Spłacalność krótkoterminowych pożyczek lepsza niż kredytów bankowych i pożyczek w SKOK-ach

Średnia kwota pożyczki jest blisko osiem razy niższa niż kredytu konsumpcyjnego. Niskie kwoty pożyczane klientom i dobra ocena ryzyka powodują, że odsetek niespłacanych pożyczek wynosi ok. 10 proc. i jest nieco niższy niż w bankach. Dla części klientów firmy pożyczkowe to jedyne źródło, z którego mogą pozyskać środki na potrzebne wydatki. Dla innych to wybór, bo cenią szybkość i minimum formalności.

Tradycyjne firmy pożyczkowe sprzedają około 3-3,5 mld złotych pożyczek rocznie. Wbrew faktom, budzi to bardzo dużo niepokojów dotyczących zadłużenia klientów. Jednocześnie jest to wielkość w granicach 2 proc. kredytów konsumpcyjnych, których udzielają banki. KNF w ostatnim raporcie po raz kolejny stwierdził, że występuje dosyć duża demonizacja tego rynku, ponieważ ma on marginalny wpływ na rynek i jest komplementarny wobec sektora bankowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbyszko Pawlak, dyrektor generalny Everest Finanse, firmy oferującej produkty finansowe pod marką Bocian Pożyczki.

Szybki wzrost rynku pożyczek na razie nie przekłada się na wzrost ryzyka w postaci niespłacanych zobowiązań klientów. Everest Finanse rozwija się w tempie 20-30 proc. rocznie, ale jak wskazuje Pawlak, odsetek niespłacanych pożyczek pozostaje poniżej 10 proc. Z danych Związku Firm Pożyczkowych z grudnia ubiegłego roku wynika, że wskaźnik niespłacanych pożyczek w firmach pożyczkowych to ok. 11-13 proc. W bankach odsetek ten wynosi dziś nieco ponad 14 proc., a jeszcze rok temu było to 17 proc. – wskazuje analiza Open Finance po pierwszych pięciu miesiącach roku.

W kontekście rezerw budowanych przez sektor bankowy, które są zawsze na poziomie kilkunastu procent, nie mówiąc już o SKOK-ach, w których, utracone kredyty stanowią 30 proc. udzielonych, jest to najzdrowsza część rynku kredytowego – twierdzi dyrektor generalny Everest Finanse.

Większość firm działających na rynku pożyczek krótkoterminowych (do 30 dni) oferuje kwoty od 100 do 3500 zł. Jak podkreślają ich przedstawiciele, to dzięki niskiej średniej wartości pożyczki i właściwej ocenie ryzyka nie ma problemów z ich spłacalnością.

Dla porównania można powiedzieć, że jeżeli średnia wartość kredytu konsumpcyjnego, z wyłączeniem hipotecznych, w sektorze bankowym wynosi 8-8,5 tys., to w tej branży jego wartość jest w granicach 100-1200 zł. W związku z tym, nawet jeżeli klient ma jakieś przejściowe kłopoty ze spłacalnością pożyczki, nie powoduje to rujnowania budżetu domowego, a odroczenie spłaty w czasie nie będzie dla żadnej ze stron bardzo kłopotliwe – uważa Pawlak.

Szybki rozwój rynku pożyczek ma wiele przyczyn. Dla części klientów jest to jedyny sposób na pokrycie np. nieprzewidzianych wydatków, bo nie mają oni zdolności kredytowej w ocenie banków. Dotyczy to zwłaszcza osób pracujących na umowach o dzieło lub zlecenie, które są postrzegane przez banki jako zbyt ryzykowne źródło dochodów.

Nie bez znaczenia jest też to, że stopień ubankowienia Polaków jeszcze nie jest zbyt wysoki. Tylko 68 proc. Polaków ma rachunek bankowy, w związku z czym nie mogą się tam udać po kredyt – wskazuje dyrektor Everest Finanse.

Często jednak pożyczki nie są substytutem kredytów bankowych, bo ze względu na mniejsze kwoty służą innym celom. Jednocześnie bankom nie opłaca się pożyczać kwot rzędu 500 zł, choć część z nich walczy o klientów, oferując kredyty na dowolne wydatki z szybką oceną wniosku. Według Pawlaka dla klientów pożyczek istotne znaczenie ma właśnie szybkość jej otrzymania oraz minimum formalności.

Klienci wybierają nas dla wygody, ponieważ to my do nich przychodzimy. Nie muszą szukać żadnej dokumentacji, nie muszą iść do banku dwa razy, trzy, pięć razy, bo zwykle nie jest prawdą, że kredyt można otrzymać w banku w pięć minut – uważa Zbyszko Pawlak.

Ze względu na wygodę i szybkość dynamicznie rozwija się także segment pożyczek przez internet.

Zdaniem Pawlaka obecne na rynku firmy raczej nie konkurują między sobą kosztami udzielanych pożyczek. Powodem jest istniejący limit wysokości oprocentowania na poziomie czterokrotności stopy lombardowej NBP. Trwają jednak prace nad ustawą, która ureguluje rynek pożyczek i ustanowi limit wysokości całkowitych kosztów pożyczki na poziomie 30 proc. Według ustawodawców pozwoli to ograniczyć wykorzystywanie opłat i prowizji do omijania limitu związanego z oprocentowaniem.

W związku z regulacjami wszyscy zmierzają do tego maksimum, które jest wyznaczone przez prawo. Konkurują ze sobą poziomem serwisu klienta, dbając o to, aby klient pożyczkę miał dostarczoną szybko i w wygodny sposób – uważa Zbyszko Pawlak.

OFE zadowolone z liczby deklaracji. Fundusze liczą teraz na korzystny wyrok Trybunału Konstytucyjnego

0

Sceptycy zakładali, że w OFE pozostanie jedynie garstka ludzi. Dzisiaj wiadomo, że fundusze wybrało około 1,5 mln osób, a więc branża – przynajmniej na razie – uniknie upadku. W dalszej perspektywie los OFE będzie zależał od decyzji przyszłych rządów oraz wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który zbada m.in. zakaz reklamy oraz narzucone limity inwestycyjne. Korzystne rozstrzygnięcie w TK ułatwi funduszom efektywne inwestowanie, a w konsekwencji walkę o dotychczasowych i nowych klientów, którzy mogą napłynąć już za dwa lata.

Dzisiaj już wiemy, że ponad 1,3 mln osób zapisało się do OFE, ale jeszcze wszystkie oświadczenia nie spłynęły. Tego, ile konkretnie osób zdecydowało się pozostać w funduszach emerytalnych, dowiemy się na początku sierpnia. To nie jest zły wynik, biorąc pod uwagę zakaz reklamy, który obowiązywał otwarte fundusze emerytalne, i bardzo znikome informacje po stronie rządowej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Rusewicz, prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych.

Szacunki ZUS oraz analityków wskazują, że liczba klientów OFE wyniesie ok. 1,5 mln. To oznacza, że w II filarze pozostanie niecałe 10 proc. z blisko 16,7 mln ubezpieczonych, którzy mogli pozostawić część składki w funduszach. Co więcej pewna część z 1,5 mln będzie przez krótki czas odprowadzać składki do OFE, ponieważ ze względu na tzw. suwak ich pieniądze będą na 10 lat przed przejściem na emeryturę stopniowo przesuwane na pokrycie zobowiązań w ZUS. Część przedstawicieli OFE twierdzi jednak, że takich osób jest niewiele, ponieważ dominują osoby w wieku do 45 lat.

Nie mamy jeszcze pełnego obrazu, ale rzeczywiście możemy powiedzieć, że to byli przede wszystkim klienci świadomi, osoby z trochę lepszym wykształceniem, które pozyskiwały informacje na temat ZUS, OFE oraz konsekwencji podjęcia swojej decyzji. Zazwyczaj są to też osoby, które mają trochę lepsze zarobki – uważa Rusewicz.

Część analityków szacuje, że osoba wybierająca OFE odprowadza przeciętnie o 33 proc. wyższe składki w porównaniu do zwolennika ZUS. PTE nie mają jednak wątpliwości: nawet jeśli OFE wybierała zamożniejsza część z 16,7 mln ubezpieczonych, to i tak nie skompensuje to ubytku całkowitej liczby klientów.

Zdecydowanie mniej składek będzie płynęło w stosunku do 2013 roku i to będzie miało swoje konsekwencje dla rynku kapitałowego, a w długiej perspektywie również dla gospodarki. Przede wszystkim OFE będą miały mniej pieniędzy, aby móc inwestować na giełdzie i aby móc inwestować w rozwój polskich spółek – mówi prezes IGTE.

Inwestorzy na GPW prawdopodobnie już znacznie wcześniej uwzględnili taki scenariusz w swoich decyzjach, dlatego giełda nie powinna reagować na informacje dotyczące zapisów do OFE. To może mieć jeszcze znaczenie w przypadku niektórych spółek, gdzie OFE stanowią dużą część akcjonariatu i istnieje ryzyko, że będą musiały zmniejszyć swoje zaangażowanie bardziej, niż wcześniej prognozował rynek.

O ile rynek kapitałowy odczuł już mocno zmiany w systemie emerytalnym, to na rynku samych OFE dopiero odcisną one piętno. Na razie PTE czekają na ostateczne potwierdzenie, ilu będą mieć klientów i na jakie wpływy ze składek mogą liczyć. Rusewicz potwierdza, że konsolidacja rynku funduszy emerytalnych jest prawdopodobna. Zdaniem ekspertów, fuzje czekają najmniejsze OFE, które nie będą wystarczająco rentowne przy tej skali działalności.

Patrząc na doświadczenia od momentu wejścia w życie nowego systemu emerytalnego, mniej więcej o połowę zmniejszyła się liczba otwartych funduszy emerytalnych. Można w związku z tym domniemywać, że ta liczba też będzie się w miarę upływu czasu zmniejszać – ocenia Rusewicz.

OFE muszą przystosować się do nowego otoczenia także ze względu na limity dotyczące aktywów, które mogą nabywać. Do końca tego roku są one zobligowane do posiadania portfeli inwestycyjnych, w których akcje stanowią aż 75 proc. To naraża fundusze emerytalne – które z definicji powinny być bezpieczne i dbać o wartość powierzonych środków – na duże wahania wartości ich aktywów. Ryzyko wzrosło znacznie po tym, jak rząd zakazał nabywania papierów skarbowych i de facto znacjonalizował ponad 120 mld zł w postaci posiadanych już obligacji.

W kolejnym roku OFE  będzie mogło zróżnicować swoje inwestycje, tylko 50 proc. będzie musiało inwestować w akcje. Pozostałą część oszczędności będą mogły inwestować bezpieczniej, czyli na przykład w obligacje korporacyjne, listy zastawne, w jakieś długoterminowe inwestycje, które będą mniej ryzykowne niż akcje – wymienia Małgorzata Rusewicz.

Od sierpnia br. do końca 2015 roku dla OFE zostanie zniesiony zakaz reklamy, który wprowadziła nowelizacja ustawy. W praktyce od stycznia br. fundusze nie mogły na bieżąco informować klientów o swoich wynikach inwestycyjnych oraz porównywać stóp zwrotu do np. indeksów giełdowych czy waloryzacji w ZUS. To będzie miało szczególne znacznie w momencie, gdy Polacy ponownie za dwa lata będą wybierali między pozostawieniem części składki w OFE lub ZUS.

Otwartym pytaniem pozostaje to, co zdecyduje Trybunał Konstytucyjny, ponieważ prezydent zgłosił wniosek do Trybunału o uznanie zakazu reklamy za niekonstytucyjny. Możliwe, że nie tylko do końca 2015 roku, lecz także w kolejnych latach i kolejnych okienkach transferowych OFE będą mogły się reklamować  – mówi prezes IGTE.

Od dziś nowe zasady wypłaty świadczeń za odbycie ćwiczeń wojskowych przez pracownika

Dziś wchodzi w życie nowelizacja ustawy o powszechnym obowiązku obrony RP. Jedna z głównych zmian zakłada, że pracodawca będzie miał 90, a nie jak dotychczas 30 dni, na to, by zwrócić się o rekompensatę kosztów poniesionych w czasie, gdy pracownik przebywał na ćwiczeniach wojskowych w ramach Narodowych Sił Rezerwowych.

Nowe przepisy wprowadzają korzystniejsze zasady wypłaty rekompensat dla pracodawców. Został wydłużony czas, w którym mogą oni ubiegać się o rekompensatę od wojska za pracownika – członka Narodowych Sił Rezerwowych, który został powołany na ćwiczenia wojskowe lub okresową służbę wojskową. Chodzi m.in. o zwrot kosztów poniesionych z tytułu zatrudnienia zastępcy za pracownika. Teraz pracodawca będzie mieć na to nie 30, a 90 dni od dnia zwolnienia żołnierza z ćwiczeń lub z pełnienia okresowej służby wojskowej. Prostsze stają się również procedury.

Pracodawca może złożyć stosowne dokumenty do szefa sztabu wojskowego właściwego dla siedziby pracodawcy. Dotychczas był to szef wojewódzkiego sztabu wojskowego właściwy dla siedziby jednostki, w której jest powołany pracownik – wyjaśnia Anna Kobacka, ekspert podatkowy w dziale doradztwa podatkowego, w zespole ds. PIT KPMG w Polsce.

Pracodawcy łatwiej zaplanują zastępstwo za powołanego pracownika, bo komendanci wojskowi będą mieli obowiązek informować ich o terminach zaplanowanych ćwiczeń i ich ewentualnych zmianach. Wyjątkiem będzie sytuacja, gdy pracownik zostanie zmobilizowany lub powołany w trybie natychmiastowym.

Firmy będą miały też wpływ na tematykę szkoleń, na które jest kierowany ich pracownik.

Szkolenia te oczywiście dotyczą tematyki przydatnej w służbie wojskowej. Pracownicy, którzy zawarli kontrakt z Narodowymi Siłami Rezerwowymi i zobowiązali się do bycia w gotowości nieprzerwanie przez trzy lata, mają obowiązek uczestniczyć w tego typu szkoleniach. Nowelizacja wprowadza możliwość konsultacji z pracodawcą, czy pracownik rzeczywiście powinien w takim szkoleniu brać udział – mówi agencji Newseria Biznes ekspertka KPMG w Polsce.

Jak podkreśla, nowelizacja ułatwi współpracę między NSR a pracodawcami, ale diametralnie jej nie zmieni.

To są zmiany pożądane, zwłaszcza jeżeli chodzi o kwestie formalne, czyli rzeczywiście ułatwi to pracodawcom składanie wniosków o wypłatę tego rodzaju świadczeń – podkreśla Anna Kobacka.

Dobre CV nie wystarczy, by dostać pracę. Trzeba pokazać determinację i elastyczność

Nie wystarczy wysłać CV, by dostać pracę. Największe szanse na szybkie znalezienie zatrudnienia mają osoby, które osobiście udadzą się do pracodawcy, będą dzwonić i w ten sposób pokażą swoją determinację. Pomocne mogą być też agencje zatrudnienia, które są w stanie znaleźć pracę nawet w ciągu dwóch dni.

To jest mit, że pracy nie ma, trzeba jednak odrobić swoje lekcje. Odwiedzić kilka agencji i kilku pracodawców, a nie tylko wysłać CV. Wtedy jesteśmy w stanie pokazać swoją determinację i motywację, że nam zależy – zachęca w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Anna Wicha, dyrektor generalna Adecco Poland, firmy doradztwa personalnego.

Stopa bezrobocia rejestrowanego według GUS regularnie spada i od początku roku zmalała już z 14 proc. w styczniu do 12 proc. w czerwcu. Jak jednak podkreśla Wicha, Polacy wciąż muszą walczyć o pracę. Na ogłoszenia o jednym lub kilku wolnych miejscach napływa do pracodawców często nawet kilkaset aplikacji.

Dlatego osoby szukające pracy muszą się czymś wyróżnić na tle innych kandydatów. Dobrą metodą jest odwiedzenie firmy, rozmowa z potencjalnym pracodawcą i nawiązanie kontaktu z rekruterami. W taki sposób możemy pokazać, że zależy nam na tej pracy bardziej niż osobom, które ograniczyły się do wysłania dokumentów.

Nie do przecenienia jest też elastyczność i gotowość podjęcia pracy w innym obszarze. Dyrektor Adecco Poland dodaje, że elastyczności uczą się zwłaszcza te osoby, które współpracowały już z agencjami zatrudnienia. Szczególnie ci szukający pracy, którzy już poznali system pracy tymczasowej, są w dobrej sytuacji, by znaleźć pracę.

Takie osoby mają szansę na to, żeby sprawdzić się w innym środowisku pracy i w ten sposób dostając kilka czy kilkanaście szans, mają potencjalnie więcej okazji, żeby dostać pracę na stałe – przekonuje Wicha.

Agencje zatrudnienia mogą też pomóc spółkom znaleźć solidnych pracowników. Jak podkreśla Wicha, w niektórych przypadkach proces może potrwać zaledwie kilka dni, ale wydłuża się w przypadku poszukiwania osób o specjalistycznych umiejętnościach.

Jeżeli klient zamawia u nas pracownika dzisiaj, to najczęściej wysyłamy go do pracy jutro czy pojutrze. Jeżeli mówimy o zawodach bardzo specjalistycznych, gdzie trzeba przeprowadzić szereg testów, sprawdzić referencje i kompetencje pracownika, to trwa to od kilku do nawet kilkunastu tygodni – tłumaczy Wicha.

Szkoły stylu uczą polskich biznesmenów elegancji i klasy

Wśród młodych polskich biznesmenów rośnie zainteresowanie kursami w szkołach stylu, które są skierowane specjalnie do mężczyzn. Panowie uczą się tam zarówno zasad elegancji w ubieraniu się, jak i etykiety biznesowej. Zdaniem Agnieszki Świst-Kamińskiej, właścicielki Szkoły Męskiego Stylu, przedsiębiorcy są coraz bardziej świadomi, że wygląd i styl bycia pracownika mają ogromny wpływ na postrzeganie firmy przez kontrahentów.

Polskie korporacje coraz chętniej inwestują w szkolenia z zakresu stylizacji lub wizażu dla swoich pracowników. Na kursach pracownicy uczą się zasad dress code&HASH39;u, sposobu dobierania ubrań do sylwetki, dostosowania makijażu do okoliczności. W kursach coraz częściej biorą udział także mężczyźni. Zdaniem specjalistów wynika to ze zmian, jakie zachodzą w świadomości polskich przedsiębiorców.

Dzisiejsi polscy biznesmeni często wyjeżdżają, robią interesy na całym świecie, mają kontrakty międzynarodowe. Cały czas dążymy do tego, żeby dorównać Zachodowi. Mężczyźni bardzo dorównują swoim stylem na przykład Francuzom czy Włochom –przekonuje Agnieszka Świst-Kamińska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Nowością na polskim rynku jest szkoła stylu skierowana wyłącznie do mężczyzn. Młodzi biznesmeni i przedsiębiorcy mogą się tam nauczyć zarówno właściwego sposobu dobierania garderoby, zasad savoir-vivre&HASH39;u, etykiety biznesowej, jak i gotowania. Taka szkoła oferuje także zajęcia z zakresu motywacji, wiedzy o sztuce, a także o zagranicznych rynkach i ich potencjale gospodarczym.

Szkoła ma budować w nich poczucie pewności i rozbudzać zainteresowania, hobby. Mają tam przyjeżdżać, uczyć się, wypoczywać. Każdy weekend jest o innym zabarwieniu –  będziemy zatem mieli weekendy smaków, elegancji klasycznej, o zabarwieniu sportowym, a nawet erotycznym – mówi Agnieszka Świst-Kamińska.

Szkoła Męskiego Stylu współpracuje z Ambasadą Francji oraz Rosyjskim Ośrodkiem Nauki i Kultury. Ma to sprzyjać nawiązywaniu międzynarodowych relacji biznesowych przez uczestników kursu. Wykładowcami w szkole są przede wszystkim biznesmeni i przedsiębiorcy, którzy odnieśli sukces nie tylko w Polsce, lecz także na światowych rynkach. Pierwsze zajęcia w szkole odbędą się 6 i 7 września.

Dodatkowe baterie i banki energii do urządzeń mobilnych hitem wakacyjnych zakupów w sklepach z elektroniką

Smartfony i inne urządzenia mobilne stały się niezbędnym elementem wakacyjnego wyposażenia. Duże zużycie energii przez sprzęt elektroniczny zmusza często urlopowiczów do sięgania po dodatkowe baterie wmontowane w obudowy lub tzw. banki energii. Tym bardziej jeśli mają oni ograniczony dostęp do prądu. Sprzedaż takich urządzeń rośnie.

Dodatkowe baterie w obudowie dostępne są dla smartfonów większości marek. Urządzenia mają różną pojemność, w zależności od ceny. Najmniejsze z nich zawierają akumulator o pojemności 1500 mAh, największe przekraczają 2000 mAh.

W sprzedaży mamy dużą ofertę akcesoriów, które przydadzą się na kempingach, biwakach, gdzieś gdzie możemy być odcięci od energii, a potrzebujemy naładować nasze urządzenia – wyjaśnia Jan Trzpil z salonu iSpot. – Są to przykładowo dodatkowe obudowy do smartfonów z wbudowaną drugą baterią, z której możemy korzystać w dowolnym momencie.

Alternatywą dla baterii w obudowie są przenośne akumulatory, tzw. banki energii, które pozwolą w łatwy sposób naładować urządzenie, kiedy nie ma dostępu do innych źródeł prądu.

Power bank to urządzenie, które podłączamy do naszego smartfona, a ono oddaje mu swoją energię – tłumaczy Trzpil w rozmowie z agencją Newseria.

Według badań przeprowadzonych w ubiegłym roku przez Interaktywny Instytut Badań Rynkowych aż 75 procent Polaków zabiera ze sobą na urlop przynajmniej jedno urządzenie mobilne. Najczęściej jest to telefon komórkowy, aparat fotograficzny oraz laptop. Producenci sprzętu wychodzą na przeciw urlopowym potrzebom Polaków, dostarczając im różne przydatne akcesoria.

Ciekawym gadżetem jest też specjalna obudowa wraz ze zdalnym pilotem do robienia zdjęć. Wystarczy, że ustawimy się ze znajomymi i wciśniemy przycisk. Urządzenie nie potrzebuje żadnych aplikacji, gdyż łączy się przez Bluetooth. Dodatkowo obudowa dobrze chroni telefon przed upadkami – mówi Trzpil.

Dużą popularnością wśród klientów cieszą się również inne akcesoria, takie jak m.in. mała, przenośna kamera. Sprzęt ten został stworzony z myślą głównie o osobach, które zajmują się sportem wyczynowym. Działa zarówno pod systemami iOS oraz Android.

To bardzo przydatne i poręczne urządzenie, które bez problemu podłączymy do tabletu lub komputera za pomocą Wi-Fi, kabla lub kart SD. Pozwala nagrywać w dobrej jakości nasze wypady wakacyjne oraz ekstremalne wyczyny, jak skoki spadochronowe czy nurkowanie głębinowe. Sprzęt ma wodoszczelną obudowę, dlatego nie musimy się martwić zalaniem. Do kupienia są trzy wersje jakościowe sprzętu, każdy więc może dostosować swoje potrzeby do możliwości finansowych. Najniższy pułap zaczyna się od niecałego 1 tys. złotych – dodaje Trzpil.

W crowdfundingu warto wspierać świadomie. 6 rad, które pozwolą Tobie rozsądniej wydawać pieniądze

Ostatnie wydarzenia na rynku finansowania społecznościowego pokazały, że praktycznie każdy z nas jest w stanie zebrać dowolną kwotę na swój projekt w kilkanaście godzin. Zanim jednak wpłacimy ciężko zarobione pieniądze na czyjeś konto i zrealizujemy jego marzenie, sprawdźmy czy warto.

Ostatnie doniesienia zza oceanu dotyczące projektu „NeuroON” pokazują, że zanim przeleje się pieniądze, warto dowiedzieć się więcej na temat pomysłu. Użytkownicy dopiero kilka miesięcy po zakończeniu akcji na portalu zaczęli interesować się technicznymi aspektami projektu.

Wystawieni na odstrzał

Sytuacje, w których założyciele projektów crowdfundingowych pojawiają się na celownikach ekspertów, są coraz częstsze. Nie powinniśmy jednak winić za to ani projektodawców, ani właścicieli platform.
– Pierwszym i często najważniejszym filtrem jesteśmy my sami, czyli wspierający. Jeśli wraz z rozpoczęciem zbiórki nie pokusimy się o odpowiednie sprawdzenie projektu, to potem może być już na to za późno. Co prawda otrzymamy produkt, za który zapłaciliśmy, ale możemy nie być w pełni usatysfakcjonowani – a nie o to chodzi. Czasami mimo początkowego hype’u warto więcej poczytać o projekcie i posłuchać, co mają do powiedzenia projektodawcy. W crowdfundingu warto wspierać świadomie – mówi Marcin Galicki, założyciel platformy Wspieram.to.

Uniknij pułapek

Pierwszym krokiem do sprawdzenia projektu jest jego odpowiednia analiza. Czasami wpisanie kilku fraz w Google potrafi całkowicie rozwiać nasze wątpliwości. Na co jeszcze powinniśmy zwrócić uwagę? Poniżej 5 wskazówek:

1. Czy projektodawca jest wiarygodny?
Warto wiedzieć kto finalnie dostanie nasze pieniądze. Osoby, które w merytoryczny sposób przedstawią siebie i swoją kampanię, mają większą szansę na przekonanie do siebie internautów. Im więcej przydatnych dla wspierających informacji usłyszymy z filmu promującego projekt, tym lepiej.
2. Czy opis projektu jest rzetelny?
Im staranniej jest przygotowany projekt, tym większe ma szanse na sukces. Zwracajmy uwagę na formę i sposób, w jaki są opisane cele oraz poszczególne etapy zbiórki danej kwoty. Dobrze przygotowane filmy i grafiki najczęściej świadczą o rzetelności i dużo cięższej pracy przy opracowaniu projektu na portalu crowdfundingowym.
3. Na czym opiera się relacja z uczestnikami?
Sposób, w jaki prowadzona jest komunikacja, bardzo dużo mówi o podejściu do wspierających i ich uczciwości. Bardzo dobrze do rozmów z fanami podeszli twórcy gry „Franko 2”. Podczas trwania kampanii, jak i poza nią, prowadzili nieustający dialog z fanami, rozwiewali wątpliwości, informowali zarówno o postępach, jak i ewentualnych opóźnieniach. Internauci mieli realny wpływ na przeciwników i lokacje, jakie pojawią się w grze. Nie pozostawali bez odpowiedzi, czuli się częścią inicjatywy, wręcz jej współtwórcami.
4. Jaką kwotę chcą zebrać organizatorzy zbiórki?
Jako wspierający powinniśmy dobrze sprawdzić, czy pieniądze, jakich potrzebuje projektodawca, są adekwatne do oferowanych nagród i celów. Im więcej szczegółów finansowych jest podanych w projekcie, tym większa szansa, że twórcy odpowiednio przeliczyli wszystkie koszty.
5. W jaki sposób projekt jest komentowany przez niezależnych ekspertów/dziennikarzy?
W celu uniknięcia sytuacji, jaka spotkała maskę NeuroON, powinniśmy nie bać się wysyłać projektu do skomentowania przez niezależnego eksperta. Opinia osoby trzeciej zawsze będzie rzetelniejsza. Jeśli projekt wzbudzi duże zainteresowanie mediów, to najczęściej nie będzie potrzebne wsparcie w tym obszarze. Zainteresowani znajdą się sami.
6. Kto skorzysta na zrealizowanym projekcie?
Wbrew pozorom to bardzo ważny punkt. Bardzo często wspierający rozpatrują swoją wpłatę z perspektywy tego, co otrzymają w zamian bądź komu pomogą. Zawsze starajmy się sprawdzać, czy projektodawcy właściwie określają przeznaczenie zbiórki. Celem samym w sobie nie jest zebranie potrzebnej kwoty, tylko finalny efekt prac prowadzonych przez organizatorów.
Bądźmy wymagający
Jeśli będziemy egzekwować od projektodawców realizacji powyższych zasad, to z pewnością nasze inwestycje w marzenia innych będą bardziej owocne, a Polskie finansowanie społecznościowe wzniesie się o poziom bliżej Kickstartera.

Najwyższa Izba Kontroli ponownie sprawdziła przygotowanie szkół do przyjęcia sześciolatków

Wszystkie szkoły zatrudniają kadrę nauczycielską wykwalifikowaną do kształcenia najmłodszych uczniów oraz posiadają odpowiednio wyposażone sale lekcyjne potrzebne do prowadzenia zajęć z sześciolatkami. Dalszego dostosowania wymagają jednak stołówki i toalety. NIK sygnalizuje, że istotnym problemem dla niektórych szkół może być konieczność organizacji zajęć dla oddziałów klas I-III w systemie zmianowym.

Kontrolerzy NIK sprawdzili 88 szkół oraz dodatkowo pozyskali informacje w trybie ustawy o NIK z 6881 innych szkół publicznych. NIK sprawdzała wykonanie wniosków pokontrolnych Izby z roku 2013. Większość z nich została przez kontrolowane szkoły zrealizowana.

Wszystkie objęte kontrolą szkoły zatrudniają kadrę nauczycielską wykwalifikowaną do kształcenia najmłodszych uczniów oraz posiadają sale lekcyjne potrzebne do prowadzenia zajęć z sześciolatkami.

Sale te w ponad 90 proc. skontrolowanych szkół są odpowiednio wyposażone, m.in. w pomoce, gry i zabawki dydaktyczne (98 proc.), oraz posiadają zgodne z wymogami ergonomii meble uczniowskie (90 proc.). W tym zakresie nastąpiła zdecydowana poprawa w stosunku do stanu ujawnionego w ubiegłorocznej kontroli NIK. Obecnie kontrolerzy odnotowali: niewydzielenie rekreacyjnej części sali w 9,1 proc. szkół, brak biblioteczki dla uczniów najmłodszych w 5,7 proc. szkół oraz gier i zabawek dydaktycznych w 2,3 proc. szkół, niewyposażenie sal w sprzęt audiowizualny w 18,2 proc. szkół oraz w komputer(y) z dostępem do Internetu w 36,3 proc. szkół.

Problemy z ergonomią wyposażenia występują w ponad 30 proc. stołówek i 26 proc. toalet szkolnych.

NIK sygnalizuje, że istotnym problemem dla szkół może być konieczność organizacji zajęć dla oddziałów klas I-III w systemie zmianowym. W całym kraju wzrośnie bowiem, nawet o 70 proc., liczba uczniów w klasach pierwszych. W miastach powyżej 50 tysięcy mieszkańców liczba zorganizowanych klas z pierwszakami będzie w wielu szkołach większa od liczby sal lekcyjnych przygotowanych na przyjęcie najmłodszych uczniów. NIK odnotowuje, że problem ten wystąpi przede wszystkim w szkołach położonych na terenie miast na prawach powiatu (24,2 proc.) oraz w gminach miejskich (26,4 proc.). W najmniejszym stopniu problem ten dotknie szkół położonych w gminach wiejskich (6,8 proc.). Dlatego dyrektorzy szkół, zwłaszcza w dużych miastach, muszą zadbać o ułożenie planów lekcji w sposób uwzględniający dobro najmłodszych uczniów.

Opieka świetlicowa została zapewniona dzieciom w niemal wszystkich kontrolowanych szkołach (97 proc.). Prawie wszystkie szkoły zorganizowały też dla najmłodszych uczniów ciepły posiłek. W tym zakresie (opieki świetlicowej i przygotowania ciepłego posiłku) szkoły zrealizowały zalecenia Najwyższej izby Kontroli, które w ubiegłym roku zostały rozesłane do wszystkich 2479 gmin w Polsce.

W zdecydowanej większości szkół zorganizowano również miejsca (91 proc.) i place zabaw (70 proc.) dla najmłodszych.
Izba pozytywnie ocenia podjęte przez szkoły działania w celu zapewnienia właściwych warunków do edukacji i opieki nad najmłodszymi uczniami.

Niemal we wszystkich skontrolowanych szkołach liczba uczniów w oddziale klasy I nie przekraczała 26 uczniów (80 proc.), a w części szkół wydzielono specjalną bezpieczną przestrzeń dla najmłodszych uczniów (odrębne szatnie – 81 proc., toalety – 67 proc., specjalne miejsca w świetlicach, a nawet wejścia do szkół).

Wyniki bezpośredniej kontroli 88 szkół są zbieżne z informacjami pozyskanymi dodatkowo przez Izbę (w trybie ustawy o NIK) z 6881 innych szkół publicznych. Kadra jest przygotowana, sale lekcyjne odpowiednio wyposażone (ponad 90 proc.). Opiekę świetlicową zapewnia zdecydowana większość szkół (85 proc.). Problemy z niedostosowaniem wyposażenia występują w stołówkach (63 proc.) i toaletach (38 proc.). Liczba uczniów w ponad 93 proc. klas pierwszych nie przekraczała 26 osób. NIK potwierdziła w bezpośrednim badaniu (na losowej próbie) wiarygodność nadesłanych ze szkół informacji.

Izba ponownie wysyła swoją informację do wszystkich gmin w Polsce. Ubiegłoroczny raport, który dotarł do wójtów, burmistrzów i prezydentów miast miał niewątpliwie wpływ na usuniecie wielu nieprawidłowości występujących w szkołach w całym kraju. Dziś są one znacznie lepiej przygotowane na przyjęcie sześciolatków niż przed rokiem.

Nowe przepisy ordynacji podatkowej mogą źle wpłynąć na konkurencyjność polskiej gospodarki

Ministerstwo Finansów RP 17 lipca br. opublikowało projekt nowelizacji ordynacji podatkowej, który zakłada wprowadzenie klauzuli obejścia prawa podatkowego. W praktyce oznacza to implementację przepisów, które pozwolą kwestionować sposoby zawierania transakcji oraz jej opodatkowania. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte regulacje te stwarzają organom podatkowym zbyt duże pole do swobodnej interpretacji. Polski system podatkowy stanie się mniej stabilny i przewidywalny, co może negatywnie wpłynąć na konkurencyjność naszej gospodarki.

Projekt nowelizacji ordynacji podatkowej ma niebawem trafić pod obrady Rady Ministrów. Według założeń ustawa ma zostać zmieniona do końca bieżącego roku. „Biorąc pod uwagę wagę zmian, które będą konsekwencją nowelizacji, czasu na dokładne przygotowanie nowych przepisów zostało niewiele. Tymczasem naszym zdaniem projekt ten w wielu miejscach wymaga istotnych zmian i doprecyzowania” – mówi Maciej Guzek, Starszy Menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Projekt Ministerstwa Finansów zakłada, że za unikanie opodatkowania będzie można uznać działanie zamierzone, wykorzystujące sztuczną konstrukcję prawną (tzn. nadmiernie zawiłą i pozbawioną treści ekonomicznej), którego głównym celem jest uzyskanie (nieprzewidzianej w przepisach prawa) „znacznej” korzyści podatkowej, która poprzez swój rozmiar „w istotnej mierze” poprawia sytuację finansową podatnika. Jeżeli organ podatkowy wykaże, że podatnik unikał opodatkowania, oraz że w danej sytuacji istnieje i jest możliwa do zastosowania inna konstrukcja prawna (bardziej odpowiednia zdaniem organu), to organ może wówczas nałożyć na podatnika nowe, wyższe zobowiązanie podatkowe.

Co to oznacza w praktyce? Klauzula może znaleźć zastosowanie np. do twórców, którzy dotychczas część swojego wynagrodzenia otrzymują z tytułu przeniesienia praw autorskich, dzięki czemu płacony przez nich podatek jest niższy. Po wejściu w życie klauzuli organ podatkowy może uznać, że była to zbyt skomplikowana konstrukcja prawna i powinna być zawarta standardowa umowa o pracę. W takim przypadku po stronie twórcy powstanie zaległość podatkowa, a po stronie jego pracodawcy odpowiedzialność za nieprawidłowe naliczenie składek. Innym przykładem są przedsiębiorcy, których dotyczy konwersja wierzytelności na udziały.

Eksperci Deloitte przywołują także przykład firmy Optimus, któremu pod koniec lat 90. fiskus, przy jednej z transakcji zarzucił obejście prawa i wyłudzenie VAT. Po kilkuletniej batalii sądowej spółka wygrała sprawę. Gdyby jednak już wtedy istniała w polskim prawie klauzula obejścia prawa podatkowego, Optimus prawdopodobnie przegrałby ten spór.

„Powstaje pytanie czy klauzula nie będzie stosowana zbyt restrykcyjnie. Już dziś organy podatkowe mają tendencję do stosowania prawa na niekorzyść podatnika. Najlepiej świadczy o tym fakt, że tylko w samym 2013 roku fiskus przegrał blisko 45 proc. spraw przed wojewódzkimi sądami administracyjnymi, dotyczących podatku dochodowego i prawie 59 proc. spraw w przypadku interpretacji podatkowych wydawanych przez ministra finansów ” – wyjaśnia Mariusz Stefaniak, Starszy Konsultant w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Eksperci podkreślają także, że istnieje duże ryzyko zakwestionowania nowych przepisów ordynacji podatkowej przez Trybunał Konstytucyjny, jako niezgodnych z Ustawą Zasadniczą. Polska Konstytucja mówi wyraźnie, że „nakładanie podatków, innych danin publicznych, określanie podmiotów, przedmiotów opodatkowania i stawek podatkowych, a także zasad przyznawania ulg i umorzeń oraz kategorii podmiotów zwolnionych od podatków następuje w drodze ustawy”, a nie zależy od decyzji organu.

Dodatkowo orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego zwraca uwagę na to, aby interpretowanie pojęć nie leżało w gestii organów stosujących te przepisy, ponieważ w konsekwencji może to prowadzić do niedozwolonego prawotwórstwa ze strony tych organów.

„Tymczasem zaproponowany przez resort finansów projekt zawiera liczne pojęcia niedoprecyzowane, których interpretacja i uszczegółowienie będzie leżało po stronie organów podatkowych. Ponadto zbyt dużo znalazło się tam elementów stwarzających możliwość oceny, jakie działanie jest racjonalne i jaką konstrukcję prawną można uznać za typową. W takiej sytuacji trudno przewidzieć decyzję organu. Dlatego w fazie przygotowywania projektu wprowadzenia klauzuli do polskiego systemu prawnego niezbędna jest dogłębna analiza i szereg konsultacji” – tłumaczy Maciej Guzek.

W uzasadnieniu do projektu nowelizacji napisano, że podobne konstrukcje prawne istnieją w innych krajach, m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, USA, Australii czy Kanadzie. Są jednak kraje takie jak Indie, które nie chcąc stracić dużego zainteresowania inwestorów zagranicznych, przesunęły o kilka lat wprowadzenie takiej klauzuli do swojego systemu prawnego. Zdaniem Deloitte pojawienie się klauzuli w polskich przepisach może zniechęcić potencjalnych inwestorów branżowych i strategicznych czy też fundusze inwestycyjne. Unia Europejska zaleca swoim członkom wprowadzenie takiej konstrukcji prawnej, ale to zalecenie nie jest w żadnym stopniu dla Polski wiążące.

Zdaniem ekspertów Deloitte przed wprowadzeniem klauzuli należałoby przeanalizować kilka zjawisk, które uzasadniałyby jej implementację do polskiego systemu prawnego. „Jednym z nich są stosowane przez przedsiębiorców optymalizacje podatkowe. Nie ma żadnych wiarygodnych badań, które pokazywałyby ile faktyczne Skarb Państwa traci z tytułu ich stosowania. Szczególnie dotyczy to CIT, bo to w przypadku tego podatku najczęściej sięga się po to rozwiązanie” – tłumaczy Mariusz Stefaniak.

W proponowanej nowelizacji brak jest także jasnych kryteriów stosowania klauzuli, a także przepisu, który mówiłby, że w razie wątpliwości, powinny być one rozstrzygnięte na korzyść podatnika. Zabrakło również reguły, podobnej do tej, która obowiązuje w systemach anglosaskich. Chodzi o odpowiednik tzw. „Westminster principle” – zasady, która mówi, że każdy jest uprawniony do prowadzenia swoich interesów w taki sposób, aby zapłacić jak najniższy podatek (zgodnie z literą prawa).

„Polski system podatkowy już teraz jest skomplikowany i nieprzyjazny podatnikowi. Proponowane rozwiązania mogą doprowadzić do sytuacji, w której potencjalny inwestor, podejmując jakiekolwiek działania, będzie się obawiał, czy na pewno nie ma innej konstrukcji prawnej, która przyniesie taki sam skutek, ale będzie mniej korzystna podatkowo dla niego, i z której ostatecznie organ wyciągnie konsekwencje podatkowe. Proponowane przepisy są zbyt nieprecyzyjne i oddają organom podatkowym za duże pole do subiektywnej oceny” – podsumowuje Maciej Guzek.

Zmowa milczenia w polskich firmach. Na świecie cztery razy częściej wykrywa się przestępstwa dzięki pracownikom

CEO Magazyn Polska

Zaledwie 6 proc. przypadków korupcji, kradzieży majątku lub oszustw księgowych w polskich firmach zostało wykrytych dzięki informacji pracowników. Na świecie jest to 24 proc. stwierdzonych nadużyć – wynika z analiz PwC. Eksperci nie mają wątpliwości, że nowe regulacje nie zmienią sytuacji. Niezbędna jest edukacja, dzięki której firmy i pracownicy zrozumieją, że wysokie standardy etyczne to dla firmy nie koszt, lecz wartość.

W Polsce są nadużycia różnego rodzaju, bo są to zarówno sprzeniewierzenia finansowe, jak i przypadki nepotyzmu, promocji funkcjonariuszy partyjnych na stanowiska w sektorze publicznym i tak dalej. Z tym się często spotykamy, sygnalizują o tym media. Można im przeciwdziałać przede wszystkim poprzez edukację. Świetnym przykładem będzie porównanie Chiny, które są przeżarte korupcją, i Hongkongu, który też jest etnicznie chiński, ale poprzez to, że przez wiele lat był pod kuratelą Wielkiej Brytanii, jest jednym z miejsc na świecie o najniższym poziomie korupcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.

W 2013 r. Hongkong zajął 15., a Chiny – 80. miejsce na 177 państw, które objął Indeks Percepcji Korupcji przygotowywany przez Transparency International. Według Arendarskiego różnice wynikają stąd, że Hongkong odziedziczył wiele anglosaskich standardów dotyczących etyki biznesowej, ponadto edukacja w dziedzinie korupcji zaczyna się tam już w wieku przedszkolnym.

Silny wpływ procesów historycznych kształtujących postawy społeczne i instytucje jest wyraźnie widoczny także w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W stosunku do sąsiadujących państw, przechodzących transformację po 1989 r., Polska wypada relatywnie dobrze. W światowym rankingu korupcji Polska zajęła 38. miejsce, drugie najlepsze po Estonii (28. miejsce) wśród byłych państw socjalistycznych.

To nie oznacza, że poziom korupcji i innych nadużyć jest w Polsce na niskim poziomie. Zdaniem prezesa KIG, wykrywanie takich przestępstw jest nad Wisłą trudne, bo utrzymuje się solidarność stron. W efekcie osoby trzecie nie czują obowiązku, by poinformować o przypadku korupcji, o którym mieli okazję się dowiedzieć.

W Polsce dzieje się tak wskutek takiej, a nie innej historii. W czasie, kiedy nie byliśmy suwerenni, wszelkie sygnalizowanie władzom czegoś było postrzegane jako coś przeciwko narodowi, wysługiwanie się obcemu. Teraz jesteśmy suwerenni, ale ta mentalność pozostała. I rzeczywiście w Polsce tego typu funkcje nie są społecznie do końca akceptowane – mówi prezes KIG.

To sprawia, że w Polsce słabo działa społeczna instytucja sygnalizującego (whistle-blowera), czyli pracownika firmy lub urzędu, który informuje organy ścigania o korupcji. Z tego względu zdaniem Arendarskiego Polska powinna skorzystać z doświadczeń Hongkongu i postawić na wczesną edukację, która będzie kształtowała właściwe postawy społeczne.

Moim zdaniem nie wystarczy wyłącznie wprowadzenie nowego ustawodawstwa, które będzie chroniło sygnalistów, i chociażby zapobiegało usunięciu ich z pracy, jeśli będą skutecznie wykonywali swoje funkcje. Chodzi o coś innego, chodzi o zmianę nastawienia społecznego, poprzez kampanię informacyjną trzeba pokazać, że to są ludzie, którzy działają dla naszego dobra wspólnego – tłumaczy prezes KIG.

Walka z korupcją powinna mieć charakter systemowy, dlatego obok edukacji, kluczem jest stworzenie swoistej mapy ryzyka, gdzie należy skoncentrować monitoring i ewentualne działania policji, CBA czy ABW.

Myślę, że przyszłościowe rozwiązania nie polegają na tym, żeby zwiększać liczbę policjantów ścigających korupcję, ale żeby tak zmieniać strukturę instytucji, aby tych miejsc korupcjogennych było jak najmniej. Krajowa Izba Gospodarcza przygotowała taki program działań antykorupcyjnych, który będzie analizował przede wszystkim strukturę i wyłapywał te punkty, które są wrażliwe na działania korupcyjne, i poprzez wprowadzenie zmian organizacyjnych te punkty się eliminuje – wyjaśnia Andrzej Arendarski.

Korupcja jest tylko jednym z wielu rodzajów przestępstw, z jakim spotykają się firmy czy pracownicy urzędów. Raport PwC z 2014 r. pokazuje dynamiczny wzrost przestępczości gospodarczej w Polsce. Jej ofiarą padło już niemal co drugie badane przedsiębiorstwo.

Przedsiębiorstwa po czasach kryzysu gospodarczego przyglądają się obecnie kosztom. I właśnie w trakcie szukania przyczyn rosnących kosztów okazuje się, że za część z tych kosztów odpowiadają nadużycia. Druga rzecz jest taka, że firmy w Polsce coraz chętniej inwestują na rynkach zagranicznych, również takich, na których ryzyko korupcji czy innego rodzaju nadużyć jest wysokie. Wobec tego same narażają się na takie ryzyko i same doświadczają tych nadużyć częściej – ocenia Katarzyna Kreft, manager w PwC Polska.

Najczęściej popełnianym przestępstwem była kradzież majątku (72 proc. wskazań), gdzie nastąpił wzrost w porównaniu z 2011 r. o 11 proc. Kolejne miejsca zajęły nadużycia w obszarze zakupów (33 proc. wskazań), korupcja (21 proc.), cyberprzestępczość (19 proc.) oraz manipulacje księgowe (19 proc.). Z badania PwC wynika, że większość nadużyć została wykryta przy pomocy audytu wewnętrznego i rutynowych systemów, które funkcjonują w spółkach. Sporą część wykryto również przez przypadek, natomiast jedynie 6 proc. nadużyć zostało ujawnionych dzięki sygnalistom lub osobom związanym ze spółką.

Dlaczego ta cyfra jest interesująca? Dlatego, że jest dużo niższa niż podobna cyfra na świecie, gdzie w ten sposób wykrywa się 24 proc. nadużyć. Problem polega na tym, że w Polsce informowanie o nadużyciach przez sygnalistów wciąż nie jest zbyt popularne, co wynika też właśnie troszeczkę z kontekstu kulturowego i z tego, jak sygnaliści są w Polsce postrzegani – uważa Kreft.

Jedną z pierwszych firm w Polsce, które zaczęły wdrażać kompleksowy plan zapobiegania nadużyciom, było PKP. Stworzono praktycznie od podstaw dział audytu wewnętrznego, wypracowano wspólnie z pracownikami kodeks etyczny, który obowiązuje w dziesięciu głównych spółkach grupy. Następnie wprowadzono szczegółowe procedury.

To były procedury przede wszystkim dotyczące naruszeń, czyli procedury antykorupcyjne, procedury dotyczące konfliktu interesu, procedury dotyczące przyjmowania i dawania korzyści i prezentów oraz procedury dotyczące mobbingu. To oczywiście trzeba było zakomunikować pracownikom, czyli przeszkolić wszystkich. Stworzona została struktura zarządzania etyką, czyli zostali powołani rzecznicy etyki w spółkach oraz rzecznik etyki grupy PKP, którym mam przyjemność być – mówi Jacek Wojciechowicz, rzecznik etyki w PKP.

Temat polityki sygnalistów był poruszany podczas debaty zorganizowanej przez Krajową Izbę Gospodarczą i portal RaportCSR.pl pt. „Jak walczyć z korupcją i przestępczością w biznesie? Kodeksy etyczne i polityka sygnalistów na świecie”. W debacie udział wzięli przedstawiciele Fundacji im. Stefana Batorego, PwC, EY Polska, Grupy PKP i PKP SA, Uniwersytetu Gdańskiego, Instytutu Badań nad Demokracją i Przedsiębiorstwem Prywatnym i Krajowej Izby Gospodarczej.

Szansa na rekordową liczbę transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych w tym roku

CEO Magazyn Polska

O jedną trzecią wzrosła wartość transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych w pierwszej połowie tego roku. Od stycznia do czerwca sięgnęła ona 1,4 mld euro (5,8 mld zł), a działania inwestorów miały miejsce nie tylko w Warszawie, lecz także w innych miastach. Połowę rynku stanowią powierzchnie biurowe, rośnie jednak udział sektora logistycznego. Inwestorzy liczą na stopę zwrotu w przedziale od 6 do 9 proc.

Polska jest dominującym rynkiem w regionie. Wartość transakcji zrealizowanych w naszym kraju stanowi około 40 proc. wartości transakcji w całym regionie, wliczając Rosję. Jest to rynek bardzo płynny, który charakteryzuje się rosnącą liczbą inwestorów i coraz większą płynnością aktywów na rynku – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Mirowski, dyrektor grupy usług inwestycyjnych na region Europy Środkowo-Wschodniej w Colliers International.

Łączny wolumen inwestycji w nieruchomości komercyjne w pierwszym półroczu tego roku wyniósł 1,4 mld euro i był o 33,3 proc. większy rok do roku. Od stycznia do czerwca 2013 r. inwestorzy przeprowadzili transakcje na sumę 1,05 mld euro. Większość rynku nadal stanowią nieruchomości biurowe – w tym półroczu powierzchnie biurowe stanowiły 50-52 proc. wolumenu inwestycji. Ich udział jednak spada, bo rok temu wynosił 58 proc.

Rośnie znaczenie sektora logistycznego, co skutkuje większymi inwestycjami w powierzchnie magazynowe. W pierwszym półroczu 2013 r. miały one tylko 15 proc. udział w wolumenie transakcji, ale w tym roku to już ok. 22 proc. Ok. 26 proc. wolumenu transakcji od stycznia do czerwca tego roku stanowiły powierzchnie handlowe.

Popyt jest nieustannie silny, co chwilę pojawiają się nowi inwestorzy, którzy są zainteresowani alokacją kapitału w Polsce. Tak naprawdę jedynym znakiem zapytania może być strona podażowa w tym roku. Jeśli pułap transakcji z ubiegłego roku [łącznie 3,3 mld euro – red.] nie zostanie osiągnięty, będzie to wyłącznie wynikiem tego, że na rynku zmniejszyła się podaż nieruchomości na sprzedaż – podkreśla Mirowski.

Podkreśla, że Colliers oczekuje, że ze strony popytowej jest potencjał na przekroczenie ubiegłorocznego wyniku. Do Polski ciągną inwestorzy z kapitałem europejskim, ale nie tylko. Są wśród nich również inwestorzy ze Stanów Zjednoczonych, Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Wolumen transakcji może sięgnąć nawet 4 mld euro, choć podaż nieruchomości może ograniczyć ten wzrost.

Mirowski wylicza, że w pierwszym półroczu rynek napędziły duże inwestycje w sektorze biurowym (m.in. warszawskie Rondo 1 o wartości ok. 300 mln euro oraz Lipowy Office Park za ok. 110 mln euro). Rynek nie koncentruje się jednak tylko w Warszawie, czego dowodem była sprzedaż galerii handlowej Poznań City Center za nieujawnioną kwotę.

Rynki stołeczny i pozawarszawskie mają zbliżone udziały w inwestycjach. Mirowski podkreśla, że chwilowa przewaga jednego z nich zależy głównie od bieżących ofert, natomiast nie ma charakteru stałej dominacji. Choć stopy zwrotu dla inwestorów są podobne, na nieco wyższe zyski mogą liczyć poza Warszawą.

W Warszawie jest przedział pomiędzy 6 a 6,25 proc. na najlepszej nieruchomości biurowej zlokalizowanej w centrum. Na Mokotowie, czyli drugiej dzielnicy biurowej w mieście, jest to przedział pomiędzy 7 a 7,75 proc. W miastach regionalnych jest to przedział pomiędzy 7 a 9 proc. W przypadku nieruchomości handlowych najlepsze centra handlowe w Warszawie to poziom od 5,75 proc. do 6 proc., natomiast w miastach regionalnych ten przedział jest większy i waha się od 6 proc. do 8,5 proc. – wylicza Mirowski.

Na podobną stopę zwrotu mogą liczyć inwestorzy w sektorze logistycznym. Na powierzchniach magazynowych wynajętych na długi czas można zarobić ok. 7 proc., a na krótszych kontraktach – pomiędzy 7,5 a 8,5 proc. To zbliżone stopy zwrotu do tych notowanych w ubiegłym roku. Z danych Colliers International wynika, że stopy zwrotu z najlepszych nieruchomości utrzymują się na poziomie poniżej 8 proc. od 2005 r., a najbardziej zyskowne są powierzchnie magazynowe. Jeszcze w 2001 r. stopy zwrotu przekraczały 10 proc., a w nieruchomościach logistycznych sięgały nawet 12 proc.

‒ Na rynku biurowym w Warszawie nadal widzimy dużą aktywność ze strony najemców, natomiast czynsze wywoławcze odnotowały lekki spadek. Jeśli chodzi o nieruchomości magazynowe na większości rynków widzimy stabilizację, natomiast spodziewamy się, że czynsze za powierzchnie handlowe ponownie zaczną rosnąć z uwagi na powrót Polski na ścieżkę dynamicznego wzrostu gospodarczego, zgodnie z prognozami to jest 3,1 proc. w tym roku, 3,4 proc. w przyszłym – prognozuje Mirowski.

Firmy pożyczkowe boją się nadużyć przy ogłaszaniu upadłości konsumenckiej. Jej koszty spadną na klientów

Nawet 1 mln osób może skorzystać z łagodniejszych warunków ogłoszenia upadłości konsumenckiej. Instytucje finansowe obawiają się, że Sejm, chcąc ułatwić zadłużonym „nowy start”, obciąża pożyczkodawców zbyt dużymi kosztami upadłości. Ich argumentację podzielił częściowo Senat, który podkreślił znaczenie ochrony interesów wierzycieli. Zanim ustawa trafi do prezydenta, o losie poprawek Senatu zdecyduje Sejm.

– Boimy się jako branża bardzo dużej liczby realizacji przepisów i umożliwienie wystąpienia o upadłość również tym pożyczkobiorcom, którzy nadmiernie się zadłużają w sposób świadomy i nie potrafią dobrze zarządzać majątkiem. Obawiamy się jednocześnie obciążenia pożyczkobiorców kosztami niespłaconych pożyczek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Tokarek, prezes zarządu SMS Kredyt Holding.

Senat przychylił się do części uwag ze strony branży finansowej i 24 lipca br. wprowadził osiem poprawek do ustawy o zmianie ustawy Prawo upadłościowe i naprawcze, ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych. Najważniejsza zmiana z punktu widzenia instytucji finansowych dotyczy art. 1. W uzasadnieniu do poprawek senatorzy zwrócili uwagę na to, że cel ustawodawcy w postaci umożliwienia konsumentom „nowego startu” nie może naruszać interesów wierzycieli. Ich zdaniem proces upadłościowy musi prowadzić do zaspokojenia roszczeń wierzycieli w jak najwyższym stopniu, o ile jest to możliwe.

To dookreślenie celu postępowania upadłościowego może zmniejszyć krąg potencjalnych beneficjentów ustawy, pod warunkiem, że Sejm nie odrzuci poprawek Senatu. W przeciwnym wypadku nawet milion osób mogłoby dokonać restrukturyzacji zadłużenia ocenia prezes SMS Kredyt Holding.

Dzisiaj mamy ponad 2 mln osób, które widnieją w biurach informacji gospodarczej. Zakładam, że około połowa z nich miałaby szansę skorzystać z upadłości konsumenckiej i w najbardziej skrajnym wypadku zakładam, że to mogłoby być nawet milion polskich rodzin, które zgłosiłyby upadłość przy tak liberalnych przepisach – ocenia Tokarek.

Obawy branży finansowej dotyczą tego, jak w praktyce sądy będą stosowały przepisy znowelizowanej ustawy. W myśl nowych regulacji upadłość konsumencką będzie mógł ogłosić każdy, kto nie jest przedsiębiorcą i nie doprowadził do stanu niewypłacalności poprzez umyślną winę lub rażące niedbalstwo. Według krytyków takie warunki tworzą sporą przestrzeń do arbitralnych decyzji sądów. Co więcej, zwracają oni uwagę na to, że przeprowadzenie upadłości według sejmowej wersji ustawy nie pozwoliłoby już zaspokoić roszczeń poprzez zwykłe postępowanie komornicze.

Byłyby to pożyczki, których nigdy byśmy nie odzyskali. Zresztą nie dotyczy to tylko firm pożyczkowych. Taki sam problem miałyby banki, dostawcy mediów i wszystkie instytucje, które świadczą usługi z odroczoną płatnością względem osób fizycznych – uważa Marcin Tokarek.

Prawdopodobnym skutkiem nadmiernego obciążenia wierzycieli upadłością konsumenta jest wzrost cen usług, jakie świadczą firmy. To oznacza, że za większe bezpieczeństwo części klientów banków czy firm pożyczkowych zapłacą klienci, którzy nie mają problemu z regulowaniem zobowiązań lub dopiero planują wzięcie kredytu lub pożyczki.

– Firmy pożyczkowe, banki, dostawcy mediów i firmy świadczące usługi na rzecz konsumentów prowadzą komercyjny biznes i koszty zobowiązań, których nie zapłacą niesolidni, będą doliczane do opłat tych, którzy płacą, w sposób świadomy zarządzając swoim majątkiem i regularnie spłacają zobowiązania – przekonuje prezes SMS Kredyt Holding.

Z drugiej strony nie brakuje opinii, że bardziej liberalne przepisy dotyczące upadłości konsumenckiej skłonią instytucje finansowe do ostrożniejszego badania zdolności kredytowej swoich klientów. Podstawowym powodem nowelizacji jest jednak to, że ustawa w dotychczasowym kształcie nie była praktycznie wykorzystywana, bo zawierała zbyt rygorystyczne wymogi. To utrudniało i wciąż utrudnia wielu osobom restrukturyzację zadłużenia, przez co widnieją one w rejestrach dłużników.

Zdaniem prezesa SMS Kredyt Holding duża część z ponad 2 tys. wniosków o upadłość konsumencką w ostatnich latach była odrzucana z przyczyn formalnych. Dlatego działania legislacyjne powinny pójść w kierunku uproszczenia samej procedury, ewentualnie doposażenia organizacji konsumenckich w narzędzia, które pozwalałyby wspierać pożyczkobiorców, jak i dłużników innych firm w składaniu tych wniosków.

Czasami jest tak, że to nie błędne prawo powoduje jego niestosowanie, tylko brak narzędzi, które pomogłyby tym osobom, które dziś mogą korzystać z upadłości, w złożeniu prawidłowego wniosku i przeprowadzeniu całego procesu upadłości – uważa Tokarek.

Wskazuje także kilka pozytywnych punktów, jakie zawiera nowe prawo. Postępowanie sądowe stanie się prostsze i szybsze, bo będzie prowadzone przez jednego sędziego, spadną też opłaty sądowe z 200 zł do 30 zł.

Rynek przelewów natychmiastowych rośnie w tempie dwucyfrowym. Polska w czołówce światowej

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej korzystają z przelewów natychmiastowych. Choć wartość wszystkich zrealizowanych przelewów tego typu była w I kwartale 2014 blisko 1000 razy mniejsza niż tradycyjnych, to rynek rośnie w tempie dwucyfrowym. Atrakcyjność usługi wynika z tego, że klienci nie muszą czekać do następnego dnia roboczego na realizację przelewu. To pozwala lepiej zarządzać środkami na koncie zarówno konsumentom, jak i firmom.

Według danych na koniec czerwca 2014 roku, w tym półroczu przetworzyliśmy 750 tys. przelewów natychmiastowych, czyli prawie dwa razy więcej niż w analogicznym okresie zeszłego roku. Jeżeli weźmiemy pod uwagę całość rynku przelewów natychmiastowych od początku istnienia ich w Polsce, to nasz system płatności przetworzył blisko 75 proc. wszystkich przelewów natychmiastowych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sebastian Ptak, członek zarządu Blue Media SA, operator Systemu Płatności BlueCash (SPBC) do wykonywania szybkich przelewów międzybankowych.

W maju w ramach SPBC wykonano 134 tysiące takich przelewów. Drugi operator systemów przelewów natychmiastowych, czyli Krajowa Izba Rozliczeniowa, w ramach Express ELIXIR rozliczył 70 tys. transakcji, trzy razy więcej niż przed rokiem. Z miesiąca na miesiąc rośnie nie tylko liczba, lecz także wartość transakcji.

Przelewy natychmiastowe stają się coraz popularniejszą usługą, bo pozwalają dokonać płatności na rachunki innych banków w czasie kilkunastu sekund. Ptak wyjaśnia, że 99 proc. takich przelewów przechodzi w czasie poniżej 12 sekund. Dodaje, że sama operacja nie jest bardziej skomplikowana niż w przypadku tradycyjnego przelewu poprzez system ELIXIR, klienci nie muszą obawiać się o bezpieczeństwo, bo system rozliczeniowy BlueCash jest nadzorowany przez Narodowy Bank Polski.

Tradycyjny przelew rozliczany w systemie ELIXIR może zostać zaksięgowany na koncie odbiorcy dopiero następnego dnia. To, czy uda się przelać pieniądze do innego banku w tym samym dniu roboczym, zależy od godziny, w jakiej przelew zostały zlecony. W zależności od banku ostatnie sesje wychodzące dla przelewów są przeważnie w godzinach 16-18. To oznacza, że jeśli klient wystawi polecenie przelewu w piątek o godz. 20, to pieniądze znajdą się na koncie odbiorcy dopiero w poniedziałek.

Ta niedogodność jest jedną z przyczyn tak dynamicznego rozwoju rynku szybkich przelewów. Dane NBP za I kwartał 2014 r. pokazują, że 36,3 proc. przelewów w systemie BlueCash zlecono między godz. 16 a 24. Ponadto najwięcej zleceń rozliczono w piątki (20,4 proc.) i w poniedziałki (19,9 proc.). W przypadku pozostałych dni roboczych, udział wahał się między 16 a 17 proc.

Średnia kwota przelewu natychmiastowego to jest około 750-800 zł, co pokazuje, że jest to przede wszystkim narzędzie do przekazywania środków w sytuacjach awaryjnych, kiedy potrzebujemy szybko zapłacić za wakacje, za ratę kredytu – wymienia Ptak.

Przelewy natychmiastowe są użyteczne także z punktu widzenia przedsiębiorców, którzy muszą dotrzymywać terminów wobec kontrahentów, urzędów czy dostawców usług. Dzięki temu możliwość płacenia w czasie rzeczywistym pomaga małym podmiotom w zarządzaniu płynnością finansową. Dalszy rozwój rynku płatności natychmiastowych może być także korzystny z punktu widzenia sklepów internetowych. Część klientów wciąż wybiera tradycyjne sklepy m.in. z tego względu, że większość sklepów w internecie zaczyna wysyłać zamówienie dopiero po zaksięgowaniu środków.

Jest to usługa, którą banki oferują swoim klientom jako usługę premium. Całkowita wartość zleceń w systemach przelewów natychmiastowych w Polsce była niższa niż 1 mld zł w I kwartale 2014 r. – wynika z danych NBP. W tym samym okresie wartość tradycyjnych przelewów rozliczanych poprzez ELIXIR wyniosła 955 mld zł.

To jest jak porównywanie liczby sprzedanych Porsche z liczbą sprzedanych rowerów. Jedno i drugie służy do przemieszczania się, natomiast różnica jest ewidentna. Płatności natychmiastowe będą usługą premium, ponieważ one wymagają większych nakładów ze strony banków, większego nadzoru bezpieczeństwa i mają być wykorzystywane głównie w sytuacjach awaryjnych. Tak zapewne będzie jeszcze przez kilka lat – przewiduje członek zarządu Blue Media.

Dane banku centralnego pokazują jednak, że rynek przelewów natychmiastowych dynamicznie rozwijał się w ostatnim roku, podczas gdy przelewów tradycyjnych – skurczył się.W I kwartale 2014 r. wartość transakcji rozliczonych poprzez BlueCash była wyższa o 11,5 proc. w porównaniu z analogicznym okresem sprzed roku. W tym samym czasie wartość przelewów rozliczonych w ramach ELIXIR wzrosła o 4,7 proc. (z 9 11 942,1 mln zł do 955 364,9 mln zł )

Analizując dane historyczne, możemy stwierdzić stałą tendencję wzrostową i jesteśmy w stanie określić, ile tych przelewów natychmiastowych będzie realizowanych przez nasz system. Dzisiaj prognozujemy, że do końca tego roku przetworzymy 2,5 mln transakcji, do końca 2015 roku prawdopodobnie 5 mln transakcji, co pokazuje, że choć jest to usługa premium, to dynamika wzrostu jest bardzo duża – uważa Ptak.

Koszty tej usługi zależą zarówno od banku, jak i kwoty przelewu. W przypadku przelewu o wielkości kilkuset złotych zazwyczaj zamykają się w kwocie do 10 zł.

Również na świecie nie jest to jeszcze rozpowszechniona usługa. Jedynie w 16 krajach można zlecać przelewy natychmiastowe, a są one wciąż niedostępne m.in. w Stanach Zjednoczonych. Ciekawostką jest to, że w 2008 r. Polska wraz z Wielką Brytanią była pierwszym krajem, gdzie wdrożono rozwiązania pozwalające realizować przelewy natychmiastowe. To efekt sprawnego nadzoru nad rynkiem finansowym ze strony KNF i NBP oraz tzw. premii za opóźnienie.

Banki działają w bardzo bezpiecznym środowisku, które jednocześnie umożliwia im inwestowanie w innowacje. W Stanach Zjednoczonych nie ma takiego systemu, nie jest on tak rozwinięty, cały czas jest oparty o bardzo popularne czeki i karty kredytowe. W Polsce nastąpiła tzw. premia za opóźnienie. My wdrażaliśmy systemy bankowe wtedy, kiedy inne kraje miały już za sobą problemy związane z pierwszymi wdrożeniami, więc od razu mamy dostęp do gotowych biznesowo rozwiązań – tłumaczy Ptak.

Parytety uwolnią przedsiębiorczość polskich kobiet

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Gospodarki zachęca polskie firmy do zatrudniania większej liczby kobiet w radach nadzorczych. Urzędnicy proponują wprowadzenie parytetów, które mają obowiązywać w UE od 2020 r. Państwa członkowskie zobowiązały się, że w radach nadzorczych spółek publicznych będzie co najmniej 40 proc. kobiet. Obecnie w Polsce jest ich cztery razy mniej, przez co traci cała gospodarka – przekonują zwolennicy parytetów.

Obiema rękami podpisuję się pod tym pomysłem, jako że sama uczestniczyłam swego czasu w tworzeniu takiej rządowej akcji zachęcającej kobiety, by były bardziej aktywne w życiu publicznym. Polki są niezwykle przedsiębiorcze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Beata Stelmach, prezes zarządu General Electric w Polsce i krajach nadbałtyckich.

Kobiety stanowią zaledwie 10 proc. zatrudnionych w radach nadzorczych polskich firm – wynika z danych Komisji Europejskiej. Średnia dla 28 państw UE wynosi 17,6 proc., a celem Brukseli jest osiągniecie poziomu 40 proc. w 2020 r. Problem dostrzegło Ministerstwo Gospodarki, które stara się przekonać biznes do akceptacji parytetów.

Według zwolenników wprowadzania kwot i parytetów firmy dbające o większą różnorodność na stanowiskach kierowniczych (w tym odpowiedni udział kobiet) osiągają przeciętnie lepsze wyniki finansowe. Obok zapewnienia równowagi płci w ramach zarządzania różnorodnością, firma tworzy środowisko, które umożliwia zatrudnianie i rozwój pracowników z różnych grup wiekowych, o różnym pochodzeniu, odmiennej sytuacji rodzinnej itp. Oparte jest na założeniu, że większa różnorodność zwiększa efektywność działania i trafność podejmowania decyzji wewnątrz organizacji, ponieważ rośnie szansa uwzględnienia różnych punktów widzenia.

Zarządzanie różnorodnością nie jest jeszcze powszechną praktyką w polskich firmach. Jak wynika z Barometru Różnorodności za 2013 r. publikowanego przez PKPP „Lewiatan”, jedynie 21 proc. polskich przedsiębiorstw stosuje pewne rozwiązania z zakresu zarządzania różnorodnością w miejscu pracy. Częściej robią to duże firmy (28 proc.) niż te średniej wielkości (20 proc.). W przypadku 17 proc. ankietowanych podmiotów elementy strategii zarządzania różnorodnością były ujęte w kodeksie etyki lub w innych dokumentach strategicznych. Odrębny dokument będący strategią zarządzania różnorodnością ma zaledwie 2 proc. firm – wynika z badania PKPP „Lewiatan”.

Jeśli popatrzymy na zaangażowanie i udział kobiet w większych korporacjach na najwyższych stanowiskach, to jest ich zdecydowanie mniej i dominują mężczyźni. Z czegoś ten problem się bierze. I to nie dotyczy tylko Polski – uważa Stelmach.

Równa liczba kobiet i mężczyzn na stanowiskach kierowniczych to rzadkość w polskich firmach. Według Barometru Różnorodności, w 2013 r. było ich zaledwie 8 proc. W 82 proc. przebadanych przedsiębiorstw dominowali mężczyźni, a w co dziesiątym – kobiety. Jednocześnie zaledwie 7 proc. firm odpowiedziało, że prowadzi monitoring wynagrodzeń kobiet i mężczyzn. To samo zjawisko – choć w różnym natężeniu – występuje praktycznie we wszystkich krajach UE, dlatego Komisja Europejska zdecydowała się uregulować problem na poziomie wspólnotowym.

W Unii Europejskiej powstała inicjatywa i za chwilę będziemy wdrażać w życie dyrektywę, która zachęca kraje członkowskie do tego, by zapraszano kobiety do rad nadzorczych spółek publicznych – mówi prezes General Electric w Polsce i krajach nadbałtyckich.

Według dyrektywy KE państwa członkowskie mają możliwość wyboru środków, dzięki którym będą egzekwować przestrzeganie kwoty 40 proc. Wśród możliwych sankcji wymienia się m.in. kary administracyjne, wykluczenie z przetargów publicznych czy pozbawienie pomocy publicznej.

Przyjęcie regulacji ws. kobiet w radach nadzorczych prywatnych spółek wywołało protesty kilku państw, m.in. Wielkiej Brytanii i Szwecji. Krytycy wskazują, że odgórne ustalanie parytetów nadmiernie ingeruje w wolność gospodarczą, w tym prawo własności i autonomię spółek. Część obaw dotyczyła także negatywnego wpływu tej regulacji na małe i średnie spółki, ale KE zdecydowała już, że dyrektywa nie obejmie spółek zatrudniających poniżej 250 osób lub osiągających dochód poniżej 50 mln euro.

Inicjatywa Ministerstwa Gospodarki i szereg innych inicjatyw ze strony organizacji pozarządowych jest w tym samym nurcie, co debata publiczna w Unii Europejskiej, by zachęcić kobiety, ale jednocześnie wytłumaczyć mężczyznom, że to nic strasznego, jeżeli kobiet będzie więcej – ocenia Beata Stelmach.

Polacy zwiększają wydatki na naturalne i zdrowe soki

CEO Magazyn Polska

Rynek soków, nektarów i napojów jest dziś wart 3,5 mld zł i względnie stabilnie się rozwija. W ostatnim czasie zmieniła się jednak jego struktura – w okresie od czerwca 2013 roku do maja br. o ponad 15 proc. wzrosła kategoria soków. Polacy coraz częściej sięgają po naturalne soki, które zastępują im jedną porcję owoców.

Polacy będą sięgali po soki, napoje i nektary z prostego powodu: jest to ekwiwalent jednej porcji owoców. Jeżeli chcemy utrzymać dietę, w której powinno być co najmniej pięć porcji owoców lub warzyw, soki są dobrym wyborem – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Dariusz Badełek, kierownik marki DrWitt w Agros-Nova.

Rynek soków, nektarów i napojów w Polsce jest wart obecnie ok. 3,5 mld zł i w ostatnich latach ma niewielką dynamikę wzrostu. W okresie od kwietnia 2013 r. do marca 2014 r. konsumpcja napojów tych kategorii wyniosła 960 mln litrów. To oznacza, że sprzedaż mierzona wartościowo wzrosła o 1,5 proc, a ilościowo – 0,5 proc. w porównaniu z tym okresem w poprzednich latach – wynika z badań GfK Polonia. Wzrost wartości sprzedaży napojów była spowodowany tym, że konsumenci częściej wybierali tę kategorię produktów (wzrost o 2 proc.), a także tym, że wzrosły ich ceny (o 1 proc.).

W ostatnim czasie zmieniła się także struktura rynku. Z danych firmy Nielsen wynika, że w okresie od czerwca 2013 roku do maja 2014 segment soków urósł wartościowo o 15,4 proc. (w ujęciu rocznym). W tym  samym czasie segment nektarów spadł o 5,7 proc., a napoje utrzymały stabilna pozycję (spadek o 1,5 proc.).

Dariusz Badełek spodziewa się, że te trendy się utrzymają, ponieważ konsumenci będą chętniej kupowali zdrowsze produkty.

Przewidujemy rozwój kategorii soków, nektarów, napojów niegazowanych. Nie będzie to rozwój wyłącznie podstawowego portfela, lecz przede wszystkim w zakresie produktów specyficznych dla konsumenta. Mam tutaj na myśli nie tylko produkty o charakterze prozdrowotnym, lecz także nowości produktowe, które możemy rozwijać zarówno w ofercie stałej, jak i czasowej – przewiduje kierownik marki DrWitt w Agros-Nova.

Ponad połowę rynku w kategorii ilościowej stanowią napoje owocowe. W badanym okresie przeciętne gospodarstwo domowe sięgało po nie 24 razy. Nie zmieniła się przy tym penetracja całego rynku napojów bezalkoholowych, czyli odsetek osób, które przynajmniej raz kupiły sok, nektar lub napój niegazowany. W okresie od kwietnia 2013 do marca 2014 wyniosła ona 97 proc, co oznacza, że rynek obejmował 13,1 mln gospodarstw domowych w Polsce.

Choć Polacy są wciąż mocno przywiązani do klasycznych soków jabłkowych i pomarańczowych, to coraz więcej osób poszukuje nowości lub przynajmniej innych odmian tych owoców.

Coraz częściej konsumenci sięgają po jabłka gatunkowe bądź po pomarańczę, która dzięki dodatkom funkcjonalnym staje się powoli żywnością prozdrowotną, co ważne, o potwierdzonym wpływie na organizm – uważa Badełek.

W sytuacji wolno rosnącego rynku szansą na zwiększenie przychodów dla producentów – obok zmian asortymentu – są także produkty specjalne, oferowane przez ograniczony czas.

– To mogą być nowe smaki, które dla polskich konsumentów dotychczas były nieznane. W 2014 roku były to na przykład smaki powiązane z Brazylią i tym, co działo się wokół piłkarskich mistrzostw świata. W przyszłym roku będą kolejne okazje do rozwijania dodatkowej konsumpcji – uważa Dariusz Badełek.

W dłuższym okresie dla producentów ważniejszy będzie jednak rozwój produktów w segmencie prozdrowotnym. Z tego powodu starają się oni propagować zdrowe nawyki żywieniowe oraz aktywność fizyczną. Przykładem jest kampania Agros-Nova w ramach akcji „Rusz się po zdrowie”.

Przez ponad pół roku propagowaliśmy zdrowy tryb życia, korzystne dla zdrowia Polek zachowania. Akcję uruchomiliśmy w listopadzie zeszłego roku i aż do połowy tego roku podawaliśmy Polkom szereg porad prozdrowotnych – mówi Badełek.

Według kierownika marki DrWitt w Agros-Nova konsumenci będą coraz częściej postrzegać soki jak produkty, które mają nie tylko walory smakowe, lecz także prozdrowotne. Dariusz Badełek sądzi, że będzie wzrastało przekonanie, że soki nie tylko służą gaszeniu pragnienia, lecz także są istotną częścią diety.

Jazda motocyklami będzie możliwa bez specjalnego prawa jazdy

0

CEO Magazyn Polska

Od 24 sierpnia kierowcy posiadający od minimum trzech lat prawo jazdy kategorii B będą mogli legalnie poruszać się motocyklami o pojemności silnika do 125 cm sześc. Nowe przepisy dotyczące uprawnień do prowadzenia jednośladów mogą wpłynąć na poziom sprzedaży. Sprzedawcy motocykli spodziewają się, że małe skutery stracą popularność na rzecz jednośladów wyposażonych w silniki właśnie o pojemności 125 cm sześc.

Dilerzy jednośladów pozytywnie odnoszą się do tych zmian i liczą na większą sprzedaż. Równocześnie jednak spodziewają się spadku popularności skuterów o pojemności do 50 cm sześc., którymi już teraz można poruszać się po drogach bez konieczności posiadania uprawnień.

Oceniamy, że zasadność zakupienia „pięćdziesiątek” zniknie, klienci będą raczej wybierać pojazdy z silnikami o pojemności 125 cm sześc. – uważa Jakub Rymkiewicz, dyrektor działu motocykli Honda Poland. – Pojazdy obu kategorii dostępne są w porównywalnych cenach, podobny jest też poziom zużycia paliwa, a większe motory oferują oczywiście lepszą dynamikę jazdy.

Grupa potencjalnych klientów na motory 125 cm sześc. jest duża. Mieszczą się w niej niemal wszystkie osoby, które posiadają samochód osobowy.

– Poruszanie się autem po dużych miastach jest coraz bardziej uciążliwe – mówi Jakub Rymkiewicz. – Kierowcy spędzają mnóstwo czasu w korkach, a skuterem lub małym motocyklem można dojechać z jednego końca miasta na drugi bardzo szybko, nawet w trakcie największego ruchu. Ich popularność, szczególnie w świetle nowych przepisów, będzie więc rosła.

Zmiany w przepisach powinny wpłynąć też pozytywnie na bezpieczeństwo na drogach. Specjaliści oceniają, że poruszanie się pojazdem o pojemności 125 cm sześć. jest bezpieczniejsze niż małymi skuterami.

– Skuter z jednostką 50-centymetrową jest stosunkowo wolny – tłumaczy Rymkiewicz. – To stwarza problemy na przykład podczas ruszania spod świateł. Taki pojazd często nie jest w stanie utrzymać tempa wyznaczanego przez samochody i bywa traktowany jako przeszkoda na drodze. W przypadku nieco większych, a więc dynamiczniejszych jednośladów, tego problemu nie ma. 

Producenci i dystrybutorzy jednośladów liczą, że nowe przepisy wpłyną pozytywnie na rynek i przyczynią się do ogólnego wzrostu sprzedaży. Bieżący rok jest dla branży stosunkowo udany, wciąż jednak motocykl traktowany jest w Polsce w dużej mierze jako dobro luksusowe.

 Ten rok jest specyficzny, bo zima była bardzo krótka i sprzedaż energicznie ruszyła od pierwszych miesięcy – mówi Jakub Rymkiewicz. – Później sytuacja się ustabilizowała. Biorąc jednak pod uwagę wielkość populacji w naszym kraju, popularność motocykli wciąż jest niewielka.

Głównymi klientami salonów są osoby w średnim wieku, które kupując motocykl, realizują niespełnione marzenia z młodości. Drugą grupę stanowią osoby szukające skuterów do szybkiej komunikacji w mieście lub poruszania się rekreacyjnego.

– Polskim rynkiem jednośladów rządzi sezonowość – mówi przedstawiciel Honda Poland. – Im wcześniej sezon się zacznie, tym wyższa sprzedaż. Średnio większy ruch w salonach zaczyna się w marcu i kwietniu, by osiągnąć szczyt w lipcu i sierpniu. Później kupujących przyciągają już głównie promocje.

Sposobem na przyciągnięcie uwagi kierowców mają być częste zmiany w ofercie. Honda w tym roku zaproponowała kilkanaście nowości. Był to m.in. nowy model PCX 125, nowe SH Mode, w ubiegłym roku pojawił się natomiast MSX. Kolejne modele mają być zaprezentowane podczas jesiennej wystawy w Mediolanie.

Kolejne miliony dla młodych naukowców na realizację badań

Leszek Grabarczyk, zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju
Leszek Grabarczyk, zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju

Znani są laureaci piątej edycji programu Lider, prowadzonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. 36 młodych naukowców otrzyma w sumie 40 mln złotych na realizację swoich projektów. To będą ich debiuty jako samodzielnych kierowników projektów, a wyniki ich badań mają być potem wdrożone w gospodarce. NCBR do ten pory rozdysponował już 184 mln zł wśród 178 uczestników.

– Dzięki temu programowi młodzi naukowcy mają szansę, żeby po raz pierwszy w swoim życiu zawodowym realizować duże przedsięwzięcie badawcze ułożone według własnego planu, własnych ocen tego, jaka linia tematyczna jest przyszłością w nauce – tłumaczy Leszek Grabarczyk, zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Lena Kolarska-Bobińska podkreśla, że program Lider ma przyciągnąć młodych naukowców, którzy zbliżają naukę do przemysłu, mają pomysł na dobry projekt naukowy i wiedzą, jak wyniki ich badań praktycznie wykorzystać.

– Ich przykład może też oddziaływać na innych: zachęcać do podejmowania inicjatyw, których celem jest wykorzystanie wyników badań naukowych w gospodarce. Innowacyjne mogą być bowiem nie tylko produkty i wynalazki, lecz także postawy i zachowania – mówi prof. Lena Kolarska-Bobińska.

W piątej edycji programu, której uczestnicy zostali właśnie wyłonieni, bezzwrotne granty przyznano 36 naukowcom na łączną kwotę ok. 40 mln zł. Maksymalna wartość projektu to 1,2 mln zł.

– NCBR w ten sposób chce dać szansę młodym naukowcom po pierwsze na zrealizowanie ambitnego planu badawczego, a po drugie na sprawdzenie się w roli menadżera – mówi Grabarczyk.

Uczestnicy programu mają szanse na to, by być kierownikiem własnego projektu badawczego, rekrutować do niego współpracowników, ustalać jego budżet i etapy realizacji. To bardzo ważne umiejętności i w przeszłości niełatwo było przekonać komisję do tego, że jest się właściwą osobą do realizacji takiego zadania.

– Procedura, w wyniku której wyselekcjonowaliśmy zwycięzców, jest bardzo rygorystyczna i wymagająca zaproponowania czegoś o naprawdę dużej jakości – zauważa zastępca dyrektora NCBR. – Ale oprócz tego wymagająca i odporności fizycznej, i odwagi, żeby po raz pierwszy przed komisją złożoną ze znakomitych polskich naukowców stanąć i obronić: po pierwsze swój pomysł na projekt badawczy od strony naukowej, po drugie obronić siebie jako tego, który będzie w stanie dobrze zarządzić tym projektem i ma kompetencje osobowe, charakterologiczne, żeby taki projekt zrealizować.

W wyniku postępowania kwalifikacyjnego wyłoniono naukowców ze wszystkich dziedzin – technicznych, przyrodniczych i szeroko pojętej nauki o życiu – wylicza rozmówca Newserii Biznes.

Zainteresowanie programem jest duże – wpłynęło 240 wniosków, z których ze względów formalnych odrzucono 11, a dofinansowanie otrzymał co szósty projekt.

Polacy wolą krajowe owoce, nawet jeśli muszą zapłacić za nie więcej

CEO Magazyn Polska

Polacy bardziej cenią owoce krajowe niż z importu. Wybierają je ze względu na niższe ceny i walory smakowe. Sięgaliby po nie również wtedy, gdyby musieli płacić więcej. Z tego powodu polscy sadownicy nie obawiają się konkurencji z zagranicy.

Gust konsumentów zmienia się cyklicznie. Obserwujemy to na przykładzie truskawek. Kiedyś konsumenci byli zachwyceni importowanymi, ale dzisiaj uważają, że krajowe mają zdecydowanie lepszy smak. Często są w stanie zapłacić za nie nawet wyższą cenę. Podobnie jest z malinami i czereśniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP.

Najbardziej widać to jednak na przykładzie jabłek. Mirosław Maliszewski podkreśla, że wybory konsumentów sprawiły, że nie ma dużych dostaw tych owoców z zagranicy na rynek polski.

Polacy najczęściej wybierają jabłka krajowe – mówi prezes Związku Sadowników RP. – Są najtańsze, najlepsze i najsmaczniejsze – tak wynika z ankiet, które prowadzimy wśród konsumentów zarówno polskich, jak i zewnętrznych. Ładnie wyglądają i pachną, a do tego są relatywnie tanie.

Polskie jabłka wybierają nie tylko Polacy. W sezonie 2012/2013 eksport jabłek wyniósł 1,2 mln ton. Według danych GUS w I kwartale br. sadownicy sprzedali za granicę 374 tys. ton jabłek, czyli o 20 proc. mniej niż przed rokiem (468 tys. ton). Największym odbiorcą tych owoców pozostaje Rosja, mimo że na rosyjski rynek trafiło o jedną trzecią owoców mniej. Sytuacja może się jeszcze pogorszyć, ponieważ rosyjska inspekcja Rossielchoznadzor poinformowała o wprowadzeniu tymczasowego embarga na import polskich owoców i warzyw od 1 sierpnia br.

Sprzedajemy za granicę nieraz nawet ponad 1 mln ton, a kupujemy około 100 tys. ton – tłumaczy Mirosław Maliszewski.

Producenci owoców chcą jeszcze mocniej promować krajowe produkty na polskim rynku.

Akcje promocyjne kierujemy szczególnie do młodych ludzi, aby wyrobić w nich nawyki zdrowego odżywiania. Mamy nadzieję, że kiedy dorosną, częściej będą wybierać do swojego koszyka zakupowego owoce i warzywa – mówi prezes Związku Sadowników RP.

Według zaleceń Instytut Żywności i Żywienia warzywa i owoce powinny wchodzić w skład codziennej diety, ponieważ są źródłem cennych witamin, zwłaszcza witaminy C oraz beta-karotenu. Ponadto dostarczają znacznych ilości wapnia, potasu, magnezu i sodu oraz kwasu foliowego, a zawarty w nich błonnik pokarmowy ma zdolność regulowania pracy przewodu pokarmowego, zapobiega zaparciom i korzystnie wpływa na stężenie cholesterolu oraz glukozy we krwi.

Rekordowe wyniki finansowe Grupy IPF (właściciel Provident Polska)

Grupa International Personal Finance, właściciel Provident Polska, w ciągu pierwszych 6 miesięcy 2014 roku osiągnął zysk przed opodatkowaniem na poziomie ok. 246,8 mln PLN (47,1 mln GBP). Jest to rekordowy, 11% wzrost. Zysk polskiej spółki wyniósł ok. 148,2 mln PLN (28,5 mln GBP) i wzrósł o ok. 28 mln PLN (5,4 mln GBP), w stosunku do roku ubiegłego.

Polski Provident osiągnął znaczny wzrost wartości udzielonych pożyczek i przychodów, a dzięki dalszemu obniżeniu wskaźnika kosztów do dochodów spółka zwiększyła zysk przed opodatkowaniem o 23% do ok. 148,2 mln PLN (28,5 mln GBP). Wynika to z wyraźnego wzrostu zysku bazowego o ok. 44,2 mln PLN (8,5 mln GBP) przed uwzględnieniem dodatkowych inwestycji na Litwie w kwocie ok. 10,92 mln PLN (2,1 mln GBP) i niekorzystnego wpływu kursów walutowych, który wyniósł ok. 5,2 mln PLN (1,0 mln GBP).

Pomimo dynamicznie zmieniającego się otoczenia, polska spółka osiągnęła wzrost liczby klientów o 3%, do 853 tysięcy oraz przyrost wartości udzielonych pożyczek o 10%. Zarówno średni stan należności netto, jak i przychody wzrosły o 15%, wskaźnik utraty wartości należności od klientów jako procent przychodów w ujęciu rocznym pozostał natomiast w założonym przedziale na poziomie 29,7%.

Robimy duże postępy biznesowe, a nasza strategia nadal przynosi silny wzrost przychodów i zysków – skomentował Gerard Ryan, Dyrektor Zarządzający IPF. Mam również przyjemność ogłosić, że wchodzimy na rynek hiszpański, który otwiera nowe możliwości znaczącego zwiększenia skali naszej działalności w Europie. Na wielu rynkach zwiększyły się wymogi regulacyjne i nasiliła się konkurencja, ale jesteśmy przekonani, że będziemy nadal rosnąć i zwiększać stopę zwrotu dla naszych akcjonariuszy. – dodał Ryan.

W pierwszej połowie 2014 r. Provident Polska skupił się również na dalszym rozszerzaniu działalności na Litwie, gdzie liczba klientów zwiększyła się do 3 700, a liczba przedstawicieli do około 150.

W drugiej połowie roku firma planuje osiągnąć dalsze wzrosty w Polsce i na Litwie, inwestując więcej w marketing i zachęty oraz zyskując ogólnokrajowy zasięg na Litwie.

W II kwartale 2014 r. mBank zarobił 324,8 mln zł netto, co oznacza wzrost o niemal 47 mln zł w skali roku

Każdy kolejny miesiąc potwierdza, że strategia oparta na organicznym rozwoju biznesu przynosi doskonałe rezultaty. Bank wypracował w II kwartale miliard złotych przychodów i 325 mln zł zysku netto, niemal 17 proc. więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku – mówi Cezary Stypułkowski, prezes mBanku. Pomimo środowiska niskich stóp procentowych wynik z tytułu odsetek w II kwartale wyniósł 617,2 mln zł, podczas gdy w pierwszych trzech miesiącach roku było to 591 mln. Z kolei w skali roku wzrost wynosi ponad 12 proc. Stopniowej poprawie ulega również wynik z tytułu opłat i prowizji. W II kwartale 2014 r. wyniósł on 243,7 mln zł, podczas gdy w analogicznym okresie roku ubiegłego było to 209,3 mln zł.

– Dodatkowe powody do zadowolenia z pewnością przynosi akcjonariuszom niski współczynnik kosztów do dochodów, który po pierwszej połowie 2014 r. wyniósł 44,7 proc. Plasuje to mBank w ścisłej czołówce najbardziej efektywnych instytucji finansowych – mówi Cezary Stypułkowski.

mBank nieustannie zwiększa również liczbę obsługiwanych klientów, zarówno detalicznych (wzrost w II kwartale o 62,8 tys. osób do 4,49 mln), jak i korporacyjnych (406 nowych firm zdecydowało się na współpracę z bankiem, a ich łączna liczba przekroczyła poziom 17 tys.).

Bank sprzedaje również coraz więcej kredytów. Portfel należności od klientów detalicznych na koniec II kwartału osiągnął wartość 39,6 mld zł, co oznacza wzrost o 1,8 proc. w porównaniu do stanu z końca marca. Największą dynamiką charakteryzuje się kategoria kredytów hipotecznych. W II kwartale bank sprzedał 863 mln zł „hipotek” (wzrost w skali roku o 76 proc.). Z kolei wartość kredytów korporacyjnych udzielonych przez mBank osiągnęła 27,9 mld zł (z wyłączeniem transakcji reverse repo/buy sell back), czyli o 3,5 proc. więcej niż w I kwartale.

Klienci coraz aktywniej korzystają z nowoczesnych form komunikacji z mBankiem. Po drugim kwartale z bankowości mobilnej korzystało już 775 tys. użytkowników. Ponadto już co 10 klient kontaktuje się z mBankiem za pośrednictwem Eksperta online.

Również tradycyjna sieć naziemna banku jest doskonale oceniana. W trzeciej edycji rankingu „Jakość na bank”, przygotowanego przez TNS Polska oraz Puls Biznesu, mBank po raz trzeci zajął pierwsze miejsce, wyraźnie deklasując konkurencję.

Program lojalnościowy – gra warta świeczki?

Firmy z przeróżnych branż bombardują swoich klientów rozmaitymi programami lojalnościowymi. Rzeczywiście, dobre tego rodzaju narzędzie jest świetnym sposobem budowania lojalności klientów. Niestety, wiele programów nie spełnia żadnej ze swoich podstawowych funkcji, nie są one bowiem ani skuteczne ani opłacalne, a błędy popełniane są już na etapie ich projektowania.

O tym, że utrzymanie stałego klienta wiąże się ze znacznie niższymi kosztami niż przyciągnięcie nowego, przekonuje zarówno teoria, jak i praktyka. Klienci lojalni to tacy, których konkurencja łatwo nie skusi. Są oni najlepszymi ambasadorami danego produktu czy usługi, a jednocześnie najlepszymi krytykami, przywiązani do wysokiej jakości preferowanej marki zauważą każdą zmianę, każdy szczegół – komentuje Katarzyna Kołodziejczyk, Key Account Manager GRUPA 365 NET. Co zatem zrobić aby zyskać lojalnych klientów? Sposobów jest oczywiście wiele, jednak podstawa to dobry produkt i doskonała obsługa. Świetnym elementem strategii może być też właśnie program lojalnościowy. Należy jednak pamiętać, że to przedsięwzięcie długookresowe, wymagające czasu i zaangażowania. By wysiłek nie poszedł na marne, należy zatem na wstępie rozważyć kilka kwestii.

Cel

Na wstępie należy dokładnie przeanalizować to, czy rzeczywiście program lojalnościowy jest firmie potrzebny, czy ją na to stać, a w końcu jakie chce się osiągnąć cele. Oczywiście ogólnie rzecz ujmując chodzi kreowanie satysfakcji klienta, która przełoży się na jego wierność danej marce. Należy jednak skupić się na dokładnym określeniu celów szczegółowych z uwzględnieniem rozmaitych kryteriów, zarówno o wymiernym, jak i niewymiernym charakterze.

Grupa docelowa

Kolejnym elementem jest identyfikacja grupy docelowej. Właściwie wykorzystanie posiadanej bazy klientów (przy zastosowaniu odpowiedniej segmentacji) może być strzałem w dziesiątkę. Konieczna jest bowiem znacząca indywidualizacja strumienia korzyści kierowanych do poszczególnych grup klientów, nie wszystkich w końcu zachęca dokładnie to samo.

Forma – wdrożenie – komunikacja

Znajomość klientów, koszyki korzyści skonstruowane w odniesieniu do grup konsumentów, model biznesowy firmy, budżet, cele i możliwe sposoby ich osiągnięcia – wszystko to ma znaczenie w procesie wyboru konkretnej formy programu. Wpływ na tą decyzję musi mieć również planowana komunikacja z klientami. Program lojalnościowy to w końcu przecież specyficzna forma platformy komunikacyjnej. Konkretna forma programu wymaga więc odpowiednich sposobów komunikacji i właściwych działań wdrożeniowych, bez nich nie może okazać się sukcesem nawet najlepszy model narzędzia promocji konsumenckiej.

Monitoring

Programy lojalnościowe, jak każde narzędzie tego rodzaju, wymagają bieżącej obserwacji, pomiaru wyników i wprowadzania koniecznych modyfikacji/ korekt. Ze względu na sporą dynamikę realizacji tego rodzaju projektu, której utrzymanie jest konieczne by był on czymś naprawdę wyjątkowym, konieczne jest stałe zaangażowanie. Praktyka pokaże co należy zmienić, co wycofać albo czym uzupełnić zabiegi dążące do budowy cennych relacji. Im jednak lepiej program zostanie zaprojektowany, tym większa szansa, że modyfikacje nie będą duże, a co za tym idzie nie pociągną za sobą dodatkowych kosztów.

Od samego początku warto, a nawet trzeba w realizowany projekt wdrożyć i zaangażować wszystkich pracowników firmy, przynajmniej na poziomie zmiany ich myślenia. Taka spójność zarówno z polityką wewnętrzną, jak i z całą realizowaną strategią marketingową stanowi podstawę sprostania wyzwaniu, a co za tym idzie osiągnięcia korzyści, które od początku były celem jego podjęcia.

Co czwarty Polak każdego roku spędza wakacje za granicą, z tego co drugi z gotówką

W maju br. na zlecenie Euronet Polska, niezależny instytut badawczy TNS przeprowadził badania dotyczące częstotliwości wyjazdów zagranicznych Polaków i związanych z nimi nawyków płatniczych. Ich wyniki pokazały, że niemal 50% osób wypoczywających za granicą zabiera ze sobą cały budżet wakacyjny w gotówce. Natomiast zdecydowana większość respondentów, bo aż 63% podczas wakacji za granicą w ogóle nie wypłaca pieniędzy ani z bankomatu, ani w lokalnej placówce banku.

Jak się okazuje, w portfelach zabieramy niebagatelne kwoty, przeciętnie jest to równowartość ok. 2250 zł, bez względu na to czy jest to urlop trwający tydzień czy dwa tygodnie. Przy wyjeździe dłuższym niż dwa tygodnie wartość zabieranej gotówki rośnie już do niemal 3200 zł. Co ciekawe, niezależnie od czasu trwania urlopu, 10% ankietowanych na zagraniczne wakacje zabiera w portfelu walutę o wartości nawet ponad 4000 zł!

– Polacy planują swoje wakacje również od strony finansowej. Dając możliwość wypłaty euro z naszych bankomatów wyszliśmy na przeciw potrzebom rynku oferując wygodę, szybkość i całodobową dostępność. Widząc ubiegłoroczne zainteresowanie klientów wypłatą euro w naszych bankomatach na terenie Warszawy, zdecydowaliśmy się na wdrożenie tej usługi w całej Polsce – powiedział Paweł Trocki, Dyrektor Sprzedaży Produktów Innowacyjnych w Euronet Polska.

Potwierdzeniem tych słów są wyniki badania, które pokazują, że jedynie 10% badanych w ogóle nie zabiera gotówki na urlop za granicę, decydując się na wypłaty z tamtejszych bankomatów lub realizację płatności bezgotówkowo. Ograniczoną skłonność do korzystania z bankomatów za granicą potwierdzają również wyniki porównawcze dla wakacji krajowych i zagranicznych. Polacy częściej korzystają z wypłat gotówki z bankomatu spędzając wakacje w kraju – 81%, rzadziej za granicą – 37%.

Co istotne, proces realizacji transakcji wypłaty euro w bankomatach Euronet przebiega analogicznie do wypłaty złotówek, z tą jedną różnicą, że wypłacający proszony jest o akceptację kursu, po którym realizuje wypłatę. Kurs po jakim można wypłacić euro z bankomatu Euronet, jest korzystny i atrakcyjniejszy od kursu wymiany oferowanego przez kantory. W jednej transakcji można wypłacić kwotę od 50 do 2000 euro.

Euronet oferuję usługę po jednolitym kursie w każdym z bankomatów. Informacja o bieżącym kursie, po jakim można wypłacić środki dostępna jest na ekranach bankomatów, w których usługa jest dostępna pod przyciskiem „Sprawdź kurs Euro”. Z usługi skorzystać może każdy, kto posiada kartę wydaną w Polsce do rachunku prowadzonego w PLN. Do dyspozycji klientów jest ponad 550 bankomatów w całej Polsce, w których dostępna jest usługa wypłaty euro. Urządzenia te są zazwyczaj zlokalizowane przy głównych arteriach komunikacyjnych w okolicach dworców kolejowych, autobusowych czy lotnisk.

Do czego potrzebna jest Polakom gotówka podczas wakacji za granicą? Najwięcej osób podczas zagranicznego urlopu wykorzystuje gotówkę podczas zakupów w sklepach (52%) oraz płacąc za posiłki w restauracjach lub innych punktach gastronomicznych (48%). Ważną pozycję w liczbie transakcji gotówkowych stanowią w 26% bilety wstępu do obiektów turystycznych, w 17% prezenty i upominki oraz opłaty za transport – 14%.

Badanie przeprowadzono przez TNS Polska na próbie 400 wywiadów telefonicznych wspomaganych komputerowo (CATI) na zlecenie Euronet Polska. Przebadana grupa to pełnoletni mieszkańcy miast liczących powyżej 200 tysięcy mieszkańców. Próba jest reprezentatywna ze względu na wiek, płeć, wykształcenie, wielkość miasta oraz województwo. Dodatkowe kryterium rekrutacyjne, które musiały spełnić osoby biorące udział w badaniu, to posiadanie konta osobistego ROR w banku oraz korzystanie z karty płatniczej.

Zmiany klimatu, ulewy i… rynki finansowe

Piotr Minkina, dyrektor ds. produktów inwestycyjnych Union Investment TFI

Od wieków klimat kształtował dzieje ludzkości. Upały, powodzie, susze oraz związane z nimi zjawiska pogodowe determinują mentalność całych narodów, a od kaprysów i anomalii pogody zależy byt wielu ludzi. Wpływ pogody na gospodarkę widoczny jest w szczególności w szeroko pojętym rolnictwie stanowiącym poprzez produkcję żywności podstawę ludzkiej egzystencji. Uprawy zbóż takich jak pszenica, kukurydza czy soja, roślin oleistych takich jak rzepak czy palmy oleiste bądź też używek w postaci kawy, kakao lub cukru zajmują olbrzymie połacie naszego globu zagospodarowane przez człowieka. Od produkcji surowców i towarów najbardziej uzależnione są przede wszystkim kraje trzeciego świata oraz gospodarki rozwijające się, choć i w krajach rozwiniętych ten segment gospodarki, pomimo przeważenia w kierunku produkcji i usług, stanowi ważną część życia gospodarczego. Gwałtowne wzrosty cen żywności potrafią wywoływać nawet niepokoje społeczne, o czym mogliśmy się przekonać podczas arabskiej wiosny ludów.
Uprawy roślin, o których mowa, skoncentrowane są naturalnie w obszarach najbardziej optymalnych dla ich wymogów. Podstawowymi determinantami rzutującymi na plony jest temperatura oraz ilość opadów w określonym czasie życia rośliny. To właśnie anomalii w postaci zbyt suchej wiosny czy zbyt ulewnego lata najbardziej boją się plantatorzy a ceny produktów rolnych uzależnione są od oczekiwań co do wielkości zbiorów i podaży.

Jedną z anomalii klimatycznych zmieniających warunki pogodowe na obszarach upraw ważnych dla gospodarki światowej produktów rolnych jest zjawisko zwane El Niño. Pod tą nazwą kryje się cykliczna zmiana temperatury wody w rejonie międzyzwrotnikowym na Oceanie Spokojnym, zaburzająca tradycyjny układ wyży i niżów, a następnie poprzez mechanizm łańcuchowy oddziałująca na inne części naszego globu.

Amerykańskie Centrum Prognozowania Klimatu ocenia, że na kontynencie północnoamerykańskim El Niño wpływa na pogodę na zachodnim brzegu Kanady (wyższe temperatury) oraz części obszarów Wielkich Prerii (na północy wyższe temperatury, na południu większe opady). W Ameryce Południowej znacznie podwyższa opady na zachodnim, zazwyczaj pustynnym wybrzeżu oraz w Argentynie. Ponadto wywołuje susze (i w efekcie pożary lasów) w Amazonii oraz obniża opady na wschodnim i północnym wybrzeżu kontynentu. W pasie od Półwyspu Indochińskiego poprzez Indonezję po Wschodnią i Południową Australię przynosi susze.

Choć nie udowodniono bezpośredniego związku, to wydaje się, że czasami również Europa odczuwa skutki El Niño. Przykładowo, niektórzy łączą z tym zjawiskiem powódź w 1997 r., kiedy pod wodą znalazła się znaczna część Wrocławia.

To właśnie w wymienionych powyżej obszarach znajduje się wiele upraw np. kawy i pszenicy, stąd anomalie pogodowe związane z El Niño mają znaczący wpływ na plony.
Analiza pokazuje, że w okresach silnego lub średniego natężenia El Niño zbiory kawy na świecie potrafiły spaść nawet o 17%. W tym samym czasie historyczne spadki produkcji pszenicy w Australii, kraju należącym do czołówki jej eksporterów, sięgały 50%.

Ze względu na skutki El Niño, na rynku przewagę miał ten, komu udało się przewidzieć to zjawisko. W ostatnich latach nastąpił duży postęp zarówno w rozpoznaniu mechanizmu działania El Niño jak i w rozwoju metod jego prognozowania. Najnowsze badania i prognozy wskazują, że prawdopodobieństwo zaistnienia El Niño w tym roku wynosi ponad 70%. Oczekiwania, co do jego potencjalnej siły również są mniejsze, choć nie wykluczają, że zjawisko może przybrać na sile. Bieżący okres wg naukowców jest kluczowy dla mocy El Niño. Jest to ważne, bowiem historycznie największe skutki wywoływały zjawiska o średniej bądź dużej sile, choć zdarzały się epizody, że i słabe El Niño potrafiło poprzestawiać szyki w globalnej pogodowej układance.

Z uwagi na to, że trafność prognoz stale rośnie, również rynki finansowe stały się bardziej wyczulone na doniesienia instytutów meteorologicznych. W tym roku, od czasu kiedy instytuty meteorologiczne zaczęły na przełomie lutego i marca publikować informacje o potencjalnym wystąpieniu El Niño, ceny produktów rolnych z rejonów upraw wrażliwych na anomalie pogodowe – w obawie przed spadkiem podaży – mocno rosły. Najbardziej od początku roku zyskały towary, których uprawy są skoncentrowane, np. kawa (+55%) czy kakao (+19%). Mini hossa pociągnęła w górę również ceny pszenicy i kukurydzy. Wartość rynkowa tych zbóż w kulminacyjnym momencie 2014 r., wzrosła o ponad 20%, licząc od początku roku, po czym powróciła w rejony z początku stycznia. Wzrosła również wartość szerokich indeksów towarów takich jak DJ UBS Commodity.

Wakacje na koszt firmy – informacja poradnikowa

Każdy z pracodawców wybiera sposób, w jaki chce dofinansować wypoczynek swoich pracowników. Mogą to być świadczenie urlopowe lub tzw. „wczasy pod gruszą”. Jaka jest między nimi różnica i jak może z nich korzystać pracownik tłumaczy Marta Kosakowska, aplikant adwokacki TGC Corporate Lawyers.

Wczasy pod gruszą

„Wczasy pod gruszą” to potoczna nazwa dofinansowania do wypoczynku dla pracowników, które pochodzi z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych (ZFSŚ). Fundusz ten może być założony przez Spółkę zatrudniającą co najmniej 20 pracowników w przeliczeniu na pełny etat, a założenie go jest obligatoryjne jedynie dla zakładów budżetowych oraz jednostek samorządowych. Zasady przyznawania i wysokość świadczenia są różne w stosunku do każdego z pracowników, a jego wysokość jest uzależniona od sytuacji materialnej (wysokości dochodów), socjalnej i życiowej pracownika. Wczasy pod gruszą jako świadczenie z ZFŚS nie są opodatkowane do kwoty 380 zł rocznie, co oznacza, że jeśli ktoś otrzyma 500 zł, to od 380 zł nie jest odprowadzany podatek, lecz od reszty już tak.

Co zrobić by otrzymać świadczenie pod gruszą?

By otrzymać to świadczenie pracownik powinien w pierwszej kolejności złożyć, np.
w dziale kadr swojego pracodawcy, stosowny wniosek o dofinansowanie „wczasów pod gruszą” wraz z oświadczeniem dotyczącym jego sytuacji osobisto-materialnej. Dofinansowanie będzie mu się należało wtedy, gdy spełni wymogi zawarte w firmowym regulaminie ZFŚS. Trzeba również pamiętać, że wszelkie świadczenia finansowane ze środków ZFSŚ mają charakter nieobligatoryjny i pracownikowi nie może zażądać ich przyznania i wypłaty.

Wczasy pod gruszą a świadczenia urlopowe

Generalną zasadą jest to, że w danym zakładzie pracy jest wypłacana albo świadczenie tzw. grusza, albo świadczenie urlopowe. Gdy w zakładzie pracy wypłacane są świadczenia urlopowe przysługują one wszystkim pracownikom. Warunkiem jego otrzymania jest skorzystanie przez pracownika z urlopu wypoczynkowego w wymiarze minimum
14 kolejnych dni kalendarzowych. Od strony praktycznej, istotne jest to, że by je uzyskać pracownik nie musi składać żadnego wniosku, a podatek odprowadza się od całej jego wysokości. Pracodawca może również podjąć decyzję o niewypłacaniu świadczenia urlopowego.

Wypłata przed czy po urlopie?

Dofinansowanie do „wczasów pod gruszą’’ zasadniczo powinno być wypłacone
w okresie bezpośrednio poprzedzającym lub następującym po wypoczynku. Natomiast wypłata świadczenia urlopowego, powinna nastąpić nie później niż w ostatnim dniu poprzedzającym rozpoczęciem przez pracownika urlopu wypoczynkowego.

Co z rachunkami?

W przypadku tzw. ,,gruszy’’, pracodawca może domagać się od pracownika dowodów np. rachunków za pensjonat, za pokoje gościnne potwierdzających fakt spożytkowania otrzymanych środków na różne formy wypoczynku. Jest to jednak możliwe, tylko wtedy gdy, gdy odpowiedni zapis odnoszący się do takiej praktyki będzie znajdował się w regulaminie ZFŚS. Odnosząc się natomiast do świadczenia urlopowego pracownik nie ma takiej konieczności.

Choroba a urlop

Zdarza się, że choroba krzyżuje plany wypoczynkowe pracownika. W sytuacji, gdy otrzymał on dofinansowanie do wypoczynku ,,wczasy pod gruszą’’, o tym czy pracownik jest zobowiązany zwrócić pracodawcy kwotę dofinansowania decydują zapisy które znajdują się w regulaminie ZFŚS. Jednak, gdy chodzi o zwrotu świadczenia urlopowego, już z mocy ustawy, pracodawca ma prawo żądać od pracownika zwrotu wypłaconego mu świadczenia.

Szczególnie w sezonie urlopowym każdy z pracowników powinien więc sprawdzić, czy należą mu się dodatkowe pieniądze od pracodawcy, które przeznaczy na urlop, a także dokładnie zapoznać się z regulaminami ich przyznawania.

20 tys. zł odszkodowania za upadek na nierównym chodniku

Jakość i stan polskich dróg to jeden z tych tematów, w przypadku których zdecydowana większość Polaków wykazuje rzadko spotykaną zgodność opinii. Niestety jednak niewiele mówi się uszkodzonych i zdewastowanych chodnikach, na których nie trudno o poważny upadek. Boleśnie przekonała się o tym 33-o latka z Poznania, która skutkiz pozoru niegroźnego potknięcia będzie odczuwać do końca życia.

Pogodny, czerwcowy dzień 2011 roku, ulica Zagrodnicza w Poznaniu. Pani Katarzyna, 33-o letnia mieszkanka okolicznych bloków śpieszy się na autobus do pracy. Od lat pokonuje tą samą trasę w drodze na przystanek i można by powiedzieć, że „zna jąna pamięć”. Jednak tego dnia zdarzyło się czego przewidzieć nie mogła. Po nastąpieniu na jedną z szerokich płyt chodnikowych, ta gwałtownie poruszyła się w wyniku czego kobieta straciła równowagę i boleśnie upadła. – Z początku poczułam jedynie zażenowanie z powodu upadku na oczach przechodniów. Chciałam natychmiast wstać i dopiero kiedy próbowałam sięgnąć po torebkę, dotarła do mnie fala przeszywającego bólu – wspomina dziś.

Ubezpieczyciel: „Nie zachowała Pani należytej ostrożności!”

Pani Katarzyna została przetransportowana do miejskiego szpitala, gdzie stwierdzono złamanie lewego barku oraz rozległe otarcie prawego podudzia. Po tygodniowej hospitalizacji została zwolniona do domu, jednak jej stan skutecznie uniemożliwiał jej normalne funkcjonowanie. Największym problemem okazał się brak możliwości opieki nad ojcem, który z powodu podeszłego wieku wymagał stałej pomocy osób trzecich. Nie dość, że kobieta sama była zmuszona podjąć kosztowną rehabilitację, to jeszcze konieczne okazało się zatrudnienie osoby do opieki nad ojcem.

W obliczu rosnących wydatków Pani Katarzyna zdecydowała się wystąpić o odszkodowanie do odpowiedzialnego za likwidację szkody Towarzystwa Ubezpieczeniowego. Po kilku tygodniach otrzymała szokującą odpowiedź. Firma uznała, że zważywszy na generalnie słaby stan nawierzchni chodnikowej w tamtym miejscu, Pani Katarzyna mogła zauważyć nierówną, ruchomą płytę i uniknąć upadku. W związku z tym uznano, iż w 50% procentach przyczyniła się do powstałej szkody i zaproponowano jedynie 6000 zł tytułem zadośćuczynienia. Wobec nieadekwatnej do poniesionej krzywdy kwoty oraz absurdalnej argumentacji Ubezpieczyciela, kobieta zdecydowała o dochodzeniu swoich praw na drodze sądowej.

Finał sprawy

W toku sprawy, powołani biegli z zakresu medycyny wskazali, że mimo podjętej rehabilitacji po złamaniu barku, jej sprawność ruchowa nie będzie już taka jak wcześniej. Noszenie nawet lekkiej torebki damskiej na lewym ramieniu powoduje u kobiety ból. Ponadto, rozległe otarcie prawego podudzia pozostawiło po sobie szeroką bliznę sięgającą niemal w okolice kolana. Aby ją maskować, Pani Katarzyna zmuszona jest do noszenia spodni i ciemnych rajstop. Taka sytuacja z pewnością byłaby przyczyną dużego dyskomfortu u każdej kobiety.

W trakcie postępowania Sąd ustalił, że 33-latka doznała w sumie 8% trwałego, a więc nie rokującego poprawy uszczerbku na zdrowiu. ­– Udało się również znieść 50% przyczynienie do powstania szkody, na które powoływali się pełnomocnicy Ubezpieczyciela. Sąd uznał, że nasza klientka obiektywnie nie była w stanie przewidzieć, że płyta chodnikowa okaże się ruchoma – komentuje sprawę mec. Joanna Smereczańska-Smulczyk z Kancelarii Radców Prawnych EuCO, która reprezentowała Panią Katarzynę przed Sądem. W sumie przyznano 20 000 zł odszkodowania, a więc po 2500 zł za każdy 1% uszczerbku na zdrowiu. Udało się również odzyskać 1120 zł z tytułów kosztów rehabilitacji oraz opieki osoby trzeciej nad ojcem kobiety. Ubezpieczyciel nie zgodził się z wyrokiem i w styczniu br. odbyła się rozprawa apelacyjna, jednak i tym razem Sędzia uznał zasadność roszczeń Pani Katarzyny i podtrzymał wyrok Sądu pierwszej instancji.

Dane bohaterki tekstu zostały celowo zmienione.
Aleksander Biernacki, toktu.pl

Do końca roku LOT przedstawi strategię na kolejne lata

CEO Magazyn Polska

Oficjalna zgoda Komisji Europejskiej na pomoc publiczną dla LOT-u to ważna decyzja formalna, ale niezmieniająca wiele w działaniach spółki. Przewoźnik już od ponad roku realizuje plan restrukturyzacji, który – o czym świadczy wczorajsza decyzja – został uznany przez Brukselę za skuteczny. Do końca roku LOT przedstawi strategię na kolejne lata, ale nowe połączenia uruchomi najwcześniej jesienią 2015 r.

Z punktu widzenia naszej codziennej pracy decyzja Komisji Europejskiej wbrew pozorom niewiele zmienia. Jesteśmy w połowie drogi, czyli musimy konsekwentnie realizować plan restrukturyzacji, a z punktu widzenia formalnego ta restrukturyzacja kończy się w październiku 2015 roku. Ta decyzja jest potwierdzeniem tego, że wszystko dzieje się i działo się zgodnie z planem i zgodnie z prawem – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Barbara Pijanowska-Kuras, rzeczniczka prasowa Polskich Linii Lotniczych LOT.

Formalna zgoda Komisji Europejskiej oznacza, że LOT nie musi zwracać otrzymanej pomocy publicznej od Skarbu Państwa. Przewoźnik otrzymał pierwszą transzę w wysokości 400 mln zł w grudniu 2012 r. Druga rata, która ma wynieść 381 mln zł, jest zarezerwowana przez resort, ale na razie nie było jeszcze konieczności przelania tych środków przewoźnikowi. Zgodnie ze wcześniejszymi zapowiedziami władze spółki we wrześniu mają zadecydować, czy kolejne wsparcie będzie w ogóle potrzebne, a jeśli tak – to w jakiej wysokości.

Drugą transzę pomocy udało się tak bardzo opóźnić, bo plan restrukturyzacyjny LOT-u już przynosi efekty. W ubiegłym roku przewoźnik po raz pierwszy od 2008 r. zanotował zysk netto w wysokości 26 mln zł i niewielką stratę na działalności podstawowej w wysokości 4 mln zł. Pijanowska-Kuras zauważa jednak, że formalna zgoda nie kończy restrukturyzacji. To tylko oficjalna akceptacja ze strony Komisji Europejskiej, ale przewoźnik ma jeszcze przed sobą ponad rok zmian.

Ten rok jest pełen wyzwań m.in. dlatego, że trzeba zrealizować założenia dotyczące finansów, a przede wszystkim opracować do końca roku długoterminową strategię rozwoju. Właśnie teraz toczą się najgłębsze, najbardziej wnikliwe analizy, by móc do końca roku przedstawić, przede wszystkim właścicielowi, długoterminową strategię rozwoju, czyli wypowiedzieć się na temat tego, jaka jest koncepcja w sprawie otwierania nowych połączeń i floty – dodaje Pijanowska-Kuras.

Rzeczniczka LOT-u zwraca też uwagę na to, że od rozpoczęcia restrukturyzacji spółka wprowadziła już wiele inicjatyw zarówno ograniczających koszty, jak i zwiększających przychody. Podkreśla, że plan jest tak ułożony, by poprawa wyników finansowych opierała się na obydwu działaniach. Przykładem jest niedawna zmiana klas podróży i wprowadzenie nowej oferty trzech produktów w klasie ekonomicznej na trasach krótkodystansowych: Economy Simple (m.in. bez darmowego bagażu rejestrowanego), Economy Class (bez darmowego posiłku) oraz Economy Plus (zbliżona do klasy biznes).

LOT jest też zobowiązany do wprowadzenia środków kompensacyjnych, czyli dobrowolnego oddania części rynku innym przewoźnikom, którzy nie otrzymują wsparcia publicznego. Zgodnie ze złożonym w czerwcu ubiegłego roku planem łączne oferowanie miejsc przez polską linię ma się zmniejszyć o ok. 15-18 proc. Wczorajsza decyzja Brukseli nie oznacza zniesienia tego ograniczenia.

Do momentu formalnego zakończenia procesu restrukturyzacji, czyli do października 2015 roku LOT nie może otwierać nowych połączeń – podkreśla Pijanowska-Kuras. ‒ Konsekwentnie musimy zrealizować to, co sami wpisaliśmy do planu.

Dodaje, że jeśli udałoby się uniknąć konieczności wypłaty drugiej transzy pomocy publicznej lub zmniejszyć jej wysokość, środki kompensacyjne będą niższe i LOT będzie mógł utrzymać więcej połączeń.

Pijanowska-Kuras dodaje, że LOT podtrzymuje prognozy finansowe na ten rok, które mówią o 70 mln zł zysku. Od przyszłego roku spółka ma być trwale rentowna.

Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych: rynek oczekuje zdecydowanego przywództwa na rynku kapitałowym

CEO Magazyn Polska

Warszawski parkiet potrzebuje silnego przywódcy, który po pierwsze rozkręci rynek kapitałowy, a po drugie pogodzi interesy wszystkich uczestników rynku – uważa Jarosław Dominiak, prezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. Nowy prezesem GPW został Paweł Tamborski, były wiceminister skarbu państwa.

Paweł Tamborski to osoba od początku funkcjonująca na rynku kapitałowym i mająca doświadczenie w bankowości inwestycyjnej – mówi Jarosław Dominiak, prezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. – To człowiek, który czuje rynek i ma fachową wiedzę w tym zakresie.

Jak podkreśla, rynek znajduje się w ciekawym momencie – odczuwalne są na nim zmiany w systemie emerytalnym, procesy globalizacyjne i zwiększenie konkurencji.

Na pewno przydatną cechą jest zdecydowane przywództwo na rynku kapitałowym – mówi Dominiak. – Jest wiele grup, które mają własne pomysły na ten rynek, jak on powinien wyglądać i funkcjonować. Przez to kilku potrzebnych działań nie udało się zrealizować do dziś. Nawet takich, co do których nie było żadnych wątpliwości, że przyniosłyby korzyści wszystkim.

Prezes SII przyznaje, że to będzie jednak wymagało umiejętności godzenia często sprzecznych interesów różnych użytkowników rynku. Jako przykład podaje ciągnącą się od lat dyskusję na temat opłat pobieranych przez giełdę między GPW a domami maklerskimi. Środowisko maklerskie uważa, że to opłaty czynią nasz rynek jednym z najdroższych i powinny one spaść, jeśli giełda chce być konkurencyjna.

Jeśli rynek będzie rósł, coraz więcej instytucji i osób fizycznych będzie zainteresowanych inwestowaniem, to będzie miejsce dla każdego i pojawi się przestrzeń do wypracowywania zysków, co jest dla GPW ważne od momentu debiutu giełdy – mówi Dominiak.

Jak podkreśla, z funkcjonowaniem GPW jako spółki giełdowej wiąże się też jeszcze jedno wyzwanie.

Przez lata giełda była odbierana, kojarzona, i sama się tak pozycjonowała, jako instytucja infrastrukturalna, mająca misję organizowania obrotu i aktywizowania wszystkich. Od momentu debiutu bardzo często w przekazie zarządu były podnoszone argumenty, że GPW stała się spółką giełdową, nasi akcjonariusze oczekują zysku i dywidendy, więc już nie możemy tyle czasu i zaangażowania poświęcić temu, by ten rynek rozkręcać. Toteż bardzo często powstawała konsternacja, bo część uczestników miała problem z odnalezieniem się w takiej konfiguracji – mówi Jarosław Dominiak.

Liczba wybierających OFE rośnie lawinowo. Zyskają na tym małe i średnie spółki giełdowe

CEO Magazyn Polska

W czwartek kończy się czas na podjęcie decyzji w sprawie przeznaczenia 1/7 składki emerytalnej. Im bliżej 31 lipca, tym więcej deklaracji ws. pozostania w OFE spływa do ZUS. Eksperci szacują, że klientami funduszy będzie ok 1,2-1,3 mln Polaków. Jeszcze niedawno pesymiści zakładali, że w OFE będzie mniej niż 1 mln ubezpieczonych. To dobra wiadomość dla polskiej giełdy, a zwłaszcza małych i średnich firm.

Liczba składanych oświadczeń o dalszym przekazywaniu składek do OFE rośnie lawinowo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Pytel, prezes zarządu Aviva Powszechne Towarzystwo Emerytalne SA.

Według ostatnich danych ZUS do 28 lipca ponad 1 067 tys. Polaków zdecydowało się pozostawić część składki w OFE. To zaledwie niecałe 6 proc. z 16,7 mln uprawnionych. Jeżeli potwierdzą się prognozy mówiące o tym, że OFE wybierze 1,2-1,3 mln osób, to wciąż będzie to mniej niż 10 proc. (odpowiednio 7,2 i 7,8 proc.).

Dla nas najważniejsze jest, aby wszyscy do końca lipca podjęli świadomą decyzję. Większość klientów OFE otrzymało od swoich funduszy deklarację, teraz jest moment, kiedy powinni się nad tym zastanowić, odnaleźć je, wypełnić, podpisać i jeżeli chcą, wysłać. Aviva zakłada, że uda nam się uzyskać wynik powyżej naszego udziału rynkowego – mówi Paweł Pytel.

Krytycy zmian w systemie emerytalnym wskazują, że rząd sugerował wybór ZUS, m.in. prowadząc kampanię informacyjną dotyczącą usług państwowej instytucji czy też wielokrotnie krytykując fundusze emerytalne. Ponadto od połowy stycznia OFE straciły możliwość reklamowania się, a więc także informowania swoich klientów o możliwych skutkach decyzji o przeznaczeniu części składki.

Choć wśród ekspertów nie ma zgody, który wariant jest lepszy z punktu widzenia ubezpieczonego (to zależy od wielu niepewnych czynników), to marginalizacja OFE już teraz negatywnie wpływa na warszawską giełdę. Dotyczy to szczególnie małych i średnich spółek, którym w porównaniu z tzw. blue chipów trudniej jest zdobyć długoterminowy kapitał. Dotyczy to zwłaszcza silnego wpływu OFE na rynek pierwotny.

To jest polski kapitał, który pozwala realizować projekty inwestycyjne tym spółkom. Duże spółki, jak PKN Orlen czy KGHM, mają również inwestorów zagranicznych. Kapitał rodzimy musi opierać się głównie na oszczędnościach Polaków. I tutaj największym z graczy są otwarte fundusze emerytalne, i należy o tym pamiętać – wskazuje prezes Aviva PTE SA.

Pomimo wyraźnego przyspieszenia liczba dotychczas złożonych deklaracji nie rozwiewa obaw dotyczących długookresowego wpływu OFE na giełdę. Nawet jeśli na pozostanie w OFE zdecydują się głównie bogatsi klienci, prawdopodobnie nie wystarczy to, aby skompensować ubytek pieniędzy z tytułu tzw. suwaka. Mechanizm ten polega na tym, że na 10 lat przed osiągnięciem ustawowego wieku emerytalnego, pieniądze mają stopniowo trafiać z OFE do ZUS. Z punktu widzenia ubezpieczonego de facto jest to zmiana aktywów wycenianych rynkowo na zapisy w ZUS, które nie mogą być przedmiotem obrotu.

Część analityków wnioskuje na tej podstawie, że OFE będą zmuszone zmienić strukturę swoich portfeli akcji. Przede wszystkim większym zainteresowaniem funduszy emerytalnych mają cieszyć się spółki dywidendowe, dzięki czemu stabilny w czasie strumień dywidend mógłby (przynajmniej częściowo) równoważyć odpływ pieniędzy z powodu tzw. suwaka. Prezes Aviva PTE uważa jednak, że ostateczna liczba klientów nie wpłynie na politykę inwestycyjną funduszy.

OFE w dalszym ciągu będą realizowały swoją politykę inwestycyjną w najlepszej wierze i z korzyścią dla swoich klientów, niezależnie od tego, jak dużo ostatecznie składek będzie napływało do OFE. Nie przewiduję żadnych zmian w strukturze portfela w związku z liczbą osób, które złożą deklarację o przekazywaniu składki do OFE – przewiduje Pytel.

Ogromne zmiany w portfelach inwestycyjnych OFE już miały miejsce, co wynikało z wprowadzenia ustawowego zakazu nabywania obligacji skarbowych i transferu części środków na zagraniczne rynki. Zakaz kupowania relatywnie bezpiecznych instrumentów, jak papiery dłużne, wymusza jednak zaostrzenie kryteriów selekcji bardziej ryzykownych aktywów, takich jak akcje.

Aby teraz wybrać kolejną spółkę, będziemy musieli dokonywać dodatkowej selekcji. Te spółki będą musiały stworzyć dobre projekty inwestycyjne i wtedy będą one miały szanse na finansowanie z OFE – twierdzi prezes Aviva PTE SA.

W przypadku branży funduszy emerytalnych dodatkowym czynnikiem ryzyka są okienka transferowe. Jeśli do końca lipca, np. z przyczyn losowych, dana osoba nie mogła złożyć w ZUS deklaracji o pozostaniu w OFE, będzie miała taką szansę za dwa lata. Wtedy otworzy się okienko transferowe od początku kwietnia do końca lipca. W późniejszym okresie według obowiązującego obecnie prawa okienka będą otwierane co cztery lata.

Potencjalną szansą dla OFE jest to, że rośnie świadomość wśród Polaków, że ZUS (a w konsekwencji i budżet państwa) będzie pod coraz większą presją z powodu niekorzystnych zmian w demografii.

Większość Polaków zdaje sobie sprawę z tego, że będzie coraz większa liczba emerytów, a mniejsza liczba pracujących. Natomiast ta świadomość nie przekłada się na realną postawę. Dużo osób mówi o tym, że należy oszczędzać, ale nie przechodzą do czynów – uważa Pytel.

Po marginalizacji OFE więcej klientów może zdecydować się na oszczędzanie indywidualne w III filarze. Na ich decyzje na pewno wpłynęłoby zwiększenie atrakcyjności inwestowania poprzez Indywidualne Konto Emerytalne i Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego.

Oba te produkty umożliwiają skorzystanie z ulgi od zysków kapitałowych, natomiast IKZE umożliwia również odliczanie od podstawy opodatkowania w naszych zeznaniach rocznych PIT. Najważniejsze jest, aby to oszczędzanie rozpocząć relatywnie wcześnie, tak żebyśmy mogli zgromadzić te środki, które będą stanowiły ważny element naszego zabezpieczenia emerytalnego – mówi Paweł Pytel.

Do sądów coraz częściej trafiają sprawy związane z mobbingiem. Tylko nieliczne są rozpatrywane na korzyść pracowników

CEO Magazyn Polska

Rośnie liczba spraw dotyczących mobbingu. W ubiegłym roku do sądów rejonowych trafiło ich ponad 600. Nie przekłada się to jednak na większą liczbę spraw rozstrzyganych na korzyść pracowników. Zdaniem ekspertów ma to związek ze zbyt szczegółową definicją mobbingu w kodeksie pracy. Często także pojęcie to jest nadużywane, tak, by uzyskać odszkodowanie.

Od dziesięciu lat w kodeksie pracy obowiązują przepisy dotyczące mobbingu. Co roku wzrasta liczba spraw dotyczących przemocy psychicznej i fizycznej w pracy – dane Ministerstwa Sprawiedliwości wskazują, że w 2013 do sądów rejonowych trafiło ich 603, natomiast do okręgowych – 131. Mimo to wciąż niewiele spraw rozstrzyganych jest na korzyść pracowników – odpowiednio 4 i 3 proc.

Parlamentarzyści definiując mobbing, zrobili to tak precyzyjnie, że pracownikom trudno jest go udowodnić w sądzie – mówi agencji Newseria Biznes Bartłomiej Raczkowski, adwokat i partner w kancelarii Raczkowski i Wspólnicy. – Sądom łatwiej jest powiedzieć, że dane działania nie spełniają kryteriów mobbingu, niż udowodnić, że stan faktyczny pod tę definicję podpada.

Jak zaznacza ekspert, pewnym rozwiązaniem może być orzecznictwo Sądu Najwyższego, które stanowi, że choć dane zachowanie nie nosi cech mobbingu, to jest naruszeniem dóbr osobistych. Jest wówczas podstawą do dochodzenia roszczeń przez pracownika.

Ekspert podkreśla, że pracownicy również nadużywają tego pojęcia. Często wydaje im się, że jakakolwiek krytyka ze strony pracodawcy jest formą przemocy. Nie należy jednak mylić zwykłego konfliktu z uciążliwym i długotrwałym nękaniem. Aby można było mówić o mobbingu, nękanie i zastraszanie powinno trwać minimum pół roku, pracownik jest wówczas izolowany od grupy, często wykonuje pracę poniżej kwalifikacji bądź liczba zadań przekracza jego możliwości.

– Mamy często takie sprawy, gdzie pracownicy odwołują się od wypowiedzenia, zwolnienia dyscyplinarnego i do wniosku dołączają zarzut mobbingu. Nie dlatego, że faktycznie czują się przez niego poszkodowani, ale dlatego, że chcą uzyskać odszkodowanie – tłumaczy Raczkowski.

Zdarza się również, że do sądu zwracają się nie rzeczywiste ofiary, lecz mobberzy, czyli osoby, które same stosują przemoc. Kiedy pracodawca zdecyduje się zwolnić takiego pracownika, właśnie ze względu na nieodpowiednie zachowanie, twierdzi on, że padł ofiarą mobbingu.

Eksperci radzą, by pracownik przy pierwszych oznakach mobbingu próbował rozwiązać problemy polubownie – rozmawiając z agresorem lub przełożonym. Jeśli nie przyniesie to skutku, powinien zgłosić to w kadrach bądź dziale prawnym, może też zwrócić się bezpośrednio do zarządu.

Każda z tych jednostek powinna zadziałać. W interesie pracodawcy jest sprawę rozpoznać i w przypadku mobbingu podjąć odpowiednie działania: przeprosić pokrzywdzoną osobę, zapewnić może finansowe odszkodowanie, tak, by zadziałać zgodnie z prawem i by sprawa nie trafiła na forum sądowe – podkreśla ekspert.

Gdyby takie działania nie przyniosły rezultatu, pracownik powinien zgłosić się po pomoc do adwokata lub radcy prawnego. Warto także pamiętać, że jeśli sprawa trafi na forum sądowe, należy przedstawić dowody na mobbing – pisemne groźby, nagrania z kamer, relacje świadków, prowadzone notatki z zapisem rozmów i sytuacji, które mogą być uznane za przemoc.

Rosną obroty touroperatorów w Polsce. Turcja wciąż najpopularniejsza, ale coraz więcej osób wybiera Grecję

CEO Magazyn Polska

Nawet o 10 proc. więcej wydadzą w tym roku Polacy na wyjazdy wakacyjne. Z powodu nieco niższych cen wycieczek wyniki finansowe touroperatorów będą jednak podobne lub nawet trochę gorsze niż w 2013 r. Najpopularniejszym kierunkiem zagranicznych wyjazdów pozostaje Turcja.

Po zeszłym roku, w którym branży wiodło się bardzo dobrze, w tym roku przyrosty obrotowe są znaczące. Pewnie w sumie rynek urośnie o ok. 10 proc. obrotowo. Z drugiej strony wynikowo rynek będzie stabilny lub nieco gorszy niż w zeszłym roku – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Andryszak, prezes TUI Poland. ‒ My możemy się pochwalić ok. 20-proc. wzrostem ruchu rok do roku. Głównie kieruje się on w basen Morza Śródziemnego, w region północno-wschodni, czyli Turcja i Grecja.

Ceny w porównaniu z 2013 r. zmieniły się jednak bardzo nieznacznie. Andryszak ocenia, że w tym sezonie są o 1-2 proc. niższe niż przed rokiem.

Prezes TUI podkreśla, że najpopularniejszym kierunkiem wakacyjnym niezmiennie jest Turcja, ale największe przyrosty sprzedaży notują wycieczki do Grecji. Jest zadowolony ze wzrostu liczby turystów udających się także do Portugalii i Bułgarii, na stabilnym poziomie są też Wyspy Kanaryjskie.

Dodaje, że w trakcie roku widać zmiany w profilu turystów rezerwujących wycieczki. Najwcześniej, bo już od grudnia i stycznia, sprzedają się oferty rodzinne. Teraz w ofercie pozostały głównie albo tańsze hotele dla osób szukających okazji, albo luksusowe wycieczki dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na drogie wczasy.

W przyszłym roku chcielibyśmy osiągnąć wyniki sprzedażowe relatywnie podobne do tego roku, czyli ponownie o 15-20 proc. zwiększyć wolumen sprzedaży – zapowiada Andryszak. ‒ Jeszcze jesteśmy w trakcie sondaży, w trakcie rozmów z różnymi destynacjami, organizacjami turystycznymi, więc jest trochę za wcześnie, żeby mówić o tym, co trafi do katalogu w przyszłym roku.

TUI zgodnie z danymi TravelDATA przygotowanymi dla „Rzeczpospolitej” w ubiegłym roku było trzecim największym touroperatorem pod względem przychodów w Polsce. Spółka miała sprzedaż na poziomie niemal 570 mln zł, nieznacznie niższym od Rainbow Tours (ponad 580 mln zł sprzedaży). Zdecydowanym liderem rynku jest Itaka (ponad 1,3 mld zł przychodów w 2013 r.). TUI wypracowało zysk netto na poziomie prawie 3,6 mln zł i miało fundusze własne przekraczające 12 mln zł.

PIPP: rząd nie wygra z szarą strefą w handlu paliwami bez zdecydowanych działań systemowych

CEO Magazyn Polska

Państwo traci rocznie nawet 6 mld zł z powodu nielegalnego handlu paliwami. To kwota odpowiadająca dodatkowym wpływom z powodu podwyżki VAT do 23 proc. Szara strefa kwitnie jednak z powodu wysokich podatków, jakimi są obciążone paliwa. Przestępcy stosunkowo łatwo znajdują luki w ustawie o VAT i wykorzystują niską koordynację państwowych służb, które odpowiadają za walkę z przestępczością skarbową.

Podatki z paliw to jest prawie 1/5 dochodów budżetu państwa, czyli ponad 50 mld zł. W każdym litrze paliwa podatki i daniny publiczne stanowią dużą część, bo ponad 2,5 zł. Z tego bierze się pokusa, żeby podatki omijać, a obowiązujące systemy prawne stwarzają różnego rodzaju możliwości dla firm nieuczciwie handlujących paliwem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Halina Pupacz, prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych.

Roczne straty budżetu państwa z powodu nielegalnego obrotu paliwami sięgają 5-6 mld zł. Duży udział szarej strefy dotyczy zwłaszcza handlu olejem napędowym. Według szacunków firm doradczych oraz niezależnych ekspertów sięga on nawet 12-15 proc. Głównym źródłem są wyłudzenia i oszustwa w podatku VAT. Najczęściej spotykanymi mechanizmami są sprzedaż oleju opałowego jako napędowego oraz wyłudzanie zwrotów VAT w ramach transakcji wewnątrzwspólnotowych. Co do zasady unikaniu płacenia podatków sprzyja nie tylko ich zła konstrukcja i trudność w egzekwowaniu, lecz także skala fiskalizmu.

Apelowaliśmy do premiera, że czas najwyższy przyjrzeć się systemowi podatku VAT i jego funkcjonowaniu, nabyciu wewnątrzwspólnotowemu i wysokości pobieranych podatków – twierdzi prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych.

Na oszustwa związane z VAT i wynikające z tego przypadki nieuczciwej konkurencji zwracała uwagę także branża stalowa. Z tego względu rząd znowelizował ustawę o VAT w 2013 r., wprowadzając solidarną odpowiedzialność w VAT w przypadku wyrobów wrażliwych, m.in. paliw. Oznacza to odpowiedzialność nabywcy w przypadku niezapłacenia podatku przez sprzedającego. Według Haliny Pupacz wprowadzenie instytucji solidarnej odpowiedzialności spowodowało większą kontrolę rynku, zwłaszcza importu paliw. Kolejnym działaniem wymierzonym w szarą strefę była nowelizacja ustawy regulującej gromadzenie i utrzymywanie zapasów ropy naftowej, gazu ziemnego oraz paliw, która weszła w życie 7 lipca 2014 r.

Ustawa po okresie przejściowym przeniesie ciężar tworzenia zapasów obowiązkowych na Agencję Rezerw Materiałowych. Następuje również kontrola dodawania biopaliw i biokomponentów, większa kontrola realizacji przez przedsiębiorstwa Narodowego Celu Wskaźnikowego, czyli utrzymania ilości zapasów. Wprowadza się również koncesję importową, która jest obwarowana kaucją gwarancyjną w wysokości 10 mln zł – wymienia Pupacz.

Zmniejszenie obciążenia przedsiębiorców z tytułu utrzymywania obowiązkowych rezerw ma obniżyć korzyści z prowadzenia działalności nierejestrowanej. Rolą kaucji według ustawy jest zabezpieczenie powstałych lub mogących powstać należności z tytułu działalności koncesjonowanej. Bez jej wpłacenia prezes URE nie będzie mógł wydać koncesji uprawniającej do obrotu paliwami płynnymi, w tym z podmiotami zagranicznymi.

Każda z tych zmian ma przede wszystkim przeciwdziałać zjawisku nielegalnego importu paliw. Z informacji, które płyną od członków Izby, mamy do czynienia z sytuacją, gdzie jest bardzo dużo tzw. korzystnych ofert na rynku. One wskazują, że jakieś daniny publiczno-prawne od paliw mogą nie być płacone – mówi Halina Pupacz.

Mimo że w ostatnim czasie rząd podjął wiele działań w celu ograniczenia szarej strefy, zdaniem prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych są to jednak działania cząstkowe i często mało efektywne.

Na gruncie prawa krajowego są wprowadzane zmiany sporadyczne, jednostkowe, które nie obejmują całego systemu. I one w ocenie niektórych przedsiębiorców nie do końca się sprawdzają – twierdzi prezes PIPP.

Obok dalszych zmian w podatku VAT Pupacz opowiada się za lepszą kontrolą koncesji i usprawnieniem instytucji państwowych, którym często brakuje koordynacji działań.

Dzisiaj rynek paliwowy jest kontrolowany przez wiele instytucji i podlega wielu ministerstwom. Pewne działania niektórych instytucji czy organów kontrolnych nawzajem się wykluczają i nie ma przepływu informacji. Potrzebna jest budowa platformy wymiany informacji o rynku paliwowym i to może będzie zaczątkiem do tego, żeby rozmawiać o zmianie systemu – uważa Halina Pupacz.

Mimo niżu demograficznego studia stacjonarne oblegane. Mniej chętnych na studia wieczorowe i zaoczne

CEO Magazyn Polska

Pomimo niżu demograficznego Uniwersytet Warszawski nie ma problemu z zapełnieniem dostępnych miejsc. Po pierwszej turze rekrutacji tylko na 10 stacjonarnych kierunkach licencjackich ruszyła kolejna runda zapisów. Uczelnia oczekuje, że jak co roku będzie miała ok. 30 tys. kandydatów. Najwięcej chętnych jest na ekonomię i prawo, a w przeliczeniu na miejsce – na lingwistykę stosowaną i sinologię.

Spodziewamy się, że ze względu na niż demograficzny na studiach niestacjonarnych, czyli zaocznych i wieczorowych, może być mniej chętnych. Natomiast na studiach stacjonarnych mamy wielu chętnych, do tej pory zapisało się 21 tys. osób. Nie planujemy zamykania żadnych kierunków. Uruchomiliśmy drugie tury rekrutacji, ale tylko na 10 kierunkach. To jest na przykład nauczanie języka niemieckiego, nauczanie języka francuskiego, ochrona środowiska – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Olga Basik z biura prasowego Uniwersytetu Warszawskiego.

Basik podkreśla, że co roku uniwersytet ma ok. 30 tys. kandydatów i w tym roku ich łączna liczba, pomimo niżu demograficznego, będzie zbliżona. Wyniki pierwszej tury rekrutacji zostały ogłoszone 11 lipca. Najwięcej kandydatów aplikowało na ekonomię, prawo oraz finanse, rachunkowość i ubezpieczenia. Jak zauważa Basik, te kierunki co roku są wśród najbardziej obleganych.

W przeliczeniu na miejsce najbardziej zacięta walka o indeks była jednak wśród kandydatów na lingwistykę stosowaną (22 osoby na miejsce) i sinologię (19 osób na miejsce). Pełne wyniki rekrutacji będą znane dopiero w październiku, bo cały czas trwa nabór na studia II stopnia (magisterskie) i studia niestacjonarne.

Mamy dwa nowe kierunki i zapełniliśmy już na nie miejsca. To jest historia i kultura Żydów na studiach stacjonarnych oraz wczesne nauczanie języka angielskiego na pedagogice – dodaje Basik. Zapowiada też: ‒ W przyszłym roku nie będą już pobierane opłaty za drugi kierunek. Uniwersytet Warszawski zrezygnował z odpłatności za drugi kierunek. Zrezygnował też z odpłatności za przekroczenie punktów ECTS.

Do tej pory studenci, którzy zapisali się na więcej zajęć niż wymagane minimum (czyli otrzymali więcej punktów w europejskim systemie ECTS), musieli się liczyć z opłatami za ponadprogramowe punkty. Studentom przysługiwał jedynie niewielki margines dodatkowych punktów za darmo. Wymagała tego znowelizowana w 2011 r. ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym. Ten sam akt wprowadzał też odpłatność za drugi kierunek studiów.

Ponieważ na początku czerwca tego roku Trybunał Konstytucyjny uznał część zapisów tej ustawy za niezgodne z ustawą zasadniczą, od przyszłego roku akademickiego UW nie będzie już pobierał opłat ani za drugi kierunek studiów, ani za ponadprogramową liczbę uzyskanych przez studenta punktów ECTS.

Będzie można dowolnie się rozwijać, wybierać dodatkowe przedmioty, które pomogą później w zawodowym życiu. Nie trzeba się ograniczać, chodzi tutaj o wszechstronne wykształcenie i rozwijanie się – zapewnia Basik.

W rozwoju nie tylko studentów pomagać ma też Uniwersytet Otwarty. To oferta płatnych zajęć edukacyjnych UW skierowana do wszystkich osób, które ukończyły 16. rok życia. Jak przekonuje Basik, mogą z nich korzystać nawet licealiści przed podjęciem studiów. Nie są to typowe wykłady, lecz często warsztaty, zajęcia językowe lub kulturoznawcze. Basik wylicza, że studenci Uniwersytetu Otwartego mogli do tej pory uczyć się angielskiego na podstawie twórczości Monty Pythona, włoskiego – gotując, a rosyjskiego – poprzez śpiew.

Wiele z tych zajęć odbywa się poza uczelnią, na przykład zajęcia z piłki siatkowej prowadzone przez Edwarda Skorka, zawodnika drużyny Huberta Wagnera, która zdobyła złoty medal igrzysk olimpijskich w Montrealu w 1976 r. Rekrutacja na kolejny semestr zajęć, których jest już 300, rozpocznie się w sierpniu.

Basik dodaje, że jak co roku UW będzie miał największy w kraju udział studentów z zagranicy.

Co roku jest to około 1 tys. osób, co roku ta liczba się zwiększa. Są to najczęściej kandydaci pochodzący z krajów sąsiedzkich, ale mamy też osoby studiujące, które pochodzą ze Stanów Zjednoczonych, Iraku i Turcji. Na Uniwersytecie Warszawskim studiuje najwięcej studentów zagranicznych w Polsce, to jest około 3 proc. wszystkich studentów. Na innych uczelniach jest to około 1-2 proc. – podkreśla Basik.

Podróżujący autobusami szukają tańszych połączeń

CEO Magazyn Polska

Wszystko wskazuje na to, że trwające wakacje okażą się dobrym sezonem dla przewoźników autobusowych. Przedsiębiorstwa komunikacyjne i portale pośredniczące w sprzedaży biletów spodziewają się, że będzie ona nawet dwa razy większa niż w ubiegłym sezonie wakacyjnym.

Jak uważa Andrzej Soroczyński, prezes zarządu firmy Teroplan, właściciela platformy rezerwacyjnej e-podróżnik, przychody ze sprzedaży biletów w lipcu są 5-6-krotnie wyższe niż w maju. Lepsze wyniki to jednak nie tylko zasługa wzmożonego ruchu w wakacje. W ubiegłym roku za pośrednictwem portalu sprzedano 250 tys. biletów. W tym, jak przewiduje Soroczyński, liczba ta prawdopodobnie zwiększy się do 400 tys.

Tylko w pierwszej połowie roku zanotowaliśmy 70-proc. wzrost liczby sprzedanych biletów – twierdzi Soroczyński.

Nie każda oferta jednak automatycznie spotyka się z zainteresowaniem podróżnych. Przy wyborze kluczowa jest cena. Coraz więcej klientów wybiera oferujące tańsze połączenia serwisy internetowe oraz podmioty sprzedające usługi na podstawie taryfikatorów dynamicznych, w których o ostatecznej cenie decyduje moment sprzedaży (im wcześniej dochodzi do transakcji, tym cena jest niższa). Natomiast biura i firmy stacjonarne oraz sprzedające połączenia na podstawie taryfikatorów pasywnych tracą na znaczeniu.

– Ostatnio w e-podróżniku bardzo wielu przewoźników wdrożyło taryfy dynamiczne, czego skutkiem jest znaczny wzrost liczby transakcji – mówi Soroczyński.

Rynek autobusowy, jak twierdzi prezes zarządu Teroplan SA, jest przy tym dużo bardziej konkurencyjnych niż kolejowy, na którym dynamiczne taryfy stosowane są rzadziej niż w komunikacji autobusowej. Stąd ceny w autobusach są na nieco niższym poziomie niż w pociągach (podróżni na zakup biletu wydają przeciętnie ok. 40 zł).

Ludzie bardzo interesują się promocjami cenowymi i polują na tanie połączenia – wskazuje Soroczyński.

Poza wysokością taryf kluczowe znaczenie podczas wyboru oferty odgrywa czas (data i godzina odjazdu) oraz komfort świadczonej usługi (wyposażenie i stan pojazdu). Podczas wakacji w komunikacji krajowej Polacy najczęściej podróżują do miejscowości uzdrowiskowych i wypoczynkowych, jak Kołobrzeg. Gdańsk oraz Zakopane. Najczęściej poszukiwane kierunki międzynarodowe, jak wynika z ostatniej analizy firmy Semstorm, wykonanej na podstawie fraz wpisywanych w najpopularniejszej wyszukiwarce, to Chorwacja (90 500 zapytań miesięcznie), Hiszpania (49 500) oraz Egipt, Dubaj, Malta, Turcja i Wyspy Kanaryjskie (po ok. 40 500). Poza sezonem wakacyjnym natomiast najczęściej wybierane są połączenia autobusowe do dużych ośrodków miejskich, a największą grupę klientów stanowią uczniowie i studenci.

Przedsiębiorstwa komunikacyjne są dobrze przygotowane na obsłużenie większej liczby podróżnych. Już w ubiegłym roku, jak wynika z danych Centralnej Ewidencji Pojazdów (CEP), niespodziewanie, po latach zapaści, wzrosła o 55,6 proc. liczba rejestracji pojazdów autobusowych w komunikacji międzymiastowej. Więcej niż 2012 roku wyjechało na drogi także jednostek obsługujących połączenia miejskie. Mniej (o 18 proc.) zarejestrowano jedynie największych autobusów turystycznych, które kursują pomiędzy państwami.

Przyjazne odprawy, miasteczka lotniskowe i strefy relaksu przyszłością w podróżowaniu

CEO Magazyn Polska Za kilka lat podróżowanie samolotem stanie się jeszcze szybsze i bardziej komfortowe – uważa Magdalena Greloff z firmy Skyscanner. Zostaną wprowadzone rozwiązania, nad którymi już trwają prace, jak zautomatyzowana odprawa, lasery molekularne do skanowania bagażu i strefy relaksu na lotniskach. Również samoloty będą projektowane w nowatorski sposób.Będziemy mogli w dowolnym miejscu na lotnisku odprawić swój bagaż, na przykład kupując sobie kawę. Następnie będziemy mogli przejść bezproblemowo przez kontrolę bezpieczeństwa dzięki danym biometrycznym. A czasochłonny proces skanowania bagażu będzie zastąpiony przez lasery molekularne – mówi agencji informacyjnej Newseria Magdalena Greloff, rzecznik prasowy portalu Skyscanner. Lotniska zostaną przekształcone w miasteczka lotniskowe, gdzie pojawią się kina, plaże, miejsca rekreacyjne, co pozwoli pasażerom zrelaksować się przed podróżą lub umożliwi im zorganizowanie sobie czasu w oczekiwaniu np. na opóźniony lot. – W miasteczkach będziemy mogli korzystać z różnych rozrywek, na przykład pójść na basen, jogę, zrelaksować się w odpowiednich strefach relaksu lub pójść do kina 3D. Również oferta usługowo-handlowa będzie unikalna, będziemy mogli sobie zrobić wirtualne zakupy i dostarczyć prosto do swojego domu – podkreśla Magdalena Greloff. W samolocie również będziemy mogli doświadczyć znacznie wyższego komfortu. Pojawią się siedzenia, których kształt będzie dostosowywał się do ciała pasażera czy rozwiązania zapobiegające problemowi zespołu nagłej zmiany strefy czasowej, tzw. jet lagu. – Problem zostanie wyeliminowany dzięki inteligentnemu oświetleniu. Będziemy mogli również korzystać z multimedialnego centrum, w którym będziemy mogli  prowadzić rozmowy z rodziną i przyjaciółmi, a dzięki technologii rozpraszania dźwięku nie będziemy przy tym przeszkadzać współpasażerom – dodaje Magdalena Greloff. Samoloty nie tylko będą wyposażane w nowe technologie, lecz także inaczej projektowane. Przede wszystkim pojawi się podział na specjalne strefy, jak strefa relaksu, gastronomiczna czy biznesowa. – Te innowacje pojawiają się już dzisiaj, natomiast w ciągu 10 lat możemy się spodziewać, że będą się popularyzowały i zaczną występować na szeroką skalę – podsumowuje Magdalena Greloff.

Platforma Mediowa Point Group SA odwołała się od półmilionowej kary dla spółki

Platforma Mediowa Point Group S.A. (GPW POINTGROUP, PGM ) złożyła do Komisji Nadzoru Finansowego wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy, w której KNF nałożyła na spółkę karę administracyjną w wysokości pół miliona zł.

„Składamy wniosek o ponowne rozpoznanie sprawy, mając nadzieję na jej bezstronne i wnikliwe rozpatrzenie” – mówi Michał M. Lisiecki, prezes Zarządu PMPG S.A.

W skierowanym do KNF wniosku spółka nie neguje faktu, że do raportów wskazanych w decyzji Komisji biegli rewidenci zgłosili zastrzeżenia. Nie oznacza to jednak, że spółka nienależycie wykonała obowiązki informacyjne, bowiem wraz ze sprawozdaniami finansowymi opublikowane zostały opinie biegłych zwierające zastrzeżenia. PMPG kwestionuje też stwierdzenie, jakoby spółka dopuściła się naruszeń które „wpływały istotnie na zmniejszenie wartości informacyjnej ww. raportów okresowych Spółki, a przez to mogły wpływać na decyzje gospodarcze podejmowane przez inwestorów na podstawie tych sprawozdań finansowych”. Każdy, kto chciał się zapoznać ze sprawozdaniem finansowym Spółki, był równocześnie informowany o zastrzeżeniach biegłych rewidentów i miał możliwość zapoznania się z ich treścią. Tym samym dysponował pełnym obrazem sytuacji finansowej spółki i był o jej sytuacji finansowej informowany.

Pełna argumentacja PMPG zawarta została we wniosku do KNF, który stanowi załącznik do niniejszego komunikatu.

Komisja Nadzoru Finansowego wszczęła postępowanie administracyjne w przedmiocie nałożenia kary na PMPG w październiku 2011 r. Sprawa dotyczyła sprawozdań finansowych spółki za lata 2009-2011, do których zastrzeżeni zgłaszali biegli rewidenci. 8 lipca 2014 r. KNF nałożyła na PMPG karę administracyjną w wysokości 500 000 zł.

Karą nałożoną przez KNF na wydawcę tygodnika WPROST zajmie się także sejmowa Komisja Finansów. Sprawę skierowało tam Prezydium Sejmu, które zajmowało się nią na wniosek posła Solidarnej Polski Arkadiusza Mularczyka.

Jak cię widzą… tak cię widzą

Nasz wirtualny wizerunek w poszukiwaniu pracy może naprawdę pomóc lub równie mocno zaszkodzić. Rzecz w tym, by jako oficjalnych nie traktować tylko profili na GoldenLine czy LinkedIn. Jak się okazuje, te portale społecznościowe których z zasady używamy tylko do celów prywatnych, również mogą znacząco wpłynąć na wynik procesu rekrutacji.

Oczywiście to na czym nadal należy skupić się najbardziej to właśnie profile na portalach branżowych. Wśród rekruterów to właśnie GoldenLine i LinkedIn cieszą się największą popularnością. Nie bez przyczyny, wizerunek tam kształtowany ma w końcu wymiar zawodowy, a same profile tworzymy właśnie po to, by w jak najbardziej profesjonalny sposób przedstawić swoje zawodowe oblicze. Podczas jednak gdy (przynajmniej w teorii) w serwisach branżowych skrupulatnie uzupełniamy informacje o swoim wykształceniu i doświadczeniu, w szczególny sposób zwracamy uwagę na nawiązywane znajomości i zamieszczamy zdjęcie po zastanowieniu się nad tym czy naprawdę jest ono odpowiednie, w odniesieniu do innych serwisów społecznościowych często pozwalamy sobie na zbyt wiele, a to naprawdę może zaszkodzić. Oczywiście, wyjściem może być zupełnie zablokowanie dostępu do naszego na przykład facebookowego profilu osobom, które nie są naszymi znajomymi. Co jednak gdy firma do której aplikujemy wymaga polubienia swojego fan page`a, a co za tym idzie zyskuje dostęp do naszych zdjęć, wpisów i wszelkich informacji? Czy na pewno chcemy by nasz przyszły pracodawca zobaczył to wszystko, czym czasem bez najmniejszej refleksji dzielimy się na Facebooku? Wyjściem nie jest zupełna likwidacja profilu, w końcu zdaniem niektórych „gdy nie ma cię na Facebooku – nie istniejesz”. Wyjściem jest rozsądek i świadomość, że każdym wpisem czy zdjęciem, kształtujemy własny wizerunek. Kontrola samego siebie naprawdę się opłaca.

Wpis na Facebooku, zdjęcie czy komentarz mogą naprawdę wiele powiedzieć o potencjalnym pracowniku. Oczywiście wyciągane z nich wnioski mogą być mylące, decydują jednak o pierwszym wrażeniu, którego wartość bez zbędnej przesady można określić mianem niebagatelnej – komentuje Katarzyna Kołodziejczyk, Key Account Manager GRUPA 365 NET.

Gdy zatem poszukujemy pracy, najlepiej spojrzeć na swój profil oczami potencjalnego pracodawcy i obiektywnie ocenić go, zmodyfikować właśnie w tym kontekście. Warto też w końcu pamiętać, że nasz wizerunek na Facebooku ma znaczenie nie tylko w procesie rekrutacji. Także później, gdy jesteśmy już mniej lub bardziej szczęśliwymi pracownikami, to jak się prezentujemy w świecie wirtualnym ma realny wpływ chociażby na wizerunek firmy, która zdecydowała się nas zatrudnić.

Strona WWW vs. fanpage. 6 powodów, dla których nie warto skupiać się tylko na Facebooku

Tendencja posiadania firmowego fanpage’a na Facebooku w zastępstwie strony internetowej widoczna jest wśród branż, które działają poza internetem, jak np. firmy z sektora gastronomicznego czy usługowego. Przyczyną jest zapewne łatwość w założeniu, wydawałoby się darmowe prowadzenie, lokalny zasięg i „moda na media społecznościowe”.

Jest przynajmniej 6 powodów, dla których warto zainwestować w stronę WWW.

1) Obecność w wyszukiwarkach – Dzięki pozycjonowaniu strona WWW pojawia się w wynikach wyszukiwania (np. Google czy Bing). W przypadku fanpage’a firmowego na Facebooku nie ma takiej gwarancji. Niekiedy wpisy z tego medium społecznościowego trafiają do indeksu wyszukiwarek, ale dzieje się to sporadycznie i nie do końca wiadomo, jakimi prawami rządzi się indeksowanie jego zawartości.

2) Wyszukiwanie informacji – Wyszukanie potrzebnej informacji w obrębie strony WWW jest proste, szybkie i pewne. Wystarczy do tego przejrzysty układ stron i podstron, a także funkcjonalna wyszukiwarka. Wyszukiwanie w obrębie fanpage’a jest bardzo trudne ze względu na nieustannie zmieniające się algorytmy i sposoby wyświetlania postów.

3) Konieczność założenia konta i logowania – Facebook wymusza na odwiedzającym dzielenie się danymi osobowymi. Bez założenia konta i logowania nie ma możliwości przeglądania informacji. Odwiedzający stronę WWW mogą zapoznać się z jej zawartością błyskawicznie.

4) Analityka – W przypadku tradycyjnej strony WWW można użyć wachlarza narzędzi, które pozwalają mierzyć ruch na stronie i tworzyć charakterystykę klienta. Facebook co prawda oferuje możliwości analityczne, ale nie są one tak duże, jak w przypadku stron.

5) Niepewność administracyjna – własna strona WWW to gwarancja obecności w sieci, głównie dzięki hostingowi. Facebook może usunąć fanpage w każdej chwili, bez podania przyczyny. Własna strona to także możliwość tworzenia kopii zapasowej informacji na niej zawartych.

6) Wyróżnienie z tłumu – wszystkie fanpage wyglądają w 95% tak samo. Tak naprawdę mamy wpływ tylko na zdjęcie profilowe oraz zdjęcie w tle. Strona internetowa pozwala na dowolną modyfikację swojej zawartości oraz wyglądu.

– Ważnym aspektem posiadania własnej, firmowej strony WWW jest także jej adres. Fanpage na Facebooku to tylko podstrona w domenie facebook.com – tym samym adresy wszystkich fanpage’y są do siebie bardzo podobne. Własny adres i domena internetowa to wyróżnik, który często zbieżny jest z nazwą firmy lub jej strategią i marketingiem – mówi Maria Głowacka z firmy AZ.pl

Sezonowe wyprzedaże – jak łamane są prawa klientów

0

Czy kupując na wyprzedażach mamy mniejsze prawa jako konsumenci? Nie – mówią przedstawiciele Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Sprawdź, o czym warto pamiętać robiąc zakupy.

Najważniejsze to nie dać się oszukać – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Cieloch, rzecznik prasowy UOKiK. „[…] Trzeba zwracać uwagę na cenę towaru. Często jest zawyżana, by w dzień wyprzedaży atrakcyjnie ją zaniżyć”. Zakup danej rzeczy przestaje być super okazją.

Wszystko minus 70%. Jednak przy kasie okazuje się, że towar przeceniony jest tylko o 30%. To wprowadzenie klienta w błąd. W takim przypadku konsument ma prawo domagać się obniżenia ceny – dodaje ekspert. Takie przypadki należy zgłaszać do inspekcji handlowej, gdyż jest to łamanie prawa.

Towar z wyprzedaży nie podlega reklamacji – ta praktyka również nie jest zgodna z prawem. Mamy na to dwa lata od czasu zakupu. Co innego, gdy chodzi o zwrot towaru. „[…] Sprzedawca może przyjąć zwrot zakupionego produktu, ale nie musi. Warto dopytać się o to podczas zakupów” – radzi Małgorzata Cieloch.

Wyprzedaż sezonowa to z pewnością okazja do zrobienia tańszych zakupów. Najważniejsze jednak, by w ich szale, nie tracić głowy.CEO Magazyn Polska

ING Życie oferuje jedno z najszerszych zabezpieczeń na wypadek poważnych chorób

ING Życie rozbudowało zakres ochronny w pakiecie zdrowotnym, który oferowany jest przy polisie „Sposób na przyszłość”. W ramach produktu klient może zabezpieczyć się na wypadek nowotworów, innych poważnych chorób oraz hospitalizacji i operacji. Łącząc wszystkie te elementy, otrzymuje jedno z najszerszych zabezpieczeń na rynku w razie poważnych chorób.

W ofercie ubezpieczyciela znajduje się pakiet zdrowotny, w którego skład wchodzi rozszerzona umowa dodatkowa na wypadek poważnych chorób – bez nowotworów. Lista obejmuje aż 34 różne przypadki, wśród których są między innymi zawał serca, udar mózgu czy zabieg chirurgiczny polegający na założeniu bypassów. W sytuacji, gdy klienta dotkną nawet trzy różne choroby objęte ubezpieczeniem, ING Życie wypłaci mu pieniądze za każdą z nich. W przypadku pierwszej choroby jest to nawet 100% świadczenia, natomiast przy drugiej i trzeciej do 50%. Ponadto ubezpieczyciel ograniczył ilość chorób wykluczanych po każdej wypłacie.

W pakiecie oferowanym przez ING Życie znajduje się również umowa dodatkowa, zapewniająca wypłatę pieniędzy w przypadku pobytu w szpitalu oraz operacji, będącej wynikiem choroby lub nieszczęśliwego wypadku. Gwarantuje ona klientowi wypłatę dziennych świadczeń zarówno przy krótko-, jak i długotrwałej hospitalizacji. Co więcej, w zależności od rodzaju zabiegu klient może otrzymać od 10% do 100% sumy ubezpieczenia, które obejmuje ponad 200 operacji. Ponadto do pakietu zdrowotnego dodawany jest przydatny assistance medyczny, który zapewnia wsparcie w przypadku poważnej choroby lub nieszczęśliwego wypadku. W jego skład wchodzą m.in. wizyta lekarska, transport medyczny, organizacja procesu rehabilitacji i pokrycie kosztów wizyty.

Ubezpieczony może zabezpieczyć się także w razie zachorowania na nowotwór dzięki umowie dodatkowej na wypadek nowotworu ONA i ON. Jest to kompleksowy produkt, który zapewnia wsparcie finansowe na każdym etapie leczenia od momentu diagnozy. Umowa gwarantuje assistance nowotworowy obejmujące m.in. opiekę nad dziećmi, pomoc w prowadzeniu domu, czy wsparcie psychologa.

Wykupując cały pakiet zdrowotny z rozbudowanym zakresem ochronnym i dwoma assistance – medycznym i nowotworowym, nasz klient zyskuje jedno z najszerszych zabezpieczeń na rynku w razie poważnych chorób. Celem naszej zaktualizowanej oferty jest zapewnienie ubezpieczonemu poczucia bezpieczeństwa, tak aby w przypadku nagłej choroby on lub jego bliscy mieli kapitał potrzebny na sfinansowanie leczenia lub utrzymanie rodziny – mówi Grzegorz Hoffman, Kierownik ds. Produktów w ING Życie.CEO Magazyn Polska

Komisja Europejska zgadza się na pomoc publiczną dla LOT-u. Jest oficjalna decyzja

Polskie Linie Lotnicze LOT nie muszą oddawać państwowego wsparcia finansowego. Jest już oficjalna decyzja Komisji Europejskiej, która uznała pomoc publiczną za zgodną z prawem. Jak mówi Włodzimierz Karpiński, minister skarbu państwa, wcześniejsza niż oczekiwano decyzja Brukseli oznacza, że plan restrukturyzacji przewoźnika został oceniony pozytywnie.

Pozytywna decyzja Komisji Europejskiej oznacza przede wszystkim, że pomoc publiczna została udzielona zgodnie z prawem, a plan restrukturyzacyjny, który ponad rok temu został złożony do Komisji Europejskiej, idzie w dobrym kierunku. Wcześniejsza, niż zapowiadana, decyzja Komisji cieszy, bo to potwierdza, że współpraca Ministerstwa Skarbu i LOT-u z przedstawicielami, Komisji Europejskiej, mimo złożoności procesu przebiegała bardzo dobrze – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Włodzimierz Karpiński, minister skarbu państwa.

Polski przewoźnik otrzymał od Skarbu Państwa wsparcie w wysokości 400 mln zł w grudniu 2012 r. Dofinansowaniu towarzyszyła głęboka restrukturyzacja przewoźnika – bez takiego planu Bruksela nie zgodziłaby się na pomoc publiczną i mogłaby nakazać zwrot środków przez LOT. Plan zmian obejmował m.in. redukcję siatki połączeń, co jest wymogiem Komisji zapobiegającym uzyskaniu przewagi konkurencyjnej nad liniami, które nie otrzymują wsparcia publicznego.

LOT zobowiązał się także do reorganizacji wewnętrznej i zwolnień oraz zmian we flocie. To wszystko ma doprowadzić do trwałej rentowności linii od 2015 r. Resort skarbu wyraził zgodę na maksymalne wsparcie LOT-u w procesie restrukturyzacji kwotą miliarda złotych, choć na razie przewoźnik nie wystąpił o kolejną transzę. Ma ona wynieść nie więcej niż 381 mln zł, ale lepsze od oczekiwanych wyniki finansowe spółki pozwoliły na opóźnienie tej raty. Zarząd spółki podejmie decyzję najwcześniej we wrześniu, ale nie wiadomo, czy dalsze wsparcie w ogóle będzie potrzebne, bo w 2013 r. LOT po raz pierwszy od 2008 r. zanotował zysk netto, który wyniósł 26 mln zł. Przedstawiciele MSP zapewniają, że LOT został zobowiązany do zmniejszenia kwoty pomocy do minimalnego, niezbędnego poziomu.

Karpiński podkreśla, że skuteczna restrukturyzacja LOT-u to zasługa pracowników spółki, którzy musieli godzić się na pewne wyrzeczenia. Zaznacza także, że przez cały czas pracownicy resortu, Komisji Europejskiej i spółki blisko ze sobą współpracują. Minister jest wdzięczny urzędnikom w Brukseli za przyspieszoną decyzję, która kończy okres niepewności co do przyszłości LOT-u.

Jeśli chodzi o przyszłość LOT, to oczywiście oczekujemy kontynuacji procesu restrukturyzacji, który ma teraz bardzo dobrą certyfikację, po drugie, zaktualizowania strategii na przyszłe lata, bo rynek lotniczy w Polsce rośnie z podwójną dynamiką w stosunku do rynku w Europie Zachodniej, a także poszukania stabilnego inwestora, który pozwoli utrzymać dominującą w tym regionie Europy pozycję LOT-u – mówi Karpiński.

Minister skarbu państwa podkreśla, że celem polskiego przewoźnika jest nie tylko udane zakończenie planu restrukturyzacji i osiągnięcie celów finansowych, ale także zwiększenie wartości spółki. To ma przyciągnąć inwestorów, bo celem resortu jest prywatyzacja linii.

LOT jest największą polską linią lotniczą i drugim po Ryanair graczem na polskim rynku. W 2013 r. przewoźnik przewiózł w Polsce razem z trasami obsługiwanymi dla LOT-u przez Eurolot niemal 5,9 mln pasażerów (według danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego), co dało linii prawie 27-procentowy udział w ruchu lotniczym w naszym kraju. Według danych LOT-u spółka samodzielnie przewiozła ok. 4,6 mln podróżnych. To mniej niż rok wcześniej, ale takie są wymagania Brukseli – zgodnie z planem restrukturyzacji przewoźnik zobowiązał się do zmniejszenia liczby oferowanych miejsc o 14,9-18,2 proc.

Pomimo osiągnięcia zysku netto, wynik na działalności podstawowej był w ubiegłym roku wciąż negatywny (-4 mln zł), ale jest to strata niewielka w porównaniu do 2012 r. – wtedy strata na działalności podstawowej sięgnęła niemal 150 mln zł. W tym roku przewoźnik chce zarobić na działalności podstawowej ok. 70 mln zł.