Fundusz Sunfish Partners zainwestował w Aether Biomedical. Na celowniku ma kolejne 3 startupy

Niemiecko-polski fundusz venture capital, Sunfish Partners zainwestował w spółkę Aether Biomedical z Poznania, która konstruuje robotyczne urządzenia rehabilitacyjne na bazie Biosignal-Processing. W transakcji udział wzięły także indyjski fundusz Chiratae Ventures i Joyance Partners z oddziałami w Kalifornii, Europie i Azji, a jej wartość wyniosła 750 tys. euro (ponad 3,3 mln zł). To już trzecia, po PerfOps i Molecule.one, inwestycja funduszu VC z Berlina w polskie startupy z sektora deep tech.

Spółkę Aether Biomedical założyli dr Faith Jiwakhan i Dhruv Agrawal. Obecnie startup wprowadza na rynek swój pierwszy produkt: wielofunkcyjną protezę bioniczną dłoni „Zeus”, przeznaczoną dla osób po amputacji kończyny górnej. Rehabilitacja oparta na danych może odmienić życie milionów osób. Na całym świecie ponad 10 mln ludzi potrzebuje protez kończyn górnych. Według szacunków spółki, około 80 proc. z nich mieszka w krajach rozwijających się, gdzie dostępność urządzeń nie pokrywa nawet jednej dziesiątej zapotrzebowania na nie.

„Zeus” będzie jedną z protez o największej na rynku sile chwytu, bo aż 150 niutonów i jest o 30-50 proc. tańszy od większości konkurentów. Niższą cenę umożliwia wykorzystanie najnowszych osiągnięć techniki w różnych dziedzinach, m.in. druku przestrzennego, przetwarzania biosygnałów i uczenia maszynowego. Najpierw proteza trafi na rynek w Polsce i Indiach. Spółka chce wprowadzić na rynek kolejne rozwiązania oparte na przetwarzaniu biosygnałów, które wspierać będą także rehabilitację pacjentów z urazami kończyn.

Jesteśmy pod wrażeniem dotychczasowych prac i potencjału Aether Biomedical. Dhruv i Faith stworzyli niezwykle silny zespół specjalistów odpowiedzialnych za sprzęt, oprogramowanie, po zarządzanie biznesem – powiedział dr Marcus Erken, partner w funduszu Sunfish Partners. – Naszą uwagę przykuła śmiała wizja, a do inwestycji przekonał zapał, z jakim dzień po dniu realizują swój projekt – dodał.

Sunfish Partners to niemiecki fundusz venture capital założony przez Maxa Moldenhauera, Artura Karczykowskiego, dr. Marcusa Erkena i Christiana Weissa. Posiada biura w Warszawie i Berlinie. Jest jednym z największych funduszy inwestującym w firmy na etapie wczesnego rozwoju w Polsce. Kapitał funduszu wynosi obecnie ponad 71 mln zł, a środki pochodzą od kilkunastu inwestorów z Niemiec i Szwajcarii oraz Polskiego Funduszu Rozwoju.

Aether Biomedical to już nasza trzecia inwestycja w ciągu roku  naszej obecności w Polsce. Aktywnie poszukujemy kolejnych projektów wykorzystujących najnowsze technologie z zakresu deep tech, które pozwalają fundamentalnie zmienić branże, w jakich będą wykorzystywane. Nie wstrzymaliśmy działań także w czasie pandemii. Aktualnie analizujemy potencjał trzech kolejnych podmiotów i niebawem ogłosimy kolejną inwestycję – zapowiada Artur Karczykowski, Senior Partner w funduszu Sunfish Partners.

Pierwszym projektem funduszu w Polsce była spółka programistyczna PerfOps, która dostarcza analitykę dla firm zajmujących się infrastrukturą internetową. Łączną kwotę 3 mln zł, pozyskaną w dwóch rundach finansowania od Sunfish Partners przeznacza na rozwój opartego na chmurze narzędzia FlexBalancer, służącego do kierowania ruchem sieciowym w oparciu o dane dostarczane w czasie rzeczywistym.

We wrześniu 2019 roku Sunfish Partners zainwestował 1 mln zł w polską firmę Molecule.one. Oprogramowanie tworzone przez spółkę jest pierwszym w pełni opartym o dane i sztuczną inteligencję podejściem do projektowania syntezy chemicznej. Celem projektu jest automatyzacja części czasochłonnych i powtarzalnych działań i w rezultacie przyspieszenie procesów powstawania nowych leków.

Umowa zerwana albo nie

Sporo zamieszania w nocy wywołały komentarze doradcy handlowego Białego Domu Petera Navarro, który zasugerował, że podpisana w styczniu umowa handlowa z Chinami jest skończona. Szybkie dementi ze strony samego prezydenta Trumpa pozwoliło na uspokojenie nastrojów na rynkach, ale mogliśmy otrzymać przedsmak nowej strategii Białego Domu w kontaktach z Chinami pod kampanię prezydencką.

Można spekulować, na ile komentarze Navarro, które w jego opinii zostały wyraźnie wyrwane z kontekstu, były nieświadomą pomyłką, a na ile celowym zabiegiem. Navarro zasugerował, że Trump rozważa zerwanie umowy przez sposób, w jaki Chiny informowały o rozwoju epidemii koronawirusa. Taka narracja przenosi winę za ekspansję wirusa w USA na Chiny (ale też może odwracać uwagę od głośnej w ostatnich dniach książki byłego doradcy Trumpa Michaela Boltonia). Z perspektywy rynków interesująca była reakcja. Choć nie obyło się bez perturbacji i skoku awersji do ryzyka, nie doszło do ostrej paniki, a później inwestorom łatwo było wymazać całość spadków. Rynki już przyzwyczaiły się do niekonwencjonalnych działań administracji Trumpa i w roku wyborczym są przygotowane na więcej „zaczepek” w stosunku do Chin. Ponadto całkowite zerwanie umowy handlowej m.in. gwarantującej eksport towarów rolnych przyniosłoby Trumpowi więcej szkód niż korzyści w staraniach o reelekcję. Mimo tego warto zahaczyć, że na informacje o zerwaniu umowy USD zyskał na wartości, co pokazuje, że dla dolara nie liczy się sens umowy (i płynące z niej korzyści ekonomiczne), a bardziej powrót wojny handlowej i odkreślenie statusu USD jako bezpiecznej przystani.

Rynki szybko odsuwają na bok zamieszanie wokół umowy handlowej przy ponownym skupieniu uwagi na temacie odbicia gospodarczego. Już opublikowane indeksy PMI z Francji i pokazały imponujące odbicie powyżej 50 pkt.. Trzeba jednak pamiętać, że odczyty lekko powyżej 50 pkt. oznaczają, że przedsiębiorcy oceniają bieżącą sytuację tylko jako niegorszą niż miesiąc wcześniej a kondycja biznesu utrzymuje się tylko blisko dołka po zapaści wywołanej pandemią koronawirusa. Wzrosty indeksów dla niemieckiego sektora przemysłowego i usługowego zatrzymały się przy 45 pkt., sugerując większą rezerw niemieckich przedsiębiorców. Popyt pozostaje słaby, a nowe zamówienia nie napływają, choć z raportów przebija się silny optymizm firm, że kolejne miesiące przyniosą zdecydowaną poprawę. Nadzieja na przyjście lepszego to jedyna rzecz, na które można się opierać w czasie podwyższonej niepewności. Dzisiejsze dane jak na razie podsycają te nadzieje i podbijają kurs EUR/USD.

W Wielkiej Brytanii odsetek zaniepokojonych firm także powinien się zmniejszać, a z poziomów indeksów PMI po załamaniu w marcu i kwietniu odbicie teraz jest naturalną konsekwencją. Gorsze od oczekiwań dane będą miały większy wpływ na GBP, gdyż podkreślą słabość fundamentów i utrudnią podczepianie funta pod globalny rajd ryzyka. W USA wskaźniki PMI nie mają takiej renomy jak indeksy ISM, ale nadal mogą dostarczyć istotnych danych o sytuacji ekonomicznej. Chęć amerykańskich władz do odmrożenia gospodarki była w ostatnich tygodniach wyjątkowo silna, co powinno przełożyć się na wyraźne odbicie wskaźników aktywności. Jednocześnie słabszy niż przed kryzysem popyt, utracone miejsca pracy, fale protestów społecznych i rosnąca liczba nowych przypadków zachorowań będą tonować optymizm przedsiębiorców.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ponad 90 proc. polskich firm wykorzystało nowoczesne technologie w trakcie pandemii

Pandemia koronawirusa zmusiła 70 proc. polskich firm do zwrócenia się w kierunku nowoczesnych form komunikacji z klientami, a 10 proc. dużych firm wdrożyło systemy do zarządzania pracą zdalną (nie korzystając z nich wcześniej) – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Nowoczesne technologie w przedsiębiorstwach przed, w trakcie i po pandemii COVID-19”. Po pandemii 69 proc. firm zamierza nadal komunikować się z klientami przy użyciu nowoczesnych technologii, a 45 proc. planuje wykorzystywać internetowe kanały sprzedaży i obsługi klienta. Ponad ¼ badanych przedsiębiorstw (27 proc.) pragnie nadal używać systemów do monitorowania pracy zdalnej.

Blisko 1/4 przedsiębiorstw, które wzięły udział w badaniu Polskiego Instytutu Ekonomicznego przeprowadzonym pod koniec 2019 r. na próbie 1050 firm o różnej wielkości i z różnych branż, stwierdziła, że w porównaniu z 2018 r. w ich przedsiębiorstwach nastąpił wzrost wykorzystania nowoczesnych technologii (przede wszystkim duże firmy z sekcji informacja i komunikacja). Jednocześnie tylko około 1/5 przedstawicieli firm uważała, że niski poziom kompetencji cyfrowych pracowników nie stanowił bariery w działalności. Analiza wyników tego badania pozwoliła pokazać, na ile przedsiębiorstwa pod koniec 2019 r. były przygotowane do wykorzystania nowoczesnych technologii w niespodziewanej sytuacji związanej z funkcjonowaniem w okresie pandemii.

Nowoczesne technologie okazały się bardzo użyteczne w funkcjonowaniu przedsiębiorstw w dobie lockdownu, ale nie wszystkie firmy w równym stopniu takie rozwiązania wykorzystują. Podobnie jest z kompetencjami cyfrowymi pracowników, których poziom często bywa niewystarczający, mimo coraz większej obecności narzędzi cyfrowych w życiu społecznym – komentuje Katarzyna Dębkowska, kierownik zespołu foresightu gospodarczego Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Ponad 90 proc. polskich firm wykorzystało nowoczesne technologie w trakcie pandemii

Zakres nowych technologii wprowadzonych do firm w okresie pandemii jest stosunkowo szeroki, ale występuje przewaga technologii służących do kontaktów z klientami i budowania relacji z partnerami biznesowymi oraz zapewnienia pracownikom firmy możliwości pracy zdalnej.

Uczestnicy badania podkreślali, że kryzys z jednej strony spowolnił prace w firmie nad nowymi technologiami, które były podjęte wcześniej i zostały ocenione jako mało istotne. Z drugiej – przyspieszył wdrożenie nowych, których posiadanie okazało się kluczowe dla funkcjonowania firmy w nowej rzeczywistości – komentuje Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Jak firmy będą funkcjonowały po kryzysie?

Wyniki  badań jakościowych (indywidualne wywiady pogłębione z 26 przedstawicielami przedsiębiorstw) i ilościowych (badania ankietowe 400 przedsiębiorstw), które Polski Instytut Ekonomiczny przeprowadził w czasie pandemii, wskazują, że koronawirus na stałe zmieni sposób patrzenia na biznesowe zastosowanie nowoczesnych technologii. Niemal wszyscy badani, bez względu na wielkość reprezentowanego przedsiębiorstwa oraz sektor, wskazali, że na stałe wprowadzą wykorzystywanie w swoich firmach nowoczesnych systemów komunikowania się na odległość.

Z kolei w przypadku elektronicznego obiegu dokumentów i systemów do zarządzania przedsiębiorstwem po pandemii odsetek firm wykorzystujących te systemy wróci do poziomów sprzed kryzysu.

Skłonność do wykorzystywania nowoczesnych technologii rośnie wraz ze wzrostem wielkości przedsiębiorstwa, ale przedstawiciele mikro i małych przedsiębiorstw również deklarowali, że w przyszłości bardziej nastawią się na działalność internetową, w szczególności wykorzystując internetowe kanały sprzedaży i obsługi klientów (e-commerce). Takie plany nie zaskakują, gdyż można się spodziewać, że po okresie pandemii obecne zachowania klientów i interesantów preferujących zdalne załatwianie spraw mogą pozostać już na trwałe w życiu społecznym – dodaje Katarzyna Dębkowska.

Epidemia mocno uderza w prywatne usługi medyczne

Ograniczenie liczby zabiegów, redukcja etatów, podniesienie cen usług oraz mniejsza liczba pacjentów to nowy krajobraz prywatnego rynku usług medycznych w okresie „odmrażania gospodarki”. Przyczyniły się to tego nie tylko wyższe koszty zabiegów, które wzrosły z powodów takich jak konieczność zakupu środków zabezpieczających czy dezynfekcji. Dodatkowo zbliżające się spowolnienie gospodarcze ma negatywny wpływ na decyzje pacjentów. Zdaniem ekspertów popyt na usługi medyczne, powróci do poziomu sprzed wybuchu epidemii, dopiero w czwartym kwartale br.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę MediRaty, 73 proc. gabinetów i klinik oferujących usługi komercyjne w zakresie stomatologii, medycyny estetycznej, okulistyki, ortopedii czy kosmetologii, deklaruje ograniczenie działalności i redukcję etatów o co najmniej 20 proc. Mimo, iż rządowy program wsparcia w postaci tarczy antykryzysowej pomógł w kwestii składek ZUS, dopłat oraz pożyczek (chęć skorzystania z niego wyraziło 46 proc. podmiotów), to do największych obciążeń należą zobowiązania kredytowe, leasingowe czy czynsze. Ponad 70 proc. gabinetów, klinik czy przychodni nie planuje zamknięcia czy zawieszenia działalności, ale 90 proc. nie podejmie się ekspansji rynkowej, ani przyłączenia do większej sieci.

Nowe przepisy sanitarne przyczyną podwyżek

Wraz z procesem luzowania restrykcji gabinety oraz kliniki musiały się zmierzyć z zaostrzonym rygorem sanitarnym, co łączy się koniecznością zakupu dodatkowych materiałów jak maski, przyłbice, kombinezony oraz środków dezynfekujących. Efektem czego jest kilkunastoprocentowy wzrost średniego poziomu cen usług w porównaniu ze stawkami sprzed roku. mówi Jakub Czarzasty, Prezes MediRaty. Cześć prywatnych przychodni oraz gabinetów medycznych wyszczególniła opłaty związane z nowymi przepisami w cennikach. W pozostałych przypadkach została ona wliczona w koszty zabiegu.

Potwierdzają to dane GUS, z których wynika, iż zabiegi dentystyczne i stomatologiczne zdrożały o 14 proc., natomiast usługi lekarskie średnio o 8,8 proc. Z prawie 500 biorących udział w badaniu firmy MediRaty klinik oraz gabinetów, 67,7 proc. oświadcza, iż poza wprowadzeniem opłaty dezynfekcyjnej nie podniesie cen usług. Natomiast 17 proc. deklaruje podwyżki, a 15 proc. nie ma sprecyzowanych planów tym zakresie.

Nastroje dalekie od optymistycznych

W kwestii spodziewanej liczby klientów nastroje są dalekie od optymistycznych. 64,4 proc. prywatnych podmiotów medycznych przewiduje o min. 20 proc mniej pacjentów. Natomiast 63 proc. gabinetów oraz klinik deklaruje zmniejszenie liczby wykonywanych zabiegów. Jako główną przyczynę wskazują zbliżające się spowolnienie gospodarcze, które negatywnie wpływa na decyzje pacjentów dotyczące skorzystania z wielu usług medycznych.

Psychologiczny efekt kwarantanny może spowodować bardzo powolny powrót to stanu z przed wprowadzenia restrykcji, który może wynieść nawet 3 czy 4 miesiące. – dodaje Jakub Czarzasty. Jako wyjście z sytuacji branża prywatnych usług medycznych widzi możliwość odroczenia płatności oraz rozłożenie jej na raty. Blisko 80 proc. badania zmierza skorzystać z takiego rozwiązania, aby przyciągnąć pacjentów.

Obrazy, rzeźby, pamiątki. Kiedy jest kryzys, to dzieła sztuki idą pod młotek jako pierwsze

Inwestorzy i kolekcjonerzy zacierają ręce. Przez koronawirusa na rynku pojawiają się dzieła sztuki, które przez dekady były niedostępne na wolnym rynku.

Już 25 czerwca w jednym z warszawskich domów aukcyjnych odbędzie się jedna z największych licytacji dzień sztuki w ostatnich miesiącach. Sytuacja jest wyjątkowa, bo jak mówią specjaliści wiele dzieł trafia „pod młotek” właśnie wskutek pandemii koronawirusa. Z czego to wynika? Banki czy kolekcjonerzy chcą spieniężyć elementy ich majątku, które nie wiążą się z ich bezpośrednią działalnością. Licytacje, które będą miały miejsce w najbliższych miesiącach to prawdziwa gratka dla miłośników dzieł sztuki, kolekcjonerów i inwestorów. Specjaliści z Kancelarii Kiżuk & Michalska również zajmują się obrotem dziełami sztuki i doradztwem w tym zakresie. – Inwestor w dzieła sztuki jest zwykle osobą świadomą materii z jaką obcuje. To nie jest łatwa inwestycja i to nie jest lokowanie pieniędzy nastawione na szybki zysk. Inwestycje w dzieła obliczone są zwykle na lata i towarzyszą im wyższe cele np. chęć podtrzymania dziedzictwa narodowego czy po prostu posiadanie w swoim zbiorze dzieła unikatowego – mówi Katarzyna Michalska, doradca ekonomiczny.

  • 25 czerwca odbędzie się licytacja 30 dzieł należących do kolekcji mBanku. Wiele z nich przez dekady znajdowało się w depozytach największych galerii i muzeów. To sytuacja absolutnie niecodzienna
  • W czasach kryzysu gospodarczego przedsiębiorcy i osoby indywidualne pozbywają się dzieł sztuki, obrazów, rzeźb, fotografii i cennych pamiątek by podreperować domowy budżet
  • Nie należy się spodziewać niskich cen licytowanych obrazów. Dla kolekcjonerów samo ich pojawienie się na rynku jest powodem do ożywienia
  • Inwestowanie w sztukę to w Polsce trudny temat. Nie wszyscy odnajdują się na rynku wartym ponad 64 miliardy złotych. Tutaj poza biznesową intuicją potrzebna jest konkretna wiedza

Najpierw „pod młotek” idzie majątek bez którego funkcjonowanie firmy jest dalej możliwe.

Licytacji szczególnie uważnie przyglądać się będą mieszkańcy Szczecina, bo to właśnie wtedy wystawione na sprzedaż zostaną dwa cenne obrazy, które mBank przekazał w depozyt Muzeum Narodowemu w Szczecinie. O sztuce rzadko rozmawia się poruszając aspekty ekonomiczne czy inwestycyjne, a dzieła potrafią być cenną lokatą pieniędzy. Czy każdy może być inwestorem w sztukę? Wydaje się, że tak, wszak zakup obrazu to zakup obrazu. Jak przekonują doradcy z kancelarii Kiżuk & Michalska sprawa jednak wcale nie jest taka prosta, bo kupienie cennego dzieła z zyskiem wymaga wiedzy, doświadczenia i znajomości trudnego rynku.

Czy fakt, że na rynku pojawiło się wiele dzieł sztuki może być tłumaczony pandemią koronawirusa? Pozbywanie się cennych dzieł może być efektem kryzysu gospodarczego: – Sprzedaż ponad 30 dzieł sztuki zdarza się dość rzadko. Zwykle sprzedawane były kolekcje małe, indywidualne, ewentualnie korporacyjne. W momencie kryzysu jest to ciekawa forma uzyskania gotówki, bo można uzyskać szybko wysokie pieniądze, wspierające finanse danego przedsiębiorstwa czy gospodarstwa domowego – mówi Katarzyna Michalska. – Mieliśmy kiedyś sytuację, że zgłosiła się do nas osoba z oryginalnymi skrzypcami Stradivariusa. Potrzebowała szybko gotówki, a to była najcenniejsza rzecz jaką posiadała. W firmie czasem tak jest, że trzeba pewne dobro spieniężyć w imię inwestycji czy dalszego funkcjonowania. To zwykle bardzo trudne sytuacje. Czas kryzysu to złote czasy dla funduszy inwestycyjnych czy dla indywidualnych inwestorów sztuki. Jeżeli mają oni wolne środki, to jest to okazja do nabycia dzieł, które tak naprawdę na wolnym rynku pojawiają się bardzo rzadko – dodaje Filip Kiżuk.

Czy należy spodziewać się, że dzieła z kolekcji mBanku będą sprzedawane z dużym dyskontem cenowym? Specjaliści Kancelarii Kiżuk & Michalska zaprzeczają. – Sam fakt, że są one dostępne podczas aukcji należy traktować jako ofertę interesującą. Nie spodziewam się niskich cen. Jak ktoś liczy na „wielką wyprzedaż” to może się rozczarować – dodaje Katarzyna Michalska.

Rynek warty miliardy złotych zostanie przez pandemię „rozruszany”. Na rynek trafią dzieła, które przez dekady stanowiły ozdoby muzeów

Ruch na stronach domów aukcyjnych w Polsce jest zdecydowanie większy w ostatnich miesiącach. To może oznaczać, że dzieł trafiających do marszandów jest więcej. Jak wyjaśniają specjaliści z kancelarii Kiżuk & Michalska, również do inwestorów prywatnych docierają zapytania o możliwość sprzedaży obrazów, rzeźb, fotografii czy pamiątek po znanych osobistościach.  To efekt pandemii koronawirusa. Przedsiębiorcy, ale i osoby indywidualne chcą podreperować swój budżet. Mówimy o dziełach sztuki, których ceny wywoławcze mogą osiągać kwoty idące w dziesiątki tysięcy złotych. Rynek obrotu dziełami sztuki jest ogromny. W 2018 roku było to… ponad 60 miliardów złotych. Paradoksalnie w roku kryzysu gospodarczego transakcji może być jeszcze więcej, a co za tym idzie rynek również wzrośnie.

– Inwestowanie w sztukę to nie jest pierwsza myśl człowieka, który planuje inwestycje. Najpierw są nieruchomości, udziały w  spółkach, przejęcia firm. Sztuka to daleki wybór, ale mamy klientów, którzy nadwyżki mają ulokowane w tak szeroki portfel, że oczekują czegoś więcej. Najpierw jest edukacja, potem zwykle zainteresowanie lub pasja, a następnie decyzja, że to jest ciekawa inwestycja – mówi Katarzyna Michalska. – Obrazy są podziwiane, wiąże się z nimi pewna historia, otoczka towarzyska. Wartość sztuki to więc nie tylko wartość materialna. To obcowanie z kulturą, często bezcenne – dodaje Filip Kiżuk.

Ile więc wynosi „czas zwrotu” dzieła sztuki? Eksperci wyjaśniają, że to kwestia kilku lat. Pod tym kątem wartość sztuki jest podobna do wartości nieruchomości – trudno o szybki zysk, ale jednocześnie tego rodzaju inwestycje nie tracą szybko na wartości, wręcz przeciwnie bywają inwestycjami ponadczasowymi. Czas kryzysu to może być czas żniw dla inwestorów w sztukę.

Czy grozi nam wzrost inflacji?

Według Bartosza Tomczyka – przewodniczącego rady nadzorczej w polskim fintechu Provema – po całkowitym odmrożeniu gospodarki prędkość obiegu pieniądza znacząco się zwiększy, co w połączeniu ze wzrostem jego ilości w obiegu powinno doprowadzić do dynamicznego wzrostu inflacji.

Dla większości państw rozwiniętych, inflacja stała się zjawiskiem zapomnianym. Dawniej celem banków centralnych z Europy Zachodniej, Stanów Zjednoczonych czy Japonii było jej zwalczanie i stanie na straży wartości pieniądza. Dziś jest dokładnie odwrotnie, głównym zmartwieniem władz staje się pobudzenie inflacji. I okazuje się, że to zadanie wcale nie jest takie łatwe. Jeden z poprzednich szefów amerykańskiej Rezerwy Federalnej rozważał nawet, zapewne żartem, rozrzucanie pieniędzy z helikopterów w celu pobudzenia inflacji. Ku zaskoczeniu wielu ekonomistów, nawet szalony dodruk pieniądza z okresu kryzysu finansowego w 2008 roku nie spowodował wzrostów cen. Banki centralne, zachęcone tym faktem, od tego czasu nieustannie zwiększają bazę monetarną. Dla wielu krajów, stało się to wygodnym sposobem na finansowanie wzrostu wydatków publicznych.

Teoria ekonomiczna zaproponowana na przełomie XIX i XX wieku przez amerykańskiego ekonomistę Irvinga Fishera zakładała spadek wartości pieniądza w wyniku wzrostu jego ilości w obiegu. Przed 2008 rokiem bardzo niewielu ekonomistów miało odwagę ją negować. Słusznie zresztą, równanie Fishera jest bez wątpienia ekonomiczną oczywistością.

Co więc stało się w roku 2008? Dziś ekonomiści uważają, że znają odpowiedź. Fakt, że pieniądz został formalnie wyemitowany przez bank centralny nie oznacza, że ktoś go zarobił i może wydać. Jeżeli wyemitowany pieniądz pozostaje w systemie bankowym, nie wpłynie na wartość wskaźnika inflacji. Aby inflacja wzrosła, banki komercyjne muszą pożyczyć wydrukowane pieniądze konsumentom lub przedsiębiorstwom. A banki doskonale wiedzą o tym, że w czasie kryzysu ryzyko kredytowe wzrasta. W związku z tym zaostrzają kryteria dla potencjalnych kredytobiorców. Również konsumenci i przedsiębiorcy w czasie kryzysu nie mają apetytu na kredyt. Wolą poczekać z zakupami i inwestycjami na lepsze czasy.

W teorii, zwiększenie podaży pieniądza jest czynnikiem inflacyjnym, jej zmniejszenie powinno mieć skutki deflacyjne. Drugim czynnikiem kształtującym wartość pieniądza jest prędkość jego obrotu. Jej zwiększenie napędza inflację, podczas gdy zmniejszenie ma skutek odwrotny. Oznacza to, że jeżeli wraz ze wzrostem podaży pieniądza, wzrośnie jego prędkość obrotu, nie zaobserwujemy zwiększonej inflacji. Prędkość obrotu jest pozytywnie skorelowana ze wzrostem gospodarczym, a więc – z reguły uważa się, że inflację zaobserwujemy wtedy, gdy wzrost bazy monetarnej jest większy od wzrostu PKB.

W odniesieniu do obecnego kryzysu, czynnikiem pobudzającym inflację, bez wątpienia jest wzrost ilości pieniądza w obiegu. NBP przeznacza ogromne kwoty na wspieranie płynności sektora bankowego. Z kolei rząd próbuje aktywnie wspierać przedsiębiorstwa. Sama emisja obligacji Narodowego Funduszu Rozwoju o wartości 100 miliardów złotych, przeznaczona na program tarczy antykryzysowej, powiększa bazę monetarną M3 o prawie 9% w porównaniu ze stanem na koniec stycznia 2020. Podobna kwota, w ciągu najbliższych lat ma być wydana na program „Czyste powietrze”. Kolejne 100 miliardów jest wart program budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Wpływy z podatków nie zapewnią budżetowi państwa takich kwot. Oznacza to, że baza monetarna może w najbliższych latach wzrosnąć o kilkadziesiąt procent.

Z kolei podstawowym czynnikiem deflacyjnym jest obserwowane na całym świecie spowolnienie gospodarcze. W przypadku Stanów Zjednoczonych wartość produktu krajowego brutto spadła w kwietniu o ponad 12% w porównaniu z marcem oraz o 16,5% w porównaniu z lutym tego roku. Był on też o prawie 14% niższy niż w kwietniu 2019. Wielkość amerykańskiego PKB w ciągu dwóch miesięcy skurczyła się poziomu notowanego w 2016 roku. GUS nie opublikował jeszcze danych dla polskiej gospodarki, ale wiemy na przykład, że wartość sprzedanej produkcji przemysłowej w kwietniu spadła o prawie 25% w porównaniu z marcem. W tym samym czasie ilość zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła o 6,2%. Obniżenie poziomu aktywności gospodarczej powoduje spadek prędkości obiegu pieniądza, co przynosi skutki deflacyjne.

Na razie, według dostępnych danych, zarówno na świecie, jak i w Polsce przeważają deflacyjne skutki kryzysu. Polski wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych spadł o 0,1% w kwietniu i 0,2% w maju. W USA, w maju było to 0,1%.

Jest jednak dość jasne, że po całkowitym odmrożeniu gospodarki prędkość obiegu pieniądza znacząco się zwiększy, co w połączeniu ze wzrostem jego ilości w obiegu powinno doprowadzić do dynamicznego wzrostu inflacji. Wątpliwe jest, czy w ciągu najbliższych kilku lat osiągniemy kilkudziesięcioprocentowy wzrost gospodarczy, tym bardziej że powinien on być liczony w stosunku do stanu sprzed kryzysu. Ilość pieniądza w stosunku do wielkości PKB bez wątpienia wzrośnie. W dodatku, władze będą się obawiać jej zmniejszenia i spowodowania spowolnienia gospodarczego.

Autor: Bartosz Tomczyk – przewodniczący rady nadzorczej w polskim fintechu Provema

Dobrze Cię rozumiem, czyli o trudnej sztuce komunikacji

Każdego dnia komunikujemy się z innymi ludźmi. Na kształt wiadomości wpływ ma nie tylko mówiący, ale również słuchacz. To, co słyszy adresat, ale przede wszystkim to, jak odbiera on daną wypowiedź, oddziałuje znacznie na jego reakcję. Jak zatem mówić, by zostać właściwie zrozumianym?

Istotą komunikacji jest wymiana informacji na linii nadawca – odbiorca. Równie ważnym jej składnikiem jest umiejętność wypowiedzi, jak i zdolność słuchania, czyli jej przyjęcia. Niemiecki psycholog prof. Friedman Schulz von Thun, stworzył teorię, według której każdy komunikat składa się z czterech płaszczyzn, a do jego odbioru mamy do dyspozycji aż cztery rodzaje uszu!

Obok zróżnicowania na ucho lewe i prawe, naukowiec wyłonił dodatkowo: ucho rzeczowe (wyłapuje kluczowe fakty), relacyjne (skupia się na emocjach, stosunku nadawcy do odbiorcy), ujawniające siebie (zwraca uwagę na oceny, opinie, odczucia) i apelowe (odbiera potrzeby i oczekiwania nadawcy). Warto zaznaczyć, że typ relacyjny doszukuje się ukrytych przekazów także w tonie głosu, doborze słów czy gestach. Zazwyczaj jedno z ”uszu” jest wykształcone silniej niż pozostałe, co wpływa na odbiór płynących do nas komunikatów. Jak wykorzystać tę wiedzę w codziennej pracy zespołu?

Wprost czy między wierszami?

W praktyce łatwo sprawdzić, które „ucho” w nas dominuje. Wyobraźmy sobie sytuację, że przełożony przychodzi do naszego biurka i mówi zdanie: „Ten raport trzeba przygotować na środę.” Nasza reakcja i pierwsza myśl po usłyszeniu takiego komunikatu wiele wyjaśni. Ucho rzeczowe przyjmie do wiadomości, na kiedy potrzebny jest dokument, a uchem apelu usłyszymy, że szef oczekuje przygotowania raportu na konkretny dzień (to jego prośba). Ucho ujawniania siebie natomiast oceni, że nasz zwierzchnik dba o terminowość wykonania zadania, zaś ucho relacji zwróci uwagę na to, że zlecając zadanie, chce przyspieszyć i skontrolować pracę. Przykład ten pokazuje, że cztery różne osoby zupełnie inaczej odbiorą to samo proste zdanie.

Trafne rozpoznanie, którym z typów „ucha” dysponuje nasz rozmówca, może skutecznie ułatwić formułowanie zrozumiałego przekazu i uniknąć niepotrzebnych nieporozumień. Odpowiednio dopasowując komunikat oraz kładąc nacisk na kluczowe elementy wypowiedzi mamy większą szansę na wzajemne zrozumienie z odbiorcą. Właściwy przepływ wiadomości jest bardzo istotny szczególnie w pracy grupowej, gdzie efektywna komunikacja to podstawa funkcjonowania zespołu. – Wymiana informacji jest niezbędnym elementem w relacjach nie tylko na gruncie prywatnym, ale również zawodowym i biznesowym. Umiejętność tworzenia przekazu w taki sposób, by odbiorca zinterpretował go zgodnie z naszymi intencjami, jest niezbędna w każdego rodzaju współpracy. Aby wspólne wysiłki w dążeniu do osiągnięcia założonego celu były owocne, muszą opierać się na wzajemnym zrozumieniu i odpowiedniej reakcji – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Warto przy kolejnej okazji przyjrzeć się reakcjom rozmówców na wysyłane przez nas komunikaty. Uważna obserwacja ułatwi dopasowanie przekazu i jego formy w zależności od typu „ucha” odbiorcy. Dzięki temu nasza wypowiedź zostanie dobrze zrozumiana i odpowiednio zinterpretowana.

Powołanie członków Rady Nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie S.A. na nową kadencję

22 czerwca 2020 r. Zwyczajne Walne Zgromadzenie GPW wybrało siedmioosobowy skład Rady Nadzorczej GPW na nową, trzyletnią kadencję, rozpoczynającą się 23 czerwca 2020 r.

Do Rady Giełdy zostali powołani:

  1. Michał Bałabanow
  2. Dominik Kaczmarski
  3. Janusz Krawczyk
  4. Jakub Modrzejewski
  5. Filip Paszke
  6. Eugeniusz Szumiejko
  7. Adam Szyszka

Życiorysy członków Rady Giełdy zostaną zamieszczone na stronie www.gpw.pl w zakładce dotyczącej władz spółki: https://www.gpw.pl/wladze-spolki

Zasada swobodnej oceny dowodów w sprawie podatkowej

„Organ podatkowy ocenia na podstawie całego zebranego materiału dowodowego, czy dana okoliczność została udowodniona”. Tak wynika z treści art. 191 ustawy Ordynacja podatkowa (Dz.U. 2019.900, tj. z dnia 14 maja 2019 r., zwanej dalej „Ordynacją podatkową”). Przepis ten wyraża zasadę tzw. swobodnej oceny dowodów, według której organ podatkowy prowadzący kontrolę czy postępowanie podatkowe przy ocenie wiarygodności zgromadzonych dowodów nie jest skrępowany żadnymi regułami określającymi wartość poszczególnych rodzajów dowodów i dokonuje jej w sposób swobodny, na podstawie własnego przekonania opartego na wiedzy, doświadczeniu życiowym, prawach logiki, wzajemnych relacjach między poszczególnymi dowodami, z uwzględnieniem całokształtu zgromadzonego w sprawie materiału dowodowego. Jednak jedną z częstych przyczyn uchylenia decyzji podatkowej jest złamanie przez organ powyższej zasady poprzez dokonanie dowolnej oceny dowodów.

Wszechstronnie zgromadzony materiał dowodowy

Zasada swobodnej oceny dowodów tylko wtedy będzie mogła mieć sens, jeżeli organ podatkowy zgromadzi w sposób zgodny z przepisami prawa formalnego wszystkie dowody niezbędne do ustalenia prawdy obiektywnej (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 22 czerwca 2010 r., III SA/Wa 575/10, LEX nr 675001).

Materiał dowodowy jest zupełny, jeśli zebrano i rozpatrzono wszystkie dowody, przeprowadzono wnioski dowodowe, a udowodniony stan faktyczny stanowi pełną, spójną i logiczną całość. Organ, rozpatrując materiał dowodowy, nie może pominąć żadnego istotnego dowodu. Pominięcie dowodu może nasuwać wątpliwości co do zgodności z rzeczywistością ustalonego stanu faktycznego oraz może wzbudzić wątpliwości co do trafności oceny innych dowodów (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Krakowie z dnia 31 maja 2017 r., I SA/Kr 187/17).

Przez wyczerpujące rozpatrzenie całego materiału dowodowego należy rozumieć ustosunkowanie się organu do każdego dowodu i dokonanie ich oceny we wzajemnym powiązaniu. Ocenie podlega każdy dowód z osobna oraz wszystkie dowody we wzajemnej z sobą łączności, a na prawidłowość tej oceny wskazuje to, czy wyciągnięte przez organ wnioski mają logiczne uzasadnienie (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Rzeszowie z dnia 1 sierpnia 2017 r., I SA/Rz 378/17).

W uzasadnieniu decyzji organ podatkowy ma obowiązek wykazać, z których dowodów korzystał, z których zaś nie i dlaczego, zwłaszcza jeżeli określony dowód oferuje strona postępowania, które z nich uznał za wiarygodne, a które za niewiarygodne i z jakich przyczyn. „Dopiero tak przeprowadzone postępowanie spełnia wymogi art. 122, art. 187 § 1, art. 191 i art. 210 § 4 O.p.” (wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie II FSK 1852/08, LEX nr 596029).

Ocena materiału dowodowego

Ocena dowodów nie może się koncentrować wokół jednego dowodu lub części dowodów. Stwierdzenie, że dana okoliczność została udowodniona, wymaga oceny wszystkich dowodów we wzajemnym ze sobą powiązaniu. Do tego celu konieczne jest uprzednie przeprowadzenie wyczerpującego postępowania dowodowego.

Ocena zebranego w sprawie materiału dowodowego powinna spełniać łącznie trzy warunki. Po pierwsze musi być zgodna z regułami logicznego rozumowania. Po drugie ocena powinna być zgodna z doświadczeniem życiowym. Wreszcie po trzecie musi ona być wszechstronna (wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 19 maja 2011 r., I FSK 1157/10 LEX nr 1080489). Z poglądów wypracowanych przez doktrynę dowiedzieć się można m.in., że „Dokonana przez organ podatkowy ocena dowodów jest przedmiotem kontroli organu drugiej instancji w razie zaskarżenia orzeczenia w toku postępowania odwoławczego. Kontrolowany jest wtedy tok myślowy organu orzekającego pod względem prawidłowości logicznej i zgodności z przepisami prawa procesowego. Kontrola organu odwoławczego nie może prowadzić do zmiany oceny dowodów przez organ drugiej instancji, lecz jedynie do stwierdzenia nieprawidłowości, co w konsekwencji powoduje uchylenie zaskarżonego orzeczenia i przekazanie sprawy do ponownego rozpatrzenia organowi pierwszej instancji” (por. G. Adaszkiewicz, Środki dowodowe…, s. 116).

Swobodna a dowolna ocena materiału dowodowego

Swobodna ocena dowodów jest oceną najpełniejszą, jeżeli została oparta na materiale dowodowym przeprowadzonym bezpośrednio przed organem podatkowym i z aktywnym udziałem strony w tym postępowaniu. Jakkolwiek Ordynacja podatkowa czasami odchodzi w swoich uregulowaniach od zasady bezpośredniości prowadzonego postępowania (art. 181 O.p.), to w przypadku wątpliwości co do oceny dowodu przeprowadzonego w innym postępowaniu lub uzasadnionych zastrzeżeń strony, organ podatkowy jest zobligowany do bezpośredniego przeprowadzenia określonego dowodu i dopiero na podstawie tak przeprowadzonych dowodów dokonuje ich oceny. Zasada swobodnej oceny dowodów oznacza, że organ podatkowy nie jest skrępowany regułami dotyczącymi wartości poszczególnych dowodów, ma obowiązek rozpatrywać dowody na podstawie własnego przekonania, popartego zasadami wiedzy i doświadczenia życiowego. Jednakże swobodna ocena dowodów nie oznacza, że organ jest uprawniony do oceny dowodów według „widzimisię”. Ocenę dowodów organ obowiązany jest bowiem oprzeć na przekonujących podstawach i dać temu wyraz w uzasadnieniu.

Aby swobodna ocena dowodów nie przekształciła się w samowolę, musi być dokonana zgodnie z normami prawa procesowego oraz zachowaniem określonych reguł tej oceny (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 30 października 2015 r., III SA/Wa 4038/14 LEX nr 1967338). Jak wskazuje Naczelny Sąd Administracyjny, w wyroku z dnia 7 maja 2015 r., I FSK 605/14: „Organ podatkowy przy ocenie zebranych w sprawie dowodów powinien, m.in. kierować się prawidłami logiki, zgodnością oceny z prawami nauki i doświadczenia życiowego, traktować zebrane dowody jako zjawiska obiektywne, oceniać dowody wyłącznie z punktu widzenia ich znaczenia i wartości dla rozpatrywanej sprawy, dokonywać wszechstronnej oceny, tak aby w ramach swobodnej oceny nie zostały przekroczone granice dowolności”. Sąd Najwyższy wyraził pogląd, który za dowolne uznał ustalenia faktyczne znajdujące wprawdzie potwierdzenie w materiale dowodowym, ale materiał ten jest niekompletny czy też nie w pełni rozpatrzony. „Zarzut dowolności wykluczają dopiero ustalenia dokonane w całokształcie materiału dowodowego, zgromadzonego i zbadanego w sposób wyczerpujący” (wyrok SN z dnia 23 listopada 1994 r., III ARN 55/94, OSNP 1995 nr 7, poz. 83).

W kontekście treści art. 191 Ordynacji podatkowej należy zwrócić uwagę na tzw. dobrą wiarę podatnika VAT w momencie zawierania transakcji opodatkowanej tym podatkiem. Zdaniem Naczelnego Sądu Administracyjnego przy ocenie świadomości czy też braku świadomości podatnika co do zakwestionowanych transakcji należy uwzględnić orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczące tzw. dobrej wiary.

Podsumowanie

Wszechstronnie rozpatrzony materiał dowodowy, bez pierwotnego założenia organu podatkowego o nieuczciwości podatnika, pozwala na ustalenie zgodnego z rzeczywistością stanu faktycznego sprawy w wyniku dokonania obiektywnej oceny dowodów, zgodnej z zasadą swobodnej oceny dowodów, a w ramach niej – zgodnej z dyrektywami doświadczenia życiowego i logiki. Aby zasada swobodnej oceny dowodów nie przekształciła się w ocenę dowolną, organ podatkowy jest normatywnie związany wieloma dyrektywami ogólnymi postępowania podatkowego. Musi przede wszystkim opierać się na wszechstronnie zebranym i ocenionym materiale dowodowym. Często niestety jest jednak tak, że organy podatkowe czy celno-skarbowe koncentrują się na takim zinterpretowaniu materiału dowodowego, by wynikał z niego stan faktyczny uprawdopodabniający jedynie intencje i założenia przyświecające im zanim jeszcze wszczęto kontrolę czy postępowanie podatkowe. Aby zatem nie dochodziło do przekłamań i misinterpretacji w działaniu organów, warto skorzystać z pomocy i wsparcia doświadczonego pełnomocnika, który nie tylko będzie temperował zakusy urzędników w trakcie kontroli czy postępowania, ale również wzmocni pozycję procesową podatnika poprzez aktywne uczestnictwo w sprawie podatkowej na każdym jej etapie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Giełda transportowa – co warto wiedzieć? jak wykorzystać jej potencjał?

Według ekspertów rynek transakcji doraźnych, czyli tak zwany spot, stanowi 15 proc. całego sektora transportu towarów[1]. Z kolei dane statystyczne wskazują, że z elektronicznych giełd transportowych korzysta na co dzień 90 proc.[2] przedsiębiorstw przewozowych w Europie. Europejski rynek transportowy wart 500 mld dolarów[3] opiera się na zleceniach doraźnych między innymi po to, by ograniczać puste przebiegi. A te szacuje się na co trzeci przejazd w Polsce i co czwarty w UE.[4] Jak efektywnie korzystać z giełdy transportowej oraz które narzędzia cyfrowe pomogą w automatyzacji transportu? Na te i inny pytania odpowiada Tomasz Czyż, ekspert telematyki GBOX.

Giełdy transportowe – barometr gospodarki

„Giełdy wychodzą z kryzysu”. To nagłówki artykułów dotyczących branży transportowej w 2010 roku, gdyż 2009 stanowił wyzwanie dla całego sektora TSL z powodu globalnego kryzysu finansowego. Pandemia koronawirusa w 2020 roku oraz skutki wielu ograniczeń gospodarczych i społecznych, jakie wywołała, przyczyniły się do obniżenia nastrojów wśród przewoźników międzynarodowych. Jednak wbrew przewidywaniom ekonomistów rynek stabilizuje się, zwiększając i umacniając wymianę handlową między krajami UE. Ta odbywa się między innymi poprzez giełdy międzynarodowych ładunków.

Obecnie na giełdach widać wreszcie ożywienie. Otworzenie granic i uruchomienie linii montażowych największych fabryk producentów automotive skutkują wzmożoną aktywnością przewoźników w ruchu transgranicznym. Potwierdzają to najnowsze dane z systemu telematycznego GBOX i sieci E–100.[5] Powoli normują się też stawki za frachty. Powrót na ścieżkę rozwoju i umacnianie transportu drogowego już się rozpoczął – wyjaśnia Tomasz Czyż, GBOX. – To nadal rynek zleceniodawcy, ale też niezwykle cenna baza danych i wiedzy o kondycji całej branży. 

Giełda transportowa – jak zacząć?

W Polsce jest 36 513 przewoźników międzynarodowych ładunków. To niemal o 0,5 tysiąca podmiotów więcej niż w 2018 roku.[6] Ponad 90 proc. tych firm to małe i średnie przedsiębiorstwa – często rodzinne z taborem poniżej 10 pojazdów. Większość transportowców, prowadzących taką działalność, rozpoczyna dzień od zalogowania się na elektronicznej platformie ze zleceniami. Giełdy transportowe, obok map, telematyki czy programów do zarządzania transportem, to podstawowe narzędzie pracy. Jak z nich korzystać?

Aby uzyskać dostęp do giełdy, należy spełnić określone wymagania. Weryfikują one podmioty z sektora TSL tak, aby użytkownikami platformy byli wyłącznie przewoźnicy sprawdzeni pod kątem formalno–prawnym. Dlatego przed podpisaniem umowy z dostawcą giełdy, należy przesłać dokumenty:

  • rejestrowe firmy, ubezpieczenie OCP – przewoźnicy poniżej 3,5 tony;
  • rejestrowe firmy oraz licencja krajowa lub wspólnotowa – przewoźnicy powyżej 3,5 tony
  • licencja spedycyjna (w zakresie pośrednictwa przy przewozie rzeczy) oraz opcjonalnie OCS – firmy spedycyjne

Weryfikacja powyższych dokumentów pozwala stwierdzić, czy przewoźnik lub spedycja spełniają prawne wymogi dotyczące wykonywania tego zakresu działalności oraz czy posiadają odpowiednie zaplecze finansowe (wymagane zabezpieczenie do licencji na pierwszy i każdy kolejny pojazd). Licencja gwarantuje również, że osoba zarządzająca dysponuje certyfikatem kompetencji zawodowych przewoźnika. Niektóre giełdy transportowe wymagają minimalnego okresu funkcjonowania firmy na rynku – jest to na przykład 6 miesięcy prowadzenia działalności.

Giełdy ładunków – co warto wiedzieć?

Elektroniczne platformy do transakcji ładunkami to szansa na pozyskanie nowych zleceń i kontaktów handlowych dla polskich przewoźników. Poszukując towaru do przewiezienia z konkretnego miejsca w Europie, należy wpisać kody pocztowe, gdyż to głównie nimi operujemy w ofertach. Następnie dokonać wyboru dalszych parametrów, w tym między innymi:

  • data;
  • rodzaj pojazdu;
  • tonaż;
  • metry ładowne.

W zależności od popularności danego kierunku możemy uzyskać od kilku do kilkudziesięciu propozycji zleceń. Ze zleceniodawcą wybranej oferty można kontaktować się poprzez wewnętrzny komunikator, wiadomość e–mail lub telefonicznie. Giełdy transportowe rządzą się swoimi prawami. Tutaj liczy się czas reakcji – sprawne przeliczanie opłacalności frachtu i decyzja. Jeżeli jakiś zapis podjętego wstępnie zlecenia budzi wątpliwość, mamy krótki okres na to, by je zestornować, czyli anulować. Dlatego warto zwrócić uwagę między innymi na to:

  • Czy trasa na zleceniu jest dokładnie taka jak w ofercie?
  • Czy wymagane jest użycie pojazdu, jakim dysponujemy – o określonych parametrach i tonażu?
  • Czy mamy konkretne informacje o terminie płatności i szczegółowych warunkach realizacji przejazdu?
  • Czy dostawa jest w określonych godzinach „od:do” czy na przykład FIX – na konkretną awizację lub time slot?

Jeżeli wszystko się zgadza, podajemy dane auta i kierowcy. Następnie zleceniodawca przesyła nam zlecenie – najczęściej w formacie pdf przez pocztę elektroniczną., Podjęcie wybranego frachtu to umowa, na której warunki się zgadzamy. Często wymagane jest odesłanie do zleceniodawcy zeskanowanego podpisanego zlecenia.

Według Tomasza Czyża, eksperta systemu telematycznego GBOX:

W pracy z giełdą transportową pomocne są programy do zarządzania operacjami transportowo–spedycyjnymi oraz telematyka. Oprogramowanie klasy TMS to wsparcie w automatyzacji procesów i oszczędność czasu. Natomiast systemy telematyczne pokażą w czasie rzeczywistym, gdzie znajduje się pojazd, który wymaga szybkiej organizacji ładunku lub doładunku, by nie wracać na pusto. TMS–y oraz telematyka to z pewnością przyszłość rozwoju nowoczesnych technologii w transporcie drogowym i nie należy ich ignorować. Właściciele giełd oraz firm transportowych doceniliby narzędzie, które na podstawie obserwacji działań użytkowników platformy z ładunkami oraz danych telematycznych i szacunków ekonomicznych, będzie w stanie autonomicznie i precyzyjnie wyszukiwać najlepsze zlecenia. Być może tak właśnie będzie za kilka lub kilkanaście lat.

Giełda transportowa jako baza danych online

 Cyfrowa platforma dla przewoźników i załadowców to nie tablica ogłoszeń. Obecnie giełdy transportowe oferują swoim użytkownikom więcej możliwości. Oprócz ładunków do podjęcia klient coraz częściej może skorzystać również z dodatkowych funkcjonalności – np. automatyzacji planowania tras czy rozliczania finansowego.

Poprzez wykorzystanie rozwiązań IT w branży transportowej takich jak na przykład TMS usprawnia się cały proces realizacji operacji transportowych od momentu przyjęcia oferty po kwestie formalne związane z otrzymaniem należności za dany fracht. Integracje zasobów giełd z systemami do zarządzania transportu pozwalają na proste udostępnianie zleceniodawcom pojazdów z wolną powierzchnią ładunkową oraz szybkie wyszukiwanie ofert z określonego obszaru. Póki co nie jest to jeszcze pełna automatyzacja, ale znacząco ułatwia pracę spedytorom i właścicielom firm przewozowych. Wszystkie informacje dostępne są w jednym miejscu, online. Możemy z nich skorzystać w każdej chwili w dowolnym miejscu. Istotne jest też to, że w TMS mamy zachowane i uporządkowane dane archiwalne, co bywa bardzo pomocne, np. w odnalezieniu kontaktu do zleceniodawcy z danego regionu, z którym kiedyś współpracowaliśmy. Skraca się obieg dokumentacji oraz ułatwia kontakt z kierowcom czy spedytorem, bo minimalizujemy wiadomości SMS oraz rozmowy telefoniczne. Wszystko jest zapisywane i widoczne online. Rozwiązania chmurowe – oparte na modelu SaaS (Software as a Service) – rewolucjonizują międzynarodowy transport drogowy, dzięki czemu jest on bardziej efektywny – wyjaśnia Tomasz Czyż, ekspert INELO, dostawcy telematyki GBOX i TMS Easy.

Bezpieczeństwo danych online

Jak bezpiecznie korzystać z giełd transportowych?

Aby sprawdzić wiarygodność oferenta, warto zwrócić uwagę na:

  • ocenę kontrahenta w wewnętrznym rankingu, jeśli taki system oceniania platforma udostępnia;
  • wyszukanie zleceniodawcy w ogólnodostępnych bazach danych CEIDG, KRS, VIES, KREPTD[7];
  • sprawdzenie, czy widnieje on systemach zbierających informacje o dłużnikach;
  • wykorzystanie wyszukiwarki Google do weryfikowania opinii o danej firmie w Internecie
    – np. na forach branżowych, w mediach społecznościowych, grupach specjalistycznych etc.

Ważne jest również bardzo uważne sprawdzanie wszystkich zapisów zlecenia online przed podjęciem ładunku.

Jak jest przyszłość giełd transportowych?

Cyfrowa. Elektroniczne giełdy ładunków międzynarodowych będą ewoluować w kierunku jak największej i jakościowo najlepszej automatyzacji procesów. Algorytmy, które same będą wyszukiwać najbardziej opłacalne oferty, analizować czynniki ryzyka oraz planować trasę tak, by uzyskać wysoką rentowność ze zlecenia, przyszłość ofert doraźnych w sektorze TSL. Świadczy o tym coraz bardziej rosnąca popularność programów do zarządzania operacjami transportowo–spedycyjnymi, które integrowane są między innymi z giełdami – tłumaczy Tomasz Czyż z INELO. – Ponadto rozwijane będą wszelkie rozwiązania, które umożliwią wgląd w dane w czasie rzeczywistym, w tym m.in. o lokalizacji pojazdu, etapie realizacji zlecenie, utrudnieniach na drodze, dostępności kierowcy – analiza czasu jazdy i pracy. W rezultacie poprawi się wydajność i ograniczy puste przejazdy.

Według eksperta oprócz digitalizacji transportu, możemy się spodziewać rozwoju giełd wewnętrznych tworzonych przez duże spedycje. Pozwoli to uzyskać oferty z pierwszej ręki, o co zabiega każdy przewoźnik. Warto też śledzić aplikacje takie jak Uber freight. Nie jest on obecnie zagrożeniem dla potentatów, jednak coraz więcej zachodnich korporacji docenia lekkość rozwiązania. To mobilna platforma przetargowa, która umożliwia znalezienie zlecenia na stałych zasadach. Narzędzie to posiada również planer wysyłek i awizacji, czego nie mają klasyczne giełdy transportowe. Podobnym produktem dla wielkich producentów i korporacji jest Transporeon – pozwala na obsługę time slot’ów i FIX–ów na załadunkach i rozładunkach, służy również do udostępniania pozycji ciężarówek z ładunkami dzięki integracji z systemami telematycznymi.

Przemysł 4.0. = Transport 4.0.

Przyszłość przepływu towarów to zintegrowane platformy danych. W raportach Deloitte łańcuchy dostaw są oceniane jako jedne z największych możliwości dla technologii IoT.[8]  Coraz bardziej istotne będzie szybkość przepływu i wymiany informacji oraz ich weryfikacja.

Podstawą przemysłu 4.0. jest cyfryzacja, a jednym z fundamentów przemysłu jest transport, którego również nie omijają innowacje informatyczne. Globalni spedytorzy będą rozwijać działalność w tym kierunku, a międzynarodowi przewoźnicy nie powinni tych zmian ignorować – podsumowuje Tomasz Czyż, ekspert GBOX, Grupa INELO.

[1] Szacunkowy udział transakcji z giełd transportowych, forum branżowe.

[2] Dane rynkowe, Tygodnik Truck.pl, 2019.

[3] Raporty branżowe, za Rynek Infrastruktury, 2020.

[4] Wydawnictwo branżowe Media Log, Logistyczny.com.

[5] Raport INELO i sieci E–100. Wyniki średniej dziennej aktywności polskich kierowców zawodowych. Okres badania to czas od połowy marca do maja 2020 roku.

[6] Biuro Transportu Międzynarodowego.

[7] CEIDG (Centralna Ewidencja Informacji o Działalności Gospodarczej; KRS (Krajowy Rejestr Sądowy); VIES (VAT Informaction Exchange System); KREPTD (Krajowy Rejestr Elektroniczny Przedsiębiorców Transportu Drogowego).

[8] Deloitte, https://www2.deloitte.com/us/en/insights/focus/future–of–mobility/future–of–freight–connected–data–intelligent–automation.html