Spedycja i transport wracają na drogi

0

W obliczu lockdownu sektor transportu i spedycji uległ zamrożeniu. Dziś jednak, zamiast o stratach, stagnacji i katastrofie, coraz częściej mówi się o szansie, jaką lockdown dał branży i o impulsie do rozwoju. Zarówno ci, którzy dostosowali się do nowych realiów, jak i ci, którym w zupełnie innej sytuacji nie udało się odnaleźć, z pandemii wyciągną cenne wnioski. – Krwiobieg polskiej gospodarki wreszcie wraca do normalnego funkcjonowania – prognozują eksperci.

Pierwszy przypadek koronawirusa odnotowano w Polsce 4 marca. Dziewięć dni później Ministerstwo Rozwoju, wspólnie z Głównym Inspektorem Sanitarnym, opublikowało szereg zaleceń dla branży TSL. W czternastu punktach znalazły się rekomendacje dotyczące m.in. higieny kaszlu i kichania, utrzymywania bezpiecznego dystansu, promowania mycia i dezynfekcji rąk czy zrezygnowania z bezpośredniego kontaktu z klientem na rzecz komunikacji przez telefon czy e-mail.

Kryzys, którzy odczuli wszyscy

Jednak trudności sektor zaczął odczuwać na długo przez oficjalnymi rekomendacjami ze strony resortu. – Zalecenia i obostrzenia, owszem, były potrzebne, ale patrząc na branżę w makroskali, kryzys rozpoczął się już w 2019 roku. Polska jeszcze ledwo odczuwała napiętą sytuację, ale w Chinach bardzo powoli i stopniowo odmrażano gospodarkę, już wtedy mocno dotkniętą przez COVID-19, co z kolei przełożyło się na problemy ze szlakiem transportowym między Azją a Europą czy Stanami Zjednoczonymi. Późniejsze sukcesywne odcinanie połączeń lotniczych jeszcze bardziej pogłębiło problem – analizuje Katarzyna Syta, Prezes Zarządu, KAES Logistics. To zrodziło mnóstwo obaw, bo cały sektor transportu drogowego nie bez powodu nazywany jest krwiobiegiem polskiej gospodarki – na koniec 2017 roku stanowił on 7 proc. udziału w wartości polskiego PKB.

Problemy z łańcuchem dostaw błyskawicznie zaczęły się przejawiać także w skali mikro. Firmy, polegające na dostawach produktów czy półproduktów z Chin, stanęły na skraju bankructwa, a co za tym idzie, popyt na usługi kurierskie czy transportowe uległ znacznemu zmniejszeniu. Nie inaczej było z przewozu osób – z danych Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych wynika, że przez pandemię transport pasażerski na trasach międzykrajowych uległ zmniejszeniu o – uwaga – 97 procent. Kłopoty ze stabilnością na rynku zaczęły mieć też sklepy

wielkopowierzchniowe – dyskonty, markety czy hipermarkety. W najgorszym położeniu znalazły się te zlokalizowane w galeriach handlowych, zamkniętych z powodu lockdownu. – Trudno było cokolwiek przewidywać, wszyscy w jakimś stopniu odczuliśmy ten kryzys. Jednego dnia markety czy sklepy przeżywały istne oblężenia, drugiego zaś konsumenci – ze strachu przed wirusem, ale także przez zapobiegliwość i korzystanie z zapasów – rezygnowali z zakupów. Wobec tego trudno o automatyzację dostaw i umiejętne oszacowanie zapotrzebowania na produkty przez operatorów – podkreśla Katarzyna Syta i dodaje: – To tylko pokazuje, jak ogromne znaczenie ma dla prawidłowego funkcjonowania handlu ma stabilna, dobrze funkcjonująca spedycja. Bez niej nie byłoby to możliwe.

Izolacja napędziła e-commerce

Przekonali się o tym także klienci detaliczni – zwłaszcza ci, którzy w okresie lockdownu i długotrwałej izolacji przekonali się do zakupów internetowych. – Gałąź handlu e-commerce w trakcie kryzysu wyraźnie „odbiła”, choć trzeba przyznać, że i bez niego radziła sobie świetnie. Urząd Komunikacji Elektronicznej szacuje, że w 2021 roku wartość sektora w Polsce wzrośnie do 70 miliardów złotych, podczas gdy w 2018 wynosiła ona około 45 miliardów. Lockdown stworzył internetowym zakupom idealne warunki. W przypadku zakupów ubrań czy elektroniki zabrakło konkurencji w postaci sklepów stacjonarnych, w tym tych zlokalizowanych w galeriach. Z kolei, jeśli chodzi o e-groceries, czynnikiem motywującym do internetowych zakupów spożywczych stała się niechęć i strach przed wyjściem do sklepu.

Rynek szybko zareagował. Internetowy sklep Frisco.pl zaczął przyjmować zamówienia z miesięcznym wyprzedzeniem, restauracje – proponować dowóz jedzenia, do tej pory w wielu lokalach nieoferowany, sklepy internetowe wprowadziły opcję free delivery, a firmy z branży spedycyjnej – np. InPost czy DPD – w katalogu usług umieściły dostawę bezkontaktową. O wzroście obrotów z handlu e-commerce w okresie pandemii informowały już m.in. Komputronik. Sytuacja zaskoczyła wszystkich, ale tylko niektórzy okazali się na tyle elastyczni, by zagrożenia i ograniczenia przekuć w nowe pomysły i rozwiązania.

Praca zdalna, szerokie portfolio i troska o przyszłość

Jednym z tych rozwiązań jest przejście przez firmy z branży TSL na system pracy zdalnej. Wymaga to rzecz jasna, odpowiedniego zaopatrzenia w odpowiedni sprzęt, oprogramowanie, narzędzia czy szeroko pojęte zaplecze informatyczne. Trzeba jednocześnie pamiętać o tym, że transformacja modelu pracy nie dokonuje się w ciągu dnia czy dwóch, ale jest stopniowym procesem, wymagającym konsekwencji i sukcesywności. W praktyce oznacza to przecież przeniesienie większości zasobów firmy z jej siedziby do sieci.

To prowadzi do kluczowego wniosku, który każda firma sektora TSL, dotknięta koronakryzysem, wyciągnie: trzeba być zapobiegliwym i przygotowywać się na trudniejsze czasy. – Bez cienia wątpliwości lockdown wiele nas nauczył. Nikt nie potrafi przewidzieć, czy nie grozi nam kolejna fala zachorowań i drugi, być może jeszcze głębszy, kryzys, który zniesiemy jeszcze gorzej. Dlatego należy być na to odpowiednio przygotowanym: z jednej strony maksymalnie dywersyfikować katalog usług. A więc unikać wąskiej specjalizacji na rzecz poszerzania wachlarza oferty – im bardziej zróżnicowaną flotą i portfolio klientów dysponujemy, tym mniejsza szansa na bolesne odczucie kryzysu. Jeśli jakaś branża wzrasta, to dzieje się to kosztem innej. Z drugiej strony trzeba robić wszystko, by gromadzić rezerwy, czy to w postaci dodatkowych środków pieniężnych, czy też innych aktywów. Na ciężkie czasy lepiej się przygotować. Nawet, jeśli nie nadejdą – podsumowuje Katarzyna Syta z KAES Logistics.

Jak COVID-19 przyspiesza transformację cyfrową na świecie i w Polsce

Pandemia zmieniła przemysł. Nowe okoliczności zwiększyły znaczenie elastyczności, wydajności i wytrzymałości firm na kryzysy. Transformacja cyfrowa, która już od kilku lat była istotnym tematem, poprzez COVID-19 stała istotnym czynnikiem, zapewniającym przetrwanie biznesu.

Niemal z dnia na dzień kryzys związany z koronawirusem pogłębił przepaść w wydajności pomiędzy przedsiębiorstwami, które na dużą skalę wprowadziły w swoich zakładach innowacje technologiczne, a tymi, które długo opierały się cyfryzacji. W nowych realiach, aby nie tylko przetrwać, ale rozbudowywać biznes, firmy nie mogą po prostu zredukować kosztów i ograniczyć inwestycji. To najlepszy moment na zwiększenie tempa cyfryzacji, żeby spełnić nowe oczekiwania klientów i dostosować się do wyzwań stawianych przez „nową normalność”.

Schneider Electric w okresie pandemii widzi ogromny akcelerator transformacji cyfrowej, otwierający nowe możliwości dla wielu branż. W przeciwieństwie do cyfryzacji sprzed pandemii, obecnie digitalizacja przedsiębiorstw musi uwzględniać nowe wyzwania. Są nimi np. wdrożenie zdalnego serwisu, zdalnego zarządzania, w każdym procesie, gdzie to możliwe, jak również zabezpieczenie firmy przed niespodziewanymi okolicznościami, zwiększenie wydajności, a także zapewnienie zrównoważonego rozwoju.

Wszystko zdalnie

Wprowadzenie czasowych obostrzeń w przemieszczaniu się, czyli lockdown, podkreśliło rolę wykonywania pracy na odległość. Zdalne połączenie i monitorowanie zapewniają bowiem większą elastyczność, a przy tym wyższy poziom bezpieczeństwa pracowników. Pozwalają także na kontynuowanie działania zakładów bez zakłóceń, przy jednoczesnym przestrzeganiu nakazów narzuconych przez organy administracji rządowej.

Technologie zdalnej kontroli nie tylko usprawniają procesy, ale także wspomagają pracę ludzi. W hali produkcyjnej dzięki rozwiązaniom takim, jak symulacje czy rzeczywistość rozszerzona (AR) zdecydowanie szybciej można reagować na problemy związane z pracą maszyn, niż gdyby miałby zrobić to sam pracownik. Redukują również do minimum ryzyko powstawania opóźnień operacyjnych, które mogłyby wyniknąć z ograniczonej możliwość przemieszczania się specjalistów serwisowych. Z kolei inne rozwiązanie cyfrowe – wirtualna rzeczywistość (VR) umożliwia operatorom maszyn odbywanie m.in.: wirtualnych szkoleń na sprzęcie i poznawanie funkcjonowania oddalonych zakładów, bez wychodzenia zza swojego biurka.

Automatyzacja rozwiązaniem (nie tylko) na kryzys

Daleko idąca automatyzacja procesów produkcyjnych i robotyzacja pozwoliła przedsiębiorstwom kontynuować działalność podczas największych obostrzeń związanych z Covid-19. Niektórym, jak nowoczesna stalownia Baosteel Group w Szanghaju, udało się stworzyć pierwsze, inteligentne, i w pełni zautomatyzowane stanowiska do walcowania stali na gorąco.

Dzięki automatyzacji możliwe jest również pobierane informacji wprost z każdego elementu czy urządzenia, składającego się na łańcuch produkcyjny przedsiębiorstwa, by wykryć, gdzie wymagana jest interwencja. Na tych rozwiązaniach skorzystała, m.in. stojąca na czele cyfrowej transformacji firma Enel, największy dostawca energii elektrycznej we Włoszech. Gdy podczas zakazu wychodzenia z domów zapotrzebowanie na energię w przemyśle drastycznie spadło, a wzrosło w mieszkaniach, Enel mógł zarządzać dystrybucją energii w czasie rzeczywistym ze swojego zdalnego centrum kontroli.

Niezależnie od tego, czy następny kryzys będzie spowodowany chorobami, polityką, czy katastrofami, musimy zwiększyć niezawodność przedsiębiorstw, w przezwyciężaniu zagrożeń. Branża przemysłowa musi skupić się na trzech czynnikach: łączności, przewidywalności i zapobiegliwości. Połączenia internetowe umożliwiają monitorowanie. Natomiast korzystając z oprogramowania i narzędzi analitycznych, przedsiębiorstwa mogą przewidywać przyszłe problemy, które należy naprawić, zanim spowodują przestój. Każdy zakład przemysłowy jest też jak łańcuch, obejmujący dostęp do sieci, dystrybucję energii, zarządzanie budynkiem, zarządzanie IT oraz procesami. Przerwanie któregokolwiek z tych ogniw osłabia wytrzymałość. Dlatego należy wdrożyć automatyzację i analitykę na każdej możliwym etapie – mówi Jean-Pascal Tricoire, prezes Schneider Electric.

Zwiększenie wydajności

Choć wydajność zawsze była kluczowa dla przemysłu, to w następstwie kryzysu jej rola jeszcze wzrosła. Przemysł szuka bowiem nowych sposobów obniżenia kosztów. Według Jeana-Pascala Tricoire’a, CEO Schneider Electric, transformacja cyfrowa przekłada się na efektywność, a jej poprawę można osiągnąć po połączeniu kilku kwestii.

  • Po pierwsze, konieczna jest integracja energii i automatyzacji w celu osiągnięcia dwóch podstaw wydajności: zmniejszenie zużycia energii i nakładu pracy. To połącznie pozwala na redukcję kosztów, przy jednoczesnym ograniczeniu emisji dwutlenku węgla i zużywaniu surowców.
  • Po drugie, dzięki pionowemu połączeniu przetwarzania brzegowego z obliczeniami w chmurze – dane przesyłane wprost z hali produkcyjnej będą dostępne w czasie rzeczywistym.
  • Po trzecie, konieczna jest integracja cyklu życia, od projektowania i budowy aż po eksploatację oraz konserwację. Eliminuje ona wszelkie nieefektywności w przejściu z wydatków inwestycyjnych do operacyjnych. Umożliwia też bezproblemową współpracę, a także integralność całego cyklu życia wszystkich danych.
  • Wreszcie konieczne jest przejście od tradycyjnego sposobu zarządzania firmą, zakład po zakładzie, do zintegrowanego, pojedynczego centrum operacyjnego, w celu uzyskania szerszego obrazu zużycia energii i zasobów. Umożliwia to pełną ocenę wydajności wszystkich obiektów i optymalizację każdej placówki firmy w skali globalnej.

Zrównoważony rozwój wciąż jest priorytetem

Pandemia pokazała, jak może wyglądać konfrontacja ludzkości z globalnymi kryzysami na wielką skalę. Eksperci są zgodni, że obecny kryzys epidemiczny będzie również akceleratorem zmian, które pomogą ograniczyć globalny wzrost temperatury o 1,5 °C. Przyspieszenie transformacji cyfrowej – zainicjowane przez pandemię – może pomóc klimatowi, ponieważ droga do zrównoważonego rozwoju zaczyna się właśnie od cyfryzacji. Korzystając z setek punktów pomiarowych i danych dotyczących zużycia energii i zasobów, przedsiębiorstwa są w stanie opracować strategię skupioną na wydajności, elektryfikacji, gospodarce o obiegu zamkniętym i dekarbonizacji.

Zaufanie i wzajemne wsparcie podstawą biznesu przyszłości

Obawy związane z ryzykiem zakażenia się koronawirusem wymusiły na firmach wypracowanie najwyższych standardów zaufania. W czasie kryzysu trzeba było również uprościć procesy decyzyjne, w wielu miejscach unikając mikrozarządzania. Konieczne stało się również szybkie reagowanie firm, na nagłe, zwiększone potrzeby infrastruktury krytycznej, w tym szpitali. Czas pandemii pokazał, że zarazem wprowadzone innowacje w zakładach produkcyjnych Schneider Electric, jaki i dostarczane przez nie nowoczesne produkty, pozwalają na wsparcie klientów w sytuacjach nadzwyczajnych.

W Schneider Electric Polska mamy kilka przykładów, które znakomicie ilustrują jak w czasie pandemii ważne było zaufanie i wzajemne wspieranie się. Nasza fabryka w Mikołowie w ciągu 24 godzin wyprodukowała i wymieniła przegrzany transformator w szpitalu w Prokocimiu. Fabryka w Tychach realizuje zamówienie na komponenty sterowania dla producenta testów na COVID-19 . Z kolei nasza fabryka w Bukownie została zakwalifikowana jako zakład strategiczny Schneider Electric w Europie – produkuje komponenty zabezpieczające niskonapięciowe systemy zasilania energii elektrycznej – mówi
-Jacek Łukaszewski, Prezes Schneider Electric na Klaster Polski, Czech, Słowacji i Ukrainy.

COVID-19 nie zmienił podstaw prowadzenia biznesu, ale podkreślił potrzebę elastyczności i adaptacji. W gospodarce znajdującej się pod presją, jest to wezwanie do większej świadomości, wydajności i pamiętaniu o zrównoważonym rozwoju. Aby zrealizować te podstawy, poza wzmocnieniem wytrzymałości firm i partnerstwie, niezbędna jest powszechna cyfryzacja.

Autor: Wojciech Skrok

Producent premium indie simulator bliżej NewConnect. Trigon Dom Maklerski na pokładzie Simteract

0

Trigon Dom Maklerski wesprze Simteract w pozyskaniu kapitału na dalszy rozwój. Deweloper specjalizujący się w gatunku premium indie simulation chce pozyskać od inwestorów finansowanie na rozwój i zadebiutować na NewConnect na przełomie 2020/2021. 

Tuż po przekształceniu w spółkę akcyjną i zaprezentowaniu nowej identyfikacji wizualnej, Simteract postawił kolejny ważny krok w kierunku dalszego rozwoju. Spółka wybrała dom maklerski, który wesprze ją w przeprowadzeniu nadchodzących działań związanych z pozyskaniem kapitału na rozwój.

– Od początku naszej działalności stawiamy przede wszystkim na jakość. W związku z tym podpisaliśmy umowę z renomowanym i najskuteczniejszym transakcyjnie w segmencie gamingu polskim domem maklerskim. W mojej opinii Trigon dysponuje jednymi z najlepszych zespołów analitycznych w branży gier komputerowych, dlatego bardzo cieszę się, że mamy go na pokładzie. Pracując tylko z najlepszymi będziemy mogli w pełni zrealizować nasz potencjał – komentuje Marcin Jaśkiewicz, prezes Simteract.

Obecnie Simteract koncentruje swoje działania produktowe na dwóch projektach: niezapowiedzianym jeszcze Projekcie #1, który powstaje we współpracy z francuskim wydawcą Nacon należącym do grupy BigBen Interactive, oraz pokazanym już mediom symulatorze, Carpool Simulator. Produkcja, w której gracze wcielą się w kierowcę samochodu zadebiutuje w 2022 roku na konsolach oraz PC. Sukces projektu ma zostać zapewniony przez wieloletnie doświadczenie zespołu Simteract, zdobyte przy tworzeniu naśladujących ruch miejski, realistycznych systemów szkoleniowych. W grze zostanie użyta pionierska i uznana na całym świecie technologia Traffic AI, z której firma zasłynęła w poprzednich latach.

– Know-how, którym obecnie dysponujemy w spółce, wywodzi się z tworzenia profesjonalnych symulatorów treningowych. Nasze wcześniejsze produkcje wspierają czy techników na całym świecie, a także pomagają w przeprowadzeniu testów inteligentnych samochodów. Dzięki zatrudnieniu doświadczonych specjalistów w zakresie rozgrywki oraz wykorzystaniu naszych dotychczasowych umiejętności w produkcji symulatorów udało nam się opracować spójny, kompletny model działania. Właśnie dlatego mamy wszystko co potrzebne, żeby tworzyć ambitne symulatory z kategorii premium indie. – mówi prezes.

Simteract zamierza przeprowadzić na przełomie trzeciego i czwartego kwartału bieżącego roku emisję akcji, która będzie skierowana do nie więcej niż 149 osób (w ramach subskrypcji prywatnej). – Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem mamy szanse zadebiutować na NewConnect jeszcze w tym roku – podsumowuje prezes.

Rada Nadzorcza Mostostalu Kraków SA powołała na stanowisko Prezesa Zarządu Spółki Jacka Lecha

Jacek Lech jest absolwentem Politechniki Częstochowskiej na kierunku Zarządzanie i Inżynieria Produkcji. Ukończył także międzynarodowe programy rozwojowe Global Management Program w Londynie oraz International Management Development Program w Barcelonie.

Jacek Lech pracuje w Grupie Budimex od października 2013 roku. Swoją karierę w grupie rozpoczął w Mostostalu Kraków na stanowisku Dyrektora Wytwórni Konstrukcji Stalowych. W latach 2014-2018 objął stanowisko Dyrektora ds. Produkcji w randze Wiceprezesa Zarządu. Wcześniej był szefem produkcji w Fabryce Maszyn i Urządzeń FAMAK w Kluczborku, gdzie zrealizował kilkaset projektów dla rynku offshore oraz wiele projektów infrastrukturalnych.

Od stycznia 2019 roku Jacek Lech pełni funkcję Dyrektora Oddziału Południe Budownictwa Ogólnego w Budimex SA.

Mostostal Kraków obecnie jest zaangażowany w kilkadziesiąt kontraktów, zarówno  na roboty budowlano-montażowe, jak i prefabrykację oraz dostawę konstrukcji stalowych. Jako jedna z czołowych polskich firm budowlanych działa w najważniejszych sektorach budownictwa: przemysłowego, energetycznego, cementowo-wapienniczego, hutniczego, chemicznego, mostowego oraz przesyłów gazowych. Spółka obecnie realizuje projekty m.in. dla takich kontrahentów jak: Budimex, Tecnicas Reunidas, KGHM Polska Miedź, Hyundai Engineering Co., Tecnimont S.P.A., Andritz, GE Power, PORR, Energa Serwis, Sumitomo SHI FW, TESGAS.

W ostatnich latach Mostostal Kraków stawia na ciągły rozwój, z czym wiąże się szereg poczynionych inwestycji, m.in. unowocześnienie parku maszynowego w Wytwórni Konstrukcji Stalowych w Kleszczowie, utworzenie działu odpowiedzialnego za realizacje w branży gazociągów przesyłowych oraz własnego działu projektowo-technicznego odpowiedzialnego za opracowanie projektów na wszystkich etapach. Rok 2019 spółka zakończyła przychodami ze sprzedaży na poziomie powyżej 400 mln PLN.

Jeden i ten sam schemat – sytuacja na rynku walutowym

Informacje okołorynkowe przechodzą bez echa, podczas gdy dominuje jeden trend – słabość USD. Dolar traci na całej linii, nie tylko wobec głównych walut, jak euro czy funt, ale wczoraj jedną z lepiej radzących sobie walut był złoty. Nowe rekordy S&P500 wzmacniają przekonanie, że rajd ryzyka będzie trwał.

Jeden pozostaje schemat dla rynków finansowych i jest nim przerzucanie kapitału z USD w stronę innych walut i aktywów. W nocy przecena została na chwilę zatrzymana, gdyż inwestorzy z Azji skupili uwagę na doniesieniach z Białego Domu – prezydent Trump przyznał, że to on odwołał rozmowy nad umową handlową z Chinami i „na razie nie ma ochoty rozmawiać z Chinami”. Choć podnosi to obawy o przyszłość porozumienia handlowego, na ten moment to tylko słowa prezydenta USA, który często stara się wyolbrzymić znaczenie swojego stanu emocjonalnego dla bieżących wydarzeń. Dziś rano wejście do gry inwestorów z Europy przywraca presję na osłabienie USD i wycieszenie obaw – Europa zwykła zachowywać zimną krew wobec komentarzy Trumpa. W końcu wycofanie się Trumpa z umowy handlowej będzie dramatem dla amerykańskich farmerów, a to zbyt licząca się grupa wyborców, by ryzykować ich gniew przed listopadowymi wyborami.

Ważniejsze od przechwałek Trumpa są liczby, jak np. EUR/USD na 1,1940 czy USD/PLN pod 3,67. Poziomy niewidziane od ok. dwóch lat. Rynek walutowy jest pełen nowych wielomiesięcznych rekordów słabości dolara i nie musimy być u kresu tego rajdu. Wciąż utrzymuje się przekonanie, że w walce z pandemią i jej ekonomicznymi skutkami USA fiskalnie i monetarnie robią najwięcej, ale to też najbardziej szkodzi ich walucie. USD przestaje być gwarantem stabilności, ale i tez potrzeba parkowania środków w bezpiecznej przystani wydaje się inwestorom zbędna, o czym najlepiej świadczą nowe rekordy S&P500.
Publikowane dziś wieczorem minutki z lipcowego posiedzenia FOMC mogą być analizowane pod kątem dołożenia argumentów za słabością dolara. Główna uwaga będzie dotyczyć dyskusji na temat przyszłych kroków Fed. Po konferencji prasowej prezesa Powella tuż po posiedzeniu dowiedzieliśmy się tylko, że Komitet jest w trakcie rewizji strategii i decyzja pojawi się „w niedalekiej przyszłości” (prawdopodobnie we wrześniu). Jednak informacje, w którą stronę zmierza dyskusja, mogą kształtować rynkowe oczekiwania już teraz. Przede wszystkim zmiany w forward guidance dopuszczające wyjście inflacji powyżej celu 2 proc. lub uzależniające przejście do podwyżek stóp procentowych od spadku stopy bezrobocia do konkretnego progu będą gołębie i ugruntują przekonanie o niskich stopach na długi czas. Ważnym elementem dyskusji będzie także tempo skupu aktywów – im dłużej Fed nie będzie chciał redukować comiesięcznych zakupów, tym bardziej negatywny będzie wydźwięk dla dolara. Oczywistym jest, że w minutkach FOMC nie pojawią się żadne konkretne deklaracje odnośnie tego, co zostanie postanowione na kolejnym posiedzeniu we wrześniu. Jednak rynkom wystarczy tylko wskazówka, że Fed chce być gołębi na dłużej, by podtrzymać swoje przekonanie o słabości dolara.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

ABM: dzieci z białaczką limfoblastyczną z szansą na wyleczenie

Rocznie w Polsce na nowotwory choruje ponad 1100 dzieci. Ostra białaczka limfoblastyczna (ALL) jest najczęstszym nowotworem złośliwym występującym w tej grupie. Dzięki finansowaniu Agencji Badań Medycznych, Uniwersytet Medyczny w Łodzi rozpoczął projekt badawczy CALL-POL, który obejmie wszystkie dzieci w Polsce ze świeżo rozpoznaną ALL.

Głównym celem projektu CALL-POL jest ułatwienie dostępu do najnowszych terapii dla polskich dzieci chorujących na ostre białaczki. Zaproponowane terapie będą dostępne dla wszystkich dzieci w Polsce. Identyfikacja opcji leczniczych odbędzie się przy użyciu zaawansowanej i ultranowoczesnych narzędzi diagnostyki molekularnej.

Finansowanie z Agencji Badań Medycznych pozwoli na zastosowanie nowoczesnych leków, których działanie jest molekularnie ukierunkowane i dopasowane do każdego pacjenta w sposób indywidualny. Będzie to prawdopodobnie najnowocześniejsza metoda leczenia białaczek na świecie. Takie podejście lecznicze ma na celu zwiększenie wyleczalności białaczki u dzieci do około 95%.

Zaproponowane w ramach projektu CALL-POL metody leczenia białaczki u dzieci umiejscawiają Polską onkohematologię dziecięcą w wśród najlepszych na świecie, a co najważniejsze korzystać z nowoczesnej terapii finansowanej przez Agencje Badań Medycznych będą wszystkie dzieci z rozpoznaną ostrą białaczką limfoblastyczną w kraju – podkreśla Prof. Wojciech Młynarski – lider projektu CALL-POL.

Grupę badaną będą stanowić dzieci z rozpoznaną ALL pochodzące ze wszystkich ośrodków onkologii pediatrycznej w Polsce. Zgodnie z wskaźnikami zachorowalności planowane jest włączenie do badania ok. 550-600 dzieci a średni czas obserwacji to około 46 miesięcy. Harmonizacja procedur diagnostycznych obejmie scentralizowaną analizę molekularną i genetyczną komórek białaczkowych, co pozwoli na dostosowanie metod leczniczych indywidualnie dla każdego pacjenta. Dodatkowo, modyfikacja terapii będzie oparta o badanie odpowiedzi na zastosowane leczenie, co będzie prowadzone na pomocą identyfikacji nawet pojedynczych komórek białaczki w szpiku kostnym.

Uniwersytet Medyczny w Łodzi tworzy konsorcjum ze Śląskim Uniwersytetem Medycznym, Uniwersytetem Medycznym w Lublinie oraz Instytutem Innowacyjnych Technologii w Katowicach, które wspólnie prowadzić będzie ogólnokrajowe kontrolowane badania kliniczne obejmujące leczenie dzieci w Polsce z białaczką. W tym celu partnerami klinicznymi w projekcie są wszystkie polskie ośrodki onkologii pediatrycznej, łącznie 16 szpitali. Konsorcjum CALL-POL zostanie połączone z siecią AIEOP-BFM, która jest największą na świecie międzynarodową siecią badań klinicznych w zakresie białaczek i chłoniaków u dzieci. Koszt badania to ponad 28 milionów złotych a finansowanie pochodzi w całości z Agencji Badań Medycznych.

Projekt CALL-POL wprowadzi nowoczesne metody diagnostyczne i terapie ukierunkowane molekularnie. Doświadczenie CALL-POL pozwoli na poprawę wyników leczenia dzieci chorujących na ostrą białaczkę limfoblastyczną nie tylko w Polsce, ale także na świecie.

Bądź krok przed innymi. Zobacz, gdzie bije serce nowoczesnej sprzedaży

Sekretem biznesu jest wiedzieć to, czego nie wiedzą inni. Już 24 września zrób krok, który zmieni Twoją karierę.

Im więcej wiedzy, tym większe szanse na jej właściwe wykorzystanie i zrobienie kolejnych kroków na drodze do rozwoju zawodowego. Już 24 września warszawski PGE Narodowy zamieni się w centralny punkt na biznesowej mapie Polski. To tam podczas National Sales Congress eksperci zdradzą mistrzowskie strategie sprzedaży i zarządzania.

Wydarzenie to trzy sceny:

– „sprzedaż” – poświęcona skutecznemu pozyskiwaniu klientów, social sellingowi na LinkedIn, budowaniu argumentacji sprzedażowej i działaniom w systemie prowizyjnym

– „zarządzanie” – dotyczące motywowania pracowników, KPI w ocenie efektywności strategii sprzedażowych, budowaniu skutecznych zespołów sprzedaży i strategii

– networking i strefa wystawiennicza – spotkanie prawie 500 uczestników, pozwalające na zawiązywanie nowych relacji biznesowych. Partnerem Networkingu jest Biznes Klub Polska.

Event odbędzie się w bezpiecznych warunkach, zgodnie z wszystkimi wytycznymi Ministerstwa Zdrowia. Liczba miejsc przygotowanych dla uczestników jest ograniczona, ponieważ bezpieczeństwo gości jest priorytetem. Da to też możliwość głębszego case studies każdego z tematów, a także indywidualnych konsultacji z ekspertami podczas strefy networkingu.

Na przybyłych czekają prelekcje między innymi:

– Philipa Zimbardo – „Psychologia sprzedaży”

– Jakuba B. Bączka – „MentalSales, czyli o sprzedaży za 2,8 mln zł w weekend”

– Nikolaya Kirova – „Budowanie skutecznej argumentacji w rozmowach z partnerami w biznesie”

– Krzysztofa Sarneckiego – „Jak wykorzystać energię ekonomii chaosu do skutecznej sprzedaży?”

– Dagmary Pakulskiej – „Social selling i sales navigator = duet idealny”

–  – „Jak pozyskać 60% klientów, do których zima sprzedaż 1-1 nie wystarczy”Barbary Piasek

– Radosława Żemło – „Jak zbudować efektywny dział sprzedaży?”

Dla kogo jest National Sales Congress?

✅ specjalistów ds. sprzedaży

✅ managerów sprzedaży średniego i wyższego szczebla

✅ dyrektorów sprzedaży

✅ właścicieli firm

✅ pracowników sektora b2b

Udział w Kongresie będzie potwierdzony certyfikatem poświadczonym przez Partnerów Merytorycznych wydarzenia: Koźmiński Executive Business School – lidera programów MBA w Polsce, Kirov Strategic Negotiators – wiodącą w Polsce firmę szkoleniowo-konsultingową specjalizującą się w programach rozwoju umiejętności miękkich i strategicznych, a także Quest Change Managers – zespołu konsultantów, którzy pomagają firmom w osiąganiu coraz lepszych rezultatów i w dynamicznym rozwoju. Partnerem Kongresu jest RE/MAX Polska – światowy lider na rynku pośrednictwa w obrocie nieruchomościami.

Więcej informacji o wydarzeniu i formularz rejestracyjny można znaleźć na stronie: https://nationalsales.pl/kongres-nsc-program/

Przez pandemię SARS-CoV-2 wzrosło ryzyko wycieków danych w sektorze medycznym, administracji czy korporacjach. Większość z nich nie myśli o szyfrowaniu danych

Instytucje publiczne i urzędy administracji zachęcają do korzystania z e-usług, sektor medyczny zaczął powszechnie wykorzystywać e-recepty i telekonsultacje, a korporacje oddelegowały pracowników na home office. To powoduje, że w czasie pandemii wzrosła ilość przetwarzanych danych, które nie zawsze są dobrze chronione. Na ryzyko wycieku najbardziej narażone są m.in. branża finansowa, ubezpieczeniowa, ale także szpitale oraz administracja publiczna. Tymczasem wciąż niewiele z nich korzysta z kryptografii w celu ochrony wrażliwych informacji.

– W dzisiejszych czasach, zwłaszcza w dobie pandemii, zdecydowanie rośnie zapotrzebowanie na bezpieczne technologie, umożliwiające komunikację na odległość. Pod uwagę trzeba wziąć zwłaszcza kanał komunikacji telefonicznej, wideokonferencje, przesyłanie maili i archiwizowanie danych – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sandra Mazur, członek zarządu UseCrypt.

Pandemia SARS-CoV-2 i spowodowane nią obostrzenia w kontaktach sprawiły, że prywatne i zawodowe życie Polaków przeniosło się do internetu. Komunikacja zdalna zastąpiła spotkania twarzą w twarz, a stosowanie cyfrowych narzędzi stało się koniecznością, bo firmy przeniosły działalność do internetu, a pracowników oddelegowały na home office.

Nowa rzeczywistość zmieniła też sposób, w jaki Polacy korzystają z internetu i usług telekomunikacyjnych. Rozmowy telefoniczne stały się częstsze i zdecydowanie dłuższe. Jak wynika z lipcowego badania przeprowadzonego na zlecenie Krajowego Rejestru Długów, ponad połowa (56,5 proc.) od czasu rozpoczęcia pandemii częściej sięga po telefon. Podobny odsetek (54,3 proc.) przyznaje, że spędza więcej czasu w internecie. Czas spędzony online bądź z komórką w dłoni zwiększył się najczęściej o ok. 2–4 godziny dziennie.

– Ponieważ internet jest coraz szerzej wykorzystywany, jesteśmy też bardziej narażeni na różne ataki i wycieki danych. Dlatego należy zwrócić uwagę, żeby komunikacja w sieci była bezpieczna – mówi Sandra Mazur.

Jak wynika z sierpniowego badania KRD i serwisu ChronPESEL.pl, aż 3/4 Polaków obawia się utraty danych osobowych w wyniku działalności oszustów w internecie. Prawie 70 proc. boi się, że źródłem wycieku będzie ich komputer lub telefon. Jednocześnie co trzeci nie zabezpiecza swojego komputera hasłem, połowa nie aktualizuje na bieżąco oprogramowania, a prawie 20 proc. nie używa programów antywirusowych. Zabezpieczeniu prywatnych i służbowych danych przed niepowołanymi osobami służą też coraz popularniejsze technologie kryptograficzne.

Należy je stosować w trzech kanałach komunikacji. Po pierwsze, trzeba zabezpieczyć połączenia głosowe, czyli rozmowy telefoniczne i SMS-y na telefon. Po drugie, wideorozmowy i wideokonferencje, stosowane szczególnie w czasach pandemii na bardzo szeroką skalę. I po trzecie, przede wszystkim należy zabezpieczyć przesyłanie danych i archiwum danych, czyli chmurę – mówi członek zarządu UseCrypt.

Powszechna w dobie pandemii praca zdalna – w połączeniu ze stale rosnącą w ostatnich latach skalą cyberataków – powodują, że do bezpieczeństwa i szyfrowania danych szczególną wagę powinny przykładać korporacje i sektor przedsiębiorstw. Dotyczy to zwłaszcza banków czy ubezpieczycieli.

 Pracownicy korporacji powinni mieć na swoich firmowych komórkach wdrożone narzędzia, które właściwie zabezpieczą ich dane. Dzisiaj korporacje wciąż jeszcze o tym nie myślą. O ile mają wdrożone procedury bezpieczeństwa IT na komputerach, tzw. polityki czystego pulpitu i czystego biurka, wszelkie systemy antywirusowe i antywłamaniowe, o tyle często działy IT zapominają o telefonach, na których jest przechowywanych i przetwarzanych bardzo wiele danych. Firmy i korporacje powinny pomyśleć o tym, żeby pracownik dostawał telefon z bezpiecznym, szyfrowanym komunikatorem – mówi Sandra Mazur. – Takim komunikatorem może być UseCrypt Messenger, który nie pozwala na wyciek danych, podsłuchanie rozmowy czy na zhakowanie telefonu pracownika korporacji.

Sektor przedsiębiorstw nie jest jedynym, który operuje na dużych ilościach wrażliwych danych, wymagających odpowiedniego zabezpieczenia. Od wybuchu pandemii SARS-CoV-2 instytucje publiczne i urzędy administracji zachęcają do korzystania z e-usług, a sektor medyczny zaczął powszechnie wykorzystywać e-recepty i telekonsultacje lekarskie. To pociąga ze sobą zwiększoną ilość danych i zwiększone ryzyko ich wycieku.

– Poza korporacjami technologie kryptograficzne powinny być wdrożone przede wszystkim do ochrony danych medycznych, komunikacji między lekarzem bądź szpitalem i pacjentem. Coraz częściej korzystamy z porad medycznych za pośrednictwem zdalnych środków przekazu, recepty i wyniki badań są wysyłane zdalnie. Po drugie, należy też zabezpieczyć dane mieszkańców. Ci mają coraz więcej usług i możliwości stosowania środków elektronicznych bez konieczności wizyty w urzędzie. Coraz częściej również porady prawne odbywają się za pośrednictwem wideokonferencji czy rozmów telefonicznych. Trzeba mieć na względzie to, że przekazywanie danych prawno-finansowych pomiędzy osobami fizycznymi czy firmami a pracownikami kancelarii prawnych i notarialnych też wymaga odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa – podkreśla członek zarządu UseCrypt.

Rekordowa liczba ludzi potrzebuje w tym roku pomocy humanitarnej. Nawet dwa razy więcej osób jest zagrożonych głodem

W tym roku rekordowo duża liczba ludzi na świecie potrzebuje i będzie potrzebować pomocy humanitarnej. Szacuje się, że do końca 2020 roku nawet 270 mln osób, czyli prawie dwa razy więcej niż w ubiegłym roku, będzie zagrożonych głodem – alarmuje Polska Akcja Humanitarna. Na dotychczasowe problemy – katastrofy klimatyczne, powodzie czy konflikty zbrojne – nałożyła się pandemia koronawirusa, która pociągnęła za sobą gospodarczą recesję, bezrobocie i podwyżki cen jedzenia. W najcięższej sytuacji jest Afryka Wschodnia, która dodatkowo zmaga się z największą od 70 lat plagą szarańczy, oraz Liban, który po sierpniowym wybuchu stoi na skraju gospodarczej zapaści.

– 19 sierpnia przypada Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej, ale niestety nie mamy zbyt wielu powodów do świętowania. W tym roku liczba osób, które będą potrzebować pomocy humanitarnej, jest największa od dekad. Składają się na to katastrofy klimatyczne, czyli np. susze i powodzie, i ich społeczne konsekwencje. Oprócz tego także pandemia koronawirusa, który już teraz nazywany jest wirusem głodu, konflikty zbrojne, kryzys gospodarczy, największa od 70 lat plaga szarańczy, a ostatnio także wybuch w Bejrucie, który popchnął Liban na skraj gospodarczej katastrofy – mówi agencji Newseria Biznes Helena Krajewska z Polskiej Akcji Humanitarnej.

Organizacja Narodów Zjednoczonych już w grudniu alarmowała, że pomocy humanitarnej będzie potrzebować w tym roku rekordowe 168 mln osób. Jednak trzy miesiące później wybuchła globalna pandemia SARS-CoV-2, która pociągnęła za sobą recesję. W efekcie w wielu krajach wystąpiły: masowe bezrobocie, zapaść gospodarcza i podwyżki cen artykułów niezbędnych do życia, w tym też żywności.

– To wszystko powoduje, że liczba osób zagrożonych głodem w 2020 roku może się nawet podwoić – mówi Helena Krajewska.

Na rosnące zapotrzebowanie na pomoc humanitarną w związku z pandemią SARS-CoV-2 zwrócili też uwagę wysoki przedstawiciel UE ds. polityki zagranicznej Josep Borrell oraz komisarz ds. zarządzania kryzysowego Janez Lenarčič. Jak podkreślają w oświadczeniu wydanym z okazji Światowego Dnia Pomocy Humanitarnej, UE planuje zwiększać swoje zaangażowanie i inwestycje na ten cel. Dziś pomoc humanitarna UE dociera do ludzi w ponad 80 krajach, a w ciągu najbliższych siedmiu lat Komisja Europejska przeznaczy na nią prawie 10 mld euro.

– Najpilniejsze kroki do podjęcia w tym momencie to niesienie pomocy wszędzie tam, gdzie pandemia, ale również kryzysy klimatyczne, czyli powodzie czy susze, przyniosły największe szkody. Mówimy o środkach pomocy natychmiastowej, takich jak żywność, dostęp do wody i środków higienicznych. Ale oprócz tego trzeba też myśleć długofalowo, czyli jak pomagać, aby w przyszłości te kraje mogły stanąć na własnych nogach – mówi ekspertka z Polskiej Akcji Humanitarnej.

W tym roku jednym z regionów najpilniej potrzebujących pomocy jest Afryka Wschodnia, która zmaga się z konsekwencjami trzech dużych kryzysów: pandemii koronawirusa, która wciąż się rozwija, powodzi i największej od dziesięcioleci plagi szarańczy, która zagroziła bezpieczeństwu żywnościowemu w regionie.

– Czerwonym punktem na mapie katastrof humanitarnych w 2020 roku jest także Bejrut i Liban, który już przed sierpniową eksplozją stał na skraju kryzysu gospodarczego. Wybuch, który zniszczył większą część miasta, spowodował śmierć ponad 200 osób, ranił tysiące, a setki nadal są zaginione, nie ma niestety tylko skutków bezpośrednich, ale długofalowe, druzgocące konsekwencje dla całej gospodarki – mówi Helena Krajewska.

Analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego nie wykluczają, że sytuacja ta doprowadzi do bankructwa tego kraju. Bank Światowy szacuje, że problem ubóstwa – spowodowany m.in. przez drastyczne podwyżki cen występujące jeszcze przed wybuchem – dotknie nawet 50 proc. ludności Libanu. Do tej pory kraj ten pomagał uchodźcom z Syrii, a teraz sam będzie potrzebował pomocy.

Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej upamiętnia pracowników organizacji pomocowych, którzy zostali ranni bądź zabici w tracie wykonywania swojej pracy. Został ustanowiony przez ONZ ponad dekadę temu, a jego data przypomina o ataku bombowym w Bagdadzie z 19 sierpnia 2003 roku, w którym zginęły 22 osoby. Od tego czasu na przestrzeni ostatnich 17 lat ponad 5 tys. pracowników organizacji humanitarnych straciło życie, zostało rannych, uwięzionych lub porwanych w trakcie pełnienia swoich obowiązków.

Według danych Aid Worker Security Database w 2019 roku liczba poważnych ataków na pracowników organizacji humanitarnych była najwyższa od początku prowadzenia zestawienia. W sumie 483 osoby zostały zaatakowane, 125 zginęło, 234 zostało rannych, a 124 porwanych w 277 incydentach. Większość z nich miała miejsce w Syrii, w Sudanie Południowym, Demokratycznej Republice Konga (DRK), Afganistanie i Republice Środkowoafrykańskiej.

 Chcemy przypomnieć, że organizacje takie jak Polska Akcja Humanitarna nie mogą nieść pomocy bez solidarności i wsparcia ze strony darczyńców. Tylko dzięki osobom, które nas wspierają, możemy nieść profesjonalną i codzienną pomoc w takich regionach jak Bliski Wschód, Afryka czy wschodnia Ukraina. W ostatnich miesiącach obserwowaliśmy niezwykłe dowody na solidarność ze strony Polaków i Polek. Myślę, że to po części pandemia uświadomiła nam, że świat jest wspólny, bardzo współzależny i naprawdę opłaca się pomagać innym – mówi przedstawicielka PAH..

Jak podkreśla, jeszcze niedawno większość organizacji pomocowych obawiała się, że kryzys gospodarczy wywołany pandemią przełoży się na spadek liczby darczyńców i mniejsze wsparcie.

– Na szczęście okazało się, że firm, instytucji i osób, które chcą pomagać, nie ubywa, czego przykładem jest m.in. akcja HASHPajacykBezPrzerwy, którą przeprowadziliśmy w Polsce, a którą wsparło bardzo wiele podmiotów i zwykłych ludzi – mówi Helena Krajewska.

W czasie pandemii Polacy piją mniej piwa. Te bezalkoholowe nie tracą na popularności

0

– Ten rok stanowi wyzwanie dla całej branży piwnej – mówi Igor Tikhonov, prezes Kompanii Piwowarskiej. Pandemia sprawiła, że w pierwszym półroczu rynek piwowarski w Polsce zanotował spadek po raz pierwszy od kilku lat. Zmieniły się też zachowania konsumentów, którzy częściej wybierają marki premium i piwa bezalkoholowe. Ten ostatni segment, pomimo pandemii, nadal notuje dwucyfrowe wzrosty. Prezes KP podkreśla, że wyniki grupy i całej branży za ten rok będą uzależnione głównie od tego, czy w kolejnych miesiącach wzrost zakażeń będzie tak silny, że pociągnie za sobą nowe obostrzenia. Koronawirus nie jest jednak jedynym wyzwaniem, z jakim mierzy się w tej chwili branża.

Polska jest jednym z największych w Europie producentów piwa. Jak wynika z danych GUS, w czerwcu jego produkcja przekroczyła 3,83 mln hl – o niecały 1 proc. mniej niż w I połowie 2019 roku i o ponad 3 proc. więcej niż w maju. W pierwszych trzech miesiącach roku produkcja systematycznie wzrastała. Całe półrocze zamknęło się wynikiem 19,97 mln hl. Jeśli dane za II połowę będą porównywalne, rok powinien zakończyć się na delikatnym minusie, ponieważ w całym 2019 roku browary w Polsce wyprodukowały 40,04 mln hl.

– W przeciwieństwie do lat ubiegłych w tym roku rynek piwowarski zaliczył spadek. Według danych GUS-u w pierwszej połowie roku krajowa sprzedaż zmniejszyła się o 3,6 proc. Największy, 7-proc. spadek przypadł na drugi kwartał, czyli kwiecień, maj i czerwiec –wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Igor Tikhonov, prezes Kompanii Piwowarskiej.

Największy wpływ na rynek piwowarski ma pandemia SARS-CoV-2. To ona głównie przyczyniła się do spadku jego wartości w pierwszym półroczu i zmiany zachowań konsumenckich.

– Z punktu widzenia konsumentów obserwujemy pewnego rodzaju polaryzację popytu. Pozycja marek premium jest odrobinę silniejsza niż piw mainstreamowych – i to właśnie te ostatnie najbardziej odczuły skutki kryzysu – mówi prezes Kompanii Piwowarskiej.

Niezależnie od rynkowych zawirowań stabilnie rośnie sprzedaż piw bezalkoholowych. W 2018 roku Kompania Piwowarska odnotowała wzrost w tym segmencie o ponad 85 proc., z kolei w ubiegłym roku wyniósł on już 103 proc.

– Widzimy, że wciąż rośnie sprzedaż piw bezalkoholowych. Nie jest wprawdzie na tak wysokim poziomie jak w zeszłym roku, ale nadal mówimy o dwucyfrowym wzroście sprzedaży – mówi Igor Tikhonov.

Skutki pandemii i kilkumiesięcznego lockdownu najdotkliwiej odczuły placówki gastronomiczne, które przez wiele miesięcy pozostawały zamknięte. Po odmrożeniu gospodarki większość z nich, choć nie wszystkie, wznowiły działalność. Jednak liczba klientów wciąż jest mniejsza w porównaniu ze stanem sprzed pandemii.

– Jednocześnie tradycyjny handel przeżywa obecnie duży kryzys, a przecież ok. 30 proc. jego obrotów to właśnie udział branży piwnej, więc jest to również ogromne wyzwanie dla drobnych sprzedawców – zauważa  prezes Kompanii Piwowarskiej. – Trudno jest w tej chwili ocenić, w jakim stopniu działania na rzecz odmrożenia gospodarki pomogą rynkowi odzyskać stabilizację, ponieważ z oczywistych względów zaufanie klientów nie jest już na tak wysokim poziomie jak w poprzednich latach.

Jak podkreśla, już na początku pandemii SARS-CoV-2 każda z branż musiała zmienić swój model biznesowy i dostosować się do obostrzeń sanitarnych, żeby móc kontynuować działalność. Nie inaczej było w przypadku Kompanii Piwowarskiej, której udało się utrzymać ciągłość produkcji. Grupa jest jednym z liderów polskiego rynku piwowarskiego, w którym ma ponad 36-proc. udział.

– Od początku stosowaliśmy środki sanitarne. W każdym browarze zainstalowaliśmy kamery termowizyjne, wprowadziliśmy obowiązkowy pomiar temperatury ciała, wymóg noszenia masek, utrzymywania dystansu społecznego i stosowania płynów do dezynfekcji – wymienia Igor Tikhonov.

Pandemia wpłynęła nie tylko na produkcję, lecz nawet marketing i promocję produktów. W czasie kryzysu trzeba było zmienić oryginalne kampanie reklamowe, przekazy marek zaprojektować od nowa i dostosować je do nowych realiów.

– Najważniejsza dla nas była kontynuacja działalności i produkcji w obliczu pandemii i związanych z nią restrykcji. Poradziliśmy sobie z tym dobrze. Nasz udział w rynku pozostał mniej więcej na stabilnym poziomie. Jesteśmy zadowoleni z wyników prawie wszystkich naszych marek – mówi prezes Kompanii Piwowarskiej. – Naszym planem na przyszłość jest kontynuowanie premiumizacji.

Podkreśla, że wyniki finansowe i sprzedażowe grupy za 2020 rok będą mocno uzależnione od drugiego półrocza, w tym głównie od rozwoju sytuacji epidemiologicznej i tego, czy jesienią wystąpi druga fala SARS-CoV-2, która pociągnęłaby za sobą nowe obostrzenia nakładane na klientów i sprzedawców.

Co istotne, pandemia nie była jedynym wyzwaniem, z którym rynek piwowarski musiał się zmierzyć w ostatnich miesiącach. Kolejnym był wzrost akcyzy, bo od początku roku stawki tego podatku są o 10 proc. wyższe.

– Taki wzrost w 2008 roku spowodował negatywne konsekwencje dla rynku – powrót do poprzedniego wolumenu sprzedaży zajął branży trzy lata, a do poprzedniej wartości – 10 lat. Stąd spodziewamy się, że i w tym roku odczujemy skutki podniesienia podatku akcyzowego. Dodatkowo planowane jest wprowadzenie podatku cukrowego i innych form opodatkowania, poza zwykłymi obciążeniami dla przedsiębiorstw, takimi jak koszty pracy, surowców i energii elektrycznej. To wszystko razem sprawia, że ten rok nie jest łatwy dla przedsiębiorstw z branży – podsumowuje Igor Tikhonov.

W tym roku rodzice na wyprawkę szkolną dla jednego dziecka planują wydać średnio 330 zł. Połowa wykorzysta na ten cel bieżące dochody

0

Ponad 37 proc. rodziców wykorzystuje końcówkę sierpnia, by skompletować potrzebne przybory szkolne dla dziecka – wynika z Barometru Providenta. Tylko niecałe 5 proc. zostawia te zakupy na ostatni dzień wakacji. Na wyprawkę dla jednego ucznia w tym roku rodzice zamierzają wydać średnio 330 zł. Najbardziej kosztochłonną pozycję w szkolnym budżecie stanowią podręczniki, sprzęt elektroniczny do nauki oraz nowe ubrania.

– Połowa sierpnia za nami, a więc to czas, kiedy rodzice już myślą o powrocie swoich dzieci do szkoły, a półki sklepowe wypełniają się piórnikami, zeszytami i tornistrami – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magda Maślana, ekspert ds. PR w Provident Polska.

Jak wynika z badania Barometr Providenta, 37,7 proc. rodziców właśnie pod koniec wakacji zajmuje się kompletowaniem wyprawki szkolnej dla dziecka, chociaż jeszcze wyższy odsetek przyznaje, że robi to systematycznie przez całe wakacje.

– Mamy także grupę rodziców, 5 proc. wśród naszych ankietowanych, którzy odkładają zakupy na ostatnią chwilę, na dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego – mówi Magda Maślana.

Co 10. ankietowany z kolei kończy kompletować wyprawkę już po rozpoczęciu szkoły, czyli po 1 września.

Planowanie zakupów w dużej mierze zależy od wieku rodziców – ci najmłodsi (25–34 lata) znacznie częściej zostawiają je na ostatnią chwilę. Najbardziej systematyczną grupą, która rozkłada wydatki na dwa wakacyjne miesiące, są opiekunowie z grupy wiekowej 45–54 lata.

– Średnio na jednego ucznia polska rodzina zamierza wydać około 330 zł – mówi ekspert ds. PR w Provident Polska. – Połowa rodziców chce się zmieścić w kwocie 300 zł. Co piąty wyda kwotę pomiędzy 400 a 500 zł, natomiast na zakupy powyżej tej kwoty będzie stać jedynie 15 proc. opiekunów.

Oferty „back to school” przygotowują również producenci sprzętu elektronicznego, który może być wykorzystywany np. do nauki zdalnej, oraz ubrań. To właśnie te zakupy – obok wydatków na podręczniki – stanowią największe obciążenie w budżecie przeznaczonym na wyprawkę. Mimo to zakup artykułów szkolnych nie stanowi już tak poważnego wyzwania dla finansów gospodarstw domowych jak jeszcze kilka lat temu. W dużej mierze to zasługa programów socjalnych, czyli m.in. 500 plus czy Dobry Start. Za ich pomocą wyprawkę sfinansuje 40 proc. opiekunów. Połowa wykorzysta na ten cel bieżące dochody, a co piąty sięgnie po oszczędności.

– Ponad 60 proc. Polaków posiadających dzieci przyznaje, że co roku kupuje nowe przybory szkolne. Co trzeci mówi o tym, że jest trochę bardziej oszczędny i stara się wykorzystać również przybory z poprzednich lat. Co 10. rodzic deklaruje, że kupi tylko niezbędne rzeczy, natomiast resztę dziecko będzie miało z poprzedniego roku lub po starszym rodzeństwie – wyjaśnia Magda Maślana.

Przy zakupach artykułów szkolnych rodzice najczęściej kierują się ich funkcjonalnością. Deklaruje to 57 proc. badanych. Około połowa opiekunów bierze jednak pod uwagę także cenę oraz upodobania dziecka.

– Często zwracamy również uwagę na walor edukacyjny – czy na pewno to, co kupujemy, będzie przydatne naszym pociechom. Z kolei dużo mniejsze znaczenie ma tutaj zdanie rodziców, na które wskazało 13 proc. badanych, oraz moda – wskazuje ekspertka Provident Polska.

Komputery optyczne przyspieszą rozwój systemów sztucznej inteligencji. Mogą być nawet 1000-krotnie szybsze od działających obecnie

Krzemowe superkomputery przystosowane do obsługi algorytmów uczenia maszynowego mogą zostać zastąpione przez ich optyczne odpowiedniki. Wykorzystanie światła jako podstawowego nośnika informacji pozwoli zmniejszyć zużycie energii elektrycznej przy jednoczesnym zwiększeniu mocy obliczeniowej. Firma Lightmatter zaprojektowała w pełni funkcjonalny procesor optyczny, który będzie kamieniem milowym na drodze do porzucenia krzemu na rzecz bardziej przyszłościowej technologii przesyłu danych.

Procesor fotonowy zaprezentowany przez inżynierów Lightmatter powstał z myślą o zastosowaniu specjalistycznym. Układ ma trafić do jednostek wyspecjalizowanych w wykonywaniu zadań na potrzeby systemów sztucznej inteligencji. W przeciwieństwie do klasycznych procesorów Lightmatter wykorzystuje do przesyłania i przetwarzania danych wiązkę światła, a nie impuls elektryczny przepuszczany przez krzemowe układy. Taka konstrukcja pozwoliła zauważalnie zredukować ilość ciepła wydzielanego przy maksymalnym obciążeniu procesora.

– Departament Energii szacuje, że do 2030 roku technologie komputerowe i komunikacyjne będą zużywać ponad 8 proc. światowej mocy. Tranzystory, siła napędzająca tradycyjne procesory, nie są ulepszane, a bardzo się grzeją. Budowanie coraz większych centrów danych to ślepa uliczka na drodze postępu obliczeniowego – przekonuje dr Nicholas Harris, założyciel i dyrektor generalny Lightmatter.

Układ Lightmatter został wykonany przy wykorzystaniu technologii druku cyfrowego, która pozwoliła na stworzenie procesora składającego się z przeszło miliarda tranzystorów FinFET, dziesiątek tysięcy fotonicznych jednostek arytmetycznych oraz setki konwerterów danych. Procesor został przystosowany do współpracy z najpopularniejszymi frameworkami używanymi do pracy z algorytmami sztucznej inteligencji, dlatego może zostać wykorzystany m.in. w parze z PyTorch czy TensorFlow.

Nie tylko inżynierowie z Lightmatter pracują nad wdrożeniem technologii przetwarzania danych z wykorzystaniem układów fotonicznych. W 2019 roku zespół badaczy z IBM Research Zurich zaprezentował optyczny tranzystor organiczny zdolny do przetwarzania danych z 1000-krotnie wyższą prędkością niż klasyczne tranzystory bazujące na technologii krzemowej.

Z kolei inżynierowie z Wydziału Inżynierii Elektrycznej i Komputerowej Uniwersytetu George’a Washingtona opublikowali na łamach „Applied Physics Reviews” pracę naukową opisującą model teoretyczny fotonicznej sieci neuronowej. Zgodnie z ich wyliczeniami zastosowanie optycznych układów Tensor Processing Unit wyspecjalizowanych do pracy w ramach głębokich sieci neuronowych pozwoliłoby nawet trzykrotnie przyspieszyć proces przetwarzania danych przez algorytmy sztucznej inteligencji.

– Potrzebujemy nowego paradygmatu w obliczeniach komputerowych. Procesory optyczne są znacznie szybsze i bardziej energooszczędne niż tradycyjne procesory. Jednocześnie umożliwiamy rozwój systemów obliczeniowych i zmniejszamy ich wpływ na naszą planetę – podkreśla dr Nicholas Harris z Lightmatter.

Banki odpowiadają na kryzys związany z pandemią nowymi technologiami. Już 1/3 kont bankowych zakładana jest przez internet

W związku z masową izolacją społeczeństwa w czasie pandemii koronawirusa sektor bankowy został zmuszony do rozwoju usług zdalnych, które pomogły komunikować się z klientami z pominięciem fizycznych placówek. Na popularności zyskały aplikacje mobilne oraz systemy biometrycznej identyfikacji użytkownika, które na stałe wpiszą się w tę branżę. Cyfryzacja bankowości pozwoliła wdrożyć i upowszechnić nowe usługi w pełni wykorzystujące potencjał nowych technologii.

– Część osób, które przed pandemią powszechnie korzystały z oddziałów, w jej trakcie miało obawy, czy pójść do oddziału. Ta obawa powodowała, że zwiększył się popyt na konta internetowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Leszek Skiba, prezes Banku Pekao SA. – Dzisiaj 1/3 kont bankowych zakładana jest właśnie w kanałach zdalnych, czyli bez pośrednictwa żywej osoby.

O tym, jak ważną rolę w bankowości pełnią kanały komunikacji zdalnej, świadczy raport kwartalny opracowany przez Bank BNP Paribas. Z oficjalnych danych analityków bankowych wynika, że w drugim kwartale 2020 roku znacząco wzrosło zainteresowanie alternatywnymi metodami płatności – w tym czasie zanotowano 43-proc. wzrost liczby transakcji mobilnych oraz 31-proc. wzrost liczby transakcji za pośrednictwem platformy BLIK. O 9 proc. w skali kwartału zwiększyła się także liczba klientów korzystających z aplikacji GOmobile.

Banki dostrzegają cyfrową rewolucję i starają się dostosować do nowych realiów.

– Nasza propozycja jest taka, aby zakładać sobie konto internetowe na selfie, czyli poprzez użycie smartfona, bez konieczności kontaktu z żywym człowiekiem – mówi Leszek Skiba. – Jako pierwsi zaoferowaliśmy tę usługę, dzięki czemu mieliśmy bardzo silny wzrost zakładanych kont przez internet.

Na biometryczną identyfikację użytkownika za pośrednictwem fotografii postawił także ING Bank Śląski, który wdrożył ją dla klientów biznesowych. Weryfikacji tożsamości system dokonuje po analizie dowodu osobistego i zeskanowaniu twarzy osoby wnioskującej o założenie firmy. Nieco odmienną ścieżkę zdalnej weryfikacji tożsamości w dobie pandemii obrał mBank, który umożliwia założenie konta bankowego przy wykorzystaniu e-dowodu. Zastosowań cyfrowych rozwiązań w bankowości jest coraz więcej.

– Pojawia się coraz więcej nowych inicjatyw, m.in. aplikacja PeoPay KIDS dla dzieci od szóstego roku życia. To jest karta płatnicza i aplikacja edukacyjna pozwalająca oszczędzać na różne cele, zawierająca kontrolę rodzicielską. Jest niezmiernie ważne, żeby pomóc rodzicom uczyć dzieci odpowiedzialnie gospodarować swoimi pieniędzmi i pod kontrolą, w taki sposób, żeby miały poczucie odpowiedzialności za swoje decyzje finansowe – tłumaczy ekspert.

W czasie pandemii równie ważne okazały się działania edukacyjne, które miały zachęcić klientów do korzystania z bankowości mobilnej. Szeroko zakrojoną akcję promocyjną przeprowadził Santander Bank Polska, który zrealizował filmy instruktażowe wyjaśniające klientom zasady funkcjonowania kanałów zdalnych oraz otwartej bankowości, które udostępniono na profilach społecznościowych firmy.

Credit Agricole postanowił z kolei ułatwić planowanie wizyt w placówkach bankowych, aby uniknąć kolejek i zminimalizować ryzyko wystawienia się na kontakt z osobami zarażonymi koronawirusem. Bank podjął w tym celu współpracę z twórcami aplikacji Booksy do planowania wizyt w obiektach usługowych. Za pośrednictwem aplikacji klienci, którzy z jakiegoś powodu nie mogą skorzystać ze zdalnej bankowości, mogą umówić datę i godzinę wizyty, a co za tym idzie – załatwić bankowe formalności bez stania w kolejkach.

– Banki wiedzą, że teraz jest czas, w którym klienci weryfikują wszystkie funkcjonalności i oczekują coraz więcej. Chcą, żeby pewne usługi były bardzo szybko oferowane, na e-mail i od razu. Aby zabezpieczyć interesy banku, niezmiernie ważne jest to, żeby to robić w sposób uporządkowany, dokonać zmiany technologicznej, zainwestować w IT. I to jest odpowiedź banków na pandemię, na rywalizację o to, żeby być nowoczesnym, zdigitalizowanym bankiem – wyjaśnia Leszek Skiba.

Według firmy badawczej Big Market Research wartość globalnego rynku bankowości mobilnej do 2026 roku wzrośnie do 1,83 mld dol. W najbliższych latach ma  się rozwijać w tempie 12,2 proc. w skali roku.

Ukraińcy coraz chętniej zostają w Polsce

Nastroje ukraińskich migrantów zarobkowych w Polsce coraz częściej wskazują na tendencję do asymilacji i relokacji przynajmniej jednego członka rodziny. W związku z tym przewiduje się, że przepływ środków pieniężnych przekazywanych przez migrantów na Ukrainę zostanie ograniczony. Takie wnioski płyną z Centrum analitycznego firmy Gremi Personal w odniesieniu do ostatniego badania Narodowego Banku Polskiego.

W ciągu ostatnich pięciu lat znacząco wzrósł odsetek imigrantów z Ukrainy, którzy zadeklarowali chęć pozostania w Polsce na dłużej lub nawet na stałe. Ponad połowa imigrantów w Polsce stara się o relokację przynajmniej jednego członka rodziny.

Według danych Narodowego Banku Polskiego w 2015r. przeważająca większość Ukraińców (80%) planowała pobyt w Polsce na okres do roku. Jednak w 2020 roku większość (52%) planuje pozostać na dłużej niż 3 lata.

Centrum analityczne Gremi Personal zauważa również w swoich badaniach socjologicznych szybki wzrost zapotrzebowania na oferty pracy wśród małżeństw. Według sondażu przeprowadzonego przez Gremi Personal w lutym 2020 roku około 15% respondentów planowało przeprowadzić się do Polski z rodziną. Ponadto, co trzeci (31%) Ukrainiec pracujący w Polsce miał plany bezpośrednio związane z asymilacją w Polsce: uzyskanie zezwolenia na pobyt stały/obywatelstwa, przeprowadzkę, nabycie nieruchomości czy rozpoczęcie działalności gospodarczej.

Obecna sytuacja przypomina trend wśród migrantów z Polski do Europy Zachodniej po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Odsetek migracji cyklicznych (wahadłowych) był wciąż wysoki, ale z biegiem lat wzrósł też odsetek Polaków pragnących pozostać za granicą (zwłaszcza w Wielkiej Brytanii) na dłuższy okres. Jednak migracja obywateli polskich w ramach Unii Europejskiej różni się od migracji z Ukrainy do Polski ze względu na zaostrzone przepisy imigracyjne dla Ukraińców.

Warto jednak zauważyć, że polski rząd wspiera ukraińskie rodziny posiadające zezwolenia na pobyt w Polsce (karta pobytu) z dostępem do rynku pracy poprzez objęcie ich szeregiem programów rodzinnych. Od 2019 roku Ukraińcy mogą otrzymywać co miesiąc 500 zł (ok. 3600 UAH) świadczenia na każde dziecko w ramach programu Rodzina 500+. Każdego roku przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego ukraińskie rodziny mogą liczyć na 300 zł na wyposażenie ucznia w ramach programu Dobry start 300+. Dodatkowo od 1 sierpnia 2020 roku dostępny jest dla Ukraińców bon turystyczny przeznaczony na wsparcie rodzinnych wakacji i turystyki krajowej w Polsce w związku z pandemią. Bon o wartości 500 zł na każde dziecko można przeznaczyć na wakacje w Polsce do końca marca 2022 roku. Ponadto polski rząd udziela wsparcia ukraińskim rodzinom o niskich dochodach w postaci paczek żywnościowych na święta, wypłat stypendiów socjalnych dla studentów z rodzin o niskich dochodach, a Ukraińcy pracujący w Polsce mogą później liczyć na polską emeryturę. Ten „pakiet socjalny” motywuje Ukraińców do pozostania w Polsce na długi okres.

Nowe prawo budowlane zmieni definicję stron procesu inwestycyjnego

19 września 2020 r. wejdą w życie długo oczekiwane zmiany prawie budowlanym. Nowe regulacje jednoznacznie wskażą kto jest, a kto nie jest stroną w postępowaniu o wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę. Do tej pory były z tym poważne problemy.

Zakres zaproponowanych przez ustawodawcę zmian był szeroko komentowany przez środowiska profesjonalnie zaangażowane w proces przygotowania i realizacji projektów budowlanych. Jednym z przyjętych rozwiązań jest sposób, w jaki znowelizowane prawo budowlane próbuje doprecyzować kryterium, w oparciu o które organy administracji architektoniczno-budowlanej będą ustalać krąg podmiotów, którym przysługuje uprawnienia strony w postępowaniu o zatwierdzenie projektu budowlanego i udzielenie pozwolenia na budowę.

Problemy organów administracji z prawidłowym określaniem stron w takim postępowaniu miały charakter powszechny i negatywnie wpływały na tempo procesu inwestycyjnego oraz bezpieczeństwo inwestorów. Dotychczas obowiązujące przepisy prawa budowlanego są w tym zakresie niejednoznaczne i pozwalają na znaczną swobodę w ich interpretacji. Także orzecznictwo sądowo-administracyjne w sprawach z zakresu prawa budowlanego nie doprowadziło do ukształtowania jednolitych wytycznych, które byłby jednoznaczną wskazówką interpretacyjną dla organów administracji i uczestników procesu inwestycyjnego. Bez nich trudno o bezwzględną kwalifikację kto jest, a kto nie jest stroną w postępowaniu o wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę. Nowelizacja prawa budowlanego, która wejdzie w życie we wrześniu tego roku ma rozwiać te wątpliwości.

Zmiana definicji obszaru oddziaływania obiektu

Ustawodawca zdecydował się na zmianę definicji legalnej pojęcia „obszar oddziaływania obiektu”, o którym mowa w art. 3 pkt 20 pr. budowlanego. Ma ona kluczowe znaczenie dla prawidłowej interpretacji art. 28 ust. 2 pr. budowlanego. Zgodnie z tym przepisem, stronami w postępowaniu w sprawie pozwolenia na budowę są obok inwestora właściciele, użytkownicy wieczyści lub zarządcy nieruchomości znajdujących się w obszarze oddziaływania projektowanego obiektu.

W dotychczasowym brzemieniu przepisów obszar oddziaływania obiektu to teren wyznaczony w otoczeniu obiektu budowlanego na podstawie przepisów odrębnych, wprowadzających związane z tym obiektem ograniczenia w zagospodarowaniu, w tym zabudowy tego terenu.

W nowym brzmieniu z definicji usunięte zostały słowa – „w zagospodarowaniu”. W związku z tym zgodnie z nową definicją obszar oddziaływania obiektu to teren wyznaczony w otoczeniu obiektu budowlanego na podstawie przepisów odrębnych, wprowadzających związane z tym obiektem ograniczenia w zabudowie tego terenu.

Powyższy zabieg legislacyjny ma spowodować, iż stroną w postępowaniu o udzielenie pozwolenia na budowę będzie inwestor. Właściciele (użytkownicy wieczystości oraz zarządcy) nieruchomości sąsiednich będą stronami tego postępowania tylko wtedy, gdy zostanie wskazane, że projektowana inwestycja spowoduje ograniczenia możliwości zabudowy nieruchomości sąsiednich z uwagi na treść przepisów techniczno-budowlanych, w tym w szczególności rozporządzenia Ministra Infrastruktury z 12.04.2002 r. w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie.

Z uzasadnia projektu nowelizacji wynika, że ewentualne ograniczenia w zabudowie, w świetle przepisów technicznych w budownictwie są jednoznaczne i odnoszą się wyłącznie „…do takiego wpływu na nieruchomość, który uniemożliwia lub ogranicza wykonywanie robót budowlanych (w tym budowę obiektów budowlanych) z uwagi na niespełnienie przepisów techniczno-budowlanych i innych przepisów szczególnych, które stawiają wprost wymogi dotyczące zabudowy.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że definicja pojęcia obszar oddziaływania inwestycji pojawiła się w prawie budowlanym w 2003 r. i od początku budziła kontrowersje i stwarzała problemy interpretacyjne. Ta, trwająca już kilkanaście lat dyskusja, mająca istotny wymiar praktyczny sprowadzała się do odpowiedzi na pytanie, co należy rozumieć pod pojęciem „ograniczenia w zagospodarowaniu terenu”. Czy chodzi wyłącznie o ograniczenia natury technicznej wynikającej z technicznych przepisów branżowych, czy też powinna być rozumiana szerzej i uwzględniać potrzebę ochrony interesów właścicieli nieruchomości sąsiednich wynikającą także z innych przepisów prawa, w tym przepisów prawa cywilnego? W konsekwencji, czy pojęcie strony w postępowaniu o pozwoleniu na budowę interpretować wąsko, czy też szeroko?

Obszar oddziaływania obiektu – dwa kierunki orzecznicze

Na tle tak zarysowanej rozbieżności interpretacyjnej w orzecznictwie sądowo-administracyjnym wykształciły się zasadniczo dwa kierunki orzecznicze.

Zgodnie z pierwszym, oddziaływanie obiektu winno być badane na gruncie wyłącznie materialnych przepisów techniczno-budowlanych. W przypadku braku negatywnego wpływu projektowanej inwestycji, z punktu widzenia tychże przepisów na nieruchomości sąsiednie brak jest podstaw do uznania, że po stronie właścicieli tych nieruchomości występuje interes prawny uzasadniający ich udziału w postępowaniu administracyjnym w charakterze strony. Jako tego rodzaju źródło prawa materialnego składy orzekające wskazywały m.in. przepisy rozporządzenia Ministra Infrastruktury z 12.04.2002 r. w sprawie warunków technicznych jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie, przepisy rozporządzenia Rady Ministrów z 10.09.2019 r. w sprawie przedsięwzięć mogących znacząco oddziaływać na środowisko, przepisy ustawy o drogach publicznych, czy też przepisy ustawy z 20.05.2016 r. o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych.

Drugi kierunek orzeczniczy wskazuje na szerokie rozumienie oddziaływania projektowanego obiektu na otoczenie. Nakazuje bowiem badanie przez organ administracji architektoniczno-budowlanej zakresu oddziaływania projektowanej inwestycji na otoczenie, nie tylko z punktu widzenia przepisów techniczno-budowlanych, ale także badanie pod kątem oceny czy projektowana inwestycja nie wprowadzi ograniczeń w zagospodarowaniu nieruchomości sąsiednich na podstawie także innych, niż przepisy techniczno-budowlane przepisów. Sądy stały na stanowisku, że organy administracji architektoniczno-budowlanej są zobowiązane do badania, czy projektowana inwestycja nie utrudni dotychczasowego sposobu korzystania z nieruchomości sąsiednich (tak m.in. wyrok WSA w Olsztynie z 12.03.2020 r. w sprawie II SA/Ol 973/19).

Jak wielokrotnie podkreślał Naczelny Sąd Administracyjny, nie chodzi tutaj o przekroczenie jakichkolwiek standardów technicznych przez projektowaną inwestycję. Istnienie interesu prawnego, jaki wynika z art. 28 ust. 2 prawa budowlanego, nie jest uzależnione od tego czy dana inwestycja będzie powodowała przekroczenie norm, lecz czy dana inwestycja w ogóle może oddziaływać na nieruchomości sąsiednie (tak w wyroku NSA z 11.03.2020 r. w sprawie II OSK 3158/19). Jak podnosi NSA w uzasadnieniu do ww. orzeczenia definicja obszaru oddziaływania obiektu zawarta w przepisach prawa budowlanego abstrahuje od kwestii przekroczenia norm w zakresie oddziaływania inwestycji. W innym przypadku, jak słusznie podkreśla Sąd, tylko w sytuacji przekroczenia norm (a więc de facto wadliwości decyzji), miałby istnieć interes prawny uzasadniający przyznanie osobom trzecim (poza inwestorem) przymiotu strony w postępowaniu o udzielnie pozwolenia na budowę. Tego rodzaju stanowisko byłby natomiast nieuprawnione, ponieważ to wskazany interes prawny powinien stanowić podstawę gwarancji prawnych, umożliwiających konkretnemu podmiotowi poddanie kontroli decyzji o pozwoleniu na budowę pod względem jego zgodności z prawem.

Idąc za takim tokiem rozumowania sądy administracyjne orzekające w ramach tego nurtu orzeczniczego stoją na stanowisku, że przymiot strony w postępowaniu administracyjnym o pozwolenie na budowę mają również właściciele tych nieruchomości, które mogą podlegać takiemu negatywnemu wpływowi projektowanej inwestycji, który uzasadnia użycie przez właścicieli tych nieruchomości środków ochrony prawnej przewidzianych w Kodeksie Cywilnym dla ochrony prawa własności (tak m.in. wyrok NSA z 22.11.2017r. w sprawie II OSK 531/16). Jako przykłady tego rodzaju ograniczeń dla właścicieli nieruchomości sąsiednich sądy administracyjne wskazują hałas, wibracje, zakłócenia elektryczne albo zanieczyszczenie powietrza, wody lub gleby, bądź też pozbawienie lub ograniczenie możliwości korzystania z wody, kanalizacji, energii elektrycznej i cieplnej, środków łączności, dopływu światła dziennego wskutek projektowanej inwestycji (tak m.in. wyrok WSA w Łodzi z 2.08.2018 r. w sprawie II SA/Łd 467/18).

Nowa definicja obszaru oddziaływania obiektu

Wprowadzona nowelą zmiana legalnej definicji obszaru oddziaływania obiektu ma w założeniu ograniczyć krąg osób uprawnionych do występowania w charakterze strony w postępowaniu administracyjnym o udzielenie pozwolenia na budowę. Ograniczanie to ma w założeniu nastąpić poprzez usuniecie z definicji legalnej obszaru oddziaływania inwestycji słów „w zagospodarowaniu”. W konsekwencji wydaje się, że nowa definicja odpowiada sposobowi rozumowania prezentowanemu do tej pory w pierwszym z wyżej opisanych kierunków orzeczniczych sądów administracyjnych. W ocenie projektodawców zredukowanie definicji ustawowej do „ograniczeń w zabudowie” przy ustalaniu obszaru oddziaływania obiektu pozwoli na przyjęcie, że obszarem oddziaływania jest jedynie taki teren „…w stosunku do którego ten obiekt wprowadzi ograniczenia możliwości budowy innych obiektów budowlanych ze względu na wymogi przepisów odnoszące się do zabudowy, a nie ze względu na to, że obiekt wprowadzi jakiekolwiek subiektywne uciążliwości.”

Rekapitulując przytoczoną argumentację autorów projektu nowelizacji, stronami w postępowaniu administracyjnym o udzielenie pozwolenia na budowę mają być wyłącznie ci właściciele (użytkownicy wieczyści, zarządcy) nieruchomości sąsiednich, którzy będą w stanie wykazać, że projektowana inwestycja, w świetle obowiązujących przepisów techniczno-budowlanych powoduje ograniczenia w możliwości zabudowy ich nieruchomości. W tym kontekście, poza zainteresowaniem organów administracji pozostaną natomiast ci właściciele nieruchomości sąsiednich, których prawa właścicielskie zostaną ograniczone (ograniczenia w zagospodarowaniu) projektowaną inwestycją w taki sposób, który podlega ochronie na gruncie prawa cywilnego. Przyjęcie takiego rozumowania może budzić wątpliwości, w szczególności w kontekście ukształtowanego orzecznictwa sądów administracyjnych w sprawach dotyczących emisji pól elektromagnetycznych. „Na gruncie tych orzeczeń sady przyjmują, że jeżeli inwestor projektuje budowę urządzeń powodujących emisję pól elektromagnetycznych o gęstości mocy większej niż 0,1 W/m(2), a strefy tych pól wykraczać będą – choćby w przestrzeni – ponad działkami sąsiednimi, to właściciele tych działek sąsiednich doznają ograniczenia w zagospodarowaniu należących do nich terenów, co jednocześnie powodować będzie, że należąca do nich nieruchomość pozostawać będzie w obszarze oddziaływania obiektu w rozumieniu art.28 ust.2 w zw. z art. 3 pkt 20 prawa budowlanego” (tak m.in. WSA w Białymstoku z 19.03.2020 r. w sprawie II SA/Bk 136/20, NSA z 22.08.2019 r. w sprawie II OSK 1956/18, wyrok NSA z 18.09.2015 r. w sprawie II OSK 174/14, wyrok NSA z 30.04.2015 r. w sprawie II OSK 2376/13).

Na gruncie znowelizowanego prawa budowlanego, po 19 września 2020 r. uprawnienie do udziału tych osób w charakterze strony w toku postępowania o pozwolenie na budowę tego rodzaju urządzeń będzie zasadniczo wątpliwe.

Podsumowanie

Nowa definicja obszaru oddziaływania obiektu wydaje się być korzystną zmianą dla inwestorów.  Kwestia tego, kto jest uczestnikiem procesu inwestycyjnego ma istotne znaczenie dla procesu inwestycyjnego, szczególnie w odniesieniu do jego tempa. Skuteczność nowych regulacji i to, czy faktycznie spełnią pokładane w niej oczekiwania, pozwoli jednak ocenić dopiero praktyka stosowania przepisów oraz orzecznictwo sądów administracyjnych.

Mirosław Narolski, adwokat, wspólnik w Brzezińska Narolski Adwokaci sp. Partnerska. Jest ekspertem w dziedzinie nieruchomości i projektów inwestycyjnych. Posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie przygotowania i realizacji projektów budowlanych i w obsłudze korporacyjnej firm produkcyjnych.

Julia Janik, aplikant adwokacki w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci (http://bnadwokaci.pl/). Zajmuje się sprawami z zakresu szeroko pojętego prawa pracy i obsługą klientów korporacyjnych. Specjalizuje się we wspieraniu zespołów HR, opracowywaniu umów i dokumentacji pracowniczej. Skupia się m.in. na kwestiach mobbingu, nierównego traktowania, oraz zatrudniania cudzoziemców.

Ponad miliard złotych więcej na pożyczki płynnościowe

Miał być miliard, a jest ponad dwa miliardy. Podpisany właśnie aneks do umowy dotyczącej pożyczek płynnościowych zwiększa pulę środków do 2,15 miliarda złotych. Środki pochodzące z Programu Inteligentny Rozwój firmy powinny przeznaczyć na bieżącą działalność.

Aneks do umowy został podpisany 14 sierpnia 2020 r. przez przedstawicieli Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Banku Gospodarstwa Krajowego. Pożyczka może sfinansować wynagrodzenie pracowników firmy, nieopłacone faktury, przelewy na wydatki bieżące, takie jak: ubezpieczenia, opłaty za wynajem pomieszczeń czy zakup towarów.

„Pożyczki płynnościowe cieszą się ogromnym zainteresowaniem wśród przedsiębiorców. W kwietniu, kiedy po raz pierwszy wraz z Bankiem Gospodarstwa Krajowego je uruchomiliśmy, wpłynęło prawie 4 tysiące wniosków od przedsiębiorców” – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej.

Pierwsza pula środków na pożyczki wynosiła 400 milionów złotych, ale zwiększono ją do 550 milionów. „Co okazało się być równie niewystarczające, więc została zwiększona do 1,05 miliarda” – mówi minister Jarosińska-Jedynak. Zainteresowanie pożyczkami płynnościowymi jednak nie malało. Potrzebne było kolejne 1,1 miliarda. „Dzisiaj mówimy już o 2,15 miliarda złotych, które będą przeznaczone i zaangażowane dla mikro, małych i średnich przedsiębiorców na pożyczki płynnościowe” – podsumowuje minister Jarosińska-Jedynak.

Pożyczki płynnościowe udzielane są przez instytucje finansujące współpracujące z BGK. Do tej pory w całym kraju przedsiębiorcy zawarli ponad 1000 umów na prawie 365 milionów złotych. Przyznane pożyczki trafiły głównie do małych firm (46,2 proc. podpisanych umów) i mikroprzedsiębiorstw (30,4 proc. podpisanych umów). Pożyczek najczęściej udzielano podmiotom z branży handlu (26 proc.), przemysłu (21 proc.), budownictwa (14 proc.) oraz usług (13 proc.).

Największy odsetek przedsiębiorców korzystających ze wsparcia w ramach puli na pożyczki płynnościowe wykazywany jest w woj. mazowieckim (149 wniosków), pomorskim (121 wniosków) oraz małopolskim (94 wnioski).

„To produkt dostosowany do sytuacji, która wyniknęła z pandemii. W pierwszej rundzie różnych programów pomocowych rząd starał się stabilizować zatrudnienie. Natomiast w tej chwili, w tych branżach, gdzie był zastój czy spowolnienie, pojawił się problem płynności i właśnie ta pożyczka płynnościowa oraz inne, które są finansowane ze środków unijnych odpowiadają na to zapotrzebowanie” – mówi Przemysław Cieszyński, członek zarządu BGK.

W opinii minister Jarosińskiej-Jedynak środki z Funduszy Europejskich nie mogą czekać na lepsze czasy. „One mają te lepsze czasy nam przybliżać i to właśnie czynimy w ramach pożyczki płynnościowej z Programu Inteligentny Rozwój. Przedsiębiorców wspierają też inne programy, bo funduszowy pakiet antywirusowy to ponad 14 miliardów złotych środków europejskich, które pracują dla gospodarki” – mówi minister.

Główną zaletą pożyczki jest jej połączenie z dotacją, która pokrywa w całości koszty oprocentowania. W praktyce przedsiębiorca spłaca tylko raty kapitałowe. Dotacja na odsetki jest udzielana równolegle z podpisaniem umowy o pożyczkę – bez konieczności składania dodatkowych wniosków.
Maksymalna wysokość pożyczki ustalana jest indywidualnie. Przedsiębiorca może skorzystać z więcej niż jednej pożyczki, a ich suma nie może przekroczyć 15 milionów złotych. Pieniądze można przeznaczyć na uregulowanie bieżących potrzeb firm, zapłatę pensji pracowników czy należności u kontrahentów. Spłata może trwać do 6 lat.

„Od jutra będziemy uruchamiać postępowanie na wybór instytucji finansowych, które będą udzielać przedsiębiorcom pożyczek. Od tych instytucji oczekujemy kompetencji, które zagwarantują, że udzielone przedsiębiorcom finansowania zostaną spłacone” – mówi Cieszyński.
Źródło informacji: Centrum Prasowe PAP

Złoto wraca ponad pułap

Na początku sierpnia – zgodnie z prognozami m.in. Goldman Sachs – cena złota po raz pierwszy w historii przekroczyła poziom 2000 dolarów za uncję. Gwałtownie ożywiło się wówczas także srebro, które zbliżyło się do granicy 30 dolarów za uncję.

Miniony tydzień przyniósł korektę na rynku metali szlachetnych, którą spowodowały m.in. napływające z Rosji informacje o szczepionce na koronawirusa, komunikowanej jako skutecznej i bezpiecznej. Choć Rosjanie chwalą się swoim sukcesem, w dalszym ciągu nie podają informacji na temat działania szczepionki. A takie podejście budzi sceptycyzm w środowisku naukowym.

Chwilowa euforia na rynkach i spadek ceny złota okazały się dobrym pretekstem do zakupów. Tak jak się spodziewaliśmy, korekta okazała się krótkotrwała. We wtorek 18 sierpnia notowania królewskiego kruszcu znów poszybowały ponad poziom 2000 USD. Podobnie rzecz się ma ze srebrem i platyną, których ceny również wróciły na ścieżkę wzrostu.

To jasny znak, że inwestorzy nie tracą zainteresowana metalami szlachetnymi, zwłaszcza w kontekście napływania kolejnych danych, jednoznacznie pokazujących, jak mocno trwająca epidemia odbija się na światowej gospodarce i że recesja stała się faktem. A biorąc pod uwagę, że końca walki z COVID-19 na horyzoncie nie widać, zainteresowanie „bezpiecznymi przystaniami” na rynkach finansowych nie powinno nikogo dziwić.

Warto zwrócić też uwagę na jeszcze jeden „smaczek”. Legendarny inwestor Warren Buffett, który od lat krytycznie odnosił się do królewskiego kruszcu, zakupił złoto w postaci akcji wydobywczego giganta Barrick Gold. Jego fundusz Berkshire Hathaway kupił 20,9 mln akcji o wartości 563,6 mln dolarów. Zakupu tego nie dokonał oczywiście w ciągu ostatniego tygodnia, a raczej w ciągu ostatniego kwartału. Sam fakt jednak, że „wyrocznia z Omaha” przekonała się do złota, sygnalizuje że coś musi być na rzeczy.

Michał Tekliński – dyrektor ds. rynków międzynarodowych w Grupie Goldenmark. Doświadczenie menedżerskie zdobywał w czasie kilkuletniej pracy w instytucjach pozarządowych i w branży IT. W Goldenmark odpowiada za koordynację bezpośredniej i ścisłej współpracy z największymi producentami oraz dostawcami złota i diamentów na całym świecie.

W Warszawie ceny mieszkań cały czas rosną. Gdzie znajdziemy najtańsze „M”?

Drugi kwartał 2020 roku na pewno na długo zapisze się w historii krajowej mieszkaniówki ze względu na kryzys wywołany epidemią kronawirusa. Zwiększone wymagania kredytowe banków oraz wprowadzone przez nie ograniczenia znacząco wpłynęły na zakup mieszkań na rynku pierwotnym i w perspektywie czasu mogą przyczynić się do większego zainteresowania mieszkańców stolicy lokalami zlokalizowanymi w najtańszych dzielnicach.

Jak wygląda rynek mieszkaniowy w stolicy?

Na podstawie raportu „Rynek mieszkaniowy w Warszawie – II kw. 2020”, przygotowanego przez ekspertów portalu RynekPierwotny.pl, podobnie jak w poprzednim kwartale, liczba realizowanych inwestycji deweloperskich w stolicy wynosiła 329. Nie oznacza to jednak, że na mapie Warszawy brakowało istotnych zmian.

Obecnie najwięcej projektów powstaje na terenie Białołęki oraz Mokotowa. Najmniejszą ofertę nowych inwestycji znaleźć można z kolei w Wesołej, na Rembertowie, Żoliborzu oraz Ochocie. Jeśli zaś chodzi o ogólną liczbę dostępnych mieszkań na terenie całej Warszawy, to odnotowano kwartalny wzrost podaży z 12 010 lokali (na koniec I kw. 2020 roku) do 12 711 lokali (na koniec II kw. 2020 roku).Jak wygląda rynek mieszkaniowy w stolicy

Oferta warszawskich deweloperów jest bardzo zróżnicowana. Świadczyć o tym mogą m.in. średnie ceny mieszkań. W II kwartale 2020 roku najtańsze lokum można było kupić na Rembertowie za średnio ponad 350 000 zł, a najdroższe w dzielnicy Śródmieście, w której średnia cena mieszkania oscylowała wokół 1 330 500 zł. Dysproporcje dotyczyły również przeciętnej powierzchni nowych lokali. Pod koniec czerwca najmniejszy średni metraż odnotowano na terenie Rembertowa oraz Pragi-Północ – 47 mkw., a największy na Wilanowie – 99 mkw.

Ile kosztuje warszawskie „M”?

Wiele osób planujących zakup mieszkania liczyło, że lockdown wpłynie na obniżenie cen metrażu. Niestety w omawianym kwartale nie były widoczne znaczące spadki. Dzielnicami, w których najbardziej spadła średnia cena 1 mkw. były Włochy (-2,5 proc.) oraz Praga-Południe (-1,7%).

 

Największe kwartalne podwyżki cen metrażu, odnotowano z kolei na Wawrze, gdzie średnia cena mkw. wzrosła aż o 11,2 proc. Lokale podrożały również m.in. na Pradze-Północ (o 10,8 proc.) oraz na Woli (4,3 proc.). Pod koniec II kwartału br. średnia cena 1 mkw. w stolicy wyniosła 10 343 zł. Co ciekawe w tym samym czasie w 2019 roku wynosiła ona 9 558 zł/mkw.

W której dzielnicy najtaniej kupić mieszkanie w Warszawie?

Zdominowany przez zabudowę jednorodzinną Wawer staje się ciekawą alternatywą dla Białołęki. To między innymi w tej peryferyjnej dzielnicy swoje przyszłe lokum mogą znaleźć mniej zamożni nabywcy. Obecnie zakup nowego mieszkania za mniej niż 7500 zł/mkw. jest osiągalny tylko w Wesołej (7174 zł/mkw.). Do innych “tańszych” dzielnic należą: Białołęka (7610 zł/mkw.), Rembertów (7681 zł/mkw.) oraz wspomniany wcześniej Wawer (7840 zł/mkw.).W której dzielnicy najtaniej kupić mieszkanie w Warszawie

Zaskoczenia nie wzbudzają „najdroższe” warszawskie dzielnice jak Śródmieście, Wola, Ochota, Mokotów, Praga-Północ i Żoliborz. W tych częściach Warszawy, średnia cena za 1 mkw. nowego lokalu wynosi ponad 12 000 zł, co wiąże się m.in. z bardzo dobrym skomunikowaniem nowo powstających inwestycji z centrum, bogatym zapleczem handlowo-usługowym, edukacyjnym oraz obszarami biurowo-biznesowymi.

Najchętniej wybierane metraże

Niezmiennie w większości dzielnic największą popularnością kupujących cieszą się mieszkania dwu- i trzypokojowe o metrażu od 40 do 60 mkw. Osoby zainteresowane kawalerkami, nie będą miały jednak powodów do narzekania, ponieważ największa oferta mieszkań jednopokojowych znajduje się obecnie na Woli, Pradze-Południe oraz Mokotowie. Warto odnotować, że małe lokale nie cieszą się zbyt dużą popularnością na obrzeżach Warszawy, co spowodowane jest niższymi cenami 1 mkw., które zachęcają nabywców do inwestycji w mieszkania o większej powierzchni.

Informacja prasowa przygotowana na podstawie raportu eksperckiego “Rynek mieszkaniowy w Warszawie — II kw. 2020 r.” udostępnionego przez analityków portalu RynekPierwotny.pl.

Więcej w raporcie na stronie: https://rynekpierwotny.pl/lp/raport-mieszkaniowy-warszawa/

Budujmy ekologicznie, ale wydajnie – organizacje branżowe apelują o wstrzymanie kosztownych zmian w Warunkach Technicznych

Dwanaście organizacji branży budowlanej, deweloperskiej, biznesowej i architektonicznej dołączyło do apelu o przyznanie architektom, inżynierom i inwestorom dowolności w sposobie, w jaki od 2021 będą osiągać nowe, niższe limity łącznego zużycia nieodnawialnej energii pierwotnej przez budynki bez dalszego zaostrzania szczegółowych parametrów izolacyjności cieplnej poszczególnych materiałów budowlanych. Nowe parametry, które mają obowiązywać od stycznia 2021, będą jednymi z najbardziej rygorystycznych w całej Europie.

Od stycznia 2021 w życie wchodzą nowe przepisy regulujące charakterystykę energetyczną budynków. Projekt ustawy przewiduje zaostrzenie współczynników izolacyjności cieplnej ścian, okien, dachów i stropodachów oraz łącznego zapotrzebowania budynku na nieodnawialną energię pierwotną (EP). Jak twierdzą eksperci, o ile zaostrzenie łącznego celu EP jest zasadne, o tyle wskazywanie architektom i inżynierom jak mają to osiągnąć poprzez izolacyjność poszczególnych przegród jest nieefektywna kosztowo dla konsumentów. W zależności od konkretnego budynku i lokalizacji te same łączne efekty można osiągnąć dużo taniej przy elastycznym stosowaniu dostępnych na rynku rozwiązań i innowacji.

Zmiany te będą wiązały się ze wzrostem cen materiałów budowlanych, a tym samym zwiększeniem kosztów budowy. Według szacunków dopasowanie okien do wymogów zawartych w przepisach Warunków Technicznych 2021 podniesie ich cenę o ok. 30-35%, a okres zwrotu z dodatkowej inwestycji wyniesie kilkadziesiąt lat w przypadku okien pionowych, a w przypadku okien dachowych nawet ponad 100 lat. Sytuację utrudnia również trwająca pandemia, która wpływa bezpośrednio na możliwości produkcyjne, a także nabywcze konsumentów.

Według organizacji, które wystosowały wspólne stanowisko dotyczące nowych przepisów, nie ma konieczności zaostrzania szczegółowych parametrów technicznych wyrobów budowlanych. Przepisy, które tworzone były w 2012 roku, wymagają aktualizacji i dostosowania ich do obecnej sytuacji oraz możliwości technologicznych produkcji wyrobów budowlanych.

Zdaniem sygnatariuszy apelu, ustawodawca powinien wziąć pod uwagę możliwości, które otworzył przed nami rozwój technologiczny. Dziś jesteśmy w stanie stosować rozwiązania bardziej energooszczędne i lepiej zoptymalizowane finansowo, między innymi panele FV, wentylacje higrosterowane czy systemy zarządzania energią. Proponowany, prosty zabieg legislacyjny pozwoli jednocześnie (I) zaoszczędzić koszty energii, (ii) zminimalizować emisję szkodliwego CO2, i (iii) utrzymać koszty produkcji na dotychczasowym poziomie.

Kierowaną do Ministerstwa Rozwoju petycję podpisali:
– Business Centre Club,
– Izba Architektów Rzeczypospolitej Polskiej,
– Polska Izba Budownictwa,
– Polskie Stowarzyszenie Dekarzy,
– Polski Związek Firm Deweloperskich,
– Polski Związek Pracodawców Budownictwa,
– Stowarzyszenie Architektów Polskich (SARP),
– Stowarzyszenie Budowniczych Domów i Mieszkań,
– Stowarzyszenie Nowoczesne Budynki,
– Zachodnia Izba Gospodarcza,
– Związek Polskie Okna i Drzwi,
– Związek Pracodawców Producentów Materiałów Dla Budownictwa.

Źródło informacji: Polski Związek Firm Deweloperskich

100 mln zł z NCBR na systemowe rozwiązania

Jeszcze przez prawie dwa tygodnie podmioty planujące przeprowadzić badania społeczno-ekonomiczne i wykorzystać ich wyniki na potrzeby krajowych i regionalnych polityk rozwojowych mogą ubiegać się o dofinansowanie w konkursie programu strategicznego „GOSPOSTRATEG”.

Nauka dla rozwoju

Główne obszary tematyczne prowadzonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju programu to: pułapka średniego dochodu i przeciętnego produktu, pułapka braku równowagi, pułapka demograficzna i pułapka słabości instytucji. Dofinansowanie w trybie konkursowym mogą uzyskać projekty, które prowadzą do wzrostu wykorzystywania w perspektywie do 2028 r. rezultatów badań społeczno-ekonomicznych w kształtowaniu krajowych i regionalnych polityk rozwojowych oraz zakładają zastosowanie w praktyce uzyskanych rezultatów.

Jeden program, dwie formuły

Program strategiczny „Społeczny i gospodarczy rozwój Polski w warunkach globalizujących się rynków GOSPOSTRATEG” został uruchomiony przez NCBR w 2017 roku. Jest finansowany ze środków krajowych. W jego ramach Centrum ogłasza konkursy otwarte oraz zamknięte, tzw. „zamawiane”, w których konkretne, wpisujące się w cele programu, zagadnienia badawcze zgłaszają ministerstwa. Pierwszy otwarty konkurs został już rozstrzygnięty. Wnioski złożone w pierwszym konkursie zamkniętym są obecnie w trakcie oceny merytorycznej.

W ramach pierwszego konkursu GOSPOSTRATEG podpisaliśmy 30 umów na łączną kwotę dofinansowania około 168 mln zł. Te przedsięwzięcia już się toczą i przynoszą konkretne efekty, takie jak np. projekt ZONE – Zintegrowany System Wsparcia Polityk i Programów Ograniczenia Niskiej Emisji czy Platforma Żywnościowa – wirtualna giełda rolno-spożywcza – mówi dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor NCBR. Inne, realizowane dzięki dofinansowaniu rządowej agencji projekty to m.in. „Optymalizacja inwestycji drogowych w zakresie dostosowania sieci dróg krajowych do ruchu pojazdów ciężarowych o nacisku osi do 11,5 tony” oraz „Opracowanie systemu monitorowania marnowanej żywności i efektywnego programu racjonalizacji strat i ograniczania marnotrawstwa żywności”.

Efektywna współpraca

W celu zwiększenia efektywności prowadzonych prac oraz pobudzenia współpracy naukowo-przemysłowej konkurs jest skierowany do konsorcjów. W skład takiego konsorcjum mogą wchodzić zarówno przedsiębiorcy, jak i jednostki naukowe, a także podmioty, które mają zdolność do zastosowania w praktyce rozwiązania będącego wynikiem realizacji projektu. Mogą być to m.in. ministerstwa, instytucje administracji rządowej,  urzędy wojewódzkie czy fundacje i stowarzyszenia. Do konsorcjum przystąpić musi minimum jedna jednostka naukowa i jeden podmiot wdrażający. Konsorcjum może się składać z minimum 3 i maksimum 5 podmiotów.

Wyłonionym w konkursie projektom NCBR zapewni wsparcie finansowe na wszystkich etapach projektu: od prac podstawowych, przez badania przemysłowe i prace rozwojowe (faza A), aż do prac przedwdrożeniowych (faza B). Minimalna wartość kosztów kwalifikowalnych jednego projektu wynosi 1 mln zł, a maksymalna 10 mln zł. Poziom dofinansowania może wynieść do 100% wartości kosztów kwalifikowalnych projektu dla prac realizowanych w fazie A, w przypadku podmiotów niebędących przedsiębiorcami i realizującymi projekt w ramach ich działalności niegospodarczej. Maksymalny okres realizacji projektu to 36 miesięcy, przy czym realizacja fazy B może trwać nie dłużej niż 18 miesięcy.

Nabór wniosków w konkursie otwartym programu GOSPOSTRATEG trwa do 31 sierpnia.

Podróż przez cyfrową transformację. Od zmniejszenia ryzyka po uzyskanie nowych możliwości

Rok 2020 z pewnością przejdzie do historii jako przełomowy, jeśli chodzi o rolę technologii zarówno w biznesie, jak i codziennym życiu każdego z nas. Cyfrowa transformacja stała się jednak sprawą priorytetową już wcześniej.

W 2019 roku firma IDC opublikowała prognozę, według której bezpośrednie inwestycje w cyfrową transformację w latach 2020 – 2023 osiągną 7,4 bln USD. W swoim „Przewodniku po światowych wydatkach na cyfrową transformację” (Worldwide Digital Transformation Spending Guide) opublikowanym w maju 2020 r. ta sama firma stwierdziła, że mimo trudności związanych z pandemią wydatki na technologie i usługi związane z cyfrową transformacją wzrosną o ponad 10%.

Odporność tego rynku na turbulencje gospodarcze najlepiej świadczy o tym, jak dużą wagę firmy przywiązują do cyfryzacji. Ponadto z raportu firmy Veeam na temat trendów w zakresie ochrony danych w 2020 roku wynika, że prawie jedna trzecia (30%) przedsiębiorstw na całym świecie zaczyna przeprowadzać lub przynajmniej planować cyfrową transformację.

Transformacja taka oznacza nie tylko dużą inwestycję, lecz również poważne przedsięwzięcie wymagające jasno określonych celów i strategii oraz zaangażowania całego przedsiębiorstwa. Zrozumienie tych wyzwań oraz ich podział na mniejsze, łatwiejsze do rozwiązania problemy ułatwi planowanie działań w dłuższej perspektywie.

Właściwe zarządzanie zasobami

Do głównych barier hamujących transformację należą brak czasu i zbyt mały budżet. Jak wynika z naszych badań, prawie połowa (47%) osób podejmujących decyzje dotyczące technologii informatycznych w przedsiębiorstwach regionu EMEA stwierdziła, że brak informatyków z odpowiednimi kwalifikacjami lub doświadczeniem utrudniał im lub utrudnia cyfrową transformację. Prawie jedna czwarta (24%) respondentów oświadczyła, iż nie dysponuje kadrami niezbędnymi do podejmowania nowych inicjatyw, co uznała również za największy problem w odniesieniu do ochrony danych i zarządzania nimi. Na kolejnym miejscu, z nieznacznie niższym wskaźnikiem, znalazł się niedostateczny budżet wskazany jako główna bariera przez 23% ankietowanych decydentów.

Przekonanie przedsiębiorstw, że brakuje im pracowników lub czasu na realizację cyfrowej transformacji, wynika z kilku przyczyn. Po pierwsze, w firmach nie ma pracowników, którzy mogliby robić coś więcej niż wykonywanie zadań związanych z bieżącą działalnością. Dziś przedsiębiorstwa przenoszą się do świata wirtualnego, ponieważ coraz więcej pracowników pracuje z domu, a dane generowane przez firmę trafiają do chmury. W takiej sytuacji codzienne operacje zabierają jeszcze więcej czasu.

Po drugie, firmom często brakuje pracowników z kwalifikacjami potrzebnymi do realizacji strategii technologicznej zgodnie z celami biznesowymi. Jak wynika z raportu Komisji Europejskiej na temat ujednoliconego rynku cyfrowego, 40% europejskich przedsiębiorstw ma trudności ze znalezieniem specjalistów ds. teleinformatyki. W tym roku tylko w Europie liczba takich wakatów osiągnie pół miliona. Pozyskiwanie lepiej wykwalifikowanych pracowników jest więc koniecznością, a przedsiębiorstwa nie mogą podchodzić do tego problemu reaktywnie. Tempo zmian wymaga przyjęcia perspektywy długoterminowej. Firma musi wiedzieć, w jakich obszarach powinna przeprowadzić cyfryzację oraz gdzie i kiedy najlepiej inwestować zasoby. Na przykład zatrudnienie dyrektora ds. informatycznych, podczas gdy potrzebny jest administrator systemu lub odwrotnie, nie jest dobrym posunięciem.

Ponadto firma powinna wykorzystywać kwalifikacje pracowników w sposób ekonomiczny. Na rynku dostępna jest bogata oferta oprogramowania do automatyzacji takich procesów, jak tworzenie kopii zapasowych i replikacja danych. Informatycy nie muszą więc wykonywać tych czynności ręcznie i mogą zająć się bardziej efektywnymi zadaniami. Przykładem jest konfigurowanie aplikacji w chmurze, które pozwala zaoszczędzić czas pracowników lub przydzielić dane do bardziej ekonomicznych środowisk pamięci masowej. W ten sposób przedsiębiorstwa mogą osiągnąć większy zwrot z inwestycji technologicznych przy jednoczesnym utrzymaniu ciągłości biznesowej.

Ochrona i bezpieczeństwo danych oraz nadzór nad nimi

Jednym z największych zagrożeń dla ciągłości biznesowej jest oczywiście cyberprzestępczość, a w szczególności ataki ransomware. Jak wynika z raportu opracowanego przez firmę Cybersecurity Ventures, w 2021 roku co 11 sekund jakaś firma będzie padać ofiarą takich ataków. Ponieważ średni okup płacony w takich przypadkach cyberprzestępcom wzrósł na początku roku 2019 o około jedną trzecią, do 111,000 USD, przeciwdziałanie atakom ransomware jest traktowane priorytetowo przez każdego dyrektora ds. informatycznych. Potwierdził to nasz ostatni raport, który wykazał, że prawie jedna trzecia (31%) decydentów w krajach EMEA uważa zagrożenia cybernetyczne za najważniejszy problem, który wpłynie na działalność przedsiębiorstw w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Przedsiębiorstwa nie powinny postrzegać zwiększonego ryzyka ataków ransomware jako bariery lub niekorzystnego skutku ubocznego cyfrowej transformacji. Każda nowa technologia wymaga przeszkolenia pracowników i podniesienia ich kwalifikacji. Jest to niezbędne w celu przekształcenia kultury przedsiębiorstwa w ramach szerszej transformacji. Szkolenie powinno obejmować walkę z zagrożeniami cybernetycznymi, tak aby hakerzy nie dostali się do sieci przedsiębiorstwa za pomocą odsyłaczy wysyłanych pracownikom w celu wyłudzenia danych.

Wdrożenie rozwiązania do zarządzania danymi w chmurze (Cloud Data Management) w ramach cyfrowej transformacji może pomóc firmom w przeciwdziałaniu atakom ransomware i ograniczaniu ich skutków. W tym miejscu należy wspomnieć zarówno o odblokowaniu potencjału danych, jak też ich ochronie. Często spotykany jest pogląd, że branża zarządzania danymi zajmuje się obniżaniem ryzyka. Veeam jest liderem w dziedzinie rozwiązań do tworzenia kopii zapasowych z możliwością zarządzania danymi w chmurze. Pomaga klientom w kopiowaniu i replikowaniu danych oraz ich odtwarzaniu w całym środowisku informatycznym i chmurze.

Przedsiębiorstwa powinny również dążyć do odblokowania potencjału swoich danych poprzez wykorzystanie elastycznych i wydajnych środowisk informatycznych. Jeśli firma inteligentnie zarządza zasobami, a ponadto wie, jak wykorzystać poszukiwane umiejętności informatyków oraz które zadania zautomatyzować, aby wykwalifikowani pracownicy zyskali więcej czasu, może osiągnąć duże korzyści z cyfrowej transformacji niezależnie od tego, czy chodzi o umożliwienie efektywnej pracy zdalnym pracownikom, generowanie nowych przychodów z usług świadczonych za pośrednictwem chmury czy konsolidację kosztów.

Cyfrową transformację uważa się raczej za panaceum niż proces, który ma swój koniec. Nie ulega wątpliwości, że może ona przynieść firmom wymierne korzyści. Rozwiązanie Cloud Data Management zapewnia podstawę, która umożliwia odblokowanie potencjału i efektywne wykorzystanie danych zamiast ciągłej walki o ich bezpieczeństwo. To pierwszy krok w kierunku zbudowania przedsiębiorstwa cyfrowego dostosowanego do świata, który nas czeka po 2020 roku.

Autor: Daniel Fried, dyrektor generalny i wiceprezes ds. regionu EMEA i globalnych kanałów sprzedaży, Veeam

Rosną emocje przed wyborami – komentarz walutowy

Jeszcze niedawno zapowiadało się, że wybory w USA będą formalnością, a Republikanie oddadzą władzę niemal bez walki. Dzisiaj widać, że sondaże powoli się odwracają, a emocje rosną.

Wyścig prezydencki w USA

Przewaga Joe Bidena nad Donaldem Trumpem topnieje. Wygląda na to, że jednak wybory nie są przesądzone i mimo przewagi demokratów walka będzie się toczyć do końca. Niepokój ten przekłada się jednak bezpośrednio na słabość dolara amerykańskiego. Amerykańska waluta jest obecnie najtańsza od października 2018 roku. Powodem jest słabość dolara względem euro. Nie jest to oczywiście tylko kwestia wyborów prezydenckich, ale te nie pomagają.

Złoto znów powyżej 2000 dolarów

Korekta na rynku złota po ustanowieniu rekordowo wysokich poziomów nie trwała zbyt długo. Znów widzimy poziomy powyżej 2000 dolarów za uncję. Temu kruszcowi znów pomagają notowania dolara amerykańskiego. Słaby dolar powoduje, że cena złota w innych walutach nie zmieniając się jest wyższa w dolarze. Nie jest to oczywiście wyjaśnienie całej zmienności cen, ale słabnący dolar powoduje, że inwestorzy szukają alternatyw do inwestowania.

Co z inflacją w Polsce?

Poznaliśmy dane na temat inflacji bazowej. Już parametr bez cen żywności i energii budzi obawy. Jest to wzrost o 4,3% w skali roku. Pokazuje, że pewien niepokój związany z zachowaniem cen jest uzasadniony pomimo spowolnienia gospodarczego. Na razie jednak inflacja konsumencka utrzymuje się w zakresie wahań. Ciężko sobie zresztą wyobrazić żebyśmy teraz podnosili stopy procentowe. Nie ma zatem presji na umocnienie złotego związane z nadchodzącą podwyżką stóp procentowych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

 

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Pracodawcy apelują do rządu o podwyżki dla budżetówki w 2021 roku

• Rząd zaproponował w ramach prac nad założeniami projektu ustawy budżetowej na 2021 rok zamrożenie płac w budżetówce.
• Konfederacja Lewiatan, podobnie jak większość partnerów społecznych w Radzie Dialogu Społecznego, apeluje do rządu o weryfikację wstępnego stanowiska i zwiększenie wynagrodzeń pracowników sfery budżetowej.

Rząd zaproponował średnioroczny wskaźnik wzrostu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej w 2021 w wysokości 100%, co w praktyce oznacza zamrożenie płac. Jest w tym stanowisku spora niekonsekwencja, bo skoro stać nas na podwyżkę minimalnego wynagrodzenia z 2 600 zł do 2 800 zł w 2021 roku, to poziom płac w budżetówce zbliży się niebezpiecznie do wysokości płacy minimalnej.
– Skoro w czasie kryzysu rząd proponuje skokowy wzrost płacy minimalnej, tym bardziej warto upomnieć się o waloryzację wynagrodzeń w sferze budżetowej. Niskie płace w budżetówce ograniczają i tak mało wydolny system usług publicznych. Proponujmy, aby wskaźnik wzrostu wynagrodzeń osiągnął 110% — mówi prof. Jacek Męcina, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Wynagrodzenia w sferze budżetowej od lat są hamowane, co z roku na rok pogarsza sytuację w sektorze usług publicznych, wpływając negatywnie na ich jakość i powodując odpływ najlepszych pracowników. Na problem słabej jakości usług publicznych zwraca też uwagę Rada Europejska, rekomendując Polsce inwestycje w tę sferę.

Dla pracodawców jakość usług publicznych to klucz do poprawy warunków prowadzenia działalności gospodarczej i lepszego radzenia sobie z kryzysem gospodarczym. Sfera budżetowa to przecież w ogromnej części ochrona zdrowia, edukacja, szkolnictwo wyższe, wreszcie administracja. Zwłaszcza, że rząd zakłada w przyszłym roku przyrost PKB na poziomie 4%, a inflację w wysokości 1,8%.

Uzasadnieniem podwyżki wynagrodzeń budżetówki jest obecnie konsultowany projekt rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej zmieniającego rozporządzenie w sprawie wysokości minimalnych stawek wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli. Zakłada on 6% wzrost wynagrodzeń nauczycieli. Oznacza to, że po podwyżce ich płaca zasadnicza od 1 września 2020 roku będzie wynosić odpowiednio: nauczyciela stażysty – 2 949 zł, nauczyciela kontraktowego – 3 034 zł, nauczyciela mianowanego – 3 445 zł, nauczyciela dyplomowanego – 4 046 zł.

W kontekście planowanego skokowego wzrostu płacy minimalnej w 2021 roku, taki wzrost wynagrodzeń w edukacji jest niezrozumiały, niewystarczający i zwiększa ryzyko negatywnej selekcji do podejmowania i kontynuowania pracy w tym zawodzie. Od jakości pracy nauczycieli zależy jakość edukacji, a ta jest szczególnie istotna dla sprawnego wychodzenia z kryzysu i zwiększania odporności gospodarki i społeczeństw w długim okresie. Wysokiej jakości edukacja wpływa pozytywnie na zdrowie obywateli, wyposaża ich w kompetencje niezbędne do zdobycia dobrego miejsca pracy, zapewnia wiedzę i umiejętności przydatne do radzenia sobie ze zmianami, zmniejsza nierówności społeczne oraz pomaga budować nowoczesne i rządzące się pokojowymi zasadami społeczeństwa. Lepsze wyniki w nauce przekładają się na wyższe dochody obywateli, to z kolei skutkuje większymi wpływami z podatków, a co bardzo istotne rośnie także osobista motywacja do ich płacenia. Ta argumentacja powinna przekonywać, że inwestycja w edukację, zdrowie, ale także w jakość administracji pozwoli lepiej radzić sobie ze skutkami kryzysu.

Konfederacja Lewiatan

Nowy kierownik zespołu handlu zagranicznego Polskiego Instytutu Ekonomicznego

0

Od połowy sierpnia 2020 r. do zespołu Polskiego Instytutu Ekonomicznego dołączył Marek Wąsiński wcześniej związany z Polskim Instytutem Spraw Międzynarodowych oraz Polityką Insight, ekspert  ds. handlu międzynarodowego, stypendysta Fulbrighta.

Marek Wąsiński przeszedł do Polskiego Instytutu Ekonomicznego z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, gdzie specjalizował się w obszarze handlu zagranicznego, promocji gospodarczej, energii i klimatu.

Marek Wąsiński jest autorem raportów i biuletynów m.in. na temat protekcjonistycznej polityki USA, umów o wolnym handlu, WTO, regionu Europy Środkowo-Wschodniej, polityki klimatyczno-energetycznej, globalnych negocjacji klimatycznych czy kampanii wyborczej w USA.

Występował na licznych międzynarodowych konferencjach, a także współprowadził projekty takie jak Think Tank Platform for Paris 2015. W latach 2013-2014 przygotował dla Centrum analitycznego Polityka Insight wiele publikacji poświęconych europejskiej polityce gospodarczej m.in. Transatlantyckiemu Partnerstwu na rzecz Handlu i Inwestycji, unii bankowej czy polityce spójności.

Marek Wąsiński jest absolwentem historii na Uniwersytecie Warszawskim oraz międzynarodowych stosunków gospodarczych w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Ukończył też studia podyplomowe w zakresie prawa handlowego UE na Die Europäische Rechtsakademie (ERA) oraz funkcjonowania rynków energetycznych na SGH. Stypendysta Fulbrighta na Johns Hopkins University (SAIS JHU). Obecnie jest doktorantem w Szkole Głównej Handlowej, zajmując się transatlantyckimi relacjami handlowymi.

Od połowy sierpnia Marek Wąsiński pełni w PIE funkcję kierownika zespołu handlu zagranicznego, zastępując w tej roli Janusza Chojnę, który pozostanie w szeregach Instytutu w charakterze starszego  doradcy.

Dołączenie Marka Wąsińskiego do zespołu PIE to już kolejne wzmocnienie kadrowe Instytutu w ostatnim czasie. W lipcu do zespołu makroekonomii dołączył Jakub Rybacki, wcześniej ekonomista ING. Jesienią z kolei powiększeniu ulegnie zespół strategii.

Arbitraż elektroniczny może zastąpić sądy powszechne – to szczególnie ważne w dobie panującej pandemii. Ale czy komornik może egzekwować wyrok arbitrażowy?

0

Masz małą firmę transportową, hurtownię albo firmę budowlaną, a główny kontrahent nie wywiązuje się z płatności już drugi miesiąc! Co dalej? Najbardziej oczywiste wyjście to postępowanie sądowe. Jeśli kontrahent się specjalnie nie odwołuje i masz dobrych prawników, wyroku w sądach tradycyjnych możesz spodziewać się po roku, no może po półtora, bo przecież na wokandzie panuje chaos spowodowany pandemią. Po „zaledwie” kilkunastu miesiącach, do akcji może wkroczyć komornik i egzekwować zaległą płatność. Jednak pytanie, czy po tym czasie tamta firma będzie jeszcze istniała, a ty nie stracisz płynności finansowej, jeśli z płatnościami zalega ci jeszcze kilku takich niesolidnych kontrahentów… Jaka jest alternatywa? Jak przyspieszyć odzyskanie należności? Czy komornik może działać na podstawie np. wyroku elektronicznego arbitrażu?

A co byłoby gdybyś w umowie z kontrahentem miał zawarty zapis na sąd arbitrażowy, najlepiej on-line? Komornik do twojego nieuczciwego partnera biznesowego zapukałby już po 6-7 tygodniach! Sądy powszechne przeżywają paraliż będący następstwem odraczania rozpraw z powodu pandemii koronawirusa. Z kolei przedsiębiorcy, teraz jak nigdy dotąd, potrzebują szybkiego sposobu dochodzenia swoich praw od dłużników nie wywiązujących się z umów.

Lekarstwem na te bolączki może być arbitraż – sąd prywatny, równy w świetle prawa sądowi powszechnemu, jednak działający o wiele sprawniej. Arbitraż trzeba uzgodnić z kontrahentem, najlepiej na samym początku współpracy. Można to zrobić w formie klauzuli w umowie albo w drodze regulaminu na stronie internetowej. Późnej arbitraż działa już tak, jak sąd państwowy. Inaczej więc, niż w przypadku mediacji, z arbitrażu kontrahent nie może się już wycofać, a procedury wiążą go nawet wówczas, gdy podejmie decyzję, że nie będzie brał udziału w postępowaniu. Wyrok zaś sądu arbitrażowego, zgodnie z art. 1212 Kpc ma moc prawną wyroku sądu państwowego po nadaniu mu klauzuli wykonalności.

Niestety, jak podkreślają eksperci, przedsiębiorcy nadal mało wiedzą o tym sposobie rozwiązywania spraw spornych.

Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości, w latach 2017-2018 do Sądów Apelacyjnych wpłynęło jedynie niespełna 600 wniosków o stwierdzenie wykonalności dla wyroków sądów arbitrażowych. Przedsiębiorcy nie znają arbitrażu, to wielka szkoda, bo przecież wyroki sądów polubownych, w tym tych działających online, mają taką samą moc prawną, jak wyroki sądów powszechnych, oczywiście po wcześniejszym stwierdzeniu ich wykonalności, co wynika z przepisu art 1212 kodeksu postępowania cywilnego. Nie ma tu zatem większych różnic. Arbitraż jest przy tym tańszy niż tradycyjne formy rozwiązywania sporów, a dodatkowo mnie sformalizowany więc znacznie szybszy. Jest szereg elementów, które powodują, że arbitraż powinien być o wiele bardziej atrakcyjny, niż państwowy wymiar sprawiedliwości. To sąd prywatny, który zgodnie z wolą stron zastępuje sąd państwowypodkreśla Prof. dr hab. Łukasz Błaszczak z Uniwersytetu Wrocławskiego, członek Rady Ultima Ratio.

Niewielka popularność sądów arbitrażowych wynika według ekspertów z braku świadomości co do istoty i zasad funkcjonowania arbitrażu, który nader często mylony jest z mediacjami.

„Każdy wyrok arbitrażowy, zanim trafi do komornika, zgodnie z art. 1212 k.p.c. musi zostać zatwierdzony przez sąd państwowy, który sprawdza przede wszystkim, czy przepisy dopuszczają rozpoznanie danej sprawy w arbitrażu oraz czy wyrok arbitrażowy nie zawiera jakichś rażących błędów. Jeżeli żadna z powyższych okoliczności nie zachodzi, wówczas stwierdzana jest wykonalność orzeczenia arbitrażowego, a wierzyciel może składać sprawę do komornika. Warto w tym miejscu podkreślić, że sądy apelacyjne kwestionują wyroki sądów polubownych jedynie sporadycznie – statystycznie rzecz ujmując, jedynie około 5% wszystkich wniosków spotyka się z decyzją odmowną – a nawet jeśli sąd apelacyjny zgłosi zastrzeżenia do orzeczenia sądu polubownego, zgodnie z przepisami sprawa trafia z powrotem do arbitrażu, by ten skorygował nieprawidłowości. To z kolei świadczy także o dużym profesjonalizmie arbitrów i wysokiej jakości i poziomie merytorycznym orzeczeń arbitrażowych. Nie mam wątpliwości, że należy sądownictwo polubowne obdarzyć większym zaufaniem, aniżeli ma to miejsce obecnie, szczególnie biorąc pod uwagę sformalizowane procedury sądowe oraz terminy, w których sprawy te są rozstrzygane”mówi prof. dr hab. Łukasz Błaszczak z Uniwersytetu Wrocławskiego, członek Rady Ultima Ratio.

Wyroki arbitrażowe trafiają na razie do komorników stosunkowo rzadko. Wynika to poniekąd z faktu, że arbitraż w naszym kraju zyskuje dopiero na popularności, zaś jego elektroniczna odmiana pojawiła się dopiero w 2019 roku. Ponadto, w arbitrażu wyroki zapadają o wiele szybciej niż w sądach powszechnych, przez co szansa na wyegzekwowanie całej należności jest o wiele większa.

„Dla organu egzekucyjnego nie ma żadnego znaczenia czy tytuł wykonawczy pochodzi od sądu powszechnego czy arbitrażowego. Wyrok sądu arbitrażowego ma moc prawną wyroku sądu państwowego po nadaniu mu przez sąd państwowy klauzuli wykonalności. Organ egzekucyjny musi go więc wyegzekwować zgodnie z obowiązującymi przepisami. Podkreślić należy, że komornik nie jest uprawniony do badania zasadności i wymagalności obowiązku objętego tytułem wykonawczym, co wprost wynika z art. 804 §1 Kpc.” – mówi Krzysztof Pietrzyk, Rzecznik Prasowy Krajowej Rady Komorniczej.

Sądy arbitrażowe, w tym te elektroniczne, których głównym przedstawicielem w Polsce jest Ultima Ratio, działają na podstawie przepisów Kodeksu postępowania cywilnego o sądach polubownych.

Arbitraż może wyręczyć sądy powszechne, szczególnie w sprawach gospodarczych, odciążając w ten sposób cały system sądownictwa. To dla małych, średnich i dużych firm po prostu szybszy, tańszy i bardziej wygodny sposób ochrony prawnej zawieranych umów i wystawianych faktur. W przypadku Ultima Ratio, poza szybkością wydania wyroku i niższymi, nawet o 70%, kosztami postępowania, jest to też niewątpliwie możliwość przeprowadzenia całej sprawy zdalnie, bez konieczności fizycznego dopełniania jakichkolwiek formalności. Co ciekawe, strony pozostają z arbitrem w stałym kontakcie i na czacie sprawy mogą zapytać go o planowane dalsze czynności albo o termin wydania orzeczenia. Dzięki aplikacji mobilnej Ultima Ratio, arbiter widzi wiadomość od razu i w tej samej chwili może na nią odpowiedzieć. To szczególnie istotne w dobie panującej pandemii, gdy priorytetem jest ograniczanie interakcji z innymi” – zaznacza Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio.

W przypadku oddania sprawy do Ultima Ratio, orzeczenia można spodziewać się nawet po 14 dniach. Oznacza to, że – doliczając około 1,5 miesiąca potrzebne na nadanie wyrokowi klauzuli wykonalności przez sąd apelacyjny – powód już po dwóch miesiącach od złożenia pozwu może odzyskać dług od niesolidnego kontrahenta.

Apel ZPP w sprawie podwyżek wynagrodzeń osób sprawujących funkcje publiczne

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców uważa, że podwyższenie wynagrodzeń osób sprawujących funkcje publiczne służy interesowi publicznemu. Nierównowaga między otrzymywanym wynagrodzeniem a skalą odpowiedzialności jest widoczna szczególnie w przypadku wiceministrów.

Mając to na uwadze, apelujemy do posłów Sejmu RP o niepoddawanie się populistycznej presji i odrzucenie weta senackiego dotyczącego projektu ustawy podwyższającego wynagrodzenia osobom sprawującym funkcje publiczne, a następnie natychmiastową nowelizację aktu, eliminującą kilka zawartych w nim błędów. Przede wszystkim zwracamy uwagę na potrzebę jasnego powiązania wynagrodzeń polityków z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce, wycofanie się z podwyżek subwencji dla partii politycznych oraz uchwalenie jeszcze większej podwyżki wynagrodzeń dla najważniejszych osób w państwie, tj. Prezydenta i Prezesa Rady Ministrów.

Nie ulega wątpliwości, że wszystkim nam powinno zależeć na wysokiej jakości usług publicznych. Jednym z podstawowych instrumentów pozwalających na osiąganie celów organizacji publicznych, czy prywatnych jest dysponowanie odpowiednimi, kompetentnymi kadrami, posiadającymi wiedzę, umiejętności oraz doświadczenie.
Niezależne dane rynkowe oraz opinie ekspertów, pokazują dwa zjawiska. Po pierwsze, występuje luka płacowa w zakresie wynagrodzeń wysokich urzędników publicznych w stosunku do wysokiej kadry menadżerskiej i eksperckiej w sektorze prywatnym. Po drugie, skala odpowiedzialności i waga podejmowanych decyzji, złożoność zadań, zakres kierowania, konieczne doświadczenie, wiedza, czy konieczność zapewnienia niezależności finansowej, sytuuje stanowiska wysokich urzędników w sektorze publicznym powyżej poziomu stanowisk najwyższych menadżerów i ekspertów w sektorze prywatnym.
Reasumując, pomimo wyższej wagi stanowisk, osoby zatrudnione w administracji publicznej zarabiają kilkukrotnie mniej aniżeli menadżerowie w dużych firmach.
Powyższe zjawisko prowadzi do selekcji negatywnej kadr szeroko pojętego sektora publicznego. Niski poziom wynagrodzeń dla pracowników sektora publicznego utrudnia utrzymywanie w tym sektorze,  w dłuższym okresie, osób wykazujących się odpowiednimi lub przewyższającymi oczekiwania kompetencjami. Biorąc pod uwagę powyższe, konieczne jest zapewnienie takiego poziomu ich wynagrodzeń, które pozwoli utrzymać te osoby w pracy w administracji publicznej.

Co więcej, obecna sytuacja prowadzi w istocie do zaburzenia naturalnego trójpodziału władzy, przez coraz częstsze zjawisko łączenia funkcji członków Rady Ministrów i sekretarzy stanu z mandatem poselskim W ten sposób, uposażenie wynikające z pełnionej funkcji jest uzupełniane przez dietę poselską. Nie ulega wątpliwości, że nie jest to stan pożądany – podniesienie wynagrodzeń dla ministrów i wiceministrów pozwoliłoby na ograniczenie (jeśli nie całkowite wyeliminowanie) tej praktyki.

Równolegle, osoby pełniące wysokie funkcje publiczne z wyborów (tzw. elective officials) również powinni mieć utrzymany poziom wynagrodzeń, pozwalający zachować ich obecną, jak i przyszłą niezależność finansową od podejmowanych w trakcie sprawowania władzy decyzji. Pragniemy podkreślić, że kwota przeznaczona na podwyżki dla osób pełniących funkcje publiczne w państwie byłaby marginalna z punktu widzenia budżetu państwa. Jednocześnie, stanowiłaby inwestycję w jakość administracji. Wprowadzone podwyżki poziomu wynagrodzeń, nie mogą jednak być jednak jedynym narzędziem i skutkiem zmian. Reforma polityki płacowej w sektorze publicznym powinna być reformą całego systemu
wynagradzania.

W ramach koniecznych zmian postulujemy, że należy:
1. Przywrócić poziom uposażenia poselskiego do wysokości sprzed jego obniżki z roku 2018;
2. Podwyższyć wynagrodzenia osób wskazanych w projekcie ustawy o zmianie niektórych ustaw w zakresie wynagradzania osób sprawujących funkcje publiczne oraz o zmianie ustawy o partiach politycznych (Druk 551) do poziomu uzależnionego wprost od wysokości
przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce.
3. Wprowadzić system nadzoru nad pieniędzmi wydawanymi w ramach publicznych budżetów i stworzenie instrumentów sprzyjających efektywności ich wydawania.
4. Ograniczyć liczbę urzędników zarówno na wyższych stanowiskach, jak i szeregowych.
W kontekście ostatniego postulatu, zauważa się niską efektywność działań w stosunku do skali zatrudnienia w administracji publicznej. Jest to zjawisko powszechne, występujące w każdym systemie demokratycznym. Podobnie jak rozrost biurokracji, który był zauważany już u zarania współczesnych systemów administracji publicznej. Biorąc pod uwagę powyższe, ZPP rekomenduje znaczące ograniczenie etatyzacji w polskim sektorze publicznym. Pierwszego przeglądu etatów należałoby dokonać po kryzysie
COVID-19, a następne przeprowadzać cyklicznie, np. co 4 lata. Jednocześnie, ZPP stoi na stanowisku, że wraz ze zmniejszeniem poziomu etatyzacji, utrzymany powinien zostać budżet wynagrodzeń w sektorze publicznym, tak aby w ramach dysponowanych środków, można udzielić zwiększenia poziomu wynagrodzeń urzędnikom szeregowym utrzymanym w sektorze.
Jednocześnie, ZPP ocenia krytycznie w kontekście planów zwiększenia poziomu subwencji dla partii politycznych, które to rozwiązanie zostało ujęte w projekcie ustawy o zmianie niektórych ustaw w zakresie wynagradzania osób sprawujących funkcje publiczne oraz o zmianie ustawy o partiach politycznych (Druk 551). Abstrahując od generalnych wątpliwości dotyczących zasadności finansowania partii politycznych z budżetu, środki którymi podmioty te dysponują w tej chwili wydają się całkowicie wystarczające.
Pragniemy zauważyć, że wśród krytyków planów podwyżek dla osób sprawujących funkcje publiczne pojawia się argument dotyczący niewłaściwego momentu wdrożenia zmiany (kryzys covid-19). Chcemy zaznaczyć, że nigdy nie ma i nie będzie dobrego czasu na wprowadzenie zmian o proponowanym charakterze. Gdy kilka lat temu władza przyznawała nagrody dla wysokich urzędników w gospodarczej hossie, populistyczne hasła dotyczące ograniczenia wysokości wynagrodzeń w sektorze publicznym były tak samo obecne w przestrzeni publicznej, jak i dziś.

Apelujemy o długookresową perspektywę myślenia decydentów o jakości administracji publiczne i nieuleganie populistycznym zapędom w tym zakresie.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców

Praca hybrydowa a zmiana miejsc pracy pod kątem produktywności i współpracy

Wywołana pandemią Covid-19 konieczność wprowadzania zmian w sposobie organizacji pracy otworzyła oczy zarówno pracownikom, jak i pracodawcom na nowe możliwości współpracy. W wielu przypadkach przyjęcie pracy zdalnej na masową skalę pokazało, że pracownicy mogą wykonywać swoje obowiązki z domu z taką samą (jeśli nie większą) wydajnością, jak w przypadku gdy są fizycznie obecni w biurze. Pandemia stała się swego rodzaju katalizatorem, impulsem potrzebnym wielu organizacjom do radykalnego przemyślenia, w jaki sposób mogą one stworzyć najlepsze warunki dla zwiększenia efektywności pracowników.

Jak wyjaśnia futurysta Tom Cheesewright w raporcie o pracy hybrydowej – charakter pracy stale ewoluuje dzięki technologii komunikacji, która skompresowała nasz świat i zmniejszyła bariery we współpracy. Podkreśla on również, że w niedalekiej przyszłości udany biznes najprawdopodobniej będzie wyglądał jak sieć łącząca zarówno ludzi, jak i technologię. Jego zdaniem w tym sprzężeniu lokalizacja będzie mieć coraz mniejsze znaczenie. Liczyć się będzie zdolność jednostki do dodawania indywidualnej wartości do projektu oraz umiejętność komunikowania się z zespołem i partnerami. Wchodząc w „kolejną normę”, tworzenie przestrzeni pracy, które dają ludziom wybór – miejsca do współpracy, analizy, tworzenia lub po prostu spotkania z innymi – będzie kluczowe.

Dla wielu firm nadszedł czas na radykalne przemyśleń na temat modelu organizacji pracy. Wielu przedsiębiorców doszło do wniosków, że niewykorzystane powierzchnie w biurach przynoszą obecnie niewielki zwrot kosztów. Właśnie dlatego, należy się spodziewać, że przestrzenie te zostaną na nowo zaprojektowane i ponownie wykorzystane jako obszary sprzyjające generowaniu pomysłów, współpracy i nadaniu pracownikom poczucia tożsamości. Miejsca pracy w domu i pracy zespołowej zyskają na znaczeniu, a inwestycje zostaną rozszerzone poza ściany biurowe w celu stworzenia elastycznych, opartych na współpracy i zaawansowanych technologicznie osobistych miejsc pracy. Istotne jest, aby tworzyć środowisko, które motywuje pracowników hybrydowych do bycia produktywnymi.

Trend pracy zdalnej będzie się utrzymywał. Nemertes Research podaje, że 91% światowych organizacji umożliwia obecnie pracę z domu, w porównaniu do 63% przed wybuchem epidemii COVID-19. W czasie pandemii pracownicy do tworzenia prowizorycznych biur w domu wykorzystywali stoły kuchenne, deski do prasowania czy meble ogrodowe – cokolwiek było akurat „pod ręką”. Skoro jednak praca zdalna ma zostać z nami na dłużej, pracownicy powinni posiadać profesjonalne i komfortowe miejsca pracy z domu z technologią klasy korporacyjnej niezbędną do podtrzymania ich efektywności.

Podkreślając korzyści płynące z pracy hybrydowej i zwiększony apetyt na pracę w domu, nie wolno jednak zapominać, że przebywanie w tym samym miejscu bez osobistego kontaktu z innymi będzie dla wielu pracowników wyzwaniem. Dlatego coraz powszechniejsze staną się miejsca pracy, gdzie zdalni pracownicy będą mogli zaspokoić potrzeby społeczne, bez powiązań z konkretnym biurkiem lub miejscem. Takie przestrzenie umożliwią współpracę grupową i kontakty społeczne ze współpracownikami i innymi osobami, prowadząc do inspirowania się nawzajem. Tak zaaranżowane strefy, których powierzchnia już przed COVID-19 miały wzrosnąć o ponad 40% na całym świecie, mogą zapewnić pracownikom lepszy wybór miejsca do pracy i elastyczność, a także zaoferować bardziej opłacalny sposób działania przedsiębiorstw.

Jak już wspomniałem, biuro firmy będzie nadal pełniło rolę centrali, to tu będzie środek ciężkości firmy – jednak projekt i przeznaczenie jego przestrzeni musi ulec zmianie. Potrzebne będą różnorodne strefy, które mają na celu stworzenie jak najlepszych warunków do efektywnej i wydajnej pracy dla pracowników, w zależności od wykonywanych zadań. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, organizacje są w stanie wprowadzić zmiany – zacząć tworzyć środowiska, które motywują i wzmacniają pracowników hybrydowych, aby byli produktywni i mogli wykonywać najlepszą pracę już dziś.

Autor: Paul Clark, SVP & EMEA Managing Director, Poly

Ile zapłacimy za tarcze antykryzysowe?

Rząd ma pieniądze na wypłaty pomocowe dla przedsiębiorców i pracowników w ramach tarcz antykryzysowych. Są one zgromadzone na odpowiednich rachunkach i regularnie przyznawane potrzebującym. Nie są to jednak pieniądze bez pokrycia – nie przybyło ich magicznie w budżecie, nie przyleciały znikąd. Są to pieniądze na kredyt. To oznacza, że muszą zostać w jakiś sposób zwrócone. Część środków pomocowych dla przedsiębiorców jest zwrotna, część zostanie umorzona i przejdzie na stronę wydatków. Reszta pieniędzy musi zaś wrócić do skarbu państwa w inny sposób. Możemy się spodziewać, że w niedalekiej przyszłości zostaną wdrożone narzędzia, które odbudują te fundusze na koncie państwowym.

– W sumie będziemy mieli do zapłaty rachunek o wysokości między 100 a 200 miliardów złotych. Warto zauważyć, że jest to duża część jednorocznego budżetu. Nie było w nim dużych rezerw, które mogłyby pozwolić na jednorazowe wypłacenie tego typu kwoty. W związku z tym należy spodziewać się dodatkowych danin, które w przyszłości będziemy płacić do skarbu państwa – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Nie muszą być one czysto podatkowe. To mogą być różne formy zwiększania opłat dla ludności i dla firm. One się już w gospodarce pojawiają – przez kilka ostatnich lat widzieliśmy je w rachunkach. Gdy będzie dokładnie wiadomo, ile skorzystaliśmy dzięki tarczom – to będzie też widać, jakie środki trzeba spłacić. I czy te wszystkie subtelne i delikatne zwiększenia opłat, które już nas bardzo bolą, będą wystarczające. Może się okazać, że trzeba będzie przedsięwziąć dodatkowe środki. Nie wiadomo jeszcze, czy to będą podatki dochodowe, czy podatek VAT i akcyza – które są najbardziej spektakularnym źródłem dochodów budżetu. Pewne jest jednak to, że do budżetu państwa będziemy musieli oddać sporo pieniędzy – zapowiada Soroczyński.

Inwestorzy szukają alternatywnych metod lokowania kapitału

Polsce potrzebny jest skuteczny model finansowania małych i średnich przedsiębiorstw ze środków prywatnych. Nowoczesna gospodarka nie może się dynamicznie rozwijać bez sprawnie działającego rynku inwestycji alternatywnych.

Nie jest wykluczone, że już w najbliższym czasie indeksy giełdy NYSE w Nowym Jorku pójdą w ślady swoich odpowiedników z technologicznej giełdy Nasdaq i pobiją nowe rekordy wszechczasów. Wartość indeksu Dow Jones, od drugiej połowy marca, wzrosła już o 47%. Warszawska giełda jest co prawda daleka od historycznych rekordów, ale tutaj również inwestorzy zarobili około 40% w ciągu ostatnich czterech miesięcy. Fakt, że dzieje się to w czasie najgłębszego kryzysu, gdy produkt krajowy brutto Stanów Zjednoczonych w drugim kwartale spadł aż o 32,9%, jest ekonomicznym absurdem. Zastanówmy się jednak, czy można z tego wyciągnąć jakieś użyteczne wnioski.

Po pierwsze, wygląda na to, że akcje przedsiębiorstw, podobnie jak złoto i inne surowce, są całkiem niezłym zabezpieczeniem przed inflacją. Inwestorzy postrzegają je, jako mające konkretną wartość w przeciwieństwie do kreowanego na ogromną skalę elektronicznego pieniądza, którego przyszła wartość jest niepewna. W tym przypadku swoistym zabezpieczeniem dla inwestorów jest zysk, jaki przedsiębiorstwa giełdowe są w stanie wygenerować w przyszłości.

Po drugie jednak, należy pamiętać, że ryzyko inwestycji giełdowych w obecnych czasach radykalnie wzrasta, szczególnie wtedy, gdy zachowania inwestorów są dalekie od racjonalności. Doskonałym przykładem mogą być akcje firmy Apple, które w ciągu ostatniego roku podrożały o ponad 121%. Z kolei akcje bezpośrednich konkurentów, HP i IBM, w tym samym czasie straciły odpowiednio 6 i 10%. Innym pupilkiem inwestorów jest amerykański producent samochodów elektrycznych – Tesla. Eksplozja wartości jego akcji o 536% w ciągu ostatnich 12 miesięcy jest trudna do zrozumienia, gdy spojrzy się na dotkniętą kryzysem bezpośrednią konkurencję. Ford i General Motors, które również rozwijają produkcję samochodów elektrycznych, straciły odpowiednio 27% i 33%.

We wszystkich opisanych przypadkach czynniki fundamentalne nie uzasadniają aż takiej różnicy w zmianie wycen spółek. Internetowi traderzy chcą inwestować w nieliczne spółki, co prowadzi do tego, że ich wyceny stają się absurdalne. Nadmierne zainteresowanie akcjami kultowymi jest niebezpieczne, gdyż rynki wytrącone z równowagi będą jej szukać. A to rodzi poważne ryzyko dla inwestorów. Rzecz jasna, tego ryzyka pozbawione są inwestycje w lokaty bankowe lub obligacje rządowe. Jednak rentowność tych form oszczędzania pozostawia aktualnie wiele do życzenia.

Podsumowując, inwestorzy muszą stawić czoła wysokiemu ryzyku związanemu z inwestycjami giełdowymi, zerowemu oprocentowaniu lokat oraz ujemnej rentowności obligacji. Ta sytuacja zmusza ich do zwrócenia większej uwagi na rynek inwestycji alternatywnych. Być może zamiast inwestować w akcje giełdowych gigantów, warto zwrócić uwagę na małe i średnie przedsiębiorstwa.

Mnóstwo ciekawych i innowacyjnych projektów ma problemy z uzyskaniem finansowania. Debiut giełdowy pozostaje poza ich zasięgiem, a ze względu na brak historii kredytowej nie są w stanie ubiegać się o kredyty bankowe. Zresztą cały rynek nowych technologii jest uważany przez banki za zbyt ryzykowny. Tak samo myśli wielu inwestorów, którzy szukają rentownych inwestycji o niewielkim ryzyku.

Z jednej strony mamy zatem brak możliwości inwestycyjnych, a z drugiej brak możliwości pozyskania kapitału przez niezwykle istotny dla nowoczesnej gospodarki sektor technologiczny.

Ten problem można próbować rozwiązać na kilka sposobów. Po pierwsze można stworzyć ramy prawne dla rozwoju alternatywnych parkietów giełdowych, takich jak New Connect. Jest on dość sprawnie działającą giełdą dla kapitału o podwyższonym ryzyku, jednak cały czas stawia zbyt wysokie bariery wejścia dla startupów. W efekcie jego kapitalizacja jest niewielka, a płynność ograniczona. Poza tym, samo stworzenie giełdy nie rozwiązuje podstawowego problemu związanego z inwestycjami o podwyższonym ryzyku. Radzenie sobie z ryzykiem wymaga wiedzy, której inwestorzy nie mają i nie będą mieć, ponieważ nikt nie może być ekspertem od wszystkiego.

Rządowe wsparcie sektora nowoczesnych technologii co prawda dostarcza wiedzy i kapitału wielu innowacyjnym przedsiębiorstwom, ale nie rozwiązuje problemów inwestorów. Dzięki miliardowym rządowym funduszom, przedsiębiorstwa nie muszą poszukiwać prywatnego kapitału, co jeszcze bardziej ogranicza możliwości inwestycyjne. Poza tym wyraźnie widać, że problemem państwowego finansowania startupów jest niska skuteczność. Tylko w pojedynczych przypadkach projekty dofinansowane przez NCBR lub PFR były w stanie w późniejszym okresie swojej działalności uzyskać większe kwoty ze źródeł prywatnych.

Skutecznym rozwiązaniem problemu może być natomiast promocja modelu alternatywnych spółek inwestycyjnych. ASI, zgodnie z obowiązującym prawem, są podmiotami uprawnionymi do pozyskiwania środków od inwestorów prywatnych i inwestowania ich zgodnie ze swoją polityką inwestycyjną. Po pierwsze, dostarczają przedsiębiorstwom kapitał niezbędny dla funkcjonowania i rozwoju. Po drugie, posiadając wiedzę w określonych dziedzinach oraz zatrudniając ekspertów, pomagają inwestorom redukować ryzyko. ASI dają inwestorom ogromne możliwości lokowania środków poza sektorem bankowym oraz tradycyjnymi rynkami finansowymi i kapitałowymi.

Ciekawym modelem mogłoby być również dopuszczenie prywatnych inwestorów do rządowych instytucji finansujących biznes. Zresztą NCBR posiada swoją alternatywną spółkę inwestycyjną o budżecie około 100 milionów złotych. Z kolei PFR od początku działa w formie spółki prawa handlowego. Częściowa prywatyzacja tych instytucji mogłaby wpłynąć na poprawę efektywności ich działania, a wykorzystanie kapitału prywatnego dla finansowania prywatnych przedsiębiorstw mogłoby odciążyć budżet państwa. Stworzenie skutecznego modelu finansowania małych i średnich przedsiębiorstw ze środków prywatnych jest nie tylko w interesie tych przedsiębiorstw. Ogromne korzyści odnieśliby również inwestorzy i państwo.

Autor: Łukasz Blichewicz – współzałożyciel i prezes zarządu grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

Nowoczesny Outsourcing Procesu Rekrutacji – najlepszy sprzymierzeniec twojej firmy

Globalny trend nowoczesnego outsourcingu rozmaitych usług i zadań jest coraz lepiej widoczny w świecie większego i mniejszego biznesu. Niezależnie od formy, jaką przybiera, outsourcing w dużej mierze polega na oszczędzaniu sporych pieniędzy. Możemy tego oczekiwać zarówno zlecając na zewnątrz sprzątanie biura, jak i przeniesienie produkcji do Chin, a księgowości do Indii. Z tego samego – finansowego – powodu coraz popularniejsze staje się wybieranie ciekawej usługi, jaką jest Outsourcing Procesu Rekrutacji. Można wówczas skorzystać z wielu rozmaitych zalet i pozytywów, jakie zapewniają nowoczesne formy outsourcingu. Elastyczność, szybkość, wydajność, innowacyjność, wygoda i niskie ryzyko to tylko niektóre z nich. Aby móc pozyskać świetnych członków zespołu, wystarczy zlecić to zadanie zwinnym, wszechstronnym, ale i doświadczonym specjalistom w zakresie RPO.

Nawet jeśli twoja organizacja zatrudnia pracowników HR, mogą oni nie być w stanie przeprowadzić nowoczesnego, sprawnego procesu rekrutacji. Problem może polegać na tym, że taki zespół nie jest wystarczająco zwinny i szybki, ponieważ przytłaczają go inne zadania. Może też nie być odpowiednio przystosowany do potrzeb współczesnego środowiska biznesowego. Przy czym wcale nie musi być ono bardzo skomplikowane ani złożone. Bo nowoczesny proces RPO jest idealny również dla firm mniejszych. I również one mogą czerpać z niego ogromne korzyści.Outsourcing Procesu Rekrutacji

Nowoczesny Outsourcing Procesu Rekrutacji

Wbrew temu, co wciąż myśli wiele osób, w dzisiejszych czasach RPO nie musi być sytuacją typu „wszystko albo nic”. Zdecydowanie możesz zjeść ciastko i mieć ciastko, ponieważ RPO może być „jedynie” usługą uzupełniającą dla działalności twojego działu HR. Minęły już czasy, gdy zewnętrzni podwykonawcy świadczyli usługi HR głównie tym firmom, które nie zatrudniały żadnych specjalistów ds. rekrutacji. Obecnie Outsourcing Procesu Rekrutacji często wzmacnia działania już istniejącego zespołu HR. Może stać się częścią twojego biznesu w stopniu, w jakim tego potrzebujesz i na jaki cię stać. W okresach, gdy potrzeby te są znacznie mniejsze, nie ma sensu angażować się w pełni. A zdolność adaptacji, elastyczność oraz zwinność są tymi cechami, które bez wątpienia wyróżniają RPO.

Współczesny Outsourcing Procesu Rekrutacji to także wykorzystywanie nowoczesnych, najwyższej klasy narzędzi oraz wysokiej jakości metod. Jeśli do tego zadania zatrudnimy agencję Sowelo Consulting, możemy być pewni, że dobierze właściwe rozwiązania z tej grupy. To bardzo cenne, ponieważ jedną z charakterystycznych cech współczesnego świata jest przytłoczenie liczbą dostępnych opcji. Jeśli nie masz wystarczającego doświadczenia, aby dokonać świadomego, pewnego wyboru w zakresie rekrutacji, zlecenie RPO jest zdecydowanie najlepszą decyzją. Również wtedy, gdy nie masz czasu albo umiejętności, by szybko uzupełnić braki w zespole.

RPO jest usługą bardzo efektywną – zaspokaja wszelkie potrzeby, niezależnie od powodu, dla którego firma klienta poszukuje nowych pracowników. Mogą to być zarówno początkowe fazy jej obecności na rynku, jak i okres szybkiego, bardzo dynamicznego wzrostu. Taki outsourcing jest idealny do obsadzania wielu wakatów równocześnie, np. w call centers czy centrach dystrybucji. Inne sytuacje obejmują fuzje, przejęcia, restrukturyzacje oraz wymiany całego dotychczasowego personelu. W takich przypadkach doskonałym rozwiązaniem jest też skorzystanie z usługi zatrudnienia tymczasowego – Interim Recruitment – firmy Sowelo.

Atrakcyjny jak Outsourcing Procesu Rekrutacji

Odpowiednio dobrani, niezwykle doświadczeni specjaliści RPO z przyjemnością przeprowadzą cię przez złożony świat dzisiejszych możliwości rekrutacyjnych. Potrafią wskazać i odpowiednio połączyć najbardziej optymalne metody i podejścia oraz wykorzystywać najnowocześniejsze, spersonalizowane rozwiązania biznesowe. Doskonale znają zarówno tradycyjne, jak i nowoczesne narzędzia oraz sposoby poszukiwania kandydatów, dzięki czemu efektywność ich działań jest wysoka. Biorą pod lupę rozmaite społeczności w ramach różnych platform, social mediów czy forów – zawodowych, a także branżowych. W ramach oferty Sowelo możliwa jest również analiza Big Data. A także korzystanie z ATS (Applicant Tracking System), profesjonalnego narzędzia do zarządzania bazą kandydatów do pracy. W przypadku Sowelo działania te pozwalają osiągnąć wysoki współczynnik hit ratio – kluczowy wskaźnik efektywności, czyli szybkiego obsadzania wakatów.

Ale oczywiście istnieją też różnorodne zajęcia offline, w których specjalizują się świetni konsultanci RPO. Biorą udział w rozmaitych projektach, w których mają bezpośredni kontakt z profesjonalistami reprezentującymi wiele branż. Jeśli chodzi o informatyków, są to różne targi, konferencje, hackathony i inne konkursy, warsztaty i tym podobne wydarzenia. Ale dogłębna znajomość rynku rekrutacyjnego pozwala również na umieszczanie materiałów rekrutacyjnych we właściwych miejscach. I w doskonałej, zwracającej uwagę formie. Mowa tu o wykorzystaniu atrakcyjnych ogłoszeń o pracy z porywającym tekstem oraz ciekawą szatą graficzną, a także materiałów filmowych. W ten sposób można dotrzeć do imponującej liczby światowej klasy specjalistów na różnych szczeblach kariery zawodowej. Nowoczesny Outsourcing Procesu Rekrutacji obejmuje również wykorzystanie najnowszej generacji metod testowania kandydatów oraz technologii raportowania.

Najnowocześniejszy Outsourcing Procesu Rekrutacji według Sowelo

Ale co w praktyce oznacza większa skuteczność wynikająca z zastosowania najbardziej postępowego RPO? Jest bezcenna, jeśli chcemy zwiększyć udział w rynku albo pozyskać najlepszych ludzi w okolicy albo nawet w całej branży. Oczywiście dotyczy to również rekrutacji IT. Coraz trudniej osiągać tu dobre efekty, zwłaszcza jeśli nie jesteśmy pewni, jaką strategię headhuntingu przyjąć. Konsultanci agencji Sowelo zdecydowanie mają tę pewność, a ty poczujesz różnicę, korzystając z ich usług. Uzyskane wyniki będziesz również mógł dokładnie policzyć i zmierzyć. A także określić z wyprzedzeniem niektóre parametry, gwarantowane przez Sowelo Consulting. Co ważne, firma ta może pozyskiwać talenty na całym świecie, dostosowując się do zmian na globalnym rynku pracy. W ten sposób zachęca też do większej otwartości na nowe możliwości zawodowe, będącej również wyznacznikiem nowoczesności.

Z jednej strony pracownicy tej agencji stosują na co dzień nowatorskie, innowacyjne techniki naboru. Równocześnie jednak czerpią pełnymi garściami z bogatego, kilkunastoletniego doświadczenia Sowelo w branży rekrutacyjnej. Te zasoby zapewniają im wyjątkową przewagę konkurencyjną, znacznie zmniejszając rotację personelu, która często jest dużym problemem dla działów HR. Oznacza ciągłe zaangażowanie i ogromne wydatki, a proces rekrutacji wydaje się nie mieć końca. Z drugiej strony najnowszej generacji RPO daje zespołom HR możliwość skupienia się na monitorowaniu pracy już zatrudnionego personelu. A także poczucie odzyskania kontroli nad rynkiem.

Inne zalety usług z zakresu RPO, profesjonalnie realizowanych przez Sowelo to wzrost zwrotu z inwestycji oraz znaczna redukcja kosztów. W ramach modelu mini-RPO tej firmy zwykle wynosi ona 30 procent i obejmuje m.in. koszty najmu, reklamy i oprogramowania. I to właśnie ten wykonawca odpowiada za planowanie i realizację całości procesu rekrutacji. A bycie jego właścicielem przez zewnętrznego usługodawcę to część współczesnego, korzystnego dla klientów podejścia. Podobnie jak partnerstwo, zaufanie i szacunek w relacjach na linii agencja-zamawiający. A także łączenie różnych metod i doświadczeń w celu uzyskania elastycznych, niestandardowych rozwiązań biznesowych.

Praca zdalna w świetle prawa – rzeczywistość wyprzedziła regulacje

Regulacja możliwości pracy zdalnej w formie ustnej  przeważa nad formą pisemną – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Gumtree.pl, przy współpracy z Randstad Polska. Jednocześnie, aż 71% pracowników zdalnych uważa, że czuje się chroniona przez prawo w czasie tzw. home office, a 40% pracodawców deklaruje, że czas pracy zdalnej ich pracowników nie jest w żaden sposób rozliczany.  

„Na słowo” częściej niż na piśmie

Jak pokazują wyniki badania, ponad połowa pracowników pracujących zdalnie (54%) przyznaje, że taki tryb pracy uzgodnili ze swoimi pracodawcami ustnie.  Odsetek osób, które mają tę kwestię uregulowaną pisemnie, jest nieznacznie wyższy w przypadku pracowników na umowie cywilno-prawnej (52%) oraz prowadzących działalność gospodarczą (46%) niż na umowie o pracę (43%). Różnice są również zależne od tego, kiedy pracodawca zezwolił na taki tryb pracy.

Co drugi pracownik, posiadający możliwość pracy zdalnej jeszcze przed pandemią koronawirusa, twierdzi, że ta forma wykonywania obowiązków zawodowych została uregulowana z pracodawcą w formie pisemnej. W przypadku pracowników, którzy otrzymali możliwość pracy zdalnej w dobie pandemii, tylko 39% respondentów przyznaje, że zasady te zostały uregulowane na piśmie.

Niezależnie jednak od tego, czy kwestia pracy zdalnej została wpisana do umowy, ustalona mailowo czy wyłącznie w formie ustnej, większość pracowników pracujących z domu czuje się chroniona przez prawo w trakcie wykonywania obowiązków. Wyniki badania pokazują, że taką ochronę dostrzega 71% respondentów, podczas gdy przeciwnego zdania jest 18% badanych, a 11% nie ma na ten temat zdania. Ochrony ze strony prawa nie czują szczególnie osoby posiadające własną działalność gospodarczą (29%) oraz współpracujące w ramach umowy cywilno-prawnej (25%). Wśród osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, już tylko 13% ankietowanych nie czuje się chroniona przez prawo pracy podczas wykonywania obowiązków zawodowych poza biurem.

Zadaniowo czy od 8 do 16?

W wielu przedsiębiorstwach utarł się pogląd, iż pracownicy wykonujący swoje obowiązki stacjonarnie, mogą być lepiej kontrolowani przez swoich pracodawców, a wykonane zadania można zweryfikować łatwiej, niż w przypadku pracy zdalnej. Jak rozliczanie czasu spędzonego na home office wygląda w praktyce? Wyniki badania pokazują, że aż 40% pracodawców deklaruje, iż w ich firmach nie funkcjonuje żaden system do rozliczania pracy zdalnej. Co piąty pracodawca sprawdza aktywność pracowników na komputerze (logowania do sieci) lub daje im wolną rękę i umożliwia samodzielne prowadzenie rozliczenia czasu pracy.

Nieco inaczej wyglądają odpowiedzi w przypadku pracowników – na brak systemu do rozliczeń wskazało 23% badanych, 41% zaznacza, że prowadzi swoje raporty i udostępnia je przełożonemu, a 24% przyznaje, że pracodawca prowadzi rejestr godzin logowania do sieci.

– Kiedy weźmiemy pod uwagę wielkość firmy, zaczynają nam się rysować różnice w sposobie rozliczania czasu pracy zdalnej. Wśród osób pracujących w mikrofirmach, aż 75% zapytanych przyznaje, że samodzielnie prowadzi takie rozliczenie bądź czas pracy w żaden sposób nie jest sprawdzany. W przypadku dużych firm, zatrudniających ponad 250 pracowników, odsetek ten wynosi 59%. Wśród osób pracujących w największych firmach, czas pracy zdalnej częściej jest za to monitorowany przez pracodawcę (32% wskazań) – wyjaśnia Katarzyna Merska, Koordynator ds. Komunikacji Gumtree.pl.

Komputer i internet – narzędzia pracownika zdalnego

Wygodne krzesło, dobre oświetlenie, dostęp do odpowiedniej wielkości biurka – to zalążek domowego biura. Zdaniem polskich pracowników zdalnych, to, co jeszcze powinno się w nim znaleźć, to przede wszystkim komputer (92%) z dostępem do internetu (93%). Nieco mniej osób widzi również potrzebę korzystania z odpowiedniego oprogramowania (61%) oraz telefonu komórkowego (67%). Co ciekawe, 8% pracowników zdalnych nie uważa dostępu do komputera za niezbędny do zdalnego wykonywania obowiązków.

Narzędzia potrzebne do pracy nie zawsze są jednak udostępniane przez pracodawców. Aż co drugi pracownik, w czasie pracy zdalnej, musi korzystać z własnego komputera, a dwóch na trzech – z własnego telefonu komórkowego. Z kolei dostęp do odpowiedniego oprogramowania i do dysków w chmurze zapewnia, zdaniem pracowników, 68% pracodawców. Niemalże co czwarty pracownik może skorzystać z dofinansowywanego bądź udostępnionego przez pracodawcę internetu. 25% pracowników deklaruje natomiast, że nie otrzymuje od swoich szefów żadnego sprzętu ani żadnych dofinansowań.

– Aktualnie obowiązujące przepisy tarczy antykryzysowej dość ogólnie mówią o tym, jakie narzędzia i w jakim zakresie pracodawca powinien udostępnić pracownikowi, aby ten mógł wykonywać zadania w trybie zdalnym. Jednocześnie dopuszczają korzystanie przez pracownika z własnych urządzeń. Brak precyzji w tej kwestii może budzić wiele wątpliwości, a wręcz nierówności – część pracowników otrzymuje rekompensatę za połączenie internetowe czy rachunki za prąd, inni muszą eksploatować własny sprzęt, jednocześnie biorąc na siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo przetwarzanych informacji. Sprawy w dodatku nie ułatwia tymczasowy charakter obecnych rozwiązań. Te bowiem przestaną obowiązywać we wrześniu. Na dłuższą metę niezbędne może się więc okazać kompleksowe uregulowanie pracy zdalnej w kodeksie pracy – przestrzega Mateusz Żydek, ekspert rynku pracy Randstad Polska.

Choć praca zdalna w ostatnich latach powoli zyskiwała na znaczeniu, głównie jako forma benefitu dla pracowników, do niedawna nikt nie spodziewał się prawdziwej rewolucji, jaka nastąpiła w ciągu niespełna pół roku. Obecny stan prawny, a także wyniki badania, wskazują na to bardzo wyraźnie. Oznacza to, że zarówno pracodawcy, jak i prawodawcy mają przed sobą jeszcze szereg wyzwań związanych z kompleksowym uregulowaniem tego obszaru aktywności zawodowej.

Skutki podatkowe zmiany proporcji udziałów w trakcie i po zakończeniu roku obrotowego

Zaliczki na podatek dochodowy w przypadku wspólników spółki osobowej uiszczane są według proporcji udziałów wspólników w zysku określonej w umowie spółki. Zaliczki stanowią jedynie wpłaty na poczet nieustalonego jeszcze zobowiązania podatkowego. Ostateczne ustalenie podstawy opodatkowania następuje dopiero po zakończeniu roku podatkowego w zeznaniu rocznym, co oznacza, że po zmianie proporcji udziałów może być ono zupełnie inne, niż zakładano wcześniej.

Opodatkowanie wspólników spółki osobowej z zaliczki

Spółka osobowa nie posiada osobowości prawnej, w związku z czym nie jest podatnikiem podatku dochodowego od osób prawnych. Podatnikami podatku dochodowego są wspólnicy takiej spółki. W konsekwencji oznacza to, że to wspólnicy mają obowiązek odprowadzić podatek od dochodu spółki osobowej.

Kwota podatku zależy natomiast od proporcji udziału w zyskach spółki, która określona jest w umowie spółki. Jednakże, jeśli proporcja ta nie została określona, zgodnie z art. 8 ust. 1 ustawy o PIT przychody z tytułu udziału w spółce niebędącej osobą prawną określa się proporcjonalnie do prawa do udziału w zysku, a w przypadku braku przeciwnego dowodu przyjmuje się, że prawa do udziału w zysku są równe.

Zaliczki na podatek dochodowy opłacane są więc w takiej wysokości, która odpowiada udziałowi danego wspólnika w zyskach spółki osobowej.

Zmiana proporcji w trakcie roku obrotowego

Zmiana proporcji udziału w zyskach jest możliwa w trakcie roku obrotowego oraz po jego zakończeniu. W przypadku dokonania zmiany w trakcie roku od momentu tej zmiany zaliczki na podatek dochodowy wspólnika wpłacane są zgodnie z nową proporcją.

Zarówno w doktrynie, jak i orzecznictwie utrwalony jest pogląd, że w takiej sytuacji brak jest obowiązku dokonywania korekty za miesiące, w których zaliczki wpłacane były według poprzedniej proporcji. Oznacza to, że:

  • jeśli udział wspólnika w zysku się zmniejszy, może powstać po jego stronie nadpłata;
  • jeśli udział wspólnika w zysku się zwiększy, może powstać po jego stronie konieczność dopłacenia kwoty podatku. Co istotne, w takiej sytuacji nie będą naliczane żadne odsetki.

Zmiana proporcji po zakończeniu roku obrotowego

Ostateczna wypłata zysku co do zasady następuje po zakończeniu roku obrotowego, i to ta wypłata będzie stanowiła o podstawie opodatkowania i kwocie podatku (chyba że postanowienia umowy spółki przewidują możliwość podziału zysku za okresy krótsze niż rok obrotowy w drodze podjęcia odpowiedniej uchwały przez wspólników i takowa uchwała zapadnie przed zmianą proporcji – wtedy rozliczenie następuje odrębnie).

Możliwa jest również zmiana proporcji już po zakończeniu roku obrotowego, która to zmiana będzie uwzględniać nie tylko ostateczny wynik finansowy spółki osobowej, ale także np. stopień, w jakim poszczególni wspólnicy przyczynili się do uzyskania przychodu/dochodu.

Może się więc okazać, że dany wspólnik wpłacał zaliczki według udziału określonego w wyższej bądź niższej proporcji. W takiej sytuacji także może powstać nadpłata/niedopłata. Również jednak nie nastąpi konieczność dokonywania korekt ani płacenia odsetek.

Zgodnie z wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 24 czerwca 2016 r., II FSK 1552/14: „W sytuacji, gdy udział w zysku spółki za cały rok podatkowy wg ostatecznej proporcji będzie wyższy niż zakładany w ciągu tego roku udział na podstawie tymczasowej proporcji lub zmienionej proporcji, nie może być mowy o powstaniu zaległości podatkowej w rozumieniu art. 51 § 1 i § 2 o.p. Jeśli podatnik odprowadzał zaliczki, obliczone na podstawie obowiązującej w danym momencie proporcji, uznać należy, że zaliczkę uiścił w terminie i we właściwej wysokości. Nie ma podstaw, aby wskutek późniejszych zdarzeń (przyjęcia ostatecznej proporcji) uznać z mocą wsteczną, że zaliczki, które w dniu odprowadzania były obliczone i uiszczone prawidłowo, uznać za opłacone nie w pełnej wysokości”.

W zależności również, czy podatek płacony jest według skali podatkowej, czy też ryczałtowo, podatnikowi może zależeć na konkretnej kwocie wypracowanego dochodu, od którego płacony jest podatek. Wykonując jakiekolwiek zmiany, należy jednak zawsze mieć na uwadze istnienie klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania i przed każdą zmianą zasięgnąć porady profesjonalisty.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Kolejny wyrok WSA, w postępowaniu przy udziale Rzecznika MŚP, uchylający decyzję w sprawie kary SENT nałożonej na przewoźnika

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, w kolejnym już wyroku, podzielił stanowisko Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców w zakresie konieczności odstąpienia od wymierzenia kary pieniężnej na podstawie ustawy o SENT.

Przewoźnik, ukarany na podstawie ustawy o SENT karą pieniężną w wysokości 5 000 PLN, zwrócił się do Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców z wnioskiem o interwencję. Sprawa miała swój początek w maju 2018 r., gdy funkcjonariusze celno-skarbowi w trakcie przeprowadzonej kontroli drogowej stwierdzili niekompletne zgłoszenie SENT (brak wpisanego w zgłoszeniu numeru zezwolenia drogowego (licencji) w rozumieniu przepisów ustawy z dnia 6 września 2001 r. o transporcie drogowym). Zgodnie z wyjaśnieniami przewoźnika brak ten był efektem omyłki. Jednocześnie, brak ten przewoźnik uzupełnił w zgłoszeniu jeszcze w trakcie kontroli drogowej, podczas której kierujący okazał również wypis z posiadanej licencji transportowej.

Postępowanie odwoławcze od decyzji o nałożeniu kary pieniężnej, wszczęte odwołaniem przedsiębiorcy nie przyniosło zmiany rozstrzygnięcia, w rezultacie czego przewoźnik złożył skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Na etapie sądowo-administracyjnym do postępowania przystąpił i wyraził swoje stanowisko Rzecznik MŚP, który w swoim stanowisku poparł skargę przewoźnika oraz zwrócił uwagę m.in. na naruszenie przez organy w sprawie przepisów art. 22 ustawy o systemie monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów poprzez nieodstąpienie od wymierzenia kary pieniężnej przedsiębiorcy.

WSA w Warszawie w swoim orzeczeniu uznał, że organy administracji publicznej naruszyły przepisy prawa materialnego w sposób, który miał wpływ na wynik sprawy, jak również przepisy postępowania w stopniu mogącym mieć istotny wpływ na wynik sprawy. W konsekwencji Sąd uchylił zaskarżoną decyzję o nałożeniu kary pieniężnej. Wojewódzki Sąd Administracyjny nie podzielił oceny organów obu instancji, zgodnie z którą odstąpienie od wymierzenia kary należy traktować jako instytucją szczególną, a przyznanie tego typu ulgi postawiłoby przewoźnika w uprzywilejowanej pozycji w stosunku do innych podmiotów realizujących przewóz, które wypełniają obowiązki wynikające z ustawy o SENT bądź uiszczają kary związane z ich niewykonaniem.

W ocenie Sądu, w przedmiotowej sprawie, poza błędnym (niezupełnym) wypełnieniem zgłoszenia SENT nie stwierdzono działań przewoźnika, których zwalczanie było celem ustawy o SENT. Jednocześnie WSA wskazał, iż przedstawione w sprawie stanowisko organów nie stanowi urzeczywistnienia realizacji zasad prowadzenia postępowania przewidzianych w Ordynacji podatkowej (tj. zasady prowadzenia postępowania w sposób budzący zaufanie do organów oraz zasady podejmowania przez organy wszelkich niezbędnych działań w celu dokładnego wyjaśnienia stanu faktycznego), zaś w interesie publicznym jest budowanie u obywateli, podmiotów gospodarczych zaufania do organów państwa.

Starward Industries jutro zadebiutuje na NewConnect

0

W najbliższą środę akcje Starward Industries, krakowskiego producenta gier z segmentu AA+, zadebiutują na NewConnect. Spółka prowadzi zaawansowane prace nad tytułem opartym na jednej z powieści Stanisława Lema. Premiera planowana jest na koniec 2021 r. i zbiegnie się z setną rocznicą urodzin pisarza.

Do obrotu giełdowego trafi 187.716 akcji, w tym 73.005 akcji serii H sprzedawanych po 41 zł w publicznej emisji pod koniec ubiegłego roku. Z oferty spółka pozyskała 2,99 mln zł, a stopa redukcji zapisów wyniosła 22,19%. Łącznie do obrotu zostanie wprowadzone 10,18% kapitału zakładowego, na które składają się akcje z serii H (emisja PRE-IPO) oraz serii G.

Czekamy z całym zespołem na pierwsze notowanie, to ważny krok, który jest dla nas zwieńczeniem blisko dwuletniej drogi ku upublicznieniu Starwarda. Już wkrótce pokażemy graczom oraz inwestorom pierwsze efekty pracy. Mam świadomość, że do dnia dzisiejszego pracowaliśmy praktycznie za “zamkniętymi drzwiami”, co wynika z przyjętej strategii marketingowej. – mówi Marek Markuszewski, prezes Starward Industries. 

Liczymy na długoterminowy wzrost fundamentalnej wartości Spółki. Nieustannie koncentrujemy nasze siły na tworzonej przez nas grze wideo, to absolutnie najważniejszy obszar dla Zarządu Spółki. – podkreśla prezes.

W międzyczasie, doświadczony krakowski zespół kontynuuje działania związane z produkcją na bazie twórczości Stanisława Lema. Potencjał sprzedażowy tytułu FPP w klimacie atompunk, deweloper szacuje na 500-700 tys egzemplarzy, w ciągu roku od wieloplatformowej premiery. Gra powstaje na silniku Unreal Engine i przeznaczona jest zarówno na “duże” konsole, jak i komputery osobiste. W lipcu spółka zakończyła realizację siódmego już kamienia milowego. Premiera gry zaplanowana jest do końca 2021, czyli w roku, w którym przypada setna rocznica urodzin Stanisława Lema.

W lipcu przedsiębiorcy nie bali się już koronawirusa

  • Przedsiębiorcy pomimo pandemii optymistycznie patrzą na prowadzony przez siebie biznes. Produkują i sprzedają – w lipcu wystawili o 10% więcej faktur niż w czerwcu, a nawet o 8% więcej niż w lutym, przed pandemią.
  • Duża liczba faktur to dobra wiadomość także dla finansów publicznych, bo oznacza większe wpływy z VATu. W lipcu to o 15% więcej niż w lutym.
  • Tak dynamiczne odbicie po ograniczeniach w funkcjonowaniu gospodarki jest możliwe dzięki instytucjom finansowym łączącym sprzeczne potrzeby wystawiających faktury i je płacących.

Lipcowy odczyt wskaźnika PMI dla polskiego sektora wytwórczego wyniósł 52,8 pkt. To aż 5,6 pkt. więcej niż w czerwcu. Po raz ostatni polski PMI znajdował się na takim poziomie dwa lata temu, w lipcu 2018 r. (52,9 pkt.). PMI to podawany przez firmę badawczą IHS Markit wskaźnik optymizmu przedsiębiorców, odczytywany z ankiet wypełnianych przez menedżerów firm. Wynik powyżej 50 punktów wskazuje na dobrą koniunkturę gospodarczą.

Optymizm przedsiębiorców w znacznej części wynika z ekspansji gospodarczej i dużej liczby wystawianych faktur. Eksperci z serwisu Faktura.pl sprawdzili, czy mikrofirmy, które najczęściej korzystają z portalu, rzeczywiście wystawiły w lipcu więcej faktur.

– Nasze dane potwierdzają optymizm, jaki widać we wskaźniku PMI. W lipcu przedsiębiorcy MSP wystawili aż o 10% więcej faktur niż w czerwcu. Oznacza to bardzo duży wzrost aktywności gospodarczej. Skalę odbicia jeszcze lepiej widać, kiedy liczbę faktur z lipca porównamy z tą z kwietnia – najgorszego miesiąca pod względem aktywności MSP: w ubiegłym miesiącu faktur było więcej o ¼, dokładnie o 26%. W lipcu mikrofirmy wystawiły ich więcej nawet niż w lutym – ostatnim miesiącu przed pandemią (o 8%) – mówi Grzegorz Grodek z Faktura.pl.

Turyści nie oszczędzali na jedzeniu

Największy wzrost liczby wystawionych w lipcu faktur w stosunku do czerwca widać w dokumentach ze stawką 5% VAT – więcej aż o 28%. Na takiej stawce VATu działa część przedsiębiorców sprzedających wyroby spożywcze np. oleje, mleko, mięso, owoce i warzywa, pieczywo, sery. Wg takiej stawki rozlicza się też część usług gastronomicznych. Te, które przeżyły zapaść w kwietniu w lipcu korzystały na wakacyjnej hossie. Liczby pokazują, że turyści wyjeżdżający w góry czy nad morze nie oszczędzali na jedzeniu.

Więcej faktur, to więcej pieniędzy w budżecie, także na pomoc dla biznesu

Duża liczba wystawianych faktur to dobry sygnał dla gospodarki, ale także dla budżetu państwa. Oznacza większe wpływy z VATu. Jego wartość zapisana na dokumentach wystawionych przez przedsiębiorców za pośrednictwem serwisu Faktura.pl była w lipcu o 10% większa niż w czerwcu i 15% większa niż w lutym, przed pandemią

Najmniejsze firmy w Polsce odpowiadają za 30% PKB, więc jeżeli nominalne PKB Polski to 607 mld dol. to udział mikrofirm w tej kwocie sięga 182 mld, czyli (według kursu z początku sierpnia) 682,5 mld złotych. Jeśli uśrednimy tę kwotę na 12 miesięcy, otrzymamy prawie 57 mld złotych miesięcznej kontrybucji mikrofirm do PKB. Lipcowy wzrost wartości VAT o 10% w stosunku do czerwca oznacza, że PKB dzięki wzrostowi aktywności przedsiębiorców zwiększyło się o dodatkowe 5,7 mld zł. To dobra wiadomość dla nas wszystkich, także dla firm, bo wsparcie biznesu w ramach tarcz rządowych w znaczącej części jest finansowane z wpływów z VATu.

To nie jest czas, na marnowanie… czasu

Biznes nie daje się koronawirusowi. Przedsiębiorcy produkują i wykonują usługi. Ich optymizm przekłada się na otwartość na korzystanie z nowych narzędzi finansowych. Wprawdzie trzeba za nie zapłacić prowizje, ale przyspieszają obrót handlowy i przepływ gotówki, zwiększają także płynność.

– Obserwujemy znaczący wzrost zainteresowania faktoringiem ze strony mikrofirm. Dotyczy to nie tylko biznesów, które od dawna z nami współpracują – te kierują do finansowania znaczne większą liczbę faktur. Ogromny wzrost zainteresowania faktoringiem zauważamy też ze strony nowych firm, a nawet branż, które wcześniej nie korzystały z takiego modelu finansowania – mówi Jakub Szymczak z Finea. – Covid-19 dołożył do terminu przelewu tydzień lub dwa. W czasie zamrożenia gospodarki wielu przedsiębiorców wykorzystało rezerwowe środki, więc teraz nie mogą już czekać na zapłatę. Ich partnerzy biznesowi np. odbierający produkcję też pozbyli się rezerwowych środków. Chcą zamawiać, ale płacić wolą z opóźnieniem. Tę rozbieżność czy też lukę biznes „zasypuje” faktoringiem, który skraca dystans pomiędzy wystawcami faktur, a ich płatnikami. W lipcu liczba faktur przekazywanych nam do finansowania była większa niż w najlepszym miesiącu funkcjonowania przed pandemią. Zanotowaliśmy rekordowy miesiąc zarówno pod względem ilości sfinansowanych faktur jak i pozyskaniem nowych Klientów. Znaczna część przedsiębiorców podchodzi do korzystania z takiego wsparcia świadomie i jest w stanie zapłacić prowizję, za usługę, która przyspiesza, a czasem wręcz uruchamia obrót handlowy – dodaje Jakub Szymczak, Finea.

Biznesowi odbiorcy kupują i odbierają prace. Nie chcą tylko… płacić. W każdym razie nie od razu po wykonaniu usługi. Potrzebują więcej czasu na zgromadzenie środków. Czekać za to nie mogą wystawcy faktur – ci potrzebują środków na już. Ta powiększająca się luka i rozbieżność pomiędzy potrzebami i oczekiwaniami przedsiębiorców jest wypełniana przez usługi finansowe, w szczególności faktoring.

Kilka małych tematów – sytuacja na rynku walutowym

Rynek akcji ma trudności z wypracowaniem stabilnego pędu wzrostowego przy braku nowych, pozytywnych impulsów. Strzępki niepokojących informacji z różnych obszarów mącą spokój inwestorów. Tym czasem na FX wraca presja na USD.

Pomimo nowych szczytów Nasdaq w poniedziałek, dziś rynki w Azji i na otwarciu w Europie nie kontynuują zakupowego zapału. Z jednej strony do głosu dochodzą sygnały techniczne – S&P500 ma trudności z wyjściem pand lutowe szczyty, do czego potrzebowałby zdecydowanego impulsu. Dane z USA jednak nie zachwycają (wczoraj spadek indeksu NY Empire State), negocjacje nad pakietem fiskalnym utknęły w martwym punkcie, a Biały Dom nie odpuszcza w utarczkach z Chinami – wczoraj administracja Trumpa zaostrzyła restrykcje wobec spółki technologicznej Huawei. Dziś rano COVID-19 przypomina o sobie poprzez rosnącą liczbę przypadków zachorowań w Korei Południowej oraz lockdown nowozelandzkiego Auckland. Jak zwykle największym zagrożeniem dla rajdu ryzyka jest wytracenie paliwa i napływ wątpliwości wśród inwestorów, czy to już moment do odwrotu.

Podczas gdy rynek akcji ogarniają wątpliwości, na innych rynkach nastroje są bardziej zdecydowane. Wytraceniu ulega zeszłotygodniowy rajd rentowności obligacji skarbowych, co pomaga w odrabianiu strat przez złoto. Uncja kruszcu ponownie kosztuje ponad 2000 USD, odzwierciedlając oczekiwania, że polityka monetarna na świecie pozostaje ultra-ekspansywna na dłużej. Banki centralne będą bardziej dbać o wzmocnienie ożywienia i opierać odpowiedzi na ewentualny wzrost inflacji. Tymczasem na FX wraca osłabienie USD, przeciw któremu przemawia kombinacja spadających rentowności (przypomnienie o gołębiości Fed), odbicie cen złota i słabe dane makro. Przy niezdecydowaniu rynku akcji słabość dolara mocniej ujawnia się względem bezpiecznych przystani: JPY, CHF i EUR. Jednocześnie wzrosty cen ropy naftowej pod 5-miesięczne szczyty pomagają CAD i NOK, podczas gdy AUD korzysta na przesiadce inwestorów z NZD osłabionego przez odrodzenie epidemii koronawirusa i oczekiwania wprowadzenia ujemnych stóp procentowych przez RBNZ.

Generalnie rynki finansowe błądzą wśród małych tematów, co na płytkim rynku jest okazją na punktowych zrywów, a w szerszym ujęciu skłania do porządkowania pozycji, z zachowaniem jednak kursu na długoterminowe cele. Jakkolwiek korekta może pojawić się w każdym momencie, to nie powinna zachwiać generalnym optymizmem, który stoi za umocnieniem ryzykownych aktywów od końca maja. Mentalność „kupowania dołków” powinna być skutecznym hamulcem ewentualnej przeceny.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

MedApp podsumowuje II kwartał 2020 roku

MedApp S.A., polska spółka technologiczno-medyczna specjalizująca się w sztucznej inteligencji, mieszanej rzeczywistości oraz gromadzeniu dużych zbiorów danych opublikowała raport okresowy za II kwartał 2020 roku. W minionym kwartale Spółka odnotowała wzrost przychodów oraz istotnie zmniejszyła stratę netto w porównaniu z II kwartałem ubiegłego roku. Przychody wyniosły we wskazanym okresie prawie 231 tys. zł. Spółka realizowała w tym czasie dotychczas zawarte umowy komercyjne, pracowała nad prospektem oraz z sukcesem nawiązała współpracę z kolejnymi placówkami medycznymi na potrzeby pilotażowych wdrożeń swoich rozwiązań. Spółka kontynuuje komercjalizację rozwiązań CarnaLife Holo oraz CarnaLife System, poszerza ich funkcjonalności oraz realizuje dalsze prace nad wprowadzeniem akcji na rynek regulowany GPW. 

W czerwcu br. Spółka nawiązała współpracę z NEO Hospital, w ramach której CarnaLife Holo będzie wykorzystywane przez specjalistów Szpitala Na Klinach do wsparcia zabiegów onkologicznych, szczególnie raka trzustki oraz wątroby. W ramach pilotażowych zabiegów chirurdzy będą wykorzystywali rozwiązanie również do wsparcia zabiegów ginekologicznych. Umowa jest realizowana w systemie Software as a Service (SaaS). Tego typu system rozliczeń pozwoli Spółce generować regularne przychody.

– Nasza aplikacja CarnaLife Holo wspiera pracę przy skomplikowanych zabiegach, dając możliwość wykorzystania jej zarówno w zabiegach kardiologicznych, onkologicznych, radiologii interwencyjnej oraz ortopedii. Nasi partnerzy z NEO Hospital wykorzystują ją w operacjach guza wątroby oraz trzustki. Zabiegi te ratują ludzkie życie, dlatego cieszymy się, że specjaliści wykorzystują nasze rozwiązania w tych trudnych procedurach medycznych. CarnaLife Holo nie tylko pomaga chirurgom, ale również pozwala pacjentom zobaczyć przebieg operacji, dzięki goglom HoloLens oraz mieszanej rzeczywistości – komentuje Krzysztof Mędrala, prezes MedApp S.A.

Krakowska Spółka w ubiegłym miesiącu podpisała również umowę z firmą Semicon. W jej ramach specjaliści MedAppu dostarczą oraz wdrożą aplikację do zdalnego gromadzenia danych z terminala mikcyjnego autorstwa Semicon, który ma być w przyszłości certyfikowany jako wyrób medyczny.  Doświadczenie MedAppu w telemedycynie, wdrożony system ISO 13485 oraz certyfikacja systemów spółki jako wyrób medyczny klasy IIb pomoże firmie Semicon w certyfikacji swojego urządzenia. Współpraca otwiera przed MedApp’em perspektywę poszerzenia portfolio urządzeń, a co za tym idzie – usług z zakresu medycyny mobilnej.

Spółka kontynuuje komercjalizację swoich rozwiązań. W lipcu br. rozpoczęła realizację pilotażowych wdrożeń aplikacji CarnaLife System w placówkach CARINTART Sp. z o.o. oraz Intercard Sp. z o.o. w obszarze kardiologii. Ponadto w bieżącym miesiącu spółka podpisała umowę dystrybucyjną z firmą WLOG Solutions Sp. z o. o., w ramach której partner zajmie się dystrybucją rozwiązań CarnaLife Holo, CarnaLife System oraz Surgeon Eye do polskich placówek medycznych oraz producentów urządzeń medycznych.

Miniony kwartał był również okresem przygotowań spółki do wejścia na rynek regulowany GPW oraz do towarzyszącej temu emisji akcji. Zwieńczeniem tych działań było przygotowanie prospektu emisyjnego oraz złożenie go 20 lipca br. w Komisji Nadzoru Finansowego. Środki pozyskane w ramach emisji zostaną przeznaczone m.in. na zwiększenie skali działalności poprzez rozpoczęcie procesu certyfikacji CarnaLife Holo przez Agencję Żywności i Leków (FDA) w Stanach Zjednoczonych, a następnie wprowadzenie produktów MedAppu do obrotu na rynku amerykańskim. Dadzą one również możliwość prowadzenia dalszych działań związanych z rozwojem oraz komercjalizacją rozwiązań oferowanych przez MedApp S.A.

Uważamy, że oferujemy unikalną i innowacyjną technologię odpowiadając na potrzeby nowoczesnej służby zdrowia. Chcemy, aby nasza oferta była dostępna nie tylko dla pacjentów w Polsce czy Europie, ale także w Stanach Zjednoczonych. Dlatego wejście na tzw. „duży parkiet” oraz towarzysząca temu emisja akcji, będą dla nas milowym krokiem w rozwoju MedApp. Już teraz wraz z naszym doradcą, firmą Paraxel Biotech przygotowujemy niezbędną dokumentację, aby rozpocząć proces certyfikacji – dodaje Krzysztof Mędrala.

16 lipca br. MedApp podpisał umowę z Parexel Biotech, należącą do Parexel International, światowego  lidera w zakresie usług biofarmaceutycznych i CRO (Contract Research Organization) doradztwa w zakresie rejestracji produktów medycznych i leków. Doradca przygotuje MedApp do certyfikacji w amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (Food and Drug Administration – FDA).

Najlepszy bank na świecie? Rozmowa z założycielami Symmetrical Labs

Jak działa Symmetrical? 

Daniel Wartołowski: Symmetrical dostarcza technologię, która pozwala pracodawcom działać jak bank dla swoich pracowników. Z jednej strony dbać o ich poczucie bezpieczeństwa i zdrowie finansowe, a z drugiej chronić ich przed drogimi produktami finansowymi i zapewniać płynność finansową. I jest to najlepszy bank na świecie, bo jego celem jest zapewnienie szeroko rozumianej opieki finansowej, a nie maksymalizowanie zysku.

Piotr Smoleń: Pierwszą funkcjonalnością, którą wdrożyliśmy jest „wypłata na życzenie”, która pozwala pracownikom decydować kiedy i z jaką częstotliwością sięgają do swojej już wypracowanej pensji. To paradoks, że pracownicy pracując codziennie– i codziennie dostarczając wartość swoim pracodawcom – muszą czekać na należne im pieniądze do umownego terminu wypłaty. Uwalniamy pieniądze pracowników tak, by mogli z nich korzystać wtedy, kiedy są im potrzebne. A zwłaszcza teraz, gdy spadek koniunktury i kryzys pukają do naszych drzwi.

Daniel Wartołowski: Dokładnie. Potwierdzają to najnowsze dane. Według BigInfoMonitor w ciągu zaledwie 2 miesięcy trwania pandemii długi Polaków z powodu nieopłaconych rachunków i rat kredytów wzrosły o ponad 1,2 mld zł (do 81 mld zł). Dane prezentowane w InfoDługu uwzględniają płatności wynoszące minimum 200 zł opóźnione o co najmniej 30 dni, pytanie zasadnicze brzmi: o ile lepsza byłaby sytuacja finansowa dłużników, gdyby zamiast posiłkować się drogimi pożyczkami czy kredytami mogli skorzystać z własnego wynagrodzenia jeszcze przed wypłatą? To właśnie umożliwiamy pracownikom i pracodawcom w Symmetrical – skorzystanie z już zarobionych pieniędzy bez potrzeby kupowania drogich (i nie zawsze dostępnych) produktów finansowych.

Na czym opierało się Wasze MVP?

Piotr Smoleń: Naszym MVP była prosta aplikacja mobilna pozwalająca pracownikom śledzić ich pensje w czasie rzeczywistym i wypłacać wtedy, kiedy jest potrzebna. Aplikacja się oczywiście rozwinęła ale dodatkowe funkcje są logicznie komplementarne wobec pierwotnej wizji a do tego mogą być konfigurowane według indywidualnych założeń każdego pracodawcy. To znaczy, że to pracodawca określa ile wcześniejszych wypłat wynagrodzenia może dokonać pracownik lub jaką część wynagrodzenia może wypłacić wcześniej. Razem z modułem edukacyjnym – nad którym obecnie pracujemy – jest to doskonałe narzędzie dla odpowiedzialnych pracodawców, którzy rozumieją realne potrzeby pracowników i dbają o ich dobrostan nie tylko w czasach prosperity.

Daniel Wartołowski: A wracając jeszcze do MVP od początku zakładaliśmy, że nasza aplikacja będzie się automatycznie łączyła z systemami kadrowymi czy szerzej programami ERP w firmach tak, aby wdrożenie naszej aplikacji było płynne, bezproblemowe i całkowicie neutralne dla procesów kadrowych i finansów pracodawcy.

W jaki sposób ewoluował Wasz pomysł od pierwotnej wizji do chwili obecnej?

Piotr Smoleń: Naszą pierwotną ideą było zapewnienie ludziom łatwego, etycznego i taniego dostępu do usług finansowych. Zależało nam na wyrównaniu szans wszystkich ludzi na niesymetrycznym rynku finansowym. Dlatego też naszą firmę nazwaliśmy Symmetrical, bo uważamy, że dziś na rynku nie każdy ma równe szanse i dostęp do środków, co dodatkowo zwiększa istniejące dysproporcje na niekorzyść ludzi o mniejszych zasobach.

Daniel Wartołowski: Naszą wizję zaczęliśmy wdrażać od stworzenia technologii, która to umożliwiała. Obecnie wykorzystujemy te technologie w modelu współpracy z pracodawcami. Innowacyjność naszego rozwiązania polega na tym, że pracodawca nie musi na bieżąco rozliczać wcześniej wypłaconych pensji we własnym systemie, ani wypłacać ich z własnych środków. Są one wypłacane przez Symmetrical, a po zakończeniu okresu rozliczeniowego pracodawca otrzymuje jedynie łączną notę księgową z sumą wypłaconych zaliczek oraz zbiorczą fakturę za obsługę.

Do których sektorów skierowany jest Wasz produkt? W których branżach sprawdza się najlepiej?

Piotr Smoleń: Nasze rozwiązanie doskonale sprawdza się w sektorach BPO/outsourcingu, produkcji, retailu, logistyki i transportu, ale także w branży HoReCa czy usług B2C, gdzie często pracownicy pracują elastycznie i nie mają stałego grafiku.

Czy rynek, zwłaszcza polski, jest gotowy na takie rozwiązanie?

Daniel Wartołowski: Jesteśmy głęboko przekonani, że czekanie 30 dni na wypłatę zarabianych codziennie pieniędzy nie jest fair i niebawem będzie przeżytkiem. Polacy są narodem łatwo adaptującym nowinki technologiczne, ceniącym niezależność i możliwość samodzielnego decydowania o swojej sytuacji finansowej. Zwłaszcza dziś, gdy żyjemy w erze gig economy i każdy szuka dopasowanych do jego indywidualnych potrzeb, elastycznych rozwiązań, a przy tym mamy większą świadomość i jesteśmy lepiej zorientowani w tym, co jest najbardziej opłacalne. Zresztą widzimy to już po dziesiątkach wdrożeniach i pilotażach w różnych branżach, że nasze rozwiązanie przyjmuje się znakomicie na rodzimym rynku.

W jakich państwach działacie, gdzie „benefit na trudne czasy” sprawdza się najlepiej?

Piotr Smoleń: Rozpoczęliśmy działalność w Polsce, aktualnie otwieramy kilka nowych rynków zarówno w Europie Środkowo-Wschodniej, jak i na Zachodzie Europy. Sytuacja kryzysowa dotknęła wszystkie kraje na świecie w mniejszym lub większym stopniu. Rozpoczęliśmy wstępne sondowanie rynków w całej Europie. Rozmawialiśmy z pracownikami i pracodawcami m.in. z Niemiec, gdzie kultura oszczędzania i świadomość finansowa są naprawdę na wysokim poziomie. Nawet osoby o skromnych dochodach oszczędzają i co ciekawe choć mają „poduszkę finansową”, to nie chcą jej ruszać w przypadku nieprzewidzianych wydatków. Wolą oszczędność pozostawić nienaruszone, a skorzystać z opcji wcześniejszej wypłaty na życzenie. Już widzimy pole dla Symmetrical. 

Ostatnio uzyskaliście dofinansowanie w wysokości 25 mln złotych, na co planujecie przeznaczyć te środki?

Piotr Smoleń: Środki z rundy finansowania przeznaczymy na rozbudowę naszego produktu o sztuczną inteligencję i mechanizmy wspierające użytkowników w podejmowaniu lepszych decyzji finansowych. Wykorzystamy je również na dalszą ekspansję w Europie.

Piotr Smoleń – współzałożyciel i CEO Symmetrical Labs. Były CEO i współzałożyciel firmy Turbine Analytics, Spółka została sprzedana do inwestora strategicznego w transakcji finansowanej przez globalny fundusz private equity. Posiadacz tytułu CFA. Absolwent Szkoły Głównej Handlowej oraz Stanford School of Business.

Daniel Wartołowski – współzałożyciel i CEO Symmetrical Labs. Wcześniej CTO w globalnej platformie sprzedażowej specjalizującej się w grach komputerowych G2A, gdzie współpracował z zespołem 230 inżynierów. Przez 5 lat związany z BCG, gdzie odpowiadał za wdrożenia w sektorze bankowym. Posiadacz tytułu CFA. Absolwent Szkoły Głównej Handlowej.

Najpopularniejsze lokalizacje wschodzące dla centrów danych w europie według Cushman & Wakefield

  • Boom inwestycyjny na rynkach drugorzędnych
  • Branża zareagowała na pandemię COVID-19 uruchamiając projekty deweloperskie w lokalizacjach położonych bliżej użytkowników oraz inwestując znaczny kapitał w nowe platformy

W swoim najnowszym raporcie międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield wskazała najpopularniejsze lokalizacje wschodzące dla centrów danych w Europie – w tej grupie miast znalazły się: Berlin, Reykjavik, Oslo, Warszawa, Zurych, Mediolan, Wiedeń, Madryt i Praga.

Europejski rynek centrów danych jest od dawna zdominowany przez tzw. rynki FLAP-D, do których zalicza się Frankfurt, Londyn, Amsterdam, Paryż i Dublin, tj. miasta z rozbudowanymi sektorami biznesowymi i finansowymi. Rynki FLAP-D są nadal kluczowe dla ekosystemu centrów danych jako punkty wejścia – powstają na nich obiekty o mocy ponad 500 MW – jednak na zainteresowanie nimi niekorzystnie wpływają obecnie ograniczenia fizyczne, między innymi brak energii niezbędnej do zasilania centrów danych, ograniczona podaż i konieczność bycia bliżej użytkowników regionalnych.

Z powodu tych ograniczeń i w odpowiedzi operatorów na popyt ze strony klientów w całym regionie na rynku centrów danych pojawiły się nowe lokalizacje. Pandemia COVID-19 tylko przyśpieszyła ten trend, ponieważ miliony osób nadal pracują z domu, co przekłada się na wzrost popytu i szans na rynkach drugorzędnych.

Stephen Kirby, Partner, Data Centre Advisory Group, Cushman & Wakefield, powiedział: „Rosnące ceny gruntów, ograniczona dostępność energii, tymczasowe wstrzymanie budowy centrów danych na niektórych rynkach FLAP-D oraz popyt na szybkie łącza światłowodowe sprawiły, że dostawcy hiperskalowi przenoszą zadania realizowane przez centra danych z tradycyjnych rynków do lokalizacji położonych bliżej swoich klientów. Ruch ten spowodował wzrost aktywności we wschodzących lokalizacjach centrów danych – miastach, które można byłoby sklasyfikować jako core w przypadku każdego innego rodzaju nieruchomości.

Wiele różnych funduszy emerytalnych, państwowych funduszy inwestycyjnych, funduszy infrastrukturalnych i firm private equity dostrzega potencjał inwestycyjny w centrach danych i poszukuje możliwości wejścia na rynek europejski”.

Kevin Imboden, Research Director, Data Centre Advisory Group, Cushman & Wakefield, powiedział: „Olbrzymie zapotrzebowanie centrów danych na energię powoduje znaczący wzrost inwestycji na rynkach, które potrafią wykorzystać niezawodne, niskokosztowe zielone źródła energii takie jak energia wodna. W związku z tym rośnie zainteresowanie rynkami takimi jak kraje nordyckie, których zaletą jest także bliskość efektywnie funkcjonujących hubów biznesowych”.

Miasta wymienione w raporcie European Secondary Markets: The Growth Story for the New Decade stanowią awangardę wśród rynków wschodzących – każde charakteryzuje się własnym, lokalnym ekosystemem dostawców usług w chmurze, deweloperów, inwestorów i najemców.

Spośród analizowanych miast, Reykjavik (212 MW), Berlin (199 MW), Warszawa (128 MW), Oslo (125 MW) i Zurych (117 MW) mogą stać się w perspektywie najbliższych pięciu-dziesięciu lat największymi, drugorzędnymi rynkami centrów danych. Największy wzrost mocy w porównaniu z obecnym poziomem odnotuje Berlin (+126%), a w dalszej kolejności – Reykjavik (+121%), Oslo (86%), Warszawa (+67%) i Zurych (+61%).

Berlin

Ponieważ Frankfurt jest głównym ośrodkiem usług finansowych i centrów danych w Niemczech, od dłuższego czasu pojawiało się pytanie o to, które miasto stanie się drugorzędnym rynkiem w tym kraju. Ostatnie wydarzenia coraz wyraźniej pokazują, że Berlin wyłania się jako najbardziej atrakcyjne miasto, w którym duże kampusy planuje zarówno e-shelter, jak i debiutant na tym rynku firma Vantage. Docelowo oba projekty zwiększą moc Berlina do blisko 200 MW i poszerzą ofertę lokalnego rynku, na którym wśród kilku lokalnych operatorów funkcjonuje już e-shelter ze swoją pierwszą lokalizacją oraz GTT, Colt i CarrierColo. Microsoft Azure obsługuje lokalnie północny region Niemiec, ale na rynek będą wchodzili jeszcze inni wiodący dostawcy usług w chmurze.

Reykjavik

Reykjavik jest popularną alternatywą dla firm zainteresowanych obiektami położonymi bliżej Ameryki, a jednocześnie pragnących pozostać w Europie. Jest także ważną lokalizacją umożliwiająca zastosowanie komputerów wysokiej wydajności i kopanie kryptowalut dzięki dostępności taniej energii geotermalnej i wodnej. Niedawno przejęty Etix dysponuje jednym lokalnym kampusem, a firmy Advania, Reykjavik DC i Verne Global posiadają własne obiekty oferujące możliwości rozbudowy w kilku etapach. Oferowane są również różnego rodzaju zachęty podatkowe i dostęp do otwartego na współpracę lokalnego dostawcy mediów.

Warszawa

Warszawa cieszy się w ostatnim czasie sporym zainteresowaniem ze strony dostawców hiperskalowych, deweloperów i podmiotów z szerszego ekosystemu, zastanawiających się nad najlepszym sposobem obsługi rynku Europy Środkowo-Wschodniej. Warszawa przyciągnęła znaczne inwestycje realizowane przez międzynarodowe firmy, między innymi firmę Microsoft, która podjęła niedawno decyzję o zainwestowaniu ponad 1 mld dolarów w lokalną infrastrukturę, szkolenia i usługi w chmurze przeznaczone dla przedsiębiorstw i instytucji rządowych. Na uwagę zasługuje także amerykański operator hiperskalowy Vantage, który planuje wejść na ten rynek w roku 2021 z pierwszym etapem kampusu, którego docelowa moc wyniesie 64 MW – dwukrotnie więcej niż wynosi obecna wielkość rynku.

Oslo

Ponieważ operatorzy centrów danych i ich klienci stawiają coraz bardziej na ekologię, dostępna w Norwegii (w tym w Oslo) tania energia wodna sprawia, że kraj ten jest atrakcyjny dla dużych inwestycji. Rząd norweski wsparł rozwój inwestycji w tej dziedzinie poprzez wprowadzenie pakietu zachęt w zakresie opodatkowania energii i nieruchomości, aby przyciągnąć operatorów hiperskalowych zarówno do Oslo, jak i innych regionów. Rynek powierzchni kolokacyjnej w Oslo jest zdominowany przez graczy lokalnych, między innymi DigiPlex (trzy obiekty), lokalny punkt wymiany ruchu internetowego OS-IX (wspierany przez Bulk Infrastructure) oraz Green Mountain z powstającym, dużym kampusem o docelowej mocy 75 MW. Łącza z resztą Europy staną się jeszcze szybsze pod koniec 2020 roku dzięki uruchomieniu nowego

światłowodu Skagenfibre o długości 170 km, który połączy Hirtshals w Danii z Larvik i Oslo w Norwegii.

Zurych

Zurych, będący ważnym ośrodkiem finansowym i największym miastem w Szwajcarii, jest także dynamicznie rozwijającym się rynkiem centrów danych, na którym działają operatorzy globalni (Equinix, Colt), paneuropejscy (Interxion, e-shelter NTT) i firmy lokalne (między innymi trzy lokalizacje dla Green Datacenter). Google Cloud i Microsoft Azure dysponują lokalnymi obiektami w regionie, a firma Equinix niedawno uruchomiła Azure ExpressRoute umożliwiając szybszy dostęp w jej obiektach znajdujących się w Zurychu. Miasto jest atrakcyjne także dla mniejszych firm oferujących oprogramowanie chmury, o czym świadczy niedawne wejście na ten rynek Oracle Cloud w ramach wspierania swojego lokalnego Smart Innovation Lab oraz planów dalszych inwestycji IT klientów regionalnych. W najbliższej przyszłości pojawi się na tym rynku amerykański deweloper hiperskalowy firma Vantage, która planuje realizację pierwszego etapu (8 MW) kampusu o docelowej mocy 40 MW, przewidzianego na rok 2021.

Miasta drugorzędne o największym przewidywanym wzroście:

Berlin: 45 MW -> 199 MW (+126%)

Reykjavik: 52 MW -> 212 MW (+121%)

Oslo 50 MW -> 125 MW (+86%)

Warszawa: 64 MW -> 128 MW (+67%)

Zurych: 62 MW -> 117 MW (+61%)

Mediolan: 61 MW -> 95 MW (+44%)

 

Miasta drugorzędne o największej przewidywanej mocy MW:

Reykjavik: 212 MW

Berlin: 199 MW

Warszawa: 128 MW

Oslo: 125 MW

Zurych: 117 MW

Mediolan: 95 MW

Madryt: 71 MW

Wiedeń: 61 MW

Marsylia: 50 MW

Praga: 41 MW

Czynsze w dobie pandemii. Ile obecnie zarabia się na wynajmie mieszkań?

Rynek najmu mieszkań to jedna z tych branż, które najbardziej ucierpiały z powodu koronawirusa. Od marca do początku maja obiekty noclegowe były zamknięte. Później mogły wznowić działalność, ale odpływ klientów – zarówno długoterminowych najemców, jak i szukających noclegu na krótkie terminy, jest odczuwalny. Czy kryzys pandemiczny przekłada się na stawki czynszów najmu? 

Zanim odpowiemy na pytanie o wpływ COVID – 19 na rynek najmu, musimy wyjaśnić, dlaczego jest on niezwykle istotny dla całej mieszkaniówki. Otóż zakupy inwestycyjne, właśnie pod wynajem, co najmniej od kilku lat bardzo mocno „napędzają” koniunkturę na rynku pierwotnym. Rentowność inwestycji w mieszkania na wynajem w największych miastach Polski szacuje się na 5 – 6 procent rocznie.

To bardzo atrakcyjne stopy zwrotu, nieosiągalne aktualnie na lokatach bankowych, czy w przypadku obligacji skarbowych. Niskie i dodatkowo ścięte nieomal do zera stopy procentowe NBP, prowokują inwestorów do poszukiwania godziwych alternatyw – pozwalających z jednej strony zachować kapitał, z drugiej uzyskiwać dochód pasywny. Idealnie do tego nadaje się rynek mieszkaniowy.

Stąd w ostatnich latach bardzo dużym wzięciem cieszyły się mieszkania na wynajem. Z jednej strony materialny charakter nieruchomości dawał inwestorom wymierne poczucie „posiadania”, a więc ulokowania środków, w trwałym materialnym obiekcie, bezpieczniejszym niż instrumenty finansowe, z drugiej – można było w ten sposób zarabiać, uzyskując przeciętne przychody na poziomie kilkudziesięciu tysięcy złotych rocznie.

Wraz ze wzrostem popularności Polski jako kierunku turystycznego oraz z rozwojem popularnych platform internetowych typu booking.com, czy Airbnb, coraz popularniejszy stawał się też wynajem krótkoterminowy, dobowy – skierowany do turystów i gości. Ta forma zarabiania na wynajmie jest potencjalnie bardziej zyskowna, jednak to ona w największym stopniu ucierpiała z powodu koronawirusa.

W największych miastach Polski, tuż przed wybuchem epidemii mieliśmy do czynienia z bezprecedensową hossą i dynamicznym wzrostem cen, który przekroczył już poziomy z czasów pierwszej bańki cenowej 12 lat temu. Ten wzrost wynikał właśnie m.in. z dużej liczby kupujących inwestycyjnie, zainteresowanych rynkiem najmu.

To do nich adresowane są projekty typu mikrokawalerki, małe apartamenty, akademiki, condohotele, cechujące się zazwyczaj bardzo wysokimi cenami metra kwadratowego mieszkań, ale z powodu bardzo małych metraży, niską ceną całości – pozwalającą przy stosunkowo niewielkim nakładzie wejść na ten rynek i zarabiać na wynajmie. Pytanie – czy właśnie z powodu pandemii, takie stricte inwestycyjne projekty, ucierpią najbardziej.

Czynsze najmu w dół

Eksperci wskazują, że istotnie, rynek najmu „odczuwa” skutki pandemii. Zresztą jest to właściwie oczywiste, biorąc pod uwagę, że w związku ze zdalnym nauczaniem z największych miast wyjechały dziesiątki tysięcy studentów, z kolei zawieszenie imprez masowych i wielu wydarzeń kulturalnych, a przede wszystkim obawy przed tzw. drugą falą – przekładają się na mniejszą niż rok wcześniej liczbę turystów.

Wszystko to musi przekładać się na czynsze najmu. I przekłada. Wg wielu raportów eksperckich (m.in. Biuro Informacji Kredytowej, portal bankier.pl) czynsze najmu w największych miastach spadły w II kw. 2020.

Eksperci różnie szacują skalę przeceny. Od nawet blisko 8 proc. w Warszawie, do 2 – 3 proc. we Wrocławiu. Część wskazuje z kolei na to, że lipiec był już czasem wyhamowania korekty cenowej na rynku najmu. Wg danych portalu bankier.pl, w lipcu 2020 średnie ofertowe czynsze w Warszawie wynosiły niecałe 3600 zł, w Krakowie 2020 zł, a we Wrocławiu 2170 zł.

Choć stawki nieco wzrosły, w porównaniu do okresu zamknięcia gospodarki, to jednak plasują się one na niższych poziomach niż rok wcześniej.

Wg twórców raportu JLL za II kw. 2020, wpływ na obniżenie poziomu czynszów ma większa podaż mieszkań dedykowanych do wynajmu długoterminowego. To z kolei wynika z faktu, że część wynajmujących swoje lokale „noclegowo” z racji zupełnego obumarcia tego rynku zdecydowała się przesunąć ofertę na klasyczny wynajem na dłuższe okresy.

Jak napisano w raporcie:

W minionym okresie, po raz pierwszy od dłuższego czasu dały się zaobserwować drobne obniżki poziomu czynszów mieszkań, wynajmowanych w sektorze prywatnym. (…) Można założyć, że część właścicieli, którzy wprowadzali swoje mieszkania do oferty w okresie wzmożonej niepewności, (…) była skłonna zmniejszyć swoje oczekiwania finansowe, by odpowiednio szybko znaleźć najemcę. Z drugiej strony za spadek ten odpowiada w pewnym stopniu odejście od najmu krótkoterminowego części właścicieli mieszkań, przede wszystkim tych, którzy nastawieni byli na działalność związaną z turystyką. Większa – przynajmniej czasowo – konkurencja wywarła presję na obniżki w całym segmencie. 

W tym samym raporcie autorzy podkreślają, że w dłuższej perspektywie rynek najmu będzie cieszył się nadal dużą popularnością, a popyt znów wzrośnie, choćby z powodu faktu, że w związku z niepewną sytuacją gospodarczą część potencjalnych kupujących będzie odwlekała decyzje zakupowe na rzecz właśnie wynajmu.

Nie bez znaczenia będzie tu również wzrost wymogów ze strony banków, związanych z wkładem własnym kredytów oraz utrudnienia w dostępie do finansowania dla niektórych grup klientów (np. pracujących na umowach cywilnoprawnych).

Twórcy raportu JLL podkreślają jednak, że mimo spadków popytu, firmy deweloperskie ciągle stawiają na rozwój sentymentu najmu i coraz chętniej budują w trybie bulit to rent, czyli z myślą nie o sprzedaży a o wynajmie. W II kw. 2020 podaż takich projektów wzrosła. Chodzi o najróżniejsze typy nieruchomości – m.in. prywatne akademiki, projekty co-livingowe, apartamenty na wynajem czy mikrokawalerki. Eksperci przewidują, że przesunięcie działalności deweloperów na sektor BTR (built to rent) może być trwalszym trendem. To z kolei oznacza, że uczestnicy rynku mimo zachwiania „covidowego” wierzą w siłę i potencjał polskiego segmentu najmu.
 

Opracowanie: Marcin Moneta, ekspert Gethome.pl