Wzrost rentowności nie musi szkodzić hossie

Rentowności obligacji skarbowych w USA pozostają w centrum uwagi, ale ich dalszy wzrost nie skutkuje wyraźnym umocnieniem dolara. Efekt niweluje risk-on na miedzi i inny towarach oraz korespondujące umocnienie walut surowcowych. Optymizm podsycają dobre wieści o szczepionkach i w sprawie pakietu fiskalnego USA.

Stopniowo ulatniają się obawy, że skok rentowności obligacji USA zaprzepaści szanse na kontynuację hossy na rynkach finansowych. Już piątek pokazał, że oba zjawiska mogą istnieć jednocześnie, choć pod pewnymi warunkami. Przede wszystkim wraz z oprocentowaniem długu USA muszą rosnąć rentowności obligacji w innych rejonach świata, inaczej zmiany będą premiować USD i hamować przesiadkę z dolara na inne ryzykowne aktywa. Widać jednak podobne wzrosty rynkowych stóp procentowych w Australii, Nowej Zelandii czy Wielkiej Brytanii, podkreślając globalny charakter ruchu. Nawet różnica w rentownościach dziesięciolatek Niemiec i USA obniżyła się tylko o połowę tego, co zyskały obligacje amerykańskie. To neguje argumentację, że rynek długu zaczyna wyceniać zmianę postawy Fed (redukcja QE, wyższe stopy procentowe), a wzrost rentowności jest reakcją na wzrost oczekiwań inflacyjnych. Ten efekt może zresztą zaraz osłabnąć, jeśli oczekiwania były ostatnio podsycane skokiem cen ropy naftowej wywołanym przez atak mrozów w USA. Wytłumaczenie oczekiwaniami inflacyjnymi wspiera też cena miedzi na 9-letnich szczytach i zwyżki rudy żelaza. Wzrosty cen wynikają z oczekiwań silnej nierównowagi popytu i podąży, częściowo w oparciu o prognozy przyspieszenia ożywienia i wzrost zapotrzebowania na surowce przemysłowe. Postęp w szczepieniach oraz wzmianki o planowanych inwestycjach infrastrukturalnych w USA pomagają podtrzymać te prognozy. W ten sposób wracamy do wniosków przemawiających za utrzymaniem hossy na ryzykownych aktywach. I wyższe rentowności obligacji nie powinny w tym przeszkadzać, o ile dalsze wzrosty przybiorą miarowe tempo bez silnych zrywów. Jeśli jednak rynek teraz rozumie, że wyższe rentowności w USA nie oznaczają od razu zmiany polityki Fed, wpływ na inne klasy aktywów powinien złagodnieć.

Przekaz Fed jest kluczowy, aby uwiarygodnić powyższe rozważania. I ten przekaz już ma miejsce. Jeszcze w piątek szef oddziału Fed w Nowym Jorku Williams odrzucił obawy dotyczące wyższych rentowności, argumentując, że odzwierciedlają one poprawiającą się sytuację gospodarczą. W tym tygodniu oczekujemy, że podczas przemówień w Kongresie (wtorek i środa) prezes Powell podkreśli, że głównym celem Fed obecnie jest wspieranie odbudowy zatrudnienia i inflacji, ale aktualnie Fed jest daleko od osiągnięcia swoich celów. Polityka monetarna szybko nie ulegnie zmianie i wzrost rentowności na to nie wpłynie.

Co poza tym w tym tygodniu? W USA indeksy nastrojów konsumentów (wt, pt) i regionalne wskaźniki biznesu (pt) powinny wskazać na poprawiające się warunki gospodarcze. Dane o wnioskach o zasiłek (czw) będą obciążone szumem wynikającym z ataku mrozów w płd.-zach. stanach i do wyników należy podchodzić z rezerwą. W Europie najbardziej interesujący będzie niemiecki indeks Ifo (pon). Bazując na odczytach ZEW i Sentix można założyć, że wskaźnik oceny sytuacji bieżącej spadł w lutym, ale postęp programu szczepień i wizja złagodzenia restrykcji powinny doprowadzić do wzrostu subindeksu oczekiwań.

W Polsce podaż pieniądza M3 (pon) i stopa bezrobocia (wt) najprawdopodobniej przejdą bez echa. Szacunek PKB a IV kw. (pt) będzie uzupełniony o składowe z główną uwagą na udziałach konsumpcji i inwestycji. Na EUR/PLN utrzymuje się konsolidacja 4,47-4,51 w oczekiwaniu na silniejsze zawiązanie kierunku na rynkach zewnętrznych. Pozytywnie należy oceniać względną odporność złotego na umocnienie dolara w ostatnich dniach, co sugeruje brak obecności krótkoterminowego kapitału spekulacyjnego zainteresowanego większą zmienności na rynku PLN. Ustawia to asymetrię ryzyk na korzyść aprecjacji, o ile pojawi się silniejszy zryw apetytu na ryzyko. Na razie jednak obowiązuje trend boczny.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Lockdowny kosztowały polskich przedsiębiorców 31 mld zł. Wiosenne zamknięcie przyniosło największe szkody

Na Liczniku Strat Lockdownowych, uruchomionym w lutym br., na razie jest 31 mld zł. To koszty, jakie poniosły firmy, i zyski, które utraciły od marca 2020 roku. W opinii analityków ZPP i WEI największe szkody w gospodarce wyrządził pierwszy wiosenny lockdown, a najbardziej ucierpiały sektory handlu detalicznego oraz hurtowego oraz wciąż zamknięte branże, czyli m.in. kulturalno-rozrywkowa oraz sportowa. Eksperci oceniają, że z zagrożeniem epidemiologicznym można było poradzić sobie lepiej niż poprzez zamrażanie gospodarki.

– Straty w polskiej gospodarce z tytułu lockdownu, zarówno tego, z którym mieliśmy do czynienia w dwóch fazach w 2020 roku, jak i tego, który w tej chwili obserwujemy w nieco ograniczonej wersji, szacujemy na około 30 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Jest to kryzys, który rozlewa się przede wszystkim na sektory usług, w których ograniczenia są najdalej idące i najdłużej utrzymywane. Musimy pamiętać, że te podmioty są otoczone siecią dostawców, innych usługodawców, którzy z nimi współpracują, stąd też straty i ryzyka związane ze wzrostem bezrobocia i z bankructwami mogą rozlać się również na sektory powiązane.

Przykładem są spadki w takich sektorach jak transport, handel hurtowy, energia elektryczna, które nie zostały bezpośrednio objęte restrykcjami, ale ucierpiały na skutek zamknięcia gospodarki.

W 2020 roku najlepszy był III kwartał, w którym nie doświadczyliśmy żadnego zamknięcia gospodarki. Zgodnie ze wstępnymi danymi GUS w ujęciu kwartalnym PKB poszedł wówczas w górę o 7,9 proc., a rok do roku spadł jedynie o 1,8 proc. (wobec spadku w ujęciu rocznym o 8,2 proc. kwartał wcześniej i 2,8 proc. kwartał później). Ubiegły rok oznaczał pierwszy spadek gospodarki od 1989 roku. I choć recesja była w ubiegłym roku zjawiskiem globalnym, to zdaniem Warsaw Enterprise Institute oraz Związku Przedsiębiorców i Pracodawców w Polsce można było bardziej ograniczyć jej skutki, pozwalając na działanie w reżimie sanitarnym. Tarcze antykryzysowe i finansowe nie zdołały bowiem wyrównać właścicielom firm strat.

 Przygotowany przez rząd program pomocowy można podzielić na dwie części. Mamy kolejne tarcze kryzysowe procedowane przez Sejm. W przypadku ostatnich tarcz mamy do czynienia z podejściem ściśle sektorowym i ograniczonym zakresem pomocy. Drugim narzędziem, które wydaje się z punktu widzenia firm najistotniejsze, jest tarcza finansowa prowadzona przez Polski Fundusz Rozwoju – wymienia Jakub Bińkowski. – Ona w tej drugiej odsłonie również ma ograniczenie branżowe i trafia do firm dosyć szybko i sprawnie, natomiast nie możemy zapominać o tym, że sektory najsilniej dotknięte pandemią, czyli usługowy, gastronomia, branża fitness, funkcjonują bez zaplecza finansowego i często nie łapią się na tę pomoc, bo zatrudniają studentów, którzy sobie dorabiają na podstawie umowy-zlecenia.

Według danych Licznika Strat Lockdownowych straty branży rozrywkowo-kulturalnej przekroczyły 2,1 mld zł, w gastronomii wynoszą blisko 2 mld zł. Hotelarze i kluby fitness straciły po ok. 1 mld zł. Jak wynika z wyliczeń ZPP i WEI, z powodu zamrożenia gospodarki od 12 marca 2020 roku, a potem od listopada ub.r. polskie firmy, zwłaszcza te najmniejsze, czyli zatrudniające poniżej 10 osób lub jednoosobowe działalności gospodarcze obejmujące tylko samozatrudnionych, straciły blisko 31 mld zł. To przez lata był rząd wielkości deficytu budżetowego.

Stan finansów publicznych w tej chwili oceniamy jako relatywnie stabilny, ale zagrożony, ponieważ cały czas utrzymujemy dosyć wysoki poziom wydatków na dodatkowe programy socjalne i społeczne. Nie krytykowaliśmy 500+ w jego pierwszej wersji, natomiast jego rozszerzenie na pierwsze dziecko bez jakiegokolwiek progu dochodowego już tak. Naszym zdaniem zwyczajnie nie było nas na to stać – ocenia dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP. – Mamy również dosyć rozbuchane wydatki związane z dodatkowymi świadczeniami emerytalnymi, program wyprawek szkolnych. W momencie, w którym mamy do czynienia z kryzysem gospodarczym, należałoby się poważnie tym wydatkom przyjrzeć i je zrewidować.

Pandemia przyspieszyła wprowadzanie elektronicznego podpisu w firmach i instytucjach. Także coraz więcej konsumentów chce z niego korzystać

Podpis elektroniczny jest stosowany w Polsce od 20 lat, ale to w ostatnich miesiącach przeżywa prawdziwy boom. Szczególnie w czasie pandemii stał się rozwiązaniem, które ułatwia wdrożenie na szeroką skalę pracy zdalnej, ale też usprawnia załatwianie spraw urzędowych i bankowych bez wychodzenia z domu. Badania Kantara pokazują, że 28 proc. użytkowników bankowości internetowej chciałoby korzystać z e-podpisu. Dlatego na jego wdrożenie decyduje się coraz więcej firm i instytucji, m.in. największe banki i operatorzy telekomunikacyjni.

 Z badania Kantara wynika, że od kilku lat rośnie liczba osób zainteresowanych dostępem do podpisu cyfrowego. Trzy ostatnie edycje badania, zrealizowane w latach 2018–2020, wykazały, że wśród użytkowników bankowości internetowej lub mobilnej odsetek tych, którzy chcieliby korzystać z e-podpisu, wzrósł z 22 proc. w 2018 roku do 28 proc. w ubiegłym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Elżbieta Włodarczyk, dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny w KIR.

Rosnąca popularność podpisu elektronicznego to m.in. efekt coraz szerszej listy jego zastosowań i kolejnych, wprowadzanych w ostatnich latach zmian w prawie, które z jednej strony wymusiły stosowanie kwalifikowanych podpisów do zatwierdzania dokumentów, a z drugiej wprowadziły możliwość np. zdalnego wydawania kwalifikowanych certyfikatów. Dziś e-podpis można zastosować np. w kontakcie z urzędem skarbowym w celu złożenia e-deklaracji podatkowej, składając wniosek o dowód osobisty, zgłaszając narodziny dziecka czy starając się o odpis aktu z urzędu stanu cywilnego.

Badanie Kantara wykazało, że 72 proc. ankietowanych zainteresowanych e-podpisem chce w ten sposób podpisywać umowy z bankiem, a 57 proc. z dostawcami prądu czy gazu. Ponad połowa wymieniła również jego przydatność w kontaktach z operatorami telekomunikacyjnymi oraz ubezpieczycielami, a 43 proc. – w umowach dotyczących usług medycznych. Dzięki temu można uniknąć konieczności drukowania dokumentów, ich skanowania, wysyłania kurierem czy ponoszenia kosztów archiwizacji.

Konsekwentne wdrażanie e-dokumentacji powoduje, że także relacje między administracją państwową a firmami w coraz większym stopniu przenoszą się do kanału online. Podpis elektroniczny, który pozwala zdalnie podpisywać np. urzędowe wnioski, umowy czy e-faktury, ułatwia firmom prowadzenie działalności. Przykładem z ostatnich miesięcy jest zastosowanie kwalifikowanych podpisów elektronicznych przez przedsiębiorców ubiegających się o dofinansowanie ze środków w ramach obydwu edycji programu Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych i Średnich Przedsiębiorstw.

Na rynku jest wiele rodzajów e-podpisu, różniących się zapewnianą mocą prawną, o czym należy pamiętać, wybierając konkretne rozwiązanie. Kwalifikowany podpis elektroniczny weryfikowany przez kwalifikowany certyfikat, wydany konkretnej osobie fizycznej, jest równoważny z mocy prawa podpisowi własnoręcznemu. Oznacza to, że praktycznie każdy dokument papierowy można zastąpić dokumentem podpisanym kwalifikowanym e-podpisem i co ważne – jest on tak samo ważny w urzędzie, jak i we współpracującej z nami firmie. Żaden urząd czy partner biznesowy nie może odmówić przyjęcia tak zabezpieczonego dokumentu, gdyż jego moc prawna jest równie ważna jak dokumentu opatrzonego podpisem złożonym własnoręcznie na papierze.

Na rynku są również dostępne rozwiązania pozwalające na składanie „zwykłego” e-podpisu. Tak zwany zwykły e-podpis lub też e-podpis zaawansowany także znajduje rynkowe zastosowanie. W wielu sytuacjach autoryzacja podpisem niekwalifikowanym jest wystarczająca. Należy jednak pamiętać, że urząd zwykle nie przyjmie tak podpisanego dokumentu. Podobnie nasz partner biznesowy może nie zaufać tak podpisanemu dokumentowi. Dla części dokumentów elektronicznych prawo wprost wymaga zastosowania kwalifikowanego e-podpisu lub Profilu Zaufanego.

– E-podpis ułatwia też obieg dokumentów wewnątrz firmy. Pozwala podpisywać faktury, przedłużać i podpisywać nowe umowy, w tym np. umowy-zlecenia czy o dzieło, autoryzować płatności i podpisywać dokumenty pracownicze. W praktyce e-podpis pozwala, np. zespołom HR, wdrożyć elektroniczne dokumenty osobowe (personalne) bez konieczności drukowania i archiwizowania papierowej dokumentacji. To narzędzie umożliwia też podpisywanie praktycznie wszystkich formatów plików (np. DOC, PDF) z dowolnego miejsca i w dowolnym czasie. W świetle prawa e-podpis jest równoważny z odręcznym podpisem złożonym na tradycyjnym dokumencie – podkreśla Elżbieta Włodarczyk.

E-podpis Szafir jest zaawansowanym narzędziem kryptograficznym – to ciąg znaków dołączany do podpisywanego dokumentu, gwarantujący, że jego treść się nie zmieniła i pozwalający ustalić tożsamość osoby podpisującej. Jest całkowicie bezpieczny, a jego nowa mobilna wersja mSzafir, którą KIR wprowadził na rynek w marcu 2020 roku, jest narzędziem całkowicie wirtualnym i dostępnym w pełni zdalnie. Nie wymaga stosowania fizycznych urządzeń, takich jak czytnik i karta kryptograficzna. Tak samo jak e-podpis Szafir – mSzafir jest zgodny z wymaganiami rozporządzenia eIDAS i ma moc prawną równoważną podpisowi złożonemu własnoręcznie.

– Oznacza to, że kwalifikowany podpis elektroniczny mSzafir jest uznawany we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej, co ułatwia firmom m.in. start w europejskich postępowaniach przetargowych – wskazuje dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny w KIR.

Podpis elektroniczny mSzafir jest oferowany w dwóch wariantach. Klienci KIR mają możliwość uzyskania jednorazowego podpisu mSzafir służącego do podpisania pojedynczego dokumentu, a także podpisu z długim terminem ważności, którym podpiszemy wiele dokumentów. Przed uzyskaniem jednorazowego podpisu użytkownik potwierdza swoją tożsamość zdalnie, korzystając z bankowości elektronicznej PKO Banku Polskiego i Inteligo. W przypadku mSzafiru (wielorazowego) z długim terminem ważności użytkownicy potwierdzają tożsamość na jeden z trzech sposobów:
z wykorzystaniem bankowości elektronicznej, przy użyciu standardowego certyfikatu kwalifikowanego lub w wybranej placówce KIR.

Jak wskazują dane przytaczane przez KIR, przejście na system podpisów elektronicznych pozwala firmom zaoszczędzić nawet 75% kosztów ponoszonych na obsługę dokumentów. Kwalifikowany podpis elektroniczny mSzafir stosowany jest m.in. przez PKO Bank Polski, który udostępnia go swoim klientom zakładającym zdalnie rachunek inwestycyjny w Domu Maklerskim. Z kolei Orange Polska prowadzi obecnie pilotażowy program wykorzystania mSzafiru do podpisywania dokumentów kadrowych.

– W procesie generowania kwalifikowanych e-podpisów online potwierdzanie tożsamości użytkowników odbywa się za pomocą bankowości elektronicznej. Z tego rozwiązania chętnie korzystają klienci reprezentujący wiele różnych sektorów gospodarki, bo innowacyjne przedsiębiorstwa doskonale rozpoznają pilną potrzebę elektronizacji procesów. Kolejne wdrożenia są w toku – dodaje Elżbieta Włodarczyk.

Niewykluczony powrót do części obostrzeń. Wzrost liczby zakażeń może opóźnić wprowadzanie planu odbudowy zdrowia Polaków

– Niewykluczone, że będziemy musieli wrócić do ostrzejszych restrykcji. Nasza odpowiedzialność o tym zadecyduje – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz. Początek trzeciej fali pandemii w Polsce jest już faktem, o czym świadczy nie tylko rosnąca dynamika wzrostu zakażeń, ale i coraz większa liczba osób hospitalizowanych. Od tego, w jakim stopniu uda się kontrolować pandemię, będzie zależeć wprowadzanie planu odbudowy zdrowia Polaków, który zakłada zachęcanie do wizyt i badań kontrolnych.

Lekarze od tygodni alarmują, że konsekwencją przedłużającej się pandemii i niewydolności systemu służby zdrowia jest narastający w społeczeństwie dług zdrowotny. Do POZ i specjalistów zgłasza się w tej chwili zdecydowanie mniej pacjentów, a wielu spośród nich jest już w zaawansowanym stadium chorób np. onkologicznych czy kardiologicznych.

– Mniej pacjentów w ostatnim roku zgłaszało się na diagnostykę kardiologiczną. Ci, którzy docierają do kardiologa, do ambulatoryjnej pomocy specjalistycznej, często mają już zaawansowane choroby. Widzimy, że również w chorobach onkologicznych pacjenci często zgłaszają się z dużym opóźnieniem, a wtedy ich leczenie jest dużo trudniejsze. To są dwa podstawowe schorzenia, w których konsekwencje opóźnionej diagnostyki mogą być najpoważniejsze, ale na pewno nie jedyne – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Z danych NFZ przytaczanych przez Polskie Towarzystwo Onkologiczne wynika, że w 2020 roku wystawiono ponad 17 tys. mniej kart diagnostyki i leczenia onkologicznego niż w 2019 roku. Tegoroczne statystyki też wskazują na niepokojący trend (ponad 3 tys. kart mniej w styczniu vs. 2020 rok). Na badania przesiewowe w kierunku raka piersi zgłosiło się w ubiegłym roku 33 proc. kobiet w wieku 50–69 lat (przed pandemią było to 55–60 proc.), a cytologię wykonało ok. 14 proc. kobiet w wieku 25–59 lat (przed pandemią 30–40 proc.). Lekarze alarmują, ze najgorzej statystyki wyglądają w kolonoskopii, na którą w niektórych województwach zgłosiło się tylko kilka procent uprawnionych.

Jak wskazuje rzecznik MZ, rząd ma plan na złagodzenie długu zdrowotnego i odbudowę zdrowia Polaków po pandemii, ale najpierw konieczne jest opanowanie sytuacji epidemiologicznej i wyhamowanie wzrostu zakażeń.

 Dzięki temu, że będziemy kontrolować pandemię, będzie można wprowadzić pewien plan odbudowy zdrowia, w którym każdy Polak powyżej 40. roku życia będzie mógł zdiagnozować się pod kątem cukrzycy, pod kątem chorób kardiologicznych i onkologicznych. Po drugie, chcemy też wdrożyć odlimitowanie wizyt u specjalistów, żeby podjąć się leczenia i diagnostyki specjalistycznej. Ale w trakcie rozwijającej się trzeciej fali pandemii tego nie zrobimy – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

W niedzielę resort zdrowia poinformował o 7038 nowych zakażeniach i 94 zgonach z powodu COVID-19. Liczba aktywnych przypadków w Polsce wynosiła 218 tys., z czego ponad 12,6 tys. chorych przebywało w szpitalach, w tym 1340 pod respiratorami. W ciągu doby wykonano 37,4 tys. testów.

– Jeszcze do niedawna liczba zakażeń koronawirusem w Polsce malała, nie w sposób drastyczny, ale była dynamika spadków. Natomiast od ponad tygodnia obserwujemy już wzrost. Najpierw delikatny, w granicach 100 zakażeń dziennie więcej, ale ostatnie dni to już wzrost w granicach ok. 2 tys. zakażeń więcej w stosunku do tego samego dnia w poprzednim tygodniu – mówi Wojciech Andrusiewicz.

Jak podkreśla, na początek trzeciej fali pandemii COVID-19 wskazuje też rosnąca liczba zakażonych SARS-CoV-2 w szpitalach. Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że niedziela była już trzecim dniem z rzędu, w którym liczba osób hospitalizowanych wzrosła (do 12 609 osób).

– Kolejną daną potwierdzającą, że rzeczywiście mamy do czynienia z początkiem trzeciej fali, jest dość duży wzrost zleceń z podstawowej opieki zdrowotnej, zleceń na testy pod kątem koronawirusa. W skali tygodnia jest to wzrost o ok. 12 tys. testów, więc nie jest to mało. Co oczywiste, rośnie więc też liczba wykonywanych testów. Te wszystkie dane składają się w jedną całość – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Niepokojące dane spływają również z Czech i Słowacji, gdzie notuje się znacznie więcej przypadków na 100 tys. mieszkańców niż w Polsce.

– W Czechach to cztery i pół razy więcej niż w Polsce, na Słowacji – dwa i pół razy więcej. To jednak nie znaczy, że i u nas ta dynamika nie może  jeszcze wybuchnąć. Wszystko zależy od nas, bo podstawową zmienną rzutującą na to, jak będzie wyglądała trzecia fala w Polsce, jest podejście społeczeństwa do obostrzeń. Jeśli będzie ono mało odpowiedzialne, jeżeli będziemy lekceważyć obowiązujące przepisy i zalecenia, to rzeczywiście możemy mieć do czynienia z dużą skalą wybuchu pandemii – mówi Wojciech Andrusiewicz.

Rząd od 12 lutego warunkowo poluzował część obostrzeń, dzięki czemu działalność wznowiły m.in. kina, teatry, hotele i stoki narciarskie. W efekcie w miniony, walentynkowy weekend najazd turystów przeżywały zwłaszcza górskie miejscowości. W mediach gościły informacje o tłumach ludzi na stokach narciarskich i spontanicznych, masowych imprezach odbywających się na zakopiańskich Krupówkach bez zachowania jakiegokolwiek reżimu sanitarnego. Według epidemiologów incydenty z minionego weekendu nie są jednak jeszcze widoczne w statystykach dotyczących liczby zakażeń.

– Mamy do czynienia ze wzrostem skali naszej aktywności i pewnym poluzowaniem, ale nie restrykcji, tylko poluzowaniem zasad, którymi powinniśmy się kierować, odpowiedzialności i naszego podejścia do reżimu sanitarnego. Rozumiemy, że psychicznie ciężko żyje się w tych obostrzeniach i trudno ten reżim utrzymać. Jednak nadmierne luzowanie sobie służy rozwojowi pandemii. Jeśli w najbliższych dniach dołożymy do tego masowe lekceważenie reżimu sanitarnego – czy to na stokach, czy w hotelach – to możemy notować wybuch pandemii podobnie jak w Czechach czy na Słowacji. A tego chyba wszyscy wolelibyśmy uniknąć – podkreśla rzecznik MZ.

Rząd nie wyklucza powrotu do części obostrzeń, jeżeli tendencja wzrostowa liczby zakażeń będzie się utrzymywać, jednak – jak podkreśla rzecznik – wszystko jest uzależnione od tego, na ile restrykcyjnie społeczeństwo będzie stosować się do zasad reżimu sanitarnego.

 Niewykluczone, że będziemy musieli wrócić do ostrzejszych restrykcji. Jeżeli będziemy widzieli odbicie ze skali zachorowań, którą mieliśmy jeszcze dwa tygodnie temu, czyli z pułapu mniej więcej 5,5 tys. zakażeń na dobę, to trudniej będzie pohamować rosnącą skalę wzrostów. Jeżeli nie chcemy ponownego zamknięcia, jeżeli chcemy żyć w miarę normalnie przy tych obostrzeniach, które obowiązują, to nasza odpowiedzialność o tym zadecyduje – podsumowuje Wojciech Andrusiewicz.

W 2021 roku zapotrzebowanie na inżynierów wzrośnie, ale tylko w niektórych segmentach. Na brak pracy nie będą narzekać specjaliści od elektromobilności, energetyki odnawialnej i IT

Kryzys wywołany pandemią koronawirusa spowodował, że w wielu branżach duże projekty inwestycyjne zostały przełożone na później, a kadra inżynierska pracowała w obniżonym wymiarze czasu pracy. – Na szczęście firmy nie zwalniały inżynierów i wszystko wskazuje na to, że od września tego roku, po masowych szczepieniach, ruszą duże inwestycje i zapotrzebowanie znów wzrośnie – przewiduje Tomasz Szpikowski z Bergman Engineering. Największego popytu na specjalistów można się spodziewać u producentów samochodów hybrydowych i elektrycznych, w segmencie energetyki odnawialnej oraz ze strony firm technologicznych.

W ubiegłym roku rynek pracy był bardzo specyficzny, ale mimo trudności dość łaskawy dla inżynierów. Pandemia w naturalny sposób wymusiła przyspieszenie rozwoju nowych technologii, które wspierają pracę i naukę w nowej rzeczywistości. W 2020 roku wzrosło zapotrzebowanie na specjalistów z zakresu IT, a zwłaszcza na tych, którzy tworzą narzędzia umożliwiające komunikację online, rozwiązania fintech bądź rozwijają platformy na potrzeby branży e-commerce.

Pracownicy zatrudnieni na stanowiskach inżynierskich nie byli zwalniani, ale zostały wstrzymane podwyżki i czas pracy został ograniczony o ok. 20 proc. Wiele firm obawiało się kryzysu, więc odłożyło na później inwestycje w nowe projekty, ale nie pozbywało się kadry inżynierskiej. Okazało się, że inżynierowie, informatycy, to jest zasób, który służy rozwojowi przedsiębiorstw i wiele z nich uznało, że nie można ich stracić. To bardzo dobra informacja – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Szpikowski, prezes zarządu Bergman Engineering.

Jak pokazał raport Bergman Engineering „(Nie)daleka przyszłość rekrutacji inżynierów”, brak podwyżek w 2020 roku był odczuwalny. Dla przykładu w branży motoryzacyjnej w ciągu ostatnich trzech lat stawki wynagrodzeń wzrosły średnio o około 10–14 proc., a w 2020 roku ten wzrost całkowicie się zatrzymał. Firmy branży automotive utrzymały wynagrodzenia, ale niektóre z nich zmniejszyły liczbę godzin pracy. Były też takie, które zredukowały etaty w konsekwencji znacznych spadków sprzedaży nowych samochodów. Od kwietnia do listopada 2020 roku do platformy Expert Indicator firmy Bergman Engineering dołączyło blisko 100 osób, które utraciły pracę lub zlecenia i szukają nowych projektów. Połowę z nich stanowili właśnie przedstawiciele branży motoryzacyjnej. Na redukcję zatrudnienia i obniżenie wynagrodzeń decydowały się też firmy z branży lotniczej, które ze względu na ograniczenie podróży i problemy przewoźników odnotowały brak nowych zamówień.

Wielu inżynierów od stycznia tego roku wróciło na pełny wymiar czasu pracy i obecnie mają całkiem niezłe warunki pracy. Widzimy już symptomy pozytywnych zmian na rynku pracy dla inżynierów i informatyków. Rok 2021 będzie okresem nowych projektów, odblokowania inwestycji, bo firmy spodziewają się, że po okresie wdrożenia szczepionek wszystko ruszy z miejsca. Nie będzie to jeszcze wyraźnie widoczne w pierwszym półroczu – przewiduje Tomasz Szpikowski. – W drugiej połowie roku wszystko powinno jednak szybko wracać do normy, a od września dynamika zatrudnienia będzie wyraźna, co jest bardzo dobrą wiadomością dla inżynierów i informatyków.

Jak podkreśla, w tym roku największej rekrutacji inżynierów można się spodziewać w branżach związanych z produkcją samochodów elektrycznych i baterii do tych aut. Zapotrzebowanie na pracowników będą zgłaszać nie tylko producenci, ale także dostawcy dużych koncernów motoryzacyjnych, którzy muszą się przebranżowić i zaoferować podzespoły do aut elektrycznych. Ta część załogi, której nie uda się przekwalifikować, może być zagrożona. Przykład to zwolnienie ponad pół tysiąca osób z Volkswagena w Poznaniu, które do końca roku stracą pracę z powodu optymalizacji procesów i wprowadzenia robotyzacji na potrzeby produkcji aut elektrycznych.

Branża, która rośnie w siłę i będzie rekrutować inżynierów, to energetyka, zwłaszcza ta skoncentrowana wokół zielonej energii, np. pomp ciepła, paneli fotowoltaicznych, farm wiatrowych oraz innych nowoczesnych systemów ogrzewania lub oszczędzania energii. Będą się również rozwijały firmy technologiczne, które zajmują się np. systemami do monitorowania poziomu bezpieczeństwa, emisji, produktywności lub optymalizacją procesu produkcji z wykorzystaniem m.in. urządzeń mobilnych.

– Zarządzanie fabrykami czy mieszkaniami wyposażonymi w systemy smart home to bardzo duży rynek i obecnie duże jest zapotrzebowanie na inżynierów, którzy rozumieją te procesy, potrafią zmapować i przygotować odpowiednie sterowniki oraz oprogramowanie do tych sterowników po to, żeby odpowiednie dane były właściwie przekazywane i analizowane – dodaje prezes zarządu Bergman Engineering.

Ze wspomnianego raportu wynika, że w 2020 roku największy wzrost zapotrzebowania na usługi rekrutacji zgłaszały firmy z branży FMCG oraz medycznej i farmaceutycznej, a także firmy wspierające procesy zachodzące w tych branżach. Rekrutacje były prowadzone również do firm z branży maszynowej i automatyki przemysłowej, które dostarczają rozwiązania na potrzeby sektora FMCG, farmacji i medycyny, a także do firm z branży opakowań.

– Obecnie otrzymujemy bardzo wiele zapytań z Europy Zachodniej o polskich inżynierów. Wielu z nich pracuje już w dużych koncernach, takich jak Volkswagen czy Daimler. Wynagrodzenia są tam dwu-, trzykrotnie wyższe niż w Polsce, a jedynym minusem jest to, że praca odbywa się w Niemczech. Mimo że pandemia nauczyła nas pracy zdalnej, to pewnych procesów inżynieryjnych nie można wykonać na odległość. Niemieckie firmy bardzo cenią polskich inżynierów, bo są bardziej wydajni i chcą dłużej pracować niż ich koledzy z krajów Europy Zachodniej – podsumowuje Tomasz Szpikowski.

Sztuczna inteligencja przyspieszy likwidację szkód z polis ubezpieczeniowych. Ochroni też firmy przed wyłudzaniem odszkodowań

Trwa technologiczna rewolucja w branży ubezpieczeniowej. Za pomocą analizy danych i Big Data firmy ubezpieczeniowe dostosowują swoją ofertę, optymalizują procesy i chronią się przed oszustwami. Wykorzystują też sztuczną inteligencję do przyspieszenia rozpatrywania roszczeń. Coraz częściej rozwiązania IoT pozwalają zaproponować spersonalizowane ubezpieczenia zdrowotne czy komunikacyjne. Na rynku działają już firmy, które pozwalają na podstawie informacji z dokumentacji medycznej wesprzeć pracowników w likwidacji szkód. Jedną z takich technologii opracowali Polacy.

– W Minte.ai zajmujemy się pozyskiwaniem z dokumentacji medycznej informacji dotyczących szkód w zakresie medycyny ubezpieczeniowej. Produkt nasz kierujemy do dużych i średnich firm ubezpieczeniowych, w których rozpatrywane są szkody osobowe, czyli wszystkie szkody związane np. z nieszczęśliwym wypadkiem, pobytem w szpitalu czy ciężkim zachorowaniem – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Romuald Paprzycki, prezes i współzałożyciel firmy Minte.ai.

Branża insurtech rośnie w siłę z każdym rokiem i rozwija się dynamicznie nawet w trakcie pandemii. Jak wynika z raportu firmy Willis Towers Watson, w 2020 roku globalne inwestycje w sektorze osiągnęły rekordową wysokość 7,1 mld dol. Szacuje się, że do 2025 roku wartość rynku przekroczy 10 mld dol. Insurtechy zapewniają ubezpieczycielom przede wszystkim bezpieczeństwo i ograniczenie ryzyka, co jest kluczowym elementem w tej branży. Pozwalają też na oszczędności, ale jednocześnie całkowicie zmieniają podejście do relacji ubezpieczyciel – klient.

Rozwiązanie opracowane przez Polaków jest w stanie zautomatyzować ocenę ponad połowy szkód osobowych. Mniej więcej o tyle samo zmniejsza też koszty operacyjne związane z obsługą roszczenia. Program wykorzystuje także wiedzę ekspercką lekarzy, którzy mają długie doświadczenie w medycynie ubezpieczeniowej. Pozwala to z kolei zmniejszyć wymagania co do wiedzy medycznej, którą likwidator musi posiadać.

– Korzyścią, którą firma ubezpieczeniowa odnosi z wdrożenia naszego systemu, są nie tylko oszczędności kosztów operacyjnych, lecz także fakt, że w rozwiązaniu zawarliśmy wiedzę ekspercką naszych lekarzy, którzy mają wieloletnie doświadczenie w medycynie ubezpieczeniowej – podkreśla Romuald Paprzycki.

Analiza ogromnych zbiorów danych, które do tej pory były przetwarzane przez ekspertów za pomocą prostych programów, jest coraz bardziej zautomatyzowana. Pracownicy i ich doświadczenie pozwalają na weryfikację zdarzeń lub ryzyka, których do tej pory mogli nie dostrzegać. Dzięki sieciom neuronowym analizowane są zdjęcia satelitarne, aby ubezpieczyciele mogli lepiej przeciwdziałać oszustwom. Z kolei algorytmy sztucznej inteligencji coraz częściej odpowiadają za ocenę ryzyka przy konstruowaniu polis.

– Sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe ogólnie opiera się na dużej ilości oznaczonych danych. Z uwagi na złożoność naszego zagadnienia byłyby to miliony oznaczonych stron dokumentacji medycznej. Zbudowaliśmy ekspercki model medyczny, który jest wykorzystywany we wszystkich elementach związanych ze sztuczną inteligencją wprowadzonych do systemu, od rozpoznawania tekstu i rozpoznawania gramatyki w tekście aż po ostateczne kojarzenie faktów związanych z danym uszczerbkiem – tłumaczy prezes Minte.ai.

Projekt jest po teście proof of concept przeprowadzonym przez jedno z czołowych towarzystw ubezpieczeniowych w Polsce. Obecnie trwają prace nad dalszym zwiększaniem skuteczności działania systemu, a także uzupełnieniem go o specjalny interfejs, wspierający pracę likwidatora danymi z modelu medycznego i dostarczający wyjaśnienie proponowanej decyzji.

– Wierzymy, że jeśli decyzja ubezpieczeniowa będzie zawierała zrozumiałe wyjaśnienie, pokazując, na podstawie których fragmentów dokumentacji medycznej została podjęta, firmy ubezpieczeniowe zyskają dodatkowo dzięki zwiększeniu zadowolenia i zaufania ich klientów – ocenia Romuald Paprzycki.

Fintechy napędzają zmiany w świecie finansów. Już za kilka lat transakcje gotówkowe w Polsce mogą praktycznie zniknąć

Pandemia przyspieszyła cyfryzację procesów w instytucjach finansowych. Coraz częściej też decydujemy się na transakcje bezgotówkowe – jak wynika z badań na zlecenie WIB przeprowadzonych przez pracownię Pollster, w ostatnich miesiącach blisko co czwarty Polak ograniczył korzystanie z gotówki na rzecz płatności bezgotówkowych. W ciągu kilkunastu lat tradycyjny pieniądz może niemal całkowicie zniknąć z rynku. Zmiany w świecie finansów napędzają fintechy, które oferują wygodne rozwiązania dla klientów, coraz bardziej otwartych na finansowe innowacje.

– Pandemia zdecydowanie wyrobiła w nas nowe nawyki finansowe. Najważniejszą rzeczą jest to, że przede wszystkim udało się przekonać w Polsce klientów, że nie muszą otwierać rachunku bezpośrednio w banku, ale mogą to zrobić zdalnie, więc nastąpiła ogromna cyfryzacja procesów w instytucjach finansowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Katarzyna Niewińska z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Deloitte w raporcie „Wpływ cyfryzacji i pandemii COVID-19 na bezpieczeństwo cybernetyczne w instytucjach finansowych” wskazuje, że większość instytucji finansowych nieuchronnie zmierza w kierunku coraz większej cyfryzacji procesów. Transakcje przeprowadzane we wszystkich jednostkach z różnych obszarów sektora finansowego podlegają digitalizacji, co jest konsekwencją przede wszystkim rosnących oczekiwań klientów. Pandemia przyspieszyła zmiany, także w Polsce, coraz bardziej otwartej na finansowe innowacje.

– Jeszcze w 2005 roku mieliśmy prawie 98 proc. transakcji gotówkowych, dzisiaj znaczna większość, ponad 50 proc., są to transakcje bezgotówkowe. Jesteśmy liderem pod względem transakcji mobilnych, czyli za pomocą telefonów lub różnych innych rozwiązań, gdzie możemy płacić zbliżeniowo. Średnio na świecie jest około 24 proc. tych transakcji, w Polsce ponad 30 proc. Pieniądz gotówkowy staje się coraz mniej popularny wśród użytkowników, coraz częściej będziemy rezygnować z niego na koszt pieniądza bezgotówkowego. Tym bardziej że różne rozwiązania technologiczne pozwalają nam uniknąć korzystania z gotówki – ocenia ekspertka.

NBP w „Informacji o kartach płatniczych” podaje, że liczba transakcji zbliżeniowych w III kwartale 2020 roku przekroczyła 1,51 mld, co oznacza wzrost o 345 mln (29 proc.) w porównaniu z II kwartałem 2020 roku. Udział procentowy transakcji zbliżeniowych w ogólnej liczbie transakcji bezgotówkowych sięga już 94,5 proc. Ogółem w III kwartale 2020 roku przy użyciu kart przeprowadzono aż 1,73 mld transakcji bezgotówkowych, co w porównaniu do poprzedniego kwartału stanowiło wzrost o 27 proc.

– Liderami płatności bezgotówkowych są przede wszystkim Singapur i Korea Południowa, a w Europie Szwecja i Holandia. W raportach BIS-u przewiduje się, że w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat Szwecja stanie się krajem bezgotówkowym – wskazuje dr Katarzyna Niewińska. –  W Polsce może to zająć więcej czasu niż w Szwecji, jednak w ciągu kilku, kilkunastu lat na pewno będziemy w bardzo małym stopniu posługiwać się pieniądzem gotówkowym.

Zmiany na rynku finansowym napędzają fintechy, które oferują bezpieczne i wygodne rozwiązania dla  klientów coraz bardziej otwartych na innowacje. Wiadomo już np., że Facebook planuje wdrożyć przelewy kontekstowe, czyli na podstawie generowanych wiadomości użytkownikom pojawią się propozycje przelewów.

– Raporty CB Insights wskazują, że neobanki i banki, instytucje finansowe będą szły w kierunku stałych opłat. Będziemy np. płacili subskrypcję i tak jak płacimy subskrypcję za słuchanie książek, tak będziemy płacili subskrypcję jednorazową za użytkowanie konta, żeby nie było różnych przelewów – wskazuje ekspertka z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Na rynku pojawia się coraz więcej fintechów, które oferują kolejne rozwiązania. Jak wymienia ekspertka, serca inwestorów w 2020 roku podbił m.in. Robinhood. To fintech, który umożliwia inwestowanie na giełdzie bez brokerów biur maklerskich. Na znaczeniu zyskują też takie fintechy jak LendingClub. To pionier tzw. pożyczek peer-to-peer, czyli modelu, który łączy konsumentów szukających pożyczek online z osobami fizycznymi lub inwestorami instytucjonalnymi, takimi jak banki. Przyszłością może zaś być telemetyka, czyli wycena ubezpieczenia na podstawie naszego stylu jazdy.

–  Także w Polsce możemy znaleźć chyba we wszystkich obszarach fintechów spółki, które odpowiadają na potrzeby rynku. Pomagają w tym mocno instytucje finansowe, które tworzą laboratoria współpracy z takimi start-upami, które usprawniają im pracę, a także dają dane i możliwość testowania ich produktów przy współpracy z bankami – mówi dr Katarzyna Niewińska.

Polacy już odnoszą pierwsze sukcesy w globalnym rynku fintech. Przykładem może być Digital Fingerprints, który oferuje rozwiązanie do permanentnego uwierzytelniania i znalazł się wśród 10 najbardziej obiecujących fintechów w zakresie cyberbezpieczeństwa w 2020 roku na liście stworzonej przez EU-Startups.com.

Tych, którzy tworzą innowacje, zakładają i rozwijają nowe przedsiębiorstwa, docenia konkurs Przedsiębiorca Roku Uniwersytetu Warszawskiego, przeznaczony dla studentów, absolwentów i pracowników UW.

–  Chcemy nagradzać naszych absolwentów, studentów czy też pracowników, którzy tworzą start-upy, innowacje w różnych sektorach, m.in. w fintechach, ale nie tylko. Stworzyliśmy to po to, żeby podkreślić niesamowite sylwetki naszych studentów, absolwentów, nagrodzić ich i pokazać, że Uniwersytet Warszawski także kreuje ludzi, którzy potrafią zmieniać świat – podkreśla ekspertka.

Przegląd wydarzeń tygodnia 22.02 – 26.02.2020

Wzrosty rentowności obligacji skarbowych USA wywołało zamieszanie na rynkach finansowych i poddało w wątpliwość trwałość hossy ryzykownych aktywów. Obawy wydają się jednak przesadzone i wkrótce powinny zaniknąć, a udane wprowadzenie szczepień w Europie i USA powinno wzbudzić większe zaufanie do cyklicznego ożywienia, zaś dodatkowy impuls fiskalny również zapewni wsparcie.

Przyszły tydzień: nastroje konsumentów i biznesu w USA, Powell z Fed, Ifo z Niemiec, Lagarde z EBC, rynek pracy z Wlk. Brytanii, PKB Polski, RBNZ

USA

W USA indeksy nastrojów konsumentów (wt, pt) i regionalne wskaźniki biznesu (pt) powinny wskazać na poprawiające się warunki gospodarcze. Dane o wnioskach o zasiłek (czw) będą obciążone szumem wynikającym z ataku mrozów w płd.-zach. stanach i do wyników należy podchodzić z rezerwą. W tygodniu nie zabraknie wystąpień przedstawicieli Fed, gdzie interesujące będą komentarze odnośnie inflacji i skoku rentowności obligacji. Główna uwaga będzie na przemówieniu prezesa Powella w Kongresie (wt, śr) w ramach prezentowanego co pół roku sprawozdania z prowadzonej polityki pieniężnej. Oczekujemy, że szef Fed pozostanie stanowczy w wykluczaniu wcześniejszego zakończenia QE, co powinno przyhamować wzrost rentowności i osłabić USD.

Strefa euro

W Europie najbardziej interesujący będzie niemiecki indeks Ifo (pon). Bazując na odczytach ZEW i Sentix można założyć, że wskaźnik oceny sytuacji bieżącej spadł w lutym, ale postęp programu szczepień i wizja złagodzenia restrykcji powinny doprowadzić do wzrostu subindeksu oczekiwań. Finalny odczyt inflacji z Eurolandu (wt) nie dostarczy żadnych nowych wartościowych informacji. Nieco uwagi przyciągną rewizji PKB z Niemiec (śr) i Francji (pt). W poniedziałek przemawia prezes EBC Lagarde, a w czwartek główny ekonomista banku Lane. Oczekujemy podkreślenia ryzyk stojących przed gospodarką, co implikuje utrzymanie gołębiego nastawienia. Lane może próbować werbalnie osłabić euro, ale nikogo już to nie zaskoczy.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii przywrócenie restrykcji na początku roku wpłynie na wyraźny spadek zatrudnienia w styczniu (wt). Trzymiesięczna średnia stopy bezrobocia (za okres październik-grudzień) prawdopodobnie wzrośnie przy uwzględnieniu lockdownu 2.0. Mimo to nie liczymy, aby złe dane mogły zatrzymać rajd GBP/USD, gdzie wciąż główną siłą są oczekiwania na szybsze zakończenie restrykcji wraz z postępem programu szczepień.

Polska

W Polsce podaż pieniądza M3 (pon) i stopa bezrobocia (wt) najprawdopodobniej przejdą bez echa. Szacunek PKB a IV kw. (pt) będzie uzupełniony o składowe z główną uwagą na udziałach konsumpcji i inwestycji. Na EUR/PLN utrzymuje się konsolidacja 4,47-4,51 w oczekiwaniu na silniejsze zawiązanie kierunku na rynkach zewnętrznych. Pozytywnie należy oceniać względną odporność złotego na umocnienie dolara w ostatnich dniach, co sugeruje brak obecności krótkoterminowego kapitału spekulacyjnego zainteresowanego większą zmienności na rynku PLN. Ustawia to asymetrię ryzyk na korzyść aprecjacji, o ile pojawi się silniejszy zryw apetytu na ryzyko. Na razie jednak obowiązuje trend boczny.

Nowa Zelandia

W Nowej Zelandii tydzień przynosi posiedzenie RBNZ (śr), ale nie spodziewamy się zmian w polityce. Stan gospodarki pozwala na bardziej optymistyczny komunikat, ale jednocześnie bank nie chciałby wywołać silniejszej aprecjacji NZD. Stąd spodziewalibyśmy się podtrzymania gołębiego nastawienia i podkreślenia, że normalizacja polityki prędko nie nastąpi.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

COVID-19 wyprzedza wszystkie inne ryzyka biznesowe – Barometr Ryzyk Allianz

Zagrożenia związane z COVID-19 stoją na czele Barometru Ryzyk Allianz 2021 , odzwierciedlając potencjalne scenariusze zakłóceń i strat, z którymi borykają się firmy w następstwie pandemii koronawirusa. Przerwy w działalności biznesowej (nr 1 z 41% odpowiedziami) i sam wybuch pandemii (nr 2 z 40%) to największe zagrożenia biznesowe w tym roku, a incydenty cybernetyczne (40% wskazań) zajmują trzecie miejsce.

Coroczna ankieta dotycząca globalnego ryzyka biznesowego przeprowadzona przez Allianz Global Corporate & Specialty (AGCS) obejmuje opinie 2769 ekspertów z 92 krajów na całym świecie. Co roku w badaniu biorą udział Zarządu, menedżerowie ryzyka, brokerzy i eksperci ubezpieczeniowi.

Barometr Ryzyk Allianz 2021 jest wyraźnie zdominowany przez zagrożenia związane z COVID-19. Przerwy w działalności, pandemia i cyberprzestrzeń są ze sobą ściśle powiązane, co pokazuje rosnącą słabość naszego wysoce zglobalizowanego i połączonego świata. Pandemia koronawirusa przypomniała nam wszystkim, że zarządzanie ryzykiem i ciągłością biznesową muszą ewoluować, aby pomóc firmom przygotować się na ekstremalne wydarzenia i w efekcie pomóc im przetrwać. Chociaż pandemia nadal jest mocno obecna na całym świecie, musimy również przygotować się na częstsze ekstremalne scenariusze, takie jak awarie systemów, cyberataki, klęski żywiołowe spowodowane zmianami klimatycznymi lub nawet wybuch pandemii innej choroby – mówi Joachim Müller, dyrektor generalny AGCS

Kryzys zdrowotny COVID-19 nadal stanowi bezpośrednie zagrożenie zarówno dla bezpieczeństwa indywidualnego, jak i dla przedsiębiorstw. To odzwierciedla powód, dla którego wybuch pandemii podskoczył o 15 pozycji w Barometrze – na drugie miejsce w rankingu. Do tej pory, wedle wskazań badanych, pandemia jako zagrożenie nigdy nie zajęła w Barometrze Ryzyka Allianz wyższego miejsca niż 16 w ciągu ostatnich 10 lat. To pokazuje tylko, że do tej pory była ryzykiem wyraźnie uważanym za odległe i niedocenianym. Jednak w 2021 r. jest to ryzyko numer jeden w 16 krajach. Znajduje się także wśród trzech największych zagrożeń na wszystkich kontynentach.

Rozwój rynku (4. miejsce z 19%) również pnie się w górę w Barometrze Ryzyka Allianz 2021, odzwierciedlając ryzyko wzrostu wskaźników niewypłacalności po pandemii. Według Euler Hermes, większość niewypłacalności nastąpi właśnie w 2021 r. Eksperci szacują, że globalny wskaźnik niewypłacalności ubezpieczyciela kredytów kupieckich osiągnie rekordowy poziom w przypadku upadłości, osiągając 35% do końca 2021 r. Największe wzrosty spodziewane są w USA, Brazylii, Chinach i głównych krajach europejskich. Inne zagrożenia obejmują zmiany makroekonomiczne (# 8 z 13%) oraz ryzyka polityczne i przemoc (# 10 z 11%), które są w dużej mierze również konsekwencją wybuchu pandemii koronawirusa. Spadki w tegorocznym badaniu zaliczają zmiany w przepisach prawa i regulacjach (# 5 z 19%), katastrofy naturalne (# 6 z 17%), pożary i wybuchy (# 7 z 16%) oraz zmiany klimatu (# 9 z 13%). Wszystkie wyraźnie zastąpione przez obawy związane z pandemią.

Wskazania polskich ekspertów

Nie jest zaskoczeniem, że wybuch pandemii znajduje się na szczycie zestawienia w Barometrze w 2021 roku według polskich ekspertów. Pandemia znacznie zmieniła postrzeganie ryzyk, które stoją zarówno przed obywatelami jak i przedsiębiorstwami. Widać to także w dalszych wskazaniach ekspertów, którzy zaznaczyli, że drugim największym ryzykiem biznesowym w tym roku są przerwy w działalności. A to ma bezpośredni związek m.in. z obostrzeniami związanymi z koronawirusem – mówi Tomasz Kryłowicz, Allianz Polska.  Na podium największych zagrożeń znalazły się zmiany w ustawodawstwie i przepisach (30%). Co ciekawe, incydenty cybernetyczne, które od lat znajdowały się wśród trzech największych ryzyk, w tym roku zajmują dopiero 5. pozycję (22%). Polscy ankietowani wskazali także nowe ryzyko, które do tej pory nie pojawiało się w zestawieniach – ryzyka polityczne i przemoc. – Pojawienie się tego ryzyka w tegorocznym zestawieniu może mieć bezpośredni związek z nastrojami społecznymi zarówno w kraju jak i na całym świecie – dodaje Tomasz Kryłowicz.

Pandemia powoduje zakłócenia – teraz i w przyszłości

Przed wybuchem COVID-19 zakłócenia w biznesie (BI – Business Interruption) już siedem razy znajdowały się na szczycie globalnego Barometru Ryzyka Allianz i wracają na pierwsze miejsce po zastąpieniu ich przez incydenty cybernetyczne w 2020 r. Pandemia pokazuje, że ekstremalna globalna skala zdarzenia BI to nie tylko teoria, ale realna możliwość, powodująca utratę przychodów i zakłócenie produkcji, operacji i łańcuchów dostaw. 59% respondentów wskazuje pandemię jako główną przyczynę BI w 2021 r., W następnej kolejności są to incydenty cybernetyczne (46%) oraz katastrofy naturalne oraz pożary i eksplozje (po około 30%). Dodatkowo pandemia powiększa rosnącą listę „nie fizycznych” scenariuszy BI, takich jak awarie cybernetyczne lub przerwy w zasilaniu. – Konsekwencje pandemii – szersza cyfryzacja, zdalna praca i rosnące uzależnienie od technologii firm i społeczeństw – prawdopodobnie zwiększą ryzyko BI w nadchodzących latach – wyjaśnia Philip Beblo, ekspert w globalnym zespole ds. Ubezpieczania nieruchomości w AGCS. – Jednak tradycyjne zagrożenia nie znikną i muszą pozostać w programie zarządzania ryzykiem. Klęski żywiołowe, ekstremalne warunki pogodowe lub pożary pozostają głównymi przyczynami BI w wielu branżach i nadal widzimy tendencję do większych strat w czasie.

Rosną zagrożenia cybernetyczne

Incydenty cybernetyczne co prawda spadły na 3. miejsce, ale nadal pozostają głównym zagrożeniem z większą liczbą respondentów niż w 2020 r. W dalszym ciągu znajdują się w pierwszej trójce zagrożeń w wielu krajach, w tym m.in. w Brazylii, Francji, Niemczech, Indiach, Włoszech, Japonii, RPA, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Przyspieszenie w kierunku większej cyfryzacji i pracy zdalnej wywołane przez pandemię dodatkowo zwiększa podatności IT na zagrożenia. W szczytowym momencie pierwszej fali lockdownu w kwietniu 2020 r. FBI odnotowało 300% wzrost liczby incydentów. Szacuje się także, że cyberprzestępczość kosztowała światową gospodarkę ponad 1 bilion dolarów, czyli o 50% więcej niż dwa lata temu. Incydenty związane z oprogramowaniem ransomware, które już teraz są częste, stają się coraz bardziej szkodliwe i w coraz większym stopniu wymierzone są w duże firmy.

Covid-19 pokazał, jak szybko cyberprzestępcy są w stanie się przystosować, a gwałtowny wzrost cyfryzacji spowodowany pandemią stworzył możliwości włamań z nowymi scenariuszami strat cybernetycznych – mówi Catharina Richter, globalna szefowa Allianz Cyber Center of Competence w AGCS . – Atakujący wprowadzają innowacje, wykorzystując zautomatyzowane skanowanie w celu identyfikacji luk w zabezpieczeniach, atakując słabo zabezpieczone routery lub nawet wykorzystując „deepfake” – realistyczne treści multimedialne zmodyfikowane lub sfałszowane przez sztuczną inteligencję. Jednocześnie przepisy dotyczące ochrony danych i prywatności oraz kary za naruszenia danych nadal mają tendencję wzrostową.barometrRyzyk

Pełna treść raportu „Barometr Ryzyk Allianz 2021” (w wersji angielskiej):

https://www.agcs.allianz.com/content/dam/onemarketing/agcs/agcs/reports/Allianz-Risk-Barometer-2021.pdf

W co szóstym domu spory o pieniądze są na porządku dziennym

W niemal dwóch na trzy domy nie udaje się uniknąć kłótni o pieniądze, a w co szóstym zdarzają się one regularnie – wynika z badania zrealizowanego dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Główne powody to nieliczenie się ze zdaniem partnera, rozrzutność i zbyt niskie dochody. Ale nieporozumienia to nie wszystko, co trzecia osoba zanim przystąpi do rozmowy sprawdza po kryjomu finanse i wydatki partnera. Zdecydowanie częściej partnerzy kontrolują partnerki, bo też częściej mają dostęp do finansów swojej drugiej połowy. Pandemia spowodowała, że awantur jest nieco więcej.

O pieniądze kłóci się z najbliższymi zdecydowana większość, bo 64 proc. Polaków – pokazuje badanie zrealizowane przez 4P dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Na szczęście bardzo często i często robi to zdecydowanie mniejsza część społeczeństwa – 16 proc. respondentów.W co szóstym domu spory o pieniądze są na porządku dziennym

Źródło: badanie 4P dla BIG InfoMonitor

48 proc. badanych wchodzi w spory na tle finansowym rzadko lub bardzo rzadko. By dojść do tego etapu, trzeba jednak wcześniej nabrać wprawy i wzajemnego zaufania, a na to potrzeba czasu. Dlatego wśród osób między 18. a 29. rokiem życia regularnie bierze udział w kłótniach o finanse co czwarta. Od trzydziestki natężenie sporów słabnie, by po pięćdziesiątce częste i bardzo częste nieporozumienia na tym tle były udziałem 12 proc., a po sześćdziesiątce 7 proc. ankietowanych.

Najmłodsze pokolenie najpierw tkwi w gorącym sporze o pieniądze z rodzicami, a później z drugą połową, bo każdy wychodzi z rodzinnego domu z innym bagażem doświadczeń i innymi nawykami. Ważne jest jednak, by ewentualne spory i dyskusje prowadziły do dobrych decyzji. Niestety, błędy popełnianie na starcie w dorosłość mogą zaważyć na realizacji życiowych planów i stanowić dodatkowy balast na kolejne lata – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Tymczasem z naszych danych wynika, że z powodu nieopłaconych rachunków i rat kredytów znajduje się w rejestrze dłużników lub ma popsutą historię kredytową ponad 137 tys. osób, czyli prawie 5 proc. osób z tego pokolenia, w kolejnym 25-34 latków jest już niemal 560 tys. niesolidnych dłużników – dodaje. O ile przeciętna zaległość najmłodszej grupy wynosi 8,3 tys. zł. to już po 25. roku życia jest to o prawie 10 tys. zł więcej.

Punkty zapalne to m.in. krótki staż związku i dzieci

Niełatwo o pokojowe rozmowy o wydatkach i oszczędnościach również w rodzinach z małymi dziećmi. Regularne problemy z dogadaniem się ma co najmniej 20 proc. rodziców potomstwa w wieku do 9 lat. Dla porównania w gospodarstwach domowych, w których nie ma dzieci na utrzymaniu, o częstych i bardzo częstych sporach mówi 14 proc. ankietowanych, a tam, gdzie mieszkają dorosłe dzieci – 16 proc. respondentów.

Pieniądze to trudny temat, który wywołuje silne emocje i potrafi być źródłem poważnych konfliktów. Obnaża różnice systemów wartości i charakterów w związkach. Niestety nie ma prostych reguł. Konto wspólne czy oddzielne? A co, jeśli partnerzy różnią się zasadniczo poziomem dochodów? Satysfakcjonujące porozumienie, które nie obędzie się bez kompromisów, ustalić jednak warto, bo jego brak wzmaga kryzysy w związkach i aż dla ok. 30 proc. par kończy się rozstaniem – przestrzega Roman Pomianowski, psycholog społeczny, prezes Stowarzyszenia Program Wsparcia Zadłużonych.

Błędy jednej osoby w małżeństwach, w których zachowana jest wspólnota majątkowa, mogą dać się mocno we znaki również drugiej połowie, dlatego należy wspólnie podejmować ważne w skutkach decyzje. Kłopoty finansowe to niestety nie jest rzadkość, z informacji zawartych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz z danych BIK wynika, że w pokoleniu 35-44 latków oraz 45-54 latków problemy z opłacaniem zobowiązań ma co ósma osoba. Tu przeciętne kwoty zaległości są znacznie wyższe niż w przypadku młodszych pokoleń, bo wynoszą odpowiednio ponad 31 tys. zł i 39,5 tys. zł.

Żona kontra mąż lub odwrotnie

Kłótnie na tle finansowym w 70 proc. przypadków wybuchają między partnerami i małżonkami, w następnej kolejności 17 proc. badanych wymienia rodziców, 7 proc. dzieci, a 5 proc. rodzeństwo. Statystyki mogłyby wyglądać gorzej, gdyby nie to, że niemal co dziesiąty ankietowany prowadzi gospodarstwo domowe samodzielne i ma zdecydowanie mniej okazji, by się z kimś spierać.

W co szóstym domu spory o pieniądze są na porządku dziennym 2Źródło: badanie 4P dla BIG InfoMonitor

… bo wydał i nie spytał, a na dodatek za mało zarabia

O co się kłócimy? Przede wszystkim o nieuzgadnianie wydatków i rozrzutność. W następnej kolejności o niewystarczające dochody, nieumiejętność oszczędzania oraz wysokość wydatków partnera na hobby czy używki.

W co szóstym domu spory o pieniądze są na porządku dziennym 3Źródło: badanie 4P dla BIG InfoMonitor

Przy czym kobiety zdecydowanie częściej wymieniają jako powód awantur niskie dochody (34 proc. vs. 28 proc.) i rozrzutność (37 proc. vs. 28 proc.), mężczyźni natomiast wydawanie pieniędzy bez zgody (34 proc. vs. 30 proc.) oraz przeznaczanie oszczędności na nieodpowiedni cel (19 proc. vs. 13 proc.). Ale kto wywołuje temat, a kto z tych powodów jest stawiany pod ścianą, trudno jednoznacznie stwierdzić.

– Mamy w Polsce paradoksalną sytuację – kobiety są lepiej wykształcone, ale mnie zarabiają. Kierowany w ich stronę zarzut zbyt małych dochodów może mieć więc charakter strukturalny. Jest jednak gorzej, jeśli partner lub partnerka zarzuca drugiej stronie, że się nie stara, że nie jest wystarczająco przedsiębiorcza, zaradna – bo to już ocena osoby, tego jak wywiązuje się ze swych powinności wobec rodziny, a nie informacja zwrotna mobilizująca do większego zaangażowania. Z moich obserwacji wynika, że posądzenie polskiego mężczyzny o to, że jest „bankrutem” potrafi być jedną z największych obelg – zauważa Roman Pomianowski.

Kuszące podglądanie konta

Spory sporami, a kontrolowanie stanu konta, wydatków i oszczędności drugiej połowy, to inna sprawa. Nawet tam, gdzie kłótnie o pieniądze się zdarzają, 52 proc. twierdzi, że nie ma potrzeby sprawdzania konta partnera, ale jest też 48 proc. badanych, którzy myślą inaczej. Uważają, że zanim rozpocznie się burzliwą rozmowę o wydatkach i oszczędnościach należałoby się upewnić, jak sprawa faktycznie wygląda i obejrzeć finanse partnera. Nie każdy ma jednak taką możliwość, ostatecznie sprawdza więc co trzeci, z czego na częstą kontrolę decyduje się co dziesiąty badany. Wyniki nie pozostawiają wątpliwości, w tym względzie nadal nie ma mowy o równouprawnieniu. Kontrola jest bardziej domeną partnerów, robi to 37 proc. z nich, podczas gdy kontrolujących partnerek jest 27 proc. Może wyglądałoby to inaczej, gdyby nie fakt, że w takich trudnych finansowo związkach kobiety rzadziej mają dostęp do rachunków mężów (12 proc.) niż oni do ich kont (20 proc.).

Temat pieniędzy jest szczególnie burzliwy w parach osób między 25. a 34. rokiem życia. W tej kategorii wiekowej chętnie sprawdzałoby konto partnera aż 65 proc. ankietowanych, podczas gdy wśród osób po 45. roku życia 40 proc. I faktycznie 25-34 latkowie kontrolują swoją drugą połowę częściej niż reszta (37 proc. vs. średniej na poziomie 33 proc.). Wynik byłby inny, ale na przeszkodzie stoi brak dostępu do konta partnera, bo podobnie jak w pozostałych grupach wiekowych wgląd w finanse drugiej osoby ma przeciętnie ok. jednej trzeciej badanych.

Finanse to coś więcej niż tylko kwestia dobrej komunikacji w związku, bo rodzina to nie jest firma, w której tworzy się formalny plan finansowy. Gospodarowanie pieniędzmi, podejmowanie decyzji inwestycyjnych, np. dotyczących zakupu samochodu, budowy czy remontu mieszkania, wymarzonych wakacji, itd. ujawnia strukturę władzy w związku. Nawet tzw. miłe niespodzianki pokazują, kto rządzi i rozdaje karty – zwraca uwagę Roman Pomianowski.

Nie ma pieniędzy, a kłótnie są

Wyniki badania nie pozostawiają też wątpliwości, że sporów o pieniądze jest więcej tam, gdzie żyje się skromniej. Wystarczy, by dochody własne badanego przekroczyły 3 tys. zł, lub gospodarstwa domowego 4 tys. zł, i już sytuacja wygląda nieco lepiej. Nie oznacza to jednak, że wszędzie, gdzie deklarowany jest wysoki standard życia, udaje się żyć bez awantur o pieniądze.

Co ciekawe, grupa bez problemów finansowych, w której dobrze się żyje i która może pozwolić sobie na wszystko, także nie unika kłótni. Często i bardzo często doświadcza ich niemal co piąty badany, podczas gdy w grupie deklarującej skromne życie, której nie wystarcza nawet na podstawowe potrzeby, dzieje się tak w co czwartym przypadku – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Zamożne pary rzadziej niż inne kłócą się jednak o pieniądze między sobą, a zdecydowanie częściej ze swoimi dziećmi – dodaje.

Powrót dorosłych dzieci do domów sprzyja trudnym rozmowom o finansach

Pandemia nie oszczędziła żadnego obszaru życia, również finansów i związanych z nimi nieporozumień. Części osób odebrała źródło utrzymania lub ograniczyła wpływy, ale wielu też zmniejszyła wydatki, bo ze względu na lockdowny, obostrzenia w korzystaniu z licznych usług i rozpowszechnienie pracy zdalnej jest zdecydowanie mniej okazji do wydatków. W czterech ścianach nerwowość na tle finansowym jednak wzrosła. Owszem, prawie dwie trzecie spierających się o pieniądze nie dostrzega zmiany między stanem przed Covid-19 i w czasie pandemii, ale wśród tych, którzy ją zauważyli przeważają deklarujący, że teraz kłócą się o pieniądze częściej (20 proc.) niż rzadziej (16 proc.). Niewykluczone, że jest to zasługa pełnoletnich już dzieci, które z powodu zdalnej nauki i zamknięcia miejsc pracy wróciły pod dach rodziców. Badanie potwierdza, że w domach, w których mieszka pełnoletnie już dziecko konfliktów na tle finansowym bywa dziś więcej niż przed rokiem. Powrót do rodzinnego domu ma jednak też plusy, niesolidnych dłużników w wieku 18-24 lat jest dziś mniej niż przed rokiem.