3 sposoby optymalizacji zarządzania firmą

U podstaw każdego przedsiębiorstwa leżą zasoby i procesy. Te elementy wzajemnie na siebie wpływają, dlatego aby firma dobrze funkcjonowała, trzeba nimi odpowiednio zarządzać. Utrzymywanie kontroli nad dokumentami i przetwarzanymi informacjami to optymalizacja nie tylko pracy, ale także czasu i kosztów.

Myśląc długofalowo o sprawnym działaniu przedsiębiorstwa, warto postawić sobie cele do zrealizowania. Jeśli chcemy przyśpieszyć pracę firmy, a jednocześnie mieć pewność, że żaden istotny element nie zostanie przeoczony przez pracowników, opracujmy system, który pomoże w kontrolowaniu każdego etapu działań zachodzących w firmie.

O czym należy pamiętać

Zmiany przyczyniają się do rozwoju. W przypadku biznesu to właśnie one sprawiają, że firmy stają się bardziej konkurencyjne. Istnieje jednak kilka czynników, które niezmiennie będą wpływać na przedsiębiorstwa.

Jednym z podstawowych jest stale idąca do przodu technologia. Dzięki niej zadania wykonujemy szybciej i precyzyjniej, często także zmieniając sposób myślenia o danej branży. Technologia pomaga nam zatem dostrzegać nowe możliwości, których niedawno jeszcze nie mieliśmy.

Rynek ulegający przeobrażeniom – to kolejny element, który nie może umknąć firmom. Niejednokrotnie zdarza się, że dane rozwiązanie wdraża coraz więcej przedsiębiorstw z branży, co wymusza tzw. dostosowanie się, aby nadążyć za wymaganiami konsumentów. Sytuacja może też wyglądać nieco inaczej – firma, jako pierwsza na rynku, zaczyna korzystać z rozwiązania, pokazując innym, że warto wprowadzić nowy system.

Równie ważne są wszelkie zmiany w prawie oraz wchodzące w życie nowe ustawy i rozporządzenia. Każde przedsiębiorstwo powinno śledzić je na bieżąco i dostosowywać do nich swoje działania. Doskonałym przykładem tego, jak duży wpływ mają one na funkcjonowanie firm, jest chociażby RODO. Początkowo było ono postrzegane jako kolejna komplikacja, dziś jednak zgodność z tą regulacją jest już wpisana w funkcjonowanie przedsiębiorstw.

Analiza dotychczasowych działań to pierwszy krok ku optymalizacji zarządzania firmą. Najczęściej po przemyśleniu okazuje się, że podstawowe problemy, z jakimi mierzą się na co dzień przedsiębiorstwa, wiążą się z dokumentacją, fakturami czy umowami. Istnieje jednak kilka sposobów na usprawnienie zarządzania tymi obszarami.

  1. Archiwizacja dokumentów

    Zarządzanie dokumentacją wymaga znajomości prawa, które jasno określa, jak należy je przechowywać oraz na co zwrócić uwagę w organizowaniu tego procesu. Prawo dopuszcza obecnie możliwość przechowywania dokumentów w formie elektronicznej, pozwalając tym samym ograniczyć ilość papieru używanego w firmie, a co za tym idzie – uczynić przedsiębiorstwo bardziej ekologicznym. Ponadto, dokumenty w tradycyjnej formie gromadzone są w teczkach czy segregatorach, które również zajmują cenną biurową przestrzeń.

    Szeroko pojęta cyfryzacja pozwala dziś stworzyć całe elektroniczne archiwa, a wszystko to w zgodzie z obowiązującym prawem. Przykładowo, tradycyjne faktury mogą być również przechowywane w formie elektronicznej, o czym mówi chociażby interpretacja dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z dnia 26 czerwca 2017 roku. Znalazła się w niej informacja, iż obowiązujące regulacje prawne dają możliwość przechowywania elektronicznych faktur w dowolny sposób. Może to być zapis elektroniczny na elektronicznych nośnikach danych, jeśli tylko pozwoli na szybkie ich odszukanie, zapewni autentyczność ich pochodzenia, czytelność i integralność treści oraz możliwość bezzwłocznego poboru na żądanie odpowiednich organów.

    Częstym problemem w firmach jest konieczność szybkiego odnalezienia ważnego dokumentu. Korzystanie ze specjalnego archiwum elektronicznego, w którym zgromadzimy wszystkie niezbędne dane, pozwala go wyeliminować. Co ważne, uprawnieni pracownicy mają do niego dostęp w każdej chwili. Jeśli dodatkowo takie rozwiązanie pomaga też automatycznie odczytywać dane z faktur, to oszczędzamy czas poświęcany dotąd na ręczne wprowadzanie dokumentów – wyjaśnia Krzysztof Wojtas, prezes zarządu BrainSHARE IT, producenta SaldeoSMART.

2. E-teczki pracownicze

W okresie pandemii, gdy nadal wiele firm działa w oparciu o zespoły hybrydowe lub pracuje z domu, szczególnie cenny staje się także dostęp do akt pracowniczych. Na ogół przechowuje się je zabezpieczone w biurach, jednak jeśli nie przebywamy codziennie w siedzibie firmy, to dostęp do ważnych dokumentów staje się utrudniony. Mnożące się przepisy dotyczące przechowywania danych również nie ułatwią firmom zadania.

1 stycznia 2020 roku przedsiębiorców zobowiązano do przestrzegania nowych, bardziej restrykcyjnych norm. W pomieszczeniach, w których znajdują się akta pracownicze, należy zachować odpowiednią temperaturę i wilgotność. Ponadto, obecnie wymaga się codziennych pomiarów temperatury i wilgotności oraz zapisu otrzymanych wyników.

Wdrożenie e-teczek pracowniczych w przedsiębiorstwie sprawia, że te obostrzenia przestają nas dotyczyć. Elektroniczna dokumentacja wymaga jednak stosowania się do przepisów bezpieczeństwa, które jednoznacznie stwierdzają, iż dostęp do akt mogą mieć tylko uprawnione, wskazane przez pracodawcę osoby. Akta pracownicze są przy tym prowadzone systematycznie i zgodnie z wymogami ustawy. Pełne archiwum danych przydaje się w sytuacjach, gdy dobiega końca okres ważności badań lekarskich, pojawia się kontrola inspekcji pracy bądź należy przeprowadzić szkolenia BHP. Dzięki temu pracownicy działu HR czy kadr mają pod ręką wszystkie niezbędne informacje – mówi Krzysztof Wojtas.

Obecne rozwiązania technologiczne sprawiają zatem, że dostosowanie się do najnowszych przepisów wcale nie musi być żmudnym procesem. Wystarczy jedynie dostęp do internetu i oprogramowania oraz wyznaczenie konkretnych osób zajmujących się danymi.

3. Faktury podstawą firmy

Sprawne zarządzanie fakturami to bardzo istotny element każdego przedsiębiorstwa. Jeśli nie kontrolujemy ich przepływu oraz terminów ich płatności, możemy narazić się na problemy. Równie istotne staje się nie tylko archiwizowanie faktur, ale także ich wystawianie.

Proces optymalizacji zarządzania firmą to także wystawianie faktur sprzedażowych. Nie ma znaczenia czy są to faktury VAT, czy faktury dla nie-vatowców. Ważne, aby wystawiać je w programie online, a nie ręcznie, dzięki czemu przedsiębiorca ma zawsze dostęp do pełnej listy wystawionych faktur. W codziennych działaniach pomocna jest też kontrola rozliczeń z kontrahentami oraz możliwość wysyłania przypomnień i wezwań do zapłaty.

Systematyczne śledzenie finansów stanowi zatem punkt wyjścia do nadzoru nad innymi działaniami przedsiębiorstwa, pozwalając tym samym zaplanować kolejne kroki.

Optymalizacja zarządzania przedsiębiorstwem nie musi być skomplikowana. Nowoczesne narzędzia sprawiają, że można tego dokonać w sposób kompleksowy, uprzednio planując cały proces. Stosowanie archiwizacji dokumentów w formie elektronicznej, e-teczek oraz wystawianie faktur za pomocą programu znacząco usprawnia działania firmy, zwłaszcza w warunkach pandemii, gdy dostęp do ważnych plików w dowolnym momencie staje się tak cenny. To również zmniejszone ryzyko pomyłek przy wystawianiu dokumentów, bezpieczniejsze działanie firm oraz systematyczne dopasowywanie się do najnowszych prawnych wytycznych.

Wpływ pandemii na Polskę

Poznaliśmy dzisiaj skalę obrażeń, jaką w polskiej gospodarce na razie spowodował koronawirus. W zeszłym roku nie do pomyślenia był spadek PKB o 8% w skali kwartału, dzisiaj cieszymy się, że tylko tyle.

Mniej niż milion nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych

Dane z USA pokazują cotygodniową liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Od początku pandemii w USA wartość ta wczoraj po raz pierwszy spadła poniżej miliona. W czasach przed pandemią była mniej więcej 4 razy mniejsza, ale pokazuje to, że idziemy w dobrym kierunku. Dane te spowodowały, że dolar odrobił straty, jakie miał względem głównych walut od początku dnia. Powodem reakcji rynków był fakt, że analitycy spodziewali się prawie 20% więcej wniosków.

Lepsze od oczekiwań dane z Polski

Dzisiaj od rana poznaliśmy odczyty wzrostu PKB i inflacji z Polski. Chciałoby się powiedzieć, że to dobre dane, skoro są lepsze od oczekiwań, ale w skali roku PKB spada o 7,9%. Jest to w większości zasługa drugiego kwartału, który był jak w większości gospodarek naszej części świata najgorszy od wielu dekad. Na uwagę zasługuje inflacja, która spadła do 3%. Jak widać ostrzeżenia o jej możliwym szybkim odbiciu nie sprawdzają się na razie. Nie można natomiast wykluczyć szybkiego wzrostu gdy gospodarka wróci do normy. Dane te pozostały bez większego wpływu na złotego, który w ostatnich tygodniach stabilnie oscyluje wokół 4,40 zł.

Dane z Chin

W nocy poznaliśmy odczyty na temat wzrostu produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i inwestycji w aglomeracjach. W skali roku produkcja rośnie o 4,8%, co jest wartością delikatnie niższą od oczekiwań, ale i tak bardzo dobrym rezultatem na tle innych państw. Sprzedaż detaliczna w skali roku spada o 1,1%, tutaj analitycy spodziewali się symbolicznego wzrostu o 0,1%. Inwestycje w aglomeracjach z kolei zgodnie z oczekiwaniami spadają o 1,6%.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Wakacje: jak zapewnić bezpieczeństwo biznesu przy zwiększonej liczbie ataków ransomware?

W czasie wakacji pracownicy działów IT większych przedsiębiorstw i menedżerowie ds. IT z małych i średnich firm korzystają z corocznego urlopu wypoczynkowego, co oznacza zmniejszenie liczebności personelu Jednak w przeciwieństwie do pracowników korzystających z wolnego czasu, cyberprzestępcy nie wyjeżdżają na urlop, lecz zwiększają swoje wysiłki, starając się wykorzystać ten czas do własnych potrzeb. Niestety cyberprzestępcy mają w tym okresie ułatwione zadanie choćby poprzez zaniedbanie środków ostrożności w firmach.

Osoby zastępujące pracownika na urlopie mogą nie mieć odpowiednich kompetencji, mogą być przeładowane obowiązkami i nadmiarem pracy, a od tego już tylko jeden krok do popełnienia błędu skutkującego np. zaszyfrowaniem lub utratą firmowych danych. Warto pamiętać, że ataki typu ransomware to obecnie jedna z najchętniej wykorzystywanych przez cyberprzestępców metod, mogąca znacząco zaszkodzić w funkcjonowaniu każdej firmy.

Ransomware nie zatrzyma się przed niczym

Ostatnio wiele firm zdało sobie sprawę, że to nie tylko biura czy komputery są niezbędne do prowadzenia dzielności, ale przede wszystkim dane. Niezależnie czy mówimy o potężnym banku lub telekomie, czy też o kilkunastoosobowej firmie wartość danych jest ogromna. Nie trudno wyobrazić sobie bank, który traci dostęp do informacji o kontach swoich klientów. Mała firma księgowa nagle traci archiwum faktur i dokumentów złożonych w Urzędzie Skarbowym lub w ZUS. Nawet dla tak niewielkiej firmy konsekwencje, zarówno te finansowe, jak i te wizerunkowe mogą być potężne. Cyberprzestępcy doskonale o tym wiedzą, dlatego w okresie wakacyjnym, licząc na urlopowe rozluźnienie, mniejszą obsadę w firmach, a i często zbyt dużo obowiązków na barkach osób zastępujących, zwiększają liczbę ataków[1]. Niestety, wielu przedsiębiorcom wydaje się, że ten problem ich nie dotyczy. Mają oni błędne wyobrażenie, że przestępcy obierają sobie za cel jedynie największe firmy i korporacje, od których mogą żądać milionowych okupów.

– Rzeczywiście jest tak, że do mediów przebijają się informacje o największych i najbardziej spektakularnych atakach. Należy jednak pamiętać, że duży atak wymaga dużych przygotowań, dużych zasobów, a nie ma żadnej gwarancji jego powodzenia. Duże korporacje sporo inwestują bowiem w silne zabezpieczenia i wyspecjalizowany personel IT. Cyberprzestępcy chcą działać szybko, przy minimalnym wysiłku, dlatego firmy z sektora MŚP, takie jak mniejsze kancelarie prawne, biura rachunkowe czy producent uszczelek samochodowych – które są często w mniejszym przygotowane do odparcia lub zapobiegnięcia takiemu atakowi – są jeszcze bardziej narażone na takie zagrożenie – komentuje Andrzej Niziołek, Regionalny Dyrektor Sprzedaży w Veeam Software Poland, lidera w zakresie rozwiązań do tworzenia kopii bezpieczeństwa i rozwiązań Cloud Data Managment.

Z badań przeprowadzonych przez Malwarbytes[2] wynika, że aż 22 proc. firm z sektora MŚP było zmuszonych zakończyć swoją działalność natychmiast po ich zaatakowaniu. Mówimy tutaj tylko o natychmiastowym zakończeniu działalności, nie analizując, jak wiele firm nie podniosło się po ataku w ciągu kolejnych miesięcy. Wówczas ta liczba byłaby zapewne wyższa.

Mechanizm ataków

Złośliwe i celowe próby naruszenia systemu informatycznego firmy przebiegają zazwyczaj w podobny sposób: napastnik przenika do firmowej sieci, zakłóca jej działanie, a następnie szyfruje wszystkie dane (często działając niezauważenie w tle) co sprawia, że stają się one niedostępne, a firma traci możliwość funkcjonowania. Inną opcją jest żądanie okupu za nieujawnienie danych. Jeśli działalność firmy opiera się na przetwarzaniu danych osobowych, to konsekwencje ich wycieku mogą być bardzo poważne. Niestety, wiele firm płaci okup, ponieważ uważają, że nie ma innego sposobu, aby uzyskać dostęp do ich danych. Nie było wdrożonych mechanizmów tworzenia kopii bezpieczeństwa, które umożliwiłyby niemal natychmiastowe odzyskanie wszystkich zaszyfrowanych przez przestępców danych.

– Przedsiębiorcy, którzy nie zainwestowali wcześniej w strategię bezpieczeństwa danych, obejmującą rozwiązania służące do tworzenia i skutecznego przywracania kopii zapasowych zostają postawieni pod ścianą. Nie są w stanie odtworzyć swoich danych samodzielnie, firma nie może funkcjonować, co zmusza ich na wpłatę często niemałego okupu – o ile przedsiębiorstwo ma zgromadzony odpowiedni zapas gotówki. W przeciwnym wypadku konsekwencje utraty danych mogą doprowadzić nawet do bankructwa. Dlatego tak często powtarzamy w Veeam, że niezależnie od tego jak duża jest firma, to jej dane są największym kapitałem i wartością. Bez regularnego tworzenia kopii zapasowych, bez sprawdzania, da się je łatwo i szybko przywrócić sami wystawiamy się na celownik cyberprzestępców – dodaje Andrzej Niziołek.

Bądź po bezpiecznej stronie z zasadą 3-2-1

Sama kopia bezpieczeństwa to jednak nie wszystko. Co z tego, że np. utworzymy ją innym pomieszczeniu firmy, skoro np. w wypadku zalania albo pożaru ulegnie ona zniszczeniu w takim samym stopniu, jak dane wyjściowe. Dlatego warto stosować się do łatwej do zapamiętania zasady 3-2-1 aby mieć pewność, że dane z kopii zapasowej są bezpieczne. Oznacza ona, że powinniśmy wykonywać trzy kopie bezpieczeństwa, na dwóch różnych nośnikach, a jeden z nich powinien być przechowywany poza lokalem przedsiębiorstwa np. w coraz popularniejszej w Polsce chmurze.  Zasada 3-2-1 pozwoli zarówno na odtworzenie utraconych danych w wyniku cyberataku, jak i zapewni ciągłość działania firmy. Ten drugi aspekt –  zabezpieczający ciągłość działania – jest równie istotny jak dostępność danych. Każda godzina przestoju generuje bowiem koszty. Z danych zawartych w Veeam Data Protection Trends Report 2020 wynika, że globalnie godzina przestoju aplikacji o „wysokim” priorytecie generuje koszt 67 651 dolarów.

Cyberprzestępcy nie chodzą na wakacje

Wakacje to okres odprężenia i wypoczynku, niestety jednak nie dla przestępców. Warto w tym okresie przykładać tyle samo uwagi do bezpieczeństwa danych, jak w innych okresach roku. Najlepszym wyjściem jest wdrożenie kompleksowych rozwiązań, które w sposób automatyczny, nieprzerwanie dbają o to, żebyśmy mogli,  nawet zaatakowani przez ransomware, w kilka chwil przywrócić nasze dane i postawić firmę na nogi.

[1] https://www.bankinfosecurity.com/combating-ransomware-malware-attacks-covid-19-theme-a-13966

[2] https://press.malwarebytes.com/2017/07/27/new-global-research-ransomware-attacks-caused-22-percent-infected-small-medium-sized-organizations-cease-business-operations-immediately/

Rezygnacja z wczasów w czasie pandemii – co na to biuro podróży?

Urlop – rzecz święta, ale w tym roku jest on nietypowy. Choć sezon urlopowy powoli dobiega końca, to z pewnością wielu z nas musiało zmierzyć się z koniecznością zrewidowania swoich planów wakacyjnych wojaży. Świadomość ryzyka zachorowania nas samych czy naszych najbliższych, jak również komplikacje organizacyjne wynikające z wprowadzonych przez rząd obostrzeń, niejednokrotnie mogły skłonić nas do całkowitej rezygnacji z tegorocznego urlopu lub przynajmniej zmiany jego destynacji. To wiąże się nawet z kilkumiesięcznymi potyczkami z organizatorem wyjazdu. Jakie działania może podjąć niedoszły wczasowicz? Czy można uzyskać zwrot kosztów rezerwacji? Jak dochodzić swoich praw? Te gorące zagadnienia wyjaśnia radca prawny Piotr Lenart z MGM Kancelarii Radców Prawnych Mirosławski Galos Mozes.

Przyszli urlopowicze, którzy dopiero błogi wypoczynek mają przed sobą, mogą skłaniać się do zmiany celu wakacyjnych wojaży przez odczuwalną, drugą falę zachorowań. O ile planowaliśmy spontaniczny wyjazd w nieznane zakątki i organizacja wypoczynku dopiero przed nami, to jesteśmy w stanie zareagować na bieżące wydarzenia i zaplanować wyjazd w sposób, zarówno bezpieczny, jak i uwzględniający wszelkie wprowadzone restrykcje. Co jednak w sytuacji, gdy wykupiliśmy wakacje w biurze podróży? Czy stan epidemii oraz wprowadzone obostrzenia uprawniają nas do rezygnacji z zorganizowanego wypoczynku? Czy strach związany z wyjazdem, np. za granicę, będzie dostatecznym powodem naszej rezygnacji dla organizatora wczasów? A jeśli tak, to co ze zwrotem uiszczonej już kwoty? Zmagania z biurem podróży i dochodzenie swoich praw mogą trwać nawet kilka miesięcy. Warto zasięgnąć wiedzy jakie mamy możliwości.

Letni wypoczynek w myśl przepisów

Zgodnie z ustawą o imprezach turystycznych i powiązanych usługach turystycznych, impreza turystyczna, bo tym właśnie są potoczne wczasy, to połączenie co najmniej dwóch różnych rodzajów usług turystycznych na potrzeby tej samej podróży lub wakacji. W zakres tych usług może wchodzić przewóz pasażerów, zakwaterowanie w celach innych niż pobytowe, które nie jest nieodłącznym elementem przewozu pasażerów, wynajem pojazdów samochodowych lub innych pojazdów silnikowych oraz inne usługi świadczone podróżnym, które nie stanowią integralnej części przejazdu, noclegu czy wynajmu. Jeżeli nasze wczasy obejmują przynajmniej dwa z powyższych elementów, to mamy do czynienia z imprezą turystyczną w rozumieniu ustawy.

Na podstawie  art. 47 ust. 4 przywołanej ustawy podróżny, czyli osoba która wykupiła  w biurze podróży imprezę turystyczną, ma prawo bezpłatnie odstąpić od zawartej umowy w razie wystąpienia nieuniknionych i nadzwyczajnych okoliczności występujących w miejscu docelowym lub jego najbliższym sąsiedztwie, które mają znaczący wpływ na realizację imprezy turystycznej lub przewóz podróżnych do miejsca docelowego.

Zgodnie ze stanowiskiem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wystąpienie w miejscu docelowym naszej podróży lub jego najbliższym sąsiedztwie stanu epidemii w związku z COVID-19 w pełni wyczerpuje definicję nieuniknionych i nadzwyczajnych okoliczności. To zatem upoważnia nas do bezkosztowej rezygnacji z wykupionych wcześniej wczasów – wskazuje Piotr Lenart, radca prawny z MGM Kancelarii Radców Prawnych Mirosławski Galos Mozes.              

Jak odzyskać pieniądze?

Musimy pamiętać, że w celu rezygnacji z wyjazdu  należy złożyć w naszym  biurze podróży oświadczenie o odstąpieniu od wiążącej nas umowy o udział w imprezie turystycznej. W przypadku skutecznego odstąpienia od umowy biuro podróży powinno zwrócić nam uiszczoną cenę imprezy turystycznej, jednak nie jest zobowiązane do zapłaty na naszą rzecz odszkodowania czy też zadośćuczynienia.

Warto wiedzieć, że o ile sama ustawa o imprezach turystycznych i powiązanych usługach turystycznych przewiduje 14-dniowy termin na zwrot uiszczonej ceny, liczony od dnia rozwiązania umowy, to wprowadzona w związku z epidemią COVID-19 tzw. Tarcza antykryzysowa wydłużyła ten termin. Zgodnie z jej treścią uznanie odstąpienia za skuteczne następuje dopiero po 180 dniach od momentu poinformowania biura podróży o rezygnacji z wakacji, a tym samym o 180 dni wydłużył się czas, w którym biuro podróży zobowiązane jest zwrócić nam cenę zakupu wakacji. Wydłużony termin zwrotu należnych nam pieniędzy dotyczy wyłącznie sytuacji, kiedy zrezygnowaliśmy z wczasów ze względu na epidemię COVID-19. Zwrot uiszczonej kwoty może nastąpić jednak szybciej, ale tylko jeśli zdecydujemy się na rozliczenie z biurem podróży w formie vouchera do realizacji na poczet przyszłych imprez turystycznych. Realizacja musi nastąpić w ciągu roku od dnia, w którym miała się odbyć impreza turystyczna, z której zrezygnowaliśmy. Co istotne, voucher nie może opiewać na kwotę niższą niż uiszczona przez nas cena wczasów.

Biuro podróży też może odwołać wczasy

Planując wakacje musimy mieć również na uwadze fakt, iż nie tylko nam przysługuje prawo rozwiązania umowy o udział w imprezie turystycznej. Biuro podróży, w razie braku możliwości realizacji imprezy turystycznej spowodowanej wystąpieniem okoliczności nieuniknionych i nadzwyczajnych, czyli np. epidemii COVID-19, również ma do tego prawo. W takiej sytuacji powinniśmy być o tym niezwłocznie poinformowani i należy nam się zwrot pełnej uiszczonej już kwoty. Również w tym wypadku organizator nie jest zobowiązany do wypłaty na naszą rzecz odszkodowania czy też zadośćuczynienia. Podobnie jak w przypadku naszego odstąpienia od umowy, także w tym wypadku obowiązuje 180-dniowy okres karencji w zwrocie uiszczonej ceny.

Dodatkowe 180 dni na zwrot pieniędzy – zastrzeżenia Komisji Europejskiej

Przedłużenie terminu zwrotu uiszczonej ceny o 180 dni spotkało się z reakcją Komisji Europejskiej, która stając w obronie konsumentów, dnia 2 lipca br. wezwała 10 krajów członkowskich, w tym m.in. Polskę, do złożenia wyjaśnień w kwestii naruszenia tzw. dyrektywy turystycznej (dyrektywa (UE) 2015/2302), która nakazuje zwrot środków na rzecz podróżnego w nieprzekraczalnym terminie 14 dni. Polska ma obecnie 2 miesiące na złożenie stosownych wyjaśnień. Pamiętajmy jednak, że do momentu zmiany przepisów aktualny pozostaje wydłużony termin zwrotu ceny imprezy turystycznej i biurom podróży przysługuje uprawnienie do  skorzystania z takiego terminu.

Jak widać istnieją regulacje prawne pozwalające nam zrezygnować z opłaconego już wyjazdu i uzyskać pełen zwrot wpłaconej już ceny. Jeśli jednak nie jesteśmy zainteresowani uzyskaniem vouchera na kolejny wyjazd, to nie pozostaje nam obecnie nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość w oczekiwaniu na zwrot poniesionych kosztów wyjazdu.

Zasady dokonywania odpisów amortyzacyjnych metodą degresywną

Przyjęcie określonej metody amortyzacji środków trwałych może być przyczyną powstania „korzyści” podatkowych związanych z możliwością kwalifikacji w koszty podatkowe większej kwoty amortyzacji. Jedną z przyspieszonych metod amortyzacji środków trwałych jest amortyzacja degresywna. Na wstępie należy zaznaczyć, że w przypadku tej metody ustawodawca wymaga jedynie wpisu środków trwałych do ewidencji i przyjęcia do używania. Nie jest wymagane, aby dany środek trwały był wykorzystywany w sposób bardziej intensywny niż inne. Ustawodawca sprecyzował jedynie katalog środków trwałych, które mogą niejako „automatycznie” korzystać z tej preferencji.

Środki trwałe podlegające amortyzacji metodą degresywną

Jednym z ograniczeń w stosowaniu metody degresywnej jest ograniczenie rodzaju środków trwałych mogących korzystać z tej metody. Zgodnie z art. 22k ust. 1 ustawy o PIT i odpowiednio art. 16k ust. 1 ustawy o CIT zastosowanie metody degresywnej zostało ograniczone do środków trwałych klasyfikowanych do grup 3-6 i 8 Klasyfikacji Środków Trwałych. Do powyższej grupy należą w szczególności:

  • urządzenia techniczne,
  • maszyny, urządzenia i aparaty specjalistyczne,
  • kotły i maszyny energetyczne,
  • maszyny, urządzenia i aparaty ogólnego zastosowania,
  • narzędzia, przyrządy, ruchomości i wyposażenie, gdzie indziej niesklasyfikowane.

Ponadto z tej metody można skorzystać w przypadku środków transportu z wyłączeniem samochodów osobowych. Dodatkowo należy zwrócić uwagę, że ustawodawca nie przewidział możliwości zastosowania metody degresywnej do wartości niematerialnych i prawnych, budynków i lokali oraz spółdzielczego prawa do lokalu użytkowego i spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu mieszkalnego, obiektów inżynierii lądowej i wodnej.

Zasady stosowania metody degresywnej

Podstawowym założeniem amortyzacji degresywnej jest uznanie, że wartość środka trwałego na potrzeby amortyzacji spada szybciej w pierwszych latach jego używania niż w kolejnych. Innymi słowy, metoda degresywna amortyzacji charakteryzuje się tym, iż w każdym roku podatkowym jest inna podstawa dokonywania odpisów amortyzacyjnych. Dokonywanie odpisów amortyzacyjnych od coraz mniejszej wartości prowadziłoby do amortyzowania środka trwałego w nieskończoność. W związku z tym ustawodawca dopuścił możliwość przejścia na metodę liniową w określonym momencie, tzn. począwszy od roku podatkowego, w którym roczna kwota odpisów amortyzacyjnych wyliczona metodą degresywną będzie niższa od kwoty wyliczonej metodą liniową. Konieczne jest zatem w przypadku metody degresywnej przeanalizowanie wysokości odpisów przynajmniej raz w roku, najlepiej na początku, aby wiedzieć, czy należy przejść na metodę liniową.

Stawka współczynnika amortyzacji metodą degresywną wynosi 2,0 (współczynnik nie może być wyższy niż 2,0). Przykładowo więc w przypadku samochodu ciężarowego wprowadzonego do ewidencji w marcu o wartości 100 tys. zł i pięcioletnim okresie amortyzacji liniowej (stawka 20%) wartość rocznego odpisu amortyzacyjnego metodą degresywną wyniesie w pierwszym roku 30 tys. zł liczone w następujący sposób: 100 tys. zł x 20% x 2,0)/12 m-cy x 9 m-cy. Za ten sam okres amortyzacja metodą liniową wyniosłaby połowę tej wartości, czyli 15 tys. zł. W kolejnym roku odpisy wyniosłyby odpowiednio 28 tys. zł przy metodzie degresywnej i odpowiednio 20 tys. zł. W trzecim roku wartości te wyniosłyby odpowiednio 16 800 zł w przypadku metody degresywnej i 20 tys. zł przy metodzie liniowej, czyli odpis kalkulowany metodą degresywną byłby niższy, więc następuje przejście z metody degresywnej na liniową i podatnik może zaliczyć w koszty kwotę amortyzacji w wysokości 20 tys. zł. W kolejnych latach amortyzacja następuje także metodą liniową. W efekcie podatnik w pierwszych latach używania mógł zakwalifikować w koszty podatkowe wyższe wartości odpisów amortyzacyjnych.

Powyższe oznacza, że amortyzacja metodą degresywną jest formą amortyzacji przyspieszonej, ponieważ pozwala podatnikom na zamortyzowanie środka trwałego w krótszym czasie, z uwagi na wyższe odpisy amortyzacyjne w ciągu roku.

Pewne problemy mogą pojawić się w przypadku ulepszenia środka trwałego. Z uwagi na ustalanie wartości początkowej środka trwałego na początku każdego roku ulepszenie to spowoduje zwiększenie kosztów dopiero w kolejnych latach.

Podwyższony współczynnik amortyzacji degresywnej

Współczynnik amortyzacji degresywnej przyspieszonej jest równy 3,0. W celu skorzystania z tej metody amortyzacji należy spełnić wszystkie warunki dla amortyzacji metodą degresywną oraz dodatkowo środek trwały powinien być używany w zakładzie podatnika położonym na terenie gminy o wysokim bezrobociu strukturalnym albo zagrożonej recesją i degradacją społeczną. Wykaz gmin, w których można korzystać z wyższego współczynnika amortyzacji degresywnej, publikowany jest w odpowiednich rozporządzeniach. Jeżeli w trakcie roku gmina zostanie wykreślona z tego wykazu, wówczas podatnik powinien – począwszy od kolejnego roku – zacząć stosować współczynnik 2,0 lub przejść na amortyzację liniową, w zależności, który odpis amortyzacyjny byłby większy.

Na zakończenie warto także podkreślić, że zgodnie ze stanowiskiem Ministerstwa Finansów taki rodzaj wsparcia przedsiębiorców funkcjonujących na tych terenach nie stanowi pomocy publicznej.

Autor: Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Czego nauczy nas koronawirus – o zmianach naszych nawyków

Na naszych oczach rzeczywistość, którą znaliśmy, mocno ewoluowała. Koronawirus wpłynął na codzienne życie każdego z nas. Inaczej spędzamy czas, ćwiczymy i wyznajemy inne wartości. Zmianę nawyków żywieniowych w trakcie lockdownu zadeklarowało ponad 40 proc. badanych raportu „Nawyki żywieniowe Polaków w czasie izolacji społecznej podczas epidemii koronawirusa 2020”. Co więcej, zaczęliśmy lepiej planować zakupy, częściej korzystać z płatności bezgotówkowych oraz – co istotne – zwracać większą uwagę na zdrowie nasze i innych. Czy można więc mówić o pozytywnych skutkach pandemii?

Zmiany jedzeniowe i zakupowe Polaków

Dzięki temu, że planujemy posiłki i zakupy marnujemy mniej jedzenia. Jest to pozytywna wiadomość patrząc na statystyki, w których nie wypadamy najlepiej. W Polsce rocznie marnuje się około 9 mln ton żywności, która trafia do kosza. Statystycznie jedna osoba wyrzuca 235 kg jedzenia – wynika z danych BIG InfoMonitor. Pozbywając się produktów spożywczych, marnujemy także surowce potrzebne do ich wyprodukowania. To z kolei przyczynia się do ocieplenia klimatu. Nowe nawyki dają szansę na odwrócenie tego trendu.

Zmianę nawyków żywieniowych w czasie lockdownu zadeklarowało ponad 40 proc. badanych. Prawie połowa przyznała, że jadła zdrowiej, natomiast 60 proc. respondentów wskazywało też na częstsze gotowanie w domu od podstaw – wynika z raportu „Nawyki żywieniowe Polaków w czasie izolacji społecznej podczas epidemii koronawirusa 2020”. Co istotne, chcemy zachować zdrowe nawyki także po epidemii.

Podobnie jest w przypadku zakupów. Zanim odwiedzimy sklep starannie planujemy to co chcemy kupić, aby spędzić w nim jak najmniej czasu. Z listą zakupów, sporządzoną w domu, idziemy do wybranego sklepu i kupujemy tylko to, co potrzebne. Jak pokazuje raport firmy Deloitte: The Global State of Consumer Tracker powoli kończy się okres gromadzenia zapasów, który mogliśmy obserwować jeszcze na początku pandemii. Aktualnie jedynie 38 proc. respondentów kupuje więcej niż potrzebuje. Jest to wynik o 6 pp. mniejszy niż w połowie czerwca.

Ewolucje w sklepach

Aktualnie kreuje się nowa rzeczywistość i trendy w sektorze handlu. O tym, czy pójdziemy do sklepu i czy będziemy do niego chętnie wracać w dużej mierze decyduje dziś poczucie, że jest w nim zachowany odpowiedni poziom higieny. Aż trzy czwarte Polaków wciąż obawia się o bezpieczeństwo swoich bliskich – wynika z raportu Deloitte.

W celu zapewnienia bezpieczeństwa, w sklepach stacjonarnych, zostały wprowadzone odpowiednie przepisy. Przy kasach stanęły plastikowe przesłony, a na podłogach linie wskazujące prawidłową odległość pomiędzy klientami. Sklepy coraz częściej wprowadzają również nowoczesne rozwiązania, np. do dezynfekcji wózków sklepowych, czy związane z odbiorem zamówienia dokonanego online – wskazuje Marcin Zieliński, Head of Sales w Terytorium Sp. z o. o., jeden z twórców streamPRO+. Możemy spodziewać się, że wiele placówek będzie musiało na nowo przeanalizować swoje strategie i wprowadzić innowacyjne rozwiązania dopasowane do aktualnych oczekiwań klientów oraz podążające za ich digitalizacją – dodaje.

Poprawa relacji społecznych, bezpieczeństwa i higieny

Pandemia spowodowała również szereg zmian społecznych. Przez zamknięcie w domach staliśmy się bardziej empatyczni, a także w większym stopniu skupiliśmy się na życiu rodzinnym. Prawie połowa z nas zaczęła poświęcać więcej czasu swoim bliskim i ma plan utrzymać tę zmianę na stałe – wynika z danych Mindshare Polska. Wzrosło także nasze zainteresowanie innymi. Zaczęliśmy dbać o siebie nawzajem.

Co ciekawe, strach przed koronawirusem zmusił nas do skrupulatnego przestrzegania zasad higieny. Lepiej dbamy o bezpieczeństwo. Efektem takiego zachowania jest znaczny spadek zachorowań na inne choroby. Mycie rąk to prosta czynność profilaktyczna, która chroni przed wieloma zagrożeniami, np. przed chorobą brudnych rąk.

Wielka poprawa czy „przymykanie oka” na uchybienia? Zdecydowanie mniej skarg na problemy z pracą w czasie upałów

W sezonie letnim 2019 Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom odbierało mnóstwo telefonów i wiadomości od pracowników, którzy dopytywali nas kiedy pracodawca powinien skrócić czas pracy jeżeli występują upały. Wiele osób skarżyło się także na brak klimatyzacji, duchotę w pokojach w których wykonywana jest praca czy na brak wody i napojów izotonicznych. W tym sezonie w sierpniu otrzymaliśmy zaledwie… trzy wiadomości. Dwie skargi i jedno pytanie. Czy to oznacza, że pracodawcy nareszcie dojrzeli do tego, by w czasie upału zapewniać pracownikom lepsze warunki? A może temat pandemii koronawirusa na tyle mocno zdominował uwagę pracowników i pracodawców, że inne tematy zeszły na dalszy plan?

Sezon wakacyjny 2020 w lipcu i pierwszej połowie sierpnia nie przynosił nam wielkich upałów. Sytuacja zmieniła się dopiero nieco ponad tydzień temu i teoretycznie temperatury, które odnotowano w Szczecinie mogłyby kwalifikować się do skrócenia czasu pracy w biurach. Musimy pamiętać, że jest to własna inicjatywa przedsiębiorców lub osób organizujących prace w urzędach. Pamiętamy jednak, że w roku 2019 dochodziło do bardzo dużej ilości skarg, w których zwracano uwagę na trudne warunki pracy w czasie upału, brak dostępu do zimnej wody pitnej czy brak klimatyzacji. W tym sezonie takich pytań i skarg jest zdecydowanie mniej.

– Dlaczego tych skarg jest mniej? Hipotezy są dwie. Bardziej optymistyczna: pracodawcy przestrzegają prawa pracy i bez problemu już skracają czas pracy kiedy warunki stają się afrykańskie i jej efektywność mocno spada. Druga opcja, mniej optymistyczna, a bardziej realna jest taka, że w czasie pandemii koronawirusa i poważnych problemów w wielu firmach pracownicy przymykają oko na sytuacje, które jeszcze rok temu były dla nich wielkimi problemami – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia Stop Nieuczciwym Pracodawcom.  – Jedno pytanie, które do nas dotarło dotyczyło dopuszczalnej temperatury w biurze jeżeli nie jest ono klimatyzowane. Były też dwie skargi: od Pana zajmującego się organizacją ruchu na jednej z budów nieopodal Szczecina. Napisał on do nas, że został zmuszony do pracy na dwóch zmianach na pełnym słońcu, bo okazało się, że nie ma zmiennika. Oczywiście podjęliśmy mediacji z pracodawcą. Druga sprawa dotyczyła pracy w niekorzystnych warunkach w jednym z lokali gastronomicznych nad morzem. Pracownice napisały, że pracując w restauracji muszą same kupować sobie napoje lub pić wodę z kranu, bo takie jest polecenie kadry zarządzającej. Oczywiście również sprawa jest przez nas analizowana. To raczej kwestia pewnej kultury organizacyjnej w firmie – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

Zgłoszeń w sprawach dotyczących warunków pracy w czasie upałów jest zdecydowanie mniej. Należy to docenić.

Dostęp do zimnej wody – obowiązek. Klimatyzacja i skrócenie pracy – dobra wola.

Jakie warunki muszą być spełnione, by można było mówić, że pracodawca uczciwie traktuje pracowników w czasie upałów? Tych czynników jest kilka i wynikają one w dużej mierze z Przepisów Prawa Pracy i dobrej kultury organizacyjnej przedsiębiorstw. – Woda powinna być dostarczona do pracowników działających w plenerze, gdy temperatura przekracza 25 stopni Celsjusza i w biurze powyżej 28 stopni Celsjusza. Zdarzały się skargi, że np. pracodawca daje pracownikowi rano butelkę półlitrową wody i uważa, że to wystarczy. Nie, dostęp do wody musi być ciągły – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Czy pracodawca ma obowiązek zapewniać klimatyzację w biurze? Nie, jest to dobrowolna decyzja kadry zarządzającej firmą. Podobnie jak wcześniejsze zwolnienie pracowników do domu w przypadku wysokich temperatur. – Nie ma takich obowiązków, ale jest taka „dobra praktyka”. Główny Inspektor Pracy i Minister Pracy i Polityki Społecznej mogą tylko apelować do pracodawców o skrócenie czasu pracy podczas upałów. Co ważne, pracownik nie musi odpracowywać krótszych „dniówek”. Nie może być mu również obniżone wynagrodzenie z tego tytułu. W latach ubiegłych pojawiały się skargi od pracowników, że skrócona dniówka musi być odrabiana lub wykonywana zdalnie. Nie, nie ma takich przepisów. Pracodawca nie musi wypuszczać pracowników wcześniej do domu, ale nie ma prawa żądać później odrabiania „straconych” godzin jeżeli tak się stanie – dodaje Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

– Dla pracodawcy najważniejsza powinna być efektywność. Ta jest na pewno mniejsza w czasie upałów. To kwestia kultury organizacyjnej w firmie – dodaje Prezes Marczulewska.

 

KE zgodziła się na przejęcie Grupy Lotos przez PKN Orlen, ale stawia warunki

Komisja Europejska wydała zgodę na połączenie się Grupy Lotos oraz PKN Orlen pod jedną banderą Orlenu. Jest to jednak zgoda warunkowa, wymagająca od obu podmiotów szeregu czynności. To przede wszystkim wymóg sprzedaży w ręce innego koncernu 380 stacji paliw, które aktualnie są własnością Lotosu. Do tego Komisja Europejska dorzuciła wymóg, by nowa spółka podzieliła się z innym koncernem obrotami i zdolnością produkcyjną rafinerii w Gdańsku. Te dwa warunki i szereg mniejszych – dotyczących sprowadzania do Polski paliwa lotniczego i produkcji bituminu – mają pomóc w zachowaniu równowagi na hurtowym i detalicznym rynku paliw. Komisja Europejska chce zapobiec w ten sposób zmonopolizowania rynku przez jedną spółkę, co miałoby znaczący wpływ na ceny paliw na stacjach benzynowych. 

– Komisja Europejska miała obawy dotyczące nadmiernej koncentracji na rynku po fuzji Orlenu z Lotosem. Zawarła więc w swojej zgodzie kilka kluczowych warunków, dlatego nazywamy ją zgodą warunkową – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Marszałkowski, autor w portalu Biznesalert.pl. – PKN Orlen będzie musiał odsprzedać 380 stacji benzynowych, które zaczną działać w Polsce pod inną banderą. Spółka została zobligowana także do udostępnienia zewnętrznemu partnerowi 30% rafinerii w Gdańsku – zarówno pod kątem własnościowym i organizacyjnym, jak i możliwości przerobu ropy. Rafineria w Gdańsku będzie więc musiała mieć nowego operatora, w którym 70% udziałów będzie miał PKN Orlen, a 30% partner zewnętrzny. Kolejnym warunkiem jest zbycie przez PKN Orlen aktywów produkujących bitumin – czyli składnik powstający z ciężkich pozostałości frakcji po ropie naftowej – oraz wybudowanie terminalu do odbioru paliwa odrzutowego dla samolotów w Szczecinie. Nowy podmiot, który wejdzie na nasz rynek, będzie mógł dzięki temu sprowadzać je do Polski. Te warunki, w  dużym uproszczeniu, oznaczają wejście do Polski kolejnego dużego gracza na rynku energetycznym – jakiego obecnie nie ma na naszym rynku. Nowa architektura rynku energetycznego pozwoli na wejście koncernu, który będzie mógł zarówno importować swoje paliwo, jak i produkować je w gdańskiej rafinerii. Dzięki temu przejęcie Lotosu przez Orlen nie doprowadzi do monopolizacji na polskim rynku paliw – analizuje Marszałkowski.

Apel kontrolerów ruchu lotniczego – #BezpieczneNiebo nie tylko podczas wakacji

W związku ze stopniowym odmrażaniem ruchu lotniczego i połączeń międzynarodowych Związek Zawodowy Kontrolerów Ruchu Lotniczego (ZZKRL) kieruje apel do wszystkich osób i instytucji, którym zależy na bezpieczeństwie na polskim niebie. Start akcji #BezpieczneNiebo to konsekwencja analiz oraz obserwacji bieżących wydarzeń, które po kilkumiesięcznej przerwie od normalnego funkcjonowania branży lotniczej mogą potencjalnie wpływać na bezpieczeństwo pasażerów, a także pracowników i pasjonatów branży.  

Analizując wydarzenia na polskim niebie z ostatnich miesięcy ZZKRL, apeluje o zwracanie większej uwagi na procedury, które gwarantują bezpieczeństwo w ruchu lotniczym. Mamy świadomość, że jakiekolwiek ew. przypadki naruszeń przepisów czy procedur w naszej branży mogą mieć negatywne skutki dla bezpieczeństwa. Nie bez powodu w przypadku lotnictwa tak często podnosi się fakt, że „procedury pisane są krwią” – mówi Franciszek Teodorczyk, Przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego. 

Liczba operacji w ruchu lotniczym po wybuchu pandemii COVID-19 w tym roku była znacznie mniejsza niż w roku poprzednim.  Powracające połączenia, czasem z dnia na dzień w znacznej liczbie, będą miały wpływ m.in. na: organizację pracy kontrolerów i innych służb oraz podmiotów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo lotów. Wdrażane są nowe procedury, a także zmieniane są praktyczne i formalne aspekty podróży dla pasażerów. Od kilku tygodni wracają destynacje krajowe i zagraniczne, a na polskie niebo powraca coraz więcej przewoźników. Mimo to niezmiennie priorytetem powinno być zachowanie najwyższej troski o bezpieczeństwo.

Kontrolerzy ruchu lotniczego wykonują zawód, który ma na celu dbanie o bezpieczeństwo na polskim niebie. To bezwzględny priorytet, dlatego chcemy świadomie i realnie mieć wpływ na przestrzeganie procedur bezpieczeństwa. Analizujemy i obserwujemy zmiany dotyczące latania w polskiej przestrzeni powietrznej. Podstawą w tej kwestii powinna być edukacja, nie tylko personelu, załogi, czy osób technicznych, ale także pasażerów. Celem akcji #BezpieczneNiebo jest działanie m.in. na rzecz pasażerów i docieranie do nich z praktycznymi informacjami. To także chęć wspólnego działania w ramach akcji  z grupami zawodowymi, mediami oraz wszystkimi instytucjami działającymi na rzecz bezpieczeństwa na polskim niebie. Działanie we wspólnej sprawie opierać się będzie o kampanię informacyjną i edukacyjną. Zachęcamy wszystkie instytucje oraz organizacje branżowe do dołączenia się do naszej akcji społecznej #BezpieczneNiebo. Zapraszamy wszystkie instytucje, przedsiębiorstwa, organizacje. Duże i małe, w tym: LOT Polish Airlines, Polską Agencję Żeglugi Powietrznej, Urząd Lotnictwa Cywilnego i Ministerstwo Infrastruktury, Enter Air, Aerokluby, lotniska czy organizacje zrzeszające personel lotniczy oraz pasjonatówmówi Franciszek Teodorczyk, Przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

Kluczowe jest przestrzeganie PROCEDUR BEZPIECZEŃSTWA przez wszystkie osoby i podmioty związane z lotnictwem. To one bowiem są „konstytucją” bezpiecznego latania. To ich przestrzeganie jest podstawą tego, że od 2009 roku, w Europie, na zachód od Bugu nie było żadnej katastrofy samolotu komunikacyjnego, która pochłonęłaby więcej niż 2 ofiary.

– Zwracamy się do wszystkich osób związanych z lotnictwem, ale także do Was Drodzy Pasażerowie. Przestrzegajmy procedur z najwyższą starannością. Kontrolujmy się wzajemnie. Analizujmy, monitorujmy i reagujmy na wszelkie niejasności – dodaje Franciszek Teodorczyk, Przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego

Apelujemy do Wszystkich!

Piloci komunikacyjni – nierzadko od długiego czasu nie siedzieliście za sterami. Taka przerwa powoduje konieczność zachowania szczególnej uwagi, dopóki w pełni nie powrócą nawyki wykształcone przy natężeniu latania przed pandemią. Wiemy, że robicie wszystko, żeby wrócić przygotowani w maksymalnym możliwym zakresie. Dziś obserwujemy na wskaźnikach naszych radarów, że przy najbardziej skomplikowanych manewrach wolicie jeszcze latać trochę wolniej, tak żeby na spokojnie i dogłębnie upewnić się, że wszystkie checklisty są poprawnie wykonane, że procedury są zachowane i wszystko odbywa się bezpiecznie. Dziękujemy Wam za to! Trzymamy kciuki za spokojny powrót i do „for sequence high speed as long as possible” usłyszenia!

Personel techniczny – dbacie o sprawność urządzeń niezależnie od koniunktury w branży. Dziękujemy również Wam! Bez Was i bez zaufania, że wykonujecie swoją pracę dokładnie i zgodnie z procedurami, nikt z nas (kontrolerów, pilotów) nie podjąłby się swojej pracy.

Najbliższy czas będzie także dla Was trudny pod tym kątem, że część samolotów, ale także i innej infrastruktury nie była używana tak często, jak zwykle. W związku z tym niezbędne będą dokładne przeglądy i dopuszczenia techniczne. Wiemy, że zakres stojących przed Wami zadań będzie ogromny i że wychwycenie 100% problemów graniczy z cudem, o czym świadczą, chociażby, pojawiające się sporadycznie,  drobne problemy techniczne, ale wierzymy, że jak zawsze staniecie na wysokości zadania!

Informatorzy Służby Informacji Powietrznej – na ilość Waszej pracy pandemia praktycznie nie miała wpływu. Liczba operacji „małego lotnictwa” praktycznie nie spadła, a gdzieniegdzie wręcz wzrosła. Pomimo trudności wynikających z działań podjętych wewnątrz PAŻP, nieustannie dajecie radę. Za co mamy dla Was wielki szacunek!

Drodzy piloci General Aviation, wojskowi, szybownicy, skoczkowie, lotniarze, baloniarze – przez czas pandemii ochoczo korzystaliście z przestrzeni kontrolowanej, a my z radością gościliśmy Was „na frekwencji”. Ze względu na spadek natężenia rozkładowego ruchu komunikacyjnego mogliście swobodniej operować w CTRach czy TMA. Ruch komunikacyjny wraca, nie miejcie zatem do nas pretensji, jeśli w najbliższym czasie nie będziemy już mogli wydać zgody na swobodne loty szkolne czy wyloty ze stref w naszą przestrzeń. Choć nadal będziemy starali się umożliwić Wam to na tyle często, na ile pozwolą procedury i względy bezpieczeństwa. Dzielimy wspólną pasję i dalej zawsze chętnie będziemy przykładać się do jej rozwijania. Z zastrzeżeniem jak w zdaniu powyżej.

Wszyscy pozostali pracownicy zatrudnieni w branży lotniczej – personel pokładowy, służby wsparcia operacyjnego, służby meteo, obsługa płyty, pojazdów lotniskowych, security, dziękujemy, że wytrwaliście przez ten ciężki czas. Wiemy, że jesteście niezastąpieni dla bezpiecznego funkcjonowania tej branży, bo gdyby było inaczej, nie piastowalibyście swoich stanowisk. Dziękujemy i doceniamy!

I Wy, Drodzy Pasażerowie – kupując bilet, wsiadając do samolotu, lądując bezpiecznie na miejscu – wspomnijcie czasem dobrze personel lotniczy. To będzie dla nas wszystkich szczególnie stresujący czas. Wybaczcie, że czasem ktoś przy security mniej uprzejmie zareaguje, gdy będziecie przechodzić kontrolę z dezodorantem lub scyzorykiem. Że czasem w czasie lotu mocniej szarpnie, bo np. kontroler zareaguje z opóźnieniem i manewr będzie ostrzejszy. Że może się zdarzyć twardsze przyziemienie. Że stewardessa upomni Was może bardziej niż zazwyczaj, jeśli zaczniecie wstawać z miejsca po lądowaniu, gdy samolot jeszcze poruszać się będzie po płycie. Albo będzie zwracać uwagę na kwestie związane z ochroną przed koronawirusem. Wybaczcie. I zrozumcie, że to nie wynika z naszej złośliwości, niechęci czy lekceważenia, a wyłącznie z procedur ustanowionych w trosce o Wasze bezpieczeństwo.

O Wasze bezpieczeństwo, które w rozwiniętych krajach na szczęście traktowane jest jak pewnik. Nie dopuśćmy do tego, żeby takie przekonanie zniknęło. Lotnictwo, pomimo największego poziomu skomplikowania wśród wszystkich gałęzi zbiorowego transportu, jest najbezpieczniejszą z nich. Większość z nas nie uznaje za niezwykłe tego, że na drugi koniec Europy można dostać się, lecąc 3 godziny w powietrzu, nierzadko za 100-200 zł i jest to wielokrotnie bezpieczniejsze niż jazda w to samo miejsce samochodem przez ponad 20 godzin, płacąc np. za same odcinki autostrad większe kwoty.

Pamiętajmy, że pomimo urządzeń wartych miliardy dolarów przyczyniających się do podnoszenia poziomu bezpieczeństwa, najlepszych dostępnych nowoczesnych technologii,

to człowiek nadal jest niezastąpiony w tej branży i to on ponosi odpowiedzialność za życie pasażerów i mienie. Doceńmy tę pracę, bo mało kto jest w stanie zrozumieć jaki ciężar spoczywa na barkach personelu lotniczego.

Nigdy nie zmuszajmy, nie naciskajmy w żadnych sytuacjach do nieprzestrzegania procedur w imię potencjalnych oszczędności finansowych czy czasowych. Bez względu na funkcje – każdy z nas zasługuje na takie samo bezpieczeństwo w ramach przyjętych procedur.

Ludzkie życie jest tego warte!

Apelujemy o zrozumienie tego aspektu, tak przez krajowe, jak i międzynarodowe instytucje, których decyzje przekładają się na bezpieczeństwo wszystkich podróży lotniczych.

#BezpieczneNiebo – Kontrolerzy Ruchu Lotniczego

Będzie, co ma być – sytuacja na rynku walutowym

Interpretacja cotygodniowych, comiesięcznych danych makroekonomicznych publikowanych w erze COVID-19 to bardzo trudne zadanie. W obliczu niepewności dotyczącej rozwoju pandemii w kolejnych miesiącach, rysowanie ścieżki przyszłego wzrostu czy inflacji staje się jeszcze bardziej skomplikowane.

Porcja statystyk z tego tygodnia pomoże jednak odpowiedzieć na wiele pytań. Dzisiejsze dane o rachunkach narodowych wskażą jak głębokie jest dno. Rynek zakłada, że PKB Eurolandu skurczyło się o 12 proc. kwartał do kwartału i 15 proc. w ujęciu rok do roku. W przypadku Polski, dynamika PKB powinna wynieść około – 9 proc. rok do roku. W dużej mierze poznamy zatem odpowiedź na pytanie, czy bliższe prawdy okażą się dość optymistyczne szacunki części instytucji (w tym nasze, zakładające około 3,5 proc. spadek PKB w całym 2020 roku), czy estymacje widzących perspektywy w ponurych barwach instytucji takich jak OECD, czy NBP.

Informacje, czyt. sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa, z Chin pokazały a z USA pokażą zapewne, że ścieżka odbudowy bo najdotkliwszej fazie pandemii będzie kręta i należy zakładać, że najdynamiczniejsza faza odbicia, niezależnie od globalnej sytuacji epidemicznej jest już za nami. Warto skomentować też fakt, że w ubiegłym tygodniu w USA pierwszy raz od marca złożono mniej niż milion nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Należy przy tym zastrzec, że do takiego stanu rzeczy walnie przyczynić mógł się impas dotyczący benefitów socjalnych, kluczowego elementu czwartej fazy pakietu stymulacji fiskalnej największej światowej gospodarki. Po drugie, liczba aktywnych wniosków przekracza 15 milionów, co pokazuje jak drażliwa i istotna jest to kwestia w kontekście przyszłej konsumpcji, fundamentu modelu gospodarczego USA.

Biorąc pod uwagę gigantyczną skalę niepewności, rynki finansowe przyjmują, że będzie, co ma być i tak długo, jak tylko się da, płyną z falą wręcz nieograniczonej płynności. Na giełdach akcji utrzymują się bardzo dobre nastroje. Podbicie rentowności długu USA, które było iskrą do głębokiej korekty na rynku metali szlachetnych, choć było silne, to nie powinno być postrzegane w kategoriach zmiany trendu. Na rynku walutowym trwa letnie wyczekiwanie. Dolar krąży nad lipcowymi dołkami i nie jest w stanie wygenerować mocniejszej korekty. Dominują przedziały wahań. W przypadku EUR/USD jest to 1,17 – 19. Do tego w piątek notowania są dokładnie w jego połowie. Zresztą kursy wspólnej waluty, franka, funta i dolara australijskiego są niemal dokładnie na tym samym poziomie, co na koniec poprzedniego tygodnia. W przestrzeni G-10 prym wiodą powiązane z ropa korona norweska i dolar kanadyjski a w defensywie są bezpieczny jen i pokiereszowany przez stanowisko władz monetarnych dolar nowozelandzki. Obie waluty w tym tygodniu straciły około 1 proc. Pole do deprecjacji JPY zostało w dużej mierze wyczerpane, natomiast w NZD upatrujemy kandydata do roli najsłabszej waluty G-10.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Technologiczni giganci rozwijają ecommerce

0

Microsoft i Mastercard nawiązują współpracę w celu stymulacji innowacji w handlu cyfrowym i w ekosystemach startupów. 

Współpraca przyspieszy natywną działalność badawczo-rozwojową w chmurze Mastercard Labs, stworzoną na platformie Azure i wspomaganą sztuczną inteligencją. Dzięki dostępowi do wiedzy technicznej i najnowszych technologii partnerzy Mastercard uzyskają dostęp do tworzenia i bezpiecznego skalowania nowych rozwiązań.

Ken Moore, wiceprezes wykonawczy i szef Mastercard Labs komentuje współpracę, która jego zdaniem wzmocni i rozszerzy usługi i możliwości w chmurze klientów i partnerów fintechowych, pobudzając innowacje i kreatywność całego ekosystemu. Pozwoli to zbadać możliwość skoncentrowania się na nowych segmentach klientów, technologiach i trendach, w miarę zwiększania integracji finansowej i przyszłość handlu.

Według Kuby Lebudy, Dyrektora Zarządzającego Clipatize, agencji contentowo-digitalowej dla segmentu b2b i high-tech, współpraca Microsoft z Mastercard jest jasnym sygnałem, że retail, a szczególnie jego online-owa cześć będzie bardzo dynamicznie się zmieniać. Skala handlu detalicznego i rosnący udziału ecommerce jest na tyle duży, że gwarantuje ogromne zwroty z poniesionych inwestycji. Infrastruktura technologiczna, którą opracowują operatorzy płatności, partnerzy logistyczni i dostawcy oprogramowania oraz rozwiązań obliczeniowych zdefiniują kształt ecommerce na najbliższe lata i będzie to środowisko oligopolistyczne – kilka globalnych gigantów będzie w posiadaniu 80-90% całego rynku. Pozostałe firmy mają szansę wdrażać pojedyncze innowacje (np. w obszarze fintech) lub działać jako operatorzy platform ecommerce.

Lebuda dodaje, że trwająca już transformacja ecommerce będzie realizowana na kilku płaszczyznach, w tym:

  • W obszarze doświadczeń związanych z interakcją z ofertą – znane dotychczas efekty ROPO/REVERSE ROPO (research online, purchase offline; research offline, purchase online) prawdopodobnie zostaną ograniczone – retail przeniesie się jeszcze bardziej w stronę ecommerce i operatorzy sklepów będą musieli wdrażać rozwiązania lepiej przybliżające oferowane produkty w kanale cyfrowym, bo konsumenci mniej chętnie będą odwiedzać galerie handlowe i inne sklepy stacjonarne. Będzie to wymagać wdrożenia rozwiązań, które będą generować wyższe zaangażowanie klientów online (z ang. immersive). Możliwe, że rozwiązania te wykorzystywać będą technologie AR/VR, chociaż nie jest to jeszcze przesądzone.
  • W obszarze doświadczeń w zakresie wygody check-outu, oraz dostawy i zwrotów – czyli praca nad skracaniem czasu dostawy, optymalizacji procesu zwrotów, gwarantowanie higieny procesu zwrotu bez konieczności niszczenia produktów.
  • W obszarze dotarcia z ofertą i mechanizmami zakupowymi na platformy społecznościowe – w tym komunikacji i prezentacji oferty, umożliwienie prostego i krótkiego procesu zakupowego; rekomendacji właściwych odbiorcy produktów, dostosowania ich do przewidywanych oczekiwań klienta.
  • W obszarze włączania w kanał ecommerce grup niebędących digital native, w tym z pokolenia 50/60+ z wysoką siłą zakupową, ale niewielką intuicją digitalową.
  • W obszarze bezpieczeństwa danych (w tym finansowych) oraz prywatności kupującego.
  • W obszarze wyzwań stojących przed firmami odpowiedzialnymi społecznie oraz regulatorów rynku, których rolą będzie rozwój ecommerce przy rozsądnym ograniczeniu nadmiernej koncentracji kapitału (sytuacja oligopolu/monopolu) oraz niwelując przeszkody w dostępie do rynku dla mniejszych graczy – historia internetu pokazuje wszak, że nie zupełnie jest on spełnieniem marzeń o demokratyzacji świata i niwelowaniu nierówności społecznych.

Ostatnie zmiany zachowań konsumentów spowodowane COVID-19 zmierzają do cyfryzacji większości codziennych czynności. Jest to niewiarygodnie szybkie tempo rozwoju i zmian, które utrzymają się nawet po zakończeniu pandemii, ponieważ nawyki konsumentów ulegną trwałej transformacji.

Sprzedaż kwartalna InteliWISE zwiększyła się o 52 % w porównaniu do II kwartału 2019

0

O ponad 52% wzrosły przychody grupy kapitałowej InteliWISE w II kwartale bieżącego roku w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. Motorem napędowym sprzedaży czołowego polskiego dostawcy AI są nie tylko nowe zlecenia, ale także rosnące zamówienia na technologie spółki napływające od obecnych klientów. 

Przy przychodach ze sprzedaży na poziomie 1 427 tys. zł, grupa InteliWISE wypracowała w drugim kwartale bieżącego roku rekordowy zysk netto na poziomie 278 tys. zł.

– W obliczu epidemii wyraźnie wzrosło zapotrzebowanie na innowacyjne rozwiązania w zakresie komunikacji. Dlatego oczekiwaliśmy, że nasza działalność wypracuje rekordowe przychody. Co ważniejsze, odnotowanie wysokich wyników kwartalnych nie jest jednostkowym wydarzeniem wynikającym wyłącznie ze specyficznej sytuacji na rynku. Wpisuje się w ogólną tendencję wzrostową spółki – mówi Marcin Strzałkowski, CEO InteliWise. 

Rekordowe wyniki spółka wypracowała również na poziomie jednostkowym.  InteliWise S.A., warszawska spółka specjalizująca się w projektowaniu innowacyjnych voicebotów oraz chatbotów, zwiększyła przychody do 1 327 tys. zł, co daje wzrost o 67 % w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego roku.

Wynik jest zasługą zarówno rozszerzenia zakresu współpracy, jak i zwiększenia się zapotrzebowania na usługi wśród dotychczasowych klientów. Dotyczy to zarówno technologii automatycznych, wspierających pracę zespołów konsultantów i sprzedawców, jak i usług outsourcingu.

Narastająco, od początku roku, na poziomie grupy kapitałowej, InteliWISE wykazał ponad 41% dynamikę wzrostu, osiągając rekordowe przychody w historii firmy na poziomie 2 357 tys. zł. Na poziomie jednostkowym było to odpowiednio 48% i 1 188 tys. zł.

– Sądzimy, że Covid-19 to jedynie katalizator zmian dotyczących przyzwyczajeń klientów w kontaktach z infoliniami. Rosnąca liczba użytkowników on-line, zwłaszcza młodszych, rezygnuje z kontaktu telefonicznego na rzecz komunikacji poprzez aplikacje mobilne, głównie komunikatory jak Messenger czy whatsapp. Kiedy działania pracowników infolinii zostały utrudnione przez lockdown, nowoczesność naszych rozwiązań została dostrzeżona. – dodaje Strzałkowski.

Kolejnym motorem wzrostu jest branża e-commerce, która rośnie w tempie dwucyfrowym.  – Sklepy zwiększają wykorzystanie rozwiązań Inteliwise, gdyż pomagają im rozwiązywać codzienne, najbardziej czasochłonne problemy ich klientów online. Dotyczy to szczególnie rozwiązań omni-channel, czyli wielu kanałów kontaktu. A że ecommerce rośnie w tempie co najmniej dwucyfrowym, oferta InteliWISE jest coraz bardziej zauważalna -dodaje Strzałkowski.

Perspektywy branży zostały dostrzeżone również przez inwestorów. – Od dłuższego czasu obroty akcjami spółki wyraźnie rosną, co przekłada się na jej wycenę. W porównaniu z „konkurencją”, która notuje podobne lub niższe wyniki, mamy wciąż bardzo duży potencjał wzrostu. InteliWISE będzie zyskiwać na rosnącym rynku rozwiązań opartych na AI i automatyzacji dla firm. Połączenie w 100% własnej, opatentowanej w USA technologii AI wraz z produktami Omni-channel daje potężny potencjał do globalnego rozwoju. zauważa

Jak podaje globalna firma doradcza McKinsey, rynek rozwiązań inteligentnych (AI) dla firm wyniesie od 3,5 – 5,8 biliona USD, i w potężnym stopniu zmieni technologie wspierające Sprzedaż, Obsługę Klienta i Marketing.

Skutki pandemii: Polacy mniej wydadzą na tegoroczne wyprawki szkolne, głównie przez ostrożność

Niemal czterech na dziesięciu rodziców uważa, że pandemia i jej skutki w żaden sposób nie wpływają na ich wydatki związane z wyprawkami szkolnymi. Prawie co trzeci ankietowany przeznaczy na takie zakupy mniej pieniędzy niż w ubiegłym roku. Blisko połowa z tej ostatniej grupy respondentów zrobi to raczej z ostrożności. Natomiast wśród osób, które zamierzają wydać więcej niż poprzednio, przeważa pogląd o większych potrzebach dziecka. Niemal 40% badanych wskazuje, że na wyprawkę dla jednego ucznia przeznaczy średnio od 300 do 500 zł. Takie wnioski płyną z ogólnopolskiego badania UCE RESEARCH i Grupy BLIX.

39,3% ankietowanych zaznaczyło, że pandemia i jej skutki nie mają dla nich żadnego znaczenia w kwestii wydatków na wyprawkę szkolną. 22,3% respondentów przyznało, że przeznaczy na ten cel raczej mniej pieniędzy niż rok temu, a 9,2% – zdecydowanie mniej. Z kolei 6,5% badanych zadeklarowało wydatki raczej większe, a 1,8% – zdecydowanie większe. Natomiast 20,8% osób nie ma wyrobionego zdania na ten temat.

– W niepewnych czasach Polacy nie zamierzają przeznaczać więcej pieniędzy na wyprawki szkolne niż to potrzebne. 2/3 badanych opowiedziało się za tym, że wpływ pandemii względem zakupów dla dzieci w nowym roku szkolnym nie ma dla nich większego znaczenia. Jednak blisko 1/3 chce zredukować swoje wydatki w tym zakresie. Można więc założyć, że są to osoby, których sytuacja finansowa uległa pogorszeniu lub tego spodziewają się w najbliższym czasie – komentuje Tomasz Jabłoński, prezes Grupy BLIX.

Jak zaznacza dr Andrzej Maria Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, te odpowiedzi pokazują, że ludzie mają coraz mniej pieniędzy. Czują się zagrożeni, że spadną ich dochody ze względu na utratę pracy czy gorsze warunki zatrudnienia w małych firmach. W związku z tym będą redukować zakupy. Z kolei według Marcina Lenkiewicza, wiceprezesa Grupy BLIX, spora część Polaków może jeszcze nie odczuwać pogorszenia sytuacji finansowej. Ekspert zwraca też uwagę na naukę zdalną w minionym roku szkolnym. Wówczas rodzice nie musieli wydawać większych środków na materiały szkolne. Część tych przyborów zapewne będzie wykorzystywana od września.

– Jest szerokie spektrum czynników, które mogą oddziaływać w kierunku obniżenia lub podwyższenia kosztów wyprawki. Mamy dosyć wyraźną inflację, co powoduje, że ceny tych produktów również rosną. To na pewno przełoży się na wydatki rodziców. W poprzednich latach zdarzało się, że nauczyciele przekazywali już w czerwcu listę potrzebnych rzeczy. Teraz to wszystko się przesunęło, bo np. wyniki rekrutacji do szkół ponadpodstawowych były prawie w połowie sierpnia – mówi Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.

Respondenci też wyjaśniali, dlaczego zamierzają wydać mniej środków niż w ubiegłym roku. 44,7% z nich zrobi to raczej z ostrożności, a 28,1% – ze względu na mniejsze potrzeby dziecka. Z kolei 22,6% badanych stwierdziło, że ogólnie ma mniej pieniędzy. Jak zaznacza Tomasz Jabłoński, obawy o przyszłą sytuację finansową są stymulowane doniesieniami o kolejnym uderzeniu wirusa, tym razem na jesieni. A powrót fali zachorowań bezwzględnie będzie mieć wpływ na przedsiębiorców, którzy jeszcze nie otrząsnęli się po wiosennym lockdownie.

– Ludzie zakładają, że nauka będzie prowadzona na odległość, przez Internet. Uważają więc, że potrzeby zmaleją, bo zawsze w domu już coś jest. Moim zdaniem, to jednak mało wiarygodne. Gdyby dokładnie dopytać respondentów, co mają na myśli, to sądzę, że 80% z nich nie umiałoby odpowiedzieć. A jeżeli dziecko chce się normalnie uczyć, to musi mieć wszystko, co jest mu potrzebne. Pewne wydatki są nieuniknione – dodaje dr Faliński.

Respondenci, którzy zamierzają wydać więcej, również przedstawili swoje argumenty. 53,8% osób z tej grupy stwierdziło, że dziecko ma większe potrzeby. Natomiast 46,2% wskazało, że ogólnie wszystko jest droższe i stąd taka decyzja. Jak zaznacza dr Faliński, jedno wskazanie drugiego nie wyklucza. W związku z załamaniem się sytuacji importowo-eksportowej zdrożało wyposażenie szkolne.

– Można powiedzieć, że te dane pokazują dwie grupy klientów. Pierwsza z nich uzasadnia wyższe wydatki większymi potrzebami dziecka niezależnie od sytuacji finansowej. Druga dostrzega w większej mierze zjawisko inflacji, kupując taką samą wyprawkę co roku. Argumenty jednej i drugiej strony są uzasadnione i zależą od indywidualnej interpretacji rodziców – analizuje Marcin Lenkiewicz.

Ankieterzy zapytali też o planowane wydatki na wyprawkę szkolną dla jednego dziecka. 38,3% badanych podało 300-500 zł, 29,9% – poniżej 300 zł, a 20,6% ankietowanych jeszcze tego nie wiedziało. Z kolei 7,8% respondentów wskazało 500-700 zł, 2,4% – 700-900 zł, natomiast 0,9% – 900-1000 zł. Zdaniem dr. Falińskiego, to jest odwzorowanie struktury zamożności naszego społeczeństwa. I widać, że Polacy deklarują mniejsze kwoty niż wydali w poprzednich latach.

–  CBOS podał, że w 2018 roku średni koszt wyprawki szkolnej wyniósł ponad 1050 zł. Widać więc, że 300 zł z programu „Dobry Start” nie wystarcza na pokrycie wydatków. Ale jest to kwota wspierająca budżet domowy. Na pewno rodzice inaczej planują zakupy niż wcześniej. Zakładam, że ograniczą wybrane wydatki. Przykładowo plecak może kosztować kilkadziesiąt, ale też kilkaset złotych. A dziś nie ma pewności, czy dziecko fizycznie będzie uczęszczało do szkoły. Jednak konieczne może być doposażenie w sprzęty elektroniczne. Bo zakładam, że nauka zdalna będzie prowadzona w przypadku wykrycia zachorowań – mówi główna ekonomistka z Banku Pocztowego.

Z kolei Tomasz Jabłoński przywołuje dodatkowo raport firmy audytorsko-doradczej Deloitte. Z niego wynika, że w 2019 roku rodzic z jednym dzieckiem musiał wydać średnio niecałe 1400 zł. Ekspert podkreśla, że w obecnym badaniu blisko 70% osób nie zamierza przekroczyć wydatków na poziomie 500 zł. Należałoby więc doprecyzować, co przez Polaków jest rozumiane jako wyprawka szkolna. Ponadto ankieta została przeprowadzona przed podjęciem decyzji przez MEN ws. powrotu do szkół od września.

– W tym momencie trudno jeszcze określić, ile w sumie pieniędzy wydadzą Polacy na szkolne wyprawki. Natomiast na „Dobry Start” zarezerwowano 1,42 mld zł, w tym jest również koszt obsługi świadczenia przez urzędy. Myślę, że ta kwota w skali całego kraju zostanie wykorzystana. Z pewnością rodzice dołożą do tego 300 zł z rządowego programu. Może się też okazać, że wyprawka, na którą Polacy chcą przeznaczyć 300-500 zł, będzie we wrześniu jednak droższa – podsumowuje Monika Kurtek.

Badanie zostało wykonane metodą CAWI przez UCE RESEARCH i Grupę BLIX w pierwszym tygodniu sierpnia br. W ogólnopolskiej ankiecie wzięło udział 1002 rodziców planujących zakupy związane z powrotem do szkoły dzieci w wieku 6-19 lat.

Passus z 379 tys. zł zysku netto w I poł. 2020 r.

0

Passus S.A., notowany na NewConnect producent i integrator specjalistycznych rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa oraz wydajności sieci i aplikacji, podsumowuje I półrocze 2020 r. W minionym okresie spółka wypracowała 1,63 mln zł EBITDA, przy przychodach 14,14 mln zł (+116 proc. rdr.). Passus konsekwentnie realizuje strategię rozwoju własnych rozwiązań, w szczególności oprogramowania APN/NPM. Spółka pracuje również nad umocnieniem pozycji sprzedażowej na rynkach Europy Zachodniej.

Grupę Kapitałową Passus S.A. tworzą spółki Passus (APM/NPM, cyberbezpieczeństwo), Chaos Gears (technologie cloudowe), AISecurity (cyberbezpieczeństwo) i WiseNet (cyberbezpieczeństwo). Unikalne kompetencje poszczególnych spółek pozwalają dostarczać klientom sprofilowany produkt spełniający najwyższe standardy. Passus posiada liczne certyfikaty, które pozwalają realizować projekty dla służb mundurowych oraz strategicznych gałęzi przemysłu. Z usług grupy korzysta ponad to 300 największych polskich firm i instytucji, w tym ministerstwa, spółki paliwowe i energetyczne, banki i telekomy. Rozwiązania Passus pozwalają m.in. wcześnie wykryć i powiadomić o problemach związanych z wydajnością sieci i aplikacji oraz cyberzagrożeniach nie doprowadzając do eskalacji, której konsekwencją byłyby przestoje, zatory i tym samym koszty finansowe i niefinansowe.

Za nami udana I połowa 2020 r. Jesteśmy zadowoleni z osiągniętych wyników finansowych. Jednak z racji specyfiki naszej działalności i długoterminowych projektów, nasze rezultaty należy analizować w dłuższych okresach. W naszej ocenie bieżący rok będzie niezwykle ważny. Z jednej strony pandemia wymusiła i przyspieszyła przeniesienie się większości aktywności i operacji do sfery online, co oczywiście jest dla nas ogromną szansą. Z drugiej strony mamy z tyłu głowy ryzyka w postaci potencjalnego wstrzymania niektórych projektów. – komentuje Tadeusz Dudek, Prezes Zarządu Passus.

Z końcem lipca Passus zakończył prace badawczo – rozwojowe nad autorskim rozwiązaniem StressTester, które umożliwia automatyczne prowadzenie testów wydajności aplikacji w oparciu o rzeczywisty ruch sieciowy. Na rozwój tego projektu spółka pozyskała dotację z UE w wysokości ponad 3 mln zł. Wkrótce zostanie także zaprezentowana nowa wersja systemu FlowControl – narzędzia do monitorowania ruchu sieciowego i wykrywania ataków w oparciu powszechny, bezpłatny protokół NetFlow. Passus prowadzi także rozmowy z międzynarodowym dystrybutorem, w sprawie wprowadzenia produktów polskiej spółki na rynki niemiecki, austriacki i szwajcarski.

W przypadku StressTestera zaczynamy proces komercjalizacji, który potrwa ok. półtora roku. Projekt jest niezwykle ciekawy, w pionierski sposób połączyliśmy ideę testów syntetycznych i funkcjonalnych bez konieczności tworzenia scenariuszy testowych. System FlowControl został wzbogacany o nasze autorskie rozwiązanie do analizy ruchu sieciowego, które otwiera unikalne dla tej klasy rozwiązań możliwości. Warto zaznaczyć, że pracujemy wkrótce zaprezentujemy kolejny moduł umożliwiający monitorowanie chmury.. Dodatkowo przełomowym wydarzeniem będzie dla nas podpisanie umowy z międzynarodowym dystrybutorem na bardzo ciekawych i perspektywicznych rynkach DACH. – dodaje Tadeusz Dudek.

Dane UdSC: Obcokrajowcy nie wystraszyli się pandemii. Liczba legalnych cudzoziemców na lekkim plusie

Blisko 450 tys. cudzoziemców miało na początku lipca br. ważne zezwolenia na pobyt w Polsce. Jak wynika z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców, to o 9 tys. więcej w porównaniu ze stanem z 1 kwietnia. W tej grupie najliczniejsi pozostają obywatele Ukrainy, których liczba wzrosła z przeszło 227 tys. do ponad 236 tys. Biorąc pod uwagę statystyki z początku trzeciego kwartału tego roku, najwięcej cudzoziemców z ważnym zezwoleniem na pobyt było w województwie mazowieckim – niemal 120 tys. Z kolei najmniej przebywało w świętokrzyskim – niespełna 5 tys.

Według stanu z 1 lipca 2020 roku, ważne zezwolenia na pobyt w Polsce posiadało 449,7 tys. cudzoziemców. To o 9 tysięcy więcej niż 3 miesiące wcześniej, o czym informuje Jakub Dudziak, rzecznik prasowy Urzędu do Spraw Cudzoziemców. Natomiast w ciągu roku liczba takich osób wzrosła o 50 tys. Wówczas było ich 399,7 tysięcy, co z kolei oznacza przyrost o 16,7 tys. od 1 kwietnia 2019 roku.

– Od lat notujemy wzrost liczby cudzoziemców posiadających w Polsce ważne tytuły pobytowe, ale obecnie przyrost jest mniejszy. Ocena, czy wpływ na to ma pandemia koronawirusa, będzie możliwa, moim zdaniem, dopiero na podstawie statystyk z całego 2020 roku. Natomiast dane dotyczące ważnych tytułów pobytowych nie świadczą wprost o liczbie cudzoziemców przebywających w Polsce – komentuje Michał Wysłocki, ekspert BCC oraz dyrektor Działu Prawa Imigracyjnego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Jak stwierdza Kseniya Homel, ekspertka ds. migracji z Instytutu Spraw Publicznych, dane statystyczne UdSC nie odzwierciedlają pełnego obrazu procesów migracji. Nie wskazują też realnej liczby osób, które nie są obywatelami Polski, a tu zamieszkują. Nadal problemem pozostaje przewlekłość procedur. Czas oczekiwania na decyzje jeszcze przed pandemią znacząco przekraczał terminy wyznaczone ustawowo. Okresowe zawieszenie w marcu oraz zmiana formy obsługi osób w urzędach wojewódzkich jeszcze bardziej wydłuża okres procedur legalizacyjnych. Decyzje wydawane w 2020 roku są to wnioski złożone kilka miesięcy czy rok wcześniej.

– Na podstawie Tarczy Antykryzysowej przedłużone zostały wszystkie tytuły pobytowe cudzoziemców, w tym wizy i ruch bezwizowy, których ważność kończyła się w czasie epidemii. Z kolei terminy na złożenie wniosków o udzielenie zezwoleń pobytowych zostały przesunięte. Jest na to czas aż do 30. dnia następującego po dniu odwołania stanu zagrożenia epidemicznego lub epidemii – czyli tego, który będzie obowiązywał jako ostatni – dodaje ekspert BCC.

Na początku lipca br. najliczniejszą grupą cudzoziemców z ważnymi zezwoleniami na pobyt byli Ukraińcy – 236,5 tys. W ciągu trzech miesięcy ich liczba wzrosła o 9,2 tys. Dalej znaleźli się obywatele Białorusi – 27,9 tys. (w kwietniu br. – 27,1 tys.), Niemiec – 20,9 tys. (21,3 tys.), Rosji – 12,8 tys. (12,8 tys.) i Wietnamu – 11,6 tys. (11,9 tys.).  Dla porównania, od 1 kwietnia do 1 lipca ub.r. liczba Ukraińców wzrosła o 11,9 tys. (ze 186,7 tys. do 198,6 tys.), a Białorusinów – o 1,6 tys. (z 21,4 tys. do 23 tys.). W przypadku Niemców nie doszło do zmian (21,3 tys. w analizowanych okresach). Z kolei grupa Rosjan powiększyła się o 0,2 tys. (z 12 tys. do 12,2 tys.), a Wietnamczyków zmalała o 0,1 tys. (z 12,2 tys. do 12,1 tys.).

– Obywatele Ukrainy stanowią zdecydowanie najliczniejszą grupę migrantów i migrantek, zarówno pod kątem posiadania zezwolenia na pobyt, jak i pobytów krótkoterminowych. Według danych zeszłorocznych, wytworzyli oni 1% PKB. Polska jest nastawiona na migracje ekonomiczne, czyli uzupełnienie zasobów gospodarki oraz obecność migrantek i migrantów na rynku pracy. Przejawia się to nawet tym, że osobie posiadającej obywatelstwo kraju spoza UE łatwiej jest założyć działalność gospodarczą niż legalizować swój pobyt – mówi Kseniya Homel.

Jak zaznacza Michał Wysłocki, na liczbę ważnych zezwoleń pobytowych istotny wpływ ma sytuacja na rynku pracy. Decyzje obywateli poszczególnych państw ws. pobytu w Polsce zależą także od sytuacji politycznej i ekonomicznej w kraju ich pochodzenia. Niektórzy migranci zarobkowi decydowali się powracać, bo przed pandemią polepszyła się sytuacja w ich ojczyznach. Sam koronawirus także był powodem wyjazdu dużej liczby cudzoziemców z Polski, w szczególności Ukraińców.

– Od momentu zamknięcia granic do wprowadzenia ustawy antykryzysowej minęło kilka tygodni. W tym czasie osoby, których pobyt był w Polsce niepewny, zetknęły się z ryzykiem utraty podstawy legalnego przebywania na terenie RP. Dla nich oznaczało to popadnięcie w nielegalny pobyt. Z Polski mogło  wyjechać nawet 200 tys. ludzi. Wiemy to na podstawie danych ZUS-u. Instytucja ta uwzględnia umowy, od których odprowadza się składki, bez względu na podstawę pobytową – dodaje ekspertka z Instytutu Spraw Publicznych.

1 lipca br. najwięcej cudzoziemców z ważnym zezwoleniem na pobyt było w województwie mazowieckim – 119,9 tys. W porównaniu z początkiem drugiego kwartału br. ich liczba wzrosła o 1,5 tys. Następne było małopolskie – 51,5 tys. (w kwietniu br. – 48,5 tys.), wielkopolskie – 38,1 tys. (35,9 tys.), dolnośląskie – 36,2 tys. (35,9 tys.) oraz łódzkie – 27,7 tys. (27 tys.).

– Na liczbę wydawanych zezwoleń pobytowych w poszczególnych województwach wpływa przede wszystkim ilość pracy oferowanej cudzoziemcom. Dla przykładu, w woj. mazowieckim funkcjonują duże zakłady produkcyjne, magazyny, a w małopolskim – centra usług wspólnych międzynarodowych korporacji. I w tych regionach jest najwięcej zezwoleń pobytowych. One są bowiem udzielane przez wojewodę właściwego ze względu na miejsce zamieszkania danej osoby – wyjaśnia ekspert z Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Na początku trzeciego kwartału br. najmniej cudzoziemców z ważnym zezwoleniem na pobyt było w województwie świętokrzyskim – 4,8 tys. W ciągu trzech miesięcy liczba ta wzrosła o 0,1 tys. Dalej znalazły się woj. warmińsko-mazurskie – 7,8 tys. (w kwietniu br. – 7,8 tys.), podkarpackie – 9,2 tys. (9 tys.), opolskie – 10,9 tys.(11 tys.) oraz podlaskie – 11,5 tys. (11,2 tys.).

– Pandemia unaoczniła nieefektywność od lat stosowanych mechanizmów, w tym także w kontekście legalizacji pobytu oraz pracy migrantów i migrantek w Polsce. Świadczą o tym m.in. na bieżąco opracowywane rozwiązania Tarczy Antykryzysowej. Regres w gospodarce może zmienić np. zapotrzebowanie na pracę w poszczególnych sektorach. Pewnym „konkurentem” dla Polski stają Czechy i Niemcy. Pierwsze z tych państw zwiększyło roczny kontyngent dla pracowników i pracowniczek z Ukrainy. Natomiast w drugim od 1 marca br. weszły w życie przepisy ułatwiające dostęp do rynku pracy osobom z obywatelstwem spoza UE – podsumowuje ekspertka ds. migracji z ISP.

JR HOLDING ASI S.A. osiągnął ponad 403 mln zł zysku netto w 2 kw. 2020 r.

0

JR HOLDING ASI S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2012 r., wypracowała ponad 403,7 mln zł zysku netto w drugim kwartale 2020 r. Jest to najlepszy kwartalny wynik finansowy w wieloletniej historii Emitenta. 

Spółka zanotowała w 2 kw. 2020 r. zysk netto w wysokości 403,7 mln zł, co jest rekordowym wynikiem w całej jej historii. Przychody finansowe JR HOLDING ASI S.A. wyniosły w tym okresie ponad 498,6 mln zł i wynikały z przeszacowania posiadanych aktywów, znajdujących się w portfelu inwestycyjnym. Strategia rozwoju Emitenta na lata 2020-2022 przynosi oczekiwane rezultaty, czego potwierdzeniem są wypracowane wyniki finansowe. Zarząd Spółki jest niezwykle zadowolony z osiągniętych wyników i z dużym optymizmem podchodzi do kolejnych kwartałów. 

„Nasze wyniki finansowe w drugim kwartale 2020 r., a więc osiągnięcie ponad 403 mln zł zysku netto należy uznać za niesamowite osiągnięcie. Pokazaliśmy rynkowi, że potrafimy selekcjonować i dobierać spółki do portfela inwestycyjnego. To właśnie wzrost wartości spółek portfelowych i samego portfela pozwolił nam wypracować tak ogromny zysk. Mam nadzieję, że rynek doceni naszą pracę i jej rezultaty, co wpłynie pozytywnie na wycenę rynkową Spółki.” – wyjaśnia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING ASI S.A.   

Do portfela inwestycyjnego JR HOLDING ASI S.A. dołączyły w 2 kw. 2020 r. nowe, bardzo perspektywiczne podmioty m.in.: Helix Immuno-Oncology S.A., Digital Avenue S.A. czy GenXone S.A. Zaangażowanie w te projekty inwestycyjne jest zgodne z polityką inwestycyjną Spółki. Emitent cały czas poszukuje także nowych inwestycji, które będą spełniały jego kryteria inwestycyjne i prowadzi rozmowy w sprawie kolejnych przedsięwzięć biznesowych.

„Nasz portfel inwestycyjny jest konsekwentnie rozbudowywany o podmioty, które wpisują się w założenia strategii rozwoju i spełniają rygorystyczne kryteria inwestycyjne. Większość z naszych spółek portfelowych działa w branżach odpornych na skutki pandemii COVID-19, a wręcz można powiedzieć, że koronawirus powinien wpłynąć pozytywnie na rozwój ich biznesu. Uważam, że pojawianie się w naszym portfelu kolejnych podmiotów umożliwi nam utrzymanie pozytywnego trendu wzrostu aktywów i zysków w kolejnych kwartałach.” – zakończył January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING ASI S.A.

Zgodnie z opublikowanym w ostatnim czasie raportem miesięcznym w lipcu 2020 r. wartość portfela inwestycyjnego JR HOLDING ASI S.A. przekroczyła poziom 1 mld zł, osiągając na koniec miesiąca rekordową wartość, czyli niemal 1,3 mld zł. W samym lipcu br. aktywa Spółki powiększyły się o kwotę 561,4 mln zł. 

W najbliższym czasie Zarząd Spółki będzie chciał dokonać aktualizacji strategii rozwoju na lata 2020-2022, bowiem dynamiczny rozwój spółek z portfelowych oraz planowane nowe inwestycje znacząco wyprzedziły wartości zakładane w opublikowanej strategii. Jednocześnie Zarząd Spółki będzie rekomendował na najbliższym Zwyczajnym Walnym Zgromadzeniu rozpoczęcie prac nad przejściem Emitenta na rynek główny Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

JR HOLDING ASI S.A. przeprowadza obecnie rebranding Spółki i pracuje nad uruchomieniem nowego serwisu korporacyjnego. Podejmowane działania odzwierciedlają dynamiczny rozwój Emitenta i mają na celu przejrzyście pokazywać strukturę JR HOLDING ASI S.A. Spółka uruchomiła także nową podstronę – www.portfel.jrholding.pl, na której prezentowany jest aktualny portfel inwestycyjny wraz z wartością jej inwestycji oraz udziałem w poszczególnych spółkach wchodzących w jego skład. Wszystkie te działania mają za zadanie zwiększyć transparentność JR HOLDING ASI S.A. oraz poprawiać wizerunek Emitenta wśród inwestorów i uczestników rynku kapitałowego. 

Spółka wypracowała w 2019 r. ponad 165 mln zł zysku brutto, co jest rekordowym wynikiem w jej wieloletniej historii. W minionym roku JR HOLDING ASI S.A. została wpisana przez Komisję Nadzoru Finansowego do Rejestru Zarządzających Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi.

JR HOLDING ASI S.A. jest spółką inwestycyjną notowaną na rynku NewConnect od listopada 2012 r., która wygasza działalność w segmencie nieruchomości komercyjnych oraz zwiększa zaangażowanie w nowe projekty inwestycyjne. Spółka opublikowała w listopadzie ub. roku strategię rozwoju na lata 2020-2022, która przewiduje wyjście z segmentu nieruchomościowego i reinwestycję środków w nowe projekty inwestycyjne z obszaru odnawialnych źródeł energii, gier komputerowych oraz nowych technologii, zwłaszcza sztucznej inteligencji. Emitent planuje także przenieść notowania na rynek główny GPW w Warszawie. JR HOLDING ASI S.A. będzie prezentowała wartość portfela inwestycyjnego poprzez kwartalną aktualizację wyceny aktywów, w szczególności aktywów notowanych na giełdzie. Ambicją Zarządu Spółki jest osiągnięcie do końca 2022 r. aktywów o wartości 1 mld zł.

Ministerstwo Rolnictwa chce zwiększyć popyt na polską żywność. Od końca września łatwiej będzie rozpoznać w sklepie mięso krajowej produkcji

0

Ministerstwo Rolnictwa chce zwiększyć popyt na polską żywność. Od końca września łatwiej będzie rozpoznać w sklepie mięso krajowej produkcji 1

30 września wejdą w życie zmiany w rozporządzeniu sprzed trzech lat, nakazujące umieszczanie na mięsie sprzedawanym na wagę poza napisaną nazwą kraju pochodzenia także wizerunek flagi danego kraju. Ma to pozwolić konsumentowi na pierwszy rzut oka rozpoznać, skąd pochodzi produkt, i wybrać ten z Polski, jeśli jest to dla niego ważny czynnik. Przepis dotyczy mięsa świń, drobiu, kóz i owiec. To drugi po ziemniakach produkt objęty obowiązkiem flagowania.

Konsumenci coraz bardziej poszukują mięsa, co do którego pochodzenia mają pewność. Unia Europejska nie pozwala znakować niektórych produktów krajem pochodzenia, chociaż to się zmienia i coraz częściej ministrowie z różnych krajów też o tym mówią – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi. – My nie wstydzimy się naszej żywności, chcemy, żeby ona była na rynku polskim rozpoznawana, choćby przez jednoznaczne oznaczenie. Dlatego w tych obszarach, w których Unia nie zabrania, wprowadzamy oznaczenie biało-czerwoną chorągiewką. Nie decydujemy za konsumentów, mamy absolutnie otwarty wolny rynek, każdy sam decyduje, co chce kupić, ale niech kupuje świadomie.

Na razie wymogiem oznaczania flagą kraju pochodzenia objęte są ziemniaki. Początkowo rozporządzenie to dotyczyło wyłącznie warzyw sprzedawanych luzem, w maju ubiegłego roku objęło również konfekcjonowane, z tym że te, które zostały zapakowane przed wejściem w życie rozporządzenia, mogły być obecne na rynku w dotychczasowej formie do końca ubiegłego roku. Teraz producenci mięsa (a bardziej detaliści) dostali 90 dni na dostosowanie oznaczenia do nowych wymogów. Jesteśmy na półmetku tego okresu.

Średnio konsument w Polsce zjada rocznie ok. 40 kilogramów wieprzowiny, około 30 kilogramów drobiu i 2–3 kg wołowiny. Gdy nastąpił lockdown, w kłopocie znaleźli się eksporterzy: połowa polskiego drobiu i 90 proc. wołowiny (której rozporządzenie zresztą nie dotyczy) produkowane są na rynki zagraniczne. Producenci wieprzowiny narzekali za to na spadek cen żywca i mięsa z powodu nadprodukcji w USA i zamknięcia segmentu HoReCa, który do dziś nie powrócił do skali działalności z analogicznych okresów ubiegłych lat. Jednak Polacy chętniej zaczęli deklarować zakupy produktów lokalnych: według Nielsena aż co czwarty uważa, że kupuje ich więcej niż przed pandemią.

– My bardzo świadomie zachęcamy Polaków do kupowania produktów polskich. „Kupuj świadomie – Produkt polski” to akcja, którą prowadzimy od wielu tygodni z różnymi partnerami. Są w nią zaangażowane spółki kolejowe i autobusowe, Poczta Polska, bardzo wielu znanych ludzi, którzy również sami się zgłaszają, żeby promować polskie produkty – przekonuje minister rolnictwa. – Chcemy, żeby zwiększyło się zapotrzebowanie na polską produkcję żywnościową. Oczywiście zabiegamy o eksport, to jest jeden z naszych celów, ponieważ produkujemy więcej żywności, niż Polacy są w stanie zjeść. Ale chcielibyśmy, żeby żywność podstawowa na naszych stołach pochodziła od polskich rolników.

Minister zastrzega przy tym, że promowanie polskiej żywności nie oznacza namawiania do rezygnacji z produktów, których w Polsce wyhodować się nie da z uwagi na klimat, takich jak oliwki, pomarańcze czy inne cytrusy. Zachęca natomiast do wybierania polskich produktów w tych kategoriach, w których polscy rolnicy czy hodowcy je produkują, a do takich niewątpliwie należą ziemniaki czy mięso. Zwłaszcza że – jak przekonuje szef resortu rolnictwa – jest ono bardzo dobrej jakości i oferowane po rozsądnych cenach.

Jednocześnie w ten sposób dochody mają polscy rolnicy, powstają miejsca pracy, są podatki przeznaczane na wielkie programy społeczne – argumentuje Jan Krzysztof Ardanowski. – Jeżeli ktoś korzysta z programu 500+, dodatkowej emerytury, bezpłatnych leków dla ludzi powyżej 75. roku życia, ze wsparcia dla dzieciaków idących do szkoły, wyprawki czy dodatkowych świadczeń dla wielodzietnych mam, to musi wiedzieć, że te pieniądze pochodzą z tego, co w gospodarce funkcjonuje. I powinny być wydawane w pierwszej kolejności na polskie produkty, bo one wracają w części jako zasilenie podatkowe przeznaczane na te cele społeczne.

Polski rynek odnotował rekordowy wzrost zainteresowania webinarami. Aktywność w tym obszarze wzrosła 12-krotnie

O ponad 1100 proc. wzrosła aktywność webinarowa w Polsce w ciągu dwóch miesięcy pandemii – wynika z badań ClickMeeting. To największy wzrost wśród badanych krajów. Dla przykładu w Niemczech było to 519 proc., w Grecji – 868 proc., a w USA – tylko 39 proc. Organizacja tego typu wydarzeń online stała się dla wielu firm głównym narzędziem zarobkowym. Eksperci prognozują, że nawet po ustaniu pandemii platformy webinarowe będą chętnie wykorzystywane przez firmy i szkoleniowców.

– Wszyscy zadają nam pytanie, czy ten trend utrzyma się po pandemii. Nasza jednoznaczna odpowiedź brzmi: tak. Spodziewamy się, że będzie to formuła hybrydowa, zwłaszcza w konferencjach, ponieważ okazało się, że dużo zalet płynie z korzystania z online’owych platform i narzędzi. Zapytaliśmy w naszym raporcie, co sądzą na ten temat ankietowani,  i okazało się, że aż 80 proc. osób dalej będzie korzystać z tego typu rozwiązań – mówi agencji Newseria Biznes Martyna Grzegorczyk, communications and outreach manager w ClickMeeting.

Tylko 3 proc. badanych przez ClickMeeting stwierdziło, że nie chce już prowadzić tego typu wydarzeń, a 17 proc. wstrzymało się od jasnej deklaracji.

Przed pandemią najbardziej aktywnymi krajami w organizacji wydarzeń online były Stany Zjednoczone i Rosja. Pandemia zmieniła wszystko i obecnie na pierwszych miejscach wśród krajów, które mają bardzo duży wzrost w wykorzystaniu narzędzi webinarowych, są państwa europejskie.

– Do najbardziej aktywnych należą: Grecja, Niemcy, Francja, Hiszpania, Portugalia, a najbardziej dynamiczny przyrost odnotowano w Polsce – aż 1157 proc. wzrostu w wykorzystaniu narzędzi online do webinarów i konferencji – uściśla ekspertka ClickMeeting.

W Niemczech wzrost ten wyniósł 519 proc., w Grecji 868 proc., a we Francji 423 proc.

Tylko w marcu globalna liczba webinarów zorganizowanych na ClickMeeting wyniosła prawie 250 tys., a liczba uczestników przekroczyła 3,2 mln. Dla porównania w marcu 2019 roku na webinarach gościło ponad 870 tys. osób.

Liczba organizowanych webinarów i konferencji online na skutek obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa wzrosła czterokrotnie. W marcu tego roku odbywało się prawie 8 tys. wydarzeń dziennie, a w tym samym miesiącu ubiegłego roku było to tylko 2 tys. – dodaje Martyna Grzegorczyk.

Istotny wzrost – o blisko 550 proc. – odnotowały płatne webinary, które sprawdzają się jako metoda na prowadzenie komercyjnych szkoleń i kursów online. Największy przychód z płatnego webinaru na platformie przekroczył 18 tys. dolarów. Dzięki temu webinary zyskały na popularności jako narzędzie zarobkowe. 12 proc. badanych firm potwierdza, że jest to ich główne źródło dochodu, a kolejne 32 proc. przyznaje, że zapewnia sobie w ten sposób dodatkowe źródło utrzymania

 Co ciekawe, wykorzystanie narzędzi online dotyczy także certyfikowanych szkoleń, kiedy z uwagi na obostrzenia sanitarne spotkania w dużej grupie są niemożliwe. A przy tym okazało się, że szkoleniowcem może być osoba, która znajduje się po drugiej stronie globu, wystarczy, że zasiądzie przed komputerem – mówi ekspertka ClickMeeting.

To pociągnęło za sobą także wzrost zainteresowania wystawianymi certyfikatami dla uczestników szkolenia czy kursu. W kwietniu br. wydano ich ponad 1,7 tys., a w ubiegłym roku było ich średnio 162 miesięcznie .

Respondenci deklarują, że obecnie wykorzystują webinary do wielu zadań. Przede wszystkim realizują w ten sposób cele szkoleniowe (39 proc.). Z możliwości organizowania płatnych kursów i szkoleń korzystają zarówno państwowe i prywatne szkoły oraz uczelnie, firmy szkoleniowe, jak również indywidualni nauczyciele i trenerzy. Poza szkoleniami firmy korzystają z webinarów podczas spotkań biznesowych i sesji z pracownikami (29 proc.) oraz pracują nad projektami w wieloosobowych zespołach (24 proc.).

Kto korzysta z narzędzi webinarowych? Na większą skalę zaczęli je stosować freelancerzy, małe i średnie przedsiębiorstwa, także duże korporacje, powyżej 200 osób – mówi Martyna Grzegorczyk. – Postanowiliśmy też zbadać szerzej branże, które z nich korzystają. Na prowadzeniu dalej jest edukacja, czyli szkoły i uniwersytety, które już wcześniej przodowały, a dołączyły do niej sektor IT, a także marketing i sprzedaż.

Z webinarów korzystają zarówno małe, jak i duże firmy. Prawie 19 proc. to freelancerzy, 15 proc. stanowią firmy do 10 osób, 23 proc. podmioty zatrudniające między 10 a 50 osób i kolejne 23 proc. – podmioty zatrudniające między 51 a 200 pracowników. Wśród największych firm i instytucji (powyżej 200 osób) niecałe 21 proc. deklaruje wykorzystanie webinarów.

10 mln zł na przyciągnięcie do kraju polskich naukowców z zagranicy. Mają pomóc w opracowaniu szczepionki na koronawirusa i walczyć ze skutkami pandemii

10 mln zł na przyciągnięcie do kraju polskich naukowców z zagranicy. Mają pomóc w opracowaniu szczepionki na koronawirusa i walczyć ze skutkami pandemii 2

Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej chce ściągnąć do kraju naukowców polskiego pochodzenia, którzy wyróżniają się dorobkiem naukowym i mogą pomóc w walce z koronawirusem oraz jego skutkami. Chodzi nie tylko o lekarzy czy biotechnologów, lecz również m.in. ekonomistów. Na ich przeprowadzkę do Polski, sfinansowanie wynagrodzeń i utworzenie dla nich zespołów badawczych przeznaczono 10 mln zł. Krajowe uczelnie i instytuty naukowo-badawcze, które planują zatrudnić naukowców z zagranicy, mogą starać się o te pieniądze jeszcze tylko do końca sierpnia.

Polskie Powroty 2020 edycja COVID-19 to powtórna w tym roku odsłona tego programu, stworzona specjalnie dla tych naukowców polskiego pochodzenia, którzy chcieliby wrócić do Polski i pomóc naszemu krajowi w walce ze skutkami pandemii – mówi agencji Newseria Biznes dr Grażyna Żebrowska, dyrektor Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej. – W ramach tego programu możemy finansować badania związane ze szczepionką i lekarstwami, które mogłyby pomóc chorym na koronawirusa, a także na badania epidemiologiczne czy inne związane ze zwalczaniem skutków pandemii.

Nowa edycja wystartowała w połowie lipca. Budżet na jej realizację, którym dysponuje NAWA, sięga 10 mln zł. Celem jest umożliwienie wyróżniającym się polskim naukowcom powrotu do kraju i podjęcie zatrudnienia na polskich uczelniach i w instytutach naukowo-badawczych. Program ma stworzyć im optymalne warunki do prowadzenia w Polsce prac rozwojowych i badań na światowym poziomie.

– Program jest przeznaczony głównie dla naukowców, którzy reprezentują szeroko pojęte nauki biomedyczne: lekarzy, farmaceutów, biologów molekularnych, czyli takich specjalistów, którzy mogliby nam pomóc w walce z pandemią. Dedykujemy go też przedstawicielom nauk społecznych i ekonomicznych, którzy mogliby nam pomóc w walce z jej niekorzystnymi efektami – mówi dr Grażyna Żebrowska.

W ramach naboru, który NAWA ogłosiła w połowie lipca, o granty w programie mogą starać się polskie uczelnie i instytuty naukowo-badawcze, które planują zatrudnić naukowców powracających do kraju. Nabór wniosków potrwa do 31 sierpnia br.

– Warunki finansowe są atrakcyjne, biorąc pod uwagę, że uczelnie również ze swojej strony mogą dołożyć dodatkowe benefity dla osób, które warto zachęcić do powrotu do naszego kraju. Jest to program konkurencyjny w stosunku do tych oferowanych przez inne kraje – mówi dyrektor NAWA.

Środki pozyskane w programie Polskie Powroty instytucje mogą przeznaczyć na przesiedlenie naukowca do Polski (wraz z osobami, które pozostają z nim we wspólnym gospodarstwie domowym), opłacenie jego wynagrodzenia, adaptację miejsca pracy oraz stworzenie dla niego zespołu badawczego.

– Warunki finansowe programu są podobne do tych, które obowiązywały w poprzedniej edycji Polskich Powrotów. W tej edycji zamierzamy przeznaczyć na niego ok. 10 mln zł – wyjaśnia dr Grażyna Żebrowska.

Jeden projekt (trwający od 36 do 48 miesięcy) może uzyskać finansowanie w wysokości maksimum 2,27 mln zł, jeśli nie obejmuje komponentu badawczego. Jeśli taki komponent zawiera, wtedy dofinansowanie z NAWA jest nieco niższe (2,22 mln zł), a 200 tys. zł  pochodzi ze środków Narodowego Centrum Nauki.

Oprócz dodatkowego wsparcia w walce z pandemią program Polskie Powroty ma też przynieść wartość dodaną krajowym uczelniom i instytutom naukowo-badawczym. Sprowadzając do kraju wyróżniających się polskich naukowców, instytucje te zyskają możliwość współpracy ze specjalistami, którzy mają międzynarodowe doświadczenie i wiedzę z zakresu najnowszych trendów badawczych.

Spodziewamy się, że dzięki temu programowi do Polski trafią osoby o dużym dorobku i potencjale naukowym. Zasilą oni nasze uczelnie, instytucje badawcze i będą mogły stworzyć własne programy badawcze na rzecz walki z pandemią. Zakładamy też, że ich wysiłek i praca w Polsce mogą przyczynić się do znalezienia szczepionki czy lekarstwa na COVID-19 oraz pomóc w przewidywaniach, jak ta pandemia może się w kraju rozwijać i jak można walczyć z jej skutkami. Spodziewamy się spektakularnych efektów, bo i kwota na poszczególnych stypendystów jest dość wysoka – zapewnia dyrektor NAWA..

Rośnie popyt na małe mieszkania z balkonem lub ogródkiem. Pandemia koronawirusa zmienia preferencje Polaków dotyczące wynajmu

Około 15 proc. Polaków mieszka w wynajmowanym mieszkaniu, z czego 5 proc. płaci czynsz rynkowy. To niewiele w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, gdzie z wynajmu mieszkania korzysta około 40–45 proc. społeczeństwa. Jak podkreśla Sławomir Imianowski z Resi4Rent, w Polsce wciąż preferowany jest zakup mieszkania na własność, ale coraz więcej młodych ludzi dostrzega zalety wynajmu. Tym bardziej że spowodowany pandemią kryzys zwiększył w społeczeństwie poziom niepewności finansowej. W ostatnich miesiącach chętni na najem szukają lokali z balkonem i ogródkiem, które zostały szczególnie docenione w okresie izolacji.

Obecnie największym zainteresowaniem wynajmujących cieszą się mieszkania najmniejsze, 25-metrowe, jednopokojowe oraz dwupokojowe o powierzchni około 30 mkw., optymalne dla jednej lub dwóch osób – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Imianowski, prezes zarządu Resi4Rent. – W dobie COVID-19 zwiększyło się zapotrzebowanie na mieszkania z balkonami lub ogródkami, co ma rekompensować ewentualne niedogodności związane z izolacją domową.

Z badań przeprowadzonych przez JLL we współpracy ze Stowarzyszeniem Mieszkanicznik wynika, że już w poprzednich latach na rynku najmu funkcjonowały głównie mieszkania małe: 70 proc. lokali znajdujących się w zasobie osób ankietowanych stanowiły kawalerki i mieszkania dwupokojowe. 14 proc. mieszkań ma mniej niż 20 mkw., a ponad 40 proc. – między 21 a 40 mkw. Większe mieszkania są często wynajmowane kilku osobom, z których każda zajmuje osobny pokój. To rozwiązanie jest szczególnie popularne wśród studentów. Badanie ujawniło również, że liczną grupą wśród osób korzystających z najmu mieszkań w Polsce są obcokrajowcy, głównie spoza Unii Europejskiej.

Szacujemy, że podaż mieszkań w Warszawie kształtuje się na poziomie 150 tys., w innych miastach, takich jak Wrocław, jest to ok. 55 tys. Obecnie jednak nikt nie jest w stanie ocenić, ile mieszkań jest oferowanych na rynku wynajmu – dodaje ekspert. – Nasze badania wskazują, że część lokali funkcjonuje w tzw. szarej strefie – mieszkania są wynajmowane, ale nie jest to rejestrowane.

Badania JLL przeprowadzone przed pandemią wskazują, że zasoby na rynku są dobrze dopasowane do potrzeb wynajmujących. 95 proc. właścicieli mieszkań twierdziło, że jest w stanie znaleźć najemcę w ciągu miesiąca (w tym 42 proc. nawet w trakcie tygodnia).

– W Niemczech około 50 proc. społeczeństwa mieszka w mieszkaniach wynajmowanych i tam ten rynek jest bardzo sprofesjonalizowany. W Danii to około 40 proc. społeczeństwa. Generalnie, jeśli popatrzymy na Europę Zachodnią, to jest około 40–45 proc. W Polsce to ok. 15 proc. – mówi Sławomir Imianowski.

Te dane, wynikające z analiz Eurostatu, pokazują, że Polska pod tym względem znajduje się na szóstym miejscu od końca w UE. To pokazuje duży potencjał rynku najmu. Jak podkreśla prezes Resi4Rent, zainteresowanie wynajmem mieszkań wśród Polaków będzie rosło z uwagi na zwiększone wymagania banków przy udzielaniu kredytów hipotecznych.

– Z jednej strony banki bardziej restrykcyjnie podchodzą do kredytowania zakupu nieruchomości, wymagają większego wkładu własnego, co może być kłopotem dla wielu osób. Z drugiej strony z uwagi na kryzys wywołany koronawirusem wielu Polaków znalazło się w niepewnej sytuacji finansowej i wstrzymuje się z zaciąganiem wieloletnich zobowiązań. W związku z tym ludzie wolą wynajmować mieszkanie, zamiast obciążać się kredytem – wyjaśnia.

Widać to szczególnie wśród młodych ludzi.

Starsze pokolenia Polaków chcą raczej posiadać nieruchomość na własność, ale młodzi ludzie coraz mniejszą wagę przywiązują do własności. Wolą korzystać, dlatego dużym powodzeniem wśród młodych pokoleń cieszą się wszelkie subskrypcje dóbr i usług. Korzystają z nich tylko wtedy, kiedy są potrzebne – zauważa Sławomir Imianowski.

Kryzys wywołany pandemią koronawirusa nie będzie miał istotnego wpływu na czynsz najmu mieszkań. Możliwe są niewielkie spadki, choćby dlatego, że duża część mieszkań, które wcześniej funkcjonowały na rynku tzw. krótkoterminowego wynajmu, trafiły na rynek długoterminowego wynajmu.

Będzie to bardziej widoczne w średnim okresie, jednak w dłuższym okresie kryzys nie powinien mieć większego wpływu na ceny. Wysokość czynszu zależy od lokalizacji mieszkania, a te położone w dobrych lokalizacjach wciąż będą w cenie – zaznacza prezes Resi4Rent.

Urządzenia ubieralne to przyszłość medycyny. Zbierane w ten sposób dane mogą pomóc w leczeniu, lecz także są zagrożeniem dla prywatności

Miniaturyzacja technologii ułatwiła monitoring podstawowych czynności życiowych przy wykorzystaniu przystępnych urządzeń ubieralnych wykorzystywanych np. do fitnessu. Zegarki i opaski sportowe mogą jednak okazać się kluczowym elementem ewolucji branży medycznej, ułatwiając wykrycie nieprawidłowości w pracy organizmu w czasie pomiędzy wizytami u specjalisty. W gadżetach ubieralnych coraz częściej obok prostych krokomierzy montuje się oprzyrządowanie do pomiaru pojemności płuc czy proste kardiografy, które mogą przyspieszyć zidentyfikowanie wczesnych objawów chorób przewlekłych.

– Przyszłością medycyny będzie konglomerat różnych zjawisk, a jednym z nich są urządzenia, które nosimy na co dzień do kontrolowania aktywności fizycznej. Choć jest to zastosowanie niemedyczne, wyniki z takiego zegarka wpływają na to, jak podejmujemy decyzje terapeutyczne. Możemy ocenić, jak długo śpimy, jakie mamy fazy snu, chrapanie i bezdechy senne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Daniel Śliz, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.

W tym roku posiadacze zegarków fitnessowych od Apple wraz z aktualizacją systemu do watchOS 7 otrzymają dostęp do zintegrowanego monitora snu. I choć funkcja ta była dostępna w wielu konkurencyjnych zegarkach od dawna, dopiero jej debiut w ekosystemie Apple może spopularyzować ją na szeroką skalę, gdyż według najświeższego raportu Strategy Analytics udział urządzeń tej firmy w globalnym rynku smartwatchów wynosi aż 55 proc. Zegarki Apple zbiorą jednak wyłącznie podstawowe informacje na temat rutyny związanej z zasypianiem oraz liczby przespanych godzin każdego dnia.

Potencjał technologii biometrycznych docenił także Samsung, który w swoim najnowszym smartwatchu zamontował szereg rozwiązań stosowanych w typowych opaskach i zegarkach dla sportowców. Galaxy Watch 3 zmierzy nie tylko kroki, wyposażono go także w zintegrowany elektrokardiogram oraz systemy do pomiaru tętna oraz saturacji krwi tlenem.

– Wearable devices są coraz dostępniejsze, ale to nie są urządzenia medyczne. Te muszą być dokładniejsze, a przez to droższe, gdyż wykonane są z trwalszych materiałów, łatwych do dezynfekcji. Wyzwań przed medycznymi urządzeniami jest więcej niż przed tymi personalnymi. Ale dane pochodzące z wearable devices mogą wspomagać decyzyjność medyczną. To, że chodzenie nie jest lekarstwem wypisywanym w Polsce na receptę, wcale nie znaczy, że nie pytamy pacjenta o aktywność fizyczną, monitorowaną przez te urządzenia – zauważa ekspert

Zespół badaczy ze Stanford Medicine widzi w smartwatchach doskonałe narzędzie predykcyjne dla branży medycznej. Naukowcy we współpracy z firmami Fitbit oraz Scripps Research prowadzą prace nad rozwiązaniami, które pozwolą wykorzystać dane biometryczne gromadzone przez technologie ubieralne w celu analizy stanu zdrowia w czasie rzeczywistym. Nadrzędnym celem projektu jest opracowanie algorytmów, które rozpoznają objawy świadczące o osłabieniu organizmu, dzięki czemu będą mogły zasugerować unikanie potencjalnych ognisk wirusów, aby uniknąć infekcji.

O krok dalej poszedł zespół naukowców z NUS Electrical and Computer Engineering oraz NUS Institute for Health Innovation, którzy opracowali bezprzewodowy, podskórny czujnik biometryczny o wielkości nieprzekraczającej jednego milimetra. Badania laboratoryjne wykazały, że technologia tego typu może posłużyć do monitorowania oddechu bądź tętna wewnątrz organizmu, bez potrzeby zasilania czujników za pośrednictwem baterii.

– Jeśli mamy odpowiedzialnie korzystać z urządzeń medycznych, to muszą one z jednej strony zbierać informacje o zdrowiu, a z drugiej strony stanowić fundament bezpieczeństwa i anonimowości. Spójrzmy, jak COVID-19 zmienił postrzeganie bezpieczeństwa. W Korei Południowej w sposób świadomy wykorzystuje się dane ludzi, których do tej pory nie publikowano. Dane zebrane przez wearable devices będą miały ogromny wkład w medycynę, pytanie tylko, jak daleko zgodzimy się na deprywację naszej niezależności. Miałbym obawę, żeby wszczepić sobie chip, pomimo tego, że widzę w tym potencjalne korzyści. Świadomość, że ktoś może dysponować taką ilością agregowanych codziennie danych i może wyłączyć ten chip, trochę mnie przygniata – ocenia Daniel Śliz.

Według analityków z firmy Mordor Intelligence wartość globalnego rynku technologii ubieralnych w 2019 roku wyniosła 27,91 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 74 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 17,65 proc.

Inteligentne cegły potrafią magazynować energię. Ukryte w konstrukcji budynku mogą zasilać np. elementy smart home

Naukowcy z Uniwersytetu Waszyngtona w St. Louis przeprowadzili eksperymenty z wykorzystaniem cegieł budowlanych w roli nośnika i magazynu energii elektrycznej. Dzięki wykorzystaniu zjawiska polaryzacji udało się przepuścić przez nie prąd i zasilić niewielką diodę LED. Materiały tego typu mogą sprawdzić się do budowy inteligentnych domów wyposażonych w innowacyjne technologie do gromadzenia i przesyłania energii.

– Opracowaliśmy powłokę z przewodzącego polimeru PEDOT, która składa się z nanowłókien wnikających w wewnętrzną, porowatą sieć cegły. Powłoka polimerowa pozostaje wewnątrz cegły i służy jako gąbka jonowa, która przechowuje i przewodzi prąd – tłumaczy Julio D’Arcy, docent na Wydziale Chemii w Uniwersytecie Waszyngtona w St. Louis.

Wykorzystanie cegieł w roli nośnika energii pozwoli zmienić podejście do budowania ekologicznych, niskoemisyjnych domów. Choć ich stosunek masy całkowitej do maksymalnej pojemności nie jest tak korzystny jak w przypadku klasycznych baterii wykorzystywanych w przydomowych kolektorach słonecznych, pełnią podwójną funkcję – mogą sprawdzić się zarówno w roli konstrukcji nośnej, jak i wszechstronnego magazynu energii.

Baterie tego typu mają także znacznie mniejszy wpływ na środowisko naturalne, ulegają wolniejszej degradacji, a koszt ich wytworzenia będzie zauważalnie niższy niż typowych banków energii wykorzystywanych do przechowywania energii ze źródeł odnawialnych.

– Nasza metoda działa ze zwykłą cegłą lub cegłami pochodzącymi z recyklingu, możemy również wykonać własne cegły – wskazuje Julio D’Arcy.  – Praca, którą opublikowaliśmy w „Nature Communications”, opiera się na cegłach zakupionych w markecie po 65 centów.

Wstępne testy laboratoryjne wykazały, że „ceglane” baterie znacznie lepiej znoszą ekstremalne warunki atmosferyczne niż klasyczne ogniwa. Mogą pracować zarówno przy mrozie dochodzącym do -40 stopni Celsjusza, jak i w upalne lato, kiedy powietrze wokół budynku rozgrzewa się do 60 stopni Celsjusza. Ponadto wykazują pełną sprawność operacyjną po zanurzeniu w wodzie. Oznacza to, że sprawdzą się praktycznie na każdej szerokości geograficznej oraz w każdej strefie klimatycznej.

Za wykorzystaniem cegieł z powłoką PEDOT do zasilania ekologicznych domów przemawia także błyskawiczny czas ładowania. Badania laboratoryjne wykazały, że dziesięciosekundowa sesja ładowania pozwala zasilać oświetlenie LED przez 10 minut bez przerwy. Ogniwa tego typu można także bardzo łatwo rozbudowywać i tworzyć rozległe magazyny energii składające się z wielu ścian. Tym samym zeroemisyjne domy mogłyby przechowywać duże ilości energii elektrycznej bez konieczności budowania oddzielnych pomieszczeń na baterie, gdyż te byłyby ukryte w konstrukcji budynku.

– Cegły z powłoką PEDOT są idealnymi elementami budowlanymi, które mogą zapewnić zasilanie np. oświetlenia awaryjnego – przekonuje ekspert. – 50 naszych cegieł z ogniwami słonecznymi umożliwiłoby zasilanie oświetlenia awaryjnego przez pięć godzin.

Materiał tego typu ułatwiłby także projektowanie inteligentnych domów o wysokim stopniu wyspecjalizowania, w których montuje się wiele czujników czy kamer wymagających źródła zasilania. Dziś urządzenia tego typu podłącza się do gniazdka bądź zasila bateryjnie, a dzięki zastosowaniu cegieł z powłoką PEDOT energia mogłaby być pobierana bezpośrednio ze ściany budynku, bez konieczności instalowania skomplikowanego systemu kabli.

– Ceglana ściana służąca jako superkondensator może być ładowana setki tysięcy razy w ciągu godziny. Jeśli podłączy się ze sobą kilka cegieł, mogą w łatwy sposób zasilać np. czujniki półprzewodnikowe – wskazuje Julio D’Arcy.

Według firmy badawczej Market Research Future wartość globalnego rynku budownictwa zeroemisyjnego do 2025 roku wzrośnie do 22,66 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 12,66 proc. w skali roku.

Kredyt hipoteczny – najczęstsze fakty i mity

0

Kredyt hipoteczny to jedno z najczęściej zaciąganych zobowiązań finansowych przez Polaków. Decydują się na niego głównie osoby w wieku 25-35 lat, które w ten sposób realizują marzenie o posiadaniu własnych czterech kątów. Tylko w lipcu 2020 r. wnioskowało o niego łącznie 38,75 tys. klientów – wynika z danych BIK.  Kinga Burcan, partner zarządzający Trinity Finance prezentuje fakty i mity związane z ubieganiem się o kredyt hipoteczny.

Rok 2020 miał być rekordowy pod względem ilości udzielanych kredytów hipotecznych. Sytuację skomplikował jednak wybuch pandemii. Banki zaostrzyły kryteria przyznawania kredytów – wskazuje Kinga Burcan, partner zarządzający Trinity Finance. Obecnie widzimy jednak, że banki zaczynają łagodzić swoją politykę. W związku z tym klienci coraz częściej proszą nas o pomoc. Przychodzą oni nierzadko z pytaniami mającymi źródło w mitach dotyczących podejścia banków do potencjalnych kredytobiorców. Najczęstszy, który słyszymy to ten dotyczący wkładu własnego. Klienci myślą, że wymagany jest dużo wyższy wkład, tzn. min 30%, co nie jest do końca prawdą – dodaje.

  • FAKT: żeby ubiegać się o kredyt hipoteczny konieczna jest zdolność kredytowa

Bank wylicza zdolność kredytową biorąc pod uwagę nasze przychody, koszty życia i zobowiązania, oraz kilka innych czynników tak by ocenić, czy będziemy w stanie spłacić ratę. Banki mają własne podejście do szacowania zdolności kredytowej. Maksymalna kwota dostępnego finansowania pomiędzy bankami bywa bardzo różna. Oczywiście ten brak standardu nie jest przypadkiem – wynika to ze strategii przyjmowanych przez poszczególne instytucje, w tym tzw. apetytu na ryzyko, czyli skłonności do zwiększenia sprzedaży kosztem jakości portfela.

Generalnie przy założeniu, że potencjalnymi kredytobiorcami będą małżonkowie zarabiający łącznie ok. 8000 zł miesięcznie z tytułu dochodu z umowy o pracę, nie posiadający obecnie żadnych zobowiązań kredytowych, to dość liberalną politykę w tym zakresie ma ING Bank, BNP Paribas, Alior czy mBank.

  • MIT: w czasach pandemii banki nie udzielają kredytów osobom osiągającym dochód z działalności gospodarczej oraz osobom pracującym na umowie o dzieło lub umowie zlecenie

Obecnie, nawet w czasie pandemii, można uzyskać kredyt pracując w oparciu o umowę o dzieło lub zlecenie. Ważne jest, żeby to była jedna umowa, która ma ciągłość od minimum 2 lat. Banki bardziej restrykcyjnie podchodzą do klientów osiągających dochód z własnej działalności. Przejawia się to przede wszystkim w braku jego akceptacji, jeśli przychody uległy znaczącym wahaniom na przestrzeni ostatnich 2 lat.

Wykluczeniu – z uwagi na zbyt wysokie ryzyko – uległy natomiast wybrane sektory gospodarki, jak np. gastronomia, turystyka, hotelarstwo, lotnictwo. Warto jednak pamiętać, że banki coraz częściej łagodzą swoje przepisy.

  • FAKT: konieczne jest posiadanie własnych środków, aby uzyskać kredyt hipoteczny

W celu zaciągnięcia kredytu musimy posiadać własne środki finansowe, które będą wkładem w naszą przyszłą nieruchomość. Co ważne, aktualnie regulacje nie dopuszczają, aby stanowiły go środki pochodzące z kredytów lub pożyczek gotówkowych, gdyż zgodnie z ustawą muszą one być oszczędnościami potencjalnego nabywcy nieruchomości. Dopuszczalną przez ustawodawcę opcją zgromadzenia kwoty jest darowizna od najbliższej rodziny. Obecnie jedyną formą stanowiącą wkład własny, poza gotówką, może być działka budowlana, na której kredytobiorca chce wybudować nieruchomość.

  • MIT: konieczne jest posiadanie 30% albo nawet 50% wkładu własnego z uwagi na zaostrzone oceny scoringowe banków w czasie pandemii COVID-19

W chwili obecnej większość banków wymaga 20% wkładu własnego, tylko w szczególnych przypadkach – kalkulując podwyższone ryzyko – bank może wymagać większej sumy. Przed okresem pandemii było podobnie, ale pułap podstawowy zaczynał się od 10% wkładu. Dodatkowo, zarówno przed pandemią, jak i aktualnie, dzięki np. ubezpieczeniu niskiego wkładu, bank może go obniżyć. Obecnie 10% wkładu własnego utrzymany jest w mBanku, Alior Bank, Millennium i Santander Bank Polska – w tym przypadku jedynie dla klientów wewnętrznych.

  • FAKT: odmowa udzielenia kredytu w przypadku obniżenia dochodów

Niektóre banki, nawet po wstępnej, pozytywnej decyzji ponownie weryfikują historię wpływów wynagrodzenia kredytobiorcy pod kątem stabilności uzyskiwanych dochodów. Mogą one ją zmienić przed wydaniem decyzji ostatecznej, wcześniej mamy tzw. decyzję wstępną/warunkową. Tego typu sytuacje najczęściej zdarzają się w ING Banku Śląskim, który szczegółowo analizuje wnioski. Odmowę może dostać nawet wnioskodawca zatrudniony na umowę o pracę w branży, która nie jest tą typową dotkniętą skutkami pandemii.

MIT: nie można uzyskać kredytu, jeżeli umowa o pracę zawarta jest na czas określony

Często klienci rezygnują z planów kupienia mieszkania z uwagi na ten mit. Nie jest to jednak element przesądzający o odmowie otrzymania kredytu. Ważnym kryterium dodatkowym w takiej sytuacji jest kwestia, od kiedy i na jak długo umowa obowiązuje w momencie składania wniosku. Z reguły powinna ona być ważna co najmniej 6 miesięcy.

  • FAKT: powierzchnia nieruchomości ma znaczenie dla banku

Powierzchnia nieruchomości stanowiącej zabezpieczenie kredytu ma istotny wpływ na przyjętą przez bank wartość zabezpieczenia, a co za tym idzie wpływa ostatecznie na akceptowalny poziom wkładu własnego. Często, z uwagi na zbyt dużą powierzchnię, z punktu widzenia danego banku, określona nieruchomość nie może stanowić zabezpieczenia kredytu, bądź też powoduje konieczność wniesienia wyższego wkładu własnego niż standardowo wymagany w określonym banku. Z reguły może zaistnieć potrzeba wniesienia wyższego wkładu nawet o 10%. Oczywiście nie wszystkie banki mają takie obostrzenia, należą do nich np. ING Bank Śląski czy BNP Paribas Polska.

Nexera nowym członkiem Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji

0

Nexera, pierwszy w Polsce hurtowy operator telekomunikacyjny, została nowym członkiem Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Wraz z innymi zrzeszonymi firmami z sektora teleinformatycznego, będzie czynnie uczestniczyć w procesie cyfrowego rozwoju Polski. 

W maju br., decyzją Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, Nexera została prawnym członkiem organizacji, która skupia przedstawicieli branży teleinformatycznej, prowadzących działalność na terenie Polski. Celem zrzeszenia jest przede wszystkim tworzenie sprzyjających warunków dla rozwoju cyfrowego państwa oraz przemysłu informacyjno-komunikacyjnego.

Członkostwo w Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji daje możliwość bliższej współpracy z innymi uczestnikami rynku, którzy tak jak my, biorą czynny udział w procesie cyfryzacji Polski. Cieszymy się, że będziemy mogli działać pod wspólnym szyldem, co pozwoli na lepsze i sprawniejsze tworzenie warunków do rozwoju e-państwa. Jako operator światłowodowy, doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że kooperacja z innymi przedstawicielami branży teleinformatycznej, przyniesie wiele korzyści, nie tylko nam – firmom skupionym wokół Izby, ale również interesom państwa i jego obywateli – mówi Jacek Wiśniewski, Prezes Zarządu Nexery.

Serdecznie witamy Nexerę wśród członków Izby. Wierzymy, że jako firma posiadająca bogate doświadczenie na rynku teleinformatycznym, wesprze nasze inicjatywy sprzyjające postępowi informacyjnemu. Dziś stoimy przed wielkim wyzwaniem, jakim są zmiany na rynku spowodowane pojawieniem się koronawirusa. Zaangażowanie się kolejnego, znaczącego przedstawiciela sektora ICT w działania PIIT pozwoli nam jeszcze szybciej reagować na problemy, jakie mogą pojawić się podczas cyfrowej transformacji Polski – mówi Andrzej Dulka, Prezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.

Do głównych zadań Izby należy opiniowanie aktów prawnych, wydawanie stanowisk branży w istotnych sprawach dotyczących przemysłu teleinformatycznego, reprezentowanie interesów polskich firm na arenie europejskiej, a także inicjowanie projektów angażujących administrację publiczną oraz własnych przedsięwzięć. PIIT korzysta z wiedzy i doświadczenia firm z sektora informacyjno-komunikacyjnego, ścisła współpraca przedstawicieli branży zwiększa szansę na rozwój potencjału cyfrowego Polski.

Kuba Przygoński: W Polsce celem zawsze jest zwycięstwo

To będzie jeden z ważniejszych punktów moich przygotowań do Rajdu Dakar 2021. Kalendarz startów jest bardzo okrojony, więc wykorzystuję każdą możliwość do rywalizacji, a także chcę sprawdzić, gdzie są limity auta i zobaczyć, jak będzie się nim jechało w tak wymagającym terenie – mówi Kuba Przygoński, zawodnik Orlen Teamu i jeden z faworytów Wysoka Grzęda Baja Poland.

W tym roku przesiadłeś się do Hiluxa. Jak wrażenia zza kierownicy Toyoty?

To kompletnie inne auto od tego, którym jeździłem wcześniej. Samochód ma silnik wolnossący, więc inaczej się napędza. Ma przy tym niesamowity dźwięk. Prowadzi się bardzo dobrze, a specyfikację techniczną mam taką jak zawodnicy Toyota Gazoo Racing, więc jest to najszybsze auto z możliwych. Dla mnie najważniejsze jest, by pokonać nim jak największą liczbę kilometrów, żeby się w niego wjeździć i zrozumieć jego zachowanie w różnym terenie. W Katarze poznałem je po raz pierwszy na pustyni, w małym rajdzie Baja Szczecinek zebrałem kolejne doświadczenia, a teraz nie mogę się już doczekać Baja Poland, bo to super zawody w miejscu, które już trochę znam.

Wiesz już, jak wykorzystasz atuty nowego auta w Wysoka Grzęda Baja Poland?

Trasa jest mniej więcej w tym samym rejonie co w poprzednich latach, więc wiem, czego się spodziewać. Będzie dużo piasku i czołgowe drogi – to typ terenu, w którym samochody Toyoty się sprawdzają. Kluczowe będzie odpowiednie ustawienie zawieszenia, które decyduje o tym, jak szybko będziemy mogli jechać. Rajd będzie wymagający dla auta i dla silnika, bo cały czas jedzie się na dużym limicie. To dobry sprawdzian.

Z Twojego wieloletniego doświadczenia, który etap rajdu zdecyduje o zwycięstwie?

Najważniejsze są dwa odcinki specjalne na poligonie w Drawsku Pomorskim, gdzie jest 380 km ścigania. Tam trzeba pojechać perfekcyjnie, bo Krzysiek Hołowczyc zna dobrze ten teren i czuje się tam mocny. Nie można mieć tak naprawdę ani jednego błędu, nawet uszkodzić opony, bo to nie pozwoli na walkę o zwycięstwo. Pełny gaz od początku do końca i walka o każdą sekundę – trzeba po prostu wytrzymać to szaleńcze tempo.

Poligon Drawski jest dobrze znany z poprzednich edycji, ale zawsze uchodzi za wielkie wyzwanie. Dlaczego?

Fajne jest to, że wojsko pozwala nam ścigać się po tak świetnym terenie. Jeździ się tam niesamowicie. Do tego, to bardzo trudne miejsce dla aut, bo jest wiele piasku, nierówności i dziur, gdzie auto co chwilę podskakuje i poddawane jest dużym obciążeniom. Trasa jest dość szybka. W lesie jest dużo kałuż i błota, w które wpada się przy dużej prędkości, więc trzeba być czujnym. Trasa jest zawsze dobrze przygotowana i wygładzona pod kątem rajdówek, żeby dało się wykorzystać potencjał swojego auta.

Wysoka Grzęda Baja Poland będzie pierwszą rundą Pucharu Świata FIA po długiej przerwie. Spodziewana jest silna, międzynarodowa obsada.

Słyszałem, że kilku naprawdę mocnych zawodników, którzy wiedzą jak trzymać gaz, szykuje się do startu w Polsce. A to fajnie, bo już wszyscy nie mogą się doczekać tego ścigania. Na pewno będzie to okazja do porównania się z innymi czołowymi zawodnikami, co jest ważne dla mnie po zmianie auta. Przyjadą inni kierowcy z Toyota Gazoo Racing, więc nie będzie między nami różnic sprzętowych. Ja się na pewno będę czuł mocniej na tym terenie niż oni, więc to będzie mój atut.

Jaki masz cel przed rajdem?

W Polsce celem zawsze jest zwycięstwo. Chcę pojechać jak najlepiej. Ale ten rajd będzie jednym z ważniejszych punktów moich przygotowań do Rajdu Dakar 2021. Kalendarz startów jest bardzo okrojony, więc wykorzystuję każdą możliwość do rywalizacji, a także chcę sprawdzić, gdzie są limity auta i zobaczyć, jak będzie się nim jechało w tak wymagającym terenie.

Zarządzanie zdalnym zespołem rozproszonym

Jeszcze u ubiegłym roku praca zdalna traktowana była jako dodatek motywacyjny, który wydzielany był ostrożnie przez pracodawców. Po pierwsze, jako dodatek stanowił swego rodzaju „dobro luksusowe” – premię, która pozwalała wynagrodzić pracownika na przykład za dobre wyniki pracy lub za staż w danej organizacji. Po drugie, pracodawcy nie zawsze wierzyli pracownikom w ich dobre intencje, czy to związane z efektywnym zarządzaniem własnym czasem z domu, czy też obawiali się, że do poufnych danych firmowych mogą mieć dostęp osoby trzecie, które akurat przebywają z pracownikiem w miejscu, skąd pracuje.

Wiosna bieżącego roku diametralnie zmieniła podejście pracodawców do pracy zdalnej. W dobie COVID-19, kiedy zobligowani byliśmy do pozostawania w domach, alternatywą dla pracodawców było zawieszenie działalności, czego nikt nie chciał, jeśli tylko można było tego uniknąć. Stąd większość firm pracujących na co dzień z biura gorączkowo poszukiwała takich narzędzi technologicznych, które pozwoliłyby im kontynuować pracę w sposób możliwie najbardziej niekolizyjny.

Nowe wyzwania

Pierwszym wyzwaniem, z jakim musiało zmierzyć się wiele firm, był brak odpowiedniego wyposażenia pracowników. Hurtownie sprzętu komputerowego przeżywały oblężenie w marcu, kiedy praktycznie niemożliwe było zamówienie większej liczby laptopów, czego wynikiem był ogromny popyt i brak możliwości szybkiego importu z Chin – z kraju, który wówczas był w zasadzie odcięty od świata.

Kiedy jednak pokonano barierę sprzętu i w błyskawiczny sposób przeszkolono personel w zakresie tego, jak korzystać ze zdalnych zasobów, pojawiła się kwestia optymalnego zarządzania zdalnym zespołem. Do tej pory całkowita praca zdalna najczęściej wykorzystywana była przez osoby pracujące w wolnych zawodach, jak tłumacze czy programiści, którzy do swojej pracy nie potrzebują codziennego, fizycznego kontaktu z koleżankami i kolegami.

Bezpośredni kontakt

Inaczej sprawa wygląda w przypadku zespołów złożonych z osób młodych, niedoświadczonych i pracujących na przykład w sprzedaży. Tam kontakt z innymi pracownikami oraz przełożonymi jest bardzo istotny. Słuchając, jak koledzy rozmawiają z klientami, ucząc się od siebie nawzajem czy też mając swojego szefa na wyciągnięcie ręki, szybciej realizują cele i minimalizują ryzyko popełniania błędów.

Pandemia wymusiła jednak pracę zdalną i do pomocy zaprzęgliśmy technologie, które usprawniły wzajemną komunikację czy też pozwoliły uzyskać szybki dostęp do zasobów potrzebnych nam do pracy. Narzędzia do komunikacji wideo, jak ZOOM, Google Meet, Skype, Bluejeans, c i inne nagle zyskały na popularności, co sprawiło, że firmy je dostarczające znacząco urosły. Jako przykład podajmy ZOOM Video Communications, której cena akcji wzrosła o 400% od stycznia 2020 r.

Pojawił się zatem aspekt zarządzania zespołem w godzinach, kiedy nie odbywała się żadna telekonferencja. Niektóre firmy postanowiły zobligować swoich pracowników do włączania komunikatorów o tej godzinie, o której zwykle zaczynali pracę w biurze i pozostawania w trybie dostępnym aż do jej zakończenia. Oczywiście, szefowie nie mogli bez zgody pracownika podejrzeć go przez komunikator wideo, ale wydaje się, że świadomość tego, że nasz czas pracy jest kontrolowany na niektóre osoby mogła działać dopingująco.

Autor: Marek Wróbel, Partner zarządzający, Optiveum

Warunki konieczne do założenia podatkowej grupy kapitałowej w podatku dochodowym od osób prawnych

Podatkowa grupa kapitałowa (dalej „PGK”) jest w pełni legalnym sposobem na zmniejszenie zobowiązań podatkowych oraz obowiązków formalnych dla podmiotów wchodzących w skład takiej grupy. Uczestnictwo w PGK wiąże się także z ryzykiem, przez co nie w każdym przypadku rozwiązanie to może być uznane za korzystne.

Jakie podmioty mogą tworzyć PGK

Zgodnie z art. 1a ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych PGK mogą tworzyć co najmniej dwie spółki prawa handlowego mające osobowość prawną (spółka akcyjna albo spółka z o.o.). Wszystkie podmioty tworzące PGK muszą mieć siedzibę działalności na terytorium Polski oraz kapitał zakładowy o przeciętnej wartości 500 tys. zł przypadający na każdą ze spółek. Kolejny warunek dotyczy struktury właścicielskiej spółek w ramach PGK. Jednakże spółka dominująca powinna posiadać bezpośredni udział w kapitale zakładowym spółek zależnych w wysokości 75%. Ponadto spółki zależne nie mogą posiadać udziałów w kapitale zakładowym innych spółek zależnych. Ostatni warunek dotyczy braku zaległości we wpłatach podatków stanowiących dochód budżetu państwa.

Umowa PGK

Elementem niezbędnym PGK jest umowa o utworzeniu PGK, która obligatoryjnie musi być zawarta w formie aktu notarialnego na okres co najmniej 3 lat. Okres ten nie może być przedłużony w drodze aneksu. W tym celu należy zawrzeć nową umowę oraz poinformować o tym urząd.

Ponadto umowa musi być zarejestrowana przez naczelnika odpowiedniego urzędu skarbowego (i potwierdzona decyzją naczelnika w tym zakresie). W tym celu należy w terminie przynajmniej 45 dni przed rozpoczęciem roku podatkowego PGK zgłosić ten fakt do urzędu. Zgłoszenia dokonuje spółka dominująca według właściwości swojego urzędu skarbowego.

Umowa taka powinna zawierać w szczególności wykaz spółek tworzących PGK oraz wysokość ich kapitału zakładowego, informację o udziałowcach i wysokości ich udziałów, określenie czasu trwania umowy oraz przyjętego roku podatkowego.

Po rejestracji umowy w urzędzie skarbowym nie może być ona rozszerzona o kolejne podmioty ani nie może być pomniejszona o którąkolwiek ze spółek, chyba że dojdzie do restrukturyzacji (połączenia, przejęcia). W przypadku jakichkolwiek zmian w kapitale zakładowym spółka dominująca powinna dokonać odpowiedniego zgłoszenia w urzędzie skarbowym.

Utrzymanie statusu PGK

Po pierwsze, aby utrzymać status PGK, spółki przez cały czas trwania umowy PGK powinny przestrzegać jej zapisów, w szczególności w zakresie relacji właścicielskich, składu grupy oraz kapitału zakładowego. W przeciwnym razie PGK może zostać rozwiązana.

Co więcej, w celu utrzymania statusu PGK spółki ją tworzące od daty utworzenia PGK nie powinny korzystać ze zwolnień podatkowych z działalności prowadzonej na terenie specjalnej strefy ekonomicznej, a także z innych zwolnień z podatku dochodowego określonych odrębnymi ustawami. Ponadto żaden podmiot nie może w transakcjach kontrolowanych narzucać warunków nierynkowych podmiotom powiązanym niewchodzącym w skład grupy.

Ponadto ustawodawca określił minimalny dochód takiej grupy w ciągu roku podatkowego wynoszący co najmniej 2% przychodów. Chodzi o to, aby PGK efektywnie płaciła podatek, pomimo że część podmiotów tworzących taką grupę ponosiłaby straty. Problem z realizacją tego warunku może wystąpić zwłaszcza w sytuacji kryzysu, gdy dochody spółek spadają szybciej niż przychody.

Funkcjonowanie PGK

Zgodnie z ustawą o CIT to spółka dominująca reprezentuje całą grupę w zakresie obowiązków wynikających z ustawy o CIT, a także z Ordynacji podatkowej. Dlatego jest ona zobowiązana do obliczenia i deklarowania podatku dochodowego oraz obliczenia zaliczek na podatek. Można zatem przyjąć pewne uproszczenie, że spółki tworzące PGK stają się jednym podatnikiem podatku CIT. Powyższe więc umożliwia kompensowanie zysków i strat podmiotów wchodzących w skład grupy, przez co możliwe jest osiągnięcie wyższej efektywności podatkowej, czyli w efekcie podmioty zapłacą mniejszy podatek. Efektywność ta polega na możliwości rozliczenia strat generowanych przez jeden podmiot na bieżąco z zyskami innego, a nie w czasie albo w ogóle na braku możliwości takiego rozliczenia. Podatnicy nie muszą w takich sytuacjach dokonywać sztucznych transakcji transferujących zyski pomiędzy spółkami, niosących za sobą duże ryzyko podatkowe.

Jeżeli wystąpiły zmiany w stanie faktycznym uniemożliwiające rozliczenia w ramach PGK, wtedy dzień poprzedzający wystąpienie takiej zmiany jest ostatnim dniem funkcjonowania PGK oraz ostatnim dniem roku podatkowego. Dzień zmiany jest pierwszym dniem roku podatkowego dla każdej ze spółek wchodzących w skład PGK. Ponadto spółki tworzące PGK mają obowiązek w terminie 3 miesięcy od daty utraty prawa do statusu PGK rozliczyć podatek dochodowy za okres od drugiego roku podatkowego poprzedzającego dzień utraty statusu podatnika przez PGK. W uproszczeniu oznacza to, że po utracie statusu podatnika przez PGK każda ze spółek ma 3 miesiące na rozliczenia z fiskusem, tak jakby PGK w ogóle nie istniała. Dotyczy to kalkulacji i wpłaty podatku, ale także zaliczek na podatek. Konieczność dokonania wstecznych rozliczeń w przypadku utraty statusu PGK wiąże się z dużym ryzykiem nie tylko operacyjnym, ale także finansowym. W przypadku utraty przez PGK statusu podatnika naczelnik wydaje decyzję stwierdzającą wygaśnięcie decyzji akceptującej umowę PGK.

Ponadto w przypadku utraty przez PGK statusu podatnika spółki ją tworzące nie mogą założyć kolejnej PGK wcześniej niż po upływie roku podatkowego następującego po roku kalendarzowym, kiedy PGK utraciła swój status w przypadku niedochowania warunku rentowności oraz po upływie 3 lat w pozostałych przypadkach.

Podsumowując, z uwagi na konsekwencje podatkowe oraz ryzyka i korzyści związane z funkcjonowaniem PGK, decyzja o jej utworzeniu powinna być bardzo dokładnie przemyślana, z uwzględnieniem zmieniających się warunków ekonomicznych, gospodarczych, prawnych czy podatkowych w minimum 3-letnim horyzoncie czasowym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Pandemia rozochociła cyberprzestępców – najbardziej zagrożone średnie firmy, wzrost liczby ataków o 61 proc.

Niemal każda globalna firma (92 proc.) doznała cyberataku w trakcie pandemii COVID-19, jak wynika z najnowszego raportu firmy VMware Carbon Black. Aż 91 proc. respondentów oceniło, że wraz z przejściem na pracę zdalną cyberprzestępcy wręcz szturmem rzucili się na firmowe sieci i systemy, zwiększając zarówno skalę, jak i częstotliwość ataków. Jednym z najsłabszych ogniw firmowego bezpieczeństwa okazały się urządzenia IoT.

Badanie odbyło się w dwóch fazach. Jedną z nich była ankieta przeprowadzona na grupie 1000 ekspertów ds. bezpieczeństwa z USA, Wlk. Brytanii, Włoch i Singapuru. Druga faza badań objęła rozmowy z grupą 3000 dyrektorów ds. technologii i/lub IT z takich krajów, jak Francja czy Niemcy. Celem pierwszej była identyfikacja trendów globalnych. Druga faza badań miała pokazać, jak pandemia wpłynęła na bezpieczeństwo firm na konkretnych rynkach.

Krajobraz cyfrowych zagrożeń

Raport podaje, że 92 proc. firm na świecie stało ofiarą cyberataków z wykorzystaniem złośliwego oprogramowania (malware). W bliskich polskiemu rynkowi Niemczech 73 proc. organizacji w ciągu ostatnich 12 miesięcy doznało co najmniej 2 poważnych ataków. We Francji na każde przedsiębiorstwo przypadło średnio około 3,7 ataków w skali roku.

Najnowsze badania wykazały, że największy – średnio o 61 proc. – wzrost liczby cyberataków odnotowały firmy średnie, zatrudniające od 500 do 1000 osób. To przedsiębiorstwa, które bardzo często nie dysponują odpowiednimi budżetami na zakup narzędzi zwiększających poziom cyberbezpieczeństwa, niekiedy też cierpią na braki kadrowe. Jednocześnie posiadają bardzo cenne zasoby cyfrowe, które są łakomym kąskiem dla cyberprzestępców – komentuje Jarosław Łuczkiewicz z Atmana, lidera krajowego rynku data center. – To wyraźnie pokazuje, jak ważne jest odpowiednie zaplecze IT i wsparcie zewnętrznych ekspertów. W dobie usług zarządzanych operatorzy data center są w stanie wszechstronnie wspierać klientów w chronieniu cennych zasobów IT.

Cyberprzestępcy grają na lękach

Wsparcie w najbliższym czasie może okazać się dla wielu firm nieodzowne. Pandemia bardzo rozochociła cyberprzestępców, którzy zwiększyli także skalę ataków socjotechnicznych. 89 proc. respondentów badania przyznało, że od rozpoczęcia lockdownu wzrosła częstotliwość ataków typu phishing.

Większość z nas każdego dnia masowo szuka informacji o koronawirusie, łatwo więc przy tym paść ofiarą phishingu – popularnej metody podszywania się pod osoby i instytucje w celu wyłudzenia poufnych danych lub rozpowszechniania złośliwego oprogramowania. Ataki tego rodzaju często prowadzą do zaszyfrowania plików oprogramowaniem typu ransomware, co z kolei staje się okazją do wysuwania wobec ofiar żądań okupu – komentuje Stanisław Bochnak, strateg biznesowy w VMware Polska.

Przez lodówkę do firmowego serwera

Analitycy VMware Carbon Black podają, że problemem jest nie tylko wzrost liczby zagrożeń, ale także ich skomplikowanie. Okazuje się, że hackerzy szukają coraz bardziej wyrafinowanych i zaawansowanych metod ataków. Poziom skomplikowania i złośliwości cyberataków jako poważny problem wskazało m.in. ponad 82 proc. niemieckich firm. 86 proc. z nich zamierza zwiększyć inwestycje w nowe rozwiązania, by odpowiedzieć na tę skalę problemów.

Hackerzy jednak nie spoczywają na laurach i cały czas szukają nowych dróg dotarcia. 89 proc. firm potwierdziło, że w trakcie pandemii hackerzy znacznie częściej szukali luk bezpieczeństwa w urządzenia Internetu Rzeczy, podpiętych zarówno do firmowych, jak i domowych sieci.

Coraz więcej z nas ma w domu urządzenia na stałe podpięte do sieci, i nie są to już tylko telefon czy laptop. To w coraz większym stopniu telewizory, lodówki, oświetlenie czy nasze zegarki. Wraz z przejściem na pracę zdalną wszystkie te urządzenia stały się dla hackerów potencjalną furtką do firmowych sieci – mówi Jarosław Łuczkiewicz, CMO Atman. – To wyraźnie pokazuje, że dzisiaj firmy nie mogą polegać tylko na punktowo instalowanych firewallach. Potrzebne są narzędzia służące zarówno do ochrony całej sieci, jak i takie, które są skupione na ochronie konkretnych systemów i aplikacji, ale postrzeganych jako całość.

Braki w planowaniu

Poważnym problemem na całym świecie w walce z cyberprzestępcami okazały się także braki w planowaniu awaryjnym typu Disaster Recovery. 84 proc. firm wskazało, że brakowało im odpowiednich procedur. 48 proc. z nich powiedziało wprost, że braki były poważne. 70 proc. organizacji brakowało przy tym narzędzi do uzyskania pełnej widoczności stanu bezpieczeństwa firmowych sieci, aplikacji i systemów.

Pandemia zaskoczyła wszystkie firmy bez względu na szerokość geograficzną. Według badań, które przeprowadziliśmy jako Atman, zaledwie 28 proc. polskich firm przewidziało skalę problemów związanych z COVID-19 i miało odpowiednie plany typu BCP, czyli reagowania w sytuacji kryzysowej, zapewniające zachowanie ciągłości działania biznesumówi Jarosław Łuczkiewicz z Atmana.

Eksperci podkreślają, że firmy muszą obecnie zrewidować swój potencjał technologiczno-organizacyjny, gruntownie przeanalizować ryzyka i czerpiąc z niedawnych doświadczeń, zaktualizować scenariusze kryzysowe, a także narzędzia do ochrony cennych danych.

Nikt nie wie, ile obecna sytuacja będzie trwać, ale jedno jest pewne: firmy muszą być przygotowane na działanie dziś i w przyszłości. Aby utrzymać ciągłość biznesową na wypadek nowych, nieoczekiwanych okoliczności, wszystko musi dzisiaj działać jak należy z bezpieczeństwem potraktowanym jako priorytet – konkluduje Bochnak z VMware.

Polska firma wznawia loty czarterowe z Kijowa dla ukraińskich pracowników. Powód – zmiany ograniczeń związanych z kwarantanną w Polsce

Polska agencja zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal wznawia loty czarterowe z Kijowa (lotnisko Boryspol) do Warszawy (lotnisko Chopina) dla swoich pracowników, a także dla obywateli Ukrainy posiadających wizy pracownicze i zawarte umowy z pracodawcami w Polsce.

Najbliższy lot czarterowy zaplanowano na 18 sierpnia. Po raz kolejny zostanie on zrealizowany we współpracy z Międzynarodowymi liniami lotniczymi Ukrainy.

„Decyzja o wznowieniu lotów czarterowych została podjęta w związku z niedawną zmianą polskiego ustawodawstwa, która weszła w życie 8 sierpnia (rozporządzenie Rady Ministrów RP). Zgodnie z tymi zmianami obywatele Ukrainy, pasażerowie lotów przylatujących do Polski, zostali zwolnieni z obowiązku odbywania kwarantanny, a także nie jest już wymagany obowiązkowy test na obecność COVID w ich wypadku”- oświadczył Evgenij Kirichenko, właściciel agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal.

„Nasza firma od kilku miesięcy z rzędu notuje zwiększone zainteresowanie Ukraińców zatrudnieniem w Polsce. W ciągu miesiąca zorganizowaliśmy już ponad 17 kursów autobusowych dla pracowników. Jednak ze względu na skomplikowane warunki przekraczania granic lądowych w związku z kwarantanną i ogromne kolejki na tychże granicach, coraz częściej otrzymujemy od Ukraińców prośby o pomoc w dotarciu do pracy w Polsce samolotami. Dlatego też oprócz czarterów uruchomiliśmy w firmie Dział wsparcia przylotów, który zajmie się kompleksowym wsparciem pracowników w zakresie rezerwacji i zakupu biletów lotniczych, a także dokonania odprawy na regularne loty. Wsparcie to będzie bezpłatne i obejmie również pomoc na lotnisku po przylocie i bezpłatny transport pracowników do miejsca zamieszkania w Polsce” – podsumował Kirichenko.

Przypomnijmy, że Gremi Personal, jedna z największych agencji zatrudnienia w Polsce, jako jedyna zorganizowała w okresie kwarantanny serię lotów czarterowych dla ukraińskich pracowników. Pierwszy lot odbył się 24 maja.

Kobiety w świecie biznesu. Jak odnieść sukces w życiu prywatnym i zawodowym

Kryzysy… Któż z nas ich nie przechodzi ? W naszym życiu jest ich całkiem sporo: zawodowe, zdrowotne, finansowe, życiowe. Portal „CEO Magazyn Polska” przedstawia sylwetki pięciu inspirujących, wybitnych kobiet sukcesu, które w drodze na szczyt pokonały ich wiele.  To uznane bizneswoman, wykładowczynie akademickie, odnoszące sukcesy w życiu zawodowym i prywatnym. Każda z nich przeszła inną drogę, ale łączą je umiejętność osiągania wyznaczonych celów, pielęgnowanie i rozwijanie swoich zainteresowań. Największą sztuką jest to, żeby potrafić je pokonywać, nie poddać się. To niekiedy bardzo trudne, ale możliwe. Każdy kryzys jest nauką dla nas i wiedzą o nas samych. Z każdego kryzysu możemy wynieść bezcenne doświadczenie i bardziej świadomie budować swoje życie. Pasje bywają często skutecznym antidotum na życiowe problemy i pozwalają na znalezienie dobrych rozwiązań czy „work-life balance”.

Anna Konert – „odlotowa” profesor

Jest prof. nadzw. dr hab. nauk prawnych, radcą prawnym, Dziekanem Wydziału Prawa i Administracji w Uczelni Łazarskiego w Warszawie. Zna 5 języków obcych: angielski, francuski, hiszpański, niemiecki i włoski. W trzech z nich wykłada prawo. Od 2009 r. rozwija z dużym sukcesem działalność naukowo-dydaktyczną w zakresie prawa lotniczego w Polsce oraz na świecie, Jest Dyrektorem Instytutu Prawa Lotniczego i Kosmicznego, Kierownikiem studiów podyplomowych z Prawa lotniczego, Zarządzania bezpieczeństwem w lotnictwie oraz MBA w lotnictwie. Była Wiceprezesem Polskiego Klubu Lotniczego. Jest członkiem zarządu European Air Law Association.  W lutym 2014 r. została zaproszona do grona członków International Aviation Womens Association. Ukończyła trzy kierunki studiów: prawo, stosunki międzynarodowe oraz historię (Universite Paris XII). Studia doktoranckie odbywała jednocześnie na Sorbonie w Paryżu oraz na UMK w Toruniu. Uhonorowana Medalem Rektora za uzyskanie tytułu Najlepszej Absolwentki UMK w Toruniu.

– Pasje muszą być właśnie częścią tego equilibre. Bez odskoczni w życiu zawodowym i rodzinnym prędzej czy później zaczniemy się ”wypalać”.  Pasje wpływają nie tylko na dobre samopoczucie, ale także na proces twórczy i naszą kreatywność. Zostało udowodnione naukowo, że posiadanie pasji wpływa na nasz pozytywny nastrój oraz poczucie szczęścia. To dzięki pasji można odnaleźć właściwy balans między życiem zawodowym i prywatnym – mówi Anna.

Codziennie pokonuje 6 km uprawiając nordic walking. Ten rodzaj sportu stanowi cudowną terapię dla duszy i ciała. Pasjonuje się lotnictwem i podróżami, prowadzi aktywny tryb życia.

Jej życiowe motto to słowa Anthony Robbinsa: „Cele są jak magnes. Przyciągają rzeczy potrzebne do ich zrealizowania”.

Jak udało się jej odnieść tak duży sukces?

Na sukces zwykle składa się wiele czynników. Najważniejsze zależą od nas samych. Jest to tzw. mindset, czyli nasze nastawienie psychiczne, a także skłonność i zdolność do intensywnego działania, w tym nasza energia. To co nas ogranicza w życiu to nasze indywidualne przekonania na temat samych siebie. Najważniejsze w życiu (zawodowym i prywatnym) jest znalezienie tzw. equilibre. Przy odpowiednim rozłożeniu proporcji na każde z wyzwań życiowych i odpowiedniej organizacji zadań, człowiek jest w stanie nie tylko spełniać się zawodowo ale także po prostu być szczęśliwym – mówi Anna Konert.

Klaudia Siarkiewicz – sportowa droga do biznesu

O koniach wie wszystko, to utalentowana zawodniczka startująca w trudnej dyscyplinie skoków przez przeszkody i bizneswoman. Przeszła jeździecką drogę od juniora do seniora. Mistrzyni polski w skokach przez przeszkody, trzykrotna uczestniczka Mistrzostw Europy, wieloletnia członkini kadry narodowej, w sporcie jeździeckim od najmłodszych lat. Przez lata startowała w najważniejszych zawodach w kraju jak i na hipodromach w całej Europie. Chcąc rozwijać talent i umiejętności wyjechała za granicę, gdzie jej dyscyplina sportu jest bardziej popularna i na wyższym poziomie. Przez to przez wiele lat częściej można ją było zobaczyć na zagranicznych hipodromach niż w Polsce. Obecnie sport traktuje już bardziej hobbistycznie, a zawodowo kieruje dużym rodzinnym przedsiębiorstwem deweloperskim. Pomaga jej w tym pasja do sportu i wyniesione przez lata nawyki do systematycznej pracy.  Jest prezesem firmy Kreator Dom Invest -lidera budowlanego w Warszawie zachodniej, gdzie wprowadziła sporo zmian, np. ekologiczne materiały i strategię opartą na zintegrowanym marketingu cyfrowym. Wprowadza też nowoczesne trendy architektury i rozwiązania, które zaobserwowała mieszkając i podróżując po świecie. Dąży aby każda kolejna inwestycja była unikatowa i lubi bliski kontakt z klientami.

Klaudia kieruje się życiowym mottem: „W drodze do sukcesu trzeba odnieść wiele porażek. Sukces jest zwieńczeniem długiej drogi i ciężkiej pracy. Musi być ciężko żeby mogło być dobrze.”

Kryzysy są częścią naszego życia i jest ich w życiu sporo. Często nie mamy wpływu na nie, ani na to jak długo trwają. Zawsze staram się pamiętać, że po każdej „burzy wychodzi słońce”. Warto  przeanalizować kryzys czy porażkę i wyciągnąć z niego wnioski na przyszłość bo sukces jest sumą doświadczeń, nie tylko tych dobrych. Największą sztuką jest to, żeby potrafić je pokonywać, nie poddać się. To niekiedy bardzo trudne, ale możliwe. Pasje są bardzo istotne, jeszcze lepiej jeśli stają się sposobem na życie. Pozwalają na oderwanie się od codziennych problemów, jest to czas dla nas samych kiedy można oczyścić umysł i odkrywać samego siebie. Z każdego kryzysu możemy wynieść bezcenne doświadczenie i bardziej świadomie budować swoje dalsze życie. Jeśli chodzi o sam sport, to nauczyłam się, że nigdy nie należy się poddawać i walczy się do końca. Sukces jest wynikiem ciężkiej pracy, mało kto wie jak długą i wyboistą drogę trzeba do tego czasu pokonać. Po każdym upadku trzeba umieć się podnieść – w przypadku jeździectwa dosłownie. Innym ważnym nawykiem sportowym jest umiejętność szybkiego myślenia i oceny sytuacji – to bardzo pomaga w przypadku nagłej sytuacji kryzysowej – mówi Klaudia Siarkiewicz.

Jak łączy sport i prace w biznesie?

– Dalej jestem aktywnym sportowcem, regularnie trenuję i biorę udział w rywalizacji sportowej, jednak nie tak często jak wcześniej gdy startowałam w młodszych grupach wiekowych. Wraz z 22 rokiem życia w jeździectwie przechodzi się dożywotnio do grupy seniorów, więc kończy się walka z upływającym czasem i pojawiają się możliwości skupienia na innych rzeczach, oczywiście o ile nie wybierze się kariery zawodowego sportowca.  Aby osiągnąć balans wystarczy dobry plan. Dzień zazwyczaj zaczynam od spaceru z psem, później trening na siłowni i jadę do biura. Sytuacja epidemiologiczna pokazała nam wszystkim, że wiele rzeczy można wykonać zdalnie na tzw. home office, jednak nie wszystko. Bardzo istotny jest dla mnie bezpośredni kontakt z klientem, a nad ważniejszymi sprawami wolę posiedzieć w biurze. Mam to szczęście, że mamy firmę rodzinną i dużo współpracuje z tatą. To właśnie on wprowadził mnie w świat biznesu i dla mnie zawsze będzie szefem, pomimo tego, że przekazał mi pałeczkę. Nie ukrywam również, że dalej czuję się w tym świecie „nowa”, wciąż się uczę i zdobywam cenne doświadczenie. Po pracy udaję się do stajni, trenuję zazwyczaj 5 razy w tygodniu po około 2-3 godziny dziennie. Może się to wydawać sporo, ale jeździectwo od innych sportów różni się tym, że nie można tego po prostu odstawić w kąt, nie ma, że boli albo się nie chce. Naszym partnerem jest żywy organizm i my musimy dbać o dobrostan tego zwierzęcia. To jest właśnie ta odpowiedzialność o której już wspominałam. Rzeczywiście na życie prywatne zostaje niewiele czasu w ciągu doby, ale nie jest tak, że go nie mam. Zresztą z wiekiem zmieniają się sposoby spędzania wolnego czasu.- mówi Klaudia Siarkiewicz.

Eliza Przeździecka – ekonomistka z pomysłem na życie

– Pasja to stan umysłu, który zapewnia wielowymiarową perspektywę wszelkich elementów naszego życia, zarówno tych pozytywnych, jak i kryzysowych. W rozwoju pasja daje odświeżenie celów, planów, poglądów i nowe spojrzenie na przyszłość. W chwilach słabości pasja pomaga oderwać się od negatywnych emocji. Endorfiny to nie mit, a sport i wysiłek fizyczny zawsze wywołują przyjemne samopoczucie nawet podczas największego kryzysu – mówi Eliza Przeździecka.

Jest doktorem habilitowanym nauk ekonomicznych i profesorem w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.  Pracuje też w Amerykańskiej Izbie Handlowej w Polsce oraz jest członkiem Rady Fundacji Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta. Od 2015 r. wykłada w Collegium Civitas. Jest autorka publikacji o tematyce bezpośrednich inwestycji zagranicznych, globalnych łańcuchów wartości i handlu międzynarodowego.

Odbyła liczne staże badawcze w zagranicznych ośrodkach akademickich, m.in. w Uniwersytecie Duke w Stanach Zjednoczonych, Uniwersytecie Eberharda Karola w Tybindze w Niemczech, Uniwersytecie Autonomia w Barcelonie. Przeprowadziła kilkaset godzin wykładów gościnnych na zagranicznych uczelniach, m.in. w szwajcarskim ZHAW School of Management and Law, francuskiej Toulouse School of Business, a także Uniwersytecie w Aarhus w Danii oraz w Wirtschaftuniversität Wien. W latach 2009-2018 była profesorem wizytującym na Uniwersytecie w Trewirze w Niemczech.

Eliza w wolnym czasie pasjonuje się sportem – gra w tenisa, jeździ na rolkach, a także żegluje po jeziorach mazurskich. Sport był w jej życiu od zawsze. W czasach szkolnych grała w koszykówkę reprezentując szkołę podstawową, potem średnią, a następnie kontynuowała tę pasję w drużynie AZS. Kilka bolesnych kontuzji na boisku nie zraziło jej do aktywności fizycznej. Uwielbia ćwiczenia fitness i pracuje nad życiowym rekordem tzw. pozycji plank – obecnie 5 min 15 sek.
 
– Sport to nie tylko zastrzyk energii, satysfakcja i dobre samopoczucie. Jest to dla mnie czas swego rodzaju wyciszenia i koncentracji na trudnych tematach zawodowych – mówi Eliza.

Joanna Seklecka – „work-life balance” kluczem do rozwoju

Jest najbardziej wpływową kobietą polskiej branży płatniczej. W ostatnich latach została dwukrotnie laureatką eDukata Cashless Congress w kategorii Osobowość roku świata bezgotówkowego. Jeśli płacisz kartą płatniczą, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że użyłeś jednego z terminali firmy którą buduje. Blisko połowa terminali  należy do firmy eService, której jest Prezesem – lidera polskiego rynku transakcji płatniczych oraz największego agenta rozliczeniowego w Europie Środkowo-Wschodniej. Związana z eService od 2004 roku,  koordynowała proces przekształcenia Spółki, połączony z wejściem w skład notowanej na NASDAQ, międzynarodowej grupy EVO Payments, w której objęła stanowisko dyrektora generalnego na Polskę. Jest absolwentką elitarnego Stanford Executive Program, prowadzonego przez Stanford University i skierowanego do najbardziej doświadczonych menedżerów. Ukończyła także kierunek Finanse i Bankowość Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz studia doktoranckie z zakresu zarządzania. Wcześniej pracowała m.in. w branżach: gier komputerowych, doradztwa i audytu. Oprócz pracy zawodowej angażuje się w działalność społeczną, Aktywnie uczestniczy w inicjatywach wspierających rozwój zawodowy kobiet. Wśród celów jej działalności ważne miejsce zajmuje skierowanie potencjału kobiet na wspieranie rozwoju rynku i branży IT. W nurt ten wpisuje się też jako ambasadorka kampanii #WomanUpdate. 

Joanna dużą wagę przywiązuje do zachowywania zasad work-life balance. Wolny czas lubi spędzać z najbliższymi, zarówno aktywnie – na nartach czy motocyklu, jak i wyciszając się przy książce albo pielęgnacji ogrodu.

– Moje pasje sportowe to między innymi narty, a od niedawna także motocykl, choć nie zupełnie wyścigowy. Obie te pasje łączy możliwość spotykania się z ludźmi — zarówno tymi, których znam od lat, jak i dopiero poznanymi. To dla mnie doskonała okazja, by połączyć przyjemne z pożytecznym, wyjść z „własnej bańki”, poznawać różne poglądy i punkty widzenia na sprawy, które nas otaczają. Na szlaku, postoju, na stoku, czy w kolejce do wyciągu można spotkać niezwykle interesujących ludzi. Rozmowy, które się wywiązują, rozwijają światopogląd oraz dodają pozytywnej energii. Pozwalają lepiej zrozumieć odmienne punkty widzenia, wzajemne oczekiwania, a nawet obawy. Wnioski i przemyślenia płynące z takiej wymiany poglądów bywają bardzo pomocne w przewidywaniu i zaspokajaniu oczekiwań partnerów biznesowych i klientów. W przypadku dłuższych znajomości mają jeszcze jedną ogromną zaletę. Sprzyjają budowie wzajemnego zaufania, które jest bardzo ważnym fundamentem każdego biznesu. Nie bez przyczyny mówi się, że pasja łączy.

– Czy pasje mogą być antidotum na życiowe kryzysy?  Myślę, że pasje są przede wszystkim doskonałym sposobem na zachowanie niezbędnego balansu pomiędzy tym, co w życiu musimy, a tym, co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi i czujemy się spełnieni. Ułatwiają oderwanie się od spraw, które czasem całkowicie zdominują nasze myśli. Mówi się, że z niektórymi problemami należy się przespać, dając mózgowi czas na odstresowanie, które wtedy następuje. Dla mnie oddanie się pasji działa podobnie. Z „przewianą głową”, po złapaniu dystansu, dużo łatwiej spokojniej podejść do tego, co mnie absorbuje, spojrzeć z innej, szerszej perspektywy. Oprócz nowej energii, którą zyskuję, odpoczywając w ten sposób, to zwykle pierwszy krok do znalezienia konstruktywnego rozwiązania sprawy lub sytuacji, która wcześniej wydawała się trudna – mówi Joanna Seklecka. 

Anna Domeredzka – kobieta z wieloma pasjami

Jest ekspertem w dziedzinie finansów i rozwoju przedsiębiorstw, przeprowadziła wiele projektów, które wpływają na nasze życie gospodarcze. Współwłaścicielka firmy doradztwa finansowego Capital One Advisers. Od ponad 20 lat z sukcesem doradza firmom i przedsiębiorcom w pozyskiwaniu kapitału, sprzedaży firm oraz i nabywaniu innych spółek. Zaczynała od konsultingu biznesowego w renomowanej polskiej firmie, zbierała przez kilka lat doświadczenie w międzynarodowej bankowości, jednak po latach zawodowej działalności potwierdza, że to praca na własny rachunek sprawia jej najwięcej satysfakcji. Dziś firma, którą współtworzy zarządza portfelem transakcji na kilkaset milionów złotych.

Anna uwielbia podróże, zwłaszcza te „z lekkim dreszczykiem”. Na własną rękę przemierzała Azję, Egipt, Meksyk, zajrzała też do paszczy lwa w Afryce. Żeglowała po Atlantyku – śladami wielorybników z Nantucket, pomiędzy wyspami na Karaibach, przeżyła pod żaglami meltemi na Morzu Egejskim, gdzie pierwszy (i szczęśliwie jak dotąd ostatni) raz miała poczucie, że tej przygody może nie przeżyć. Na szczęście, żaglówka „Thalia” w rękach jej przyjaciół wytrzymała napór fal i wiatru i jedynym skutkiem nawałnicy była zalana kajuta.  Pasjonuje się również jazdą konną,  i ogrodem. W wolnych chwilach oddaje się też czasem… malarstwu.

Jej recepta na życiowe kryzysy to:– Nie zrażać się, iść dalej, wyciągać wnioski. Kryzysy mogą mieć przyczyny leżące w nas lub naszej organizacji, jak i na zewnątrz. Niezależnie od tego, powinny nas uczyć, a nie zniechęcać. Niekiedy aby zażegnać kryzys trzeba zadziałać szybko, a w innej sytuacji przeczekać. Ważne są rozwaga, zaangażowanie i wytrwałość oraz wiara w to, że to co robimy, robimy profesjonalnie i najlepiej, jak w danym czasie potrafimy. Trzeba być jednak także otwartym na otoczenie, zmiany i samorozwój. Pomocna w zaczynaniu „na nowo” jest zawsze ciekawość: a jak to będzie tym razem, w tym nowym zadaniu, czasie, miejscu, z tymi nowymi ludźmi? Ta sama ciekawość, która towarzyszy nowej podróży, czy porannej wyprawie na konną przejażdżkę.

Po kilku latach intensywnego rozwoju firmy doprowadziliśmy do tego, że byliśmy w stanie na światowym poziomie prowadzić projekty doradcze, zarówno na giełdzie, jak i rynku prywatnym. Te kompetencje i szerokie pokrycie rynku pozwoliły nam z powodzeniem przeżyć kolejne cykle koniunkturalne i obsługiwać najciekawsze transakcje fuzji i przejęć w Polsce – mówi Anna, dla której praca niewątpliwie jest też pasją. – Doświadczenie uczy przede wszystkim jednego: Warto od początku realizowanego zadania widzieć cel, do jakiego się zmierza. Oczywiście, zawsze pojawiają się  po drodze zmiany, należy zachować elastyczność, jednak nie można tracić z oczu tego ważnego docelowego punktu. Druga sprawa to lojalność oraz zarządzanie oczekiwaniami. Nasi partnerzy – klienci, współpracownicy – powinni wiedzieć, czego mogą się spodziewać. Nie lubią być zaskakiwani, zwłaszcza w sposób negatywny. Hołduję zasadzie, że lepiej jest możliwie jasno komunikować, co uważamy za możliwe, a co może okazać się trudne. 

Jak spędza wolne chwile? Od wielu lat ulubioną sportową aktywnością Anny jest jazda konna. Jeździ dla relaksu, aby spotkać się z ludźmi kochającymi jak ona przyrodę i zwierzęta. Jazda w terenie, jazda w deszczu, przy zimowej aurze lub piekącym słońcu, cwał bez siodła i strzemion przez wiosenną łąkę – to daje siłę, umiejętność pokonywania własnych ograniczeń, a także opanowanie zwykłego strachu.

Autor: Adam Białas, dziennikarz

Polski złoty mocno śpi – sytuacja na rynku walutowym

Letni handel w pełni. Nastroje na globalnych rynkach nadal są bardzo dobre, kontrakty na indeksy mocno podbiły i w przypadku S&P500 cały czas eksponowane są szczyty wszechczasów. Kontrakt na DAX wyszedł ponad 13000 punktów, ostre zwyżki również na parkiecie w Tokio.

Dolar, po lipcowej przecenie cały czas szuka kierunku, co przekłada się na krótkoterminowy trend boczny w jego notowaniach. Inwestorzy wygaszają podejścia w kierunku lokalnych ekstremów, co jest najbardziej oczywistym wyborem, pójściem po rynkowej najmniejszej linii oporu. W ostatnich dniach szansa na głębszą korektę słabości dolara została zaprzepaszczona i notowania cofnęły się w środek przedziału wahań z sierpnia. Na poziomie indeksu dolarowego pozytywnym dla amerykańskiej waluty symptomem byłoby wyjście ponad 94,00. W przypadku EUR/USD przekłada się to na barierę 1,17. W przestrzeni G-10 najmocniej obarczona balastem polityki monetarnej jest dolar nowozelandzki. W rezultacie spodziewamy się jego słabości, którą można wykorzystać poprzez relatywną słabość do dolara australijskiego. Notowania AUD/NZD już teraz wychodzą ponad 1,09 i są najwyżej od IV kwartału 2018 roku. Taki obrót spraw należy interpretować jako zmianę długoterminowego trendu z bocznego na wzrostowy. Jednocześnie to obecnie jedna z najsilniejszych tendencji w notowaniach głównych walut.

Jednocześnie zmienność rynku złotego wygasła. Notowania EUR/PLN od 23 lipca krążą w przedziale 4,39 – 4,4270. W tym tygodniu uległ on dodatkowemu zawężeniu do 4,3950 – 4,4150. Na przykład na wtorkowej sesji europejskiej zakres kursu euro oscylował wokół 1 grosza. Zmienność historyczna w ostatnim miesiącu jest również rekordowo niska na tle innych walut koszyka emerging markets. Taki stan rzeczy przekłada się również na spadek zmienności implikowanej na rynku opcji. Na przykład zmienność trzymiesięcznych opcji EUR/PLN osuwa się pod dołki z ostatniej dekady lipca. Warto dodać, że ostatnie spadki zmienności implikowanej na rynku EUR/PLN towarzyszyły podbiciu wiodących wskaźników zmienności opcji na rynku walut, np. Deutsche Bank Currency VIX. Może to sugerować, że pole do dalszego spadku zmienności zostało wyczerpane. Podobnie, w naszym scenariuszu bazowym zakładamy, że EUR/PLN w najbliższych tygodniach trwale nie spadnie pod 4,40. Potwierdza to nasz krótkoterminowy model wartości godziwej EUR/PLN, który wskazuje, że w okolicy 4,40 złoty balansuje na granicy krótkoterminowego przewartościowania. W rezultacie jako bardziej prawdopodobny postrzegamy wzrost zmienności i osłabienie polskiej waluty. Podobnie powinno wyglądać położenie m.in. forinta, który powinien być bardziej zmienny i wrażliwy na zmianę nastrojów.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Każdego roku marnujemy ogromne ilości wody. Jak i dlaczego należy ją oszczędzać?

Mimo że Ziemia w większości składa się z wody, paradoksalnie jest to surowiec deficytowy. Zasoby słodkowodne stanowią bowiem jedynie 3 proc. globalnych zapasów. Dlatego tak ważne jest, by racjonalnie nimi gospodarować.

Według organizacji Global Footprint Network w 2020 r. Dzień Długu Ekologicznego przypadnie 22 sierpnia[1]. To ruchoma data, wskazująca kiedy zapotrzebowanie ludzkości na zasoby w danym roku przekracza możliwości ich regeneracji. Surowcem, na który szczególnie należy zwracać uwagę, zwłaszcza w Polsce, jest woda. Nasze zapasy w tym zakresie należą do najskromniejszych w Europie. Na jednego mieszkańca kraju przypada 1600 m3 wody rocznie. Tymczasem średnia na Starym Kontynencie jest prawie trzykrotnie wyższa i wynosi 4560 m3.

Miesięczne zużycie wody przez jedną osobę w gospodarstwie domowym to od ok. 4 do 5,5 m3. To tylko kropla w morzu, jakie codziennie realnie wykorzystuje każdy z nas. Do wyniku należy dodać także wodę zużywaną pośrednio. Niemal wszystko co kupujemy, od artykułów spożywczych przez opakowania z tworzyw sztucznych aż po energię, wymaga w procesie produkcyjnym użycia wody – zauważa Anna Żyła, ekspert ds. kształtowania kierunków ekologicznych Banku Ochrony Środowiska.

Łączne, bezpośrednie i pośrednie zużycie surowca, można określić jako tzw. ślad wodny. W tym kontekście liczby dotyczące jego wykorzystania są zatrważające. Prof. Arjen Y. Hoekstra z Uniwersytetu Twente szacował, że wytworzenie tylko 1 kg wołowiny to nawet aż 15 500 l wody[2]. Jest ona niezbędna zarówno do pojenia zwierząt, jak i do uprawy roślin stanowiących ich pokarm[3], a potem w procesie przetwarzania mięsa.

Ograniczenie śladu wodnego

Na początku warto zastanowić się, jak samodzielnie zmniejszyć zużycie wody. Z pewnością pozytywne efekty przyniesie zastąpienie długich kąpieli odświeżającym prysznicem. Dobrym pomysłem jest wykorzystywanie szarej wody, czyli tej, która powstaje np. podczas mycia naczyń lub rąk. Zamiast trafić do ścieków może ona służyć m.in. do sprzątania. Oszczędność, zarówno wody, jak i pieniędzy, wygeneruje w dłuższej perspektywie zbieranie deszczówki. Nie dość, że woda pochodząca z opadów atmosferycznych z powodzeniem nawodni ogród czy warzywnik, to przy odpowiedniej instalacji przyda się w domowych pracach gospodarczych. Dodatkowo, po poniesieniu kosztów początkowych inwestycji (zakup zbiornika i stworzenie odpowiedniego systemu) jej pozyskiwanie jest darmowe.

Dalszych oszczędności można poszukać w pośrednim zużyciu wody. – Kluczem do sukcesu jest świadomość dotycząca wykorzystania surowca w procesach produkcyjnych. Podejmowanie decyzji zakupowych w oparciu o tę wiedzę przyniesie ulgę naszej planecie. Należy unikać marnowania żywności, starając się nabywać jej tylko tyle, ile rzeczywiście potrzebujemy. Warto także rozważyć ograniczenie spożycia mięsa, częściej wybierając produkty roślinne, których w Polsce mamy spory wybór ­– radzi Anna Żyła.

Pomyślmy także o zmniejszeniu spożycia wody butelkowanej. Do produkcji niezbędnych butelek wykorzystuje się gigantyczne ilości surowców, także wody i energii. Tymczasem uzdatniona woda wodociągowa, która dostępna jest w naszych kranach, spełnia unijne, restrykcyjne wymagania i jest bezpieczna dla zdrowia. To również znaczne oszczędności. Na przykład w Warszawie litr „kranówki” kosztuje mniej niż 1 grosz[4]. Cena wody w sklepie jest znacznie wyższa i może wynosić nawet kilka złotych. Dodatkowo, rezygnując z zakupu tego typu produktów, ograniczamy zużycie plastiku, którego tylko część poddawana jest recyklingowi.

[1] https://www.overshootday.org/2020-calculation/

[2] https://waterfootprint.org/media/downloads/Hoekstra-2008-WaterfootprintFood.pdf

[3] Unesco.org, Good water, water to “eat”. What is virtual water?, [dostęp: 30.07.2020 r.], <http://www.unesco.org/new/fileadmin/MULTIMEDIA/FIELD/Venice/pdf/special_events/bozza_scheda_DOW04_1.0.pdf>

[4] https://mpwik.com.pl/view/mpwik-informuje-woda-w-kranie-jest-bezpieczna-a-jej-sklad-pozostaje-bez-zmian

Polska – największy sad w Europie!

Trzy czwarte z nas słyszało, że Polska jest największym producentem jabłek w Europie. A mimo to Polacy nie mają świadomości skali tej potęgi. W badaniach opinii tylko co piąty z nas wie, że produkujemy  aż 3 000 000 ton jabłek rocznie – ilość, którą  można wypełnić 240 tysięcy TIR-ów! Dlatego jabłko będzie motywem przewodnim kampanii promującej Polskę, którą wkrótce rozpocznie Fundacja State of Poland. 

Polskie jabłka są wyjątkowe. Wiedzą o tym producenci soków, dla których koncentrat z polskich jabłek – dzięki swojej unikalnej kwasowości i walorom smakowym – jest niezbędnym i bardzo pożądanym składnikiem. Unikalność naszych jabłek wynika z wielu czynników: mamy nie tylko wyjątkową kulturę sadowniczą, w której mimo unowocześniania upraw zachowano ich naturalność, ale również wyjątkowe położenie geograficzne i mnogość odmian owoców.

Dzięki temu jesteśmy prawdziwą i niekwestionowaną potęgą – produkujemy zdecydowanie najwięcej jabłek w całej Europie, a ubiegłoroczna produkcja sięgnęła 3 000 000 ton. Mimo tych liczb świadomość skali naszej produkcji wśród Polaków, jest niewielka.

Jak pokazują badania przeprowadzone przez SW Research na zlecenie Fundacji State of Poland, Polacy zdają sobie sprawę, że jesteśmy jednym z największych producentów jabłek na świecie – z taką informacją zetknęło się 74,2 proc. respondentów. Jabłko uznajemy także za najbardziej polski owoc – wskazało tak  70,7 proc. badanych (na drugim miejscu, z wynikiem zaledwie 12,6 proc. uplasowała się truskawka). Jednocześnie jednak badanie dowodzi, że niewiele wiemy o rzeczywistej skali rodzimej produkcji jabłek.

Trudności sprawiało ankietowanym wskazanie liczby ton produkowanych owoców – 41 proc. respondentów uznało, że produkujemy mniej niż 10 tysięcy ton rocznie, a 64,3 proc. że wielkość produkcji nie przekracza 1 miliona. Tymczasem już od co najmniej dekady zbiory jabłek w Polsce oscylują wokół 3 milionów ton, a nierzadko liczba ta jest znacząco przekraczana. Jednak wartości te zależne są od kilku czynników.

Okazuje się także, że areał polskich sadów stale rośnie – najszybciej między 2012 a 2017 rokiem, gdy odnotowano 11-proc. wzrost (dla porównania, średnia wzrostu dla Unii Europejskiej wynosiła 0,4 proc.).

-Jabłko to owoc wdzięczny i budzący dobre skojarzenia. Dotychczas w niewielkim stopniu wykorzystujemy naszą pozycję światowego potentata w produkcji jabłek do budowania wizerunku Polski na świecie. Jabłko jest przecież nie mniej atrakcyjne niż czekolada czy ser, na których Belgowie i Szwajcarzy od dekad budują swoją narodową markę. Dlatego wkrótce ruszymy z wyjątkową kampanią. Będziemy przez pryzmat jabłek pokazywać to, co w Polsce najlepsze: wspaniałe warunki klimatyczne, nasze przywiązanie do natury, unikatowe położenie na mapie świata – ale także przedsiębiorczość i zaradność – deklaruje Danuta Nierada, dyrektor kreatywny Fundacji State of Poland.

Pięta achillesowa OZE – ciepłownictwo i transport

0

Choć świat kroczy ekologiczną ścieżką zmian, to nie każdy sektor gospodarki jest tak samo traktowany. Think tank REN21 wskazuje na najsłabsze branże – to ciepłownictwo i transport, w których procentowy udział OZE to zaledwie 10 i 3 proc. Na europejskim podwórku kierunek wskazuje Unia, która każe m.in. odnawiać budynki, by unowocześnić energetykę cieplną. Z kolei z myślą o budowaniu ekologicznego transportu daje krajom członkowskim 2,2 mld euro.

O międzynarodowym sukcesie zielonej energii raczej nie trzeba już nikogo przekonywać – w nowoczesne elektrownie wykorzystujące słońce czy wiatr inwestują kraje na każdym kontynencie, a świadomość społeczna dotycząca konieczności przechodzenia na odnawialne źródła energii stale rośnie. To jednak jedynie obiecująca fasada, bo zagłębiając się w szczegóły łatwo zauważyć jak wiele w kwestii ochrony klimatu jest jeszcze do zrobienia. Wnioski na ten temat zaprezentował think tank REN21, który wskazuje sektory wciąż zaniedbane w kwestii transformacji energetycznej. Są nimi ciepłownictwo oraz transport. Globalny udział odnawialnych źródeł energii w tych sektorach wynosi kolejno 10 i 3 proc. To niewiele, zważywszy na fakt, że obie te branże odpowiadają za ponad 80 proc. potrzeb energetycznych na świecie. O tym, czy ta perspektywa się poprawi zadecyduje m.in. fakt, w jaki sposób kraje wykorzystają fundusze międzynarodowe przeznaczone na podnoszenie gospodarki po pandemii.

Stare budynki generują gigantyczne straty ciepła

W Europie kierunek zmian energetyki cieplnej wyznacza Komisja Europejska. Kluczowa jest renowacja budynków i ich optymalna eksploatacja oraz przejście na technologię pomp ciepła, która pozwala na efektywną produkcję zielonej energii do ogrzewania i chłodzenia budynków. Działania te mają oczywiście prowadzić do osiągniecia celów Europejskiego Zielonego Ładu postawionych przed Polską, zwłaszcza teraz, w rzeczywistości, gdy energetyczna transformacja ma stać się drogą do wychodzenia z koronawirusowego kryzysu. Żeby jednak to osiągnąć trzeba nie tylko budować nowe obiekty zgodnie z wyśrubowanymi wytycznymi, ale także zadbać o renowację starych budynków, które generują straty energetyczne. – Tomasz Żołyniak, prezes firmy Energia Polska

Zeroemisyjny transport musi być globalną falą

Ważnym elementem walki o polepszenie klimatu jest przejście na neutralny dla środowiska transport. Pojazdy eko pozwolą nam bowiem na znaczne zminimalizowanie emisji zanieczyszczeń. Nie bez znaczenia dla zdrowia publicznego jest także znacznie zmniejszenie hałasu.

– Unia Europejska przekazała na rzecz wszystkich państw członkowskich 2,2 mld euro na 140 najważniejszych projektów transportowych. Budżet ten ma oczywiście wesprzeć realizację celów  Zielonego Ładu. Wśród przyjętych projektów jest kilkanaście dotyczących przejścia na bardziej ekologiczne paliwa – na to przeznaczono prawie 142 mln euro – i rozbudowę infrastruktury paliw alternatywnych, czyli m.in. budowę punktów ładowania na sieci drogowej. Polska także na tym skorzysta. Zmiany niezaprzeczalnie się dzieją, a przykładem zaświeciło ostatnio np. Pomorze Zachodnie, które jako pierwszy region w Polsce nabyło dwa pociągi hybrydowe. Jednak podobnie jak we wszystkich innych obszarach eko transformacji – potrzebna jest prawdziwa fala zmian, a nie jednostkowe działania samorządów. – Sebastian Biela, wice prezes firmy Energia Polska

Mimo globalnego trendu inwestowania w OZE, w Polsce węgiel to wciąż „czarne złoto”, które mocno dotuje się publicznymi środkami finansowymi. W brytyjskim badaniu „Global Energy Review” think tanku Ember wraz z Niemcami zostaliśmy określeni jako „główne przeszkody w wycofywaniu węgla do 2030 r.”.

– Żeby pozbyć się łatki państwa, które opóźnia europejskie przejście na zieloną energię musimy przyspieszyć krajową transformację. Fundusze europejskie są nam więc tym bardziej niezbędne. – Tomasz Żołyniak

W czasie pandemii arbitrażowe rozprawy online równie popularne, co tradycyjne posiedzenia

0

W Sądzie Arbitrażowym przy Krajowej Izbie Gospodarczej, w czasie pandemii COVID-19, rozprawy online cieszą się takim samym zainteresowaniem, jak tradycyjne posiedzenia. Od połowy marca arbitrzy przeprowadzili 12 rozpraw wideo i 13 tradycyjnych. Odbyło się również 5 posiedzeń mieszanych. Od początku pandemii arbitrzy zorganizowali również 21 telekonferencji, w czasie których omawiano sprawy organizacyjne dotyczące toczących się przed SA KIG sporów. 

Rozprawy online wciąż są w kalendarzu arbitrów SA KIG – do końca września br. zaplanowano już dwie wideorozprawy oraz jedno posiedzenie mieszane; w tym czasie odbędzie się także 15 tradycyjnych posiedzeń. 

W arbitrażu międzynarodowym, już przed pandemią koronawirsa, wszelkie sprawy organizacyjne rozwiązywano za pośrednictwem tele- lub wideokonferencji. Tylko sama rozprawa, czyli punkt kulminacyjny postępowania arbitrażowego, odbywała się w tradycyjny sposób. W czasie pandemii wszystkie duże instytucje arbitrażowe do świata wirtualnego przeniosły całość postępowania arbitrażowego – w Polsce Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej jest na tym polu prekursorem. W czasie kryzysu wywołanego koronawirusem SA KIG działał nieprzerwanie, z zastosowaniem aktualnie obowiązujących zaleceń Głównego Inspektora Sanitarnego, a postępowania online stały się tu standardem.

Możliwość prowadzenia rozpraw online istnieje w naszym sądzie od 2015 roku. Realne zainteresowanie tą formą rozstrzygania sporów pojawiło się jednak dopiero po wybuchu pandemii – pierwszą rozprawę online zorganizowaliśmy na początku kwietnia br. W  siedzibie sądu obecny był wówczas tylko sekretarz. Arbitrzy, strony postępowania i ich pełnomocnicy łączyli się za pośrednictwem wideokonferencji. Cała korespondencja prowadzona była w formie elektronicznej. Aktualnie, gdy wróciliśmy już także do tradycyjnych posiedzeń, obie formy rozpatrywania sporów cieszą się podobnym zainteresowaniem – czyli mniej więcej połowa odbywa się na sali, a połowa online. Chcielibyśmy, aby także po ustaniu pandemii koronawirusa, część spraw nadal mogła być rozpatrywana na odległość, dlatego planujemy wprowadzenie rozwiązań, które takie procedowanie jeszcze bardziej ułatwią. Oczywiście tradycyjnych rozpraw całkowicie wyeliminować się nie da – zawsze pozostaną sprawy, które choćby ze względu na stopień skomplikowania, lepiej procedować na sali – mówi Agnieszka Durlik, dyrektor generalna Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie.

SA KIG dysponuje narzędziami pozwalającymi zarówno kontynuować rozpoczęte już postępowania, jak i podejmować nowe spory. W Sądzie Arbitrażowym przy KIG spory rozstrzygane są w oparciu o Regulamin Arbitrażowy, a kodeks postępowania cywilnego stosuje się posiłkowo, dlatego w przypadkach szczególnych – z jakim niewątpliwie mamy do czynienia w związku z rozprzestrzeniającym się koronawirusem SARS-Cov-2 – strony mogą uzgadniać zmianę terminów.

Firmy, które chcą w bezpieczny sposób dochodzić swoich praw i mają pytania dotyczące rozstrzygania sporów, mogą liczyć na wsparcie SA KIG. Sąd przygotował rekomendacje dotyczące przeprowadzenia rozpraw w formie wideokonferencji oraz instrukcję dla uczestników postępowań online. Strony mają też możliwość wyboru oprogramowania – najczęściej akceptowany jest popularny Zoom.

NA CZARNO to widzę. Prawdziwy biznes zamiast pracy za grosz na kawę

Szara strefa zatrudnienia wciąż nie należy do przeszłości. Statystyki nie kłamią. Tworzą ją zatrudnieni na czarno, ale także ci, którzy okazjonalnie świadczą usługi – np. w obszarze drobnych napraw lub rzemiosła. Naprawiasz koledze rower „za pieniądze na kawę” lub wykonujesz inne drobne prace? A gdyby tak zrobić z tego prawdziwy biznes? Legalnie i z potwierdzeniem umiejętności? Brzmi jak plan!

Z ostatniego raportu GUS (2017), w którym przedstawiono strukturę zatrudnienia na czarno w Polsce, wynika, że mimo dynamicznego rozwoju rynku pracy i rekordowo niskiego bezrobocia niezarejestrowana praca w dalszym ciągu jest powszechna. Jak wynika ze statystyk, wykonywało ją 5,4 proc. osób pracujących – czyli o 0,9 proc. więcej w stosunku do danych z poprzedniego raportu. Przeprowadzone badania wskazują również, że pracy na czarno podejmuje się znacznie więcej mężczyzn niż kobiet. Wynika to z faktu, że o 20 proc. więcej mężczyzn niż kobiet było aktywnych zawodowo. Co więcej, znaczną część niezarejestrowanych pracujących stanowią osoby z niskim wykształceniem, z czego można wnioskować, że w dużej mierze wykonują prace fizyczne albo z obszaru drobnych usług. Według badań GUS-u praca na czarno zwykle ma charakter krótkotrwały i tymczasowy – 48 proc. badanych przepracowało nie więcej niż 20 dni. Co więcej, jak wynika z badań przeprowadzonych dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna, najliczniejszą grupą wśród niezarejestrowanych pracujących są osoby w wieku 18–24 lat. Liczy ona aż 32 proc., czyli popularną formą jest start w rynek pracy na czarno.

Żaden ze mnie specjalista?

Być może pokutuje przeświadczenie, że: „co ja takiego wielkiego potrafię?”. To błąd. Uczymy się przez całe życie. Brzmi jak powiedzenie z kategorii: „jak mówi stare chińskie przysłowie”, ale w rzeczywistości to konkret, na którym opiera się cały system unijnej edukacji, czyli idea lifelong learning. Na tym konkrecie bazuje z kolei system, dzięki któremu okaże się, że „co ja wielkiego potrafię” przeobrazi się w „dlaczego wcześniej na to nie wpadłem”. O co chodzi? O potwierdzanie kwalifikacji, które już mamy, wiarygodnym certyfikatem, czyli Zintegrowany System Kwalifikacji.

Za wprowadzeniem systemu ZSK na nasz rynek pracy stoi Instytut Badań Edukacyjnych. U jego podstaw leży przekonanie, że możemy wykorzystać w pracy umiejętności, które już mamy, nawet te pozornie niezwiązane ze sferą zawodową. Naprawiasz kolegom rowery w garażu? Czyli już to potrafisz. Zajmowałeś się własnymi dziećmi, gdy były małe? To także są wiedza i umiejętności, które możesz wpisać do CV. To działa jak popularne certyfikaty językowe. Nieważne, jak zdobyliśmy wiedzę – w domu, w szkole, samodzielnie czy podczas kursów. Jeśli mamy umiejętność, podchodzimy do egzaminu, potwierdzamy ją i zdobywamy wiarygodny certyfikat z numerem Polskiej Ramy Kwalifikacji.

Proste. Ale także przydatne na rynku pracy, na którym już od dawna pracodawcy nie pytają o nasz zawód. CV budujemy jak z klocków, dodając kolejne elementy.

Wróćmy do rowerów. Załóżmy, że masz fach w ręku. Koledzy zamęczają cię o wymianę części i naprawy, konserwację sprzętu lub przegląd po zimie. Masz w domu narzędzia, czas… to masz i klientów. Niby to nie klienci, ale… na kawę lub piwo zawsze chcą dać. Nie wypada wziąć, nie wiadomo jak odmówić. A gdyby to nie byli koledzy, a ty miałbyś mały warsztat, żeby dorobić do pensji? Lub nawet przekwalifikować się? Żeby jednak stać się poważnym graczem na rynku, dobrze mieć potwierdzenie umiejętności.

– Jedną z kwalifikacji, która jako pierwsza została włączona do polskiego ZSK, jest „Naprawa, konserwacja i modernizacja rowerów”. Jest to jedna z tych kwalifikacji, która w bardzo obrazowy sposób pokazuje, jak można przekuć pasję w zawodowego asa w rękawie. W systemie takich kwalifikacji jest więcej i obejmują one szeroki wachlarz obszarów i branż: od zawodów rzemieślniczych poprzez sektor IT do kulinariów. Wszystkie kwalifikacje mają przyporządkowany numer Polskiej Ramy Kwalifikacji, dzięki czemu możemy je porównać z analogicznymi w innych krajach – mówi Jerzy Bielecki, ekspert ds. doradztwa i kształcenia zawodowego w Instytucie Badań Edukacyjnych.

Pyramid Games debiutuje na NewConnect!

0

Od dzisiaj, od godziny 11:30, na rynku NewConnect będzie można nabywać akcje Pyramid Games S.A., lubelskiego twórcy i wydawcy gier. To jednak nie koniec ważnych wydarzeń w życiu spółki w tym roku.

Pyramid Games 
Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, zadebiutuje dzisiaj na NewConnect. Mimo dużej wagi wydarzenia, jest to jedynie przystanek na drodze dynamicznego rozwoju spółki. Na początku roku w wyniku emisji prywatnej developer pozyskał 3 mln złotych, a zainteresowanie inwestorów dalej nie słabnie. W lutym spółka wypuściła również Rover Mechanic Simulator, który został udostępniony w trybie Wczesnego Dostępu na platformie Steam. Od tego momentu gra cieszy się świetnym wynikiem ponad 90% pozytywnych recenzji.

W tym miesiącu miał premierę prolog kolejnej gry spółki – Dinosaur Fossil Hunter, która wcześniej odniosła sukces na platformie Kickstarter. W ciągu 4 dni od udostępnienia prolog pobrało 18 tysięcy osób, a oceny utrzymują się na poziomie ponad 80% pozytywnych recenzji. To pokazuje, że strategia przyjęta przez Pyramid Games, a polegająca na produkcji gier łączących elementy rozrywki z popularno-naukowymi spotyka się z aprobatą graczy i cieszy się ich zainteresowaniem.

-Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się zadebiutować na NewConnect. To efekt bardzo ciężkiej pracy nie tylko przez ostatnie tygodnie czy miesiące, ale i lata. Cieszy nas dotychczasowe zaufanie ze strony inwestorów i graczy, którzy dobrze przyjęli nasze produkcje. Zapewniamy, że nie zamierzamy zwalniać tempa i z niecierpliwością czekamy na moment, w którym będziemy mogli podzielić się kolejnymi projektami.- Jacek Wyszyński, prezes Pyramid Games.

 

Drżyj świecie korporacji. Nadchodzi CEO Slayer.

Po wielu miesiącach negocjacji z popularnym autorem literatury fantastyczno-naukowej, Spółka Pyramid Games zawarła umowę na produkcję gry na bazie literackiego uniwersum CEO Slayera.

Zaplanowana z rozmachem produkcja pozwoli graczowi wcielić się w mściciela żyjącego w połowie XXI wieku. W świecie rządzonym przez przywódców korporacji, bohater opowieści stanie w obronie poniżanych pracowników wielkich firm tudzież oszukiwanych przez kapitalistyczny system mieszkańców cyberpunkowej Warszawy.

Technologia niedalekiej przyszłości okaże się zarówno wrogiem jak i sprzymierzeńcem CEO Slayera. Aby uniknąć rozpoznania przez wszędobylskie kamery, będzie musiał uciekać się do całkowitej zmiany swojego wyglądu, a dla zwiększenia siły i wytrzymałości zaopatrzy się w egzoszkielet, który będzie mógł modyfikować. Z zasobów internetu będzie mógł korzystać w dowolnym czasie i miejscu dzięki soczewkom kontaktowym, zaś ślady swoich poczynań będzie zacierał za pomocą nie do końca legalnych substancji…

Gracz będzie własnoręcznie zmieniać świat na lepsze, oczyszczając Warszawę z wysoko postawionych niegodziwców. Pyramid Games planuje największą w dotychczasowym portfolio grę, w której gracz będzie mógł szpiegować, walczyć, prowadzić pojazdy i mierzyć się z wieloma problemami brutalnej rzeczywistością połowy XXI wieku.

Gra będzie tworzona w ścisłej współpracy z autorem, Marcinem Sergiuszem Przybyłkiem, znaną postacią w cyberpunkowym świecie literatury science-fiction.

Spółka zapowiedziała również na platformie Steam swoją najnowszą preprodukcję – RV Renovation. Jest to tytuł, który wyzwoli w graczach pokłady kreatywności przy odnawianiu i urządzaniu pojazdów rekreacyjnych. W grze odnajdą się też pasjonaci majsterkowania – gracz będzie mógł kupić zniszczonego kampera i przystąpić do jego naprawy oraz renowacji.

Zdolność kredytowa pod lupą. Co sprawdzają banki?

0

Zaciągnięcie kredytu zawsze poprzedzone jest weryfikacją sytuacji finansowo-ekonomicznej osoby wnioskującej. W ten sposób bank ocenia, jakie ryzyka niesie ze sobą udzielona zgoda. Na co zatem instytucje finansowe zwracają szczególną uwagę?

Polacy coraz częściej myślą o własnym mieszkaniu. Dowodem na to jest liczba zaciąganych kredytów hipotecznych. Warto podkreślić, że miniony rok był rekordowy, jeśli chodzi o udzielone zgody. Również I kwartał 2020 r. – mimo wprowadzanych od marca obostrzeń związanych z epidemią koronawirusa – był bardzo udany dla banków. Od stycznia do marca udzieliły one 56 453 kredyty na kwotę 16,623 mld zł – wynika z danych BIK. Zmiany wywołane pandemią COVID-19 musiały jednak nadejść. W lipcu br. banki i SKOK-i przesłały zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 3,5 procent w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Pozytywne jest jednak to, że aktualny odczyt indeksu jest już kolejnym sygnałem odbudowy popytu na rynku. Niestety nadal ciężej jest uzyskać zgodę na kredyt hipoteczny. O co więc warto zadbać i co weryfikują banki?

Sprawdzenie zdolności kredytowej jest pierwszym krokiem w procesie kupna mieszkania. Pracownicy banku, zanim wypłacą pieniądze, dokładnie zweryfikują, czy według ich zasad wnioskodawca będzie w stanie spłacać raty w ustalonej wysokości. W poszczególnych bankach wymogi mogą być nieco inne ze względu na różne podejście do szacowania zdolności kredytowej. Maksymalna kwota dostępnego finansowania pomiędzy bankami bywa bardzo odległa.

Oczywiście ten brak standardu nie jest przypadkiem – wynika to ze strategii przyjmowanych przez poszczególne instytucje, w tym tzw. apetytu na ryzyko, czyli skłonności do zwiększenia sprzedaży kosztem jakości portfela.

Polityka kredytowania znajduje później swój wyraz w szczegółach procedury udzielania kredytu, m.in. typach akceptowanych źródeł dochodów, szacunkach minimalnych kosztów utrzymania i dopuszczalnej relacji pomiędzy ratą a dochodem do dyspozycji.

Podczas sprawdzania sytuacji finansowej bank może zapytać m.in. o:

  • posiadany wkład własny,
  • formę zatrudnienia (rodzaj umowy) / okres prowadzonej działalności gospodarczej (w przypadku przedsiębiorców),
  • czas zatrudnienia w danym miejscu,
  • inne kredyty i zobowiązania finansowe (np. alimenty),
  • liczbę osób w gospodarstwie domowym,
  • łączne miesięczne wydatki na utrzymanie.

Zdolność kredytowa zostanie oceniona najlepiej, jeśli jesteśmy zatrudnieni na postawie umowy o pracę na czas nieokreślony i nie mamy na moment wnioskowania stałych zobowiązań finansowych czy innych kredytów do spłacenia. Dodatkowo oczywiście im wyższe dochody, tym lepiej. Warto jednak podkreślić, że umowa-zlecenie, umowa o dzieło, umowa o pracę na czas określony czy własna działalność nie dyskwalifikują nas jako kredytobiorcy. Jeśli posiadamy którąś z wymienionych umów, musimy odpowiednio udokumentować wymagany okres zatrudnienia i ciągłość osiągania dochodu, a czasem nawet kontynuację pracy w tej samej branży. Ponadto, co może niektórych zaskoczyć, banki zwracają uwagę także na:

  • wiek,
  • stan cywilny,
  • wykształcenie.

Dlaczego akurat te elementy również brane są pod uwagę? Są to czynniki, które są ważne zwłaszcza w przypadku kredytów hipotecznych, których spłata rozciąga się na bardzo długi okres. Dobry zawód, młody wiek i stabilne życie rodzinne to mniejsze ryzyko tego, że kredytobiorca utraci pracę i wpadnie w problemy finansowe, które uniemożliwią regulowanie należności.

Minimalny wiek w większości banków waha się pomiędzy 18 a 21 lat. Osobom młodym trudniej jest uzyskać kredyt, gdyż są one oceniane jako mniej stabilne życiowe. Co więcej, nie mając historii kredytowej są w pewnym sensie niewiarygodne dla banku. Natomiast maksymalny wiek to zwykle 70-80 lat. Dla banku przekroczenie tej granicy oznacza ryzyko niespłacenia zobowiązania. Co ważne, przy długoterminowych kredytach liczy się nie tylko wiek w momencie zaciągania długu, ale również, gdy będziemy kończyć spłatę. Ponadto przekroczenie wieku emerytalnego oznacza spadek zarobków, gdyż emerytura jest zwykle niższa niż pensja, przez co może nastąpić problem ze spłatą zaciągniętego zobowiązania.  W niektórych bankach (np. ING Bank Śląski) jeśli zaznaczymy we wniosku, iż mamy możliwość przejścia na wcześniejszą emeryturę, automatycznie nasza zdolność zostaje obniżona.

Po podaniu wszystkich niezbędnych danych banki wprowadzają je do specjalnego systemu, który oblicza czy możemy uzyskać kredyt i w jakiej wysokości. Bardzo ważne jest, aby we wniosku kredytowym podawać prawdziwe informacje. Instytucje finansowe mają bowiem wiele możliwości, aby zweryfikować udostępnione przez nas szczegóły.

Autor: Kinga Burcan, partner zarządzający Trinity Finance

Mniejsze koszty pracodawcy, większy komfort pracownika, czyli dlaczego warto wdrożyć odporne rozproszone środowisko pracy w każdej organizacji

Google ogłasza, że pracownicy nie muszą wracać do biura aż do kolejnego lata. W Polsce zaś pojawia się kolejna nowelizacja wydłużająca okres, w którym zatrudnieni mogą wykonywać swoje obowiązki z domu. Wszystko wskazuje na to, że praca zdalna zagości u nas na dłużej. Nowe okoliczności i nowe style pracy wymagają nowych rozwiązań. Eksperci Forbis Group zdradzają, dlaczego warto wdrożyć odporne rozproszone środowisko pracy w każdej organizacji. 

Pandemia zweryfikowała model dotychczasowego działania. Okazało się, że home office może być rozwiązaniem nie tylko koniecznym, lecz także praktycznym i opłacalnym. Co więcej, zmieniły się oczekiwania pracowników, którzy dzisiaj preferują rozwiązania elastyczne i cenią sobie większą swobodę w decydowaniu o tym, gdzie będą wykonywali swoje obowiązki. W Polsce test przeszedł także system prawny, który musiał dostosować się do nowych okoliczności. Zmiany wprowadzone na czas kwarantanny narodowej zmienią legislację na dłużej. Zgodnie z nowelizacją ustawy o delegowaniu pracowników w ramach świadczenia usług z 24 lipca 2020 r. firma będzie mogła zlecić zatrudnionemu wykonywanie pracy poza miejscem jej stałego świadczenia w okresie stanu zagrożenia epidemicznego, w czasie epidemii oraz przez trzy miesiące po ich odwołaniu. Oznacza to, że regulacje dotyczące zdalnego świadczenia pracy, których ważność miała upłynąć 4 września 2020, obowiązywać będę jeszcze przez kolejny kwartał. To rozwiązanie, o które już wcześniej apelowali zrzeszający zatrudniających. Jednocześnie rozpoczęły się prace nad nowelizacją kodeksu pracy. Organizacje zyskały zatem nieco czasu na wypracowanie docelowych strategii nieruchomościowych i modeli zarządzania zespołami rozproszonymi, pracującymi zdalnie i w modelu hybrydowym, a ustawodawca – na dopracowanie zmian w kodeksie i konsultacje ze środowiskiem biznesowym. 

Elastyczność w podejściu do pracy nie oznacza rezygnacji z biur. Wręcz przeciwnie: w zespołach rozproszonych stanowi ono niezwykle istotną przestrzeń, która sprzyja efektywnemu działaniu organizacji. Nowe style pracy, które wyłoniły się po lockdownie, charakteryzują się nowymi potrzebami, do których przestrzenie biurowe powinny być przystosowane. Odpowiedzią na zmieniające się oczekiwania jest model odpornego rozproszonego środowiska pracy – zaznacza Karolina Dudek, Workplace Strategy Director w Forbis Group.

Dlaczego warto go wdrożyć?

Mniejsze koszty

Praca w zespołach rozproszonych, w których część pracowników przebywa w biurze, a część wykonuje swoje obowiązki zdalnie, oznacza, że nie wykorzystujemy biurek jak dotychczas. Część z nich pozostaje pustych. Jeśli takie rozwiązanie ma zastosowanie długofalowo, możliwa jest redukcja przestrzeni biurowej, co oznacza mniejsze koszty najmu i utrzymania biura. Co więcej, oszczędności pojawiają się także po stronie zatrudnionych, którzy nie muszą codziennie dojeżdżać do pracy.

Większe możliwości

Rezygnacja z pracy stacjonarnej w pełnym wymiarze godzin znacznie poszerza obszar rekrutowania pracowników. Zazwyczaj biura zlokalizowane są w dużych miastach, co oznacza ograniczenie rekrutacji do danej lokalizacji. Praca zdalna otwiera możliwość nawiązywania współpracy ze specjalistami z innych rynków, którzy swoje obowiązki będą wykonywać na odległość.

Employer branding na miarę potrzeb

Kilka miesięcy temu zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę. Specjaliści przyzwyczajeni do pracy stacjonarnej, zmuszeni byli przestawić się na tryb „online”. Chociaż na początku dla wielu stanowiło to wyzwanie, finalnie okazało się być rozwiązaniem nie tylko możliwym do realizacji, lecz także pożądanym. Wobec tego, zmieniły się oczekiwania pracowników. Organizacje, które będą proponowały elastyczny czas pracy i możliwość wykonywania swoich obowiązków zdalnie, zyskają na atrakcyjności.  Odporne rozproszone środowisko pracy, jeśli będzie traktowane jako element strategii biznesowej i HR, stanie się cennym narzędziem employer brandingowym.

Zwiększenie sprzedaży w sklepie – skuteczne porady

Okazuje się, że to nie cena jest głównym czynnikiem wpływającym na sprzedaż. Użyteczność strony, przebieg procesu zakupowego, sposób w jaki klient trafił do sklepu internetowego – to oddziałuje na sprzedaż i jej rozmiar. Nawet z pozoru niewielkie ulepszenia strony są w stanie podnieść ruch, konwersję i sprzedaż. 

Strona sklepu internetowego

Zacznijmy od sklepu internetowego, który nie tylko powinien umożliwiać zakupy, ale płynnie prowadzić do ostatniego etapu zachodzącego na stronie, czyli kupna. Oczywiście sprzedaż nie kończy się wraz z otrzymaniem produktu, ale trwa nadal. Klient może wystawić opinię, polecić innym sklep, wrócić na zakupy. Może, ale nie musi. Dlatego właściciele powinni zrobić wszystko, by konsekwencją pierwszej transakcji były kolejne. Skupmy się na tym, co ułatwia klientom korzystanie ze strony sklepu. Na zwiększenie sprzedaży w sklepie wpływa:

  • wyszukiwarka produktów i autouzupełnianie – pozwala na łatwe odnajdywanie produktów,
  • filtrowanie produktów – dzięki tej funkcji użytkownik precyzyjnie określa tego, czego szuka i dostaje wyniki odpowiadające zaznaczonym opcjom,
  • nawigacja (breadcrumbs) – użytkownik dzięki nawigacji jest w stanie zlokalizować swoje położenie w sklepie, od produktu poprzez podkategorie i kategorie do strony głównej,
  • opis produktu i dostępność towaru – klient otrzymuje wszystkie informacje o produkcie w jednym miejscu,
  • zdjęcia – grafika powinna być wysokiej jakości, pokazywać produkt w różnych ujęciach i odzwierciedlać faktyczny wygląd towaru,
  • formularz kontaktowy – komunikacja ze sklepem ułatwia podjęcie decyzji i rozwiewa ewentualne wątpliwości, ale pod warunkiem, że obsługa odpowie sprawnie,
  • treści – jeśli sprzedajesz produkty, które wymagają więcej informacji, niż te zwarte w opisie, warto zainwestować w tworzenie treści, np. na blogu,
  • CTA – użytkownik w każdym momencie powinien mieć możliwość skorzystania z oferty, w czym pomoże zamieszczanie „call to action” na stronie sklepu (np. „kup teraz”).

Proces sprzedaży

Proces sprzedaży ma być ciągiem zdarzeń, które szybko zaprowadzą klienta do transakcji. Aby etap koszyka zakupowego zakończył się płatnością, powinniśmy wyeliminować wszystkie możliwe przeszkody. Jest kilka sposobów na porzucone koszyki, np. możliwość zapłaty w innym terminie lub na raty, czyli tzw. odroczone płatności. Klienci lubią mieć wybór w kwestii dostawy i formy płatności, więc dobrze, żeby było ich kilka. Pomimo najlepszego zdjęcia i opisu, może darzyć się, że produkt nie spełni oczekiwań. Darmowy zwrot (również dostawa) jest jednym z rozwiązań, dzięki którym klient decyduje się na zamówienie. Jeszcze przed płatnością klient powinien otrzymać podsumowanie, mieć możliwość rejestracji konta, widzieć dane kontaktowe do sklepu.

Mimo, że cały proces zachodzi online, a więc konsumenci nie mają bezpośredniej styczności z obsługą sklepu, miejmy na uwadze, że kontakt jest nie mniej ważny. Komunikacja pracowników sklepu z klientami wpływa na sprzedaż i to co, dzieje się długo po niej.

Zwiększenie sprzedaży w sklepie – sposoby

Jeśli mamy sklep, który spełnia oczekiwania użytkowników, a proces sprzedaży nie sprawia klientom problemów – wręcz przeciwnie, czyni kupowanie szybkim, możemy skupić się na innych sposobach.

Zwiększenie sprzedaży w sklepie można uzyskać również dzięki wdrożeniu:

  • cross-sellingu (propozycja produktu uzupełniającego) i up-sellingu (propozycja droższego produktu),
  • remarketingu (oferowanie produktów osobom, które miały kontakt ze sklepem),
  • specjalnych ofert w ramach newslettera,
  • chatbota na stronie sklepu i Facebooku,
  • Google Merchant Center (przesyłanie informacji o sklepie i produktach do Google),
  • reklamy Google Ads i w social media (Facebook Ads, Instagram Ads itp.),
  • pozycjonowania w wyszukiwarce,
  • powiadomienia push i web push (komunikaty w przeglądarce i aplikacji),
  • marketingu afiliacyjnego (programy partnerskie),
  • sprzedaży na marketplace,
  • certyfikatu SSL (szyfrowanie danych),
  • programu lojalnościowego,
  • poprzez dostosowanie witryny do urządzeń mobilnych.