STO (Security Token Offering) – technologia, która zmieni światowy biznes?

Branża finansowa jako pierwsza rozpoznała ogromny potencjał technologii Blockchain (łańcucha bloków). Wraz z pojawieniem się tych systemów oraz smart contracts rozwinęły się nowe sposoby pozyskania kapitału na projekty biznesowe. Do niedawna ICO (Initial Coin Offering) była najpopularniejszą metodą finansowania projektów technologicznych, która szturmem weszła na rynek. Aktualnie jest coraz częściej zastępowana przez STO (Security Token Offering), który został mianowany jej zastępcą. Czy STO stanie się przyszłością branży?

Kamil Rafał Gancarz – polski finansista, przedsiębiorca, prezes fundacji Blockchain Development Foundation
Kamil Rafał Gancarz – polski finansista, przedsiębiorca, prezes fundacji Blockchain Development Foundation

Dotychczas projekty oparte na technologii Blockchain zbierały fundusze za pomocą ICO, która umożliwiała inwestorom z całego świata inwestowanie w zupełnie nowe projekty start-upowe. Jednak mała wiarygodność ICO i zawirowania regulacyjne sprawiły, że rozwinął się nowy sposób finansowania – STO (Security Token Offering). Oferuje on tokeny, które posiadają cechy papierów wartościowych i podlegają pod ustawę o obrocie papierów wartościowych oraz spełniają wszystkie wymogi z nimi związane. Jest to więc dużo bezpieczniejszy sposób finansowania, ze względu na obowiązek emisji asset tokenów na Blockchainie w ramach sztywnych wymogów prawnych w sprawie prospektu emisyjnego, pozwalając tym samym nabywcom tokenów posiadać udziały w realnym przedsiębiorstwie.

Kiedy na świecie pojawiła się możliwość pozyskania środków za pomocą ICO, w celu finansowania określonych projektów, Komisja Nadzoru Finansowego informowała, że dokonywanie inwestycji w tokeny jest wysoce ryzykowne. Ale to tylko jedna strona medalu i nie można od razu „wylewać dziecka z kąpielą”. Aktualnie coraz więcej start-upów właśnie w ten sposób pozyskuje pieniądze, oczywiście inwestując w takie projekty należy zachować ostrożność. Od dłuższego czasu ICO ma jednak złą opinię i zaczęto je zastępować z powodzeniem STO, który jest aktualnie najpopularniejszą formą na pozyskiwanie kapitału na różnego typu projekty blockchainowe. Myślę, że STO może stać się przyszłością branży, ponieważ reprezentuje sprzedaż tokenów posiadających cechy papierów wartościowych, a nie zwyczajnych tokenów użytkowych. Dzięki temu przyciąga poważniejszych inwestorów, którzy mogą je nabyć jako fundusz Venture Capital lub Private Equity czy też nawet fundusz inwestycyjny – mówi Kamil Gancarz, prezes fundacji Blockchain Development Foundation.

Oprócz STO inną możliwością finansowania projektów technologicznych jest Utility Token, czyli tzw. token użytkowy. Stanowi jednostkę rozliczeniową dla sieci – im większy rozrost sieci, tym większa jest użyteczność tokena. Wraz ze wzrostem rozmiarów sieci oraz transakcji wewnątrz niej powstaje zapotrzebowanie na tokeny.

Tokeny użytkowe nie są zaprojektowane jako inwestycje, ale nie oznacza to, że nie przynoszą zysków. Mają pewne zastosowanie w projekcie i nie reprezentują udziału firmy. Ich cena może wzrosnąć, jeśli wzrośnie zapotrzebowanie na usługę lub produkt. Użyteczność takich tokenów jest wciąż rozwijana oraz ulepszana i w przyszłości inwestycja w nie może przynieść duże zyski, choć nie zawsze tak jest. Jeszcze inną opcją finansowania projektów jest stworzenie zupełnie nowej kryptowaluty, która stworzy nowe zasady i wykorzysta lepsze technologie. A środki pozyskane z pierwszej emisji nowej waluty firma przeznaczy na rozwój całego projektu – kontynuuje ekspert.

W niedalekiej przyszłości cały świat czeka duży rozwój pod względem technologii Blockchain oraz ogromna tokenizacja w różnych dziedzinach życia gospodarczego i społecznego. Klasyczne giełdy będą musiały w końcu rozważyć wdrożenie tokenów inwestycyjnych lub stracą pewną część rynku. Jak zapowiadają eksperci, technologia Blockchain coraz szybciej dotyka również rynek nieruchomości.

Jak można zauważyć, aktualnie najszybszy wzrost finansowania poza sektorem Blockchain i fintech, widać w branży nieruchomości. W sierpniu 2018 r. Building Block Inc. ogłosiła powstanie REIT (Real Estate Investment Trust) – funduszu, który wykorzystuje rosnącą efektywność technologii Blockchain i zapewnia nowy sposób inwestowania w jeden z najbardziej znanych i zaufanych aktywów na świecie, czyli nieruchomości. Dzięki temu umożliwione zostaną wypłaty dywidendy, bezpieczne głosowanie użytkowników oraz inteligentne funkcje kontraktowe, które będą wykonywane automatycznie po spełnieniu ustalonych wcześniej parametrów. To nie jedyny przykład wykorzystywania technologii Blockchain – dodaje Gancarz.

Blockchain zmienia dosłownie wszystko – od dokonywania płatności, po sposoby pozyskiwania finansowania na rynkach finansowych. Przedsiębiorstwa coraz bardziej powinny się nim interesować oraz brać pod uwagę finansowanie i inwestowanie za pomocą technologii Blockchain, która jest przyszłością biznesu. Wystarczą odpowiednie regulacje prawne, właściwy rachunek bankowy, dobra jurysdykcja oraz przygotowanie prawne, aby Blockchain był bezpieczny. Istotni są również odpowiedni doradcy oraz przygotowanie marketingowe, a także bank, który nie zablokuje środków i będzie rozumiał istotę naszego biznesu i modelu finansowania. Spełniając te warunki, nie musimy obawiać się o nasz biznes i czerpać korzyści ze zmieniającego się świata.

Kamil Rafał Gancarz – polski finansista, przedsiębiorca, prezes fundacji Blockchain Development Foundation. Członek szwajcarskiego stowarzyszenia Crypto Valley Association, wspierającego rozwój technologii Blockchain i ekosystemów kryptograficznych oraz organizacji Mensa Polska. Jako międzynarodowy konsultant finansowy i biznesowy pozostaje na bieżąco z najnowszymi metodami wykorzystania mechanizmów technologii Blockchain w przedsiębiorstwach i wśród tzw. high-net-worth individuals (zamożnych osób fizycznych). Prelegent podczas III edycji Kongresu 590 organizowanego pod honorowym patronatem Prezydenta RP. W 2018 roku Kamil Gancarz odebrał nagrodę Pegazów Biznesu za działalność Fundacji.

E-administracja według szejków. VMware wirtualizuje usługi publiczne w Abu Dhabi

Jeszcze 60 lat temu w Abu Dhabi nie było elektryczności i dróg. Dzisiaj stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich przyciąga globalny biznes i staje się istotnym węzłem splatającym międzynarodowe interesy. Miasto staje się również prawdziwym liderem i wzorem do naśladowania w zakresie e-usług publicznych. Władze już teraz dają mieszkańcom szansę załatwienia wszystkich spraw cyfrowo, w oparciu o chmury, kontenery PKS i wirtualne sieci.

Pod koniec 2014 r. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich ogłoszony został program rozwojowy „Strategia innowacji narodowej”, którego celem jest przekształcenie kraju w ciągu siedmiu lat w najbardziej innowacyjne państwo świata. Już teraz w Emiratach można zarejestrować firmę w tzw. strefach wolnocłowych. Mieszkańcy ZEA chwalą się, że można to zrobić w ciągu 20 minut. Jednym z miast w kraju szejków, które na poważnie wzięło się za realizację wizji inteligentnego miasta jest Abu Dhabi. Tamtejsze Biuro ds. Rozwoju Usług Cyfrowych stworzyło cyfrową platformę administracyjną o nazwie TAMM, która umożliwi mieszkańcom załatwienie niemal każdej sprawy za pośrednictwem Internetu.

Administracja bez kolejek i urzędów

Biuro ds. Rozwoju Usług Cyfrowych w Abu Dhabi (ADSSSA – Abu Dhabi Smart Solutions and Services Authority) w ramach projektu „Ghadan 21” pracuje nad konsolidacją ponad 1600 różnorodnych usług administracji publicznej w pakiet 80 e-usług. Platforma TAMM ma umożliwić mieszkańcom kupno/sprzedaż domu, umówienie wizyty lekarskiej czy założenie firmy z poziomu komputera lub dowolnego urządzenia mobilnego, bez konieczności wizyty w urzędzie. Projekt jest jeszcze w fazie testów, ale pełen pakiet e-usług ma być dostępny w ciągu trzech lat. Nowa generacja usług publicznych wspierana jest przez innowacyjne rozwiązania firmy VMware, lidera w dziedzinie wirtualizacji oraz innowacji dla biznesu.

Współpraca z VMware odzwierciedla nasze cyfrowe ambicje, by zaoferować obywatelom szereg nowoczesnych usług publicznych, które są łatwo dostępne i efektywne. Upraszczając działanie administracji publicznej w oparciu o cyfryzację wspieramy zarówno obywateli i mieszkańców miasta, jak i naszych gości oraz potencjalnych inwestorów. Dzięki dostępowi do jednej platformy, która integruje wszystkie najważniejsze e-usługi, znika konieczność odwiedzania urzędów czy nawet ich stron internetowych. Wszyscy oszczędzają czas, a władze działają szybko i wydajnie – komentuje dr. Rauda Al Saadi, dyrektor generalna Biura ds. Rozwoju Usług Cyfrowych w Abu Dhabi

Technologie VMware w krainie szejków

Biuro ds. Rozwoju Usług Cyfrowych w Abu Dhabi wykorzystuje technologie VMware, by zespoły IT mogły przede wszystkim tworzyć nowe e-usługi właściwie od ręki. Pakiety rozwiązań w ramach platformy TAMM działają niczym mikrousługi oparte na rozwiązaniu VMware Enterprise PKS. To wyspecjalizowana usługa polegająca na wdrażaniu kontenerów Kubernetes i działająca na chmurze prywatnej vSphere. Rozwiązanie umożliwia uruchamianie i zarządzanie różnymi aplikacjami w oparciu o niezależne od siebie klastry danych. Narzędzie gwarantuje ponadto wysoką dostępność oraz niezawodność działania e-usług, m.in. dzięki automatycznym aktualizacjom i monitoringowi bezpieczeństwa.

Abu Dhabi jest prawdziwym liderem w zakresie cyfrowej transformacji administracji publicznej. Cieszymy się, że to właśnie dzięki naszym rozwiązaniom, mieszkańcy otrzymują dostęp do efektywnych i nowoczesnych e-usług, z dowolnego miejsca czy urządzenia i to kiedy tylko chcą. Nasze rozwiązania chmurowe dają administracji publicznej swobodę działania, a działom IT czas i możliwość tworzenia nowych rozwiązań, które będą spełniać wymogi przyszłości – komentuje Jean Pierre Brulard, wiceprezes VMware i dyrektor generalny na region EMEA.

PKS dla Abu Dhabi zawiera także zintegrowane z nim rozwiązanie VMware NSX-T, które oferuje funkcje sieciowe przystosowane do technologii 5G oraz innowacyjne bezpieczeństwo oparte na mikrosegmentacji. W dobie licznych cyberataków na instytucje publiczne, rozwiązanie to może znacząco utrudnić działanie potencjalnym crackerom. Mikrosegmentacja wymusza bowiem na cyberprzestępcy łamanie zabezpieczeń nie jednego systemu, a wielu wyodrębnionych warstw aplikacji. Wdrożone rozwiązania posiada również specjalny rejestr kontenerów tzw. Harbor, który wspiera inicjowanie środowisk typu multicloud. Według Gartnera do 2020 r. ponad trzy czwarte firm będzie rozwijać infrastrukturę opartą na wielu chmurach.

E-usługi po europejsku

Abu Dhabi jest drugim, po Singapurze, nieeuropejskim miastem, które dynamicznie i kompleksowo rozwija technologie smart city oraz w pełnie digitalizuje administrację publiczną. Także w Europie cyfrowa rewolucja w kierunku e-administracji zatacza coraz szersze kręgi. Według statystyk UE prym wiodą Dania, Szwecja, Finlandia i Holandia. W Polsce niestety tylko niecałe 43 proc. e-usług publicznych umożliwia załatwienie sprawy w całości przez Internet. Dane wyraźnie pokazują jednak, że mieszkańcy naszego kraju oczekują znacznie większych inwestycji w tym zakresie. Polacy coraz chętniej sięgają bowiem po e-usługi – w 2017 r. skorzystało z nich aż 31 proc. osób w wieku 16–74 lata i wskaźnik cały czas rośnie.

Grupa WARTA podsumowuje 2018 r.

Wyjątkowa jakość likwidacji szkód oraz wysoki poziom współpracy z pośrednikami zapewniły Warcie zwiększenie przypisu składki oraz zachowanie wysokich wskaźników rentowności. W 2019 r. Warta będzie wdrażała kolejne innowacje między innymi podnoszące jakość obsługi klienta i przyśpieszające proces likwidacji szkód.    

  • Spółka majątkowa Warty zebrała w 2018 r. 5,6 mld zł składki przypisanej brutto, o 9,0 proc. więcej niż w 2017 r.
  • Warta utrzymuje pozycję lidera pod względem wzrostu sprzedaży ubezpieczeń na życie ze składką regularną, co przełożyło się na wzrost składki przypisanej brutto w spółce życiowej do poziomu 809,9 mln zł (0,5 proc. r/r).
  • Łącznie obie spółki Warty zebrały w ubiegłym roku składkę w wysokości niemal 6,4 mld zł.
  • Wartość odszkodowań i świadczeń osiągnęła niemal 4,3 mld zł.
Jarosław Parkot, Prezes Zarządu Warty
Jarosław Parkot, Prezes Zarządu Warty

– Pomimo wymagających warunków rynkowych i zmian regulacyjnych, 2018 był bardzo dobrym rokiem dla Warty. Wdrażane w poprzednich latach nowe technologie i rozwiązania pozwoliły zaoferować klientom najwyższą wśród ubezpieczycieli jakość obsługi posprzedażowej. Potwierdza to m.in. obiektywne zestawienie Rzecznika Finansowego. Widzimy również rosnące zainteresowanie korzystaniem z aplikacji Warta Mobile czy innowacyjnych funkcjonalności Warty na Facebook’u, które obrazują naszą dostępność i otwartość na klienta. To, jak również nowoczesna taryfikacja oraz wyjątkowy poziom współpracy z pośrednikami, przełożyło się na kolejny wzrost przychodów i wyników finansowych, nawet w porównaniu z bardzo dobrym rokiem 2017. Wyjątkowa na tle rynku rentowność firmy pozwala nam ambitnie wdrażać kolejne projekty dotyczące na przykład zaangażowania sztucznej inteligencji i automatyzacji w likwidację szkód czy szerokiego wykorzystania Big Data w taryfikacji ubezpieczeń komunikacyjnych i majątkowych. Pozytywne efekty tych prac będą widoczne dla klientów jeszcze w tym roku – mówi Jarosław Parkot, Prezes Zarządu Warty.   

Ubezpieczenia majątkowe

Łączny przypis składki brutto w 2018 r. wyniósł 5,6 mld zł, osiągając wzrost o 9,0 proc. względem 2017 r. Ubezpieczenia dla klientów indywidualnych zebrały składkę o 8,9 proc. wyższą w porównaniu do 2017 r., osiągając poziom 4,1 mld zł. Podczas gdy składka z ubezpieczeń korporacyjnych wzrosła o 9,2 proc., osiągając poziom 1,5 mld zł.

Kolejny rok z rzędu Warta osiąga stabilny wzrost składki przypisanej brutto. Dużą rolę odgrywa w tym wykorzystywanie nowoczesnych narzędzi Big Data, które pozwoliły firmie m.in. na szybszą i skuteczniejszą analizę danych wykorzystywanych podczas taryfikacji. Dla przykładu polisy komunikacyjne w Warcie są wyliczane w oparciu o ponad 600 zmiennych, które pozwalają faktycznie indywidualnie dopasować cenę ubezpieczenia do klienta. Jeszcze w tym roku ich liczba może wzrosnąć do tysiąca, co pokazuje jak zaawansowanym i skomplikowanym procesem jest obecnie wyliczanie składki. W Warcie, dzięki wykorzystaniu nowoczesnych narzędzi analitycznych, klient otrzymuje propozycję ceny już po kilku sekundach od wprowadzenia podstawowych danych.

– Wdrażane przez nas innowacje muszą spełniać jedno zadanie, czyli przynosić wymierne, użyteczne korzyści dla klienta i firmy. Takim rozwiązaniem są m.in. narzędzia Big Data, które w naszej firmie pozwalają zaoferować potencjalnie mało szkodowym klientom dobrą cenę polisy przy zachowaniu rentowności firmy na bardzo wysokim poziomie. Tylko w 2018 r. ROE spółki majątkowej wyniosło 20,9 proc. co jest bardzo wysokim wynikiem na tle rynku  – podkreśla Jarosław Parkot.

Nowy kształt przybiera w Warcie segment ubezpieczeń korporacyjnych, czego efektem jest już ubiegłoroczny, dynamiczny wzrost składki. Warta pracuje obecnie nad dalszym podniesieniem rentowności tej linii biznesowej poprzez m.in. dalszy dynamiczny wzrost sprzedaży, automatyzację
i uproszczenie procesów oraz podniesienie jakości obsługi klientów i szkód.

Likwidacja szkód – nowe technologie podnoszą komfort klienta

Majątkowa spółka Warty zlikwidowała 501 tys. szkód w 2018 r. co przełożyło się na 3,4 mld zł w formie odszkodowań i świadczeń.

W 2018 r. Warta kontynuowała plan wdrażania nowych technologii w zakresie likwidacji szkód i operacji. W tym czasie zautomatyzowano 13 procesów związanych między innymi z wypłatą świadczeń z ubezpieczeń grupowych, rejestracją umów kupna i sprzedaży samochodów czy wypowiedzeń umów OC ppm. Rozpoczęto również projekty z wykorzystaniem sztucznej inteligencji oraz rozwijano wykorzystywane już mobilne rozwiązania, ułatwiające klientom przejście przez proces likwidacji szkód. Efektem tych działań było m.in. osiągnięcie pozycji lidera w gronie ubezpieczycieli majątkowych zebranych w sprawozdaniu Rzecznika Finansowego. To jedyne w pełni obiektywne zestawienie pokazujące, którzy ubezpieczyciele najlepiej radzą sobie z likwidacją szkód klientów.

– Wdrażane w poprzednich latach nowe technologie przełożyły się na rosnącą jakość obsługi klienta. Również w ubiegłym roku wdrożyliśmy wiele rozwiązań przyśpieszających likwidację szkód i podnoszących komfort naszych klientów. W 2019 r. będziemy kontynuowali obrany kierunek wdrażając kilkanaście robotów automatyzujących procesy oraz uruchomimy kolejne rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję w zakresie rozpoznawania mowy podczas telefonicznego zgłaszania szkody i obrazu w trakcie wyceny szkód. Mają one znacząco skrócić czas potrzebny na rozwiązanie problemu klienta, a naszym pracownikom pozwolą skupić sią na bardziej skomplikowanych sprawach – podkreśla Jarosław Parkot.

Ubezpieczenia życiowe – dynamiczny wzrost w ubezpieczeniach ze składką regularną

W 2018 r. Warta kontynuowała strategię oparcia spółki życiowej na produktach ze składką regularną, osiągając zdecydowanie najwyższą dynamikę sprzedaży na rynku, która wyniosła 19 proc. w porównaniu z 2017 r. i osiągnęła poziom 660,2 mln zł. Wzrost ten pozwolił zniwelować niższą sprzedaż produktów ze składką jednorazową, które jednak nadal utrzymują  należne im miejsce w ofercie Warty. Łącznie życiowa spółka Warty zebrała 809,9 mln zł składki przypisanej brutto.

– Decyzja o skupieniu uwagi na produktach ze składką regularną przynosi spektakularne wyniki. Warta utrzymuje pozycję lidera pod względem wzrostu sprzedaży w tej kategorii ubezpieczeń. W 2018 r. sprzedaż wzrosła o 19 proc., przy średniej dla rynku na poziomie 0,4 proc. Co więcej, w okresie od 2016 do 2018 r. zwiększyliśmy przypis w tym segmencie ubezpieczeń o niemal 50 proc. wykorzystując potencjał bardzo dobrych  produktów i szerokiej sieci agentów majątkowych i życiowych – mówi Prezes Zarządu Warty i dodaje: W obecnym roku będziemy kontynuowali obrany kurs dotyczący produktów dla klientów indywidualnych. Wprowadzimy również znaczące zmiany w procesach i ofercie dla przedsiębiorstw, w tym m.in. wprowadzając innowacyjny model sprzedaży poprawiający rentowność przy zachowaniu dalszego, dynamicznego wzrostu składki. Dużo uwagi poświęcamy również Pracowniczym Planom Kapitałowym. Chcemy odgrywać na tym rynku znaczącą pozycję.

W grudniu 2018 r. Warta jako pierwsza firma ubezpieczeniowa potwierdziła prowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK). PPK Warta  umożliwi gromadzenie i inwestowanie oszczędności oraz zaoferuje pracownikom ochronę ubezpieczeniową. Za zarządzanie aktywami odpowiadać będzie zespół wewnętrznych ekspertów. Warta posiada ponad 20-letnie doświadczenie w prowadzeniu produktów inwestujących środki bezpośrednio w papiery wartościowe.

Wynik finansowy – rosnąca rentowność

Jednym z efektów rosnącej sprzedaży są bardzo dobre wyniki finansowe obu spółek Warty. Wyniktechniczny spółki majątkowej w 2018 r. wyniósł 380,3 mln zł i był wyższy od osiągniętego w 2017 r. o niemal 23 proc. Wysoki poziom na tle całego rynku utrzymuje również wynik finansowy nettoktóry osiągnął w ubiegłym roku 468,5 mln zł (wzrost w stosunku do roku 2017 o 43 proc.), co w efekcie przełożyło się m.in. na wyższy wskaźnik ROE w porównaniu z rynkiem ubezpieczeń majątkowych.

Wynik techniczny spółki życiowej wyniósł 52,1 mln zł (wzrost o 4,4 proc. r/r), a wynik netto 34,4 mln zł, co oznacza wzrost o 16,4 proc. względem 2017 r.

Warta utrzymuje wysoki poziom bezpieczeństwa finansów klientów, czego dowodem są wskaźniki wypłacalności kształtujące się powyżej wymogów ustawowych. Obecny rating Warty przyznany przez Standard & Poor’s niezmiennie pozostaje na wysokim poziomie A+ z perspektywą stabilną. Warta jest jedynym z zarejestrowanych w Polsce ubezpieczycieli z tak wysoką oceną.

B+R po polsku: co nas motywuje, a co ogranicza

Tylko 15,25 proc. spośród 400 polskich przedsiębiorstw sektora Hi-Tech przebadanych przez Polski Instytut Ekonomiczny podejmowało lub planowało podjąć współpracę międzynarodową w obszarze B+R. Na przeszkodzie stają przede wszystkim biurokracja i niewystarczające wsparcie finansowe. Mimo to udział wyrobów zaawansowanych technicznie w polskim eksporcie stanowi już niemal 46%, a pod względem wsparcia podatkowego dla B+R jesteśmy w pierwszej trójce krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Przedsiębiorcy z sektora rozwiniętych technologii, którzy byli ankietowani we wrześniu 2018 roku przez Polski Instytut Ekonomiczny przyznali, że najczęściej do podjęcia współpracy zagranicznej motywuje ich dostęp do nowoczesnej infrastruktury badawczej – aż 85 proc. respondentów wskazało go jako ważny lub bardzo ważny. Niewiele mniejsze znaczenie przywiązują do możliwości uzyskania współfinansowania działalności B+R ze strony partnera zagranicznego oraz zwiększenia innowacyjności przedsiębiorstwa i jego wyrobów lub usług.B R po polsku co nas motywuje a co ogranicza

Z kolei głównymi barierami wpływającymi na współpracę międzynarodową w obszarze B+R są zbiurokratyzowany system wspierania badań naukowych i wdrożeń, ograniczony dostęp do dostawców nowych technologii oraz zbyt małe środki publiczne przeznaczane na działalność B+R w przedsiębiorstwach.

Znaczenie współpracy międzynarodowej w zakresie B+R w obszarze technologii Hi-Tech będzie systematycznie rosnąć z uwagi na jej wpływ na konkurencyjność przedsiębiorstw i rozwój społeczno-gospodarczy krajów. Przemawiają za tym wysokie koszty i konieczność współdziałania najwyższej klasy specjalistów z różnych dziedzin. Istotny jest też podział ryzyka między partnerów – komentuje Katarzyna Dębkowska, kierownik zespołu foresightu gospodarczego w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Poprawa zaawansowania eksportu

Wyroby zaawansowane technologicznie stanowią już blisko połowę polskiego eksportu towarów ogółem (45,8 proc. w 2017 r.). To około dwukrotnie wyższy udział niż we wstępnej fazie transformacji gospodarczej w Polsce (24,8 proc. w 1995 r.). Co ciekawe, to firmy z rodzimym kapitałem w ostatnich latach w większym stopniu stymulowały zaawansowanie polskiego eksportu.

O ile w latach 1996-2004 na firmy z wyłącznie polskim kapitałem przypadało tylko 15 proc. przyrostu polskiego eksportu wyrobów wysokiej i średnio-wysokiej techniki, a zasadniczą jego część – 85 proc. – tworzyły firmy z kapitałem zagranicznym, o tyle w latach 2010-2017 proporcja ta uległa odwróceniu (64 proc. wobec 36 proc.) – komentuje Janusz Chojna, kierownik zespołu handlu zagranicznego w Polskim Instytucie Ekonomicznym.B R po polsku co nas motywuje a co ogranicza 2

Wsparcie podatkowe w obszarze B+R

Polska może się też pochwalić hojnym wsparciem podatkowym w obszarze B+R. OECD bada tego typu ulgi za pomocą tzw. Indeksu B. Jego wartość określa poziom dochodu przed opodatkowaniem, jaki musi osiągnąć przedsiębiorstwo, żeby wykazać dodatni przepływ finansowy ponosząc wydatki na B+R. Obecny poziom wskaźnika lokuje Polskę na trzecim miejscu pod względem hojności wsparcia w regionie, po Litwie i Słowacji, a wśród krajów Unii Europejskiej zajmujemy 7miejsce.  Wskaźnik dla Polski wzrósł wraz z wprowadzeniem w ostatnich latach ulg na działalność badawczo-rozwojową. Od 2018 r. ulga w Polsce wynosi 100 proc. kosztów kwalifikowanych dla wszystkich przedsiębiorstw oraz 150 proc. dla przedsiębiorstw posiadających status centrum badawczo-rozwojowego – podsumowuje Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Tożsamość cyfrowa – nowa koncepcja Mastercard

Mastercard przedstawił model tożsamości cyfrowej dostosowany do wymogów współczesnego, coraz bardziej cyfrowego świata. Koncepcja ta została opisana w dokumencie pt. Restoring Trust in Digital Interactions, który opisuje ramowe założenia dotyczące sposobu działania cyfrowej tożsamości, gdzie w centrum każdej cyfrowej interakcji znajduje się jednostka.

Model ten obejmuje proponowane przez Mastercard zasady zarządzania tożsamością cyfrową, które powinny stanowić podstawę nowego systemu. Koncentrują się one na zagadnieniach takich jak: prawo do własności danych, ich poufność i zgoda na ich przetwarzanie, a także przejrzystość, bezpieczeństwo i dostępność systemu. Można je sprowadzić do następującego podstawowego prawa jednostki: „Moja tożsamość jest moją własnością i mam kontrolę nad moimi danymi osobowymi”.

Przeciwdziałanie wykluczeniu Każdy ma prawo do tożsamości cyfrowej
Własność Każda osoba jest właścicielem swojej tożsamości i danych osobowych
Prostota Używanie tożsamości cyfrowej powinno być proste i intuicyjne dla każdego
Poufność Każda osoba ma prawo do zachowania w poufności swoich danych dotyczących tożsamości cyfrowej
Udzielanie zgód Tożsamość cyfrowa danej osoby nie może być używana ani udostępniana bez wyraźnej zgody tej osoby lub w sposób niezgodny z prawem
Przejrzystość Każda osoba ma prawo wiedzieć, w jaki sposób jest używana i udostępniana jej tożsamość cyfrowa
Bezpieczeństwo danych Dane identyfikacyjne i transakcje, w których wykorzystywana jest tożsamość cyfrowa, powinny być przechowywane z zachowaniem najwyższych standardów bezpieczeństwa
Prawa osobiste
dot. danych
Każda osoba powinna mieć prawo dostępu do swoich danych dotyczących tożsamości, ich poprawiania i usuwania, a także możliwość dochodzenia roszczeń w przypadku naruszenia tych praw
Uczciwe użytkowanie Dane dotyczące tożsamości będą używane wyłącznie do celów zgodnych z prawem oraz zasadami uczciwości i równego traktowania
Wybór Każda osoba powinna mieć prawo do wyboru dostawcy usług tożsamości cyfrowej oraz prawo do ich zmiany lub rezygnacji z nich

Próbujemy znaleźć odpowiedź na jedno z najważniejszych pytań w erze wszechobecnego internetu: Jak mamy zaufać komuś, kogo nie znamy, kogo nie widzimy i z kim nie spotykamy się osobiście?” — mówi Ajay Bhalla, prezes Mastercard ds. cyberbezpieczeństwa i danych. „To obszar, który badamy już od pewnego czasu i dyskutujemy o nim z wieloma różnymi grupami. Dzięki tej wiedzy wyobrażamy sobie świat, w którym tożsamość użytkownika i urządzenia działające w jego imieniu można natychmiast i bezpiecznie zweryfikować, w którym dostęp uzyskuje się bez haseł, a dane są wymieniane tylko za zgodą konsumenta” – dodaje.

Model Mastercard jest oparty na zasadzie „prywatność z założenia”, gdzie dane dotyczące tożsamości nie są gromadzone, ani agregowane. Proponuje on cyfrowe interakcje, w których wymiana danych jest ograniczona do minimum i następuje tylko w sytuacjach, gdy jest konieczna. Według tej koncepcji dane są skutecznie chronione i efektywnie wykorzystane, dzięki czemu użytkownicy utrzymują nad nimi kontrolę, a cyfrowa tożsamość osoby jest bezpiecznie powiązana z jej smartfonem.

Dostęp do cyfrowej tożsamości da konsumentom nowe możliwości w ich interakcjach online z firmami, dostawcami produktów i usług oraz ich społecznościami. Dzięki temu robienie zakupów w sieci, otwarcie konta w banku czy złożenie zeznania podatkowego stanie się jeszcze prostsze. Nowy system usprawni też wykorzystanie e-maila czy mediów społecznościowych. Zmniejszy również ryzyko oszustw i kradzieży tożsamości.

„Wprowadzenie tożsamości cyfrowej wymaga połączenia sił. Opierając się na naszym strategicznym partnerstwie z Microsoft i współpracy z wieloma firmami z branży, chcemy ukierunkować wysiłki wszystkich zaangażowanych graczy, aby wspólnie zdefiniować zasady działania nowego systemu oraz zarządzania nim. Razem mamy realną szansę sprawić, że funkcjonowanie jednostki w sieci będzie znacznie bardziej efektywne, a jednocześnie bezpieczne” – powiedział Ajay Bhalla.

1.       Definicja tożsamości cyfrowej

W latach 2018–19 Mastercard zebrał wiodących specjalistów i zainteresowane strony z całego świata w celu zbadania możliwości, jakie stwarza tożsamość cyfrowa[i]. Wykorzystując te dyskusje oraz swoje wieloletnie doświadczenie w zakresie uwierzytelniania i weryfikacji danych, firma opracowała własną definicję tożsamości cyfrowej. Według  Mastercard tożsamość cyfrowa jest:

  • Zbiorem aktualnych, wysokiej jakości danych cyfrowych definiujących osobę, który w razie potrzeby umożliwia weryfikację tożsamości;
  • Zestawem dynamicznych informacji, które można wielokrotnie wykorzystywać do różnych celów;
  • Środkiem, za pomocą którego dana osoba może potwierdzić swoje uprawnienia dotyczące dostępu do usługi lub uprawnienia do wykonania określonej operacji;
  • Konsekwencją powstania dynamicznej sieci obejmującej rozproszone źródła danych (np. banki, operatorów sieci komórkowych czy instytucje administracji publicznej).

2.       Główne wyzwania związane z weryfikacją tożsamości:

  • Tożsamość, jakiej używamy do kontaktów z instytucjami administracji publicznej, uzyskiwania dostępu do usług czy dokonywania płatności, może być zagrożona. Do oszustwa lub kradzieży tożsamości często wystarczy włamanie się do jednej tylko bazy danych. W sytuacji, gdy użytkownicy muszą wielokrotnie udostępniać znaczną ilość swoich danych osobowych różnym podmiotom, pojawiają się ryzyka dotyczące bezpieczeństwa tych danych.
  • Ludzie nie mają dziś kontroli nad swoimi danymi identyfikacyjnymi, a w obszarach, w których przysługują im prawa, często brakuje przejrzystości.
  • Brak prostego, bezpiecznego i niezawodnego sposobu potwierdzania tożsamości w internecie utrudnia konsumentom działanie online, zwiększa ryzyko oszustw, utrudnia zapewnienie prywatności danych i ogranicza dostęp do usług.
  • Duża część światowej populacji w ogóle nie ma możliwości potwierdzenia swojej tożsamości w wiarygodny sposób. Najbiedniejsze 40% ludzi ma najbardziej ograniczony dostęp do dowodów tożsamości[ii].
  • Ponad miliard osób nie ma podstawowego, weryfikowalnego świadectwa urodzenia, co jest powodem ich społecznego wykluczenia. ONZ stwierdziła, że bez oficjalnego potwierdzenia tożsamości nie ma realnego dostępu do usług finansowych, służby zdrowia, usług publicznych czy do technologii[iii].
  • W samych Stanach Zjednoczonych 16,7 mln osób w 2017 r. padło ofiarą oszustw dotyczących tożsamości[iv]. W 2016 r. straty poniesione w wyniku oszustw opartych na „syntetycznej” tożsamości, gdzie przestępcy tworzyli fałszywe tożsamości łącząc prawdziwe dane wielu osób, wyniosły 6 mld USD.[v]

3.       Rozwiązanie dla weryfikacji tożsamości cyfrowej

Mastercard pomaga w zmianie sposobu tworzenia tożsamości w świecie online. W szczególności wszyscy potrzebujemy:

  • Usługi zgodnej operacyjnie w skali globalnej — zamiast wielu niszowych, zamkniętych systemów;
  • Udostępniania danych w sposób kontrolowany przez użytkownika — zamiast udostępniania ich szeroko i bez kontroli;
  • Rozwiązań biometrycznych — zamiast statycznych danych identyfikacyjnych;
  • Cyfrowego identyfikatora wielokrotnego użytku — zamiast kilkuset haseł;
  • Systemu, w którym znajdzie się miejsce dla wszystkich — zamiast selektywnego systemu wykluczającego ubogich.

[i] Future Agenda

[ii] Bank Światowy

[iii] Celem Zrównoważonego Rozwoju ONZ nr 16.9 jest zapewnienie wszystkim tożsamości prawnej do 2030 roku

[iv] Raport „2018 Identity Fraud: Fraud Enters a New Era of Complexity” firmy Javelin Strategy & Research — ze strony https://www.iii.org/fact-statistic/facts-statistics-identity-theft-and-cybercrime

[v] http://www.acg.net/synthetic-identity-fraud-cost-banks-6-billion-in-2016-auriemma-consulting-group/

Polacy coraz bardziej doceniają dobre wina

Polacy nie tylko piją coraz więcej wina, ale i coraz bardziej doceniają jego jakość, chętniej sięgają po produkty z wyższej półki, bardziej luksusowe, a więc droższe – oceniają eksperci zrzeszeni w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarska. Członkowie ZP PRW to największe w Polsce przedsiębiorstwa zajmujące się produkcją, importem i dystrybucją win i napojów winiarskich. 70% win i wyrobów winiarskich produkowanych lub butelkowanych w Polsce to efekt ich pracy.

– Z naszych obserwacji wynika, że od pewnego czasu Polacy są skłonni wydać więcej, ale też spędzić więcej czasu nad wyborem odpowiedniego wina – zauważa Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. –  W księgarniach i w Internecie dostępnych jest coraz więcej poradników pozwalających dokonać wyboru zgodnego z regułami sztuki sommelierskiej, stopniowo wzrasta więc wiedza i doświadczenie polskich konsumentów. Wprawdzie jeszcze daleko nam do kultury krajów winiarskich, ale zmiany, które nastąpiły w ostatnich latach, są bardzo znaczące. Skłaniają firmy branży winiarskiej do ciągłego rozwoju portfolio, tak, by zadowolić coraz bardziej wymagających klientów.

Potwierdzają to przedsiębiorcy zrzeszeni w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu, głównym kierunkiem importu win były głównie kraje bloku wschodniego. Dziś nasi członkowie mają w swojej ofercie  trunki z różnych krajów świata, m.in. z Hiszpanii, Francji, Włoch, Australii, Niemiec, Chille, Argentyny, USA czy Izraela.

Dobrym przykładem jest chociażby Dom Wina, jeden z najstarszych polskich importerów i dystrybutorów win i alkoholi mocnych,  działający na rynku od 1996 roku. Firma sprowadza dziś wina od ponad 100 dostawców z 5 kontynentów.  – Pijemy coraz lepsze wina i jesteśmy skłonni zapłacić za nie więcej – przyznaje Witosław Stępień, Dyrektor Marketingu i PR Domu Wina. –  Powód? Zmiana stylu życia, edukacja, podróże i oczywiście podnoszące się za sprawą koniunktury dochody.

– Na te zmiany rzeczywiście  składają się zarówno rosnące możliwości finansowe Polaków, wynikające ze wzrostu dochodów, jak i wzrost świadomości konsumentów – potwierdza Jakub Nowak, Prezes firmy Jantoń. –  Cieszące się ogromną popularnością programy kulinarne, rozwój branży HoReCa, podróże, podczas których poznajemy nowe regiony i smaki, sprawiają, że coraz większą wagę przywiązujemy do jakości trunków.

Istotnie, premiumizacja  to aktualnie jeden z głównych trendów obserwowanych na światowym rynku alkoholi. – Trend ten  w odniesieniu do segmentu wina w Polsce jest szczególnie wyraźnie wyczuwalny, gdyż zbiega się z obserwowaną wyraźną zmianą kultury konsumpcji alkoholu w naszym kraju. Pijemy coraz więcej wina, stopniowo rośnie wiedza winiarska Polaków. A wraz ze wzrostem wiedzy mamy coraz większe wymagania co do jakości. Cel konsumpcji też staje się inny – już nie ilość, lecz jakość jest istotna – mówi Magdalena Zielińska, Prezes ZP PRW.

Jakub Nowak, Prezes firmy Jantoń dodaje jeszcze, że zmienił się styl życia Polaków: – Zaabsorbowani pracą, po ciężkim dniu oczekujemy odrobiny relaksu. Lampka dobrego wina ma sprawić nam przyjemność.

Polacy, choć piją jeszcze niewiele wina i napojów winiarskich (w porównaniu z innymi narodowościami), podążają za wieloma światowymi trendami i są ciekawi nowości. Przykładem może

być tu moda na wina musujące i zmiana modelu ich konsumpcji – aktualnie pijemy je już nie tylko w sylwestrowy wieczór czy podczas celebrowania ważnych chwil, lecz także w ciągu całego roku, a szczególnie latem, dla orzeźwienia.

Klientów traci natomiast segment tanich win owocowych.

Według przewidywań ZP PRW, w 2019 roku spożycie wina wzrośnie, zgodnie zresztą ze stabilną dynamiką obserwowaną w latach ubiegłych. Szczególny potencjał dotyczy segmentu win wytrawnych, co związane jest z rozwojem kultury konsumpcji w kierunku wzorców pochodzących z zachodu i południa Europy. Z pewnością jednak, jeszcze przez dłuższy czas, przeciętny Kowalski będzie preferował wino półsłodkie i półwytrawne. Warto zaznaczyć, że od lat sukcesywnie rośnie średnia cena nabywanej butelki wina – dziś jest to już ponad 15 złotych.

Dane dotyczące konsumpcji wina i wyrobów winiarskich łącznie wskazują, że przeciętny mieszkaniec Polski spożywa ich ok. 6,1 l rocznie. Dla porównania, Chorwaci, Francuzi i Portugalczycy piją ponad 40 l wina gronowego rocznie.

Kiedy na polskich drogach pojawi się milion samochodów elektrycznych?

Rynek elektromobilności rozwija się bardzo dynamicznie, głównie za granicą. Pozycję lidera pod tym względem zajmują Chiny. Europa jednak nie pozostaje w tyle. Wszystkie tutejsze koncerny samochodowe na lata 2020-2021 przewidują produkcję kilku modeli aut elektrycznych. Nie będzie to już więc jedynie produkt Tesli. Jeżeli Polska chce uczestniczyć w tym podziale pracy i rynku komunikacyjnego – musi związać się z jednym z dużych koncernów. Nie jesteśmy w stanie wyprodukować własnego pojazdu. Na razie zakładany milion samochodów elektrycznych na polskich drogach do 2025 roku jest niemożliwy do osiągnięcia, nawet ze wsparciem zza granicy.

– Związanie się z zagranicznym koncernem w kwestii samochodów osobowych jest konieczne. Historycznie najbliższy, najdłużej obecny na polskim rynku jest Fiat – powiedział serwisowi eNewsroom Włodzimierz Ehrenhalt, wiceprezes zarządu Stowarzyszenia Energetyki Odnawialnej (SEO) – Rozpoczęcie wspólnej produkcji elektrycznych samochodów byłoby bardzo korzystne. Początkiem współpracy mógłby być Fiat 500. Polska powinna zająć miejsce w tym przedsięwzięciu jako dostawca części – płyt podłogowych czy akumulatorów. Nie należy spodziewać się własnego, masowego produktu w postaci auta elektrycznego.

Szansą dla polskiego przemysłu jest także wyspecjalizowanie się w konkretnej branży. Mogą być nią elektroładowarki. Sektor ten na pewno będzie się rozwijać. Nie ulega wątpliwości, że czas samochodów spalinowych dobiega końca. Prawdopodobnie proces ten zajmie jeszcze kilkadziesiąt lat, ale jednocześnie rynek pojazdów elektrycznych będzie wzrastać. Polska jest jedynym krajem w Europie, w którym ich sprzedaż spadła. Wszędzie trend jest odwrotny. Przyczyną jest brak odpowiednich mechanizmów i zachęt w naszym kraju. To także niepewność, co do źródła prądu, który zasili auta elektryczne. Jeśli miałby pochodzić z elektrowni węglowych, takie rozwiązanie nie miałoby sensu – wskazał Ehrenhalt.

Polska ma szansę zostać pionierem w prewencji nowotworowej

Rak to druga najbardziej zabójcza choroba w Polsce. Odpowiada za 24 proc. wszystkich zgonów w kraju. Według szacunków na nowotwór zachoruje prawie połowa mężczyzn oraz ponad jedna trzecia kobiet. Specjaliści z działającego przy Uniwersytecie Warszawskim zespołu Warsaw Genomics przekonują, że badania genetyczne mogą przynieść znaczne korzyści nie tylko całemu społeczeństwu, ale także gospodarce. W przygotowanym we współpracy z Deloitte raporcie pt. „Recepta w genach. Korzyści gospodarcze z przesiewowych badań genetycznych jako elementu profilaktyki nowotworowej” szacują, że powszechna profilaktyka w latach 2016-2035 pozwoliłaby uniknąć straty PKB rzędu 90,4 mld zł.

Korzyści płynące z badań przesiewowych w zakresie profilaktyki antynowotworowej są nie do przecenienia. Przede wszystkim umożliwiają wykrycie raka we wczesnych, a zatem łatwiejszych do leczenia stadiach, a tym samym zmniejszenie śmiertelności z powodu tej choroby. Ponadto niektóre metody diagnostyczne, jak na przykład kolonoskopia mogą również zapobiegać występowaniu raka poprzez identyfikowanie i usuwanie polipów w jelicie grubym. – Te badania wydają się być wprost niezbędne w Polsce, gdzie pacjenci wciąż zbyt późno dowiadują się o chorobie. Każdy pacjent powinien mieć regularnie wykonywane badania profilaktyczne, takie jak kolonoskopia, kobiety również cytologię, USG i mammografię piersi. Niestety, aktualny plan badań profilaktycznych nie uwzględnia osobistej sytuacji konkretnej osoby np. obciążenia rodzinnego chorobą nowotworową. Indywidualne podejście do pacjenta i zaproponowanie mu planu działań ochronnych, zgodnych z jego obciążeniem genetycznym, pozwoli na skuteczniejszą profilaktykę również dla osób, które dzisiaj umierają przed osiągnięciem wieku, w którym typowo rozpoczynamy prewencję – mówi prof. Mirosław Wielgoś, rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Opracowany na Uniwersytecie Warszawskim Program „Badamy Geny” nie tylko pozwala wykryć raka w jego najwcześniejszym stadium, ale również już samo ryzyko zachorowania. Badanie metodą opracowaną przez zespół Warsaw Genomics obejmuje w całości 70 genów, podczas gdy w standardowych badaniach wykonywanych w Polsce w celu określenia genetycznego ryzyka zachorowania na raka piersi lub jajnika, analizuje się jedynie kilka punktów w kilku genach. Eksperci mogą ocenić, czy w którymkolwiek z nich istnieje wada zwiększająca ryzyko zachorowania. W sumie są w stanie sprawdzić ponad 50 tys. potencjalnych uszkodzeń. – Przeprowadziliśmy analizę ekonomiczną wprowadzenia badania prowadzonego przez Warsaw Genomics jako badania przesiewowego, dostępnego dla całego społeczeństwa. Wyniki tylko upewniły nas w przekonaniu, że powszechne badania genetyczne mają sens także w populacji ogólnej. Po przebadaniu 20 tysięcy osób wiemy, że nawet 1,5 proc. z nich jest obciążonych mutacjami wysokiego ryzyka w genach BRCA1 i BRCA2, których uszkodzenia zwiększają przede wszystkim ryzyko nowotworów piersi, jajnika i prostaty. Są to liczby zgodne z amerykańskimi danymi Myriad Genetics. Jednocześnie dziś już wiadomo, że badanie tylko tych dwóch genów jest mniej opłacalne niż badanie uwzględniające większą liczbę potencjalnie zmutowanych genów. Analizując 70 genów znajdujemy mutację zwiększającą ryzyko zachorowania na raka u co 20-stej osoby – mówi prof. Krystian Jażdżewski, inicjator Programu Badamy Geny.

U osób przebadanych w ramach programu Badamy Geny wykryto ponad 1000 znanych nieprawidłowości genetycznych, w tym ponad 300 w genach BRCA1 i BRCA2. Metoda ekspertów z Warsaw Genomics pozwala uchwycić o 50 proc. więcej nosicielek mutacji wysokiego ryzyka nowotworu piersi lub jajnika. Inaczej mówiąc, wielogenowe populacyjne badania genetyczne pozwalają na uniknięcie zachorowania lub wczesną terapię około 2,4 tys. zachorowań na raka piersi i 650 zachorowań na raka jajnika na 1 mln osób.

Ile kosztuje rak

Eksperci Deloitte oszacowali koszty bezpośrednie i pośrednie leczenia oraz opieki nad pacjentami z nowotworami piersi, prostaty, jajnika i jelita grubego w 2016 r., a także prognozy tych kosztów do 2035 r. w dwóch scenariuszach. Pierwszy nie zakłada żadnych zmian w stanie obecnym, drugi natomiast to scenariusz wprowadzenia programu prewencyjnego opartego na powszechnym badaniu genetycznym. Oszacowane zostały dwa rodzaje kosztów – bezpośrednie, takie jak koszty prewencji, diagnostyki i leczenia oraz pośrednie, tj. nieobecności w pracy lub niższej produktywności pracy osób chorych i ich opiekunów, a także koszty zgonów osób w wieku produkcyjnym.

Wprowadzenie powszechnego przesiewowego badania genetycznego dla całej populacji oznaczałoby wzrost kosztów prewencji o 42,9 mld złotych do 2035 r. W efekcie osoby o podwyższonym ryzyku zachorowania dostałyby skierowanie na częstsze badania diagnostyczne, aby wykryć potencjalną chorobę we wczesnym stadium. – Załóżmy, że spośród ponad 14 mln przebadanych osób, te które okażą się być w grupie podwyższonego ryzyka nie zaniechają regularnych badań, a ewentualne wykrycie u nich nowotworu nastąpi wcześniej niż pozwala na to obecny system prewencji. To oznaczałoby oszczędności z tytułu kosztów leczenia w wysokości 6,2 mld zł do 2035 roku, a zatem blisko tyle co rocznie przeznacza się na całą opiekę onkologiczną w Polsce – mówi Julia Patorska, lider zespołu ds. analiz ekonomicznych w Deloitte.

Analizując koszty pośrednie eksperci obliczyli, że po wprowadzeniu programu „Badamy geny” koszty wynikające z niezdolności do pracy osób chorych zmniejszyłyby się z 71,0 mld zł do 60,7 mld zł, a te związane z pogorszeniem jakości wykonywanej pracy spadłyby z 89,0 mld zł do 21,0 mld. Natomiast koszty jakie niosą dla gospodarki przedwczesne zgony zmniejszyłyby się z 23,3 mld zł do 14,4 mld zł. – Przyjęta metoda badawcza genów jest unikalna i żaden inny kraj jeszcze nią nie dysponuje, co daje przewagę konkurencyjną i możliwość eksportu stosowanej technologii. Dodatkowy wydatek z budżetu państwa skierowany na powszechne przesiewowe badania genetyczne może przyczynić się także do rozwoju branży biomedycznej w Polsce – dodaje Julia Patorska. Wykonanie pojedynczego badania Warsaw Genomics kosztuje 599 zł, a nie 6 tys. zł (średnia cena europejska), a więc jest dziesięciokrotnie tańsze. Wynika to z nowatorskiej metody – w każdej rundzie badania analizuje się 600 osób, szukając mutacji u jednej z nich, wykorzystuje się informację zawartą w całej puli próbek.

Polska ma zatem szansę zostać pionierem w tym zakresie.

Już dwa lata temu Deloitte, jako pierwszy pracodawca w Polsce, rozpoczął program „Badamy Geny”, oferując swoim pracownikom nowatorską metodę badań genetycznych. Po tym jak zakończyliśmy program, ponad połowa z naszych pracowników potwierdziła, że ta inicjatywa zwiększyła ich świadomość na temat profilaktyki nowotworowej. To bardzo ważne, bo największym i najbardziej dotkliwym kosztem choroby jest ten, który ponoszą pacjenci. I tu rola profilaktyki jest nieoceniona – mówi Marek Metrycki, partner zarządzający Deloitte.

Kurs funta może poszybować, ale …

Bankierzy centralni krajów rozwiniętych prześcigają się w sprawianiu rynkom gołębich niespodzianek, a dziś w nocy nowym członkiem klubu został nowozelandzki RBNZ. Kurs NZD się załamał i na dłuższy czas utracił zaufanie poszukiwaczy ryzykownych inwestycji. Patrząc do przodu, w środę brytyjski parlament będzie głosował nad alternatywnymi scenariuszami dla brexitu.

Bank Rezerwy Nowej Zelandii zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę OCR bez zmian na 1,75 proc., ale w komunikacie dokonał zaskakującego zwrotu w gołębią stronę twierdząc, że kolejny ruch na stopach procentowych jest bardziej prawdopodobny w dół niż w górę. Wcześniej ryzyka te były zrównoważone, ale teraz bank uważa, że perspektyw globalnego wzrostu uległy pogorszeniu, co rzutuje na nastroje przedsiębiorstw i popyt krajowy. Reakcja rynku była wyraźna z NZD/USD tracącym 1,5 proc. do 0,68. Rynek stopy procentowej dodał 19 pb do wyceny obniżek do końca roku, łącznie dyskontując cięcie o 37 pb. Szok rynku bierze się po części z tego, że choć obawy o globalne ożywienie mogą być duże, to jeszcze nie wykazały one przenikania w dane z Nowej Zelandii, które można uznać za względnie solidne. Także kurs kiwi (ważony obrotami handlu – miara preferowana przez RBNZ) blisko 74 jest spójny z ostatnimi prognozami banku centralnego. Wygląda więc na to, że RBNZ dmucha na zimne i w obliczu gołębiej zmiany tonu RBA i Fed nie chce zostać odosobniony i ryzykować relatywną aprecjacją NZD do AUD i USD. Jeśli rzeczywiście dane z Nowej Zelandii zaczną się psuć, wówczas każde kolejne posiedzenie może przynieść obniżkę stopy procentowej. Ale osobiście mam wątpliwości czy bank zdecyduje się na ruch, czy czasem dzisiejszy komunikat nie jest tyko zapobiegawczym działaniem. Ponieważ łatwiej jest zmienić jedno zdanie w komunikacie z powrotem na brzmiące neutralnie niż ryzykować pogorszenie konkurencyjności gospodarki w wyniku decyzji innych banków centralnych.

Czy brytyjscy politycy określą się, jakiej chcą alternatywy dla brexitu? Mają do wyboru m.in. bezumowny brexit, unię celną, umowę handlową w stylu norweskim lub kanadyjskim, powtórzone referendum, przyspieszone wybory. Z opcji wyłączony jest aktualny plan premier May, gdyż ta wciąż zbiera poparcie i liczy, że uda jej się przeforsować zaakceptowaną przez UE wersję porozumienia. Zatem z jednej strony dzisiejsze głosowania mogą nie przynieść konkretów, choć jak pisałem wczoraj, wszystko, co zyska poparcie, a nie jest bezumownym brexitem albo przyspieszonymi wyborami, będzie dla funta umiarkowanie pozytywne. Także ograniczenie liczby możliwych opcji dla procesu brexitu usunie część premii za niepewność o to, jak pogmatwana może być przyszłość Wielkiej Brytanii i GBP. Wiele może zależeć od tego, czy w międzyczasie premier May faktycznie zbierze poparcie przed trzecim głosowaniem nad swoim planem, które może być jeszcze w tym tygodniu. Według wczorajszych doniesień, May rzekomo chce zaoferować swoją rezygnację w zamian za poparcie eurosceptycznej frakcji torysów. Według słów lidera ERG Jacoba Rees-Mogga bezumowny brexit jest lepszy niż plan May, ale plan May jest lepszy niż niewychodzenie [z UE] w ogóle. A takie ryzyko stoi przed brexitowcami, jeśli parlament wymusi poszukiwanie alternatywnego planu w trakcie kolejnych wielomiesięcznych negocjacji. Problem w tym, że May potrzebuje więcej głosów niż od ERG – także z DUP i opozycji. Podsumowując to wszytko, w kolejnych dniach prawdopodobnie zamknie się droga dla wielu niebezpiecznych wizji brexitu i zostanie albo plan May, albo droga ku łagodniejszej wersji brexitu. Przemawia to za optymizmem w stosunku do funta, ale nie zapominajmy, że to polityka.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Firmy z wielkopolskiego najbardziej terminowe w płatnościach

  • Wielkopolska – firmy tu działające średnio płacą lepiej, niż w innych województwach. W lutym średnia wartość znacznie przeterminowanych należności (ponad 120 dni po terminie) wynosiła tu tylko 4,3% ich wartości, przynajmniej o połowę mniej, niż w większości pozostałych województw.
  • W ubiegłym roku liczba niewypłacalności w woj. wielkopolskim wzrosła o 63%, w okresie I-II 2019 wzrost ten nadal ma dużą skalę +40% r/r. Negatywny efekt zjawiska zmniejsza trochę forma niewypłacalności – w ub. roku blisko 70% z nich stanowiły postepowania naprawcze
  • Struktura niewypłacalności – największy procentowo wzrost kłopotów wyrażonych niewypłacalnością w sektorze handlu i usług, wciąż dużo ich jest także m.in. w sektorze produkcyjnym
  • Tradycja wielkopolskiej przedsiębiorczości sprzyja prowadzeniu działalności i rozwojowi także poza stolicą regionu i większymi skupiskami, ale także w wielu mniejszych miejscowościach. Efekt – pomimo, iż dysproporcje istnieją (m.in. w dochodzie na mieszkańca), to na tle innych województw nie są one aż tak duże

Z Programu Analiz Należności Euler Hermes, będącego największym tego typu projektem w kraju (analiza należności od 200 tys. odbiorców na kwotę blisko 40 mld złotych w skali miesiąca) wynika, iż firmy z województwa wielkopolskiego przeciętnie bardzo dobrze płacą za swoje należności. W lutym 2019 roku średni okres, po jakim odbiorcy z 12 województw regulowali swoje należności wynosił poniżej 80 dni, i w tej grupie byli odbiorcy z woj. wielkopolskiego, podczas gdy w pięciu województwach był on dłuższy. Liczy się nie tylko dobry termin obiegu należności (obejmujący m.in. najkrótsze w Wielkopolsce na tle kraju opóźnienie w spłacie zobowiązań – średnio tylko 13 dni po terminie płatności), ale też wartość zaległości i strat, jakie generują odbiorcy z tego regionu. Firmy z woj. wielkopolskiego płacą w terminie aż 86% wartości należności (najlepiej w kraju – przeciętnie wartość ta jest o rząd wielkości, czyli o 10% niższa). Ponadto – również najrzadziej generują tzw. złe długi, czyli znacznie (ponad 120 dni po terminie) przeterminowane należności, które w odniesieniu do odbiorców z tego regionu wynoszą łącznie 4,2% sumy ich zobowiązań. Jedynie firmy z trzech województw pochwalić się mogą generowaniem strat na zbliżonym, niskim poziomie (mowa o woj. lubuskim, podkarpackim i mazowieckim z ok 4,8% wartością tak przeterminowanych zobowiązań). W pozostałych województwach firmy generują trudne długi odpowiadające od 6 do 9% wartości ich zobowiązań, a w dwóch – przekraczające nawet odpowiednio 11%.

Wielkopolskie firmy płacą najlepiej w Polsce swoim kontrahentomŹródło: Euler Hermes z grupy Allianz

Wysoka rzetelność w regulowaniu zobowiązań przez firmy z Wielkopolski jest godna uznania w świetle danych o niewypłacalnościach, które niestety nie są pozytywne. W 2018 r. liczba niewypłacalnych firm w woj. wielkopolskim wzrosła aż o 63% r/r (z 63 firm w 2017r do 103 w 2018r.). Krzepiące jest to, że w świetle danych o obiegu należności, firmy te nie przenosiły na dużą skalę swoich problemów na dostawców, nie ma dużej eskalacji efektu domina opóźnionych płatności i trudnych długów. Ma to zapewne związek z tym, iż aż 72 ze wspomnianych 103 niewypłacalności miało w ub. roku formę postepowania naprawczego, a nie likwidacyjnego. Tym niemniej, gorsza kondycja i dyscyplina płatnicza wielu polskich firm, o czym świadczy czwarty już (w 2019r.) rok z rzędu wzrostu liczby ich niewypłacalności, przełożyła się zwłaszcza na wielkopolskie firmy handlowe (dwukrotny wzrost – z 13 do 27 niewypłacalności r/r) oraz usługowe (dwu i półkrotny wzrost z 10 w 2017 do 25 niewypłacalności w ubiegłym roku). Mniejsza na ich tle dynamika wzrostu liczby kłopotów firm budowlanych i produkcyjnych niekoniecznie świadczy o zmniejszeniu skali ryzyka w tych sektorach, ale wynika z punktu odniesienia – ich wzrostu i dużej liczby już wcześniej.

Aktualnie, po dwóch pierwszych miesiącach 2019r. pomimo tak dużego wzrostu liczby niewypłacalności przed rokiem, trend ten nie ustępuje, a dynamika niewiele się zmniejsza – obecnie jest to 40% więcej niewypłacalnych wielkopolskich firm r/r (21 w okresie I-II 2019 wobec 15 w analogicznym okresie przed rokiem). Mapa kłopotów w podziale na branże w Wielkopolsce nie zmieniła się w stosunku do ub. roku – nadal najliczniejsze są niewypłacalności firm handlowych oraz usługowych. Wpływ na to ma także znaczna skala niewypłacalności w lokalnym budownictwie już wcześniej, kilka lat temu, gdy dotknęła ona zwłaszcza wielkopolskie firmy wyspecjalizowane w pracach towarzyszących inwestycjom infrastrukturalnym – nie tylko samych prac drogowych, ale także wykonujących wodo- i rurociągi, sieci przesyłowe, kanalizacyjne etc.

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.Wielkopolskie firmy płacą najlepiej w Polsce swoim kontrahentom 2

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Przypadki występowania niewypłacalności pokrywają się z mapą gospodarczą regionu. Pomimo tego, iż spośród 103 niewypłacalności w Wielkopolsce w ub. roku aż 36 z nich dotyczyło firm zarejestrowanych w Poznaniu, to na tle innych województw nie jest to dużo… Zazwyczaj w głównej aglomeracji działa (i upada…) nawet 50% i więcej firm z danego regionu. Ponadto pozostałe skupione są w wybranych centrach, skupiskach przemysłowych. Na ich tle Wielkopolska przy zachowaniu dużej roli na gospodarczej mapie przez stolicę – Poznań, nie ciąży cała ku temu ośrodkowi, a ponadto – nie jest skupiona tylko wokół większych miast województwa. Lokalna rozwinięta i pielęgnowana tradycja przedsiębiorczości sprawia, iż aktywne (i przeżywające kłopoty) są nie tylko firmy z Konina, Kalisza, Ostrowa Wielkopolskiego czy Piły, ale także w wielu mniejszych ośrodkach takich jak Swarzędz, Buk, Kostrzyn, Turek, Kościan, Opatówek, Mosina czy Stęszew. Świadczy to także o stosunkowo bardziej równomiernym rozwoju regionu na tle reszty kraju – zarówno pod względem infrastrukturalnym, jak i potencjału ludzkiego Wielkopolski.

Wielkopolskie firmy płacą najlepiej w Polsce swoim kontrahentom 3Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

POLMAN S.A. opublikował wyniki za 2018 r.

POLMAN S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2008 r., zajmująca się świadczeniem usług serwisu przemysłowego, osiągnęła w 2018 r. zysk netto w wysokości 1,9 mln zł przy przychodach netto wynoszących ponad 16,5 mln zł. Spółka koncentruje się na podstawowej działalności w segmencie przemysłowym i zrezygnowała z dalszego rozwoju działu nowoczesnych technologii IT w ramach własnej struktury przedsiębiorstwa.

Emitent wypracował w 2018 r. zysk netto na poziomie 1.899 tys. zł, a jego przychody netto ze sprzedaży sięgnęły 16.523 tys. zł. To znacząca progresja wobec 2017 r., w którym POLMAN S.A. miał 12 tys. zł zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży w kwocie 14.232 tys. zł. Poprawa wyników finansowych Spółki była rezultatem realizacji nowych projektów w obszarze specjalistycznych usług dla przemysłu, co jest możliwe dzięki stabilnej pozycji w branży i bardzo dobrej rozpoznawalności na rynku usług tego rodzaju, a także systematycznemu wzrostowi ilości pozyskiwanych zleceń w kraju oraz na rynkach zagranicznych. Zarząd POLMAN S.A. pozytywnie ocenia osiągnięte wyniki i poszukuje komplementarnych obszarów biznesowych dla rozwoju Spółki oraz dywersyfikacji źródeł przychodów.

„Zarząd jest bardzo zadowolony z wyników uzyskanych w 2018 roku. Prawie 17% wzrost przychodów w całości został zrealizowany z działalności podstawowej, czyli z realizowanych kontraktów. Świadczy to o dużym zaufaniu, jakim obdarzyli naszą firmę kontrahenci. Spółka radzi sobie również z presją kosztową, a jej zysk EBITDA w minionym roku przekroczył 1,5 mln zł. Mimo znaczącego wzrostu sumy bilansowej do poziomu blisko 14,4 mln zł utrzymany został wysoki wskaźnik finansowania działalności  kapitałami własnymi na poziomie 63%. Wycena rynkowa na koniec 2018 r. stanowiła 4-krotność wypracowanego zysku i 50% sumy bilansowej. Bardzo istotne jest również to, że Spółka nie posiadała na koniec ubiegłego roku żadnych zobowiązań długoterminowych.” – komentuje Mariusz Nowak Prezes Zarządu Spółki POLMAN S.A.

Aktualna kapitalizacja Spółki wynosi ponad 9,2 mln zł, a jej kapitały własne na koniec 2018 r. przekraczały 9 mln zł. W ten sposób wskaźnik C/WK oscyluje w okolicach poziomu 1,0. Z kolei wskaźnik C/Z dla POLMAN S.A. kształtuje się obecnie na poziomie 5,0.

W 2018 r. Emitent zdecydował o wygaszeniu aktywności działu Nowoczesnych Technologii IT, który od 2015 r. pracował nad własnym portfolio produktów. Była to trudna decyzja biznesowa. Zapadła w wyniku splotu niesprzyjających okoliczności rynkowych m.in. dotyczących niepowodzenia w pozyskaniu środków na dalszy rozwój tego działu, o jakie Spółka ubiegała się w ramach składanych projektów dotacyjnych oraz trudności pozyskaniem wykwalifikowanych informatyków. Poprzez koncentrację przez Spółkę na segmencie biznesowym stanowiącym fundament jej działalności, a więc świadczeniu specjalistycznych usług dla przemysłu, będzie ona dążyła do ugruntowania swojej tożsamości oraz stworzenia stabilnej perspektywy dla Akcjonariuszy oczekujących minimalizacji ryzyka inwestycyjnego. Zarząd POLMAN S.A. jest przekonany, że dzięki podjętym działaniom będzie mógł budować dalszy wzrost wartości Spółki.

„Wyodrębnienie segmentu Nowych Technologii IT do osobnego podmiotu z jednej strony poprawi transparentność tej linii biznesowej, a z drugiej umożliwi dostęp do kapitału, który jest niezbędny do dalszego rozwoju. Zarząd może się skupić obecnie na ekspansji podstawowej i tradycyjnej linii biznesowej. Dzięki podziałowi tych segmentów biznesowych powstała precyzyjna alokacja kosztów i przejrzysty podział kompetencji zarządczych. Celem dla projektów Nowych Technologii jest maksymalizacja wartości. Spółka zakłada wyjście z inwestycji w drodze sprzedaży udziałów w podmiocie.” – zakończył Prezes Nowak.

Na początku 2018 r. w akcjonariacie POLMAN S.A. pojawił się inwestor finansowy – fundusz kapitałowy ABS Investment S.A., który posiada obecnie akcje stanowiące 7,42% udziału w kapitale zakładowym oraz 5,10% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA Spółki. ABS Investment S.A. to podmiot notowany na rynku NewConnect, który prowadzi działalność w obszarze inwestycji kapitałowych i specjalizuje się w inwestycjach w spółki działające w niszowych branżach, mające już rozwinięty biznes, o ponadprzeciętnej oczekiwanej stopie zwrotu. Inwestycja w POLMAN S.A. spełniała rygorystyczne kryteria inwestycyjne ABS Investment S.A., a obie spółki liczą na dalsze zacieśnianie współpracy w wielu obszarach biznesowych.

Sieci handlowe nie radzą sobie wewnętrzną komunikacją

Jednym z najważniejszych wyzwań związanych z zarządzaniem efektywnością pracy ludzi w sieciach handlowych jest uporządkowanie systemu komunikacji. Obecnie centrale wysyłają sklepom informacje różnymi kanałami, tworząc chaos. Pracownicy szukają wiadomości dotyczących jednego tematu w SMS-ach, e-mailach i komunikatorach. Największym błędem jest przekazywanie instrukcji w formie np. 100-stronicowych plików PDF czy tabel w Excelu. Zadania są przez to dłużej wykonywane, a niektóre obowiązki zaniedbywane. Rosnąca frustracja i zmęczenie zespołów może pogłębiać braki kadrowe. Niezadowoleni ze współpracy bywają też producenci. Ostatecznie na całej sytuacji tracą klienci.

Błędy w komunikacji

Zła komunikacja wewnętrzna w znacznym stopniu obniża efektywność pracy i zyski firmy. Dzieje się tak w każdej branży, ale w sieciach handlowych szczególnie to widać, ponieważ pracownicy są rozsiani po całym kraju, a nawet – kontynencie. Według Andrzeja Wojciechowicza, z firmy doradczej FMCG Business Consulting, bardzo często w tak dużych firmach nie ma jednolicie określonych procedur przepływu informacji. Proces komunikacyjny nie nadąża za rozwojem przedsiębiorstw.

– Centrale wysyłają do pracowników sklepów obszerne instrukcje za pośrednictwem e-maili i wiele krótkich wiadomości SMS-owych. W efekcie nie wiedzą, czy ich polecenia zostały właściwie zrozumiane i wypełnione. Z kolei osoby, które dostają informacje w taki sposób, same ustalają priorytety, co grozi niską efektywnością pracy. Korzystając na raz z kilku narzędzi komunikacji, pracują w chaosie. Czasem nie mogą odnaleźć części danych dotyczących jednego tematu – mówi Sebastian Starzyński, prezes zarządu platformy TakeTask.

Błędy pracowników wynikają często z braku narzędzi ułatwiających płynne przekazywanie informacji. Osobom z centrali zależy na szybkiej formie przekazu. Wobec tego wysyłają sporo pojedynczych komunikatów poprzez urządzenie, które akurat mają pod ręką. Na sposób wysyłania informacji patrzą krótkowzrocznie, zapominając czasem o tym, że trudno będzie je potem odnaleźć.

– Jednym z największych błędów centrali jest wysyłanie obszernych instrukcji w formie plików PDF. Zdarza się, że pracownicy otrzymują wytyczne dotyczące zmiany aranżacji palcówki opisane na 100 stronach dokumentu. W krótkim czasie muszą je przeczytać, zrozumieć i jeszcze wdrożyć, zgodnie ze standardami obowiązującymi w danej sieci. Skutkuje to pomijaniem istotnych kwestii. Obsługa sklepu jest przytłoczona i działa nieefektywnie – zauważa prezes Starzyński.

Przekazywanie instrukcji w formie tabeli, do której pracownicy są zobowiązani wklejać zdjęcia wykonanej pracy, też jest złą praktyką. Wykaz jest najpierw drukowany i wypełniany ręcznie w sklepie, a potem przepisywany na komputerze. Ponadto wykonane fotografie trzeba zgrać z telefonu, wkleić je do tabelki i wysłać poprzez e-mail. Pracownik traci wtedy mnóstwo czasu i może popełnić szereg błędów. Dla centrali taka forma komunikacji też jest uciążliwa. Bardzo łatwo można się pomylić, gdy przychodzą na raz wiadomości od kilkudziesięciu sklepów, dotyczące różnych tematów.

Potrzeba zmian

– Mamy usystematyzowaną kwestię przepływu informacji poprzez tzw. Netto Pomoc. Centrala wysyła e-maile do sklepów dwa razy dziennie o stałych godzinach. Są w nich poruszane najważniejsze bieżące sprawy. Kierownicy zmian drukują wiadomości lub przekazują je ustnie pozostałym pracownikom. Staramy się, aby komunikaty nie były zbyt obszerne. Oczywiście szukamy prostszych rozwiązań. Pracujemy nad tym, żeby usprawnić funkcjonowanie urządzania PDA. Umożliwia ono m.in. skanowanie kodów produktów, a także wysyłanie zdjęć i obsługę korespondencji e-mailowej – informuje Mariola Skolimowska, PR&Communications Manager w sieci Netto.

W opinii eksperta z platformy TakeTask, osoby z centrali niechętnie poszukują nowych rozwiązań, nawet jeśli wiąże się to z brakiem komfortu. Tymczasem zła komunikacja wewnętrzna prowadzi do tego, że pracownicy dłużej wykonują swoje zadania i zaniedbują część obowiązków. Mogą popełniać poważne błędy, np. związane z zachowaniem bezpieczeństwa czy higieny. Są też sfrustrowani i nierzadko gotowi do odejścia z pracy. Jak podkreśla Sebastian Starzyński, w czasach, gdy pracodawcy narzekają na braki kadrowe, warto minimalizować występowanie takich problemów.

– Dopóki brak właściwego przepływu informacji nie stanie się odpowiednio bolesny dla danej firmy, dopóty wciąż będzie w niej panował chaos. Komunikat jest pewnego rodzaju produktem, który powinien być stale kontrolowany. Centrala sieci handlowej powinna wiedzieć, gdzie, kiedy, komu i w jakiej wersji jest przekazywany. Tak samo, jak buduje się łańcuch blokowy w dostawach, należy tworzyć blockchain informacyjny. A jego podstawowym narzędziem powinno być sprawnie działające oprogramowanie – stwierdza Andrzej Wojciechowicz.

Nie sposób wymienić wszystkich możliwych szkód, do których prowadzą nieporozumienia między centralą i pracownikami. Jednym z przykładów może być sytuacja, w której producent chce wprowadzić promocje w kilku sklepach danej sieci. Jednak są one realizowane tylko w części placówek, z uwagi na zamęt komunikacyjny i brak obowiązku potwierdzenia realizacji zadań. Tak powstają straty finansowe, bo wytwórca płaci tylko za to, co zostało wykonane. Może też podważyć opłaconą fakturę i chcieć zakończyć współpracę. Stratni są również klienci, którzy nie mogą korzystać z niewidocznych rabatów.

– Korzystanie z jednego narzędzia poprawiłoby przepływ informacji między centralą i pracownikami. Musi ono być wygodne w użytku dla obu stron. Powinno też umożliwiać ustalanie priorytetów, zlecanie zadań w całej sieci sprzedaży, weryfikowanie ich, raportowanie oraz zgłaszanie ewentualnych uwag i wątpliwości. Oczywiście polecenia muszą być też formułowane precyzyjnie. A zamiast opisywać zadanie na dziesiątkach stron, łatwiej i szybciej jest przekazać coś, wykorzystując do tego zdjęcia lub krótkie filmy, nagrywane nawet zwykłym smartfonem – dodaje prezes Starzyński.

Nowoczesne rozwiązania

Zdaniem Marioli Skolimowskiej, obecnie jest to raczej nierealne, żeby centrala korzystała tylko i wyłącznie z jednego narzędzia do komunikacji z całą siecią sprzedaży. Chcąc wprowadzić rozwiązanie, oparte na pojedynczym urządzeniu, pracodawca powinien brać pod uwagę różne ograniczenia techniczne, w tym np. przerwy w dostępie do sieci. Dlatego powinny być stosowane różne dostępne możliwości. Dla przykładu, w Netto przepływ informacji ułatwia zamknięta grupa na Facebooku. Korzysta z niej ok. 2 tys. osób w Polsce. Pracownicy mają także dostęp do tradycyjnych narzędzi, takich jak SharePoint czy Intranet.

– Oprócz urządzeń służących do komunikacji z pracownikami, sieciom handlowym potrzebne są platformy do porozumiewania się z innymi firmami, np. z dostawcami usług sprzątania, naprawiania sprzętów czy czyszczenia klimatyzacji. Pozwalają one na śledzenie i optymalizowanie wydatków związanych z ww. usługami. Takie aplikacje zaczynają już funkcjonować w niektórych korporacjach. Wprowadzają one np. systemy do zarządzania fakturami kosztowymi – zapewnia ekspert z platformy TakeTask.

Do powyższego grona dołączają już aplikacje do zarządzania wewnętrznymi projektami, np. umożlwiające planowanie promocji i ekspozycji produktów w gazetkach w kontekście ustalanych budżetów i umów z dostawcami. Na Zachodzie działa już kilka tego typu rozwiązań, a w Polsce pojawiają się pierwsze, z których zaczynają korzystać sieci handlowe. Znacznie bardziej rozpowszechnione są narzędzia do automatyzowania komunikacji z klientami, takie jak np. chatboty czy systemy analizujące zakupy klientów.

– Będziemy mieli również aplikację pracowniczą. O tym, jakie będzie miała funkcje, zadecyduje centrala. Kiedy Duńczycy przetestują oprogramowanie, oddziały w pozostałych krajach, czyli w Polsce, Niemczech i Szwecji, będą mogły z niego korzystać. To rozwiązanie z pewnością zintegruje zespoły i uprości pracę wielu osób, które zechcą się nim posługiwać –­ przewiduje PR&Communications Manager w sieci Netto.

Jak podsumowuje Sebastian Starzyński, automatyzacja coraz mocniej wkracza w wiele sfer handlu. Sklepy stacjonarne inwestują już w nowe technologie, m.in. w kasy samoobsługowe, inteligentne koszyki, paczkomaty czy coolomaty do odbioru zamówień składanych online. Za tym pójdzie wdrażanie urządzeń do efektywnej komunikacji z pracownikami i koordynacji ich działań. Przełomowe będzie korzystanie z jednej aplikacji, która połączy wszystkie potrzeby w ramach struktury sieci. Nie będą musiały używać kilku narzędzi w tym samym czasie. To pozwoli im podnosić zyski sprzedażowe.

SII wnioskuje do Ministerstwa Finansów o obniżenie podatku „belki”

Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (SII) w ramach procesu konsultacji  publicznych nad Strategią Rozwoju Rynku Kapitałowego  (SRRK) skierowało do Minister Finansów opinię do opublikowanego przez Ministerstwo dokumentu Strategii. W swoim Stanowisku Stowarzyszenie wnioskuje przede wszystkim o istotne obniżenie podatku „belki”. Proponuje także wiele innych rozwiązań mających na celu wzrost zainteresowania Polaków rynkiem kapitałowym, w tym długoterminowym oszczędzaniem.

Stowarzyszenie w opinii skierowanej do Minister Finansów podnosi, iż zaprezentowany projekt Strategii niewątpliwie ma elementy pozytywne dla inwestorów indywidualnych. Wymienić można wśród nich m.in. zamiar wzmocnienia ochrony uczestników rynku kapitałowego, zwiększenie nacisku na edukację ekonomiczną Polaków, rekomendację stworzenia właściwego sądu i prokuratury do rozstrzygania sporów dotyczących rynku finansowego, ale także proponowana jest możliwość kompensacji strat z jednostek funduszy inwestycyjnych z zyskami z innych inwestycji kapitałowych, o co SII postulowało już wcześniej. Wśród kierunkowo pozytywnych rozwiązań wymienić można także propozycję obniżenia opodatkowania dywidend w przypadku inwestycji długoterminowych.

Stowarzyszenie zwraca jednak w swoim stanowisku uwagę, że w opublikowanym projekcie SRRK występuje w niektórych obszarach niespójności między celami SRRK, a dość zachowawczymi propozycjami zachęt i rozwiązań dla inwestorów indywidualnych, które mają wspierać realizację tych celów. Mianowicie z jednej strony Ministerstwo wskazuje, iż chce zwiększyć udział oszczędności w gospodarce, chce poprawić płynność rynku, chce zwiększyć skalę pozyskiwanego kapitału przez spółki. Podnosi się ponadto, iż intencją dokumentu SRRK jest zapewnienie stosowania konkurencyjnych zachęt podatkowych, a Ministerstwo samo diagnozuje, że brak jest wystarczających zachęt podatkowych dla inwestorów. Do tego wskazuje się na niski poziom prywatnych oszczędności, w tym realizowanych w ramach IKE i IKZE, a zadaniem SRRK zgodnie z jej treścią ma być z kolei przedstawienie rozwiązań skutkujących zwiększeniem skłonności konsumentów do oszczędzania.

Tymczasem choć Ministerstwo Finansów właściwie identyfikuje konieczność wzmocnienia roli inwestorów indywidualnych w kontekście planów rozwoju rynku kapitałowego, to proponowane zachęty dla inwestorów w dalekim stopniu odbiegają od rozwiązań zarówno oczekiwanych przez Stowarzyszenia, jak również indywidualnych uczestników rynków finansowych. Natomiast przedstawione w projekcie SRRK propozycje zachęt dla inwestorów istotnie zostały okrojone względem rozwiązań przedstawionych przez Ministerstwo w sierpniu 2018 r.

„Strategia proponowana przez Ministerstwo w pewnym sensie sprawia wrażenie strategii zachowawczej względem inwestorów indywidualnych. Nie jest to strategia nastawiona na preferowanie i premiowanie uczestników rynku, którzy świadomie i długoterminowo chcieliby budować swoje oszczędności, w tym przede wszystkim oszczędności emerytalne w oparciu o rodzimy rynek kapitałowy” – podkreśla Piotr Cieślak, Wiceprezes Zarządu Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych

Mając na uwadze powyższe, SII zaproponowało, aby Ministerstwo Finansów powróciło do rozwiązań zawartych w dokumencie Strategii przedstawionym w sierpniu 2018 r.,  tj. m.in. do: podwojenia limitów rocznych wpłat na IKE i IKZE, zniesienia 10% PIT od wypłat z IKZE, uatrakcyjnienia emerytalnych planów inwestycyjnych (w tym IKE/IKZE), zniesienie ograniczeń czasowych zawartych w obecnie obowiązujących przepisach (zobowiązanie do oszczędzania przez okres 5 lat kalendarzowych), zmniejszenia „podatku Belki” do 9% dla zysków z inwestycji utrzymywanych przez okres przekraczający 12 miesięcy w papiery wartościowe notowane na rynkach regulowanych oraz MTF i jednostki uczestnictwa w otwarte fundusze inwestycyjne inwestujące w takie notowane papiery wartościowe oraz zezwolenia rodzicom na otwieranie kont IKZE dla dzieci.

Ponadto Stowarzyszenie zdecydowanie sprzeciwiło się zamiarom Ministerstwa Finansów dotyczącym uniemożliwienia inwestorom inwestującym na instrumentach CFD kompensowania strat z tych instrumentów z zyskami z innych instrumentów finansowych. SII zaproponowało też  dodatkowe zachęty podatkowe dla inwestorów indywidualnych w postaci zmniejszenia „podatku Belki” do poziomu 4% dla zysków z inwestycji utrzymywanych przez okres co najmniej 60 miesięcy w papiery wartościowe notowane na rynkach regulowanych oraz MTF i jednostki uczestnictwa w otwarte fundusze inwestycyjne inwestujące w takie notowane papiery wartościowe, a w przypadku inwestycji utrzymywanych przez okres przekraczający 60 miesięcy w papiery wartościowe notowane na rynkach regulowanych oraz MTF Stowarzyszenie proponuje, aby nie pobierano podatku od dywidend. SII zaproponowało też wprowadzenie możliwości kompensowania strat z tytułu inwestycji w jednostki funduszy inwestycyjnych i inne papiery wartościowe z zyskami od dywidend wypłacanymi przez Spółki.

„Zachowawcze propozycje Ministerstwa Finansów w SRRK w szczególności odnoszące się do zachęt podatkowych są niezrozumiałe w obliczu faktu, że Ministerstwo ma pełną świadomość, iż przyszłe emerytury Polaków wypłacane z ZUS będą stanowić zaledwie ułamek wynagrodzeń, które obecnie trafiają do kieszeni Polaków. Stąd też negatywnym zaskoczeniem jest, że w zaproponowanej strategii nie zawarto zdecydowanie większej ilości rozwiązań motywujących do oszczędzania emerytalnego przy wykorzystaniu instrumentów dostępnych na rynku kapitałowym” – podsumowuje Piotr Cieślak.

Etyczna rekrutacja – na co zwrócić uwagę?

Proces rekrutacyjny to bardzo specyficzna forma relacji pomiędzy osobą, która stara się o zatrudnienie, a reprezentantami potencjalnego pracodawcy. Niestety, zdarza się, że rekruterzy podchodzą do kandydatów „taśmowo” i nawet jeśli nie naruszają prawa, to czasem przekraczają granice zachowań, które można uznać za etyczne.

Proces rekrutacji powinien stanowić pierwszy etap budowania pozytywnego wizerunku pracodawcy. Dla firmy poszukującej pracowników jest to szansa na pokazanie organizacji od dobrej strony, a poniekąd także na reklamę wśród kandydatów do pracy. Osoba, która będzie miała poczucie, że potraktowano ją z szacunkiem, poświęcając jej czas i udzielając potrzebnych informacji na każdym etapie procesu, będzie miała zapewne znacznie lepsze zdanie o danej firmie niż ktoś, kto poczuł się np. zlekceważony. I to niezależnie od wyników rekrutacji.

Rekrutacja buduje wizerunek pracodawcy

Niestety, dość często zdarza się, że ta szansa zostaje zaprzepaszczona. Sprzeczne wymagania w ogłoszeniu o pracy, trudności z uzyskaniem konkretnych informacji, gdy kandydat zdecyduje się na kontakt telefoniczny w sprawie oferty, brak możliwości uzyskania tak kluczowego dla potencjalnego pracownika parametru, jak choćby przybliżone wynagrodzenie za pracę, czy w końcu brak informacji zwrotnej po zakończonej rekrutacji – wszystko to może zmienić początkową sympatię wobec rekrutującej firmy, w zniechęcenie, żal, poczucie lekceważenia. Najczęściej nie taka była wola działu HR lub agencji rekrutacyjnej – po prostu, tak wyszło, ktoś nie pomyślał, a ktoś inny nie przewidział konsekwencji pewnych zachowań.

– Pozyskiwaniem pracowników i rekrutacją zajmuję się już ponad 25 lat i dla mnie „byle jakie” traktowanie kandydatów wciąż pozostaje największym problemem. W Polsce spotkania rekrutacyjne często realizowane są w wielkim pośpiechu przez nieprzygotowanych rekruterów. A warto pamiętać, że dzisiaj nawet jedno fatalnie przeprowadzone spotkanie rekrutacyjne może mieć wpływ na wizerunek firmy – mówi Jarosław Marciniak, konsultant oraz autor szkoleń z zakresu etycznych aspektów rekrutacji w firmie Effect Group.

Cienka granica dyskryminacji

Zadaniem rekrutera jest znalezienie dla swojego pracodawcy bądź klienta najlepszych kandydatów na dane stanowisko. Pierwszym elementem branym przez niego pod uwagę jest cel biznesowy, a więc to, jakie cechy i umiejętności powinna mieć dana osoba, aby można ją było uznać za najbardziej odpowiednią do konkretnej pracy.

Tutaj jednak do gry wkraczają przepisy prawa, które nie pozwalają na zupełnie dowolne kreowanie procesu rektutacji. Np. podczas rozmowy kwalifikacyjnej nie można zadawać takich pytań, które mogłyby zostać uznane za wyraz dyskryminacji.

Zasadniczo więc nie można pytań o wiarę, wyznanie czy też kwestie światopoglądowe. Ale uwaga – nie są to zastrzeżenia bezwzględne. W pewnych sytuacjach można je zadać, chociaż trzeba wykazać związek danej kwestii z pracą na danym stanowisku.

– W przypadku starania się o pracę w organizacjach kościelnych lub związkach wyznaniowych, pytanie o wyznanie może być uzasadnione – przyznaje Jarosław Marciniak. – Nie jest natomiast etyczne przeszukiwanie prywatnych kont kandydatów w mediach społecznościowych i pozyskiwanie w taki sposób informacji o ich życiu prywatnym czy o przejawianych na co dzień postawach – podkreśla ekspert.

Za młodzi, za starzy…

W praktyce poważnym problemem w Polsce pozostaje dyskryminacja ze względu na wiek. W ostatnich latach w mediach oraz w środowisku osób odpowiedzialnych za rekrutacje dość dużo mówiło się o korzyściach z zatrudniania osób w wieku 50+, o ich dużym potencjale i pozytywnym wpływie na środowisko pracy, co spowodowało, że problem ten jest mniejszy niż jeszcze kilkanaście lat temu. Dzisiaj dla wielu pracodawców osoby w średnim wieku stanowią najlepszą kategorię wiekową, biorąc pod uwagę doświadczenie i szeroko rozumiane kompetencje.

Ale to nie znaczy, że stereotypy zniknęły. Obecnie jednak zaczęły przybierać na sile wobec ludzi młodych, dopiero wchodzących na rynek pracy. Często z góry przyjmuje się, że młody kandydat będzie roszczeniowy, leniwy, albo „na pewno sobie nie poradzi”, co również prowadzi do dyskryminacji. „Straszenie” w mediach pokoleniem Millenialsów i kolejnych generacji określanych rozmaitymi nazwami spowodowało, że niektórzy pracodawcy zaczęli unikać zatrudniania pracowników młodych. Warto jednak mieć świadomość, że odrzucanie kandydatów wyłącznie z powodu metryki jest zarówno nieetyczne, jak i niezgodne z prawem.

Wątpliwości etyczne mogą pojawiać się za każdym razem, gdy rekruter bierze pod uwagę inne cechy niż wykształcenie i doświadczenie kandydata. Na przykład w wielu ofertach pracy wymagana jest „miła aparycja”, a CV powinno zawierać zdjęcie. Może to sugerować, że oceniany będzie także wygląd kandydata. Przyjmuje się, że o ile rekrutacja dotyczy pracy w charakterze modela/modelki lub aktora/aktorki, wówczas cechy fizyczne mogą być brane pod uwagę, ponieważ mają bezpośredni związek z wykonywaną pracą. W każdym innym przypadku pracodawca powinien wykazać się dużą ostrożnością w kwestii ustalania jakichkolwiek wymagań nawiązujących do wyglądu kandydatów. Wątpliwe jest np. ocenianie wyglądu sprzedawców, pomimo że istnieje prawdopodobieństwo, że atrakcyjność handlowca może mieć wpływ na wyniki sprzedaży.

– W tego typu sprawach istotne jest, jakiego rodzaju wymogi i standardy w tym zakresie przewidują zasady obowiązujące u danego pracodawcy. Opierając się na tych wytycznych można kształtować praktykę rekrutacji, ale wymagana jest szczególna ostrożność. Każde ograniczenie dotyczące kandydatów musi mieć realne, biznesowe uzasadnienie, jednocześnie ściśle związane z charakterystyką procesu pracy na danym stanowisku – mówi trener Effect Group.

Polecaj, zamiast podbierać

Nad etyką można się zastanawiać także w kontekście samego pozyskiwania kandydatów do pracy. Istnieją w Polsce firmy, które same siebie określają jako agencje „headhunterskie”, a przecież sytuacje, w których najlepsi pracownicy z jednego przedsiębiorstwa są „podbierani” przez konkurentów, trudno uznać za etyczne. Z drugiej strony, sytuacji konkurowania o najlepszych pracowników trudno uniknąć. Firmy same jednak znalazły sposoby, by się przed tym bronić. Temu właśnie służą przemyślane kontrakty związane z zatrudnieniem, zawierające zapisy o zakazie konkurencji. Takie działania pozwalają zminimalizować prawdopodobieństwo i negatywne skutki działania „łowców głów”.

Innym sposobem pozyskiwania najlepszych kandydatów, który także wzbudza czasem kontrowersje, jest zatrudnianie osób „z polecenia”. Zdarza się, że pracodawcy płacą nawet kilka tysięcy złotym tym spośród swoich pracowników, którzy przyprowadzą do firmy dobrych kandydatów.

– Jest to świetny sposób na pozyskiwanie pracowników na trudnym rynku pracy, szczególnie w sytuacji, w której określonych kompetencji na tym rynku brakuje – mówi Jarosław Marciniak. – Programy poleceń (jawne i formalnie określone) są jakościowo czymś zupełnie innym niż zatrudnianie „przyjaciół i znajomych królika”, które kojarzy się z nepotyzmem i układami – podkreśla.

Po pierwsze – większa świadomość

Tym, co można zrobić, aby firmy rekrutowały w sposób bardziej etyczny, a następnie dbały o właściwe zachowania wobec zatrudnionych osób, jest podnoszenie świadomości – zarówno wśród osób bezpośrednio odpowiedzialnych za rekrutację, jak i wśród menedżerów. Do tego potrzebna jest także świadomość zagrożeń związanych z nieprzestrzeganiem etyki i prawa (np. wspomniana utrata reputacji).

O odpowiednią wiedzę możemy zadbać poprzez szkolenia, ale wdrożenie wyniesionej z nich wiedzy będzie już wymagało dobrej woli ze strony kadry zarządzającej oraz wprowadzenia (a potem przestrzegania) procedur, które z etyki uczynią obowiązujący w firmie standard. Tego typu podejście z pewnością jednak przyniesie pozytywne korzyści – tak kandydatom, pracownikom, jak i całej organizacji pracodawcy.

Instagram Stories w komunikacji marki

Michał Chrościcki
Michał Chrościcki, Analyst & Strategy Planner Mint Media

Stories to format, który jest coraz częściej wykorzystywany w mediach społecznościowych. Według danych Instagrama ze stycznia 2019 wynika, że każdego dnia korzysta z niego aż 500 mln użytkowników. Krótkie historie dostępne w serwisie przez dobę to już nie tylko forma komunikacji między znajomymi, ale coraz prężniej rozwijające się narzędzie marketingowe.

Czym są Instagram Stories?

Mowa tu o pewnego rodzaju szybkich historyjkach bazujących na zdjęciach lub wideo (obecnie wydłużonych z 15 do 60 sekund), które są modyfikowane do formy krótkich relacji. Format ten został zapoczątkowany przez Snapchat, a następnie zaimplementowany przez Facebooka oraz Instagram. Sukces Stories wynika z faktu, że odpowiadają one na potrzeby coraz bardziej mobilnych użytkowników mediów społecznościowych. Tworzona relacja jest unikalna, krótka, dynamiczna i interaktywna, co sprawia, że idealnie dostosowuje się do obecnych oczekiwań internautów, którzy coraz szybciej konsumują otrzymywane informacje.

Instagram Stories a komunikacja marek

Stories są dla marek okazją do docierania do jej sympatyków oraz najbardziej aktywnych użytkowników. Idealnym modelem wykorzystania danego formatu są relacje z życia marki, real-time marketing (RTM), relacje na żywo, unikalne materiały oraz content stricte rozrywkowy. Na kanale jakim jest Instagram, dopiero Stories, a nie statyczne posty, stworzyły możliwość większej interakcji użytkowników z publikowaną treścią, a marketerom dostarczyły mierzalne dane. Nie zmienia to jednak faktu, że to wciąż poprzez feed łatwiej jest dotrzeć do użytkownika. Jak podaje firma Rival IQ w raporcie „2018 Instagram Stories Benchmark Report”, to właśnie posty osiągają największe zasięgi. Wynika to między innymi ze struktury danego formatu oraz zachowań odbiorców. Skrolowanie jest łatwe i bardziej przyjazne dla użytkowników oraz pozwala na szybsze zapoznanie się z  interesującymi nas informacjami (tzn. najpierw duże zdjęcie, potem mały tekst).

Efektywne i atrakcyjne relacje

Na odbiór Stories przez użytkowników ma wpływ kilka czynników, a jednym z głównych jest liczba oglądanych relacji. Z analizy przeprowadzonej przez serwis Buffer (Instagram Stories Research) wynika, że już pierwsze Stories (czy nawet pierwsze cztery), decydują o atrakcyjności całego materiału. Jeśli autor nie przykuje uwagi użytkownika już na wstępie, to utrzymanie zainteresowania maleje z każdą kolejną relacją. Kluczem jest również dopasowanie treści do odbiorcy, czyli ponownie – Content is the King. Z doświadczenia wielu marketerów wynika, że treści powinny być jak najkrótsze. Zdarzają się jednak wyjątki – mowa tu o przekazie unikalnym i „zakulisowym”. Może być on dłuższy, bowiem wzbudza ciekawość przez co bardziej angażuje odbiorcę.

W analizie efektywności opublikowanych Stories mamy do dyspozycji kilka zmiennych. Niezależnie od narzędzia, z którego korzystamy w statystykach, widzimy takie dane jak:

  • – liczba wyświetleń;
  • – liczba unikalnych profili, które zobaczyły relację (zasięg);
  • – liczba akcji prześlij;
  • – liczba akcji dalej;
  • – liczba akcji wstecz;
  • – liczba akcji wyjście.

Z czego, przy ocenie efektywności Stories  jako relacji np. z wydarzeń, gdzie poszczególne Stories tworzą dłuższą narrację, kluczowa jest holistyczna analiza wyświetleń. Dane z elementu początkowego i końcowego stworzą obraz tego, ile osób udało się zainteresować daną treścią.

Wszystko to mówi, że Instagram Stories stają się kanałem efektywnego docierania do użytkowników oczekujących unikalnego i dynamicznego przekazu. Dlatego też, strategia komunikacji marki powinna szybko adaptować nowe rozwiązania pojawiające się w mediach społecznościowych. Dotyczy to szczególnie odbiorców, którzy najczęściej korzystają ze społeczności za pomocą urządzeń mobilnych.

Autor: Michał Chrościcki, Analyst & Strategy Planner Mint Media – z marketingiem internetowym związany ponad 8 lat, aktualnie zajmuje się monitoringiem Internetu i analizą działań w mediach społecznościowych. Pracował w Domu Badawczym Brand Fibres (VML Poland). Founder projektu Academy of Digital.

Shell przenosi do Krakowa obsługę kolejnych globalnych zadań. Koncern chce w tym roku zatrudnić kolejne kilkaset osób

Shell przenosi do Krakowa obsługę kolejnych globalnych zadań. Koncern chce w tym roku zatrudnić kolejne kilkaset osób 1

Kraków to jeden z trzech największych w Polsce ośrodków BPO/SSC. W blisko 200 centrach usług biznesowych pracuje ponad 64 tys. osób, a stolica Małopolski przyciąga kolejnych inwestorów m.in. podażą biur i młodych talentów. W Krakowie dynamicznie rozwija się też Shell, który już obecnie ma pozycję jednego z największych pracodawców i inwestorów w regionie. Tylko w ubiegłym roku koncern zatrudnił ponad 600 nowych pracowników. Właśnie powiększył swój kompleks biurowy o nowy budynek (Topaz) i zapowiada, że utrzyma wzrost zatrudniania na podobnym poziomie.

 Shell Energy Campus to strategiczna inwestycja dla naszej firmy, nie tylko w Polsce czy Europie, lecz także globalnie. Jest to jeden z pięciu dużych hubów Shell na świecie. Kraków rozwija się najbardziej dynamicznie i odgrywa coraz większą rolę w strategii firmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Pocztowska, dyrektor generalna Shell Business Operations w Krakowie.

W stolicy Małopolski centrum operacji biznesowych Shell działa od 2006 roku, najpierw w podkrakowskim Zabierzowie, skąd dwa lata temu zostało przeniesione do centrum miasta. To najszybciej rozwijający się tego typu ośrodek koncernu na świecie, który stale zwiększa zatrudnienie.

– Poszukujemy specjalistów w dziedzinie finansów, obsługi klienta, logistyki i marketingu czy bardziej kreatywnych prac w zakresie komunikacji wewnętrznej, ale rozwinąć się u nas mogą również osoby o kompetencjach liderów. Działamy w projektach globalnych, międzynarodowych, dlatego sądzę, że każdy znajdzie u nas ciekawą opcję rozwoju – mówi Agnieszka Pocztowska.

Shell planuje w tym roku utrzymać wzrost zatrudnienia na poziomie zbliżonym do ubiegłorocznego. Specjalistów chce przyciągnąć szerokimi możliwościami rozwoju kariery, szansą uczestniczenia w międzynarodowych projektach oraz atrakcyjnym pakietem wynagrodzeń i benefitów. Pracownicy mogą rozwijać swoje kompetencje i zaangażowanie społeczne, uczestnicząc w globalnych inicjatywach Shell, a – obok elastycznych godzin pracy czy projektów mentoringowych – firma oferuje szereg możliwości rozwoju ścieżki kariery. Kluczowym wymogiem wobec kandydatów jest biegła znajomość języków obcych oraz otwartość na naukę nowych umiejętności i dyscyplin.

W krakowskim centrum Shell pracuje obecnie 3,6 tys. osób, reprezentujących 48 narodowości, które posługują się łącznie 20 językami obcymi. Ten poziom zatrudnienia stawia koncern wśród kluczowych pracodawców w regionie. Marka kładzie nacisk na różnorodność – ponad 650 pracowników to obcokrajowcy, a kobiety stanowią 68 proc. zatrudnionych i zajmują 2/3 stanowisk menadżerskich. W centrum pracuje również 31 osób z różnym stopniem niepełnosprawności.

 Ostatnie dwa lata były bardzo ważne, rozwinęliśmy się zarówno pod względem liczbowym, zatrudniając przeszło 2 tys. osób, jak i w zakresie odpowiedzialności prac wykonywanych w Krakowie, które mają coraz większy wpływ na strategię działania firmy ­– mówi Agnieszka Pocztowska.

Krakowski ośrodek wspiera Shell w obszarze zakupów, logistyki, finansów i spraw kadrowych, a nawet w sprawach związanych z diagnostyką i naprawą maszyn znajdujących się na platformach wiertniczych albo statkach morskich. Do stolicy Małopolski w coraz większym stopniu przenoszone są też globalne zadania Shell, związane m.in. z komunikacją wewnętrzna i zewnętrzną.

– W tym roku w Krakowie osiągniemy zatrudnienie na poziomie 4 tys., co powoduje, że jesteśmy jednym z największych pracodawców w regionie, jak i jednym z największych inwestorów. W związku z tym jesteśmy żywo zainteresowani współpracą – zarówno z miastem, jak i ze środowiskiem akademickim, ponieważ sukces naszego biznesu to również sukces Krakowa i dobre warunki do życia dla naszych pracowników – mówi Agnieszka Pocztowska.

Kraków to jeden z trzech największych w Polsce ośrodków BPO/SSC. Jest liderem pod względem zatrudnienia w tym sektorze – w krakowskich centrach usług pracuje ponad 64 tys. osób (co oznacza 23-procentowy udział w całości zatrudnienia w tej branży w Polsce). Według ubiegłorocznych danych ABSL, w Krakowie działa 195 centrów usług biznesowych, a na przestrzeni ostatnich dwóch lata stolica Małopolski – obok Warszawy i Trójmiasta – przyciągała najwięcej nowych inwestycji z tego sektora. Kraków jest również najważniejszym rynkiem biurowym w Polsce poza Warszawą – w 2017 roku przekroczył granicę 1 mln mkw całkowitej podaży biur, co w połączeniu z około 40 tys. absolwentów rocznie, kształconych przez 21 krakowskich uczelni przekłada się na atrakcyjne warunki dla inwestorów, którzy chcą lokować w stolicy Małopolski swoje centra biznesowe.

 Shell odniósł w Krakowie duży sukces i na tej bazie będziemy dalej rozwijać działalność. Zamierzamy w dalszym ciągu wykorzystywać potencjał talentów w Krakowie i na pewno będziemy wzmacniać rolę krakowskiego biura w  strategii naszej firmy – zapowiada Agnieszka Pocztowska.

W związku z rozwojem (tylko w 2018 roku firma zatrudniła ponad 600 pracowników) Shell oficjalnie otworzył właśnie kolejny, piąty już, budynek na terenie krakowskiego kompleksu. Docelowo ma on pomieścić 1,1 tys. pracowników na sześciu kondygnacjach. Nazwa budynku – Topaz – została wybrana przez pracowników w wewnętrznym konkursie. Biuro jest wyposażone w nowoczesne kuchnie, strefy rozrywki i relaksu, a także pokoje z możliwością tzw. teleobecności, sprzyjające pracy zespołów wirtualnych. Dostępna jest również infrastruktura dla rowerzystów: stacja napraw rowerów, szatnie oraz parking rowerowy.

– Mamy nowoczesne biuro, zaprojektowane według najnowszych standardów. Przestrzeń została zaprojektowana razem z naszymi pracownikami i tworzy warunki pracy dla każdego, odpowiadając na współczesne potrzeby pracy wirtualnej, globalnej i teamworku – mówi dyrektor generalna Shell Business Operations w Krakowie.

Na terenie krakowskiego kompleksu poza nowym budynkiem o nazwie Topaz znajdują się już biurowce Ruby, Amber, Pearl oraz Diamond. Łącznie zapewniają prawie 40 tys. mkw. powierzchni biurowej. Kompleks posiada certyfikat BREEAM na poziomie excellent dla zrównoważonego budownictwa, a wszystkie obiekty zostały wyposażone w filtry zatrzymujące ponad 90 proc. pyłków, tak aby powietrze w biurach było maksymalnie komfortowe dla pracowników.

Rewolucyjne zmiany w szkolnictwie. Dyrektor szkoły powinien działać jak prezes firmy

Rewolucyjne zmiany w szkolnictwie. Dyrektor szkoły powinien działać jak prezes firmy 2

Nowe technologie i pokolenia uczniów wychowanych na smartfonach z dostępem do internetu to wyzwanie dla współczesnego szkolnictwa, nauczycieli i dyrektorów szkół. Ci ostatni muszą wypracować nowe metody zarządzania placówkami oświatowymi – obliczone na efektywność i przystające do technologicznej rzeczywistości. Dyrektor szkoły to oświatowy prezes i może korzystać z tych samych metod, które wykorzystują innowacyjne przedsiębiorstwa czy liderzy Doliny Krzemowej. Nowatorskie sposoby zarządzania szkołami zdominowały dyskusję podczas konferencji Nowoczesny Dyrektor, zorganizowanej po raz siódmy przez firmę Librus.

– Wszelkie nauki, które przekazywali nam rodzice czy dziadkowie, niedługo będą już nieaktualne. Będziemy zmieniali zawody co dziesięć lat. Musimy nauczyć nasze dzieci dostosowywać się do tych szybkich zmian, nauczyć je krytycznego myślenia, żeby nie zalewała ich fala fake newsów. To jest gigantyczne wyzwanie, które stoi przed nowoczesnym szkolnictwem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Rafał Ohme, ekspert w dziedzinie psychologii emocji i komunikacji z Uniwersytetu SWPS, prelegent konferencji Nowoczesny Dyrektor.

Szkolnictwo – podobnie jak każda inna dziedzina życia czy sektor gospodarki – jest na etapie rewolucyjnych zmian spowodowanych rozwojem technologii. Do 2020 roku już wszystkie 30,5 tys. szkół w całym kraju zostanie podłączonych do szerokopasmowego internetu o przepustowości co najmniej 100 Mb/s w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej. Sami uczniowie już powszechnie korzystają z dostępu do sieci w szkole i poza nią. Z ostatniej edycji badania EU Kids Online, przeprowadzonego na grupie blisko 1,3 tys. uczniów w wieku 9–17 lat wynika, że 82,5 proc. z nich codziennie łączy się z siecią przez telefon komórkowy. Codziennie lub prawie codziennie korzysta z niego 9 na 10 badanych, a 15 proc. uczniów spędza w dzień powszedni ponad 5 godzin online. Prawie 73 proc. nastolatków ma swój profil w mediach społecznościowych albo na stronie z grami, w młodszej grupie wiekowej 9–10 lat ten odsetek sięga blisko 50 proc.

Uczniowie podstawówek to tzw. pokolenie „always on”. Facebook, Snapchat, youtuberzy i influencerzy, fake newsy, aplikacje to dla nich naturalne środowisko. Zupełnie inaczej konsumują i przetwarzają treści, inaczej się uczą i zapamiętują, korzystają z innych form komunikacji i rozwijają inne kompetencje. W przyszłości na rynku pracy także będą im potrzebne całkiem inne umiejętności niż obecnie. Według World Economic Forum 65 proc. dzieci, które uczą się obecnie w podstawówkach, będzie w przyszłości pracować w zawodach powiązanych z nowymi technologiami, które dziś jeszcze nie istnieją. To wyzwanie dla nauczycieli i dyrektorów szkół, którzy muszą wypracować  nowe metody zarządzania placówkami oświatowymi – obliczone na efektywność i przystające do technologicznej rzeczywistości.

– Dyrektorzy szkół są dziś takimi samymi przedsiębiorcami czy biznesmenami jak ci, którzy zarządzają fabrykami czy hutami – mówi prof. Rafał Ohme.

Dyrektor szkoły to współczesny oświatowy CEO i może korzystać z tych samych metod, które wykorzystują innowacyjne przedsiębiorstwa czy liderzy Doliny Krzemowej. Jedną z nich jest wywodząca się z neuronauki metoda smart power, czyli połączenie dobrze znanego systemu nagród i kar (hard power) z inteligencją emocjonalną, motywowaniem i inspirowaniem innych za pomocą emocji i wartości (soft power).

Mamy dwa systemy, które pomagają nam się komunikować i zarządzać ludźmi. Pierwszy to system logiczny, racjonalny, a drugi emocjonalny. Trzeba połączyć te dwa systemy, aby pobudzać ludzi do działania – mówi prof. Rafał Ohme. – System smart power przyszedł do nas z Doliny Krzemowej, gdzie wszyscy milionerzy, którzy chodzą w klapkach i krótkich spodenkach, w ten sposób motywują swoich pracowników. On powinien być zaadaptowany także w naszym kraju: roztoczyć wizję, która pociągnie ludzi za sobą, oprzeć się na wartościach, zbudować relacje. Smart power to spowodowanie, żeby ludziom „chciało się chcieć”.

Nowatorskie metody zarządzania szkołami to jeden z tematów, które zdominowały dyskusję podczas siódmej edycji konferencji Nowoczesny Dyrektor. Przez dwa dni rozmawiało o nich ponad 500 dyrektorów szkół, którzy – jak co roku – spotkali się w podwarszawskiej Jachrance.

– Wydarzenie jest przestrzenią do dyskusji i wymiany doświadczeń ponad 500 najbardziej aktywnych dyrektorów szkół oraz przedstawicieli jednostek samorządu terytorialnego z całej Polski. To doskonała okazja, by przekonać się, że umiejętne zarządzanie z wykorzystaniem innowacyjnych narzędzi w obszarze edukacji podnosi efekty pracy oraz ułatwia codzienne obowiązki menadżerów placówek. Nie może tu zabraknąć nikogo, kto myśli o edukacji w sposób innowacyjny – mówi Marcin Kempka, prezes firmy Librus, która od siedmiu lat organizuje konferencję Nowoczesny Dyrektor.

O tym, że nowoczesne zarządzanie szkołą to nie tylko problem wewnętrzny placówki lub samorządu świadczy zestaw partnerów konferencji – wśród nich są m.in. Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Fundacja Orange oraz globalni, technologiczni giganci – Microsoft, Google i HP – którzy podejmują też działania na rzecz wspierania edukacji.

Pierwsze zmiany z „piątki Kaczyńskiego” przyjęte przez rząd. Realizacja pakietu może być problemem dla budżetu już w przyszłym roku

Pierwsze zmiany z „piątki Kaczyńskiego” przyjęte przez rząd. Realizacja pakietu może być problemem dla budżetu już w przyszłym roku 3

Zgodnie z obietnicą prezesa Prawa i Sprawiedliwości rząd przyjął we wtorek pierwszą z ustaw wprowadzających kolejny pakiet – Emerytura+. Świadczenie miałoby zacząć być wypłacane jeszcze w pierwszej połowie roku. Według zapowiedzi od lipca ruszą natomiast wypłaty 500 plus na każde pierwsze dziecko. Cały pakiet to obciążenie państwowej kasy rzędu 40 mld zł. Zdaniem ekonomistów te wydatki z czasem będą coraz bardziej ciążyć budżetowi.

Trzynasta emerytura, likwidacja PIT dla osób do 26. roku życia i obniżenie PIT-u pracowniczego do 17 proc., 500 plus na pierwsze dziecko, zwiększenie kwoty wolnej od podatku i przywrócenie lokalnych połączeń autobusowych to elementy ogłoszonego na konwencji PiS pod koniec lutego pakietu socjalnego, tzw. „piątki Kaczyńskiego”. Pierwszy z nich – jednorazowa wypłata dodatkowych emerytur w wysokości świadczenia minimalnego, czyli 1100 zł, został przyjęty na wtorkowym posiedzeniu rządu.

Wśród kilku elementów, które tworzą ten projekt, zwróciłbym uwagę na wzrost kosztów uzyskania przychodu – uważam, że to jest wartościowy element. On generuje koszty, nie generuje wydatków, a to jest istotne z punktu widzenia budżetu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Bartłomiej Gabryś z katedry przedsiębiorczości Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. – Natomiast wszystkie pozostałe elementy generują i koszty, i wydatki. Przykładem jednorazowa wypłata dla emerytów, oczywiście pożądana społecznie, bo przecież jest to ta grupa, która tych środków ma niewiele. Pytanie brzmi, dlaczego najpierw pobieramy od nich PIT, a potem oddajemy im te środki? Przecież, gdyby zlikwidować PIT od emerytur, to w kieszeni emerytów i rencistów pozostałoby dużo więcej. Nie 1,1 tys. zł, tylko ponad 2,5 tys. zł, zakładając najniższą emeryturę.

Kolejny element to wypłata 500 plus na każde pierwsze dziecko, a nie tylko na te wychowujące się w rodzinach o bardzo niskich dochodach. To najdroższa część planu, według szacunków minister pracy Elżbiety Rafalskiej ma kosztować około 20 mld zł rocznie. W tym roku pochłonie około połowy tej kwoty, bo wypłaty mają ruszyć w lipcu.

 Założeniem programu 500 plus był wzrost dzietności. On się świetnie sprawdził, jeżeli chodzi o wyrównywanie poziomu ubóstwa, natomiast dane za 2018 rok pokazują, że tylko w roku 2017 odnotowaliśmy przyrost dzietności, natomiast w roku 2018 z powrotem wracamy w dół. Mamy jeden z najniższych wskaźników dzietności na kobietę, on się waha w poziomie 1,4-1,5. Za 20 lat nie będzie nas 37 mln, tylko 33-34 mln – tłumaczy dr Bartłomiej Gabryś.

Dodaje też, że by sfinansować emerytury coraz liczniejszej grupy seniorów z zarobków coraz mniejszej grupy pracujących, będzie trzeba podnieść podatki, choć na razie, w roku wyborczym się je obniża: rząd chce 17-proc. PIT-u dla pracowników oraz dwukrotnego podniesienia kwoty uzyskania przychodu. Najmłodsi pracujący, ci poniżej 26. roku życia, mieliby tego podatku nie płacić w ogóle, co powinno ułatwić ich zatrudnianie.

Cały pakiet propozycji będzie oznaczał dodatkowy koszt około 40 mld zł, czyli jedną dziesiątą obecnych wydatków budżetowych. To zwiększy deficyt, a przekroczenie 3-proc. progu grozi ponownym nałożeniem na Polskę procedury nadmiernego deficytu; nasz kraj był już nią objęty w latach 2004–2008 oraz 2009–2015. W dodatku wydatki socjalne są wydatkami sztywnymi, które trudno będzie zmniejszyć. A polska gospodarka nie będzie rozwijać się w kolejnych latach tak szybko, jak w 2018 roku, gdy wzrost PKB przekroczył 5 proc. To zaś oznacza mniejsze wpływy przy zwiększonych wydatkach.

– Pytanie, czy idziemy w zwiększenie dziury budżetowej, czy ten deficyt budżetowy będzie utrzymany w ryzach nie tylko teraz, kiedy rośnie nasze PKB, ale również wtedy, kiedy będzie spowolnienie gospodarcze – mówi dr Bartłomiej Gabryś. – To jest pole minowe dla przyszłych rządów, które będą sobie musiały z tym poradzić. To będą stałe koszty, stałe wydatki znacząco obciążające budżet, a powodujące, że w przyszłości ktokolwiek będzie chciał z nich zrezygnować, spotka się z bardzo silnym oporem społecznym.

Zaznacza też, że dodatkowo dochodzi do tego element psychologiczny: rośnie pokolenie młodych ludzi przyzwyczajonych do tego, że pomoc państwa im się należy. To nie tylko będzie utrudniać konstrukcję i realizację przyszłych budżetów, ale także demotywować wchodzących na rynek pracy do własnej inicjatywy, umiejętności szukania inwestorów, kreatywności i przedsiębiorczości, którą wykazała się duża część pokolenia ich rodziców.

Polska w ogonie Europy w leczeniu alergii. Powodem jest ograniczony dostęp do immunoterapii

Polska w ogonie Europy w leczeniu alergii. Powodem jest ograniczony dostęp do immunoterapii 4

Przez ostatnie kilkadziesiąt lat odsetek osób cierpiących z powodu różnych alergii wzrósł z mniej niż 1 proc. do ponad 40 proc. Za następne kilkanaście lat już co drugi Europejczyk będzie alergikiem. Szczególnie narażone są dzieci. Uczulenie na pyłki roślin, kurz domowy, sierść zwierząt czy jad owadów, są bardzo uciążliwe, a w niektórych przypadkach mogą zagrażać życiu. Skuteczna w leczeniu alergii jest immunoterapia alergenowa, która leczy przyczynę i jednocześnie zapobiega rozwojowi powikłań. Polska pod względem dostępności do tego typu leczenia znajduje się w ogonie Europy, głównie z powodu braku refundacji.

– Alergie są bardzo częstymi chorobami we współczesnym społeczeństwie. W XX wieku obserwowaliśmy bardzo gwałtowny trend narastania chorób alergicznych, szczególnie w krajach wysoko rozwiniętych. W niektórych krajach ten wzrost występowania alergii był cztero-, pięciokrotny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Marek Kulus, kierownik Kliniki Pulmonologii i Alergologii Wieku Dziecięcego w Warszawie, prezydent Polskiego Towarzystwa Alergologicznego.

Z danych WHO wynika, że przez ostatnie sto lat odsetek osób cierpiących z powodu różnych alergii wzrósł z niespełna 1 proc. do ponad 40 procent populacji. Choroby alergiczne są w czołówce pod względem częstości występowania, zaraz po chorobach układu krążenia, oddechowego i nowotworach. Za 15 lat na różnego rodzaju alergie może cierpieć co drugi Europejczyk.

W Polsce, według badania ECAP (Epidemiologia Chorób Alergicznych w Polsce), ok. 40 proc. osób cierpi na okresowe lub przewlekłe objawy chorób alergicznych o różnej manifestacji klinicznej: alergiczny nieżyt nosa, astma, atopowe zapalenie skóry.

– Najczęstszą chorobą alergiczną jest alergiczny nieżyt nosa. Dotyczy on przede wszystkim osób dorosłych i stanowi wysoki procent wśród alergii dotykających nasze społeczeństwo. Dzieci, mają bardzo wcześnie objawy alergiczne, są to w 20 proc. objawy skórne, przy czym trzeba pamiętać, że nie zawsze jest to alergia pokarmowa, występująca u ok. 6 proc. niemowląt – wskazuje prof. Marek Kulus

Coraz częściej dochodzi do tzw. marszu alergicznego, czyli postępującej wraz z wiekiem ewolucji chorób alergicznych. Szacuje się, że nawet u 30–40 proc. dzieci z atopowym zapaleniem skóry z wiekiem dojdzie do rozwoju chorób dróg oddechowych w tym astmy oskrzelowej. Również uczulenie na pokarmy we wczesnym dzieciństwie zwiększa ryzyko zachorowania na AZS, alergiczny nieżyt nosa czy astmę.

– Jedyną metodą, która wydaje się być skuteczna w zapobieganiu progresji alergii, jest stosowanie immunoterapii swoistej, czyli tak zwanych szczepionek alergenowych. Jeżeli ktoś ma alergiczny nieżyt nosa, możemy u niego stosować immunoterapię, żeby nie doszło do rozwoju astmy. Jest to jedyna, znana obecnie metoda zapobiegania i przyczynowego leczenia alergii – tłumaczy prof. Marek Kulus.

W Polsce według ekspertów, podjęzykową immunoterapią alergenową leczonych jest zaledwie kilka procent chorych. Główną tego przyczyną jest przede wszystkim brak finansowania ze środków budżetu państwa, które refunduje jedynie immunoterapię iniekcyjną podawaną w warunkach ambulatoryjnych, choć i z tym bywają problemy.

– Właściwie większość pacjentów wymaga standardowych szczepionek. Mówimy tutaj o osobach uczulonych na pyłki drzew, traw, roztocza kurzu domowego czy jad owadów. Nie wszyscy mają jednak dostęp do tego, co oferuje rynek farmaceutyczny, ponieważ szczepionki podjęzykowe nie są refundowane w Polsce. Najbardziej skuteczne są terapie z zastosowaniem jadu owadów, pszczoły i osy. Ponad 90 proc. pacjentów poddanych tej terapii nie reaguje już na kolejne użądlenia. To jest niezwykle ważne, ponieważ reakcje poużądleniowe są nieraz groźne dla życia – podkreśla prof. Marek Jutel, kierownik Katedry i Zakładu Immunologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, dyrektor Instytutu Badań Medycznych „All-Med” we Wrocławiu.

W leczeniu alergii dużo zależy tak od czynników genetycznych, jak i samego alergenu, dlatego istotne jest wczesne rozpoznanie i rozpoczęcie leczenia przyczynowego. Proces podstawowego leczenia trwa 3 lata, natomiast zaleca się dodatkowe stosowanie immunoterapii, tzw. leczenie podtrzymujące, przez kolejne 2 lata dla utrwalenia efektu terapeutycznego. Właściwie przeprowadzone leczenie może doprowadzić do całkowitego wyleczenia lub wycofania się choroby na kilka lub kilkanaście lat, co znacząco wpływa na jakość życia pacjenta.

W przypadku alergenów powietrznopochodnych, czyli tego co wdychamy lub co ma kontakt ze skórą, przyjmujemy, że immunoterapia prowadzi do redukcji objawów minimum o 20 proc. Jest grupa pacjentów, u której udaje się osiągnąć całkowite wyleczenie po 3 letnim okresie odczulania, to jest około 3040 proc. osób – wyjaśnia prof. Marek Jutel.

WHO zaleca, aby immunoterapię alergenową rozważyć u wszystkich pacjentów, u których stwierdzono przeciwciała przeciwko klinicznie istotnym alergenom. Nie na wszystkie alergeny opracowano jednak leczenie, problemem jest również brak dostępu do nowych terapii.

Według wytycznych immunoterapia z pewnością jest wskazana u pacjentów, u których nie mamy dobrego efektu leczenia za pomocą farmaceutyków działających objawowo, czyli tradycyjnych tabletek, inhalatorów, kropli itd. Wówczas niewątpliwie należy zalecić immunoterapię, o ile nie ma przeciwwskazań do tego leczenia. Nasza praktyka dotychczasowa wskazuje, że im wcześniej rozpoczniemy to leczenie, tym jest ono skuteczniejsze – przekonuje prof. Marek Jutel. – Na tle innych krajów europejskich Polska wypada słabo, jeżeli chodzi o zastosowanie immunoterapii podjęzykowej, przede wszystkim ze względu na brak jej refundacji. One są niekonkurencyjne cenowo dla pacjenta w stosunku do refundowanych terapii iniekcyjnych. Po wprowadzeniu refundacji częściej moglibyśmy w szerszej grupie pacjentów zastosować tego typu leczenie, które jest bardzo wartościowe i porównywalne, jeżeli chodzi o skuteczność w stosunku do iniekcyjnej immunoterapii.

Częstsze ulewy, tornada i susza stają się zmorą rolników. Ocieplenie klimatu wpłynie też na gatunki uprawianych roślin

Częstsze ulewy, tornada i susza stają się zmorą rolników. Ocieplenie klimatu wpłynie też na gatunki uprawianych roślin 5

W ciągu ostatnich 30 lat w Europie 64 proc. strat było bezpośrednio związanych z pogodą i czynnikami klimatycznymi – burzami, powodziami czy falami upałów. W tym czasie wyraźnie wzrosła średnia temperatura powietrza, w efekcie zacierają się różnice między porami roku. To zaś ma ogromne znaczenie dla rolnictwa. Bank Światowy ocenia, że każdy dodatkowy wzrost temperatury globalnej o 1°C powoduje, że zbiory pszenicy spadną o 6, a ryżu o 10 proc. Cieplejszy klimat to nie tylko wzrost uprawy roślin ciepłolubnych, lecz także większe zagrożenia, w tym np. szarańcza – ocenia klimatolog prof. Krzysztof Błażejczyk.

– Patrząc na zapisy stacji meteorologicznych, widzimy, że w ciągu ostatnich 20–30 lat wyraźnie wzrosła średnia temperatura powietrza. To nie oznacza, że nie mamy zimy, tylko że są one cieplejsze, lata również – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Krzysztof Błażejczyk, klimatolog z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk.

Z danych Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) wynika, że obecna średnia temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. W tym tempie zmian do końca stulecia temperatura może być wyższa o 4°C. Tymczasem wzrost nawet o 1°C oznacza olbrzymie zmiany dla całego ekosystemu.

– Powoduje on zaburzenia w procesach hydrologicznych, czyli w kształtowaniu opadów, i w procesach ekologicznych, jak kwitnienie, dojrzewanie roślin. Jeszcze 50 lat temu zakładało się, że wzrost temperatury na 100 lat będzie wynosił około 1–1,5 stopnia, ale ostatnie 30 lat pokazuje, że ten wzrost może być nawet większy – ocenia prof. Krzysztof Błażejczyk.

Raport „Wpływ zmiany klimatu na zdrowie” Koalicji Klimatycznej i Heal Polska wskazuje, że w Europie 64 proc. strat finansowych w latach 1980–2007 było bezpośrednio związanych z pogodą i czynnikami klimatycznymi, jak burze, powodzie, fale upałów, a 25 proc. stanowiły dzikie pożary, oziębienie, usunięcia ziemi i lawiny. Całkowite straty w latach 1980–1989 wynosiły około 7 mld euro rocznie, a w latach 1998–2007 już 13,7 mld euro.

– Od około 20 lat obserwujemy zwiększenie prędkości silnych, porywistych wiatrów, zarówno huraganowych, jak i tornad, trąb powietrznych, które coraz częściej pojawiają się nad Polską i naszą częścią Europy – wskazuje klimatolog. – O ile 2030 lat temu były to zupełnie sporadyczne przypadki, jeden przypadek na 2–3 lata, o tyle teraz praktycznie nie ma roku, żeby tak silny wiatr w którejś części Polski nie wystąpił.

Ocieplenie klimatu oznacza nie tylko częstsze wiatry, ale też ulewy i powodzie, za czym idzie podnoszenie się poziomu wód. Z danych IPCC wynika, że wzrost średniej globalnej temperatury powyżej 1,5°C spowoduje, że średni poziom mórz do 2100 roku podniesie się o 90 cm. Według innych prognoz może to być nawet 130 cm. To zaś może doprowadzić do trwałego zalania nisko położonych obszarów.

– Z jednej strony mamy miejsca, gdzie opadów jest więcej i są bardziej intensywne, powodując podtopienia, a z drugiej strony 20–50 km obok obserwujemy negatywne zmiany, czyli zmniejszenie ilości opadów – zauważa prof. Błażejczyk.

Ocieplenie klimatu powoduje ogromne zmiany dla całej przyrody, a tym samym dla rolnictwa. Jak wynika z raportu „Wpływ zmiany klimatu na zdrowie”, są regiony, które na tym cierpią, m.in. Afryka Północna, Ocenia i Polinezja, Ameryka Środkowa i Karaiby, ale niektóre powinny na tym skorzystać, np. Skandynawia, Tybet czy Kanada. Szacunki Banku Światowego mówią, że każdy dodatkowy wzrost temperatury globalnej o 1°C powoduje, że globalne zbiory pszenicy spadną o 6 proc., a ryżu o 10 proc. Częstszy może stać się problem głodu. Susza daje się we znaki daje – tylko w 2018 roku w jej efekcie w Polsce poszkodowanych zostało ponad 90 tys. gospodarstw, a straty dotknęły ponad 1,5 mln hektarów upraw.

 Zmienia się rodzaj uprawianych roślin w Polsce. Na razie jeszcze dominują zboża typu żyto, pszenica i ziemniaki czy buraki, natomiast w niektórych obszarach coraz częściej pojawiają się rośliny ciepłolubne jak soja czy winorośle – mówi ekspert. – Na przestrzeni najbliższych 20–30 lat będzie ich coraz więcej.

Wraz z ociepleniem będą się też pojawiać szkodniki, które dotychczas w Polsce nie występowały i które będą niszczyć uprawy. W Europie coraz częściej będą się także pojawiać zjawiska dotychczas w tym rejonie nieobserwowane, np. naloty szarańczy.

 – To jest poważny problem w krajach Sahelu, Afryki Północnej i basenu Morza Śródziemnego. Upały i brak opadów powodują to, że w takich miejscach jak Kolorado pożary są jeszcze bardziej intensywne i obejmują ogromne obszary. To zjawiska, których możemy się spodziewać częściej, a niektórych w ogóle do tej pory nie przeżywaliśmy – wymienia prof. Krzysztof Błażejczyk.

Opracowano urządzenie prysznicowe sterowane za pomocą gestów oraz poleceń głosowych. Pomoże znacznie zmniejszyć zużycie wody i energii

Opracowano urządzenie prysznicowe sterowane za pomocą gestów oraz poleceń głosowych. Pomoże znacznie zmniejszyć zużycie wody i energii 6

W Europie i USA prysznic trwa średnio ponad 8 minut. Za każdym razem zużywa się 65 litrów wody – to tyle, co 45 butelek o objętości 1,5 litra. Nowoczesne urządzenia pozwalają kontrolować zużycie wody, a tym samym oszczędzać wodę i energię. Mniejsze zużycie wody to także redukcja emisji dwutlenku węgla. Dzięki eddo.drop użytkownik definiuje czas trwania prysznica, może uruchomić i zatrzymać strumień jednym ruchem dłoni czy poprzez sterowanie głosem. W aplikacji mobilnej można zaś sprawdzić średnie zużycie wody i modyfikować ustawienia.

– Eddo.drop pomaga oszczędzać wodę. To małe urządzenie, montowane pod baterią prysznicową, którego głównym zadaniem jest realna pomoc w ograniczaniu zużycia wody. Dzięki niemu udaje się skrócić czas spędzany pod prysznicem. W Europie i USA ludzie jednorazowo spędzają pod prysznicem średnio 9 minut, więc zdecydowaliśmy się wprowadzić te dane do naszego urządzenia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Flavien Lespine z Smartembed.

Nowe technologie coraz śmielej wkraczają nie tylko do domów, lecz także do łazienek. Większość ma za zadanie przede wszystkim zwiększać komfort użytkownika, np. podgrzewana deska klozetowa, możliwość bezdotykowego podnoszenia i opuszczania deski oraz spłukiwania. Część firm oferuje też lustra zintegrowane z asystentami głosowymi.

Pojawiają się też rozwiązania, które mają pomóc w oszczędzaniu wody, np. specjalne czujniki, które wykryją przeciek wody czy oszczędzające tryby spłukiwania. Eddo.drop pozwala zaś samemu ustawić preferowany czas trwania prysznica i zatrzymać strumień wody na czas sięgnięcia po mydło, czy szampon. System działa również poprzez sterowanie głosowe, jest wyposażony w głośnik bluetooth, który pozwala słuchać muzyki podczas kąpieli.

– Nasze rozwiązanie zasadniczo mierzy czas, przy czym dodatkowo jest wyposażone w system Amazon Alexa, więc ma głośnik, mikrofon, dzięki czemu możliwe jest sterowanie prysznicem i całym domem podczas kąpieli. Mamy też czujnik ruchu, więc gdy chcemy zamknąć dopływ wody, możemy to zrobić machnięciem dłoni, zamiast korzystać z baterii prysznicowej – tłumaczy Flavien Lespine.

Średnio pod prysznicem ludzie w Europie i USA spędzają 8,2 minuty. Jeden prysznic to 65 litrów wody, czyli mniej więcej tyle, co 45 butelek 1,5 litrowych. Dlatego nie brakuje rozwiązań, które mają pomóc w nabraniu odpowiednich nawyków i skrócić czas potrzebny do kąpieli. Istnieją gadżety, które kontrolują przepływ wody, czy aplikacje, które przeliczają dane i oceniają, jak ekologiczna była kąpiel.

Eddo.drop jest z kolei zintegrowany z aplikacją mobilną, w której można sprawdzić średnie zużycie wody, czas trwania prysznica czy ocenić, kiedy udało się zmniejszyć zużycie wody. Na podstawie oszczędności wody i energii w eddo.drop eksperci z panelu CES Climate Change Innovator oszacowali, że 1 proc. penetracja rynku w 5 krajach przełoży się na całkowitą redukcję ponad 414 tys. ton emisji dwutlenku węgla.

– Eddo.drop jest przeznaczone dla indywidualnych konsumentów, ale system eddo powstał z myślą o bardziej profesjonalnym zastosowaniu. Chodzi np. o siłownie czy kempingi, gdzie korzysta się ze specjalnych bransoletek, które przykłada się do czytnika. Urządzenie nalicza minuty korzystania z prysznica przez poszczególnych użytkowników, dzięki czemu właściciele kempingów i siłowni mogą przeglądać dane i analizować zużycie wody – zaznacza Flavien Lespine.

System eddo.drop ma być dostępny na rynku we wrześniu 2019 roku i kosztować ok. 200 euro. Tymczasem firma badawcza Allied Market Research szacuje, że rynek rozwiązań inteligentnych dla łazienek do 2023 roku osiągnie wartość 2,5 mld dol.

Sztuczna inteligencja może uchronić firmy przed brakiem rąk do pracy. Jej rozwój spowoduje powstanie nowych zawodów i konieczność przekwalifikowywania pracowników

Sztuczna inteligencja może uchronić firmy przed brakiem rąk do pracy. Jej rozwój spowoduje powstanie nowych zawodów i konieczność przekwalifikowywania pracowników 7

To tylko kwestia czasu, kiedy człowiek będzie pracować ramię w ramię z robotem. Sztuczna inteligencja zmienia praktycznie wszystkie dziedziny życia, a jej rozwój może zrewolucjonizować większość branż. Do tego jednak konieczna jest zmiana mentalności, a przede wszystkim zmiana edukacji. Młodzi ludzie wybierają prywatne firmy, a najlepsi eksperci od SI wybierają rynki zagraniczne, w tym przede wszystkim Stany Zjednoczone. Bez przyciągnięcia ich do świata nauki rozwój sztucznej inteligencji w Polsce może się znacząco opóźnić.

– Perspektywy rozwoju sztucznej inteligencji w przemyśle, a w ogóle w gospodarce, są oczywiście, ale pod jednym warunkiem, że stworzymy odpowiedni rynek, czyli przebudujemy mentalność społeczeństwa. Jest konieczność edukacji zarówno pracowników, menadżerów, jak i kadry w zakresie wiedzy na temat tego, co ta sztuczna inteligencja może im oferować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Olaf Gajl, dyrektor Ośrodka Przetwarzania Informacji Państwowego Instytutu Badawczego.

W niedalekiej przyszłości o sile gospodarek będzie decydować właśnie sztuczna inteligencja. Te państwa, które wdrożą nowe rozwiązania, będą się rozwijać zdecydowanie szybciej. Na rozwoju SI zyskają też niemal wszystkie branże. Sztuczna inteligencja ułatwi życie, pomoże w produkcji i rolnictwie, już teraz roboty sprawdzają się w szpitalach. Sztuczna inteligencja, choć według niektórych może całkowicie zmienić rynek pracy, może go także ulepszyć.

Z raportu „2018 Future of Jobs” sporządzonego przez World Economic Forum wynika, że choć połowa firm do 2022 roku zmniejszy zatrudnienie w pełnym wymiarze godzin dzięki automatyzacji, to blisko 2/3 zamierza przekwalifikować pracowników. Już teraz człowiek potrafi pracować ramię w ramię z robotem, przykładem może być choćby wykorzystanie robotów w operacjach na odległość.

– Sztuczna inteligencja nie będzie eliminować ludzi z zatrudnienia. W tej chwili mamy kłopoty w ogóle na rynku pracy, mamy za mało pracowników, więc całe szczęście, że jest możliwość zastąpienia części brakujących etatów właśnie robotami. Powstaną zupełnie nowe dziedziny, gdzie ludzie będą mogli pracować, współpracując ze sztuczną inteligencją. SI niczego sama nie załatwi, zawsze będzie potrzebny człowiek – przekonuje Olaf Gajl.

Także polski rząd chce wykorzystać potencjał sztucznej inteligencji. Dokument „Założenia do strategii AI w Polsce” zakłada, że w perspektywie od 2 do 6 lat do stymulacji rozwoju gospodarki opartej na danych kluczowy ma być udział państwa jako zleceniodawcy w projektach ukierunkowanych na wykorzystanie danych cyfrowych. Aby mogło się to udać, konieczne są jednak zmiany.

– Trzeba się zająć kształceniem młodych ludzi. Do tego jeszcze potrzeba nam nauczycieli i naukowców jednocześnie. Trzeba zacząć lepiej opłacać naukowców, którzy zajmują się akurat sztuczną inteligencją. To niepopularne, ponieważ zwiększa różnice pomiędzy różnymi grupami, ale bez tego nie da się całego procesu przeprowadzić. Różnica płac na uczelni, w instytucie badawczym, w PAN czy rządowym, a tym, co może oferować przemysł jest zbyt duża – ocenia Olaf Gajl.

Polscy naukowcy są uznawani za najlepszych ekspertów od sztucznej inteligencji. Aby tak było także w przyszłości, już teraz należy zająć się edukacją najmłodszych. Jak wynika z raportu Światowego Forum Ekonomicznego, 65 proc. dzieci rozpoczynających dziś naukę w szkołach podstawowych będzie w przyszłości pracować w zawodach, których dziś na rynku jeszcze nie ma. Będą one związane głównie z nowymi technologiami, cyfryzacją i sztuczną inteligencją. To z kolei wymaga zmian w podstawie nauczania.

Aby przyciągnąć najlepszych do ośrodków naukowo-badawczych, konieczne będzie przeznaczenie na ten cel dodatkowych środków. Zdaniem eksperta tylko spełnienie wszystkich tych warunków może zagwarantować rozwój sztucznej inteligencji w Polsce.

– Polski rynek jest za mały. Większość firm zajmujących się sztuczną inteligencją stara się wyjść ze swoimi rozwiązaniami poza granice Polski, najchętniej do Stanów Zjednoczonych, bo tam jest 360 mln ludzi w miarę jednolitego rynku. Bez edukacji rynek w Polsce nie powstanie – podsumowuje Olaf Gajl.

Trwa nabór do Ogólnopolskiego Programu Certyfikacji Krajowej Firma Roku oraz Produkt Roku

Trwa nabór do kolejnej edycji Ogólnopolskiego Programu Certyfikacji Krajowej Firma Roku oraz Produkt Roku. Misją Programu jest promocja przedsiębiorstw, które mają znaczący wkład w rozwój polskiej gospodarki, cieszące się uznaniem wśród klientów, będące wzorem rzetelności i jakości.

Program kierowany jest do firm wszystkich gałęzi gospodarki. Certyfikaty Firma Roku i Produkt Roku cieszą się popularnością w wielu branżach produkcyjnych, dystrybucyjnych jak i usługowych.

CK zajmuje się wspieraniem przedsiębiorców, szczególnie małych i średnich firm, w realizacji potrzeb związanych z budowaniem świadomości marki i wyróżnieniem na tle konkurencji.

Firmy mogą zgłaszać się samodzielnie do Programu lub poprzez otrzymanie Nominacji z ramienia Kapituły CK. – Często jako pierwsi dostrzegamy potencjał w małych firmach i niewielkich markach, które dzięki naszemu wsparciu marketingowemu stają się liderami w regionie lub swojej grupie docelowej – mówi Marcin Andrzejewski, Dyrektor Programowy CK.

W procesie weryfikacji przeprowadzane są m.i n. badania  marketingowo- wizerunkowe, ankiety, monitoring opinii  konsumentów, a w niektórych wypadkach wizytacje firm – Laureatami Programu zostają podmioty, które świadczą najwyższej jakości usługi w swojej kategorii, zapewniają profesjonalną obsługę, cieszą się renomą i zaufaniem wśród klientów oraz partnerów biznesowych – wyjaśnia Marcin Andrzejewski.

Przystąpienie do Programu daje liczne korzyści. Laureaci otrzymują Certyfikat jakości, statuetkę oraz licencję upoważniającą do posługiwania się rozpoznawalnym Godłem promocyjnym.  Jest to skuteczne narzędzie PR-owe i marketingowe, budujące pozytywny wizerunek firmy, dające przewagę w rozmowach handlowych, zwiększające zainteresowanie ofertą oraz uwiarygadniające pozycję firmy w relacjach biznesowych.  Nagrodzone podmioty otrzymują również roczny pakiet promocyjny od Organizatora, w postaci wsparcia medialnego i marketingowego.

  • Godło Firma Roku i Produkt Roku to potwierdzenie wiarygodności i jakości, ale też wzmocnienie rozpoznawalności i zaufania do marki, które, jak pokazują doświadczenia naszych laureatów, przekłada się na większa sprzedaż – mówi Marcin Andrzejewski.

Do Programu firmy mogę się zgłaszać w następujących kategoriach:

Firma Roku 2019FIRMA ROKU

Produkt Roku 2019PRODUKT ROKU

Jeśli chcesz, by Twój biznes rozwijał się szybciej i efektywniej, jeśli chcesz zyskać przewagę nad konkurencją i mocniejszą pozycję w rozmowach handlowych – zgłoś się jeszcze dziś!

Nabór do Programu trwa: od 1 marca do 12 kwietnia 2019 r.

Zapraszamy do kontaktu i zapoznania się z informacjami na stronie:

http://certyfikacjakrajowa.org.pl/firma-roku/

Pierwsza w Polsce kara za naruszenie RODO

Firma dostała 934 tys. zł kary za brak realizacji funkcjonalności RODO, nie informując w należyty sposób o przetwarzaniu danych. Z decyzji wynika, że tworzyła bazy danych i nieprawidłowo informowała osoby w niej umieszczone o fakcie przetwarzania danych.

Jak podaje Urządu Ochrony Danych Osobowych (UODO), o fakcie przetwarzania danych zostali poinformowani tylko ci przedsiębiorcy, którzy podali w oficjalnych rejestrach swój adres mailowy. W przypadku pozostałych ukarana spółka postanowiła skorzystać z wyjątku opisanego w art. 14 pkt 5 lit b ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO), który pozwala odejść od obowiązku informowania o przetwarzaniu danych, jeżeli wymagałoby to niewspółmiernie dużego wysiłku.

– Niestety decyzja UODO kontynuuje obrany przed 20 laty kierunek ochrony danych osobowych w Polsce – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Mackiewicz, adwokat, Szef Praktyki Nowych Technologii, w kancelarii Kochański i Partnerzy. – Formalne spełnienie części obowiązków jest bardzo ważne, jednak z praktycznego punktu widzenia nie zwiększa ono poziomu bezpieczeństwa przetwarzania danych osobowych w Polsce. Niefortunnie Urząd z całej problematyki wybrał na pierwszą dość symboliczną karę sprawę nie dotyczącą najistotniejszych problemów w tym obszarze, jak na przykład handel “lewymi” bazami danych.

4 strategie, które pomogą poprawić Digital Experience

W badaniu przeprowadzonym przez Gartner wśród CMO (Dyrektorzy Marketingu),
98% respondentów potwierdziło, że świat online i offline jest dziś nierozłączny w biznesie.

Dla managerów IT i marketingu łączenie się świata wirtualnego i rzeczywistego stało się koniecznością. Żeby osiągnąć korzyści z technologii cyfrowej, ważne jest przedefiniowanie procesów biznesowych, prowadzące do transformacji cyfrowej całej firmy. Dzięki transformacji cyfrowej klienci i firmy będą mogli wchodzić ze sobą w interakcje na jeszcze wyższym poziomie.

Badania dotyczące rewolucji technologicznej jasno wskazują, że transformacja cyfrowa będzie wpływała na całe społeczeństwo, a już dzisiaj coraz trudniej pominąć ją w firmach. Średnia długość życia firm (z indeksu największych spółek giełdowych Standard&Poor 500) przed rewolucją technologiczną wynosiła 67 lat. Dzisiaj to zaledwie 15 lat. Raport Global Center for Digital Business Transformation jasno pokazuje, że w ciągu następnych pięciu lat cztery z dziesięciu firm mogą zniknąć z rynku ze względu na zbyt późne wprowadzenie rozwiązań cyfrowych. Wniosek jest jasny: firmy, które nie wykorzystują nowych możliwości, jakie wprowadza technologia cyfrowa, są eliminowane przez rynek.

DIGITAL EXPERIENCE JAKO PRZEWAGA KONKURENCYJNA

Global Web Index pokazuje, że 91% osób korzysta z urządzeń mobilnych surfując po internecie. Użytkownicy oczekują, że korzystanie z mobilnych rozwiązań będzie szybkie, niewymagające ich wysiłku i intuicyjne. Myślenie cyfrowe jest więc dzisiaj czymś więcej niż tylko trendem: to długoterminowa strategia innowacji, pozwalającą prowadzić biznes tak, aby doświadczenie klienta z marką było coraz lepsze.  Niezbędne staje się analizowanie doświadczenia klientów z perspektywy cyfrowej. W jaki sposób klienci mogą najlepiej wykorzystać produkt lub usługę za pośrednictwem sieci i urządzeń mobilnych? Projektując wyjątkowe doświadczenie klienta, firmy mają szansę odróżnić się od innych marek. Strategia zorientowana na klienta i oparta na solidnych podstawach technologia cyfrowa, to podstawa, żeby zbudować przewagę konkurencyjną.

4 STRATEGIE, KTÓRE POMOGĄ POPRAWIĆ DIGITAL EXPERIENCE

  1. POZNAJ ODBIORCÓW DOCELOWYCH

Firmy, chcąc przetrwać na rynku, powinny badać i analizować zwyczaje społeczne i kulturowe, opinie i pozostałe aspekty, które pozwolą na zdefiniowanie różnych grup odbiorców. Dzięki dobrej znajomości profili użytkowników, firmy mogą projektować doświadczenia spersonalizowane pod konkretne grupy docelowe.

Pięć kroków:

  1. Zidentyfikuj

Określ najważniejsze atrybuty, które definiują profil użytkownika i odróżniają go od innych użytkowników.

  1. Policz

Ustal minimalną liczbę użytkowników, których można przypisać do jednego segmentu.

  1. Opisz

Opisz interesujące szczegóły dotyczące użytkowników, takie jak stanowisko, cele, wyzwania, czy też demografia.

  1. Sprawdź

Zatwierdź docelowych użytkowników i przypisane im segmenty, dopasowując ich do swoich celów biznesowych.

  1. Włącz

Przypisane atrybuty powinny być widoczne, a także przywoływane podczas projektowania strategii i inicjatyw w całej firmie.

  1. ZOPTYMALIZUJ ŚCIEŻKĘ UŻYTKOWNIKA

Podstawą cyfrowej transformacji jest zrozumienie ścieżki, którą muszą przejść użytkownicy, aby dotrzeć do treści których poszukują. Zrozumienie czyjegoś doświadczenia i trasy, jaką przebywa może zdefiniować strategię cyfrową, a także pomóc w odkryciu obszarów wymagających poprawy. Ważne z punktu widzenia firmy jest dostrzeżenie tzw. mikro-momentów (https://www.thinkwithgoogle.com/micromoments/intro.html). To dzięki mikro-momentom użytkownik zdradza swoje plany i potrzeby. To chwile, kiedy może się ujawnić „ten” zamiar – potrzeba skorzystania z oferty, czasami nawet jeszcze nieuświadomiona. Jeśli firma może zidentyfikować te możliwości i zaoferuje swój produkt w odpowiednim momencie, aby wypełnić potrzebę użytkownika, z większym prawdopodobieństwem osiągnie sukces.

Ponadto konieczne jest testowanie ścieżki, którą odbywają użytkownicy. Jakie formy mają najlepsze współczynniki konwersji? Jakie banery lub obrazy mają większą popularność wśród klientów? Jakie są trzy najpopularniejsze kroki poprzedzające zakup?  Zrozumienie każdego kroku typowego klienta to niezbędny element wdrożenia zwycięskiej strategii cyfrowej w „Erze klienta”.

  1. SPÓJNE DOŚWIADCZENIE NA WIELU KANAŁACH

Wyobraźmy sobie sytuację, że klient utworzy spersonalizowaną listę życzeń w przeglądarce komputerowej. Jego oczekiwaniem będzie, że tą samą listę będzie mógł otworzyć również
w swoim smartfonie. Umożliwienie klientom dostępu do marki na dowolnym kanale przy jednoczesnym zachowaniu konsekwencji i spersonalizowanego doświadczenia są kluczowym wyzwaniem dla firm. Harvard Business Review porównuje cyfrowe doświadczenie do patrzenia na mozaikę. Wszystkie punkty muszą być spójne. Gdy klienci mają negatywne doświadczenia na jednym kanale, mogą budować negatywny wizerunek całej marki.  W dzisiejszym świecie bardzo trudno jest kontrolować, gdzie i jak klienci będą się z nimi kontaktować. Każdy kanał musi być więc dostosowany do potrzeb klientów. Optymalizacja treści do różnych rozmiarów ekranu to nie wszystko. Kluczem jest budowa spójnego cyfrowego doświadczenia.

  1. ZACHOWANIE SYNERGII WEWNĄTRZ FIRMY

Ostatnie badania przeprowadzone przez Enterprise Management Associates (EMA) pokazują, że zarówno biznes, jak i IT dostrzegają istotny wpływ nowej technologii cyfrowej na funkcjonowanie firmy. Dobre doświadczenia klientów sprawiają, że stają się oni promotorami marki. Żeby jednak doświadczenia użytkowników były pozytywne, niezbędna jest pełna synergia pomiędzy działami IT i biznesowymi. Zwłaszcza w przypadku wielu kanałów dotarcia do użytkowników, niezbędne jest ich budowanie, tak aby wewnętrzne systemy były do siebie dopasowane. Tylko dzięki wewnętrznej współpracy możliwe jest ostateczne osiągnięcie doświadczenia niezawodności oferowanego produktu lub usługi.

JAK ROZWIĄZANIA DIGITAL EXPERIENCE MOGĄ POMÓC?

Transformacja cyfrowa jest bezpośrednio związana z tworzeniem nowych modeli biznesowych i dobrze przemyślanej interakcji z klientami. Platforma Digital Experience pozwala firmom odpowiedzieć na wyzwania, takie jak:

  • Monitorowanie każdej interakcji klientów z marką.
  • Zapewnienie jednego spojrzenia na cały „cykl życia klienta”.
  • Zarządzanie doświadczeniami użytkowników z firmą.
  • Integracja różnych systemów w jedną platformę.

Menedżerowie logistyki obawiają się napięć na rynkach i zagrożeń geopolitycznych

Branża logistyczna z zadowoleniem odbiera 5-procentowe tempo wzrostu na rynkach wschodzących w 2019 roku, jednak zadziwiająco wielu ankietowanych menedżerów przygotowuje się na kryzys związany z tarciami na linii USA – Chiny, zmianami stóp procentowych oraz niepewnością w kwestii Brexitu. Taki wniosek wynika z Indeksu Logistycznego Rynków Wschodzących na rok 2019, opublikowanego po raz dziesiąty przez Agility, globalnego dostawcę zintegrowanych rozwiązań logistycznych i spedycyjnych.

W ankiecie Agility, przeprowadzonej wśród 500 ekspertów z branży logistycznej, 55,7 proc. respondentów uznało, że wzrost gospodarek rozwijających się na poziomie 5 proc. to wynik „całkiem dobry.” W 2018 roku rynki wschodzące urosły o 4,7 proc., a bieżące prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego przewidują, że w 2019 roku wzrost ten wyniesie 4,5 proc. Jednocześnie, 47,1 proc. menedżerów twierdzi, że kryzys na rynkach wschodzących jest „prawdopodobny” lub „wysoce prawdopodobny.” Jak pokazują wyniki ankiety, rosnące napięcie i wprowadzenie taryf celnych mogą spowodować 10-procentowy spadek wielkości handlu między Chinami i USA.

Ankieta jest częścią Indeksu Logistycznego Rynków Wschodzących Agility na rok 2019 (Agility Emerging Markets Logistics Index 2019), dorocznego przeglądu nastrojów panujących w branży, połączonego z rankingiem 50 czołowych rynków wschodzących. Indeks pokazuje wskaźnik ich konkurencyjności w oparciu o krajowy i międzynarodowy potencjał logistyczny oraz warunki prowadzenia biznesu. Przy tworzeniu rankingu uwzględniane są czynniki ważne z punktu widzenia operatorów logistycznych, firm spedycyjnych, armatorów, przewoźników lotniczych i dystrybutorów. W pierwszej dziesiątce znalazły się Chiny, Indie, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Indonezja, Malezja, Arabia Saudyjska, Meksyk, Katar, Turcja i Wietnam. W obszarze logistyki krajowej najwyższe pozycje zajęły Chiny, Indie i Indonezja, w logistyce międzynarodowej Chiny, Indie i Meksyk, natomiast najlepsze warunki dla działalności biznesowej zapewniają ZEA, Malezja i Katar.

„Firmy szukające nowych możliwości znajdują je na rynkach wschodzących, gdzie istotnym czynnikiem wzrostu są małe i średnie przedsiębiorstwa, czerpiące korzyści z dostępu do najnowocześniejszych technologii i bankowości mobilnej” mówi Essa Al-Saleh, CEO Agility Global Integrated Logistics. „Jednocześnie eksperci w branży logistycznej obawiają się, że te rynki mogą okazać się podatne na wpływ negatywnych skutków wielkich wyzwań geopolitycznych”.

Indeks Logistyczny Rynków Wschodzących na rok 2019 – wyniki rankingu i ankiety

Chiny i Indie, które zajęły czołowe miejsca w rankingu 2019, dzięki silnej pozycji jako krajowe i międzynarodowe rynki logistyczne, pozostają w tyle za mniejszymi rywalami, jeśli chodzi o warunki prowadzenia biznesu. W tej kategorii pod uwagę brane są takie czynniki jak otoczenie regulacyjne, dynamika kredytów i zadłużenia, egzekwowanie umów, zabezpieczenia antykorupcyjne, stabilność cenowa i dostęp do rynku. Tu Chiny znalazły się na 7, a Indie na 10. miejscu. Najsilniejsze klastry rynków wschodzących są w rejonie Zatoki Perskiej i Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN). Powstały dzięki warunkom przyjaznym dla biznesu oraz swoim atutom – bogactwu energetycznemu rejonu Zatoki i sile wytwórczej krajów Azji Południowo-Wschodniej. Spośród krajów Zatoki wysokie pozycje w rankingu zajęły ZEA (3), Arabia Saudyjska (6), Katar (8), Oman (12), Bahrajn (16) i Kuwejt (18). Najsilniejsze kraje strefy ASEAN to Indonezja (4), Malezja (5), Wietnam (10), Tajlandia (11) i Filipiny (20). W kontekście tarć w handlu międzynarodowym i danych pokazujących spowolnienie chińskiej gospodarki, respondenci uznali Indie za rynek o największym potencjale, na 2. miejscu umieszczając Chiny. 56 proc. ankietowanych uważa, że przedłużający się impas w stosunkach USA – Chiny może okazać się korzystny dla krajów Azji Południowo-Wschodniej, stanowiących alternatywne wobec Chin źródło siły produkcyjnej. Brazylia, z zawirowaniami gospodarczymi, spadła z 9. na 15. miejsce, niżej niż mniejsze gospodarki Ameryki Łacińskiej, Meksyk (7) i Chile (13). W kategorii warunków prowadzenia biznesu, Brazylia zajęła 39. miejsce. Mimo tak słabych wyników, ankietowani menedżerowie widzą nadzieję na przyszłość: 44,5 proc. patrzy „optymistycznie” lub „bardzo optymistycznie” na rozwój Brazylii. Z kolei chińska inicjatywa „jednego pasa i jednej drogi” (BRI), zakładająca inwestycje w rozwój infrastruktury o wartości 4-4,8 mld USD, przynosi dużo większe korzyści Chinom niż krajom Azji, Bliskiego Wschodu, Afryki i Europy, które są nią objęte. 64 proc. ankietowanych uważa, że BRI napędza wzrost i rozwój handlu w Chinach; a tylko 41,4 proc. wierzy, że pomoże ona też innym rynkom wschodzącym. Krótkookresowy potencjał Iranu znacząco ucierpiał w efekcie sankcji przywróconych przez USA. Niemal 75 proc. respondentów uważa, że Iran jest „mniej obiecujący, niż wcześniej” lub „nie jest obiecujący”. Iran znalazł się na 49. miejscu wśród 50 krajów w obszarze międzynarodowych możliwości logistycznych. Na szczycie zestawienia w kategorii warunków prowadzenia biznesu znalazły się ZEA i Malezja.  Wysoko są też kraje Zatoki Perskiej, Katar, Oman i Arabia Saudyjska. Najtrudniej jest prowadzić biznes w Wenezueli, Angoli, Myanmarze i Libii. 65 proc. ankietowanych uważa, że Meksyk zwiększy obroty handlowe z USA i Kanadą po ratyfikacji traktatu handlowego, który ma zastąpić wcześniejszą umowę NAFTA. Wenezuela, z największymi rezerwami ropy naftowej na świecie, znalazła się na ostatnim (50) miejscu w obszarach międzynarodowych możliwości logistycznych i warunków prowadzenia biznesu. Grupa BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA), kiedyś barometr i motor napędowy gospodarek wschodzących, rozpadła się. Chiny (1) i Indie (2) nadal osiągają roczny wzrost przekraczający 6 proc. Rozwój Rosji spowolniły sankcje ekonomiczne i niskie ceny energii; Brazylia (15) odczuwa skutki spowolnienia, zaś perspektywy RPA (24) pogorszyły się z powodu konfliktu w partii rządzącej i niepokojów na rynku pracy. Różna jest sytuacja w Afryce Subsaharyjskiej. Wyniki RPA (24) są dużo gorsze od oczekiwań. W obszarze warunków prowadzenia biznesu Ghana (19) i Kenia (21) radzą sobie stosunkowo dobrze. Pozycję Nigerii (44), rywalizującej z RPA o miano największej gospodarki w regionie, zaniżają złe warunki prowadzenia biznesu. Brazylia, Filipiny, Argentyna, Bangladesz, Nigeria i Boliwia mogą wzmocnić pozycję w rankingu, jeśli poprawią warunki prowadzenia biznesu. Afrykańskie gospodarki o wysokim potencjale logistycznym, Uganda, Libia, Mozambik i Angola, nie mogą wykorzystać możliwości z powodu słabych warunków prowadzenia biznesu.

Brexit może okazać się korzystny dla rynków wschodzących. 59 proc. menedżerów uważa, że rynki wschodzące będą mogły zawrzeć nowe umowy handlowe z Wielką Brytanią, na korzystnych dla nich warunkach. Zdaniem 70 proc. ankietowanych Brexit nie wpłynie negatywnie na sytuację na rynkach wschodzących. Ważnym czynnikiem rozwoju logistyki na rynkach wschodzących jest handel internetowy. 60 proc. menedżerów przewiduje wzrost zapotrzebowania na outsourcing dostaw tzw. „ostatniej mili”, a 47,4 proc. spodziewa się wzrostu zapotrzebowania na outsourcing usług logistycznych (e-fulfilment). Według respondentów, największym utrudnieniem dla małych i średnich firm jest biurokracja w handlu, co utrudnia prowadzenie międzynarodowej działalności. Jeśli chodzi o tempo wzrostu, respondenci uznali, że MŚP na rynkach wschodzących będą rozwijać się znacznie szybciej niż korporacje czy duże firmy lokalne i regionalne.

„W 2019 roku sytuacja niektórych rynków wschodzących, szczególnie gospodarek o znaczącym długu denominowanym w dolarze, budzi istotne obawy. Jednak, jako grupa, rynki te rozwijają się w tempie niemal dwukrotnie przekraczającym tempo wzrostu na rynkach rozwiniętych” mówi Al.-Saleh z Agility. „Najbardziej dodaje otuchy fakt, że teraz wiele z nich wydaje się być wystarczająco odporne, by uniknąć pogorszenia, jakie obserwowaliśmy na rynkach wschodzących w 2013 i 2008 roku”.

Indeks Logistyczny Rynków Wschodzących Agility opracowywany jest przez Transport Intelligence (Ti), czołową firmę badawczą w branży logistycznej.

– Tegoroczny Indeks pokazuje wiele wyzwań i możliwości, jakie stoją przed rynkami wschodzącymi. Niepewność dotycząca relacji handlowych, w połączeniu z wprowadzaniem nowych barier w handlu, grozi zahamowaniem integracji rynków wschodzących z resztą świata. Musimy zrobić wszystko, by szkodliwa polityka handlowa nie stanęła na drodze możliwościom biznesowym, które są podstawą wzrostu na rynkach wschodzących – podsumował John Manners-Bell, dyrektor zarządzający Ti.

Filip Aryanowicz opowiada o tym, jak wygląda współpraca z agencją zatrudniającą obcokrajowców

Filip Aryanowicz, wiceprezes agencji pracy Bisar
Filip Aryanowicz, wiceprezes agencji pracy Bisar

Nie da się nie zauważyć, że od pewnego czasu Polska jest popularnym miejscem migracji zarobkowej mieszkańców Wschodu. Polscy pracodawcy, którzy zmagają się z niedostateczną liczbą rąk do pracy chętnie zatrudniają w swoich przedsiębiorstwach nie tylko Ukraińców i Białorusinów, ale również mieszkańców Dalekiego Wschodu. Filip Aryanowicz, wiceprezes agencji pracy Bisar tłumaczy, jak krok po kroku, wygląda zatrudnianie cudzoziemców przy współpracy z pośrednikiem.

Fachowe doradztwo w każdym oddziale

Polscy przedsiębiorcy, którzy zastanawiają się nad zatrudnieniem pracowników ze Wschodu, ale jeszcze nie do końca wiedzą, na czym to wszystko polega, mogą zgłosić się do jednego z polskich oddziałów agencji pośrednictwa pracy Bisar . Placówki Bisar znajdują się między innymi w Warszawie, Poznaniu, Lublinie, Gorzowie, Gdańsku Koszalinie, Rzeszowie i Strykowie. Filip Aryanowicz, wiceprezes Bisar dodaje, że w każdym z oddziałów agencji można liczyć na fachowe doradztwo w zakresie zatrudniania cudzoziemców.

– Pracodawca, który nie miał wcześniej do czynienia z „cudzoziemcem-pracownikiem” może czuć się nieco zagubiony we wszystkich procedurach związanych z legalnym zatrudnieniem pracowników ze Wschodu. Tu nawet nie chodzi o samą rekrutację, ale również o możliwe formy zatrudnienia, formalności prawne, sprawy techniczne itp. Nasza wykwalifikowana kadra jest gotowa odpowiedzieć wyczerpująco na wszystkie pytania związane z zatrudnianiem Ukraińców i innych pracowników ze Wschodu. W Bisar służymy pomocą na każdym etapie współpracy – nasza oferta jest kompleksowa, a kadra profesjonalna. W placówce, do której zgłosi się przedsiębiorca problem zostanie wnikliwie przeanalizowany, a nasi godni zaufania doradcy zaproponują najlepsze jego rozwiązanie i poprowadzą pracodawcę krok po kroku przez wszystkie etapy współpracy z agencją. Ułatwiamy wszystkie procedury maksymalnie, ponieważ wiemy, że przedsiębiorcy mają już wystarczająco dużo spraw na głowie – dodaje Filip Aryanowicz.

Rekrutacja pracowników ze Wschodu

Trafiając do agencji pośrednictwa pracy przedsiębiorca powinien określić wymagania, co do kandydata, którego poszukuje. Dobrze podać tu niezbędne kwalifikacje, które musi on posiadać, minimalne doświadczenie, potrzebne uprawnienia, umiejętności językowe itp. Ustalany jest również termin i rodzaj zatrudnienia oraz inne kwestie formalne dotyczące współpracy z agencją. Wszystko jest na bieżąco tłumaczone i wyjaśniane, jeśli pojawią się jakiekolwiek niejasności. Samą rekrutacją zajmuje się już agencja pracy, na podstawie przekazanych przed przedsiębiorcę wymagań. Jak zaznaczył Filip Aryanowicz, Bisar aktywnie rekrutuje pracowników ze Wschodu nie tylko do Polski, ale również na zachód Europy – starając się w ten sposób wyeliminować zastoje związane z brakiem rąk do pracy i pomóc lokalnym oraz zachodnim firmom w rozwoju.

– Znalezienie w naszej szerokiej bazie pracownika, który będzie odpowiadał wymaganiom naszego klienta nie jest trudne. W razie potrzeby posiadamy ponadto wielu partnerów zagranicznych, którzy gotowi są do współpracy i pomocy w poszukiwaniu pracowników o konkretnych, mniej popularnych kwalifikacjach. Nasi specjaliści HR wybierają osoby, które najlepiej wpisują się w przedstawiony przez pracodawcę profil kandydata – na tym jednak nie kończy się nasza praca. Można nawet powiedzieć, że dopiero się zaczyna. Nie tylko przeprowadzamy samą rekrutację, ale również weryfikujemy doświadczenie i umiejętności kandydatów, sprawdzamy ich kompetencje językowe oraz uprawnienia. To bardzo ważne, ponieważ pracodawca ma pewność, że zatrudnia dokładnie takiego pracownika, na jakim mu zależało – dodaje Filip Aryanowicz.

Zobacz również : Filip Aryanowicz o asymilacji cudzoziemców pracujących w Polsce

Branże z największym zapotrzebowaniem na wschodnie ręce do pracy

Z roku na rok zwiększa się zapotrzebowanie na pracowników ze Wschodu. Polacy już dawno odkryli potencjał w cudzoziemcach i coraz chętniej zatrudniają ich w swoich firmach. Popyt na pracowników zza wschodniej granicy można zaobserwować dziś w wielu branżach. Zwłaszcza tam, gdzie trudno znaleźć wystarczającą ilość Polaków chętnych do pracy, cudzoziemcy okazują się wręcz ratunkiem dla czasowego lub stałego funkcjonowania wielu przedsiębiorstw.

– Polska cały czas zmaga się z niedostateczną liczbą pracowników w transporcie i logistyce. Pracownicy ze Wschodu, którzy posiadają uprawnienia do prowadzenia pojazdów typu TIR czy autobus są na wagę złota. Sezonowo obserwujemy ogromne zapotrzebowanie na pracowników do sektora rolniczego i ogrodniczego – np. na plantacje owoców i warzyw. Nie można zapomnieć również o produkcji i przetwórstwie, gdzie każda para rąk do pracy zawsze będzie potrzebna. Coraz częściej dla naszych klientów z Polski i Europy Zachodniej (w tym Niemiec, Francji i Skandynawii) pozyskujemy również pracowników z doświadczeniem w hotelarstwie, budownictwie, IT, handlu. Potrzebni są także między innymi pracownicy magazynów, sprzątaczki oraz szwaczki – kończy Filip Aryanowicz.

Filip Aryanowicz o procedurach formalnych i kwestiach technicznych

Sama rekrutacja pracowników ze Wschodu to, jak mówi Filip Aryanowicz, dopiero początek góry lodowej. Jak już wcześniej zauważył wiceprezes Bisar – oferta agencji jest kompleksowa. Przedsiębiorca, który przychodzi do agencji od początku wie, że na każdym etapie współpracy może liczyć na aktywną pomoc ze strony agencji.

– Przejmujemy na siebie wszystko, jeśli chodzi o zatrudnianie pracowników ze Wschodu. Dotyczy to nie tylko Polski – dbamy również o rozwój firm zachodnich. Z naszych usług korzystają między innymi klienci z Niemiec, Skandynawii i Francji. Nie tylko doradzamy, rekrutujemy i weryfikujemy, ale również dbamy o procedury formalne i kwestie techniczne. Dzięki wypracowanym schematom działania i szerokim kontaktom w kraju i za granicą bez problemu organizujemy transport cudzoziemców, oraz zapewniamy im zakwaterowanie. Zajmujemy się także legalizacją pracy oraz pobytu pracowników ze Wschodu, nadzorem nad ich pracą, szkoleniami z zakresu bezpieczeństwa pracy oraz badaniami lekarskimi. Oczywiście również obsługa płacowa i prawna znajduje się po naszej stronie, dzięki czemu współpraca z nami dla pracodawcy to minimum formalności i zachodu, a maksimum zysku i zadowolenia – kończy Filip Aryanowicz.

Zobacz także: Filip Aryanowicz: Wspieramy polskie firmy w rozwoju

Oznaki wyhamowania na rynku nieruchomości

Rynek nieruchomości obecnie jest na bardzo wysokim poziomie. Mamy do czynienia z sytuacją z 2008 roku. Czy w związku z tym czeka nas spowolnienie?

Kamil Kosior, CEO Lloyd Group
Kamil Kosior, CEO Lloyd Group

Trzeba jasno powiedzieć, że rynek nieruchomości znajduje się obecnie na bardzo wysokim poziomie. Widać wyraźnie jednak oznaki wyhamowania. Pokazują to wyniki firm deweloperskich. Deweloperzy w 2018 roku sprzedali kilka procent mniej mieszkań niż w 2017. Nie interpretowałbym tego jednak jako zły prognostyk. W mojej opinii, sektor nieruchomości ulega stabilizacji. Jeśli w najbliższym czasie nie dojdzie do żadnych znaczących wydarzeń na rynku, czyli np. globalnego kryzysu, to nie będziemy mieli do czynienia z jego załamaniem.

Szczególnie, że ceny mieszkań również stabilizują się. Nie można jednak zapomnieć, że jednocześnie rosną koszty ponoszone przez deweloperów. I to zaczynając od kosztów gruntów, przez materiały budowlane, na sile roboczej kończąc. Mówiąc o cenach, trzeba sobie uświadomić, że ich poziom osiągnął już wartości, które obserwowaliśmy w 2008 roku, czyli na szczycie hossy nieruchomościowej. Dziś mamy jednak zdecydowanie większe zasoby w zakresie portfela inwestycyjnego.

Średni dochód rozporządzalny pozwala na zmianę sposobu finansowania. W niektórych segmentach udział gotówki to już 50 proc. 5-10 lat temu gotówką finansowano maksymalnie 10 proc. kupowanych nieruchomości. Wartym odnotowania jest fakt, że obecnie w Polsce co czwarte mieszkanie jest kupowane na wynajem. Bywają rejony, np. śródmieścia dużych miast, gdzie w celach inwestycyjnych jest kupowana ponad połowa nieruchomości. Coraz rzadziej kupują tu mieszkania ci, którzy chcą je mieć dla siebie. Zauważyć też można dość znaczący trend zakupu coraz większych mieszkań.

Spada popularność kawalerek. Wynika to z tego, że są trudno dostępne i bardzo zdrożały. Wzrósł natomiast popyt na mieszkania inwestycyjne. To rynek szczególnie atrakcyjny dla tych, którzy wykreowali nowy rodzaj nieruchomości inwestycyjnych. Dzielą większe mieszkania na pojedyncze pokoje. Pozytywny wpływ na cały sektor wywiera także wynajem krótkoterminowy. Ten trend jest bardzo dynamiczny. Tylko w Warszawie w ubiegłym roku na Booking.com było 44 proc., na Airbnb aż 58 proc. więcej ofert. Wszystko dlatego, że w przypadku zwykłego najmu długoterminowego zwrot z inwestycji sięga 4-5 proc. Najem krótkoterminowy lub taki, gdzie dzielimy mieszkanie na mniejsze, to nawet 10 proc.

Kamil Kosior, CEO Lloyd Group

Zmiana czasu na letni – tachograf i ewidencja czasu pracy kierowcy

Aż 84%[1] przebadanych obywateli Unii Europejskiej jest za całkowitą rezygnacją ze zmiany czasu. Co myślą o tym kierowcy zawodowi, których obowiązkiem jest skrupulatna ewidencja swojego czasu pracy? Co powinni zrobić, aby po wykonaniu trasy w nocy z 30 na 31 marca 2019 roku dokumentacja okresów jazdy, odpoczynków i przerw była prawidłowa i zgodna
z prawem, a na wykresówce nie brakowało godziny?

Tachograf jest najważniejszy

Dlaczego? Bo to na podstawie danych z tego urządzenia sporządzana jest cała dokumentacja jazdy, a tym samym czasu pracy i przerwy kierowcy. Obecnie dominująca liczba tachografów to urządzenia cyfrowe – wszystkie samochody zarejestrowane po 1 maja 2006 roku[2] powinny być wyposażone w takie właśnie rejestratory – ale w użyciu są również te analogowe. W zależności od tego, z jego typu korzysta kierowca, przy zmianie czasu trzeba dostosować sposób postępowania.

Analogowo i własnoręcznie

W tachografie analogowym aktualną godzinę można zmienić samodzielnie. Trudno w tym przypadku o uniwersalne wskazówki, bo urządzenia mimo wszystko różnią się w pewnym stopniu między sobą. Warto przed trasą zapoznać się jeszcze raz z instrukcją obsługi.

Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania KierowcówNajlepiej jest zmienić czas od razu, w pierwszym możliwym momencie, bo później, w toku dnia pracy może to po prostu umknąć. Koniecznie trzeba pamiętać, że na tarczy analogowej czas od 2:00 do 3:00 będzie określony jako „brak danych”. W związku z tym warto na odwrocie wykresówki odnotować, z czego wynika taki zapis. Pozwoli to w łatwy sposób wykazać, dlaczego w dokumentacji pojawiła się pewnego rodzaju nieścisłość. Będzie to również w pełni jasne i zrozumiałe nawet w późniejszym czasie dla służb kontrolujących czas pracy kierowcy – informuje ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców, Kamil Wolański. – Alternatywą dla tej metody jest zmiana czasu w tachografie już po zakończonej jeździe w danym dniu – dzięki temu zostanie zachowana ciągłość zapisu. Ważne jednak, żeby uczynić to przed rozpoczęciem pracy na kolejnej wykresówce.

Uniwersalnie i cyfrowo

Jeśli kierowca ma zamontowany w samochodzie tachograf cyfrowy, cała procedura jest o wiele prostsza, ponieważ urządzenie rejestruje dane na podstawie uniwersalnego czasu UTC (Coordinated Universal Time), bez przesunięcia czasowego lato/zima. UTC ustawia wyłącznie warsztat kalibrujący tachograf. Kierowca może dokonać drobnej korekty, ale tylko raz w tygodniu i tylko +/- 1 minutę.

Mateusz Włoch, ekspert firmy INELO
Mateusz Włoch, ekspert firmy INELO

Ma to na celu niwelowanie drobnych różnic czasowych pomiędzy wieloma pojazdami w firmie. Na wyświetlaczu tachografu widoczny jest również czas lokalny (zazwyczaj oznaczony kropką) – w Polsce różni się on od czasu UTC o +1 godzinę w zimie oraz +2 godziny w lecie. Jest on używany wyłącznie pomocniczo dla kierowcy, a jego zmiana nie wpływa na zapisywane dane. Czas lokalny w tachografie kierowca może sam ustawiać. Warto to więc zrobić prawidłowo. W nowszych tachografach następuje to często automatycznie – tak jak np. w telefonachmówi Mateusz Włoch, ekspert z firmy Inelo.

Podsumowując, w przypadku rejestratora cyfrowego nie trzeba się przejmować zmianą czasu. Warto jednak po przejściu na tryb letni sprawdzić, czy czas lokalny przestawił się samoczynnie. Jeśli nie, to należy to zrobić we własnym zakresie. Co ciekawe, oprogramowanie, służące do analizy informacji zebranych z tachografów i kart kierowców, samo dopasowuje dane do odpowiedniego czasu lokalnego na przykład po to, by zweryfikować naruszenia.

Zaawansowane rozwiązanie IT, z którego korzystają na przykład funkcjonariusze Inspekcji Transportu Drogowego, wyświetla rzeczywisty czas pracy, nie uzupełniając luki pomiędzy 2:00 a 3:00, pustą godziną. W tej sytuacji kontrolerzy nie traktują tego okresu jako sztucznej, dodatkowej przerwy. Warto zwrócić również uwagę na to przy odbieraniu odpoczynku dobowego regularnego (11 godzin), jeśli taki odpoczynek przypadnie na zmianę czasu. Dla przykładu od godziny 20:00, 30.03 do 7:00, 31.03 jest 11 godzin, ale z uwagi na przejście z trybu zimowego na letni – fizycznie odpoczynku jest jednak
o godzinę mniej. W tej sytuacji, jeżeli kierowca chce odebrać 11-godzinny odpoczynek, powinien odpoczywać do 8:00 rano. Gwarantuje to brak problemów podczas kontroli –
wyjaśnia Mateusz Włoch z Inelo.

To tylko godzina?

Pozornie wydaje się, że zmiana czasu z zimowego na letni to drobna sprawa, jednak dla Inspekcji Transportu Drogowego brak jej zaznaczenia na wykresówce może okazać się podstawą do nałożenia kary na kierowcę (100 PLN za każdą wykresówkę, nie więcej niż 1000 PLN). Dlatego też osoby zarządzające, przedsiębiorcy, czy spedytorzy powinni przypomnieć swoim kierowcom o zbliżającej się dacie zmiany czasu, aby dać im szansę na odpowiednie przygotowanie się na to odstępstwo od rutyny. Jeśli w firmie truckerzy korzystają z takich samych typów tachografów analogowych, można przygotować dla nich krótki dokument z instrukcją krok po kroku. W przypadku tachografów cyfrowych, gdzie zdarzenia rejestrowane są w czasie UTC (więc zmiana czasu nie ma znaczenia), można poinformować o tym, w jaki sposób zmienić pomocniczo wyświetlany czas lokalny – w najnowszych tachografach aktualizuje się on automatycznie – mówi Kamil Wolański, OCRK.

Po co komu zmiana?

Przechodzenie z trybu zimowego na letni i z powrotem, stosowane jest w blisko siedemdziesięciu krajach na świecie. W Europie nie przeprowadza się go jedynie w Rosji, na Białorusi i Islandii. Coraz częściej można jednak usłyszeć głosy, że zmiana czasu dwa razy w roku jest niepotrzebna, anachroniczna i uciążliwa. W teorii jest ona podyktowana oszczędnością energii. Liczne badania jednak nie potwierdziły tej tezy. Tę niespójność dostrzegają obywatele. Komisja Europejska przeprowadziła szerokie konsultacje społeczne, w ramach których obywatele UE mieli wyrazić swoją opinię na temat zmiany czasu. 76%[3] przepytanych osób wskazało, że odczuwa negatywne skutki zmiany, a aż 84% jest za wprowadzeniem na stałe czasu letniego. Warto przypomnieć, że całe zamieszanie z okresem letnim i zimowym wynika bezpośrednio z dyrektywy unijnej z 2000 roku[4]. Jednak podczas prac Komisji Transportu Parlamentu Europejskiego została przegłosowana propozycja, aby w marcu 2021 roku nastąpiła ostatnia zmiana czasu z zimowego na letni[5]. Lecz finalnej decyzji wciąż nie ma, a dopóki będzie istniała konieczność zmiany czasu, dopóty zawodowi kierowcy będą musieli brać ją pod uwagę przy ewidencji swojego czasu pracy.

[1] http://gum.gov.pl/pl/aktualnosci/2597,Zmiany-czasu-czy-rezygnacja-ze-zmian-czasu-Ocen-ktore-rozwiazanie-jest-dla-Ciebi.html

[2] https://eur-lex.europa.eu/legal-content/PL/TXT/?uri=celex%3A32006R0561

[3] http://gum.gov.pl/pl/aktualnosci/2597,Zmiany-czasu-czy-rezygnacja-ze-zmian-czasu-Ocen-ktore-rozwiazanie-jest-dla-Ciebi.html

[4] https://publications.europa.eu/pl/publication-detail/-/publication/eb170453-93f3-4edb-a1ef-a4c46b64efc7/language-pl

[5] http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C33088%2Ckomisja-pe-za-zniesieniem-zmiany-czasu-w-ue-od-2021-roku.html

W czwartek skok funta

Po serii porażek, głosach o dymisji napływających zarówno ze strony opozycji, jak i konserwatystów, brytyjska premier trwa na stanowisku. Niewykluczone, że finalnie w czwartek uda się jej przeprowadzić plan brexitu przez brytyjski parlament i dzięki temu prawdopodobnie umocnić funta pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

„Do trzech razy sztuka” – popularne w Polsce powiedzenie często stosuje się też w Wielkiej Brytanii (third time lucky). W angielskiej wersji pochodzi prawdopodobnie z XVII-wiecznej komedii pt. „Wesołe kumoszki z Windsoru” Williama Shakespeare’a. Czy jednak ten zwrot przyniesienie Theresie May zwycięstwo i Izba Gmin, głosując trzeci raz plan brexitu, ostatecznie go przyjmie?

Przez wszystkich odwoływana, a jednak trwa

Nie jest żadną tajemnicą, że premier May ma wielu oponentów. Jej plan brexitu napotkał na opór wśród euroenzujastycznych członków swojej partii. W poniedziałek 30 torysów zagłosowało razem z laburzystami za poprawką, która otwiera drogę do środowych indykatywnych głosowań na temat alternatywnych planów opuszczenia UE lub w ogóle pozostania we Wspólnocie.

Również od wielu dni krążą plotki, że eurosceptycznym członkom torysów zależy na odsunięciu May ze stanowiska premiera, gdyż nie wypełnia przyrzeczenia wyborców oraz ryzykuje, że poprzez mechanizm awaryjny (backstop) Wielka Brytania pozostanie w permanentnej unii celnej z UE. Z tego potwornego bałaganu, wielogodzinnych dyskusji parlamentarnych, krzykliwych nagłówków brytyjskiej prasy i irytacji świata być może zostanie przyjęte pierwotne rozwiązanie, czyli lekko zmodyfikowany plan Theresy May. Jak to możliwe?

Najlepsze z możliwych rozwiązań

Kluczem do poparcia planu May jest mały koalicjant konserwatywnego rządu, czyli północnoirlandzka partia DUP. Unioniści mają tylko 10 miejsc w brytyjskiej Izbie Gmin, ale są aktywnym głosem oporu w kwestii mechanizmu awaryjnego. Według DUP backstop mógłby doprowadzić do granicy pomiędzy Irlandią Północną a główną brytyjską wyspą, co jest dla unionistów nie do zaakceptowania.

Wydaje się jednak, że DUP jest gotowa do kompromisu. Po pierwsze backstop może zostać jeszcze lekko zmieniony, zmniejszając faktyczne ryzyko utknięcia Brytyjczyków  w unii celnej w przypadku braku nowego porozumienia handlowego pomiędzy Londynem i Brukselą. Dodatkowo DUP może liczyć prawdopodobnie na więcej inwestycji w Irlandii Północnej, gdyby doszło do poparcia planu May.

Co ciekawe, od decyzji DUP zależy również poparcie planu May przez eurosceptycznych torysów. Ich lider Jacob Rees-Mogg twierdzi, że rozwiązanie premier jest lepsze niż ryzyko braku brexitu, czyli pozostanie w UE.

Pewnym problemem dla May są również euroentuzjastyczni torysi (ci, którzy w poniedziałek poparli środowe indykatywne głosowania). Wydaje się jednak, że oni także mają sporo do stracenia. Przedterminowe wybory, które byłyby prawdopodobnie rezultatem odrzucenia obecnego planu, są dużym ryzykiem. Dodatkowo mogą oni się jeszcze wykazać podczas negocjacji nowego porozumienia handlowego z Unią, które może zakładać stosunkowo bliskie relacje z UE. Sprzyjają temu naciski przedsiębiorców czy nastroje społeczne.

Finalnie więc  czwartek (oczekiwany termin trzeciego głosowania nad planem May) może przynieść olbrzymie zaskoczenie. Mimo sprzecznych interesów rozrywających partię konserwatywną z bólem serca część najbardziej aktywnych parlamentarzystów poprzez plan Theresy May i Wielka Brytania opuści Unię w sposób uporządkowany.

Funt powinien być beneficjentem

Wygranym całej tej batalii prawdopodobnie będzie funt. Przyjęcie przez Izbę Gmin wynegocjowanego z Brukselą planu opuszczenia Unii zażegna wizję chaotycznego brexitu. Zmniejszy to, przynajmniej w perspektywie najbliższych tygodni, ryzyka polityczne i ekonomiczne dla Wielkiej Brytanii.

Dodatkowo plan Theresy May nie wyklucza również, że negocjacje dotyczące nowej umowy handlowej będą przebiegały w stronę stosunkowo bliskich relacji. W rezultacie jeszcze w czwartek, gdy zadziała zasada do trzech razy sztuka, brytyjska waluta może zyskać nawet ponad 2 proc. Funt w relacji do złotego przekroczyłby wówczas wartość 5,10 zł, osiągając najwyższy poziom od ponad dwóch lat.

Izba Gmin znów głosuje. Obietnice wyborcze

Brytyjski parlament podjął próbę rozwiązania problemu kształtu Brexitu. Szansa nie jest zbyt duża, ale dzisiejszy pakiet głosowań powinien nas trochę przybliżyć do celu. Znamy źródło finansowania polskich obietnic wyborczych.

Kolejna seria głosowań w Izbie Gmin

W poniedziałek podjęto decyzję, że dzisiaj na zakończenie sesji odbędzie się seria głosowań mająca na celu ustalić jakiego kształtu Brexitu oczekują członkowie Izby. Przegłosowane warianty co ciekawe będą tylko polityczna instrukcją dla rządu nie będą miały mocy prawnej. Niepokojące jest, że głosowanie w sprawie ustalenia tych głosowań rząd Theresy May przegrał po złamaniu dyscypliny partyjnej przez 30 członków Partii Konserwatywnej. Wielka Brytania ma czas do piątku na uzgodnienie warunków opuszczenia UE do 22 maja. Jeżeli to się nie odbędzie 12 kwietnia musi wyjść bez dodatkowych warunków lub poprosić o dodatkowy czas. Analitycy są niemal zgodni, że wariant z dodatkowym czasem jest obecnie najbardziej prawdopodobny.

Znamy źródło realizacji obietnic wyborczych

Szef Kancelarii Premiera poinformował, że nowe obietnice wyborcze nie naruszają reguły wydatkowej. Środki na nie pochodzić będą z uszczelnienia i usprawnienia systemu podatkowego. O ile wiemy czym jest uszczelnienie nie znamy jeszcze szczegółów usprawnienia. Zdaniem części analityków może chodzić o pomysł zniesienia limitu maksymalnej składki ZUS. Nie jest to jednak wystarczający ruch by pokryć owe wydatki. Z wypowiedzi Minister Finansów wynika z kolei, że deficyt może przejściowo wzrosnąć, ale nie powinien przekroczyć wymaganych przez Unię 3% i procedura nadmiernego deficytu nam nie grozi.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:30 – USA – pozwolenia na budowę domów,
  • 14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 15:00 – USA – indeks zaufania konsumentów Conference Board.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Na zakazie handlu najwięcej zyskały stacje paliw

Zdecydowanym wygranym zakazu handlu są stacje paliw, wynika z raportu Nielsena*. W 2018 roku sprzedaż produktów FMCG na stacjach benzynowych wzrosła aż o 23,8%, prawie dwukrotnie więcej niż w przypadku sklepów średnioformatowych. Tymczasem małe sklepy spożywcze, które miały być po części beneficjentem ustawy odnotowały spadek sprzedaży o 0,4%. O konsekwencjach ustawy w przegłosowanej przez Rząd formie alarmowała Polska Grupa Supermarketów już na początku 2018 roku.

Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów (PGS)
Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów (PGS)

Poprawki wprowadzone przez Sejm i Senat do obywatelskiej ustawy dotyczącej zakazu handlu w niedziele mogą doprowadzić do skupienia się niedzielnego handlu wokół stacji paliw oraz dworców komunikacyjnych – apelował Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów, po wdrożeniu zmodyfikowanej wersji ustawy o ograniczeniu handlu w niedzielę. Przedstawione niedawno przez Nielsena i BIG InfoMonitor dane*, potwierdzają te przewidywania.

W 2018 roku przeciętny wzrost sprzedaży produktów FMCG wynosił 4,8%. W tym czasie sprzedaż w dyskontach wzrosła o 7,4%, natomiast w sklepach średniej wielkości dwuipółkrotnie względem średniej rynkowej. Największym beneficjentem zmian były jednak stacje benzynowe. 23,8% wzrostu rok do roku to ponad pięciokrotnie wyższy wynik niż średnia.

Na przeciwległym biegunie znalazły się hipermarkety (-1,1%), których oferta z roku na rok cieszy się coraz mniejszym zainteresowaniem klientów oraz małe sklepy spożywcze (-0,4), które pierwotnie miały zyskać na zmianach legislacyjnych.

Jak wynika z badań Havas Media, Polacy czują dezorientację w związku z
„wolnymi niedzielami” – 37% osób nie jest pewna lub nie wie w które niedziele miesiąca można dokonać zakupów.

*Badania Nielsen opublikowane w dniu 19.03.2019 na łamach dziennika Rzeczpospolita (Rp.pl)

Dwa razy więcej biur trafiło do najemców niż zostało oddanych

Rok 2018 zapisał się rekordowo wysokim popytem na warszawskie biura, a szybkie tempo wzrostu katowickiego rynku pozwoliło mu wyprzedzić Poznań pod względem podaży        

W 2018 roku w największych ośrodkach biurowych w kraju do najemców trafiło przeszło 1,5 mln mkw. biur. Ponad 850 tys. mkw. powierzchni zakontraktowane zostało na rynku warszawskim, który odnotował pod tym względem najlepszy wynik w swojej historii, a na rynkach regionalnych wynajęte zostało łącznie blisko 650 tys. mkw. biur – informuje Walter Herz.

Za jedną trzecią najmu w regionach odpowiada Kraków. W stolicy Małopolski popyt sięgnął 220 tys. mkw. Wysoką chłonnością nadal wyróżniał się także rynek wrocławski, na którym w ubiegłym roku podpisano umowy na wynajem 165 tys. mkw. powierzchni. W Krakowie i Wrocławiu zakontraktowana została większość powierzchni biurowej, wynajętej poza Warszawą. Trójmiasto odnotowało swój udział w ogólnym wolumenie wynajmu na poziomie 87 tys. mkw., w Poznaniu zapotrzebowanie przekroczyło 70 tys. mkw.

Mateusz Strzelecki – Partner w Walter Herz
Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz

– Nowym zjawiskiem, jakie mogliśmy obserwować w ubiegłym roku, szczególnie widocznym na rynku warszawskim była ekspansja operatorów powierzchni coworkingowych i biur serwisowanych. Ta grupa najemców wygenerowała kilkanaście procent popytu na biura w Warszawie. Rozwój tego segmentu ma znaczący wpływ na ewolucję rynku biurowego w naszym kraju, decydujący dla jego przyszłego kształtu  – zauważa Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz.

Zasoby polskiego rynku liczą ponad 10 mln mkw. powierzchni biurowej

W minionym roku zasoby biurowe w naszym kraju zwiększyły się o prawie 750 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni. W Warszawie przybyło zaledwie 230 tys. mkw. biur, co jest najsłabszym wynikiem od kilku lat. Sukcesem mogą się jednak pochwalić rynki regionalne, które łącznie zwiększyły ofertę o około 520 tys. mkw. powierzchni.

W największych miastach w Polsce jest już ponad 10 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Najwięcej w Warszawie – ponad 5,5 mln mkw., w Krakowie 1,27 mln mkw. i we Wrocławiu 1,07 mln mkw.

– Wrocław odnotował w 2018 roku najlepszy wynik w historii, zarówno jeśli chodzi o wartość popytu, jak i nowej podaży – komentuje Mateusz Strzelecki. Na wrocławskim rynku, jak oblicza Walter Herz, przybyło w minionym roku 147 tys. mkw. biur. Wrocław, podobnie jak Kraków, który wzbogacił się w zeszłym roku o ponad 155 tys. mkw. powierzchni biurowych, dysponuje już przeszło milionem mkw. powierzchni biurowych.

– Na uwagę zasługuje również rynek katowicki, na którym podaż na koniec zeszłego roku przekroczyła 0,5 mln mkw. powierzchni. Tym samym Katowice wyprzedziły Poznań, który w ubiegłym roku zwiększył ofertę zaledwie o ponad 20 tys. mkw. i oferuje aktualnie około 480 tys. mkw. biur – dodaje ekspert Walter Herz.

Biurowa Polska w budowie

Do największych obiektów biurowych ukończonych w 2018 roku należą: Olivia Star w Gdańsku (43 tys. mkw.), Olivia Prime A w Gdańsku (29 tys. mkw.), Sagittarius Business House we Wrocławiu (25 tys. mkw.), Ogrodowa 8 w Łodzi (28 tys. mkw.), Equal Business Park C w Krakowie (23 tys. mkw.), Centrum Praskie Koneser (21 tys. mkw.) w Warszawie, Proximo II w Warszawie (20 tys. mkw.), Equator IV w Warszawie (19 tys. mkw.), O3 Business Campus III w Krakowie (19 tys. mkw.), Retro Office House we Wrocławiu (18 tys. mkw.), KTW I w Katowicach (18 tys. mkw.), czy Spokojna 2 w Lublinie (18 tys. mkw.).

W największych miastach w kraju w trakcie budowy pozostaje ponad 1,7 mln mkw. powierzchni biurowych. Około 790 tys. mkw. biur powstaje w Warszawie, z czego jak szacują analitycy Walter Herz, około 260 tys. mkw. ma zostać oddane do końca bieżącego roku. Większość z realizowanej w aglomeracji powierzchni w ciągu najbliższych dwóch, trzech lat oddana zostanie w dużych kompleksach biurowych, w których zaprojektowane zostały także budynki wysokościowe, jak na przykład Varso, The Warsaw Hub, Warsaw Unit, czy Generation Park.

Inwestycje prowadzone w regionach przyniosą wkrótce około 915 tys. mkw. powierzchni biurowej. Najwięcej nowych projektów powstaje w Krakowie (250 tys. mkw.) i we Wrocławiu (208 tys. mkw.), gdzie realizowany jest kompleks Business Garden z 90 tys. mkw. powierzchni. W Trójmieście w trakcie budowy jest 130 tys.  mkw. biur, a w Poznaniu inwestorzy zapowiadają w tym roku oddanie do użytku 110 tys. mkw. powierzchni.

Brakuje wolnych biur

Nadzwyczajna chłonność naszego ryku biurowego spowodowała, że w ciągu ostatniego roku współczynnik powierzchni niewynajętej spadł we wszystkich największych ośrodkach biznesowych w kraju do średniego poziomu 8,5 proc.

W Warszawie wskaźnik pustostanów, który utrzymuje się w podobnych granicach, nie był tak niski od wielu lat. Obiekty biurowe oddawane w stolicy są już na ogół skomercjalizowane w około 80 proc. Wyjątkiem nie są też w pełni wynajęte budynki w momencie ukończenia budowy. Świetnym przykładem jest tu będący na ukończeniu  kompleks biurowy Mennica Legacy Tower, położony przy skrzyżowaniu Prostej i Żelaznej. W skład obiektu wchodzi 130 metrowa wieża i sąsiadujący z nią 36 metrowy Budynek Zachodni, który w całości został wynajęty przez firmę WeWork, operatora powierzchni coworkingowych. Większość z ponad 65 tys. mkw. powierzchni, jaką oferuje kompleks została zaś zakontraktowana przez mBank. Porozumienie dotyczące wynajmu ponad 40 tys. mkw. powierzchni na nową siedzibę banku stanowi jedną z największych transakcji w historii rynku biurowego w Polsce.

Warszawskie projekty, które pozostają w trakcie realizacji zabezpieczone umowami najmu mają około 40 proc. powierzchni. Najtrudniej jest znaleźć wolne biura w budynkach zlokalizowanych w centralnej części miasta.

W 2018 roku współczynnik pustostanów obniżył się na wszystkich rynkach biurowych w kraju. Nawet w takich miastach jak Kraków, czy Wrocław, w których odnotowany został spory przyrost zasobów biurowych. Świadczy to bardzo dobitnie o dużym zapotrzebowaniu na powierzchnię biurową zgłaszanym przez najemców.

Czy warto kupować zamienniki tuszów do drukarek?

tuszedodrukarkibrotherKażdy właściciel drukarki atramentowej regularnie zadaje sobie pytanie, jaki tusz kupić do swojego urządzenia, by pracowało wydajnie i niezawodnie przez wiele lat. Zwolennicy oryginalnych materiałów eksploatacyjnych twierdzą, że zamienniki mogą mieć niekorzystny wpływ na działanie drukarki, jednak osoby regularnie stosujące odpowiedniki oryginalnych tuszów są zupełnie innego zdania. Komu wierzyć? Faktom.

Oryginalne tusze – wady i zalety

Przywykliśmy sądzić, że im wyższa cena produktu, tym lepsza jego jakość. W przypadku tuszów do drukarek, za oryginał zapłacimy nawet kilkadziesiąt procent więcej niż za zamiennik. Ta ogromna różnica rodzi wiele pytań, co sprawia, że właściciele drukarek patrzą na odpowiedniki podejrzliwym okiem. Jednak nie każdy może sobie pozwolić na korzystanie z oryginalnych tuszów producenta, zwłaszcza jeśli prowadzimy biuro, w którym każdego dnia drukuje się setki dokumentów. Korzystanie z oryginalnych tuszów może więc ostatecznie być nieopłacalne, a nawet szybko przekroczyć koszt samej drukarki. Oryginalne tusze polecane są więc szczególnie osobom, które drukują mało i pragną korzystać z najwyższej jakości materiałów eksploatacyjnych. Tym, co wyróżnia oryginalne tusze, jest właśnie wysoka jakość – kupując tusz z nazwą producenta drukarki, mamy 100% pewność, że będzie to produkt, który zaspokoi nasze oczekiwania. Wysoka cena oryginalnych tuszów związana jest w dużej mierze z renomą firmy, a także kosztami testów oraz kampanii reklamowych. Producent tuszu nigdy nie zdradza jego pełnego składu, a więc jakość zamienników jest naprawdę zróżnicowana. Jeśli więc szukasz odpowiedników, których jakość zbliżona jest do tej oferowanej przez producenta oryginałów, wybieraj wieloskładnikowe tusze od renomowanych firm (np. tusze Brother).

Zamienniki – dlaczego nie powinniśmy się ich bać?

Najlepsze zamienniki oryginalnych tuszów to te, które w składzie chemicznym mają najwięcej elementów. Tusz bowiem nie składa się jedynie z pigmentu i wody, lecz zawiera także polimery, konserwanty, substancje higroskopijne oraz koagulanty, które wpływają na jego jakość. Każdy producent zamienników stosuje inny skład, co możemy zauważyć w jakości wydruków. Wybierając zamienniki, warto więc nie tylko czytać skład chemiczny produktu, lecz również sugerować się renomą producenta. Do polecanych producentów zamienników zaliczamy m.in. ActiveJet, Wox, Asarto, Orink oraz JetWorld. Znani producenci odpowiedników również przeprowadzają testy na swoich tuszach, by zapewnić klientom bezpieczeństwo użytkowania i spełnić wymogi restrykcyjnych norm, takich jak ISO (testy zgodne z normą ISO/IEC 19752:2004(E) lub ISO/IEC 19798:2006 lub ISO/IEC 24711:2006.

Certyfikat ISO 9001 lub ISO 14001, gwarantujący kontrolę jakości). Zamienniki są nie tylko tańsze, lecz również bardziej wydajne, a ich skład jest niemal identyczny, co w oryginalnych materiałach eksploatacyjnych.

Gdzie kupować zamienniki?

Miejscem, w którym warto kupować zamienniki, są sklepy internetowe oferujące zarówno oryginalne tusze, jak i ich odpowiedniki. Dlaczego? Korzystając z oferty takich sklepów, masz pewność, że działają one fair i dają swoim klientom możliwość wyboru. Poza tym niektóre z nich, np. sklep internetowy DoDrukarki.pl czy Tonery-Lublin.pl umożliwiają porównanie ceny oryginału i zamiennika, podając koszt za 1 ml i określając wydajność produktu. Wybierając zamienniki, sugeruj się opiniami innych użytkowników, renomą firmy i przyznanymi certyfikatami, a będziesz miał pewność, że korzystasz z wysokiej jakości odpowiedników, które w żaden sposób nie zaszkodzą twojej drukarce.

Fatalna sytuacja gospodarcza Turcji. Co zrobi Erdogan

Drastyczny spadek rezerw walutowych Turcji i rekordowy poziom depozytów w zagranicznych walutach gospodarstw domowych spowodował silną przecenę liry. Fatalna sytuacja gospodarcza Turcji może się jeszcze pogorszyć, bo władze patrzą na rzeczywistość przez różowe okulary i perspektywę lokalnych wyborów – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Turcja jest w kryzysie. Bezrobocie wzrosło pod koniec ub.r. do poziomu 13,5 proc. i jest najwyższe od niemal 9 lat, według lokalnego urzędu statystycznego TurkStat. Poza rynkiem pracy fatalnie wygląda produkcja przemysłowa. Od września wyraźnie się obniża w ujęciu rok do roku. W grudniu spadek sięgnął 10 proc. (najgłębszy od sierpnia 2009 r.), a styczniu 7,3 proc. Sprzedaż detaliczna od ostatniego kwartału ub.r. również dramatycznie się kurczy. W styczniu zanurkowała o 6,7 proc., także w ujęciu rok do roku.

Załamanie koniunktury idealnie pokazują także dane z przemysłu motoryzacyjnego. Według TurkStat sprzedaż samochodów osobowych w styczniu spadła o 39,9 proc. w porównaniu ze styczniem 2018 r. Spadek sprzedaży autobusów i samochodów ciężarowych przekroczył 50 proc. (rok do roku).

Spadkowi koniunktury towarzyszy bardzo wysoka, sięgająca 20 proc. inflacja. Rządzący  robią jednak dobrę minę do złej gry i przed zaplanowanymi na 31 marca lokalnymi wyborami sugerują znaczną poprawę kondycji gospodarczej kraju.

OECD przewiduje głęboką recesję, a rząd przyzwoity wzrost

Jeszcze w pierwszym kwartale 2018 r. turecka gospodarka rozwijała się w tempie 7,4 proc. (rok do roku). Wtedy przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi tureckie władze były niezwykle hojne dla mieszkańców. Jak przypomina „Financial Times” w analizie pt. „Turkey’s ruling party turns to economic tricks as polls loom”, obywatele dostali rok temu prezenty w wysokości 6 mld dolarów. Gros z tych środków poszło na wypłacenie emerytalnej „trzynastki” i „czternastki” w wysokości po 1000 lir każda (ok. 850 zł w tamtym czasie) dla 13 milionów tureckich świadczeniobiorców.

Teraz sytuacja ekonomiczna jest fatalna i nie ma żadnych hojnych przedwyborczych fantów. PKB w IV kw. 2018 r. kurczyło się o 3 proc. (rok do roku), a OECD oczekuje, że spadek w całym 2019 r. wyniesie 1,8 proc. Berat Albayrak, minister finansów i prywatnie zięć prezydenta Recepa Erdogana, nie traci jednak optymizmu. W miniony piątek mówił (według agencji Bloomberg), że tureckie PKB w tym roku urośnie nawet więcej, niż przewiduje rząd, czyli ponad 2,3 proc.

Różnica pomiędzy oceną wzrostu gospodarczego przez ministerstwo finansów a szacunkami OECD jest gigantyczna i przekracza 4 pkt proc. na cały 2019 r. Wydaje się jednak, że obywatele raczej nie wierzą władzom w pozytywny scenariusz i wolą dmuchać na zimne, kupując m.in. zagraniczną walutę.

Dolarowe oszczędności nadzieją Turków

Według danych banku centralnego pomiędzy 8 i 15 marca wartość zgromadzonych depozytów w zagranicznej walucie wzrosła w Turcji o ponad 4 mld dolarów i osiągnęła rekordową wartość 175,8 mld dolarów (osoby fizyczne mają z tego 105,7 mld). To kwotowo najwyższy poziom w historii, który jednocześnie stanowi ok. 50 proc. wszystkich depozytów (dane Bloomberg). Dla porównania – w Polsce, według danych KNF za styczeń 2019 r., depozyty gospodarstw domowych wynosiły 843 mld zł. Tylko 92,5 mld zł (11 proc.) było zdeponowane w innej walucie niż w złotym.

Z drugiej strony rezerwy walutowe netto tureckiego banku centralnego obniżyły się w badanym tygodniu o ponad 3,5 mld dolarów do 28,5 mld USD, co według szacunków agencji Bloomberg było największym spadkiem od pięciu lat.

W odpowiedzi na te doniesienia turecka lira osłabiała się ubiegły piątek o 5 proc. Wprawdzie w poniedziałek większość strat udało się odrobić, ale sytuacja pozostała napięta. Partia prezydenta Erdogana (AKP), zaczyna tracić poparcie w wielkich miastach. Opozycyjni kandydaci mają coraz większą szansę wygrać w Ankarze czy Stambule. Jakie byłyby tego skutki?

Wybuchowa mieszanka

W razie porażki rządzącej koalicji AKP i MHP w lokalnych wyborach Erdogan, znany z niechęci do wysokich stóp procentowych, mógłby wywoływać presję na bank centralny, by ten obniżył koszty kredytu. Również rząd mógłby poluźnić pasa i wycofywać się z polityki kryzysowych oszczędności. To byłaby jednak wybuchowa mieszanka dla liry.

Z jednej strony zagraniczni inwestorzy staliby się jeszcze bardziej nerwowi, czego przykład widzieliśmy w piątek, a z drugiej strony spanikowani obywatele dalej lokolowaliby oszczędności w dolarach. W rezultacie znacznie wzrosłoby ryzyko nowej fali silnego osłabienia liry.

Nowy kapitał może zainwestować w nieruchomości nawet 2,5 biliona dolarów do 2020 roku

Jak wynika z najnowszego raportu Colliers International „Global Capital Diversification: Europe in Context”, na całym świecie rośnie wartość kapitału inwestowanego w nieruchomości. To wynik większego apetytu inwestorów instytucjonalnych oraz pojawienia się nowych źródeł kapitału.                                             

W 2018 roku wartość inwestycji w nieruchomości dokonanych przez globalne instytucje osiągnęła co najmniej 840 mld dolarów. Kolejne 370 mld dolarów pochodzące z funduszy zamkniętych czeka na zainwestowanie w tego typu aktywa w roku 2019. Wartość inwestycji może podwoić się z uwagi na rosnący wpływ lokalnych inwestorów i rodzinnych funduszy majątkowych, gdyż aktualnie stanowią one zaledwie 10,4% kwot zainwestowanych w nieruchomości. Wartość nowego kapitału, który może zostać zainwestowany w nieruchomości do 2020 roku, może sięgnąć 2,5 biliona dolarów.

Nowe źródła kapitału

Globalna wartość zarządzanych nieruchomości („REAUM” – Global real estate assets under management) podwoiła się w drugiej połowie cyklu inwestycyjnego od 2014 r., a 100 największych globalnych podmiotów zarządzających funduszami zwiększyło REAUM z 1,6 do 3 bilionów dolarów. Jednak wzrost REAUM dla 10 czołowych funduszy był wolniejszy niż dla 100 kluczowych funduszy (odpowiednio 60% i 88%), wskazując na rosnące zróżnicowanie kapitału.

Z dodatkowych 298 funduszy nieruchomości zamkniętych w ubiegłym roku, w połączeniu z istniejącymi zbywalnymi papierami wartościowymi, większość pieniędzy jest teraz alokowana w transakcje oportunistyczne. Na przeciwnym, czyli bardziej defensywnym biegunie ryzyka widać dalszy rozwój funduszy dłużnych, których kapitał w marcu 2019 roku wynosi około 61 mld dolarów. Przeprowadzona przez Colliers International analiza globalnych inwestorów, pokazuje, że co najmniej dwie trzecie z nich już zainwestowało lub aktualnie inwestuje większe środki w instrumenty dłużne, z których część dedykowana jest działalności deweloperskiej.

— Pomimo nieznacznego spowolnienia wzrostu gospodarczego i działalności inwestycyjnej wartość zarządzanych na całym świecie aktywów nieruchomościowych nadal rośnie, podobnie jak inwestowane w nie środki. Choć inwestorzy są bardziej ostrożni ze względu na niepewność związaną z Brexitem oraz rosnące napięcia między Chinami i USA, nadal pojawiają się nowe źródła globalnego kapitału mimo konsolidacji wśród większych podmiotów zarządzających funduszami nieruchomościowymi. Główne źródła aktywnego na całym świecie kapitału pozostają w rękach instytucji i podmiotów typu private equity, ale przez kolejne pięć lat obserwować będziemy oznaki zmian w tym obszarze, gdyż zainteresowanie sektorem nieruchomości będzie rosło wśród inwestorów rodzinnych i państwowych funduszy majątkowych. Kolejnym ważnym trendem, który obserwujemy, jest rosnące zainteresowanie branżą logistyczną i budownictwem mieszkaniowym, które były najszybciej rozwijającymi się sektorami w Europie i na całym świecie. Znacznie wzrosło zainteresowanie działalnością deweloperską, gdyż w dobie ograniczonej dostępności pojawia się potrzeba inwestowania w nowy produkt, a spadające stopy zwrotu zmniejszą dochodowość dotychczasowych aktywów – komentuje Richard Divall, dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w regionie EMEA w Colliers International.

Europa na radarze inwestorów

Bezpośrednim beneficjentem rosnącej dywersyfikacji globalnego kapitału jest Europa, szczególnie pod względem nowego kapitału z Azji, który stanowi 30% inwestycji zagranicznych i pochodzi głównie z Korei, Singapuru i Hongkongu. Rośnie też zainteresowanie europejskim rynkiem inwestorów z Japonii i Australii. Przewidujemy, że kapitału azjatyckiego będzie w Europie coraz więcej ze względu na hedging i korzystne różnice kursowe.

Te same korzyści hedgingowe dotyczą także kapitału z Ameryki Północnej, którego znacząca ilość napłynęła do Europy w 2018 r. Zdaniem ekspertów Colliers trend ten będzie kontynuowany także w tym roku. Pięć z sześciu krajów, do których w 2018 roku trafiało najwięcej kapitału z USA, to kraje europejskie: Hiszpania, Wielka Brytania, Francja, Niemcy i Holandia, a szczególnie stolice, tj. Madryt, Londyn, Paryż i Amsterdam.

Kapitał napływał głównie do światowych metropolii. Najwięcej trafiło do Nowego Jorku i Londynu, a zaraz potem do Los Angeles, Tokio i Paryża. Do elitarnego klubu dziewięciu miast, w których podczas ostatniego cyklu zainwestowano ponad 100 mld dolarów, dołączyły jeszcze cztery rynki: Hongkong, Waszyngton, San Francisco i Chicago.

— Widocznym trendem obserwowanym w wielu światowych metropoliach jest rosnący napływ kapitału zagranicznego, przy czym widać tu znaczne różnice geograficzne. Miastem zdecydowanie wyróżniającym się pod tym względem jest Londyn, w którym około 70% inwestycji finansowanych realizuje kapitał zagraniczny pochodzący z obu Ameryk, Azji i Europy. Na drugim biegunie znajduje się wiele miast amerykańskich m.in. Nowy Jork, mimo że środkowy Manhattan nadal przyciąga międzynarodowy kapitał i odpowiada za prawie 45% działalności inwestycyjnej w ostatnich latach, wchłaniając kapitał z Europy i Azji — mówi Damian Harrington, dyrektor Działu Badań Rynku na region EMEA w Colliers International.

Jeżeli chodzi o Europę, kolejną dużą grupę odbiorców kapitału tworzą czołowe miasta niemieckie, tj. Berlin, Monachium i Frankfurt, oraz stolica Szwecji – Sztokholm. Od 2008 roku zainwestowano tam od 50 do 100 mld dolarów. Ponadto widać rosnące zainteresowanie Madrytem i Amsterdamem.

— Rola kapitału zagranicznego w europejskich miastach nadal rośnie i w zależności od regionu utrzymuje się na poziomie 50% lub znacznie wyższym. Choć fundusze mające swą siedzibę w Europie i regionie EMEA nadal mają pozycję dominującą, a istotną rolę odgrywają wszędzie inwestorzy z Ameryki Północnej, to widać rosnącą aktywność kapitału azjatyckiego nie tylko na tak popularnych rynkach jak Niemcy, Wielka Brytania czy Paryż, ale też w Amsterdamie, Madrycie, Lizbonie, Helsinkach i Warszawie. Wraz ze wzrostem roli kapitału azjatyckiego oraz dywersyfikacji inwestorów oczekujemy, że coraz więcej kapitału napłynie do wielu  kluczowych europejskich miast, szczególnie tych, które mają do zaoferowania atrakcyjne produkty inwestycyjne — dodaje Damian Harrington.

Polska na tle Europy

— Polska, lider Europy Środkowej, najszybciej rozwijająca się gospodarka europejska, stała się na dobre częścią globalnego rynku nieruchomości komercyjnych. Wysoki wzrost PKB i mocne perspektywy makroekonomiczne przyciągają międzynarodowych inwestorów zarówno z tradycyjnych kierunków – Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych, jak i nowych – Republiki Południowej Afryki, krajów dalekiej Azji – Korei Południowej, Chin, Singapuru, Malezji czy też Japonii — mówi Marcin Mędrzecki, dyrektor w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego Colliers International.

Z uwagi na zastanawiająco niską aktywność inwestorów polskich 98% kapitału (ponad 16 mld Euro) w ciągu ostatnich trzech lat w Polsce zainwestowały podmioty zagraniczne. W Warszawie, największym rynku Europy Środkowej poziom tych inwestycji, w tym okresie, wyniósł 5 mld Euro.

— Pomimo spadku obrotów na rynku nieruchomości komercyjnych globalnie oraz w Europie, Polska odnotowała wzrost 40% rok do roku – z 5,2 mld Euro w 2017 do 7,2 mld Euro w 2018. O 5% w tym okresie zwiększyły się obroty w Europie Środkowej (CEE-6). Biorąc pod uwagę opisane w raporcie trendy oczekiwać można, iż aktywność różnych typów inwestorów globalnych na rynku CEE-6 i Polski w nadchodzących latach będzie nadal rosnąć – dodaje Marcin Mędrzecki.

— Polska wyróżnia się na tle Europy Środkowej nie tylko rozwijającą się w sposób ciągły gospodarką czy dużym rynkiem wewnętrznym, ale także niewielką ilością rodzimego kapitału, który inwestuje w nieruchomości komercyjne. Podczas gdy w 2018 roku kapitał rodzimy w transakcjach zrealizowanych w Polsce stanowił zaledwie 2%, na Słowacji było to ponad 20%, a w Czechach i na Węgrzech ponad 60%. Ten faktor dodatkowo umacnia pozycję kapitału międzynarodowego, który jest zainteresowany inwestowaniem w nieruchomości w Polsce. Kapitał ten pochodzi już od lat z kierunków takich, jak Ameryka czy Europa Zachodnia. Od kilku lat na dobre zadomowił się także kapitał z RPA, a aktualnie wyraźnie wysoka jest aktywność kapitału z Azji. Zauważamy także rosnący trend w sektorze nabycia spółek nieruchomościowych, a także tworzenia joint venture między nowo napływającym kapitałem, a firmami lokalnymi, typu asset management czy investment management, działającymi w regionie, szczególnie w Polsce. Rośnie także zainteresowanie ze strony funduszy, które chętnie inwestują w spółki giełdowe — wyjaśnia Dorota Wysokińska-Kuzdra, partner, dyrektor Działu Corporate Finance CEE w Colliers International.

Dodatkowe zobowiązanie podatkowe, czyli kolejne sankcje podatkowe

Od 1 stycznia 2019 r. dopisano do Ordynacji podatkowej nowy rozdział: „Dodatkowe zobowiązanie podatkowe”. Nazwa dość zwyczajna, niebudząca na pierwszy rzut oka protestu. Rozdział ten jednak tylko z nazwy brzmi łagodnie. W rzeczywistości jest to dodatkowa „sankcja” podatkowa.

Nowy rok, nowe sankcje

Zmiana Ordynacji podatkowej w 2019 r. jest kolejną odsłoną walki z unikaniem opodatkowania. Jednym z wyrazów tej walki jest dodany rozdział 6a „Dodatkowe zobowiązanie podatkowe”. Niby tylko kilka przepisów, ale jakże istotnych dla podatnika. Nie od dziś wiadomo, że klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania ma charakter na tyle otwarty, że właściwie każde, nawet zgodne z prawem minimalizowanie swoich zobowiązań publicznoprawnych może zostać potraktowane właśnie jako „unikanie opodatkowania”. Według projektodawcy jednak sama klauzula to za mało. W uzasadnieniu do projektu czytamy, że choć klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania miała stanowić formę prewencji, to jednak „trudno uznać, że konsekwencje zastosowania przedmiotowej klauzuli zniechęcają obecnie podatników do unikania opodatkowania”.

Analizując przepisy art. 58a-58e Ordynacji podatkowej, nie trudno zauważyć, że „dodatkowe zobowiązanie podatkowe” jest zwykłą karą dla podatnika, wobec którego przeprowadzono postępowanie, w efekcie którego wydano decyzję, stosując przepisy dot. unikania opodatkowania, cen transferowych czy też środki ograniczające umowne korzyści. Jakkolwiek nowego rozdziału w ustawie nie nazwano (nie bez powodu zresztą) mianem „dodatkowych sankcji podatkowych”, to w uzasadnieniu do projektu wprost posłużono się dość wymownym cytatem: „(…) na ogół nie uda się odstraszyć złodziei, przez wymaganie, aby wtedy, kiedy udało się ich złapać, musieli oddać, co ukradli. W celu odstraszenia złodziei prawo musi ustanowić wystarczające kary, tak by oczekiwana korzyść netto z przestępstwa była dla przestępcy ujemna” (por. R. Cooter, T. Ulen, Ekonomiczna analiza prawa, Wydanie II C.H. Beck, Warszawa 2011, s. 598)”.

Istota dodatkowego zobowiązania podatkowego

Na czym więc polega sankcja? W przypadku, w którym organ podatkowy wydaje decyzję w oparciu o przepisy klauzuli o unikaniu opodatkowania, dot. cen transferowych lub z zastosowaniem środków ograniczających umowne korzyści, ustala on (obowiązkowo!) dodatkowe zobowiązanie podatkowe, które odpowiada ułamkowi stwierdzonej w postępowaniu korzyści podatkowej. Innymi słowy, podatnik, wobec którego zostanie wydana decyzja z zastosowaniem ww. przepisów, będzie obowiązany nie tylko „zwrócić korzyść majątkową”, czyli zapłacić zobowiązanie podatkowe główne (wraz z odsetkami), ale również karę, która będzie stanowiła pewien procent od tej korzyści.

Jaki to będzie procent? Jeśli decyzja będzie dotyczyła PIT lub CIT, będzie to „10% sumy nienależnie wykazanej lub zawyżonej straty podatkowej i niewykazanego w całości lub w części dochodu do opodatkowania”. Jeśli natomiast decyzja zostanie wydana w oparciu o klauzulę przeciwko unikaniu opodatkowania i będzie dotyczyła innego podatku niż PIT i CIT, będzie to aż 40% kwoty korzyści podatkowej. To jednak nie wszystko. Powyższa kwota sankcji może zostać podwojona, a w niektórych przypadkach nawet potrojona, jeśli: (a) podstawa do jej ustalenia przekracza 15 000 000; (b) nie upłynęło 10 lat od końca roku kalendarzowego, w którym podatnikowi lub (c) płatnikowi doręczono ostateczną decyzję z zastosowaniem ww. przepisów lub środków; strona nie przedłożyła organowi podatkowemu dokumentacji podatkowej.

Klauzula dobrej wiary jako możliwość odstąpienia od nałożenia sankcji

Prawodawca nie jest jednak bez serca. Dał organom podatkowym możliwość odstąpienia od nałożenia sankcji, jeśli podatnik działał w dobrej wierze, tj. „pozostawał w błędnym, ale usprawiedliwionym przekonaniu o zgodności uzyskanej przez niego w danych okolicznościach korzyści podatkowej z przedmiotem i celem ustawy podatkowej lub jej przepisu”. Co ma świadczyć o działaniu w dobrej wierze? To też zostało uregulowane. Niby katalog otwarty przesłanek dobrej wiary, ale… brak prowadzenia działalności gospodarczej albo prowadzenie takiej w niewielkich rozmiarach. Dlaczego akurat tak? Bo według ustawodawcy od takiej osoby nie można rozsądnie oczekiwać, że skorzystała z pomocy profesjonalisty w kwestii skutków podatkowych danej czynności. Pytanie jednak, co według prawodawcy oznacza „działalność gospodarcza niewielkich rozmiarów”? Jest to pojęcie niejasne, zatem będziemy musieli poczekać na interpretację… NSA?

Cel nowych regulacji – czy aby na pewno prewencja?

Nie trudno zauważyć, że obecnie wykorzystywana jest każda możliwa okazja do pozyskania jak największej ilości pieniędzy dla Skarbu Państwa. Według prawodawcy przepisy, o których mowa powyżej, mają działać prewencyjnie, aby zniechęcić do stosowania mechanizmów unikania opodatkowania (bo klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania nie wykazuje się dostatecznymi wynikami), a także stosowania nierynkowych cen z podmiotami powiązanymi. Czas pokaże, czy tak się jednak stanie. Wszystkie wprowadzane rozwiązania dają z pewnością do myślenia, czy jednak na temat zaniechania działań zmierzających do zminimalizowania obciążeń publicznoprawnych, czy raczej do zastanowienia się nad zmianą miejsca centrum interesów życiowych i gospodarczych? Jest to z pewnością kwestia do przemyślenia dla każdego przedsiębiorcy.

Póki co istnieje jeszcze kilka zgodnych z prawem sposobów na obniżenie podatków, z których można bez obawy skorzystać (np. ulgi podatkowe). Aby jednak z nich skorzystać, trzeba o nich wiedzieć. Dlatego rozsądnie jest zasięgnąć opinii profesjonalisty. Kto wie, co przyniesie przyszłość. Uszczelnianie systemu podatkowego trwa i nie wiadomo, jakie jeszcze regulacje wejdą w życie i jak bardzo jeszcze obroża zostanie zaciśnięta na szyjach przedsiębiorców.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ransomware LockerGoga sparaliżował światowego producenta aluminium

Systemy informatyczne międzynarodowego producenta aluminium Norsk Hydro zostały 18 marca zaatakowane przez znany od niedawna rodzaj ransomware[1] o nazwie LockerGoga. Złośliwe oprogramowanie sparaliżowało działanie firmy, która swoje oddziały ma także w Polsce. Pracownicy części zakładów musieli przejść w tryb ręcznego sterowania.

Badacze z laboratorium F-Secure Labs ustalili, że złośliwe oprogramowanie LockerGoga zmienia hasło użytkownika na „HuHuHUHoHo283283@dJD”. Następnie  wylogowuje go i wymagaja podania nowego hasła. Po uzyskaniu uprawnień administratora szyfruje pliki dodając im rozszerzenie „.locked”. Na pulpicie pojawia się notatka README_LOCKED.TXT, z żądaniem okupu za odszyfrowanie danych.

Tom Van de Wiele, główny konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure
Tom Van de Wiele, główny konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure

Atak na międzynarodową firmę przemysłową może nieść konsekwencje nie tylko gospodarcze, ale i polityczne. Złośliwe oprogramowanie typu ransomware zazwyczaj jest dla przestępców sposobem na szybki zarobek. Może jednak zostać użyte jako zasłona dymna, która odwróci uwagę od ukierunkowanego ataku o bardziej dotkliwych skutkach – wskazuje Tom Van de Wiele, główny konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure.

Prawie połowa (47%) cyberataków wymierzonych w branżę przemysłową to kradzież własności intelektualnej w celu zyskania przewagi konkurencyjnej. 53% ataków dokonują przy tym podmioty powiązane z rządami państw[2].

Wyzwaniem wśród producentów jest łączenie systemów IT z automatyką przemysłową (ang. Operational Technology, OT). Zwiększanie przepływu danych pomiędzy nimi naraża maszyny i całe procesy produkcyjne na cyberzagrożenia. Wiele systemów OT nie posiada zabezpieczeń, gdyż powstały przed pojawieniem się obecnie znanych cyberzagrożeń. Aktualizacje nie zawsze są możliwe, ponieważ wiele systemów musi działać przez całą dobę. System warty miliony i zaprojektowany na dziesięciolecia pracy nie może w łatwy sposób zostać zastąpiony nowym – nawet jeśli uzna się go za zagrożony.

Norsk Hydro to międzynarodowe zakłady przemysłowe, z którymi współpracuje duża liczba dostawców usług. Źródłem naruszenia może być luka w systemie firmy lub zewnętrznej sieci dostawcy. Niewykluczone również, że jeden z pracowników otrzymał e-mail ze złośliwym załącznikiem. Z pewnością zawiodła jednak odpowiednia separacja systemów informatycznych od produkcyjnych – wskazuje Tom Van de Wiele, główny konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure.

W ostatnim czasie ransomware tracił na znaczeniu – liczba nowych zagrożeń tego typu spadła z prawie 350 tys. końcem 2017 roku do około 64 tys. w I kw. 2018 roku[3]. Doniesienia związane z Norsk Hydro mogą świadczyć jednak o bardziej przemyślanym dobieraniu celów przez cyberprzestępców.

[1] Ransomware – oprogramowania szyfrujące dane i żądające okupu.

[2] https://enterprise.verizon.com/resources/reports/dbir/

[3] Według AV-TEST Security Report 2017-2018.

Wyważone, ale konstruktywne perspektywy rynkowe

Zważywszy na skalę korekt na wielu rynkach w 2018 r. sądzimy, że wiele czynników ryzyka znalazło już odpowiednie odzwierciedlenie w wycenach na światowych rynkach akcji. Zamierzamy wykorzystać spodziewaną zmienność do wyszukiwania atrakcyjnych możliwości inwestycyjnych w obecnych warunkach rynkowych.

Zmienność

Zmienność zwykle rośnie wraz ze stopami procentowymi, a stopy procentowe niewątpliwie poszły w górę w 2018 r. Zmienność poszła mocno w górę w porównaniu z historycznymi minimami z 2017 r. i mamy wrażenie, że wahania rynkowe zostały dodatkowo nasilone przez narastające ryzyko polityczne oraz oznaki spadku tempa globalnej gospodarki, na czele z Chinami, rynkami wschodzącymi, a w pewnym stopniu także Europą.

Zmienność zwykle rośnie pod koniec cyklu rynkowego, a po 10 latach ekspansji ekonomicznej i wzrostów na rynkach akcji sądzimy, że inwestorzy powinni przewidywać jeszcze bardziej wzmożoną zmienność
w przyszłości. Niemniej jednak zmienność sama w sobie nie powinna być powodem do obaw dla długoterminowych inwestorów. Wierzymy natomiast, że może oferować korzystne możliwości zamykania pozycji, które osiągnęły pełną wycenę, a także powiększenia pozycji wyprzedanych. Dla wielu inwestorów, którzy słusznie koncentrują się w coraz większym stopniu na bilansach spółek, rynkowe wahania to także okazja do poprawy jakości portfeli.

Należy zrozumieć, że nasze podejście do wartości jest odmienne od typowego podejścia w branży oraz koncepcją leżącą u podstaw benchmarków tego segmentu rynku. Benchmarki reprezentujące styl inwestowania oparty na wartości budowane są na podstawie danych historycznych i porównania obecnych cen akcji z przeszłymi wskaźnikami fundamentalnymi. My definiujemy wartość, kierując się przyszłościowym podejściem i koncentrujemy się na akcjach, których wyceny są najniższe na tle ich rzeczywistej wartości, która ma niewiele wspólnego z danymi o zyskach czy wartości księgowej
za poprzedni rok, a więcej z perspektywami rysującymi się przed wskaźnikami fundamentalnymi.

Inwestycje zorientowane na wartość

5-6 ostatnich lat było bardzo trudnym okresem dla inwestorów koncentrujących się na wartości, głównie w związku z polityką pieniężną dominującą po globalnym kryzysie finansowym.

Gdy koszt pieniądza zbliża się do zera, wyceny oparte na czynnikach fundamentalnych nie stanowią takiego ograniczenia, jak w bardziej normalnych warunkach, dlatego inwestowanie oparte na poszukiwaniu ukrytej wartości jest bardzo trudne. Obecnie znajdujemy się, naszym zdaniem, na końcowym etapie tego cyklu. Koszt pieniądza rośnie, odzwierciedlając fakt, że system finansowy jest obecnie znacznie bezpieczniejszy i parawan ochronny w postaci zerowych kosztów pieniądza nie jest już potrzebny. W ten sposób wyceny wracają na poziomy zbliżone w większym stopniu do normalnych.

Stany Zjednoczone

Koncentrujemy się na wycenach, a wyniki naszych analiz pojedynczych papierów sugerują, że rynek amerykański od pewnego czasu jest dość drogi. W jakim kierunku będzie teraz zmierzał rynek amerykański? Rynek amerykański przez ostatnią dekadę znacząco wyprzedzał rynki z innych regionów, a w ubiegłym roku ta przewaga szybko rosła dzięki cięciom podatków od dochodów przedsiębiorstw, sprowadzaniu do kraju zysków wypracowanych na rynkach zagranicznych oraz wykupowi akcji przez wiele spółek. Pomimo niedawnych sygnałów ze strony Rady Gubernatorów Rezerwy Federalnej („Fedu”), które mogą zapowiadać wstrzymanie podwyżek stóp procentowych, cykl gospodarczy w Stanach Zjednoczonych dojrzewa.

Warto przypomnieć, że Stany Zjednoczone były pierwszą dużą gospodarką, która wkroczyła w recesję na początku globalnego kryzysu finansowego, a potężna stymulacja pomogła wyjść z tych trudności obronną ręką. Z jednej strony bieżąca ekspansja jest zatem najdłuższa w historii, ale jednocześnie jest jedną z najsłabszych. Z drugiej strony zbliżamy się do pełnego zatrudnienia przy niskiej inflacji, a korzyści płynące z ubiegłorocznej stymulacji budżetowej wprowadzonej przez administrację prezydenta Trumpa prawdopodobnie osłabną.

Wojny handlowe

Na przestrzeni czterech ostatnich dziesięcioleci otwarcie różnych gospodarek i ekspansja światowego handlu miały ważny wkład w globalny wzrost gospodarczy. Obecna wojna handlowa pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami oraz inne potyczki pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a ich ważnymi partnerami handlowymi tylko nasilają niepewność i ciążą na globalnym wzroście.

Stany Zjednoczone nałożyły cła na chiński eksport o łącznej wartości 350 mld USD, co przekłada się na spadek tempa rozwoju chińskiej gospodarki i ma niekorzystny wpływ na partnerów handlowych z rynków wschodzących i Europy. Konsekwencje dla gospodarki amerykańskiej były najmniej dotkliwe, ale wyższe cła na import mają pewien wpływ na wzrost inflacji w Stanach Zjednoczonych, podwyższają marże spółek i są przerzucane na amerykańskich konsumentów.

Obecnie trwa 90-dniowa przerwa w negocjacjach handlowych Stanów Zjednoczonych z Chinami, która potrwa do 1 marca; inwestorzy mają nadzieję, że zważywszy na presję ekonomiczną w Chinach
i perspektywy słabnącego wzrostu w Stanach Zjednoczonych obydwie strony będą się starały dojść do porozumienia na jakimś etapie bieżącego roku.

Rynki wschodzące

Ubiegły rok był trudnym okresem dla większości rynków wschodzących, które radziły sobie generalnie słabiej od rynków rozwiniętych. Przyglądamy się pozycjom z rynków wschodzących w kontekście wycen spółek, ryzyka makroekonomicznego oraz czynników krajowych, włącznie z kursami walut. Spodziewana zmiana polityki Fedu może sprzyjać złagodzeniu kursu dolara, które z kolei byłoby korzystne dla walut z rynków wschodzących, a rozbieżności pomiędzy stopami wzrostu gospodarczego mogłyby działać na korzyść rynków wschodzących w kolejnych miesiącach roku. Niemniej jednak dla nas wszystko sprowadza się do wyceny danej spółki, jej potencjału wzrostowego i związanego z nią ryzyka.

Brexit

Głosowanie nad proponowanym przez brytyjską premier Theresę May porozumieniem w sprawie Brexitu zakończyło się największą porażką rządu w historii brytyjskiego parlamentaryzmu. Premier May zdołała jednak wyjść obronną ręką z głosowania nad wotum nieufności. W tym wyjątkowym okresie funt brytyjski się umocnił, odzwierciedlając coraz bardziej powszechne oczekiwania, że Wielka Brytania pójdzie drogą łagodnego Brexitu, całkowicie z Brexitu zrezygnuje lub otrzyma możliwość pewnego rozszerzenia art. 50.

Niezmiennie uważamy, że praktycznie nie da się przewidzieć konsekwencji Brexitu i trzeba brać pod uwagę wszystkie możliwe scenariusze (łącznie z brakiem porozumienia). Niezależnie od ostatecznego rozwoju wydarzeń Wielka Brytania będzie zmagać się z niepewnością do czasu, aż ta kwestia o krytycznym znaczeniu zostanie rozwiązana.

Cały czas poszukujemy wartości, jednak nie znajdujemy jej zbyt wiele wśród krajowych spółek brytyjskich. Dostrzegamy wartość w dużych koncernach międzynarodowych, których wyceny zostały zaniżone pod wpływem Brexitu, a które nie powinny odczuć negatywnych konsekwencji żadnego z tych scenariuszy.

Europa

Jeżeli odłożymy na bok wydarzenia polityczne z pierwszych stron gazet, zauważymy, że ubiegłoroczna wyprzedaż na europejskich rynkach akcji miała podłoże większym stopniu emocjonalne niż fundamentalne. Skala osłabienia akcji spółek europejskich, w tym, w szczególności, spółek o charakterze cyklicznym, przypominała spadki zwykle związane z warunkami ujemnego wzrostu gospodarczego
i recesji.

Wprawdzie wzrost rzeczywiście zwalniał w ubiegłym roku, ale dane ekonomiczne wyraźnie sygnalizowały ekspansję, a stopa wzrostu produktu krajowego brutto utrzymała się na terytorium dodatnim. Jeżeli chodzi o perspektywy na przyszłość, wskaźniki wyprzedzające koniunkturę w Europie mogą właśnie notować poziomy odbicia w warunkach poprawy w obszarze stanów magazynowych i umiarkowania aprecjacji euro.

Co więcej, europejska gospodarka jest znacznie silniej powiązana z gospodarką światową, a obecnie dostrzegamy sygnały stymulacji w Chinach i szanse na wstrzymanie normalizacji polityki pieniężnej przez Fed, a także nawet bardziej „gołębiego” nastawienia Europejskiego Banku Centralnego. Wszystkie te czynniki mogą być sprzyjające dla Europy.

Sytuacja polityczna w Europie wciąż jest bardzo niepewna, jednak uważamy, że wiele spośród obecnych problemów powinno zostać rozwiązanych do połowy roku. Europa ma za sobą długą historię przezwyciężania kolejnych kryzysów politycznych. Tymczasem akcje spółek europejskich miały najniższe wyceny na tle wszystkich najważniejszych regionów (według danych na koniec roku), a przedsiębiorstwa nadal generują i zwiększają zyski.

Energetyka

W 2018 r. ceny ropy spadły, gdy producenci z Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC) i Stanów Zjednoczonych zwiększyli produkcję, a eksport z Iranu nie spadł tak mocno, jak oczekiwano, po nałożeniu sankcji przez Stany Zjednoczone. Światowa podaż przewyższała słabnący globalny popyt, a ceny ropy zareagowały spadkiem.

7 grudnia 2018 r. OPEC podjęła decyzję o zmniejszeniu produkcji, co powinno przyczynić się do przywrócenia równowagi na rynkach energii. Do sektora energetycznego nadal mamy defensywne podejście. Duże globalne zintegrowane koncerny naftowe oferują wysokie dochody z dywidendy, które mają, według nas, dostateczne pokrycie dzięki dyscyplinie kapitałowej i rosnących przepływach pieniężnych. Obecnie zaczynamy poszukiwać nowych okazji we wrażliwych na zmiany cen segmentach rynku energetycznego po solidnej korekcie w tym obszarze.

Ochrona zdrowia

Ochrona zdrowia należała w ubiegłym roku do najprężniejszych sektorów rynku akcji, jednak warto przypomnieć, że w 2017 r. znajdowała się wśród sektorów najsłabszych, a wręcz radziła sobie słabiej przez kilka kolejnych lat poprzedzających 2018 r. Ceny akcji w tym sektorze znacząco spadły pod wpływem kilku różnych źródeł obaw takich jak konsolidacja rynku podmiotów zarządzających świadczeniami farmaceutycznymi, doniesienia o nadmiernych podwyżkach cen leków, dążenia administracji Trumpa
i Kongresu do obniżania cen czy informacje o realizowanych przez przedsiębiorstwa farmaceutyczne złożonych strategiach unikania zobowiązań podatkowych.

Wszystkie te czynniki ryzyka wciąż są aktualne, ale zamiast skupiać się na tych pesymistycznych doniesieniach, rynek koncentrował się na tym, co my także dostrzegamy, czyli kombinacji defensywnego podejścia, wzrostu i atrakcyjnych wycen. Nasze prognozy dla tego sektora wciąż są optymistyczne.

Podobnie jak w przypadku dóbr konsumpcyjnych pierwszej potrzeby, popyt na wyroby i usługi farmaceutyczne jest w dużej mierze stabilny i przewidywalny. Niemniej jednak, w odróżnieniu od tych dwóch sektorów, przemysł farmaceutyczny nie jest wyłącznie akcyjnym odpowiednikiem rynku obligacji, oferuje defensywny profil inwestycji niezależnie od wahań stóp procentowych i ma, według nas, wciąż atrakcyjne wyceny. Sądzimy, że sektor ten oferuje także światowej klasy innowacje i nadal niezrealizowany potencjał rynkowy.

Perspektywy

W 2019 r. globalna gospodarka powinna nadal rosnąć w umiarkowanym tempie. Ożywienie wzrostu w Chinach może nastąpić nieco później w tym roku, jeżeli stymulacja pieniężna i budżetowa zostanie utrzymana, a w szczególności jeżeli osłabną napięcia w handlu.

Sytuacja gospodarek europejskich może się poprawić wraz z przyspieszeniem wzrostu w Chinach, a także, co istotne, jeżeli uspokoi się sytuacja polityczna we Włoszech, Francji i Wielkiej Brytanii. Gospodarka Stanów Zjednoczonych powinna nieco zwolnić, co może być konsekwencją zawieszenia działalności rządu, bieżącej niepewności wokół wojen handlowych oraz niesłabnącego zamieszania politycznego, jak również jednorazowego korzystnego wpływu cięć podatkowych. Taka sytuacja może skłonić Fed do wstrzymania zaostrzania polityki pieniężnej, co z kolei powinny przynieść pewną ulgę gospodarce amerykańskiej i rynkom światowym.

Uważamy, że wiele spośród trudności z 2018 r. może w 2019 r. osłabnąć lub wręcz odmienić się na lepsze — wojna handlowa z Chinami może się uspokoić lub zakończyć, Brexit może mieć łagodniejsze konsekwencje lub wręcz w ogóle nie nastąpić, a podwyżki stóp procentowych mogą zostać wstrzymane i inne banki centralne mogą zasilać rynki dodatkową płynnością.

Uważamy zatem, że wszelkie pozytywne zmiany będą dobrze przyjęte przez rynki, biorąc pod uwagę jak wiele niekorzystnych czynników zostało już w pełni uwzględnionych w wycenach akcji — w szczególności poza rynkiem amerykańskim.

Korzystny wpływ na wyniki w innych częściach świata może mieć ewentualne osłabienie dolara amerykańskiego, które zwykle towarzyszy przyspieszeniu wzrostu poza Stanami Zjednoczonymi na tle dynamiki gospodarki amerykańskiej.

Należy jednak pamiętać, że w 2019 r. nie unikniemy ryzyka. Mamy za sobą jeden z najdłuższych okresów ekspansji gospodarczej i rynkowej w historii, co oznacza większe ryzyko wzrostu inflacji i stóp procentowych, a także dojrzewania cyklu i ostatecznie spadku dynamiki wzrostu gospodarczego.

Ryzyko polityczne wciąż jest wysokie, zważywszy na pogłębiającą się przepaść pomiędzy najzamożniejszymi i najuboższymi na całym świecie. Odejście od globalizacji oznacza radykalną zmianę sytuacji dla większości gospodarek. Skrajnie wysokie poziomy zadłużenia rządowego tylko zwiększają to ryzyko.

Aby zatem możliwie najlepiej poradzić sobie ze wzmożoną zmiennością, zamierzamy nadal koncentrować się na inwestowaniu w spółki o przyzwoitych fundamentach, solidnych lub poprawiających się bilansach, mierzalnym ryzyku i zaniżonej wycenie w pełni, lub wręcz przesadnie odzwierciedlającej wszystkie wspomniane czynniki. Ogólnie rzecz biorąc, nasze prognozy na 2019 r. są ostrożne, ale optymistyczne.

Autorzy komentarza:

Antonio (Tony) Docal, CFA
Director of Portfolio Management
Templeton Global Equity Group

Heather Arnold, CFA
Director of Research, Portfolio Manager,
Templeton Global Equity Group

Kto może ubiegać się o kredyt oddłużeniowy?

Polski złoty PLNKredyt oddłużeniowy przeznaczony jest dla osób, które posiadają odnotowane zaległości w spłacie pożyczek, kredytów czy kart kredytowych. Nie znajdziemy go w banku. Dostępny jest wyłącznie online. Aby wnioskować o kredyt oddłużeniowy należy posiadać stały dochód oraz zastawić nieruchomość.

Czym jest kredyt oddłużeniowy?

Problem z zadłużeniem może spotkać każdego. Instytucje działające na rynku finansowym są tego świadome, dlatego wzbogaciły swoją ofertę o kredyt oddłużeniowy. Czym on jest? To kredyt skierowany do osób posiadających niską zdolność kredytową, a także zadłużenie na koncie. Ten rodzaj pożyczki sprawdzi się u osób, które nie mogą ubiegać się o dodatkową gotówkę w banku.

Kredyt oddłużeniowy podobnie jak pożyczki na raty, dostępny jest online. Oferują go firmy działające na innych zasadach niż banki. Pieniądze z kredytu mogą zostać przeznaczone na spłatę zaległych pożyczek bankowych, pozabankowych, kart kredytowych, długów w SKOKach czy pożyczek w bankach spółdzielczych.

Kredyt ze złym BIKiem – warunki

Jak zostało wspomniane, kredyt oddłużeniowy skierowany jest do osób, które nie poradziły sobie z terminową spłatą pożyczek czy kredytów. Ubiegający się o gotówkę powinni jednak spełnić podstawowe wymagania, aby ich wniosek został rozpatrzony. Od dłużnika wymaga się posiadania regularnych wpływów na konto. Należy je potwierdzić np. wyciągiem z rachunku.

Często od kredytobiorcy wymaga się zaświadczenia o opłacaniu składek ZUS. Co więcej, kredytobiorca powinien przedstawić pełną listę zadłużeń. Ważne, aby znalazły się na niej dane wierzycieli, wysokość długów oraz miesięcznych rat zobowiązań.

Czy możliwy jest kredyt oddłużeniowy bez zabezpieczeń?

Kredytobiorcy posiadający złą historię kredytową zobowiązani są zabezpieczyć transakcję. Mogą tego dokonać, decydując się np. na ubezpieczenie kredytu. Jest ono kosztowne. Gwarantuje jednak, że w przypadku naszej niewypłacalności nasi bliscy nie zostaną obciążeni długiem. Często ta forma zabezpieczenia jest obowiązkowa.

Istnieją też przypadki, w których dłużnik może zostać poproszony o wskazanie żyranta. Ten poświadcza, że wnioskujący o kredyt spłaci go na czas. W innej sytuacji poręczyciel ureguluje zadłużenie z własnych pieniędzy. Najczęściej jednak od kredytobiorcy wymaga się zastawu nieruchomości. Kredyt przyznawany jest w wysokości 70 proc. jej wartości.

Pamiętajmy, że kredyt oddłużeniowy dostępny jest wyłącznie online. Banki oferują kredyt dla osób z niską zdolnością kredytową, ale jest to kredyt konsolidacyjny. Możemy się o niego ubiegać zanim trafimy do rejestrów dłużników.

Kredyt oddłużeniowy z komornikiem

Zdarza się, że nasze zadłużenie jest bardzo wysokie. Sprawę przejmuje komornik, a środki finansowe na naszym koncie zostają zablokowane. Czy mimo takiej sytuacji możemy ubiegać się o kredyt oddłużeniowy?

Przy takim biegu wydarzeń nie dostaniemy kredytu oddłużeniowego. Możemy jednak wnioskować o szybkie pożyczki pozabankowe. Dostępne są one na dowód bez zaświadczeń. W ramach nich dostaniemy maksymalnie kilka tysięcy złotych. Decydując się na taką pożyczkę, musimy pamiętać o jej spłacie. Kilka takich zobowiązań może doprowadzić do spirali zadłużenia.

Kredyt oddłużeniowy a kredyt konsolidacyjny

Bardzo ważne jest to, abyśmy rozróżniali produkty oferowane przez banki czy firmy pożyczkowe. Do osób z niską zdolnością kredytową skierowany jest zarówno kredyt oddłużeniowy, jak i kredyt konsolidacyjny. Czym się one różnią?

Kredyt oddłużeniowy sprawdzi się u osób, które zostały już odnotowane w bazach dłużników. Pieniądze z tego świadczenia powinny zostać przeznaczone na regulację długu. Produktu oddłużeniowego nie oferują banki.

Inaczej sprawa wygląda w przypadku kredytu konsolidacyjnego. Możemy go znaleźć w wielu instytucjach bankowych. Z jego pomocą połączymy kilka mniejszych zadłużeń w jedno, którego rata będzie dopasowana do naszych możliwości. Co istotne, kredyt konsolidacyjny wymaga od nas posiadania pozytywnej zdolności kredytowej.

Wady i zalety kredytów oddłużenioweych

Decydując się na kredyt oddłużeniowy, powinniśmy poznać jego wady i zalety. Do tych pierwszych należy zaliczyć:

  • brak obowiązku posiadania pozytywnej zdolności kredytowej;
  • pieniądze na spłatę zadłużenia;
  • dostępność online;
  • gotówka w oparciu stały i udokumentowany dochód.

Bardzo często wymaga się od kredytobiorcy zabezpieczenia transakcji. Jej ubezpieczenie jest kosztowne. Mając dobre intencje, możemy obciążyć dodatkowo nasz budżet. Jeśli nie wykorzystamy pieniędzy na właściwy cel, pogłębimy swoje zadłużenie.