Raport o kosztach utrzymania Sejmu, Senatu, prezydenta i premiera w 2015 roku

Ponad 40 mln zł na odprawy, 16,6 mln zł na nowe biura z przejściem podziemnym, a także 11,3 mln zł na odznaczenia i ordery – to tylko niewielka część wydatków, przewidzianych w budżecie dwuizbowego parlamentu, prezydenta i premiera, za których działalność w 2015 roku zapłacimy przeszło 850 mln zł. Jak ustalił portal Money.pl, żadna z tych instytucji nie planuje oszczędności – trzy zwiększą budżet, a jedna utrzyma go na tym samym poziomie.

Rekordzistą okazała się Kancelaria Sejmu, która w porównaniu z bieżącym rokiem zwiększy wydatki o 51 mln zł. Wzrost będzie związany z zakończeniem kadencji parlamentu. Planowane wydatki na ten cel to to 32,2 mln zł. Największą część tej kwoty będą stanowiły odprawy posłów – 9,5 mln zł. „Odchodne” dostaną również ich pracownicy (1,9 mln zł), doradcy marszałka Sejmu (2,5 mln zł) oraz zatrudnieni w biurach kół poselskich (589 tys. zł).

Jeśli w jesiennych wyborach wybierzemy 300 nowych przedstawicieli – a takie są założenia Kancelarii Sejmu – październikowe wypłaty otrzyma 600 osób. Pochłonie to 3,3 mln zł, ale na tym nie koniec. Nowo wybrani mogą liczyć na pieniądze na wynajem i wyposażenie gabinetu, natomiast odchodzący parlamentarzyści dostaną zwrot opłat, związanych z wypowiedzeniem umów najmu.

Budżet Kancelarii Sejmu na 2015 rok
Źródło: Kancelaria Sejmu
2014 2015
Plan budżetowy 407,8 458,2
Świadczenia dla osób fizycznych 85,7 87,3
Wydatki bieżące jednostek budżetowych 294,5 326,5
Wydatki majątkowe 27,5 45.1

Koszty związane ze zmianą kadencji zostaną pokryte z puli na wydatki bieżące, która obejmie 326,5 mln zł. Jak pisze Money.pl, na pozostałe 294 mln zł złożą się zadania związane z działalnością izby niższej i jej organów obsługa i dokumentowanie posiedzeń Sejmu i prac komisji, współpraca międzynarodowa, popularyzacja wiedzy o parlamencie czy też wsparcie merytoryczne posłów.

Drugim powodem zwiększenia budżetu, są prace remontowo-budowlane, które uwzględniono w puli majątkowej. Przy ulicy Maszyńskiego za 16,6 mln zł powstają nowe biura. Będzie z nich korzystała Komisja do Spraw Służb Specjalnych oraz Straż Marszałkowska, która otrzyma nowoczesne centrum monitoringu.

Z kolei 87,3 mln zł kosztować będzie prowadzenie biur poselskich oraz wypłatę diet parlamentarnych. Według najnowszych danych Najwyższej Izby Kontroli przeciętne zatrudnienie w Kancelarii, w przeliczeniu na pełne etaty, wynosi 1206 osób, a średnie miesięczne wynagrodzenie 8183 zł brutto.

Droższy Senat

Planowany budżet Senatu na 2015 rok to 100,3 mln zł. Będzie wyższy w stosunku do 2014 roku o 5,9 mln zł. – Wzrost jest związany z realizacją zadań dotyczących zmiany kadencji – tłumaczy w Money.pl Aleksandra Leicht z Kancelarii Senatu. – Koszty zostały ustalone na poziomie niższym niż przy wyborach w 2011 roku, na poziomie 89 proc. W warunkach porównywalnych – bez opłat związanych ze zmianą kadencji – plan wydatków jest niższy o 1,9 mln zł.

Budżet Kancelarii Senatu na 2015 rok
Źródło: Kancelaria Senatu
2014 2015
Plan budżetowy 94,2 100,3
Świadczenia dla osób fizycznych 19,1 19,1
Wydatki bieżące jednostek budżetowych 70,2 78,4
Wydatki majątkowe 4,9 2,7

Plany Kancelarii Senatu zdominują wydatki bieżące. Za obsługę i dokumentowanie posiedzeń izby wyższej, komisji senackich, wsparcie merytoryczne senatorów, a także zapewnienie warunków organizacyjno-technicznych zapłacimy 78,4 mln zł. Zmiana kadencji to koszt około 8 mln zł.

Druga pozycja w senackim budżecie to świadczenia na prowadzenie biur oraz na diety parlamentarne (19,1 mln zł). W porównaniu do 2014 roku zostaną utrzymane na identycznym poziomie. Wydatki majątkowe na 2015 rok będą przeznaczone na stworzenie zintegrowanego systemu bezpieczeństwa oraz remont klimatyzacji i wentylacji. Wyniosą 2,7 mln zł.

Według najnowszych danych Najwyższej Izby Kontroli, przeciętne zatrudnienie w urzędzie, w przeliczeniu na pełne etaty, wynosi 286 osób, a średnie miesięczne wynagrodzenie 7510 zł brutto.

Premier nie oszczędza

Ponad 125 milionów złotych przewidziano w projekcie przyszłorocznego budżetu na działalność Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Oznacza to wzrost o 26 tys. zł w stosunku do ustawy budżetowej na 2014 rok.

Na 93,7 mln zł zaplanowano koszty bieżące, czyli między innymi uposażenia 560 pracowników. Według danych Najwyższej Izby Kontroli, ich średnie miesięczne wynagrodzenie to 7768 złotych brutto. Poza wypłatami z tej kwoty pokrywane będą zakupy towarów i usług, a także inne opłaty związane z funkcjonowaniem jednostek budżetowych i realizacją ich statutowych zadań.

Budżet KPRM na 2015 rok
Źródło: Projekt budżetu
2014 2015
Plan budżetowy 125,1 125,1
Dotacje i subwencje 20,6 20,6
Świadczenia dla osób fizycznych 2,3 2,4
Wydatki bieżące jednostek budżetowych 90,4 93,7
Wydatki majątkowe 4,5 1,5

Przeszło 20 mln zł przeznaczonych zostanie na dotacje i subwencje, 6,9 mln zł na współfinansowanie projektów z udziałem środków unijnych, a 1,5 mln zł na wydatki budżetowe. Na dotacje podmiotowe dla jednostek nadzorowanych przez premiera zaplanowano 125 mln zł. Pieniądze z kancelarii trafią między innymi do Ośrodka Studiów Wschodnich (9 mln zł), Krajowej Szkoły Administracji Publicznej (8 mln zł), Rady do Spraw Uchodźców (700 tys. zł) i Rady do Spraw Polaków na Wschodzie (120 tys. zł).

U prezydenta bez rewolucji

Kancelaria Prezydenta nie zamierza wydać ani mniej, ani więcej niż w 2014 roku. – Projekt budżetu został określony na tym samym poziomie i wynosi 167,6 mln zł – tłumaczy w Money.pl Agnieszka Rylska-Tabaczyńsk z Kancelarii Prezydenta RP. – 3 grudnia projekt był rozpatrywany przez Sejmową Komisję Finansów Publicznych, która nie wprowadziła żadnych poprawek.

Dokładnie tyle samo wyniosą świadczenia dla osób fizycznych (1,1 mln zł), z których utrzymywane są biura byłych prezydentów (około 454 tys. zł), wypłaca się odszkodowania i odprawy pracowników (383 tys. zł), a także kupuje odzież reprezentacyjną (60,5 tys. zł).

Budżet Kancelarii Prezydenta na 2015 rok
Źródło: Kancelaria Prezydenta
2014 2015
Plan budżetowy 167,6 167,6
Dotacje i subwencje 30 30
Świadczenia dla osób fizycznych 1,1 1,1
Wydatki bieżące jednostek budżetowych 128,5 128,5
Wydatki majątkowe 8,1 8,1

Bez zmian pozostaną wydatki bieżące, stanowiące największą część budżetu (128,5 mln zł). Ponad 96 procent tej kwoty przeznacza się na zakup towarów i usług, a także wynagrodzenia i pochodne od wynagrodzeń blisko 400 osób, które według danych NIK zarabiają miesięcznie średnio 9205 zł brutto.

Działalność Biura Bezpieczeństwa Narodowego w przyszłym roku kosztować ma 13,9 mln zł, a Narodowy Fundusz Rewaloryzacji Zabytków Krakowa za 30 mln zł będzie mógł odnowić zabytkowe budynki przed Światowymi Dniami Młodzieży w 2016 roku.

Dodatkowo w budżecie uwzględnia się tak zwane wydatki majątkowe. W 2015 roku zaplanowano je na kwotę 8,1 mln zł. Jak ustalił portal Money.pl, pracownicy będą mogli liczyć na nowy sprzęt telekomunikacyjny, biurowy, energetyczny, teleinformatyczny, a na komputerach ma pojawić się nowsze oprogramowanie. Plany przewidują też 11,3 mln zł na uroczystości związane z przyznawaniem przez prezydenta orderów i odznaczeń.

NIK o ochronie powietrza przed zanieczyszczeniami

Polska od lat ma najbardziej zanieczyszczone powietrze w Unii Europejskiej. W wielu miastach stężenie toksycznych i rakotwórczych substancji – pyłu PM10 i benzo(a)pirenu – wielokrotnie przekracza dopuszczalne normy. Mimo że miasta wydawały olbrzymie sumy na walkę z zanieczyszczeniami powietrza, jego jakość poprawiła się tylko nieznacznie. W konsekwencji Polska za niedotrzymanie standardów jakości powietrza określonych w unijnej dyrektywie może otrzymać nawet 4 mld zł kary.

Według danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) ponad 3,5 mln osób na świecie umiera rocznie z powodu zanieczyszczenia powietrza. Szacuje się, że w Polsce z tego powodu traci życie ok. 45 tys. osób rocznie. Niestety dane te, choć są szokujące, nie powinny dziwić, skoro Polska od lat ma najbardziej zanieczyszczone powietrze w całej Unii Europejskiej. Według informacji Europejskiej Agencji Środowiska aż 6 polskich miast znalazło się w pierwszej dziesiątce miast europejskich z największą liczbą dni w roku, w których przekroczono dobowe dopuszczalne stężenie pyłu PM10 (pozostałe cztery miasta są w Bułgarii). Najgorzej z polskich miast wypada Kraków, w którym limity przekroczone były przez 150 dni w roku, w Nowym Sączu przez 126 dni, w Gliwicach i Zabrzu przez 125 dni, w Sosnowcu przez 124 dni, a w Katowicach przez 123 dni.

Największym problemem dla jakości powietrza w naszym kraju jest ponadnormatywne stężenie pyłu zawieszonego (PM10 i PM2,5) oraz benzo(a)pirenu (B(a)P). Wysokie stężenie pyłu zawieszonego powoduje i pogłębia choroby płuc i układu krążenia. Z kolei benzo(a)piren jest związkiem silnie rakotwórczym. Tymczasem we wszystkich kontrolowanych miastach w 2013 r. dopuszczalne stężenie benzo(a)pirenu przekroczone zostało średnio o 500 proc. Najwyższe stężenie B(a)P odnotowano w Nowym Sączu – limity przekroczone jedenastokrotnie, a w Głubczycach (w woj. opolskim) dziesięciokrotnie. Z kolei w czterech miastach (Kraków, Nowy Sącz, Katowice i Dąbrowa Górnicza) przekroczone zostało średnioroczne stężenie PM10. W skali kraju w latach 2010-2013 przekroczono dopuszczalne poziomy pyłu PM10 w ponad 75 proc. wszystkich stref, w których dokonuje się oceny jakości powietrza, a w przypadku benzo(a)pirenu w ok. 90 proc. stref.

W latach 2009-2012 główną przyczyną zanieczyszczenia powietrza pyłem PM10 (od 82 proc. do 92,8 proc.) była tzw. niska emisja, pochodząca z domowych pieców i lokalnych kotłowni węglowych, w których spalanie odbywa się w nieefektywny sposób. Pozostałe przyczyny to zanieczyszczenia komunikacyjne (od 5,4 do 7 proc.) i przemysłowe (od 1,8 do 9 proc.). Jednak lokalnie mogą występować także inne tendencje. Na przykład w Warszawie zanieczyszczenia komunikacyjne stanowiły 63 proc. wszystkich zanieczyszczeń.

W Polsce w kontrolowanym okresie (2008 – I półrocze 2014) nawet nie zbliżyliśmy się do unijnych norm jakości powietrza. Jak zauważa NIK, niedotrzymanie standardów jakości powietrza określonych w unijnej dyrektywie CAFE może mieć dla naszego kraju dotkliwe skutki finansowe. Grozi nam postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości, który może nałożyć na Polskę 4 mld zł kary za niedopełnienie unijnej dyrektywy.

Większość samorządów – w czterech z pięciu kontrolowanych województw (z wyjątkiem śląskiego) – opracowały, choć czasem z opóźnieniem nawet kilkunastomiesięcznym, Programy ochrony powietrza. Niestety w niektórych województwach Programy te opracowywano odrębnie dla każdej strefy, a nawet dla poszczególnych substancji, co znacznie zwiększało ich liczbę. Przykładowo w woj. mazowieckim funkcjonowały aż 23 różne programy naprawcze, uchwalone przez sejmik. Zdaniem NIK taka praktyka zmniejszyła czytelność i przejrzystość tych dokumentów. Jako dobry przykład Izba podaje woj. małopolskie, które w 2009 r. uchwaliło jeden zbiorczy program dla wszystkich stref, w których przekroczono limity zanieczyszczenia powietrza. Jedynie programy obowiązujące w woj. małopolskim i śląskim zawierały mechanizmy pozwalające na ocenę stopnia ich realizacji i skuteczności podejmowanych działań naprawczych.

Kontrolowane miasta w różnym stopniu i zakresie prowadziły działania naprawcze określone w Programie ochrony powietrza w zakresie ograniczania emisji ze źródeł powierzchniowych (obszary zabudowy mieszkaniowej, obejmujące zakłady rzemieślnicze i usługowe, obiekty użyteczności publicznej oraz lokalne drogi), liniowych (głównie trasy komunikacyjne) i punktowych (fabryki, zakłady pracy). Łącznie miasta wydały 3 mld 76 mln zł na poprawę jakości powietrza. Na redukcję emisji liniowej przeznaczono – 2,7 mld (budowa nowych ciągów komunikacyjnych, utrzymanie i remonty nawierzchni ulic, budowa linii tramwajowych, wdrożenie systemów sterowania ruchem, wymiana taboru autobusowego, czyszczenie nawierzchni dróg, rozbudowa sieci ścieżek rowerowych, tworzenie parkingów), na zmniejszenie emisji powierzchniowej – 366 mln zł (wdrażanie programów ograniczania niskiej emisji – PONE, ocieplanie budynków komunalnych, modernizacje systemów ciepłowniczych miejskich przedsiębiorstw dostarczających ciepło). Z kolei na redukcję emisji punktowej wydano 13 mln zł (m.in. na wydawanie pozwoleń na wprowadzanie gazów lub pyłów do powietrza oraz na prowadzenie postępowań kompensacyjnych).

W ocenie NIK, skala i tempo podejmowanych działań były jednak niewystarczające w odniesieniu do utrzymującej się złej jakości powietrza. Inwestycje o charakterze komunikacyjnym czy związane z ocieplaniem budynków mają jedynie pośredni wpływ na zmniejszenie emisji i stężeń szkodliwych substancji w powietrzu. Niektóre miasta przeprowadzały wręcz chybione akcje, np. w Nowym Sączu, w którym głównym problemem dla czystości powietrza zimą jest palenie w domach węglem, dofinansowano jedynie montaż 82 kolektorów słonecznych, zamiast wdrażać program ograniczenia niskiej emisji.

W 7 z 10 miast realizowano programy ograniczania niskiej emisji lub podobne instrumenty, które umożliwiały mieszkańcom uzyskanie dofinansowania na wymianę przestarzałych pieców i kotłów na bardziej ekologiczne. W Krakowie w latach 2012-2013 wydano w ramach tego programu ponad 17 mln zł, dzięki czemu zlikwidowano prawie 2 tys. palenisk węglowych i 271 kotłowni na paliwo stałe oraz zainstalowano 132 odnawialne źródła energii (122 kolektory słoneczne i 10 pomp ciepła). Jak zauważa NIK, jedynie Kraków ustanowił program osłonowy, zapewniający mieszkańcom dopłaty do wyższych kosztów ogrzewania po wymianie paleniska węglowego na inny rodzaj ogrzewania. Zdaniem NIK samorządy powinny stworzyć długofalowy system zachęt do wymiany wysokoemisyjnych kotłów węglowych. Ważne jest, by mieszkańcy otrzymali wsparcie finansowe nie tylko na samą wymianę pieców, ale należy im zapewnić także rekompensaty z tytułu zwiększonych kosztów paliwa innego niż węgiel.

Żadna z 10 skontrolowanych gmin nie przeprowadziła pełnej inwentaryzacji źródeł emisji powierzchniowej, która pomogłaby ustalić liczbę palenisk węglowych na jej terenie (jedynie Kraków w 2013 r. zlecił pilotażową inwentaryzację w rejonach występowania największych stężeń zanieczyszczeń pyłem PM10). Tym samym samorządy nie miały wystarczającego rozeznania potrzeb i skali działań naprawczych, które należy przeprowadzić, by osiągnąć docelowe normy jakości powietrza.

Inspekcja Ochrony Środowiska dopiero od 2012 r., w efekcie nowelizacji ustawy Prawo ochrony środowiska, mogła kontrolować realizację zadań określonych w Programach ochrony powietrza. Jednakże pomimo upływu ponad dwóch lat, objęte kontrolą wojewódzkie inspektoraty ochrony środowiska podjęły zaledwie pojedyncze kontrole samorządów w zakresie opracowania tych Programów oraz realizacji określonych w nich zadań. Ponadto, gdy Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Środowiska kontrolowały podmioty wprowadzające gazy lub pyły do powietrza, tylko w niewielkim stopniu korzystały z własnych pomiarów.

W ocenie NIK Ministerstwo Środowiska zbyt późno rozpoczęło współpracę z innymi resortami (w tym Ministerstwem Gospodarki) w celu ustanowienia standardów emisyjnych dla nowych kotłów węglowych w gospodarstwach domowych oraz minimalnych wymagań jakościowych dla węgla. Co istotne takich standardów nie opracowano do dnia dzisiejszego. Nie opracowano również krajowego programu ochrony powietrza, bo Ministerstwo przystąpiło do prac dopiero w tym roku.

Wnioski NIK

Ponieważ jakość powietrza na terenie kontrolowanych województw nie uległa w ostatnich latach zdecydowanej poprawie, w ocenie NIK Ministerstwo Środowiska, w porozumieniu z Ministerstwem Gospodarki, powinny określić i ustanowić standardy emisyjne dla nowych kotłów węglowych małej mocy wykorzystywanych w gospodarstwach domowych oraz określić minimalne wymagania jakościowe dla paliw stałych (m.in. węgla).

Ponadto Ministerstwo Środowiska powinno przyśpieszyć prace nad opracowaniem krajowego programu ochrony powietrza. Konieczne jest też stworzenie i dokładne określenie w nim wskaźników realizacji Programów ochrony powietrza, żeby na bieżąco można było monitorować działania samorządów w tym zakresie. Z kolei Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Środowiska muszą zwiększyć liczbę i zakres kontroli programów ochrony powietrza, które realizują samorządy.

Koncepcja rozwoju Krajowej Informacji Podatkowej

Analiza funkcjonowania Krajowej Informacji Podatkowej (KIP) zainicjowała zmiany w jej strukturze organizacyjnej i funkcjonowaniu. Zmiany te mają zapewnić optymalne wsparcie podatników. KIP stanie się ogólnokrajowym punktem informacji podatkowej, głównym centrum informacji podatkowej dla podatników i pracowników administracji podatkowej.

Jacek Kapica – Podsekretarz Stanu, zatwierdził 29 grudnia 2014 r. „Koncepcję rozwoju Krajowej Informacji Podatkowej.”  Głównym założeniem projektowanych zmian jest stworzenie z Krajowej Informacji Podatkowej ogólnokrajowego punktu informacji podatkowej, obsługującego wiele kanałów komunikacji, prezentującego kompletną i jednolitą informację na temat podatków (zarówno w udzielanych odpowiedziach, jak i wydawanych interpretacjach), przyjętą i stosowaną konsekwentnie przez wszystkie jednostki administracji podatkowej. Do narzędzi włączonych do nowej struktury będzie należeć Portal Podatkowy, który jako istotny kanał dystrybucji informacji podatkowej będzie uzupełniał takie możliwości komunikacyjne  jak e-mail, infolinia, Baza Wiedzy Administracji Podatkowej, czy też interpretacje indywidualne przepisów prawa podatkowego.

Utworzenie z Krajowej Informacji Podatkowej głównego centrum informacji podatkowej dla podatnika i pracowników administracji podatkowej sprzyjać będzie jednolitemu stosowaniu prawa przez organy podatkowe. Wzmocnienie KIP przyspieszy również wydawanie interpretacji indywidualnych.

Jednolita dla podatników i urzędów skarbowych informacja na temat przepisów prawa podatkowego oraz ich interpretacji przez Krajową Informację Podatkową da podatnikom pewność co do sposobu stosowania przez organy administracji podatkowej przepisów prawa podatkowego oraz zwiększy poczucie stabilizacji w tym obszarze. Powinno to przyczynić się do większej dobrowolności w wypełnianiu obowiązków podatkowych, zmniejszenia liczby popełnianych błędów, skutkujących uszczupleniami lub opóźnieniami wpływów podatkowych do budżetu państwa, jak również do ograniczenia wizyt podatników w urzędach skarbowych.

„Koncepcja rozwoju Krajowej Informacji Podatkowej” stanowi uwieńczenie prac prowadzonych w zakresie modernizacji Krajowej Informacji Podatkowej. Dokument zawiera opis funkcjonowania Krajowej Informacji Podatkowej w dotychczasowej formule oraz przedstawia pożądane kierunki rozwoju. W załącznikach dodatkowo przedstawiono propozycje centralizacji Krajowej Informacji Podatkowej, koncepcję specjalizacji rzeczowej biur Krajowej Informacji Podatkowej oraz analizę działania podobnych do Krajowej Informacji Podatkowej instytucji w innych krajach.

Boryszew rusza na podbój USA. Fabryka w Meksyku ma dostarczać części samochodowe na rynek amerykański

0

CEO Magazyn Polska

Boryszew planuje wydać w 2015 r. na inwestycje do 160 mln zł. Głównie chce rozwijać produkcję dla przemysłu motoryzacyjnego w Polsce. Zamierza jednak też rozpocząć z Meksyku ekspansję na rynek w Stanach Zjednoczonych.

– W największym stopniu inwestować będziemy w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Szeliga, prezes zarządu Grupy Boryszew.  Jeżeli chodzi o motoryzację, to na pierwszym miejscu jest zakład w Tychach i pod Toruniem oraz budowa nowego zakładu w Toruniu.

Boryszew podkreśla, że należy do największych grup przemysłowych w Polsce. Spółka to dziś nie tylko producent wyrobów z tworzyw sztucznych. Jej fabryki zajmują się też przetwarzaniem metali nieżelaznych oraz wyrobem podzespołów dla przemysłu samochodowego. W toruńskiej Elanie Boryszew planuje m.in. stworzyć fabrykę części do Volkswagena, z którym ściśle współpracuje. W Ostaszewie pod Toruniem spółka ma też fabrykę części samochodowych przejętą kilka miesięcy temu od japońskiej spółki Tensho.

– W motoryzację zainwestujemy około 80 mln zł, w przetwórstwo metali nieżelaznych około 60 mln zł, a w pozostałe segmenty od 10 do 15 mln zł, może 20 mln zł, szczególnie w segment chemiczny. W sumie przeznaczymy na inwestycje od 140 do 160 mln zł.

W latach 2010-2012 grupa przejęła kilka niemieckich fabryk motoryzacyjnych, umacniając swą pozycję na tym rynku. W sumie Boryszew ma swoje fabryki w 11 krajach. W najbliższym czasie ma w planach kolejne zagraniczne inwestycje.

– Kilka miesięcy temu zdecydowaliśmy się na ważny dla naszej grupy obszar inwestycyjny, czyli wejście do Meksyku, które oznacza rozpoczęcie sprzedaży do Ameryki Północnej  podkreśla prezes Grupy Boryszew.  To jest ogromny i ważny rynek z punktu widzenia motoryzacji. To są również nowi klienci, dla których do tej pory nie istnieliśmy, myślę tu o General Motors.

Zakład w Meksyku może też produkować części dla swego tradycyjnego partnera z Polski Volkswagena oraz dla BMW. Obie marki samochodów bardzo intensywnie rozwijają się bowiem w Ameryce Północnej. Fabryka ma powstać już wkrótce, a za 3-4 lata ma być to na tamtejszym rynku zakład  co najmniej średniej wielkości, który będzie zatrudniał 200-300 osób.

– Spodziewam się, że w ciągu 3-4 lat zakład w Meksyku powinien osiągnąć przynajmniej 30 mln dolarów rocznej sprzedaży – informuje prezes Piotr Szeliga z Grupy Boryszew. – Będziemy startować z obrotem rzędu 10 mln dolarów w pierwszym roku i przewidujemy bardzo intensywny rozwój. Liczymy na naszego głównego klient, ale trzeba zaznaczyć od razu, że w ogóle samochody europejskie dobrze sprzedają się w Ameryce Północnej. Liczymy również na dotarcie do klientów północnoamerykańskich.

Według raportu opublikowanego przez spółkę Boryszew miał po trzech kwartałach przychody przekraczające 3,8 mld zł, czyli o niemal 140 mln wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto przypadający jednostce dominującej przekraczał 76 mln zł wobec niespełna 13 mln zł w tym samym czasie w 2013 roku.

Polskie spółki giełdowe są względnie tanie. To może zwiększyć liczbę fuzji i przejęć na naszym rynku

CEO Magazyn Polska

W przyszłym roku wielu zagranicznych inwestorów będzie myśleć o Polsce jako o miejscu na ulokowanie swego kapitału. Wyceny polskich spółek na giełdzie są atrakcyjne i można oczekiwać, że zwiększy to w przyszłym roku tempo fuzji i przejęć na naszym rynku.

W mijającym roku zagraniczni inwestorzy chcieli u nas kupować ciekawe firmy, ale wielu odstraszała wysoka cena. W regionie wygrywała na tym Turcja, gdzie jak podaje firma doradcza EY, w I półroczu doszło do 153 fuzji i przejęć wartych w sumie 5,5 mld dolarów. W Polsce w tym czasie podobnych transakcji było 112, a ich wartość nie przekroczyła 2,5 mld dolarów.

Widać to było zarówno wśród dużych spółek, grup kapitałowych, jak i funduszy private equity mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Adam Ruciński, prezes zarządu kancelarii doradczej BTFG Audit. – Z jednej strony mówi się o tym, że rynek polski jest dobrym rynkiem, ponieważ jest oparty na bardzo stabilnej gospodarce, z drugiej strony często następuje zderzenie rzeczywistości z oczekiwaniami inwestorów – wyceny, są zbyt wysokie, by mogli je zaakceptować, więc część z nich szuka lepszych możliwości inwestycyjnych za granicą.

Sytuację może zmienić stabilizacja na polskiej giełdzie. Po wycofaniu z niej pieniędzy OFE wyceny wielu spółek spadły, więc jest teraz znacznie większa szansa na to, że sprzedającym i kupującym uda się uzgodnić kompromisową cenę, bo wskaźniki spółek giełdowych często służą jako benchmark dla całego rynku.

Oczekuję większej pokory ze strony sprzedających – podkreśla  Adam Ruciński. Z uwagi na to, że koniunktura na warszawskim parkiecie nie jest najlepsza, zainteresowanie inwestorów giełdą jest mniejsze, a to przekłada się na wyceny. Tym samym nie mieliśmy do czynienia z takim bardzo nieprzyjemnym momentem, kiedy to inwestor private equity, przychodząc do spółki, oferował jej cenę, oferował jej partnerstwo, a spółka kładła mu na stole gazetę ze wskaźnikami ceny do zysku, ceny do wartości księgowej, które były naprawdę astronomiczne, przez co nie pozwalały w rozsądny sposób na zawarcie tej transakcji.

W 2015 roku obok dotychczasowego trendu, czyli poszukiwania przez duże grupy kapitałowe możliwości inwestycyjnych, by się rozwijać i dywersyfikować swoją działalność, można oczekiwać wzmożonej aktywności funduszy private equity i venture capital.

– Część inwestorów zagranicznych postrzega Polskę bardzo dobrze i ma przygotowane środki, by tę działalność inwestycyjną w Polsce rozwijać uważa prezes BTFG Audit. Zobaczymy, ile z tych pieniędzy tak naprawdę trafi do Polski, a ile do całego regionu, ponieważ nigdy nie mówimy o jednym kraju, lecz o regionie. Musimy walczyć o te pieniądze i zobaczymy, na ile to się nam uda.

Obecnie nie należy oczekiwać, że kupujący będą mieli wielkie problemy z porozumieniem się ze stroną sprzedającą. Ceny spółek na warszawskiej giełdzie są relatywnie niskie i atrakcyjne dla nabywców. Szczególnie takich, którzy nie są zainteresowani spekulacją, lecz zarządzaniem i czerpaniem zysku z działalności spółek.

Jeśli spojrzymy na rynek polski, to dostrzeżemy, że ten rynek będzie teraz bardziej znormalizowany zwraca uwagę prezes Adam Ruciński z BTFG Audit. To dobrze, ponieważ teraz w wyniku reformy OFE, którego rola spadła, wyceny zaczynają normalnieć.

M. Czachor (Erste Securities): W nadchodzącym roku lekki wzrost obrotów spółek z sektora dystrybucji leków, ale kursy pozostaną stabilne

CEO Magazyn Polska

Administracyjne zmniejszenie marży hurtowej na leki refundowane z 6 do 5 proc. zrodziło trudną sytuację dla podmiotów z branży dystrybutorów leków. Rynek oczekuje stabilizacji prawnej w najbliższych latach i poprawy osiąganych wyników. Niskie stopy procentowe pomagają spółkom w obniżce kosztów finansowych.

– W sektorze dystrybucji leków, do którego zaliczamy m.in. Farmacol, Pelion czy Neucę, w 2015 r. spodziewam się lekkich wzrostów wynikających z nasilania procesów starzenia się społeczeństwa i niewielką poprawą marż – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Czachor, analityk Erste Securities Polska

Jego zdaniem mimo niezbyt atrakcyjnej wyceny spółek z sektora ich kursy nie zmienią się znacząco w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Od początku 2014 roku wartość akcji Farmacolu spadła o 30 proc., Pelion obniżył swoje notowania o 22 proc., a Neuca o 20 proc. To m.in. pokłosie wprowadzonych zmian legislacyjnych.

– W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z obniżką sztywnej marży na leki refundowane, co bardzo obniżyło wyniki spółek z całego sektora – mówi Marek Czachor. – Czynnik zmian w prawie wywiera decydujący wpływ na sytuację w branży.

W 2014 r. urzędowa marża hurtowa na leki refundowane została obniżona z 6 do 5 proc. Aktualnie prowadzone są prace nad nowelizacją ustawy Prawo farmaceutyczne, w ramach których postuluje się zakaz wywozu deficytowych leków do zagranicznych hurtowni z krajowego rynku. Tego typu praktyki wynikają ze znacznej różnicy cen farmaceutyków poza granicami Polski.

Zmiana marży odcisnęła swoje piętno na wynikach spółek. Pelion w okresie I-III kw. 2014 r. zanotował spadek zysku netto przypisanego akcjonariuszom podmiotu dominującego o 55 proc. do wartości 30,7 mln zł z 68,5 mln zł rok wcześniej. Z kolei Neuca obniżyła zyski o 25 proc. z 66,7 mln zł do 50,2 mln zł po wyłączeniu zdarzeń jednorazowych. Farmacol zarobił w tym czasie 63,32 mln zł, o 22,5 proc. mniej niż rok wcześniej.

– Przy analizie spółek z sektora dystrybucji leków przede wszystkim zwróciłbym uwagę na ich płynność, czyli cashflow jaki te spółki generują, i poziom należności. Widzimy, że część aptek i szpitali ma problemy płynnościowe, co skutkuje wydłużaniem terminów płatności – wyjaśnia analityk domu maklerskiego.

Jak dodaje ekspert, istotne są nie tyle zyski pokazane w rachunku zysków i strat, ile operacyjne przepływy pieniężne. W ocenie Czachora polityka ostrożnościowa i ta związana z zarządzaniem ryzykiem kredytowym polskich dystrybutorów jest konserwatywna, ale właściwa.

– Moim zdaniem polscy dystrybutorzy leków w kolejnych latach dołączą do procesów globalnej konsolidacji w branży albo zostaną przejęci przez graczy międzynarodowych.

Pelion, Farmacol i Neuca kontrolują 2/3 polskiego rynku, a tylko Pelion zdecydował się wyjść za granicę. Podmioty z sektora są bierne w kwestii ekspansji, a w branży światowej dominują raczej procesy konsolidacyjne.

– Środowisko niskich stóp procentowych wpłynęło na obniżkę kosztów finansowych raportowanych przez spółki dystrybucyjne. – tłumaczy Czachor. – Dystrybucja leków opiera się na wysokim zaangażowaniu kapitału pracującego [aktywa obrotowe, zobowiązania bieżące – red.], co prowadzi do wzrostu długu wśród spółek. Z kolei wyraźny spadek WIBOR-u pozwolił firmom obniżyć koszty.

Rada Polityki Pieniężnej w październiku br. dokonała ostatniej obniżki poziomu stóp procentowych. Podstawowa referencyjna stopa procentowa spadła o 50 punktów bazowych z 2,5 proc. do 2,0 proc.

Jak wynika z raportu ośrodka badawczego PMR Research z listopada br., rynek dystrybucji farmaceutyków jest warty 24,4 mld zł i w tym roku zanotował 2-proc. wzrost. Zdaniem ekspertów lata 2015-2019 okażą się lepsze dla branży ze względu na jej stabilizację wywołaną brakiem zapowiedzi kolejnych obniżek marży hurtowej na leki refundowane.

Ceny prądu i gazu bez większych zmian

CEO Magazyn Polska

Ceny gazu i prądu na początku 2015 r. pozostaną niemal bez zmian w stosunku do obecnego roku. Zatwierdzona przez Urząd Regulacji Energetyki taryfa PGNiG zakłada nieznaczną obniżkę cen samego gazu, ale podrożeje za to dystrybucja. W obszarze energii elektrycznej pomimo 90-proc. wzrostu liczby osób zmieniających sprzedawcę prądu konkurencja nie zapobiegła minimalnej podwyżce.

Jeżeli chodzi o paliwo gazowe, to ceny nie ulegają zmianie. Co prawda samo paliwo lekko tanieje, ale koszty dystrybucji wzrastają. Tym samym następuje kompensacja, więc odbiorcy z gospodarstw domowych nie powinni zauważyć żadnego wzrostu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Bando, prezes Urzędu Regulacji Energetyki. ‒ Energia elektryczna notuje bardzo niewielki wzrost. W zależności od miejsca zamieszkania odbiorcy w gospodarstwach domowych możemy się spodziewać wzrostu od 1 do 2 zł w skali miesiąca.

Na ceny gazu duży wpływ mają niezbędne inwestycje. Z tego powodu podrożały koszty przesyłu – o od 1,5 proc. dla odbiorców EuRoPol Gazu do 6,4 proc. dla odbiorców Gaz-System. Sam gaz dla klientów PGNiG Odbiór Detaliczny jednak potanieje o od 0,8 do 1,8 proc. w zależności od typu gazu. Dla odbiorców przemysłowych spadki wyniosą 1,4 proc. lub 4 proc.

Prezes URE przypomina, że taryfy gazowe zostały zatwierdzone jedynie na cztery miesiące. W marcu urząd przeprowadzi analizę, która w obliczu zmieniających się warunków na tym rynku może doprowadzić do zatwierdzenia innych taryf.

Jak wyjaśnia Bando, prąd nieznacznie podrożeje, bo rosną koszty dystrybucji. Firmy zajmujące się przesyłem energii muszą pozyskać środki na inwestycje, które są niezbędne z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego kraju, m.in. takie, które zapobiegną przerwom w dostawach w trudnych warunkach pogodowych.

Musimy odbudować nasze sieci dystrybucyjne i przesyłowe, musimy wzmocnić konstrukcje wsporcze, wybudować nowe transformatory, a to wszystko trzeba finansować. To finansowanie to właśnie część dystrybucyjna w naszych rachunkach, stąd niewielki wzrost – musimy ponosić te nakłady, to jest kwestia bezpieczeństwa – zaznacza Bando.

Za niewielki wzrost odpowiadają również coraz większe wymagania dotyczące zielonych certyfikatów, czyli zapewnienia odpowiedniego udziału energii odnawialnej. Bando dodaje, że w cenie energii elektrycznej zawarte są również obowiązki związane ze wspieraniem kogeneracji, czyli równoczesnej produkcji ciepła i energii elektrycznej w elektrociepłowniach.

Energia elektryczna nieznacznie podrożeje pomimo uwolnienia rynku. Już 400 tys. odbiorców zdecydowało się zmienić sprzedawcę prądu – w tym roku liczba zmian wzrosła o 90 proc. wśród odbiorców indywidualnych i o 30 proc. wśród firm.

Bando zwraca jednak uwagę na to, że URE nie zależy na samych zmianach sprzedawców, lecz przede wszystkim na tym, by były one przeprowadzane bezpiecznie.

Dla mnie najważniejsze jest to, by ludzie, którzy dokonali zmiany, nie poczuli, że ich sytuacja się pogorszyła. Więc lepiej wolniej i bezpieczniej – podkreśla Bando. ‒ To, co budzi naszą szczególną troskę, to to, że zdarzają się nieuczciwi sprzedawcy czy pośrednicy. Takie działania nigdy nie uzyskają naszej akceptacji. Stąd też apel do wszystkich odbiorców energii: uważnie czytajcie oferty.

Od stycznia ważne zmiany w CIT

0

CEO Magazyn Polska

Od 1 stycznia przedsiębiorców czekają zmiany w podatkach. Zgodnie z nowymi przepisami zmieniają się zasady tzw. cienkiej kapitalizacji. Do kosztów uzyskania przychodu nie będą mogły być zaliczane odsetki od pożyczek od podmiotów powiązanych pośrednio. Do tej pory ograniczenie to dotyczyło tylko podmiotów powiązanych bezpośrednio. Eksperci podkreślają, że zmiany nie upraszczają przepisów, a dla przedsiębiorców oznaczają większe obciążenia.

Wśród wielu zmian, jakie wchodzą w życie od stycznia 2015 roku, najważniejsze są te dotyczące przepisów o tzw. cienkiej kapitalizacji, datio in solutum [świadczenie w miejsce wykonania – red.]. Z praktycznego punktu widzenia istotne znaczenie mają też zmiany dotyczące dokumentacji podatkowych, m.in. certyfikatów rezydencji – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mirosława Zugaj, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Zdaniem Mirosławy Zugaj istotne dla spółek będą zmiany dotyczące cienkiej kapitalizacji, czyli sytuacji, gdy podmiot będący udziałowcem danej spółki finansuje jej działalność poprzez udzielane pożyczki. Takie działania pozwalają na obniżanie należności podatkowych. Inny będzie zakres podmiotów, od których zaciągnięta pożyczka podlega przepisom o cienkiej kapitalizacji. Dotychczas do kosztów uzyskania przychodu nie mogły być zaliczane odsetki od pożyczek udzielanych między podmiotami związanym bezpośrednio. Od 2015 roku będzie to dotyczyło także podmiotów związanych pośrednio (czyli podmiotów, które posiadają w kapitale podatnika oraz w kapitale podmiotu udzielającego podatnikowi pożyczki udział pośredni wynoszący minimów 25 proc. udziałów lub akcji).

Zmianie ulega też zasada liczenia odsetek, które nie mogą stanowić kosztów uzyskania przychodu. Do końca tego roku parametrem, do którego należało się odnosić, była wartość zadłużenia i trzykrotność kapitału zakładowego. Od stycznia 2015 roku będzie to nadal wartość zadłużenia i wysokość kapitału własnego, ale w proporcji 1:1 – mówi ekspertka.

W ustawie doprecyzowany zostanie też sposób wyliczenia tej części odsetek, która podlega wyłączeniu z kosztów uzyskania przychodu. Zaliczone do kosztów będą mogły być odsetki do wysokości stopy referencyjnej NBP powiększonej o 1,25 proc. pomnożonej przez wartość podatkową aktywów. Łączna wartość odsetek w ciągu roku nie może przekroczyć połowy uzyskanego zysku operacyjnego podatnika.

Drugą ważną zmianą jest to, że przychodem podatnika będzie od nowego roku wysokość świadczenia pieniężnego, które ureguluje on w formie niepieniężnej. Jeśli podatnik miał zobowiązanie z tytułu pożyczki czy kredytu i nie spłacał go w gotówce, ale np. przeniósł własność nieruchomości, to wartość zobowiązania uregulowanego w ten sposób będzie przychodem. Co ważne, jeżeli wartość świadczenia niepieniężnego będzie większa niż wartość zobowiązania pieniężnego, przychodem będzie wartość rynkowa zobowiązania niepieniężnego – mówi Zugaj.

Podaje przykład, zgodnie z którym jeżeli spółka miała wypłacić swojemu wspólnikowi 10 tys. zł dywidendy, ale przeniosła na niego własność nieruchomości o wartości 100 tys. zł, to przychodem dla tej spółki będzie 100 tys. zł.

Ekspertka podkreśla, że wprowadzane zmiany nie tylko nie upraszczają przepisów, lecz także dla przedsiębiorców mogą oznaczać wyższe obciążenia podatkowe.

Dla podatników, którzy utrzymują kontakty z zagranicznymi kontrahentami, ustawa doprecyzowuje zasady stosowania certyfikatów rezydencji, czyli dokumentów potwierdzających rezydencję podatkową zagranicznego kontrahenta, i ustalania ich terminu ważności. W przypadku certyfikatu bez wskazanego terminu ważności przyjmuje się, że powinien być on honorowany przez podatnika przez 12 miesięcy. W przypadku niedopełnienia przez zagraniczny podmiot aktualizacji certyfikatu odpowiedzialność spadnie właśnie na niego. Posiadanie tego dokumentu umożliwia m.in. zastosowanie zwolnień z podatku u źródła lub obniżonych stawek tego podatku na podstawie np. umów międzynarodowych.

Dochody członków rad nadzorczych będą ozusowane. Od nowego roku składki emerytalne i rentowe będą obowiązkowe

CEO Magazyn Polska

Od nowego roku od wynagrodzeń członków rad nadzorczych będą odprowadzane składki na ZUS. Spółki obliguje do tego znowelizowana ustawa o systemie ubezpieczeń społecznych. To może oznaczać większe wydatki spółek i mniejsze dochody członków rad.

Dotąd członkowie rad nadzorczych od swego wynagrodzenia poza podatkiem płacili jedynie składki zdrowotne.

– Teraz obowiązkowa będzie składka emerytalna, rentowa oraz zdrowotna, nieobowiązkowa będzie natomiast wypadkowa i chorobowa mówi agencji informacyjnej Newseria Magdalena Zwolińska, radca prawny z Kancelarii DLA Piper. – Składki będą odprowadzane niezależnie od tego, czy członek rady nadzorczej ma jakiś inny dochód, na przykład z innych umów: umowy o pracę czy umowy-zlecenia, a także niezależnie od tego, czy jest emerytem lub rencistą.

Podstawą wymiaru składki będzie wynagrodzenie otrzymywane przez członka rady nadzorczej. Realnie zostanie ono pomniejszone o 11,26 proc., natomiast spółka będzie musiała zapłacić za ubezpieczonego 16,26 proc. jego wynagrodzenia.

W Polsce rady nadzorcze działają w spółkach. Obowiązkowe są w spółkach akcyjnych oraz tych spółkach z ograniczoną odpowiedzialnością, w których jest ponad 25 wspólników, a kapitał przekracza 0,5 mln zł. W pozostałych zależą od woli udziałowców. W każdej radzie zasiadają co najmniej trzy osoby, a w niektórych spółkach co najmniej pięć osób.

– Trochę inaczej może wyglądać ta sytuacja w przypadku członków rady nadzorczej spółek publicznych, spółek z udziałem Skarbu Państwa, a inaczej w przypadku członków rady nadzorczej spółek prywatnych mówi radca prawny Kancelarii DLA Piper. – W spółce prywatnej może być taka sytuacja, że wynagrodzenie członka rady nadzorczej może zostać powiększone o wysokość składki, którą należy odprowadzić. W ten sposób po zmianach jego wynagrodzenie nie ulegnie zmianie. W przypadku spółek z udziałem Skarbu Państwa nie będzie takiej swobody powiększenia tego wynagrodzenia.

W przypadku spółek z udziałem Skarbu Państwa, gdzie członkowie rad nadzorczych otrzymują maksymalne wynagrodzenie, nie będzie to możliwe. W ich wypadku podstawą do wyliczenia maksymalnego wynagrodzenia jest tzw. kwota bazowa. Ta zaś jest już od dłuższego czasu zamrożona. W 2014 r. podstawą było miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw (bez wypłat nagród z zysku) w IV kwartale 2011 roku.

Na rynku wtórnym w Warszawie najbardziej cenione mieszkania sprzed 1960 r. i z ostatnich 15 lat

Prawie połowa transakcji na wtórnym rynku mieszkaniowym w Warszawie obejmuje lokale w blokach z wielkiej płyty budowanych w latach 1960-1990. Tylko jedna czwarta rynku to mieszkania wybudowane po 2000 r. W niektórych dzielnicach mogą one być jednak nawet droższe niż mieszkanie nowe – na Żoliborzu nawet o ponad tysiąc złotych. W cenie są też stare lokale sprzed 1960 r.

Najdroższe są te mieszkania, które powstały po roku 2000. W części dzielnic są one nawet droższe od mieszkań obecnie oferowanych przez deweloperów na rynku pierwotnym. Wynika to z różnych czynników. Część osób kupiła te mieszkania w okresie hossy i nie chce ich sprzedawać ze stratą. Te mieszkania jednak się sprzedają, również dlatego że w okresie hossy deweloperzy nie oszczędzali – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Książak, prezes Emmerson Evaluation.

Po zastoju w latach 90. (mieszkania z tego okresu to tylko 6 proc. rynku wtórnego) na początku tego wieku powstało wiele nowych inwestycji. Znajdowały się one często w najlepszych dostępnych lokalizacjach, a standard mieszkań był wysoki. To tłumaczy wyższą cenę tych mieszkań nawet od tych obecnie budowanych.

Jak wynika z raportu Emmerson Evaluation, mieszkania z roku 2000 na rynku wtórnym są droższe niż nowe lokale m.in. na Żoliborzu (o prawie 1,4 tys. zł za mkw.), Ursynowie (o prawie 500 zł) i w Śródmieściu (ponad 200 zł). Z drugiej strony w Wawrze mieszkania na rynku pierwotnym są o prawie 1,2 tys. zł droższe.

Dobrze wartość zachowują też mieszkania sprzed ponad półwiecza. Lokale oddane do roku 1960 były budowane w cenionej dziś technologii murowanej, a do tego znajdują się zwykle w centralnych lokalizacjach w mieście.

Są takie dzielnice w Warszawie, w których praktycznie nie ma mieszkań sprzed roku 1960  przykładem może być Ursynów czy Białołęka. Są też dzielnice, gdzie udział tych budynków jest dosyć duży, na przykład Praga-Północ – wyjaśnia Książak. ‒ Największy sprzedaje się jednak mieszkań z okresu wielkiej płyty, czyli lat 1960-1990  to ponad połowa transakcji, które odbyły się w Warszawie w pierwszym półroczu.

Na Pradze-Północ mieszkania sprzed 1960 r. to aż 71 proc. wszystkich transakcji na rynku. Starsze lokale mają również spory udział na Ochocie (57 proc.) i w Śródmieściu (56 proc.).

Ponad 55-letnie mieszkania są najdroższe w Śródmieściu (prawie 9,7 tys. zł za mkw.), na Żoliborzu (niemal 8,3 tys. zł) oraz Mokotowie (7,8 tys. zł). Najtaniej lokale sprzed 1960 r. można kupić w Ursusie i Rembertowie.

Książak dodaje, że podsumowując cały rynek, można powiedzieć, że w tym roku zaobserwowano niewielki wzrost cen. Jednak z uwagi na rosnącą podaż nowych mieszkań i duże inwestycje deweloperów, wkrótce ten trend wyhamuje. Książak ocenia, że w 2015 r. nastąpi stabilizacja cen – mogą one wahać się co najwyżej o 1-2 proc. w górę lub w dół.

Admiral Boats inwestuje w Tczewie. Spółka skonsoliduje produkcję łodzi tam i w Bojanie

0

CEO Magazyn Polska

Spółka Admiral Boats inwestuje w możliwości produkcyjne zakupionej w 2013 r. stoczni rzecznej w Tczewie. Do lutego przyszłego roku zakończy się budowa hali, w której produkowane będą duże elementy z laminatu. Docelowo spółka planuje skonsolidować produkcję w dwóch miejscach – w siedzibie zakładu w Bojanie koło Gdyni oraz w Tczewie, gdzie będą powstawać również wielkogabarytowe elementy stalowe.

Basen portowy, pochylnia, urządzenia skipowe i duża powierzchnia hal przemysłowych idealnie nadają się do tego, by produkować tam duże elementy zarówno stalowych okrętów, jak i lądowych. I w tym kierunku między innymi będziemy rozwijać jedną z naszych gałęzi działalności – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Bartoszewicz, prezes zarządu Admiral Boats.

Spółka zakupiła majątek po upadłej Stoczni Tczew już w maju 2013 r. Pierwsze łodzie wyprodukowane w nowych zakładach opuściły Tczew w marcu br. Admiral Boats rozpoczął duży program inwestycyjny w tej stoczni. Jak podkreśla Bartoszewicz, zakłada on stopniowy rozwój, a pierwszy etap rozbudowy zakończy się już wkrótce.

Proces inwestycyjny, który sobie założyliśmy, czyli dobudowanie hali i modernizację obecnej infrastruktury, planujemy zakończyć najpóźniej do lutego przyszłego roku – mówi Bartoszewicz.

Nowy zakład produkcyjny to dla spółki również szansa na konsolidację produkcji i tym samym redukcję kosztów. Siedziba firmy mieści się w Bojanie, nieopodal Gdyni, ok. 60 km od Tczewa. Możliwości produkcyjne zakładów w Bojanie nie były jednak wystarczające i dotychczas spółka musiała wynajmować hale w trzech innych miejscowościach.

Bartoszewicz podkreśla, że takie rozwiązanie było nieefektywne kosztowo oraz z punktu widzenia zarządzania. Wyklucza jednak zmianę siedziby spółki lub rezygnację z produkcji w Bojanie, również ze względu na pracowników.

Nie zawsze wszystkim pracownikom będzie służyło przeniesienie produkcji w jedno miejsce, a my staramy się uwzględniać także dobro pracowników. Nie ma też powodu, by pozbywać się nieruchomości, które są naszą własnością. Sprzedawanie ich w tej chwili nie wydaje mi się rozsądne – podkreśla Bartoszewicz.

Branża budowlana miała nie najlepszy rok. Perspektywy są jednak znacznie lepsze, zwłaszcza w segmencie drogowym

CEO Magazyn Polska

To nie był dobry rok dla spółek budowlanych. Ich wyniki rozczarowały inwestorów, a ceny akcji większości są nieco niższe niż pod koniec zeszłego roku. Wiele wskazuje jednak na to, że 2015 rok będzie dla części z nich zdecydowanie lepszy.

Problemem polskiej branży budowlanej była w 2014 r. luka w dopływie środków unijnych. Te z perspektywy 2007-2013 kończono wydawać, zaś tych z perspektywy 2014-2020 jeszcze nie zaczęto. W rezultacie sporo firm realizowało projekty komercyjne, a duża konkurencja wymuszała niższe marże.

Spółki, które były obecne w segmencie drogowym, przeniosły część mocy do segmentu kubaturowego mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Pado, analityk DM BDM. W 2015 roku, kiedy ruszą inwestycje w segmencie drogowym, konkurencja powinna się trochę zmniejszyć. Wydaje się jednak, że marże w tym segmencie są na dosyć niskim poziomie, poza tym dosyć duża konkurencja, dlatego trudno oczekiwać, że te marże będą sporo wyższe od obecnych.

O ile jednak wyniki większości spółek budowlanych w roku 2014 są oceniane jako przeciętne, o tyle podpisane kontrakty i rozpoczęte inwestycje wyglądają już znacznie lepiej. Pozwalają inwestorom oczekiwać znacznie lepszych wyników w przyszłym roku.

Rok jednak przyniósł sporo kontraktów w segmencie drogowym, startują również projekty unijne, no i jest segment energetyczny zwraca uwagę Krzysztof Pado. Natomiast pod względem wyników branża budowlana rządzi się swoimi prawami i tak naprawdę w wynikach można pokazywać różne rzeczy. Ogólnie początek księgowania kontraktów powinien charakteryzować się wyższymi marżami i spółki pewnie będą podchodzić do tego dosyć optymistycznie.

Co istotne, na rynku nie widać jeszcze jakiegoś mocnego wzrostu cen materiałów, więc wydaje się, że rentowność działających w branży budowlanej firm również powinna wzrosnąć.

Ciekawym segmentem wydaje się sektor energetyczny ocenia analityk DM BDM. W 2014 roku dopięte zostały sprawy formalne związane z dużymi inwestycjami energetycznymi w Opolu, Jaworznie i Kozienicach. Te kontrakty szybciej lub wolniej wchodzą w fazę realizacji. Wydaje się więc, że spółki podwykonawcze z tego sektora energetycznego powinny pokazywać coraz lepsze wyniki w ciągu najbliższych dwóch lat.

Na rynku jest też kilka ciekawych spółek, których kursy systematycznie rosną, zauważa Krzysztof Pado. Zwraca m.in. uwagę na Mostostal Zabrze, który przeszedł w ostatnich dwóch latach dosyć dużą restrukturyzację, a dodatkowo spółka sprzedała lub jest w trakcie sprzedaży nieruchomości, które pozwolą zasilić w istotny sposób kapitał w 2015 roku. Jest też Polimex-Mostostal, który przechodzi stopniową restrukturyzację.

Wydaje się, że najtrudniejsze chwile spółki są już za nią, ponieważ udało się skonwertować obligacje na kapitał. Oczywiście skutkuje to bardzo negatywnymi informacjami dla akcjonariuszy, bo ta emisja konwertująca była na bardzo niskich poziomach. Przed spółką jeszcze wyzwanie sprzedaży segmentu produkcyjnego, z którego mogłaby pozyskać gotówkę na działalność. Co do perspektyw Polimeksu, to ta spółka na pewno jest dużo mniejszym podmiotem niż to było trzy, cztery lata temu. Jest obecnie takim starszym podmiotem średnim, a nie liderem rynku i skupia się na kontraktach energetycznych.

Natomiast zdaniem Krzysztofa Pady w przyszłym roku nie ma co jeszcze liczyć na odbicie w segmencie budownictwa kolejowego. Kolejne miesiące będą czasem rozliczania starych kontraktów, a przychody z nowej perspektywy inwestorzy zobaczą dopiero w wynikach za 2016 rok.

DM BOŚ: ropa może jeszcze potanieć, ale potencjał spadków nie jest już duży

CEO Magazyn Polska

O ponad 40 procent spadły ceny ropy w 2014 roku, a ich obecny poziom ok. 60 dolarów za baryłkę wcale nie musi oznaczać końca spadków. Na wyraźne zanegowanie trendu na razie się nie zanosi, bo produkcja w Stanach Zjednoczonych i Arabii Saudyjskiej utrzymuje się na wysokim poziomie. Pozostałe państwa skupione w kartelu OPEC także nie zamierzają jej zmniejszyć. Ale przy takich poziomach cen anulowane są niektóre inwestycje. Notowania mają zatem potencjał spadkowy, ale nie jest on już zbyt duży.

Na pewno na rynku ropy naftowej teraz wyraźnie widzimy trend spadkowy i dopóki nie zostanie on zanegowany, dopóty możemy się spodziewać dalszych spadków – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dorota Sierakowska z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. – Trudno, przynajmniej na razie, ocenić, jak długo i w jakim zakresie mogą jeszcze spaść jej notowania. Na pewno dużo będzie zależało od tego, co zrobią kraje, które surowiec ten produkują oraz jak zareagują na przedłużający się już okres niskich cen ropy naftowej.

Produkcja ropy w Stanach Zjednoczonych pozostaje na wysokim poziomie i raczej utrzyma się na nim również na początku przyszłego roku.

Wciąż widzimy również, że Arabia Saudyjska, która wytwarza ogromne ilości ropy, nie zdecyduje się na razie na jakiekolwiek cięcia produkcji – zauważa Dorota Sierakowska. – Ostatnio pojawiły się także informacje o tym, że w styczniu eksport ropy naftowej z Arabii Saudyjskiej do Chin pozostanie na stabilnym poziomie, co pokazuje, że kraj ten raczej będzie się również starał utrzymać swój udział w rynku niezależnie od poziomu cen, nie ograniczając produkcji.

Docelowego poziomu cen ropy jednak, jak twierdzi Sierakowska, nie sposób określić. Pojawiły się, co prawda, spekulacje, że może on spaść do 50, 30, a nawet 15 dol. za baryłkę. Są one jednak – jej zdaniem – przedwczesne.

Dużo rzeczy będzie się wyjaśniało w kolejnych kilku miesiącach – prognozuje Dorota Sierakowska. – Na pewno większość krajów nie może sobie pozwolić, aby notowania ropy naftowej długo pozostawały na poziomach niższych niż 50 dolarów za baryłkę, ponieważ taki w większości jest koszt wydobycia. W najbardziej komfortowej sytuacji pod tym względem jest oczywiście Arabia Saudyjska, gdzie koszt wydobycia wynosi zaledwie kilkanaście dol. Kraj ten jest więc najlepiej przygotowany na niskie ceny. Nie sądzę jednak, by notowania mogły zejść do takiego poziomu.

Już przy obecnych cenach ropy naftowej, jak zauważa Sierakowska, niektóre kraje rewidują plany inwestycyjne w infrastrukturę wydobywczą.

Anulowane są niektóre projekty, które miały zostać wprowadzone w przyszłym roku, inne przesuwane są na bliżej nieokreśloną przyszłość – argumentuje Dorota Sierakowska. – Widać zatem, że już obecne notowania, czyli poziom około sześćdziesięciu dolarów za baryłkę zarówno w przypadku ceny ropy WTI, amerykańskiej, jak i ropy Brent, powoduje, że niektórzy producenci zaczynają rewidować plany. Sądzę więc, że notowania ropy naftowej mają jeszcze potencjał spadkowy. Ale nie jest on już zbyt duży.

16 grudnia cena baryłki amerykańskiej ropy WTI spadła do rekordowo niskiego poziomu poniżej 55 dol. za baryłkę, a ropa Brent poniżej 59 dolarów. Ostatni raz czarne złoto było tak nisko wyceniane w 2009 roku.

Minęła hossa na rynku dłużnych papierów skarbowych. W 2015 r. alternatywą będą bardziej ryzykowne obligacje korporacyjne

CEO Magazyn Polska

Rynek obligacji skarbowych w 2014 r. był wyjątkowo łaskawy dla inwestorów. Głównym powodem okazał się konflikt na Wschodzie, który skierował kapitał ku bezpiecznym aktywom. Eksperci nie mają jednak wątpliwości, że w przyszłym roku na równie wysokie zarobki nie należy liczyć. Większe zyski mogą dać obligacje korporacyjne i samorządowe.

2014 rok zapisze się jako kolejny bardzo dobry okres na rynku obligacji. Jeśli zainwestowalibyśmy w styczniu w polskie 10-letnie obligacje skarbowe i sprzedalibyśmy je w listopadzie tego roku, zrealizowalibyśmy dochód powyżej 20 proc., czyli bardzo wysoki jak na taką bezpieczną klasę aktywów – mówi agencji informacyjnej Newseria Investor Błażej Wajszczuk, analityk BNP Paribas.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy dochodowy indeks obligacji skarbowych TBSP.Index (Treasury BondSpot Poland) wzrósł o ok. 9 proc. z poziomu 1500 pkt do 1640 pkt. Wskaźnik bierze pod uwagę 18 serii papierów dłużnych o rynkowej wartości 380 mld zł.

Ekspert ocenia, że w 2015 r. podobne stopy zwrotu na rynku skarbowych papierów dłużnych nie będą możliwe.

W przyszłym roku nie ma szans na realizację tak pozytywnego scenariusza. Żeby inwestorzy mogli uzyskać 20-proc. stopę zwrotu, rentowności obligacji musiałyby spaść do poziomów ujemnych – przekonuje Wajszczuk. – Z drugiej strony patrząc na realne wysokie stopy procentowe i mniejsze oczekiwania co do ich obniżek, nie spodziewałbym się większej wyprzedaży na rynku obligacji.

Jak tłumaczy analityk BNP Paribas, głównym czynnikiem atrakcyjności takich instrumentów był konflikt na Ukrainie. Najpierw spowodował gorsze oceny polskiej i europejskiej gospodarki, co zwróciło uwagę inwestorów ku obligacjom jako papierom bezpiecznym.

Drugim powodem stały się obustronne sankcje Rosji i Europy, co pogorszyło odczyty inflacji i PKB. Poza tym październikowa obniżka stóp procentowych przez RPP tylko spotęgowała rosnące wyceny obligacji skarbowych – zaznacza Błażej Wajszczuk.

W 2015 r. sytuacja na rynku będzie zależeć głównie od działań banków centralnych. W styczniu inwestorzy oczekują decyzji EBC co do możliwego uruchomienia programu luzowania ilościowego, czyli skupu aktywów (głównie obligacji) od banków komercyjnych i rządów w zamian za gotówkę mającą pobudzić gospodarkę. Powodem m.in. coraz niższa inflacja – EBC w strefie euro w 2014 r. szacuje jej odczyt na poziomie 0,3 proc.

Rynki równie uważnie obserwują kroki amerykańskiego Fedu w kontekście zapowiadanej podwyżki stóp procentowych. Trzecim, nowym czynnikiem są notowania ropy naftowej. Jeśli obserwowana cena około 60 dolarów za baryłkę utrzyma się, będziemy mieli do czynienia z niesamowitym przepływem dobrobytu z krajów eksporterów do krajów importerów surowców, co na pewno będzie wspierać wzrost gospodarczy, także w Polsce – mówi Błażej Wajszczuk.

Szansą dla inwestorów szukających atrakcyjnego zwrotu są obligacje korporacyjne i samorządowe, które mimo wyższego ryzyka są w pewnym stopniu kontrolowane i przewidywalne.

W przyszłym roku na pewno inwestorzy będą poszukiwać rentowności i ta klasa aktywów z pewnością będzie się rozwijać, szczególnie po wejściu w życie niedawno przyjętej Ustawy o obligacjach – przyznaje ekspert.

28 listopada Sejm uchwalił nową Ustawę o obligacjach. Akt prawny wejdzie w życie 1 lipca 2015 r. i zastąpi ustawę za 1995 r. Przede wszystkim projekt ma na celu pobudzenie rozwoju rynku nieskarbowych papierów dłużnych. Jedną z istotnych zmian jest ustanowienie instytucji zgromadzenia obligatariuszy, czyli podmiotu reprezentującego inwestorów danej serii obligacji wobec emitenta.  

Oczekiwana stopa zwrotu zależy od podjętego przez nas ryzyka kredytowego emitenta. Sektor budowlany oferuje zwroty 300-400 punktów [3-4 proc. – red.] wyższe niż obligacje skarbowe, miasto Warszawa – około 100-150 pkt. Im wyższe ryzyko, tym rentowności bardziej atrakcyjne. Musimy jednak pamiętać, że kupując takie papiery, kupujemy ryzyko dłużne spółki – podsumowuje Błażej Wajszczuk.

Ostatnim dużym przykładem upadłości spółki, której obligacje były notowane na Catalyst, jest deweloper GC Investment. 2 grudnia Sąd Rejonowy w Katowicach wydał postanowienie o upadłości firmy z możliwością zawarcia układu. Tym samym spółka nie wykupiła papierów serii W o nominale 17,5 mln zł. Dla ich posiadaczy to dodatkowe trudności i komplikacje z odzyskaniem wierzytelności. 

Rynek centrów handlowych kwitnie. Powstają galerie w mniejszych miejscowościach, a duże obiekty w aglomeracjach są modernizowane

0

CEO Magazyn Polska

Na rynku centrów handlowych nie ma zastoju. Inwestorzy wciąż stawiają nowe obiekty oraz rozpoczynają modernizację istniejących. Polacy bowiem nie tylko coraz chętniej odwiedzają galerie, lecz także spędzają w nich coraz więcej czasu.

Jest to trend widoczny nie tylko w Polsce, lecz także całej Europie. Centrum handlowe coraz częściej staje się dla klientów miejscem spotkań, rozrywki, spędzania wolnego czasu. Inwestorzy to dostrzegli i poszerzają część gastronomiczną i lifestylową, aby dostarczyć ludziom takiej przestrzeni, jakiej oczekują.

Klienci korzystają z obiektów handlowych nie tylko po to, aby dokonać zakupu mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Anna Szmeja-Kroplewska, dyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych. Coraz chętniej korzystają z części rozrywkowej, restauracyjnej, jest to między innymi związane z tym, że łatwo jest zaparkować samochód na dużych i nowoczesnych parkingach, które znajdują się przy galeriach handlowych To jest dzisiaj taki społeczny meeting point dla wielu osób.

W Polsce działa ponad 430 wielkopowierzchniowych obiektów handlowych, których łączna powierzchnia przekracza 10 mln mkw. Z tego w tym roku jak podaje firma doradcza Cushman & Wakefield wybudowano już ponad 300 tys. mkw. Większość z istniejących centów handlowych powstała jednak przed 2009 rokiem, a ponad 40 proc. ma więcej niż 10 lat dodaje firma DTZ. To oznacza, że wiele obiektów czeka modernizacja. Jej celem jest tak zmienić centrum, by zatrzymać w nim klienta jak najdłużej.

Myślę, że to klienci trochę ten trend spowodowali zwraca uwagę Anna Szmeja-Kroplewska.  To oni są tą częścią rynku, która wymusiła niejako na inwestorach powiększanie tej części food-courtowej, bo po prostu chcieli z niej korzystać i to, że obserwowaliśmy wzmożony ruch w częściach restauracyjnych w obiektach handlowych w Polsce, było konsekwencją zainteresowania klientów restauracjami i kawiarniami. Inwestorzy podejmują pracę, aby właśnie taką przyjazną powierzchnię w centrach stworzyć.

Centrum handlowe to wielka i kosztowna inwestycja. Właściciele starają się je więc modernizować tak, by ani na chwilę nie przestały zarabiać. To oznacza, że remont trzeba zorganizować w taki sposób, by nie odstraszał klientów.

Myślę, że dla klienta najważniejsze jest to, aby prace związane z modernizacją, przebudową czy rozbudową nie wpływały na komfort związany z przebywaniem w obiekcie ocenia dyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych. Na bezpieczeństwo czy dobre samopoczucie, to jest tak naprawdę największym wyzwaniem, zarówno zarządcy, jak i inwestora. Natomiast skala modernizacji to bardzo indywidualna kwestia.

Czasem wystarczą stosunkowo niewielkie prace, związane ze zmianą małej architektury, np.: wymianą ławek, zieleni i mebli w częściach restauracyjnych Innym razem konieczne są dużo większe i bardziej skomplikowane prace remontowe części wspólnych, ciągów komunikacyjnych z klatek schodowych czy toalet. Jednak te modernizacje nie wystarczą na chłonnym polskim rynku. Polacy są coraz zamożniejsi i swoje centra handlowe chcą mieć też mieszkańcy mniejszych miast.

To są dwa niezależne trendy podkreśla Anna Szmeja-Kroplewska z PRCH. Na pewno będą powstawały nowe galerie w mniejszych miastach. Natomiast analizując wiek istniejących dużych centrów w dużych miastach, naturalną kolejną rzeczy jest to, że wraz z rosnącą konkurencją na rynku pojawia się też potrzeba unowocześnienia i stworzenia atrakcyjnego miejsca właśnie dla klientów w starszych obiektach.

Od jutra nowe obowiązki e-sklepów i telemarketerów. Na zwrot towaru kupionego online będzie 14 dni

CEO Magazyn Polska

Z 10 do 14 dni wydłuży się czas, w jakim konsument będzie mógł zwrócić zakupiony w sieci lub przez telefon produkt – to jedna z istotniejszych zmian, jakie od jutra wprowadzi ustawa o prawach konsumentach. Nowe przepisy zwiększają również obowiązki informacyjne przedsiębiorców. Będą oni musieli wyraźnie informować m.in. o wszystkich kosztach zakupu, a w przypadku dodatkowych płatności każdorazowo będą musieli uzyskać na nią zgodę klienta.

Przedsiębiorcy w toku zawierania umowy będą mieli obowiązek podawania całkowitej ceny produktu – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dorota Karczewska, wiceprezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). – Dotychczas nie zawsze było jasne, ile zapłacimy na koniec transakcji. Konsument musiał dopytywać przedsiębiorcę, jakie składniki składają się na ostateczną cenę. W nowym reżimie prawnym to przedsiębiorca będzie musiał jasno komunikować, jaka jest finalna wartość produkt.

Przedsiębiorca będzie musiał poinformować konsumenta o wzorze formularza odstąpienia od umowy. Ustawa z 30 maja 2014 roku o prawach konsumenta wprowadza także obowiązek informowania kupujących o tym, że ewentualny spór dotyczący transakcji można rozwiązać polubownie. Nowe przepisy wydłużą również czas, jaki konsument ma na zwrot zakupionego towaru (lub odstąpienie od umowy) bez podawania przyczyny – od 25 grudnia będzie to 14 dni. Taki sam termin będzie obowiązywał również w innych krajach Unii Europejskiej.

Jeżeli kupujemy produkt na pokazie czy w internecie, to mamy takie uprawnienia, jakie przysługują konsumentom w sklepie stacjonarnym – przypomina Dorota Karczewska. – Możemy więc towar rozpakować i obejrzeć, natomiast nie wolno nam go używać.

Za ewentualny zwrot towaru bezpośrednio zapłaci konsument. Ale będzie on miał prawo zażądać zwrotu ceny razem z kosztami dostarczenia.

Finalnie będzie tak, że w jedną stronę za przesyłkę towaru zapłaci konsument, a w drugą – sprzedawca – wyjaśnia wiceprezes UOKiK.

Gdy zakupiony towar okaże się wadliwy, konsument będzie mógł wybrać między jego naprawą, wymianą, obniżeniem ceny lub odstąpieniem od umowy. 

Przedsiębiorca będzie musiał każdorazowo uzyskiwać zgodę konsumenta na wszelkie dodatkowe płatności wykraczające poza uzgodnione wynagrodzenie. Jeśli przedsiębiorca nie otrzyma wyraźnej zgody konsumenta, klient będzie miał prawo do zwrotu uiszczonej płatności dodatkowej.

Zmiany będą dotyczyły również sprzedaży przez telefon. Po 25 grudnia telemarketerzy będą musieli od razu poinformować o tym, że celem nawiązania kontaktu jest zawarcie umowy kupna-sprzedaży.

Po pierwsze, telemarketer poinformuje o tym, że mamy zawrzeć umowę. Po drugie, prześle na trwałym nośniku lub w formie papierowej informację o umowie – wylicza Karczewska. – Samo przesłanie informacji do konsumenta nie powoduje zawarcia umowy. Musi on potwierdzić, również na nośniku trwałym lub w formie papierowej, że na takich warunkach umowę chce zawrzeć. Zgoda nie może przy tym być dorozumiana. Ostatecznie kupujący musi powiedzieć tak i wiedzieć, na co się zgadza. Ostatnie zdanie należy do niego.

W przypadku portali aukcyjnych nowa ustawa nie obejmuje umów zawieranych pomiędzy przedsiębiorstwami ani samymi konsumentami.

Nowe przepisy dotyczą tylko relacji konsument-przedsiębiorca, czyli tych, gdzie z jednej strony mamy słabszego uczestnika rynku, z drugiej – profesjonalistę – podkreśla wiceprezes UOKiK. – Jeśli ten ostatni nie spełni niektórych wymagań ustawy, na przykład nie poinformuje o możliwości odstąpienia od umowy, wówczas konsument nabywa prawo odstąpienia od transakcji w ciągu roku.

Za nieprzestrzeganie przepisów przedsiębiorca musi liczyć się z karą grzywny do 5 000 zł.

Marża na stacjach paliw wynosi zaledwie 3-5 proc. Polacy kupują więcej tańszej benzyny

CEO Magazyn Polska

W związku z koniecznością posiadania zapasów i w zależności od ich poziomu ceny produktów naftowych na stacjach benzynowych dopiero po kilku dniach odzwierciedlają poziomy notowań na rynku hurtowym. Jak informuje Urszula Cieślak z BM Reflex, spadające ceny nie mają wpływu na marże detalistów, które wynoszą obecnie nie więcej niż 5 proc. Zwykle jednak powodują większe obroty, co wynika ze zwiększonej sprzedaży paliw i innych produktów w sklepie przy stacji.

O tym, ile właściciele stacji benzynowych płacą za paliwo kupowane hurtowo w rafineriach, decyduje sytuacja na rynku ropy naftowej oraz rynku walutowym – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Urszula Cieślak ze specjalizującej się w analizach rynku paliw firmy BM Reflex. – Ceny te tak naprawdę reagują każdego dnia: każdorazowy spadek cen ropy naftowej w notowaniach na rynku europejskim i w konsekwencji spadek cen paliw gotowych przekłada się automatycznie na poziom cen hurtowych.

Odbiorca końcowy, czyli kierowca, także obserwuje zmiany cen na stacjach. Ale, jak zauważa Urszula Cieślak, w detalu reagują one wolniej na aktualne notowania ropy naftowej i walut.

Powodem są zapasy paliw na stacjach – tłumaczy Cieślak. – Rafineria z dnia na dzień może reagować zmianą cen hurtowych. Placówki detaliczne natomiast w pewnym sensie są ograniczone poziomem zapasu. Cykl jego rotacji powoduje, że zmian z rynku hurtowego kierowcy nie obserwują już następnego dnia. Stacja musi najpierw sprzedać paliwo, które wcześniej kupiła w rafinerii po innej cenie. W zależności od poziomu zapasów trwa to krócej lub dłużej.

W ciągu miesiąca ropa Brent potaniała o blisko 23 proc. Na stacjach paliw ceny systematycznie spadają, ale nie w takim tempie. Odzwierciedlenie aktualnych notowań ropy naftowej oraz na rynku walutowym może trwać od kilku do kilkunastu dni.

Gdy cena detaliczna na stacji może być niższa, obrót następuje szybciej i właściciel częściej zgłasza się po kolejną partię paliwa do wytwórcy – mówi Cieślak. – Uzyskuje więc lepszą cenę, bo kupuje więcej. Może więc także z tego powodu taniej sprzedawać benzynę i inne produkty naftowe odbiorcom końcowym, czyli kierowcom.

Środowisko niskich cen ropy naftowej nie ma natomiast większego wpływu na marże osiągane przez właścicieli stacji benzynowych, które wynoszą od 3 do 5 proc.

Dla sytuacji samej stacji nie ma tak naprawdę większego znaczenia, jaka jest tendencja na rynku – precyzuje Cieślak. – Oczywiście łatwiej sprzedaje się, kiedy poziom cen jest niski. Sprzedaż na stacji jest wtedy zazwyczaj wyższa, a więc i przychody rosną. Poziom marż w dłuższym okresie jest natomiast stały i niestety teraz dosyć niski. To już nie są te lata, kiedy na sprzedaży benzyny czy oleju napędowego można było zarabiać ponad 10 proc. Dzisiaj dobrze jeśli to jest 5 proc.

Więcej zarabiają stacje, które prócz samego paliwa oferują także usługi okołopaliwowe (na przykład sprzedaż podstawowych produktów spożywczych, hot dogów czy innych, przyrządzanych na miejscu potraw fastfoodowych).

Mają one z reguły wyższą marże niż paliwo. Gdy konsumenci częściej tankują tańsze paliwa, również obroty z tego rodzaju usługa zazwyczaj są większe – zauważa Cieślak.

Około 15 proc. zabawek na rynku ma certyfikaty bezpieczeństwa. Zainteresowanie producentów certyfikacją dynamicznie rośnie

Producenci zabawek coraz częściej chcą się wyróżnić na rynku dzięki certyfikatom bezpieczeństwa dla swoich produktów. Dla eksporterów to wręcz konieczność, by dotrzeć do największych zagranicznych sieci handlowych. Już od połowy roku firmy certyfikujące obserwują wzrost liczby firm aplikujących o certyfikaty, by uzyskać je przed okresem świątecznym.

Zauważamy trend rosnący w certyfikacji. Coraz więcej firm stara się o certyfikat – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr inż. Michał Bak, kierownik laboratorium mechanicznego TÜV Rheinland Polska. ‒ Często naszymi klientami są firmy, które zajmują się dystrybucją i dostarczaniem wyrobów do sieci handlowych zarówno w Polsce, jak i w krajach Europy Zachodniej, np.: w Niemczech, we Francji czy w Hiszpanii, ponieważ wymagają one bezwzględnie certyfikatów bezpieczeństwa.

TÜV Rheinland zajmuje się certyfikacją zabawek pod kątem kryteriów bezpieczeństwa zawartych w unijnej dyrektywie z 2009 r., a także norm takich jak EN 71 i EN 62115. Ekspert zwraca uwagę na to, że te same normy obowiązują w całej UE, dlatego produkty certyfikowane w Polsce mogą być eksportowane do całej wspólnoty. Nieco inne wymagania obowiązują w Stanach Zjednoczonych, dlatego produkty eksportowane na ten rynek muszą być przebadane pod nieco innym kątem. Niektórzy producenci decydują się również na taką certyfikację.

Bąk zaznacza, że poza samym potwierdzeniem bezpieczeństwa i zgodności z normami, certyfikat daje producentom zabawek przewagę konkurencyjną na rynku.

Jeżeli wyrób jest certyfikowany przez TÜV Rheinland, może być oznakowany znakiem zgodności firmy i dzięki temu uzyskuje przewagę konkurencyjną nad innymi podmiotami zajmującymi się również sprzedażą czy dystrybucją zabawek. Certyfikując zabawki w TÜV Rheinland, producent otrzymuje certyfikat, który jest uznawany nie tylko w Polsce, lecz także na rynkach międzynarodowych – zaznacza Bak.

Ruch w zakresie certyfikacji zabawek w pewnym stopniu napędzają święta. Dla producentów to okres znacznie większej sprzedaży. O certyfikaty muszą zacząć ubiegać się jednak znacznie wcześniej, dlatego dla TÜV Rheinland zwiększony ruch w tym segmencie jest widoczny już w połowie roku. Ekspert mówi jednak, że firma przez cały rok ma takie samo natężenie pracy. Wynika to z tego, że TÜV Rheinland zajmuje się certyfikacją wyrobów z bardzo wielu branż. Dodaje, że mimo rosnącej liczby firm większość z nich otrzymuje certyfikat. Nawet jeśli przy pierwszym badaniu zostaną zidentyfikowane problemy, to w raporcie z badań znajdują się wskazówki, mówiące co trzeba poprawić w produkcie, a przy drugim podejściu zwykle certyfikat jest już przyznawany. Większość klientów TÜV Rheinland Polska to firmy krajowe – dodaje Bak.

Za pracę w święta przysługują dodatkowe dni wolne lub wyższe wynagrodzenie. Za zlecanie pracy niezgodnie z przepisami pracodawcom grożą kary

CEO Magazyn Polska

Pierwszy i drugi dzień świąt to co do zasady dni wolne od pracy. Mogą w nie pracować osoby wykonujące zajęcia, które spełniają codzienne potrzeby ludności, a od niedawna również pracownicy centrów usług wspólnych. Pracodawca za pracę w święta musi jednak zapewnić pracownikowi dzień wolny od pracy lub dodatkowe wynagrodzenie. Za zlecanie pracy niezgodnie z przepisami zatrudniającym grożą grzywny nawet do 30 tys. zł.

Ustawa o dniach wolnych od pracy wymienia 13 świąt, w trakcie których praca co do zasady jest zabroniona. Kodeks pracy jednak wskazuje, w jakich okolicznościach jest ona dopuszczalna. W święta mogą pracować ci, którzy wykonują prace niezbędne dla codziennych potrzeb ludności, przy niezbędnych remontach, przy nagłych akcjach ratunkowych, to jest też często praktykowane w pracy zmianowej – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dominika Nowak, radca prawny w Kancelarii DLA Piper.

Art. 151 k.p. wymienia przypadki, kiedy praca w dni świąteczne jest dozwolona. Pracownik może wykonywać zajęcia, które są spełniają codzienne potrzeby ludności (m.in. transport, komunikacja, rolnictwo, gastronomia, hotelarstwo, służby publiczne).

Od niedawna w 13 dni świątecznych pracować mogą również osoby zajmujące się usługami transgranicznymi, jeśli w kraju odbioru tych usług dany dzień pozostaje dniem roboczym. Umożliwia to nowelizacja kodeksu pracy, która weszła w życie w marcu br. Celem zmian było dostosowanie polskiego prawa do nowych trendów i wymagań rynku pracy. Szczególnie dotyczy to centrów outsourcingowych i usług wspólnych. Według danych Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych (ADSL) sektor BPO/SCC zatrudnia w Polsce ponad 120 tys. specjalistów w 400 centrach usług wspólnych.

Jeśli już pracownik zgodnie z przepisami świadczy pracę w dzień świąteczny, to przede wszystkim pracodawca musi zapewnić mu dzień wolny od pracy. Nawet jeśli pracownik pracuje tylko jedną godzinę w święto, to w zamian należy mu się cały dzień wolny – tłumaczy Dominika Nowak.

Jak podkreśla radca prawny, w przypadku niewyznaczenia pracownikowi dnia wolnego, takiej osobie należy się dodatek w wysokości 100 proc. za każdą godzinę przepracowaną w święto.

Wigilia jest zwykłym dniem roboczym, niewymienionym w ustawie o dniach wolnych od pracy. Jak najbardziej pracodawca może poprosić pracownika o jego obecność w tym dniu w miejscu pracy – mówi radca prawny z Kancelarii DLA Piper.

Jak dodaje Dominika Nowak, osobistą decyzją pracodawcy jest ewentualne zwolnienie pracownika od świadczonych obowiązków lub skrócenie jego czasu pracy w Wigilię.

Pracodawcy powinni pamiętać, że zlecanie pracy w dni świąteczne niezgodnie z przepisami prawa pracy jest traktowane jako wykroczenie przeciwko prawom pracownika, za co grozi grzywna od 1 tys. do teoretycznie nawet 30 tys. zł – przestrzega Dominika Nowak.

Jedna trzecia Polaków wyrzuca artykuły spożywcze. Najczęściej pieczywo, warzywa, owoce, wędliny, jogurty

CEO Magazyn Polska

Co trzeci Polak przyznaje, że zdarza mu się wyrzucać żywność. Najczęściej są to produkty świeże, jak pieczywo, warzywa, wędliny oraz produkty mleczne. Zjawisko to nasila się w okresie świątecznym, bo Polacy często kupują zbyt dużo i gotują za duże porcje. Nieznaczna zmiana nawyków zakupowych i konsumenckich może ograniczyć problem.

W Polsce rocznie marnuje się ok. 9 mln ton żywności, za co w większości odpowiedzialny jest sektor produkcji. Konsumenci jednak również mają znaczący udział w statystykach. Polacy wyrzucają ok. 2 mln ton żywności.

Polacy przyznają się do tego, że zdarza im się wyrzucać żywność. Czyni tak jedna trzecia mieszkańców naszego kraju – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maria Kowalewska, koordynatorka ds. programów edukacyjnych i współpracy międzynarodowej w Federacji Polskich Banków Żywności. – Okres świąteczny jest specyficzny, bo więcej kupujemy, przyrządzamy i – niestety – większa ilość żywności wyląduje w koszu. Będą to potrawy, których nie zdążymy zjeść, np. sałatki, ciasta.

Na co dzień Polacy najczęściej wyrzucają produkty, które szybko tracą świeżość, np. pieczywo, wędliny, owoce i warzywa oraz produkty mleczne.

Jak podkreśla Kowalewska, do ograniczenia skali zjawiska może przyczynić się zmiana nawyków zakupowych i konsumenckich – wcześniej zaplanowane i rozważnie robione zakupy czy przygotowywanie mniejszych porcji.

Trzeba się zastanowić nad tym, gdzie te święta spędzimy: w domu, na wyjeździe, u znajomych czy rodziny. Wtedy wiemy, ile mniej więcej i czego będziemy potrzebować – zauważa Maria Kowalewska. – Jeśli to my organizujemy świąteczne  spotkanie, warto zapytać rodzinę, ile osób spędzi z nami te święta. Na podstawie tych wszystkich informacji będziemy mogli przygotować porządne menu, które zapewne uwzględni tradycyjne dwanaście potraw. Ale nie muszą one być bardzo duże. Nikt z nas nie jest w stanie zjeść wielkich porcji dwunastu potraw.

Ważne jest również odpowiednie przechowywanie potraw.

Przygotowaną sałatkę warto dopiero na sam koniec wymieszać z majonezem, bo w ten sposób postoi w lodówce. Na ryby i mięsa też mamy podpowiedzi. Można z nich robić pasty, dodać jajek, warzyw, coś jeszcze domieszać i stworzyć nowe, gotowe potrawy. Pamiętajmy, że dużo rzeczy można zamrozić. Dobrze znosi to na przykład bigos. Ciasta drożdżowe możemy spokojnie przechowywać nieco dłużej, nawet w temperaturze pokojowej – radzi Kowalewska.

Przyznaje, że wśród polskich konsumentów powoli rośnie świadomość na temat tego, jakie są konsekwencje marnowania żywności, widać to w systematycznie poprawiających się statystykach.

Marnowana żywność ma wpływ na zarówno środowisko naturalne, jak i ceny. Bo im mniej surowca jest na rynku, tym wyższa jego wartość. A jeśli żywność drożeje, to coraz mniej ludzi na nią stać. Jest to zjawisko globalne i myślę, że warto zdać sobie z niego sprawę, również w kontekście własnej kieszeni. Jeśli nie wyrzucimy jedzenia, to będziemy mieć oszczędności, zostanie nam więcej środków, które możemy wydać na coś innego – tłumaczy Maria Kowalewska.

Banki żywności radzą, jak nie marnować żywności na stronie NieMarnuje.pl. Oprócz porad i przepisów na nowe potrawy strona zachęca również do wspierania potrzebujących.

– Chcielibyśmy dotrzeć do producentów żywności, sklepikarzy i sieci handlowych, które również mogą realnie ograniczać marnowanie żywności, przekazując ją na cele charytatywne, do banków żywności lub wspierając inne inicjatywy – potwierdza Maria Kowalewska. – Myślę, że jeśli wszyscy byśmy się zmobilizowali: rolnictwo, przetwórstwo, handel i konsumenci, to naprawdę udałoby się nam ograniczanie marnowania żywności.

Tegoroczny karp wyjątkowo tani. Ceny detaliczne poniżej kosztów produkcji

CEO Magazyn Polska

W tym sezonie producenci karpi się nie obłowią. Przed świętami Polacy na popularnego karpia wydadzą najmniej od lat. Ceny zaczynają się od 8-9 zł za kilogram w dyskontach i supermarketach, a kończą na kilkunastu złotych bezpośrednio od właścicieli łowisk i stawów hodowlanych. Niskie ceny odstraszają importerów z Czech, Litwy, Węgier, a nawet Chin.

W tym roku karp jest historycznie tani – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Hryszko z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. – W sklepach wielkopowierzchniowych obserwujemy ceny na poziomie 9 złotych. W handlu targowiskowym to około 11 zł.

Zdaniem eksperta główną przyczyną niskich cen jest nadprodukcja spowodowana korzystnymi warunkami klimatycznymi chowu karpia. W Polsce w ciągu ostatnich trzech lat produkcja wynosiła około 14,5 tys. ton tego gatunku ryby, a w bieżącym roku wzrosła do 19 tys. ton.

Ceny są tak niskie, że jeszcze do niedawna główni konkurenci polskich producentów, czyli importerzy karpia z Czech, Litwy i Węgier, mówią, że nie opłaca się im sprzedawać u nas w kraju – zaznacza Hryszko.

Na aktualnej sytuacji cierpią producenci, sprzedając karpia poniżej kosztów produkcji. Zwłaszcza że rynek jest ewidentnie sezonowy i nie można liczyć na odbicie wcześniej niż za rok. Na okres świąteczny przypada bowiem 95-proc. całorocznej konsumpcji karpia.

Z oceny Instytutu Rybactwa Śródlądowego oraz mojej wynika, że koszt produkcji kilograma karpia jest na poziomie około 11 zł, choć sami producenci wskazują na nieco wyższe koszty, nawet w okolicach 12 zł – mówi Krzysztof Hryszko. – Niestety, przy takim poziomie cen nasi producenci nie zarobią, a wręcz możemy mówić o generowaniu strat w takiej produkcji.

Sposobem na ograniczenie skutków trudnej sytuacji na rynku może być unijna certyfikacja niektórych gatunków karpia. Rybacki Zakład Doświadczalny w Zatorze koło Krakowa w 2011 r. uzyskał wpis karpia zatorskiego na unijną listę produktów o chronionej nazwie pochodzenia. Między innymi dzięki temu jego producenci sprzedają ryby nieco drożej – po 14 zł za kilogram.

W 2013 r. spożycie ryb w Polsce na jedną osobę wyniosło 12 kg – to mniej więcej połowa średniej unijnej. Najpopularniejsze są mintaje (2,7 kg na mieszkańca), dalej śledzie, łososie, makrele i szproty. Karp na stołach Polaków to przede wszystkim potrawa wigilijna, a spożycie tej ryby na osobę nie przekracza rocznie 0,5 kg.

Pod choinkę Polacy wolą dostać książkę niż pieniądze. Większość zostanie obdarowana kryminałem lub powieścią sensacyjną

CEO Magazyn Polska

Blisko połowa Polaków chciałaby pod choinką znaleźć książki. Tyle samo z nas po prezent wybierze się właśnie do księgarni  wynika z badań firmy Deloitte. Wybierając książkę na prezent, Polacy nie kupują swoich ulubionych autorów, szukają raczej nowości lub literackiej klasyki. Najchętniej kupowane pozycje to kryminały i powieści sensacyjne.

Badania przeprowadzone przez firmę Deloitte pokazują, że w tym roku książki podaruje swojej rodzinie i przyjaciołom aż 41 proc. Polaków. Książkowe prezenty równie chętnie wręczają zarówno mężczyźni (40 proc.), jak i kobiety (43 proc.). Książka okazała się też najbardziej pożądanym prezentem o znalezieniu jej pod choinką marzy bowiem aż 42 proc. respondentów, podczas gdy tylko 38 proc. chciałoby dostać gotówkę. Polacy, zwłaszcza kobiety, lubią wręczać prezenty praktyczne, a za taki uważają właśnie książki. Jest to także ich zdaniem upominek uniwersalny.

– Pierwszy pomysł, na jaki wpadają ludzie, szukając prezentu świątecznego, to książka, bo to jest uniwersalny podarunek, którym możemy obdarować zarówno dziecko, jak i osobę dorosłą. Książka to jest dobry prezent dla każdego, w każdym wieku. Coraz więcej osób czyta – to nie prawda, że Polacy nie czytają książek. A w grudniu rzeczywiście zainteresowanie pozycjami wydawniczymi bardzo wzrasta – mówi Karolina Wójtowicz, sprzedawca w księgarni Matras, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Osoby, które regularnie czytają, mają swoich ulubionych pisarzy, gatunki literackie i tematykę. Szukając książkowego upominku, Polacy nie zawsze kierują się jednak swoimi preferencjami. Najczęściej wybierają modne nowości lub literacką klasykę. Chętnie też zdają się na opinię sprzedawców księgarni.

– Najczęściej wybierane są kryminały i powieści grozy, np. najnowsza książka Stephena Kinga „Przebudzenie”. Zależy też dla kogo kupujemy książkę, bo kobiety wolą czytać powieści obyczajowe, romanse i powieści historyczne, choć nie jest to regułą – dobra powieść sensacyjna też ucieszy na pewno wiele kobiet – mówi Karolina Wójtowicz.

Nie tylko Polacy chętnie podarują bliskim literackie upominki pod choinkę. Z badań firmy Deloitte, przeprowadzonych w siedemnastu krajach, wynika, że książka będzie najpopularniejszym prezentem gwiazdkowym także w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i we Włoszech.

30 proc. Polaków stresuje się z powodu świąt. Dla wielu to przykry obowiązek, a nie czas wypoczynku

30 proc. Polaków <a title=stresuje się z powodu świąt. Dla wielu to przykry obowiązek, a nie czas wypoczynku" title="30 proc. Polaków stresuje się z powodu świąt. Dla wielu to przykry obowiązek, a nie czas wypoczynku" />

CEO Magazyn Polska

Co trzeci Polak odczuwa stres przed świętami Bożego Narodzenia. Często jest on wywołany nadmiarem obowiązków związanych z przygotowaniami, koniecznością spędzania czasu z teściami lub dawno niewidzianymi członkami rodziny, korkami i kolejkami w sklepach. To może prowadzić do kłótni w rodzinie. Aby cieszyć się atmosferą świąt i odpoczynkiem, psycholodzy doradzają taktyczną pokorę, czyli odłożenie na bok negatywnych emocji i urazów.

Badania TNS OBOP pokazują, że 38 proc. Polaków lubi święta Bożego Narodzenia za możliwość spędzenia czasu z rodziną. Jedna trzecia ceni ten czas za możliwość odpoczynku od pracy. Stres nie pozwala jednak odpocząć i cieszyć się wolnymi dniami. Psychologowie są także zdania, że dla większości rodaków wypoczynek jest związany ze zmianą otoczenia, tymczasem większość nie wyjeżdża na święta.

Z badań przeprowadzonych przez firmę Groupon wynika, że ponad 30 proc. Polaków odczuwa stres przed świętami Bożego Narodzenia. Jego przyczynami są nadmiar obowiązków związanych z przygotowaniami, konieczność spędzania czasu z teściami lub dawno niewidzianymi członkami rodziny, korki, kolejki w sklepach i konieczność wyszukiwania świątecznych upominków.

Dzisiaj, żeby odpocząć, trzeba się na to zaprogramować, zarówno zaplanować wyjazd czy spędzenie wolnego czasu, jak i zaprogramować swój mózg, swoje myślenie i przeżywanie. To jest działanie związane z przygotowanie siebie i swoich najbliższych do tego, by przejść na tryb odpoczynku, czyli inny rodzaj działania i myślenia. Nie wszyscy są gotowi do tych wszystkich kroków – mówi dr Leszek Mellibruda, psycholog biznesu, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Spędzanie wspólnego czasu z osobami, które się słabo zna, jest dla wielu Polaków czynnikiem stresogennym i stanowi raczej przykry obowiązek niż relaks. Przedświąteczny stres potęguje ponadto inne problemy, np. związane z pracą lub życiem osobistym. W okresie przed przedświątecznym w gorączce przygotowań i kupowania prezentów wielu partnerów ma problemy z porozumieniem się, częściej dochodzi do kłótni. Zdarza się, że zmęczenie nadmiarem obowiązków związanych z przygotowaniem wigilijnej kolacji przeradza się w złość i frustracje, wyładowywaną na najbliższych osobach.

Czas świątecznym może być dla partnerów momentem spiętrzania się między nimi emocji z różnych powodów. Czasami są to sytuacje związane ze stresem, napięciem, denerwujemy się, czy wszystko się powiedzie, czy wszystko zostanie zrealizowane, bo przychodzą goście. I są takie osoby, które nie wytrzymują tego napięcia, mają problem z samokontrolą. Wszystkie te osoby będą miały problematyczne święta – mówi dr Leszek Mellibruda.

Psychologowie radzą, aby przed świętami nie narzucać sobie zbyt wielu obowiązków. Najważniejsze jest jednak panowanie nad emocjami, aby nie dopuścić do napiętej atmosfery pomiędzy członkami rodziny. Jeśli wizytę u teściów lub mniej lubianych członków rodziny odbiera się jako przymus, warto podejść do tego z tzw. taktyczną pokorą.

Taktyczna pokora to jest wyraz dojrzałości człowieka. Kiedy swoje osobiste urazy potrafi zawiesić na kołku i dla dobra rodziny, w imię oczekiwań partnera, partnerki czy dzieci dostosować się do tej sytuacji. Nie można tego robić na siłę, ale można to robić z rozumem. A rozum ma taką potęgę, że potrafi kontrolować nasze emocje. W takich sytuacjach zachęcałbym do tego, żeby nie pogłębiać kiedyś wykopanych rowów w relacjach, tylko spróbować trochę dyplomacji rodzinnej – radzi Mellibruda.

Psycholog radzi ponadto, aby nie robić sobie zbyt dużych oczekiwań w związku ze świętami i zaakceptować fakt, że świąteczne spotkanie z bliskimi nie musi przypominać wyidealizowanych sytuacji z telewizyjnych reklam. Zmiana podejścia pomoże uniknąć rozczarowań i związanych z nimi frustracji.

W Polsce rozwijają się nowe formy dobroczynności. Pomagamy nie tylko od święta

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej wspierają dobroczynność i filantropię. Sukcesy święci nie tylko Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, lecz także nowe inicjatywy, takie jak „Szlachetna Paczka”, program „Działaj Lokalnie”, pozabudżetowe programy stypendialne czy platformy finansowania społecznościowego. Mimo rozwoju wielu form wsparcia potrzebujących, Polska nadal zajmuje odległe miejsce w prestiżowym międzynarodowym rankingu World Giving Index, mierzącym skalę dobroczynności w danym kraju.

Z jednej strony wspieranie dobroczynności w Polsce wygląda coraz lepiej. Polacy nie ograniczają się tylko do wspierania takich projektów, jak Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy czy przekazanie 1 proc. podatku na organizacje charytatywne. Jednak patrząc z na to drugiej strony, zajmujemy dalekie miejsca w międzynarodowych rankingach badających stopień pomocy dla potrzebujących – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Łukasiak, prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.

W ostatnim czasie sytuacja jednak zmienia się na lepsze, na co wskazuje sukces ostatniej edycji „Szlachetnej Paczki”. W tym roku ponad 700 tys. darczyńców przekazało pomoc 19,58 tys. rodzin. Wartość wsparcia wyniosła 41,24 mln zł. Jak zaznacza Łukasiak, wymaga to nie tylko zaangażowania pieniędzy, lecz także czasu – rzeczy wskazane przez potrzebujących trzeba kupić, zapakować, a potem zawieźć do magazynu. Jego zdaniem to oznacza, że Polacy powoli zaczynają rozumieć dobroczynność jako realne zaangażowanie, a nie tylko symboliczne.

 Ważną rzeczą jest rozwój dobroczynności na poziomie lokalnym. W ramach tylko jednego programu Działaj Lokalnie” zostało dofinansowanych ponad 7 tys. lokalnych projektów. Są to projekty dość proste, ale równie ważne, np. budowa placu zabaw, ścieżki edukacyjnej czy zorganizowanie wydarzenia dla dzieci – podkreśla Paweł Łukasiak.  

Łukasiak zwraca także uwagę na wzrost zaangażowania we wspieranie społecznych programów stypendialnych. Jak tłumaczy, wartość stypendiów fundowanych przez jednostki poza budżetem państwa to już około 0,5 mld zł.

Upływający rok okazał się przełomowy pod względem wspierania przez Polaków nowoczesnych form dobroczynności, jak platformy SiePomaga.pl czy PolakPotrafi.pl. Nawet polscy olimpijczycy znaleźli w ten sposób wsparcie finansowe – mówi Paweł Łukasiak.

Obydwie platformy wpisują się w ideę finansowania społecznościowego, tzw. crowdfundingu, ale dotyczą pomocy dla potrzebujących. Jak informuje serwis SiePomaga.pl, do tej pory udało się zebrać 17,27 mln zł dzięki wsparciu 195,97 tys. darczyńców (pomagaczy). Z kolei PolakPotrafi.pl szczyci się zebranymi 5,73 mln zł, z czego największy projekt dotyczył kwoty 284,11 tys. zł.

W tym roku znowelizowano ważną ustawę. Prezydent podpisał nową Ustawę o zbiórkach publicznych z 1933 roku. Główna zmiana sprawia, że wpłaty na konto organizacji nie będą już zbiórką publiczną. Każda organizacja nie będzie każdorazowo zobowiązana występować o zgodę na przeprowadzenie takiej zbiórki poprzez konta. W przyszłym roku reforma powinna wpłynąć na poprawę statystyk – przekonuje prezes Akademii.

Chodzi o ustawę, która weszła w życie 18 lipca 2014 r. Oprócz zniesienia obowiązku występowania o zgodę na zbiórkę, akt prawny wprowadza możliwość zbiórki pieniędzy lub darów przez internet. Ponadto zlikwidowano opłatę skarbową dla organizatorów zbiórek (84 zł) oraz obowiązek publikowania sprawozdań w prasie z ich przebiegu.

Z jednej strony należy cieszyć się z tego, że pojawiają się takie ogólnokrajowe rozwiązania, jak „Szlachetna Paczka”, czy lokalne inicjatywy, jak  choćby „Działaj Lokalnie”. Ważne, że coraz więcej z nas potrafi działać jako grupa, a nie samodzielnie. Cieszy również zaangażowanie w sposób coraz bardziej zaawansowany, przemyślany, angażujący osobę i rodzinę. Już nie ograniczamy się tylko do statystycznych 5 zł wrzucanych do puszki czy przekazania 1 proc. podatku – stwierdza Łukasiak.

Według eksperta mimo pozytywnych zmian cały czas zajmujemy odległe 94. miejsce w rankingu World Giving Index, co nie jest powodem do zadowolenia.

Myślę, że jesteśmy społeczeństwem dojrzałym i na tyle bogatym, że pomaganie innym, którzy są w trudnej sytuacji, mogłoby się odbywać na większą skalę. Z jednej strony należy pochwalić, ale z drugiej strony przypomnieć, że jest jeszcze dużo do zrobienia – podsumowuje prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.

VAT na karty prepaid – wyjaśnienia

Komunikat Ministerstwa Finansów w sprawie opodatkowania podatkiem od towarów i usług doładowań oferowanych przez operatorów telekomunikacyjnych w stanie prawnym obowiązującym od 1 stycznia 2015 r.

Z dniem 1 stycznia 2015 r. wejdzie w życie zasadnicza część ustawy z dnia 25 lipca 2014 r. o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy Ordynacja podatkowa (Dz. U. z 2014 r. poz. 1171). Wprowadzane tą zmianą regulacje dotyczą w szczególnościrozliczania podatku od towarów i usług z tytułu zmiany miejsca świadczenia usług telekomunikacyjnych, nadawczych oraz elektronicznych. W związku z wprowadzeniem do ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (Dz. U. z 2011 r. Nr 177, poz. 1054, z późn. zm.) – zwanej dalej „ustawą o VAT”, m.in. definicji usług telekomunikacyjnych u niektórych podatników powstały wątpliwości jak od 1 stycznia 2015 r. będzie opodatkowana sprzedaż kart „prepaid” (tzw. doładowań, przez które rozumiane są zarówno doładowania konta „na start” w ramach starterów z kartą SIM, jak również doładowania nabywane bez jednoczesnego przekazania przez operatora karty SIM – ale, których realizacja następuje z wykorzystaniem karty SIM – niezależnie od technologii dostarczenia doładowania). Wątpliwości dotyczą w szczególności sprzedaży kart „prepaid” w związku ze świadczeniem usług o podwyższonej opłacie, o których mowa w art. 64 ustawy z dnia 16 lipca 2004 r. Prawo telekomunikacyjne (Dz. U. z 2014 r. poz. 243).

Na tym tle zgłaszano również konieczność jednoznacznego określenia, które z zasad dotyczących momentu powstania obowiązku podatkowego mają w omawianym obszarze zastosowanie.

W ocenie Ministerstwa Finansów należność płacona za doładowania w rzeczywistości stanowi należność za usługi telekomunikacyjne.

Pojęcie usługi telekomunikacyjnej jest zdefiniowane w art. 24 ust. 2 dyrektywy 2006/112/WE Rady z dnia 28 listopada 2006 r. (Dz. Urz. UE L 347 z 11.12.2006, str. 1, z późn. zm.) – zwanej dalej „dyrektywą VAT”. Zgodnie z tym przepisem, „usługi telekomunikacyjne” oznaczają usługi dotyczące transmisji, emisji i odbioru sygnałów, tekstów, obrazów i dźwięków lub wszelkiego rodzaju informacji drogą kablową, radiową, optyczną lub za pośrednictwem innych systemów elektromagnetycznych, w tym związane z nimi przeniesienie lub cesja praw do użytkowania środków dla zapewniania takiej transmisji, emisji i odbioru, wraz z zapewnieniem dostępu do ogólnoświatowych sieci informacyjnych. Definicja ta ma charakter ogólny, a jej brzmienie od 1 stycznia 2015 r. nie ulegnie zmianie.

Jednocześnie z dniem 1 stycznia 2015 r. definicja usługi telekomunikacyjnej, w związku z wejściem w życie rozporządzenia wykonawczego Rady (UE) nr 1042/2013 z dnia 7 października 2013 r. zmieniającego rozporządzenie wykonawcze (UE) nr 282/2011 w odniesieniu do miejsca świadczenia usług (Dz. Urz. UE L 284 z 26.10.2013 r., str. 1) zostanie doprecyzowana, poprzez wskazanie przykładowych świadczeń wchodzących w jej zakres oraz nieobjętych jej zakresem (por. art. 6a ww. rozporządzenia).

Należy podkreślić, że wprowadzona do ustawy o VAT definicja usługi telekomunikacyjnej będzie tożsama z definicją usługi telekomunikacyjnej z dyrektywy VAT, zatem wprowadzane zmiany nie zmienią co do zasady istoty rozumienia usługi telekomunikacyjnej (również w kontekście definicji usługi telekomunikacyjnej zawartej w art. 2 pkt 48 ustawy z dnia 16 lipca 2004 r. Prawo telekomunikacyjne (Dz. U. z 2014 r. poz. 243), zgodnie z którą przez usługę telekomunikacyjną rozumie się usługę polegającą głównie na przekazywaniu sygnałów w sieci telekomunikacyjnej).

W zakresie działalności telekomunikacyjnej, a zatem i usług telekomunikacyjnych, mieszczą się usługi o podwyższonej opłacie, o których mowa w art. 64 ustawy Prawo telekomunikacyjne. Należy tu dodatkowo wskazać, że przemawia za tym również to, iż usługi takie są świadczone na podstawie umowy o świadczenie usług telekomunikacyjnych (por. art. 64 ust. 8 i art. 56 ustawy Prawo telekomunikacyjne).

Reasumując, ponieważ w związku z nabyciem doładowań realizowane są usługi telekomunikacyjne, a regulacje wchodzące w życie z dniem 1 stycznia 2015 r. nie powodują zmian, których efektem byłaby zmiana zakresu usług uznawanych za usługi telekomunikacyjne, jak również z uwagi na fakt, że wprowadzane zmiany nie dotyczą regulacji w zakresie momentu powstania obowiązku podatkowego, brak jest podstaw do stwierdzenia, że na skutek zmian w przepisach VAT wchodzących w życie z dniem 1 stycznia 2015 r. następują zmiany w rozliczaniu usług telekomunikacyjnych świadczonych na terytorium Polski, w związku z nabywanymi doładowaniami.

Obowiązek podatkowy przy sprzedaży doładowań powstaje zatem na zasadach właściwych dla usług telekomunikacyjnych, czyli – w myśl art. 19a ust. 5 pkt 4 lit. b oraz ust. 7 ustawy o VAT- z momentem wystawienia faktury, nie później niż z chwilą upływu terminu płatności. Przy czym przy sprzedaży na rzecz użytkowników końcowych, dla których nie są wystawiane faktury, decyduje moment zapłaty za doładowanie, który uznawany jest za termin płatności za świadczone w przyszłości usługi telekomunikacyjne.

10-lecie ustawy o dyscyplinie finansach publicznych

Konferencja pt. „Dyscyplina finansów publicznych w dziesięć lat po uchwaleniu ustawy – stan obecny i kierunki pożądanych zmian” odbyła się 17 grudnia 2014 r. w Ministerstwie Finansów z udziałem osób uczestniczących w procesie dochodzenia odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

W trakcie konferencji odbyła się  ceremonia wręczenia odznak honorowych „Za Zasługi dla Finansów Publicznych Rzeczypospolitej Polskiej” nadanych przez Ministra Finansów. Są one przyznawane za szczególne osiągnięcia w wieloletniej pracy związanej z dochodzeniem odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych i przyczynianie się do wytyczania standardów prawidłowego gospodarowania środkami publicznymi i przestrzegania ładu finansów publicznych.

W imieniu Ministra Finansów odznaki wręczył podsekretarz stanu w MF, Główny Rzecznik Dyscypliny Finansów Publicznych Artur Radziwiłł.

Uhonorowani zostali:

  1. Jan Pyrcak – przewodniczący Głównej Komisji Orzekającej w Sprawach o Naruszenie Dyscypliny Finansów Publicznych,
  2. Jacek Roman Krawczyk – zastępca Głównego Rzecznika  Dyscypliny Finansów Publicznych,
  3. Ewa Janina Zwolińska – przewodnicząca Międzyresortowej Komisji Orzekającej w Sprawach o Naruszenie Dyscypliny Finansów Publicznych przy Ministrze Finansów,
  4. Marcin Stanisław Krzywoszyński – członek Głównej Komisji Orzekającej,
  5. Tomasz Aleksander Słaboszowski – członek Głównej Komisji Orzekającej.

Zakupy pod presją deflacji

Sprzedaż detaliczna w listopadzie spadła w ujęciu rocznym o 0,2 proc. – podał GUS

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Spadek sprzedaży detalicznej w listopadzie to przede wszystkim efekt deflacji oraz niższej sprzedaży samochodów i paliw. Dynamika sprzedaży wielu towarów, właśnie poza autami i paliwami, była bowiem porównywalna z tą z października. Widać więc, że gospodarstwa domowe wcale nie ograniczały swoich wydatków konsumpcyjnych. Na ich skłonność do zakupów pozytywny wpływ miała dobra sytuacja na rynku pracy – rosnące realne wynagrodzenia i zatrudnienie.

Niższa listopadowa sprzedaż samochodów, zarówno w cenach stałych (o 5 proc.), jak i w cenach bieżących (o 7,6 proc.), wskazuje, że Polacy wstrzymują się z zakupami ponieważ oczekują na jeszcze większe obniżki cen aut.
W grudniu dynamika sprzedaży detalicznej powinna przyśpieszyć i osiągnąć poziom z grudnia 2013 roku.

Konfederacja Lewiatan

Elastyczny czas pracy niekorzystny dla pracownika

Minął ponad rok, odkąd obowiązują przepisy umożliwiające wprowadzanie w firmach elastycznego czasu pracy. Skorzystało z tego więcej niż 1000 polskich przedsiębiorstw, głównie dużych – zatrudniających od 50 do 249 osób.

Wydłużenie okresu rozliczeniowego czasu pracy do maksymalnie 12 miesięcy i wprowadzenie ruchomego czasu pracy – to dwie możliwości, z których od ubiegłego roku korzystają przedsiębiorcy. Rozwiązania te pomagają lepiej zorganizować pracę, tylko czyją? – pyta Piotr Szumlewicz z Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych (OPZZ). „Jeśli dochody pracownika przez pół roku są na wysokim poziomie, a przez następne pół otrzymuje on tylko minimalne wynagrodzenie, to nie ma stabilności zatrudnienia. Nie może inwestować ani wziąć kredytu” – dodaje ekspert. Zdaniem rozmówcy to rozwiązanie nie jest więc korzystne.

Niedobry dla pracownika, zwłaszcza jego życia prywatnego, często jest też ruchomy czas pracy. Może dojść do takiej sytuacji, że „pracuje on od 8 do 12, potem cztery godziny przerwy i powrót do pracy, która kończy się o 20” – wyjaśnia Piotr Szumlewicz. Dla osób, które pracują i mieszkają  w jednym mieście, to rozwiązanie może być trafione, ale wiele osób dojeżdża z daleka do miejsca zatrudnienia i traci czas z powodu przerwy.

Przepisy o elastycznych formach czasu pracy powinny być konsultowane przez szefów firm ze związkami zawodowymi lub przedstawicielami pracowników. „W 80% przypadków w podpisywaniu porozumień nie brały udziału związki zawodowe. Nowe harmonogramy wprowadzał przedsiębiorca podczas rozmowy z pracownikami” – mówi serwisowi infoWire.pl ekspert. Ponadto nie przedstawiono dowodów na to, że elastyczne formy pracy mają wpływ na spadek bezrobocia – dodaje rozmówca.

Poczta Polska odwołała się od wyniku przetargu na „korespondencję rządową” organizowanego przez Centrum Usług Wspólnych

Poczta Polska odwołała się od wyniku przetargu na obsługę m.in. administracji rządowej, organizowanego przez Centrum Usług Wspólnych (CUW). Zdaniem Poczty Polskiej, oferta Inpost, wybrana przez CUW jako najtańsza, jest wadliwa i powinna zostać odrzucona. Sprawę odwołania Poczty Polskiej rozpatrzy Krajowa Izba Odwoławcza.

Krajowa Izba Odwoławcza 11 grudnia br. już raz uwzględniła odwołanie Poczty Polskiej i unieważniła wybór spółki InPost, której CUW chciał powierzyć doręczanie m.in. rządowej korespondencji. KIO nakazało, aby CUW odtajniło bezprawnie utajniony formularz cenowy InPost, następnie przeprowadziło ponowną ocenę ofert wykonawców (InPost i Poczty Polskiej) i w konsekwencji dokonało wyboru zwycięzcy. Jednak zanim KIO zdążyło sporządzić pisemne uzasadnienie wyroku, a Poczta zapoznać się z odtajnionym formularzem cenowym InPost, CUW tego samego dnia, 11 grudnia br. ponownie wybrało ofertę InPost. Stało się to po upływie niespełna dwóch godzin od ogłoszenia wyroku przez KIO.

Ciech umacnia swoją pozycję na europejskim rynku sodowym. Spółka liczy na dobre ceny w 2015 roku

CEO Magazyn Polska

Ciech zamierza zdobywać nowych klientów w krajach, w których już jest obecny, i szuka nowych rynków dla swoich towarów. Spółka chwali się wysoką rentownością na tle branży i liczy na to, że w przyszłym roku ceny sody będą stabilnie szły w górę.

– Według naszych szacunków oraz szacunków analityków możemy się spodziewać wzrostu cen w przyszłym roku mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Krawczyk, prezes zarządu Ciechu.

Należąca do grupy Soda Polska Ciech jest jedynym w Polsce, a drugim na rynku europejskim producentem sody kalcynowanej ciężkiej i lekkiej. Produkuje także sól, sodę oczyszczona, chlorek wapnia oraz dwutlenek węgla. Głównymi odbiorcami wyrobów spółki są huty szkła, producenci detergentów, przemysł chemiczny, metalurgiczny, spożywczy, paszowy, farmaceutyczny oraz gospodarstwa domowe. Fabryki sodowe Ciechu działają nie tylko w Polsce, lecz także w Niemczech i Rumunii.

– Jeśli chodzi o rynek sody, to można powiedzieć, że rok był bardzo udany ocenia Dariusz Krawczyk.  Zainstalowaliśmy nowy kalcynator w naszej rumuńskiej spółce, tym samym zwiększyliśmy zdolności produkcyjne do 460 tys. ton. Praktycznie cała produkcja jest sprzedawana na pniu, rynek nam sprzyja.

Spółka jest też bardzo zadowolona z osiągniętych w mijającym roku wyników. Ciech podkreśla, że po trzech kwartałach jej rentowność EBITDA okazała się najwyższa wśród wszystkich spółek chemicznych notowanych na warszawskiej giełdzie.

Lepiej zarządzamy ceną podkreśla prezes Ciech SA. Jesteśmy dużo sprawniejsi operacyjnie niż dwa lata temu, co zaowocowało również tym, że nasza firma, która miała w 2012 r. naprawdę bardzo poważne problemy finansowe, w tym roku całkiem nieoczekiwanie stała się liderem, jeśli chodzi o rentowność wśród spółek chemicznych notowanych na warszawskim parkiecie.

Ciech w poszukiwaniu nowych kierunków ekspansji penetruje rynek afrykański oraz azjatycki, jednak strategia spółki polega na umacnianiu pozycji w krajach, w których już działa. Jak mówi prezes, tam, gdzie marka jest już znana, łatwiej pozyskiwać klientów.

Przede wszystkim bardzo mocno weszliśmy w tym roku w rynek ukraiński – informuje prezes Ciechu Dariusz Krawczyk. Pozyskaliśmy tam poważnych klientów, dlatego też nie mieliśmy żadnych problemów ze sprzedażą sody, którą produkujemy w nowej instalacji w Rumunii. W przyszłym roku będziemy chcieli się jeszcze bardziej umocnić na tym rynku, dbając jednocześnie o to, by naszych dotychczasowych klientów obsługiwać tak, by nie zauważyli żadnej zmiany. Będzie temu służyło oddanie instalacji w naszej polskiej spółce w styczniu przyszłego roku.

Polska jednym z nielicznych krajów, w którym studenci chcą pracować w sektorze ubezpieczeń

– Sektor ubezpieczeniowy na świecie na tle innych sektorów nie jest atrakcyjnym miejscem pracy dla studentów kierunków ekonomicznych, którzy postrzegają tę branżę jako nudną i staromodną. Ubezpieczenia zajęły dopiero 18. miejsce w rankingu pożądanych branż swoich przyszłych pracodawców. Natomiast w podziale na kraje, sektor ubezpieczeniowy zyskał najwyższe noty ex aequo w Polsce i w Szwajcarii. To główny wniosek płynący z globalnego badania firmy doradczej Deloitte i agencji badawczej Universum „The Deloitte Talent in Insurance Survey 2014”. Może to wynikać z tego, że polscy studenci wśród celów życiowych na pierwszym miejscu stawiają stabilizację i bezpieczeństwo zatrudnienia, a takie atrybuty kojarzą z tym sektorem.

Badanie Universum (czołowej międzynarodowej organizacji specjalizującej się w badaniach, analizach i doradztwie z zakresu employer brandingu) zostało przeprowadzone na zlecenie Deloitte i zawiera odpowiedzi 174 tys. studentów kierunków ekonomicznych z 31 krajów świata, uczących się na ponad 2 tys. uczelni wyższych. W Polsce ankiety wypełniło ponad 6,6 tys. młodych ludzi, których średnia wieku wyniosła 22 lata.

Jak się okazało ubezpieczenia są na świecie jednym z najmniej popularnych, wśród wymienianych przez studentów branż, z którymi chcieliby związać swoje zawodowe życie. Zajmuje ona 18. miejsce na liście 30 objętych badaniem „Liczba młodych ludzi, która wybiera ten sektor od kilku lat nie zmienia się i jest na dość niskim poziomie. W tym roku odsetek ten sięgnął jedynie 1,4 proc. głosów. Dla porównania konkurencyjna bankowość zdobyła 15,4 proc. Polska jest krajem, w którym udział ubezpieczeń jest najwyższy na świecie i wynosi 3,4 proc. To ponad dwa razy więcej niż wynosi średnia dla wszystkich badanych krajów” – tłumaczy Natalia Pisarek, Starszy Konsultant w zespole Human Capital, Dział Konsultingu Deloitte. Obok Polski, w której jeszcze w 2008 roku wskaźnik ten wynosił 2,3 proc., ubezpieczenia osiągnęły także stosunkowo wysoki wynik w Szwajcarii czy Czechach.

Gdzie studenci chcą pracować? Popularność sektorów wśród studentów kierunków ekonomicznych na świecie / 8 najpopularniejszych branż oraz ubezpieczenia

Raport Deloitte stawia pytanie skąd popularność tej branży właśnie w Polsce, skoro udział składki przypisanej brutto w polskim PKB wynosi 3,9 proc., a przykładowo w Wielkiej Brytanii jest to aż 12,5 proc. A więc społeczna świadomość ubezpieczeń jest tam wyższa, sprzedaje się więcej ubezpieczeń i rynek ubezpieczeniowy się rozwija. Dlaczego to nie przyciąga młodych ludzi? W związku z tym, że mało który z przedstawicieli pokolenia Y miał w swoim życiu do czynienia z ubezpieczeniami, ich wyobrażenia w dużej mierze oparte są na stereotypach. Branża  dużej części  z nich kojarzy się z nudą, nic więc dziwnego, że np. brytyjscy studenci wybierają karierę w londyńskim City, a popularność ubezpieczeń wynosi tam tylko 0,2 proc. Tymczasem relatywnie duże bezrobocie i niepewność wśród młodych ludzi w Polsce sprawia, że poszukują oni stabilizacji i bezpieczeństwa i patrzą na sektor ubezpieczeniowy bardziej przychylnym okiem”– tłumaczy Grzegorz Cimochowski, Partner, Lider Działu Doradztwa Strategicznego dla Sektora Instytucji Finansowych w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.

Biorąc pod uwagę podział na płeć – wśród studentów zainteresowanych pracą w ubezpieczeniach kobiety dla wyników globalnych stanowiły 51,4 proc., w Polsce odsetek ten był wyższy i stanowił 79,52 proc.

Badanie pokazało, że obecnie wśród głównych celów życiowych studentów w naszym kraju wygrywa stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa zatrudnienia dlatego właśnie, zdaniem ekspertów Deloitte, polscy studenci wybrali ubezpieczenia. Podczas gdy na świecie równowaga pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym znalazła się na podium celów zawodowych. Jednak także globalne wyniki wyraźnie wskazują, że stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa zatrudnienia mogą w najbliższych latach przegonić chęć zachowania równowagi pomiędzy karierą a życiem osobistym (38,7 proc. w latach 2007-2008 wśród studentów zainteresowanych pracą w ubezpieczeniach, a 50,2 proc. w latach 2013-2014). Już w tej chwili ten priorytet, oprócz Polski, znajduje się na szczycie listy celów zawodowych studentów z Hong Kongu, Indii, Japonii, Czech, Niemiec Rosji, RPA i Turcji. Dla sektora ubezpieczeniowego to dobra wiadomość, bo branża ta bardziej niż inne kojarzy się właśnie z bezpieczeństwem. Studenci w Polsce na drugim miejscu wśród swoich celów życiowych wymieniali „bycie technicznym lub funkcjonalnym ekspertem”, co ich rówieśnicy w innych krajach uznali za ostatni z priorytetów.

Ponad 45 proc. studentów na świecie zainteresowanych karierą w sektorze ubezpieczeniowym chce związać się ze swoim pierwszym pracodawcą na pięć lat lub nawet dłużej. W regionie EMEA odsetek ten wyniósł 2,5 p.p. więcej. Tylko nieliczni (7,6 proc.) uważają, że w pierwszej pracy spędzą rok lub mniej. Co ciekawe, międzynarodowa kariera bądź służbowe podróże zagraniczne są stawiane przez łączną grupę wszystkich studentów kierunków ekonomicznych znacznie wyżej (8. miejsce) niż tych, którzy są zainteresowani pracą konkretnie w ubezpieczeniach (17. miejsce).

Na całym świecie studenci zainteresowani karierą w ubezpieczeniach wśród atrybutów tej branży wskazują na „szkolenie i rozwój zawodowy” jako najważniejszy spośród dwunastu czynników, które są dla nich ważne przy wyborze potencjalnego pracodawcy. Ponad 45 proc. studentów spodziewa się, że w ubezpieczeniach spotkają liderów, którzy wesprą ich rozwój, a prawie 43 proc. uważa, że atutem tego sektora jest siła finansowa. Także pod tym względem nieco inaczej odpowiadali młodzi Polacy, którzy po ubezpieczeniach spodziewają się bezpiecznego zatrudnienia (63,8 proc.), szacunku do ludzi (61,6 proc.) oraz przyjaznego środowiska pracy (60,5 proc.).

Młodzi Polacy planujący karierę w ubezpieczeniach, chcieliby przede wszystkim znaleźć zatrudnienie w PZU. Na tę firmę wskazało aż blisko 37 proc. ankietowanych. Co zaskakujące w piątce wymarzonych pracodawców, obok największego polskiego ubezpieczyciela, studenci wymienili także cztery banki, co zdaniem ekspertów Deloitte oznacza, że te dwie branże będą konkurować o te same talenty.

„Sektor ubezpieczeniowy na całym świecie musi wykonać ogromną pracę, by przekonać do siebie młodych ludzi, którzy dopiero rozpoczynają swoją drogę w biznesie. Firmy z tej branży muszą aktywnie promować się na uczelniach i walczyć ze stereotypem nudnych i staromodnych, które nie mają niczego ciekawego do zaoferowania. Wzorem innych sektorów powinny także starać się pozyskać najbardziej innowacyjnych i uzdolnionych technologicznie studentów. W Polsce wyzwaniem dla ubezpieczycieli będzie walka o najlepszych absolwentów z sektorem bankowym” – podsumowuje Grzegorz Cimochowski.

 

Alkomat połączony ze smartfonem czy zegarki mierzące kroki to jedne z najpopularniejszych prezentów dla fanów inteligentnej elektroniki

Zamiast tradycyjnego krawata czujnik ciśnienia w oponach. Polacy coraz chętniej kupują w prezencie świątecznym gadżety z zakresu inteligentnej elektroniki. Popularnością cieszą się zwłaszcza alkomaty połączone ze smartfonami, zegarki mierzące liczbę kroków, a nawet drobne elementy wyposażenia inteligentnego domu. Tego typu rozwiązania technologiczne jeszcze niedawno kojarzyły się z wysokimi kosztami, jednak dzisiaj nie musimy już dysponować dużym budżetem, by je nabyć.

Wraz z rozwojem technologii zmieniają się preferencje Polaków w zakresie świątecznych prezentów. Jeszcze do niedawna większość fanów elektroniki znajdowała pod choinką nawigację samochodową lub odtwarzacze MP3. Obecnie największym zainteresowaniem cieszą się rozwiązania typu connected, czyli takie, które albo współpracują z innymi urządzeniami, albo są podłączone do internetu.

– Rozwiązania umownie nazwane connected możemy podzielić na kilka kategorii, dlatego że one dominują w zasadzie w każdym elemencie naszego życia. Jeżeli weźmiemy pod uwagę branżę automotive, to za przykład mogą nam posłużyć urządzenia, które wpinamy sobie w gniazdo OBD w samochodzie. One mogą monitorować pracę kierowcy, jego styl jazdy, prędkość, pracę silnika i co ważne, to wszystko jest spięte później z aplikacją, w której kierowca może ocenić jak jeździ, może ćwiczyć jazdę, może porównywać się ze znajomymi, a co najważniejsze, może udostępniać swoim znajomym – mówi Paweł Kacperek, wydawca „Connected Life Magazine”, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Dużą popularnością cieszą się także czujniki ciśnienia w oponach. Są to małe urządzenia montowane na oponie samochodu, wyposażone w aplikację, która poinformuje kierowcę o tym, że koło należy dopompować. Prawdziwą furorę jako prezent gwiazdkowy robią nowoczesne alkomaty, które łączą się poprzez Bluetooth ze smartfonem, wyposażonym w specjalną aplikację. W aplikacji należy wpisać takie dane, jak wiek, płeć, wagę i wzrost, następnie dmuchnąć w alkomat, a smartfon pokaże, czy można prowadzić samochód. Dobrym prezentem dla kobiety będzie natomiast zegarek, który mierzy tętno lub zawiera krokomierz, nie tylko mierzący liczbę kroków, lecz także podpowiadający, ile należy ich zrobić każdego dnia, aby zachować smukłą sylwetkę.

– Pojawiają się już nawet takie gadżety, jak inteligentne pierścionki. To pierścionek z wbudowanym czujnikiem, który po sparowaniu z aplikacją mobilną informuje o parametrach naszego życia, pozwala monitorować dietę. Inteligentne opaski pozwalają nawet monitorować fazy snu, informować nas o tym, kiedy śpimy dobrze, kiedy śpimy źle, kiedy powinniśmy wstać, bo może wstajemy za wcześnie lub za późno. To tzw. elektronika inteligentna, urządzenia z segmentu connected, które coraz częściej znajdują się wśród prezentów świątecznych mówi Paweł Kacperek.

Coraz większym zainteresowaniem klientów cieszą się także prezenty związane z domem inteligentnym. Namiastkę takiego domu mogą stanowić już żarówki z wbudowanym modułem Bluetooth. Oznacza to, że za pomocą odpowiedniej aplikacji w smartfonie można, siedząc w salonie, włączyć bądź wyłączyć oświetlenie w innym pomieszczeniu, w którym zainstalowane zostały te żarówki. Tego typu oświetlenie, po połączeniu ze smartfonem, może informować o przychodzącym połączeniu telefonicznym: przy wyłączonym dźwięku w telefonie migająca żarówka w kuchni poinformuje o połączeniu.

Jeszcze kilka lat temu tego typu rozwiązania kojarzyły się z wysokimi kosztami, dzisiaj są one znacznie tańsze i bardziej dostępne. Eksperci radzą jednak kupować takie rzeczy w sprawdzonych sklepach lub u autoryzowanych partnerów producenta, aby mieć gwarancję wysokiej jakości.

Najbogatsi Polacy w swoich wydatkach w 65 proc. kierują się pragmatyzmem i rozsądkiem. Co trzeci kupuje na pokaz

Dwie trzecie zamożnych Polaków pragmatycznie podchodzi do swoich wydatków – wybierają drogie produkty ze względu na ich jakość i trwałość. Częściej otaczają się luksusem dla przyjemności, ale ok. 30 proc. robi to na pokaz, ponieważ wymaga tego otoczenie – wynika z badania KPMG.

Zamożni Polacy to konsumenci, których cechuje przede wszystkim pragmatyzm. 65 proc. z nich podchodzi do bogactwa w sposób pragmatyczny. Z kolei 70 proc. powodów, dla których kupujemy dobra luksusowe, wynika z motywacji wewnętrznej. Zaledwie w 30 proc. kupujemy na pokaz, aby unaocznić innym swój stan posiadania – mówi Tomasz Wiśniewski, partner w dziale doradztwa finansowego w KPMG w Polsce.

Autorzy raportu podzieli badaną grupę na cztery kategorie, w zależności od źródła motywacji i stopnia pragmatyzmu. Najwięcej osób zaliczają do tzw. koneserów (52 proc.), którzy nabywają dobre rzeczy głównie po to, aby cieszyć się ich jakością.

Pragmatyzm polega na tym, że dokonujemy zakupów w sposób racjonalny, bez ulegania emocjom. Patrzymy także uważnie na cenę produktu, bo na nasze bogactwo musieliśmy ciężko zapracować – zaznacza ekspert KPMG. – Wynika albo z dobrej kariery zawodowej, albo z posiadania własnego przedsiębiorstwa, rzadko z dziedziczenia.

Zamożnych Polaków cały czas jest mniej niż w państwach Europy Zachodniej. Mimo niższych kosztów życia oraz relatywnie wyższego wzrostu gospodarczego dogonienie majątku per capita obywatela m.in. Francji czy Niemiec zajmie Polakom wiele lat. Dzisiaj jednak jesteśmy bogatsi niż Chorwaci, Litwini, Łotysze, Bułgarzy, Rosjanie czy Rumuni.

Na tle sąsiadów wyglądamy dobrze, ale pamiętajmy, że nasz region w dalszym stopniu jest biedniejszy niż region Europy Zachodniej. Średni majątek Polaka to ok. 22 tys. dolarów, czyli siedmiokrotnie mniej niż przeciętnego mieszkańca UE. Aby nadrobić ten dystans, potrzebujemy ponad 40 lat – wyjaśnia Wiśniewski.

Zamożni chętnie inwestują, głównie w nieruchomości i akcje. Grupa bogatych (o dochodach powyżej 20 tys. zł miesięcznie) w 51 proc. samodzielnie lokuje wolne środki w nieruchomości, a w 25 proc. w akcje.

Zdaniem Wiśniewskiego luksus dla Polaka nie zawsze oznacza czynniki czysto materialne. Może to być wolny czas poświęcony rodzinie czy swojemu hobby.

Z naszych analiz wynika, że dla wszystkich wspólnym mianownikiem luksusu w Polsce jest jego ekskluzywność, niedostępność i zazwyczaj wysoka jakość oraz przyjemność, jaką konsumenci czerpią z obcowania z nim –podsumowuje Tomasz Wiśniewski.

Raport definiuje zamożnych jako osoby osiągające dochody powyżej 7,1 tys. zł brutto miesięcznie. Pod względem bieżących możliwości konsumpcyjnych, osób posiadających co najmniej milion dolarów w płynnych aktywach jest w Polsce 47 tys. Posiadaczy 1-5 mln dolarów jest 44,52 tys., a tych powyżej 100 mln dolarów – 100 osób. Przeciętnie są to prywatni przedsiębiorcy zamieszkujący miasta powyżej 250 tys. mieszkańców.

Liczbę zamożnych Polaków szacujemy na ok. 800 tys. osób. Do 2016 r. liczba ta powinna przekroczyć 1 mln. Obecnie grupa osiąga dochody w wysokości 140 mld zł, a w 2017 roku może to być już 200 mld zł – przyznaje Wiśniewski.

29 proc. osób klasyfikowanych według raportu jako osoby bardzo zamożne (o miesięcznych dochodach 10-20 tys. zł) regularnie odwiedza restauracje, 20 proc. korzysta z usług prywatnego trenera, a 30 proc. z domowej gospodyni. Jedynie 2 proc. przedstawicieli tej grupy to stali użytkownicy usług concierge.

Voucher na bilet na koncert lub imprezę to pomysł na prezent na ostatnią chwilę

Voucher na bilet na koncern lub inne wydarzenie może się okazać ratunkiem dla spóźnialskich, którzy jeszcze nie mają prezentów dla najbliższych. Nie ma ryzyka, że nie trafimy w gust. Voucher można wykorzystać na dowolne wydarzenie, dzięki czemu wiadomo, że nie będzie to prezent chybiony.

Dostępne są vouchery o zróżnicowanych nominałach. Dla osoby młodej możemy kupić voucher za 200 zł ‒ w tej cenie zmieszczą się np. dwa bilety na imprezę klubową. Jeśli chcemy zaś obdarować kogoś, kto jest fanem supergwiazd, możemy wydać na voucher nawet 400 zł – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mateusz Drachal, szef operacji Eventimu.

Vouchery można też łączyć. Ważność takiego kuponu to rok, więc obdarowany ma czas, by wykorzystać voucher na odpowiadające mu wydarzenie. Voucher na bilet to dobry pomysł na prezent na ostatnią chwilę, bo można go kupić nawet kilka minut przed wieczerzą wigilijną. Jak podkreśla Drachal, zakup voucheru zajmuje jedynie kilka minut, a by go realizować, wystarczy wydrukować.

Poza świątecznymi voucherami w Eventimie w grudniu wzrasta też sprzedaż biletów. Drachal zauważa, że podobny trend jest obserwowany we wszystkich branżach, które zajmują się sprzedażą przez internet.

Mamy bardzo duże zainteresowanie biletami. Organizatorzy też to czują, zwiększając podaż biletów na różne imprezy, dlatego mamy dużo nowo otwartej sprzedaży biletów na różne koncerty – mówi ekspert.

W tej chwili już setki organizatorów udostępniają poprzez Eventim bilety na dziesiątki tysięcy wydarzeń. Liczby te rosną bardzo dynamicznie. Duża zmiana w polskim społeczeństwie nastąpiła wraz ze wzrostem regularności przyjazdów światowych gwiazd do naszego kraju. Drachal ocenia, że powstał zwyczaj uczestniczenia w takich wydarzeniach. Polscy klienci spółki często szukają atrakcyjnych wydarzeń również za granicą, podobnie jak przyjeżdżający na polskie koncerty i inne wydarzenia obcokrajowcy.

W tej chwili w systemie mamy takie imprezy, na które jeden bilet potrafi kosztować kilka tysięcy złotych, oraz takie, na które bilet może kosztować 10 zł. Przekrój jest ogromny – podkreśla Drachal.

Zaznacza, że dla spółki i jej klientów nowa ustawa konsumencka, która wchodzi w życie 25 grudnia, przyniesie niewielkie zmiany. Eventim już się do niej przygotował i wprowadził odpowiednie zmiany w swoich regulaminach. Ekspert przypomina, że jeden z najważniejszych elementów nowej ustawy, czyli możliwość bezkosztowego odstąpienia od umowy i zwrotu zakupionego towaru bez podawania przyczyny w ciągu 14 dni, nie obejmuje biletów na koncerty, wydarzenia sportowe i imprezy artystyczne.

Galerie handlowe znacząco zwiększają obroty. Grudzień to dla nich także ogromne wyzwanie organizacyjne

0

Dla handlu grudzień to większa sprzedaż i wyższe zyski. Najlepiej przygotowane na zwiększony ruch sklepy mogą je nawet podwoić. Okres przedświąteczny to jednak ogromne wyzwanie organizacyjne dla centrów handlowych. Oznacza tłumy klientów, których uwagę trzeba przyciągnąć, by skłonić do zakupów, i którym trzeba zapewnić właściwą obsługę.

Jak wynika z badania TNS Polska wykonanego na zlecenie Związku Banków Polskich, w tym roku Polacy zamierzają wydać na święta średnio 824 zł. To oznacza zwiększony ruch w sklepach i galeriach handlowych już pod koniec listopada. W grudniu ubiegłego roku sprzedaż detaliczna – według GUS – była o 17,3 proc. wyższa niż rok wcześniej.

Okres przedświąteczny to najtrudniejszy czas zarówno dla osób pracujących w sieciach handlowych, jak i dla zarządców centrów handlowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Szmeja-Kroplewska, dyrektor generalna Polskiej Rady Centrów Handlowych.

I to pomimo zwiększonych obrotów, a co za tym idzie również większych zysków. Sklepy i centra handlowe odwiedza znacznie więcej osób niż zwykle. Jak podkreśla dyrektor PRCH, średniej wielkości centrum handlowe, z ofertą około 100 sklepów, w ciągu ponad 20 dni grudnia odwiedza około 1 miliona klientów. W tych większych jest ich nawet dwa razy więcej. Na ich przyjęcie trzeba się odpowiednio przygotować. I nie chodzi wyłącznie o atrakcyjną ofertę, która przyciągnie klientów.

– Wymaga to od zarządcy ogromnego nakładu pracy, jeżeli chodzi o zabezpieczenie, ochronę i serwisy sprzątające – wymienia Anna Szmeja-Kroplewska. – Z kolei dla punktów handlowo-usługowych wiąże się to z zagwarantowaniem odpowiedniej liczby obsługi i towaru oraz niezliczonymi kombinacjami logistycznych trudności, które trzeba pokonać tak, aby klient w sposób komfortowy mógł zrobić zakupy.

Średnio obroty sklepów i centrów handlowych rosną o 50 proc. W niektórych sektorach są one nawet kilkukrotnie większe.

Na rynku panuje bardzo duża konkurencja, zwłaszcza w dużych miastach. Więc tutaj trwa intensywna walka o klienta, przeważnie skupiająca się na prowadzeniu komunikacji i informowaniu o ofertach, animacjach i akcjach, które towarzyszą funkcjonowaniu centrów w grudniu – mówi dyrektor PRCH. – Zarządzający centrami starają się przyciągnąć klientów do swoich obiektów, budując odpowiedni klimat, aranżując świąteczne dekoracje czy angażując się w różnego rodzaju akcje, jak wspierana przez Polską Radę Centrów Handlowych inicjatywa „Świeć się, Galerio”, konkurs na najpiękniej oświetlone centrum handlowe w Polsce.

W Polsce działa ponad 350 tys. sklepów różnej wielkości, a połowa z nich znajduje się w centrach handlowych. Na grudniowy szczyt zakupowy centra handlowe przygotowują się praktycznie od połowy roku, wydając na przygotowania znaczącą część swych budżetów marketingowych. W przypadku największych galerii handlowych budżety mogą sięgać setek tysięcy złotych.

W święta i sylwestra mniej Rosjan i Ukraińców w polskich hotelach

Mniej turystów z Ukrainy i Rosji przyjedzie w tym roku na Podhale. W innych obszarach kraju poziom rezerwacji noclegów na okres świąteczno-sylwestrowy jest na podobnym poziomie jak rok temu. Przyszły rok zapowiada się dla hotelarzy bardzo dobrze. Branża oczekuje zwiększonej aktywności marek, a także coraz większego udziału rezerwacji mobilnych.

Sezon rezerwacji świątecznych i sylwestrowych w Polsce wygląda tradycyjnie stabilnie i przewidywalnie. Jedynym wyjątkiem w 2014 roku jest rejon Podhala. Tutaj mamy do czynienia z prognozami, które przewidują o wiele mniejszy udział turystów z Rosji i Ukrainy w udziale rezerwacji hotelowych w tym regionie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Dąbrowski, dyrektor generalny HRS Polska.

Dodaje, że dla hotelarzy z Podhala spadek liczby turystów ze Wschodu będzie bardzo odczuwalny. Dużo lepiej wyglądają jednak prognozy dla całej branży na przyszły rok.

Dąbrowski prognozuje, że HRS zanotuje w przyszłym roku istotny wzrost liczby rezerwacji, bo coraz więcej osób korzysta z internetowych kanałów sprzedaży. Szczególnie aktywne w pozyskiwaniu rezerwacji mają być sieci hotelowe i obiekty o znanych markach.

2015 rok z perspektywy branży hotelowej to również czas marki. W ciągu ostatnich miesięcy obserwowaliśmy zwiększoną aktywność marek hotelowych, które konsolidują różnego rodzaju indywidualne przedsiębiorstwa hotelowe w regionach Polski. Te brandy teraz muszą się sprawdzić od strony promocji, od strony dotarcia do klientów i od strony marketingu – przekonuje Dąbrowski.

Ocenia, że w branży hotelarskiej rośnie siła marki, nie tylko sieci. Właściciele najbardziej znanych marek, jak prognozuje Dąbrowski, będą inwestować  zarówno w jakość, jak i promocję, by jeszcze bardziej dotrzeć do klientów z informacją o standardach gwarantowanych przez ich brand.

Istotnym trendem w 2015 roku ma być wzrost udziału rezerwacji dokonywanych na urządzeniach mobilnych. Według badań przeprowadzonych przez ARC Opinia i Rynek, na które powołuje się Dąbrowski, rezerwacje mobilne to w Polsce niemal 10 proc. rynku. Dla HRS-u ten udział sięga 20 proc., ale już w ciągu najbliższych 12 miesięcy może wzrosnąć nawet do niemal 50 proc.

Jest to bardzo mocny trend. Można powiedzieć, że w Polsce dopiero staramy się nadążyć za resztą Europy – podkreśla Dąbrowski.

Firmy pożyczkowe krytykują nowe propozycje regulacji, choć ich zdaniem rynek wymaga uporządkowania

0

Przygotowany w resorcie finansów projekt nowelizacji ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym nie podoba się przedstawicielom firm pożyczkowych. W ich ocenie jest w nim wiele nieprecyzyjnych zapisów, a nowe przepisy nie spełnią swojego podstawowego celu: nie będą dobrze chronić interesów klientów. Jednocześnie podkreślają, że rynek wymaga uporządkowania.

Do 19 grudnia trwała druga tura konsultacji nowej wersji dokumentu. Projekt wprowadza m.in. pojęcie instytucji pożyczkowej jako nowego tworu na polskim rynku gospodarczym. Zakłada, że  firmy pożyczkowe będą musiały posiadać minimum 200 tys. kapitału własnego, a ich formą prawną może być tylko spółka akcyjna lub z ograniczoną odpowiedzialnością. Członkowie zarządu takiej spółki nie mogą być karani. Dla ewentualnych oszustów na tym rynku przewidziano zaś wyższe niż dotąd kary: do 10 lat więzienia i do 5 mln zł.

– Teoretycznie są to zapisy, które porządkują rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stefan Cieśla, radca prawny i pełnomocnik Profi Credit. – Firmy będą mogły udzielać pożyczek, stosując się do pewnych maksymalnych limitów, całkowity koszt kredytu nie będzie mógł przekroczyć 100 proc. wartości udzielonej pożyczki, bez względu na czas trwania pożyczki, a koszt windykacji nie będzie mógł przekroczyć ośmiokrotności kredytu lombardowego. Z przykrością stwierdzam jednak, że jest to kolejna wyjątkowo niechlujna regulacja.

Jak podkreśla, może ona doprowadzić do tego, że pewien segment pożyczek pozabankowych zniknie z rynku. Proponowane ograniczenie kosztów oznacza, że firmom pożyczkowym nie będzie się opłacało udzielać kredytów na dłuższy okres. Muszą one bowiem uwzględnić w swej działalności duże to, że mogą nie odzyskać pieniędzy.

I tutaj dochodzimy do poważnego problemu, ponieważ pożyczki są bez wątpienia drogie – zwraca uwagę Stefan Cieśla. – Ale dlaczego one są tak drogie? Otóż dlatego są drogie, że ludzie, którzy biorą pożyczki pozabankowe, nie spełniają kryteriów zdolności kredytowej określonej przez banki.

W praktyce zarabiają za mało albo nieregularnie, są zatrudnieni na umowy cywilnoprawne, a to dla banków zbyt ryzykowna grupa. Zdaniem Cieśli po wejściu w życie nowych regulacji mogą oni zostać pozbawieni dostępu do dodatkowego kapitału.

Firmy pożyczkowe ubolewają nad tym, że z projektu zniknął pomysł wprowadzenia rejestru firm pożyczkowych. To według nich mogłoby uporządkować rynek i wyeliminować z niego potencjalnie groźne dla klientów podmioty.

Najprościej byłoby, gdyby klient mógł sięgnąć do rejestru urzędowego, prowadzonego przez UOKIK lub resort gospodarki, by sprawdzić, czy określona firma jest w rejestrze i czy ma prawo udzielać pożyczek. Niestety, Ministerstwo Finansów wycofało się z tego pomysłu. Teoretycznie sąd rejestrowy będzie obowiązany badać, czy firma spełnia wymogi ustawy, ale to się sprowadza do formalnego złożenia oświadczenia, że nasze środki są środkami własnymi oraz że spełniamy wymogi ustawy. To będzie wyłącznie formalna deklaracja, nie poparta jakimkolwiek badaniem dokumentacji – mówi Stefan Cieśla.

Jak podkreśla, proponowana w projekcie definicja firmy pożyczkowej jest błędna. Zakłada ona bowiem, że instytucja pożyczkowa to instytucja, której działalność w przeważającej części polega na udzielaniu pożyczek.

Co to znaczy przeważająca część, w jakim okresie liczona? Aby to było weryfikowalne, trzeba byłoby podać konkretne dane. Bo firma może powiedzieć, że w okresie 5-letniej działalności udzielanie pożyczek stanowi niewielką część biznesu, bo przyjęła pięcioletni okres rozliczeniowy. To musi być zdefiniowane w ustawie, inaczej będziemy mieli kompletną dowolność, a co za tym idzie niemożliwość realizacji ustawy – mówi mecenas.

Inwestycja w mieszkanie na wynajem oferuje kilkakrotnie wyższą stopę zwrotu niż lokata bankowa. Perspektywiczne lokalizacje to Łódź, Kraków i Trójmiasto

CEO Magazyn Polska

W środowisku niskich stóp procentowych inwestycje w nieruchomości na wynajem są atrakcyjną alternatywą dla lokat bankowych. Potrafią przynieść zwrot 3-4 wyższy niż depozyt. Zdaniem prezesa spółki Mzuri CFI1, zajmującej się społecznościowym inwestowaniem w nieruchomości, najbardziej przyszłościowe lokalizacje to obecnie Łódź, Kraków i Trójmiasto.

Jedynym zagrożeniem dla stopy zwrotu z tego typu inwestycji jest wyraźna nadpodaż na rynku najmu. W Polsce nadal ceni się własność nieruchomości i większość potencjalnych klientów wynajęcie mieszkania traktuje jako ostateczność. Z drugiej strony nic tak nie przyspiesza znalezienia klienta jak obniżka ceny, a nawet konkurencyjne i znacznie tańsze od średniej rynkowe oferty najmu nadal gwarantują znacznie lepszy zwrot niż lokata bankowa.

– Inwestycje w nieruchomości, zwłaszcza dzisiaj, kiedy stopy procentowe są tak niskie, a depozyty czy obligacje oferują zwroty na poziomie średnio 2 proc., wydają się być bardzo atrakcyjną lokatą kapitału – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Artur Kaźmierczak, prezes Mzuri CFI1. – Bo w ogóle abstrahując od wzrostu wartości w długim czasie, z samego czynszu można osiągnąć 6, 7, 8, a czasem więcej procent zwrotu rocznie. A więc trzy- lub czterokrotność tego, co można otrzymać w banku.

Jedyny problem to cena zakupu mieszkania. Nawet najtańsze i najgorzej zlokalizowane kosztują dziesiątki tysięcy złotych. Takie firmy jak Mzuri CFI1 oferują więc możliwość zakupu udziału w mieszkaniach na wynajem. Zysk z najmu jest w takim wypadki proporcjonalny do kupionego udziału.

Nieruchomości dotychczas były raczej opcją dla osób zamożniejszych, takich, które dysponowały kwotą 100-150, albo i więcej tysięcy złotych podkreśla Artur Kaźmierczak. – Bo za 100 tys. można bez problemu w Polsce kupić i wyremontować małe mieszkanie i je wynajmować. Dzięki modelowi inwestowania grupowego staje się to teraz możliwe dla osób, które mają 10-20 tys. zł.

Na rynku nieruchomości najistotniejsza jest lokalizacja. Te mieszkania, które są dobrze położone, mają też ceny, które to położenie uwzględniają. Są jednak i takie nieruchomości, których lokalizacja nie wydaje się szczególnie atrakcyjna, ale inwestor, którzy dostrzeże jej potencjał, może na tym dodatkowo zarobić.

Wierzę w Łódź, która znajduje się blisko Warszawy i w kontekście niedługo otwieranego szybkiego połączenia kolejowego wierzę, że Łódź będzie coraz bardziej stawać się sypialnią Warszawy przekonuje Artur Kaźmierczak. – Wierzę w Kraków, który już dzisiaj jest największym w Europie centrum usług biznesowych i chyba ósmą lub dziewiątą taką lokalizacją na świecie. Wierzę też w Trójmiasto, które rozbudowuje port i przyciąga biznes ze Skandynawii, także w sektorze BPO. I wierzę w mieszkania na wynajem –zarówno te pojedyncze, jaki i te w kamienicach.

Zaletą tego typu inwestycji jest też jej bezpieczeństwo. O ile kupujący nie zaniedba sprawdzenie stanu prawnego lokalu, będzie miał gwarancję, że jego inwestycja nie przepadnie ani nie straci na wartości.

Warto zwrócić uwagę na to, że mieszkanie na wynajem nie tylko generuje dochód, lecz także w długim okresie jest duża szansa na to, że wzrośnie znacząco jego wartość, oraz że mamy bardzo duże bezpieczeństwo inwestycji przypomina Artur Kaźmierczak z Mzuri CFI1. Dlatego, że fakt, że jesteśmy właścicielem, jest potwierdzony wpisem do księgi wieczystej, który gwarantuje państwo. Jest to nadzwyczaj bezpieczna inwestycja, taka, gdzie nie grozi nam, że firma, której obligacje wykupiliśmy, zbankrutuje, czy bank, w którym zainwestujemy więcej niż poziom gwarantowany przez państwo, będzie miał problemy z płynnością.

NIK sprawdzi dostępność podręczników szkolnych

Rusza kontrola dotycząca dostępności podręczników szkolnych. Poprzedził ją panel ekspertów – przedstawiciele Ministerstwa Edukacji Narodowej, reprezentanci fundacji i stowarzyszeń oświatowych oraz wydawcy dyskutowali w siedzibie NIK o problemach związanych z podręcznikami dla uczniów. Wnioski z debaty zostały wykorzystane w programie kontroli.

Zapoczątkowana w 1999 r. reforma oświaty umożliwiła funkcjonowanie wielu podręczników do poszczególnych przedmiotów oraz wprowadziła administracyjny tryb ich dopuszczania do użytku szkolnego na podstawie pozytywnych opinii rzeczoznawców. Efektem tej zmiany jest duża liczba wydawców i tytułów wydawniczych. Powstała olbrzymia konkurencja na rynku, która może być przyczyną zjawisk korupcjogennych. Stabilności na rynku podręczników szkolnych nie sprzyja również zbyt częsta zmiana podstaw programowych, co ogranicza dostęp do podręczników używanych.

Dodatkowe emocje budzi sprawa bezpłatnych podręczników szkolnych. Darmowe podręczniki niosą ze sobą szansę dla dzieci i młodzieży z terenów wiejskich oraz uboższych rodzin. Eksperci są zgodni, że uczniom należy stworzyć wyrównane warunki do nauki. Z drugiej strony Polska Izba Książki (PIK) alarmuje, że darmowe podręczniki dla klas I-III oznaczać będą spadek przychodów wydawców o około 350 mln zł rocznie, a straty (i być może przymusowe zwolnienia) dotkną także księgarzy, hurtowników i drukarnie. Eksperci tego zrzeszenia sceptycznie odnoszą się do proponowanej przez MEN wysokości dotacji, która ma wspomóc korzystanie przez uczniów z ćwiczeń i innych materiałów jednorazowego użytku.

Tezy i wnioski wynikające z debaty zorganizowanej przez NIK zostały wykorzystane w programie kontroli Dostępność podręczników szkolnych. Na jej wyniki czekają przedstawiciele Ministerstwa Edukacji Narodowej, nauczyciele oraz wydawcy książek.

Końca przeceny euro wobec dolara nie widać. Jej skala zależy od wpływu niskich cen ropy na inflację oraz efektów spodziewanego programu luzowania monetarnego

CEO Magazyn Polska

Euro będzie nadal traciło wobec dolara – spodziewa się Andrzej Stefaniak, dealer walutowy firmy DMK. Jego zdaniem w pierwszej połowie 2015 roku czeka nas dalsza przecena wspólnej europejskiej waluty w rezultacie spodziewanego programu luzowania ilościowego. Presję na euro będą także wywierać skutki spadku cen ropy naftowej, w wyniku czego eurodolar może osiągnąć nawet poziom 1,0 (tzw. parytet).

Jest bardzo prawdopodobne, że luzowanie ilościowe w eurostrefie odbędzie się na początku przyszłego roku, w pierwszym kwartale – zauważa Andrzej Stefaniak, dealer walutowy firmy doradczej DMK. – Końcówka tego roku nie przedstawia się dla europejskiej waluty zbyt pozytywnie. Należy się spodziewać osłabienia euro w wyniku między innymi oczekiwania na to wydarzenie.

Na początku grudnia Mario Draghi, szef Europejskiego Banku Centralnego, oświadczył, że na początku przyszłego roku Rada Prezesów EBC ponownie przeszacuje program stymulacyjny TLTRO (z ang. Targeted Longer-Term Refinancing Operation – operacja długoterminowego refinansowania banków z przeznaczeniem na kredyty). Jego zadaniem jest pobudzenie akcji kredytowej banków, kierowanej głównie do małych i średnich, europejskich przedsiębiorstw, która z kolei ma wesprzeć wzrost gospodarczy strefy euro. Jednak zarówno w pierwszej transzy we wrześniu, jak i w drugiej w grudniu chętnych na pożyczki było mniej niż oczekiwano. Rozważane może być także rozpoczęcie skupu obligacji skarbowych.

Byłoby to najważniejsze wydarzenie dla eurostrefy i europejskiej waluty w przyszłym roku – przekonuje Andrzej Stefaniak. – Jeżeli rzeczywiście miałoby ono miejsce, presja na euro pogłębiłaby się jeszcze bardziej. Widać to bardzo dobrze na przykładzie osłabienia się jena, funta brytyjskiego i dolara. Obecna fala przeceny, która wynosi dopiero kilka procent, jest zbyt mała i prawdopodobnie będzie przyspieszona. Dla europejskiej waluty cały 2015 rok wydaje się bardzo negatywny. Powinniśmy mieć do czynienia z przeceną zarówno w pierwszym, jak i drugim kwartale.

Notowania eurodolara w przyszłym roku – zdaniem dealera walutowego firmy DMK – zdecydowanie będą zniżkować. Stanie się tak w wyniku osłabienia europejskiej waluty poprzez zwiększenie jej ilości na rynku. Z drugiej strony na niekorzyść euro może zadziałać sytuacja, w której działania pomocowe EBC nie przyniosą efektu.

Zarówno pierwsza, jak i druga połowa roku powinny być zdecydowanie niekorzystne – uważa Andrzej Stefaniak. – Może się bowiem okazać, że program luzowania monetarnego, który prawdopodobnie zostanie ogłoszony, nie zacznie przynosić pozytywnych efektów. Jeżeli tak będzie, rynek zacznie przebąkiwać o drugim programie, co spowoduje kolejny, negatywny wpływ dla euro. Dlatego spodziewam się spadkowego scenariusza na eurodolarze w przyszłym roku.  Za rok będziemy na bardzo niskich poziomach, możemy zahaczyć nawet o 1,00.

Ale na notowania euro wpływ będą miały także, jak przekonuje Andrzej Stefaniak, dane makroekonomiczne. Obecnie trwa szacowanie skutków mocnego spadku cen ropy naftowej na inflację w eurostrefie.

W przyszłym roku cena ropy naftowej, jak wskazuje ekspert, także będzie najważniejszym czynnikiem kształtującym dane makroekonomiczne.

Jeżeli notowania ropy utrzymają się na niskich poziomach albo jeszcze bardziej pogłębią spadek, będzie to czynnik, który zdecydowanie pomoże strefie euro, danym makro i kondycji gospodarczej – przekonuje Stefaniak. – Miałoby to, rzecz jasna, przełożenie na wycenę europejskiej waluty. Na chwilę obecną trudno jednak prognozować, czy spadek cen ropy naftowej się utrzyma, czy będzie trwały.