Chwilowa słabość dolara

Wczoraj na rynkach nie było jednego solidnego motywu przewodniego, a raczej handel dyktowany był przez zlepek opinii i niepewność związana z poszukiwaniem odpowiedzi na nurtujące pytania. Rynek akcji dołował przy wątpliwościach o słuszność wysokich wycen w obliczu stromienia krzywej rentowności. Jednocześnie oczekiwania poprawy globalnego wzrostu pomagały we wzrostach surowców przemysłowych. USD tracił względem głównych walut, ale wywierał presję na rynki wschodzące. Dziś uwaga przenosi się na przemówienie szefa Fed Powella w Kongresie USA.

Za dużo pytań, za mało odpowiedzi. Od zeszłego tygodnia debatujemy, jak należy interpretować skok rentowności obligacji skarbowych USA? Czy wzrosty oznaczają oczekiwania na wcześniejszą normalizację polityki monetarnej Fed? A może chodzi o dyskonto wyższej inflacji, jeśli ożywienie gospodarcze faktycznie przyspieszy? Czy może jednak jest to przejaw wyższej premii za ryzyko w obliczu ogromnej ekspansji fiskalnej USA? I jak zmiany na rynku długu USA mają się do trendów na rynku obligacji innych krajów? Po ubiegłym tygodniu wiemy też, że rynek potrafi dopasować sobie wytłumaczenie do reakcji, w zależności która retoryka jest w danym momencie najsilniejsza. Ale to także sugeruje, że jednoznacznego przekonania co do kierunku i jego uzasadnienia nie ma. Tworzy to chaos i środowisko nieskorelowanej zmienności.

Wczoraj Wall Street walczyło z tezą, że strategia reflacyjna narzuca przesiadkę ze spółek wzrostowych na spółki wartościowe, a wyższe rynkowe stopy procentowe zmuszają do przeglądu finansów spółek pod kątem uzależnienia od zewnętrznego finansowania. Na tej dyskusji ucierpiały giganty z Nasdaq, ale relatywnie stabilny pozostał Dow Jones. Podkreślony został punkt przegięcia dla oceny sytuacji gospodarczej, gdzie mniej rozmawiamy o zakażeniach i nowych szczepach wirusa, a coraz więcej o tempie zaszczepień. Możemy obserwować nasilenie rotacji w stronę spółek wartościowych, ale krótkoterminowo niepewny jest efekt netto – czy mocniej odznaczy się korekta spółek technologicznych, czy zwycięży generalne przeświadczenie przyspieszenia ożywienia? I jak w tym zamieszaniu odczytany zostanie wzrost rentowności: dobrze, bo sugeruje odejście od bezpiecznych obligacji, albo źle, bo zwiastuje zaostrzenie warunków finansowych? Osobiście za sensowne wydaje mi się pierwsze tłumaczenie, ale większość rynkowa już nie raz pokazała, że wybór pada na bardziej przerażające ją konkluzje.

Ruchy na rynku długu pozostaną ważnym tematem w kontekście zaplanowanego na dziś przemówienia prezesa Fed Powella w Kongresie w ramach zdawanego dwa razy do roku sprawozdania z prowadzonej polityki monetarnej. Oczekuję, że Powell pozostaje bardzo gołębi. Podkreśli, że głównym celem Fed obecnie jest wspieranie odbudowy zatrudnienia i inflacji, ale aktualnie Fed jest daleko od osiągnięcia swoich celów, dlatego polityka monetarna pozostaje ultra-luźna jeszcze przez długi czas. Oświadczenie Powella może nie być dobrym środkiem dla werbalnego zatrzymania wzrostu rentowności, ale niewykluczone, że prezes Fed zostanie zapytany o zmiany na rynku długu. Wówczas liczyłbym na komentarz, że cokolwiek rentowności implikują pod kątem przyspieszenia terminu normalizacji polityki, jest mylne.

Wczorajsza słabość USD względem głównych walut nie ma dziś kontynuacji, co może się wiązać z wyczekiwaniem na słowa Powella. Umiarkowana przewaga zawiązuje się w przypadku NOK i CAD (z pomocą wzrostu cen przy naftowej); mocny jest też GBP, który w ostatnich dniach wyraźnie jest pupilkiem forexowych graczy. Poza tym nie widać solidnego przekonania co do kierunku i choć słabość USD sugeruje powrót trendu reflacyjnego, to już presja na walutach rynków wschodzących komplikuje interpretację. Dodatkowo zamęt wprowadza perspektywa końca miesiąca. Ten ostatni aspekt zaczyna się odznaczać na rynku złotego – podobnie jak w styczniu ostatni tydzień miesiąca przynosi początkowo osłabienie waluty. Jednak ostatnie dwa dni handlowe stycznia przyniosły powrót siły złotego i jeśli schemat ma się powtórzyć, finalnie konsolidacja 4,47-4,51 powinna się utrzymać.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Analityka pozwala lepiej zarządzać procesem szczepień na COVID-19

Właściwe zarządzenie programem szczepień przeciwko COVID-19 jest jednym z większych wyzwań XXI wieku. Zaszczepienie osób narażonych na ciężki przebieg choroby, zapewnienie zgodności z restrykcyjnymi normami przechowywania szczepionek, zaplanowanie harmonogramu podania dwóch dawek w określonym czasie, a także koordynacja akcji informacyjnych skierowanych do obywateli – to ogromne przedsięwzięcie. Analityka pomoże lepiej zarządzać tym procesem, co pozwoli szybciej pokonać pandemię.

Jest mało prawdopodobne, aby dostępne dawki szczepionki umożliwiły w najbliższej przyszłości zaszczepienie całej populacji. Punkty szczepień w poszczególnych krajach często są gotowe, ale brakuje samego preparatu. Komisja Europejska złożyła zamówienie na dwa miliardy dawek u ośmiu producentów, ale nie są oni w stanie dostarczać ich w wyznaczonych terminach ze względu na problemy poddostawców.

Analityka pozwala tworzyć długo- i krótkoterminowe strategie walki z pandemią

Integracja danych pozwala określić rozmiary grup priorytetowych zajmujących określone obszary oraz zapotrzebowanie na szczepionki, co umożliwia ich alokację. Dzięki temu można zminimalizować straty wynikające z nieoptymalnej dystrybucji. Podczas tego złożonego procesu można natrafić na liczne trudności techniczne, np. wynikające z potrzeby tworzenia wiarygodnych analitycznie szacunków, które pozwalają identyfikować docelowe populacje, bazując na danych pochodzących z różnych źródeł.

Istotna jest też odpowiednia analiza i interpretacja danych. Analizy geoprzestrzenne, analizy skupień czy wizualizacja danych za pomocą map ciepła to wybrane przykłady zastosowań analityki, która pozwala identyfikować, gdzie znajdują się grupy wymagające najszybszego podania szczepionek. Modele epidemiologiczne pomagają w podejmowaniu decyzji i ustalaniu priorytetów na podstawie aktualnych informacji. Ważne jest, aby decydenci nie opierali się jedynie na danych z określonego momentu, ale tworzyli systemy, które uczą się na podstawie dostarczanych informacji i szybko reagują na zmiany.

Optymalizacja łańcucha dostaw

Ochrona Zdrowia mierzy się też z wyzwaniem efektywnej dystrybucji dostępnych szczepionek. Niezbędne jest określenie, do których grup osób mają one trafić i jakie są możliwości poszczególnych placówek w zakresie przechowywania szczepionek w odpowiednich warunkach. Optymalizacja strategii dystrybucji w obliczu zmian w liczbie dostaw czy fluktuacji osób zarejestrowanych do szczepień w poszczególnych placówkach będzie wymagać wydajnych systemów analitycznych. Narzędzia analityczne SAS pozwalają monitorować cały łańcuch dostaw, prowadzić inwentaryzację oraz określać zapotrzebowanie. Dzięki temu organizacje mogą optymalizować strategie dystrybucji, uwzględniając dynamiczne zmiany i pojawianie się nowych ognisk pandemii. Analiza danych pozwala też określić możliwości magazynowe czy wydajność podawania dawek szczepionki w poszczególnych placówkach.

Jak przebiega dystrybucja szczepionek

Punkty szczepień mają obowiązek bieżącego raportowania liczby wykonanych szczepień, co pozwala szybko reagować na ewentualne niedobory. Niestety wieloletnie braki inwestycyjne w nowe technologie w ochronie zdrowia doprowadziły do problemów związanych z jakością danych i raportowaniem, co utrudnia skuteczną dystrybucję szczepionek. Rozwiązania SAS do zarządzania danymi pomagają w zapewnieniu jakości i spójności przetwarzanych informacji, dzięki czemu odpowiednie jednostki opieki medycznej zyskują wiedzę dotycząca postępów w procesie szczepień. Ponadto umożliwiają automatyzację nużących zadań manualnych jak: przygotowywanie i integracja danych oraz kategoryzacja pacjentów czy osób narażonych na zakażenie. Zaoszczędzony w ten sposób czas można przeznaczyć na leczenie pacjentów i przeprowadzanie szczepień.

Dane skuteczną bronią w walce z COVID-19

W złożony proces zarządzania procesem szczepień na COVID-19 zaangażowanych jest wiele podmiotów. Firmy logistyczne zbierają dane dotyczące położenia i temperatury transportu. Rządy analizują informacje dotyczące alokacji i dystrybucji szczepionek na masową skalę. Z kolei placówki ochrony zdrowia przetwarzają informacje uzyskane podczas kontaktu z pacjentami za pośrednictwem kanałów cyfrowych. Systemy analityczne pozwalają nadać wszystkim tym działaniom szerszy kontekst i połączyć wysiłki wielu organizacji na rzecz walki z pandemią COVID-19.

Korzystając z narzędzi analitycznych SAS, organizacje służby zdrowia mogą:

  • przewidywać zmienne zapotrzebowanie w poszczególnych województwach, regionach i krajach, co pozwala optymalizować strategie dystrybucji szczepionek,
  • monitorować wykorzystanie szczepionek, aby pokryć zapotrzebowanie, a także złożyć odpowiednie zamówienia i właściwie zaplanować dystrybucję,
  • lokalizować braki administracyjne, które utrudniają dystrybucję w sytuacji pojawienia się nowych ognisk pandemii,
  • analizować nieoczekiwane niedobory w podawaniu szczepionek w celu bardziej optymalnego kierowania działaniami informacyjnymi i pracą przedstawicieli ochrony zdrowia,
  • przewidywać problemy, które mogą wystąpić w procesie podawania drugiej dawki szczepionki,
  • uzyskać informacje na temat zmian podatności na zachorowania, szybkości przenoszenia się wirusa, statusu odporności populacyjnej etc.

Od początku pandemii SAS, współpracuje z organizacjami na całym świecie, pomagając walczyć ze skutkami COVID-19 poprzez monitorowanie, jak rozprzestrzeniają się zakażenia i tworzenie modeli pozwalających określić, gdzie mogą powstawać kolejne ogniska, a także optymalizację łańcuchów dostaw i procesów zarządzania zasobami medycznymi.

Prezes URE: Przyjęcie nowej polityki energetycznej przyspieszy transformację i niezbędne inwestycje. Ich koszty nie powinny obciążać odbiorców końcowych

Do 2040 roku zostanie zbudowany niemal nowy system elektroenergetyczny, którego silną podstawą będą źródła nisko- i zeroemisyjne – wskazuje rząd w niedawno przyjętej strategii dla polskiej energetyki na nadchodzące dwie dekady. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki Rafał Gawin zwraca uwagę, że ważnym kierunkiem tej transformacji będzie rozwój energetyki rozproszonej, dziś widoczny głównie w fotowoltaice. Wypieranie węgla przez OZE będzie wymagać też dużych inwestycji w infrastrukturę sieciową. – Również w tym obszarze powinny być dostępne środki, które nie obciążają bilansów spółek, a w konsekwencji bezpośrednio odbiorców końcowych – mówi prezes URE.

– Przyjęcie „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku” to ustanowienie jasnych zasad na przyszłość dla wszystkich uczestników rynku – zarówno dla przedsiębiorców, jak i administracji. Są to jasne kierunki rozwoju rynku, które wyznaczają cele klimatyczne. To bardzo ważny sygnał, który powinien przyspieszyć proces transformacji energetycznej i decyzje przedsiębiorców dotyczące inwestycji, które są niezbędne dla tej transformacji – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Gawin, prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Uchwała w sprawie przyjęcia „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku” została przyjęta przez Radę Ministrów 2 lutego br. Dokument przygotowany przez resort klimatu i środowiska ma być kompasem dla firm, samorządów, administracji i obywateli w zakresie transformacji polskiej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym. Wyznaczy też ramy wszelkich działań – m.in. legislacyjnych i inwestycyjnych – w sektorze energetycznym w perspektywie nadchodzących dwóch dekad. Nowa polityka energetyczna państwa została przyjęta po 12 latach od uchwalenia poprzedniej.

– Istotnym kierunkiem jest rozwój energetyki rozproszonej. To jeden z kluczowych obszarów, który dziś dynamicznie się rozwija i który rzeczywiście został zauważony i mocno zaakcentowany w polityce energetycznej państwa. Ten dynamiczny rozwój energetyki rozproszonej widać dziś chociażby w zakresie instalacji prosumenckich, przede wszystkim fotowoltaicznych – mówi prezes URE.

Obserwowany w kilku ostatnich latach boom na fotowoltaikę w Polsce napędził m.in. rządowy program dotacji Mój Prąd (w ramach którego do tej pory NFOŚiGW dofinansował 220 tys. prosumenckich instalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW). W tej chwili to właśnie w tym segmencie mikroinstalacji obserwowany jest największy przyrost nowych mocy. Według przytaczanych przez resort rozwoju danych PTPiREE na koniec 2020 roku w Polsce funkcjonowało już ponad 457,4 tys. mikroinstalacji o łącznej mocy ok. 3 GW. To oznacza blisko 30-proc. wzrost kwartalny i prawie 200-proc. wzrost względem końca 2019 roku.

Nowo przyjęta „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku” zakłada, że do końca tej dekady moc zainstalowana w fotowoltaice wyniesie 5–7 GW (i ok. 10–16 GW w 2040 roku). Jednak chociażby ostatni rok pokazał, że wzrost tego segmentu rynku OZE okazuje się szybszy od prognoz. Moc zainstalowana PV w systemie na koniec grudnia przekroczyła już 3,6 GW, tymczasem Instytut Energetyki Odnawialnej szacował ok. 2,5 GW na koniec 2020 roku. Ten pułap został jednak osiągnięty już w połowie ubiegłego roku.

 W najbliższej przyszłości powinniśmy szukać rozwiązań, które będą integrowały tego typu źródła z systemem elektroenergetycznym w celu zapewnienia bezpieczeństwa i ciągłości dostaw energii elektrycznej. W tym obszarze kluczowe znaczenie będzie mieć rozwój instalacji i rozwój fleksumentów, czyli takich odbiorców, którzy nie tylko wytwarzają energię na własne potrzeby, ale są też w stanie świadczyć usługi systemowe na rzecz operatorów i na rzecz całego systemu elektroenergetycznego – podkreśla Rafał Gawin.

Rządowy dokument zakłada optymalne, możliwie długie wykorzystanie własnych, krajowych surowców energetycznych. Udział węgla w miksie energetycznym ma jednak sukcesywnie spadać, osiągając nie więcej niż 56 proc. w 2030 roku (a przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2 może spaść nawet do poziomu 37,5 proc.). Równolegle do tego czasu będzie postępować wzrost udziału OZE w końcowym zużyciu energii brutto – do 2030 roku ma to być co najmniej 23 proc. (nie mniej niż 32 proc. w elektroenergetyce, głównie wiatrowej i PV, 28 proc. w ciepłownictwie i 14 proc. w transporcie z dużym wkładem elektromobilności).

– Wśród kierunków wskazany jest rozwój energetyki wiatrowej, morskiej energetyki wiatrowej oraz energetyki jądrowej. To są kierunki, które zmierzają do ograniczania emisji gazów cieplarnianych i CO2, w związku z czym sprzyjają celom klimatycznym – mówi prezes URE.

Rządowa strategia zakłada, że do końca tej dekady krajowe emisje gazów cieplarnianych zostaną zmniejszone o 30 proc. (w stosunku do 1990 roku). Moc zainstalowana w offshore ma osiągnąć ok. 5,9 GW w 2030 roku i do ok. 11 GW 10 lat później. Rządowe plany potwierdzają też, że w 2033 roku ma zostać uruchomiony pierwszy blok elektrowni jądrowej o mocy ok. 1–1,6 GW. Kolejne będą wdrażane co dwa–trzy lata, a cały program jądrowy zakłada w sumie budowę sześciu takich bloków.

–  Jestem przekonany, że do rozwoju tego typu źródeł w dużej mierze powinny być wykorzystywane środki unijne, które zostały przewidziane w różnych funduszach, projektach unijnych, ponieważ tylko w taki sposób jesteśmy w stanie zagwarantować, że realizacja tych projektów będzie akceptowalna społecznie – podkreśla Rafał Gawin.

Rządowa strategia podkreśla, że transformacja energetyczna i transformacja regionów węglowych ma przebiegać w sposób akceptowalny społecznie, sprawiedliwy i partycypacyjny, nastawiony m.in. na nowe technologie i innowacje, w ten sposób stając się motorem rozwoju gospodarczego. Wsparciu tego procesu służyć mają instrumenty finansowe w ramach unijnego mechanizmu sprawiedliwej transformacji, z których Polska może liczyć na 60 mld zł.

– Trzeba pamiętać, że potrzebne będą też inwestycje w obszarze sieciowym, żeby móc zintegrować duże ilości energii płynące chociażby z morskiej energetyki wiatrowej. Tutaj również będzie potrzebny bardzo duży wysiłek inwestycyjny. W tym obszarze także powinny być dostępne takie środki, które nie obciążą bilansów spółek, a w konsekwencji bezpośrednio odbiorców końcowych – mówi prezes URE.

Wśród kluczowych elementów nowej polityki energetycznej państwa znalazły się również m.in. poprawa efektywności energetycznej do 2030 roku na poziomie 23 proc. (w odniesieniu do zużycia energii pierwotnej w 2020 roku), rozwój ciepłownictwa i kogeneracji, zmniejszenie problemu ubóstwa energetycznego o 30 proc., rozbudowa infrastruktury gazu ziemnego, ropy naftowej i paliw ciekłych przy jednoczesnej dywersyfikacji kierunków dostaw (jednym z celów strategicznych wskazanych w strategii jest budowa Baltic Pipe), a także rozbudowa infrastruktury wytwórczej i sieciowej energii elektrycznej. Ważnym elementem są też inwestycje w technologie wodorowe, technologie magazynowania energii oraz elektromobilność i paliwa alternatywne.

Polska ma nową strategię rozwoju sztucznej inteligencji. W ujęciu globalnym SI może dać medycynie 150 mld dol. oszczędności

– Wydłużenie długości życia i poprawa stanu zdrowia w związku z zastosowaniem sztucznej inteligencji mogą przynieść sektorowi medycznemu ok. 150 mld dol. oszczędności – mówi Justyna Orłowska z KPRM, uczestnicząca w pracach nad „Polityką dla rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce”. Przyjęty niedawno rządowy dokument ma stworzyć warunki do wykorzystania potencjału tej technologii w wielu obszarach, również w medycynie. Pierwszym krokiem ma być rozwijanie danych medycznych. Szeroki dostęp do nich może znacząco usprawnić diagnostykę i leczenie wielu chorób, zoptymalizować pracę lekarzy i medyków, przynieść oszczędności kosztowe dla całego systemu ochrony zdrowia czy nawet pomóc w przewidzeniu kolejnych pandemii. 

 Wdrażanie sztucznej inteligencji jest wyzwaniem, ale przyniesie też szereg korzyści, m.in. wyższy wzrost gospodarczy o 2,65 pkt proc. To czterokrotnie więcej aniżeli wzrost gospodarki niemieckiej przed pandemią, jest to więc ogromna wartość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Justyna Orłowska, dyrektor programu GovTech Polska w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Przyjęta w połowie stycznia br. strategia określa ponad 200 zadań, których realizacja jest niezbędna do szerokiego wdrożenia SI w Polsce. Zostały one podzielone na sześć obszarów (firmy, nauka, edukacja, współpraca międzynarodowa, społeczeństwo i sektor publiczny), a w ramach każdego z nich uwzględniono cele krótkoterminowe (do 2023 roku), średnioterminowe (do 2027 roku) i długoterminowe (po 2027 roku).

 Uwzględniliśmy też wiele innych branż niewymienionych bezpośrednio w polityce, do których zalicza się m.in. medycyna. W tym obszarze warto pamiętać, że specjaliści od SI, data science i machine learningu potrzebują przede wszystkim danych. Na tym polu mamy już duży sukces, ponieważ w tej chwili udostępniamy ok. 20 tys. otwartych zbiorów danych i jesteśmy pod tym względem trendsetterami w UE – przekonuje dyrektor programu GovTech Polska.

Autorzy dokumentu wskazują, że SI jest dziedziną, w której Polska ma realne szanse stać się jednym z wiodących krajów na arenie międzynarodowej. Wśród priorytetowych sektorów, w których wdrażanie tej technologii może przynieść najwięcej korzyści, wymieniono m.in. energetykę, cyberbezpieczeństwo, przemysł i właśnie medycynę.

 Prognozy wskazują, że sztuczna inteligencja może faktycznie o co najmniej kilka lat zwiększyć średnią długość życia. Według szacunków wydłużenie wieku i poprawa stanu zdrowia w związku z zastosowaniem SI może przynieść sektorowi medycznemu ok. 150 mld dol. oszczędności – wylicza Justyna Orłowska.

Jak wskazano w rządowej strategii, SI w opiece zdrowotnej może się przyczynić do optymalizacji czasu, kosztów i skuteczności leczenia. Sztuczna inteligencja umożliwia też zapewnienie wysokiej jakości usług medycznych, wykorzystanie narzędzi przewidujących rozwój sytuacji epidemicznej czy wykrywających nadużycia w sektorze ochrony zdrowia.

– Z całą pewnością znaczenie rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji będzie znacząco wzrastać. Zakłada się, że między 2019 a 2025 rokiem rynek SI powiększy się o co najmniej 42 proc. Medycyna i ochrona zdrowia są tutaj szczególnie wdzięcznym tematem, ponieważ zaawansowane algorytmy mogą przynieść mnóstwo korzyści: od klinicznych do ekonomicznych – mówi Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Healthcare, członek zarządu Polmedu.

Jak podkreśla, sztuczna inteligencja już w tej chwili znajduje coraz więcej zastosowań w różnych obszarach opieki nad naszym zdrowiem.

– Jednym z takich obszarów jest radiologia i analizowanie obrazów, które powstają w wyniku diagnostyki obrazowej. Kolejny to patomorfologia. SI jest też pomocna m.in. przy zabiegach chirurgicznych – wymienia przedstawiciel Philipsa. – W przypadku badań nad nowymi lekami jeszcze kilka lat temu etap definiowania, czy dana molekuła jest warta dalszych analiz, trwał od trzech do pięciu lat. Dziś zastosowanie algorytmów sztucznej inteligencji, chemii predykcyjnej, modelowania in silico pozwala na skrócenie tego okresu kilkukrotnie, do 12–18 miesięcy. Modele predykcyjne i zaawansowane algorytmy były też wykorzystywane przy tworzeniu szczepionki na COVID-19.

Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana także w procesie diagnostyki nowotworów i ułatwiać onkologom postawienie odpowiedniej diagnozy. Każdego roku nowotwór jest diagnozowany u ponad 160 tys. Polaków, a prognozy wskazują, że w ciągu kolejnych 10 lat liczba pacjentów onkologicznych wzrośnie aż o 1/3.

– To bardzo przydatne z punktu widzenia wyzwania, jakim jest onkologia w Polsce. Wiemy, że problem jest gigantyczny, a te zaawansowane technologie niesamowicie pomagają w diagnozowaniu, w analizowaniu danych i porównywaniu ich z setkami czy milionami zdjęć innych przypadków, u innych pacjentów. SI ułatwia więc etap diagnostyki, ale tak samo może podpowiadać pewne opcje związane z leczeniem, wyborem odpowiedniej ścieżki terapeutycznej w stosunku do konkretnego pacjenta – mówi Michał Kępowicz.

Według raportu „Future Health Index” przygotowanego w 2019 roku na zlecenie Philipsa większość personelu medycznego w Polsce (70 proc.) już w tej chwili ma zaufanie do wykorzystywania SI w procesie monitorowania pacjentów, a w ocenie medyków istnieje też potrzeba rozszerzenia jej zastosowań na inne obszary, takie jak np. poprawa trafności diagnozy (14 proc.) czy sygnalizowanie nieprawidłowości dotyczących stanu zdrowia pacjentów (19 proc.).

 Człowiek generuje mniej więcej 1 TB informacji rocznie, a w przypadku człowieka chorego tych informacji jest jeszcze więcej. Nikt – żaden lekarz ani żadna służba zdrowia – nie potrafi przebić SI w wyciąganiu takich danych, które mogą być istotne z punktu widzenia całego procesu leczenia i długoterminowych efektów. Sztuczna inteligencja bardzo dobrze nadaje się do szukania wzorców, może z powodzeniem przeszukiwać różnego rodzaju dane, które tylko z pozoru nie mają ze sobą nic wspólnego – dodaje dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat, profesor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii, od lat stosujący i rozwijający rozwiązania z zakresu SI.

Wśród celów krótkoterminowych do 2023 roku rządowa „Polityka dla rozwoju sztucznej inteligencji” wymienia wykorzystanie potencjału danych medycznych dla poprawy zdrowia obywateli. Dlatego jednym z pierwszych kroków ma być m.in. wdrożenie pilotażowych programów przechowywania anonimowych danych medycznych, wsparcie narzędzi i rozwiązań wykorzystujących dane medyczne (zwłaszcza z zakresu telemedycyny i e-zdrowia) oraz działania optymalizacyjne w sektorze ochrony zdrowia, prowadzone na podstawie analizy danych dotyczących np. podaży i popytu na świadczenia czy wykorzystania zasobów medycznych.

Wśród celów przewidzianych do 2027 roku jest także aktualizacja prawa w zakresie zapewnienia dostępu do danych oraz warunków funkcjonowania zaufanych przestrzeni do dzielenia się nimi z uwzględnieniem ochrony prywatności i danych osobowych.

– Sztuczna inteligencja nie doczekała się legalizacji prawnej. Nie ma aktu prawnego twierdzącego, czy jest jakaś odpowiedzialność po stronie inżyniera, czy po stronie wykorzystującego sztuczną inteligencję. To nas czeka, tak jak rozwiązania etyczne, które zawsze technologia przynosi – mówi dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat.

Według prognoz Frost & Sullivan do 2025 roku sztuczna inteligencja i technologie kognitywne przyniosą w branży medycznej oszczędności w wysokości przekraczającej 150 mld dol. Do korzyści z zastosowania tej technologii zaliczają się m.in. zautomatyzowana predykcja chorób, personalizacja ścieżek leczenia czy zarządzanie łańcuchem dostaw medycznych w czasie rzeczywistym. Jednak w 2018 roku jedynie 15–20 proc. podmiotów aktywnie korzystało z SI w celu wprowadzania zmian w sposobie świadczenia opieki zdrowotnej.

Już teraz nawet milion osób w Polsce cierpi na depresję. Pandemia COVID-19 może spowodować lawinowy wzrost zachorowań

Na depresję na całym świecie choruje ponad 260 mln osób, a w Polsce – około 1 mln. Jedną z jej przyczyn może być przewlekły stres, a pandemia i związane z nią izolacja, poczucie niepewności, obawy o zdrowie czy groźba utraty pracy i dochodów dla wielu osób są doświadczeniem wręcz traumatycznym. Z okazji przypadającego 23 lutego Ogólnopolskiego Dnia Walki z Depresją eksperci ostrzegają, że zachorowań będzie lawinowo przybywać. Wśród najbardziej narażonych na tę chorobę są pracownicy służby zdrowia, ale szczególną uwagę należy poświęcić też osobom w wieku przedemerytalnym oraz nastolatkom.

– Wzrost zachorowań na depresję na całym świecie miał miejsce już przed pandemią COVID-19. Ona jednak znacznie ten proces przyspieszyła. Nie ma się czemu dziwić, bo sytuacja, z którą się mierzymy – paraliż w wymiarze globalnym, zagrożenie dla zdrowia i życia swojego i bliskich, utrata pracy i przychodów, zachwianie poczucia bezpieczeństwa związane z tym, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak pandemia będzie się rozwijać w przyszłości – to są jedne z najsilniej oddziałujących stresorów. Współczesne pokolenie jest pierwszym, które nie doświadczyło wojny i po raz pierwszy zmaga się z tak ekstremalnymi warunkami – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Wiśniewska, psycholożka społeczna i wykładowczyni Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.

Wrześniowy sondaż ARC Rynek i Opinia dla Sanprobi pokazał, że stres jest najczęstszą emocją towarzyszącą Polakom. Ponad połowa doświadczała go przynajmniej kilka razy w tygodniu, a głównym powodem (wskazywanym przez 48 proc. badanych) była pandemia COVID-19. Również badania prowadzone przez zespół naukowy z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego pokazały, że dla wielu Polaków pandemia okazała się zdarzeniem wręcz traumatycznym, u 37 proc. badanych powodując objawy stresu pourazowego (PTSD). Podobny odsetek (38 proc.) zgłaszał nasilone objawy depresyjne, a aż 62 proc. – objawy lęku uogólnionego. W grudniu 2020 roku 25 proc. badanych, u których te symptomy były natężone, wiązało je zdecydowanie lub raczej zdecydowanie właśnie z pandemią i jej konsekwencjami. Tylko jedna trzecia nie widziała takiego powiązania.

– Przyczyny depresji są wielopłaszczyznowe, mają charakter genetyczny, biologiczny i psychospołeczny. Oprócz czynników środowiskowych źródłem depresji może być silna trauma, doświadczenie traumatyczne przeżyte w dzieciństwie albo wieku dorosłym. A do takich doświadczeń można oczywiście zaliczyć obecną pandemię – mówi Joanna Wiśniewska.

W swoim ubiegłorocznym raporcie („COVID-19 and the Need for Action on Mental Health”) ONZ prognozuje, że pandemia COVID-19 znacznie pogorszy statystyki zachorowań na depresję. Jak wskazuje, szczególnie narażeni są na nią pracownicy służby zdrowia. Potwierdzają to też dane przytaczane przez Medicover, według których w ostatnich miesiącach 35 proc. pracowników medycznych odczuwało silny stres, a 15 proc. cierpiało na depresję.

Według Światowej Organizacji Zdrowia depresja jest jedną z najczęściej występujących chorób, a do 2030 roku zajmie pierwsze miejsce na liście najczęstszych schorzeń. W tej chwili na całym świecie cierpi na nią ponad 264 mln osób w każdym wieku, choć częściej dotyczy ona kobiet niż mężczyzn.

– Zgodnie z raportem Narodowego Funduszu Zdrowia w Polsce również jest to bardzo poważny problem zdrowotny i społeczny. Szacuje się, że na depresję choruje 1 mln Polaków. Niepokojący jest też fakt, na który wskazują statystyki policyjne z lat 2017–2020, że jedną z najczęstszych przyczyn prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży były właśnie zaburzenia psychiczne, w tym depresja – mówi  psycholożka społeczna z WSB w Toruniu.

WHO podkreśla, że depresja różni się od zwykłych wahań nastroju i krótkotrwałych, emocjonalnych reakcji na trudności i stres. To poważne schorzenie – zwłaszcza kiedy ma długotrwały przebieg i umiarkowane lub ciężkie nasilenie. W najgorszym przypadku depresja może prowadzić do samobójstw. Co roku na świecie życie odbiera sobie ok. 800 tys. osób, a samobójstwa są w tej chwili drugą najczęstszą przyczyną zgonów wśród 15–29-latków.

– Depresja może dotknąć każdego – niezależnie od wieku, płci, miejsca zamieszkania, statusu społecznego i ekonomicznego. Statystyki pokazują jednak, że dwukrotnie częściej chorują na nią kobiety, co może mieć związek z wpływem hormonów płciowych na samopoczucie. Kobiety, kiedy zmagają się z trudnościami, częściej trafiają jednak do gabinetów psychologicznych. Mężczyźni starają się radzić sobie sami i rzadziej trafiają pod opiekę specjalisty – wskazuje Joanna Wiśniewska.

Niepokojące są wzrosty zachorowań na depresję wśród dzieci i młodzieży, które jeszcze kilkanaście lat temu nie występowały. Statystyki też pokazują, że pomiędzy 19. a 25. rokiem życia jest ona drugą z przyczyn prób samobójczych, jednak częściej chorują na nią osoby powyżej 50. roku życia.

– Szczególną uwagę trzeba zwrócić na grupę osób w wieku przedemerytalnym. Przejście na emeryturę i rezygnacja z dotychczasowej aktywności zawodowej jest dla nich szczególnym momentem, który również może obniżyć nastrój i powodować depresję – wyjaśnia psycholożka społeczna.

Obu tych pojęć nie należy jednak utożsamiać. To o tyle istotne, że określenie „depresja” weszło już do mowy potocznej i bardzo często jest używane nieadekwatnie, właśnie w kontekście złego nastroju. Tymczasem jest to poważna choroba, której nie wolno bagatelizować.

– Jeżeli depresja zostanie zdiagnozowana przez specjalistę i chory zostanie objęty specjalistyczną opieką psychologa lub psychiatry, to w większości przypadków jest uleczalna. Ale u każdego z pacjentów depresja ma przebieg indywidualny. Dlatego tak ważne jest, żeby osoba, która podejrzewa u siebie depresję, jak najszybciej trafiła na konsultację, natomiast osoba, u której już zdiagnozowano depresję, pod opiekę specjalisty – mówi wykładowczyni Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.

W momencie, kiedy osoby mierzą się z depresją, bardzo często pojawia się u nich również poczucie winy i poczucie wstydu. Wszelkiego rodzaju krytykowanie, ocenianie, moralizowanie może pogorszyć stan osoby chorej. Jak podkreśla psycholożka, bardzo istotne w chorobie jest również wsparcie bliskich osób.

– Wszelkie slogany typu „weź się w garść”, „dasz sobie radę”, „wszystko będzie dobrze”, „inni mają gorzej, masz świetne życie” w przypadku depresji mogą zaszkodzić, dlatego należy ich unikać – przypomina Joanna Wiśniewska. – To, co pomaga, to nasza obecność, empatia, akceptacja. Rozmawiajmy normalnie o tym, co przeżywa osoba chora na depresję. Lepiej użyć takich zwrotów: „możesz na mnie liczyć”, „jestem tutaj z tobą”, możemy się zapytać: „czy potrzebujesz mojej pomocy?”, „w czym mogę ci pomóc?”, „czy chcesz ze mną porozmawiać?”.

Jak wynika z danych ZUS, w III kwartale 2020 roku liczba dni absencji chorobowych z powodu epizodów depresyjnych wyniosła ponad 1,23 mln, podczas gdy rok wcześniej niecałe 961 tys., natomiast z powodu zaburzeń depresyjnych nawracających wzrosła z 492 tys. do 575 tys.

W czasie pandemii przyspieszyła sprzedaż dzieł sztuki. Obroty na prawie 470 aukcjach wyniosły 380 mln zł

W ubiegłym roku – mimo obostrzeń sanitarnych i trudnej sytuacji gospodarczej – sprzedaż dzieł sztuki wzrosła o 30 proc. względem 2019 roku. Jak podaje serwis Artinfo.pl, rynek osiągnął rekordowy wynik 380 mln zł. Przeprowadzono 467 aukcji, wiele online, podczas których wylicytowano niemal 22 tys. obiektów. W grudniu padł rekord sprzedaży w segmencie sztuki nowoczesnej – obraz Wojciecha Fangora został wylicytowany za najwyższą w historii cenę 7,3 mln zł. – Ten rok zapowiada się jeszcze lepiej – przekonuje Michał Bolka z Desy Unicum.

 Kiedy wprowadzono pierwsze obostrzenia w związku z pandemią w Polsce, rynek sztuki reagował i aukcje marcowe czy kwietniowe pokazywały, że pojawia się strach wśród klientów. Jednak domy aukcyjne wyszły naprzeciw klientom, organizując bardzo dużo aukcji online, które się sprawdziły. Z drugiej strony klienci, którzy na początku pełni obaw stwierdzili, że trudno jest w czasach tak trudnych gospodarczo inwestować w dzieła sztuki, przekonali się, że są one dobrą inwestycją i ich wartość cały czas rośnie – mówi agencji Newseria Biznes Michał Bolka.

Dane Artinfo.pl wskazują, że mimo pandemii 2020 rok okazał się dla rynku dzieł sztuki rekordowy. Wartość sprzedaży wzrosła o 85 mln zł, czyli o 30 proc. Dla porównania we wczesnych latach dwutysięcznych całoroczne obroty kształtowały się na poziomie 50–60 mln zł.

Obrót na aukcjach w Desie Unicum wyniósł prawie 200 mln zł, co oznacza prawie 50-proc. udział w rynku. Dom zorganizował 150 aukcji, z czego 63 odbyły się online. Tutaj także padł aukcyjny rekord. W grudniu obraz Wojciecha Fangora „M22” z 1969 roku został wylicytowany za najwyższą w historii cenę 7,3 mln zł wraz z opłatą aukcyjną. Blisko 4,5 mln złotych zapłacono za płótno Tamary Łempickiej, które stało się najdroższą pracą malarki w Polsce, oraz za obraz „Dzieci i zwierzęta” Tadeusza Makowskiego.

– Ubiegły rok pokazał, że polski rynek sztuki właściwie jest cały czas niedoszacowany. Rekordy, które zostały pobite przede wszystkim na aukcjach grudniowych, pokazały, że rzeczywiście jest jeszcze dużo do zrobienia na polskim rynku sztuki. Jest dużo odkrywanych artystów, ale i osób, które interesują się rynkiem sztuki i inwestują w dzieła – ocenia ekspert Desy Unicum.

W 2020 roku przeprowadzono 467 aukcji, podczas których wylicytowano niemal 22 tys. obiektów, przy czym podczas 59 aukcji obroty przekroczyły 1 mln zł. Najwięcej było aukcji sztuki młodej (97). Rekordowe obroty w tym segmencie przyniosła grudniowa Aukcja Młodej Sztuki w Desie Unicum – 550 tys. zł.

Z drugiej jednak strony niesłabnącą popularnością cieszą się dawniejsze dzieła sztuki. Dla przykładu z obrotem blisko 23 mln zł zakończyła się zorganizowana 10 grudnia aukcja w Desie Unicum – „Sztuka Dawna. XIX w., Modernizm, Międzywojnie”. To właśnie w jej trakcie sprzedano dzieło „Czytająca I” Tamary Łempickiej za 4,5 mln zł.

 Zarówno dzieła dawnych mistrzów, jak i współczesnych artystów znajdują swoich odbiorców. Są amatorzy i malarstwa dawnego, i malarstwa współczesnego. Oczywiście delikatny prym wśród tych tendencji wiedzie malarstwo współczesne. Obecnie zauważamy, że bardzo popularne i modne stało się malarstwo lat 80., tzw. nowa ekspresja, nowa figuracja. To są te elementy, które przyciągają coraz większą rzeszę odbiorców – wskazuje Michał Bolka.

Polscy artyści są także coraz bardziej cenieni za granicą, a ich dzieła osiągają największe kwoty na aukcjach. To przede wszystkim twórczość Wojciecha Fangora, Magdaleny Abakanowicz, Henryka Stażewskiego czy Edwarda Krasińskiego.

Coraz więcej polskich nazwisk pojawia się w renomowanych galeriach komercyjnych czy instytucjach kulturalnych. Popularność na świecie zyskuje Magdalena Abakanowicz, dzięki czemu jej prace zyskują coraz wyższe kwoty. Coraz więcej kolekcjonerów z zagranicy interesuje się polską sztuką, głównie sztuką współczesną, sztuką powojenną. Te prace trafiają do wybitnych kolekcji zagranicznych, nie tylko w Europie, ale też w Stanach Zjednoczonych – mówi przedstawiciel Desy Unicum.

Ubiegły rok pokazał, że rośnie zainteresowanie aukcjami tematycznymi czy monograficznymi. Świadczy o tym również sukces tegorocznej aukcji „Zakopane, Zakopane. Słońce, góry i górale”, której obrót przekroczył 3 mln zł.

– Na aukcji prezentowane były obiekty nawiązujące do życia artystycznego w Zakopanem. Również aukcja monograficzna Edwarda Dwurnika pokazała, że jest zapotrzebowanie na tego typu aukcje tematyczne – mówi ekspert.

Rok 2021 zapowiada się jeszcze lepiej niż ubiegły. Zwłaszcza że w niepewnych czasach pandemii coraz więcej osób szuka bezpiecznych i zyskownych sposobów na inwestowanie.

– Coraz więcej osób interesuje się sztuką, chce mieć w domu niepowtarzalny, unikatowy obraz, który będzie jeden jedyny, kupiony na aukcji, co spowoduje jeszcze większy prestiż tego dzieła – podkreśla Michał Bolka. –  Dlatego też coraz więcej osób interesuje się sztuką. Widzimy, że na aukcjach pojawia się coraz więcej nowych twarzy.

Naukowcy opracowali w pełni autonomicznego robota napędzanego wyłącznie powietrzem. Znajdzie zastosowanie w medycynie czy ratownictwie

To może być przełom w budowie w pełni autonomicznych, wolnych od elektroniki robotów kroczących. Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego stworzyli czworonożnego robota, który do pracy wszystkich swoich funkcji, w tym sterowania i systemów ruchu, nie potrzebuje żadnej elektroniki, tylko stałego źródła sprężonego powietrza. Może się sprawdzić m.in. w kosmosie, w maszynach rezonansu magnetycznego czy do przesiewania wraków budynku po trzęsieniu ziemi lub pożarze.

Inżynierowie z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego stworzyli czworonożnego miękkiego robota, który nie potrzebuje żadnej elektroniki do pracy. Wystarczy stałe źródło sprężonego powietrza, aby uruchomić wszystkie funkcje, w tym sterowania i systemów ruchu. Może to oznaczać przełom na rynku tzw. miękkich robotów.

– Większość robotów miękkich jest zasilana sprężonym powietrzem i sterowana przez obwody elektroniczne. Jednak takie podejście wymaga umieszczenia skomplikowanych komponentów, takich jak płytki obwodów drukowanych, zaworów i pomp – często poza korpusem robota. Te elementy, które stanowią mózg robota i układ nerwowy, są zazwyczaj nieporęczne i drogie. Robot opracowany przez naukowców Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego jest sterowany przez wbudowany lekki, tani system obwodów pneumatycznych, składający się z rur i miękkich zaworów. Robot może chodzić na polecenie lub w odpowiedzi na sygnały odbierane z otoczenia – tłumaczy Ioana Patringenaru z biura prasowego Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego.

Atrakcyjność miękkich robotów polega na ich elastyczności i wszechstronności. Mogą się sprawdzić w kosmosie, według innych wkrótce wkroczą w najgłębsze zakamarki ludzkiego ciała. Według dr hab. inżynierii Georgia Tech Ellen Mazumdar można je wykorzystać do przesiewania wraków budynku po trzęsieniu ziemi lub pożarze. Miękkie roboty są wykonane z najbardziej miękkich materiałów, w tym z nanomateriałów, co umożliwia im odzwierciedlenie funkcji biologicznych, takich jak funkcje ludzkich mięśni. Dotychczas jednak obwody elektroniczne były umieszczane na zewnątrz, co sprawiało, że robot był mało poręczny, a przy tym drogi.

Robot zbudowany przez inżynierów z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego niweluje te wady.

– Nasza praca stanowi fundamentalny krok w kierunku budowy w pełni autonomicznych, wolnych od elektroniki robotów kroczących – podkreśla Dylan Drotman, doktorant na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego.

Moc obliczeniowa robota naśladuje odruchy ssaków, które są napędzane przez odpowiedź nerwową kręgosłupa, nie mózgu. Zespół zainspirował się obwodami neuronowymi znalezionymi u zwierząt,  które mogą generować rytmiczne wzory w celu kontrolowania ruchów, takich jak chodzenie czy bieganie. Aby naśladować funkcje obwodów neuronowych, inżynierowie zbudowali system zaworów, które kontrolują kolejność, w jakiej sprężone powietrze dostaje się do napędzanych nim mięśni czterech kończyn robota. Naukowcy zbudowali innowacyjny komponent, który koordynuje chód robota, opóźniając wtrysk powietrza do jego nóg.

Robot jest również wyposażony w proste czujniki mechaniczne, które przypominają małe, miękkie bąbelki wypełnione płynem, umieszczone na końcach wysięgników wystających z korpusu. Kiedy bąbelki są wciśnięte, płyn przekręca zawór, który z kolei powoduje zmianę kierunku poruszania się robota.

– Opracowanym przez nas sposobem można by stworzyć bardzo zaawansowany mózg robota – przekonuje Michael T. Tolley, profesor inżynierii mechanicznej w Jacobs School of Engineering na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego. – Naszym celem było stworzenie zasilanego powietrzem układu nerwowego, niezbędnego do kontrolowania procesu chodzenia.

W przyszłości naukowcy chcą poprawić chód robota, aby mógł się poruszać także po nierównych powierzchniach. Umożliwiłoby to pokonywanie różnych przeszkód i wymagało bardziej wyrafinowanej sieci czujników, a co za tym idzie – bardziej złożonego systemu pneumatycznego.

Obecnie jednak technologia zastosowana w robocie sprawdzi się w niemal wszystkich miękkich robotach.

– Zastosowania opracowanego systemu obejmują tanią robotykę rozrywkową, taką jak zabawki, lecz także roboty, które mogą działać w środowiskach, gdzie elektronika mogłaby zakłócać pracę, takich jak maszyny rezonansu magnetycznego lub szyby górnicze. Szczególnie interesujące są roboty miękkie, ponieważ łatwo dostosowują się do otoczenia i działają bezpiecznie w pobliżu ludzi – wymienia Ioana Patringenaru.

Polacy stworzyli system chroniący wózki sklepowe przed kradzieżą. Sprawdzi się również przy rehabilitacji czy opiece nad osobami po udarach

Z danych brytyjskiego The Food Marketing Institute wynika, że rocznie ginie ok. 2 mln wózków z wielkopowierzchniowych sklepów spożywczych. Równie często znikają też wózki z marketów budowlanych. Dla sklepów to ogromne straty, bo jeden wózek to koszt nieraz nawet 1 tys. zł. Polski start-up opracował system, który pozwala lokalizować wózki i alarmuje o nietypowych zachowaniach. Rozwiązanie jest oparte na technologii Bluetooth Low Energy, a sygnał z lokalizatorów jest odbierany zarówno przez stacje bazowe, jak i sieć telefonów wyposażonych w odpowiednie aplikacje. System sprawdza się też m.in. w kontroli rehabilitacji osób po udarach czy monitorowaniu czasu pracy.

– System notiLocate powstał na potrzebę klienta, któremu ginęły wózki sklepowe. Składa się z czterech elementów: to mały lokalizator zintegrowany z wózkiem, który działa w technologii Bluetooth, terminal odbiorczy, których większa liczba tworzy sieć pozwalającą wykrywać małe lokalizatory schowane w wózkach, cały system przetwarzania danych, który znajduje się w chmurze, oraz portal, który pozwala monitorować ruch w czasie rzeczywistym oraz przekazywać klientowi alerty związane z dziwnym, nietypowym zachowaniem wózków – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Popek, Business Development Manager w Notinote.

Do monitorowania przedmiotów najczęściej stosuje się technologie Ultra WideBand, Bluetooth czy bezprzewodowe sieci lokalne (WLAN). W przypadku komunikacji radiowej UWB krótki impuls umożliwia filtrowanie odbitego sygnału i pomaga przezwyciężyć zniekształcenia wielościeżkowe. System WLAN może ponownie wykorzystać istniejącą infrastrukturę sieciową obiektu i służyć do obliczania położenia obiektu również na podstawie siły sygnału. Bluetooth z kolei zazwyczaj sprawdza się we wnętrzach.

Polski start-up opracował zupełnie nowy system lokalizowania i monitorowania przedmiotów.

– Pracujemy zgodnie z technologią Bluetooth Low Energy 4.0. To technologia, która jest doskonale znana użytkownikom telefonów komórkowych, operujemy na tym samym sygnale radiowym. Te małe lokalizatory są wyposażone w dużą baterię, która pozwala działać przez pięć lat, wysyłają sygnał dzięki technologii Bluetooth, terminal odbiorczy go odbiera, my w chmurze wykonujemy serię obliczeń po to, żeby wyznaczyć pozycję wózka i pokazać go na mapie. Jednocześnie lokalizator ma dodatkowe czujniki, które pozwalają nam wykrywać takie nietypowe zachowania związane z próbą kradzieży – tłumaczy Grzegorz Popek.

Co istotne, sygnał z lokalizatorów odbierają nie tylko dedykowane stacje bazowe, lecz także sieć telefonów wyposażonych w aplikacje współpracujące z systemem. Z danych start-upu wynika, że obecnie takich telefonów w Polsce są blisko 2 mln. System pozwala zlokalizować więc przedmioty, które np. znalazły się w innym mieście czy nawet kraju. Powstał na potrzeby sklepu wielkoformatowego, któremu ginęło nawet 30-40 proc. floty wózków. Straty z tego tytułu sięgają kilkuset tysięcy złotych.

– Dostarczyliśmy klientowi system, który pozwala monitorować na bieżąco flotę wózków, czyli liczyć je codziennie. Codziennie widzimy, że w tym danym sklepie jest np. 1,5 tys. wózków i to pozwala po jego zamknięciu je zabezpieczyć, schować na noc, żeby nie były łatwym łupem dla złodziei. Operacyjnie raportujemy też dziwne zachowania wózków – opuszczenie strefy bezpiecznej, czyli parkingu sklepu, podniesienie, przewrócenie wózka, czyli próba kradzieży, i takie informacje przekazujemy w postaci alertów do ochrony – wskazuje ekspert.

Rozwiązanie notiLocate może mieć jednak znacznie więcej zastosowań. System pomaga już np. w domach opieki z osobami po udarach, które przechodzą rehabilitację. Każdy z pacjentów ma zapisany program rekonwalescencji, a opaski noszone przez nich na ręku pozwalają monitorować ich lokalizację. Gdy odbiega od lokalizacji zapisanej w grafiku, pracownicy medyczni dostają taką informację.

System sprawdza się również w monitorowaniu czasu pracy, działa bezstykowo i nie wymaga stania w kolejkach, co jest istotne zwłaszcza w czasie pandemii.

– Problemem z tradycyjnymi systemami opartymi na karcie zbliżeniowej jest to, że np. osoby ustawiają się w kolejce, nie trzymają dystansu społecznego. Jesteśmy w stanie na naszym systemie zbudować takie rozwiązanie, w którym każdy pracownik ma np. opaskę albo lokalizator w formie breloku i wchodząc na teren firmy, jest dyskretnie rozpoznawany, na ekranie pojawia się tylko jego numer, nie musi czekać w kolejce. Tak samo wygląda opuszczenie firmy – tłumaczy Grzegorz Popek. – Zastosowań jest mnóstwo, wszędzie tam, gdzie istnieje potrzeba wyznaczania pozycji osób albo przedmiotów.

Kuehne+Nagel przejmuje Apex International Corporation – azjatyckiego dostawcę usług logistycznych

Kuehne+Nagel zawiera wiążącą umowę przejęcia Apex International Corporation („Apex”), jednego z wiodących azjatyckich spedytorów, zwłaszcza w zakresie przewozów transpacyficznych i wewnątrzazjatyckich. Firma ta została założona w Chinach w 2001 roku i przez te lata ugruntowała swoją pozycję zarówno w Azji, jak i poza nią.

Zatrudniając około 1 600 pracowników, Apex generuje roczne obroty przekraczające 2,1 miliarda CHF. W 2020 roku firma obsłużyła łącznie 750 000 ton ładunków lotniczych oraz 190 000 TEU w logistyce morskiej.

Dr Detlef Trefzger, dyrektor generalny Kuehne + Nagel International AG, komentuje: „Dzięki połączeniu Apex i Kuehne+Nagel będziemy mogli zaoferować naszym Klientom atrakcyjne rozwiązania logistyczne w konkurencyjnym środowisku azjatyckim, zwłaszcza w zakresie realizacji usług dla sektorów e-commerce, hi-tech i e-mobility. Z niecierpliwością czekamy na powitanie pracowników Apex na pokładzie Kuehne+Nagel”.

Tony Song, prezes zarządu i dyrektor generalny Apex, dodaje: „Znaleźliśmy w Kuehne+Nagel strategicznego udziałowca i grupę logistyczną z ponad 130-letnim doświadczeniem w branży. Jesteśmy pewni, że dzięki tej transakcji będziemy mogli zwiększyć wartość łańcuchów dostaw naszych Klientów i rozszerzyć naszą globalną sieć logistyczną. Rozszerzymy istniejący globalny zespół logistyki lotniczej Kuehne+Nagel, oferując zarówno kierownictwu, jak i naszym talentom wyjątkowe możliwości rozwoju”.

Dr Joerg Wolle, Przewodniczący Rady Dyrektorów Kuehne + Nagel International AG, komentuje: „W ostatnich latach firma Kuehne+Nagel strategicznie rozszerzyła i rozwinęła swoją działalność w regionie Azji i Pacyfiku. Dziś jesteśmy jednym z wiodących graczy i dalej przyspieszamy wzrost w tym regionie. Region Azji i Pacyfiku okazał się jednym z najważniejszych obszarów napędzających globalny handel. Przejęcie Apex to kolejny ważny kamień milowy naszej strategii, a tym samym realizacja ambicji wzrostu Grupy w regionie Azji i Pacyfiku”.

Nabycie podlega zwyczajowo przyjętym warunkom finalizacji, w tym zezwoleniu właściwych organów ds. konkurencji. Nabycie zostanie sfinansowane ze źródeł płynnych, a w razie potrzeby z dostępnych linii kredytowych. Po zamknięciu transakcji niewielki pakiet akcji Apex ma pozostać w rękach doświadczonego zarządu Apex. Firma będzie kontynuowała odrębną działalność w ramach Grupy Kuehne+Nagel.

Obie strony zgodziły się nie ujawniać dalszych szczegółów transakcji.

Trendy z początku roku utrzymują się, aktywa ryzykowne zyskują

Mniej aktywny ze względu na święta w USA tydzień handlu przyniósł kontynuację trendów rynkowych obserwowanych od początku roku. W tym tygodniu uwagę rynków przykują dane inflacyjne z USA. Czekamy też na copółroczne wystąpienie szefa Fedu przed Kongresem.

Skarbowe instrumenty dłużne doświadczają wyprzedaży, ponieważ inwestorów nie satysfakcjonują zwroty znacznie poniżej prognozowanej inflacji, nawet mimo narastającej presji inflacyjnej. W tym samym czasie, patrząc w ujęciu ogólnym, aktywa finansowe na świecie doświadczyły wzrostu, choć nie był on równomierny. Ceny akcji podniosły się jedynie nieznacznie, podczas gdy ceny surowców kontynuowały silne zwyżki. Również zachowanie walut było zróżnicowane, chociaż większość walut wysokiego ryzyka zyskiwała względem dolara amerykańskiego. Szterling i surowcowe waluty G10 radziły sobie całkiem dobrze. Wśród walut rynków wschodzących w zeszłym tygodniu szczególnie dobrze radziło sobie chilijskie peso, które nadal doświadcza aprecjacji ze względu na rosnące ceny miedzi i imponujące postępy szczepień w kraju.

W tym tygodniu kluczowym wydarzeniem będą copółroczne zeznania Powella, prezesa Fedu, przed Kongresem. Spodziewamy się, że utrzyma on ultragołębi ton z ostatnich tygodni. Interesujące będzie, czy w trakcie czasu przeznaczonego na pytania zostanie poruszona kwestia narastających obaw dotyczących inflacji. Zagadnienie dynamiki cen z pewnością będzie zwracać uwagę najbardziej spośród makroekonomicznych publikacji w tym tygodniu. We wtorek zostaną opublikowane zrewidowane dane o styczniowej inflacji w strefie euro, a w piątek poznamy odczyt preferowanej przez Fed miary inflacji w USA – PCE. W przypadku odczytu dla Stanów dostrzegamy możliwość, że okaże się on wyższy od oczekiwań.

PLN

Kurs EUR/PLN zakończył ubiegły tydzień lekkim spadkiem. Nie miał on istotnego wpływu na kształtowanie się kursu złotego, niemniej ton informacji napływających z Polski w ostatnim czasie zmienił się na gorsze. Dane makroekonomiczne opublikowane w zeszłym tygodniu były mieszane, jednocześnie nastąpił też wzrost liczby zakażeń koronawirusem. Sporej części tego wzrostu nie da się wyjaśnić nieco wyższą liczbą przeprowadzanych testów. Można podejrzewać, że to kwestia bardziej zaraźliwej odmiany wirusa, która niestety nie ominęła Polski. W perspektywie tygodni trzecia fala może stanowić pewne ryzyko dla złotego. Niemniej, o ile równocześnie nie będzie psuł się globalny sentyment, złoty nie powinien istotnie cierpieć z tego powodu.

W tym tygodniu poznamy też odczyt stopy bezrobocia w Polsce w styczniu (wtorek) oraz zrewidowane i szczegółowe dane o PKB Polski w IV kwartale ub.r. (piątek).

EUR

Nieznaczny wzrost zbiorczego indeksu PMI w lutym maskował dychotomię między rosnącym sektorem przemysłowym a sektorem usług, który wciąż nie może się rozwinąć przez ograniczenia. Spodziewamy się, że wskaźnik PMI dla usług zacznie osiągać lepsze wyniki już w przyszłym miesiącu wraz z łagodzeniem restrykcji na kontynencie.

Wstępny raport dotyczący inflacji w lutym, który zostanie opublikowany 3 marca, będzie kluczową publikacją najbliższych dwóch tygodni. Gwałtowne odbicie się głównej miary, z 0,2% do 1,4% w styczniu w ujęciu rocznym, można przypisać jednorazowym czynnikom, ale jeśli tendencja ta się utrzyma, trudno będzie zaprzeczyć, że rośnie presja inflacyjna. Tymczasem po przemówieniu prezes EBC Christine Lagarde w poniedziałek 22.02 w tym tygodniu czekamy na dane o nastrojach przedsiębiorców i konsumentów, które poznamy w czwartek.

USD

Postępy w szczepieniach w USA zostały krótkotrwale spowolnione przez braki prądu w Teksasie. Liczba nowych przypadków zachorowań jednak zauważalnie spada, ale częściowo można to powiązać z mniejszą liczbą testów.

Kluczowymi wieściami z USA były jednak bardzo dobre wyniki sprzedaży detalicznej w styczniu oraz dalszy wzrost rentowności obligacji skarbowych. Mogą być one oznakami silnego ożywienia i narastającej presji inflacyjnej w obliczu pobłażliwego spojrzenia Fedu i perspektywy dalszej stymulacji fiskalnej. Uważamy za istotne, że choć realne rentowności obligacji skarbowych zaczęły podążać za nominalnymi i dążą w górę, to dolar nie odniósł jeszcze z tego znaczących korzyści.

Spodziewamy się, że zarówno rynek długu, jak i walutowy pozostaną w zawieszeniu do czasu piątkowej publikacji inflacji PCE.

GBP

Szterling wciąż zyskuje w związku z pozytywnymi wieściami dotyczącymi szczepień i blaknącym widmem problemów gospodarczych spowodowanych brexitem. Wskaźniki PMI opublikowane w ostatnim tygodniu również stanowiły wsparcie. Okazały się znacznie lepsze od oczekiwań, co sugeruje, że gospodarka doświadcza szybszego odbicia, niż zakładano. W styczniu istotnego spadku doświadczyła sprzedaż detaliczna, jednak dla rynku nie stanowiło to większego zaskoczenia, pomimo tego, że oczekiwania konsensusu były bardzo konserwatywne.

Dane dotyczące zatrudnienia, które poznamy w tym tygodniu, są przestarzałe i nie powinny znacząco wpłynąć na rynek. Spodziewalibyśmy się, że po ostatnich znacznych wzrostach brytyjska waluta doświadczy tymczasowej stabilizacji, szczególnie jeśli wierzyć harmonogramowi zdejmowania obostrzeń, który wypłynął i wydaje się zdecydowanie bardziej ostrożny, niż to, czego prawdopodobnie spodziewał się rynek. Dziś po południu otrzymamy oficjalne potwierdzenie tych informacji od premiera Borisa Johnsona.

CHF

Frank szwajcarski był najgorzej radzącą sobie walutą G10 w ubiegłym tygodniu. Wygląda na to, że ostatecznie poddaje się szerokiemu rynkowemu sentymentowi z inwestorami preferującymi ryzykowne aktywa zamiast safe haven. Tygodniowe dane o pozycjonowaniu zdają się to potwierdzać, długie pozycje netto na CHF spadły bowiem w ostatnim czasie do najniższego poziomu od lipca zeszłego roku.

Wiadomości krajowe pozostają jednak pozytywne. Sytuacja związana z wirusem poprawia się: 7-dniowa średnia krocząca nowych przypadków spadła poniżej rekordowego poziomu z pierwszej fali z marca 2020 roku. Od początku przyszłego miesiąca Szwajcaria będzie luzować restrykcje, co będzie kontynuować w kwietniu, jeśli liczba nowych przypadków pozostanie niska. Biorąc pod uwagę, że restrykcje już teraz są zdecydowanie swobodniejsze niż w podobnych krajach i że frank jest walutą safe haven, spodziewamy się, że raczej na tym nie zyska – w szczególności gdy inne kraje pójdą w ślady Szwajcarii.

Spływające z całego świata wiadomości dotyczące pandemii są kluczowe dla naszych prognoz, więc niezmiennie będziemy je obserwować. W tym tygodniu warto zwrócić jednak też uwagę na odczyty ze Szwajcarii: aktualne wskaźniki nastrojów i dane o PKB kraju za IV kwartał ub.r.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury