Palący pracownik palącym problemem pracodawacy – materiał od ekspertów

Temperatury spadają, deszcz siąpi coraz częściej, ale nawet przy najgorszej pogodzie, pod biurami można spotkać grupki stłoczonych i zmarzniętych pracowników, nerwowo zaciągających się papierosem. Przeważnie nie jest to w smak ich pracodawcom, którzy, szukając nowych sposobów na zniechęcenie podwładnych do tytoniowego nałogu, uciekają się niekiedy do różnego rodzaju zakazów. Niestety nie zawsze przynoszą one pożądane skutki.

O konflikcie interesów między palącym pracownikiem a jego pracodawcą opowiadają Dorota Strzelec, psycholog pracy i dyrektor firmy doradczej StaffPolnad Sp. z o.o. oraz Agnieszka Janowska, radca prawny i dyrektor Departamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers.

Mimo że palenie należy do coraz mniej „modnych” używek, w każdej firmie znajdą się jego amatorzy. Pracodawcom, próbującym walczyć z nałogiem swoich podwładnych, sprzyjają obowiązujące przepisy (tzw. ustawa antynikotynowa – Ustawa o zmianie ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych oraz ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej z dnia 8 kwietnia 2010 r. Dz.U. Nr 81, poz. 529), które umożliwiają na przykład nietworzenie palarni w miejscach pracy. Dla osób uzależnionych, zazwyczaj nie jest to jednak wystarczający powód, by ograniczyć lub rzucić palenie. Co więcej, brak specjalnie wyznaczonego miejsca skutkuje tym, że jedynym wyjściem dla pracowników jest przysłowiowe „puszczenie dymka” na zewnątrz budynku. A to niestety może nieść za sobą niepożądane skutki.
Uszczerbek na zdrowiu i wizerunku

Nie chodzi tylko o fakt, że minuty spędzone na papierosie nie są czasem wykonywania obowiązków pracowniczych. Nie bez znaczenia pozostają również kwestie związane z bezpieczeństwem pracowników, zwłaszcza jeśli gromadzą się oni na przykład tuż przy ruchliwej ulicy. W okresie jesienno-zimowym problematyczne są także warunki atmosferyczne – częste wychodzenie na zewnątrz, nierzadko bez odpowiedniej odzieży wiąże się z większym ryzykiem przeziębień i tym samym podwyższoną absencją w zespole. Kolejną, coraz częściej podnoszoną kwestią jest także wizerunek firmy w oczach jej potencjalnych klientów lub kontrahentów – załoga skupiona wokół śmietnika tuż przy wejściu, niestety nie wygląda szczególnie reprezentacyjnie. Próbując zapobiegać tego typu problemom, niektóre firmy wprowadzają, jak się okazuje, nieprzewidywalne w skutkach rozwiązania. Niedawno głośno było o sytuacji zaistniałej w jednym z biur dużej korporacji – wprowadzono tam całkowity zakaz opuszczania budynku w godzinach pracy. Decyzja zarządzających uzasadniana była faktem, iż na pracowników wychodzących na papierosa przed biurowiec skarżyli się okoliczni mieszkańcy. Zatrudnionym w firmie palaczom zarzucano brak kultury i zbyt głośne zachowanie. Interweniowała nawet straż miejska. Wokół tej decyzji rozgorzała dyskusja, czy taki zakaz jest zgodny z prawem i czy na pewno można zabraniać pracownikom wykorzystywania przysługującej zgodnie z prawem przerwy w dowolny sposób – np. na spacer do sklepu. Zdania są podzielone, wydaje się jednak, że wprowadzone zarządzenie idzie nieco za daleko. Znacznie lepszym rozwiązaniem jest wycofanie całkowitego zakazu wychodzenia, przy jednoczesnym wydzieleniu w budynku pomieszczenia na palarnię i wprowadzeniu zakazu palenia jedynie w miejscach do tego niewyznaczonych. Alternatywą bywa także stworzenie palarni „pod chmurką” od strony podwórza. Jednak w tym przypadku nie unikniemy ryzyka związanego z wyższym poziomem zachorowań wśród załogi.

Prawo zezwala na walkę z kłopotliwym nałogiem podwładnych poprzez zakazy. Mimo, że Kodeks Pracy z dnia 26 czerwca 1974 r. (Dz.U. 1998, Nr 21, poz. 94) nie reguluje w żaden sposób choćby kwestii przerw na papierosa, pracodawcy jako podmiotowi, który ma zapewnić bezpieczne i higieniczne warunki pracy, przysługuje prawo, by w wewnętrznym regulaminie zakazać palenia na terenie całego zakładu. Może też zabronić wychodzenia na papierosa na terenie zakładu pracy podczas dozwolonych przepisami prawa przerw. Co więcej, istnieje też możliwość wprowadzenia kar porządkowych za nieprzestrzeganie takich zakazów. Wydaje się jednak, że nie są one w stanie zupełnie rozwiązać problemu. Potwierdzają to wyniki badań CBOS. Pokazują one, że dwa lata po wprowadzeniu zaostrzającej przepisy ustawy, liczba palących Polaków w zasadzie nie uległa zmianie. Wyniki TNS Pentor z grudnia 2011 potwierdzają, że paląca jest nadal niemal 1/3 społeczeństwa (32%).

Mając na uwadze negatywne oddziaływanie zakazów na wewnętrzną motywację pracowników, warto przyjrzeć się rozwiązaniom zmierzających w zgoła przeciwnym kierunku.

Edukuj i nagradzaj

Coraz więcej firm decyduje się na wprowadzenie benefitów pracowniczych w postaci poszerzonej opieki medycznej lub finansowania udziału w programach promocji zdrowego stylu życia, np. takich, które wspierają rzucenie palenia. Wpisuje się to w coraz popularniejszy, choć w naszym kraju nadal słabo rozpowszechniony trend, polegający na współuczestniczeniu organizacji w życiu swoich pracowników. Ma im to nie tylko ułatwić łączenie życia zawodowego z prywatnym, ale także pomagać w kształtowaniu odpowiednich nawyków, sprzyjających dbaniu o własne zdrowie. Nieodłącznym elementem takiej polityki wobec pracowników jest także ich edukacja i wspieranie programów promujących zdrowy styl życia odpowiednią dozą informacji. Nie ma przecież osób, na których wrażenia nie zrobi informacja o tym, że niepalący zarabiają więcej! A na to wskazują wyniki badań przeprowadzonych przez ekonomistki Julie Hotchkiss i Melindę Pitts. Z danych zebranych przez autorki wynika, że osoby palące zarabiają statystycznie 80% tego, co ich niepalący koledzy. Dotyczy to nawet tzw. palaczy okazjonalnych. Co najciekawsze, okazuje się, że w najlepszej sytuacji są ci, którzy kiedyś byli palaczami a potem zdecydowali się porzucić nałóg. Badania wykazały, że najprawdopodobniej ze względu na to, że oceniani są oni przez swoich przełożonych jako osoby zdyscyplinowane i obdarzone silną wolą, zarabiają nawet 7% więcej niż pracownicy, którzy nie palili w ogóle.

Kolejnym krokiem w walce o zdrowie i efektywność pracowników może być nagradzanie ich za niepalenie. Choć wiąże się to z pewnymi kosztami ze strony firmy, wprowadzenie specjalnego dodatku motywacyjnego dla osób niepalących (przynajmniej w czasie pracy) może się opłacić. Natomiast zdeklarowanym palaczom, którzy nie zamierzają rezygnować z nałogu, być może będzie odpowiadał indywidualny rozkład czasu pracy (na podstawie art. 142 k.p.), z częstymi, niewliczanymi do niego przerwami.

Komentarz indeksowy BossaFX 11 grudnia 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 11 grudnia 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Grupa Azoty zdobywa coraz ważniejsze rynki Afryki i Ameryki Łacińskiej

CEO Magazyn Polska

100 tys. ton fosforytów w tym roku i 400 tys. ton w przyszłym – to plany Grupy Azoty związane ze złożami w Senegalu. Spółka Zakłady Chemiczne „Police” chce w tym kraju zwiększać swoje zaangażowanie inwestycyjne, również poprzez zakup maszyn i urządzeń, które zapewnią większą wydajność pracy. Inwestycja w Senegalu ma być początkiem ekspansji Grupy w Afryce. „Police” wiążą duże nadzieje ze sprzedażą nawozów na dynamicznie rosnącym rynku brazylijskim.

Mocniejsze zaangażowanie w Afryce i Brazylii, nowa oferta dla polskich rolników oraz rozwijanie nowoczesnych technologii i poszukiwanie dodatkowych możliwości dostaw gazu. Dzięki wejściu na dwa kontynenty i sprzyjającej koniunkturze ten rok należał do Grupy Azoty, a kolejny zapowiada się równie obiecująco.

Grupa Azoty Zakłady Chemiczne „Police” zapowiedziały niedawno sprowadzenie z Senegalu jeszcze w tym roku 100 tys. ton fosforytów, a w kolejnym już 400 tys. ton.

 – Mam nadzieję, że to się uda, ponieważ wpłynie dobrze na wyniki, zarówno „Polic”, jak i Grupy Azoty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Jałosiński, prezes ZCh „Police”. – Natomiast jest to dla nas duże wyzwanie, ponieważ branża wydobywcza jest dla nas zupełnie nowa, a my jesteśmy specjalistami od produkcji chemikaliów i nawozów. Ale mocno angażujemy się w ten sektor, aby spełnić te ambitne cele.

Rynki Afryki i Ameryki Łacińskiej coraz ważniejsze

Pod koniec sierpnia Grupa Azoty Zakłady Chemiczne „Police” przejęły kopalnie fosfortytów w Senegalu. To surowiec używany do produkcji nawozów. Krzysztof Jałosiński zapewnia, że są już pierwsze efekty tej inwestycji.

 – Mamy tam spółkę, która prężnie działa, płyną pierwsze statki z naszym własnym surowcem. Te 100 tys. ton to jest pierwszy etap, ale głównym polem działania jest rok przyszły. Zamierzamy wówczas zaangażować się tam organizacyjnie, biznesowo i inwestycyjnie, bo chcielibyśmy pewne elementy usprawnić przez dokupienie aktywów, które pracowałyby tam na naszą korzyść – zapowiada Krzysztof Jałosiński.

Wyjaśnia, że chodzi o urządzenia, maszyny, części do nich czy instalacje oferowane przez firmy senegalskie. Te oferowane do tej pory, w ocenie szefa „Polic” nie są wystarczająco dobrej jakości.

 – Chcielibyśmy kupić takie urządzenia, które będą spełniały nasze oczekiwania. Mówię o wydajności i niezawodności w działaniu – dodaje.

Senegal ma być przyczółkiem spółki w Afryce dającym możliwość sprzedaży nawozów w kolejnych państwach na tym kontynencie.

Innym ważnym kierunkiem zagranicznej ekspansji ma być Ameryka Łacińska. Na początku listopada Zakłady Chemiczne „Police” podpisały z amerykańską Nitron International Corporation umowę dotyczącą sprzedaży nawozów wieloskładnikowych o szacunkowej wartości 607,91 mln zł netto. Spora ich część trafi na rynek brazylijski. Z kolei na początku grudnia zawarły kontrakt z Comexport Companhia de Comércio Extererior av. Naçoes Unidas na sprzedaż nawozów wieloskładnikowych. Ta brazylijska firma ma kupić od „Polic” w ciągu trzech lat nawozy za 125,5 mln złotych.

 – Rynek brazylijski jest bardzo chłonny i masowo się rozwija. Obserwujemy wykorzystanie nawozów przez tamtejszych farmerów i jest to bardzo optymistyczne. Konkurencję mamy ogromną, bo wszyscy wiedzą o tym, że Brazylia się rozwija i chcieliby tam zaistnieć – mówi Krzysztof Jałosiński. – Mamy w ofercie ważne produkty dobrej jakości, konkurencyjne cenowo i to jest element, który daje nam szansę zaistnienia na tym rynku. Poza tym mamy niezłe kontakty, jeżeli chodzi o firmy, które są już od dawna na tym rynku i mamy nadzieję, że te partnerstwo będzie dobrym biznesem dla obu stron.

„Police” startują też z nową ofertą dla polskich rolników. Zapowiadają rozwijanie chemii specjalistycznej oraz rozszerzenie oferty o środki ochrony roślin. Jest to związane z negocjacjami Grupy z Ciechem w sprawie przejęcia spółki Organika-Sarzyna, która takie środki produkuje. Tą gałęzią miałyby wówczas zająć się „Puławy”, spółka zależna grupy.

 – Czy to się uda? To będzie zależało od negocjacji, jakie prowadzimy z Ciechem i tego, czy ten interes rzeczywiście będzie obopólny, jeżeli chodzi o kwotę, jaka pojawi się na stole – ujawnia prezes.

Powrót do pomysłu zgazowania węgla

Azoty prowadzą też rozmowy m.in. z Tauronem, KGHM i Katowickim Holdingiem Węglowym w sprawie projektu zgazowania węgla, czyli wypracowania technologii jego wysokotemperaturowej konwersji do gazu. Przyszłościowym projektem mają być też systemy poligeneracyjne służące do produkcji czterech lub więcej mediów w jednej instalacji (najczęściej są to: prąd elektryczny, ciepło, chłód oraz para technologiczna).

 – Jest to ciekawy temat pod kątem konkurowania na rynku z gazem jako surowcem podstawowym dla przemysłu nawozowego. Rozmawiamy o tym, zobaczymy co z tego będzie – informuje Krzysztof Jałosiński. – Naszym partnerem jest głównie Tauron, który uczy się wyższej efektywności energetycznej i produkcji energii z węgla. Chcielibyśmy z tego uzyskać surowce dla polskiej chemii, dla naszych firm. Myślę, że z kolei KGHM wesprze, także finansowo, nasze działania.

A. Szczęśniak: Gazprom nie zakręci Ukrainie kurka z gazem

Sterowany z Kremla Gazprom zgodził się odroczyć Ukrainie płatności za gaz. Pogrążony w recesji Kijów ma problemy z regulowaniem rachunków już od lata, tym bardziej więc nie mógł ryzykować napiętych stosunków politycznych z Rosją. Zwłaszcza, że unijne propozycje w ramach umowy stowarzyszeniowej wymusiłyby podwyżki ceny błękitnego paliwa.

 – Gaz jest jednym z podstawowych problemów Ukrainy, bo jest dla niej drogi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw.

Wyjaśnia, że stawki są na podobnym wysokim poziomie jak w Polsce. Jak podaje za rosyjskim dziennikiem „Izwiestia”, w 2012 roku Polska miała najwyższe stawki w EU. Ceny dla Polski w połowie 2012 roku były o 113 dol. wyższe niż przeciętna Unii Europejskiej i Turcji. A ta wynosiła wówczas 413 dol. za 1 tys. m sześć. Jednak podczas ubiegłego roku Gazprom przeprowadził operację restrukturyzacji cen dla kontrahentów w UE i Polska znalazła się w środku skali cen płacąc o 30 dolarów więcej od średniej europejskiej. To oznacza oszczędności rzędu prawie 5 miliardów złotych rocznie. Dziennik „Izwiestia” nie wymienia stawek dla Ukrainy, ale jak podaje ekspert, co miesiąc miała przelewać 600 milionów dolarów do Moskwy za błękitne paliwo.

Zdaniem Andrzeja Szczęśniaka oferta gazowa składana przez Rosję Ukrainie jest znacznie bardziej korzystna, niż ta proponowana przez Unię Europejską. Ta druga miałaby doprowadzić do podwyżek cen gazu na ukraińskim rynku. Tymczasem Kijów już ma zaległości w płatnościach za surowiec.

 – To jest jeden z elementów zagrożenia dzisiejszej sytuacji, ponieważ Ukraina nie ma pieniędzy na zapłacenie za gaz. To są już zaległości z lata tego roku. Ukraina nie zapłaciła za nie i można się było spodziewać, że będą jakieś napięcia – zwraca uwagę Andrzej Szczęśniak. – Ostatnie wiadomości mówią o tym, że Gazprom doszedł do porozumienia, sprolongował płatności z lata i będzie dostarczał gaz zimą z płatnościami na wiosnę. Czyli bardzo znacząco sfinansował swoje dostawy udzielając kredytu kupieckiego na pewien okres.

Dlatego Ukrainie zależy na utrzymaniu dobrych relacji z Moskwą, zwłaszcza w sytuacji, gdy już od połowy ubiegłego roku boryka się z recesją. Arkadiusz Sarna z Ośrodka Studiów Wschodnich podaje, że 1 listopada, po spłacie przez rząd przedostatniej w 2013 roku dużej raty kredytu wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego, na rachunku skarbu państwa pozostawało jedynie 410 mln hrywien (czyli ok. 50 mln dolarów) wolnych środków. A to oznacza najniższy poziom od 10 lat.

 – Nikt z ukraińskiej sceny politycznej nie zdecyduje się na konflikt z dostawcą, który stawia tak dobre warunki i dostarcza gaz praktycznie na kredyt. To dla Ukrainy jest dobra sytuacja, ponieważ do tej pory płaciła każdego ósmego dnia najbliższego miesiąca za gaz, czyli bardzo szybko regulowała rachunki. A teraz mając bardzo słabą sytuację finansową, może odetchnąć z ulgą. My też możemy odetchnąć, ponieważ kryzys gazowy, kryzys dostaw do Europy przez Ukrainę raczej się nie szykuje – komentuje Andrzej Szczęśniak.

Warunkiem podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE jest zagwarantowanie wolnej konkurencji na rynku energii. Oznacza to, że Ukraina musiałaby podnieść stawki gazu i elektryczności. Nie mogłyby być niższe dla przemysłu, co jak podkreśla ekspert, podkopie konkurencyjność ukraińskiego przemysłu ciężkiego. Co więcej, Kijów nie będzie miał możliwości eksportowania energii i surowców w innych cenach niż krajowe. To także więc byłby mechanizm podnoszący ceny wewnętrzne dla Ukrainy jako eksportera energii elektrycznej.

Parlament Europejski zatwierdził zamrożenie części uprawnień do emisji dwutlenku węgla

Parlament Europejski ostatecznie zatwierdził wczoraj tzw. „backloading”, czyli zamrożenie 900 mln uprawnień do emisji CO2. Teraz nowe przepisy wymagają jeszcze zgody unijnych ministrów, co ma nastąpić na spotkaniu 16-17 grudnia. Zdaniem ekspertów, rynek już zdyskontował ewentualne zmiany, a uprawnień na rynku nadal będzie więcej niż prognozowano.

Propozycja KE dostała „zielone światło” od Parlamentu Europejskiego, a wcześniej od rządów krajów członkowskich UE i najprawdopodobniej „backloading”, czyli wycofanie na kilka lat z rynku 900 mln uprawnień do emisji CO2, zostanie wdrożony. Decyzja zapadnie prawdopodobnie już za tydzień po spotkaniu unijnych ministrów środowiska. Jednak, jak dowodzą eksperci, nie wpłynie to znacząco na cenę jednostki emisji CO2. Według analiz Grupy Consus, doradzającej w zakresie ochrony klimatu i monitorującej rynek certyfikatów, „backloading” jest już w znacznej mierze zawarty w obecnej cenie uprawnień i wzrosty po przegłosowaniu w PE nie powinny być wielkie – rzędu ok. 10-20 proc. Obecnie cena uprawnień waha się pomiędzy 4,50 a 5,50 euro.

 – Analiza rynku wskazuje, że na rynku jest za dużo uprawnień, ponad 1,53 mld ton na koniec tego roku. A w przypadku „backloadingu” mowa jest o 900 mln ton, to jest zaledwie połowa – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Wiśniewski, prezes firmy doradczej Consus. – Cena już nie rośnie, a spada i zaraz później idzie do góry, czyli widać, że rynek już zdyskontował rozmowy na temat „backloadingu”, już wie, że to nie wpływa na cenę.

Według ekspertów Consusa „backloading” nie usunie problemu nadwyżki uprawnień w unijnym systemie handlu emisjami (ETS). Nadwyżka wynika głównie z zawyżonej prognozy emisji CO2 przygotowanej przy projektowaniu ETS. Tymczasem niższa produkcja w latach 2008-2012 spowodowana kryzysem, obniżyła emisję w instalacjach objętych systemem.

 – Jeżeli Komisja Europejska doprowadzi do „backloudingu”, jej następnym ruchem będzie dodatkowa interwencja. I ona rzeczywiście może wpłynąć na cenę, jeśli będzie polegała na przykład na przeniesieniu części uprawnień na przyszły okres rozliczeniowy lub jeśli nastąpi zwiększenie popytu na uprawnienia, poprzez wprowadzenie dodatkowych krajów czy nowych branż do systemu. To może spowodować większy popyt, czyli wyższą cenę – tłumaczy Maciej Wiśniewski.

Ze zamianami na rynku ETS już dziś muszą liczyć się nie tylko energetyka, ale także najbardziej energochłonne branże polskiego przemysłu, m.in. chemia, hutnictwo i producenci cementu. A ci obawiają się podwyżek cen prądu. I protestują przeciwko propozycji Komisji Europejskiej w sprawie „backloadingu”.

 – Czy te branże ucierpią? Na rynku jest zbyt duża liczba uprawnień, więc ich cena nie jest wysoka w stosunku do tego, czego oczekiwano. Bo opracowania Komisji Europejskiej mówiły, że dziś cena powinny przekroczyć 36 euro – zwraca uwagę prezes Grupy Consus. – Tak więc nie jest to wielkie obciążenie dla przedsiębiorstwa, ale też nie można powiedzieć, że nie ma go w ogóle. To nie są te ceny, które powodują, że trzeba wykonać jakąś inwestycję, żeby ograniczyć wielkość emisji, bo jest to tańsze niż zakup uprawnień na rynku.

Dodaje, że system handlu emisjami oznacza wprowadzenie dodatkowego elementu walki konkurencyjnej i dotyczy przedsiębiorstw z całej UE.

 – Najczęściej mniejsze przedsiębiorstwa nie są przygotowane do funkcjonowania w systemie, bo nie mają kadry, znajdują się gdzieś na uboczu wielkich aglomeracji. Ale trzeba pamiętać, że ten krzyk, że nie jesteśmy przygotowani, jest również polityczny. Czy on jest prawidłowy czy nie, trudno mi to oceniać – mówi Maciej Wiśniewski.

Eksperci z Domu Maklerskiego Consus należącego do grupy, analizując unijne scenariusze emisji w latach 2013-2020, stwierdzili, że nadwyżka uprawnień nie tylko nie zniknie, ale jeszcze się powiększy. Nawet, jeśli emisje w ramach ETS utrzymają się na tym samym poziomie co w 2012 r. i nie zostaną już zredukowane, to w 2020 r. nadwyżka w systemie wyniesie prawie 1,86 mld ton, czyli 100 proc. rocznych emisji UE. Dlatego KE pracuje również nad strukturalną reformą ETS, która ma być zaprezentowana w styczniu 2014 r.

 – Ja bym specjalnie nie liczył, że do roku 2020 coś się zmieni, ale na pewno po tej dacie system musi zostać zmodernizowany – podkreśla Maciej Wiśniewski.

Procter&Gamble otworzy w Warszawie nowe centrum logistyczne dla ponad 100 krajów

500 osób znajdzie pracę w tworzonym w Warszawie przez P&G Europejskim Centrum Planowania i Logistyki. Warszawska inwestycja koncernu będzie zarządzać dostawami w 100 krajach, zarówno od producentów do fabryk firmy, jak i dostawami do centrów dystrybucji i odbiorców. Według zarządzających firmą, o wyborze Polski na miejsce inwestycji zdecydowała możliwość znalezienia wykwalifikowanych pracowników i wcześniejsze, dobre doświadczenia koncernu z inwestycjami w naszym kraju.

Koncern Procter & Gamble inwestuje w Polsce od 20 lat. Obecnie ma w naszym kraju cztery fabryki i centrum eksperckie. Kolejne – właśnie startuje.

 – Nasi pracownicy zatrudnieni w sieci dystrybucji i naszych polskich fabrykach udowodnili, że w Polsce znajdziemy talenty i zasoby, by uruchomić pierwsze w tej części Europy tak duże centrum planowania – mówi agencji Newseria Biznes Yannis Skoufalos, Global Product Supply Officer P&G.

Europejskie Centrum Planowania i Logistyki będzie miało w swoim zasięgu fabryki i centra dystrybucji w 100 krajach. Będzie w nim pracowało 500 osób.

 – Będą kupować materiały do produkcji, organizować dostawy do naszych fabryk w Europie, nadzorować i pomagać w planowaniu, organizować produkcję dla naszych klientów w Europie, planować dostawy dla nich tak, by zoptymalizować koszty dostaw – mówi Yannis Skoufalos.

Polska pokonała inne kraje w wyścigu o tę inwestycję głównie ze względu na dobre doświadczenie koncernu na naszym rynku. Nie bez znaczenia jest też dobry klimat inwestycyjny w Polsce.

 – Po pierwsze szukamy miejsc, które będą miejscami stabilnymi ekonomicznie i politycznie. To kryterium Polska spełnia. Chcielibyśmy mieć dostęp do utalentowanych pracowników. To również znaleźliśmy w Polsce – wymienia Werner Geissler, Vice Chairman, Global Operations.

Poza Polakami w centrum pracę znalazły osoby z ponad 30 krajów.

 – Szukamy miejsc z dobrą infrastrukturą w wielu aspektach: transportową, edukacyjną, bo zatrudniamy wielu ekspertów i ich rodziny potrzebują dostępu do szkół, systemu edukacji czy systemu opieki zdrowotnej. Te kryteria Polska i Warszawa też spełniają – podkreśla Werner Geissler. – Ostatni, choć nie najmniej ważny czynnik to dobra współpraca z partnerami zewnętrznymi: organizacjami pozarządowymi i urzędami państwowymi.

Inwestycje dużych koncernów to poza miejscami pracy szansa na przyciągnięcie kolejnych inwestorów. Szczególnie cennymi ambasadorami Polski są koncerny, które tak jak P&G od ponad dwóch dekad nieprzerwanie działają w Polsce.

 – To jest najbardziej wiarygodny przekaz, globalny przekaz, że w Polsce warto inwestować. Takie firmy, duże mocne marki, które są zadowolone, że funkcjonują w naszym kraju i chcą się w naszym kraju rozwijać. Tworzą w naszym kraju takie inwestycje, które dla nas są najcenniejsze – dodaje Monika Piątkowska, wiceprezes zarządu Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

Prof. W. Orłowski: Ministerstwo Finansów nie powinno ograniczać limitów kosztów pożyczek

CEO Magazyn Polska

Regulacje rynku pożyczkowego w Polsce powinny prowadzić do maksymalnej przejrzystości rynku i ofert – uważa główny doradca ekonomiczny PwC. To mógłby zapewnić rejestr takich firm prowadzony przez UOKiK. Prof. Witold Orłowski jest natomiast przeciwny większym ingerencją w ten rynek, w tym wprowadzaniu ograniczeń takich jak maksymalny limit kosztów pożyczki.

 – Regulacje są niezbędne dlatego, że jest to rynek potrzebny, są ludzie którzy potrzebują takich pożyczek. Banki się czymś takim nie zajmują. Jestem jednak absolutnym wrogiem wprowadzania takich regulacji, które powodują, że cała rzecz traci sens – mówi prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC. – Ryzykujemy, że jeżeli nie pozwolimy legalnie udzielać uczciwym firmom takich pożyczek, to może powstać zawsze szara strefa takich pożyczek, jeszcze bardziej brutalna i mniej kontrolowana niż to co się dzieje.

Zdaniem Orłowskiego za potrzebą regulacji przemawia nierównowaga sił w umowach pożyczkowych – pożyczkobiorcy zwykle mają mniejszą wiedzę i doświadczenie niż pożyczkodawcy w określeniu potencjalnego ryzyka i wyliczeniu kosztów pożyczki.

 – Myślę, że warto zadbać o to, żeby nikt swojej siły nie wykorzystywał w stosunku do drugiej strony. Ostrożne regulacje powinny służyć temu, żeby ludzie dobrze wiedzieli, na co się decydują – podkreśla prof. Witold Orłowski.

Ekonomista pozytywnie ocenia m.in. pomysł prowadzenia rejestru firm pożyczkowych, które prowadzą uczciwą działalność na polskim rynku. Dzięki temu potencjalny klient przed podjęciem decyzji o zaciągnięciu pożyczki w danej firmie, będzie mógł sprawdzić, czy działa ona zgodnie z prawem.

Zdaniem Orłowskiego, rolą państwa powinno być takie uregulowanie rynku, żeby pożyczkobiorcy dokładnie znali warunki, na jakich pożyczają, związane z tym obowiązki, prawa i koszty takiej pożyczki. Czyli celem powinna być przejrzystość rynku, co też leży w interesie firm na nim funkcjonujących.

Jest natomiast sceptyczny co do pomysłu narzucania limitów kosztów. Według propozycji resortu finansów ma on wynosić 30 proc. wysokości pożyczki.

 – Uważam, że jeżeli mamy w ogóle wprowadzać maksymalne dopuszczalne poziomy pełnego kosztu, to tylko na takim poziomie, na którym nie byłoby żadnej wątpliwości, że mamy do czynienia z lichwą, kiedy poziom ten rażąco odbiegałby od tego, co można by było uznać za normalną skalę pożyczki. To jest bardzo trudne do zdefiniowania – mówi prof. Orłowski. – To z tego punktu widzenia trzeba będzie oceniać, czy propozycja ministerstwa to będzie rzeczywiście zbyt głęboka ingerencja, czy raczej ograniczenie się do wyeliminowania skrajnych zachowań.

Charakter tego rynku sprawia, że nadzorem nad firmami pożyczkowymi powinien się raczej zająć UOKiK niż KNF.

 – Nadzór finansowy szuka niebezpiecznych sposobów inwestowania pieniędzy, ryzyka i strat. Tutaj natomiast mamy do czynienia z możliwym nadużyciem praw konsumenta. Wydaje mi się, że instytucją, która powinna się temu przyglądać jest Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów – podkreśla ekonomista.

J. Braun: w tym roku będą większe wpływy z abonamentu

Tegoroczne wpływy z abonamentu nieznacznie wzrosną w porównaniu z ubiegłym rokiem. Jednak według prezesa Telewizji Polskiej, Juliusza Brauna są one i tak niewystarczające. Bez wyższych wpływów z abonamentu lub opłaty wizualnej nie będzie możliwa realizacja niedochodowych projektów telewizyjnych.

 – Na pewno będzie w tym roku więcej pieniędzy z abonamentu niż w zeszłym, czyli nie drastycznie mało, tylko bardzo mało – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Juliusz Braun, prezes Telewizji Polskiej.

Problemem wciąż jest niska ściągalność abonamentu – nie płaci go ponad 11 mln Polaków. W przyszłym roku ma on wzrosnąć o ok. 5 proc. Nowa stawka przy korzystaniu z radia i telewizora wyniesie 208,45 zł rocznie. Kara za używanie niezarejestrowanego odbiornika to do 579 zł.

To jednak nie spowoduje, że ludzie zaczną płacić abonament. Dlatego, jak mówi Braun, jedynym rozwiązaniem są zmiany systemowe, odejście od rejestracji odbiorników na rzecz innych sposobów, czyli na przykład wprowadzenie proponowanej powszechnej opłaty audiowizualnej.

 – Na rzecz powszechnej opłaty świadczy to, że w Niemczech to funkcjonuje od roku i bardzo dobrze się sprawdza. Ale do tego potrzebna jest ustawa, takiego projektu wciąż nie ma – mówi prezes TVP. – Nie ma takiego dokumentu, są liczne debaty, rozmowy, ale dokumentu nie ma.

Telewizja publiczna w Polsce, jako jedyna w Europie, opiera się głównie na przychodach z reklam. Jak podkreśla Braun – tak być nie powinno.

 – Ja jestem zwolennikiem, żeby telewizja publiczna nie rezygnowała całkowicie z reklamy. To jest rozwiązanie w Europie dość powszechne, że jakaś część przychodów jest oparta na reklamie – wyjaśnia. – Natomiast nie może to być podstawa utrzymania, bo wtedy realizacja różnych ekonomicznie nieefektywnych zadań jest bardzo utrudniona, a czasami uniemożliwiona. Więc jedyną racjonalną podstawą finansowania publicznych mediów musi być abonament.

Polscy przedsiębiorcy nie dbają o bezpieczeństwo ich firm

CEO Magazyn Polska

Lekceważenie kwestii bezpieczeństwa to częsty grzech polskich firm, który naraża je na poważne straty. Przedsiębiorcy zaczynają myśleć o sprawnym systemie zarządzania ryzykiem dopiero, gdy poniosą straty w wyniku niekompetencji personelu czy ataku z zewnątrz. Eksperci przekonują, że także tu działa zasada: lepiej zapobiegać, niż leczyć.

 – Wydatki na bezpieczeństwo powinny być postrzegane przez firmy jako inwestycje, a nie koszty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Pastuszka, dyrektor generalny IBBC Group. – Są one swego rodzaju poduszką bezpieczeństwa, która w pewnym momencie zadziała i ochroni kluczowe wartości firmy.

Jak przekonuje ekspert, największe zagrożeniem dla bezpieczeństwa stwarzają ludzie. Gdy zawiodą, nie pomogą nawet najbardziej zaawansowane systemy. Zdaniem dyrektora generalnego IBBC Group firmy, które chcą posiadać profesjonalną ochronę przed zagrożeniami informatycznymi nie mogą zaniedbywać inwestycji w kapitał ludzki.

 – Człowiek potrafi przez złośliwość czy niewiedzę wyłączyć nawet najbardziej złożony system bezpieczeństwa czy IT – mówi Pastuszka. – Podobnie jeśli wyposażymy ochroniarza w najlepszy sprzęt, ale go nie przeszkolimy, to będzie on zagrożeniem dla firmy. Jeśli z kolei zatrudnimy ochroniarzy za 5 zł za godzinę, to de facto nie będziemy mieć żadnej ochronyPersonel to największa siła i największe zagrożenie.

Problemem przedsiębiorców jest także niedostrzeganie konieczności prewencji.

 – Firmy często myślą o zarządzaniu ryzykiem na zasadzie „Mądry Polak po szkodzie” – zauważa Pastuszka. – My chcemy uczyć, że warto jednak o tę prewencyjną stronę bezpieczeństwa i zarządzania ryzykiem zadbać. Czyli wyprzedzać pewne fakty, wprowadzać pewne procedury, zbierać informacje etc. Wszystko po to, aby wzmacniać organizację, a nie dopiero reagować w sytuacji kryzysowej.

Lekceważenie problemu bezpieczeństwa przed pierwszą szkodą prowadzi do poważnych strat.

 – Gdyby firmy wprowadzały dobre systemy zarządzania ryzykiem, mogłyby uniknąć kradzieży, przestępstw czy wyłudzeń kredytowych – zauważa Pastuszka. – W tym roku mieliśmy kilka incydentów w sektorze bankowym, gdzie ginęły milionowe kwoty przy wyłudzeniach kredytu czy przez działalność zorganizowaną grup przestępczych. Firmy powinny analizować, z kim współpracują, czy kontrahenci nie są zamieszani np. w afery korupcyjne. Wtedy wielu problemów da się uniknąć – przekonuje rozmówca Newserii Biznes.

Grudzień to ostatni miesiąc, by obniżyć VAT za 2013 rok

Kupując komputer, drukarkę, meble biurowe, a nawet artykuły wyposażenia sklepu jeszcze w grudniu, przedsiębiorcy mogą obniżyć zobowiązania wobec fiskusa. Muszą jednak pamiętać o kilku zasadach, by nie okazało się, że zamiast spodziewanej obniżki podatku, będą musieli zapłacić karę.

 – Pod koniec roku przedsiębiorcy już wiedzą, jak kształtują się ich przychody i koszty. Jeśli przychody były korzystne, a koszty nieznaczne, to wiadomo, że podatek będzie dosyć wysoki. Jeżeli więc firma ma potrzeby, które dobrze byłoby zrealizować, to grudzień jest optymalnym miesiącem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Rola-Stężycka, ekspertka Tax Care.

Należy pamiętać jednak, że nie wszystkie zakupy uda się rozliczyć w tym właśnie miesiącu. Tak jest w przypadku środków trwałych, które rozliczane są w kolejnym miesiącu od daty wprowadzenia ich do ewidencji.

 – Jeżeli przedsiębiorca decyduje się na zakup czegoś, czego będzie używał dłużej w firmie niż przez rok, a jednocześnie wartość tego zakupu jest wyższa niż 3,5 tys. zł, to stanowi to środek trwały. I nawet jeżeli uda się zrealizować go w grudniu, to amortyzację będzie można zacząć najwcześniej w styczniu – informuje Katarzyna Rola-Stężycka.

Ekspertka podkreśla, że są dwie możliwości, z których mogą skorzystać przedsiębiorcy, by zmniejszyć roczne zobowiązanie, gdy zakupy dokonywane są w grudniu.

 – Można kupić rzecz, która będzie używana krócej niż rok niezależnie od wartości. Jeśli jednak później okaże się, że jednak będzie służyła w firmie dłużej niż rok, to okaże się też, że jest to środek trwały – przestrzega Katarzyna Rola-Stężycka.

W takim przypadku należy zrobić korektę i uwzględnić wsteczną amortyzację.

 – Czyli nie dość, że robimy korektę za grudzień, pojawiają się nam jeszcze odsetki. Warto więc przemyśleć, jaki będzie faktycznie czas używania zakupionego przedmiotu czy sprzętu – radzi Katarzyna Rola-Stężycka.

Z kolei kupując środki trwałe, ale poniżej ceny 3,5 tys. zł (za jeden egzemplarz), jak np. krzesło, biurko, sprzęt biurowy, także można rozliczyć je w miesiącu, w którym zostają przekazywane do użytkowania.

 – Jeszcze pewną możliwość dają środki trwałe podlegające jednorazowej amortyzacji. Jest katalog zakupów, które pozwalają na jednorazowe rozliczenie również w miesiącu oddania do użytkowania, wprowadzenia do ewidencji środków trwałych. Jest to jednak możliwość dostępna tylko dla dwóch kategorii przedsiębiorców: dla tzw. małych podatników, i tych, którzy rozpoczynają działalność gospodarczą i nie mieli firmy w poprzednich dwóch latach – podpowiada ekspertka.

Dotyczy to tylko środków trwałych zaliczonych do grup 3-8 Klasyfikacji Środków Trwałych. Są to m. in. narzędzia czy samochody ciężarowe. Limit jednorazowej amortyzacji, czyli łączna wartość odpisów amortyzacyjnych w 2013 r. nie może przekroczyć 205 tys. złotych.

Stadion Miejski we Wrocławiu planuje w przyszłym roku znaleźć sponsora tytularnego

CEO Magazyn Polska

Stadion Miejski we Wrocławiu planuje w przyszłym roku znaleźć sponsora tytularnego. W sprzedaży prawa do nazwy mają pomóc plany rozwojowe obiektu: organizacja różnych, niekoniecznie związanych z piłką nożną imprez, a także atrakcje dodatkowe, takie jak lodowisko, tor gokartowy czy skoki bungee, które zwiększają popularność areny. Przedsiębiorstwo, które będzie firmować stadion swoją nazwą, musi się liczyć z rocznym kosztem na poziomie 4-5 mln złotych.

 – Do przyciągnięcia sponsorów tytularnych nie wystarczą mecze samego Śląska Wrocław mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Burak, dyrektor ds. marketingu i promocji Stadionu Wrocław. – Nie wystarczą też atrakcje dodatkowe ani nośniki reklamowe, które mamy na stadionie i w całym mieście. Tu potrzeba czegoś więcej. Stadion musi się kilka razy w roku zapełniać w 100 proc. I to nie tylko przy okazji meczów piłkarskich, ale także przy okazji imprez rozrywkowych. Pamiętajmy, że przekonanie firmy do wydania 4-5 mln rocznie nie jest prostą sprawą – dodaje.

Sondowanie rynku pod kątem znalezienia sponsora tytularnego Stadion Wrocław rozpoczął jeszcze przed Euro 2012. Później jednak miała miejsce przerwa, wynikająca m.in. ze sporów sądowych, jakie zarządzający obiektem toczył z jednym z organizatorów imprez. W połowie listopada br. Stadion oficjalnie ogłosił, że poszukuje sponsora tytularnego i zaprosił potencjalnych kontrahentów do rozmów.

 – Kilka firm wysłało do nas zapytania dotyczące tego, z czym wiąże się wykup praw do nazwy areny mówi Burak.Odpowiadamy na te pytania na bieżąco i nawiązujemy kontakt z firmami. Wartość marki naszego stadionu powinna stale rosnąć, gdyż w latach 2014-2015 roku odbędą się na nim duże imprezy.

Szukanie sponsora tytularnego jest utrudnione przez fakt, że rynek stadionów w Polsce jest nowy. Inwestorzy często nie wiedzą, czego się mogą spodziewać i na jakie zyski liczyć.

 – Rozmowy będą długie i trudne – mówi Adam Burak. – Mamy jednak opracowaną strategię promocyjną i marketingową, która pomoże przekazać to, co mamy do zaoferowania. Wierzę, że nasze poszukiwania zostaną uwieńczone sukcesem  – dodaje rozmówca Newserii Biznes.

Budowa Stadionu Miejskiego we Wrocławiu została ostatecznie ukończona 1 września 2011 r. Będąca własnością miasta arena spełnia standardy najwyższej 4. klasy UEFA. Na murawie stadionu rozegrano trzy mecze fazy grupowej Euro 2012. Na co dzień swoje mecze rozgrywa tam Śląsk Wrocław. Od początku funkcjonowania stadion odwiedziło ok. 2 mln osób.

PKO Bank Polski mecenasem Galerii Sztuki Średniowiecznej w Muzeum Narodowym w Warszawie

Najbogatsza i najbardziej różnorodna kolekcja sztuki średniowiecznej w Polsce w zupełnie nowej i wyjątkowej oprawie. 11 grudnia Muzeum Narodowe w Warszawie otworzy dla zwiedzających przebudowaną Galerię Sztuki Średniowiecznej. Mecenasem Galerii jest PKO Bank Polski, który kontynuuje wieloletnie zaangażowanie sponsorskie w działalność Muzeum Narodowego.

W 2015 r. światowy rynek Big Data będzie wart prawie 50 mld dolarów

Świat produkuje coraz większą liczbę danych. W 2013 roku, każdego dnia na całym świecie wysyłanych jest 500 mln tweetów, a miesięcznie na Facebooku pojawia się 30 mld nowych wpisów – każdy zawierający informacje o zachowaniach i upodobaniach konsumentów. Zbieraniem i analizą ‘Big Data’ – dużych zbiorów danych – interesuje się cały globalny przemysł, bankowość i handel. Przewiduje się, że coroczny wzrost rynku Big Data będzie wynosił około 40 proc. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte analiza dużych zbiorów danych może być wykorzystywana nie tylko przez największe firmy, ale także przez średnich i małych przedsiębiorców. Kluczem do sukcesu jest jednak zadanie właściwych pytań biznesowych i odpowiednia selekcja danych do analizy.

Jak wynika z raportu „Digital Trends 2013” przygotowanego przez Deloitte oraz Allegro, globalny rynek Big Data w 2015 r. będzie wart 48 mld dolarów, czyli prawie pięć razy więcej niż w roku 2012. Powszechnie uważa się, że Big Data zasłużyła na przydomek ”Big”/„wielkie” ze względu na tzw. cztery V („4Vs”) tj.: Volume (ogromna liczba), Variety (duża różnorodność), Velocity (zawrotna szybkość pojawiania się danych i konieczność analizowania ich w czasie rzeczywistym) oraz Value (znacząca wartość).

Rozwój nowych narzędzi i metod analitycznych wiąże się przede wszystkim z potrzebą analizy rosnącej w bardzo szybkim tempie ilości produkowanych na świecie danych. Przykładowo, tylko sam Twitter generuje 12 TB (terabajtów) danych dziennie, a średnio aż około 200 TB wynosi wielkość danych, przechowywanych przez jedną amerykańską firmę zatrudniającą ponad 1 tys. osób. „Tylko w ubiegłym roku na świecie zainwestowano miliard dolarów w te spółki, które zajmowały się rozwiązaniami Big Data. Dotąd ten rodzaj analityki wykorzystywano głównie w telekomunikacji, instytucjach finansowych i handlu, ale nie ma żadnych przeszkód, by Big Data stosować właściwie w każdej gałęzi przemysłu i usług. Można w ten sposób zbadać choćby przyzwyczajenia, czy preferencje klientów czy dowiedzieć się, co się mówi w sieci o naszych oraz konkurencyjnych produktach” – mówi Dariusz Flisiak, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte, lider zespołu Deloitte Analytics.

Jednym z pionierów Big Data na świecie, obok takich gigantów internetowych jak Amazon, Google czy eBay, była amerykańska sieć handlowa Wal-Mart. Firma przy pomocy dużych zbiorów danych zaczęła prognozować popyt na swoje poszczególne produkty, a także przewidywać sprzedaż nowowprowadzanych towarów na podstawie informacji pochodzących z Internetu. Sieci handlowe, w tym nawet marki luksusowe (m.in. Burberry), dzięki Big Data poznają preferencje klientów i śledzą efektywność łańcuchów dostaw. Niektóre źródła podają, że dzięki temu narzędziu sprzedawcy mogą podnieść swoje marże nawet o 60 proc. Również pracownicy takich firm jak Allegro czy eBay codziennie poświęcają mnóstwo czasu na analizę zakupów dokonywanych przez klientów. „Dzięki wykorzystaniu Big Data jesteśmy w stanie rozwijać na przykład efektywne systemy rekomendacyjne proponujące naszym klientom produkty i towary, którymi mogliby być potencjalnie zainteresowani” – wyjaśnia Paweł Klimiuk, Rzecznik Prasowy Grupy Allegro.

Z kolei instytucje finansowe, w tym banki w ten sposób budują szeroką wiedzę o klientach, ich preferencjach, wartościach, skłonnościach do zakupu produktów i pozwalają oferować im lepiej dopasowany produkt. I tak np.: bank proponuje klientowi kartę kredytową, gdy ten zaczyna podróżować lub usługi bankowości internetowej, wtedy gdy zaczyna korzystać z zakupów online. Kopalnią informacji o konsumentach: ich zwyczajach zakupowych, potrzebach, pasjach, kontaktach towarzyskich, a nawet miejscu przebywania są także media społecznościowe.

Przewaga dużych firm polega na tym, że mając ogromną liczbę użytkowników, posiadają odpowiednią wielkość danych porównawczych. Korzyściom wypływającym z Big Data nie oparł się nawet show-biznes. Decyzja firmy Netflix o inwestycji w produkcję serialu „House of Cards”, który przyniósł jej ogromny międzynarodowy sukces i wiele nagród, częściowo była oparta o analizę dużych baz danych.

Sukces analiz często opiera się o możliwość przetwarzania danych w czasie rzeczywistym. Dobrym przykładem są ubiegłoroczne Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Zbierane dane, głównie opinie użytkowników mediów społecznościowych, były natychmiast poddawane analizie. Codziennie rano organizatorzy otrzymywali raport, który pozwalał im wszelkie niedociągnięcia skorygować najpóźniej do następnego dnia.

Big Data nie jest przeznaczona jedynie dla największych firm. Jest to narzędzie coraz bardziej dostępne także dla małych i średnich przedsiębiorców. Wystarczy skorzystać z informacji o wielkości sprzedaży i lokalizacji zakupów udostępnianych m.in. przez Factual. Co ważne nie wiąże się to z bardzo dużymi kosztami. Pomocą służą także takie serwisy jak Kaggle, który na całym świecie współpracuje z 60 tys. ekspertów, którzy specjalizują się w rozwiązywaniu problemów analitycznych.

Trzeba jednak pamiętać, że Big Data nie jest panaceum na wszystkie problemy. Przede wszystkim należy zdefiniować swoje potrzeby biznesowe, a pierwsze próby przeprowadzać ostrożnie i raczej na małą skalę. Często jest bowiem tak, że firmy starają się pozyskać zbyt dużo szczegółowych danych z różnych źródeł, podczas gdy większość z nich nigdy nie będzie wykorzystana. Duże pieniądze wydane na narzędzia analityczne i technologie potrzebne do dokonywania analiz nie są gwarancją sukcesu. „Bardzo niewiele firm rozumie, że siła i jakość Big Data mają niewielki związek z kupionymi narzędziami IT. Zamiast kosztownych inwestycji w infrastrukturę i gromadzenie ogromnych ilości danych firmy na początku powinny nauczyć się właściwie wykorzystywać dane już posiadane, a dopiero później stopniowo analizy uzupełniać np. o dane z sieci społecznościowych. Ponad wszystko należy pamiętać, że to wizja biznesowa powinna definiować, jakich danych i technologii potrzebujemy, a nie odwrotnie” – podsumowuje Dariusz Flisiak.

Święta w zaciszu domowym, a może alternatywa w postaci pobytu za granicą?

Do Gwiazdki zostało raptem kilkanaście dni, jednak wszechobecna świąteczna atmosfera sprzyja planowaniu zimowego urlopu zwłaszcza za granicą. Do wcześniejszej rezerwacji wycieczek czy to na Boże Narodzenie czy na Sylwestra zachęcają liczne rabaty i promocje. Początek grudnia to ostatni dzwonek aby zabukować lot po naprawdę atrakcyjnej cenie.

Wielu Polaków nadal będzie podtrzymywać rodzimą tradycję i nie wyobraża sobie najważniejszych świąt bez rodziny, wigilijnego karpia oraz świątecznego zamieszania w domu. Znajdą się jednak i tacy, którzy odważą się spędzić święta bożonarodzeniowe w narciarskim kurorcie, bywa również, że pod palmami – chętnych na egzotyczne wycieczki nie brakuje.

Nieważne gdzie lecimy, aby było tanio powinniśmy rezerwować przelot minimum z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Pierwsze dni grudnia to zdecydowanie ostatni dzwonek aby zabukować lot po naprawdę atrakcyjnej cenie. – Jeśli chodzi o tanie linie lotnicze, reguła im wcześniej tym lepiej nie zawsze obowiązuje. Czasami kilka dni przed świętami czy Sylwestrem tani przewoźnicy wypuszczają pulę lotów w bardzo korzystnych cenach – komentuje Aleksandra Jakiel z Tripsta.pl.

Świąteczna alternatywa

Jeśli chodzi o najchętniej wybierane przez Polaków destynacje w drugiej połowie grudnia – przewyższa górska sceneria. Wiele polskich rodzin nie wyobraża sobie świat bez śniegu a góry są dla nich obowiązkowym elementem świątecznego krajobrazu. Gwarancją białego Bożego Narodzenia jest spędzenie go tam gdzie zimowe szaleństwo trwa kilka miesięcy. Ci, którzy na Święta wyjadą, najchętniej Boże Narodzenie spędzą w Tatrach. Jednak ze względu na doskonałe warunki pogodowe i sprzyjającą aurę oraz stosunkowo niskie koszty podczas samodzielnej organizacji wyjazdu na świąteczny wyjazd w góry za granicę decydujące się coraz więcej Polaków. W popularnych turystycznie słowackich miejscowościach, takich jak: Chopok czy Tatranska Lomnica ceny za nocleg w pensjonacie wynoszą ok 100 pln za osobę. W hotelach, gdzie ceny różnią się w zależności od ilości gwiazdek trzeba będzie zapłacić nieco więcej. W koszt planowanej wycieczki narciarskiej trzeba koniecznie wliczyć opłatę za wejście na stok. Pięciodniowe austriackie karnety kosztują około 200 euro, francuskie i włoskie około 180euro, natomiast słowackie wcale nie są dużo tańsze ich koszt to około 150 euro.

Podobnie jak w roku ubiegłym niesłabnąca popularnością cieszą się Włoskie kurorty na północy kraju – wynika z raportu Tripsta.pl. – Niemiecki przewoźnik Lufthansa oferuje loty do Turynu w terminie 22 – 29 grudnia za 930 pln za osobę w obie strony. Turyn to doskonała baza wypadowa we włoskie Alpy. Kurortem wartym polecenia jest z pewnością wioska Val di Sole położona w jednym z najsłynniejszych regionów narciarskich w Europie – informuje Aleksandra Jakiel z internetowego biura podróży Tripsta.pl.

Samolotem na narty

Samolotem na narty można dostać się bez problemu z większych polskich miast: – Z Warszawy, Krakowa, czy Poznania, dzięki wygodnym połączeniom można polecieć do Bergamo. Z niego, po szybkim transferze – trafia się przykładowo prosto do hotelu w górskiej miejscowości Madesimo oddalonej 2 i pół godziny od Bergamo – dodaje. Stąd również jest blisko do St Moritz, który to połączony wyciągami z miejscowością Campodolcino tworzy najnowocześniejszy narciarski ośrodek w Lombardii. Z Begrano można się wybrać również do Montecampione, kameralnego miasteczka z ponad 40 km tras. oddalonym jedynie godzinę drogi od lotniska. Już od jakiegoś czasu popularne pośród Polaków stają się również pobyty w malowniczych miejscowościach jak: Marilleva, Flogarida, Ponte di Legno, Passo Tonale, głównie ze względu na sporą liczbę słonecznych dni oraz dużą ilość naturalnego śniegu, a przede wszystkim ze względu na 380 km tras zjazdowych na jeden skipass.

Miłośnicy Alp francuskich na święta wybiorą się zapewne do przepięknego Les2Alpes. Lot na trasie Warszawa – Grenoble w terminie 21 – 28 grudnia za 600 pln w obie strony. W tym samym terminie, przelot z Warszawy do Lyonu szwajcarskimi liniami lotniczymi Swiss będzie kosztować ok 900 pln w obie strony. Do ceny biletu należy doliczyć koszt przewozu sprzętu narciarskiego. Lotnisko w Grenoble od uroczego ośrodka Les2Alpes dzieli około 100 kilometrów, z Lyonu około 160km zatem dojazd na miejsce lokalnym transportem nie powinien sprawić problemu.

Dla osób, które święta wolą spędzić w temperaturze wyższej niż pokojowa, najlepiej z widokiem na ocean lub morze, biura podróży w tym sezonie polecają Wyspy Kanaryjskie, zwłaszcza Teneryfę (tu za tygodniowy pobyt zapłacimy około 3000-3500 pln), także portugalską Maderę. Święta pod palmą są jednak opcją dla tych nieprzejmujących się budżetem. Zachodnia Europa zdecydowanie wyparła Egipt i Tunezję dokąd tak chętnie udawali się na Boże Narodzenie Polacy jeszcze w zeszłym roku. – Skoro Święta to musi być Święty Mikołaj, stąd dużym zainteresowaniem cieszą się świąteczne wycieczki do Rovaniemi. Cena lotu w obie strony z Warszawy do wioski Świętego Mikołaja waha się od 900 – 1500 pln – mówi Aleksandra Jakiel z Tripsta.pl

Korzystając z dobrodziejstwa kalendarza i mając co dyspozycji kilka dni urlopu dzięki któremu możemy gospodarować prawe 2-tygodniową przerwą urlopową, co odważniejsi mogą wybrać się do Azji. W tym przypadku popularna jest Tajlandia, Sri Lanka, czy Bali. Przy indywidualnej organizacji wyjazdu – na własną rękę, podróżnik ma szansę obniżyć koszty tego typu wakacji nawet o 2-3 tysiące złotych. Wychodzi to zdecydowanie taniej niż w przypadku wykupienia zorganizowanej wycieczki z biurem podróży. Jego portfel nadal powinien jednak pozostać dość zasobny.

Z analizy Tripsta wynika, że spora cześć podróżujących odwiedzi swoich najbliższych w Niemczech i wielkiej Brytanii oraz Norwegii i Danii, gdzie członkowie ich rodzin wyemigrowali za pracą. Okres świąteczny, to jedna z niewielu szans, kiedy to można spotkać się z długo niewidzianymi najbliższymi.

Sylwestrowe szaleństwa z dala od domu

Zdecydowanie bardziej to Sylwester bardziej przyciąga zwolenników zagranicznych wyjazdów niż Święta Bożego narodzenia, do których tradycji Polacy są niezwykle przywiązani. Ponadto na kilkudniowy wypoczynek może sobie pozwolić coraz więcej z nas, ponieważ koszt biletów lotniczych nie jest tak wysoki, jak miało to miejsce kilka lat temu. Co więcej, z tegorocznego raportu na temat Świąt Deloitte wynika, że to bilet lotniczy znaleziony pod choinką kilku lat znajduje się w pierwszej trójce najbardziej oczekiwanych prezentów obok gotówki i książek. Jak widać, poświąteczne wojaże coraz bardziej skupiają naszą uwagę.

Jeśli chodzi o Sylwestrowe plany, coraz częściej Polacy decydują się na witanie nowego roku w europejskich stolicach. Sylwester spędzony w plenerze w jednym z zagranicznych miast może kosztować tyle, co zorganizowana zabawa w klubie czy elegancki bal. Paryż, Rzym, Londyn a może Stambuł? – Sylwestrowy wypad do Rzymu na trzy dni, na pokładzie jednego z tańszych przewoźnikiem na chwile obecną może nas wynieść 600 pln w obie strony. W tym samym terminie lot w tę i z powrotem do Bolonii kosztuje 570 PLN – zachęca Aleksandra Jakiel z internetowego biura podróży Tripsta.pl. Cena lotu do Londynu w dniach 30 grudnia – 1 stycznia wynosi około 360 pln w obie strony. Hitem w tym roku ma być Sylwester w kosmopolitycznym Stambule. Niestety pula tanich biletów już się rozeszła. Obecnie loty z Krakowa do Stambułu w okresie 30 grudnia – 1 stycznia można kupić za nieco ponad 1000 pl w obie strony. Nigdy nie jest za późno na organizację spontanicznego wyjazdu do Pragi, czy Berlina – miast, w których to bez problemu można dołączyć do imprezy plenerowej. W miastach tych na pewno nikt nie będzie się nudził. – Żeby kupić tani bilet lotniczy, wystarczy skorzystać z dostępnych w sieci wyszukiwarek lotów. Dzięki temu można w łatwy sposób znaleźć połączenie, porównać je z ofertami konkurencyjnymi i wybrać optymalną opcję. Co więcej, bilety kupione w Internecie są z reguły znacznie tańsze od tych, które oferują nam biura podróży – dodaje Jakiel.

Jak bezpiecznie kupować w sieci przed Bożym Narodzeniem

Kto lubi zatłoczone centra handlowe i bieganie po sklepach w poszukiwaniu prezentów? Raczej nikt, dlatego co raz więcej Polaków chcąc uniknąć tłumów, zamawia gwiazdkowe podarunki dla najbliższych zza monitora swojego komputera. Ponad 70% użytkowników internetu w Polsce dokonuje zakupów online. Mogą wybierać spośród serwisów aukcyjnych, portali zakupów grupowych czy wciąż rosnącej liczby sklepów internetowych. Tę tendencje starają się wykorzystać cyberprzestępcy, którzy wietrzą okazję do łatwego zarobku i próbują dostać się do portfeli użytkowników dzięki fałszywym ofertom sprzedaży.

Jakie są cele przestępców przed świętami? Zainkasować pieniądze nie wysyłając zamówionego towaru lub zainfekować komputer użytkownika, by następnie móc wykraść dane dostępowe do bankowości elektronicznej lub poufne informacje, która mogą zostać odsprzedane na undergroundowych forach. Najbardziej pożądane są hasła i dane dostępowe do serwisów bankowych, kont pocztowych i sklepów internetowych. Specjaliści bezpieczeństwa z G Data ostrzegają przed fałszywymi aukcjami i nadzwyczaj atrakcyjnymi ofertami. Trzeba także uważać na zupełnie nowe w sieci i nie wzbudzające zaufania sklepy. G Data wzywa tym samym wszystkich do wzmożonej czujności podczas zakupów online. Niemiecki dostawca rozwiązań antywirusowych przygotował zbiór najważniejszych porad bezpieczeństwa podczas przedświątecznej gorączki zakupów.

Przykładowy SCAM wykorzystywany przez cyberprzestępców przed Bożym Narodzeniem:

Fałszywe potwierdzenie wysyłki

Zakupy dokonane w sieci najczęściej dostarczane są przez pocztę lub firmy kurierskie, dlatego przestępcy opracowali metody preparowania potwierdzeń oraz informacji na temat kosztów nadania przesyłek. Wiadomości informują kupującego o problemach z doręczeniem lub o nowej fakturze dostępnej w internetowym serwisie klienta. Najczęściej taki link przekierowuje do szkodliwej strony lub niebezpiecznego załącznika zdolnego do infekcji naszego komputera!

Niebywałe okazje!

W tym przypadku wykorzystywane są zdobyte wcześniej nielegalnie bazy mailingowe (przykładem niech będzie głośny ostatnio wyciek danych ze strony Adobe) lub zupełnie legalne bazy, oferowane przez różne firmy na rynku reklamowym. Przestępcy masowo wysyłają wiadomości spam z ofertami produktów znanych marek, luksusowych zegarków, smartfonów czy bardzo drogich dizajnerskich artykułów w nadzwyczaj atrakcyjnych cenach. Pierwszy etap jest wspólny dla różnych przekrętów, zmiany następują w kolejnych krokach przez, które brnie nieświadomy użytkownik. Wiadomości zawierają odnośniki przenoszące do stron zawierających złośliwe oprogramowanie lub do fałszywych sklepów internetowych. Podczas tworzenia i podstawiania takich stron przestępcy mają do wyboru dwie drogi. Pierwsza to stworzenie sklepu wyłudzającego dane kart kredytowych (numery CCV), natomiast drugą opcją jest oferowanie produktów, które nigdy nie trafią do osób, które dokonały zakupu.

Niebezpieczne życzenia świąteczne

Kolejną popularną w przedświątecznym okresie strategią jest wysyłanie bożonarodzeniowych e-kartek. Uważajmy na ten rodzaj wiadomości jeżeli nie znamy nadawcy, takie życzenia mogą zawierać dołączone do wiadomości złośliwe pliki np. popularnych odmian wirusów czy trojanów bankowych!

Jak bezpiecznie kupować w internecie radzą specjaliści G Data:

Dobrze chroniony w sieci. Dobre rozwiązanie w kwestii bezpieczeństwa powinno być podstawowym wyposażeniem, każdego użytkownika internetu. Nie powinno się to ograniczać jedynie do programu antywirusowego, niezbędnym uzupełnieniem powinny być filtry spamowe, firewall oraz skaner w czasie rzeczywistym przed zagrożeniami online.
Zamknij luki bezpieczeństwa. Należy używać aktualizacji by mieć pewność, że system operacyjny, oprogramowanie i aplikacje są zawsze w najnowszych wersjach dostępnych u producenta.

Bezpieczna bankowość internetowa. Podczas wykonywania przelewów online lub innych działań na koncie internetowym, jeżeli to możliwe zawsze korzystaj z podwójnego uwierzytelniania. Zintegrowana z wszystkimi produktami G Data technologia BankGuard dostępna we wszystkich produktach G Data oferuję dodatkową ochronę podczas korzystania z bankowości elektronicznej.

Zasada ograniczonego zaufania. Przed złożeniem zamówienia dokładnie sprawdź sklep, w którym planujesz dokonać zakupu. Zapoznaj się z warunkami i kosztami sprzedaży oraz dostawy. Dobrze jest tez poświęcić kilka minut na wyszukanie w sieci opinii innych użytkowników o danym sklepie.

Prosto do kosza. Niezwłocznie kasuj wszelki spam i zawsze unikaj otwierania zawartych w nim linków czy załączników.

Bezpieczne płatności w sieci. Podczas logowania się do systemów bankowości online powinieneś zwrócić uwagę czy znajdujesz się na właściwej stronie oraz czy połączenie jest szyfrowane. Większość serwisów po przejściu do strony logowania wykorzystuję połączenie szyfrowane. Jeśli stwierdzisz jego brak, coś jest nie tak!

Polska Firma – Międzynarodowy Czempion. Asseco Poland wyróżnione za zagraniczne inwestycje.

0

W drugiej edycji edycji konkursu „Polska Firma – Międzynarodowy Czempion” zorganizowanego z inicjatywy firmy doradczej PwC Asseco Poland otrzymało wyróżnienie w kategorii Inwestor.

Celem konkursu jest promocja polskich firm odnoszących znaczące sukcesy na rynkach zagranicznych jako inwestorzy lub eksporterzy oraz promocja korzyści, jakie z tytułu takiej działalności odnosić mogą nie tylko same firmy, ale także cała polska gospodarka. W konkursie udział wzięły działające w Polsce przedsiębiorstwa opierające się na rodzimym kapitale, które w ciągu ostatnich pięciu lat dokonały inwestycji zagranicznej oraz prowadzą szeroko zakrojoną działalność eksportową i odnoszą sukcesy na zagranicznych rynkach. Do końca 2012 r. suma zagranicznych inwestycji zrealizowanych przez polskie firmy wyniosła 57,5 miliarda USD.

W kapitule konkursu zasiedli: Ilona Antoniszyn-Klik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki, Katarzyna Kacperczyk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Sławomir Majman, prezes PAIiIZ, Dariusz Ostrowski, prezes ARAW, Paweł Rabiej, współwydawca i redaktor naczelny magazynu ThinkTank, oraz Ryszard Petru, partner w PwC.

Polak a nowoczesne technologie płatnicze

Jeszcze niespełna dwie dekady temu na myśl nikomu nie przyszło, że kawałek plastiku zastąpi monety i papierowy pieniądz. Ale świat pędzi do przodu. Obecnie, zamiast szukać w kieszeni gotówki, korzystamy z kart płatniczych. Jako klienci możemy też po prostu zbliżyć swój komórkowy telefon do terminala, a w ciągu niespełna sekundy następuje autoryzacja płatności.

Przyzwyczajenia Polaków niewątpliwie się zmieniają. Nie nosimy już ze sobą gotówki, bo liczenie, noszenie i wydawanie zabiera niepotrzebnie energię. Lepiej wyjąć kartę, wstukać PIN i samo się zrobi. Coraz więcej osób idąc na zakupy portfela nie zabiera ze sobą w ogóle. W jaki sposób płacą? Odpowiedź brzmi – telefonem.

Jak wynika z raportu MasterCard „Polak a nowoczesne technologie” płatność kartą zbliżeniową czy telefonem to atrybut nowoczesności, który pozwala na oszczędność czasu i energii. Ponadto Polacy chcą być na czasie i spróbować czegoś nowego, stąd w portfelu nie jedna, a kilka kart płatniczych, czy telefon umożliwiający przeprowadzenie płatności.

Jak podkreśla Tomasz Sobierajski – socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego „Jest grupa osób, które mają opór wobec tego, ale myślę, że to jest całkiem normalne. Normalne z punktu widzenia naszego społeczeństwa, dlatego, że my w bardzo krótkim czasie musieliśmy zaznajomić się z bardzo wieloma technologiami. W innych krajach zajmowało to kilkadziesiąt lat. My przechodzimy z jednego systemu na drugi i co ciekawe, te osoby, które decydują się na to, […] oszczędzają czas.”

Nowe technologie postrzegane są jako nieodłączny element współczesnego świata. Jednak osoby, które z nich korzystają mają i oczekiwania wobec nowych metod płatności. Najważniejsze to bezpieczeństwo, że nic nie zagraża pieniądzom. Nowe rozwiązania powinny dawać korzyści i przede wszystkim muszą być zrozumiałe w użyciu.

„Bardzo duża rola jest w edukacji społecznej w zakresie nowych technologii. Młodzi ludzie są lepiej wyedukowani, w związku z tym oni pierwsi często po nie sięgają. Ale absolutnie nie jest tak, że oni są jedynymi użytkownikami np. kart zbliżeniowych. Z badań wiemy, że dużo osób starszych […] również w bardzo pozytywny sposób wyraża się na temat tych płatności i bardzo chętnie po nie sięga” – podkreśla Sebastian Januszko, Research Director Domu Badawaczego Maison.

Wydaje się, że przyszłość to rezygnacja z tradycyjnego, wypchanego banknotami i brzęczącego od monet portfela. Czy rzeczywiście tak się stanie? Czas pokaże. Póki co karta zbliżeniowa niewątpliwie jest wygodna, a płacący telefonem z pewnością są trendy.

Więcej oszczędzamy na świąteczne przyjemności

Provident porównał plany świąteczne mieszkańców wsi i małych miast, oraz mieszkańców dużych metropolii. Z badań przeprowadzonych przez Homo Homini w ramach cyklicznego Barometru wynika, że prawie co trzeci mieszkaniec małego miasta i wsi (32 proc.) częściej niż mieszkaniec większego miasta (18 proc.) deklaruje organizację świąt ze zgromadzonych oszczędności.

40 proc. Polaków zamierza wydać na organizację świąt tyle samo co w zeszłym roku. Mniej na tegoroczne święta wydadzą mieszkańcy mniejszych miejscowości. Tylko 18 proc. respondentów z tej grupy przeznaczy na święta więcej pieniędzy w stosunku do poprzedniego roku.

Tradycja ponad pieniądze

Niestety, ponad połowa respondentów twierdzi, że obecna sytuacja gospodarcza wpłynie na koszt organizacji świąt. Jednak atmosfera przy świątecznym stole będzie jak zawsze uświęcona tradycją spotkań w gronie bliskich. Prawie co drugi Polak deklaruje, że zorganizuje święta dla najbliższej rodziny lub przyjaciół. W tej grupie przeważają mieszkańcy wsi i małych miast (54 proc.). Inaczej jest w dużych aglomeracjach – tendencja ta jest dokładnie odwrotna. Badani najczęściej wskazują, że to oni zostali zaproszeni na święta (39 proc.).

Ile to kosztuje?

Czterech na dziesięciu ankietowanych twierdzi, że wydatki na świąteczne smakołyki i prezenty utrzymają się na tym samym poziomie, co rok temu, 28 proc. ankietowanych twierdzi, że będzie musiało je ograniczyć. W tej grupie znaleźli się mieszkańcy wsi i małych miast, którzy zdecydowanie skromniej będą obchodzić tegoroczne święta. Co trzeci ankietowany będzie musiał zacisnąć pasa. W miastach powyżej 50 tys. takie deklaracje składa 23 proc. badanych.Prawie co trzeci ankietowany planuje przeznaczyć na organizację świąt od 300 do 500 zł. Niecałe 48 proc. badanych, gdyby dysponowało wymarzonym budżetem, spędziłoby święta inaczej niż dotychczas. Na drugim biegunie znaleźli się ci, którzy nie wyobrażają sobie świąt poza domem daleko od przyzwyczajeń i wedle ustalonych rytuałów.

Polscy Mikołajowie

Polacy chętnie obdarowują swoich bliskich prezentami. Ośmiu na dziesięciu z nas sprezentuje swoim bliskim jakiś drobiazg. Od lat wśród najpopularniejszych prezentów znajdują się kosmetyki (52 proc.), zabawki (42 proc.) oraz książki (33 proc.). Ankietowani najczęściej na prezenty przeznaczą od 100 do 200 zł (24 proc.). Ponad 17 proc. z nas zamierza przeznaczyć na ten cel ponad 500 zł. Mieszkańcy wsi i małych miast rzadziej obdarują swoich bliskich .Tylko co piąty z nich zamierza zainwestować w świąteczne upominki dla bliskich w tym roku.

Badanie zostało przeprowadzone w grudniu 2013 roku, metodą wywiadu telefonicznego CATI, na losowej próbie 500 osób o zarobkach w wysokości średniej krajowej i poniżej

Bartosz Ciołkowski nowym Dyrektorem Generalnym w polskim oddziale MasterCard Europe

Zmiany personalne w polskim biurze firmy MasterCard. Bartosz Ciołkowski, dotychczasowy szef sprzedaży w polskim oddziale firmy, obejmie stanowisko Dyrektora Generalnego polskiego oddziału MasterCard Europe. Z kolei Kamila Kaliszyk, pełniąca do tej pory obowiązki Senior Account Managera, będzie odpowiedzialna za pion ds. Rozwoju Akceptacji
i Kontaktów z Merchantami.

Kolejne zmiany w MasterCard. Po Pawle Rychlińskim, który awansował na szefa struktur firmy w Niemczech, oraz Michale Skowronku, który we wrześniu mianowany został Dyrektorem Generalnym na Polskę, Ukrainę Czechy i Słowację w MasterCard Europe, przyszła kolej na dwie nowe osoby.

Bartosz Ciołkowski został nowym Dyrektorem Generalnym polskiego oddziału MasterCard Europe. Karierę rozpoczynał w Banku BZ WBK, gdzie odpowiadał za prowadzenie projektów w ramach biznesu akceptacji kart płatniczych. Przed związaniem się z MasterCard pracował również w banku Pekao SA, w którym nadzorował prace Departamentu Rozwoju Biznesu Kartowego, odpowiedzialnego za realizację projektów w zakresie wydawnictwa i akceptacji kart płatniczych. Od 2005 roku, kiedy to rozpoczął pracę w MasterCard, aktywnie wspierał działania sprzedażowe, przyczyniając się do wzrostu udziału firmy na rynku płatności.

Od 2009 roku odpowiadał za dział doradztwa MasterCard® Advisors w krajach Europy Centralnej i Wschodniej. W tym czasie był zaangażowany we wdrażanie ponad 50 projektów. Dotyczyły one m.in.: optymalizacji rentowności produktów płatniczych, rozwoju innowacyjnych produktów, rozwoju programów lojalnościowych oraz co-brandingu. Przez ostatni rok pełnił funkcję szefa sprzedaży w polskim oddziale MasterCard. Ukończył studia na Wydziale Ekonomii Akademii Ekonomicznej w Poznaniu ze specjalizacją w zakresie polityki gospodarczej i strategii przedsiębiorstw.

Kamila Kaliszyk rozpoczęła pracę w pionieds. Rozwoju Akceptacji i Kontaktów z Merchantami. Kamila dołączyła do MasterCard w 2000 roku, jako Technology Account Manager. Później, już jako Senior Account Manager, była odpowiedzialna za rozwój biznesowy i współpracę z większością polskich banków. Brała również udział we wprowadzaniu kart World MasterCard i budowaniu programu lojalnościowego World MasterCard Rewards. Wcześniej pracowała w banku Pekao S.A. oraz Invest Bank S.A. Kamila jest absolwentką ekonomii Uniwersytetu Ekonomicznego w Szczecinie.

Luksus ma się dobrze – Rynek dóbr luksusowych w Polsce

Rynek dóbr luksusowych w Polsce rośnie już kolejny rok z rzędu, do 2016 roku jego wartość osiągnie poziom 12,9 mld zł. W szybkim tempie przybywa potencjalnych konsumentów – liczba osób zamożnych i bogatych w naszym kraju to obecnie 786 tys., a w 2016 roku zbliży się do 1 mln. Polska w dalszym ciągu pozostaje nieodkrytym rynkiem dla światowych graczy. W najbliższych latach firmy oferujące dobra i usługi luksusowe spodziewają się stałego wzrostu liczby klientów. Takie wnioski płyną z czwartej edycji raportu KPMG pt. „Rynek dóbr luksusowych w Polsce”.

Rośnie liczba zamożnych i bogatych konsumentów

Mimo europejskiego kryzysu i spowolnienia krajowej gospodarki, w Polsce szybko przybywa potencjalnych konsumentów dóbr luksusowych. W 2013 roku w Polsce mieszkało 786 tys. osób zamożnych i bogatych, tzn. o dochodach brutto przekraczających 85 tys. zł. Ich łączny dochód netto szacowany jest w tym roku na 130,9 mld zł. W porównaniu z rokiem 2012 grupa ta powiększyła się o 18 tys. osób, a jej łączny dochód netto wzrósł o 4,1 mld zł. W 2016 roku w Polsce może mieszkać już blisko 1 mln osób zamożnych i bogatych, których łączny dochód netto sięgnie prawie 172 mld zł.

Wciąż dzieli nas duży dystans od krajów Europy Zachodniej – zarówno z uwagi na liczbę osób najbogatszych, jak i pod względem zamożności przeciętnego mieszkańca. W Polsce liczbę osób posiadających płynne aktywa o wartości przekraczającej 1 mln dol. szacuje się obecnie na nie więcej niż 50 tys. Nawet w krajach o znacznie mniejszej liczbie ludności, takich jak Portugalia czy Finlandia, grupa ta jest większa (w obu przypadkach obejmuje powyżej 60 tys. osób). Pod względem wartości majątku przypadającego na statystycznego mieszkańca Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej.

Mieszkaniec Unii Europejskiej posiada średnio 138,6 tys. dol. majątku. Obywatel Polski ze średnim majątkiem 20,8 tys. dol. zajmuje dopiero 24 miejsce wśród obywateli krajów członkowskich UE – mówi Andrzej Marczak, Partner w KPMG w Polsce, i dodaje – Mniejszy majątek od przeciętnego Polaka posiadają jedynie Litwini, Łotysze, Rumuni oraz Bułgarzy. Majątek Polaków rośnie w tempie znacznie szybszym niż średnia dla UE – średnio 4,1% rocznie. Gdyby takie tempo zostało utrzymane, potrzeba jednak blisko 50 lat, aby majątek mieszkańca Polski osiągnął obecną średnią wartość dla UE.

Luksus ma się dobrze

Wraz z coraz większą liczbą bogatych i zamożnych rośnie wartość polskiego rynku dóbr luksusowych, a perspektywy na następne lata są obiecujące. Według raportu wartość rynku w 2013 roku zwiększyła się po raz kolejny, osiągając poziom 10,8 mld zł. Eksperci KPMG prognozują, że w następnych latach utrzyma się pozytywny trend obserwowany do tej pory. Wartość rynku dóbr luksusowych do 2016 roku wzrośnie łącznie o kolejne 20% i wyniesie 12,9 mld zł.

Tegoroczna edycja raportu po raz pierwszy pokazuje specyfikę rynku dóbr luksusowych w podziale na poszczególne segmenty. Zdecydowanie największe znaczenie mają ekskluzywne samochody. Segment ten jest wart aż 4,5 mld zł i tym samym stanowi ponad 40% wartości całego rynku. Rośnie liczba rejestracji nowych pojazdów luksusowych i premium, podczas gdy całość rynku samochodów osobowych przeżywa stagnację. Dużą popularnością wśród zamożnych Polaków cieszą się także luksusowa odzież i dodatki (1,8 mld zł), ekskluzywne usługi hotelowe i SPA (1,2 mld zł), prestiżowe nieruchomości (900 mln zł) alkohole i cygara z najwyższej półki (714 mln zł) oraz luksusowe meble (580 mln zł).
Najszybszy wzrost do 2016 roku odnotują segmenty luksusowych nieruchomości oraz usług hotelarskich i SPA (odpowiednio o 29% i 28%).

Światowi gracze doceniają potencjał polskiego rynku. W kraju dostępne jest już 69% wszystkich globalnych marek luksusowych. Dużą popularnością cieszą się zwłaszcza marki włoskie i francuskie. W 2013 roku liczba dostępnych marek rosła jednak wolniej niż w ubiegłych latach, co wskazuje na coraz większe nasycenie rynku.

Silna pozycja Włoch na rynku międzynarodowym jest zasługą marek motoryzacyjnych (Maserati, Ferrari) i odzieżowych (Dolce&Gabbana, Prada, Gucci). W przypadku Francji największe znaczenie mają marki odzieżowe (Louis Vuitton), ale także marki perfum (Chanel, Dior, YSL) czy alkoholi (szampany Moët & Chandon i Dom Pérignon, koniaki Hennessy) – mówi Tomasz Wiśniewski, Partner w KPMG w Polsce.

Firmy optymistycznie o rynku

Większość firm działających na polskim rynku dóbr luksusowych jest zadowolona z obecnej sytuacji i optymistycznie patrzy w przyszłość – wynika z badania ankietowego przeprowadzonego przez KPMG. Niemal wszystkie firmy spodziewają się stałego wzrostu liczby klientów. Żadna z badanych firm nie obawia się, że jej produkty i usługi nie znajdą w następnych latach tylu nabywców, co dotychczas.

Mimo zadowolenia z sytuacji rynkowej trzy czwarte badanych firm odczuwa bariery ograniczające ich rozwój w Polsce. Do najczęściej wymienianych problemów należą zbyt mała grupa potencjalnych konsumentów, zmienny kurs walutowy, bariery administracyjno-prawne oraz wysokie koszty ekskluzywnej powierzchni handlowej.

Dla wielu firm oferujących dobra luksusowe o charakterze konsumpcyjnym (ubrania, dodatki, biżuteria itp.) dużym problemem jest brak prestiżowej ulicy handlowej w pełnym tego słowa znaczeniu, przede wszystkim w Warszawie. Krokiem w dobrym kierunku było otwarcie ekskluzywnego domu handlowego vitkAc w 2011 roku. Być może dzięki obecnie planowanym inwestycjom na Placu Trzech Krzyży uda się stworzyć luksusową część handlową stolicy w najbliższych latach – uważa Andrzej Marczak, Partner w KPMG w Polsce.

Gdyby nie biurokracja polscy przedsiębiorcy byliby o 200 mld zł bogatsi

Dla połowy przedsiębiorców regulacje i nadmierna biurokracja są największym hamulcem rozwoju – wynika z badania IBR 2013. To dla przedsiębiorców większy problem niż niepewność gospodarcza czy koszty finansowania inwestycji. Firmy szacują, że ich przychody byłyby 5-10 proc. wyższe, gdyby nie musieli się zmagać z problemami biurokratycznymi. W rezultacie podniosłoby to ich przychody o 200 mld zł.

Bariery biurokratyczne to nie tylko kwestia złożonych procedur, ale i nieprzejrzystych przepisów. Przekładają się bezpośrednio na efektywność działania przedsiębiorców, a tym samym ograniczają potencjalny wzrost przychodów.

 – Co trzeci przedsiębiorca wskazał, że po usunięciu głównych przeszkód wzrost przychodów mógłby sięgnąć nawet 10 proc. Jedna czwarta przedsiębiorców oceniała potencjalny wzrost przychodów na 5-10 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Wróblewski, partner zarządzający w Grant Thornton. – Jeśli te oszacowania przeniesiemy na poziom całej gospodarki, to likwidacja barier biurokratycznych podniosłaby przychody polskich przedsiębiorstw o ponad 200 mld zł. To mniej więcej jedna ósma polskiego PKB.

Z badania firmy Grant Thornton wynika, że polscy przedsiębiorcy do kluczowych barier zaliczają złożoność polskiego prawa, zwłaszcza prawa podatkowego, i niejednoznaczne, niejasne interpretacje. Podnoszą też kwestię częstych zmian w prawie oraz przedłużających się procedur przed sądami, zarówno cywilnymi, jak i administracyjnymi.

 – Ministerstwo Finansów wydaje rocznie 30 tys. indywidualnych interpretacji. To oznacza, że urzędnicy codziennie wydają ponad 100 interpretacji, czyli co 4 minuty powstaje jedna nowa. To daje pojęcie o złożoności obowiązujących regulacji i ich niejednoznaczności. Skoro tak wiele pytań dotyczących prawa podatkowego zadają przedsiębiorcy, to znaczy, że mają poważne problemy – przekonuje Tomasz Wróblewski.

Grant Thornton zadał przedsiębiorcom pytanie o konsekwencje wynikające z istnienia barier i konieczności radzenia sobie z nimi. 75 proc. wskazuje na stratę czasu związaną z przerostem procedur biurokratycznych. Ponad połowa mówi, że to prostu kosztuje.

 – Oba te elementy, angażowanie środków i angażowanie czasu, powodują, że na przedsięwzięcia rozwojowe czasu i środków pozostaje mniej. W ten sposób, pośrednio bariery biurokratyczne powodują, że mniej energii idzie na rozwój przedsiębiorstw. Co drugi przedsiębiorca jest gotów zaniechać przedsięwzięcia o charakterze rozwojowym, byle tylko uniknąć walki z przeszkodami i ryzyka administracyjnego. To bardzo poważny skutek – podkreśla Tomasz Wróblewski.

Co więcej, z rozmów prowadzonych przez Grant Thornton podczas II Forum Przedsiębiorców z przedsiębiorcami wynika, że chętnie zgodziliby się na likwidację wszystkich ulg podatkowych w zamian za uproszczony system, w którym skala podatkowa – relatywnie atrakcyjna, biorąc pod uwagę skale podatkowe w krajach europejskich – byłaby skalą rzeczywistą, a nie zapisem w ustawie.

 – Szeroki katalog wydatków nie uznawanych za koszt uzyskania przychodu  powodują, że obciążenie rzeczywiste jest wyższe aniżeli stawka ustawowa – dodaje Tomasz Wróblewski.

Biurokracja ogranicza innowacyjność, wręcz jest jej przeciwieństwem. A rozwiązanie problemów nie jest łatwe, choć wydawałoby się, że wystarczy by biznes i administracja zasiadły razem do stołu i wypracowały rozwiązanie. Ale na takie działania się nie zanosi.

 – Po pierwsze, to nie jest łatwy temat. Po drugie, sądzę, że to też sprawa priorytetów rządowych, a na nieszczęście przedsiębiorców, gospodarka nie jest obecnie oczkiem w głowie administracji publicznej. Ten niski priorytet wynika zapewne z przekonania polityków, że mają ważniejsze zadania i cele – uważa partner zarządzający w Grant Thornton.

Według partnera zarządzającego w Grant Thornton wprowadzenie odpowiedzialności majątkowej urzędników za podejmowane decyzje nie przyniosło żadnych efektów.

 – Statystyka mówi sama za siebie. Do końca  2012 roku nie mieliśmy do czynienia z żadnym postępowaniem przeciwko urzędnikowi właśnie o takie błędne wydanie decyzji. Mamy regulację, która w praktyce nie działa i nie przynosi spodziewanych korzyści – podsumowuje Tomasz Wróblewski.

Patronem II Forum Przedsiębiorców Grant Thornton była Krajowa Izba Gospodarcza, która objęła patronatem również raport, przygotowany na podstawie ankiety przeprowadzonej wśród przedsiębiorców obecnych na Forum.

Rynek energii i gazu będzie bardziej przejrzysty i konkurencyjny

W styczniu rusza na Towarowej Giełdzie Energii specjalna platforma online, dzięki której łatwiejsze będzie wychwycenie ewentualnych naruszeń dotyczących zawieranych transakcji. Uczestnicy giełdy energii będą mieli przejrzysty dostęp do informacji dotyczących kształtowania się cen. Platforma ma także wpłynąć na zwiększenie płynności na rynku gazu.

 – Giełdowa Platforma Informacyjna ma być miejscem, w którym interesujący się sektorem elektroenergetycznym, nie tylko giełdą, znajdą informacje. Wszyscy uczestnicy rynku będą „raportować” tu o zdarzeniach, jakie mają ich zdaniem wpływ na kształtującą się cenę energii elektrycznej i gazu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ireneusz Łazor, prezes zarządu Towarowej Giełdy Energii.

GPI będzie platformą  elektroniczną, dzięki której ma zostać wzmocniona transparentność rynku. Za jej pomocą będą publikowane m.in. dane operatora systemu przesyłowego oraz od wytwórców energii. Te dane już są dostępne, ale każdy wytwórca publikuje je oddzielnie, co utrudnia śledzenie zmian zachodzących na rynku i np. porównywanie stawek.

 – Dostęp do platformy będzie limitowany, co ma zapewnić bezpieczeństwo. Funkcjonowanie całego sektora elektroenergetycznego, jak i gazowego oraz paliwowego, ma służyć zdobyciu przewagi konkurencyjnej przemysłu. Przemysłu, który jest ulokowany tutaj i bazuje na tutejszych paliwach i cenie. To prowadzi do wyrównania szans, transparentności, obiektywności, dużego wolumenu stanowiącego najlepszy sposób wyznaczenia obiektywnej ceny paliwa – wyjaśnia prezes TGE.

W ocenie Ireneusza Łazora polski rynek energii elektrycznej charakteryzuje się wysoką płynnością – od początku tego roku do końca października łączny wolumen obrotu na Towarowej Giełdzie Energii wyniósł 145 791 GWh, a produkcja krajowa w tym okresie to 133 992 GWh. Oznacza to, że przedmiotem handlu na giełdzie było ponad 108 proc. ilości energii wyprodukowanej w kraju – poinformował niedawno Ireneusz Łazor dodając, że chce podobną płynność osiągnąć na rynku gazu.

Istnienie płynnego, transparentnego hurtowego obrotu energią jest jednym z warunków ukończenia budowy wewnętrznego rynku energii w UE. Prezes giełdy rozważa także możliwość stworzenia platformy, gdzie uczestnicy rynku mogliby skorzystać ze wsparcia analityków.

Naszą gospodarkę przed kryzysem chroni eksport. W przyszłym roku Polska skupi się na ekspansji do 5 krajów

Rosnący eksport chroni polską gospodarkę przed spowolnieniem. W 2014 r. Ministerstwo Gospodarki chce skoncentrować się na budowie relacji z Algierią, Kazachstanem, Turcją, Meksykiem i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Polska korzysta także na unijnych umowach o wolnym handlu.

 – Po dziesięciu miesiącach mieliśmy 6 proc. wzrostu eksportu. Są rynki rosnące ponad przeciętną. Szczególnie w tych krajach, na które mocno postawiliśmy od grudnia zeszłego roku. Po raz pierwszy odwróciliśmy trend w handlu z Chinami. Mamy wreszcie szybciej rosnący eksport niż import, za dziewięć miesięcy było plus 12 proc. naszego eksportu., importu plus 7 proc. W półtora roku po przyjęciu umowy o wolnym handlu UE-Korea mamy blisko 40-proc. wzrost do Korei, ponad 30-proc. do Arabii Saudyjskiej, 80-proc. do Emiratów Arabskich – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki.

Jak wynika z danych Komisji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych, w październiku polski eksport był warty ponad 15 mld euro. To o ponad 9 proc. więcej niż we wrześniu i o 4 proc. więcej niż w październiku 2012 r. Po przeliczeniu na złote, wzrost rok do roku wyniósł 6 proc. Zgodnie z szacunkami KUKE całoroczny wzrost eksportu powinien przekroczyć 5 proc.

Piechociński podkreśla, że to właśnie rosnący eksport stanowi o konkurencyjności polskiej gospodarki. Sprzedaż za granicę pozwoliła nam uniknąć spadku PKB w trakcie kryzysu. Szczególne sukcesy Polska odnosi na dotąd zaniedbywanych rynkach. Jej przewagą konkurencyjną nie jest już tylko tania siła robocza oraz niskie koszty energii i podatki, lecz także innowacyjność.

 – Potwierdziliśmy w wielkim kryzysie, że jesteśmy gospodarką przemysłową, że obok ciężkich, starych dziedzin, które wymagają ciągłej modernizacji, restrukturyzacji, pojawiły się sektory przemysłów nowej generacji, sektor ICT. Co roku 30 tysięcy programistów, informatyków kończą dobre polskie uczelnie i na osi rywalizacji światowej są drugimi informatykami po Brazylijczykach to jest tyle, ile ma dużo większa gospodarka niemiecka – podkreśla Piechociński.

Według niego jednym z najistotniejszych rynków są Zjednoczone Emiraty Arabskie. W rozwoju handlu pomaga bezpośrednie połączenie lotnicze, uruchomione w grudniu ubiegłego roku pomiędzy Dubajem i Warszawą. Wkrótce w Dubaju powstanie także przedstawicielstwo Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji MG.

Rząd wzmacnia też kontakty handlowe z Afryką. Owocuje to już pierwszymi dużymi inicjatywami i kontraktami – Ursus sprzedał 3 tys. ciągników do Etiopii, a Asseco chce współpracować z lokalnymi kontrahentami w zakresie rozwiązań informatycznych.

Wicepremier dodaje, że szczególnie cieszy go udział małych i średnich przedsiębiorstw w strukturze polskiego eksportu. Łącznie w Polsce jest ok. 50 tys. firm, które sprzedają swoje towary i usługi za granicę. Z drugiej jednak strony wciąż istnieją duże dysproporcje, np. w handlu z Chinami. Zgodnie z danymi GUS w pierwszym półroczu eksport do Chin wyniósł nieco ponad 1 mld dolarów, podczas gdy import był niemal dziewięciokrotnie wyższy – 8,9 mld dolarów. Eksporterów do tego kraju było zaledwie 200, a importerów niemal 13 tys.

Piechociński dodaje, że przez najbliższych kilka lat Polska będzie miała nadwyżkę eksportu nad importem, więc należy to wykorzystać. Szansą są kolejne umowy o wolnym handlu podpisywane przez UE – z Kanadą, Japonią, a do końca przyszłego roku być może także ze Stanami Zjednoczonymi.

Jednym z priorytetów nowego ministra finansów będzie uregulowanie hipoteki odwróconej

CEO Magazyn Polska

Sprawa tzw. odwróconych hipotek będzie jedną z kluczowych, którymi się zajmie nowo powołany minister finansów Mateusz Szczurek. Ten coraz poważniejszy temat, związany z zabezpieczeniem finansowym osób starszych, jest ciągle bardzo słabo uregulowany w polskim prawie. Ma się to jednak zmienić – w rządzie trwają prace nad nową ustawą.

 – Na rynku jest około siedmiu podmiotów zajmujących się tzw. odwróconymi hipotekami, a właściwie produktami, które są do tego podobne. Oferują przede wszystkim umowy przewłaszczenia własności z zabezpieczeniem dla sprzedającego. Występują one pod postacią np. dożywotnej służebności mieszkania, czyli możliwości przebywania w nim do końca życia – wyjaśnia agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Tomasz Gaweł, radca prawny, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Inną formą tego instrumentu finansowego może być pożyczka z jednorazową wypłatą świadczenia. Zabezpieczeniem jej zwrotu jest hipoteka na nieruchomości klienta. Odwrócone hipoteki występują także w formie ubezpieczenia. 

 – Wszystko to razem składa się na bardzo nieciekawy obraz, przede wszystkim dla konsumentów. Nie jest to w polskim prawie dokładnie uregulowane, co pociąga za sobą bardzo poważne niebezpieczeństwa dla osób, które chciałyby skorzystać z tego typu usług. Klienci nie mogą liczyć na nadzorowanie tych produktów przez organy władzy publicznej np. Komisję Nadzoru Finansowego – przestrzega dr Tomasz Gaweł.

Jedna z propozycji legislacyjnych zakłada, że będzie to usługa świadczona przez banki, które będą przejmować nieruchomości seniora. W zamian za to klient otrzyma odpowiednie świadczenie, wypłacane do końca życia. Innym kierunkiem zmian jest doprecyzowanie przepisów kodeksu cywilnego w zakresie umowy dożywocia. Jego aktualne przepisy są na tyle ogólne, że umożliwiają bardzo wiele nadużyć ze strony ewentualnych instytucji, które się tym zajmują. 

 – Konieczne jest bardzo precyzyjne dopracowanie przede wszystkim zakresu praw seniorów, którzy będą zawierali takie umowy dożywocia, w zamian za rentę dożywotnią. Pozwalałoby to utrzymać się do końca życia, poprawić jego jakość i wydawać te środki wedle własnego uznania. Rozstrzygnąć trzeba problem przenoszenia własności nieruchomości, ewentualnej możliwości wcześniejszej spłaty tego typu instrumentu, również przez spadkobierców. Zabezpieczyć, by nie zajmowały się tym „spółki-krzaki”, tylko wyłącznie poważne instytucje finansowe – sugeruje dr Tomasz Gaweł.

Takie rozwiązanie problemu oznacza de facto powierzenie świadczenia tych usług wyłącznie bankom lub specjalnie do tego powoływanym funduszom inwestycyjnym, emerytalnym i hipotecznym. Chodzi o to, by podlegały kontroli Komisji Nadzoru Finansowego w zakresie świadczonych usług.

Giełda utrudni życie spółkom groszowym. Inwestorzy zadowoleni z nowych regulacji

GPW chce wpisywać spółki, których akcje kosztują mniej niż 50 groszy, na tzw. listę alertów. Spółka, która będzie na tej liście ponad 1,5 roku musi się liczyć z wycofaniem jej z obrotu giełdowego. Planowane zmiany na warszawskim parkiecie są dobrze odbierane przez rynek, bo poważni inwestorzy unikają spółek groszowych, a na ich istnieniu cierpi prestiż giełdy.

Spółka ma trafić na listę alertów na podstawie wyliczenia średniego kursu z ostatnich trzech miesięcy. Taka kwalifikacja będzie przeprowadzana raz na kwartał. Na początku wdrażania zmian limit będzie wynosił 50 gr (w marcu, czerwcu i wrześniu 2014 r.), a potem (od grudnia 2014) – 1 zł. Spółka z listy będzie musiała przygotować plan naprawczy, a jeśli trafi na listę sześć razy, będzie mogła być nawet wycofana z obrotu.

 – Kiedy akcje kosztują poniżej złotówki, kilka groszy, to prestiż tej spółki i prestiż giełdy w tym momencie jest bardzo słaby – uważa Paweł Szczepanik z firmy Szkolenia z Inwestycji Giełdowych.

Problemem jest też to, że w przypadku akcji groszowych spółek nawet minimalna zmiana nominalna kursu (czyli o 1 grosz) może powodować dość dużą zmianę procentową. Jeśli akcja kosztuje 10 gr, to zmiana ceny o 1 grosz to aż 10 proc. skok.

 – Każdy poważny inwestor omija takie akcje – wyjaśnia Szczepanik. – To są dobre spółki dla „żebraczych myśliwych”, który myślą, że po zainwestowaniu 100 zł zrobią milion złotych, bo być może ta spółka z kilku groszy kiedyś będzie kosztowała 10 czy 15 zł.

Obecnie na rynku jest ponad 70 spółek, których akcje kosztują mniej niż 1 zł, ponad 40 z nich ma wycenę nie przekraczającą 50 gr.

 – Jeżeli spółka faktycznie spada do wartości kilku czy kilkunastu groszy, to jest to znak. W przypadku Biotonu wynikało to np. z nowych emisji akcji. A jeżeli cena akcji spółki kosztowała kiedyś ponad 500 zł, przykład Petrolinvest, a dzisiaj kosztuje 16 gr, czy akcje IDM, które kiedyś kosztowały 2 zł, dzisiaj kosztują 15 gr, to należałoby albo tą spółkę wycofać z giełdy i po prostu dać sobie z tym spokój, albo dokonać konsolidacji akcji, co zresztą planuje Bioton – wyjaśnia rozmówca Newserii Biznes.

Zdaniem Szczepanika w sytuacji, gdy cena akcji spada poniżej 1 zł bardzo cierpi na tym prestiż spółki.

 Kiedy spółka spada poniżej złotówki i przekracza potem magiczną barierę 50 gr, to już jest poważny znak ostrzegawczy wręcz, żeby tych akcji nie dotykać. Szczególnie dziwne było, że Boryszew w pewnym momencie znalazł się w indeksie WIG20, kiedy kosztował 50 gr. Bo z jednej strony prestiżowy indeks, z drugiej strony akcje groszowe, które nie przystają do tego prestiżu – mówi ekspert.

Zniknie obowiązek metkowania towarów. Cene konieczne tylko na sklepowych półkach

Rząd ma zająć się dziś przygotowanym przez resort finansów projektem ustawy o informowaniu o cenach towarów i usług. Zakłada on zwolnienie przedsiębiorców z obowiązku metkowania wszystkich towarów, które sprzedają. Na zmianie przepisów skorzystaliby nie tylko handlowcy, ale również klienci, bowiem metkowanie sporo kosztuje. Zamiast na metkach ceny miałyby być czytelnie umieszczone na sklepowej półce.

Polski handel liczy na rychłą likwidację obowiązku metkowania każdego produktu z osobna w małych sklepach.

 – Metkowanie każdego produktu zajmuje dużo czasu pracownikowi, a to są koszty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu.

Nowa ustawa ma zastąpić obecnie obowiązującą ustawę o cenach. Obecnie sprzedawcy mają obowiązek oznaczania ceną, czyli metkowania każdego produktu, który sprzedają. Według Ministerstwa Finansów, które jest autorem projektu zmian, obligatoryjne naklejanie cen na każdy produkt z osobna pociąga za sobą koszty związane z dodatkowym nakładem pracy personelu, co finalnie przekłada się na wzrost cen sprzedawanych towarów. Na nowych regulacjach mogliby więc skorzystać zarówno sprzedawcy, jak i klienci, którzy taniej zapłacą za zakupy.

Należy jednak wziąć pod uwagę, że nowa ustawa nakłada na handel również nowe obowiązki.

 – Dotyczą one właściwego i przejrzystego oznaczania ceną towarów – podkreśla dyrektor PIH. – Po ich wprowadzeniu nie każde opakowanie będzie oznaczone ceną, tylko np. całe miejsce na półce.

Projekt ustawy nakłada na sprzedawców również obowiązek informowania o przyczynie przeceny towarów. Za naruszenie tych przepisów przewidziano kary w wysokości do 20 tys. zł. Z kolei w przypadku trzykrotnego naruszenia przepisów w ciągu roku kara ma wynosić 40 tys. zł.

 – Jesteśmy na stanowisku, że ceny powinny być eksponowane jasno, wyraźnie, w sposób niepozostawiający żadnych wątpliwości – dodaje Maciej Ptaszyński.

Ministerstwo Finansów ocenia, że z nowej ustawy wynikną korzyści społeczne i gospodarcze. Przepisy będą miały bowiem pozytywny wpływ na poziom kosztów uzyskania przychodów firm działających w handlu i usługach. W uzasadnieniu do projektu resort szacuje, że zmiana przepisów przyczyni się do ograniczenia firmowych obciążeń administracyjnych, które łącznie wycenia na kwotę ok. 0,5 mld zł rocznie. Jeszcze wyżej resort wycenia tzw. korzyści społeczne. Oszczędności małych i średnich firm dzięki zniesieniu metkowania wyniosą ok. 150 mln zł rocznie, a pozostałe przedsiębiorstwa zaoszczędzą ok. 350 mln zł rocznie. Konsumenci wydadzą natomiast w ciągu roku o ok. 375 mln zł mniej.

Telewizja i prasa tracą reklamodawców na rzecz internetu

CEO Magazyn PolskaReklamodawcy odwracają się od telewizji. Tracą przede wszystkim duże kanały. Ich kosztem rośnie rynek reklamy w internecie. Coraz więcej reklamodawców decyduje się na umieszczenie reklam wideo w sieci, korzystając na rosnącej dostępności szerokopasmowego dostępu do internetu. W coraz trudniejszej sytuacji jest też prasa.

Michał Daniluk, członek zarządu OMD ds. nowych mediów, podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes, że głównym powodem spadków wpływów z reklam w telewizji są nowe zwyczaje konsumentów. Nie można spadków tłumaczyć tylko procesem cyfryzacji i zwiększeniem dostępu do nowych kanałów.

 – Reklamodawcy przyzwyczajając się i dostosowując się do nowej sytuacji, coraz więcej swoich wydatków lokują w internecie, który jest często bardziej efektywny. Nie tak często jak kiedyś patrzą przychylnym okiem na telewizję. Bardzo często mamy do czynienia z sytuacją, kiedy reklamodawcy mówią nam, że działania telewizyjne, jakie podejmowali do tej pory, nie są już tak efektywne – mówi Daniluk.

W ciągu trzech pierwszych kwartałów tego roku rynek reklamy telewizyjnej zmalał o ponad 5 proc. Maleją także wydatki w innych kanałach z wyjątkiem internetu. Według domu mediowego Starlink, wydatki na reklamę w sieci wzrosły o ponad 7 proc.

Z uwagi na ucieczkę reklamodawców od telewizji, reklamy w tym medium są coraz tańsze. Dzięki cyfryzacji telewizji widzowie mają dostęp do większej liczby kanałów, co zwiększa konkurencję i zasięg reklam również w mniejszych stacjach.

 – Jest to wynik presji, która z jednej strony wynika z presji samych reklamodawców, a z drugiej strony – z bardzo dużej konkurencyjności polskiego rynku – podkreśla Daniluk.

Na razie w internecie najpopularniejsze są reklamy w wyszukiwarkach. Jednak rośnie również rynek reklamy wideo. Do tej pory tego typu reklamy były zarezerwowane dla telewizji, ale teraz firmy coraz częściej przenoszą tego typu aktywność promocyjną do sieci.

Duże znaczenie ma rozwój szerokopasmowego dostępu do internetu, w tym poprzez urządzenia mobilne. Rozwój treści internetowych wpływa również na sytuację prasy, która przeżywa duży kryzys i traci reklamodawców.

 – Konsumenci nie mają już takiej potrzeby korzystania z prasy tak masowo jak do tej pory, gdyż te same treści lub często wzbogacone o różnego rodzaju materiały dostają w internecie. Ta technologia, która dzisiaj wkracza we wszystkie sfery reklamy i mediów, chyba najbardziej odcisnęła właśnie piętno na tym, co dzieje się z prasą i z tytułami prasowymi, które na całym świecie przeżywają ogromne problemy – ocenia Daniluk.

Dodaje jednak, że na rynku pojawiają się magazyny, które dobrze wykorzystują istniejące nisze i mimo kryzysu mają szansę na przyciągnięcie reklamodawców i rozwój.

Spośród tradycyjnych mediów zdecydowanie najbardziej odporne na konkurencję internetu okazało się radio.

 – Rewolucja internetowa oczywiście również dotknie radia, natomiast ona przebiega tam wolniej ze względu na to, że dzisiaj korzystanie z radia, np. w samochodzie, jest wygodne i internet sam w sobie nie zastępuje tego tak szybko. Nie ma takiej potrzeby. Jeżeli korzystamy z radia, to niezależnie od tego, czy ono będzie przez internet, czy będzie tradycyjnie dystrybuowane, jeśli chodzi o sygnał, ta konsumpcja wygląda dosyć podobnie, po prostu słuchamy radia – wyjaśnia Michał Daniluk.

Górnictwo przeżywa trudne chwile, ale górnicy mają się dobrze

CEO Magazyn Polska

Niskie ceny węgla i polityka klimatyczna Unii Europejskiej nie sprzyjają polskiej branży górniczej. Kompania Węglowa, największa firma górnicza w Europie, ponosi straty i wymaga restrukturyzacji. Ale samym górnikom powodzi się dobrze.

  Nie jest prawdą, że zawód górnika ma problemy finansowe. W Polsce górnik zarabia ponad 98 proc. więcej od średniej krajowej, czyli średnia górników jest ok. 6,8 tys. zł, a przeciętne wynagrodzenie w 2012 r. wyniosło ok. 3520 złotych. To jest bardzo duża różnica – mówi dr Kazimierz Sedlak, dyrektor w firmie Sedlak & Sedlak.

Podkreśla, że rozbieżność między średnią krajową a płacą górników w Polsce jest wyższa niż w innych krajach europejskich.

 – Oczywiście, mowa o zawodzie trudnym, wymagającym ciężkiej pracy i poświęcenia. Warto jednak zadać pytanie, czy tak duża różnica między średnią krajową a średnią górników jest sprawiedliwa. Porównywaliśmy jak to wygląda w różnych krajach europejskich. W Niemczech górnicy zarabiają tylko 10 proc. więcej od średniej krajowej. Podobnie jest w Czechach, gdzie ta różnica wynosi 20 proc. W Hiszpanii to ok. 40 proc. – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kazimierz Sedlak.

Wysokie płace to nie jest jedyny przywilej tej grupy zawodowej. Inne to m.in. dopłaty do zwolnień chorobowych, świadczenia na pomoce szkolne i bilety komunikacji, rekompensata węglowa (dopłata do deputatu węglowego, zależna od rodzaju węgla otrzymywanego przez górnika).

Dodatkowym przywilejem jest szybsze przejście na emeryturę, która jest znacząco wyższa niż świadczenie emerytalne w kraju. Emerytowanym górnikom przysługuje też ekwiwalent pieniężny za węgiel. Tylko Kompania Węglowa z tytułu ekwiwalentów ponosi rocznie koszty rzędu 250 mln zł wypłacanych 160 tys. emerytom.

 – Praca w górnictwie jest trudna i wymaga poświęceń, ale nowoczesne technologie i ogólny rozwój techniczny sprawia, że staje się coraz łatwiejsza. Jeżeli chcemy popatrzeć na pracę górnika z punktu widzenia ogólnej sprawiedliwości społecznej, to nasi górnicy mają zbyt dobrą sytuację – komentuje dyrektor spółki Sedlak & Sedlak.

Plany restrukturyzacyjne Kompanii Węglowej zakładają likwidacje części górniczych przywilejów, m.in. zawieszenie niektórych świadczeń finansowych i zamrożenie płac, ale silne związki zawodowe nie chcą o tym słyszeć.

Wrocław przyciąga światowych inwestorów. M.in. z krajów Zatoki Perskiej czy Stanów Zjednoczonych

CEO Magazyn Polska

Amazon, Capgemini, BNY Mellon – światowe firmy coraz chętniej inwestują we Wrocławiu. W nadchodzącym roku Agencja Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej spodziewa się dużego zainteresowania ze strony firm z branży produkcyjnej, szczególnie motoryzacji i sprzętu AGD, choć cały czas rozwijają się nowe inwestycje związane z obszarem usług. Prezes ARAW liczy, że pierwsze firmy z krajów Zatoki Perskiej i Rosji, które rozpoczęły działalność w regionie, przyciągną tu również swoich kooperantów i dostawców z tych państw.

 – Naszym głównym celem są te inwestycje, które tworzą nowe miejsca pracy we Wrocławiu. Cała aglomeracja od lat przykuwa uwagę inwestorów z branży usługowej, natomiast w ostatnich kilkunastu miesiącach obserwujemy duże zainteresowanie ze strony branży produkcyjnej. Przykład Amazona pokazuje, że zainteresowanie tą częścią Polski i Europy jest ogromne – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Ostrowski, prezes Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej.

ARAW odpowiada we Wrocławiu za obsługę bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Najgłośniejszą ostatnio inwestycją było rozpoczęcie budowy dużego centrum logistyczno-dystrybucyjnego przez firmę Amazon. Choć zwykle decyzje inwestycyjne podejmuje się bez pośpiechu – cały proces może trwać rok i więcej – w przypadku Amazona decyzja zapadła w ciągu kilku miesięcy. Dzięki temu już trwa budowa centrum o powierzchni 100 tys. m2.

 – Ogłaszając decyzję kilka miesięcy temu, Amazon zadeklarował, że zatrudni we Wrocławiu w czerwcu i wrześniu przyszłego roku ponad 6 tysięcy osób. To pokazuje ogromną dynamikę i zainteresowanie oraz determinację po stronie inwestora – komentuje prezes ARAW.

Wciąż pojawiają się nowe inwestycje w obszarze usług: centra usług księgowych czy informatycznych. Jednak ostatnio duże zainteresowanie inwestycjami w regionie przejawiają przedsiębiorstwa z branży motoryzacyjnej oraz producenci artykułów gospodarstwa domowego.

 – To wszystko dzieje się mimo trudnej sytuacji w firmie Fagor Mastercook. Widzimy duże zainteresowanie naszym rynkiem lokalnym – mówi szef ARAW. – W ostatnich miesiącach widzieliśmy dosyć dużą ekspansję ze strony krajów arabskich oraz Rosji. Spodziewamy się, że w najbliższych latach te firmy będą przyciągały kolejne. Niewykluczone więc, że zostaną uruchomione kolejne centra usług dla krajów arabskich lub że pojawią się firmy informatyczne z Rosji – tłumaczy Dariusz Ostrowski.

Władze miasta wspierają te firmy z polskim kapitałem, które planują ekspansję na rynki zagraniczne.

 – Okazało się, że we Wrocławiu mamy kilka firm ze światowymi markami, prowadzących swoje interesy, przejmujących sieci dystrybucyjne, produkcyjne i firmowe w Wielkiej Brytanii, Brazylii, Stanach Zjednoczonych, Chinach czy Indiach. Takich firm z rodzimym kapitałem jest już bardzo wiele i cieszą się szczególnym zainteresowaniem ze strony władz miasta – wyjaśnia szef Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej.

Chcą ich przekonać, by rozwijając działalność za granicą, pozostawiały centrale firm we Wrocławiu. Ostrowski podkreśla, że przekłada się to nie tylko na wyższe wpływy z podatków, ale także ma znaczenie prestiżowe i promocyjne.

W stolicy Dolnego Śląska i okolicach powstają też ośrodki naukowe.

 – Bardzo ciekawy w ostatnim okresie jest proces związany z komercjalizacją badań naukowych. Na przykład Wrocławskie Centrum Badań EIT+ zainwestowało 40 mln zł w laboratoria badań geologicznych do złóż niekonwencjonalnych, służące firmom poszukującym i eksploatującym gaz łupkowy. Rozwijają się też uczelniane ośrodki IT na Politechnice Wrocławskiej i Uniwersytecie Wrocławskim. Wrocław jest w pewnym sensie zagłębieniem firm z branży informatycznej, firm kreatywnych, więc popyt na informatyków jest ogromny – twierdzi prezes ARAW.

Podkreśla, że szybki rozwój branży IT w regionie powoduje, że praktycznie każdy informatyk we Wrocławiu znajduje pracę od zaraz.

„Tak” dla faktoringu. Ale nie w każdym przypadku

Faktoring już dawno przestał być nowością i coraz więcej firm korzysta z tej formy bieżącego finasowania. Daje ona bowiem możliwość szybkiego uzyskania niezbędnych środków. To z kolei pozwala na uregulowanie własnych zobowiązań czy nawet dokonanie wcześniejszej płatności – w terminie pozwalającym na otrzymanie od kontrahenta rabatu z tego tytułu. Są jednak sytuacje, w których faktoring nie będzie opłacalny. Kiedy? – opowiada ekspert, Michał Szalak, konsultant w Baker Tilly Poland.

Alternatywa dla kredytu?

Mówiąc o faktoringu, mówimy o kompleksowej usłudze, na którą może się składać nie tylko finansowanie, ale też przejęcie ryzyka niewypłacalności odbiorcy, zarządzanie oraz egzekwowanie należności. Faktoring może być w pewnych sytuacjach alternatywą dla kredytu bankowego, pozwala bowiem na otrzymanie środków pieniężnych dających większą swobodę przy zarządzaniu płynnością spółki. Dodatkowo firma może uzyskać pewną kontrolę nad płatnościami ze strony kontrahentów, a w przypadku tzw. faktoringu pełnego może się zabezpieczyć przed brakiem płatności ze strony dłużnika.

Faktoring a kondycja finansowa spółki

Ponieważ faktor (firma faktoringowa bądź bank) decydując się na wykup wierzytelności faktoranta nie ocenia jego zdolności finansowej lecz kondycję dłużnika, którego dotyczy transakcja, implikuje to dwie kolejne zalety tej formy finansowania. Po pierwsze mogą z niej skorzystać również spółki, które znalazły się w niekorzystnej sytuacji ekonomicznej. Jest to czasem jedyna szansa dla podmiotów chcących poprawić swoją płynność finansową, gdyż w takiej sytuacji zdobycie zewnętrznego finasowania będzie ograniczone bądź wręcz niemożliwe. Po drugie firma faktoringowa przed podjęciem decyzji o wykupie wierzytelności sprawdza wypłacalność dłużnika. Może to być pomocne dla samej spółki przy ocenie przesłanek do dalszej współpracy z danym kontrahentem.

Kiedy można polecić faktoring?

Argumentem za wyborem faktoringu może być prowadzenie działalności w branżach, w których odroczony termin płatności jest normą. W przypadku firm, które oferują swoim kontrahentom długie terminy płatności, korzystne może być wcześniejsze pozyskanie środków zamrożonych w wystawionych fakturach. Rzadko zdarza się sytuacja, że przedmiotem faktoringu są pojedyncze transakcje. Zazwyczaj staje się on opłacalny w przypadku długookresowych kontraktów, w ramach których kontrahenci mają zapewnione długie terminy płatności, co spowalnia przepływy pieniężne w spółce. W porównaniu do kredytu, zaletą faktoringu jest też brak ustanawiania dodatkowych zabezpieczeń oraz możliwość późniejszego zwiększenia finansowania. W przypadku kredytu bankowego i raz ustalonych warunków oraz kwoty kredytu jest to dużo trudniejsze. Co więcej, z usług faktoringu spółki mogą korzystać sezonowo, kiedy rośnie zapotrzebowanie na wolne środki pieniężne w związku np. ze specyfiką branży lub cyklem sprzedaży.

Jakie wady?

Pomimo oczywistych zalet, rozważając skorzystanie z takich usług spółki powinny pamiętać też o jego mankamentach, które nie zawsze są przez nie do zaakceptowania. Mimo, że faktoring może być traktowany jako alternatywa dla kredytu, to ze względu na swoją kompleksowość, trudno wprost porównywać obie formy. Co więcej, zwykle koszt faktoringu może okazać się wyższy niż koszt kredytu o porównywalnej wartości. Składają się na niego zazwyczaj: prowizja przygotowawcza, odsetki z tytułu finansowania wierzytelności, opłata faktoringowa związana z administrowaniem wierzytelnościami i w przypadku faktoringu pełnego prowizja za ryzyko niewypłacalności dłużnika. Jeżeli spółka wypracowuje niskie marże, koszt finansowania będzie miał dla niej zasadnicze i decydujące znaczenie. Szybki dostęp do gotówki i kompleksowość obsługi wierzytelności zejdzie wtedy na drugi plan. Firmy faktoringowe zwykle nie są też zainteresowane fakturami pojedynczymi, jak i tymi o małej wartości. To uniemożliwia skorzystanie z ich oferty. Kierowane są one najchętniej do firm, które mają stałych odbiorców i mogą się wykazać znaczną wartością obrotów z tytułu ich obsługi. Z uwagi na ryzyko niewypłacalności dłużnika faktorzy chętniej proponują tzw. faktoring niepełny, kiedy faktor nie przejmuje na siebie ryzyka za niewypłacalność dłużnika. Ponieważ często spotykamy się właśnie z niepełną wersją faktoringu należy pamiętać, że dla celów księgowych zawarcie takiej umowy uznawane jest wtedy podobnie jak umowa kredytu czy pożyczki. Do momentu dokonania płatności przez dłużnika wierzytelność jest ewidencjonowana w księgach spółki – faktoranta. Wyksięgowanie następuje dopiero po zapłacie faktury przez dłużnika.

68 proc. firm w najbliższym roku nie planuje zwiększenia wydatków na badania i rozwój

Na liście tysiąca europejskich firm, które najwięcej inwestują w badania i rozwój, znalazły się tylko 4 polskie spółki (Asseco, Bank Ochrony Środowiska, Netia, Comarch). Najlepsza z nich, Asseco zajęła 627 miejsce z nakładami w wysokości 16,1 mln euro. Zwycięzca rankingu – niemiecki Volkswagen wydał na taką działalność 9,5 mld euro. Najlepsza europejska firma wydaje na badania i rozwój 60 razy więcej niż najlepsza polska firma. Z prognoz dyrektorów finansowych wynika, że 68 proc. firm w najbliższym roku nie planuje zwiększenia swoich wydatków na badania i rozwój. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, szansą na poprawę pozycji polskich firm w rankingu mogą być zatem fundusze unijne przewidziane w nowej perspektywie budżetowej.

Komisja Europejska w październiku br. ogłosiła ranking „EU Industrial R&D Investment Scoreboard”, zestawienie firm, które inwestują najwięcej w badania i rozwój w Europie i na świecie. Na liście 1 000 firm z siedzibą w UE znalazły się jedynie 4 polskie spółki. Najlepsza z nich, Asseco zajęła 627 miejsce z nakładami w wysokości 16,1 mln euro. Nieco niżej jest Bank Ochrony Środowiska (659 miejsce), który na badania i rozwój przeznaczył w ubiegłym roku 14,8 mln euro. Netia trafiła na pozycję 879 dzięki inwestycjom na poziomie 7,4 mln euro. Wśród tysiąca firm na 964 miejscu znalazł się Comarch, który wydał 5,9 mln euro. Zwycięzca tego rankingu – niemiecki Volkswagen wydał na taką działalność 9,5 miliarda euro.

„To porównanie wydatków mówi samo za siebie. Mamy sporo pracy, po pierwsze z rzetelnym raportowaniem wydatków powiązanych z realizacją prac badawczo–rozwojowych, po drugie ze zwiększeniem skali tych inwestycji. Oczywiście, przy założeniu, że Polska chce się stać eksporterem technologii i innowacji, a takie zapowiedzi padają niejednokrotnie z ust osób odpowiedzialnych za wsparcie tych starań po stronie rządowej” – zauważa Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider działu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej, Deloitte.

„Szansa przed polskimi firmami jest obecnie ogromna. Podnoszenie innowacyjności przedsiębiorstw jest jednym z priorytetów nowej perspektywy finansowej Unii Europejskiej na lata 2014-2020. Na innowacyjność przedsiębiorstw w Polsce ma być przeznaczone 12,5 mld euro, poprzez krajowe i regionalne programy operacyjne. To niestety tylko nieco więcej, niż Volkswagen inwestuje rocznie, jednak dla polskich firm to szansa, jakiej od dawna nie miały. Czy będą potrafiły ją wykorzystać? Wiele wskazuje niestety na to, że w najbliższym czasie nie będzie to jeszcze dla nich przedsięwzięcie priorytetowe” – dodaje ekspert.

Z najnowszego, cyklicznego badania „Deloitte CE CFO Survey” (polskiej edycji), którego pełne wyniki opublikowane zostaną w styczniu 2014 roku wiemy, że zaledwie 22 proc. polskich dużych firm zamierza zwiększyć w ciągu najbliższego roku nakłady na badania i rozwój. Aż 68 proc. utrzyma je na dotychczasowym poziomie, a jedynie 8 proc. dyrektorów finansowych przewiduje, że w ich firmie te nakłady spadną.

Polscy dyrektorzy finansowi są przekonani, że najlepszym sposobem na zwiększenie innowacyjności firmy jest finansowanie badań i rozwoju wewnątrz organizacji. W badaniu Deloitte, takie rozwiązanie wskazało 17 proc. badanych. Udział finansowy w projektach B+R dotowany ze środków UE lub funduszy krajowych wskazało zaledwie 5 proc. respondentów.

„Polskie firmy są dziś ciągle w ogonie europejskiej innowacyjności, jednak otwiera się przed nimi ogromna szansa związana z najnowszą perspektywą budżetową Unii Europejskiej. Coraz więcej szefów firm ma świadomość tego, jak ważne dla pozycji firmy na rynku jest inwestowanie w badania i rozwój, ale obecnie inwestycje w innowacyjność to jeszcze margines wydatków dużych firm. Potrzebny jest impuls, aby zaczęło się to dziać na znacznie szerszą niż obecnie skalę. Ten impuls jest jeszcze przed nami” – podsumowuje Magdalena Burnat-Mikosz.

Bezpieczne informacje – bezpieczna przyszłość

Liczba zagrożeń bezpieczeństwa wykrytych na świecie wzrosła o 25% w ciągu ostatnich 12 miesięcy, a średnie straty finansowe z powodu jednego ataku zwiększyły się o ponad 18% – wynika z najnowszego raportu firmy doradczej PwC „Bezpieczne informacje – bezpieczna przyszłość”.

Jak wskazują autorzy raportu, w ciągu ostatnich dwóch lat na świecie zwiększyła się liczba respondentów, którzy nie potrafią określić, czy i do ilu zagrożeń bezpieczeństwa doszło w ich firmach (18%). W Polsce obecnie prawie ¼ badanych nie wie, ile incydentów związanych z bezpieczeństwem miało miejsce w ich organizacjach, a większość koncentruje się znacznie bardziej na kwestiach zapewnienia zgodności z regulacjami niż na ochronie wartościowych biznesowo informacji. Jednocześnie jednak aż 80% ankietowanych na naszym rynku jest przekonanych, że obecne strategie potrafią skutecznie zapewnić bezpieczeństwo informacyjne w ich przedsiębiorstwach (74% na świecie).

Na polskim rynku widać wyraźnie, że chęć rozwoju bezpieczeństwa informacyjnego spotyka się ze znaczącymi ograniczeniami finansowymi. Budżet na te działania wciąż pozostaje na niskim poziomie – stanowi jedynie 2,7% środków przeznaczanych na IT. Dla porównania – globalne wydatki na bezpieczeństwo wynoszą średnio aż 3,8% budżetów IT, które kwotowo są nieporównywalnie większe niż w Polsce.

„W naszym badaniu wzięły udział przedsiębiorstwa będące liderami w swoich branżach w Polsce. Na tle podobnych organizacji na świecie polskie firmy wyróżniają się korzystnie szczególnie w tych obszarach, które wymagają zgodności z restrykcyjnymi przepisami prawa – w szczególności dotyczącego ochrony danych osobowych i własności intelektualnej. Jednocześnie wskaźniki mówiące o strategicznej roli cyberbezpieczeństwa – jak pozycja w strukturze firmy czy wielkość budżetu, znacząco odbiegają in minus od najlepszych praktyk” – zaznacza Piotr Urban, partner, Risk Assurance w PwC.

Średnia strata dla firmy w wyniku naruszenia bezpieczeństwa wyniosła na świecie 531 USD. Co ciekawe, w ostatnich dwóch latach o 50% wzrosła liczba przedsiębiorstw, które swoje straty wyceniają na ponad 10 mln USD. Zjawisko to dotyczy także tych branż, które tradycyjnie bardziej inwestują w bezpieczeństwo jak sektor finansowy, farmaceutyczny czy IT.

Najczęstszym skutkiem incydentów naruszenia bezpieczeństwa jest utrata lub kradzież danych. W Polsce niemal 50% wszystkich ataków kończy się wyciekiem lub niedostępnością informacji. Podobną tendencję obserwujemy na świecie – utrata danych jest skutkiem 24% wszystkich incydentów, o 16% więcej niż w ubiegłym roku. Co ciekawe, aż 42% badanych na świecie nie używa najprostszych narzędzi zapobiegających utracie danych.

„Obecnie jest tylko kwestią czasu, czy dana firma stanie się ofiarą. Należy założyć, że incydent naruszenia bezpieczeństwa już nastąpił, tylko jeszcze nie został wykryty. Oznacza to, że zarządzanie kryzysowe i bezpieczeństwo zaczęły się przenikać i muszą być traktowane łącznie” – mówi Rafał Jaczyński, lider zespołu bezpieczeństwa w PwC.

„W Polsce prawie połowa przypadków strat ponoszonych przez firmy ma związek z marką lub reputacją. Wynika to z faktu, że informacje tracone w wyniku incydentu zazwyczaj dotyczą własności intelektualnej lub tożsamości klienta czy pracownika. W tej sytuacji działania na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa informacyjnego powinny skupiać się na tych danych, które są najbardziej istotne dla firmy. Ochrona wszystkich danych na takim samym – najwyższym – poziomie przy obecnym ryzyku nie jest już możliwa” – mówi Patryk Gęborys, menedżer w zespole bezpieczeństwa biznesu w PwC.

Respondenci polskiego badania twierdzą, że trzy podstawowe przeszkody utrudniające udoskonalenie zabezpieczeń to: niewystarczające finansowanie, brak wizji dotyczącej wpływu przyszłych potrzeb biznesowych na bezpieczeństwo (po 24% w ankiecie globalnej), oraz brak przywództwa ze strony prezesa lub zarządu (23%).

Równocześnie choć 47% respondentów na świecie korzysta z przetwarzania w chmurze, to jedynie 18% uwzględniło w swojej polityce bezpieczeństwa przepisy dotyczące chmury. Wyniki badania wykazały, że choć większość respondentów wdrożyła tradycyjne środki ostrożności (takie jak sieci VPN, zapory firewall, szyfrowanie komputerów PC), zaś niewielu z nich zastosowało narzędzia, które monitorują dane i sieci, umożliwiając analizę obecnych zagrożeń w czasie rzeczywistym. „W obliczu coraz szybciej pojawiających się nowych zagrożeń i ataków oportunistycznych zdolność firmy do zauważenia momentu, kiedy zastosowane zabezpieczenia zostały przełamane i uruchomienia adekwatnej reakcji na incydent są aktualnie jednymi z najważniejszych wyznaczników dojrzałości firmy w zakresie cyberbezpieczeństwa” – podsumowuje Rafał Jaczyński.

Informacje o raporcie:

Raport „Bezpieczeństwo informacji – bezpieczna przyszłość” powstał na bazie badania globalnego „The Global State of Information Security® 2014, przeprowadzonego przez firmę PwC oraz magazyn CIO i magazyn CSO. Wyniki omówione w globalnym raporcie są oparte na odpowiedziach udzielonych przez ponad 9600 członków kadry kierowniczej, wśród których byli CEO, CFO, CISO, CIO, CSO, wiceprezesi i dyrektorzy ds. IT i bezpieczeństwa informatycznego ze 115 krajów. Trzydzieści sześć procent respondentów pochodziło z Ameryki Północnej, 26 procent z Europy, 21 procent z Azji i Pacyfiku, 16 procent z Ameryki Południowej, natomiast dwa procent z Bliskiego Wschodu i Afryki. Margines błędu jest mniejszy niż jeden procent.Globalne badanie zostało uzupełnione o część polską, w której udział wzięło ponad 70 firm i organizacji działających w Polsce. Głównie reprezentowane wśród polskich respondentów branże to sektor finansowy (bankowość i ubezpieczenia), telekomunikacyjny, przemysłu, usług doradczych oraz wytwarzania oprogramowania.

Informacje o PwC

PwC współtworzy ze swoimi klientami poszukiwaną przez nich wartość biznesową. Jesteśmy siecią firm działającą w 158 krajach. Zatrudniamy ponad 180 tysięcy osób dostarczających naszym klientom najwyższą jakość w zakresie audytu, doradztwa biznesowego oraz doradztwa podatkowego i prawnego. Dowiedz się więcej na www.pwc.pl.

Answear docenione i nagrodzone

0

Answear.com, spółka portfelowa MCI Management, została doceniona przez najważniejszy podmiot zajmujący się rynkiem e-commerce w Polsce – Izbę Gospodarki Elektronicznej  „E-commerce Polska”. Answear wygrało w trzech kategoriach Konkursu: Kampania roku, Strona internetowa roku oraz Najlepszy sklep przełamujący nieufność do zakupów online.

Izba Gospodarki Elektronicznej, organizacja samorządu gospodarczego zrzeszająca podmioty branży e-commerce, w ramach organizowanego po raz pierwszy wydarzenia „E-Commerce Polska Awards 2013” odbywającego się 14 listopada 2013 roku, przyznała  wyróżnienia spółkom z branży. Konkurs został podzielony na dwie główne kategorie:  brandingową oraz sprzedażową. Sklepy internetowe rywalizowały w dwóch grupach: małych oraz średnich i dużych firm. W sumie przyznano 11 nagród w kategoriach głównych, 2 nagrody w głosowaniu konsumentów i 3 wyróżnienia.

W ramach kategorii brandingowej Answear.com był nominowany do Kampanii Roku, której został laureatem. W kategorii sprzedażowej, Answear.com został nominowany aż trzykrotnie. Dwie nominacje zamienił na zwycięstwo: w kategorii Strona internetowa roku, gdzie oceniana była strona internetowa e-sklepu pod względem estetyki i funkcjonalności, oraz w kategorii Przełamanie nieufności do zakupów online, gdzie nagroda przyznana została za najlepsze rozwiązanie przełamujące nieufność klienta, który nie może osobiście obejrzeć produktu. Jedynie w kategorii Obsługa klienta nominacja nie przełożyła się na zwycięstwo – minimalnie więcej głosów zdobył większy i bardziej doświadczony sklep, Empik.com.

Jesteśmy zadowoleni z kierunku i tempa rozwoju Answear.com. Cieszymy się, że strona internetowa naszej spółki portfelowej została wyróżniona aż w trzech kategoriach i to zarówno od strony brandingowej, jak i sprzedażowej. Nagrody te są potwierdzeniem kompetencji zespołu Answear – powiedział Sylwester Janik, zarządzający Funduszu MCI. Techventures, w którego portfelu jest Answear.com

O Wearco sp. z o.o., (Answear.com):

Answear.com należy do segmentu e-fashion w portfelu inwestycyjnym MCI. TechVentures. Spółka została założona w 2011 r. przez Krzysztofa Bajołka i zespół związany poprzednio z Artmanem (marki House i Mohito) i LPP. Answear.com to pierwsza multibrandowa platforma e-commerce w polskiej branży odzieżowej. Answear to połączenie sklepu internetowego i bogatej części lifestylowej, w obrębie której publikowane są sesje wizerunkowe i rekomendacje profesjonalnych stylistów. W 2011 r. otworzył swój pierwszy salon stacjonarny w kieleckiej galerii Echo. Wśród ponad 200 marek dostępnych w Answear znajdują się między innymi G-Star, Pepe Jeans, Scotch & Soda, Tom Tailor, Diesel, Tommy Hilfiger, Marco Polo, Calvin Klein, Melissa, Guess Jeans, Jack & Jones, Vero Moda, Nike Sportswear, Adidas, Desiquel, Clark, Vagabond, Onitsuka Tiger, Cheap Monday.

Prezes Lotosu: odzyskamy pieniądze zainwestowane w złoże Yme

Złe zarządzanie projektem jest przyczyną niepowodzenia na złożu Yme – podkreśla Paweł Olechnowicz, prezes Lotosu. Spółka chce za dwa lata, kiedy wadliwa platforma zostanie usunięta ze złoża, sprzedać swoje 20 proc. udziałów. Dzięki tarczy podatkowej ma nadzieję odzyskać wszystkie zainwestowane tam środki.

 – Na projekcie Yme straciliśmy przede wszystkim dużo czasu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Olechnowicz, prezes zarządu Grupy Lotos. – To jest wynik złego zarządzania projektem przez jego operatora, czyli firmę Talisman Energy.

Grupa Lotos zakupiła udziały w znajdującym się na Morzu Północnym złożu Yme w 2008 r. Choć wydobycie miało rozpocząć się w 2009 r., to było wielokrotnie przekładane, m.in. z powodu wadliwej platformy wydobywczej. Doszło do sporu między Talisman Energy a głównym wykonawcą platformy – firmą SBM. Po długotrwałych sporach nałożono na SBM karę w wysokości 470 mln USD. Z tych pieniędzy zostanie sfinansowane usunięcie ze złoża wadliwej platformy.

Choć Grupa Lotos zdecydowała się na wycofanie swoich udziałów, to jej zarząd nie spodziewa się strat finansowych.

 – Dzisiejsza sytuacja nie upoważnia nas do jakichkolwiek obaw, że straciliśmy – twierdzi Olechnowicz. – Zakładamy, że odzyskamy wszystkie pieniądze zarówno z tarczy podatkowej i z aktywów, które są w naszych rękach, a więc z 20-proc. udziału w złożu przygotowanym do produkcji.

Wartość udziałów trudno dziś szacować. Spółka ma zamiar sprzedać je po tym, jak platforma zostanie zdemontowana, czyli najwcześniej latem 2015 roku. Wartość udziałów będzie zależeć m.in. od notowań ropy naftowej na światowych rynkach.

 – Prowadzimy w tej sprawie rozmowy i analizujemy różne warianty – mówi Olechnowicz. – Sprzedaży zamierzamy dokonać, gdy platforma zostanie już zdjęta z wody. Wówczas złoże będzie rzeczywiście rozważane jako złoże komercyjne.

Będą specjalne programy wsparcia dla młodzieży trenującej kolarstwo i łyżwiarstwo

CEO Magazyn Polska

Jedną z najprężniej rozwijających się dyscyplin sportowych w Polsce są skoki narciarskie. Joanna Mucha, była minister sportu, chwali przede wszystkim profesjonalny system wsparcia młodych skoczków, który daje im większe szanse na sukces. Podobne działania będą podejmowane m.in. w łyżwiarstwie czy kolarstwie. 

W przygotowaniu jest program dla kolarstwa. Polski Związek Łyżwiarstwa Figurowego także przygotowuje dobry program. Związków, które zaczynają myśleć w inny sposób niż do tej pory, jest całkiem duża grupa i mam nadzieję, że w ciągu kilku lat, bo to niestety trzeba to liczyć w latach, przyniesie to skutki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Mucha, była minister sportu i turystyki.

Zdaniem byłej minister sportu, mogłoby to również przynieść efekty w golfie. W tej dziedzinie brakuje również odpowiedniej infrastruktury.

Na pewno jesteśmy na początku, jeśli chodzi o golf – przyznaje Joanna Mucha. – Brakuje nam pól golfowych, w szczególności tych, które byłyby polami samorządowymi czy publicznymi. Brakuje nam promocji tej dyscypliny. W Polsce panuje przekonanie, że to jest dyscyplina elitarna i w związku z tym zamknięta dla szerokiego grona odbiorców. Więc jest dużo pracy do wykonania, żeby choć to przekonanie zmienić.

Z myślą o przyszłych igrzyskach olimpijskich w 2022 roku, do organizacji których pretenduje Kraków, Polski Związek Narciarstwa już dziś przygotowuje młodzież do reprezentowania Polski w sportach zimowych. To jednak nie jedyna inicjatywa, w ramach której kształci się skoczków narciarskich na miarę Adama Małysza. Od kilku lat działa specjalny program dla młodzieży.

 – Ten program jest taki, jaki powinien być, czyli ma dobry nabór dzieci, dobre ich prowadzenie. Z nich mamy już w tej chwili kadrę skoczków, która zdobywa medale – wyjaśnia była minister sportu.

Podstawowym założeniem tego systemu było stworzenie systemu aktywnego wsparcia młodzieży trenującej w klubach prowadzących młodzieżowe sekcje skoków narciarskich. Poza promocją polskiego narciarstwa inicjatywa ta umożliwia odnalezienie największych talentów skoków i biegów narciarskich.

Prof. R. Bugaj (PAN): Przejęcie aktywów OFE przez państwo budzi wątpliwości

prof. Ryszard Bugaj

Odejście od OFE jest konieczne, choć sposób jego dokonania budzi wiele wątpliwości – uważa Ryszard Bugaj, ekonomista z Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. W piątek Sejm uchwalił zmiany, które zakładają m.in. przekazanie ponad połowy aktywów funduszy do Skarbu Państwa. Bugaj podkreśla, że podczas tworzenia reformy systemu emerytalnego w 1999 r. zabrakło argumentów ekonomicznych.

 – Kiedy ten system ustanowiono w 1997 i 1999 roku, to wtedy zabrakło takiej dyskusji. Pamiętam moich kolegów z parlamentu, którzy nie rozumieli, co uchwalają, a nie rozumieli dlatego, że ze środowiska ekonomicznego nie wyszły stosowne ostrzeżenia. Moim zdaniem sama zasada, która legła u podstaw systemu, że wysokość świadczeń w pewnym stopniu będzie zależała od tego, co się dzieje na kapryśnych rynkach finansowych, jest dla ubezpieczeń społecznych niedopuszczalna. Co innego, gdy ludzie dobrowolnie się ubezpieczają, sami podejmują ryzyko – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Ryszard Bugaj z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN.

Jego zdaniem, z tego powodu odejście od OFE jest koniecznością, choć niektóre przyjęte przez rząd rozwiązania w tym zakresie budzą jego wątpliwości.

Zgodnie z przyjętymi w piątek głosami koalicji PO-PSL zmianami, Skarb Państwa przejmie 51,5 proc.aktywów otwartych funduszy emerytalnych. OFE do 3 lutego będą musiały przekazać te środki w formie obligacji i bonów skarbowych. Aktywa te zostaną następnie umorzone, a środki zapisane na indywidualnych subkontach w ZUS. Te subkonta, w przeciwieństwie do obecnych zasad regulujących emerytury z ZUS-u, będą podlegały dziedziczeniu.

OFE nie będa mogły również ponownie inwestować w obligacje skarbowe. Doprowadzi to do zmniejszenia długu publicznego, bo zamiast pożyczać środki budżetowi, fundusze będą inwestować w akcje, ale także m.in. w obligacje samorządowe i drogowe. Do OFE będzie trafiać 2,92 proc. wynagrodzenia brutto.

Przejęcie ponad połowy aktywów przez Skarb Państwa jest krytykowane m.in. przez część prawników jako niekonstytucyjne.

 – Nie czuję się na siłach, by to ocenić. Na pewno nie zgodzę się z poglądem, że w OFE są nasze oszczędności prywatne. Co do tego nie mam cienia wątpliwości. Chodzi o to, że można te pieniądze wziąć, kiedy przyjdzie termin, nie wiadomo ile ich wtedy będzie i można je wypłacać tylko w drobnych ratach w długim okresie. Więc to nie ma nic wspólnego z depozytem bankowym. W tym sensie są to oszczędności o zupełnie innym charakterze – przekonuje Bugaj.

Podkreśla jednak, że zmiany w OFE były konieczne ze względu na przyszły budżet: rząd zadecydował o niepodwyższaniu podatków, a obniżenie wydatków nie jest możliwe. Bugaj zaznacza, że zapomina o tym także prof. Leszek Balcerowicz, jeden z najgłośniejszych krytyków zmian w systemie emerytalnym.

 – Jeżeli profesor Balcerowicz mówił: „trzymajmy OFE”, to niech odpowie na pytanie, jak  mając limit ostrożnościowy, do którego ustanowienia sam usilnie dążył zbudować budżet na następny rok i zachować OFE jednocześnie. To jest praktycznie niewykonalne – ocenia Bugaj.

Bugaj pozytywnie ocenia również to, że w nowym systemie wysokość emerytur będzie mniej zależna od zmian na rynkach finansowych. W jego opinii to dobra zmiana, bo obowiązkowe emerytury nie powinny przymuszać obywateli do ryzyka giełdowego. Podkreśla także, że gwarantem emerytur jest państwo, które, jeśli będzie taka potrzeba, będzie dopłacać do ZUS-u. W ocenie Bugaja załamanie systemu nie jest prawdopodobne.

 – Taki kryzys oznaczałby kryzys państwa, jego niewypłacalność. Nie sądzę, żeby były jakiekolwiek podstawy do tak dramatycznych prognoz – przekonuje Bugaj. – Jedna rzecz zmieniła się korzystnie, a mianowicie poziom kosztów, które są potrzebne, by wypłacić emerytury może być troszkę niższy.

Zmiany w OFE spowodowały duże polityczne zamieszanie. Niewykluczony jest nawet rozłam w PO, bo odejściem zagroził były premier Jerzy Buzek. Bugaj ocenia, że mogłoby to mieć dramatyczne konsekwencje. W piątkowym głosowaniu za zmianami byli jednak wszyscy obecni posłowie koalicji z wyjątkiem Andrzeja Dąbrowskiego (PSL), który wstrzymał się od głosu.

Ustawę o zmianach w systemie emerytalnym musi jeszcze podpisać prezydent Bronisław Komorowski.

PKP CARGO spodziewa się długoterminowej współpracy z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym

200 mln złotych, które PKP CARGO pozyskało w ramach umowy z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym, zostanie zainwestowane w nowy tabor, również związany z rozwojem transportu intermodalnego. Kredyt jest na bardzo preferencyjnych warunkach i choć spółka jest w dobrej kondycji finansowej, pozwala on na swobodne planowanie inwestycji taborowych czy inne działania związane z budową wartości PKP CARGO dla akcjonariuszy. 

 – Intencją PKP CARGO i Europejskiego Banku Inwestycyjnego jest co do zasady długoterminowa współpraca, więc obie strony funkcjonują na warunkach partnerskich i długoterminowych – mówi Adam Purwin, p.o. prezes PKP CARGO SA. – EBI deklarował, że jest na tyle elastyczny, by dostosować się do naszych potrzeb. Dodatkowo finansowanie pozyskaliśmy na bardzo konkurencyjnych warunkach, co potwierdza nasze kompetencje w zakresie finansów i dobrą kondycję spółki.

Spółka pozyskała z EBI 200 mln zł, które w kolejnych latach mogą być wykorzystane na nakłady związane z nabyciem nowego taboru. Jak podkreśla Adam Purwin, umowa daje PKP CARGO dużą elastyczność jeśli chodzi o sposób wykorzystania tych środków.

 – Te środki będziemy inwestować tylko i wyłącznie w takie przedsięwzięcia, które będą stanowiły wartość dodaną dla PKP Cargo i jej klientów  – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Purwin. – Jesteśmy pierwszym podmiotem z rynku kolejowego, który uzyskał bezpośrednio finansowanie z EBI bez dodatkowych gwarancji Skarbu Państwa.

Spółka zamierza przeznaczyć fundusze m.in. na zakup nowoczesnych wagonów oraz unowocześnienie lokomotyw. Część pozyskanych środków PKP CARGO planuje przeznaczyć na rozwój transportu intermodalnego.

 – W ostatnich dniach kupiliśmy 330 platform związanych z rozwojem naszego biznesu intermodalnego i ten kierunek zamierzamy kontynuować w następnych latach – mówi Purwin. – Mamy zaledwie sześć razy niższy poziom konteneryzacji w Polsce niż kraje bardziej rozwinięte. W związku z czym strategia rozwoju na tym rynku będzie zdecydowanie wzmocniona przez taką umowę.

Podkreśla, że to, w jakim stopniu środki z EBI zostaną wykorzystane, zależy od pozycji finansowej spółki. Obecnie PKP CARGO dysponuje ponad 850 mln zł wolnych środków. Nie ma też problemów z zadłużeniem.

 – Zadłużenie netto rozumiane jako dług netto do EBITDA jest poniżej zera. To jest sytuacja bez precedensu na rynku kolejowym. To są cały czas bardzo mocne fundamenty wzrostu PKP CARGO, które mogą być wykorzystane na odnowę taboru bądź na inne cele związane z budową wartości PKP CARGO – wyjaśnia Adam Purwin. – Nie jesteśmy pod presją. Umowę z EBI chcieliśmy zawrzeć w dobrej dla nas sytuacji, jeżeli chodzi o płynność po to, żeby w korzystnym czasie i na dobrych warunkach budować bufor płynności na kolejne lata.

Zarejestrowani w urzędach bezrobotnych, którzy pracują w szarej strefie zmarnowali 4 mld zł

Przez osoby rejestrujące się w urzędach pracy, a pracujące w szarej strefie, w skali kraju marnowane są 4 mld zł z 10 mld przeznaczanych na aktywizację bezrobotnych – twierdzi Stanisław Kluza, ekonomista z warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej. Szarą strefę pomogłoby ograniczyć zmniejszenie kosztów pracy. 

 Według moich szacunków budżety związane z aktywizacją zawodową osób bezrobotnych i system zarządzania bezrobociem kosztuje podatników nieco ponad 10 mld złotych. Wiele osób rejestruje się jako bezrobotni nie po to by znaleźć pracę, tylko dla wypłacanej z państwowego budżetu składki zdrowotnej. Co więcej środki na aktywizację zawodową osób bezrobotnych są w części wydatkowane w sposób pusty. Według szacunków, które przeprowadziłem wspólnie z przedstawicielami powiatu nyskiego, w skali państwa marnuje się w ten sposób 4 mld złotych, czyli 40 proc. nakładów – komentuje Stanisław Kluza.

Bezrobotni niezainteresowani znalezieniem pracy często pracują właśnie w szarej strefie. Jest to działalność gospodarcza, w której część lub całość dochodów ukrywa się przed organami skarbowymi. W Polsce wartość tego segmentu szacuje się na 23-25 proc. rocznego PKB. W krajach zachodnich, gospodarczo rozwiniętych i bogatych, udział szarej strefy zwykle, jest mniejszy, np.  we Francji oszacowania mówią o ok. 15 proc. PKB, w USA – o 9 proc.

 – Szara strefa  jest bardzo mocno powiązana z rozwiązaniami regulacyjnymi. Jeżeli regulacje są zbyt kosztowne, pojawia się pokusa, żeby je ominąć. Inny element tego rynku to obszary działalności zakazanej, prawnie niedozwolonej, jedyną możliwością jest istnienie w szarej strefie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes ekonomista SGH.

Jednym z bodźców zachęcających do ukrywania dochodów są wysokie koszty działalności.

 – Mamy na przykład wysokie koszty pracy. Jeśli z zarobków potrąca się 40-50 proc. na wszelkiego rodzaju składki i podatki, rodzi się pytanie, czy nie lepiej wziąć całość lub 70 proc. stawki nominalnej – mówi Stanisław Kluza.

Zwykle administracja stara się wprowadzać silniejsze mechanizmy kontroli, zwiększać ich skuteczność i nakładać kary na osoby czy firmy działające w szarej strefie. Ale drugim obszarem może być rozluźnianie gorsetu regulacyjnego, tak, by przedsiębiorcy uznali, że nie warto ryzykować przy znikomych zyskach.

 – Uważam, że dobrym pomysłem byłoby zmniejszenie obciążeń fiskalnych i okołofiskalnych związanych z pracą. Na tym można by budować program aktywizacji zawodowej młodego pokolenia – przekonuje ekonomista.

Problem dostrzegła już Komisja Europejska i uznała, że szacowane dochody szarej strefy należy uwzględniać przy obliczaniu PKB. To zresztą poniekąd regulacja stanu faktycznego – w wielu państwach, także w Polsce, oszacowuje się udział gospodarki nieoficjalnej, acz bez umieszczania wyników w danych o dochodach narodowych.

Chiński rynek otwiera się na instytucje finansowe. Skorzysta na tym polski sektor finansowy

Chiny otwierają swój rynek dla zagranicznych instytucji finansowych. Na uruchomionej dwa miesiące temu specjalnej strefie handlowej, przeznaczonej m.in. dla firm z sektora finansowego, mogą skorzystać polskie banki, ale także mniejsze, bardziej agresywne instytucje.

 – Jest to jeden, znaczący krok, ale na pewno kolejne będą przed nami – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Dąbrowski, Prezes Zarządu Domu Maklerskiego DF Capital. – Do tej pory było dosyć trudno wejść do Chin firmom z sektora bankowego, ubezpieczeniowego czy asset management.

Zainaugurowana pod koniec września specjalna strefa wolnego handlu w dzielnicy Pudong w Szanghaju jest dużym ułatwieniem dla zagranicznych firm z sektora finansowego. Pudong funkcjonuje od 1990 r., ale dopiero teraz będzie dostępny dla tych spółek. Firmy działające w chińskich strefach ekonomicznych mogą liczyć na ulgi podatkowe i celne, niezależność od przepisów ograniczających międzynarodowy handel oraz mniejsze regulacje.

W pierwszym etapie pozwolenie na rejestrację działalności w strefie otrzymało 25 chińskich i zagranicznych firm, w tym 11 instytucji finansowych, m.in. amerykański Citibank i singapurski DBS.

Dąbrowski podkreśla, że otwarcie to dopiero pierwszy krok. Docelowo szanghajska strefa ma stać się centrum finansowym, logistycznym i handlowym. Jeśli przyjęte tam rozwiązania się sprawdzą, kolejne strefy wolnego handlu pojawią się również w innych regionach kraju.

Duży wpływ na tę decyzję miał nowy premier Chin Li Keqiang. Rządzący od listopada ubiegłego roku technokrata jest profesjonalnym menedżerem. Choć nie zmieni on partyjnej polityki, jego celem jest deregulacja i zwiększenie konkurencji oraz swobody gospodarczej w Państwie Środka.

Znaczące ułatwienia dla firm z sektora finansowego to duża szansa dla polskich podmiotów. Tym bardziej, że Chiny wychodzą z okresu spowolnienia gospodarczego. Zgodnie z danymi Banku Światowego w 2010 r. chiński PKB rósł rocznie o ponad 10 proc., podczas gdy w ubiegłym tempo spadło do niecałych 8 proc. W tym roku prognoza Banku Światowego zakłada wzrost o 7,5 proc., a w przyszłym roku o 7,7 proc.

 – Polskie banki, które w Polsce funkcjonują, ale też te, które są stąd zarządzane w 100 proc., jak PKO BP czy banki spółdzielcze, są prawdopodobnie za małe, żeby uczestniczyć w tym eksperymencie. Być może w ciągu roku, dwóch czy trzech będzie szansa, żeby właśnie tam utworzyć oddział PKO BP – ocenia Dąbrowski.

Według Dąbrowskiego polskie firmy powinny czerpać przykład z czeskich, które bardzo aktywnie biorą udział w projektowaniu deregulacji chińskiego rynku.

 – Pierwszą firmą zagraniczną, która wręcz „pisała” prawo o tzw. consumer finance, czyli udostępnieniu produktów konsumenckich szerokim warstwom społeczeństwa poprzez instrumenty finansowe, pożyczki gotówkowe i karty, jest czeska firma. To jest chyba wystarczający powód do tego, żeby polskie firmy takie jak Alior, Getin czy Quercus były również zainteresowane patrzeniem w kierunku Chin – podkreśla Dąbrowski.

W jego ocenie deregulacja w Chinach to szansa nie tylko dla największych instytucji, ale także dla mniejszych, bardziej aktywnych i zdolnych do większego ryzyka. Obecny moment wydaje się idealny dla wejścia na rynek chiński, który z gospodarki opartej na inwestycjach, przemyśle i infrastrukturze przechodzi właśnie na wyższy poziom – w którym wzrost PKB pochodzi ze zwiększenia siły nabywczej, rozwoju technologii i instrumentów finansowych.