Wzrasta ilość pustostanów na rynku powierzchni biurowych w Warszawie

Jak wynika z najnowszego badania przeprowadzonego przez Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa BNP Paribas Real Estate Poland warszawski rynek powierzchni biurowych w drugim kwartale 2015 roku powiększył się o 90,000 m kw. osiągając wielkość całkowitą na poziomie 4,55 miliona m kw. Około 600,000 m kw powierzchni jest obecnie w fazie realizacji i zostanie ukończone w ciągu najbliższych 24 miesięcy, z czego około 30% jeszcze w tym roku.

Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland
Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland

W drugim kwartale 2015 r. najemcy świadomi sytuacji na rynku biurowym, chętnie zawierali przedwstępne umowy korzystając z preferencyjnych warunków najmu. Tendencja zaowocowała rekordowym popytem na poziomie 175,000 m kw (notując 60% wzrost w porównaniu do pierwszego kwartału). Trend ten będzie utrzymywać się przez następne 18 – 24 miesiące i zaowocuje popytem na poziomie około 400,000 m kw. rocznie w 2015 i 2016 r. W wyniku rosnącej konkurencji stawki czynszu nieznacznie spadły. Trendy te utrzymają się co najmniej do końca 2016.

Największą transakcją w drugim kwartale 2015 r. była umowa firmy Samsung, która wynajęła 21,200 m kw w Warsaw Spire. Największym wybudowanym biurowcem był Postępu 14 należącym do HB Reavis (34,000 m kw). W porównaniu do pierwszego kwartału 2015 poziom pustostanów wzrósł o 1 punkt procentowy, osiągając na koniec czerwca 14,9%. Większość dostępnej powierzchni znajdowała się w strefie centralnej gdzie poziom wolnych powierzchni osiągnął poziom 15,7%, a w lokalizacjach poza nią wyniósł 14 %. Główny ciężar pustostanów ulokowany był w starszych biurowcach, wybudowanych przed 2003 rokiem.

„Zbliżająca się fala podaży przyniesie dalszy wzrost dostępnej powierzchni biurowej. Szacujemy, że poziom pustostanów może osiągnąć poziom do 16,5% do końca roku oraz do 17,5-18% na koniec roku 2016. Obserwuje się też wzrost zainteresowania wynajmem w lokalizacjach wzdłuż 2 linii metra (okolice Prostej, Towarowej i Kasprzaka), wzdłuż Al. Jerozolimskich, jak również na północ od ścisłego centrum. Wiele firm podejmuje decyzję o relokacji kosztem Mokotowa, który ze względu na zatory komunikacyjne traci na popularności.” – mówi autorka raportu Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland.

Podczas gdy czynsze wywoławcze za najlepsze nieruchomości oraz butikowe biurowce w centrum Warszawy wynoszą nadal 22-24 €, średnie stawki czynszu spadły o 1-2 € w stosunku do poprzedniego kwartału. Dobrze zlokalizowane obiekty o dobrym standardzie wyceniane są na 17-19 € (czynsz wywoławczy) z obniżkami o 10-15 % dla średniopowierzchnowych najemców. W prominentnych niecentralnie zlokalizowanych biurowcach negocjacje rozpoczynają się od 14-15 €, ale średnie stawki transakcyjne w tych rejonach oscylują między 11 i 13 €.

Blisko 40 mln zł przeznaczą NCBR oraz GDDKiA na projekty B+R

Blisko 40 mln zł przeznaczą Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad na projekty B+R, służące rozwojowi technologii budowy oraz remontu dróg i poprawie bezpieczeństwa uczestników ruchu. Poznaliśmy wyniki konkursu we Wspólnym Przedsięwzięciu „Rozwój Innowacji Drogowych”.

– Prawdziwa innowacja to taka, która znajduje zastosowanie w praktyce i przyczynia się do rozwoju danego sektora gospodarczego – mówi prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – Wyłonione w tym konkursie projekty badawczo-rozwojowe mają szczególny wymiar, bowiem wypracowane technologie mogą nie tylko przyczynić się do wzrostu konkurencyjności polskiego przemysłu drogowego na arenie międzynarodowej ale przede wszystkim są w stanie znacząco wpłynąć na poprawę bezpieczeństwa na drogach – dodaje prof. Kurzydłowski

Wsparciem objęte zostaną m.in. prace nad nowymi znakami drogowymi przy wykorzystaniu wiedzy psychologicznej, poszukiwania nowoczesnych metod badawczych właściwości podłoża gruntowego czy badania reaktywności alkalicznej kruszyw wykorzystywanych w nawierzchniach. Naukowcy zbadają także wpływ treści, umiejscowienia i sposobu prezentacji reklam na bezpieczeństwo kierowców. W sumie na realizację 15 projektów konsorcja naukowe otrzymają dofinansowanie w wysokości blisko 40 mln zł. Przekażą je wspólnie NCBR oraz GDDKiA.

– Innowacyjne rozwiązania, sprawdzone i przystosowane do wdrożenia w odpowiednich sferach rozwoju infrastruktury w Polsce mogą przyczynić się do wzrostu gospodarczego całego kraju. Rzadsze remonty nawierzchni to oszczędność dla skarbu Państwa jak i kosztów społecznych. Lepsze oznakowanie i możliwości utrzymania dróg na wyższym poziomie oraz co ważne efektywniejsze zarządzanie ruchem wspierają zarówno płynność ruchu, jak i poprawę bezpieczeństwa ruchu drogowego. To wszystko będzie także wspomagać realizowany przez GDDKiA Programie Redukcji Liczby Ofiar śmiertelnych. – mówi Łukasz Lendner z-ca Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad.

Przedsięwzięcie „Rozwój Innowacji Drogowych” jest efektem podpisanej w ubiegłym roku umowy, w której NCBR i GDDKiA zobowiązały się do wspólnego finansowania projektów B+R przyczyniających się do poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego, efektywności systemu zarządzania ruchem, a także opracowania optymalnych norm i standardów planowania, projektowania, technologii oraz budowy i eksploatacji dróg w Polsce. Dzięki dofinansowanym projektom możliwe będzie wypracowanie innowacyjnych rozwiązań, które posłużą zarządcom dróg, przedsiębiorcom oraz biurom projektowym w unowocześnieniu infrastruktury drogowej w Polsce.

Admiral Markets: Polski złoty do końca roku umocni się wobec większości światowych walut. Wyjątkiem będzie dolar

Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz w Admiral Markets

W lipcu polski złoty zyskiwał w stosunku do większości światowych walut z wyjątkiem dolara. Wzrostowa tendencja powinna się utrzymać nawet do końca roku. Sentyment inwestorów zależy jednak od danych makroekonomicznych z Polski i strefy euro. Planowane na jesień wybory parlamentarne, które już ciążą giełdzie, nie powinny mieć wpływu na rynek walutowy.

– Jest duża szansa na to, że złoty jeszcze trochę się umocni. Lipcowe umocnienie to przede wszystkim reakcja na wstępne porozumienie Grecji z wierzycielami, i szansę na to, że Grecja otrzyma trzeci pakiet pomocowy – tłumaczy Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz w Admiral Markets.

Po ustąpieniu obaw inwestorów o sytuację Aten polski złoty wyraźnie zyskał na wartości. Od początku drugiej dekady lipca zyskała kilkanaście groszy do franka szwajcarskiego oraz niemal 10 groszy do euro. W stosunku do dolara amerykańskiego, a także do funta brytyjskiego wzrost był jednak tylko kilkugroszowy.

– Wyjątkiem był oczywiście dolar, wynika to z faktu, że rynki już powoli czekają na pierwsze podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, dlatego też dolar pozostanie mocny – wyjaśnia ekspert.

W opinii analityka Admiral Markets polska waluta ma szansę umacniać się w stosunku do euro, funta czy franka także w najbliższych miesiącach, choć wzrosty nie będą już jednak tak wyraźne, jak miało to miejsce w lipcu.

– Ostatnie umocnienie złotego do euro i franka szwajcarskiego było na tyle mocne, że teraz już nie spodziewam się skokowych zmian w przypadku tych walut – ocenia Marcin Kiepas

Analityk wylicza główne czynniki decydujące o nastrojach i sentymencie inwestorów do złotego. Z jednej strony jest to kondycja polskiej gospodarki, a z drugiej strony sytuacja ekonomiczna w strefie euro. Scenariusz bazowy zakłada powolną poprawę na obu polach.

– Stąd też złoty względem innych walut powinien powoli zyskiwać. Oczekujemy, że euro na koniec roku będzie poniżej 4,10, frank może na trwałe pozostać poniżej poziomu 3,90 – prognozuje dyrektor działu analiz w Admiral Markets.

Wyjątkiem wśród najważniejszych walut pozostanie dolar amerykański. Perspektywa podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych będzie powodować jego stopniowe umacnianie. Rozmówca docelowy kurs widzi na poziomie około 3,90 zł.

– Powinniśmy obserwować systematycznie poprawiającą się sytuację gospodarczą, czyli wyższe dynamiki produkcji przy jednoczesnym wychodzeniu polskiej gospodarki z deflacji – mówi ekspert pytany o perspektywy makroekonomiczne dla krajowej waluty.

Wymienione wskaźniki są bardzo istotne z punktu widzenia Rady Polityki Pieniężnej. To od nich rada uzależnia swoje decyzje w sprawie poziomu stóp procentowych. W opinii dyrektora działu analiz Admiral Markets wzrosty stóp w naszym kraju to obecnie dość odległa perspektywa. Pierwsza runda zacieśnienia polityki monetarnej przez RPP oczekiwana jest najwcześniej jesienią przyszłego roku.

Marcin Kiepas w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor dodaje, że październikowe wybory parlamentarne nie powinny mieć większego wpływu na rynek walutowy. Niewielkie wahania możliwe są jedynie w krótkim okresie.

– Należy pamiętać o tym, że jesteśmy już gospodarką ustabilizowaną, a zmiany na szczycie władzy wciąż odbywają się w ramach dwóch największych partii. Nie zakładamy żadnych istotnych przetasowań na scenie politycznej – tłumaczy.

Ekspert nieco inaczej widzi jednak wpływ wyborów na polską giełdę. Takie propozycje jak m.in. podatek bankowy czy zniesienie podatku od kopalin mają znaczny wpływ na kondycję poszczególnych spółek czy całych sektorów.

– W zależności od kolejnych wypowiedzi polityków kurs mocno reaguje. Sądzę, że warszawska giełda będzie podatna na czynnik polityczny, natomiast złoty i polski rynek długu nie – podsumowuje Marcin Kiepas.

HFT Brokers: Do końca roku chińskie indeksy powinny wzrosnąć. PKB może wzrosnąć mocniej niż o 7 proc., co powinno pomóc giełdom

CEO Magazyn Polska

Mimo gwałtownych spadków w ostatnich tygodniach pod koniec roku chińskie indeksy akcji spółek notowanych na giełdach w Hongkongu i Szanghaju powinny powrócić do poziomów bliskich tym sprzed lipcowych spadków. Analitycy oceniają, że działania chińskiego rządu skutecznie uniemożliwią kolejną masową wyprzedaż akcji, a przyrost PKB Chin będzie nieco większy niż oczekiwania, co może zwiększyć popyt na akcje.

Jak przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Daniel Kostecki, analityk rynków finansowych HFT Brokers, Shanghai Composite, indeks akcji spółek notowanych na giełdzie w Szanghaju, pod koniec roku będzie oscylował wokół 4,5 tys. pkt. Dziś notowany jest wokół 3,6 tys. pkt, czyli o półtora tysiąca mniej niż przed wyprzedażą w połowie czerwca. To oznaczałoby perspektywę ponad 24-proc. wzrostu.

Według analityka nieco ostrożniejszych prognoz można się spodziewać w przypadku Hang Seng Index, indeksu 33 największych spółek notowanych na giełdzie w Hongkongu.

Spodziewałbym się, że na koniec roku ten indeks zawędruje w okolice 26 tys. pkt – przewiduje Daniel Kostecki.

Dziś najważniejszy indeks giełdy w Hongkongu notowany jest na poziomie ponad 24,4 tys. pkt. To o niemal 900 pkt więcej niż po feralnej sesji 8 lipca, po której notowany był najniżej od początku stycznia.

Analityk twierdzi, że chińskie władze zrobiły wszystko, co tylko mogły, by nie dopuścić do podobnych spadków w najbliższej przyszłości.

Z punktu widzenia działań banku centralnego i odpowiednich regulatorów rynku oni robią wszystko, żeby tylko zahamować taką falę wyprzedaży, więc trudno będzie tutaj doszukiwać się masowego pozbywania się akcji, gdyż jest to już teraz bardzo mocno utrudnione – twierdzi Daniel Kostecki.

W ostatnim czasie w Chinach wprowadzono zakaz sprzedaży akcji przez inwestorów, którzy mają ponad pięcioprocentowy udział w spółkach. Zakaz będzie obowiązywał jeszcze przez najbliższych kilka miesięcy. Dodatkowo chińskie władze rozluźniły politykę monetarną. W tym obniżono stopy procentowe do rekordowo niskiego poziomu 4,85 proc.

Oprócz tego, zmniejszono obowiązkową rezerwę wpłacaną przez banki do banku centralnego, co ma zwiększyć ich płynność – mówi Daniel Kostecki. – Otwarto też linie kredytowe dla brokerów oraz utworzono fundusze stabilizacyjne. Wszystko, żeby tylko taka wyprzedaż się po raz kolejny nie pojawiła – dodaje.

W pierwszej połowie roku w Chinach odnotowano niebywałe zainteresowanie giełdą ze strony indywidualnych inwestorów. W krótkim czasie otwarto miliony nowych kont w domach maklerskich. W czerwcu wartość rynkowa spółek notowanych na tamtejszej giełdzie przekroczyła 10 bln dolarów. To o 150 proc. więcej niż rok wcześniej. Hossa musiała się jednak skończyć. Po połowie czerwca doszło do masowej wyprzedaży, a chińskie władze postanowiły zainterweniować.

Hossa, którą widzieliśmy w ostatnich miesiącach na chińskiej giełdzie, była wywołana rozluźnieniem pewnych przepisów dotyczących inwestowania na chińskim rynku, gdzie inwestorzy indywidualni w pewnym momencie po miesiącu kwietniu, kiedy te przepisy weszły w życie, mogli otwierać do dwudziestu kont na jedną osobę – wyjaśnia analityk z HFT Brokers. – Wcześniej było to jedno konto na osobę. Konta przyrastały nawet w liczbie czterech milionów tygodniowo. Te zmiany spowodowały, że Chińczycy mogli również nabywać akcje właśnie za kredyt pod akcje. To windowało nam bardzo gwałtownie indeksy chińskie – dodaje.

Analityk dodaje, że pozytywnie wpłynąć na tamtejszą giełdę może szybszy od oczekiwanego wzrost gospodarczy w Chinach.

Na tę chwilę zakłada się, że w 2015 roku przyrost wyniesie około 7 proc. Inwestorzy nie są z nich zadowoleni i dopiero wynik wokół 7,1- 7,2 proc. mógłby pozytywnie wpłynąć na giełdę – twierdzi Daniel Kostecki. – Wydaje mi się, że jest to możliwe do zrealizowania, a obecne prognozy są nieco zaniżone – dodaje.

Poczta Polska stawia na sektor ubezpieczeniowy. Będzie rozwijać ofertę polis majątkowych i polis na życie

CEO Magazyn Polska

Ubezpieczenia to obok działalności pocztowej, cyfrowej i bankowej kolejny obszar działalności rozwijany przez Pocztę Polską. Zgodnie ze strategią grupy będzie to jeden ze znaczących elementów stabilizujących jej strukturę przychodów. W ofercie mają się pojawić polisy bancassurance dla klientów Banku Pocztowego i ubezpieczenia życiowe dla klientów Poczty. Spółka będzie rozwijać także segment ubezpieczeń majątkowych, m.in. przesyłek indywidualnych i biznesowych.

Bardzo dobrze wystartowaliśmy ze spółką życiową, która powstała kilka miesięcy temu. Po czterech miesiącach odkąd rozpoczęliśmy działalność operacyjną i po dwóch miesiącach działalności udało nam się pozyskać już prawie 22 tys. klientów – mówi agencji Newseria Biznes Artur Olech, prezes Ubezpieczeń Pocztowych.

Pierwszym ubezpieczeniem na życie jest grupowe ubezpieczenie skierowane do pracowników Poczty Polskiej. Pocztową polisę ma już blisko jedna trzecia zatrudnionych. W ciągu niespełna czterech miesięcy od rozpoczęcia działalności operacyjnej spółka zrealizowała tym samym roczny plan sprzedaży polis grupowych na życie.

Kolejnym krokiem będą polisy bancassurance dla klientów Banku Pocztowego. A następnie na rynek trafią polisy na życie dla klientów Poczty.

W ofercie będą też produkty zewnętrznych partnerów, których będziemy zapraszać do współpracy po to, aby wygenerować dodatkową wartość. Mamy być integratorem produktów finansowych i ubezpieczeń, więc otwieramy się również na innych partnerów, którzy mogą pod parasolem ubezpieczeń pocztowych zaistnieć w sieci dystrybucji – wyjaśnia Olech.

Poza obszarem polis życiowych poczta rozwija też część majątkową, czyli m.in. ubezpieczenia mieszkań, paczek, a także polisy komunikacyjne. W tych segmentach sprzedaż notuje dwucyfrowe wzrosty. Olech podkreśla, że na koniec roku wartość zebranej składki powinna przekroczyć 100 mln zł, ale zapowiada, że to dopiero początek rozwoju tego rynku. Duże pole do dalszego rozwoju daje także obszar e-commerce, z którym Poczta Polska wiąże duże nadzieje.

W ubiegłym roku przychody Poczty Polskiej z usług bankowo-ubezpieczeniowych sięgnęły 51 mln zł i były o 45 proc. wyższe niż w 2013 roku. Przychody prowizyjne z ubezpieczeń również znacząco wzrosły, bo o 80 proc. w 2014 roku w porównaniu z 2013 rokiem.

W ubezpieczeniach powinniśmy rosnąć w trybie geometrycznym, właściwie powinniśmy dziesięciokrotnie zwiększyć wolumen naszego biznesu – mówi prezes Ubezpieczeń Pocztowych.

Przykłady innych krajów pokazują, że operatorzy pocztowi, którzy zajmują się dystrybucją ubezpieczeń, mogą w krótkim czasie zyskać silną pozycję na rynku.

Nie ma powodu, aby Poczta Polska z największym w Polsce potencjałem sieci dystrybucji takiego miejsca w sektorze ubezpieczeniowym i finansowym nie zajęła – mówi Olech.

Jak podkreśla, sytuacja na rynku ubezpieczeniowym jest dość trudna – rozwój biznesu utrudniają m.in. wojna cenowa i zmiany regulacyjne. Przewagą Poczty Polskiej jest jednak przede wszystkim duża sieć dystrybucji, czyli element, do którego firmy ubezpieczeniowe dążą latami. Dodatkowym atutem, zdaniem prezesa Ubezpieczeń Pocztowych, jest zaufanie, jakim Polacy darzą listonoszy. Z założenia oferta ubezpieczeniowa ma być dostępna zarówno w placówkach poczty, jak i u listonoszy.

Jeżeli we właściwy sposób potrafimy zbudować proces i zestaw produktów, to będziemy w stanie na tym rynku zaistnieć, także w obszarach, które dzisiaj są relatywnie słabo spenetrowane, czyli w Polsce lokalnej, która jest naturalnym miejscem, gdzie Poczta Polska powinna swoje produkty dystrybuować – przekonuje Artur Olech.

Outsourcing pracowniczy pozwala firmom ograniczyć koszty, ale łatwo paść ofiarą oszustów. Dług z tytułu niezapłaconych składek to 60 mln zł

CEO Magazyn Polska

Outsourcing pracowników staje się coraz popularniejszy. Wiąże się on jednak z szeregiem obowiązków. Przy nieuczciwym outsourcingu tracą nie tylko pracownicy, za których nie są opłacane składki, lecz przede wszystkim firmy zlecające, od których ZUS będzie dochodził zaległych składek wraz z odsetkami. W ostatnim czasie ofiarami nieuczciwych outsourcerów padło ok. 400 firm, a ich dług sięga 60 mln zł. 

Outsourcing to przekazanie przez jedną firmę pewnych zadań innej, zewnętrznej firmie. Najczęściej są to procesy związane z obszarem kadrowo-płacowym, obsługą systemów informatycznych, obsługą klienta, ale outsourcing może też mieć różne inne formy – mówi agencji Newseria Biznes Monika Zaręba, ekspert Pracodawców RP.

W przypadku pełnego outsourcingu zadania zostają przekazane do wykonania zewnętrznej firmie i to ona jest odpowiedzialna za ich realizację za pomocą własnych zasobów. Przy outsourcingu selektywnym tylko część obszarów jest objęta umową. Często oferowany jest też outsourcing pracowniczy.

Na podstawie artykułu 23. Kodeksu pracy może dojść do wyodrębnienia części zakładu pracy oraz przekazania części pracowników do firmy zewnętrznej, która będzie w dalszym ciągu zawiadywała ich pracą i przejmie w tym zakresie obowiązki dotychczasowego pracodawcy – tłumaczy ekspertka.

Przepisy jasno określają, że aby doszło do faktycznego przejęcia pracowników, zakład pracy musi przejść z posiadania dotychczasowego pracodawcy w posiadanie kolejnego podmiotu. Aby doszło do faktycznego przejęcia pracowników, powinno być spełnionych kilka warunków. Przede wszystkim musi dojść do zmiany pracodawcy, czyli nabywca wchodzi w rolę nowego pracodawcy. Firma, które przejmuje pracowników, staje się płatnikiem składek za pracowników i wynagrodzenia. Od momentu przejęcia pracodawcą staje się firma outsourcingowa.

Przedsiębiorca, decydując się na przekazanie wykonania pewnych usług firmie zewnętrznej, która korzysta z własnych zasobów kadrowych, opłaca przede wszystkim wykonanie tej usługi. Nie zajmuje się kwestiami pracowników, którzy wykonują tę pracę, ponieważ pozostają oni pracownikami firmy outsourcingowej – wyjaśnia Zaręba.

Dla firm, które korzystają z outsourcingu, może to oznaczać sporą oszczędność, łatwo jednak można paść ofiarą oszustów. Dlatego eksperci radzą, by dokładnie przejrzeć umowę przed jej podpisaniem. Outsourcing nie może odbywać się z naruszeniem obowiązujących przepisów.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych nie jest przeciwny poszukiwaniu przez przedsiębiorców dróg dalszego rozwoju prowadzonej działalności, w tym także korzystania z usług outsourcingu. Działania te powinny się jednak odbywać z poszanowaniem prawa pracy, zabezpieczenia społecznego i pracy tymczasowej – przypomina Michał Daszyński z Departamentu Realizacji Dochodów w ZUS. – W przypadku niezgodnego z prawem przejęcia pracowników firmy przejmujące nie stają się pracodawcami, nie są zatem również płatnikami składek przejętych pracowników.

W takiej sytuacji płatnikiem składek, zgodnie z przepisami ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, pozostaje dotychczasowy pracodawca, który zawarł umowę z firmą outsourcingową. Ponosi on zatem odpowiedzialność za zobowiązania z tytułu składek, które będą dochodzone od niego przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych wraz z odsetkami za zwłokę.

Z danych ZUS wynika, że dotychczas na nieuczciwych outsourcerów natknęło się ok. 400 firm w całej Polsce – najwięcej w Rzeszowie (54), Opolu (29) i Jaśle (27). Ich łączny dług z tytułu niezapłaconych składek pracowniczych i nałożonych odsetek przekroczył 60 mln zł.

Małe i średnie firmy coraz częściej kupują zaawansowane oprogramowanie dla biznesu. Cena przestaje być dla nich najważniejsza

CEO Magazyn Polska

Mali i średni przedsiębiorcy coraz chętniej inwestują w zaawansowane oprogramowanie biznesowe. Stały się one dla nich bardzo istotnym narzędziem prowadzeniu biznesu. Cena nie jest już najważniejszym kryterium, liczy się to, w jaki sposób programy pozwolą budować wartość ich firmy i dalej ją rozwijać. Coraz częściej przedsiębiorcy decydują się także na współpracę z firmami zewnętrznymi. To wymusza zmiany wśród producentów oprogramowania. 

Na rynku oprogramowania potrzeby klientów zmieniają się tak samo dynamicznie, jeśli nie bardziej, jak na całym rynku konsumenckim. Przedsiębiorcy, decydując się na wybór oprogramowania, nie patrzą na nie w taki sposób, jak to było jeszcze kilka lat temu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Aneta Waszkiewicz, dyrektor zarządzający segmentem małych i średnich firm w Sage.

Oprogramowanie dla firm nie jest już tylko narzędziem wykorzystywanym przez dział księgowości lub zarządzania kadrami. Coraz częściej decyzję o wyborze programu podejmuje kierownictwo firmy, bo dzięki niemu możliwy jest dalszy rozwój przedsiębiorstwa. Jednym z obszarów, którym szczególnie interesują się przedsiębiorcy, jest tzw. business intelligence, czyli skomplikowana analityka danych dotyczących sprzedaży, zakupów, osiąganych wyników czy zwrotów z inwestycji. To ułatwia podejmowanie kolejnych decyzji biznesowych. Inną popularną usługą jest elektroniczny obieg dokumentów, szczególnie przydatny przy automatyzacji procesu fakturowania.

Jak podkreśla Waszkiewicz, firmy z sektora MŚP będą coraz ważniejszym klientem dostawców oprogramowania, tym bardziej że w Polsce ten segment firm rozwija się w tempie dwucyfrowym, szybciej niż w innych krajach zachodnich. Dlatego producenci starają się zapewniać produkty jak najlepiej odpowiadające na nowe trendy.

Producenci oprogramowania stali się bardziej partnerem biznesowym niż dostawcą narzędzi – przekonuje Aneta Waszkiewicz.

Podkreśla, że dostawcy oprogramowania i przedsiębiorcy współpracują m.in. w obszarze identyfikacji najważniejszych wskaźników biznesowych, tzw. KPI (key performance indicator), które dane firmy muszą mierzyć. Przedsiębiorcy są zainteresowani tym, żeby wydatek na oprogramowanie jak najszybciej się zwrócił. Dlatego w trakcie rozmów z dostawcami nie pytają już tylko o to, jakie funkcjonalności posiada dany system, ale raczej o to, jak dzięki niemu będą mogli szybciej zwiększyć wartość firmy.

Sama cena oprogramowania znalazła się poza pierwszymi pięcioma najczęściej stosowanymi kryteriami wyboru. To pokazuje, że przedsiębiorcy stawiają na inwestowanie w przewagi konkurencyjne. Coraz lepiej wiedzą także, w jaki sposób można ograniczyć koszty związane z inwestycją w oprogramowanie.

Do tej pory najbardziej powszechną formą był zakup stałych licencji. Teraz coraz częściej są to subskrypcje, czyli klient płaci w interwałach czasowych za to, czego faktycznie używa i co w danym momencie jest mu potrzebne – wyjaśnia Aneta Waszkiewicz.

To powoduje, że rozpoczęcie użytkowania systemów jest dużo tańsze niż w przypadku zakupu licencji. Z obserwacji ekspertów Sage wynika, że w ciągu kolejnych dwóch lat subskrypcja stanie się najpopularniejszą forma korzystania z systemów wspomagających zarządzanie.

Barierę wejścia w systemy obniża też zakup rozwiązań opartych o chmurę. Wszystkie usługi korzystające z wirtualnych serwerów pozwalają zmniejszyć koszty inwestycji w hardware i rozwiązania IT – tłumaczy Piotr Osiadacz, dyrektor zarządzający segmentem małych i mikrofirm w Sage.

W tym przypadku to dostawca ponosi koszty np. serwerów. Dodatkowym atutem jest to, że rynek chmury jest już dojrzałym rynkiem, a oferowane rozwiązania zapewniają bezpieczeństwo gromadzonych danych. O to przedsiębiorcy nie muszą się już martwić.

Ważniejsze jest to, jaką elastyczność te rozwiązania oferują i jakie dają benefity, np. w postaci niskiego progu wejścia w posiadanie oprogramowania i elastyczności dostępu. Pozwalają firmom przemodelować swoje procesy wewnętrzne pod kątem obsługi zdalnej, mobilnej – na to firmy w tej chwili zwracają uwagę – wyjaśnia Osiadacz.

Coraz częściej firmy, chcąc skupić się na podstawowym biznesie, zlecają różne działania i procesy biznesowe na zewnątrz. Outsourcing usług biznesowych (w tym m.in. obsługa finansów, ewidencji kadr czy kalkulacji wynagrodzeń) jest dziś jednym z najszybciej rozwijających się segmentów gospodarki.

Rolnicy czekają na środki z nowej perspektywy. 20 sierpnia ruszy nabór wniosków o wsparcie dla młodych właścicieli gospodarstw

CEO Magazyn Polska

20 sierpnia ruszy nowy nabór wniosków o pomoc finansową dla młodych rolników w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Do rozdysponowania jest 718 mln euro. Do młodych rolników trafią również niewykorzystane środki z poprzedniej perspektywy. Rolnicy czekają także na fundusze na modernizację gospodarstw i fundusze dla grup producenckich.

Przez rolników najbardziej oczekiwane są dwa instrumenty pomocy finansowej z nowego PROW, mowa tu o „Modernizacji gospodarstw rolnych” i „Premii dla młodych rolników”. Już wiemy, że nowy nabór wniosków rozpocznie się 20 sierpnia. Składać je będą mogli rolnicy do 40 roku życia, którzy rozpoczynają swoją działalność – mówi agencji Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Na pomoc dla młodych rolników w nowej perspektywie na lata 2014-2020 przeznaczono 718 mln euro. Dofinansowanie będzie przyznawane tylko tym osobom, które rozpoczęły już urządzanie i prowadzenie gospodarstwa. To nowość w programie. Ponadto wnioskodawca nie może mieć ukończonych 40 lat, powinien mieć odpowiednie wykształcenie, a prowadzone gospodarstwo musi być jego pierwszym.

Z premii na rozpoczęcie działalności skorzystało dotychczas 50 tys. gospodarstw, w nowej perspektywie szanse może mieć kolejnych 30 tys. osób.

Dużo młodych ludzi chce zostać na wsi i wiąże swoją przyszłość właśnie z rolnictwem. Najtrudniejsze na wsi jest rozpoczęcie produkcji rolnej, wiemy przecież, jak drogie są maszyny i inwestycje – podkreśla prezes KRIR.

Polsce udało się wywalczyć w Brukseli, by niewykorzystane środki z poprzedniej perspektywy również zostały przeznaczone na premie dla młodych rolników. Komisja Europejska już zgodziła się na przesunięcie 54 mln euro – z kwoty tej skorzysta ok. 2,9 tys. osób.

Rolnik może otrzymać premię w wysokości 100 tys. zł, wypłacaną w dwóch ratach – 80 proc. kwoty uzyska po spełnieniu w ciągu dziewięciu miesięcy warunków, z których zastrzeżeniem została wydana decyzja, natomiast pozostałą część kwoty po realizacji biznesplanu. Ponadto po trzech latach od otrzymania pomocy gospodarstwo powinno zwiększyć wielkość ekonomiczną o ok. 10 proc. Jak podkreśla Szmulewicz, pomoc państwa, zwłaszcza na początku prowadzenia gospodarstwa, jest nie do przecenienia.

Na wsiach nie ma środków na inwestycje, żeby się rozwijać. Młodzi ludzie chcą bardzo szybko osiągnąć pułap nowoczesnych gospodarstw, jest to trudne, jeśli nie mogą liczyć na pomoc ze strony rodziców lub przejmują nieco słabsze gospodarstwa. Takie inwestycje w młodych są niezwykle ważne, bo to gwarantuje nam dobrą przyszłość polskiego rolnictwa – przekonuje ekspert.

W Polsce w przeciwieństwie do innych państw UE w rolnictwie dużą grupę stanowią młodzi. U nas z 1,3 mln złożonych wniosków o dopłaty bezpośrednie jedną trzecią stanowią te od rolników, którzy nie przekroczyli 40 lat (w innych krajach UE to 7,5 proc.).

W najbliższym czasie powinny też ruszyć nabory do innych programów.

Czekamy z niecierpliwością na otwarcie szerszych programów, dla małych gospodarstw, przetwórstwa, grup producenckich oraz na modernizację gospodarstw rolnych. W niektórych województwach ostatnie nabory na modernizację były w 2011 roku. Sądzę, że one we wrześniu też ruszą – wskazuje Wiktor Szmulewicz.

Nowoczesne metody nauki języków obcych można dopasować do własnej osobowości. To zwiększa ich skuteczność

CEO Magazyn Polska

Nauka języków obcych może być znacznie skuteczniejsza, jeśli dostosuje się ją do własnej osobowości. Inaczej wiedzę przyswaja wzrokowiec, a inaczej kinestetyk  każdy typ osobowości potrzebuje odmiennych bodźców. Nowoczesne metody nauki wykorzystują te indywidualne predyspozycje uczniów. Stawiają także na sposoby jak najbardziej zbliżone do naturalnych.

Z badań CBOS wynika, że ponad połowa Polaków nie potrafi porozumieć się w żadnym obcym języku. Pozostała część posługuje się najczęściej angielskim lub rosyjskim. Według Komisji Europejskiej 80 proc. Polaków nie opanowało jednak angielskiego w stopniu biegłym. Zdaniem ekspertów może to wynikać z nieodpowiednich metod uczenia. W większości szkół i uczelni wciąż naucza się języków obcych w sposób tradycyjny, nieuwzględniający różnic, które dotyczą indywidualnych predyspozycji do przyswajania wiedzy. Tymczasem każdy człowiek uczy się w innym tempie i w inny sposób przyswaja przedstawiane mu treści.

Przy tradycyjnej nauce języka jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że efekt osiąga się za pomocą wkuwania: gramatyki, którą się idealizuje, i słówek. Tymczasem można się uczyć w inny sposób. W inny sposób uczyliśmy się własnego języka i nawet najbardziej niezdolne dziecko uczy się własnego języka w kilkanaście miesięcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Litwiński, prezes Instytutu Colina Rose.

Nowoczesne metody zakładają uczenie się w sposób jak najbardziej zbliżony do naturalnego. Przede wszystkim angażują wszystkie zmysły i kanały percepcji jednocześnie. Nauka przychodzi z łatwością, mózg bowiem w naturalny sposób przyswaja informacje. Dokładnie w ten sam sposób, niemal intuicyjny, uczą się własnego języka dzieci.

– Wszyscy Polacy świetnie posługują się jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Jak to możliwe? Nauczyli się tego w działaniu, reagując na bodźce, które są w otoczeniu. Dziecko biegnie przez pokój, uderzy się o stół, mamusia mówi: „Och, o stół się uderzyłeś”, babcia wchodzi i mówi: „Och, o stół się uderzył”, więc dziecko już wie, że to jest stół – mówi Krzysztof Litwiński.

W praktyce metody te sprowadzają się do pracy przez dwie do czterech godzin tygodniowo na specjalnej platformie interaktywnej. Do tego dochodzi godzinne spotkanie z trenerem językowym w małej, maksymalnie czteroosobowej grupie. Na spotkaniu tym uczestnicy kursu w aktywny sposób używają wiedzy zdobytej samodzielnie w ciągu tygodnia – zajęcia polegają głównie na grach i zabawach sytuacyjnych. Na platformie interaktywnej również nie znajdzie się tradycyjnych zadań językowych.

– Człowiek wciąga się w te zadania, ponieważ ostatnie, co mu przychodzi do głowy, to jest to, że uczy się języka. Uczymy się trochę przy okazji, to jest zresztą sformułowanie, którego często nasi klienci używają, żeby opisać naukę – mówi Krzysztof Litwiński.

Nowoczesne metody nauki języków opierają się głównie na teoriach systemów reprezentacyjnych WAK oraz inteligencji wielorakiej, której autorem jest Howard Gardner. Zgodnie z teorią WAK ludzie dzielą się na wzrokowców, słuchowców i kinestetyków. Każda z tych osobowości ma odmienne sposoby funkcjonowania oraz potrzeby w zakresie optymalnego środowiska uczenia się – działają na nie bowiem zupełnie inne bodźce. Teoria inteligencji wielorakiej natomiast wyróżnia aż siedem typów inteligencji: matematyczno-logiczną, interpersonalną, ruchową, muzyczną, wizualno-przestrzenną, intrapersonalną i językową. Howard Gardner uznał, że każdy człowiek reprezentuje inną ich kombinację.

Przez kilka ostatnich dni Toruń był stolicą zabytkowych aut. Bawiło się tam 2,5 tys. właścicieli citroënów 2CV

CEO Magazyn Polska

Na 21. Międzynarodowy Zlot Miłośników Citroëna 2CV przybyło kilka tysięcy kolekcjonerów i fanów starej motoryzacji z całego świata, nawet z odległej Australii. To największa taka impreza w tym roku. Takie wydarzenia to świetna okazja do promocji miasta i Polski – podkreślają organizatorzy.

To jest pierwszy tak wielki zlot Citroëna w Polsce. To największy zorganizowany zlot zabytkowych samochodów w Polsce. Nigdy wcześniej się taki nie odbył i myślę, że jeszcze długo się nie odbędzie. Jest to również jeden z największych zorganizowanych zlotów w Polsce. Dodatkowo w Toruniu, który słynie z imprez motoryzacyjnych. Mamy ponad 30-letnie tradycje w tym zakresie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Majewski z Automobilklubu Toruńskiego.

Cykliczna impreza, organizowana co dwa lata, po raz pierwszy zawitała do Polski. 21. edycja ściągnęła do Torunia ponad 2,5 tysiąca właścicieli zabytkowych aut i ponad 5  tys. fanów z całego świata.

Dziś rozmawiałem z panią z Australii, która jechała pięć miesięcy przez całą Azję, żeby się tu znaleźć. Podziwiam, bo ja przyjechałem tylko z Poznania – opowiada Janusz Owczarkowski, właściciel citroëna 2CV. – To pokazuje, że takim samochodem można pojechać wszędzie. Za dwa lata wybieramy się na zlot do Portugalii.

Czesław Nosewicz, dyrektor 21. Międzynarodowego Zlotu Miłośników Citroëna 2CV, jest przekonany, że organizacja takich imprez przekłada się bezpośrednio na rozwój turystyki.

Takie wydarzenia trzeba traktować tak, jak organizację olimpiady czy mistrzostw świata w piłce nożnej. Wiele osób jest nimi zainteresowanych, sprawdzają, gdzie znajdują się miasta organizatorzy – twierdzi Czesław Nosewicz. – Kiedyś na zlecenie urzędu miasta opracowano strategię promocji, w której znalazło się stwierdzenie, że najlepszym rozwiązaniem jest ubieganie się o wielkie międzynarodowe imprezy o charakterze sportowym, kulturalnym. I tak od kilkunastu lat działamy. Organizację tej imprezy powierzono nam już w 2011 roku i od tego czasu trwa promocja. W branży było to uznane za Wydarzenie Roku 2015 – dodaje.

Jak podkreśla, każda kolejna duża impreza w dorobku danego miasta zwiększa jego szanse na organizację innych, podobnych wydarzeń.

Polska była parokrotnie organizatorem Międzynarodowego Zlotu Policji Motorowej. To procentuje, bo starając się o inne imprezy, trzeba określić, jakie się ma doświadczenie. Po drugie, osoby, które są we władzach międzynarodowych organizacji czy federacji, często się znają, wymieniają opinie, radzą się w sprawie miejsc. Przy tych imprezach wyrobiliśmy sobie dobrą markę. Liczę, że po tym zlocie opinia o nas będzie jeszcze lepsza. Mamy już kolejne plany do 2020 roku, bo w tej perspektywie trzeba planować, by inne duże imprezy ściągać do Torunia – mówi Czesław Nosewicz.

Według niego osoby, które zawitają do Torunia na zlot, później wrócą z rodzinami i przyjaciółmi zwiedzić miasto, mogą także odwiedzić inne regiony kraju. Będą także polecać to miejsce znajomym.

Niewiele osób w Holandii dobrze zna Polskę. Raczej tylko ze słyszenia, ale to nie wystarcza. Lepiej doświadczyć tego na własnej skórze. Ludzie są mili, jedzenie smaczne, a do tego wszystko jest tanie. Po powrocie powiem znajomym, że warto jechać do Polski – przekonuje Rob, który na zlot przyjechał z Holandii.

Pierwszy raz jestem w Polsce. To piękny kraj, a Toruń jest uroczy – mówi Jane, turystka z Wielkiej Brytanii. – Podoba mi się architektura, ludzie, jedzenie i te piękne auta. Z pewnością tu wrócę.

Czterodniowa impreza, która trwała do 2 sierpnia, to 21. edycja międzynrodowego zlotu popularnych kaczek. Organizowana od 1975 roku jest największym światowym spotkaniem właścicieli i miłośników modelu 2CV, który w ciągu 42 lat produkcji został sprzedany w ponad pięciu milionach egzemplarzy.

Jak autonomiczne auta i technologia zmienią rynek ubezpieczeń?

W rozważaniach o przyszłości sektora finansowego często przywoływany jest przykład branży dystrybucji muzyki. Najpierw nieodwracalnie zmieniły ją cyfrowe nośniki dźwięku, a później nowe modele dystrybucji – iTunes, a teraz streaming. Symbolicznym początkiem końca status quo był start usługi Napster, pozwalającej wymieniać pliki. „Branża ubezpieczeń komunikacyjnych ma swój moment Napstera” twierdzą specjaliści przywoływani przez Bloomberga.

parkingRynek ubezpieczeń komunikacyjnych to gigantyczny biznes. W samych Stanach Zjednoczonych towarzystwa zbierają rocznie składki warte 195 mld dolarów. Pozornie ubezpieczyciele prowadzą „business as usual”, ale na horyzoncie widać już strategiczne zagrożenia. Ich pierwszym źródłem są coraz bardziej zaawansowane systemy bezpieczeństwa montowane w samochodach. Auta potrafią dziś samodzielnie zahamować, gdy wykryją przed sobą przeszkodę albo bez ingerencji kierowcy wykonywać proste manewry parkingowe.

Spada liczba kolizji i stłuczek, co oznacza, że ostatecznie skurczą się także przychody ubezpieczycieli. Highway Loss Data Institute przeanalizował dane dotyczące wpływu systemów zamontowanych w nowej Hondzie Accord na odszkodowania wypłacane przez towarzystwa. Agencja po raz pierwszy mogła na prześledzić większą porcję danych. Wcześniej zaawansowane rozwiązania montowano przede wszystkim w droższych i mniej popularnych modelach.

Okazało się, że ostrzeżenie o zmianie pasa ruchu i możliwości kolizji przynosi wyraźne korzyści – wartość zgłoszonych szkód wyrządzonych innym pojazdom spadła o 14 proc., roszczenia dotyczące obrażeń odniesionych przez pasażerów o 27 proc, a przez innych użytkowników dróg – o 40 proc.

Czarne skrzynki i autonomiczne auta

Autonomiczne samochody Google

Drugim niekorzystnym w długim okresie zjawiskiem może być rozpowszechnienie się ubezpieczeń pay-as-you-drive. Dzięki nowym technologiom, śledzącym ubezpieczany pojazd, klienci mogą rozliczać się z ubezpieczycielem za faktyczne wykorzystanie pojazdu. Ceną, z punktu widzenia ubezpieczonego, jest rezygnacja z pewnej części prywatności, a korzyścią – niższe składki. Dla kierowców, którzy tylko okazjonalnie korzystają z samochodu to zdecydowanie atrakcyjny kompromis. Z rynku jednak znikać będą w ten sposób klienci, którzy do tej pory byli „nadubezpieczeni” i szczególnie rentowni.

Przed nami także kolejna fala rewolucji w komunikacji – samochody autonomiczne. Testowane przez Google pojazdy przejechały 1,9 mln mil w ciągu ostatnich sześciu lat i brały udział w zaledwie 14 zdarzeniach drogowych. W żadnym z odnotowanych przypadków wina nie leżała po stronie softwareowego kierowcy. Z reguły stłuczkę powodowały inne pojazdy, najczęściej najeżdżając na tył auta Google.

W ciągu kolejnych 15 lat, gdy autonomiczne samochody trafią na drogi, składki opłacane przez kierowców mogą spaść aż o 60 proc., twierdzi analityk Celent przywoływany przez „Bloomberg Business”. W najgorszym dla ubezpieczycieli scenariuszu, takiemu rozwojowi sytuacji może towarzyszyć zmniejszenie się liczby pojazdów na drogach (np. w wyniku rozpowszechnienia się carsharingu czy usług typu Uber). Rynek, już dziś charakteryzujący się ostrą konkurencją, zacznie się kurczyć.

Ubezpieczyciele muszą myśleć o tym, jak załatać nieuchronną dziurę w przychodach. Jedną z możliwości są „ubezpieczenia IT” dla samochodów. Błędy oprogramowania, a nawet, jak pokazała ostatnia wpadka koncernu Fiat, działania hakerów, to nowy rodzaj ryzyk, do tej pory nieznany w branży komunikacyjnej. Problem dotyczy bezpośrednio kierowców, ale finansowa odpowiedzialność za ewentualne zdarzenia będzie ostatecznie spoczywać na producentach. Może zatem okazać się, że w przyszłości wyspecjalizowane towarzystwa zmuszone zostaną do walki na kolejnej arenie – o wielkie koncerny motoryzacyjne.

autor: Michał Kisiel

Mediacja i arbitraż, czyli alternatywne formy rozwiązywania konfliktów między przedsiębiorcami

W stosunkach między przedsiębiorcami konflikty są nieuniknione. Te poważniejsze często mają swój finał w sądzie, jednak nie dla wszystkich dochodzenie swoich praw w ten sposób jest korzystne. Proces sądowy to długa i kosztowna procedura, a w obrocie gospodarczym ważne jest nie tylko szybkie rozwiązanie sporu, ale także w miarę możliwości zachowanie dobrych stosunków między stronami konfliktu. W takiej sytuacji sprawdzają się alternatywne sposoby rozwiązywania antagonizmów, takie jak mediacja lub arbitraż.

Mediacja, czyli dyskusja i konsensus

Mediacja to metoda rozwiązywania sporów, w której osoba trzecia pomaga stronom rozwiązać konflikt. Rola mediatora nie polega jednak na narzucaniu rozwiązań czy ocenianiu stron, ale na umożliwieniu dyskusji i moderowaniu jej. Mediator powinien stworzyć stronom warunki do poprawienia komunikacji, wzajemnego zrozumienia i dojścia do konsensusu.

Strony mogą wybrać osobę, która będzie przeprowadzać mediację, i umieścić taki zapis w umowie, która określa stosunek gospodarczy między nimi. W zależności od ich potrzeb i rodzaju konfliktu może to być osoba znajoma (na przykład przedstawiciel przedsiębiorstwa, z którym obie strony powiązane są wspólnym interesem) lub całkowicie stronom obca (na przykład mediator sądowy lub psycholog, zajmujący się mediacją). Wybór mediatora to ważna decyzja – z jednej strony ktoś, kto dobrze zna stosunki, w jakich są strony, orientuje się co do podłoża konfliktu i wie, na czym im zależy, mógłby pokierować procesem mediacyjnym w taki sposób, by uczestnicy byli zadowoleni. Z drugiej jednak może być nieobiektywny i, kierując się najlepszymi chęciami, naruszyć zasadę bezstronności, nadrzędną, jeśli chodzi o mediację. Dlatego strony często decydują się na skorzystanie z usług mediatora sądowego. Do takich rozwiązań zachęca zresztą sam system sądownictwa – kampanie, promujące mediację, są przeprowadzane niemal w każdym sądzie, a zapisy dotyczące jej roli w procesie cywilnym znalazły się w kodeksie postępowania cywilnego. Określają one sposób przeprowadzenia mediacji, wyboru mediatora, a także wpływ wyniku postępowania pojednawczego na toczące się lub dopiero wszczynane postępowanie cywilne.

Przedsiębiorcy mogą przystąpić do mediacji zaraz po zaistnieniu sporu lub w trakcie procesu. Postępowanie jest wówczas zawieszane, a wynik postępowania pojednawczego ma wpływ na jego zakończenie  –  mediator przedkłada protokół z mediacji sądowi, a ten zatwierdza je i nadaje klauzulę wykonalności, jeśli wynika to z charakteru uzgodnień. Warunkiem jest jedynie zgodność ustaleń stron z prawem i zasadami współżycia społecznego. Sąd nie zatwierdzi ustaleń wtedy, gdy zmierzają do obejścia prawa, zawierają sprzeczności lub są niezrozumiałe.

Wszystkie ustalenia co do sposobu przeprowadzenia postępowania pojednawczego, osoby mediatora, a także zamierzonych rezultatów strony umieszczają w umowie mediacji.

Arbitraż, czyli specjalista rozsądza spór

Arbitraż stanowi równie popularny środek pozasądowego rozwiązywania sporów co mediacja. W przeciwieństwie do niej nie polega jednak na nakłonieniu stron do rozwiązania konfliktu poprzez rozmowy i konsensus, a oddanie kompetencji sędziego osobie lub osobom wybranym przez uczestników sporu. Zazwyczaj są to specjaliści w dziedzinie, której dotyczy konflikt, co  daje gwarancję profesjonalizmu i dobrego zrozumienia podłoża sporu i interesów stron.

Arbitraż nazywany jest inaczej sądem polubownym. Może przyjąć formę sądu polubownego niestałego, czyli takiego, który nie ma osobnej siedziby, personelu administracyjnego i jest rozwiązywany zaraz po spełnieniu swojego zadania, czyli wydaniu wyroku. Sąd polubowny niestały na miejsce wtedy, gdy strony samodzielnie wybiorą skład sądu arbitrażowego, miejsce jego orzekania i określą ilość jego członków jedynie dla rozwiązania konkretnego sporu. Przedsiębiorcy mogą się także zwrócić do stałego sądu arbitrażowego. Są to instytucje orzekające we wszystkich dziedzinach prawa cywilnego, a także (co jest szczególnie ważne w kontekście sporów między przedsiębiorcami) prawa gospodarczego.

Największym z nich jest Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie, ale stałe sądy polubowne działają właściwie w każdym większym mieście. Niewątpliwą zaletą sądów arbitrażowych jest szybkość postępowania – wybierani indywidualnie arbitrzy są o wiele bardziej dyspozycyjni i mogą dopasować terminy do terminarza przedsiębiorców, co znacznie usprawnia postępowanie. Wybór takiej formy rozstrzygania konfliktu, wskazanie samego arbitra lub arbitrów, a także wszelkie ustalenia, dotyczące sposobu przeprowadzenia arbitrażu strony precyzują w umowie arbitrażu lub klauzuli zamieszczonej w umowie regulującej stosunek gospodarczy je łączący. Klauzula taka nazywana jest zapisem na sąd polubowny.

Inne alternatywne sposoby rozwiązywania sporów

Oprócz mediacji i arbitrażu przedsiębiorcy, pomiędzy którymi wyniknął spór, mogą wybrać inne pozasądowe metody rozwiązywania konfliktów. Co prawda, jedynie arbitraż i mediacja regulowane są przepisami prawa, ale ważne jest przede wszystkim zakończenie antagonizmu między stronami.

Do innych metod rozstrzygania konfliktów możemy zaliczyć negocjacje. To proces, polegający przede wszystkim na komunikacji między stronami. Uczestnicy przedstawiają swoje propozycje rozwiązania i prowadzą rozmowy tak długo, aż osiągną rezultat satysfakcjonujący obie strony. Negocjacje mogą odbywać się w siedzibie którejś ze stron lub na terenie neutralnym, mogą być także prowadzone przez inny podmiot (osobę prywatna lub instytucję). Wynik negocjacji można ująć w formie umowy lub wspólnego oświadczenia stron.

Jeżeli natomiast w konflikcie bierze udział wiele stron, dobrą metodą jest facyliacja. To wielostronne negocjacje, prowadzone przez moderatora, nazywanego facyliatorem, mające na celu doprowadzić do znalezienia rozwiązania, które satysfakcjonowałoby wszystkich uczestników lub przygotowywałoby grunt pod rozwiązywanie sporu pomiędzy poszczególnymi stronami. Ustalenia, wynikające z facyliacji, strony również mogą ująć w umowie lub oświadczeniu stron.

Iga Józefczyk wfirma.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 03.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 03.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Największe debiuty na pierwotnym rynku mieszkaniowym – II kw. 2015 r.

Od kilkunastu miesięcy obserwujemy duże ożywienie na rynku nieruchomości mieszkaniowych. Deweloperzy zachęcani wysokimi wynikami sprzedażowymi rozpoczynają kolejne inwestycje, często na dużą skalę.

W II kw. 2015 r. liczba mieszkań w niektórych nowo wprowadzonych projektach deweloperskich przekracza poziom nawet 300 jednostek. W II kw. 2015 r. do sprzedaży trafiły dwie takie inwestycje – w Krakowie i Warszawie. Zdecydowanie mniejszą skalą charakteryzowały się nowe inwestycje we Wrocławiu, gdzie w największej zaprojektowano niespełna 150 mieszkań. Poniżej prezentujemy ranking największych inwestycji, które w minionym kwartale zostały wprowadzone do sprzedaży.

Największe inwestycje wprowadzone do sprzedaży w II kw. 2015 r.

Lp. Miasto Deweloper Nazwa inwestycji Liczba mieszkań
w inwestycji
1. Kraków Murapol S.A. Poznańska II 359
2. Warszawa Dom Development Studio Mokotów 326
3. Warszawa PB Konstanty Strus Jana Kazimierza 12/14 292
4. Warszawa Bouygues Immobilier Espace Wilanów 274
5. Warszawa BPI Wola Libre 274
6. Poznań SGI Moja Malta 254
7. Poznań Murapol S.A. Nowe Winogrady (II etap) 243
8. Kraków Murapol S.A. Garbarnia 196
9. Gdańsk BPI Polska (CFE Polska) Cztery Oceany III (Ocean Spokojny) 193
10. Kraków LC Corp 5 Dzielnica 187
11. Wrocław Dach Bud Krzycka 142
Źródło: Grupa Emmerson, Dział Badań i Analiz

 

Największą debiutującą inwestycją w II kw. 2015 r. był projekt spółki Murapol – drugi etap inwestycji przy ul. Poznańskiej w Krakowie, w dzielnicy Krowodrza. Atutem inwestycji niewątpliwie jest lokalizacja. Krowodrza uznawana jest za jedną z najprzyjemniejszych dzielnic do mieszkania w Krakowie. Bliskość Starego Miasta, dobrze rozwinięta infrastruktura komunikacyjna, tereny zielone, szkoły i przedszkola sprawiają, że dzielnica jest atrakcyjnym miejscem lokalizacji projektów deweloperskich.

Również ponad 300 mieszkań zaoferował w Warszawie Dom Development w inwestycjiStudio Mokotówprzy ul. Garażowej. W czterech budynkach powstanie 326 mieszkań i apartamentów. Na tle innych inwestycji powstających w tej części miasta projekt ten będzie wyróżniała elewacja, której część będzie stanowił kolorowy mural. Mokotów, oprócz inwestycji z dużą liczbą mieszkań, posiada w swoich zasobach także te o podwyższonym standardzie. Przykładem jest inwestycja Bobrowiecka 10, która znajduje się na prestiżowym Dolnym Mokotowie.

– Bobrowiecka 10 to 5-piętrowy budynek o zróżnicowanej wysokości od 1 do 5 pięter, w którym znajdą się 123 mieszkania oraz 8 lokali usługowych na parterze. Inwestycja charakteryzuje się niebanalną architekturą oraz wysokim standardem wykończenia. Na uwagę zasługują także części wspólne z elementami małej architektury oraz pomnikiem przyrody w postaci ,,Czarnej Olszy” –twierdzi Krzysztof Kołakowski z inwestycji Bobrowiecka 10.

Kolejną dużą inwestycją debiutującą na warszawskim rynku jest inwestycja na Woli Jana Kazimierza 12/14 dewelopera PB Konstanty Strus, w której powstaną 292 mieszkania. Wola jest dzielnicą, która od pewnego czasu intensywnie przyciąga deweloperów. Bliskość centrum, dobrze rozwinięta infrastruktura społeczna i komunikacyjna (w tym II linia metra) sprawia, że w tej części miasta powstaje coraz więcej dużych wieloetapowych inwestycji. W minionym kwartale oprócz wspomnianej inwestycji Jana Kazimierza 12/14na rynku pojawiła się jeszcze jedna duża inwestycja – Wola Libre dewelopera BPI. Na Woli znalazło się także miejsce dla luksusowej inwestycji, jaką jest Syrena Apartamenty na Woli.

Nasza inwestycja jest zlokalizowana na granicy Śródmieścia i Woli u zbiegu ulic Karolkowej oraz Jaktorowskiej. W środku znajdzie się 100 mieszkań w tym 8 lokali usługowych, które dzięki świetnej lokalizacji oraz okrągłej bryle budynku będą posiadać bardzo dobrą ekspozycję. Ponadto w naszej ofercie są przygotowane również nietypowe projekty typu duplex. Są to mieszkania dwupoziomowe o podwyższonym standardzie z ogromnymi tarasami i oddzielnymi wejściami z dwóch pięter– twierdzi Fernando de Zuniga z inwestycji Syrena Apartamenty na Woli.

Ponad 250 mieszkań wprowadził na rynek deweloper SGI w inwestycji Moja Malta
w Poznaniu. Kaskadowy budynek będzie miał od 6 do 15 kondygnacji. W sąsiedztwie inwestycji znajduje się Jezioro Maltańskie, Park Tysiąclecia oraz Ogród Zoologiczny.

Spółka Murapol uruchomiła sprzedaż w drugim etapie inwestycji Osiedle Winogrady

przy ul. Hawelańskiej w Poznaniu, w sąsiedztwie Parku Cytadela. W ramach I etapu wybudowanych zostało 236 mieszkań. Drugi etap zakłada realizację budynku, w którym znajdą się 243 lokale. Do każdego będzie przynależał balkon lub ogródek.

Następną dużą inwestycją spółki Murapol jest inwestycja Garbarnia,przy ul. Rydlówka
na krakowskich Dębnikach. W pierwszym etapie wybudowane zostaną cztery budynki, w których znajdzie się 196 mieszkań. Dębniki to kolejna krakowska lokalizacja, która cieszy się dużym zainteresowaniem deweloperów.

Duża nowa inwestycja pojawiła się również w Gdańsku – deweloper BPI Polska rozpoczął sprzedaż w trzecim etapie inwestycji Cztery Oceany (Ocean Spokojny), w którym znajdą się 193 mieszkania, wszystkie posiadać będą balkony.

LC Corp, również w dzielnicy Krowodrza w Krakowie rozpoczął sprzedaż w projekcie
5 Dzielnica. Jest to pierwszy etap inwestycji, w którym zaplanowano 187 mieszkań. Docelowo na 6-cio hektarowej działce ma powstać ok. 2 tys. mieszkań. Drugi etap ma ruszyć jeszcze w tym roku.

Ranking największych inwestycji zamyka wrocławska inwestycja Krzycka dewelopera
Dach Bud, w której znajdą się 142 mieszkania. Jest to największa inwestycja wprowadzona na lokalny rynek w II kw. 2015 r.

Warto zwrócić uwagę, że największe nowe inwestycje, które pojawiły się w ofercie deweloperów, znajdują się w atrakcyjnych lokalizacjach (bliskość centrum, dostępność komunikacji miejskiej i terenów rekreacyjnych), np. na warszawskiej Woli, Mokotowie
czy krakowskiej Krowodrzy. Większość to zupełnie nowe projekty, które w przyszłości mogą być uzupełnianie o kolejne etapy. Najwięcej dużych inwestycji pojawiło się w Warszawie i w Krakowie.

Grupa Emmerson S.A.

Ceny nowych mieszkań po I półroczu 2015 r.

Czy w dalszym ciągu mamy do czynienia ze stabilizacją cenową? A może ceny już zaczęły się zmieniać? W których miastach rosną, a gdzie doszło do obniżek? Sprawdźmy, jak przez pierwsze sześć miesięcy br. zmieniły się ceny na rynku pierwotnym.

W trakcie pierwszej połowy 2015 r. wahania poziomu średniej ceny mieszkań oferowanych przez deweloperów przebiegały w zróżnicowanych kierunkach na poszczególnych rynkach. Można wyróżnić trzy grupy rynków. Miasta, gdzie przeciętna cena zauważalnie wzrosła w porównaniu do końca 2014 r., rynki gdzie obserwowana była stabilizacja cenowa oraz takie, gdzie doszło do przeceny.

W pierwszej grupie znalazły się Warszawa, Kraków i Gdańsk. Szczególnie to ostatnie miasto mocno zwyżkowało w badanym okresie, w rezultacie czego zdołało wyraźnie prześcignąć Wrocław pod kątem wysokości poziomu średniej ceny. Warto również zwrócić uwagę na fakt, iż obecnie średnia cena w Gdańsku jest najwyższa od końca 2011 r. Najdroższe rynki, czyli Warszawa i Kraków zdrożały jeszcze bardziej. W Warszawie przeciętny poziom cen zbliżył się do 8,3 tys. zł/mkw., a w Krakowie kupujący powinni przygotować się na wydatek średnio 6,8 tys. zł/mkw.

Mimo iż warszawskie ceny są najwyższymi w Polsce to nadal można znaleźć na tym rynku inwestycje mieszkaniowe o podwyższonym standardzie, mieszczące się w tym przedziale.

Nasza inwestycja, Bobrowiecka 10, zlokalizowana jest na prestiżowym Dolnym Mokotowie. W swojej ofercie posiadamy mieszkania, których ceny zaczynają się już od 7 780 zł/mkw.- zaznacza Krzysztof Kołakowski z inwestycji Bobrowiecka 10.

Drugą grupę stanowią Poznań, Wrocław i Katowice. Tu ceny w ostatnim półroczu nie uległy zauważalnym zmianom. W przypadku stolicy Dolnego Śląska oznacza to balansowanie średniego poziomu ceny na granicy 6 tys. zł/mkw.

Poziom średniej ceny na koniec I połowie 2015 r.
Zmiana I połowa 2015 r. /II połowa 2014 r.
Warszawa 8 282 3,4%
Kraków 6 783 1,3%
Poznań 6 456 -0,4%
Gdańsk 6 279 5,6%
Wrocław 6 012 0,9%
Katowice 5 327 -0,9%
Łódź 4 804 -1,0%

Grupa Emmerson

Czerwiec najlepszym miesiącem na amerykańskim rynku nieruchomości

Na rynku amerykańskim czerwiec był najlepszym miesiącem pod względem liczby sprzedanych nieruchomości mieszkaniowych, jak i osiąganych cen w roku 2015.

Liczba sprzedanych w czerwcu nieruchomości mieszkaniowych jest najwyższa począwszy od 2008 r. Obserwowany 5-miesięczny trend wzrostowy sprzedaży na rynku mieszkaniowym występuje zarówno we wzrostach sprzedaży w stosunku do poprzedniego miesiąca, jak i w stosunku do analogicznego miesiąca roku poprzedniego.

Wzrost liczby transakcji w czerwcu 2015 w stosunku do maja 2015 wynosił 14,3%, a w stosunku do czerwca 2014 – 12%. Najwyższe tendencje wzrostowe wykazywały Richmond, VA (+29.8%) i Boise, ID (+25.8%).

Średnia cena transakcyjna wyniosła 224,671 USD i była wyższa o 7,4% w porównaniu z czerwcem ubiegłego roku. Największe wzrosty cen obserwowane były w Denver, CO (+14.8%) oraz Miami, FL (+13.3%).

Liczba dni na rynku dla wystawionych ofert nieruchomości sprzedanych w czerwcu zmniejszyła się. W czerwcu 2015 wynosiła przeciętnie 58 dni. W analogicznym okresie poprzedniego roku wynosiła 62 dni. Najkrótszy czas obecności na rynku dla nieruchomości sprzedanych w czerwcu 2015 był w San Francisco i Denver, gdzie potrzeba było tylko 22 dni, aby oferta znalazła nabywcę.

Pomimo, że liczba nowych ofert nieruchomości wystawionych na rynek w czerwcu 2015 r. nieznacznie wzrosła (0,8% w stosunku do maja 2015) to całkowita liczba ofert nieruchomości była o 11,8% niższa niż w czerwcu roku poprzedniego.

RE/MAX National Housing Report wydawany jest co miesiąc od sierpnia 2008 r. Raport opiera się na danych z systemu MLS i obejmuje wszystkie typy nieruchomości mieszkaniowych dla około 53 metropolii w USA.

Chiński smok sprzyja niedźwiedziom

Wskaźnik PMI za lipiec sygnalizuje dalsze pogłębianie się dekoniunktury w chińskim przemyśle. Jego mocny spadek do 47,8 punktu pogorszył nastroje w samych Chinach, gdzie indeks ponad 1 proc. Bardziej spokojna była reakcja na rynkach surowcowych, spodziewających się prawdopodobnie działań pobudzających gospodarkę ze strony chińskich władz. Kontrakty na ropę i miedź zniżkowały po publikacji danych o kilka dziesiątych procent.

Wskaźnik PMI dla polskiego przemysłu wzrósł nieco mocniej niż się spodziewano. Pozwoliło to na lekki wzrost notowań złotego wobec głównych walut. Warszawska giełda rano korygowała nieznacznie piątkową silną zwyżkę indeksów, ale dobre dane pomagały utrzymać się im rano na wysokim poziomie.

Kurs euro stabilizuje się w pobliżu 1,1 dolara, w oczekiwaniu na przypadające na koniec tygodnia publikacje danych o sytuacji na amerykańskim rynku pracy. Po miesiącu przerwy ruszył handel na giełdzie w Atenach. Indeks zaczął od spadku o ponad 20 proc., a akcje największych banków taniały po 30 proc.

Indeks PMI dla przemysłu francuskiego obniżył się zgodnie z oczekiwaniami poniżej 50 punktów, a w przypadku niemieckiego zanotowano jedynie symboliczny spadek, co stanowiło pozytywne zaskoczenie. Lepiej niż się spodziewano wypadł też wskaźnik dla całej strefy euro, choć minimalnie obniżył się w porównaniu do odczytu z czerwca.

 

Nowy Jedwabny Szlak – Chińczycy dołączają do światowej elity

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Współcześnie jedynie dwa kraje na świecie zdołały zbudować sprawny i dobrze zorganizowany system globalnej ekspansji – Stany Zjednoczone oraz Niemcy. Waszyngton, porzucając politykę izolacjonizmu, przyoblekł swoje mocarstwowe aspiracje w pojęcie tzw. „obrony demokracji”, natomiast zaodrzańskie elity opracowały koncepcję Unii Europejskiej – opresyjnego tworu europejskiej martyrologii, będącej narzędziem szantażu emocjonalnego państw, które rzekomo „zapomniały” o tragedii II Wojny Światowej. Teraz, do pierwszej ligi czołowych propagandzistów dołączyły Chiny ze swoim Nowym Jedwabnym Szlakiem. Paradoksalnie może to być pierwszy tego typu projekt, który realnie poprawi kondycję polskiej gospodarki oraz całego regionu Europy Środkowo – Wschodniej.

Po zakończeniu II Wojny Światowej, pośród opadającego pyłu i ton gruzu, zaczęły kiełkować nowe koncepcje międzynarodowej ekspansji – polityki neoimperialnej. Oczywiste wówczas nastroje pacyfistyczne, uniemożliwiając stosowanie agresywnej retoryki zogniskowanej wokół nacjonalistycznego szowinizmu, skłaniały projektantów nowego ładu do stosowania nieco bardziej wysublimowanych form ekspresji. Form, które wpisywałyby się w powszechną (wśród zwykłych obywateli) potrzebę pokoju i współpracy. Tak oto, w zaciszu gabinetów, powstały programy kolonizacji polityczno – gospodarczej na miarę XX w., materializujące się obecnie w strukturach Unii Europejskiej, a także amerykańskiej doktrynie „obrony demokracji” na Świecie. Oba te zjawiska są ewidentnym – choć niełatwym do obnażenia – narzędziem realizacji racji stanu Niemiec oraz Stanów Zjednoczonych. Tradycyjna, transatlantycka, dominacja powoli dobiega jednak końca. Do gry wchodzi bowiem niezwykle groźny gracz, który z pewnością znokautuje cherlawe gospodarki zasilane wspomnieniami o świetlanej PRZESZŁOŚCI. Mowa tu o Chinach – niezwykle pragmatycznych, młodych i kreatywnych, a przy tym pielęgnujących swoje cywilizacyjne korzenie. Idea Nowego Jedwabnego Szlaku jest emanacją powszechnego w Państwie Środka sposobu myślenia, wyćwiczonego w korzystaniu z bogatych zasobów kultury, doświadczenia poprzednich pokoleń i umiejętności adaptacji do współczesnych wyzwań. Wszystkie te wartości wydają się obce mieszkańcom Starego Kontynentu i – niestety – coraz częściej obywatelom Stanów Zjednoczonych, hołubiącym niebezpiecznym, socjalistycznym rozwiązaniom powszechnym w Unii Europejskim. Ale od początku…

Wojujący aksjomat, czyli Wujek Sam w obronie demokracji

Porzucona wraz z atakiem Japonii na Pearl Harbour amerykańska polityka izolacjonizmu, po zakończeniu działań wojennych domagała się wdrożenia efektywnej alternatywy, wpisującej się w główny nurt etyczny panujący wówczas po obu stronach Atlantyku. A ten oparty był na subiektywnych (relatywistycznych) wartościach demokratycznych obejmujących swoim zasięgiem cały katalog postaw, norm i systemów wartości, który – co naturalne – wpisywał się w kod kulturowy właściwy dla cywilizacji europejskiej wyrastającej z grecko – rzymskiego antyku, raczej niezrozumiałej dla mieszkańców Azji, a tym bardziej Bliskiego Wschodu. Stany Zjednoczone dostrzegając panujący wówczas trend w ucywilizowanej części Świata, postanowiły zatem osadzić swój mocarstwowy apetyt w ramach misji szerzenia na świecie „jedynie słusznego” ustroju demokratycznego, a wszystkich jego wrogów siłą nawracać niezależnie od tradycji politycznej danego regionu. Oczywiście mechanizm amerykańskiego altruizmu oraz zapał w upowszechnianiu zdobyczy cywilizacyjnych, nie był żadną nowością i do złudzenia przypominał kolonizację Afryki pod przykrywką wyswobodzenia dzikusów z okowów obskurantyzmu. Tak oto demokracja stała się środkiem do rozszerzenia wpływów polityczno – gospodarczych wszędzie tam, gdzie Stany Zjednoczone widziały swój żywotny interes. Wietnam, Afganistan, Kuwejt, Irak, Iran – to tylko nieliczne przykłady realizacji racji stanu wytycznej przez elity z Białego Domu. Wszystkie te kraje dysponowały bowiem jakimś dobrem, materialnym lub niematerialnym, które przyciągało „dobrotliwe” oko Wuja Sama. O dziwo we wszystkich też zagrożona była demokracja albo mieszkańcy uporczywie „domagali się” jej wprowadzenia. Niestety Syria tego szczęścia nie miała.

Unia Europejska – duch bohaterów II Wojny Światowej na usługach oprawców

Kolejnym wybitnie ciekawym tworem mogącym służyć za doskonały przykład zbiorowej makromanipulacji, jest Unia Europejska – niemiecki wehikuł inwestycyjno – kolonizacyjny wymierzony przeciwko państwom Starego Kontynentu. W tym przypadku sprawa jest jednak bardziej delikatna: mitem założycielskim pozostaje tutaj bowiem tragedia II Wojny Światowej, a więc trauma dziesiątków milionów ludzi poszkodowanych przez Niemców, zwanych w oficjalnym przekazie medialnym nazistami. Fakt ten wcale nie przeszkadza rządowi w Berlinie, aby wszystkie „niesforne” państwa członkowskie ufundowanej przez siebie organizacji, szantażować/dyscyplinować tzw. duchem europejskiej solidarności. Mechanizm wydaje się niezwykle prosty – każdy, kto choć trochę wykroczy poza ramy narzucone przez organy Unii Europejskiej (szczególności Komisji Europejskiej), musi liczyć się z powszechnym ostracyzmem i obarczeniem winą za dewastowanie dorobku kultury europejskiej. Przykładów ewidentnego podporządkowywania słabszych państw wizji opracowanej za Odrą, nie trzeba szukać daleko – jednym z nich jest konflikt Brukseli z Viktorem Orbanem, czy, niewątpliwie efektowny oraz bezprecedensowo kuriozalny, kryzys w Grecji. Naturalnie w żadnym z nich nie chodziło o bezinteresowne wsparcie bratnich narodów europejskich, a o twarde interesy niemieckiego sektora bankowego, a zatem o kondycji całej niemieckiej gospodarki, która wpompowała miliardy w greckie banki mając nadzieje na solidną stopę zwrotu z „inwestycji”. Pech chciał, że mieszkańcy Hellady wykazali się niezwykłą kreatywnością w finansowych malwersacjach, co do dziś odbija się czkawką żelaznej Merkel. Na koniec nie można zapomnieć także o samych negocjacjach pomiędzy Trojką a rządem Ciprasa. Stanowią one bowiem niezwykle jaskrawy przykład rzeczywistej natury Unii Europejskiej. Okiem zewnętrznego obserwatora całość przypominała najlepszy kabaret – Berlin chcąc „dobra” Grecji, zmuszał premiera Ciprasa do wdrożenia zbawiennych reform, które ten odrzucał. Należy więc przyjąć, że działał na szkodę współobywateli, ciesząc się jednocześnie niebotycznie wysokim poparciem w kraju. Nie można oczywiście pomijać socjalistycznej naiwności samych Greków, niemniej jednak taka konstrukcja przekazu w mediach każe postawić sobie pytanie, o co właściwie chodzi? Czy o swobodę i dobrobyt ludności Hellady, czy też o partykularne interesy Niemców, których Cipras realizować nie chce?

Nowy Jedwabny Szlak – Chiński Smok kontratakuje

Zgoła inaczej do kwestii rozszerzania wpływów, a tym samym do budowania imperialnej potęgi, podchodzą Chińczycy. Zamiast dokooptowywać do swojej polityki zagranicznej wątpliwe, relatywne wartości moralne, w realizowanych działaniach propagandowych wolą skoncentrować się przede wszystkim na niezwykle pragmatycznej – i poniekąd uniwersalnej – kwestii, jaką jest wzrost gospodarczy stymulowany przez ożywiony transport międzynarodowy oraz gigantyczne inwestycje infrastrukturalne. Innymi słowy, Pekin wybrał trzecią drogę – oprawę podporządkowywania sobie państw, polegającą na uzależnianiu od chińskiego kapitału, a następnie wtłaczaniu do własnej przestrzeni wpływów ekonomicznych. Oczywiście nie zapomniano o przykrywce kulturalno – obyczajowej materializującej się w licznych konferencjach, sympozjach, czy szczytach ekonomicznych, niemniej jednak główna oś działań zlokalizowana jest w procesach gospodarczych i transferze kapitału. Plan przewodniczącego Xi Jinping’a przypomina nieco pierwotny zamysł Ojców Założycieli Unii Europejskiej, jednak szczęśliwie brakuje w nim założeń silnej ekspansji kulturowej, która na Starym Kontynencie przybrała obecnie patologiczny wymiar, przyćmiewając niekiedy kwestie zdroworozsądkowej ekonomii. Nowy Jedwabny Szlak – obecnie flagowy projekt Państwa Środka, wprost nawiązuje do szlaku handlowego łączącego niegdyś Chiny z Europą i określa ramy, w jakich to azjatyckie mocarstwo będzie realizowało swoje strategiczne interesy. Wprost też określa zachodni kierunek natarcia, co już za kilka lat może wywołać szereg konfliktów, o których teraz w ogóle się nie wspomina. Z punktu widzenia Europy  Środkowo – Wschodniej, będącej dotychczas w obszarze wpływów dwój państw regionu transatlantyckiego – Stanów Zjednoczonych i Niemiec, dołączenie kolejnego gracza (Chin) oznacza nie lada problem. Ta część Starego Kontynentu stanie się bowiem teatrem zmagań pomiędzy trzema głównymi siłami w obecnym układzie stosunków międzynarodowych. Taki scenariusz jest Polakom nader dobrze znany! Z drugiej jednak strony, aspiracje Pekinu mogą przynieść sporo korzyści stanowiąc impuls do ożywienia ekonomicznego nieco ospałych europejskich gospodarek. Intensyfikacja wymiany handlowej z Państwem Środka poprzez rozbudowanie szlaków dystrybucji towarów – w tym rozbudowy magistrali kolejowej – to ogromna szansa dla polskiego przemysłu spożywczego, rolniczego oraz usług. Już teraz obserwuje się wzmożony eksport towarów do Chin, gdzie z roku na rok nasze krajowe produkty zyskują coraz większa popularność przyczyniając się do systematycznego zwiększania produkcji. Tylko na przestrzeni ostatnich siedmiu lat wartość artykułów wywożonych do Państwa Środka zwiększyła się z 20 mln do 165 mln euro, co wskazuje na gigantyczny potencjał rozwojowy. Nowy Jedwabny Szlak to także spore możliwości w kontekście pozyskania kapitału inwestycyjnego oraz nowych technologii, których nad Wisłą, ale i w całym regionie Europy Środkowo – Wschodniej, nadal bardzo brakuje. Polska, powinna szczególnie zabiegać o chińskie doświadczenie w zakresie budownictwa niskokosztowego – według niektórych szacunków, deficyt mieszkań w naszym kraju oscyluje w granicach 1.5 mln stanowiąc poważne wyzwanie w polityce społecznej. Wreszcie, współpraca z ChRLD to potencjalnie niebotyczne sumy wpompowywane w polską infrastrukturę, która w planach Xi Jinping’a ma stanowić punkt przeładunkowo – logistyczny, a także bazę dystrybucyjną na Europę Zachodnią. Zagęszczenie korytarzy transportowych z pewnością przyczyni się do obniżki cen wielu produktów (szczególnie tych spożywczych), co następnie będzie miało przemożny wpływ na wzrost rodzimej produkcji i zatrudnienia.

Dopóki postkomunistyczne kraje Europy Środkowo – Wschodniej nie opracują własnej koncepcji  rozwoju i ekspansji zagranicznej, dopóty skazane będą na łaskę lub niełaskę światowych mocarstw. Pozostaje jedynie wierzyć, że chińska dominacja odznaczy się większym pragmatyzmem i tchnie nowe życie w skostniałe systemy Starego Kontynentu. Wszak wolnorynkowa konkurencja jest jedynym remedium na opasłe brzuchy sytych eurokratów, którzy karmiąc obywateli utopijnymi wizjami w stylu Saint Simona, nie widzą potrzeby realnych zmian.

Przyjaźń z Chińczykami, choć szorstka – bo oparta na interesach – z pewnością jest możliwa…

 

Kaufingerstrasse najliczniej odwiedzaną ulicą handlową w Niemczech

Monachijska Kaufingerstrasse powtórzyła swoje doskonałe wyniki z poprzednich lat i w 2015 roku utrzymała pozycję najczęściej odwiedzanej ulicy handlowej w Niemczech – wynika z badania natężenia ruchu pieszego przeprowadzonego przez BNP Paribas Real Estate w odniesieniu do 92 ulic handlowych w 27 miastach[1].

„Kaufingerstrasse jest nie do pokonania pomimo faktu, iż jej rywalki depczą jej po piętach. Pozycję lidera zapewniła ilość 12 286 pieszych na godzinę, co jest potwierdzeniem jej ogromnej siły przyciągania i atrakcyjności” – komentuje Christoph Scharf, Dyrektor Zarządzający oraz Dyrektor Działu Powierzchni Handlowych BNP Paribas Real Estate Germany.Monachijska Kaufingerstrasse

Drugie miejsce również zajęła ulica monachijska: liczba odwiedzających Neuhauser Strasse wyniosła 11 738, tak więc w tym roku stolica Bawarii może pochwalić się podwójnym zwycięstwem. Oznacza to, iż Schildergasse w Kolonii – druga pozycja w roku 2014 – została zepchnięta na trzecie miejsce z wynikiem 10 940 odwiedzających, co jest rezultatem minimalnie lepszym niż ten osiągnięty przez najlepszy adres we Frankfurcie, czyli Zeil, ulicę odwiedzaną przez 10 910 osób na godzinę. Do grupy pięciu najlepszych dołączyła w tym roku Georgstrasse w Hannoverze, która przesunęła się w górę o dwie pozycje z wynikiem 9 754 odwiedzających na godzinę i bardzo niewiele dzieliło ją od wyniku pięciocyfrowego. Chociaż w ujęciu rok do roku na powyższej liście odnotować można niewielkie zmiany, to możemy zdecydowanie mówić o dosyć stabilnej sytuacji, jako że cztery z pięciu najlepszych ulic handlowych zeszłego roku ponownie znalazły się w grupie najlepszych, czym potwierdziły swoją pozycję wiodącą.

„Mimo, że istnieje wiele czynników, takich jak pogoda, przeprowadzane prace budowlane lub specjalne wydarzenia, które mogą wpłynąć na wyniki badania i doprowadzić do tego, iż w rozrachunku rocznym liczba odwiedzających będzie się zmieniać, a tym samym zadecydować o ostatecznym kształcie rankingu, to jednak przedstawione wyniki wskazują na istnienie wyraźnych trendów i hierarchii, dzięki którym można wyciągnąć odpowiednie wnioski co do popularności oraz potencjału w zakresie osiąganych obrotów najważniejszych adresów. Dlatego badania natężenia ruchu pieszego są dla sprzedawców dodatkowym i pomocnym narzędziem przy podejmowaniu decyzji lokalizacyjnych oraz inwestycyjnych. Różnorodność oraz jakość dzielnic handlowych w wielu niemieckich miastach nadal działają jak magnes na klientów, dla których atrakcyjność miejsca, a także sam proces dokonywania zakupów, są ważnymi czynnikami. Zakupy internetowe to jedno, jednakże nadal pozostają pewne rzeczy, które nie podlegają zmianom” – mówi Christoph Scharf.

[1] Aachen, Berlin, Bonn, Brunszwik, Brema, Kolonia, Dortmund, Drezno, Düsseldorf, Erfurt, Essen, Frankfurt, Hamburg, Hanower, Heidelberg, Karlsruhe, Lipsk, Moguncja, Mannheim, Monachium, Munster, Norymbergia, Osnabrück, Stuttgart, Trewir, Wiesbaden oraz Würzburg

Pierwsze podanie spalin do IMOS w elektrociepłowni Gdyńskiej EDF Polska

Pięciokrotne zmniejszenie emisji tlenków siarki i kilkukrotna redukcja emisji pyłu to kolejny krok w kierunku polepszenia jakości powietrza w Trójmieście. Taką poprawę parametrów spalin, emitowanych przez Gdyńską Elektrociepłownię, gwarantuje nowo wybudowana Instalacja Mokrego Odsiarczania Spalin. Podobna instalacja od 3 czerwca działa już w Elektrociepłowni Gdańskiej. Inwestorem instalacji jest EDF Polska S.A.,  a wykonawcą – RAFAKO S.A. 28 lipca 2015 r. nastąpił moment pierwszego podania nieoczyszczonych spalin na nową instalację w Gdyni.

Zespół realizujący inwestycję w Elektrociepłowni Gdyńskiej EDF Polska
Zespół realizujący inwestycję w Elektrociepłowni Gdyńskiej EDF Polska

– EDF Polska stawia sobie za cel ochronę środowiska, a instalacja odsiarczania spalin doskonale się w ten plan wpisuje. Jej uruchomienie pozwoli na kilkukrotne zmniejszenie emisji tlenków siarki i pyłu. Absorber instalacji przejmie w 100 proc. spaliny z naszych urządzeń: dwóch bloków energetycznych i kotła wodnego – tłumaczy Krzysztof Świtlik, dyrektor Departamentu Technicznego Oddziału Wybrzeże EDF Polska S.A. Instalacja Mokrego Odsiarczania Spalin przyczyni się do znacznej poprawy jakości powietrza, pozwoli też na dotrzymanie norm emisyjnych. Zaostrzone wymogi zaczną obowiązywać z początkiem 2016 roku.

– Start ruchu regulacyjnego IMOS-u w Gdyni przebiegł bezproblemowo. Prace realizujemy zgodnie z harmonogramem. Rozruch „na gorąco” to kolejny etap, obejmujący optymalizację pracy instalacji – powiedział, w chwilę po przełomowym dla realizacji inwestycji momencie, Wojciech Piechnik, dyrektor projektu IMOS EDF w RAFAKO S.A.

Instalacja w Gdyni jest jedną z czterech, jakie RAFAKO S.A. realizuje dla EDF Polska. Pozostałe inwestycje środowiskowe dotyczą odsiarczania w elektrociepłowniach w: Gdańsku, Krakowie i Wrocławiu. Gdyńska jest wśród nich instalacją najmniejszą, a co za tym idzie, bardzo interesującą technologicznie. – Jesteśmy bardzo ciekawi tego, jak ta instalacja zachowa się podczas procesów optymalizacji w trakcie ruchu regulacyjnego. Im mniejsza instalacja, tym zmiany parametrów urządzeń w trakcie pracy zachodzą szybciej – wyjaśnia Roman Cielecki, dyrektor budowy RAFAKO S.A. dla IMOS Gdańsk i Gdynia, który przypomina, że w gdyńskiej elektrociepłowni pracują 3 kotły, wyprodukowane przez RAFAKO S.A. w latach 70-tych. – Realizacja tej inwestycji jest naszym symbolicznym powrotem do Gdyni – dodaje R. Cielecki.

Budowa instalacji odsiarczania była ogromnym przedsięwzięciem logistycznym. Na placu budowy od sierpnia 2013 roku przez 1 mln 500 tys. roboczogodzin pracowało kilkaset osób. Wykorzystano prawie 3500 ton stali zbrojeniowej i konstrukcyjnej, 11 tys. m3 betonu i ok. 120 km kabli. Największy dźwig użyty przy budowie instalacji miał 350 ton udźwigu, a wysokość żurawi sięgała 120 m. To był ogrom pracy i wyzwań, jakim z powodzeniem stawili czoła pracownicy RAFAKO S.A.

Realizacja projektu wymagała dużego doświadczenia i wiedzy, jaką posiadają eksperci z RAFAKO S.A., którzy podobne instalacje z powodzeniem realizują na całym świecie. To także okazja do  zawodowego wdrożenia się dla najzdolniejszych, młodych inżynierów. Justyna Kucharek, specjalista d/s obsługi budowy IMOS Gdynia, która pracowała ramię w ramię z kierownikiem budowy, przyznaje, że bywały dni, w których drzwi biura właściwie się nie zamykały. – Byłam pierwszą osobą, do której przychodzili wszyscy zainteresowani budową. To były setki pytań i szybkich problemów do rozwiązania. To nie była moja pierwsza budowa, ale najważniejsza, bo ta inwestycja nie ma sobie równych w Gdyni – podkreśla młoda inżynier.

Inwestycja takich rozmiarów wiąże się z koniecznością prowadzenia obszernej dokumentacji. – W samym szczycie przychodziło po kilkadziesiąt projektów wykonawczych dziennie. W sumie w biurze budowy mamy ich ok. 340. Do tego dochodzą dokumentacje jakościowe, techniczno – ruchowe i protokoły odbioru. To miliony kartek, którymi trzeba było się zająć – wspomina Karolina Zamiar, specjalista d/s dokumentacji technicznej w biurze budowy IMOS Gdynia. – Młodzież, z którą mamy tu do czynienia jest świetnie przygotowana do pracy, m.in. pod względem technicznym, znajomości języków obcych, jest pełna zapału. Potrzebuje jednak kogoś, kto podzieli się swoim doświadczeniem i poprowadzi. Dla mnie była to ogromna radość towarzyszyć tym młodym inżynierom w początkach ich zawodowej kariery – mówi Roman Cielecki z RAFAKO.

Sukces, jakim niewątpliwe jest pomyślne podanie spalin do instalacji sprawił, że radości z tego faktu towarzyszyła nutka żalu. – Przez cały czas realizacji prac, dzięki kierownictwu i całemu zespołowi panowała tu świetna atmosfera. Teraz będziemy musieli się pożegnać – przyznaje Maria Bartnikowska, która w czasie budowy przyjmowała i rozdzielała dostawy wszystkich elementów instalacji.

Budowę instalacji trzeba było pogodzić z codziennym funkcjonowaniem elektrociepłowni, jak i nie zawsze sprzyjającymi warunkami atmosferycznymi. Wyzwaniem był m. in. silny wiatr, który zwłaszcza tu, w części portowej Gdyni, bywa szczególnie dokuczliwy. – Elementów wielkogabarytowych nie można montować przy silnym wietrze. Ograniczenia podczas prac budowlanych, spowodowane prędkościami wiatru występowały tu częściej, niż na innych obiektach – potwierdza Roman Cielecki.

Nowo powstała instalacja jest z daleka widoczna dla mieszkańców Gdyni i turystów odwiedzających Trójmiasto. Znakiem rozpoznawczym jest 110 metrowy komin, który – tu ciekawostka – montowany był metodą wypychania, a więc górna jego część została zamontowana jako pierwsza. Ekologiczna inwestycja cieszy się sporym zainteresowaniem ze strony mieszkańców, czego dowiodły dni otwarte w Elektrociepłowni Gdynia. – Z naszego zaproszenia w czerwcu skorzystało ponad 500 osób – relacjonuje Krzysztof  Świtlik z EDF Polska S.A.

Zakres prac dla IMOS Gdynia obejmuje realizację „pod klucz” czyli kompleksowe zaprojektowanie, dostawę urządzeń i wyposażenia, budowę i montaż oraz rozruch instalacji oraz  przekazanie jej do eksploatacji. Za rozruch instalacji, podobnie jak w Gdańsku, odpowiedzialna jest firma Energotherm Consulting z Przeźmierowa, koło Poznania. – Są to dla nas kluczowe projekty. Od dłuższego czasu współpracujemy z RAFAKO S.A. na wielu płaszczyznach i bardzo cenimy sobie tę współpracę – mówi Cezary Polski, prezes zarządu firmy Energotherm Consulting.

 

W pozostałych inwestycjach środowiskowych realizowanych w tym portfelu zamówień przez konsorcjum RAFAKO S.A. i PBG S.A. dla EDF Polska w Gdańsku, Krakowie i Wrocławiu także z powodzeniem, w ostatnich dniach lipca, rozpoczęto ruch regulacyjny. Zgodnie z harmonogramem prac, instalacje zostaną oddane do użytku najpóźniej z końcem października. Łączna wartość kontraktu, czyli wszystkich czterech instalacji wynosi 947 mln złotych brutto.

 

Instalacje oczyszczania spalin są jednym z kluczowych elementów obiektów energetycznych, których celem jest ochrona środowiska poprzez ograniczenie emisji do atmosfery szkodliwych substancji, m.in. tlenków siarki, azotu, CO2 i pyłów, które są efektem spalania węgla. RAFAKO S.A. jest doświadczonym projektantem i wytwórcą instalacji odsiarczania, odazotowania i odpylania. W zakresie odsiarczania spalin RAFAKO S.A. oferuje systemy redukcji metodą półsuchą i mokrą w oparciu o własne know-how. Łącznie wybudowało już kilkadziesiąt reaktorów odsiarczania z potwierdzonymi przepływami spalin dla metody mokrej do 2 800 000 mN3/h oraz uzyskiwanymi sprawnościami usuwania SO2 dochodzącymi do 99 proc.

 

Grupa EDF to obecnie największy w Polsce zagraniczny inwestor w sektorze energii elektrycznej i cieplnej oraz jeden z największych w kraju odbiorca węgla. W skład Grupy wchodzą elektrociepłownie w Gdańsku, Gdyni, Krakowie, Wrocławiu, Zielonej Górze, Toruniu oraz Rybniku. EDF w Polsce obecnie posiada 10-procentowy udział w rynku energii elektrycznej oraz 15-procentowy w rynku ciepła sieciowego. Łącznie Grupa zatrudnia blisko 3000 osób.

Poland IT Meeting – Wrocław 24-26 września 2015 roku

Już we wrześniu tego roku Wrocław stanie się stolicą branży IT. Specjaliści z całej Europy i Bliskiego Wschodu przyjadą na Dolny Śląsk, by wziąć udział w Poland IT Meeting – pierwszym wydarzeniu w tej części Europy, którego formuła, pozwalająca na odbycie licznych indywidualnych spotkań pomiędzy uczestnikami z branży, sprzyja budowaniu relacji.Poland IT Meeting

Powodów, by przyjechać do Wrocławia na to spotkanie jest wiele, zwłaszcza, iż jest to pionierskie wydarzenie w branży IT. O jego formule opowiada Rafał Wójcicki, Dyrektor Zarządzający Poland IT Meeting: „Innowacyjność projektu opiera się na odejściu od tradycyjnej formy konferencji, gdzie bierni słuchacze uczestniczą w prelekcjach i długich wykładach. Poprzez specjalną aplikację, nasi uczestnicy mają szansę zorganizować nawet 30 indywidualnych spotkań z obecnymi i potencjalnymi partnerami biznesowymi w półgodzinnych slotach czasowych. Poland IT Meeting ma promować ideę, która już od dłuższego czasu funkcjonuje na Zachodzie: nie ma dobrej współpracy bez solidnego fundamentu, jakim jest pozytywna relacja. Ta zasada przekłada się na wszystkie branże i musimy o niej pamiętać, chcąc efektywnie zarządzać firmą. Ugruntowana relacja może zaowocować wieloletnią współpracą. To naturalne, że chcemy pracować z ludźmi, których znamy.”

Kierownik Działu Marketingu firmy Incom S.A., Magdalena Zając-Krzyżoś dodaje: „Świeża formuła, możliwość spotkania z kluczowymi osobami branży z całej Europy oraz umiejscowienie spotkania w naszym rodzimym Wrocławiu spowodowały, że chętnie zaprosimy do rozmów naszych Partnerów biznesowych oraz osoby, które będą chciały rozpocząć z nami współpracę, korzystając ze świetnie przygotowanego zaplecza organizatorów przedsięwzięcia. Naszą firmę wyróżnia elastyczność, dynamika w działaniu oraz nowatorskie podejście, dzięki któremu kreujemy trendy oraz mamy realny wpływ nie tylko na polski rynek technologiczny. Poland IT Meeting świetnie wpisuje się w nasz sposób działania”.

Zainteresowani uczestnictwem mogą dokonać rejestracji na oficjalnej stronie Poland IT Meeting, na której znajdują się wszystkie niezbędne informacje. „Mamy nadzieję zgromadzić jak największą ilość przedsiębiorstw IT, by pokazać, że nasz rynek jest silny i otwarty na współpracę. To jedyna okazja, by spotkać tak wielu specjalistów najwyższych szczebli z największych firm IT w jednym miejscu.” – podsumowuje Rafał Wójcicki.

Facebook i Twitter pełne komentarzy o SKOK-ach – analiza

SKOK-i od dłuższego czasu są tematem politycznego sporu. Chętnie sprawę komentują także internauci. Tylko od pierwszego lipca w mediach społecznościowych na temat Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych opublikowano 37,4 tys. wzmianek – wynika z raportu przygotowanego przez „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”.

Afera ze Spółdzielczymi Kasami Oszczędnościowo-Kredytowymi trwa od marca, kiedy to podkomisja nadzwyczajna ds. SKOK zwróciła się do Kancelarii Prezydenta o dokumentację dot. wniosku Lecha Kaczyńskiego o zbadanie zgodności z konstytucją ustawy o SKOK-ach. I mimo że od tego zdarzenia minęło już pięć miesięcy, to temat nadal jest przedmiotem żywej dyskusji. W lipcu średnio dziennie na Facebooku i Twitterze pojawiło się ok. tysiąca wzmianek nawiązujących do wspomnianych instytucji.

Liczba wzmianek na Facebooku i Twitterze w których padała fraza SKOK 1 Lipca - 3 sierpnia 2015
Wykres 1. Zmiany w czasie ukazywania się publikacji na Facebooku i Twitterze, w których padała fraza „SKOK” w dniach 1.07-3.08.2015 r.

Zmiany aktywności internautów w obu analizowanych mediach są podobne – wzrost lub spadek liczby wzmianek można zauważyć w tym samym czasie.Jednak znacznie aktywniejsi są użytkownicy portalu Marka Zuckerberga. Na Facebooku opublikowano aż 29,1 tys. materiałów, a dla porównania na Twitterze – 8,3 tys. informacji.

Największa medialność instytucji w social media przypadła na 28 lipca i była związana z konferencją prasową Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, podczas której zaprezentowano wyniki Kasy Stefczyka za 2014 rok. Tylko tego dnia na Facebooku i Twitterze pojawiło się 4,4 tys. materiałów. Kolejny pik odnotowano w ubiegły piątek w związku z wydaniem wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Wyniósł on 3,1 tys. wpisów i komentarzy.

„SKOK” nr 1 na jedynkach*

W ubiegłym tygodniu o Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo-Kredytowych głośno było także na pierwszych stronach dzienników ogólnopolskich. Fraza „SKOK” została najczęściej występującym wyrazem w dniach od 27 lipca do 2 sierpnia. Dziennikarze wymienili wyraz aż 44 razy. W chmurze znalazły się także frazy „kas” oraz „KNF”, które odnotowały po 16 wzmianek.

Chmura wyrazów występujących najczęściej na jedynkach dzienników ogólnopolskich w dniach od 27.07-02.08.2015 r.
Chmura wyrazów występujących najczęściej na jedynkach dzienników ogólnopolskich w dniach od 27.07-02.08.2015 r.

*„Na jedynkach” – to chmura wyrazów najczęściej występujących na pierwszych stronach dzienników ogólnopolskich. Treść chmury odzwierciedla najważniejsze tematy, jakie przetoczyły się przez polskie media w danym tygodniu, a także sposób pisania o nich. Metodologia zakłada pominięcie tak zwanych „common words” – spójników, zaimków i innych słów, które nic nie mówią o tematyce podejmowanej przez media.

W chmurze wzięto pod uwagę treści ze wszystkich wydań danego tygodnia z pierwszych stron „Dziennika Gazety Prawnej”, „Faktu”, „Gazety Polskiej Codziennie”, „Gazety Wyborczej”, „Metra”, „Naszego Dziennika”, „Polski the Times”, „Rzeczpospolitej” i „Super Expressu”.

 

 

Niejednoznaczna sytuacja makro, ale lepsze wyniki spółek

O sytuacji makroekonomicznej na świecie i wynikach spółek giełdowych rozmawiamy z Radosławem Piotrowskim, Zarządzającym Funduszami Globalnymi oraz Robertem Ślepaczukiem, Szefem Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI.

Robert Ślepaczuk Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI
Robert Ślepaczuk Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI
Radosław Piotrowski
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI

Jakie czynniki rzutują obecnie na zachowanie globalnych rynków finansowych?

R.P.: Problem grecki, jako jeden z głównych czynników ryzyka, zszedł chwilowo na dalszy plan. Za to wciąż odczuwalne są skutki chińskiego krachu. Mam wrażenie, że inwestorzy zbyt małą wagę przywiązują do wyników spółek za II kwartał 2015 r., szczególnie na rynkach rozwiniętych – zwłaszcza że inwestując na rynku akcji, „kupujemy” właśnie zyski spółek. Te zaś, jeśli spojrzymy na dotychczas opublikowane dane z USA, Europy i Japonii, są bardzo dobre. Wskaźnik EPS (określający wielkość zysku na jedną akcję) dla 76% amerykańskich spółek, które już opublikowały wyniki, okazał się lepszy od prognozowanego, a jego zagregowany wzrost wyniósł 3% r/r. Gdyby odjąć od tego sektor energetyczny, byłoby to aż 11% r/r. W Europie ok. 63% spółek zaraportowało EPS-y lepsze od spodziewanych, a w ujęciu absolutnym wzrosły one o 5% r/r (bez sektora energetycznego o 7% r/r). Prawdziwą gwiazdą jest jednak Japonia, gdzie wzrost r/r wyniósł aż 25% (choć „tylko” 58% spółek przebiło oczekiwania odnośnie do EPS-ów). Czekamy na publikację pozostałych raportów finansowych, jednak obraz, który wyłania się z dotychczasowych, jest pozytywny.

A jak można ocenić sytuację makroekonomiczną na świecie?

R.Ś.: Pomimo znacznych zawirowań na rynkach akcji i obligacji (wywołanych np. obawami o Grecję i załamaniem w Chinach) sytuacja w światowej gospodarce znacząco się nie zmieniła, choć pewne symptomy wymagają uważniejszej obserwacji. Ostatnie odczyty wskaźników PMI pokazują tendencję wzrostową w krajach strefy euro. Jednak wskaźniki wyprzedzające obliczane przez OECD sugerują, że sytuacja nie jest już taka jasna. Przynajmniej dla połowy krajów zaczynają się one pogarszać po bardzo długim okresie wzrostu. W poprzednich cyklach zwiastowało to możliwość słabszej koniunktury w kolejnych kwartałach. Jeśli jednak spojrzymy na zagregowane indeksy giełdowe z różnych krajów, zauważymy, że hossa na rynkach rozwiniętych trwa już 7 lat. Pewne pogorszenie sytuacji makroekonomicznej jest więc zrozumiałe, jednak nasze systemy nie generują jeszcze sygnałów odwrócenia trendu.

Czy ostatnie dane z amerykańskiej gospodarki zmieniają Państwa nastawienie do rynku w USA?

R.P.: Wzrost amerykańskiego PKB w II kwartale 2015 r. w tempie 2,3% okazał się nieco gorszy od oczekiwanego (2,5%), ale z kolei in plus zrewidowano odczyt za I kwartał (z -0,2% do +0,6%). Inflacja bazowa była wyższa, niż się spodziewano. Dane te zwiększają prawdopodobieństwo zacieśniania przez Fed polityki pieniężnej już od września. Reakcja rynków na to wydarzenie pozostaje dużą niewiadomą (ostatni raz z podwyżką stóp procentowych mieliśmy do czynienia ponad 9 lat temu). Scenariusz podwyżki byłby zgodny z naszymi dotychczasowymi prognozami dla USA.

Nieruchomości na południu Europy wciąż tanieją

Spadki cen nieruchomości, to sytuacja, do której przyzwyczaiły już kraje basenu Morza Śródziemnego. We Włoszech dach nad głową można dziś kupić w cenie o 20% niższej niż przed kryzysem, w Hiszpanii przecena sięgnęła 35%, a w pogrążonej w kryzysie Grecji aż 40% – wynika z danych lokalnych urzędów statystycznych oraz Centralnego Banku Grecji.

CENY NIERUCHOMOŚCI NA ŚWIECIE: Grecja, Hiszpania, Włochy

Grecja:-4,2% (r/r) Hiszpania: 1,5% (r/r) Włochy:-2,9% (r/r)

Co to oznacza w praktyce? Za metr mieszkania w Atenach trzeba płacić około 2-3 tys. euro, w Rzymie czy Wenecji jest to bliżej 3-4 tys. euro za m kw., a w całej Hiszpanii za metr trzeba płacić poniżej 1,5 tys. euro. Oczywiście w większych miastach typu Barcelona czy Madryt średnia jest przynajmniej dwukrotnie wyższa.

LICZBA TYGODNIA:

25,3%

taka część Polaków przyznaje, że w posiadanym domu lub mieszkaniu nie znajduje ukojenia podczas upałów – wynika z danych Eurostatu

Warto zaznaczyć, że nie wszędzie sytuacja na rynku nieruchomości jest równie beznadziejna. W tej kwestii prym wiedzie Grecja, gdzie większość obserwatorów spodziewa się dalszych obniżek cen. Jeszcze niedawno, gdy widmo Grexitu było znacznie bliższe niż dziś, spodziewano się nawet dalszej 50-proc. przeceny. Dziś prognozy dotyczące rozwoju sytuacji w Grecji są bardziej zachowawcze, choć wciąż obserwatorzy rynkowi spodziewają się dalszych dwucyfrowych spadków.

Znacznie lepiej sytuacja wygląda we Włoszech i Hiszpanii. W tym drugim kraju niektóre źródła danych wskazują nawet na mające już zachodzić podwyżki cen, ale dotyczą one raczej tylko niektórych – najbardziej popularnych – lokalizacji.

Firmy doradcze ochoczo ferują wyroki na temat przyszłości wspomnianych krajów. Na przykład Standard & Poor sugeruje, że już w 2016 roku powinien nastąpić 2-proc. wzrost cen nieruchomości w Hiszpanii. Wydaje się to bardzo optymistyczną prognozą w kontekście prognozy firmy TINSA, w której wynika, że dopiero w 2017 roku z hiszpańskiego rynku zniknie nadpodaż niesprzedanych przez deweloperów mieszkań. Dziś ich liczba wciąż jest szacowana na ponad 500 tysięcy.

Dla Włoch prognozę przygotowała firma Nosima. Z tych przewidywań wynika, że po 2-proc. przecenie w bieżącym roku na włoski rynek wrócą wzrosty. Nieruchomości mają tam zyskiwać na wartości około 1% w 2016 roku i 2% w roku kolejnym.

TAURON Fotowoltaika

Od lipca TAURON uruchomił nową ofertę „TAURON Fotowoltaika” skierowaną do prosumentów, czyli klientów indywidualnych, którzy wytwarzają energię elektryczną na własne potrzeby, a jej nadwyżkę oddają do sieci energetycznej.

Ireneusz Perkowski, prezes zarządu TAURON Sprzedaż
Ireneusz Perkowski, prezes zarządu TAURON Sprzedaż

– Podstawowym założeniem związanym z przygotowaniem oferty „TAURON Fotowoltaika” było opracowanie takich mechanizmów, które zapewnią klientowi gwarancję bezpieczeństwa, optymalnie dobranych parametrów i wysokiej wydajności energetycznej systemu. Z tego powodu projekt elektryczny instalacji fotowoltaicznej będzie sprawdzony przez niezależną instytucję badawczą – Platformę Fotowoltaiki Politechniki Warszawskiej – podkreśla Ireneusz Perkowski, prezes zarządu TAURON Sprzedaż.

Zachętą do skorzystania z oferty „TAURON Fotowoltaika” jest też fakt, że to propozycja usługi kompleksowej. Prosument może liczyć na doradztwo, przygotowanie projektu oraz dostawę i montaż kompletnego systemu fotowoltaicznego, który składa się z paneli słonecznych, konstrukcji mocującej oraz niezbędnego osprzętu. Przy tej ofercie TAURON współpracuje z firmami: Hymon Energy, Soleo PV oraz Solsum.

– Zgłoszenia od klientów indywidualnych, którzy chcą zainstalować panele słoneczne, napływają do nas już od pierwszych dni lipca, czyli od momentu uruchomienia oferty. To potwierdza słuszność naszej decyzji o wprowadzeniu tego typu produktów – informuje Ireneusz Perkowski. – Planujemy nie tylko umacniać naszą obecność na rynku fotowoltaicznym, ale również kontynuować działania zmierzające do podnoszenia świadomości ekologicznej naszych klientów- dodaje.

Wzrosty na CHF/PLN

Piątek minął stabilnie dla polskiego złotego. Słabsze od oczekiwań dane z amerykańskiej gospodarki wpłynęły na wycenę głównej pary walutowej EUR/USD, która w piątek po południu wyskoczyła do poziomu 1,11 USD, po czym nastąpił powrót do poprzednich poziomów. Dzisiejszy dzień eurodolar rozpoczyna poniżej poziomu 1,10 USD, co w kwotowaniu do polskiego złotego oznacza 3,77 zł za USD/PLN. EUR/PLN rozpoczyna tydzień z poziomu 4,14 zł, frank szwajcarski 3,90 zł, natomiast funt brytyjski 5,89 zł.

Marcin Rogalski - dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Marcin Rogalski – dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Pod koniec zeszłego tygodnia dane z amerykańskiego rynku pracy, rozczarowały inwestorów i wpłynęły na kilkugodzinne zaniżenie wyceny dolara amerykańskiego. Kwartalny indeks kosztów zatrudnienia, który informuje o kosztach pracy okazał się niższy od oczekiwań (odczyt: 0,2%, oczekiwano: 0,6%, poprzednio: 0,7%).

Warto wiedzieć, że chociaż często inwestorzy pomijają ten wskaźnik, Rezerwa Federalna traktuje go bardzo poważnie, co dało się zaobserwować na wykresach dolara amerykańskiego. Gorsze od oczekiwań dane z amerykańskiego rynku pracy oddalają wyczekiwaną podwyżkę stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, czego następstwo można było zaobserwować w piątek. Późniejsze dane z USA były już bardziej optymistyczne. Indeks Chicago PMI wyniósł 54,7 pkt, a więc wyżej od oczekiwań (50,5 pkt).

Szwajcarski Bank Centralny podał informację, że w następstwie aprecjacji franka w pierwszym półroczu, wycena aktywów zagranicznych, będąca w posiadaniu banku spadła o ponad 47 mld CHF. Informacja ta zachęciła inwestorów do zajmowania pozycji długich na franku, z nadzieją, że w obliczu i tak już wysokich kosztów, bank centralny Szwajcarii zaniecha interwencji osłabiających szwajcarską walutę.

Wszystko wskazuje na to, że powyższą informację należy traktować jako pretekst do chwilowego umocnienia CHF. W dłuższej perspektywie frank szwajcarski wydaje się zbyt przewartościowany w wycenie do polskiego złotego, co powinno przełożyć się na spadek kursu CHF/PLN w najbliższych miesiącach, co z pewnością ucieszy osoby posiadające kredyt w tej walucie.

Po raz piąty w tym roku Centralny Bank Rosji obniżył stopy procentowe. Od dzisiaj podstawowa stopa procentowa w Rosji wynosi 11%, obniżka wyniosła 0,5 p.p. Od początku roku CBR obniżył poziom głównej stopy o 6 p.p. (z poziomu 17% na początku tego roku).

W dniu dzisiejszym poznamy serię wskaźników PMI. Poznaliśmy już wskaźnik dla Hiszpanii, i Szwajcarii. Wskaźnik dla Hiszpanii wyniósł 53,6 pkt (oczekiwano: 54,3 pkt), natomiast dla Szwajcarii 48,7 pkt przy oczekiwaniach na poziomie 50,7 pkt.

EUR/PLNKomentarz walutowy 03.08.2015
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 03.05.2015 do 03.08.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Po ostatnich ruchach w dół formacja ta jest znacznie szersza. Kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1000 – 4,1050, gdzie w ostatnich dwóch miesiącach znajdowały się ważne minima a obecnie przebiega dolne ograniczenie nowego trendu.

CHF/PLNKomentarz walutowy 03.08.2015
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 04.05.2015 do 03.08.2015

Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy, z którego doszło do wybicia w dół. Ku uciesze kredytobiorców można już mówić o trendzie spadkowym. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9200, kolejnym ważnym poziomem jest 3.8450.

USD/PLNKomentarz walutowy 03.08.2015
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 03.05.2015 do 03.08.2015

Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wybił się dołem z kanału wzrostowego. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Kolejnym wsparciem po wybiciu są minima na 3,7100.

GBP/PLNKomentarz walutowy 03.08.2015
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 04.05.2015 do 03.08.2015

Kurs GBP/PLN wybił się dołem z kanału wzrostowego Oporem dla ewentualnych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9400. W przypadków dalszych spadków najbliższym wsparciem jest Ostatnie minimum lokalne na 5,7700.

Marcin Rogalski – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Marcin Giżycki Prezesem ING Securities S.A.

0

Rada Nadzorcza ING Securities S.A. podjęła decyzję o zmianach w składzie zarządu spółki. 1 sierpnia 2015 roku stanowisko Prezesa Zarządu obejmie Marcin Giżycki, Członek Zarządu Domu Maklerskiego ING. Marek Słomski, dotychczas piastujący tę funkcję, obejmie stanowisko Członka Zarządu spółki.

Marcin Giżycki, dotychczasowy Członek Zarządu ING Securities, związany jest z ING od początku swojej kariery zawodowej. Od 1998 roku pracuje w Centrali ING Banku Śląskiego w Katowicach, kolejno zajmując stanowiska specjalisty od zarządzania siecią, managera, a następnie dyrektora w obszarze sprzedaży i zarządzania siecią detaliczną. W 2006 roku objął stanowisko Dyrektora Banku odpowiedzialnego za część Pionu Bankowości Detalicznej. W styczniu 2015 roku został powołany na Członka Zarządu ING Securities odpowiedzialnego za obszar detaliczny.

Marek Słomski, prezes ING Securities S.A. od 1996 roku (dawniej Domu Maklerskiego Banku Śląskiego S.A.), obejmie stanowisko Członka Zarządu spółki 1 sierpnia 2015 roku. Marek Słomski od 1992 roku jest związany z Bankiem Śląskim, gdzie najpierw pełnił funkcję Dyrektora Oddziału Banku w Zawierciu, a od 1994 roku Dyrektora Domu Maklerskiego. W przeszłości członek wielu rad nadzorczych. Przedstawiciel Akcjonariuszy Członków Giełdy w Radzie Giełdy.

Internet rzeczy zdominuje nasze życie?

Do końca tego roku będzie na świecie ok. 9 mld urządzeń podłączonych do internetu. Za pięć lat liczba ta wzrośnie do 30 mld – w każdym domu znajdzie się średnio 500 przedmiotów łączących się z siecią. I nie chodzi tu tylko o komputery czy smartfony. Dzięki rozwojowi internetu rzeczy dostęp do niej uzyskają też pralki, lodówki czy też suszarki.

„Internet rzeczy to miliony czy miliardy »inteligentnych« urządzeń, które łączą się między sobą i z internetem w sposób automatyczny, bez ingerencji człowieka” – mówi serwisowi infoWire.pl Krzysztof Janicki z firmy Intel. Rozwój tej gałęzi technologii w dużej mierze jest spowodowany ciągłą miniaturyzacją elektroniki, która może być wykorzystywana w coraz to nowszych przedmiotach, chociażby wearables, czyli „inteligentnych” zegarkach, bransoletkach, okularach czy fragmentach odzieży.

Obecnie przedmioty te znajdują zastosowanie między innymi w sporcie oraz medycynie. „Na przykład osoby z chorobą Parkinsona używają wearables do ciągłego monitorowania swojego stanu zdrowia i zbierania informacji. Później są one przetwarzane przez wielkie centra danych, wielkie systemy analityczne i big data z nadzieją na to, że kiedyś zrozumiemy przyczyny tej choroby i znajdziemy jakieś sensowne metody leczenia” – informuje ekspert.

Również większość sprzętu RTV i AGD już niedługo będzie można podłączyć do sieci, co zapewni nam wiele ułatwień. Dla przykładu lodówka określi, jakich produktów spożywczych w niej brakuje, a następnie sama je zamówi. Pytanie tylko, czy kroku rozwojowi internetu rzeczy dotrzyma rozwój systemów bezpieczeństwa…

D. Sierakowska (DM BOŚ): Cena złota może spaść do 1000 dolarów za uncję. Ten rok może być okresem okazji na tym rynku

Dorota Sierakowska

Notowania złota będą dalej spadać, niewykluczone nawet, że zostanie pokonana psychologiczna bariera 1000 dol. za uncję. Kupowanie złota w obecnej sytuacji rozchwianych cen jest dość ryzykowne, ale przy uważnym śledzeniu rynku może to właśnie być okazja do zakupów.

Obecnie mamy do czynienia z dojściem do ważnych poziomów technicznego wsparcia. Mamy poziom 1089 dol. za uncję. Jeżeli zostanie on pokonany, a przy silnym dolarze jest to realistyczny scenariusz, to kolejnymi barierami są poziom 1033 dol. i poziom psychologiczny 1000 dol. za uncję – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dorota Sierakowska, analityk rynków surowcowych z Domu Maklerskiego BOŚ.

Przyczyną spadków cen złota było umocnienie się amerykańskiego dolara. Obecnie także istnieje duże prawdopodobieństwo, że notowania złota będą nadal spadać. Spadki ceny złota nie powinny być jednak traktowane jako okazja do zakupów, zwłaszcza w przypadku niedoświadczonych inwestorów.

– Obecnie rynek złota jest bardzo rozchwiany, dlatego kupowanie teraz złota jest dość ryzykowną opcją – ostrzega Dorota Sierakowska. – Jeśli ktoś interesuje się tym rynkiem, to powinien jednak śledzić wydarzenia, ponieważ ten rok rzeczywiście może być okresem bardzo dobrych okazji inwestycyjnych na tym rynku – dodaje.

Oprócz dolara na niskie notowania złota mają też wpływ inne czynniki, takie jak brak popytu ze strony azjatyckich konsumentów. Jak mówi Sierakowska, Chiny i Indie są ważnymi odbiorcami kruszcu, generują bardzo duży popyt na złoto, zwłaszcza złoto w formie fizycznej,  mówimy tu o sztabkach, monetach i biżuterii. W tym roku popyt w obu tych krajach jest jednak bardzo słaby.

Chińczycy bardzo mocno sparzyli się na zakupach złota w 2013 roku, kiedy widzieliśmy właśnie takie dwie bardzo silne przeceny. Wtedy Chińczycy kupowali złoto i okazało się, że mimo wszystko była to nietrafiona inwestycja, więc teraz patrzą na ten rynek z dystansem. Natomiast w Indiach przyczyną takiego rozczarowującego popytu jest przede wszystkim wysokie cło na import złota wprowadzone w 2012 roku i utrzymane do dzisiaj, które skutecznie tłumi tamtejszy popyt – mówi Sierakowska.

Dodaje również, że popyt na złoto w Indiach może wzrosnąć jesienią, która jest w tym kraju sezonem ślubów. Złoto jest w tym czasie chętnie kupowane na prezent lub jako lokata kapitału.

D. Winek (BGŻ BNP Paribas): trudna sytuacja polskiego sektora rolno-spożywczego. Najgorzej jest w przypadku przetwórców jabłek oraz producentów mleka

Dariusz Winek

Negatywne tendencje rynkowe odbijają się na kondycji sektora rolno-spożywczego. Przychody większości sektorów spadły w ciągu roku o kilkanaście procent. Najgorzej jest w segmencie przetwórstwa jabłek oraz na rynku mleka. Dariusz Winek, ekspert ds. rynków rolnych, przewiduje, że II półrocze przyniesie stopniową poprawę. Pozytywny trend już widoczny jest w handlu zagranicznym. Wielkość eksportu produktów rolno-spożywczych od stycznia do maja wzrosła o 6,8 proc.

– W tej chwili wydaje się, że kluczowym czynnikiem oprócz embarga są ogólne negatywne tendencje, które występowały w 2014 roku, w szczególności w II półroczu 2014 roku, które doprowadziły do spadków cen – mówi Dariusz Winek, dyrektor departamentu analiz ekonomicznych, sektorowych i rynków rolnych Banku BGŻ BNP Paribas.

Negatywny sentyment na rynku sprawił, że aktualna sytuacja przetwórców i producentów rolno-spożywczych jest gorsza niż przed rokiem. Ekspert wskazuje na spadek przychodów rzędu kilkunastu procent w przypadku większości sektorów. Najgorzej jest w obszarze przetwórstwa jabłek. Pod koniec ubiegłego roku cena litra zagęszczonego soku spadła na europejskich rynkach poniżej 0,60 euro/kg. Na początku 2014 roku było to 1,00-1,10 euro/kg (spadek o ponad 40 proc.).

– Jeśli mówimy ogólnie o wynikach w handlu zagranicznym, to są one bardzo pozytywne. Rok 2014 zamknął się na plusie z blisko 5-proc. wzrostem eksportu w ujęciu wartościowym w euro – informuje dyrektor Winek.

W pierwszych pięciu miesiącach 2015 roku wartość eksportu produktów rolno-spożywczych ogółem wzrosła o 6,8 proc. do niemal 39 mld zł (dane GUS). Wielkość eksportu towarów rolno-spożywczych w 2014 roku osiągnęła wartość 21,3 mld euro, czyli ponad 82 mld zł i była wyższa od tej z 2013 roku o 4,6 proc. Tegoroczne prognozy zakładają przekroczenie granicy 23 mld euro (wzrost o prawie 8 proc.).

– Wydaje się więc, że mamy do czynienia z sytuacją stopniowej odbudowy eksportu, co oczywiście jest konsekwencją intensywnych działań przedsiębiorców i poszukiwania nowych rynków zbytu – ocenia analityk Banku BGŻ BNP Paribas.

Rozmówca Newserii Inwestor liczny na poprawę sytuacji w branży rolno-spożywczej w perspektywie II półrocza bieżącego roku. W opinii Dariusza Winka przeciętne ceny towarów powinny być wyższe niż w I połowie roku.

– Najtrudniejsza chyba sytuacja, czy najmniejsze perspektywy tej poprawy, może dotyczyć właśnie rynku jabłek oraz ewentualnie producentów mleka – komentuje.

Mimo wzrostów na początku roku cena zagęszczonego soku jabłkowego nadal jest o ponad 20 proc. niższa niż w tym samym okresie rok wcześniej. Równie duże spadki dotyczą rynku mleka. Obecna cena 1 litra w skupie to średnio 1,11 zł. Przed rokiem było to ponad 1,30 zł/litr.

– Systematyczna nadprodukcja mleka w tej chwili już na terenie Unii Europejskiej czy w Polsce może prowadzić właśnie do tego, że ta podaż nadal będzie bardzo wysoka, a możliwości konsumpcji niekoniecznie – wyjaśnia ekspert.

Za spadek rynkowej ceny mleka w dużym stopniu odpowiada zniesienie kwot mlecznych przez Unię Europejską w kwietniu bieżącego roku. Krajów członkowskich nie obowiązują już limity produkcji, co wpływa na wzrost podaży.

Spółka Heart chce sprzedawać urządzenia do oceny poziomu bólu także za granicą. Szuka odbiorców w Izraelu, Stanach Zjednoczonych i Niemczech

Michał Uherek

Innowacyjne systemy oceny bólu pozwalające ograniczyć błędy człowieka spółka Heart chce sprzedawać także za granicą. Obecnie firma prowadzi rozmowy w Izraelu, ale zainteresowana jest także wejściem do Stanów Zjednoczonych oraz na rynek niemiecki. System może być stosowany na terenie placówek medycznych. Celem pomiarów jest m.in. zwiększenie skuteczności leczenia.

W przypadku systemu do oceny bólu jesteśmy w dosyć ciekawym momencie, ponieważ okazało się, że podobnych rozwiązań na rynku po prostu nie ma – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Uherek, wiceprezes produkującej nowoczesne urządzenia medyczne spółki Heart. – Są, oczywiście, metody tradycyjne. Ale wiążą się z różnymi rodzajami błędów możliwych do popełnienia.

Obecne sposoby, jak zauważa Michał Uherek, oparte są najczęściej na stosowanych od dziesięcioleci narzędziach papierowych i przenoszeniu spisanych danych do komputera. Polegają na przeprowadzeniu wywiadu i ręcznym zapisaniu wyników. Ten system może zawieść, gdy pielęgniarka źle usłyszy lub źle zapisze.

My też nie staramy się zmieniać standardów na świecie, chcemy je spełniać, dając tylko możliwość skorzystania z nowoczesnej technologii – tłumaczy Michał Uherek. – Zamiast kartek i długopisów proponujemy urządzenie, system informatyczny.

Pain Assessment System (z ang. system oceny bólu, w skrócie PAS) może być używany na terenie placówki medycznej. Celem pomiarów jest ustalenie stopnia nasilenia bólu oraz zwiększenie skuteczności leczenia. System umożliwia także pracę na danych statystycznych, generowanie wykresów oraz równoległe porównywanie trendów. Poprzez cyfryzację danych pozwala na automatyzację procedur związanych z bólem.

Od początku zastanawialiśmy się nad tym, jak przygotować produkt, który byłby przydatny zarówno na rynku polskim, jak i zagranicznym – tłumaczy Michał Uherek. – W rezultacie zarówno LifeSticker, czyli system kompleksowego monitoringu fizjologicznego w czasie rzeczywistym, jak i PAS są wyrobami nadającymi się do wdrożenia w placówkach zagranicznych. Staramy się jednak na początku skoncentrować na własnym ogródku, czyli Polsce.

Heart jest młodą, istniejącą zaledwie od dwóch lat spółką. Firma rozpoczynała działalność, jak informuje wiceprezes Uherek, na rynku lokalnym, we Wrocławiu i Dolnym Śląsku, obecnie oferuje rozwiązania w całej Polsce.

Młodej spółce z nowymi produktami bardzo trudno zaistnieć w branży medycznej – wskazuje wiceprezes Uherek. – Tak naprawdę zostaliśmy założeni w styczniu zeszłego roku, ale jesteśmy widoczni dopiero od mniej więcej dwóch miesięcy. Od czerwca br. prowadzimy działania handlowe, pokazujemy nasze wyroby i eksponujemy się na rynku.

Obecnie spółka prowadzi prace mające na celu wypromowanie i sprzedaż swoich urządzeń medycznych za granicą.

Niedawno byliśmy w Izraelu, gdzie prowadziliśmy rozmowy z wieloma dystrybutorami i widzimy, że nasze założenia nie były błędne – zauważa Michał Uherek. – PAS ma wartość, ma zdolność do dystrybucji poza granicami kraju. Duże nadzieje wiążemy z rynkami w Stanach Zjednoczonych oraz Niemczech.

Heart jest producentem specjalistycznych urządzeń medycznych oraz oprogramowania do nich. Aparaty spółki łączą rozwiązania z zakresu medycyny, inżynierii biomedycznej, elektroniki i nowych technologii informatycznych.

Jest szansa na niższe ceny książek. Ustawa o książce ma poszerzyć ofertę i zapobiec upadaniu autorskich księgarni i małych wydawnictw

Grzegorz Kasdepke

Sejm wkrótce zajmie się projektem ustawy o książce. Zdaniem zwolenników nowe przepisy uzdrowią sytuację na polskim rynku wydawniczym – zapewnią szerszą ofertę, zapobiegną upadaniu autorskich księgarni i małych wydawnictw oraz ukrócą wojny cenowe. Regulacja ta ma także przyczynić się do spadku cen. Ustawę popiera wielu pisarzy i ludzi kultury, m.in. Grzegorz Kasdepke, autor publikacji dla dzieci, który określa ją mianem penicyliny dla rynku książki. 

5 sierpnia w sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu odbędzie się pierwsze czytanie projektu ustawy o książce. Projekt Polskiej Izby Książki przewiduje wprowadzenie stałej ceny na nowości książkowe, która będzie obowiązywała przez 12 miesięcy niezależnie od miejsca zakupu. Rozwiązania te mają ukrócić wojny cenowe toczące się pomiędzy największymi graczami na tym rynku oraz uratować od upadku małe księgarnie, które nie wytrzymują konkurencji cenowej z dużymi sieciami.

Zwolennicy projektu ustawy przekonują, że jej wprowadzenie przyniesie realne korzyści czytelnikom – ceny książek spadną. Obecnie są one bowiem sztucznie zawyżane, aby można było już w momencie debiutu na księgarskich półkach oferować je z 20 czy 30-proc. rabatem cenowym.

Nikt nie żąda, żeby nowy krój marynarki, który pojawia się w sklepach, był od razu sprzedawany w tańszej cenie, ale pojawiają się żądania, żeby książki, które pojawiają się na rynku księgarskim, już w dniu wydania były tańsze. Te zmiany nie są duże, za to są bardzo ważne – to jest zastrzyk penicyliny dla rynku księgarskiego i wydawniczego, który jest trochę chory, o czym nie wszyscy wiedzą – mówi Grzegorz Kasdepke.

Ustawa ma także poprawić dostęp do kultury poprzez zagwarantowanie szerszej oferty wydawniczej. Obecnie wielu wydawcom nie opłaca się wydawać literatury ambitnej – zdaniem ekspertów z Polskiej Izby Książki w ten sposób na polskim rynku nie ukazuje się wiele wartościowych nowości ze światowej literatury. Dzięki ustawie wydawcy będą mogli przeznaczyć więcej pieniędzy na wydawanie książek z wyższej półki.

Ustawa ma też przynieść korzyści autorom – będą mieli jasną sytuację w rozliczaniu się z wydawcami.

W tej chwili wydawca jest zmuszany przez sieci dystrybutorskie do obniżania cen książek. Nie zawsze jesteśmy stroną w rozmowach na temat naszych honorariów i w zasadzie mamy do czynienia z czymś w rodzaju wolnej partyzantki. Jesteśmy informowani przez wydawcę o tym, ile dostaniemy, być może, jeżeli uda się wynegocjować korzystne warunki przez wydawcę w rozmowach z sieciami. To idiotyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Grzegorz Kasdepke, popularny autor książek dla dzieci i młodzieży.

Projekt ustawy o książce budzi wiele obaw. Jego przeciwnicy uważają, że to ochrona interesów wydawców, a rozwiązanie przyczyni się do wzrostu cen książek. Grzegorz Kasdepke uważa, że kontrowersje są wynikiem niedostatecznej wiedzy na temat zmian, jakie przyniesie ustawa.

Myślę, że wszyscy ulegliśmy radości myśliwego, który poluje na osłabione, przecenione okazy. Bardzo się boimy, że ustawa zajrzy nam zbyt głęboko do kieszeni i że trochę je wydrenuje. Trzeba podkreślać, że ustawa jest lekarstwem, które uzdrowi rynek i spowoduje, że książki będą kiedyś tańsze. Pewnie nie od razu, ale one będą tańsze – mówi Grzegorz Kasdepke.

Projekt ustawy popierają pisarze, m.in. tacy jak Sylwia Chutnik, Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Ignacy Karpowicz, Zygmunt Miłoszewski, Magdalena Parys, Vincent V. Severski, Olga Tokarczuk oraz ludzie kultury, m.in. prof. Jerzy Bralczyk i Krystyna Janda. Za wprowadzeniem ustawy jest również wielu księgarzy oraz wiele wydawnictw, m.in. Sonia Draga, Prószyński i S-ka, Muza.

W I półroczu do prezesa UKE wpłynęło ponad 4,2 tys. wniosków o interwencję lub mediację. Większość rozpatrzono na korzyść konsumentów

0

Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej

W ostatnich dwóch latach liczba wniosków składanych przez konsumentów do prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej utrzymuje się mniej więcej na tym samym poziomie. W pierwszej połowie 2015 roku wpłynęło ponad 4,2 tys. pism z prośbą o interwencję lub mediację. Najczęściej konsumenci narzekają na wprowadzenie w błąd przez przedstawiciela handlowego lub niedotrzymanie warunków umowy.

Polityka prokonsumencka to jeden z filarów działalności prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Odpowiadamy za cały rynek telekomunikacyjny i pocztowy. Nie tylko kontrolujemy przedsiębiorców, lecz przede wszystkim dbamy o poszanowanie przez przedsiębiorców telekomunikacyjnych prawa i zasad dobrego obrotu gospodarczego z konsumentami – mówi agencji Newseria Biznes Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Tylko w I połowie 2015 roku do prezesa UKE wpłynęło ponad 4,2 tys. wniosków o pomoc. Abonenci usług telekomunikacyjnych złożyli łącznie 2884 wnioski z prośbą o interwencję, z których 83,81 proc. zakończyło się rozstrzygnięciem pozytywnym dla konsumentów.

Interwencja to działanie w sytuacji, kiedy pojawia się problem na rynku telekomunikacyjnym lub indywidualny problem do rozwiązania pomiędzy dostawcą a użytkownikiem. Konsumenci skarżą się na nieuczciwość działania przedstawicieli handlowych lub na wysokość faktur – wyjaśnia Magdalena Gaj. – Liczba wniosków wskazuje, że przedsiębiorcy nie do końca umieją zadbać o konsumenta i te interwencje są potrzebne.

Oprócz wniosków o interwencję do UKE wpłynęło także ponad 1370 wniosków o mediację z dostawcą usług telekomunikacyjnych. W tym przypadku 66,41 proc. z nich zakończyło się zawarciem ugody. Postępowanie mediacyjne ma na celu doprowadzenie do polubownego zakończenia sporu pomiędzy konsumentem a dostawcą usług telekomunikacyjnych. Prezes UKE pełni rolę pośrednika, który pomaga w zawarciu ugody między stronami.

W 2014 roku sumarycznie odzyskaliśmy na rzecz konsumentów ok. 1,5 mln zł. Chciałabym, żeby w tym roku ta kwota zmalała, ale z tego powodu, że przedsiębiorcy telekomunikacyjni coraz bardziej profesjonalnie i odpowiedzialnie będą traktować konsumentów, a konsumenci nie będą musieli się z nimi spierać i prosić o pomoc prezesa UKE – mówi Magdalena Gaj.

Najczęstszym problemem, który sygnalizują konsumenci, jest wprowadzenie w błąd przez przedstawiciela handlowego. Innym jest niedotrzymanie warunków umowy np. przy jej przedłużeniu na kolejny okres. Konsumenci często mają zastrzeżenia do jakości świadczonych usług, np. niższej niż deklarowana w umowie prędkość transmisji danych czy niesunięcia w terminie awarii. Skargi dotyczą też braku możliwości skontaktowania się z operatorem.

W pierwszym półroczu bieżącego roku do UKE trafiło też niemal 1100 zapytań od konsumentów z prośbą o indywidualną opinię na temat obowiązujących przepisów prawa czy innego typu problemów.

Konsumenci mogą zadzwonić do urzędu i zapytać o radę, o to, jak należy interpretować dany przepis czy dany zapis regulaminu, co jest dla nich bardziej korzystne, a co mniej. Takich porad udzielamy – mówi prezes UKE.

Magdalena Gaj wyjaśnia, że tak duża liczba wniosków z prośbą o interwencję bądź mediację ze strony prezesa UKE wcale nie musi świadczyć o spadku jakości usług świadczonych przez operatorów. Jest to raczej związane ze wzrostem świadomości posiadanych przez konsumentów praw oraz wiedzą na temat instytucji chroniących ich interesy.

Innym naszym działaniem prokonsumenckim jest cały system certyfikacyjny. Mamy certyfikaty dla dostawców, którzy wykazują się przyjazną polityką i ofertą skierowaną do najmłodszych, czyli „Bezpieczny Internet” i „Junior”, a także dla osób starszych, czyli certyfikat „Senior”. Nadajemy także certyfikat „Przeglądarka Cenowa” oraz „Przyjaźni Niepełnosprawnym”. Staramy się wskazać konsumentom, które internetowe porównywarki ofert są najbardziej wiarygodne – mówi Magdalena Gaj. – Pokazanie konsumentom ofert, które są certyfikowane przez prezesa UKE, ułatwia im podjęcie decyzji, bo to są oferty przez nas przebadane, które spełniają określone kryteria bezpieczeństwa i są dostosowane do poszczególnych grup.

Sprzedaż komputerów w Polsce o 2 proc. wyższa. Liderem rynku pozostaje Lenovo, które zamierza też zdobyć rynek smartfonów

Andrzej Sowiński, dyrektor generalny Lenovo w Polsce

Krajowy rynek komputerów jak dotąd opiera się obserwowanemu na świecie spadkowi. W ostatnim kwartale zanotował 2-proc. wzrost sprzedaży. Lenovo – obecne w Polsce od 10 lat – ma ponad 35-proc. udział w tym rynku i chce wzmacniać swój udział w kategorii komputerów stacjonarnych. Tym bardziej że klienci coraz chętniej sięgają po urządzenia All-in-One umożliwiające prace w różnych trybach. Jednocześnie spółka duży nacisk kładzie na najszybciej rosnący segment, czyli urządzenia mobilne.

Ostatnie 10 lat w branży IT to olbrzymie zmiany – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Sowiński, dyrektor generalny Lenovo w Polsce. – Pamiętam pierwsze komputery stacjonarne. Dziś rynek w zdecydowanej większości jest mobilny: coraz mniejsze urządzenia, coraz dłużej pracujące zdalnie, na bateriach. Postępuje miniaturyzacja i chmura. To zupełnie inny świat.

Jak wynika z danych zajmującej się analizą rynku IT firmy International Data Corporation (IDC), w drugim kwartale br. sprzedano na świecie ok. 66 mln komputerów osobistych, aż o 11,8 proc. mniej niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Spadki odnotowali niemal wszyscy najwięksi producenci.

Ogólne prognozy dotyczące rynku komputerów osobistych nie są zbyt optymistyczne – wskazuje Andrzej Sowiński. – Mówią o tym, że rynek raczej nie będzie rósł, może nawet odnotuje spadki. Jestem jednak pozytywnie nastawiony. Polska jako jeden z nielicznych krajów w Europie, który w ostatnich kwartałach zanotował nieznaczny, ale jednak wzrost sprzedaży komputerów. To dobra prognoza na przyszłość.

IDC wskazuje, że Polska, Czechy i Rumunia to trzy kraje, które w 2014 roku odnotowały wzrost sprzedaży PC. Ich szacowana dynamika wyniosła odpowiednio 8, 19 oraz 24,5 proc. Według autorów opracowania progres wynikał m.in. z modernizacji sprzętów związanej z zakończeniem wsparcia technicznego dla wycofywanego z użytku środowiska Windows XP. Nie znaczy to jednak, że wprowadzenie na rynek nowego systemu Windows 10 automatycznie spowoduje podobną wymianę.

Nadal będzie zwrócony ku urządzeniom mobilny, a w kategorii urządzeń stacjonarnych coraz więcej sprzedaży będzie generował segment All-in-One [urządzenia konwertowalne, umożliwiające pracę w różnych trybach – red.] – uważa Sowiński. – Co ciekawe, na polskim rynku również bardzo dynamicznie rozwija się sektor gamingowy, czyli komputery i urządzenia peryferyjne przeznaczone dla graczy – zarówno przenośne, jak i stacjonarne. W swojej ofercie mamy teraz wyłącznie te przenośne, ale planujemy nowości również dla graczy w kategorii komputerów stacjonarnych.

Lenovo jest liderem na polskim rynku komputerów osobistych. W ostatnim raportowanym kwartale udział firmy przekroczył 35 proc. – dwa razy więcej niż ma druga firma w rankingu. Koncern jest także najpoważniejszym graczem w kategorii tabletów (blisko 30 proc.). Poprzez kupioną od Google&HASH39;a markę Motorola grupa chce mieć także istotne udziały w rynku smartfonów.

Na świecie Lenovo nadal najwyższe przychody uzyskuje ze sprzedaży PC, ale odsetek ten jest niższy niż kilka kwartałów temu. W ubiegłym roku obrotowym grupa sprzedała 60 mln komputerów, 76 mln smartfonów (trzecia pozycja na świecie) i 12 mln tabletów (również trzecie miejsce). Jeszcze w pierwszym półroczu roku obrotowego 2014/2015 przychody z PC odpowiadały za 82 proc. sprzedaży, tymczasem pod koniec ubiegłego roku już tylko za około dwie trzecie. Rośnie natomiast znaczenie produktów mobilnych oraz urządzeń kierowanych do odbiorców biznesowych.

Dopiero zaczynamy naszą przygodę ze smartfonami w Polsce, ale będziemy bardzo intensywnie promowali i sprzedawali markę Motorola – zapowiada Andrzej Sowiński. – Chcemy być mocni także w kategorii serwerów, które przejęliśmy od IBM. W każdej z grup produktowych mamy zamiar być numerem jeden również na krajowym rynku.

W Polsce Lenovo będzie się skupiać na utrzymywaniu pozycji lidera w kategorii PC, przy czym szczególną uwagę chce poświęcić kategorii All-in-One. W segmencie tabletów sytuacja w Polsce jest nietypowa, bo oprócz produktów typowo budżetowych, sporym powodzeniem cieszy się półka premium.

Tradycyjne komputery, mimo że od wielu lat wróżono im koniec, nadal mają się bardzo dobrze i jest to część rynku, która znajduje się w bardzo dobrej kondycji, zwłaszcza w segmencie klienta biznesowego – przekonuje dyrektor Lenovo Polska.

Pracownicy skarżą się w sieci na niskie zarobki i wymagania szefów. Rzadko jednak decydują się na zmianę pracy

Karolina Masalska

Zbyt niskie zarobki, wymagający i niedoceniający szef oraz brak wyzwań – to najczęstsze powody narzekań internautów na pracę. Choć te aspekty najczęściej wpływają na decyzję o zmianie miejsca pracy, to jednak na taki krok wśród narzekających decyduje się niewielu. Wątek zmiany pracy bardzo często pojawia się w mediach społecznościowych – w ciągu trzech miesięcy w sieci było 19,5 tys. wzmianek na ten temat.

Według analizy Instytutu Monitorowania Mediów przygotowanej z portalem Gazetapraca.pl w ciągu trzech miesięcy na temat zmiany pracy pojawiło się w internecie i social media ponad 19,5 tys. publikacji, z czego najwięcej na Facebooku. Na tym portalu społecznościowym znalazło się 70 proc. wszystkich informacji – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Masalska, młodszy specjalista ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów.

Problem zaczyna się już przy wchodzeniu na rynek pracy. Internauci często narzekają, że dużo czasu zajmuje im znalezienie zajęcia. Skarżą się również na to, że uczelnie nie przygotowują ich odpowiednio do wejścia na rynek zatrudnienia

Mamy również coraz więcej NEET-sów [z ang. not in education, employment or training – red.], czyli osób, które nie podejmują dalszej edukacji, nie szkolą się zawodowo i nie pracują. Eurostat wskazuje, że takich osób w Polsce w wieku między 25 a 29 rokiem życia było ponad 23 proc. – mówi Masalska.

Ci, którzy znaleźli pracę, często piszą o konieczności zaaklimatyzowania się w nowym miejscu. U niektórych osób pojawiają się wątpliwości, czy to, co robią, ma sens i czy rzeczywiście przynosi im to korzyści.

Osoby pracujące w sieci najczęściej narzekają na wysokość pobieranej pensji. Według 32 proc. osób biorących udział w internetowych dyskusjach to główna przyczyna skłaniająca ich do szukania innego miejsca zatrudnienia. Na kolejnym miejscu (25 proc.) jest kierownictwo. Z ponad 770 komentarzy połowa ma negatywny wydźwięk.

Głównymi zarzutami wobec przełożonych jest przede wszystkim nie docenianie pracowników i przekonanie, że firmie zależy głównie na zysku – zauważa Karolina Masalska. – Polacy narzekają w internecie na warunki finansowe, kierownictwo oraz brak wyzwań, ale rzadko decydują się na gwałtowne zmiany, ponieważ obawiają się konsekwencji.

Internauci często poruszają również kwestie spraw socjalnych, np. związanych z urlopem macierzyńskim.

Wśród internautów są też tacy, którzy przyznają, że praca to tylko dodatek do życia i skupiają się na tym, co jest przyjemne. Przekonują też tych narzekających do odważnej zmiany w życiu.

Korzystna zmiana sytuacji życiowej jest możliwa – przekonuje Karolina Masalska. – Świadczy o tym przykład  Barbary Corcoran, jednej z najbogatszych Amerykanek, która w przeszłości pracowała jako kelnerka i sprzątaczka, albo Marka Cubana, właściciela klubu koszykarskiego Dallas Mavericks, w przeszłości pracującego jako sprzedawca worków na śmieci. Wydaje się, że decydując się na zmianę pracy, powinniśmy się przede wszystkim kierować pasją. Ale najważniejszy jest wysiłek, jaki zostanie włożony w realizację zamierzeń.

Według ostatnich danych Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec czerwca bez pracy pozostawało w Polsce ogółem 10,3 proc. osób czynnych zawodowo.

Warmia i Mazury: 1,7 mld euro z UE wesprze firmy przemysłu drzewnego, spożywczego i branży ekonomii wody

CEO Magazyn Polska

Wysoka pomoc publiczna, rozwijająca się infrastruktura i coraz lepsza kadra – te elementy przyciągają inwestorów do Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. W kolejnych latach dodatkowym atutem będą środki z UE w ramach nowej perspektywy, m.in. 1,7 mld euro z regionalnego programu operacyjnego. Na największe wsparcie mogą liczyć branże uznane za inteligentne specjalizacje regionu, czyli przemysł drzewny, spożywczy i branża ekonomii wody, np. produkcja jachtów.

Jest kilka argumentów za tym, aby ulokować biznes na terenie Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Pierwszym, bez wątpienia, jest najwyższa w kraju pomoc publiczna, drugim – coraz lepsza infrastruktura, czyli drogi i uzbrojone tereny inwestycyjne, a wkrótce lotnisko. Trzeci to wysokiej jakości zasoby ludzkie – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kuchciński, dyrektor departamentu pozyskiwania inwestorów w Warmińsko-Mazurskiej SSE.

Ze względu na dostępność surowców określono trzy inteligentne specjalizacje Warmii i Mazur, które będą wspierane w szczególny sposób.

Najwięcej jest firm z branży przemysłu drzewnego. W samej strefie ekonomicznej mamy 12 przedsiębiorstw z branży meblowej, które wygenerowały ponad 400 mln nakładów inwestycyjnych i 2,7 tys. nowych miejsc pracy – mówi Kuchciński.

W sumie w regionie w specjalizacji drewno i meblarstwo działa 5,7 tys. firm, z czego najliczniejsza jest grupa leśnictwa i pozyskiwania drewna, produkcji wyrobów z drewna oraz produkcji mebli. Zatrudniają one łącznie 26 tys. osób, czyli 9 proc. ogółu zatrudnionych w regionalnej gospodarce. Towary tej specjalizacji stanowią jedna piątą łącznej wartości eksportu z Warmii i Mazur.

Są także firmy z branży przemysłu spożywczego i okołospożywczego, czyli te, które produkują i przetwarzają żywność, oraz te, które produkują i dostarczają linie technologiczne do produkcji tej żywności – mówi Kuchciński.

W tej specjalizacji dominują firmy zajmujące się produkcją mięsa i wyrobów mięsnych (66 proc. pracujących), wytwarzaniem wyrobów piekarskich i mącznych (13 proc.) oraz mleczarskich (13 proc.). Są wśród nich przedsiębiorstwa silne na rynku z dużym potencjałem eksportowym i inwestycyjnym, ale także indywidualni rolnicy. Województwo warmińsko-mazurskie ma największą w kraju liczbę gospodarstw ekologicznych. Dodatkowo specjalizacja ta ma dobrze rozwinięte zaplecze naukowo-badawcze.

Trzecią inteligentną specjalizacją Warmii i Mazur jest ekonomia wody, obejmująca m.in. produkcję jachtów. Z raportu o inteligentnych specjalizacjach regionu wynika jednak, że we wszystkich trzech obszarach mniej niż połowa przedsiębiorstw planuje ubiegać się o tego typu fundusze. Autorzy raportu wiążą ten niski wynik z brakiem dokładniejszych informacji na temat uruchamianych programów, więc z czasem zainteresowanie powinno być coraz większe.

Na wszystkich czekamy z otwartymi rękami. Mamy przecież także największego pracodawcę w województwie, firmę Michelin, światowej klasy producenta opon, która nie jest wpisana w naszą regionalną specjalizację, ale jest istotna w skali priorytetów ogólnopolskich – zauważa Kuchciński.

Raport wskazuje także, że największe wsparcie publiczne w tej branży potrzebne jest do wzmacniania kompetencji pracowników i dostępu do wykwalifikowanej kadry. Jednym z ważnym elementów jest współpraca z sektorem nauki w celu dostosowania rynku edukacji do potrzeb branży.

Zarówno szkoły zawodowe, jak i uczelnie wyższe dostosowują swój program do zapotrzebowania przedsiębiorców. To powoduje, że młodzież widzi szansę dla siebie i zostaje w naszym regionie. Poza tym region wyróżnia to, co jest teraz bardzo ważne, czyli work and life balance, mowa tu oczywiście o miejscu idealnym do życia i dobrym do prowadzenia biznesu – podkreśla Marcin Kuchciński.

Największym zainteresowaniem inwestorów cieszą się trzy duże miasta regionu: Elbląg, Olsztyn, który jest stolicą województwa, i Ełk.

To duże centra, do których napływa młodzież – tłumaczy Marcin Kuchciński. – Ale samorządowcy z mniejszych miejscowości również zdali sobie sprawę z tego, że pozyskanie inwestora wiąże się także z nakładami, które trzeba ponieść. Świadomość jest zdecydowanie większa niż jeszcze kilka lat temu. Na inwestorów czekają w pełni uzbrojone tereny, gotowe od razu do zagospodarowania.

W nowej perspektywie finansowej 2014-2020 województwo ma otrzymać ogółem 1,73 mld euro (razem z środkami krajowymi będzie to ponad 2 mld euro) z regionalnego programu operacyjnego.

Ponad 2,5 tys. samochodów na Międzynarodowym Zlocie Miłośników Citroëna 2CV w Toruniu

CEO Magazyn Polska

Już po raz 21. spotkali się miłośnicy Citroëna 2CV. Na zlot w Toruniu przybyło 2,5 tys. popularnych kaczek z 36 krajów świata. Zdaniem fanów tego modelu jest to jeden z nielicznych samochodów z duszą, nie tylko ze względu na walory techniczne, lecz także ze względu na zdolność łączenia ludzi. Hobby to przyciąga coraz więcej osób, a w Polsce, na wzór Francji czy Wielkiej Brytanii, stopniowo rozwijają się usługi z tym związane.

Z każdym rokiem Międzynarodowy Zlot Miłośników Citroëna 2CV przyciąga coraz większą liczbę uczestników. Na tegoroczną edycję, która miała miejsce w Toruniu w dniach 28 lipca – 2 sierpnia, przyjechało ponad 2,5 tys. popularnych kaczek, z czego blisko 100 z Polski. W okolicach toruńskiej Moto Areny spotkali się miłośnicy Citroëna 2CV z Europy, Australii i Nowej Zelandii. Model ten produkowany był w latach 1949–1990. W ciągu 42 lat produkcji został sprzedany w ponad 5 mln egzemplarzy. Jego fani uważają, że jest on jednym z nielicznych samochodów z duszą.

– Na dzisiejsze czasy prymitywny i niewygodny, natomiast ma tyle ciekawych rozwiązań, że jeszcze długo będzie wzorem w motoryzacji. Chociażby zwieszenie. Samochód jest pod spodem płaski, mimo skomplikowanego zawieszenia. Jadąc po bruzdach, nie ma ryzyka urwania czegoś. To było budowane według zasady, że samochód musi przewieźć kopę jaj i żadne się nie może stłuc – mówi agencji informacyjnej Newseria Czesław Nosewicz, dyrektor 21. Międzynarodowego Zlotu Miłośników Citroënów 2CV w Toruniu.

Prace nad legendarną dziś kaczką zaczęły się jeszcze przed II wojną światową. Dyrektor generalny Citroëna chciał samochodu, który zapewniałby wygodny i ekonomiczny transport czterech osób i bagażu, a jego budowa byłaby prosta i niezawodna jednocześnie. Tak powstała koncepcja „czterech kół pod parasolem”, jak często określano 2CV. Jego zaletami były niskie koszty utrzymania, duża ilość miejsca w środku przy małych wymiarach karoserii oraz komfort jazdy. Zdaniem wielu miłośników kaczki model ten wyprzedzał swoją epokę motoryzacyjną.

Były w tym samochodzie rozwiązania konstrukcyjne rewolucyjne jak na swoje czasy. Na przykład wykorzystanie aparatu zapłonowego – w tym samochodzie go w ogóle nie ma. Jest tylko przerywacz, cewka zapłonowa i prąd wysokiego napięcia pędzi przez dwie świece – w jednej jest wykorzystany, w drugiej stracony. I tak na zmianę. W ten sposób upraszcza się konstrukcje i czyni się ją niezawodną – mówi Władysław Potocki, uczestnik Zlotu.

Ten samochód nie rozwija dużych prędkości, więc nie ma przynajmniej problemu z mandatami za przekroczenie prędkości. Kształt jest oryginalny, przyciągający uwagę. Nie jest to pojazd drogi, a bardzo oryginalny – dodaje Janusz Owczarkowski, miłośnik 2CV z Poznania. 

Wyjątkowość kaczki nie polega jednak – zdaniem jej fanów – wyłącznie na zaletach konstrukcyjnych, lecz także na mocy łączenia ludzi. W samej Francji zarejestrowanych jest ponad 40 fanklubów tego samochodu, które mają 30 tys. członków. Na lokalnym zlocie w maju 2015 roku w La Rochelle stawiło się 4,2 tys. aut. Nad Sekwaną wykorzystanie popularności 2CV rozwinęło się w przemysł – w samym tylko Paryżu istnieje 11 firm, które oferują zwiedzanie miasta właśnie tym samochodem. W Polsce zarejestrowane są obecnie dwa kluby miłośników Citroëna 2CV, pięć działa nieoficjalnie.

Mamy w Polsce ponad 50 tys. właścicieli zabytkowych aut – nie Citroënów 2CV, ale w ogóle starych samochodów. Rocznie ten rynek rośnie o 15-20 proc. i wszystko wskazuje na to, że będziemy podążać w kierunku, jaki wytyczyli Anglicy, Francuzi i Niemcy. Staje się to olbrzymim przemysłem, zatrudniającym wiele ludzi i dającym wiele miejsc pracy – mówi Piotr Majewski, rzecznik prasowy Automobil Klubu Toruńskiego.

Przekonuje, że nie jest to bardzo kosztowne hobby. Zacząć można skromnie, już kupując auto za 1 tys. zł. Dokupywanie części też nie wymaga dużych nakładów pieniężnych. Przewagę mają osoby, które lubią i potrafią same popracować przy samochodzie – na zlotach najczęściej są bazary, gdzie można kupić części i samodzielnie wymienić je w samochodzie. Przed zakupem pierwszego samochodu warto się jednak poradzić kogoś, kto ma już doświadczenie w tego rodzaju hobby.

Drugi nabór w programie sektorowym INNOMED

To już drugi nabór w programie sektorowym INNOMED. Jest on realizowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju we współpracy z firmami zrzeszonymi w Polskiej Platformie Technologicznej Innowacyjnej Medycyny, które współfinansują projekty. Konkurs jest skierowany do przedsiębiorców lub konsorcjów przedsiębiorstw i ma na celu finansowanie badań naukowych i prac rozwojowych w zakresie poszukiwania innowacyjnych leków, nowoczesnych metod terapeutycznych, a także nowych technologii produkcji leków generycznych.

– Zaawansowane technologicznie rozwiązania w medycynie wymagają dużych nakładów finansowych oraz wiążą się z dużym ryzykiem. W Polsce systematycznie rośnie jednak liczba przedsiębiorstw podejmujących wyzwanie konkurencji z elitą światową w obszarze innowacyjnej medycyny – zauważa prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – Wierzę, że dzięki naszemu wsparciu będą one miały szanse na szybką komercjalizację wyników swoich badań i prac rozwojowych – mówi dyrektor Centrum.

II konkurs programu INNOMED jest organizowany w ramach działania 1.2 „Sektorowe programy B+R” PO Inteligentny Rozwój, służącemu realizacji dużych przedsięwzięć B+R, istotnych dla rozwoju poszczególnych branż i sektorów gospodarki. Budżet konkursu wynosi 95 mln zł. Nabór wniosków potrwa od 1 września do 1 października br. a maksymalna wartość dofinansowania jednego projektu wynosi 10 mln zł.

Na projekty badawczo-rozwojowe z branży medycznej Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przeznaczyło już ponad miliard złotych. W ramach I konkursu INNOMED wsparcie w wysokości 110 mln zł otrzymało 17 konsorcjów. Natomiast w ramach strategicznego programu „Profilaktyka i leczenie chorób cywilizacyjnych” STRAEGMED, NCBR wsparło innowacyjne projekty kwotą ponad 670 mln zł. Nabór wniosków w trzecim konkursie o budżecie 115 mln zł rozpocznie się już 15 września.