Ponad 50 proc. wzrostu zysku netto R22 w II kwartale 2020 r.

0

Notowana na GPW grupa technologiczna R22 osiągnęła w II kwartale 2020 r. rekordowe wyniki finansowe. Kwartalne przychody po raz pierwszy przekroczyły 50 mln zł i wyniosły 52,9 mln zł, a zysk EBITDA ponad 14 mln zł. Zysk netto wzrósł o 55 proc. do 7,5 mln zł, a jeszcze mocniej wzrósł zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej. Wyniósł on 5,7 mln zł i był o 74 proc. wyższy niż rok wcześniej.

Dynamiczny wzrost wyników to zasługa poprawy efektywności działalności w wyniku optymalizacji oferty, pozyskania nowych klientów oraz wzrostu ARPU. W minionym kwartale Grupa obserwowała wzmożone zainteresowanie narzędziami ułatwiającymi cyfryzację procesów biznesowych oraz komunikację online.

– Za nami kolejny rekordowy kwartał. Myślę, że przyzwyczailiśmy do tego naszych inwestorów. Miniony okres był jednak wyjątkowym okresem ze względu na epidemię koronawirusa. Spowodowała istotne zmiany w naszej działalności operacyjnej, już w marcu wdrożyliśmy dla całej Grupy możliwość pracy zdalnej. Jednak nie miała istotnego wpływu na sam biznes, jeśli już to umiarkowanie pozytywny, ponieważ obserwowaliśmy rekordowe zainteresowanie wysyłką SMS-ów i maili. W średnim terminie widzimy przyspieszanie cyfryzacji i automatyzacji procesów biznesowych oraz większy nacisk na komunikację online. Sprzyja nam też rosnący rynek e-commecre, a wraz z nim m.in. branża logistyczna. – mówi Jakub Dwernicki, prezes R22.

Na początku kwietnia spółka uruchomiła nową markę cyber_Folks w celu unifikacji wszystkich marek hostingowych R22 działających na różnych rynkach. W minionym kwartale nastąpił rebranding linuxpl.com oraz kampania promocyjna. Jeszcze w tym roku Grupa planuje rebranding kolejnej marki.

– Uruchomienie marki cyber_Folks to nie tylko unifikacja marek, ale także strategiczna zmiana komunikacji usług hostingowych. Chcemy być dla naszych klientów partnerem i doradcą w cyfryzacji biznesów. Już wcześniej wyróżnialiśmy się wysoką jakością usług, teraz możemy efektywnie to wykorzystać w dotarciu do nowych klientów. – dodaje Jakub Dwernicki.

W II kwartale 2020 r. (IV kwartale 2019/2020 r. obr.) segment hostingu Grupy osiągnął 22,4 mln zł przychodów (wzrost o 26 proc. r/r) wypracowując przy tym 7,2 mln zł zysku EBITDA. Segment omnichannel communication wzrósł o 43 proc. do 27,4 mln zł przychodów i 5,8 mln zł EBITDA.

W ujęciu narastającym za 12 miesięcy roku obrotowego (obecny rok obrotowy decyzją WZA trwa sześć kwartałów i zakończy się 31 grudnia 2020 r.) przychody segmentu hostingu wyniosły 87,7 mln zł, a skorygowana EBITDA 28,0 mln zł. W tym czasie segment omnichannel communication osiągnął 93,6 mln zł przychodów, co oznacza wzrost o 44 proc. r/r, a skorygowana EBITDA wyniosła 22,7 mln zł i była o 69 proc. wyższa niż rok wcześniej.

– Kwartał za kwartałem kontynuujemy ścieżkę stabilnego wzrostu Grupy, mogąc się pochwalić coraz to lepszymi wynikami. Wzrosty notują również nasze spółki stowarzyszone, w które zainwestowaliśmy z opcja przejęcia kontroli w kolejnych latach. Sprzyjają im obecne trendy rynkowe, w tym rosnący rynek e-comemrce czy wzrost krajowego ruchu turystycznego w przypadku Profitroom. – komentuje Jakub Dwernicki.

W II kwartale 2020 r. przychody Profitrrom wyniosły 5,2 mln zł. Negatywnie wpłynął na nie początkowy okres epidemii i wprowadzenie tzw. lockdownu. Równolegle spółka wdrożyła intensywny program oszczędności, który umożliwił osiągnięcie zysku netto w minionym kwartale. Jednak od czerwca spółka notuje wzrost przychodów r/r, a w samym lipcu wyniosły one niemal 3 mln zł i były wyższe r/r o 19 proc. User.com w II kwartale 2020 r. osiągnął ponad 1 mln zł przychodów, a Blugento około 850 tys. zł, co było wynikiem ponad dwukrotnie lepszym niż rok wcześniej.

W ciągu 12 miesięcy 2019/2020 roku obrotowego R22 osiągnęło 194,6 mln zł skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży, notując przy tym 54,8 mln zł znormalizowanej EBITDA i 23,2 mln zł zysku netto. Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 16,8 mln zł.

Skutki pandemii: W pół roku Polacy zarejestrowali ponad 120 tys. firm. To znacznie mniej niż przed rokiem

W pierwszym półroczu 2020 roku do rejestru CEIDG wpłynęło prawie 125 tys. wniosków o założenie nowej działalności gospodarczej. Jak informuje Ministerstwo Rozwoju, w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. było ich mniej o 42,5 tys. Wzrosła natomiast liczba wniosków dotyczących wznowienia działalności gospodarczej. Ostatnio odnotowano ich niespełna 100 tysięcy, a wcześniej – blisko 89,5 tys. Znawcy tematu, analizując te zjawiska, zwracają uwagę na kryzys związany z pandemią oraz wsparcie w ramach tzw. tarcz antykryzysowych. 

124,2 tys. wniosków o założenie działalności gospodarczej wpłynęło do rejestru CEIDG w okresie od 1 stycznia do 30 czerwca br. Jak wynika z danych przekazanych przez Ministerstwo Rozwoju, to o 42,5 tys. mniej niż w pierwszych sześciu miesiącach ubiegłego roku. Wówczas było ich 166,7 tys.

– O tej różnicy przesądziły głównie obawy wynikające z kryzysu gospodarczego. Sektory, które w pierwszym momencie odczuły spowolnienie, charakteryzują się dość dużym udziałem osób prowadzących własne firmy. Myślę tu szczególnie o eventach, wydarzeniach kulturalnych itd. Można więc przypuszczać, że tego typu działalność nie była podejmowana tak chętnie jak we wcześniejszych latach, co przełożyło się na ww. statystyki – komentuje Robert Lisicki, dyrektor Departamentu Pracy w Konfederacji Lewiatan.

Podobnego zdania są inni eksperci. W ocenie Anny Szymańskiej, wiceprezes Grupy Kapitałowej DGA, spadek ten jest przede wszystkim efektem pandemii. To bardzo trudny okres na podejmowanie decyzji. Nie wiadomo, jak rozwinie się sytuacja i jakie będą możliwości prowadzenia działalności, zwłaszcza w branżach wymagających osobistych kontaktów. Do tego widać ograniczony dostęp do załatwienia spraw w urzędach. Ekspert dodaje, że część jednoosobowych działalności była tworzona przy wsparciu środków unijnych. A znaczna pula pieniędzy na ten cel została już wydatkowana z perspektywy na lata 2014-2020.

– Na pewno epidemia miała wpływ na to, że powstało mniej nowych biznesów. Ona ciągle jest z nami, więc ludzie rzadziej myślą o zakładaniu działalności. Ale nawet w czasach, kiedy nie było kryzysu, widzieliśmy relatywnie dużą rotację firm. Jeżeli chodzi o samozatrudnienie, Polska jest w czołówce krajów OECD. W ostatnich latach notowane były tam spore przyrosty, a teraz uległo to zmianie ze względu na sytuację w gospodarce i kryzys – zaznacza dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP.

Jednocześnie w pierwszej połowie 2020 r. do rejestru CEIDG wpłynęło niespełna 100 tys. wniosków dot. wznowienia działalności. To z kolei więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było ich 89,4 tys. Według Anny Szymańskiej, ten wzrost jest efektem pomocy finansowej oferowanej w ramach tarcz antykryzysowych. Narzędzia były i są bardzo różnorodne. Praktycznie każdy przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą mógł w jakimś zakresie tego doświadczyć.

– Jeżeli ktoś wznawiał działalność, to miał szansę skorzystać z dobrodziejstw tarcz. Być może więc ten element motywował do ponownego prowadzenia firmy, zwłaszcza że mówimy o trzech miesiącach umorzenia składek ZUS-owskich przy działalności jednoosobowej. Do tego pojawiła się możliwość otrzymania różnego rodzaju świadczeń, np. pożyczki – dodaje dyrektor Lisicki.

Jak stwierdza Marek Niczyporuk, doradca podatkowy i radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI, dane z CEIDG pokazują bardzo klarownie, na czym polega systemowy problem. Widać, co powoduje, że tak wielu przedsiębiorców rezygnuje z prowadzenia działalności lub zawiesza ją. To konieczność opłacania składek ZUS, niezależnie od tego czy firma osiąga przychody. Samozatrudnieni muszą tylko z tego tytułu odprowadzić ponad połowę minimalnego wynagrodzenia za pracę. To często bariera nie do pokonania. Przedsiębiorcy płacą ponadto podatki dochodowe, a wielu z nich – również VAT.

– Koszt wznowienia działalności był z dużym prawdopodobieństwem niższy niż uzyskana pomocy dzięki tarczom. Sama procedura odwieszenia jest zdecydowanie prostsza niż założenie firmy. Ponadto część osób po ogłoszeniu pandemii nagle została w domu. Niektóre z nich mogły zarówno wykonywać pracę zdalną, jak i dodatkowe zlecenia w ramach prowadzonej działalności – podkreśla ekspert z DGA.

Z kolei mec. Niczyporuk zaznacza, że przepisy uprawniają do zawieszenia działalności gospodarczej wyłącznie podmioty niezatrudniające pracowników. Stąd należy zakładać, że dotyczyło to tzw. samozatrudnienia. Przed kryzysem również problemem były niskie przychody firm przy równoczesnej konieczności płacenia składek ZUS. Te ostatnie mają najczęściej formę ryczałtu, a zatem ich wysokość nie zależy od osiąganych przychodów.

– Firmy zawieszały działalność, aby nie płacić składek ZUS-owskich, a tarcze wykuwały się dosyć powoli. Jednak z kryzysu nie wyszliśmy. Cały czas jest bardzo duża niepewność, popyt jeszcze się nie odbudował do poprzednio osiąganych poziomów. To też powoduje, że obecnie najprawdopodobniej wpływają do CEIDG wnioski ws. zawieszenia działalności – podsumowuje dr Dudek.

Północna Izba Gospodarcza: program grantowy pokazał jak wielkiego wsparcia potrzebują jeszcze przedsiębiorcy

W poniedziałek 17 sierpnia rozdysponowano pieniądze w ramach Zachodniopomorskiego Pakietu Grantowego przygotowanego przez Urząd Marszałkowski Województwa Zachodniopomorskiego. Pieniądze w kwocie 50 milionów złotych rozdysponowano między przedsiębiorców według zasady „kto pierwszy, ten lepszy”. Warunkiem było wykazanie strat powyżej 50% w porównaniu z rokiem 2019. Jak nie trudno się domyśleć program wsparcia cieszył się kolosalnym zainteresowaniem przedsiębiorców z regionu mocno dotkniętych stratami w związku z pandemią koronawirusa.

– Żadne statystyki nie pokazują tak dobitnie i wyraźnie jaka jest sytuacja zachodniopomorskich przedsiębiorców jak właśnie wspomniany nabór. Nie oceniamy tego czy był on przeprowadzony poprawnie czy nie, zakładamy, że dochowano wszelkiej staranności. Dla wszystkich instytucji rządowych i samorządowych to powinien być sygnał: przedsiębiorcy potrzebują wsparcia. Pandemia nie minęła! – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Nie jest zaskoczeniem, że pieniądze, które przygotowano w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego dla zachodniopomorskich przedsiębiorców – choć bardzo cenne i potrzebne – okazały się za małe dla wszystkich zainteresowanych. Przygotowano 50 milionów złotych, które rozeszły się w 11 minut! Wsparcie otrzyma 2 tysiące przedsiębiorców z województwa zachodniopomorskiego, którzy wykazali stratę 50% miesiąc do miesiąca przez kwartał w porównaniu z rokiem 2019. Jak mówi dyrektor Piotr Wolny od poniedziałku od rana telefony w Północnej Izbie Gospodarczej dzwoniły bez przerwy. Wielu przedsiębiorców było zszokowanych tempem dystrybucji środków. Nie brakowało także głosów skarg, że wsparcie nie jest dysponowane sprawiedliwie, bo zyskają szybcy, a niekoniecznie Ci najbardziej potrzebujący.

– Alokacja w kwocie 50 mln zł, zgodnie z przewidywaniami Izby okazała się dalece za niska i niewystarczająca, by choćby w najmniejszym stopniu zaspokoić potrzeby rynku. Gospodarka regionu, podobnie jak i całego kraju zmaga się obecnie z kryzysem i recesją – najnowsze dane GUS o stanie gospodarki – PKB spadł w II kwartale o 8,2% rok do roku. By gospodarka i przedsiębiorcy mogli sobie poradzić potrzebujemy więcej programów grantowych i łatwo dostępnych instrumentów pożyczkowych na preferencyjnych warunkach. Rynek potrzebuje kapitału, by przetrwać trudny okres, a rolą instytucji publicznych w tym czasie jest jak najlepsza współpraca z biznesem i tworzenie przemyślanych, skrojonych na miarę potrzeb oraz dobrze zorganizowanych programów pomocowych. Potrzeba nie tylko pomocy finansowej, ale też dobrej współpracy, ułatwień i uproszczeń proceduralnych i formalnych skracających czas i poprawiających jakość obsługi przez administrację samorządową i rządową. Potrzeba wielu kompleksowych rozwiązań upraszczających system fiskalny i obniżających koszty pracy i funkcjonowania firm – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.  – Nabór poniedziałkowy pokazał ilu jest przedsiębiorców, którzy odnotowali przez pandemię koronawirusa bardzo wysokie straty. Co więcej, wiele firm nadal nie „złapało oddechu” po pandemii i wciąż mierzą się ze stratami i koniecznością planowania jesieni w myśl nie rozwoju i inwestycji, a raczej stagnacji i optymalizacji. Północna Izba Gospodarcza apeluje do samorządów naszego regionu oraz do rządu o dodatkowe wsparcie dla przedsiębiorców – mówi dr Piotr Wolny.

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie była zaangażowana w rozmowy na temat kształtu programów wsparcia dla przedsiębiorców. Dzięki naszemu wnioskowi poszerzono spektrum przedsiębiorców mogących się starać o wsparcie z Regionalnego Programu Operacyjnego WZP.

Spadek PKB o 8% – jest dobrze? stabilnie? czy bardzo źle? – Komentarz ekspertów Północnej Izby Gospodarczej

Sytuacja gospodarcza wywołana pandemią koronawirusa jest bardzo trudna niemal dla wszystkich gałęzi gospodarki. W województwie zachodniopomorskim z poważnym kryzysem mierzy się turystyka, ale spadki odnotowywane są także w transporcie, logistyce czy usługach. Patrząc na ostatnie dane Głównego Urzędu Statystycznego można odnieść wrażenie, że najgorsze dopiero przed nami. Statystyki wyraźnie wskazują, że trwa gospodarcza recesja. Czy w takiej sytuacji można dopatrywać się prognoz optymistycznych? Owszem. Jest źle, ale… w innych krajach europejskich jest jeszcze gorzej. – Wiele zależy od tego w jakiej kondycji będą nasi przedsiębiorcy, a to jest teraz trudne do oceny. Wiele firm dopiero jesienią w pełni zmierzy się z kryzysem wywołanym przez pandemię – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński.

• Jak wskazują analitycy pierwszy raz od ponad dwóch dekad polska gospodarka doświadczyła recesji
• Głównym powodem gospodarczego kryzysu jest pandemia koronawirusa. Długotrwałe konsekwencje gospodarcze objęły wszystkie branże – zaczynając od usług i przemysłu, kończąc na hotelarstwie, turystyce czy innych gałęziach gospodarki.
• Spadek PKB o 8,2% jest mniejszy niż w Niemczech (ok 10%, Francji 13,8% i Wielkiej Brytanii ponad 20%)
• Według ekspertów zrzeszonych w Północnej Izbie Gospodarczej w Szczecinie uważają, że kluczowa dla gospodarki będzie jesień. Nastąpi wówczas stabilizacja lub dalsze pogłębienie kryzysu. Obecne zwiastuny nie są zbyt optymistyczne

Niepewna sytuacja gospodarki – PKB spada, rośnie bezrobocie?

Najnowsze dane GUS o stanie gospodarki nie są dobre i świadczą o tym, że przyszedł czas recesji. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka, natomiast najważniejszymi są oczywiście skutki pandemii, zarówno te wywierające wpływ na globalną gospodarkę, jak i krajową.
– Zerwanie łańcuchów przepływu towarów, usług i ludzi oraz liczne obostrzenia i ograniczenia nakładane przez organy państwowe przynoszą żniwo. Ponadto dane te pokazują, że holistycznie patrząc na gospodarkę, nie ma w niej sektorów, które byłyby odporne na taki kryzys. Gospodarka mocno zwalnia w reakcji na powyższe ograniczenia, ale i również na większą ostrożność konsumentów oraz zmianę ich przyzwyczajeń – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Należy również wziąć pod uwagę fakt, iż na taki stan rzeczy składa się jednak nie tylko efekt globalnej pandemii i wprowadzonych obostrzeń, ale także w bardzo dużym stopniu nieodpowiedzialna polityka fiskalna i gospodarcza w ostatnich latach. Brak oszczędności i tzw. poduszki finansowej w budżecie państwa, nadmierne transfery socjalne, wysokie koszty funkcjonowania państwa i zbyt wysokie zadłużenie dziś również potęgują efekt pandemii i wpływają na złe wyniki gospodarcze. W kolejnych kwartałach prognozuje się lekkie odbicie, natomiast biorąc pod uwagę niepewną jesień i możliwe miejscowe i sektorowe ograniczenia w funkcjonowaniu firm oraz wzrost wskaźników bezrobocia związanych z zakończeniem udzielania niektórych form wsparcia, odbicie może być niewielkie i raczej wskaźniki pozostaną na ujemnym poziomie – prognozuje dyrektor Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Co spowodowało, że polska gospodarka ma się lepiej niż inne?

Eksperci Północnej izby Gospodarczej w Szczecinie nie mają wątpliwości, że efektem recesji będzie głębszy kryzys gospodarczy. Konsekwencją mogą być wstrzymane inwestycje, rosnące bezrobocie i gorsza kondycja przedsiębiorstw w kolejnych miesiącach.
– W porównaniu do innych krajów spowolnienie gospodarcze nie osiągnęło tak wysokiej wartości jak średnie rynkowe oczekiwania. Miał na to wpływ m.in. fakt, że jesteśmy relatywnie mniej niż inne kraje powiązani gospodarczo z Chinami i mamy zróżnicowane gałęzie gospodarki. W żadnym aspekcie skurczenia się gospodarki o wartości prawie 9% w stosunku do roku poprzedniego, nie uznałabym za powód do radości, nawet jeśli inni mają gorzej. Konsekwencje tego będą odczuwalne jeszcze przez długi czas, również w naszym regionie, a sytuacja jest nadal niepewna. W województwie zachodniopomorskim znaczny udział stanowią przedsiębiorstwa usługowe, które mocno odczuły lockdown i które mają znacznie ograniczone możliwości odrobienia strat. Wiele firm zerwało więzi kooperacyjne, myśli o utrzymaniu się na powierzchni, zamiast inwestowaniu, rozwijaniu działalności czy generowaniu innowacji – mówi dr Katarzyna Kazojć, ekonomistka związana z Uniwersytetem Szczecińskim, ekspert Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Bardziej optymistycznie patrzy w przyszłość doradczyni gospodarcza z Centrum Kiżuk & Michalska Katarzyna Michalska:
– Polska gospodarka nie jest mocno uzależniona od usług co spowodowało, że wynik jest tez dużo lepszy. Trochę inaczej jest w miejscowościach turystycznych, nadmorskich czy kurortach – tam zamknięcie spowodowało naturalny spadek i w poszczególnych województwach sytuacja może okazać się gorsza. Nastroje wśród przedsiębiorców są podzielone. Jedni są optymistyczni, drudzy obawiają się jesieni i kolejnego zamknięcia albo wzrostu zachorowań a co za tym idzie szerokiego paraliżu poszczególnych gałęzi gospodarki – dodaje Katarzyna Michalska.

Recesja techniczna w Polsce stała się faktem

Według wstępnego szacunku GUS, PKB w drugim kwartale 2020 roku spadł o 8,9% q/q wobec spadku o 0,4% q/q w 1Q, co pozytywnie zaskoczyło analityków, którzy oczekiwali spadku PKB na poziomie 9,5% q/q. Dane te wskazują, że wpływ pandemii na Polską gospodarkę okazał się bardzo dotkliwym. Z kolei inflacja w lipcu 2020 roku okazała się nieco niższa od pierwotnych szacunków i wyniosła 3,0% r/r wobec 3,3% r/r w czerwcu. Jednym z głównych powodów tego okazał się nieco głębszy od wcześniejszych szacunków spadek cen żywności.

Solidne wyniki w ubiegłym tygodniu udało się uzyskać funduszom Superfund należącym do grupy funduszy dłużnych uniwersalnych. Superfund Spokojna Inwestycja oraz Superfund Spokojna Inwestycja Plus wypracowały odpowiednio 0,23% i 0,20% zysku w ciągu pięciu dni sesyjnych. Tak dobre wyniki w połączeniu z szeroką dywersyfikacją portfela i niskim ryzykiem, sprawiają, że wspomniane fundusze są doskonałą alternatywą dla lokat bankowych.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 1,74%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) zyskały nieco więcej – 2,16%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 osłabił się o 0,26%, natomiast mWIG40 zaliczył wzrost – o 1,25%. Superfund Akcyjny dzięki skutecznie prowadzonej selekcji akcji po raz kolejny uzyskał w ubiegłym tygodniu wyraźnie lepszy wynik od szerokiego rynku – 2,83%.
W nadchodzącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona zarówno na danych i wiadomościach z USA, jak i z Polski. We wtorek (18.08.2020) poznamy liczbę pozwoleń na budowę domów w USA. W środę (19.08.2020) zostanie opublikowany protokół lipcowego posiedzenia FOMC oraz dane dotyczące rynku pracy w Polsce. W czwartek (20.08.2020) poznamy dane dotyczące liczby nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA oraz produkcji przemysłowej w Polsce. W piątek (14.08.2020) nadejdzie kolej na odczyty indeksów PMI dla usług oraz przemysłu w USA, dane o sprzedaży detalicznej w Polsce oraz produkcji budowlano montażowej z kraju nad Wisłą.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Producenci wołowiny walczą o większą sprzedaż mięsa. Pomóc ma im nowy system znakowania według klasy jakości

Choć pandemia i związane z nią wyłączenie z działania gastronomii zakłóciły biznes producentów wołowiny, konsumenci nie stracili zaufania do tego mięsa. Prognozy mówią jednak o spadku spożycia. Większość polskiej wołowiny przeznaczana jest na eksport. Zdaniem prezesa Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego do wzrostu sprzedaży mogłoby się przyczynić wdrożenie systemu znakowania wołowiny według klasy jakości.

– Zakłócenia na rynku wynikały przede wszystkim z tego, że zamknęły się hotele, restauracje, catering. Najbardziej szlachetne części wołowiny – polędwica, antrykot, rostbef, niektóre mięśnie udźca – są sprzedawane głównie w tym kanale i tam uzyskują najwyższe ceny – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jerzy Wierzbicki, prezes Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego

Zdecydowana większość polskiej wołowiny przeznaczana jest na eksport. Konsumenci nad Wisłą średnio zjadają rocznie ok. 2–3 kg mięsa wołowego, głównie z powodu jego wysokiej ceny. Dla porównania jej średnie spożycie w Unii Europejskiej prognozowane na ten rok to 10,4 kg per capita, a i tak jest to spadek wobec 2019 roku o 2,7 proc. Eksporterzy napotkali jednak na poważne utrudnienia w związku z pandemią, spowodowane m.in. ograniczeniami w transporcie na Zachód. To wywołało wahania cenowe na rynku. Jak podaje GUS za Międzynarodowym Funduszem Walutowym, w marcu globalne ceny wołowiny były niższe o 7 proc. niż w lutym i o 1 proc. niż w marcu 2019 roku.

Problemy, które były związane z wahaniami cen, wynikały z mechanizmów rynkowych, a nie ze spadku zaufania. Konsumenci ufają wołowinie, ona jest zresztą postrzegana jako mięso produkowane w sposób ekologiczny, na pastwiskach, w małych i średnich gospodarstwach, gdzie rolnicy opiekują się zwierzętami. Jesteśmy na bardzo dobrej drodze, żeby budować coraz lepszą opinię dla polskiej wołowiny. Tak jest m.in. we Włoszech i Hiszpanii. Konsumpcja rośnie, więc myślę, że jesteśmy na dobrej drodze ­– podkreśla Jerzy Wierzbicki.

GUS wskazuje, że Polska jest piątym w UE eksporterem produktów wołowych. Polscy producenci mięsa sprzedali w ubiegłym roku za granicą mięso o wartości 6,2 mld euro, z czego za 25 proc. odpowiadały produkty wołowe. Dobry wynik osiągnięto mimo afery związanej z wykryciem nieprawidłowości w jednym z zakładów mięsnych w Polsce. To pociągnęło za sobą zmniejszenie popytu na polską wołowinę na zagranicznych rynkach i spadek cen żywca wołowego. Mimo to zainteresowanie konsumentów jest duże.

Polska wołowina jest postrzegana na wielu rynkach europejskich bardzo dobrze. Przykładem są wypowiedzi włoskich importerów czy ekspertów, którzy podkreślają, że jest ona znakomitej jakości. Należy pamiętać, że Włosi mają specyficzny sposób kupowania ćwierci z Polski, w związku z czym zbudowali nam bardzo dobrą reputację – mówi prezes Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego. – Przed nami jest nauczenie przemysłu wołowego i zakładów przemysłowych w Polsce, aby opanowały również tę umiejętność i potrafiły oddzielnie sprzedawać te doskonałej jakości ćwierci, a oddzielnie sprzedawać te trochę niższej jakości.

Producenci proponują, by wyceniać wołowinę według jakości, różnicując również wynagrodzenie dla rolników i cenę na półce w zależności od klasy mięsa.

Chodzi o to, żeby przekładać w systemach płacenia rolnikom premie za wyższej jakości ćwierci i trochę taniej płacić za mniej jakościowe, tak żeby rolnicy  mogli się dostosowywać do wymagań konsumentów. Trzeba to także odpowiednio znakować na półce, żeby konsument miał jasny przekaz, że to jest wołowina wysokiej jakości, to jest wołowina trochę tańsza, ale też bardzo dobra. Z kolei taka, która nie jest akceptowana, powinna iść do przetwórstwa, a nie trafiać na półkę – mówi Jerzy Wierzbicki.

Jak podkreśla, tego typu systemy funkcjonują już m.in. w Australii i Stanach Zjednoczonych.

– W tę stronę chcemy podążać. „Strategia sektora wołowiny”, którą opracowaliśmy ponad dwa lata temu i która jest w analizach w resorcie rolnictwa, zawiera takie postulaty. Proponujemy w niej narzędzia dla zakładów, które pozwalałyby im robić to, co włoscy kupcy robią dzisiaj, czyli rozróżniać te lepsze ćwierci od tych słabszych, rozliczać się z rolnikami i odpowiednio to znakować na półce – wyjaśnia.

Według prognoz Komisji Europejskiej produkcja mięsa wołowego w Unii będzie w 2020 roku niższa o 1,7 proc. niż rok wcześniej. To głównie skutek pandemii, zamknięcia na kilka tygodni sektora gastronomicznego i suchej wiosny, która wpłynęła na mniejszą dostępność pasz i ubój zwierząt o niższej masie. W ubiegłym roku – jak wskazuje GUS – krajowa produkcja żywca wołowego łącznie z cielęcym w przeliczeniu na mięso wyniosła 566 tys. t i w porównaniu z 2018 rokiem była mniejsza o 1 proc. Z kolei skup żywca wołowego łącznie z cielęcym (617,1 tys. t) był mniejszy o 11,2 proc.

Niepewność hamuje odmrażanie transportu lotniczego. Przewoźnicy liczą, że tegoroczny sezon urlopowy się wydłuży

Niepewność hamuje odmrażanie transportu lotniczego. Przewoźnicy liczą, że tegoroczny sezon urlopowy się wydłuży 1

W czerwcu największe w Polsce Lotniska Chopina odprawiło raptem 46 tys. pasażerów, o ponad 97 proc. mniej niż rok wcześniej. W lipcu skorzystało z niego 444 tys. pasażerów. To duży skok w ujęciu miesięcznym, choć w porównaniu do tego samego miesiąca poprzedniego roku spadek sięgnął 77 proc. W Polsce, podobnie jak w całej Europie, transport lotniczy powoli się odmraża, ale barierą wciąż pozostaje niepewność i zmienność sytuacji, np. dotycząca obowiązku odbywania kwarantanny po powrocie. Przewoźnicy liczą, że mimo tych trudności sezon urlopowy się wydłuży, co pozwoli odrobić część strat.

– Najbliższe dwa tygodnie to szczyt przewozów. Sierpień był zawsze najbardziej popularnym miesiącem do podróży wakacyjnych, szczególnie za granicę. To rzeczywiście widać, natomiast nadal jest to niewiele więcej niż 40 proc. tego, co zwykle – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Kobielski, członek zarządu ds. handlowych linii Enter Air.

Jak wynika z czerwcowego badania „Future of Travel” przeprowadzonego na zlecenie Europ Assistance, w tym roku, mimo pandemii, plany urlopowe ma 81 proc. Polaków. Większość z nich deklarowała, że wybierze wypoczynek w kraju (79 proc.), a 1/3 rodaków – zagranicę, przy czym 17 proc. chciało spędzić urlop w jednym z krajów Unii Europejskiej, a 7 proc w innych krajach poza UE. Zdecydowana większość (66 proc.) na urlop wybierała się samochodem, samolot zamierzał wybrać tylko co piąty (21 proc.).

Badanie pokazuje też, że mimo dużej chęci podróżowania wśród Polaków utrzymuje się duża niepewność i wielu nie wie jeszcze, czy będą rezerwować wakacje w nadchodzących miesiącach. Jesienią wypoczynek zarezerwowało 26 proc. badanych, zimą wyjechać planuje natomiast 19 proc.

– Mamy nadzieję, że sezon się wydłuży, bo przez okres lockdownu nie mogliśmy w ogóle podróżować, przewozy w zasadzie nie istniały. Natomiast teraz widać tendencję, że ludzie rezerwują swoje wakacje również na październik, i to taki późny październik, co wcześniej nie miało miejsca – mówi Andrzej Kobielski.

Jak wskazuje, w bieżącym sezonie letnim popyt na przewozy lotnicze jest przyzwoity, ale to wciąż raptem mniej niż polowa tego potencjału, który był oferowany rok wcześniej, jeszcze przed wybuchem pandemii Covid-19. W czołówce najpopularniejszych zagranicznych kierunków wakacyjnych niezmiennie od lat utrzymują się Grecja, Bułgaria, Chorwacja i Turcja. Nie inaczej jest w tym roku..

 Ponieważ po zniesieniu lockdownu podróże lotnicze były możliwe tylko w ramach Unii Europejskiej, obecnie wygrywa i prym wiedzie Grecja, na drugim miejscu jest Hiszpania. Natomiast od kilku dni wiemy, że możemy latać do Turcji i Egiptu i w tej chwili widać, że Turcja bardzo ładnie przyspiesza. Ten kierunek zaczyna doganiać Grecję – mówi Andrzej Kobielski.

Przewoźnicy obserwują jednak duże wahania tego popytu, powodowane głównie niespójnością komunikatów, jakie docierają do turystów.

 Dobrym przykładem była niedawna wypowiedź jednego z rzeczników ministerstw, który wskazał, że być może pasażerowie powracający z zagranicy będą poddawani kwarantannie. To w naturalny sposób ograniczyło popyt praktycznie w ciągu 24 godzin – mówi Andrzej Kobielski.

Barierą wciąż pozostaje niepewność i zmienność. Pasażerowie nie wiedzą, jak będzie wyglądać sytuacja za tydzień bądź dwa, kiedy będą wracać z urlopów, czy rządy innych państw nie zamkną granic dla turystów z Polski albo czy będą musieli przejść kwarantannę.

– To znacznie ogranicza możliwości długoterminowego planowania podróży przez potencjalnych pasażerów – mówi Andrzej Kobielski.

Od 14 sierpnia obowiązek 10-dniowej kwarantanny dla przyjezdnych z Polski wprowadziła już Norwegia. W tym samym czasie Polska trafiła też na cypryjską listę krajów zagrożonych koronawirusem w kategorii B, co oznacza, że Polacy wylatujący na Cypr będą wpuszczani do tego kraju tylko z negatywnym wynikiem testu na Covid-19.

Miesiące lockdownu, a następnie odmrażanie latania ograniczone przez tę niepewność powodują duże turbulencje w branży lotniczej na całym świecie. Według danych Eurocontrol transport lotniczy w Europie zmniejszył się średnio o 90 proc. Ograniczenia w transporcie międzynarodowym i regionalnym ograniczyły liczbę operacji pasażerskich, więc i przychody linii lotniczych gwałtownie spadły.

– Dzięki specyfice ruchu, który obsługujemy, jesteśmy w czołówce przewozów lotniczych, bo realizujemy prawie 40 proc. naszego pierwotnie założonego planu. Oczywiście wciąż brakuje 60 proc., ale na tle przewoźników to jest absolutnie doskonały wynik – mówi Andrzej Kobielski.

Jak ocenia, w tej chwili ruch lotniczy w Polsce powoli się odtwarza, podobnie jak w Europie, a najszybciej do normalności wracają zwłaszcza Francja czy Wielka Brytania.

 Odbudowa rynku lotniczego do poziomów sprzed pandemii będzie trwać 2–3, a nawet 4 lata. Szacunki IATA wskazują, że nastąpi to dopiero ok. 2024 roku. Samolot stał się nieprzydatny dla podróży biznesowych. Ruch biznesowy w Europie na pewno dostanie przez to mocno po kościach, bo przez te 4 miesiące firmy nauczyły się funkcjonować bez konieczności spotykania się na sesje czy biznesowe mityngi – mówi Andrzej Kobielski. – Inaczej sytuacja wygląda w przypadku ruchu turystycznego. Morza, piasku i słońca nie da się przynieść przez internet do domu, więc te podróże zawsze będą miały trochę inną strukturę popytu. To zresztą widać po naszych wynikach – obsługujemy głównie rynek wakacyjny i samoloty Enter Air latają pełne.

Jak wynika z ostatniego raportu Enter Air, I kwartał br. był dla niej bardzo udany, bo wzrosły liczba lotów i przychody. W czasie pandemii spółka zawiesiła 97 proc. lotów, ale – jak podkreślają jej władze – dzięki przesunięciu terminów płatności rat leasingowych za wszystkie samoloty i ograniczeniu innych kosztów stałych udało się przetrwać ten trudny okres. Jak podkreśla prezes, nowe procedury bezpieczeństwa są jednym z tych elementów, które koszty działalności podnoszą, ale nie są szczególnym wyzwaniem ani dla przewoźników, ani pasażerów.

Noszenie maseczek, rękawiczek przez personel pokładowy, podróżowanie w maseczkach, do czego w zdyscyplinowany sposób pasażerowie się stosują. Do tego samoloty są dezynfekowane co najmniej raz dziennie, elementy wspólne takie jak łazienki czy kuchnie w samolocie są dezynfekowane po każdym odcinku – wymienia Andrzej Kobielski. – Linie lotnicze dawniej dążyły do tego, aby przylot i odlot dzielił jak najkrótszy czas liczony w minutach. W tej chwili przez procedury sanitarne nie będziemy w stanie zrobić tzw. nawrotu w ciągu 30 minut, to będzie minimum 80 minut, więc to jest wyzwanie, bo zabiera możliwość efektywnego utylizowania środka trwałego, jakim jest samolot.

Pracodawcy coraz częściej testują swoich pracowników na koronawirusa. Z szybkich testów korzystają m.in. fabryki czy plany filmowe

W ostatnich dniach w Polsce padały rekordy zakażeń koronawirusem. W efekcie firmy coraz chętniej poddają swoich pracowników badaniom krwi. – Takie testy traktowane są jako benefit pracowniczy, a inne, takie jak wejściówki na siłownie, schodzą na dalszy plan – mówią przedstawiciele ALAB Laboratoria. Szybkie testy wykazują, czy pracownik miał kontakt z koronawirusem. Typują też tych, którzy przechodzą infekcję bezobjawowo. Taka wiedza pozwala pracodawcy kontrolować sytuację w firmie i planować organizację pracy. Z szybkich testów korzystają m.in. fabryki, przedszkola czy plany filmowe.

Według Federacji Przedsiębiorców Polskich i Konfederacji Lewiatan gospodarka traci na pandemii i związanych z nią restrykcjach średnio 2 mld zł dziennie, a dotychczasowe straty sięgają prawie 200 mld zł. Wprawdzie w czerwcu i lipcu zniesiono większość restrykcji i obostrzeń, a pracownicy wielu branż wrócili do stacjonarnych biur i zakładów pracy, jednak w ostatnich dniach w Polsce padały rekordy zakażeń wirusem SARS-CoV-2 – w piątek przybyło ich 842. Dlatego też odmrażanie gospodarki i powrót do normalnego trybu pracy wiąże się dla firm z wyzwaniem zapewnienia bezpieczeństwa zarówno pracownikom, jak i klientom oraz kontrahentom, którzy mają z nimi kontakt.

– Bezpieczny powrót do biura to rzecz, nad którą głowią się dziś działy HR wielu firm. Badania krwi w kierunku COVID-19 wśród pracowników są jednym z elementów tego bezpiecznego powrotu do biura. Badając pracowników, firma może zarządzać ryzykiem i niebezpieczeństwem związanym z zakażeniami – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes lek. med. Agata Strukow, dyrektor ds. marketingu medycznego ALAB Laboratoria.

Jak podkreśla, w grupie ryzyka znajduje się każdy, kto jest narażony na bezpośredni kontakt z innymi ludźmi – niezależnie od branży i miejsca pracy.

– Nie można powiedzieć, że są jakieś konkretne branże, które powinny się przebadać. Chyba że ktoś jest leśniczym, pracuje w lesie, wśród zwierząt i nie spotyka się z ludźmi, ale to są wyjątki – podkreśla Agata Strukow. – Z testów korzysta branża rozrywkowa. Badamy ludzi na planach popularnych seriali telewizyjnych czy reklam. Badani są także m.in. marynarze, pracownicy zakładów przemysłowych czy przedszkoli. Jeżeli takie badanie przeprowadza przedszkole, to rodzice czują się bardziej komfortowo i bezpiecznie, są pewni, że oddają dzieci w zdrowe ręce.

Główny Inspektorat Sanitarny opracował wytyczne dla zakładów pracy i poszczególnych branż, które obejmują m.in. zachowanie półtorametrowych odstępów pomiędzy stanowiskami pracy i częstą dezynfekcję ogólnodostępnych przestrzeni. Obowiązek wprowadzenia reżimu sanitarnego i zapewnienia bezpieczeństwa spoczywa na pracodawcach, którzy muszą przeorganizować zasady panujące w miejscu pracy. Jednak np. w fabrykach czy open space’ach będzie to trudne, a w przypadku wykrycia wirusa wśród pracowników firma musi liczyć się z zawieszeniem działalności, przymusową kwarantanną i stratami finansowymi.

Badania laboratoryjne pozwalają zminimalizować to ryzyko. Testy wykazują, czy pracownik miał kontakt z koronawirusem. Typują też tych, którzy przechodzą infekcję bezobjawowo. Taka wiedza pozwala zaś pracodawcy kontrolować sytuację w firmie i planować organizację pracy.

– Firma może elastycznie zarządzać stanowiskami oraz zapewnić pracownikom bezpieczeństwo i komfort. To przekłada się również na klientów – mówi dyrektor ds. marketingu medycznego ALAB Laboratoria. – Pracownicy z kolei czują się zaopiekowani. Można powiedzieć, że dzisiaj, w dobie COVID-19, inne benefity pracownicze zostają z tyłu za takimi badaniami.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) podkreśla, że masowe testy przesiewowe są jedynym sposobem na opanowanie pandemii i zapobieganie nowym ogniskom choroby. Układ immunologiczny człowieka po kontakcie z koronawirusem SARS-CoV-2 zaczyna z nim walczyć i uruchamia mechanizmy obronne. W efekcie wytwarzane są specyficzne przeciwciała, które można wykryć testem serologicznym Elisa (ang. Enzyme-Linked Immunosorbent Assay). Daje on odpowiedź na pytanie, czy we krwi znajdują się dwa antygeny: IgG oraz IgM.

Test jest szybki i wyróżnia się wysoką czułością. To jedna z najlepiej sprawdzonych w diagnostyce metod badania krwi na obecność przeciwciał. Podobnie jak przy morfologii do badania pobierana jest krew, ale nie trzeba być na czczo. Test można wykonać zarówno rano, jak i po południu, bo pora dnia nie wpływa na poziom przeciwciał. Wyniki można sprawdzić przez internet lub w aplikacji w telefonie. Decyzję o przeprowadzeniu takich testów wśród pracowników pracodawca może podjąć samodzielnie albo we współpracy z lekarzem, np. specjalistą medycyny pracy.

 Niektóre firmy zapraszają pracowników danego dnia i wtedy jedziemy do firmy albo z wymazobusem, albo z pielęgniarką, która pobiera krew. Jednak są też firmy, które zapraszają swoich pracowników pojedynczo do naszych laboratoriów. Czasem testami obejmują również ich rodziny. Teraz mamy wakacje, więc zainteresowanie badaniami jest trochę niższe, ale ze względu na wysoką liczbę zachorowań widzimy, że ruch wraca. Od początku pandemii przebadaliśmy kilkadziesiąt zakładów pracy i kilkadziesiąt firm. Oceniamy, że od września będzie ich jeszcze więcej – mówi Agata Strukow.

Badania w kierunku COVID-19 należy powtarzać za każdym razem, kiedy pracownik miał kontakt z patogenem lub sytuacją potencjalnie zakaźną.

 Dobrym przykładem takich powtarzalnych badań są lekarze. Mamy już takich lekarzy, którzy badali się wielokrotnie, za każdym razem, kiedy mieli kontakt z zakażonymi pacjentami – mówi dyrektor ds. marketingu medycznego ALAB Laboratoria.

Transformacja cyfrowa polskich firm przyczyni się do stworzenia tysięcy nowych miejsc pracy. Postawią na nią najbardziej poszkodowane sektory, jak turystyka czy rozrywka

Mimo recesji i strat przedsiębiorstwa nie będą w najbliższych miesiącach ciąć inwestycji w cyfryzację. – Postawią na nią zwłaszcza te sektory, które mocno ucierpiały w wyniku pandemii koronawirusa, jak np. turystyka, edukacja, rozrywka czy hotelarstwo – mówi Krzysztof Augustynowicz z Salesforce. Transformacja cyfrowa pociągnie za sobą tworzenie nowych miejsc pracy. IDC wskazuje, że w Polsce ekosystem Salesforce, oparty na technologicznych produktach i usługach Salesforce, wygeneruje 1,5 mld dol. przychodów i stworzy ponad 4,2 tys. miejsc pracy do 2024 roku.

Transformacja cyfrowa nie jest już możliwością, ale – w obliczu tego, co się wydarzyło w ostatnich miesiącach – stała się koniecznością, żeby odnaleźć się w nowej rzeczywistości biznesowej. Można to zobrazować tym, co stało się w obszarze pracy zdalnej. Nie wszystkie firmy były na nią gotowe i nie wszystkie miały narzędzia, które taką pracę umożliwiały. Teraz zdały sobie sprawę, że muszą się na to przygotować, bo nie wiadomo, co będzie za trzy–cztery miesiące, nie wiadomo, jak ta rzeczywistość biznesowa będzie wyglądała w przyszłym roku – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Augustynowicz, regionalny dyrektor sprzedaży Salesforce, firmy działającej w obszarze systemów CRM.

Mimo recesji i problemów finansowych wywołanych pandemią SARS-CoV-2 firmy nie zamierzają wstrzymywać inwestycji i wydatków na cyfrową transformację. Wręcz przeciwnie, wiele z nich planuje nawet przyspieszyć ten proces i przejść go szybciej, niż planowały, bo w trakcie pierwszych miesięcy pandemii zdały sobie sprawę, jak bardzo cyfrowe narzędzia są im potrzebne do zachowania ciągłości funkcjonowania i reagowania na zmiany w otoczeniu biznesowym.

Transformacja cyfrowa dotknie wszystkie sektory, ale największe przełożenie będzie mieć na sektor B2C, czyli business-to-consumer. Firmy będą musiały zmienić sposób, w jaki kontaktują się ze swoimi klientami, na bardziej zautomatyzowany. Po drugie, będą musiały także spojrzeć na klienta bardziej kompleksowo, zrozumieć jego oczekiwania. Nowe szanse i nowe miejsca pracy pojawią się przede wszystkim w działach IT, ale również po stronie biznesu – mówi regionalny dyrektor sprzedaży Salesforce.

W najbliższym czasie na cyfryzację postawią zwłaszcza te branże, które mocno ucierpiały w wyniku pandemii, jak np. turystyka, edukacja, rozrywka czy hotelarstwo. Aby przetrwać okres lockdownu, przedsiębiorstwa z tych sektorów musiały szybko przenieść niemal całą swoją działalność do online’u. Teraz z kolei będą ją rozwijać. Ekspert Salesforce ocenia, że głównym obszarem cyfrowej transformacji przedsiębiorstw będą CRM i relacje z klientem oraz integracja procesów i danych.

– Firmy posiadają duże ilości danych, które pochodzą z różnych źródeł. Aby je zrozumieć albo wyciągnąć z nich jakieś wnioski, trzeba je zintegrować i dokonać odpowiedniej analizy – mówi Krzysztof Augustynowicz.

Jak podkreśla, transformacja cyfrowa i wszystko, co jest z nią powiązane, będą też tworzyć nowe miejsca pracy, bo sam ten proces wymaga wykwalifikowanych pracowników o ściśle określonych umiejętnościach.

Raport firmy IDC „Salesforce Economic”, który mówi o tym, jak Salesforce z naszymi partnerami będzie się przekładał na gospodarkę krajową, wskazuje, że do roku 2024 stworzymy bezpośrednio 4 tys. nowych miejsc pracy i 8 tys. pośrednio – mówi ekspert.

Z raportu IDC wynika także, że ekosystem Salesforce zyska w ciągu kolejnych czterech lat 1,5 mld dol. przychodu z nowych kontraktów. Motorem napędowym tego wzrostu będą usługi przetwarzania danych w chmurze. IDC szacuje, że ich popularność będzie rosła w tempie 18 proc. rocznie, z 256 mln dol. w 2018 roku do 698 mln dol. w 2024 roku. W tym okresie wydatki na oprogramowanie niezwiązane z chmurą będą rosły w tempie 1 proc.

Jak podkreśla ekspert, wdrażanie technologii do firm powinno pomóc w wychodzeniu gospodarki z kryzysu. Problem jednak w tym, żeby proces ten przyspieszyć. Na razie Polska wypada blado na tle innych państw UE. Według indeksu DESI publikowanego przez Komisję Europejską („Digital Economy and Society Index”) nasz kraj zajmuje pod względem cyfrowej transformacji i digitalizacji przedsiębiorstw 23. miejsce w Europie, plasując się zdecydowanie poniżej średniej, choć w porównaniu z ubiegłym rokiem poprawiła swój wynik o dwa miejsca w górę.

– Mamy w Polsce bardzo dobrze wykształconą kadrę informatyczną. Jednak z drugiej strony ok. 60 proc. osób pracujących u nas nie używa do tego komputera. To powoduje, że stopień ucyfrowienia jest ciągle niesatysfakcjonujący – mówi Krzysztof Augustynowicz. – Trzeba jednak zwrócić uwagę, że coraz więcej firm decyduje się na cyfryzację swoich procesów i dla dużych spółek takie rozwiązania jak chmura obliczeniowa czy Big Data są już właściwie standardem. Dla ponad 50 proc. spółek w Polsce systemy ERP nie są rozwiązaniem nowym, one już z nich korzystają. W porównaniu do tego, co działo się jeszcze kilka lat temu, to jest zdecydowany progres. Jesteśmy w dobrym miejscu, ale wciąż długa droga przed nami.

Jedną z istotnych barier, które blokują ten rozwój, jest brak kompetencji cyfrowych.

Dlatego kilka lat temu stworzyliśmy platformę e-learningową, żeby dać ludziom możliwość zdobycia nowych kwalifikacji m.in. z obszaru sprzedaży i serwisu  cloudu czy budowania aplikacji. Do tej pory 1,7 mln osób skorzystało już z tej możliwości – mówi regionalny dyrektor sprzedaży Salesforce.

Sztuczna inteligencja jest już w stanie wygenerować realistyczny mecz tenisowy między dowolnymi graczami. System może zwiększyć realizm w grach komputerowych

Zespół badaczy z Uniwersytetu Stanforda wypracował nowatorski model wirtualizacji rozgrywek sportowych przy wykorzystaniu technologii uczenia maszynowego. Naukowcy wyszkolili algorytmy do rozpoznawania indywidualnego stylu gry zawodników i skorelowali pozyskane dane z systemem graficznej reprezentacji ruchu. Dzięki temu stworzyli oprogramowanie zdolne automatycznie generować przebieg meczów z udziałem dowolnych zawodników.

– Przedstawiamy system konwertujący nagrania z meczów tenisowych na interaktywne sprite’y [dwuwymiarowe obrazki rastrowe – przyp. red.], które zachowują się i wyglądają jak zawodowi gracze w tenisa. Nasze podejście opiera się na teksturach wideo i wykorzystuje wiedzę na temat cyklicznej struktury wymian tenisowych do generowania przejść pomiędzy klipami oraz akceptowania sygnałów wejścia na potrzeby sterowania kluczowymi parametrami rozgrywki – tłumaczy Haotian Zhang z Uniwersytetu Stanforda.

Nadrzędnym celem zespołu z Uniwersytetu Stanforda było dogłębne zbadanie charakterystyki gry poszczególnych zawodników i nauczenie sztucznej inteligencji, jak reagują na zagrożenie płynące ze strony konkretnych przeciwników. W tym celu wykorzystano technologię uczenia maszynowego do przeanalizowania tysięcy zagrań każdego ze sportowców i znalezienia ich modelowych zachowań podczas rozgrywki.

W trakcie szkolenia algorytmu pod uwagę wzięto trzy kluczowe parametry – przygotowanie się zawodnika do odbioru piłki, sposób uderzenia oraz zajęcie pozycji po rozegraniu. Zebrane dane poddano następnie analizie przy wykorzystaniu systemu sztucznej inteligencji Vid2Player. Jego zadaniem było odnalezienie wzorców zachowań, które w późniejszej fazie badań posłużyły do wirtualizacji zachowania graczy.

– Wykorzystaliśmy dane z archiwum wideo do modelowania pozycji zawodnika na korcie i decyzji dotyczących wyboru zagrań podczas zdobywania punktów. Używamy tych modeli behawioralnych do wybierania klipów wideo, które odzwierciedlają działania, jakie prawdziwy gracz mógłby podjąć w danej sytuacji meczowej, oddając w ten sposób realizm wymian na poziomie makro, a nie tylko indywidualnych ruchów – podkreśla Haotian Zhang.

Zastosowanie sztucznej inteligencji w procesie szkoleniowym pozwoliło wypracować w pełni zindywidualizowane modele zachowań graczy. System nauczył się, że Novak Djokovic zazwyczaj podaje na słabszą stronę przeciwnika, a Roger Federer podczas oczekiwania na piłkę trzyma się bliżej linii końcowej niż Rafael Nadal.

Pozyskanie tak szczegółowych danych pozwoliło pójść o krok dalej i przeprowadzić symulowaną rozgrywkę pomiędzy dowolnymi zawodnikami, nawet tymi, którzy nigdy nie spotkali się na korcie. Naukowcy w trakcie testów przeprowadzili pokazowy mecz dwóch Rogerów Federerów i symulowali starcie Szwajcara z Sereną Williams. Wirtualne awatary graczy odpowiadały na swoje zagrania na podstawie modelu predykcyjnego wypracowanego w procesie uczenia maszynowego.

– Zdaniem doświadczonych tenisistów wymiany generowane przy użyciu naszego systemu są znacznie bardziej realistyczne pod względem zachowania gracza niż metody sprite’ów wideo, które uwzględniają tylko jakość przejść podczas syntezy wideo – przekonuje badacz.

Proces analizy i przetwarzania danych wypracowany przez zespół z Uniwersytetu Stanforda pozwolił także wprowadzić interaktywne elementy do transmisji i wybierać punkty zagrania oraz cofnięcia się po odebraniu piłki. Tym samym stworzono podwaliny systemu, który może zostać wykorzystany przez twórców gier komputerowych na potrzeby stworzenia realistycznego symulatora tenisa, modelującego zachowanie wirtualnych awatarów zawodowych sportowców zgodnie z historycznymi danymi wizualnymi.

Opinia ZPP dotycząca zaprezentowanych propozycji zmian ustawowych w zakresie dotyczącym rozwoju źródeł odnawialnych w Polsce

Na wstępie chcielibyśmy podkreślić natychmiastową konieczność dostosowania ustawodawstwa w tym zakresie zarówno do europejskiej polityki neutralności klimatycznej jak i do sytuacji sektora energetyki związanej z pandemią.

Wszelkie działania zmierzające do zwiększenia podaży zielonej energii uznajemy za właściwe i konieczne, nie tylko w związku ze zobowiązaniami unijnymi, ale także ze względu na zapotrzebowanie polskiego przemysłu.

W tym zakresie oceniamy zaproponowane zmiany bardzo pozytywnie. Przedstawiony przez Ministerstwo Klimatu dokument, o zmianie ustawy o odnawialnych źródłach energii oraz niektórych innych ustaw, podchodzi do tematyki związanej z rozwojem tego sektora energetyki w sposób kompleksowy i spójny zmieniając zapisy w całym zakresie związanym z procesem inwestycyjnym i eksploatacyjnymźródeł OZE w przyszłości. Autorzy projektu dostrzegli konieczność zmian nie tylko w Ustawie o Źródłach odnawialnych ale także w Ustawie Prawo Energetyczne i Ustawie o zagospodarowaniu przestrzennym. Tylko takie podejście tworzy rzeczywiste fundamenty dla rozwoju energetyki rozproszonej.

Zaproponowane zmiany mogą mieć decydujący wpływ na rozwój szeroko pojętej energetyki rozproszonej, gdyż obejmują swoim działaniem małych i średnich przedsiębiorców, czyli najbardziej dynamiczny sektor polskiej gospodarki. Ustawa zwiększa parytet mocy dla przedsiębiorców w zakresie własnych instalacji odnawialnych.

Szybkie zwiększenie możliwości inwestycyjnych w zakresie instalacji odnawialnych poprzez jasne zdefiniowanie pojęcia „Mała instalacja OZE” daje szansę sektorowi małego i średniego biznesu na zwiększenie konkurencyjności i pewną niezależność energetyczną tak potrzebną szczególnie na obszarach wiejskich.

Dobór wielkości takiej instalacji w przedziale 50–500 Kw., należy również uznać jako bardzo trafny, ponieważ jest to zakres uśrednionego poboru mocy w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, jak również średnich gospodarstw rolniczych. W projekcie nie znaleźliśmy opisu małej instalacji w gospodarstwie rolniczym, stąd nasze pytanie czy pokazane wyżej wielkości dotyczą także gospodarstw rolnych.

Zaproponowane zmiany idą w kierunku tworzenia przewidywalnych ram rozwoju sektora odnawialnego, wydłużając ustawowo o 5 lat systemy wsparcia dla poszczególnych technologii. Jednocześnie ustawa podkreśla funkcję systemu aukcyjnego jako gwaranta dla instytucji finansujących, uznając ten system wsparcia jako najtańszy i najbardziej efektywny w polskich warunkach ekonomicznych.

Ustawa łagodzi również problemy inwestorów którzy w związku z pandemią przekroczą maksymalny termin na wytworzenie po raz pierwszy energii elektrycznej, lub jej sprzedaży. To również bardzo dobra decyzja, tym bardziej, iż minimalizuje proces biurokratyczny nie angażując zbytnio Urzędu Regulacji Energetyki. Forma oświadczeń przy składaniu wniosków o wydłużeniu terminu jest w tym przypadku bardzo trafna.

W całej rozciągłości popieramy formę odbiurokratyzowania całego procesu rejestracji wytwórców energii z OZE zaproponowanego w Ustawie, a co za tym idzie zmniejszenie obciążeń administracyjnych dla Urzędu Regulacji Energetyki.

Zmiany ustawy o planowaniu przestrzennym umożliwiające w praktyce szybki rozwój fotowoltaiki to również bardzo oczekiwana inicjatywa w wyniku której w ciągu kilku lat może nastąpić znaczący wzrost podaży zielonej energii oraz ustabilizowanie końcówek linii przesyłowych.

Jesteśmy przekonani że wejście ustawy w proponowanej formie przyczyni się do stymulacji rozwoju odnawialnych źródeł energii, co musi wywołać stabilizację cen energii dla odbiorców końcowych. Zaproponowane zmiany z całą pewnością wychodzą naprzeciw zapotrzebowaniu społecznemu, zabezpieczając istotne rozwiązania dla wytwórców energii z OZE oraz całej branży związanej z inwestycjami w OZE.

Natomiast pewne kontrowersje wzbudza zaproponowana forma regulacji dotycząca definicji mocy zainstalowanej. Wprawdzie osiągnięto tutaj pewien kompromis ze środowiskami związanymi z OZE, który można uznać za racjonalny i rokujący pozytywnie dla rozwoju OZE w Polsce, jednak sugerujemy dopracowanie definicji w przyszłości w taki sposób aby pozwalała na pewną elastyczność przy wyprowadzaniu mocy z instalacji OZE, szczególnie w procesach modernizacyjnych takich instalacji.

Oceniając pozytywnie przedstawioną propozycję zmian ustawowych dotyczących odnawialnych źródeł energii, pragniemy przypomnieć, że istnieje pilna konieczność dalszych prac w tym kierunku.

Odblokowanie możliwości inwestycyjnych w lądowej energetyce wiatrowej, przez zmianą zapisów w tak zwanej ustawie odległościowej to dzisiaj najważniejsze zadanie legislacyjne dla ustawodawcy. Jeszcze raz pragniemy przypomnieć, że lądowa energetyka wiatrowa to dzisiaj najtańsze źródło energii elektrycznej, którego rozwój został zahamowany w wyniku zapisów ustawy.

Szybkie uchwalenie wszystkich aktów legislacyjnych umożliwiających inwestycje w morską energetykę wiatrową to dzisiaj również pilna potrzeba, ponieważ tego rodzaju inwestycje ustabilizują cały system energetyczny kraju.

Przypominamy również o potrzebie szybkich prac legislacyjnych w obszarze sieci i przyłączeń, pozwalających na rozwój energetyki rozproszonej.

Nowy projekt ustawy w Rosji korzystny dla inwestorów zagranicznych

Duma Państwowa Federacji Rosyjskiej opracowała projekt ustawy mający na celu rozszerzenie możliwości uzyskania przez firmy korzyści podatkowych przy wypłacie dywidendy za granicę. Zmiany w Kodeksie podatkowym będą miały wpływ na rosyjskie grupy przedsiębiorstw z udziałem kapitału zagranicznego, a także na zagranicznych inwestorów w rosyjską gospodarkę. Według ekspertów JP Business Law Firm na zmianach w prawie skorzystałyby m.in. polskie firmy inwestujące w Rosji lub planujące takie inwestycje.

„Zapisy nowego projektu ustawy przygotowanego przez Dumę Państwową Federacji Rosyjskiej powinny szczególnie zainteresować inwestorów zagranicznych. Projekt przewiduje rozszerzenie ulg i zwolnień podatkowych, na czym w przypadku jego wejścia w życie bezpośrednio skorzystać mogą m.in. polskie firmy posiadające oddziały w Rosji i kapitał inwestujący w Rosji. W dłuższym horyzoncie mógłby to być również pozytywny bodziec dla zwiększenia polskich inwestycji na terenie Federacji Rosyjskiej” – wyjaśnia Valeria Jelenska, Prezes Zarządu w JP Business Law Firm.

Projekt ustawy przewiduje przyrównanie udziału pośredniego w spółkach rosyjskich (np. gdy holding polski jest właścicielem aktywów rosyjskich za pośrednictwem subholdingu cypryjskiego) z bezpośrednim przy otrzymywaniu ulg podatkowych na podstawie umów międzynarodowych.

Ponadto zmiany rozszerzają krąg zagranicznych spółek kontrolowanych, których zyski mogą być zwolnione z opodatkowania. Przez zagraniczną spółkę kontrolowaną należy rozumieć organizację za granicą, która nie jest rezydentem podatkowym Federacji Rosyjskiej, ale jest kontrolowana przez rosyjskich rezydentów podatkowych.

Bez zgody w RDS. Lewiatan proponuje, aby płaca minimalna w 2021 roku wyniosła 2716 zł

Partnerzy społeczni i rząd nie porozumieli się w sprawie wysokości płacy minimalnej w 2021 roku. Konfederacja Lewiatan uważa, że wynagrodzenie minimalne w przyszłym roku powinno wynieść 2716 zł, a minimalna stawka godzinowa – 17,7 zł.

Na posiedzeniu Zespołu ds. budżetu, wynagrodzeń i świadczeń socjalnych oraz w trakcie plenarnego posiedzenia RDS nie udało się wypracować porozumienia partnerów i rządu w sprawie wysokości minimalnego wynagrodzenia w 2021 roku.

Strona rządowa zaproponowała wysokość wynagrodzenia minimalnego w 2021 r. na poziomie 2 800 zł, przy czym ta propozycja zyskała bardzo ograniczone poparcie ze strony Związku Pracodawców i Przedsiębiorców oraz NSZZ Solidarność. Z kolei pozostałe organizacje pracodawców opowiedziały się za utrzymaniem płacy minimalnej na poziomie 2020 roku tj. 2 600 zł, a ostatecznie za aprobatą dla wzrostu płacy minimalnej o mechanizm ustawowy tj. do wysokości 2 716 zł. Natomiast OPZZ i FZZ podkreśliły konieczność jej znacznie wyższego wzrostu do 3 100 zł.

– Naszym zdaniem wynagrodzenie minimalne w 2021 roku, jeśli nie ma możliwości zamrożenia mechanizmu jego wzrostu, powinno wynieść 2716 zł, a minimalna stawka godzinowa 17,7 zł. Takie stanowisko prezentują firmy zrzeszone w Lewiatanie, które regularnie pytaliśmy o opinię w tej sprawie – mówi prof. Jacek Męcina, przewodniczący Zespołu budżetu, wynagrodzeń i świadczeń socjalnych RDS i doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Kondycja gospodarki nie uzasadnia wysokiej podwyżki

Obecna sytuacja gospodarcza nie uzasadnia znaczącego wzrostu wynagrodzenia minimalnego. Jeśli przy ustalaniu płacy minimalnej na 2020 rok rząd argumentował, że „biorąc pod uwagę sytuację na rynku pracy i utrzymującą się dobrą koniunkturę gospodarczą rząd postanowił o ustaleniu płacy minimalnej na jeszcze wyższym poziomie, właśnie 2600 złotych”, trudno znaleźć merytoryczne uzasadnienie dla podnoszenia jej o więcej niż kolejne 116 złotych w dobie recesji. Już założenia do budżetu 2021 pozwalają stwierdzić, że rząd zakłada, że w 2021 nie wrócimy do PKB z 2019 roku. Prognozy NBP są jeszcze bardziej pesymistyczne.

Jedynym wskaźnikiem makroekonomicznym, który uzasadnia szybkie podnoszenie nominalnej płacy, jest inflacja, która od listopada 2019 roku utrzymuje się systematycznie powyżej celu inflacyjnego, z czego w I kwartale 2020 roku oscylowała wokół 4,5% r/r. U źródeł tej wysokiej inflacji leżały szybko rosnące ceny żywności, a jej udział w koszykach osób nisko zarabiających jest nadreprezentowany. Z uwagi na typowe dla recesji tendencje dezinflacyjne (których obecność potwierdza prognoza Ministerstwa Finansów) ten efekt będzie wygasał, co stanowi argument za ograniczaniem skali wzrostu płacy minimalnej.

Wzrost płacy minimalnej zwiększy koszty pracy

Wzrost płacy minimalnej to odczuwalne zwiększenie kosztów pracy w bardzo trudnym czasie. Wiele firm jest teraz mocno zadłużonych w ZUS, w bankach, firmach leasingowych, u kontrahentów. Zaciągnęły długi, żeby ochronić miejsca pracy i nie zwalniać pracowników w sytuacji kryzysu. W przyszłym roku, kiedy będą musiały zacząć spłacać długi, dodatkowy nieuzasadniony wzrost kosztów może doprowadzić do opóźnionej fali upadłości.

W świetle ostatnich doniesień Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej tylko do 21 lipca br. przedsiębiorcy zgłosili się o wsparcie dofinansowania wynagrodzeń dla niemal 3 mln pracowników. Dane Polskiego Funduszu Rozwoju mówią o wsparciu z Tarczy Finansowej dla podmiotów zatrudniających ponad 3 mln pracowników. Warto jednak przypomnieć, że utrzymanie zatrudnienia w II i III kwartale 2020 roku odbyło się przede wszystkim dzięki nadzwyczajnym oszczędnościom pracodawców i uruchamianiu oszczędności z kapitału. Oczywiście instrumenty wsparcia odegrały swoją rolę, ale pamiętać należy, że w perspektywie kolejnego roku szanse na taki zakres pomocy są małe, choćby dlatego, że interwencja w 2020 roku pochłonęła całe oszczędności Funduszu Pracy na poziomie ponad 7 mld zł.
Już sama skala interwencji publicznej świadczy, że epidemia COVID-19 uderzyła w firmy ze znaczną mocą, wiele z nich stawiając na granicy upadłości. Forsowanie zbyt wysokiego wynagrodzenia minimalnego (do których należy dodać koszty pracy) oznacza uderzenie w nie, zanim jeszcze wrócą do stanu sprzed pandemii.

Zbyt wysoka płaca minimalna wyprze z legalnego rynku pracy osoby najniżej produktywne

Wzrost wynagrodzenia minimalnego brutto z 2600 zł do 2716 zł oznacza wzrost kosztów pracy z 3132,48 do 3312,98 zł, a jeśli przyjąć zaproponowany przez rząd poziom 2 800 zł jeszcze więcej. Tak znaczny wzrost płacy minimalnej oznacza, że firmy mikro i małe, ale w warunkach kryzysowych także część większych firm będzie miało trudności z utrzymaniem zatrudnienia. Wyższe bezrobocie, czy wzrost szarej strefy, które będą konsekwencją tej decyzji, to z kolei mniejsze dochody z PIT i do FUS oraz większe koszty Funduszu Pracy.

Ponadto, nie można wykluczyć scenariusza, w którym wypieramy z rynku pracy niemal całe branże czy znaczną część lokalnej gospodarki. Alternatywą jest przeniesienie wyższych kosztów na konsumenta, co znajdzie ujście w wysokiej inflacji. Ostatecznie, nie można wykluczyć zwiększenia powszechności pracy w szarej strefie.

Przy obecnym rozkładzie wynagrodzeń w gospodarce zbyt szybkie podnoszenie płacy minimalnej (716 zł w ciągu 4 lat) powoduje kompresję wynagrodzeń, zaburzając ich informacyjną funkcję. Niewielka różnica między płacą pracownika wykonującego najprostsze prace w ramach umowy kodeksowej a urzędnika, czy pielęgniarza demotywuje do pracy w trudnych zawodach zwiększając ryzyko masowej emigracji i selekcji negatywnej. Podobnych skutków można oczekiwać na terenach słabiej rozwiniętych, a przez to oferujących systematycznie niższe wynagrodzenia.

W dyskusjach nad płacą minimalną pojawia się argument, że dążymy do relacji wynagrodzenia minimalnego względem średniego w gospodarce na poziomie 60%. Już proporcja 50% plasuje się bardzo wysoko w zestawieniach międzynarodowych. Co więcej, wysoki odsetek wcale automatycznie nie gwarantuje dobrostanu pracowników. Znacznie bardziej efektywna w długim okresie jest polityka na rzecz wzrostu produktywności w gospodarce – wówczas nawet niższe odsetki przekładają się na wyższe wynagrodzenia wśród najmniej zarabiających. Prawidłowość ta ma szczególne znaczenie w obecnych warunkach, gdy przyszłość rysuje się raczej pesymistycznie, a firmy będą przeżywać trudności związane z kryzysem COVID – 19. W tych warunkach każdy wzrost kosztów pracy oznacza ryzyko dla poziomu zatrudnienia.

Konfederacja Lewiatan

Dolar znów drożeje – komentarz walutowy

Pomimo przyzwoitych danych zza oceanu dolar znów prezentuje się słabo. Inwestorzy powoli przyzwyczajają się do nowej normy w notowaniach tej waluty.

Lepsze dane z USA

Piątkowe popołudnie pokazało pakiet – może nie najważniejszych – ale korzystnych dla gospodarki amerykańskiej danych. Sprzedaż detaliczna rośnie niby zaledwie o 1,2% przy oczekiwanych 1,8%, ale warto spojrzeć na wpływ aut na te dane. Indeks oczyszczony o zakup samochodów pokazuje 1,9% wzrostu względem oczekiwanych 1,6%. Produkcja przemysłowa zgodnie z oczekiwaniami rośnie o 0,3%, ale wzrasta wykorzystanie mocy produkcyjnych. Lepiej od oczekiwań wypadł również indeks Uniwersytetu w Michigan. Dolar jednak przez cały dzień znajdował się w odwrocie.

Recesja w Japonii

W nocy dane na temat wzrostu PKB pokazała Japonia. Wynik jest bardzo słaby, ale biorąc pod uwagę to, co się dzieje na świecie, nikogo to chyba nie dziwi. W ujęciu kwartalnym PKB spada o 7,8% a w ujęciu rocznym mamy z kolei 10% spadek. Powodem jest pandemia koronawirusa, która doprowadziła do istotnego wstrzymania aktywności gospodarczej. Japoński jen przyjął te dane w miarę spokojnie. Spadek PKB nie był bowiem dużym zaskoczeniem.

Spada ilość odwiertów w USA

Z tygodnia na tydzień spada ilość wież wiertniczych na rynku ropy w USA. W szczytowym momencie w 2014 roku było ich nawet 1600, dzisiaj jest zaledwie 172 sztuki. Powodem jest spadająca opłacalność wydobycia surowca. Obecny poziom cen powoduje, że nie we  wszystkich regionach świata produkcja jest opłacalna cenowo. Z drugiej strony to właśnie ten spadek produkcji powoduje stopniowy wzrost cen, który z kolei jeżeli będzie kontynuowany, ma szansę przywrócić część z zamkniętych złóż.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Dziewiętnasta dzielnica, czyli problem ROD-ów w wielkim mieście

W obecnych trudnych czasach globalnego zagrożenia COVID-19 kwestia rodzinnych ogrodów działkowych (ROD) zyskała nową jakość, a tytułowe nieruchomości nagle stały się obiektem pożądania tysięcy Polaków. Zanim jednak zdecydujemy się na inwestycję średnio zazwyczaj kilkudziesięciu tysięcy złotych w prawo do dzierżawy swoich trzech arów ogrodowej enklawy, warto bliżej przyjrzeć się problematyce ROD-ów z drugiej, nieco mniej przewidywalnej strony.

Prawdopodobnie tylko nieliczni rodacy zdają sobie sprawę z faktu, że krajowe metropolie, a obok nich również mniejsze ośrodki miejskie, to pod pewnym względem lokalizacje dość osobliwe, by nie powiedzieć wyjątkowe. Aby nie szukać daleko, eksperci portalu RynekPierwotny.pl posłużyli się przykładem Warszawy, głównego i absolutnie dominującego krajowego rynku nieruchomości.

ROD-y niczym kolejna dzielnica

Otóż w stolicy Polski na dziś dzień funkcjonuje około 190 pozostających pod kuratelą Polskiego Związku Działkowców (PZD) ogrodów działkowych, co można określić jako swoisty fenomen. Ich łączna powierzchnia osiąga prawie 1200 hektarów. To z górą trzy razy tyle co obszar Central Parku na Manhattanie, sporo więcej niż powierzchnia Woli czy Żoliborza, i w przybliżeniu tyle, co areał Pragi Północ. Czyli w sumie to tak, jakby stołeczni włodarze w ubiegłych dekadach pod ogródki działkowe przeznaczyli jedną osobną dzielnicę miasta stołecznego.

Co jednak najciekawsze, ze wspomnianej powyżej puli lokalizację grubo ponad 20-tu ogrodów o imponujących jak na około centralne warunki europejskiej stolicy rozmiarach – od kilku do ponad 30-tu hektarów, można zakwalifikować jako zdecydowanie „pierwszorzędną”. Znajdują się one bowiem w promieniu zaledwie kilku kilometrów od ścisłego centrum w najlepszych rejonach Mokotowa, Żoliborza, Grochowa, Ochoty, Woli czy Starego Wilanowa. Różnią się też wyglądem zewnętrznym, który czasami przypomina optymalnie zagospodarowane tereny zielone, niestety dość często krajobrazy bardziej przypominające te księżycowe.

Jednak to, co może wzbudzać największe kontrowersje, to wartość rynkowa dziesiątków hektarów stołecznych gruntów, na których stołeczni działkowcy niejako „od zawsze” urządzają grządki z warzywami. Chodzi o stawki sięgające obecnie poziomu nawet 2-3 tys. zł za mkw. Pytanie, jak wygląda tak skalkulowana wartość pojedynczego 3-arowego ogródka, i czy jest to optymalny jak na warunki ekonomiczne XXI wieku sposób zagospodarowania najlepszych lokalizacyjnie terenów Warszawy, a obok niej również innych największych polskich metropolii.

ROD-y nietykalne?

Trudne relacje w komunikacji pomiędzy PZD a urzędnikami samorządowymi Warszawy i innych rodzimych miast,  to już historia z „długą brodą”. Najbardziej jednak spektakularnym przykładem tego typu stosunków są liczące już blisko dwie dekady plany przekształcenia około 20-tu najlepiej zlokalizowanych stołecznych ogrodów działkowych w miejskie parki, których niedobór od dawna dość mocno doskwiera warszawiakom. W stolicy Polski zaledwie około 8 proc. powierzchni zajmują parki, czyli prawie 3 razy mniej niż w Berlinie. Niestety plany te, jak zresztą i wiele innych związanych z cywilizacyjnym przeobrażeniem wybranych terenów działkowych, nie doczekały się do dziś realizacji. Pytanie, czy doczekają się kiedykolwiek, czy też może te dość „egzotyczne” działkowe krajobrazy w bezpośrednim sąsiedztwie śródmieścia już na zawsze staną się nietykalnym elementem zagospodarowania najlepszych lokalizacji rodzimych metropolii z Warszawą na czele.

Samorządowcy od dawna już zarzucają ogrodom działkowym blokadę rozwoju miast, tłumacząc to ściśle ograniczonymi ustawą o ROD możliwościami wywłaszczania działkowców. Od lat postulują też przenoszenie czy też urządzanie ogrodów działkowych wyłącznie na terenach podmiejskich, cichych i ekologicznie o niebo lepiej korespondujących z tego rodzaju aktywnością, aniżeli bezpośrednie sąsiedztwo ruchliwych, głośnych i pełnych smogu śródmiejskich arterii.

A jednak niepewna przyszłość warszawskich ROD-ów

Tymczasem w ubiegłym roku Krajowy Zarząd PZD zlecił, a następnie przeanalizował sytuację rodzinnych ogrodów działkowych w Warszawie. Jak wykazała przedmiotowa analiza, istnieje bardzo poważny problem ze stołecznymi ROD-ami, polegający na ogromnej wręcz skali roszczeń do ich gruntów, które dotyczą 97 przypadków o powierzchni 340 hektarów i blisko 12 tys. działek, co stanowi mniej więcej jedną trzecią powierzchni wszystkich warszawskich ROD.

Jak stwierdza w swoim komunikacie PZD, największym problemem są roszczenia M. St. Warszawy o wydanie, a w przypadku wybranych ROD również o zapłatę za bezumowne korzystanie. Roszczenia te obejmują 38 ROD o powierzchni  175 ha i 6,2 tys. działek, i wynosiły w ub. roku prawie 3,5 mln zł. Do tego dochodzą odsetki oraz koszty z tytułu bezumownego korzystania z gruntu za dalsze okresy.

Kolejnym problemem jest nieuregulowany stan prawny gruntów warszawskich ROD, co dotyczy aż 148 ogrodów na 190 istniejących na terenie stolicy. W ciągu ostatnich sześciu lat jedynie 20 warszawskich ogrodów o pow. 109 ha uzyskało decyzję potwierdzającą nabycie prawa użytkowania na rzecz PZD w stosunku do całości bądź części nieruchomości, na których usytuowane są rodzinne ogrody działkowe, co stanowi zaledwie 10 proc. powierzchni podlegającej regulacji.

Co niezwykle istotne, brak przedmiotowej regulacji stanów prawnych do warszawskich gruntów, na których funkcjonują ogrody działkowe, implikuje nie tylko mocno niekomfortową sytuację działkowców w przypadku choćby likwidacji ogrodu, gdzie pojawia się problem z wypłatą odszkodowań na rzecz działkowców i PZD. Brak regulacji sytuacji prawnej do gruntów ogrodów działkowych skutkuje również deprymującą niepewnością działkowców, którzy całymi latami powstrzymują się z wszelkimi inwestycjami w swoje działki, które w każdej chwili za sprawą grożącej likwidacji ogrodu mogą przestać istnieć, co gorsza bez możliwości uzyskania odszkodowania.

Summa summarum warto mieć świadomość, że nie tylko w Warszawie, ale w całej reszcie kraju nabycie prawa do dzierżawy ogródka w ROD obciążone jest większym lub mniejszym ryzykiem jego likwidacji, co gorsza częstokroć bez gwarancji odszkodowania. Decydując się zatem na taką inwestycję, należy dokładnie zbadać sytuację prawną wybranego ROD głównie pod względem planu zagospodarowania przestrzennego, w którym powinno być dokładnie określone przeznaczenie gruntów jako zieleń działkowa. Warto też ocenić wymiar inwestycji realizowanych zarówno przez samych działkowców, jak i zarząd ogrodu w ogólną jego infrastrukturę. Im większa ich skala, tym perspektywy ROD bardziej przewidywalne, a co najważniejsze pewne co do przyszłości funkcjonowania.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Raczkujące innowacje. Jakie są wyzwania firm na drodze do innowacyjności?

0

W kolejnej edycji „Europejskiego Rankingu Innowacyjności” Polska ponownie zajęła 4. miejsce od końca. Słabo wypadliśmy m.in. pod kątem wprowadzania innowacji w MŚP, atrakcyjności systemu badań naukowych, poziomu komercjalizacji technologii oraz współpracy nauki z biznesem. Choć zgodnie z danymi GUS z 2018 r. nakłady wewnętrzne na działalność badawczo-rozwojową z roku na rok wzrastają, to stoi za tym przede wszystkim aktywność największych podmiotów. Z tegorocznego „Raportu o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce” przygotowanego przez PARP wynika bowiem, że kolejny rok z rzędu firmy zmniejszają nakłady na działalność innowacyjną. Od 2015 r. to spadek o niemal 8 mld zł do poziomu 36,5 mld zł i to mimo wprowadzonych zachęt podatkowych w postaci ulgi B+R czy IP Box. Co musi się zmienić, aby firmy w Polsce dogoniły światową czołówkę? 

Do kluczowych instrumentów budujących system innowacyjności w Polsce i polepszających poziom rodzimych innowacji zaliczymy dotacje ze środków europejskich oraz ulgi podatkowe (ulga B+R i IP Box). Te drugie stanowią bardzo atrakcyjne wsparcie dla firm prowadzących działalność badawczo-rozwojową i odprowadzających podatek PIT lub CIT. Wyniki Europejskiego Rankingu Innowacyjności pokazują jednak, że zachęty podatkowe i granty to niejedyny element przy tworzeniu skutecznej polityki innowacyjnej kraju. Konieczne są działania o charakterze systemowym i zmiana mentalna samych przedsiębiorców. W raporcie Ayming „Droga do innowacyjności a COVID-19. Wyzwania dla CEO” czytamy, że do bolączek trapiących przedsiębiorców rozwijających innowacje zaliczymy zbyt rzadkie prowadzenie działań B+R wewnątrz firmy, brak współpracy między sferą nauki i biznesu oraz nieumiejętność zarządzania ryzykiem, które jest wpisane w projekty innowacyjne.

Wypracowanie własnego know-how

Inwestowanie w potencjał własnej kadry sprzyja wypracowaniu know-how organizacji i jednocześnie wpływa na efektywniejsze wykorzystanie wewnętrznej infrastruktury B+R. Mimo trudności i wyzwań związanych
z realizacją prac badawczo-rozwojowych wewnątrz przedsiębiorstwa, korzyści z tego płynące mogą przekroczyć poniesione nakłady. Przede wszystkim firma zyskuje pełną kontrolę nad prowadzonym procesem badawczo-rozwojowym oraz może dokonywać w nim bieżących modyfikacji według potrzeb. Z badania Ayming wynika, że dwie na trzy firmy posiadają wyodrębnioną komórkę B+R. Dotyczy to zwłaszcza największych organizacji (zatrudniających ponad 250 pracowników), gdzie 9 na 10 z nich może pochwalić się istnieniem takiego zespołu. Jednocześnie co piąty przedsiębiorca deklaruje, że jego obecna liczba pracowników (nie tylko w dziale B+R) jest zbyt mała, aby efektywnie prowadzić prace badawczo-rozwojowe. Natomiast dla 36 proc. kwalifikacje kandydatów dostępnych na rynku są niewystarczające.

Innowacje wypracowywane na miejscu umożliwiają wzrost wiedzy w organizacji, a wprowadzone procedury i narzędzia pozwalają na jej archiwizowanie w ustalony sposób, dzięki czemu może służyć w przyszłości całemu przedsiębiorstwu. Własny dział B+R ułatwia również efektywne zarządzanie pracami nad innowacjami oraz przydzielanie zasobów w odpowiedzi na aktualne zapotrzebowanie. Ważną rolę odgrywa system motywacyjny i jasna ścieżka rozwoju, które pozwalają ograniczyć ryzyko odejścia z firmy pracowników z kluczową wiedzą. Pomimo działań mających na celu dokumentowanie prac, nie jest możliwe pełne utrwalenie uzyskanego przez pracowników doświadczenia i umiejętności – dodaje Tomasz Stańczyk, konsultant w Dziale Innowacji, Ulg i Dotacji w Ayming Polska. 

Współpraca biznesu z nauką

Z badania Ayming* wynika, że w ubiegłym roku 62 proc. ankietowanych firm współpracowało z podmiotami zewnętrznymi w celu rozwijania innowacji. Najczęściej były to uczelnie wyższe (68 proc.), instytuty i laboratoria badawcze (58 proc.) oraz samodzielni naukowcy (39 proc.). Niestety potencjał płynący z takiej współpracy nie jest w pełni wykorzystywany i nie zawsze przebiega ona w taki sposób, jaki zakładał sobie zleceniodawca. Często wynika to z rozbieżności celów pomiędzy nauką i biznesem. Dla naukowców główną miarą sukcesu są publikacje naukowe, a dla biznesu – wdrożenia przemysłowe. Przedsiębiorcy przede wszystkim skupiają się na praktyczności proponowanych rozwiązań, ograniczaniu kosztów i szybkim czasie wdrożenia. Z kolei  propozycje naukowców bywają zbyt kosztowne, niepraktyczne lub trudne do wdrożenia i oderwane od rzeczywistości rynkowej.

Podejmując współpracę z instytucjami naukowo-badawczymi, to przedstawiciele biznesu powinni przyjąć rolę liderów, którzy ukierunkowują prowadzone prace tak, aby znalazły zastosowanie rynkowe. Firmy, które zdecydowały się na partnerstwo z sektorem naukowym, cenią je sobie ze względu na znaczący wkład merytoryczny do ich własnych działań. Istotne znaczenia ma również renoma danego ośrodka oraz potencjał infrastrukturalny bądź kadrowy, np. wyspecjalizowane laboratoria czy specjaliści z wąskich dziedzin. Taka współpraca przyczynia się do rozwoju kadry własnej w organizacji. Połączenie wiedzy przedsiębiorców na temat rynku i potrzeb klientów z ekspercką wiedzą naukowców pozwala rozwiązywać złożone problemy
i tworzyć innowacyjne rozwiązania, których samodzielne wypracowanie nie byłoby możliwe dla żadnej ze stron
– stwierdza Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, Dyrektor Obszaru Podatków i Finansowania Innowacji w Ayming Polska. 

Zarządzanie ryzykiem

Punktem wyjścia do prowadzenia działalności innowacyjnej jest zarządzanie ryzykiem i przyzwolenie na popełnianie błędów. Bez akceptowania niepowodzeń nie ma szans na ulepszanie dotychczasowych działań, a w dalszej perspektywie – wypracowanie innowacyjnych rozwiązań. Należy pamiętać, że tylko niewielka część projektów B+R kończy się sukcesem. Ryzyko porażki i wysoki poziom niepewności są wpisane
w działalność innowacyjną. 52 proc. firm ankietowanych przez Ayming deklaruje wysoką skłonność do podejmowania ryzyka przy prowadzeniu projektów badawczo-rozwojowych. Jednocześnie 43 proc. przyznaje się do ostrożności w tym zakresie. Tylko wśród 12 proc. badanych przedsiębiorców wszystkie podejmowane projekty zakończyły się z powodzeniem. Najwięcej ankietowanych (35 proc.) zadeklarowało, że sukces dotyczył od 50 do 74 proc. projektów B+R.

Przedsiębiorcy w Polsce cechują się dużym poziomem zachowawczości przy wprowadzaniu produktu lub usługi na rynek po raz pierwszy. Preferują korzystanie z rozwiązań sprawdzonych, wdrożonych z sukcesem przez innych. Za takim podejściem stoi obawa przed popełnieniem błędu, co może wiązać się z bolesną stratą finansową. Ale specyfika działalności innowacyjnej polega właśnie na tym, że nie wszystkie podejmowane działania dają szybki i pozytywny efekt. Trudność może stanowić określenie prawdopodobieństwa wystąpienia porażki i potencjalnych konsekwencji, zwłaszcza że taka ocena najczęściej bazuje na własnych doświadczeniach i przypuszczeniach, a nie na pewnych informacjach. Przedsiębiorcy powinni skupić się na identyfikacji wszystkich źródeł ryzyka – od tych związanych bezpośrednio z działalnością firmy, przez ryzyko rynkowe, aż po te wynikające z uwarunkowań makroekonomicznych – tłumaczy Przemysław Gabrysiak, Kierownik Projektu w Dziale Innowacji, Ulg i Dotacji w Ayming Polska.

Jak będą wyglądać nowoczesne banki

Nowoczesne banki, chcąc odnieść sukces na rynku muszą osiągać wyższe stopy zwrotu z inwestycji oraz oferować atrakcyjne produkty depozytowe.

Współczesny sektor bankowy charakteryzuje się stale rosnącym poziomem konkurencyjności. Banki, rywalizując o klientów, są zmuszone do nieustannego wprowadzania innowacji a poprawa pozycji konkurencyjnej najczęściej wymaga od banku ograniczania kosztów operacyjnych. W bankowości, podobnie jak w innych branżach, konkurencję wygrywa się nie poziomem cen a poziomem kosztów.

Klienci oczekują od banków między innymi: braku opłat za prowadzenie rachunku i wydanie karty płatniczej, możliwości dokonywania transakcji przez internet oraz przez urządzenia mobilne, ułatwień w zakresie organizacji finansów osobistych i rodzinnych a także innowacyjnych produktów ułatwiających oszczędzanie.

Innowacje to także sposób na ograniczenie kosztów

Banki dostosowują się do potrzeb klientów poprzez budowanie coraz bardziej złożonych i intuicyjnych systemów bankowości online. Z punktu widzenia banku, elektroniczne systemy transakcyjne, choć dość drogie w budowie i utrzymaniu, są również sposobem na redukcję poziomu kosztów. Dzięki elektronicznym systemom transakcyjnym, banki są w stanie odnieść ogromne korzyści wynikające z niższego poziomu zatrudnienia w procesach związanych z obsługą klienta.

Budowa systemów transakcyjnych pozwala również na łatwe gromadzenie i porządkowanie ogromnych ilości danych związanych z działalnością operacyjną. Te dane mogą być w łatwy sposób wykorzystywane dla stworzenia szytych na miarę, konkurencyjnych produktów finansowych. Dlatego dziś banki rutynowo zajmują się analizą coraz większych i coraz bardziej złożonych zbiorów danych. W tym celu używane są algorytmy wykorzystujące uczenie maszynowe i sztuczną inteligencję.

Jednak to wszystko może już niedługo nie wystarczyć. Poziom konkurencyjności w sektorze bankowym rośnie coraz bardziej. Dla konsumentów i podmiotów gospodarczych posiadających wystarczającą zdolność kredytową pieniądz jest tani i łatwo dostępny. Bardzo niskie stopy procentowe uniemożliwiają bankom oferowanie klientom atrakcyjnych produktów depozytowych. Mimo rosnącego poziomu innowacji, sektor bankowy chcąc przedstawić klientom atrakcyjną ofertę będzie musiał całkowicie zmienić swoją filozofię działania.

Nowoczesne banki będą musiały się zaprzyjaźnić z ryzykiem

Współczesne banki unikają ryzyka jak mogą. Są do tego zobowiązane przez prawo, instytucje nadzoru oraz przez akcjonariuszy i właścicieli depozytów. Inwestując nie swoje pieniądze, banki muszą być pewne, że ich inwestycje będą wystarczająco bezpieczne.

Jednak, inwestując bezpiecznie, banki nie są w stanie zaoferować wystarczających stóp zwrotu swoim inwestorom i właścicielom depozytów. Przed podobnym wyzwaniem stoją właściciele kapitału. Chcąc osiągać pasywny dochód ze swoich oszczędności, muszą zaakceptować wyższy poziom ryzyka. Dlatego w nowoczesnym sektorze bankowym konkurencję wygrają przedsiębiorstwa, które będą potrafiły w najbardziej efektywny sposób oceniać ryzyko.

Oznacza to konieczność dalszego rozwoju bankowych systemów służących do analizy dużych zbiorów danych. Dziś potrafią one bardzo efektywnie analizować ryzyko kredytowe w przypadku kredytów konsumenckich. Bezradne są natomiast w przypadku dużych inwestycji wymagających stworzenia biznesplanów i przeprowadzenia skomplikowanych analiz przez zespoły ludzkie. Jednak tak nie musi być zawsze.

Coraz bardziej złożone systemy służące do analizy ryzyka, oparte na sztucznej inteligencji już w niedalekiej przyszłości umożliwią bankom osiąganie coraz wyższych stóp zwrotu z inwestycji. Tym samym wzrośnie ich zapotrzebowanie na kapitał i będą one oferować bardziej atrakcyjne warunki właścicielom depozytów. Umożliwią w ten sposób dalszy rozwój branży finansowej i całej światowej gospodarki.

Autor: Grzegorz Szulik, prezes zarządu polskiego fintechu Provema

Rzecznik Finansowy interweniuje w sprawie klauzuli minimalnego oprocentowania kredytów

0

Rzecznik Finansowy wystąpił do podmiotów rynku finansowego o wyjaśnienia dotyczące praktyk w zakresie wprowadzania lub podwyższania wysokości minimalnego oprocentowania kredytów lub pożyczek. 

Mechanizm tzw. klauzuli minimalnego oprocentowania w umowach lub regulaminach kredytu bądź pożyczek zawieranych przez podmioty rynku finansowego z kredytobiorcami/pożyczkobiorcami będącymi osobami fizycznymi, nie pozwala na obniżenie oprocentowania kredytu lub pożyczki w związku ze zmianą stopy referencyjnej poniżej ustalonego progu. W konsekwencji, pomimo spadku wysokości stopy referencyjnej WIBOR, wysokość raty kredytu nie zmniejsza się poniżej tego minimalnego progu. W związku z tymi praktykami Rzecznik zdecydował o przeprowadzeniu szczegółowej analizy materiałów, które mają zostać przekazane przez instytucje finansowe, tak aby ocenić czy postanowienia dotyczące minimalnego oprocentowania kredytów nie stanowią niedozwolonych klauzul umownych określonych w kodeksie cywilnym.

– Problem tzw. klauzul minimalnego oprocentowania został zauważony przez naszych ekspertów jako niepokojąca tendencja na rynku. Potwierdzają ją kolejne wnioski składane przez klientów instytucji finansowych do Biura Rzecznika Finansowego. Dlatego zdecydowałem o podjęciu kroków w celu wyeliminowania tego zjawiska z rynku – powiedział dr hab. Mariusz Jerzy Golecki, Rzecznik Finansowy. 

Rzecznik Finansowy zwraca uwagę na najnowsze stanowisko Trybunału Sprawiedliwości odnoszące się do zagadnienia minimalnego oprocentowania (tzw. „dolnego progu”) w  umowie kredytu, przedstawione w wyroku z dnia 9 lipca 2020 r. w sprawie Ibercaja Banco (C-452/18). Trybunał  przyznał w tym stanowisku, że co do zasady, postanowienie odnoszące się do „dolnego progu” jest objęte „głównym przedmiotem” umowy w rozumieniu art. 4 ust. 2 dyrektywy 93/13 z dnia 5 kwietnia 1993 r. w sprawie nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich. Niemniej jednak, aby wyłączyć badanie abuzywności tego postanowienia, powinno ono spełniać wymóg przejrzystości. Trybunał wyjaśnił w wyroku Ibercaja Banco, jak należy rozumieć ów wymóg w kontekście klauzuli minimalnego oprocentowania. Z tego wyroku wynika, że wymóg przejrzystości ciążący na przedsiębiorcy na mocy przepisów dyrektywy 93/13 (w przypadku polskiego prawa również na podstawie art. 385(1) § 1 zdanie drugie in fine kodeksu cywilnego) oznacza, że przy zawieraniu umowy kredytu o zmiennej stopie oprocentowania, zawierającej postanowienie dotyczące minimalnego oprocentowania, konsument musi być w  stanie zrozumieć konsekwencje ekonomiczne, jakie wynikają dla niego z mechanizmu będącego rezultatem zastosowania tego postanowienia, w szczególności dzięki udostępnieniu informacji o kształtowaniu się w przeszłości wskaźnika na podstawie, którego obliczana jest stopa oprocentowania.

Eksporterzy i importerzy walczą o każdą złotówkę

Nowo opublikowane dane GUS za I połowę 2020 r. dla polskiej sprzedaży zagranicznej pokazują, że pandemia już zadała mocny cios eksportowi. Jego wartość spadła o 5,3% w porównaniu do pierwszego półrocza ubiegłego roku. To jednak dopiero początek cięższych czasów w handlu zagranicznym. Eksporterzy, jak i importerzy będą musieli mocniej zacisnąć pasa i szukać rozwiązań, które pomogą im przetrwać, wskazują eksperci międzynarodowej instytucji płatniczej AKCENTA.

Wartość towarów wysłanych z Polski za granicę w ciągu 6 miesięcy 2020 r. wyniosła według danych zebranych przez GUS 480,4 mln zł. 5,3% spadek rok do roku oznacza stratę rzędu ok. 14,6 mln zł w porównaniu do wyniku z zeszłego roku, gdy eksport miał się świetnie i rósł (o 6,6% r/r w czerwcu 2019 r.)

Wśród 10 najważniejszych rynków zbytu, polski wywóz najmocniej zanurkował na kierunku włoskim (-17,8% r/r). Jedynym krajem w tym gronie, gdzie udało się utrzymać wzrost sprzedaży były Stany Zjednoczone (4,6% r/r).

Znacznie gorzej w statystykach GUS wypadł natomiast import. Jego wartość obniżyła się o 9,4% r/r, osiągając wynik 458,4 mln zł. W pierwszej dziesiątce największe wyhamowanie widoczne jest w przypadku Rosji, skąd wwóz spadł o blisko 1/4 r/r.

Szukanie oszczędności

Firmy, w tym przedsiębiorstwa handlujące z zagranicą, mierzą się z wieloma utrudnieniami związanymi z bezpieczeństwem sanitarnym, a przede wszystkim ze zmianą popytu i kurczeniem się rynków zbytu. W takiej sytuacji muszą zacisnąć pasa i szczegółowo przyglądać się swoim finansom. Jak wskazuje dyrektor polskiego oddziału AKCENTY, Radosław Jarema widać, że przedsiębiorstwa biorą sprawy w swoje ręce i aktywnie szukają oszczędności. – Jako firma obsługująca transakcje walutowe eksporterów i importerów obawialiśmy się spadku obrotów w wymianie międzynarodowej. Jednak nasi klienci radzą sobie bardzo dobrze i na poziomie skali operacji nie widać na razie negatywnego wpływu pandemii. Być może dzięki znajomości nowoczesnych rozwiązań finansowych i generowanych oszczędnościach na rozliczeniach walutowych mogli oni zachować konkurencyjność na rynku i utrzymać dotychczasowy poziom zamówień nawet w tak trudnych czasach – analizuje Radosław Jarema.

Innym zjawiskiem, które obserwuje AKCENTA jest wzrost zainteresowania tańszą obsługą walutową wśród polskich eksporterów i importerów. – U nas przedsiębiorcy, bez względu na wielkość biznesu, mają dostęp do jednych z najkorzystniejszych na rynku kursów walut. Nie muszą ponosić też wielu opłat, które stosują banki, a jednocześnie mają zapewniony najwyższy poziom bezpieczeństwa swoich transakcji, bo działamy jako instytucja płatnicza. Dzięki wyspecjalizowaniu się w wąskim zakresie obsługi jesteśmy stanie zmaksymalizować dla nich korzyści. Widać, że teraz, gdy każda złotówka się liczy, tego właśnie szukają przedsiębiorstwa – mówi szef AKCENTY i dodaje, że trend ten widać także w wynikach firmy. – W lipcu odnotowaliśmy największy od początku roku przypływ nowych klientów. Od marca, czyli początku pandemii, aktywniejsi są też nasi dotychczasowi użytkownicy. Tym samym, nasze obroty wzrosły w lipcu o 16% rok do roku. Widzimy też lepsze nastroje naszych klientów i większy optymizm niż w marcu i kwietniu.

Ekspert AKCENTY podkreśla jednak, że pozytywne sygnały należy traktować z dużą ostrożnością. – To może być cisza przed burzą. Im dłużej trwamy w stanie niepewności, tym więcej problemów się przed nami piętrzy. Zmiany w naszej rzeczywistości są na tyle duże, że ciężko zakładać, że nie odbiją się na gospodarce i praktycznie wszystkich branżach – komentuje.

Udany kwaratał zapowiedzią rekordowego roku

0

QubicGames zamknął rekordowe półrocze, zarówno pod względem zysku netto, jak i przychodów ze sprzedaży. Wszystko wskazuje na to, że trend ten będzie kontynuowany w drugiej połowie roku. W przeciągu 6 miesięcy, QubicGames planuje wydać ponad 20 nowych tytułów na konsoli Nintendo Switch oraz kilka tytułów na pozostałych konsolach.

Przy przychodach na poziomie 5,82 mln zł (wzrost o 36% r/r), QubicGames wypracował w pierwszej połowie roku 3,58 mln zł zysku netto (wzrost o 29% r/r). W samym drugim kwaratle przychód spółki sięgnął 2,54 mln zł (wzrost o 21% r/r). Wzrost zysku netto o 46% do 2,9 mln zł był efektem aktualizacji wartości aktywów finansowych. Przypomnijmy, że na koniec drugiego kwartału QubicGames był właścicielem m.in. ponad 13% akcji Sonki oraz ponad 5% akcji Drageus Games i Noobz from Poland. – Zależy nam na stabilnym systematycznym wzroście wyników co realizujemy przez ostatnie 2 lata. Jestem spokojny o drugą połowę roku. Do końca 2020 roku czekają nas premiery co najmniej 20 tytułów, w tym pierwszych gier z serii BIT.TRIP. Nasza największa dotychczasowa premiera Dex w trzy tygodnie zwróciła pełne koszty wydania i marketingu, a w ostatni weekend zakończyliśmy naszą kolejną udaną promocję Giveaway i wprowadziliśmy 7 gier do Top 30. Jestem przekonany, że przełoży się to na wycenę akcji spółki, które w porównaniu z branżą mają wciąż duży potencjał wzrostu – podkreśla Jakub Pieczykolan, prezes QubicGames.

Spółka rozpoczęła trzeci kwartał od udanego debiutu największej dotychczasowej premiery – Dex – w niespełna trzy tygodnie przychody ze sprzedaży gry w wersji cyfrowej przekroczyły łącznie poniesione koszty wydania oraz marketingu gry na platformę Nintendo Switch oraz sumę wypłaconego minimum gwarancyjnego dla dewelopera gry.

W zeszły weekend została przeprowadzona kolejna udana promocja giveaway – Family Weekend. Z okazji powołania nowego brandu Family Spirits, QubicGames udostępnił 6 gier za darmo dla wszystkich użytkowników Coloring Book – Pocket Mini Golf, Robonauts, Not Not – a brain buster, Mini Trains, Jumping Joe & Friends i Puzzle Book. Wszystkie powyższe gry znalazły się w Top 30 i  powinny tam zagości na kilka najbliższych tygodni. Tym sposobem wygenerują także dodatkowe przychody ze sprzedaży.

Przedsiębiorca nie odpuścił. Mimo odzyskania zwrotu VAT żądał zbadania, czy organ w ogóle miał prawo go wstrzymywać

Urząd skarbowy przez dwa i pół roku wstrzymywał i przedłużał termin zwrotu VAT. Przedsiębiorca wniósł zażalenie do organu drugiej instancji, ale zanim ten je rozpatrzył, urząd skarbowy dokonał zwrotu podatku. Organ odwoławczy uznał więc postępowanie za bezprzedmiotowe i umorzył je. Przedsiębiorca jednak nie odpuścił i domagał się zbadania, czy urząd miał w ogóle prawo wstrzymywać należny mu zwrot.

Wewnątrzwspólnotowa dostawa do Czech

Przedsiębiorca dokonał we wrześniu 2016 r. wewnątrzwspólnotowej dostawy towaru na rzecz czeskiej spółki s.r.o. Następnie złożył deklarację VAT-7K za III kwartał 2016 r., wraz z którą wniósł o zwrot ponad 60 tys. zł nadwyżki zapłaconego VAT w ustawowym terminie 60 dni. Jednak naczelnik urzędu skarbowego postanowił sprawdzić rzetelność będącej podstawą zwrotu dostawy. W marcu 2017 r. organ wszczął w tej sprawie kontrolę podatkową. NUS kilkakrotnie przez ponad dwa lata wstrzymywał firmie termin zwrotu VAT. Ostatecznie przedłużył go do 31 lipca 2019 r.

Organ odwoławczy umorzył postępowanie

Przedsiębiorca wniósł zażalenie na takie działanie naczelnika. Dyrektor izby administracji skarbowej wydał postanowienie, którym umorzył postępowanie odwoławcze. Wskazał, że w trakcie rozpoznawania zażalenia podatnika organ pierwszej instancji dokonał całości zwrotu VAT, o jaki wystąpił przedsiębiorca. Skoro sprawa dotyczyła zwrotu nadpłaconego podatku od towarów i usług, a zwrot ten nastąpił, to dalsze jej prowadzenie i rozstrzyganie w jej przedmiocie przez organ odwoławczy jest bezprzedmiotowe.

Zwrot VAT wstrzymywany przez dwa i pół roku

Jednak sam fakt dokonania zwrotu VAT za III kwartał 2016 r. w połowie 2019 r. nie zadowolił podatnika. Uznał on, że w ramach kontroli instancyjnej DIAS powinien był zbadać podniesione w zażaleniu zarzuty wobec organu pierwszej instancji. Przede wszystkim przedsiębiorca domagał się zbadania legalności wstrzymywania należnego mu zwrotu VAT przez NUS przez ponad dwa lata.

Postanowienie o wstrzymaniu zwrotu nie może być jedynym uzasadnieniem jego wstrzymania

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi rozpoznał skargę przedsiębiorcy i wyrokiem z 7 maja 2020 r. uchylił postanowienie DIAS. Sąd, przywołując przepis art. 87 ust. 2 ustawy o podatku od towarów i usług, przypomniał, że przedłużanie terminu zwrotu VAT to wyjątek od reguły jego natychmiastowego zwrotu. Z przepisu tego wynika również, że uprawnienie do zastosowania tej wyjątkowej instytucji przysługuje wyłącznie naczelnikowi urzędu skarbowego. Zatem to on zadecyduje, czy zwróci VAT w ustawowym terminie, czy dokona jego wstrzymania na czas weryfikacji podatnika. Dlatego tak ważna jest kontrola instancyjna legalności realizacji tego uprawnienia. Organ podatkowy, dokonując przedłużenia terminu zwrotu VAT, ma obowiązek wykazania, jakie przesłanki za tym przemawiają oraz wyjaśnienia, dlaczego jego zdaniem konieczna jest dodatkowa weryfikacja rozliczeń podatnika. Uzasadnieniem wstrzymywania zwrotu nie może być jedynie sam fakt wydania w tym przedmiocie postanowienia.

Przedsiębiorca miał prawo domagać się zbadania legalności działań organu

Sąd przyznał rację przedsiębiorcy, że organy podatkowe nie mogą sobie same zamykać takich spraw niejako poza kontrolą sądową. Dlatego podatnik słusznie oczekiwał, że organ odwoławczy rozpozna skarżone działania NUS, a ocena ta będzie następnie podlegać kontroli sądu administracyjnego. Wszak sam zwrot podatku nie powoduje, że przestał istnieć przedmiot zaskarżenia – czyli kwestionowane przez przedsiębiorcę postanowienie o przedłużaniu terminu zwrotu VAT.

„… wielokrotnie stosownymi postanowieniami (…) przedłużono skarżącemu zwrot (…) Rację należy przyznać skarżącej, która żąda od organu odwoławczego oceny legalności przedłużenia terminu zwrotu podatku, skoro zwrotu tego nie dokonano we wskazanym przez podatnika 60-dniowym terminie” (sygn. akt I SA/Łd 831/19).

Podatnicy mogą się bronić przed negatywnymi skutkami samowoli decyzyjnej fiskusa

WSA w Łodzi, przyznając rację przedsiębiorcy, podzielił jego pogląd odnośnie do bezkarnego decydowania we własnym gronie przez organy podatkowe o wieloletnim wstrzymywaniu należnych mu pieniędzy. Sąd zwrócił uwagę na bardzo ważną kwestię. W przypadku bowiem braku legalności działań organów podatkowych przedsiębiorca ma prawo wszcząć postępowanie o naprawienie wyrządzonych mu takimi działaniami szkód.

„Nie chodzi jedynie o zwrot VAT z odsetkami (…), lecz również rekompensatę szkód, które w czasie takiego przetrzymywania mogły zaistnieć. Dochodzenie zaś takiego odszkodowania jest możliwe na gruncie postępowania cywilnego” (sygn. akt I SA/Łd 831/19).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

EDPR zapowiada transakcję na aktywach lądowych farm wiatrowych w Hiszpanii o wartości 500 mln EUR

0

Dzięki zawartej umowie EDPR sprzeda 36% z zaplanowanych do zbycia w latach 2019-2022 aktywów o wartości 4 mld EUR

EDP Renewables („EDPR”), globalny lider w sektorze energii odnawialnej i jeden z największych producentów energii wiatrowej na świecie, podpisał umowę kupna-sprzedaży na kwotę 426 mln EUR z Finerge S.A., jednym z głównych producentów energii odnawialnej w Portugalii. Umowa obejmuje praktycznie cały pakiet należący do EDPR w portfelu lądowych farm wiatrowych o zainstalowanej mocy 242 MW, łącznie z pozostałą do spłaty kwotą pożyczek udziałowców.

Dzięki tej transakcji EDPR zakończył sprzedaż siedmiu lądowych farm wiatrowych znajdujących się na terenie prowincji Ávila i w Katalonii. Zbyte aktywa znajdują się w eksploatacji od średnio dziewięciu lat.

Na podstawie ceny transakcji oraz niespłaconego zewnętrznego zadłużenia netto, łączna wartość aktywów jest szacowana na ok. 507 mln EUR.

Zawarta umowa pozwoliła EDPR na zbycie 36% z 4 mld EUR planowanych na lata 2019-2020, zgodnie przez firmę dokumentem „Startegy Update”, opublikowanym w dniu 12 marca 2019 roku.

Zbycie udziałów większościowych w projektach w fazie operacyjnej lub w trakcie powstawania pozwala EDPR przyspieszyć generowanie wartości, a uzyskany w ten sposób kapitał wykorzystać do inwestycji w dalszy rozwój.

Jak wyjaśnia Rui Teixeira, p.o. CEO EDP Renewables: „Ta umowa to dla nas istotny krok naprzód. Dowodzi ona nie tylko, że potrafimy generować przychody realizując i zarządzając projektami, ale również, że rynek docenia jakość naszych aktywów. Transakcja ta umożliwia nam dalszą realizację założeń naszego planu biznesowego dzięki strategii zbywaniu aktywów, co z kolei pozwala nam zarabiać na nich nim ich okres użytkowania dobiegnie końca, działając zawsze w celu zwiększania inwestycji, a co za tym idzie – rozwoju.”

Transakcja podlega stosownym regulacjom i warunkom zawieszającym. Przewidywany czas jej sfinalizowania to czwarty kwartał 2020 roku.

Złoto – cała prawda o jego popularności w Polsce

0

Złoto pobiło długo oczekiwany rekord. Na początku sierpnia za uncję trzeba było zapłacić ponad 2 tys. dolarów. Tym samym, notowania kruszcu sięgnęły najwyższych poziomów od 2011 roku. Pomimo wysokich cen i sporego ruchu na rynkach akcji, inwestorzy nadal utrzymują duże zainteresowanie kupnem królewskiego kruszcu uzupełniając nim swój portfel. W marcu sprzedaż była dwukrotnie większa niż w poprzednim miesiącu – wynika z danych firmy Tavex. Powód? Chęć dywersyfikacji w obliczu niepewności dotyczącej przyszłości globalnej gospodarki. Jakie produkty cieszą się największym zainteresowaniem w naszym kraju?

Skala pandemii koronawirusa oraz jej potencjalny wpływ na globalną gospodarkę sprawiły, że inwestorzy skłaniali się ku aktywom, które w czasach kryzysu uznawane są za bezpieczną przystań. Globalny popyt na złoto inwestycyjne w I półroczu osiągnął najwyższy w historii poziom 1130,7 ton, a wartość inwestycji w kruszec przekroczyła niebotycznie wysoki poziom 60 mld USD – wskazują dane Światowej Rady Złota.

Podczas gdy na Zachodzie dominowały bezpieczne zakupy i inwestycje związane z potrzebą powiększenia majątku – w obliczu niepewności gospodarczej i perspektyw dalszych wzrostów cen – na Wschodzie przy zakupie złota przebijał się motyw chęci zysku. W rezultacie rynki europejskie odnotowały najwyższy popyt od 2010 roku. Grupa Tavex sprzedała na dziewięciu europejskich rynkach 77% więcej złota inwestycyjnego w drugim kwartale tego roku niż w tym samych okresie rok temu.  Wzmożona aktywność inwestorów rozpoczęła się na polskim rynku już w 2019 roku. Jednak prawdziwy peak popytu na złote sztabki i monety nastąpił podczas pandemii COVID-19.

W Polsce rekordowym miesiącem okazał się marzec. Obserwowaliśmy wówczas wzmożone zainteresowanie naszymi produktami. Przykładowo liczba sprzedanych złotych sztabek inwestycyjnych 1oz była większa o ponad 50 proc. w porównaniu do lutego br. Podobnie było w przypadku sztabek 100 gramowych. Popyt na nie wzrósł w analogicznym okresie o prawie 40%. Warto podkreślić, że odegrały one również istotną rolę pod względem wolumenu w pierwszym półroczu 2020 roku – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Niezmiennie Polacy najchętniej kupują sztabki o wadze jednej uncji 31 gramów. Warto zwrócić również uwagę na sztabki o mniejszej gramaturze. Przykładowo te 5 gramowe cieszyły się sporym zainteresowaniem w czerwcu. Ich sprzedaż w porównaniu z początkiem roku wzrosła o ponad 66%. Jest to najprawdopodobniej efekt przesuniętego sezonu ślubnego i komunijnego.

W analizowanym okresie główną przeszkodą, z którą przyszło zmierzyć się inwestorom, jeśli chodzi o zakup złotych sztabek i monet były blokady rynkowe. W tym czasie kruszec stał się praktycznie niedostępny. Utrudnione były dostawy przez zamknięte granice i wstrzymane produkcje. Jednak od miesiąca można już obserwować ponowne odmrożenie. Sytuacja zaczęła wracać do normy. Poprawa dostępności fizycznego złota stworzyła warunki do niższych spreadów. Obecnie wynoszą one 4-6%. Inwestorzy odchodzą więc od lokat oprocentowanych na 0,01% na rzecz bezpiecznych aktywów takich jak np. fizyczne złoto

Wszystko wskazuje na to, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy będziemy obserwować dalsze utrzymywanie się trendu wzrostowego. Musimy jednak pamiętać o ewentualnych korektach. Jednosesyjne spadki na metalach szlachetnych mogą nas jeszcze nie raz zaskoczyć. Jednak spływają już do nas pierwsze sygnały, że popyt na złoto w trzecim kwartale pozostanie bardzo silny – wynika to przede wszystkim ze wzrostu zainteresowania innymi metodami inwestowania majątku niż lokaty bankowe – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Już od jakiegoś czasu świat żyje w warunkach ujemnych stóp procentowych. Ta sytuacja sprzyja złotu dużo bardziej niż np. sama inflacja. Co ważne, wszystko wskazuje na to, że nie szybko się to zmieni – dodaje.

Ceny warzyw rosną dużo wolniej niż rok temu. W sklepach jest drożej tylko o niecałe 2%

O niespełna 2% wzrosła średnia cena najczęściej promowanych warzyw w sklepach. Analitycy porównali dane z ostatnich trzech miesięcy z analogicznym okresem ubiegłego roku. O przeszło 35% więcej trzeba było zapłacić za fasolę szparagową. Natomiast wzrosty wynoszące niemal 13% odnotowano w przypadku cukinii i ogórków. Z kolei o ponad 18% mniej kosztowały buraki. Za cebulę chciano prawie 16% niżej niż wcześniej, a cena kapusty spadła o przeszło 6%. Tak wyglądają wnioski z raportu agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland i Grupy BLIX.

Od początku maja do końca lipca br. średnia cena promocyjna warzyw na wagę była o 1,8% wyższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Jak stwierdza Michał Majszczyk z Hiper-Com Poland, ta niewielka zmiana jest dosyć zaskakująca. W tym roku mieliśmy do czynienia z suszą na przełomie wiosny i lata. Możliwe jest, że sieci handlowe nie chcą ryzykować dużego wzrostu cen w obawie o zaleganie towaru, który ma krótki okres trwałości. Magazynowanie w chłodniach generowałoby dodatkowe koszty.

– Epidemia koronawirusa oraz zakaz handlu w niedziele spowodowały mniejszy ruch w sklepach. One świadomie postawiły na oferowanie jak najniższych cen warzyw. W ten sposób chciały zachęcić konsumentów do powrotu na zakupy, a także odebrać część klientów placom targowym i lokalnym ryneczkom, gdzie trudniej zachować reżim sanitarny – komentuje Magdalena Szlezyngier, menedżer ds. Klientów Strategicznych z DNB Bank Polska.

Z kolei Adam Wilkosz, wiceprezes Ogólnopolskiego Związku Producentów Warzyw (OZPW) zwraca uwagę na to, że urodzaj ma wpływ na ceny. One standardowo rosną, jeśli czegoś jest mniej na rynku. A przykładowo, ostatnio było bardzo dużo nasadzeń ziemniaków. Ale kluczowe decyzje są podejmowane przez sieci handlowe. Natomiast Magdalena Szlezyngier podkreśla, że wiosną panowały lepsze warunki pogodowe w stosunku do analogicznego okresu ub.r. Wówczas z powodu suszy ucierpiały głównie warzywa gruntowe o płytkim systemie korzeniowym, m.in. marchew, pietruszka, buraki i ziemniaki.

– W standardowych okolicznościach owoce i warzywa są często objęte akcjami promocyjnymi, ponieważ zachęcają klienta do odwiedzenia konkretnej sieci sklepów. W początkowej fazie wzrostu zachorowań w Polsce, ale i w całej Europie, zaburzeniu uległo funkcjonowanie łańcucha dostaw. Wiele łatwo psujących się warzyw, tj. cukinii, ogórków, pomidorów czy pieczarek, nie mogło trafić na półki sklepowe z powodu zamknięcia granic lub obostrzeń w kraju – informuje Karolina Załuska, ekspert ds. Analiz Sektorowych i Rynków Rolnych w Banku BNP Paribas.

Jak zaznacza Marcin Lenkiewicz z Grupy BLIX, bardzo ciekawe jest porównanie ww. wyników z owocami. Średnia cena promocyjna warzyw w tym samym czasie podskoczyła o niespełna 2%, a owoców – o ponad 21%. Znacząca część tych ostatnich produktów jest importowana, co podkreśla ekspert z DNB Bank Polska. Słabsze notowania polskiej waluty w stosunku do euro i dolara musiały się przełożyć na ostateczną cenę dla konsumenta. Dodatkowo lokalni producenci żądali więcej za te towary.

– Susze oraz inne zjawiska pogodowe dość mocno uderzyły w rynek owoców. Wiele krajów eksportujących je do Polski miało problemy ze zbiorami w związku z koronawirusem. Natomiast sporo warzyw jest bardziej odpornych na warunki pogodowe – mówi Hubert Majkowski z Hiper-Com Poland.

Z analizy wynika również, że ceny najbardziej wzrosły w przypadku fasoli szparagowej (35%). Dalej w zestawieniu znalazły się takie warzywa jak cukinia (12,8%), ogórek (12,8%) i pomidory (5,3%). Jak zaznacza Magdalena Szlezyngier, trzy pierwsze warzywa są roślinami ciepłolubnymi. Zimny maj i chłodny czerwiec istotnie wpłynęły na ich wegetację. Sieci sięgały więc po towar z importu. Z kolei wiceprezes Wilkosz dodaje, że fasola szparagowa jest bardzo wymagającym warzywem do zbiorów. To mogło się przyczynić do wzrostu cen, zwłaszcza że rolnicy odczuli poważny problem z dostępnością pracowników.

– Wiele badań pokazuje, że Polacy zmienili podejście do zakupów spożywczych. Robią je rzadziej, ale kupują więcej, a także chętniej korzystają ze sklepów internetowych. Taka postawa miała również wpływ na łatwo psujące się towary, jakimi są warzywa szklarniowe czy nowalijki. Robiąc zakupy raz w tygodniu, konsumenci ograniczyli ilość nabywanych np. ogórków i cukinii. W odróżnieniu od większości warzyw okopowych, nie można ich długo przechowywać, więc nie kupowano ich na zapas – podkreśla Karolina Załuska.

Jak dodaje ekspert z Grupy BLIX, spadki średnich cen odnotowano w przypadku sześciu spośród dziesięciu najczęściej promowanych warzyw w sklepach. Najbardziej na minusie były buraki (18%). Za nimi znalazły się takie towary jak cebula (15,7%), kapusta (6,2%) i marchew (5,9%). Natomiast nieznacznie tańsze niż wcześniej były ziemniaki (1,3%) oraz papryka (1,3%).

– Przyczyną spadków takich produktów jak buraki, cebula, marchew itd. jest efekt wysokiej bazy w 2019 roku, czyli szybkiego wzrostu cen. Wówczas susza była bardzo niekorzystna dla uprawy warzyw gruntowych. Z tego wynikają obniżki, które odnotowujemy obecnie – dodaje ekspert z DNB Bank Polska.

Analizę wykonali eksperci z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz Grupy BLIX. Porównano dane TOP 10 najczęściej promowanych warzyw w 2020 roku z okresu od początku maja do końca lipca br. i z analogicznego czasu w ub.r. Weryfikacji poddano blisko 2,5 tys. akcji promocyjnych.

W poszukiwaniu katalizatorów – sytuacja na rynku walutowym

Weekend nie przynosi nowych informacji mogących zmącić wakacyjny marazm na rynku walutowym. Dolar jest nieco słabszy, choć potrzeba lupy, by tą słabość dostrzec. Inwestorzy czekają na cokolwiek w czołowych tematach: relacje USA-Chiny, pakiet fiskalny USA. Spokój nie opuszcza też złotego.

Tydzień miał się zacząć od doniesień z półrocznej rewizji umowy handlowej, jaką na przełomie roku zawarły USA i Chiny. Jednak zaplanowana na 15 sierpnia telekonferencja nie odbyła się rzekomo w związku z trudnościami w ustaleniu dogodnego terminu, choć nie brakuje opinii, że strony także nie potrafiły uzgodnić agendy, gdyż Pekin naciskał na rozszerzenie obrad o zakazy nałożone na chińskie firmy technologiczne. Rewizja została odroczona na nieokreślony termin, co można czytać na dwie strony. Niechęć do wznowienia rozmów przypomina o konflikcie między państwami, który aktualnie toczy się na wielu płaszczyznach. Z drugiej strony bez rewizji nie ma podstaw do zerwania dotychczasowej umowy. Biorąc pod uwagę, że rynki preferują odczytywać takie sytuacje jako szklankę do połowy pełną, na starcie tygodnia powinno być łatwiej o zawiązanie umiarkowanego apetytu na ryzyko.

Poszukiwanie świeżych katalizatorów zmienności trwa, ale w najbliższych dniach nie będzie przychodzić to łatwo. Od strony danych makro dopiero piątek przyniesie aktualizację indeksów PMI z Eurolandu, Wielkiej Brytanii i USA. Dziś indeks NY Empire State raczej nie dostarczy przełomowych informacji – nie jest tajemnicą, że ożywienie w USA postępuje, nawet jeśli tempo zostało nieco osłabione wzrostem liczby zachorowań na koronawirusa. Co mogłoby rozbudzić risk-on, to postęp w zatwierdzaniu Fazy 4. pakietu fiskalnego, tylko że Demokraci i Republikanie określają swoje stanowiska jako „beznadziejnie daleko od siebie”: Republikanie oferują 1 bln USD, podczas gdy Demokraci żądają do 3 bln USD. Tymczasem Kongres rozpoczął przerwę w obradach do września, a Demokraci będą w tym tygodniu zajęci konwencją swojej partii, gdzie Joe Biden zostanie oficjalnie zatwierdzony jako kandydat do stawienia czoła Donaldowi Trumpowi w listopadowych wyborach.

Ogólnie, cokolwiek mogłoby rozruszać rynki, prawdopodobnie nie pojawi się szybko. Rozumowanie „szklanki do połowy pełnej” zapewni pro-ryzykowne nachylenie dla zmiany cen aktywów do czasu, aż coś nie da sygnału do odwrotu. Dla FX oznacza to podtrzymanie presji na USD, bardziej widoczne w relacji do EUR, GBP, AUD i NOK. Wyjątkiem w gronie G10 może być NZD, który zmaga się z nową falą zachorowań na COVID-19 w Nowej Zelandii i gołębiością RBNZ.

EUR/PLN na 4,3950 zaczyna tydzień mniej więcej tam, gdzie był przed weekendem. Marazm na rynkach zewnętrznych sprzyja stabilizacji notowań, choć od strony czynników lokalnych można było liczyć na lepszą postawę złotego. W piątek GUS podał, że PKB Polski skurczyło się o 8,2 proc. r/r w II kw., mniej niż zakładane przez konsensus 9 proc. Szczegółowe rozbicie danych pojawi się dopiero pod koniec sierpnia, ale już teraz można przyjąć, że relatywnie niższa liczba zachorowań i mniejszy udział turystyki w PKB złagodziły recesję. Pomogła też dywersyfikacja produkcji i mniejsza zależność od kondycji Europy Zachodniej, co widać w porównaniu do silnego spadku PKB Węgier (-13,6 proc.), gdzie duże znaczenie ma sektor motoryzacyjny. Mimo to pozytywne zaskoczenie w danych przyniosło tylko chwilowe umocnienie złotego, które szybko zostało wygaszone. Sugeruje to, że tło makroekonomiczne złotego nie oferuje już impulsu do poprawy notowań waluty i potwierdza nasze przekonanie, że pod 4,40 złoty znalazł się w obszarze krótkoterminowego przewartościowania.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sejm zdecydował. Firmy około targowe pozostaną bez wsparcia?

Sejm przegłosował w piątek ustawę o pomocy dla branży turystycznej. Znalazł się w niej także zapis dotyczący branży targowej, na mocy którego wsparcie objąć ma tylko organizację  targów. Pomimo apelu do wiceminister Emilewicz, jaki skierowała do niej Polska Izba Przemysłu Targowego, pomocy nie dostaną firmy projektujące i budujące stoiska, jak również transportowe i zajmujące się spedycją targową. – Jeśli nasze firmy pozostaną bez wsparcia, imprezy targowe w Polsce, jak również cała zatrudniająca dziesiątki tysięcy ludzi branża z dnia na dzień przestanie istnieć – przewiduje Paweł Montewka, właściciel firmy, która zajmuje się projektowaniem i budową stoisk targowych. Na wniesienie poprawek jest niewiele czasu. Wkrótce ustawą zajmie się senat. 

Choć niemal do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy z zapowiedzianego przez wicepremier i minister rozwoju Jadwigę Emilewicz wsparcia sektorowego korzystać będą mogły także firmy projektujące i budujące stoiska, a także zajmujące się spedycją targową, to w piątek po południu wszystko się wyjaśniło.

– Mimo apelu Polskiej Izby Przemysłu Targowego, pomoc nie jest przewidziana dla takich przedsiębiorstw, a to na nich opiera się działalność całej branży targowej, i to one zostały najbardziej poszkodowane przez spowodowany przez pandemie kryzys – mówi Paweł Montewka, przedsiębiorca z branży targowej z Pracowni Sztuk Plastycznych.

Niemal od początku marca firmy pracujące dla targów nie realizują właściwie żadnych zleceń. Głównym powodem jest brak zamówień od organizatorów branżowych imprez targowych. Prawie wszystkie zostały odwołane lub przesunięte na inny termin. Późną wiosną rząd zezwolił na ich organizowanie i wydał w tym celu szczegółowe wytyczne dotyczące norm sanitarnych i bezpieczeństwa. Stało się to jednak u progu wakacji będących tradycyjnie martwym sezonem targowym. Przedstawiciele branży targowej wskazują także na dużą niepewność wśród potencjalnych wystawców i klientów targów. Z tego powodu wiele zaplanowanych już wcześniej imprez, także cyklicznych, stoi dziś pod dużym znakiem zapytania. Coraz więcej jest także informacji o odwołaniu niektórych z nich.

– Niemal od początku pandemii firmy naszego sektora zabiegają o wsparcie rządowe. Jest ono konieczne, aby dotrwać do lepszego czasu, kiedy znów będzie można organizować targi, a my znów będziemy dostawać zlecenia, choć i tak dziś ta pomoc jest niewystarczająca – zwraca uwagę Paweł Montewka.

Z relacji uczestników spotkania przedstawicieli ministerstwa z kilkoma liczącymi na rządowe wsparcie sektorowe branżami, do jakiego doszło w drugiej połowie lipca, wynika, że spośród współpracujących z imprezami targowymi firm, pomoc dostać ma tylko jedna kategoria przedsiębiorstw – organizatorzy targów, wystaw i kongresów, i to pomimo wniosku, aby rząd wsparł w sumie 3 kategorie firm pracujących dla imprez targowych. Bez wsparcia miałyby zatem pozostać firmy projektujące i wykonujące stoiska targowe, a także o transportowe i zajmujące się spedycją targową. W tej sprawie, z apelem do wicepremier Jadwigi Emilewicz zwróciła się Polska Izba Przemysłu Targowego. Prosiła w nim o ponowne rozpatrzenie wniosku, aby proponowaną przez rząd dalszą pomocą sektorową objąć firmy oznaczone PKD 73.11.Z (projektowanie i wykonanie stoisk targowych) i 52.29.C (transport i spedycja targowa). Według przedstawicieli branży targowej, pominięcie tych przedsiębiorstw w oparciu o niejako „automatyczną” przynależność do stałych kategorii branżowych (PKD) byłoby zatem ogromnym kłopotem dla wielu przedsiębiorstw, określanym jako swoiste tsunami. Właściciele firm współpracujących z organizatorami targów do ostatniej chwili liczyli, że w poddanym pod głosowanie projekcie ustawy o wsparciu dla branży turystycznej pojawią się 2 pominięte wcześniej kategorie firm. Tak jednak się nie stało. Ustawa, niemal jednogłośnie przeszła ze wsparciem tylko dla jednej kategorii (PKD 82.30.Z czyli organizacja targów). Od czerwca do 31 sierpnia firmy do niej należące nie muszą uiszczać składek ZUS. Nie znalazły się tam natomiast kategorie PKD odpowiadające innym segmentom rynku targowego czyli PKD 73.11.Z (projektowanie i wykonanie stoisk targowych) i 52.29.C (transport i spedycja targowa). Po głosowaniu zaapelowano o szybką ścieżkę legislacyjną i niezwłoczne wnoszenie poprawek. Teraz ustawą zajmie się senat.

– Jeśli nasze firmy pozostaną bez wsparcia, imprezy targowe w Polsce, jak również cała zatrudniające dziesiątki tysięcy ludzi branża z dnia na dzień przestaną istnieć. Zatrudnienie straci wiele osób, a mozolnie budowana przez nas pozycja, również zagraniczna, stanie się jedynie branżowym wspomnieniem – obawia się Paweł Montewka. Dodaje, że jest jeszcze cień szansy na uratowanie takich podmiotów – na kolejnych, zaledwie jednak kilku, etapach prac legislacyjnych.

Polska Izba Przemysłu Targowego szacowała początkowo straty branży na około 150 mln złotych miesięcznie. Od początku epidemii rosły one jednak bardziej dynamicznie. Dziś wynoszą już blisko 800 mln. Jak wskazuje Paweł Montewka, chodzi o firmy należące do Polskiej Izby Przemysłu Targowego, która skupia około 40% rynku. Jeśli doliczyć straty podmiotów gospodarczych zajmujących się targami , ale będących poza Izbą, może to, według Pawła Montewki, być co najmniej drugie tyle.

W 2019 r. cała branża targowa zasiliła budżet blisko 500 mln złotych z podatków, dając zatrudnienie nie tylko 500 tys. osób, ale także zlecenia podwykonawcom np. z przemysłu meblarskiego czy metaloplastyki. Dotyczy to także firm działających w ramach Izby. Rynek targowy szacowany był na 3-4 mld zł, jednak także jedynie uwzględniając firmy należące do PIPT.

Firmy projektujące i budujące stoiska, w ciągu ostatnich prawie 30 lat, wyrobiły sobie bardzo silną pozycję za granicą – m.in. w Niemczech, gdzie na zlecenie tamtejszych organizatorów targów budują przestrzenie wystawiennicze. Tam zarabiały pieniądze, w Polsce zaś zamawiały komponenty do budowanych przez siebie stoisk i tu płaciły podatki. Dziś rynek targowy w Europie także przechodzi przez poważny kryzys, więc, jak wskazuje Paweł Montewka, na razie nie ma możliwości uzyskania zleceń od tamtejszych organizatorów targów. Takich firm jest w Polsce kilkaset, i to nie tylko już w Wielkopolsce, z której tradycyjnie się wywodzą.

Nestmedic przeprowadzi kampanię crowdfundingową w Niemczech

Nestmedic, notowany na NewConenct właściciel rozwiązania telemedycznego Pregnabit, planuje pozyskanie finansowania w wysokości 1 mln euro w ramach kampanii crowdfundingowej na niemieckim rynku. W tym celu spółka podpisała umowę z profesjonalnym doradcą DLT Capital GmbH, który pomoże przygotować i przeprowadzić kampanią na jednej z platform: Companisto, Seedrs lub Seedmatch.

Pozyskane finansowanie zostanie przeznaczone na przygotowanie nowej wersji technologii Preganbit Pro, której składowymi są nowy system IT, nowe urządzenie wraz z sondami, przygotowanie Spółki do działalności na rynkach zagranicznych oraz finansowanie bieżącej działalności. Oczekiwaniem Zarządu jest pozyskanie około 1 mln EUR.

– Rozwiązanie Pregnabit ma globalny potencjał rozwoju, dlatego zdecydowaliśmy się na przeprowadzenie kampanii finansowania społecznościowego o międzynarodowym zasięgu. Mamy dobre doświadczenia z niemieckim rynkiem, stąd decyzja o wyborze partnera na tym rynku. Proces pozyskania finansowania chcielibyśmy zakończyć na przełomie 2020 i 2021 r. – komentuje Jacek Gnich, prezes Nestmedic.

Spółka spodziewa się zawarcia umowy z platformą crowdfundingową  do końca września 2020 r.  Uruchomienie akcji crowdfundingowej jest planowane na IV kwartał br. Umowa z DLT Capital GmbH została zawarta na okres 12 miesięcy. Wynagrodzenia partnera obejmuje zarówno wynagrodzenie ryczałtowe, rozliczenie czasu spędzonego na realizacji umowy oraz część prowizyjna w przypadku pozyskania ponad 500 tys. euro.

Kolejna reforma górnictwa zablokowana. Kopalniom grożą bankructwa

Związki zawodowe zablokowały kolejną próbę rządowej reformy górnictwa. Uniemożliwi to przesunięcia górników do kopalni, które potrzebują kadry pracowniczej. To krótkoterminowy efekt negocjacji związkowców, który źle odbije się na samych pracownikach. Jednak konsekwencji może być dużo więcej. Historia blokowania reform polskiego górnictwa sięga paru poprzednich rządów. Brak głębokiej restrukturyzacji doprowadził do sytuacji, w której już nie staramy się poprawić funkcjonowania kopalń – lecz ratujemy je przed bankructwem. Unia Europejska chce przeznaczyć pieniądze na transformację energetyczną w Polsce. Jednak pod namową związków górniczych rząd mocno zaprotestował przeciwko unijnym projektom.

– Reforma tego sektora powinna się wydarzyć dobrych kilka lat temu. Nie wydarzyła się – przez co rząd w zasadzie zarządza teraz kryzysem upadłościowym. Dużej części tych dwudziestu polskich kopalń, których dotyczył projekt restrukturyzacji, grozi po prostu niewypłacalność i bankructwo – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Przez to, że politycy przez lata nie podejmowali odważnych decyzji – kolejne miasta i regiony znajdą się w sytuacji, jaką obserwowaliśmy na przykład w Wałbrzychu. Miejsca, które są w zasadzie uzależnione od sektora górniczego, będą bardzo mocno cierpieć. Szczególnie, że fundusze unijne na restrukturyzację górnictwa stoją pod znakiem zapytania. Z jednej strony sektor górniczy zmierza więc do wygaszenia i bankructwa – a z drugiej nie dostaniemy pomocy z Unii, gdyż uparcie bronimy istnienia tego sektora w niezmienionej formie. Oprócz górników, energetyki i rządu w ten proces włączone jest również polskie społeczeństwo. Ono ocenia efektywność pracy rządu w tym sektorze – więc poparcie dla dofinansowania kopalń węgla kamiennego będzie najpewniej znikome – analizuje Roszkowski.

Od 2021 roku zmienią się przepisy budowlane. Nowe budynki będą bardziej energooszczędne

Z początkiem przyszłego roku w Polsce zaczną obowiązywać zaostrzone wymogi efektywności energetycznej dla nowo powstających budynków. Będą one charakteryzować się m.in. lepszą izolacją, a więc niższym zapotrzebowaniem na energię. Branża budowlana w większości jest już gotowa na zmiany, do których przygotowywała się przez ostatnich osiem lat. Zresztą zmiany te, związane ze spełnieniem standardów unijnych, następowały etapowo i od nowego roku będzie to trzeci, ostatni etap. Dla użytkowników budynków oznaczają one większy komfort i oszczędności na rachunkach za ogrzewanie. Nowe wymogi nie powinny przełożyć się na wzrost cen mieszkań – podkreślają przedstawiciele branży budowlanej.

– Jako branża materiałów budowlanych bardzo pozytywnie oceniamy zmiany, które zachodzą w zakresie poprawy efektywności energetycznej budynków – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Kielar, członek zarządu Stowarzyszenia Producentów Wełny Mineralnej: Szklanej i Skalnej MIWO. – Jest to istotny element zwiększania bezpieczeństwa energetycznego kraju, ochrony środowiska, ale również podnoszenia komfortu życia mieszkańców Polski. Nie da się też ukryć, że dzięki temu będziemy w stanie lepiej stawić czoła spowolnieniu wywołanemu pandemią koronawirusa.

Z początkiem 2021 roku wejdą w życie nowe warunki techniczne dotyczące poprawy efektywności energetycznej dla nowo powstających budynków (WT2021). Zaostrzone zostaną m.in. współczynniki przenikania ciepła ścian zewnętrznych i dachów, a okna i drzwi będą musiały również spełnić wyższe wymagania. Każdy nowy budynek mieszkalny będzie musiał być nie tylko dobrze ocieplony, ale też zastosowane w nim będą urządzenia korzystające z energii odnawialnej. Lepsza izolacja domów to mniej wykorzystanej energii potrzebnej do ich ogrzewania czy chłodzenia, co oznacza wymierne oszczędności.

– Kombinacja nowych warunków technicznych, które pozwolą budować w supernowoczesny sposób, i termomodernizacji, która poprawia stan istniejącej w Polsce substancji mieszkaniowej, jest świetnym sposobem na to, żeby uniknąć kryzysu w branży budowlanej wynikającego z pandemii – wyjaśnia Andrzej Kielar.

W najbliższych latach szansą na rozwój branży budowlanej będą nie tylko nowe przepisy, ale także  termomodernizacja istniejących budynków. W Polsce jest ok. 5,5 mln domów jednorodzinnych (które stanowią 90 proc. wszystkich budynków mieszkalnych). Wiele z nich zostało wzniesionych jeszcze przed 1989 rokiem i charakteryzują się niską efektywnością energetyczną. Rząd wspiera finansowo ich termomodernizację w ramach kilku programów i instrumentów finansowych, m.in. Stop Smog, program Czyste Powietrze czy ulga termomodernizacyjna, na które w najbliższych latach przeznaczy z budżetu miliardy złotych.

– Nowe warunki techniczne są fantastycznym uzupełnieniem termomodernizacji, czyli drugiego filaru, na którym w najbliższych latach powinien się opierać rozwój branży budowlanej w Polsce. Renowacja jest nam potrzebna i w Polsce, i w Unii Europejskiej, bo wiąże się, po pierwsze, z redukcją niskiej emisji i smogu, który nas dusi, a po drugie, daje oszczędności energetyczne – mówi członek zarządu Stowarzyszenia MIWO

Wejście w życie nowych regulacji to efekt unijnej dyrektywy EPBD, dzięki której Unia Europejska chce zredukować zużycie energii i emisję CO2 w budownictwie. W Polsce unijne regulacje były wprowadzane etapami (w 2014 i 2017 roku), aby rynek zdążył się do nich przygotować.

– Kolejny krok we wprowadzaniu nowych warunków technicznych, który będzie miał miejsce od 1 stycznia przyszłego roku, nie jest niczym nowym. Cała branża przygotowywała się do tego przez ostatnich osiem lat – podkreśla Andrzej Kielar.

Jak wskazuje, już w tej chwili wiele budynków w Polsce jest wznoszonych według nowych wytycznych. Tym bardziej że od ubiegłego roku obowiązują one dla nowo powstających i modernizowanych budynków publicznych. Większość podmiotów z rynku budowlanego jest przygotowana na kolejne zmiany, co widać chociażby na przykładzie biur projektowych, które mają w swej ofercie projekty gotowych domów. Niemal wszystkie są już przystosowane do WT2021, bo w przeciwnym razie z końcem tego roku stałyby się nieaktualne.

– Inwestorzy już dostrzegają konieczność stosowania najnowszych wymogów i technologii. Widzą też korzyści wynikające z tego, że budynki są bardziej energooszczędne, że spełniają zdecydowanie lepsze wymagania w zakresie akustyki, oszczędności energii, ale również komfortu użytkowania – przekonuje ekspert.

Według analiz i wyliczeń Stowarzyszenia MIWO nowe standardy w zakresie energooszczędności budynków nie powinny spowodować wzrostu cen mieszkań.

– Na przykład dla mieszkania w budynku wielorodzinnym, którego cena wynosi ok. 9 tys. zł za 1 mkw., koszt zwiększenia grubości izolacji wyniesie około 0,1 proc., czyli 1 promil w stosunku do jego wartości rynkowej. Niezależnie zaś od ceny rynkowej metra kwadratowego mieszkania dodatkowy koszt związany ze wzrostem grubości izolacji może wynieść około 9–10 zł za 1 mkw. powierzchni mieszkania. To bardzo niewiele, a bezsprzecznie nowe przepisy są bardzo korzystne dla użytkowników budynków. Zużyją oni mniej energii i zapłacą mniej za ogrzewanie domu w każdym kolejnym roku od 2021 – wyjaśnia Łukasz Glapa, sekretarz zarządu stowarzyszenia MIWO.

Polscy lekarze notują duże sukcesy w leczeniu niepłodności metodą in vitro. Jednak dostęp do jej finansowania jest ograniczony

Polska pozostaje jednym z nielicznych krajów UE, w których z publicznych pieniędzy nie finansuje się w żaden sposób kosztów leczenia niepłodności. Tymczasem ten problem dotyczy nawet 1,5 mln par. Co roku kilkanaście tysięcy z nich korzysta z procedury in vitro. Na tle innych państw lekarze w Polsce notują na tym polu duże sukcesy i wysoką skuteczność, sięgającą ok. 36 proc. Jak ocenia dr Janusz Pałaszewski z kliniki Invicta, krajowe prawo jest w tym zakresie dość dobrze skonstruowane, ale brakuje programu zdrowotnego, który otworzyłby dostęp do tej metody leczenia dla większej liczby par.

– Według statystyk w Polsce około 300 tys. par jest dotkniętych niepłodnością. To nie oznacza, że problem ma 600 tys. osób, bo mówimy o parach, wystarczy więc, że problem ma jedna osoba i on rozciąga się na dwie – mówi Janusz Pałaszewski, specjalista ginekolog i położnik, ordynator oddziału szpitalnego w klinice leczenia niepłodności Invicta w Warszawie.

Dużo wyższą liczbę podaje Ministerstwo Zdrowia w ubiegłorocznej aktualizacji „Programu kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce”. Z problemami z zapłodnieniem boryka się 1,5 mln par. Co najmniej połowa z nich korzysta z pomocy podstawowej opieki zdrowotnej, a ok. 60 proc. wymaga specjalistycznej pomocy lekarskiej. Jednak nie wszystkie – z różnych powodów – z niej korzystają.

Na całym świecie – według Światowej Organizacji Zdrowia – problemem niepłodności dotkniętych jest około 60–80 mln par. WHO uznaje niepłodność za chorobę społeczną (definiuje się ją jako niemożność poczęcia dziecka po 12 miesiącach systematycznych starań, bez stosowania środków antykoncepcyjnych) i szacuje, że przeciętnie co 10. para ma trudności z poczęciem potomstwa.

Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że pary dotknięte niepłodnością częściej mają zaburzone relacje społeczne, a partnerzy są bardziej narażeni na depresję i inne zaburzenia psychiczne, co przekłada się też na relacje w życiu zawodowym. Jest to problem również w wymiarze ogólnospołecznym i demograficznym.

Niepłodność jest już w tej chwili chorobą cywilizacyjną i ona musi być leczona – podkreśla specjalista ginekolog i położnik.

Według danych Europejskiego Towarzystwa Rozrodu Człowieka i Embriologii (ESHRE) co roku kilkanaście tysięcy par w Polsce, które mają problem z zajściem w ciążę, korzysta z zabiegów in vitro.

Szacuje się, że w Polsce co roku powinno być wykonywanych około 25 tys. procedur in vitro, żeby zabezpieczyć ten obszar leczenia niepłodności. Wydaje się, że jest to uczciwie wyliczona i nieprzeszacowana liczba – mówi Janusz Pałaszewski. – Trzeba pamiętać, że procedura in vitro nie oznacza automatycznie ciąży, często trzeba powtórzyć ją dwu-, trzykrotnie. Jeden panel takiego leczenia to właśnie trzykrotna procedura. Tu czasami dużą rolę odgrywa zwykły przypadek – w pierwszym ani drugim podejściu nie wystąpią warunki sprzyjające uzyskaniu zdrowej, prawidłowej ciąży, a dopiero przy trzecim się pojawia.

Skuteczność leczenia metodą zapłodnienia pozaustrojowego jest zależna od wieku kobiety, ale zazwyczaj wynosi około 30–40 proc. Najwyższą skuteczność notuje się w grupie pacjentek przed 35. rokiem życia.

W Polsce wypadamy nieźle na tle Europy. Mamy około 36-proc. skuteczność, czyli bardzo wysoką – mówi ekspert.

Kwestie dotyczące leczenia niepłodności i funkcjonowania ośrodków wspomaganego rozrodu reguluje w Polsce ustawa, która weszła w życie w listopadzie 2015 roku.

Wprowadziła ona pewne restrykcje, ale jest na tyle mądrze skonstruowana, że – jeżeli w ocenie lekarza stoją w sprzeczności z dobrem pacjenta – może on od nich odstąpić. Przykładem może być chociażby limit zapłodnienia sześciu komórek jajowych u pacjentek do 35. roku życia. Jeśli istnieją wskazania medyczne do zapłodnienia większej liczby, uzasadniamy to, umieszczamy w dokumentacji i możemy zapłodnić ich więcej – mówi ordynator w klinice Invicta.

Zgodnie z ustawą leczeniu poddawane są tylko pary (kobieta i mężczyzna, z wyłączeniem związków jednopłciowych i singli) pozostające w związku małżeńskim lub we wspólnym pożyciu. Do in vitro para jest kwalifikowana po 12-miesięcznym okresie leczenia innymi metodami (lekarz może skrócić ten termin, jeśli leczenie nie rokuje ciąży). W przypadku, gdy jeden z partnerów jest bezpłodny, ustawa dopuszcza dawstwo i biorstwo komórek rozrodczych lub zarodków, ale tylko anonimowe, co oznacza, że nie jest możliwe dawstwo ze wskazaniem czy wewnątrzrodzinne.

Przyjęty w 2016 roku nowy program leczenia niepłodności wyklucza metodę in vitro, skupiając się m.in. na naprotechnologii. Polska pozostaje jednym z nielicznych krajów UE, w których państwo nie finansuje ani nie partycypuje w kosztach leczenia niepłodności. W całym kraju jest ponad 40 klinik zajmujących się leczeniem metodą in vitro (dla porównania w Hiszpanii prawie 240), ale barierę w dostępie do leczenia tą metodą stanowią m.in. wysokie koszty, brak finansowej pomocy państwa i negatywne postrzeganie społeczne.

– Większość krajów w Europie refunduje leczenie in vitro. W Polsce mamy programy regionalne, obejmujące np. poszczególne miasta. One są bardzo pomocne, ale brakuje programu ministerialnego, który zresztą dał fantastyczny efekt, bo dzięki niemu pojawiło się nowe miasto wielkości Wyszkowa – mówi ginekolog.

W latach 2013–2016 był już prowadzony ministerialny program „Leczenie niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego”. Kosztowna procedura in vitro po raz pierwszy została w Polsce objęta finansowaniem ze środków publicznych. Z danych Ministerstwa Zdrowia przytaczanych przez OKO.Press wynika, że do grudnia ubiegłego roku dzięki temu programowi na świat przyszło już 22 188 dzieci.

– W Europie niemal wszystkie kraje – zgodnie z aktualną wiedzą medyczną – działają tak, aby ich obywatele mogli być leczeni z powodu niepłodności. Oczywiście są też takie, które poszły w stronę bardzo złych regulacji, czego przykładem są Szwajcaria i Włochy, gdzie około dwóch lat temu zmieniono prawo, wprowadzono restrykcyjne ograniczenia i zablokowano możliwość zapłodnienia większej liczby komórek jajowych, co uderzyło w pacjentów. To spowodowało wręcz drastyczny spadek skuteczności tego leczenia – poniżej 20 proc. Szwajcarzy jechali na leczenie do Francji albo Niemiec, a Włosi do Austrii, bo nikt nie chciał się leczyć we własnym kraju – mówi dr Janusz Pałaszewski.

Jak podkreśla, w Polsce wprowadzenie podobnych ograniczeń bądź całkowitego zakazu in vitro mocno uderzyłoby w pary borykające się z niepłodnością i cofnęło polską medycynę o 35 lat wstecz. Zwłaszcza że w naszym kraju lekarze notują ogromne sukcesy w leczeniu niepłodności.

Pierwsza procedura in vitro w Polsce była wykonana przez prof. Mariana Szamatowicza w 1987 roku i urodziła się wtedy dziewczynka, która jest dzisiaj 33-letnią kobietą. Mamy ogromne doświadczenia, bardzo dobre wyniki i osiągnięcia na tym polu. W polskiej klinice – jako drugiej na świecie – sekwencjonowano DNA zarodków, po raz pierwszy dokonała tego klinika uniwersytecka w Stanach Zjednoczonych. Byliśmy liderami w stosowaniu pewnych oznaczeń, przykładowo parametr anti-Müllerian hormone [AMH, wskaźnik rezerwy jajnikowej – red.] został w Polsce zastosowany bardzo szybko, co miało duży wpływ na inne kraje – mówi ginekolog.

Jak wynika z raportu EFAP „European Policy Audit on Fertility”, który podsumowuje dane dotyczące leczenia niepłodności w krajach Europy, w Polsce wskaźnik płodności wynosi 1,32 (podobny odnotowuje się np. w Hiszpanii), a średnia dla UE wynosi 1,58. Jeden z najwyższych notuje Francja, gdzie ten wskaźnik sięga 2,01.

Stan ochrony zwierząt w Polsce pozostawia wiele do życzenia. Trwają prace nad zmianą prawa

0

– Ustawa o ochronie praw zwierząt wymaga generalnej reformy, bo obecnie jest nieprecyzyjna i pozwala na dowolną interpretację. Trwają już konsultacje dotyczące jej nowelizacji – poinformował Wojciech Albert Kurkowski, pełnomocnik ministra rolnictwa ds. ochrony zwierząt. To nowe stanowisko powołane pod koniec czerwca. Zadaniem pełnomocnika będzie m.in. pośredniczenie pomiędzy organizacjami, które zajmują się ochroną praw zwierząt, oraz stowarzyszeniami rolników i hodowców. Przykład branży hodowli zwierząt na futra pokazuje, że nie będzie mieć łatwego zadania.

– Stan ochrony zwierząt w Polsce pozostawia dziś wiele do życzenia. Chcę być rzecznikiem zwierząt, a nie konkretnego ministra czy partii politycznej. Zwierzęta nie posiadają barw politycznych, ale muszą mieć głos, który pomoże im żyć lepiej. I to jest moje zadanie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes pełnomocnik ministra rolnictwa do spraw ochrony zwierząt.

Stanowisko to powstało pod koniec czerwca. Został na nie powołany hodowca kotów, dotychczasowy wiceprezes World Cat Federation i międzynarodowy sędzia felinologiczny Wojciech Albert Kurkowski. Jego zadaniem będzie m.in. opiniowanie aktów prawnych dotyczących ochrony i dobrostanu zwierząt oraz wskazywanie największych problemów w tym zakresie. Pełnomocnik ministra ma też współpracować i pełnić rolę mediatora między organizacjami, które zajmują się ochroną praw zwierząt, a stowarzyszeniami rolników i hodowców.

– Jestem już po pierwszych rozmowach, zarówno z organizacjami posiadającymi w swoim statucie ochronę praw zwierząt, jak i środowiskami rolniczymi, a nawet z przemysłem futrzarskim. Jestem również po wizytacjach na fermie zwierząt futerkowych i fermie krów. Zapewne nie uda się pogodzić interesów wszystkich, ale można znaleźć wspólny cel, czyli przede wszystkim podniesienie dobrostanu zwierząt żyjących w gospodarstwach rolnych czy na fermach futerkowych – mówi Albert Kurkowski. – Chętnie spotykam się z każdą stroną i przyjmuję rozsądne, logiczne, naukowe argumenty.

Jak podkreśla, na dobrostanie zwierząt zależy nie tylko organizacjom prozwierzęcym, ale i rolnikom. Według resortu rolnictwa potwierdza to też fakt, że do tej pory już ponad 46 tys. gospodarstw złożyło do ARiMR wniosek na działanie dotyczące podwyższonych standardów utrzymywania zwierząt.

– Trzeba zrobić wszystko, żeby edukować ludzi i umożliwić im stworzenie zwierzętom lepszych warunków do życia. Nie możemy być hipokrytami. Jemy mięso, więc zdajemy sobie sprawę, że mamy zwierzęta rzeźne albo takie, których futra są wykorzystywane w przemyśle i modzie. Uważam, że najlepszym sposobem protestowania przeciw hodowlom zwierząt futerkowych jest nienoszenie futer. Jeśli natomiast te zwierzęta mają zapewniony dobrostan, a taką fermę widziałem, to żyją w dobrych warunkach, zapewne niejednokrotnie lepszych niż zwierzęta innych gatunków wykorzystywane w rolnictwie – mówi pełnomocnik ministra rolnictwa do spraw ochrony zwierząt.

Interesy hodowców i organizacji prozwierzęcych niełatwo będzie pogodzić, co dobrze pokazuje właśnie przykład hodowli zwierząt futerkowych. Według Stowarzyszenia Otwarte Klatki w Polsce działa 476 ferm (dane za 2019 rok), a co roku dla futer zabijanych jest ponad 5 mln zwierząt (norki, lisy, jenoty i szynszyle). Polska jest trzecim największym producentem futer na świecie, ale awansuje na drugie miejsce wraz z wygaszaniem tej branży w Holandii, gdzie w 2024 roku wejdzie w życie zakaz hodowli norek. Jak podaje Polski Związek Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych, poza Holandią Polska konkuruje w tym przemyśle głównie z Danią i Finlandią. Niemal 100 proc. polskich skór sprzedawanych jest przez domy aukcyjne w Helsinkach, Kopenhadze, Seattle i Toronto, a roczne przychody polskich hodowców z hodowli zwierząt futerkowych wynoszą 400 mln euro.

Jak podaje Stowarzyszenie Otwarte Klatki, w ostatnich latach zakaz hodowli zwierząt na futra wprowadziły już m.in. Czechy, Słowacja i Norwegia. Z kolei Niemcy w 2017 roku przegłosowały nowe normy dobrostanowe dotyczące ferm futrzarskich (norki muszą mieć np. zapewnioną możliwość pływania), co spowodowało, że produkcja stała się nieopłacalna i ostatnią fermę zamknięto w ubiegłym roku. Według ubiegłorocznego badania Centrum Biostat przeciwnych hodowli zwierząt na futra jest aż 73 proc. Polaków. W 2017 roku w Sejmie został złożony projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, zakładający m.in. zakaz hodowli zwierząt na futra, ale jak dotąd takie rozwiązania legislacyjne nie zostały przyjęte.

Jak ocenia nowy pełnomocnik ministra rolnictwa do spraw ochrony zwierząt, w Polsce ustawa o ochronie praw zwierząt wymaga generalnej reformy, bo obecnie jest nieprecyzyjna i pozwala na dowolną interpretację. Trwają już konsultacje dotyczące jej nowelizacji.

– Ustawę należy sprecyzować, żeby lepiej chroniła zwierzęta. Trudno wyciągać w tej chwili pojedyncze przykłady, ale to m.in. słynne złe schroniska. Trzeba to poprawić w taki sposób, by prawo nie zezwalało na ich funkcjonowanie. Drugi przykład – są zarówno dobre działania organizacji prozwierzęcych, które w 90 proc. fantastycznie pomagają w ratowaniu zwierząt i poprawianiu ich dobrostanu, jak również 10 proc. złych działań i interwencji organizacji pseudoprozwierzęcych, które potrafią w istniejących lukach prawnych znaleźć możliwość zarabiania pieniędzy. Dlatego prawo należy wyprostować, żeby priorytetem były zwierzęta, a nie ludzie i ich interesy – mówi Albert Kurkowski.

Wraz z powołaniem nowego pełnomocnika szef resortu rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski wskazał, że konieczna jest analiza stanu ochrony zwierząt w Polsce, uporządkowanie przepisów i zapobiegnięcie narastającym konfliktom pomiędzy właścicielami zwierząt a organizacjami odbierającymi im zwierzęta. Minister wskazał też, że w przyszłości przy resorcie może zostać powołany Rzecznik Praw Zwierząt. Jak wynika z badania przeprowadzonego w listopadzie 2019 roku przez Biostat na zlecenie Stowarzyszenia Otwarte Klatki, pomysł powołania takiej instytucji popiera aż 85 proc. Polaków.

– Rzecznik Praw Zwierząt jest niezbędny w polskim prawodawstwie, to on ma występować w ich imieniu. W tej chwili faktycznie brakuje takiej funkcji. Moja rola jako pełnomocnika MRiRW nie wystarcza, żeby ująć się za zwierzętami jako ekspert zupełnie niezależny, niezwiązany z żadnym ministerstwem czy partią. To musi być ktoś, kto faktycznie będzie dbał o losy zwierząt i będzie mógł w ich imieniu występować przed władzami. Ktoś, kto będzie mieć też inicjatywę zmiany prawa – mówi pełnomocnik ministra rolnictwa do spraw ochrony zwierząt.

Zyski banków mniejsze o połowę. Kryzys napędzi cyfryzację sektora

– Można powiedzieć za Churchillem, że nie należy zmarnować dobrego kryzysu. Najważniejsze w czasie pandemii jest to, żeby zareagować na tę trudną sytuację – mówi Leszek Skiba, prezes Banku Pekao SA. Jak wskazuje, banki przechodzą w tej chwili transformację i dostosowują swoje modele biznesowe do nowych warunków, stawiając głównie na szybszą cyfryzację i rozwój zdalnych kanałów kontaktu z klientami. Kryzys wywołany przez COVID-19 nie pozostaje też bez wpływu na kondycję finansową sektora, w którą najmocniej uderzają niskie stopy procentowe, spadek popytu na kredyty i znaczący wzrost ryzyka.

Spadek marży odsetkowej wywołany obniżką stóp procentowych, wzrost odpisów na oczekiwane straty kredytowe oraz spadek przychodów z tytułu opłat i prowizji, spowodowany zmniejszonym popytem na usługi bankowe – to w ocenie NBP główne czynniki, które w nadchodzącym czasie wpłyną na spadek zyskowności sektora bankowego. W ubiegłym tygodniu bank centralny podał, że zysk netto sektora za I półrocze był aż o 47,7 proc. niższy rok do roku i wyniósł 3,93 mld zł. W samym czerwcu wyniósł 0,55 mld zł i w ujęciu rocznym spadł aż o 67 proc. Dla porównania zysk netto całego sektora bankowego za ubiegły rok wyniósł 14,7 mld zł.

Pandemia jest czasem spowolnienia gospodarczego, a nawet recesji w II kwartale. W tym okresie mamy spadek popytu na kredyt, co stanowi największy kłopot dla wszystkich banków. Klienci rzadziej wnioskują o kredyty, w związku z czym mamy mniej klientów. Jest też drugi czynnik związany z tym, że Narodowy Bank Polski, reagując na spowolnienie, obniżył stopy procentowe, a to zawsze oznacza spadek dochodów odsetkowych dla sektora bankowego – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Skiba, prezes Banku Pekao SA.

Seria trzech tegorocznych obniżek stóp procentowych (17 marca, 8 kwietnia i 28 maja) mocno wpływa na wyniki banków. Główna stopa referencyjna NBP została obniżona z 1,5 proc. na początku marca do rekordowo niskiego poziomu 0,1 proc. obecnie i najprawdopodobniej w kolejnych kwartałach stopy procentowe zostaną utrzymane na tym poziomie, bo prognoza banku centralnego dotycząca gospodarki jest bardziej pesymistyczna, niż zakłada rząd. W lipcowym raporcie o inflacji NBP prognozuje spadek PKB w 2020 roku o 5,4 proc. i odbicia do stanu sprzed pandemii dopiero w 2022 roku.

Kolejny niekorzystny czynnik to spadek popytu na kredyty, który odzwierciedlają dane BIK. W pierwszym półroczu banki i SKOK-i udzieliły mniej prawie wszystkich rodzajów produktów kredytowych – zarówno w ujęciu wartościowym, jak i liczbowym. Liczba i wartość przyznanych kredytów gotówkowych spadły średnio o 1/3. W lipcu liczba klientów starających się o kredyt mieszkaniowy spadła o 6,4 proc. r/r, a wnioskowali oni o kredyty na kwotę niższą o 3,5 proc. względem lipca 2019 roku. Z kolei w segmencie mikroprzedsiębiorców liczba zapytań kredytowych z banków do BIK spadła w pierwszym półroczu o 23 proc. W sumie w tym czasie banki udzieliły im kredytów obrotowych na kwotę niższą o 27,5 proc., a inwestycyjnych – o 42,6 proc. w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej.

NBP wskazywał na znaczne zaostrzenie warunków udzielania kredytów we wszystkich segmentach już w pierwszym kwartale. Jednak w lipcowym raporcie bank centralny wskazuje, że w III kwartale banki zamierzają odwracać ten trend i zacząć stopniowo łagodzić kryteria – zarówno dla firm, jak i klientów indywidualnych („Sytuacja na rynku kredytowym – wyniki ankiety III kw. 2020”). Spodziewany jest też wzrost popytu na kredyty mieszkaniowe oraz kredyty krótkoterminowe dla firm. W przypadku konsumpcyjnych prognozy banków są zróżnicowane.

Na wynikach banków odbija się też jednak znaczny wzrost ryzyka kredytowego i konieczność zawiązania rezerw na skutki pandemii SARS-CoV-2 (cały sektor odpisał na nie w pierwszym półroczu 3,1 mld zł). Wzrost bezrobocia, spowolnienie gospodarcze i bankructwa przedsiębiorstw zwiastują gorszą spłacalność i więcej tzw. złych kredytów, więc banki muszą zawiązać na ten cel wielomilionowe odpisy.

W związku z tym banki standardowo pokazują niższe zyski i to jest właśnie ten moment, w którym następuje spadek zysków całego sektora. To oczywiście przekłada się na cenę akcji – mówi prezes Banku Pekao SA.

Jak podkreśla, pandemia jest czasem, w którym banki starają się zmieniać i dostosowywać swoje modele biznesowe do nowych warunków. Reżim sanitarny i zmiana sposobu, w jaki klienci korzystają z usług bankowości, głównie poprzez kanały zdalne, są bodźcem do szybszej cyfryzacji sektora. Jednak warto podkreślić, że polskie banki jeszcze przed pandemią należały do najbardziej zdigitalizowanych i innowacyjnych w Europie.

Można powiedzieć za Churchillem, że nie należy zmarnować dobrego kryzysu – mówi Leszek Skiba. – Najważniejsze w czasie pandemii jest to, żeby zareagować na tę trudną sytuację. Część placówek w bankach było zamkniętych m.in. z powodów sanitarnych, ale też związanych z popytem. W naszym banku też widzimy, że klienci wolą używać środków zdalnych, kontaktują się przez telefon i aplikację, rzadziej pojawiają się w oddziałach i to jest naturalne. Banki dostosowują się do tej sytuacji w przyspieszony sposób poprzez cyfrową transformację. Robią więcej niż zwykle, żeby być w kontakcie z klientami właśnie za pomocą kanałów zdalnych.

Rusza produkcja pierwszych szczepionek na koronawirusa. 400 mln dawek może niebawem trafić do Europy

Komisja Europejska podpisała już pierwsze porozumienie w sprawie zakupu potencjalnej szczepionki przeciwko SARS-CoV-2. Podstawa umowy ramowej obejmuje zakup 300 mln dawek szczepionki po wykazaniu, że jest ona bezpieczna i skuteczna. Umowa daje też możliwość zakupu kolejnych 100 mln dawek. Komisja nadal prowadzi rozmowy w sprawie podobnych umów z innymi producentami szczepionek.

Niedawno o swojej szczepionce przeciw wirusowi SARS-CoV-2 poinformowała Rosja, a jej produkcja właśnie ruszyła na masową skalę. Międzynarodowi eksperci zwracają jednak uwagę na niski poziom bezpieczeństwa Sputnika V i niewystarczające badania kliniczne.

Tymczasem Komisja Europejska podpisała umowę na zakup co najmniej 300 mln dawek szczepionki na SARS-CoV-2. Po wynikach dotyczących bezpieczeństwa i immugenności szczepionka stworzona przez naukowców z Uniwersytetu w Oxfordzie, która produkowana będzie przez firmę AstraZeneca, znajduje się już w II/III fazie badań klinicznych prowadzonych na dużą skalę. Opiera się ona na niezdolnym do replikacji wektorze adenowirusa szympansa (ChAdOx1). Do tego gwarantowane są m.in. szybkość realizacji, niewysokie koszty i zdolność produkcyjna, która ma zapewnić zaopatrzenie w szczepionkę całej Unii Europejskiej.

– Po tygodniach negocjacji mamy do czynienia z pierwszą umową ramową na zakup potencjalnej szczepionki – podkreśla Stella Kyriakides, komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności w KE.

To porozumienie jest pierwszym elementem wdrażania strategii Komisji Europejskiej w sprawie szczepionek. Strategia ta umożliwi dostarczanie w przyszłości szczepionek Europejczykom, a także naszym partnerom w innych częściach świata – wskazuje Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej.

17 czerwca KE zaprezentowała europejską strategię przyspieszenia rozwoju, produkcji i wdrożenia skutecznych i bezpiecznych szczepionek przeciwko SARS-CoV-2. W ramach tego planu komisja ma sfinansować część kosztów, które producenci szczepionek muszą ponieść na początkowym etapie. W zamian otrzyma prawo do zakupu określonej liczby dawek szczepionek w określonym terminie. Jak zapowiada KE, w celu przyspieszenia zatwierdzenia i udostępniania skutecznej szczepionki w państwach członkowskich zostanie wykorzystana elastyczność unijnych ram regulacyjnych.  Dotyczy to m.in. szybszej procedury udzielania zezwoleń i elastyczności w odniesieniu do etykietowania i pakowania.

KE planuje też udostępniać szczepionkę w formie darów krajom o niższych i średnich dochodach. W tym celu zebrała niemal 16 mld euro.

– Będziemy w dalszym ciągu niestrudzenie pracować nad wprowadzeniem większej liczby potencjalnych szczepionek do szerokiego unijnego wachlarza szczepionek. Bezpieczna i skuteczna szczepionka pozostaje najpewniejszym sposobem ochrony naszych obywateli i reszty świata przed koronawirusem – podkreśla Stella Kyriakides.

Rozmowy trwają także z innymi producentami potencjalnych szczepionek. 31 lipca ogłoszono wstępne porozumienie z Sanofi-GSK, a 13 sierpnia z Johnson & Johnson. Na całym świecie badanych jest ponad 140 potencjalnych szczepionek.

Pandemia koronawirusa spowolniła rozwój Przemysłu 4.0. Firmy automatyzują produkcję przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji i internetu rzeczy

Przymusowe wstrzymywanie pracy fabryk oraz widmo nadchodzącego kryzysu postpandemicznego oddaliły wizję powszechnego wdrożenia rozwiązań z zakresu Przemysłu 4.0. Najbardziej innowacyjne firmy, które dostrzegły potencjał pracy zdalnej w dobie pandemii, inwestują obecnie w sprawdzone rozwiązania związane z automatyzacją produkcji oraz wykorzystaniem systemów analizy Big Data, które pozwolą usprawnić procesy przemysłowe.

– Niewiele fabryk na świecie wdrożyło wielką ósemkę Przemysłu 4.0, czyli metody kojarzone z nowoczesną technologią, metodami zarządzania produkcją czy komunikowaniem się maszyn bez udziału człowieka. Bieżące wdrożenia przystopowały ze względu na obawę przed inwestycją, zatrzymaniem projektów, zamknięciem fabryk. Z drugiej strony pandemia pozwoliła zobaczyć, jak przystępne są cyfrowe technologie, które są siłą napędową Przemysłu 4.0. W związku z tym łatwiej będzie nam podejmować decyzje o wdrożeniach tego typu technologii – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mikołaj Dramowicz, prezes zarządu DATAPAX.

Mimo spowolnienia procesów wdrożeniowych z zakresu Przemysłu 4.0 automatyzacja i cyfryzacja procesów przemysłowych wydaje się przyszłością gospodarki uprzemysłowionej. Z raportu „Przemysł 4.0 w Polsce – rewolucja czy ewolucja” opracowanego przez analityków z firmy Deloitte wynika, że dla 86 proc. menedżerów wyższego stopnia wdrażanie nowych technologii będzie mieć kluczowe znaczenie dla uzyskania przewagi rynkowej nad konkurencją.

Badanie sugeruje, że największą przeszkodą na drodze do wdrożenia transformacji cyfrowej jest brak wiedzy na temat tego, w jaki sposób ją przeprowadzić oraz które technologie powinny stanowić podstawę nowej infrastruktury informatycznej, na co zwróciło uwagę 41 proc. respondentów. Ponadto aż 61 proc. badanych przyznało, że firma musi dokonać zmian personalnych bądź nauczyć pracowników nowych umiejętności, zanim przeprowadzi cyfrową transformację.

– W Polsce w dużej części firm, szczególnie z sektora MŚP, głównym narzędziem do zarządzania jest Excel. Do tej pory te firmy nie były otwarte na nowe technologie. Oczywiście firmy międzynarodowe, które budują nowe oddziały, przodują i stosują bardzo nowoczesne rozwiązania, więc jesteśmy na dobrej drodze. Szukamy metod na usprawnianie, ale do Przemysłu 4.0 jeszcze nam daleko – ocenia ekspert.

O konieczności usprawnienia metod wdrażania systemów inteligentnych przekonują również przedstawiciele hubu technologicznego działającego pod egidą Krakowskiego Parku Technologicznego. Zespół hub4industry stworzył kompleksowy program wsparcia dla przedsiębiorstw zainteresowanych wdrożeniem rozwiązań z zakresu Przemysłu 4.0. W tym celu zbudowano showroom Fabryki Przyszłości, w którym firmy mogą sprawdzić, jak konkretne technologie sprawdzają się w praktyce. Hub realizuje także pilotażowe projekty wdrożeniowe i prowadzi działania edukacyjne w zakresie wykorzystania technologii Przemysłu 4.0

– Najchętniej wprowadzane technologie z Przemysłu 4.0 przede wszystkim opierają się na internecie rzeczy. W przemyśle są to różnego rodzaju czujniki na maszynach, które mogą informować o tym, co się dzieje z parkiem maszynowym, czy są jakieś awarie i je przewidywać. Jest też analiza danych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji w firmach produkcyjnych, żeby móc podjąć sensowną decyzję i wyszukać w gąszczu informacji te sensowne i wartościowe. Internet rzeczy i analiza danych poprzez sztuczną inteligencję przodują dlatego, że są najbardziej dostępne, najłatwiej nam je zrozumieć i są najprostsze we wdrożeniu – wyjaśnia Mikołaj Dramowicz.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku Przemysłu 4.0 w 2019 roku wyniosła 71,7 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 156,6 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 16,9 proc.

Pozytywne dane z europejskiego przemysłu

W tym tygodniu ukazały się ważne europejskie dane makroekonomiczne. Potwierdziły one, że przemysł europejski wraca do normy. W strefie euro produkcja przemysłowa wzrosła w czerwcu o 9,1% m/m. W Niemczech odnotowano wzrost w zestawieniu miesięcznym o 8,9%. Wskaźniki wyprzedzające można także uznać za optymistyczne, gdyż oprócz indeksu PMI w sektorze produkcyjnym rosną również zamówienia przemysłowe. We wspomnianych już Niemczech wzrosły one o ponad jedną czwartą. Produkcja przemysłowa w strefie euro jest nadal o 12,3% niższa w zestawieniu r/r, co oznacza, że powrót do wyników sprzed pandemii zajmie trochę czasu. Coraz większe oczekiwania co do przyszłego rozwoju sytuacji w Niemczech wpłyną także na gospodarkę europejską, a więc również i polską. Na przykład niemiecki indeks nastrojów gospodarczych ZEW wzrósł w sierpniu z 59,3 do 71,5 pkt. Większy optymizm niemieckich firm powinien więc wspierać działalność gospodarczą nie tylko w
Niemczech, ale także za granicą, w tym w Polsce.

Złoty nadal czeka na istotny impuls makroekonomiczny. Jeszcze w tym tygodniu zmienność polskiej waluty wobec euro była relatywnie niska, a w piątek rano kurs złotego oscylował na poziomie 4,39 PLN/EUR. Kurs eurodolara również w tym tygodniu nie uległ większym zmianom i pod koniec tygodnia osiągnął wartość 1,180 USD/EUR.

AKCENTA CZ a.s.

Polska gospodarka zmniejszyła się realnie o 8,2% r/r. Michał Sadecki (PGS): byliśmy przygotowani na takie okoliczności

GUS opublikował szacunki dotyczące produktu krajowego brutto na drugi kwartał 2020 roku. Nasza gospodarka zmniejszyła się realnie o 8,2% w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. Jednocześnie ceny towarów i usług konsumpcyjnych w lipcu spadły o 3% w stosunku rocznym. – Od czasu ogłoszenia epidemii, byliśmy przygotowani na takie okoliczności – komentuje załamanie gospodarcze Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów.

Zakładany spadek PKB o 8,2% może się okazać największym kryzysem dla polskiej gospodarki w ostatnich 25 latach. Szacunki analityków GUS-u są jednak obniżone w stosunku do przewidywań części ekonomistów (które wahały się od 8,9 do ponad 10 % PKB).

– Spadek produktu krajowego oznacza mniejszą konsumpcję, która może odbić się częściowo na branży spożywczej. Od czasu ogłoszenia epidemii, byliśmy przygotowani na takie okoliczności. Myślę, że właśnie teraz najbardziej sprawdzi się nasza strategia inwestowania w rozwój marek własnych. – komentuje dane GUS-u Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów.

Mimo dużych spadków polska gospodarka radzi sobie relatywnie dobrze. W Europie jedynie Finlandia i Litwa donoszą o mniejszych spadkach w drugim kwartale 2020 r., natomiast PKB strefy Euro zaliczyło spadek o przeszło 12% r/r.

– Najbliższe miesiące okażą się niezwykle istotne dla losów naszej gospodarki. Zakończenie programów pomocowych, może doprowadzić do dalszego jej zachwiania i głębszej recesji. Dla branży spożywczej oznaczać to będzie jeszcze ostrzejszą walkę o klienta i niższe marże. Naszym zadaniem jest takie wsparcie partnerów, by jak najmniej dotkliwie przeszli załamanie gospodarki – dodaje prezes PGS.

Początek upadku dolara?

Przez ostatni miesiąc dolar osłabił się wobec złotego o ponad 5 proc., a przez trzy miesiące o ponad 10 proc. Skąd ta słabość USD i siła PLN?

– Analitycy i inwestorzy na siłę szukają źródła osłabienia dolara. Pojawiły się nawet opinie, że mamy do czynienia z upadkiem hegemonii Stanów Zjednoczonych i trwają poszukiwania innej niż dolar waluty rezerwowej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – To wielka przesada, bo gospodarka amerykańska jest nadal liderem, a większość obrotu kapitałowego jest nadal realizowana przez amerykańskie banki.

Powodem osłabienia dolara wobec innych walut są bardzo duże obniżki stóp procentowych w USA, które były relatywnie głębsze niż w innych gospodarkach. Taka jest właśnie podstawowa przyczyna zmian na parze EUR/USD. Tendencje na rynku globalnych stóp procentowych ustabilizowały się. Obserwowane duże wzmocnienie euro wobec dolara może okazać się jednak krótkotrwałe, a wtedy sytuacja stałaby się niekorzystna również dla złotego

– Siła polskiej waluty jest konsekwencją dobrych nastrojów na rynkach i wzmocnienia euro do dolara, ale doszliśmy już do bardzo ważnych poziomów oporu na indeksie złotego i dalsze wzmocnienie naszej waluty może nie być łatwe– wyjaśnia ekspert CMC Markets. – Widać to w działaniu inwestorów wykorzystujących naszą platformę. Ci, którzy w ostatnich miesiącach generują zyski, ostrożnie podchodzą do złotego, a większość z nich oczekuje wzrostu USD/PLN.

Podczas okresów niepewności na rynkach panika pisała różne scenariusze. Dla przypomnienia w październiku 2000 r. dolar kosztował 4,71 zł, czyli o 1 zł drożej niż obecnie. Takiego scenariusza nie da się jednak wykluczyć również obecnie.

– Inflacja bazowa w Polsce jest bardzo wysoka i nie chce spadać, a stopy procentowe są rekordowo niskie. Dlatego istotne jest, jak długo inwestorzy będą nadal zainteresowani kupowaniem bezpiecznych polskich aktywów. Te przecież w sytuacji braku umacniania się złotego mogą realnie znacznie tracić na wartości – dodaje Ł.Wardyn. – Gdyby nastrój na światowych rynkach się pogorszył, to potencjał do odwrotu inwestorów od złotego jest znaczny.

Rośnie popularność e-księgowości i elektronicznego obiegu dokumentów

Konieczność pracy zdalnej, dystansowanie społeczne, wiele nowych i nie zawsze precyzyjnych regulacji wprowadzonych w ramach tarczy antykryzysowej – wszystko to sprawiło, że w ostatnich miesiącach na znaczeniu zyskała e-księgowość, a przedsiębiorcy przekonują się do elektronicznego przechowywania dokumentów.

Rośnie popularność e-księgowości

Sytuacja podczas pandemii zmusiła wielu przedsiębiorców do zmiany modelu działania i przenoszenia niektórych obszarów funkcjonowania firmy do internetu. Konieczne było wdrożenie nowych rozwiązań, które pozwalają zminimalizować konieczność kontaktu osobistego. Jednym z nich było zdecydowanie się na zdalną współpracę z księgowym, a co za tym idzie – elektroniczne przechowywanie i przesyłanie dokumentów. – Nowi klienci, którzy dołączyli do nas w pierwszym półroczu 2020 roku, wygenerowali przychód o 62% wyższy niż nowi klienci z pierwszej połowy 2019 roku – podaje Wiktor Sarota, prezes firmy inFakt, oferującej rozwiązania z zakresu e-księgowości. 

Warto zaufać e-dokumentacji

Stosowane w e-księgowości rozwiązania IT pozwalają przede wszystkim na zdalne przekazywanie dokumentów, co obecnie staje się bardzo przydatne. Jest to podstawowa funkcja, która ułatwia pracę zarówno księgowym jak i przedsiębiorcom, a przy okazji eliminuje konieczność papierowego obiegu dokumentów. Warto przy tym pamiętać, że przechowywanie dokumentacji w wersji elektronicznej jest dozwolone, bezpieczne i w pełni legalne. – Zmiana relacji księgowy-przedsiębiorca, jaka została wymuszona w czasie pandemii, wpłynęła także na mentalność właścicieli firm, którzy do tej pory często uważali, że dokumenty muszą być koniecznie gromadzone w postaci papierowej. Takie zaufanie do „papieru” było głęboko zakorzenione, dopiero ostatnie wydarzenia sprawiły, że to myślenie się zmienia, a zdalny obieg dokumentów staje się popularniejszy – mówi Wiktor Sarota.

Kiedy księgowość prowadzona jest online, zmienia się zarazem sposób kontaktu między klientem a specjalistą. Księgowy nie musi poświęcać czasu np. na ręczne przepisywanie dokumentów – dzięki aplikacji te zadania odbywają się w tle. Automatyzacja procesów przyspiesza pracę księgowego, a przechowywanie dokumentów w chmurze powoduje, że dostęp do nich jest łatwy i możliwy w dowolnej chwili. Przedsiębiorca i księgowy na bieżąco widzą ich stan i łatwiej jest im współpracować. – Moim zdaniem ten model pracy będzie coraz powszechniejszy – przewiduje prezes inFaktu.

Jaka będzie przyszłość księgowości?

Księgowi wciąż będą potrzebni, ale będzie się zmieniał zakres ich czynności. – Na pewno nadal będzie konieczne, aby przedzierać się przez przepisy i wyłuskiwać, co jest przedsiębiorcy potrzebne, co mu przysługuje, jakie ciążą na nim obowiązki – zwraca uwagę Piotr Juszczyk, doradca podatkowy inFakt.

Eksperci podkreślają, że sztuczna inteligencja nie będzie w stanie zastąpić księgowego, który posiada zdolność wyłapywania wielu różnych kontekstów w rozliczeniach czy tym bardziej w ustawach. – W nowoczesnym podejściu do księgowości jest mniej przepisywania danych, ale za to więcej analiz, wnioskowania, relacji z urzędami, ponieważ klienci poszukują pośrednika w kontakcie z ZUS czy Urzędem Skarbowym – dodaje Wiktor Sarota.

Jeśli natomiast chodzi o przyszłość rozwiązań cyfrowych, to eksperci przewidują, że należy nastawić się na udoskonalanie tego, co już istnieje. Duże znaczenie dla tych procesów ma digitalizacja państwa – dzięki temu łatwiej będzie można komunikować się z urzędami. Przykładem na to może być zautomatyzowane wysyłanie Jednolitego Pliku Kontrolnego. Nie jest to jednak rewolucja, ale raczej postępująca innowacja.

Rozliczenie z influencerem – kwestie podatkowe

Cenieni twórcy internetowi zarabiają dużo, dlatego wzbudza to coraz większe zainteresowanie urzędów skarbowych. I dotyczy to zarówno influencerów, jak i przedsiębiorców wypłacających im wynagrodzenie.

Jakie są zarobki cenionych influencerów? Za zdjęcie wstawione na Instagramie stawka wynosi 10-20 tys. zł. Jeżeli wstawienie zdjęcia jest powiązane z tagowaniem i zorganizowaniem konkursu, wynagrodzenie prawdopodobnie wyniesie 20-50 tys. zł.

Jeżeli przedsiębiorcy nawiązują współpracę z influencerami, których celem jest podjęcie działań marketingowych, to należy rozróżnić sytuację, gdy taki twórca internetowy jest bądź nie jest przedsiębiorcą.

Gdy influencer nie jest przedsiębiorcą, należy rozważyć sytuację, w której wartość otrzymanego przez influencera produktu (upominku, innego świadczenia o charakterze reklamowym) od przedsiębiorcy nie przekracza 200 zł oraz sytuację, w której ta wartość jest wyższa.

Zgodnie z ustawą o podatku od osób fizycznych, jeżeli wartość produktów promocyjnych brutto nie przekracza 200 zł, nie będą one podlegały opodatkowaniu podatkiem dochodowym.

Ustalając wartość otrzymanego produktu, należy zsumować jego części, np. w przypadku przekazania w formie prezentu np. roweru, jego wartość będzie ustalana jako suma wszystkich składników, a nie jego poszczególnych części, tj. kół, kierownicy, siodełka.

– Zdarzają się sytuacje, w których wartość poszczególnych elementów istotnie nie przekracza 200 zł, ale łącznie tworzą jedną funkcjonalną całość o wartości większej niż 200 zł. Tego rodzaju sposób ustalania wartości, ma na celu uniknięcie nadużyć przedmiotowego zwolnienia, niemniej jednak warto pamiętać o tym, że przy wycenie należy również kierować się racjonalnością oraz zasadnością jej przeprowadzenia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Rozbicki, Junior Associate w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Na marginesie, chciałbym wskazać, że zwolnienie to może dotyczyć influencerów, którzy nie współpracują z przedsiębiorcą na podstawie umów cywilnoprawnych, nie są pracownikami ani nie prowadzą działalności gospodarczej.

Jeżeli wartość otrzymanych produktów przekroczy 200 zł, to po stronie Influencera powstanie przychód, który tak jak przychody z innych źródeł, podlega opodatkowaniu,. Wtedy przedsiębiorca, który przekazał produkt powinien poinformować o przychodach z innych źródeł oraz o dochodach i pobranych zaliczkach na podatek dochodowy (PIT-11) właściwy dla influencera urząd skarbowy oraz samego influencera. Informacja PIT-11 nie jest zeznaniem podatkowym, a jedynie informacją przekazywaną do urzędu skarbowego i podatnika.

Z informacji tej wynika, że u podatnika powstał przychód o danej wartości i podlega on opodatkowaniu po jego stronie. Przedsiębiorca nie pobiera od tego źródła zaliczki na podatek dochodowy na rzecz influencera. W praktyce oznacza to, że kwotę wynikającą z informacji PIT-11, influencer powinien uwzględnić w zeznaniu rocznym. Nie ma też ZUS-u.

Jeżeli taki twórca internetowy prowadzi działalność gospodarczą, to wówczas przedsiębiorca, który przekaże nieodpłatnie produkty influencerowi, aby ten wykorzystał je w kampanii reklamowej, produkty takie powinny co do zasady, zostać opodatkowane tak, jak przychody z działalności gospodarczej, w zależności od przyjętego przez influencera sposobu opodatkowania działalności tj. według skali 17% lub 32% lub podatku liniowego 19%.

Ponadto, w tym zakresie, pojawia się możliwość ujęcia w rozliczeniu podatkowym kosztów uzyskania przychodów, tj. tego rodzaju wydatków, które służą Influencerowi do osiągnięcia przychodu.

Co w praktyce oznacza, ze influencerowi przysługuje prawo, do zaliczenia poniesionych wydatków związanych z prowadzoną działalnością gospodarczą do kosztów uzyskania przychodu, a tym samym, umożliwi to pomniejszenie obciążeń podatkowych Influencera w podatku dochodowym.

– Ma to praktyczne przełożenie na prowadzoną przez influencera działalność, bowiem aby był on zdolny do prowadzenia działalności gospodarczej, musi uprzednio ponieść pewne wydatki związane z tematyką lub treścią podejmowanych działań. W innym przypadku nie będzie on posiadał „narzędzi” umożliwiających prawidłowe wykonanie poleconego mu zadania – również te wydatki należy uwzględnić w kosztach uzyskania przychodu prowadzonej działalności – wyjaśnia M.Rozbicki z Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – To może oznaczać, że influencerowi może przysługiwać prawo do rozpoznania kosztów uzyskania przychodu. Niemniej jednak, w dalszym ciągu możliwość rozpoznania przez influencera kosztów budzi kontrowersje w praktyce interpretacyjnej organów podatkowych.

To, czy dane czynności zostaną uznane za działalność gospodarczą nie zależy od decyzji osoby podejmującej działalność. Zgodnie z definicją ustawową, działalność gospodarcza, to działalność prowadzona we własnym imieniu bez względu na jej rezultat, w sposób zorganizowany i ciągły, z której uzyskane przychody nie są zaliczane do innych przychodów. I ten właśnie element może stanowić punkt zapalny wielu sporów.

Rekordowe przychody GK GPW w II kwartale 2020 r.

0
  • Przychody Grupy Kapitałowej GPW wyniosły 101,1 mln zł w II kw. 2020 r.
  • EBITDA: 63,2 mln zł w II kw. 2020 r.
  • Zysk operacyjny: 54,1 mln zł w II kw. 2020 r.
  • Zysk netto: 43,5 mln zł w II kw. 2020 r.
  • Zwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy GPW zdecydowało o wypłacie 100,7 mln zł dywidendy (2,40 zł na jedną akcję)

Grupa Kapitałowa Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) w II kw. 2020 r. wypracowała 101,1 mln zł przychodów ze sprzedaży i osiągnęła 43,5 mln zł zysku netto. EBITDA wyniosła 63,2 mln zł w tym okresie. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży wzrosły o 13,5% wobec II kw. 2019 r. i o 4,2% wobec I kw. 2020 r.

Wzrost przychodów w ujęciu rocznym wynika z wyższych o 15,2 mln zł (o 33,5%) przychodów z rynku finansowego. To z kolei jest rezultatem, w głównej mierze, wyższych przychodów z obsługi obrotu na rynku finansowym o 15,6 mln zł. Wpływ na to miały wzrost przychodów z tytułu obrotu akcjami i innymi instrumentami udziałowymi o 14,6 mln zł oraz wzrost przychodów z obrotu instrumentami pochodnymi o 1,3 mln zł. Przychody zwiększyły się również w obszarze sprzedaż produktów informacyjnych o 0,9 mln zł (o 7,7% rdr).

Przychody Grupy z rynku towarowego w II kw. 2020 r. były niższe o 7,7% rdr oraz wyższe o 5,1% kdk. Przychody z obsługi obrotu spadły w ujęciu rocznym o 12,4%, tj. o 2,8 mln zł. Spadek przychodów głównie wynikał z niższych obrotów prawami majątkowymi do świadectw pochodzenia, które spadły o 4,2 mln zł, czyli o 33,7% rdr oraz z braku przychodów z obrotu prawami majątkowymi kogeneracji. Obrót tymi instrumentami zakończył się 30 czerwca 2019 roku.

Drugi kwartał 2020 stał pod znakiem rekordów. Mieliśmy najwyższe w historii obroty, bardzo wysoką aktywność inwestorów indywidualnych i debiuty nowych spółek w trybie online. Konsekwentnie wdrażamy nasze kluczowe inicjatywy strategiczne, mimo że w zaistniałej sytuacji pandemii większość kadry Grupy Kapitałowej GPW pracuje zdalnie. Wszyscy uczymy się realizacji ambitnych celów i utrzymania wysokiej produktywności w wymagających warunkach otoczenia. Obecnie skupiamy się na rozwoju tych biznesów giełdy, które będą czyniły naszą organizację jeszcze bardziej odporną na koniunkturę rynkową, co wpisuje się w przyjęte założenia strategiczne #GPW2022 – mówi Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Koszty operacyjne w II kw. 2020 r. wyniosły 45 mln zł, co oznacza wzrost o 4,0% w porównaniu z tym samym okresem 2019r.i spadek o 19,6% w porównaniu z I kwartałem 2020 r. Wskaźnik kosztów do przychodów (C/I) ukształtował się na poziomie 44,5% wobec 48,6% w II kw. 2019 r. oraz 57,8% w I kw. 2020 r.

W II kwartale 2019 r. Zwyczajne Walne Zgromadzenie GPW zdecydowało o wypłacie 100,7 mln zł dywidendy, co daje 2,40 zł na akcję i stanowi 93,2% skonsolidowanego zysku netto spółki GPW za rok obrotowy 2019 r. przypadającego akcjonariuszom GPW i skorygowanego o udział w jednostkach stowarzyszonych. Dniem ustalenia prawa do dywidendy był 28 lipca, a dniem wypłaty 11 sierpnia 2020 r.

Podsumowanie wyników finansowych Grupy GPW za II kw. 2019 r.

Zysk netto

Zysk netto Grupy GPW w II kw. 2020 r. wyniósł 43,5 mln zł, o 2,2% więcej niż w analogicznym okresie2019r., oraz o 48,6% więcej niż w I kw. 2020 r. Wzrost zysku netto w ujęciu rocznym to w znacznym stopniu efekt zwiększonych obrotów na rynku akcji i instrumentów pochodnych. Wzrost zysku netto jest rezultatem wyższego wyniku operacyjnego o 5,9 mln zł. 

Przychody z rynku finansowego

W II kw. 2020 r. przychody ze sprzedaży na rynku finansowym wyniosły 60,7 mln zł, co oznacza wzrosty: względem poprzedniego roku o 33,5% i o 3,3% kdk. Tym samym przychody z rynku finansowego stanowiły 60,0% całkowitych przychodów ze sprzedaży Grupy GPW. Na przychody z rynku finansowego składają się przychody z tytułu: obsługi obrotu, obsługi emitentów i sprzedaży produktów informacyjnych.

  • Obsługa obrotu na rynku finansowym 

W II kw. 2020 r. przychody z obsługi obrotu na rynku finansowym wyniosły 44,0 mln zł wobec 28,4 mln zł rok wcześniej. Jest to wzrost o 54,9% rdr i o 6,1% kdk. Na wynik największy wpływ miał wzrost przychodów z obrotu akcjami oraz wzrost przychodów z obrotu instrumentami pochodnymi. Odpowiednio przychody z obrotu akcjami wzrosły o 70,1% rdr oraz o 11,2% kdk, a przychody z obrotu instrumentami pochodnymi o 54,5% rdr i spadły o 16,1% kdk. 

  • Obsługa emitentów

W II kw. 2020 r. przychody Grupy GPW z obsługi emitentów na rynku finansowym wyniosły 3,8 mln zł w porównaniu do 5,1 mln zł w II kw. 2019 r. i 5,4 mln zł w I kw. 2020 r. Przychody z tytułu opłat za notowanie wyniosły 4,1 mln zł (-5,4% rdr i -9,9% kdk). Głównym czynnikiem kształtującym wysokość przychodów za notowanie jest liczba notowanych emitentów na rynkach GPW oraz ich kapitalizacja na koniec poprzedniego roku. Przychody z tytułu opłat za wprowadzenie oraz inne opłaty wyniosły -0,3 mln zł wobec 0,7 mln rok wcześniej i 0,8 mln w I kw. tego roku. Głównym czynnikiem kształtującym wysokość przychodów z tej linii biznesowej jest liczba debiutów na parkietach GPW oraz wartość akcji i obligacji wprowadzonych do obrotu. Przyczyną spadku przychodów z tytułu opłat za wprowadzenie jest m.in. zastosowanie przepisów „MSSF 15 Przychody z umów z klientami” i rozłożenie w czasie uzyskiwanych przychodów za wprowadzenie do obrotu.

W pierwszej połowie 2020 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 5 IPO, wobec 9 w analogicznym okresie ubiegłego roku. Łączna wartość przeprowadzonych ofert na GPW w pierwszych dwóch kwartałach (łącznie na rynku regulowanym oraz NewConnect) wyniosła 27,0 mln zł. Jedynym debiutantem na Głównym Rynku warszawskiego parkietu był producent i wydawca gier komputerowych Games Operators S.A. – spółka zadebiutowała w kwietniu 2020 roku i pozyskała w ramach przeprowadzonej oferty 24,2 mln zł.

Sprzedaż produktów informacyjnych

Przychody ze sprzedaży produktów informacyjnych na rynku finansowym w II kw. 2020 r. wyniosły 12,9 mln zł, co oznacza wzrost o 7,7% rdr i o 8,8% względem I kw. 2020 r. Przychody ze sprzedaży informacji na rynku towarowym także wzrosły i osiągnęły w II kw. br. 0,3 mln zł. Łącznie przychody z tej linii biznesowej na rynku finansowym i towarowym stanowiły 13,0% przychodów ze sprzedaży Grupy GPW. 

Przychody z rynku towarowego

W II kw. 2020 r. przychody ze sprzedaży na rynku towarowym wyniosły 40,1 mln zł, o 7,7% mniej niż rok wcześniej i o 5,1% więcej niż w I kw. 2020 r. Ich udział w całkowitych przychodach Grupy GPW w II kw. 2020 r. wyniósł 39,7%. Na przychody z rynku towarowego składają się przychody z tytułu: obsługi obrotu, prowadzenia rejestru świadectw pochodzenia i rozliczenia transakcji.

  • Obsługa obrotu na rynku towarowym 

Przychody z obsługi obrotu na rynku towarowym w II kw. 2020 r. spadły o 12,4% rdr oraz wzrosły o 2,3% kdk do 19,3 mln zł. Przychody z obrotu energią elektryczną wyniosły 4,7 mln zł, co oznacza wzrost o 34,4% rdr i spadek o 3,3% kdk. Przychody z obrotu gazem spadły o 4,1% rdr i o 11,6% kdk do 3,0 mln zł. Przychody z tytułu obrotu prawami majątkowi do świadectw pochodzenia spadły w II kw. 2020 r. o 33,7% rdr oraz wzrosły o 14,1% kdk do 8,3 mln zł. Przychody Grupy z tytułu innych opłat od uczestników rynku towarowego w II kw. 2020 r. wyniosły 3,4 mln zł, co daje wzrost o 13,0% rdr oraz spadek o 1,2% kdk. Wysokość innych opłat od uczestników rynku zależy w dużej mierze od liczby i aktywności Członków IRGiT, w szczególności liczby wykonywanych transakcji. 

  • Prowadzenie Rejestru Świadectw Pochodzenia

W II kw. 2020 r. przychody z prowadzenia RŚP wyniosły 9,1 mln zł, co oznacza wzrost o 1,6% rdr i wzrost o 55,2% kdk. Wzrost przychodów o 3,2 mln zł w porównaniu do ostatniego kwartału wynikał głównie ze wzrostu wolumenów wystawionych praw majątkowych OZE (8,3 TWH w stosunku do 6,0 TWh w I kw. 2020r.) i umorzonych praw majątkowych OZE (12,8 TWh w porównaniu do 4,4 TWh w I kw. br.).

  • Rozliczenia transakcji

Grupa uzyskuje przychody z tytułu prowadzenia działalności rozliczeniowej prowadzonej przez IRGiT, spółkę zależną TGE. Przychody z rozliczenia transakcji w II kw. 2020 r. wyniosły 11,4 mln zł, o 6,9% mniej niż rok wcześniej i o 13,2% mniej niż w I kwartale 2020 r. Na zmianę przychodów z tego tytułu wpływ mają wolumeny obrotu na rynkach prowadzonych przez TGE.

Koszty działalności operacyjnej GK GPW

W II kw. 2020 r. koszty działalności operacyjnej GK GPW wyniosły 45,0 mln zł, o 4,0% więcej niż w analogicznym okresie 2019 r., ale o 19,6% mniej niż w I kw. 2020 r. Na wzrost kosztów działalności operacyjnej w ujęciu rocznym wpływ miał wzrost kosztów osobowych.

Koszty amortyzacji spadły o 3,6% rdr oraz o 7,0% kdk do 9,1 mln zł. Spadek kosztów amortyzacji w stosunku do porównywalnego okresu 2019 r. to przede wszystkim efekt niższych kosztów z tego tytułu w GPW.

Łączne koszty osobowe wyniosły 22,3 mln zł, o 15,5% więcej rdr i o 0,1% więcej kdk. Wyższe łączne koszty osobowe wynikają głównie ze stopniowego zwiększania zatrudnienia w Grupie podyktowanego większym nakładem pracy związanym z realizacją inicjatyw rozwojowych zawartych w strategii #GPW2022.

W II kwartale 2020 r. GK GPW koszty czynszów wyniosły 1,1 mln zł, o 1,2% więcej rdr i o 1,8% więcej kdk.

W II kwartale koszty usług obcych wyniosły 11,3 mln zł o 2,3% mniej rdr oraz 1,1% kdk.

Udział w zyskach jednostek wycenianych metodą praw własności

W II kw. 2020 r. zysk Grupy GPW z tytułu udziału w zyskach jednostek wycenianych metodą praw własności wyniósł 4,4 mln zł w porównaniu do 3,6 mln zł w II kw. 2019 r. oraz 2,0 mln zł w I kw. 2020 r. Na wyższe wyniki w ujęciu rocznym wpłynął wyższy zysk Grupy KDPW spowodowany wzrostem przychodów z działalności operacyjnej.