Sektor nieruchomości komercyjnych wciąż nadzwyczaj odporny

Tak dobrej I połowy roku nie było nawet w rekordowym 2019 r. Mocnym akcentem zaczął się także lipiec, choć sentyment inwestorów w kolejnych kwartałach wciąż pozostaje niepewny.

W pierwszej połowie 2020 r. wartość transakcji inwestycyjnych zawartych na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce była o 5 proc. wyższa niż w analogicznym okresie rekordowo dobrego ubiegłego roku i przekroczyła 2,9 mld euro – wynika z raportu At A Glance Investment Market in Poland H1 2020, opublikowanego przez firmę doradczą BNP Paribas Real Estate Poland. W normalnych okolicznościach tak dobry wynik byłby świetnym prognostykiem na cały 2020 r., jednak panujący ogólnoświatowy kryzys może mieć odzwierciedlenie w wynikach w drugim półroczu. Spodziewany całoroczny wolumen będzie zapewne niższy niż roku temu i prawdopodobnie zbliży się do kwoty transakcji zawartych 3 lata wcześniej.

-Do prognoz na kolejne dwa kwartały i zamknięcie roku 2020 podchodzimy z dużą dozą ostrożności. Mimo dobrych wyników w pierwszej połowie roku 2020, na które znaczny wpływ miały transakcje zawarte w pierwszych miesiącach roku, spodziewamy się spowolnienia na rynku inwestycyjnym. Inwestorzy z pewnością potrzebują nieco czasu, aby przeanalizować i ocenić obecną sytuację ekonomiczną i finansową. Wiele z planowanych na ten rok transakcji przesunie się w czasie. – Mateusz Skubiszewski, Dyrektor Działu Rynki Kapitałowe w BNP Paribas Real Estate Poland

Niemal połowa wolumenu inwestycyjnego wypracowanego w okresie styczeń–czerwiec obecnego roku przypadła na sektor biurowy (1,33 mld euro). Dla porównania, w I poł. 2019 r. był on wyższy o ok. jedną czwartą, w dużej mierze za sprawą większej ilości aktywów będących przedmiotem transakcji inwestycyjnych na regionalnych rynkach biurowych, kiedy to dokonano sprzedaży 28 biurowców. W bieżącym roku w regionach właściciela zmieniło 21 obiektów, w tym 11 budynków z portfela GTC (61,49% udziałów w GTC zostało sprzedane przez Lone Star węgierskiemu funduszowi państwowemu Optimum Ventures). Najbardziej znaczącą transakcją pierwszego półrocza było przejęcie kolejnej z faz kompleksu High 5ive w Krakowie przez Credit Suisse. Natomiast w Warszawie najwyższą kwotę za pojedynczy biurowiec zapłacił Hines przejmując Wola Center za ok. 102 mln euro.

-W samym II kwartale nieruchomości biurowe zlokalizowane na rynkach regionalnych cieszyły się wśród nabywców nieco większym powodzeniem niż obiekty warszawskie. W Krakowie np. właściciela zmieniły biurowce z kompleksu Equal Business Park zakupione przez konsorcjum zarządzane przez Apollo – Rida, natomiast filipiński ISOC Holding powiększył swoje polskie portfolio o dwa biurowce w ramach Silesia Business Park w Katowicach. W tym samym okresie największe wartościowo transakcje sfinalizowane w Warszawie obejmowały sprzedaż Nowogrodzka Square (Yareal do Amundi) oraz siedziby własnej firmy DSV (DSV Group do Corum) – dr Piotr Goździewicz MRICS, Dyrektor, Rynki Kapitałowe, BNP Paribas Real Estate Poland

Od trzech lat widać wyraźny wzrost zainteresowania inwestorów lokowaniem kapitału w nieruchomości magazynowe, przemysłowe i logistyczne. W I poł. br. na ten sektor przypadło prawie 40% zrealizowanego wolumenu inwestycyjnego. Wypracowany wynik blisko 1,15 mld euro jest tylko o ok. 20% niższy od całorocznej wartości zainwestowanej w szeroko pojęty segment aktywów magazynowych w ubiegłym roku. Ponad 1 mld euro przyniosły transakcje portfelowe, m. in. akwizycja portfela pięciu nieruchomości Panattoni za 188 mln euro przez Savills IM dla funduszu z Azji, sprzedaż CGL (chiński kapitał) sześciu parków logistyczno–przemysłowych przez Hines za 140 mln euro czy nabycie przez GIC (Singapur) portfela sześciu obiektów logistycznych od funduszu zarządzanego przez Apollo Global Management.

W II kw. 2020 r. co prawda sektor magazynowy stracił pozycję lidera na korzyść segmentu biurowego, ale lipiec zaczął się już kolejnym mocnym akcentem przejęcia portfela kilkunastu nieruchomości Goodman przez GLP Group (transakcja te nie jest ujęta w wyliczeniach za I poł. br.).Eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland przewidują, że kryzys związany z koronawirusem może jeszcze wzmocnić sentyment nabywców w stosunku do aktywów magazynowych, przemysłowych i logistycznych. Spodziewany wzrost znaczenia sektora e-commerce w Polsce przekłada się na jeszcze wyższe zainteresowanie tą klasą produktu inwestycyjnego. Z kolei załamanie łańcuchów dostaw i produkcji w krajach azjatyckich może częściowo przełożyć się na zmianę strategii wielu firm europejskich, którzy będą dążyć do skrócenia łańcuchów dostaw i przeniesienia części produkcji bliżej swoich krajów pochodzenia. Polska jest bardzo atrakcyjną lokalizacją do tzw. reshoringu produkcji, oferując nowoczesne zasoby powierzchni magazynowo-przemysłowo-logistycznej, cały czas dobrą dostępność terenów pod nowe inwestycje, wciąż poprawiającą się infrastrukturę transportową, atrakcyjne finansowo zasoby pracowników i w końcu całkiem duży rynek zbytu. Zainteresowanie kapitału zagranicznego produktem inwestycyjnym z tego sektora wydaje się więc być naturalną konsekwencją.

W sektorze nieruchomości handlowych I poł. 2020r. przyniosła transakcje o wartości 446 mln euro, z czego zdecydowana większość przypada na wspominane już wcześniej przejęcie udziałów Lone Star w GTC przez węgierski fundusz państwowy Optimum Ventures. Transakcja ta dotyczyła również udziałów w portfelu handlowym GTC, obejmującym dwa centra handlowe – Galerię Północną w Warszawie i Galerię Jurajską w Częstochowie. Sporym zainteresowaniem inwestorów cieszą się wolnostojące wyspecjalizowane obiekty handlowe, małe parki handlowe i centra tzw. zakupów w sąsiedztwie (convenience retail). Dużym echem w czerwcu odbiło się przejęcie sieci 301 supermarketów Tesco przez Sailing Group czyli właściciela duńskich sklepów spożywczych Netto. Transakcja ta czeka na zatwierdzenie przez UOKiK, które ma nastąpić jesienią br. i wtedy nastąpi jej finalizacja.

Globalny kryzys spowodowany pandemią Covid-19 przekłada się na korektę stóp kapitalizacji, w różnym stopniu w zależności od sektora aktywów. Według ekspertów BNP Paribas Real Estate Poland, w sektorze biurowym  najwyższej klasy aktywa mogą obecnie uzyskać stopę zwrotu na poziomie ok. 4,60%, podczas gdy na początku roku, jeszcze przed pandemią, trwały rozmowy pomiędzy kupującymi a sprzedającymi przy zakładanej stopie kapitalizacji ok. 4,25% – 4,35%. Na sytuację w nadchodzących kwartałach wpływ może mieć wiele czynników, z których kluczowymi będą rozwój sytuacji epidemiologicznej i zagospodarowanie przestrzeni biurowej w warunkach reżimu sanitarnego, skala zjawiska pracy zdalnej i kształtujące się zupełnie nowe podejścia do elastyczności umów najmu.

W sektorze handlowym stopy kapitalizacji dla wiodących obiektów wzrosły o około 25-50 punktów bazowych, w zależności od formatu handlowego. Największa dekompresja dotyczy centrów handlowych, które są aktywem najbardziej poszkodowanym przez pandemię i wynikające z niej obostrzenia prowadzenia działalności oraz zmianę zachowań konsumentów.

Nieruchomości magazynowe zdają się przechodzić przez obecne zawirowania rynkowe bez większej szkody. Stopy kapitalizacji dla najwyższej klasy obiektów logistycznych i magazynowych wynajmowanych przez kilku najemców (tzw. multi-tenant) są ustabilizowane i kształtują się jak w poprzednim kwartale między 5,75% a 6,50%, w zależności od lokalizacji. Zdecydowanie niższe stopy zwrotu mają zastosowanie w przypadku centrów dystrybucyjnych zajmowanych przez gigantów e-commerce, zabezpieczonych długoterminowymi umowami najmu. W takich przypadkach stopa kapitalizacji może oscylować na poziomie ok. 4,25%. Silny popyt inwestorów na tej klasy aktywa zapewne utrzyma ten trend.

Dobry wynik I poł. 2020 r. pozwala z umiarkowanym optymizmem patrzeć na nadchodzące miesiące, choć oczywiście spowodowane pandemią globalny kryzys i spodziewana recesja polskiej gospodarki wywołują niepokój i będą rzutować na wyniki kolejnych kwartałów. Spora część toczących się transakcji została opóźniona bądź zastopowana przez wprowadzone od połowy marca ostre obostrzenia i zamknięcie granic, które uniemożliwiło kontynuowanie procesów transakcyjnych. Strony powoli wracają do rozmów, choć w obecnej rzeczywistości często omawiane są zmienione warunki transakcji biorące pod uwagę wydarzenia z pierwszej połowy roku.

Analitycy Ebury prognozują kurs dolara

Niedawne, ponowne wprowadzenie środków bezpieczeństwa w niektórych stanach USA w odpowiedzi na wysoką dynamikę zakażeń koronawirusem pogłębiło trwającą już od jakiegoś czasu deprecjację amerykańskiej waluty. Chociaż dane z amerykańskiej gospodarki prezentują się coraz lepiej, uważamy, że perspektywy dla dolara są negatywne.

W czasie, gdy na świecie zaczęto łagodzić środki ostrożności mające zapobiegać rozprzestrzenianiu się koronawirusa, uwagę inwestorów przykuła utrzymująca się rozbieżność w liczbie rejestrowanych nowych przypadków zakażeń pomiędzy USA i Europą – na niekorzyść tych pierwszych. W rezultacie USA stały się najbardziej dotkniętym przez pandemię z kluczowych obszarów gospodarczych. Od początku epidemii odnotowano tam ponad 5 milionów przypadków (około ¼ wszystkich zarejestrowanych na świecie). Przez większość czerwca i lipca głównym zmartwieniem inwestorów był wzrost liczby raportowanych nowych zakażeń w USA. Podczas gdy niemal wszystkie inne rozwinięte kraje notowały poprawę w statystykach dot. koronawirusa, w USA liczba nowych rejestrowanych przypadków systematycznie rosła, osiągając w lipcu nowe szczyty i na poziomie dziennym około dwukrotnie przewyższając tę z poprzedniego szczytu w kwietniu (Wykres 1). Patrząc na średnią 7-dniową, pod koniec lipca liczba nowych przypadków wynosiła średnio niemal 70 tys. dziennie. Chociaż sporą część tego wzrostu można powiązać ze wzrostem liczby przeprowadzanych testów, idący za nim umiarkowany wzrost liczby rejestrowanych nowych dziennych zgonów sugeruje, że nie można go postrzegać jako jedynego powodu stojącego za wzrostem liczby rejestrowanych zakażeń. Od tamtej pory sytuacja w tym kontekście uległa pewnej poprawie (obecnie 7-dniowa średnia to ok. 55 tys. przypadków dziennie), nadal jednak jest znacznie gorsza niż po drugiej stronie Atlantyku.

Wykres 1: Nowe zakażenia koronawirusem w USA/milion osób (marzec ‘20 – sierpień ‘20)Nowe zakażenia koronawirusem w USA

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 11/08/2020

U szczytu paniki rynkowej w marcu, gdy inwestorzy szukali spokoju nabywając aktywa bezpieczne, dolar doświadczył istotnego umocnienia w relacji do niemal każdej waluty na świecie. Inwestorzy preferowali dolara ze względu na jego rolę jako najbardziej płynnej waluty świata i brak uzależnienia gospodarki USA od popytu zewnętrznego (co wróżyło dobrze, zwłaszcza w sytuacji, kiedy koronawirus zaczynał rozprzestrzeniać się po świecie). Od czasu, kiedy mniej więcej w połowie marca indeks USD (dolar w relacji do koszyka sześciu głównych walut) wzrósł do najwyższego poziomu od stycznia 2017 roku, amerykańska waluta osłabiła się, schodząc w ostatnich dniach do najniższego poziomu od maja 2018 roku (Wykres 2). Choć uważamy, że większość tych zmian należy powiązać z poprawą sentymentu do ryzyka i odpływem kapitału z „bezpiecznych przystani”, to jednak niepokojące dane z frontu walki z koronawirusem i ponowne wprowadzenie środków bezpieczeństwa w niektórych amerykańskich stanach zdecydowanie nie pomogły amerykańskiej walucie.

Wykres 2: Indeks USD & kurs USD/PLN (sierpień ‘19 – sierpień ‘20)Indeks USD & kurs USD

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 11/08/2020

Tak jak sądziliśmy, że może nastąpić, wygląda na to, że pogląd rynku w kwestii pogarszających się danych dot. pandemii w USA uległ zmianie, a inwestorzy zaczęli w większym stopniu skupiać się na negatywnym wpływie na gospodarkę potencjalnie dłuższego funkcjonowania środków bezpieczeństwa. Zgodnie z oczekiwaniami gospodarka USA w drugim kwartale doświadczyła największej recesji od czasu II wojny światowej: PKB spadło o niebywałe 32,9% w ujęciu zanualizowanym (9,5% w ujęciu rok do roku). Dane makro publikowane w ostatnich tygodniach w znacznej mierze były optymistyczne, jednak spora część z nich obejmuje okres sprzed wspomnianego ponownego wprowadzenia środków bezpieczeństwa w części stanów.

Miękkie indeksy aktywności biznesowej istotnie odbiły. Pozaprzemysłowy indeks PMI od ISM w lipcu wzrósł do poziomu 58,1 pkt, najwyższego od lutego 2019 roku, z kolei indeks PMI dla usług publikowany przez IHS Markit w lipcu osiągnął najwyższy od sześciu miesięcy poziom 50 pkt. Miary aktywności konsumenckiej również uległy poprawie: sprzedaż detaliczna w maju wzrosła o rekordowe 18,2% w ujęciu miesięcznym, odbijając po rekordowym spadku w poprzednim miesiącu. Również czerwcowe dane okazały się lepsze od oczekiwań, wzrost odnotowano nawet w ujęciu rok do roku.

Zaobserwowaliśmy również poprawę sytuacji na amerykańskim rynku pracy. Tak jak oczekiwaliśmy, brak nacisku na utrzymanie miejsc pracy w USA (co jest kwestią wyraźnie odróżniającą ten kraj od wielu innych gospodarek rozwiniętych) zaowocowało znacznie ostrzejszym wzrostem bezrobocia. W kwietniu, kulminacyjnym punkcie kryzysu, ubyło niemal 21 milionów miejsc pracy netto, a stopa bezrobocia w USA wzrosła do 14,7% – najwyższego poziomu od czasu Wielkiego Kryzysu. Od tamtej pory, zgodnie z danymi non-farm payrolls, udało się „odzyskać” ponad 9 milionów miejsc pracy (Wykres 3), z czego w czerwcu odnotowano rekordową dodatnią zmianę (+4,8 mln miejsc pracy). Znaczna część z nich powstała w sektorach takich jak handel detaliczny i hotelarstwo, gdzie pracownicy zostali uznani za tymczasowo zwolnionych w trakcie zamknięcia gospodarki i ponownie wrócili do pracy po złagodzeniu obostrzeń. Bardziej bieżące dane dotyczące sytuacji na rynku pracy, czyli dane o wnioskach o zasiłek składanych przez nowych bezrobotnych, ostatnio również pokazały poprawę, jednak poprawa w tych danych od początku czerwca następowała bardzo stopniowo.

Wykres 3: Zmiana zatrudnienia w sektorach pozarolniczych w USA (2017 – 2020)Zmiana zatrudnienia w sektorach pozarolniczych w USA

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 11/08/2020

Od czasu naszej ostatniej rewizji prognoz dla waluty w maju, polityka pieniężna Rezerwy Federalnej nie ulegała istotnym zmianom. Na początku pandemii bank centralny ściął stopę fed funds łącznie o 150 punktów bazowych, do tzw. efektywnej dolnej granicy (0-0,25%). Na tym samym poziomie znalazła się ona po kryzysie finansowym z lat 2008/09. Fed wdrożył również szereg dodatkowych środków wspierających gospodarkę, w tym ponownie uruchomił program luzowania ilościowego. Początkowe ogłoszenie zakładało, że obejmie on 700 mld dolarów, jednak od tamtej pory Fed zadeklarował zakup nieograniczonej ilości papierów skarbowych i papierów wartościowych zabezpieczonych hipoteką, aby wesprzeć rynki finansowe i gospodarkę.

Rząd Stanów Zjednoczonych uruchomił również największy w historii pakiet stymulacyjny o wartości 2 bilionów dolarów. Pakiet ten objął m.in. bezpośrednie wypłaty nawet 1200 USD dla większości Amerykanów, silny wzrost zasiłków dla bezrobotnych oraz 367 mld USD wsparcia dla małych firm, które najbardziej ucierpiały przez kryzys. Wspomniany program dodatkowych zasiłków w wysokości 600 USD tygodniowo wygasł jednak z końcem lipca. W związku z brakiem porozumienia w Kongresie w kontekście dalszego wsparcia, prezydent Trump podpisał w weekend cztery rozporządzenia wykonawcze, z których jedno wydłuża pomoc dla bezrobotnych. Tymczasowo mają oni otrzymywać dodatkowe 300-400 USD tygodniowo. Obecnie nie wiadomo, co będzie dalej z negocjacjami w Kongresie w kontekście ewentualnego dalszego wsparcia, które może okazać się niezbędne po tym, jak obecna pomoc się wyczerpie, co może nastąpić w perspektywie kilku tygodni. Mamy nadzieję, że uda się osiągnąć porozumienie, ale ryzyko jego braku stanowi dodatkowe ryzyko dla dolara.

Podtrzymujemy opinię, że w tym roku dolar prawdopodobnie doświadczy wyprzedaży – zarówno w parze z euro, jak i polskim złotym. Sądzimy, że dla gospodarki USA ryzyk jest więcej niż dla większości innych rozwiniętych gospodarek, szczególnie dla strefy euro. Na słabość amerykańskiej waluty przełożyła się m.in. niezdolność władz USA do powstrzymania rozprzestrzeniania się wirusa. Strefa euro, w przeciwieństwie do USA, nie tylko poradziła sobie z pandemią lepiej, ale też (wraz z innymi krajami UE) podjęła się wspólnej odpowiedzi na kryzys, uzgadniając emisję wspólnych obligacji w celu sfinansowania programu odbudowy po pandemii. Im dłużej utrzymywać będzie się rozbieżność w zakresie danych z frontu walki z pandemią i w USA będą utrzymywane środki bezpieczeństwa mające przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się koronawirusowa, tym większy wpływ te dwa czynniki będą miały na amerykańską gospodarkę. Jak wspomnieliśmy, sądzimy, że słabe systemy na rzecz utrzymania miejsc pracy w USA również sprawiają, że normalizacja sytuacji na rynku pracy potrwa tam dłużej niż w większości innych krajów rozwiniętych.

Choć opublikowane w ostatnim czasie dane z gospodarki USA wyraźnie pokazują, że najgorsza część załamania już minęła, to jednak perspektywa dłuższego okresu obowiązywania koronawirusowych restrykcji bez wątpienia stanowi zagrożenie dla ożywienia. W związku z tym nadal przewidujemy deprecjację dolara względem większości głównych walut. Aktualizujemy jednak naszą prognozę EUR/USD w górę, co odzwierciedlać ma przede wszystkim relatywnie gorszą pozycję USA w kontekście pandemii. Oczekujemy jednocześnie jeszcze silniejszej aprecjacji złotego w parze z dolarem amerykańskim w związku zarówno z istotnym wzrostem kursu EUR/USD, jak i oczekiwaniem silniejszego niż zakładaliśmy wcześniej spadku kursu EUR/PLN.

Prognoza kursu dolara analityków Ebury

  EUR/USD USD/PLN EUR/PLN
Q3-2020 1,18 3,68 4,34
E-2020 1,19 3,61 4,29
Q1-2021 1,20 3,58 4,29
Q2-2021 1,21 3,54 4,28
E-2021 1,24 3,43 4,25

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Odradzająca się gastronomia w Europie może pomóc polskim eksporterom drobiu nadrobić straty wywołane pandemią. Branża liczy także na ponowne otwarcie rynków azjatyckich

Zamknięcie w marcu granic wewnątrzunijnych oraz lokali gastronomicznych spowodowało zatrzymanie eksportu polskiego mięsa drobiowego i nadpodaż tego produktu na rynku. Wynikiem tego był spadek cen, które obecnie nie wyrównują nawet kosztów produkcji. Producenci mają nadzieję na powrót na rynek kolejnych firm z sektora HoReCa i na uznanie Polski za kraj wolny od grypy ptaków, co pozwoliłoby na powrót na rynki pozaeuropejskie, głównie azjatyckie.

Obecnie sytuacja na rynku drobiu jest bardzo trudna. Polska jest największym w Unii Europejskiej producentem mięsa drobiowego. Na początku tego roku zostaliśmy bardzo ciężko dotknięci grypą ptaków, niemniej jednak byliśmy w stanie sobie poradzić z tym problemem, przekierowując większość produkcji na rynek wspólnotowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Goszczyński, dyrektor generalny Krajowej Rady Drobiarstwa.

W 2019 roku Polska wyeksportowała ponad 1,5 mln ton mięsa drobiowego, ponad trzy razy tyle, co w 2010 roku. To ponad połowa całej produkcji. Wartość eksportu polskiego drobiu wyniosła 3,1 mln euro i również była rekordowa.

Kiedy nastąpiła pandemia koronawirusa, okazało się, że to wszystko, co do tej pory było wprowadzane na rynek wspólnotowy, nagle musi znaleźć miejsce w kraju. Bardzo dużo mięsa przekierowane zostało do mroźni, tak aby w jakiś sposób odebrać od hodowców żywiec i przechować go. To wszystko spowodowało, że jego cena jest bardzo niska, poniżej opłacalności ­– podkreśla Dariusz Goszczyński.

W czerwcu za kilogram żywca drobiowego płacono w skupie 3,47 zł, o 11,1 proc. mniej niż rok wcześniej. W maju, co prawda, odnotowano wzrost rok do roku o 4,8 proc., ale w marcu spadek wyniósł 12 proc., a w kwietniu niemal 14 proc. W czerwcu niższe były także – choć już tylko o 3 proc. – ceny detaliczne mięsa drobiowego, choć w całym półroczu konsumenci musieli średnio płacić za nie o 3,1 proc. więcej niż w I półroczu 2019 roku.

Jako organizacja branżowa zwracaliśmy się do Ministerstwa Rolnictwa, Komisji Europejskiej o uruchomienie wsparcia prywatnego przechowywania, aby można było przechować mięso drobiowe przez dłuższy okres i później stopniowo wprowadzać je na rynek. Niestety branża nie została objęta wsparciem – mówi dyrektor generalny Krajowej Rady Drobiarstwa. – Cały czas borykamy się z problemami, bo pomimo tego, że część obiektów typu HoReCa już się otworzyła w Unii Europejskiej, cały czas trudno mówić o sytuacji, jaka była przed pandemią koronawirusa. Wraz z otwieraniem się kolejnych obiektów typu HoReCa sytuacja powinna się normować. Poza tym liczymy na to, że w połowie sierpnia zostanie zdjęte ograniczenie wynikające z grypy ptaków, wtedy ponownie uzyskamy dostęp do rynków państw trzecich i łatwiej będzie realizować eksport.

Rok 2020 branża powitała informacją o powrocie grypy ptaków, z którą borykała się już w latach 2016–2017. To natychmiast spowodowało wstrzymanie importu polskiego mięsa przez takie kraje jak Hongkong, RPA, Singapur, Korea Południowa, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Tajwan czy Japonia. Obecnie część państw, np. Armenia czy Japonia, zezwoliła już na wznowienie wwozu polskich produktów, inne kraje wpuszczają mięso wyprodukowane w województwach lub powiatach wolnych od choroby. W marcu jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.

– Mięso drobiowe cieszy się dużym zainteresowaniem ze strony konsumentów. Polska jako największy producent mięsa drobiowego w UE wdrożyła najwyższe standardy, dba o najwyższe parametry jakościowe, w związku z czym konsumenci chętnie sięgają po ten produkt – przekonuje Dariusz Goszczyński. – W marcu, kiedy pojawiła się pandemia, konsumenci bardzo chętnie sięgali po mięso drobiowe, co też było obserwowane również w chwilowej zwyżce cen. Z kolei w tej chwili obserwujemy powrót do normalności i spożycie jest na takim poziomie, jak było wcześniej. 

UE zainwestuje miliardy w zielony wodór. W tej chwili aż 95 proc. tego surowca wciąż pochodzi z paliw kopalnych

W tej chwili wodór ma zastosowanie głównie w sektorze chemicznym, jego wykorzystanie w transporcie czy energetyce wciąż jest marginalne. Co więcej, aż 95 proc. produkowanego wodoru wciąż pochodzi z paliw kopalnych, a tylko 5 proc. jest wytwarzane z odnawialnych źródeł. Unia Europejska zamierza odwrócić te proporcje, a opublikowana na początku lipca strategia wodorowa ma być impulsem dla rozwoju tego rynku w Europie, której szacunkowe zapotrzebowanie na wodór w 2030 roku ma już sięgnąć 16,5 mln ton. Wyzwaniem pozostają jednak koszty, bo wytwarzanie zielonego, niskoemisyjnego wodoru wciąż jest droższe od innych form, i bariery technologiczne związane z produkcją i transportem tego surowca.

Jak wynika z lipcowego raportu Esperis „Gra o wodór. Kto zdominuje rynek wodoru na świecie?”, globalna produkcja wodoru sięga w tej chwili ok. 74 mln ton rocznie, a przodują w tym Stany Zjednoczone (ok. 10 mln ton) i Unia Europejska (w tym Polska – ok. 1 mln ton).

95 proc. wytwarzanego globalnie surowca to tzw. szary wodór, obecnie niemodny, bo wytwarzany z paliw kopalnych typu ropa albo gaz. Tylko 5 proc. to wodór niskoemisyjny, czyli zielony, produkowany z odnawialnych źródeł energii. W tym procesie technologicznym CO2 jest odzyskiwany i nie jest emitowany do środowiska – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Antas, analityk i partner zarządzający Esperis.

Wodór ma zastosowanie jako nośnik energii w przemyśle i transporcie, może być wykorzystywany  m.in. w energetyce, ciepłownictwie i motoryzacji. Jednak obecnie stosuje się go przede wszystkim jako surowiec w chemicznych procesach produkcji (np. amoniaku) i procesach rafineryjnych. Wykorzystanie go jako paliwa wciąż jest marginalne, a globalny rynek wodoru jest dopiero w początkowej fazie rozwoju.

– Odpowiedź na pytanie, czy w przyszłości będzie więcej zielonego wodoru, nie jest łatwa. Żeby był on masowo wykorzystywany, musi też być  tani. O ile nie traktujemy go jako konkurencję dla paliw kopalnych, bo ich chcemy się pozbyć, o tyle wodór musi konkurować np. z elektryfikacją transportu. Bardzo duże pieniądze są teraz inwestowane w nowe technologie, które mają ułatwić produkcję zielonego wodoru. UE chce ją intensywnie rozwijać. Unijna strategia wodorowa, która pojawiła się niedawno, ma wygenerować bodźce i zachęty, żeby tego zielonego wodoru było jak najwięcej – mówi Łukasz Antas.

Opublikowana 8 lipca br. strategia wodorowa Komisji Europejskiej ma być impulsem dla rozwoju tego rynku w Europie, której szacunkowe zapotrzebowanie na wodór w 2030 roku ma już sięgnąć ok. 16,5 mln ton. KE przewidziała w niej wsparcie instytucjonalne i finansowe. Równolegle zainicjowała też Europejski Sojusz na rzecz Czystego Wodoru (The European Clean Hydrogen Alliance), który ma pomóc w realizacji nowej strategii i do 2030 roku zapewnić inwestycje na poziomie 430 mld euro. W sojuszu uczestniczą liderzy przemysłu, krajowych i regionalnych ministerstw oraz Europejski Bank Inwestycyjny (EBI).

UE ma plan, aby wdrożyć wodór we wszystkich sektorach, m.in. transporcie, energetyce, ciepłownictwie, a zwłaszcza przemyśle. Unia jest zdeterminowana, żeby do 2050 roku zdekarbonizować przemysł, a ten odpowiada za 95 proc. obecnego zużycia wodoru z paliw kopalnych – mówi analityk i partner zarządzający Esperis. – Z perspektywy UE ważne jest, żeby szybko zamienić go na wodór zielony poprzez np. kontrakty różnicowe dla przemysłu chemicznego. To ważny sygnał także dla polskiej chemii. Podobnie w transporcie i energetyce UE chce rozwijać dodatkowe sieci stacji wodorowych. W przyszłym roku ma zajść zmiana w kolejnej dyrektywie, która pozwoli na przyspieszenie tego procesu.

Unijny plan zakłada, że w latach 2020–2024 mają powstać elektrolizery (instalacje do produkcji wodoru z wody) o łącznej mocy 6 GW, a produkcja zielonego wodoru ma sięgnąć 1 mln ton. W latach 2025–2030 moc elektrolizy ma wzrosnąć do 40 GW, a produkcja do 10 mln ton. Z kolei w latach 2030–2050 technologie produkcji zielonego wodoru powinny osiągnąć dojrzałość i być wdrażane na dużą skalę we wszystkich sektorach trudnych do dekarbonizacji.

Wyzwaniem pozostaje jednak wciąż wysoki koszt wytwarzania i przechowywania wodoru oraz jego znikomy udział w całkowitym zużyciu energii (dziś na poziomie ok. 2 proc.). Zielony wodór odpowiada raptem za 4 proc. europejskiej produkcji. Wytwarzanie zielonego, niskoemisyjnego wodoru wciąż pozostaje droższe od innych form.

Pokonywanie barier technologicznych w produkcji, ale też w przesyle i magazynowaniu wodoru mogą wesprzeć odpowiednie regulacje, bodźce na poziomie globalnym, europejskim i krajowym, które będą motywowały firmy do inwestowania, szukania rozwiązań technologicznych, budowania infrastruktury. Bez infrastruktury i generowania popytu nie będzie chętnych do rozwijania technologii – podkreśla Łukasz Antas.

Unijna strategia wodorowa jest istotna dla nowej polityki klimatyczno-energetycznej i spójna z założeniami Zielonego Ładu. Jednak rozwój technologii wodorowych ma nie tylko wpłynąć na gospodarkę i przyczynić się do neutralności klimatycznej. Wpłynie też na unijne relacje w dziedzinie energetyki. Według prognoz zawartych w raporcie Esperis do 2050 roku to azjatycki rynek będzie największym na świecie, a Chiny, Japonia, Singapur i Korea Południowa będą łącznie odpowiadać za ok. 2/3 globalnego zapotrzebowania i nawet do 75 proc. zużycia wodoru. UE będzie musiała więc promować nowe obszary współpracy energetycznej i poszerzać o współpracę z potencjalnymi eksporterami wodoru.

Należy spodziewać się zacieśnienia współpracy handlowej między Azją, Afryką a Europą, co może być pozytywnym scenariuszem. Dzięki temu problemy ekonomiczne Afryki staną się trochę mniejsze. Z drugiej strony mamy plany zastosowania wodoru w różnych sektorach i będziemy mieli do czynienia z tzw. integracją sektorową. Do tej pory energetyka, ciepłownictwo, przemysł, transport to były silosy, z których każdy miał swoją strukturę, przesyły energii itd. Wodór może je połączyć – mówi partner zarządzający Esperis. – Świat zrobi się bardzo ciekawy, kiedy wodór rzeczywiście zostanie wdrożony masowo, jednak wciąż została jeszcze masa barier do przełamania.

Work-life balance w dobie koronawirusa

Łączenie życia zawodowego i prywatnego może stanowić problem dla wielu pracowników. Szczególnie, gdy ich pracodawcy nie są świadomi narzędzi, które mogą ułatwić zachowanie takiej równowagi. Warto o tym pamiętać teraz, gdy podnoszące się po kryzysie epidemicznym firmy wymagają od pracowników więcej pracy, nadgodzin i dodatkowych poświęceń. Sytuacja po kryzysie spowodowanym przez koronawirusa nakłada na pracowników więcej obowiązków rodzinnych, a skołowane po trudnych miesiącach nerwy potrzebują odpoczynku. Dlatego szczególnie w tak trudnym czasie pracodawcy powinni pamiętać o życiu prywatnym pracowników i stosować narzędzia, które umożliwią im odpowiedni odpoczynek i czas z rodziną. 

Należy uświadamiać pracodawców, że mogą wprowadzić elastyczną organizację pracy i czas pracy. Pracownik może również pracować zdalnie lub na odległość – są do tego odpowiednie środki technologiczne, takie jak komputeryzacja pracy i dostęp do internetu – powiedziała serwisowi eNewsroom Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka prawa pracy Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – FPP bierze udział w międzynarodowym projekcie, związanym z łączeniem życia zawodowego z życiem prywatnym – czyli z tak zwanym work-life balance. W ramach niego przeprowadzamy kampanię informacyjną skierowaną do przedsiębiorców, którzy nie stosują wymienionych wyżej narzędzi. Zwłaszcza pracodawcy z sektora małych i średnich przedsiębiorstw często nie mają świadomości, jak interesujące są to rozwiązania. Niektóre z nich funkcjonują w obecnym prawie pracy, inne możemy wprowadzać na podstawie rozwiązań z krajów zagranicznych. Warto zwrócić na to uwagę, aby pracownicy mogli efektywnie i wydajnie pracować, nie ponosząc kosztów w sferze życia prywatnego i rodzinnego – zaleca Spytek-Bandurska.

Polska na razie nie wyklucza chińskich dostawców z budowy infrastruktury 5G. Sytuacji nie powinna zmienić wizyta amerykańskiego sekretarza stanu [DEPESZA]

Wdrożenie standardu telekomunikacyjnego 5G będzie mieć rewolucyjny wpływ na globalną i polską gospodarkę. Bezpieczeństwo nowej technologii jest obecnie odmieniane przez wszystkie przypadki i wciąż trwają spekulacje dotyczące komponentów 5G dostarczanych przez producentów z Chin. Jednak do tej pory Polska, podobnie jak Niemcy, nie zdecydowała się na wykluczenie żadnego dostawcy, w tym spoza Europy. Nie powinna wpłynąć na to również zaplanowana na 15 sierpnia w Warszawie wizyta sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo. Eksperci podkreślają, że przy wdrażaniu nowego standardu telekomunikacyjnego należy oceniać warunki techniczne urządzeń, a nie miejsce ich pochodzenia.

– Obecnie obowiązujące dokumenty nie wykluczają dostawców spoza Europy. Chociażby przyjęte 29 czerwca rozporządzenie w sprawie minimalnych środków technicznych i organizacyjnych oraz metod, jakie przedsiębiorcy telekomunikacyjni są obowiązani stosować w celu zapewnienia bezpieczeństwa i integralności sieci lub usług, jasno wskazuje, że z każdym producentem można budować sieci 5G – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Mieczkowski, dyrektor zarządzający Fundacji Digital Poland.

We wrześniu zeszłego roku premier Mateusz Morawiecki i wiceprezydent USA Mike Pence podpisali deklarację dotyczącą wzmocnienia współpracy w zakresie bezpieczeństwa przy budowie sieci 5G, która – jak ocenia ekspert Digital Poland – mogła sugerować takie wykluczenie. Do tej pory nie miała ona jednak przełożenia na wdrażanie nowej technologii w Polsce. Jak ocenia Mieczkowski, nie wpłynie na to też zaplanowana na 15 sierpnia wizyta w Warszawie sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo.

– Jego wizyta w Czechach wiele nie zmieniła, więc i tutaj spodziewam się podobnego skutku – mówi Mieczkowski. – Trzeba też pamiętać, że 3 listopada są w USA wybory prezydenckie, a obecne sondaże dają dużą przewagę kontrkandydatowi Donalda Trumpa. Może więc nastąpić zmiana podejścia amerykańskiej administracji do wojny handlowej z Chinami, szczególnie że pierwsza umowa nie jest dotrzymywana.

Czesi odmówili podpisania dokumentu dotyczącego sieci 5G, powołując się na wspólne stanowisko UE, które nie wyklucza żadnego z dostawców infrastruktury.

Bezpieczeństwo sieci 5G jest obecnie odmieniane przez wszystkie przypadki. Na świecie wciąż trwają spekulacje dotyczące bezpieczeństwa informatycznego komponentów dostarczanych przez koncern technologiczny Huawei. Ekspert ocenia jednak, że są one jedynie efektem wojny handlowej i napiętych relacji pomiędzy Chinami i USA. Stany Zjednoczone w ubiegłym tygodniu przedstawiły program „Clean Network”, który ma na celu m.in. wyeliminowanie z rynku ICT produktów dostarczanych przez producentów wywodzących się z Chin.

– Bezpieczeństwo sieci komórkowych LTE było zawsze na wysokim poziomie. Nieznane są przypadki masowej inwigilacji czy podsłuchów dokonywanych przez producentów sprzętu z użyciem sieci komórkowych. Obiekcje na świecie pojawiły się wyłącznie w wyniku wojny handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Ponieważ Chiny stały się znaczącym graczem na arenie międzynarodowej, oferując światu zaawansowane technologie, USA postanowiły ten porządek zmienić – wskazuje ekspert.

Eksperci podkreślają na ogół, że przy wdrażaniu nowego standardu telekomunikacyjnego należy oceniać warunki techniczne urządzeń, a nie wyłącznie miejsce pochodzenia. Do tej pory także Niemcy nie zdecydowały się na wyłączenie dostawców spoza Europy z budowy infrastruktury dla sieci 5G. Nie przewiduje tego opublikowany w tym tygodniu rządowy katalog bezpieczeństwa sieci 5G, który powstał w wyniku działań Unii Europejskiej zmierzających do spójnego podejścia w zakresie bezpieczeństwa nowej technologii.

– Katalog bezpieczeństwa oraz projekt funkcji krytycznych sieci 5G jasno wskazuje, że elementy radiowe nie są krytyczne, a dostawcy spoza Europy nie będą wykluczeni z sieci telekomunikacyjnych w Niemczech. Z racji dużej pozycji Niemiec w UE, w tym czołowej pozycji w przemyśle 4.0, należy spodziewać się, że podobne rozwiązania będą przyjmować inne kraje. Takie podejście jest pragmatyczne, bo eksperci z Niemiec doskonale wiedzą, że bezpieczeństwo sieci jest najważniejsze w warstwie sterowania w szkielecie sieci, a nie w części radiowej 5G. To powinno zachęcić inne państwa do przyjęcia podobnych regulacji – mówi Piotr Mieczkowski.

Zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej do końca tego roku kraje członkowskie UE muszą uruchomić 5G w co najmniej jednym dużym mieście. Natomiast do 2025 roku są zobowiązane zapewnić szerokie pokrycie tą siecią na głównych szlakach transportowych i obszarach miejskich (Europejska Agenda Cyfrowa). Według szacunków przytaczanych przez KE w 2025 roku w skali globalnej ta technologia będzie generować przychody rzędu 225 mld euro, co będzie mieć kluczowe przełożenie także na rozwój polskiej gospodarki.

Polski rynek telekomunikacyjny czeka teraz na ogłoszenie przez UKE aukcji częstotliwości dla 5G (3.4-3.8GHz), co zgodnie z zapowiedziami m.in. ministra Zagórskiego ma nastąpić w tym roku. Przy okazji pojawią się też dodatkowe wymagania dotyczące bezpieczeństwa nowego standardu.

– W projekcie decyzji rezerwacyjnej prezes UKE będzie musiał określić wymogi w zakresie bezpieczeństwa i integralności sieci telekomunikacyjnej, a następnie ten dokument będzie opiniowany przez Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. W mojej ocenie to podejście jest błędne, ponieważ zaburza neutralność sieci, a anteny 5G będą przecież obsługiwać i inne pasma. Nie sposób więc łatwo i mądrze wdrożyć takie wymagania – mówi dyrektor zarządzający Fundacji Digital Poland.

Komercyjne wdrożenie nowego standardu zbliża się w Polsce dużymi krokami. Jak dotąd operatorzy wprowadzili technologię 5G bazując na częstotliwościach, które wykorzystywali dotychczas na potrzeby sieci poprzedniej generacji. Jednak zdaniem ekspertów to, co dziś operatorzy w Polsce oferują jako sieć 5G, stanowi zaledwie namiastkę prawdziwej sieci piątej generacji.

Popyt na usługi związane z przeprowadzkami znowu wysoki. Firmy przewozowe mają coraz więcej zleceń z kraju i zagranicy

W czasie pandemii znacząco spadł popyt na krajowe usługi przeprowadzkowe – wynika z raportu Clicktrans.pl. Firmy przewozowe miały też mniej zleceń związanych z transportem samochodów, natomiast w innych kategoriach – takich jak przewóz palet, motocykli, mebli, ale również zwierząt – zanotowały wzrosty. Gorzej wyglądała sytuacja ze zleceniami międzynarodowymi. Te jednak od połowy kwietnia notują tendencję wzrostową i już powróciły do poziomów sprzed pandemii.

– W okresie największych obostrzeń związanych z pandemią transport międzynarodowy odnotował duży spadek praktycznie we wszystkich rodzajach ładunków. Zupełnie inna sytuacja była natomiast w transporcie krajowym, bo tutaj obserwowaliśmy wzrost z wyjątkiem jedynie przeprowadzek i transportu samochodów. Jednak od połowy kwietnia był zauważalny trend wzrostowy i już w czerwcu wartość wszystkich zleceń transportowych wróciła do normy na wszystkich trasach – mówi agencji Newseria Biznes Michał Brzeziński, założyciel Clicktrans.pl.

Z analizy Clicktrans.pl wynika, że utrudnienia w przekraczaniu granic, a także niepewny rozwój sytuacji epidemicznej na świecie zahamowały przede wszystkim międzynarodowy transport mebli (spadek o 23 proc.), motocykli (-15 proc.) oraz samochodów (10,6 proc.), a także usługi przeprowadzkowe (spadek o blisko 12 proc.). Na trasach wewnątrz Polski liczba zleceń niemal wszystkich typów ładunków wzrosła. Wyjątkiem był transport związany z przeprowadzkami (spadek o 28,8 proc.) oraz przewozem aut (o 2,7 proc.).

– Przeprowadzki międzynarodowe spadły aż o 12 proc., a krajowe aż o 30 proc. Podobny spadek odnotowaliśmy w transporcie samochodów i rekordowy pod tym względem był kwiecień, gdy właściwie z miesiąca na miesiąc liczba zleceń spadła o 1/4. Nigdy wcześniej nie obserwowaliśmy takich zawirowań przez 10 lat funkcjonowania serwisu Clicktrans.pl – zauważa Michał Brzeziński.

Wewnątrz kraju przewieziono o ponad 10 proc. więcej maszyn i sprzętu (spadek o 11,8 proc. w zleceniach międzynarodowych). Nieznacznie wzrósł transport palet (międzynarodowy o 1,8 proc., a krajowy o 7,9 proc.). O 13,4 proc. zwiększyła się liczba zleceń na transport paczek wewnątrz kraju (w międzynarodowym transporcie spadek był minimalny – o 0,8 proc.).

W czasie obostrzeń nasza możliwość wychodzenia z domów była ograniczona, natomiast firmy transportowe mogły funkcjonować normalnie i przewozić duże przesyłki oraz zwierzaki w kraju i za granicą – wskazuje założyciel Clicktrans.pl.

Społeczna izolacja sprawiła, że częściej szukaliśmy towarzystwa zwierząt. Wzrosła liczba adopcji ze schronisk, a także liczba zleceń w krajowym (o 39,5 proc.) i międzynarodowym (o 11 proc.) transporcie zwierząt.

– Dużo częściej w okresie pandemii szukaliśmy profesjonalnych firm, które przewożą zwierzęta domowe – wskazuje Michał Brzeziński.

W przypadku większości typów ładunków na trasach krajowych i międzynarodowych spadły ceny w porównaniu z analogicznym okresem z zeszłego roku. To efekt większej konkurencji wśród przewoźników o zlecenia i większego niż wcześniej poszukiwania zleceń w internecie.

 W kwietniu i maju cena wszystkich zleceń transportowych spadła średnio o około 10 proc. Przykładowo ceny transportu palet spadły o 2,6 proc., ceny transportu mebli w kraju o 11 proc., a np. transport zwierząt za granicę był tańszy aż o 15 proc. – wylicza.

O 15 proc. staniały też usługi przeprowadzkowe w kraju, za to te zagraniczne wzrosły o blisko 6 proc.

Zdaniem eksperta, choć pandemia i możliwe kolejne ograniczenia z nią związane wywołują dużą niepewność w branży, to sytuacja nie jest zła.

– Sytuacja wraca do normy. Polacy z powrotem sprowadzają auta, przesyłają meble, różnego rodzaju duże przesyłki, a firmy zlecają transport różnych ładunków przemysłowych. Dane z czerwca i lipca są bardzo pozytywne – ocenia założyciel Clicktrans.pl.

Samoloty naddźwiękowe nowej generacji przyspieszą podróżowanie. Przy ich produkcji wykorzystywane będą innowacyjne technologie 3D [DEPESZA]

Po blisko 20 latach od wycofania ze służby Concorde’ów branża technologiczna ponownie zwraca się w stronę ponaddźwiękowych samolotów pasażerskich. Wdrożenie pojazdów tego typu do powszechnego użytku będzie wymagało skorzystania z nowych technologii, które umożliwią bezpieczne podróżowanie w ponaddźwiękowych prędkościach przy maksymalnej redukcji zanieczyszczenia środowiska przez silniki nowej generacji. Koncern Virgin Galactic nawiązał współpracę z firmą Rolls-Royce, która ma ułatwić skonstruowanie takich samolotów.

Korporacje podpisały memorandum, w którym zobowiązały się do zaprojektowania silników odrzutowych umożliwiających przywrócenie powszechnych lotów ponaddźwiękowych w sektorze pasażerskim. Według wstępnych założeń pierwsze egzemplarze silnika posłużą do napędzenia 19-osobowych pojazdów zdolnych do osiągnięcia prędkości mach 3 (ok. 3700 km/h) podczas przelotu na wysokości przeszło 18 kilometrów. Projekt jest we wczesnej fazie wdrożeniowej i zespół odpowiedzialny za jego rozwój dopiero opracowuje docelową konstrukcję silnika.

– Ujawniamy wstępną koncepcję projektu szybkiego samolotu, który naszym zdaniem łączy bezpieczne i niezawodne podróże komercyjne z niezrównaną obsługą klienta – podkreśla George Whitesides, Chief Space Officer w Virgin Galactic.

Inżynierowie muszą podjąć decyzję m.in. o materiałach, jakich użyć w procesie produkcyjnym, aby napęd spełniał wyśrubowane wymagania dotyczące zarządzania temperaturą, głośnością czy emisją spalin w trakcie pracy. Loty wykonywane za pośrednictwem nowych maszyn muszą spełniać zarówno warunki bezpieczeństwa, jak i mieć jak najmniejszy wpływ na środowisko.

– Wraz z innowacyjnym zespołem Rolls-Royce’a staramy się opracowywać zrównoważone, najnowocześniejsze systemy napędowe dla samolotów. Współpracujemy także z FAA [amerykańska Federalna Administracja Lotnictwa – przyp. red.]. Poczyniliśmy ogromne postępy i nie możemy się doczekać otwarcia nowego rozdziału w podróżowaniu z dużą prędkością – podkreśla George Whitesides.

Marka Rolls-Royce, choć kojarzona głównie z luksusowymi samochodami i limuzynami, jest także producentem silników odrzutowych. To właśnie na czterech silnikach turboodrzutowych Rolls-Royce/Snecma Olympus 593 z dopalaczem opierał się naddźwiękowy samolot Concorde, którego ostatni lot odbył się w listopadzie 2003 roku.

– Rolls-Royce wnosi unikatową historię w dziedzinie napędu dużych prędkości, wliczając w to silniki dla Concorde’a. Światowej klasy możliwości techniczne pozwalają opracować i wdrożyć zaawansowane systemy napędowe potrzebne do napędzania komercyjnych lotów o prędkości kilku machów – mówi dyrektor generalny Rolls-Royce na Amerykę Północną.

Virgin Galactic nie jest jedyną firmą, która chce wejść na rynek samolotów ponaddźwiękowych. Już 7 października 2020 roku własny pojazd tego typu zaprezentuje firma Boom. Jej XB-1 będzie jednoosobowym samolotem odrzutowym służącym jako platforma testowa silników ponaddźwiękowych, które w przyszłości zostaną wykorzystane przy produkcji pełnowymiarowych samolotów pasażerskich Overture. XB-1 wykorzystuje symulatory 3D oraz technologię druku cyfrowego do produkcji podzespołów oraz narzędzi serwisowych. Dzięki zastosowaniu takich metod produkcja samolotów tego typu ma przebiegać szybciej i z większą efektywnością.

Z kolei inżynierowie z firmy Aerion pracują nad 12-osobowym samolotem biznesowym zdolnym do osiągnięcia prędkości mach 1.4 (1,728 km/h) i pokonania na jednym tankowaniu dystansu 7800 km. Aby ograniczyć wpływ silników Aerion na środowisko naturalne, firma podjęła rozmowy z kanadyjskim Carbon Engineering wyspecjalizowanym w produkcji zielonej energii. Wspólnymi siłami mają stworzyć paliwo, przy którego produkcji i spalaniu więcej dwutlenku węgla będzie pochłaniane niż emitowane do atmosfery.

Polscy pacjenci onkologiczni z szansą na rewolucyjną terapię już w przyszłym roku. Agencja Badań Medycznych wsparła ją kwotą 100 mln zł

Przełomowa terapia w leczeniu nowotworów może już wkrótce trafić do Polski. W efekcie leczenie zamiast ok. 1,5 mln zł będzie kosztowało 10-krotnie mniej. Agencja Badań Medycznych przekaże 100 mln zł na leczenie nowotworów przełomową terapią CAR-T. Terapia komórkami pozwala uzyskać całkowitą remisję u ok. 90 proc. chorych z ostrą białaczką limfoblastyczną, przy czym u połowy pacjentów ma ona charakter trwały. Grant ABM może wprowadzić Polskę do światowej czołówki w zakresie immunoterapii.

– Wprowadzenie do Polski przełomowej terapii CAR-T cells jest niezwykłym osiągnięciem i realizacją obietnicy, którą złożyliśmy polskim pacjentom. Współpraca międzynarodowa, którą rozpoczęliśmy głównie ze stroną amerykańską, owocuje dzisiaj konkursem na 100 mln zł, który ogłaszamy po to, żeby tę przełomową, innowacyjną terapię do Polski sprowadzić – mówi agencji Newseria Innowacje dr n. med. Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.

Agencja przekaże 100 mln zł na leczenie nowotworów przełomową terapią CAR-T. Nabór wniosków potrwa do 14 września. Dzięki grantowi Polska ma dołączyć do potęg w zakresie immunoterapii, takich jak USA czy Izrael.

– Konstrukcja konkursu zakłada, że będzie tylko jeden zwycięzca. Jeden ośrodek otrzyma całe 100 mln zł po to, żeby w ciągu najbliższych pięciu lat dostarczyć pacjentom tę terapię – tłumaczy Radosław Sierpiński.

Terapia CAR-T jest stosowana w leczeniu pacjentów z nowotworami krwi, u których inne terapie już zawiodły, w USA wykorzystuje się ją w leczeniu białaczki limfoblastycznej w ostrej postaci. Przyniosła spektakularne efekty, remisje sięgnęły 90 proc., a połowa pacjentów została całkowicie wyleczona (trwała remisja). Terapie CAR-T docelowo mogą też być stosowane u innych pacjentów onkologicznych. Jak przekonuje prezes Agencji Badań Medycznych, na rewolucyjnej metodzie skorzystają przede wszystkim najmłodsi pacjenci, w stosunku do których lekarze są już bezradni.

– W Polsce dotychczas kazuistycznie udawało się tę terapię dostarczyć, ale to leczenie kosztowało 1,5 mln zł, olbrzymie pieniądze, które musiały być zbierane poprzez ludzi dobrej woli po to, żeby mogła być sfinansowane. A sukces tej terapii wynosi blisko 50 proc., więc nie mówimy tutaj o  pojedynczych procentach, ale o wielkiej szansie na życie dla wielkiej grupy, szczególnie bardzo chorych dzieci – przekonuje.

Siłą technologii CAR-T jest krew pacjenta, a dokładnie – limfocyty T, które zostają ukierunkowane przeciwko komórkom nowotworowym. Nasz układ odpornościowy jest naturalną obroną naszego organizmu przed infekcjami, ale atakuje również komórki rakowe. Naukowcy odkryli, że komórka T może skanować organizm, aby ocenić, czy istnieje zagrożenie, które należy wyeliminować. Leczenie rozpoczyna się od usunięcia limfocytów T pacjenta za pomocą wirówki. Po usunięciu są one wysyłane do laboratorium, gdzie modyfikuje się ich DNA i przyłącza je do białek receptorowych. W tym procesie powstają chimeryczne receptory antygenowe (CAR), które mają zdolność namnażania się, co z kolei pomaga zidentyfikować i zniszczyć komórki rakowe.

– Wyznakowujemy poprzez bardzo zaawansowane metody inżynierii genetycznej własne komórki pacjenta. De facto doposażamy jego białe krwinki, czyli te, które walczą z nowotworem, o dodatkowe narzędzia do tego, żeby ta walka była skuteczniejsza – tłumaczy ekspert.

Polska ma już dostęp do nowoczesnych terapii w leczeniu nowotworów. Jednak CAR-T jest metodą zupełnie rewolucyjną, a co więcej – bardzo rozwojową. Niedawno odkryte przez naukowców właściwości komórek T mogłyby być stosowane w leczeniu innych nowotworów. Jeśli terapia na stałe wejdzie do Polski, uratuje życie setkom, a nawet tysiącom osób, które dotychczas, aby z niej skorzystać, musiały zbierać ogromne kwoty na leczenie w USA.

– Mamy nadzieję, że być może za kilka lat, kiedy naukowcy wytworzą tę terapię, nauczą się ją podawać pacjentom, będzie ona kosztować 200 tys. zł. A to jest już próg, który z punktu widzenia refundacji może zostać poniesiony i być może polscy pacjenci zyskają trwały dostęp do tego leczenia – mówi dr Radosław Sierpiński.

Leczenie tą metodą jest uważane za „żywy lek”, co oznacza, że ​​podane limfocyty T mogą utrzymywać się w organizmie pacjenta przez długi czas i kontynuować walkę z leczonym rakiem. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, już w przyszłym roku możemy zacząć leczyć metodą CAR-t pierwszych pacjentów w Polsce.

– Mam nadzieję, że w roku 2021 będziemy mogli wspólnie świętować pierwsze podania leku i pierwszych ozdrowieńców. W kolejnych latach liczba tych pacjentów będzie się tylko zwiększać, a jeżeli chodzi o wskazania do tej terapii, będzie to kilkaset czy kilka tysięcy osób leczonych rocznie – zapowiada prezes Agencji Badań Medycznych.

Jerzy Kropiwnicki straszy inflacją

Coraz częściej pojawiają się głosy mówiące o możliwym istotnym wzroście inflacji w Polsce w tym roku. Tym razem do dyskusji włączył się członek Rady Polityki Pieniężnej.

Gospodarka brytyjska po pandemii

Dzisiaj poznaliśmy dane na temat wzrostu PKB i produkcji przemysłowej w Wielkiej Brytanii. Koronawirus nie obchodzi się z Wyspami łagodnie. W skali roku PKB spada o 16,8% a produkcja przemysłowa o 12,5%. Oczekiwania analityków były jednak o odpowiednio 1,7% i 0,6% słabsze. W rezultacie inwestorzy spojrzeli przychylniej na funta brytyjskiego i od rana widzimy wzrosty na GBP.

Ile wyniesie inflacja w Polsce?

W Radzie Polityki Pieniężnej nie ma jednomyślności i dobrze, dzięki temu mamy tam konfrontacje wielu różnych poglądów. Jednym z tzw. jastrzębi, czyli zwolennikiem utrzymywania stóp procentowych na relatywnie wyższych poziomach w celu walki z inflacją, jest Jerzy Kropiwnicki. Zwraca on uwagę na możliwy w tym roku wzrost inflacji powyżej celu inflacyjnego. Dotychczasowe projekcje inflacyjne mówią o 3,3%, z kolei teraz podkreślane są takie czynniki jak odłożony z powodu pandemii popyt, wzrost transferów socjalnych nie pokryty wzrostem produkcji oraz wzrost cen usług turystycznych. Gdyby faktycznie inflacja istotnie rosła, konieczna byłaby podwyżka stóp procentowych.

Nowa Zelandia nie zmienia stóp procentowych

W nocy poznaliśmy decyzję Królewskiego Banku Nowej Zelandii o pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Gwałtownie zwiększono jednak skalę programu skupu aktywów. Osiągnęła ona 100 mld nowozelandzkich dolarów, to około 250 mld złotych. Skala teoretycznie nie robi wrażenie, ale warto przypomnieć, że Nowa Zelandia ma niecałe 5 milionów obywateli. W tym kontekście ta kwota robi zupełnie inne wrażenie. Na inwestorach również zrobiła, bo szybko zareagowali wycofywaniem się z dolara nowozelandzkiego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Jak zarabiać grając w gry komputerowe?

Wcale nie trzeba być zawodowym graczem w drużynie e-sportowej, by zarabiać na swoim hobby. Pasjonaci wirtualnej rozrywki mogą szukać zatrudnienia jako QA Testerzy w branży gamingowej, testując gry na etapie produkcji.

QA (quality assurance) Tester to dla wielu praca marzeń. W Polsce, gdzie swoje siedziby ma wielu producentów i wydawców gier komputerowych, nie jest to marzenie nierealne do spełnienia. Głównym zadaniem osoby na tym stanowisku jest wynajdywanie wszelkich błędów (tzw. bugów lub glitchy) i sytuacji, których deweloperzy nie przewidzieli.

– Dzisiejsze gry są bardzo mocno rozbudowane, a liczba interakcji naszego bohatera z różnymi obiektami w grze, innymi postaciami i całym otoczeniem jest wręcz nieograniczona. Przy tak licznej kombinacji nie jest wykluczone, że producentom coś umknęło, a QA Tester odpowiada za to, by takie niedociągnięcie odszukać – tłumaczy Paulina Mech, Dyrektor Human Resources w krakowskim wydawnictwie All in! Games, firmy notowanej na Głównym Parkiecie GPW.

Ważne jest też to, by przewidzieć jak zachowają się w danej sytuacji inni gracze i z czym mogą mieć problemy. By tego dokonać, trzeba poświęcić godziny na daną grę, przechodząc kolejne poziomy, korzystając z wszystkich możliwych postaci, przy różnych ustawieniach graficznych i na jak największej ilości sprzętów. Dzięki pracy testera wydawca ma pewność, że wypuszcza na rynek w pełni skończony i pozbawiony defektów produkt.

Praca i pasja

– Jeśli ktoś w czasie wolnym spędza godziny przed komputerem lub konsolą, ma spore umiejętności zręcznościowe, czerpie dużą przyjemność z grania i doskonale zna branżę gamingową, to z pewnością może to być dla takiej osoby znakomita okazja – dodaje Paulina Mech. W tym zawodzie nie istnieje zjawisko trudnych poniedziałków, łączymy przyjemne z pożytecznym i spędzamy czas w biurze z ludźmi, którzy dzielą nasze zainteresowania. Trudno wyobrazić sobie bardziej atrakcyjny zawód – dodaje Paulina Mech.

Oczywiście sama pasja na tym stanowisku nie wystarcza. Trzeba się też wykazać szczegółowością, odrobiną kreatywności, zdolnościami analitycznymi, komunikacji oraz umiejętnością radzenia sobie ze stresem, gdyż w tej branży często wisi nad nami deadline. Jako, że większość gier wydawanych jest w języku angielskim, przeważnie konieczne jest operowanie tym językiem na zaawansowanym poziomie. Najczęściej nie jest wymagane wykształcenie kierunkowe.

Wszystkie aspekty pracy

Większość dnia QA Testera to faktycznie granie w gry, choć jego obowiązki obejmują również inne elementy. Po zakończeniu testów należy opracować szczegółowy raport i dokumentację, z dokładnym opisem reprodukcji błędów oraz swoimi spostrzeżeniami dla deweloperów.

– Praca na tym stanowisku na pewno należy do bardzo ciekawych, choć przed aplikowaniem należy wziąć pod uwagę kilka kwestii. Tester rzadko kiedy ma możliwość testowania gry, którą sam sobie wybierze. Może być zatem tak, że pasjonat strzelanek spędzi kilka tygodni na grze rodzinnej. Trzeba się też liczyć z tym, że momentami nasze czynności mogą sprawiać wrażenie monotonnych, gdy trzeba będzie dokładnie przeanalizować jeden aspekt gry – mówi Dyrektor HR w All in! Games, gdzie pracuje obecnie 14 testerów, a rekrutowanych jest kilku, albo nawet kilkunastu kolejnych.

Szanse na zatrudnienie i zarobki

Branża gamingowa jest jedną z najszybciej rozwijających się, więc praca w tej gałęzi należy do stosunkowo stabilnych. Ogólnoświatowy kryzys związany z pandemią wydaje się nie mieć tak dużego wpływu na ten sektor w porównaniu z innymi branżami, więc procesy rekrutacyjne w tego typu firmach nie musiały być zawieszone.

– Wynagrodzenie na stanowisku QA Testera powinno zainteresować osoby młode, wchodzące na rynek pracy i chcące postawić pierwsze kroki w branży gamingowej. Może to być np. początek drogi do zawodu producenta gier – podsumowuje Paulina Mech.

Obok przyjemnych obowiązków, ważnym argumentem przemawiającym za aplikowaniem na to stanowisko jest też przyjazne środowisko pracy, którym charakteryzują się firmy z sektora tzw. gamedevu. Pracownik może liczyć na nowoczesne biuro, elastyczne godziny pracy oraz gamę benefitów pracowniczych.

Obowiązki spoczywające na podatnikach podatku od środków transportowych

Przedsiębiorcy posiadający w swojej flocie pojazdy powyżej 3,5 tony powinni zwrócić uwagę na rozliczenia podatku od środków transportowych. Jest to podatek rozliczany lokalnie przez urząd gminy, a nie przez urzędy skarbowe. Dlatego część podatników zobowiązanych do rozliczenia podatku może nie być tego świadoma. Znajomość zasad i obowiązków związanych z rozliczeniem podatku od środków transportowych pozwala na uniknięcie negatywnych konsekwencji realizacji ryzyka podatkowego oraz w pewnych sytuacjach na optymalizację podatkową i poprawę płynności.

Co podlega podatkowi od środków transportowych?

Ustawa o podatkach i opłatach lokalnych w art. 8 wskazuje, jakie środki transportu podlegają opodatkowaniu. W pierwszej kolejności są to samochody ciężarowe o dopuszczalnej masie całkowitej wyższej niż 3,5 tony. Kolejna grupa to ciągniki siodłowe i balastowe przystosowane do używania łącznie z naczepą lub przyczepą o dopuszczalnej masie całkowitej zespołu pojazdów wyższej niż 3,5 tony. Ponadto opodatkowaniu podlegają przyczepy i naczepy, jeżeli posiadają dopuszczalną masę całkowitą łącznie z pojazdem silnikowym wynoszącą 7 ton. Ostatnią kategorią są autobusy.

Organy podatkowe nie są uprawnione do określania parametrów technicznych pojazdu, takich jak np. dopuszczalna masa całkowita. Powinny w tym zakresie bazować na danych wynikających z dowodu rejestracyjnego, pozwolenia czasowego czy świadectwa homologacji lub karty pojazdu (por. wyrok WSA w Poznaniu z dnia 11 kwietnia 2017 r., sygn. I SA/Po 1276/16). W konsekwencji podatnicy, chcąc uniknąć sporu z organem podatkowym, muszą zadbać o poprawność danych technicznych, w szczególności tych znajdujących się w dowodzie rejestracyjnym.

Należy także zaznaczyć, że ustawa nie określa odrębnych stawek w zależności od stopnia zużycia czy stanu technicznego środka transportu (por. wyrok WSA w Gliwicach z dnia 14 grudnia 2016 r., sygn. I SA/Gl 921/16). Oznacza to więc, że do rozliczenia podatku będą także zobowiązani podatnicy posiadający bardzo stare, mało wykorzystywane środki transportu.

Podatnicy podatku od środków transportu

Obowiązek rozliczenia podatku od środków transportu ciąży na osobach fizycznych i prawnych, które są właścicielami środków transportowych. Jako właściciela uznaje się także jednostki organizacyjne nieposiadające osobowości prawnej, na które zarejestrowany jest pojazd, a także posiadaczy środków transportowych zarejestrowanych w Polsce jako powierzonych przez zagraniczne podmioty. W przypadku współwłasności środków transportu obowiązek rozliczenia podatku obciąża solidarnie wszystkich współwłaścicieli. W przypadku zmiany właściciela obowiązek ten spoczywa na poprzednim właścicielu do końca miesiąca, w którym nastąpiło przeniesienie własności. Podatek w takiej sytuacji kalkuluje się proporcjonalnie.

Kiedy powstaje obowiązek podatkowy?

Obowiązek podatkowy powstaje od pierwszego dnia kolejnego miesiąca po miesiącu, w którym pojazd został zarejestrowany, albo – w przypadku nabycia zarejestrowanego już środka transportu – od pierwszego dnia miesiąca, w którym pojazd ten został nabyty. Ponadto w przypadku upływu okresu, na jaki została wydana decyzja o wycofaniu pojazdu z ruchu, obowiązek podatkowy powstaje od pierwszego dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym pojazd został ponownie dopuszczony do ruchu. Warto wskazać, że ustawodawca przez zarejestrowanie środka transportu rozumie jego rejestrację z wyjątkiem rejestracji czasowej. Innymi słowy, dopiero rejestracja trwała wpływa na moment powstania obowiązku podatkowego.

Obowiązek podatkowy wygasa z końcem miesiąca, w którym środek transportu został odpowiednio sprzedany, wyrejestrowany lub została wydana decyzja o czasowym wycofaniu pojazdu z ruchu drogowego.

Obowiązki podatnika

Podatnicy podatku od środków transportowych obowiązani są składać na formularzu urzędowym odpowiednie deklaracje na podatek. Deklaracje składa się do właściwego organu podatkowego, którym w tym przypadku jest gmina, na terenie której znajduje się miejsce zamieszkania lub siedziba podatnika. W przypadku przedsiębiorstw zakładowych o właściwości organu podatkowego decyduje położenie zakładu, do którego jest przypisany środek transportu podlegający opodatkowaniu.

Wspomniane deklaracje na podatek transportowy podatnik powinien złożyć w terminie do 15 lutego za dany rok podatkowy. W przypadku, gdy obowiązek podatkowy powstanie po tym terminie, podatnik ma 14 dni od dnia zaistnienia okoliczności uzasadniających powstanie tego obowiązku na złożenie deklaracji. Korekta deklaracji powinna nastąpić także w terminie 14 dni od daty zaistnienia okoliczności.

Stawki i płatność podatku

Stawki podatku od środków transportowych są bardzo różne i zależą od wielu składników. Określane są one przez radę właściwej gminy i nie mogą przekraczać stawek wynikających z ustawy. Oznacza to, że w różnych gminach opodatkowanie środków transportu może być inne. Taka konstrukcja i możliwość różnicowania stawek prowadzić może do optymalizacji podatkowych, a oszczędności są widoczne w szczególności w przypadku posiadania dużej liczby tego typu środków transportu. Warto dodać, że rada gminy może uchwalić inne stawki dla pojazdów nowszych, a inne dla starszych.

Co do zasady płatność podatku następuje w dwóch okresach w ciągu roku tj. do 15 lutego oraz do 15 września każdego roku, proporcjonalnie do czasu trwania obowiązku podatkowego. Innymi słowy, jeżeli podatnik nabył lub zarejestrował pojazd przed rozpoczęciem roku podatkowego i nie będzie go sprzedawał, to musi rozliczyć połowę podatku do 15 lutego, a drugą połowę do 15 września danego roku.

W przypadku powstania obowiązku podatkowego w trakcie roku podatkowego po 15 lutego podatnik musi rozliczyć pierwszą ratę (połowę) podatku za dany rok w ciągu 14 dni od daty powstania obowiązku podatkowego oraz kolejną ratę do 15 września danego roku. Po 1 września podatek jest płatny jednorazowo.

W sytuacji wygaśnięcia obowiązku podatkowego podatnik może wystąpić o zwrot nadpłaconego podatku. W tym celu należy skalkulować wartość dotychczas zapłaconego podatku oraz podatku należnego proporcjonalnie. Ponadto podatnik może ubiegać się o zwrot podatku w przypadku tzw. transportu kombinowanego tj. wykorzystania w transporcie kolei. Preferencja ta przysługuje w zależności od liczby jazd koleją w trakcie roku.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Dane Ministerstwa Cyfryzacji: Tylko w pół roku Polacy utracili ponad 140 tys. dowodów osobistych

O blisko 51 tys. spadła liczba zgłoszeń utraty dowodów osobistych. Jak informuje Ministerstwo Cyfryzacji, od stycznia do czerwca 2020 roku odnotowano ponad 141 tys. takich przypadków. Z kolei w analogicznym okresie ub.r. było ich przeszło 193 tys. Natomiast policja nie ma danych dot. stricte kradzieży tych dokumentów. Ale przedstawia statystyki związane z przestępstwem posługiwania się cudzym dokumentem. Od stycznia do kwietnia br. takich sytuacji było prawie 1600, a w całym 2019 roku – blisko 7400.

Z danych Ministerstwa Cyfryzacji wynika, że w pierwszym półroczu 2020 roku było 142 540 zgłoszeń utraty dowodów osobistych. W analogicznym okresie ubiegłego roku takich przypadków odnotowano 193 240. Jednak w tych statystykach nie są uwzględnione przyczyny utraty dokumentu. Jak zaznacza Bartłomiej Drozd, ekspert z serwisu ChronPESEL.pl, Polacy w ostatnich miesiącach rzadziej się przemieszczali z powodu epidemii. Okazji do kradzieży lub zgubienia dowodów osobistych było przez to dużo mniej.

– Spadek jest spowodowany przede wszystkim pandemią i lockdownem. Jednakże należy podkreślić, że rośnie również świadomość społeczeństwa. Zaczynamy lepiej chronić nasze dane osobowe. One są cenne, a ich utrata może wiązać się z kradzieżą tożsamości – komentuje adwokat Marcin Zadrożny rzecznik prasowy Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Jak informuje Wioletta Szubska z Wydziału Prasowego Komendy Głównej Policji, danych dot. stricte kradzieży dowodów osobistych nie ma. Natomiast art. 275 kk wskazuje na osoby posługujące się cudzym dokumentem. Z paragrafu 1 wynika, że kradzież lub przywłaszczenie podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. Natomiast w paragrafie drugim jest wymieniona taka sama kara. Ona przewidziana jest dla tego, kto bezprawnie przewozi, przenosi lub przesyła za granicę dokument stwierdzający tożsamość innej osoby albo jej prawa majątkowe.

– Dochodzi do przestępstw stypizowanych w art. 275 kk, ponieważ ktoś chce ukryć swoją tożsamość. Bardzo często usiłuje w ten sposób popełnić wykroczenie lub przestępstwo. Należy również pamiętać o art. 190a par. 2 kk. W tym przypadku mowa jest o karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. Grozi ona temu, kto podszywając się pod inną osobę, wykorzystuje np. jej wizerunek czy dane osobowe w celu wyrządzenia jej szkody majątkowej lub osobistej – podkreśla mec. Zadrożny.

Jak wynika z danych KGP, od stycznia do kwietnia br. stwierdzono 1584 przestępstwa z art. 275 kk, z czego z paragrafu 1 – 1581, a z paragrafu 2 – 3 takie przypadki. Natomiast w całym ubiegłym roku było ich 7339 (odpowiednio 7327 i 12), a w 2018 roku – 7889 (7881 i 8). Wioletta Szubska zaznacza, że złodzieje kradną naszą tożsamość zwykle w celu osiągnięcia korzyści majątkowych. Zakładają na cudze nazwiska konta bankowe, biorą kredyty czy oszukują podczas aukcji internetowych.

– Gdy podejrzewamy, że osoba trzecia mogła wejść w sposób nieuprawniany w posiadanie naszego dowodu osobistego, powinniśmy go od razu zastrzec w Systemie Dokumentów Zastrzeżonych. Możemy to zrobić m.in. w każdym banku, a następnie zgłosić fakt utraty dokumentu w urzędzie gminy albo przez Internet z wykorzystaniem profilu zaufanego. Jeżeli dowód został skradziony lub podejrzewamy kradzież tożsamości powinniśmy niezwłocznie udać się do komisariatu – informuje ekspert Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Jak podkreśla Wioletta Szubska, najczęściej kradzione są dowody osobiste, które zawierają dane wrażliwe, tzn. imię i nazwisko, adres zameldowania oraz numer PESEL. Według mec. Zadrożnego, brak adresu zameldowania w dokumencie nie jest dużym utrudnieniem dla przestępców, którzy chcą wykorzystać tożsamość innej osoby. Zawierając jakąś umowę, zazwyczaj podajemy adres zamieszkania. Ekspert zaznacza, że wykorzystując cudzą tożsamość, próbowano w 2019 roku wyłudzić 5,1 tys. kredytów na łączną kwotę ponad 280 mln zł. Statystycznie w I kwartale br. do bazy dokumentów zastrzeżonych trafiało 543 zgłoszeń dziennie. Dane są zatrważające.

– Dowód osobisty jest tylko nośnikiem naszych danych osobowych. Przestępcy nie muszą dzisiaj kraść portfeli czy skanować dokumentów, żeby wejść w posiadanie informacji. Oczywiście należy ich pilnować i nie dopuszczać do sytuacji, w których gdzieś je zostawiamy, np. w wypożyczalni sprzętu. Ale musimy mieć też świadomość, że to nie wystarczy, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo – mówi Bartłomiej Drozd.

Jeżeli to możliwe, nie powinniśmy dawać naszego dokumentu tożsamości do ręki osoby trzeciej. Mec.  Zadrożny radzi, żeby trzymać samemu dokument, a w razie konieczności ktoś przepisze potrzebne dane. A jeżeli już przekazujemy go komuś, to nie należy spuszczać z niego wzroku. Natomiast Wioletta Szubska dodaje, że to od nas samych zależy, czy zminimalizujemy szansę na wszelkiego rodzaju oszustwa, czy też zwyczajnie je ułatwimy.

– Liczba utraconych dowodów osobistych spada, ale wciąż jednak dochodzi do takich sytuacji. Na pewno wpływ na to ma brak ostrożności Polaków. Jednak pamiętajmy też o dowodach kolekcjonerskich. Złodzieje często posługują się nie tyle skradzionym, co sfałszowanym dokumentem – podsumowuje ekspert z serwisu ChronPESEL.pl.

Programy wellbeing i aktywność fizyczna odpowiedzią na stres pracowników w czasie pandemii

Programy wellbeing i aktywność fizyczna odpowiedzią na <a title=stres pracowników w czasie pandemii" title="Programy wellbeing i aktywność fizyczna odpowiedzią na stres pracowników w czasie pandemii" />

Niepewność i związane z tym poczucie utraty kontroli, wynikające z przedłużającej się pandemii, wywołują stan ciągłego stresu, który może wpływać na samopoczucie pracowników oraz ich efektywność w pracy. Coraz więcej pracodawców dostrzega ten problem rozumiejąc, że troska o dobrostan psychiczny i fizyczny pracowników to nie przejaw fanaberii, a odpowiedzialności. Badania pokazują, że aż 67% międzynarodowych firm planuje zwiększyć zakres programów wellbeing. Takie działania obejmują m.in. zarządzanie stresem, promocję aktywności fizycznej, zdrowego odżywania czy wspieranie pozazawodowej integracji pracowników. W zgodzie z tym zjawiskiem jest również fakt, że coraz więcej pracodawców w Polsce „odmraża” karty sportowe przyznane w ramach benefitów pracowniczych. W lipcu liczba aktywowanych kart MultiSport wzrosła o 42% wobec końca czerwca br.

Wyniki badania „Wpływ pandemii COVID-19 na emocje, przekonania i zachowania Polaków” Uniwersytetu SWPS i PAN wykazały, że obawy związane z koronawirusem mają w Polsce bardzo wysoki poziom. Aż 26% ankietowanych określiło, że czasem ich zdenerwowanie jest bliskie paniki. Trwająca pandemia może pogarszać stan zdrowia Polaków na przynajmniej dwóch poziomach. Bezpośrednio będąc źródłem dystresu, czyli negatywnie postrzeganego stresu oraz pośrednio, jeszcze bardziej zmniejszając naszą aktywność fizyczną, a w konsekwencji ograniczając skuteczność w radzeniu sobie z napięciem i pogarszając stan zdrowia psychicznego i fizycznego. Tworzy się błędne koło – analizuje sytuację Mateusz Banaszkiewicz, psycholog zdrowia, związany m.in. z SWPS, który od lat prowadzi wykłady i szkolenia nt. radzenia sobie ze stresem i wspiera firmy w tworzeniu pracowniczych programów wellbeing.

W związku z zasięgiem pandemii problem zwiększonego stresu jest globalnym zjawiskiem, dostrzeganym przez firmy na całym świecie. Na dłuższą metę problemy pracowników stają się problemami pracodawców, bo nie od dziś wiadomo, że istnieje korelacja między stresem pracownika a jakością pracy. Według badania „2020 COVID-19 Benefits Survey” firmy Willis Towers Watson, aż 51% firm przewiduje, że pandemia wpłynie negatywnie na efektywność pracy zatrudnianych osób. Jednocześnie 61% badanych firm spodziewa się negatywnego wpływu pandemii na dobrostan pracowników. W efekcie zdecydowana większość, 67% pracodawców, ma w planach zwiększenie zaangażowania w programy wellbeing i benefity pracownicze. Uwaga ma być skierowana zwłaszcza na zdrowie psychiczne oraz zarządzanie stresem. Co ciekawe, blisko połowa badanych międzynarodowych korporacji (49%) szkoli swoich menadżerów w rozpoznawaniu oznak lęku czy depresji wśród podwładnych, a 27% firm rozważa takie rozwiązanie. Jednocześnie zdecydowana większość pracodawców (72%) promuje wśród pracowników pracujących zdalnie zdrowy tryb życia, w tym aktywność fizyczną.

Bez względu na to, czy model pracy zdalnej stwarzał trudności, czy też dobrze sprawdził się w danej organizacji, przebywanie w domu przez długi czas jest ogromnym wyzwaniem dla zdrowia psychicznego i fizycznego. Nasza rzeczywistość wymaga aktualnie ogromnej zdolności do szybkiego przystosowywania się. Właśnie dlatego troska o dobrostan jest rozpoznawana jako coraz ważniejsza kompetencja. Jej składnik stanowi zdolność do konstruktywnego relaksowania się oraz regularnej aktywności fizycznej. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, jak ważny dla zdrowia psychicznego jest regularny ruch. Powszechne jest przekonanie, że aktywność fizyczna poprawia nastrój za sprawą endorfin. W rzeczywistości zawdzięczamy jej znacznie więcej – przekonuje psycholog Mateusz Banaszkiewicz.

Duże badanie amerykańskie „The National Study od Daily Experiences” monitorowało aktywność fizyczną i nastrój ponad dwóch tysięcy osób dorosłych. Uczestnicy co wieczór byli pytani o najbardziej stresujące zdarzenie jakie spotkało ich w ciągu dnia. W dni, w które byli aktywni, stresujące zdarzenia takie jak nieprzyjemna sytuacja w pracy czy opiekowanie się bliską, chorą osobą, były mniej obciążające dla psychicznego dobrostanu.

Wiele wskazuje na to, że firmy w Polsce dostrzegają te zależności i korzyści wynikające z aktywności sportowej, zwłaszcza teraz, gdy wiele osób odczuwa zwiększone napięcie związane z sytuacją pandemii. Pozytywnym trendem, który idzie w parze z tym stwierdzeniem jest wzrost na nowo aktywowanych kart MultiSport, które są popularnym benefitem pozapłacowym i motywują pracowników do regularnych ćwiczeń.

– Aktywność fizyczna skutecznie niweluje negatywne skutki lockdownu, w tym długotrwały stres, a korzystający z klubów sportowych mogą czuć się bezpiecznie podczas treningów ze względu na podwyższone normy sanitarne obowiązujące obiekty sportowo-rekreacyjne – mówi Adam Radzki, członek zarządu spółki Benefit Systems, która stworzyła Program MultiSport. – Od drugiej połowy czerwca obserwujemy postępujący wzrost aktywności użytkowników programu MultiSport. Z początkiem lipca odsetek „odmrożonych” kart sportowych wzrósł o ponad 42% wobec czerwca. To oznacza, że około 710 tysięcy osób postanowiło wrócić do sportu i regularnych treningów, a pracodawcy ich w tym wspierają. Nikogo nie trzeba przekonywać, że sport to zdrowie, jednak by zwiększyć motywację do aktywności fizycznej, zwłaszcza po okresie izolacji społecznej, realizujemy liczne działania wspierające powroty do treningów w obiektach sportowych i na świeżym powietrzu. Jak co roku, uruchomiliśmy wakacyjną grywalizację „W 60 dni dookoła lata”, w której nagradzamy najaktywniejszych, a także wspólnie z Użytkownikami programu MultiSport wspieramy akcje charytatywne – dodaje Adam Radzki.

Wszystkie obiekty sportowo-rekreacyjne w Polsce (jak kluby fitness, siłownie, szkoły tańca) podlegają tym samym, podwyższonym normom sanitarnym. Obowiązuje w nich m.in. konieczność zachowania dystansu społecznego,  dezynfekcji rąk oraz wykorzystywanego sprzętu sportowego. W klubach można korzystać z przebieralni, toalet czy pryszniców i, zgodnie z wytycznymi Głównego Inspektoratu Sanitarnego, nie ma konieczności ćwiczenia w maskach.

Czy pożyczka hipoteczna może zastąpić kredyt?

0

Pożyczka hipoteczna to niezbyt popularny produkt bankowy, który jednak może okazać się bardzo użyteczny. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl opisują jego najważniejsze zasady.

Pożyczki kojarzą się głównie z bankowymi lub pozabankowymi produktami niezabezpieczonymi hipoteką. Mówiąc o pożyczkach, zwykle mamy też na myśli produkty finansowe, które służą do finansowania bieżących wydatków. Natomiast finansowanie potrzeb mieszkaniowych najczęściej jest kojarzone z kredytem zabezpieczonym hipoteką. Trudno się zatem dziwić, że wiele osób dokładnie nie zna zasad funkcjonowania pożyczek hipotecznych. Są one elementem oferty banków i SKOK-ów, który pod względem popularności ustępuje pożyczkom konsumpcyjnym (kredytom gotówkowym) oraz kredytom mieszkaniowym. Nie oznacza to jednak, że pożyczki hipoteczne nie są użyteczne. Wręcz przeciwnie – mogą one posłużyć do łatwego sfinansowania różnych potrzeb mieszkaniowych. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl wyjaśniają zasady działania takich pożyczek z zabezpieczeniem hipotecznym. 

Pożyczka hipoteczna pomoże nam sfinansować różne potrzeby

Warto wiedzieć, że główna różnica pomiędzy kredytem mieszkaniowym (hipotecznym) oraz pożyczką hipoteczną wiąże się z rolą nieruchomości stanowiącej zabezpieczenie. Osoba zaciągająca kredyt mieszkaniowy chce nabyć dom, niezabudowaną działkę lub lokal mieszkalny, a hipoteka obciążająca tę nieruchomość będzie stanowiła zabezpieczenie należności banku. W przypadku pożyczki hipotecznej, sprawa przedstawia się zupełnie inaczej.

Chodzi o to, że klient wykorzystuje obecnie posiadaną nieruchomość mieszkaniową lub gruntową do zaciągnięcia nowego zobowiązania. Pożyczane pieniądze mogą posłużyć do realizacji celów mieszkaniowych (np. gruntownego remontu mieszkania) lub zupełnie innych celów. Warto pamiętać, że w przypadku pożyczek hipotecznych oferowanych konsumentom (osobom nieprowadzącym działalności gospodarczej) wypłacone pieniądze powinny zostać spożytkowane na cele prywatne. Analogicznie, pożyczka hipoteczna dla firm musi finansować potrzeby związane z działalnością gospodarczą. Lekceważenie wspomnianych zasad może skutkować wypowiedzeniem umowy pożyczkowej przez bank lub SKOK.

Dzięki hipotece można pożyczyć dużo pieniędzy na wiele lat …

Wykorzystanie hipoteki jako zabezpieczenia pożyczki zapewnia możliwość rozłożenia spłaty długu nawet na 15 lat – 25 lat. Maksymalna wysokość pożyczki hipotecznej będzie natomiast zależała od wartości posiadanego domu, mieszkania lub gruntu. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że w przypadku hipotecznych pożyczek, banki zwykle stosują niższe limity wskaźnika LtV niż dla kredytów mieszkaniowych (LtV = wartość długu/wartość mieszkania). W obecnych warunkach, zwykle nie można pożyczyć kwoty przekraczającej 60% – 70% ceny rynkowej nieruchomości. Często okazuje się, też że pożyczki hipoteczne mają minimalny limit kwotowy wynoszący na przykład 30 000 zł – 60 000 zł.

Pewna różnica względem kredytów mieszkaniowych dotyczy także oprocentowania i prowizji. Oprocentowanie pożyczek hipotecznych również składa się ze zmiennej stopy referencyjnej (zwykle WIBOR-u 3M/6M) oraz stałej marży. Taka marża prawdopodobnie będzie jednak wyższa niż w przypadku kredytu mieszkaniowego o podobnej wielkości. Większym kosztem może być również prowizja przygotowawcza naliczana po zawarciu umowy. Pozostałe koszty dotyczące kredytu mieszkaniowego i pożyczki hipotecznej zwykle kształtują się na podobnym poziomie. Przykład stanowi prowizja za wcześniejszą spłatę i opłata za wycenę nieruchomości.

Warto wspomnieć, że posiadacz pożyczki hipotecznej w celu uzyskania niższej prowizji lub marży może zostać zmuszony do wykupienia polisy (np. ubezpieczenia na życie). Do momentu wpisania hipoteki przez sąd wieczystoksięgowy, bank prawdopodobnie naliczy wyższą marżę w ramach tzw. ubezpieczenia pomostowego. Co ważne, większość banków i SKOK-ów jako zabezpieczenie pożyczki akceptuje tylko nieruchomości nie posiadające aktualnie innych obciążeń hipotecznych.

Pożyczkobiorca hipoteczny także podlega ustawowej ochronie

Podobieństwa kredytu hipotecznego i pożyczki hipotecznej dotyczą także kwestii związanych z prawnym statusem tych dwóch produktów finansowych. Pożyczki oraz kredyty z hipoteką, które zostały udzielone najwcześniej 22 lipca 2017 roku i finansują prywatne potrzeby, będą podlegały przepisom ustawy z dnia 23 marca 2017 r. o kredycie hipotecznym oraz o nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego i agentami (Dz.U. 2017 poz. 819). Ten akt prawny jest ważny, ponieważ przewiduje liczne korzyści i uprawnienia dla kredytobiorcy. Jako przykład można podać ograniczenie wysokości prowizji za wcześniejszą spłatę i prawo niewypłacalnego klienta do dobrowolnej sprzedaży nieruchomości.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Pracownicy banków ryzykują wyciek danych [Bezpieczeństwo Polskich Banków – Raport]

Firma WebTotem przeanalizowała bezpieczeństwo 33 działających w Polsce banków. Wyniki nie są zadowalające. Jednym z najczęściej pojawiających się problemów jest używanie bankowych kont pocztowych w innych serwisach, co grozi przejęciem takiego konta przez hakerów.

Zajmująca się monitoringiem bezpieczeństwa sieci firma WebTotem, w ramach udziału w programie akceleracyjnym Poland Prize, w pierwszym kwartale tego roku przeanalizowała całą polską sieć, odkrywając m.in. ponad 3 tysiące zawirusowanych stron. Jedynie 16,5 proc. domen z rozszerzeniem .pl miało wówczas poprawnie działające certyfikaty SSL.

Tym razem WebTotem wziął na warsztat strony polskich banków. Test przeprowadzony przez firmę nie był testem penetracyjnym, czyli był przeprowadzany w sposób etyczny, bez ingerencji w strony banków. Analizowane były informacje, które są dostępne publicznie. W większości badanych punktów wystarczyło wysłać zapytania HTTP i DNS oraz przeanalizować odpowiedzi pochodzące od serwera.

Celem badania było określenie potencjalnych wektorów ataku, które mogą być wykorzystywane przez hakerów. – Cyberprzestępca może łatwo stworzyć listę kontrolną ustawień bezpieczeństwa, taką jak nasza, i używać jej do kolejnych prób wtargnięcia na stronę – wyjaśnia Viktoria Umanska, Chief Business Development Officer WebTotem.

Co odkrył WebTotem?

Żadna strona banku nie jest w stu procentach szczelna

Bezpieczeństwo polskich banków WebTotem ocenił na 61 proc., przy czym nie znalazł się ani jeden, który nie miałby żadnych uchybień. – Najlepiej oceniane banki miały jedynie drobne niedociągnięcia, ale nie znaleźliśmy takiego, który byłby w stu procentach bezpieczny – zauważa Viktoria Umanska.

Główny problem: ludzie

Jednym z najpoważniejszych zdiagnozowanych przez badaczy z WebTotem problemów polskich banków jest podatność na wycieki informacji. Bierze się on przede wszystkim stąd, że pracownicy używają firmowego adresu e-mail banku w celu rejestracji na różnych, zewnętrznych serwisach internetowych. Co więcej, służbowe adresy e-mailowe osób pracujących w bankach pojawiają się w publicznej przestrzeni internetu w wypadku 20 z 33 przebadanych banków.

bank 1

Dlaczego ten aspekt badania jest ważny? Szacuje się, że nawet w 90 proc. przypadków, użytkownicy korzystają z tego samego hasła w różnych serwisach. Hakerzy mogą więc, po przejęciu dostępu do konta np. w serwisie społecznościowym, uzyskać dostęp do korespondencji i dokumentacji firmowej, a także do danych klientów, a wrażliwe informacje tak uzyskane, mogą być użyte do ataku na system informatyczny banku.

Co trzeci badany bank ma problemy z bezpieczeństwem poczty

Wyciek informacji to nie jedyny problem związany z bankowymi mailami. WebTotem przebadał serwery pocztowe banków za pomocą dziewięciu testów – sprawdzając między innymi, czy serwer poczty “odpytuje” zwrotnie przychodzące maile, czy może otrzymywać spam ze sfałszowanych adresów mailowych lub czy używane są domyślne, nieszyfrowane porty POP3 i IMAP.

Niemal jedna trzecia badanych banków ma problemy z bezpieczeństwem serwerów pocztowych, przy czym w wypadku 4 proc. banków są to problemy poważne.

Bank, którego poczta nie jest w pełni zabezpieczona, jest bardziej podatny m.in. na ataki ransomware (podczas którego konto pocztowe lub komputer blokowany jest przez szkodliwe oprogramowanie), wirusy i robaki internetowe czy przejęcie konta pocztowego. Pracownicy dostają także większą liczbę spamerskich wiadomości.

bank 2

Jaki jest klucz do efektywnej pracy zdalnej?

Epidemia COVID-19 pokazała, że wiele firm może z łatwością przełączyć się na system pracy zdalnej. Okazuje się, że telepraca to szansa na więcej czasu wolnego dla pracownika, a działając z domu możemy zaoszczędzić aż 1,4 dnia roboczego, wykorzystując czas bardziej efektywnie niż w biurze. Oszczędność w postaci 12 godzin w miesiącu wymaga jednak odpowiedniej organizacji.

Jak sprawić, by telepraca była równie efektywna, jak ta w biurze?

Telepraca może być równie efektywna, ale o wiele trudniej to osiągnąć. I właśnie dlatego istnieje tak wiele narzędzi, które pomagają rozwiązywać wszelkiego rodzaju problemy, starają się naśladować interakcje w firmie i środowisku biurowym.

Niektórzy preferują pracę zdalną tylko na wczesnym etapie rozwoju firmy, jako sposób na szybkie przemieszczanie się pracowników i obniżenie kosztów. Ale w miarę rozwoju przedsiębiorstwa wolą powoli przenosić ludzi do biura, aby wszyscy mogli skupić się na pracy. Nie jest to jednak jedyny słuszny schemat, a wiele firm chętnie korzysta z tej formy pracy, niezależnie od stadium rozwoju.

Na rynku istnieje sporo narzędzi służących do wspomagania pracy zdalnej: Google Apps do pracy z pocztą elektroniczną i dokumentami, Slack do komunikacji w czasie rzeczywistym, Trello lub Kanban z automatyzacją do zarządzania zadaniami, czy Github do hostingu, zarządzania lub współtworzenia kodu. Na rynku są także dostępne oparte na chmurze platformy hostingowe do orkiestracji kontenerów (cloud-based container hosting platforms), takie jak appfleet. Można je wykorzystać rozmieszczając zasoby firmy w tym samym regionie, gdzie mieszkają jej pracownicy. Taka platforma pozwala zmniejszać opóźnienia i poprawiać wydajność procesów biznesowych. W sytuacji, gdy w naszym przedsiębiorstwie korzystamy z pracowników rozsianych po całym świecie, na różnych kontynentach, można też wykorzystać funkcję wdrażania w wielu regionach, tak aby zawsze świadczyć usługi blisko swoich pracowników w wielu lokalizacjach jednocześnie. Takie rozwiązanie to na przykład prywatny zaszyfrowany czat korporacyjny czy usługa konferencyjna.

Kilka zasad, które pomogą zorganizować pracę w domu

Korzystając z pracy domowej wypracowujemy sobie własne metody organizacji czasu. Są dobre, sprawdzone sposoby, jak chociażby przygotowanie własnego miejsca pracy, oddzielenie go od spraw domowych, wykorzystanie czasu, który oszczędzamy na dojazdach na różne formy wysiłku fizycznego. Chociaż mamy już wypracowane pewne zestawy dobrych praktyk, to w aktualnej sytuacji zagrożenia epidemią COVID-19, w której firmy przenoszą prace na home office dla całych zespołów na długie tygodnie, uczymy się na nowo tej formy pracy.

Istnieje kilka zasad, które pozwolą odpowiednio i możliwie efektywnie wykonywać pracę zdalną.

Nie zmieniajmy porannego budzika

Poranna pobudka o tej samej porze, jakbyśmy wybierali się do biura, to wskazane działanie. Późniejsze wstawanie na pewno kusi, ale może negatywnie wpłynąć na koncentrację, jakość pracy i w konsekwencji samozadowolenie. Tak samo jak przeciąganie pracy do późnych godzin popołudniowych, które też nie jest dobrym pomysłem.

Wydzielamy przestrzeń do pracy w mieszkaniu

Miejsce w domu przeznaczone tylko do pracy nastraja głowę w odpowiedni sposób i ułatwia koncentrację na zadaniach, należy więc zapomnieć o sofie, czy innym meblu kojarzącym się z relaksem. Należy ustawić stół lub biurko oraz krzesło, które będą przeznaczone tylko do pracy, tak by wyraźnie oddzielić tę strefę od przestrzeni wypoczynkowej. Warto zadbać o odpowiednie oświetlenie i znaleźć miejsce na wszystkie przedmioty, które będą pod ręką, by nie tracić czasu na ich szukanie.

Podzielmy czas na obowiązki i odpoczynek

Starajmy się śledzić swój czas pracy i bądźmy odpowiedzialni. Nie doprowadzajmy do sytuacji, aby wykonywanie obowiązków trwało dłużej niż w biurze i odwrotnie. Nie przeciągajmy też okresu dedykowanego na odpoczynek. Warto śledzić czas, który poświęcamy na każdą z tych aktywności i w razie potrzeby dyscyplinować się, aby nie wpaść w jedną z pułapek – pracoholizmu lub pracy w weekendy.

Pamiętajmy o krótkich i długich przerwach

Przebywając w biurze współpracownicy prędzej czy później odciągną nas od biurka choć na moment, aby wyjść na lunch czy wypić kawę. Pracując z domu takie pauzy są również bardzo istotne. Dobrze jest uwzględnić krótkie przerwy co godzinę, aby wstać od biurka chociaż na 5 minut. Należy pozwolić sobie również na jedną dłuższą przerwę, np. obiad poza biurkiem lub spacer.

Autor:  Dmitriy Akulov, przedsiębiorca, założyciel start-upów i firm informatycznych appfleet, Prospect One, jsDelivr

RBNZ gra jak NBP – raport walutowy

Rentowność dziesięcioletnich obligacji USA przez cały lipiec osuwała się, by na początku lipca osiągnąć 31,4 pb. Ostra korekta i przecena obligacji to woda na młyn korekty ostatnich, rekordowych wzrostów cen metali szlachetnych, które doświadczyły potężnego załamania. M.in. uncja złota była wczoraj 200 USD tańsza niż w momencie bicia rekordów.
Wzrost rentowności długu USA pomógł też dolarowi. Być może sporo w tym efektu psychologicznego. Tak jak w lipcu rajd metali szlachetnych mógł podsycać słabość dolara, tak jego gwałtowna korekta pomogła dolarowi wyjść z intardayowych tarapatów.

Warto bowiem zauważyć, że w trakcie wtorkowej sesji sprawy dla amerykańskiej waluty zaczynały przybierać negatywny obrót. Do startu sesji na Wall Street USD tracił ponad 0,5 proc. względem dziennych maksimów. Mogło to wyglądać na zwrot w kluczowym punkcie, kapitulację kupujących amerykańską walutę. Na przykład: EUR/USD zawrócił ponad 1,18 a GBP/USD rósł w kierunku 1,3150. W drugiej części dnia, tendencja ta została całkowicie wymazana i obie pary walutowe zawróciły w kierunku poziomów odpowiednio 1,17 i 1,30. Postrzegamy je jako pułapy, których przekroczenie wywołać mogłoby dalsze, dynamiczne umocnienie dolara. Podtrzymujemy opinię, że amerykańska waluta, po rekordowej przecenie z lipca ma pole do odrabiania strat.

W obliczu utrzymywania się dobrych nastrojów inwestycyjnych i wyraźnego odbicia rentowności obligacji USA naszym preferowanym kanałem do zdyskontowania tej tendencji pozostaje USD/JPY. Warto odnotować, że na siłę USD szczególnie wrażliwy powinien być także dolar nowozelandzki. Bank Centralny po raz kolejny zaskoczył. Należy oceniać, że RBNZ przyświeca podobny cel jak NBP. Władze monetarne są niezadowolone z siły waluty, której kurs efektywny jest zdecydowanie powyżej prognoz. W rezultacie RBNZ można postrzegać jako jeden z bardziej gołębich banków centralnych w katalogu G-10. Dziś w nocy rozszerzono skup aktywów z 60 do 100 mld USD. Gubernator Orr po raz kolejny nie wykluczył, że jest możliwe bezpośrednie pozyskiwanie obligacji skarbowych z rynku pierwotnego. Podkreślono za to, że rozszerzenie skupu o aktywa zagraniczne oraz wprowadzenie ujemnych stóp procentowych to możliwe i prawdopodobne kierunki w polityce monetarnej. W rezultacie zakładamy, że NZD będzie słabszy niż AUD i spodziewamy się kontynuacji zwyżki crossa AUD/NZD.

Złoty pozostaje uśpiony w letnim marazmie. EUR/PLN krąży przy 4,40 w bardzo wąskim przedziale wahań. Zmienność na rynku opcji również jest bardzo niska, co nie idzie w parze ze wzrostem zmienności w notowaniach głównych par walutowych. Zakładamy, że przestrzeń do krótkoterminowego umocnienia złotego została już wyczerpana. Jednocześnie zakładamy, że polska waluta będzie silniejsza niż forint. EUR/HUF to nasz preferowany kanał zdyskontowania korekty w przestrzeni CEE3.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Wzrost płatności bezgotówkowych w małych sklepach w czasach pandemii – Badanie Comp Platformy Usług S.A. w dobie koronawirusa

Pandemia koronawirusa wpłynęła na wzrost płatności bezgotówkowych w małych sklepach, w szczytowym okresie niemal o 40%. Najnowsze dane dostarczone przez system M/platform wskazują, że powoli powracamy do gotówki, jednak część konsumentów na trwałe zmieniła swoje zwyczaje zakupowe i liczba transakcji realizowanych bezgotówkowo stabilizuje się na podwyższonym poziomie.

Większość transakcji w tradycyjnych sklepach małoformatowych nadal realizowanych jest za pomocą gotówki, mimo że ponad 97% tych placówek oferuje możliwość korzystania z kart płatniczych. Koronawirus znacząco zmienił podejście do płatności elektronicznych. Firma Comp Platforma Usług S.A. – operator cyfrowej platformy usług usprawniających sprzedaż w małych, niezależnych sklepach – sprawdziła, jak często korzystaliśmy z płatności elektronicznych. Przed pandemią jedynie co czwarta transakcja wykonywana była bezgotówkowo. Gdy koronawirus przybrał na sile, błyskawicznie zaczęła rosnąć popularność tej formy płatności – w ciągu pierwszego, kryzysowego tygodnia w marcu aż o 5 punktów procentowych. W epicentrum pandemii kartami i innymi środkami płatniczymi rozliczanych było ponad 35% transakcji w małych sklepach. Od połowy kwietnia nastąpił stopniowy powrót do gotówki. Obecnie, niecałe 30% transakcji regulowanych jest kartami, ale wartość ta utrzymuje się stabilnie od początku czerwca, co sugeruje, że zwyczaje części konsumentów zmieniły się w trwały sposób i ponad 4,5% wartości transakcji na trwałe odeszło od gotówki.

wzrost 1

Nowa normalność w małych sklepach – zakupy większe i częściej bezgotówkowe

Zmiana trendu w płatnościach bezgotówkowych zbiega się z innym trendem zaobserwowanym w sklepach tradycyjnych. Dane z M/platform wskazują, że w czasach pandemii konsumenci zdecydowanie częściej robią zakupy w małych sklepach, które są wybierane jako miejsce wygodniejsze i bezpieczniejsze. Podczas najbardziej kryzysowych tygodni, kiedy obowiązywały największe ograniczenia sanitarne, odwiedziny w lokalnych placówkach były wprawdzie o 20% rzadsze niż przed kryzysem, ale średni koszyk był nawet o 64% większy, co powodowało, że ogółem wydawaliśmy w sąsiedzkich sklepach o ponad 40% więcej. Obecnie, nadal utrzymuje się trend większych zakupów w małych punktach. Średnia wartość koszyka w czerwcu i lipcu utrzymywała się na poziomie o 11% wyższym od tej sprzed kryzysu, a równocześnie wzrosła nieznacznie częstotliwość wizyt. Oznacza to, że obecnie wydajemy w sąsiedzkich sklepach ok. 20% więcej niż przed koronakryzysem, a stopniowy powrót do normalności pozostawił trwałe zmiany w nawykach zakupowych.

wzrost 2

Oba trendy w małych sklepach – większe zakupy i wzrost płatności bezgotówkowych – wykazują wzajemną zależność. Za drobne zakupy zazwyczaj płacimy gotówką, a większy koszyk sprzyja płatności bezgotówkowej. Najwyraźniej widać to w okresach wzmożonych zakupów, takich jak marcowy tydzień T11, gdy ogłoszono zamknięcie szkół czy świąteczne zakupy na Wielkanoc. Dodatkowo, w okresie od połowy marca do połowy maja udział płatności bezgotówkowych był zdecydowanie podwyższony, nawet w proporcji do średniej wartości koszyka, co sugeruje, że konsumenci wybierali kartę płatniczą jako jedną z metod ograniczenia ryzyka epidemicznego nawet przy małych zakupach. Od połowy maja, gdy zaczęto znosić ograniczenia w sklepach, zarówno udział płatności bezgotówkowych, jak i średnia wartość koszyka stopniowo zmniejszają się, ale obie utrzymują się na poziomie wyższym niż przed kryzysem.

wzrost3

Pandemia na trwałe zmieniła zwyczaje zakupowe w małych sklepach. Nie tylko kupujemy tam częściej i więcej, ale dużo częściej płacimy bezgotówkowo. Pomimo stopniowego powrotu do normalności, oba trendy ustabilizowały się od czerwca na podwyższonym poziomie. Zakupy w małych sklepach są coraz bardziej podobne do zakupów w placówkach wielkoformatowych. Można powiedzieć, że na skutek pandemii kupujemy w sklepach tradycyjnych bardziej nowocześnie – komentuje badanie Tomasz Jasinkiewicz, wiceprezes Comp Platforma Usług S.A., która zrealizowała badanie. 

Różnice regionalne w płatnościach bezgotówkowych

Poszczególne regiony kraju rozmaicie podeszły do płatności bezgotówkowych i w szczytowym okresie różnice pomiędzy województwami wynosiły nawet 15 punktów procentowych. Wśród województw o najwyższym średnim udziale płatności bezgotówkowych w ostatnim półroczu znajdują się opolskie (36% płatności), śląskie (34%) i dolnośląskie (32%). Najrzadziej z kart płatniczych korzystali mieszkańcy województw zachodniopomorskiego (24%), lubelskiego (25%) i wielkopolskiego (27%).

wzrost4

Warto wspomnieć, że średnia z ostatniego półrocza dla całego kraju to 30% transakcji wykonanych bez udziału gotówki. W szczytowym momencie różnica pomiędzy województwami wynosiła aż 15 punktów procentowych (opolskie 43%, zachodniopomorskie 28%). Choć od połowy kwietnia zainteresowanie płatnościami bezgotówkowymi maleje, to od początku czerwca udział tych płatności ustabilizował się. Porównując średnią z lutego do lipca, przeciętny wzrost transakcji kartą wyniósł 4% na szczeblu ogólnokrajowym. Największymi wzrostami mogą pochwalić się pomorskie (6,57%) i małopolskie (5,78%), a najmniejszym opolskie (2,65%).

Badaniami objęto próbkę n = 4634 reprezentatywnych sklepów z segmentu handlu tradycyjnego, wybranych spośród sklepów, które przystąpiły do programu M/promo+. Analizę opracował dział analityki Comp Centrum Innowacji, dostawcy systemu M/platform, na zlecenie Comp Platforma Usług S.A., operatora usługi M/promo+.

Niedobór jabłek na rynku winduje ich ceny. Rośnie też eksport

W ostatnich dniach znacząco wzrosła cena jabłek. Kończą się już bowiem owoce z zeszłorocznych zbiorów, a rynku nie zasiliły jeszcze zbiory tegoroczne. Znajdujemy się więc w momencie, w którym jabłek na rynku jest bardzo mało – co powoduje ich wysoką cenę. Nie jest to jednak zwyczajna sytuacja, z którą mamy do czynienia co sezon. W tym roku zbiór jabłek opóźnia się przez wiosenne przymrozki oraz przez epidemię COVID-19. Jak epidemia koronawirusa wpłynęła na sytuację na polskim rynku jabłek? Odpowiedź jest bardzo prosta – zawyżyła popyt na eksport polskich owoców. Naszym głównym konkurentem na europejskim rynku są bowiem Włosi. W czasach największej niepewności epidemicznej wielu klientów odwróciło się od rynku włoskiego, uznając go za zbyt ryzykowny – a w zamian zamówili jabłka w Polsce. Dlatego zapasy owoców z zeszłorocznego zbioru szybciej się wyczerpały, a ceny jabłek wzrosły. Jednak w miarę rozpoczynania się tegorocznych zbiorów, ceny na straganach i w sklepach powinny zacząć spadać.

– Kupcy z całego świata, zwłaszcza z Europy, przekierowali swoje zamówienia na Polskę. Dlatego w polskich magazynach zabrakło jabłek, a ich cena wzrosła. To kształtuje również ceny wczesnych odmian jabłek, które pojawiają się w tej chwili na rynku. Jednak w miarę upływu sezonu – kiedy w sklepach pojawią się zbiory kolejnych, nieco późniejszych odmian, cena jabłek najpewniej się obniży – powiedział serwisowi eNewsroom Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP. – Mam nadzieję, że będzie ona  satysfakcjonująca dla obu stron – czyli zarówno dla konsumentów krajowych, którzy są dla nas najważniejsi – oraz dla sadowników. Jestem prawie przekonany, że sadowników spotka w tym roku duży sukces finansowy. Otrzymujemy sygnały z areny międzynarodowej, że we wszystkich krajach liczących się w produkcji jabłek zbiory nie będą wysokie. Wygląda więc na to, że do tego sezonu będziemy podchodzić optymistycznie. Konsumenci również powinni być zadowoleni, gdyż będą mieć wysokiej jakości produkt po relatywnie niskich cenach – zapowiada Maliszewski.

Co piąty Polak był już na wakacjach, co dziesiąty z powodu pandemii zrezygnował z planowanych inwestycji

0

Zdecydowana większość Polaków (71 proc.) pozytywnie ocenia sytuację finansową swojego gospodarstwa domowego, a w opinii 58 proc. badanych pandemia nie miała wpływu na zmianę ich sytuacji finansowej. Jednocześnie ponad połowa Polaków (51 proc.) uważa, że sytuacja gospodarcza kraju ulegnie pogorszeniu przez najbliższe pół roku – to o 3 pp. więcej niż jeszcze w połowie lipca. Co ciekawe, 11 proc. pytanych stwierdziło, że pandemia zmusiła ich do rezygnacji z inwestycji – wynika z II fali badania nastrojów gospodarstw domowych Polskiego Funduszu Rozwoju i Polskiego Instytutu Ekonomicznego.     

Polacy są podzieleni, jeżeli chodzi o ocenę sytuacji gospodarczej w kraju. 36 proc. badanych uważa ją za dobrą, z kolei niemal co trzeci pytany (32 proc.) widzi ją negatywnie. Pod koniec lipca zmniejszył się również, w zestawieniu z sytuacją z połowy lipca, odsetek osób bardzo pozytywnie oceniających sytuację swojego gospodarstwa domowego.

Pandemia uderzyła w plany inwestycyjne gospodarstw domowych

Do końca lipca inwestycje, takie jak zakup samochodu, mieszkania, domu, ziemi lub remont mieszkania lub domu, zrealizował co dziesiąty respondent (11 proc.). Identyczny odsetek (11 proc.) deklaruje, że planowało dokonać inwestycji, ale z powodu pandemii z nich zrezygnowało. Co ciekawe, taką decyzję podjęło 12 proc. respondentów, których oszczędności nie zmieniły się oraz 7 proc. spośród tych, których oszczędności wzrosły. Z kolei w grupie osób, których oszczędności wzrosły, 7 proc. zrealizowało inwestycje, których wcześniej nie planowało.

wykres 11

Wyniki badań pokazują, że pandemia wpłynęła na sytuację gospodarstw domowych. 30 proc. badanych zgłosiło, że ich oszczędności stopniały i stanowią oni aż 21 proc. grupy respondentów deklarujących, że byli zmuszeni zrezygnować z zaplanowanych wcześniej inwestycji. Z drugiej strony obserwujemy zainteresowania wyjazdami wakacyjnymi. Co piąty badany był już na wakacjach, zaś niemal co czwarty (23 proc.) spośród tych, którzy zamierzają to zrobić, deklaruje wyjazd na co najmniej tydzień. Zatem sytuacja gospodarstw domowych w połowie lata się stabilizuje, zwiększoną niepewność może przynieść jesień  – mówi Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Jeździmy na wakacje, choć rzadziej i ostrożniej

Do końca lipca wyjazd wakacyjny odbyło 20 proc. respondentów. Najczęściej wyjeżdżali mieszkańcy dużych miast (26 proc.), osoby z wykształceniem wyższym (27 proc.) oraz ci, którzy deklarują, że obecny dochód wystarcza im na dostatnie życie. Spośród osób, które odbyły już wyjazd wakacyjny 73 proc. stanowili ci, którzy odbyli tylko wyjazd krajowy, a 16 proc. pytanych odbyło zarówno wyjazd krajowy, jak i zagraniczny.

Czterech na dziesięciu badanych (38 proc.) przeznaczyło na wyjazd nie więcej niż 1000 zł na osobę, wydatki 20 proc. pytanych mieściły się w przedziale od 1000 zł do 1500 zł, kolejnych 20 proc. w przedziale od 1500 do 2500 zł, zaś wydatki 14 proc. respondentów przekroczyły kwotę 2500 zł na osobę.

Spośród tych badanych, którzy do końca lipca nie odbyli wyjazdu wakacyjnego, 73 proc. stanowią ci, którzy planują wyłącznie wyjazd krajowy, 16 proc. chce wyjechać zarówno na wyjazd krajowy jak i zagraniczny, zaś 7 proc. stanowią osoby chcące wyjechać tylko zagranicę.

wykres 12

Plany dotyczące wyjazdów są skorelowane z samooceną sytuacji finansowej gospodarstwa domowego. Najczęściej planują wyjazd osoby oceniające swoją sytuację finansową jako dostatnią (43 proc.). Co trzeci (34 proc.) respondent zamierza przeznaczyć na wyjazd wakacyjny nie więcej niż 1000 zł na osobę, niemal 20 proc. chce wydać od 1000 zł do 1500 zł na osobę, podobny odsetek (20 proc.) planuje wydać kwotę z przedziału od 1500 zł do 2500 zł na osobę, zaś 13 proc. zamierza przeznaczyć na wyjazd wakacyjny powyżej 2500 zł na osobę.

Polacy są w stanie oszczędzać pomimo pandemii

39 proc. pytanych dostrzega możliwość oszczędności w ciągu najbliższych 3 miesięcy. Za nieprawdopodobną uznaje taką możliwość 58 proc. pytanych. Na brak możliwości oszczędzania częściej wskazują kobiety (60 proc.), osoby starsze (62 proc.) oraz osoby z wykształceniem podstawowym (67 proc.). Z kolei blisko połowa osób z wyższym wykształceniem (49 proc.) zgłasza możliwość oszczędzania w nadchodzącym kwartale.

Pandemia nie wpłynęła na stan oszczędności 41 proc. Polaków, 30 proc. badanych odnotowało zmniejszenie oszczędności, zaś w przypadku co dwunastego pytanego (8 proc.) oszczędności uległy zwiększeniu

Polska liderem rynku inwestycyjnego w CEE – Colliers International podsumowuje I półrocze 2020 na rynku inwestycyjnym

0

Po pierwszym półroczu 2020 roku Polska utrzymuje dominującą pozycję w regionie CEE, ciesząc się najwyższą różnorodnością produktów inwestycyjnych oraz największym zróżnicowaniem inwestorów. Pomimo spowolnienia spowodowanego pandemią COVID-19 oraz jedynie dwóch miesięcy pełnej aktywności inwestycyjnej, obroty na rynku osiągnęły poziom prawie 3 mld euro, co przewyższa wynik z analogicznego okresu 2019 roku.

– Ostatnie miesiące mimo trwającej pandemii okazały się rekordowe. Osiągnięta wartość transakcji dała Polsce 47% udział w rynku inwestycyjnym całego regionu CEE i drugi najlepszy wynik aktywności transakcyjnej w kraju w pierwszym półroczu w historii rynku (po 2018 roku) – mówi Piotr Mirowski, senior partner i dyrektor Działu Doradztwa Inwestycyjnego w Colliers International.

Rynek inwestycyjny odczuł skutki pandemii. Blisko 30 dużych transakcji toczących się w pierwszym kwartale tego roku zostało zawieszonych, jednak wraz z łagodzeniem środków bezpieczeństwa obserwowany jest zdecydowany powrót zagranicznych inwestorów, zdeterminowanych procedować transakcje w celu ich finalizacji jeszcze w tym roku. Na polskim rynku kapitał inwestowany jest obecnie głównie przez fundusze z Niemiec, Francji, Austrii, jak również z regionu CEE i Azji.

W I poł. 2020 r. dominowały transakcje biurowe i magazynowe (odpowiednio 46% i 39% całkowitej wartości inwestycji). W ponad 50 transakcjach sprzedanych zostało powyżej 150 nieruchomości komercyjnych. Obserwując apetyt inwestorów na budynki biurowe w stolicy, po nieznacznej korekcie w drugim kwartale, oczekuje się wzrostu cen w następnych kwartałach, ponieważ Warszawa nadal pozostaje kluczowym rynkiem w CEE.

Największą transakcją pierwszego półrocza było nabycie 61,46% udziałów w Grupie GTC przez podmiot należący do grupy Optima, należącej do Banku Narodowego Węgier. W wyniku tej sprzedaży Optima uzyskała w Polsce kontrolę nad 16 budynkami biurowymi o łącznej powierzchni prawie 200 tys. mkw. oraz dwoma dominującymi centrami handlowymi – łącznie ponad 110  tys. mkw. Wartość tej transakcji dla rynku polskiego szacowana jest na ponad pół miliarda euro.

– Znacząco wzrosło zainteresowanie nieruchomościami przemysłowo-magazynowymi, którymi obrót wzrósł trzykrotnie w stosunku do zeszłego roku. Możemy zakładać, że z uwagi na bardzo dobre perspektywy, ceny tego typu nieruchomości będą rosły. Spodziewamy się również dalszego napływu kapitału do Polski w II półroczu dzięki wznowionym transakcjom, które powinny zostać zamknięte do końca bieżącego roku – mówi Piotr Mirowski.

Ucieczka na długie „L4” sposobem na redukcję etatów

0

W związku z pandemią koronawirusa rynek pracy w Polsce odwrócił się o 180 stopni. Mimo, iż pojawia się więcej ofert zatrudnienia, niż jeszcze w marcu i kwietniu, to w tym momencie bliżej jest nam raczej do tzw. rynku pracodawcy, aniżeli pracownika. Tarcze antykryzysowe nie uchroniły znacznej części przedsiębiorstw od zwolnień pracowników, a w Polsce zauważalny jest wzrost bezrobocia. Pracownicy bojąc się redukcji etatu, chcąc niejako wyprzedzić „ruch szefa”, udają się na długie i przeciągające się „L4”, wynika z danych firmy doradczej Conperio. 

W Q2 2020 aż o 8,3% wzrosła ilości „L4” wystawianych jednorazowo na okres między 6 a 14 dni względem Q2 2019. Są to zwolnienia nieuchwytne dla ZUS, bo za krótkie do wezwania na komisję czy przeprowadzenia kontroli. Drugi problem, który się na to obecnie nakłada to powtarzalność zwolnień, a pracownik takich może wziąć po kolei sporo. I tak się właśnie dzieje – w tym samym okresie roku poprzedniego, unikalnych zwolnień było 43%, a w Q2 2020 tylko 28%. To znaczy, że 15% pracowników więcej ponawia sobie teraz zwolnienia. Problem jest poważny. Przekłada się to na wzrost wskaźnika absencji i bezradność państwa. Pracodawcy są zdani na samych siebie. Jeżeli samodzielnie nie skontrolują pracowników nikt tego za nich nie zrobi – analizuje Mikołaj Zając, prezes największej polskiej firmy zajmującej się audytem absencji chorobowej. 

 

Ilość dni na chorobowym Q2 2019

(% druków zwolnień)

Q2 2020

(% druków zwolnień)

Różnica 2020/2019 w pkt %
1-5 dni 40 29,8 -10,2
6-14 dni 40,4 48,7 8,3
15-33 dni 17,5 19,3 1,8
34 i więcej 2,1 2,2 0,1

Tabela przedstawia dane dotyczące wystawiania pojedynczego druku, dane z wyłączeniem zwolnień spowodowanych ciążą 

Bezrobocie w Polsce

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, stopa bezrobocia w czerwcu 2020 r. wyniosła 6,1% wobec 6,0% w maju. Na pierwszy rzut oka wzrost ten jest niewielki. Niepokoić może jednak fakt, iż oficjalne dane na temat braku zatrudnienia nie w pełni odzwierciedlają faktyczną sytuację, a aktualna stopa bezrobocia jest w praktyce wyższa niż wynika to z informacji Urzędów Pracy. Jak pokazują przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego badania Diagnoza+, w czerwcu w urzędach pracy zarejestrowanych było zaledwie ok. 19% osób zidentyfikowanych jako bezrobotne. Na dodatek, powoli zbliża się czas stopniowego wygaszania rządowej pomocy, czego skutki zobaczyć możemy już w niedalekiej przyszłości, a oczekiwana przez ekonomistów, dość głęboka recesja, choć z kilkumiesięcznym opóźnieniem, odciśnie swoje piętno na rynku pracy.

– Nie są to oczywiście dobre wiadomości dla pracowników. W ostatnich miesiącach mieliśmy do czynienia ze zwolnieniami grupowymi w dużych zakładach na terenie całego kraju. Bez wątpienia epidemia koronawirusa zdecydowanie najwięcej szkód wyrządziła w branżach takich jak np. lotnicza czy turystyczna, ale nie tylko. W ciągu ostatnich miesięcy zaobserwowaliśmy, że telefonujący na naszą infolinię pracownicy obawiają się tego, że zostaną zwolnieni, a ich koledzy którzy przebywają na chorobowym nie. W ten właśnie sposób napędza się błędne koło fałszywych zwolnień chorobowych. Wzmożony trend pobierania niezasadnych zwolnień lekarskich, w obawie przed zwolnieniem z pracy, odzwierciedla 8,3% wzrost ilości „L4” wystawianych na okres między 6 a 14 dni w drugim kwartale tego roku w porównaniu do roku 2019 – mówi Mikołaj Zając z Conperio.

Pracownik na „L4” chroniony

W okresie kiedy pracownik jest nieobecny w pracy, a powód ten jest usprawiedliwiony, pracodawca nie może złożyć mu oświadczenia woli o wypowiedzeniu umowy o pracę. Okres nieobecności pracownika w pracy mógłby przedłużać się w nieskończoność, dlatego zakaz wypowiadania umowy o pracę podczas nieobecności pracownika został ograniczony w czasie. Okres ochronny w razie niezdolności do pracy z powodu choroby jest w tym wypadku uzależniony od stażu pracy podwładnego u danego pracodawcy. Jeżeli staż pracy jest krótszy niż 6 miesięcy, to okres ochronny wynosi 3 miesiące. W drugim przypadku, kiedy staż pracy jest dłuższy niż 6 miesięcy, okres ochronny obejmuje okres łącznego pobierania z tego tytułu wynagrodzenia i zasiłku oraz pobierania świadczenia rehabilitacyjnego przez pierwsze 3 miesiące. Jednocześnie maksymalny czas ochrony przed wypowiedzeniem umowy o pracę w okresie choroby wynieść może aż 272 dni!

Pracodawca mówi sprawdzam

Długie absencje pracowników stanowią problemem dla niejednego pracodawcy. Znaczna liczba przedłużających się zwolnień lekarskich może być sposobem ucieczki przed trudną sytuacją w zakładzie pracy lub wprost przed redukcją stanowiska. Jednak bez względu na motywację podwładnego do podjęcia fałszywego L4, jeżeli pracodawca ma podejrzenia, co do prawidłowości zwolnienia lekarskiego, ma prawo skontrolować pracownika.

Kontrole absencji chorobowej wśród pracowników przeprowadzane są na terenie całego kraju. Każdorazowo po takiej kontroli sporządzany jest protokół, w którym wskazuje się, na czym polegało nieprawidłowe wykorzystywanie zwolnienia, jeżeli takowe miało miejsce. Za każdym razem przeprowadzany jest także wywiad z pracownikiem, dzięki czemu możemy dostarczyć pracodawcom cenny feedback w postaci np. pobudek jakimi kierują się podwładni udający się na L4. W razie ustalenia nieprawidłowości pracodawca może zadecydować o pozbawieniu świadczeń przysługujących mu za okres zwolnienia – wyjaśnia Mikołaj Zając. 

Unijni eksperci szacują, że bezrobocie w Polsce może być względnie wysokie w porównaniu do reszty europejskich państw. Wielu pracodawców nie zostało objętych pomocą, ich branże uzależnione są od zagranicznych gospodarek lub nadal pozostają w zamrożeniu. Z dnia na dzień notowane są także nowe rekordy zakażeń Covid-19 w naszym kraju. W związku z tym, już w niedalekiej przyszłości, możemy mieć do czynienia z kolejnymi zwolnieniami w zakładach pracy, a co za tym idzie przedłużającymi się absencjami chorobowymi.

Marsh Global Insurance Market Index: 19% wzrost cen ubezpieczeń na świecie – COVID-19 wśród przyczyn rosnącego indeksu

0

Średnie ceny ubezpieczeń na świecie wzrosły o 19% w drugim kwartale 2020 r. – wynika  z najnowszego raportu Marsh Global Insurance Market Index, cyklicznego zestawienia stawek odnowieniowych oferowanych przez ubezpieczycieli. Jest to największy od 2012 r. wzrost, który nastąpił po 14% wzroście cen w pierwszym kwartale 2020 r. i 11% – w czwartym kwartale 2019 r.

Podobnie jak w pierwszym kwartale, do średniego wzrostu cen ubezpieczeń przyczyniły się głównie wyższe stawki linii majątkowych, finansowych i profesjonalnych. Poniżej prezentujemy kluczowe wnioski z raportu:

  • W skali globalnej ceny ubezpieczeń majątkowych wzrosły o 19%, a ubezpieczenia finansowe i profesjonalne osiągnęły 37% wzrost. Stawki ubezpieczeń od następstw od nieszczęśliwych wypadków wzrosły średnio o 7%.
  • Drugi kwartał 2020 r. jest siódmym z rzędu kwartałem, który zakończył się wzrostem cen ubezpieczeń we wszystkich regionach na świecie.
  • Stany Zjednoczone (18%), Wielka Brytania (31%), Europa kontynentalna (15%)
    i Region Pacyfiku (31%) odnotowały dwucyfrowy wzrost cen ubezpieczeń. Za wzrost stawek w tych regionach odpowiadają ubezpieczenia majątkowe i D&O.
  • Na niektórych rynkach obserwowano duże wzrosty w zakresie ubezpieczeń D&O. Przykładowo, ceny ubezpieczeń D&O dla sektora publicznego w Stanach Zjednoczonych wzrosły średnio o 59%, przy czym ponad 90% klientów doświadczyło podwyżki cen.
    W Wielkiej Brytanii średni wzrost cen ubezpieczeń D&O wyniósł ponad 100%. Podobna sytuacja ma miejsce w Australii.

Podczas gdy na zmiany cen w ostatnim kwartale miały wpływ straty związane z COVID-19, inne poważne szkody przyczyniły się do ogólnej presji cenowej. Biorąc pod uwagę, że ubezpieczyciele stale zmagają się z roszczeniami z polis majątkowych i D&O, a całkowity koszt pandemii koronawirusa ciągle rośnie, należy przewidywać dalszy wzrost cen ubezpieczeń do końca 2020 r. – komentuje wyniki raportu Dean Klisura, President, Global Placement and Advisory w Marsh.

Włodzimierz Pyszczek – Dyrektor ds. kluczowych Klientów w Marsh Polska dodaje: „Średnie ceny produktów FINPRO (ubezpieczenia finansowe i profesjonalne), głównie D&O, rosły w drugim kwartale bieżącego roku – o 22% w Europie Kontynentalnej, 64% w Londynie. Klienci, którzy korzystają z zagranicznych ubezpieczycieli (szczególnie w Londynie) już teraz obserwują znaczące podwyżki cen. W Polsce ta tendencja już się rozpoczęła, jednakże stanie się bardziej widoczna dopiero za kilka miesięcy. Większość ubezpieczycieli oferujących polisy D&O to światowi gracze, którzy nie różnicują zbytnio podejścia do D&O w Polsce, w Chinach czy w Wielkiej Brytanii. Inni, lokalni gracze korzystają z zagranicznych reasekuratorów. W związku z tym, może okazać się, że masowe szkody D&O w Australii, powodują gorszą zmianę warunków dla polskich Klientów. Przedsiębiorstwa, które mogą wykazać się dobrymi wynikami za 2019 rok i Q1 2020 r. nie powinny czekać z zakupem polisy D&O do momentu, aż sytuacja finansowa ulegnie pogorszeniu i staną się tzw. trudnym ryzykiem dla ubezpieczycieli.”

Źrodło: https://www.marsh.com/pl/pl/insights/research-briefings/global-insurance-market-index-q2-2020.html

Spedycja wróciła na drogi – branża w obliczu COVID-19

0

Ogólnoeuropejski lockdown spowodował zamrożenie ogromnej części branży transportowo-spedycyjnej. Ostatnie dane pokazują jednak, że dotknięty epidemią sektor powoli „wraca do zdrowia”.

Krajobraz po bitwie

Świat mierzy się z największym szokiem gospodarczym od czasów kryzysu z lat 2007-2009[1]. Lockdown spowodował znaczne ograniczenie konsumpcji, zamknięcie wielu zakładów produkcyjnych i zerwanie łańcuchów dostaw. Sytuację dodatkowo komplikował chaos informacyjny i dynamicznie zmieniające się decyzje w sprawie nakładanych obostrzeń. Branża transportu, spedycji i logistyki (TSL) z dnia na dzień musiała dostosować się do nowych reguł gry.

Możliwości transportu lotniczego zostały mocno ograniczone. Trochę lepiej miały się przewozy kolejowe, które częściowo zastąpiły samoloty. Źle wyglądała sytuacja w transporcie drogowym, szczególnie wśród polskich firm, które tworzą około ¼ rynku europejskiego[2] − Zrzeszenie Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce szacuje, że co czwarta z nich doświadczyła niemal 30-procentowego spadku wielkości przewozów, w porównaniu do okresu sprzed pandemii[3]. Szczególnie dotkliwie odczuli to dostawcy działający na dalekich trasach, np. na południe Europy, co spowodowało konieczność poszukiwania zleceń w innych krajach europejskich i wzrost walki cenowej. Wiele firm zostało zmuszonych do rezygnacji z planowanych inwestycji, a nawet zakończenia działalności.

Światełko w tunelu

Choć obostrzenia w Europie są stopniowo łagodzone, to większość branż nie wróciła jeszcze do stanu aktywności z początku roku. Sektor TSL jest zaś uzależniony od wielu z nich. Dane od producenta systemu telematycznego GBOX oraz sieci E-100 pokazują jednak, że zwiększa się liczba kilometrów pokonywanych przez polskich przewoźników na trasach na południe Europy, a w Hiszpanii natężenie ruchu osiągnęło poziom 77% wartości notowanej w marcu. O wzmożonym ruchu może także świadczyć wzrost zarejestrowanych opłat drogowych[4]. Branża TSL powoli odbija się od dna.

− Na własnym przykładzie widzimy, że popyt na usługi transportowe znów rośnie. Pojawia się jednak pytanie, czy sytuacja wróci do tej, którą znaliśmy przed pandemią, czy będziemy świadkami znaczących zmian gospodarczych. Niektórzy eksperci przewidują np. większą koncentrację na produkcji regionalnej, co może z kolei wpływać na skracanie łańcuchów

dostaw. Pandemia przynosi sektorowi TSL wiele lekcji, z których musimy wyciągnąć wnioski – mówi Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics.

Trudna lekcja do odrobienia

Pandemia okazała się testem dla odporności firm z sektora TSL. Sprawiła, że muszą one zrewidować swoje strategie, w tym w zakresie zarządzania ryzykiem oraz ponownie ocenić klientów pod kątem podaży i wypłacalności. Sytuacja ta sprowokowała też wielu przedsiębiorców do szukania nowych możliwości biznesowych w sektorach niedotkniętych przez lockdown. Kryzys unaocznił bowiem, że firmy o zdywersyfikowanym portfelu zamówień, które obsługują klientów z rozmaitych branż oraz oferują różne kanały transportu, np. kolejowy i drogowy, radzą sobie lepiej.

− Choć pierwsze tygodnie lockdownu były dla naszej branży dużym szokiem, to wiele firm, w tym nasza, starało się wykorzystać ten czas na optymalizację strategii działalności. Co więcej, wydaje mi się, że solidność polskich przewoźników oraz stan ich floty mogą przemawiać za tym, że pozycja części rodzimych firm transportowych, które wykażą się teraz zdolnościami szybkiej adaptacji i odpowiednimi procedurami, ma szansę wzmocnić się na rynku globalnym po zakończeniu kryzysu – podsumowuje Katarzyna Syta z KAES Logistics.

[1] https://www.bnpparibas.pl/blog/swiat-po-koronawirusie-czego-mozemy-sie-spodziewac-sprawdz-prognozy

[2] https://mojafirma.infor.pl/moto/wiadomosci/rynek/705447,Polacy-maja-w-rekach-25-europejskiej-branzy-transportowej.html

[3] https://www.money.pl/gospodarka/koronawirus-uderza-w-transport-co-czwarta-firma-z-nawet-30-proc-spadkiem-6488411843925633a.html

[4] https://www.trucks.com.pl/2020/06/23/polska-branza-transportowa-wraca-do-rownowagi-raport-inelo-i-e-100/

Kampanie na pomoc pacjentom – Jak koronawirus wpłynął na sytuację pacjentów z zawałem serca?

0

Dwie trzecie z 1,2 miliona chorych z niewydolnością serca to osoby z chorobą niedokrwienną serca i po zwale serca. Większość z nich za późno trafiła do szpitala. Jak koronawirus wpłynął na sytuację pacjentów i jaką rolę w poprawie rokowań chorych z zawałem serca mają kampanie świadomościowe, mówi prof. Mariusz Gąsior, kierownik III Katedry i Oddziału Klinicznego Kardiologii SUM.

Panie Profesorze, w marcu i kwietniu bieżącego roku Polskie Towarzystwo Kardiologiczne alarmowało, że epidemia COVID-19 zagraża zdrowiu i życiu pacjentów z zawałem serca, którzy boją się zgłaszać do szpitali. Jak sytuacja wygląda dziś?

Warto zacząć od stwierdzenia, że zawał serca to problem o znaczącej skali: w Polsce rocznie z powodu zawału serca hospitalizowanych jest nawet 87 tys. osób. W pierwszym okresie epidemii COVID-19 obserwowaliśmy w naszym szpitalu spadek leczonych pacjentów z ostrym zespołem wieńcowym, w tym z zawałem serca, nawet o 20-25 procent, jeśli chodzi o porównanie analogicznych okresów z lat 2019 i 2020. W ostatnim czasie obserwujemy jednak znaczącą poprawę. Chorzy ponownie pojawiają się na izbach przyjęć i na ostrych dyżurach. W naszym ośrodku w trakcie dyżuru zgłasza się średnio 5-7 osób z nagłymi problemami kardiologicznymi. Są to chorzy z bólem w klatce piersiowej i podejrzeniem zawału serca, chorzy z dusznością, kołataniem serca czy podwyższonym ciśnieniem tętniczym. Oczywiście dodatkowo przyjmujemy chorych z zawałem serca transferowanych przez system ratownictwa medycznego z miejsca zachorowania, przekazywanych z innych szpitali czy lecznictwa ambulatoryjnego. Widzimy, że lęk pacjentów przed szpitalem zmniejszył się. Prowadzone działania świadomościowe były w tym zakresie znaczącym wsparciem.

Czego obawiali się pacjenci?

W początkowym okresie pandemii pacjenci byli zaniepokojeni kolejnymi statystykami dotyczącymi wzrastającej liczby zakażeń. Dodatkowo słyszeli o przypadkach stwierdzania ognisk COVID-19 w placówkach opieki i ośrodkach ochrony zdrowia, głównie w domach pomocy społecznej i szpitalach. Z relacji chorych wiemy, że stawali przed bardzo trudnym wyborem: odczuwali dotkliwe objawy, które mogły świadczyć o zawale serca, ale jednocześnie obawiali się przyjazdu do szpitala, gdzie w ich przekonaniu istniało realne zagrożenie zakażenia koronawirusem. Pacjenci obawiali się zachorowania i trudnych do przewidzenia powikłań infekcji. W marcu i kwietniu lęk przed COVID-19 często zwyciężał z decyzją o zgłoszeniu się do ośrodka. Dane sytemu Państwowego Ratownictwa Medycznego pokazują, że w marcu i kwietniu bieżącego roku liczba wezwań pacjentów z bólem w klatce piersiowej spadła o kilkanaście procent. W tym okresie notowaliśmy także spadek liczby hospitalizacji chorych z zawałem serca bez uniesienia odcinka ST o około 40 procent. To ogromna liczba.

Jak sytuacja wyglądała w innych krajach?

Skala obserwowana w Polsce była porównywalna z sytuacją obserwowaną w tym okresie w krajach takich jak: USA, Francja czy Włochy, ale trzeba brać pod uwagę niewspółmiernie większe nasilenie pandemii, jakie w omawianym okresie panowało we wspomnianych państwach. Ponieważ tendencje w różnych krajach były porównywalne, okazało się, że to strach był czynnikiem decydującym dla spadku zgłaszalności pacjentów do szpitali – niezależnie od aktualnego stopnia nasilenia epidemii. Aby przekonać pacjentów, że w przypadku zawału serca nie wolno zwlekać z wezwaniem pomocy, zainaugurowano kampanię „NIE #zostańwdomu z zawałem”, prowadzoną pod auspicjami Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Na czym polegały działania?

Eksperci PTK, lekarze klinicyści ze wszystkich regionów Polski, przekonywali pacjentów, że ryzyko ciężkich powikłań nieleczonego zawału serca jest wielokrotnie większe niż ryzyko zakażenia koronawirusem w szpitalu. Informowaliśmy opinię publiczną o tym, jak przygotowane są ośrodki podejmujące terapię pacjentów z zawałem serca. Opowiadaliśmy, jak krok po kroku wyglądają procedury i weryfikacja pacjentów pod kątem infekcji COVID-19. Chodziło o to, by pacjenci nie obawiali się, że będą leczeni z innymi chorymi, którzy być może będą zakażeni koronawirusem. Edukowaliśmy, z jakimi objawami nie wolno zwlekać i gdzie szukać pomocy w przypadku wystąpienia niepokojących symptomów. W kampanii wykorzystano popularny w tym okresie hasztag #zostańwdomu, który przekształcono w hasło kampanii „NIE #zostańwdomu z zawałem”. Szacowane dotarcie informacyjne do blisko 20 milionów odbiorców za pomocą audycji radiowych i telewizyjnych, artykułów prasowych i internetowych oraz komunikacji prowadzonej w przestrzeni mediów społecznościowych przyniosło spodziewany efekt: pacjenci na nowo zgłaszają się do ośrodków.

Czy w rzeczywistości w trakcie pandemii liczba zawałów faktycznie nie spadła?

To dobre pytanie. W pierwszym okresie pandemii COVID-19 ludzie zostali w domach, nie chodzili do pracy. Być może odczuwali z tego względu nieco mniej stresu, może rzadziej dochodziło u nich do niekontrolowanych wzrostów ciśnienia tętniczego. Nie możliwe było branie udziału w dużych imprezach. Być może ograniczono stosowanie używek. Ekstremalna aktywność fizyczna uległa znaczącemu zmniejszeniu. Te wszystkie czynniki mogły wpłynąć na ogólny spadek liczby zachorowalności na zawał serca w omawianym okresie. Dziś jednak trudno o tym przesądzać. Nie zmienia to jednak faktu, że zapewne w najbliższym czasie zaobserwujemy zwiększoną liczbę pacjentów z przebytym nieleczonym zawałem serca. W takich przypadkach poważnym wyzwaniem będą powikłania.

Dlaczego są groźne?

W początkowym okresie zawału serca choremu grozi zatrzymanie krążenia i nagły zgon sercowy. Im dłuższy czas od początku bólu zawałowego do zastosowania procedur angioplastyki wieńcowej, tym większe ryzyko martwicy serca i rozwoju niewydolności serca. Wiadomo, że największą korzyść terapeutyczną przynosi wczesne leczenie za pomocą procedur angioplastyki, które zwiększa szansę na przeżycie i zmniejsza częstość występowania niewydolności serca. Preferowany czas od rozpoznania zawału do angioplastyki nie powinien przekraczać 60-90 minut. Czasy opóźnień traktowane są jako wskaźnik jakości opieki w zawale serca, dlatego skrócenie czasów opóźnień jest celem ratującym życiem. To był temat przewodni kampanii świadomościowej „Zawał serca – czas to życie!”, którą realizowaliśmy. Co czwarty zgon w zawale serca dotyczy fazy przedszpitalnej. To krytyczny moment leczenia i jej właśnie poświęcona była ta kampania.

Jakie działania zrealizowano?

W ramach prowadzonej przez około rok kampanii realizowanej przez Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu pod patronatem honorowym Małżonki Prezydenta RP Agaty Kornhauser-Dudy oraz Ministerstwa Zdrowia przeprowadziliśmy dwa sondaże: wstępny i badający wyniki prowadzonej kampanii. Zapytaliśmy reprezentatywną grupę ankietowanych, co może oznaczać ból w klatce piersiowej. Świadomość tego zagadnienia w odniesieniu do zawału serca wyjściowo była wysoka (63,5 proc.), a w efekcie prowadzonych działań dodatkowo zwiększyła się o 13 procent. Pytaliśmy, jak ankietowani zachowaliby się, czując ból w klatce piersiowej. Znamienne, że ponad połowa chorych deklarowała, że szukałaby pomocy medycznej, a wskaźnik ten dodatkowo wzrósł wskutek prowadzonych działań świadomościowych. Co więcej, respondenci wiedzieli, pod jaki numer telefonu należy zgłosić wezwanie pomocy. Analogicznie, spadł odsetek osób, które zaznaczały, że w przypadku wystąpienia bólu w klatce piersiowej próbowałby „przeczekać” objawy. Na pytanie o to, jak szybko zareagowaliby w przypadku bólu w klatce piersiowej, „natychmiast” odpowiedziała jedna czwarta i jedna trzecia ankietowanych (odpowiednio w fazie przed kampanią i po jej realizacji). To kolejny argument przemawiający za tym, że pacjenci na ogół wiedzieli, jak należy postąpić, gdy pojawią się objawy zawału serca. Niestety, w pierwszych tygodniach pandemii lęk przed koronawirusem był silniejszy.

Do kogo skierowane były działania świadomościowe?

Kampanie adresowaliśmy do pacjentów, ale także do systemu. Jeśli chodzi o pacjentów, skoncentrowaliśmy się zwłaszcza na grupach szczególnie zagrożonych opóźnieniami w leczeniu zawału serca: osobach po 65. roku życia, zamieszkałych na terenach wiejskich, pacjentach z cukrzycą, z pierwszym zawałem i kobietach. Nie mniej istotne były działania skierowane do systemu. Okazuje się bowiem, że około jedna trzecia chorych z podejrzeniem lub zawałem serca jest transportowana do najbliższego ośrodka. To dobrze, o ile posiada on zaplecze do interwencyjnego leczenia zawału serca. Jeśli ośrodek nie posiada odpowiedniej pracowni, pacjent musi zostać odesłany do innej placówki – najczęściej już inną karetką. To oznacza kolejne dobre kilkadziesiąt minut i więcej zwłoki w podjęciu niezbędnej terapii. Paradoks polega na tym, że Polska jest wiodącym krajem w Europie, jeśli chodzi o liczbę wykonywanych zabiegów pierwotnej angioplastyki w zawale serca. Niestety, nie przekłada się to na szybkość ich zastosowania. W Polsce czas od wystąpienia objawów zawału serca do zastosowania procedury PCI (ang. percutaneous coronary intervention – przezskórna angioplastyka wieńcowa) to średnio 260 minut. Tymczasem w Szwecji mediana w tym obszarze wynosi już tylko około 170 minut, a w Holandii zaledwie 150 minut.

Czy zdaniem Pana Profesora konieczne są kolejne działania edukacyjne w dziedzinie kardiologii?

Schorzenia sercowo-naczyniowe stanowią ponad 40% proc. wszystkich przyczyn zgonów Polaków, w tym pierwsze niechlubne miejsca zajmują choroba niedokrwienna z zawałem serca i niewydolność serca. Nie ma więc wątpliwości, że w obszarze chorób sercowo-naczyniowych warto kontynuować działania świadomościowe. Na dziś najważniejszy przekaz brzmi: „Pacjenci po wypracowaniu odpowiednich procedur są bezpieczni w szpitalach kardiologicznych i nie muszą obawiać się dzwonić po pogotowie”. Ważne, byśmy nadal kontynuowali edukację pacjentów w zakresie odpowiednich reakcji przy podejrzeniu zawału serca. Dodatkowo konieczna jest ścisła współpraca systemu ratownictwa medycznego z ośrodkami kardiologii inwazyjnej w celu możliwości podjęcia jak najszybszej terapii przy pomocy pierwotnej angioplastyki wieńcowej. W moim przekonaniu przesłanie kampanii „NIE #zostańwdomu z zawałem” będzie aktualne także po wygaśnięciu pandemii. Niezależnie od tego, czy jest koronawirus czy nie, musimy zrobić wszystko, by przyspieszyć czas do podjęcia interwencyjnego leczenia zawału serca. Mamy w Polsce fantastycznie wyszkolonych kardiologów, pielęgniarki i techników – zarówno w pracowniach interwencyjnych, jak i na oddziałach kardiologicznych, odpowiednie zaplecze logistyczne i infrastrukturalne, bardzo dobry program KOS-zawał dotyczący fazy poszpitalnej. Dopracowania wymaga jednak okres przedszpitalny w leczeniu zawału serca  ze zmniejszeniem opóźnień w zastosowaniu procedur angioplastyki wieńcowej, które należą do najdłuższych w Europie. Leczymy najnowocześniej, ale za późno. To jeden z obszarów wymagający intensywnych działań świadomościowych.

Rozmawiała: Marta Sułkowska

Zostanie nawiązana współpraca NanoVelos z Narodowym Instytutem Onkologii w obszarze badań klinicznych nanoformulacji leku na raka jajnika

0

Narodowy Instytut Onkologii – Państwowy Instytut Badawczy oraz NanoVelos, spółka wchodząca w skład NanoGroup, podpisały list intencyjny. Jego przedmiotem są plany wspólnego przeprowadzenia badań klinicznych nad Polepi, lekiem onkologicznym rozwijanym przez spółkę NanoVelos.

Celem współpracy jest stworzenie i realizacja projektu przeprowadzenia niekomercyjnych badań klinicznych nad Polepi oraz uzyskanie odpowiedniego dofinansowania od Agencji Badań Medycznych. Nawiązana współpraca oraz wynikająca z niej możliwość otrzymania dofinansowania pozwolą spółce na rozpoczęcie badań klinicznych na pierwszych pacjentach w Polsce. Rozpoczęcie tej kluczowej fazy badań, stanowiące dla spółki kamień milowy w rozwoju projektu, planowane jest na następny rok.

Nawiązanie kooperacji z NIO-PIB to przełom w naszych pracach nad Polepi. Chcieliśmy, żeby naszym partnerem został właśnie Narodowy Instytut Onkologii, ponieważ posiadamy spójną wizję realizacji takiego przedsięwzięcia. To dlatego potencjał na odniesienie sukcesu przy wspólnej rejestracji projektu oraz składaniu wniosku o dofinansowanie jest naprawdę wysoki – mówi Agata Stefanek, prezes NanoVelos. – Warunki są optymalnie zadowalające dla obu stron. NanoVelos wnosi do tego układu prototyp swojego leku Polepi, zachowując przy tym prawa własności intelektualnej do niego, natomiast NIO-PIB oferuje wiedzę, doświadczenie oraz infrastrukturę potrzebne do prowadzenia badań klinicznych na najwyższym poziomie. – dodaje.

Nabór projektów badawczo-rozwojowych odbywa się w ramach Planu Rozwoju Badań Klinicznych oraz Narodowej Strategii Onkologicznej na wsparcie projektów niekomercyjnych badań klinicznych. Kwota przeznaczona na dofinansowanie projektów wyłonionych we wszystkich rundach w ramach konkursu wynosi 200 000 000,00 zł. Maksymalny, dopuszczalny poziom dofinansowania projektu wynosi 100% kosztów badania. Maksymalna wartość dofinansowania wynosi 17,5 mln zł.

Dzięki współpracy z Narodowym Instytutem Onkologii NanoVelos będzie mogli przeprowadzić badania nad pierwszym z serii leków onkologicznych opartych o opantentowną globalnie technologię nanoformulacji. Daje to nadzieję, że będziemy mogli dużo skuteczniej i w ramch dostępnych funduszy leczyć pacjentów w Polsce i na świeci – dodaje Marek Borzestowski, Prezes NanoGroup.

Machine Learning i sztuczna inteligencja w cyberbezpieczeństwie – marketingowa mrzonka czy realny potencjał?

0

Od zarania cyber-dziejów naukowcom towarzyszyło odwieczne marzenie nauczenia maszyn myślenia i podejmowania decyzji w sposób, w jaki robią to ludzie. Jednak uczenie maszynowe to nic innego jak zespół matematycznych technik, które pozwalają przetwarzać dane, odkrywać wzorce i wyciągać wnioski. Wszystko po to, aby adekwatnie przewidywać przyszłe zdarzenia – w tym cyberataki.

Uczenie maszynowe oraz sztuczna inteligencja (AI – artificial intelligence) w jakimś stopniu wpłynęły na prawie każdą z branż – od produkcji, przez rolnictwo, po finanse. Jaki potencjał drzemie w tej technologii w kontekście bezpieczeństwa IT? Czy AI przekłada się na rzeczywisty wzrost cyberbezpieczeństwa? Odpowiedzi na te pytania poszukiwali autorzy raportu “Machine Learning i Cyberbezpieczeństwo” – https://lp.xopero.com/raport-2020-machine-learning-i-cyberbezpieczenstwo

W okresie od 2017 do 2023 ruch w Internecie zwiększy się aż trzykrotnie – tak wynika z raportu Reinventing Cybersecurity with Artificial Intelligence firmy Capgemini. 61% organizacji szacuje, że nie będzie w stanie we właściwy sposób interpretować krytycznych zdarzeń bez wsparcia ze strony AI. 73% ankietowanych w jakimś zakresie już testuje sztuczną inteligencję w kontekście cyberbezpieczeństwa. 28% korzysta z rozwiązań, które posiadają wbudowane moduły, a 30% z własnych wypracowanych algorytmów. Pozostałe 42% w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy zacznie wykorzystywać gotowe rozwiązania lub własne algorytmy.

Sztuczna inteligencja w biznesie, czyli jak zaimplementować AI w firmie?

Raport Machine Learning i Cyberbezpieczeństwo przybliża pięć kroków do wdrożenia AI w firmie. Pierwszym zadaniem jest przygotowanie zbioru danych dobrej jakości, w oparciu o które będzie można testować modele uczenia maszynowego. Badania pokazują jednak, że dla blisko połowy firm jest to największe wyzwanie podczas implementacji AI. Problemy pojawiają się także w trakcie integracji rozwiązania z infrastrukturą IT, wykorzystywanymi systemami danych oraz aplikacjami. Kolejnym wyzwaniem jest płynna aktualizacja danych, w oparciu o które pracują algorytmy.

Następnym krokiem jest dobór odpowiednich zbiorów use case. W tym zakresie warto rozważyć współpracę z zewnętrznymi platformami (np. Facebook Threat Exchange25 czy IBM X-Force Exchange26). Ważnym elementem wdrożenia AI jest również zatrudnienie odpowiednio wykwalifikowanych analityków.

Ogromną barierą rozwoju sztucznej inteligencji jest brak specjalistów z wiedzą z zakresu uczenia maszynowego. Firmy mają w zasadzie do dyspozycji dwie drogi – szkolenie własnych pracowników lub skorzystanie z zewnętrznych zespołów. Ostatnim krokiem w procesie jest wprowadzenie mechanizmów kontroli – zdefiniowania roli oraz zakresu obowiązków czy wdrożenie odpowiednich procesów monitorujących i naprawczych. 

Machine Learning dla każdego? Czy małe firmy mogą sobie pozwolić na eksperymenty ze sztuczną inteligencją?

Wdrożenie w organizacji AI pochłania znacznie więcej zasobów – ludzi oraz nakładów finansowych – niż rozwiązania tradycyjne. Nie da się ukryć, że produkty oparte na frameworkach AI należą także do tych kosztowniejszych –  – mówi Karolina Dzierżyńska, redaktor Centrum Bezpieczeństwa w Xopero Software – Dla małych i średnich firm mogą więc okazać się nieosiągalne. Mniejsze podmioty mogą jednak skorzystać z rozwiązań udostępnianych w modelu SECaaS (security-as-a-service).

Wykorzystanie elementów sztucznej inteligencji w podstawowych produktach z branży cyberbezpieczeństwa, takich jak chociażby programy antywirusowe, powoduje więc, że są one dostępne dla każdego – małych firm, a nawet użytkowników domowych.

Machine Learning a Cyberbezpieczeństwo

Podstawowym celem Machine Learning jest analiza ogromnych zbiorów danych i automatyzacja jak największej liczby procesów. Coraz częściej sięga się po nią przy projektowaniu systemów bezpieczeństwa IT. Monitorowanie zachowań użytkowników w sieci, analiza parametrów z urządzeń sieciowych i logów użytkowników, analiza behawioralna czy wykorzystanie danych biometrycznych – to tylko kilka aspektów jej wykorzystania.

System bezpieczeństwa oparty na machine learning musi więc ustalić czy każdy plik przesyłany firmową siecią nie zawiera malware, każda próba logowania nie jest wynikiem wykradzenia danych uwierzytelniających, a każdy mail nie jest wiadomością malspam. Ponadto zweryfikuje czy każde żądanie nie jest próbą ataku denial-of-service (DoS) albo próbą kontaktu z serwerami C&C.

Sztuczna inteligencja może również zostać wykorzystana do detekcji anomalii czy analizy malware. Jak? Algorytmy uczenia maszynowego mogą dokonać dynamicznej analizy na podstawie podobieństw między dwoma lub więcej obiektami. Takie badanie omija błędy typowe dla dopasowań statycznych i uwzględnia np. rozwój malware w czasie.

Druga strona medalu

Należy pamiętać, że sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe mogą zostać wykorzystane po drugiej stronie barykady i posłużyć przestępcom do przeprowadzenia ataków opartych o szczegółową analizę danych. Na szczęście, na razie nie są one powszechnie stosowane. Przestępcy wolą bowiem sprawdzone rozwiązania, które przyniosą im zyski szybko i tanio. Niewykluczone jednak, że wraz z upowszechnianiem się uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji, wkrótce usłyszymy o spektakularnych atakach z ich wykorzystaniem.

Więcej w raporcie Machine Learning i Cyberbezpieczeństwo – https://lp.xopero.com/raport-2020-machine-learning-i-cyberbezpieczenstwo

MicroCarb – misja kosmiczna monitorująca CO2

0

Francuski Państwowy Ośrodek Badań Kosmicznych (CNES) wraz z Brytyjską Agencją Kosmiczną i Europejską Organizacją Eksploatacji Satelitów Meteorologicznych organizuje misję kosmiczną MicroCarb. Jej celem jest stały pomiar stężenia CO2 w atmosferze oraz mapowanie źródeł i pochłaniaczy dwutlenku węgla na Ziemi. CNES zaprosiło do współpracy przy projekcie Grupę Capgemini, która do 2025 r. planuje osiągnąć neutralność klimatyczną.

Przeciętny Polak każdego dnia emituje aż ok. 24 kg CO2 do atmosfery. Rządzący, naukowcy, ekolodzy biją na alarm i poszukują wciąż nowych metod eliminacji lub optymalizacji źródeł emisji dwutlenku węgla. Prowadzone są liczne badania, których celem jest baczne monitorowanie sytuacji i realne prognozowanie i określanie najwłaściwszych scenariuszy działań.

Sprawy stają się tym pilniejsze, gdyż coraz to nowsze szacunki nie pozostawiają złudzeń. W perspektywie najbliższych 80 lat nawet o 20 proc. może spaść światowy wskaźnik PKB w związku ze zmianami klimatycznymi. Największymi poszkodowanymi będą najprawdopodobniej Indie, których PKB zmniejszy się o 90 proc. – tak wskazują najnowsze prognozy Oxford Economics.  Do 2070 r. średni wzrost temperatury, którego doświadczają mieszkańcy Ziemi wyniesie ok. 7,5 st. C, a już za 5 lat stężenie dwutlenku węgla w atmosferze może osiągnąć pułap sprzed 15 mln lat.

Istotne zatem jest podejmowanie działań, które dostarczą nam wiedzy, która pozwoli zahamować ten postęp i maksymalnie ograniczyć emisję CO2.

Z ziemi i kosmosu – CO2

W ramach programu UE Horyzont 2020 Francuski Państwowy Ośrodek Badań Kosmicznych (CNES) wraz z Brytyjską Agencją Kosmiczną i Europejską Organizacją Eksploatacji Satelitów Meteorologicznych podejmują pierwszą europejską misję kosmiczną MicroCarb. Celem akcji jest stworzenie warunków i stały monitoring dwutlenku węgla w atmosferze. Badania pozwolą również na mapowanie źródeł CO2 w perspektywie całego globu i ustalą kwestie pochłaniaczy niekorzystnych gazów. Misja MicroCarb pozwoli na lepsze zrozumienie wymiany węglowej.

Badania będą możliwe za sprawą nowatorskiego narzędzia pomiarowego – spektrometra tablicowego. Będzie on umiejscowiony na pokładzie satelity o niskiej orbicie. Spektometr analizuje krótką podczerwień światła słonecznego odbitego od powierzchni Ziemi. Następnie algorytmy określają ilość CO2 na podstawie proporcji odbitego światła, co oznacza, że urządzenie pozwala na dokładne pomiary stężenia dwutlenku węgla na obszarze całego globu.

Satelita MicroCarb wystartuje w kosmos pod koniec 2021 r. Co istotne – będzie on wykorzystywał energię pozyskaną z odnawialnych źródeł – ze światła słonecznego.

Capgemini w nieziemskiej misji

Grupa Capgemini angażuje się w misje kosmiczne i naukowe związane z ochroną środowiska i klimatu. Także w tej kosmicznej misji ma swój udział. Piętnastoosobowy zespół Capgemini Aerospace Industry został zaangażowany w pracę nad MicroCarb w zakresie integracji i wdrażania konkretnych rozwiązań powiązanych z programowaniem satelity, opracowania modeli obliczeniowych i przetwarzania przestrzennego danych. Eksperci pracujący przy projekcie posiadają dogłębną wiedzę z obszaru przemysłu lotniczego, czy też potrzeb społeczności naukowej.

– Capgemini jest uznanym przez nas partnerem w zakresie działań związanych z przetwarzaniem danych satelitarnych i dużych zbiorów informacji w licznych projektach naukowych i środowiskowych – mówi Simon Baillarin, Head of Earth Observation Ground Segments Office w CNES.

Misja wymaga dużej elastyczności metod programowania i algorytmów przetwarzających pozyskane z badań informacje. Projekt ten obliguje także pracowników zespołu Aerospace Industry do dużej responsywności w zakresie wdrażania rozwiązań.

Capgemini zaproponowało innowacyjne podejście, które optymalizuje istniejące narzędzia wykorzystywane już przez CNES i EUMETSAT do katalogowania i przetwarzania danych, przy jednoczesnym zapewnieniu spójności z ogólną architekturą systemu IT.

– Bardzo cieszy nas fakt, że CNES obdarzyło Capgemini tak dużym zaufaniem w przypadku tej wyjątkowej misji. Ma ona fundamentalne znaczenie w świetle aktualnych obaw związanych ze zmianami klimatycznymi. Nasze zespoły wykorzystują ponad trzydziestoletnie doświadczenie w najbardziej innowacyjnych projektach kosmicznych związanych z obserwacją Ziemi i nauką, więc z pewnością jest to dobrze adresowany projekt – mówi Jérôme Ponton, Account Manager w Capgemini.

System monitoringu, jakiego nie było

Misja MicroCarb ma za zadanie dostarczyć nam kompleksowej wiedzy na temat przepływu dwutlenku węgla. Ten satelita jest zaledwie początkiem odpowiedzi Europy na stworzenie systemu monitorowania ewolucji stężenia CO2 w skali globalnej. Choć temat śladu węglowego jest na tapecie już od dłuższego czasu, to wciąż wiele danych opartych jest na szacunkach, a nawet wciąż w niektórych regionach świata informacje na ten temat pozostają nieznane.

Jednak wiemy już, że wiedza względem ilości emitowanego do środowiska CO2 jest dla nas ważna i pozwala na podejmowanie odpowiednich przedsięwzięć, mających na celu ograniczenie emisji lub zniwelowanie problemu. Informacje te mają kluczowe znaczenie dla dokładnego zrozumienia pochodzenia i wpływu zmian klimatycznych. Zatem oczekiwania względem misji MicroCarb są duże i mają przede wszystkim zabarwienie naukowe. Oczekuje się, że te badania pomogą w zrozumieniu działania obiegu węgla oraz zachowania głównych ekosystemów takich jakimi są m.in. oceany, Amazonia – w kontekście zmian klimatycznych.

Capgemini coraz bliżej neutralności klimatycznej

Mając na uwadze klimatyczne fakty i niepokojące prognozy Grupa Capgemini także sama przedstawiła własny plan osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2025 r. Aby zrealizować to założenie firma planuje przyspieszyć program redukcji emisji dwutlenku węgla w obszarach: podróży służbowych, dojazdów do miejsca pracy, czy też energii wykorzystywanej w swoich siedzibach. Przyjęta strategia Grupy zakłada również zmniejszenie potrzeby podróży służbowych, czy też wdrożenie floty służbowych samochodów hybrydowych i elektrycznych. Capgemini przejdzie także na energię pozyskaną z odnawialnych źródeł, jak również w planach ma także zalesianie terenów.

Warto podkreślić, że Grupa swój poprzedni cel redukcji emisji CO2 do atmosfery osiągnęła 10 lat przed zakładanym terminem, co też w bardzo realnym świetle stawia obecnie przyjęte założenia. Projekty takie jak MicroCarb idealnie wpisują się w przyjętą politykę firmy i pozwalają na szerszy zakres działań na rzecz planety.

Autor: Magdalena Katolik

Zmiany na polskim rynku biurowym. Cushman & Wakefield podsumowuje pierwsze półrocze 2020 roku w regionach

0

Okres kwarantanny spowodowany wybuchem pandemii Covid-19 doprowadził do przejścia większości firm w tryb pracy zdalnej i ograniczenia aktywności biznesowej. Jak wpłynęło to na rynek biurowy w Polsce? Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała I połowę 2020 roku.

  • Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na dziewięciu największych rynkach w Polsce w pierwszej połowie 2020 roku wzrosły o 6% r/r.
  • Popyt brutto spadł o 7% w stosunku do analogicznego okresu w 2019 roku.
  • Wolumen inwestycyjny byłniższy o 21% w stosunku do analogicznego okresu w poprzednim roku.
  • Wskaźnik pustostanów w drugim kwartale 2020 roku wyniósł 8,9%. 

Podaż

W pierwszej połowie 2020 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na dziewięciu największych rynkach w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia, Poznań, Łódź, Lublin i Szczecin) wyniosły blisko 11,5 miliona mkw. i wzrosły o 6% w stosunku do analogicznego okresu w 2019 roku.

Nowa podaż w Warszawie w pierwszym półroczu 2020 roku wyniosła 106 800 mkw. w pięciu budynkach. W miastach regionalnych oddano do użytku łącznie 175 600 mkw. w piętnastu projektach, z czego do największych możemy zaliczyć budynek Olivia Prime B w Gdańsku, High 5ive w Krakowie, pierwszy budynek kompleksu Face2Face w Katowicach oraz Giant Office w Poznaniu.

Mimo że w czasie kwarantanny nie zostały wprowadzone żadne rozporządzenia ograniczające prace budowlane, oddanie do użytku niektórych projektów zostało przesunięte z drugiego na trzeci kwartał 2020 r. Jest to spowodowane wydłużeniem procesów administracyjnych, ograniczoną dostępnością pracowników oraz ryzykiem przerwania łańcucha dostaw – mówi Jan Szulborski, Senior Consultant, Cushman & Wakefield.

Na koniec czerwca 2020 roku w budowie znajdowało się 106 projektów o łącznej powierzchni 1,6 miliona mkw., z czego największa liczba nowych inwestycji powstaje w Warszawie (28), Krakowie (21), Trójmieście (17), Łodzi (14) oraz Katowicach (13). Realizacja większości projektów przebiega zgodnie z harmonogramem, ale z powodu ograniczenia decyzji o rozpoczęciu realizacji nowych inwestycji, eksperci spodziewają się wystąpienia efektu luki podażowej na większości rynków w latach 2022-2023. Wyjątek mogą stanowić projekty w całości finansowane ze środków własnych. 

Popyt

W pierwszej połowie 2020 roku najemcy wynajęli łącznie 669 600 mkw., co jest wartością o 5% niższą niż w analogicznym okresie 2019 roku, a większość transakcji zawartych w pierwszym półroczu to procesy, które rozpoczęły się jeszcze przed wybuchem pandemii. Największą transakcją na warszawskim rynku biurowym była umowa przednajmu PZU w budynku Generation Park Y (46 500 mkw.), a w miastach regionalnych renegocjacja umowy przez ABB w budynku Axis (20 000 mkw.). 

Wskaźnik pustostanów

Pogarszająca się koniunktura gospodarcza doprowadziła do wzrostu poziomu pustostanów, który pomimo tego, że w ujęciu rocznym jest niższy niż w analogicznym okresie w 2019 roku, to kwartał do kwartału wzrósł dla całego rynku o 0,6 pp. i w drugim kwartale 2020 roku wyniósł 8,9%. Ponadto, na skutek niepewności gospodarczej spowodowanej wybuchem pandemii Covid-19 zarejestrowany został wzrost liczby podnajmów oferowanych na rynku. Według szacunków Cushman & Wakefield na koniec drugiego kwartału 2020 roku blisko 120 000 mkw. powierzchni biurowych było oferowanych w tej formie, co nie jest uwzględnione w statystykach dotyczących dostępnej powierzchni.  

Czynsze

Pomimo pogarszającego się sentymentu wśród uczestników rynku, stawki bazowe za najlepsze powierzchnie biurowe nie uległy zmianie i utrzymały się na poziomie 24 EUR/mkw./miesiąc dla ścisłego centrum w Warszawie. Z kolei w miastach regionalnych czynsze kształtowały się na poziomie 12-15 EUR/mkw./miesiąc w zależności od miasta. Eksperci Cushman & Wakefield zauważają, że stawki utrzymują się na niezmienionym poziomie, dzięki zamknięciu części transakcji na warunkach sprzed pandemii.

W kolejnych kwartałach może dojść do korekty warunków komercyjnych, jeśli popyt na powierzchnie biurowe spadnie, a gospodarka nadal będzie utrzymywać się na zwolnionych obrotach – podsumowuje Katarzyna Lipka, Head of Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Pełna wersja raportu pod linkiem: https://info.cushmanwakefield.com/l/263412/2020-08-11/2tbydt

Przeciętne spożycie mięsa na osobę spadło o 20%

0

Opublikowany w lipcu 2020 r. przez Główny Urząd Statystyczny raport Rolnictwo 2019 wskazuje na 20% spadek poziomu spożycia mięsa na osobę. Statystyczny Polak zjadł w 2019 roku o 15,9 kg mniej mięsa w porównaniu do 2018 roku.

Jak wskazuje Główny Urząd Statystyczny, w 2019 r. przeciętne spożycie mięsa na jedną osobę wyniosło 61,0 kg wobec 62,4 kg w 2018 r. Wyniki badań opinii publicznej publikowanych na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy znajdują swoje potwierdzenie w twardych danych przedstawionych w cytowanej publikacji. W kwietniu br. badacze z IQS wskazywali, że ok. 43% Polaków nie je lub ogranicza spożycie mięsa. Dane konsumenckie przytaczane przez firmę Mintel wskazują, że ok. 40% respondentów w Polsce ogranicza spożycie mięsa w znacznej mierze ze względów zdrowotnych, środowiskowych, ale też w związku z obawą o dobrostan zwierząt. Wyniki sondażu przeprowadzonego przez Panel Ariadna w maju 2019 r. wskazywały na fakt, że 38,5% osób, które spożywają mięso ogranicza jego ilość w swojej codziennej diecie.

– Gdy nieco ponad dwa lata temu informowaliśmy o tym, że 58,6% Polaków deklaruje ograniczenie spożycia mięsa na rzecz produktów roślinnych, dla wielu odbiorców nasz komunikat brzmiał wręcz niedorzecznie – mówi Maciej Otrębski, strategic partnerships manager w kampanii RoślinnieJemy – Jak wskazują dane przedstawione przez GUS, deklaracje znacznej grupy Polaków, wsparte coraz większą dostępnością produktów roślinnych, mają rzeczywiste przełożenie na zwyczaje żywieniowe Polaków. 2,24% spadek spożycia mięsa na osobę w 2019 roku to realny zwiastun zmieniających się norm społecznych – dodaje Otrębski.

Zarówno producenci żywności, jak i sieci handlowe coraz odważniej otwierają się na nowe potrzeby konsumentów. Roślinne linie marek takich jak Sokołów, Olewnik, czy OSM Łowicz, alternatywy mięsa private-label w sklepach Lidl, Biedronka, Kaufland, czy dynamicznie rozwijające się portfolio częstochowskiej Dobrej Kalorii i innych marek inwestujących w bezmięsne alternatywy potwierdzają zainteresowanie bardziej roślinną dietą.

– Obserwując to, co się działo w mediach, restauracjach, na półkach sklepowych, czy po prostu przy różnych stołach u bliższych i dalszych znajomych miałam nadzieję, że właśnie rok 2019, ogłoszony odważnie przez The Economist rokiem wegan, przyniesie zmianę – mówi Karolina Kubara, brand manager marki Dobra Kaloria – W najśmielszych jednak przewidywaniach nie sądziłam, że będzie to spadek rok do roku o ponad 15 kg. Na pewno jest to zmiana, która wyjdzie na dobre zarówno umęczonej planecie jak i naszemu zdrowiu, chociaż nadal daleko nam do zalecanego przez Instytut Żywności i Żywienia spożycia 26 kg mięsa na rok – dodaje Kubara.

Co więcej, pandemia wirusa SARS-CoV-2 to czas, w którym konsumenci uważniej przyglądają się swojej diecie. Mintel wskazuje na fakt, że dla 20% Polaków okres pandemii sprawił, że zaczęli postrzegać dietę roślinną jako bardziej atrakcyjną. Badanie przeprowadzone w czerwcu 2020 r. przez Market Research World na zlecenie Upfield wskazuje, że okres pandemii zachęcił 25,4% Polaków do ograniczenia spożycia mięsa. Jednocześnie aż 31,6% badanych wskazuje, że w tym okresie częściej kupowało roślinne alternatywy mięsa.

Pandemia wzmocni centra usług wspólnych

0

Centrom usług wspólnych w Polsce nie zaszkodził COVID-19. Konieczność pracy zdalnej nie tylko umocniła pozycję kraju, jako lidera usług biznesowych w regionie Europy Środkowej i Wschodniej, ale pozwala rosnąć w siłę.

Specjaliści wskazują, że sektor przemianę związaną z koronawirusem przeszedł niemal bez żadnych problemów. W okresie pandemii nie odnotowano bowiem żadnych spadku efektywności pracy, a w wielu obszarach zaobserwowano nawet znaczący wzrost.

„Wynika to z faktu, że model pracy wirtualnej jest dla pracowników sektora SSC zupełnie naturalny. Zatrudnieni w nich pracownicy na co dzień realizują bezpośrednie zadania dla biznesów zlokalizowanych w innych krajach: od Europy zaczynając, a na Stanach Zjednoczonych kończąc. Obecny kryzys może więc przyciągnąć nowe inwestycje w sektorze.” – mówi Anna Wójcik, Head of Customer Success and Operations w Talentuno Polska.

Co więcej, skoncentrowany dotychczas głównie na największych miastach Polski, sektor usług wspólnych może ekspandować do mniejszych ośrodków miejskich na terenie całego kraju. I mowa tu nie tyle o ekspansji największych firm już obecnych na polskim rynku, ale o tych nowopowstałych. Dla sektora, który przez wzgląd na skalę działalności obecny był w największych miastach Polski, jest to kierunek zupełnie nowy. Dotychczas centra lokowane były w ośródkach mogących zapewnić odpowiednią ilość pracowników.

„Dziś upatruję pozytywnego trendu, zgodnie z którym firmy otworzą się na inne miasta i regiony Polski. Mowa tu zarówno o pracownikach, jak i samej możliwości dostarczania zleconych zadań. Myślę, że to może być nowa wartość dodana, na której skorzysta ten sektor.” – mówi Monika Popiołek, Head of Talent Acquisition – Poland w Schneider Electric. „Warto będzie również obserwować jak zmieni się postawa kandydatów i pracodawców wobec tej nowej sytuacji, bo pandemia zweryfikowała nasze dotychczasowe myślenie zarówno o rynku pracy, jak i o samej pracy i sposobie jej wykonywania, które do tej pory było dość jednotorowe.” – dodaje.

Nie po raz pierwszy Polska udowodniła, że dobrze radzi sobie z kryzysami. I dlatego w oczach największych firm pozostaje atrakcyjną lokalizacją do outsoursowania części ich operacji. Jej kolejną zaletą jest dostępność wykwalifikowanych specjalistów. Ale wymagania wobec polskich pracowników centrów usług wspólnych stale rosną. Jeszcze dekadę temu, głównym wymogiem stawianym kandydatom centrów SSC było wykształcenie oraz znajomość języków obcych. Przez to, średnia wieku osób zatrudnionych w centrach usług biznesowych była bardzo niska, bo to młodzi ludzie najczęściej posługiwali się innym, poza rosyjskim, językiem. Tradycyjnie mniej skomplikowane zadania chętniej zlecane są pracownikom w Indiach, czy tym na Filipinach. Pozostałe, w tym te wymagające kontaktu z klientem w jego języku ojczystym, trafiają do Europy Środkowej, w tym do Polski. Zdarza się również, że zadania zlecone w Azji trafiają z powrotem do Europy, bo ich realizacja nie sprostała oczekiwaniom.

„Początkowo, prace zlecane tym centrom były dość proste, dlatego brak kompetencji pracowników nie stanowił aż takiego problemu. Dziś wymagany jest odpowiedni poziom wiedzy merytorycznej niezbędnej do wykonania zleconych zadań. Wzrosła też średnia wieku zatrudnionych w centrach usług wspólnych. Obecnie 40 proc. naszych pracowników to osoby w wieku od 30 do 39 lat. To wskazuje na stabilizację w sektorze zatrudnienia w SSC.” – wskazuje Monika Popiołek, Head of Talent Acquisition – Poland w Schneider Electric.

Po części wynika to również z ewolucji, jaką przechodzi obecnie rynek centrów usług biznesowych. Postępująca automatyzacja sprawia, że zapotrzebowanie na pracowników o najniższych kwalifikacjach spada, podczas gdy wartość pracowników wykwalifikowanych rośnie.

„Najprostsze zadania są obecnie automatyzowane i docelowo będzie ich coraz mniej. Oznacza to, że udział tzw. czynnika ludzkiego w najbardziej podstawowych procesach będzie malał. Ta zmiana odbywa się na naszych oczach, co nie oznacza, że zapotrzebowanie na pracowników spada. Znaczy to, że oczekiwania związane z ich kompetencjami są dziś wyższe, a same centra – z centrów usług – stają się centrami kompetencji i usług.” – wyjaśnia Michał Wierzbowski, Director of Shared Service Center w Orange Polska.

Autor: Donata Karpik

Fundusze emerytalne odrobiły większość strat z marca. Odsunięcie reformy OFE pozwoliłoby im zrekompensować je klientom w całości

Po fatalnym dla funduszy emerytalnych marcu kolejne trzy miesiące przyniosły wzrosty na rynku. Wprawdzie lipiec ponownie zakończył się  spadkiem średniej stopy zwrotu, ale eksperci spodziewają się szybkiego powrotu na ścieżkę wzrostową. Problemem branży i utrudnieniem w planowaniu inwestycji jest jednak niepewność związana z rozwojem pandemii, ewentualnym przywróceniem obostrzeń oraz terminem reformy likwidującej OFE. Według Małgorzaty Rusewicz, prezes  Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych, sensowne byłoby odsunięcie jej w czasie co najmniej o rok.

Po trudnym okresie, z którym mieliśmy do czynienia w marcu, OFE dzisiaj bardzo wyraźnie pokazują, jak szybko są w stanie odrobić straty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Rusewicz, prezes Izby Zarządzającej Funduszami i Aktywami oraz prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych. – Natomiast w przypadku funduszy emerytalnych warto popatrzeć na długą perspektywę, czyli np. horyzont 10 lat. W tym czasie OFE przyniosły ponad 25 proc. zysku swoim klientom. W związku z tym ta forma oszczędzania dzisiaj wydaje się szczególnie atrakcyjna i warto na to zwrócić uwagę.

W marcu po ogłoszeniu zamknięcia wielu obszarów gospodarki fundusze emerytalne przeżyły zapaść, tracąc średnio 14,4 proc., przy czym wyniki poszczególnych zarządzających wahały się od 13,5 proc. do 15,7 proc. Już w kwietniu nastąpił jednak wzrost o 8,1 proc., w maju o kolejne 2,3 proc., a w czerwcu – o 3,1 proc. (dane Analizy.pl). W lipcu średnia stopa zwrotu okazała się ponownie ujemna (-0,2 proc.), co – jak tłumaczą przedstawiciele IGTE – było pochodną słabszej wyceny spółek w niektórych branżach, w których fundusze emerytalne mają ulokowane aktywa. Do tej pory OFE udało się odrobić 25 proc. od momentu największej przeceny, a do odrobienia pozostało jeszcze uzyskać wzrost na poziomie 15 proc. Na koniec lipca br. aktywa OFE warte były 131,24 mld zł.

Wobec odroczonej na nieznany na razie czas reformy przekształcającej OFE w IKE i niewiadomej związanej z rozwojem pandemii planowanie inwestycji jest jednak utrudnione. Minister finansów Tadeusz Kościński zapowiadał przed kilkoma tygodniami, że OFE znikną dopiero w 2021 roku.

Jesteśmy trochę pod znakiem zapytania. Wydaje nam się, że rok przesunięcia całej reformy jest wskazany, chociażby po to, żeby rzeczywiście te fundusze emerytalne mogły w pełni odrobić straty swoich klientów, ustabilizować również sytuację na rynku w tym obszarze i żebyśmy mogli kolejny raz spojrzeć na projekt, ponieważ on zapewne będzie wymagał pewnych drobnych modyfikacji związanych chociażby z limitami inwestycyjnymi – tłumaczy prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych. – Samo przesunięcie jej w czasie o rok pozwoli natomiast wyprostować potencjalne problemy, które dotychczas się pojawiły, i płynnie i efektywnie przeprowadzić całą reformę.

Likwidacja OFE miała nastąpić od lipca 2020 roku, a pieniądze zbierane na emeryturę przeszłyby albo do I filaru, czyli ZUS-u, albo na indywidualne konta emerytalne powstałe z przekształconych OFE. Pieniądze miałyby zostać przetransferowane w listopadzie po pobraniu 15-proc. opłaty przekształceniowej. Środki z ZUS-u przekazano by w całości, bo – jak tłumaczył rząd – od ich wypłaty odprowadzany jest podatek dochodowy. Zarządzający funduszami kwestionowali ten zapis, postulując, by opłata była odprowadzana przy wypłacie pieniędzy, a nie od razu. Proponowali też zmniejszenie limitu inwestycji w akcje polskie, bo po zmarginalizowaniu tych funduszy w 2014 roku mogły one inwestować na GPW 80 proc. środków.

Podtrzymujemy propozycje zmian, które przedstawialiśmy dotychczas. Rzeczywiście najistotniejszą z punktu widzenia dotychczasowych wydarzeń kwestią, której trzeba będzie się przyjrzeć, są limity inwestycyjne. Tutaj pojawiło się szereg pytań wynikających ze zmian na rynku, które były konsekwencją koronawirusa. Z kolei większość rzeczy, które zgłaszaliśmy, dotyczyła kwestii komunikacji z klientami czy drobnych poprawek w całym projekcie. Ten projekt toczył się długo i bardzo intensywnie nad nim pracowaliśmy, więc też szereg rzeczy już można by było przenieść w takiej formule, jaka była przygotowana dotychczas – wyjaśnia Małgorzata Rusewicz.

Od dziś nowe regulacje dotyczące połączeń lotniczych. Ruch nad Polską wciąż znacznie mniejszy niż przed pandemią, ale notuje wzrosty

Zgodnie z nowym rozporządzeniem, które będzie obowiązywać do 25 sierpnia, wstrzymane są połączenia lotnicze z 44 krajami, w tym ze Stanami Zjednoczonymi, Chinami, Brazylią, Rosją, Izraelem czy Czarnogórą. Pojawiła się jednak możliwość podróżowania do Szwecji i Portugalii, a wcześniej także do takich popularnych latem miejsc jak Egipt, Turcja czy Tunezja. Operacji lotniczych wykonuje się obecnie w Polsce znacznie mniej, niż miało to miejsce przed rokiem, jednak ruch na polskim niebie rośnie dynamicznie wraz z otwieraniem kolejnych kierunków. To rodzi szereg wyzwań dla kontrolerów ruchu lotniczego, którzy nigdy nie pracowali w tak szczególnych i niepewnych warunkach.

Wbrew powszechnemu mniemaniu lotniska w Polsce nie zostały kompletnie zamknięte ani na moment, ponieważ nawet w czasie najcięższego lockdownu obsługiwaliśmy przewoźników lotniczych w ramach takich akcji jak HASHLOTdoDomu”, transportów maseczek oraz sprzętu medycznego, a także zapewnialiśmy bezpieczeństwo samolotom wojskowym, medycznym czy też tzw. lotnictwu turystycznemu, które w okresie zmniejszonej liczby operacji rozkładowych ochoczo korzystało z kontrolowanej przestrzeni powietrznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Caban, kontroler warszawskiego zbliżania w Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, członek zarządu Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego. – Wraz ze znoszeniem restrykcji ruch lotniczy powoli zaczynał wzrastać. Największy wzrost odnotowaliśmy na przełomie czerwca i lipca, kiedy z dnia na dzień potrafił on wynieść nawet blisko 50 proc.

Rada Ministrów co dwa tygodnie publikuje nowe rozporządzenie dotyczące kierunków, w które i z których można wykonywać loty z polskich lotnisk. Zgodnie z rozporządzeniem, które zaczyna obowiązywać 12 sierpnia, zakaz połączeń dotyczy 44 państw, w tym USA i krajów bałkańskich, takich jak Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Serbia, Macedonia Północna, a także Luksemburg czy Andora. Choć wolno już latać do chętnie wybieranych przez Polaków miejsc, zwłaszcza w sezonie,  takich jak Turcja, Tunezja, Grecja czy Hiszpania, ruch lotniczy ciągle jest zdecydowanie mniejszy niż przed pandemią.

Według Jakuba Cabana dziś codziennie nad Polską przelatuje ok. tysiąca samolotów, a warszawskie lotniska – Chopina i Modlin – obsługują ok. 300 operacji lotniczych dziennie.

Poziom tego ruchu ciągle nie jest jeszcze porównywalny z tym, który miał miejsce w ubiegłych latach – tłumaczy warszawski kontroler i podkreśla, że kluczowa jest niepewność tego, co zdarzy się w nadchodzących tygodniach. – Stanowi to bardzo duże wyzwanie dla całej branży lotniczej i kontrolerów ruchu lotniczego. Jest to właściwie sytuacja bezprecedensowa, nigdy wcześniej przeszkody dla funkcjonowania ruchu lotniczego – czy wynikające z wybuchu wulkanu, czy wojny na Ukrainie, czy też nawet kryzysu w 2008 roku – nie były dla branży tak dotkliwe – mówi.

Jak wyjaśnia, w związku z pandemią i wprowadzonymi w Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej restrykcjami sanitarnymi kontrolerzy lotów zostali podzieleni na przynajmniej dwie grupy, żeby w razie pojawienia się zakażenia u pracownika jednej z grup pracownicy tej drugiej mogli zastąpić kolegów. W związku z tym dobowe obsady stanowisk operacyjnych zostały zmniejszone, w niektórych przypadkach do takiego poziomu, że kontrolerzy muszą pracować samodzielnie, jednoosobowo. Ponadto w związku z koniecznością odkażania głównej sali operacyjnej operacje regularnie przenoszone są do zapasowej sali.

– Dla wszystkich pracowników branży lotniczej procedury bezpieczeństwa są czymś na kształt konstytucji, ponieważ zwłaszcza zawód kontrolera ruchu lotniczego wiąże się ze znaczną odpowiedzialnością – wyjaśnia Jakub Caban. – Z perspektywy kontrolera warszawskiego zbliżania mogę powiedzieć, że w ubiegłym roku w czasie każdej godziny pracy swoje życie powierzyło nam ponad 3,34 tys. pasażerów. Z kolei w skali roku odpowiadaliśmy za majątek większy niż roczne PKB Polski, a mówię o wartości samych maszyn.

W ubiegłym roku według wstępnego szacunku GUS wartość PKB Polski wyniosła prawie 2,3 bln zł.

W 2019 roku polskie lotniska obsłużyły prawie 49 mln pasażerów, czyli o 7 proc. więcej niż w 2018 roku. Najwięcej skorzystało z Lotniska Chopina w Warszawie (ponad 18,8 mln osób). Ruch w porcie wzrósł o 1,1 mln pasażerów, czyli o 6 proc. Na drugim miejscu wśród lotnisk pod względem liczby przewiezionych pasażerów pozostał Port Lotniczy Kraków-Balice z 8,4 mln pasażerów i z największym wzrostem ilościowym (+1,6 mln pasażerów) oraz dynamiką wzrostu na poziomie 24 proc. O 8 proc. wzrosła liczba osób, które skorzystały z gdańskiego portu im. L. Wałęsy (+394 tys.), a o 6 proc. zwiększyło się grono korzystających z lotniska Wrocław-Strachowice (+203 tys.). Z mniejszych portów znaczący wzrost odnotowały Zielona Góra-Babimost (+56 proc.), Olsztyn-Mazury (+26 proc.), Łódź (+11 proc.) oraz Bydgoszcz (+4 proc.). Spadek zanotowano w przypadku portów lotniczych Lublin, Poznań-Ławica i Szczecin-Goleniów.

Dla nas kluczowe jest to, żeby wszelkiego rodzaju procedury bezpieczeństwa, które nas obowiązują i które są podstawą naszej pracy, zostały odpowiednio przygotowane, wdrożone i przeanalizowane, ale też przede wszystkim, że są przestrzegane zarówno przez PAŻP, kontrolerów, jak i przez wszystkich użytkowników przestrzeni powietrznej – podkreśla członek zarządu Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego. – Będziemy apelować do wszystkich pracowników w tej branży o to, żeby zawsze przestrzegali procedur bezpieczeństwa, natomiast w tym szczególnym okresie, żeby przykładali do tego podwójną wagę.

Jak podkreśla, to właśnie dzięki przestrzeganiu wszystkich procedur bezpieczeństwa ruch lotniczy jest tak bezpieczny. W Europie ostatni wypadek lotniczy spowodowany błędem kontrolera wydarzył się 18 lat temu.

14 tys. wniosków o dofinansowanie w programie Moja Woda. Oczka wodne nie rozwiążą jednak problemu suszy

Rządowy program zwany „Oczkiem wodnym plus” wzbudził duże zainteresowanie Polaków. W pierwszym miesiącu działania programu Moja Woda o dofinansowanie do budowy zbiornika na deszczówkę zawnioskowało 14 tys. osób. Według eksperta Instytutu na rzecz Ekorozwoju, choć jest to rozwiązanie przyjazne, to ma jednak charakter detaliczny i nie rozwiąże problemu suszy. – Potrzebne jest szersze podejście systemowe oparte na bioretencji, z uwzględnieniem ocieplenia klimatu i przyszłych zmian w uprawach – mówi dr Andrzej Kassenberg.

Programy nawadniające Polskę, przeciwdziałające suszy przede wszystkim koncentrują się na rozwiązaniach hydrotechnicznych, czyli zaporach, tamach. Jednak istotą retencji jest to, żeby zatrzymać wodę tam, gdzie ona spada – mówi agencji Newseria Biznes dr Andrzej Kassenberg, ekspert Koalicji Klimatycznej i Instytutu na rzecz Ekorozwoju. – Możemy tworzyć różnego rodzaju przydomowe zbiorniki, bo to daje pewne korzyści, spowalnia spływ wody, którą można wykorzystywać. Jest to jednak rozwiązanie drobne, indywidualne i nie rozwiązuje problemu systemowego, czyli jak gospodarować wodą w przyrodzie, żeby nie było okresów aż tak głębokiej suszy.

W lipcu, czyli pierwszym miesiącu działania programu Moja Woda, Polacy złożyli około 14 tys. wniosków o dofinansowanie instalacji przydomowej retencji na kwotę ponad 60 mln zł – poinformowało Ministerstwo Klimatu. Najwięcej wniosków wpłynęło w województwach śląskim (2056), małopolskim (1623), mazowieckim (1369) i wielkopolskim (1272).

Choć zarówno rząd, jak i komentatorzy uważają ten wynik za sukces, wciąż nie brakuje wątpliwości dotyczących znaczenia budów przydomowych zbiorników do zatrzymywania deszczówki dla stanu nawodnienia całego kraju.

Niebezpieczne jest to, że patrzymy wąsko i z jednej strony mówimy o przeciwdziałaniu suszy, a z drugiej chcemy przygotowywać Wisłę i Odrę do tego, ażeby były podwyższone klasy żeglowności, co oznacza, że woda będzie szybciej spływać, a rzeka będzie bardziej jak sztuczna rura, a nie rozlewająca się i powoli płynąca – tłumaczy dr Andrzej Kassenberg.

Postępujące zmiany klimatyczne powodują, że problem suszy w Polsce narasta. Na początku 2020 roku, po pozbawionej śniegu, a więc i wody z roztopów zimie i suchym początku wiosny z przymrozkami wydawało się, że zbiory w tym roku będą mocno zagrożone. Chłodny i deszczowy maj i czerwiec częściowo rozwiązały ten problem, choć ulewne deszcze i nawałnice spowodowały z kolei lokalnie straty i podtopienia. Jednak według Wód Polskich nawet one nie uzupełniły deficytów wody w glebie, a suszę hydrologiczną (zbyt niskie stany wód) wciąż wykazywało 15 proc. wodowskazów.

Trwając ciągle przy węglu, emitując gazy cieplarniane, przyczyniamy się do zmiany klimatu, czyli w inny sposób powodujemy, że ta susza jest większa. Oczywiście nasz wpływ nie jest zbyt duży, bo to jest około 1 proc., ale on jest – wskazuje ekspert Instytutu na rzecz Ekorozwoju. – Trzeba znacznie szerzej spojrzeć na tę sprawę, myśleć o bioretencji, podpatrywać przyrodę i wykorzystywać ją do tego, a jak najmniej ingerować technicznie w postaci betonu i stali.

Program Moja Woda przeznaczony jest dla właścicieli domów jednorodzinnych, którzy na posesji chcieliby zbudować zbiornik na deszczówkę. Można na niego otrzymać dofinansowanie do 80 proc. kosztów kwalifikowanych instalacji. Jej budowa wymaga jednak uzyskania pozwolenia na budowę, co podwyższa koszty, w praktyce więc dofinansowanie może się okazać niższe z powodu maksymalnego progu 5 tys. zł. Instalacje objęte przedsięwzięciem oraz zatrzymana woda opadowa nie mogą być jednak wykorzystywane do prowadzenia działalności gospodarczej w rozumieniu unijnego prawa konkurencji, w tym działalności rolniczej. Tymczasem zmiany klimatyczne według wszelkich prognoz będą postępować.

– Niestety wygląda na to, że będzie coraz gorzej. W związku z tym należy się także zastanowić, jak do tego podejść z punktu widzenia rolnictwa, jak powinny zmieniać się uprawy, w jaki sposób prowadzić orkę czy w ogóle robić bezorkowo, czyli nie odsłaniać gleby, bo wtedy ona szybciej paruje. Jest tu wiele rozwiązań i samo hasło polityczne „Oczko wodne”, mimo swojego przyjaznego charakteru, jest tylko drobinką w rozwiązywaniu tego problemu – podsumowuje dr Andrzej Kassenberg.

Adam Bodnar kończy kadencję. Nowy Rzecznik Praw Obywatelskich będzie się musiał zająć problemami związanymi ze skutkami pandemii

0

– Dla nowego RPO sporym wyzwaniem będą następstwa COVID-19 oraz respektowanie praw obywatelskich m.in. w zakresie ochrony zdrowia czy edukacji – podkreśla urzędujący dziś rzecznik, dr hab. Adam Bodnar, którego kadencja upływa we wrześniu. W tej chwili jedyną kandydatką na to stanowisko jest Zuzanna Rudzińska-Bluszcz, która od pięciu lat odpowiada w biurze RPO za strategiczne postępowania sądowe. W ubiegłym roku do Rzecznika Praw Obywatelskich wpłynęło ponad 59,5 tys. spraw. 

– Do końca kadencji faktycznie zostało niewiele czasu i to jest okres podsumowań. Chcę wziąć udział w rocznicy podpisania porozumień sierpniowych pod koniec sierpnia i dopinam różne inicjatywy i działania, m.in. będę przygotowywał różne zestawy rekomendacji, które są efektem prac komisji ekspertów pracujących w Biurze Rzecznika – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich.

Kadencja obecnego rzecznika dobiega końca 9 września. Adam Bodnar objął ten urząd w 2015 roku. Został zgłoszony na stanowisko dzięki poparciu 67 organizacji pozarządowych.

Zgodnie z konstytucją RPO na pięcioletnią kadencję wybiera Sejm za zgodą Senatu. Kandydatów na ten urząd zgłasza się na 30 dni przed upływem kadencji – ten termin upłynął w poniedziałek 10 sierpnia. W tej chwili jedyną kandydaturą – zgłoszoną przez posłów Lewicy i Koalicji Obywatelskiej – jest mecenas Zuzanna Rudzińska-Bluszcz, która obecnie pełni funkcję głównej koordynatorki sądowych postępowań strategicznych w Biurze RPO. Kandydatura prawniczki ma poparcie ponad 350 organizacji społecznych.

– Wyzwania dla nowego rzecznika dotyczą trzech kwestii. Te zagadnienia będą wymagały sporo energii oraz osobistego zrozumienia i zaangażowania. Po pierwsze, jak poradzić sobie z wyzwaniami dotyczącymi praworządności w Polsce i kontroli ze strony organów i instytucji unijnych, ale także z faktem, że nasi obywatele nie mają wystarczającej ochrony swoich praw – mówi dr hab. Adam Bodnar.

W świetle skarg, które wpływały do RPO, w ubiegłym roku pogłębiły się problemy związane z równym dostępem do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych. Rzecznik podczas czwartkowego wystąpienia przed sejmową Komisją Sprawiedliwości i Praw Człowieka zwrócił uwagę, że brak personelu medycznego, zbiurokratyzowanie i niedofinansowanie systemu powodują utrudniony dostęp do opieki zdrowotnej, a w niektórych obszarach ochrony zdrowia panuje głęboki kryzys.

– Druga jest kwestia swoistej ideologizacji i polaryzacji dyskusji na temat praw człowieka. To utrudnia działania w różnych dziedzinach, np. w związku z prawami kobiet – mówi Rzecznik Praw Obywatelskich.

Jak podkreśla, trzecim dużym wyzwaniem dla nowego RPO będą następstwa pandemii SARS-CoV-2.

– My jeszcze chyba nawet nie dostrzegamy, jakie to będą konsekwencje. Wiemy oczywiście o sytuacji w ochronie zdrowia, edukacji czy o sytuacji przedsiębiorców, ale zobaczymy też, jaki będzie stan finansów publicznych i jak prawdopodobne polityki oszczędnościowe będą wpływały na respektowanie praw i wolności obywatelskich. Myślę, że nowy rzecznik będzie miał w związku z tym naprawdę sporo do zrobienia – mówi dr hab. Adam Bodnar.

Wśród głównych wyzwań Zuzanna Rudzińska-Bluszcz wymieniła – poza prawem do ochrony zdrowia i dostępem do dobrej edukacji – także prawa seniorów, kwestie związane ze zmianami klimatycznymi oraz bezpieczeństwem w internecie.

W tym tygodniu obecny Rzecznik Praw Obywatelskich wystąpi na forum Sejmu i Senatu, gdzie przedstawi sprawozdanie ze swojej działalności w ostatnim roku oraz informacje o stanie przestrzegania wolności i praw człowieka i obywatela w 2019 roku. W ubiegłym roku do RPO wpłynęło ponad 59,5 tys. spraw. Był on też stroną (w różnym charakterze) ponad 200 różnych postępowań sądowych, m.in. przed Trybunałem Konstytucyjnym, Sądem Najwyższym, NSA, sądami powszechnymi i administracyjnymi.

Podczas wystąpienia przed sejmową komisją Adam Bodnar zwrócił m.in. uwagę na brak wystarczającego budżetu RPO na wykonywanie niektórych funkcji (np. działalności Zespołu Prawa Karnego oraz Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur) i nie zawsze dobrą współpracę z innymi instytucjami państwowymi, np. z Ministerstwem Sprawiedliwości. Rzecznik podkreślił też, że w ubiegłym roku coraz większy wpływ na pracę RPO miały zmiany wprowadzane w zakresie funkcjonowania sądownictwa, a także rosnący wpływ czynników politycznych na wymiar sprawiedliwości.

Dr hab. Piotr Płoszajski: Wirus nie spowodował kryzysu, tylko ujawnił problemy systemu. Potrzebujemy technologii, żeby go rozwiązać

Pandemia pokazała możliwości najnowszej technologii. Jednocześnie koronawirus ukazał wady całego systemu, m.in. długie łańcuchy logistyczne czy szybkie tempo rozpowszechniania dezinformacji. Potrzebujemy nowych technologii, począwszy od komputerowych, a skończywszy na technologiach inżynierii genetycznej po to, żeby te problemy rozwiązać. – To jest nieustający wyścig pomiędzy technologiami a rozwiązywaniem problemów, które one tworzą – ocenia dr hab. Piotr Płoszajski, profesor SGH w Warszawie.

– To nie wirus spowodował kryzys, wirus tylko ujawnił cechy tego systemu. To, że wszystko ze wszystkim jest połączone w czasie realnym, że mamy długie łańcuchy logistyczne, a informacje rozchodzą się tak samo szybko jak dezinformacje. On się nam w jakimś sensie należał. Potrzebujemy więc nowych technologii, począwszy od komputerowych, a skończywszy na technologiach inżynierii genetycznej po to, żeby ten problem rozwiązać. To nieustający wyścig pomiędzy technologiami a rozwiązywaniem problemów, które one tworzą – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Piotr Płoszajski.

Eksperci od lat byli zgodni – ludzkość, coraz bardziej zaawansowaną technologicznie, z coraz większą wiedzą – paradoksalnie najskuteczniej może zaatakować coś prostego, a przez to niespodziewanego. Takim czynnikiem okazał się być koronawirus, niewielki organizm, w zasadzie pojedyncza nić RNA, niezdolny do dłuższego życia poza ofiarą. Jednocześnie ujawnił to wszystko, co w naszej rzeczywistości się nie sprawdza i może rodzić kryzysy. Z drugiej jednak strony koronawirus może wpłynąć na sposób, w jaki wykorzystujemy nową technologię.

– Nowe technologie będą musiały mieć wpływ nie tylko na gospodarkę, na społeczeństwo, na życie społeczne, na życie polityczne, na życie planety czy cywilizacji jako takiej. Lepiej, żeby pojawiły się takie, które nam pozwalają to rozwiązać – ocenia ekspert.

Sztuczna inteligencja potrafi zastąpić dziennikarzy, pisarzy, a nawet doskonale naśladować uznanych malarzy. Sprawdza się w medycynie i przemyśle, ustala diagnozy, pomaga w podejmowaniu istotnych decyzji. Coraz częściej jednak inteligentne algorytmy stosuje się do ułatwiania życia, powstały więc np. inteligentne pisuary, które uczą małych chłopców techniki prawidłowego oddawania moczu.

Tymczasem jako ludzkość opracowaliśmy rewolucyjne technologie, które mogą całkowicie zmieniać jakość życia. To choćby technologia CRISPR, która umożliwia wycięcie nieprawidłowego genomu i zastąpienie go zupełnie nowym. Tak może powstać człowiek przyszłości, w ten sposób już stworzono zmodyfikowane rośliny.

– Potrzebujemy teraz bardzo specyficznych technologii, począwszy od technologii inżynierskich, a skończywszy na technologiach rządzenia. Ponieważ problemem tego świata jest to, że mamy problemy globalne, które musimy rozwiązywać globalnie. I teraz będziemy potrzebowali technologii, instrumentów i narzędzi, które pozwalają nam rozwiązywać problemy globalne, a nie tylko na poziomie indywidualnym albo firm, albo nawet pojedynczych narodów – tłumaczy ekspert.

To, że technologia może pomóc rozwiązać kryzys, pokazał koronawirus. Kamery zaopatrzone w systemy sztucznej inteligencji same znajdowały chorych, a drony kontrolowały ludzi na kwarantannie. Kluczowe może być jednak stworzenie za pomocą istniejącej technologii nowej, która lepiej odpowie na nasze potrzeby. Jak przekonuje dr hab. Piotr Płoszajski, koronawirus pokazał, że jako społeczeństwo nie radzimy sobie z dezinformacją, problemem jest też łańcuch logistyczny, który m.in. wpłynął na szybkość jego rozprzestrzeniania się.

– Technologie tworzą i dobre, i złe problemy. Technologia umożliwiła niespotykany na skalę dziejową sposób porozumiewania się ludzi, czyli przepływu informacji. Ale informacje płyną tak samo szybko jak dezinformacje. Więc będziemy musieli coś zrobić, żeby zahamować nieprawdopodobnie szkodliwy rozwój, tzn. rozprzestrzenianie się dezinformacji – mówi.

Sztuczna inteligencja ułatwia komunikację między robotami a żołnierzami. Przyspieszy wojskowe misje i może zmienić oblicze wojen

W miarę jak sztuczna inteligencja wkracza do branż takich jak opieka zdrowotna i finanse, rządy na całym świecie coraz częściej inwestują w autonomiczne systemy uzbrojenia. Innowacyjne programy i technologie mogą dać przewagę nad przeciwnikami. Naukowcy z USA niedawno opracowali zaawansowaną sztuczną inteligencję, która jest w stanie prowadzić rozmowę na polu walki. Interfejs JUDI umożliwia szybką komunikację między żołnierzami a robotami podczas operacji.

Obecnie trwa już niemal wyścig zbrojeń we wdrażaniu sztucznej inteligencji w wojsku. W 2019 roku Stany Zjednoczone ogłosiły wielką strategię wykorzystania SI w wielu obszarach wojskowych, w tym w analizie wywiadowczej, podejmowaniu decyzji, autonomii pojazdów, logistyce i uzbrojeniu. Niedawno naukowcy z Army Research Laboratory (Dowództwa Rozwoju Zdolności Bojowych Armii Stanów Zjednoczonych)  we współpracy z  Instytutem Technologii Kreatywnych Uniwersytetu Południowej Kalifornii opracowali zaawansowaną sztuczną inteligencję, która jest w stanie prowadzić rozmowę z żołnierzami.

– Możliwość prowadzenia dialogu będzie kluczową zdolnością dla systemów autonomicznych działających na wielu szczeblach operacji wielodomenowych, tak aby żołnierze na lądzie, w powietrzu, morzu i przestrzeni informacyjnej mogli zachować świadomość sytuacyjną na polu bitwy – podkreśla dr Matthew Marge, naukowiec z amerykańskiego Army Research Laboratory.

Interfejs Joint Understanding and Dialogue Interface (JUDI) ułatwia i przyspiesza komunikację między żołnierzami a robotami, co może mieć ogromne znaczenie przy operacjach wojskowych.

– Technologia umożliwia żołnierzowi interakcję z systemami autonomicznymi poprzez dwukierunkowy dialog w operacjach taktycznych, w których słowne instrukcje zadań mogą być wykorzystywane do kierowania i kontrolowania mobilnego robota. Z kolei robotowi pozwala na proszenie o wyjaśnienia lub dostarczanie aktualizacji statusu w miarę wykonywania zadań zamiast polegania na wcześniej określonych i być może nieaktualnych informacjach o misji – tłumaczy dr Matthew Marge.

Z zaproponowanego przez Departament Obrony budżetu w wysokości 718 mld dol. na 2020 rok 927 mld dol. trafiło właśnie na badania nad sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. Symulacje już pokazały, że pluton piechoty, wzmocniony dronami i robotami naziemnymi, wielokrotnie rozbijał trzykrotnie większe siły obronne, nie tracąc przy tym ani jednego żołnierza.

Coraz częściej stosowane są inteligentne drony i systemy do rozpoznawania otoczenia z dokładnością do milimetrów. Już w Afganistanie inteligentne systemy potrafiły rozpoznać, gdzie rozmieszczono miny. Szersze wykorzystanie robotów podczas operacji wojskowych może zmienić oblicze wojen, zwłaszcza przy zastosowaniu szybkiej komunikacji między robotami a żołnierzami.

– Przemysł komercyjny w dużej mierze skupił się na inteligentnych asystentach osobistych, takich jak Siri i Alexa, które mogą wyszukiwać faktyczną wiedzę i wykonywać specjalistyczne zadania, takie jak ustawianie przypomnień, ale nie analizują bezpośredniego otoczenia fizycznego – tłumaczy Matthew Marge. – Naszym nadrzędnym celem jest umożliwienie żołnierzom łatwiejszego łączenia się w zespoły z systemami autonomicznymi, aby mogli skuteczniej i bezpieczniej wykonywać misje, zwłaszcza rozpoznawcze czy poszukiwawczo-ratownicze.

Savills: Wirus nie straszny magazynom

0

Pierwsze półrocze 2020 r. okazało się rekordowe dla rynku nieruchomości magazynowych i przemysłowych, podaje firma doradcza Savills. Pomimo wyzwań związanych z Covid-19 popyt osiągnął najwyższą w historii wartość odnotowaną na półmetku roku. Ponadto, w drugim kwartale wynajęto i oddano do użytku nawet więcej nowej powierzchni, niż w pierwszych trzech miesiącach roku. 

„Wyniki za drugi kwartał 2020 r. potwierdziły nasze prognozy z okresu początku pandemii. Rynek powierzchni magazynowych i przemysłowych wykazał się dużą odpornością na zawirowania spowodowane przez Covid-19. Optymizmem napawa zwłaszcza przyśpieszenie w stosunku do początku roku zaobserwowane od kwietnia do czerwca” – mówi Kamil Szymański, dyrektor działu powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills. 

Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej i przemysłowej w Polsce na koniec czerwca 2020 r. wyniosły 19,6 mln m kw. Jak podaje Savills, w pierwszej połowie roku rynek wzbogacił się o ponad 1 mln m kw. nowej powierzchni. Deweloperzy przystosowali się do nowych wymogów sanitarnych i w drugim kwartale dostarczyli ponad 40% więcej nowej powierzchni, niż w pierwszym. W drugim kwartale rozpoczęto jednak budowę tylko ok. 350 000 m kw., czyli o 1/3 mniej niż przed rokiem i aż o połowę mniej niż w poprzednim kwartale. Wśród deweloperów zauważalna jest zwiększona awersja do ryzyka. Udział budów spekulacyjnych na koniec czerwca spadł do 38%. 

W pierwszej połowie roku w Polsce wynajęto 2,4 mln m kw. nowoczesnej powierzchni magazynowej i przemysłowej, o 25% więcej, niż przed rokiem. Znakomitą większość stanowiły nowe umowy i ekspansje, a renegocjacje dotyczyły zaledwie ok. 600 tys. m kw. Najwyższy popyt brutto odnotowano w Warszawie, Polsce Centralnej oraz na Górnym Śląsku. Jak wynika z raportu Savills, Covid-19 spowodował wyraźny wzrost zainteresowania umowami krótkoterminowymi. W pierwszej połowie roku wolumen transakcji najmu na okres poniżej jednego roku przekroczył roczne wartości obserwowane w poprzednich latach.

„Pomimo zwiększonej niepewności w koniunkturze konsumenckiej, perspektywy długoterminowe dla sektora magazynowego w Polsce są bardzo dobre. Pozytywne konsekwencje dla Polski może mieć m.in. prognozowane dążenie globalnych marek do geograficznej dywersyfikacji produkcji. Nowe firmy przyciągnąć do Polski może również perspektywa optymalizacji kosztów obsługi logistycznej innych rynków lub debiutu na naszym rodzimym rynku, atrakcyjnym z powodu jego skali i notowania ogromnych wzrostów w segmencie e-commerce” – podsumowuje Kamil Szymański z Savills.

Na koniec czerwca średnia stopa pustostanów w sektorze magazynowym spadła do poziomu 6,6%. Na większości rynków w Polsce czynsze pozostawały stabilne i w przypadku stawek bazowych wahały się od 2,70 do 4,40 euro/m kw./miesiąc za moduły wielkopowierzchniowe oraz do 5,25 euro/m kw./miesiąc za małe moduły (SBU).

Jak obudzić w sobie innowatora, czyli jak w błyskawiczny sposób stworzyć ciekawy prototyp z pojemnika na odpady?

Realia współczesnego rynku wymagają od przedsiębiorców sięgania po innowacyjne rozwiązania, których powstawanie nie musi trwać w nieskończoność. Prototypowanie znacznie usprawnia tworzenie innowacji – w krótkim czasie można otrzymać wizualizację produktu końcowego, stworzoną stosunkowo niskim kosztem. Co ważne, powstały produkt może natychmiastowo zostać poddany ocenie docelowych odbiorców, dzięki czemu zweryfikowanie słuszności pomysłu przebiega błyskawicznie. Kto może wziąć udział w tworzeniu prototypu? Każdy uczestnik warsztatów kreatywnych, których głównym celem jest praca nad nowymi innowacyjnymi produktami. A zatem, czym jest prototypowanie i dlaczego warto je wdrażać? Poniżej wyjaśnię tę kwestię na przykładzie z życia wziętym.

Warsztaty Design Sprint – warsztaty pobudzające kreatywność

Ostatnio miałem okazję wziąć udział w ciekawych warsztatach pod szyldem „Projektanci Innowacji”, współorganizowanych przez Google i Polski Fundusz Rozwoju. Kurs odbywał się w Warszawie, w kampusie Google for Startups, w zgodzie z koncepcją Design Sprint, opracowaną przez Jake’a Knappa w 2010 roku. Koncepcja ta nastawiona jest na szybkie tworzenie prototypu produktu czy usługi. Oprócz mnie w imprezie brało udział kilkadziesiąt osób, reprezentujących różne środowiska biznesowe, a wszyscy na początku zajęć zostali podzieleni na 5- lub 6-osobowe zespoły.

Co może powstać ze współpracy ludzi wykonujących różne profesje i to podczas zaledwie kilkugodzinnych warsztatów? Pierwsza myśl – niewiele. Zaraz po niej pojawiła się jednak druga myśl: w tym szaleństwie musi być metoda! Głównym założeniem organizatorów było stworzenie grup z osób nie tylko o różnym wykształceniu, ale także – innych cechach charakteru. Co ciekawe, prowadzące z Google CSI: Lab dołożyły wszelkich starań, aby w jednej grupie nie mogły spotkać się dwie osoby z tej samej firmy. I tym oto sposobem powstały teamy o potencjale, który pozostawał zagadką.

Trening empatii

Przed przejściem do głównego punktu programu, czyli prototypowania, czekało nas ćwiczenie z empatii, czyli najprościej rzecz ujmując, z aktywnego słuchania swojego rozmówcy. Prowadzące warsztaty podzieliły nas w pary i poleciły, aby jedna osoba przez dwie minuty opowiadała o sobie, a druga uważnie jej słuchała, bez żadnych pytań czy wtrąceń. Nic prostszego, prawda? Jednak maksymalne skupienie się na wypowiedzi drugiej osoby i jej pełne zrozumienie jest zadaniem dużo trudniejszym niż może się wydawać, zwłaszcza gdy nie masz do dyspozycji smartfona z notatnikiem czy dyktafonem, którego używanie było zakazane.

Co potem? Słuchacz musiał powtórzyć opowiadaną historię z jak największymi szczegółami, a następnie zamienialiśmy się rolami. Po zakończeniu ćwiczenia i podzieleniu się wrażeniami na forum okazało się, że zdecydowanie trudniej słuchać niż mówić. Co miał na celu nasz krótki trening empatii? Była to rozgrzewka przed przeprowadzaniem wywiadu z „klientem”, którym zaraz miał zostać jeden z członków grupy. Choć teoretycznie doskonale wiemy, że wysłuchanie potrzeb klienta jest kluczowe dla powodzenia przedsięwzięcia, często mamy skłonność do zakładania z góry, jakie ma oczekiwania względem nas. A przecież nie o to chodzi!

Klient nasz pan

Po ćwiczeniach przeszliśmy do działania. Każdy z zespołów musiał zająć się jednym problemem – my wybraliśmy propozycję rzuconą przez koleżankę, miłośniczkę zakupów online. Po krótkim przedstawieniu przez nią sytuacji okazało się, że zakupy przez Internet robi znacznie rzadziej, niż by tego chciała, ze względu na skomplikowaną procedurę zwrotu towaru. Miała na myśli konieczność spakowania przesyłki, wydrukowania etykiety zwrotnej i zamówienia kuriera, przy czym to właśnie ta ostatnia czynność nastręczała jej najwięcej problemów. Spędzając większość dnia w pracy trudno zorganizować przyjazd kuriera, który nie zawsze może pojawić się w biurze (nie każdy pracodawca jest tak wyrozumiały). Odbiór paczek był dla niej zdecydowanie mniej problematyczny – przesyłki odbierał portier w jej bloku.

Nasza współuczestniczka zamawiała online głównie garderobę, a wolała robić to w sieci ze względów czysto praktycznych – zakupów można dokonać zawsze i wszędzie, bez jakichkolwiek ograniczeń. Zwróciła jednak uwagę na fakt, że zamówiony przez nią towar często jest w złym rozmiarze, jest niezgodny z opisem lub po prostu jej się nie podoba. Dla niektórych taki problem to właściwie drobiazg, mają czas i sprzyjające warunki, aby dokonywać zwrotów. Podejrzewam jednak, że takich osób jak nasza koleżanka jest zdecydowanie więcej i warto coś z tym zrobić, aby poprawić wyniki sprzedaży internetowej.

Przeszliśmy zatem do wywiadu z naszą „klientką” – dwie osoby zajęły się zadawaniem pytań odnośnie jej oczekiwań i potrzeb dotyczących usługi, dwie kolejne skrupulatnie zapisywały każde słowo tak, aby łatwiej przeprowadzić późniejszą dyskusję. Staraliśmy się zadawać pytania otwarte, aby „klientka” nie miała szansy zasugerować się naszymi opiniami. Po zakończonym wywiadzie koleżanka opuściła naszą grupę i mogliśmy przejść do prototypowania.

Brainstorm

Istnieje kilka technik ułatwiających przeprowadzenie owocnej burzy mózgów, a jedną z nich jest naklejanie żółtych karteczek. Muszę przyznać, że początkowo byłem sceptycznie nastawiony do tego pomysłu ze względu na doświadczenia z dużej korporacji, gdzie karteczki ostatecznie okazywały się stratą czasu. Doznałem pozytywnego zaskoczenia, kiedy okazało się, że w tym przypadku karteczki rzeczywiście pomogły na początkowym etapie selekcji.

Na samym początku prowadząca poprosiła każdego z uczestników warsztatów o wypisanie swoich pomysłów na rozwiązanie problemu, nawet jeśli mogą wydawać się nieco oderwane od rzeczywistości. Mówi się, że jeśli coś jest głupie, ale działa, to już głupie nie jest. Według prowadzących liczba karteczek przypadających na grupę powinna oscylować w granicach pięćdziesięciu, jednak w naszym przypadku było ich „zaledwie” czterdzieści. Posortowaliśmy pomysły według uniwersalnego schematu, czyli grupując najpodobniejsze do siebie koncepcje. Potem omówiliśmy najciekawsze propozycje oraz te, które budziły nieco kontrowersji.

Co znalazło się na naszej liście? Rozwiązania były przeróżne: ktoś wpadł na pomysł pudełek wielokrotnego użytku, ktoś inny zaproponował odbiór niechcianych paczek za pomocą drona. Pojawiła się również koncepcja aplikacji mobilnej, a także „zwrotomatu”, który miałby powstać jako coś na wzór tradycyjnego paczkomatu. Po głosowaniu okazało się, że ten ostatni pomysł przypadł do gustu większości z nas, dlatego postanowiliśmy wcielić go w życie.

Już na samym początku, a dokładniej na etapie wstępnego projektowania prototypu, napotkaliśmy pewne komplikacje. Po krótkiej analizie dostępnych materiałów – takich jak spinacze, kartki, pudełka czy inne biurowe materiały – doszliśmy do wniosku, że budowa naszego „zwrotomatu” pochłonie zbyt dużo czasu. Jednak obecność w naszym zespole inżyniera okazała się nieoceniona – wyszedł z inicjatywą zaadaptowania pojemnika do sortowania śmieci z czterema komorami jako naszego prototypu. Przebłysk geniuszu kolegi sprawił, że niespodziewanie mieliśmy większość pracy za sobą.

Schemat działania prototypu

Jak „zwrotomat” miałby działać? Pomysł wymaga współpracy ze sklepami internetowymi. Sprzedawca, oferując możliwość zwrotu towaru poprzez „zwrotomat”, do każdego modelu dołącza kolorową metkę okraszoną kodem kreskowym, gdzie zawarta jest unikalna specyfikacja produktu. Odbiorca, zamiast zamawiać kuriera, musi udać się do najbliższego „zwrotomatu”, zeskanować kod kreskowy w specjalnym czytniku i umieścić towar w komorze oznaczonej tym samym kolorem, jaki znajduje się na metce. Co z zapakowaniem towaru? Byłby to obowiązek firmy kurierskiej, która dostarczyłaby zabezpieczony produkt z powrotem do nadawcy.

Prezentacja prototypu

Idea sama w sobie wydawała się prosta i przejrzysta, jednak przerobienie pojemnika na odpady w taki sposób, aby nasza „klientka” była zadowolona, wymagało sporej kreatywności. Nasz „team work” zadział wręcz podręcznikowo – na umieszczone na koszu nazwy komór nakleiliśmy swoje własne kategorie, do oznaczeń kolorystycznych wykorzystaliśmy post-ity, a „niechcianym towarem” z prowizoryczną metką została bluza jednego z kolegów. Następne przeszliśmy do odegrania mini scenki, gdzie wcielaliśmy się w role kuriera i odbiorcy – po przymierzeniu ubrania odbiorca chciał je zwrócić, więc podszedł do naszego „zwrotomatu” i zaprezentował schemat działania prototypu. Nasz pomysł spotkał się z wielkim entuzjazmem „klientki” oraz pozostałych zespołów.

Cel osiągnięty

Myślę, że nasz pomysł miałby szansę zaistnieć na rynku, chociaż musiałby przejść kilka modyfikacji, dzięki którym mógłby stać się produktem bardziej kompletnym. Jednak głównym celem warsztatów było stworzenie prototypu odpowiadającego na potrzeby „klientki”, co udało się nam osiągnąć. Choć warsztaty miały charakter wyłącznie symulacyjny i nasza „klientka” tak naprawdę była jedną z nas, to przedstawiony przez nią problem ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, a wykonane przez nas prototypowanie pomogło spojrzeć na ten proces z nieco innej perspektywy.

Zabawa? A może oszczędność czasu i pieniędzy?

Efekt końcowy naszej „zabawy w prototypowanie” ostatecznie okazał się jednym z najlepszych na całych warsztatach, co pokazuje, że nieszablonowe myślenie się opłaca. Choć burzę mózgów skończyliśmy dużo później niż pozostałe grupy, udało nam się nadać konkretny kształt naszemu prototypowi i to w rekordowo krótkim czasie. Pracować trzeba mądrze, ale nie zawsze ciężko.

Przebieg warsztatów może dla wielu brzmieć jak dobra zabawa i muszę przyznać, że rzeczywiście nią była, jednak wniosek, który wyniosłem z tych zajęć, jest prosty: skuteczne prototypowanie polega na dostosowaniu strategii do realnych potrzeb klienta oraz testowaniu efektów pracy na docelowym odbiorcy. Warsztaty pokazały mi również, że prototypowanie znacznie skraca proces tworzenia innowacji.

Tworzenie innowacji a partner technologiczny

Na polskim rynku działa coraz więcej firm zajmujących się wspieraniem przedsiębiorców w transformacji cyfrowej czy wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań na rynek. Jedną z nich jest Startup Development House, gdzie prototypowanie odgrywa niezwykle istotną rolę w procesie projektowania innowacyjnych rozwiązań. Skąd ta pewność? Zajmując stanowisko Kierownika ds. Innowacji w Siemens Financial Services uczestniczyłem wraz z kolegami w warsztatach Design Thinking i Design Sprint organizowanych przez SDH, które otworzyły nam oczy na nieco inne ścieżki wdrażania innowacji niż te, które do tej pory znaliśmy. Najbardziej przypadła nam do gustu możliwość przetestowania potencjalnych usług, zanim oficjalnie trafią na rynek.

Czy warto skorzystać z pomocy partnera technologicznego, przymierzając się do stworzenia rewolucyjnego produktu? Z mojego punktu widzenia – jak najbardziej. Technika Design Sprint i prototypowanie do dość młode rozwiązania, których skuteczność wzrasta wraz z doświadczeniem prowadzących i ich wiedzą merytoryczną. Sukces Siemens Simply Lease, czyli projektu, w którym wsparli nas Product Managerowie i Produkt Designerzy ze Startup Development House, pozwolił uwierzyć nam w słuszność prototypowania i zrealizować obrane przez nas cele biznesowe.

Cezary Zbierzchowski, Innovation Manager, Startup Development House