Polacy nie potrafią odpoczywać. Ponad 60 proc. pracuje nawet podczas urlopu

Tomasz Borkowski CEO Magazyn Polska

Tylko 64 proc. Polaków potrafi zapomnieć o pracy podczas urlopu. Większość polskich pracowników musi być dostępna telefonicznie nawet podczas wakacyjnego wypoczynku lub nie potrafi się zdystansować od obowiązków zawodowych. Brak wypoczynku może jednak prowadzić do frustracji, depresji oraz wypalenia zawodowego.

Z raportu Monitor Rynku Pracy sporządzonego przez Instytut Badawczy Randstad wynika, że tylko 64 proc. Polaków zapomina o pracy podczas wakacyjnego wyjazdu. Wynika to w dużej mierze z nadmiernych oczekiwań przełożonych. Aż 60 proc. polskich pracowników otrzymało bowiem polecenie, by byli dostępni telefonicznie podczas urlopu, a 36 proc. zostało zobligowanych przez szefów do natychmiastowego odpowiadania na służbowe telefony i e-maile. Ponadto Polacy mają problemy z zapomnieniem o obowiązkach zawodowych podczas urlopu.

Do najczęstszych błędów, które popełniają pracownicy, udając się na urlop, należy brak umiejętności zdystansowania się do swojego stanowiska pracy. Mam na myśli osoby, które są niewolnikami poczucia obowiązku. To z czasem może prowadzić do silnych obciążeń psychicznych, a nawet do wypalenia zawodowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Borkowski, doradca w Biurze Karier Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Brak dystansu do pracy może mieć wiele przyczyn. Z informacji firmy Randstad wynika, że w pierwszym kwartale 2015 roku ponownie zwiększyła się liczba Polaków obawiających się o swoje stanowisko pracy. Strach przed utratą pracy może się przekładać na mniejszy poziom asertywności wobec przełożonych, którzy oczekują dyspozycyjności podczas urlopu. Aby odpoczywać efektywnie, należy więc wyrobić w sobie większą asertywność wobec szefów, a także nabyć umiejętność delegowania swoich obowiązków. Aby się to udało, konieczne jest jednak zaufanie do współpracowników.

Jeżeli nasz szef uważa, że jesteśmy osobą niezastąpioną, to trzeba trochę zmodyfikować to myślenie i udowodnić, że są osoby, którym możemy oddelegować obowiązki. Pozwoli nam się to zdystansować od naszej pracy i wyeliminować zakłócenia, które mogą nastąpić podczas urlopu, czyli np. telefony od innych osób, które będą zadawać nam jakieś pytania – mówi Tomasz Borkowski.

Bardzo ważne jest również sukcesywne przekonywanie samego siebie do zmiany postawy wobec pracy zawodowej. Należy wypracować w sobie postawę zakładającą, że praca jest istotnym elementem życia, ale nie dominującym. W zdystansowaniu się od pracy pomaga także aktywne spędzanie wolnego czasu i jakieś hobby. Oddawanie się pasji sprawia bowiem, że zapomina się w tym czasie o obowiązkach zawodowych. Wszystkie te umiejętności należy w sobie rozwijać przez cały rok, aby w wakacje móc się cieszyć swobodnym wypoczynkiem. Brak umiejętności odpoczywania od pracy może niekorzystnie odbić się zarówno na zdrowiu, jak i na karierze zawodowej.

Osoba, która nie pozwala sobie odpocząć przez dłuższy czas bądź której nie jest dane odpocząć ze względu na liczne obowiązki, na pewno będzie obciążona psychicznie. Będzie to prowadzić do frustracji i rozdrażnienia, a to może rzutować na życie rodzinne i pozazawodowe, a także może prowadzić do wypalenia zawodowego – mówi Tomasz Borkowski.

Aby pracownik faktycznie zregenerował siły i był w stanie potem efektywnie wykonywać swoje obowiązki, powinien być na urlopie minimum 14 dni. Polskie prawo mówi, że pracownik może podzielić przysługujący mu urlop na części, jednak przynajmniej jedna z nich musi wynieść dwa tygodnie.

Wczesne wykrywanie raka piersi ma być łatwiejsze. Trwają prace nad urządzeniem do samodzielnego badania

Marcin Halicki CEO Magazyn Polska

Coraz więcej kobiet ma świadomość konieczności regularnej diagnostyki piersi. Polska firma Braster dopracowuje technologię, która umożliwi przeprowadzanie profilaktycznych badań w warunkach domowych. Spółka planuje rozpocząć w 2016 roku komercyjną sprzedaż swojego urządzenia do samodzielnego badania piersi na terenie Polski, by w kolejnych latach zaoferować produkt za granicą.

Braster Tester ma pojawić się na polskim rynku w drugiej połowie 2016 roku. Urządzenie ma umożliwiać samodzielne badanie piersi przez kobiety – obraz termograficzny stworzony przez ciekłokrystaliczne matryce będzie przesyłany bezpośrednio do centrum medycznego. Kobiety w smartfonach będą miały zainstalowane aplikacje, które poinstruują je odnośnie przebiegu badania, a także przypomną o regularnych testach.

Takiego systemu nie produkuje jeszcze żadna firma na świecie. Braster obiecuje dużą skuteczność diagnostyczną. Urządzenie będzie skutecznie wykrywać komórki nowotworowe, które z natury generują podwyższoną temperaturę.

Docelowo rynki zagraniczne dla tego innowacyjnego produktu są znacznie bardziej perspektywiczne niż polski.

Poziom edukacji w Polsce w zakresie profilaktyki raka piersi jest średni. Zagrożenie w krajach Europy Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych jest dwa razy wyższe niż w Polsce, więc i świadomość potrzeby badania jest dwa razy większa – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Halicki, prezes zarządu Braster SA.

Przyznaje jednak, że popularyzacja produktu jest wyzwaniem. Co prawda technologia sprawdza się w warunkach klinicznych i działa w szpitalach, ale teraz spółka musi przekonać do zakupu zwykłe Polki. Urządzenie ma bowiem docelowo służyć do samodzielnego badania w domu.

Halicki ocenia jednak, że rośnie świadomość kobiet na temat raka piersi i obawa przed zachorowaniem na niego, więc również potrzeba posiadania urządzeń do samodiagnostyki będzie coraz większa.

Nie ma na razie żadnej alternatywy, oprócz pójścia do lekarza. Tymczasem prawdopodobnie każdy ma w rodzinie czy wśród znajomych przypadki raka piersi i to z pewnością wzbudza niepokój. Braster Tester da kobietom unikalną możliwość przeprowadzenia pełnowartościowego badania medycznego w warunkach domowych, łącznie z automatyczną diagnozą, która według nas będzie bardziej precyzyjna, niż diagnoza stawiana przez lekarza w gabinecie medycznym – przekonuje Halicki.

Prezes spółki dodaje, że matryce będą produkowane w zakładzie firmy w Szeligach, pod Warszawą. Niektóre z pozostałych komponentów będą dostarczane przez firmy zewnętrzne.

Co roku w Polsce na raka piersi umiera około 5 tys. kobiet, a 15 tys. dowiaduje się o chorobie.

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłosiło wyniki pierwszej tury naboru wniosków w konkursie programu „Szybka ścieżka”.

Zwiększenie zaangażowania przedsiębiorców w działalność badawczo-rozwojową to klucz do wzrostu innowacyjności naszej gospodarki. Dzięki funduszom unijnym dysponujemy obecnie największymi w historii środkami na wsparcie polskich firm, które chcą się rozwijać w oparciu o wyniki prac B+R. Priorytetem NCBR jest efektywne wykorzystanie tych środków. W „szybkiej ścieżce” stawiamy przede wszystkim na jakość projektów, oferując jednocześnie atrakcyjną dla przedsiębiorców formułę konkursu. Jestem przekonany, że nasze działania istotnie wzmocnią polski sektor wysokich technologii – mówi prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski, dyrektor NCBR.

Stworzony przez NCBR nowatorski mechanizm wsparcia stanowi znaczącą zmianę jakościową w finansowaniu prac badawczo-rozwojowych w sektorze prywatnym. Skracając czas procesu oceny projektów do 60 dni NCBR spełnia postulat przedsiębiorców, którzy podkreślali, że czas realizacji projektu często przesądza o zdobyciu przewagi konkurencyjnej. Udogodnieniem dla przedsiębiorców jest także atrakcyjna formuła naboru wniosków. Jest on prowadzony do 31 grudnia 2015 r., dzięki czemu przedsiębiorcy mogą składać wnioski w dogodnym dla nich momencie. Jednocześnie, zgodnie z rekomendacjami Banku Światowego, NCBR wprowadził do systemu oceny wniosków panele ekspertów, dzięki czemu szansę na wsparcie mają jedynie bardzo dobre projekty, które będą realizowane przez zespoły posiadające odpowiednie kompetencje.

Oprócz stawiania na jakość i komercyjny potencjał wybranych projektów, celem szybkiej ścieżki jest umożliwienie podejmowania ryzyka w duchu przedsiębiorczości. Dzięki nowemu programowi NCBR proces ten stanie się częścią narodowego DNA, co pozwoli rozwinąć w Polsce kulturę technologicznych start-upów – mówi Natasha Kapil z Banku Światowego.

W pierwszej turze naboru „szybkiej ścieżki” przedsiębiorcy złożyli 179 wniosków. Po 60 dniach, na podstawie oceny ekspertów NCBR wyłonił 34 najlepsze projekty. Stawiający na innowacje przedsiębiorcy otrzymają ponad 178 mln zł dofinansowania. Najwięcej projektów będzie realizowanych przez firmy z woj. mazowieckiego (8), dolnośląskiego (5) i małopolskiego (5). Dzięki wsparciu NCBR prowadzone będą m.in. prace nad uzyskaniem ultracienkiego ogniwa fotowoltaicznego na bazie perowskitów, systemem kontroli lotniczej nowej generacji, tomografem hybrydowym do badania zawilgocenia i stanu budynków oraz wykorzystującymi energię elektromagnetyczną maszynami nowej generacji do łączenia tworzyw sztucznych.

Ogłoszony w kwietniu tego roku konkurs „szybkiej ścieżki” jest adresowany do mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Celem jest podniesienie ich innowacyjności dzięki wykorzystywaniu rezultatów prac B+R w prowadzonej przez nie działalności gospodarczej. Budżet konkursu to 1,6 mld zł. Przedsiębiorcy mogą ubiegać się o dofinansowanie projektów obejmujących realizację badań przemysłowych lub prac rozwojowych nad rozwiązaniami technologicznymi i produktami, służącymi rozwojowi prowadzonej działalności gospodarczej  oraz wzmacnianiu ich pozycji konkurencyjnej, o ile przedmiotem projektu będzie rozwiązanie, wpisujące się  w tzw. „Krajową inteligentną specjalizację”. Konkurs dla dużych przedsiębiorstw zostanie ogłoszony w ostatnim kwartale tego roku.

Premia czy kara? co motywuje polskich pracowników?

Motywacji pracowników nie da się kupić, ale można ją kształtować. Jeśli za pomocą pieniędzy, to tylko w przejrzysty i konsekwentny sposób – inaczej przyniesie odwrotny skutek. Przedstawiamy także trzy skuteczne demotywatory często stosowane w polskich firmach. Dodatkowo eksperci radzą, jak budować motywację wewnętrzną.

Podstawowa zasada motywowania brzmi: nie można sterować pracownikami jak marionetkami, pociągając z góry za sznurki. Można za to kształtować i zmieniać warunki pracy tak, by pracownicy byli bardziej zaangażowani.

Czy premie motywują?

Premie nie są uniwersalnym narzędziem motywowania.

Niekiedy mogą nawet odnieść skutek odwrotny od zamierzonego. Na przykład jeśli pracownik otrzyma premię w wysokości 1000 zł za nadzwyczajne zadanie, to premii
w wysokości 800 zł za podobne zadanie w kolejnym miesiącu nie odczuje jako dodatkowej motywacji, lecz raczej jako obniżenie swojego wynagrodzenia. Zamiast cieszyć się z dodatkowych 800 zł, będzie miał poczucie, że otrzymał za swoją pracę o 200 zł mniej.

– System premiowania powinien być oparty na jasnych zasadach i mierzalnych wskaźnikach, jak ilość, terminowość czy jakość. Jeśli wysokość premii zależy od przejrzystych kryteriów, a nie od subiektywnej decyzji menadżera, to jest większa szansa na to, że będziemy mieli poczucie, iż wszystko zależy od nas. Poczucie sprawczości i odpowiedzialności świetnie motywuje – wyjaśnia Elżbieta Chwalibóg, psycholog biznesu z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Konstruując system premiowania trzeba rozstrzygnąć kilka podstawowych pytań: czy premie będą otrzymywać zespoły, czy pojedynczy pracownicy? Czy ustalimy górny pułap wysokości premii (na przykład jako pewien procent pensji), czy też nie będzie takiej granicy (na zasadzie im więcej, tym lepiej)? Czy będziemy premiować ilość, czy brak błędów (jakość)?

– Każda organizacja powinna dostosować system premiowania do własnych potrzeb i do charakteru procesów. W jednej z firm produkcyjnych premie otrzymywało się za brak błędów w cyklu miesięcznym. Na pierwszy rzut oka wygląda to dobrze, ale
w praktyce działało tak, że jeśli pracownik popełnił błąd już na początku miesiąca, to tracił szansę na premię, a co gorsza tracił też motywację do unikania błędów. Można sobie wyobrazić, jak wpływało to na jakość – mówi Katarzyna Szczupał-Vieweg, prezes Staufen Polska, firmy specjalizującej się w innowacjach organizacyjnych i procesowych.

Trzy skuteczne demotywatory

  • Co się dzieje, gdy wyznaczamy pracownikom cele niemal nie do zrealizowania? Czy będą przez to bardziej wydajni? Tylko na krótką metę. Szybko zorientują się w tej grze.
    W dłuższej perspektywie ich motywacja osłabnie, podobnie jak relacje z pracodawcą i skłonność do utożsamiania się
    z organizacją.
  • Czy zmotywujemy pracowników do większego wysiłku, jeśli świadomie zaniżymy wartość wykonanej przez nich pracy? Chyba każdy pamięta ze szkoły nauczyciela, który w ten sposób postępował. Okazuje się, że fałszywa negatywna informacja zwrotna działa wybitnie demotywująco. Wywołuje poczucie, że kolejne zadanie jest zagrożeniem,
    a nie wyzwaniem.
  • Wyobraźmy sobie następującą sytuację: pracownicy działu sprzedaży zawarli 10 transakcji, realizując cel miesięczny. Należy im się premia. Co się stanie, jeśli podniesiemy cel przy zachowaniu wysokości premii? To bardzo skuteczna recepta na zdemotywowanie pracowników. Nie poczują się docenieni, lecz wyciskani jak cytryna.

Po co pracujemy?

Motywacja wewnętrzna jest stabilniejsza i działa dłużej niż premie, a tym bardziej uznaniowe gratyfikacje. W jej przypadku główną rolę odgrywają wartości niematerialne, w tym przede wszystkim poczucie sensu tego, co się robi. W motywowaniu zorientowanym na sens nie chodzi oczywiście o to, żeby pracownik wyszukiwał sobie tylko takie zadania, których wykonanie sprawia mu satysfakcję. Chodzi raczej o to, by swoje zadania postrzegał jako celowe.

– Kluczowa jest otwarta komunikacja. Pracownik powinien znać strategię firmy, cele swojego zespołu i zadania powiązanych z nim jednostek organizacyjnych. Warto pokazać operacyjnie, w jaki sposób i co osiągamy w firmie. To buduje sens pracy, nawet
w odniesieniu do najniższych szczebli organizacyjnych – mówi Elżbieta Chwalibóg
Ludzie zwykle akceptują, że są tylko trybikiem w maszynie. Chcą jednak wiedzieć, jakim trybikiem i jaki jest cel ich pracy. To również fundament, na którym można zbudować zaangażowanie pracowników. Okazuje się, że dotyczy to nie tylko pracowników kreatywnych, lecz również operatorów pracujących w gniazdach czy na liniach produkcyjnych.

– Na przykład w modelu zarządzania nazywanym shopfloor management liderem projektu może być także operator. Nieraz widziałam już pracowników z produkcji, którzy z autentyczną satysfakcją i wielką pasją mówili o tym, jak poradzili sobie z jakimś kłopotem czy usprawnili element procesu – mówi Katarzyna Szczupał-Vieweg.
Ta koncepcja oparta jest na logicznym założeniu, że każdy z nas intuicyjnie dąży do usprawniania swojej pracy (czyli zwiększania wydajności). Trzeba tylko stworzyć ku temu sprzyjające warunki.

– Zwykle koncentrujemy się za bardzo na wynikach, zamiast na działaniu. Skupmy się na stałym usprawnianiu i doskonaleniu tego, co i jak robimy, a nie na poprawianiu wskaźników. Wzrost wydajności, poprawa jakości czy redukcja kosztów będą produktem ubocznym zmiany nastawienia – dodaje prezes Staufen Polska.

Co motywuje najlepiej?

Ludzie chcą osiągać cele i być za to doceniani. Niektóre badania pokazują nawet, że więcej warte jest dla nich uznanie szefa niż partnera. Istotna jest też dobra organizacja pracy, wspierający styl zarządzania czy przyjazne, „fajne” biuro.

– Dla pracowników ma znaczenie m.in. to, czy mogą w pracy wykorzystać swoje umiejętności i talenty, czy identyfikują się z wartościami firmy, czy lubią atmosferę i współpracowników. Istotny jest też styl zarządzania przejawiany przez przełożonych. Mogę porozmawiać z szefem o problemie, czy może lepiej go zatuszować? Czy mam poczucie wpływu, a może czuję się jak marionetka? To wszystko wpływa na motywację wewnętrzną pracownika – mówi Elżbieta Chwalibóg.

Wiele zależy także od preferencji i osobowości pracowników. Dla jednego motywująca będzie możliwość samodzielnego organizowania sobie pracy, przynajmniej w pewnym zakresie. Ktoś inny będzie zmotywowany tym, że praca umożliwia mu rozwój.
Z kolei osoba z doświadczeniem i wiedzą ekspercką spełni się
w roli mentora dla młodszych. Dlatego tak istotne jest, żeby
z pracownikami rozmawiać.

Zmiany w warszawskiej kancelarii GALT

Partner w kancelarii prawnej GALT, Adam Miłosz, został powołany 22 lipca br. na stanowisko wiceprezesa Okręgowej Izby Syndyków (OIS) w Warszawie. Natomiast dwaj pracownicy kancelarii, Damian Siembida oraz Konrad Pecelerowicz otrzymali promocję – odpowiednio na stanowiska Senior Associate oraz Associate.

Adam Miłosz, został powołany 22 lipca br. na stanowisko wiceprezesa Okręgowej Izby Syndyków (OIS) w Warszawie
Adam Miłosz, został powołany 22 lipca br. na stanowisko wiceprezesa Okręgowej Izby Syndyków (OIS) w Warszawie

Adam Miłosz będzie pełnił funkcję wiceprezesa OIS przez pięć lat. Do jego głównych zadań należy reprezentowanie członków Izby w postępowaniach sądowych i administracyjnych, kształtowanie wizerunku syndyka jako zawodu zaufania społecznego, dążenie do rozszerzenia zakresu uprawnień wynikających z licencji syndyka w obrocie gospodarczym i prawnym oraz opiniowanie aktów prawnych pozostających w związku z zawodem syndyka. W kancelarii GALT Adam Miłosz koordynuje prace w zakresie restrukturyzacji i upadłości. Jest radcą prawnym. Jako licencjonowany syndyk jest także członkiem INSOL Europe, międzynarodowej sieci dla specjalistów zajmujących się upadłościami.

Na stanowisko Senior Associate awans otrzymał Damian Siembida, związany z kancelarią od 2010 roku. Specjalista w zakresie kompleksowej obsługi prawnej rynku nieruchomości, posiada wieloletnie doświadczenie w sporządzaniu i negocjowaniu umów najmu oraz w pracy na rzecz międzynarodowych inwestorów a także deweloperów. Klientom doradza głównie w kwestiach związanych z zarządzaniem nieruchomościami (asset management i property management), zawieraniem i negocjowaniem umów z dostawcami usług oraz w sprawach korporacyjnych.

Konrad Pecelerowicz, obecnie Associate specjalizuje się w opracowywaniu analiz prawnych i doradztwie przy transakcjach typu „share deal” oraz „asset deal”, zajmuje się przygotowywaniem i negocjowaniem umów najmu nieruchomości komercyjnych, a także doradztwem w zakresie umów o prace budowlane. Posiada doświadczenie w bieżącej obsłudze prawnej polskich i zagranicznych klientów, w szczególności w zakresie prawa spółek, prawa nieruchomości oraz prawa cywilnego

NIK alarmuje o sytuacji głuchoniemych w przestrzeni publicznej – Wind Mobile podsuwa rozwiązanie

Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła kontrolę w 60 instytucjach publicznych, z którymi obywatele kontaktują się najczęściej. Ponad dwa i pół roku po wejściu w życie ustawy o języku migowym, nadal aż 52 proc. zbadanych podmiotów nie wdrożyła w życie rozwiązań pozwalających na komunikowanie się z osobami niesłyszącymi. Przykładem dobrych praktyk stała się w tym przypadku organizacja komercyjna – Bank Zachodni WBK, który dzięki produktowi LiveBank, zaprojektowanym i wdrożonym przez krakowską spółkę Software Mind nalężącą do grupy Wind Mobile, stał się przyjazny osobom przez innych wykluczonym.

Od trzech lat w Polsce obowiązuje ustawa o języku migowym, która nakłada na podmioty publiczne obowiązek wprowadzenia udogodnień i narzędzi umożliwiających informowanie, kontakt oraz świadczenie usług osobom z wadami słuchu. Mimo to, większość skontrolowanych przez NIK instytucji publicznych nie była przygotowana do kontaktów z takimi osobami. Obywatele niedosłyszący i posługujący się językiem migowym nadal mają problemy z załatwieniem najprostszych spraw w instytucjach tzw. pierwszego kontaktu tj. w urzędach miejskich, skarbowych, komendach policji czy w oddziałach ZUS.

Usługa LiveBank od Software Mind SA, należąca do rodziny rozwiązań LiveBranch, będącymi wirtualnymi oddziałami, jest odpowiedzią na problemy osób głuchych, którą w swoich działaniach operacyjnych zastosował już Bank Zachodni WBK. To nowoczesna platforma pozwalającą tworzyć wirtualne kanały obsługi klienta z wykorzystaniem transmisji wideo i współdzielenia pulpitu. Umożliwia ona konsultantom interaktywną prezentację oferty i usług w czasie rzeczywistym, a dzięki mechanizmom uwierzytelniania i autoryzacji, platforma gwarantuje również pełne wsparcie realizowanych transakcji w „wirtualnych placówkach”. Przydatną funkcją LiveBranch są interaktywne ekrany pozwalające każdej ze stron modyfikować parametry produktu czy wypełniać dokumenty, a efekty zmian są natychmiast widoczne dla obydwu stron. Szyfrowane przesyłanie plików, zdjęć dokumentów czy podpisanych wniosków przyczynić się może do szybszego załatwienia spraw w różnych instytucjach, bez stania w długich kolejkach. Istnieje również możliwość wdrożenia trójstronnych wideokonferencji, które umożliwiają klientowi jednoczesny kontakt ze swoim doradcą, jak i ekspertem w danej dziedzinie, czy osobą tłumaczącą na język migowy.

Bardzo cieszymy się, że nasze rozwiązanie znalazło zastosowanie w instytucji finansowej o tak dużym potencjale. Obecnie już ponad 3,5 mln klientów Banku Zachodniego WBK należącego do Grupy Santander ma dostęp do usług świadczonych z wykorzystaniem kanału wideo. Jesteśmy przekonani, że platformę funkcjonującą na tej samej zasadzie mogą zastosować urzędy i instytucje publiczne w całej Polsce. Nasze rozwiązania już niejednokrotnie były z sukcesem stosowane w różnych segmentach rynku, ponieważ zawsze dostosowujemy produkty do konkretnych wymagań środowiska w jakim przyjdzie im funkcjonować. Osoby głuche w czasach dynamicznie rozwijających się technologii komunikacji na odległość nie mogą być wykluczone z życia publicznego i pomijane przez państwo. LiveBank wspiera obsługę w bankach, ale już w tej chwili prowadzimy wdrożenia i rozwijamy rozwiązania z naszej linii produktowej „Live”, które znajdują swoje zastosowanie w wielu innych branżach przyczyniając się do bardziej aktywnego wspierania osób o różnym stopniu niepełnosprawności. – komentuje Grzegorz Młynarczyk, Wiceprezes Grupy Wind Mobile.

Jak ustalili kontrolerzy NIK, jedną z przyczyn złej sytuacji, była nieznajomość występujących u osób głuchych ograniczeń w komunikowaniu się z otoczeniem. Niemal wszystkie instytucje komunikaty przeznaczone dla ludzi niedosłyszących i głuchych przedstawiały w języku pisanym, błędnie zakładając, że wszyscy głusi w pełni rozumieją ten język. Tymczasem dla części osób głuchych język pisany jest językiem obcym – bardzo trudnym do opanowania, a jedynym w pełni zrozumiałym, podstawowym językiem jest język migowy.

Jeśli osoba słysząca chce szybko załatwić sprawę to bierze do ręki telefon i dzwoni. A co może zrobić osoba głucha? Różne instytucje od pewnego czasu ułatwiają swoim głuchym klientom bezpośredni kontakt. Jedni robią to korzystając z usługi tłumaczenia na odległość, a inni – tak jak Bank Zachodni WBK – zatrudniają osoby, które dobrze znają polski język migowy. Usługa LiveBank dobrze odpowiada na potrzeby osób głuchych, bo zatrudnione w niej konsultantki naprawdę posługują się polskim językiem migowym. Jest to więc rozwiązanie, które gwarantuje wysoką jakość, a sposób wdrożenia usługi jest w tym przypadku wręcz modelowy. Miejmy nadzieję, że możliwość kontaktu z migającym doradcą w BZ WBK to dopiero początek drogi, ponieważ podobne usługi powinny udostępniać zarówno firmy, jak i instytucje publiczne. A zacząć warto od uruchomienia możliwości korzystania z systemu 112 przez osoby głuche. – tłumaczy Piotr Kowalski z Polskiego Związku Głuchych.

Co ustawa o ochronie konkurencji i konsumentów zmieni u deweloperów

Jan Jarosławski, prawnik Skanska Residential Development Poland
Jan Jarosławski, prawnik Skanska Residential Development Poland

Na początku lipca rząd przyjął i przekazał do dalszych prac legislacyjnych projekt nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Nowela ma być odpowiedzią na zidentyfikowane przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) niedoskonałości w funkcjonowaniu obrotu konsumenckiego w Polsce. Dodatkowo, ma reagować na głośne w ostatnim czasie nadużycia niektórych instytucji finansowych i sprzedawców, stosujących nieuczciwe metody sprzedaży detalicznej. W praktyce zmiany obejmą wszystkich przedsiębiorców z różnych branż, w tym deweloperów. Kilka nowych propozycji można ocenić jako krok w dobrą stronę. Jednak niektóre zapisy, zwłaszcza te rozszerzające uprawnienia organu kontrolnego, stwarzają w efekcie szerokie pole do nadużyć. W rezultacie to, co miało być batem na nieuczciwych sprzedawców, może negatywnie odbić się na wszystkich uczestnikach rynku.

Aktualnie obowiązujące przepisy dotyczące systemu kontroli umów pod kątem stosowanych przez przedsiębiorców postanowień niedozwolonych (tzw. klauzul abuzywnych) są nieskuteczne i wymagały zmian. Do tej pory, aby uznać jakieś postanowienie w umowie z konsumentem za niedozwolone, UOKiK kierował sprawę do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Długotrwała procedura sądowa uniemożliwiała podjęcie szybkich działań, które mogły ochronić innych klientów przed nieuczciwymi praktykami danego sprzedawcy. Nowelizacja zakłada, że UOKiK będzie mógł uznać dane postanowienie za niedozwolone we wzorcu umownym w drodze decyzji administracyjnej, a więc bez konieczności postępowania sądowego. Przedsiębiorcy będzie natomiast przysługiwało prawo do zakwestionowania tej decyzji przed sądem. Zmianę tę, co do ogólnych założeń, należy ocenić pozytywnie. Dobrym rozwiązaniem jest również wprowadzenie instytucji tzw. tajemniczego klienta, czyli kontrolera UOKiK, który nie ujawniając swojej roli, weryfikuje standardy obsługi i uczciwość przedsiębiorcy. Tajemniczy klient będzie uprawniony do nagrywania przeprowadzonej wizyty, a bezpośrednio po kontroli będzie musiał ujawnić przedsiębiorcy swoją tożsamość. Co istotne, na tego typu działania każdorazowo będzie musiał wyrazić zgodę sąd. Dzięki temu jest duża szansa, że weryfikacja działań przedsiębiorców będzie prowadzona rzetelnie i skutecznie, bez ryzyka nieuczciwej prowokacji ze strony kontrolera.

Jednak liczne dodatkowe uprawnienia, które ma zyskać UOKiK w związku z nowym typem postępowania, budzą poważne wątpliwości przedsiębiorców z różnych branż, w tym deweloperów. Nowelizacja zakłada, że urząd będzie mógł nakazać przedsiębiorcy zmianę wszystkich zawieranych przez niego umów oraz poinformowanie o tym opinii publicznej za pośrednictwem mediów. Jeszcze bardziej ryzykowny z punktu widzenia przedsiębiorcy zapis dotyczy zapadalności postanowień. Według nowych przepisów decyzja UOKiK byłaby wykonalna od razu. W praktyce oznacza to, że przedsiębiorca musiałby wprowadzić ją w życie, nie czekając na rozstrzygnięcie sądu, czy stanowisko UOKiK jest zgodne z prawem czy też nie. Nawet w przypadku, gdyby po dłuższym okresie sąd uchylił decyzję UOKiK jako błędną, przedsiębiorca mógłby ponieść już wcześniej bardzo poważne negatywne konsekwencje, takie jak utrata wizerunku firmy rzetelnej, znaczne koszty zmian umów z klientami czy publikacji w mediach nakazanych komunikatów. Co prawda projekt ustawy zakłada, że UOKiK i sąd powinny zakończyć postępowanie w określonym przez regulacje terminie, jednak w praktyce dość często zdarza się, że czas trwania postępowania sądowego przekracza terminy ustawowe. Nowelizacja nie wprowadza żadnych instrumentów, które mogłyby przyspieszyć tego typu postępowanie.

Jednym z przykładów, który pomoże lepiej zobrazować, wynikające z zaproponowanej nowelizacji, możliwe konsekwencje dla dewelopera, jest standardowy zapis w umowie sprzedaży mieszkania o dopuszczalnej różnicy pomiędzy projektowaną a rzeczywistą powierzchnią użytkową lokalu. Na początku lipca br. Sąd Apelacyjny w sporze z Polskim Związkiem Firm Deweloperskich oddalił decyzję Prezesa UOKiK, uznając, że 2-procentowy próg tolerancji, który wynika ze specyfiki procesu inwestycyjnego i norm branżowych, oznacza prawidłowe wykonanie umowy deweloperskiej i nie stanowi podstawy do rozwiązania umowy przez klienta, co sugerował UOKiK. W uzasadnieniu Sąd Apelacyjny zwrócił uwagę na fakt, że urząd w dowolny sposób ocenił przeprowadzony przez siebie dowód z opinii biegłych. Ta sytuacja pokazuje, że przyznanie nadmiernych uprawnień Prezesowi UOKiK może skutkować decyzjami, które nie zawsze byłyby ocenione przez polski wymiar sprawiedliwości jako słuszne.

Mimo pozytywnych aspektów i założeń nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, należy wskazać, że rozszerzenie katalogu uprawnień jednego urzędu może w pewnym zakresie ograniczyć wolność prowadzenia działalności gospodarczej wielu przedsiębiorstw. Chcąc poprawić skuteczność zwalczania nadużyć niewielkiej grupy podmiotów, ustawodawca obejmuje przepisami wszystkich graczy rynku. W praktyce koszty proponowanych zmian mogą odczuć również zwykli konsumenci. Obciążenia regulacyjne mogą przełożyć się bowiem, np. na wyższe ceny i pośrednio również wpłynąć na ograniczenie konkurencji rynkowej. Zaproponowane regulacje powinny zostać jeszcze raz poddane weryfikacji społecznej i gospodarczej.

Jan Jarosławski, prawnik Skanska Residential Development Poland

Polskie obligacje hamowane przez wzrost gospodarczy i ryzyko polityczne

Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI
Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI

Jak Pan ocenia ostatnie tygodnie na rynkach obligacji?

Uspokojenie sytuacji w Grecji sprawiło, że inwestorzy lokujący kapitał na rynku długu przestali masowo uciekać do bardzo bezpiecznych obligacji (np. niemieckich) i powrócili na inne rynki. Radość z tymczasowego wygaszenia greckiego konfliktu wsparła także polski rynek. Niestety, brak powodów do obniżek stóp procentowych przez RPP, a do tego nieustająco wysokie ryzyko polityczne stanowią przeszkodę dla wzrostu cen obligacji. W efekcie w ostatnich dniach widzieliśmy powrót rentowności 10-letnich papierów skarbowych do poziomu ok. 3%. Wiele wskazuje na to, że neutralny lub lekko negatywny sentyment do polskich obligacji utrzyma się aż do październikowych wyborów parlamentarnych. Nie oznacza to, że jest wyłącznie źle. Popyt na nie wciąż istnieje.

Inwestorzy zagraniczni nie omijają Polski?

Część pewnie tak, ale inni wciąż generują popyt na polskie obligacje. Świadczy o tym choćby niedawna, całkiem udana aukcja papierów 5- i 10-letnich. To oznacza, że są inwestorzy, którzy nie boją się zmiany partii rządzącej. Pamiętajmy też, że duża część polskich obligacji już znajduje się w rękach zagranicznych graczy.

MdM już za niecałe dwa tygodnie zacznie działać w nowej formie

40,9 mln zł – wnioski o dopłaty na taką kwotę trafiły w lipcu do Banku Gospodarstwa Krajowego, który opiekuje się programem „Mieszkanie dla Młodych”. To więcej niż w poprzednich miesiącach, ale nadal nie ma ryzyka, że pieniądze na ten rok się skończą. I nie zmienią tego podpisane przez prezydenta zmiany w ustawie, które m.in. dołączają do programu mieszkania z rynku wtórnego.

Łącznie już ponad 624 mln zł zostało zagospodarowanych w ramach programu „Mieszkanie dla Młodych”. Średnio każdego miesiąca kredytobiorcy składają wnioski na dopłaty na kwotę ponad 30 mln zł, na tym tle lipiec 2015 r. wypada całkiem nieźle, bo sprzedaż była o jedną trzecią wyższa. Mimo wzrostu popularności kredytów z dopłatą nadal możemy być spokojni: pieniędzy na dofinansowanie w tym roku nie zabraknie. Jak dotąd z tegorocznej puli zarezerwowano 322,1 mln zł z łącznej kwoty 715 mln zł, co stanowi 45 proc. środków.

Coraz więcej jest też wniosków na dopłaty, które mają być zrealizowane w przyszłym roku. W lipcu było to 13,4 mln zł, prawie jedna trzecia pieniędzy. Łącznie wnioski na przyszłoroczne wypłaty opiewają już na 87,2 mln zł, co oznacza wykorzystanie 12 proc. z 730 mln zł zarezerwowanych na 2016 r.

Rozbudowany MdM już za niecałe dwa tygodnie

Na przełomie lipca i sierpnia prezydent podpisał nowelizację ustawy o pomocy państwa w nabyciu pierwszego mieszkania przez młodych ludzi. To oznacza, że za niespełna dwa tygodnie program zacznie działać w nowej formie. Najważniejsza zmiana to fakt, że z dopłat skorzystać będzie można także kupując mieszkanie na rynku wtórnym. Dotąd na zapomogę mogli liczyć tylko ci, którzy kupowali lokal od dewelopera. Znacząco wpłynie to na dostępność programu w mniejszych miejscowościach i niektórych dużych miastach. Należy jednak pamiętać, że limity cenowe dla rynku wtórnego będą niższe od tych dla pierwotnego. Przykładowo dla Warszawy będzie to 5390,44 zł podczas gdy dla mieszkań od dewelopera kwota ta wynosi 6588,32 zł za mkw.

W wielu dużych miastach znalezienie mieszkania w limicie będzie bardzo trudne, np. wg analizy przeprowadzonej przez portal Domiporta.pl, w Krakowie i Warszawie tylko jedno na siedemdziesiąt mieszkań wystawionych na sprzedaż na rynku wtórnym spełnia warunek cenowy „Mieszkania dla Młodych”. Zyskają za to małe miejscowości, gdzie ceny są niższe, w niektórych miastach w limicie mieści się zdecydowana większość lokali na sprzedaż. Taka zmiana w MdM pozwoli też kupić z dopłatami mieszkanie w dużym mieście w niższym standardzie, np. takie przeznaczone do remontu.

Rodziny wielodzietne z łatwiejszymi i wyższymi dopłatami

Zmiana zasad została też wprowadzona w wysokości dopłat zależnych od liczby dzieci w gospodarstwie domowym, na czym najwięcej zyskają klienci z co najmniej trójką potomstwa. MdM ma być dla nich dostępny bez względu na wiek i posiadanie wcześniej innej nieruchomości (standardowo maksymalny wiek to 35 lat, a z programu wykluczone są osoby, które były kiedykolwiek właścicielami nieruchomości mieszkalnej), wyższe będą także dopłaty dla takich osób. Przy trójce potomstwa można będzie dostać 30-proc. dofinansowanie, na dodatek liczone do większej niż dotąd powierzchni, podczas gdy dotąd było to po prostu 15 proc. (bez względu na liczbę dzieci). W efekcie dopłaty dla osób z co najmniej trójką dzieci rosną o około 160 proc. przykładowo, rodzina z trójką dzieci kupująca 70-metrowe mieszkanie w Warszawie otrzymywała dotąd niecałe 45 tys. zł dopłaty, po wejściu zmian w życie kwota ta wyniesie 116,8 tys. zł.

Wśród wchodzących w życie zmian jest jeszcze dopisanie do programu mieszkań wybudowanych przez spółdzielnie i powstałych w wyniku przebudowy czy adaptacji. Zasięg tej pierwszej zmiany będzie jednak ograniczony, bo aktywność spółdzielni jest w Polsce niewielka. W ciągu ostatnich 12 miesięcy oddały one do użytkowania niecałe 2,5 tys. lokali, to 23 razy mniej niż deweloperzy.

Marcin Krasoń

Krystyna Skowrońska (PO): z przewalutowania kredytów skorzysta więcej osób

Platforma Obywatelska łagodzi kryteria pomocy osobom, które mają kredyty mieszkaniowe w walucie obcej. Podczas posiedzenia sejmowej komisji finansów publicznych posłowie tej partii wnieśli poprawkę zgodnie z którą z restrukturyzacji kredytu będą mogły skorzystać osoby, które zakupiły mieszkanie o powierzchni do 100 m2 i dom jednorodzinny o powierzchni do 140 m2. W projekcie ustawy przygotowanej przez PO wartości te wynosiły odpowiednio 75 i 100 m2.

„Wsłuchaliśmy się w słowa krytyki, że tak małych mieszkań już się nie kupuje” – powiedziała IAR Krystyna Skowrońska z PO. Przewodnicząca sejmowej komisji finansów publicznych dodała, że w ten sposób z ustawy, która daje możliwość przewalutowania kredytów hipotecznych oraz dokonania symetrycznego podziału kosztów tej operacji pomiędzy kredytobiorcę i bank będzie mogło skorzystać więcej osób.

Krystyna Skowrońska jest zdania, że poszerzenie kręgu osób, które skorzystają z prze walutowania kredytów mieszkaniowych zaciągniętych w walucie obcej nie zwiększy kosztów zakładanych pierwotnie na 9 – 9,5 miliarda złotych. „Dzisiaj nie usłyszeliśmy przy tej poprawce ze strony Związku Banków Polskich, by ten koszt miałby być znacznie wyższy. Czyli ten szacunek, założony pierwotnie bardzo wysoko nie powinien ulec zmianie” – powiedziała przewodnicząca sejmowej komisji finansów publicznych.

Drugie czytanie projektu ustawy o szczególnych zasadach restrukturyzacji walutowych kredytów mieszkaniowych w związku ze zmianą kursu walut obcych do waluty polskiej odbędzie się na następnym posiedzeniu Sejmu.

Łódź – najszybciej „zwijające się” miasto w Polsce?

Łódź jest trzecim miastem w Polsce pod względem liczby ludności. W ciągu ostatnich 20 lat liczba mieszkańców tego miasta zmniejszyła się o ponad 100 tys. i obecnie wynosi około 700 tys. Powodem tak dużego odpływu ludności było i jest duże bezrobocie. W marcu 2015 r. stopa bezrobocia w Łodzi przekroczyła próg 12% i jest najwyższa wśród miast wojewódzkich. Kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Łodzi zmuszonych jest do codziennych dojazdów do pracy do Warszawy. Duże bezrobocie, postępująca depopulacja, niższy poziom życia w porównaniu do innych dużych miast spowodowały, że na Łódź patrzy się jak na miasto bez perspektyw. Ale czy na pewno tak jest?

Warto zwrócić uwagę na geograficzne położenie Łodzi. Przez stolicę województwa łódzkiego przebiegają ważne drogi krajowe i ekspresowe. Niedaleko miasta znajduje się skrzyżowanie transeuropejskich autostrad A1 i A2. Przez miasto przebiegają także licznie linie kolejowe zapewniające szybkie połączenie z innymi ważnymi ośrodkami miejskimi. W Łodzi funkcjonuje również lotnisko – Port Lotniczy Łódź im. Władysława Reymonta. Dzięki centralnemu położeniu oraz bliskości ważnych szlaków komunikacyjnych, w Łodzi powstają nowoczesne centrala logistyczne. Organizowane są również znane Międzynarodowe Targi Łódzkie.

Łódź jest dominującym w Europie ośrodkiem produkcji sprzętu AGD. Nadal funkcjonuje tu wiele kluczowych firm z sektora włókienniczego. W mieście znajduje się największa na świecie fabryka Gillette. Dynamicznie rozwija się również przemysł nowych technologii – produkowane są nowoczesne serwery, notebooki oraz inny sprzęt komputerowy.

Ogromną szansą dla miasta może być współpraca z Airbus Helicopters, który planuje uruchomienie linii produkcyjnej w łódzkich Wojskowych Zakładach Lotniczych. Jeśli inwestycja dojdzie do skutku, w Łodzi powstanie kilkaset nowych miejsc pracy, a miasto stanie się silnym ośrodkiem lotnictwa śmigłowcowego.

W Łodzi dynamicznie rozwijają się centra handlowo-usługowe. Centrum HandloweManufaktura to największe w Polsce centrum handlowo-usługowo-rozrywkowe w Polsce. W budowie jest Centrum Handlu Biznesu i Rozrywki Sukcesja oferujące prawie 130 tys. mkw. powierzchni. Budowa ma się zakończyć na przełomie sierpnia i września.

Nie sposób nie wspomnieć o inwestycjach infrastrukturalnych. W budowie jest trasa W-Z, przebudowywane jest skrzyżowanie marszałków. Chociaż nie bez problemów i opóźnień, naprzód posuwają się roboty na Dworcu Fabrycznym. W pobliżu remontowanego dworca powstaje Węzeł Multimodalny, który będzie głównym węzłem komunikacyjnym Łodzi łączącym komunikację kolejową, tramwajową, autobusową (miejską i dalekobieżną) oraz samochodową (osoby prywatne).

Choć Łódź jest trzecim największym miastem w Polsce nie cieszy się ono dużym zainteresowaniem wśród deweloperów. W ofercie mieszkań na sprzedaż przeważają oferty z rynku wtórnego, których średnia cena nie przekracza 4 tys. zł/mkw. W porównaniu z innymi największymi polskimi miastami, oferta rynku pierwotnego jest jedną z niższych.

Średnie ceny 1 mkw. mieszkania na łódzkim rynku nieruchomości mieszkaniowych

średnia cena 1 mkw. liczba ogłoszeń
rynek pierwotny 4 859 zł 1 282
rynek wtórny 3 761 zł 6 238

Opracowanie: Dział Badań i Analiz Grupy Emmerson S.A na podstawie ogłoszeń zamieszczonych w serwisie Otodom.pl

Łódź jest również jednym z tańszych miast, jeśli chodzi o wynajem mieszkania. Na portaluOtodom.pl zamieszczonych jest około 800 ofert wynajmu mieszkania. Średnia miesięczna stawka najmu wynosi 1 785 zł. Najtańsze mieszkania 1-pokojowe można wynająć już za około 700 zł/m-c.

Średnie stawki najmu mieszkań w Łodzi w zależności od liczby pokoi

średnia stawka najmu
1-pokojowe 979 zł/m-c
2-pokojowe 1 384 zł/m-c
3-pokojowe 2 184 zł/m-c
4-pokojowe 3 187 zł/m-c
5-pokojowe 3 695 zł/m-c

Opracowanie: Dział Badań i Analiz Grupy Emmerson S.A na podstawie ogłoszeń zamieszczonych
w serwisie Otodom.pl

Okres po 1989 r. nie był dla Łodzi i jej mieszkańców dobrym okresem. Upadek fabryk włókienniczych, nieudolna restrukturyzacja, przyczyniły się do znacznego pogorszenia warunków życia w mieście.
Od kilku rozwój miasta powoli nabiera tempa. Rozwijają się usługi oraz przemysł. Nowe firmy zapowiadają wejście na łódzki rynek. W rozwoju Łodzi czynny udział biorą także władze miasta inwestując w usprawnienie komunikacji. Z roku na rok poziom życia mieszkańców Łodzi jest wyższy, przez co coraz mniej osób decyduje się na wyjazd do innego miasta. Jeśli miasto dalej będzie się rozwijać w takim tempie, za kilka lat ma szanse zahamować negatywne trendy i na nowo stać się znaczącym ośrodkiem gospodarczym w Polsce i Europie.

Aleksandra Kubicka
Jarosław Mikołaj Skoczeń

Sektor publiczny coraz ważniejszym uczestnikiem rynku najmu powierzchni biurowej

W największych miastach w Polsce, poza Warszawą, głównym najemcą powierzchni biurowej od kilku już lat są firmy świadczące nowoczesne usługi dla biznesu. Szczególnie intensywnie centra outsourcingowe rozwijają się we Wrocławiu i Krakowie, w których w 2014 roku inwestorzy z tego segmentu rynku wynajęli zdecydowaną większość biur, na które podpisane zostały umowy.

Warszawa, która jest głównym rynkiem biurowym w naszym kraju, pełni także funkcję największego centrum finansowego w rejonie Europy Środkowo-Wschodniej. Skupia nadrzędne jednostki organizacyjne, regionalne oddziały międzynarodowych firm oraz siedziby wielu wiodących, krajowych przedsiębiorstw.

Ważnym uczestnikiem warszawskiego rynku najmu powierzchni biurowej staje się w ostatnim czasie również sektor publiczny, reprezentujący zarówno polskie jednostki administracyjne, jak i delegatury instytucji europejskich. Już w poprzednich latach podmioty publiczne zawierały umowy najmu na zasadach komercyjnych, ale w 2014 roku zaznaczyły swoją obecność na rynku biurowym znacznie wyraźniej, poszukując optymalizacji zajmowanej powierzchni, kosztów i lokalizacji.

W ubiegłym roku znaczące umowy najmu zawarły m.in. PKP, Agencja Rynku Rolnego, Urząd Rejestracji Leków, Główny Inspektorat Transportu Drogowego, czy Urząd Lotnictwa Cywilnego. Do nowej siedziby przeniosła się Agencja Nieruchomości Rolnych i Izba Celna.

Małgorzata Brawura-Biskupska z firmy doradczej Walter Herz prognozuje, że podmioty administracji państwowej w najbliższych latach wyraźnie zwiększą swój udział w wolumenie umów najmu powierzchni biurowej na warszawskim rynku, zarówno w obiektach o najwyższym standardzie, jak i w budynkach klasy B.

– Urzędy poszukują powierzchni biurowej odpowiadającej ich indywidualnym, ściśle określonym potrzebom. Zgłaszają zapotrzebowanie, zarówno na centralnie położone biura, jak również konkurencyjne cenowo powierzchnie, znajdujące się w pewnej odległości od centrum miasta. Dokładnie sprofilowane oczekiwania poszczególnych instytucji państwowych wymagają poszukiwania, w zależności od typu urzędu, samodzielnych budynków, albo np. powierzchni usytuowanych na parterze, które ułatwiają obsługę klientów. Jedną z najczęściej pojawiających się wytycznych jest odległość od określonych jednostek nadrzędnych – informuje Małgorzata Brawura-Biskupska.

Specjalistka z Walter Herz zauważa, że najemcy z sektora publicznego decydują się na różnego rodzaju lokalizacje. – Na przykład centralnie położony kompleks biurowy Warsaw Spire stanie się siedzibą Centrum Unijnych Projektów Transportowych. A 70 proc. powierzchni w usytuowanym na Mokotowie biurowcu Domaniewska Office Hub zajmie Poczta Polska. Przykładem instytucji, która wybrała lokalizację poza centrum może być zaś Agencja Rozwoju i Restrukturyzacji Rolnictwa, która od lat jest najemcą kompleksu Poleczki Business Park, znajdującego się na Ursynowie – wymienia Małgorzata Brawura-Biskupska.

Analizy Walter Herz wskazują, że najemcy z segmentu administracji państwowej poszukują powierzchni biurowych przede wszystkim w celu konsolidacji kilku lokalizacji lub zwiększenia metrażu. Motywacją do zmiany biura jest dla nich również możliwość obniżki czynszu, tym bardziej że w obecnych warunkach rynkowych mogą liczyć na wynegocjowanie korzystniejszych warunków finansowych. – Koszy utrzymania powierzchni w najczęściej zajmowanych przez instytucje państwowe, starszych budynkach są często wysokie i przeprowadzka może dać spore oszczędności – zauważa Małgorzata Brawura-Biskupska z Walter Harz.

Przedstawicielka firmy doradczej przyznaje, że analizy opcji relokacji wykonywane dla najemców z sektora publicznego dają czasem zaskakujące rezultaty. – Dzięki wykorzystaniu specjalistycznych narzędzi analitycznych możemy przedstawić najbardziej korzystne rozwiązania. Przy czym zdarza się, że lokalizacje które na początku wydawały się najlepsze po dogłębnej analizie okazują się nie być tymi najbardziej optymalnymi – zaznacza Małgorzata Brawura-Biskupska.

Zdaniem specjalistki, firmy z sektora publicznego są stabilnymi najemcami, niezależnie od fluktuacji rynku, doskonałymi płatnikami i na ogół wynajmują biura o dużym metrażu. Utrudnieniem w reprezentacji tego typu najemców jest z kolei duże sformalizowanie procesu najmu, ze względu na przykład na procedury przetargowe, które zwykle powodują rozciągnięcie postępowania w czasie. Przeszkodę może stanowić również brak możliwości wyrażenia czynszu najmu w obcej walucie, przedstawienia zabezpieczenia umowy i zawarcia kontraktu na czas określony. Koszty aranżacji biur podnosi zaś wymagany najczęściej przez budżetówkę gabinetowy układ biur.
Także aktywność inwestycyjna deweloperów wiąże sie obecnie z chęcią przyciągnięcia do nowych budynków najemców z sektora publicznego. Na przykład inwestor budynku biurowego położonego przy ul. Ciołka na warszawskiej Woli planuje zainteresować obiektem instytucje państwowe. Budowa biurowca C 12 A stanowi kontynuację strategii realizowanej przez firmę od kilku lat. Nowy budynek powstanie w sąsiedztwie 8 innych biurowców spółki, w których ulokowało się już wiele instytucji publicznych, jak np. Izba Celna, Prokuratura Rejonowa, czy Urząd Pracy.

Autor: Walter Herz

Ile zarabiają Polacy na Islandii?

Islandię zamieszkuje ok. 320 tys. osób – nieco więcej mieszkańców liczy Lublin. W 2006 roku Islandia otworzyła swoje granice dla polskich pracowników. Nasi rodacy na Islandii są największą grupą imigrantów. Polonia stanowi 3% całej populacji wyspy. Polacy znajdują przede wszystkim zatrudnienie jako wykwalifikowani robotnicy i technicy. Wysokość wynagrodzenia na Islandii określona jest w porozumieniach zawartych miedzy związkami zawodowymi i pracodawcami. Takie porozumienia odnoszą się do 90% rynku pracy. Zarobki są uzależnione od wykształcenia i doświadczenia zawodowego osoby zatrudnionej.

Najwyższe przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto otrzymywali menedżerowie, około 6 985 EUR. Specjaliści zarabiali niecałe 5 000 EUR, natomiast technicy około 4 000 EUR miesięcznie. Niewiele mniej, bo 3 871 EUR wynosiła miesięczna pensja rzemieślników. Poniżej 3 000 EUR, otrzymywali pracownicy biurowi oraz wykwalifikowani robotnicy. Najmniej wynosiło wynagrodzenie pracowników usług oraz sprzedawców, których miesięczne zarobki brutto wynosiły 2 669 EUR.

Tabela 1. Średnie miesięczne zarobki brutto na Islandii w grupach zawodowych w 2014 roku (brutto w ISK oraz EUR)

grupa zawodowa średnie miesięczne wynagrodzenie
w ISK w EUR
menedżerowie 1 081 000 6 985
specjaliści 765 000 4 943
technicy 618 000 3 994
rzemieślnicy 599 000 3 871
pracownicy biurowi 456 000 2 947
robotnicy wykwalifikowani 447 000 2 889
pracownicy usług, sprzedawcy 413 000 2 669

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Statistics Iceland

Mateusz Rachucki
Sedlak & Sedlak

Wartość rynku nowych pożyczek zaciąganych w firmach pożyczkowych do końca roku przekroczy 5 mld złotych. Dynamiczny wzrost przewidywany jest także w kolejnych latach

Piotr Kaczmarski, dyrektor operacyjny NetCredit

Według danych Związku Firm Pożyczkowych wartość pożyczek zaciągniętych w firmach pożyczkowych do końca roku przekroczy 5 mld złotych. To niemal o jedną czwartą więcej niż przed rokiem. Analitycy w kolejnych latach spodziewają się dalszego dwucyfrowego wzrostu, choć ze względu na nasycenie rynku i rosnącą konkurencję będzie on nieco wolniejszy. Firmy pożyczkowe konkurują ze sobą szybkością, jakością i ceną dostarczanych usług, co powoduje rozwój oferty internetowej.

Nasi klienci potrzebują rozwiązania, czyli pożyczki tu i teraz, jak najszybciej. Rynek internetowy i produkty dostępne na nim dostępne bardzo szybko docierają do klienta. I to jest klucz do sukcesu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Kaczmarski, dyrektor operacyjny NetCredit.

W opinii rozmówcy dalszy kierunek rozwoju rynku pożyczek krótkoterminowych uzależniony jest w głównej mierze od potrzeb klientów. Obserwacja aktualnych trendów pozwala zakładać, że zmiany będą szły w stronę rozwiązań dostarczanych drogą internetową.

Jak wynika z danych zebranych przez Scopos dla Kreditech Polska, ponad 30 proc. pożyczających w sieci to osoby średniozamożne, o dochodach pomiędzy 2 a 5 tys. zł miesięcznie, o ustabilizowanej sytuacji życiowej i zawodowej. Wśród klientów przeważają mężczyźni (54 proc.), w wieku pomiędzy 30 a 40 lat (28 proc.), pożyczający nie więcej niż 2 tys. zł.

– Myślę, że klient będzie oczekiwał jeszcze krótszego czasu realizacji, czyli szybszego dostarczania rozwiązań dla niego. Będzie oczekiwał ułatwień w tym procesie, większej prostoty – przewiduje Kaczmarski.

Według przedstawiciela spółki NetCredit to właśnie szybkość jest wspólnym mianownikiem kształtującym obecnie rynek. Fundamentem pozwalającym na osiągniecie sukcesu w branży pożyczek internetowych jest zaoferowanie klientom nowych rozwiązań i produktów, które będą dostępne w możliwe łatwy sposób.

O tym, czy pożyczki internetowe zdominują rynek mikropożyczek, zdecydują klienci. Jeżeli będziemy potrafili dobrze odpowiadać na ich potrzeby, które przecież się zmieniają, to wtedy tak – mówi ekspert.

Dyrektor operacyjny w NetCredit jest zdania, że udział internetowych pożyczkodawców w ogólnej strukturze rynku będzie w najbliższych latach wyraźnie rosnąć. Wpłynie na to zarówno prostota tej formy działalności, jak i dynamicznie rosnąca liczba potencjalnych klientów.

– Coraz więcej osób korzysta z internetu, to jest praktyczne narzędzie, łatwo dostępna platforma do sięgania po nowe produkty, zresztą nie tylko finansowe – mówi. – Natomiast jeśli mówimy o konkurencji, to będziemy walczyć ze sobą jakością, szybkością i ceną, czyli tym, co charakteryzuje wolny rynek – tłumaczy.

Spółka NetCredit jest członkiem Związku Firm Pożyczkowych, organizacji pracodawców zrzeszającej kilkadziesiąt firm działających na rynku pożyczek internetowych.

Polski a grecki sektor energetyczny

Dzisiejsza Grecja zmaga się z problemami, prawie na miarę nowej walki o niepodległość. Kolejne potyczki i fortele związane z transzami pożyczek i uzgodnieniami pomocowymi, odbijają się też istotnie na greckiej energetyce, która ma wiele punktów wspólnych z naszą rodzimą.

Grecka energetyka oparta jest w większości na węglu, a łączna moc zainstalowana w elektrowniach to około 13 GW. Decyzję o ukierunkowaniu się na energetykę węglową podjęto tuż po pierwszym kryzysie energetycznym. Obecnie, prawie 70% greckiej energii pochodzi z węgla brunatnego wydobywanego z lokalnych złóż i jest bardzo słabej jakości. W zależności od lokalizacji kopalni wartość energetyczna wydobywanego surowca waha się od 4 tys. kJ/kg (co bardziej przypomina już torf) poprzez 5,5-6 do najlepszych 7,5-9 tys. kJ/kg (co odpowiada jakości złóż bełchatowskich). Przykładowo w Stanach Zjednoczonych, lignity używane w energetyce, mają nawet lepszą wartość niż nasze krajowe złoża węgla brunatnego (12-15 tys. kJ/kg). To z kolei zbliża je do bardzo niskiej jakości węgla kamiennego. Grecja poza węglem ma około 4,7 tys. MW (w mocy zainstalowanej) w energetyce odnawialnej, co przekłada się na około 18% krajowej produkcji energii – w większości z hydroelektrowni i wiatru, bo w znacznej części greckiego krajobrazu zaczynają dominować wiatraki. Planowana jest ich intensyfikacja do ponad 7 tys. MW. Ponadto, widoczny jest szeroki rozwój fotowoltaiki, co wynika z korzystnych warunków atmosferycznych. Ogrzewanie słoneczne (szczególnie wody) jest zresztą w Grecji powszechne i wszystkie domy oraz hotele maja tego rodzaju instalacje, natomiast sama fotowoltaika dopiero raczkuje.

Struktura własnościowa energetyki jest również zbliżona do polskiej, gdyż większość (ponad 2/3 mocy wytwórczych i dominujące udziały w dystrybucji) należy do państwowego PPC (Public Power Corporation). Jak można przypuszczać, grecki sektor energetyczny boryka się z podobnymi problemami jak polski: regulacje unijne wymuszające liberalizację rynku, przyszłe konsekwencje pakietu klimatycznego i konieczność transferu z węgla w kierunku energii odnawialnej. Ponadto, pojawiają się podobne dylematy: brudne i relatywnie mało efektywne brunatne elektrownie, są jednocześnie najtańszym źródłem energii i co istotne zapewniają pracę górnikom. Zmiana dotychczasowej struktury sektora energetycznego na OZE wymaga zatem wielkich pieniędzy (na dotacje) i bolesnej zmiany w strukturze zatrudnienia, a także zamykania w przyszłości części kopalń. Wszystko to ma się odbywać w warunkach silnego kryzysu finansowego, ograniczeń budżetowych i wymuszonej prywatyzacji.

Ostatnim akordem niedawnego porozumienia jest decyzja o nowym 50 mld funduszu, który będzie zasilony ze sprzedaży wszystkiego, czego nie sprzedano do tej pory, a więc na celowniku jest głównie energetyka i państwowe PPC, a w szczególności krajowy dystrybutor ADMIE. O sprzedaży ADMIE (większościowej prywatyzacji) mówi się od dawna, byli nawet wytypowani pierwsi inwestorzy. Jednocześnie grecki rząd broni się przed tym jak może. Powodem takiego oporu jest fakt, że ceny energii dla użytkowników końcowych wzrosły 3-krotnie przez ostatnie 3 lata i zaczynają być bolesnym problemem w domowych budżetach.

Grecki sektor energetyczny jest wiec w totalnym zastoju. Obecny minister ds. energetyki Panagiotis Lafazanis jest zdania, że nie należy nic zmieniać w tej kwestii. Strategia, którą realizuje polega na dalszym lawirowaniu i omijaniu przyszłych zobowiązań klimatycznych przy dalszym wykorzystaniu węgla. Pozorowane działania prywatyzacyjne niosą ze sobą obawę, że jakikolwiek nowy właściciel, rozpocznie od lepszej ściągalności zobowiązań za energię, co mocniej przydusi domowe budżety i wznieci niepokoje społeczne. Grecja jest więc w impasie – pożyczkowym i energetycznym. Nie wyłania się również żadna wygrywająca strategia, która pozwoli zarówno uratować elektrownie, kopalnie, dystrybutora, końcowego klienta i jeszcze spłacić długi. Wydaje się, że Grecexit będzie w przyszłości jeszcze nie jeden raz przedmiotem debaty i to nie tylko w sensie świata finansów, ale także europejskich regulacji energetycznych, bo tu również pojawia się konflikt interesów pomiędzy Grecją a UE.

Polska struktura wytwarzania jest tak samo (a może jeszcze bardziej) trudna, a problemy społeczne gigantyczne. Cele polskiej polityki energetycznej i europejskiej –proste. Jednakże może tym razem (w przeciwieństwie do Greków) zaczniemy działać szybciej.

Autor: Prof. Konrad Świrski, ekspert ds. energetyki i IT, Politechnika Warszawska, prezes zarządu Transition Technologies

Tekst pochodzi z bloga: http://konradswirski.blog.tt.com.pl/?p=2364

Inwestorzy wracają do dolara

Dolar zdecydowanie umocnił się do euro. Niejasna sytuacja na rynku pracy w USA. Złoty traci na wartości wraz z pogorszeniem sentymentu do rynków wschodzących. Kolejne spotkanie wierzycieli z greckimi przedstawicielami w sprawie przyznania pomocy.

Krzysztof Pawlak - dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Na rynkach widać oczekiwanie na kolejne dane z USA. Temat podwyżek stóp procentowych jest obecnie główną determinantą zachowania inwestorów na rynku. Po wczorajszym ruchu na parze EUR/USD, spadku poniżej 1,09 można się domyślać, że inwestorzy dyskontują podwyżkę stóp w USA już we wrześniu. Jest to o tyle dziwna sytuacja, że ostatnie dane nie dały jasnej odpowiedzi co do kondycji amerykańskiej gospodarki.

Poniedziałkowy raport o dochodach i wydatkach gospodarstw domowych wyglądał bardzo obiecująco, ale prezentowany w poprzednim tygodniu indeks kosztu zatrudnienia okazał się najgorszy w historii. Już dzisiaj zostanie opublikowany raport ADP o zmianie zatrudnienia w sektorze prywatnym. Te dane będą wstępem do prezentowanych w piątek zmian zatrudnienia w sektorze pozarolniczym.

Trzeba przypomnieć, że Fed jasno dał do zrozumienia, że poprawa na rynku pracy będzie oznaczała podwyżkę stóp procentowych być może już we wrześniu. Dlatego inwestorzy bacznie będą się przyglądać tym danym. Lepsze odczyty skierują EUR/USD w kierunku 1,05, i spowodują osłabienie polskiej waluty. Tak czy inaczej, nawet jeżeli podwyżek stóp nie będzie we wrześniu, to biorąc pod uwagę długoterminowe, bardzo dobre perspektywy dla amerykańskiej gospodarki, to bliżej nam jest do 1,00 na EUR/USD i 4,00 na parze USD/PLN w długim okresie.

Wczorajszy dzień przyniósł osłabienie złotego do głównych walut. Do godziny 15 sesja była zupełnie neutralna, zmienność była niewielka. Po godzinie 15 wraz ze spadkiem na EUR/USD złoty zaczął gwałtownie tracić do wszystkich walut. Na EUR/PLN zobaczyliśmy znów kurs powyżej 4,18, do dolara polska waluta straciła niemal 7 groszy, kurs dotarł do poziomu 3,84.

Dzisiaj w Atenach w godzinach przedpołudniowych odbędzie się kolejne spotkanie wierzycieli z greckim ministrem finansów. Celem jest jak najszybsze porozumienie i wypłata 86 miliardów euro pomocy dla Grecji. Zaskakują słowa greckiego ministra finansów, który powiedział, że do końca tygodnia wszystkie tematy zostaną dogadane. Grecy ostatnimi czasy przyzwyczaili nas, że lubią ostro grać i czekać do samego końca, by wywalczyć więcej niż się mogli spodziewać. Takiego optymizmu nie widać po stronie wierzycieli a to może zwiastować kolejne nerwowe dni na rynkach, tym razem ważny termin to 20 sierpnia.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na publikowane indeksy PMI dla usług dla Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Lepsze odczyty od prognoz powinny wspierać euro. Po południu poznamy szereg danych z USA. O 14.15 raport ADP, o którym już wspominałem, o 16.00 indeks ISM dla usług.

EUR/PLN

Komentarz walutowy 05.08.2015
Komentarz walutowy 05.08.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 04.05.2015 do 05.08.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Jest to krótkoterminowy trend wewnątrz szerokiej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiega obecnie w okolicach 4,1200, a kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1100, gdzie znajduje się 61,8% zniesienie Fibonacciego.

CHF/PLN

Komentarz walutowy 05.08.2015
Komentarz walutowy 05.08.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 04.05.2015 do 05.08.2015

Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy, z którego doszło do wybicia w dół. Ku uciesze kredytobiorców można już mówić o trendzie spadkowym. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9200, kurs poszybował ostro w dół. Po odbiciu od ważnego wsparcia na 3.8450 kurs zawrócił, i dotarł do oporu w postaci 61,8% zniesienia Fibonacciego.

USD/PLN

Komentarz walutowy 05.08.2015
Komentarz walutowy 05.08.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 04.05.2015 do 05.08.2015

Kurs USD/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Opór stanowić będzie górne ograniczenie kanału na poziomie 3,8750. Wsparciem będzie 23,6% zniesienie Fibonacciego na poziomie 3,7750.

GBP/PLN

Komentarz walutowy 05.08.2015
Komentarz walutowy 05.08.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 04.05.2015 do 05.08.2015

Kurs GBP/PLN porusza się w ramach wyrysowanego kanału wzrostowego Oporem dla ewentualnych dalszych wzrostów będzie psychologiczna wartość 6,00. W przypadku korekty ostatniego ruchu wzrostowego wsparciem będzie 23,6% zniesienie Fibonacciego w okolicach 5,8500.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

BGŻ BNP Paribas chce zwiększać swoje udziały w rynku bankowości agro, ale nie planuje otwierania nowych punktów obsługi klienta

Bartosz Urbaniak, członek zarządu ds. agrobiznesu BGŻ BNP Paribas

Po fuzji BGŻ i BNP Paribas nowy bank chce rozwijać swoje udziały w sektorze bankowości agro. Nie planuje jednak uruchamiania kolejnych placówek ani wprowadzania nowych produktów. Chce skupić się na obsłudze finansowania sektora w nowej perspektywie unijnej, podczas której na polską wieś ma trafić przeszło 13,5 mld euro.

Mamy zamiar krok po kroku zwiększać nasz udział w rynku agro – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Bartosz Urbaniak, członek zarządu ds. agrobiznesu BGŻ BNP Paribas. – Nie planujemy jednak żadnych rewolucji. Stawiamy raczej na kontynuację programów już kiedyś rozpoczętych i ewolucyjne, konsekwentne zwiększanie naszego udziału w rynku.

Pod koniec kwietnia br. doszło do fuzji prawnej tradycyjnie, od wielu lat obsługującego sektor rolniczy Banku Gospodarki Żywnościowej oraz BNP Paribas. Za przejęcie BGŻ od holenderskiego Rabobanku Francuzi zapłacili w ubiegłym roku przeszło 4 mld zł. W wyniku połączenia powstał BGŻ BNP Paribas, siódmy pod względem wielkości aktywów bank w Polsce. Obecnie trwają prace nad ujednoliceniem oferty. Połączenie operacyjne ma być przeprowadzone do końca przyszłego roku. Wtedy też powinno dojść do unifikacji systemów informatycznych, a klienci BGŻ BNP Paribas uzyskają dostęp do wspólnego systemu transakcyjnego oraz bankowości mobilnej.

W ubiegłym roku dosyć ostro odnowiliśmy ofertę produktową i widzimy, że zostało to dobrze przyjęte – przekonuje Bartosz Urbaniak. – Produkty dla rolników, które byśmy chcieli w najbliższym czasie zaoferować, będą związane głównie z nową falą pomocy z Unii Europejskiej i funduszami europejskimi. Nowych, komercyjnych, szczególnie odmienionych rozwiązań na razie nie planujemy.

BGŻ BNP Paribas nie przewiduje także uruchamiania w najbliższym czasie nowych placówek, które mogłyby usprawnić obsługę klientów na wsi i w mniejszych miejscowościach. Przeciwnie, po fuzji zniknie ok. 100 z 600 placówek położonych zbyt blisko siebie. Zwiększona została natomiast liczba osób zatrudnionych w już funkcjonujących punktach obsługi klienta (POK).

Obecnie mamy jedną z największych sieci w Polsce, więc na razie nie przewidujemy otwierania kolejnych placówek, nie widzimy po prostu takiej potrzeby – wskazuje Urbaniak. – Natomiast nie jest przesądzone, że tak będzie zawsze. Jeżeli tylko się okaże, że rynek będzie tego potrzebował, to zareagujemy. Ale wydaje się nam, że dość dokładnie opracowywaliśmy geolokacyjne rozłożenie placówek i dzisiaj funkcjonują one tam, gdzie są naprawdę potrzebne.

Jak wynika z Umowy Partnerstwa, dokumentu podpisanego przez rząd z Komisją Europejską, w nowej perspektywie finansowej na lata 2014-2020 łączne środki publiczne przeznaczone na realizację Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich (PROW) wyniosą przeszło 13,5 mld euro, w tym 8,6 mld pochodzić będzie z budżetu UE (Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich, w skrócie EFRROW) i ponad 4,9 mld wkładu krajowego.

Po fuzji BGŻ BNP Paribas ma około 1,7 miliona klientów.

M. Uherek (Heart): Środki z pierwszej rundy finansowania posłużyły do rozwoju oferty produktowej. Wkrótce kolejna runda oraz pierwsze przychody ze sprzedaży

0

CEO Magazyn Polska

W pierwszej rundzie finansowania wrocławska spółka Heart pozyskała z funduszu zalążkowego MicroBioLab 0,54 mln złotych. Środki posłużyły głównie do rozwoju oferty produktowej. Producent specjalistycznych urządzeń oraz oprogramowania medycznego poszukuje kolejnych inwestorów. Szczegóły będą znane w perspektywie najbliższych miesięcy. W niedalekiej przyszłości powinny się pojawić także pierwsze przychody operacyjne.

Zakładając firmę Heart, nie mieliśmy rozbudowanych planów finansowania ekspansji rozwoju naszej firmy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Uherek, wiceprezes spółki Heart.

Wraz ze wspólnikiem na rozpoczęcie działalności przeznaczył zaledwie kilka tysięcy złotych. Plany zapewnienia dalszego finansowania pojawiły się dopiero w momencie, kiedy się okazało, że pomysły biznesowe spółki Heart mogą być trafione.

Po jakimś czasie udało się spotkać inwestora, który zainwestował w tę technologię, w te pomysły, uwierzył w nas, w naszą wizję rozwoju tej firmy – tłumaczy Michał Uherek.

Zainteresowanie technologią opracowywaną przez spółkę Heart wyraził fundusz zalążkowy MicroBioLab, należący do EFICOM. W ramach pierwszej rundy finansowania w grudniu 2013 roku zainwestował kwotę 0,54 mln złotych, a w zamian otrzymał 3,1 tys. udziałów stanowiących 22 proc. kapitału zakładowego.

– Obecnie jesteśmy na etapie, kiedy środki z tej pierwszej emisji zostały, mam nadzieję, dobrze spożytkowane na utworzenie kilku produktów w wersji prototypowej – wyjaśnia przedstawiciel spółki Heart.

Jednym z oferowanych produktów jest system PAS przeznaczony do wykorzystania w placówkach medycznych. Za jego pomocą możliwe jest ustalenie stopnia nasilenia bólu pacjenta w różnych punktach czasowych. System wspiera proces leczenia przeciwbólowego.

– Teraz jesteśmy w momencie stawiania drugiego kroku, szukamy kolejnej rundy finansowania. Mniej więcej za pół roku okaże się, gdzie te nasze starania nas doprowadziły – mówi o dalszych planach spółki Heart jej wiceprezes. – Dokładnie w tym momencie spotykają się te dwa strumienie: pozyskiwania kapitału z zewnątrz, od inwestorów, i kluczowe decyzje przekładające się na płatność naszych pierwszych klientów.

Wiceprezes wrocławskiej spółki liczy na to, że dalsze finansowania działalności pochodzić będzie z dwóch głównych źródeł. Oprócz kapitału od inwestorów zewnętrznych, ma również nadzieję na pojawienie się wkrótce pierwszych przychodów ze sprzedaży.

– Na dzisiaj firma nie jest rentowna. Wszystkie środki, które mieliśmy na początku, przeznaczyliśmy na stworzenie tego, co mamy za sobą, czyli stworzenie konkretnych rozwiązań, konkretnych produktów – tłumaczy.

Kapitały posiadane przez spółkę pozwalają na prowadzenie aktywnych działań sprzedażowych i dotarcie do potencjalnych klientów oraz na prowadzenie działań technologicznych i utrzymanie odpowiedniej struktury organizacyjnej. 

Przetarg na nowy system informatyczny w ZUS za dwa lata. Zakład liczy na konkurencyjne oferty

CEO Magazyn Polska

Z dwuletnim wyprzedzeniem Zakład Ubezpieczeń Społecznych ogłosi we wrześniu przetarg na utrzymanie systemu informatycznego. Liczy, że do tak dużego kontraktu zgłosi się wielu graczy, co zwiększy konkurencyjność ofert. W ostatnich latach – dzięki dywersyfikacji dostawców IT – koszty utrzymania systemu spadły o 200 mln zł.

Obniżenie kosztów rozwoju systemu informatycznego w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych było możliwe dzięki temu, że udało nam się podpisać umowę, która w trybie konkurencyjnym pozwala na wybór optymalnego rozwiązania w ramach trzech dostawców. Oznacza to, że trzech dostawców konkuruje o jedno zamówienie z krótkiej listy, która została zawężona w przetargu dwustopniowym – wyjaśnia Radosław Stępień, wiceprezes ds. IT Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Faktyczne koszty utrzymania rozwoju systemu spadły od 2009 roku o 40 proc. Za utrzymanie Kompleksowego Systemu Informatycznego odpowiada firma Asseco, która w 2013 roku ponownie wygrała przetarg. W tym samym roku ZUS – dzięki przejęciu praw autorskich od Asseco – mógł rozpisać osobny przetarg na rozbudowę systemu. Kontrakt został podpisany z Capgemini oraz konsorcjum HP-Kamsoft, a także Asseco.

Obie umowy – na utrzymanie i na rozbudowę KSI – wygasną jesienią 2017 roku. Przetarg na nowego wykonawcę w zakresie utrzymania systemu ZUS ogłosi we wrześniu tego roku. Dwuletnie wyprzedzenie, jak wyjaśniają przedstawiciele ZUS, pozwoli po wyłonieniu zwycięzcy na swobodne zapoznanie się z Kompleksowym Systemem Informatycznym ZUS przed przejęciem jego utrzymania.

Szacujemy teraz kwotę kontraktu i czekamy na to, jak rynek na nasze zapytanie odpowie i ile faktycznie ta usługa miałaby kosztować. Będziemy starali się tak zakończyć przetarg, żeby nowy wykonawca czy też dotychczasowy wykonawca miał rok na przejęcie w eksploatację tak skomplikowanego systemu – wyjaśnia Radosław Stępień.

Jak podkreśla, przedmiotem przetargu będą usługi potrzebne do utrzymania KSI, w tym zapewnienie odpowiednio wykwalifikowanej kadry, która na bieżąco będzie monitorować poszczególne elementy systemu.

Ze względu na to, że rozwój systemu nie jest wykonywany przez jednego wykonawcę, który świadczy usługę utrzymaniową, potrzebna jest usługa integratorska, a więc dotycząca weryfikowania, oceny, a później wdrażania nowych zmian wprowadzanych przez innych wykonawców. I to też wchodzi w skład tego zamówienia – mówi wiceprezes ZUS.

ZUS liczy na to, że w przetargu wystartuje wielu oferentów zainteresowanych tak dużym kontraktem. To zapewni dużą konkurencję rynkową, a co za tym idzie – również niższe ceny.

Na pewno kryteria pozacenowe będą bardzo ważne, bo chodzi o to, żebyśmy mogli uzyskać jak najlepszą ofertę. Ten przetarg również będzie prowadzony w trybie dwuetapowym, a więc na samym początku będziemy starali się uzyskać tę krótką listę potencjalnych wykonawców, którzy mają potencjał do wykonania tak złożonego zamówienia – zapowiada Radosław Stępień.

Dla przykładu, w prowadzonym obecnie przez Zakład przetargu na hurtownię danych 50 proc. wagi oferty stanowiła właśnie jakość.

Polska trzecim największym europejskim rynkiem dla BP. Wkrótce koncern otworzy 500. stację paliw

CEO Magazyn Polska

Polska jest dla BP trzecim, po Niemczech i Wielkiej Brytanii, europejskim rynkiem z największymi zyskami. Wkrótce koncern planuje otwarcie 500. stacji benzynowej. Liczy na dalszy dynamiczny rozwój własnej sieci w związku m.in. z rozbudową infrastruktury drogowej, stawia także na rozwój franczyzy.

Najbliższe miesiące to szereg symbolicznych dat dla BP w Polsce. Dzisiaj świętujemy 20-lecie otwarcia pierwszej stacji BP w Polsce, ale już niebawem otworzymy 500. stację, a w przyszłym roku będziemy obchodzili 25-lecie naszej działalności w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Pyrich, dyrektor generalny polskiego oddziału BP Europa. – To z jednej strony pokazuje nasze osiągnięcia na krajowym rynku, a z drugiej strony pokazuje, jak bardzo jesteśmy zobowiązani, żeby w Polsce inwestować, rozwijać się i uczestniczyć w rozwoju tego rynku.

BP działa w 80 krajach na całym świecie, a Polska jest trzecim w Europie – po Niemczech i Wielkiej Brytanii – rynkiem pod względem wysokości zysków. Dobra kondycja koncernu to m.in. zasługa nieprzerwanego od 25 lat wzrostu gospodarczego w kraju. Prognozy na kolejne lata też są optymistyczne.

Chcemy w tym wzroście uczestniczyć i to z dużymi sukcesami od paru lat realizujemy. Powiększamy swoją sieć stacji paliwowych, zwiększamy swoją ofertę, podnosimy jakość usług i jakość obsługi naszych klientów. Bardzo ważną rzeczą dla branży paliwowej jest rozwój infrastruktury drogowej w naszym kraju – mówi Pyrich.

Rozbudowa dróg daje koncernom paliwowym większe możliwości inwestycyjne. Nowe stacje własne będą powstawać m.in. przy autostradach i drogach ekspresowych. Pyrich zapewnia, że takie obiekty mają ogromny potencjał, a uzyskiwane przez nie dochody mogą być znacznie większe od stacji zlokalizowanych np. w miastach. Jednocześnie koncern będzie rozwijać także franczyzę.

Jak podkreśla Pyrich, zmiana potrzeb klientów wymusza również zmiany w funkcjonowaniu firm paliwowych. 20 lat temu, kiedy koncern otwierał swoją pierwszą stację w Polsce, stacje benzynowe były przede wszystkim punktem zakupu paliwa. Dziś są to raczej centra obsługi kierowców, gdzie można napić się kawy, zjeść posiłek czy zrobić zakupy w całodobowym sklepie.

W 2005 roku skorzystaliśmy z doświadczeń globalnych stacji BP i zaczęliśmy wprowadzać na naszych stacjach kawiarenki Wild Bean Cafe. Wcześniej nikt w Polsce nie myślał, że stacja może się kojarzyć z zapachem świeżo parzonej kawy, zmieniliśmy ten tok myślowy i zmieniliśmy trendy na rynku. W tej chwili klient przyjeżdża na stacje nie tylko po to, żeby zatankować, lecz także często po to, żeby np. zjeść śniadanie – mówi szef BP w Polsce.

Jego zdaniem to kierowcy w dalszym ciągu wyznaczać będą kierunki rozwoju branży paliwowej. Wyjaśnia, że BP dostosowuje się do zmieniających się nawyków konsumentów, a inwestując w badania i rozwoju, może zaproponować im ulepszone produkty. Koncern rozbudowuje największą w kraju sieć myjni bezdotykowych. Stara się także budować kolejne placówki w oparciu o najnowsze technologie, które będą przyjazne środowisku. To m.in. energooszczędne oświetlenie czy specjalne instalacje, dzięki którym opary paliwa podczas tankowania odprowadzane są do zbiornika głównego, więc do atmosfery nie dostają się szkodliwe węglowodory.

Pyrich podkreśla, że długofalowa obecność BP w Polsce ma również aspekt społeczny. Współpracując z partnerami społecznymi, koncern jako pierwsza firma paliwowa w Polsce połączyła działania marketingowe z działalnością charytatywną. Klienci mogą przekazywać gromadzone punkty na rzecz prowadzonej przez PAH akcji Pajacyk, która funduje obiady dla dzieci.

Od początku działania tego modelu udało nam się wspólnie z naszymi klientami przekazać ponad 1,5 mln ciepłych posiłków dzieciom. Od początku naszej działalności społecznej w Polsce, czyli od 1996 roku, przekazaliśmy na różne cele społeczne prawie 10 mln dolarów – mówi Pyrich.

Do programu lojalnościowego PAYBACK koncern włącza także innych partnerów społecznych, czyli Stowarzyszenie WIOSNA z programami Akademia Przyszłości i Szlachetna Paczka, SIEMACHA, Pola Nadziei czy TOPR. Od przyszłego roku klienci BP będą mogli przekazywać punkty na rzecz sześciu różnych programów.

Inwestorzy zagraniczni widzą duży potencjał rynku usług w Polsce

CEO Magazyn Polska

Sektor usług w Polsce jest wciąż niewielki – stanowi nieco ponad 70 proc. całej wartości dodanej w gospodarce, podczas gdy w niektórych krajach jest to nawet ponad 80 proc. Ze względu na niższy wzrost płac w stosunku do produktywności polska gospodarka ma spory potencjał do zwiększenia krajowego popytu. To kluczowy czynnik z punktu widzenia branż usługowych, dlatego zagraniczni inwestorzy poszukują tych z najlepszymi perspektywami.

– Sądzimy, że sektory usługowe będą nadganiały zaszłość historyczną, która polega na tym, że w PKB sektor usługowy jest jeszcze mało reprezentowany, porównując z Europą Zachodnią. Na ten sektor będziemy patrzeć, bo usługi będą – w bardzo dużym uproszczeniu – rozwijały się szybciej niż PKB – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Pogonowski, partner w Value4Capital.

Polska gospodarka charakteryzuje się relatywnie dużym udziałem przemysłu w tworzeniu wartości dodanej w porównaniu do większości krajów europejskich. Zgodnie z danymi GUS w 2014 r. produkcja przemysłowa stanowiła 25 proc. wartości dodanej brutto, czyli praktycznie tyle samo, co 10 lat wcześniej. Udział usług w wartości dodanej w latach 2004-2014 kształtował się w przedziale 71-72 proc.

Stabilny udział sektorów gospodarki w całkowitej produkcji – zwłaszcza w przypadku przemysłu – wynika z szybko rosnącego handlu zagranicznego. Ekonomiści think-tanku Bruegel dowodzą w opracowaniu „Manufacturing Europe’s future”, że sukces niemieckiej gospodarki w ostatnich latach wynika m.in. z udanej kooperacji i outsourcingu części produkcji do innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski.

Ten sam fakt stoi także za bardzo dobrą kondycją gospodarki Węgier, która w ostatnich kwartałach notuje szybki wzrost produkcji przemysłowej i eksportu. W kontekście usług, których część ogranicza się do lokalnych i regionalnych rynków (tzn. nie podlegają wymianie międzynarodowej), Polska ma istotną przewagę nad innymi krajami Grupy Wyszehradzkiej.

Polska jest zdecydowanie największym rynkiem w Europie Środkowo-Wschodniej według naszej definicji, czyli bez Turcji, Rosji i Ukrainy. W tej geografii ten największy rynek będzie się rozwijał w dosyć szybkim tempie – twierdzi Pogonowski.

W odniesieniu do sektora usług pozytywnym procesem jest rosnące zatrudnienie i coraz bliższa perspektywa rynku pracownika. Tempo wzrostu wynagrodzeń w ostatnich latach było niższe od dynamiki produktywności pracy, zatem istnieje potencjał do wzrostu popytu. Obok niepewności związanej z kryzysem była to niewątpliwie bariera dla wzrostu wartości dodanej w sektorze usług. Wskutek niskiej dynamiki płac w ostatnich latach również polski przemysł poprawiał swoją konkurencyjność, dzięki czemu Polska oferuje teraz atrakcyjne stopy zwrotu dla kapitału w relacji do ryzyka.

Z punktu widzenia inwestorów Polska jest tym rynkiem, na którym oni chcą być poprzez fundusze private equity. Nasza strategia dobrze się dopasowuje do tego, czego inwestorzy chcą. Natomiast to wcale nie oznacza, że będzie łatwo – uważa partner w Value4Capital.

Choć wielu inwestorów zdaje sobie sprawę z atutów polskiej gospodarki, to część z nich nie decyduje się na lokowanie swoich środków nad Wisłą z powodu słabo rozwiniętego rynku kapitałowego, zwłaszcza w segmencie private equity.

– Jeżeli mówimy do inwestorów, że będziemy inwestować w Polsce, to jest bardzo pozytywny odbiór. Ale to nie oznacza, że fundraising będzie prosty, dlatego że Europa Środkowa, w tym Polska, nie jest w chwili obecnej regionem, w którym wszyscy chętnie inwestują. W naszym segmencie funduszy private equity nie ma tu jeszcze tak dużej skali jak np. w Ameryce Południowej czy Azji – ocenia Pogonowski.

Uczelnie otwierają się na osoby z doświadczeniem zawodowym. To może skrócić czas studiów nawet o połowę

CEO Magazyn Polska

Przepisy o szkolnictwie wyższym umożliwiają zdobywanie punktów ECTS, potrzebnych do zaliczenia studiów, na podstawie osiągnięć zawodowych. Teraz na taką możliwość otwierają się także uczelnie. Osoba posiadająca bogate doświadczenie praktyczne może uzyskać zaliczenie nawet połowy programu studiów. Nowe prawo to szansa na zdobycie dyplomu m.in. przez pracowników, którzy wcześniej nie mieli czasu, aby dokończyć studia. Nauka może odbywać się także w systemie e-learningowym.

To wielka szansa dla osób, które robiły kariery zawodowe, osiągały sukcesy na tym polu, a przez to nie zdążyły czy nie miały czasu, by ukończyć naukę – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grażyna Drażba-Derdej, wiceprezydent ds. komunikacji, marketingu i rekrutacji na Uczelni Łazarskiego. – Nowe prawo określa zasady i tryb uznania efektów, które osiągnięto w trakcie pracy lub na kursach i szkoleniach.

Wprowadzenie nowych zasad umożliwia nowelizacja ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, która weszła w życie 1 października 2014 r. Stopniowo taką możliwość zaczynają oferować również uczelnie. Zgodnie z przepisami praktyczny profil studiów jest ukierunkowany na zdobywanie umiejętności, uzyskiwanych m.in. na zajęciach warsztatowych prowadzonych poza uczelnią. Profil ogólnoakademicki z kolei ma być realizowany przy założeniu, że ponad połowa programu obejmuje zajęcia służące zdobywaniu pogłębionej wiedzy.

To rozwiązanie np. dla osób, które mają maturę i przez pięć lat zdobyły bardzo duże doświadczenie zawodowe, a teraz chciałyby skończyć studia licencjackie. Na podstawie doświadczenia zawodowego oraz kursów czy szkoleń można obecnie zaliczyć nawet połowę programu studiów, czyli zdobyć nie więcej niż 50 proc. punktów ECTS – wskazuje Grażyna Drażba-Derdej. – Ustawa pozwala także na realizację studiów magisterskich osobom, które już mają licencjat. Wtedy wymagane jest nie pięcioletnie, a trwające tylko trzy lata doświadczenie.

Z nowego prawa mogą skorzystać także osoby mające dyplom, które chciałyby ukończyć inny kierunek. Im również ustawa pozwala na wykorzystanie doświadczenia zawodowego.

To olbrzymia szansa dla osób, które nie mogą sobie pozwolić na codzienne chodzenie do szkoły i pracę razem ze studentami, ponieważ zawodowo są bardzo zajęte – mówi Drażba-Derdej.

Jej zdaniem tryb i zasady uznawania efektów uczenia są procesem skomplikowanym. Na Uczelni Łazarskiego zajmuje się tym specjalna komisja powołana przez Senat. W jej skład wchodzi minimum pięć osób, w tym dwóch ekspertów zewnętrznych, którzy oceniają rezultaty pobierania nauki.

Kandydat musi złożyć podanie i dokumenty poświadczające doświadczenie zawodowe do właściwego dziekana. Dostaje wtedy tutora, który sprawdza dokumenty, doradza i odsyła papiery z pierwszą opinią do komisji. Ona z kolei analizuje dokumenty, ustala konieczne do zaliczenia pytania (zadania) i ocenia, ile przedmiotów oraz jaką część programu konkretnej osobie można zaliczyć.

Chcemy wspierać osoby, które dzięki doświadczeniu zawodowemu często są ekspertami w swojej dziedzinie. Stanowią one pewną wartość dodaną dla naszych regularnych studentów – deklaruje Grażyna Drażba-Derdej. – Taka osoba bardzo często wnosi olbrzymie doświadczenie zawodowe. Inni studenci też mogą z niego skorzystać.

Dla uzupełniających wykształcenie, jak twierdzi Grażyna Drażba-Derdej, to z kolei szansa zdobycia dyplomu bez konieczności uczenia się teoretycznych przedmiotów, które dobrze znają z praktyki.

Jeżeli ktoś jest np. bankowcem, pracuje w instytucji finansowej, to wiedzę praktyczną w tej dziedzinie powinien mieć w małym palcu, więc wielu przedmiotów nie będzie musiał zaliczać. Dzięki temu program studiów znacznie się skróci – wyjaśnia wiceprezydent Uczelni Łazarskiego. – Oczywiście istnieje też możliwość realizacji programów w systemie e-learningowym. Student może wówczas w pełni wykorzystać swój czas, poświęcić go pracy i nauce, a jednocześnie uzupełnić wykształcenie.

ECTS to system punktów zaliczeniowych stosowany w szkołach wyższych Europejskiego Obszaru Szkolnictwa Wyższego. Jego celem jest podniesienie prestiżu europejskich uczelni względem amerykańskich poprzez przyjęcie systemu porównywalnych stopni i tytułów akademickich oraz promocja mobilności. Punkty odzwierciedlają nakład pracy studenta potrzebny do osiągnięcia założonych w programie efektów kształcenia.

W piątek premiera dokumentu o Amy Winehouse. Duże zainteresowanie internautów

0

CEO Magazyn Polska

W najbliższy piątek na ekrany kin wchodzi dokument o Amy Winehouse w reżyserii Asifa Kapadii. Cztery lata po śmierci piosenkarki wciąż wiele się o niej mówi. Między 17 a 31 lipca w internecie pojawiło się prawie 1,5 tys. wzmianek – blisko połowa w rocznicę jej śmierci. Ponad 60 proc. publikacji znalazła się na Facebooku – wynika z analizy Instytutu Monitorowania Mediów. 

Z monitoringu portali internetowych i mediów społecznościowych wynika, że internauci pamiętają o Amy Winehouse, ponieważ zaledwie w ciągu dwóch ostatnich tygodni lipca ukazało się około 1,5 tys. wzmianek na jej temat – mówi agencji Newseria Monika Tomsia, specjalista ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów.

Najwięcej wpisów miało miejsce w okolicy czwartej rocznicy jej śmierci. Między 23 a 25 lipca w sieci pojawiło się 47 proc. wszystkich publikacji o Amy Winehouse. Pisano o niej średnio 200 razy dziennie, podczas gdy w tygodniu poprzedzającym rocznicę ok. 50 razy dziennie.

Amy Winehouse została zapamiętana jako kontrowersyjna gwiazda z poważnymi problemami. Jej filmowa biografia ma prezentować zbiór nieznanych do tej pory materiałów archiwalnych, które mogą się okazać dla widzów zaskakujące czy nawet szokujące. Fani artystki w mediach społecznościowych wspominają przede wszystkim jej twórczość i talent oraz ubolewają nad jej przedwczesną śmiercią.

Ponad połowa wszystkich publikacji w ciągu dwóch ostatnich tygodni lipca dotyczyła zbliżającej się premiery dokumentu „Amy” w reżyserii Asifa Kapadii.

Internauci najchętniej publikowali i dzielili się linkami do artykułów opublikowanych przez opiniotwórcze media internetowe, które zapowiadały zbliżającą się premierę filmu i wskazywały już pewne szczegóły z fabuły, zachęcając do odwiedzenia kin – mówi Tomsia.

Internetowe zapowiedzi filmu często związane były z rozważaniem na temat przyczyn śmierci tragicznie zmarłej artystki oraz jej trudnych relacji z bliskimi.

Bardzo często internauci dzielili się również swoimi ulubionymi piosenkami wokalistki, przywoływali bardzo często jej najbardziej znany album i tytułową piosenkę tego albumu pt. „Back to Black”. Fraza ta pojawiła się w 16 proc. wszystkich publikacji – wskazuje Monika Tomsia.

Zdecydowana większość wzmianek miała wydźwięk neutralny (77 proc.), 8 proc. – charakter pozytywny.

Część publikacji (15 proc.) miała wydźwięk negatywny. Wynika to z faktu, że część dziennikarzy i internautów mocno skupiała się w swoich wypowiedziach czy artykułach na okolicznościach tragicznej śmierci Amy Winehouse, na jej nałogach, problemach z mężem i rodziną. Zdecydowana większość publikacji miała jednak wydźwięk neutralny lub pozytywny i w tych wypowiedziach najczęściej wspominano wyjątkowy talent Amy Winehouse, jej nietuzinkowy głos i wspaniałe przeboje – mówi ekspertka IMM.

Fizjoterapeutą może być dziś każdy. Zabiegi wykonywane przez osoby bez uprawnień groźne dla zdrowia

Wprowadzenie w życie ustawy o zawodzie fizjoterapeuty jest koniecznością, bo tylko w ten sposób można zapobiec nieuczciwym praktykom stosowanym przez osoby, które nie mają doświadczenia ani kompetencji – twierdzi prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Prace nad odpowiednimi przepisami trwają już od 20 lat. Nowe przepisy powinny wprowadzić różne stopnie specjalizacji w zawodzie fizjoterapeuty i określić kompetencje osób wykonujących ten zawód.

Zawód fizjoterapeuty nie jest w Polsce zawodem regulowanym, a to oznacza, że działalność gospodarczą polegającą na świadczeniu usług fizjoterapeutycznych może założyć niemal każdy. Dokumenty potwierdzające wykształcenie i kwalifikacje w zakresie fizjoterapii są wymagane jedynie przy podpisywaniu kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia.

Brak ustawy o zawodzie fizjoterapeuty powoduje, że tak naprawdę dzisiaj nikt nie wie, kto jest fizjoterapeutą, a kto nie. Ustawa jest więc niezbędna. Ważne jest także to, by fizjoterapeuta, który nie jest lekarzem, nie opierał się na własnej diagnozie, bo nie ma do tego wystarczającej wiedzy, doświadczenia i kompetencji, lecz by działał na zlecenie lekarza – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

Dr Maciej Hamankiewicz podkreśla, że tylko lekarz specjalista w trakcie fachowej konsultacji z pacjentem i po przeprowadzeniu diagnostyki różnicowej jest w stanie ocenić, co jest przyczyną bólu kręgosłupa i jaki fizjoterapia/”>zabieg fizjoterapeutyczny trzeba w danej sytuacji zastosować. Jeśli pacjent trafi pod opiekę osoby bez kwalifikacji i doświadczenia, może być narażony na poważny uraz.

Dzisiaj pacjent może trafić do gabinetu, gdzie ktoś dokonuje masażu po kursie sobotnio-niedzielnym. A niewłaściwie przeprowadzone rękoczyny, np. na kręgosłupie, mogą doprowadzić do trwałego uszkodzenia rdzenia kręgowego i paraliżu – przestrzega dr Maciej Hamankiewicz.

Ustawa ma zagwarantować, że zespołem rehabilitacyjnym będzie kierował fachowiec z wykształceniem kierunkowym. Ściśle sprecyzowane mają być również zadania samorządu zawodowego fizjoterapeutów.

Założenie jest takie, że diagnozą zajmuje się lekarz, magister fizjoterapii, który będzie miał większe uprawnienia dotyczące diagnostyki czynnościowej. Natomiast licencjat czy technik fizjoterapeutyczny pracowałby pod kierownictwem fizjoterapeuty z tytułem magistra. Właściwe zorganizowanie tej opieki jest niezbędne – wyjaśnia Hamankiewicz.

Prace nad ustawą o zawodzie fizjoterapeuty trwają już od 20 lat. W 2013 roku projekt trafił do resortu zdrowia i do tej pory trwają nad nim prace. W międzyczasie grupa posłów zaproponowała swój własny projekt.

W tej chwili trwają intensywne prace nad tym, by skompilować obydwa – projekt, który leży w ministerstwie, i ten, który jest w tej chwili procedowany, tak aby nie wylać dziecka z kąpielą. Nie ma możliwości realizacji tego, co część fizjoterapeutów by chciała, czyli by leczyć niezależnie od lekarzy. Te zawody uzupełniają się. Specjalista rehabilitacji medycznej jest niezbędny w procesie leczenia. I trzeba tak zorganizować opiekę fizjoterapeutyczną nad chorym, żeby była bezpieczna i maksymalnie skuteczna – dodaje dr Maciej Hamankiewicz.

Projekt ustawy zakłada powstanie jawnego rejestru, który pozwalałby na identyfikację fizjoterapeuty i określenie jego kwalifikacji. Dostęp do informacji mieliby zarówno pracodawcy, jak i pacjenci.

Obecnie w Polsce zawód fizjoterapeuty wykonuje ok. 70 tys. osób z różnymi kwalifikacjami.

Popołudniowy komentarz walutowy z 04.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 04.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Tanie Polaków tankowanie, benzyna po 4,40 zł?

Dobra wiadomość dla kierowców. Cena litra benzyny na stacjach w Polsce na dłużej pozostanie poniżej 5 zł. I będzie tanieć, bo przecena ropy na świecie przybiera na sile. Ropa może potanieć jeszcze nawet o 28%.

Cena baryłki europejskiej ropy Brent spadła poniżej 50 dolarów i była najniższa od pół roku. Amerykańska ropa WTI potaniała natomiast do prawie 45 dolarów, wyznaczając nowe 4-miesięczne dołki.

Utrzymująca się nadprodukcja ropy na świecie, eksport ropy z Iranu, brak perspektyw na szybki wzrost popytu na ten surowiec, spowolnienie wzrostu gospodarczego w Chinach, duże zapasy ropy w USA oraz mocny dolar, to wszystko czynniki przemawiające za dalszym spadkiem cen. Oczywiście, jednocześnie utrzymuje się niepewność co do sytuacji na Bliskim Wschodzie, która może wymknąć się spod kontroli, co wpłynie na zaburzenie dostaw ropy z tego regionu. To jednak dotychczas nie przeszkadzało w spadkach, więc nie ma powodu zakładać, że teraz będzie inaczej.

Presja na spadek cen ropy będzie się utrzymywała, co może przynieść nawet zejście do dołków z przełomu 2008/2009 roku. Wówczas za baryłkę ropy Brent płacono 36,20 dolarów, a za WTI 33,20 dolarów. Oznaczałoby to przecenę jeszcze o 28%.

Ta mocna przecena ropy musi znaleźć odzwierciedlenie na polskich stacjach. Tańsza o 28% ropa, przy innych parametrach niezmiennych (m.in. marże rafineryjne, kurs dolara), obniżyłoby cenę litra benzyny bezołowiowej 95 o około 50 groszy na litrze. To byłaby świetna wiadomość dla kierowców, ale też i dla gospodarki, dla której tańsza benzyna będzie dodatkowym bodźcem do wzrostu.

Kiedy Polacy najczęściej zmieniają pracę?

Jak wynika z danych GUS w I kwartale 2015 roku 339 tys. pracujących Polaków poszukiwało innej pracy niż obecnie wykonywana. Na początku 2015 roku w Polsce pracowało dokładnie 15 837 tys. osób. Spośród wszystkich pracujących, pracy poszukiwało tylko 2,1% Polaków.

Spośród nich blisko 60% osób szukało nowej pracy, aby uzyskać lepsze warunki finansowe. Z kolei 8,5% chciało w końcu zdobyć stałą pracę.

Od lat pracujący Polacy najczęściej decydują się na zmianę pracy w II kwartale, a więc na przełomie wiosny i lata. W kolejnych kwartałach liczba takich osób zmniejsza się. Warto więc już teraz zastanowić się nad zmianą pracy, kiedy konkurencja na rynku pracy jest nieco mniejsza.

Pracujący poszukujący pracy innej niż obecnie wykonywana w latach 2011-2014 (w tys.)
Pracujący poszukujący pracy
innej niż obecnie wykonywana w latach 2011-2014 (w tys.). Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie GUS

Maria Jodłowska
Sedlak & Sedlak

Trwa dobra passa w sektorze powierzchni magazynowych

Według najnowszego badania BNP Paribas Real Estate Poland łączna podaż powierzchni magazynowych i przemysłowych w Polsce na koniec czerwca 2015 wyniosła ponad 9,3 miliona m kw. Wolumen powierzchni oddanej do użytku w pierwszym półroczu osiągnął poziom około 450 000 m kw, podczas gdy do końca roku zasoby powiększą się o dalsze 770 000 m kw.

Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland
Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland

Pozytywne wskaźniki w zakresie rynku pracy, bilansu handlowego, produkcji sprzedanej przemysłu i sprzedaży detalicznej, a także zachęcające prognozy co do wzrostu polskiego PKB w średnim horyzoncie czasowym, utrzymują popyt na wysokim poziomie.

„Od kilku kwartałów koniunktura na rynku powierzchni magazynowych jest bardzo dobra. Wpływa na to szereg czynników makro i mikroekonomicznych, jak również odpowiednie przygotowanie inwestycji i świadomość deweloperów i właścicieli odnośnie oczekiwań najemców. Z kolei główni odbiorcy powierzchni magazynowych – operatorzy logistyczni, sieci handlowe oraz producenci, zachęceni optymistycznymi prognozami, zwiększają zapotrzebowanie.” – mówi Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland.

Wskaźnik powierzchni niewynajętych powiększył się o 0,2 punktu procentowego do poziomu 5,6%, co stanowi jedynie krótkoterminowy wzrost, gdyż znaczna części powierzchni będącej w budowie została już wynajęta oraz zawiera projekty dedykowane typu ‘built-to-suit’,

Największym rynkiem powierzchni magazynowych pozostają Klastry Warszawa I i Warszawa II z łączną podażą 2,9 milionów m kw. Drugim regionem pod wzdlędem wielkości zasobów pozostaje Górny Śląsk, którego łączna powierzchnia wynosi ook. 1,6 milionów m kw, a kolejne 253,000 m kw znajduje się w budowie.

Dzięki oddaniu do użytku nowej powierzchni, której wolumen wyniósł 26 750 m kw, z całkowitą podażą na poziomie 223 500 m kw. Kraków dołączył do grupy Klastrów Głównych.

W drugim kwartale 2015 ProLogis utrzymał się na pozycji prowadzącej z udziałem w rynku sięgającym 24%, za nim zaś podążają Segro i Panattoni z odpowiednio 11% oraz 10%. W całej Polsce już od kilku lat czynsze utrzymują się na stałym poziomie i w krótkim i średnim horyzoncie czasowym nie należy spodziewać się zmian w tym zakresie.

„Ze względu na niewielką dostępność produktów inwestycyjnych wysokiej jakości, w pierwszym półroczu 2015 doszło do zawarcia tylko 3 transakcji o łącznej wartości sięgającej 149 milionów euro. Wszystkie transakcje inwestycyjne w tym roku zawarto w 1 kwartale. Obserwuje się wyraźny spadek wolumenu inwestycyjnego w sektorze magazynowym. Podyktowane jest to ograniczoną ilością odpowiedniej jakości aktywów dostępnych obecnie na rynku, których większość zmieniła właściciela w 2014, kiedy to dokonano inwestycji o łącznej, rekordowej wartości przekraczającej 700 milionów euro.” – mówi Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland.

Polska gospodarka mogłaby być tak silna, jak niemiecka. Dlaczego nie jest? Uwiera im mocny złoty

Polscy eksporterzy odnoszą coraz większe sukcesy na światowych rynkach. Marzy im się zrównanie z taką potęgą, jaką są Niemcy. Jednak ich osiągnięcia nie są w pełni wykorzystywane przez krajową gospodarkę. Dlaczego? Uwiera im mocny złoty. Komentarz Piotra Lonczaka, analityka walutowego Cinkciarz.pl

Piotr Lonczak analityk walutowy Cinkciarz.pl
Piotr Lonczak analityk walutowy Cinkciarz.pl

Od początku okresu transformacji ustrojowej, czyli od 1989 r., Polska dąży do tego, by stać się krajem eksportowym. Inspiracją dla niej jest rozwój gospodarczy Niemiec, oparty na silnej pozycji firm eksportowych na rynkach całego świata. Z tego powodu wśród wielu polityków i ekonomistów panuje przekonanie, że skopiowanie modelu gospodarczego zachodniego sąsiada otworzy nam drogę do równie wysokiego poziomu życia.

Po chwilowym spadku wartości eksportu w czasie światowego kryzysu (2008 r.), sprzedaż naszych towarów rośnie nieprzerwanie od 2009 r. Polska jest czołowym europejskim eksporterem samochodów oraz podzespołów dla sektora motoryzacyjnego. Mamy silną pozycję dostawcy produktów przemysłu elektromaszynowego. Coraz większe znaczenie ma także eksport żywności. Kolejne lata po kryzysie pokazały, że polscy przedsiębiorcy zdołali dostosować się do trudnych warunków i potrafią skutecznie konkurować ze światowymi firmami nie tylko ceną, lecz także jakością.

Sukces byłby jeszcze większy, gdyby kurs złotego był korzystniejszy dla firm. Indeks Złotego Cinkciarz.pl pokazuje, że od 2012 r. polska waluta umacnia się wobec walut najważniejszych partnerów handlowych, a deficyt handlowy stopniowo maleje. Coraz wyższy kurs złotego osłabia konkurencyjność cenową eksportu, przez co polskie produkty są dla zagranicznych klientów coraz droższe.

Indeks Złotego  Cinkciarz.pl wobec najważniejszych partnerów eksportowych i importowych (zmiana rok do roku).
Indeks Złotego Cinkciarz.pl wobec najważniejszych partnerów eksportowych
i importowych (zmiana rok do roku). Źródło: Cinkciarz.pl

Od połowy 2014 r. wartość złotego rośnie stosunkowo wolno wobec walut krajów,
które są najważniejszymi partnerami importowymi (zielona linia). Z kolei złoty zyskuje w większym stopniu w stosunku do walut krajów, do których eksportujemy (bordowa linia).

To oznacza, że ceny polskich towarów dla zagranicznych klientów rosną dość szybko, co z kolei może doprowadzić do spadku sprzedaży. Z perspektywy polskich firm cena towarów kupowanych na zagranicznych rynkach obniża się w mniejszym stopniu.

W pierwszych pięciu miesiącach 2015 r. Polska osiągnęła nadwyżkę handlową w wielkości 11.96 mld zł. W pewnym stopniu sukces wynikał ze spadku cen ropy naftowej na światowych rynkach. Według danych NBP, wartość importowanej ropy spadła w pierwszym kwartale do 8 mld zł w porównaniu z 14.3 mld zł w ub.r. Podstawowe znaczenie dla osiągnięcia nadwyżki handlowej miała jednak rosnąca rola krajowych eksporterów.

Ze względu na to, że od połowy ub. r. złoty niekorzystnie wpływa na bilans handlu zagranicznego Polski, tempo redukowania deficytu stopniowo malało. Mimo to eksporterzy zdołali wypracować dodatnie saldo handlowe. To bardzo dobrze świadczy o ich silnej pozycji na światowych rynkach. Jeżeli jednak tendencja zostanie zachowana, to szansa na utrzymanie nadwyżki eksportu nad importem będzie niewielka.

Już dziś widać, że silny kurs złotego jest przeszkodą dla eksporterów. Sprzedaż do krajów skandynawskich oraz krajów Europy Środkowo-Wschodniej w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy wyhamowała. Jednocześnie korzyści wynikające ze wzrostu wartości złotego wobec walut krajów, z których importujemy, nie są na tyle duże, aby rekompensować potencjalne straty spowodowane możliwym spadkiem eksportu. Najlepszym przykładem są ceny paliw. Na całym świecie ich cena spada. Tak niska nie była od pięciu lat. Mimo to w Polsce paliwo ostatnio drożeje.

Po chwilowym osłabieniu w czerwcu Indeks Złotego Cinkciarz.pl znowu rośnie. Przyczyniło się do tego zakończenie greckiego kryzysu. Na początku lipca Ateny w końcu zgodziły się na reformy w zamian za międzynarodową pomoc. Dzięki temu kraj uniknął usunięcia ze strefy euro, a złoty znowu drożeje.

Polska może zająć pozycję silnego eksportera na światowych rynkach. Oczywiste jest, że będziemy na to pracować jeszcze przez kilka dekad. Krajowe firmy pokazały jednak, że potrafią radzić sobie z taką przeszkodą, jaką jest silny złoty.

INDEKS ZŁOTEGO CINKCIARZ.PL

Indeks Złotego Cinkciarz.pl to comiesięczne raporty przygotowywane przez analityków walutowych. Podsumowują kondycję polskiej waluty na tle europejskich i światowych rynków.

Indeksy walutowe są obliczane na podstawie zmian kursu złotego wobec najważniejszych partnerów handlowych Polski. W zestawieniu reprezentowane są 33 kraje, których udział
w handlu zagranicznym z polskimi firmami jest ważny z punktu widzenia krajowej gospodarki.

Indeksy są konstruowane dla grup krajów. Poszczególne zestawienia są budowane w oparciu o szczegółowe kryteria:

• udział krajów w eksporcie lub imporcie (np. kluczowi partnerzy handlowi);
• położenie geograficzne (np. kraje Europy Środkowo-Wschodniej);
• klasyfikacja Międzynarodowego Funduszu Walutowego (np. rynki wschodzące).

Indeksy realne są obliczane z wykorzystaniem danych o inflacji. Korzystamy z publikacji Eurostatu (w przypadku krajów należących do Unii Europejskiej) lub krajowych urzędów statystycznych.

Wyniki Banku Pekao po pierwszym półroczu 2015 r.

Skonsolidowany zysk netto Banku Pekao w pierwszym półroczu 2015 r. wyniósł 1 244 mln złotych, co pozwoliło na osiągnięcie zwrotu na kapitale ROE 10,3%, przy jednoczesnym utrzymaniu wysokiego poziomu współczynnika wypłacalności Core Tier 1 wynoszącego 17,8%. Bank kontynuował wzrost działalności biznesowej dzięki utrzymaniu wysokiego tempa wzrostu wolumenów, znacznie powyżej średniej w sektorze, zarówno w depozytach +9,3% r/r, jak i w kredytach +10,1% r/r, ze szczególnie wysokim wzrostem sprzedaży pożyczek gotówkowych w pierwszym półroczu o +21,4% r/r. Wysoka aktywność biznesowa została wsparta dalszą poprawą efektywności kosztowej (-2,3% r/r) oraz redukcją kosztów ryzyka do 50 punktów bazowych w drugim kwartale.

Skonsolidowany zysk netto w pierwszym półroczu wyniósł 1 244 mln złotych, (-5,7% r/r), dzięki wsparciu wynikiem netto osiągniętym w drugim kwartale w wysokości 619 mln złotych. Wynik Banku jest skutkiem częściowego skompensowania negatywnego wpływu zewnętrznych czynników regulacyjnych, dzięki efektom wzrostu działalności.

Zysk operacyjny brutto został utrzymany na poziomie 1 969 mln złotych, (-1,3% r/r), w wyniku wysokiego poziomu aktywności biznesowej i dalszej poprawie efektywności kosztowej (-2,3% r/r), co pozwoliło niemal skompensować skutki obniżki stopy lombardowej i stawki opłaty interchange.

Dochody operacyjne wyniosły 3 582 mln złotych, (-1,7% r/r), w rezultacie spadku wyniku odsetkowego do poziomu 2 058 mln złotych, spowodowanego obniżeniem stóp procentowych, oraz osiągnięciem przychodów prowizyjnych na poziomie 994 mln złotych.

Bank Pekao odnotował znaczący wzrost zarówno wolumenów kredytowych o 10,1% r/r oraz depozytów o +9,3% r/r. Portfel kredytów detalicznych, wsparty solidnym wzrostem kwartalnym o +2,5% wzrósł o +11,1% r/r osiągając poziom 51 739 mln złotych. W pierwszym półroczu szczególnie mocno wzrosła sprzedaż pożyczek konsumenckich +21,4% r/r. Portfel kredytów korporacyjnych wzrósł o +9,5% r/r do poziomu 75 394 mln złotych, również dzięki wzrostowi odnotowanemu w drugim kwartale o +2,6% kw/kw.

Depozyty detaliczne wzrosły o +8,2% r/r, +1,7% kw/kw do poziomu 58 709 mln złotych, natomiast depozyty korporacyjne wzrosły o +10,2% r/r, do poziomu 70 582 mln złotych, wsparte silnym wzrostem kwartalnym o +3,9%.

Bank kontynuował skuteczne zarządzanie kosztami, obniżając koszty z wyłączeniem opłaty na rzecz funduszy gwarancyjnych o (-2,3% r/r), do poziomu 811 mln złotych.

Koszty ryzyka uległy dalszej poprawie osiągając poziom 50 punktów bazowych w drugim kwartale, wskaźnik kredytów nieregularnych zmniejszył się do poziomu 6,7%, a wskaźnik pokrycia rezerwami wyniósł 70,8%.

„To kolejny kwartał, w którym osiągnęliśmy wzrost biznesu, przybliżający nas do realizacji ambitnego celu – jednocyfrowego spadku zysku netto – powiedział Luigi Lovaglio Prezes Zarządu Banku Pekao SA . Bank kontynuuje inwestycje w innowacje. Wprowadzona karta wielowalutowa jest najlepszym przykładem, jak rozwiązania cyfrowe mogą uprościć życie naszych klientów.”

Komentarz walutowy DM BZ WBK – 4.08.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo pt. „Komentarz walutowy”. Znajdziesz w nim komentarz Marcina Działka dotyczący bieżącej sytuacji na rynkach walutowych.

Limity MdM-u wymagają szybkich poprawek?

Prezydent złożył już swój podpis pod ustawą wprowadzającą zmiany w programie „Mieszkanie dla Młodych”. Nowelizacja zasad MdM-u przewiduje m.in. włączenie używanych lokali do systemu dopłat oraz znaczący wzrost dofinansowania dla rodzin wielodzietnych. Mimo wcześniejszych uwag ekspertów i analityków, zmiany nie objęły systemu obliczania wskaźników cenowych. W obecnych warunkach, istotnym problemem jest niedopasowanie limitów MdM-u do lokalnych cen. Ta kwestia nabierze jeszcze większego znaczenia, gdy dopłaty obejmą rynek wtórny.

Niedopasowanie wskaźników było widoczne już 5 lat temu

Na wstępie warto przypomnieć, że MdM „odziedziczył” system obliczania limitów cenowych po wcześniejszym programie dopłat. Już w czasie działania Rodziny na Swoim (RnS) można było mieć wątpliwości dotyczące limitów cenowych – mówi Andrzej Prajsnar, analityk portalu RynekPierwotny.pl. Dobrym przykładem jest kuriozalnie wysoki poziom wskaźników (> 9000 zł/mkw.), które obowiązywały w Warszawie od IV kw. 2010 r. do III kw. 2011 r. Po ustawowej obniżce limitów RnS (w III kw. 2011 r.), uwidocznił się kolejny problem. Przez kolejne 16 miesięcy, mieszkańcy Krakowa byli prawie pozbawieni możliwości uzyskania dopłat (ze względu na niskie wskaźniki cenowe).

Mieszkanie dla Młodych – nie dla krakowian

Po uruchomieniu MdM-u, krakowianie znów mają największe powody do narzekania na poziom limitów cenowych (patrz poniższy wykres). W Stolicy Małopolski, graniczna cena dotowanych mieszkań jest o 750 zł/mkw. niższa od średniej stawki transakcyjnej. Deweloperzy dostosowali się do tej sytuacji, poprzez budowę wielu mieszkań w najbardziej peryferyjnych dzielnicach Krakowa (przykłady: Swoszowice, Nowa Huta, Wzgórza Krzesławickie). Podobnych dostosowań na pewno nie muszą wykonywać np. inwestorzy z Białegostoku, Bydgoszczy, Katowic, Kielc, Łodzi, Olsztyna i Zielonej Góry. W tych miastach wojewódzkich, poziom wskaźników cenowych wydaje się nawet zbyt wysoki.
Problem niedopasowania krakowskich limitów będzie bardziej widoczny, gdy dopłaty obejmą również używane lokale. Wskaźniki dotyczące takich mieszkań są o ponad 18% niższe od analogicznych stawek z rynku deweloperskiego. W przypadku Krakowa, to skutkuje ogromną różnicą (około 2000 zł/mkw.) między średnią ceną transakcyjną używanych lokali i limitem cenowym.

Bardzo poważne problemy z zakupem używanego lokalu, będą mieć też uczestnicy MdM-u, mieszkający w Warszawie, Wrocławiu, Rzeszowie i Gdańsku (zobacz poniższy wykres).

Miasta wojewódzkie: limity MdM-u na tle średnich cen nowych i używanych lokali III kw 2015 rok
Miasta wojewódzkie: limity MdM-u na tle średnich cen nowych i używanych lokali III kw 2015 rok

Kiepskie dopasowanie limitów cenowych nie jest jedynym problemem. Wątpliwości budzą również nagłe wahania tych wskaźników. Przykładem może być:

  • podwyżka limitu dotyczącego Olsztyna o 6,35% (+326,15 zł/mkw.) w II kw. 2015 r.
  • obniżka limitu dotyczącego Rzeszowa o 6,94% (-301,95 zł/mkw.) w II kw. 2015 r.

Tak duże zmiany wydają się dziwne w warunkach deflacji i stabilnych cen materiałów budowlanych. Wahania limitów MdM-u można złagodzić np. poprzez zastosowanie średniej kroczącej z trzech lub czterech okresów. Wydaje się jednak, że system ustalania wskaźników cenowych wymaga głębszych zmian.

Limity nie bazują na faktycznych kosztach budowy lokali

Wiele osób zainteresowanych MdM-em zdaje sobie sprawę, że poziom limitów cenowych zależy od przeciętnych kosztów budowy 1 mkw. lokali (wg. GUS). Nie wszyscy wiedzą jednak o dodatkowych korektach. Każdy wojewoda na podstawie własnych analiz, może skorygować lokalne wyniki obliczeń GUS i zastosować te zmiany do wskaźnika przeliczeniowego kosztu odtworzenia 1 mkw. budynków mieszkalnych – tłumaczy analityk portalu RynekPierwotny.pl. Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju (MIiR) informowało już urzędy wojewódzkie o właściwych zasadach korekt, które później wpływają m.in. na poziom limitów MdM-u. Uwagi MIiR nie są jednak wiążące dla lokalnych urzędników. W tym względzie przydałaby się większa kontrola ministerstwa.

Wątpliwości dotyczą również przeciętnego kosztu budowy 1 mkw. lokali. Główny Urząd Statystyczny ustala go na podstawie deklaracji o kosztach nabycia gruntu i budowy mieszkań (B-09). Wypełniony formularz B-09 muszą regularnie przesyłać wszystkie zobowiązane podmioty. GUS oblicza średni koszt budowy lokalu w danym regionie, bez podziału inwestorów mieszkaniowych na deweloperów, spółdzielnie oraz TBS-y. Wspomniane rozwiązanie stwarza pewien problem, ponieważ Towarzystwa Budownictwa Społecznego i spółdzielnie czasem budują lokale na gruntach otrzymanych za preferencyjną lub zerową cenę. W rezultacie średni koszt budowy według GUS, jest nieco zaniżony. Na wiarygodność tego wskaźnika wpływa również brak dokładnej kontroli informacji wysyłanych przez inwestorów.

Polski Związek Firm Deweloperskich dodatkowo zwraca uwagę na fakt, że informacje o kosztach budowy przekazane w deklaracji B-09, nie uwzględniają np. marży inwestora, podatku VAT od sprzedaży nowych lokali (8%) oraz kosztów ponoszonych po otrzymaniu pozwolenia na użytkowanie (przykład: koszty zagospodarowania przestrzeni między blokami oraz sprzedaży mieszkań). Wspomniane koszty, które stanowią do 10% wydatków na inwestycję, można by uwzględnić poprzez proporcjonalne zwiększenie mnożnika wykorzystywanego przy ustalaniu limitów. Takie rozwiązanie skutkowałoby jednak ustaleniem zbyt wysokich limitów w kilku miastach (np. Łodzi, Olsztynie i Katowicach). Dlatego bardziej zasadna wydaje się całkowita zmiana procedur związanych z wyznaczaniem limitów MdM-u.

Andrzej Prajsnar – RynekPierwotny.pl

Polski leasing w pigułce

Z danych opublikowanych przez Związek Polskiego Leasingu wynika, że największy udział w rynku wciąż mają transakcje dotyczące pojazdów – stanowią 36,8%. Kolejną co do wielkości grupą są różnego rodzaju maszyny i urządzenia, których popularność w leasingu szybko rośnie. Warto jednak pamiętać, że w leasing możemy wziąć o wiele więcej. A właściwie niemal wszystko.

Od 2013 roku wielkość europejskiego rynku leasingu wzrosła o prawie 10%, jak wynika z danych Leaseurope, organizacji reprezentującej 91% europejskiego rynku leasingu. Wartość branży na koniec zeszłego roku organizacja ocenia na 276 miliardów euro. W tym zestawieniu na bardzo dobrym, bo siódmym miejscu na kontynencie plasuje się Polska, gdzie łączna wartość transakcji to ponad 10 miliardów euro.

Niezmiennie najbardziej popularny jest leasing pojazdów, zarówno flot firmowych, jak i (coraz częściej) aut na użytek prywatny. W Polsce leasing samochodowy to około 60% rynku, jak podaje Związek Polskiego Leasingu. Wynika to z rosnących cen nowych pojazdów, ale także z faktu, że firmy leasingowe prześcigają się w ofertach na najbardziej kompleksowe usługi. Tzw. full service leasing często obejmuje już nie tylko ubezpieczenie, serwisowanie i naprawy aut, lecz również wymianę opon czy karty paliwowe.

– Warto jednak pamiętać o tym, że leasing to nie tylko pojazdy – mówi Justyna Judasz, Kierownik Zespołu Produktów i Innowacji w Raiffeisen Leasing – Zgodnie z ustawową definicją przedmiot leasingu może stanowić „rzecz ruchoma lub nieruchoma, służąca celom zarobkowym użytkownika, dobro o charakterze inwestycyjnym, w rachunkowości przedsiębiorstw zwane środkiem trwałym”. Oznacza to, że w leasing można wziąć praktycznie wszystko, co jest niezbędne do prowadzenia działalności gospodarczej. Staje się również coraz bardziej dostępny dla osób fizycznych – dodaje Pani Justyna.

Wśród rolników coraz popularniejsze jest finansowanie w ramach leasingu maszyn rolniczych, których wysokie ceny bywają często barierą nie do samodzielnego pokonania. Wielu przedsiębiorców decyduje się na leasing sprzętu biurowego – i to nie tylko komputerów, ale również drukarek, skanerów, kserokopiarek, centrali telefonicznych, kas fiskalnych, a nawet oprogramowania. Placówki medyczne, weterynaryjne czy kosmetyczne korzystają z finansowanych za pośrednictwem leasingu urządzeń diagnostycznych czy zabiegowych. Istnieje też możliwość leasingowania wózków widłowych, maszyn budowlanych i drogowych, maszyn do obróbki drewna i metalu, wszelkiego rodzaju sprzętów drukarskich, a nawet urządzeń do pakowania czy foliowania. Firmy leasingowe wyszły naprzeciw oczekiwaniom przedsiębiorców do tego stopnia, że obecnie w leasing można wziąć również całą linię technologiczną przeznaczoną np. dla zakładów mięsnych czy produkcji ceramiki budowlanej.

Coraz większą popularność zyskuje leasing nieruchomości: budynków, gruntów lub lokali użytkowych, hal produkcyjnych, magazynów. Umowa leasingowa podobna jest wówczas do umowy najmu, ale wzbogacona o prawo do zakupienia przedmiotu umowy po z góry ustalonej cenie po zakończeniu umowy leasingowej. Umowy leasingu nieruchomości zwykle zawierane są na dłuższe okresy – nawet do 15 lat.

Czy jest w takim razie coś, czego nie wyleasingujemy? Owszem. Zgodnie z prawem nie wolno leasingować takich działalności, jak produkcja broni, produkcja oraz dystrybucja alkoholi, produkcja oraz dystrybucja tytoniu, ubezpieczenia czy wszelkiego rodzaju hazard oraz spekulacje. Poza tymi wyjątkami jedyne, co nas może ograniczać, to oferta wybranej przez nas firmy leasingowej.

Spadki indeksów PMI dla Unii Europejskiej, ale nie tak znaczne jak oczekiwali analitycy

Wczoraj poznaliśmy wskaźniki PMI dla europejskich gospodarek. Dane dla Polski wypadły korzystnie. Indeks wzrósł o 0,2 pkt do 54,5 pkt podczas gdy rynki oczekiwały symbolicznego spadku. Wpłynęło to oczywiście od razu na umacnianie się złotego do innych walut. Złotówce dodatkowo pomagały dobre dane z innych europejskich gospodarek. Unia notowała co prawda spadki indeksu, ale były one albo zgodne z oczekiwaniami analityków – jak we Francji, lub mniejsze – jak chociażby w Niemczech. W efekcie łączny indeks dla strefy euro spadł zaledwie o 0,1 pkt podczas gdy spodziewano się trzy razy większych spadków. Wraz z publikacją danych złoty umacniał się w sumie w szczytowym momencie ponad grosz do euro, jednakże ruch ten został w całości skorygowany już po południu.

W przypadku wskaźników PMI większość odczytów oscyluje w okolicach 50 pkt. Jest to symboliczna granica oddzielająca oczekiwania managerów między recesją a przyspieszeniem. W przypadku krajów mających realne problemy gospodarcze indeks ten często osiąga bardzo niskie wyniki. Nie może to dziwić np. w Grecji, gdzie ze względu na kryzys oraz kontrolę przepływu kapitału firmy borykają się z poważnymi problemami. Indeks PMI dla przemysłu wyniósł tam zaledwie 30,2 pkt. Jednakże biorąc pod uwagę, że obroty małych i średnich firm spadły tam w wyniku ostatnich ograniczeń w przepływie kapitału o połowę taki brak optymizmu nie może dziwić.

USA również ma swoją Grecję. To Portoryko. Wyspa ta, pomimo że formalnie nie jest stanem, jest stowarzyszona. Nie jest to wbrew pozorom błahy problem, gdyż zamieszkuje ją 3,5 miliona obywateli, a łączne zadłużenie przekroczyło już 70 mld dolarów i od sierpnia przestało być spłacane. Scenariusz był podobny jak w wielu innych sytuacjach. Spadające koszty emisji długu zachęcały do wypuszczania obligacji i finansowania z nich różnych, niekoniecznie potrzebnych, programów i inwestycji. W efekcie po spowolnieniu gospodarczym wywołanym między innymi światowym kryzysem mamy kolejny problem. Wyspa zwraca się z prośbą o umorzenie części długów i wydłużenie terminu spłat. Wedle deklaracji administracji Baraka Obamy program ratunkowy jest na razie wykluczony. Gdyby doszło do ogłoszenia bankructwa na wyspie na pewno odbije się to na negatywnie na kursie dolara amerykańskiego.

Po południu poznaliśmy wyniki indeksów dotyczących przemysłu w USA. Co ciekawe PMI zgodnie z oczekiwaniami wzrósł symbolicznie podczas gdy indeks ISM spadł o ponad 1 pkt. Jest to ciekawa rozbieżność, gdyż znowu wracamy do sytuacji, gdy dane z USA pokazują na zmianę ożywienie i recesje w gospodarce. Z dzisiejszych danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na pakiet z USA publikowany o 16:00. Będzie to seria danych na temat zamówień w gospodarce. Informacje te są ważne dla analityków gdyż często wyprzedzają twarde dane takie jak wzrost PKB lub bezrobocie. Wzrost tych wskaźników powinien zatem umacniać dolara.

EUR/PLNKomentarz walutowy 04.08.2015
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 04.05.2015 do 04.08.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Jest to krókoterminowy trend wewnątrz szerokiej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiega obecnie w okolicach 4,1400, a kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1000 – 4,1050, gdzie w ostatnich dwóch miesiącach znajdowały się ważne minima a obecnie przebiega dolne ograniczenie nowego szerokiego trendu.

CHF/PLNKomentarz walutowy 04.08.2015
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 04.05.2015 do 04.08.2015

Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy, z którego doszło do wybicia w dół. Ku uciesze kredytobiorców można już mówić o trendzie spadkowym. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9200, kolejnym ważnym poziomem jest 3.8450.

USD/PLNKomentarz walutowy 04.08.2015
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 04.05.2015 do 04.08.2015

Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wybił się dołem z kanału wzrostowego. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Kolejnym wsparciem po wybiciu są minima na 3,7100.

GBP/PLNKomentarz walutowy 04.08.2015
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 04.05.2015 do 04.08.2015

Kurs GBP/PLN wybił się dołem z kanału wzrostowego Oporem dla ewentualnych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9400. W przypadków dalszych spadków najbliższym wsparciem jest Ostatnie minimum lokalne na 5,7700.

Maciej Przygórzewski- główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Rynki walutowe: przełomowy tydzień dla GBP i USD

  • Po zaskakującym odczycie kosztów zatrudnienia w ubiegły piątek, najważniejszy dla prognozowanej podwyżki stóp będzie opublikowany w piątek raport NFP
  • BoE zmienia procedurę tak, by równocześnie publikować protokoły/prognozy ekonomiczne
  • Na dzisiejszym posiedzeniu RBA nie przewiduje się zmiany polityki

W piątek pary z USD odnotowały znaczne wahania po publikacji danych dotyczących kosztów zatrudnienia w II kwartale. Mimo iż zwykle odczyt ten nie cieszy się szczególnym zainteresowaniem inwestorów, tym razem okazał się wyjątkowo rozczarowujący – +0,2% w ujęciu kwartał do kwartału, co stanowiło wynik znacznie gorszy, niż przewidywane 0,6%, i najniższy w historii (tj. od połowy lat 90.).

Tak słabe dane znacznie zmniejszają prawdopodobieństwo podwyżki stóp Fed w najbliższym czasie, mimo iż sytuacja stałaby się interesująca w przypadku wyjątkowo mocnego odczytu zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w najbliższy piątek i/lub pozytywnego odczytu średniej płacy godzinowej. W tym momencie najważniejsze jest, by USD odrobił straty z piątku, mimo iż wysoka zmienność sugeruje nerwowy tydzień na rynkach przy okazji kolejnych publikacji danych, począwszy od dzisiejszej inflacji PCE (przy czym w kontekście inflacji należy pamiętać, że kilka najbliższych miesięcy będzie „najgorsze” w ujęciu porównywalnym rok do roku ze względu na gwałtowną aprecjację USD, która rozpoczęła się około rok temu, a także na załamanie cen ropy, które rozpoczęło się mniej więcej w tym samym czasie).

Prezes Bank of England, Mark Carney, w tym tygodniu wdroży wreszcie od dawna oczekiwaną zmianę procedur banku centralnego – od posiedzenia w sprawie polityki pieniężnej w najbliższy czwartek zarówno protokoły z posiedzeń, jak i prognozy ekonomiczne będą publikowane równocześnie. Przewiduje się, że co najmniej dwóch członków Rady Polityki Pieniężnej zagłosuje za podwyżkami stóp już teraz. Prezes Carney przedstawi również kwartalny raport w sprawie inflacji.

Prezes Bank of Japan, Haruhiko Kuroda, oświadczył, że nie ma obecnie podstaw do kontynuacji luzowania ilościowego. Równocześnie lipcowy odczyt Nikkei PMI w sektorze wytwórczym został lekko skorygowany w dół w porównaniu z odczytem „flash”, mimo iż wynik na poziomie 51,2 jest nadal najlepszy od lutego. W Chinach natomiast odczyt Caixin PMI (wcześniej HSBC PMI) został mocno skorygowany w dół do 47,8, co stanowi najniższy poziom od lipca 2013 r.

Dziś czeka nas posiedzenie Reserve Bank of Australia i rynek nie przewiduje żadnych zmian dotyczących prognoz. Para AUD/USD jest zaskakująco nieruchoma; przewiduje się raczej spadek w związku z coraz niższymi cenami surowców i z gwałtownym umocnieniem pary USD/CAD.

04

Po zaskakująco niskim odczycie indeksu kosztów zatrudnienia w II kwartale, który zwykle nie jest uważany za istotny wskaźnik na rynku, w parze tej wystąpiły znaczne wahania. Udało się jednak zepchnąć tę parę walutową z powrotem poniżej poziomu 1,1000, dzięki czemu niedźwiedzie mogą obecnie mieć nadzieję, jeżeli nie wręcz pewność, dotyczącą spadku. Akcja w piątek to ostrzeżenie przed nerwowymi zachowaniami na rynku w okolicach poszczególnych publikacji danych ze Stanów Zjednoczonych w tym tygodniu.

 

J. Aleksandrowicz (AIP): Zainwestowaliśmy do tej pory w ponad 100 start-upów. Przeciętny wkład na poziomie 100-500 tys. zł

Jacek Aleksandrowicz

Działający od 2009 roku fundusz zalążkowy AIP Seed Capital zainwestował do tej pory w 111 start-upów. Jednym z największych sukcesów okazała się spółka Qpony.pl, która przyniosła funduszowi 0,9 mln złotych zysku. W portfelu znajduje się więcej perspektywicznych firm. Wśród nich między innymi spółka SiDLY oferująca urządzenie do monitoringu stanu zdrowia oraz spółka Phenicoptere z produktami do demakijażu.

Nasz fundusz AIP Seed Capital zainwestował w 111 start-upów, które są na wczesnym etapie rozwoju. Branże są bardzo różne, nie ograniczamy się do jednej – wyjaśnia Jacek Aleksandrowicz, wiceprezes i współtwórca Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości.

W portfelu funduszu znajdują się m.in. spółki teleinformatyczne (ICT), związane z branżą modową oraz działające w sektorze healthcare. Cechą łączącą wszystkie inwestycje jest nowoczesne podejście do biznesu, automatyka działania i przede wszystkim dostępność on-line.

Naszym największym sukcesem jest spółka Qpony.pl, w którą zainwestowaliśmy 2 lata temu 100 tys. zł, a niedawno nasze udziały sprzedaliśmy za 1 mln zł – mówi Jacek Aleksandrowicz pytany o najbardziej udane inwestycje funduszu.

Aleksandrowicz w rozmowie z agencją Newseria Inwestor zapewnia, że start-upów o podobnych perspektywach biznesowych co Qpony.pl jest w portfelu funduszu więcej. Przykładem jest warszawska spółka SiDLY oferująca klientom aparat do telematyki medycznej. Jest to urządzenie pozwalające na monitoring czynności życiowych połączone z aplikacją mobilną na telefonie. Spółce udało się pozyskać inwestowanie m.in. od MCI.

W pierwszej kolejności staramy się pomagać pozyskiwać im kapitał – mówi wiceprezes AIP. – Mamy Glov, myślę, że to jest chyba dzisiaj nasz największy sukces, jeśli chodzi o działanie. Dziewczyny, które założyły firmę produkującą rękawiczkę do demakijażu – tłumaczy przedstawiciel funduszu.

Spółka Phenicoptere powstała w 2011 roku, a już rok później zwyciężyła w konkursie na Start-up Roku. Firma oferuje klientom linię produktów GLOV Hydro służących do wielokrotnego demakijażu. Obecnie prowadzi działalność biznesową już w skali międzynarodowej, a wielkość sprzedaży, jak zapewnia wiceprezes AIP, kształtuje się na poziomie milionów sztuk i milionów złotych przychodów.

Klasyczny model, w którym inwestujemy, to 100 tys. za 15 proc., bardzo prosta umowa, nie narzucamy żadnych zbędnych obowiązków na start-upowca, nie przymuszamy go do zabezpieczenia tej kwoty jakimiś niestworzonymi instrumentami – mówi Jacek Aleksandrowicz o koncepcji biznesowej funduszu AIP Seed Capital.

Zdaniem eksperta jest to jeden z najbardziej atrakcyjnych modeli inwestowania w Polsce. Polityka funduszu dopuszcza również przypadki, w których inwestycja będzie większa i obejmie większy odsetek udziałów w spółce. Ogólnie fundusz lokuje w poszczególne projekty kwoty do 500 tys. zł.