, byli zainteresowani głównie duzi deweloperzy. Wynikało to głównie z ogromnych kosztów jakie wiązały się z takimi systemami. Z roku na rok stają się one jednak coraz tańsze, co zwiększyło ich popularność również wśród mniejszych deweloperów i właścicieli mniejszych nieruchomości.

Deweloperzy coraz częściej inwestują w takie systemy, bo uwagę na nie zwracają klienci. Pomaga w tym system międzynarodowej certyfikacji, np. BREEAM lub LEED.

Deweloper szybko chce odzyskać zainwestowane pieniądze, natomiast bez systemów budynków efektywnych energetycznie nie pozyska klientów, którzy będą wynajmować ten obiekt. Dlatego są coraz bardziej zainteresowani systemami efektywnymi energetycznie – wyjaśnia Parys.

Zaznacza jednak, że w Polsce brakuje spójnego systemu wsparcia takich inwestycji. Brakuje przepisów, które zachęcałyby do budowy nieruchomości efektywnych energetycznie i które regulowałyby tego typu inwestycje. Parys podkreśla, że aktywność państwa jest niezbędna do dalszego rozwoju tego segmentu.

Dodaje, że państwo musi zaangażować się też w niezbędne inwestycje, by umożliwić realizację nie tylko efektywnych energetycznie budynków, lecz także inteligentnych sieci. Parys podaje przykład Barcelony jako miasta, gdzie został zrealizowany już duży projekt tego typu.

W Barcelonie został zbudowany system w pełni inteligentnej sieci, inteligentnych obiektów, budynków i to się sprawdza. W Polsce musimy zmodernizować sieci energetyczne po to, by przesyłać dane i przyłączać odnawialne źródła energii, tak żeby móc zarządzać kompleksowo większymi areałami – przekonuje Parys.

Podkreśla, że niezbędne rozwiązania technologiczne są już dostępne na rynku, ale bez niezbędnej infrastruktury nie da się ich wykorzystać. Szczególnie ważna jest sieć przesyłowa. Dopiero po zbudowanie odpowiedniej „twardej” infrastruktury firmy takie jak Schneider Electric mogą wdrożyć systemy energetyczne i informatyczne służące lepszemu zarządzaniu energią. Największe korzyści osiąga się bowiem wtedy, gdy energia może być przesyłana pomiędzy budynkami.

Szansa na większe zamówienia części dzięki spodziewanym wzrostom w produkcji aut

CEO Magazyn Polska

Ten rok ma być lepszy od poprzedniego pod względem produkcji aut. Skorzysta na tym również krajowy rynek automotive, który wciąż rośnie. Rozwijają się przede wszystkim małe firmy, będące poddostawcami większych dostawców dużych koncernów. Produkcja części przeważa nad produkcją pojazdów zarówno pod względem wielkości całego rynku, jak i wielkości eksportu.

W produkcji samochodów panuje stagnacja. Nazwałbym tę sytuację wyrównaniem, dostosowaniem rynku do popytu i nie spodziewałbym się wzrostów w Europie. Polska bardzo dobrze rozwija się jednak pod względem produkcji części do samochodów – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Leszek Waliszewski, prezes zarządu FA Krosno, polskiej firmy produkującej sprężyny gazowe, sprzęgła i inne części samochodowe. – Upatruję dużą szansę dla rozwoju polskiej gospodarki w małych firmach.

Z danych Instytutu Samar wynika, że w tym roku może być lepiej niż w poprzednim pod względem produkcji samochodów, m.in. dzięki uruchomieniu produkcji nowej Astry V w Gliwicach. Dobre są już wyniki pierwszego kwartału – produkcja była wyższa o ok. 30 tys. (183,1 tys. samochodów).  Jeszcze lepszy może być 2016 rok, kiedy ruszy produkcja nowego modelu Volkswagena.

Jak podkreśla Waliszewski, siłą polskiego sektora automovie są małe firmy, które nie dostarczają swoich produktów bezpośrednio do koncernów motoryzacyjnych, czyli tzw. dostawcy drugiego rzędu. Ich klientami są więksi, krajowi lub zagraniczni dostawcy pierwszego rzędu (tacy jak np. FA Krosno), którzy z kolei sprzedają już bezpośrednio do producentów.

Waliszewski zwraca uwagę na to, że jego spółka jest bardzo zadowolona zarówno z jakości, jak i terminowości realizacji dostaw przez polskich poddostawców.

Kupujemy części do naszej firmy od korporacji międzynarodowych, które są dużo większe od nas, ale też kupujemy lokalnie od firm polskich, poddostawców – wyjaśnia prezes FA Krosno.

Waliszewski podkreśla, że dla wielu niewielkich firm z całkowicie polskim kapitałem bycie dostawcą drugiego rzędu to jedyna szansa zaistnienia na rynku automotive. Nowym spółkom niezwykle trudno pozyskać kontrakty bezpośrednio od producentów samochodów. Waliszewski ocenia, że zdobycie ich zaufania może potrwać nawet kilka lat, a w Polsce jest jedynie kilka firm będących dostawcami pierwszego rzędu.

Prezes FA Krosno przyznaje, że dla niewielkich firm produkujących najbardziej podstawowe części wyzwaniem jest wyróżnienie się na rynku. Ich możliwości innowacji i zdobycia przewagi konkurencyjnej są ograniczone.

Ale to się dzieje: firmy wykorzystują niskie koszty, pomysłowość i innowacyjność Polaków – podkreśla Waliszewski podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Rozwoju segmentu poddostawców w Polsce nie hamuje nawet zastój w liczbie produkowanych pojazdów. Jak przypomina Waliszewski, po kryzysie w 2008 r. produkcja zmalała o jedną trzecią i od tego czasu nie wzrosła znacząco. Jak wynika z danych GUS-u, w 2008 r. wyprodukowano w Polsce łącznie 879 tys. pojazdów samochodowych, w tym 841 tys. aut osobowych. W 2014 r. produkcja wyniosła jedynie 593,5 tys. pojazdów. To wynik niemal identyczny jak w 2013 r. i o 32,6 proc. mniej niż w 2008 r.

Jak wynika z danych Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, w 2013 r. w Polsce w sektorze automotive działało ok. 900 firm, w tym dwie trzecie z kapitałem wyłącznie polskim. Wartość produkcji części wyniosła 59,1 mld zł, co stanowiło 54 proc. całego rynku. Ponad połowa produkowanych części trafia na eksport. W strukturze sprzedaży zagranicznej części również przeważają nad pojazdami – w 2013 r. wyeksportowano części za 30 mld zł, a pojazdy za 22 mld.

Polskie bakalie dobrze sprzedają się w RPA

CEO Magazyn Polska

Rosnąca konsumpcja bakalii, niekorzystne warunki pogodowe w Kalifornii i Turcji oraz silny dolar spowodowały, że znacznie podrożały migdały, orzechy włoskie i laskowe – mówi prezes Bakallandu. To może oznaczać dla konsumentów podwyżki cen, które i tak nie zrekompensują spadającej marży i większych kosztów pozyskiwania surowców. Polski producent bakalii ma jednak ambitne plany związane z eksportem, m.in. do Afryki.

Eksport dla nas jest bardzo ważnym kanałem sprzedaży – deklaruje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Moczulski, prezes zarządu firmy Bakalland. – Dzięki temu, że jesteśmy tak aktywni, rozwijamy się na nowych rynkach. Jednym z nich jest Afryka. W RPA osiągnęliśmy już bardzo duży sukces z naszymi batonami BA!

Sprzedaż zagraniczna żywności jest podstawą sukcesu krajowego eksportu. W ciągu ostatniej dekady krajowi producenci i firmy przetwórcze trzykrotnie zwiększyły przychody z handlu zagranicznego. Według resortu rolnictwa w 2006 roku wartość eksportu tego sektora wynosiła 8,6 mld dol. W ubiegłym roku – przeszło 20 mld.

Bakalland chce zdobywać kolejne rynki. Duży potencjał widzi zarówno w Afryce, jak i w Azji oraz krajach arabskich.

– Jako Bakalland jesteśmy dużym importerem suszonych owoców i orzechów czy różnego rodzaju mieszanek. Na rynku, niestety, w ostatnich latach obserwujemy bardzo silną tendencję do wzrostu cen surowców, szczególnie migdałów oraz orzechów włoskich i laskowych – mówi Moczulski.

Z jednej strony przyczynia się do tego rosnący popyt – na wielu rynkach coraz więcej uwagi zwraca się na zdrowy tryb życia, w którego utrzymaniu pomaga spożycie bakalii. Z drugiej strony coraz wyraźniejsze są niedobory poszczególnych surowców – rynek musiał się mierzyć ze skutkami suszy w Kalifornii oraz niespotykanymi o tej porze roku przymrozkami w Turcji. Na to wszystko nałożyło się osłabienie złotego, który w tym roku stracił zarówno w stosunku do dolara, jak i do euro.

W rezultacie ceny wielu surowców w naszych kategoriach są obecnie nawet dwa, trzy razy wyższe niż w zeszłym roku o tej samej porze roku – zauważa Marek Moczulski. – To ogromne wyzwanie dla producentów bakalii w Polsce.

Jak podkreśla, nadal wysokie jest ryzyko dalszego wzrostu cen.

Jako producenci czy sprzedawcy bakalii nie możemy całości tych podwyżek wziąć na siebie – tłumaczy Moczulski. – Ale jednocześnie dla wielu z nas marża na pewno będzie miała tendencję spadającą, mimo że podwyżki są nieuniknione.

Coraz popularniejsze są wyjazdy przed wakacjami

CEO Magazyn Polska

Weekend majowy rozpoczął sezon urlopowych wyjazdów. W biurach podróży potrwa on do końca października. Od szczytu sezonu dzieli nas jeszcze kilka tygodni, jednak już teraz widać zwiększony ruch w biurach podróży, bo coraz więcej osób decyduje się na wyjazd w maju lub czerwcu. Turyści mogą teraz liczyć na dobrą pogodę, brak tłoku w kurortach i niższe ceny.

Z obserwacji firmy Neckermann Polska wynika, że w ubiegłym roku w maju i czerwcu na wakacje wyjechało ponad 30 proc. wszystkich wypoczywających w sezonie letnim. Z roku na rok na coraz więcej osób wybiera takie rozwiązanie.

Najpopularniejszymi terminami są długie weekendy, czyli weekend majowy i czerwcowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Plutecka-Dydoń, rzeczniczka Neckermann Polska. – W tym roku ze względu na krótką majówkę dużą popularnością cieszą się wyjazdy na weekend czerwcowy. Chętniej bierzemy dodatkowe dni wolne i udajemy się na dłuższy, kilkudniowy, regularny urlop. Najchętniej na południe Europy, do kurortów w basenie Morza Śródziemnego.

Wakacje przed sezonem mają wiele zalet – przekonują biura podróży. Turyści mogą skorzystać z pełnej oferty wyjazdów, bo w maju rozpoczynają się regularne loty czarterowe, a dodatkowo mogą liczyć na niższe ceny. Za wycieczkę w maju lub czerwcu zapłacą nawet 20-30 proc. mniej niż w szczycie sezonu.

W niektórych obiektach możemy też liczyć na dodatkowe bonusy, np. brak dopłat za pokoje jednoosobowe – mówi Magdalena Plutecka-Dydoń. – Warto zwrócić też uwagę na bieżące promocje w biurach, np. aktualnie można kupić ofertę letnią w Neckermannie i otrzymać dodatkowo wstęp do aquaparku czy wycieczkę fakultatywną w cenie.

Często podkreślanym atutem wypoczynku przed sezonem jest pogoda. W maju i czerwcu na południu Europy jest ciepło i słonecznie, ale nie ma męczących upałów. W takich miejscach jak Turcja czy wyspy greckie temperatura utrzymuje się w przedziale 25-30 stopni, a temperatura wody przekracza 20 stopni.

Właśnie ze względu na pogodę o tej porze chętnie wyjeżdżają na wakacje rodziny z małymi dziećmi, seniorzy oraz wszystkie osoby nastawione na nieco spokojniejszy urlop. Wyjeżdżając w maju i czerwcu, na pewno możemy liczyć na większy spokój w kurortach i brak tłumów na plaży – podkreśla rzeczniczka Neckermann Polska. – O tej porze chętnie wyjeżdżają również osoby nastawione na aktywny wypoczynek i zwiedzanie.

Osoby wyjeżdżające w maju i czerwcu najchętniej wybierają wypoczynek w hotelach 4-gwiazdkowych z wyżywieniem all inclusive. Najpopularniejsze kierunki to Turcja, Grecja i Majorka. Wśród najchętniej wybieranych przez polskich turystów miejsc wypoczynku na weekend czerwcowy znajduje się też Bułgaria.

Siedmiodniowe wakacje w Turcji z zakwaterowaniem w hotelu 4-gwiazdkowym i wyżywieniem all inclusive to koszt już od 1199 zł – informuje Magdalena Plutecka-Dydoń. – Siedmiodniowe wakacje na Majorce w hotelu 3-gwiazdkowym z dwoma posiłkami to koszt od 999 zł. Chorwacja, Bułgaria i Włochy to kierunki najczęściej wybierane przez zwolenników wakacji na czterech kółkach. Tygodniowe wakacje w Bułgarii z zakwaterowaniem w 3-gwiazdkowym hotelu z dwoma posiłkami i dojazdem własnym będą nas kosztować już od 390 zł od osoby.

Reklama online napędza cały rynek

CEO Magazyn Polska

Na giełdę wchodzi Wirtualna Polska. Pozyskane z debiutu środki zostaną w 70 proc. przeznaczone na inwestycje. Spółka zyskuje na rosnącym rynku reklamy online – prognozy domu mediowego Carat mówią o ok. 20-proc. wzroście, podczas gdy cały rynek reklamy zwiększy się jedynie o 3 proc.

Wzrosty rynku reklamy napędzać będzie przede wszystkim segment online. Na całym świecie jego wartość wzrośnie o 15 proc., ale w Polsce może to być nawet 20 proc.

Wzrost jest przede wszystkim napędzany trzema obszarami. To jest wideo online, czyli przenoszenie kontentu wideo do przestrzeni digitalowej. To jest kwestia wydatków związana z obszarem szeroko rozumianych social mediów. I wreszcie – bardzo szeroki obszar programmatic, gdzie automatyzujemy i kupujemy w modelu aukcyjnym poszczególnych użytkowników digital – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Mocek, dyrektor zarządzający domu mediowego Carat Polska.

Dodaje, że poza już widocznymi trendami na rynku reklamy online mogą pojawić się zupełnie nowe i trudne do przewidzenia zmiany wynikające z nowinek technologicznych. Jedną z nich jest wykorzystanie urządzeń umożliwiających bardzo precyzyjną lokalizację użytkowników i np. dostosowanie komunikatów wysyłanych na urządzenia mobilne konsumentów do miejsc, w których w danej chwili się znajdują.

Technologia ta daje nam możliwość zastosowania większej liczby rozwiązań w szeroko rozumianym retailu: jesteśmy w stanie wejść z nią np. do sklepów wielkopowierzchniowych i zmieniać zupełnie doświadczenia konsumenta w kwestii zakupów – wyjaśnia Mocek. – To jest ważna zmiana w zakresie szeroko rozumianej komunikacji. Odchodzimy od komunikacji, w której to my przekazujemy pewną wiedzę naszym odbiorcom, a staramy się wejść w dyskusję pomiędzy marką a konsumentem.

Poza zmianami technologicznymi duży wpływ na rynek reklamy będą miały też przekształcenia biznesowe. Szczególnie ważne jest kupienie TVN-u przez Scripps Network. Amerykańska firma ma duże doświadczenie w łączeniu usług internetowych z telewizją, więc można spodziewać się zwiększonej aktywności TVN-u w sieci.

Dziś na giełdzie debiutuje Wirtualna Polska, drugi największy pod względem zasięgu portal horyzontalny w Polsce. Mocek ocenia, że pozyskane z IPO środki, które zgodnie z prospektem emisyjnym zostaną w 70 proc. przeznaczone na kolejne inwestycje, w tym możliwe akwizycje, będą dużym impulsem do rozwoju grupy.

Szeroko rozumiany digital jest tym obszarem, gdzie dzisiaj jesteśmy sobie w stanie wyobrazić najwięcej inwestycji, tak by zmienić sposób interakcji konsumenta z medium, jakim do tej pory był horyzontalny portal, poprzez wchodzenie w najrozmaitszego rodzaju partnerstwa z innymi podmiotami działającymi na tym rynku. Tutaj tych zmian może być bardzo dużo – prognozuje Mocek.