Etyka w finansach? To się opłaca!

Jak przełamać negatywny stereotyp doradcy finansowego, zakorzeniony od lat w świadomości Polaków? Zdaniem Roberta Czerwińskiego, wiceprezesa Alex T. Great, najlepszym rozwiązaniem jest praca u podstaw i etyka w biznesie.

Robert Czerwiński - wiceprezes Zarządu Alex T. Great Doradcy Finansowi – Czy uczciwość w finansach rzeczywiście się opłaca? Przecież w praktyce oznacza ona zwykle znacznie niższy zysk…

Robert Czerwiński, wiceprezes Alex T. Great Doradcy Finansowi: – Teoretycznie mogłoby się tak wydawać, ale praktyka mówi coś zupełnie przeciwnego. Nasze wieloletnie doświadczenia pokazują, że klient, który otrzymuje profesjonalną pomoc doradcy, łącznie z pakietem trafionych, dobrze dopasowanych produktów finansowych, po prostu z nami zostaje. A to oznacza, że nie jest on klientem „jednorazowym”, a staje się naszym partnerem w biznesie. Ufa nam, powierza kolejne obowiązki, zleca kolejne usługi, zadania, staje się z nami coraz silniej związany. To oczywiście ogromna odpowiedzialność dla nas, doradców, by takiego zaufania nie zawieść, ale jednocześnie taka sytuacja daje nam pewność, że zadowolony klient staje się osobą, na którą my także możemy liczyć. Jeśli tylko za fachową obsługą stoi korzystna i uczciwa oferta, to taka sytuacja jest gwarancją udanej i trwałej wieloletniej współpracy na linii doradca-klient. A przecież o to chodzi w biznesie, czyż nie?

– A jednak na rynku wciąż znaleźć można całą rzeszę firm, które działają na granicy prawa, swojej szansy upatrując w szybkiej, często nietrafionej sprzedaży.

  1. C.: – Rzeczywiście, ale powinien pan dodać, że takie działanie ma wyjątkowo „krótkie nogi”. Sprawdzi się w perspektywie jednego roku, pozwalając jednorazowo zmaksymalizować zyski przedsiębiorstwa. A co dalej? Budowa firmy doradztwa finansowego to zbyt czasochłonne zajęcie, by zapominać o tym, co w przypadku nieuczciwej, nierzetelnej działalności przyniosą kolejne lata funkcjonowania. A przynieść mogą jedynie rozczarowanie klientów i szybką biznesową śmierć. Takie przykłady można mnożyć, wiele z nich znaleźć można choćby na stronach UOKiK, który stara się piętnować tego typu praktyki. Na szczęście na rynku działają też rzetelne firmy. Za przykład niech posłuży choćby badanie jakości usług firm doradztwa finansowego, jakie przeprowadzono w jednym z największych polskich banków w 2014 roku. Otóż, aż 82 procent ankietowanych w tym badaniu osób odpowiedziało, że trafiło do naszych doradców, doradców Alexa, dzięki rekomendacjom i poleceniom. Co więcej, w tym samym badaniu aż 98 procent osób oświadczyło, że chętnie skorzysta z naszej pomocy ponownie. I to właśnie najlepszy dowód, że etyka w naszym biznesie rzeczywiście się opłaca. Ba, ona opłaca się w każdym biznesie! To właśnie tak buduje się naprawdę dobre wzajemne relacje, które wiążą odbiorców z firmą w sposób trwały i wieloletni. A mając dobre relacje z klientami, można poważnie myśleć o dalszym rozwoju firmy.

– Czy mam przez to rozumieć, że jest pan przeciwnikiem odgórnych regulacji wprowadzanych przez państwo, mających za cel ograniczenie działań typu misseling i nieuczciwych praktyk?

  1. C.: – Jestem za racjonalnym wprowadzaniem takich zasad. Mówiąc wprost, regulacja tak, ale przeregulowania już nie. Idąc za tą myślą, w Polsce już niebawem takie unormowania się pojawią, a podstawą do ich opracowania będzie dyrektywa o kredycie hipotecznym, którą implementować ma na nasz grunt Ministerstwo Finansów. Wierzę, że wprowadzone zapisy wymuszą wysoki standard pracy doradcy finansowego, niezbędny, by na nowo odzyskać zaufanie klientów do naszego sektora. Ważne jest też usystematyzowanie struktury branży, dzięki czemu klient będzie w końcu wiedział, czy trafia do pośrednika, czy rzeczywiście do kogoś, kto świadczy profesjonalną pomoc doradczą. Pamiętajmy, że takie zmiany możliwe będą wyłącznie w przypadku ścisłej współpracy całego sektora: banków, instytucji ubezpieczeniowych i rzetelnych firm działających w sektorze doradztwa i pośrednictwa finansowego. Niebagatelna będzie tu też rola mediów, które, w co głęboko wierzę, dostrzegą zmiany, jakie wymuszą na rynku nowe regulacje i zaczną o nich głośno mówić.

– I myśli pan, że taka filozofia przemówi do pozostałych? Że satysfakcja z fachowości, uczciwości będzie w stanie wygrać z potrzebą szybkiego zysku?

  1. C.: – Bardzo chciałbym, żeby na rynku pozostały jedynie te firmy, które szukają zrównoważonego biznesu. Co więcej, jestem pewien, że wielu moich kolegów z branży gotowych jest już dziś zacząć pracować z relacjami, godząc się na niższy przychód, ale długofalowy zysk. Oczywiście, nie jestem aż takim idealistą, by wierzyć, że dotyczyć to będzie wszystkich, stąd właśnie potrzeba pewnych prawnych ram, które pozwolą lepiej poukładać rynek. Idzie o to, by wprowadzić jak najwięcej narzędzi, które będą skutecznie bronić klientów przed pseudodoradcami. Pozostali poradzą sobie bez niepotrzebnych przeregulowań, wystarczy wyznaczyć właściwy kierunek. Bo z etycznego działania można i należy być dumnym. My jesteśmy, czego najlepszym dowodem jest dokument opracowany wspólnie przez członków Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych o nazwie „Zasady Dobrych Praktyk”, który niedawno podpisaliśmy, a który także współtworzyliśmy. ZDP bardzo precyzyjnie określa zasady, jakie zobowiązują się wyznawać i stosować firmy pośrednictwa finansowego. W myśl tego dokumentu każdy specjalista z naszej branży powinien działać przejrzyście, czytelnie i etycznie, bo tylko w ten sposób da się poprawić i na nowo nakreślić wizerunek doradcy finansowego. A skoro tak, mieliśmy wręcz obowiązek podpisać się pod ZDP, zwłaszcza, że cała polityka naszej działalności jest spójna ze wszystkimi jego zapisami. Alex nie modeluje sprzedaży, my nie układamy systemu wynagrodzeń w oparciu o te produkty, za które nasi kontrahenci gotowi są zapłacić najwięcej. W naszym wypadku wszystko wyznacza potrzeba klienta, to on jest w centrum zainteresowania. Edukujemy go, dzięki czemu ma pełną świadomość wartości produktu, który kupuje. W efekcie, idąc do banku, jest już klientem z kompletną wiedzą, zna zalety i wady produktu, który chce nabyć, co znacznie ułatwia pracę bankowcom. Wie pan, co to oznacza? Że to właśnie nasze wnioski kredytowe pracownicy banków gotowi są rozpatrywać i oceniać w pierwszej kolejności. Co więcej, zdecydowana większość z nich pozytywnie przechodzi cały proces weryfikacji. Dobra jakość pracy naszych pracowników i solidnie przygotowane wnioski kredytowe gwarantują wysoką jakość procesowania, a dzięki temu mniej pracy mają analitycy, którzy po prostu lubią naszych doradców i wzajemnie ich sobie polecają. I widzi pan? Znów pojawiają się polecenia, o których mówiłem wcześniej. To właśnie oznacza pracę na dobrych relacjach. Relacjach z partnerami, z kontrahentami, a przede wszystkim z klientami, którzy doceniają sposób, w jaki są przez nas traktowani. Oni najlepiej czują, że działamy wobec nich uczciwe, rzetelnie, a przy tym fachowo i skutecznie. To właśnie mam na myśli, mówiąc o etyce w naszej branży i do takich działań, uczciwych i przejrzystych, będę wszystkich zawsze zachęcał.

Green Caffè Nero: kawiarnia ma szansę na osiągnięcie rentowności przy minimum 300 klientach dziennie

0

CEO Magazyn Polska

Sieć kawiarni to bardzo ryzykowny biznes, podkreśla współwłaściciel i prezes Green Caffè Nero. Kawiarnie, by zarobić, muszą codziennie ściągać co najmniej 300 klientów. Wymagają zatem dobrych lokalizacji, a więc bardzo drogich, co sprawia, że udział czynszu w kosztach rośnie, a wraz z nim koszt ryzyka nietrafionej lokalizacji.

Green Caffè Nero to sieć ponad 30 warszawskich kawiarni, zlokalizowanych głównie w centrum, przy głównych ulicach oraz w prestiżowych centrach handlowych i biurowcach. Specjalizuje się w produktach wysokiej jakości, sprzedaje wyłącznie własne wypieki i samodzielnie sprowadzaną kawę.

Kawa jest głównie z Ameryki Środkowej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Ringer, prezes Green Caffè Nero. – Kawę mamy z Caffè Nero, którą kontraktuje na plantacjach: częściowo mamy kawę z palarni własnej Nero, a częściowo palimy ją u siebie w kawiarniach. Kiedyś mieliśmy plany, żeby palić w każdej lokalizacji, ale okazuje się, że trudno dostać zezwolenia, więc musieliśmy z tego zrezygnować.

Taka strategia firmy generuje spore koszty. Nie tylko wymaga inwestycji w drogie lokale i kosztowne produkty. Wiąże się też ze sporym ryzykiem kursowym, bowiem duża część tego, za co firma płaci, wyliczana jest w obcych walutach.

Nasze czynsze są bardzo często wyrażone w euro – podkreśla Adam Ringer. – Więc, jeżeli złoty, np. przez jakieś machinacje polityczne, spadnie, to my to natychmiast odczujemy. Za maszyny, które zakupujemy, płacimy w euro, rzadziej w dolarach. Kawa, którą zakupujemy, jest albo w euro, albo w dolarach, albo w funtach. Jeżeli tutaj zacznie się coś złego dziać, to my przecież nie podwyższymy cen, żeby zrekompensować koszty.

Jeżeli wszystko idzie bardzo dobrze, to – jak informuje prezes Green Caffè Nero – sieć osiąga zysk EBITDA na poziomie 8-10 proc. Warunkiem powodzenia jest odpowiednia frekwencja w kawiarniach, a liczba klientów musi być znacznie wyższa niż np. w restauracji.

Restauracja może żyć z 80-90 klientów, poza tym taki lokal jest bardzo często punktem docelowym. Jak restauracja jest dobra, to nawet jeśli znajduje się w zaułku, klient ją znajdzie i przyjdzie. My, żeby to się kręciło, musimy mieć minimum 300 rachunków dziennie, czyli tutaj zarabia się na liczbie klientów, a to oczywiście oznacza, że musimy mieć lokale tam, gdzie tych klientów jest dużo. W związku z tym płacimy wysokie czynsze, bo za dobrą lokalizację trzeba sporo zapłacić.

W przychodach Green Caffè Nero 45-50 proc. to kawa, a kolejne 45 proc. to  jedzenie, głównie własne wypieki i kanapki. Nie jest to struktura korzystna, bo jak mówi Adam Ringer, na kawie zarabia się znacznie lepiej niż na ciastach. Przyznaje jednak, że od 10 lat ten udział kawy w przychodach jest mniej więcej taki sam. Firma chciałaby go zwiększyć, jednak jak mówi prezes sieci, to klient wybiera i jeżeli lubi serwowane w sieci jedzenie, to nie ma powodu, żeby to zmieniać.

Kiedy się rozwijaliśmy, to myślałem, że jak będziemy mieli 6-7 kawiarni, to ja będę miał na emeryturę. Jak mieliśmy 6-7 kawiarni, to mimo że lokale były pełne ludzi, pieniędzy nie było z tego żadnych. Myślałem, że jak będzie 10-15 to wszystko będzie dobrze, ale okazało się, że i to było źle policzone, bo ekonomia małej, prywatnej kawiarni, gdzie mąż robi kawę albo dwaj przyjaciele czy przyjaciółki i jeden stoi na kasie, jest zupełnie inna niż sieci.

Polski przemysł czeka kilka kwartałów wolniejszego rozwoju. Spowolnienie najmocniej odczują eksporterzy

CEO Magazyn Polska

Spadek zamówień w niemieckim przemyśle i coraz słabsza koniunktura w Chinach mogą odbić się na kondycji polskiego przemysłu. Już wrześniowy odczyt wskaźnika PMI dla polskiego sektora przemysłowego wyniósł tylko 0,9 pkt i choć był to dwunasty miesiąc z rzędu, kiedy indeks sygnalizował ożywienie w gospodarce, to wynik okazał się zdecydowanie gorszy od oczekiwanego.

– To jest wciąż niezła kondycja, cały czas mamy do czynienia ze wzrostem aktywności. Natomiast to, co może niepokoić, to spadek zamówień eksportowych po raz pierwszy od wielu miesięcy i wyraźne spowolnienie zamówień ogółem. To sygnalizuje, że w najbliższych miesiącach możemy mieć do czynienia z pogorszeniem aktywności w polskim przetwórstwie przemysłowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jakub Borowski, główny ekonomista, Credit Agricole.

Ekspert tłumaczy, że słabszy odczyt wskaźnika PMI wynika m.in. ze spadku zamówień w niemieckim przemyśle. Dane opublikowane we wrześniu przez urząd statystyczny Destatis pokazały spadek o 1,8 proc. w stosunku do sierpnia wobec oczekiwanego wzrostu na poziomie 0,5 proc.

– To znajduje odzwierciedlenie również w wynikach koniunktury polskiego przetwórstwa. Ale to, co do tej pory napędzało i wspierało aktywność w polskim przetwórstwie, to był wzrost prywatnych inwestycji przedsiębiorstw. Pierwsze półrocze było pod tym względem bardzo dobre – tłumaczy Borowski.

Analityk w najbliższych kwartałach spodziewa się spadku dynamiki inwestycji w polskiej gospodarce. Choć przyszłoroczne odczyty nadal pokażą wzrost, to jednak będzie on wyraźnie mniejszy niż na początku 2015 roku. W I kwartale bieżącego roku dynamika inwestycji wyniosła nawet 11,4 proc. w ujęciu rocznym.

– Popyt na produkty, które wytwarza polskie przetwórstwo będzie niższy. Należy zatem moim zdaniem oczekiwać scenariusza, w którym ten wzrost aktywności będzie się utrzymywał, ale będzie wyraźnie wolniejszy niż w I połowie roku, co wiąże się przede wszystkim z pogorszeniem koniunktury w gospodarce niemieckiej – prognozuje główny ekonomista Credit Agricole.

Polska gospodarka narażona jest także na zagrożenia zewnętrzne. Jakub Borowski zwraca tu uwagę głównie na spadek dynamiki przetwórstwa przemysłowego w Chinach. Może to przełożyć się na spadek importu oraz pośrednio poprzez gospodarkę Niemiec wpłynąć także na Polskę.

– Spodziewam się, że w najbliższych miesiącach wzrost produkcji przemysłowej będzie kilkuprocentowy, ale raczej będzie to wzrost w okolicach 3–4 proc. niż powyżej 5 proc. W związku z tym moim zdaniem są małe szanse na to, żebyśmy w IV kw. odnotowali wzrost gospodarczy powyżej 3,5 proc. – przewiduje Borowski.

Przy takiej dynamice produkcji przemysłowej należy według niego oczekiwać raczej tempa wzrostu PKB w okolicach 3,0 proc. Rozmówca zwraca uwagę na to, że jest to w dalszym ciągu bardzo dobry wynik, który pozwala na zmniejszenie dystansu do najwyżej rozwiniętych krajów.

– Najbardziej zagrożone są te branże, które z jednej strony dużo eksportują, a z drugiej strony bardzo dużo inwestowały, a to dlatego że przede wszystkim to spowolnienie przychodzi do nas – jak zwykle w takich przypadkach – z zewnątrz – zauważa.

Ekonomista wskazuje także na branże, które w przypadku spowolnienia pozostaną relatywnie silne. W tej grupie znajduje się m.in. budownictwo i jego poddostawcy. Odporność branży wiąże się z faktem, że jej przychody niemal w całości zależą od krajowego popytu, a ten reaguje z pewnym opóźnieniem w stosunku do czynników z zewnątrz.

J. Chwedoruk (Rothschild): Banki rozwijają ofertę dodatkowych produktów i usług. Wycena niektórych instytucji jest atrakcyjna

CEO Magazyn Polska

Notowania banków na warszawskiej giełdzie pokazują wyraźnie, że inwestorzy nie spodziewają się tam wysokich zysków. Powodem są rekordowo niskie stopy procentowe, słaby wzrost popytu na kredyt oraz zwiększone ryzyko polityczne. To dlatego banki oferują coraz więcej dodatkowych produktów do kredytów, rachunków oszczędnościowych czy inwestycyjnych. Akcje tych instytucji, które sprawnie pozyskują przychody z prowizji, mogą być atrakcyjną lokatą kapitału.

– Potencjał cross-sellingu cały czas jeszcze istnieje i banki, które sobie z tym dobrze radzą, na pewno uzyskują wyższe wyniki z przychodów nieodsetkowych. Proporcjonalnie można powiedzieć, że do tej pory banki miały około 20-30 proc. dochodów nieodsetkowych, w tej chwili lepsze banki zbliżają się do 50 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Chwedoruk, dyrektor zarządzający warszawskim biurem Rothschilda.

Sektor bankowy w Polsce dostosowuje się do otoczenia w postaci niskich stóp procentowych, które są obecnie na historycznie niskim poziomie stopa referencyjna NBP wynosi 1,5 proc. Poza poprawiającą się sytuacją na rynku pracy (stopa bezrobocia rejestrowanego spadła we wrześniu do 9,9 proc., a to najmniej od 7 lat), na razie nie widać w polskiej gospodarce istotnych czynników, które mogłyby zwiększyć dynamikę cen, a w konsekwencji wpłynąć na koszt pieniądza.

To jednak zjawisko ogólnoświatowe – najważniejsze banki centralne świata wciąż utrzymują główne stopy procentowe na poziomie bliskim zera, co również wpływa na politykę monetarną w mniejszych gospodarkach takich jak Polska. Część ekonomistów uważa nawet, że zerowe stopy procentowe utrzymają się przez bardzo długi okres w rozwiniętych gospodarkach, co wynika z mniejszego potencjału wzrostu PKB.

– Banki od wielu lat właściwie spodziewały się obniżenia stóp procentowych, w Polsce to był trend. Tak więc przede wszystkim chciały podwyższać swoje dochody prowizyjne – zauważa Chwedoruk.

Jak podała KNF, w ciągu ośmiu miesięcy 2015 roku wynik odsetkowy banków w Polsce spadł o 8,4 proc. w ujęciu rocznym, wynik z całej działalności bankowej zmniejszył się o 5,8 proc., zaś wynik z prowizji był niższy tylko o 2,9 proc. Netto banki zarobiły o 11,7 proc. mniej niż rok wcześniej.

Wyższej inflacji w najbliższych kwartałach nie zapowiada także bardzo umiarkowany popyt na kredyt. W efekcie banki nie mogą liczyć na istotne skompensowanie sobie niższej marży odsetkowej (wynikającej z niskich stóp procentowych) wzrostem wartości udzielonych kredytów. Jak wynika z ankiety NBP wśród przedstawicieli sektora bankowego, w III kwartale 2015 roku zanotowano niewielki wzrost sprzedaży kredytów dla firm i kredytów konsumpcyjnych, ale silnie spadła sprzedaż kredytów mieszkaniowych.

Widząc słaby popyt lub niewielką zyskowność ze zwiększania akcji kredytowej, banki celują w zwiększania dochodów z prowizji, oferując wraz z kredytem lub otwarciem rachunku dodatkowe, powiązane z nimi produkty (tzw. cross-selling).

– Banki starają się zwiększać gamę produktów dostępnych dla firm, tych produktów niekredytowych, niezależnych od działalności pożyczkowej. Dlatego są różne propozycje zarządzania gotówką, propozycje transakcji strukturyzowanych, zabezpieczeń, hedgingów, foreksu – tutaj banki się uaktywniły. Jeżeli chodzi o sektor detaliczny, to np. pośrednictwo w sprzedaży funduszy inwestycyjnych, pośrednictwo w sprzedaży ubezpieczeń – to były dochody stosunkowo łatwe dla banków, praktycznie bez ryzyka – uważa dyrektor zarządzający warszawskim biurem Rothschilda.

Innym problemem, z jakim muszą się zmierzyć banki działające w Polsce, jest wciąż nierozwiązany problem kredytów walutowych. Na to nakłada się ryzyko związane z wyborami parlamentarnymi, w których wygrana opozycji może skutkować wprowadzeniem podatku od wartości aktywów bankowych, co dodatkowo ograniczy rentowność instytucji finansowych. Niekorzystne otoczenie oraz perspektywa strat z tytułu kredytów walutowych powodują, że banki (indeks WIG-banki) są wyceniane najniżej od 2 lat.

– Niestety, już od paru lat banki nie są dobrą inwestycją. Wynika to z ich przeregulowania i w związku z tym nieprzewidywalności, więc trzeba bardzo selektywnie patrzeć na banki. Sektor jako taki będzie dalej podlegał zwiększonym wymaganiom kapitałowym, i na świecie, i w Polsce. I to będzie zmniejszało potencjał do wypłaty dywidendy przez banki. Natomiast są banki, które są w tej chwili mocno przecenione, a pokazywały do tej pory dużą zdolność wzrostową – ocenia Jacek Chwedoruk.

A. Macierewicz: 130 mld zł przeznaczone na modernizację armii może i powinno być w większości wydane w Polsce

CEO Magazyn Polska

Zamówienia resortu obrony narodowej na sprzęt dla polskiej armii powinny w jak największej części trafiać do polskich fabryk – ocenia Antoni Macierewicz. Jego zdaniem krajowy przemysł ma potencjał, by dostarczyć większość wyposażenia i uzbrojenia, które zamierza kupić wojsko. – To będzie główna rola przyszłego ministra obrony – ocenia Jarosław Gowin, typowany przez PiS na to stanowisko. Zaplanowany na lata 2013–2022 budżet na modernizację armii wynosi 130 mld zł.

Pierwszy warunek – prosty intelektualnie, trudny do realizacji – to skierować polskie pieniądze do polskiego przemysłu, tam gdzie jest on zdolny produkować potrzebne nam uzbrojenie – mówi Antoni Macierewicz, poseł PiS i były wiceminister obrony narodowej. – 130 mld zł, które ma być wydane w najbliższym czasie na armię, w większości może i powinno być wydane w Polsce.

Jak podkreśla, polski przemysł nie dysponuje wszystkimi niezbędnymi technologiami, które są potrzebne armii, przykładem jest chociażby budowa systemu obrony przeciwrakietowej, ale ma potencjał, by dostarczyć większość z nich.

Klasycznym przykładem jest sprawa marnotrawstwa ponad 13 mld zł, które popłyną do francuskiego przemysłu za śmigłowiec, który już nie lata w armii francuskiej, bo jest przestarzały. Francuscy żołnierze latają nowoczesnymi maszynami, a nam chcą sprzedać przestarzały produkt. Niestety, Platforma Obywatelska chce go nabyć – podkreśla Macierewicz.

Jego zdaniem gdyby te pieniądze trafiły do zakładów w Świdniku lub Mielcu, których właściciele również startowali w przetargu, toby był pierwszy krok wzmacniający polski przemysł zbrojeniowy.

Ten przetarg to jest przykład patologii, której eliminacja jest bardzo trudna. Nie możemy marnować polskiego wysiłku, potu, polskich pieniędzy, tylko musimy inwestować w polski przemysł zbrojeniowy. Oczywiście tam, gdzie jest on zdolny do produkcji nowoczesnego, pełnowartościowego sprzętu, a w przypadku śmigłowców mamy takie możliwości – mówi Macierewicz.

Jarosław Gowin podkreśla, że wyjaśnienie wątpliwości wokół wyboru modelu Caracal będzie jednym z najważniejszych i najpilniejszych zadań nowego ministra obrony narodowej. Rolą przyszłego szefa resortu będzie stopniowe zwiększanie środków na modernizację armii i zapewnienie, by jak największa ich część trafiała do polskich zakładów.

Musimy rozwijać polski przemysł zbrojeniowy. Oczywiście we współczesnym świecie nie można być bezpiecznym, jeśli nie ma się trwałych sojuszy i będziemy te sojusze wzmacniać, choćby przez przyszłoroczny szczyt NATO w Warszawie. Ale sojusze zapewniają bezpieczeństwo tylko tym, którzy sami potrafią zadbać o swoje bezpieczeństwo, dlatego musimy zwiększać potencjał polskiej armii zarówno jeśli chodzi o jej liczebność, jak i o poziom zbrojenia – podkreśla Jarosław Gowin.

O potencjale polskiego przemysłu zbrojeniowego i procesie modernizacji armii politycy, przedstawiciele branży i eksperci rozmawiali podczas debaty „Gazety Polskiej” pt. „COP XXI wieku: jak odbudować polski przemysł obronny”.

Polskie prywatne stocznie w świetnej kondycji. Często wygrywają konkurencję ze skandynawskimi i azjatyckimi

CEO Magazyn Polska

Inwestycje polskich prywatnych stoczni liczone są w dziesiątkach milionów złotych. Z tanią, masową produkcją statków w Azji wygrywają jakością. Z kolei w konkurencji z norweskimi producentami pomaga elastyczność i umiejętność znalezienia nisz rynkowych. Dużym wyzwaniem jest przyciąganie do przemysłu stoczniowego młodej kadry.

Kondycja stoczni prywatnych jest bardzo dobra. Oferują od fragmentów konstrukcji stalowych wykorzystywanych w instalacjach wydobywczych na morzu po w pełni wyposażone statki o bardzo wysokiej wartości dodanej realizujące skomplikowane zadania na Morzu Północnym czy innych akwenach na całym świecie. Inwestycje to kwoty idące w dziesiątki milionów złotych – mówi agencji Newseria Andrzej Wojtkiewicz, prezes Związku Pracodawców Forum Okrętowe oraz stoczni Remontowa Shipbuilding podczas gdyńskiego Forum Gospodarki Morskiej.

Przez ostatnie 10 lat prywatne polskie stocznie zdobyły na świecie pozycję firm wszechstronnych, wysoko wyspecjalizowanych i z relatywnie dobrym poziomem cenowym w porównaniu z krajami ze Skandynawii. Nie są w stanie konkurować ceną z producentami z Azji, ale na brak zamówień nie narzekają. Wojtkiewicz podkreśla, że produkowane w Polsce statki wyróżniają się jakością, a klientami są wymagający armatorzy.

Coraz trudniej buduje się skomplikowane jednostki na świecie. Rynek azjatycki oferuje statki tanie, gdzie cenę przedkłada się nad jakość. Nie są to statki tak skomplikowane technicznie, jak statki budowane w Europie do produkcji jednostkowej, do realizacji prototypów bardzo skomplikowanych technologicznie – podkreśla Andrzej Wojtkiewicz.

Z kolei konkurencję z europejskimi producentami krajowe stocznie wygrywają dzięki elastyczności i umiejętności szybkiej reakcji na zmieniające się realia w branży. Sytuacja na światowych rynkach surowców spowodowała spowolnienie w segmencie wydobywczym, to zaś przełożyło się na kłopoty producentów jednostek pływających dla przemysłu wydobywczego. Najmocniej odczuli to Norwegowie. Polskie stocznie też specjalizują się w tego typu jednostkach, jednak mimo chwilowego braku nowych zamówień w tym segmencie rynku istniejące zamówienia są na bieżąco realizowane i nie odbija się to na kondycji stoczni.

Kiedy dramatycznie mocno spadły ceny surowców energetycznych, to wiele firm zaczęło rozkładać ręce, mówiąc o problemach. Natomiast firmy działające prężnie na rynku mówią: „To jest nowe wyzwanie, szukamy nowych rynków i nisz” – mówi Jerzy Czuczman, dyrektor Biura Związku Pracodawców Forum Okrętowe.

Jednym z nowych kierunków, jak wyjaśnia Czuczman, jest Arktyka. W produkcji jednostek klasy lodowej przodują Finowie, ale Polacy zaczynają wchodzić w ten segment rynku.

Globalne ocieplenie spowodowało, że zaczynamy coraz częściej mówić o północnych drogach transportu między Europą a Azją. Polskie stocznie mają już np. jednostki arktyczne dla Grenlandii. To są specjalistyczne jednostki, które muszą pracować w krainie lodowej, a my musieliśmy nauczyć się technologii spawania blach pracujących później przy mrozach sięgających nawet 40 stopni poniżej zera – mówi Jerzy Czuczman.

Andrzej Wojtkiewicz przyznaje, że specjalizacja jest ważna, ale nie może być zbyt wąska.

Stocznia musi być elastyczna, nowoczesna i mieć duży portfel oferowanych produktów. Trzeba stać twardo na 2-3 albo i 4 nogach, jeżeli to tylko jest możliwe. Bardzo ważne jest posiadanie dobrego zaplecza projektowego, które może zaoferować szybko inne produkty, które znajdą swoich odbiorców w momencie, kiedy ten podstawowy produkt nie znajduje chwilowo zapotrzebowania – podkreśla prezes Forum Okrętowego i stoczni Remontowa Shipbuilding.

Eksperci przyznają, że atutem polskich stoczni jest kadra – wysoko wykwalifikowani pracownicy zarówno z biur projektowych, jak i hal produkcyjnych. Dzięki nim firmy potrafią szybko dostosować się do zmieniających się warunków rynkowych i budować nowoczesne statki, na które pojawia się zapotrzebowanie. Utrzymywanie tego stanu rzeczy może się jednak stać dużym wyzwaniem. Zdaniem Czuczmana przemysł stoczniowy jest nadal niedocenianym pracodawcą.

Problem leży w wizerunku, który należy stale budować, pokazując młodym ludziom, że warto wchodzić w ten przemysł, że tu są dobrze płatne miejsca pracy i umowy o pracę. Tu nie ma konfliktów społecznych, nie ma problemów z partnerem społecznym – zapewnia dyrektor biura Forum Okrętowego. – Jeżeli nie będzie napływu nowych młodych ludzi chętnych do pracy, to – zgodnie z zasadą, że gospodarka nie zna próżni – być może pojawią się, jak w innych sektorach, pracownicy z ościennych krajów, np. z Ukrainy.

Stoczniowcy przyznają, że zagrożeniem dla branży są wszelkie próby ingerencji w wolny rynek ze strony państwa. Czuczman podkreśla, że prywatne podmioty, które muszą radzić sobie w trudnych warunkach bez pomocy państwa, są dzięki temu silniejsze i bardziej konkurencyjne w skali światowej, gotowe przetrwać nawet najtrudniejszy kryzys.

Te, które sobie nie umieją radzić na rynku i wyciągają rękę po państwowe pieniądze, niestety, w dłuższej perspektywie z tą ręką wyciągniętą zostają. Szukają nie tam gdzie trzeba. Od przynajmniej 10 lat mamy coraz silniejszy przemysł, który po prostu liczy na siebie, szuka zleceń i nie obwinia ani kursu dolara, ani ceny materiałów, ani jakiejś siły zewnętrznej – mówi Jerzy Czuczman.

Rentę rodzinną z ZUS pobiera ponad 1,2 mln osób. Średnie świadczenie przekracza 1,8 tys. zł

CEO Magazyn Polska

Rentę rodzinną pobiera obecnie w Polsce 1,27 mln osób, najczęściej kobiety. W ubiegłym roku ZUS przyznał ponad 42 tys. nowych świadczeń. Na rentę mogą liczyć członkowie rodziny zmarłego, przede wszystkim małżonkowie i dzieci, który w chwili śmierci miał ustalone prawo do emerytury lub renty z tytułu niezdolności do pracy albo tylko spełniał warunki do ich przyznania. Wysokość renty uzależniona jest od liczby osób, które są uprawnione do jej pobierania i wynosi od 85 do 95 proc. świadczenia, jakie pobierał zmarły.

Renta rodzinna przysługuje uprawnionym członkom rodziny osoby zmarłej, która w chwili śmierci miała ustalone prawo do emerytury, w tym emerytury pomostowej, oraz prawo do renty z tytułu niezdolności do pracy. Jeżeli nie miała ona ustalonego prawa do tych świadczeń, to wystarczy, że spełniała warunki do ich przyznania – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Czerwińska, radca prawny w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Do renty rodzinnej uprawniona jest także rodzina tej osoby, która w chwili śmierci pobierała zasiłek przedemerytalny, świadczenie przedemerytalne lub nauczycielskie świadczenie kompensacyjne. W takiej sytuacji uznaje się, że spełniła wówczas warunki konieczne do uzyskania renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy.

Ustawa wyraźnie też wskazuje, którzy członkowie rodziny zmarłego mogą liczyć na rentę.

To przede wszystkim dzieci własne, dzieci małżonka albo dzieci przysposobione do ukończenia 16 roku życia. Jeśli dziecko uczy się w szkole, wtedy to prawo przysługuje do ukończenia 25 roku życia, przy czym jeśli 25 lat kończy na ostatnim roku nauki, to okres pobierania renty rodzinnej wydłuża się do zakończenia nauki – mówi Czerwińska.

Świadczenie mogą otrzymać też małżonkowie zmarłego, jednak w ich przypadku warunek jego uzyskania podlega pewnym obostrzeniom. W chwili śmierci męża wdowa (przepisy stosuje się również w stosunku do wdowca) musi mieć ukończone 50 lat lub być niezdolna do pracy. Jeśli tego warunku nie spełnia, musi wychowywać co najmniej jedno z dzieci, wnuków lub rodzeństwa uprawnionych do renty, które nie ukończyły 16 lat. Jeśli przynajmniej jeden z tych warunków wdowa spełni w ciągu pięciu lat od śmierci męża, również otrzyma świadczenie.

Prawo do renty rodzinnej przysługuje również małżonce i małżonkowi rozwiedzionemu, o ile ma ustalone prawo do alimentów określone w wyroku sądu lub w ugodzie sądowej. Małżonce rozwiedzionej przysługuje również prawo do renty rodzinnej, o ile między małżonkami była zawarta indywidualna umowa – zaznacza Wiesława Lempska z Departamentu Świadczeń Emerytalno-Rentowych w Centrali ZUS.

Ekspertka przypomina również, że osoba pobierająca rentę rodzinną może pracować. Jeśli wysokość zarobków nie przekroczy 70 proc. przeciętnego krajowego wynagrodzenia, świadczenie nie zostanie pomniejszone. W przypadku zarobków wyższych niż 70 proc., ale nie wyższych niż 130 proc., renta rodzinna dla jednej osoby ulegnie zmniejszeniu o kwotę przekroczenia, nie więcej jednak niż o kwotę maksymalnego zmniejszenia. Od 1 marca 2015 to 477,47 zł. Jeśli dana osoba zarabia więcej niż 130 proc. średniego wynagrodzenia, renta ulega zawieszeniu.

Na zawieszalność mają wpływ tylko te przychody, od których odprowadzana jest składka emerytalno-rentowa. Głównie są to umowy o pracę i umowy-zlecenia. Należy powiadomić ZUS o podjęciu zatrudnienia. Do końca lutego każdego roku kalendarzowego należy powiadomić o dochodach osiąganych w roku poprzednim – wyjaśnia Lempska.

Dane ZUS wskazują, że w lipcu rentę rodzinną pobierało 1,27 mln osób, a jej średnia wysokość wyniosła 1,8 tys. zł. Łącznie na ten cel FUS rozdysponował 2,32 mld zł. W 2014 r. złożono ponad 99 tys. wniosków o renty rodzinne. Ponad 88 proc. wszystkich rent rodzinnych pobierały kobiety, a 11,7 proc. – mężczyźni. Średni wiek osoby pobierającej świadczenie jest znacznie wyższy w przypadku kobiet (68,9 lat) niż u mężczyzn (34,2).

W przypadku jednej osoby renta wypłacana jest w wysokości 85 proc. świadczenia, jakie pobierał zmarły. Jeśli są to dwie osoby, to 90 proc. świadczenia, a przy trzech osobach – 95 proc. świadczenia. Wówczas renta jest proporcjonalnie dzielona pomiędzy te osoby – wskazuje Małgorzata Czerwińska.

W ubiegłym roku ZUS przyznał ponad 42 tys. nowych rent rodzinnych. W blisko 95 proc. do renty rodzinnej była uprawniona tylko jedna osoba, w 3,8 proc. – dwie, a tylko w 1,1 proc. – trzy osoby.

Przy Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie powstał hotel dla rodzin małych pacjentów. Wybudowała go Fundacja Ronalda McDonalda

CEO Magazyn Polska

Na krakowskim Prokocimiu wybudowano pierwszy w Polsce Dom Ronalda McDonalda. Z nowoczesnego hotelu liczącego 20 pokoi będą mogli bezpłatnie korzystać rodzice i opiekunowie pacjentów Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego. Nowoczesny obiekt pozwoli zapewnić młodym pacjentom zupełnie nowy rodzaj opieki – podkreślają przedstawiciele szpitala. Na całym świecie Fundacja Ronalda McDonalda wybudowała ponad 350 takich domów.

Rodzice naszych pacjentów, zwłaszcza tych długo chorujących i długotrwale przebywających w szpitalu, zyskają komfortowe warunki. Zbudowanie pierwszego takiego domu w Krakowie otwiera drogę do zupełnie nowego typu opieki nad dziećmi w Polsce, ponieważ wierzymy w to, że ta inwestycja to dopiero początek takich działań w Polsce – mówi agencji Newseria dr hab. med. Maciej Kowalczyk, dyrektor Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie.

Pierwszy w Polsce Dom poza domem rozpoczął działalność 14 października w Krakowie-Prokocimiu. Powstał z inicjatywy i środków finansowych Fundacji Ronalda McDonalda. Hotel będzie dostępny dla rodzin pacjentów bezpłatnie. Nowo powstały hotel to obiekt o blisko 1400 mkw. powierzchni. Poza 20 pokojami posiada również przestrzeń wspólną: kuchnię, jadalnie i pokój zabaw.

– Żeby uzyskać licencję w danym kraju na budowę takiego domu i jej wsparcie przez organizację centralną, trzeba spełnić tylko jeden wymóg: dom musi być blisko szpitala, na odległość spaceru rodziców, żeby nie musieli korzystać ze środków komunikacji miejskiej, gdzie jest możliwość zakażeń, poza tym to dodatkowa uciążliwość – mówi Adam Jelonek, prezes Fundacji Ronalda McDonalda w Polsce.

Ideą powstania Domu Ronalda McDonalda jest zapewnienie rodzinom komfortu i bliskości, co często pomaga w długotrwałym leczeniu dzieci.

Rodzice i opiekunowie, szczególni ci z dalekich stron, teraz będą mogli zamieszkać w tym domu i być blisko dzieci. Jest to rzecz nie do przecenienia przy tego typu leczeniu, jakie stosujemy – podkreśla dr Kowalczyk.

Rodzice, często porażeni faktem choroby dziecka, muszą mieć warunki, w których mogą czuć serdeczność otoczenia, ciepło, gdzie mogą zbierać siły do zmagania się z tą chorobą. Tak jak silni będą rodzice i opiekunowie, tak mocno będą w stanie wspierać dziecko, które musi się zmagać z tą chorobą, często bardzo ciężką i długotrwałą – mówi prof. Piotr Laidler, prorektor Uniwersytetu Jagiellońskiego ds. Collegium Medicum.

Uruchomienie Domu Ronalda McDonalda na Prokocimiu było możliwe dzięki współpracy Fundacji Ronalda McDonalda ze szpitalem oraz Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Zaoferowaliśmy działkę, na której ten dom został wybudowany. To jest nasz materialny wkład. W ten proces ze strony Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego zaangażowani byli również pracownicy Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. To dzieło, które będzie mieć ogromne znaczenie dla standardu obchodzenia się z pacjentem i jego najbliższymi – mówi Piotr Laidler.

To była oczywista decyzja władz UJ Collegium Medicum, również decyzja senatu Komisji Majątku i Finansów była tak samo jednomyślna. To są dla nas sprawy jednoznaczne – mówi prof. Wojciech Nowak, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Do wybudowania Domu Ronalda McDonalda przyczynili się również inni darczyńcy. Blisko 100 firm z całego kraju przekazało na budowę swoje produkty, usługi i środki finansowe. Koszt inwestycji wyniósł 7,5 mln zł.

Udało nam się uzyskać bardzo dużo. Sądzę, że sama idea Domu Ronalda McDonalda przemawia do wszystkich potencjalnych darczyńców, bo wiedzą, że to jest coś konkretnego, co świadczy o uhonorowaniu rodziców dzieci chorych i umożliwia im przebywanie blisko dzieci. Nie muszę tłumaczyć nikomu, jak ogromne znaczenie ma to dla procesu zdrowienia tych dzieci i poczucia bezpieczeństwa – podkreśla Adam Jelonek.

Dom został wybudowany w taki sposób, by koszty jego utrzymania były jak najniższe. Dzięki instalacji paneli fotowoltaicznych i nowoczesnej izolacji cieplnej będzie on energooszczędny. Jelonek podkreśla, że Fundacja będzie zabezpieczać środki na utrzymanie domu, ale jednocześnie część z nich będzie odkładana na nowe obiekty.

Na całym świecie Fundacja Ronalda McDonalda wybudowała 352 takie obiekty. W Polsce organizacja ta działa od 2002 roku i koncentruje się na profilaktyce onkologicznej.

Firmy czeka walka o pracowników. Orężem będą bonusy pozapłacowe

CEO Magazyn Polska

We wrześniu – jak wskazuje resort pracy – stopa bezrobocia w Polsce po raz pierwszy od siedmiu lat osiągnęła poziom jednocyfrowy. Firmy będą więc musiały coraz bardziej zabiegać o pracowników. Eksperci prognozują, że czeka nas walka o talenty. Działy HR powinny postawić na programy motywujące budujące lojalność, w tym na bonusy pozapłacowe.

Szykuje się druga wojna o talenty – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Paweł Wierzbicki, dyrektor w firmie doradztwa personalnego Michael Page. – Powodem są procesy demograficzne i gospodarka wchodząca powoli w stabilną fazę niewielkiego, ale jednak wzrostu. Zaczynamy dostrzegać, że coraz więcej organizacji ma problem z pozyskiwaniem talentów.

Pierwsza wojna o talenty miała miejsce w okresie gwałtownego rozwoju technologii późnych lat 90. XX wieku. Na pierwszej linii frontu tej wojny będzie branża technologiczna i powiązane z nią sektory. Problem szybko zacznie być jednak odczuwalny również w innych segmentach gospodarki.

Zdaniem Pawła Wierzbickiego coraz większe znaczenie w procesach zarządzania zasobami ludzkimi będzie mieć budowanie zaangażowania pracowników, motywowanie oraz rozwiązywanie problemu retencji (przechodzenia zatrudnionych do innych, oferujących lepsze warunki pracy organizacji).

To tematy, oczywiście, stare jak świat, funkcjonują odkąd istnieją firmy. Natomiast myślę, że niebawem nabiorą one podwójnego znaczenia – zauważa Paweł Wierzbicki. – Większość dyrektorów personalnych w zasadzie na wszystkich kontynentach tak odpowiedziała.

Jak wynika z globalnej ankiety firmy Michael Page „Barometr rynku HR”, w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy 48 proc. dyrektorów personalnych spodziewa się wzrostu zatrudnienia, a blisko co trzecia organizacja (27 proc.) zwiększyła budżet przeznaczony na rekrutację. Wśród tegorocznych priorytetów działów HR najczęściej wymieniano zarządzanie talentami (33 proc.), szkolenia i rozwój (33 proc.) oraz pozyskiwanie szczególnie uzdolnionych pracowników i rekrutacja (32 proc.).

Coraz więcej firm myśli o zmianie i unowocześnieniu swoich systemów i polityk dotyczących wynagrodzeń oraz benefitów – wskazuje Paweł Wierzbicki. – Rynek dobrze odpowiada na to zapotrzebowanie. Pojawiają się nowe produkty i usługi związane z możliwościami wynagradzania pracowników, nie tylko finansowego w postaci pensji podstawowej, lecz także bonusowego.

Według Pawła Wierzbickiego ważne jest, aby dyrektorzy personalni wdrażali nowe, ciekawe systemy, które będą rzeczywiście motywować pracowników, takie jak choćby MBO (z ang. Management by Objectives – zarządzanie przez cele), którego istotą jest wspólne z zatrudnionymi określanie kierunku rozwoju organizacji, sposobu podejmowania decyzji i oceny wyników.

Pomocne w HR, na rynku pracy coraz bardziej należącym do zatrudnionych, zdaniem Pawła Wierzbickiego może być również określenie KPI (z ang. Key Performance Indicators – Kluczowe Wskaźniki Efektywności). Takie działanie także wspiera osiąganie celów operacyjnych i strategicznych przez organizację.

Istotne jest wdrażanie takich programów, które naprawdę będą pomagać, wiązać cele firmy z celami pracowników i na tej bazie wynagradzać zatrudnionych w postaci bonusów, nie tylko pieniężnych, lecz także pozapłacowych – precyzuje Paweł Wierzbicki. – To kolejne wyzwanie. Chodzi o to, aby rzeczywiście każdy zatrudniony czuł, że funkcjonuje w grupie, a cała organizacja ma wspólny cel, którego osiągnięcie gwarantuje wszystkim określone benefity.

Wyzwania te powodują, że rola działów HR w firmach będzie coraz ważniejsza. Stają się one motorem wzrostu i strategicznym partnerem zarządu. Świadczy o tym m.in. fakt, że 63 proc. dyrektorów HR podlega bezpośrednio pod członka najwyższej kadry zarządzającej.

Polisy na drony, jachty czy farmy wiatrowe. Klienci szukają nowych produktów ubezpieczeniowych

CEO Magazyn Polska

W II kwartale wartość składek z ubezpieczeń majątkowych (bez komunikacyjnych) wyniosła 6,9 mld zł i była o 3 proc. wyższa niż rok temu. Największy udział mają ubezpieczenia od ognia i innych żywiołów, ale stopniowo się to zmniejsza. Klienci szukają coraz to nowych produktów – chcą ubezpieczyć swoje drony, jachty czy kolektory słoneczne.

– Wobec zmian klimatycznych, które mamy okazję obserwować, rosną obawy klientów. Towarzystwa ubezpieczeniowe wychodzą temu naprzeciw i uaktualniają zakresy ochrony w swoich produktach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Burzyńska-Janiec, regionalny kierownik sprzedaży CUK Ubezpieczenia. – Możemy skorzystać z produktów, które chronią nas przed takimi zjawiskami pogodowymi, jak tornada, gwałtowne podniesienie się poziomu wód gruntowych, powodzie czy susze.

W II kwartale br. 1,66 mld zł składki na rynku majątkowym stanowiły ubezpieczenia od ognia i innych żywiołów. Udział ten był o 2 proc. niższy niż w II kwartale 2014 roku. Składki z ubezpieczeń majątkowych (nie licząc polis OC i AC) wyniosły blisko 7 mld zł (3-proc. wzrost rok do roku).

Klienci coraz częściej pytają o ubezpieczenia smartfonów, ubezpieczenia drogich instrumentów muzycznych czy innego sprzętu elektronicznego – mówi Agnieszka Burzyńska-Janiec. – Motocykliści poszukują z kolei ubezpieczeń dla ich specjalistycznej odzieży. Inni chcą się zabezpieczyć się przed kradzieżą kolektorów słonecznych.

Jak podkreśla, klienci coraz częściej pytają o ubezpieczenie lotnicze i morskie. Chcą ubezpieczyć drony, jachty czy farmy wiatrowe.

Biorąc pod uwagę coraz większe zainteresowanie różnymi produktami ubezpieczeniowymi oraz rosnącą świadomość Polaków, myślę, że ten segment będzie jak najbardziej rentowny dla ubezpieczycieli – mówi Burzyńska-Janiec.

Wiele osób pyta też o polisy od następstw nieszczęśliwych wypadków w miejscu pracy, na uczelni czy w trakcie badań laboratoryjnych.

Ceny ubezpieczeń majątkowych są stabilne, nie obserwujemy żadnych gwałtownych skoków – zachęca Agnieszka Burzyńska-Janiec. – Natomiast każdorazowo przed zakupem jakiejkolwiek polisy, również majątkowej, polecam zainteresowany, żeby sprawdzili, jak wyglądają składki w różnych towarzystwach ubezpieczeniowych po to, by nie przepłacać.