W kampanii wyborczej pomijana jest kwestia bezpieczeństwa energetycznego. Politykom brakuje spójnej wizji

CEO Magazyn Polska

W toczącej się kampanii parlamentarnej polscy politycy nie przykładają zbyt wielkiej wagi do kwestii bezpieczeństwa energetycznego – ocenia Instytut na rzecz Ekorozwoju. Żadna z partii nie zaprezentowała całościowej wizji rozwoju energetyki i zmian w miksie energetycznym. Niewiele mówi się o sektorze energii odnawialnej i jądrowej, a prawie zupełnie pominięto kwestie efektywności energetycznej, która ma istotne znaczenie dla bezpieczeństwa nie tylko energetycznego, lecz także ekonomicznego kraju.

Temat bezpieczeństwa energetycznego jest obecny w kampanii wyborczej, właściwie wszystkie partie polityczne się do tego tematu odnoszą, z tym że nie jest to główna oś debaty publicznej przed wyborami w Polsce. Pomysły są różne, ale brak jest konkretów i holistycznego podejścia do kwestii bezpieczeństwa energetycznego – ocenia kampanię w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Krzysztof Księżopolski, konsultant Instytutu na rzecz Ekorozwoju z Ośrodka Analiz Politologicznych UW.

Politycy zgodnie mówią o konieczności dywersyfikacji źródeł dostaw surowców energetycznych i miksu energetycznego. Pomijają jednak takie kwestie, jak podnoszenie efektywności energetycznej, czyli obniżanie zużycia energii pierwotnej poprzez m.in. zmiany technologiczne czy zmiany zachowań. Nie są również poruszane zagadnienia związane ze sposobami zarządzania siecią energetyczną. A jest to o tyle ważne, że oba te elementy mają również znaczenie dla bezpieczeństwa energetycznego kraju. W debacie brakuje także kwestii społecznych.

Świadczy to o braku głębszej analizy tego zagadnienia, które oczywiście jest bardzo trudne do przekazania wyborcom, ale taki proces społeczny powinniśmy zacząć, powinniśmy zacząć na ten temat dyskutować. Każda strategia bezpieczeństwa narodowego powinna być przedmiotem debaty publicznej i wybory są najlepszym momentem, by na ten temat rozmawiać i podejmować potem racjonalne głosowanie – mówi Księżopolski.

Partie chętnie zabierają głos w sprawie pakietu energetyczno-klimatycznego, ale opinie są sprzeczne. PiS, partia Pawła Kukiza i Zjednoczona Lewica postulują odejście od wynegocjowanych przez rząd Ewy Kopacz ustaleń. Z kolei aprobatę dla nich wyraża PO i Parta Razem.

W kwestii miksu energetycznego partie nie są zgodne. Większość z nich – w tym dwie dominujące siły PiS i PO – uważa wprawdzie, że bezpieczeństwo energetyczne musi się opierać na węglu. Brakuje jednak wytycznych, w jaki sposób trzeba ten miks dywersyfikować – jaka część energii ma powstawać z odnawialnych źródeł, ile i czy w ogóle z energetyki jądrowej.

Partie unikają takiego konkretnego stwierdzenia, jaki powinien być miks energetyczny np. w roku 2050 czy 2030 – zwraca uwagę konsultant Instytutu na rzecz Ekorozwoju.

Komitety, które podnoszą kwestie OZE w swoich programach, skupiają się głównie na poparciu dla programów rozwoju energetyki odnawialnej oraz zmianie ustawy o odnawialnych źródłach energii tak, by bardziej sprzyjała prosumentom.

Jak ocenia Księżopolski, zbyt mało mówi się także o energetyce jądrowej. Dyskusja wywołana przez premier Ewę Kopacz miała raczej charakter emocjonalny. Większość komentarzy zamiast na merytorycznej ocenie tego, czy Polsce potrzebny jest atom, skupia się na poparciu społecznym dla tego projektu.

Mało partii politycznych zwraca uwagę na kwestię efektywności energetycznej, która jest niezwykle istotna. Nie biorą pod uwagę kwestii popytowej, co uważam, że jest dosyć dużym błędem, bo redukcja strony popytowej oznacza, że nie będziemy musieli produkować tyle energii elektrycznej – wyjaśnia dr Krzysztof Księżopolski.

Efektywność energetyczna jako cel została ujęta wprost tylko w programie Zjednoczonej Lewicy. Reszta komitetów w oficjalnych materiałach wyborczych pominęła ten temat. Jak podkreśla ekspert, jest to temat niesłusznie niedoceniany przez polskich polityków,

Biorąc pod uwagę to, że Polska jest krajem bardzo słabo efektywnym energetycznie, czyli na jednostkę PKB zużywamy bardzo dużo energii, kwestia ta również będzie wpływać na konkurencyjność polskiej gospodarki – mówi dr Księżopolski. – Brak działań w zakresie efektywności energetycznej nie tylko wpływa na bezpieczeństwo energetyczne, lecz także na bezpieczeństwo ekonomiczne i o tym politycy powinni pamiętać.

Jak podkreśla autor raportu „Polityka energetyczna w kampanii wyborczej 2015”, ostrożność polityków w kwestiach energetycznych wywołują złożoność tego zagadnienia i konsekwencje różnych scenariuszy rozwoju dla poszczególnych grup społecznych. Bardziej stanowcze propozycje mogłyby skutkować utratą określonej grupy wyborców. To jednak powoduje również, że temat jest traktowany instrumentalnie, bardziej emocjonalnie niż fachowo.

Polskie firmy delegują do pracy za granicą najwięcej osób w UE. W ubiegłym roku wydano 428 tys. zaświadczeń z ZUS

CEO Magazyn Polska

Największym eksporterem usług na wewnętrznym rynku Unii Europejskiej jest Polska. W 2014 roku ZUS wydał blisko 428 tys. poświadczeń ubezpieczenia społecznego dla delegowanych pracowników. Stanowi to 36 proc. wszystkich delegowań w Unii. Dla pracowników to możliwość uzyskania wyższych zarobków przy zachowaniu możliwości pozostania w polskim systemie zabezpieczenia społecznego. Aby tak się jednak stało, musi zostać spełniony szereg warunków.

Polska jest od kilku lat niekwestionowanym liderem w Unii Europejskiej pod względem liczby osób delegowanych do pracy w innych państwach członkowskich. Ta tendencja jest rosnąca. W ubiegłym roku ZUS wydał 428 tys. poświadczeń ubezpieczenia społecznego dla pracowników delegowanych. Niektóre osoby wyjeżdżają co prawda po kilka razy w roku, ale to pokazuje skalę zjawiska – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Marek Bienio, współzałożyciel Inicjatywy Mobilności Pracy.

Polskie firmy delegują do kluczowych branż gospodarek państw unijnych zarówno pracowników sezonowych, jak i wykwalifikowanych fachowców. Najwięcej osób, bo ponad 151 tys., oddelegowano do Niemiec, zaś do Francji – 32 tys.

Jeszcze niedawno Polska była liderem usług transgranicznych ze względu na niską cenę w porównaniu z lokalnymi wykonawcami. Od kilku lat decyduje jednak jakość usług i szybkość ich świadczenia. Na tym zjawisku zyskują pracownicy, którzy dzięki delegowaniu mogą liczyć na wyższe zarobki, a jednocześnie nie muszą decydować się na migrację do innego kraju. Wówczas to właśnie w kraju, gdzie podejmują prace, podlegają ubezpieczeniu społecznemu, tam płacą podatki i wydają większość zarobionych pieniędzy.

Delegowanie jest oparte o swobodny przepływ usług, czyli pracownik zatrudniony jest przez polskiego przedsiębiorcę i jedzie wykonać pracę za granicą. Tam musi zarobić co najmniej minimalne wynagrodzenie, które jest wyższe od naszego. Natomiast składki na ubezpieczenie społeczne ze względu na tymczasowość jego pracy za granicą pozostają w polskim systemie ubezpieczenia społecznego, co chroni go przed fragmentaryzacją okresów ubezpieczeniowych. Po przejściu na emeryturę nie będzie musiał z różnych ZUS-ów w państwa UE zbierać okresów ubezpieczeniowych – tłumaczy Bienio.

Aby móc podlegać pod polski system zabezpieczenia społecznego, konieczne jest spełnienie określonych warunków. Przede wszystkim czas pracy za granicą nie może być dłuższy niż 24 miesiące, a pracownik nie może zostać oddelegowany, aby zastąpić inną osobę. Istotne jest również to, że firma, która wysyła pracowników do innego kraju, powinna w znacznej części wykonywać działalność w tym kraju, w którym ma zarejestrowaną działalność.

– Przy ocenianiu tego ostatniego kryterium bierze się pod uwagę liczbę pracowników przedsiębiorstwa, którzy wykonują pracę w Polsce oraz poza granicami, liczbę umów realizowanych w Polsce i w innych państwach, a także obroty uzyskiwane z działalności wykonywanej w Polsce i za granicą. Z przepisów o delegowaniu pracowników nie może korzystać firma, której działalność w państwie siedziby skupia się wyłącznie na zarządzaniu wewnętrznym – wyjaśnia Grzegorz Chwiejda z Departamentu Ubezpieczeń i Składek w ZUS.

Osoba, która sama założyła działalność i chce przez jakiś czas świadczyć usługi za granicą, również może pozostać w polskim systemie. W takiej sytuacji konieczne jest spełnienie kilku warunków – praca za granicą nie może przekraczać 24 miesięcy, a usługi wykonywane w innym państwie muszą być zbliżone do tych w Polsce, czyli np. dotyczyć tej samej branży.

Może to być np. branża budowlana. Nawet jeżeli usługi świadczone za granicą nie są identyczne z tymi w Polsce, ale wystarczające jest zakwalifikowanie ich do sektora budownictwo, wtedy podobny charakter działalności będzie spełniony. Ponadto dana osoba musi spełniać warunki do tego, by po powrocie do Polski móc ponownie prowadzić tu działalność. Gdyby jeden z tych warunków nie został spełniony, wówczas osoba taka podczas prowadzenia działalności w innym kraju powinna się tam ubezpieczyć – wskazuje ekspert ZUS.

Handel kontraktami CFD na waluty może dawać zyski rzędu tysięcy procent. Wiąże się jednak ze sporym ryzykiem

CEO Magazyn Polska

Rynek walutowy Forex dzięki wykorzystaniu dźwigni finansowej może oferować inwestorom zyski rzędu nawet tysięcy procent. Wiąże się to jednak także z ryzykiem poniesienia ewentualnej straty przewyższającej wartość zainwestowanych środków finansowych. Stąd początkujący dokładnie muszą określić swoje cele, zdobyć niezbędną wiedzę i doświadczenie. Wtedy inwestycja na tym rynku może okazać się dużo korzystniejsza, chociażby w porównaniu z inwestycjami na giełdach papierów wartościowych.

Zyski z rynku Forex mogą być ponadprzeciętne, gdy porównamy je z giełdami papierów wartościowych z okresu ostatnich 5 lat i ich rezultatami rzędu kilkudziesięciu procent rocznie. Na rynku Forex ze względu na to, że korzystamy z większej dźwigni finansowej, zyski mogą przekraczać paręset, a nawet parę tysięcy procent – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Daniel Kostecki, analityk rynków finansowych HFT Brokers.

Jak dodaje, wykorzystywanie dźwigni finansowej, która wynosi w tym momencie nawet 1:100, wiąże się także z możliwością poniesienia odpowiednio wyższych strat.

Wtedy mówimy o bardzo ryzykownym handlu i tak wysokie stopy zwrotu są uzyskiwane w momencie, kiedy inwestor godzi się na podejmowanie tak wysokiego ryzyka – twierdzi Daniel Kostecki. – Nasze badania pokazały, że, jeżeli inwestorzy z góry ograniczą możliwość robienia ryzykownych transakcji, na przykład poprzez opcję w naszej aplikacji, która automatycznie zamyka transakcję w momencie, gdy inwestor poniesie określoną wstępnie stratę, to takich inwestorów jest na plusie stosunkowo więcej niż tych, którzy z tej opcji nie korzystali – dodaje.

W celu uniknięcia błędów, inwestor musi najpierw zdobyć podstawową wiedzę – nie tylko na temat funkcjonowania samego rynku Forex,lecz także innych rynków kapitałowych.

– Na rynek Forex powinni wchodzić inwestorzy, którzy mają już doświadczenie z rynkiem kapitałowym. Z pewnością także zanim podejmą decyzję o wpłacie realnych pieniędzy, warto przetestować, jak ten rynek działa na rachunkach demonstracyjnych – twierdzi Daniel Kostecki.

Oprócz zdobywania doświadczenia na wirtualnych pieniądzach w ramach rachunku demo, gdzie nie następuje rzeczywiste rozliczenie transakcji i na inwestora nie oddziaływają istotne czynniki psychologiczne, ekspert poleca specjalnie organizowane szkolenia internetowe oraz śledzenie wydarzeń ekonomicznych w mediach.

– Potrzebne będzie doświadczenie z wiedzy makroekonomicznej, ale na razie ogólnej. Istotne jest zrozumienie na początkowym etapie przykładowo takich pojęć jak inflacja, skąd ta inflacja się bierze, co na nią wpływa. Trzeba wiedzieć, jakie gospodarki są najważniejsze, jakie są zależności między tymi gospodarkami, kojarzyć możliwą politykę monetarną w tych największych gospodarkach światowych, z jakimi problemami one się borykają i tym podobne – wymienia Kostecki. – Do tego trzeba dołożyć własną dedukcję, żeby przewidzieć, jak te informacje wpłyną na kursy poszczególnych walut – dodaje.

Wysokie stopy zwrotu i możliwość używania dźwigni finansowej sprawiają, że w przeciwieństwie do innych rynków, by handlować na Foreksie nie trzeba dysponować tak dużym kapitałem początkowym.

Rynek Forex oferuje bardzo niskie progi wejścia, w związku z tym nie trzeba posiadać bardzo dużego kapitału, jak chociażby na giełdach papierów wartościowych, gdzie aby inwestować w akcje i poczuć realny zysk z tych akcji, rosnących często jedynie po kilka procent, potrzebujemy dużego kapitału – dodaje Daniel Kostecki.

Należy jednak pamiętać, że wykorzystując dźwignię finansową na transakcjach rynku Forex, nie jest możliwe osiągnięcie zysku bez ponoszenia ryzyka. Przed rozpoczęciem realnych transakcji inwestor powinien zapoznać się ze szczegółowym opisem ryzyk związanych z inwestowaniem na rynku Forex oraz specyfikacją poszczególnych instrumentów finansowych, dostępną u każdego brokera.

Kanadyjski inwestor zbuduje szpital w Żywcu i będzie w nim świadczyć usługi medyczne

CEO Magazyn Polska

Kanadyjska spółka InterHealth Canada Limited zdecydowała się podjąć budowy szpitala w Żywcu we współpracy z samorządem, co jest pozytywnym sygnałem dla potencjalnych inwestorów. Będzie odpowiadać także za świadczenie w nim usług medycznych. Budowa szpitali w Polsce do tej pory nie cieszyła się dużym zainteresowaniem wśród prywatnych inwestorów. Powodem jest nieprzewidywalna polityka NFZ i Ministerstwa Zdrowia, od których decyzji zależy w dużym stopniu zyskowność w ochronie zdrowia.

– Spółka InterHealth Canada Limited, kanadyjski inwestor, podpisała umowy kredytowe umożliwiające sfinansowanie budowy nowego szpitala powiatowego w Żywcu. Jest to projekt przełomowy, który pokazuje, że model finansowania zintegrowanego w partnerstwie publiczno-prywatnym jest możliwy również na rynku polskim, mimo że do tej pory tego typu transakcje przez wielu były uważane za niemożliwe – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Olech, radca prawny w Kancelarii Squire Patton Boggs.

W tym modelu finansowania zintegrowanego partner prywatny odpowiada nie tylko za budowę, sfinansowanie i późniejsze zarządzanie infrastrukturą, lecz także za świadczenie usług medycznych w szpitalu.

– Do tej pory wydawało się, że ze względu na sposób finansowania polskiej służby zdrowia, w której jest duża niepewność co do kontraktowania z NFZ-u, nie ma możliwości sfinansowania poprzez kredyt bankowy tego typu projektów. Nam udało się po raz pierwszy w Polsce taki projekt zrealizować – mówi Małgorzata Olech.

W latach 2009-2014 podmioty publiczne ogłosiły 342 postępowania na wybór partnera prywatnego, ale podpisanie umowy zakończyło się zaledwie 24 proc. z nich (82 postępowania) – wynika z Raportu PPP przygotowanego na zlecenie Ministerstwa Gospodarki. W samym 2014 r. wszczęto 45 postępowań w celu wyłonienia prywatnego inwestora, jednak zawarto umowę tylko w 1/3 przypadków.

Branża medyczna na pewno nie jest branżą dominującą w PPP, w tym sektorze partnerstwo publiczno-prywatne dopiero raczkuje. Ustawodawca nie przewidział zamkniętego katalogu przedsięwzięć, które mogą być realizowane w  trybie PPP. Natomiast zazwyczaj są to projekty infrastrukturalne, które wiążą się z koniecznością dużych nakładów finansowych. W modelu zbliżonym do PPP zrealizowano wiele inwestycji związanych z Euro 2012, a także budową autostrad – wskazuje radca prawny.

Kluczowym czynnikiem dla zawarcia umowy PPP jest właściwy podział ryzyka między strony oraz zaufanie. Bolączką polskiej gospodarki jest wysoka niepewność regulacyjna, a więc często zmieniające się przepisy, które zwiększają koszty oraz ryzyko inwestycji – twierdzą autorzy raportu FOR „Następne 25 lat. Jakie reformy musimy przeprowadzić, by dogonić Zachód?”. Negatywne skutki wspomnianej niepewności regulacyjnej są pogłębiane przez niewydajny wymiar sprawiedliwości, zwłaszcza w zakresie dochodzenia roszczeń i upadłości.

Wskutek tych barier w ostatniej dekadzie stopa inwestycji prywatnych w Polsce wyniosła średnio zaledwie 10,5 proc. PKB, a więc ponad 5 pkt proc. PKB mniej niż w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W przypadku ochrony zdrowia występuje osobliwa sytuacja nadmiaru regulacji i interwencjonizmu przy jednoczesnym braku kluczowych ustaw (np. w zakresie prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych), co hamuje rozwój nowych placówek i usług.

Przyczyną słabego rozwoju rynku PPP w Polsce jest prawdopodobnie także niedostatek kompetencji po stronie podmiotów publicznych, które często skłaniają się ku bezpieczniejszym (bardziej standardowym) modelom realizacji inwestycji.

Myślę, że główną barierą na polskim rynku jest jeszcze brak wiedzy i pewna nieufność ze strony zarówno partnerów publicznych, jak i społeczeństwa. W przypadku ochrony zdrowia partnerstwo publiczno-prywatne jest często mylone z prywatyzacją, co może powodować niechęć społeczną, a ze strony podmiotów publicznych partnerstwo publiczno-prywatne wiąże się z ryzykiem związanym ze stopniem skomplikowania transakcji i często brakiem przygotowania do podjęcia tego typu ryzyka – uważa radca prawny.

Trudność w realizacji projektów PPP głównie polega na wyważeniu celów w postaci ochrony interesu publicznego (w wąskim znaczeniu – majątku publicznego) oraz możliwie efektywnego podziału ryzyka i korzyści ze stroną prywatną. Przerzucenie całości ryzyka na sektor prywatny rzadko jest optymalnym rozwiązaniem, gdyż prowadzi do silnego ograniczenia puli projektów, które skłonni są podjąć inwestorzy. Biorąc pod uwagę wysokie zadłużenie wielu samorządów i konieczność znalezienia wkładu własnego na inwestycje z funduszy UE w perspektywie 2014–2020, mobilizacja prywatnego kapitału może być niekiedy jedynym rozwiązaniem.

Dla jednostki samorządu terytorialnego główną zaletą PPP jest możliwość niewliczenia zobowiązań z umowy PPP do długu publicznego. Natomiast formuła PPP zazwyczaj nie eliminuje konieczności uzyskania kredytu, jedynie zmienia się podmiot, który o ten kredyt występuje, w tym przypadku jest to podmiot prywatny – tłumaczy Małgorzata Olech.

Przedwyborcze starcia polityków żywo dyskutowane online. Internauci krytycznie ocenili debatę Szydło – Kopacz

0

CEO Magazyn Polska

Pomiędzy 16 a 20 października w internecie ukazało się ponad 53 tys. wzmianek o debacie Ewy Kopacz i Beaty Szydło, większość w social media. W dniach poprzedzających dyskusję więcej treści dotyczyło premier Kopacz. Natomiast już po zakończeniu debaty większą uwagę skupiła wiceprzewodnicząca PiS-u. Spotkanie Kopacz z Szydło wywołało burzliwe dyskusje w sieci. Internauci krytykowali głównie wartość merytoryczną debaty oraz sugerowanie domyślnych opcji politycznych.

Ostatnie dni upłynęły pod hasłem debaty pomiędzy przedstawicielkami dwóch najważniejszych partii: Ewą Kopacz i Beatą Szydło. Zgodnie z danymi Instytutu Monitorowania Mediów w odniesieniu do hasła „debata” w internecie i social mediach w okresie od 16 do 20 października pojawiło się ponad 53 tys. informacji – mówi Karolina Masalska, młodszy specjalista ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów.

Prawie 60 proc. informacji opublikowane zostało w samym dniu debaty, czyli 19 października. Dominującym kanałem przekazu były media społecznościowe, czyli Facebook oraz Twitter. W odniesieniu do dyskusji premier Kopacz z wiceprzewodniczącą PiS-u Beatą Szydło internauci najczęściej używali hashtagu „debata” oraz „404 Not Found”.

Przed samym starciem na temat Ewy Kopacz ukazało się w internecie i social mediach więcej informacji niż na temat jej konkurentki, a stosunek komentarzy wyniósł 55 proc. do 45 proc. – informuje Masalska.

Spotkanie na politycznym szczycie podzieliło internautów, którzy debacie zarzucali przede wszystkim stronniczość oraz sugerowanie określonych opcji wyborczych i oponentów politycznych. Zdaniem zarówno Barbary Nowackiej, liderki Zjednoczonej Lewicy, jak i Leszka Millera, reprezentującego SLD, wszystkie partie powinny mieć prawa do dyskusji na tych samych zasadach.

Negatywne komentarze w odniesieniu do Ewy Kopacz były adresowane bezpośrednio do niej. Natomiast te na temat Beaty Szydło odnosiły się przeważnie do prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – dodaje ekspertka IMM.

Po zakończeniu debaty w mediach pojawiło się jeszcze około 10 tys. informacji na jej temat. Nieco ponad połowa nowych publikacji (51 proc.) dotyczyła posłanki PiS-u. W opinii większości internautów ogólna ocena przebiegu dyskusji była niska.

Internauci nie wypowiadali się pochlebnie o całej debacie, najczęściej używali zdań, że było słabo i że kandydatki nie mówiły na temat. Dodatkowo całe spotkanie zostało zmemowane w sieci, ale jak to się mówi: śmiech jest dobry na wszystko – podsumowuje Karolina Masalska.

Krajowa branża winiarska obawia się wzrostu akcyzy. Podatek może wzrosnąć o 400 proc.

CEO Magazyn Polska

Wzrost akcyzy o ponad 400 proc. i podwojenie ceny butelki w sklepie. Takie konsekwencje może mieć zmiana kwalifikacji wyrobów spirytusowych, do których przychyla się resort finansów. Krajowa branża winiarska podkreśla, że małe firmy mogą przez to zniknąć z rynku, a duże – zamiast z krajowych owoców zaczną produkować z importowanych.

– Planowane przez służbę celną i resort finansów przekwalifikowanie wyrobów winiarskich z rodzimych owoców do kategorii spirytusowych praktycznie wyeliminuje z rynku wyroby pochodzące z rodzimych surowców – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jacek Jantoń, prezes zarządu w produkującej wina spółce Jantoń. – Wiąże się to bowiem ze zwiększeniem stawki podatku akcyzowego dla tych produktów ponad czterokrotnie.

Jak podkreśla, ostatnio Ministerstwo Finansów zajęło stanowisko, według którego od tych produktów wytwarzanych na bazie krajowych owoców, głównie jabłek, będzie naliczana taka sama akcyza jak od wyrobów spirytusowych. Branża podkreśla, że resort, interpretując na nowo unijne przepisy celne, chce, aby wyższe stawki obowiązywały także wstecz, nawet za ostatnie pięć lat.

Takie same, niemal identyczne wyroby, produkowane na bazie win gronowych pochodzących z importu, w dalszym ciągu mają pozostać produktami winiarskimi, z dotychczasową stawką akcyzy – zwraca uwagę Jacek Jantoń.

Dziś polska branża winiarska, jak wskazuje Jantoń, zużywa ok. 100 tys. ton jabłek rocznie, które są podstawą do produkcji różnego rodzaju wyrobów winiarskich. Gdyby stanowisko resortu finansów zostało utrzymane stracą one rynek zbytu. Tymczasem w Polsce po wprowadzeniu embarga przez Rosję, nadal utrzymuje się nadmiar owoców. W 2013 roku sadownicy i przedsiębiorstwa handlowe wysłali na tamten rynek owoce o wartości 1,3 mld euro (prawie 5,5 mld zł).

Na pewno wyeliminuje to z rynku krajowe produkty winiarskie, a silne firmy zmienią bazę surowcową. Producenci zaczną po prostu te same wyroby wytwarzać na bazie win gronowych, przez co wpływy do budżetu z tytuły akcyzy nie wzrosną. Natomiast słabe firmy znikną z rynku – przekonuje Jacek Jantoń.

Podatek akcyzowy przynosi każdego roku przeszło 60 mld zł, co stanowi około jednej piątek wszystkich wpływów budżetowych.

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Komentarz walutowy z 20.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl_prim

Komentarz walutowy z 20.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl_prim

Rynek inwestowania grupowego w branży nieruchomości rośnie. Pojawiają się kolejne inicjatywy crowdfundingowe

Rynek nieruchomości odżywa po wakacjach. Ma to jednak związek nie tylko z rozpoczęciem roku akademickiego i zwiększonym ruchem na rynku najmu, ale również z coraz większym zainteresowaniem grupowymi inwestycjami w branży nieruchomości. Właśnie ruszyła kolejna inicjatywa – Mzuri CFI Alfa, w ramach której wszystkie wygenerowane na rynku mieszkań na wynajem zyski będą reinwestowane przez 5 lat w celu rozbudowy majątku inwestorów. Prognozowana stopa zwrotu z inwestycji wynosi ok. 10 proc. w skali roku.

Mzuri CFI Alfa to kolejna z inicjatyw crowdfunfingowych Grupy Mzuri. Mzuri CFI Alfa nabędzie portfel mieszkań na wynajem oraz będzie kupować pojedyncze mieszkania i całe kamienice w celu ich wyremontowania i sprzedania po podniesieniu ich wartości. Przez 5 lat całość zysku będzie re-inwestowana w rozbudowę portfela mieszkań na wynajem. Spodziewany wzrost wartości majątku po 5 latach może przekroczyć nawet 50 proc. Po tym okresie zyski z najmu będą regularnie wypłacane inwestorom, co przełoży się na roczny zwrot w wysokości ok. 10 proc. Mzuri CFI Alfa będzie realizować tzw. „emerytalny” model inwestycyjny. Jest to idealne narzędzie dla osób pragnących osiągnąć wolność finansową. – Naszym celem jest uświadomienie Polkom i Polakom, że rynek nieruchomości dzięki inwestycjom grupowym jest dostępny właściwie dla każdego. Nie trzeba mieć dużego kapitału, żeby inwestować w nieruchomości i czerpać z tego ponadprzeciętne zyski – komentuje Sławek Muturi, pomysłodawca i przewodniczący rady nadzorczej Mzuri CFI Alfa Sp. z o. o. – Mzuri CFI Alfa bazuje na tzw. modelu emerytalnym, co oznacza, że przez 5 lat całość zysku będzie re-inwestowana, a to z kolei pozwoli na uzyskanie ok. 50 proc. wzrostu majątku. Po tym okresie Spółka rozpocznie regularne wypłaty zysku z najmu, co przełoży się na ok. 10 proc. roczny zwrot dla inwestorów. Przy dzisiejszych, niskich stopach procentowych i niepewności na giełdzie to bardzo atrakcyjna propozycja inwestycyjna – dodaje Artur Kaźmierczak, prezes Mzuri CFI Alfa Sp. z o. o..

Próg wejścia do inwestycji wynosi jedynie 10 tys. zł, maksymalny możliwy wkład to 400 tys. zł. Nabór kapitału potrwa do 15 listopada 2015, po tym terminie nabór zostanie zamknięty i nie będzie już możliwości przystępowania do Mzuri CFI Alfa. Procedura przystąpienia do spółki polega na podpisaniu Przedwstępnej Umowy Objęcia Udziałów, dokonaniu wpłaty kapitału i dostarczeniu do siedziby Mzuri CFI Alfa oryginału pełnomocnictwa.

Mzuri CFI Alfa to kolejna Spółka Grupy Mzuri uruchomiona w ramach inicjatywy Mzuri CFI opartej na idei crowdfunding’u, która umożliwia grupowe inwestowanie w mieszkania na wynajem osobom dysponującym nawet relatywnie niewielkim kapitałem. Pierwsza ze spółek, Mzuri CFI 1 cieszyła się dużym zainteresowaniem ze strony Inwestorów i pozyskała pod koniec 2014 roku ponad 1,5 mln zł na zakup i remont kamienicy w celu późniejszego sprzedania mieszkań przeznaczonych na wynajem. Udziały w Spółce objęło wówczas 64 inwestorów. Obecnie Mzuri CFI 1 jest już na etapie przygotowywania zakupionej w Łodzi kamienicy do remontu. Prognozowana stopa zwrotu z tej inwestycji wynosi 10 proc. w skali roku. Druga ze spółek – Mzuri CFI2 – dotychczas największa crowdfundingowa spółka w Polsce pozyskała już blisko 2 mln zł kapitału. Celem spółki jest zbudowanie portfela mieszkań na wynajem i regularna wypłata zysków inwestorom. Nabór kapitału do Mzuri CFI 2 ma charakter ciągły.