Potęga sprzedaży na portalach społecznościowych – social selling

Social selling polega na wykorzystaniu mediów społecznościowych do prowadzenia działalności sprzedażowej czyli udostępnianiu produktów on-line swoim klientom bez konieczności zakładania sklepu e-commerce.

Sprzedaż przez social media prowadzona jest z wykorzystaniem narzędzi, które dostarcza sama platforma, np. Facebook, Instagram czy Pinterest.  Media społecznościowe dostarczają nie tylko szerokie grono odbiorców ale przy odpowiedniej jakości produktu – popularność.

Na całym świecie ponad 30 % internautów informuje, że śledzą oni swoje ulubione/pożądane marki w mediach społecznościowych i prawie tyle samo twierdzi, że czerpie korzyści z sieci społecznościowych w celu poszukiwania usług i produktów. Statystyki pokazują, że o ile samo planowanie zakupów jest wygodne to finalizacja zakupów w sieci jest znacznie mniejsza. W rzeczywistości tylko 10% użytkowników Internetu powiedziało, że byliby w stanie kupić produkt bezpośrednio poprzez taki portal korzystając z przycisku „kup”. Dlaczego? Jednym z najczęściej wskazywanych powodów jest brak wirtualnego koszyka, jasnych zasad współpracy (zwroty, rękojmie) oraz brak możliwości zakupu na raty.

Sprzedaż poprzez media społecznościowe doczekała się regulacji i zostały wprowadzone zmiany. Najważniejsze z nich dotyczą: reklamacji i rękojmi, prawa do zwrotu towarów bez podania przyczyny, czyli odstąpienia od umowy oraz zakazu stosowania klauzul niedozwolonych także w stosunku do przedsiębiorców. Biorąc pod uwagę fakt, że na Facebooku czy Instagramie można sprzedawać na różne sposoby, zmiany te dotyczą także każdej firmy, czy osoby, która to robi.

Na bardziej zaawansowane technologicznie rozwiązania social selling musiał zaczekać ale i tu pojawiło się nowe narzędzie ułatwiające internetową sprzedaż. Raty kojarzone są głównie z punktami stacjonarnymi lub witrynami e-commerce. Nic bardziej mylnego. Całkiem niedawno polski fintech dodał w swojej ofercie wtyczkę o nazwie LoanByLink – proste raty. Do kogo skierowana jest nowoczesna płatność? Raty nie tylko dla e-commerce i sklepów stacjonarnych ale również raty w mediach społecznościowych, raty dla WWW bez funkcji sklepu i generator linku ratalnego. Ty wybierasz gdzie sprzedajesz.  Co oznacza to dla przedsiębiorców? Prostą integrację w serwisie partnera. W dodatku bezpłatną. Będąc partnerem wybierasz interesującą Cię formę płatności. Decydując się na sprzedaż w mediach społecznościowych wystarczy, że pobierzesz link z panelu partnera i udostępnisz na twojej aukcji „kup z LoanByLink”. Możesz go (link) też wysłać dowolnym komunikatorem. Klient dostaje pożyczkę lub opłaca zamówienie szybkim przelewem, dostaje zakupiony towar, a Ty środki. Status płatności widoczny jest w Twoim panelu partnera. LoanByLink nie pobiera opłat w ramach integracji i sprzedaży. Będziesz tam, gdzie Twoi klienci.

To narzędzie realnie wpłynie na przekształcenie zainteresowania produktem w rzeczywisty zakup.

Sprzedaż przestała być jednorazowym aktem zaufania a stała się procesem, w którym kluczowe jest zbudowanie trwałej relacji z konsumentem. Zabezpieczając transakcję odpowiednimi narzędziami możemy liczyć nie tylko na zaufanie naszych klientów ale też pozytywną opinię.

Autor: Małgorzata Szulik, Project Manager w Provema

Raport Ericsson: Czy możemy wprowadzić 5G i zmniejszyć zużycie energii?

Sektor ICT odpowiada za 1,4% światowej emisji dwutlenku węgla, ale ma możliwość 15% redukcji w innych sektorach, takich jak energetyka, przemysł czy transport. Jeśli sieć 5G zostanie wdrożona w taki sam sposób, jak poprzednie generacje, zużycie energii gwałtownie wzrośnie. Obecne roczne globalne koszty energetyczne związane z eksploatacją sieci komórkowych wynoszą 25 mld USD. Zarówno z punktu widzenia wydatków, jak i śladu węglowego, zużycie energii jest jednym z największych wyzwań branży. Eksperci firmy Ericsson podkreślają, że należy wprowadzić rozwiązania, które umożliwiają operatorom wykorzystanie jak najmniejszej ilości energii przy jednoczesnym zarządzaniu oczekiwanym wzrostem transferu danych oraz zaspokajając potrzeby obecnych i przyszłych sieci 5G.

Jak przełamać rosnącą krzywą energetyczną

„Możliwe jest przełamanie krzywej energetycznej, tj. obniżenie całkowitego zużycia energii w sieci komórkowej w stosunku do obecnego poziomu i sprostanie ogromnemu wyzwaniu, jakim jest wzrost ruchu. Uważamy, że jest to wręcz nasza odpowiedzialność, wraz z pozostałymi podmiotami z branży ICT. Dzięki prowadzonym przez nas od ponad 20 lat szeroko zakrojonym badaniom udowodniliśmy, że mobilne sieci szerokopasmowe są czynnikiem sprzyjającym zrównoważonemu rozwojowi, wzrostowi gospodarczemu i ograniczeniu emisji dwutlenku węgla” – mówi Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.Ericsson_przelamanie_krzywej

 

Sektor ICT odpowiada jedynie za 1,4% światowej emisji dwutlenku węgla, ale ma potencjał, aby umożliwić 15% redukcję w innych sektorach, takich jak energetyka, przemysł i transport. Z perspektywy cyklu życia, główna część naszego śladu węglowego pochodzi z używanych na co dzień urządzeń elektrycznych np. komputerów i smartfonów. Zużycie energii drastycznie wzrośnie, jeśli 5G zostanie wdrożone w taki sam sposób, jak 3G i 4G. Niektórzy dostawcy usług komunikacyjnych oszacowali nawet podwojenie zużycia energii w celu zaspokojenia rosnącego zapotrzebowania na ruch, przy jednoczesnej poprawie sieci i wprowadzeniu 5G. Nie jest to zrównoważone z punktu widzenia kosztów ani ochrony środowiska.

„Dzięki standardowi 5G i wysiłkom  miedzy innymi ośrodka badań i rozwoju Ericsson w Łodzi i Krakowie, możliwe jest znaczne zmniejszenie zużycia energii. 5G jest najbardziej świadomym energetycznie standardem. Pozwala systemowi mobilnemu na bardziej efektywne wykorzystanie inteligentnych trybów uśpienia. Dodatkowo umożliwia rozszerzenie zasięgu poprzez wykorzystanie niższych pasm przy jednoczesnym zwiększeniu przepustowości i prędkości dzięki agregacji operatorów” – tłumaczy Marcin Sugak.

Aby przełamać krzywą rosnącego zużycia energii w sieciach komórkowych, należy pamiętać o czterech głównych elementach strategii wdrożenia sieci 5G. – „Wspólnie z naszymi klientami udoskonaliliśmy różne rozwiązania w celu osiągnięcia znacznych oszczędności energii. Wykonanie pierwszego kroku przynosi natychmiastowe oszczędności i dostarcza danych, które mogą być wykorzystane na późniejszych etapie” – mówi ekspert firmy Ericsson.Ericsson-korzysci_przelamania

 

Sektor ICT odpowiada jedynie za 1,4% światowej emisji dwutlenku węgla, ale ma potencjał, aby umożliwić 15% redukcję w innych sektorach, takich jak energetyka, przemysł i transport. Z perspektywy cyklu życia, główna część naszego śladu węglowego pochodzi z używanych na co dzień urządzeń elektrycznych np. komputerów i smartfonów. Zużycie energii drastycznie wzrośnie, jeśli 5G zostanie wdrożone w taki sam sposób, jak 3G i 4G. Niektórzy dostawcy usług komunikacyjnych oszacowali nawet podwojenie zużycia energii w celu zaspokojenia rosnącego zapotrzebowania na ruch, przy jednoczesnej poprawie sieci i wprowadzeniu 5G. Nie jest to zrównoważone z punktu widzenia kosztów ani ochrony środowiska.

„Dzięki standardowi 5G i wysiłkom  miedzy innymi ośrodka badań i rozwoju Ericsson w Łodzi i Krakowie, możliwe jest znaczne zmniejszenie zużycia energii. 5G jest najbardziej świadomym energetycznie standardem. Pozwala systemowi mobilnemu na bardziej efektywne wykorzystanie inteligentnych trybów uśpienia. Dodatkowo umożliwia rozszerzenie zasięgu poprzez wykorzystanie niższych pasm przy jednoczesnym zwiększeniu przepustowości i prędkości dzięki agregacji operatorów” – tłumaczy Marcin Sugak.

Aby przełamać krzywą rosnącego zużycia energii w sieciach komórkowych, należy pamiętać o czterech głównych elementach strategii wdrożenia sieci 5G. – „Wspólnie z naszymi klientami udoskonaliliśmy różne rozwiązania w celu osiągnięcia znacznych oszczędności energii. Wykonanie pierwszego kroku przynosi natychmiastowe oszczędności i dostarcza danych, które mogą być wykorzystane na późniejszych etapie” – mówi ekspert firmy Ericsson.

Polskie Towarzystwo Gospodarcze: nierówne opodatkowanie podatkiem akcyzowym branży tytoniowej w Polsce

W przypadku branż akcyzowych, takich jak branża tytoniowa, dla zapewnienia stabilności wpływów do budżetu państwa kluczowe są dochody z podatku akcyzowego, które są kilkaset razy wyższe od wpływów z CIT. Nieuzasadnione nierówności mogą nas sporo kosztować.

Polskie Towarzystwo Gospodarcze, autor raportu dotyczącego największych płatników podatku CIT, postanowiło odnieść się do dyskusji na temat propozycji uszczelnienia systemu akcyzowego, które analizowane będą na najbliższym posiedzeniu Sejmu.

Wpływy z akcyzy od wyrobów tytoniowych to jeden z najważniejszych elementów w polskim budżecie. Więcej z tytułu akcyzy do budżetu trafia jedynie z akcyzy na paliwa silnikowe. W 2019 roku do budżetu państwa z akcyzy i podatku VAT trafiło łącznie 72 mld złotych. Sektor paliw zapewnił wpływy do budżetu w wysokości 33,98 mld złotych, natomiast wyroby tytoniowe ok. 20 mld złotych. Znacznie mniejsze dochody pochodzą z opodatkowania akcyzą alkoholu – w postaci wyrobów spirytusowych – oraz piwa. Pozostałe towary opodatkowane akcyzą odpowiadają za ok. 1/10 dochodów.

„Mając na uwadze kluczową rolę podatku akcyzowego w budżecie państwa, projektując politykę akcyzową, należy uwzględnić aktualną sytuację rynkową. Analizując ją widzimy, że jedna z grup wyrobów tytoniowych, a mianowicie nowatorskie wyroby tytoniowe, jest pod kątem akcyzy szczególnie uprzywilejowana. Ta sytuacja stwarza nierówne zasady gry dla różnych uczestników rynku” – zaznacza Tomasz Janik, prezes zarządu Polskiego Towarzystwa Gospodarczego.

W przypadku papierosów tradycyjnych minimalna akcyza należna od paczki 20 papierosów wynosi ok. 9,09 zł. Dla porównania, w przypadku wyrobów nowatorskich to zaledwie ok. 1,80 zł. Różnica w opodatkowaniu jest wysoka i wynosi ponad 7,20 zł. W przypadku płynów do papierosów elektronicznych w najpopularniejszym na rynku formacie – płynie o pojemności 10 ml – znajduje się 5,50 zł akcyzy.

Uwzględniając szybki wzrost tej nowej kategorii wyrobów tytoniowych, taki stan rzeczy oznacza nie tylko utracone wpływy z tytułu niedoszacowania akcyzy na te wyroby, ale także straty wynikające z przejścia użytkowników z kategorii wysokoopodatkowanej do kategorii z minimalną akcyzą.

Zakładając utrzymanie tempa wzrostu sprzedaży wyrobów nowatorskich na obecnym poziomie, rewizja akcyzy na te wyroby w 2021 roku powinna przynieść do budżetu dodatkowo nawet 1,5 mld złotych. Z uwagi na szybki wzrost sprzedaży w tym sektorze w ostatnich miesiącach należy przypuszczać, że prognozowany wzrost może być nawet wyższy.

Porównując poziom akcyzy do ceny końcowej produktu, widać, że udział akcyzy w innych wyrobach tytoniowych jest prawie 5 razy większy. W przypadku papierosów tradycyjnych i tytoniu do palenia udział samej akcyzy w cenie wynosi ok. 63-65%. W przypadku papierosów elektronicznych to ok. 40-45%. Dla nowatorskich wyrobów tytoniowych jest to ok. 13-14%.

Konsument za paczkę nowatorskich wyrobów tytoniowych zawierającą 20 sztuk wkładów płaci mniej więcej tyle samo, co za paczkę papierosów tradycyjnych zawierającą 20 sztuk papierosów. Mimo że obciążenia fiskalne w przypadku papierosów tradycyjnych są zdecydowanie większe, producenci obciążają konsumentów w takim samym stopniu, co w przypadku papierosów tradycyjnych.

opodatkowanie podatkiem akcyzowym branży tytoniowej w PolsceZ uwagi na dynamiczny wzrost sektora wyrobów nowatorskich na wszystkich rynkach europejskich, poszczególne państwa rozpoczęły procesy legislacyjne, dążąc do zmniejszenia widocznych różnic w poziomie opodatkowania. Obecnie różnice w stawkach akcyzy na nowatorskie wyroby tytoniowe w większości państw europejskich są o wiele mniejsze niż w Polsce. W Polsce akcyza na te wyroby wynosi zaledwie 20% akcyzy na tradycyjne wyroby tytoniowe. W przypadku innych państw jest to zdecydowanie więcej, np. w Portugalii i Hiszpanii to 40%, zaś we Francji to nawet 64%. W 2020 roku Łotwa i Słowacja również zrewidowały wysokość stawki, proponując opodatkowanie wyrobów nowatorskich na poziomie 50% akcyzy od papierosów.

Dlaczego zrównoważone rybołówstwo jest tak ważne?

Według obliczeń organizacji pozarządowej MSC (Marine Stewardship Council) z powodu nieodpowiedniego zarządzania zasobami mórz i oceanów, rocznie tracimy białko, pozwalające wyżywić 72 mln ludzi . Zrównoważone zarządzanie zasobami ryb i owoców morza oznaczałoby więcej pożywienia, które mogłoby zaspokoić potrzeby rosnącej populacji mieszkańców naszej planety.

Ryby i owoce morza są kluczowym źródłem białka i składników odżywczych, odgrywając istotną rolę w diecie wielu ludzi. Obecnie dla ponad 3,3 mld ludzi na świecie ryby zapewniają co najmniej 20% dziennego spożycia białka zwierzęcego .

Wraz ze wzrostem liczby ludności na świecie rośnie presja na te cenne zasoby naturalne. Światowe spożycie ryb i owoców morza w ciągu ostatnich 30 lat wzrosło o 122% . Obecnie jednak ponad jedna trzecia światowych zasobów ryb i owoców morza jest poławiana w sposób niezrównoważony, powodując przełowienie stad, a dane publikowane przez Organizację Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (UN FAO) wskazują na pogarszanie się tej sytuacji na przestrzeni lat .

Według najnowszych obliczeń, gdyby wszystkie rybołówstwa na świecie zarządzane były w sposób zrównoważony, można by wygenerować dodatkowe 16 milionów ton połowów i zaspokoić potrzeby żywnościowe rosnącej populacji .
Analiza przeprowadzona przez MSC pokazuje, że zastosowanie zrównoważonych praktyk połowowych na całym świecie, zapewniłoby dostęp do białka w ilości pozwalającej zaspokoić roczne potrzeby 72 mln ludzi, a więc prawie dwa razy więcej niż wynosi liczba mieszkańców Polski.

Szacuje się, że do 2050 r. liczba ludzi na świecie wyniesie 10 miliardów . Dlatego też niezbędne jest, aby już teraz produkcja żywności prowadzona była w sposób zrównoważony i odpowiedzialny, tak aby zapewnić odpowiednią dietę dla całej populacji. Skuteczne zarządzanie rybołówstwami pozwala na odbudowę stad ryb oraz ekosystemów. To z kolei przekłada się na większą ilość ryb, które możemy poławiać w sposób zrównoważony.
– Wyeliminowanie przełowienia to podwójna wygrana dla naszej planety. Chroniąc bogate zasoby mórz i oceanów, zapewniamy większej liczbie ludzi dostęp do białka, niezbędnego w utrzymaniu zdrowej diety. Wiemy, jakie praktyki należy wdrożyć, aby połowy były prowadzone w sposób zrównoważony. Potrzebujemy tylko woli i międzynarodowej współpracy, by wdrożyć je w skali globalnej. Chcemy zagwarantować przyszłym pokoleniom dostęp do żywności pochodzącej ze zrównoważonych źródeł. Ponieważ liczba ludności na świecie stale rośnie, potrzeba odpowiedzialnego wykorzystania naszych zasobów naturalnych jest dziś bardziej pilna niż kiedykolwiek wcześniej – powiedział dr Rohan Currey, Chief Science and Standards Officer w MSC.

W ciągu ostatnich kilku lat coraz więcej rybołówstw wprowadza zrównoważone praktyki rybackie. W 2020 r. aż 409 rybołówstw z całego świata posiadało certyfikat zrównoważonego rybołówstwa MSC, a kolejne 89 znajdowało się w procesie oceny . Aby otrzymać certyfikat MSC, rybołówstwo musi wykazać, że poławiane stado znajduje się w dobrej kondycji, a dzięki skutecznemu zarządzaniu połowy mają minimalny wpływ na środowisko.
Jednak, aby przyspieszyć tempo zmian, rybołówstwa potrzebują wsparcia ze strony rządów, których zadaniem jest ustalenie limitów połowowych zgodnie z doradztwem naukowym, wyeliminowanie nielegalnych, nieraportowanych i nieuregulowanych i połowów (tzw. połowów NNN) oraz wycofanie dotacji, które mogłyby stanowić zachętę do dalszego przeławiania.

Rynek usług cyfrowych potrzebuje więcej konkurencji

  • Najważniejszym celem przygotowanego przez Komisję Europejską aktu o rynku cyfrowym (Digital Markets Act – DMA) powinno być zagwarantowanie sprawiedliwej konkurencji na rynku usług cyfrowych – uważa Konfederacja Lewiatan.
  • Pracodawcy przestrzegają jednak przed pokusą przeregulowania usług cyfrowych i zwiększeniem obciążeń dla firm.
  • Digital Markets Act, ma wyrównywać szanse na rynku między firmami korzystającymi z dominującej pozycji a mniejszymi graczami.

– Zgadzamy się, że potrzebne są ramy regulacyjne, które doprecyzują obowiązki platform cyfrowych, zapewnią uczciwą konkurencję, będą zachęcały klientów biznesowych do szerszego wykorzystywania internetu z korzyścią dla całej gospodarki. Dostrzegamy potrzebę zwiększenia skuteczności egzekwowania zasad regulujących wspólny rynek. Ale przestrzegamy przed pokusą przeregulowania usług cyfrowych i zwiększeniem obciążeń dla przedsiębiorstw – mówi dr Aleksandra Musielak, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Część przedsiębiorców działających na rynku cyfrowym sceptycznie odnosi się do pomysłu skoncentrowania się w regulacjach na bardzo dużych platformach internetowych (VLOP) lub platformach „gatekeepers”, (tzw. strażnikach dostępu). Platformy cyfrowe stworzyły małym i średnim przedsiębiorstwom bezprecedensowe możliwości zdobywania klientów, obniżając bariery wejścia, zwiększając zasięg i umożliwiając im ekspansję poza rynki krajowe.

Jednocześnie, inni przedsiębiorcy, którzy odczuwają negatywne skutki działań platform o dominującej pozycji zdecydowanie popierają projekt regulacji przygotowany przez Komisję Europejską.

Zdaniem Lewiatana, wyznaczanie platform „gatekeepers” powinno być określane indywidualnie w odniesieniu do konkretnych działań na danych rynkach. Kryteria przedstawione w DMA dotyczące identyfikacji takich platform według liczby użytkowników i przychodów są bardzo arbitralne.

– Ważne jest, aby była jasno określona relacja pomiędzy obowiązkami i ograniczeniami nakładanymi na „gatekeepers” w ramach DMA, a zasadami prawa ochrony konkurencji i konsumentów, któremu podlegały dotychczas firmy działające na rynku unijnym. Konieczne jest również zapewnienie skutecznego egzekwowania nowych przepisów wobec firm spoza UE, pochodzących szczególnie z krajów o słabo ugruntowanym respektowaniu prawa gospodarczego – dodaje Aleksandra Musielak.

Postanowienia noworoczne Polaków na 2021 rok

Aktywność fizyczna, oszczędzanie i zdrowe odżywianie – to trzy najczęstsze postanowienia Polaków na trwający od kilku tygodni nowy rok. Brak konkretnych planów wobec siebie deklaruje jedynie 16% badanych. Jednak już niemal co dziesiąty badany przyznaje, że nie wytrwał w swoich postanowieniach – wynika z najnowszych badań omnibusowych agencji badań rynku i opinii SW Research.

Wejście w nowy rok to czas podsumowań i refleksji nad swoimi osiągnięciami. To również idealny moment na snucie planów na temat swojego lepszego „ja” i planów na najbliższą przyszłość. Dlatego na początku roku agencja badawcza SW Research zapytała Polaków o ich postanowienia na 2021 rok.

Najbardziej popularnym noworocznym postanowieniem jest poprawa aktywności fizycznej, którą wskazuje blisko 4 na 10 Polaków (38 proc.). Na drugim miejscu, z podobną liczbą wskazań (37 proc), pojawia się motywacja do oszczędzania pieniędzy. Podium postanowień zamyka bardziej zdrowy i świadomy styl odżywiania (32 proc.). Co ciekawe, w pierwszej dziesiątce pojawiło się również zupełnie nowe postanowienie – czyli zaszczepienie się przeciw COVID-19 (18 proc.), szczególnie widoczne wśród osób 50+ (24 proc).

Lista postanowień jest znacznie dłuższa u kobiet niż u mężczyzn – o blisko jedną trzecią. Podobne różnice występują ze względu na wiek – młodzi Polacy (poniżej 35 lat) mają znacznie więcej postanowień w porównaniu do badanych ze starszych kategorii wiekowych. Okazuje się również, że plany na 2021 r. chętniej kreowane są przez osoby z wykształceniem wyższym lub średnim –  w tej grupie średnio 15 proc. nie ma żadnych postanowień, podczas gdy wśród osób z wykształceniem poniżej średniego ten odsetek jest niemal dwukrotnie wyższy.189-top10-postanowien

Mimo, że niektóre postanowienia nie schodzą z listy priorytetów od lat, to na kształt deklarowanych tegorocznych deklaracji Polaków niewątpliwie miała wpływ pandemia COVID-19 – komentuje Piotr Zimolzak, wiceprezes Zarządu SW Research.  W czołówce listy zamiarów do zrealizowania w 2021 roku znajduje poprawa zdrowego stylu życia, czyli sport, dieta i regeneracja. W tym roku mogą one jednak wynikać bardziej z potrzeby profilaktyki i budowania odporności. Bardzo istotny dla Polaków jest również aspekt bezpieczeństwa finansowego, wynikający z zarówno świadomości możliwości nieprzewidzianych zdarzeń (np. kolejna epidemia), jak i obaw wobec zapowiadanego kryzysu ekonomicznego.  Niewątpliwie znakiem czasu jest postanowienie bycia zaszczepionym przeciw COVID-19, szczególnie wśród seniorów – dodaje Zimolzak.

Co ciekawe, w badaniu omnibusowym zrealizowanym tydzień później, już 8% spośród posiadających jakiekolwiek postanowienie, przyznaje że zdążyło je złamać. wykres2

Nota metodologiczna:

Dane pochodzą z dwóch niezależnych badań omnibusowych. Pierwsze badanie zostało zrealizowane w dniach 5-7.01.2021 r., a drugie w dniach 12-14.01.2021 r. Każde z badań zostało zrealizowane  przez agencję badawczą SW Research na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków w ramach badania omnibusowego OmniWatch48.  Metoda: wywiady online, CAWI. Źródło próby: panel badawczy SW PANEL.

Chiny nie zmieniają stóp procentowych. Dobre perspektywy Niemiec

Indeksy koniunktury to dane makroekonomiczne pochodzące nie z realnej obserwacji pewnych parametrów a ankiet. W związku z tym można mierzyć np. poziom optymizmu czy oczekiwania, a te są w Niemczech bardzo dobre ostatnio, ale to wciąż ankieta na relatywnie małej grupie.

Lepszy sygnał z Niemiec

Wczoraj poznaliśmy odczyt indeksu instytutu ZEW z Niemiec. Jest to wskaźnik, który pomaga ocenić przyszłą koniunkturę na podstawie ankiet rozesłanych do ekspertów z branży finansowej. Wynik 61,8 pkt to bardzo przyzwoity rezultat, nie tylko lepszy od oczekiwanych 60 pkt, ale również trzeci najlepszy wynik w ostatnich dwóch latach. Pokazuje on, że wśród badanych jest duży optymizm względem rozwoju sytuacji gospodarczej. Dane te zbiegły się w czasie z korektą na parze EURUSD, co tylko zwiększyło jej zakres.

Bank Chin nie zmienia stóp procentowych

W nocy poznaliśmy decyzję Ludowego Banku Chin o utrzymaniu na niezmienionym poziomie stóp procentowych. Główna stopa wynosi wciąż 3,85%. To co jest natomiast interesujące w kontekście tamtego systemu bankowego, to rotacja stanowiska prezesa w dwóch największych chińskich bankach. Obecny szef Bank of China ma stanąć na czele China Construction Bank Corp. To drugi największy bank pod kątem udzielanych kredytów na świecie. Pamiętajmy, że Bank of China z racji specyficznej nazwy jest często mylnie uważany za bank centralny. Funkcję tę pełni People’s Bank of China.

Inflacja w Wielkiej Brytanii

Nad ranem pojawiły się dane z Wielkiej Brytanii na temat zmian cen. Jak widać w grudniu zapowiadana przez część analityków apokalipsa związana z gwałtownym wzrostem cen przy wychodzeniu z Unii na razie nie ma miejsca, a przynajmniej nie została rozpoczęta już w grudniu. Wzrost o 0,6% w skali roku to, co prawda, dwukrotnie więcej niż rok temu, ale to nadal bardzo niskie poziomy, wyraźnie poniżej długoterminowych oczekiwań.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Licytacja komornicza nieruchomości nie musi być koniecznością

Obecne przepisy dają zadłużonym osobom możliwość samodzielnej sprzedaży mieszkania. Oznacza to, że licytacja komornicza nie musi być koniecznością.

Obecny kryzys gospodarczy na pewno przyczyni się do wzrostu liczby osób, które popadną w poważne kłopoty finansowe. Taki skutek koronawirusowego załamania polskiej gospodarki jest bardzo możliwy pomimo rządowej pomocy dla pracowników i pracodawców, a także ofert banków, które odraczały terminy spłaty rat kredytowych. Wielu analityków uważa, że dopiero w I kw. 2021 r. zobaczymy prawdziwą skalę trudności na rynku pracy. Można zatem spodziewać się, że z czasem wzrośnie liczba nieruchomości mieszkaniowych, które trafią na licytacje komornicze. Warto jednak pamiętać, że obecnie licytacja komornicza nie jest już jedynym rozwiązaniem dla osób, które popadły w poważne kłopoty finansowe. Obowiązujące przepisy dają bowiem dłużnikom możliwość samodzielnej sprzedaży nieruchomości zanim do akcji wkroczy komornik. Takie rozwiązanie może zapewnić o wiele wyższą cenę sprzedaży i jednocześnie wygenerować większą nadwyżkę, która pozostanie w portfelu po spłaceniu zadłużenia wobec banku.

Nasz artykuł w dużym skrócie:

  • Ustawa o kredycie hipotecznym daje konsumentom możliwość samodzielnej sprzedaży nieruchomości i obliguje banki do restrukturyzacji kredytu.
  • Korzystne przepisy niestety dotyczą tylko kredytów udzielonych po wejściu w życie wspomnianej ustawy (lipiec 2017 r.). W innych przypadkach, licytacja komornicza może być koniecznością.
  • Refinansowanie zadłużenia pozwala na objęcie kredytobiorcy nowymi regulacjami.

Poniżej informujemy o zasadach restrukturyzacji kredytu mieszkaniowego i samodzielnej sprzedaży zadłużonej nieruchomości.

Ustawodawca nie chciał mocno ingerować w umowy bankowe

Decyzja ustawodawcy o tym, że starsze kredyty mieszkaniowe i pożyczki hipoteczne nie będą objęte nowymi przepisami może wydawać się dość kontrowersyjna niektórym osobom. Artykuł 85 ustęp 2 ustawy z dnia 23 marca 2017 r. o kredycie hipotecznym oraz o nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego i agentami (Dz.U. 2017 poz. 819) potwierdza, że na nowych regulacjach skorzystają konsumenci, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy lub pożyczkę hipoteczną najwcześniej 22 lipca 2017 r.

Takich „świeżych” kredytobiorców, którym grozi licytacja komornicza na razie jest względnie niewielu. Warto bowiem pamiętać, że kredyty mieszkaniowe oraz podobne zobowiązania w pierwszych latach spłaty cechują się niskim odsetkiem umów z ratami „przeterminowanymi” np. o 90 dni i więcej. Argumentem za rozwiązaniem wybranym przez rząd jest natomiast generalna zasada mówiąca, że prawo nie działa wstecz. „Co więcej, ustawodawca nie chciał mocno ingerować w umowy zawarte przed lipcem 2017 r. i zmieniać poziomu bankowego ryzyka dotyczącego tych kredytów” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Pozytywną informacją dla dłużników jest natomiast to, że przepisy ustawy z 23 marca 2017 r. sugerują możliwość objęcia kredytów refinansowych dla konsumentów nowymi zasadami. Zgodnie z ustawą o kredycie hipotecznym, ten akt prawny dotyczy również umów mających na celu utrzymanie własności nieruchomości mieszkaniowej (domu lub mieszkania). „Warto oczywiście pamiętać, że chodzi o umowy refinansowania kredytu mieszkaniowego zawarte po 21 lipca 2017 r.” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

W pierwszej kolejności możliwa jest restrukturyzacja długów …

Jeżeli chodzi o regulacje, dzięki którym licytacja komornicza nie zawsze jest konieczna, to warto podkreślić, że ustawa o kredycie hipotecznym najpierw umożliwia restrukturyzację zadłużenia (np. poprzez wydłużenie okresu spłaty lub czasowe obniżenie wysokości rat). Bank powinien przekazać konsumentowi informacje na temat możliwej restrukturyzacji w wezwaniu przypominającym o konieczności zapłacenia raty. Jeżeli kredytobiorca wyrazi zainteresowanie taką opcją, to instytucja bankowa musi ocenić sytuację finansową tego dłużnika i bezzwłocznie podjąć odpowiednią decyzję. Odmowna decyzja restrukturyzacyjna wraz z pisemnym uzasadnieniem powinna zostać przekazana klientowi banku. „Nawet takie negatywne stanowisko instytucji bankowej nie musi przesądzać, że konieczna będzie licytacja komornicza” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Zadłużona osoba ma sześć miesięcy na sprzedaż lokalu lub domu

Ustawa o kredycie hipotecznym wskazuje, że w razie negatywnej decyzji restrukturyzacyjnej, bank powinien wstrzymać się z czynnościami zmierzającymi do odzyskania pieniędzy i umożliwić konsumentowi samodzielną sprzedaż nieruchomości w okresie wynoszącym co najmniej 6 miesięcy. Półroczny czas na zbycie domu lub lokalu nie jest bardzo długi, ale mimo tego istnieje duże prawdopodobieństwo, że zadłużonej osobie uda się sprzedać lokum za kwotę znacznie wyższą niż ta, którą może zakończyć się licytacja komornicza. „W korzystnej sprzedaży na pewno pomoże doświadczony agent nieruchomości” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Analizowane przepisy ustawy z 23 marca 2017 r. informują również, co bank powinien zrobić, gdy zadłużenie przekracza wartość rynkową nieruchomości sprzedanej samodzielnie przez dłużnika (LtV > 100%). Mianowicie, kredytodawca musi umożliwić spłatę reszty długu w ratach dostosowanych do sytuacji konsumenta. Bank powinien również „zdjąć” hipotekę ze sprzedanej nieruchomości. „Co ważne, kredytodawca może domagać się ustanowienia innego zabezpieczenia, które będzie dotyczyło pozostałej do spłaty części długu” -podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Sprzęt narciarski, snowboardowy i outdoorowy: producenci, właściciele sklepów i wypożyczalni apelują o pomoc do Premiera, Ministra Rozwoju i PFR

Branża producentów, właścicieli sklepów i wypożyczalni sprzętu narciarskiego na skraju upadku.

O objęcie sektorowym wsparciem producentów, sprzedawców i właścicieli wypożyczalni sprzętu narciarskiego oraz outdoorowego, a także odblokowanie możliwości uprawiania sportów zimowych na stokach czy rozważenie zarządzenia dodatkowych ferii, podczas których związani z narciarstwem czy outdoorem przedsiębiorcy mogliby rozpocząć nadrabianie poniesionych w wyniku lockdownu strat – apeluje od połowy grudnia do Premiera, Ministra Rozwoju i Prezesa Polskiego Funduszu Rozwoju powstały niedawno „Komitet Narty Snowboard Outdoor”, prosząc jednocześnie o spotkanie i rozmowę na temat pomocy dla branży. Organizacja zrzesza producentów, dystrybutorów, właścicieli sklepów i wypożyczalni ze sprzętem narciarskim, snowboardowym i outdoorowym.

Dla związanych z produkcją, handlem i wypożyczaniem sprzętu do sportów zimowych (głównie dla narciarzy i snowboardzistów) przedsiębiorców, trwający od listopada lockdown, i zamknięcie w grudniu stoków narciarskich, to prawdziwa katastrofa. Przyznają, że każdego dnia notują ogromne straty związane z obostrzeniami, praktycznym odwołaniem ferii zimowych, a także zamknięciem centrów handlowych, gdzie zlokalizowanych jest wiele sklepów sportowych. – W listopadzie 2020 spadki rok do roku były na poziomie 50-80%, a w grudniu, miesiącu generującym zawsze największe obroty w roku, z racji chwilowego otwarcia stoków narciarskich oscylowały w okolicach 50%. W styczniu 2021 zaś, jeśli stoki nie zostaną otwarte, szacujemy spadki na poziomie 80%. Podobnie może być w lutym, jeśli obostrzenia nadal będą obowiązywać – tłumaczy krytyczną sytuację tej branży Arkadiusz Walus – Przewodniczący Komitetu Narty Snowboard Outdoor, organizator targów i testów narciarskich SNOW EXPO. Zwraca też uwagę, że reprezentowana przez Komitet branża ma charakter sezonowy i w związku z tym nie odrobi strat w miesiącach wiosennych czy letnich, a stoki magazynowe będą zalegać i wymagać finansowania przez cały kolejny rok. Dlatego wraz z innymi przedsiębiorcami zajmującymi się produkcją, sprzedażą i wypożyczaniem sprzętu zimowego, utworzył „Komitet Narty Snowboard Outdoor”, który wystąpił do Premiera Mateusza Morawieckiego, Ministra Rozwoju Jarosława Gowina oraz odpowiedzialnego za tworzenie programu wsparcia sektorowego, a także selekcję kwalifikujących się do niego branż, prezesa Polskiego Funduszu Rozwoju, Pawła Borysa.

Komitet domaga się:

  • Poszerzenia listy objętych pomocą sektorową branż o oznaczone następującymi kategoriami PKD:

47.64.Z – sprzedaż detaliczna sprzętu sportowego prowadzona w wyspecjalizowanych sklepach (w Tarczy 2.0 są tylko wyspecjalizowane sklepy z odzieżą sportową).

To jest PKD większości sklepów narciarskich, snowboardowych, outdoorowych

46.42.Z – Sprzedaż hurtowa odzieży i obuwia

46.90. Z – Sprzedaż hurtowa niewyspecjalizowana

To są PKD dystrybutorów sprzętu narciarskiego, snowboardowego i outdorowego

32.30.Z – Produkcja sprzętu sportowego

To jest PKD polskich producentów sprzętu narciarskiego, snowboardowego i Outdoor

  • Zorganizowania dodatkowych, tygodniowych ferii zimowych „Ferie+” w okresie od 23 stycznia do 3 kwietnia 2021 r., z podziałem na województwa.
  • Rozszerzenia oraz daleko idących uproszczeń systemu rekompensat za straty powstałe w wyniku ograniczeń i zakazu prowadzenia działalności dla podmiotów związanych z branżami narciarską, snowboardową oraz outdoorową.
  • Przyznania subwencji i niskooprocentowanych, gwarantowanych przez Państwo kredytów na utrzymanie płynności poszkodowanych podmiotów, z tytułu zakupionych przed sezonem, a nie sprzedanych obecnie zapasów magazynowych.
  • Pilnego otwarcia stoków narciarskich, gastronomii, hoteli, pensjonatów
    i schronisk – przy zachowaniu reżimu sanitarnego oraz odpowiednich procedur.
  • Stworzenia dodatkowego bonu “Ferie+” na opłacenie obozów narciarskich dla dzieci, na zakup i wypożyczenie sprzętu sportowego, skipassów, szkoleń.

Autorzy postulatów wierzą, że zostaną one uwzględnione w planach, pracach i decyzjach związanych z ograniczeniem rozprzestrzeniania się pandemii Covid-19 w Polsce. – Jesteśmy otwarci na konsultacje. W obecnym kryzysie liczy się bowiem każda odpowiednio przygotowana i adresowana pomoc. Zdajemy sobie również sprawę, jak ważne jest odpowiednie rozeznanie zagrożeń pandemicznych i przygotowanie właściwej strategii do ich zminimalizowania. Jednak uważamy, że tylko szeroko skonsultowane i właściwie zakomunikowane działania mogą przyczynić się do ostatecznego pokonania pandemii – deklarują przedstawiciele zrzeszonych w Komitecie Narty Snowboard Outdoor firm. Są jednocześnie przekonani, że jako Komitet mogą służyć rozwiązaniami, które mogą przyczynić się do uratowania ich branż, a także dać asumpt do poprawy zdrowia i kondycji Polaków. Ponawiają też apel o spotkanie i rozmowę z prezesem Polskiego Funduszu Rozwoju.

– Przedłużenie zamknięcia stoków narciarskich jest dla nas tragiczne w skutkach, reprezentujemy tysiące przedsiębiorców, którzy każdego dnia ponoszą z tego tytułu ogromne straty, coraz bardziej licząc się z możliwością zakończenia swojej działalności i zwolnienia zatrudnionych u siebie osób. Nasz głos pozwoli Panu na ukształtowanie opinii na temat całej branży i skierowanie do niej pomocy. Będzie także okazją do analizy, jakie decyzje mogą i powinni podjąć Państwo w najbliższym czasie, aby uchronić spory segment gospodarki i tysiące miejsc pracy – mówi Arkadiusz Walus. Dodaje przy tym, że upadek tej branży spowodować może wzmocnienie konkurencji zza granicy, a ta – np. w krajach sąsiednich – otrzymała już od swoich rządów wystarczające wsparcie na przeżycie.

Branża Narty-Snowboard-Outdoor, obejmuje:

  • Producentów i dystrybutorów sprzętu sportowego
  • Sieci handlowe zajmujące się sprzedażą tego sprzętu
  • Ponad 1000 specjalistycznych sklepów narciarskich, snowboardowych i    outdoorowych
  • Ponad 1000 wypożyczalni nart

Zatrudnia w Polsce ponad 50 tysięcy osób oraz generuje obrót ponad 5 miliardów złotych rocznie w samych tylko miesiącach zimowych. Zaledwie w jednym tylko miesiącu – listopadzie 2020, firmy z branży zanotowały spadki obrotów rzędu aż 50-80% w stosunku do analogicznego okresu roku 2019.

Międzynarodowa ekspansja Grupy Transition Technologies

Grupa Kapitałowa Transition Technologies systematycznie rozbudowuje swoje struktury na całym świecie, stając się firmą międzynarodową. Właśnie otworzyła w Niemczech oddział jednej ze spółek Grupy – Transition Technologies PSC. Nowy podmiot, Transition Technologies PSC Germany GmbH z siedzibą w Monachium, odpowiedzialny będzie za rozwój i dostarczanie kompleksowych usług i systemów informatycznych dla firm przemysłowych na rynku niemieckim.

Transition Technologies PSC oferuje zaawansowane i globalne rozwiązania ICT dla przemysłu. W swojej działalności skupia się na rozwiązaniach, które w sposób kompleksowy wykorzystują nowoczesne technologie  (tj. Augmented Reality, Connected Product Lifecycle Management, Internet of Things czy Cloud Solutions), dzięki czemu mogą przeprowadzić partnerów przez cały proces cyfrowej transformacji.

Sytuacja jest nietypowa i pozornie niesprzyjająca otwieraniu nowego oddziału, ale wszyscy jesteśmy zdeterminowani, aby udowodnić, że nie ma rzeczy niemożliwych. Rynek niemiecki jest dla nas kluczowy i utworzenie tam nowej spółki planowaliśmy od dawna. Wraz z pierwszymi sygnałami końca zawirowań na rynkach międzynarodowych postanowiliśmy więc postawić ten ostatni krok. W naszej strategii chcemy być firma globalną  – posiadamy już spółki i oddziały we Francji, USA czy na Tajwanie. Kluczem w osiągnięciu tego celu jest posiadanie świetnego lokalnego zespołu, który potrafi przejąć inicjatywę i nakierować biznes na właściwe tory – mówi Szymon Bartkowiak, CEO Transition Technologies PSC.

Rolę Country Managera objął Stefan Zeiler, który odpowiedzialny jest za zwiększanie pozycji na rynku niemieckim, budowanie relacji z partnerami biznesowymi oraz rozbudowę spółki Transition Technologies PSC Germany GmbH.

Podejmując decyzję o dołączeniu do zespołu TT PSC zwróciłem przede wszystkim uwagę na to, że na tle innych globalnych integratorów wyróżniamy się ogromną determinacją, wiedzą, doświadczeniem, pasją oraz możliwościami, które oferujemy również naszym partnerom biznesowym. Niemieccy klienci potrzebują takich kompetencji i modelu współpracy, w którym jeden partner będzie mógł wesprzeć ich na każdym etapie cyfrowej transformacji – zarówno swoją wiedzą, jak i umiejętnościami. Cieszę się, że mogę być częścią tej firmy i wesprzeć ją w zwiększeniu aktywności na rynku DACH – mówi Stefan Zeiler, Country Manager Transition Technologies PSC Germany GmbH.

Nowy oddział elementem szerszej strategii grupy i przykładem trendu globalizacji polskich firm IT

Grupa Kapitałowa Transition Technologies koncentruje się na międzynarodowym rozwoju zarówno w Europie, jak i w USA czy Azji. – Oczywiście cały czas Polska i nasi rodzimi programiści są naszym zapleczem usługowym i developerskim. Nieustannie jednak rozwijamy się i zmieniamy, więc współpracuje z nami coraz więcej pracowników i managerów z innych krajów. Otwiera to dla nas zupełnie nowe, emocjonujące wyzwania – mówi prof. Konrad Świrski, Prezes Grupy Kapitałowej Transition Technologies.

GK TT nieprzerwanie rośnie od 30 lat. W ostatnim roku wartość sprzedaży wygenerowana przez wszystkie spółki w ramach grupy zwiększyła się o ok 25% i przekroczyła 430 mln zł. – Nie ma innej drogi dla IT niż konkurowanie na rynkach światowych. Jeśli ktoś chce być tylko lokalnym graczem, wcześniej czy później dotrze do nieprzekraczalnych barier w rozwoju – dodaje Świrski.

Przekazywanie danych do USA po wyroku Schrems II – czy musimy rezygnować z usług Microsoftu, Google’a i Facebooka

W dniu 16 lipca 2020 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok, który sprawił, że cały europejski świat ochrony danych osobowych (i nie tylko) zatrząsł się w posadach. Zgodnie z sentencją wyroku w sprawie Schrems II straciła ważność tzw. Tarcza Prywatności, czyli decyzja Komisji Europejskiej stwierdzająca, że Stany Zjednoczone zapewniają właściwy poziom ochrony danych osobowych przekazywanych z Europy, a unijni przedsiębiorcy korzystający z usług amerykańskich dostawców, jak i same podmioty danych mogą spać spokojnie. Wraz z publikacją wyroku TSUE pozbawił przywołanej podstawy dziesiątek, jeśli nie setek, a nawet tysięcy administratorów danych osobowych, powodując, że przekazywanie niezliczonych ilości danych w tym momencie stało się bezprawne. Co teraz? Czy istnieje alternatywa? A może należy zaprzestać współpracy z amerykańskimi podmiotami?

Rozpoczynając omawianie przedmiotowej sprawy, warto nadmienić, że wyrok TSUE w sprawie Schrems II oprócz unieważnienia Tarczy Prywatności dotknął dwóch newralgicznych kwestii. Po pierwsze zaakcentowano, że nieadekwatny stopień ochrony danych osobowych przesyłanych do USA wynika z amerykańskich przepisów, którym podlegają dostawcy usług łączności elektronicznej, a które zobowiązują te podmioty do udostępniania wszelkich danych (w tym osobowych) organom publicznym. Trybunał stanął na stanowisku, że jest to nieakceptowalne z perspektywy standardów europejskich, narzuconych przez przepisy unijne, a w szczególności RODO. Druga nie mniej istotna teza odwołuje się do standardowych klauzul umownych (ang. Standard Contractual Clauses). SCC to zestaw klauzul umownych zatwierdzony przez Komisję Europejską. Zastosowanie ich przez administratora w relacji z podmiotem przetwarzającym (tzw. procesorem) spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego dotychczas dawało solidną podstawę prawną, a równocześnie zabezpieczenie w odniesieniu do transferu danych poza EOG. Wyrok Schrems II wprawdzie nie neguje dalszego wykorzystywania tego instrumentu, ale zaznacza, że nie jest to narzędzie wystarczające, a przekazanie danych osobowych poza EOG wymaga dodatkowych środków, które zapewnią adekwatny poziom bezpieczeństwa danych mieszkańców Unii Europejskiej.

Myślisz, że nie przekazujesz danych do USA? Nic bardziej mylnego!

Choć wyrok Schrems II ogólnie odnosi się do zagadnienia przekazywania danych poza EOG, to najwięcej emocji wzbudza jednak kwestia transferu do Stanów Zjednoczonych. Wielu przedsiębiorców może poczuć się w tej chwili bezpiecznie, myśląc, że przecież nie utrzymuje kontaktów biznesowych z żadną amerykańską firmą. Niestety to poczucie bezpieczeństwa jest zdecydowanie złudne, bowiem znakomita większość podmiotów gospodarczych bez cienia wątpliwości korzysta w swojej działalności z narzędzi dostarczanych przez Google, Microsoft czy Facebook. To z kolei nierozerwalnie wiąże się z przetwarzaniem znacznych ilości danych osobowych klientów (w tym potencjalnych), kontrahentów czy pracowników. Z kolei okoliczność, że przywołani giganci posiadają swoje główne siedziby na terenie USA, jest równoznaczna z tym, że wraz z założeniem firmowego fanpage’a na FB albo użyciem Google Analytics może dochodzić do przekazania danych do USA. Nie bez znaczenia jest również fakt, że rozpatrywana problematyka obejmuje nie tylko dosłowny przesył danych osobowych, ale również sytuację, gdy podmiot z państwa trzeciego ma jedynie dostęp do naszych informacji. Taki stan faktyczny ma miejsce, m.in. względem popularnych usług chmurowych.

I co teraz?

Pokłosiem wyroku w sprawie Schrems II i wywołanej nim powszechnej dezorientacji środowiska jest szereg opinii i zaleceń wydanych przez organy nadzorcze państw europejskich. I choć akurat Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych na razie milczy na ten temat, to warto zwrócić uwagę na charakter wypowiedzi Niemców czy Irlandczyków, którzy rekomendują, a nawet nakazują wstrzymanie przesyłu danych poza EOG. Szwajcarzy natomiast – choć nie są prawnie związani rzeczoną decyzją TSUE – w oficjalnym stanowisku stwierdzają, że Tarcza Prywatności nie zapewnia odpowiedniego poziomu ochrony przy przekazywaniu danych osobowych ze Szwajcarii do Stanów Zjednoczonych, zaś oparte na tym instrumencie transfery powinny zostać wstrzymane do momentu wprowadzenia nowego mechanizmu prawnego w tym zakresie.

Pomimo pojawiających się w ostatnim czasie różnorakich propozycji i wskazówek prezentowanych tak przez doktrynę, jak i praktyków, najbardziej oczekiwanym dokumentem ostatnich miesięcy okazały się oficjalne rekomendacje wydane w dniu 10 listopada 2020 r. przez Europejską Radę Ochrony Danych. Dokładny tytuł opracowania EROD to „Zalecenia 01/2020 w sprawie środków uzupełniających, zapewniających zgodność transferu z unijnym poziomem ochrony danych osobowych”, co doskonale wskazuje jego istotę. Zalecenia to swego rodzaju instrukcja postępowania, kiedy okaże się, że już mamy do czynienia z przekazywaniem danych osobowych poza EOG bądź taki transfer planujemy. We wprowadzeniu do poradnika EROD szczególnie akcentuje, że standardowe klauzule umowne „nie są zawieszone w próżni” i powinny stanowić jeden, lecz nie jedyny ze środków bezpieczeństwa. Rada wprawdzie nie podaje gotowego przepisu na to, jakie konkretnie narzędzia zabezpieczające dane są właściwe, jednak wskazuje sześć kroków, dzięki którym każdy administrator będzie mógł indywidualnie ocenić swoje potrzeby w tym zakresie.

Krok po kroku

Pierwszym krokiem, który należy wykonać według EROD, jest analiza i ocena „swojego transferu”. Oznacza to konieczność rozebrania określonej operacji na czynniki pierwsze oraz ustalenia, gdzie dokładnie kierowane są dane, których administratorem jesteśmy, czy ich zakres jest ograniczony i adekwatny do celu, w jakim dane te są przekazywane i przetwarzane w państwie trzecim oraz przede wszystkim, czy jesteśmy w stanie zapewnić im odpowiedni stopień bezpieczeństwa. Drugi krok polega na weryfikacji instrumentu prawnego, o który opiera się legalność transferu danych osobowych. Katalog tych podstaw przewiduje Rozdział V RODO i enumeratywnie wymienia on m.in. stosowną decyzję Komisji Europejskiej. Krok trzeci to kontrola przepisów bądź praktyk obowiązujących w państwie trzecim oraz to, czy nie rzutują one na efektywność zabezpieczeń stosowanych przy określonym przesyle danych osobowych. Przyczynkiem do powstania tego punktu jest prawodawstwo amerykańskie, na gruncie którego organy publiczne mają dostęp nie tylko do danych powstałych w USA, ale także do tych mających źródło w innych krajach, w tym w Europie. Stosownie do treści zaleceń jest to okoliczność, której stanowczo nie można zaaprobować, a ocena prawa lokalnego, docelowego miejsca transferu musi być pod tym kątem wnikliwie przeprowadzona oraz udokumentowana. Krok czwarty skupia się na identyfikacji i przyjęciu stosownych środków uzupełniających w przypadku, gdy krok poprzedni wykaże ryzyka wynikające z badanych przepisów prawa. Z kolei krok piąty dotyczy formalnych działań z tym związanych. Jako przykładowe środki przywołane jest przede wszystkim szyfrowanie (z kluczem deszyfrującym znajdującym się po stronie administratora) oraz anonimizacja przekazywanych danych. Może jednak okazać się, że w pewnych okolicznościach żadne z tych środków nie będą stosowne. Wówczas EROD zaleca zawieszenie lub powstrzymanie się od transferu. W ostatnim kroku znajdziemy rekomendację ciągłego nadzoru nad transferem danych do państw trzecich oraz jego sukcesywnej oceny, która może zmieniać się ze względu na zmianę stanu faktycznego bądź prawnego.

Świat po Schremsie

Choć wypada docenić aktywność EROD, to należy jednocześnie stwierdzić, że nie wnoszą one wiele nowego do obecnego stanu prawnego, na dobrą sprawę przywołując wszystko to, co już wiemy. Mimo to z pewnością będą one przydatnym drogowskazem w oczekiwaniu na ruch Komisji Europejskiej, która ma moc wykreowania nowego instrumentu, zastępującego Tarczę Prywatności, gorączkowo wypatrywanego przez całą Europę.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Portret finansowy seniora – co czwarty dorabia na emeryturze, a co trzeci pomaga finansowo bliskim

O niemal połowę (49%) spadło poczucie bezpieczeństwa finansowego seniorów w okresie pandemii. Największe obawy budzą podwyżki cen, spadek siły nabywczej pieniądza oraz utrata dodatkowej pracy zarobkowej. Co czwarty senior dorabia na emeryturze, a co trzeci pomaga finansowo bliskim – wynika z badania opinii. Przy okazji Święta Babci i Dziadka, sprawdźmy czy starsze osoby w naszym otoczeniu nie potrzebują pomocy.

Osoby starsze powyżej 65 roku życia najczęściej utrzymują się z emerytury. Co czwarty emeryt deklaruje podejmowanie dodatkowej pracy zarobkowej, wyrównując niedobory swojego budżetu domowego. Trudno się temu dziwić, skoro najwięcej pobieranych emerytur (20,1% ) mieści się w przedziale od 1600 zł do 2000 zł brutto, a wysokość najniższego świadczenia emerytalnego od 1 marca 2020 r. wynosi 1200 zł brutto.senior na emeryturze

Jak wynika z grudniowego badania opinii „Sytuacja finansowa seniorów w pandemii”*, wśród ankietowanych osób po 65 r.ż. blisko 1/3 respondentów regularnie bądź dodatkowo wykonuje prace zlecone, 13% pracuje na część etatu,  6% wykonuje prace dorywcze. W grupie pracujących emerytów są także osoby, prowadzące własną działalność gospodarczą i pracujące w oparciu o umowę o dzieło.

Seniorzy zaciskają pasa, a jednak nadal pomagają bliskim

Pandemia obniżyła poczucie bezpieczeństwa finansowego wśród niemal połowy badanych seniorów (49%). Największe obawy budzą podwyżki cen i spadek siły nabywczej pieniądza, a co za tym idzie mniej środków na bieżące potrzeby.  Podwyżka cen,  w tym za utrzymanie mieszkania czy na leki, szczególnie martwi tych, dla których emerytura stanowi jedyny dochód. Co ciekawe, o swoje finanse obawiają się także emeryci, posiadający dodatkowe dochody, poza emeryturą. Widmo utraty pracy oznaczałoby dla nich utratę szansy na utrzymanie ich dotychczasowego standardu życia.Seniorzy zaciskają pasa

Wobec tej sytuacji osoby starsze zaciskają pasa. Ponad połowa w czasie pandemii ograniczyła wydatki, rezygnując głównie z własnych przyjemności, jak wyjście z przyjaciółmi do kawiarni, kino, wycieczki. Emeryci zmniejszyli dotychczasowe wydatki spożywcze i zmuszeni byli do kupowania tańszych produktów.

Jednocześnie należy podkreślić, że aż 34% ankietowanych seniorów potwierdziło, że ze swoich dochodów pomagają dodatkowo swojej rodzinie. W przeddzień Dni Babci i Dziadka warto zapytać, czy jednak oni nie potrzebują wsparcia. W najtrudniejszej sytuacji finansowej znajduje się bowiem niemała grupa emerytów.

Ponad 16% seniorów ma ciężką sytuację finansową i potrzebuje pomocy od bliskich, często musi wspomagać się pożyczkami lub kredytami. A tymczasem, według danych BIK, już w tej chwili współczesny senior jest aktywnym uczestnikiem rynku finansowego, posiada zarówno kredyty zaciągnięte w bankach, jak i pożyczki w firmach pozabankowych.

Kredyty i pożyczki 65-latków

Według ZUS, w Polsce jest ok. 5,9 mln osób po 65 r.ż. W tej grupie wiekowej 2,9 mln emerytów i emerytek spłaca kredyty i pożyczki. Jak wynika z bazy BIK, wyższy jest udział pań (57,0%) niż panów, chociaż kwota do spłaty rozkłada się prawie po połowie – 50,4% kobiet i 49,6% mężczyzn, na co bez wątpienia wpływ ma czynnik dochodowy.

– Współczesny senior jest aktywnym uczestnikiem rynku finansowego. Osoby w wieku 65 lat i starsze spłacają zarówno kredyty, jak i pożyczki w firmach pozabankowych. Niepokojący jest fakt, że osoby w najstarszej grupie wiekowej, korzystające ze świadczeń emerytalnych, mają najwyższy udział opóźnionych w spłacie kredytów gotówkowych w porównaniu do innych grup wiekowych. Wynosi on 15,4%, czyli o 7,2 pkt proc. więcej niż najlepiej spłacający klienci z grupy wiekowej 35-44 lat – mówi Sławomir Nosal, kierownik Zespołu Analiz Portfelowych w BIK.

– Z danych BIK wynika, że w ostatnich dwóch latach spadła średnia kwota do spłaty przypadająca na osobę biorąc pod uwagę łączne zadłużenie seniora z tytułu kredytów bankowych i pożyczek. Na koniec 2020 r. średnia kwota do spłaty wyniosła 11 017 zł, o 5,0% mniej niż w 2018 r. i 3,7% mniej niż rok temu – dodaje Sławomir Nosal.

Według danych BIK, osoby powyżej 65 r.ż. spłacają kredyty mieszkaniowe (8,92 mld zł), konsumpcyjne (20,39 mld zł), karty kredytowe (1,35 mld zł) oraz limity kredytowe (0,91 mld zł). Seniorzy mają zatem udział we wszystkich rodzajach kredytów, jednak należy zwrócić uwagę, że ponad 63% wartości wszystkich zobowiązań seniora to kredyty konsumpcyjne, czyli gotówkowe i ratalne.Kredyty i pożyczki 65-latków

Osoby w wieku powyżej 65 lat korzystają także z ofert firm pożyczkowych. Pożyczki, które stanowią 1,7% łącznego zadłużenia seniorów spłaca obecnie 68,19 tys. osób. Jest to liczbowo 109,15 tys. pożyczek, z tytułu których wartość do spłaty wynosi 558 mln zł.

Martwi pogarszająca się jakość regulowania zobowiązań w tej grupie wiekowej: udział opóźnionych zobowiązań na koniec 2018 r. wynosił 8,44%, w 2019 r. poprawił się na 8,36%, ale na koniec 2020 r. wzrósł do 8,91%.

* Badanie opinii, pt. „Sytuacja finansowa seniorów w pandemii”, wykonane na zlecenie Biuro Informacji Kredytowej S.A. przez firmę Research&Grow, CAWI, osoby w wieku 65+, N=500, grudzień 2020 r.

Youtuber-naganiacz Damian Żukiewicz ma zapłacić 450 tys. zł kary

  • Niemal maksymalną karę za każdą z trzech stwierdzonych praktyk – łącznie blisko 450 tys. zł – nałożył Prezes UOKiK Tomasz Chróstny na Damiana Żukiewicza (INVESTPROVIDER) za propagowanie systemów promocyjnych typu piramida.
  • Youtuber namawiał do przystąpienia do systemów FutureNet, FutureAdPro i NetLeaders, obiecujących korzyści zależne od wprowadzenia nowych osób.
  • To pierwsza decyzja Prezesa UOKiK wobec tzw. naganiaczy na systemy typu piramida.

Damian Żukiewicz, który prowadził działalność gospodarczą pod nazwą INVESTPROVIDER – Damian Żukiewicz we Wrocławiu, to youtuber czerpiący zyski z promowania różnych inwestycji. Na swojej stronie internetowej i na kanale Youtube publikował materiały i nagrania, w których namawiał konsumentów do rejestrowania się na portalu FutureNet, platformie Future AdPro i przystępowania do sieci NetLeaders. W ten sposób promował systemy typu piramida obiecujące zyski uzależnione głównie od wprowadzenia do systemu kolejnych osób. Ich organizowanie i propagowanie jest prawnie zakazane jako nieuczciwa praktyka rynkowa. Po przeprowadzeniu postępowania Prezes UOKiK Tomasz Chróstny stwierdził, że poprzez promocję takich systemów Damian Żukiewicz naruszał zbiorowe interesy konsumentów.

– Systemy promocyjne typu piramida są zakazane zarówno przez prawo polskie, jak i europejskie. Musimy je szybko i skutecznie eliminować z rynku, bowiem na ich działalności swoje oszczędności tracą konsumenci. Istotnym elementem w przypadku tego typu przedsięwzięć są tzw. naganiacze – osoby, które te „projekty” świadomie i odpłatnie propagują, wciągając do nich kolejnych konsumentów. Bez ich działalności systemy promocyjne typu piramida nie miałyby możliwości sprawnego pozyskania nowych uczestników. Naganiacze muszą ponosić odpowiedzialność za swoje działania wprowadzające konsumentów w błąd, które skutkują poważnymi stratami finansowymi po stronie konsumentów i mogą prowadzić do poważnych tragedii ludzkich. Po przeprowadzeniu postępowania podjąłem decyzję o ukaraniu naganiacza Damiana Żukiewicza karą w wysokości blisko 450 tys. zł. Za każdą ze stwierdzonych praktyk, odnoszących się do promowania w internecie nielegalnych inwestycji, wprowadzania konsumentów w błąd i mamienia ich wizją wielkich zysków, nałożyłem na niego niemal maksymalną, ustawową sankcję finansową. Prowadzimy kolejne działania wymierzone w organizatorów i promotorów systemów typu piramida, każdorazowo informujemy o naszych podejrzeniach również organy ścigania  – mówi Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK.

FutureNet i FutureAdPro

Prowadzący działalność gospodarczą pod nazwą INVESTPROVIDER – Damian Żukiewicz na swojej stronie http://zukiewicz.com i w nagraniach dostępnych na YouTube do czerwca 2019 r. namawiał do zarejestrowania się na portalu FutureNet i platformie reklamowej FutureAdPro prowadzonych przez firmy FUTURENET UKRAINE ze Lwowa oraz BCU Trading z Dubaju. Obiecywały one wynagrodzenie za wprowadzenie nowych osób do systemu, namówienie ich do kupienia pakietów uczestnictwa lub statusów. Korzyści uzależnione były przede wszystkim od wprowadzenia nowych członków do systemu. UOKiK ostrzegał przed nimi już w marcu 2019 r. W lipcu 2020 r. Prezes Urzędu Tomasz Chróstny wydał decyzję, w której uznał, że projekty te były nielegalnymi systemami promocyjnymi typu piramida. Śledztwo w sprawie FutureNet i FutureAdPro pod sygnaturą PO 2 Ds. 63.2016 prowadzi także Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu.

Sieć NetLeaders

Damian Żukiewicz propagował także w internecie sieć NetLeaders. To inicjatywa firmy CL Singapore wprowadzającej na rynek kryptowalutę DasCoin. Spółka oferowała licencje, które kosztowały od 100 euro do 25 tys. euro i obiecywała zyski za to, że ktoś namówi inne osoby do wpłaty pieniędzy. UOKiK ostrzegał przed CL Singapore w marcu 2019 r., a w grudniu 2019 r. Prezes UOKiK wydał decyzję, w której uznał, że był to system promocyjny typu piramida. Sprawą interesuje się również Prokuratura Okręgowa w Warszawie, która prowadzi czynności zarówno w odniesieniu do CL Singapore (sygn. PO 5 Ds. 33.2017), jak i śledztwo  w sprawie Netleaders/DasCoin (sygn. PO III Ds. 176.2018).

Sposoby propagowania systemów

Aby namówić internautów do rejestrowania się w wymienionych systemach, inwestowania w nie i wprowadzania znajomych, Damian Żukiewicz zamieszczał np. takie wpisy:

  • Jeśli chcesz zarabiać minimum 5.000 zł miesięcznie przez Internecie. Jeśli chcesz zwolnić się na zawsze z pracy na etacie, z której nie jesteś zadowolony, to nie zastanawiaj się i nie słuchaj swoich znajomych nieudaczników, tylko ZRÓB TO! Co masz zrobić? Zacznij od podstaw czyli zarejestruj się w minimum 5 programach, które będą podstawą twoich przychodów pasywnych. Ani ja, ani żaden inny lider zarabiający dziś minimum $1.000 dziennie w Internecie nie pominął tego kroku.
  • Firma NetLeaders, bardzo dobrze wynagradza osoby, które przyczynia się do szybkiego rozwoju firmy, dzięki którym kryptowaluta DasCoin wraz z systemem płatności DasPay szybciej staną się powszechnie znane i używane. DasCoin – wynagrodzenie za luty 2017 to około 94.000 PLN.

Jako dowód mający przekonać konsumentów do inwestycji Damian Żukiewicz zamieszczał zdjęcia, które opisywał jako wyciągi ze swojego konta bankowego i zeznania PIT. Kusił także wycieczkami do egzotycznych krajów. Zachęcał nawet do zaciągania pożyczek, żeby w ten sposób uzyskać pieniądze na wykup kolejnych pakietów, statusów czy licencji.

Kara i usunięcie skutków naruszenia

Za praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów grozi kara maksymalnie do 10 proc. obrotu przedsiębiorcy z poprzedniego roku. Za przedsiębiorcę uznaje się nie tylko osobę zarejestrowaną w CEIDG, ale każdego (w tym blogerów, infuencerów), kto w sposób zorganizowany i ciągły faktycznie prowadzi działalność gospodarczą i czerpie zyski np. z zakładania, prowadzenia lub propagowania systemów promocyjnych typu piramida.

Na Damiana Żukiewicza Prezes UOKiK nałożył karę w wysokości 437 655 zł. Ponadto przedsiębiorca musi poinformować o swoich nieuczciwych praktykach oraz decyzji Prezesa UOKiK na stronie internetowej http://zukiewicz.com i na swoim kanale w portalu Youtube. W tym drugim miejscu oświadczenie ma mieć nie tylko formę pisemną, ale także dźwiękową i być opatrzone odpowiednimi hasztagami.

Decyzja Prezesa UOKiK jest nieprawomocna. Przedsiębiorca ma możliwość odwołać się od niej do sądu.

Polska na 38. miejscu w globalnym rankingu Global Innovation Index 2020

Polska na 38. miejscu w globalnym rankingu GII i 25. wśród krajów europejskich. 

Kryzys COVID-19 uderzył w obszar innowacji w okresie jego rozkwitu. W 2018 r. globalne wydatki na badania i rozwój (R&D) wzrosły o 5,2%, czyli znacznie szybciej niż wzrost globalnego produktu krajowego brutto (PKB). Inwestycje Venture Capital i wykorzystanie własności intelektualnej (IP) były na rekordowo wysokim poziomie – pokazuje najnowszy raport Global Innovation Index 2020 Who will finance innovations?, którego partnerem merytorycznym jest Dassault Systèmes.

Jakie wnioski wyciągną przedsiębiorstwa po fazie przestoju i niepewności wywołanej pandemią COVID-19? Czy wystarczy środków i determinacji do inwestowania w nowe technologie? Raport pokazuje, że jednym ze skutków obecnego kryzysu jest stymulowanie zainteresowania innowacyjnymi rozwiązaniami w zakresie ochrony zdrowia, ale także w takich obszarach jak zdalna praca czy edukacja, handel elektroniczny i rozwiązania mobilne.

Potencjał innowacji

Raport Who will finance innovations? podkreśla, że pandemia nie zmieniła faktu, iż potencjał przełomowych technologii i innowacji wciąż jest ogromny. Największe firmy i przedsiębiorstwa powinny kontynuować prace badawczo-rozwojowe oraz inwestować w innowacyjność w dążeniu do zapewnienia konkurencyjności w przyszłości. Na przykład wiele czołowych firm R&D z sektora technologii informacyjnych posiada ogromne rezerwy gotówkowe, a dążenie do cyfryzacji wzmocni innowacyjność tych firm. Sektor farmaceutyczny i biotechnologiczny prawdopodobnie doświadczy wzrostu w zakresie R&D w wyniku ponownego skupienia się na badaniach i rozwoju w dziedzinie zdrowia. Inne kluczowe sektory, takie jak transport, będą musiały szybko dostosować się do zyskującej na znaczeniu „czystej energii”. Co więcej, kryzys COVID-19 może również zapoczątkować innowacje w organizacji pracy w firmach oraz wpłynąć na reorganizację produkcji na poziomie lokalnym i globalnym.

Autorzy raportu wskazują, że uwolnienie powyższego potencjału jest obecnie niezbędne i wymaga wsparcia rządowego, a także modeli ścisłej współpracy i ciągłych inwestycji sektora prywatnego w innowacje.

Szwajcaria liderem innowacji – Europa na prowadzeniu

Indeks GII kładzie największy nacisk na analizę krajów i regionów wyróżniających się pod względem innowacyjności[1]. Podobnie jak w poprzednich latach, czołowe miejsce w rankingu należy do Szwajcarii. Na drugim miejscu znalazła się Szwecja, na trzecim – USA. Polska uplasowała się na 38. pozycji w rankingu światowym i 25. wśród krajów europejskich, co stanowi awans o jedno miejsce w stosunku do poprzedniego roku. Indeks wskazuje również, że innowacyjność Polski koresponduje z poziomem rozwoju naszej gospodarki. Europa znajduje się na szczycie światowego rankingu od lat – w ogólnym zestawieniu aż 16 na 25 czołowych pozycji w rankingu należy do państw europejskich, co pokazuje duży potencjał innowacyjności w Europie.

Sześć wniosków Globalnego Indeksu Innowacji

Na podstawie zebranych danych analitycy opracowujący Indeks GII 2020 sformułowali następujące obserwacje:

  1. Kryzys COVID-19 wpłynie na innowacje – aby uzdrowić sytuację potrzebne jest zaangażowanie rządów i sektora prywatnego w rozwój innowacyjności
  2. Poziom finansowania innowacji spada w czasie obecnego kryzysu, ale jest nadzieja na stopniowe odbicie. Co ważne, główne obszary zainteresowania innowacjami obejmują dziś dziedziny: ochrony zdrowia, edukacji online, Big Data, handlu elektronicznego i robotyki.
  3. Globalny krajobraz innowacji ulega zmianie: Chiny, Wietnam, Indie i Filipiny stale umacniają swoją pozycję
  4. Kraje rozwijające się wykazują znakomite wyniki w wybranych obszarach innowacyjności
  5. Podziały regionalne wciąż są silne, jednak niektóre gospodarki mają znaczny potencjał innowacyjności
  6. Innowacje koncentrują się na poziomie klastrów naukowo-technologicznych w wybranych gospodarkach o wysokim dochodzie, a także w Chinach. Najwięcej klastrów znajduje się w Stanach Zjednoczonych (25), następnie w Chinach (17), Niemczech (10) i Japonii (5).

Globalny Indeks Innowacyjności (GII) jest publikowany corocznie od 2007 r. i stanowi przewodnik dla decydentów politycznych i biznesowych w zakresie innowacji na świecie. Indeks GII analizuje 131 krajów i gospodarek na całym świecie i jest wspierany przez renomowanych partnerów, którzy dzięki swojej wiedzy mogą wnieść cenny wkład w identyfikację i promocję innowacji.

Pełna wersja raportu Global Innovation Index 2020 – Kto finansuje innowacje?: https://www.globalinnovationindex.org/gii-2020-report

[1] Kryteria brane pod uwagę obejmują liczbę osiągnięć w zakresie innowacyjności, kładą też duży nacisk na ich jakość. Indeks GII mierzy tę ostatnią w oparciu o standardy jakościowe lokalnych uniwersytetów (QS World University Ranking)  oraz liczbę międzynarodowych patentów i jakość publikacji naukowych (H-Index). Na tej podstawie uzyskuje się ogólny obraz innowacyjności poszczególnych krajów i uwzględnia go w ocenie.

AWILUX rozbudowuje zakład produkcyjny

Firma AWILUX zakończyła rok 2020 z rekordowym obrotem przekraczającym 100 milionów złotych oraz gotowym planem na rozbudowę hali produkcyjnej. Pierwsze działania związane z inwestycją rozpoczęły się w już okresie międzyświątecznym.

Leszczyński producent stolarki okienno-drzwiowej w wersji premium, firma AWILUX, stawia sobie wysokie cele i osiąga je dzięki rzetelnej pracy oraz stałemu rozwojowi wszystkich działów. Jednym z postanowień firmy na nowy rok jest powiększenie hali produkcyjnej oraz poszerzenie parku maszyn. Plan rozbudowy zakładu obejmuje także część socjalno-biurową ze względu na wzrost zatrudnienia. Późnym latem zeszłego roku AWILUX zakupił działkę sąsiadującą z zakładem.

Więcej powierzchni i nowoczesne maszyny

Nasza najnowsza inwestycja, która jest priorytetem na rok 2021, zakłada rozbudowę zakładu, a w szczególności powierzchni produkcyjnej dla działu produkcji okien i drzwi z aluminium oraz dodatkowej powierzchni magazynowej pod dachem, będącej w przyszłości magazynem wyrobów gotowych. Pierwsze prace ruszyły pomiędzy świętami a początkiem nowego roku. W tym czasie zostało zdemontowane dotychczasowe ogrodzenie, zdjęta wierzchnia warstwa humusu i wykonane pierwsze prace geodezyjne. Codziennie na budowie pracuje kilkunastoosobowa załoga, dzięki czemu już teraz widać zarysy nowej hali oraz dodatkowych placów odkładczych – mówi Marek Sprengel, prezes firmy AWILUX.

Nowa łączna powierzchnia „pod dachem” to kolejne 6000 m². Około połowy z tego zajmie dodatkowa hala produkcyjna a pozostała powierzchnia przeznaczona będzie do kompletacji i przygotowania wysyłek oraz do krótkoterminowego magazynowania wyrobów gotowych, chroniąc je tym samym przed wpływem niekorzystnych warunków atmosferycznych. W części produkcyjnej montowane będą rozwiązania aluminiowe, co odpowiada rosnącemu zapotrzebowaniu klientów i wpływa także na decyzje firmy AWILUX o zatrudnieniu nowych pracowników oraz inwestycji w nowoczesny park maszynowy.

Jesteśmy aktualnie na etapie finalizowania zamówień nowych maszyn. W głównej mierze inwestujemy w najnowsze centrum tnąco-obróbcze do działu aluminium, które umożliwi nam produkowanie nowych, jeszcze większych konstrukcji. Inwestycja obejmie także szereg maszyn pomocniczych oraz sprzęt potrzebny do wewnętrznego transportu okien. Stawiamy na modernizację oraz uzupełnienie dotychczasowej infrastruktury technicznej, co pozwoli nam zwiększyć produkcję stolarki aluminiowej – dodaje Marek Sprengel.

Drugi etap działań inwestycyjnych AWILUX polega na wdrożeniu w życie planu rozwoju, optymalizacji i automatyzacji linii produkcyjnej stolarki PVC. Jak mówi Marek Sprengel, w tej części zakładu również planowane są zakupy nowych maszyn, między innymi do sortowania szyb i ram oraz innych rozwiązań, które zwiększą wydajność linii produkcyjnej.

Najważniejsze wakacje

Umowa z generalnym wykonawcą przewiduje zakończenie prac budowlanych pod koniec lipca 2021. Przeniesienie produkcji do nowej hali ma się planowo odbyć w okresie wakacyjnym, kiedy dział produkcji ma coroczną przerwę urlopową.

– Przeprowadzka do naszego nowego zakładu w 2016 roku przebiegła bardzo sprawnie, więc i tym razem nie powinno nic stanąć nam na przeszkodzie. Jestem przekonany, że cała firma będzie gotowa do reorganizacji pracy i przeniesienia produkcji na przełomie lipca i sierpnia – dodaje Marek Sprengel.

2021 pod znakiem rozwoju

Choć rozbudowa zakładu jest priorytetem na ten rok, AWILUX nie zwalnia tempa i podejmuje szereg innych, kluczowych decyzji.

– Rok 2021 zapowiada się intensywnie i prorozwojowo. Jeśli żadne, niezależne od nas wydarzenia nie pokrzyżują naszych planów, w tym roku chcemy rozwinąć także naszą bazę transportową o zakup kolejnych samochodów ciężarowych wyposażonych oczywiście w wózki do rozładunku. Własna flota ciężarowa wraz autami z firm spedycyjnych, które na stałe współpracują z AWILUX, zwiększy się do ponad 20 aut – wyjawia prezes firmy AWILUX.

Polacy po pandemii ograniczą zakupy w e-sklepach. Ponad 55% chce wrócić do tradycyjnego handlu

Pandemia „sztucznie” napompowała e-sklepy. Duża część Polaków zapowiada powrót do tradycyjnego handlu. W czasie pandemii blisko 60% Polaków częściej korzysta z internetowych sklepów.

W czasie pandemii 29% Polaków w dużej części zastąpiło zakupy stacjonarne internetowymi. Ponad 25% nieznacznie zmieniło w ten sposób nawyki, a więcej niż 3% całkowicie przeszło do e-commerce. Głównym powodem było bezpieczeństwo. Kolejnym był utrudniony dostęp do placówek. Ale ponad połowa osób zamierza do nich wrócić. Niespełna 23% będzie nadal robiło e-zakupy, a 22% nie ma jeszcze na ten temat zdania. Tak wynika z badania UCE RESEARCH i SYNO Poland, wykonanego dla sklepu internetowego Złote Wyprzedaże.

Jak wykazało najnowsze badanie opinii społecznej, 29% Polaków w czasie pandemii w dużej części zastąpiło zakupy stacjonarne internetowymi. 25,2% dokonało nieznacznej zmiany w tym kierunku, a 3,4% w pełni przestawiło się na nabywanie produktów online. Tylko 0,6% badanych twierdzi, że zawsze robi to w sieci. Z kolei 25,7% konsumentów łączy obie metody pół na pół. 5,8% klientów, pomimo pandemii, dalej kupuje stacjonarnie. Natomiast 9,1% uważa, że nie potrzebowało przechodzić z placówek stacjonarnych do e-sklepów.

– Analizując wyniki, rodzi się pytanie o trwałość zaistniałej zmiany. Naiwnością będzie zakładać, że po ustąpieniu ograniczeń wszyscy klienci pozostaną wierni nowym zwyczajom i będą już teraz kupować tylko online. Dlatego uważam, że zatrzymanie ich w tym kanale to główne wyzwanie dla branży w tym roku – komentuje Maciej Tygielski, wieloletni obserwator i ekspert rynku e-commerce, dyrektor generalny spółki Złote Wyprzedaże.

Ten tok myślenia potwierdzają też inni eksperci. Jak stwierdza Jacek Celiński, Head of E-Commerce w Havas, pytanie o trwałość nowych zwyczajów konsumenckich jest jak najbardziej zasadne. Według eksperta, utrzymanie nie tylko dynamiki zmian, ale także ich kierunku w wybranych kategoriach zakupów może być problematyczne. Będzie to jednak proces bardzo zróżnicowany zarówno na poziomie grup towarów, jak i poszczególnych platform sprzedażowych.

– O skutecznym przemodelowaniu handlu świadczy to, że sprzedaż nie spadła, a nawet wzrosła o ok. 1,2%, pomimo szoku wywołanego pandemią. Nie ma więc raczej możliwości powrotu e-commerce do roli pomocniczej. Stał się on pełnoprawnym, rosnącym segmentem rynku sektorowego. Natomiast finalnie wiele będzie zależało od samej branży, jak i czy w ogóle wykorzysta tak przygotowaną szansę po zakończeniu pandemii – przekonuje dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator rynku detalicznego.

Osoby, które w małej lub w dużej części bądź w całości zmieniły zwyczaje, zrobiły to głównie ze względów bezpieczeństwa – 41,2%. Zmotywował ich też utrudniony dostęp do sklepów stacjonarnych – 32,8%. Niektórych zmusiła do tego ogólna sytuacja – 9,5%. Ponadto zadziałała chęć sprawdzenia, jak działają e-sklepy – 7,8%.

– Moim zdaniem, e-commerce może się poważnie obawiać powrotu klientów do tradycyjnego modelu sprzedaży. Grupa prawie 8% badanych stanowi stały poziom migracji wynikający nie tylko z ciekawości, ale również z pojawiającego się nowego kanału sprzedaży marek, które lubią, ale wcześniej występowały tylko w stacjonarnych placówkach. Nie jest też wielkim zaskoczeniem, że utrudniony dostęp do sklepów był głównym powodem zmiany myślenia. Od początku pandemii można było się spodziewać tego, że sporo konsumentów zostanie przymuszonych do robienia zakupów online – dodaje Maciej Tygielski.

W grupie osób, które z różnych powodów zmieniły swoje przyzwyczajenia, aż 55,4% konsumentów zamierza wrócić po pandemii do tradycyjnego kupowania. Z kolei 22,6% zapowiada, że pozostanie przy zakupach online. Natomiast 22% nie ma jeszcze w tej kwestii wyrobionego zdania.

– Być może do zakupów tradycyjnych wróci więcej osób, niż to wynika z zapowiedzi ankietowanych. Nie oznacza to jednak, że będą one robić tylko tradycyjne zakupy. Zapewne nieco zmienią się proporcje, ale ponad połowa klientów nie zapomni o e-commerce, znając już korzyści tego kanału. Deklaracje badanych mogą być jeszcze dobrze nieprzemyślane, składane raczej na złość ograniczeniom. E-commerce będzie rósł po pandemii, choć pewnie inaczej niż w jej trakcie – przekonuje dr Faliński. 

Z kolei ekspert ze Złotych Wyprzedaży przekonuje, że Polacy chcą dokonywać zmian, ale we własnym, komfortowym tempie. Pandemia sztucznie tylko przyspieszyła ten proces. I dlatego odnotowane wzrosty raczej nie będą trwałe. To właśnie wynika z odpowiedzi respondentów. Naturalnie część z nich już wcześniej rozważała próbę migracji do sklepów internetowych. Czekała tylko na dogodny impuls.

– Pomocne w analizie mogą być trendy długoterminowe, które jeszcze przed pandemią jasno pokazywały dynamicznie rosnący udział e-commerce. Trudne doświadczenia ubiegłego roku jedynie wyostrzyły ten proces. Powtarzające się w różnych źródłach wyniki, wskazujące na to, że ok. jedna trzecia Polaków w krótkim czasie istotnie zwiększyła ilość zakupów online jest zmianą bez precedensu – podkreśla ekspert z Havas.

Natomiast Maciej Tygielski przewiduje, że grupa osób niezdecydowanych nieco się rozwarstwi, ale większość wybierze jednak tradycyjny model zakupowy. Jest na nim wychowana, dobrze go zna i w pełni akceptuje. Dopiero młodzi konsumenci, którzy praktycznie urodzili się z komórkami i tabletami w rękach, mają szansę poważnie i stabilnie zmienić ten rynek, co oczywiście w pewnym stopniu już teraz się dzieje. Jednak na ile i w jakich kierunkach to pójdzie, zależy w głównej mierze od kreatywności samej branży.

– Jako uczestnicy i twórcy rynku e-commerce, zarówno po stronie e-retailerów, marketerów, jaki i agencji, mamy moc sprawczą. Od efektów naszych działań zależy, czy kupujący będą zadowoleni z doświadczenia zakupowego. Musimy wciąż zadawać sobie pytanie, czy jesteśmy w stanie zaproponować konsumentom rozwiązania, które sprostają ich oczekiwaniom – podsumowuje Jacek Celiński.

Sondaż zrealizowano metodą CAWI w drugim i trzecim tygodniu stycznia br. na reprezentatywnej próbie 1008 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.

Polski instytut liderem przełomowego międzynarodowego projektu w hematoonkologii

Instytut Genetyki Człowieka Polskiej Akademii Nauk w Poznaniu wraz z międzynarodowym konsorcjum rozpoczyna przełomowy europejski projekt mający na celu budowanie doskonałości naukowej w dziedzinie hematoonkologii. Celem projektu jest transfer wiedzy, wymiana dobrych praktyk, innowacje, rozwój zasobów ludzkich, zwłaszcza początkujących naukowców oraz zwiększenie wyników badań na poziomie europejskim, a poprzez te działania wyniesienie polskiej hematoonkologii na następny poziom naukowy – stąd nazwa projektu – Next Level.

Konsorcjum składające się z Instytutu Genetyki Człowieka Polskiej Akademii Nauk (Koordynator, PL), Uniwersytetu w Gandawie (BE), Uniwersytetu Medycznego w Groningen (NL) oraz Uniwersytetu w Ulm (DE) 19 stycznia 2021 r. rozpoczęło projekt pt. „W drodze do doskonałości w odkrywaniu (epi)genetycznego krajobrazu nowotworów hematologicznych – NEXT_LEVEL”.

Projekt NEXT_LEVEL ma na celu zwiększenie doskonałości naukowej i potencjału innowacyjnego w dziedzinie hematoonkologii Instytutu Genetyki Człowieka Polskiej Akademii Nauk poprzez intensyfikację mobilności naukowców w obszarze Europejskiej Przestrzeni Badawczej [ERA]. Ponadto, w oparciu o utworzone konsorcjum planowane jest powołanie nowej międzynarodowej grupy zajmującej się pionierskimi badaniami w dziedzinie hematoonkologii.

  • To pierwszy projekt naukowy o tak szerokiej międzynarodowej skali, w którym nasz instytut jest koordynatorem, z czego jesteśmy bardzo dumni. Nasi konsorcjanci to europejska czołówka ośrodków naukowych w dziedzinie hematoonkologii w Europie. Liczymy na to, iż efektem naszych działań po 3 latach trwania projektu będzie zacieśnienie współpracy między naszymi instytucjami oraz możliwość tworzenia ogólnoświatowych konsorcjów. – wyjaśnia prof. Michał Witt, Dyrektor Instytutu Genetyki Człowieka PAN w Poznaniu.

Projekt jest realizowany w ramach programu „Upowszechnianie doskonałości i poszerzanie uczestnictwa – Twinning Action” programu Horyzont 2020. Szczególnym wyzwaniem związanym z programem Twinning jest wzmocnienie działań w zakresie tworzenia sieci kontaktów między instytucjami badawczymi krajów poszerzających działalność (Polska) a wiodącymi na arenie międzynarodowej ich odpowiednikami na poziomie UE.

  • To, co jest ważne w projektach typu Twinning to fakt, że nie są to projekty bezpośrednio nacelowane na badania naukowe. Nie ma tu budżetu naukowego i planu badań, jak w przypadku grantów typowo naukowych. Celem tych projektów jest zwiększenie możliwości naukowych i technologicznych instytucji z tzw. nowych państw Unii, nie tak jeszcze rozwiniętych, jak nasi zachodnioeuropejscy partnerzy. Poprzez różne atrakcyjne aktywności spodziewamy się doprowadzić do zwiększenia doskonałości naukowej i badawczej naszego instytutu oraz polskiej nauki w tym obszarze w ogóle. To 36 miesięcy intensywnej wymiany doświadczeń i praktyk w obszarze hematoonkologii. – tłumaczy prof. Maciej Giefing, Kierownik Zakładu Genetyki Nowotworów, Instytutu Genetyki Człowieka PAN w Poznaniu.

Wskazana w projekcie dziedzina naukowa – „nowotwory hematologiczne” dotyczy różnych postaci białaczek i chłoniaków. Nowotwory te stanowią poważny problem medyczny na całym świecie i stanowią około 10% nowych przypadków raka zdiagnozowanych w krajach rozwiniętych. Niepokojące jest to, że u dzieci ponad 40% wszystkich nowotworów wieku dziecięcego to właśnie białaczki i chłoniaki. W ostatnich latach badania nowotworów hematologicznych dostarczyły dowodów na znaczenie komponentu epigenetycznego i złożonej interakcji między genetyką i epigenetyką w ich rozwoju.

  • Aspekt epigenetyczny jest mocno zaakcentowany w tym projekcie nie bez powodu. Większość nowotworów to choroby ludzkiego genomu związane z klasycznymi zjawiskami genetycznymi, jak np. pęknięciami chromosomów i ich przemieszczaniem się w inne miejsca w genomie, co powoduje powstanie nowych nieprawidłowych genów o działaniu onkogennym. Tak dzieje się na przykład w przypadku różnego rodzaju białaczek. Natomiast w wybranych chorobach hematoonkologicznych jak m.in. chłoniak Hodkina, to właśnie zjawiska epigenetyczne są kluczowe. Choroby te można określić jako choroby epigenomu i między innymi w tym obszarze chcemy prowadzić naszą działalność naukową i badawczą w projekcie. – mówi prof. Giefing.

Projekt oferuje takie działania, jak: otwarte wykłady, warsztaty i seminaria, mobilność badawczą, w tym staże dla młodych naukowców w instytucjach partnerskich, networking, udział w konferencjach naukowych, wspólne publikacje, wydarzenia upowszechniające i działania informacyjne.

  • Aspektem projektu, którego nie można pominąć, jest szerzenie wiedzy i edukacja społeczna w tematyce nowotworów, głównie białaczek i chłoniaków, którą chcemy zapewnić nie tylko profesjonalistom, ale również pacjentom, dziennikarzom – całemu społeczeństwu. Dlatego zaplanowaliśmy również specjalne aktywności, takie jak Dni Hematoonkologii w naszym instytucie, które będą poświęcone edukacji pacjentów w każdym wieku – od uczniów szkół przez dorosłych aż po seniorów. – podkreśla prof. Witt.

Projekt NEXT_LEVEL otrzymał dofinansowanie z unijnego programu badań i innowacji Horyzont 2020 w ramach umowy o grant nr 952304.

2020 to nie był dobry rok dla seniorów. Rekordowy wzrost zaległości

Najrzadziej przyznają, że mają problemy z bieżącymi płatnościami, ale najbardziej zwiększyli w minionym roku kwotę swoich zaległości i liczbę niesolidnych dłużników. Problemy osób w wieku 65+ odpowiadają za ponad jedną czwartą przyrostu ogółu przeterminowanych zobowiązań wynikających z nieuregulowanych rachunków i rat kredytowych Polaków – pokazują dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, na koniec listopada 2020 r. Prawie 388 tys. seniorów ma 10,4 mld zł nieopłaconych na czas zobowiązań, średnio 26 817 zł na osobę. Najstarsi przyznają, że w pandemii nadal pomagali rodzinie, wielu z nich nie mogło jednak dorabiać. Dokuczał im też wzrost cen.

To nie był dobry rok dla seniorów. Osoby w wieku 65+ okazały się niekwestionowanymi liderami negatywnych zmian statystyk dotyczących nieopłaconych bieżących rachunków oraz pożyczek i kredytów. Na 4,9 mld zł zaległości, o które podwyższyły się przeterminowane zobowiązania wszystkich grup wiekowych (do 82,6 mld zł), 1,4 mld zł przypadło właśnie na najstarszych – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, na koniec listopada 2020 r. Nie lepiej było, jeśli chodzi o liczbę dłużników. W żadnym innym pokoleniu nie pojawiło się tylu nowych nierzetelnych płatników. Wśród seniorów przybyło bowiem 21,7 tys. osób, a drugi wynik, należący do 45-54 latków, wyniósł 18,2 tys. nowych osób z problemami w rozliczeniach. Są też grupy wiekowe, w których posiadających przeterminowane zobowiązania ubyło. 18-34 latków z zaległościami jest na koniec listopada 2020 r. o prawie 26 tys. mniej niż po roku 2019.

Zmiany duże, ale statystycznie na 100 osób w wieku 65+ dłużników nadal jest niewielu

W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, na koniec listopada 2020 r. znajdowało się 387,8 tys. osób w wieku min. 65 lat z problemami w terminowym opłacaniu rachunków i kredytów. Łączna wartość ich zaległości sięga 10,4 mld zł, średnio na osobę wypada 26 817 zł i jest to o 10 proc. więcej niż w grudniu 2019 r., ale jednocześnie o 2,5 tys. zł (9,4 proc.) mniej niż wynosi średnia dla wszystkich. Seniorzy wyróżniają się pozytywnie też pod innym względem. Mimo negatywnych zmian, nadal udział niesolidnych dłużników wśród ogółu najstarszych Polaków należy do najniższych w porównaniu z innymi grupami wiekowymi. Kłopoty z terminowymi rozliczeniami ma 5,8 proc. osób 65+, czyli co siedemnasta. Lepiej jest jedynie w najmłodszym pokoleniu 18-24 latków, gdzie udział osób, które mają problemy z opłacaniem rachunków i rat wynosi 4,8 proc., w pozostałych jest zdecydowanie wyższy. Najgorzej wypada grupa 45-54 latków, gdzie nie radzi sobie już 12 proc., czyli co ósma osoba.

– Wydawałoby się, że w minionym roku kłopoty finansowe powiększą przede wszystkim osoby aktywne zawodowo, którym lockdowny odebrały źródło utrzymania lub też ograniczyły wpływy z powodu czasowych obniżek wynagrodzeń. Jednak to seniorzy poradzili sobie najgorzej – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

niesolidnych dłużników
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

Nie można jednak wszystkich kłopotów seniorów przypisać pandemii, bo znaczący przyrost zaległości jak i samych dłużników, właśnie w tej kategorii wiekowej widoczny był już w pierwszym kwartale (0,4 mld zł i 10 tys. osób), kiedy to jeszcze koronakryzys nie wpływał na przedstawiane statystyki. Wzrost kłopotów osób od 65. roku życia zaskakuje też z innego powodu. Jak wynika z badań zleconych przez Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor, seniorzy najrzadziej deklarują, że w ub.r. brakowało im w ciągu miesiąca pieniędzy na opłacenie bieżących zobowiązań. Mówi o tym 34 proc. ankietowanych, podczas gdy wśród ogółu badanych, we wszystkich kategoriach wiekowych – 41 proc. Najwyraźniej, jeśli już starsze osoby podają, że brakuje im pieniędzy, to są w trudniejszej sytuacji niż inni przyznający się do takich problemów. Co według seniorów jest przyczyną kłopotów? Przede wszystkim zbyt niskie wpływy – wskazuje na to ponad połowa (55 proc.) osób twierdzących, że mają trudności, by co miesiąc związać koniec z końcem. Niemal co piaty ankietowany mówi również, że w tarapaty wpędza ich finansowa pomoc udzielana najbliższym (18 proc.). – Wygląda na to, że pomagają, choć to oni bardziej potrzebują pomocy. Zawirowania gospodarcze, a nawet same restrykcje sanitarne, również uderzyły w portfele grupy 65+, bo co piątemu zaszkodził fakt, że pandemia odebrała mu możliwość dorabiania do emerytury i renty – informuje Sławomir Grzelczak. 15 proc. wskazywało także, że zbyt optymistycznie podeszli do pożyczania. O taką wpadkę nie było akurat trudno, jeśli ktoś zadłużał się w pierwszych miesiącach ub.r. Co charakterystyczne dla seniorów, w wynikach badań podsumowujących miniony rok, widać, że to oni najczęściej skarżyli się na wzrost cen towarów i usług (45 proc.).

Najwięcej seniorów z długami na Górnym i Dolnym Śląsku

Biorąc pod uwagę poszczególne regiony kraju, najwięcej osób starszych ma problemy z opłacaniem rachunków oraz regulowaniem rat pożyczek i kredytów w województwach: śląskim, mazowieckim, dolnośląskim i wielkopolskim. Zamieszkuje tu najwięcej dłużników i mają oni najwyższe kwoty przeterminowanych zobowiązań. Najwyższa średnia zaległość przypada na seniorów z Mazowsza – prawie 36 tys. zł na osobę oraz z woj. łódzkiego, niemal 30,3 tys. zł.
Najwięcej seniorów z długami na Górnym i Dolnym Śląsku
Największy udział nierzetelnych dłużników w swojej grupie wiekowej seniorzy mają również na Górnym i Dolnym Śląsku oraz w woj. kujawsko-pomorskim, zachodniopomorskim i lubuskim. Wszędzie tu problemy z terminowym opłacaniem zobowiązań ma ponad 7 proc. osób w grupie 65+. Średnia dla kraju wynosi 5,8 proc.

Największy udział nierzetelnych dłużników w swojej grupie wiekowej
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

Choć w najstarszej kategorii wiekowej niesolidnych dłużników dominują kobiety (ponad 51 proc.), to wśród rekordzistów zdecydowanie więcej jest mężczyzn. Największa nieoddana kwota ciąży na 65-latku z woj. łódzkiego, ponad 34,7 mln zł. Drugi rekordzista to również mężczyzna, pochodzi z woj. dolnośląskiego ma 65 lat i prawie 32,5 mln zł zaległości. Trzecia jest mieszkanka Mazowsza, 67-letnia kobieta widnieje w BIG InfoMonitor i BIK z nieopłaconymi zobowiązaniami powyżej 27,5 mln zł.

Badanie zostało zrealizowane przez Maison&Partners, metodą CAWI na panelu badawczym Ariadna w dniach 11-15 grudnia 2020 r., na ogólnopolskiej, reprezentatywnej pod względem płci, wieku oraz wielkości miejsca zamieszkania próbie Polaków 18+. W badaniu wzięło udział N=1106 osób.

1,4 tryliona dolarów – tyle będzie kosztować realizacja Porozumienia Paryskiego z 2015 roku

W Europie jesteśmy na etapie wprowadzania w życie Nowego Zielonego Ładu. Jego założenia – tak jak założenia podobnych programów na całym świecie – wynikają z Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ, a dokładnie z celu numer 7. Został on przedstawiony w 1972 roku, na konferencji w Sztokholmie i zakłada przebudowę globalnej gospodarki energetycznej na korzystającą z odnawialnych źródeł energii. Można więc powiedzieć, że walka o Nowy Zielony Ład trwa już prawie 50 lat. 

– 7 Cel Zrównoważonego Rozwoju ONZ jest o czystej energii, czyli pozyskiwanej ze słońca, wody i wiatru. Przejściowo również z energetyki jądrowej bądź innych źródeł, które są na etapie opracowywania. Konsekwencją tego ma być zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery: dwutlenku węgla, metanu i innych – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, dyrektor generalny UN Global Compact w Polsce. – Walka o równowagę klimatyczną nie jest żadną nowością. Na problem zwrócono uwagę już w 1972 roku. Później mieliśmy spotkanie w Rio De Janeiro, protokół z Kioto i cały cykl 26 szczytów klimatycznych. Wreszcie pojawiło się porozumienie bankowe, wokół którego budowany jest właśnie Zielony Ład. Banki rozwoju i banki komercyjne zdecydowały o przeniesieniu pieniędzy z inwestycji wysokoemisyjnych, opartych na wytwarzaniu energii z paliw kopalnych, w kierunku technologii OZE. Ile trzeba wydać pieniędzy na tą przebudowę? Globalnie do 2030 roku powinna być to zawrotna kwota 1,4 tryliona dolarów. Tyle powinniśmy zdeponować kapitału, żeby zrealizować Porozumienie Paryskie z 2015 roku. Czy nam się to uda? Zobaczymy. Wielu klimatologów uważa, że jest już za późno. Część twierdzi, że do 2030 roku mamy jeszcze czas. Oby ci drudzy mieli rację – trzyma kciuki Wyszkowski.

Amazon ogłasza kolejną inwestycję w Polsce. W Świebodzinie powstanie ponad tysiąc miejsc pracy

  • Amazon kontunuuje inwestycje w Polsce. W ciągu roku od otwarcia nowego obiektu w Świebodzinie powstanie ponad tysiąc nowych, stałych miejsc pracy;
  • Dziesiąte już centrum logistyczne Amazon w Polsce zostanie wyposażone w zaawansowaną technologię Amazon Robotics – pracowników będzie wspierać 3 tys. robotów;
  • Nowy budynek pomoże zaspokoić rosnące oczekiwania klientów, poszerzy ofertę produktów oferowanych przez Amazon i zapewni wsparcie większej liczbie sprzedawców, korzystających z usługi Fulfillment by Amazon;
  • Trwa rekrutacja na stanowiska operacyjne oraz inżynieryjne.

Amazon potwierdził plany otwarcia w 2021 r. nowego budynku o powierzchni 193 tys. m2 w Świebodzinie. To już dziesiąte centrum logistyczne firmy w Polsce i pierwsze w województwie lubuskim. W ubiegłym roku Amazon otworzył dwa nowe centra w kraju – w Gliwicach i Łodzi, zwiększając tym samym łączną liczbę stałych etatów w Polsce do 18 tys.

W nowej inwestycji Amazon stworzy kolejne miejsca pracy dla ponad 1 tys. osób. Pracownicy zatrudnieni w nowo otwartym centrum logistycznym będą kompletować, pakować i wysyłać klientom zamówienia zawierające małe przedmioty, takie jak książki, elektronikę i towary konsumpcyjne. W codziennej pracy będą wspierani przez innowacyjne technologie Amazon Robotics. Prawie 3 tys. robotów pomoże w realizacji zamówień klientów. Te specjalistyczne urządzenia przesuwają się pod regałami z produktami, podnoszą je i przemieszczają po centrum logistycznym, pomagając przyspieszyć czas obsługi zamówień, ułatwiając pracę pracownikom i podnosząc jakość obsługi klientów. To będzie trzecie centrum robotyczne Amazon w Polsce, po Kołbaskowie koło Szczecina i Gliwicach.

Rozpoczęła się rekrutacja na wiele nowo utworzonych stanowisk. Amazon zatrudni w pierwszym etapie, między innymi: inżynierów, specjalistów HR i IT, specjalistów ds. BHP i finansów oraz menedżerów operacyjnych. Osoby zainteresowane pracą w Amazon znajdą więcej informacji na tej stronie.

Wszyscy pracownicy Amazon w Świebodzinie od pierwszego dnia pracy otrzymają bardzo atrakcyjne wynagrodzenie i pakiet świadczeń. Płace pracowników poziomu początkowego zaczynają się od 20 zł brutto za godzinę, a liderów zespołów od 25 zł brutto za godzinę. Zatrudnionym osobom przysługiwać będą również dodatkowe miesięczne premie w wysokości do 15%, uzależnione od frekwencji indywidualnej i wyników zespołu, a także szereg benefitów obejmujących prywatną opiekę medyczną, ubezpieczenie na życie, bezpłatny dojazd do pracy autokarem na wybranych trasach i wiele innych, np. możliwość skorzystania z programu „Postaw na Swój Rozwój”. Dzięki niemu, pracownicy Amazon o co najmniej rocznym stażu, którzy chcą zyskać nowe kwalifikacje, mogą w ciągu 4 lat otrzymać nawet do 26 tys. zł dofinansowania na opłacenie czesnego, kosztów kursów i materiałów edukacyjnych.

„Z dumą ogłaszam naszą nową inwestycję w Świebodzinie, która umożliwi nam świadczenie usług większej liczbie klientów, a polskim firmom pozwoli osiągać jeszcze większe sukcesy w sprzedaży na Amazon. Polska to dla nas bardzo ważny rynek. Działamy na nim od ponad sześciu lat, intensywnie inwestując i wspierając lokalne społeczności. Cieszymy się, że możemy mieć swój istotny wkład w rozwój województwa lubuskiego poprzez tworzenie nowych, stałych miejsc pracy i dalsze zaangażowanie na rzecz lokalnych społeczności. Do tej pory Amazon stworzył w Polsce ponad 18 tys. stałych miejsc pracy, oferując konkurencyjne wynagrodzenia i kompleksowe świadczenia już od pierwszego dnia pracy, a także zróżnicowane możliwości rozwoju kariery w naszej szybko rozwijającej się, globalnej organizacji” – powiedział Marian Sepesi, dyrektor regionalny w Amazon.

„Cieszy mnie, że Amazon wybrał Świebodzin na miejsce swojej kolejnej inwestycji. Dla regionu szczególnie ważne są wysokojakościowe miejsca pracy, które powstaną w nowym centrum logistycznym. Wierzę, że dzięki tej współpracy nasze miasto będzie w stanie w pełni wykorzystać swój ogromny potencjał” – powiedział Tomasz Sielicki, burmistrz Świebodzina.
Od momentu wybuchu epidemii w Polsce i na świecie, Amazon dostosowuje swoje procesy i centra logistyczne, aby zapewnić pracownikom bezpieczeństwo przy obsłudze zamówień klientów. W tym celu firma wprowadziła ponad 150 rozwiązań na rzecz bezpieczeństwa, obejmujących m.in. zapewnianie dostępu do maseczek, środków do dezynfekcji rąk, kamer termowizyjnych, termometrów, chusteczek odkażających, rękawiczek i dodatkowych stanowisk do mycia rąk. Ponadto, w centrach logistycznych szybko wprowadzono rozwiązania umożliwiające zachowanie dwóch metrów bezpiecznego dystansu pomiędzy pracownikami. Na całym świecie Amazon zainwestował już ponad 800 mln USD w środki bezpieczeństwa w związku z COVID-19. Tylko w Polsce firma zakupiła w 2020 roku ponad 8 mln par rękawiczek ochronnych, 2 mln maseczek, 24 mln opakowań chusteczek dezynfekujących i 33 mln środków do dezynfekcji rąk.

Pozytywne tło dla aktywów ryzykownych

Obawy o jastrzębi ton Janet Yellen okazały się bezpodstawne, a poparcie dla potężnych wydatków fiskalnych skutkuje wzrostami na rynku akcji i osłabieniem dolara. Kolejne godziny prawdopodobnie upłyną na odliczaniu czasu do zaprzysiężenia J. Bidena.

Nie było nic zaskakującego w przesłuchaniu nominatki na sekretarza skarbu Janet Yellen, a wcześniejsze doniesienia prasowe skutecznie rozładowały napięcie. Yellen popiera dążenie nowej administracji do ratowania gospodarki dużymi wydatkami publicznymi i choć zdaje sobie sprawę z potrzeby zrównoważonego budżetu, obecnie nie jest czas na podwyżki podatków. To wskazuje drogę, którą Demokraci będą chcieli nakłonić Republikanów do poparcia zwiększonych wydatków, ale na ten moment nie ma gwarancji, że to się powiedzie. Sprawdziły się też przecieki, że Yellen opowiada się za poddaniem kursu walutowego pod działania rynkowe niż sztuczne kreowanie poziomów. Komentarze było głównie nakierowane w stronę polityki kursowej Chin, ale inwestorzy doszukiwali się wniosków dla nastawienia administracji USA. Przy obecnych trendach implikuje to zezwolenie na deprecjację dolara, ale nie dążenie do jego osłabienia. Ogólnie osoba Yellen zdaje się zapewniać fiskalne wsparcie dla ożywienia przy silnej współpracy z Fed. To pozytywne tło dla aktywów ryzykownych.

W środę późnym popołudniem (18:00) odbędzie się ceremonia zaprzysiężenia J. Bidena. W przemówieniu można liczyć na powtórzenie głównych filarów jego polityki na czele z ogłoszonym planem pomocowym, a także odwracaniem decyzji podjętych przez D. Trumpa (wystąpienie z WHO i porozumienia paryskiego). Jest mało prawdopodobne, aby rynki reagowały na przemówienie, ale wydarzenie będzie śledzone z uwagi na potencjalne ryzyka zakłócenia zaprzysiężenia, mając na uwadze niedawne zdarzenia na Kapitolu.
Przed decyzją Banku Kanady konsensus prognoz sugeruje utrzymanie stopy overnight na 0,25 proc., jednak jeszcze kilka dni temu rynek stopy procentowej wyceniał małą szansę (2 pb) na cięcie w reakcji na zaostrzenie restrykcji w związku z szalejącym wirusem, co zagraża perspektywom odbicia gospodarczego. Rynek walutowy nie jest przygotowany na obniżkę i taka decyzja byłaby dużą niespodzianką, chociaż bardziej prawdopodobne jest utrzymanie polityki bez zmian, za to gołębi ton zostanie podkreślony na konferencji prasowej prezesa Macklema.

W nocy w Japonii bank centralny powinien utrzymać parametry polityki monetarnej. Wzrost liczby zachorowań na COVID-19 najprawdopodobniej wpłynie na obniżenie prognoz wzrostu gospodarczego, w związku z czym bank zadeklaruje utrzymanie łagodnego nastawienia w polityce pieniężnej. Ocena dotychczasowej strategii polityki monetarnej jest planowana na marzec, a zatem teraz nie powinniśmy liczyć na zmiany w forward guidance. Nie sądzimy, aby posiedzenie wywarło wpływ na JPY.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ekologia zdecydowanym trendem na osiedlach

Coraz większa świadomość zmian klimatycznych sprawia, że jednym z najdynamiczniej rozwijających się trendów są rozwiązania proekologiczne. Fotowoltaika, garaże wyposażone w ładowarki samochodów elektrycznych czy zwracanie uwagi na zieleń to elementy na które coraz częściej będą gościły na osiedlach mieszkaniowych.

W najbliższych miesiącach, będziemy mieli do czynienia z lawinowo rosnącą liczbą wniosków o zakładanie fotowoltaiki, także w miastach i dużych aglomeracjach w Polsce. Rosnące koszty utrzymania nieruchomości wypływają bezpośrednio na ciągłe poszukiwanie oszczędności tam, gdzie to możliwe. Ponieważ zakładanie baterii słonecznych i instalacji prądotwórczych w coraz większym stopniu podlega refinansowaniu z dopłat EU, coraz więcej wspólnot mieszkaniowych decyduje się podjąć to wyzwanie. W wielu zarządzanych przez nas inwestycjach jesteśmy w trakcie realizacji i po wielu wymiarowych kalkulacjach, które pomagają nam poznać koszty i potencjał skali zwrotu z inwestycji. Przy przyjętych przez nas kryteriach realizacje, których jesteśmy świadkami zwrócą się w 7 do 10 lat. Jeśli weźmiemy pod uwagę dopłaty unijne – może to być nawet 5-letnia stopa zwrotu. Później instalacja będzie zarabiać sama na siebie i stanowić także dodatkowe zasilanie w budynkach oraz częściach wspólnych. Reasumując w ujęciu np. 30 lat inwestycji – to czysta korzyść dla każdego mieszkańca i realna oszczędność – zwłaszcza, że ceny prądu raczej nie będą topniały przez 3 kolejne dekady z rzędu.

W tym duchu coraz więcej mieszkańców zgłasza się do nas z prośbą o wsparcie w zakresie instalacji prywatnych ładowarek do pojazdów elektrycznych. Na początku boomu w segmencie elektromobilności wystarczało jedno lub dwa miejsca wydzielone na ładowanie pojazdów elektrycznych na terenie inwestycji. Dzisiaj takich wniosków otrzymujemy naprawdę bardzo dużo i stanowią one coraz większy odsetek pośród miejsc postojowych na terenach inwestycji, którymi zarządzamy.

Kolejnym aspektem jest nowy trend mikro retencji wody, czy specjalnych zbiorników poświęconych na zbieranie deszczówki. Tzw. szara woda może nie tylko zasilić podlewanie ogródków, trawników, klombów i innych nasadzeń, ale również służyć np. do zasilenia spłuczek w pionach WC. Mamy kilka inwestycji na terenie Warszawy, które właśnie w ten sposób wykorzystują retencję wody deszczowej. Warto tutaj wspomnieć, że wspólnoty mogą dzięki retencji również ubiegać się o niemałe dofinansowanie takich aktywności z budżetów urzędów gmin i miast. Pozwoli to zasilić budżet wspólnoty i refinansować koszty związane z budową zbiorników retencyjnych.

Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, prezesa firmy Admus, zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami

Ukraińcy na polskim rynku pracy – doświadczenia i perspektywy

Wprawdzie liczba zatrudnionych w Polsce obcokrajowców nie wróciła jeszcze do stanu sprzed pandemii, ale powrót jest zauważalny. Tylko w lipcu przybyło ich 22 tysiące. To dobre wiadomości dla pracodawców, którzy nadal potrzebują dobrze przeszkolonych i przygotowanych do pracy Ukraińców. Takie wnioski płyną z właśnie opublikowanego raportu Grupy Impel „Ukraińcy na polskim rynku pracy – doświadczenia i perspektywy” przeprowadzonego wśród pracujących w naszym kraju pracowników zza wschodniej granicy.

Exodus Ukraińców. Po wybuchu epidemii polscy pracodawcy czytali czarne scenariusze. Na szczęście ostatecznie nie sprawdziły się w pełni. Wprawdzie wielu wyjechało – najwięcej osób z powodu utraty pracy i w obawie o przyszłość – ale gdy okazało się, że pandemia potrwa dłużej, zadeklarowali chęć powrotu do Polski. ZUS wyliczył, że tylko w lipcu przybyło 22 tys. pracowników zza granicy. Pod koniec sierpnia w ZUS-ie było zarejestrowanych 658,2 tys. cudzoziemców – o 30 tys. więcej niż w lipcu.

Prawie połowa chce zostać na stałe

We wstępie do raportu „Ukraińcy na polskim rynku pracy – doświadczenia i perspektywy” czytamy, że polscy pracodawcy powinni cieszyć się z takiego obrotu sprawy: „Nadal potrzebują dobrze przeszkolonego i przygotowanego do pracy personelu, również zza naszej wschodniej granicy. Wielu z nich to specjaliści, którzy chcą pozostać w Polsce na długo. (…) To fachowcy, z których wiedzy i doświadczenia warto korzystać”.

Raport został przygotowany przez Grupę Impel na podstawie badania ankietowego przeprowadzonego w okresie sierpień – wrzesień 2020. Wyniki wskazują, że 67% Ukraińców jest zadowolonych z życia w Polsce. Ten odsetek mógłby być wyższy, ponieważ 53% ankietowanych odczuwa pogorszenie zadowolenia z powodu pandemii. 41% chce zostać na stałe. – Szukają więc pracodawców, którzy im to ułatwią. Poczucie bezpieczeństwa i przynależności dają im przede wszystkim legalne formy zatrudnienia, co przekłada się na ich zadowolenie z pobytu w Polsce i skłania ich do pozostania na dłużej. Ich satysfakcja i chęć mieszkania w naszym kraju na stałe pozytywnie wpływa na rynek pracy, przynosząc gospodarce i pracodawcom wiele korzyści. Najlepiej świadczy o tym fakt, że prawie połowa decyduje się na skomplikowaną i długotrwałą procedurę uzyskania kart pobytu – uważa Edyta Olko, prezes zarządu spółki Sanpro Synergy, która konsekwentnie zatrudnia coraz więcej fachowców z Ukrainy, delegując ich później do pracy w ramach outsourcingu procesów, głównie przemysłowych.

Eksperci podkreślają, że czasy, w których Ukraińcy traktowali pobyt w Polsce tylko i wyłącznie jako pracę tymczasową lub sezonową, dawno się skończyły. – Systematycznie powiększa się grupa osób planujących zostać w naszym kraju na stałe. Chcą rozwijać tu zarówno swoje życie zawodowe, jak i prywatne, ponieważ odpowiada im standard życia w Polsce i podobieństwo kultur naszych krajów. Duże znaczenie ma również bliskość ojczyzny oraz dostępność wielu połączeń komunikacyjnych pomiędzy Polską a Ukrainą. To dobre informacje dla naszej gospodarki, szczególnie przemysłu, który potrzebuje pracowników z Ukrainy, odpowiednio przeszkolonych i przygotowanych do pracy oraz zmotywowanych jasno określoną ścieżką rozwoju oraz wynagrodzeniem uzależnionym od umiejętności i wydajności – twierdzi Małgorzata Orłowska, menedżer ds. legalizacji w Sanpro Synergy.

Badanie pokazało, że najczęściej Ukraińcy podejmują w Polsce pracę długoterminową – 54%. Co czwarty pracuje okresowo w ciągu roku, natomiast bardzo małym zainteresowaniem cieszy się samozatrudnienie (9%) i praca dorywcza (6%). Wśród dokumentów upoważniających obywateli Ukrainy do przebywania na terenie naszego kraju największą popularnością cieszy się karta pobytu (48% odpowiedzi). W mniejszym stopniu wiza (31%) i paszport biometryczny (21%).

Jak zatrzymać ich w Polsce?

Ukraińcy chwalą sobie poziom życia, zarobki i legalny pobyt, ale eksperci zapytali ich także o to, co utrudnia im życie w Polsce. Okazuje się, że największym problemem jest brak własnego mieszkania lub pokoju (33%) oraz oddalenie od rodziny (32%). Kolejnymi dwoma najczęściej wymienianymi powodami są obawa przed zamknięciem granic i brakiem możliwości jej płynnego przekroczenia (27%).

Najsilniejszym magnesem przyciągającym Ukraińców do Polski są pieniądze. U nas zarabiają więcej. Ale przecież niedaleko – chociażby w Niemczech lub Czechach – mogliby zarobić jeszcze więcej. Co zrobić, żeby zatrzymać ich w Polsce? – Oczywiście najważniejsze pozostają względy finansowe, wysokość wynagrodzenia, regularne podwyżki i wytyczona ścieżka rozwoju zawodowego. Równie ważne stają się czynniki pozapłacowe: pomoc w zorganizowaniu życia w Polsce dla cudzoziemca i jego rodziny, zachęta i pokazywanie możliwości udziału w projektach integracyjnych i międzykulturowych. Ważne jest zapewnienie bezpiecznych warunków pracy oraz możliwość skorzystania z różnego rodzaju benefitów np. w postaci prywatnej opieki medycznej. Pracodawcy powinni myśleć nie tylko o zadowoleniu pracownika z zarobków, ale również o jego poczuciu dobrobytu i satysfakcji z innych aspektów życia – odpowiada Edyta Olko.

Według oficjalnych statystyk GUS w Polsce mieszka nawet 2 mln Ukraińców. Cały raport do przeczytania i pobrania tutaj: https://raporty.sanprosynergy.pl/ukraincy

Indeks Cyfryzacji Gospodarki: Polska szybko nadrabia dystans do cyfrowych liderów

  • Kompleksowe opracowanie od The Fletcher School i Mastercard pokazuje, które gospodarki są najlepiej przygotowane na milowy krok w kierunku cyfrowości, wymuszony przez pandemię koronawirusa
  • Polska została zaliczona do gospodarek wybijających się, z dużym potencjałem wzrostu
  • Nasza gospodarka jest w mniejszym stopniu ucyfrowiona w porównaniu do państw Europy Środkowo-Wschodniej. Z drugiej strony szybsze niż u innych tempo cyfryzacji pozwala sądzić, że dystans ten będzie się zmniejszać

The Fletcher School na Uniwersytecie Tufts, w strategicznym partnerstwie z Mastercard, opublikowała raport pt. Indeks Cyfryzacji Gospodarki (ang. Digital Intelligence Index) – opracowanie przedstawiające globalny obraz rozwoju cyfrowych gospodarek oraz rzucające światło na kluczowe czynniki napędzające zmiany. Wynika z niego, że polska gospodarka ma duży potencjał wzrostu, na co mają wpływ rosnące zainteresowanie cyfrowymi usługami ze strony użytkowników, coraz lepsza infrastruktura (m.in. dostęp do szerokopasmowego internetu), jak również obiecująca dynamika wzrostu innowacji.

Jednym z najważniejszych trendów, który wyłonił się w czasie pandemii koronawirusa, jest gwałtowne przyspieszenie w cyfryzacji. To dzięki niej na całym świecie ludzie mogą z domu bezpiecznie pracować, uczyć się, robić zakupy czy utrzymywać relacje z bliskimi. Raport Indeks Cyfryzacji Gospodarki jest oceną rozwoju cyfrowych gospodarek 90 państw i obejmuje swoim zasięgiem 90% światowej populacji mającej dostęp do internetu. W opracowaniu brano pod uwagę 358 różnych czynników. Ich wyniki, podawane w 100-stopniowej skali, zostały uwzględnione w dwóch strategicznych częściach raportu. Pierwsza z nich, Cyfrowe Ewolucje, pokazuje aktualny stan ucyfrowienia gospodarek oraz tego, w jakim tempie cyfryzacja ta na poszczególnych rynkach postępuje. Sekcja Cyfrowe Zaufanie w bardziej wnikliwy sposób obrazuje z kolei sam cyfrowy ekosystem – z jednej strony jego poziom zaawansowania, a z drugiej nastawienie konsumentów i organizacji wobec cyfryzacji.

Cyfrowe przyspieszenie w Polsce

Z raportu The Fletcher School i Mastercard wynika, że obecnie najbardziej cyfrowe gospodarki świata to Singapur (98,8 pkt.), Stany Zjednoczone (89,8) i Hong Kong (88,1). Razem z Koreą Południową, Tajwanem, Niemcami, Estonią, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, Izraelem czy Czechami są to gospodarki przydzielone do grupy wyróżniających się (stand out), tzn. takich, które osiągnęły już wysoki poziom cyfrowego zaawansowania, a jednocześnie ciągle się rozwijają.

Polsce wskaźnik na poziomie 63,6 pkt. dał 34. miejsce na świecie (21. w Europie), na poziomie Łotwy czy Słowacji (w raporcie Digital Evolution Index z 2017 r. Polska uplasowała się na 35. miejscu). Jeśli jednak chodzi o tempo cyfryzacji globalnych gospodarek na przestrzeni ostatnich dwunastu lat (2007-2019), z wynikiem 57,3 plasujemy się na 13. miejscu na świecie, na poziomie Arabii Saudyjskiej czy Malezji. W Europie szybsze tempo cyfryzacji gospodarki zaobserwowano tylko w Rosji (58,9 pkt.). Tym samym Polska, tak jak Chiny, Indie, Indonezja czy Rosja, znalazła się w gronie gospodarek wybijających się (break out) – szybko rozwijających się, które dzięki dużej dynamice i potencjale wzrostu są bardzo atrakcyjne dla inwestorów. Globalnie zdecydowanie najszybsze tempo cyfryzacji notują Chiny (85,5 pkt.), przed Azerbejdżanem (65,3) i Indonezją (64,0).

Trzecia kategoria gospodarek została określona jako hamujące (stall out). Są to te państwa, które pod względem cyfrowości są już dojrzałe, natomiast obserwuje się u nich spowolnienie tempa rozwoju technologii cyfrowych. W większym stopniu stawiają teraz na zrównoważony rozwój i zazwyczaj inwestują w zwiększenie włączenia cyfrowego. Przykłady takich gospodarek to: Szwecja, Wielka Brytania, Holandia, Japonia czy Kanada.

Czwartą kategorią są gospodarki przykuwające uwagę (watch out), w których wciąż jest jeszcze sporo do zrobienia w kontekście infrastruktury, jednak nadzieją są dla nich młodzi ludzie, okazujący duży entuzjazm w zakresie korzystania z mediów społecznościowych czy płatności mobilnych. Przykłady takich gospodarek to: Nigeria, Uganda, Kolumbia, Peru, Pakistan czy Sri Lanka.

„Nigdy wcześniej nie było tak pilnej potrzeby zrozumienia czynników, które napędzają cyfryzację i zaufanie do niej. Wszystkie gospodarki świata, w tym polska, muszą mierzyć się z wyzwaniami wywołanymi przez pandemię i jednocześnie przygotowywać się na czas po-pandemiczny. Niezależnie od szerokości geograficznej, kluczowym elementem odbudowy gospodarek będzie sukces cyfrowy i skorzystanie z ogromnych możliwości, jakie dają nowe technologie i innowacje” – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny na Polskę, Czechy i Słowację w Mastercard Europe.

Wzrasta zainteresowanie cyfrowymi usługami

Na ogólny wynik ucyfrowienia gospodarki kraju (część Cyfrowe Ewolucje raportu) mają wpływ cztery istotne kryteria.

  • „Podaż cyfryzacji” pokazuje, jak bardzo rozwinięta jest infrastruktura ułatwiająca interakcje i transakcje cyfrowe. Rozumiana jest m.in. przez pryzmat powszechnego dostępu do szerokopasmowego internetu. W tym zestawieniu Polska z wynikiem 67,0 pkt. zajmuje 37. miejsce na świecie (pierwszy jest Singapur z wynikiem 100,0), jednak pod względem tempa rozwoju tego czynnika jesteśmy już na 14. miejscu (wynik 72,0, najwyższy Rwanda – 80,4).
  • „Popyt na cyfryzację” to z kolei obraz tego, czy konsumenci chcą i potrafią korzystać z dóbr cyfrowego ekosystemu, jak również czy mają do tego odpowiednie narzędzia. Wynik na poziomie 78,1 pkt. dał Polsce 29. miejsce na świecie (światowym liderem jest Korea Płd. z wynikiem 100,0). Jeśli chodzi jednak o rozwój tego parametru na przestrzeni ostatnich lat, to nasza pozycja jest zdecydowanie wyższa, bo 10. (wynik 55,4 pkt., najwyższy mają Chiny – 93,4). Wyniki raportu The Fletcher School i Mastercard pokazują zatem, że w Polsce popyt na korzystanie z cyfrowych produktów i usług jest na wyższym poziomie niż podaż. Jednocześnie pod względem tempa rozwoju obydwu tych czynników na przestrzeni ostatnich lat, polska gospodarka plasuje się w ścisłej europejskiej czołówce, co dobrze rokuje na przyszłość.
  • Otoczenie instytucjonalne to kryterium pokazujące, czy polityka prowadzona przez rządzących i stanowione prawo tworzą dobry klimat do rozwoju cyfrowych technologii i innowacji. Pod tym względem jesteśmy na 38. miejscu na świecie (wynik 60,2 pkt.), na poziomie Czech czy Gruzji. Najwyższy wynik ma Singapur (99,9). Pod względem tego, jak bardzo otoczenie instytucjonalne sprzyjające cyfrowości rozwinęło się w ostatnich dwunastu latach, jesteśmy na 44. miejscu (29,8), na poziomie Nowej Zelandii czy Niemiec. Najwyższy wynik uzyskał Azerbejdżan (49,9).
  • Innowacje i zmiany to wskaźnik pokazujący, w jakim stopniu innowacje stanowią siłę gospodarki cyfrowej państwa. Innowacja jest w tym przypadku rozumiana nie tylko jako dostępność nowych produktów i usług cyfrowych, ale też talentów i kapitału ludzkiego, czy jakość współpracy uniwersytetów i przemysłu w zakresie badań i rozwoju (R&D). To kryterium daje Polsce 39. miejsce (41,4 pkt.), na poziomie Bahrajnu czy Łotwy. Wyżej od nas uplasowały się m.in. inne kraje z naszego regionu: Czechy, Estonia, Litwa, Słowenia czy Słowacja. Liderem na świecie jest Singapur (90,2), przed Hong Kongiem i Stanami Zjednoczonymi. Obiecujący może być natomiast dla Polski wskaźnik szacujący wzrost poziomu innowacji w gospodarce w ostatnich dwunastu latach. Wynik 45,0 dał Polsce już 17. miejsce na świecie, na poziomie Filipin czy Singapuru. Z państw Europy wyżej od Polski uplasowały się jedynie Ukraina i Litwa. W skali globalnej innowacje w gospodarce najszybciej postępują w Chinach (58,6), Etiopii i Hong Kongu.

Polacy pozytywnie nastawieni do cyfryzacji

W drugiej części raportu, Cyfrowe Zaufanie, poddano analizie 42 gospodarki z całego świata. Pod uwagę były brane cztery czynniki obrazujące, na jakim poziomie zaawansowania jest budowa cyfrowego ekosystemu w poszczególnych państwach i w jakim stopniu jest on przyjazny oraz bezpieczny z perspektywy użytkowników.

  • W krajach takich jak Brazylia, Kolumbia czy Meksyk cyfrowa gospodarka ma szansę przyspieszyć dzięki zachowaniu użytkowników, którzy wykazują bardzo duże zainteresowanie mediami społecznościowymi, płatnościami w internecie czy mobilnymi. Pod względem otwartości użytkowników na tego typu cyfrowe rozwiązania Polska znalazła się na 30. miejscu (wynik 30,3 pkt.), zaś liderem są Chiny (100,0).
  • W gospodarkach takich jak Chiny, Indonezja czy Wietnam obserwuje się coraz bardziej przychylne nastawienie użytkowników wobec cyfrowej przyszłości. Ten wskaźnik pokazuje też m.in., czy ufamy firmom technologicznym oraz instytucjom publicznym, że bezpiecznie i etycznie zarządzają naszymi danymi. Polska w tym zestawieniu znajduje się na 13. miejscu (58,25 pkt.), pierwsza jest Holandia (78,6).
  • Gospodarki o bardziej dojrzałym podejściu do cyfryzacji, takie jak Szwecja, Holandia czy Dania (numer 1., wynik 73.06), mogą pochwalić się zbudowaniem zaufania do cyfrowego środowiska. Wskaźnik ten określa, na ile gwaranci zaufania, tacy jak rząd czy duże korporacje, zapewnili bezpieczny i pewny ekosystem online. Polska znalazła się na 17. miejscu (58.31), tuż za Stanami Zjednoczonymi.
  • Gospodarki takie jak Stany Zjednoczone (najlepszy wynik, 78.16), Hong Kong, Tajwan, Korea Południowa i Singapur zapewniają obywatelom niemalże bezproblemowe możliwości korzystania z usług cyfrowych. W tym wskaźniku brano pod uwagę trzy komponenty: infrastrukturę (np. zasięg sieci 4G w kraju), dostęp (np. jaki odsetek populacji może korzystać z internetu) oraz interakcję (jaka jest wydajność łączności szerokopasmowej i komórkowej bądź czy robienie zakupów online jest bezproblemowe). Doświadczeniom tym towarzyszy wysoki poziom zaangażowania użytkowników, co już teraz daje czołowym gospodarkom pewną przewagę nad pozostałymi. Polska znalazła się na 25. miejscu (51,25 pkt.).

Kto zmienił pracę w 2020 roku? Te branże pracownicy wybierali najczęściej

Specjaliści IT, kierownicy ds. rozwoju i biznesu, analitycy biznesowi, psychologowie, radcy prawni – to pracownicy, których w minionym roku przybyło na polskim rynku pracy najwięcej. Z badań firmy Devire, która wspólnie z Kodilla.com przeanalizowała profile prawie 200 tys. specjalistów wynika, że wielu z nich przeszło tam z całkiem innych zawodów.

Analiza przeprowadzona przez Devire na prośbę Kodilla.com w drugiej połowie grudnia 2020 roku pokazała, w których branżach nastąpiły największe rotacje pracowników – jacy eksperci podjęli decyzję o zmianie firmy, specjalizacji lub przebranżowieniu się i w jakich nowych zawodach wystartowali. Z analizy dowiedzieliśmy się także, dla kogo w ubiegłym roku było najwięcej ofert pracy, które miasta pracownicy wybierali najchętniej, a w których specjalistów ubywało.

Badanie przeprowadziliśmy na grupie 2 876 265 pracowników zarejestrowanych w portalu Linkedin. Wśród nich wyselekcjonowaliśmy 193 896 osób, które zadeklarowały zmianę pracy w przeciągu ostatniego roku. Na podstawie analizy przebiegu ich kariery zawodowej, oszacowaliśmy nie tylko najbardziej i najmniej atrakcyjne dla pracowników sektory pracy, ale dodatkowo przygotowaliśmy prognozę oceniającą kondycję, w której mogą znaleźć się poszczególne gałęzie gospodarki w 2021 roku – mówi Paulina Kubera, ekspertka ds. rynku pracy oraz rekrutacji IT w Devire.

Najwięcej pracy w 2020 roku było w IT

Jak podkreśla Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania Kodilla.com, wśród branż, które oferowały najwięcej pracy w 2020 roku dominował sektor związany z nowymi technologiami.

Potwierdziły się wcześniejsze prognozy, że branża IT nie tylko pozostanie stabilna, ale wręcz będzie nadal mocno się rozwijać. W 2020 roku takim impulsem stało się wzmożone zapotrzebowanie na oprogramowanie, związane z masowym przechodzeniem biznesu do strefy online – mówi ekspertka Kodilla.com.

Gdy spojrzymy na stanowiska skupione wokół IT i zsumujemy dane zauważymy, że rzeczywiście to tu działo się najwięcej. Dla przykładu pracownicy specjalizujący się w nowoczesnych technologiach i usługach informatycznych otrzymali takich propozycji aż 9,8 tys. (czyli o 2,4% więcej niż jeszcze w roku 2019). Poza tym na pracę mogli liczyć eksperci od oprogramowania komputerowego, dla których pojawiło się 2,1 tys. ofert, co stanowiło wzrost o 2,6% w porównaniu z rokiem ubiegłym.

Wzrost liczby specjalistów w ciągu 1 roku:

Kto zmienił pracę w 2020 roku Te branże pracownicy wybierali najczęściej (1)
Kodilla.com na bazie danych Devire

Ciekawie wypada też zestawienie, z którego dowiadujemy się, dokąd z poszczególnych branż migrowali specjaliści wybranych sektorów:

  1. Pracownicy branży „Oprogramowanie komputerowe” przechodzili do: branża IT (2214 osób), usługi finansowe (241 osób), telekomunikacja (165 osób)
  2. Pracownicy branży „Usługi finansowe” przechodzili do: branża IT (830 osób), bankowość (501 osób), ubezpieczenia (187 osób)
  3. Pracownicy branży „Bankowość” przechodzili do: usługi finansowe (615 osób), branża IT (600 osób), ubezpieczenia (88 osób)
  4. Pracownicy branży „Telekomunikacja” przechodzili do: branża IT (587), usługi finansowe (123 osoby), bankowość (80 osób)
  5. Pracownicy branży „Marketing i reklama” przechodzili do: branża IT (685 osób), sprzedaż detaliczna (82 osoby), usługi finansowe (70 osób)
  6. Pracownicy branży „Produkcja urządzeń  elektrycznych i elektronicznych” przechodzili do: branża IT (257 osób), motoryzacja (100 osób), usługi bankowe (91 osób)
  7. Pracownicy branży „Konsulting/zarządzanie” przechodzili do: branża IT (321 osób), usługi finansowe (157 osób), bankowość (86 osób)
  8. Pracownicy branży „Sprzedaż detaliczna” przechodzili do: branża IT (253 osoby), usługi finansowe (101 osób), logistyka (84 osoby)

Których specjalistów i gdzie przybywa najwięcej?

Spośród prawie 200 tys. osób, które zdecydowały się w 2020 roku na zmianę firmy bądź branży, największą uwagę kandydatów przyciągały stanowiska związane z IT.

Z danych, które udostępniło nam Devire, widać, że jako programistów front-end zatrudniono 6960 osób (8% wzrost w ciągu ostatniego roku), a jako starszych inżynierów ds. oprogramowania 9480 osób. Pracę znaleźli też tacy specjaliści, jak kolejno: Full Stack Engineer – 4285 osób (4% wzrost), inżynier ds. oprogramowania – 26 024 osób (4% wzrost) i analityk – 5883 osób (3% wzrost) – wymienia Magdalena Rogóż.

Ale wzrosty zanotowano także w innych sektorach. W przypadku kierowników ds. rozwoju i biznesu przybyło 5092 nowych specjalistów (7% wzrost), grono analityków biznesowych powiększyło się o 4322 specjalistów (6% wzrost). Działo się także w całkiem innych obszarach, np. 5639 osób zostało psychologami (4% wzrost), a 8513 osób radcami prawnymi (wzrost 3%). Nie widać również spadków w branży HR (4457 osób i 3% wzrost), co oznacza, że rekrutacje na rynku pracy cały czas trwają.

Gdy spojrzymy na powyższe dane z punktu widzenia lokalizacji miejsca pracy, można zauważyć tendencję wskazującą, które miasta przyciągają najwięcej pracowników, a gdzie ich zaczyna ubywać. Oto najczęściej pojawiające się migracje między Warszawą a innym dużym miastem. Jak widać, więcej warszawiaków wybrało Kraków niż na odwrót. W dalszej kolejności są: Wrocław (865 pozyskanych specjalistów), Gdańsk (747), Poznań (715) i Łódź (679).

Kto zmienił pracę w 2020 roku Te branże pracownicy wybierali najczęściej (1)
Kodilla.com na bazie danych Devire

Kodilla.com na bazie danych Devire

Prognoza: Co się wydarzy na rynku pracy w 2021 roku?

Dobrym punktem odniesienia do snucia prognoz na 2021 rok są poziomy wynagrodzeń.

– W najnowszym raporcie Devire “Przegląd Wynagrodzeń 2021” piszemy, że z pewnością nie zmaleje zapotrzebowanie na takich ekspertów, jak: Cloud Engineer, Cloud Architect, Cloud Security Engineer czy Cloud Network Engineer. Obserwujemy też wyraźnie zwiększony popyt na doświadczonych kandydatów z obszaru DevOps ze znajomością rozwiązań cloudowych, których oczekiwania finansowe wzrosły w ciągu roku z około 22 000 zł do średnio 25 000-27 000 zł netto na umowie B2B, Przewidujemy, że ta tendencja utrzyma się w 2021 roku, a inżynierowie DevOps będą mogli liczyć na wynagrodzenia wyższe o 10-15% – tłumaczy Paulina Kubera z Devire.

Wśród trendów, które mogliśmy obserwować jeszcze w 2020 roku i które na pewno się utrzymają w 2021 roku, widać wzrost znaczenia pracowników z branży e-commerce, którzy dziś mogą znaleźć zatrudnienie niemal w każdej branży. Tacy specjaliści mogą liczyć na zarobki od 5 do nawet 30 tys. złotych brutto miesięcznie.

Poza tym w 2021 roku pracodawcy będą poszukiwać przede wszystkim ekspertów z obszarów CRM, marketing automation, programmaticu czy analityki danych digitalowych i CRM-owych. Tylko w ostatnich miesiącach aż 90% kandydatów z branży przyznaje, że dostało zaproszenie do udziału w tego typu rekrutacji.

Rok 2020 przyniósł wiele zmian – również w poziomie oferowanych wynagrodzeń. Część pracodawców była zmuszona uszczuplać swoje struktury, część wysyłała pracowników na przymusowe urlopy, zmniejszano wynagrodzenia lub wstrzymywano premie i bonusy. Pierwszą falę zwolnień obserwowaliśmy głównie w: transporcie, branży turystycznej, horeca, w usługach, szkoleniach, eventach. Przez wprowadzenie ograniczeń w handlu ucierpiała gastronomia, rozrywka i handel inny niż spożywczy. Dla wielu branż pandemia stała się jednak katalizatorem zmian i mówi się, że to najbardziej skuteczny digital transformation manager, który zmobilizował do szybszego unowocześnienia biznesów, rozwoju kanału sprzedaży online i przeniesienia jeszcze większej części budżetów do internetu.

Pracownicy udowodnili też, że potrafią pełnić swoje obowiązki zdalnie. Udało się to nawet w branżach, w których praca na home office była jeszcze do niedawna wyjątkowym przywilejem. W innych, takich jak IT, gdzie praca zdalna była tylko pewną opcją, stało się to już niemal normą – podsumowuje Magdalena Rogóż z Kodilla.com.

Oprac. Kodilla.com

Jedna czwarta Polaków nie ma obecnie żadnych oszczędności

Blisko połowa Polaków ma oszczędności nieprzekraczające 5 tys. zł, w tym niemal jedna czwarta nie posiada żadnych odłożonych środków – wynika z badania „Barometr oszczędności” przeprowadzonego na zlecenie Krajowego Rejestru Długów. Prawie 35% prognozuje, że za zaoszczędzone pieniądze jest w stanie utrzymać się jedynie miesiąc.

Mimo że wielu Polaków podczas pandemii częściej niż wcześniej wstrzymuje się z wydatkami, analizuje ceny przed zakupem i kupuje na raty, to ich oszczędności wciąż są na poziomie, który nie zapewnia długotrwałego bezpieczeństwa finansowego. Jednocześnie niemal połowa z nas zaczęła gromadzić pieniądze, mając w głowie możliwe problemy finansowe związane z pandemią.

Finansowa poduszka potrzebna jak nigdy

Jak wynika z badania „Barometr Oszczędności” przeprowadzonego przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, blisko jedna czwarta (24%) Polaków deklaruje, że nie posiada obecnie żadnych oszczędności. Więcej niż co dziesiąta (11,5%) osoba trzyma na czarną godzinę kwotę mniejszą niż 1 tys. zł. Od 1 tys. do 4,9 tys. zł ma 17% osób, a prawie jedna trzecia deklaruje oszczędności wyższe niż 5 tys. zł.

Większości z nas odłożone pieniądze wystarczą na utrzymanie w okresie krótszym niż pół roku w sytuacji nagłej utraty pracy. Może się więc okazać, że nie zapewnią nam bytu do czasu, gdy znajdziemy kolejne zatrudnienie. Jedna czwarta respondentów twierdzi, że po utracie pracy byłaby się w stanie utrzymać przez trzy miesiące, niemal co piąty (18%) ma zapewnione finansowanie na miesiąc, a 17% do pół roku. Najbezpieczniejszą sytuację ma tylko 13% Polaków – w wypadku nagłej utraty pracy są w stanie utrzymać się z oszczędności ponad rok.

Badania pokazują, że w Polsce mniej więcej tyle samo osób posiada oszczędności finansowe, co nie odkłada w ogóle. Niepokojące jest to, że większość tych drugich nie ma z czego odłożyć. Tymczasem posiadanie pewnej poduszki finansowej jest bardzo ważne właśnie w takich chwilach jak ta, w pandemii, w kryzysie. Na szczęście, wszystko wskazuje na to, że dzięki szczepieniom sytuacja w kraju w najbliższych kilku miesiącach powinna się nieco ustabilizować, a poprawa gospodarki wpłynie też na portfele konsumentów. W związku z tym jest szansa, że i więcej osób będzie mogło odłożyć gotówkę na czarną godzinę – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Dlaczego nie oszczędzamy?

Niemal 52% z nas nie gromadzi oszczędności w pandemii. Dla blisko 2/3 z tej grupy głównym powodem są zbyt niskie dochody. Blisko co dziesiątą osobę przed oszczędzaniem powstrzymuje konieczność pokrycia dużych aktualnych wydatków. W grupie nieoszczędzających w obliczu koronawirusa są też osoby, które po prostu nie obawiają się o swoją sytuację finansową (17%) albo nie przewidują negatywnych skutków pandemii dla swojego portfela (13%). Z kolei co dziesiąty deklaruje, że posiada już wystarczające środki na wypadek sytuacji kryzysowych. Natomiast 9% badanych  w razie problemów finansowych liczy na możliwość zwrócenia się po pomoc do rodziny czy znajomych.

W pierwszej kolejności przekładamy wyjazdy i remonty

Pandemia i związana z nią chęć oszczędzania najczęściej powstrzymała Polaków przed wyjazdem na wakacje lub zmusiła do przełożenia go na późniejszy termin – wskazał tak więcej niż co trzeci badany (34,5%). Aby zaoszczędzić, co piąty Polak zrezygnował lub przełożył na później remont mieszkania lub domu, a blisko co dziesiąty wycofał się z planów zakupu samochodu czy wyprawienia uroczystości rodzinnej, jak wesele czy komunia. Pandemia zmieniła także decyzję 4% badanych odnośnie zakupu mieszkania lub domu. To dość duży odsetek, biorąc pod uwagę, że to kosztowny wydatek i takie plany mogła mieć jednak ograniczona liczba respondentów.

Redukcja wydatków na wyjazdy w części jest pochodną ograniczeń w przemieszczaniu się czy korzystaniu z usług hotelowych, ale nie tylko. Latem jednak wielu ludzi wyjechało na wakacje. Dość zaskakujące są natomiast deklaracje o ograniczeniu wydatków na remonty. W czasie pandemii markety budowlane były oblegane, a zewsząd słyszeć można było, że pandemia i spędzanie czasu we własnych czterech ścianach zmobilizowały Polaków do ich wyremontowania. Jednak jak pokazuje nasze badanie, sporej części osób pandemia pokrzyżowała te plany – zauważa Adam Łącki i dodaje, że odłożone wydatki czy całkowita z nich rezygnacja ma negatywne konsekwencje dla poszczególnych branż. Firmy, takie jak np. biura turystyczne, muszą radzić sobie ze znacznie mniejszymi wpływami. Aby przetrwać muszą same ciąć wydatki, np. poprzez redukcję zatrudnienia, a to z kolei ma negatywne konsekwencje dla całej gospodarki.

Oszczędzają więcej, bo wydają mniej

Osobom, które oszczędzają w pandemii, najczęściej udaje się odłożyć miesięcznie od 100 do 299 zł (27% wskazań). Kolejnymi często wskazywanymi zakresami były kwoty rzędu 300-499 zł (16%) i 500-999 zł (13%). Odłożenie z pensji powyżej 1 tys. zł deklaruje 13% badanych.

Dodatkowo 42,3% Polaków twierdzi, że w czasie pandemii częściej niż wcześniej rezygnuje z wydatków, które nie są konieczne, 36,1% wstrzymuje nawet te niezbędne, a jedna trzecia korzysta z promocji i ofert specjalnych oraz porównuje oferty, by wybrać najkorzystniejszą.

Jest i druga strona medalu. Nasze badanie pokazuje, że część osób w pandemii nie wydaje pieniędzy, jeśli nie musi. Przykładowo, pracując zdalnie, mniej pieniędzy przeznacza na dojazdy, parking, służbowe ubrania czy kawę „na mieście”. Dzięki temu do przysłowiowej skarbonki wrzuca więcej. Może sobie na to pozwolić 28 proc. ankietowanych – podsumowuje prezes KRD BIG SA.

Ogólnopolskie badanie „Barometr oszczędności” zostało przeprowadzone w drugiej połowie października 2020 roku przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej metodą CAWI na reprezentatywnej grupie 1000 Polaków.

Stanowisko ZPP ws. wprowadzania nowych obciążeń dla przedsiębiorców

W 2020 roku staliśmy się świadkami bezprecedensowego kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa. Polska gospodarka po raz pierwszy od trzydziestu lat doświadczyła recesji. Potrzebujemy zatem silnego impulsu rozwojowego – tymczasem wprowadzane są jednak kolejne obciążenia dla przedsiębiorców. ZPP konsekwentnie postuluje dwunastomiesięczne moratorium na wszelkie nowe obciążenia – zarówno podatkowe, jak i regulacyjne.

Możemy z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że przedsiębiorcy stawili czoła trudnemu wyzwaniu związanemu z rozwojem epidemii. Wprowadzili, gdzie tylko to możliwe, pracę zdalną, wdrożyli podwyższony reżim sanitarny oraz zmienili swój model działalności. Niestety, przedłużający się lockdown i kolejne ograniczenia zwiększają ryzyko masowych bankructw i zwolnień, które odbiją się nie tylko na kondycji finansowej przedsiębiorstw, ale również na warunkach bytowych pracowników.

W otoczeniu makroekonomicznym nie widać jeszcze oznak szczególnego załamania, jednak niepokoić musi sytuacja konkretnych branż. Istnieje duże ryzyko, że w najbliższym czasie zagrożenie kryzysem rozleje się również na pozostałe sektory.

Ryzyko to jest poważnie zwiększone przez fakt, że rząd nie ogranicza się jedynie do zakazywania działalności gospodarczej branżom takim, jak hotelarstwo, gastronomia, czy fitness, ale wprowadza również nowe obciążenia dla przedsiębiorców borykających się ze skutkami kryzysu. Dla przykładu, zamknięcie sklepów w galeriach handlowych przez 114 dni doprowadziło do utraty przez branżę przychodów w wysokości aż 30 mld zł – nawet to nie powstrzymało wszczęcia poboru podatku od handlu detalicznego, który szczególnie obciąży rodzime przedsiębiorstwa.

Zdecydowano się również na wprowadzenie podatku cukrowego, mimo oczywiście negatywnych skutków daniny dla producentów i dystrybutorów napojów (a także surowców wykorzystywanych przy ich produkcji), konsumentów oraz znajdującej się w wyjątkowo trudnej sytuacji branży gastronomicznej.

Wymienione daniny to tylko niektóre z długiej listy nowych obciążeń dla przedsiębiorców, do której możemy zaliczyć również: wprowadzenie podatku CIT dla spółek komandytowych, wprowadzenie kaucji od sprzedanego oleju czy modyfikację „podatku od deszczu”.

Ponownie podkreślamy, że działania polskiego rządu idą w odmiennym kierunku niż te w krajach OECD. Przeprowadzona przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców analiza polityki fiskalnej w krajach OECD w trakcie pandemii koronawirusa, pokazuje, że większość krajów zmniejsza podatki i obciążenia dla biznesu. Australia obniża podatki dla wszystkich grup społecznych oraz upraszcza system podatkowy. W ślad za nią Szwecja redukuje podatki dochodowe dla wielu grup społecznych. Aby ulżyć biznesom podczas kryzysu, Niemczy i Czechy wprowadzają czasowe obniżki VAT-u, w szczególności dla branż mocno dotkniętych przez lock down. Polska nie dołączyła do tego trendu.

Omawiając sposoby niwelowania negatywnych gospodarczych konsekwencji pandemii koronawirusa nie sposób nie wspomnieć o unijnym Funduszu Odbudowy. W latach 2021-2027 Polska otrzyma fundusze o niespotykanej dotąd skali. W nowej perspektywie budżetowej Polska otrzyma 160 mld EUR z unijnych funduszy. W świetle otrzymania tak ogromnych środków, wydaje się oczywistym, że presja budżetowa na wprowadzenie nowych podatków oraz zwiększanie tych obecnie stosowanych powinna być znacznie mniejsza, a polski rząd nie powinien wprowadzać zmieniać warunków dla prowadzenia działalności gospodarczej w okresie kryzysu gospodarczego.

Mając na uwadze powyższe, apelujemy do rządu o przyjęcie dwunastomiesięcznego moratorium na wszelkie nowe obciążenia, w tym przede wszystkim te o charakterze podatkowym i parapodatkowym, takie jak np. podatek cukrowy, czy podatek od sprzedaży detalicznej. Podążając śladem innych państw OECD, należałoby również wprowadzić czasową obniżkę VAT-u dla branż najbardziej dotkniętych przez pandemię. ZPP konsekwentnie apeluje o wprowadzenie stawki 5% VAT na wszystkie usługi gastronomiczne.

Polski biznes musi mieć szansę na przetrwanie i odbudowanie się po kryzysie spowodowanym epidemią. Jeśli nowe lub zwiększone obciążenia mu to uniemożliwią, skala negatywnych skutków gospodarczych może być w tej chwili trudna do przewidzenia, a ich koszt z pewnością wyższy, niż ten spowodowany odłożeniem w czasie nowych danin.

Seniorzy na rynku nieruchomości

Seniorzy nie chcą być „uwięzieni” w swoim mieszkaniu. Cenią samodzielność, ale też aktywność i bliskość rodziny.

Wśród sprzedających i kupujących mieszkania i domy jest coraz więcej seniorów – twierdzą pośrednicy w obrocie nieruchomościami w sondzie portalu GetHome.pl. Co skłania osoby w wieku emerytalnym do podjęcia takiej decyzji oraz jakie są ich mieszkaniowe preferencje?

Najpewniej wciąż dla ogromnej większości naszych babć i dziadków przeprowadzka jest ostatnią rzeczą, którą uwzględniają w swoich życiowych planach. Ba, wielu seniorów ma duże mieszkanie lub dom wart setki tysięcy złotych, a mimo to wolą klepać biedę, niż zamienić swoje lokum na mniejsze, tańsze w utrzymaniu. Dlaczego? „Bo starych drzew się nie przesadza”, albo „chcę pozostawić mieszkanie dzieciom lub wnukom” – przypuszczalnie taką odpowiedź usłyszymy najczęściej. Jednak w wiek emerytalny wchodzą pokolenia Polaków, którym obcy jest taki sposób myślenia. W efekcie coraz więcej seniorów decyduje się na zmianę miejsca zamieszkania ze względów praktycznych i finansowych.

–  Transakcje z osobami po 60. roku życia stanowią coraz większy procent w ogólnej liczbie przeprowadzonych umów. Obecnie jest to ok. 20% – przyznaje Łukasz Olszewski, doradca ds. nieruchomości w agencji AJ Promotion.

W podobnym tonie wypowiadają się wszyscy pośrednicy, których zapytaliśmy o aktywność seniorów na rynku mieszkaniowym. Pośrednicy są też zgodni co do tego, że starsze osoby najczęściej kierują się chęcią obniżenia metrażu mieszkania lub domu.

Obniżka kosztów i bliskość rodziny

–  Nie potrzebują 70- czy 80-metrowego mieszkania, gdyż dzieci „wyfrunęły z gniazda”, a koszty są dużym obciążeniem dla emeryckiego budżetu – mówi właściciel biura Estate Polska Paweł Koronkiewicz.

To, że seniorzy często zajmują zbyt duże i kosztowne w eksploatacji domy i mieszkania potwierdzają dane GUS – 60 m kw. ma przeciętne mieszkanie samotnej osoby w wieku 60 lat i więcej, zaś przeciętna powierzchnia mieszkań zajmowanych przez małżeństwa seniorów wynosi ok. 78,5 m kw.

Specjalista ds. nieruchomości w agencji Alfa Home Karol Myśliwiec zwraca uwagę, że w wielu przypadkach decyzja o zamianie mieszkania jest spowodowana chęcią bycia bliżej dzieci lub wnuków, aby pomóc im np. w zajmowaniu się potomstwem.

Albo chęcią przeznaczenia nadwyżki ze sprzedaży większej nieruchomości na wsparcie finansowe dzieci – dodaje Łukasz Olszewski.

–  Zdarzają się też seniorzy, którzy szukają pierwszego mieszkania dla swoich dzieci lub wnuków. Nawet jeśli nie podchodzą do aktu notarialnego, to przynajmniej częściowo finansują zakup nieruchomości i uczestniczą w jej szukaniu – zauważa Tomasz Obarski z agencji Warszawski Agent Nieruchomości.

Karol Myśliwiec przyznaje, że zamiana często oznacza przeprowadzkę z miasta do miasta lub nawet z terenów wiejskich do miasta.

– Dla seniorów życie w mieście jest często wygodniejsze. Np. odpada im obowiązek odśnieżenia czy naprawy dachu w domku jednorodzinnym – mówi Karol Myśliwiec.

Z kolei Łukasz Olszewski zaobserwował, że seniorzy, którzy przez całe życie mieszkali w bloku i marzyli o domu pod miastem, częściej są skłonni wybrać właśnie taką nieruchomości z małym ogródkiem. W przeprowadzeniu transakcji seniorów często wspierają dzieci lub dalsza rodzina. Wielu radzi sobie jednak samemu.

– Rekordzistką była przeszło osiemdziesięcioletnia klientka, która samodzielnie załatwiła wszystkie formalności ze sprzedażą mieszkania, a my pomogliśmy jej przy zakupie – opowiada Karol Myśliwiec.

Niska kondygnacja w dobrej lokalizacji

Pośrednicy są zgodni, że dla seniorów kupujących nieruchomość kluczowa jest lokalizacja, a w przypadku mieszkań także ich położenie w budynku.

–  Starsze osoby chcą mieć w zasięgu ręki sklepy, punkty usługowe, przychodnię zdrowia czy przystanek komunikacji zbiorowej – podkreśla Paweł Koronkiewicz. I dodaje, że seniorzy preferują mieszkanie na parterze i pierwszym piętrze.

–  Osoby starsze niechętnie rozpatrują wyższe piętra, i to nawet wtedy, gdy w bloku jest winda. Obawiają się jej awarii i potencjalnych problemów z pokonaniem większej liczby schodów – mówi Łukasz Olszewski.

–  Odpadają stare budynki bez podjazdów dla inwalidów i ze schodami do wind – dodaje Tomasz Obarski.

Ważnym aspektem jest również wyposażenie samego mieszkania. Chodzi o to, żeby nie było w nim barier architektonicznych dla osób z niepełnosprawnościami. Nawet jeśli kupujący mieszkanie seniorzy nie mają takiego problemu, to zdają sobie sprawę, że w przyszłości może się on pojawić. Zdaniem Łukasza Olszewskiego np. w łazience preferowana jest kabina prysznicowa, najlepiej z niskim brodzikiem.

Według pośredników, osoby samotne kupują kawalerkę z oddzielną kuchnią. Z kolei małżeństwa za optymalne uznają mieszkanie, choćby niewielkie metrażowo, ale składające się z dwóch pokoi – sypialni i salonu. Paweł Koronkiewicz zwraca również uwagę, że starsze osoby chętnie kupują mieszkania, które wystarczy odświeżyć. Najczęściej odrzucają zaś oferty mieszkań, które wymagają gruntownego remontu.

– W przypadku domów, najbardziej poszukiwane się małe, najlepiej parterowe nieruchomości o powierzchni 80-100 m kw. na działkach do 800 m kw. Przy czym system ogrzewania musi być „bezobsługowy” – informuje Karol Myśliwiec.

Najem z opieką zamiast własności

Rosnący udział seniorów w transakcjach mieszkaniowych nie powinien dziwić także dlatego, że jesteśmy jednym z najszybciej starzejących się społeczeństwem w Unii Europejskiej. W naszym kraju już teraz żyje ponad 9,7 mln osób w wieku 60 lat i więcej.struktura-wiekowa-seniorow

Jednak według prognoz GUS w najbliższych 30 latach liczba seniorów wzrośnie do 13,7 mln. W 2050 r. stanowić oni będą ok. 40% społeczeństwa (obecnie ok. 25%). Przy czym najszybciej będzie rósł odsetek osób w wieku 80 lat lub starszych. To oznacza, że najpewniej wzrośnie popyt na mieszkania dostosowane do ich możliwości i potrzeb.

Tym bardziej, że już teraz aż jedna trzecia seniorów ankietowanych przez GUS, uskarża się na bariery architektoniczne w budynku, które utrudniają im dostęp do mieszkania. W wielu PRL-owskich blokach często nie ma windy albo jest jedna, więc kiedy się zepsuje, mieszkanie staje się dla seniora więzieniem.

Ponadto, niemal co dziesiąty senior uważa, że w swoim mieszkaniu nie ma odpowiednich warunków techniczno-sanitarnych. Chodzi m.in. o brak ciepłej i bieżącej wody, łazienki czy centralnego ogrzewania.wady-mieszkan-seniorow

Wprawdzie siła nabywcza seniorów jest niska – przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny wynosił w 2019 r. ok. 2,1 tys. zł. Z drugiej strony, jak już wspomnieliśmy, wielu z nich posiada mieszkanie lub dom, który mogą sprzedać lub wynająć. Eksperci przewidują, że także w Polsce rozwijał się więc będzie wynajem mieszkań dla seniorów w systemie „assisted living”. Chodzi o to, że seniorzy zachowują w takich mieszkaniach całkowitą samodzielność. Oferowana jest im pomoc w codziennym funkcjonowaniu oraz różnego rodzaju usługi (pranie, sprzątanie, zakupy, posiłki) oraz aktywności.

Pierwsze tego typu komercyjne kompleksy mieszkalne dla seniorów powstały m.in. we Wrocławiu i podwarszawskiej miejscowości Wiązowna. Inwestycje mieszkaniowe dedykowane seniorom realizują też niektóre towarzystwa budownictwa społecznego, m.in. w Stargardzie, Poznaniu, Szczecinie, Toruniu i Wrocławiu. Np. w 2020 r. TBS Wrocław wybudował blok z 57 takich mieszkań. Co ciekawe, na każdym piętrze znajduje się sala spotkań, żeby lokatorzy mogli nawiązywać relacje międzysąsiedzkie.

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

4 trendy w pracy biurowej na 2021 rok

Cyfrowa rewolucja – tak jednym zwrotem można scharakteryzować sposób pracy, który będzie nam towarzyszył w 2021 roku. Trwająca pandemia ma ogromy wpływ na sposób wykonywania pracy biurowej inicjując nowe rozwiązania w tym obszarze. To jak będzie wyglądała praca w najbliższym czasie pokazują cztery trendy, które są odpowiedzią na pandemiczną rzeczywistość. 

Praca hybrydowa

Praca zdalna stała się rzeczywistością, – ale, na jaką skalę? To, czego możemy się z pewnością spodziewać w 2021 roku, to model pracy hybrydowej, w której pracownicy spędzają tylko część tygodnia pracy w biurze. Model pracy w systemie home office ma swoje zalety. Sama zmiana w postaci otwartości pracodawców na taką formę współpracy jest już krokiem w dobrym kierunku. Pracownikom przy pracy zdalnej brakuje jednak bezpośrednich interakcji w zespole. Wskazują na to wyniki amerykańskich badań mówiących o tym, że 41% pracowników wolałoby wrócić do swojego miejsca pracy lub biura, aby pracować, tak jak przed kryzysem.  – Praca zdalna wymaga między innymi, zdolności do ustrukturyzowania i planowania dnia. Osoby, które mają z tym kłopot, często pracują więcej w domu niż w biurze, co oczywiście prowadzi do spadku motywacji i wyczerpania, a na dłuższą metę do wypalenia pracowników – tłumaczy Przemysław Śnioszek, prezes zarządu Grow Uperion, firmy, która stworzyła grywalizacyjną platformę do podnoszenia zaangażowania pracowników. Dlatego wydaje się, że model hybrydowy łączący zalety home office oraz pracy biurowej, będzie nową kulturą pracy w postpandemicznej rzeczywistości. Pracownik, który zamiennie pracuje raz w domu, a raz w biurze, będzie wymagał wsparcia technologicznego. Firmy, które przejdą na model hybrydowy, będą musiały zapewnić pracownikom smart przestrzeń, czyli biuro, które jest interaktywne i komunikuje się z pracownikami.

Work-Tech

Model pracy hybrydowej lub zdalnej spowodował, że pracodawcy zaczęli szukać rozwiązań pomagających pracownikom odnaleźć się w nowej sytuacji. Wyzwania związane z pracą rotacyjną, zachowaniem odległości między osobami czy rezerwacją sal konferencyjnych zgodnie z reżimem sanitarnym, bez wsparcia nowoczesnych technologii, są bardzo trudne do zrealizowania. –  Od ponad czterech lat tworzymy rozwiązania wspierające pracowników w ich codziennej biurowej rzeczywistości. Poprzez Zonifero można m.in. zarezerwować tak zwane Hot-Desk, czyli przechodnie biurko lub salę konferencyjną, co stało się szczególnie istotne dla firm przystosowujących się do pracy w modelu hybrydowym. Musieliśmy wprowadzić jedynie kilka drobnych adaptacji naszej aplikacji do nowych pandemicznych warunków: np. po zwolnieniu pomieszczenia serwis sprzątający otrzymuje dziś automatyczne powiadomienie, że pomieszczenie jest już wolne i można je zdezynfekować  – wyjaśnia Jacek Ratajczak, prezes Zonifero. Jak zapewniają twórcy rozwiązania, to tylko jedna z możliwości, jakie daje aplikacja, ponieważ pełen jej potencjał można zobaczyć w połączeniu z czujnikami IoT, znajdującymi się w biurowcu.

Prop-Tech

Pandemia ma duży wpływ na rynek nieruchomości biurowych. Inwestorzy, jak i klienci szukają inteligentnych biur, które będą pomagały realizować ich potrzeby z zakresu zarządzania zasobami ludzkimi, patrząc na nie także przez pryzmat pandemii. Dziś nowoczesne biuro to nie tylko element prestiżu, ale także narzędzie do radzenia sobie z nietypową sytuacją, w jakiej się znaleźliśmy. Innowacyjne technologie potrafią wspierać pracodawcę i pracownika. – Z poziomu aplikacji mobilnej w inteligentnym biurowcu można zgłosić usterkę. Na przykład kiedy w zarezerwowanej sali konferencyjnej nie możemy nawiązać połączenia video przed ważnym spotkaniem. Jeżeli nie pojawimy się na spotkaniu w zarezerwowanej sali, system, przywróci jej dostępność dla innych pracowników oraz wyłączy zbędne urządzenia, tak aby nie marnowały energii – tłumaczy Jacek Ratajczak z Zonifero. Dziś, kiedy biura są mniej intensywnie używane lub w związku z rotacją pracowników wymagają codziennej dezynfekcji, takie smart rozwiązania pozwalają zmniejszać koszty eksploatacji budynku.

Video konferencje i narzędzia do pracy zespołowej

Bez względu na to, czy pracownik jest w domu czy w biurze, video konferencja i korzystanie z komunikatorów na stałe wpisało się w krajobraz pracy biurowej. Oprócz podstawowych kwestii, takich jak stabilność połączenia czy jakość obrazu, przedsiębiorcy bardzo szybko zorientowali się, że warto korzystać z rozwiązań zapewniających bezpieczeństwo i integracje z oprogramowaniem, którego używali przed pandemią. Ogromną popularnością zaczęły cieszyć się programy, które nie tylko pozwalają na video rozmowę czy czat, ale także na dzielenie się plikami, grupowe dyskusje lub wspólną prace nad projektem. Kolejnym niezwykle istotnym aspektem jest kwestia bezpieczeństwa. – Oprogramowanie pozwalające na bezpieczną pracę w grupie, stało się jednym z podstawowych wymagań w obecnej rzeczywistości. Kwestie bezpieczeństwa, odnoszące się do możliwości nagrywania spotkań czy dzielenia się widokiem ekranu i plikami, to dziś zagadnienia niezwykle ważne dla pracy przedsiębiorstw. Zabezpieczenie danych na komputerach pracowników pracujących zdalnie będzie jedną z ważniejszych kwestii w 2021 roku – tłumaczy Rafał Jaworski, dyrektor do spraw cyberbezpieczeństwa w ProtectHut.

Praca u progu trzeciej dekady XXI wieku zmieniła się z dnia na dzień. Elastyczny styl pracy wsparty nowoczesnymi technologiami na stałe wpisał się w funkcjonowanie przedsiębiorstw. Szacuje się, że po pandemii około 30% pracowników nadal będzie korzystać z rozwiązań, takich jak praca hybrydowa czy home office. To właśnie technologia sprawiła, że skutki lockdown’u dla wielu firm były łagodniejsze niż się spodziewano.  Większość wprowadzonych rozwiązań technologicznych zostanie z nami już na stałe.

Brexit wywoła wielkie straty w polskich firmach – raport Euler Hermes

Brexit: polskie firmy najwyższe straty ponosić będą w drugiej połowie roku, nawet 1,6 mld złotych utraconych przychodów w ciągu 6 miesięcy.

Polscy eksporterzy tylko w drugim półroczu 2021 roku, po obecnym okresie przejściowym i wprowadzeniu kontroli granicznych, stracą w związku z Brexitem przychody o wartości 1,6 mld złotych – wynika z szacunków Euler Hermes. Najbardziej dotknięci będą oczywiście brytyjscy przedsiębiorcy – eksporterzy z Wielkiej Brytanii mogą stanąć przed rachunkiem za Brexit o wartości nawet 25 mld funtów utraconych przychodów w całym 2021 r.

  • Eksporterzy z Unii Europejskiej mogą stracić 10 mld euro w drugiej połowie 2021 r. po wprowadzeniu kontroli na granicach
  • Euler Hermes szacuje, że w Wielkiej Brytanii w I kwartale nastąpi spadek PKB o 5,5% kw/kw. W całym 2021 roku PKB wzrośnie o 2,5%; ale pełne ożywienie nie jest spodziewane do co najmniej 2023 r.
  • Utrata klientów z Wielkiej Brytanii będzie oznaczać, że polskie firmy będą musiały ich szukać gdzie indziej, aby zastąpić utracone przychody

Z analiz przeprowadzonych przez Euler Hermes, wiodącego na świecie ubezpieczyciela należności handlowych wynika, że brytyjskie firmy zorientowane na eksport stracą w tym roku od 12,0 do 25 mld GBP (około 13,5 mld EUR – 27,3 mld EUR) w wyniku mniejszego popytu na ich towary i usługi, zwiększonej biurokracji związanej z ich sprzedażą i z powodu deprecjacji funta szterlinga (-3% prognozy na 2021 rok).

W przypadku realizacji górnej granicy strat z oczekiwanego scenariusza rozwoju wydarzeń oznacza to 1,1% utraconego PKB Wlk. Brytanii, przy czym sektory, które prawdopodobnie najbardziej ucierpią, to wytwórcy produktów mineralnych i metalowych, maszyn i sprzętu elektrycznego, sprzętu transportowego, chemikaliów i tekstyliów.

Analizy Euler Hermes opierają się na obserwacji przygotowań brytyjskich firm do wejścia Wielkiej Brytanii w kolejną recesję w obliczu trzeciej krajowej blokady wywołanej przez Covid-19 i oczekiwanego spadku brytyjskiego PKB o 5,5% kw/kw w pierwszym kwartale br. Ekonomiści Euler Hermes spodziewają się, że pandemia i okres przejściowy Brexitu ograniczą wzrost PKB do + 2,5% w 2021 r., po czym nastąpi dalszy wzrost o +7% w następnym roku, co oznacza, że gospodarka Wielkiej Brytanii nie powróci do poziomu PKB sprzed kryzysu do co najmniej 2023 roku.

Zgodnie z oczekiwaniami Unia Europejska i Wielka Brytania osiągnęły w ostatniej chwili kompromis w sprawie Brexitu. Jednak umowa jest daleka od ukończenia i nałożyła ponadto okres przejściowy na stronę brytyjską z powodu braku czasu na przygotowania. W przypadku eksporterów z Wielkiej Brytanii utrzymująca się niepewność spowodowała pewne zakłócenia na granicach od początku roku, ponieważ wiele małych firm zawiesiło tymczasowo handel zagraniczny, a około jedna na pięć ciężarówek została zawrócona na skrzyżowaniach przed Kanałem, częściowo z powodu papierkowych utrudnień związanych z Brexitem” – uważa Ana Boata, szefowa działu badań makroekonomicznych w Euler Hermes.

Euler Hermes początkowo prognozował, że eksport z Unii Europejskiej do Wielkiej Brytanii może spaść w pierwszym roku obowiązywania Brexitu nawet o 18 mld EUR. Sześciomiesięczny okres przejściowy do końca czerwca może zmniejszyć te straty o połowę do mniej niż 10 mld EUR. Wciąż najbardziej dotknięte będą Niemcy (2 mld euro strat w przychodach), Holandia (1,2 mld euro), Francja (0,9 mld euro), Belgia (0,7 mld euro) i Włochy (0,6 mld euro) – nawet jeśli straty wyniosą mniej niż 0,5 % ich całkowitego eksportu.

Ana Boata dodaje: „Chociaż umowa jest bardziej korzystna niż inne umowy o wolnym handlu, ponieważ oferuje zerowe cła na towary, bariery pozataryfowe mogą ostatecznie sięgać 10% ze względu na wyjście z unii celnej. Branże, takie jak usługi finansowe, również nadal czekają na „status równoważności” z Unią Europejską, co może zająć więcej czasu niż planowane sześć miesięcy ”.

Obawy dotyczące ciągłości i zmian łańcuchów dostaw w handlu z firmami brytyjskimi będą z powodu pandemii prawdopodobnie mniej dotkliwe niż wcześniej sądzono. Mniej dotkliwe dla firm brytyjskich – a więc bardziej dla dostawców z Unii Europejskiej, w tym z Polski. Niedawne badanie dotyczące łańcucha dostaw przeprowadzone przez Euler Hermes wykazało, że brytyjskie firmy z wyprzedzeniem starały się skrócić swój łańcuch dostaw z tytułu importu, w tym ponad jedna trzecia (35%) postawiła na dostawców krajowych – to znacznie więcej niż w porównywalnie dużych gospodarkach Unii Europejskiej, takich jak Francja, Niemcy czy Włochy.

PIERWSZY ROK BREXITU – KOSZT DLA POLSKICH EKSPORTERÓW

Jak ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka: Skutki Brexitu w obecnej postaci – tak jak go odbieramy to przede wszystkim widok zatorów, TIRów stojących w korkach na granicach i wymęczonych tym wszystkim kierowców, czyli straty przewoźników. Także straty dostawców produktów spożywczych, część których źle znosi przedłużający się transport. To pierwsze skutki, które z czasem może nie znikną całkowicie, ale będą łagodniejsze.

Inne straty będą miały bardziej trwały charakter. W Euler Hermes szacujemy, że administracyjne utrudnienia i zakłócenia w łańcuchach dostaw (w tym zmiana dostawców) w największym stopniu dotkną: przemysł maszynowy i elektryczny (w tym m.in. producentów części samochodowych), następnie wytwórców środków transportu i części do nich (m.in. naczep i części do nich, opon etc.), producentów różnych dóbr konsumpcyjnych (wyposażenie mieszkań, meble etc.). Zaraz za nimi, bo ze skalą strat szacowanych tylko w drugim półroczu 2021 r. na 125 mln złotych jest sektor spożywczy (w tym alkohole) oraz podobnie – sektor chemiczny.

Łączne straty polskich firm z tytułu Brexitu w drugim półroczu tego roku mogą wynieść według szacunków Euler Hermes nawet 1,6 mld złotych. Eksport na Wyspy nie będzie już więc taką lokomotywą sprzedaży (2 rynek zbytu dla polskich eksporterów), jak obecnie. Utrata klientów z Wielkiej Brytanii będzie oznaczać, że polskie firmy będą musiały ich szukać gdzie indziej, aby zastąpić utracone przychody. Wszyscy w Unii Europejskiej będą to robili – może więc warto poszukać trochę dalej? Zestawiając konkurencyjne jakość i cenę polskich produktów z naszą unikalną międzynarodową bazą aktualnych danych i globalnym zasięgiem wsparcia naszych klientów w znajdowaniu i bezpiecznym handlu na innych rynkach, można liczyć na utrzymanie, może nawet wzrost obrotów, a przy tym na większe (i bezpieczniejsze) ich geograficzne zróżnicowanie. To najlepszy czas na wdrożenie nowoczesnego wsparcia sprzedaży jakim jest usługa ubezpieczenie transakcji.

Nowy prezydent USA cofnie część kontrowersyjnych decyzji Donalda Trumpa. Spodziewane ocieplenie w stosunkach USA i UE

Joe Biden będzie zdecydowanie bardziej proeuropejskim prezydentem niż Donald Trump, co jest dobrą wiadomością dla UE. Eksperci spodziewają się, że za nowej administracji dojdzie do ocieplenia stosunków transatlantyckich, a Stany wrócą m.in. do Światowej Organizacji Zdrowia, porozumienia paryskiego i wspierania NATO. Joe Biden, który ma zostać dziś zaprzysiężony w Waszyngtonie, zapowiedział już zresztą cofnięcie części kontrowersyjnych decyzji Donalda Trumpa. Objęcie władzy przez nową administrację nie powinno jednak oznaczać większych zmian w stosunkach polsko-amerykańskich, bo kluczowe interesy geostrategiczne między obydwoma krajami pozostają niezmienne.

– Wydaje się, że nowa administracja Joe Bidena radykalnie zmieni stosunek do amerykańskich sojuszów, szczególnie do Unii Europejskiej, i wróci na ścieżkę, gdzie to właśnie USA były wiodącym krajem na świecie w zakresie rozszerzania wolności gospodarczej, praworządności, praw człowieka, walki ze zmianą klimatu. To wszystko zostało cofnięte za czasów Trumpa i teraz powinno wrócić do normy. Podejrzewam, że wielu europejskich przywódców odetchnęło z ulgą, kiedy dowiedzieli się, że wygrał Joe Biden, ponieważ to będzie powrót do normalności, będzie można normalnie prowadzić rozmowy z amerykańskim prezydentem, tak jak to było za czasów Baracka Obamy – mówi agencji Newseria Biznes Roman Rewald, amerykański adwokat, prezes Centrum Mediacji Konfederacji Lewiatan.

Według amerykańskich mediów i oficjalnych zapowiedzi Bidena w pierwszych dniach sprawowania władzy zamierza on skupić się na walce z koronawirusem, ale wśród priorytetów będzie też cofnięcie części kontrowersyjnych decyzji jego poprzednika, Donalda Trumpa. Nowy prezydent zapowiedział już m.in. powrót Stanów Zjednoczonych do Światowej Organizacji Zdrowia i porozumienia paryskiego. W zeszłym tygodniu Patricia Espinosa, sekretarz wykonawcza ONZ ds. zmian klimatu, wyraziła nadzieję, że USA szybko odbudują przywództwo i wrócą do pozycji lidera w tym obszarze.

 Nastąpi powrót do sojuszów międzynarodowych, ponowne przystąpienie USA do układu paryskiego, wsparcie NATO i wsparcie Unii Europejskiej, które do tej pory było bardzo źle widziane w Waszyngtonie. Wydaje się też, że Stany Zjednoczone na nowo pójdą w kierunku rozszerzania wolności i swobód obywatelskich, jak i praworządności w świecie. Na to wszystko szykuje się również Departament Stanu, który zostanie prowadzony przez znakomitego fachowca w tym zakresie, ale trzeba będzie m.in. odbudować dyplomację amerykańską, która została poważnie zdziesiątkowana podczas administracji Trumpa – mówi Roman Rewald.

Ocieplenia transatlantyckich stosunków spodziewa się też dr Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce, który określa Bidena jako najbardziej proeuropejskiego prezydenta, jakiego Unia może sobie życzyć.

 Oczywiście nie ma powrotu do utraconego raju i stosunki transatlantyckie w takiej postaci, jaką znamy z przeszłości, nie będą takie same. UE jest dzisiaj bardziej aktywna i samodzielna na scenie międzynarodowej. I o tym z Joe Bidenem pewnie będzie rozmawiało się znacznie lepiej niż z ustępującym prezydentem. Ale to nie zwolni Unii z nowych obowiązków, które wynikają z faktu, że świat się zmienił. Chiny są inne, mocniejsze, niż były jeszcze jakiś czas temu, mają większe aspiracje gospodarcze i polityczne. W jakiejś mierze to samo można też powiedzieć o Rosji. To będzie czas pracy nad nową postacią stosunków transatlantyckich – mówi.

Jak wskazuje, stosunek do polityki Chin i światowych relacji handlowych może okazać się testem dla amerykańsko-europejskich relacji. Po doświadczeniu pandemii COVID-19 UE będzie chciała odgrywać większą rolę przy narzucaniu zasad polityki handlowej na świecie. Jednak szef Przedstawicielstwa KE w Polsce ocenia, że w nowej administracji amerykańskiej Unia z pewnością będzie miała obliczalnego i życzliwego partnera.

– Mówi się, że ten styl polityki, który się wiązał z prezydentem Donaldem Trumpem, czyli pogarda dla faktów, zarządzanie polityką jak spółką akcyjną, prawo silniejszego, to było nieszczęście. Ale wszyscy wiemy, że to istniało już przed prezydentem Trumpem i będzie też po nim. Czyli Trump odchodzi, ale trumpizm zostanie. Nie zgadzam się jednak z tymi, którzy uważają, że odejście Trumpa niewiele zmieni. Otóż jest ogromna różnica, czy ten styl uprawiania polityki jest oficjalną polityką państwa, czy też nie – podkreśla dr Marek Prawda.

Zdaniem Romana Rewalda zmiana prezydentury w USA nie pociągnie za sobą natomiast większych zmian w stosunkach polsko-amerykańskich. Kluczowe interesy geostrategiczne i obronne między obydwoma krajami pozostają niezmienne, niezależnie od tego, kto rządzi Polską i USA. Dlatego Stany najprawdopodobniej wciąż będą utrzymywać dobre relacje i ścisłą współpracę z Polską.

– Interesy narodu amerykańskiego i polskiego są bardzo zbliżone. Polska i USA są powiązane wieloma sojuszami, są uczestnikami tych samych umów międzynarodowych – mówi prezes Centrum Mediacji Konfederacji Lewiatan. – Dlatego sojusz polsko-amerykański jest naturalny i będzie trwał dalej. Żadne rządy, najbardziej nawet radykalne, nie są w stanie naruszyć tego oczywistego faktu, że Polska i Stany Zjednoczone mają wspólne interesy.

Ceremonia zaprzysiężenia nowego, 46. prezydenta USA Joe Bidena i jego zastępczyni, wiceprezydent Kamali Harris ma się odbyć w środę, 20 stycznia. W związku z planowaną uroczystością i atakiem na Kapitol, do którego doszło dwa tygodnie temu, w Waszyngtonie wciąż obowiązują zaostrzone środki bezpieczeństwa, stacjonuje tam kilkanaście tysięcy żołnierzy Gwardii Narodowej z kilkudziesięciu stanów. Tym bardziej że przed zbrojnymi protestami w dniu zaprzysiężenia ostrzegało już FBI.

Polskie koncerny łączą siły na rynku farm wiatrowych. Dzięki nowej ustawie inwestycje na Bałtyku dynamicznie przyspieszą

– Ten rok będzie szalenie ważny dla budowy farm wiatrowych na Bałtyku, będziemy intensyfikować przygotowywania do budowy – zapowiada prezes zarządu PGE Wojciech Dąbrowski. W ciągu kilku dni Grupa powinna zakończyć negocjacje z duńską firmą Ørsted, czyli potencjalnym partnerem biznesowym przy projektach farm Baltica 2 oraz 3. Obie inwestycje są już mocno zaawansowane w przygotowaniach. Grupa chce, żeby w wartym 20 mld zł projekcie inwestycyjnym w jak największym stopniu uczestniczyły polskie firmy. Wspólnie z Eneą i Tauronem zawarła porozumienie o współpracy przy rozwijaniu kolejnych projektów wiatrowych na morzu. Przyspieszenie w obszarze morskiej energetyki wiatrowej będzie możliwe dzięki przyjętej ustawie.

– Ustawa dotycząca offshore kilka dni temu przeszła przez Senat, co przyjęliśmy z wielką radością – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej. – Czekamy jeszcze na rozporządzenia ważne dla tej ustawy, ale mamy nadzieję, że będą zgodne z oczekiwaniami branży i zostaną przyjęte jak najszybciej, żebyśmy mogli pewnie rozpocząć inwestycje.

Długo wyczekiwana przez branżę ustawa offshore’owa ma zapewnić stabilne ramy prawne dla budowy polskich farm wiatrowych na Bałtyku. Określa m.in. system wsparcia i ułatwienia administracyjne dla takich projektów oraz zasady przyłączania wytwórców do sieci elektroenergetycznej. Rząd liczy, że nowe przepisy będą stanowić impuls dla dynamicznego rozwoju sektora morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. Ustawa czeka teraz na podpis prezydenta i ma wejść w życie od 1 lutego.

– Budowa farm wiatrowych na Bałtyku to najważniejszy projekt inwestycyjny w PGE Polskiej Grupie Energetycznej. To projekt, który pozwoli nam przeprowadzić skutecznie transformację naszej firmy – podkreśla Wojciech Dąbrowski.

Zgodnie z rządowymi planami prąd z pierwszych polskich farm na Bałtyku ma popłynąć już w 2026 roku. Harmonogram zakłada, że do 2030 roku Polska ma mieć na Bałtyku początkowo 3,8 GW mocy, a następnie ok. 10 GW do 2040 roku. Stowarzyszenie WindEurope, które promuje energetykę wiatrową, mówi o potencjale osiągnięcia 28 GW do 2050 roku i nazywa polskie plany w tym zakresie ambitnymi. Jeżeli uda się je zrealizować, Polska stanie się największym rynkiem offshore na Bałtyku.

– Dla porównania elektrownia Bełchatów, największa w Europie na węgiel brunatny, ma moc zainstalowaną 5 GW. Mówimy więc o wybudowaniu na morzu do 2040 roku mocy ponad dwukrotnie wyższej aniżeli ma dziś elektrownia w Bełchatowie – mówi prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Farmy offshore to inwestycja strategiczna dla krajowego bezpieczeństwa energetycznego, polityki klimatycznej i gospodarki. Wart ok. 130 mld zł program ich budowy – który w dużym stopniu będą realizować polskie firmy – ma stać się jej kołem zamachowym na najbliższe lata. Według rządu bez włączenia ich do miksu energetycznego Polska nie da rady wypełnić celów klimatycznych stawianych przez UE. Ten obszar priorytetowo traktują także spółki Skarbu Państwa działające w obszarze energetyki. Trzy największe – PGE, Enea i Tauron – podpisały właśnie list intencyjny w sprawie współpracy przy przyszłych projektach morskich farm wiatrowych.

– Chcemy wspólnie powołać spółkę celową, która będzie realizowała nowe inwestycje w obszarze offshore. Będziemy aplikowali o prawo wznoszenia sztucznych wysp w kolejnej turze ogłaszanej przez polski rząd. Mówimy o potencjale około 6 GW – wyjaśnia Wojciech Dąbrowski.

Wszystkie trzy spółki stawiają w swoich strategiach na zieloną transformację. „Zielony Zwrot” Tauronu zakłada zwiększenie do ponad 65 proc. udziału OZE w miksie do 2030 roku przy równoczesnym ograniczeniu emisji CO2 o połowę. Enea – podobnie jak Grupa PGE – chce zaś aktywnie uczestniczyć w rozwoju morskiej energetyki wiatrowej i budowie farm na Bałtyku. Porozumienie zawarte między spółkami pomoże im zwiększyć możliwości finansowania takich projektów i sprostać konkurencji ze strony podmiotów zagranicznych.

– Zdajemy sobie sprawę, że w tym obszarze jest duża konkurencja i duże zainteresowanie firm zagranicznych, ale to firmy polskie powinny być wiodące w tych przedsięwzięciach. Nasze porozumienie ma na celu właśnie zintensyfikowanie prac, wykorzystanie własnych kompetencji i zdolności finansowych, bo inwestycje tego typu są bardzo kapitałochłonne. Zawarliśmy porozumienie, żeby zwiększyć możliwości finansowania, a także z innej, prostej przyczyny – żeby ze sobą nawzajem nie konkurować, ale współpracować – deklaruje prezes zarządu PGE.

Inwestycja w morskie farmy na Bałtyku tylko w pierwszej fazie będzie warta ok. 20 mld zł. Grupa chce, żeby z tych pieniędzy w jak największym stopniu skorzystały polskie firmy, które mogą być dostawcami i podwykonawcami w ramach łańcucha dostaw.

– Naszym zadaniem jest to, żeby na tym wielkim placu budowy było jak najwięcej polskich wykonawców. Dlatego prowadzimy szeroką akcję informacyjną, żeby polskie firmy były przygotowane i wiedziały, w jakim zakresie będziemy prowadzić poszczególne etapy naszych inwestycji tak, aby mogły z tego skorzystać – mówi Wojciech Dąbrowski.

PGE jest najbardziej zaawansowana w pracach nad budową farm wiatrowych na Bałtyku. W tej chwili Grupa – w ramach swojej spółki celowej PGE Baltica – przygotowuje się do trzech takich inwestycji, które będą oddawane sukcesywnie w nadchodzących latach. Moc morskich farm wiatrowych należących do PGE ma wynieść 2,5 GW w 2030 roku i już 6,5 GW w 2040 roku. W tym czasie – według rządowego harmonogramu – w polskiej strefie na Bałtyku łącznie mają już działać farmy o mocy 8–11 GW.

– Prowadzimy w tej chwili bardzo intensywne przygotowania do naszych inwestycji w obszarze offshore. Planujemy trzy takie inwestycje, to jest Baltica 1, Baltica 2 oraz Baltica 3, o łącznej mocy 3,5 GW. Najbardziej zaawansowane są Baltica 2 i 3 – tutaj mamy decyzje środowiskowe, warunki przyłączenia, umowę przyłączeniową z Polskimi Sieciami Elektroenergetycznymi i dzisiaj pracujemy nad wyprowadzeniem mocy z tych farm – mówi prezes zarządu PGE.

Baltica 2 oraz Baltica 3, o łącznej mocy do 2,5 GW, mają zostać oddane do użytku przed 2030 rokiem, a wyprodukowana przez nie zielona energia będzie w stanie zasilić nawet 4 mln gospodarstw domowych. W tej chwili PGE jest w trakcie procedury wyboru partnera branżowego dla obu tych projektów.

– Te inwestycje są już na zaawansowanym etapie przygotowania – deklaruje Wojciech Dąbrowski. – Prowadzimy w tej chwili rozmowy z naszym potencjalnym partnerem biznesowym i mam nadzieję, że w ciągu kilku dni zostaną zakończone. Pozyskanie partnera do tej inwestycji jest szalenie ważne, bo w Polsce nie mamy doświadczeń w budowie morskich farm wiatrowych. 

PGE zaprosiła duńską firmę Ørsted – globalnego lidera branży offshore – do wyłącznych negocjacji w grudniu 2019 roku. Przedmiotem negocjowanej umowy ma być sprzedaż 50 proc. udziałów w farmach wiatrowych Baltica 2 oraz Baltica 3, a współpraca między podmiotami będzie obejmować wspólne przygotowanie, realizację i eksploatację inwestycji.

– W tym roku będziemy intensyfikowali prace w przygotowywaniu tej inwestycji – zapowiada prezes zarządu PGE. – Przeprowadzimy postępowania, aby wyłonić wykonawcę, który zbada dno morskie pod względem potencjalnych niewybuchów, bo geologię dna mamy już zbadaną. To są konkretne etapy, które mają już na celu przygotowanie placu budowy i dna morskiego pod budowę nowych wiatraków.

Ostatni z przygotowywanych obecnie projektów PGE – farma wiatrowa Baltica 1 o mocy ok. 900 MW – ma powstać jako trzecia, po 2030 roku. Ta także ma już pozwolenia lokalizacyjne, a w czerwcu ub.r. PSE wydały dla niej techniczne warunki przyłączenia do sieci przesyłowej. Po uruchomieniu Baltica 1 Grupa PGE będzie posiadać łącznie prawie 3,5 GW mocy zainstalowanej na Morzu Bałtyckim, co pozwoli na zasilenie ok. 5,4 mln gospodarstw domowych i zaspokojenie ok. 8 proc. krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną.

Ministerstwo Sprawiedliwości proponuje podwyżkę akcyzy na podgrzewacze tytoniu. Jej wprowadzenie da ponad 1 mld zł rocznie do budżetu

Z jednej paczki papierosów trafia do budżetu państwa ponad 9 zł podatku akcyzowego. W przypadku podgrzewaczy do tytoniu jest to natomiast niecałe 2 zł, przy porównywalnej cenie obu produktów wynoszącej około 14 zł za 20 sztuk – wyliczyli eksperci z Instytutu Studiów Podatkowych. Resort sprawiedliwości chce zrewidować tę stawkę i zaproponował autopoprawkę do projektu nowelizacji ustawy o podatku akcyzowym, którą Sejm zajmie się  20 stycznia. Jak szacuje ISP, urealnienie akcyzy na nowatorskie wyroby tytoniowe do poziomu około 50–60 proc. opodatkowania tradycyjnych papierosów mogłoby już w tym roku zapewnić około 1 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa.

Z badań CBOS wynika, że obecnie wyroby tytoniowe pali jedna czwarta dorosłych Polaków (26 proc.), czyli około 8 mln osób. Mają oni do wyboru różne kategorie wyrobów dostępnych na rynku, m.in. tradycyjne papierosy i tytoń do żucia, papierosy elektroniczne oraz podgrzewacze tytoniu, czyli popularne papierosy do podgrzewania, zaliczane do tzw. nowatorskich wyrobów tytoniowych.

– Podgrzewacze tytoniu są substytutem dla konsumentów, którzy korzystają z wyrobów tytoniowych, zwłaszcza tradycyjnych papierosów. Nie są niczym innym niż papierosami, tylko do podgrzewania, a nie palenia. To jest ten sam rynek, gdzie potrzeby konsumenta są zaspokajane za pomocą papierosów albo właśnie wyrobów nowatorskich, czyli podgrzewaczy.. I dlatego one powinny być opodatkowane w analogiczny sposób, aby nikogo nie dyskryminować lub bezzasadnie faworyzować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych.

Jak podkreślają eksperci ISP, udział akcyzy w paczce papierosów i tytoniu do palenia wynosi 63 proc., w płynach do papierosów elektronicznych to ok. 45 proc., a w wyrobach nowatorskich jedynie 14 proc. Te ostatnie zostały objęte podatkiem akcyzowym w 2018 roku, ale przez pierwsze dwa lata stawka była zerowa. Producenci podgrzewaczy tytoniu są zobowiązani płacić daninę dopiero od października ub.r. Jak wyliczają eksperci Instytutu Studiów Podatkowych, jej wysokość stanowi aktualnie ok. 1/5 opodatkowania klasycznych papierosów. Tym samym według ISP stawka akcyzy na wyroby nowatorskie w Polsce jest też jedną z najniższych w Unii Europejskiej, bo w większości krajów wysokość opodatkowania waha się w przedziale 30–60 proc.

– Wprowadzając nowe zasady opodatkowania wyrobów nowatorskich, zastosowano bezzasadną preferencję podatkową, wykorzystując pewien zabieg. Mianowicie uzależniono ów podatek od kilogramów tytoniu oraz ceny detalicznej. Natomiast podatek od tradycyjnych papierosów jest uzależniony od ceny detalicznej oraz liczby sztuk. Czyli przez pewną żonglerkę ukryto przed opinią publiczną przywilej – mówi prof. Witold Modzelewski.

Jak wskazuje, obecnie z jednej paczki papierosów trafia do budżetu państwa ponad 9 zł podatku akcyzowego, natomiast w przypadku wyrobów nowatorskich – 1,8 zł, przy porównywalnej cenie obu produktów wynoszącej ok. 14 zł za 20 sztuk. To zaś oznacza, że budżet państwa może tracić nawet 7 zł na każdej sprzedanej paczce, a jest to szczególnie ważne w trudnej sytuacji pandemicznej, gdy budżet potrzebuje wpływów z podatków.

18 stycznia Fundacja „Wygrajmy Zdrowie”, która zajmuje się wspieraniem działań systemowych w ochronie zdrowia, zaapelowała o urealnienie stawek na wyroby nowatorskie, co mogłoby zapewnić dodatkowe środki na służbę zdrowia.

Dzięki preferencjom na akcyzie rynek tzw. podgrzewanych papierosów rośnie niezwykle dynamicznie – w porównaniu do ubiegłego roku urósł o 2,5 pkt proc. i wynosi obecnie blisko 5 proc. całego rynku wyrobów tytoniowych, a do końca roku będzie to około 7 proc. Rynek urósł w pandemii, kiedy przez dużą część roku zamknięte były tzw. wyspy w galeriach handlowych, a to tam głównie sprzedawały się podgrzewane papierosy. Dziś w Warszawie już co 10. papieros jest podgrzewany – obecnie ich udział w stołecznym rynku wynosi blisko 12 proc., co oznacza wzrost względem zeszłego roku o ponad 4,1 pkt proc.

– Takie przywileje nie są więc w żaden sposób uzasadnione. Dyskryminuje się dostawców papierosów, a zarazem faworyzuje substytut, który jest w fazie dynamicznego wzrostu sprzedaży. Dlatego należy zbliżyć, urealnić to opodatkowanie i zlikwidować przywilej podatkowy, który dano producentom podgrzewaczy – mówi prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Nie ma żadnej podstawy, aby taka sama używka jak klasyczny papieros była preferowana. W końcu jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji fiskalnej i wszyscy, zwłaszcza producenci używek, powinni ponosić ciężar proporcjonalnie, podobnie jak ich konkurenci.

Stanowisko dotyczące uprzywilejowania wyrobów nowatorskich zostało też zaprezentowane przez przedstawicieli reprezentujących większość branży tytoniowej podczas listopadowej debaty Business Centre Club pt. „Znaczenie branży tytoniowej dla gospodarki i budżetu państwa”.

Eksperci z Instytutu Studiów Podatkowych już od pewnego czasu proponują rewizję stawek akcyzy na wyroby nowatorskie, żeby przywrócić równowagę rynkową i zwiększyć wpływy do budżetu państwa. Nie chodzi o zrównanie opodatkowania, ale jego podniesienie do poziomu ok. 50–60 proc. opodatkowania tradycyjnych papierosów. Ten ruch mógłby już w tym roku zapewnić ok. 1 mld zł dodatkowych wpływów do kasy państwowej.

Urealnienie stawek akcyzy dla wszystkich wyrobów tytoniowych postuluje też Ministerstwo Sprawiedliwości. W piśmie do resortu finansów proponuje autopoprawkę do projektu nowelizacji ustawy o podatku akcyzowym, nad którą Sejm będzie obradować 20 stycznia. Autopoprawka ma doprecyzować przepisy w zakresie ustalania stawek na wyroby nowatorskie i wyeliminować nieprawidłowości w obszarze opodatkowania akcyzą. Resort proponuje zmianę sposobu obliczania akcyzy.

– Techniczny sposób ustalania akcyzy na wyroby nowatorskie powinien być podobny jak w przypadku klasycznych papierosów, czyli uzależniony od liczby sztuk plus procent od ceny detalicznej każdej paczki. Gdybyśmy przyjęli tę zasadę – analogiczną dla klasycznych papierosów – i osiągnęli taką proporcję, że 60 proc. akcyzy od wyrobów nowatorskich wynosiłoby 60 proc. akcyzy od papierosów, to wtedy miliard złotych wróciłby do budżetu – mówi prof. Witold Modzelewski.

Obecnie sposób kalkulacji akcyzy na wyroby nowatorskie wygląda inaczej. Na jej wartość składa się 155,79 zł za każdy kilogram wyrobu oraz 32,05 proc. średniej ceny sprzedaży tytoniu do palenia w Polsce (około 160 zł w 2021 roku). Łącznie to ponad 316 zł. Ministerstwo Sprawiedliwości zaproponowało natomiast zmianę tej stawki, jak i całego mechanizmu wyliczania. Akcyza miałaby wynosić 239,3 zł za każde 1 tys. sztuk sprzedanych wyrobów nowatorskich.

– Minister sprawiedliwości proponuje stawkę wyłącznie kwotową, bez elementu procentowego od ceny detalicznej – mówi prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – To jest mniej więcej podobna relacja, która ograniczy ten przywilej o połowę.

Według raportu opracowanego przez Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych w Polsce wyroby tytoniowe sprzedaje się w ponad 100 tys. punktów detalicznych, a każdego roku ta kategoria odpowiada za około 25 mld zł przychodów budżetowych z tytułu podatków („Wpływ produkcji wyrobów tytoniowych na polską gospodarkę”).

Ważą się losy tegorocznych podwyżek dla nauczycieli w budżecie państwa. Senat za, sejmowa komisja przeciw

0

Ważą się losy tegorocznych podwyżek dla nauczycieli w budżecie państwa. Senat za, sejmowa komisja przeciw 1

Wśród ponad 100 poprawek Senatu do ustawy budżetowej na 2021 rok znalazła się m.in. ta o przeznaczeniu 2,5 mld zł na podwyżki dla nauczycieli. Sejmowa Komisja Finansów Publicznych odrzuciła jednak – jak i większość pozostałych – tę poprawkę. Prezes ZNP Sławomir Broniarz deklaruje jednak, że na razie branża nauczycielska nie planuje protestów.

Związek Nauczycielstwa Polskiego w trakcie prac nad budżetem występował do posłów z wnioskiem o to, żeby zwiększyć nakłady na edukację o kwotę, która pozwoli na uruchomienie przynajmniej 10-proc. podwyżki dla nauczycieli. To jest nasz postulat, który stanowi pewną logiczną całość w połączeniu z postulatami, które wybrzmiewały w czasie strajku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Większość parlamentarna tego nie podzieliła, a więc poszliśmy do Senatu. Senat przyjął naszą propozycję.

Ustawa budżetowa na 2021 rok zakłada dochody na poziomie 404,4 mld zł oraz wydatki rzędu 486,7 mld zł, co oznacza maksymalny deficyt w wysokości 82,3 mld zł. Senatorowie zgłosili do niej 109 poprawek, w tym m.in. zakładającą 2,5 mld zł na podwyżki dla nauczycieli oraz 300 mln zł środków na zakup pomocy dydaktycznych i sprzętu do nauczania zdalnego dla uczniów. Obie te poprawki zostały jednak we wtorek 19 stycznia negatywnie zaopiniowane przez sejmową Komisję Finansów Publicznych.

– Chcielibyśmy, żeby Sejm przyjął tę poprawkę Senatu dlatego, że to nie jest tylko i wyłącznie wątek ekonomiczny związany z wysokością naszych uposażeń, które – dla nikogo nie jest tajemnicą – są bardzo niskie. To jest także odpowiedź na pytanie, czy zdajemy sobie sprawę z tego, że średnia wieku nauczycieli to jest grubo ponad 45 lat – mówi Sławomir Broniarz. – Młodzi ludzie nie przychodzą do tego zawodu nie dlatego, że nie chcą, tylko dlatego, że są bardzo małe zarobki. Nawet jeżeli czują wewnętrzną chęć, lubią ten zawód i czują, że to byłoby ich miejsce pracy, to coraz więcej z nich patrzy na rachunek ekonomiczny. Mówią: kocham szkołę, ale jeszcze bardziej mi zależy na budżecie domowym i swojej rodzinie. To powoduje, że zaczyna brakować młodych nauczycieli.

Uchwalona pod koniec grudnia ustawa budżetowa na 2021 rok zakłada utrzymanie kwoty bazowej na wynagrodzenie nauczycieli w wysokości 3537,80 zł. To oznacza, że minimalne wynagrodzenie brutto wyniesie w przypadku nauczyciela stażysty 2949 zł, w przypadku nauczyciela kontraktowego 3034 zł, nauczyciela mianowanego – 3445 zł, a dyplomowanego – 4046 zł. Związek Nauczycielstwa Polskiego postulował zwiększenie kwoty bazowej o 10 proc. Jednak na razie nie planuje protestów, nawet jeśli Sejm odrzuci senackie poprawki.

– W takiej sytuacji pozostaje nam w dalszym ciągu upominanie się o to, żeby przynajmniej można było zwiększać dodatki leżące po stronie samorządu. Mówię o dodatkach motywacyjnych czy funkcyjnych – mówi prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Natomiast budżet państwa jest największym rezerwuarem środków na wzrost wynagrodzeń nauczycieli. Rozumiem, że w tym pytaniu wybrzmiewa także kwestia ewentualnych działań protestacyjnych. W tym momencie nie jest to planowane. Na tym etapie działalności nie sądzę, żebyśmy byli w stanie tego rodzaju masową akcję strajkową czy protestacyjną zorganizować.

Jak podkreślił minister Przemysław Czarnek na ubiegłotygodniowej sesji Q&A z prezydentem Andrzejem Dudą, podwyżki to ważna kwestia z punktu widzenia etosu pracy nauczyciela i podnoszenia atrakcyjności tego zawodu.

Będziemy proponować rozwiązania, które spowodują dalszy wzrost wynagrodzeń. Dalszy, bo warto pamiętać, że w okresie od początku 2018 roku do grudnia 2020 roku wynagrodzenia nauczycieli wzrosły o 20,5 proc. To jest bardzo dużo. Takich podwyżek dla nauczycieli nie było przez szereg lat rządów naszych poprzedników, co nie oznacza, że my twierdzimy, że one są wystarczające – powiedział minister edukacji i nauki.

Polska ma szansę stać się światowym liderem w tworzeniu technologii medycznych. Obecnie przodujemy w wykorzystaniu w nich sztucznej inteligencji

Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji pozwalają znacznie skrócić czas potrzebny na postawienie diagnozy, ale nie doprowadzą do spadku znaczenia roli lekarzy. Już dziś inteligentne technologie medyczne pomagają prowadzić pacjentów z chorobami przewlekłymi, rehabilitować osoby po udarze czy analizować wyniki badań. Branża medtech wciąż jednak boryka się z oporem wdrożeniowym po stronie służby zdrowia. Tymczasem Polska postrzegana jest jako bardzo dobry rynek dla medycznych wdrożeń sztucznej inteligencji.

– W wyniku pandemii okazało się, że wiele rzeczy można załatwić i monitorować zdalnie, wiele podstawowych pomiarów można wykonać w domu, bez konieczności wizyty w poradni. Zmieniła nam się mentalność, nareszcie otworzyliśmy się na te technologie. One zawsze były, ale w tym momencie dostały totalnego kopa. Kiedy popyt zaczyna się zgrywać z podażą, to nagle się okazuje, że rynek zaczyna rosnąć. To widać chociażby po inwestycjach w tym momencie, inwestorzy oszaleli na punkcie zdrowia cyfrowego, każdy widzi w tym przyszłość – mówi agencji Newseria Innowacje Michał Ryś, współzałożyciel ABAStroke.

Rozwiązania z zakresu medtech pomagają m.in. w prowadzeniu terapii u osób z niektórymi chorobami przewlekłymi, związanymi np. z kardiologią. Amerykański start-up CoraVie Medical pracuje obecnie nad wszczepialnym urządzeniem, które pomoże monitorować nadciśnienie. Ma być ono miniaturowym ciśnieniomierzem, wyposażonym w czujniki i funkcję komunikacji bezprzewodowej, co pozwoli na bieżąco wysyłać dane pomiarowe do lekarza prowadzącego. Urządzenie o długości mniejszej niż średnica polskiej monety o nominale 10 gr przeznaczone będzie do implantacji wzdłuż tętnicy ramiennej. Jeszcze w tym roku mają się rozpocząć badania przedkliniczne.

– Zdrowie cyfrowe opiera się obecnie na dwóch typach technologii. Pierwsza to sprzęt typu bransoletki, smartwatche czy urządzenia do noszenia monitorujące nasze ciało. One połączone są zwykle z aplikacją mobilną. To pierwsza fala zdrowia cyfrowego, która najszybciej opanowuje rynki światowe, w tym Polskę. Nową częścią są rozwiązania oparte wyłącznie na oprogramowaniu, które nie potrzebują badać pulsu za pomocą czujników, gdyż jest to zawsze jakieś utrudnienie dla dostępności. My bazujemy na sygnałach z mózgu, czyli monitorujemy na podstawie zmian aktywności, które nie wymagają fizycznego pomiaru. Ta druga fala, oparta tylko na softwarze, teraz zaczyna rosnąć – przekonuje Michał Ryś.

Jedną z takich technologii jest opracowana przez Polaków inteligentna aplikacja mobilna, która pomaga objąć pacjentów po udarze indywidualną terapią, na którą w normalnych warunkach nie mogliby liczyć. Pomaga ona pacjentom dochodzić do sprawności w obrębie funkcji poznawczych. Aplikacja ABAStroke opiera się na metodzie analizy zachowania, stosowanej u osób z zaburzeniami ze spektrum autyzmu. Sztuczna inteligencja analizuje obecny stan pacjenta i specjalnie dla niego dobiera program ćwiczeń oraz weryfikuje postęp w nauce.

– Zbieranie danych to bardzo istotna kwestia, a z tym wiąże się rozwój sztucznej inteligencji, która mając do dyspozycji znacznie więcej szczegółowych danych, niż ktokolwiek byłby w stanie zebrać ręcznie, manualnie, też jest w stanie dostosować produkt w bardzo dobry sposób. To także wszystkie produkty, które pomagają w zarządzaniu całym systemem medycznym, który funkcjonuje np. w klinice czy szpitalu – wskazuje Dawid Maj, współzałożyciel ABAStroke. – To nie jest tak, że my zastępujemy lekarza, natomiast otwieramy pewne nowe możliwości dla pacjenta, które wcześniej były dla niego niedostępne.

Rosnące znaczenie technologii cyfrowych w służbie zdrowia dostrzega amerykańska Agencja Żywności i Leków. FDA opublikowała na początku stycznia plan działania mający na celu ustanowienie podejścia regulacyjnego do szybko rozwijającej się dziedziny sztucznej inteligencji i oprogramowania opartego na uczeniu maszynowym jako urządzenia medycznego (SaMD).

W Polsce panują bardzo dobre warunki do rozwijania dziedziny sztucznej inteligencji w medycynie.

– Polska jest traktowana jako absolutnie najlepsze miejsce do rozwoju technologii medycznych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Mamy dobrych ludzi, którzy są w stanie to robić – przekonuje Michał Ryś. – Mamy tutaj ludzi, którzy potrafią stworzyć właściwie dowolną technologię medyczną, gdy tylko jest takie zapotrzebowanie. Jeśli chodzi o zdrowie cyfrowe, to gdy tylko pojawia się problem, jesteśmy w stanie bardzo szybko znaleźć na niego rozwiązanie.

Według Allied Market Research rynek sztucznej inteligencji na rynku medycznym osiągnie do 2025 roku wartość ponad 18 mld dol. Dla porównania w 2017 roku było to zaledwie 719 mln dol.

Pandemia wpłynęła na obniżenie poziomu metanu. Utrzymanie trendu po odmrożeniu gospodarki pozwoli na zatrzymanie zmian klimatycznych

W ciągu ostatniej dekady gwałtownie wzrosły globalne emisje metanu, silnego gazu cieplarnianego. Metan, w połączeniu z dwutlenkiem węgla i innymi gazami cieplarnianymi, może ogrzać ziemską atmosferę o 3 do 4 st. Celsjusza przed końcem tego stulecia. Odpowiadają za to przede wszystkim paliwa kopalne. Tylko w 2020 roku działalność związana z ropą naftową i gazem na całym świecie wyemitowała nieco ponad 70 mln ton metanu do atmosfery. Kluczowe jest, aby przemysł naftowo-gazowy aktywnie ograniczał wpływ na środowisko. Dlatego Międzynarodowa Agencja Energetyczna uruchomiła specjalny poradnik dla rządów i firm, Methane Tracker.

Międzynarodowa Agencja Energetyczna podaje, że w 2020 roku emisje metanu z globalnego przemysłu naftowego i gazowego spadły o około 10 proc. w porównaniu do szacunków z 2019 roku. To jednak nie wynik większej ostrożności firm, ale spadku produkcji ropy i gazu. Wraz z odmrożeniem wszystkich dziedzin gospodarki po kryzysie wywołanym koronawirusem emisje mogą ponownie wzrosnąć.

Przed pandemią, w ciągu ostatnich lat gwałtownie wzrosły globalne emisje metanu, silnego gazu cieplarnianego. Sektor energetyczny, w tym ropa naftowa, gaz ziemny, węgiel i bioenergia, to jedne z największych źródeł jego emisji.

– Przemysł naftowo-gazowy musi się upewnić, że nie nastąpi odrodzenie emisji metanu, nawet przy ożywianiu światowej gospodarki, a wartości emisji nie wrócą do tych z roku 2019, kiedy były najwyższe w historii. Nie ma dobrego powodu, aby pozwolić na kontynuację tych szkodliwych wycieków, i są wszelkie powody, dla których odpowiedzialni operatorzy mają zapewnić, że zostaną one rozwiązane – podkreśla dr Fatih Birol, dyrektor wykonawczy Międzynarodowej Agencji Energetycznej.

Metan w połączeniu z dwutlenkiem węgla i innymi gazami cieplarnianymi może ogrzać ziemską atmosferę o 3 do 4 st. Celsjusza przed końcem tego stulecia – znacznie powyżej poziomu, przed którym ostrzegali naukowcy jako katastrofalnym dla milionów ludzi na całym świecie. Raport wydany przez Międzyrządowy Zespół do spraw Zmian Klimatu w październiku 2018 roku wskazuje, że Ziemia już jest cieplejsza o 1 st. Celsjusza w porównaniu z epoką przedindustrialną. Ocieplenie o 1,5 stopnia powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej to próg, po przekroczeniu którego skutki zmiany klimatu, w tym ekstremalne upały i podnoszenie się poziomu morza, zagrażają życiu milionów ludzi.

– Oprócz ambitnych wysiłków na rzecz dekarbonizacji naszych gospodarek wczesne działania w zakresie emisji metanu będą miały kluczowe znaczenie dla uniknięcia najgorszych skutków zmian klimatycznych – przekonuje dr Fatih Birol. – Aby przyspieszyć te wysiłki, IEA publikuje poradnik, z którego mogą korzystać rządy i organy regulacyjne, aby zmniejszyć emisje metanu z działalności związanej z ropą i gazem.

W „Scenariuszu zrównoważonego rozwoju” IEA świat wymaga stałego i szybkiego spadku emisji metanu przez następne 10 lat. Gdyby tak się stało, to w 2030 roku jego emisje byłyby o ok. 70 proc. niższe niż w 2020 roku. Redukcja ta byłaby równoważna wyeliminowaniu emisji CO2 z transportu w całej Azji.

– Uważamy, że przemysł musi działać w sposób przejrzysty i szybki – wskazuje dyrektor wykonawczy IEA. – Ale jest też silna rola polityki rządowej; zachęcanie firm do wczesnego działania, dążenie do przejrzystości i poprawy wyników emisyjnych oraz wspieranie innowacji środowiskowych, które ułatwiają osiąganie niższych emisji.

Problemem w działalności firm są duże wycieki metanu. W 2020 roku ok. 10 proc. wycieków można było uniknąć bez ponoszenia kosztów netto, ponieważ wartość wychwyconego metanu jest wystarczająca do pokrycia kosztów środka redukcji. Udział ten jest mniejszy niż w poprzednich latach ze względu na niskie ceny gazu ziemnego.

Aby pomóc firmom i rządom w ograniczaniu emisji, IEA  w 2019 roku uruchomiła Methane Tracker, czyli interaktywne narzędzie online, które koncentruje się na emisjach z działalności związanej z ropą i gazem.

Nowy raport IEA „Zmniejszanie wycieków metanu z przemysłu ropy i gazu: mapa drogowa i zestaw narzędzi regulacyjnych” zawiera z kolei przewodnik krok po kroku dla organów, które pracują nad  przepisami dotyczącymi metanu lub aktualizują je.

– W tym kluczowym roku dla działań klimatycznych prowadzącym do COP26 w Glasgow w listopadzie jest to moment, w którym rządy powinny zwiększyć ambicje nie tylko w zakresie CO2, ale także metanu – wskazuje dr Fatih Birol. – Jeszcze przed tegorocznym szczytem klimatycznym zarówno kraje z dużymi sektorami ropy i gazu, jak również poszczególne firmy powinny zawrzeć nowe lub zaktualizować dotychczasowe zobowiązania dotyczące emisji metanu.

Znaczący wzrost liczby otwieranych restrukturyzacji w IV kwartale

W IV kwartale 2020 roku zdecydowanie wzrosła liczba nowych postępowań restrukturyzacyjnych – wynika z raportu Kancelarii Tatara i Współpracownicy oraz spółki Alerion. W grudniu, rekordowym pod względem otwieranych restrukturyzacji, 95 proc. wszystkich postępowań stanowiło uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne (UPR).

Z raportu przygotowanego przez Kancelarię Tatara i Współpracownicy, spółkę Alerion oraz Sekcję INSO IA wynika, że w IV kwartale 2020 roku otwarto aż 309 nowych restrukturyzacji. To o 100 więcej niż w dotychczas rekordowym III kwartale. Najpopularniejsze wśród nich było wprowadzone pod koniec czerwca 2020 roku przez Tarczę 4.0 uproszczone postepowanie restrukturyzacyjne (UPR) – od początku października ogłoszono otwarcie 262 UPR, prawie dwukrotnie więcej niż w okresie lipiec-wrzesień.

Podwójnie rekordowy pod kątem nowych postępowań był grudzień, w którym otwarto 127 restrukturyzacji, w tym aż 120 UPR. W lipcu – czyli w pierwszym miesiącu funkcjonowania nowego narzędzia restrukturyzacyjnego – uproszczone postępowanie stanowiło 44 proc. wszystkich otwieranych postępowań. W grudniu UPR stanowiły już 95 proc. nowych postępowań.

W stosunku do III kwartału zmieniła się struktura przedsiębiorstw korzystających z UPR, jeśli chodzi o formy prawne ich działalności. W III kwartale uproszczone postępowania najczęściej otwierały spółki z ograniczoną odpowiedzialnością (54), nieco rzadziej jednoosobowe działalności gospodarcze (48). W IV kwartale aż 142 indywidualne działalności otworzyły UPR oraz 70 spółek z o.o. W grupie firm, które jak dotąd skorzystały z pozasądowego postępowania, było z jednej strony 35 gospodarstw rolnych, z drugiej – 2 spółki notowane na rynku głównym GPW oraz 4 notowane na NewConnect.

Dotychczas 7 uproszczonych postępowań restrukturyzacyjnych zakończyło się przyjęciem i zatwierdzeniem układu. Kolejnych 37 układów zostało zawartych i obecnie oczekują na zatwierdzenie przez sąd. 26 układów zostało nieprzyjętych, najczęstszą przyczyną ich odrzucania było nieosiągnięcie wymaganej większości na zgromadzeniu wierzycieli. Z kolei w 2 przypadkach sąd przychylił się do wniosku wierzycieli o uchylenie skutków obwieszczenia o otwarciu UPR, ponieważ podzielił ich obawy, że postępowanie doprowadzi do pokrzywdzenia ich interesów. W jednym przypadku sąd zdecydował się wstrzymać z zatwierdzeniem układu – do czasu rozpoznania zażalenia na ogłoszenie upadłości w sytuacji, w której przedsiębiorca obwieścił o otwarciu UPR.

Liczba otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych jest probierzem tego, jak gospodarka znosi trudną sytuację pandemiczną. Zgodnie z prognozami ekonomicznymi mogliśmy spodziewać się rosnącej liczby restrukturyzacji. W tym kontekście popularność uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego nie dziwi: jest proste i szybkie oraz w największej mierze pozasądowe, dlatego jest atrakcyjne dla przedsiębiorców, którym zależy na sprawnym ratowaniu firmy przed niewypłacalnością. W dodatku daje im pewną ochronę przed wypowiadaniem kluczowych umów – mówi mec. Karol Tatara, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny i radca prawny.

Warto wskazać, że składane przez wierzycieli wnioski o uchylenie skutków obwieszczenia o otwarciu uproszczonego postępowania są rzadkością: odnotowaliśmy tylko 2 przypadki, gdy sąd się do nich przychylił. Pokazuje to, że uproszczone postępowanie nie jest nadużywane. Najważniejszy dla oceny UPR jest fakt, że układ zawarto aż w 62 proc. przypadków, ponad dwukrotnie częściej niż w sądowych restrukturyzacjach w latach 2016-2019 – dodaje mec. Tatara.

W ciągu pół roku obowiązywania uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne zdominowało restrukturyzację w Polsce. W III i IV kwartale 2020 roku stanowiło ponad 75 proc. wszystkich otwieranych postępowań. W skali całego roku uproszczone postępowanie stanowiło połowę wszystkich restrukturyzacji, mimo że zostało wprowadzone dopiero w połowie 2020 roku. Zgodnie z założeniami ustawodawcy z UPR będzie można skorzystać jeszcze przez dwa kwartały – do 30 czerwca 2021 roku.

Jeżeli chodzi o praktykę restrukturyzacyjną, uproszczone postępowanie na razie okazuje się wielkim sukcesem. Potwierdzeniem tej tezy jest jego popularność wśród przedsiębiorców. Warto zatem rozważyć przedłużenie obowiązywania UPR, ponieważ skutki pandemii będą jeszcze długo odczuwalne dla firm, zwłaszcza z branży handlowej czy horeca. Jednocześnie uproszczone postępowanie może być jedną z form i środków implementacji tzw. dyrektywy drugiej szansy, która powinna być transponowana do polskiego porządku prawnego do 17 lipca 2021 roku – dodaje mec. Tatara.

Czy zmierzamy do upadku tajemnicy telekomunikacyjnej?

Tajemnica telekomunikacyjna stanowiła do tej pory jeden z gwarantów ustawowych, zapewniających – z jednej strony – szereg konstytucyjnych praw oraz w szczególności prywatność użytkowników sieci telefonicznej oraz internetu, z drugiej zaś, generalną możliwość odmowy udzielania objętych nią informacji przez operatorów. Obecnie w orzecznictwie Sądu Najwyższego widoczny jest trend zgoła odwrotny. Tajemnica telekomunikacyjna nie jest już twierdzą nie do zdobycia. Czy jesteśmy świadkami początku końca jej nienaruszalności?

Kwestia dopuszczalności żądania przez sąd danych abonenta na potrzeby postępowania w sprawie o ochronę dóbr osobistych rozstrzygnięta została w ostatnim czasie przez Sąd Najwyższy w uchwale z dnia 6 sierpnia 2020 r. (III CZP 78/19). Przywołane orzeczenie jest rezultatem analizy zagadnienia prawnego przedstawionego SN przez Sąd Apelacyjny w Gdańsku, który zmierzył się z przedmiotowym problemem w jednej z prowadzonych przez niego spraw.

Stan faktyczny

Źródłem spornej materii był proces w przedmiocie ochrony dóbr osobistych, zainicjowany przez gdańską działaczkę społeczną. Czynnie oponując budowie hali widowiskowo-sportowej Ergo Arena na terenie jednego z osiedli mieszkalnych w Gdańsku, aktywistka napotkała liczne – delikatnie mówiąc – nieprzychylne reakcje członków spółdzielni mieszkaniowej przywoływanego osiedla, do której sama należała. Hejt wymierzony w jej kierunku przeniósł się również do internetu, gdzie pojawiło się wiele opinii stawiających społeczniczkę w złym świetle oraz zarzucających jej wstrzymywanie inwestycji. Nasza bohaterka również w tym zakresie nie pozostała bierna i wniosła do Sądu Okręgowego w Gdańsku pozew, żądając naprawienia szkody, będącej rezultatem naruszenia jej dóbr osobistych w postaci dobrego imienia. Roszczenie powódki zostało oddalone. Sąd stwierdził, że działając publicznie na rzecz lokalnej społeczności, powódka musi być świadoma ryzyka krytyki ze strony oponentów, natomiast negatywne komentarze zamieszczane na jej temat w mediach społecznościowych nie wychodzą poza granice publicznej dyskusji, będąc równocześnie realizacją prawa do swobody wypowiedzi. Sprawa dalszy bieg znalazła oczywiście w sądzie drugiej instancji – który to sąd w toku postępowania wezwał dostawcę internetu do podania danych osobowych abonentów posługujących się określonymi numerami IP, na które wskazują posty szkalujące powódkę. Operator sieci odmówił, zasłaniając się tajemnicą telekomunikacyjną, zaś sąd powziął wątpliwość co do zasadności tej reakcji, wobec czego skierował do Sądu Najwyższego zagadnienie prawne skupiające się na uprawnieniu dostawcy internetu do odmowy wskazania danych osobowych abonenta w odniesieniu do sprawy o naruszenie dóbr osobistych, zamieszczane w sieci treści mogą być uznane za podstawę tego naruszenia.

Stanowisko Sądu Najwyższego

W świetle – według wielu śmiałej – tezy postawionej przez SN, dostawca internetu może ujawnić dane abonenta na potrzeby postępowania cywilnego w sprawie ochrony dóbr osobistych. Jak swoje stanowisko argumentuje Sąd Najwyższy? Uchwała odwołuje się między innymi do Konstytucji oraz wynikających z niej uprawnień – z jednej strony do prawa do wolności oraz ochrony tajemnicy komunikowania, zaś z drugiej do zasady, że na podmiocie wolności i praw spoczywa obowiązek respektowania praw i wolności innych osób. Podkreślenia wymaga nadto okoliczność, że pierwsze z przywołanych uprawnień na gruncie Konstytucji może być ograniczone w celu realizacji drugiego, z czym mamy do czynienia w niniejszej omawianej sytuacji. SN zaznacza bowiem, że ze swobodą głoszenia poglądów niezaprzeczalnie wiąże się reguła ponoszenia konsekwencji zarówno za treść wyrażanych opinii, jak i za ich formę. Tym niemniej, w dobie cyfryzacji, gdy gros komunikacji przenosi się do internetu z pozoru zapewniającego anonimowość, użytkownicy sieci niejednokrotnie czują się bezkarni, co tworzy idealne warunki do niestosownej krytyki, a nawet agresji słownej, co częstokroć jest równoznaczne z naruszeniem dóbr osobistych obiektu ataków.

Jak znaleźć sprawcę?

Niestety w środowisku wirtualnym identyfikacja sprawców takiego naruszenia, co do zasady, możliwa jest jedynie poprzez uzyskanie danych użytkownika – będącego jednocześnie abonentem – od dostawcy sieci internet. Zanim przejdziemy do cywilnoprawnych możliwości wyegzekwowania przedmiotowych informacji, należy nadmienić, że internetowy hejt może nosić również znamiona czynu zabronionego oraz podlegać karze na gruncie prawa karnego. I tak, w postępowaniu karnym – w przeciwieństwie do postępowania cywilnego – przewidziano szeroki wachlarz kompetencji organów procesowych, dzięki którym wykrycie sprawcy przestępstwa nie jest nadto utrudnione. Natomiast specyfika postępowania cywilnego to od powoda wymaga zebrania informacji dowodzących jego twierdzeń, co w procesach o ochronę dóbr osobistych w internecie, bez dodatkowych, instytucjonalnych instrumentów, jest niezwykle utrudnionym zadaniem.

RODO na ratunek

Nie bez znaczenia dla powyższego pozostaje jednakże kwestia ochrony danych osobowych. Choć wydawać by się mogło, że RODO stoi na przeszkodzie identyfikacji użytkowników internetu, to właśnie te przepisy mogą być wsparciem w analogicznych sprawach. Preambuła RODO wprost stanowi, że tak prawo do ochrony danych osobowych, jak i cały związany z nim system, mają na celu służyć ludzkości oraz co istotne – prawo to nie jest prawem bezwzględnym i powinno być wyważone w relacji do innych praw podstawowych, zgodnie z zasadą proporcjonalności. Na straży odpowiedniego stosowania ugruntowanych przez RODO oraz inne przepisy zasad stoi Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych, posiadający szereg uprawnień – w tym prawo do nakazania udostępnienia danych osobowych przez ich administratora, jeżeli jest to konieczne do realizacji prawnie uzasadnionych celów, a równocześnie nie stanowi to zagrożenia dla praw osób, których dane dotyczą. Mając powyższe na uwadze, jeśli w toku postępowania dotyczącego naruszenia dób osobistych w internecie powód wskaże sprawcę, a on zakwestionuje zarzuty, również sąd może skierować do dostawcy internetu żądanie udostępnienia informacji weryfikującej twierdzenia powoda. Podstawą takiego działania jest Konstytucja, nakazująca realizację prawa do sądu w przypadku naruszenia wolności i praw osoby, której one przysługują. Nadmienić jednak trzeba, że wystąpienie takie nie może doprowadzić do uzyskania danych osobowych osób innych niż pozwany.

Hejterzy internetowi w niebezpieczeństwie

Przytoczone stanowisko SN nie jest odosobnione. Również NSA w wyroku z 21 lutego 2014 r. wysnuł tezę, w świetle której przepisy ochrony danych osobowych oraz prawa telekomunikacyjnego uzupełniają się i powinny być interpretowane łącznie, a dane mogą być przetwarzane również w celach ustalania tożsamości sprawców przestępstw. Podążając dalej za wypowiedzią NSA zaakcentowania wymaga, że przepisy statuujące tajemnicę telekomunikacyjną wskazują na bezwzględny obowiązek przekazywania na potrzeby postępowań również informacji objętych tą tajemnicą. Tak powyższe, jak i opinię SN aprobuje Rzecznik Prawo Obywatelskich, potwierdzając, że operator telekomunikacyjny nie może odmówić podania danych osobowych abonenta, jeżeli jego aktywność w internecie prowadzi do naruszenia dóbr osobistych innej osoby.

RPO podobnie do SN zwraca także uwagę na istotność oraz konieczność zrównoważenia konstytucyjnych wartości – prawa do prywatności oraz prawa do sądu, które sprowadzają się w tym przypadku do wzajemnych zależności między tajemnicą telekomunikacyjną a dobrami osobistymi. Biorąc pod uwagę dynamiczny i nieustanny rozwój technologii oraz świata wirtualnego nie ulega kwestii, że materia ta będzie nabierała na znaczeniu, a sądy coraz częściej będą borykały się z analogicznymi – i jakże problematycznymi – zagadnieniami.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy przekształcenie spółki komandytowej w jawną pozwoli uciec przed opodatkowaniem CIT?

Z uwagi na objęcie spółki komandytowej opodatkowaniem CIT wiele osób rozważa przekształcenie w spółkę jawną, by utrzymać jednokrotne opodatkowanie zysków. Należy jednak pamiętać, że niektóre spółki jawne również zostaną objęte opodatkowaniem CIT, a przepisy przejściowe nie dają pewności, że przekształcana spółka zagwarantuje tzw. jednokrotne opodatkowanie.

Co się zmienia?

Przypomnijmy, że w 2021 r. zmienią się zasady opodatkowania zysków wypracowanych przez spółki komandytowe. Dotychczas najpopularniejszy schemat prowadzenia działalności przez spółkę komandytową zakładał, że komplementariuszem spółki była spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, co gwarantowało, że komandytariusze (zwykle osoby fizyczne), nie ponosili odpowiedzialności za zobowiązania spółki komandytowej. Dodatkowo, zysk spółki przypadający na komandytariuszy (zwykle około 99% zysku), podlegał jednokrotnemu opodatkowaniu. Po wejściu w życie nowelizacji, zysk przypadający na komandytariuszy zostanie opodatkowany dwukrotnie: raz na poziomie spółki (9% lub 19% podatkiem CIT), a następnie na poziomie wypłaty dywidendy (19% podatkiem PIT) – z iluzorycznym prawem do obniżenia podatku dla niektórych komandytariuszy.

Okres przejściowy – w poszukiwaniu optymalnego modelu opodatkowania

Spółki komandytowe stały się podatnikami podatku dochodowego od osób prawnych teoretycznie od 1 stycznia 2021 r., jednakże by złagodzić nieco tę drastyczną dla spółek zmianę, ustawodawca dał im  dodatkowe cztery miesiące na przygotowanie się do zmian (przepisy przejściowe ustawy nowelizującej przewidują, że spółka może postanowić o objęciu jej podatkiem CIT dopiero od dnia 1 maja 2021 r.). Ten czteromiesięczny okres wykorzystywany jest przez wiele spółek do poszukania alternatyw dla nowego modelu opodatkowania.

Spółka jawna jako sposób na ucieczkę od CIT

Jedną z najpopularniejszych form „ucieczki przed podwójnym opodatkowaniem” proponowanych przez prawników i doradców podatkowych, jest przekształcenie spółki komandytowej w spółkę jawną. Przypomnijmy, że spółka jawna pozostanie co do zasady jedyną spółką, która może zapewniać transparentność podatkową (taką transparentność zapewnia także spółka partnerska, ale ta może być wykorzystana tylko przez przedstawicieli wolnych zawodów).

Warto jednak zwrócić uwagę, że nie każda spółka jawna zachowa swoją transparentność podatkową. Oprócz spółek komandytowych opodatkowaniem CIT zostały objęte także spółki jawne, które spełnią następujące warunki:

  • co najmniej jeden ze wspólników nie jest osobą fizyczną, oraz
  • spółka jawna nie złoży przed rozpoczęciem roku obrotowego informacji, według ustalonego wzoru, o podatnikach podatku dochodowego od osób fizycznych oraz podatku dochodowego od osób prawnych, posiadających, bezpośrednio lub za pośrednictwem podmiotów niebędących podatnikami podatku dochodowego, prawa do udziału w zysku tej spółki, lub nie złoży w terminie 14 dni informacji o zmianach dotyczących wspólników innych niż osoby fizyczne.

Informacja taka powinna zostać złożona do naczelnika urzędu skarbowego właściwego ze względu na siedzibę spółki jawnej oraz naczelnika urzędu skarbowego właściwego dla każdego podatnika osiągającego dochody z takiej spółki. Zgodnie z przepisami przejściowymi spółki jawne składają pierwszą informację w terminie do 31 stycznia 2021 r.

Niedopełnienie obowiązku poinformowania wszystkich właściwych naczelników urzędu skarbowego będzie więc oznaczało objęcie takiej spółki jawnej opodatkowaniem CIT oraz pociągnie za sobą praktycznie podwójne opodatkowanie dochodów osiąganych przez wspólników.

Kluczowe jest więc terminowe złożenie stosownej informacji. Nie powinno być problemów ze złożeniem informacji w przypadku spółek jawnych zarejestrowanych do 31 stycznia 2021 r., które mogą do końca stycznia złożyć pierwszą informację (zgodnie z przepisami przejściowymi). Problem pojawi się jednak w przypadku nowo zawiązanych spółek. Przypomnijmy, że spółki osobowe (m.in. spółka jawna), powstają dopiero w momencie zarejestrowania spółki w KRS. Polskie prawo nie przewiduje spółki jawnej w organizacji, tak jak w przypadku spółek kapitałowych, które mogą np. składać oświadczenia po zawarciu umowy spółki a przed rejestracją. Do momentu zarejestrowania nie ma spółki jawnej, a więc i podmiotu, który może złożyć do urzędu informację wymaganą dla „uniknięcia CIT”. Biorąc zaś pod uwagę, że pierwszy rok obrotowy spółki jawnej rozpoczyna się także z chwilą jej zarejestrowania (jest to pierwsze zdarzenie wywołujące skutki o charakterze majątkowym lub finansowym) – nie ma fizycznej możliwości, by spółka złożyła jakiekolwiek oświadczenie czy informację przed rozpoczęciem roku obrotowego.

Przekształcenie spółki komandytowej w spółkę jawną

Powyższe wątpliwości związane ze składaniem informacji przez nowe spółki jawne dotyczą także spółek powstałych z przekształcenia spółek komandytowych. Biorąc pod uwagę fakt, że większość funkcjonujących obecnie w Polsce spółek komandytowych ma wśród wspólników spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością (zwykle komplementariusza) – także spółka jawna powstała z przekształcenia powinna złożyć informację o wspólnikach przed rozpoczęciem roku obrotowego. Jednakże, zgodne z przepisami kodeksu spółek handlowych, spółka jawna formalnie powstanie dopiero z momentem zarejestrowania przekształcenia w KRS i dopiero z tą datą w tej formie prawnej będzie mogła uczestniczyć w obrocie prawnym. Oznacza to, że także w tym przypadku spółka jawna nie może złożyć informacji przed rejestracją.

Co istotne, w przypadku przekształcenia, przed dniem zarejestrowania spółki jawnej w KRS, w obrocie prawnym funkcjonuje spółka komandytowa, która jest poprzednikiem prawnym spółki jawnej. Oznacza to, że podmiot praw i obowiązków istnieje już przed datą rejestracji w KRS, a zmienia się jedynie forma prawna w jakiej ten podmiot działa – ze spółki komandytowej na jawną. Nadal jest to jednak ten sam podmiot (niezmieniony pozostanie także NIP). Należy więc uznać za dopuszczalne złożenie przedmiotowej informacji o wspólnikach spółki jawnej przez spółkę komandytową jeszcze przed zarejestrowaniem przekształcenia. W ten sposób zobowiązany podmiot złoży wymaganą informację przed rozpoczęciem roku obrotowego spółki jawnej. Sama forma prawna posiadana przez spółkę w chwili składania tej informacji (spółka komandytowa czy jawna), nie powinna tu mieć znaczenia.

Otwarte księgi

Podkreślić należy także fakt, że zarówno spółka jawna, jak i spółka komandytowa są spółkami osobowymi na gruncie polskiego prawa handlowego (kwalifikacji tej nie zmienia fakt objęcia części spółek osobowych opodatkowaniem CIT). Oznacza to, że przekształcenie spółki komandytowej w spółkę jawną jest przekształceniem spółki osobowej w inną spółkę osobową.

Zgodnie z przepisami ustawy o rachunkowości, w przypadku przekształcenia spółki osobowej w inną spółkę osobową, spółka nie musi zamykać ksiąg rachunkowych i może kontynuować rok obrotowy zapoczątkowany przez spółkę komandytową. W takiej sytuacji spółka jawna rozpocznie pierwszy „swój” rok obrotowy dopiero po zakończeniu roku rozpoczętego przez spółkę komandytową. Tym samym spółka jawna, po zarejestrowaniu będzie miała czas na zgłoszenie informacji o wspólnikach. Co prawda nie można wykluczyć, że organy podatkowe mogą twierdzić, że w takiej sytuacji spółka powinna złożyć informację o wspólnikach przed rozpoczęciem roku obrotowego spółki komandytowej, jednakże takie podejście będzie trudne do obronienia – zwłaszcza w odniesieniu do spółek, których rok obrotowy pokrywa się z rokiem kalendarzowym. W tej sytuacji spółki komandytowe musiałyby przewidzieć przekształcenie i złożyć stosowną informację jeszcze w grudniu 2020 r., a więc w okresie kiedy przepisy nowelizacji nie weszły jeszcze w życie.

Oczywiście dla uniknięcia wątpliwości spółka komandytowa może doprowadzić do stanu, w którym przed przekształceniem w spółce pozostaną wyłącznie osoby fizyczne. W takiej sytuacji spółka jawna w ogóle nie ma potrzeby składania informacji o wspólnikach – odpadają więc wszystkie wątpliwości z tym związane. Nie zawsze jednak wyłączenie spółki kapitałowej jest proste, zwłaszcza w przypadku, gdy wniosła ona wkład o dużej wartości do spółki komandytowej.

Opodatkowanie spółki jawnej raz na zawsze?

Co warto podkreślić, spółki jawne, które w 2021 r. zostaną objęte opodatkowaniem CIT (z uwagi na brak złożenia stosownej informacji o wspólnikach, bądź informacji aktualizującej) – nie będą miały możliwości powrotu do opodatkowania na zasadach właściwych dla spółek osobowych. Jak bowiem wynika z treści art. 1 ust. 5 znowelizowanej ustawy o CIT „Spółka jawna posiada status podatnika odpowiednio od pierwszego dnia roku obrotowego, o którym mowa w ust. 3 pkt 1a lit. a, albo od dnia zaistnienia zmian w składzie podatników, o których mowa w ust. 3 pkt 1a lit. b, do dnia likwidacji spółki lub wykreślenia z właściwego rejestru.” Treść komentowanego przepisu wskazuje więc, że złożenie informacji o wspólnikach spółki jawnej przed następnym rokiem obrotowym, czy nawet usunięcie z grona wspólników osoby prawnej, nie zmienią statusu spółki jawnej jako podatnika CIT. W tym zakresie można rozważyć ewentualne ponowne przekształcenie spółki w inną spółkę i powrót do formy spółki jawnej, np. już samych osób fizycznych. Z uwagi jednak na następstwo prawne następujące pomiędzy poszczególnymi formami prawnymi, należałoby przeanalizować, czy treść ww. art. 1 ust. 5 ustawy o CIT nie przesądza o opodatkowaniu CIT wszystkich kolejnych sukcesorów spółki jawnej (także np. spółki partnerskiej).

Reasumując, powyższe rozważania wydaje się, że spółka komandytowa może skutecznie „zachować” transparentność podatkową przez zmianę formy prawnej, jednakże samo przekształcenie nie wystarczy – konieczne będą jeszcze opisane wyżej dodatkowe działania, które zabezpieczą nową spółkę jawną przed objęciem jej opodatkowaniem CIT.

Jak wynika z przepisów wprowadzających komentowane zmiany, Minister Finansów wyda rozporządzenie określające wzór informacji o wspólnikach spółki jawnej. Być może jego treść wyjaśni część z przedstawionych tu wątpliwości. Niestety, na tę chwilę rozporządzenie nie zostało jeszcze opublikowane.

Benedykt Rubak, radca prawny, doradca podatkowy, Manager w Enodo Advisors. Specjalizuje się w zagadnieniach związanych z restrukturyzacja obciążeń podatkiem dochodowym, ze szczególnym uwzględnieniem podatkowo optymalnych transformacji oraz sprzedaży przedsiębiorstw.

Marketing w obliczu Covid-19

Pandemia i lockdown musiały zmienić podejście do komunikacji marketingowej w sieciach handlowych. Przede wszystkim budżety przekierowano na komunikację online lub reklamę telewizyjną. Bezsprzecznie najbardziej ucierpiał outdoor. A przyblokowane w pierwszym momencie papierowe gazetki promocyjne szybko wróciły do łask.

Taki obraz wyłania się z badania zrealizowanego z końcem ub. roku przez AC Nielsen Polska, który zapytał dyrektorów sieci handlowych o zarządzanie działalnością marketingową w czasie pandemii.
– Pandemia zburzyła dotychczasową rutynę i status quo. Organizacje zetknęły się z wyzwaniami, których nie spodziewał się nikt w tak krótkim czasie. Marketerzy zareagowali przyspieszeniem projektów z obszaru digital, ale przekonali się również, które z tradycyjnych rozwiązań wciąż niezmiennie przekładają się na wyniki sprzedaży – mówi Beata Kaczorek, Consumer and Shopper Director z AC Nielsen Polska.

Wszyscy przepytani przez Nielsena dyrektorzy zgodzili się, że budżet na marketing był tym obszarem, który w pierwszej kolejności podlegał rewizji ze strony zarządów w celu osiągnięcia oszczędności w obliczu kryzysu. W efekcie w pierwszej fali pandemii ograniczano wydatki na promocje. A marketerzy stanęli przed wyzwaniem, jak realizować strategię komunikacyjną w nowych warunkach. Czy modyfikować ją krótkoterminowo czy też długoterminowo, na co przeznaczyć budżet reklamowy?

– W sytuacji lockdownu ludzie nagle zostali w domu, więc np. outdoor przestał mieć rację bytu. Co z tego, że mamy wyklejone lokalizacje w fantastycznych miejscach, jak ulice są puste? Więc budżety poszły na online, bo ludzie zaczęli siedzieć przed komputerami – komentował jeden z badanych przez Nielsena dyrektorów.

Silny impuls do rozwoju dostał zatem digital. On-line przeniosła się nie tylko komunikacja, ale również sprzedaż. M.in. zaczęły pojawiać się i rozwijać wszelkie formy, które umożliwiały zakupy przez internet oraz usługi typu click&collect. Zdaniem badanych dyrektorów marketingu nastąpiło gwałtowne przyspieszenie rozwoju projektów e-commerce, które w normalnych okolicznościach zajęłby zdecydowanie więcej czasu.
Rezygnacja z tradycyjnych form komunikacji miała charakter krótkotrwały w przypadku papierowych gazetek promocyjnych, nieco dłuższy w przypadku outdooru i reklam w prasie. Jak ocenili sami badani – sieci, które nie zrezygnowały z komunikowania się w sposób tradycyjny trafiły w wolne od konkurencji otoczenie i ich komunikat stał się bardziej widoczny. Powrót do dystrybucji gazetek nastąpił w przypadku niemal wszystkich badanych sieci.

Co interesujące, w analizowanych przypadkach za szybkim powrotem do gazetek papierowych stało m.in. to, że online nie generował tego samego efektu co offline. Okazało się, że pomimo dużej zmiany wywołanej pandemią i lockdownem papierowe gazetki to w dalszym ciągu podstawowe i najważniejsze narzędzie komunikacji bezpośredniej wpływające na efektywność sprzedaży.Marketing w obliczu Covid-19

O badaniu
Badanie dyrektorów marketingu sieci handlowych zostało zrealizowane przez AC Nielsen Polska metodą IDI (indywidualne wywiady pogłębione, w formie tele- lub wideokonferencji) w okresie sierpień – wrzesień 2020 r. N=5. Rekrutowano osoby z ogólnopolskich sieci zajmujących się sprzedażą detaliczną. Celem badania było m.in. określenie pozycji gazetek promocyjnych w firm z branży retail wśród narzędzi marketingowych, rozpoznanie trendów w komunikacji marketingowej i zmian wywołanych pandemią.