Północna Izba Gospodarcza: jesień to będzie czas rewolucji na rynku pracy

Ostatnie informacje dotyczące bezrobocia w Szczecinie przekazane przez Prezydenta Szczecina Piotra Krzystka w czasie Sesji Rady Miasta pokazują, że mamy do czynienia z trendem, który alarmuje i zobowiązuje władze samorządowe i rządowe do działania na rzecz poprawy sytuacji przedsiębiorców i pracowników. Wiele branż dotkliwie boryka się z gospodarczymi konsekwencjami pandemii koronawirusa, a jesień będzie czasem paradoksalnie jeszcze trudniejszym niż wiosna.

  • Według informacji zaprezentowanych przez władze miasta w sierpniu w Szczecinie zarejestrowanych było 6698 osób bezrobotnych. W lipcu 6468, a w lutym 2020 (przed pandemią koronawirusa) zaledwie 4,6 tysiąca osób.
  • Światowi eksperci: „Mamy do czynienia z najgłębszym kryzysem gospodarczym naszej generacji i on nie minie 1 stycznia”
  • Pół-bezrobocie to problem, którego nie należy bagatelizować. Niektórzy nie tracą pracy całkowicie, a zmieniane są ich warunki np. tracą cząstkę etatu lub stanowisko

Mniejsze wsparcie, zwolnienia grupowe, planowane restrukturyzacje. Trudna jesień w gospodarce jest faktem

Jak mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński statystyki przedstawione przez władze miasta nie są dramatyczne, bo można było się spodziewać jeszcze większego wzrostu bezrobocia: – Mówiąc uczciwie spodziewałem się, że będzie jeszcze gorzej. Nasze miasto silnie stoi usługami i przemysłem, a czas pandemii mocno dotknął właśnie te branże. Szczecin, jako miasto, i tak będzie statystycznie wypadać lepiej niż cały region. Wiadomo bowiem, że to w pasie nadmorskim, w sektorach hotelarskich i turystycznym wiele osób straciło pracę – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej Jarosław Tarczyński.

Dla wielu firm sezon jesienny będzie decydujący: – Oficjalne ministerialne statystyki, informujące o bezrobociu, które zatrzymało się na 6% należy potraktować jako życzenie, które w rzeczywistości nie ma potwierdzenia. Pod koniec września przestają działać rządowe tarcze antykryzysowe, do magistratu trafiają informacje o planowanych zwolnieniach grupowych, a do nas docierają sygnały, że wiele firm planuje restrukturyzację. Jesień będzie prawdziwym testem dla rynku pracy, spodziewamy się rewolucji – przyznaje Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – Trzymam kciuki za wszystkich przedsiębiorców, że uda im się przetrwać trudny czas pandemii koronawirusa – dodaje.

Sytuacja na światowych rynkach znajduje odbicie również na rynku polskim

Jak mówi Dyrektor Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie dr Piotr Wolny, wszelkiego rodzaju wsparcie płynnościowe oraz tarcze antykryzysowe pomogły przedsiębiorcom przetrwać najtrudniejszy czas. Nie doszło do zwolnień „w trybie natychmiastowym”, ale przedsiębiorcy zmuszeni się do optymalizacji działania i szukania oszczędności także w sferze personalnej, co dla wielu jest przykrą koniecznością.

– Zgodnie z przewidywaniami następuje liniowy wzrost bezrobocia. Niestety to zapewne nie koniec. Największe przyrosty mogą nastąpić w okresie jesienno-zimowym. Trzeba wziąć pod uwagę, że przestają działać instrumenty wsparcia w ramach Tarczy Antykryzysowej. Ponadto niezwykle ważnym sygnałem wyznaczającym trend są wciąż napływające niepokojące dane z rynków światowych, w tym w szczególności hamowanie gospodarki niemieckiej – naszego największego partnera handlowego. Niemcy już zapowiedzieli wydłużenie dopłat do pracy krótkoterminowej z 12 do 24 miesięcy. Dłuższy okres ich pobierania ma obowiązywać firmy, które do 31 grudnia 2020 roku wprowadziły pracę krótkoterminową. Dopłaty mają obowiązywać maksymalnie do końca 2021 roku. Minister pracy Hubertus Heil stwierdził, iż  „Mamy do czynienia z najgłębszym kryzysem gospodarczym naszej generacji i on nie minie 1 stycznia” – powiedział w wywiadzie dla rozgłośni Deutschlandfunk. Minister pracy podkreślił, że finansowanie zatrudnienia w skróconym wymiarze godzin jest kosztowne, ale powrót do masowego bezrobocia byłby pod względem gospodarczym i społecznym o wiele droższy.

Głębokie hamowanie gospodarek widać w całej Europie, w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie, a to bezpośrednio przekłada się na rynek pracy – komentuje dyrektor Wolny.

„Pół-bezrobotni” uciekają statystykom, a jest ich coraz więcej

Jakich zmian należy spodziewać się jesienią i czy przedsiębiorcy są na nie przygotowani? Specjaliści współpracujący z Północną Izbą Gospodarczą w Szczecinie zwracają uwagę, że już wiosną wiele firm wdrożyło programy restrukturyzacyjne, szykujące ich do wewnętrznych i zewnętrznych oszczędności – to będzie odczuwalne przede wszystkim jesienią i na przełomie roku. Wiele branż nadal odczuwa komplikacje spowodowane pandemią, a inne obawiają się drugiego lockdownu, co paraliżuje ich plany rozwojowe i decyzyjność, a często zmusza do decyzji o zwolnieniach.

Jak mówi windykator z firmy AVERTO Małgorzata Marczulewska, statystyki dotyczące bezrobocia mogą okazać się zbyt optymistyczne, bo pandemia ujawniła problem tzw. „pół-bezrobocia”.

– Pracodawcy proponują pracownikom nowe warunki pracy, często znacznie gorsze niż pierwotne. Spotkaliśmy się z szeregiem sytuacji, gdy pracownik zatrudniony na całym etacie dostawał propozycję pracy w niepełnym wymiarze godzin lub np. jako współpracownik zewnętrzny na umowie cywilnoprawnej. Takie osoby uciekają statystykom, bo nadal mają pracę, ale tak naprawdę nie wystarcza im ona, by spokojnie żyć i utrzymywać dotychczasowy poziom życia – mówi Małgorzata Marczulewska. – Takie zmiany dotknęły branże kreatywną, informatyków, księgowych, doradców, wszystkie osoby, których wymiar pracy jest elastyczny. Pół-bezrobotni to także często kadra zarządzająca, menadżerowie – dodaje Małgorzata Marczulewska.

Spotkanie z przyszłością w NASA

Kosmiczna rywalizacja wymaga olbrzymich nakładów finansowych. Narodowa Agencja Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej zatrudnia ponad 17 tysięcy osób i podlega prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Oprócz programu lotów kosmicznych agencja jest również odpowiedzialna za długofalowy (zarówno cywilny, jak i wojskowy) program badań przestrzeni kosmicznej.

„Każdy dolar wydany na program kosmiczny ma szacunkową korzyść ekonomiczną od 8 do 10 dolarów” – twierdzi profesor inżynierii lotniczej i mechaniki inżynieryjnej na University of Texas w Austin, Wallace T. Fowler.

NASA wydała na dotarcie na księżyc w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku około 283 miliardów dolarów (uwzględniając inflację), w tym okresie zatrudniała ponad ćwierć miliona pracowników. Obecnie to globalne centrum innowacji i technologii zmierza w kierunku Marsa, celem jest wylądowanie tam misji załogowej w 2030 roku, przy estymowanych kosztach ok. 500 miliardów dolarów.

Jedynie sześć rządowych agencji kosmicznych: 

  • Chińska Narodowa Administracja Kosmiczna (CNSA),
  • Europejska Agencja Kosmiczna (ESA),
  • Indyjska Organizacja Badań Kosmicznych (ISRO),
  • Japońska Agencja Badań Kosmicznych (JAXA),
  • Narodowa Agencja Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (NASA),
  • Rosyjska Federalna Agencja Kosmiczna (RFSA lub Roscosmos) – mają pełne zdolności do wystrzelenia obejmujące możliwość wystrzeliwania i odtwarzania wielu satelitów, rozmieszczania kriogenicznych silników rakietowych i obsługi sond kosmicznych.

W USA działa 10 ośrodków terenowych NASA, Centrum Lotów Kosmicznych imienia Lyndona B. Johnsona (Johnson Space Center, JSC) – centrum załogowych lotów kosmicznych znajduje się w Clear Lake City na przedmieściu Houston (Teksas). W JSC znajduje się Centrum Kontroli Misji, tj. centrum kontroli agencji NASA – koordynujące i monitorujące wszystkie załogowe loty kosmiczne Stanów Zjednoczonych. Prowadzi się tu też treningi astronautów NASA (np.: załóg Międzynarodowej Stacji Kosmicznej). W JSC znajdują się także pomieszczenia Lunar Receiving Laboratory, gdzie pierwsi astronauci powracający z Księżyca przechodzili kwarantannę i gdzie składowane są próbki gruntu i skał księżycowych.

Globalne centrum najnowszych technologii

Wizyta w JSC to gratka dla wszystkich zainteresowanych najnowocześniejszymi technologiami, wiedzą i kosmosem. Przejażdżka po torze wyścigowym bolidem F1, przy kosmicznych atrakcjach bazy w Houston, wydaje się nudną jazdą starym rowerem. Siedząc za sterami promu kosmicznego, symulatorami lotów, w kapsule, w której wracają na naszą planetę astronauci, dotykając silniki rakietowe (latających z prędkością pond 28.000 km/h, których każda dysza ma kilka metrów średnicy) czy zwiedzając, stację kosmiczną można uzmysłowić sobie wiele nowych aspektów, które miały jedynie wymiar abstrakcyjny. A, to jedynie mała część obszarów pracy fachowców z NASA, które możemy poznać z bliska. To doświadczenie trwale zmienia perspektywę postrzegania astronautyki. Nigdy wcześniej nie byłem, tak blisko „kosmosu” i wyprzedających epokę technologi. Astronauci przed misjami w kosmosie, najpierw tu przechodzą wielomiesięczne cykle treningowe w warunkach, jak najbardziej zbliżonych do tego, czego doświadczają potem w misjach. To niezwykle wyzwanie dla technologii, ale też ludzkiej psychiki i wydolności fizycznej. Kosmiczna elita to eksperci wyselekcjonowani spośród najlepszych, doświadczonych pilotów wojskowych. Obecnie w NASA służy 48 aktywnych astronautów – 16 kobiet i 32 mężczyzn. Zgodnie z tabelą płac rządu USA w 2020 r. cywilny astronauta może zarobić od 66 167 do 161 141 USD rocznie. Optymalny wiek astronautów do misji to 50 lat.

Z kolei Boeing we współpracy z Bigelow Aerospace, prowadzą tam badania do drugiego testu w locie bezzałogowym statku kosmicznego Starliner przed wysłaniem astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną w ramach ogłoszonego przez NASA programu Commercial Crew Development (CCD-ev). Starliner to załogowy statek kosmiczny, jego podstawowym zadaniem będzie transport załóg do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) oraz do prywatnej stacji orbitalnej projektowanej przez Bigelow Aerospace. W ten sposób agencja chce zaoszczędzić pieniądze dzięki programowi Commercial Crew. Według NASA, wysłanie astronautów na ISS na pokładzie SpaceX Crew Dragon lub Boeing CST-100 Starliner ma kosztować zaledwie 58 milionów dolarów za miejsce. Dotychczas NASA określiła koszt wysłania astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną na pokładzie rosyjskiej rakiety Sojuz na 81 milionów dolarów za miejsce. Przed wycofaniem programu Space Shuttle NASA stwierdziła, że każda misja wystrzelenia statku kosmicznego kosztuje średnio 450 milionów dolarów.

„Houston, we have a problem”

„Houston, mamy problem” ten popularny cytat z komunikacji radiowej między astronautą Apollo 13 Johnem („Jack”) Swigertem a Centrum Kontroli Misji NASA („Houston”) podczas lotu kosmicznego Apollo 13, gdy astronauci informowali o odkryciu eksplozji, która uszkodziła ich statek kosmiczny, zna każdy Amerykanin. 20 lipca 1969 r. oczy całego świata skierowane były na Houston. Neil Armstrong relacjonował z powierzchni Księżyca: „Houston, Orzeł wylądował”. Kilka godzin później Armstrong zszedł po drabinie Modułu Księżycowego i jako pierwszy człowiek w historii postawił stopę na Księżycu, ogłaszając: „To jest mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”.

Warto też przypomnieć, że Neil Armstrong zabrał, na Księżyc rejestrator NAGRA, który zrewolucjonizowała światową kinematografię i media. Jego twórcą był polski emigrant inż. Stefan Kudelski.

Wyścig do przyszłości

Dziedzictwo zimnej wojny i wczesnego wyścigu kosmicznego to nie tylko globalne napięcia i konflikty: zaowocowały także narodzinami nowoczesnej ery technologicznej. Zimna wojna, która nastąpiła po drugiej wojnie światowej, kiedy Stany Zjednoczone i Związek Radziecki walczyły o globalną dominację, na zawsze zmieniły świat, a technologie z wyścigu kosmicznego nadal wpływają na nasze codzienne życie. Wyścig ten rozpoczął się na dobre w latach pięćdziesiątych XX wieku, gdy oba obozy gorączkowo opracowywały broń jądrową i międzykontynentalne pociski balistyczne (ICBM), aby je przenosić. Wynikający z tego postęp w technologii rakietowej umożliwił wczesną eksplorację kosmosu, prowadząc do pomyślnego okrążenia przez Związek Radziecki pierwszego sztucznego satelity w 1957 roku i umieszczenia pierwszego człowieka na orbicie w 1961 roku. Neil Alden Armstrong – amerykański astronauta, dowódca misji Apollo 11 w 1969 roku jako pierwszy człowiek stanął na Księżycu.

Dziś Ziemia jest otoczona rozległą siecią satelitów, które zapewniają ciągłą łączność szerokopasmową i telewizję wysokiej rozdzielczości, dane wykorzystywane do raportowania pogody, nawigacji, pozycjonowania itp. Utrzymujemy również stałą obecność ludzi w przestrzeni kosmicznej na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). Właścicielami tej stacji są Stany Zjednoczone, Rosja, partner europejski, Japonia i Kanada. Państwa europejskie są traktowane jako jedna jednorodna całość, zwana europejskim partnerem na stacji kosmicznej. Dotychczas 240 osób odbyło 395 lotów kosmicznych na ISS, w tym pięć osób obecnie przebywających (Ekspedycja 63). Zdaniem ekspertów pięćdziesiątka to optymalny wiek dla astronautów do udziału w misjach; muszą być to bowiem osoby zarówno z dużym doświadczeniem, jak i cechujące się dobrą kondycją psychofizyczną. Misje ISS, zwane ekspedycjami, trwają zwykle około sześciu miesięcy. Profesjonalne załogi astronautów pochodzą z USA, Rosji, Japonii, Kanady i Europy. Całkowity czas lotu od startu do dokowania do ISS wynosi trzy godziny i 19 minut. Stacja znajduje się na wysokości orbity około 400 km nad powierzchnią Ziemi. Prędkość, z jaką porusza się stacja po orbicie, wynosi około 28 800 km/h. Obiekt rozciąga się na około 50 metrów, jeśli zmierzymy rozmiary modułów, z których się składa, natomiast cała struktura liczy sobie ponad 100 metrów, a panele baterii słonecznych dodatkowo rozciągają się na około 70 metrów. Jej całkowite wymiary porównać mniej więcej do boiska piłkarskiego.

„Przełomem, który jest nam potrzebny, aby stać się cywilizacją podróżującą w kosmos, jest uczynienie podróży kosmicznych podobnymi do podróży lotniczych. W przypadku podróży lotniczych ten sam samolot, wykorzystywany jest wiele razy” – Elon Musk

Od 1981 do 2011 r. w ramach programu STS (Space Transportation System) Amerykanie do wynoszenia na orbitę obiektów i wysyłania astronautów wykorzystywali wahadłowce kosmiczne. Eksperci zwracają uwagę, że koszt ich obsługi był jednak olbrzymi; nie były też uznawane za zbyt bezpieczne — dwa z nich (Challenger w 1986 r. i Columbia w 2003 r.) eksplodowały wraz z załogą. Wymiana członków załogi stacji realizowana była w tym czasie wyłącznie za pomocą rosyjskich statków Sojuz z Bajkonuru w Kazachstanie. Program załogowych lotów realizowanych z wykorzystaniem wahadłowców zakończono w 2011 roku i od tego czasu NASA została pozbawiona własnych środków transportu astronautów i zaopatrzenia na ISS. Na wrzesień b.r. planowane jest pierwsza z sześciu zakontraktowanych misji w ramach programu ISS Crew Transportation Services, będzie to pierwszy lot załogowy na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS) z terenu USA od prawie 10 lat. Wykonana przez firmę znanego miliardera Elona Muska SpaceXna zlecenie NASA, napędzana mieszaniną ciekłego tlenu i nafty rakieta Falcon 9, po raz pierwszy w kosmos wzniesie astronautów pojazd wyprodukowany przez prywatną firmę. Elon Musk to prezes, założyciel, wynalazca takich firm jak: SpaceX, Tesla, SolarCity, Starlink, The Boring Company, Hyperloop, OpenAI czy Future of Life Institute. Wyceniany na blisko 94 miliardy dolarów Musk, zainwestował już ponad miliard dolarów w rakiety wielokrotnego użytku.

Jak kosmiczne technologie zmieniły nasz świat?

Nasze ubrania czy wnętrza pojazdów są wykonane z ognioodpornych tkanin dzięki programowi Apollo. Prognozy pogody z wykorzystaniem monitoringu satelitarnego, wiele odkryć medycznych czy bardziej pożywnej żywności dla niemowląt…niemal każdy obszar technologii odniósł korzyści z badań kosmicznych. Nowoczesne laptopy są bezpośrednimi potomkami przenośnego komputera pokładowego Shuttle (SPOC), który został opracowany na początku lat 80. XX wieku dla programu promów kosmicznych. Protezy uległy znacznej poprawie dzięki zastosowaniu zaawansowanych materiałów amortyzujących wstrząsy i robotyki.

Od ponad pół wieku program transferu technologii NASA zapewnia prywatnemu przemysłowi połączenie z jego ogromnymi zasobami w celu wspierania rozwoju komercyjnego i ulepszania produktów. Do tej pory NASA twierdzi, że około 2000 komercyjnych produktów typu „spin off” zostało z powodzeniem opracowanych w wielu dziedzinach. Oto kilka innych przykładów technologii „spin-off ”, wynikających z badań i rozwoju kosmosu, których obecnie używamy w życiu codziennym: Twórcy GPS prawdopodobnie nie przewidzieli, jak ta technologia zmieni niemal każdą branżę, a także życie codzienne w skali globalnej. Global Positioning System (GPS) został pierwotnie opracowany przez wojsko do precyzyjnej nawigacji i kierowania celów broni. Korzystanie z map i atlasów turystycznych oraz choćby zatrzymywanie się, aby zapytać o drogę, są obecnie w dużej mierze anachronizmem.

GPS umożliwił usługi wywoływania przejazdów, a także śledzenie i dostawę paczek. Poprawiła naszą kondycję, śledząc nasze treningi. Poprawiło nasze bezpieczeństwo, szybko udostępniając naszą lokalizację w sytuacjach awaryjnych. GPS będzie dostępny w przyszłości, aby ułatwić powstające technologie, takie jak samojezdne samochody i dostawy przesyłek za pomocą dronów. Termometry douszne na podczerwień — opracowane przez NASA — mierzą ilość energii emitowanej przez błonę bębenkową w taki sam sposób, jak mierzy się temperaturę gwiazd i planet, wykorzystując technologię astronomiczną w podczerwieni. Misje eksploracji kosmosu zależą od technologii cyfrowego przetwarzania obrazu opracowanej przez Laboratorium Napędów Odrzutowych. JPL dostosował tę technologię, aby pomóc w tworzeniu nowoczesnych skanerów CAT i radiografii. Produkty konsumenckie, takie jak bezprzewodowe zestawy słuchawkowe, oświetlenie LED, przenośne bezprzewodowe odkurzacze, liofilizowana żywność, pianka z pamięcią, odporne na zarysowania soczewki okularowe i wiele innych znanych produktów, wszystkie skorzystały z badań i rozwoju technologii kosmicznej.

Technologia z wyścigu kosmicznego została również zastosowana, aby bezpośrednio poprawić bezpieczeństwo publiczne i zmniejszyć ryzyko wypadków i obrażeń. W zimowe dni systemy przeciwoblodzeniowe pozwalają samolotom bezpiecznie latać. Rowkowanie, które początkowo było używane do ograniczania wypadków lotniczych na mokrych pasach startowych, jest obecnie stosowane również na naszych drogach, aby zapobiegać wypadkom samochodowym.

Detektory dymu i tlenku węgla zostały po raz pierwszy opracowane dla programu NASA Skylab w latach 70. Nowoczesny sprzęt przeciwpożarowy szeroko stosowany w Stanach Zjednoczonych oparty jest na lekkich ognioodpornych materiałach opracowanych przez NASA. Jedna z najważniejszych technologii „spin-off” dotyczy bezpieczeństwa żywności. NASA stanęła przed problemem karmienia astronautów w zamkniętych środowiskach w warunkach nieważkości. Badania wpłynęły na sposób przechowywania dziś ogólnie dostępnych produktów spożywczych.

Człowiek na Marsie — nasza przyszłość to kosmos

Odległość od Ziemi do Marsa wynosi 57,6 milionów kilometrów, przy obecnej technologii rakietowej podróż na Marsa zajęłaby około 21 miesięcy: 9 miesięcy, aby się tam dostać, 3 miesiące tam i 9 miesięcy, aby wrócić. Długi czas trwania podróży ma kilka konsekwencji.

Największym czynnikiem ograniczającym wysyłanie ludzi na Marsa jest finansowanie. Szacunkowy koszt to około 500 miliardów dolarów amerykańskich, chociaż rzeczywiste koszty prawdopodobnie będą większe. Począwszy od późnych lat pięćdziesiątych, wczesna faza eksploracji kosmosu była prowadzona zarówno w celach politycznych, jak i w celu obserwacji Układu Słonecznego.

Krytycy argumentują, że ogromne koszty przeważają nad natychmiastowymi korzyściami z ustanowienia obecności człowieka na Marsie, a fundusze można by lepiej skierować na inne programy, takie jak eksploracja robotów. Zwolennicy eksploracji kosmosu przez człowieka twierdzą, że symbolika obecności w kosmosie może wzbudzić zainteresowanie opinii publicznej przyłączeniem się do projektu i zapoczątkować globalną współpracę. Istnieją również opinie, że długoterminowe inwestycje w podróże kosmiczne są niezbędne do przetrwania ludzkości.

Warto wspomnieć, że w badaniach Marsa istotny udział mają Polacy. Pierwsze instrumenty badające Czerwoną Planetę były produkowane jeszcze w czasach ścisłej kooperacji ze Związkiem Radzieckim. W ten sposób polscy uczeni i inżynierowie wzięli udział w misjach Fobos1 i Fobos2, wystrzelonych w 1988 roku. Na ich pokładzie znalazły się analizatory plazmowe niskiej częstotliwości wykonane w Instytucie Lotnictwa, z udziałem specjalistów z Centrum Badań Kosmicznych PAN. W 1996 roku rosyjska już misja Mars96 zabrała ze sobą trzy instrumenty, których podsystemy zaprojektowali nasi rodacy. Podobny instrument znalazł się również na pokładzie europejskiej misji Mars Express (2003). W 2001 roku Rosyjska misja Fobos-Grunt została wyposażona w penetrator geologiczny Chomik produkcji CBK PAN. Przeznaczony był on do zbierania próbek z powierzchni i badań geologicznych w warunkach mikrograwitacji. Na potrzeby misji ExoMars (2016/2020) w CBK PAN zaprojektowano i zbudowano zasilacz do kamery CaSSIS, który firma Creotech Instruments S.A. zintegrowała z pozostałymi elementami systemu kamery. Na pokładzie lądownika Schiaparelli zainstalowane zostały detektory podczerwieni wykonane przez firmę Vigo System S.A. Detektory z Ożarowa znajdują się na pokładzie marsjańskiego łazika Curiosity (2011). Firma Astronika sp. z o.o. odpowiedzialna jest za jeden z trzech głównych instrumentów, które zabrała ze sobą amerykańska sonda InSight (2018).

Bilet za 60 milionów dolarów…

Podróże kosmiczne są dziś domeną branży prywatnej, kilka firm z sukcesami pracuje w tym obszarze. Cena biletu zależy od tego, dokąd się wybieramy. NASA potwierdziła, że turyści ponownie będą mogli odwiedzać stację za 35 000 dolarów za noc, oprócz wszelkich opłat SpaceX lub Boeinga za ich przewiezienie, które prawdopodobnie wyniosą około 60 milionów dolarówW 2001 roku nowojorski biznesmen Dennis Tito zapłacił rzekomo 20 milionów dolarów za wystrzelenie rosyjskiej rakiety z dwoma kosmonautami i spędzenie około ośmiu dni na orbicie Ziemi, na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.

Sześciu innych turystów zapłaciło Rosji za przywiezienie ich na ISS, zanim program został odwołany w 2010 r. Z powodu zwiększonej liczby personelu na stacji.

Dla niedoszłych turystów kosmicznych z ograniczonym budżetem Virgin Galactic z sukcesem zaoferowało pierwszą rundę biletów na skraj kosmosu, niestety kolejne problemy techniczne ciągle wstrzymują ten projekt. Inwestorzy uwierzą w kosmiczny wycieczkowy biznes, kiedy statek kosmiczny Virgin pomyślnie przeprowadzi pierwszy lot komercyjny i bezpiecznie sprowadzi klientów na Ziemię (co ma nastąpić według zapowiedzi w pierwszym kwartale 2021 roku). W jednym z pierwszych lotów ma uczestniczyć sam Richard Branson, co ma wywołać efekt zaufania do usługi. W kolejce czeka już 600 chętnych, którzy wpłacili zaliczki na bilety kosztujące 250 tysięcy USD.

Japoński miliarder Yusaku Maezawa został już wybrany przez SpaceX jako pierwszy turysta, który poleci na Księżyc. Cena nie została ujawniona publicznie, ale dyrektor generalny Elon Musk powiedział, że za podróż została wpłacona „znaczna kaucja”. Blue Origin Jeffa Bezosa nie ujawnia kwot, na które będzie obciążał turystów kosmicznych, ale firma pozwala wszystkim zainteresowanym zarejestrować się, udostępniając informacje o cenach i szczegółach ich oferty.

Lot w kosmos to też zdecydowanie największa nagroda, jaka do tej pory została ufundowana w programie telewizyjnym (nowy reality show Space Hero). Space Hero Inc, amerykańska firma produkcyjna zapewniła sobie miejsce na misję na Międzynarodową Stację Kosmiczną w 2023 roku. Trafi ono do zwycięzcy reality show. Wybrana grupa zawodników przejdzie intensywne szkolenie i zmierzy się z wyzwaniami sprawdzającymi ich siłę fizyczną, psychiczną i emocjonalną, cechy, które są niezbędne dla astronauty w kosmosie.Cena za wysłanie ładunku w kosmos może się różnić w zależności od tego, co przywozimy. SpaceX oferuje ładowność do 830 kilogramów, za 4,15 miliona dolarów. W przypadku większych ładunków United Launch Alliance oferuje przewóz do 18.937 kg na pokładzie jednej ze swoich rakiet Atlas V, których ceny zaczynają się od 109 milionów dolarów.

Wkrótce POLSA otworzy Centrum Kosmiczne w Warszawie

POLSA uczestniczy w realizacji strategicznych dla nas celów, wspierając wykorzystanie systemów satelitarnych i rozwój technologii kosmicznych. We wrześniu br. w Warszawie Prezes Polskiej Agencji Kosmicznej (POLSA) Michał Szaniawski oraz Jerzy Brodzikowski, General Manager Cambridge Innovation Centre (CIC) Warsaw podpisali umowę dotyczącą utworzenia Cosmic Hub. Będzie to wspólna przestrzeń w centrum Warszawy, w której innowatorzy będą mogli spotykać się, dzielić wiedzą, brać udział w warsztatach oraz skorzystać z wiedzy i kontaktów przedstawicieli Polskiej Agencji Kosmicznej. W roku 2030 polski sektor kosmiczny będzie w wybranych obszarach w pełni konkurencyjny w wymiarze globalnym i będzie w stanie zapewnić Polsce niezależność w dostępie do danych satelitarnych i w ich zastosowaniu.

Od zarania dziejów ludzkości człowiek dążył do rozwoju i odkrywania nowych przestrzeni. Mikołaj Kopernik „wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię” w swoim dziele „O obrotach sfer niebieskich”, które na owe czasy (1543) stanowiło przewrót w nauce i ówczesnym światopoglądzie. Dwie i pół dekady obserwacji dokonanych za pomocą kilku flagowych teleskopów, potwierdziło efekty przewidziane przez ogólną teorię względności Einsteina na ruch gwiazdy przechodzącej przez skrajne pole grawitacyjne w pobliżu super masywnej czarnej dziury w centrum Drogi Mlecznej. Rozwój ludzkości przedstawiany w fabule rodem z fantastyki naukowej, z biegiem czasu staje się naszą rzeczywistością. Eksploracja kolejnych planet to jedynie kwestia czasu. Centrum NASA w Houston daje nam dziś namiastkę tego, co stanie się codziennością dla przyszłych pokoleń.

Autor: Adam Białas, ekspert rynku, dziennikarz, dyr. Agencji CORE PR

Komisja Europejska może zwiększyć cele redukcji emisji CO2 do 2030 roku. Będzie to wymagało zmian we wszystkich sektorach gospodarki

Niekorzystne zmiany klimatyczne postępują tak szybko, że cele, do których państwa zobowiązały się w porozumieniu paryskim z 2016 roku, już są niewystarczające. Komisja Europejska przedstawiła ocenę podwyższenia celu redukcji emisji CO2 do 2030 roku z 40 do nawet 55 proc. w stosunku do poziomu z 1990 roku. Autorzy dokumentu rekomendują zwiększenie celu do poziomu 55 proc. Do tego potrzebna będzie współpraca na każdym szczeblu: od konsumentów, przez biznes, po rządy i organizacje międzynarodowe. Zwłaszcza rola firm jest mocno podkreślana w zielonej transformacji. 

Żyjemy w świecie o 1°C cieplejszym w stosunku do epoki postindustrialnej. Ta sytuacja nie jest bezpieczna. Walczymy więc o zahamowanie tego wzrostu na poziomie 1,5°C i tutaj zdecydowanie potrzebne są wszystkie ręce na pokład – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Joanna Remiszewska-Michalak, fizyk atmosfery.

Według danych ONZ od 1990 roku emisja CO2 na świecie wzrosła o prawie 50 proc., a w latach 2000–2010 rosła szybciej niż w każdej z trzech poprzednich dekad. Obecnie średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego – potwierdził IPCC (Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu) w swoim ostatnim raporcie, nad którym pracowała blisko setka naukowców z 40 krajów. Dokument, który jest uznawany za najbardziej wiarygodną ocenę skutków zmian klimatu i stanowi podstawę dla międzynarodowej polityki klimatycznej, pokazuje, że jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie szybko zahamowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy bezpieczny próg 1,5°C już w 2040 roku, a na koniec obecnego stulecia wyniesie 4°C.

Przekraczając granicę 1,5°C ocieplenia w stosunku do epoki przedindustrialnej, będziemy żyć w jeszcze cieplejszym świecie, borykać się z niedoborami wody i obserwować – szczególnie w Europie, w basenie Morza Śródziemnego, ale również w Polsce – pustynnienie obszarów. Niedobory wody i żywności będą coraz bardziej dotkliwe, bo plony będą niższe. Zwiększy się ryzyko ekstremalnych zjawisk pogodowych. Deszcze będą coraz bardziej ulewne, z drugiej strony będziemy nękani falami upałów i suszy – mówi dr Joanna Remiszewska-Michalak.

Zmiany klimatyczne pociągają za sobą dotkliwe skutki społeczne i gospodarcze. Według IPCC, jeżeli globalne ocieplenie nie zostanie szybko zahamowane na poziomie 1,5°C, to konsekwencjami będą m.in. zalanie terenów zamieszkanych przez połowę ludności świata, ograniczony dostęp do żywności i wody pitnej, setki milionów zgonów spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza i klęski żywiołowe – fale upałów, nawałnice, powodzie czy gwałtowne burze, które odczuje 2/3 Europejczyków. Żeby uniknąć tego scenariusza, do 2030 roku globalna emisja CO2 musi spaść o 45 proc., a do 2050 roku zostać całkowicie zahamowana.

Zatrzymanie ocieplenia klimatu jest możliwe, jeśli podejmiemy bardzo szybkie, bezprecedensowe działania. To, na co zgodzili się sygnatariusze porozumienia paryskiego, i co już i tak jest dla niektórych państw wielkim wysiłkiem, nie wystarcza, bo oznacza ocieplenie od 2,8 do 3,5°C. To jest naprawdę niebezpieczna granica. Ale jeśli podejmiemy działania zmierzające do wyzerowania emisji netto, to ciągle istnieje prawdopodobieństwo zatrzymania ocieplenia klimatu – podkreśla badaczka.

Aby wyhamować zmianę klimatu, potrzebna jest współpraca na każdym szczeblu: od konsumentów, przez biznes, po rządy i organizacje międzynarodowe. Firmy w Polsce mają duże pole do ograniczania emisji CO2, co potwierdza lipcowa analiza firmy konsultingowej Nobili Partners. Wynika z niej, że w ubiegłym roku 28 polskich spółek giełdowych i grup kapitałowych wyemitowało do atmosfery 28,2 mln ton gazów cieplarnianych. To w przeliczeniu średnio 106 mln ton na każdy 1 mln zł przychodów. Tnąc swoje emisje, biznes może dołożyć dużą cegiełkę do transformacji energetycznej.

Od 26 lat mamy szczyty klimatyczne ONZ, a biznes jest ich częścią. Został włączony do dyskusji w celu znalezienia rozwiązania – mówi Kamil Wyszkowski, przedstawiciel i prezes Rady UN Global Compact Network Poland. – Mamy zarówno biznes, który jest trucicielem, jak i taki, który odgrywa rolę zbawcy – przygotowuje rozwiązania technologiczne, które mogą sprawić, że nie zderzymy się boleśnie z negatywnymi skutkami kryzysu klimatycznego. I to jest rola biznesu.

Firmy mogą przyczyniać się do zahamowania zmian klimatu, nie tylko tnąc swoje emisje CO2 czy modyfikując produkcję, ale też m.in. edukując konsumentów czy wprowadzając na rynek innowacyjne rozwiązania bardziej przyjazne środowisku. Potrzebne im jednak wsparcie regulacyjne i finansowe po stronie rządów i instytucji międzynarodowych.

– Zależy nam, żeby poprzez porozumienia bankowe i międzyrządowe wypracować taką ilość kapitału na stole, która będzie motywować sektor prywatny do rozsądnej, ale ambitnej transformacji w kierunku technologii zero- i niskoemisyjnych oraz w kierunku produktów, które są chociażby biodegradowalne. Jednym z lepszych przykładów są chociażby biopolimery, czyli rolnicze folie kompostowalne – mówi prezes Rady UN Global Compact Network Poland.

Jak podkreśla, firmom zwyczajnie opłaca się w tej chwili ekologia i zrównoważony rozwój, choćby dlatego że są lepiej wyceniane przez rynek finansowy i mogą skorzystać z wielomiliardowych mechanizmów finansowych przewidzianych w Europejskim Zielonym Ładzie.

– Kolejna korzyść – konsumenci coraz bardziej doceniają, że dany produkt został wytworzony dzięki odnawialnym źródłom energii, z biodegradowalnych produktów. I kupują właśnie taki, a nie inny produkt – mówi Kamil Wyszkowski.

Myślę, że coraz większa świadomość klientów i ich wymagania, żeby firmy działały w sposób zrównoważony, odegra niebagatelną rolę. Działania na rzecz zrównoważonego rozwoju będą oceniane przez rynek i staną się elementem budowania przewagi konkurencyjnej. Nastąpi nowa era wymiaru konkurencji – przewiduje Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

Globalny koncern jest w gronie tych firm, które dążą do zminimalizowania swojego wpływu na klimat. Do końca tej dekady firma będzie już całkowicie neutralna węglowo (nie będzie generować nowych emisji), pozyskując energię wyłącznie ze źródeł odnawialnych. W swojej zielonej strategii idzie jednak o krok dalej. W ciągu 20 lat chce zneutralizować całą swoją historyczną emisję CO2, wyprodukowaną od momentu rozpoczęcia działalności 80 lat temu. To łącznie 5,6 mln ton CO2, a firma przeznaczy na ten cel 135 mln euro.

W energetyce biznes może osiągnąć najwięcej, żeby przeciwdziałać kryzysowi klimatycznemu. To m.in. rozwój technologii wiatrowych – zarówno morskich, jak i lądowych. Bardzo ciekawe działania mają też miejsce w energetyce wodorowej, a tzw. zielony wodór jest w tej chwili w forpoczcie zmian. Chodzi głównie  o to, żeby odejść od wysokoemisyjnych technologii pozyskiwania energii elektrycznej – mówi Kamil Wyszkowski.

– Wszystkie firmy powinny zmierzać w tym kierunku. Przywództwo, którego wymaga od nas dzisiaj świat, nie polega na tym, aby myśleć tylko o sobie, ale aby wychodzić poza ramy własnego biznesu i tworzyć wartość dodaną – podkreśla Jacek Siwiński. – Główną rolę w tym procesie odegrają decyzje polityczne, które narzucą biznesowi pewien rytm dostosowywania się do wymogów Europejskiego Zielonego Ładu. Z pomocą przyjdą też środki przeznaczone na sprawiedliwą transformację.

Polacy najchętniej jedzą lody rzemieślnicze i z automatu. Od lat wybierają tradycyjne smaki

W Polsce przybywa lodziarni. – Chociaż rynek wydaje się już nasycony, to co roku otwierają się nowe punkty z lodami. I wszystkie bardzo dobrze sobie radzą – mówi Radosław Charubin, właściciel  marek Lody Bonano i U Lodziarzy. Największym powodzeniem cieszą się lody rzemieślnicze, naturalne oraz z automatu i choć Polacy są przywiązani do tradycyjnych smaków, to chętnie sięgają po nowości.

Polacy jedzą średnio 5 kg lodów rocznie, przy czym najchętniej wybieramy lody tradycyjne.

To są polskie lody, które pojawiły się na naszym rynku w latach 70., z dużą ilością owoców, bez sztucznych dodatków. Na drugim miejscu są lody z automatu, tak zwane świderki oraz lody włoskie, które są kremiste jak bita śmietana – mówi agencji Newseria Biznes Radosław Charubin, właściciel  marek Lody Bonano, U Lodziarzy i Multi Ice.

Dzisiaj królują tradycyjne, naturalne lody. Nie oznacza to jednak, że lodziarnie oferujące inne ich rodzaje znikają z rynku.

Często podróżując po Polsce, obserwuję, że w miasteczkach z liczbą mieszkańców rzędu 10 tys. w samym centrum działa nawet siedem albo osiem lodziarni. I wszystkim dobrze się powodzi. Może to wynikać z tego, że ludzie kupują lody głównie w takich miejscach i lubią mieć duży wybór, ponieważ często jest tak, że każdy członek rodziny lubi inne lody – mówi właściciel lodowych marek. – Rynek rozwija się cały czas i chociaż wydaje się, że jest już nasycony, to co roku przybywa nowych punktów.

Lodziarnię najlepiej otworzyć na początku roku. Taka decyzja pozwala działać w sezonie, który trwa do września, na pełnych obrotach.

– Zainteresowanie klientów otwieraniem lodziarni pod naszą marką jest ogromne. Przez pierwsze trzy albo cztery miesiące roku, kiedy jest na to czas, przeżywamy prawdziwe oblężenie – mówi Radosław Charubin.

W tym roku ze względu na pandemię koronawirusa sezon dla lodziarni rozpoczął się z pewnym opóźnieniem, ale nie muszą spisywać go na straty, ponieważ warunki pogodowe oraz fakt, że znacznie więcej Polaków niż zwykle zostało na wakacje w kraju, ożywiły sprzedaż. Co ciekawe, w czasie izolacji Polacy też chętnie sięgali po lodowy deser. Tym bardziej że pojawiły się one w ofercie dostaw e-commerce.

Jak wskazuje właściciel lodowych marek, Polacy najchętniej wybierają tradycyjne smaki. Z ubiegłorocznego badania Kantar przeprowadzonego na zlecenie Lotte Wedel wynika, że ulubione lody Polaków to wanilia i śmietanka (48 proc.) oraz czekolada (44 proc.).

Dużą popularnością cieszy się też truskawka. W ostatnim czasie dobrze sprzedaje się też słony karmel. Jest również popyt na takie smaki jak czekolada z chili – mówi Radosław Charubin. – W wymyślaniu nowych ogranicza nas tylko wyobraźnia. Przykładowo w naszej sieci U Lodziarzy klienci chętnie kupują lody pomarańczowo-musztardowe.

Przywracanie obostrzeń w kolejnych krajach zniechęca turystów do podróżowania. Lotniska przygotowują się na ponowne spadki ruchu

W czasie wakacji ruch lotniczy trochę odżył. Duże było zainteresowanie lotami rejsowymi, jak też czarterami, choć i tak trudno to porównywać do popytu sprzed roku. – W lipcu mieliśmy zaledwie 25 proc. ruchu, który normalnie o tej porze obsługujemy, a w sierpniu – ok. 40 proc. Niestety w kolejnych miesiącach będzie gorzej – prognozuje Dariusz Kuś, prezes Portu Lotniczego we Wrocławiu. Negatywne oceny wynikają nie tylko z zakończenia sezonu wakacyjnego, lecz również z coraz bardziej niepewnej sytuacji związanej z rozwojem pandemii.

Zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów, obowiązującym od 16 do 29 września, na liście krajów objętych zakazem przylotów jest 30 państw, w tym Czarnogóra, Hiszpania, Izrael czy Brazylia. Ze względu na pogarszającą się sytuację epidemiczną, m.in. we Francji czy Wielkiej Brytanii, władze wielu krajów oraz włodarze poszczególnych miast decydują się na przywracanie ograniczeń i restrykcji, związanych np. ze swobodnym przemieszczaniem się.

Na mniejsze wypełnienie samolotów wpływ ma z całą pewnością brak pewności wynikających z regulacji prawnych, do których krajów można, a do których nie można latać, w przypadku których podróży po powrocie będzie nam groziła kwarantanna, a w jakich nie – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Kuś, prezes Portu Lotniczego we Wrocławiu. – Pasażer wychodzi z założenia, że powstrzyma się od podróży lotniczej w sytuacji, kiedy nie jest pewien, czy z całą pewnością będzie mógł z danego kraju bezpiecznie wrócić. To wpływa na lotniska, linie lotnicze i cały sektor turystyczny.

Również rosnąca liczba przypadków koronawirusa w Polsce powoduje, że coraz mocniej obawiamy się o zdrowie swoje i bliskich i staramy się minimalizować ryzyko zakażenia, unikając skupisk ludzi.

Widać, że osoby podróżujące prywatnie, jeśli nie muszą lecieć, unikają podróży lotniczej, choć z punktu widzenia bezpieczeństwa, co często powtarzamy, samolot jest dzisiaj najbezpieczniejszą formą komunikacji, jaką możemy sobie wyobrazić. Wszystkie osoby, które wchodzą na terminal lotniska, są proszone o używanie maseczek. Podróż na pokładzie samolotów odbywa się w maseczce, wszystkim wchodzącym na teren lotniska mierzymy temperaturę, badamy objawy po to, żeby zminimalizować ryzyko zakażenia, i to jest bardzo skuteczne. Nie słychać w ostatnich miesiącach o przypadkach pojawienia się źródła zakażeń w podróży lotniczej – mówi prezes Portu Lotniczego we Wrocławiu.

To powoduje, że lotniska ponownie przygotowują się na trudne miesiące. Tym bardziej że ruch wakacyjny udało się odbudować tylko w niewielkiej części. Port Lotniczy Wrocław w lipcu obsłużył ponad 99 tys. pasażerów. To sporo więcej niż w czerwcu, kiedy było ich trochę ponad 5 tys. Z kolei w sierpniu liczba pasażerów wyniosła prawie 148 tys. W ubiegłym roku w ciągu dwóch wakacyjnych miesięcy lotnisko obsłużyło ponad 770 tys. osób.

W lipcu mieliśmy zaledwie 25 proc. ruchu, który normalnie o tej porze obsługujemy. W sierpniu – ok. 40 proc. Niestety w kolejnych miesiącach będzie gorzej, ponieważ w czasie wakacji popyt na podróże był największy. Powodzeniem cieszyły się szczególnie kraje basenu Morza Śródziemnego – mówi Dariusz Kuś. – Dotyczy to zarówno rejsów przewoźników niskokosztowych lub PLL LOT, kiedy pasażerowie sami kupowali bilety, jak i oferty biur podróży i przewoźników czarterowych.

Z danych Międzynarodowej Rady Portów Lotniczych (ACI) wynika, że ruch pasażerski na europejskich lotniskach był w lipcu o blisko 78 proc. mniejszy niż w analogicznym okresie 2019 roku, a w sierpniu było to ok. 66 proc. W pierwszych dwóch tygodniach września spadek znów się pogłębił.

Oferowanie jest na dobrym poziomie, więc dochodzi kwestia wypełnienia samolotów. Wskaźniki ich wypełnienia, które w normalnych sezonach sięgały 80–90 proc., a w czarterach 95–100 proc., w tym roku spadły bardzo znacząco. Pomimo dobrego oferowania i wolnych miejsc w samolotach zainteresowanie ze strony pasażerów jest mniejsze, niż oferują linie lotnicze, co jest oczywiście problemem dla branży – podkreśla prezes wrocławskiego portu lotniczego.

Branża liczyła, że od września ratunkiem na spowolnienie ruchu wakacyjnego ponownie staną się podróże służbowe. Ruch korporacyjny jest jednak znacznie słabszy niż przed pandemią.

Wiele korporacji, szczególnie międzynarodowych, preferuje pracę zdalną, wręcz zabrania swoim pracownikom czy menadżerom podróży służbowych, spotykania się w świecie realnym, zamiast tego preferuje załatwianie interesów przez internet, przez dostępne platformy komunikacji zdalnej. Siłą rzeczy tych pasażerów wtedy nie mamy na lotnisku – podkreśla Dariusz Kuś.

Międzynarodowe Stowarzyszenie Transportu Lotniczego (IATA) prognozuje, że powrót do stanu sprzed pandemii zajmie cztery albo pięć lat. W całym roku spadek popytu wyniesie 54 proc., a straty lotnictwa przekroczą 84 mld dol.

Sztuczna inteligencja może zrewolucjonizować diagnostykę i leczenie raka. Polska onkologia staje się coraz bardziej innowacyjna

Każdego roku nowotwór jest diagnozowany u ponad 160 tys. Polaków, z których około 100 tys. umiera. Prognozy wskazują, że w ciągu 10 lat liczba pacjentów onkologicznych wzrośnie o 1/3. Światowa onkologia poczyniła w ostatnich latach ogromne postępy – zarówno w obszarze innowacyjnych terapii, jak i nowych technologii, które wspierają diagnostykę i leczenie. Dzięki temu zwiększył się wskaźnik przeżywalności pacjentów chorych na raka. Postęp miał miejsce także w polskiej onkologii, choć – jak wskazują autorzy raportu „Innowacyjna onkologia. Potrzeby. Możliwości. System” – wciąż pozostało wiele do zrobienia, a największe nadzieje są związane m.in. z wykorzystaniem danych i sztucznej inteligencji. Mają one potencjał, by zrewolucjonizować diagnostykę i leczenie.

– Zachorowalność na nowotwory złośliwe na świecie stale rośnie. Liczby podawane przez Światową Organizację Zdrowia nie napawają optymizmem. W tej chwili jest około 14 mln zachorowań rocznie, a za 10 lat ta liczba przekroczy 20 mln. Podobnie rośnie też zachorowalność na nowotwory w Polsce. Obecnie to ok. 170 tys. przypadków rocznie, a za dekadę ta liczba zdecydowanie przekroczy 200 tys. To bardzo duża liczba chorych, olbrzymie wyzwanie organizacyjne i systemowe – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Adam Maciejczyk, prezes zarządu głównego Polskiego Towarzystwa Onkologicznego.

Nowotwory złośliwe są w Polsce drugą najczęstszą przyczyną zgonów. Liczba pacjentów ze zdiagnozowanym rakiem stale wzrasta (od 1999 roku o 46 proc., dane NIK), co jest zarówno efektem starzenia się społeczeństwa, jak i czynników związanych z niezdrowym stylem życia. Według danych przytaczanych przez Ministerstwo Zdrowia każdego roku nowotwór jest diagnozowany u ponad 160 tys. Polaków, z których około 100 tys. umiera. Prognozy wskazują, że w ciągu najbliższych pięciu lat liczba pacjentów onkologicznych może wzrosnąć o 15 proc., a w perspektywie 10 lat – już o 28 proc.

W ciągu ostatnich dekad medycyna onkologiczna poczyniła ogromne postępy – zarówno w obszarze nowych technologii, które wspierają diagnostykę i leczenie, jak i innowacyjnych terapii. Przykładem jest choćby szpiczak mnogi – rzadki, złośliwy nowotwór krwi, w którego leczeniu zarejestrowano w ostatnich latach sześć nowych cząsteczek, dzięki czemu powoli staje się on chorobą przewlekłą.

– Polska onkologia jest w pewnym sensie innowacyjna. Taka jest realizowana w dużych centrach i instytutach onkologii, jednostkach wyspecjalizowanych w zakresie opieki onkologicznej. Innowacyjna onkologia to nie tylko dostęp do nowoczesnych terapii, ale również dostęp do nowoczesnej, szybkiej diagnostyki, do koordynacji opieki onkologicznej. Taki dostęp jest, ale niestety nierówny. Bardziej zależy on od kodu zamieszkania niż od kodu genetycznego pacjenta – mówi dr hab. Adam Maciejczyk.

Dzięki innowacjom zwiększył się wskaźnik przeżywalności pacjentów chorych na raka. Postęp miał miejsce także w Polsce, choć – jak wskazała NIK („Dostępność i efekty leczenia nowotworów”) – skuteczność leczenia onkologicznego wciąż pozostaje gorsza niż w większości pozostałych krajów UE.

– W leczeniu pacjentów onkologicznych Polska wprowadziła w ostatnich latach szereg rozwiązań, a pierwszym z nich był pakiet onkologiczny, w którym zdefiniowano maksymalne czasy oczekiwania na diagnostykę onkologiczną i rozpoczęcie leczenia. Dzięki temu pacjenci mogli być diagnozowani i leczeni szybciej, co istotnie przekłada się na prawdopodobieństwo przeżycia. Kolejnym krokiem było wprowadzenie pilotażu sieci onkologicznej, w ramach którego wybrane placówki na terenie kraju ćwiczyły koordynację pomiędzy szpitalami regionalnymi, powiatowymi a szpitalem koordynującym, by wymieniać doświadczenia i informacje na temat pacjenta – dodaje dr hab. n. ekon. Barbara Więckowska, profesor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Jak podkreśla, jednym z kamieni milowych było przyjęcie w ubiegłym roku Narodowej Strategii Onkologicznej. To program na lata 2020–2030 wprowadzający kompleksowe zmiany w polskiej onkologii, m.in. zmianę modelu opieki nad pacjentami oraz wielomilionowe inwestycje w sprzęt medyczny, kształcenie lekarzy oraz innowacje i badania kliniczne. Dokument zakłada m.in., że w ciągu 10 lat Polska niemal zrówna się z rozwiniętymi krajami UE w refundacji innowacyjnych terapii. Główne cele NSO to wzrost liczby pięcioletnich przeżyć wśród pacjentów z rakiem, poprawa jakości ich życia i zmniejszenie zapadalności na choroby nowotworowe.

– Nadal jednak brakuje kilku istotnych rozwiązań, aby system był innowacyjny. Jednym z nich jest dostarczanie pacjentowi informacji w celu umożliwienia mu wyboru najlepszej placówki pod kątem diagnostyki i leczenia. Chociaż zbieramy cały szereg danych i wskaźników, to pacjenci mają do nich utrudniony dostęp albo są one dla nich niezrozumiałe. Stąd bardzo ważne jest, aby wypracować jakiś wskaźnik, który w obiektywny sposób zaświadczy o jakości danej placówki – mówi dr hab. Barbara Więckowska. – Drugim rozwiązaniem jest wzmocnienie systemów IT, które są niezbędne do dobrej diagnostyki onkologicznej i przekazywania informacji pomiędzy placówkami onkologicznymi. 

Jednym z głównych wyzwań polskiej onkologii wciąż pozostaje też finansowanie. W refundacji nowych terapii Polska musi nadganiać kraje bardziej rozwinięte, a z drugiej strony potrzebne są nakłady na innowacje, projekty grantowe czy inwestycje w sprzęt. W Polsce na leczenie onkologiczne przeznacza się ze środków publicznych ok. 8,88 mld zł (dane za 2018 rok), z czego prawie 5 mld zł na pakiet onkologiczny. Te liczby nie uwzględniają jednak pośrednich kosztów leczenia chorób nowotworowych (np. koszty mniejszego zatrudnienia, utraconych dochodów pracowników i niższe PKB), które sięgają nawet 20–50 mld zł – podkreślają autorzy raportu „Innowacyjna onkologia. Potrzeby. Możliwości. System”, który ukaże się jesienią. Raport kompleksowo pokazuje sytuację polskiej onkologii i omawia największe zmiany, jakie zaszły w niej w ostatnich latach, w tym innowacyjne terapie i nowe technologie.

– Cyfrowe innowacje są przełomem. Pokazują, w jaki sposób otoczyć pacjenta możliwie najlepszą opieką i jak wśród miliardów danych znaleźć te najwłaściwsze i logicznie je powiązać. Temu służą m.in. sztuczna inteligencja i algorytmy zaszyte w cyfrowych systemach – mówi Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Healthcare.

W Polsce 77 proc. pracowników służby zdrowia już w tej chwili korzysta z co najmniej jednego cyfrowego rozwiązania – wynika z raportu „Future Health Index 2019” przygotowanego na zlecenie Philips. Podobny odsetek (70 proc.) wśród personelu medycznego ma zaufanie do wykorzystywania sztucznej inteligencji (artificial intelligence – AI) w procesie monitorowania pacjentów. To dobra baza dla wdrażania kolejnych innowacji.

Wykorzystanie AI stwarza szansę na poprawę diagnostyki i leczenia, usprawnienie pracy lekarzy, skracając czas potrzebny na konsultacje i usprawniając zarządzanie dokumentacją. Może też obniżyć koszty funkcjonowania całego systemu. Potencjał AI w onkologii pokazuje choćby przykład programu Google DeepMind, który partneruje lekarzom z kliniki radioterapii University College London Hospital w doborze optymalnego leczenia pacjentów z ciężką postacią raka szyi.

– Mamy coraz więcej przykładów, że zaawansowane algorytmy i sztuczna inteligencja mają bardzo konkretne przełożenie na leczenie pacjentów onkologicznych. Ponad 60 proc. medyków mówi, że AI świetnie się przydaje do zarządzania ruchem pacjentów i chorobą nowotworową. Również ok. 60 proc. twierdzi, że ma ona bardzo duże znaczenie w kwestiach klinicznych, do oceny i identyfikacji specyfiki nowotworu, a ok. 50 proc. uznaje ją za pomocną przy planowaniu terapii. AI ma także ogromne znaczenie w medycynie personalizowanej, która precyzyjnie trafia do konkretnego pacjenta – wymienia Michał Kępowicz.

Motorami napędowymi algorytmów sztucznej inteligencji są dostęp, wymiana i analiza zasobów danych. Jak wynika z danych zebranych na zlecenie Philipsa, w Polsce ponad połowa lekarzy, którzy mają dostęp do historii pacjenta dzięki cyfrowym danym medycznym, wskazuje na ich pozytywny wpływ na jakość opieki nad pacjentem (62 proc.) i wyniki leczenia (56 proc.). Jednak tylko 1 na 10 udostępnia dane dotyczące pacjentów innym lekarzom w formie elektronicznej.

Z kolei według „DESI Report 2019” wymianę danych medycznych prowadzi tylko 16 proc. lekarzy ogólnych. Z drugiej strony aż 82 proc. społeczeństwa w Polsce chce mieć stały dostęp do swoich wyników i historii medycznej (FHI 2019).

– Musimy zbierać i analizować te dane. Tylko w ten sposób będziemy w stanie poprawić efektywność leczenia i monitorować to, co robimy. Ważny jest benchmarking, czyli porównanie jednostek, dostępu do świadczeń i monitorowanie koordynacji opieki tak, aby diagnostyka onkologiczna nie trwała za długo. Trzeba to zrobić tak, żeby leczenie było kompleksowe, a pacjent miał dostęp do wszystkich metod i mógł wybrać tę optymalną. Dużą nadzieję w tym zakresie daje nam koncepcja finansowania opieki onkologicznej oparta na wartości, czyli efekcie uzyskanym w zakresie leczenia onkologicznego – mówi dr hab. Adam Maciejczyk.

Ubiegłoroczna analiza Polskiego Instytutu Ekonomicznego pokazuje, że wykorzystanie danych – nie tylko w onkologii, ale ochronie zdrowia ogółem – pozwoli zmniejszyć jej koszty i zracjonalizować wydatki. Analiza danych wskaże także obszary, w których można wprowadzić oszczędności, i będzie pomocna m.in. przy ustalaniu cen świadczeń medycznych i rehabilitacyjnych. Umożliwi również ocenę skuteczności i jakości leczenia.

Wdrażanie Przemysłu 4.0 wyzwaniem w zakresie bezpieczeństwa kraju. Kluczowe odpowiednie zabezpieczenie infrastruktury krytycznej

Wraz ze wzrostem znaczenia rozwiązań z sektora Przemysłu 4.0 wzrasta zapotrzebowanie na zaawansowane systemy bezpieczeństwa, które pozwolą błyskawicznie wykryć zagrożenia ze strony cyberprzestępczości. Szczególną ochroną powinny zostać objęte przedsiębiorstwa wchodzące w skład infrastruktury krytycznej, często korzystającej z rozwiązań sprzed ery powszechnego internetu. W zapewnieniu bezpieczeństwa sieciom tego typu pomoże sztuczna inteligencja.

– Naszym zadaniem jest chronienie sieci przemysłowych, a co za tym idzie, dbanie o bezpieczeństwo kraju. Sieci przemysłowe są strategiczne z punktu widzenia kraju, mówi o tym ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która jest pokłosiem dyrektywy NIS ogłoszonej przez Unię Europejską. Każdy kraj ma obowiązek monitorować sieci przemysłowe i wdrażać w nim rozwiązania, które umożliwiają monitorowanie incydentów, a następnie wszystkie incydenty bezpieczeństwa zgłaszać do narodowych CERT-ów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Juszczyk, prezes ICsec.

Zabezpieczenie infrastruktury krytycznej jest szczególnie istotne, gdyż wiele zakładów przemysłowych czy energetycznych powstało w czasach, w których internet jeszcze nie istniał bądź dostęp do niego był mocno ograniczony. W związku z tym część systemów funkcjonujących w takich przedsiębiorstwach nie była projektowana z myślą o odpieraniu ataków o charakterze cyberprzestępczym i należy wdrożyć do nich dodatkowe narzędzia bezpieczeństwa.

Analitycy Security Industry Association wyznaczyli megatrendy, które będą kształtowały kierunki rozwoju rozwiązań z zakresu bezpieczeństwa m.in. dla sektora rządowego czy przedsiębiorstw. Na pierwszym miejscu wskazano narzędzia cyberbezpieczeństwa, na drugim zaś – sztuczną inteligencję, która zautomatyzuje wiele procesów wykonywanych dotychczas przez wykwalifikowaną kadrę.

Narzędzia tego typu mogą okazać się przydatne w realizacji unijnej dyrektywy Network and Information Systems Directive (NIS) zakładającej wzmożenie ochrony infrastruktury krytycznej, która w Polsce będzie realizowana za pośrednictwem ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa.

– Pandemia wpływa na opóźnienie wdrożenia ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, gdyż wyznaczeni operatorzy usług kluczowych mają przedłużony termin na wdrożenie zarówno audytów, jak i zasad związanych z cybersecurity. Z kolei dla nas jest to czas na przygotowanie jeszcze lepszego rozwiązania. Nasi deweloperzy pracowali zdalnie, a wszyscy strategiczni pracownicy pracowali nad tym, jak dogonić konkurencję, która pochodzi głównie z Izraela i Stanów Zjednoczonych – wskazuje ekspert.

Po narzędzia bezpieczeństwa z zakresu technologii uczenia maszynowego sięgnął start-up ICsec, tworząc pierwszy europejski system wczesnego wykrywania zagrożeń w sieciach przemysłowych. Firma opracowała narzędzie Scadvance XP zdolne do zautomatyzowanego wykrywania anomalii w wewnętrznym ruchu sieciowym, czyli zdarzeń, które mogą świadczyć o próbie przeprowadzenia ataku cybernetycznego w danym przedsiębiorstwie.

Także specjaliści ds. bezpieczeństwa z firmy IBM wykorzystali SI w narzędziu QRadar Advisor with Watson, które wykorzystuje algorytmy sztucznej inteligencji do zabezpieczania rozległych sieci informatycznych. Oprogramowanie powstało z myślą o wykorzystaniu w dużych przedsiębiorstwach i ma zautomatyzować proces priorytetowania i wykrywania potencjalnych zagrożeń, analizowania systemów bezpieczeństwa oraz ograniczania powikłań incydentów z zakresu cyberbezpieczeństwa.

– Infrastruktura krytyczna w kontekście cyberbezpieczeństwa jest bardzo istotna z punktu widzenia bezpieczeństwa naszego kraju. Do tej pory fabryki, przedsiębiorstwa, elektrownie chronione były poprzez druty kolczaste, płoty i ochronę. Dzisiaj systemy podłączone są do internetu, co daje możliwość włączenia się do takiej sieci, zarządzania, robienia różnych rzeczy niezwiązanych z właściwą produkcją czy zakłócania pracy tej sieci. Jest to kluczowe z punktu widzenia każdego przedsiębiorstwa i ciągłości jego działania – wyjaśnia Robert Juszczyk.

Według raportu analityków Meticulous Research z czerwca 2020 roku globalny rynek sztucznej inteligencji w cyberbezpieczeństwie do 2027 roku osiągnie wartość ponad 46 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 23,6 proc.

Pandemia wyzwoliła zapotrzebowanie na innowacyjne pomysły. Część start-upów dobrze wykorzystuje nowe realia

Mimo że lockdown związany z pandemią utrudnił funkcjonowanie wielu biznesów, część najbardziej innowacyjnych przedsiębiorstw wykorzystała okazję, aby zmienić swoją metodykę działania. Przejście na zdalny model funkcjonowania pozwoliło przenieść działalność firm do sieci, a także rozwinąć się w nowych gałęziach gospodarki. Pandemia koronawirusa okazała się zachętą do unowocześnienia wielu biznesów.

– Dla edukacji zdalnej czy telemedycyny pandemia była dobrym czasem, żeby wdrażać swoje pomysły. COVID-19 był dodatkowym bodźcem, pojawiło się wielkie zapotrzebowanie na pomysły ze strony innowatorów. Trzeba także pamiętać o infodemii, czyli walce z fake newsami koronawirusowymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Justyna Orłowska, dyrektor Departamentu GovTech Polska z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Projekt społeczny Fake Hunter realizowany pod egidą GovTech Polska był okazją do wypracowania nowych metod walki z dezinformacją w sieci i udowodnił, że restrykcje pandemiczne mogą być okazją do stworzenia nowych, innowacyjnych biznesów. Twórcy aplikacji stworzyli narzędzie, które znacząco ułatwia weryfikację informacji znalezionych w sieci. Internauci mogą wysyłać za jej pośrednictwem linki do treści budzących kontrowersje, a zespół ekspertów ocenia je na podstawie wiarygodnych źródeł i odsyła zainteresowanym raport oceniający prawdziwość danych informacji. Choć Fake Hunter powstał w dobie pandemii koronawirusa i ma ułatwić wykrywanie fake newsów dotyczących COVID-19, jego wpływ na internetową rzeczywistość może okazać się znacznie większy.

Równie sprawnie w czasie restrykcji pandemicznych poradził sobie wrocławski start-up Infermedica, któremu udało się pozyskać 10,25 mln dol. wsparcia od inwestorów. Firma postanowiła wykorzystać okazję i zachęcić m.in. Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju do sfinansowania opracowania narzędzi do przeprowadzania wstępnej diagnozy medycznej za pośrednictwem sztucznej inteligencji. Koronawirus zauważalnie zwiększył zainteresowanie części inwestorów technologią, która pozwala bezpośrednio walczyć z ograniczeniami związanymi z restrykcjami pandemicznymi.

Inne branże także musiały poradzić sobie z nagłym lockdownem.

– Branże takie jak beauty, które ucierpiały w momencie zamknięcia gospodarki, musiały się zastanowić, z czym ruszyć w momencie jej odblokowania. Były też takie, które musiały zmienić swoją strategię, jak np. branże restauracyjne. Tutaj był przeskok na dowożenie jedzenia czy innych produktów gastronomicznych. Czyli z jednej strony było zamknięcie, ale była też szansa na znalezienie różnych nisz, które wspierały te rozwiązania w branży foodtech – wskazuje ekspertka.

Okazję do rozszerzenia działalności wykorzystał m.in. start-up Cateringoo wyspecjalizowany w dostarczaniu posiłków. W czasie pandemii pojawiło się zapotrzebowanie ze strony klientów na stworzenie Wirtualnej Stołówki, czyli rozwiązania, które ułatwiłoby zarządzanie posiłkami w przedsiębiorstwie. Narzędzie to pozwala zdalnie zamawiać posiłki od sprawdzonych dostawców i zamawiać je na z góry ustaloną godzinę.

Ciekawym przykładem przystosowania się do rzeczywistości pandemicznej były także działania firmy Plenti wyspecjalizowanej w wypożyczaniu elektroniki użytkowej. Start-up postanowił zaangażować się w usprawnienie zdalnej edukacji i udostępnił nauczycielom firmowe komputery i monitory, aby mogli nauczać ze swoich domów. Dzięki temu zaprezentowali potencjał drzemiący w narzędziach do pracy zdalnej szerokiemu gronu potencjalnych odbiorców.

– Okres pandemii był czasem nowych pomysłów. Od marca ucierpiały tysiące osób nie z powodu samego koronawirusa, co przez dezinformację na jego temat. W każdej branży można znaleźć elementy, które były bodźcem do tego, aby zastanowić się nad swoją strategią. Pojawił się ogromny wzrost zainteresowania zakładaniem swoich sklepów w internecie, na portalach aukcyjnych. Różne organizacje wspierały przedsiębiorców w przejściu do online’u. Wiele takich spółek znalazło swoją szansę i weszło w obszary, w które do tej pory nie myślało, że będzie chciało wchodzić – podkreśla Justyna Orłowska.

O czym warto pamiętać przed zakupem tokarki?

Chcesz uzyskać niezwykłą precyzję nawet niewielkich elementów wykonanych z metalu? Przy produkcji wyrobów zależy Ci na każdym detalu, bo wiesz, że to właśnie najdrobniejsze szczegóły sprawiają, że klient jest zadowolony? Jeżeli tak, to tokarka to narzędzie dla Ciebie! Sprawdź co to takiego oraz jakie są najważniejsze parametry, na które trzeba zwrócić uwagę, myśląc o zakupie tokarki.

  1. Tokarka CNC – co to takiego?
  2. Jakie są rodzaje tokarek?
  3. Tokarka do metalu – na co zwrócić uwagę przed zakupem?

Każde urządzenie, także tokarka do metalu, powinno być dobrej jakości, dzięki temu można uzyskać precyzje działania. Jeżeli nie wiesz, co jest ważne przy zakupie tokarki, poproś o pomoc specjalistów!

Tokarka CNC – co to takiego?

Jak już wiesz, tokarka CNC to specjalistyczne urządzenie, które pozwala na perfekcyjną wręcz obróbkę metalu. Przy jej użyciu jesteś w stanie wykonać z metalu niewielkie elementy, z dbałością o każdy szczegół. Nowoczesny przemysł z pewnością nie byłby taki sam, gdyby nie tokarki do metalu. Przy ich pomocy można obrobić zarówno metal, jak i inne rodzaje materiałów. Pozwalają na prostą obsługę oraz na pracę o dużej wydajności, co w każdej branży przemysłu jest niezwykle ważne.

Na jaką tokarkę się zdecydować?

Przed wyborem tokarki, musisz dokładnie określić, do czego to urządzenie będzie Ci potrzebne. Odpowiedz sobie na pytanie, jak często będzie używane? Jaką wydajnością powinno się cechować? Gdy poznasz odpowiedzi, a następnie określisz budżet inwestycji, znalezienie idealnego urządzenia będzie już tylko kwestią czasu. Jeżeli chcesz uniknąć żmudnych i monotonnych poszukiwań, zdecyduj się na przeglądnięcie ofert dostępnych na stronach internetowych. Taki sposób zakupów pozwala zaoszczędzić nie tylko czas, ale też i pieniądze! Wiele osób chwali sobie rozwiązania, jakimi są tokarki uniwersalne pozwalające na szeroki zakres pracy.

Tokarka do metalu – na co zwrócić uwagę przed zakupem?

Zastanawiając się nad tym, która tokarka będzie najlepsza, zwróć uwagę na kilka parametrów. Pierwszym z nich będzie cena urządzenia. Ustal górny limit finansowy inwestycji, dzięki temu będziesz wiedzieć, w jakim zakresie cenowym się poruszać szukając urządzenia. Raczej zrezygnuj z produktów najtańszych – te ze średniej półki cenowej powinny spełnić Twoje oczekiwania. Kolejny aspekt to wydajność i precyzja działania. Ze szczegółową specyfikacją każdego urządzenia możesz zapoznać się na stronie producenta. W przypadku, gdy coś okaże się nie do końca zrozumiałe, to zapytaj pracownika sklepu – z pewnością uzyskasz satysfakcjonującą odpowiedź.

Dzieci potrzebują wsparcia podczas pandemii. Bajkoterapia może im pomóc w zrozumieniu i przestrzeganiu zasad bezpieczeństwa

– Pandemia SARS-CoV-2 jest trudnym czasem dla najmłodszych. Wiele dzieci nie tyle boi się zachorowania, co cierpi z powodu lęku wywołanego nieprzewidywalnością otaczającego nas świata – mówi Michał Kędzierski, psycholog dziecięcy. Sposobem na oswojenie tego strachu może być bajkoterapia. Metodę tę wykorzystuje McDonald’s w nowej kampanii społecznej skierowanej do dzieci „Bajki z nowym morałem”.

– Dzieci dopiero uczą się świata i doskonale funkcjonują w rzeczywistości przewidywalnej, przepełnionej codziennymi rutynami. To poczucie stałości obecnie zostało poważnie zaburzone u wielu z nich. Jednego dnia nie wolno wchodzić do lasu, kolejnego jest to dozwolone, za jakiś czas nagle okazuje się, że przedszkole czy szkoła zostały zamknięte, rodzice na zmianę pracują z domu albo wychodzą do biura – mówi agencji Newseria Michał Kędzierski.

Pandemia koronawirusa sprawiła, że codzienność potrafi zmienić się z dnia na dzień. Sytuację dodatkowo pogarsza fakt, że sama idea wszechobecnego, niewidocznego gołym okiem wirusa jest dla dzieci abstrakcyjna, a trudność w zrozumieniu, co dzieje się dookoła, wywołuje lęk.

– Najlepszym wsparciem dla dziecka jest silny rodzic, który jest spokojny w obliczu obecnego kryzysu, nauczy dziecko zasad bezpieczeństwa i pomoże mu poradzić sobie z lękiem. Jeżeli rodzic zachowuje się przeciwnie, czyli demonstruje własną frustrację czy strach, negatywne emocje z pewnością udzielą się dziecku – podkreśla psycholog.

W oswajaniu lęku przed nieznanym pomocna może być bajkoterapia. To skuteczna metoda terapeutyczna polegającą na czytaniu czy opowiadaniu dziecku specjalnych bajek, które zostały przygotowane tak, by nauczyć je jakiejś ważnej umiejętności, pomóc mu w odnalezieniu rozwiązania problemu czy też poradzeniu sobie z lękiem.

– Psychologiczny mechanizm działania bajkoterapii opiera się na analogii pomiędzy sytuacją, w której znalazł się główny bohater, a sytuacją, w której znajduje się dziecko. Główny bohater ostatecznie radzi sobie z trapiącym go problemem, a dziecko identyfikuje się z nim, uznaje zaprezentowane w bajce rozwiązania i zaczyna je stosować – wyjaśnia Michał Kędzierski.

Jak podkreśla, metoda jest skuteczna z dwóch powodów: po pierwsze, dziecko chętnie przyjmuje te rozwiązania, ponieważ nie są mu one siłą narzucone, chce je stosować, ponieważ chce być jak główny bohater bajki. Po drugie, bajkoterapia jest nauką przez zabawę, co osadza cały proces w kontekście pozytywnych emocji i czyni ją znacznie bardziej atrakcyjną.

W nowej kampanii McDonald’s „Bajki z nowym morałem” Anna Dereszowska czyta nowe wersje klasycznych bajek, w których znane postaci podejmują ważne, aktualne tematy i pomagają wyrabiać dobre nawyki w czasie pandemii koronawirusa – mycie rąk, noszenie maseczki i zachowywanie dystansu społecznego. Propozycje dla dzieci to „Bajka o Kopciuszku, która nie poszła na bal”, „Czerwony Kapturek i wilk, który nie trzymał dystansu” oraz „Królewna Śnieżka i umyte jabłko”. Z kolei dla rodziców wspólne oglądanie i słuchanie bajek to sposób na spędzenie czasu z dziećmi i powrót do wspomnień z dzieciństwa.

– Bajki stworzone w ramach kampanii McDonald’s są doskonale przygotowane pod względem merytorycznym, bardzo atrakcyjne wizualnie, zaskakujące i ciekawe. To bardzo oryginalna adaptacja opowieści znanych każdemu dziecku, których akcja nagle zaczyna podążać w całkiem nowym kierunku i prowadzi dziecko do nowych wniosków, pomocnych w obecnej sytuacji. Dla rodzica to idealne wprowadzenie w świat bajkoterapii: pierwszy krok, który pomoże zrozumieć istotę tej metody i może być swego rodzaju wzorem, na którym rodzic oprze kolejne bajki, które wymyśli już samodzielnie – zachęca psycholog.

Przekonuje, że przygotowanie bajki terapeutycznej nie jest trudne. Aby je opowiadać, nie trzeba być psychologiem ani terapeutą, może je stworzyć każdy rodzic.

– Należy wybrać jakąś bajkę, którą dziecko zna i lubi. Co ważne, powinna ona wywoływać u niego pozytywne emocje – zaznacza Michał Kędzierski. – Następnie należy przerobić ją tak, by postaci, otoczenie i część głównego wątku pozostały niezmienione, ale morał z niej wynikający był całkowicie nowy i zaskakujący. Ma on ukazać, jak główny bohater zwycięża, rozwiązuje swój problem czy też po prostu spotyka go coś bardzo miłego dzięki temu, iż przestrzegał on – często wbrew wszystkim dookoła – zasad „covidowej higieny”.

Dla kontrastu i podkreślenia efektu warto również wprowadzić bohatera pobocznego, którego z uwagi na nieprzestrzeganie higieny spotkały rozmaite nieprzyjemności.

Historie w nowej wersji przygotowane przez McDonald’s można zobaczyć na stronie sieci: https://mcdonalds.pl/bajki-z-nowym-moralem, a także na platformach YouTube, VOD oraz Player.

Zmiany w Ustawie o zawodzie farmaceuty mogą zachwiać systemem dystrybucji leków w Polsce

Polscy przedsiębiorcy z niepokojem obserwują zmiany, które zachodzą w trakcie prac nad ustawą o Zawodzie Farmaceuty, która procedowana jest w Sejmie. Poprawki zgłoszone do projektu umożliwią Inspekcji Farmaceutycznej arbitralną decyzją urzędniczą zamknąć każdą hurtownię farmaceutyczną, aptekę i punkt apteczny w Polsce.

Na ostatnim posiedzeniu Komisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia rządowego projektu ustawy o zawodzie farmaceuty, które odbyło się 14 września br. przewodniczący podkomisji zgłosił poprawki, które umożliwią Inspekcji Farmaceutycznej zamknięcie każdej hurtowni farmaceutycznej, apteki i punktu aptecznego w Polsce, jeśli ich właściciel naruszył, zdaniem urzędników, niezależność zawodową farmaceuty.

Mowa o dwóch poprawkach do procedowanego w Sejmie projektu. Pierwsza z nich modyfikuje przesłanki fakultatywnego cofania zezwolenia: pierwotnie projekt przewidywał, że zezwolenie można cofnąć, jeśli podmiot prowadzący aptekę uporczywie narusza samodzielność zawodową farmaceuty. Poprawka rezygnuje z przesłanki uporczywości, a więc otwiera możliwość wszczęcia procedury przeciw przedsiębiorcy nawet w przypadku niepotwierdzonego podejrzenia pojedynczego naruszenia.

Cofnięcie zezwolenia to niezwykle radykalny środek – kończy ono na zawsze działalność apteki, hurtowni czy punktu aptecznego. Ich pracownicy tracą pracę, pacjenci muszą znaleźć nowe miejsce zaopatrzenia w leki (z uwagi na ograniczenia w otwieraniu nowych aptek szanse na zastąpienie zamkniętej apteki są minimalne). Dlatego właśnie potrzebny jest wymóg uporczywości: dopiero powtarzające się i udokumentowane naruszenia będą mogły stanowić podstawę do zastosowania tak radykalnej sankcji. Brak tego wymogu może doprowadzić do sytuacji, w której zwykłe nieporozumienie pomiędzy farmaceutą a podmiotem prowadzącym aptekę może stać się powodem cofnięcia zezwolenia. Sporadyczne spory na linii pracodawca-pracownik są czymś normalnym i czasami będą się zdarzać. Niestety przy takim sformułowaniu przepisu będą mogły stać się pretekstem do cofnięcia zezwolenia.

Druga poprawka, która uzupełnia tę pierwszą, wprowadza możliwość unieruchomienia apteki, punktu aptecznego lub hurtowni farmaceutycznej na trzy miesiące pod rygorem natychmiastowej wykonalności – zanim ukarany podmiot będzie miał szanse odwołać się do organu II instancji, działalność jego przedsiębiorstwa zostanie wstrzymana.

Cofnięcie zezwolenia wzmocnione możliwością natychmiastowego zamknięcia placówki na podstawie arbitralnej decyzji urzędnika tworzy mieszankę wybuchową. Urzędnik będzie mógł zamknąć każdą aptekę, punkt apteczny czy hurtownię na podstawie błahych, niesprawdzonych przesłanek, a przedsiębiorca nie będzie mógł się od decyzji odwołać – mówi Marcin Piskorski, Prezes Zarządu, Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET. – Co warte podkreślenia, unieruchomienie apteki, punktu aptecznego lub hurtowni na trzy miesiące w praktyce oznacza jej zamknięcie na zawsze – koszty prowadzenia tego typu placówek, zestawione z ich rentownością powodują, że unieruchomienie jej na kwartał oznacza bankructwo właściciela. Nawet jeśli udowodni on przed sądem, że urzędnik wydał decyzję niesłusznie, to uzyska jedynie satysfakcję moralną, bo jego przedsiębiorstwa już nie będzie – dodaje Piskorski.

Grozę sytuacji potęgują liczne przykłady arbitralnego stosowania prawa przez organy Inspekcji Farmaceutycznej i dyskryminowania wybranych podmiotów. Główny Inspektorat Farmaceutyczny (GIF) oraz Wojewódzkie Inspektoraty Farmaceutyczne (WIF) często dowolnie nakładają kary na przedsiębiorców (w tym cofając im zezwolenia), za działania nie mające nawet pozorów naruszeń prawa. Przedsiębiorcy odwołują się od tych decyzji do sądów, lecz zajmuje to czas i angażuje znaczne środki. Niestety – nawet wygrana przed sadem często nie zamyka sprawy – organom inspekcji zdarza się bowiem ignorować orzecznictwo sądów administracyjnych – w skrajnych wypadkach potrafią wydać decyzję wbrew utrwalonej linii orzeczniczej NSA.

Zdajemy sobie sprawę z niezwykle ważnej roli, jaką pełnią w aptekach kierownicy i inni farmaceuci. Doceniamy ich niezależność i respektujemy potrzebę jej zagwarantowania. Sprzeciw budzi natomiast sposób, w jaki te poprawki mają ją rzekomo gwarantować. Sposób, który w naszej ocenie, w istocie sprowadza się do dania organom Inspekcji Farmaceutycznej narzędzia do zupełnie arbitralnego ingerowania w kształt rynku aptek – mówi Anna Potocka-Domin, wiceprezeska Business Centre Club. – Fałszywym jest argument, że unieruchomienie ma charakter tymczasowy, a więc jego skutki będą łatwe do odwrócenia, gdyby sąd uznał, że było ono błędem. Trzymiesięczny przestój może być trudny do przetrwania. Jak pokazało zamknięcie gospodarki na początku pandemii, nawet krótsze przestoje mogą być zabójcze dla przedsiębiorstw, szczególnie tych mniejszych – podkreśla Anna Potocka-Domin.

Nie jest też tajemnicą, że Inspekcja ściśle współpracuje z samorządem aptekarzy, czyli organizacją zrzeszającą między innymi farmaceutów prowadzących własne apteki. GIF zawarł nawet formalne porozumienia z Naczelną Izbą Aptekarską, w myśl których organy Inspekcji mają przekazywać informacje o prowadzonych postępowaniach organom samorządu. W efekcie ciała złożone z przedsiębiorców – farmaceutów uzyskują szeroki dostęp do informacji o swoich konkurentach. Rodzi to potencjalne ryzyko wykorzystywania sytuacji do zaszkodzenia im na podstawie rzekomego naruszenia niezależności zawodowej farmaceuty.

Wejście w życie opisanych poprawek byłoby niebezpieczne nawet, gdybyśmy mieli do czynienia z ostrożnie działającym i bezstronnym nadzorem farmaceutycznym, pilnującym, aby nie przekraczać swoich kompetencji. Również wtedy tak nieprecyzyjne przepisy rodziłyby ryzyko arbitralności i naruszeń Konstytucji Biznesu, która gwarantuje każdemu przedsiębiorcy pewność stosowania prawa oraz równe i bezstronne traktowanie – mówi Marcin Nowacki, wiceprezes Związku Przedsiębiorców.

W przypadku unieruchomienia apteki tracą jej pacjenci, w przypadku unieruchomienia hurtowni przerwane zostają łańcuchy dostaw leków do nawet tysięcy aptek.

W sytuacji, w której od lat nie potrafimy w Polsce poradzić sobie z niedoborami leków, próbujemy wprowadzić przepis, który ten problem jeszcze bardziej pogłębi. Do tego robimy to w samym środku pandemii COVID-19. Projektowane regulacje mogą więc zachwiać systemem dystrybucji leków w Polsce – mówi Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan.

Mennica Skarbowa: chaos polityczno-gospodarczy stymuluje kurs złota

Od kilku miesięcy inwestorzy obserwują kolejne historyczne wzrosty kursu złota. Gdy coraz częściej słyszymy słowa „krach” czy „kryzys”, tym większe prawdopodobieństwo, że tzw. bezpieczne aktywa będą coraz droższe i wyżej wyceniane. W kontekście kilkumiesięcznej niepewności ekonomicznej i wynikającego z niej swoistego rajdu na cenach złota, inwestorzy mogliby przypuszczać, że hossa na tym rynku niebawem minie – nic bardziej mylnego. Jak podkreśla Jarosław Żołędowski, Prezes Zarządu Mennicy Skarbowej SA, cena złota w perspektywie kilku kwartałów powinna notować kolejne rekordy i należy przypuszczać że coraz większa grupa inwestorów będzie zainteresowana tym aktywem.

Przyszło nam żyć w ciekawych, acz dosyć niepewnych czasach. Ostatnie miesiące to przybierające na sile ochłodzenie stosunków między USA a Chinami, coraz częściej nazywane nową zimną wojną, a potem pandemia koronawirusa ze wszystkimi jej konsekwencjami. Już od początku roku większość głównych indeksów giełdowych notowało najsłabsze wyniki od lat. W ostatnich tygodniach szczególnie odczuły to spółki technologiczne w USA, tracąc znacząco na swojej wartości poprzez niższą wycenę na giełdzie. Niepewność jutra i polityczno-ekonomiczna zawierucha sprawiły, że inwestorzy  kierują swoje zainteresowanie w stronę tzw. bezpiecznej przystani, czyli złota. Już wcześniej, od kilkudziesięciu miesięcy, jego cena systematycznie zwyżkowała, jednak prawdziwy rajd zaczął się w kwietniu bieżącego roku. Za uncję trzeba było zapłacić wtedy ponad 1770 USD, czyli najwięcej od 6 lat. Pod koniec lipca cena złota pobiła rekord wszech czasów – 1921 USD z 2011 roku, by w sierpniu osiągnąć nowy najwyższy poziom w historii – 2070 USD za uncję. 

– Nie od dziś wiadomo, że kurs złota jest skorelowany z indeksami giełdowymi, a te w obliczu niepewności spowodowanej epidemią koronawirusa zaczęły gwałtownie spadać. Złoto, od zawsze traktowane przez inwestorów jak polisa ubezpieczeniowa, która dzięki swojej sile nabywczej trzyma wartość lepiej niż inne aktywa, stało się w tym kontekście atrakcyjną inwestycją, a popyt wystrzelił. Cenę dodatkowo windowało zmniejszenie dostępności złota. Zamrożenie gospodarek pociągnęło za sobą przerwy w działaniu kopalni, a zamknięcie granic  problemy z transportem już wydobytego metalu. To zjawisko nadal trwa – podkreśla Jarosław Żołędowski, Prezes Zarządu Mennicy Skarbowej SA.

Trwająca pandemia COVID-19 przekłada się na słabnącą kondycję światowych gospodarek. Inflacja, spadająca wartość walut, w tym dolara, są coraz bardziej widoczne i uciążliwe. Inwestorzy wyprzedają akcje, uciekając w złoto, które pomaga zabezpieczyć pieniądze przed utratą wartości. Analitycy podkreślają, że nic nie wskazuje na to, by ten trend się odwrócił. Wystarczy przywołać Warrena Buffetta – znany inwestor, który jeszcze do niedawna nie należał do zwolenników inwestowania w złoto, jawnie określając je jako „błyskotkę”, kupił w ostatnim czasie akcje kopalni złota, jednocześnie wyprzedając niemal wszystkie akcje jednego z największych amerykańskich banków inwestycyjnych.

W perspektywie kilku kwartałów czekają nas kolejne rekordy na złocie. Należy pamiętać, że rok 2020 nie powiedział jeszcze niestety ostatniego słowa. Gospodarcze skutki pandemii koronawirusa tak naprawdę dopiero przed nami, szczególnie w kontekście przewidywanej drugiej fali zachorowań na COVID-19. Przed nami także wybory prezydenckie w USA – niepewność związana z tym, kto po nowym roku zasiądzie za biurkiem w gabinecie owalnym, a więc i niepewność związana z rozwojem sytuacji na linii Waszyngton-Pekin. Te czynniki tworzą okazję do kontynuacji wysokiej wyceny złota, jakiej byliśmy świadkami w ostatnich miesiącachmówi Prezes Mennicy Skarbowej.Dodatkowo, w Polsce po kilkukrotnej obniżce stóp procentowych nie opłaca się oszczędzać. Rynek obserwuje odwrót od lokat, bo trudno na nich zarobić. Pozostają więc bardziej ryzykowne inwestycje w akcje, jednostki uczestnictwa funduszy inwestycyjnych lub właśnie złotozaznacza  Żołędowski.

Już w 2019 słynny miliarder Ray Dalio zapowiadał, że nadchodzi czas zwyżek na cenach złota: „Rządy i banki będą drukowały pieniądze, by spłacać długi i by celowo osłabiać swoje waluty. Rzesze inwestorów zaczną poszukiwać nowej, bezpiecznej przystani, która może przenieść wartość kapitału w czasie […]. Aktywem, które w takich warunkach może odegrać kluczową rolę, będzie złoto”. Teraz, w świetle koronawirusowego załamania światowego porządku, te słowa wybrzmiewają jeszcze głośniej. 

Analitycy Grupy Coface przewidują, że aż 68 państw zamknie rok 2020 ze spadkiem krajowego PKB. Oznacza to, że recesja dotknie w tym roku ponad sześć razy więcej gospodarek niż miało to miejsce w 2019 roku, gdy znaczne zahamowanie tempa wzrostu dotyczyło „jedynie” 11 państw. Potwierdzeniem tego zdają się być słowa prezesa FED, który przyznał, że wzrost gospodarczy w Stanach długo nie wróci do poziomów sprzed COVID-19. Ta niepewność stymuluje wycenę złota.

Dwukrotny wzrost wartości publicznej chmury obliczeniowej w 4 lata wg IDC

Zgodnie z ostatnim raportem IDC, światowy rynek chmury publicznej w 2019 roku osiągnął wartość 233,4 mld dolarów i 26-proc. wzrost w stosunku do roku poprzedniego. Najwyższa dynamika wzrostu charakteryzuje segmenty IaaS – infrastruktury jako usługi oraz PaaS – czyli platformy jako usługi, które w przeciągu roku zwiększyły wartość o blisko 40 proc.

Firmy chcą mieć chmurę jak najszybciej

Chmura obliczeniowa jest dziś fundamentem dla wszystkich działań cyfrowych, na których polegają zarówno osoby indywidualne jak i przedsiębiorstwa, zwłaszcza w obliczu pandemii COVID-19 – mówi Rick Villars, wiceprezes odpowiedzialny za badania sektora ITC w IDC. Do niedawna firmy mówiły o przejściu do środowiska chmurowego, które miało trwać nawet dekadę. Dziś chcą zakończyć swoją transformację w mniej niż połowę tego czasu – dodaje.

W porównaniu z rokiem 2016, rynek usług chmury publicznej urósł ponad dwukrotnie. W tym samym okresie łączne wydatki na IaaS i PaaS wzrosły niemal trzykrotnie. IDC przewiduje, że w ciągu najbliższych kilku lat wydatki na IaaS i PaaS nadal będą rosły w tempie wyższym niż wzrost całego rynku chmury.

IaaS rośnie jak na drożdżach

Dzisiejsza niepewność gospodarcza zmusza do zwrócenia uwagi na podstawowe korzyści, jakie otrzymujemy dzięki IaaS – niskie koszty, elastyczne wsparcie dla biznesu i odporność na zawirowania zewnętrzne – mówi Deepak Mohan, dyrektor ds. badań dotyczących rynku chmury obliczeniowej w IDC. – Optymalizacja kosztów i elastyczny model biznesowy są głównymi czynnikami wpływającymi na decyzje inwestycyjne w IT, a to kluczowe zalety IaaS. Zakłócenia związane z pandemią COVID-19 przyspieszyły wdrażanie cloud computingu zarówno w tradycyjnych korporacjach, jak i u dostawców usług cyfrowych, którzy cały czas zwiększają wykorzystanie chmurowej infrastruktury informatycznej – dodaje.

Wyniki badania nie dziwią Stanisława Dałka, wiceprezesa i dyrektora technologii w firmie CloudFerro, która jest obecnie jednym z większych polskich dostawców usług chmurowych: Rynek chmury publicznej rozwija się w świetnym tempie, które zapewne w kilku najbliższych latach zostanie podtrzymane. Powodem jest nie tylko wzrost zainteresowania klientów. Wzrost w sektorze IaaS, w których się specjalizujemy, odbywa się także dzięki ciągłemu rozwijaniu funkcjonalności oraz nowych usług. Operatorzy chmurowi działają w skali nieosiągalnej dla pojedynczych klientów, co pozwala im zatrudniać najlepszych specjalistów, redukować zużycie energii, obniżać koszty infrastruktury i świadczyć niezwykle efektywne usługi. Chmura jest dziś podstawą rozwoju cyfrowego biznesu i znajduje się wśród priorytetów CIO na całym świecie. Umożliwia rozwój Przemysłu 4.0 i takich technologii jak edge computing, sztuczna inteligencja, uczenie maszynowe czy 5G. Ostatecznie, każda z nich wymaga skalowalnej, elastycznej i wydajnej platformy infrastrukturalnej, jaką jest IaaS – wyjaśnia Stanisław Dałek.

W 2018 roku globalna wartość segmentu IaaS wynosiła 35,4 mld dolarów, w roku 2019 było to już 49 mln dolarów. Wzrost rok do roku wyniósł 38,4 proc.

Wyspecjalizowani dostawcy chmury

Cloud computing jest specyficznym sektorem, zdominowanym przez kilku największych dostawców chmury. Jednak na znaczeniu zyskują również wyspecjalizowani i niszowi operatorzy.

Mniejsi dostawcy cloud computingu również odnoszą sukcesy, dostarczając swoje usługi dobrze dostosowane do potrzeb określonych branż i zastosowań. Wiele instytucji administracji publicznej, organizacji i lokalnych przedsiębiorstw często preferuje mniejszych dostawców, którzy tworzą rozwiązania szyte na miarę i są w stanie przystosować swoją ofertę do modelu biznesowego konkretnego klienta – dodaje wiceprezes CloudFerro. Bywa, że przy wyborze dostawcy rozwiązań chmurowych decydującą rolę odgrywa lokalizacja geograficzna, podleganie lokalnemu prawu i określonym normom, tworzenie lokalnych miejsc pracy oraz wyspecjalizowane rozwiązania i doświadczenie w obsłudze określonej branży – wyjaśnia Stanisław Dałek.

Dobrym przykładem jest firma CloudFerro, która tworzy i obsługuje chmury obliczeniowe dla wyspecjalizowanych rynków, m.in. europejskiego przemysłu kosmicznego. Firma przechowuje i przetwarza wielkie zbiory danych, w tym wielopetabajtowe repozytoria danych satelitarnych  obserwacji Ziemi. Dostawca cloud computingu w tym wypadku zapewnia nie tylko środowisko chmury, ale również mechanizmy umożliwiające przechowywanie, przeszukiwanie i przetwarzanie dużych zbiorów danych, które są na bieżąco zasilane aktualnymi informacjami z satelitów.

Wyższa efektywność dzięki chmurze

Kiedy w wyniku pandemii wiele przedsiębiorstw zostało zmuszonych do przeniesienia swoich aplikacji do chmury publicznej, poznały one korzyści płynące z takiego rozwiązania i mało prawdopodobna jest zmiana tego kursu. Dlatego z dużą dozą pewności można powiedzieć, że firmy nadal będą gremialnie wdrażać rozwiązania cloud computingu.

Niedawne badanie Deloitte na temat wykorzystania chmury obliczeniowej w polskich firmach pokazało, że organizacje dostrzegają duży wzrost efektywności działania IT dzięki wdrożeniu cloud computingu. 68 proc. zwraca uwagę na uzyskanie możliwości skalowalności i większej elastyczności infrastruktury, 50 proc. na uproszczenie zarządzania infrastrukturą, a 46 proc. ankietowanych dostrzega oszczędność kosztów. Zdecydowana większość (77 proc.) firm potwierdziła też, że inwestycja w chmurę przekroczyła ich oczekiwania.

Start-upy nie sprawdzają konkurencji i powielają jej błędy

Sam pomysł na biznes wart jest niewiele – nie jest to już nawet kontrowersyjna teza. Pułapką jest jednak założenie, że jest on na tyle unikalny, że z całą pewnością nikt wcześniej na niego nie wpadł. W twórczym amoku rozpoczyna się prace, angażuje ludzi, rozwija MVP, próbuje pozyskiwać inwestorów i nagle kubeł zimnej wody – analityk z funduszu wskazuje, że nie dość, że identycznych pomysłów było już kilka, to jeszcze żaden nie osiągnął sukcesu.

Większość start-upów sądzi, że są bezkonkurencyjne. Widać to w deckach. Jest to poważny błąd, bo najczęściej oznacza, że albo ktoś nie zrobił wystarczająco głębokiego researchu, albo konkurencja ma charakter pośredni. W obu przypadkach poprawne zidentyfikowanie jej pozwoli zdobyć wiedzę, która pewnych sytuacjach może nawet uchronić przedsięwzięcie przed porażką. Co ciekawe – wciąż większość spółek deprecjonuje tą możliwość w czasach, gdy dogłębną analizę da się zrobić wyłącznie w oparciu o Google i zajmie ona raptem kilka dni. Wystarczy wybrać odpowiednie słowa kluczowe i zacząć badać nieco dalej niż pierwsza strona wyszukań. Doniesienia medialne, media społecznościowe, portfele inwestycyjne funduszy, konkursy start-upowe, strony spółek – to tylko niektóre miejsca, z których warto gromadzić informacje. Ważne – świat nie kończy się w Polsce, więc to samo ćwiczenie należy wykonać w kilku językach, by zbudować pełen obraz.

Od czego zacząć analizę?

Najważniejsze to wiedzieć: po co analizować konkurencję? Niezaprzeczalnym jest, że najbardziej wartościowy feedback pochodzi z rynku. Skoro my jeszcze na nim nie jesteśmy lub działamy w niewielkiej skali – wiedzę tę można pozyskać z doświadczeń podobnych spółek. To powinna być główna motywacja – reszta to odpowiedzenie sobie na pytanie: co chcemy zweryfikować? Uwagę powinny przykuć przede wszystkim: finanse, model biznesowy i marketing.

Finanse – to element, od którego warto rozpocząć. Wskaźniki makroekonomiczne jak np. poziom inflacji, złożone badania popytu, prognozy sektorowe – to niestety dane, których większość CEO start-upów nie rozumie. I dobrze – nie musi, bo nie są one kluczowe – zostawmy je analitykom. Najważniejsze są dane finansowe samych spółek. W Polsce obecnie sytuacja jest niezwykle prosta, ponieważ na rządowej stronie https://ekrs.ms.gov.pl/ – można sprawdzić bezpłatnie wszystkie sprawozdania finansowe spółek kapitałowych od 2017 r. Zysk, przychody ze sprzedaży, środki trwałe – to wszystko obecnie jest na wyciągnięcie ręki. Jeśli zatem okazuje się, że chcemy wejść na rynek, gdzie najbardziej dochodowa spółka działa od 5 lat i doszła do 1 mln przychodu – warto zastanowić się nad przyczyną takiego stanu rzeczy. Może po prostu klienci takich usług nie chcą? Lub nikt jeszcze nie zrobił tego dobrze? Warto prześledzić również, czy w interesującym nas sektorze spółki otrzymały wsparcie od VC – a jeśli tak, to w jakiej wysokości (doniesienia medialne), czy były kolejne rundy i za jaki udział w cap table (dane z KRS). Wtedy też można ocenić wartość owych spółek na moment inwestycji.

Model biznesowy – druga kwestia to pełna ocena modelu biznesowego, czyli co i jak dokładnie spółka sprzedaje. Tutaj już pytań można zadawać dziesiątki: jaki jest sposób dystrybucji, czyli gdzie i jak można daną usługę lub produkt kupić, jakie są ceny, co dokładnie obejmuje produkt w zakresie funkcjonalności, jak wygląda design, do kogo jest kierowany, co jest pierwszym krokiem w lejku sprzedaży: trial czy rozmowa z zespołem, czy są handlowcy, czy wszystko odbywa się online, w ilu krajach dostępny jest produkt itd., itp. Większość odpowiedzi znajdziemy bezpośrednio na stronie internetowej spółki, a o pozostałe detale można zapytać w rozmowie telefonicznej jako klient lub przeszukać inne miejsca w sieci. Założenia te warto skonfrontować z jednej strony z własnym odczuciem, czyli przejść całą ścieżkę zakupową osobiście, zakupić i poznać produkt, zrozumieć to, co firma chce nam przekazać. Z drugiej strony trzeba szukać tego, jak zareagował rynek: opinie, posty, komentarze – wystarczy wyszukiwarka i dowolne narzędzie do social media monitoringu, by prześledzić historię i sprawdzić, na co klienci najbardziej narzekali i co mogło prowadzić do ich ew. niezadowolenia.

Marketing – zbadanie tego obszaru pozwoli nam poznać narrację spółki w odniesieniu do produktu/usługi. Jaki „killer feature” jest podkreślany jako ten najistotniejszy, na co kładziony jest nacisk w komunikacji, w jakim dyskursie ona przebiega – czy jest formalna, czy raczej nieoficjalna, jak wygląda komunikacja z klientem w procesie pozakupowym, jakie formy kontaktu są dostępne, jakie kanały komunikacji są wykorzystywane, jakie było big idea 3 ostatnich kampanii. Te aspekty można zweryfikować analizując podstawowe źródła informacji: strona www, social media, doniesienia medialne, kampanie/akcje dostępne z poziomu Google. Sprawdzić można też strategię działań w odniesieniu do poszczególnych jej obszarów oraz efekty w najprostszej formie – output tj. zasięgi, liczbę interakcji, ilość i jakość publikacji, oceny w poszczególnych serwisach. Jest to uproszczona forma ewaluacji, jednak na jej bazie można estymować zasięgi poszczególnych działań.

Mając do dyspozycji dane jedynie z 3 wskazanych obszarów i ubierając je we wspólne zestawienie można zidentyfikować wiele trendów sektorowych i prawidłowości, których nie widać na pierwszy rzut oka, a będą one niezwykle pomocne w budowaniu naszego biznesu. Co więcej – można to uzupełnić sięgając do źródła np. pytając o opinię byłych pracowników (co było przyczyną porażki/sukcesu). Warto pamiętać też o konkurencji pośredniej, która jest nagminnie pomijana. Jeśli zatem ktoś działa w sektorze smart home i stworzył inteligentną żarówkę, to konkurencją bezpośrednią bliższą i dalszą w zależności m.in. od funkcji, cen i modelu sprzedaży będzie rząd innych, inteligentnych żarówek, natomiast pośrednią będą stanowić alternatywne źródła światła jak choćby tradycyjne LED-y. Posiadając komplet informacji znacznie łatwiej jest osiągnąć sukces, ponieważ można uniknąć wielu kłopotów, ale też inspirować się ciekawymi rozwiązaniami. Bez wątpienia będzie to też pozytywny przekaz dla funduszu, który zauważy, że founder odrobił pracę domową i traktuje swój biznes poważnie.

Autor
Szymon Janiak, Dyrektor Zarządzający Czysta3.vc

Celem przejęcia spółki matki przez spółkę córkę nie zawsze musi być unikanie opodatkowania

Spółka córka zamierza przejąć 100% majątku swojej spółki matki. Obie spółki należą do tej samej międzynarodowej grupy kapitałowej. Jako cel przejęcia wskazała m.in.: potrzebę uproszczenia struktur organizacyjnych, redukcję kosztów działalności czy zwiększenie efektywności zarządzania. Wszystko to dyktowane jest przede wszystkim kryzysem gospodarczym wywołanym pandemią COVID-19. Szef Krajowej Administracji Skarbowej odkrył w tym przejęciu korzyść podatkową, niemniej z uwagi na wykazane przez spółkę uzasadnione cele ekonomiczne połączenia, nie uznał tej korzyści za dominującą i nie odmówił wydania opinii zabezpieczającej.

Zgodnie z regulacją art. 119a § 1 Ordynacji podatkowej, zwaną także klauzulą przeciw unikaniu opodatkowania, nie można osiągnąć zamierzonego celu poprzez czynność dokonaną głównie w celu uzyskania korzyści podatkowej, jeśli zostanie stwierdzone, że sposób działania w ramach tej czynności był sztuczny. Przepis paragrafu 3 tego artykułu wyjaśnia, że czynnością niesztuczną jest taka czynność, którą można by dokonać w danych okolicznościach, działając rozsądnie i kierując się zgodnymi z prawem celami innymi niż osiągnięcie korzyści podatkowej. Z kolei przepis art. 119b tej samej ustawy stanowi, że klauzuli przeciw unikaniu opodatkowania nie stosuje się do podmiotu, który uzyskał opinię zabezpieczającą.

Przejęcie spółki matki przez spółkę córkę

O taką właśnie opinię zabezpieczającą wystąpiła do Szefa Krajowej Administracji Skarbowej jedna ze spółek, która zamierzała przejąć całość majątku należącego do innej, będącej swoim jedynym, 100-procentowym udziałowcem spółki. Miało zatem dojść do tzw. odwrotnego połączenia poprzez przejęcie spółki matki przez spółkę córkę. Obie należały do tej samej międzynarodowej grupy kapitałowej.

Spółka wykazała rzeczywiste cele połączenia

W uzasadnieniu podejmowanego przejęcia spółka wykazała, że pozwoli ono zmniejszyć zakres usług świadczonych w ramach grupy kapitałowej przez centrum usług wspólnych (SSC – z ang. Shared Services Center), zredukuje koszty działalności grupy oraz zwiększy efektywność zarządzania jej działalnością, a także zarządzania przepływami pieniężnymi. Połączenie determinowane było również potrzebą uproszczenia struktury organizacyjnej międzynarodowej grupy kapitałowej.

Szef KAS odkrył korzyść podatkową

Analizując złożony przez przedsiębiorcę wniosek, Szef KAS zidentyfikował w opisanym przedsięwzięciu korzyść podatkową w postaci neutralności podatkowej połączenia spółek. Przepisy ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych stanowią, że przejęty w wyniku połączenia majątek osoby prawnej jest dla podmiotu przejmującego przychodem podlegającym opodatkowaniu z tytułu zysków kapitałowych. Przychodem jest wartość tego majątku ustalona na dzień przejęcia. Jednakże zgodnie z art. 12 ust. 4 pkt 3f Ordynacji podatkowej nie wlicza się do tego przychodu wartości majątku spółki przejmowanej, odpowiadającej procentowemu udziałowi spółki przejmującej w kapitale zakładowym spółki przejmowanej, uzyskanego przez przejmującą, posiadającą w kapitale zakładowym przejmowanej udział w wysokości co najmniej 10%. Korzyść spółki polegałaby więc na wyłączeniu ww. przychodu ze źródła zysków kapitałowych, a tym samym na obniżeniu wysokości zobowiązania podatkowego.

Oczywiście, jak wskazał Szef KAS, ww. wyłączenie nie będzie mieć zastosowania, jeśli głównym lub jednym z głównych celów fuzji spółek będzie uchylenie się, bądź uniknięcie opodatkowania. A na taki cel wskazywać będzie połączenie spółek, które zostanie przeprowadzone bez uzasadnionych przyczyn ekonomicznych.

Restrukturyzacja działalności szczególnie uzasadniona w czasie pandemii

Organ skarbowy mimo odkrycia w opisanym przez przedsiębiorcę połączeniu spółek korzyści podatkowej, a więc ziszczenia się pierwszej z przesłanek do uznania tej czynności za próbę uniknięcia opodatkowania, uznał, że wykazane przez niego cele ekonomiczne fuzji mają charakter istotnych i rzeczywistych powodów jej przeprowadzenia. Zwłaszcza w obliczu postawionych przed przedsiębiorcą wyzwań w związku ze skutkami pandemii COVID-19. Tym samym nie została spełniona druga konieczna przesłanka do zastosowania klauzuli przeciw unikaniu opodatkowania w postaci braku uzasadnienia ekonomicznego dokonywanej czynności.

„…planowane połączenie odwrotne należało uznać w świetle wskazanych przez Wnioskodawcę powodów biznesowych (…) za uzasadnione ekonomicznie. (…) korzyść podatkowa nie będzie głównym lub jednym z głównych celów (…) Rzeczywistymi (…) będą natomiast: zapewnienie Spółce A możliwości dostosowania struktury korporacyjnej (…) możliwości korzystania z zasobów pracowniczych oraz zwiększenia efektywności w zarządzaniu przepływami pieniężnymi w grupie, a także postawionych przed Nią wyzwaniami, związanymi ze skutkami epidemii koronawirusa COVID-19” (Informacja o wydaniu opinii zabezpieczającej w zakresie planowanego połączenia odwrotnego z 22 lipca 2020 r., DKP2.8011.19.2019, nr 190718/K).

Profesjonalne działania prawne

Omawiana sprawa spółki jest przykładem na to, jak mimo licznych i stale rosnących obostrzeń prawa przedsiębiorcy mogą dokonywać skutecznych działań dających im wymierne korzyści podatkowe. Ważne, aby były one zgodne z intencją ustawodawcy, który dopuszcza osiąganie takich korzyści przez firmy. Opinie zabezpieczające pozwalają prewencyjnie uchronić się przed uznaniem przez organy podatkowe podejmowanego przez przedsiębiorcę przedsięwzięcia za unikanie opodatkowania, co mogłoby całkowicie zniweczyć jego sens. Wniosek o wydanie opinii zabezpieczającej należy więc sporządzić świadomie, a przede wszystkim w sposób przekonujący fiskusa, że podejmowane przez przedsiębiorstwo przedsięwzięcie jest ekonomicznie uzasadnione. Poza tym nie jest to procedura tania, bowiem złożenie wniosku podlega opłacie w wysokości 20 000 zł. Dlatego, wszczynając ją, warto wesprzeć się profesjonalnym doradztwem prawnym oferowanym przez radców, doradców i kancelarie prawno-podatkowe specjalizujące się w tej dziedzinie. Również po to, aby taki wniosek nie wyrządził więcej szkód niż oczekiwanych korzyści. Należy bowiem pamiętać, że złożenie wniosku o wydanie opinii zabezpieczającej nie stanowi przeszkody dla organów podatkowych do prowadzenia względem wnioskodawcy czynności sprawdzających, kontroli podatkowej, postępowania podatkowego czy też kontroli celno-skarbowej.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak Wspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego.

PPK. O co najczęściej pytają księgowi? [pytania i odpowiedzi]

Biura rachunkowe mają coraz mniej czasu na wdrożenie swoich klientów do Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK). Jakie sprawy najczęściej budzą wątpliwości księgowych?

Kolejne nieprzekraczalne terminy związane z PPK coraz bliżej. Obecnie pełne ręce roboty mają biura rachunkowe, obsługujące firmy liczące od 50 do 249 i od 20 do 49 pracowników. Przedsiębiorcy do 27 października muszą wybrać instytucją finansową i podpisać z nią umowę, a następnie do 10 listopada zapisać pracowników do PPK. Towarzystwo ubezpieczeń Compensa Życie sprawdziło, w jakich sprawach księgowi najczęściej potrzebują pomocy.

Podstawowym celem wdrożenia PPK jest wsparcie pracowników w budowaniu kapitału na przyszłość. Trzeba jednak pamiętać, że pierwszym krokiem jest obowiązkowe wdrożenie i następnie zarządzanie PPK w firmie. W wielu przypadkach obsługą PPK zajmują się zewnętrzne biura księgowe. Z ich punktu widzenia to istotne, aby firmy wybrały oferenta, który służy merytoryczną i technologiczną pomocą, zwłaszcza w „gorącym” czasie uruchomienia PPK – mówi Joanna Załęska, Dyrektor Biura PPK w Compensie Życie.

Poniżej 4 pytania (wraz z odpowiedziami), które księgowi najczęściej zadają Compensie Życie.

Czy aplikacja do zarządzania PPK zadziała z moim systemem?

Przy wyborze PPK biura rachunkowe powinny w pierwszej kolejności zwrócić uwagę na aplikację do zarządzania programem udostępnianą przez instytucję finansową. Program musi współpracować z systemem księgowo-płacowym, z którego korzysta biuro. Dostępne na rynku rozwiązania zapewniają taką integrację, ale przed podpisaniem umowy o zarządzenie PPK należy zorientować się, jakie dokładnie testy zgodności przeszła dana aplikacja.

Warto zwrócić uwagę na funkcjonalność i łatwość korzystania z aplikacji. Pierwszy element oznacza, że biuro rachunkowo może, niezależnie od rodzaju systemu księgowo-płacowego, z którego korzysta, przesłać informacje do aplikacji PPK. To daje księgowym pewność, że pracodawca spełni obowiązki wynikające z ustawy o PPK. Drugi oznacza sprawną obsługę i dostępność z poziomu np. przeglądarki internetowej – wyjaśnia Joanna Załęska.

Jakie moje biuro ma obowiązki?

W PPK obowiązki ma pracodawca, ale musi precyzyjnie uzgodnić szczegóły współpracy z biurem rachunkowym. Dlaczego? Ponieważ, jeśli zleci obsługę na zewnątrz, nie będzie ich mógł wykonać samodzielnie. Na przykład jednym z zadań jest generowanie pliku składkowego i rejestrowego z systemu kadrowo-płacowego, a następnie przesyłanie go do aplikacji obsługowej PPK. Pracodawca współpracujący z zewnętrzną księgowością ma mocno ograniczony dostęp do systemu kadrowo-płacowego. Co może w takiej sytuacji zrobić? Upoważnić biuro rachunkowe do administrowania PPK i przesyłania plików z systemu księgowo-płacowego do aplikacji lub wprowadzać te pliki samodzielnie po otrzymaniu ich od księgowości.

Na jakie wsparcie mogę liczyć?

Księgowi chcą mieć pewność, że podczas wdrażania programu z wybraną przez pracodawcę instytucją finansową, nie zostaną pozostawieni sami sobie. Kluczowe są: stały dostęp do konsultanta oraz technologia, która pomaga „wejść” do PPK i zarządzać programem po wdrożeniu.

U nas w praktyce wygląda to tak, że biuro rachunkowe, współpracujące z przedsiębiorcą, który podpisał z nami umowę, dostaje swojego opiekuna i w dowolnym momencie może się do niego zgłosić z prośbą o pomoc – przed i po uruchomieniu umowy. Poza tym wspieramy księgowych w kompletowaniu dokumentów i dajemy im aplikację, w której bez przelogowywania się mają dostęp do wszystkich firm, które obsługują w zakresie PPK Compensa – tłumaczy Joanna Załęska z Compensy Życie.

Jak mam rozliczyć obcokrajowca?

Jeżeli pod względem formy zatrudnienia w Polsce obcokrajowiec spełnia warunki przystąpienia do PPK, może odkładać pieniądze w programie – narodowość nie jest przeszkodą. W przypadku ewentualnej rezygnacji z PPK musi skorzystać z dokumentu w języku polskim.

Wątpliwości księgowych często budzi inna sytuacja: co z firmami, które nie mają siedziby w naszym kraju, ale zatrudniają pracowników, będących płatnikami składek w ZUS-ie. Ci pracownicy mogą oczywiście przystąpić do PPK. Jak? Muszą podpisać z pracodawcą umowę, na podstawie której przejmą od niego obowiązki, wynikające z ustawy o PPK. Gdy to zrobią, wybierają we własnym imieniu instytucję finansową i podpisują z nią umowyę o zarządzanie i prowadzenie PPK. Od tego, ilu takich pracowników zatrudnia zagraniczna firma, zależą obowiązujące ich terminy ustawowe.

Źródło: Compensa TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group

Co pandemia zmieniła w sposobie naszej pracy?

Zanim pandemia pojawiła się w naszym życiu, firmy wciąż szukały idealnego modelu pracy. Zmiany przyszły znacznie szybciej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Przyspieszyły wprowadzenie nowych zasad i innowacji, całkowicie odmieniając sposoby działania wielu przedsiębiorstw. Jak wygląda dzisiaj praca zespołów i czym się w niej kierujemy?

Home office – to podstawowe hasło, które przychodzi na myśl niemal wszystkim pracodawcom i pracownikom pytanym o to, co pandemia zmieniła w działaniach ich firm. Nowości w organizacji pracy jest jednak znacznie więcej. Lipcowy raport “Zawodowy styl życia. Różne oblicza pracy Polaków”, przygotowany przez Pracuj.pl, dobitnie pokazuje skalę modyfikacji naszej pracy w ostatnim czasie.

Hot desk czy open space?

Jeszcze przed pandemią popularne stały się tzw. gorące biurka umiejscowione w otwartej przestrzeni. Model hot desk jest przemyślany w taki sposób, aby stanowiska nie były przypisane do konkretnych osób. Każdy pracownik pojawiający się w biurze korzysta z dowolnego, wolnego miejsca. Badania pokazały, że 1 na 5 osób ocenia gorące biurka pozytywnie, zaś ponad połowa jest do nich nastawiona negatywnie. Blisko połowa ankietowanych osób uznała też, że gorące biurka mogą skłaniać do nadmiernej rywalizacji o lepsze miejsca, stawać się przyczyną konfliktów oraz sprawiać, że pracownicy nie będą czuli się komfortowo, nie mając własnego i stałego miejsca w przedsiębiorstwie.

Znacznie lepiej oceniane jest działanie w otwartej przestrzeni. W takim systemie firmowe biurka są rozmieszczone na większym i niepodzielonym niczym obszarze. Wszyscy wykonują zatem swoje zadania w tym samym miejscu.

Jakie zalety dostrzegają respondenci w takim modelu? Przede wszystkim zwracają uwagę na ułatwioną komunikację między sobą, szybszy i bezpośredni przepływ informacji oraz sprawny obieg dokumentów. Sprzyja to między innymi skróceniu czasu wykonywania zadań oraz nawiązywaniu głębszych relacji niż między pracownikami umieszczonymi w osobnych pokojach.

Mimo to badani nie obawiają się mówić o wadach: skarżą się na hałas, brak prywatności lub problemy z koncentracją. Według nich niewielkie ścianki umieszczone w biurach nie zawsze dają możliwość spokojnego wykonywania obowiązków.

W rozrachunku aż 70% respondentów pozytywnie odnosi się do pracy w otwartej przestrzeni biurowej, jednak 60% uważa, że potrzebuje w niej własnego biurka.

Po lockdownie

W czerwcu 2020 r., gdy obostrzenia zaczęły być stopniowo znoszone, niektóre firmy postanowiły otworzyć swoje biura. Wprowadzano między innymi rotacyjną obecność zespołów w budynkach, udostępniając tylko część biurek i zachowując określone zasady. Niejednokrotnie pracownicy mogli też zdecydować, czy wolą wykonywać swoje obowiązki w domu, czy też w biurze. Model hybrydowy stał się więc szczególnie pożądany na rynku pracy, pozwalając na elastyczne działania przedsiębiorstw.

– Obecnie działamy w modelu hybrydowym i większość zespołu decyduje się na zdalne wykonywanie swoich zadań. W biurze przebywa głównie administracja oraz osoby, które m.in. ze względu na małe dzieci pracują w biurze, ponieważ jest to dla nich bardziej komfortowe. Wszystkie spotkania handlowe oraz wdrożenia odbywają się zdalnie przez internet. Jest to uwarunkowane względami bezpieczeństwa. Zespoły konsultują się ze sobą wedle potrzeb, często spotykając się rano na krótkich stand-upach, omawiając plan na cały dzień oraz pilne kwestie. Odbywające się online konsultacje trwają teraz nieco dłużej, spowodowane jest to tym, że przed epidemią obecność wszystkich pracowników w jednym biurze znacząco ułatwiała nam działania. Niemniej, jeśli danego dnia spotkań jest więcej, to przełączanie się między wirtualnymi zebraniami jest dużo prostsze i wszyscy teraz jesteśmy zdalnie, a nie tylko oddziały poza centralą – wyjaśnia Krzysztof Wojtas, prezes zarządu BrainSHARE IT, producenta programu SaldeoSMART.

Jak wskazują eksperci, z tą nadzwyczajną sytuacją będziemy mieć do czynienia jeszcze przez dłuższy czas. Co sądzą o tym zatrudnieni?

Aż 89% odnajduje się w home office i chciałaby je kontynuować, ale pod pewnymi warunkami. Tylko 11% uważa, że nie potrafiłoby pracować zdalnie na stałe.
40% badanych dopuszcza możliwość pracy zdalnej, jednak chciałoby raz w tygodniu pojawiać się w biurze. 39% sądzi, że praca w siedzibie firmy w pojedyncze dni w miesiącu, oprócz home office, byłaby dla nich odpowiednia. Tylko 10% mogłoby działać całkowicie zdalnie.

Czas wykonywania obowiązków z domu przyniósł też refleksję, iż taki model pozwala bardziej docenić opcję przychodzenia do biura oraz spotkań ze współpracownikami. Mówi o tym 57% respondentów. Prawdopodobnie przestrzenie biurowe zmienią się więc w miejsca przystosowane do organizacji spotkań projektowych, budowania więzi czy działań zespołowych.

Wpływ technologii na pracę

Postawy pracowników wobec cyfryzacji są bardzo ważne w okresie home office podczas pandemii. Pozwalają one określić, w jakim kierunku powinni podążać szefowie, wdrażając cyfrowe narzędzia dla wirtualnych zespołów.

Jak wynika z badania, w ciągu najbliższych 5 lat będziemy zmieniać posadę częściej niż dotychczas. Najbardziej pewne są tego osoby z generacji Z (18-24 lata). Uważa tak aż 66% najmłodszych pracowników w firmach. W przypadku generacji Y (25-39 lat) jest o tym przekonanych tylko 45% ankietowanych. Co ciekawe, taki sam wynik uzyskało pokolenie X (40-55 lat) oraz baby boomers (56+).

Ponadto, osoby w wieku 55+ uważają, że w przyszłości znajomość nowych technologii stanie się ważniejsza od pozostałych umiejętności. Kolejną grupą, która wierzy we wpływ technologii na pracę, są najmłodsi zatrudnieni (18-24 lata).

Wszystkie grupy wiekowe wykazały gotowość do zmian kwalifikacji w obliczu zmian na rynku pracy. Zdecydowana większość wszystkich generacji chce zdobywać nowe umiejętności i używać ich w codziennych działaniach.

Dobrym przykładem wpływu technologii na pracę są narzędzia pozwalające usystematyzować niezbędne dane i zapewniające dostęp do nich niezależnie od miejsca wykonywania obowiązków służbowych.

– Jak wiadomo, wiele dokumentów w firmach znajduje się na różnych nośnikach, w załącznikach, w mailach. Poszukiwanie ich, zwłaszcza w sytuacji, gdy zespoły pracują w modelu rozproszonym, bardzo utrudnia i spowalnia pracę. W takich przypadkach sprawdza się chociażby dostęp do dokumentów w elektronicznym archiwum. Przetestowaliśmy to oczywiście na własnym przykładzie. Choć od kilku lat korzystamy ze stworzonego przez nas narzędzia do obiegu dokumentów, to właśnie teraz szczególnie doceniliśmy to, że procedury pracy z elektronicznymi plikami mamy już wdrożone i przećwiczone. Zgromadzenie e-dokumentów w jednym miejscu, z określonymi zasadami dostępu, pozwala zachować porządek – mówi Krzysztof Wojtas. – Czas pandemii pokazał więc, że warto sprawdzać nowe możliwości i nie obawiać się technologicznych nowości. To one pozwalają dziś przecież normalnie działać wielu firmom i biurom księgowym.

Technologia daje również inne, równie ważne możliwości. Podczas home office pracodawcy, mimo zaufania do pracowników, chcieli mieć także pewność, że zadania, które zlecają zespołowi, zostaną wykonane na czas.

– Technologiczne rozwiązania do zarządzania biurem i zadaniami sprawiły, że właściciele biur zawsze mieli aktualny obraz sytuacji. Wiedzieli, jak planowane są prace oraz na bieżąco znali stan obsługi klientów. Dzięki temu szefowie nie musieli dzwonić do pracowników, by sprawdzić, co w danym momencie robią – dodaje Krzysztof Wojtas z BrainSHARE IT.

Kolosalne zmiany, jakie zaszły w sposobie naszych działań podczas pandemii, sprawiły, że dostrzegliśmy jeszcze więcej możliwości usprawnienia i przyspieszenia pracy. W wielu miejscach model hybrydowy lub zdalny zostanie wprowadzony na dłuższy czas. Będziemy także dążyć do zupełnie innej organizacji biur oraz jeszcze bardziej docenimy technologię i chętniej będziemy z niej korzystać.

PLN pod presją. Złoto w odwrocie

Początek tygodnia jest niezmiernie trudny dla polskiej waluty. Zdecydowane pogorszenie sentymentu wśród inwestorów odbiło swoje piętno zarówno na giełdach, jak i na forexie. Tutaj trudno było się bronić walutom z koszyka rynków wschodzących, a złoty stracił po kilka groszy w parach z najważniejszymi walutami.

Ciężkie chwile złotego

Czy to już trwalsza korekta na złotym? Przecena polskiej waluty, która rozpoczęła się w poniedziałkowy poranek i jest kontynuowana w trakcie dzisiejszej sesji, nie pozostawia wątpliwości, że przed nami trudny tydzień dla PLN. Kurs euro od wczoraj poszedł już w górę o ponad 6 groszy, po drodze praktycznie z marszu pokonując poziom 4,50 zł. To i tak nic przy kursie dolara, który poszybował o ponad 9 groszy i zbliżał się do 3,85 zł. Powodu do radości nie mają frankowicze, ponieważ kurs CHF po 7 groszowej zwyżce oscyluje przy 4,19 zł. Nawet brytyjski funt mimo własnych problemów akurat na parze ze złotym bez problemu pokonuje kolejne opory i we wtorkowy ranek znajduje się powyżej 4,91 zł. Głównej przyczyny tak słabej postawy PLN należy upatrywać w rynkowym risk off, który kieruje kapitał w stronę bezpiecznych przystani. Na giełdach możemy już zobaczyć pewne ustabilizowanie sytuacji, ale polska waluta wciąż znajduje się w głębokiej defensywie. Nie pomaga jej napięta sytuacja na szczytach władzy, czy wczorajszy (zdecydowanie poniżej oczekiwań) odczyt sprzedaży detalicznej (tylko 0,4%). Słabszy złoty może jednak cieszyć, np. RPP, która na ostatnim posiedzeniu zasygnalizowała, że zbyt silna rodzima waluta zmniejsza szanse na szybką rekonwalescencję gospodarki, szczególnie ciążąc eksporterom.

Ryzyka istnieją i szybko nas nie opuszczą

Po godz. 10 złoty próbuje wrócić do gry i zniwelować (przynajmniej dzisiejszy) ruch w kierunku północnym. Jest to w pewnej mierze odprysk sytuacji na głównej parze walutowej świata, gdzie opór na 1,172 $ okazał się na razie za silny dla strony podażowej. Nie należy jednak wykluczać kolejnych ataków na ten poziom, ponieważ ryzyka nie znikają, można na nie jedynie przymykać oczy. Głównym zmartwieniem pozostaje oczywiście rozwój pandemii, która atakuje ze wzmożeniem jeszcze przed jesienią. Rosnąca liczba zakażonych już popchnęła Izrael do ponownego twardego lockdownu, a dziś premier Boris Johnson ogłosi nową strategię dla Zjednoczonego Królestwa. Ma ona zachęcać ludzi do wyboru pracy zdalnej, ale co gorsze dla gospodarki wprowadzać ograniczenia w wielu branżach (np. restauracje czy kina). Niejako wyprzedzając te wydarzenia, prezes Banku Anglii Andrew Bailey rano zapowiedział, że brytyjska władza monetarna zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby wspomóc wyspiarską gospodarkę. Jak na razie funt trzyma się mocno na szerokim rynku, jednak sytuacja może się zmienić po ogłoszeniu szczegółów nowych zarządzeń przez rząd Jej Królewskiej Mości.

Złoto w odwrocie

Co ciekawe na zmianie sentymentu na risk off tym razem nie skorzystał królewski kruszec, często określany jako safe haven. Stało się wręcz przeciwnie i wartość uncji złota w jeden dzień obniżyła się o 50 dolarów, oscylując w tej chwili przy psychologicznym oporze na 1900 $ (ostatnio w tych okolicach byliśmy w pierwszej połowie sierpnia). Całkiem możliwe, że nastąpiła tutaj realizacja zysków przez część inwestorów, ale większość ekspertów cały czas jest zdania, że złoto w dłuższej perspektywie będzie się znajdowało w trendzie wzrostowym.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów, ale warto zwrócić uwagę na wystąpienie prezesa Fed w Kongresie, które ma się zacząć po godz. 16.

Adam Fuchs – analityk walutowy w InternetowyKantor.pl

Kobiety na zdalnym – pracują ciężej i dłużej, a mężczyźni?

Globalna pandemia Covid-19 wywróciła naszą codzienność do góry nogami. Co drugi Polak deklaruje, że podczas trwającej epidemii pracował lub pracuje zdalnie. Jednak okazuję się, że to właśnie kobiety częściej pracowały na odległość. Aż 57% z nich deklaruje taki rodzaj pracy, w porównaniu z tylko 45% mężczyzn. Co więcej to kobiety (56%) przyznają, że w pracy zdalnej często pracowały dłużej i ciężej niż normalnie. Z powyższym stwierdzeniem zgadza się znów tylko 45% mężczyzn – takie wyniki przedstawia raport Procontent Communication „Pandemia automatyzuje Polskę?”.

Okres lockdownu był szczególnie ciężki dla osób pracujących z domu. Bezsprzecznie, to  kobiety (70%), częściej niż mężczyźni (61%) deklarują, ze przez ten okres spędzały więcej czasu przed ekranem komputera, czy telefonu. Płeć żeńska też znacznie częściej, wskazywała samopoczucie psychiczne i dobrostan pracowników po izolacji jako wartość, która powinna być ważna dla pracodawcy.

„Pytaniami, które w sposób oczywisty nasuwają się po analizie wyników badania, jest to na ile ta zmiana się utrzyma w polskich organizacjach pracy i na ile zmieni instytucje publiczne w zakresie przyspieszenia digitalizacji procesów administracyjnych” – podkreśla Monika Fedorczuk, ekspertka Konfederacji Lewiatan ds. rynku pracy.

Starsi boją się izolacji

To właśnie osoby młode, do 24 roku życia, najczęściej odpowiadały się, że podczas pandemii pracowały zdalnie, taką odpowiedź wskazało aż 60% osób z tej grupy wiekowej, w czasie gdy u osób starszych wyniki te oscylowały w granicach 50%. Z kolei to jednak osoby w wieku produkcyjnym bardziej boją się utraty pracy. Prawie 70% osób z grupy wiekowej 25-49 lat jako powód swych obaw wskazuje najczęściej recesję gospodarczą. Jest to grupa w pełni aktywna zawodowo, która poprzez przywiązanie do swojego stanowiska boi się zmian. Z badania Procontent wynika jednak, że osoby starsze, po 50 roku życia najbardziej boją się utraty pracy przez przymusową izolację, prawie 50% osób z tej grupy wiekowej wskazało właśnie ten czynnik, jako obawę, gdzie wyniki w innych grupach oscylowały pomiędzy 30, a 40%.

Zaawansowanie technologiczne czasem staje się barierą i wydłuża nasz czas pracy. Ze stwierdzeniem „w pracy zdalnej często pracowałem dłużej i ciężej niż normalnie” zgadzają się najczęściej głównie osoby starsze i w pełni aktywne zawodowo. Z kolei to właśnie młodzi najczęściej ze wszystkich grup (69%),  deklarowali że spędzają więcej czasu przed ekranem komputera i telefonu podczas epidemii.

Jak widać pandemia w pełni wymusiła na nas zmianę poprzednich przyzwyczajeń w pracy. Okazuję się, że wszelkie czynności, które kiedyś błyskawicznie załatwialiśmy na miejscu, teraz zajmują nam więcej czasu. Z drugiej strony, lockdown zdecydowanie przyśpieszył procesy cyfryzacji usług. To co kiedyś było awykonalne zdalnie, nagle stało się możliwe.

Pandemia uderza w ubogich

Wyniki badania mówią jednoznacznie – staliśmy się bardziej oszczędni. Niezależnie od miejsca zamieszkania, grupy wiekowej, płci – co druga badana osoba deklaruje, że ogranicza wydatki i oszczędza ze strachu przed drugą falą epidemii. Pomimo wszystko to właśnie osoby uboższe odczuwają kryzys gospodarczy najbardziej. Aż 70% osób zarabiających poniżej 3000 zł boi się recesji i kryzysu, w czasie, gdy tylko 39% osób zarabiających powyżej 5000 zł odpowiada twierdząco na to samo pytanie. To samo tyczy się mieszkańców mniejszych miast, to właśnie osoby mieszkające w miastach do 99 tys. mieszkańców najbardziej obawiają się skutków gospodarczych pandemii. Brak możliwości zawodowych w byłych miastach wojewódzkich jest wciąż widoczny, a badanie tylko uwypukla nierówności, które jak widać wciąż są aktualne.

„Perspektywa kolejnego półrocza nie jest optymistyczna. Prognozy dotyczące najbliższej przyszłości w odniesieniu do sytuacji z okresu pandemii potwierdzają brak poprawy nastrojów, stąd ostrożne podejście Polaków w kwestii wydatków. Firmy również w obliczu recesji nie są skłonne do typowego dla bezpiecznych czasów inwestowania, choć w Polsce od kilku lat cieniem na ten aspekt biznesowej rzeczywistości kładzie się także duża niepewność i zmienność regulacyjna” – zakańcza Emil Muciński rzecznik, z-ca dyrektora Instytutu Interwencji Gospodarczych BCC.

Pełna treść raportu – https://www.procontent.pl/wp-content/uploads/2020/09/Raport-Procontent-Pandemia-automatyzuje-Polske.pdf

Miasta coraz bardziej inteligentne – chce w nich mieszkać 60 proc. obywateli

Aż co trzeci mieszkaniec miasta chce zmienić swoje miejsce zamieszkania z powodu wyzwań, które stawia przed nim przestrzeń miejska. Odpowiedzią na wiele z tych problemów są inteligentne rozwiązania, które coraz chętniej wdrażają lokalne władze na całym świecie. Jak wynika z raportu Street Smart. Putting the citizen at the center of smart city initiatives 73 proc. osób, które skorzystało z rozwiązań smart city jest bardziej zadowolonych z jakości życia pod względem czynników zdrowotnych, jak np. jakość powietrza.

124 mld USD w 2020 r. zostanie wydanych na inicjatywy inteligentnych miast – według Worldwide Smart Cities. Taki wynik stanowi prawie 19 proc. wzrost w stosunku do minionego roku. IDC szacuje, że globalne wydatki na rozwiązania smart city wyniosą 189,5 mld USD w 2023 roku. Kwoty te pokrywają się z trendem postępującej urbanizacji. Obecnie szacuje się, że ok. 55 proc. ludzi na świecie zamieszkuje miasta, a w ciągu najbliższych 30 lat zgodnie z trendem aż 2/3 osób będzie mieszkańcami aglomeracji miejskiej. Do 2030 r. najprawdopodobniej będziemy mieć na świecie aż 43 megamiasta, których liczba mieszkańców przekroczy 10 mln.

Czego brakuje mieszczuchom?

Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi przez Capgemini aż 35 proc. mieszkańców miast jest niezadowolonych z braku życia społecznego i kulturalnego. Brak poczucia przynależności do miasta, duża anonimowość, poczucie osamotnienia lub zagubienia często towarzyszy mieszkańcom zwłaszcza większych aglomeracji.

41 proc. obywateli miejskich wskazuje też na ograniczone możliwości zawodowe i gospodarcze. Zaś dla ponad połowy dużym problemem jest zbyt wysoki koszt życia w mieście. Wydaje się, że zmiana miejsca zamieszkania stawia przed nimi nowe możliwości zawodowe i obniży koszty życia.

Natomiast prawie połowa, bo 45 proc. osób zamieszkujących miasta narzeka na złą infrastrukturę transportową. 38 proc. twierdzi, że za dużo czasu zajmuje dojazd do miejsca pracy. Tutaj rozwiązaniem może być mniejsza powierzchnia miasta lub dogodniejsza infrastruktura.

Dużym problemem są także zanieczyszczenia. Na problem ten wskazuje 42 proc. badanych. Co także istotne 36 proc. mieszkańców miast zwraca uwagę na fakt nie podejmowania inicjatyw na rzecz zrównoważonego rozwoju przez włodarzy miejscowości, w której żyją.

Co również jest sporym problemem dla społeczeństwa miejskiego to poziom bezpieczeństwa. 40 proc. badanych nie czuje się bezpiecznie w mieście, co sprawia, że zastanawiają się nad przeprowadzką.

Energia, transport w duchu zrównoważonego rozwoju

Większość miast powstało w okresie rewolucji przemysłowej, kiedy to stawiano na inne aspekty życia. Współcześnie większość tych aglomeracji nie spełnia oczekiwań stawianych przez cyfrowe społeczeństwo. Z raportu Capgemini wynika, że mieszkańcy miast chcą mieszkać w smart city, wierząc, że zapewni ono większy komfort życia – nie ograniczając się jedynie do podstawowych potrzeb infrastrukturalnych. Tym samym – aż 54 proc. obywateli twierdzi, że firmy technologiczne byłyby w stanie lepiej świadczyć usługi miejskie, niż obecne władze. Ludzie uważają też, że inteligentne rozwiązania przyczynią się do większego zrównoważenia rozwoju miast (58 proc.), polepszeniu ulegnie jakość usług miejskich (57 proc.) oraz jakość życia (54 proc.).

Władze miejskie koncentrują się przede wszystkim na kwestiach energetycznych. Zarówno pod względem ilości wyprodukowanej energii, jak i jej pochodzenia. Dużym problemem, z którym boryka się cały świat jest kwestia dużej emisji CO2, a także dynamiczne wykorzystywanie nieodnawialnych surowców energetycznych. Smart city koncentrują się na wytwarzaniu niezbędnej ilości energii w sposób zrównoważony.

Kwestie transportu plasują się wysoko na liście miejskich priorytetów. Wielkomiejskie aglomeracje wdrażają liczne rozwiązania, mające na celu zoptymalizowanie czasu podróży, jakości i wygody.

Aby skrócić czas podróży samochodem, miasta wdrażają m.in. inteligentne systemy sygnalizacji świetlnej. Przewidując natężenie ruchu następuje koordynacja świateł w taki sposób, by zniwelować możliwość pojawienia się korków. Dzięki temu czas podróży może skrócić się nawet o ¼.

System pierwszeństwa dla autobusów i rowerzystów wdrożyła np. Kopenhaga. Czas przejazdu komunikacji miejskiej zmniejszył się dzięki temu o 20 proc. Także w Kopenhadze, by ułatwić funkcjonowanie podróżującym na rowerach zbudowano szereg chronionych ścieżek rowerowych. Co istotne duńska stolica jest także doskonałym przykładem, miasta mocno skoncentrowanego na neutralności klimatycznej. Według założeń do 2025 r. ma być ona pierwszym zeroemisyjnym miastem na świecie. Jednym z głównych elementów, który pomaga osiągnąć ten cel jest fakt, że aż 62 proc. obywateli dojeżdża do pracy rowerem.

Helsinki opracowały doskonały sposób ograniczający emisję spalin. Dzięki aplikacji mobilnej WHIM dostępne są informacje o wszystkich środkach transportu publicznego, współdzieleniu rowerów, czy też carsharingu na terenie miasta.

Inteligentne miasta w dobie koronawirusa

Smart city to coś więcej, niż infrastruktura drogowa, czy prąd. Inteligentne miasta mocno koncentrują się na podniesieniu jakości życia obywateli także na innych płaszczyznach. Liczne ekrany interaktywne przekazujące informacje lub edukację coraz częściej widoczne są w przestrzeniach publicznych. Dużym udogodnieniem i stwarzaniem nowej przestrzeni dla smart funkcjonalności jest także wprowadzanie sieci 5G.

Rozwiązania technologiczne umożliwiły miastom podjęcie wielu wyzwań, które zrodziły się w czasie trwania pandemii, gdy większość obywateli była objęta lockdownem. Aplikacje mobilne łączące obywateli lub zapewniający szybką wymianę informacji okazały się niezwykle pomocne np. w kontakcie z placówkami medycznymi lub w monitoringu stanu zdrowia przewlekle chorych pacjentów. Znalazły się także miejsca, w których wdrożono specjalistyczny monitoring, którego zadaniem była weryfikacja zagęszczenia ludności na określonym terenie. Rozwiązania typu samoobsługowe kasy, czy też skanery termiczne mierzące temperaturę także znacznie poprawiły bezpieczeństwo funkcjonowania w czasie pandemii.

Bariery wejścia

Mimo licznych korzyści, które wynikają z wdrożenia rozwiązań w duchu smart, to wciąż wiele miast nie może sobie pozwolić na takie inwestycje. Nie tylko względy finansowe mają tutaj znaczenie. Badania pokazały, że aż 68 proc. miast wykazuje brak wiedzy technologicznej do budowania platform cyfrowych. Także świadomość technologiczna urzędników nie jest na tak zaawansowanym poziomie, by móc inicjować i implementować nowoczesne rozwiązania.

Dużym wyzwaniem są kwestie danych. Bogate, pełne dane wraz z zaawansowaną analityką mogą pozwolić miastom na wykorzystanie potencjału, który niesie ze sobą technologia, jednak budzi to duże obawy społeczne o prywatność (63 proc.). 43 proc. urzędników wskazuje także na potężne luki infrastruktury IT w zarządzaniu danymi przez miasto i w 39 proc. brak funduszy na takie inwestycje.

Smart przestrzeń dla kogo?

Zgodnie z raportem aż 73 proc. mieszkańców inteligentnych miast twierdzi, że jest szczęśliwsza – zwłaszcza pod względem czynników zdrowotnych, takich jak np. czyste powietrze. Badanie pokazuje także, że 1 na 3 mieszkańców jest w stanie zapłacić więcej za korzystanie z inicjatyw smart city.

Inteligentne rozwiązania urbanistyczne i architektoniczne stają się trendem. Badanie przeprowadzone przez Capgemini wskazuje, że aż 60 proc. mieszkańców miast chciałoby mieszkać w smart city. Głównie millenialsi wykazywali dużą chęć na funkcjonowanie w takiej przestrzeni (64 proc.), a także osoby, które zarabiają ponad 80 000 USD. 56 proc. chętnych do zamieszkania w inteligentnym mieście to osoby zarabiające poniżej 20 000 USD.

Moonlit podpisał pierwsze umowy licencyjne

Po bardzo udanych targach Gamescom, Moonlit rozpoczął okres wrześniowych imprez PAX Online X EGX Digital oraz Digital Dragons Showcase od podpisania ważnych umów licencyjnych z AK Interactive oraz Hobby Zone. Spółka zaprezentowała również nową odsłonę Model Buildera, publikując zaktualizowane demo gry.

Podpisane umowy stanowią kolejną wartość dodaną do gry Model Builder. Dzięki nim, użytkownicy będą mogli cieszyć się w pełni licencjonowanym „sprzętem”, znajdującym się w wirtualnym warsztacie. Hobby Zone jest rozpoznawalną na polskim rynku firmą, która w swoim portfolio posiada meble i akcesoria dla modelarzy, w tym m.in. organizery na przedmioty, warsztatowe systemy modułowe czy stojaki na farby.

– Hobby Zone stanowi jedną z najważniejszych polskich firm z akcesoriami modelarskimi. Możliwość współpracy pozwala nam na osiągnięcie najwyższego możliwego poziomu immersji, co jest bardzo ważne w Model Builder. Chcemy jak najdokładniej odwzorować detale tej opierającej się na perfekcji pasji, więc sięgamy po najlepszych z potencjalnych partnerów. – skomentował podpisanie umowy Michał Gardeła, prezes Moonlit.

Moonlit nawiązał także współpracę z mieszczącym się w Hiszpanii AK Interactive. Jest to globalna firma, która podobnie jak Hobby Zone zajmuje się akcesoriami dla modelarzy. Firma z Półwyspu Iberyjskiego specjalizuje się w innym segmencie rynku – do najważniejszych przedmiotów dostępnych w sklepie internetowym AK Interactive należą dioramy, farby, pędzle czy modele. Spółka posiada też bibliotekę materiałów instruktażowych dla początkujących modelarzy.

– Umowy zawarte z AK Interactive oraz Hobby Zone wzajemnie się uzupełniają. Liczymy, że ta synergia pozwoli nam na osiągnięcie maksymalnego poziomu immersji już na etapie kolejnych pokazów wersji demo Model Buildera. AK Interactive jest kluczowym graczem na globalnym rynku akcesoriów modelarskich, więc podpisanie tej umowy uznajemy za niebywały sukces. – komentuje Michał Gardeła i dodaje, że liczy na to, że w najbliższym czasie uda się zawrzeć kolejne umowy licencyjne

Moonlit kontynuuje również prezentację swojej flagowej produkcji na wirtualnych edycjach internetowych targów. Zakończone w ubiegłym tygodniu amerykańskie PAX Online X EGX Digital oraz polskie Digital Dragons Showcase są wydarzeniami, na których nie mogło zabraknąć krakowskiej spółki. W przypadku pierwszego z wymienionych eventów Model Builder eksponowany był na streamie dostępnym na portalu Steam. Na platformie jest również dostępna zaktualizowana wersja demo nadchodzącej produkcji. – Najnowsze demo Model Builder trafiło do listy promowanych produkcji PAX X EGX Exlusive Demos oraz tegorocznej edycji Digital Dragons, dzięki czemu udało nam się zdobyć bardzo duże zainteresowanie użytkowników Steam oraz wielomilionową liczbę odsłon karty projektu. Zaobserwowaliśmy również wzmożony ruch z krajów azjatyckich, którego ilość przekroczyła 60% wszystkich odwiedzin strony projektu. Model Builder cieszy się szczególne dużym zainteresowaniem wśród odbiorców z Chin. W tydzień od uruchomienia wersji demo na wishlist przybyło 6000 zainteresowanych z czego wysoki odsetek przyszłych użytkowników podchodził właśnie z Państwa Środka. W związku z tym zdecydowaliśmy się pójść za ciosem i jeszcze przed premierą pełnej wersji gry planujemy kolejne dni otwartej wersji demo oraz prolog- podkreśla Michał Gardeła.

Badanie: Polacy wierzą, że na zakupach w promocji realnie oszczędzają 30-40%

Blisko 40% konsumentów ma poczucie, że na zakupach w promocji oszczędza średnio 30-40% w porównaniu do regularnej wartości nabywanych produktów. Ponad 20% deklaruje, że jest to przedział 20-30%. Natomiast 15% ankietowanych dostrzega oszczędności w granicach 10-20%. Prawie tyle samo osób widzi je na poziomie 40-50%. Z kolei tylko 6% respondentów odczuwa korzyści powyżej 50% normlanych cen. Z kolei 2% uważa, że wynoszą one średnio 5-10%.

Z ogólnopolskiego badania UCE RESEARCH wychodzi, że 39% osób oszczędza średnio 30-40% stałej wartości produktów, korzystając z promocji. 23% konsumentów wskazało 20-30%. Z kolei 15% badanych podało poziom 10-20%, a 14% respondentów – 40-50%. Tylko 6% Polaków dostrzegło oszczędności powyżej 50%. Natomiast 2% klientów uznało je w granicach 5-10%.

– Obecne oczekiwania konsumentów wobec rabatów oscylują w granicach 20-50%. I są one jak najbardziej realne, patrząc na analizy rynkowe. Natomiast to, ile faktycznie oszczędzają klienci, jest trudniejsze do identyfikacji. Większość osób niezbyt precyzyjnie odnosi ceny promocyjne do wartości regularnych. Woli żyć w przeświadczeniu, że rabat został uzyskany, ale dokładnie nie wie, jak wysoki. Zniżka zawsze jest przyznawana od czegoś umownego. Przekonanie, że najczęściej wynosi ona 30-40% wartości produktu, jest rachunkowo poprawne, bo rabaty głównie mieszczą się właśnie w tym przedziale – wyjaśnia Karol Kamiński z Grupy AdRetail.

Jak podkreśla Grzegorz Sadłoń z platformy Codarius, w sklepach stacjonarnych klienci na każdym kroku są kuszeni promocjami w wysokości 30-70%. I codziennie utrwalają sobie ten przedział. Statystyczny konsument nie liczy, jaka jest różnica ceny regularnej od tej w promocji. Z góry przyjmuje informacje widoczne na banerach reklamowych i w gazetkach. Inaczej jest w sferze online, gdzie wartość promocji jest zdecydowanie niższa. Klient ma też czas na sprawdzenie, czy rabat faktycznie wynosi tyle, ile deklaruje sprzedawca.

– Według danych z monitoringu gazetek promocyjnych z ostatnich 12 miesięcy, zniżki na poziomie 30-40% to około 20% wszystkich prezentowanych rabatów. Natomiast obniżki w wysokości 20-30% stanowią prawie 30% publikowanych promocji. Ankieta zatem ukazuje logiczną tendencję wybierania przez konsumentów najkorzystniejszych dla nich okazji – mówi Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland.

Eksperci przekonują też, że poziom oszczędności zależy od zamożności klienta. Wyznacza ona strategię zakupową. Dr Maria Andrzej Faliński ze Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego stwierdza, że 30-40% i 20-30% to najprawdopodobniej wyniki średniozamożnych konsumentów. Szukają oni więcej niż jednej okazji, kompletując tzw. szeroki koszyk. Przedział 40-50% może dotyczyć osób mniej zasobnych, działających ze specjalnym zamierzeniem jednorodnego zakupu. Natomiast 5-10% i 10-20% deklarują raczej zamożni ludzie, którzy nie przykładają większej uwagi do promocji.

Ankieta była prowadzona w bezpośrednich okolicach placówek handlowych w dniach 09-11 września br. Łącznie odbyło się 1008 wywiadów bezpośrednich z losowo wybranymi osobami. Byli to dorośli konsumenci, którzy regularnie robią zakupy i korzystają z promocji. Badanie zostało zrealizowane przez UCE RESEARCH na zlecenie Hiper-Com Poland i programu branżowego AdRetail Inspirio.

CB radio na cenzurowanym w Niemczech

CB radio biło w Polsce rekordy popularności w latach 90. Żeby dołączyć do grona użytkowników mobilek wystarczyło zaopatrzyć się w słuchawkę, odbiornik i antenę. Jednak wraz ze zmianą niemieckich przepisów CB radio może na dobre zniknąć z kabin ciężarówek, które przewożą w tym kraju towar. Czy rynek ma jakieś alternatywy dla kierowców, którzy chcą wiedzieć, jak dróżka na Berlin?

W czasach przed powszechnym dostępem do Internetu, za pomocą CB radia, zawodowi kierowcy informowali się, o możliwych kontrolach drogowych i warunkach na trasie w Polsce oraz za granicą. Nad Wisłą prawo wyraźnie odróżnia telefon komórkowe od sprzętu CB, jednak liczba wypadków[1] spowodowanych używaniem przenośnych urządzeń za kierownicą (CB radia, ale także tabletów, telefonów i smartwachy) mogła skłonić niektóre kraje do wprowadzenia w tym zakresie ograniczeń. Przez CB nie porozmawiają więc kierujący na terenie m.in. Szwecji, Irlandii, Grecji, Hiszpanii czy Austrii, a od niedawna również w Niemczech.

Zapowiedzi, a następnie nowelizacja ustawy o ruchu drogowym w Niemczech, regulująca używanie elektroniki podczas kierowania, od lat niepokoiły polskich kierowców zawodowo poruszających się po tamtejszych drogach. Stało się to, czego obawiali się najbardziej. Od 1 lipca br. u naszych zachodnich sąsiadów zaczął obowiązywać zakaz korzystania za kółkiem z przenośnego sprzętu elektronicznego, obłożony mandatami w wysokości nawet do 200 euro. Niewielkie pocieszenie stanowi fakt, że na dostosowanie się do przepisów niemiecki rząd dał kierowcom czas do 31 stycznia 2021 r. i zaapelował do poszczególnych landów, żeby powstrzymały się w tym czasie od nakładania kar. Korzystania – czyli operowania nimi manualnie. Z tego powodu na cenzurowanym znalazło się popularne CB radio, które w swojej klasycznej wersji nie doczekało się (i pewnie nie doczeka) obsługi bezdotykowej, ponieważ to właśnie trzymana w dłoni „gruszka” stanowi jego nieodłączny element.

Jak zauważa Dawid Kochalski, ekspert GBOX, Grupa INELO, monitorującej ponad 30 tys. ciężarówek jeżdżących po UE – CB radio to nie tylko ostrzeganie się przed kontrolami drogowymi, ale również wymiana informacji chociażby o dostępności parkingów, co jest niezwykle istotne z punktu widzenia zawodowego kierowcy. Choć sprzęt CB stał się symbolem komunikacji na trasie, czas od niego odejść nie tylko ze względu na kwestie bezpieczeństwa, ale również dlatego, że to obecnie systemy telematyczne oferują urozmaicone i przydatne funkcjonalności. Z jednej strony przewoźnik, udostępniając takie oprogramowanie kierowcy, zdejmuje z niego konieczność opracowania trasy np. pod kątem obowiązkowego odpoczynku, ominięcia korków oraz zamkniętych odcinków, a z drugiej – może monitorować łańcuch dostaw, zweryfikować koszty, czy wygenerować raporty dotyczące chociażby terminowości transportów. Komunikacja na trasie jest dla kierowców zbyt istotna, żeby z niej całkowicie rezygnować. Czasami kontakt stanowi wręcz konieczny warunek bezpiecznego przejazdu. Jak w każdej branży, potrzebujemy do tego profesjonalnych narzędzi.

Te słowa mogliby potwierdzić przedstawiciele firm oferujących transport nienormatywny. W ich przypadku kontakt pilota z kierowcą za pomocą CB radia jest na terenie Niemiec wręcz wymagany przepisami. Być może, to niedopatrzenie niemieckiego ustawodawcy i również w tym przypadku konieczna okaże się zmiana kanału komunikacji. Niezależnie od przepisów, producenci aplikacji już od pewnego czasu wieszczą koniec CB i proponują klientom alternatywy, których używanie nie grozi mandatem. Szybsze, bezpieczniejsze i bogatsze wersje aplikacji dostępnych na telefon mogą okazać się gwoździem do trumny sprzętu CB.

Mobilki na głośnym

Zakaz ręcznej obsługi urządzeń naturalnie naprowadził producentów w stronę wykorzystania obsługi głosowej. Na rynku dostępne są już aplikacje, które przetwarzają mowę na tekst i umożliwiają w ten sposób korzystanie z branżowych grup w mediach społecznościowych. To ważne, ponieważ systemy, żeby dorównać legendarnemu CB, nie powinny pomijać elementu interakcji pomiędzy użytkownikami drogi, który stanowił właśnie o atrakcyjności gruszki. Takie funkcjonalności zaczynają być dostępne w aplikacjach produkowanych w Polsce. Ich twórcy chwalą się, że to rozwiązania eliminujące szumy i gwarantujące lepszą jakość połączenia, nawet w prywatnych kanałach użytkowników. Dodają, że oprogramowanie reaguje na głos, czyniąc je teoretycznie dopuszczalnym przez niemieckie przepisy. Można mieć jednak wątpliwości, czy sam głos wystarczy do całkowitego obsłużenia skomplikowanego mechanizmu, jakim jest smartfon. Z pewnością rozwiązaniem mogą okazać się systemy opatrzone certyfikatem zgodności z ustawą i sygnowane przez przedstawicieli samej branży.

– Od pewnego czasu obserwujemy, że firmy transportowe i zrzeszające je organizacje, zaczynają zamawiać, a nawet same produkować, aplikacje, które funkcjonalnościami przewyższają CB.. W ten sposób organizacje dają swoim kierowcom narzędzia wytworzone z własnych zasobów, które usprawnią tranzyt – to podwójna korzyść. Wskazuje się, że digitalizacja jest jednym z ważniejszych filarów rozwoju branży TSL, a jej intensywny rozwój powinien nastąpić po 2022 r[2]. Dużą rolę odegra tu AI. Takie połączenie może dać bardzo ciekawe rezultaty technologiczne – podsumowuje Dawid Kochalski i dodaje, że podobne rozwiązanie przetestował już niemiecki gigant chemiczny BASF, który swoich międzynarodowych kierowców zaopatrzył w aplikację ułatwiającą nie tylko poruszanie się po skomplikowanym terminalu, ale również kierującą do konkretnego miejsca załadunku lub rozładunku. – To doskonale pokazuje, jakie trendy możemy zaobserwować w branży TSL: technologia ma sprawić, że przejazd będzie bezpieczny, szybki i zgodny z przepisami. A zapewnienie takich narzędzi kierowcom zależy również od przewoźników i organizacji branżowych – podsumowuje Dawid Kochański.

[1] https://ec.europa.eu/transport/road_safety/sites/roadsafety/files/pdf/ersosynthesis2018-cellphone-summary.pdf

[2] https://www.pwc.pl/pl/publikacje/2019/transport-przyszlosci-perspektywy-rozwoju-transportu-drogowego-w-polsce-2020-2030.html

Inwestorzy widzą więcej ryzyk niż szans. Korekta może być głębsza

Poniedziałkowy pogrom na rynkach miał swoje źródła w niekorzystnym układzie technicznym, który został nadwyrężony przez podwójne uderzenie obaw o powrót restrykcji związanych z koronawirusem i wątpliwości wokół pakietu fiskalnego w USA. Jednak co dla jednych jest problemem, dla innych staje się szansą i wizja powrotu do pracy w domu ożywiła sektor technologiczny.

Ryzyka dla wzrostów na giełdach nie były czymś nowym, ale w poniedziałek nałożyło się na siebie za dużo na raz, by inwestorzy byliby w stanie dalej dostrzegać szklankę do połowy pełną. Wall Street tradycyjnie nadaje ton dla reszty ryzykownych aktywów, a jednak jeszcze wczoraj na koniec handlu udało się odnaleźć poziom stabilizacji. Jakkolwiek spółki pro-cykliczne cierpiały na obawach o wprowadzenie restrykcji i ograniczanie aktywności gospodarczej, tak sektor technologiczny zaczął z optymizmem patrzeć na przymus postępu dla ułatwienia pracy zdalnej. Niezależnie kto jest wygranym, a kto przegranym w którym scenariuszu, ogólnie przeważyć może obawa o bezpieczeństwo kapitału. Szczególnie, że perspektywy gospodarcze pozostaną niepewne tak długo, jak USA będzie opóźniać wprowadzenie fazy 4. pakietu fiskalnego. A negocjacje komplikują się przez nowy spór międzypartyjny o wybór sędziego Sądu Najwyższego. Inwestorzy widzą więcej ryzyk niż szans na wzrostów rynku akcji i strach przed stratami może generować szoki wtórne na inne klasy aktywów. Dla FX risk-off oznacza powrót w USD z największym zagrożeniem dla walut surowcowych (NOK) i rynków wschodzących (m.in. PLN). Nie ma tu głębszego różnicowania pod kątem ryzyk wzrostu liczby zachorowań – mimo że to Europa staje się nowym ogniskiem wzrostu zachorowań, podczas gdy Australia i Nowa Zelandia zahamowały rozprzestrzenianie się wirusa, wczoraj to AUD i NZD traciły mocniej niż EUR. Strach o to, że korekta może być głębsza, może być samospełniającą się prognozą, dopóki nie znajdzie się świeży pretekst do odbicia.

Wątpię, aby dzisiejsze przemówienie prezesa Fed Powella w Kongresie mogło być punktem zwrotnym. Bardziej prawdopodobnym jest, że Powell powtórzy wnioski z zeszłotygodniowego posiedzenia FOMC. Inwestorzy woleliby usłyszeć więcej na temat tolerancji Fed dla inflacji powyżej celu 2 proc. (ergo jak długo stopy procentowe pozostaną nisko), ale wszystko wskazuje na to, że albo Fed chce zachować sobie elastyczność w podejmowaniu decyzji o normalizacji w przyszłości, albo wśród członków Komitetu nie ma jednomyślności w tej kwestii. Tak czy inaczej jest mało realne, że szybko otrzymamy konkretne wartości dla poziomu inflacji, czy czasu, które mogłyby zatrząść oczekiwaniami rynkowymi i dać ewentualny zastrzyk optymizmu. Dziś uwaga na przesłuchaniu w Kongresie skupi się na polityce fiskalnej i ile jeszcze potrzeba dla uchronienia gospodarki przed nieodwracalnymi szkodami. Nie potrzeba opinii prezesa Fed, by stwierdzić, że wsparcie fiskalne (w szczególności dodatkowe zasiłki dla bezrobotnych) są kluczowe dla podtrzymania ożywienia. Gdyby nie one, odbicie z przełomu II i III kw. byłoby dużo słabsze. Wątpliwe, aby prezes Fed jednym wystąpieniem przekonał kongresmenów do szybszego zatwierdzenia pakietu. A inwestorzy zdają sobie sprawę, że okres przedwyborczy tylko dokłada komplikacji. W efekcie dziś popołudniu wyliczenie przez Powella ryzyk dla gospodarki może być negatywnym impulsem dla rynków.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Srebrni pracownicy przyniosą ci złoto – o doświadczeniu na rynku pracy 45+

Mniejsza efektywność pracy, niedopasowanie do młodego i dynamicznego zespołu czy też nieznajomość najnowszych technologii to jedne z najczęstszych stereotypów związanych z zatrudnianiem osób 45+. Czym jest ageizm i co mogą wnieść do firmy doświadczeni pracownicy pisze Patrycja Załuska, ekspertka rynku pracy z Uniwersytetu SWPS.

Upraszczając mocno pojęcie rynku możemy je zobrazować jako miejsce spotkania i gry trzech aktorów: klienta (odbiorca usługi/produktu), firmy sprzedającej (pracodawca) oraz pracownika. Wszyscy trzej dążą do zysku. Składa się na niego:

  • satysfakcja klienta, który otrzymuje to, czego dokładnie potrzebuje za sensowną cenę od miłego człowieka;
  • satysfakcja pracownika, który dostarcza produkt będący efektem pracy jego rąk przy odpowiednim wykorzystaniu jego kapitału zawodowego;
  • satysfakcja firmy, która dzięki tym dwóm rozwija się zewnętrznie i wewnętrznie.

Współcześni konsumenci mierzą się z nadmiarem produktów, rozwiązań, ekspertów i manipulacji. Firmy natomiast mają problem z dotarciem do nowych rynków i optymalizacją kosztów w dobie kryzysu. Z kolei pracownicy obawiają się bezrobocia oraz braku wykorzystania i rozwoju ich potencjału. Z czym mierzą się doświadczeni wiekowo pracownicy? Co powoduje, że otrzymują od 2 do 5 ofert pracy, podczas gdy osoby zajmujące stanowiska specjalistyczne i managerskie otrzymują ich średnio 9?

Złota klatka, czyli gdzie zaczyna się starość?

Dyskryminacja ze względu na wiek dotyka i młodych i starszych pracowników, ale to druga grupa zmaga się z większymi problemami. Badania przeprowadzone w Wielkiej Brytanii wskazują, że 40  letnie kobiety są już postrzegane jako osoby starsze. Grupa mężczyzn „dłużej” pozostaje w sile wieku bo aż do 45 r.ż.

Od początku zawodowego życia zbieramy doświadczenie, aby uznawano nas za ekspertów lub przynajmniej tych, „którzy znają się na rzeczy”. Osiągając dojrzały etap kariery mierzymy się z tym, że pracodawcy najchętniej szukają osób ze średnio 5 letnim doświadczeniem.

Przed podjęciem współpracy z osobami 45+ pracodawcy obawiają się mniejszej efektywności i „szybkości”, nie nadążania za nowymi technologiami, potencjalnego niedopasowania do młodego dynamicznego zespołu, obnażenia mniejszej wiedzy osoby zatrudniającej, pouczania oraz oceny podejmowanych przez przełożonego decyzji i działań.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na doświadczenie

Niezależnie od aktualnych warunków, wyzwania z którymi mierzą się firmy w obszarach sprzedaży, rozwoju i optymalizacji kosztów pozostają takie same:

●        ponad 70% polskich firm zgłasza trudności ze znalezieniem dopasowanych pracowników
●        owocowe piątki i joga w miejscu pracy nie wygrały z potrzebą wyższej pensji
●        nie został rozwiązany problem z utrzymaniem talentów w firmie
●        organizacje nadal poszukują lojalnych pracowników
●        firmy nadal nie radzą sobie z są lukami kompetencyjnymi i brakiem przepływu wiedzy w firmie
●        koszt pojedynczej nieudanej rekrutacji to prawie 92 tysiące PLN
●        roczny koszt formalnego czasu pracy, który pracownicy poświęcają na załatwianie innych spraw – dla firmy zatrudniającej >500 osób to ponad 1 milion PLN!

O ile luksusowy prom jest atrakcyjny przy ładnej pogodzie, podczas sztormu liczy się zgrana załoga złożona z doświadczonych pracowników, którzy mają za sobą niejeden kryzys osobisty czy zawodowy.

NASA wysyła w kosmos zespoły złożone z ludzi w okolicach 50 , nie odbierając im ani dynamizmu, ani kreatywności. Gdy chodzi o powodzenie misji kosztującej miliardy dolarów, nie ma miejsca na dyskusję o dopasowaniu do młodego dynamicznego zespołu. Sprawdzane są dojrzałość i kompetencje ukształtowane latami doświadczeń na polu zawodowym i osobistym.

Nowy błękitny ocean w zasięgu ręki

Najliczniej reprezentowaną grupą społeczną w Polsce są osoby między 35 a 39 rokiem życia. Tuż za nimi są osoby w wieku 40 – 45 lat. Dojrzałe społeczeństwo jest faktem. Dojrzali wiekowo konsumenci są faktem.

Musimy zacząć traktować grupę 45+ jak klientów, odbiorców naszych usług – niezależnie od tego czy jesteśmy przedsiębiorcami, pracownikami etatowymi czy zarządzamy zespołami. Tylko wtedy może otworzyć się w naszej głowie nowa perspektywa. Perspektywa potencjału, zachęty, wyzwania i nowych możliwości.

Sięgając głębiej niż liczby, stawiając sobie niewygodne pytania, wprowadzając różnorodność do zespołów firmy mogą szybciej reagować na zmieniające się warunki rynkowe, poprzez lepsze dostosowywanie produkcji do potrzeb zróżnicowanych (pod względem płci, wieku, pochodzenia i innych cech) klientów.

Doświadczenie zdobyte przez starszych pracowników to unikalny zasób kapitału ludzkiego, którego nie posiadają ani nowo rekrutowane osoby, ani młodsi pracownicy. Jak potwierdzają badania australijskich naukowców wydajność nie jest związana z wiekiem a z dopasowaniem stanowisk do kompetencji osób.

Dodatkowo, tylko mieszane wiekowo zespoły stwarzają możliwość międzypokoleniowego przekazywania wiedzy i umiejętności, a tym samym zachowania ciągłości zasobów wiedzy i umiejętności w firmach.

Innymi słowy poprzez ograniczenie rekrutacji do osób poniżej 45. roku życia przedsiębiorstwo pozbawia się korzyści płynących z różnorodności. Bazując na obawach i przekonaniach ignorujemy nowe źródła przychodów i optymalizacji kosztów.

Persona grata – nowy paradygmat rynku pracy

W perspektywie najbliższych 10-20 lat nadal będziemy mierzyć się ze zmniejszeniem liczby kandydatów do pracy, dłuższe ignorowanie doświadczonych pracowników i unikanie reakcji na istniejące bariery jest bezsensowne. W grupie doświadczonych wiekowo osób istnieją największe rezerwy zatrudnienia.

Zmiana paradygmatu jest konieczna i kluczowa. Dodatkowo identyfikując bariery związane z wiekiem, wkraczamy na teren przekonań, stereotypów i dyskryminacji zwanej ageizmem. O ile na poziomie instytucjonalnym jej przejawy są możliwe do zidentyfikowania, to na poziomie indywidualnym (a tylko na takim możliwa jest faktyczna zmiana) wszystko to co stanowi o stereotypach, uprzedzeniach świadomych i nieświadomych, obawach jest trudne do określenia.

Zarządzania karierą i wiekiem uczymy się w domach, w rodzinach i w szkołach. To tam rodzi się albo i nie – ageizm.

Walka z krzywdzącymi stereotypami jest konieczna. Może ją przyspieszyć wejście w nowy paradygmat rynkowej gry opartej na 3 postaciach:

  • klient zewnętrzny (odbiorca)
  • firma (pracodawca)
  • klient wewnętrzny (pracownik)

Pracodawcy są zmęczeni nietrafionymi rekrutacjami. Budżety są zmęczone nietrafionymi inwestycjami motywacyjno – rozwojowymi.

Sięgając do doświadczonych pracowników firma ma szansę pokryć luki związane z kosztami, utraconymi korzyściami, transferem wiedzy, wzajemnym rozwojem, innowacyjnością czy kreatywnością.

Ta ostatnia, według najnowszych badań najpełniej jest wyrażana i używana nie tylko przez dzieci na wczesnym etapie rozwoju, ale właśnie przez osoby po 40.

Kreatywność, innowacyjność oraz radzenie sobie z niejednoznacznością i niepewnością są najczęściej wymienianymi kompetencjami. Brak pełnego wykorzystania posiadanego kapitału firmy, który tworzą doświadczeni pracownicy 45+ ogranicza organizacji szybsze dotarcie do właściwych rozwiązań na bieżące i przyszłe problemy oraz zamyka nowe możliwości do dalszego działania i budowania przewagi konkurencyjnej. Krótko mówiąc jest marnotrawstwem, na które jako społeczeństwo nie możemy więcej sobie pozwalać.

Patrycja Załuska, ekspertka rynku pracy, Uniwersytet SWPS

Nowelizacja kodeksu spółek handlowych (ksh) z perspektywy właścicieli firm rodzinnych

Czy ta nowa regulacja pozwoli polskim przedsiębiorcom lepiej przygotować się do wyzwań około sukcesyjnych? Poniżej przyglądamy się planowanym zmianom do ksh z perspektywy właścicieli firm prywatnych.

Dwa modele sukcesji

Polskie firmy rodzinne zwykle wybierają jeden z dwóch modeli sukcesyjnych: model fundacyjny lub model oparty o rodzinną spółkę holdingową. Do czasu wejścia w życie przepisów o polskiej fundacji rodzinnej (prawdopodobnie 2021/2022 r.) model fundacyjny jest oparty o zagraniczną fundację rodzinną. Z kolei druga koncepcja to rodzinna spółka holdingowa. Poniżej skupiamy się na tym wariancie, wskazując co w nowej regulacji może sprzyjać temu rozwiązaniu.

Rodzinna spółka holdingowa

Główną zaletą wariantu sukcesyjnego opartego o holding jest to, że członkowie rodziny będą zawsze wspólnikami na poziomie spółki holdingowej, a nie na poziomie podmiotów operacyjnych, stanowiących majątek spółki holdingowej. Dzięki temu korporacyjnemu rozdzieleniu rodziny od firmy, powstaje naturalna bariera pomiędzy tymi dwoma światami. W efekcie wszelkie spory wspólników czy kwestie związane z dziedziczeniem dotyczą spółki posiadającej udziały w operacyjnym biznesie i na tym poziomie holdingowym w mniejszym stopniu oddziałują negatywnie na biznes.

Interes grupy spółek rodzinnych

Dotychczas właściciele firm rodzinnych starali się być jak najbliżej biznesu, również korporacyjnie, gdyż polskie prawo nie pozwalało na patrzenie na grupę spółek jak na pewien jednolity organizm, lecz traktowało każdą z firm w grupie jako niezależny byt prawny, abstrahując od faktu, że należy do tej samej rodziny firm.

Efekt był taki, że właściciele i menedżerowie pozostawali często w sporze co do tego, czy dane strategiczne zamierzenie grupy jest zgodne z jednostkowym interesem danego podmiotu. Przykłady toczących się postępowań karnych w znanych firmach, o których było głośno w prasie (niegospodarność, działanie na szkodę) zniechęcały właścicieli firm rodzinnych do tworzenia holdingów. Brak jasnych regulacji prawnych i konieczność bronienia swojego interesu w sądach skutecznie zniechęcał do korzystania z tego narzędzia.

Nowy projekt zmian do KSH daje nadzieję na zmianę tego trendu. W szczególności pojawia się w KSH definicja „grupy spółek” i „interesu grupy spółek”. Oznacza to w praktyce, że grupa spółek ściśle powiązanych kapitałowo może realizować wspólną strategię gospodarczą, wyznaczoną przez jeden ośrodek władzy w całej grupie. Po ujawnieniu tego w rejestrze, grupa, jej właściciele i menedżerowie będą mogli skorzystać z dodatkowej ochrony przy wykonywaniu decyzji podjętych w interesie grupy, które nie zawsze muszą być w krótkim terminie korzystne dla poszczególnej spółki z grupy.

Mechanizmy nadzoru właścicielskiego w holdingu

Kolejne pytanie jakie nasuwa się właścicielom budującym holding to kwestia kontroli nad biznesem.

Czy powołanie spółki holdingowej nie uczyni spółek zależnych mniej „sterowalnymi”?
Jak w praktyce realizować interes całej grupy w stosunku do poszczególnych spółek?

Powstaje ryzyko, że powołanie holdingu oddzieli właścicieli od realnego wpływu na biznes w spółkach operacyjnych. Wynajęci w nich menedżerowie poczują się zbyt niezależni i będą zasłaniać się interesem spółki przed realizacją zamierzeń właściciela grupy.

Nowe przepisy KSH dają tutaj właścicielom silne narzędzie z poziomu spółki holdingowej w postaci tzw. wiążących poleceń. Wspomniany wcześniej interes grupy spółek może uzasadniać wydanie przez spółkę dominującą (holding) wiążących instrukcji spółkom zależnym. Zarząd spółki w 100% zależnej od holdingu będzie bezwzględnie związany poleceniem. W przypadku spółek zależnych posiadających mniejszościowych udziałowców zarząd będzie wyjątkowo mógł odmówić wykonania polecenia holdingu jeżeli doprowadzi to do niewypłacalności spółki zależnej, albo będzie sprzeczne z interesem danej spółki i wyrządzi jej szkodę.

Przewodniczący rady nadzorczej jako kapitan okrętu

Założyciele firm rodzinnych, z czasem włączając sukcesorów lub wynajętych menedżerów do zarządu, zastanawiają się, jaką formalną pozycję zająć w nowej rzeczywistości. Czy przewodniczący rady nadzorczej w spółce holdingowej to dobre miejsce dla właściciela?

Nowy projekt zmian do KSH wzmacnia organy nadzorcze, zwłaszcza w spółce dominującej (holdingu). To właśnie rada nadzorcza głównej spółki w grupie stanie się centrum strategicznego dowodzenia. Ustawa wręcz nakłada na radę nadzorczą spółki dominującej obowiązek sprawowania nadzoru nad realizacją interesu grupy spółek także przez spółki zależne. Sama pozycja przewodniczącego rady nadzorczej została dodatkowo wzmocniona i jego kompetencje zostały doprecyzowane.

Z tych zmian wyłania się taki obraz grupy spółek, na którym wiodącą rolę pełni rada nadzorcza spółki holdingowej (dominującej) z przewodniczącym rady pełniącym rolę „kapitana okrętu”. Wydaje się, że naturalnym kandydatem do objęcia tej funkcji, łączącej się z określeniem i nadzorowaniem wykonywania interesu grupy spółek, jest właściciel firmy rodzinnej.

Dzięki tym zmianom w KSH właściciele mogą poczuć się bardziej komfortowo przechodząc w grupie na pozycje strategiczne i nadzorcze, tworząc tym samym przestrzeń dla stopniowego włączania swoich sukcesorów czy zewnętrznych menedżerów w obowiązki zarządcze i kierownicze w firmie.

Odpowiedzialność członków zarządu

Właściciele, przekazując część władzy w firmie rodzinnej zarządowi ale zachowując kompetencje dotyczące strategii i nadzoru, chcą aby menedżerowie w dalszym ciągu czuli się odpowiedzialni za biznes. Powstaje pytanie, kto poniesie odpowiedzialność za decyzje podjęte w interesie grupy spółek, zakomunikowane jako wiążące polecenie przez holding, jeżeli efektem będzie szkoda jednej ze spółek rodzinnej grupy?

Od lat głównym wyzwaniem dla profesjonalnych menedżerów zarządzających biznesami rodzinnymi była kwestia odpowiedzialności osobistej (karnej i cywilnej) za szkody wyrządzone przez działania i zaniechania tych członków zarządu wykonujących polecenia właściciela. Ten naturalny konflikt był często łagodzony polisami ubezpieczeniowymi (D&O – directors and officers insurance), uchwałami zgromadzenia wspólników w przypadku spółek z o.o. z wiążącą instrukcją albo prywatnymi umowami indemnifikacyjnymi (indemnity agreements). Problem z tymi wymienionymi powyżej rozwiązaniami był taki, że miały one zwykle skutek wewnętrzny w ramach grupy kapitałowej, a już nie chroniły przed wierzycielami danej spółki czy organami ścigania, w przypadku karnej kwalifikacji danej decyzji zarządczej.

Po zmianach KSH menedżer nie będzie ponosił odpowiedzialności za działanie na szkodę spółki ani (w przypadku spółki jednoosobowej) za niezgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości, jeżeli szkody czy niewypłacalność powstały wskutek wykonania wiążących poleceń spółki holdingowej. Natomiast w pozostałym zakresie odpowiedzialność zarządu nie ulegnie zmianie. Przykładowo, wykonanie budżetu i realizacja strategii będzie od strony wynikowej w dalszym ciągu odpowiedzialnością menedżerów.

Póki co ustawodawca nie dostrzegł konieczności doprecyzowania przepisów o cenach transferowych do nowego prawa holdingowego. Spółka matka będzie mogła zatem wydać wiążące polecenie spółce córce np. sprzedania towaru do spółki siostry po zaniżonej cenie, ale spółka zbywającą będzie narażona zarówno na doszacowanie dochodu do ceny rynkowej (co pewnie jeszcze jest zrozumiałe), jak również zapłatę dodatkowej sankcji wynikającej z przepisów ordynacji podatkowej. Zaś Spółka otrzymująca powinna w takiej sytuacji rozpoznać dochód ze świadczeń częściowo odpłatnych. Co więcej, zarządy spółek córek nie będą mógł złożyć oświadczenia o rynkowości przeprowadzonej transakcji, co spowoduje automatyczny sygnał do organów podatkowych o potencjalnych nieprawidłowościach. Powyższe pokazuje, iż jeśli przepisy nie ulegną zmianie, każdorazowo powinno się weryfikować, czy wydanie wiążących poleceń nie spowoduje “kłopotów” w podatkach.

Nowe uprawnienia wspólników większościowych i mniejszościowych

Szereg firm rodzinnych zostało założonych przez dwóch lub więcej wspólników, z tych samych lub niezależnych rodzin. Z czasem zaangażowanie poszczególnych wspólników we wspólny biznes ulega zmianie, co nie zawsze znajduje odzwierciedlenie w partycypacji w zyskach spółki. W efekcie wiele spółek prywatnych tkwi w trudno rozwiązywalnych sporach, co utrudnia rozwój tych firm.

Nowe przepisy w KSH wprowadzają dwa mechanizmy pozwalające rozwiązać niektóre tego typu sytuacje: przymusowy odkup i przymusowy wykup mniejszościowego wspólnika. W przypadku odkupu, wspólnik mniejszościowy posiadający do 10% udziałów może zażądać, aby jego udziały były odkupione przez drugiego wspólnika posiadającego min. 90% udziałów. Odkup odbywa się na zasadach znanych z mechanizmu squeeze-out obowiązującego od lat w spółce akcyjnej.

Z kolei przymusowy wykup działa w drugą stronę. Wspólnik większościowy posiadający co najmniej 90% (lub 75% jeżeli umowa spółki tak stanowi) będzie mógł żądać wykupu wspólnika mniejszościowego posiadającego max. 10% udziałów, również na zasadach squeeze-out obowiązujących w S.A.

Czy podatki przeszkodzą w tworzeniu holdingów rodzinnych?

Część polskich firm rodzinnych już dzisiaj funkcjonuje w ramach struktur holdingowych, ale wciąż wiele spółek kontrolowanych jest bezpośrednio przez osoby fizyczne (struktura rozproszona). Co ważne, polskie przepisy podatkowe w określonych sytuacjach umożliwiają tworzenie holdingów spółek kapitałowych w sposób, który (na dzień wniesienia) nie powoduje opodatkowania PIT przyrostu wartości spółki wnoszonej do holdingu. Powyższa neutralność w założeniu ma właśnie zapewniać łatwość tworzenia struktur holdingowych, bez konieczności ponoszenia istotnych obciążeń podatkowych.

Niestety, przepisy te są interpretowane wąsko przez fiskusa, a dodatkowo ustawa o PIT umożliwia zakwestionowanie neutralności takiej transakcji, jeśli organy podatkowe udowodnią, iż nie jest ona przeprowadzona z uzasadnionych przyczyn biznesowych, lecz w celu osiągnięcia korzyści podatkowych. Ponieważ w określonych sytuacjach utworzenie holdingu faktycznie może polepszyć sytuację podatkową z perspektywy przepływów pieniężnych między spółkami czy też w innych obszarach, często decyzja o powołaniu holdingu jest odraczana w czasie lub wręcz blokowana w obawie przed zapędami fiskusa. Pomimo tego, iż już dzisiaj w większości przypadków znane nam są mocne argumenty, aby bronić neutralności podatkowej powołania holdingu, wydaje się, iż nowe przepisy dostarczą firmom rodzinnym kolejnych argumentów uzasadniających zasadność neutralnego podatkowo tworzenia holdingów.

Kiedy działać?

Jak widać, jest co najmniej kilka powodów, aby wykorzystać projektowane zmiany do lepszego funkcjonowania firm rodzinnych. Projekt ustawy przewiduje trzymiesięczne vacatio legis pomiędzy publikacją ustawy (prawdopodobnie koniec tego roku) a wejściem w życie (koniec marca 2021 r.). Pierwszy kwartał 2021 r. może być zatem wykorzystany na wdrożenie przemyślanych wcześniej zmian w polskich firmach rodzinnych.

Autor/Źródło: PwC Polska

Tylko do 23 września administracja publiczna ma czas, aby dostosować strony internetowe do unijnych standardów

  • Do 23 września b.r. podmioty administracji publicznej są zobowiązane do umieszczenia na stronach internetowych deklaracji dostępności według standardu WCAG 2.1 AA.
  • Deklaracja jest cyfrowym dokumentem sporządzonym według wzoru Ministerstwa Cyfryzacji i zamieszczonym na stronie internetowej. Dokument podlega corocznej aktualizacji oraz po każdej większej aktualizacji strony.
  • Nowe standardy mają na celu zagwarantowanie dostępu do informacji publicznej przez osoby niepełnosprawne.
  • Brak dostępności lub nawet samej deklaracji może skutkować nałożeniem kary od 5 do 10 tys. złotych.

 WCAG (ang. Web Content Accessibility Guidelines) to ustawa z dnia 4 kwietnia 2019 r. o dostępności cyfrowej stron internetowych i aplikacji mobilnych podmiotów publicznych (Dz.U. 2019 poz. 848)[1], która wdraża dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2016/2102 z dnia 26 października 2016 r. w sprawie dostępności stron internetowych i mobilnych aplikacji organów sektora publicznego. Dostępność cyfrowa oznacza zgodność z wymaganiami WCAG 2.1. AA takimi jak możliwość odbioru zawartości strony za pomocą chociaż jednego zmysłu, nawigacji i korzystania z elementów UI poprzez klawiaturę, myszkę oraz polecenia głosowe, adaptacji strony do odczytania na różnych przeglądarkach czy systemach operacyjnych obecnie i w przyszłości. Do 23 września 2020 roku, wszystkie podmioty w Polsce, które są uwzględnione w ustawie, muszą wdrożyć standardy WCAG 2.1. Nowe wytyczne stworzone są po to, by osoby niepełnosprawne z dysfunkcjami narządów wzroku, słuchu czy ruchu oraz osoby mające trudności w rozumieniu i zapamiętywaniu treści, miały zagwarantowany dostęp do informacji publicznej. Zaprojektowana według najnowszych standardów strona internetowa powinna być przejrzysta i funkcjonalna, aby umożliwić korzystanie z jej treści jak największej liczbie użytkowników.

Wśród popularnych stron zobligowanych do przedstawienia deklaracji dostępności są również Biuletyny Informacji Publicznej. Lider wśród dostawców oprogramowania dla sektora publicznego w Polsce, Sputnik Software, obecnie obsługuje ponad 500 takich BIP-ów.

Oprogramowanie Sputnik Software już zostało dostosowane do najnowszych standardów.  Natomiast trzeba pamiętać o pracy, która musi być wykonana po stronie urzędów. Monitorujemy postęp wdrożeń i zapewniamy techniczne wsparcie naszym klientom. Strony przez nas obsługiwane są również dostępne na urządzeniach mobilnych, chociaż na ich dostosowanie urzędy mają czas aż do 23 czerwca 2021 – wyjaśnia prezes zarządu Sputnik Software, Tomasz Maćkowiak.

Sektor publiczny często zawiera tzw. umowy kompleksowe z podwykonawcami, które obejmują dostosowanie oprogramowania do zmian w przepisach prawa. Takie umowy zawiera także Sputnik Software. W przypadku takiej współpracy, urzędy nie są obciążane dodatkowymi kosztami związanymi z adaptacją stron, poza kosztami wewnętrznymi związanymi ze stworzeniem deklaracji dostępności. Jeśli natomiast urząd nie posiada umowy kompleksowej, koszty mogą wahać się od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych w zależności od stopnia rozbudowania serwisu. Jednocześnie przewidziane w ustawie kary za nieuzasadnione i uporczywe łamanie zasad dostępności stron internetowych i aplikacji mobilnych wynoszą do 10 tys. złotych. Brak deklaracji dostępności oraz brak dostosowania BIP-ów i podstawowych elementów stron internetowych sektora publicznego może skutkować nałożeniem kary do 5 tys. złotych.

Według różnych szacunków w Polsce żyje od 3 do 5 milionów osób z niepełnosprawnością[2]. Dla nich, załatwienie spraw urzędowych w tradycyjny sposób lub korzystanie z wybranych publicznych usług czy produktów wcześniej wiązało się z pokonaniem dużych utrudnień lub angażowaniem osób trzecich do pomocy. Zmiana przepisów przyspieszy wejście w życie wielu udogodnień.

Jesteśmy przekonani, że wprowadzanie standardów WCAG 2.1 AA i wdrożenie rozwiązań wspomagających korzystanie z e-usług przez osoby niepełnosprawne powinno być traktowane priorytetowo. Nie tylko sektor publiczny, ale wiele prywatnych podmiotów już dostosowało swoje serwisy do standardu WCAG 2.1 AA. Wierzymy, że stanie się to powszechnie stosowaną praktyką, będzie krokiem w kierunku prowadzenia biznesu odpowiedzialnego społecznie i zyska uznanie w oczach klientów – dodaje Tomasz Maćkowiak.

[1] Według ustawy, podmioty publiczne takie jak jednostki sektora finansów publicznych, państwowe jednostki organizacyjne bez osobowości prawnej, osoby prawne, finansowane ze środków publicznych w ponad 50% lub z ponad połową udziałów albo akcji, związki tych podmiotów oraz niektóre organizacje pozarządowe, mają obowiązek adaptować własne strony internetowe zgodnie z wytycznymi WCAG 2.1. AA.

[2] Obserwatorgospodarczy.pl: Polityka wobec osób niepełnosprawnych powinna w Polsce ulec poprawie

XI Międzynarodowy Kongres Faktoringu – edycja online

Wraz z Polskim Związkiem Faktorów zapraszamy do udziału w edycji online XI Międzynarodowego Kongresu Faktoringu.

Tegoroczne spotkanie, ze względu na pandemię, odbędzie się w formule internetowej. Nie zabraknie w nim jednak inspirujących wystąpień, ciekawych dyskusji i ważnych pytań. Omówimy bieżącą sytuację gospodarczą w Polsce i na świecie, a także jej wpływ na sektor faktoringu. Przeanalizujemy też jak nowe technologie wpływają na rozwój usług związanych z finansowaniem przedsiębiorczości.

Kongres Faktoringu to jedno z najważniejszych wydarzeń w kalendarzu spotkań menedżerów i praktyków faktoringu i finansów w Polsce. Udział w nim biorą uznani eksperci z całego świata.

– Międzynarodowy Kongres Faktoringu to doroczne spotkanie przedstawicieli branży faktoringowej z całego świata oraz przedsiębiorców korzystających z ich usług. W ciagu 10 edycji zebrał liczne grono wiernych słuchaczy i sympatyków. W obradach zawsze biorą udział uznani eksperci. Omawiają sytuację gospodarczą w Polsce i na świecie. Odpowiadają na pytania związane z funkcjonowaniem przedsiębiorczości i wykorzystaniem nowych technologii w finansach. W tym roku Kongres miał się odbyć już po raz jedenasty. Jednak koronawirus pokrzyżował nasze plany i nie będziemy mogli spotkać się w tradycyjnej formule. Dlatego Związek zdecydował, że spotkamy się online. Serdecznie zapraszamy – mówi Jarosław Jaworski, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF.

Dla zapewnienia słuchaczom komfortu udziału w wydarzeniu, program został podzielony na dwie sesje: 1 oraz 15 października. Podczas pierwszej omówiona zostanie sytuacja na światowych rynkach oraz kondycja sektora faktoringu. W drugiej, przyjrzymy się jak nowe technologie wpływają na rozwój usług, związanych z finansowaniem przedsiębiorczości.

Szczegółowe informacje oraz rejestracja znajdują się pod linkiem:

http://faktoring.pl/project/xi-miedzynarodowy-kongres-faktoringu/

Na Kongres online zapraszają

Organizator: Polski Związek Faktorów,

Partner Główny: Coface,

Partnerzy Kongresu: BIK SA, efcom, CRIF,

Partnerzy PZF: Asseco Business Solutions, ERIF, Mint Software,

Partnerzy Medialni: AleBank, CEO.com.pl, Fintek, Franczyza Banku, My Company Polska, Outsourcing Portal

Moralny upadek Polaków

Blisko 90 proc. Polaków deklaruje, że oddawanie długów jest zawsze obowiązkiem moralnym – wynika z najnowszego badania Moralność finansowa Polaków, zrealizowanego przez Związek Przedsiębiorstw Finansowych, w partnerstwie z BIG InfoMonitor, Ikano Bank, Intrum i Smartney. Z roku na rok wzrasta jednak poziom społecznego przyzwolenia na nadużycia w obszarze finansów.

Najnowsza, piąta już edycja badania została przeprowadzona w okresie, w którym w naszym kraju obowiązywał stan epidemii spowodowany przez światową pandemią COVID-19. Na opinie respondentów wpływały nastroje kształtowane nie tylko przez obawy o zdrowie i uciążliwości związane z ograniczeniami w poruszaniu się czy izolacją społeczną, ale także niepewność dotyczącą finansowych problemów codziennego życia, jak również perspektywa zbliżającego się kryzysu gospodarczego. Poziom akceptacji normy zobowiązującej do zwracania długów jest niższy niż przed rokiem, jednak nadal blisko 90 proc. Polaków deklaruje, że oddawanie długów jest zawsze obowiązkiem moralnym.

– Norma nakazująca wywiązywanie się z podjętych zobowiązań finansowych, czyli spłacanie zaciągniętych długów, jest jedną z najbardziej uniwersalnych norm moralnych. Jej uzasadnienie opiera się z jednej strony na szacunku dla cudzej własności, z drugiej zaś odwołuje się do wartości, jaką stanowi zasada dotrzymywania umów. Jak wiadomo, wartości te stanowią etyczny fundament, na którym bazuje gospodarka kapitalistyczna – podkreśla prof. Anna Lewicka–Strzałecka z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, autorka koncepcji badania.

Etyczne standardy konsumentów coraz niższe

Indeks Akceptacji Nieetycznych Zachowań Finansowych w 2020 roku wyniósł 46,2 proc. co oznacza, że blisko połowa Polaków jest skłonna usprawiedliwić odstępstwa od obowiązujących norm prawnych bądź standardów etycznych w finansach. Wartość tego indeksu okazała się wyższa niż w roku ubiegłym (było to nieco powyżej 40 proc.) i w latach poprzednich. Wskazuje to na tendencję w kierunku obniżania etycznych standardów konsumentów, której źródłem, szczególnie w ostatnim czasie, może być spowodowana epidemią niepewność sytuacji finansowej, zarówno poszczególnych gospodarstw domowych, jak i całej gospodarki.

– Zauważamy niebezpieczny trend akceptowania działań oderwanych od powszechnie przyjętych zasad, np. w celu usprawiedliwienia unikania spłacania długów. Nie można przejść obojętnie wobec takiego wzrostu akceptacji dla nieetycznych zachowań finansowych, bowiem ich konsekwencje społeczne, jak również gospodarcze będą odczuwać wszyscy. W ekosystemie finansowym i gospodarczym mechanizmy są ze sobą powiązane i wraz ze wzrostem liczby niewłaściwych zachowań, rosną np. ceny usług dla tych konsumentów, którzy przestrzegają reguł i zachowują się rzetelnie – wyjaśnia Marcin Czugan, Prezes Zarządu ZPF.

Na największy poziom społecznego przyzwolenia, niemal dwóch trzecich badanych, może liczyć praca na czarno, by uniknąć ściągania długów z pensji. Niecałe 60 proc. Polaków jest skłonnych usprawiedliwić przepisywanie majątku na rodzinę, by uciec przed wierzycielem, a 54,2 proc. – zachowania polegające na częstej zmianie rachunków bankowych, by zapobiec zajęciu środków przez komornika. Ponad połowa respondentów akceptuje płacenie gotówką bez paragonu, by uniknąć płacenia VAT, podczas gdy 38 proc. usprawiedliwia wykorzystywanie nadarzającej się okazji w postaci błędu kasjera, który pomylił się na swoją niekorzyść. Najbardziej rygorystycznie respondenci odnoszą się do wyłudzania pieniędzy za pomocą fałszywych dokumentów – usprawiedliwia je tylko 9 proc. respondentów.

Wzrasta społeczne przyzwolenie na nadużycia konsumenckie w obszarze finansówMoralność a rynek kredytowy

Aż 53 proc. respondentów legitymizuje zatajanie informacji uniemożliwiających wzięcie kredytu, a prawie połowa badanych osób usprawiedliwia zachowanie polegające na zaciąganiu zobowiązań finansowych bez dokładnego zapoznania się z warunkami ich spłaty. To ostatnie zachowanie nie jest w żaden sposób sankcjonowane prawnie, ma jednak wymiar etyczny i konkretny wpływ na gospodarkę. Warto zauważyć, że kredytodawcy mają prawny obowiązek udzielania wyczerpujących i precyzyjnie określonych informacji dotyczących warunków udzielanego kredytu, toteż lekceważenie tych informacji przez konsumentów może skutkować stratami nie tylko dla jednostki, ale ma także niekorzystne skutki społeczne.

– Niestety, konsumenci często są nieświadomi tego, że np. banki dlatego drobiazgowo sprawdzają historię oraz zdolność kredytową, żeby upewnić się, że dana osoba będzie w stanie spłacić zobowiązanie. Jeżeli zataimy przed kredytodawcą pewne fakty, możemy ściągnąć na siebie problemy finansowe, z którymi będziemy borykać się przez długie lata. Gdy postępuje w ten sposób wiele osób, banki same zaczynają mieć problemy. Zdarza się, że konsumentów interesuje tylko to, czy kwalifikują się do otrzymania pieniędzy. Nie czytają dokładnie umowy, w której zawarte są ważne informacje np. warunki spłaty. To błąd, bo może okazać, że np. zmienne oprocentowanie kredytu nadwyręży budżet lub w ogóle uniemożliwi terminowe regulowanie należności – mówi Agnieszka Surowiec z Intrum Sp. z o.o., Członek Komisji Etyki ZPF.

Jednocześnie, aż 33 proc. osób spośród respondentów, którzy nie są skłonni usprawiedliwiać podpisywania umów bez zapoznania się z nimi, jest świadomych niekorzystnych skutków społecznych takiego zachowania, a 27 proc. zauważa, że się to nie opłaca i można wiele na tym stracić.

niespłacanie kredytu moralność PolakówWzrasta znajomość biur informacji gospodarczej – o BIG-ach słyszało już 85,6 proc. polskich konsumentów

Prowadzące rejestry dłużników Biura Informacji Gospodarczej (BIG) są coraz powszechniej znane Polakom. Z ostatniej fali badania wynika, że słyszała o nich zdecydowana większość konsumentów, bo 85,6 proc. i jest to o 0,6 pkt. proc. więcej niż przed rokiem. Znajomość biur informacji gospodarczej rośnie wraz z wiekiem i wykształceniem badanych. Bardziej znane są również wśród osób, które sięgają po pożyczki czy kredyty.

Badane osoby oceniły też biura gromadzące informacje o dłużnikach. Niemal połowa postrzega je pozytywnie, co dziesiąta osoba negatywnie, a ponad dwie piąte respondentów nie ma na ich temat zdania. Blisko trzy piąte badanych wskazało na pozytywny efekt działania BIG-ów, tj. ich pomoc w unikaniu problemów, których przysparzają nierzetelni klienci, a ponad dwie piąte przyznało, że BIG-i ułatwiają odzyskiwanie pieniędzy od dłużników. Więcej niż jedna trzecia uważa, że działalność biur utrudnia uzyskanie kredytu lub pożyczki, co jest faktem, ale taka właśnie jest rola BIG-ów – wskazuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Wpis działa mobilizująco na dłużników, bo wiele firm zanim podpisze kontrakt czy umowę sprawdza w rejestrze prowadzonym przez BIG wiarygodność płatniczą potencjalnego klienta. Ta metoda motywuje nierzetelnych płatników do spłaty, bo tylko w ten sposób mogą odblokować sobie dostęp do wielu usług. Po uregulowaniu zobowiązań w BIG nie pozostaje bowiem żaden ślad po wcześniejszych problemach finansowych czy to konsumenta, czy firmy – dodaje.

Stąd też zapewne dość powszechna w badaniach deklaracja szybkiej spłaty długu z myślą o wykreśleniu z rejestru, choć w czasach pandemii nieco mniej popularna niż w ubiegłym roku. Obecnie 77 proc. badanych mówi, że spłaciłoby dług, by zostać wykreślonym z rejestru dłużników, przed rokiem takiej odpowiedzi udzieliło 80 proc. badanych. Przybyło natomiast osób, które spłaciłyby zobowiązanie dopiero w sytuacji, gdyby wpis utrudniał im życie do 17,6 proc. z 15 proc. Z kolei odsetek ankietowanych deklarujących, że nie byliby skłonni do uregulowania zobowiązania, nawet po wpisie, utrzymał się na niemal identycznym poziomie i wynosi 6 proc. wobec 5,7 proc. w 2019 r. Wiele jednak zależy od sytuacji życiowej, respondenci, którzy zaciągnęli kredyt lub pożyczkę i mają problem ze spłatą, odpowiadają inaczej. Spośród nich tylko połowa od razu zwróciłaby dług, aby zostać wykreślonym z rejestru. Dwie piąte (39 proc.) spłaciłoby go dopiero wtedy, gdyby wpis utrudniał im życie (spadek o 1,1 pkt. proc.), a 11 proc. w żadnej z powyższych sytuacji nie byłoby skłonne do zapłacenia rachunku czy raty i tu odnotowano wzrost 2,1 pkt. proc. w porównaniu z 2019 rokiem.

Zaległości Polaków wynoszą już prawie 82 mld zł

Postawy wobec regulowania zobowiązań, ale również kłopoty finansowe decydują ostatecznie o wciąż rosnącej liczbie osób z zaległościami. Według danych, z baz Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej, na koniec czerwca problemy ze spłatą różnego rodzaju bieżących rachunków oraz kredytów i pożyczek miało 2 860 766 osób, tylko w BIG InfoMonitor wpisanych było 2 259 541 osób. Łączna kwota zaległości wyniosła 81 806 900 590 zł. W porównaniu z końcem 2019 r. liczba niesolidnych dłużników wzrosła o ponad 64 tys. osób, a zobowiązania przeterminowane o min. 30 dni, na co najmniej 200 zł podwyższyły się o 4,1 mld zł.

– Widzimy, że II kw., który upłynął w cieniu lockdownu okazał się dla Polaków szczególnie trudny, w tym okresie zaległości podwyższyły się o 2,05 mld zł, czyli tak samo jak w I kw. Tymczasem zwykle znaczące zmiany przeterminowanych zobowiązań konsumentów notowaliśmy na początku roku, jako konsekwencję przesadzonych wydatków na święta Bożego Narodzenia i nadmiernych zakupów na wyprzedażach z końca roku. Wiosną zazwyczaj było lepiej, ale ten rok okazał się inny również pod tym względem – zaznacza Sławomir Grzelczak.

Polski Fundusz Rozwoju (“PFR”) kontroluje przedsiębiorstwa, które skorzystały z tzw. Tarczy Finansowej

Polski Fundusz Rozwoju (“PFR”) zapowiedział kontrole przedsiębiorstw, które ubiegały się o wsparcie z tzw. Tarczy Finansowej PFR, kierowanej do przedsiębiorstw posiadających status mikro, małych i średnich firm (“Status MŚP”).

W trudnych czasach przedsiębiorcy bardzo chętnie skorzystali z stosunkowo łatwo i szybko dostępnej pomocy finansowej. Na początku sierpnia br. prezes PFR poinformował, że 345 tys. mikro, małych i średnich przedsiębiorstw skorzystało z Tarczy Finansowej PFR na łączną kwotę ponad 60,5 mld PLN. PFR jako instytucja udzielająca wsparcia może kontrolować prawdziwość informacji i oświadczeń złożonych w związku z zawarciem umowy o wsparcie, a także prawidłowość wydatkowania otrzymanych środków. PFR zapowiedział, że obecnie we współpracy z KAS, CBA oraz innymi służbami tworzone są tzw. algorytmy antyfraudowe, które będą typowały beneficjentów do kontroli.

Składane we wniosku oświadczenia dotyczyły m.in. wysokości obrotów, oświadczenia o braku powiązań i nie przekroczeniu dozwolonych progów pomocy publicznej. O ile nieprawidłowe złożenie pierwszego z oświadczeń mogło być wynikiem złych zamiarów przedsiębiorcy w celu uzyskania nieuprawnionej pomocy lub popełnionego błędu rachunkowego, tak pozostałe dwa nierozerwalnie wiążą się z przeprowadzeniem prawidłowej weryfikacji Statusu MŚP – czyli warunku dopuszczającego do udziału w programie PFR.

Powiązania z innymi przedsiębiorcami

Definicja Statusu MŚP została określona w Rozporządzeniu Komisji (UE) nr 651/2014 z dnia 17 czerwca 2014 r. Na jej potrzeby zdefiniowano pojęcie przedsiębiorstwa powiązanego oraz przedsiębiorstwa partnerskiego. Przepisy zawierają szereg wytycznych pozwalających na wskazanie powiązań kapitałowych pomiędzy przedsiębiorstwami, brakuje natomiast precyzyjnych i jednoznacznych wymagań pozwalających na ustalenie powiązań osobowych.

W kontekście Tarczy Finansowej PFR dla MŚP, prawidłowe określenie statusu przedsiębiorstwa i złożenie w tym zakresie oświadczenia było warunkiem umożliwiającym dostęp do środków PFR.

Przekroczenie dozwolonych progów pomocy

W rezultacie epidemii COVID-19 i wprowadzonych środków pomocowych w celu zwalczania negatywnych skutków epidemii zwiększone zostały dostępne limity pomocy publicznej. Na mocy Tymczasowych ram środków pomocy państwa w celu wsparcia gospodarki w kontekście trwającej epidemii COVID-19 limit ten wzrósł do 800 tys. EUR. Wskazany limit pomocy odnosi się do przedsiębiorstwa, jednak “przedsiębiorstwo” należy rozpatrywać również z uwzględnieniem powiązań, co ponownie sprowadza się do przeprowadzenia prawidłowej weryfikacji Statusu MŚP.

Konsekwencje

Co do zasady, konsekwencjami złożenia nieprawdziwych oświadczeń może być konieczność zwrotu otrzymanej pomocy, ale również odpowiedzialność karna za przedstawianie fałszywych informacji oraz złożenie fałszywych oświadczeń. Istnieją przypadki beneficjentów, którzy w wyniku niejasności związanych ze Statusem MŚP w ramach Tarczy Finansowej dla MŚP zdecydowały samodzielnie o zwrocie otrzymanej subwencji, w terminie przewidzianym na zwrot w przypadku podania błędnych danych.

Jakie podjąć działania? Kolejne kroki

Mnogość nieopisanych wprost w przepisach reguł dotyczących określenia Statusu MŚP sprawia, że omyłkowo można popełnić znaczący błąd w tej kwestii i w sposób nieuprawniony skorzystać z dofinansowania unijnego. Poza oczywistymi powiązaniami kapitałowymi, szczególne znaczenie mają tu również nieoczywiste powiązania osobowe (w tym rodzinne).

Jeśli nie masz pewności co do statusu przedsiębiorstwa, warto już teraz go zweryfikować. Poza Tarczą Finansową dla MŚP, problem z określeniem statusu dotyka również pozostałych form wsparcia oferowanych z funduszy unijnych (np. dotacje na kapitał obrotowy).

Źródło: PwC Polska

Najnowsze dane o sprzedaży kredytów w Polsce – sierpień 2020 r.

W sierpniu 2020 r., w porównaniu do sierpnia 2019 r., banki i SKOK-i udzieliły dużo mniej trzech rodzajów produktów kredytowych, zarówno w ujęciu wartościowym, jak i liczbowym. W ujęciu liczbowym banki przyznały o (-41,5%) mniej kart kredytowych, udzieliły o (-30,1%) mniej kredytów gotówkowych i o (-21,5%) mniej kredytów mieszkaniowych. Pozytywny wyjątek stanowią kredyty ratalne, których udzielono o (+9,7%) więcej niż rok temu w sierpniu.
W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i przyznały o (-40,4%) mniej limitów kartowych niż przed rokiem. Spadła także wartość udzielonych w sierpniu 2020 r. kredytów gotówkowych o (-31,3%), a kredytów mieszkaniowych o (-20,3%). Dodatnia dynamika dotyczy jedynie kredytów ratalnych – wzrost o (+14,6%).
W ośmiu pierwszych miesiącach 2020 r. banki i SKOK-i udzieliły 1,817 mln kredytów gotówkowych (-31,4%) na kwotę 33,881 mld zł (-32,9%) oraz 2,194 mln kredytów ratalnych (+0,7%) na kwotę 9,388 mld zł (-1,3%). Zaś kredytów mieszkaniowych 140,6 tys. (-11,9%) na kwotę 40,521 mld zł (-5,8%).

Istnieją dwa uwarunkowania, które trzeba uwzględniać analizując dane i wyciągając z nich wnioski. Po pierwsze, należy pamiętać, że kredyty konsumpcyjne oraz karty kredytowe są procesowane bardzo szybko od złożenia wniosku przez klienta lub oferty przez bank. Tak więc w przypadku tych produktów, sierpniowa sprzedaż jest związana z wnioskami składanymi w lipcu i sierpniu. Natomiast kredyty mieszkaniowe są procesowane dłużej, nawet do dwóch miesięcy, zatem sprzedaż kredytów mieszkaniowych w sierpniu jest efektem wniosków składanych w czerwcu i lipcu.

Po drugie, problemy ze spłacaniem kredytów w wyniku pandemii nie mogły się jeszcze w pełni zmaterializować w odczytach Indeksów Jakości, ponieważ Indeksy obejmują opóźnienia powyżej 90 dni. Dodatkowo część kredytobiorców, z powodu sytuacji wywołanej COVID – 19, skorzystała z bankowego wsparcia w zakresie odroczenia spłaty rat kredytowych. Część odroczeń spłat już się zakończyła. Uważnie obserwujemy zachowanie się tych rachunków, które będziemy poddawać osobnym analizom.

Kredyty gotówkowe i ratalne

– W okresie styczeń – sierpień 2020 r. ujemne dynamiki zarówno liczby, jak i wartości udzielonych kredytów gotówkowych dotyczyły wszystkich przedziałów wartości udzielanych kredytów. Najwyższy spadek dotyczył kredytów wysokokwotowych tj. powyżej 50 tys. zł (-35,7%) liczbowo oraz (-38,0%) wartościowo. Obserwowaliśmy już to zjawisko od samego początku lockdownu. Co ciekawe, niższa ujemna dynamika dotyczyła ponownie kredytów gotówkowych z przedziału niskokwotowego do 1 tys. zł: liczbowo (-13,2%) oraz (-15,5%) wartościowo. Może to świadczyć o tym, że w przypadku kredytów wysokokwotowych, z uwagi na fakt dużo wyższej ich szkodowości, banki ostrożnie podchodzą do ich udzielania.

W porównaniu do kredytów gotówkowych dużo lepiej wygląda sytuacja w przypadku kredytów ratalnych. Są one dla udzielającego banku dużo bardziej bezpieczne od wysokokwotowych gotówkowych. Inne jest również ich przeznaczenie, kredyty gotówkowe służą uzupełnieniu bieżącego budżetu domowego, zaś ratalne wiążą się z nabywaniem na raty dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku, sprzętu RTV/AGD, innej elektroniki czy mebli, a także samochodów. Kredyty ratalne jako jedyny produkt kredytowy odnotowały dodatnią dynamikę w okresie styczeń – sierpień 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. w ujęciu liczbowym (+0,7%), choć w ujęciu wartościowym nadal dynamika jest ujemna (-1,3%). Wzrost liczby udzielonych kredytów ratalnych należy wiązać z dużymi akcjami promocyjnymi proponowanymi przez firmy zajmujące się handlem elektroniką, sprzętem RTV/AGD czy meblami. Co ciekawe, pozytywny trend nie dotyczy wszystkich przedziałów kwotowych. Ujemne dynamiki w ujęciu liczbowym odnotowały trzy najniższe przedziały kwotowe: do 1 tys. zł (-2,1%), 1-1,5 tys. (-3,5%) oraz 1,5-2 tys. (-3,3%). Pozostałe przedziały odnotowały już dodatnie dynamiki, przy czym najwyższą (+4,9%) kredyty powyżej 5 tys. zł. Są to zazwyczaj właśnie kredyty finansujące różnego rodzaju sprzęt elektroniczny oraz gospodarstwa domowego czy meble, które są nabywane zarówno w sklepach stacjonarnych jak i w e-commerce, często po atrakcyjnych cenach wynikających z promocji – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Dla kredytów gotówkowych średnia wartość udzielonego kredytu to 17 766 zł – spadek o 1,8% w stosunku do sierpnia 2019 r. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4 517 zł i jest ona wyższa niż w sierpniu rok temu o 4,5%. Kredyty ratalne obejmują również kredyty samochodowe, których średnia kwota udzielonego finansowania jest wyższa.

Obserwowany przez BIK co miesiąc poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych w oparciu o Indeks Jakości pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela kredytów ratalnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu. Bieżący – sierpniowy odczyty Indeksu Jakości portfela kredytów ratalnych wynosi 1,97%. Kilkukrotnie wyższą szkodowością (najwyższą wśród wszystkich grup produktowych) charakteryzują się kredyty gotówkowe. Sierpniowy odczyt Indeksu Jakości dla kredytów gotówkowych wynosi 5,44%.

Pomimo wcześniejszych obaw dotyczących wzrostu szkodowości kredytów gotówkowych i ratalnych, sierpień przynosi bardzo pozytywne zaskoczenie.

– W porównaniu do sierpnia 2019 r. wartość Indeksu kredytów gotówkowych polepszyła się (spadła) aż o 0,48. Niewątpliwie pozytywny wpływ na to miały dwa czynniki. Uzyskana przez część kredytobiorców pomoc z banków związana z odraczaniem spłaty rat kredytów, która w dużej części zamortyzowała spadek dochodów w pierwszych miesiącach pandemii i lockdownu. Ponadto środki z tarczy finansowej ograniczyły zwolnienia co spowolniło wzrost bezrobocia. Po drugie osoby, którym skończyły się wakacje kredytowe, wracają do terminowej spłaty zaciągniętych kredytów. W przypadku braku drugiej fali pandemicznej i wzrostu gospodarki w układzie V czy U w 2021 r. możemy częściowo uniknąć negatywnego scenariusza. Należy przy tym pamiętać, że jest to obserwacja z jednego miesiąca. Trzeba więc ze szczególną uwagą śledzić terminowość spłat w kolejnych miesiącach. Poprawiła się również jakość kredytów ratalnych. W ich przypadku wartość Indeksu w okresie 12 miesięcy polepszyła się (spadła) o 0,10. Wartość sierpniowa jest ponad dwukrotnie niższa od wartości z 2015 r.  – wyjaśnia główny analityk BIK.

Kredyty mieszkaniowe

W sierpniu br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy wysokie ujemne dynamiki wartości (-20,3%) udzielonych kredytów, przy również wysokiej ujemnej dynamice liczby udzielonych kredytów (-21,5%) w porównaniu z sierpniem 2019. W okresie styczeń – sierpień 2020 r. już 47,3% wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 350 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego w okresie styczeń – sierpień 2020 r. nadal tak, jak i w poprzednich okresach, obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym dotyczą tylko kredytów powyżej 350 tys. zł, których pomiędzy styczniem a sierpniem 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 5,9%, a w wartościowym o 6,0%.

– Wyniki sierpniowej sprzedaży kredytów mieszkaniowych są już w pełni odzwierciedleniem popytu z okresu defrostingu. Odbudowę popytu na kredyt mieszkaniowy sygnalizują już lipcowy i sierpniowy odczyt Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe odpowiednio  (-3,5%) oraz (-3,1%). Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych jest determinowana nie tylko zachowaniem potencjalnych kredytobiorców, chcących nabyć nieruchomość za kredyt, lecz i banków udzielających kredyty. Banki nadal w sierpniu miały zaostrzoną politykę kredytową, skutkującą ograniczoną dostępnością kredytu. Stąd duże ujemne dynamiki zarówno liczbowe jak i wartościowe. To właśnie strona podażowa a nie popytowa (która praktycznie już się odbudowała, decydować będzie o obliczu rynku kredytów mieszkaniowych w kolejnych miesiącach i całej drugiej połowie 2020 r. Banki sygnalizują już w cyklicznej ankiecie sporządzanej dla NBP poluzowanie wymagań wobec potencjalnych kredytobiorców hipotecznych, są to jednak na razie tylko deklaracje. W kolejnych miesiącach będziemy widzieć jak deklaracyjność przekłada się na konkretne decyzje kredytowe – prognozuje prof. Rogowski.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w sierpniu 2020 r. wyniósł 0,73%. W ostatnich 12 miesiącach (sierpień 2019 r. – sierpień 2020 r.) jakość portfela nieznacznie się pogorszyła, o czym świadczy niewielki wzrost (pogorszenie) Indeksu o (+0,03). 

– Pomimo dużych wcześniejszych obaw, obecnie nie odnotowujemy spadku jakości portfela kredytów mieszkaniowych. A wręcz przeciwnie, jakość w sierpniu jest lepsza od lipcowej – polepszenie (spadek)  Indeksu o 0,11. Przy czym należy pamiętać, że mówimy o opóźnieniach 90-dniowych, czyli możliwych do wystąpienia dopiero po 3 miesięcznym opóźnieniu w spłacie raty kredytu. Podobnie jak w przypadku pozostałych rodzajów kredytów musimy szczególnie obserwować „powakacyjne” zachowania kredytobiorców mieszkaniowych. Czy po zakończeniu okresu odroczenia będą regularnie miesięcznie spłacać raty kredytu, czy też nie. Pierwsze analizy potwierdzają wcześniejsze przypuszczenia – większość osób wraca do regularnej comiesięcznej spłaty zaciągniętego kredytu mieszkaniowego – zaznacza główny analityk BIK.

Karty kredytowe

W sierpniu 2020 r. banki wydały 55,6 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 327 mln zł.

– W sierpniu 2020 r. mamy kontynuację negatywnego trendu obserwowanego już od początku roku, w ujęciu liczbowym (-41,5%) i wartościowym (-40,4%). Negatywne zjawisko dotyczy wszystkich przedziałów kwotowych. Należy pamiętać, że limity kartowe są jednym z najbardziej ryzykownych produktów kredytowych, stąd naturalna ostrożność do ich przyznawania przez banki w okresie niepewności. Ostrożność banków wpływa bezpośrednio na dostępność. Ponadto ostatnie obniżki stóp procentowych, które sprowadziły je do historycznie niskiego, nawet ultraniskiego poziomu, określiły maksymalny poziom oprocentowania kredytów na poziomie 7,2%, a sierpniowy odczyt Indeksu jakości dla kart kredytowych to 3,85%. Ponadto coraz popularniejsze stają się mobilne formy płatności – mówi prof. Rogowski z BIK.

Na koniec ogólna dygresja, dotycząca odbudowy rynku kredytowego po lockdownie, według głównego analityka BIK:

– Polski rynek kredytów dla gospodarstw domowych odbudowuje się w kształcie litery K. To oznacza, że część produktów (kredyty ratalne) powróciła a nawet częściowo poprawiła sprzedaż w relacji do 2019 r. – górne ramię K. Dwa produkty: kredyty gotówkowe oraz karty kredytowe pogłębiają ponad 30% spadki (dolne ramię litery K). Ciekawym przypadkiem są kredyty mieszkaniowe, w przypadku których rozchodzi się popyt i podaż: popyt to górne ramię K a podaż dolne ramię K.

Podsumowanie tygodnia na rynkach finansowych 14.09-19.09.2020

Amerykańska Rezerwa Federalna zgodnie z oczekiwaniami utrzymała ultra-łagodny kierunek w polityce pieniężnej. Stopy procentowa pozostały na poziomie 0,00%-0,25%. Skala programu skupu aktywów na rynkach finansowych również pozostanie na obecnym poziomie. W komunikacie zawarto nowe sformułowanie celu inflacyjnego, zgodnie z którym bankierzy centralni w USA dążą do zapewnienia maksymalnego zatrudnienia oraz inflacji na poziomie 2,0% r/r w dłuższym okresie. Oznacza to, że Fed może pozwolić inflacji kształtować się krótkim okresie powyżej celu.

We wtorek (15.09.2020), Rada Polityki Pieniężnej na pierwszym posiedzeniu po przerwie wakacyjnej utrzymała wszystkie stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego na niezmienionym poziomie. Stopa referencyjna kształtuje się na rekordowo niskim poziomie 0,1%, natomiast stopa depozytowa wynosi zero. Nie zmieniły się także pozostałe parametry polityki pieniężnej. Decyzja ta jest zgodna z oczekiwaniami analityków. Rada Polityki Pieniężnej w komunikacie po posiedzeniu poinformowała, że NBP będzie nadal prowadził skup obligacji skarbowych oraz obligacji gwarantowanych przez Skarb Państwa. Jednak nie określono ani dokładnych terminów, ani skali tego programu.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 1,37%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły spadek o 1,49%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 osłabił się o 0,97%, z kolei mWIG40 zanotował nieco mocniejszą stratę o 2,26%.

W bieżącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na danych z Europy oraz USA. W środę (23.09.2020) poznamy odczyty PMI dla przemysłu oraz usług z USA, Niemiec, Francji oraz Strefy Euro. Poza tym poznamy stopę bezrobocia w Polsce. Z kolei w czwartek (24.09.2020) poznamy liczbę nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych oraz dane dotyczące sprzedaży nowych domów w USA. W piątek (25.09.2020) nadejdzie kolej na dane o skali zamówień na dobra trwale w Stanach Zjednoczonych.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Co czwarta faktura wystawiona przez małe i średnie firmy opłacana jest po terminie. Co dwudziesta nie jest regulowana w ogóle

Mikrofirmy, a także małe i średnie przedsiębiorstwa mają problem z odzyskiwaniem należności od kontrahentów. 26 proc. faktur jest płaconych po terminie, a 6 proc. należności w ogóle nie udaje się odzyskać. Przedsiębiorcom brakuje wiedzy i umiejętności windykacyjnych, obawiają się także utraty klienta, jeśli rozpoczną starania o odzyskanie należności. Rozwiązaniem może być zlecenie windykacji firmie zewnętrznej, obecnie możliwe również poprzez platformę internetową.

– Jak wynika z naszego badania, 26 proc. faktur z sektora MŚP i mikrofirm jest płaconych po terminie zapłaty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodzimierz Szymczak, dyrektor zarządzający na Europę Środkowo-Wschodnią w Atradius Collections. – Przedsiębiorcom z tego sektora nie udaje się odzyskać 6 proc. należności. Jest to wskaźnik o wiele wyższy niż poziom dla całej gospodarki, ponieważ z naszego badania – Barometru Praktyk Płatniczych – wynika, że we wszystkich firmach nie jest zapłaconych około 1,5 proc. faktur, więc w przypadku MŚP wskaźnik ten jest dużo wyższy.

W lipcu 2020 roku firma Atradius Collections przeprowadziła badanie na grupie 200 przedsiębiorców z sektora MŚP i mikrofirm, pytając ich o zaległe płatności od kontrahentów. Okazało się, że więcej niż co czwarta należność nie jest regulowana w terminie. Największy problem miały firmy średnie, u których odsetek ten wyniósł 28 proc. W przypadku firm małych było to 24 proc., zaś firm mikro – 20 proc. Jednak to właśnie najmniejsze podmioty mają największe problemy z odzyskiwaniem zaległych faktur.

– Najlepiej z odzyskiwaniem wierzytelności radzą sobie firmy średnie, które mają procedury bądź pracowników, którzy wykonują te zadania – wskazuje Włodzimierz Szymczak. – Najsłabiej radzą sobie firmy mikro, które według naszego badania najbardziej boją się utraty relacji ze swoim kontrahentem, na co wskazuje 62 proc. badanych, lub nie mają wiedzy, jak takie działania prowadzić, na co wskazuje co czwarty badany.

Ponad połowa, bo 54 proc. wszystkich ankietowanych firm, podejmuje działania zmierzające do wyegzekwowania należności za fakturę dopiero po miesiącu lub dwóch. Kolejne 40 proc. czeka z tym od dwóch do nawet czterech miesięcy. W przypadku mikrofirm aż 70 proc. nie podejmuje żadnych działań mających na celu odzyskanie przeterminowanych należności. Spośród firm średnich niespełna połowa decyduje się na przekazanie windykacji firmie zewnętrznej w przypadku faktur o wysokich kwotach, jeszcze mniej w przypadku kontrahentów, z którymi kontakt jest utrudniony. Tymczasem może to być skuteczne wyjście w sytuacji, gdy przedsiębiorca obawia się utraty klienta. Firmy windykacyjne mają odpowiednie procedury, by nie zaburzyć relacji klienta z jego partnerem biznesowym.

– Jak wynika z naszego badania, jedynie 5 proc. firm z sektora MŚP decyduje się na przekazanie spraw zewnętrznym firmom windykacyjnym, co w nadchodzących czasach, które mogą przynieść większe trudności w odzyskiwaniu należności, może pogorszyć ich płynność finansową – wskazuje dyrektor zarządzający w Atradius Collections.

Korzystanie z usług firm windykacyjnych staje się coraz prostsze, bo teraz cały proces – otrzymanie wyceny, przekazanie nieopłaconych faktur, podpisanie umowy – można przeprowadzić online.

– Coraz więcej firm windykacyjnych decyduje się na uruchomienie platform, które umożliwiają przedsiębiorcom składanie i zarządzanie procesem online’owo. Atradius Collections uruchomił platformę Agora, która umożliwia skuteczne i sprawne przeprowadzenie procesu windykacji online – podkreśla Włodzimierz Szymczak.

Dane Atradius Collections wskazują, że w I połowie roku w 69 proc. spraw, które wpłynęły do firmy od polskich przedsiębiorstw, udało się odzyskać należności na drodze windykacji polubownej. To lepszy wynik niż rok wcześniej.

Wsparcie w opiece domowej nad osobami przewlekle chorymi może ograniczyć ich pobyt w szpitalu. Bezpłatny program we Wrocławiu cieszy się ogromnym zainteresowaniem

Program opieki domowej – uruchomiony przez Urząd Miasta we Wrocławiu – to pomoc dla pacjentów nieuleczalnie i przewlekle chorych oraz ich opiekunów. Jego głównym elementem jest edukacja dotycząca kwestii pielęgnacji, rehabilitacji, diety oraz niwelowania skutków zmęczenia fizycznego i psychicznego. W efekcie ma ograniczyć czas spędzony w szpitalu przez chorego. To szczególnie istotne w trakcie pandemii i zwiększonego ryzyka zakażenia koronawirusem, który dla osób przewlekle chorych jest szczególnie groźny. 

Program pomocy w opiece domowej „Wsparcie osób przewlekle i nieuleczalnie chorych oraz ich rodzin w procesie opieki domowej poprzez działania edukacyjno-profilaktyczne” jest skierowany do mieszkańców Wrocławia. Udział w nim jest bezpłatny, a finansowanie zapewnia urząd miasta.

Głównym elementem tego programu jest edukacja pacjentów i ich opiekunów, aby mogli bezpiecznie sprawować opiekę nad chorym w domu. Kwalifikacja chorego do programu odbywa się z udziałem pielęgniarki, która podczas pierwszego spotkania przeprowadza wywiad i analizuje dokumentację medyczną – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Walkowicz, dyrektor Centrum Medycznego Hospital Service Company, spółki należącej do grupy Impel.

Wsparcie dla chorych i opiekunów obejmuje cykliczne spotkania z pielęgniarką, fizjoterapeutą, psychologiem oraz dietetykiem. W sumie jest ich 10. Podczas odwiedzin specjaliści uczą, jak zadbać o codzienną higienę chorego, zmieniać im opatrunki, zwiększać sprawność ruchową, jakie posiłki przygotowywać, żeby poprawiać samopoczucie pacjenta i nie pogarszać jego stanu zdrowia, oraz jak niwelować skutki zmęczenia fizycznego i psychicznego u opiekunów.

Program ruszył 16 lipca i cieszy się ogromnym zainteresowaniem – informuje dyrektor Centrum Medycznego Hospital Service Company. – Do tego stopnia, że nie jesteśmy w stanie na bieżąco odwiedzać tych pacjentów, którzy zostali zakwalifikowani do projektu. Program będzie realizowany do końca tego roku, więc myślę, że zdążymy udzielić pomocy każdemu.

Jak podkreśla, największą zaletą programu jest indywidualne traktowanie każdego pacjenta i wsparcie dopasowane do jego potrzeb zdrowotnych oraz sytuacji związanej z pandemią koronawirusa. Jest on adresowany zarówno do tych osób, które zmagają się z chorobą od lat, jak i do tych, które właśnie dowiedziały się o problemach zdrowotnych i stanęły w obliczu nowego wyzwania, jakim jest opieka nad nieuleczalnie chorym. Pobyt w szpitalu i opieka w domu nad osobą przewlekle chorą stały się trudniejsze w czasie pandemii koronawirusa.

– Często największym problemem osób przewlekle chorych, które przebywają w szpitalu, jest brak kontaktu z rodziną z uwagi na zakaz odwiedzin. Pomoc w uruchomieniu opieki domowej może być w tym przypadku lepszym rozwiązaniem – uściśla Artur Walkowicz.

Koronawirus stał się także sporym utrudnieniem w realizacji programu, ale zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Zdrowia oraz Głównego Inspektora Sanitarnego nie ma przeciwwskazań, żeby spotykać się z pacjentami w domu.

– Nasz personel ma zapewnione wszelkie środki ochrony osobistej: maseczki, przyłbice, rękawice, jednorazowe fartuchy. Pacjenci oraz opiekunowie są informowani przed każdą wizytą o konieczności używania maski, rękawiczek oraz środków do dezynfekcji. Każda wizyta domowa jest poprzedzona wywiadem telefonicznym, w którym pytamy domowników, zgodnie z zaleceniami Głównego Inspektoratu Sanitarnego, o objawy koronawirusa, kontakt z chorym oraz pobyt za granicą – zaznacza dyrektor Centrum Medycznego Hospital Service Company.

Program będzie realizowany nawet w sytuacji kolejnego ewentualnego lockdownu, ale w formie zdalnej. Będą to zajęcia telefoniczne lub prowadzone poprzez komunikatory internetowe typu Skype lub Teams, a nawet z wykorzystaniem telewizji szkoleniowej.

Jeśli ryzyko zarażenia koronawirusem podczas bezpośrednich spotkań byłoby zbyt duże dla pacjentów, wtedy uruchomimy narzędzia, które pozwolą realizować program w sposób zdalny. Nie jesteśmy w stanie określić, kiedy pandemia się skończy, i właśnie z tego powodu wskazane jest, aby wizyty w szpitalu lub u specjalistów były ograniczone do absolutnie niezbędnego minimum – podsumowuje Artur Walkowicz.

Kredyty ratalne m.in. na zakup sprzętu RTV, AGD i mebli coraz popularniejsze. W sierpniu banki udzieliły ich o 10 proc. więcej niż przed rokiem

0

Sierpniowe statystyki Biura Informacji Kredytowej pokazały spadki sprzedaży kredytów gotówkowych, mieszkaniowych oraz udzielanych w ramach limitu na karcie kredytowej. Wyraźny wzrost odnotowały za to kredyty ratalne. – W porównaniu z danymi z ubiegłego roku w sierpniu zaobserwowaliśmy niemal 10-proc. wzrost udzielonych kredytów ratalnych, a wartościowo był to niemal 15-proc. wzrost – precyzuje Sławomir Grzybek z Biura Informacji Kredytowej. Od początku roku do końca sierpnia liczba udzielanych kredytów ratalnych była większa o 0,7 proc. w ujęciu rocznym.

Większe zainteresowanie kredytami ratalnymi ma związek z finansowaniem zakupów dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku, sprzętu RTV, AGD, innej elektroniki czy mebli, a także samochodów. Konsumenci wykorzystują okresy promocyjnych cen, które są również w czasie pandemii częstym zjawiskiem zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i w internetowych.

– Wzrosty sprzedaży kredytów ratalnych są obserwowane od początku roku – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Grzybek, dyrektor Departamentu Business Intelligence w Biurze Informacji Kredytowej. – Widać, że ten rodzaj produktu kredytowego dobrze sobie radzi w okresie izolacji domowej i pandemii, szczególnie w ostatnich miesiącach. Większe zainteresowanie kredytami finansującymi zakupy na raty pod koniec sierpnia można powiązać z rozpoczęciem nowego roku szkolnego, kiedy zwykle następują zakupy sprzętu komputerowego. Szczególnie w obecnej sytuacji, kiedy jest on wykorzystywany do nauki czy pracy zdalnej.

Jak podaje Biuro Informacji Kredytowej, kredyty ratalne jako jedyny produkt kredytowy odnotowały dodatnią dynamikę w okresie od stycznia do sierpnia 2020 roku w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku w ujęciu liczbowym (0,7 proc.). W ujęciu wartościowym nadal dynamika jest ujemna (-1,3 proc). Co ciekawe, pozytywny trend nie dotyczy jednak wszystkich przedziałów kwotowych. Ujemne dynamiki w ujęciu liczbowym odnotowały trzy najniższe przedziały kwotowe: do 1 tys. zł (-2,1 proc.), 1–1,5 tys. (-3,5 proc.) oraz 1,5–2 tys. (-3,3 proc.). Pozostałe przedziały odnotowały już dodatnie dynamiki, przy czym najwyższą (4,9 proc.) kredyty powyżej 5 tys. zł.

– W przypadku pozostałych produktów kredytowych zaobserwowaliśmy wyraźne spadki, w szczególności dla kredytów gotówkowych, które odnotowały spadek rzędu około 30 proc. w ujęciu rocznym, z kolei w ujęciu miesiąc do miesiąca, czyli w porównaniu do lipca br., o niecałe 10 proc. – dodaje ekspert z Biura Informacji Kredytowej.

Z analiz BIK wynika, że najwyższy spadek dotyczył kredytów gotówkowych wysokokwotowych, tj. powyżej 50 tys. zł (35,7 proc. liczbowo oraz 38 proc. wartościowo). Zjawisko to było obserwowane od samego początku lockdownu. Co ciekawe, niższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów gotówkowych z przedziału niskokwotowego do 1 tys. zł. Może to świadczyć o tym, że z uwagi na dużo wyższą szkodliwość kredytów wysokokwotowych banki podchodzą ostrożniej do ich udzielania.

Statystyki BIK pokazują spadki także na rynku kredytów mieszkaniowych. W sierpniu br. odnotowano wysokie ujemne dynamiki wartości (-20,3 proc.) udzielonych kredytów przy również wysokiej ujemnej dynamice ich liczby (-21,5 proc.) w porównaniu z sierpniem 2019 roku.

Jak podają analitycy BIK, sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych jest determinowana nie tylko zachowaniem potencjalnych kredytobiorców, lecz także banków. Wiele z nich w sierpniu nadal realizowało zaostrzoną politykę kredytową, skutkującą ograniczoną dostępnością kredytu. Stąd duże ujemne dynamiki zarówno liczbowe, jak i wartościowe. To właśnie strona podażowa, a nie popytowa będzie decydować o obliczu rynku kredytów mieszkaniowych w kolejnych miesiącach i całej drugiej połowie 2020 roku.

– Obecnie najgorzej wygląda sytuacja w przypadku limitów kredytowych w karcie. Są one często postrzegane jako produkt podwyższonego ryzyka, wobec których polityka banków także się zmieniła i jest o wiele bardziej konserwatywna. W ujęciu rocznym spadki wynoszą ponad 40 proc. w liczbie i wartości udzielonych limitów, natomiast w porównaniu do lipca spadki wyniosły kilkanaście procent. Musimy jednak pamiętać, że sierpień był miesiącem typowo wakacyjnym, mieliśmy też do czynienia z bardzo ładną i ciepłą pogodą, większość konsumentów ten czas spędzała na wakacjach – zaznacza Sławomir Grzybek.

Jak podkreśla, banki w dużym stopniu zaostrzyły politykę kredytową, szczególnie w przypadku kredytów na wysokie kwoty. W efekcie spadła średnia wartość udzielonego kredytu oraz zmniejszył się średni okres kredytowania.

– Obserwujemy również mniejszą liczbę i wartość konsolidacji kredytów gotówkowych, która w poprzednich okresach była bardziej popularna. Należy jednak pamiętać, że kredyty gotówkowe udzielane są często na uzupełnienie bieżących potrzeb budżetu domowego. W okresie lockdownu i pandemii obserwowaliśmy większy konserwatyzm ze strony klientów oraz troskę o ten budżet, ale w ostatnich miesiącach widzimy, że strona popytowa się odbudowała w przypadku kredytów gotówkowych, szczególnie mieszkaniowych. Ostatnio banki informują, że nastąpi pewne złagodzenie polityki kredytowej, więc liczymy, że również wartość udzielanych kredytów gotówkowych i mieszkaniowych w ostatnich miesiącach roku wzrośnie – ocenia ekspert BIK.

Jego zdaniem najlepsze perspektywy rozwoju ma w tym roku segment kredytów ratalnych. Szczególnie dobry może być koniec roku, kiedy sprzedaż na raty cieszy się większym zainteresowaniem. W przypadku kredytów gotówkowych, zakładając pewne odbicie w ostatnich czterech miesiącach roku, spadek sprzedaży powinien się zmniejszyć z obecnych 30 proc. do około 23 proc. Z kolei popyt na kredyty mieszkaniowe, liczony wartością złożonych wniosków kredytowych, praktycznie już się odbudował, zatem z uwagi na możliwe złagodzenie polityki kredytowej banków można liczyć, że sprzedaż na koniec roku wyniesie około 60 mld zł w porównaniu z 65 mld zł w roku ubiegłym. Prognozowany przez BIK spadek wyniesie więc około 8 proc.

– W okresie lockdownu i pandemii dla kredytów zaciągniętych przez klientów indywidualnych nie zaobserwowaliśmy znacznych wzrostów przeterminowań w spłacie rat kredytowych. Pewne wzrosty były, ale uwzględniając skalę tej sytuacji, na pewno nie były aż tak znaczące. W dużym stopniu w utrzymaniu terminowości spłaty pomogły klientom tzw. wakacje kredytowe. Skorzystało z nich łącznie 714 tys. klientów. W tej chwili ponad połowa z nich już przystąpiła do spłaty kredytów. Większości, bo aż 90 proc. klientów, udaje się na bieżąco regulować swoje zobowiązania wobec banków – podsumowuje Sławomir Grzybek.

W sierpniu Indeks Jakości portfela kredytów ratalnych utrzymał się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości (1,97 proc.). Najwyższą szkodowością charakteryzują się kredyty gotówkowe – 5,44 proc.

Wydatki państwowych spółek kluczowe dla wychodzenia z recesji. Pomogą napędzić inwestycje sektora prywatnego

0

Spółki Skarbu Państwa mogą przyczynić się do szybszego wychodzenia Polski z recesji. Ich plany inwestycyjne są bowiem długoterminowe i bardziej odporne na wahania koniunktury niż sektora prywatnego. Tylko w ubiegłym roku państwowe spółki notowane na GPW przeznaczyły 37 mld zł na inwestycje. Utrzymanie przez nie wysokich nakładów może napędzić także inwestycje firm prywatnych, które w niepewnych czasach związanych z rozwojem pandemii bardzo ostrożnie planują kolejne kroki.

Procesy inwestycyjne spółek Skarbu Państwa charakteryzują się pewną odpornością na spowolnienie i recesję. Wykazują one antycykliczność, stąd rola tych spółek w kryzysie jest bardzo istotna, szczególnie w okresie słabszej koniunktury – mówi agencji Newseria Biznes dr Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista Banku Pekao SA..

Z raportu przygotowanego przez ekonomistów Banku Pekao SA wynika, że 11 z 15 największych pracodawców w kraju to firmy państwowe, zatrudniające łącznie ponad 400 tys. osób. Zapewnienie stabilnego zatrudnienia to jeden ze sposobów, w jaki wpływają na sytuację gospodarczą, amortyzują bowiem negatywne skutki spowolnienia na rynku pracy. Mają one także znaczący udział we wpływach budżetowych. W 2018 roku z tytułu CIT 15 największych spółek wpłaciło do kasy państwa ok. 10 mld zł, co stanowi 22 proc. wszystkich wpływów z podatku od dochodów przedsiębiorstw. Dodatkowo podmioty te często mają kluczowe znaczenie przy realizacji działań pomocowych inicjowanych przez państwo.

Spółki Skarbu Państwa dużo też inwestują. W 2019 roku wartość nakładów inwestycyjnych tego rodzaju firm notowanych na GPW przekroczyła 37 mld zł, co stanowi 70 proc. łącznych nakładów spółek giełdowych.

– Prawdopodobnie nie powinniśmy spodziewać się nagłego pogorszenia tej aktywności inwestycyjnej. Charakterystyka tych spółek jest taka, że one są mniej wrażliwe na wychylenia cykliczne i zmiany nastrojów – mówi Ernest Pytlarczyk. – Oczywiście to zależy od sektora, w jakim działają. Spółki Skarbu Państwa są predestynowane do pewnych branż, w których racja posiadania takich podmiotów jest większa – są to sektory finansowy, wydobywczy, energetyczny i transport publiczny. Te branże są w dużym stopniu dotknięte skutkami kryzysu, a więc nic dziwnego, że również jego wpływ na te spółki jest duży.

Jeśli inwestycje spółek nie wyhamują, pozytywne skutki powinien odczuć również sektor prywatny. Polscy prywatni przedsiębiorcy obawiają się tego, co wydarzy się jesienią i zimą, dlatego ich apetyt na inwestycje jest dużo mniejszy niż wcześniej. Jak wynika z IV edycji badania Krajowego Rejestru Długów „KoronaBilans MŚP”, trzy czwarte przedsiębiorców nie planuje żadnych inwestycji, chociaż stopniowo zwiększa się grupa firm, które już myślą o rozwoju. Wciąż 80 proc. nie zamierza zwiększać zatrudnienia.

– Prywatne firmy nie lubią atmosfery niepewności, a teraz jest ona bardzo duża. Nikt nie wie, jak będzie rozwijać się pandemia w kolejnych miesiącach. Bardzo dużą dozą niepewności obarczone są również prognozy makroekonomiczne. Trudno się więc dziwić, że biznes prywatny ma duże wątpliwości co do przyspieszenia procesów inwestycyjnych – mówi główny ekonomista Banku Pekao SA.

Jak podkreśla, spółki Skarbu Państwa mają zwykle dłuższy horyzont inwestycyjny niż te prywatne.

– Warto, żeby wykorzystały okres taniego finansowania na realizację inwestycji publicznych. Mamy ciągle braki w infrastrukturze i to jest dobry czas, żeby przyspieszyć projekty w tym sektorze – mówi Ernest Pytlarczyk. – Można się spodziewać, że jak tylko inwestycje publiczne ruszą i wykorzystamy pieniądze unijne, to stanie się to swoistym katalizatorem również dla innych sektorów, także prywatnych.

Analitycy Banku Pekao SA podkreślają, że w tym kontekście warto wykorzystać potencjał spółek Skarbu Państwa, ukierunkowując ich działalność na wsparcie rozwoju innowacyjności. Mogłyby one skoncentrować się na inwestycjach w zaawansowane technologie, zwiększyć współpracę z ośrodkami badawczo-rozwojowymi oraz aktywność w zakresie zagranicznych fuzji i przejęć.

Według danych Ministerstwa Aktywów Państwowych pod kontrolą Skarbu Państwa działają 353 firmy plus spółki zależne. Wśród nich są tzw. krajowe czempiony – 19 grup osiągających roczne obroty ponad 5 mld zł (m.in. PKN Orlen, PGNiG, PGE, Lotos czy PZU). 60 proc. stanowią jednak firmy relatywnie małe lub bardzo małe – z obrotami odpowiednio 10–50 mln zł oraz poniżej 10 mln zł rocznie.

W Chinach ruszyła pierwsza na świecie budowa wykorzystująca sieć 5G. Także w Europie operatorzy przygotowują się do wdrożenia 5G na szeroką skalę

Operatorzy komórkowi na całym świecie przygotowują się do nowej ery usług sieciowych 5G. Przejście na sieć nowej generacji ma zagwarantować wyższe prędkości transmisji i większą przepustowość, a dane będą przesyłane nawet 20 razy szybciej niż w sieci 4G. – O ile dla nas jest to ewolucja, o tyle dla biznesu, dla przedsiębiorców jest to rewolucja, bo przenosi nas na zupełnie inny poziom wtajemniczenia – przekonuje dr Maciej Kawecki, dziekan Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie.

– Tak naprawdę 5G już nas otacza, większość operatorów telekomunikacyjnych świadczy swoje usługi z wykorzystaniem technologii 5G, a więc tzw. internetu szerokopasmowego piątej generacji, który zastępuje 4G, z którego dzisiaj wszyscy korzystamy. Fala podąża ze Wschodu, czyli z Chin. Chińczycy coraz częściej korzystają z tej technologii, wdrażają ją z wielkimi sukcesami, a Europa jest następna – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Maciej Kawecki.

Obecnie możliwości, jakie daje sieć 5G, sprawdzają Chińczycy. Do końca lipca liczba jej użytkowników w Chinach przekroczyła już 88 mln, co stanowi ponad 80 proc. użytkowników na całym świecie, a do końca tego roku liczba stacji bazowych 5G sięgnie tam prawie miliona. W maju w Pekinie ruszyła pierwsza budowa wykorzystująca tę technologię. Blisko 40 wykonawców budujących zaawansowaną technologicznie dzielnicę biznesową zmodernizowało swoje systemy, aby korzystać z sieci przesyłającej dane z szybkością 10 Gb na sekundę. Inżynierowie dzięki inteligentnym okularom widzą to samo, co robotnicy, a specjalne opaski na bieżąco monitorują stan zdrowia pracowników.

Jednak już na całym świecie operatorzy komórkowi przygotowują się do nowej ery usług sieciowych 5G. To oznacza wyższe prędkości transmisji i większą przepustowość, które umożliwią przesyłanie i pobieranie treści nawet 20 razy szybciej niż w przypadku obecnej technologii 4G, a opóźnienie może spaść z 50 ms do 1 ms. W ten sposób niemal wszystkie urządzenia z dostępem do internetu będą się ze sobą komunikować. Przyspieszy internet rzeczy, co będzie mieć znaczenie dla rozwoju np. autonomicznych samochodów, odegra równie ważną rolę w dostarczaniu spersonalizowanych usług zdrowotnych.

– Będzie sprawniej i dużo szybciej. Dla przedsiębiorców to rozwój internetu rzeczy, a więc połączenie wszystkich urządzeń ze sobą. O ile dla nas jest to ewolucja, o tyle dla biznesu, dla przedsiębiorców to rewolucja, bo przenosi nas na zupełnie inny poziom wtajemniczenia. Dzisiaj możemy korzystać z technologii 4.0, w której żyjemy, w ograniczonym zakresie, natomiast 5G otwiera nas na szybszy transfer danych – przekonuje dziekan Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie.

Choć sieć 5G oznacza większe możliwości, to narosło wokół niej sporo mitów. Publikowane są też fake newsy, że np. w Holandii po uruchomieniu sieci 5G doszło do masowej śmierci ptaków. Choć informacja okazała się nieprawdziwa, była podawana jako przykład śmiercionośnego działania fal elektromagnetycznych.

– Okres pandemii spowodował, że skupiliśmy się na czym innym, a technologia 5G mogła się spokojnie rozwijać. Dzięki pandemii doceniamy też dobra cyfrowe. To, co jest szybsze, skuteczniejsze, lepsze jakościowo, jest dla nas ważniejsze, bo łączymy się z całym światem online. To też stymuluje rozwój technologii 5G – podkreśla dr Maciej Kawecki.

W 2011 roku działająca pod auspicjami WHO Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (IARC) sklasyfikowała pola elektromagnetyczne o częstotliwościach radiowych jako przypuszczalnie rakotwórcze dla ludzi (grupa 2B). Jest to jednak grupa z czynnikami o najniższym stopniu zagrożenia dla człowieka. Grupa 1 jest jednoznacznie rakotwórcza, grupa 2A  składa się z czynników prawdopodobnie rakotwórczych dla ludzi, a grupa 3 jest całkowicie bezpieczna dla człowieka.

– Sieć 5G została sklasyfikowana jako potencjalnie mająca wpływ na rozwój chorób nowotworowych. Ale okazuje się, że sąsiadami w tym obszarze dla technologii 5G jest czerwone mięso czy mrożonki. To są czynniki, które w żadnym zakresie nie mają wpływu na rozwój chorób nowotworowych, więc ta nazwa klasyfikacji jest trochę mylna. I takich przykładów możemy znaleźć dużo więcej – mówi dziekan Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie.

Robotyzacja i autonomizacja armii postępuje. Przyszłe wojny mogą odbywać się bez strat w ludziach [DEPESZA]

Marynarka USA zainwestuje 7 mln dol. w przygotowanie konceptu dużego statku bezzałogowego, przeznaczonego do patrolowania mórz i oceanów. To kolejna inwestycja amerykańskiej armii w autonomiczny sprzęt wojenny, po helikopterach sterowanych z poziomu tabletu. Pomimo że wprowadzanie sztucznej inteligencji do branży obronnej wiąże się z licznymi kontrowersjami, może się przyczynić do ograniczenia strat w ludziach w wyniku działań wojennych.

Autonomiczne pojazdy, zarówno powietrzne, jak i morskie, coraz częściej są wykorzystywane do działań wojennych. W lipcu izraelska marynarka wojenna przeprowadziła próby z wykorzystaniem małego bezzałogowego systemu latającego Skylark C na pokładzie bezzałogowego statku Seagull. Dzięki temu zwiększyły się możliwości wywiadowcze jednostki, wykorzystywanej m.in. w walce z okrętami podwodnymi.

Z kolei Lockheed Martin wraz z Vigor Works stworzą dla Marynarki Wojennej USA duży bezzałogowy statek wojenny przeznaczony do patrolowania mórz i oceanów.

– Nasz zespół koncentruje się w tej chwili na dostarczaniu Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych projektu niedrogiego statku o niskim ryzyku, zdolnego do urzeczywistnienia wizji rozproszonych operacji morskich (DMO) – wskazuje Joe DePietro, wiceprezes Lockheed Martin.

Projekt zakłada stworzenie konceptu dużego statku autonomicznego, mającego możliwości bojowe i zdolnego do patrolowania przez okres sześciu miesięcy wraz z platformą do zarządzania jego działaniami. W ramach kontraktu testowego powstanie okręt, w którym znajdzie się m.in. technologia znana z helikopterów Sikorsky, sterowanych za pomocą tabletu: Sikorsky Matrix. Koszt przygotowania konceptu wynosi 7 mln dol.

– Jesteśmy gotowi dostarczyć projekt koncepcyjny, który pomoże Marynarce Wojennej USA wdrożyć bezpieczną, wydajną i niedrogą flotę LUSV [Large Unmanned Surface Vehicle – duże, bezzałogowe statki nawodne – przyp. red.] w przyszłości – podkreśla Richard McCreary, wiceprezes Vigor ds. rozwoju biznesu. – Wykorzystamy nasze rozległe doświadczenie w produkcji podobnych maszyn, w tym wcześniejszą budowę 16 pojazdów USV o różnych konstrukcjach i rozmiarach.

Dzięki możliwości użycia jednostek bezzałogowych w misjach o podwyższonym ryzyku możliwe będzie zmniejszenie liczby ofiar wojennych. Okazuje się też, że sztuczna inteligencja lepiej niż człowiek radzi już sobie ze sterowaniem maszynami wojennymi. Naukowcy z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa stworzyli robota o nazwie Heron, który z powodzeniem zmierzył się z weteranem lotnictwa w wirtualnej symulacji lotu myśliwcem.

Jednocześnie wobec dążenia do robotyzacji armii rodzi się wiele obaw związanych z możliwym zachowaniem się sztucznej inteligencji na polu walki. Rządy państw przeznaczają jednak coraz większe środki na prace nad militarnymi zastosowaniami SI. Departament Obrony USA na badania nad sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym przeznaczy w tym roku 927 mln dol. Całkowity budżet tej jednostki to 718 mld dol.

Czy fundusze unijne pozwolą zakopać głęboką dziurę budżetową?

Mimo że najgorszy czas lockdownu, zamieszania i sprzecznych prognoz już minął – epidemia wciąż trwa. Stabilizuje się jednak sytuacja gospodarki. Mimo tego ekonomiści przewidują, że recesja dotknie nas najmocniej w drugiej połowie roku – czyli w dwóch przyszłych kwartałach. Co robi rząd, by złagodzić efekty kryzysu? W poprzednich miesiącach receptą rządu na gospodarcze skutki epidemii było wprowadzenie na rynek dodatkowych pieniędzy. Pomoc finansowa dla przedsiębiorców, postojowe dla pracowników, zasiłki i tarcze antykryzysowe pozwoliły nam zatrzymać recesję. Te działania wykopały jednak głęboką dziurę w budżecie –która teraz, gdy sytuacja powoli się uspokaja, będzie bardzo dobrze widoczna. Tego problemu nie rozwiążemy już tak łatwo, bo kończą się pieniądze do zasypywania budżetowych dziur.

– Rząd powstrzymał recesję, pompując w rynek pieniądze. Było to kosztem zamrożenia gospodarki i finansowania jej z pieniędzy państwowych przez ładne parę miesięcy. Ten dług trzeba będzie spłacić – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Jak to zrobić? Rząd rozpoczął już analizę sytuacji i szukanie projektów pod unijny fundusz Recovery oraz pod nową perspektywę budżetową. Z tych źródeł pochodzić będą środki, które dadzą gospodarce impuls do wyjścia z recesji i zwiększą ruch na rynku. Samorządy, rząd i spółki prywatne opracowują więc projekty, które będą mogły ubiegać się o te fundusze. Nie jest to jednak proste zadanie. Środki unijne nie mogą być bowiem zużyte do realizacji każdego celu. Na pewno nie będzie to na przykład ratowanie sektora wydobywczego węgla kamiennego. Unia przekaże za to Polsce środki na transformację energetyczną, na nowe sposoby transportu, wytwarzania energii elektrycznej i cieplnej oraz na łagodzenie skutków transformacji – takich, jak na przykład los regionów pogórniczych. Dlatego warto skupić się na tych obszarach, by otrzymać jak najwięcej środków unijnych i szybko wprowadzić je do polskiej gospodarki, stojącej u progu recesji – podkreśla Roszkowski.

Inwestorzy obawiają się drugiej fali zachorowań i powrotu lockdownu

Zakończyliśmy dwutygodniowy okres spotkań najważniejszych banków centralnych świata. W najbliższych dniach inwestorzy skupią się na odpowiedzi rządów na pogarszającą się sytuację związaną z pandemią koronawirusa. Uwagę przykują również polityczne negocjacje i dane z kluczowych gospodarek.

Początek tygodnia przynosi osłabienie walut ryzykownych, w związku z informacjami, że europejscy decydenci rozważają ponowne wprowadzenie środków mających ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa, który znowu zaczyna pustoszyć Stary Kontynent.

Poza informacjami dotyczącymi powyższego, w tym tygodniu poznamy wstępne dane PMI opisujące sytuację przedsiębiorstw we wrześniu. Ze względu na pandemię stały się one jednak trudniejsze w interpretacji, a rynek oprócz nich będzie zwracał uwagę na kwestie polityczne – negocjacje dotyczące dalszej pomocy fiskalnej w USA i porozumienia ws. Brexitu.

PLN

Miniony tydzień przyniósł jedynie lekkie osłabienie złotego w parze z euro, aczkolwiek ten waluta rozpoczyna wyraźną wyprzedażą. Ostatnie zachowanie kursu EUR/PLN, który w poniedziałek znalazł się na najwyższym poziomie od maja, przypomina lustrzane odbicie zachowania głównej pary i wpisuje się w obserwowaną wyprzedaż aktywów ryzykownych.

Spotkanie RPP z ostatniego tygodnia nie przyniosło istotnych informacji. Ostatnie, kluczowe twarde dane z kraju (produkcja przemysłowa, budowlano-montażowa i sprzedaż detaliczna) zawiodły, aczkolwiek póki co nie zaburza to istotnie obrazu poprawy sytuacji w III kwartale. Optymistycznie można odbierać z kolei dane z rynku pracy, gdzie sytuacja powoli zaczyna się normalizować.

Jedyną publikacją z Polski, która pojawi się w tym tygodniu, jest środowy odczyt stopy bezrobocia w sierpniu. Istotniejsze mogą okazać się jednak informacje z frontu walki z pandemią, zarówno te z kraju, jak i całego kontynentu oraz zachowanie szerokiego rynku.

EUR

Sytuacja w kontekście koronawirusa w strefie euro pogarsza się, co zostało dość dramatycznie podkreślone przez częściowe przywrócenie środków hamujących jego rozprzestrzenianie się w najbardziej dotkniętych przez wirusa częściach Madrytu.

Druga fala pandemii w zeszłym tygodniu nie miała dużego wpływu na euro, być może ze względu na to, że póki co wydaje się znacznie mniej zagrażająca życiu chorych i nie ograniczyła istotnie tempa ożywienia. W poniedziałek rano euro doświadczyło jednak sporej wyprzedaży – w momencie pisania było to ok. 0,8% w parze z dolarem amerykańskim. Sądzimy, że jest to wynikiem obaw inwestorów dot. wprowadzenia nowych środków mających ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa w niektórych europejskich krajach, szczególnie Hiszpanii, Francji i Holandii.

USD

Decydenci amerykańskiego banku centralnego w ubiegłym tygodniu nie zaskoczyli inwestorów. Większość członków FOMC spodziewa się utrzymania stóp procentowych na obecnym poziomie w okolicy zera do końca 2023 roku. Reakcja rynku sugerowała, że inwestorzy mogli oczekiwać bardziej gołębiej komunikacji ze strony banku centralnego – w wyniku czego nieco gorzej radził sobie rynek akcji.

Warto też wspomnieć, że dane z amerykańskiego rynku pracy w ujęciu ogólnym nadal okazują się lepsze od oczekiwań. Sądzimy, że w niedługim czasie powinno dojść do dwustronnego kompromisu ws. dodatkowego pakietu fiskalnego, co – biorąc pod uwagę nadal ekstremalnie negatywne pozycjonowanie spekulantów względem dolara – może zapewnić wsparcie amerykańskiej walucie.

GBP

Częściowe wycofanie się Borisa Johnsona z planów naruszenia umowy o wystąpieniu z UE przez pozwolenie parlamentowi na ostatnie słowo w tej sprawie pozwoliło na ustabilizowanie nastrojów rynkowych względem funta i umocnienie brytyjskiej waluty w relacji do większości głównych walut w zeszłym tygodniu. Bank Anglii podczas ostatniego posiedzenia nie obciął stóp procentowych, jednak zasugerował, że ujemne stopy są możliwe. Głosowanie w kontekście programu QE było jednomyślne – decydenci poparli utrzymanie pułapu zakupów na niezmienionym poziomie. Sądzimy jednak, że w listopadzie komitet decyzyjny prawdopodobnie poprze rozszerzenie programu.

 

Kluczową publikacją jaką poznamy w tym tygodniu będą wrześniowe, wstępne dane PMI opisujące sytuację przedsiębiorstw. Uwaga inwestorów skupi się jednak na brytyjskim rządzie, który ma omówić wprowadzenie nowych środków mających ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa. Niektórzy sugerują nawet, że mogą one objąć drugi pełny lockdown.

CHF

Miniony tydzień nie był dobry dla franka szwajcarskiego, który zakończył go jako jedna z najgorzej radzących sobie głównych walut. Po dość nieciekawym okresie, jeśli chodzi o informacje z kraju, w tym tygodniu uwaga rynku skupi się na posiedzeniu Szwajcarskiego Banku Narodowego w czwartek. Spotkanie będzie interesujące, biorąc pod uwagę, że odbędzie się trzy miesiące po poprzednim, a od tamtej pory sytuacja w globalnej gospodarce, jak i w kontekście pandemii uległa wyraźnej zmianie.

O ile frank jest obecnie nieco słabszy w relacji do euro niż był, kiedy decydenci spotkali się poprzednim razem, bank prawdopodobnie odniesie się do siły waluty i potwierdzi, że będzie dokonywał interwencji w celu ograniczenia presji aprecjacyjnej. Dodatkowo, będziemy wypatrywać komentarzy dotyczących potencjalnego złagodzenia polityki pieniężnej, aczkolwiek obniżka stóp procentowych w obecnych warunkach wydaje się mało prawdopodobna. Oprócz tego warto będzie zwrócić uwagę na nową warunkową prognozę inflacji, jaką opublikuje bank.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury