Zmiany w kierownictwie Avis Budget Group

Avis Budget Group mianował Martina Grubera na stanowisko wiceprezesa ds. handlowych, a Laurenta Sculiera na dyrektora zarządzającego w regionie Europy Środkowej i Zachodniej, który obejmuje również Polskę. To część szerszych zmian w międzynarodowym kierownictwie firmy.

Martin Gruber
Martin Gruber – wiceprezes ds. handlowych w Avis Budget Group

Martin Gruber kontynuuje wieloletnią karierę w Avis Budget Group. Z globalnym dostawcą usług mobilności osób jest związany od 1999 roku. Przez ostatnich dziewięć lat zarządzał firmą w Europie Środkowej oraz nadzorował przejęcie kilku spółek z branży mobilność osób w regionie.

Jestem dumny z możliwości zarządzania pracą nowego, międzynarodowego zespołu handlowego Avis Budget Group, złożonego z wysoko wykwalifikowanych i doświadczonych ekspertów. Stworzyliśmy zespół, który kompleksowo odpowiada za obsługę klienta i dla którego priorytetem jest dobro wynajmujących. Koncentracja na naszych klientach, a także fakt, że jesteśmy wiarygodnym i elastycznym partnerem, oferującym bezpieczną usługę mobilności osób w czasach obecnych ograniczeń sprawią, że wyjdziemy z pandemii jeszcze silniejsi – mówi Martin Gruber, który nową funkcję sprawuje od stycznia 2021 roku.

Dotychczasowe stanowisko Martina Grubera obejmuje Laurent Sculier, który przed awansem odpowiadał za marki Avis i Budget we Francji, Belgii, Holandii oraz w Luksemburgu. Od teraz będzie zarządzał również biznesem w Polsce, Niemczech, Austrii, Szwajcarii oraz w Czechach.

Laurent Sculier
Laurent Sculier – Avis Budget Group

Cieszę się z możliwości pracy z zespołem Avis oraz z naszymi klientami w Europie Środkowej, co będzie sprzyjać jeszcze lepszej wymianie informacji między regionami. Będziemy dalej pracować nad nowymi, elastycznymi i innowacyjnymi rozwiązaniami – produktami, które zapewnią naszym klientom jeszcze więcej satysfakcji z wynajmu. Jestem przekonany, że Avis Budget Group wyjdzie z kryzysu mocniejszy i będzie w jeszcze większym stopniu gwarantować bezpieczeństwo klientów podczas podróży – podkreśla Laurent Sculier.

Zespół Laurenta Sculiera będą tworzyć dyrektorzy generalni poszczególnych krajów: Sascha Hümmerich (Polska i Czechy), Alexander Schuricht (Niemcy), Pierre-Olivier Bard (Francja), oraz Wolfgang Huber (Austria i Szwajcaria).

Boom na e-commerce to czas na naukę

Wzrost popularności zakupów w internecie wymusił rozwój sieci logistycznych, ale także innowacje w dostarczaniu produktów. To jednak nie jedyny wymiar fenomenu e-commerce. Sprzedawcy i producenci powinni nie tylko korzystać na boomie na zakupy w internecie i „ratować przychody”, ale wyciągnąć wnioski, nauczyć się efektywniej dopasowywać do potrzeb konsumenta i jeszcze lepiej zrozumieć ogromny potencjał danych na temat swoich klientów.

Źródła danych – aplikacje, reklamy czy … wearables

Każda firma, która zajmuje się sprzedażą swoich produktów w sieci, ma dostęp do bardzo wielu informacji na temat zachowań klientów. Jest to możliwe dzięki śladowi, który zostawiamy w internecie, korzystając ze stron lub aplikacji mobilnych sklepów internetowych. To już nie tylko informacje na temat tego, w jaki sposób przeglądamy stronę i jak kupujemy, ale także na jakich kategoriach produktowych spędzamy najwięcej czasu, czy „odkładamy” koszyk zakupowy na później. Jednocześnie sprzedawcy walczą o naszą uwagę: tworzą i emitują reklamy internetowe, a nasz odbiór tych reklam i to, na ile efektywnie na nie reagujemy, też jest dla nich źródłem cennej informacji.

Danych jest jednak zdecydowanie więcej. Źródłem cennej wiedzy jest także to, w jaki sposób korzystamy z urządzeń, na których przeglądamy strony internetowe czy robimy zakupy: telefonów, komputerów czy nawet urządzeń wearables, czyli zegarków czy inteligentnych opasek, a nawet samochodów, wyposażonych w cały szereg czujników. Wiele mówią o nas interakcje z innymi ludźmi – jakich influencerów śledzimy czy to, na jakich stronach najchętniej komentujemy.

Umiejętne przetwarzanie takiej wiedzy to w dzisiejszych czasach nadal rzadkość. Podobnie zresztą, jak świadomość, że one w ogóle istnieją! Wielu przedsiębiorców, sprzedawców i marketerów nawet nie wie, jaki ogrom informacji o kliencie można uzyskać właśnie na bazie wymienionych wyżej surowych danych. Ci, którzy mają tego świadomość, nie wiedzą, że są u nich zgromadzone, ale nie wiedzą, jak je wykorzystać.

Szansa dla menedżerów produktu

Coraz częściej w organizacjach, które dysponują szerokim asortymentem, tworzy się role menedżerów produktu, którzy są odpowiedzialni za zaprojektowanie danego produktu, kontakt z klientem, prognozy, planowanie nowych wersji produktu czy jego promocji. Wymienione wcześniej informacje, dotyczące nie tylko samego procesu zakupowego i wsparte przez sztuczną inteligencję, mogą być istotnym źródłem danych o potencjalnych klientach.

Wszystkie informacje koncentrują się wokół trzech obszarów – klienta, produktu i wsparcia procesu. Na poziomie klienta można wykorzystać je do m.in. pogłębienia zrozumienia zachowań konsumenckich i prognozowania, co, gdzie i kiedy kupi dany klient, a tym samym – spersonalizowania przekazu marketingowego, dostosowanego do potrzeb, ale i stylu komunikowania się czy nawet kultury określonego użytkownika. Na poziomie produktu można prognozować zapotrzebowanie na zaopatrzenie czy automatycznie optymalizować ceny produktu w oparciu o ich dostępność. Na ostatnim z poziomów – procesowym – znajdują się sprzedaż, obsługa sklepu, tworzenie planogramów, logistyka czy marketing, które również można zautomatyzować.

Kluczowe dla menedżera produktu jest nie tylko uświadomienie sobie ogromu danych i możliwości, jakie one oferują, ale także znalezienie przestrzeni w organizacji, która pozwoliłaby na stworzenie cyfrowego produktu, wykorzystującego potencjał dostępnych danych i generującego wartość biznesową dla organizacji. Taki menedżer w ogóle nie musi być programistą, ale powinien potrafić wytłumaczyć swoje założenia choćby architektom tak, by przełożyli je na praktykę.

To nie czas na ratowanie przychodów, a na wnioski

W dobie pandemii, lockdownu i kryzysu gospodarczego wśród sprzedawców internetowych zapanowała silna pokusa, by skupić się przede wszystkim na działalności operacyjnej i „ratowaniu” przychodów. Zadali sobie pytanie: a co, jeśli taki boom na zakupy w internecie nie potrwa długo i już nigdy się nie powtórzy? Oderwanie się od tej pokusy nie jest łatwe, ale to najlepszy możliwy czas, by rozwijać kompetencje w obszarze wykorzystania danych w zarządzaniu produktem – tak, by jeszcze mocniej wykorzystać potencjał e-commerce.

Dr hab. Andrzej Wodecki, opiekun programów MBA Digital Transformation oraz Sztuczna Inteligencja w Biznesie w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej

Wstępne wyniki finansowe Grupy XTB za 2020 rok

Rekordowy rok XTB: 402,4 mln zł zysku, 797,7 mln zł przychodów i ponad 112 tys. nowych klientów. Wstępne wyniki finansowe XTB za 2020 rok.Kluczowe wskaźniki efektywności XTB w 2020 roku

W 2020 roku, XTB wypracowało najwyższe w historii firmy przychody operacyjne – 797,7 mln zł (wzrost o 233,4 % w porównaniu z 2019 rokiem), skonsolidowany zysk netto – 402,4 mln zł (wzrost o 597,4% r/r) oraz EBIT – 516,3 mln zł (wzrost o 689,3% r/r). XTB pozyskało także rekordową liczbę 112 tys. nowych klientów (wzrost o 206,5% w porównaniu z liczbą klientów pozyskanych w 2019 roku). Grupa przełamała także barierę ćwierć miliona pozyskanych klientów.

Rekordowe wyniki finansowe XTB w 2020 roku

XTB zanotowało dynamiczne wzrosty we wszystkich kluczowych wskaźnikach efektywności finansowej. Dzięki korzystnym uwarunkowaniom rynkowym, XTB wypracowało najwyższe w historii firmy przychody operacyjne – 797,7 mln zł (wzrost o 233,4 % w porównaniu z 2019 rokiem), zysk netto – 402,4 mln zł (wzrost o 597,4% r/r) oraz EBIT – 516,3 mln zł (wzrost o 689,3% r/r). Do osiągnięcia bardzo dobrych rocznych wyników finansowych, oprócz obecnej na rynkach przez cały 2020 rok wysokiej zmienności na rynkach finansowych i towarowych, przyczyniły się także cięcia stóp procentowych, które sprawiły, że handel na instrumentach finansowych stał się mocno atrakcyjny dla wielu inwestorów. W czwartym kwartale ub. roku Grupa XTB odnotowała 140,1 mln zł przychodów z działalności operacyjnej (w czwartym kwartale 2019 było to 89,6 mln zł) oraz 40,5 mln zł zysku netto (wobec 37 mln zł w analogicznym okresie 2019 roku).

– 2020 rok był bardzo dobrym rokiem dla XTB. Osiągnięcie trzycyfrowych wzrostów przychodów i zysków nie byłoby jednak możliwe bez kilku wcześniejszych lat wytężonej pracy nad naszym produktem, technologią i doskonaleniem obsługi. Dzięki nim, wykorzystaliśmy szansę na rozwój i wzrost którą dostarczyła ponadprzeciętna zmienność na rynkach. Ten rok udowodnił stabilność fundamentów, na których oparty jest nasz biznes. – powiedział Prezes Zarządu XTB Omar Arnaout. Chcemy być firmą inwestycyjną pierwszego wyboru, nie tylko dla klientów w Polsce czy Europie, ale na całym świecie. – dodał Omar Arnaout.

Równolegle do działalności detalicznej stanowiącej większość przychodów Grupy, XTB rozwija działalność instytucjonalną pod marką X Open Hub (XOH), w ramach której dostarcza płynność i technologię innym instytucjom finansowym, w tym domom maklerskim. W tym obszarze w 2020 roku spółka odnotowała również pięciokrotny wzrost przychodów do 104,9 mln zł, wobec 20,8 mln w 2019 roku.

Koszty działalności operacyjnej w 2020 r. ukształtowały się na poziomie 281,7 mln zł i były o 107,8 mln zł wyższe od tych rok wcześniej (2019: 173,9 mln zł). Wzrost ten był związany przede wszystkim ze zwiększonymi kosztami marketingowymi związanymi z wyższymi nakładami na kampanie online oraz rosnącymi kosztami wynagrodzeń i świadczeń pracowniczych, a także wzrostem zatrudnienia.

Ponad ćwierć miliona klientów XTB

Jednym fundamentów solidnego i długofalowego wzrostu XTB jest stale rosnąca baza klientów i liczby aktywnych klientów. W 2020 r. Grupa odnotowała kolejny rekord w tym obszarze pozyskując 112 025 nowych klientów, który oznacza nie tylko wzrost o 206,5%
w ujęciu rocznym (w 2019 roku XTB pozyskała 36 555 klientów), ale wartość ta odpowiada sumarycznej liczbie klientów pozyskanych w ciągu sześciu ostatnich lat (w latach 2014-2019 Grupa XTB pozyskała 112 825 klientów). Łącznie z usług polskiego brokera skorzystało ponad 261 tys. klientów. Wraz ze wzrostem ogólnej bazy klienckiej, rośnie także liczba klientów, którzy aktywnie korzystają z możliwości inwestycyjnych oferowanych przez XTB. Liczba aktywnych klientów (takich, którzy przeprowadzili co najmniej jedną transakcję ciągu 12 miesięcy) sięgnęła w 2020 roku 107 287, wobec 45 837 klientów w 2019 roku. Podwoiła się także średnia liczba aktywnych klientów (obejmuje klientów, którzy przeprowadzili co najmniej jedną transakcję w okresie 3 miesięcy) – z 26 582 w 2019 do 58 069 w 2020 roku.

– Wzrost liczby aktywnych klientów jest i nadal będzie dla nas jednym z największych priorytetów. Pomimo że wzrosty, które osiągnęliśmy w 2020 roku były bardzo solidne, to celujemy w dalsze zwiększenie naszej bazy zarówno pozyskanych, jak i aktywnych klientów. Zamierzamy jak najlepiej wykorzystać fakt, że coraz większa liczba osób interesuje się inwestowaniem. Myślę tu nie tylko o doświadczonych inwestorach, którzy często już nas znają i inwestują w XTB, ale również o osobach, które dzięki sytuacji, którą obserwujemy na rynkach, dopiero zaczęły się tym tematem interesować. – powiedział Prezes Zarządu XTB Omar Arnaout.

Dynamiczny wzrost bazy klientów współgrał z dużą aktywnością transakcyjną wyrażoną w liczbie zawartych kontraktów w lotach. W konsekwencji obrót instrumentami pochodnymi wyniósł 3 175,2 tys. lotów (2019: 1 597,2 tys. lotów) a rentowność na lota w ujęciu rocznym wzrosła do 251 zł (2019: 150 zł).

Polityka dywidendowa

Zarząd XTB podtrzymuje zamiar rekomendowania Walnemu Zgromadzeniu wypłaty dywidendy zgodnie z polityką dywidendową Spółki. Rekomendacja w tym zakresie zostanie przedstawiona w marcu br. po publikacji raportu rocznego.

Wykorzystanie szans i dalszy rozwój globalny Nadrzędnym celem XTB jest zostanie wyborem i kompleksowym rozwiązaniem dla każdego inwestora. Priorytetem Zarządu jest dalszy przyrost bazy klienckiej prowadzący do umocnienia pozycji rynkowej XTB na świecie bazując zarówno na efektywnym zagospodarowaniu korzystnych czynników zewnętrznych jak i doskonaleniu w obszarze oferty, technologii i obsługi.

Działania te wspierane będą przez szereg inicjatyw m.in. wprowadzoną 5 października 2020 r. nową i stałą ofertą na akcje i ETF-y (ang. Exchange-Traded Funds) „0% prowizji” dla miesięcznych wolumenów o wartości do 100 000 EUR. Oferta „0% prowizji” wspierana jest przez kampanię marketingową i reklamową z udziałem nowego ambasadora marki XTB – jednego z najlepszych menadżerów piłkarskich na świecie, José Mourinho, który będzie ambasadorem XTB przez dwa lata. Oferta ta została przyjęta z dużym entuzjazmem zarówno przez obecnych, jak i nowych klientów. Klienci XTB mają dostęp łącznie do 4500 instrumentów finansowych obejmujących m.in. ponad 2000 prawdziwych akcji z 16 największych światowych giełd oraz fundusze ETF, w tym na towary, nieruchomości i obligacje, a także dostęp do rynku Forex i kryptowalut.

XTB kontynuuje także ekspansję na nowe rynki skupiając się na rozpoczęciu działalności operacyjnej Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz w RPA. 9 stycznia 2021 r. została założona spółka XTB MENA Limited w DIFC (ang. Dubai International Financial Centre), Obecnie trwają prace nad spełnieniem warunków określonych przez lokalnego regulatora DFSA i wymaganych do rozpoczęcia działalności w ZEA, co zarząd firmy planuje uczynić jeszcze w I półroczu 2021 r. W zakresie RPA, ze względu na złożone lokalne uwarunkowania formalno-prawne przewidywana data rozpoczęcia działalności nie jest możliwa do określenia.

– Mamy jasną wizję rozwoju w 2021 roku. Chcemy pozyskać przynajmniej 120 tysięcy nowych klientów, otwieramy nowe biuro w Dubaju i intensyfikujemy działania na rynkach, na których już jesteśmy obecni. Mocno postawimy również na najwyższą jakość obsługi naszych klientów oraz na technologię i to nie tylko w kontekście naszej platformy xStation oraz xStation Mobile, ale także w zakresie bezpieczeństwa, wydajności i stabilności. Nawet ostatnie dni udowodniły nam, jak ważna dla klientów jest możliwość inwestowania w interesujące ich instrumenty wtedy, kiedy zechcą. Zrobimy wszystko, by XTB było miejscem, które takie możliwości zapewni; dzisiaj i w przyszłości. – powiedział Omar Arnaout.

Dalsze szczegółowe informacje podsumowujące podsumowujące działalność Grupy XTB 2020 roku są zawarte w Raporcie bieżącym numer 2/2021 – „Wstępne wyniki finansowe i operacyjne za 2020 rok”.

„Kontrakty CFD są złożonymi instrumentami i wiążą się z dużym ryzykiem szybkiej utraty środków pieniężnych z powodu dźwigni finansowej.

77% rachunków inwestorów detalicznych odnotowuje straty pieniężne w wyniku handlu kontraktami CFD u niniejszego dostawcy CFD.

Zastanów się, czy rozumiesz, jak działają kontrakty CFD, i czy możesz pozwolić sobie na wysokie ryzyko utraty pieniędzy.”

Technologia 5G – jakie korzyści przyniesie dla branży logistycznej?

5G wprowadzi prawdziwą rewolucję w komunikacji mobilnej i transmisji danych. Sieć piątej generacji umożliwi znaczny postęp technologiczny, na którym niewątpliwie skorzysta również branża logistyczna. Wspólnie z ekspertami GEFCO wskazujemy główne korzyści z wprowadzenia nowego standardu łączności bezprzewodowej – poprawę widoczności w łańcuchach dostaw, lepsze zarządzanie flotą i wsparcie przy podejmowaniu decyzji. 5G umożliwi również szybki rozwój Internetu Rzeczy.

Na czym polega przewaga technologii 5G?

Sieci 5G i urządzenia obsługujące 5G pozwolą uzyskać skokowy wzrost wydajności. Potencjał nowej technologii jest na tyle wysoki, aby zmienić sposób, w jaki projektujemy i korzystamy z usług informacyjnych. Jedną z najmocniejszych stron technologii 5G jest brak opóźnień w transmisji danych, czyli skrócenie do skrajnego minimum czasu jaki jest potrzebny na przesłanie żądania danych z urządzenia podłączonego do sieci, a następnie uzyskanie odpowiedzi w postaci danych.

Sieci 5G charakteryzują bardzo małe opóźnienia, co oznacza, że nowa technologia umożliwi komunikację między urządzeniami w czasie rzeczywistym. Sieci 5G są również w stanie obsłużyć jednocześnie większą liczbę urządzeń. Dla porównania, w sieci 4G może działać około 4000 urządzeń na kilometr kwadratowy, podczas gdy sieci 5G mogą obsługiwać do miliona urządzeń na tej samej powierzchni.

„5G otwiera przed nami nowe możliwości rozwoju Internetu Rzeczy (IoT), który w uproszczeniu jest systemem urządzeń elektronicznych, komunikujących się ze sobą i wymieniających dane. W przypadku branży logistycznej może przybrać on formę na przykład tysięcy czujników, działających w sieci 5G, umieszczonych w transportach i używanych do monitorowania w czasie rzeczywistym wielu zmiennych, od lokalizacji towaru przez jego temperaturę i wilgotność po kontrolę zapasów” – wyjaśnia Rafał WILK, Dyrektor IT, GEFCO Polska.

Konsekwencje z uruchomienia sieci 5G dla sektora logistycznego

Systemy danych i informacyjne są siłą napędową w łańcuchu dostaw, ponieważ umożliwiają dokładniejsze i szybsze podejmowanie decyzji, dzięki czemu rośnie wydajność pracy i zadowolenie klientów. Gdy łańcuchy dostaw są wyposażone w dużą liczbą urządzeń IoT, można na bieżąco śledzić to, co dzieje się w środowisku operacyjnym. W konsekwencji wiele łańcuchów dostaw stanie się bardziej responsywnych i elastycznych. Na przykład, urządzenia pracujące w sieciach 5G w magazynach i centrach dystrybucyjnych mogą samodzielnie powiadamiać o niskim poziomie zapasów. Sprzęt może również samodzielnie informować nas o problemach lub automatycznie planować prace serwisowe. Pozwoli to zaoszczędzić koszty, ale także czas, co przełoży się na wyższy poziom wydajności w branży logistycznej.

Urządzenia wyposażone w funkcję rzeczywistości rozszerzonej mogą wzbogacać lub uzupełniać informacje ponad to, co widzimy. Wyobraźmy sobie sytuację, w której pracownik magazynu musi szybko zlokalizować towar wśród tysięcy podobnych produktów. Korzystając ze smartfona lub okularów do rzeczywistości rozszerzonej, poszukiwany przedmiot może poinformować o swoim położeniu, zmieniając kolor lub generując wirtualną animację. Sieci 5G będą w stanie przesłać duże ilości danych, niezbędnych do bezproblemowego renderowania takich obrazów w czasie rzeczywistym.

Główne korzyści jakie oferuje technologia 5G dla branży logistycznej:

  1. Lepsza widoczność przepływów. Widoczność w łańcuchu dostaw to znacznie więcej niż śledzenie przesyłek. Największą zaletą technologii 5G jest natychmiastowy i dokładny wgląd w operacje w łańcuchach dostaw – tj. widoczność zakupów, zapasów, zamówień, produkcji i wysyłek w całym środowisku operacyjnym, wspierana przez aktywne zarządzanie zdarzeniami w czasie rzeczywistym. Firmy logistyczne będą mogły monitorować i zarządzać przepływem procesów i usług, podejmując decyzje w czasie rzeczywistym, co będzie szczególnie pożądane w przypadku reagowania na zakłócenia w łańcuchu dostaw.
  1. Nowe możliwości w zarządzaniu flotami pojazdów. Każdy pojazd użytkowy jest wyposażony w czujniki, które monitorują jego pracę, pomagając zachować dostępność floty i unikać wystąpienia awarii. Ponieważ sieci 5G będą działać również poza obszarami miejskimi, floty pojazdów użytkowych staną się częścią stale dostępnej sieci transportowej. Systemy zarządzania transportem (TMS) umożliwią kontrolę wykorzystania pojazdów w czasie rzeczywistym z korzyścią dla całego łańcucha dostaw.
  1. Wsparcie decyzji predykcyjnych. Przy podejmowaniu decyzji zawsze warto posiadać jak najwięcej informacji, aby mieć pewność dokonania najlepszego wyboru. Ze względu na prawdopodobny wzrost ilości danych generowanych przez czujniki i urządzenia IoT w sieciach 5G, systemy wspomagania decyzji powinny pracować z jeszcze większą precyzją.

„Tylko komunikacja w czasie rzeczywistym, jaką oferuje technologia 5G, pozwoli w pełni wykorzystać potencjał Internetu Rzeczy w branży logistycznej. Ilość generowanych danych znacznie się zwiększy, co spowoduje, że zarządzanie łańcuchem dostaw będzie jeszcze bardziej płynne, szybsze i efektywne kosztowo. Równocześnie wzrośnie znaczenie bezpieczeństwa danych, ponieważ wraz z popularyzacją internetu rzeczy coraz więcej decyzji będzie podejmowanych w oparciu o informacje pozyskiwane z sieci” – podsumowuje specjalista GEFCO, globalnego eksperta w zakresie multimodalnych łańcuchów dostaw.

Pożyczka pozabankowa a kwestie bezpieczeństwa

Pożyczanie pieniędzy przez Internet staje się coraz popularniejsze. Za skorzystaniem z pożyczek pozabankowych przemawiają proste i przystępne procedury, szybki proces rozpatrywania wniosku oraz niemal natychmiastowy dostęp do pieniędzy, które mogą zostać wydane na dowolny cel. Pożyczka pozabankowa, czyli popularna chwilówka, posiada liczne zalety, jednak nie każda oferta dostępna w Internecie będzie warta naszej uwagi. Na co powinniśmy zwrócić uwagę, aby wybrać korzystną, a przede wszystkim bezpieczną szybką pożyczkę?

Czym pożyczka pozabankowa różni się od kredytu bankowego?

Pożyczka pozabankowa, jak sama jej nazwa wskazuje, jest udzielana przez firmy spoza sektora bankowego. Jako że nie obowiązują ich przepisy prawa bankowego, tego typu podmioty mogą oferować korzystniejsze i szybsze procedury przyznawania pieniędzy obarczone w dodatku zredukowanymi do niezbędnego minimum formalnościami. Do otrzymania chwilówki potrzebny jest jedynie dowód osobisty, wypełniony online wniosek oraz posiadanie konta bankowego na własne nazwisko. Do wniosku nie musimy dołączać dokumentów potwierdzających wysokość dochodu, stabilność zatrudnienia ani wskazywać osób, które wystąpią w roli poręczycieli.

Możliwość ubiegania się o pożyczkę bez wychodzenia z domu, siedząc wygodnie przez komputerem lub ze smartfonem w dłoni sprawia, że cały proces jest łatwy, szybki i przyjemny. Co więcej, pożyczka pozabankowa jest udzielana 24h, 7 dni w tygodniu, w tym także w weekendy, święta oraz dni wolne od pracy. Pozwala to na uzyskanie wsparcia finansowego w każdej sytuacji, co zyska uznanie osób ceniących sobie elastyczność oraz pragnących mieć dostęp do dodatkowych pieniędzy w dowolnej chwili. Pieniądze wpływają na konto w przeciągu kilkunastu minut i od razu mogą zostać spożytkowane na dowolny cel, wedle preferencji klienta.Pożyczka pozabankowa a kwestie bezpieczeństwa

Jak bezpiecznie pożyczać pieniądze przez Internet?

Ogromna popularność szybkich pożyczek gotówkowych sprawiła, że na polskim rynku działa obecnie wiele firm oferujących chwilówki. Kluczem do bezpiecznego korzystania z ich oferty jest dokładne sprawdzenie kilku kwestii, zanim zdecydujemy się na wypełnienie i przesłanie wniosku o pożyczkę. Po pierwsze, należy zweryfikować, czy wybrana firma pożyczkowa jest legalnie działającym w naszym kraju podmiotem oraz sprawdzić, czy nie znajduje się na tzw. czarnej liście Komisji Nadzoru Finansowego lub Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Jeśli firma wydaje się w porządku, należy dokładnie zapoznać się z zasadami udzielania pożyczek. Wszystkie najważniejsze informacje oraz koszty powinny być dostępne na stronie www firmy oraz być jasno i zrozumiale wyjaśnione. Jeśli dana oferta budzi wątpliwości, warto poszukać innej. Istotną kwestią są rzeczywiste koszty pożyczki pozabankowej – powinniśmy móc je sprawdzić za pomocą specjalnego symulatora dostępnego na stronie firmy, który pokaże kwotę do spłaty oraz termin jej uiszczenia. Najlepszym rozwiązaniem jest wybór firmy, w której pierwsza pożyczka pozabankowa zostanie udzielona za darmo, a na kolejne, już jako stali klienci, uzyskamy atrakcyjne zniżki i rabaty.

Ustawa wolnościowa może zwiększyć ilość szkodliwych treści w sieci. Przed usuwaniem wpisów administratorów odstraszy groźba 50 mln zł kary

Ustawa wolnościowa została 22 stycznia przesłana do KPRM i czeka na wpis do wykazu prac Rady Ministrów. Nowy akt prawny ma chronić prawo do wolności słowa w sieci, nad czym czuwać będzie pięcioosobowa Rada Wolności Słowa. Będzie ona rozstrzygać kwestię zasadności usunięcia przez administratorów danego wpisu czy zablokowania konta użytkownika. W razie niekorzystnych rozstrzygnięć serwis społecznościowy musi liczyć się z karą do nawet 50 mln zł. Adwokat Xawery Konarski ocenia jednak, że ustawa może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i nie przysłuży się ani mediom internetowym, ani samym internautom.

Wstępne założenia tzw. ustawy wolnościowej zostały przedstawione przez ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę 15 stycznia br., krótko po tym, jak Twitter, a później także Facebook, Instagram i Snapchat zdecydowały o bezterminowym zablokowaniu kont byłego już prezydenta USA Donalda Trumpa, oskarżanego o podżeganie w mediach społecznościowych do styczniowego ataku na Kapitol.

 Wszyscy zaczęli się wtedy zastanawiać, czy prawidłowe jest rozwiązanie, w którym prywatne firmy mogą dość swobodnie blokować rozpowszechnianie różnego rodzaju wypowiedzi w internecie. To jest coś, nad czym zastanawiamy się w Polsce, nad czym zastanawiają się w Unii Europejskiej, ale i w Stanach Zjednoczonych. Nasze Ministerstwo Sprawiedliwości chciało zagwarantować użytkownikom wolność wypowiedzi w internecie i postanowiło to zrobić w formie odrębnej ustawy, powszechnie nazywanej ustawą wolnościową – mówi agencji Newseria Biznes Xawery Konarski, partner w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

W założeniu resortu sprawiedliwości ustawa wolnościowa ma przede wszystkim chronić konstytucyjne prawo do wolności słowa w internecie. W tej chwili serwisy społecznościowe – w przypadku uznania pewnych treści za bezprawne i naruszających czyjeś dobra osobiste – mogą zadecydować o usunięciu takiego wpisu albo zablokowaniu konta użytkownika, który to opublikował. Od takiej decyzji de facto nie ma realnej szybkiej możliwości odwołania. Według Ministerstwa Sprawiedliwości łamie to wolność wypowiedzi i pozwala na cenzurę w internecie, gdzie obecnie toczy się najwięcej politycznych dyskusji i sporów światopoglądowych.

Dlatego w projekcie ustawy zaproponowano powołanie pięcioosobowej Rady Wolności Słowa, która ma stać na straży wolności wyrażania poglądów w serwisach społecznościowych. W jej skład będą wchodzić eksperci z dziedziny prawa i nowych mediów, wybierani przez Sejm na sześcioletnią kadencję (większością kwalifikowaną 3/5 głosów, co ma zagwarantować ponadpartyjny skład rady).

– Zgodnie z założeniami projektu w Polsce ma zostać powołany regulator internetu, którego dotąd nie mieliśmy. Rada ma być powoływana i wybierana przez parlament. Moim zdaniem to rozwiązanie niedobre, które spowodowałoby upolitycznienie polskiego internetu. Po drugie, ponad 20 lat zajmuję się prawem internetu, uczestnicząc w wielu przedsięwzięciach legislacyjnych i regulacyjnych, i nie przypominam sobie debaty dotyczącej tego, w jakim kształcie, z jakimi kompetencjami i czy w ogóle takiego regulatora powinniśmy powoływać. Wydaje się, że Ministerstwo Sprawiedliwości nie jest właściwym podmiotem do decydowania o tym. Tymczasem ten projekt tylnymi schodami wprowadza regulatora polskiego internetu, bez jakiejkolwiek debaty publicznej w tym zakresie – mówi Xawery Konarski.

Jeżeli administrator serwisu internetowego zablokuje konto albo usunie wpis, którego treść nie narusza polskiego prawa, wtedy użytkownik będzie mógł złożyć skargę do serwisu, który powinien ją rozpatrzyć w ciągu 48 godzin. Jeśli nie przywróci wpisu albo utrzyma blokadę konta, użytkownikowi będzie przysługiwać odwołanie do Rady Wolności Słowa, która rozpatrzy je w ciągu siedmiu dni.

Jeżeli rada uzna skargę za zasadną, może nakazać niezwłoczne przywrócenie zablokowanej treści lub konta (jej decyzję będzie można jeszcze zaskarżyć w sądzie). Za niezastosowanie się do rozstrzygnięć serwisowi społecznościowemu będzie grozić kara administracyjna w wysokości od 50 tys. zł do nawet 50 mln zł.

Adwokat ocenia, że tak wysoka kara finansowa może spowodować, że administratorzy serwisów społecznościowych nie będą usuwać treści, nawet tych ewidentnie szkodliwych, bojąc się wchodzić w spory dotyczące tego, czy dana treść jest bezprawna.

– To też niedobrze, bo o ile wolność wypowiedzi jest ogromną wartością, o tyle źle jest, jeżeli w internecie znajdują się wypowiedzi szkodliwe i potencjalnie bezprawne. Przykładem są chociażby fake newsy polityczne czy mowa nienawiści. Nie w każdym przypadku takie wpisy są łatwe do ocenienia jako bezprawne. Natomiast wielokrotnie są one bardzo szkodliwe. Trudno byłoby podejmować swobodne decyzje dotyczące takich treści, mając z tyłu głowy myśl o tej 50-milionowej karze. Tak więc spodziewam się, że gdyby ta ustawa weszła w życie, w polskim internecie mielibyśmy znacznie więcej szkodliwych treści, co na pewno nie było założeniem projektodawców – ocenia partner w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Jego zdaniem ustawa wolnościowa będzie miała wręcz istotny wpływ na funkcjonowanie mediów internetowych w Polsce. Jak podkreśla, nie jest to rozwiązanie konieczne legislacyjnie, bo kwestie swobody wypowiedzi wkrótce ureguluje prawo europejskie. W grudniu ub.r., po pięciu latach prac UE zaprezentowała bowiem projekt Digital Services Act, czyli kodeks europejskiego internetu, który rangą i znaczeniem można porównać do RODO.

– W tym kodeksie są zawarte bliźniacze do ustawy wolnościowej próby zabezpieczenia swobody wypowiedzi w internecie. Przykładowo nie będzie można zablokować konta użytkownika bez powiadomienia go o tej decyzji wraz z uzasadnieniem i daniem mu szansy na zakwestionowanie jej w ramach różnych procedur online – wyjaśnia Xawery Konarski. – To oznacza, że projekt ustawy wolnościowej dubluje coś, co i tak będzie w Polsce prawem. Digital Services Act jest rozporządzeniem UE, które po uchwaleniu będzie stosowane bezpośrednio również w naszym kraju. Dlatego – przy całym poparciu dla idei, która przyświeca temu projektowi – kontynuowanie prac nad ustawą wolnościową uważam za bezprzedmiotowe. 

22 stycznia br. projekt ustawy został ogłoszony do KPRM z wnioskiem o wpis do wykazu prac legislacyjnych. Wniosek wciąż czeka na realizację, po której będą możliwe dalsze konsultacje, a następnie – przyjęcie projektu przez rząd.

Ruszają pierwsze inwestycje magazynowe w parku logistyczno-przemysłowym przy planowanym Centralnym Porcie Komunikacyjnym

90 proc. deweloperów magazynowych ocenia perspektywy na ten rok jako pozytywne lub zdecydowanie pozytywne – wynika z badania Cushman & Wakefield. Wielu z nich – choć z niepokojem śledzi wpływ pandemii na gospodarkę – planuje nowe inwestycje, które napędza przede wszystkim zwiększony popyt ze strony e-commerce. Takie jest też przeznaczenie magazynów budowanych na terenie nowego parku przemysłowo-logistycznego oddalonego o 10 km od przyszłego Centralnego Portu Komunikacyjnego. Przy węźle komunikacyjnym w Wiskitkach operator logistyczny FM Logistic stawia platformę magazynową o docelowej powierzchni przekraczającej 100 tys. mkw. 

Jak pokazuje styczniowa analiza firmy doradczej Cushman & Wakefield, większość działających w Polsce deweloperów magazynowych dobrze ocenia ubiegły rok pod względem popytu i podaży. Zdaniem 33 proc. najemcy magazynowi byli równie aktywni jak w ciągu dwóch ostatnich, rekordowych lat. W ocenie 45 proc. potrzeby najemców nawet wzrosły. Zgodnie z wcześniejszymi prognozami największą aktywność na rynku magazynowym wykazali najemcy związani ze sprzedażą internetową.

W tym samym badaniu ponad 90 proc. deweloperów magazynowych uważa, że sytuacja rynkowa w tym roku będzie pozytywna lub zdecydowanie pozytywna. Zdaniem 88 proc. wzrost popytu na magazyny generowany przez sprzedaż internetową będzie jednym z dominujących trendów, m.in. dlatego deweloperzy nie przewidują spowolnienia i planują nowe inwestycje. W tym gronie jest również FM Logistic, którego obroty przekraczają miliard euro rocznie. Operator logistyczny stawia właśnie pierwszą inwestycję na terenie planowanego parku przemysłowo-logistycznego, który będzie w przyszłości sąsiadować z Centralnym Portem Komunikacyjnym.

– Od planowanego CPK dzieli nas zaledwie 10 km. Z tego względu miasto Wiskitki zaplanowało na tym obszarze utworzenie parku przemysłowo-logistycznego. Nasza platforma jest pierwszą inwestycją realizowaną na tym terenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Jóźwik, regional director FM Logistic Central Europe.

Lokalizacja między Warszawą a Łodzią ma być jednym z głównych atutów nowej inwestycji – magazyny budowane są przy samym węźle komunikacyjnym Wiskitki łączącym autostradę A2 z drogą krajową 50, która w perspektywie zostanie jeszcze rozbudowana o kolejną nitkę, pełniącą dziś rolę dużej obwodnicy Warszawy.

Firma tym samym chce wzmacniać swoją obecność w centralnej Polsce, a bliskość aglomeracji warszawskiej i położenie przy ważnym węźle komunikacyjnym umożliwi realizację jej strategii dla logistyki miejskiej, którą od kilku lat rozwija w ramach projektu CityLogin. Zakłada on zastąpienie obecnie używanych pojazdów samochodami napędzanymi alternatywnymi źródłami energii. Pierwsza duża realizacja w tym zakresie zaplanowana jest już na ten rok.

Nowa platforma logistyczna w Wiskitkach będzie mieć całkowitą powierzchnię przekraczającą 100 tys. mkw. W pierwszym etapie, który ma być oddany do użytku na początku 2022 roku, powstaną trzy hale magazynowe, które pomieszczą prawie 30 tys. miejsc paletowych oraz powierzchnię biurową (1,5 tys. mkw.) z salami konferencyjnymi. Operator logistyczny szacuje, że już w przyszłym roku zatrudnienie znajdzie tu ok. 100 osób.

– Inwestowanie we własne magazyny to istotna część modelu biznesowego naszej grupy, która daje nam realną przewagę konkurencyjną. Wynika ona z pełnej kontroli nad całym obiektem, którą doceniają zwłaszcza klienci o rosnących i zmiennych potrzebach biznesowych – wskazuje Daniel Franke, managing director FM Logistic Central Europe– Dodatkowo długoterminowa i dedykowana forma inwestycji umożliwia nam razem z klientami zupełnie inne spojrzenie dotyczące wysokonakładowych inwestycji związanych z automatyzacją, a także zrównoważonym rozwojem.

Magazyn w Wiskitkach będzie dostosowany do obsługi wszystkich kanałów sprzedaży, zgodnie ze strategią omnichannel. Ponadto jedna z hal będzie też przystosowana do składowania towarów w temperaturze kontrolowanej.

– Dziś nie wystarczy już zwykła usługa magazynowania. Firmy oczekują od operatorów logistycznych dodatkowych kompetencji – mówi Mariusz Jóźwik. – Dlatego w Wiskitkach chcemy być gotowi na najbardziej wymagające wyzwania naszych klientów. Proponujemy tu kompleksowy zakres usług logistycznych, w tym magazynowanie, dystrybucję, co-packing, co-manufacturing, a także tak bardzo w ostatnim czasie zyskującą na popularności obsługę kanału e-commerce. W naszej ocenie żaden inny operator do tej pory nie zapewnił tak kompleksowej oferty we własnym obiekcie, pod jednym dachem.

Cushman & Wakefield prognozuje, że bieżący rok na rynku magazynów przyniesie dalszy rozwój rozwiązań proekologicznych. Ten trend był zauważalny już w ubiegłym, ale w kolejnym mogą się pojawić nowe, ciekawe rozwiązania w tym zakresie. Wpisuje się w niego również nowa inwestycja FM Logistic.

– Zastosowane w niej zostaną innowacyjne rozwiązania wykorzystujące dobre praktyki oszczędzania wody pitnej i osiągania efektywności energetycznej obiektu. Zadbano też o zielone otoczenie inwestycji oraz infrastrukturę pozwalającą pracownikom na m.in. dojazd współdzielonymi środkami transportu bądź pojazdami elektrycznymi, które będą mogli naładować na parkingu. Wysoka dbałość o surowce budowlane oraz dobre praktyki wynikające z certyfikacji LEED zapewniają maksymalne obniżenie wpływu procesu budowlanego na środowisko naturalne – precyzuje regional director FM Logistic Central Europe.

Liczba chętnych na kredyty mieszkaniowe powróciła do poziomów sprzed pandemii. Polacy wnioskują o wyższe kwoty

Banki notują coraz wyższe zainteresowanie kredytami hipotecznymi. O odbudowie popytu informuje BIK Indeks Popytu na Kredyty Mieszkaniowe, który w styczniu wyniósł 18,1 proc. Z informacji BIK wynika także, że w porównaniu do stycznia ub.r. wzrosła zarówno liczba chętnych na kredyt, jak i średnie kwoty, o jakie wnioskują Polacy. – Prognozy na ten rok zależą między innymi od polityki kredytowej banków, ale spodziewamy się wzrostów – mówi Waldemar Rogowski, profesor SGH, główny analityk Biura Informacji Kredytowej. BIK prognozuje wartość akcji kredytowej na poziomie 72 mld zł, czyli o 14 proc. wyższą niż w 2020 roku.

Pierwszy w tym roku dodatni odczyt BIK Indeks Popytu na Kredyty Mieszkaniowe oznacza, że w styczniu 2021 roku w przeliczeniu na dni robocze banki i SKOK-i przesłały do Biura Informacji Kredytowej zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 18,1 proc. w porównaniu ze styczniem ub.r. Wartość tego indeksu w porównaniu do odczytu z grudnia 2020 roku wzrosła o 11,7 pkt proc. – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski.

Ujemne odczyty BIK Indeks notował w okresie od marca do sierpnia 2020 roku. Od września tendencja się odwróciła, nie licząc przerwy w listopadzie, kiedy ponownie wskaźnik spadł. Ostatnie dane wskazują na to, że popyt na kredyty – w ujęciu liczby wnioskujących – praktycznie odbudował się do poziomu sprzed pandemii.

W styczniu do banków i SKOK-ów wnioskowało 37 460 potencjalnych kredytobiorców. To o 0,3 proc. więcej niż przed rokiem, i to pomimo mniejszej liczby dni roboczych, oraz o 11,5 proc. więcej niż w grudniu ub.r. W stosunku do kwietnia 2020 roku, kiedy dołek był największy, liczba wnioskujących wzrosła o ponad jedną trzecią. Styczniowy wzrost zainteresowania kredytobiorców będzie widoczny w sprzedaży kredytów za jeden–dwa miesiące, bo tyle trwa procesowanie wniosków w bankach.

Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w styczniu br. wyniosła 306,46 tys. zł i była o 6,6 proc. wyższa niż w styczniu 2020 roku – mówi główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Jak podkreśla, odzwierciedla to obecną sytuację na rynku mieszkaniowym – wzrost średniej ceny powierzchni użytkowo-mieszkalnej oraz zakupy coraz większych nieruchomości.

– Trzeba również pamiętać, że banki poluzowały wymagania odnośnie do wkładu własnego przy kredycie mieszkaniowym, co bezpośrednio przekłada się na poziom akceptowania wyższej wartości wskaźnika LtV – mówi dr hab. Waldemar Rogowski. – Pozytywny wpływ będzie miał również wzrost liczby osób zaszczepionych.

Pierwsze miesiące pandemii przyniosły znaczące zaostrzenie warunków przyznawania kredytów mieszkaniowych, ale w drugim półroczu banki zaczęły je łagodzić. To spowodowało, że w całym roku liczba wniosków kredytowych była tylko minimalnie niższa niż w 2019 roku (o 0,6 proc.). Ten segment produktów – na tle całego rynku – poradził sobie z kryzysem wyjątkowo dobrze.

Prognozy BIK zakładają, że akcja kredytowa w segmencie mieszkaniowym w tym roku wyniesie 72 mld zł i będzie o 14 proc. wyższa niż w całym 2020 roku. Wysokiemu popytowi na kredyty będą sprzyjać wciąż niskie stopy procentowe oraz względnie dobra sytuacja na rynku pracy.

Zmiany w uldze abolicyjnej wprowadzają limit odliczenia do 1360 zł. Część osób pracujących za granicą zapłaci w efekcie podwójny podatek

Od stycznia 2021 roku osoby, które rozliczają dochody z zagranicy zgodnie z metodą proporcjonalnego odliczenia, skorzystają z ulgi podatkowej tylko do kwoty 1360 zł. Ministerstwo Finansów tłumaczy, że ma to zapobiec nieprawidłowościom i unikaniu opodatkowania. – Wydaje się jednak, że zmiany te służą jedynie zwiększeniu przychodów z tytułu podatków do budżetu państwa – ocenia Agnieszka Telakowska-Harasiewicz z SSW Pragmatic Solutions. Nowe zasady dotkną ponad 26 tys. osób.

– Sam mechanizm działania ulgi abolicyjnej nie został bardzo zmieniony, wprowadzono natomiast limit odliczenia do kwoty 1360 zł. Ulga abolicyjna została wprowadzona, aby wyrównać opodatkowanie między dwiema metodami unikania opodatkowania, czyli metodą proporcjonalnego odliczania oraz metody wyłączenia z progresją. Dotyczy zatem polskich podatników, którzy uzyskują dochody za granicą, w stosunku do których umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania przewiduje metodę proporcjonalnego odliczenia – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Telakowska-Harasiewicz, doradca podatkowy SSW Pragmatic Solutions.

Z ulgi abolicyjnej korzystają podatnicy, którzy osiągają za granicą dochody z tytułu umowy o pracę, z działalności wykonywanej osobiście, np. z zasiadania w radach nadzorczych spółek, w radach dyrektorów, zarządach, a także osoby uzyskujące dochody na podstawie kontraktów menedżerskich czy z tytułu działalności gospodarczej. Przysługuje ona podatnikom pracującym w krajach, z którymi Polska umówiła się na metodę proporcjonalnego odliczenia. To m.in. Australia, Holandia, Irlandia, Norwegia, USA czy Wielka Brytania.

– Od 2021 roku taka metoda jest również przewidziana w umowach z Danią i Portugalią, a to za sprawą zmian na podstawie konwencji MLI – wskazuje doradca podatkowy. – Ulga abolicyjna nie będzie miała zastosowania do dochodów uzyskiwanych na terytorium np. Francji czy Niemiec, albowiem umowy zawarte pomiędzy Polską a tymi krajami przewidują metodę wyłączenia z progresją.

Co do zasady w przypadku metody proporcjonalnego odliczenia zagraniczny dochód jest opodatkowany w naszym kraju, ale podatku nie trzeba płacić w tej części, w jakiej został uregulowany za granicą. Ulga abolicyjna pozwalała uniknąć tej zapłaty. W efekcie osoba, która musi stosować metodę proporcjonalnego odliczenia, rozlicza się tak jak ten, komu wolno stosować wyłączenie z progresją.

– Ulga abolicyjna w dotychczasowym brzmieniu pozwalała na zredukowanie podatku od dochodów uzyskanych za granicą praktycznie do zera. Innymi słowy, jeżeli polski podatnik uzyskiwał dochody np. z umowy o pracę za granicą, to rozliczając się w Polsce przy wykorzystaniu ulgi abolicyjnej, nie musiał już dopłacić podatku – tłumaczy Agnieszka Telakowska-Harasiewicz.

Zmiana wprowadza od przyszłego roku maksymalne odliczenie w ramach ulgi abolicyjnej do poziomu 1360 zł. To oznacza, że będzie można skorzystać z ulgi w przypadku zagranicznego dochodu nieprzekraczającego kwoty 8 tys. zł. Od nadwyżki trzeba będzie dopłacić w Polsce różnicę między podatkiem płaconym w kraju wykonania pracy a tym naliczonym przez polskiego fiskusa.

W uzasadnieniu projektu ustawy Ministerstwo Finansów podaje, że zmiana ma ograniczyć nieprawidłowości i unikanie opodatkowania dochodów. Twierdzi też, że likwidacja ulgi abolicyjnej dotknie relatywnie niewielką liczbę osób. W 2018 roku z ulgi abolicyjnej skorzystało 67 tys. osób, z tej grupy 26 tys. osób będzie miało podatek wykraczający poza limit. Ponad 60 proc. podatników będzie mogło skorzystać z ulgi tak jak dotychczas.

– Wydaje się, że wbrew temu, co twierdzi Ministerstwo Finansów, zmiany do ulgi abolicyjnej służą jedynie zwiększeniu przychodów z tytułu podatków do budżetu państwa – zauważa doradca podatkowy z SSW Pragmatic Solutions. – Wprowadzenie limitu odliczenia spowoduje, że w wielu przypadkach polscy podatnicy uzyskujący dochody za granicą będą musieli dopłacić podatek.

Poseł Stanisław Tyszka w interpelacji poselskiej wylicza, że np. nauczycielka pracująca w Londynie, osiągająca przychód 30 tys. funtów rocznie brutto, będzie płaciła oprócz 3,5 tys. funtów podatku brytyjskiego i 2,5 tys. funtów na składki społeczne ponad 2,1 tys. funtów podatku do polskiego fiskusa. Zdaniem ekspertów ograniczenie ulgi abolicyjnej może też naruszać równość podatkową. Osoby pracujące np. w Niemczech, Francji czy Hiszpanii nie będą musiały ponosić dodatkowych obciążeń podatkowych, bo stosują metodę wyłączenia z progresją.

Nowe przepisy zaczną mieć zastosowanie w przypadku rozliczania dochodów za 2021 rok, czyli w deklaracjach składanych w 2022 roku.

Narzędzie polskiej firmy pozwala naprawić błędy w oprogramowaniu w kilka minut. Wkrótce sztuczna inteligencja zacznie poprawiać programistów

W typowym oprogramowaniu występuje średnio 25 błędów na 1000 linii kodu – podaje National Institute of Standards and Technology. Niewykryty błąd oprogramowania może spowodować krytyczne przerwy w działaniu systemu, a naprawianie usterek zajmuje programistom nawet 60 proc. czasu. Polski start-up znalazł rozwiązanie problemu – RevDeBug umożliwia programistom łatwą identyfikację i naprawę błędów w oprogramowaniu. Rejestruje wykonywany kod i pozwala odtworzyć w ciągu kilku minut zdarzenia, które doprowadziły do wystąpienia błędu.

– RevDeBug to narzędzie, które usprawnia proces naprawy błędów w oprogramowaniu. Usuwamy przyczyny frustracji związane z tym procesem, dzięki cztemu pozwalamy zespołom odpowiedzialnym za rozwój oprogramowania na skupienie się na tworzeniu i rozwijaniu nowego. Przetwarzamy więcej danych, korzystamy z nowych technologii, przyczyny i symptomy związane z błędami nie są cały czas w tym samym miejscu. To powoduje, że osoby odpowiedzialne za naprawę oprogramowania muszą szukać, co jest prawdziwą przyczyną – mówi agencji Newseria Innowacje Piotr Biegun, członek zarządu w RevDeBug.

Według National Institute of Standards and Technology w typowym oprogramowaniu występuje średnio 25 błędów na 1000 linii kodu. Oznacza to ogromną liczbę luk w zabezpieczeniach, a większość z nich jest wynikiem prostych błędów w kodowaniu. Niewykryty błąd może spowodować krytyczne przerwy w działaniu systemu. Błędna konfiguracja platform chmurowych doprowadziła np. do naruszenia bezpieczeństwa danych w instytucji finansowej Capital One w 2019 roku, w wyniku którego ucierpiało ok. 106 mln osób.

– Wykrywanie błędów jest problematyczne. Weźmy np. zwykłą stronę internetową, z której korzysta przeciętny Polak – z jego perspektywy coś nie działa, jest to frustrujące. Natomiast z perspektywy działu IT przyczyny, dlaczego to nie działa, są pochowane w różnych miejscach. Zaczęliśmy korzystać z bardziej skomplikowanych systemów, rozwiązań chmurowych, nowych technologii, które powodują, że błędy, przyczyny i symptomy tych błędów są w różnych miejscach. Jesteśmy w stanie szybciej tworzyć oprogramowanie i je skalować, natomiast znajdowanie i naprawianie błędów stało się trudniejsze – wskazuje Piotr Biegun.

Polski start-up opracował system, który wykrywa i naprawia różnego rodzaju nieprawidłowości w systemach i aplikacjach. Narzędzie rejestruje wykonywany kod, w ten sposób umożliwiając odtworzenie zdarzenia, które doprowadziło do wystąpienia błędu. Dzięki temu nie trzeba zgadywać przyczyn awarii, a sam proces naprawy skraca się czasem z miesięcy do kilku minut.

– Wykorzystujemy do tego naszą opatentowaną technologię pozwalającą nagrać film z wykonania kodu, który doprowadził do danej awarii. Dzięki temu programista patrząc na ten kod, nie musi poszukiwać przyczyny tych błędów i potem odtwarzać sytuacji, które nie wiadomo, dlaczego się wydarzyły – wskazuje ekspert.

Opracowane przez Polaków narzędzie bazuje na sztucznej inteligencji. Dostarcza gotowe rozwiązania programistom i informatykom.

– RevDeBug pozwala stwierdzić, dlaczego dana rzecz się wydarzyła, czyli nie trzeba pytać sztucznej inteligencji, dlaczego zadziałała w ten sposób. Z drugiej strony pracujemy nad tym, żeby z wykorzystaniem nie tylko sztucznej inteligencji, ale również metod statystycznych i matematycznych dostarczać programistom informacje, które ułatwiają i skracają proces związany z analizowaniem, naprawianiem błędów, żeby dostawali od nas gotowe wiadomości i sugestie, które elementy wymagają poprawy – mówi Piotr Biegun.

Raport Consortium for Information & Software Quality (CISQ) „The Cost of Poor Software Quality in the US” szacuje, że koszty związane z oprogramowaniem słabej jakości sięgają 2,08 tryliona dol. i nie obejmuje to nawet „długu technicznego”, czyli nagromadzonych luk w oprogramowaniu w aplikacjach, sieciach i systemach, które nigdy nie zostały naprawione. Raport CISQ szacuje to zadłużenie na kolejne 1,3 tryliona dol. Zdecydowana większość (75 proc.) to awaria oprogramowania spowodowana brakiem łatania znanych luk w zabezpieczeniach, problemy ze starszym sprzętem i nieudane projekty rozwojowe.

Błędy związane z oprogramowaniem hamują działalność firm, często mogą powodować wielomilionowe straty związane z przestojem. Dzięki rozwiązaniu polskiej firmy takie sytuacje praktycznie nie mają miejsca, dlatego z systemu korzystają m.in. sektor finansowy, e-commerce czy e-usługi.

– To, nad czym pracujemy przyszłościowo, to proces „self-healing”, czyli będziemy w stanie dostarczać programistom nie tylko przyczyny, ale od razu kod, który dane problemy rozwiązuje w sposób automatyczny – zapowiada członek zarządu w RevDeBug. – Skupiamy się na tym, żeby nasze narzędzie było dostępne nie tylko dla dużych korporacji, z którymi obecnie pracujemy, ale również było dostosowane do pracy mniejszych zespołów. Dzięki temu, że będziemy dystrybuować je za pomocą chmur publicznych, takich jak Microsoft Azure, każdy będzie mógł skorzystać z naszego rozwiązania w prosty sposób i rozliczyć się w takim modelu, który jest dla niego wygodny, tzn. w zależności od tego, jakiej wielkości przetwarza dane i jakiej wielkości ma biznes.