Federacja Małych i Średnich Przedsiębiorstw wspólnie z firmą Komandor walczą o jasne przepisy podatkowe

Firmy z branży meblarskiej nie zgadzają się z decyzją Ministerstwa Finansów, która wymusza na nich stosowania wyższej stawki VAT na wykonanie szaf wnękowych. Ponadto od przedsiębiorców żąda się uregulowania zaległości skarbowych, które nader często sięgają od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych. Pokrzywdzeni przedsiębiorcy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i zrzeszeni w Federacji MSP, wspólnie walczą o jasne przepisy podatkowe oraz domagają się, by wątpliwości były interpretowane na korzyść podatnika.

Spór o właściwy VAT toczy się między małymi przedsiębiorcami wykonującymi szafy wnękowe a Ministerstwem Finansów. Temat dotyczy około 20 tysięcy firm zajmujących się modernizacją wnętrz w mieszkaniach, które – jak mówi Ministerstwo Finansów – od dwóch lat zamiast 8 proc. stawki podatku VAT, powinny płacić 23 proc. Teraz żąda się od nich uregulowania różnicy w VAT oraz odsetek skarbowych.

Długi podatkowe naliczone przez Państwo względem przedsiębiorców często sięgają 150 tysięcy złotych – dla większości małych i średnich przedsiębiorstw z branży meblarskiej, takie wymuszenie zwrotu pieniędzy, oznacza problemy finansowe. – Urząd skarbowy stwierdził, że stosowałem nieprawidłową stawkę VAT na swoje usługi, polegające na wykonaniu trwałych zabudów szaf wnękowych. Dziś żąda się ode mnie zwrotu pieniędzy, których nigdy nie otrzymałem. Dla mojej firmy może to być początek zamknięcia działalności – tłumaczy Maciej Wroński, pokrzywdzony przedsiębiorca.

Aby pomóc wszystkim niesłusznie potraktowanym przedsiębiorcom oraz zapobiec tego typu sytuacjom w przyszłości, Federacja Małych i Średnich Przedsiębiorstw wspólnie z firmą Komandor walczy ze złą interpretacją przepisów wydanych przez resort finansów. W tym celu organizują szereg akcji nagłaśniających ten temat oraz pomagają małym przedsiębiorcom zaskarżyć podniesienie stawki VAT i wygrać sprawę w sądzie.

Skąd wziął się problem?

Kłopoty zaczęły się, gdy resort finansów zmienił interpretację dotyczącą podatku VAT, natomiast same przepisy podatkowe w ogóle się nie zmieniły. – Problemy branży meblarskiej zaczęły się w 2011 roku. Na początku tego roku Ministerstwo Finansów uważało, że dla czynności usługowych polegających na wykonaniu trwałej zabudowy wnękowej w obiektach mieszkalnych objętych społecznym programem mieszkaniowym, zastosowanie ma obniżona 8 proc. stawka VAT. Ponadto w interpretacji przepisów MF jasno stwierdziło, że przedsiębiorcy wykonujący właśnie takie usługi powinni naliczać 8 proc. VAT. – mówi Jacek Kozłowski, prezes firmy Komandor. – Natomiast w drugim półroczu 2011 roku ministerstwo zmieniło swoją decyzję, żądając dopłaty 15 proc. podatku oraz naliczono odsetki skarbowe – dodaje.

Co jest modernizacją, a co nią nie jest?

Co ciekawe, orzecznictwo sądów administracyjnych nie było w tej sprawie jednolite, wszyscy więc czekali na pierwszy wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego w tej sprawie, który zapadł w lipcu 2012 roku i był wielkim zaskoczeniem dla branży. NSA uznał warunkowość stosowania stawki VAT określając wartość towaru do usługi. Jeżeli wartość towaru przewyższa wartość usługi zabudowę należy traktować jako dostawę towaru objętą 23 % stawką VAT , a jeżeli wartość usługi przewyższa wartość towaru należy zabudowę traktować jako modernizację objętą 8 % stawką VAT. W przypadku zabudów wnękowych wykonywanych na konkretne zlecenie dla klienta w każdym przypadku wartość usługi przewyższa wartość towaru. Pomimo tak oczywistego wyroku Minister Finansów nadal twierdzi, że zabudowy wnękowe powinny być objęte 23 % stawką VAT. Na początku tego roku WSA w Poznaniu orzekł, że czynności zabudowy szaf wnękowych są usługą, a nie dostawą towarów i mogą korzystać z obniżonej stawki VAT.

– Sąd podkreślił, że zgodnie z art. 41 ust. 12 ustawy o VAT, stawkę 8 proc. stosuje się do dostawy, budowy, remontu, modernizacji, termomodernizacji lub przebudowy obiektów budowlanych lub ich części zaliczonych do budownictwa objętego społecznym programem mieszkaniowym. Tym samym sąd w Poznaniu nie miał wątpliwości, że przy takim założeniu, czynności trwałej zabudowy szaf wnękowych są modernizacją i przedsiębiorcy zajmujący się tymi usługami mogą korzystać ze stawki preferencyjnej – mówi Maciej Hadas, doradca podatkowy, menedżer w Grant Thornton.

Jak wygrać sprawę w sądzie?

Zdaniem ekspertów podatkowych, stawka VAT na zabudowę szaf wnękowych nie jest jednoznaczna i przedsiębiorcy mogą domagać się wyjaśnienia tej sprawy w sądach. Firma Komandor, jako lider branży szaf wnękowych i przesuwnych, aktywnie włączyła w pomoc innym mniejszym firmom i pomaga w zdobyciu niezbędnych ekspertyz, by wygrać sprawę w sądzie. – Problemy nie dotyczy nas bezpośrednio jako firmy Komandor, ale chcemy, by ta branża istniała w Polsce i by takie biznesy były prowadzone legalnie i zgodnie z prawem. Pomogliśmy złożyć już ponad sto spraw do sądu i coraz częściej wygrywamy je na korzyść przedsiębiorcy – mówi Jacek Kozłowski, prezes firmy Komandor – Obecnie toczą się kolejne. Jestem dobrej myśli, że i te zakończą się pozytywnie – dodaje.

Przed sądami w całym kraju przedsiębiorcy skarżą stawki VAT i wygrywają sprawy. Mimo tych wyroków resort finansów nadal żąda od firm zapłaty 23 proc. VAT, a sięga do zajęć komorniczych. Przedsiębiorcy zrzeszeni w Federacji MSP postanowili więc wystosować List Otwarty do Premiera, w którym domagają się m.in.: jasności i czytelności naliczania podatku dla każdego przedsiębiorcy, interpretowania prawa na korzyść przedsiębiorcy oraz przeniesienia kompetencji do rozstrzygnięć w sprawach podatkowych z izb skarbowych na sądy. – Chcemy zwrócić uwagę, że obecnie doszło do sytuacji, w której organy skarbowe są sędziami we własnych sprawach. Zdarza się, że wyroki izb skarbowych wydawane są z klauzulą natychmiastowej wykonalności i tym samym pozbawiają przedsiębiorców środków finansowych, co w wielu sytuacjach równa się bankructwu firmy i utracie życiowego dorobku – wyjaśnia Maciej Wroński, pokrzywdzony przedsiębiorca, założyciel Federacji MSP.

Urzędy Skarbowe rozumieją przepisy według swoich racji i decyzje zapadają na podstawie zawiłego prawa, które interpretują jak chcą nie bacząc na to, że największe dochody w Polsce przynosi właśnie sektor MSP. – Warto w tym miejscu podkreślić, że sektor małych i średnich przedsiębiorstw wypracowuje 67 proc. polskiego PKB i daje miejsca pracy 75 proc. Polaków. Tymczasem ich sytuacja stale się pogarsza, głównie za sprawą fatalnego systemu podatkowego – podkreśla Sebastian Brański, rzecznik prasowy Federacji MSP.

Co na to Ministerstwo Finansów?

Można powiedzieć, że Ministerstwo Finansów milczy. Odpowiadając na List Otwarty przedsiębiorców wypowiedziało się dość lakonicznie, bez konkretnych decyzji i propozycji rozwiązania tego istotnego dla wszystkich problemu. – Dlatego zrzeszeni w Federacji MSP przedsiębiorcy jeszcze intensywniej prowadzą rozmaite działania mające na celu dotarcie do świadomości wysokich państwowych urzędników tak, aby zrozumieli oni jakie konsekwencje niosą za sobą podejmowane przez urzędników nieprzemyślane decyzje. Przedsiębiorcy mają nadzieję, że Ministerstwo Finansów wreszcie dostrzeże prawdziwe oblicze tej sytuacji, przyzna się do błędu oraz wycofa się z niesłusznej i niekorzystnej interpretacji. Mimo lekceważenia ze strony Ministerstwa Finansów, przedsiębiorcy z Federacji MSP nadal będą dążyć do uregulowania tych zapisów – wyjaśnia Sebastian Brański, rzecznik prasowy Federacji MSP.

Na chwilę obecną nie jest jeszcze znany termin kolejnej rozprawy dotyczącej działalności przedsiębiorców zajmujących się trwałą zabudową szaf wnękowych, która ma się odbyć w Naczelnym Sądzie Administracyjnym. Na tą decyzję czeka szczególnie 20 tysięcy firm z sektora MSP, którzy chcą zgodnie z prawem prowadzić swój biznes.

Quo Vadis Polsko?

W całym sporze warto jeszcze raz podkreślić, że temat dotyczy głownie małych rodzinnych firm, których nie stać na zatrudnienie ekspertów walczących z fiskusem. 99 proc. wszystkich firm działających w Polsce to sektor małych i średnich przedsiębiorstw, które dają pracę ponad ¾ Polaków. Jak pokazują ostanie decyzje Ministerstwa Finansów, to właśnie na ten sektor nakłada się najwięcej przeszkód i niejasnych przepisów, które doprowadzają do bankructwa rodzinne przedsiębiorstwa. Czy nadal w tym kierunku powinno podążać prawo? Eksperci podkreślają, że celem wprowadzenia preferencyjnych stawek VAT, było to, aby mogli z nich faktycznie korzystać przedsiębiorcy, a nieuczciwe firmy korzystające z zaniżonych stawek powinny być ścigane przez upoważnione do tego organy.

– Na początku tego roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu potwierdził prawo podatników do stosowania stawki preferencyjnej dla powyższych usług. Jest to tym bardziej zasadne, że przecież celem ustawodawcy było wprowadzenie preferencji finansowych dla osób fizycznych, podnoszenie standardu godnego zaspokajania potrzeb mieszkaniowych. Trudno zaakceptować sytuację, gdy organy podatkowe stają na tak niekorzystnym i społecznie nieuzasadnionym stanowisku. Można wyrazić nadzieję, że zapadłe wyroki zapoczątkują nową linię orzeczniczą i może za jakiś czas wpłynie to na stanowisko organów podległych ministrowi finansów – mówi Maciej Hadas, doradca podatkowy, menedżer w Grant Thornton.

Ranking najbardziej podziwianych liderów przez prezesów firm

Co czyni kogoś liderem? Czy liderzy mają pewne wspólne cechy, czy też kształtują ich wyzwania i okoliczności konkretnych czasów? Czego potrzeba, by być liderem biznesu w zmieniającym się otoczeniu gospodarczym? Czego powinny oczekiwać przedsiębiorstwa od osób, które prowadzą je w niepewne jutro?

W ramach 16. edycji badania „CEO Survey 2013” firma doradcza PwC zapytała 1437 prezesów firm z 68 krajów świata, kto jest najbardziej podziwianym przez nich liderem oraz jakie wyróżniają go cechy.

Z wyników sondażu wyłoniło się kilka wyraźnych typów przywódców: wojownicy (Napoleon, Aleksander Wielki), reformatorzy (Jack Welch), przywódcy na ciężkie czasy (Winston Churchill, Abraham Lincoln), liderzy, którzy zawładnęli wyobraźnią mas (Mahatma Gandhi, Nelson Mandela) oraz budowniczowie konsensusu jak Bill Clinton.

Najpopularniejszym przywódcą wśród prezesów firm na świecie okazał się Winston Churchill (dwukrotny premier Wielkiej Brytanii w latach 1940-45 i 1951-55). Na drugim miejscu uplasował się Steve Jobs (innowator), podziwiany w największej liczbie krajów (37).

Pierwsza dziesiątka rankingu liderów najbardziej podziwianych przez prezesów firm na świecie:

Winston Churchill
Steve Jobs
Mahatma Gandhi
Nelson Mandela
Jack Welch
Abraham Lincoln
Margaret Thatcher
Ronald Reagan
John F. Kennedy
ex aequo Bill Clinton/Napoleon Bonaparte

Winston Churchill był wskazywany jako najpopularniejszy przywódca także w krajach Europy Zachodniej – we Francji wyprzedził Charlesa de Gaulle’a, a we Włoszech pobił Niccolo Machiavellego. Nawet w Turcji Churchill nawiązał wyrównaną walkę z Gandhim, z którym uplasował się ex aequo za Mustafą Kemalem Ataturkiem.

„W Europie Środkowej najczęściej wskazywanymi liderami byli przywódcy biznesu – Jack Welch i Steve Jobs. Niższą pozycję postaci historycznych składałbym w dużej mierze na karb trudnej historii, od której – być może podświadomie – chcemy się odcinać” – powiedział Artur Kaźmierczak, dyrektor zespołu HR Consulting w PwC.

Około 60% prezesów ankietowanych przez PwC wybrało polityka okresu powojennego lub przywódcę wojskowego. Inne popularne kategorie to kolejno: liderzy biznesu, przywódcy historyczni oraz przywódcy współcześni. Mniej popularni okazali się pisarze, artyści, filozofowie, sportowcy, przywódcy religijni i postacie fikcyjne.

„Wyniki rankingu budzą mieszane uczucia – z jednej strony w obecnych czasach nie dziwi, że na pierwszym miejscu jest lider, który obiecywał krew, pot i łzy. Zaskakująca zaś wydaje się nieobecność na liście postaci fikcyjnych, choć w literaturze nie brakuje charyzmatycznych liderów jak Gandalf z „Władcy Pierścieni” Tolkiena, Kapitan Nemo J. Verne’a czy Winnetou (choć obecność tego ostatniego z racji grupy docelowej książki K. May’a – podobnie jak charyzmatycznego lecz obłąkanego Kapitana Ahaba z „Moby Dicka” akurat mniej dziwi). Znakiem czasów wydaje sie także brak przywódców religijnych czy duchowych na wysokich miejscach rankingu” – komentuje Artur Kaźmierczak, dyrektor zespołu HR Consulting w PwC.

W zestawieniu znalazło się 15 kobiet, wśród których Margaret Thatcher jako jedyna weszła do pierwszej dziesiątki rankingu. Następne w kolejności wskazań były: Angela Merkel, Ayn Rand, Matka Teresa i królowa Elżbieta I. Kobiety czterokrotnie częściej niż mężczyźni wybierały kobietę jako najbardziej podziwianego lidera.

W czasach, gdy temat przywództwa przyciąga coraz więcej uwagi, sondaż PwC pokazuje, że cechy takie jak elastyczność, pragmatyzm i zręczność są równie istotne teraz, co w minionych tysiącleciach.

Pogłębienie spadków na rynku budowlanym w 2013 r.

Szybciej niż przewidywano bo już w 2012 roku, polski rynek budowlany zanotował pierwsze straty w wartości zrealizowanych robót. Negatywne skutki nierozważnie składanych ofert w drogowych postępowaniach przetargowych spowodowały kłopoty finansowe w wielu przedsiębiorstwach.

Według najnowszego raportu firmy badawczej PMR „Sektor budowlany w Polsce I połowa 2013 – Prognozy rozwoju na lata 2013-2015”, po latach wzrostów na rynku budowlanym, rok 2012 przyniósł zmianę trendu na spadkowy. Wprawdzie dynamika spadków była jeszcze niewielka, bo rzędu 2%, jednak wszystko wskazuje na to, że większe tąpnięcie wartości produkcji budowlanej będzie miało miejsce w 2013 roku. Główną składową spadku będzie sektor budownictwa inżynieryjnego, gdzie ma miejsce duże wyhamowanie prac w drogownictwie, a także dużo niższa od spodziewanej aktywność budowlańców na kolejowych placach budów. Dodatkowo, nakładają się także opóźniające się inwestycje energetyczne, a zwłaszcza poszerzająca się pula inwestycji które zostały wstrzymane lub zawieszone. W 2012 roku czynnikiem łagodzącym spadki w branży było rosnące sektory mieszkaniowy oraz niemieszkaniowy, które zanotowały ok. 10% wzrosty. W roku 2013 jednak przewidywane jest wyhamowanie w segmencie lokali mieszkalnych.

Rok 2012 był bardzo brzemienny w skutki dla wielu spółek przemysłu budowlanego. Niekorzystne wyniki finansowe wielu firm wykonawczych po finalizacji kontraktów drogowych spowodowały, że wiele z nich wypadło z rynku. Kłopoty które dotknęły dużych graczy rynkowych, rozprzestrzeniły się także na ich podwykonawców, co spowodowało że w zakresie małych podmiotów zatrudniających do 10 osób z rynku zniknęło ponad 12,5 tys. firm (spadek o 3%). W dużo mniejszej ilości nastąpiła redukcja liczebności większych firm z kolejnych przedziałów – 1,7 tys. podmiotów zatrudniających od 10 do 49 pracowników (spadek o 10,8%) oraz 151 firm od 50-249 pracowników (spadek o 7%). To jednak te większe przedsiębiorstwa miały większy wpływ na zwiększenie poziomu bezrobocia w branży. Wiele z nich nie tyle zamykało działalność, co dokonywało redukcji personelu w odpowiedzi na niekorzystne wyniki finansowe.

Obecna słaba kondycja finansowa firm może utrudnić lub nawet uniemożliwić udział w wielu przetargach. Przedsiębiorstwa muszą zatem uporać się z wewnętrznymi restrukturyzacjami o ile mają nadzieję na udział w zyskach z kolejnych oczekujących na realizację inwestycji.

Okres do 2015 roku będzie etapem przejściowym pomiędzy budżetami unijnymi. Do końca tego czasu możliwe będzie rozliczanie przedsięwzięć finansowanych z poprzednich programów unijnych, podczas gdy od 2014 roku można będzie rozpocząć realizację już tych finansowanych z nowej puli środków.

Sporo do nadrobienia ma segment kolejowy, dlatego analitycy PMR oczekują, że w okresie tym zapowiadane od lat inwestycje wreszcie ruszą pełną parą. Duże potrzeby w zakresie infrastruktury drogowej już oczekują na pierwsze przetargi. O ile inwestycje będą odpowiednio przygotowane formalnie to wraz z dostępem do nowych funduszy będą mogły one rozpocząć się w 2014 roku. Dłuższej zwłoki nie utrzymają także projekty energetyczne. Wymogi dyrektyw klimatycznych oraz wprowadzenie ustawy o OZE zapowiadane na 2013 rok powinny odblokować inwestorów i skłonić ich do rozpoczęcia wielu przedsięwzięć. Jaśniejszym punktem na mapie inwestycji w Polsce są obecnie liniowe inwestycje energetyczne. Podczas gdy rynek ekscytuje się zmieniającą się liczbą przetargów na wielomiliardowe bloki energetyczne, systematycznej poprawie ulega kondycja sieci przesyłowych i dystrybucyjnych. Tylko w I kw. 2013 roku – polski operator sieci przesyłowych przyjął oferty na roboty budowlane o łącznej wartości ponad 2,5 mld zł. Finalizacji tych przetargów można spodziewać się już niebawem.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Sektor budowlany w Polsce I połowa 2013 – Prognozy rozwoju na lata 2013-2015”.

Trendy i prognozy rozwoju rynku usług dodanych i multimedialnych w Polsce na lata 2013-2017

W związku ze stagnacją rynku usług telekomunikacyjnych w Polsce operatorzy coraz większą uwagę poświęcają segmentowi usług dodanych i multimedialnych. Ich działania skupiają się przed wszystkim na segmencie płatnej telewizji oraz różnego rodzaju usług dodanych w telefonii komórkowej, wraz z mobilnym internetem.

Wartość rynku usług dodanych i multimedialnych w Polsce w 2012 r. kontynuowała tendencje wzrostowe widoczne w ubiegłych latach. Według raportu PMR „Rynek usług dodanych i multimedialnych w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2017” w 2012 r. przychody operatorów z usług dodanych w telefonii komórkowej oraz stacjonarnej, w segmencie mobilnego internetu oraz płatnej telewizji były o 7% wyższe niż rok wcześniej. W rezultacie przekroczyły one poziom 10 mld zł.

Największym segmentem rynku usług dodanych i multimedialnych w Polsce jest segment płatnej telewizji. W 2012 r. obejmował on około dwie trzecie rynku usług dodanych i multimedialnych. Z tego powodu spośród wszystkich usług dodanych i multimedialnych oddziaływanie tego segmentu na rynek telekomunikacyjny w Polsce jest najwyższe. „Dynamika zmian wartości rynku usług telekomunikacyjnych i rynku płatnej telewizji wykazuje wyraźną dysproporcję. Wartość usług płatnej telewizji nieprzerwanie notuje silny wzrost, podczas gdy rynek usług telekomunikacyjnych po spadku w 2009 r. w ostatnich trzech latach znajduje się w stagnacji. W rezultacie wpływ rynku płatnej telewizji na rynek telekomunikacyjny w Polsce uwzględniający trzy podstawowe segmenty – internet, telefonię komórkową oraz stacjonarną – okazuje się pozytywny” – stwierdza Zoran Vuckovic, jeden z autorów raportu.

W przeciwieństwie do segmentu usług telekomunikacyjnych, rynek płatnej telewizji nawet w kryzysowym 2009 r. oparł się spadkom i zanotował prawie 12% wzrost wartości. Nie dziwi więc duże i stale rosnące zainteresowanie operatorów telekomunikacyjnych tym segmentem. Integracja rynku działa właściwie w obie strony. Z jednej strony, operatorzy telekomunikacyjni do swojej oferty dodają usługi płatnej telewizji. Z drugiej – spółki zajmujące się oferowaniem usług płatnej telewizji rozszerzają swoją ofertę o takie usługi, jak dostęp do internetu, telefonia komórkowa czy telefonia VoIP. Takie przenikanie się rynków płatnej telewizji i usług telekomunikacyjnych jest bardzo ważnym trendem widocznym na przestrzeni ostatnich kilku lat. W konsekwencji dochodzi do coraz większego scalania rynku usług telekomunikacyjnych z usługami multimedialnymi i do powstania szerszej kategorii uwzględniającej również usługi płatnej telewizji.

Rynek usług dodanych i multimedialnych nie ogranicza się jednak wyłącznie do płatnej telewizji. Segmentem, który w ostatnich paru latach systematycznie rośnie i ma coraz większy wpływ na przychody operatorów komórkowych (w obliczu spadku stawek MTR), jest mobilny internet. Należy jednak zaznaczyć, że z powodu spadających cen usług w 2012 r. wzrost wartościowy tego segmentu okazał się znacznie niższy niż rok wcześniej, pomimo utrzymującego się na stałym poziomie przyrostu nowych użytkowników. Istotne w przychodach operatorów komórkowych okazują się również różnego rodzaju usługi dodane, związane na przykład z muzyką mobilną, usługami geolokalizacyjnymi czy płatnościami mobilnymi.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek usług dodanych i multimedialnych w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2017”.

Narzędzia służące do analizy dużych baz danych (Big Data) mogą pomóc firmom farmaceutycznym w badaniach

Narzędziami, które umożliwiają analizowanie dużych baz danych (Big Data) interesują się w ostatnich kilkunastu miesiącach niemal wszystkie sektory, zarówno w skali lokalnej jak i globalnej. Jak na razie ta nowatorska technologia wykorzystywana jest przede wszystkim przez instytucje finansowe, firmy informatyczne i telekomunikacyjne. Tymczasem, zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, jej naturalnym adresatem powinny stać się także firmy farmaceutyczne i ochrony zdrowia. Analizy oparte na ogromnej ilości stale zmieniających się danych pozwolą im bowiem nie tylko prowadzić działalność naukowo-badawczą (B+R) czy odkrywać nowe leki, ale także identyfikować i zapobiegać różnym nieprawidłowościom w działalności operacyjnej, jak choćby niedozwolonym operacjom finansowym oraz praktykom korupcyjnym.

W sektorze farmaceutycznym i ochrony zdrowia dane stanowią jeden z kluczowych zasobów przedsiębiorstwa. Zawierają one wyniki prowadzonych badań, efekty stosowania poszczególnych leków, informacje o ich skutkach ubocznych, a także pełen zapis operacji gospodarczych odzwierciedlających prowadzoną działalność. Umiejętność pozyskiwania danych, ich analizowania, wzbogacania i wykorzystania jest jednym z najważniejszych elementów mogących stanowić o wzroście lub utracie wartości firmy.

Raport Deloitte „Tech Trends 2013”, który dotyczy aktualnych trendów w wykorzystaniu technologii w biznesie wskazuje m.in., że duże zbiory danych mogą zawierać niedostrzegalne na pierwszy rzut oka zestawy informacji, których wykorzystanie może prowadzić do formułowania przełomowych spostrzeżeń. Warunkiem sukcesu jest umiejętność zidentyfikowania określonych wzorców ukrytych w gąszczu danych, a także dokonania ich właściwej analizy i interpretacji. Jest to szczególnie istotna informacja właśnie dla firm farmaceutycznych i ochrony zdrowia.

„Big Data może wspomóc te branże w działalności naukowo-badawczej oraz w pracy nad nowymi lekami i badaniami klinicznymi. Analiza danych może zostać wykorzystana w celu identyfikacji pacjentów o określonych, szczególnych cechach biologicznych, dzięki czemu możliwe jest wytypowanie osób o pożądanej charakterystyce, które wezmą udział w specjalistycznych badaniach klinicznych” – wyjaśnia dr Bartłomiej Iwanowicz, Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte.

Możliwe jest również wyselekcjonowanie takiej grupy pacjentów, dla której badany lek ze znacznym prawdopodobieństwem odniesie pożądany skutek i nie wystąpią efekty uboczne. Pozwala to przyspieszyć uzyskanie wymaganych zgód na rejestrację medykamentu i jego dopuszczenie do obrotu. Innym zastosowaniem może być na przykład analiza wyników testów tego samego leku, ale badanego pod kątem leczenia różnych dolegliwości. Analiza całego zbioru wyników może zaowocować obserwacjami, które nie zostałyby poczynione, gdyby rezultaty były rozpatrywane dla każdej z przypadłości osobno. Należy jednak zaznaczyć, że pozyskiwanie, przechowywanie oraz analiza danych muszą być prowadzone w zgodzie z obowiązującymi przepisami prawa, najlepszymi praktykami w zakresie bezpieczeństwa danych oraz etyką.

Big Data jest istotna również z czysto ekonomicznego punktu widzenia – w branży farmaceutycznej ma zastosowanie także typowo biznesowe. Po latach wzrostu gospodarczego przedsiębiorstwa z sektora farmaceutycznego i ochrony zdrowia stanęły w obliczu kryzysu. Wygasająca ochrona patentowa, wzrost konkurencji na rynku leków generycznych, długotrwałe spowolnienie gospodarcze oraz rosnąca presja cenowa powodują, że firmy z branży zmuszone są zwiększyć wysiłki w celu dostosowania się do nowej rzeczywistości. Skutkuje to redukcją zatrudnienia, mniejszymi nakładami na badania i rozwój oraz obniżką cen leków. Tymczasem zastosowanie Big Data pozwala obniżać koszty i przeciwdziałać nadużyciom. Dzięki analizie danych można szybko i skutecznie identyfikować nieuprawnione lub budzące wątpliwości operacje finansowe, a tym samym przeciwdziałać na przykład korupcji. Przedsiębiorstwa mogą z powodzeniem i sukcesem wykorzystać Big Data do zarządzania ryzykiem nadużyć, na przykład w zakresie analizy operacji księgowych, kartotek dostawców i pracowników lub zbiorów płatności. „Rosnąca liczba postępowań toczących się w związku z podejrzeniem popełnienia nadużyć oraz naruszenia przepisów antykorupcyjnych wskazuje, że jest to tematyka, która podlega szczególnej uwadze odpowiednich urzędów. Umiejętne wykorzystanie analizy danych umożliwia uniknięcie wysokich i dotkliwych kar nakładanych przez regulatorów oraz zachowanie reputacji, co ma zasadnicze znaczenie w branży służącej ochronie i poprawie ludzkiego życia i zdrowia” – mówi dr Bartłomiej Iwanowicz.

Należy jednak pamiętać, że odpowiednie oprogramowanie nie wystarczy. Kluczem do sukcesu jest przede wszystkim człowiek. Komputery są niezastąpione w identyfikacji wzorców ukrytych w zbiorach danych, ale osiągane w ten sposób rezultaty wymagają krytycznej oceny i selekcji. Dlatego też pozyskanie pracowników o odpowiednich kompetencjach, posiadających wiedzę i doświadczenie zarówno w obszarze IT, jak i biznesu, nie jest łatwe i może nastręczać wielu trudności. Doświadczonych specjalistów w tym zakresie jest niewielu, co powoduje, że ich usługi są kosztowne. Nie sposób jednak przecenić ich wkładu w poszukiwanie wartości ukrytej w pajęczynie danych i informacji.

„Pomimo wielu osiągnięć i znacznego postępu w tym obszarze jesteśmy daleko od całkowitego zautomatyzowania tych czynności. Maszyny są niezwykle skuteczne i wydajne w wykonywaniu operacji na dużych zbiorach danych, ale to człowiek i jego kompetencje, umiejętności oraz doświadczenie przesądzają o sukcesie przedsięwzięcia lub jego braku” – podsumowuje ekspert.

Polish Weekly Review, 19 kwietnia 2013

This was a week of data and MPC comments. All economic releases (without exception) came on the softer side. Most of the comments (even from hawkish wing of MPC) came on the dovish side, indicating willingness to ease rates maybe not in May but definitely before July. Here is our impression. MPC has a history of delaying decisions, which in the end forced them to make quite a costly policy mistake. We think that this time they will prefer to act rather than to make a mistake of exactly the same kind. While it is quite irrelevant if cut comes in May or in June, we think it is a cycle ahead of us.

World Trends, 19 kwietnia 2013

Po wczorajszej sesji jak na razie nie powstały sygnały sugerujące wyczerpanie podaży na GPW, a skoro WIG ma jeszcze trochę miejsca do spadków, zatem nie można wykluczyć, że w pierwszej części piątkowej sesji wciąż będą dominowały niedźwiedzie.  Po czwartkowych spadkach na Wall Street oraz po wygenerowaniu poważnych sygnałów sprzedaży przez Xetrę na najważniejszych parkietach przewagę mają ursusy.

Wzmocnienie eksportu ratunkiem na spowolnienie gospodarcze w Polsce

Rosnący eksport na najbardziej perspektywiczne rynki ma być lekarstwem na spowolnienie gospodarcze w kraju – twierdzi Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w marcu produkcja przemysłowa spadła o 2,9 proc. rok do roku. Podczas gdy najwięksi europejscy partnerzy handlowi Polski słabną, resort gospodarki szuka rynków zbytu m.in. w Kanadzie, Meksyku, Turcji, Kazachstanie czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Opublikowane dane o produkcji przemysłowej są gorsze od oczekiwań rynku, który szacował spadek na niecałe 2 proc. Polska chcąc uniknąć większych problemów w gospodarce musi szukać odpowiednich rozwiązań. Kluczowym ma być rozwój eksportu.

– Stąd też takie obciążenie Ministerstwa Gospodarki nowymi inicjatywami, kontaktami, promocją, ciągłe spotkania z ambasadorami, grupami przemysłowymi – mówi Janusz Piechociński, podkreślając, że chodzi o wypracowanie mechanizmów, które pozwoliłyby polskim przedsiębiorcom mocniej zaakcentować swoją obecność na obcych rynkach. To ważne, szczególnie tam, gdzie środowisko jest nierozpoznane w ogóle albo w niewielkim stopniu.

– Stąd gwarancje zapłaty, system ubezpieczeń w eksporcie czy dostęp do informacji gospodarczej – wylicza wicepremier.

Minister gospodarki podkreśla, że Polska musi szukać nowych rynków zbytu. To efekt sytuacji gospodarczo-ekonomicznej w krajach europejskich, które wciąż są naszymi największymi partnerami handlowymi.

– Widzimy kolejną fazę destabilizacji w strefie euro, a dane za I kwartał produkcji przemysłowej, ale i PKB, w takich krajach jak Włochy, Hiszpania, Francja są zdecydowanie poniżej oczekiwań – zwraca uwagę szef resortu gospodarki. – Niemiecka gospodarka „nie idzie” na 0,7 proc. wzrostu PKB [tyle wyniósł tam wzrost w 2012 r. – red].

Prognoza niemieckiego rządu dotycząca PKB w tym roku to tylko 0,4 proc.

– Przewidując spowolnienie już w ubiegłym roku zaczęliśmy myśleć o nowych, perspektywicznych rynkach – mówi Piechociński. – To Meksyk, Kanada, Brazylia, Emiraty Arabskie jako ważny gracz, który może wesprzeć proces modernizacji Polski swoim kapitałem, nie tylko aktywnością na naszych giełdach i wykupem obligacji, ale przede wszystkim wejściem w konkretne inwestycje.

Wśród potencjalnych partnerów wicepremier wymienia także Kazachstan i Turcję. Oczekuje się, że ich gospodarki cały czas będą pięły się w górę, na czym zyskają także ich partnerzy.

– Stąd program w zeszłym roku Go China, stąd tegoroczny program Go Africa – tłumaczy Piechociński. – To się układa w pewną, logiczną całość.

Komentarz poranny, 19 kwietnia 2013

Wiceminister Skarbu Państwa, Paweł Tamborski, powiedział, że propozycja zarządu PKO BP odnośnie dywidendy jest akceptowalna. Z drugiej strony dodał, że sytuacja będzie jeszcze analizowana. Chociaż propozycja Zarządu w wysokości 1,80 PLN na akcję i tak była wyższa niż nasza prognoza (1,49 PLN na akcję), mając na uwadze obecną realizację budżetu uważamy, że ostateczna dywidenda może zostać podwyższona nawet do 2,15 PLN na akcję.

Komentarz dzienny, 19 kwietnia 2013

Brak sygnałów odbicia w gospodarce. Oczekujemy dalszych obniżek stóp procentowych. Produkcja przemysłowa w ujęciu rocznym spadła o 2,9%, nieznacznie mocniej od konsensusu i naszej prognozy (obydwa na poziomie -2,5%). Po wyłączeniu czynników sezonowych i kalendarzowych produkcja przemysłowa wzrosła o 0,6% – pierwszy raz od października 2012 r. Skala poprawki sezonowej jest co prawda zaskakująco duża (dwukrotnie większa od implikowanej przez samą różnicę dni roboczych r/r), ale należy pamiętać, że w poprzednim miesiącu różnica między nieodsezonowaną a odsezonowaną dynamiką produkcji była z kolei zaskakująco niska. W ujęciu miesięcznym (dane surowe) wzrost wyniósł zaledwie 9,2%. Innymi słowy, był to jeden z najgorszych marców w historii spójnego szeregu produkcji przemysłowej i stało się tak pomimo korzystnej różnicy dni roboczych (+1 m/m).

Komentarz indeksowy BossaFX 19 kwietnia 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 19 kwietnia 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

World Trends, 18 kwietnia 2013

Dramatyczna wyprzedaż akcji KGHMu spowodowała silne spadki indeksu WIG20, który przez część sesji notowany był nawet poniżej poziomu 2300 punktów. Oznacza to, że benchmark dwudziestu największych blue chipów odnotował najniższy poziom od września 2009 tracąc na zakończenie dnia -1.8% i chociaż była to mniejsza strata niż Xetry, to jednak sytuacja techniczna na warszawskich indeksach przestała być optymistyczna w średnim terminie. Dodatkowo zaczęła się przecena na Wall Street, gdzie tygodniowe wsparcia na S&P500 zostały już przełamane i jeśli w tym tygodniu DJIA nie utrzyma się 14497  to dla jankeskich inwestorów będzie to sygnał do ewakuacji z rynków akcyjnych.

Komentarz poranny, 18 kwietnia 2013

BZ WBK poinformował, że jego wczorajsze WZA zatwierdziło dywidendę w wysokości 7,60 PLN na akcję. Dniem ustalenia prawa do dywidendy jest 2 maja, dniem wypłaty dywidendy jest 17 maja 2013. Zatwierdzona dywidenda jest zgodna z rekomendacją Zarządu oraz z oczekiwaniami rynkowymi.

Tegoroczna grypa kosztowała Polaków co najmniej 4 mld zł

Na ponad 4 mld zł można szacować minimalne koszty spowodowane tegoroczną grypa. Sezon o prawie dwukrotnie wyższej zachorowalności niż dotychczas notowano, oznacza mniej przepracowanych godzin, niższe zyski dla firm i dla całej gospodarki.

– Koszty pośrednie grypy oznaczają utratę produkcji. Dlatego, że ludzie są chorzy lub opiekują się osobami chorymi, więc nie pracują bądź tracą zdolność do pracy w dłuższym terminie z tego tytułu i tracimy jako całe społeczeństwo – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Łukasz Zalicki, partner zarządzający działem doradztwa biznesowego Ernst & Young.

Stan zdrowia pacjenta wpływa na jego sytuację zawodową i może przełożyć się na jego absencję w pracy, co z kolei prowadzi do zmniejszenia zysków, a także łącznej produkcji przedsiębiorstwa. A następnie – do niższego poziomu produkcji krajowej brutto (PKB).

Eksperci z Ernst & Young wyliczyli, że w latach, gdy zachorowalność na grypę była niska, koszt pośredni wynosił 840 mln zł rocznie. Natomiast w latach, gdy mieliśmy do czynienia z epidemią – 4,3 mld zł. Sezony z zachorowalnością na tym wyższym poziomie zdarzają się mniej więcej raz na pięć lat.

– W sezonie grypy 2012/2013, jak słyszymy z ostatnich danych, odnotowano ponad 2,4 mln przypadków zachorowań. Jeśli policzylibyśmy na tej podstawie koszty pośrednie, to byłyby znacząco powyżej tych 4 mld zł – mówi Łukasz Zalicki.

Przeciętnie zachorowalność w Polsce jest na poziomie 300-500 tys. przypadków rocznie. Lata wyższej zachorowalności oznaczają ich ponad milion.

– W tym roku mamy prawie dwukrotnie większą zachorowalność niż w latach wysokich. Jednak to nie jest zależność liniowa, więc nie można postawić tezy, że w związku z tym te koszty są dwa razy wyższe i wynoszą 8,6 mld zł. Ale na pewno są znacząco wyższe – informuje ekspert Ernst & Young.

W te koszty wliczone zostały również koszty chorób układu oddechowego i choroby serca, które powstały w wyniku powikłań pogrypowych. Mogłyby być niższe, gdyby stosowna była odpowiednia profilaktyka, a zwłaszcza szczepienia.

– Wyszczepialność w Polsce na grypę jest dramatycznie niska, jesteśmy drugim najgorszym krajem w Unii Europejskiej. Wyszczepialność, która była bardzo niska w poprzednich latach, nieco powyżej 4 proc. w całej populacji, w ostatnim roku spadła do poziomu 3,7 proc. populacji – mówi Łukasz Zalicki.

Podkreśla, że problem nie tkwi w wysokości kosztów szczepień.

– Jedna szczepionka kosztuje dwadzieścia parę złotych, to są dwie paczki papierosów. To raczej bariera świadomościowa – i to poczynając od lekarzy, którzy powinni bardziej aktywnie się zaangażować w edukowanie pacjentów, że szczepionka jest skutecznym narzędziem do zwalczania grypy i że warto ją stosować – uważa przedstawiciel Ernst & Young.

Grypa jest jedną z najczęściej występujących wirusowych chorób zakaźnych. Jest istotną przyczyną zachorowań i śmiertelności w wielu regionach świata, także w Polsce.

Według Światowej Organizacji Zdrowia co roku na grypę choruje od 330 milionów do 1,76 miliarda ludzi. Od 3 do 5 milionów osób rejestruje się z ostrymi objawami chorobowymi z powodu grypy. Umiera od 500 tys. do miliona chorych na grypę.

Zadłużenie Polaków rośnie. Nie panujemy nad swoimi budżetami domowymi

Polacy zadłużają się coraz częściej i na coraz wyższe kwoty. Nie panujemy nad swoimi wydatkami, a trudności w zarządzaniu budżetem mają nie tylko ci, którzy zarabiają najmniej. Dług najczęściej zaciąga mężczyzna w średnim wieku mieszkający na Śląsku.

– Z roku na rok obserwujemy wzrost zadłużenia Polaków – mówi Katarzyna Galant, dyrektorka działu komunikacji z P.R.E.S.C.O. Group. – I to nie tylko pod względem jego wartości, ale także biorąc pod uwagę wysokość średniego długu Polaka.

Całkowite zadłużenie Polaków według raportu InfoDług wynosi ok. 39,3 mld zł, na koniec 2011 roku było to 34,35 mld zł, zaś – 2010 roku 25,06 mld zł. Z danych P.R.E.S.C.O. Group wynika, że przeciętne zadłużenie z powodu niespłacania kredytów konsumpcyjnych wynosi 1280 zł. Taki dług zaciągał zwykle 43-letni mężczyzna z miasta w województwie śląskim (ale nie z Katowic). W 2011 roku przeciętne zadłużenie wynosiło 1150 zł, a dług należał również do mężczyzny z tego województwa.

– Podstawowym problemem jest nieumiejętność szacowania własnych możliwości podczas robienia zakupów. Polacy często kupują kolejny telefon komórkowy, który obciąża budżet domowy rodziny, nie zastanawiając się nad tym, czy faktycznie ich dochody pozwalają im pokryć koszty obsługi tego abonamentu – tłumaczy Katarzyna Galant.

Problemy ze spłatą należności nie dotyczą wyłącznie osób znajdujących się w trudnej sytuacji materialnej.

– Podstawowym problemem, jeśli chodzi o rosnące zadłużenie Polaków, nie jest trudna materialna sytuacja osób, czy też rodzin. Ponieważ te [biedniejsze] osoby często dysponują pieniędzmi z dużo większą rozwagą niż ci, którzy w swoim pojęciu nie mają kłopotów finansowych – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Katarzyna Galant.

Jak tłumaczy, wynika to z braku podstawowej wiedzy w zakresie zarządzania własnymi finansami. Często również zadłużające się osoby nie biorą pod uwagę konsekwencji swoich działań, w tym związanych z zawieraniem umów, np. z operatorem telekomunikacyjnym czy firmą pożyczkową.

– W życiu zdarzają się czasem nieprzewidziane sytuacje, w których musimy mieć po prostu odłożone pieniądze, żeby pokryć wszystkie bieżące istotne potrzeby – zwraca uwagę przedstawicielka firmy.

Na listę dłużników można trafić nawet za dług o wartości kilkudziesięciu złotych. Gdy tak się stanie, należności mogą zostać kupione przez jedną z firm windykacyjnych.

– Przez sześć miesięcy od przyjęcia sprawy do obsługi staramy się nawiązać kontakt z osobą zadłużoną. Robimy to wysyłając korespondencję – takich listów jest sześć w sześciomiesięcznym cyklu – czy też starając się nawiązać kontakt telefonicznie. Jeśli dojdzie do kontaktu, z reguły zawieramy porozumienie z osobą zadłużoną. Natomiast, jeżeli do takiego kontaktu nie dojdzie, przechodzimy po sześciu miesiącach z pewnym zapasem do postępowania już na drodze sądowej – informuje przedstawicielka P.R.E.S.C.O. Group.

Eksperci przypominają, że aby nie dopuścić do takiej sytuacji, należy przed zawarciem pożyczki dokładnie przeczytać umowę. Sprawdzić jej warunki, w tym rzeczywiste oprocentowanie kredytu (RRSO). Jeśli zasady udzielania kredytu nie są zrozumiałe, lepiej zrezygnować z usług finansowych danej firmy.

Według szacunków Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową w strukturze zakupu portfeli wierzytelności dominującą pozycję zajmują kredyty bankowe (konsumenckie i hipoteczne) stanowiące łącznie 41 proc. rynku oraz kredyty korporacyjne (38 proc.), a także zobowiązania przedsiębiorstw (13 proc.).

Komentarz dzienny, 18 kwietnia 2013

Dziś opublikowane zostaną comiesięczne dane z sektora przemysłowego. Nasza prognoza, wskazująca na pogłębienie spadków produkcji przemysłowej w ujęciu rocznym (-2,5% r/r, zgodna z konsensusem), wiąże się z efektem dni roboczych oraz niekorzystnym oddziaływaniem warunków pogodowych. Deflacja cen producenckich jest kontynuowana (prognozujemy PPI na poziomie -0,6% r/r), czemu sprzyjały w poprzednim miesiącu spadki cen surowców.

Światowy rynek dzieł sztuki wart jest 43 mld euro, polski około 300-350 mln zł

Niepewność ekonomiczna i zawirowania na rynkach kapitałowych sprawiają, że inwestorzy na całym świecie, aby zdywersyfikować swój portfel aktywów włączają do niego dzieła sztuki. Z opracowania „Art and Finance Report 2013” opublikowanego przez firmę doradczą Deloitte oraz ArtTactic wynika, że 43 proc. przedstawicieli europejskich banków oferujących usługi zarządzania majątkiem posiada dużą wiedzę na temat sztuki jako rodzaju aktywów. Wśród reprezentantów polskich banków odsetek ten wynosi 25 proc., co oznacza, że rodzimy rynek art bankingu jest jeszcze w początkowej fazie rozwoju. Edukacja i lepsze zrozumienie nowych trendów w inwestycjach może okazać się kluczowe dla przyszłości. Jednocześnie blisko dwie trzecie polskich banków trudniących się bankowością prywatną już dziś oferuje swoim klientom usługi związane z rynkiem sztuki.

Gdy w marcu tego roku sprzedano za 414 tys. zł obraz Jerzego Nowosielskiego „Dziewczyny na statku”, obliczono, że z tej transakcji dotychczasowy właściciel wyszedł ze 820 proc. stopą zwrotu z inwestycji trwającej siedemnaście lat. Nic więc dziwnego, że rynek sztuki z każdym rokiem cieszy się coraz większym zainteresowaniem światowych inwestorów, którzy szukają nowych możliwości lokowania kapitału. Jego wartość szacuje się obecnie na 43 mld euro, a obroty na rynku aukcyjnym w ubiegłym roku wyniosły 12,3 mld dolarów. „Choć wartość emocjonalna jest nadal najważniejszym motywem inwestorów decydujących się kupować dzieła sztuki, to coraz istotniejszą rolę odgrywa również potrzeba dywersyfikacji portfela majątkowego. W naszym najnowszym badaniu wskazało na nią 44 proc. kolekcjonerów. W tak trudnych czasach obrazy czy rzeźby znanych lub obiecujących artystów są jedną z najpewniejszych lokat kapitału, nie wymagających ciągłego dofinansowywania. Aż 53 proc. doradców bankowości prywatnej stwierdziło, że to właśnie trudne warunki ekonomiczne stanowią podstawową przyczynę zainteresowania dziełami sztuki” – wyjaśnia Adriano Picinati di Torcello, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte Luksemburg, współautor raportu.

Raport Mei Moses® world all art index z października 2010 r. pokazał, że roczne stopy zwrotu łączne roczne zyski uzyskane z inwestycji w sztukę w ostatnich dziesięciu latach przewyższyły zwrot z akcji. I chociaż ten sam raport za 2012 r. wykazał spadek tego indeksu rynku sztuki o 3,28 proc. (co oznacza, że wypadł on gorzej niż giełdowy Indeks S&P 500), to i tak nadal sztuka oferuje inwestorom solidne korzyści wynikające z dywersyfikacji portfela. Jak pokazują dane z poprzedniego raportu Deloitte „Art and Finance 2011” pomiędzy rokiem 2000 a 2011 dzieła sztuki zyskiwały na wartości więcej niż akcje najważniejszych giełd świata. Rozwój globalnego rynku sztuki zbiegł się w czasie ze wzrostem populacji najzamożniejszych ludzi świata (HNWI – High Net Worth Individual), którą obecnie szacuje się na prawie 11 mln osób.

Jak na tym tle wypada polski rynek sztuki?

Według szacunków jest on wart obecnie około 300-350 mln zł, a to oznacza zaledwie 0,2 proc. łącznej wartości rynku światowego. Choć może on być znacznie niedoszacowany. W całym 2012 r. sprzedano w Polsce dzieła sztuki za prawie 61 mln zł. „Inwestowanie w sztukę jest biznesem dla cierpliwych. Roczna stopa zwrotu z inwestycji na tym rynku, dłuższej niż 15 lat wynosi 46,6 proc, natomiast inwestycje trwające od roku do pięciu lat przyniosły rocznie zaledwie 0,2 proc.” – wyjaśnia Adam Mariuk, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Charakterystyczny dla Polski jest również brak tradycji gromadzenia sztuki, która została przerwana przez II Wojnę Światową i kilkadziesiąt lat komunizmu. Dlatego też obrazy czy rzeźby nabywane są u nas głównie przez osoby, które swój majątek zdobyły w ostatnich dwudziestu latach. W Polsce liczba osób, które można obecnie zaliczyć do HNWI szacowana jest przez Wealthinsight na 28,4 tys. Jednak już w 2017 r. może ich być nawet 40 tys. To co na pewno wpływa także na większe zainteresowanie sztuką to fakt, że liczba Polaków zarabiających miesięcznie ponad 7,1 tys. zł brutto niemal się podwoiła w ciągu ostatnich dziesięciu lat, a średnie dochody społeczeństwa wzrosły prawie o jedną trzecią. Jak pokazują światowe badania – wraz z zamożnością społeczeństwa rośnie jego zainteresowanie sztuką i kolekcjonowaniem. „Między innymi dlatego dzieła sztuki także w Polsce są już postrzegane jako aktywa inwestycyjne. Aż 89 proc. pytanych przez nas ekspertów rynku sztuki przyznało, że ich klienci uważają ją za rodzaj aktywów. Tylko 25 proc. zapytanych przez nas przedstawicieli banków oferujących usługi zarządzania majątkiem ocenia swoją znajomość tego trendu jako dobrą, co sugeruje konieczność szerszej edukacji i zwiększania świadomości nowych trendów w inwestycjach” – tłumaczy Adam Mariuk.

Już blisko dwie trzecie banków mających w swej ofercie bankowość prywatną oferuje klientom usługi z zakresu zarządzania majątkiem związanym ze sztuką. Najczęściej jest to doradztwo w zakresie sztuki oraz wyceny. Taka aktywność banku odpowiada potrzebom ich potencjalnych klientów, którzy oczekują od swoich doradców bankowych edukacji i usług doradczych w zakresie inwestowania w dzieła sztuki (86 proc.) oraz usług wyceny (77 proc.). Tylko 17 proc. wskazało na konieczność pomocy w planowaniu spadkowym (w europejskim badaniu 42 proc.), co może wskazywać na ciągle niską w naszym kraju potrzebę przekazywania majątku z pokolenia na pokolenie. Zresztą jak wynika z polskiego badania Deloitte „Rynek sztuki. Sztuka rynku” tylko jeden na osiem z przepytanych polskich banków oferuje swoim klientom taką usługę.

Oferta bankowości prywatnej w zakresie sztuki (tzw. usługi art banking) może obejmować przede wszystkim usługi doradcze, kredyty z zabezpieczeniem w postaci dzieł sztuki (w Polsce aż 79 proc. kolekcjonerów bierze pod uwagę taką możliwość) oraz najmniej rozwinięte usługi inwestycyjne (badania, zarządzanie portfelem czy śledzenie i wybór funduszy sztuki). Aby jednak ta dziedzina bankowości prywatnej mogła się rozwijać niezbędna jest współpraca pomiędzy wszystkimi graczami na rynku sztuki. „Jednym z ważniejszych wniosków płynącym z naszego raportu jest coraz wyraźniejsza spójność interesów i motywów działania między kolekcjonerami, bankowymi doradcami ds. inwestycji a znawcami dzieł sztuki odnośnie finansowych aspektów posiadania przedmiotów z tego kręgu i prowadzenia transakcji w tym zakresie. Klienci coraz częściej wymagają także, aby doradcy bankowi pomagali chronić, utrzymać i wzmocnić wartość ich aktywów w tym obszarze, co stawia przed instytucjami finansowymi duże wyzwania” – podsumowuje Józef Wancer, Doradca Zarządu Deloitte.

Informacje o raporcie „Art and Finance Report 2013”

Druga edycja międzynarodowego raportu nt. rynku sztuki i finansów został opracowany przez Deloitte Luksemburg i ArtTactic – wiodącą firmę badawczą specjalizującą się w światowym rynku sztuki. Badanie zostało przeprowadzono pomiędzy czerwcem a listopadem 2012 r. wśród 30 banków świadczących usługi zarządzania majątkiem, głównie w Luksemburgu, ale także w Polsce i Hiszpanii. Przepytano również 112 ekspertów rynku sztuki (przedstawicieli galerii, domów aukcyjnych i doradców) oraz 81 uznanych kolekcjonerów sztuki.

Informacje o polskim raporcie „Rynek sztuki. Sztuka rynku”

Pierwsza edycja badania, które zostało przeprowadzone w okresie listopad 2012 r. – marzec 2013 r. W badaniu udział wzięło 8 banków oraz 93 przedstawicieli rynku sztuki (właścicieli galerii, pracowników muzeów, kolekcjonerów i ekspertów rynku).

World Trends, 17 kwietnia 2013

W dniu wczorajszym, kiedy to decyzją Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie został wstrzymany handel na nowej platformie  transakcyjnej UTP, na światowych rynkach doszło do odwilży, a dzięki silnej aprecjacji eurodolara beneficjentem poprawy nastrojów okazała się także złotówka, która w stosunku do dolara zyskała ponad pół procent osiągając nowe kilkutygodniowe ekstremum. Taki skok pozytywnie wpłynie na wygląd indeksu WIG20USD i jeśli w dniu dzisiejszym inwestorzy podejmą decyzję o powrocie na rynek akcyjny, w wyniku czego WIG20 ponownie skieruje się na północ, to benchmark dwudziestu największych spółek denominowany w najważniejszej światowej walucie powinien odrobić poniedziałkowe straty.

Komentarz poranny, 17 kwietnia 2013

Puls Biznesu donosi, że Visa zakomunikowała wczoraj swój własny harmonogram obniżania opłaty interchange. W odpowiedzi na decyzję Visy, MasterCard wyraził swoje wstępne zadowolenie i zapowiedział przedstawienie własnego harmonogramu w ciągu najbliższych dni. Mimo toczącej się samoregulacji, w Sejmowej Komisji Finansów Publicznych toczą się prace nad ograniczeniem opłaty interchanege na poziomie ustawowym. Powyższe zgodne postepowanie Visy i MasterCrad zdecydowanie ma przeciwdziałać przyjęciu takiej ustawy, która z dużym prawdopodobieństwem była by bardziej dotkliwa dla wystawców kart.

Komentarz dzienny, 17 kwietnia 2013

Inflacja bazowa (po wyłączeniu cen żywności i energii) wyniosła w marcu 1,0% po 1,1% w lutym. Obniżyły się także wszystkie pozostałe miary inflacji, przy czym największy spadek odnotowano w przypadku inflacji po wyłączeniu cen administrowanych, która spadła z 1,0% do 0,7%.

Zadłużenie Polaków ciągle rośnie, ale firmy mają się lepiej

W pierwszym kwartale 2013 r. wartość niespłaconych zobowiązań finansowych Polaków wzrosła o 770 mln zł – wynika z raportu InfoDług. Jest to wynik porównywalny z rokiem ubiegłym i jego poszczególnymi kwartałami. Wartość średniego zadłużenia na osobę wynosi 17 400 zł. To o 300 zł więcej niż podczas ostatniego badania i 840 zł więcej niż w analogicznym okresie w ubiegłym roku. Polepsza się jednak sytuacja zadłużonych przedsiębiorstw.

Większość Polaków – ok. 95 proc. – spłaca zadłużenie terminowo. Jednak niespłacony dług pozostałej części nadal stanowi problem. Klient podwyższonego ryzyka jest najczęściej mężczyzną między 30. a 39. rokiem życia. Mieszka w województwie śląskim lub mazowieckim – w Katowicach, Warszawie lub w mieście poniżej 500 tys. mieszkańców.

Łączna kwota niespłaconego zadłużenia Polaków wynosi 39,3 mld zł. W kolejnym kwartale może ona wzrosnąć do 40 mld zł. Jednak znaczna część nieuregulowanych długów dotyczy stosunkowo niewielkich kwot.

– Pozytywny jest fakt, że 62 proc. wszystkich zobowiązań opiewa na kwoty poniżej 5 tys. zł. Natomiast osób, które nie spłacają swoich zobowiązań regularnie jest ponad 2 mln 250 tys. – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mariusz Hildebrand, prezes BIG InfoMonitor SA. – Jednak jedynie niecałe 5 tys. osób pojawiło się jako nowi dłużnicy, którzy nie płacą swoich zobowiązań w przeciągu pierwszego kwartału 2013 r.

Zdaniem Hildebranda można mówić o bardziej racjonalnym podejściu Polaków do gospodarowania swoimi pieniędzmi. Jednak nie dotyczy to wszystkich kredytobiorców. Wśród nich są osoby, które zdecydowanie wyróżniają się in minus. Największy polski dłużnik mieszka w województwie mazowieckim.

– Kwota jego zadłużenia wzrosła do 105 mln zł, a w ciągu ostatnich kilku miesiącach o kilka milionów złotych. To już jest znaczący problem nie tylko dla tej osoby, ale także dla tych, którzy ją finansowali – mówi prezes BIG InfoMonitor.

Najwięcej zadłużonych, niespłacających zobowiązań, mieszka w województwie zachodniopomorskim – 8,2 proc. Natomiast największe kwotowo zadłużenie cechuje mieszkańców województwa śląskiego i mazowieckiego. Całkowite zadłużenie mieszkańców tego pierwszego wynosi 7,9 mld zł, a drugiego – 5,7 mld zł.

– Co ciekawe przyrost długu w województwie śląskim wyniósł około 260 mln zł, a więc mniej więcej 45 proc. całkowitej kwoty długu województwa świętokrzyskiego, gdzie zadłużenie jest najmniejsze i wynosi około 580 mln zł. Jak widać różnice są ogromne – podkreśla Hildebrand.

Mimo trudności gospodarczych polepszyła się i to znacznie sytuacja wśród przedsiębiorców. Dowodem na to jest zmniejszenie się kwoty nieuregulowanych płatności.

– Jeszcze niedawno 60 proc. przedsiębiorców mówiło, że mają kwoty niezapłaconych zobowiązań powyżej 100 tys. zł i ta grupa w ciągu ostatnich kilku miesięcy zmniejszyła się do 30 proc. To znaczy, że część spłaty nastąpiła – zauważa rozmówca Newserii.

Raport InfoDług publikowany jest od 5 lat. Obecna publikacja to jego 23. edycja. Przy jej tworzeniu, oprócz Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor S.A. uczestniczyło Biuro Informacji S.A. i Związek Banków Polskich.

Stanisław Kluza: ostatnie decyzje RPP przyniosły więcej szkód niż korzyści

Decyzje Rady Polityki Pieniężnej, jakie zapadały w ciągu ostatniego 1,5 roku, wyrządziły wiele szkód polskiej gospodarce – ocenia były minister finansów, Stanisław Kluza. Za szkodliwe uznaje przede wszystkim podwyżkę stóp procentowych w maju ubiegłego roku, ale nieuzasadnione, jego zdaniem, było również tak wyraźne cięcie, do jakiego doszło na początku marca.

Ostatnią, kwietniową decyzję Rady Polityki Pieniężnej o pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie były szef resortu finansów i Komisji Nadzoru Finansowego ocenia jako słuszną. Krytycznie natomiast odnosi się do wcześniejszych decyzji, podejmowanych przez Radę na przestrzeni ostatniego 1,5 roku.

– Po pierwsze, nie znajduję uzasadnienia dla podwyżki stóp procentowych w maju zeszłego roku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Stanisław Kluza. – Po drugie, uważam, że wiedza o tym, że nadchodzi spowolnienie była już na przełomie II i III kwartału ubiegłego roku, a pierwsze obniżki rozpoczęto dopiero w listopadzie.

Wówczas zapadła decyzja o pierwszej z cyklu kilku obniżek o 0,25 pkt. proc., co w ocenie Kluzy nie zapobiegło spowolnieniu gospodarczemu ani też nie złagodziło jego skutków. Trudno też oczekiwać tego po marcowej obniżce o 0,5 pkt. proc. Ta decyzja Rady sprowadziła cenę pieniądza do najniższej w historii – główna stopa NBP spadła do 3,25 proc.

– Ostatnia obniżka stóp procentowych była w momencie, kiedy już się znajdowaliśmy w dołku spowolnienia – mówi ekonomista. – Czyli w żaden sposób nie przełamywała już spowolnienia, a z drugiej strony przyspiesza powrót inflacji.

Według byłego ministra finansów, istnieją poważne obawy, że w związku z niskimi stopami procentowymi zmniejszy się, i to wyraźnie, liczba depozytów długoterminowych, które dziś są znacznie mniej atrakcyjne niż kiedyś ze względu na wysokość oprocentowania. Oznaczać to może poważny problem dla banków z punktu widzenia zarządzania płynnością. Szczególnie długoterminowo decyzja Rady może skutkować poważnymi problemami dla banków, dla klientów zaś utrudnionym dostępem do kredytów.

Zdaniem Stanisława Kluzy, po serii mało przejrzystych działań Rady Polityki Pieniężnej rynki oczekują dziś stabilizacji i uspokojenia. Z tego punktu widzenia nie powinniśmy oczekiwać zmian w poziomie stóp procentowych.

– Gdyby one nastąpiły, ciężko byłoby je uzasadnić – dodaje Kluza.

Grupa Integer chce przeznaczyć nawet miliard euro na rozwój paczkomatów w Polsce i za granicą

Nawet miliard euro planuje przeznaczyć Grupa Integer, właściciel spółek InPost oraz InPost Paczkomaty, na rozwój sieci paczkomatów. Do końca tego roku ich liczba w Polsce wzrośnie z obecnych 700 do 1,1 tys., ale cel spółki to ekspansja zagraniczna. Na razie w Europie, ale docelowo także w obu Amerykach i w Azji.

– Cel na najbliższy miesiąc w rozwoju paczkomatów to jak najszybsza ekspansja w jak największej liczbie krajów. W tej chwili oprócz Polski, Rosji, Czech, Słowacji, Wielkiej Brytanii, pracujemy nad kolejnymi krajami. Francja, Węgry, Turcja, Skandynawia, przede wszystkim Norwegia i Szwecja – wylicza Rafał Brzoska, prezes zarządu Grupy Integer.

W dalszych europejskich planach rozwoju są Finlandia, Dania, a także Holandia i Szwajcaria. Ale spółka nie chce ograniczać się do naszego kontynentu. W ciągu najbliższych dwóch lat polskie paczkomaty mogą pojawić się w obydwu Amerykach, a potem także w Azji.

Jeszcze niedawno Grupa Integer planowała do końca 2016 r. wydać 300 mln euro i postawić 16 tysięcy nowych paczkomatów, ale liczby te mogą wzrosnąć.

– Wersja, w którą coraz bardziej idziemy, to kolejne 20 tysięcy w obydwu Amerykach i pewnie 20 tysięcy w Azji w ciągu najbliższych 4-5 lat – mówi Brzoska. – Całość inwestycji docelowo może sięgnąć nawet 1 mld euro.

Na wszystkich rynkach Integer chce współpracować ze sklepami, które są głównymi klientami paczkomatów. W Polsce obecnie 4,5 tys. przedsiębiorstw udostępnia taki sposób dostawy towaru. Brzoska ma nadzieję, że spółce uda się nawiązać współpracę ze znacznie większą liczbą sklepów w Wielkiej Brytanii – nawet połową z działających tam 120 tys. podmiotów.

Rafał Brzoska podkreśla, że klienci wybierają paczkomaty InPostu przede wszystkim ze względu na szybki czas dostawy oraz wygodny odbiór. Kupujący może odebrać towar z paczkomatu o dowolnej, wygodnej dla siebie godzinie. Paczka trafia do maszyny w ciągu 24 godzin od wysyłki – w innym przypadku InPost Paczkomaty zwraca połowę kosztów nadania.

– Jesteśmy jedyną firmą w Polsce, która zwraca pieniądze za niedotrzymanie ustaleń. Jesteśmy na poziomie 99,8 proc. skuteczności dostarczania właśnie w ciągu 24 godzin. To jest nasza przewaga, że my nie boimy się naszej jakości, bo jest ona bardzo wysoka – podkreśla Rafał Brzoska.

Dodaje, że zarówno czas dostawy, jak i wygodny odbiór stanowią przewagę paczkomatów w porównaniu do firm kurierskich. Jak podkreśla Brzoska, pomimo niedawnego wprowadzenia 8-procentowej opłaty paliwowej, paczkomaty nadal są znacznie tańsze niż wysyłka kurierem. Dalszych wzrostów cen prezes Grupy Integer nie przewiduje.

Rafał Brzoska dodaje, że liczy na uzyskanie dostępu do infrastruktury Poczty Polskiej, w tym możliwość korzystania z tzw. ostatniej mili.

– Jest to jeden z elementów trzeciej dyrektywy unijnej, iż każdy kraj powinien ustawowo zagwarantować dostęp do infrastruktury. Tak jak TP S.A. musiało udostępnić swoją infrastrukturę swego czasu dla Netii, tak my oczekujemy, że Poczta Polska zrobi to dla nas – podkreśla Brzoska i zapowiada, że jego spółka będzie walczyć o egzekwowanie tego prawa.

Na razie sprawa trafiła do Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Brzoska podkreśla, że liczy na załatwienie sprawy bez odwoływania się do Brukseli, choć tego nie wyklucza.

Trzecia dyrektywa unijna została uchwalona w 2008 r. i kończy proces liberalizacji rynku usług pocztowych. Jej postanowienia weszły w życie w Polsce 1 stycznia 2013 r. wraz z nowym Prawem pocztowym. Zniknął m.in. ustawowy monopol Poczty Polskiej na przesyłki do 50 gramów. To właśnie z tego powodu prywatni operatorzy doczepiali do listów metalowe blaszki. Dyrektywa gwarantuje również równy dostęp do państwowej infrastruktury.

Regulacji przepisów ciąg dalszy – co niesie ze sobą projekt IV ustawy deregulacyjnej?

Prawdopodobnie jeszcze w kwietniu Rada Ministrów zaakceptuje przygotowywany przez Ministerstwo Gospodarki projekt tzw. IV ustawy deregulacyjnej. Rozwiązania w nim zawarte mają na celu przede wszystkim uproszczenie warunków prowadzenia działalności gospodarczej i zniesienie niektórych uciążliwości biurokratycznych. Czy i które propozycje zmian mogą rzeczywiście ułatwić życie przedsiębiorcom, ocenia ekspert, Maciej Kowalski, radca prawny i partner zarządzający w Kancelarii Radców Prawnych Kowalski, Popławski i Wspólnicy w Legnicy.

Omawiany projekt zawiera w sumie niemal 50 propozycji konkretnych rozwiązań. Każdą z nich należy rozpatrywać z punktu widzenia interesów poszczególnych grup przedsiębiorców. Jako przykład wskazać można kwestie wyłączenia z podatku VAT usług bezpłatnej pomocy prawnej na rzecz osób niezamożnych. Taka regulacja ma znaczenie dla pozytywnej z perspektywy społecznej możliwości prowadzenia działalności pro bono ukierunkowanej na pomoc obywatelom mniej zamożnym. Wskazane uregulowanie nie spowoduje wzrostu przychodów kancelarii, jednak pozwoli na wyeliminowanie wątpliwości stanowiących potencjalne ryzyko obciążenia podatkiem VAT działalności nieprzynoszącej dochodów.

Z prawnego punktu widzenia za doniosłą bez wątpienia należy przyjąć propozycję uznania orzeczeń sądowych za informacje publiczną. Takie rozwiązanie, zwłaszcza w aspekcie obrotu gospodarczego, przyczyni się do osiągnięcia celów wskazanych w uzasadnieniu jej wprowadzenia. Jednolitość orzecznictwa sądowego jest założeniem idealnym, pamiętać jednak należy, że korzystając z przysługujących uprawnień, sąd dokonuje oceny całości materiału dowodowego. W związku z tym nawet podobieństwo sytuacji nie przesądza o zakładanej tożsamości orzeczeń. Jednakże proponowane rozwiązanie stanowić będzie kierunek działań procesowych na etapie sądowym, co przyczyni się do usprawnienia trwających postępowań.

Za istotne z perspektywy pracodawcy oraz kształtowania rynku pracy uznać należy regulacje związane ze zwolnieniem pracowników z podatku dochodowego z tytułu zyskiwania świadczenia dowozu do zakładu pracy transportem zbiorowym organizowanym przez pracodawcę. Podobnie jest w przypadku zachowania ważności orzeczenia lekarskiego przez nowego pracodawcę. Wskazane zmiany niewątpliwie pozwolą na bardziej elastyczne kształtowanie polityki zatrudnienia, w pierwszym przypadku dając przedsiębiorcy możliwość pozyskiwania pracowników na szerszym obszarze, a w drugim ograniczy jego koszty związane z przeprowadzaniem badań. Umożliwi to także podejmowanie zatrudnienia przez osoby posiadające aktualne badania bez konieczności ich powielania.

Z prawnego punktu widzenia za doniosłą bez wątpienia należy przyjąć propozycję uznania orzeczeń sądowych za informacje publiczną. Takie rozwiązanie, zwłaszcza w aspekcie obrotu gospodarczego, przyczyni się do osiągnięcia celów wskazanych w uzasadnieniu jej wprowadzenia. Jednolitość orzecznictwa sądowego jest założeniem idealnym, pamiętać jednak należy, że korzystając z przysługujących uprawnień, sąd dokonuje oceny całości materiału dowodowego. W związku z tym nawet podobieństwo sytuacji nie przesądza o zakładanej tożsamości orzeczeń. Jednakże proponowane rozwiązanie stanowić będzie kierunek działań procesowych na etapie sądowym, co przyczyni się do usprawnienia trwających postępowań.

Za istotne z perspektywy pracodawcy oraz kształtowania rynku pracy uznać należy regulacje związane ze zwolnieniem pracowników z podatku dochodowego z tytułu zyskiwania świadczenia dowozu do zakładu pracy transportem zbiorowym organizowanym przez pracodawcę. Podobnie jest w przypadku zachowania ważności orzeczenia lekarskiego przez nowego pracodawcę. Wskazane zmiany niewątpliwie pozwolą na bardziej elastyczne kształtowanie polityki zatrudnienia, w pierwszym przypadku dając przedsiębiorcy możliwość pozyskiwania pracowników na szerszym obszarze, a w drugim ograniczy jego koszty związane z przeprowadzaniem badań. Umożliwi to także podejmowanie zatrudnienia przez osoby posiadające aktualne badania bez konieczności ich powielania.

Parabanki specjaliści od tzw. chwilówek i szybkich kredytów rosną w siłę

Rozwój tzw. chwilówek, szybkich kredytów i innego typu działalności parabankowej wynika z nadmiernych regulacji wobec SKOK-ów i banków spółdzielczych – twierdzi Stanisław Kluza, były przewodniczący KNF. To właśnie klientelę tych instytucji stanowią ludzie o najniższych dochodach i z małych miejscowości, w których nie ma dużych banków. W efekcie klientów tych przejmują parabanki, których praktyki są zagrożeniem dla bezpieczeństwa finansowego często nieświadomych klientów.

– Rozwój czynności parabankowych jest trochę odpowiedzią na ponadproporcjonalne zwiększanie obciążeń regulacyjnych w stosunku do tych podmiotów, które w szczególności były na styku z małym, drobnym klientem detalicznym, a także w regionach biedniejszych, gdzie np. duże uniwersalne banki były mniej aktywne – uważa Stanisław Kluza, ekonomista Szkoły Głównej Handlowej i były przewodniczący KNF. – Uważam, że nadmierne przeregulowanie bankowości spółdzielczej, jak również złe zarządzanie nadzorem nad SKOK-ami, może skutkować wzrostem działalności parabankowej. A taki wzrost może mieć negatywne skutki – dodaje.

Komisja Nadzoru Finansowego objęła nadzorem Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe pod koniec października 2012 roku. Chodzi nie tylko o czynności takie jak udzielanie zgody na tworzenie kas czy zatwierdzanie ich statutu. KNF nałożyła na SKOK-i obowiązek posiadania funduszy własnych dostosowanych do rozmiaru prowadzonej działalności.

W przypadku banków spółdzielczych problemem mogą być unijne regulacje. Z danych KNF wynika, że wdrożenie regulacji z pakietu dyrektyw CRD IV (m.in. wysokie wymogi dotyczące wysokości i jakości utrzymywanego kapitału) może oznaczać dla tych banków problemy z niedokapitalizowaniem i brakiem płynności.

Zdaniem Kluzy zamiast nadmiernie regulować działalność banków spółdzielczych, należałoby raczej zwiększyć nadzór nad parabankami – choćby wprowadzając obowiązek zdawania przez nie sprawozdań z działalności. Kontrola nad parabankami z konieczności jednak będzie ograniczona. Formalnie są to bowiem spółki prawa handlowego, a nie instytucje finansowe. Nie jest zatem możliwa ich inspekcja ani regulacje kapitałowe.

– Z parabankami wiąże się jeszcze jedno pytanie, na które trudno dzisiaj znaleźć odpowiedź. Chodzi o to, ile z nich korzysta tylko i wyłącznie z legalnych źródeł finansowania – podkreśla Kluza w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Wśród dostępnych instrumentów regulacji parabanków jest nałożenie na nie obowiązku raportowania.

– Należałoby nałożyć na te przedsiębiorstwa mocniejsze obowiązki sprawozdawcze. Miałoby to na celu ochronę interesu klientów tych instytucji. Wydaje mi się, że to również ograniczyłoby potencjalną możliwość rozwijania szarej strefy w tym segmencie – dodaje ekonomista.

Mianem parabanków określa się instytucje oferujące usługi bankowe, jednak niebędące bankami i nieobjęte stosownymi regulacjami. Tematyka zagrożenia ze strony parabanków stała się w Polsce głośna po aferze Amber Gold. Zamknięta we wrześniu 2012 r. firma wyłudziła pieniądze od ok. 11 tysięcy osób. Na początku kwietnia tego roku Sejm rozpoczął prace nad ustawą mającą uporządkować system finansowy i zwiększyć finansowe bezpieczeństwo Polaków. Polskie Stronnictwo Ludowe apeluje o wprowadzenia w radiu i telewizji publicznej specjalnych ostrzeżeń przez działalnością parabanków.

Dlaczego media społecznościowe nie będą głównym kanałem zakupów przez internet?

Tylko 10 proc. kupujących przez internet dotarło do określonego sklepu dzięki mediom społecznościowym. Platforma ta nie będzie zatem głównym motorem napędzającym sprzedaż on-line, mimo jej rosnącej popularności – to główny wniosek z raportu prezentującego 10 mitów sprzedaży wielokanałowej „Demystifying the online shopper” przygotowanego przez firmę doradczą PwC.

Korzystanie z mediów społecznościowych deklaruje wprawdzie aż 60 proc. respondentów przebadanych przez firmę doradczą PwC. Jako kanał są one wykorzystywane jedynie do obserwacji produktów, zlokalizowania czy przekazania opinii na temat marki czy sprzedawców. Liderem zakupów on-line za pośrednictwem mediów społecznościowych są Chiny, aż 56 proc. chińskich konsumentów nabywa w ten sposób produkty i usługi, w porównaniu do średniej światowej wynoszącej 24 proc.

Z raportu firmy doradczej PwC wynika również, że 17 proc. przebadanych użytkowników internetu nie robi zakupów on-line w ogóle – wciąż wolą oni kupować w tradycyjnych sklepach. Jeśli chodzi o urządzenia wykorzystywane do robienia zakupów on-line, respondenci faworyzują w tym względzie komputery – 97 proc. wskazań w porównaniu do zaledwie 28 proc. dla tabletów.

„Chłodząc zapowiedzi rychłego końca tradycyjnych kanałów sprzedaży, analiza doskonale wpisuje się w kierunki i dynamikę rozwoju handlu internetowego w Polsce. Już w tej chwili możemy zaobserwować, że e-commerce jest raczej uzupełniającym niż głównym kanałem sprzedaży, a jego rozwój, mimo że niezagrożony, nie będzie boomem tylko umiarkowanie szybką ewolucją. Potwierdza to wciąż silna pozycja niektórych „polskich” biznesów internetowych, przy jednoczesnym załamaniu wycen kluczowych graczy globalnych obecnych również w Polsce. Wyceny te zostały zbudowane na licznych mitach, w które ostatnimi czasy obrósł segment handlu w sieci”– komentuje Piotr Lizukow, ekspert branży produktów konsumpcyjnych i handlu w zespole Doradztwa Strategicznego PwC.

Raport firmy doradczej PwC został opracowany na podstawie ankiet przeprowadzanych w lipcu i sierpniu 2012 roku, na próbie ponad 11.000 kupujących przez internet. Respondenci pochodzili z 11 krajów z trzech kontynentów, określanych zarówno mianem dojrzałych, jak i wschodzących rynków. Były to: Brazylia, Kanada, Chiny, Francja, Niemcy, Holandia, Rosja, Szwajcaria, Turcja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone.

Komentarz dzienny, 16 kwietnia 2013

W marcu roczny wskaźnik inflacji obniżył się do 1,0% z 1,3% zanotowanych w lutym (konsensus prognoz wynosił 1,1%). Zgodnie z naszymi oczekiwaniami (i kompozycją spadków inflacji w regionie) do niższej inflacji walnie przyczyniły się niższe ceny żywności (wzrost o zaledwie 0,1% m/m). Znaczny spadek zanotowano w kategorii łączność (zmiany regulacji w telefonii komórkowej). Inflacja bazowa co prawda utrzymała się prawdopodobnie na poziomie z poprzedniego miesiąca, czyli 1,1% r/r, jednak była to zasługa jednorazowego wzrostu opłat za telewizję kablową i w efekcie wzrostu cen w kategorii rekreacja i kultura. Należy podkreślić, że zazwyczaj podwyższające inflację kategorie takie jak użytkowanie mieszkania pozostały w kwietniu stabilne.

Cloud computing coraz popularniejszy

Rosnąca popularność chmur obliczeniowych oznacza zmianę modelu biznesowego producentów tradycyjnego oprogramowania. Produkty, które do tej pory dostarczali do klientów, teraz są coraz częściej oferowane przez dostawców usług online. Zyskują użytkownicy, bo programy w chmurze są nie tylko tańsze, ale można także z nich korzystać, dysponując słabymi komputerami.

– Model cloud computingu jest dużo bardziej ekonomiczny. To oprogramowanie jest instalowane w jednym miejscu, na jednej infrastrukturze, następnie w ramach jednej aplikacji są przetwarzane dane z całego świata, które są dostarczane za pomocą internetu – wyjaśnia Maciej Gawroński, partner zarządzający warszawskiego biura międzynarodowej kancelarii Bird & Bird, ekspert do spraw cloud computingu.

To właśnie ze względu na to, że instalacja odbywa się tylko w jednym miejscu, tracą producenci tradycyjnego oprogramowania. Do tej pory zarabiali na każdej sprzedanej kopii, teraz użytkownicy mogą korzystać z tańszych zwykle rozwiązań chmurowych. Klienci nie potrzebują też już aktualizacji programów ani wsparcia technicznego. To powoduje stopniowe przesuwanie zysków – od producentów oprogramowania do dostawców chmur.

– Generalnie będzie to bardziej efektywny model wykorzystania oprogramowania. Zostanie zmniejszone obciążenie związane z wykorzystaniem i eksploatacją, bo im mniej maszyn i „instancji” oprogramowania jest na rynku, tym mniej błędów się pojawia i tym mniejszą infrastrukturę trzeba utrzymywać – podkreśla Gawroński.

Szansą dla producentów pozostaje więc sprzedaż oprogramowania dostawcom chmur, którzy są stałymi i dużymi klientami. Maleją też w tej sytuacji koszty marketingu i dystrybucji, więc producenci mogą przeznaczyć środki na rozwój nowych programów.

Duże korzyści odnoszą też sami użytkownicy chmur, bo dostęp do oprogramowania jest dla nich tańszy. Ponadto nawet dysponując słabym sprzętem mogą korzystać z programów, które wymagają bardzo dużej mocy obliczeniowej – ta jest udostępniona przez chmurę. Niekiedy na urządzeniu użytkownika wyświetla się jedynie obraz, a całe obliczenia dokonywane są przez chmurę. Według Gawrońskiego cloud computing może też oznaczać szybszy rozwój darmowego oprogramowania.

– Przede wszystkim są już w tej chwili usługi darmowe oparte o model chmury. Sztandarowym przykładem są usługi firmy Google. Ona zapewnia całą sferę darmowych dla konsumentów rozwiązań – mówi ekspert.

To wszystko powoduje, że dalszy rozwój cloud computingu jest przesądzony. W dużej mierze zależy jednak od infrastruktury telekomunikacyjnej. Najważniejsze jest zapewnienie szybkiego, szerokopasmowego dostępu do internetu.

– Już w tej chwili można z chmury łatwo korzystać nawet za pomocą łącz mobilnych w wielu miejscach w kraju i na świecie, choć oczywiście jeszcze nie wszędzie – podkreśla Gawroński.

To m.in. kraje, w których infrastruktura teleinformatyczna rozwija się od dawna. Jak wyjaśnia ekspert, często łatwiej proces ten przebiega w krajach, które do tej pory nie miały zaawansowanych rozwiązań teleinformatycznych, bo nie trzeba modernizować istniejących sieci, tylko po prostu buduje się nowe, od początku przystosowane do szybkiego przesyłu danych.

Wciąż są jednak obszary, w których chmury obliczeniowe nie są wykorzystywane. To między innymi bankowość, a także duża część sektora państwowego w związku z tajemnicami państwowymi. W Polsce infrastruktura teleinformatyczna w tym obszarze musi zostać zatwierdzona przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jednak chmura może również wkroczyć w ten obszar, bo niedawno pojawiła się informacja, że z dostarczanej przez Amazon chmury chce korzystać amerykańska CIA.

Podatnicy mogą odliczyć w zeznaniu podatkowym wydatki na dojazd do pracy

Jeżeli podatnik dojeżdża do pracy do innej miejscowości, a wydatki na ten cel przekraczają zryczałtowane koszty uzyskania przychodów z umowy o pracę, w rocznym zeznaniu podatkowym może te koszty odliczyć. Trzeba jednak pamiętać o ich właściwym udokumentowaniu, jak też o tym, że wydatki na niektóre środki transportu, jak samochód czy samolot, urząd skarbowy zakwestionuje.

– Ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych przewiduje zryczałtowane koszty dojazdu do pracy. W wypadku, gdy pracownik ma jeden stosunek pracy i mieszka w miejscu, w którym znajduje się siedziba pracodawcy, to te zryczałtowane koszty nie mogą przekroczyć 1 335 złotych rocznie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Dominika Dragan-Berestecka, doradca podatkowy z Kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Te koszty (w stosunku miesięcznym) są odliczane przez pracodawcę przed odprowadzeniem zaliczki na podatek, bez względu na to, czy pracownik rzeczywiście tyle wydaje na dojazdy. Ustawa przewiduje cztery limity tych rozliczeń, w zależności od tego, z ilu miejsc pracownik czerpie dochody i czy pracuje w tej samej miejscowości, gdzie mieszka. Rocznie jest to od 1335 zł (jedno miejsce pracy, ta sama miejscowość) do 2502,56 zł (więcej niż jeden zakład pracy poza miejscem zamieszkania, o ile podatnik nie otrzymuje tzw. dodatku za rozłąkę).

– Może zdarzyć się tak, że pracownik dojeżdża do pracy pociągiem czy jakimś innym środkiem komunikacji, z wyjątkiem samochodu. Jeżeli koszty przekraczają tę zryczałtowaną kwotę określoną przez ustawodawcę, to może on te koszty odliczyć, ale tylko w sytuacji, gdy są one udokumentowane imiennymi biletami okresowymi – podsumowuje Dominika Dragan-Berestecka.

To oznacza, że można odliczyć wszystkie wydatki na bilety przewyższające ustawowe limity, ale nie można odliczyć kosztów dojazdu samochodem i biletów jednorazowych czy też biletów długookresowych, ale wystawionych na okaziciela. Do kosztów uzyskania przychodu nie zaliczają się też bilety lotnicze.

Przepisy o odszkodowaniach za błędne decyzje urzędników są martwe. Żaden urzędnik nie został ukarany

Mimo że ustawa o odpowiedzialności majątkowej urzędników za błędne decyzje obowiązuje dwa lata, ani jeden urzędnik nie został zobowiązany do zapłacenia odszkodowania na podstawie tych przepisów. – W 2012 roku nie odnotowano przypadków wymagających wyciągania konsekwencji wobec pracowników w oparciu o przepisy tej ustawy – poinformowało Newserię Ministerstwo Finansów. Eksperci twierdzą, że to skutek zbyt skomplikowanej i długotrwałej procedury, która wymaga wcześniejszego uzyskania kilku prawomocnych wyroków lub decyzji.

Ustawa o odpowiedzialności majątkowej urzędników za rażące naruszenie prawa weszła w życie w maju 2011 roku. Mimo że istnieją narzędzia do pociągania urzędników do odpowiedzialności za błędne decyzje, to nie są one stosowane w praktyce. Według Andrzeja Arendarskiego, prezesa Krajowej Izby Gospodarczej, przepisy te nigdy nie będą dobrze funkcjonowały.

– Zgodnie z ustawą to sami urzędnicy mieliby się karać. W tym środowisku to nie jest popularne i jak pokazuje choćby film „Układ zamknięty” jest tam niezwykle silna solidarność i krycie winnych. Dopóki te środki represyjne nie będą zupełnie inaczej pomyślane, nie będą automatyczne, to nie sadzę, żeby ta ustawa mogła funkcjonować – uważa Andrzej Arendarski.

Jego zdaniem, przepisy tej ustawy są martwe i w przyszłości również nie będziemy mieli do czynienia z przypadkami kar dla urzędników działających na niekorzyść biznesu. Prezesowi KIG wtóruje Marcin Kołodziejczyk ze stowarzyszenia Niepokonani 2012, do którego codziennie trafia kilkadziesiąt zgłoszeń od poszkodowanych przez organy państwowe przedsiębiorców.

– Dzisiaj z dużą dozą przekonania możemy stwierdzić, że tak obwarowane różnymi kruczkami i warunkami przepisy o odpowiedzialności urzędników są przepisami martwymi, bez szans na ich zastosowanie w życiu, które przynosi nam tysiące poszkodowanych przez tych urzędników – wyjaśnia Marcin Kołodziejczyk.

Poszkodowanych takich, jak Centrum Handlowe Nexa z Zamościa. Firmie na skutek przedłużających się wielomiesięcznych kontroli i postępowań kontrolnych lubelskich organów podatkowych wstrzymano zwrot podatku VAT w wysokości ok. 30 mln zł, przez co utraciła płynność finansową. Teraz spółka walczy z fiskusem na drodze prawnej.

Przepisy nie funkcjonują przez przewlekłe procedury

Do odpowiedzialności urzędniczej w takich przypadkach jeszcze daleka droga. Arkadiusz Matusiak, adwokat z Kancelarii Bird & Bird mówi Agencji Informacyjnej Newseria, że problemem są przede wszystkim długie procedury do stwierdzenia rażącego naruszenia prawa przez urzędnika państwowego.

– Po pierwsze, musi być wypłacone odszkodowanie. Musi być stwierdzone rażące naruszenie prawa w drodze czy to ostatecznej decyzji administracyjnej, czy w drodze orzeczenia sądowego. Dopiero to daje możliwość uruchomienia prokuratury, która staje się zwykłą stroną przed sądem, która wnosi pozew i dochodzi roszczenia regresowego od urzędnika. Procedura ta wymaga uprawomocnienia się kilku rozstrzygnięć, żeby można było dochodzić odszkodowania od urzędnika – wyjaśnia Arkadiusz Matusiak.

Jego zdaniem, trudno jednoznacznie stwierdzić, czy ustawa jest prawidłowo skonstruowana, skoro na jej podstawie jeszcze nikogo nie ukarano. Nie ulega jednak wątpliwości, że procedury, które pozwolą na skuteczne stosowanie prawa, powinny zostać uproszczone.

– Skoro przez dwa lata nie udało się pociągnąć nikogo do odpowiedzialności, to znaczy, że procedury, które prowadzą do stosowania tej ustawy są tak długotrwałe, tak przewlekłe, że uniemożliwiają szybkie egzekwowanie prawa, które obowiązuje już od dwóch lat – mówi mecenas Arkadiusz Matusiak.

Odszkodowanie przy winie umyślnej i szkodzie nieumyślnej

Chcąc dochodzić naprawienia szkody na skutek błędów urzędnika należy pamiętać o różnicy pomiędzy winą umyślną, a działaniem nieumyślnym. Ma to znaczenie dla wysokości odszkodowania, jakiego można żądać.

– Jeżeli uchybienia urzędnika są wynikiem nieumyślnego zawinienia urzędnika, to odszkodowanie może wynosić tylko równowartość 12 pensji. Jeżeli natomiast uda się wykazać, że wina miała charakter umyślny, to wówczas organ administracji może dochodzić od urzędnika naprawienia tej szkody w całości – tłumaczy Arkadiusz Matusiak.

Podaje przykład Poznania, gdzie w wyniku błędów urzędników przy uchwalaniu miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego miasto boryka się z kilkusetmilionowymi roszczeniami od deweloperów i inwestorów. Tylko w jednej ze spraw sąd orzekł, że Poznań musi zapłacić 31 mln zł odszkodowania.

Jak wyjaśnia adwokat z Kancelarii Bird & Bird, jeśli tylko któraś z decyzji urzędników została wydana po 17 maja 2011 roku z rażącym naruszeniem prawa, to prezydent Poznania po wypłaceniu odszkodowania będzie musiał – bo przepisy nie pozostawiają mu w tym przypadku swobody – wystąpić do Prokuratury Okręgowej w Poznaniu o wszczęcie postępowania wyjaśniającego i dochodzenie przed sądem odszkodowań od winnych urzędników.

– Przepisy dotyczące odpowiedzialności funkcjonariuszy publicznych są standardem w krajach UE. Funkcjonują tam takie regulacje, które przewidują możliwość dochodzenia odszkodowania do wysokości dwunastokrotności miesięcznego wynagrodzenia w przypadku nieumyślnego zawinienia i pełnego odszkodowania w przypadku zawinienia umyślnego – wyjaśnia Arkadiusz Matusiak.

Dla odpowiedzialności w świetle omawianej ustawy istotne znaczenie ma fakt bycia funkcjonariuszem publicznym w chwili rażącego naruszenia prawa. Nawet gdyby urzędnik zwolnił się z pracy, będzie można od niego dochodzić odszkodowania za błędy, które popełnił.

W przypadku, kiedy kilku urzędników dopuściło się błędów, powodujących szkodę, każdy z nich ponosi odpowiedzialność stosownie do przyczynienia się do rażącego naruszenia prawa i stopnia winy. Jeżeli nie jest to możliwe do ustalenia, odpowiadają oni w częściach równych.

Komentarz indeksowy BossaFX 16 kwietnia 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 16 kwietnia 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

W tym roku Polacy kupią 2 tys. nowych aut z napędem hybrydowym

Przy normalnym użytkowaniu samochodu hybrydowego w ciągu 4-5 lat zwraca się koszt jego zakupu w porówaniu z autem o napędzie spalinowym – wynika z raportu przygotowanego przez amerykański portal TrueCar.com dla „New York Timesa”. Badania dotyczyły rynku amerykańskiego, więc ze względu na droższe paliwo, w Polsce nastąpić może to jeszcze szybciej. Tym bardziej, że ceny aut hybrydowych spadają. To oznacza, że takie samochody są obecnie najtańszym w eksploatacji typem pojazdów, zwłaszcza w jeździe miejskiej.

– Wyraźnie widać tendencję w kierunku obniżenia cen i prawie dorównywania cen samochodów hybrydowych do cen samochodów o napędzie spalinowym – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jerzy Szymłowski, prezes Polskiego Związku Automobilowego.

To sprawia, że rośnie zainteresowanie autami hybrydowymi w Polsce. Pokazuje to przykład Toyoty Yaris. Kiedy producent w ubiegłym roku wprowadził na rynek hybrydową wersję tego modelu, co czwarty sprzedawany Yaris był właśnie hybrydą. W opinii eksperta w tym roku w Polsce powinno się pojawić ok. 2 tys. nowych aut o napędzie hybrydowym.

– Samochodów hybrydowych jest coraz więcej na rynku, więc ich oferta jest coraz bardziej atrakcyjna cenowo. W związku z tym ten czas, kiedy zwraca się zakup samochodu hybrydowego wynikający z nieco wyższych kosztów przy zakupie, będzie się systematycznie skracał. A korzyści wynikające z tego, że mamy samochód hybrydowy to, poza oczywistymi korzyściami związanymi z ekologią, bardzo konkretne korzyści ekonomiczne – podkreśla Jerzy Szymłowski.

Podstawową oszczędnością z posiadania hybrydy jest zmniejszone zużycie paliwa. Prezes Polskiego Związku Automobilowego podaje przykład aut Toyoty, która jest liderem na rynku hybryd. W przypadku hybrydowej Toyoty Auris spalanie paliwa wynosi niecałe 4l/100 km. Ten sam model o napędzie konwencjonalnym pali dwukrotnie więcej.

Niższe są też koszty związane z eksploatacją samochodu. Jak podkreśla Szymłowski, pojazdy hybrydowe nie mają na przykład sprzęgła, czyli części, której wymiana po zużyciu jest bardzo kosztowna. Silniki elektryczne w hybrydach są podczas jazdy wykorzystywane w coraz większym stopniu, co pozwala na mniejsze zużycie jednostek spalinowych. Dzięki wykorzystaniu generatora do hamowania wolniej zużywają się też klocki i tarcze hamulcowe.

Oszczędności są największe w jeździe miejskiej, bo przy niskiej prędkości silniki spalinowe mają niską wydajność i zużywają dużo paliwa.

– Kiedy się poruszamy głównie po mieście, w żółwim tempie w korkach, to zużycie paliwa takiego samochodu jest niższe niż samochodu konwencjonalnego – podkreśla prof. Lech Sitnik z Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej.

Szymłowski podkreśla jednak, że wbrew powszechnemu przekonaniu również w przy większych prędkościach samochody hybrydowe zużywają mniej paliwa. Choć w trasie większy udział ma silnik spalinowy, to po zdjęciu nogi z gazu pracuje tylko jednostka elektryczna. Ponieważ akumulatory w tradycyjnych hybrydach są ładowane przez silnik spalinowy, więc, jak podkreśla Jerzy Szymłowski, w zasadzie niemożliwe jest ich całkowite rozładowanie.

– Proces wykorzystywania energii elektrycznej zmagazynowanej w akumulatorach i napędu elektrycznego i napędu spalinowego cały czas reguluje komputer. I to nie jest tylko tak, że jedziemy do wyczerpania baterii, dlatego że każde zdjęcie nogi z gazu czy powolna jazda w mieście powodują, że napędza nas silnik elektryczny – wyjaśnia prezes Polskiego Związku Automobilowego.

Zapewnia jednocześnie, że nie należy się obawiać krótkiej żywotności akumulatorów, co jest uważane za wadę pojazdów hybrydowych i zarazem hamulec w rozwoju rynku.

– To jest mit. Zauważmy, że na przykład producent samochodu Prius daje gwarancje na żywotność baterii nawet do 10 lat. Gdyby producent nie był pewny tego, że ona będzie sprawna dłużej niż 10 lat, to nie dawałby takiej gwarancji, bo generowałby dla siebie koszty. A przecież Toyota sprzedała już do tej pory ponad 4,5 miliona hybryd na całym świecie – podaje przykład Szymłowski.

Przy awarii baterii koszty jej wymiany nie są już aż tak wysokie. Wymiana całego akumulatora może kosztować niecałe 10 tys. zł. Dodatkowo konstrukcja tego podzespołu pozwala wymieniać poszczególne cele, co jeszcze obniża potencjalne koszty. Ekspert podkreśla, że również pod względem innych podzespołów awaryjność hybryd jest bardzo niska.

Bez reform polska kolej przestanie istnieć po 2019 roku

Dwudziestoletnie zaniechania, przerost zatrudnienia i nieskuteczne zarządzanie ogromnym majątkiem – to najpoważniejsze problemy, z którymi jak najszybciej powinny zmierzyć się Grupa Polskie Koleje Państwowe. Eksperci Instytutu Jagiellońskiego alarmują, że bez koniecznych zmian polska kolej przestanie istnieć po 2019 roku, kiedy – zgodnie z propozycjami Komisji Europejskiej – rynek zostanie uwolniony i zagraniczni przewoźnicy będą mogli wejść do Polski. Przede wszystkim potrzebna jest długofalowa strategia.

– To, co działo się przed ostatnie kilkanaście lat to jest zmarnowany czas, bo przychodzi nowa ekipa, zmienia zarząd, który ma jakieś plany i robi kolejne strategie. Natomiast spółka powinna długofalowo przygotować się do 2019 roku, bo inaczej skończy się to dramatem – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego, który jeszcze w kwietniu opublikuje Białą Księgę, czyli raport o stanie polskiej kolei i najważniejszych wyzwaniach, jakie przed nią stoją. – To musi być zarządzane biznesowo, nie ma tu miejsca na politykę, nie ma miejsca na związki zawodowe, czas się skończył.

Brak długofalowej strategii spowodował, że sytuacja na kolei z roku na rok się pogarszała. Od przeszło 20 lat kolej stopniowo traci udział w rynku na rzecz innych gałęzi transportu – spada liczba przewożonych pasażerów i towarów, a także nastąpił spadek inwestycji kolejowych.

Według Roszkowskiego problem jest na tyle poważny, że po uwolnieniu dostępu do rynku w 2019 r., PKP może przestać funkcjonować. Jeśli do Polski wejdą przewoźnicy niemieccy lub francuscy, łatwo wygrają konkurencję z działającymi w przestarzały i nieefektywny sposób polskimi kolejami.

– Polacy jeżdżą za granicą kolejami i widzą jak kolej tam funkcjonuje. To jest zupełnie inna jakość. Z jakichś względów Polacy nie potrafią tej kolei po okresie transformacji prowadzić – podkreśla Marcin Roszkowski.

Prezes Instytutu Jagiellońskiego podkreśla, że restrukturyzację należy rozpocząć natychmiast, pomimo tego, że z pewnością wywoła protesty. Wśród najważniejszych kroków wymienia znaczną redukcję zatrudnienia, uporządkowanie liczby spółek kolejowych oraz struktury ich zarządzania, a także aktywne zarządzanie nieruchomościami. W posiadaniu PKP znajduje się wiele nieruchomości, które są niewykorzystane i przynoszą straty. Zdaniem Roszkowskiego już dawno powinny zostać sprzedane, by pokryć długi spółki. Dziś jest to o tyle trudne zadanie, że na rynku nieruchomości wciąż panuje kryzys. Dlatego, jak podkreśla prezes Instytutu, to nie jest najlepszy moment na radykalne oddłużanie spółki. Jednak doraźne działania jak likwidacja linii czy redukcja składów to niewystarczające kroki.

Roszkowski podkreśla jednak, że pomimo fatalnej kondycji kolej jest niezbędna. Nawet po restrukturyzacji będzie wymagać dopłat ze strony państwa, bo tak jest również w innych krajach. Ale zmiany w strukturze spółek są niezbędne.

– Biznesowo to nie musi się dobrze spinać, ale ta kolej bez restrukturyzacji to jest worek bez dna. To się nigdy nie skończy. Pieniądze podatników są cały czas wkładane w ten worek i żadnej poprawy jakości nie ma – uważa Marcin Roszkowski. – Co z tego, że dopłacamy, jak nie jesteśmy wszyscy zadowoleni, bo ciężko powiedzieć, że jesteśmy jako Polacy zadowoleni z usług, które świadczy PKP. Ale to nie znaczy, że tak musi zostać – mówi.

Obecnie w Polsce pociągi jeżdżą wolniej niż przed wojną, a średnia prędkość pociągu towarowego to tylko 26 km/h. Unijna średnia jest niemal dwukrotnie wyższa. Do tego według Roszkowskiego PKP Cargo jest jedyną spółką w dobrej kondycji finansowej. Jest ona dobrym przykładem skutecznej restrukturyzacji i oddłużenia, ale na razie pozostaje raczej wyjątkiem niż regułą. Zdaniem eksperta, nawet ta spółka nie powinna jednak zasiąść na laurach. Konieczna jest dalsza restrukturyzacja i optymalizacja zatrudnienia, a także szybka prywatyzacja – najlepiej poprzez giełdę.

Producenci cementu odczuwają spowolnienie. Odbicie możliwe za rok

Producenci cementu mocno odczuwają spowolnienie gospodarcze. W pierwszym kwartale zużycie tego najpopularniejszego materiału budowlanego spadło o 30 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem, ale częściową winę za to ponosi pogoda. Stowarzyszenie Producentów Cementu jest jednak przekonane, że dzięki unijnym funduszom już za rok gospodarka się odbije.

Zużycie cementu to bardzo dobry wskaźnik stanu gospodarki, z tego względu, że jest głównym surowcem wykorzystywanym w budownictwie. Spowolnienie gospodarcze spowodowało spadek konsumpcji cementu w ubiegłym roku oraz na początku obecnego.

– Liczymy na to, że Polska jest skazana na rozwój, żeby dogonić rozwinięte kraje europejskie, w związku z tym, jak nie w 2013 – potraktujmy to jako okres przejściowy – to już w 2014 spodziewamy się pierwszych sygnałów odbicia się gospodarki – prognozuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Leonard Palka, przewodniczący Stowarzyszenia Producentów Cementu i dyrektor Cementowni Kujawy, należącej do francuskiej grupy Lafarge

Przewodniczący Stowarzyszenia Producentów Cementu przewiduje, że pomimo spadającej rentowności firmy cementowe utrzymają się na rynku. Moce produkcyjne w Polsce to 24 mln ton rocznie. Dotychczasowy rekord padł w 2011 r., kiedy zużycie wyniosło 19 mln ton. Branża liczy na powrót do tego poziomu w 2015-2016 r. Pomóc mają w tym środki unijne, które Polska ma otrzymać na inwestycje infrastrukturalne w latach 2014-2020.

Unijne przepisy mogą jednak również stanąć na drodze do odbicia branży. Komisja Europejska rozważa tzw. backloading, czyli wycofanie części praw do emisji dwutlenku węgla. Dla branży cementowej oznaczałoby to konieczność dokupienia nowych zezwoleń, czyli bezpośredni wzrost kosztów produkcji.

– Międzynarodowe korporacje, które decydują o tym, gdzie inwestować w przemysł cementowy, mają do wyboru albo zainwestować w Polsce, albo zainwestować np. na Ukrainie, gdzie nie ma limitów emisji, nikt się tam takimi rzeczami nie przejmuje – wyjaśnia Leonard Palka.

Spowodowany unijnymi regulacjami wzrost cen produkcji cementu w Polsce może zatem spowodować odpływ kapitału.

Przewodniczący Stowarzyszenia Producentów Cementu uważa, że takie ingerowanie przez KE w przyznanie już limity byłoby szokującą decyzją. Zwłaszcza w kapitałochłonnej branży, jaką jest produkcja cementu, gdzie przedsiębiorstwa planują z wieloletnim wyprzedzeniem i nie są przygotowani na tak nagłe zmiany cen produkcji.

Firmy produkujące cement ucierpiałyby na wycofaniu części zezwoleń na emisję pomimo tego, że polska branża należy do najbardziej ekologicznych w Europie. Wszystkie instalacje są zgodne z najwyższym standardem, więc polscy producenci nie muszą obawiać się ograniczeń pod względem emisji gazów i pyłów.

– Dzięki prywatyzacji, która była przeprowadzona w latach 90. i nakładom inwestycyjnym, które w tych ostatnich 17-18 latach wyniosły ponad 10 miliardów złotych, praktycznie cały przemysł cementowy jest najnowocześniejszy w całej Europie – mówi Leonard Palka. – Na tle innych krajów my mamy jedne z najniższych wskaźników zużycia energii elektrycznej, która w tej chwili wynosi około 100 KWh na tonę cementu, co jest bardzo dobrym wskaźnikiem.

Mimo że producenci cementu mogliby na tym zyskać, Palka sceptycznie zapatruje się na propozycje „Solidarności”, by państwo dopłacało do energochłonnych branż.

– Mam mieszane uczucia, ponieważ jesteśmy w kraju, w którym gospodarka jest uwolniona. Rozumiem doskonale, że w pewnych branżach polityka państwa powinna być długofalowa, przepisy powinny być klarowne i przejrzyste. Natomiast poszczególne branże powinny znaleźć się w sytuacji konkurencyjnej na rynku i sobie radzić – mówi przewodniczący Stowarzyszenia Producentów Cementu.

Przewodniczący SPC dostrzega szanse w tym, że Bruksela zaczyna bardziej doceniać rolę przemysłu dla całej wspólnoty. Według ostatnio przyjętych założeń udział przemysłu w gospodarce Unii ma wzrosnąć z 16 do 20 proc. do 2020 r.

Od dziś szybki system UTP zastąpi na giełdzie system Warset, a czas trwania sesji zostaje skrócony

Dziś na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych zaczyna działać nowa nowa platforma transakcyjna – UTP. Ma ona umożliwić obsługę nawet 20 tys. zleceń na sekundę. Poprzedni system – Warset – obsługiwał maksymalnie 850. W celu zniwelowania ewentualnego ryzyka związanego z przejściem na nową technologię we wtorek 16 kwietnia nie odbędzie się sesja. Również od dziś wchodzi w życie nowy harmonogram sesji giełdowych. Będą one krótsze o 45 minut.

System Universal Trading Platform to przede wszystkim szybkość, nowoczesność i automatyzacja.

– Nowy system giełdowy UTP to jakby odświeżenie systemu giełdowego – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Robert Kosowski, dyrektor marketingu Domu Maklerskiego BOŚ. – Znikną wszelkie ograniczenia dotyczące ilości składanych zleceń na giełdzie. Dzięki temu mogą wzrosnąć obroty oraz szybkość całego systemu i prędkość realizacji zleceń.

Większość wydatków koniecznych do dostosowania się do nowych warunków poniosła giełda. Chodzi tu m.in. o koszt nowych serwerów, systemów i aplikacji łączących się z biurami maklerskimi. Zmiany na pierwszy rzut oka nie będą jednak widoczne dla inwestorów.

– Oni nadal zobaczą te same ekrany systemów transakcyjnych i ten sam interfejs, co wcześniej – mówi Kosowski. – Pojawi się jeden nowy typ zleceń i lekkie modyfikacje warunków zleceń, które już na giełdzie funkcjonują. Jeśli ktoś jest inwestorem zlecającym coś raz na tydzień czy miesiąc, to te zmiany będą praktycznie niedostrzegalne.

Sesja będzie krótsza

Kolejną zmianą, która od dziś wchodzi w życie jest skrócenie czasu giełdowego. Dla instrumentów rynku terminowego sesja rozpocznie się o 8:45, dla rynku kasowego o 9:00. Natomiast zakończenie dla jednego i drugiego jest zaplanowane na 17:05.

Zmiany są wynikiem rozmów biur maklerskich z GPW. Przekonywały one, że skrócenie sesji pozwoli ograniczyć koszty bez szkody dla obrotu. Nowy harmonogram ma obowiązywać przynajmniej do 31 grudnia.

– Netto to jest skrócenie sesji o 15 minut rano i pół godziny po południu – wyjaśnia dyrektor marketingu DM BOŚ. – Giełda daje sobie czas do końca roku, żeby ocenić wpływ skrócenia sesji na wielkość obrotów. My także wstrzymujemy się z ocenami. Nie planujemy jednak zwolnień, gdyż zmiany zbiegają się w czasie z wdrożeniem nowego systemu giełdowego. Osoby, które poświęcały się wdrożeniu systemu giełdowego nadal będą pracować razem z naszymi maklerami i uczyć się nowych zasad zarówno systemowych, jak i związanych z harmonogramem – dodaje.

A. Blikle: kryzys efektem nieuczciwości przedsiębiorców. Potrzebna jest etyka w biznesie

– Panujący kryzys to efekt lekceważenia wartości moralnych i nieuczciwości w biznesie – mówi przedsiębiorca, Andrzej Blikle dodając, że wygrywa dzisiaj chęć zysku za wszelką cenę. Jego zdaniem problemu nie można lekceważyć, bo może on doprowadzić do jeszcze większego załamania społeczno-gospodarczego.

Według Andrzeja Bliklego świat gospodarczy zaczyna zapominać dzisiaj o wartościach moralnych i o tym, że to uczciwość powinna być podstawą prowadzenia biznesu.

– Rzeczywiście, w sposób nieuczciwy można bardzo szybko zrobić pieniądze – zauważa Blikle. – Ale potem bardzo szybko je tracimy i traci cała masa firm oraz osób powiązanych z naszym przedsiębiorstwem.

Efektem tego jest – według niego – dzisiejszy kryzys gospodarczy na świecie. Sytuacja staje się tym groźniejsza, im więcej jest dużych firm, korporacji, za których działania moralnie nikt nie odpowiada. To akcjonariusze, rada nadzorcza i zarząd powinny, zdaniem przedsiębiorcy, mieć na uwadze najwyższe wartości. Tymczasem często jest odwrotnie, zarządzający posuwają się nawet do wymuszania nieetycznych zachowań na pracownikach.

– Istnieje grupa firm, w których pracownikom się wyraźnie mówi, że liczy się tylko zysk, a droga do tego zysku uzasadnia każde rozwiązanie – mówi Andrzej Blikle. – Ten sposób myślenia doprowadził do kryzysu, który obecnie mamy.

Jak dodaje, panuje dziś społeczne przyzwolenie dla tego typu działań.

– Powtarzanie głęboko fałszywej i szkodliwej mantry, że biznes to brudne zajęcie, i że ten, kto chce odnieść sukces musi być bardziej spolegliwy wobec pewnych koniunktur, musi się pogodzić z tym, że czasami trzeba być nieuczciwym. To jest głęboko nieprawdziwe i bardzo szkodliwe rozwiązanie – mówi przedsiębiorca.

Według niego, przykładem nieuczciwości w biznesie jest wykorzystywanie sytuacji fałszowania żywności i rozpowszechnianie tylko tych informacji, które są negatywne. W ten sposób cierpi cała branża, mimo że nieuczciwych było tylko kilka firm.

– To jest ten sposób myślenia, że żeby wygrać, ktoś musi przegrać lub żeby wygrać trzeba się czasami zgodzić na dokonywanie niegodziwości. Ja jestem bardzo przeciwny takiemu sposobowi myślenia. To i nieuczciwe i bardzo krótkowzroczne – przestrzega Blikle.

World Trends, 15 kwietnia 2013

Poranne notowania cen surowców pokazują silną wyprzedaż najważniejszych instrumentów rynku towarowego. Kontrakty na srebro pikują na południe i po piątkowej silnej przecenie (-6%) dzisiaj o poranku, czyli półtorej godziny przed otwarciem się rynku GPW, także tak mocna wyprzedaż dotknęła srebro. W niełasce znalazło się także złoto, które po ostatnim pięcioprocentowym tąpnięciu tym razem traci -3% osiągając najniższe poziomy od roku czasu.

Komentarz poranny, 15 kwietnia 2013

Spółki wydobywcze przedstawiły krytyczne uwagi do projektu ustawy o podatku od węglowodorów, który ich zdaniem może uderzać w opłacalność eksploatacji złóż konwencjonalnych, a jego efektywna stawka może sięgać nawet 60%. Wg PGNiG od 2016 roku obciążenia podatkowe spółki mogłyby wzrosnąć o 1,2 mld PLN rocznie. Wyliczenia Spółki są znacznie wyższe niż wynika to z materiałów dołączonych do projektu ustawy przez MF (na bazie kalkulacji resortu można było szacować podatek PGNIG w latach 2015-17 na 270 mln PLN i dopiero w latach 2018-20 miało wzrosnąć do 2,4 mld PLN).

Komentarz dzienny, 15 kwietnia 2013

Piątkowe dane o wzroście podaży pieniądza w marcu (+6,6% r/r) wskazują na coraz szybszy przyrost depozytów (w I kw. wzrosły 6,5% r/r) oraz przyrost gotówki (3,3% m/m) w okresie wielkanocnym. Największe kategorie depozytowe mogą zaskakiwać szybkim tempem wzrostu i trajektoriami zmian zbliżonymi do 2010 roku.

Rovese, 8 kwietnia 2013

Najdłuższa od czterech lat zima negatywnie wpływa na popyt na usługi budowlane i sprzedaż materiałów wykończeniowych. Dodatkowo w 1Q’13 wyjątkowo wczesne Święta Wielkanocne skłaniają konsumentów do odłożenia w przyszłość prac modernizacyjnych.