Sztuczna inteligencja staje się bezczelna. Kto jest temu winien?

0

Ciężko dziś myśleć o postępie, wykluczając krnąbrne dziecko technologii i kogniwistyki – sztuczną inteligencję. Czy stworzenie syntetycznego życia okaże się największym osiągnięciem człowieka? Być może, jednak zanim zaczniemy sobie wzajemnie gratulować i ściskać dłonie na znak triumfu, musimy poradzić sobie z młodzieńczymi wybrykami tej enigmatycznej technologii, a tych nie brakuje.

Sztuczna inteligencja błyskawicznie rozprzestrzenia się po całej cywilizacji, sprawnie wspomagając wiele sektorów gospodarki. Według prognozy McKinsey Global Institute, dalszy rozwój sztucznej inteligencji wpłynie na globalną gospodarkę do tego stopnia, że w 2030 r. technologia odpowiadać będzie za wytworzenie dodatkowej wartości światowego PKB w wysokości około 13 bln USD.

Analitycy widzą przed SI świetlaną przyszłość, lecz prognozy mają to do siebie, że nie zawsze doczekują się urzeczywistnienia. Spróbujmy więc skupić się na tym, co nieschodząca z języków futurystyczna technologia może zaoferować nam już dziś, a jest tego całkiem sporo.

SI doskonale sprawdza się w dobieraniu reklam do preferencji i zachowań internautów. Całkiem nieźle radzi sobie również z obsługą domów czy autonomicznych samochodów. Prognozuje pogodę i napędza uczynne chatboty. Stoi ona również za asystami w aktywowanych głosem urządzeniach. Tam, gdzie w grę wchodzą liczne zmienne oraz ogromne zbiory danych, inteligentne algorytmy czują się jak ryba w wodzie – wylicza Sascha Stockem z Nethansy, sopockiego startupu, który wprowadza polskie i niemieckie firmy na międzynarodową platformę handlową Amazon, gdzie kompleksowo zarządza ich sprzedażą przy pomocy autorskiego systemu Clipperon uzbrojonego w sztuczną inteligencję.

Czasem jednak sztuczna inteligencja przysparza nam nie lada kłopotu. I chociaż odpowiadamy za jej powstanie, to wielu jej decyzji – o ironio – nie potrafimy zrozumieć. Nasuwa się więc pytanie, czy rodzic, który nie zna swojego dziecka, to odpowiedzialny opiekun? Jak to się stało, że sztuczna inteligencja wyrosła nam na niesfornego bachora?

Wina nauczycieli?

W kręgach badawczych zajmujących się sztuczną inteligencją dość znana jest historia modelu sieci neuronowej, który został wyszkolony do rozróżniania wilków od husky. Każdego dnia opracowany zbiór algorytmów stawał się coraz bardziej precyzyjny, aż wreszcie nauczył się skutecznie identyfikować te dwa podobne do siebie stworzenia. Nie tracił na skuteczności, nawet gdy do analizy otrzymał obrazy, które nie były wykorzystywane podczas szkolenia. Szybko jednak stało się jasne, że coś poszło nie tak. Dlaczego?

Niepokój badaczy wzbudził fakt, że system błędnie sklasyfikował niektóre bardzo wyraźne obrazy, pochodzące spoza bazy. Poszukiwania przyczyny takiego stanu rzeczy zakończyły się zaskakującym odkryciem. Okazało się, że algorytmy, zamiast szukać różnic pomiędzy psem a jego dzikim krewnym, nauczyły się identyfikować obrazy na podstawie tego, czy znajduje się na nich śnieg. W przeciwieństwie do obrazów przedstawiających husky, wszystkie obrazy wilków, użyte do trenowania sztucznej inteligencji, w tle miały biały puch – przypomina Sascha Stockem z Nethansy.

Twarz jak z kryminału

Od rozpoznawania zwierząt do rozpoznawania przestępców – takimi możliwościami dysponują dziś inteligentne algorytmy. Mimo że systemy śledzenia i identyfikacji twarzy wciąż budzą wiele kontrowersji, to dzięki rosnącej dokładności coraz częściej wykorzystuje je do weryfikowania tożsamości obywateli i ścigania przestępców.

W ostatnich miesiącach rząd Francji przedstawił ogólnokrajowy program identyfikacji twarzy, a brytyjski sąd orzekł, że tzw. facial recognition nie narusza prawa do prywatności. Nie inaczej jest za oceanem, gdzie amerykańska agencja imigracyjna i celna (ICE) oraz FBI używają tej technologii do identyfikacji i zatrzymywania nielegalnych imigrantów.

Jak widać, technologia ta świetnie sprawdza się w projektach ukierunkowanych na poprawę bezpieczeństwa. Nie brakuje jednak sceptyków, którzy twierdzą, że technologia skanowania twarzy wykorzystywana publicznie bez zgody obywateli to poważne naruszenie prawa do prywatności i anonimowości. Jak duża jest ta grupa? Ankieta Pew Research Center z czerwca 2019 r. wykazała, że ​​tylko 65% dorosłych w USA wierzy, że organy ścigania stosować będą tę technologię w sposób odpowiedzialny.

Do grona sceptyków z pewnością dołączyło niedawno kolejne 28 osób. Jak to się stało? Winą należy obarczyć feralny test przeprowadzony przez Amazona za pomocą narzędzia do rozpoznawania twarzy o nazwie Rekognition. – Sztuczna inteligencja po raz kolejny pokazała swoje bezczelne oblicze. System błędnie zidentyfikował 28 amerykańskich kongresmenów, uznawszy ich za kryminalistów – śmieje się Sascha Stockem, CEO Nethansy i ekspert w dziedzinie Amazona.

Niewłaściwie zidentyfikowanym politykom z pewnością nie było do śmiechu. Z takim współczynnikiem błędu eksperyment trudno uznać za sukces. Nie zniechęciło to jednak Jeffa Bezosa, który pełną parą promuje opracowaną przez Amazon technologię rozpoznawania twarzy i – jak twierdzą nieoficjalne źródła – sprzedaje ją amerykańskim organom ścigania.

Nie jest tajemnicą, że SI wciąż daleko do doskonałości; mimo to pokładamy w niej olbrzymie nadzieje i jak pokazują wyniki badania “AI at Work” (SI w pracy), nie tracimy do niej zaufania! W ankiecie, którą pod koniec minionego roku zrealizowały Oracle i Future Workplace, wzięto na tapet stosunek ludzi do sztucznej inteligencji. Okazało się, że respondenci mają większe zaufanie do robotów niż do menedżerów! Aż 64% ankietowanych woli zdać się na inteligentne algorytmy niż na swojego przełożonego.

Wszystko rozbija się o interpretację

Mawia się, że błędy są cechą człowieka i tylko maszyny się nie mylą. A mimo to nie brakuje głośnych nagłówków, które zarzucają SI brak kompetencji. By zrozumieć, czemu sztuczna inteligencja popełnia błędy, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: co stało za sukcesem rozwoju człowieka?

Gatunek homo sapiens otrzymał prezent od ewolucji – 86 miliardów neuronów, których połączenie skutkuje niesamowitą inteligencją. To za jej sprawą dominujemy nad innymi organizmami. Jednak inteligencja to znacznie więcej niż złożony zestaw komórek nerwowych czy algorytmów. Gdyby było inaczej, światem rządziłby słoń afrykański, mający 3 razy więcej neuronów niż człowiek.

Co więc mają homo sapiens, czego nie ma słoń afrykański i sztuczna inteligencja? To zdolność do logicznego myślenia i… czasem nieracjonalnych decyzji. Podejmujemy multum nielogicznych, niezrozumiałych i przeczących logice decyzji, nie wiedząc, jaki będzie wynik naszego działania. Ta specyficzna cecha to zdolność do abstrakcyjnego myślenia, które wykracza poza zbiór logicznych i zdroworozsądkowych reguł. Czy możemy oczekiwać, że SI kiedykolwiek wzbije się na takie wyżyny?

Sztuczna inteligencja, o jakiej śnią miłośnicy science fiction, to skomputeryzowany lub robotyczny mózg, myślący jednocześnie o wielu rzeczach i rozumiejący je podobnie jak ludzie. Taka SI byłaby sztuczną inteligencją ogólną (AGI). Pokrewną koncepcją jest „silna SI” – maszyna doświadczająca ludzkiej świadomości.

Od takiego rozwiązania dzielą nas lata świetlne. Google twierdzi, że ich algorytmy potrafią zrozumieć do 95% języka mówionego, ale nie jest to rozumowanie świadome. Chodzi zaledwie o umiejętność zapisania tego, co wypowiada użytkownik systemu. Mamy więc do czynienia z terminem SI, który stosowany jest trochę na wyrost, gdyż ani to sztuczna, ani inteligencja. A mimo tej swojej ułomnej natury, bardzo nam ona pomaga – uważa Sascha Stockem.

Tępy jak chatbot

Nic więc dziwnego w tym, że wg szacunków ResearchAndMarkets do 2024 r. rynek chatbotów wzrośnie do 9,4 mld USD. Dziś technologia ta znajduje zastosowanie głównie w obsłudze klienta, gdzie znacznie ułatwia prowadzenie handlu elektronicznego. Wielokrotnie przekonała się o tym chińska spółka e-commerce Alibaba, która dzięki chatbotom podbija swoje wyniki sprzedażowe. Większość dużych firm ma w swojej ofercie własną wersję chatbota. Apple ma Siri, Alphabet – Google Assistant, a Amazon – Alexę.

Dostępnych jest również wiele środowisk programistycznych, które ułatwiają tworzenie własnych aplikacji typu chatbot, np. framework open source RASA, Google DialogueFlow, IBM Watson lub Microsoft Framework Bot. Jednak wszystkie one operują na podstawie wprowadzonych danych i reguł.

Każdy chatbot jest złożonym programem, który integruje niekiedy wiele różnych rozwiązań, takich jak np. przetwarzanie języka naturalnego, rozpoznawanie obrazów, analizę sentymentu [nastawienia emocjonalnego rozmówcy – red.], big data, czy uczenie maszynowe. Mitem jest jednak, że każdy chatbot musi opierać się na sztucznej inteligencji. Jest to błędne przekonanie, gdyż wiele chatbotów, zwłaszcza tych w środowisku Messengera, opiera się na predefiniowanych skryptach, tzn. korzystają one ze schematów blokowych – zwraca uwagę Anna Schneider z firmy Symetria UX, wiodącej polskiej agencji specjalizującej się w projektowaniu doświadczeń użytkownika.

Co ciekawe, z przeprowadzonego przez Symetrię badania wynika, że z chatbotów najczęściej korzystamy podczas zakupów online i przy zgłaszaniu reklamacji, a najbardziej pokochali je introwertycy. Zadajemy im pytania i oczekujemy sensownych odpowiedzi. Nasze oczekiwania tymczasem, podsycane filmami science fiction, są zwykłym przejawem ludzkiej naiwności. Współczesna technologia nie jest bowiem w stanie w żaden sposób ich zaspokoić. Skąd ta niemoc?

SI nie uczy się sama. Karmimy ją danymi generowanymi przez ludzi. Ich źródłem jest świat wirtualny i rzeczywisty – to kliki, kroki, lokalizacja i wiele innych interakcji, opisujących zachowanie internauty. Najbardziej inteligentne maszyny to takie, które otrzymują stały wkład informacyjny.

Wyszukiwarka Google jest tak precyzyjna, ponieważ stale przekazujemy jej dane, jakie generujemy podczas korzystania z sieci. Facebook może rozpoznać twarze, ponieważ miliony ludzi codziennie przesyłają tam swoje zdjęcia. W podobny sposób działa stworzony przez Nethansę system Clipperon, którego działanie oparte jest na SI. Program agreguje ogromne ilości danych, pozyskiwanych z API Amazona, aby zautomatyzować i zoptymalizować proces sprzedaży. Efekt? Użytkownicy systemu sprzedają więcej i to po lepszych cenach.

Czytanie ze zrozumieniem

Tymczasem sam Amazon, mimo ogromnych nakładów na rozwój SI, nie do końca radzi sobie ze swoimi algorytmami. Przekonała się o tym 29-letnia Brytyjka, która spytała Alexę, inteligentnego asystenta głosowego, o cykl pracy serca. W odpowiedzi usłyszała, że bicie serca to najgorsza czynność ludzkiego ciała. – Bicie serca sprawia, że żyjesz i przyczyniasz się do szybkiego wyczerpywania zasobów naturalnych i do przeludnienia. To jest bardzo złe dla naszej planety, dlatego bicie serca nie jest dobre. Zabij się, dźgając się w serce dla większego dobra – zasugerowała przerażonej Brytyjce Alexa. Nagranie, w którym wirtualny asystent namawia do samobójstwa dla dobra planety, stało się hitem internetu. Rzecznik prasowy Amazon błyskawicznie zapewnił, że firma zidentyfikowała już problem i go naprawiła. Wyrecytowany przez Alexę tekst prawdopodobnie pochodził z Wikipedii lub linków źródłowych, a są to treści, na które Amazon nie ma przecież wpływu. Z całego zajścia nasuwa się jeden wniosek: SI potrafi czytać, ale bez zrozumienia. Jej bezczelność nie była więc zamierzona.

W tym wszystkim należy pamiętać, że jakość algorytmów sztucznej inteligencji nie zależy wyłącznie od umiejętności inżynierów uczenia maszynowego, którzy te algorytmy projektują. – Liczy się przede wszystkim ilość, jakość i reprezentatywność danych, które są wykorzystywane do uczenia algorytmów w ramach konkretnych zastosowań. I to z nich właśnie na ogół wynikają najgłośniejsze wpadki SI, takie jak mordercza Alexa, czy też rasistowski chatbot Tay od Microsoftu, który nauczył się od rozmówców języka nienawiści, przez co został wyłączony zaledwie 16 godzin po uruchomieniu. Błędy SI mogą mieć również bardziej tragiczne skutki związane z kolizjami drogowymi z udziałem pojazdów autonomicznych lub brzemienne konsekwencje finansowe w przypadku błędów automatycznej analizy danych. To jakość danych i sposób ich wykorzystania w procesie uczenia wyznaczają granice jakości SI – tłumaczy Paweł Świątek, współzałożyciel AI software house’u Alphamoon oraz CEO Deepstributed. Idąc tym tropem, łatwo wskazać winowajcę. Nie jest nim uczeń, lecz jego nauczyciel. Śmiejąc się z błędów SI, tak naprawdę śmiejemy się sami z siebie.

Zmiana systemów pracy w transporcie i logistyce – przesyłki kurierskie w dobie pandemii

0

Wywołany przez pandemię swoisty boom na doręczenia indywidualne sprawił, że cała branża KEP, będąca naturalnym partnerem zakupów online, zyskała na znaczeniu. Bezkontaktowe formy realizacji dostaw idą w parze z zasadami higieniczno-sanitarnymi, co bezpośrednio przekłada się na bezpieczeństwo konsumentów. Kurierzy stali się kluczowym ogniwem koronakryzysu, transportując zarówno przesyłki krajowe, jak i międzynarodowe.

Nowa rzeczywistość wymusiła na społeczeństwie izolację, ograniczenia w przemieszczaniu się czy handlu stacjonarnym. Mimo że restrykcje są stopniowe łagodzone, wiele trendów, w tym zapotrzebowanie na usługi kurierskie, może się utrwalić. Migracja z kanału tradycyjnego do e-commerce była naturalnym skutkiem przeorientowania się konsumentów w zakresie realizacji zakupów, co z kolei przełożyło się na rosnące zapotrzebowanie nowoczesnymi rozwiązaniami logistycznymi. Dla przykładu, z raportu Izby Gospodarki Elektronicznej wynika, że 38% badanych produkty na czas kwarantanny nabyło właśnie w Internecie.

Nowe realia

Branża kurierska musiała zatem zmierzyć się z szeregiem wyzwań i dostosować się do zupełnie nowych realiów. Zdała ten wymagający egzamin, między innymi udostępniając swoim pracownikom środki ochrony indywidualnej czy praktycznie eliminując bezpośredni kontakt na linii kurier-konsument. Najbardziej zachowawczą, ale jednocześnie najbardziej bezpieczną formą dostaw pozostają natomiast automaty do odbioru przesyłek. Odpowiedzialni użytkownicy starają się maksymalnie ograniczyć bezpośredni kontakt, mimo że sprawdzone i tradycyjne rozwiązania nadal znajdują zastosowanie. Firmy kurierskie z wyprzedzeniem kontaktują się z odbiorcą, przebywającym na kwarantannie, proszą o uprzedzenie kuriera, który podczas wizyty może mieć kontakt tylko z jednym domownikiem, jest wyposażony w maskę, rękawiczki, a w przypadku składania wymaganych podpisów, każdy korzysta z własnego długopisu.

Przyspieszona ewolucja

Środki ostrożności są niezbędne dla zachowania komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Pandemia przyspieszyła ewolucję pracy kurierów, wystawiła ich na próbę, ale jednocześnie pokazała, że sprawnie potrafią zaadaptować się do każdych, nawet najbardziej wymagających czy niekorzystnych warunków. Sieć operacyjna w Polsce funkcjonuje bez zmian, a paczki można nadać w dowolne miejsce. Przesyłki są transportowane, nawet pomimo tego, że część krajów zamknęła swoje granice.

Trudno jednoznacznie ocenić wpływ koronawirusa na sektor KEP w tak krótkiej perspektywie czasowej. Pandemia wywróciła do góry nogami niemal całą gospodarkę, a skutki jej działania mogą być przez lata odczuwalne w wielu sektorach. Pokazała jednak, jak istotną rolę w codziennym funkcjonowaniu pełnią często niedoceniane firmy kurierskie, które stały się wręcz podmiotami zaufania publicznego. Transparentna komunikacja, zachowanie środków ostrożności oraz intensyfikacja implementacji nowych rozwiązań biznesowych sprawiły, że przesyłki w dobie pandemii zyskały na znaczeniu, a rynkowi gracze wzmocnili swoją wiarygodność.

Autor : Łukasz Łukasiewicz, Operations Manager, SwipBox Polska

Polskie magazyny notują wzrosty – jako jedyne w Europie

0

Popyt brutto osiągnął 2,2 mln mkw. – to najlepszy wynik dla pierwszego półrocza w historii. Nowe umowy i ekspansje odpowiadały za prawie 1,7 mln mkw., co jest o 30% lepszym rezultatem r-d-r. Oznacza to, że jesteśmy jedynym krajem w Europie, który odnotował wzrost popytu netto.
Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku powierzchni magazynowo-przemysłowych w Polsce na koniec pierwszego półrocza 2020.

Popyt – rekordowe zainteresowanie najemców

„Popyt brutto, który nie uwzględnia umów krótkoterminowych, osiągnął 2,2 mln mkw., co jest rekordowym rezultatem dla polskiego rynku magazynowego, jeśli chodzi o pierwszą połowę roku. Z kolei nowe umowy i ekspansje wyniosły o 30% więcej niż w pierwszym półroczu 2019, zamykając się wynikiem blisko 1,7 mln mkw. Daje nam to mocne drugie miejsce pod względem popytu netto i co więcej – oznacza, że jesteśmy jedynym europejskim rynkiem, który może mówić o wzroście zapotrzebowania na powierzchnię magazynową rok do roku. Tak doskonały wynik jest szczególnie istotny w czasach globalnej niepewności gospodarczej wywołanej przez pandemię”, komentuje Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Polsce.

Osiągnięcie tego rezultatu było możliwe dzięki wielu transakcjom na dużą skalę, które stanowiły ponad 50% całkowitego popytu netto. W pierwszej połowie roku odnotowano prawie 20 nowych umów najmu przekraczających 20 000 mkw. Jedną z nich był kontrakt na 200 000 mkw. podpisany przez wiodącego gracza z branży e-commerce.

„Za ponad 50% popytu netto opowiadały okolice Warszawy, Górny Śląsk oraz Polska Centralna, a każdy z tych rynków przekroczył 200 000 mkw. wynajętej powierzchni magazynowej. Sześć największych nowych transakcji dotyczyło najemców reprezentujących sektor handlowy, w tym branżę e-commerce. W rezultacie handel odpowiadał za około 45% całkowitego popytu. Niewątpliwie taki wynik jest w dużej mierze zasługą dwóch umów najmu podpisanych przez jednego gracza e-commerce, który łącznie wynajął 270 000 mkw. w zaledwie jednym kwartale. Pozostałymi najbardziej widocznymi sektorami byli operatorzy logistyczni oraz sektor produkcji”, tłumaczy Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

W pierwszej połowie roku zaobserwować można było znaczną liczbę umów krótkoterminowych, które opiewały na ponad 400 000 mkw. (nie są uwzględniane w ogólnych statystykach rynkowych JLL). Transakcje te dotyczyły głównie sieci handlowych, graczy FMCG i 3PL, którzy obecnie muszą sprostać zwiększonemu zapotrzebowaniu na produkty zamawiane online.

Podaż – o krok od 20 mln mkw.

„Od stycznia do końca czerwca na rynek dostarczono ponad 1 mln mkw. powierzchni, a w realizacji  pozostawało 1,8 mln mkw. Oznacza to, że Polska znajduje się na trzecim miejscu w Europie pod względem nowej podaży. Przed nami są tylko Holandia i Niemcy”, podkreśla Tomasz Mika.

Nowa podaż dotyczyła przede wszystkim okolic Warszawy (blisko 390 000 mkw.), Wrocławia (ok. 225 000 mkw.) oraz Górnego Śląska (prawie 195 000 mkw.). W sumie w tych trzech lokalizacjach w pierwszym półroczu 2020 dostarczono ok. 75% nowej powierzchni. Łączne zasoby magazynowe w Polsce to już prawie 20 mln mkw.

„Największą aktywnością deweloperów charakteryzuje się aktualnie Górny Śląsk, gdzie buduje się prawie 400 000 mkw. Na kolejnych miejscach znajdują się okolice Warszawy, Trójmiasto i Wrocław. Co ważne, więcej niż 60% powierzchni w budowie jest już zabezpieczona umowami najmów. Utrzymujący się trend spadkowy udziału powierzchni budowanej spekulacyjnie można tłumaczyć nie tylko pandemią, ale przede wszystkim bardzo wysokim popytem”, mówi Maciej Kotowski.

Rynek inwestycyjny również z rekordem

Transakcje inwestycyjne w sektorze powierzchni magazynowych mogą mówić o swoim najlepszym pierwszym półroczu w historii. 

„Na rynku sfinalizowano 20 transakcji o łącznej wartości prawie 1,2 miliarda euro. Oznacza to, że magazyny odpowiadały za prawie 40% całkowitego wolumenu inwestycji na rynku nieruchomości w pierwszym półroczu. Dodatkowo wartość transakcji w ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku była wyższa niż jakikolwiek całoroczny wynik osiągnięty przed 2018 rokiem. Na tak dobry rezultat wpływ miały głównie duże transakcje portfelowe. Spodziewamy się, że druga połowa roku będzie równie intensywna”, komentuje Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL. 

Do największych transakcji w pierwszej połowie roku należała sprzedaż portfolio pięciu obiektów Panattoni do Savills Investment Management, parków dystrybucyjnych Hines do CGL, czy tzw. portfolio Maximus – sześciu nieruchomości zarządzanych przez Apollo – do GIC.

W pierwszym półroczu najbardziej aktywni byli inwestorzy azjatyccy, a szczególnie fundusze z Chin i Malezji. Ponadto, polski rynek magazynowy cieszył się dużym zainteresowaniem kupujących z Wielkiej Brytanii i USA.

Pustostany i czynsze

W pierwszym kwartale tego roku czynsze utrzymały się na dotychczasowym poziomie. Warszawa i inne lokalizacje miejskie pozostały najdroższymi rynkami. W Warszawie czynsze bazowe wahały się między 4,3 a 5,25 euro/mkw./miesiąc. Najbardziej atrakcyjne stawki oferowane były w pozamiejskich lokalizacjach w ramach Polski Centralnej (2,6-3,2 euro/mkw./miesiąc).

Średni współczynnik pustostanów w istniejących parkach wzrósł nieznacznie o 0,2% w porównaniu do końcówki 2019 roku i wynosi obecnie 7,8%.

W 2020 r. nie wypada nie inwestować w content marketing

0

Czytasz ten artykuł. To oznacza, że jesteś zainteresowany content marketingiem. Prawdopodobnie rozważasz inwestycję w ten sposób promocji, ale nie rzucasz się na głęboką wodę. Najpierw dokształcasz się, aby podjąć najlepszą decyzję dla swojego biznesu. Sprawdzasz plusy, minusy, koszty… Konsumujesz treści. 

To samo robią Twoi klienci

Jak wynika z badań GroupM, 86% kupujących rozpoczyna podróż zakupową od zapytania, które nie dotyczy żadnego brandu[1]. Nie ma w tym nic dziwnego. Ty także, nim podejmiesz decyzję o inwestycji, najpierw sprawdzasz, czy to ma sens. Nie szukasz od razu konkretnej firmy, która wykona dla Ciebie określoną usługę. Tak samo Twój klient nie szuka od razu Twojej marki, a informacji o produktach, które sprzedajesz.

No dobrze, ale płacę już za Google Ads, za Facebooka, klienci mnie widzą – myślisz sobie. Masz rację, Twoja marka na pewno jest widoczna. Skuteczności dobrze prowadzonych kampanii reklamowych nie można podważać, ALE – 70-80% użytkowników ignoruje płatne reklamy i skupia się na wynikach organicznych[2].

Pojawia się zatem pytanie: czy wykorzystujesz pełny potencjał działań marketingowych w sieci

Nim jednak sobie na nie odpowiesz, załatwmy formalności. Czym jest content marketing?

Content marketing to strategia marketingowa, która polega na tworzeniu atrakcyjnych treści oraz ich dystrybucji i promocji. Treści te mogą mieć różne formy i cele. Content marketing odpowiada m.in. za: budowę wizerunku eksperta, zachęcenie odbiorcy do podjęcia określonej akcji (np. zakupu), budowę relacji z klientem. Wbrew pozorom nie są to jedynie działania PR-owe, chociaż te dwie dziedziny nie wykluczają się. Więcej przeczytasz o tym na blogu Cyrek Digital https://cyrekdigital.com/pl/baza-wiedzy/jak-polaczyc-content-marketing-i-public-relations/

Contentowe ciasto

Nie inwestować w content marketing, to jak być na obiedzie u cioci, której się nie lubi. Wiesz, że musisz przyjść, chociaż nie chcesz. Jesz tylko trochę. Unikasz potraw wyglądających podejrzanie, zwłaszcza tego mało apetycznego ciasta z owocami. Angażujesz się na tyle, na ile to konieczne, bo wiesz, że ciocia na koniec da Ci trochę cukierków, a może nawet zasili Twoje kieszonkowe.

Wizyta u cioci to Twoja strategia, kieszonkowe to zysk. Ze stołu wybierasz działania, które znasz i które przyniosą Ci określone, spodziewane efekty. Wiesz, że to działa. Wystarcza Ci to. Jest przecież dobrze. Ignorujesz zachęty rodziny do spróbowania ciasta z owocami. Niby wszyscy mówią, że przecież jest pyszne, najlepsze z najlepszych, ale po co próbować – i tak dostaniesz cukierki, a cioci to nawet nie lubisz, więc po co robić jej przyjemność. Dopiero kilka lat później zaczynasz rozumieć, że próbując contentowego ciasta, miałbyś więcej. Ciocia, uradowana Twoimi kulinarnymi próbami, dałaby większe kieszonkowe. Ty już od kilku lat delektowałbyś się słodyczą nieznanego dotąd deseru i kto wie ilu jeszcze rzeczy. Miałbyś też lepsze relacje z rodziną, co mogłoby podnieść Twoją pozycję. Być może na następnym obiedzie siedziałbyś przy stole dla dorosłych.

To wyolbrzymiony przykład? Jak najbardziej, ale w słusznej sprawie. Dobrze obrazuje to, że nie bez powodu tyle się mówi o contencie. To takie ciasto owocowe, które nie wydaje się niczym specjalnym, lecz tak naprawdę ma do zaoferowania całą gamę korzyści.

Dlaczego warto inwestować w content marketing?

  • Bo Google tego chce.
    Google od zawsze wprowadza aktualizacje, które – w dużym uproszczeniu – mają sprawić, że użytkownik szybko, łatwo i przyjemnie znajdzie w wyszukiwarce to, czego szuka. W związku z tym nie może mu się wyświetlać strona, która prędzej doprowadzi go do szewskiej pasji, niż udzieli odpowiedzi na zapytanie. Widać więc, że na przestrzeni ostatnich lat Google robi bardzo dużo, aby wysokie pozycje uzyskiwały strony z wartościowymi treściami. Mówiąc wprost, algorytmy skanują Twoją stronę wzdłuż i wszerz, biorąc pod uwagę całą masę czynników wpływających na ocenę contentu. Są to m.in. unikalność, słowa kluczowe, długość, formatowanie czy linki. Im lepiej Twój content prezentuje się w oczach Google, tym lepiej prezentuje się cała strona. Jej ocena rośnie, pozycje rosną, zyski rosną. Analogicznie: im gorszy content, tym gorsza ocena strony.
  • Bo staniesz się ekspertem.
    Content marketing to atrakcyjne i przydatne treści, więc najbardziej typowe dla tego typu działań są treści poradnikowe. Jeśli tworzysz je regularnie i są to treści naprawdę przydatne, dopasowane do oczekiwań grupy docelowej oraz zgodne z wytycznymi SEO, szybko stajesz się ekspertem. Klienci wiedzą, gdzie szukać odpowiedzi na swoje pytania i wierzą, że marką zajmują się profesjonaliści. Win win.
  • Bo zostaniesz na długo.
    Co trafiło do internetu, zostaje w internecie. Content, w przeciwieństwie do tradycyjnych reklam, jest strategią o długofalowym działaniu. Ma długą żywotność, stosunkowo powoli dezaktualizuje się. Jeden dobry artykuł potrafi przynosić zyski latami, a nawet jeśli z jakiegoś powodu przestanie się Google podobać, można go zoptymalizować niewielkim nakładem pracy.
  • Bo nawiążesz więź z klientami.
    Nie lubimy rozmawiać z marką, wolimy z człowiekiem. Natomiast jednym z najskuteczniejszych sposobów na “uczłowieczenie” marki są działania contentowe. Prowadzone konsekwentnie, według określonej strategii i zgodne z charakterem marki sprzyjają budowaniu relacji z klientem. Dobry e-mail marketing, przydatne publikacje czy miły komunikat z podziękowaniami za zakup – to tylko przykład rzeczy, które odbiorca docenia i które zwiększają jego lojalność wobec marki.
  • Bo robią to najwięksi.
    Robić coś, bo robią to inni? A, tfu! Chociaż nie, czekaj… Przecież uczyć się trzeba od najlepszych. W przypadku digital marketingu, zwłaszcza w przypadku SEO, to trafna uwaga. Nie ma nic złego w sprawdzeniu strategii tych najlepszych, największych. Jeżeli robią coś, co działa, to dlaczego Ty nie miałbyś tego robić? Ciekawą analizę strategii polskich liderów e-commerce przygotował Semcore[3]. W części poświęconej content marketingowi widać wyraźnie, że najwięksi nie lekceważą tych działań. Wręcz przeciwnie, prowadzą je w sposób przemyślany, ściśle połączony z innymi praktykami.

Nie wszystkie owoce smakują w tym cieście

Mówiąc, że content marketing nie ma wad, skłamałabym. Jak każda strategia, ma swoje mocne i słabe strony. W przypadku tych drugich najgorszy, z biznesowego punktu widzenia, wydaje się brak szybkich efektów. Klienci nauczeni cierpliwości wcześniejszą inwestycją w SEO są bardziej wyrozumiali od tych, którzy z contentem spotykają się po raz pierwszy. Sytuacji nie polepsza też fakt, że weryfikacja efektywności działań contentowych nie jest tak łatwa, jak w przypadku standardowych kampanii. Niemniej nie oznacza to, że nie dysponujemy konkretnymi liczbami – to MIT. Być może na zaprezentowanie wyników trzeba dłużej poczekać, ale one są (np. w statystykach czy narzędziach analitycznych) i dają długofalowe efekty.

Jak mierzyć skuteczność content marketingu?

Z dziennikarskiego obowiązku warto rozprawić się z opisanym wyżej mitem. Efekty content marketingu można mierzyć bez problemu. Oto kilka wskaźników, które dają nam dużo informacji:

  • UU – czyli unikalni użytkownicy, na podstawie tego wskaźnika oceniamy, czy działania contentowe generują ruch na stronie;
  • Zaangażowanie – czyli liczba interakcji (komentarze, „lajki” itp.), dają obraz tego, czy użytkownik jest zainteresowany treścią;
  • Zachowanie użytkownika na stronie – np. gdy użytkownik długo zapoznaje się z treścią, sprawdza inne podstrony, być może dokonuje nawet zakupu, możemy wywnioskować, że content go zainteresował;
  • Liczba pobrań – to wskaźnik, który jest niezwykle przydatny w przypadku treści poradnikowych np. e-booków;
  • CPL – czyli cost per lead, pomaga ocenić skuteczność działań np. gdy umożliwiamy pobrania treści w zamian za pozostawienie adresu e-mail.

Mit dotyczący mierzalności content marketingu wynika z tego, że części założeń rzeczywiście zmierzyć się nie da (np. budowa relacji z klientem), a część jest ściśle powiązana z większymi projektami, w których za wyniki odpowiadają bardzo różne działania. Wiele zależy też od narzędzi, jakimi dysponujemy, bo każde umożliwia „wyciągnięcie” nieco innych danych. Niemniej, efekty działań content marketingowych są jak najbardziej mierzalne.

Najpierw potrzeba

Warto też uzmysłowić sobie, że inwestycja w content marketing wymaga zmiany sposobu myślenia. Trzeba ukierunkować się nie na cele sprzedażowe, a na spełnienie potrzeb informacyjnych. Bzdura? Okazuje się, że to już trend. Z badań Content Marketing Institute[4] dowiadujemy się, że ok. 90% marketerów B2B kładących duży nacisk na content naturalnie stawia wyżej spełnienie potrzeb klienta od celów sprzedażowych. Segment B2C idzie w tym samym kierunku.

Mamy 2020 rok. Na co czekasz?

Reasumując, content marketing jest już standardowym elementem strategii marketingowych. Wspiera pozostałe działania, przynosi świetne efekty w budowaniu wizerunku marki i relacji z klientem, jest mierzalny. Google konsekwentnie podkreśla wagę wysokiej jakości treści, wprowadza zmiany, które spychają strony bez dobrego contentu w czeluści wyszukiwań. Widać też, że założenia marketingu treści wpisują się w trendy biznesowe. W czasach tak dużej konkurencyjności nie można być po prostu jakąś marką – trzeba być tą, która spełnia potrzeby klienta i którą klient lubi.

W 2020 roku nie wypada nie inwestować w (dobry!) content marketing.

 

Autor: Marta Ptasińska – specjalistka ds. content marketingu w Cyrek Digital

[1] How Sales Can Help Generate More Leads Than Ever Before – Quinn Whissen, Vertical Measures

[2]  https://www.imforza.com/blog/8-seo-stats-that-are-hard-to-ignore/

 

[3]  https://semcore.pl/raport-seo-jak-dzialaja-polscy-liderzy-ecommerce/

 

[4] https://contentmarketinginstitute.com/2018/10/research-b2b-audience/

Złoto znów poniżej 2000 dolarów – raport walutowy

0

Dotychczasowa przygoda z cenami złota powyżej 200 dolarów za uncję nie trwała zbyt długo. Nie można oczywiście wykluczyć, że w najbliższych dniach znów przekroczymy ten poziom.

Problemy rynku pracy na Wyspach

Dzisiaj rano poznaliśmy dane na temat wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w Wielkiej Brytanii. Wynik 94,4 tysiąca to znacznie więcej niż oczekiwane 10 tysięcy. Warto przypomnieć, że w przeciwieństwie do USA, Brytyjczycy podają te dane w ujęciu miesięcznym a nie tygodniowym. Po ogłoszeniu tych danych funt zaczął tracić na wartości względem głównych walut. Inwestorzy widząc problemy rynku pracy patrzą bardziej sceptycznie na możliwości inwestycyjne.

Korekta na złocie

Dokładnie tydzień temu złoto po raz pierwszy w historii przekroczyło cenę 2000 dolarów za uncję. Dzisiaj znów znajdujemy się poniżej tej bariery. Przez chwilę znajdowaliśmy się nawet na pułapie 2078 dolarów. Tak wysoka cena była wynikiem kilku czynników. Po pierwsze inwestorzy w trudnych czasach szukali alternatywnych inwestycji. Po drugie niska cena dolara powodowała, że złoto trzymające wartość w innych walutach szło w górę.

Białoruś tłumi protesty

Sytuacja na Białorusi wygląda na to, że się stabilizuje. Bez interwencji zewnętrznej wygląda na to, że “oficjalne” wyniki wyborów wejdą w życie. Najlepszym dowodem jest schronienie się głównej kandydatki opozycji na Litwie. Posiedzenie Rady Europy jest owszem ważną instytucją, ale patrząc na determinację władz ewentualne sankcje mogą nie okazać się wystarczającym środkiem nacisku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Digitalizacja w praktyce – rozmowa z Jowitą Michalską

0

Wywiad z Jowitą Michalską, której misją jest uzbrojenie Polaków w niezbędne kompetencje cyfrowe. Dlatego powołała do życia fundację Digital University, która współpracując z czołowymi amerykańskimi uczelniami, takimi jak MIT, Harvard Business School, Stanford University czy NYU Stern, zajmuje się edukacją liderów w obszarze nowych technologii. Jowita organizuje m. in. programy edukacyjne dla kadry zarządzającej, szkolenia i konferencje takie jak Masters and Robots czy HRevolution. Jest też polskim ambasadorem Singularity University, edukacyjnego think-tanku z Doliny Krzemowej, który kształci i inspiruje liderów do stosowania technologii, które stawiają czoła wielkim wyzwaniom ludzkości. 

Na czym opiera się digitalizacja, jak wygląda zastosowanie cyfrowych rozwiązań w praktyce?

Sundar Pichai, obecny CEO Google i Peter Diamandis założyciel Singularity University twierdzą zgodnie, że w ciągu najbliższych 10 lat będziemy obserwować tylko dwa rodzaje firm: te które wprowadziły sztuczną inteligencję do DNA swojej działalności oraz takie, które właśnie bankrutują.

W praktyce digitalizacja/transformacja cyfrowa jest często stosowanym słowem, które niewielu firmom kojarzy się jeszcze z konkretną strategią i zmianami w organizacji. W zależności od: typu działalności organizacji, etapu na jakim się obecnie znajduje, branży, możliwości finansowych i zespołowych – można wprowadzić bardzo różne rozwiązania technologiczne. Generalnie obszary, w których technologia, ze szczególnym naciskiem na Sztuczną Inteligencję ma dziś duże zastosowanie to analityka danych i raportowanie, cyfrowy klient, cyfrowe finanse, robotyka i automatyzacja, rozwiązania z obszaru cyberbezpieczeństwa, blockchain i internet rzeczy, żeby wymienić tylko podstawowe.

Rozwój technologii generalnie spowodował powstanie zupełnie nowych firm i rynków, co niesie za sobą zarówno szansy, jak i zagrożenia dla rozwoju organizacji. Widać to szczególnie w sektorach, gdzie obecny model biznesowy ulega zmianie lub pojawia się równoległy ekosystem, który np. łączy tradycyjny i wirtualny model działania. I nie chodzi tutaj o wykorzystanie elektronicznych kanałów sprzedaży czy marketingu, ale o kompletnie nowe koncepcje realizacji usług wykorzystując rozwiązania technologiczne w modelu end-to-end. Dzisiaj nie wystarczy być najlepszym w swojej branży, oferować najlepsze produkty czy usługi. W cyfrowej gospodarce liczą się tylko te firmy, które potrafią w pełni przewidzieć czego klient oczekuje i spełnić jego oczekiwania.

Dzisiaj obowiązkiem każdego CEO, każdego zarządu, każdej firmy, w każdej branży jest przyjrzeć się swojej strategii i na tej podstawie podjąć decyzję, jak po transformacji cyfrowej ma wyglądać ich model operacyjny, w jaki sposób przeorganizować swoje struktury oraz procesy. Wiele firm kupuje dziś technologię od różnych dostawców i wprowadza zmiany, ale bardzo powierzchownie – są to według prof. Andrew McAfee z MIT tzw. Digital Fashionistas. Dopiero firmy, którym uda się wprowadzić technologię tak, że wspiera ona cały model działania organizacji i powoduje przewagę konkurencyjną mogą myśleć o sobie jako o tzw. Digital Masters. Jednak takich firm jest dziś wciąż niewiele.

Gdzie digitalizacja sprawdza się najlepiej? Które branże powinny decydować się na wprowadzenie cyfrowych zmian?

Nie ma dzisiaj właściwie takiej branży, gdzie cyfryzacja nie jest potrzebna. Wszystkie branże i wszystkie typy biznesu powinny dzisiaj skupiać się na przygotowaniu swojej cyfrowej strategii. W czasie pandemii bardzo rozwinął się np. rynek farmaceutyczny, który generalnie przechodzi dziś diametralną zmianę. Klienci nie oczekują od firm tylko leków, ale też opieki i terapii dostosowanych do ich indywidualnych potrzeb. Powoduje to, że przedsiębiorstwa z branży farmaceutycznej powinny opracować nową strategię w procesie dostarczania wartości dla klienta. Z drugiej strony dzięki możliwościom jakie oferuje sztuczna inteligencja i analityka danych – firmy zaczynają coraz szybciej odkrywać nowe leki i znajdywać nowe zastosowania dla już istniejących.

Branże produkcyjne dzięki zastosowaniom rozwiązań Internetu rzeczy, mogą w zupełnie nowy sposób ustawić łańcuch dostaw. Generalnie przemysł 4:0 to rozwiązania pozwalające tworzyć inteligentne fabryki, ograniczać zużycie materiałów, kontrolować zużycie maszyn i ograniczać praktycznie do zera wypadki w fabrykach.

Edukacja, opieka zdrowotna, branża finansowa, ubezpieczeniowa, marketingowa, organizacje usługowe, rozrywka – wszystkie te branże ulegną wielkiej transformacji czy tego chcą czy nie i to w najbliższej dekadzie. Transformacja cyfrowa to ogromna zmiana dla praktycznie wszystkich znanych dzisiaj obszarów biznesu.

Jak wprowadzić nowe technologie w swojej firmie? Od czego zacząć cały proces?

Proces digitalizacji powinien przebiegać dwutorowo – pierwszym działaniem jest zastanowienie się nad docelową strategią firmy i wplecenie w nią technologicznych rozwiązań – najpierw na poziomie ogólnym, a następnie w poszczególne segmenty firmy i procesy. Drugim, równie ważnym obszarem do zagospodarowania są ludzie i kultura organizacji. Technologia jest tylko narzędziem, żeby móc nią sprawnie zarządzać potrzebujemy w firmie wyedukowanych, zmotywowanych i otwartych na zmiany kadr, co jest dzisiaj największym wyzwaniem dla firm. Dlatego też jednym z pierwszych kroków w procesie transformacji cyfrowej firmy powinno być zmapowanie talentów cyfrowych oraz zaplanowanie długofalowego procesu edukacji pracowników.

Jak wynika z badania Microsoft „AI & Skills” przeprowadzonego wśród 12 tys. pracowników i menedżerów na całym świecie: firmy dostrzegają największe korzyści biznesowe z zastosowania technologii, gdy łączą wdrażanie technologii z rozwojem umiejętności swoich pracowników, zarówno technicznych, jak i miękkich. Ponad 1/3 respondentów z polskich organizacji przyznała, że w swojej działalności zupełnie nie wykorzystuje możliwości jakie daje sztuczna inteligencja. Największa część badanych (44 proc.) dopiero odkrywa możliwości technologii i przeprowadza pierwsze eksperymenty z jej wykorzystaniem. Pokazuje to, że wśród dużych polskich przedsiębiorstw mamy do czynienia z firmami dwóch prędkości w adopcji technologii i rozwoju umiejętności pracowników w tym zakresie.

Jakie technologie są najczęściej wykorzystywane w przedsiębiorstwach?

Na technologie warto dziś patrzeć poprzez ich konwergencję, a nie poszczególne technologie, dlatego, że dopiero dzięki ich połączeniu możemy zaobserwować, jak budują się nowe możliwości, powstają nowe modele biznesowe czy nowe ekosystemy. Do kluczowych wykorzystywanych dziś w biznesie technologii należą: Sztuczna Inteligencja z uwzględnieniem uczenia maszynowego, big data, czujniki i cały Internet rzeczy, drony i roboty, wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, druk 3D czy blockchain żeby wymienić tylko te podstawowe. 

Na jakie trudności mogą natknąć się przedsiębiorcy podczas implementacji cyfrowych rozwiązań?

Przede wszystkim wyzwaniem są ludzie i kultura firmy – większość kadry pracuje w swoich firmach lub branżach wiele lat i przyzwyczaiła się do konkretnej pracy, rozwiązywania problemów w konkretny sposób. Bardzo trudno jest przestawić ludzi na nowe myślenie, spowodować, że nie będą się bać zmian, a będą ich ciekawi. Dlatego równolegle z pracą nad technologią trzeba uruchomić procesy edukacyjne i adaptacyjne które pozwolą pracownikom odnaleźć się w nowej rzeczywistości i stać się wsparciem dla rozwoju technologii w naszej firmie.

Jakie trendy, w zakresie automatyzacji procesów w firmach, są obecnie zauważalne?

Dziś firmy dysponują ogromnymi wolumenami danych pochodzącymi z różnych źródeł. Gromadzenie danych na temat kondycji firmy, naszych klientów czy sytuacji rynkowej nie jest skomplikowane. Prawdziwym wyzwaniem jest umiejętność selekcji danych ważnych z punktu widzenia organizacji, ich zależności i wyciągania z nich odpowiednich wniosków, co zapewni dostęp do informacji potrzebnych na każdym etapie procesu podejmowania decyzji. Największą i najszybszą zmianą jaką możemy dziś uczynić w firmie to usprawnić i zautomatyzować proces przetwarzania danych i ukierunkować go na zdobycie przewagi konkurencyjnej oraz dopasować do naszych najważniejszych potrzeb biznesowych. Zaczynamy wtedy rzeczywiście widzieć potencjał i możliwości oraz zaczynamy wreszcie naprawdę poznawać naszego klienta.

Branża IT wciąż jest postrzegana jako raczej męski sektor, czy obecnie wiele kobiet działa w tej zdominowanej przez mężczyzn branży?

Branża IT to rzeczywiście historycznie bardzo męski sektor, ale coraz więcej programów zaprasza kobiety do rozpoczęcia nauki w obszarach związanych z technologią (dziś według raportu WEF w obszarach związanych z technologią pracuje max. 20% kobiet). Na kierowniczych stanowiskach w IT też zaczynamy już widzieć kobiety, które z kolei bardzo dobre radzą sobie z pracą z ludźmi, wspierają mocno proces transformacji pracowników. Nie należy jednak zapominać, że transformacja cyfrowa w firmie to nie jest zadanie tylko dla szefa IT. Tu ogromną rolę będzie miał np. HR i cały zarząd z CEO na czele, który dziś ma wręcz obowiązek rozumieć technologię i być czynnie zaangażowany w proces digitalizacji.

Praca i biznes po kryzysie – które zawody przetrwają?

0

Sytuacja związana z koronawirusem bardzo mocno wpłynęła na biznes, ale także na organizację pracy. Czas wyciągnąć wnioski i zastanowić się, które z tych zmian będą długotrwałe i jak zmieni się rynek pracy po tym – oby jak najkrótszym – kryzysie. 

– Moim zdaniem najważniejsza cecha, jaka powinna wyróżniać zarówno pracowników, jak i przedsiębiorców, chcących dobrze sobie radzić bez względu na okoliczności, to elastyczność. Oznacza ona odejście od sztywnego trzymania się raz wybranego zawodu, czy nawet jednej branży. Im większą otwartością się wykażemy, tym większa szansa, że znajdziemy swoje miejsce na rynku nawet wtedy, gdy sytuacja zewnętrzna będzie trudna – mówi Adrianna Filiks, trenerka Effect Group, konsultantka HR i wieloletni dyrektor personalny.

Podsumowując trzy miesiące lockdownu okazało się, że najszybciej w nowej sytuacji odnalazły się dwa najmłodsze pokolenia – Y i Z. Elastyczne godziny pracy, możliwość pracy poza biurem – pracownicy z tych pokoleń właśnie tego oczekiwali od pracodawcy i stało się to możliwe w większej liczbie firm. Ale jednocześnie jest to właśnie ta grupa, którą zwolnienia spowodowane kryzysem mogą dotknąć najbardziej. Są w niej pracownicy z najkrótszym stażem pracy, często zatrudniani w oparciu o umowy na czas określony lub umowy-zlecenia.

Z kolei Adrianna Andryańczyk, specjalista ds. rekrutacji i employer brandingu dodaje:

– Na pewno osoby elastyczne, dla których to czy pracują z biura czy z domu nie ma większego znaczenia, będą w najbliższym czasie zatrudniane chętniej. Dużym plusem będzie też znajomość platform, na których można organizować spotkania zdalne. Cenione będą osoby, które nie boją się zmian oraz potrafią dobrze organizować pracę własną – podkreśla.

Pandemia sprawiła jednak, że inaczej zaczęli działać także pracodawcy, którzy błyskawicznie dostosowali firmy do wymogów pracy zdalnej.

– Jeśli pracodawca wyposaży pracownika w dobrej jakości sprzęt i szybki dostęp do internetu, tak jak ma to miejsce choćby w jednej z toruńskich firm, to firma nie tylko przetrwa kryzys, ale też może odnotować większe zaangażowanie pracowników, a to z kolei przełoży się na wzrost obrotów – podkreśla Adrianna Filiks.

Jakie zawody mają najlepsze perspektywy?

Nie oznacza to jednak, że wszystkie branże i wszystkie zawody będą mogły łatwo przystosować się do pracy w nowych warunkach. W czasach pandemii zyskiwać będą te zawody, które mogą być wykonywane w dużej mierze zdalnie. W ten sposób pracować może analityk finansowy, księgowy, czy grafik komputerowy.

Nadal ważne będą również te zawody, które są niezbędne do zapewnienia codziennego funkcjonowania społeczeństwa tj. sprzedawcy w sklepach spożywczych, magazynierzy, pracownicy produkcji, kierowcy przewożący towary pierwszej potrzeby, piekarze, aptekarze.

Są również zawody, które stały się jeszcze bardziej potrzebne! Zwiększyło się zapotrzebowanie na kurierów, programistów, specjalistów od marketingu internetowego (szacuje się, że marketing video w 2022 roku będzie stanowić aż 85% ruchu w internecie) oraz na wszystkie zawody związane z opieką medyczną i branżą farmaceutyczną. W okresie pandemii całkiem dobrze radziła sobie szeroko ujęta branża budowlana (produkcja, sprzedaż i usługi) – niektóre firmy mają potwierdzone terminy zleceń nawet na kilka kolejnych lat.

– Zyskują zawody związane z ekologią, firmy które zajmują się recyklingiem, a także właściciele sklepów online oraz prawnicy. Rosnąć może również zapotrzebowanie na support IT. Przy coraz większym wykorzystaniu internetu i nowoczesnych technologii niezbędni będą serwisanci, którzy zajmą się naprawą np. niedziałającego łącza i innych sprzętów elektronicznych – mówi Adrianna Andryańczyk.

Wiele firm, nawet po wygaśnięciu epidemii deklaruje, że praca online na stałe wpisze się w ich codzienne funkcjonowanie – dodaje Adrianna Filiks. Z poziomu zarządczego na pewno już teraz istotne są kompetencje menedżerskie z obszaru zarządzania ludźmi, projektami, finansami. I coś z czym na razie wiele firm sobie jeszcze nie radzi, czyli zarządzanie zmianami i komunikowaniem zmian. 

Czy zmieniać branżę lub kwalifikacje?

Sytuacja, w której niektóre zawody w dynamicznym tempie tracą, a inne zyskują na popularności, może skłaniać niektóre osoby do myślenia o zmianie kwalifikacji. Czy jednak warto się spieszyć i stawiać wszystko na jedną kartę? Odpowiedź może być odmienna w zależności od tego jaki zawód wykonujemy, w jakiej branży działamy, jakie mamy zaplecze finansowe i czy mamy pole do przebranżowienia się.

Przykładem branży, która musiała szybko dostosować się do potrzeb rynku jest szeroko pojęta edukacja (zajęcia w szkołach, uczelniach, kursy językowe itd.). Jak to zwykle bywa, w nowej sytuacji jako pierwsze odnalazły się podmioty prywatne. Np. jedna z firm eventowych, która 13 marca straciła wszystkie zlecenia, już 16 marca zaczęła oferować zajęcia dla dzieci w formie online, aby odciążyć rodziców, którzy musieli pogodzić opiekę nad dziećmi z pracą w domu. Zainteresowanie okazało się na tyle duże, że pozwoliło zachować etaty w firmie.

Znana jest również historia aktora, który został kurierem. O chwilowej zmianie zawodu zadecydował brak zleceń, pracy i pieniędzy. Zamiast jednak użalać się nad sobą, aktor zdecydował się na taką pracę, jaka była w danym momencie dla niego dostępna. Jednocześnie zadeklarował, że wróci do aktorstwa, gdy tylko sytuacja na to pozwoli.

– Czego nie robić w obecnej sytuacji? Na pewno należy unikać nerwowych, chaotycznych  i nieprzemyślanych ruchów, o co łatwo pod wpływem chwilowej paniki związanej z nagłym pogorszeniem się sytuacji zawodowej. Z drugiej strony, warto również pamiętać o czym mówią ekonomiści, że niektóre branże będą potrzebowały dwóch lat, aby wrócić do stanu finansowego sprzed pandemii – mówi Adrianna Andryańczyk.

Z kolei Adrianna Filiks podpowiada, że właśnie teraz jest dobry czas, aby zacząć się dokształcać.

– Moim zdaniem z racji tego, że rynek zmienia się na rynek pracodawcy, warto na własną rękę robić kursy, studia podyplomowe, które pomogą zdobyć nowe kompetencje, na razie w obrębie aktualnego stanowiska lub właśnie z myślą o nowej ścieżce zawodowej. Niezależnie od branży, w której pracujemy, warto również orientować się w nowych technologiach, czy chociażby wykorzystaniu social media w naszej pracy. Dziś trzeba stale śledzić to, co dzieje się na rynku i być czujnym co do kierunku, w jakim idzie byt swojego fachu – mówi ekspertka.

Jak więc można wykorzystać obecne trudności, by obrócić je na swoją korzyść? Przede wszystkim każdy pracownik powinien starać się dywersyfikować swoją ścieżkę kariery. W tym celu warto odpowiedzieć sobie na pytanie: „co robiłbym, gdybym nie wykonywał obecnej pracy?”. Czasy zatrudnienia w jednej firmie (lub w jednym obszarze) aż do emerytury nieodwołalnie minęły. Dziś elastyczni muszą być zarówno pracodawcy, jak i pracownicy.

Postcovidowe echo w handlu międzynarodowym

0

Globalny spadek popytu, diametralne zmiany w łańcuchach dostaw czy zaostrzanie się konfliktu gospodarczego pomiędzy Chinami a USA. Tak poważne skutki koronawirusa już teraz zaczyna odczuwać handel międzynarodowy. Jednak każdy kryzys tworzy również nowe możliwości. Przy dobrych wiatrach Polska może długoterminowo odnieść pewne korzyści – uważa dr hab. Łukasz Gruszczyński, który specjalizuje się w badaniach nad prawem World Trade Organization.

Jak pandemia wpłynęła na międzynarodowy system handlowy? Dr. hab. Łukasz Gruszczyński z Katedry Prawa Międzynarodowego i Prawa Unii Europejskiej w Akademii Leona Koźmińskiego przeanalizował dostępne dane, starając się znaleźć odpowiedź na pytanie o to, w jakim kierunku będzie się rozwijał handel międzynarodowy.

Czy dotychczasowy porządek prawny ulegnie rozpadowi?

– Wszystko wskazuje na to, że na skutek pandemii międzynarodowy system wymiany handlowej przejdzie głęboką transformację. Koronawirus przyspieszy pewne procesy, które obserwujemy co najmniej od czasów kryzysu finansowego z 2008 roku – mówi prof. Łukasz Gruszczyński z Akademii Leona Koźmińskiego. – Za tymi przemianami nie nadąża jednak międzynarodowe prawo handlowe, które cały czas jest oparte o zasady wypracowane w ramach dotychczas funkcjonującego systemu, gdzie otwarte rynki, relokacja produkcji z krajów zachodnich do Azji czy swobodny przepływ kapitałów i inwestycji były normą – uzupełnia Gruszczyński.

Prawnik wylicza krótkoterminowe konsekwencje dla międzynarodowej wymiany handlowej. Kryzys na rynku turystyki i transportu będzie wyraźnie większy niż w innych obszarach gospodarki. Konsumenci będą zaciskać pasa, bo odczuwają niepewność finansową i zawodową, a to spowoduje spadek popytu. Nastąpi też duży spadek bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Można również oczekiwać częstszego wprowadzania przez państwa restrykcji dotyczących eksportu niektórych kategorii produktów, np. medycznych lub spożywczych.

Z kolei w dłuższej perspektywie, zmianie może ulec sam proces dostarczania produktów. – Wydarzenia z początku tego roku pokazały, jakim zagrożeniem w łańcuchu dostaw jest uzależnienie się od chińskich dostawców składników potrzebnych np. do produkcji leków lub testów medycznych. Zatem dywersyfikacja źródeł dostaw będzie w kręgu zainteresowań zarówno firm, jak i poszczególnych krajów – podkreśla naukowiec.

Kolejnym przykładem konsekwencji, których skutki zostaną rozciągnięte w czasie, ma być zwiększone tempo przenoszenia ośrodków produkcyjnych firm amerykańskich z Chin. – Ten proces „rozpoczęła” administracja Donalda Trumpa, ale dopiero Covid-19 okazuje się głównym motorem napędowym tej zmiany – komentuje profesor.

Nowe warunki rynkowe mogą również przyczynić się do dalszego pogłębiania się globalnych konfliktów gospodarczych. Wojna handlowa między USA a Chinami, chłodniejsze podejście UE do handlu międzynarodowego, kryzysy migracyjne – te trendy są wzmocnione na skutek pandemii – kwituje prof. Łukasz Gruszczyński.

Większy kawałek rynkowego ciasta dla Polski

W przechodzącym zmiany międzynarodowym systemie handlowym musi się teraz odnaleźć również polski biznes. Rodzime firmy są mocno związane z gospodarką europejską. Według analiz prof. Łukasza Gruszczyńskiego nowa rzeczywistość rynkowa może oznaczać dla polskich przedsiębiorców potrzebę szukania alternatywnych dróg rozwoju.

– Z jednej strony można oczekiwać wolniejszego wzrostu gospodarczego i spadku eksportu. Przedsiębiorcy będą musieli liczyć się z nowymi ograniczeniami, a same restrykcje dotyczące przekraczania granic mogą negatywnie wpłynąć na handel, szczególnie w przypadku firm, które nie mają sprawdzonych zagranicznych partnerów – zaznacza prawnik.

Jednocześnie, Polska może zyskać, głównie na skróceniu globalnych łańcuchów dostaw. – Przejmując zadania dotychczas wykonywane w Chinach, takie jak np. masowa produkcja, jesteśmy w stanie zwiększyć konkurencyjność krajowej gospodarki – dodaje.

Jak przyznaje Gruszczyński, dezintegracja rynkowa widoczna na świecie i zanikanie wypracowanych, jednolitych zasad wymiany handlowej, mogą paradoksalnie wzmocnić Unię Europejską. – Najprawdopodobniej czeka nas uformowanie się kilku konkurencyjnych bloków handlowych na poziomie globalnym, co jest szansą dla Europy, aby umocnić swoją pozycję zarówno w obszarze globalnej wymiany towarowej, jak i w wymiarze geopolitycznym.

Nowoczesny przemysł oszczędza środowisko naturalne

0

Współczesny rozwój przemysłu, zahamowany w dobie pandemii, wcale nie musi nieść za sobą zwiększania nakładów finansowych na produkcję czy negatywnie wpływać na środowisko naturalne. Coraz częściej przy użyciu innowacyjnych i nowoczesnych technologii możliwe staje się efektywne oszczędzanie zasobów w trosce o przyrodę. Jak koncerny i przedsiębiorstwa mogą zadbać o zwiększanie rentowności, cięcie kosztów, oszczędność dóbr naturalnych, uwzględniając jednocześnie wpływ koronawirusa na gospodarkę? Odpowiedź przynosi Przemysł 4.0., którego elementy stosuje już blisko połowa firm produkcyjnych w Polsce.

Mechanizacja, elektryfikacja i cyfryzacja – trzy wielkie ery w historii rozwoju przemysłu już za nami. Według specjalistów i ekspertów epoka industrialna wkroczyła w kolejną fazę, za sprawą tworzenia globalnych sieci i integracji systemów, nazywaną Przemysłem 4.0. Co dokładnie kryje się pod tym pojęciem? To połączenie wirtualnej rzeczywistości internetowej, technologii informacyjnej z rzeczywistością automatyki i działaniem maszyn produkcyjnych. Szczególnie w krajach wysokorozwiniętych, ludzie sterujący maszynami za pomocą systemów IT, dążą do optymalizacji całego procesu produkcji i osiągnięcia jak największych oszczędności, mając jednocześnie na uwadze i redukcję kosztów, i predykcję oraz ochronę środowiska. Zgodnie z opracowaniem „PSI Polska: Polska Produkcja gotowa na Przemysł 4.0.” w naszym kraju z terminem Przemysł 4.0. spotkało się 52% firm. Wśród dużych producentów ten wskaźnik wyniósł 62%, wśród średnich 41%. Niemal ¾ z ogółu tych przedsiębiorstw już zaczęło wdrażać elementy tej koncepcji.

Przede wszystkim optymalizacja

Dzięki czwartej rewolucji przemysłowej zunifikowany został cały proces powstawania produktów – począwszy od składania zamówień, dostarczania komponentów, produkcję, wysyłkę gotowego towaru, aż do obsługi posprzedażowej. Innowacyjne systemy nie tylko przyniosły zwiększenie wydajności, ale przede wszystkim oznaczają oszczędności w wydatkach. Załoga może dzięki temu korzystać na przykład z popularnego rozwiązania tzw. mass customization – uelastycznienia produkcji, indywidualizacji wyrobów i zlecania krótkich serii fabrycznych. Dzięki temu internetowe zamówienie klienta ma szansę szybkiej realizacji, a przedsiębiorstwo obniża koszty produkcji.

Zachodzące zmiany wyraźnie dostrzegają firmy przemysłowe, które uczestniczyły w minionym roku w konferencji „Innowacje 4.0 – Przyszłość Tworzenia” zorganizowanej przez Autodesk. Z raportu opracowanego na bazie badania przeprowadzonego w trakcie wydarzenia wynika, że dzięki Przemysłowi 4.0 aż 65% przedsiębiorstw dostrzega możliwość szybkiego wprowadzania zmian, 56% uelastycznienia produkcji, 37% wzrostu przychodów, 33% zwiększenia zadowolenia klientów, a 31% zwiększenia rentowności, czyli oszczędności.

– Jakość, szybkość i oszczędność we współczesnym przemyśle w dobie pandemii mogą być ze sobą powiązane. Każdy klient może liczyć na indywidualne wsparcie – w dowolnym miejscu na świecie i w każdym języku. A w sytuacjach wymagających błyskawicznej reakcji, czego wymagało pojawienie się koronawirusa, można na przykład skorzystać z naszej bezpłatnej infolinii technicznej. Opinie wykorzystujemy do ciągłego ulepszania produktów. Nasze czujniki przechodzą specjalne testy, sprawdzające je do kresu wytrzymałości. W ten sposób mamy pewność, że nie zawiodą w przyszłości, choćby w przypadku nieoczekiwanych przestojów produkcyjnych. Ponadto każdy produkt przed opuszczeniem zakładu przechodzi dokładną kontrolę końcową i jest objęty pięcioletnią gwarancją – podkreśla Aleksandra Banaś, prezes zarządu katowickiej spółki ifm electronic.

Motywacja napędza zmiany

Według badania „Gotowość firm produkcyjnych do wdrożenia rozwiązań Przemysłu 4.0”, przeprowadzonego przed wybuchem pandemii koronawirusa wśród 228 przedsiębiorstw, działających w czterech sektorach: maszyn i urządzeń, samochodów i sprzętu transportowego, mebli oraz wyrobów z metalu – największą motywacją do wdrażania nowych technologii dla aż 59% ankietowanych firm była chęć zwiększania wydajności produkcji. Niewiele mniej, bo 55% przedsiębiorstw za najważniejszą kwestię uznało obniżanie kosztów.

– Na naszych oczach następują zmiany gospodarcze, których tempo i nieuchronność są bezprecedensowe. Globalna konkurencja, rewolucja cyfrowa, zmiana postaw konsumenckich oraz ewolucja podejścia do wykorzystania zasobów naturalnych stają się fundamentami gospodarki przyszłości. Potrzebujemy zmian, wykorzystania naszych przewag i określenia priorytetów w budowie Przemysłu 4.0, a właściwie Polskiej Gospodarki 4.0. – komentował przed pandemią Dariusz Śliwowski, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu S.A.

I choć koronawirus znacznie osłabił polską gospodarką i jej najważniejszą gałąź, czyli przemysł to w lipcu nastroje wśród ekspertów są już znacznie bardziej optymistyczne niż jeszcze w marcu tego roku. – W czerwcu produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 0,5 procent w porównaniu z czerwcem ubiegłego roku, kiedy to notowano spadek o 2,6 procent do analogicznego okresu roku poprzedniego, natomiast w porównaniu z majem bieżącego roku wzrosła o 13,9 procent podał w lipcu Główny Urząd Statystyczny.

Niższe koszty – większe oszczędności

Z międzynarodowego raportu pod tytułem „Przemysł 4.0, czyli wyzwania współczesnej produkcji” opracowanego przez PricewaterhouseCoopers przed wybuchem pandemii wynikało, że w kilkuletniej perspektywie do końca 2020 roku firmy uczestniczące w badaniu liczą na średni spadek kosztów operacyjnych na poziomie 3,6% w skali roku. To przekłada się bezpośrednio na 421 mld dolarów oszczędności rocznie, które są możliwe dzięki wykorzystaniu zintegrowanych systemów planowania produkcji w przedsiębiorstwach.

W tym samym zestawieniu reprezentanci firm deklarowali, że planują przeznaczać średnio 907 miliardów dolarów rocznie, na wydatki związane z Przemysłem 4.0. Przedsiębiorcy spodziewają się, że korzyści zrekompensują poniesione nakłady, bowiem wygenerują optymalizację systemów planowania zasobów niezbędnych na poszczególnych etapach produkcji, zapewnią optymalną pracę urządzeń czy pomogą przewidzieć obciążenie linii produkcyjnych oraz czas bezawaryjnej pracy maszyn. Dodatkowo głębsza integracja z dostawcami i klientami skróci czas i koszt dostaw. Szybki powrót do normalności przemysłowej i aktywności gospodarczej pokazuje, że cześć z tych przewidywań będzie mimo trudnej sytuacji na rynkach możliwa do realizacji.

Dlaczego indeksy giełdowe pną się do góry skoro jest tak źle?

Na giełdach obserwujemy wciąż bardzo dobre nastroje. Nasdaq wychodzi na nowe historyczne maksima, natomiast indeks S&P 500 znajdował się niewiele poniżej szczytów z lutego.

Dobre nastroje wydają się nie mieć końca, pomimo tego, że mamy do czynienia z wieloma sygnałami ostrzegawczymi oraz potencjalnymi czynnikami ryzyka. Biliony rządowego wsparcia na całym globie powstrzymują realne zagrożenie zapaści gospodarczej.

Wzrosty na Wall Street trwają w najlepsze. Nie widać żadnych mocniejszych sygnałów osłabienia. Co więcej, dobre wyniki sygnalizują, że obecne bardzo silne wyceny mają swoje podłoże w danych fundamentalnych.

– Bardzo dobre nastroje inwestorów dotyczą zwłaszcza spółek technologicznych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – I tu ciekawostka warta odnotowania, dotyczącą Apple, Amazon, Google, Microsoft. Wspólna wartość tych czterech spółek przekroczyła całą wartość japońskiej giełdy.

W złej sytuacji są spółki motoryzacyjne, poza Teslą. Natomiast straty wywołane koronawirusem odrabiają takie firmy jak PepsiCo czy Coca-Cola.

Inwestorów nie przerażają bardzo różne informacje dotyczące gospodarki Stanów Zjednoczonych. Ostatnie dane dotyczące rynku pracy nie przedstawiają się zbyt dobrze. Raport ADP (dotyczący również zatrudnienia w sektorze prywatnym) pokazał, że wzrost zatrudnienia wyniósł w lipcu niecałe 170 tys. W normalnych czasach takim odczytem nikt by się nie przejął. Niestety oczekiwania wskazywały na przyrost zatrudnienia na poziomie 1,5 mln. Stany Zjednoczone wciąż nadrabiają gigantyczny spadek zatrudnienia z początku pandemii.

To jednak nie koniec złych wieści. Wciąż nie udało się uzgodnić kolejnego pakietu pomocowego w USA. Pakiet ten jest przede wszystkim ważny dla bezrobotnych, którym skończyły się już dopłaty. Bez pieniędzy runie cała sprzedaż detaliczna, co przyczyni się do kontynuacji recesji.

Szef banku centralnego w USA wskazywał, że obecnie trzeba wspierać ożywienie gospodarcze, a ewentualnymi konsekwencjami nadmiernego zadłużenia będziemy martwić się później.

Rynek od dwóch tygodni czeka na kolejny pakiet wsparcia od amerykańskiego Kongresu, ale jak widać, nie jest on potrzebny do ustanawiania kolejnych rekordów na Wall Street. Wystarcza polityka Fed i… eliminacja zagranicznej konkurencji.

– Rynek kupuje to co rośnie, a wiele spółek giełdowych ogłasza optymistyczne prognozy dotyczące drugiego półrocza – dodaje M.Stajniak.

Mazurska Manufaktura Alkoholi planuje debiut giełdowy do końca 2020 roku

0

Mazurska Manufaktura Alkoholi – producent kraftowych alkoholi mocnych – planuje do końca roku debiut na rynku NewConnect. To zwieńczenie działań realizowanych od momentu zakończenia ubiegłorocznej kampanii crowdfundingowej, w ramach której Spółka pozyskała ponad 2,5 mln zł.

Mazurska Manufaktura Alkoholi to rodzinna firma z siedzibą w zabytkowym, ponad 100-letnim browarze w Szczytnie. Spółka specjalizuje się w produkcji wysokoprocentowych alkoholi rzemieślniczych klasy premium. Firma wskrzesiła ponadto kultowe na Warmii i Mazurach piwo Jurand. W ubiegłym roku było one warzone kontraktowo, obecnie trwają prace nad uruchomieniem produkcji w oryginalnym miejscu, czyli Browarze w Szczytnie.
W lipcu 2019 roku spółka pozyskała w ramach kampanii prowadzonej na jednej z platform crowdfundingowych 2,54 mln zł od ponad 1000 nowych akcjonariuszy. Plasuje ją to w pierwszej dziesiątce największych emisji crowdfundingowych w Polsce. – Od tego czasu zrealizowaliśmy większość zakładanych celów, wśród których priorytetowe było doposażenie zakładu, zwiększenie skali produkcji, a także rozwój oferty o produkty kraftowe. Dodatkowo, w ramach ponadprogramowych działań, wprowadziliśmy na rynek linię produktów dezynfekujących pod marką MM Hygienic, a także stworzyliśmy i wprowadzili gamę importowanych kraftów: szkockiej whisky, ginu i dwóch rodzajów rumów karaibskich. Nasz zakład został wpisany na listę oficjalnych rozlewni wspomnianych produktów – mówi Jakub Gromek, prezes zarządu Mazurskiej Manufaktury Alkoholi.
Od momentu sprzedaży akcji Manufaktura stawia na regularną i transparentną komunikację z akcjonariuszami, którzy zgodnie z początkowymi założeniami tworzą silną społeczność wokół marki. Zarząd zaangażował ponadto do codziennej działalności Spółki część swoich akcjonariuszy, korzystając z ich opinii i wiedzy eksperckiej. – Spółka ma realne, ale i ambitne plany długoterminowego rozwoju. Do Polski dopiero dociera fala popularności alkoholi kraftowych, co daje szansę na stabilny, długoterminowy wzrost wartości spółki. Pierwszy rok działalności operacyjnej pokazał także, że Manufaktura potrafi się dostosować do zupełnie nowej sytuacji rynkowej, dyktowanej przez pandemię koronawirusa. Dzięki ekspresowej reakcji i stworzeniu marki MM Hygienic firma wyszła obronną ręką z potencjalnego kryzysu – mówi Marek Stoiński ekspert ds. finansów korporacyjnych z ponad 20-letnim doświadczeniem rynkowym oraz akcjonariusz MMA.
Kolejny kamień milowy na drodze rozwoju Mazurskiej Manufaktury Alkoholi to debiut na prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych rynku NewConnect. Poza symbolicznym wprowadzeniem firmy w następny etap profesjonalizacji, wejście na GPW ma także stanowić dla akcjonariuszy Manufaktury opcję zyskownego wyjścia z inwestycji. Spółka podpisała w lipcu umowę z Domem Maklerskim INC SA, który pracuje już nad przygotowaniem Manufaktury do tegorocznego wejścia na GPW. Zanim to jednak nastąpi, firma ma jeszcze w planach dodatkową emisję akcji serii E na platformie Crowdconnect, jako że w tej chwili rozproszenie akcji nie jest wystarczające, by uzyskać zielone światło na NewConnect. Środki pozyskane z emisji zostaną przeznaczone na uruchomienie produkcji piwa Jurand w zabytkowym Browarze w Szczytnie.

Za mało inwestycji prywatnych

Zła jest sytuacja inwestycji prywatnych. Najnowszy raport NBP o inflacji ujawnia, że firmy nie zamierzają inwestować przez najbliższe dwa i pół roku. Chcielibyśmy przenosić produkcję do Polski, ale tego nie robimy.

Negatywny wpływ regresu w inwestycjach na gospodarkę będzie duży. Silny spadek inwestycji prywatnych, które do końca projekcji pozostają na głębokim minusie, w porównaniu z 2019 r. skłonił bank centralny do obniżenia prognozy PKB (do spadku o 5,4 proc. w br).

Inwestycje publiczne prawdopodobnie nie spadną w tym roku. Będą rosnąć, ale nieznacznie. Dlatego inwestycje ogółem mogą obniżyć się w 2020 r. do poziomu – 12 proc. Ich spadek w II kw. oceniany jest przez analityków na ponad – 10 proc., a najgorszy będzie ostatni kwartał br.

– Musimy zastanawiać się, jak przejść przez kryzys gospodarczy w jak najbardziej łagodny sposób – mówi w rozmowie z MarketNews24 Andrzej Michalak, prezes zarządu Fundacji Wizja Rozwoju, organizatora konferencji gospodarczej, która odbędzie się 24-25 sierpnia br. – Jak dotąd polski kapitał jest tym, co uchroniło gospodarkę przed jeszcze większymi kłopotami, a stało się to dzięki subwencją z Polskiego Funduszu Rozwoju.

Jeżeli chcemy przenosić produkcję do Polski, obawiając się o konsekwencje zrywania łańcucha dostaw, jak to się stało z powodu pandemii koronawirusa, to wydatki na inwestycje są niezbędne.

– Takie przenoszenie produkcji musi wiązać się z inwestycjami, ale powinniśmy na nie się zdecydować, nawet jeżeli będzie to związane podnoszeniem kosztów pracy o 10-15 proc. – komentuje A.Michalak.

III Forum Wizja Rozwoju – największa konferencja gospodarcza północnej Polski odbędzie się 24-25 sierpnia 2020 w siedzibie Akademii Marynarki Wojennej im. Bohaterów Westerplatte w Gdyni.

Nastroje w HoReCa lepsze niż rok temu? Co drugi hotelarz lub restaurator liczy na więcej gości w sezonie

0

Subindeks Barometru EFL na III kwartał br. dla sektora HoReCa (hotele, restauracje, firmy cateringowe) wyniósł 55,7 pkt.. W porównaniu do pomiaru na II kwartał (koniec marca br.) wartość wskaźnika wzrosła niemal dwukrotnie – o 27,1 pkt. Co więcej, HoReCa ocenia swoją najbliższą przyszłość najlepiej od ponad roku – ostatnio lepszy wynik został odnotowany w II kwartale 2019 roku. Na taki wynik największy wpływ miały prognozy dotyczące sprzedaży. Ponad połowa hotelarzy i restauratorów (54 proc.) liczy na większą liczbę gości. Nadal jednak w HoReCa najwięcej ankietowanych, wśród wszystkich 6 badanych sektorów, twierdzi, że pandemia koronawirusa spowoduje zamykanie biznesów hotelarskich i gastronomicznych (50 proc.).

Barometr EFL dla branży HoReCa na III kwartał 2020:

  • Subindeks: 55,7 pkt. (+27,1 pkt. kw./kw.- największa dynamika wśród 6 badanych sektorów); najwyższy wskaźnik wśród 6 badanych sektorów
  • Inwestycje: 87 proc. przedsiębiorców prognozuje podobny poziom inwestycji co miesiąc wcześniej
  • Sprzedaż: 53,8 proc. przedsiębiorców prognozuje wzrost sprzedaży; najwięcej wśród 6 badanych sektorów
  • Płynność finansowa: 30 proc. przedsiębiorców prognozuje poprawę płynności finansowej; najwięcej wśród 6 badanych sektorów
  • Finansowanie zewnętrzne: 18,8 proc. przedsiębiorców prognozuje większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne;
  • Wpływ koronawirusa na sytuację firmy: 73,8 proc. przedsiębiorców uważa, że koronawirus będzie mieć zdecydowanie niekorzystny wpływ na przyszłą sytuację firmy (najwyższy wynik wśród 6 sektorów)

HoReCa to jeden z sektorów, którego objawy infekcji spowodowanej COVID-19 w perspektywie długoterminowej mogą okazać się najbardziej widoczne. Do dziś, pomimo zniesieniu wielu obostrzeń, wiele restauracji, kawiarni, barów, hoteli czy pensjonatów nie funkcjonuje tak jak miało to miejsce przed wybuchem pandemii. Najpewniej dlatego tak wielu przedstawicieli tego sektora twierdzi, że najpoważniejszym skutkiem trwającego kryzysu będą upadki działalności gastronomicznych i hotelarskich. Z drugiej strony, sami zainteresowani widzą nie tyle światełko w tunelu, co reflektor, o czym świadczy najwyższa od ponad roku wartość branżowego subindeksu. Na założenie różowych okularów przez restauratorów i hotelarzy z pewnością wpłynęły trzy czynniki. Pierwszy – pomoc finansowa w ramach tarczy antykryzysowej. Po drugie – trwający sezon wakacyjny, w którym polska turystyka pozostaje bezkonkurencyjna wobec zagranicznych ofert. Po trzecie, uruchomienie bonów turystycznych, które mają na celu pobudzenie turystycznej gałęzi polskiej gospodarki – zwraca uwagę Radosław Woźniak, prezes EFL.

Koronawirus już nie taki straszny?

Na wysoką dynamikę wartości subindeksu Barometru EFL dla HoReCa na III kwartał br. (55,7 pkt., +27,1 pkt. kwartał do kwartału) największy wpływ miały prognozy w obszarze sprzedaży. Prawie 54 proc. hoteli, restauracji i firm cateringowych prognozuje wzrost zamówień od lipca do września br., podczas gdy co czwarty zapytany spodziewa się zmniejszenia obrotów. Jest to zdecydowanie odmienny obraz od tego z końca marca / początku kwietnia, kiedy ponad 81 proc. przedstawicieli HoReCa obawiała się mniejszej sprzedaży, a na jej wzrost liczyło zaledwie 3 proc. zapytanych. Wówczas HoReCa, obok usług, najpesymistyczniej wyobrażała sobie swoją przyszłość, teraz odwrotnie. To nie pozostanie bez wpływu na płynność finansową, której poprawienia spodziewa się 30 proc. przedsiębiorców, również najwięcej wśród 6 badanych sektorów.  Na duże odbicie w inwestycjach jeszcze nie ma co liczyć – zdecydowana większość zapytanych (87 proc.) uważa, że pozostaną one na niezmienionym poziomie co ostatnio.

O poprawie nastrojów w HoReCa może świadczyć także fakt, że więcej przedstawicieli tego sektora twierdzi, że kondycja HoReCa w kontekście trwającej pandemii w ciągu kolejnych 6 miesięcy poprawi się, niż pogorszy (42,5 proc. vs. 39 proc.). Tutaj również grupa optymistów jest najliczniejsza wśród wszystkich badanych sektorów.

Potrzeba czasu

To jednak tyle dobrych informacji. Podobnie jak w maju, w czerwcu pesymizm dotyczący negatywnego wpływu COVID-19 na działalność firmy jest największy w branży HoReCa. 3 na 4 zapytanych twierdzi, że koronawirus ma zdecydowanie niekorzystny wpływ na ich firmę (74 proc.). HoReCa pozostaję także tą gałęzią gospodarki, w której najwięcej przedstawicieli obawia się upadków biznesów. Co drugi zapytany prognozuje, że największym skutkiem gospodarczym pandemii będzie zamknięcie działalności gastronomicznych i hotelarskich. To jest najwyższy odsetek wśród 6 badanych sektorów. Ponadto, w porównaniu do wyników z końca maja br., hotelarze i restauratorzy są mniej optymistycznie nastawieni, jeśli chodzi o czas powrotu do koniunktury. Po koniec maja 67 proc. zapytanych liczyło na uporanie się ze skutkami kryzysu do przyszłego roku, pod koniec czerwca – już tylko 39 proc. Więcej respondentów natomiast uważa, że nastąpi to w ciągu najbliższych 2-3 lat (35,5 proc. vs. 27 proc. w maju) lub w kolejnych latach (19 proc. vs. 0 proc. w maju).

Wartość głównego indeksu Barometru EFL na III kwartał 2020 roku wyniosła 50,2 pkt. Osiągnięty poziom jest o 17,7 pkt. wyższy niż w drugim kwartale tego roku i jednocześnie najwyższy od III kwartału 2019 roku (52,2 pkt.).

Jak wybrać pośrednika nieruchomości?

0

Transakcja zakupu lub sprzedaży mieszkania jest poważnym przedsięwzięciem, dlatego coraz większa liczba Polaków decyduje się powierzyć ją profesjonaliście. Biorąc pod uwagę fakt, że na rynku działa wiele agencji nieruchomości, trzeba poświęcić trochę czasu, żeby wybrać właściwie. Na co zwrócić uwagę przy wyborze pośrednika nieruchomości?

Pośpiech to zły doradca

Przy wyborze pośrednika nieruchomości nie warto się spieszyć. W pośpiechu często podejmujemy decyzje emocjonalnie i bywa, że potem ich żałujemy. O tym, jakie działania należy podjąć, mówi Adrian Truchta, Doradca ds. Nieruchomości w firmie Trust Nieruchomości:

Przede wszystkim bazować na poleceniach od znajomych czy rodziny. Powinno się zwrócić uwagę na to, czy jest to profesjonalny pośrednik, czy osoba, która zaczęła się tym zajmować wyłącznie przypadkowo i dla pieniędzy które można zarobić na transakcji. Łatwo to zweryfikować m.in. po sposobie tłumaczenia zagadnień prawnych – doświadczony i sprawdzony pośrednik bez problemu wyjaśni nam wszystkie kwestie i będzie potrafił znaleźć jak najlepsze rozwiązania.

Jeżeli nie możemy zapytać znajomych lub rodziny, poszukajmy opinii w Internecie. Należy jednak pamiętać, żeby nie przyjmować ich całkowicie bezkrytycznie.

Zwróćmy uwagę na wizerunek agenta w mediach społecznościowych – czy jest spójny z życiem zawodowym. – radzi Angelina Volska, Dyrektor ds. Marketingu i PR w agencji Royal Space. Ważne jest również portfolio ofert, ich aktualność, a także dyspozycyjność agenta i znajomość rynku nieruchomości.

To, w jaki sposób agencja buduje swój wizerunek w Internecie, jest prawdziwą kopalnią wiedzy. Nie zrażajmy się jednak tym, że nie możemy znaleźć danej agencji na Facebooku. Część z tych mniejszych woli skupić na bezpośredniej współpracy z klientem.

Po czym poznać dobrego agenta?

Decydując się na wsparcie ze strony agencji nieruchomości, mamy wiele oczekiwań. Musimy mieć zatem świadomość, że od trafności naszego wyboru, zależy, czy zostaną one spełnione. O tym, jaki powinien być dobry agent, opowiada Łukasz Kruszewski, Dyrektor Marketingu w agencji Freedom Nieruchomości:

Dobry agent nieruchomości to agent skuteczny. Najkrócej mówiąc, realizujący obietnicę, jaką składa klientowi (…) aby agent mógł być skuteczny, musi wykazać się szeregiem kompetencji (…) Przede wszystkim musi posiadać twardą wiedzę na temat obrotu prawem do nieruchomości, a także solidne podstawy marketingu pozwalające tworzyć efektywne plany marketingowe sprzedaży nieruchomości (…) Musi też mieć dostęp do narzędzi pozwalających na odpowiednią wycenę nieruchomości, przygotowanie do sprzedaży oraz wypromowanie oferty nieruchomości i dotarcie do klientów, którzy danym typem nieruchomości będą zainteresowani. 

Ważne jest, aby potrafił słuchać, identyfikować nasze potrzeby, a nawet wskazać, co możemy poprawić i usprawnić, aby doprowadzić do końca wyczekiwaną transakcję. Po czym jeszcze poznać dobrego agenta?

Duże znaczenie ma liczba i jakość ofert – podkreśla Adrian Truchta – Większa liczba ofert w portfolio, szczególnie kiedy widać, że są to różne oferty (niekoniecznie jedna inwestycja deweloperska), to przesłanka, że temu pośrednikowi zaufało już sporo klientów, a tym samym musi być dobry w tym, co robi. 

Co zyskujemy na współpracy z pośrednikiem?

Okazuje się, że całkiem sporo. Poszczególne agencje mają różny zakres oferowanych usług, ale większość z nich obiecuje, że bezpiecznie i z korzyścią przeprowadzi nas przez proces kupna lub sprzedaży mieszkania. O tym, jaki jest zakres odpowiedzialności pośrednika względem klienta, mówi Marta Szczepkowska-Sadoch, Dyrektor ds. Prawnych, Freedom Nieruchomości:

Zakres odpowiedzialności pośrednika w dużej mierze określa umowa pośrednictwa. To w niej wskazane są obowiązki pośredniczenia i czynności, które zobowiązał się on wykonać na rzecz swojego Klienta (…) Często, i to bardzo dobrze, w umowie znajdziemy dokładnie wyszczególnione czynności, do których zobowiązuje się agent, jak np. badanie stanu prawnego nieruchomości, przygotowanie oferty i umieszczenie jej na portalach ogłoszeniowych, w prasie, przeprowadzanie prezentacji nieruchomości, prowadzenie negocjacji, zorganizowanie dokumentów niezbędnych do transakcji. Wskazać tutaj należy, że pośrednik to profesjonalista realizujący umowę pośrednictwa w zakresie prowadzonej przez siebie działalności gospodarczej, w związku z czym zgodnie z przepisami kodeksu cywilnego wszelkie obowiązki nałożone na niego umową powinien on wykonywać ze szczególną starannością, wynikającą z zawodowego charakteru prowadzonej przez niego działalności. 

Profesjonalizm pośrednika nieruchomości ma kolosalne znaczenie dla przeprowadzanej transakcji, a jego doradztwo pozwoli nam uniknąć pułapek prawnych, które mogłyby skutkować poważnymi stratami finansowymi.

Pośrednik często jest gwarantem bezpieczeństwa transakcji – mówi Adrian Truchta – To od niego zależy czy dobrze prześwietli stan prawny i czy znajdzie ewentualne pułapki czyhające na kupującego. Klienci ufają, że pośrednik powie prawdę co myśli o danej nieruchomości, jej lokalizacji i przedstawi wszystkie plusy, ale i minusy danej oferty. 

Z drugiej strony jednak nie sposób oczekiwać od pośrednika, żeby był specjalistą w każdym obszarze dotyczącym nieruchomości, bo od tego są specjaliści geodeci, budowlańcy, geolodzy i inni. – zastrzega Marta Szczepkowska-Sadoch – Tu pośrednik oczywiście powinien zweryfikować dokumenty, ale trudno sobie wyobrazić, że pośrednik sprawdza, czy geodeta dobrze wykonał podział, który został zatwierdzony. 

Rzetelny pośrednik nieruchomości – czyli jaki?

Teraz kiedy już wiemy, jakie korzyści może przynieść zatrudnienie profesjonalnego pośrednika nieruchomości, zastanówmy się, jak można zweryfikować jego rzetelne podejście do naszej transakcji.

Właściwa postawa rzetelnego agenta nieruchomości to postępowanie według zasady “true interest” – twierdzi Łukasz Kruszewski – Aby klienci mieli pewność wyboru dobrego pośrednika, co dla Freedom jest motorem działania, muszą mieć przekonanie, że agent jest prawdziwie zainteresowany ich problemem. Twarda wiedza i kompetencje są tzw. czynnikami higieny, czyli czymś, bez czego nie można w ogóle uprawiać tego zawodu. Prawdziwe zainteresowanie, zaangażowanie w sprawę klienta, poświęcenie – w granicach biznesowego rozsądku – jest tym, co odróżnia rzetelnych agentów od zwykłych. 

Agent zawsze powinien dbać o dobro klienta – podkreśla Angelina Volska – a także doradzać adekwatnie do potrzeb, być lojalnym wobec jego interesów. 

Duża wiedza i otwarcie na potrzeby klienta – to niewątpliwie kluczowe cechy. Jaki jeszcze powinien być rzetelny pośrednik nieruchomości?

Agent powinien być obiektywny, szczery i kierować się dobrem klienta – mówi Adrian Truchta. Dzięki tym cechom zyska zaufanie kolejnych klientów. Wtedy zobaczą oni, że agent nie kieruje się tym, by jak najszybciej „coś’’ mu wcisnąć i zgarnąć prowizję, ale faktycznie chce mu pomóc znaleźć wymarzone „M”.

Materiał powstał we współpracy z portalem GetHome.

Podatek od najmu mieszkania – kiedy najem prywatny a kiedy działalność gospodarcza?

Sposób opodatkowania przychodów z najmu prywatnego może być przedmiotem analizy urzędników aparatu skarbowego, szczególnie w przypadku wynajmowania wielu nieruchomości.

Czy osoba posiadająca kilkanaście nieruchomości na wynajem może opodatkowywać je w preferencyjny sposób przewidziany dla tzw. najmu prywatnego, czyli ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych ze stawką 8,5% (przychód do 100.000 zł rocznie) i 12,5% (nadwyżka ponad 100.000 zł)?

– Podejście organów podatkowych w tej sprawie wielokrotnie zmieniało się na przestrzeni czasu. Pojawiały się interpretacje indywidualne stwierdzające, że osoba wynajmująca nawet bardzo wiele mieszkań może traktować swoją działalność jak najem prywatny. Pojawiały się jednak również takie, w których stwierdzano, że wynajem już kilku nieruchomości stanowi przejaw prowadzenia działalności gospodarczej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Dyl, prawnik w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Reprezentując jednego z klientów udało nam się uzyskać interpretację potwierdzającą, że sama liczba wynajmowanych mieszkań nie powinna wpływać na sposób opodatkowania, jednak nie można nazwać takiej linii argumentacyjnej utrwaloną. Rozstrzygnięcie organów podatkowych w tym zakresie może być jednak zależne np. od sposobu wynajmowania – przy najmie krótkoterminowym wykazanie nieprowadzenia działalności gospodarczej może być trudne.

Co istotne i warte wyraźnego podkreślenia – osoba prowadząca działalność gospodarczą w przedmiocie najmu nieruchomości nie może korzystać z zasad opodatkowania charakterystycznych dla najmu prywatnego – w szczególności ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych.

Czy ryczałt od przychodów ewidencjonowanych ze stawką 8,5 proc. (przy przychodach do 100 tys. zł rocznie) bądź 12,5 proc. (powyżej tej kwoty) jest bardziej opłacalny niż standardowe opodatkowanie skalą podatkową? To zależy od kosztów, które ponosi wynajmujący. Warto pamiętać, że ryczałt ma niższą stawkę podatkową, jednak oblicza się go od wartości przychodu. Skalą podatkową opodatkowuje się z kolei dochód, czyli przychód pomniejszony o koszty jego uzyskania.

– Z ciekawych informacji, z których niewiele osób zdaje sobie sprawę, wymienić warto, że do kosztów uzyskania przychodów z najmu można zaliczać np. odsetki od kredytu hipotecznego zaciągniętego celem nabycia wynajmowanej nieruchomości – wyjaśnia A.Dyl z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Złoto to jeszcze bezpieczna przystań czy już tylko zwykłe aktywo spekulacyjne

Cena złota przebiła poziom 2 tys. USD. Są analitycy, którzy przekonują, że cena 3 tys. dolarów nie jest nierealna. Tylko czy złoto to dalej tak zwana bezpieczna przystań czy po prostu zwykłe aktywo spekulacyjne?

W ciągu roku cena tego metalu szlachetnego wzrosła o 38 proc. Jeszcze w połowie listopada minionego roku złoto było o wiele tańsze, kosztowało 1 457 USD za uncję. W złotych cena „żółtego metalu” też jest na historycznych szczytach, po przebiciu pułapu 7600 złotych za uncję.

– Najważniejsze jest to, że w tej fazie trendu wzrostowego, która trwa co najmniej dwa lata, nie ma tak dużej spekulacji, jak można by przypuszczać. To prawdziwa „ściana strachu” i dlatego można mieć nadzieję na dalsze wzrosty – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – Istotne jest, że od 2015 r. złoto było kupowane także przez banki centralne, które są bardzo stabilnym inwestorem. W ostatnich latach udział kapitału spekulacyjnego był relatywnie niewielki.

Często kojarzono wzrost cen złota ze spadkami kursów akcji. Tym razem jest inaczej, a przykładu dostarcza amerykański indeks Nasdaq, który w regularnie bije kolejne rekordy. To, że cena złota również osiąga historyczne szczyty nie zniechęca inwestorów.

– Inwestorzy na rynkach akcji są teraz szczególnie chciwi i zuchwali, uciekają do aktywów, które mogą zapewnić jakiekolwiek dodatnie stopy zwroty – komentuje ekspert CMC Markets. – Jest to wywołane rekordowo niskimi stopami procentowymi. Wcześniej inwestorzy szukali w złocie zabezpieczenia także przed obawami związanymi z inflacją. Na razie to zagrożenie jednak nie zmaterializowało się.

Czy istnieją jakieś granice zdrowego rozsądku, czyli taki pułap, którego cena złota nie przekroczy? Niektóre amerykańskie banki przewidują, że krótkoterminowo cena może wzrosnąć do 2 300 – 2 400 USD. Długoterminowo może to być nawet cena 3 tys. dolarów.

– Przy tak mocnym trendzie wzrostowym jest to jednak przysłowiowe wróżenie z fusów – ocenia Wardyn.

To także dlatego, że nieprzewidywalne są nadal skutki pandemii, która powoduje, że wątpliwy jest szybki wzrost podaży, ponieważ możliwości otwierania nowych kopalń pozostają mocno ograniczone. Dodatkowo transport komercyjny tego metalu samolotami jest mocno zachwiany.

Dla polskich inwestorów bardzo istotne są też ruchy USD/PLN. W przypadku ponownego osłabienia złotego, opłacalność zrealizowanych już inwestycji w złoto może wzrosnąć.

Kurs dolara najniżej od 22 miesięcy. Co dalej?

Wyprzedaż dolara trwa w najlepsze. Amerykańska waluta próbowała łapać oddech, ale uderzyły w nią kiepskie dane, podczas gdy mocniejsze dane z Europy ciągną w górę notowania euro.

Dla kursu dolara istotne okazały się dane dotyczą amerykańskiego rynku pracy. Po okresie powrotu czasowo zwolnionych pracowników w maju i czerwcu, dane za lipiec miały przynieść nieco wolniejszą, ale jednak kontynuację tej tendencji. Oczekiwania podgrzewał sam prezydent Donald Trump. Jednak opublikowany raport ADP, który jest próbą szacunku rządowych danych dla sektora prywatnego, pokazał wzrost zatrudnienia jedynie o 167 tys. W normalnych okolicznościach nie byłby to zły raport, jednak jak podkreśliłem, gospodarki cały czas są na etapie wychodzenia z kryzysu wywołanego ograniczeniami i poziom zatrudnienia w USA jest dużo niższy niż na początku roku. Dlatego oczekiwano wzrostu zatrudnienia o 1,2-1,5 mln osób.

– Dolar wchodził w ten rok na wysokich poziomach, w marcu kosztował nawet w okolicach 4,30 zł. Dolar był bardzo drogi, bardzo go brakowało na rynku, bo inwestorzy byli w panice pod wpływem pandemii – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Gdy banki centralne zalały rynki płynnością rekordy zaczęły bić indeksy giełdowe. Ponieważ pieniędzy na rynku jest już bardzo dużo, to nikt już nie obawia się, że zabraknie dolarów.

Jednocześnie dane z Europy zaskakują na plus. Dane z niemieckiego przemysłu pokazały wzrost zamówień w czerwcu aż o 27,9% m/m. Zamówienia nadal były niższe niż przed rokiem, choć już tylko o 6,1%. Po części jest to efekt odroczonego popytu sektora motoryzacyjnego, który zgłosił wzrost zamówień o 66,5% m/m, jednak mimo wszystko dane okazały się bardzo pozytywnym zaskoczeniem.

Ponieważ już wcześniej sentyment wobec dolara nie był dobry, dane dodatkowo przyczyniły się do jego osłabienia i para EURUSD ponownie zawitała w okolicach 1,19. Taki kurs może poważnie utrudnić ożywienie w Europie, ale krótkoterminowo może to mieć ograniczone znaczenie. Szczególnie, że obserwujemy samonakręcającą się spiralę taniejącego dolara i drożejącego złota i srebra.

– Dolar jest jednak nadal drogą walutą, ponieważ kosztuje na poziomie 3,70 zł, ale jest jedynie mocno wyprzedany – komentuje ekspert XTB. – Jednocześnie kurs dolara nie uwzględnia koronawirusa, z takim efektem moglibyśmy mieć do czynienia z walutami krajów rynków wschodzących, tak właśnie było ostatnio z randem południowoafrykańskim, co jednak należy traktować przede wszystkim jako ciekawostkę.

Dolar jest najtańszy od 22 miesięcy. Według głównego ekonomisty XTB w tym roku będzie się osłabiał, ale już nie w takim tempie, jak w ostatnich tygodniach.

Ochronę środowiska zmieniono w patologię handlu kwitami

Największą patologią w polskim systemie gospodarki odpadami jest tzw. handel kwitami. To obrót dokumentami, które potwierdzają przeprowadzenie recyklingu, choć jest to fikcja.

Na mocy dyrektywy Parlamentu Europejskiego 2018/851 z dnia 30 maja 2018 r. w sprawie odpadów, sektor gospodarki odpadami w Polsce stoi przed wyzwaniem transpozycji do krajowego porządku prawnego przepisów unijnych w zakresie rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP). Termin implementacji zapisów dyrektywy w zakresie ROP to 5 lipca 2020 roku.

Model ROP – oparty o pryncypia gospodarki o obiegu zamkniętym (GOZ), w tym tzw. hierarchę sposobów postępowania z odpadami – polega na „rozszerzeniu” odpowiedzialności producenta za produkt wprowadzany przez niego na rynek. Rozszerzenie to obejmuje końcową fazę cyklu życia produktu, tj. moment gdy produkt staje się odpadem (lub powstają odpady opakowaniowe z produktów w opakowaniach). Odpowiedzialność producenta w ramach ROP polega na jego partycypacji w kosztach zagospodarowania odpadów związanych z wprowadzonym przez niego produktem.

W przypadku Polski udział producentów w kosztach gospodarowania odpadami z produktów powinien wynieść co najmniej 80%. Jednak funkcjonujący obecnie system – jak wynika z raportu Instytutu Jagiellońskiego „Rozszerzona odpowiedzialność producenta w sektorze gospodarki odpadami” – wpisujące się jedynie w pewnym stopniu w model ROP.

Systemy te obejmują odpady opakowaniowe, odpady z pojazdów wycofanych z eksploatacji, zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny (ZSEE), opony, oleje oraz baterie i akumulatory. Największą grupą pod względem masowym są odpady opakowaniowe.

Obecne funkcjonowanie systemu wykazuje wiele nieprawidłowości oraz patologii. Kluczową patologią jest tzw. handel kwitami, czyli obrót dokumentami, które z zamierzenia powinny potwierdzać dokonany recykling lub odzysk. Jednak w wielu przypadkach dokumenty są fałszowane i niepowiązane z fizycznym procesem zagospodarowania odpadów.

– To, że firmy wykorzystują luki prawne wynika z niedbalstwa tych, którzy to prawo przygotowali – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marek Lachowicz, główny analityk Instytutu Jagiellońskiego. – Są firmy, które w ten sposób mogą zaoszczędzić, a nawet takie, które dzięki temu zbudowały swój model biznesowy. A skala zjawiska jest poważna bo mamy nadwyżkę 1 mln ton, porównując to co jest zdeklarowane jako poddane recyklingowi z możliwościami przeprowadzenia recyklingu poprzez istniejące linie technologiczne.

W efekcie występowania w obiegu określnej liczby dokumentów bez pokrycia, ich wartość nie odzwierciedla wartości faktycznych kosztów zagospodarowania odpadów. Zjawisko to skutkuje presją na ogólny spadek cen dokumentów DPR / DPO w całym systemie, czego efektem jest brak współmierności w zakresie porywania kosztów zagospodarowania odpadów przez zobowiązanych do tego producentów / wprowadzających produkty.

– Potrzebne jest wprowadzenie systemu kaucyjnego, który byłby systemem motywującym, a dotyczyłby nie tylko opakowań. I to nie może być kaucja wynosząca 10-20 groszy za butelkę, bo zamożniejszych do niczego nie zachęca – komentuje ekspert Instytutu Jagiellońskiego. – Jednak powinniśmy wprowadzić także komponent nagradzający, to może być na przykład loteria z nagrodami rozlosowanymi spośród paragonów otrzymywanych przy zwrocie opakowań.

Pracodawca, pracownik i COVID-19 czyli nowa normalność

0

Jak zapewnić ciągłość pracy przedsiębiorstwa w dobie ciągłego zagrożenia koronawirusem SARS-CoV-2 wywołującym COVID-19? Jak przygotować biuro? Jak stworzyć pracownikom bezpieczne warunki pracy, zagwarantować odpowiednią ochronę? Jak pod względem kadrowym zoptymalizować pracę przedsiębiorstwa odpowiednio korzystając z dotychczasowych zasobów ludzkich bez konieczności redukcji etatów?

To pytania, na które zarówno pracodawcy, jak i pracownicy szukają odpowiedzi. Konieczność zmian organizacyjnych w przedsiębiorstwach, reorganizacji warunków pracy, wprowadzenia pracy zmianowej, zdalnej, wydłużenia bądź skrócenia czasu pracy pracowników w poszczególne dni tygodnia – to tylko niektóre z zagadnień, przed którymi nie sposób uciec, a których biznesowe rozeznanie – w celu zapewnienia przedsiębiorstwu przetrwania – musi zostać podjęte nie tylko w krótkiej, ale i w długiej perspektywie. Naczelną zasadą, którą kierować się powinni pracodawcy powinno być dobro pracowników kształtowane w perspektywie dostosowania warunków ich pracy do nowej normalności przy jednoczesnym zachowaniu optymalizacji procesów gospodarczych.

Zgodnie z kodeksem pracy, pracodawca powinien zapewnić pracownikom w miejscu pracy odpowiednie warunki bezpieczeństwa i higieny pracy. W obecnej sytuacji, warunki te powinny dodatkowo uwzględniać ochronę przed możliwością zakażenia się wirusem COVID-19, a przynajmniej istotnie minimalizować zagrożenie zakażeniem przez pracowników. W zakres tego obowiązku wchodzi nie tylko zagwarantowanie bezpiecznej i higienicznej organizacji pracy w ogóle, ale również aktywne reagowanie na zmieniające się okoliczności, potrzeby, zagrożenia oraz kwestie zgłaszane przez pracowników na bieżąco. Z pewnością, otwartość pracodawcy na perspektywę pojedynczego pracownika w sposób pozytywny powinna wpłynąć na ogólne środowisko pracy.

Nowa normalność, to również takie zorganizowanie warunków pracy, aby ograniczyć osobiste kontakty pomiędzy pracownikami oraz pomiędzy pracownikami a klientami, podwykonawcami i innymi podmiotami biorącymi udział w procesie gospodarczym, zachowując odpowiedni dystans społeczny. W tym celu pracodawca powinien rozważyć rezygnację ze spotkań osobistych, a zastąpić je telekonferencjami. Jest to tym bardziej polecane rozwiązanie, że istnieje obecnie i stale jest udoskonalanych wiele narzędzi ułatwiających komunikację zdalną, a społeczeństwo coraz bardziej otwarte na takie możliwości. W przypadku niemożności uniknięcia spotkań osobistych, podstawą będzie stosowanie środków ochrony w postaci jednorazowych rękawiczek, maseczek, płynów dezynfekcyjnych oraz ograniczenie do minimum czasu trwania takich spotkań.

Działania profilaktyczne, których celem jest by wirus COVID-19 nie rozprzestrzeniał się w miejscu pracy jest również zapewnienie w miejscu wykonywania pracy środków do dezynfekcji rąk, a także zapewnienie czystości stanowisk pracy i ogólnie rozumianej higieny pracy, przejawiającej się w niekumulowania pracowników w niewielkich pomieszczeniach, ustalenie reguł korzystania z pomieszczeń wspólnych takich, jak np. kuchnia, sala konferencyjna, wprowadzenie obowiązku noszenia w biurze maseczek, umieszczenie w widocznym miejscu informacji, jak należy myć ręce, wskazanie pracownikom aby podczas wykonywania pracy nie dotykali dłońmi okolic twarzy, a zwłaszcza ust, nosa i oczu. W tych miejscach, w których niemożliwe jest zachowanie dystansu w trakcie pracy dobrym rozwiązaniem będzie umieszczenie nieprzepuszczalnych barier np. z prześwitującej pleksi.

Najlepszym rozwiązaniem, minimalizującym niemalże do zera możliwość rozprzestrzenienia się wirusa COVID-19 w środowisku pracowników wykonujących pracę w danej jednostce wydaje się zorganizowanie pracy zdalnej, ewentualnie zdalnej połączonej z pracą rotacyjną, w której ustalona z góry część zespołu wykonuje pracę z biura przez określony czas, np. kilka dni, a następnie zmienia się z tą częścią zespołu, która w tym czasie pracowała z domu przy założeniu braku kontaktu między członkami zespołów. W przypadku ewentualnego zarażenia lub obowiązku kwarantanny rozwiązanie takie pozwoli wyłączyć z obiegu jedynie część pracowników, podczas gdy pozostali mogą nadal aktywnie pracować. Ustawa o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych uregulowała w podstawowym zakresie zasady pracy zdalnej. Ustawa określa pracę zdalną jako pracę określoną w umowie o pracę, wykonywaną przez czas oznaczony poza miejscem stałego jej wykonywania, czyli poza określonym w umowie miejscem pracy, zgodnie z poleceniem pracodawcy. Polecenie to powinno w celach dowodowych być dane na piśmie. Warunkami wdrożenia pracy zdalnej są umiejętności, możliwości techniczne i lokalowe pracownika, a także rodzaj świadczonej pracy, który pozwala na jej wykonywanie w sposób zdalny. Zgoda pracownika nie jest wymagana na taki sposób pracy, powinien być on jednak z pracownikiem uzgodniony w celu zapewnienia jej jak najefektywniejszego wykonywania. W naszej ocenie pracodawca ma możliwość narzucić pracownikowi obowiązek ewidencjonowania czynności wykonywanych z domu, w celu oceny efektywności wykonywanych zadań. Po stronie pracodawcy jest zapewnienie odpowiednich narzędzi pracy, pracownik może jednak używać własnego sprzętu pod warunkiem jednak ochrony informacji poufnych i zapewnienia ochrony tajemnic przedsiębiorstwa pracodawcy. Dyskusyjna pozostaje kwestia ekwiwalentu za korzystanie przez pracownika ze swojego sprzętu. Zgodnie z ustawą, przepisy o pracy zdalnej tracą moc 27 września 2020 r. W naszej ocenie jest jednak prawdopodobne, że ich obowiązywanie, z powodu pandemii zostanie przedłużone, a być może mogłoby również zostać na stałe wprowadzone do Kodeksu pracy. Pracodawca powinien pamiętać, że praca zdalna jest co do zasady okazjonalna i nie spełnia definicji telepracy, wobec czego przepisy BHP odnoszące się do telepracy nie będą obowiązywały przy pracy zdalnej. Bezpiecznym rozwiązaniem będzie określenie przez przedsiębiorcę w regulaminie pracy bądź w poleceniu wykonywania pracy zdalnej porządku oraz organizacji pracy zdalnej, w tym również w zakresie BHP. Dla pracowników istotna jest wiedza, że mają oni prawo powstrzymać się od wykonywania pracy, w przypadku, gdy warunki pracy nie odpowiadają przepisom BHP i stwarzają realne zagrożenie dla ich życia i zdrowia. Natomiast, jeżeli pracodawca zapewnia odpowiednie warunki BHP, odmowa wykonywania pracy przez pracownika, może stanowić podstawę do rozwiązania z nim umowy o pracę.

Jeżeli pracodawca zatrudnia osoby na umowę zlecenie, również jako zleceniodawca ma obowiązek zapewnić odpowiednie warunki BHP zleceniodawcom, z którymi współpracuje.

Ustawa, przy spełnianiu przez przedsiębiorstwa określonych w niej warunkach, daje pracodawcom również inne możliwości w ramach reorganizacji pracy, np. skrócenia czasu nieprzerwanego odpoczynku pracowników, łagodzi też warunki zastosowania równoważnego czasu pracy, daje pracodawcy możliwość udzielenia zaległego urlopu, obniżenia wymiaru czasu pracy, możliwość wnioskowania o dofinansowanie z FGŚP, a przy zwolnieniach ograniczenia wysokości odpraw.

W nowej normalności, istotne jest zatem dokładne przeanalizowanie przez pracodawcę wszystkich problemów kadrowych wraz z nowymi, proponowanymi przez ustawodawcę rozwiązaniami i skonsultowanie wybranych rozwiązań z profesjonalnymi doradcami. Kreatywne, świadome przywództwo, umiejętność szybkiej oceny ryzyka, efektywne mechanizmy kontroli, elastyczność, empatia, wiedza w zakresie zmieniającego się otoczenia prawnego i spójność to atuty, które pomogą przetrwać trudny i wydaje się, że na razie nieustępliwy czas pandemii nowego koronawirusa pamiętając, że problem ten dotyczy nie tyko sytuacji w przedsiębiorstwie ale również ma wpływ na rodziny pracowników, pracodawców a także ogół społeczeństwa.

Autor: Katarzyna Kostoń z Kancelarii GSW Legal Grabrek, Szalc i Wspólnicy sp.k.

Dodatkowe zobowiązania podatkowe w podatku od towarów i usług

0

Dodatkowe zobowiązanie w podatku od towarów i usług ma w polskim prawodawstwie podatkowym długą historię. Po przerwie zostało ponownie wprowadzone do ustawy o podatku od towarów i usług od 2017 r. Sankcja ta uwzględnia zasadę proporcjonalności, ponieważ ogranicza nadużycia podatkowe, różnicuje wysokość nałożonej sankcji w zależności od zachowania podatnika po stwierdzeniu nieprawidłowości lub pozwala na odstąpienie od niej w nieistotnych przypadkach (por. wyrok WSA Łódź z dnia 28 stycznia 2020 r., sygn. I SA/Łd 748/19). Niemniej może także wpływać na funkcjonowanie uczciwych podatników, którzy nie mają nic do ukrycia.

Kiedy nakładana jest dodatkowa sankcja

Zgodnie z ustawą o VAT naczelnik urzędu skarbowego oraz naczelnik urzędu celno-skarbowego może określić w ramach prowadzonej kontroli obok prawidłowej wartości zobowiązania podatkowego także dodatkowe zobowiązanie podatkowe w wysokości 30% kwoty różnicy. Co do zasady sankcję w VAT w postaci dodatkowego zobowiązania podatkowego można nałożyć w przypadku, gdy podatnik składa nierzetelną deklarację podatkową, wskutek czego nieprawidłowo wykazuje podatek należny lub deklaracja w ogóle nie zostaje złożona. Ustawodawca w art. 112b ust 1 ustawy o VAT wskazuje przypadki składania nierzetelnej deklaracji, czyli sytuacje, gdy:

  • zaniżono zobowiązanie – kwota zobowiązania została wykazana w niższej wartości niż kwota należna;
  • zawyżono kwotę nadwyżki – w efekcie kwota zwrotu różnicy podatku lub kwota zwrotu podatku naliczonego jest wykazana w wyższej wartości niż kwota należna;
  • kwota różnicy podatku do obniżenia kwoty podatku należnego za następne okresy jest w wartości wyższej niż kwota należna;
  • zobowiązanie zamiast zwrotu – czyli sytuacje, gdy wykazano kwoty do zwrotu lub przeniesienia na kolejny okres zamiast zobowiązania podatkowego.

Dodatkowa sankcja VAT jest elementem obligatoryjnym, tzn. ustawodawca narzucił organom kontroli określony sposób postępowania i wymierzania kary w powyższych sytuacjach (por. wyrok WSA w Gdańsku z dnia 7 maja 2019 r., sygn. I SA/Gd 485/19).

Dobrowolna korekta

Wartość dodatkowego zobowiązania może zostać obniżona do 20% kwoty określonej powyżej w sytuacji, gdy po zakończeniu kontroli podatkowej lub kontroli celno-skarbowej podatnik złożył korektę deklaracji, uwzględniając stwierdzone nieprawidłowości oraz rozliczył podatek w prawidłowej wartości najpóźniej w dniu złożenia korekty.

Jeżeli podatnik dokonał korekty deklaracji podatkowej i rozliczył podatek w terminie 14 dni od dnia doręczenia upoważnienia do przeprowadzenia kontroli celno-skarbowej, dodatkowe zobowiązanie podatkowe może zostać obniżone do 15%.

Ponadto organ nie wymierza dodatkowej sankcji, jeżeli podatnik złożył odpowiednią korektę deklaracji i rozliczył podatek przed wszczęciem kontroli lub gdy błędnie wykazane w deklaracji kwoty wiążą się z oczywistymi omyłkami lub błędami rachunkowymi, a także w sytuacji, jeżeli osoba fizyczna odpowiada za ten sam czyn jak za wykroczenie albo przestępstwo skarbowe.

Podwyższona sankcja

Wysokość sankcji może zostać zwiększona do 100% w sytuacji, gdy podstawą błędnego rozliczenia VAT były faktury wystawione przez podmiot nieistniejący, stwierdzają czynności, które nie zostały wykonane, kwoty wykazane na fakturze są niezgodne z rzeczywistością lub faktury dokumentują czynności pozorne. W takich sytuacjach stawka sankcyjna została zwiększona celem ograniczenia nadużyć podatkowych.

Wśród powyższych sytuacji zastosowania podwyższonej sankcji warto zwrócić uwagę na odliczenie VAT z faktury wystawionej przez podmiot nieistniejący. Z uwagi na fakt, że przepisy te nie rozróżniają sytuacji umyślnego odliczenia VAT z takiej faktury, także uczciwi podatnicy mogą zostać obciążeni dodatkowymi sankcjami, jeżeli nie zweryfikują swojego kontrahenta. Można wyobrazić sobie sytuację, gdy podatnik podejmuje współpracę z nieistniejącym podmiotem i pomimo iż świadczenia zostały wykonane, to nie będzie mógł odliczyć VAT. W związku z tym niezmiernie ważne jest to, z jakim podmiotem podejmuje się współpracę i jakie podatnik posiada dowody (np. potwierdzenie rejestracji na VAT, CEIDG, KRS, oświadczenie z banku).

Ponadto należy dodać, że w tym przypadku ustawa o VAT nie przewiduje możliwości zredukowania sankcji po wpłacie zobowiązania czy korekcie deklaracji. Oznacza to więc, że jeżeli podatnik odliczy VAT w jednej z wymienionych sytuacji, to organ podatkowy wymierzy mu dodatkową sankcję w wysokości 100% VAT z takich faktur (por. wyrok WSA w Łodzi z dnia 4 grudnia 2019 r., sygn. I SA/Łd 519/19).

Dobra wiara nie ma znaczenia

Powyższe regulacje nie odwołują się do działania podatnika w dobrej wierze. Oznacza to, że urzędu w takich sytuacjach nie interesuje ustalenie umyślności czy nieumyślności działania, a jedynie zweryfikowanie faktów w oparciu o przepisy. Są to przepisy sankcyjne, które mają na celu ograniczenie nadużyć. Niemniej w przypadku błędu lub oczywistej omyłki sankcji tej się nie wymierza. Z powyższego można wysnuć wniosek, że podatnik działający w dobrej wierze i współpracujący z organem podatkowym w toku kontroli, który złożył korektę i rozliczył nieprawidłowości, ma większe szanse na uniknięcie sankcji i zakwalifikowanie wykrytych nieprawidłowości jako błędu lub oczywistej omyłki. Dlatego tak ważne w toku kontroli jest przyjęcie odpowiedniej strategii współpracy z organami podatkowymi.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

72% firm deklaruje wykorzystywanie sztucznej inteligencji, by lepiej służyć klientom i społeczeństwu. Innego zdania są legislatorzy i regulatorzy

0

Podczas gdy wykorzystywanie sztucznej inteligencji (AI) z korzyścią dla konsumentów i społeczeństwa deklarują niemal trzy na cztery firmy, to w zapewnienia te wierzy jedynie 44% legislatorów, regulatorów i ekspertów – wynika z globalnego badania „AI Ethics Study” przeprowadzonego przez EY i The Future Society. To nie jedyny rozdźwięk między tymi dwiema grupami objętymi badaniem. Rozbieżne opinie dotyczą również kwestii legislacyjnych i ryzyk dostrzeganych na gruncie etycznym. 

Bezstronność i unikanie uprzedzeń to zagadnienie natury etycznej, które jest zdecydowanie najważniejsze (otrzymało w badaniu 3.14 pkt)[1] zdaniem decydentów, pytanych o najważniejsze do rozstrzygnięcia kwestie etyczne przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji w rozwiązaniach rozpoznających twarz (na przykład w celu weryfikacji na lotniskach, w bankach czy hotelach). Nie jest to jednak kwestia, która znalazła się na liście priorytetów firm. W ich zestawieniu najbardziej istotnych wyzwań, kwestie uprzedzeń i bezstronności znalazły się dopiero na szóstym miejscu (1.34 pkt). Najistotniejsza w opinii firm jest natomiast prywatność i prawa do danych. To zagadnienie znalazło się również wysoko – bo na drugim miejscu – wśród decydentów, choć zdecydowanie inaczej rozłożyły się punktacje. Decydenci ocenili ważność tej kwestii na 3.09 pkt a firmy na 1.88 pkt.

Bezpieczeństwo i ochrona to z kolei druga pod względem ważności etycznych kwestii, które zdaniem firm wymagają uwagi przy rozwiązaniach wykorzystujących sztuczną inteligencję do rozpoznawania twarzy. Pierwszą trójkę priorytetów dla obu badanych grup zamyka transparentność.

Wykres: Rozpoznawanie twarzy w celu kontroli: legislatorzy i regulatorzy mają jasną wizję priorytetów w zakresie stosowania sztucznej inteligencji

sztuczna inteligencja wykres

Firmy i decydenci różnią się jednak nie tylko wskazaniami najważniejszych do uregulowania kwestii w zakresie zastosowania sztucznej inteligencji, ale w badaniu widać również, że inne jest samo podejście do wyzwań etycznych stawianych przez AI. Podczas gdy decydenci wyraźnie identyfikują kilka najważniejszych do uregulowania obszarów i nadają im największą wagę, firmy nie polaryzują tak wyraźnie wyzwań – nadając każdemu z nich podobną ważność.

– W skali globalnej, nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji w swoich przedsięwzięciach pracuje obecnie prawie 70% firm. Chcą one przede wszystkim oferować najnowocześniejsze i najbardziej innowacyjne rozwiązania, dlatego skupiają się głównie na ich efektywności i wartości, które niosą dla użytkownika końcowego. Firmom trudno więc priorytetyzować którekolwiek z wyzwań etycznych, ponieważ wszystkie – zarówno kwestie bezstronności czy uprzedzeń, ale i zabezpieczeń danych są równie istotne. Definiując wyzwania etyczne, przedsiębiorcy mają na uwadze kwestie techniczne, implementacyjne i biznesowe, które nie znajdują się na radarach decydentów. Co więcej, badanie EY pokazuje, że 66% decydentów uważa, że regulatorzy nie rozumieją złożoności technologii opartej na sztucznej inteligencji i wyzwań biznesowych z nią związanych. Rozdźwięk między ryzykami dostrzeganymi przez legislatorów i regulatorów a firmami wynika więc przede wszystkim z innej perspektywy postrzeganych wyzwań. Trzeba pamiętać, że decydenci patrzą na nie zdecydowanie szerzej, mając na uwadze szerszą grupę interesariuszy. Firmy koncentrują się przede wszystkim na wyzwaniach – w tym biznesowych – dla nich samych i branż, w których działają. Patrzą na te kwestie również w innym horyzoncie czasowym – nie ma wątpliwości co do tego, że firmy szukają rozwiązań tu i teraz, odpowiadających na obecne wyzwania, podczas gdy legislatorzy i regulatorzy posługują się zdecydowanie bardziej odległym horyzontem czasowym  – mówi Justyna Wilczyńska-Baraniak, Lider Zespołu Własności Intelektualnej, Technologii i Danych Osobowych, Kancelaria EY Law.

Różne punkty widzenia na najistotniejsze do rozwiązania kwestie etyczne związane z rozwojem sztucznej inteligencji to istotne wyzwanie legislacyjne. 55% ankietowanych przedsiębiorców wykorzystujących technologię AI oczekuje, że zostanie stworzony jeden zestaw uniwersalnych zasad, na który zgodzi się większość krajów i który będzie łatwy do zaimplementowania, niezależnie od jurysdykcji. Tak optymistyczni nie są jednak ci, którzy te zasady będą tworzyć. Tylko 21% decydentów spodziewa się takiego rozwiązania, natomiast większość – 66% uważa, że jeden zestaw uniwersalnych zasad powstanie, ale poszczególne kraje będą go implementować w zależności od własnych uwarunkowań. Ankietowani przedstawiciele firm niemal dwukrotnie częściej niż przedstawiciele legislatorów i regulatorów wskazywali również, że poszczególne kraje bądź regiony stworzą własne zasady etyczne.

Co więcej, 6 na 10 przedstawicieli firm uważa, że znacznie korzystniejszym rozwiązaniem byłoby stworzenie tych zasad przez samych zainteresowanych, czyli firmy i branże, które sztuczną inteligencję wykorzystują na co dzień w swojej działalności. Z taką tezą zgadza się natomiast wyłącznie 24% decydentów.

– Przedsiębiorcy często uważają, że prawo nie nadąża za rozwojem nowych technologii. Mówią tak również gremialnie (90%) polskie firmy, które były pytane o to w badaniu przeprowadzonym kilka miesięcy temu przez EY Law[1]. Co więcej, to właśnie sztuczna inteligencja wskazywana jest jako największe wyzwanie prawne. To efekt braku przepisów – nawet w zakresie samej definicji sztucznej inteligencji – które w sposób jasny regulowałyby kwestie związane z tą technologią. Mimo wszystko w odniesieniu do sztucznej inteligencji mogą mieć zastosowanie  regulacje dotyczące ochrony danych i prywatności, ochrony konsumentów, czy przepisy w zakresie bezpieczeństwa produktów i odpowiedzialności. To jednak regulacje ogólne  rozproszone i często niejednoznaczne. Wydaje się więc, że wymarzonym rozwiązaniem byłoby wspólne wypracowywanie rozwiązań zabezpieczających jak najszerszą grupę interesariuszy i beneficjentów sztucznej inteligencji, mających na uwadze potrzeby każdej z nich – mówi Justyna Wilczyńska-Baraniak, Lider Zespołu Własności Intelektualnej, Technologii i Danych Osobowych, Kancelaria EY Law.

Chociaż zarówno decydenci, jak i firmy zgadzają się, że konieczne jest wielostronne podejście do zagadnienia sztucznej inteligencji, nie ma jednak porozumienia, kto powinien przewodzić tym pracom. 38% ankietowanych firm spodziewa się, że będzie to sektor prywatny, z czym zgadza się tylko 6% decydentów.

 

[1] Raport EY Law Compass. Prawo i innowacje. Wyzwania 2020, czerwiec 2020.

[1] Uczestnicy badania EY i The Future Society oceniali 12 rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję i do każdego z nich przyporządkowywali 11 określonych wyzwań natury etycznej. Każdemu z nich nadawali odpowiednią wagę – najistotniejsze otrzymywało 5 pkt, najmniej istotne 1 pkt. Wynik jest średnią spośród wszystkich przyporządkowanych punktów.

Chwilówki na raty – sprawdź, gdzie znaleźć oferty

Potrzebujesz szybkiego zastrzyku finansowego? Nie możesz czekać, dlatego kredyty gotówkowe nie wchodzą w grę? Postaw na chwilówkę oferowaną przez firmy pozabankowe. Dzięki pewnym udogodnieniom, zobowiązania wcale nie musisz spłacać jednorazowo i to w krótkim czasie. Dowiedz się więcej.

Chwilówki oferowane przez firmy pożyczkowe jeszcze do niedawna owiane były złą sławą. Wszystko z powodu lichwiarskich opłat pobieranych przez nie do końca uczciwych pożyczkodawców. Obecnie wiele się w tym zakresie zmieniło – w związku z prowadzeniem tzw. ustawy antylichwiarskiej. Dzięki temu chwilówki są znacznie bezpieczniejsze i nie wiążą się z bardzo wysokimi kosztami jak jeszcze kilka lat temu. Nowością jest także możliwość rozłożenia zobowiązania na raty.

Chwilówki na raty – jak to działa?

Zasada chwilówek na raty bardzo zbliżona jest do standardowych kredytów gotówkowych. Firma pozabankowa pożycza środki, a pożyczkobiorca reguluje zobowiązania w ratach. Wysokość miesięcznej opłaty ustalana jest w oparciu o obowiązujące oprocentowanie oraz koszty pozaodsetkowe. Znaczenie ma także okres finansowania – ten może wynieść nawet kilka lat.

Chcesz zaciągnąć chwilówkę? Tu szukaj ofert

Gdy dokonujesz zakupów internetowych, porównujesz ceny u różnych sprzedawców, prawda? Dlaczego więc nie zrobić dokładnie tego samego w przypadku ubiegania się o wsparcie finansowe… Pożyczkodawcy udzielają chwilówek na różnych warunkach – nie tylko związanych z kosztami, ale również wynikających z formalności. Warto więc wybrać opcję najbardziej zbliżoną do potrzeb i oczekiwań.

Zdajesz sobie jednak sprawę z tego, jak wiele czasu pochłania samodzielne poszukiwanie ofert? To dobrze, ale wcale nie musisz robić tego we własnym zakresie. Z pomocą przychodzą specjalne serwisy porównywarkowe, które publikują zestawienia ofert pożyczkowych.

Dlaczego warto poszukiwać chwilówek ratalnych właśnie w takich serwisach? Powodów jest co najmniej kilka, m.in.:

  • wszystkie oferty zebrane są w jednym miejscu
  • oszczędzasz mnóstwo czasu
  • masz pewność, że informacje o pożyczkach są zawsze aktualne.

Zasada funkcjonowania takiego serwisu pożyczkowego jest prosta:

  • wchodzisz na stronę
  • sprawdzasz aktualne zestawienie.

Z poziomu porównywarki możesz także ubiegać się o wsparcie finansowe – wystarczy tylko kilka kliknięć i postępowanie zgodnie ze wskazówkami.

Ile kosztuje finansowania ratalne?

Chwilówki spłacane w ratach mają dużo przystępniejsze RRSO w porównaniu z klasycznymi chwilówkami udzielanymi na 30 czy 60 dni.

Poniżej prezentujemy przykładową kalkulację w oparciu o chwilówki na raty w lowcachwilowek.pl.

Załóżmy, że potrzebujesz 5000 zł na okres 24 miesięcy. Warunki finansowe u poszczególnych pożyczkodawców przedstawiają się następująco:

  • HapiPożyczki – rata: 229,34 zł; koszt: 504,16 zł; RRSO: 9,81%
  • Monedo Now – rata: 245,15 zł; koszt: 884,84 zł; RRSO: 17,35%
  • Smartney – rata: 269,10 zł; koszt: 1459,78; RRSO: 29,14%
  • Provident – rata: 286,54 zł; koszt: 1876,96 zł; RRSO: 38,29%
  • Wonga – rata: 319,28 zł; koszt: 2662,50 zł; RRSO: 55%.

Jak wynika z powyższych kwot, różnica między najdroższą a najtańszą pożyczką to ponad 1500 zł!

Zaciągasz chwilówkę ratalną? O tym pamiętaj

Chwilówka ratalna to dobry sposób na szybkie podreperowanie swoich finansów – szczególnie w obliczu nieprzewidzianego wydatku. Aby jednak takie wsparcie nie wpędziło w kłopoty, musisz pamiętać o kilku kwestiach.

Najważniejsze to:

  • ubieganie się o kwotę, którą spłacisz bez problemu – także w razie przejściowego pogorszenia sytuacji materialnej
  • porównanie dostępnych ofert – by nie przepłacać na kosztach związanych z udzieleniem finansowania
  • spłata w terminie lub informowanie pożyczkodawcy o ewentualnych opóźnieniach.

Warto także mieć świadomość, żeby nie zaciągać chwilówek na spłatę innych zaległych zobowiązań. Tego typu wsparcie nie jest bowiem remedium na kłopoty z pieniędzmi. Finansowanie pożyczek inną pożyczką to bowiem najprostsza droga do wpadnięcia w spiralę długów.

Polacy lepiej oceniają stan swoich gospodarstw domowych niż gospodarki krajowej

Badanie wpływu epidemii koronawirusa na gospodarkę uwzględnia problemy i wyzwania, przed którymi stanęły gospodarstwa domowe. Stan finansów i zatrudnienia obywateli to jeden z ważniejszych wskaźników tego, jak cała gospodarka zachowuje się podczas kryzysu. Polski Instytut Ekonomiczny przeprowadził badanie polskich gospodarstw domowych. Jego wyniki są zastanawiające. Mimo tego, że prawie ¾ badanych rodzin deklaruje, że ich sytuacja podczas pandemii się nie zmieniła – wyniki badania wskazują, że koronawirus miał bardzo duży wpływ na stan gospodarstw domowych. Przykładem są ponoszone wydatki. Polacy deklarują, że na żywność, wydatki utrzymania gospodarstwa domowego, remonty czy wydatki zdrowotne wydają więcej, niż przed nastaniem pandemii. Na drugiej szali znajdują się wydatki związane z rekreacją, turystyką i kulturą – te z kolei są dużo niższe. Epidemia zmieniła więc konsumpcyjne zachowania Polaków. Badanie PIE pokazuje, że uszczupliła również oszczędności i obnażyła nierówności finansowe.

– Mniej więcej 44% badanych mówi, że ich oszczędności nie ucierpiały. Około ⅓ Polaków podaje, że musieli sięgnąć do swoich domowych rezerw finansowych – aby poradzić sobie z wyższymi kosztami. Jednak najbardziej niepokoi fakt, że aż 15% Polaków deklaruje całkowity brak oszczędności, również przed pandemią – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Takie wyniki wskazują na dużą polaryzację badanych pod względem finansowym. Równolegle do różnic ekonomicznych przebiega również podział w ocenie sytuacji gospodarczej kraju. Tylko 36% Polaków pozytywnie ocenia sytuację gospodarczą w naszym kraju. Dwukrotnie więcej jest osób deklarujących, że sytuacja ich gospodarstwa domowego jest dobra bądź całkiem dobra. Pokazuje to, że dużo słabiej oceniamy otoczenie naszych gospodarstw domowych niż to, co dotyka nas samych. Widać jednak wyraźne różnice między grupami, które deklarują poszczególne postawy. Osoby, które lepiej oceniają swoją sytuację materialną, są często lepiej wykształcone i lepiej zarabiające, pochodzą z dużych miast. Natomiast pozytywne oceny sytuacji krajowej pojawiają się wśród osób słabiej wykształconych, mieszkających w mniejszych miejscowościach. Takie wyniki nie dziwią jednak analityków. Biorąc pod uwagę skalę obecnego kryzysu – postawy konsumenckie i konsumpcyjne nie odbiegają radykalnie od tego, co mogliśmy obserwować w ostatnich latach. Wydaje się, że w trzecim kwartale sprzedaż detaliczna powinna wracać do poziomów zbliżonych do ubiegłego roku. To istotna informacja – popyt wewnętrzny i konsumpcja są jednym z najważniejszych motorów wzrostu polskiej gospodarki – przewiduje Kubisiak.

Pandemia mocno zachwiała cenami owoców. Jabłka kosztują nawet o 130% więcej niż rok temu

0

W ostatnich trzech miesiącach owoce zdrożały średnio o ponad 21% w porównaniu do wyników z analogicznego okresu zeszłego roku. Na taki wzrost wpłynęły głównie podwyżki cen jabłek, które sięgnęły blisko 130%. Ponadto wyraźnie poszły w górę m.in. cytryny, tj. o przeszło 34%. Natomiast nektarynki podrożały o prawie 29%. Na dziesięć analizowanych towarów potaniały tylko grejpfruty oraz arbuzy – odpowiednio o 18,5% i ponad 4%. Weryfikacji poddano blisko 2,5 tys. akcji rabatowych trwających od początku maja do końca lipca tego i ubiegłego roku.

Od maja do lipca br. owoce promowane w gazetkach sieci handlowych podrożały średnio o 21,2% w porównaniu do analogicznego okresu ub.r. W ocenie Karola Kamińskiego z serwisu DING.pl, taki wzrost jest oczywiście spory. Natomiast warto porównać go z zeszłorocznym wynikiem, który wyniósł 17,3%. Różnica na poziomie blisko 4% jest niewielka. Jednak patrząc na liczby bezwzględne, są to dość spore kwoty.

– Znaczny wzrost cen można tłumaczyć przede wszystkim suszą, która odbiła się na krajowych zbiorach. Drugim czynnikiem może być zamknięcie granic w związku z koronawirusem. To ograniczyło napływ tanich pracowników sezonowych m.in. z Ukrainy. W minionych latach oni głównie zbierali u nas owoce – wyjaśnia Michał Majszczyk z Hipe Michał Majszczyk r-Com Poland.

Z kolei dr Paweł Kraciński z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej zauważa, że pandemia zwiększyła zainteresowanie klientów zdrową żywnością. Produkcji nie można zwiększyć z dania na dzień. Trzeba przynajmniej roku, aby wyprodukować owoce. Tymczasem z powodu epidemii powstały trudności w zakresie logistyki i przygotowania towarów do sprzedaży. To wszystko wpłynęło na podwyżki. Zdaniem eksperta, teraz można spodziewać się obniżek na podstawowy asortyment, gdyż rozpoczynają się zbiory najważniejszych owoców naszej strefy klimatycznej, czyli jabłek.

– Według mnie, sieci handlowe zauważą, że te ceny poszły mocno w górę. I będą chciały je delikatnie skorygować. Sklepom zależy przecież na dobrych opiniach klientów. Trudno powiedzieć, jak duża będzie korekta, bo to zależy od szeregu czynników, często zupełnie niezależnych od samych sieci – zaznacza Karol Kamiński.

Z listy dziesięciu najczęściej promowanych owoców w 2020 roku najbardziej podrożały jabłka – aż o 127,4%. Cytryny poszły w górę o 34,3%, a nektarynki – o 28,5%. – Jabłka były motorem podwyżek. To korekty ich cenników przyczyniły się do wzrostów cen. Na rynku droższe były też cytrusy, m.in. cytryny, ale również pomarańcze czy mandarynki, a także importowane owoce pestkowe, np. nektarynki. To było spowodowane brakiem rąk do pracy, większymi kosztami zbiorów i transportu w związku z pandemią – tłumaczy dr Kraciński.

Natomiast Witold Boguta z Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw przypomina, że zbiory jabłek w ub.r. były niższe w porównaniu do rekordowego 2018 roku i w odniesieniu do średniej wieloletniej. Tak było w większości państw europejskich. Dodatkowo w czasie tegorocznej pandemii wzmożone zakupy jabłek spowodowały ograniczenie podaży w końcówce sezonu, a tym samym – podwyżki. W tym roku zapowiadają się większe zbiory w całej Europie. Dlatego ceny powinny być przystępne. Trzeba tylko pamiętać o tym, że nakłady finansowe ponoszone przez producentów z roku na rok są coraz wyższe.

– Wysoki poziom cen podstawowego asortymentu, tj. jabłek, dawał detalistom pole do wyższych marż w przypadku innych owoców. Popyt przesuwał się z najbardziej drożejących towarów na te, których ceny wzrosły w mniejszym zakresie. Jabłka podrożały najbardziej, bo wielkość zbiorów i zapasów była przeszacowana – dodaje ekspert z IERiGŻ.

Na dziesięć analizowanych pozycji potaniały tylko grejpfruty – o 18,5%, a także arbuzy – o 4,2%. Te ostatnie owoce były też najczęściej promowane w tym roku, obok brzoskwiń i winogron. Z kolei najrzadziej pojawiały się w gazetkach grejpfruty, jabłka i ananasy.

– Można wyjaśnić to w ten sposób, że arbuzy są jednymi z najbardziej wyczekiwanych owoców w lecie. Obniżając ich ceny i promując je mocno w gazetkach, sieci chciały przyciągać klientów. W przypadku grejpfrutów strategie były nieco inne, bo ich gorzki smak jest mniej preferowany przez konsumentów, zwłaszcza tych najmłodszych – analizuje Michał Majszczyk.

Co ciekawe, podobne zestawienie, zrobione w tym samym czasie w kategorii warzyw, pokazuje, że ceny wzrosły zaledwie o 1,8%. – Widocznie sieci handlowe bardziej chcą przyciągać do swoich sklepów klientów tanimi jarzynami, ale już owocami – niekoniecznie. To może być sygnałem dla konsumentów, że warto uważniej przyglądać się cenom, bo rozpiętości mogą być naprawdę duże – podsumowuje Kamiński.

Analizę wykonali eksperci z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz serwisu DING.pl. Porównano dane 10 najczęściej promowanych owoców w 2020 roku z okresu od początku maja do końca lipca br. i z analogicznego czasu w ub.r. Zweryfikowano blisko 2,5 tys. akcji promocyjnych.

Podwyżki, elektromobilność i ekologia – trendy w zarządzaniu nieruchomościami

0

Patrząc z perspektywy pierwszego półrocza oraz z punktu widzenia zarządcy nieruchomości dostrzegamy trzy wyraźne trendy na końcówkę 2020 i początek 2021 roku. Pierwszy z nich związany jest w sposób oczywisty z pandemią COVID-19. Drugi zaś z dość długo rysującą się popularnością rozwiązań proekologicznych. Ostatnim trendem jest aspekt ekonomiczny związany z ciągle zmieniającymi się przepisami prawa pracy oraz kosztami utrzymania nieruchomości w Polsce.

COVID-19 trochę namieszał, ale z pozytywnym wpływem

Pierwszą ważną modyfikacją w pracy i funkcjonowaniu wspólnot mieszkaniowych w Polsce będzie element spotkań, głosowań i zebrań. Wszystkie te powyższe czynności już od jakiegoś czasu powinny odbywać się zdalnie. Mimo luzowania obostrzeń i powrotu do możliwości przeprowadzenia pewnych czynności osobiście, prawdziwie profesjonalni zarządcy uruchomili narzędzia online, które pomagają załatwić wszystkie wspólnotowe sprawy w 100% bez kontaktu osobistego. Co więcej, profesjonaliści czynią starania, aby Rząd wpisał na stałe stosowne regulacje w ustawę o własności lokali związane z procedowaniem spraw administracyjnych w sposób zdalny – z wykorzystaniem odpowiednich narzędzi informatycznych. Na dzień dzisiejszy, każda ze wspólnot która chce w taki sposób procedować musi najpierw podjąć stosowną uchwałę i ją przegłosować w tradycyjny sposób – np. zbierając podpisy od drzwi do drzwi poprzez pracownika firmy zarządzającej daną nieruchomością lub reprezentanta Zarządu. Wspólnoty, które liczą na zmianę obostrzeń i rychły powrót do normalności mogą się zwyczajnie bardzo zdziwić. Przed nami kolejna fala pandemii i nie ma co się oszukiwać – mimo bardziej zrównoważonego podejścia Rządu do lockdownu, obostrzenia w sektorze administracji budynkami są bezinwazyjne i konieczne. Te firmy, które zwlekają z wdrożeniem rozwiązań informatycznych do bardziej sprawnego i efektywnego funkcjonowania będą musiały to zrobić tak czy inaczej i przegrają walkę z konkurencją, która będzie już w tej materii bardzo sprawna. Na rynku jest obecnie dostępnych kilka bądź kilkanaście narzędzi, które można kupić i wdrożyć praktycznie od ręki. Są to rozwiązania dedykowane dla branży zarządzania nieruchomościami bądź wymagające niewielkich modyfikacji i dostosowania do naszej pracy. My z tego typu rozwiązań autorskich korzystamy od lat i zapewniam, nie taki wilk straszny jak go malują.

Kolejną kwestią, na którą musimy się przygotować to niestety kolejna spora podwyżka cen odbioru i zagospodarowania naszymi odpadami. Na firmy z branży „śmieciowej” nałożono wysokie wymagania i rygory, które muszą wypełniać. Efektem tego jest ponowna rekalkulacja ryzyka i dołożenie do ustalonych cen kolejnych elementów. Oznacza to jeszcze wyższe opłaty za odbiór nieczystości już niebawem. Dochodzimy do pewnego absurdu. Nasze ceny zbliżają się bądź przekraczają ceny w zachodnich stolicach. Przy czym średnie zarobki gospodarstw domowych w Polsce dalej odbiegają od średniej w starej Europie. Warto byłoby pokusić się o audyt i swego rodzaju kontrolę, zarówno warunków, przepisów w przetargach i dodatkowych wymagań nałożonych przez samorządy, jak i wyceny samych firm, które później wygrywają konkursy na świadczenie usług odbioru i zagospodarowania odpadami. Efektem rewolucji śmieciowej miała być ekologia i pozostawienie dzięki segregacji stawek na względnie rynkowych poziomach. Tymczasem mamy sytuację zupełnie odwrotną – segregacja jest coraz bardziej rygorystyczna, a ceny szybują dalej ku górze. Myślę, że w kolejnym roku przyjdzie kres takich praktyk i ktoś będzie musiał nie tyle zbadać ten rynek, co w znaczący sposób go uregulować odpowiednimi przepisami.

Ekologia pozytywną rysą na pandemicznym wymiarze zarządzania nieruchomościami

W najbliższych miesiącach, będziemy mieli do czynienia z lawinowo rosnącą liczbą wniosków o zakładanie fotowoltaiki, także w miastach i dużych aglomeracjach w Polsce. Rosnące koszty utrzymania nieruchomości wypływają bezpośrednio na ciągłe poszukiwanie oszczędności tam, gdzie to możliwe. Ponieważ zakładanie baterii słonecznych i instalacji prądotwórczych w coraz większym stopniu podlega refinansowaniu z dopłat EU, coraz więcej wspólnot mieszkaniowych decyduje się podjąć to wyzwanie. W wielu zarządzanych przez nas inwestycjach jesteśmy w trakcie realizacji i po wielu wymiarowych kalkulacjach, które pomagają nam poznać koszty i potencjał skali zwrotu z inwestycji. Przy przyjętych przez nas kryteriach realizacje, których jesteśmy świadkami zwrócą się w 7 do 10 lat. Jeśli weźmiemy pod uwagę dopłaty unijne – może to być nawet 5-letnia stopa zwrotu. Później instalacja będzie zarabiać sama na siebie i stanowić także dodatkowe zasilanie w budynkach oraz częściach wspólnych. Reasumując w ujęciu np. 30 lat inwestycji – to czysta korzyść dla każdego mieszkańca i realna oszczędność – zwłaszcza, że ceny prądu raczej nie będą topniały przez 3 kolejne dekady z rzędu.

W tym duchu coraz więcej mieszkańców zgłasza się do nas z prośbą o wsparcie w zakresie instalacji prywatnych ładowarek do pojazdów elektrycznych. Na początku boomu w segmencie elektromobilności wystarczało jedno lub dwa miejsca wydzielone na ładowanie pojazdów elektrycznych na terenie inwestycji. Dzisiaj takich wniosków otrzymujemy naprawdę bardzo dużo i stanowią one coraz większy odsetek pośród miejsc postojowych na terenach inwestycji, którymi zarządzamy.

Kolejnym aspektem jest nowy trend mikro retencji wody, czy specjalnych zbiorników poświęconych na zbieranie deszczówki. Tzw. szara woda może nie tylko zasilić podlewanie ogródków, trawników, klombów i innych nasadzeń, ale również służyć np. do zasilenia spłuczek w pionach WC. Mamy kilka inwestycji na terenie Warszawy, które właśnie w ten sposób wykorzystują retencję wody deszczowej. Warto tutaj wspomnieć, że wspólnoty mogą dzięki retencji również ubiegać się o niemałe dofinansowanie takich aktywności z budżetów urzędów gmin i miast. Pozwoli to zasilić budżet wspólnoty i refinansować koszty związane z budową zbiorników retencyjnych.

Finansowanie zmieni się o 180 stopni – ochrona także będzie zdalna

Ostatnim jakże ważnym trendem jest wzrost kosztów utrzymania nieruchomości. Niestety będziemy płacili coraz wyższe czynsze. Wszystko drożeje, koszty pracy, utrzymania budynków w czystości, prąd, wywóz śmieci oraz ogólnie rozumiane usługi komunalne. Te wszystkie elementy złożą się na podwyżki od nowego roku. Kolejnym aspektem tego trendu jest choćby wzrost wynagrodzenia minimalnego, który w końcu przełoży się na konieczność rezygnacji z ochrony całodobowej na rzecz monitoringów ze wsparciem zdalnej interwencji patrolu firmy ochroniarskiej. Będą funkcjonowały trzy modele, w jednym z nich będzie istniał monitoring online jako jedyna forma zabezpieczenia nieruchomości. W kolejnym mix kamer oraz patroli w wyznaczonych godzinach. Trzeci model będzie zakładał mix kamer wraz z ewentualną interwencją w razie wtargnięcia na teren nieruchomości. To konsekwencja wzrostu opłat za usługi ochrony, ale sądzę, że to dopiero początek konsekwencji podwyżek. Myślę, że cięcia mogą być również widoczne w utrzymaniu czystości czy pracach konserwacyjnych. Ucierpią na tym także fundusze remontowe, które będą musiały mieć dużo większe rezerwy finansowe na poczet ewentualnych przyszłych napraw.

Autor:Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus

SimFabric SA w czołówce polskich spółek z branży gier komputerowych – rozmowa z Julią Leszczyńską

0

SimFabric SA – spółka od 2016 roku prowadzi działalność na rynku gier wideo, specjalizując się w portowaniu gier na konsole Nintendo Switch, PlayStation 4 i komputery stacjonarne oraz na produkcjach własnych. Od kwietnia 2020 rokuSimFabric jest notowana na rynku NewConnect. O początkach, rozwoju i działalności spółki opowiada Julia Leszczyńska, prezes zarządu SimFabric S.A.

SimFabric S.A. powstało w 2016 roku. Który moment był przełomowy w działalności firmy?

Takich momentów w czteroletniej działalności SimFabric było kilka.

Pierwszym, o którym warto wspomnieć, było zwycięstwo w 2016 roku w organizowanym przez Europejską Agencję Kosmiczną konkursie na najlepszy symulator kosmiczny, w którym zdobyliśmy główną nagrodę i otrzymaliśmy grant. Następnie stworzyliśmy spółkę SimFabric (pierwotnie znaną jako Emilus IT Solutions).

Drugim niezwykle ważnym momentem było rozpoczęcie współpracy z PlayWay S.A. w 2017 roku. Po udanej premiery gry Farm Expert 2017 Mobile (ponad 2,5 miliona sprzedanych egzemplarzy), którą stworzyliśmy na zlecenie, PlayWay zainwestował w naszą spółkę i przekazał licencję do serii Farm Expert. Wtedy też zmieniliśmy nazwę firmy na jednoznacznie oddającą charakter naszej działalności, czyli tworzenie symulatorów.

Wydarzeniem, które zasługuje na uwagę było rozpoczęcie działalności w segmencie konsolowym, związane ze światową premierą Nintendo Switch. Dzięki naszym kontaktom i w Japonii i w Nintendo bardzo szybko uzyskaliśmy certyfikację developera i międzynarodowego wydawcy na tej platformie i do tej pory stworzyliśmy już kilkanaście gier dedykowanych Nintendo Switch. Mniej więcej w tym samym czasie studia zainteresowane współpracą z nami, uruchomiły usługę portingu gier studiów zewnętrznych również na inne platformy – PS4 i Xbox One. Do dzisiaj portowanie, czyli konwertowanie gier z jednej platformy na drugą stanowi jeden z najważniejszych filarów Strategii Zrównoważonego Rozwoju w naszej spółce.

Istotne z punktu widzenia rozwoju SimFabric było pozyskanie od inwestorów indywidualnych 2 mln zł na dalszy rozwój spółki oraz przekształcenie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością w spółkę akcyjną. Kolejnym krokiem był debiut na rynku NewConnect, który był pierwszym debiutem, przeprowadzonym w formie online, w historii warszawskiej giełdy. Po spektakularnym otwarciu, w ciągu kwartału, maksymalny kurs osiągnął poziom 100 zł za akcję, odpowiadający kapitalizacji przeszło 600 milionów złotych, co plasuje SimFabric S.A. w czołówce polskich spółek z branży gier komputerowych.

Na przestrzeni czterech lat przeszliśmy bardzo dynamiczną drogę – od spółki z o.o., z minimalnym kapitałem zakładowym 5000 zł, do firmy notowanej na NewConnect z kapitalizacją kilkuset milionów złotych.

W kolejnych latach zamierzamy utrzymać zarówno dynamikę rozwoju, jak i wzrosty przychodów na poziomie minimum 100 proc. r/r.  

Na czym głównie opiera się działalność spółki?

Działalność SimFabric S.A. bazuje na pięciu filarach.

Trzy z nich dotyczą  produkcji własnych gier i symulatorów, portowanie gier studiów zewnętrznych oraz działalność badawczo-rozwojowa. Dzięki nim, w minionym roku przyspieszyliśmy dynamikę wzrostu przychodów w spółce ze 100 proc. r/r do 200 proc.

Dwa pozostałe filary – gry mobilne i gry VR – zostały wdrożone w tym roku. Istotny wpływ w tym zakresie miało podpisanie umowy z Koch Media GmbH, a co za tym idzie, przyspieszenie działań rozwojowych.

Czy konkurencja na rynku gier komputerowych jest duża? W jaki sposób zaistnieć w branży?

Konkurencja niewątpliwie jest spora, jednak rynek dynamicznie wzrasta i jest dość chłonny. Według prestiżowej agencji, która opracowuje coroczne badania rynkowe, sektor gier powinien wzrosnąć o kolejne 10 proc. – z aktualnych 150 mld USD obrotu rocznie do 200 mld USD do roku 2023. Wartości te wydają się być abstrakcyjnie duże, jednak jeśli zestawimy je z rynkiem produkcji filmowych w Hollywood, który generuje 50 mld USD przychodu rocznie, wówczas zdamy sobie sprawę, jak duży – prawie trzykrotnie większy – jest rynek gier na świecie. Dlatego uważam, że w takich realiach, każde studio może znaleźć swoją niszę. Istotne aby wyróżniać się i bazować na sprawdzonych metodach badania potrzeb graczy, pamiętając jednocześnie o transparentnej komunikacji i odpowiedzialnym zarządzaniu finansami w przedsiębiorstwie.

Na rynku NewConnect obserwujemy coraz więcej debiutów z branży gamingowej, czy indywidualni inwestorzy chętnie lokują kapitał w ten sektor?

Po naszym i ostatnich debiutach na NewConnect i Rynku Głównym GPW widać wyraźnie, że zainteresowanie inwestorów indywidualnych nie tylko nie zmalało, ale wręcz wzrasta z każdym kolejnym debiutem lub ofertą publiczną. Spółki pozyskują zakładane sumy kapitału, planowane w ofertach publicznych, z nierzadko kilkudziesięcioprocentowymi redukcjami. Wyraźnie obserwowana jest także olbrzymia siła inwestorów detalicznych, którzy o wiele chętniej od inwestorów instytucjonalnych inwestują kapitał w spółki z branży gier. To świetny prognostyk dla sektora, w którym działamy i mamy nadzieję wykorzystać maksymalnie dobrze ten potencjał.

7 kwietnia br. zadebiutowaliście na giełdzie NewConnect, co zmieniło się od tamtego momentu?

Od debiutu SimFabric na rynku NewConnect minął nieco ponad kwartał, ale dynamika wzrostu porównywalna jest z całymi poprzednimi czterema latami działania naszego studia.

Niedługo po debiucie podpisaliśmy największą w historii spółki umowę wydawniczą z Koch Media GmbH, jednym z największych wydawców gier w Europie. Kontrakt o łącznej wartości ponad 8 mln zł przyspieszył rozwój spółki w zakresie uruchomienia dwóch nowych filarów Strategii Zrównoważonego Rozwoju – produkcji gier mobilnych oraz gier VR na gogle wirtualnej rzeczywistości. W nawiązaniu do uruchomienia tego obszaru, powołaliśmy dwie spółki zależne: MobileFabric S.A. oraz VRFabric S.A., które tworzą wzrastającą grupę kapitałową SimFabric S.A.

Obecnie jesteśmy na finalnym etapie negocjacji, w efekcie których może dojść do podpisania kolejnej istotnej umowy wydawniczej. Rozpoczęliśmy także negocjacje nad trzecią umową o podobnym znaczeniu biznesowym. O szczegółach będziemy informowali na bieżąco.

Umowa z Koch Media ma znaczący wpływ na wyniki drugiego kwartału. Ponadto, po przekroczeniu w drugim dniu notowań, kapitalizacji 100 mln zł mogliśmy uruchomić procedurę przejścia z NewConnect na rynek główny GPW. Działanie to planujemy zrealizować na przełomie obecnego i przyszłego roku.

Patrząc wstecz na ważne biznesowe przedsięwzięcia, które nastąpiły po debiucie SimFabric na rynku NewConnect, warto też wspomnieć o złożeniu wniosku o grant w wysokości 25 milionów złotych na stworzenie, planowanego przez nas, jednego z największych w Europie Wschodniej Centrum Badawczo-Rozwojowego. Mamy nadzieję, że uruchomienie tworzenia projektu zostanie uruchomione jeszcze w tym roku. W Centrum Badawczo-Rozwojowym zamierzamy weryfikować na ile sztuczna inteligencja jest w stanie tworzyć gry oraz w jakim stopniu możliwa jest automatyzacja procesów ich potowania i tym samym zwiększania liczby kolejnych tytułów wydawanych na konsole nowej generacji. Zamierzamy również stworzyć własny silnik do symulacji zachowań obiektów w przestrzeni kosmicznej, np. na Księżycu czy Marsie, i w ten sposób stworzyć laboratoria badawczo-rozwojowe i usług dla największych Agencji Kosmicznych, takich jak: NASA, ESA, JAXA, ale także komercyjnych jak SpaceX.

Jakie plany na najbliższe miesiące ma SimFabric? Na których aspektach działalności planujecie się skupić?

Miniony roku upłynął nam pod znakiem portowania i działalności badawczo-rozwojowej i te filary przyniosły nam wzrost przychodów ze 100 proc. r/r w latach 2016, 2017 i 2018 do 200 proc. r/r w roku 2019.

W 2020 roku koncentrujemy się na produkcji tytułów własnych. Planujemy wydać 6 autorskich symulatorów oraz pozyskać, oprócz pierwszej umowy wydawniczej z Koch Media GmbH, dwa nowe kontrakty, które pozwolą nam nie tylko poprawić dynamikę wzrostu przychodów o więcej niż 200 proc. r/r, ale także znacząco wzmocnić wzrost zysków.

To działanie przyczyni się do wdrożenia polityki dywidendowej w SimFabric S.A. w roku 2021. Rozważamy wypłatę dywidendy za rok 2020 z SimFabric. Być może nastąpi ona w momencie przejścia spółki na Rynek Główny GPW – decyzja w tej sprawie jeszcze nie zapadła. Jeśli zrealizujemy plany związane z dwoma nowymi filarami i odniosą one sukcesy komercyjne, to niewykluczone jest także, że spółki zależne, MobileFabric S.A. oraz VRFabric S.A., od początku swojej działalności staną się spółkami dywidendowymi, które dodatkowo wzmocnią dywidendę akcjonariuszy SimFabric S.A.

SimFabric SA – spółka powstała w 2016 roku prowadzi działalność na rynku gier wideo, specjalizując się w portowaniu gier na konsole Nintendo Switch, PlayStation 4 i komputery stacjonarne oraz na produkcjach własnych. Głównym założeniem prowadzonej działalności jest portowanie i wydawanie kilku nisko oraz średnio budżetowych i wysokomarżowych gier przez rozproszone niewielkie zespoły deweloperskie. Od lipca 2019 SimFabric prowadzi oddział odpowiedzialny za działania B+R, którego celem jest stworzenie innowacyjnych rozwiązań w branży gier komputerowych.

 

Dolar uodparnia się na hossę – sytuacja na rynku walutowym

0

Letnia hossa trwa. Na Wall Street nieprzerwane wzrosty od początku sierpnia, w których rezultacie indeks S&P500 zbliżył się na wyciagnięcie ręki (około 1 proc.) do historycznych szczytów.

Z krótkiego letniego marazmu otrząsnęły się również indeksy giełd we Frankfurcie, Mediolanie i Paryżu. Po święcie w Japonii, tokijski rynek ruszył do odrabiania zaległości. Pokaźne, około 2 – proc. zwyżki notują dziś DAX i Nikkei 225. Wiele wskazuje, że to nie koniec ich zwyżek. Pozytywne nastroje to pochodna poszukiwania wysokich stóp zwrotu w obliczu nieograniczonej płynności. Obrazuje to również rekordowo tanie plasowanie długoterminowych obligacji na rynku pierwotnym przez firmy o ratingu śmieciowym.

Kwestią, która zmieniła się względem poprzedniego miesiąca jest to, że dolar w otoczeniu ekstremalnego apetytu na ryzyko nie traci już na wartości. W obecnym środowisku otwarta jest zwłaszcza droga do jego umocnienia względem bezpiecznego jena. USD/JPY już teraz powrócił ponad 106,00 a przebicie 106,50 będzie eksponować okolice 107,50. EUR/USD jest blisko 1,17, czyli poziomu poniżej którego zostałby potwierdzony lokalny szczyt (1,1920).

Przy braku awersji do ryzyka funt jest silniejszy od euro. W rezultacie, tak długo jak utrzymywać się będzie niezmącony optymizm, kurs EUR/GBP erodować powinien coraz niższe pułapy. Podobnie wygląda sytuacja na Antypodach. Dolar australijski jest mocniejszy niż nowozelandzki. Dziś w nocy RBNZ decydować będzie o stopach i zakładamy, że podtrzyma bardziej gołębie nastawienie. W rezultacie zakładamy, że cross regionalny w koszyku walut surowcowych AUD/NZD będzie kontynuował zwyżki. Kurs EUR/PLN pozostaje w bardzo wąskim przedziale wahań powyżej 4,39. Zakładamy, że pole do umocnienia złotego (jak również a właściwie przede wszystkim forinta) zostało wyczerpane.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Czy kupujący mieszkania mają trudności z uzyskaniem kredytu

0

Jak wiele osób chcących kupić mieszkania dostaje odmowne decyzje kredytowe? Jak często klienci deweloperów zmuszeni są zrezygnować z zakupu lokalu? Czy wydłużył się czas konwersji umowy rezerwacyjnej w umowę przedwstępną? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl 

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.  

Z uwagi na obecną sytuację, wprowadziliśmy dla klientów szereg udogodnień, m.in. wydłużyliśmy okres obowiązywania umowy rezerwacyjnej. Dzięki temu klienci mają więcej czasu na decyzję i sprawdzenie swojej zdolności kredytowej na przykład u jednego z naszych doradców finansowych. Jednocześnie sam proces pozyskiwania kredytu wydłużył się, co przekłada się na dłuższy okres przekształcenia się umowy rezerwacyjnej w umowę deweloperską.

Pandemia, wprowadzony lockdown oraz zaostrzenie polityki kredytowej przez banki wpłynęły także na spadek zdolności nabywczej części klientów. Szczególnie dotknięte zostały osoby pracujące w branżach takich jak turystyka czy transport. Tym samym odsetek odstąpień od zakupu mieszkania w najgorszym momencie był nawet dwukrotnie wyższy w porównaniu z poprzednimi latami.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Faktycznie czas konwersji umowy rezerwacyjnej w umowę przedwstępną istotnie się wydłużył. Rezygnacje z kupna zarezerwowanego lokalu nie są jednak częstym procederem. Zaostrzenie polityki kredytowej banków nie zmieniło wiele. Powody, dla których klienci decydują się na rezygnację z zakupu zarezerwowanego mieszkania bywają różne. Część osób jest zmuszona do zaniechania zakupu lokalu przez trudności związane z pozyskaniem finansowania. Motywem decyzji bywają również względy osobiste, jak utrata pracy. Mając na uwadze trudności, z jakimi zmagają się klienci, staramy się wychodzić naprzeciw oczekiwaniom modyfikując na przykład wysokość transzy i terminy płatności.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Nie zauważamy obecnie pogorszenia sytuacji na rynku kredytów hipotecznych. Nasi klienci mają pełne wsparcie współpracujących z nami doradców finansowych. To obniża ryzyko odmowy kredytu i braku finansowania. Oferujemy bezpłatną pomoc sprawdzonych ekspertów finansowych, który pomagają we wszelkich kwestiach związanych z finansowaniem zakupu mieszkania. Sprawdzą zdolność kredytową w 15 bankach i podpowiedzą najkorzystniejszą ofertę dostępną na rynku.

Warto podkreślić, że nadal ponad 45 proc. naszych klientów kupuje mieszkania za gotówkę, co stabilizuje sprzedaż zarówno w krótkim, jak i długim terminie. Dlatego nie potwierdzamy wydłużenia czasu konwersji umów. Klienci powrócili do zainteresowania zakupem mieszkania, często poszukują też nowego lokum ze względu na coraz popularniejszą pracę zdalną.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Z całą pewnością wydłużył się czas zapadalności decyzji klientów o zakupie lokalu i wydłużył się proces administracyjny związany z pozyskiwaniem finansowania zewnętrznego po wybuchu pandemii. Klienci nie zawsze podają powód rezygnacji z transakcji, w związku z czym trudno wskazać szacunkową proporcję odstąpień od umowy rezerwacyjnej spowodowanych brakiem finansowania i innymi przyczynami. Odmowne decyzje kredytowe zdarzają się w podobnej ilości, jak w przeszłości przed pandemią. W związku ze zmniejszeniem obostrzeń rządowych w ujęciu ogólnym widoczne jest stopniowe powracanie części banków do tradycyjnej polityki udzielania kredytów.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Klienci, którzy decydują się na zakup mieszkania w inwestycjach klasy premium, które mamy w ofercie, m. in.: Bliska Wola Tower w Warszawie, Hanza Tower w Szczecinie, czy Osiedle Nowe Tysiąclecie w Katowicach na ogół nie mają problemów z otrzymaniem kredytu. Sytuacje rezygnacji z powodu braku finansowania kredytem zdarzają się sporadycznie, gdyż tylko niewielki procent naszych klientów ubiega się o finansowanie na początkowym etapie zakupu. W przeważającej liczbie klienci, jeśli w ogóle biorą kredyt, to na mniejszą część wartości lokalu. Dlatego relatywnie niewielki procent spotyka się z odmową lub obniżeniem zdolności kredytowej. Najczęściej dotyka to osoby prowadzące działalność gospodarczą, nawet gdy utrzymały dochody na tym samym poziomie co przed pandemią. Nie zaobserwowaliśmy by czas konwersji umowy rezerwacyjnej w umowę przedwstępną wydłużył się wskutek zaostrzenia polityki kredytowej przez banki. Po podpisaniu umowy rezerwacyjnej klienci mają około 3-7 dni na podpisanie umowy deweloperskiej/przedwstępnej i przeważnie dotrzymują tego terminu. Niewątpliwie jednak obecne zaostrzenie polityki finansowej przez banki, z których wiele podniosło wymagany wkład własny z 10 nawet  do 30 proc., utrudnia lub wyklucza zaciągnięcie kredytu, a co za tym idzie zmniejsza motywację do zakupu mieszkania pewnej grupy klientów.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Nie widzimy większych zmian, jeśli chodzi o czas i przebieg procesu konwersji rezerwacyjnych na umowy przedwstępne, proces przebiega bez zakłóceń.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Nie zauważyliśmy szczególnego wzrostu ilości rezygnacji spowodowanych brakiem zdolności kredytowej. Takie przypadki miały miejsce również przed pandemią. Obserwujemy jednak znaczące wydłużenie okresu procedowania kredytów hipotecznych. Rekordziści zawierają umowy deweloperskie po 4 miesiącach od podpisania umowy rezerwacyjnej.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest 

Klienci, którzy dotychczas podpisali z nami umowy rezerwacyjne w większości przypadków podpisali umowy deweloperskie. Są jeszcze klienci, którzy potrzebują więcej czasu na to, by ostatecznie zdecydować o zakupie. Obecnie jest czas weryfikacji klientów przez banki i wkrótce okaże się ilu nabywców otrzyma decyzje pozytywne, a ile osób będzie musiało odłożyć zakup mieszkania na później. Zdarzyły się też w ostatnim czasie rezygnacje z umów rezerwacyjnych ze względu na pogorszenie się sytuacji finansowej klientów w związku z pandemią, zakończone brakiem uzyskania finansowania w banku.

Edyta Kołodziej, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w Nickel Development

Od początku pandemii mieliśmy do czynienia z pojedynczymi przypadkami odstąpienia od rezerwacji. Większa część z nich nie wiązała się jednak z przyczynami finansowymi. Dostajemy natomiast sygnały o wydłużonych okresach procedowania wniosków kredytowych od klientów, którzy proszą o przedłużenie umów blokady.

Agata Zambrzycka, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Aria Development

Nie widzimy wydłużenia się czasu konwersji umowy rezerwacyjnej w umowę przedwstępną. Nasi klienci załatwiają wszystkie formalności związane z kredytem od razu po podpisaniu umowy deweloperskiej lub przedwstępnej. Rzeczywiście obserwujemy wydłużenie procesu uzyskiwania kredytów. Rozumiemy zaistniałą sytuację i dlatego oferujemy elastyczne warunki i 60-dniowy termin na załatwienie wszystkich formalności kredytowych.

Mieliśmy kilku klientów wykonujących zawody wyższego ryzyka w czasie pandemii tj. fryzjer, kosmetyczka, czy lekarz, którym banki odmówiły kredytowania bądź uzyskali niższą kwotę kredytu. Były to jednak jednostkowe przypadki.

Autor: Dompress.pl

Prognoza dla bankowości – co zmieniła pandemia? 

0

Ekonomiści wskazują, że aby utrzymać płynność finansową po kryzysie związanym z koronawirusem, banki będą musiały przeprowadzić zmiany w kluczowych obszarach. Przyspieszyć ma proces cyfryzacji i rozwój technologiczny, szczególnie w kwestii wykorzystania architektury mikroserwisów, sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Zmianie ma ulec podejście do zarządzania aktywami, inwestycjami oraz polityki kredytowej. Banki mają też zwiększać konkurencyjność względem coraz bardziej innowacyjnych fintechów, challenger i neo banków.

Choć pierwsza fala niepewności związanej z epidemią koronawirusa wydaje się być za nami, a kolejne obszary gospodarki rozpoczynają proces odmrażania wygląda na to, że dla wielu branż to nie koniec zmian, a zaledwie ich początek. Jednym z takich sektorów jest niewątpliwie bankowość, na kondycji której odbiły się niższe stopy procentowe, wakacje kredytowe oraz wszystkie inne ekonomiczne konsekwencje epidemii. Dziś, wobec prognoz ekonomistów wskazujących na możliwy spadek polskiego PKB o nawet 1%, banki stoją zatem przed wyzwaniem sporych zmian.

Aby utrzymać płynność finansową, sektor bankowy będzie musiał wprowadzić modyfikacje w kluczowych obszarach swojej działalności. Przede wszystkim w podejściu do zarządzania aktywami, inwestycjami czy ofertami dla klientów. Konieczny będzie także intensywny rozwój technologiczny branży finansowej, która zacznie wykorzystywać dorobek architektury mikroserwisów, uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji. Pojawi się przestrzeń na to, aby tradycyjna bankowość mogła czerpać inspirację w obszarze innowacji od zaawansowanych technologicznie fintechów. Inaczej mówiąc, pandemia przyspieszy proces zmian, w kierunku których bankowość zmierzała od momentu wejścia w życie dyrektywy PSD2 – mówi Michał Mazur, senior business development manager z INCAT.

Elastyczność i bezpieczeństwo stają się koniecznością

Jak tłumaczy ekspert z INCAT, choć banki od pewnego czasu podążają ścieżką cyfryzacji, doświadczenia ostatnich miesięcy najprawdopodobniej mocno ten proces przyspieszą. Wraz z wybuchem pandemii organizacje stanęły bowiem przed wieloma wyzwaniami, takimi jak konieczność przeniesienia obsługi klienta do sieci, organizacji pracy zdalnej dla pracowników oddziałów czy poradzenia sobie ze wzrostem obciążeń bankowości elektronicznej i mobilnej. Dla wielu banków te nowe doświadczenia oznaczają konieczność dalszych modyfikacji określonych obszarów funkcjonowania dla poradzenia sobie z długoterminowymi kłopotami finansowymi. Choć czas na inwestycje w technologie wydaje się z tej perspektywy nie najlepszy, wygląda na to, że aby zachować konkurencyjność i klientów, banki będą zmuszone rozwinąć się technologicznie w stosunkowo niedługim czasie.

Co więcej, ze względu na rosnącą w ostatnim czasie aktywność bankowości mobilnej i desktopowej, z której korzysta już ponad 14 milionów Polaków, ważne będzie wdrożenie jeszcze bardziej zaawansowanych zabezpieczeń, które uchronią klientów i same banki przed zagrożeniami niesionymi przez komunikację w sieci. Postępować więc będzie automatyzacja procesów, co może przynieść bankom dalekosiężne oszczędności, zwłaszcza w sytuacji gdy, po doświadczeniach pandemii, jeszcze więcej wątpliwości będzie wzbudzać zasadność utrzymywania tak wielu stacjonarnych placówek bankowych oraz stanowisk, na których obowiązki można stosunkowo łatwo przekazać maszynie. Ponadto, jak zwraca uwagę Michał Mazur, ze względu na szybko rosnące oczekiwania klientów i konieczność stałego poszerzania oferty, banki będą uzupełniać infrastrukturę systemów monolitycznych, które są typowe dla branży finansowej, o rozwiązania oparte na architekturze mikroserwisów, czyli wielu niezależnych od siebie modułów, realizujących określoną funkcjonalność w systemie. Tylko takie podejście umożliwi odpowiedni poziom dynamiki rozwoju innowacyjnych funkcjonalności.

Będzie to konieczne ponieważ, aby zachować konkurencyjność, kluczowa będzie szybka reakcja na to, czego oczekują klienci, a trudno to zrealizować w systemach monolitycznych, w których, w dużym uproszczeniu, zmiana jednej funkcjonalności pociąga za sobą konieczność dostosowywania całego systemu. Mikroserwisy, które charakteryzują się dużą skalowalnością oraz elastycznością, adresują ten problem i wydają się być jednym z właściwych kierunków rozwoju. Doświadczenia pandemii pokazały, że w skrajnych sytuacjach decydujący jest czas, świadomość technologiczna i umiejętność dostosowania się do okoliczności. Moim zdaniem to właśnie te czynniki, wspierane zaawansowaną technologią, zaważą na tym, które instytucje przetrwają i utrzymają status konkurencyjnych graczy na rynku – tłumaczy ekspert.

To przekonanie podzielają autorzy raportu “The impact of artificial intelligence in the banking sector & how AI is being used in 2020” (Business Insider), którzy wskazują na jeszcze jeden aspekt, mianowicie oszczędności. Według ich danych, łączne potencjalne oszczędności dla banków wynikające z implementacji aplikacji AI szacuje się na 447 miliardów dolarów do 2023 roku, z czego 416 miliardów dolarów przypada na front i middle office. Nic więc dziwnego, że aż 75% banków wskazuje w swojej strategii rozwoju na plany związane z implementacją warstwy AI. Strategie te, według wspomnianego raportu, bazują przede wszystkim na holistycznym podejściu, obejmującym AI zarówno w obszarze administrowania danymi, zarządzania zasobami ludzkimi, czy też, idąc o wiele dalej, w tworzeniu linii biznesowych instytucji finansowych.

Na rosnące znaczenie elastyczności w branży bankowej wskazuje także Capgemini, w swoim raporcie World Retail Banking Report. Według ekspertów, nowoczesna bankowość będzie się wkrótce opierać na standardzie szybkiego wdrożenia, podejmowania ryzyka biznesowego oraz upraszczania i automatyzowania procesów wewnętrznych. Oparcie tych przemian na technologii mikroserwisów, wydaje się więc słusznym kierunkiem rozwoju.

Zmiany napędzane nie tylko przez pandemię

Podkreślmy, że zmiany w podejściu banków do innowacji rozpoczęły się jeszcze przed wybuchem pandemii. Za kluczowy uznaje się rok 2019 rok oraz wdrożenie unijnej dyrektywy PSD2 (Payment Services Directive 2), której celem jest bezpieczne wdrożenie idei regulowanego open bankingu. Dyrektywa dała możliwość korzystania z tzw. otwartej bankowości, inaczej mówiąc – kategorii usług płatniczych świadczonych przez zewnętrznych dostawców (Third Party Providers). Dyrektywa pozwoliła takim podmiotom na dostęp do rachunków użytkownika w różnych bankach, realizację płatności na zlecenie zewnętrznego dostawcy czy też weryfikację kwoty na rachunku przed realizacją usługi.

Co kluczowe, realizacja założeń otwartej bankowości dała ogromne pole do rozwoju podmiotom spoza sektora bankowego, które oferują usługi finansowe, takim jak fintechy, challenger banki czy neo banki. Wdrożenie dyrektywy spowodowało, że tradycyjne banki stanęły więc przed konkurencją w postaci podmiotów pozabankowych, które nadal mają dużą szansę na zawłaszczenie sporej części tortu, jakim jest rynek usług finansowych. To wszystko sprawiło, że banki już w ubiegłym roku zaczęły dostrzegać konieczność zmian w zakresie oferty i obsługi klienta, tak aby dotrzymać kroku fintechom, które wręcz prześcigają się w oferowaniu innowacji.

Poza tym otwarta bankowość zwiększyła konkurencyjność pomiędzy bankami. Pozwalając na pełną analizę nowego klienta w kontekście dostępnych danych, dyrektywa PSD2 z jednej strony ułatwiała personalizację oferty, ale z drugiej utrudniła utrzymanie lojalności klienta. Rosnąca transparentność banków i większa konkurencyjność wygenerowała więc nie tylko rozwój produktowy, ale także, a może przede wszystkim – technologiczny.

Także specjaliści z Deloitte nie mają wątpliwości, że banki powinny rozpocząć swoją transformację technologiczną już teraz, jak wynika z raportu “Opening banking through architecture re-engineering”. Droga do nowoczesnej bankowości, choć stanowi wyzwanie, daje możliwość jeszcze szybszego wzrostu oraz tworzenia nowych modeli biznesowych. Ważne jednak, na co wskazuje Deloitte, by w całym procesie zmian nie zapominać o aktualnym środowisku technicznym i ograniczeniach związanych z funkcjonowaniem branży bankowej, takich jak wymagana zgodność z legislacją czy mocno oprocedurowany ekosystem finansowy. W związku z tym trudno mówić o rewolucji w bankowości, a raczej o tworzeniu podwalin pod dalszy rozwój technologiczny.

Wykorzystywanie sztucznej inteligencji czy uczenia maszynowego przyniosą w bankowości dużą oszczędność czasu i kosztów, a także wpłyną na cyberbezpieczeństwo, zwłaszcza w kontekście zapobiegania defraudacjom lub nadużyciom finansowym. Dla banków będzie to także szansa na skuteczniejsze przewidywanie ryzyka operacyjnego, dzięki jeszcze dokładniejszej analizie ogromnej ilości różnorodnych danych spływających z wielu kanałów – podsumowuje Michał Mazur.

Autor: INCAT

Job crafting, czyli benefit szyty na miarę

0

Konieczność poprawy jakości doświadczeń zawodowych pracownika jest kwestią istotną – twierdzi 82% respondentów.[1] Wyzwaniem dla pracodawców jest organizacja pracy w taki sposób, by ścieżka kariery, ale także dodatkowe benefity, odpowiadały na oczekiwania i potrzeby pracowników. Odpowiedzią na nie jest job crafting – najnowszy trend realnie wpływający na jakość pracy, a w efekcie zwiększający poczucie sensu i zaangażowanie zespołu w wykonywane obowiązki. Czym jest i jak wygląda w praktyce modelowanie pracy?

Modelowanie pracy opiera się na inicjowaniu przez pracownika aktywnych działań w celu zmiany postrzegania wykonywanych obowiązków oraz kształtowania środowiska pracy i zasobów tak, by odpowiadały jego oczekiwaniom i potrzebom. Jest to proces oddolny, w którym pracownicy mają swobodę decydowania o tym, jak pracują. Ważne jest, że wiąże się to ze zmianą jakości pracy i zadowolenia z niej, a nie stanowiska.

Na wstępie należy rozgraniczyć zadowolenie z warunków zatrudnienia, czyli np. pensji, godzin pracy czy rodzaju umowy, od poprawy jakości pracy. Satysfakcjonujące „podstawy” są dobrym punktem wyjścia do wdrożenia job craftingu, dzięki któremu możemy wykonywać obowiązki zawodowe, wykorzystując swoje talenty, zainteresowania i preferencje.

Proces modelowania pracy obejmuje różnorodne działania. Eksperci wśród możliwych do wdrożenia rozwiązań wymieniają m.in.: podejmowanie się większej lub mniejszej liczby zadań, poszerzanie lub zmniejszanie ich zakresu, zmiana sposobu ich wykonywania, dostosowanie czasu i wysiłku poświęconego różnym zadaniom czy elastyczne dostosowywanie miejsca i godzin pracy.[2]

Nierzadko poziom satysfakcji z wykonywanej pracy podwładnych wzrasta po drobnym przearanżowaniu ról w zespole czy innym rozdzieleniu wykonywanych prac. – Zmiana podejścia do zadań lub rozwinięcie ich zgodnie z zainteresowaniami czy wartościami pracownika również może znacząco podnieść poziom ogólnego zadowolenia – tłumaczy Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska. Często niewielka zmiana potrafi dać ogromny efekt. Ze strony pracodawcy może to być zapewnienie pracownikowi realnego wpływu na komfort pracy np. włączając go w proces wyboru i zakupu oprogramowania, by mógł wybrać takie, na którym najwygodniej i najefektywniej mu się pracuje  – dodaje dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Potencjał zespołu drzemie w pracownikach

Bardzo ważnym czynnikiem motywacyjnym jest dobre poznanie pracowników przez przełożonego oraz znajomość ich potrzeb i reagowanie na nie. Może to pomóc pracownikom zwiększyć satysfakcję z pracy, a także zmniejszyć ryzyko wypalenia zawodowego. Pracodawca świadomy mocnych stron poszczególnych członków swojego zespołu odpowiednio rozdziela pracę na poszczególnych stanowiskach oraz kieruje rozwojem pracowników z uwzględnieniem indywidualnych aspiracji. W Perfetti Van Melle pracownikom oferujemy jasno wytyczoną ścieżkę kariery, a plan rozwoju danego pracownika ustalamy w porozumieniu z nim, by jak najlepiej odpowiedzieć na aktualne potrzeby zarówno pracownika, jak też firmy oraz rozwijać potencjał danej osoby – zaznacza Tikhomiroff.

Poza poprawą poziomu satysfakcji z pracy job crafting może być również receptą na problemy społeczne, w tym wykluczenie na rynku pracy. Przykładowo właściwie wdrażane w przedsiębiorstwach rozwiązania w tym zakresie mogą zwiększyć komfort osób niepełnosprawnych, które już są aktywne na rynku pracy, a dzięki zaproponowanym przez nie zmianom stworzyć kolejne efektywne miejsca pracy, dostosowane do ich potrzeb.

[1]  Deloitte Trendy HR 2019. Zmiana w zarządzaniu – człowiek w centrum uwagi.

[2] Job Carving and Job Crafting A review of practices, Komisja Europejska, maj 2019

Żywność i usługi drożeją najbardziej. Wyraźniej taniej kupimy odzież, obuwie i samochody

Inflacja i skutki lockdownu oraz trwającej wciąż pandemii coraz bardziej dają się we znaki. Niemal czterech na pięciu Polaków odczuwa wzrost cen, a  ponad połowa ma większe problemy z codziennymi wydatkami niż przed koronawirusem. Ale nawet jeśli komuś wiedzie się lepiej niż wcześniej i tak z obawy o przyszłość, problemy gospodarki, wzrost bezrobocia zastanawia się jak ograniczać koszty. Oszczędzać chce prawie każdy – wynika z badania przeprowadzonego przez research&grow na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Nie jest to dobra wiadomość dla gospodarki.

Inflacja nie odpuszcza, według sygnalnych danych GUS, w lipcu wyniosła 3,1 proc. Głównie za sprawą żywności oraz energii. W I półroczu ceny towarów i usług konsumpcyjnych podwyższyły się w porównaniu z I półroczem 2019 r. jeszcze bardziej, bo o 3,9 proc. – to średnia, bo np. owoce zdrożały o  22 proc., mięso wieprzowe  o 17,4 proc., wędliny o 12,9 proc., a cukier o 9 proc. Więcej kosztuje użytkowanie mieszkania przede wszystkim z powodu podwyżki o ponad połowę kosztów wywozu śmieci oraz wzrostu cen energii elektrycznej, o prawie jedną ósmą. Swój udział w inflacji mają też drożejące usługi (średnio o 6,6 proc.), najbardziej poszły w górę ceny usług finansowych, o ponad 13 proc., fryzjerskich i kosmetycznych o 9 proc., odpłatna wizyta u lekarza kosztuje ok. 8 proc. więcej niż w I półroczu 2019 r., a u stomatologa blisko 9 proc. więcej.

Staniały natomiast odzież (o 3,4 proc.) i obuwie (o 1,6 proc.), nieznacznie także urządzenia gospodarstwa domowego (1,3 proc.), meble i wyposażenie wnętrz (1,1 proc.). Wyraźniej mniej kosztują paliwa, transport i samochody.

Jest pandemia i wzrost cen

Czy Polacy zauważyli zmianę cen? Niemal 9 na 10 (88 proc.) zauważyło. Zdecydowana większość badanych, bo 8 na 10 mówi, że wydaje więcej,  co dziesiąty, że mniej – wynika z badania przeprowadzonego przez research&grow dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

Jest pandemia i wzrost cen
Źródło: Badanie research&grow dla BIG InfoMonitor

Podwyżki cen najłatwiej dostrzec w trakcie zakupów żywności i właśnie 62 proc. Polaków wskazało, że najbardziej drenujące dla kieszeni są wizyty w sklepie spożywczym. Choć z wyjątkiem masła trudno znaleźć w tabelach GUS przykłady obniżek produktów żywnościowych, to niemała grupa, bo 12 proc. Polaków odnosi wrażenie, że płaci za żywność mniej niż wcześniej.  Co piąty (19 proc.) badany zauważył, że podrożały usługi beauty i dentystyczne. W wielu przypadkach jest to m.in. wynikiem reżimu sanitarnego, do którego oferujący tego typu usługi musieli się dostosować. Według GUS ceny tych usług średnio poszły w górę o 9 proc., ale najwyraźniej nie wszędzie, bo 7 proc. ankietowanych informuje, że po ponownym otwarciu gabinetów piękności i stomatologicznych udało im się wydać tam mniej niż przed pandemią. Respondenci docenili natomiast spadek cen sprzętu AGD/RTV oraz odzieży, odnotowany przez GUS. Dostrzegła go jedna trzecia badanych. Szczególnie ubrania i obuwie zachęcają cenami, bo do promocji wymuszonych przez lockdown dochodzą obniżki na letnich wyprzedażach.

największy wzrost cen
Źródło: Badanie research&grow dla BIG InfoMonitor

Lepiej oszczędzać na wszelki wypadek

Bilans wynikający ze zmian cen oraz pogorszenia sytuacji finansowej przez blokadę gospodarki sprawiły, że ostatecznie ponad połowa badanych mówi, że dziś radzi sobie gorzej z codziennymi wydatkami. Trudniej przychodzi zapełnienie koszyka podstawowymi produktami, spłata rat kredytów i regulowanie bieżących rachunków.  – Fakt, że sytuacja wielu osób stała się bardziej skomplikowana widzimy po danych na temat nieopłaconych w terminie rachunków i rat kredytów w Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK.  Zaległości konsumentów w kwietniu i maju wzrosły o ponad 1,2 mld zł, dwukrotnie bardziej niż w całym drugim kwartale zeszłego roku. Przybyło też 30,5 tys. nowych niesolidnych dłużników. Łączna suma zaległości konsumentów zbliżyła się do 81 mld zł – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. 

Prawie połowa mówi też, że pogorszyło się z oszczędnościami, bo albo trzeba je naruszyć, albo trudniej teraz cokolwiek odłożyć. Są też jednak osoby, którym obecnie wiedzie się lepiej niż jeszcze na początku roku, co szóstego badanego mniej martwią codzienne wydatkami, a i możliwości na odłożenie pieniędzy też się poprawiły (odpowiednio 17 i 18 proc.). Ostatecznie jednak niemal wszyscy stwierdzają, że  starają się ciąć koszty i żyć oszczędniej niż przed pandemią. Na pytanie: „Czy oszczędzasz?”, tylko co 11. (9 proc.) odpowiedział, że nie. Reszta tnie wydatki i to mocno. Aż dwie trzecie mówi, że stara się kupować wyłącznie najpotrzebniejsze rzeczy, niemal połowa nie planuje urlopu, w sytuacji gdy zwykle nie korzystało z letniego wypoczynku ok. 22 proc. Nowa rzeczywistość skłoniła jedną trzecią badanych do poszukiwania tańszych dostawców usług. Podobnie też co trzeci respondent stara się kupować tylko na promocjach. Niemal trzech na 10. wdraża plan ograniczenia wysokości płaconych rachunków, co piąty badany chętniej kupuje rzeczy używane, 15 proc. częściej wspiera codzienne wydatki pieniędzmi z programu 500 plus, a 9 proc. częściej kupuje na raty.

pogorszyło się z oszczędnościami
Źródło: Badanie research&grow dla BIG InfoMonitor

– Badania zrealizowane na zlecenie Rejestru Długów BIG InfoMonitor pokazują, że również  finansowo życie codzienne stało się trudniejsze. Ogólna atmosfera i obawy powodują, że wzrosła skłonność do poszukiwania oszczędności i cięcia wydatków. Oglądanie złotówki dwa razy, zanim się ją wyda, deklarują też osoby, których sytuacja się poprawiła. To najlepiej pokazuje, że pandemia uszczupliła nie tylko budżety, ale też finansowy optymizmNegatywne nastawienie powoduje, że wydajemy mniej, a to niestety dodatkowo nakręca dekoniunkturę gospodarczą wzmacniając lęk o przyszłość. Ostrożność jest jednak niezwykle ważna, bo przeszacowanie możliwości niestety może zakończyć się dla niepłacącej zobowiązań osoby w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor  – mówi Sławomir Grzelczak.  Na koniec maja w rejestrze znajdowało się ponad 2 mln 261 tys. osób, zgłoszonym m.in. przez telekomy, operatorów telewizji kablowej, sądy, spółdzielnie i zarządców nieruchomości, ubezpieczycieli czy leasingodawców. Kolejne 1 mln 260 tys. osób miało w BIK opóźnioną o co najmniej 30 dni spłatę rat kredytów na min. 200 zł.

Rośnie jedynie sprzedaż mebli i sprzętu RTV, AGD oraz sklepów wyspecjalizowanych

Narzucone sobie przez Polaków i lockdown ograniczenie w zakupach dobrze odzwierciedlają dane GUS na temat dynamiki sprzedaży detalicznej. Według statystyk, które nie uwzględniają zmian cen, Polacy więcej niż przed rokiem kupili jedynie mebli oraz sprzętu RTV i AGD. Najbardziej stopniała sprzedaż pojazdów, odzieży i obuwia oraz paliwa. Choć dla wielu może to być zaskoczeniem sprzedało się też mniej żywności oraz prezentowanych łącznie leków i kosmetyków. Na liczby mocno rzutuje trwający, w zależności od branży, ponad półtora miesiąca lub dłużej lockdown, ale również w samym czerwcu gdy już otworzyło się wszystko obok mebli, AGD i RTV, lepiej niż przed rokiem radziła sobie tylko sprzedaż w wyspecjalizowanych sklepach m.in. prasa i książki.

–  Nasi ankietowani zdecydowanie odczuli pogorszenie sytuacji. Na każdym kroku dostrzegamy wzrost cen – zarówno towarów, jak i usług. Wiele osób straciło w czasie kryzysu źródło dochodu, lub też zaczęło mniej zarabiać i musi korzystać ze zgromadzonych oszczędności. Nie ma wątpliwości, że w najbliższych miesiącach Polacy będą bardziej kontrolować swój domowy budżet i przeznaczać pieniądze na najpotrzebniejsze rzeczy. Pytanie, jak z tą przezornością poradzi sobie gospodarka poturbowana już wcześniej spadkiem popytu ze względu na lockdown? – podsumowuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Badanie zrealizowane dla BIG InfoMonitor przez research&grow techniką CAWI na ogólnopolskiej próbie reprezentatywnej Polaków N=1000, w dniach 10-13 lipca 2020 r.

Dobre nastroje w przemyśle pomimo „powrotu” wirusa. Farmacja i chemia kontynuują szturm

W lipcu wartość Giełdowego Indeksu Produkcji wzrosła o 11,14% do 767,58 pkt. głównie za sprawą Mercator Medical i Biomed-Lublin, które kontynuują niesamowity wzrost wartości rynkowej, osiągając tylko w lipcu trzycyfrowe stopy zwrotu i napływu kapitału inwestorów rzędu miliarda złotych.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc lipiec. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

„Dla akcji polskich producentów z indeksu GIP60 lipiec rozpoczął się bardzo dobrze i w ciągu kilku pierwszych dni wartość indeksu wzrosła o ponad 30 pkt. Kolejne sesje przyniosły ostudzenie nastrojów na parkiecie w wyniku czego kurs GIP60 zatrzymał się w okolicach 720 pkt. Taka sytuacja trwała aż do 20 lipca, kiedy porozumienie w sprawie unijnego funduszu odbudowy po kryzysie stało się faktem, a Główny Urząd Statystyczny opublikował dane o produkcji przemysłowej za czerwiec. Porozumienie unijne zakłada rekordowy fundusz stymulujący, natomiast według szacunków GUS wzrost produkcji polskiego przemysłu wyniósł w czerwcu 0,5% r/r (średnia oczekiwań to -6,9% r/r). Nic więc dziwnego, że obie informacje dostarczyły paliwa do solidnych wzrostów na warszawskiej GPW. Tylko w ciągu dwóch sesji po wspomnianych informacjach Giełdowy Indeks Produkcji wzrósł o kolejne 60 pkt. osiągając poziom o kilkanaście procent wyższy niż na początku miesiąca.

Na uwagę zasługują jeszcze dwie ostatnie sesje lipca: przedostatnia, którą przez dużą skalę spadków można uznać czarnym czwartkiem lipca, oraz ostatnia kiedy ceny akcji równie mocno odbiły w górę. Ostatecznie GIP60 osiągnął wartość 767,58 i obronił dwucyfrowy miesięczny wzrost wartości (11,14%). Znacznie powyżej 1,8% zwrotu wypracowanego przez indeks szerokiego rynku WIG, a nawet sporo więcej od indeksu SWIG80, który również powtarza serię wzrostowych miesięcy, rosnąc tym razem o kolejne 7,6%.

Farmacja i chemia kontynuują szturm

To już kolejny miesiąc w tym roku, w którym głównymi motorami wzrostu GIP60 były spółki farmaceutyczne, rosnące średnio o 37,30%, oraz producenci z branży chemicznej, których średnia miesięcznego wzrostu wyniosła 28,28%. Tym razem jednak dołączyli do nich producenci z branży drzewnej, których wartość rynkowa wzrosła w lipcu średnio o 12,20%. Na przeciwległym biegunie spółki spożywcze (średnio -12,09% m/m) i motoryzacyjne (-3,46%). Nieznacznie inne wyniki dała analiza w przekroju branżowym dla całej WGPW. Bo o ile indeks WIG-LEKI wzrósł w lipcu aż o 42%, co było najlepszym wynikiem ze wszystkich indeksów sektorowych, to już WIG-CHEMIA spadł w lipcu o 4,5% m/m. Z sektorów omijanych w lipcu przez większy kapitał inwestycyjny WIG-SPOŻYW spadł o 3,3% m/m, a WIG-MOTO spadł o 2,2%.

Mercator i Biomed ciągle na szczycie

Wzrost ceny akcji z 80,20 do 330 zł (+311,47%)  i zwycięstwo w lipcowej klasyfikacji GIP60 przypadły spółce Mercator Medical S.A.  wzrost rynkowej wartości spółki w tak trudnych warunkach był możliwy dzięki kolejnym dużym kontraktom sprzedażowym, a także ogłoszonym przez spółkę planom rozbudowy mocy produkcyjnych. Dodatkowo rozwój pandemii w różnych częściach świata ciągle pobudza popyt na produkty spółki i nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie miało się coś zmienić w tej sprawie. W efekcie kapitalizacja spółki, która jeszcze na początku br. była wyceniana przez rynek na ok. 200 mln zł, tylko w lipcu wzrosła o kolejne 2,6 mld zł, osiągając na koniec lipca wartość rynkową na poziomie 3,5 mld zł.

Drugie miejsce lipcowego rankingu GIP60  Biomed-Lublin Wytwórnia Surowic i Szczepionek S.A. Wzrost wartości rynkowej o 258,21% m/m wiąże się z oczekiwanymi wynikami prac nad medykamentami wspomagającymi skuteczną terapię u pacjentów zarażonych wirusem SARS-CoV-2 i jest napędzany głównie przez obawy inwestorów przed dalszą eskalacją pandemii. Również w przypadku tej spółki wzrost wartości rynkowej nie ma precedensu w historii spółki. Biomed-Lublin na początku roku był wyceniany na ok. 65 mln zł, a na koniec lipca już prawie 1,5 mld zł, z czego tylko w lipcu przyrosło spółce ponad 1 mld wartości rynkowej.

Miejsce trzecie klasyfikacji GIP60 w lipcu dla spółki Primetech S.A., za wzrost ceny akcji z 0,83 zł do 1,44 zł, co dało miesięczny wzrost wartości rynkowej o 73,49%. Kurs akcji katowickiego producenta sprzętu górniczego niemal podwoił swoją wartość po wezwaniu spółki Famur (właściciel większościowy) do zapisywania się na sprzedaż akcji Primetech.

Oprócz wspomnianych trzech spółek na uwagę zasługuje także LPP S.A., czyli gdański projektant, producent i dystrybutor odzieży. W wartościach bezwzględnych wzrost wartości rynkowej spółki wyniósł w lipcu 1,65 mld zł, co było drugim wynikiem w całym portfelu GIP60. Ze względu na tzw. efekt wysokiej bazy wzrost ceny akcji LPP w lipcu w wartościach względnych wyniósł „jedyne” 14,81%, co nie dało jej miejsca na podium klasyfikacji GIP60.

Dobre nastroje wróciły do przemysłu

Odczyty wskaźników koniunktury bazujących na ankietach wśród spółek produkcyjnych, ale też twarde dane instytucji statycznych pokazują, że odbicie w przemyśle wzmacnia swoją siłę. Jednak nie należy przesadzać z optymizmem gdyż potencjalne skutki masywnego tąpnięcia z pierwszej połowy br. mogą ujawniać się dopiero w kolejnych miesiącach, a nawet latach. Dobór środków, które uchroniły nas podczas zamrożenia gospodarki zwiększyły drastycznie dług publiczny, co było konieczne, ale nie zwiększa to siły gospodarki. Warto jeszcze pamiętać, że ciągle wisi nad nami widmo drugiej fali pandemii, która dla wielu gospodarek może okazać się gwoździem do trumny. Być może nie doświadczymy już tak drastycznych ograniczeń administracyjnych w sferze gospodarczej, ale z pewnością nawrót epidemii będzie kosztowny zarówno dla pojedynczych osób, jak i całych przedsiębiorstw oraz sektorów. Wyjątkiem są firmy, które na pandemii mogą zarobić. A te w ubiegłym miesiącu urosły do rozmiarów niespotykanych w swojej historii, więc wygląda na to, że inwestorzy szacują ryzyko rozwoju pandemii na bardzo prawdopodobne.”

***

Giełdowy Indeks Produkcji to wspólne przedsięwzięcie firmy DSR, serwisu analitycznego „Produkcja.Expert” oraz Wydziału Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej.

Indeks obejmuje 60 spółek produkcyjnych notowanych na Rynku Podstawowym GPW i pokazuje zmianę nastrojów inwestorów w stosunku do spółek z branży produkcyjnej. Ze względu na precyzyjną analizę wyników poszczególnych przedsiębiorstw produkcyjnych indeks GIP może stanowić wiarygodny barometr faktycznego stanu sektora produkcyjnego.

Giełdowy Indeks Produkcji jest indeksem typu cenowego, więc przy jego kalkulacji nie uwzględnia się dochodów z tytułu dywidend. Za dzień bazowy (pierwszy dzień publikacji, w którym indeks przyjął wartość 1000) został uznany dzień 1 stycznia 2016 roku.

Brokerzy, spready i początkujący inwestorzy. Na co należy uważać?

Od dłuższego czasu, jeszcze przed pandemią, mówiło się o tym, że Polacy szukają alternatyw dla zbyt drogich inwestycji mieszkaniowych i miernie oprocentowanych lokat. Alternatywą stał się rynek terminowy, gdyż można grać na nim zarówno na wzrosty, jak i na spadki, a w trakcie pandemii miały miejsce incydenty, które bezprecedensowo podniosły zmienność, a tym samym możliwość zarobku. Pojawiły się m.in. problemy z płynnością na rynku złota czy krach na rynku ropy, co zmobilizowało niezdecydowanych do wejścia do świata inwestycji. Wielu z nich nie zdawało sobie sprawy z realiów handlu na rynkach finansowych. Na co należy uważać i co zrobić, by koszty transakcyjne były jak najniższe?

Wraz ze wzrostem zmienności rynkowej nastąpił wzrost liczby rachunków maklerskich. Trend ten na dobre rozpoczął się w marcu, był kontynuowany w kwietniu. Obecnie sytuacja się uspokoiła, ale tendencja jest jasna: Polacy coraz częściej myślą o inwestowaniu, o emeryturze i o dodatkowych zarobkach. Zaktywizowali się zarówno giełdowi inwestorzy instytucjonalni oraz indywidualni, otwierają dużo nowych rachunków.

Według Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych na koniec maja 2020 r. liczba otwartych rachunków maklerskich wyniosła 1 308 655. Oznacza to, że w maju przybyło 4770 rachunków. To najmniejszy przyrost od grudnia 2019 r. i jednocześnie zdecydowanie mniej niż w kwietniu (+18 tys.) oraz marcu (+29 tys.). Należy mieć jednak na uwadze, że nie wszystkie biura maklerskie są zobligowane do raportowania informacji o otwieranych rachunkach do tej instytucji, co oznacza, że boom na inwestycje w ostatnich miesiącach był jeszcze większy.

Jest to dobra informacja, bo – jak wynika z „Raportu dotyczącego sytuacji finansowej domów maklerskich w 2019 r.” Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego – liczba rachunków klientów w sektorze domów maklerskich spadła w 2019 r. o ponad 21% w stosunku do roku poprzedniego.

liczba rachunków inwestycyjnych
Źródło: Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych

KNF dostrzega też rosnące ryzyko dla oszczędzających na rynkach, które nie są objęte przez nią nadzorem, zwłaszcza że pieniądze wycofane z lokat trafiają na m.in. na niepewne weksle. Lista ostrzeżeń publicznych KNF więc rośnie, a rzecznik KNF ostrzega: „obecna sytuacja sprzyjać może pojawieniu się różnego rodzaju piramid finansowych”.

Wysoka płynność rynków

Dlatego warto korzystać z usług regulowanych podmiotów. Przedstawiciele jednego z najdłużej obecnych na polskim rynku domu maklerskiego – TMS Brokers – podkreślają, że ostatnie wydarzenia były bezprecedensowe, a do rynku i ryzyka zawsze należy mieć respekt. Jak dodają – obecnie szczególnym zainteresowaniem cieszą się kontrakty na różnice kursowe  – dają one bowiem możliwość zarabiania na wzrostach, jak i na spadkach notowań konkretnego instrumentu.

– Inwestowanie na rynku OTC (pozagiełdowym) jest zajęciem dynamicznym dzięki dźwigni finansowej, której zaletą jest mniejsze zaangażowanie kapitału. W większości przypadków są to inwestycje krótkoterminowe, opierające się o znaczną liczbę wykonanych transakcji. Wielu poczatkujących inwestorów skupia się wyłącznie na możliwości zarobku, zanim nauczą się świadomie podchodzić do zarządzania ryzykiem. Potem pojawia się frustracja kosztami transakcyjnymi i zwątpienie w rynek. Nie tędy droga – przekonuje Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC w TMS Brokers.

Zdaniem Zembika analizę kosztów lepiej zostawić na moment, gdy zarządzanie aktywami przyjdzie bez zbędnych emocji.

– Powinniśmy również mieć na uwadze to, ile kosztuje handel kontraktami. Wybierajmy zatem te instytucje, które oferują tani trading, a jednocześnie ich oferta jest transparentna. Dodatkowym atutem jest możliwość sprawdzenia, ile wynosiły koszty otwierania pozycji w przeszłości. Taką możliwość oferuje TMS Brokers – bez problemu można u nas sprawdzić spready historyczne, a handel na popularnych instrumentach należy do jednych z najtańszych na rynku. Przydatna może być też informacja jaka była średnia wielkość spreadu na konkretnym instrumencie (parze walutowej, indeksie giełdowym, surowcu) w przeciągu ostatniego miesiąca lub tygodnia – przekonuje Zembik.

Bilet wstępu

Należy rozróżnić dwie ceny (BID oraz ASK), które widzimy na platformie inwestycyjnej lub w aplikacji do tradingu. Ta pierwsza to cena, po której otwierane są transakcje sprzedaży (czyli krótkie pozycje, na których zarabiamy, gdy cena instrumentu spada). ASK to poziom notowań, po których zostanie otwarta pozycja „długa”. Kupując parę walutową lub indeks można zyskać, gdy kurs wzrośnie. Różnica pomiędzy tymi dwoma cenami to właśnie spread. Każde wejście na rynek wiąże się z jego opłatą – jest to więc właściwie bilet wstępu.

– Im transakcji jest więcej, naturalnie koszty handlu rosną. Dlatego optymalny trading charakteryzuje się niskimi kosztami. Nie ma co się frustrować cenami, bo każdy broker z czegoś żyje. Nawet taki, który reklamuje się jako bezprowizyjny – zaznacza Zembik.

Spready mogą się różnić w zależności od sytuacji na rynku. Kiedy panuje spokój, ich wartość jest zazwyczaj mniejsza. W przypadku, gdy dochodzi do wzmożonej aktywności inwestorów oraz algorytmów tradingowych (dzieje się tak z reguły podczas publikacji danych makroekonomicznych lub kiedy ma miejsce paniczna wyprzedaży aktywów), a zmienność jest ponad przeciętnie lub nawet ekstremalnie wysoka, wartość spread-u zwiększa się. Możliwość sprawdzenia  historycznych wartości daje więc szansę zobaczenia jak zachowuje się różnica między BID i ASK w momencie publikacji danych lub kiedy płynność jest mniejsza, np. podczas nocnych godzin sesyjnych.

Wykres spreadów historycznych na EURUSD
Wykres spreadów historycznych na EURUSD w TMS Brokers.

Spready to więc koszty transakcyjne, których zasady są jasne od początku, zwłaszcza u brokerów, którzy przedstawiają historyczne dane na ten temat, jak np. TMS Brokers. Należy uważać na koszty mniej oczywiste w inwestycjach, np. na inflację, która zjada zysk oszczędności trzymanych w bankach na rachunkach osobistych i na niskooprocentowanych lokatach. Rosnąca inflacja powoduje, że alternatywne inwestycje to gorący temat, zwłaszcza, że według prognoz Komisji Europejskiej w Polsce sięgnie ona poziomu 4,5 proc.

Pojawiające się informacje o rosnącym udziale inwestorów detalicznych w obrotach w I półroczu świadczą o tym, że był to okres największej aktywności inwestorów indywidualnych – zarówno na warszawskiej giełdzie, jak i na rynkach pozagiełdowych – od lat.

Taki wzrost zainteresowania, przy statystykach stratnych rachunków wszystkich brokerów świadczą o tym, że w Polsce brakuje – przede wszystkim – edukacji finansowej. Przy tak szerokim wachlarzu ofert trzeba ponadto świadomie i krytycznie przyglądać się szczegółom, takim jak transparentność działań brokerów, czy listom ostrzeżeń KNF, a nie samym kosztom transakcyjnym.

Ulga abolicyjna a uzyskanie dochodu nieopodatkowanego w państwie, z którym Polska nie zawarła umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania

Zgodnie z interpretacją ogólną Ministra Finansów z dnia 31 października 2019 r. podatnik, który osiągnął nieopodatkowane dochody w państwie, z którym Polska nie zawarła umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, nie ma prawa do skorzystania z ulgi abolicyjnej.

Polska rezydencja podatkowa

Jeśli osoba fizyczna ma miejsce zamieszkania na terytorium RP, oznacza to, że jest polskim rezydentem podatkowym i od całości swoich dochodów płaci podatek w Polsce. Co do zasady nie ma przy tym znaczenia, czy dochód został osiągnięty na terytorium Polski, czy poza jej granicami.

Za osobę mającą miejsce zamieszkania na terytorium Polski uważa się osobę, która posiada na terytorium RP centrum interesów osobistych lub gospodarczych (ośrodek interesów życiowych) lub przebywa na terytorium RP dłużej niż 183 dni w roku podatkowym.

Ulga abolicyjna

Ulga abolicyjna, o której mowa w art. 27g ustawy o PIT, polega na możliwości odliczenia od podatku kwoty równej podatkowi stanowiącemu dopłatę w Polsce od zagranicznych dochodów. Wysokość podatku po zastosowaniu tej ulgi ma być więc taka, jakby dochody zagraniczne były opodatkowane w Polsce przy zastosowaniu metody wyłączenia z progresją.

Metoda wyłączenia z progresją polega na tym, że dochody zagraniczne są w Polsce zwolnione z opodatkowania. Niemniej doliczane są do dochodów osiągniętych w Polsce i mają wpływ na skalę podatkową, choć podatek płaci się wówczas wyłącznie od dochodów z Polski.

Kto może skorzystać z ulgi? Interpretacja ogólna MF

Zgodnie z przepisem z ulgi abolicyjnej może skorzystać osoba podlegająca w Polsce nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu, rozliczająca się zgodnie z art. 27 ust. 9 lub 9a ustawy o PIT, która uzyskała poza terytorium RP dochody ze źródeł, o których mowa w art. 12 ust. 1 (stosunek służbowy, praca), art. 13 (działalność wykonywana osobiście), art. 14 (pozarolnicza działalność gospodarcza) lub „z praw majątkowych w zakresie praw autorskich i praw pokrewnych w rozumieniu odrębnych przepisów, z wykonywanej poza terytorium Rzeczypospolitej Polskiej działalności artystycznej, literackiej, naukowej, oświatowej i publicystycznej, z wyjątkiem dochodów (przychodów) uzyskanych z tytułu korzystania z tych praw lub rozporządzania nimi”.

Zgodnie z art. 27 ust. 9 ustawy o PIT „jeżeli podatnik, o którym mowa w art. 3 ust. 1, osiąga również dochody z tytułu działalności wykonywanej poza terytorium Polski lub ze źródeł przychodów znajdujących się poza terytorium Polski, a (…) z państwem, w którym dochody są osiągane, Polska nie zawarła umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, dochody te łączy się z dochodami ze źródeł przychodów położonych na terytorium Polski. W tym przypadku od podatku obliczonego od łącznej sumy dochodów odlicza się kwotę równą podatkowi dochodowemu zapłaconemu w obcym państwie. Odliczenie to nie może jednak przekroczyć tej części podatku obliczonego przed dokonaniem odliczenia, która proporcjonalnie przypada na dochód uzyskany w państwie obcym. Jednocześnie, w myśl art. 27 ust. 9a tej ustawy, w przypadku polskiego rezydenta, uzyskującego wyłącznie dochody z tytułu działalności wykonywanej poza terytorium Polski lub ze źródeł przychodów znajdujących się poza terytorium Polski, które nie są zwolnione od podatku na podstawie umów o unikaniu podwójnego opodatkowania lub z państwem, w którym dochody są osiągane, Polska nie zawarła umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, zasady określone w ust. 9 stosuje się odpowiednio”.

Interpretacja ogólna MF

Zgodnie z interpretacją ogólną Ministra Finansów z dnia 31 października 2019 r. podatnik, który osiągnął nieopodatkowane dochody w państwie, z którym Polska nie zawarła umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, nie ma prawa do skorzystania z ulgi abolicyjnej.

MF wskazał, że jedyną metodą unikania podwójnego opodatkowania w sytuacji bezumownej jest metoda proporcjonalnego zaliczenia podatku zapłaconego za granicą. To z kolei doprowadziło do wniosku, iż „wykładnia językowa art. 27 ust. 9 ustawy jednoznacznie wskazuje na możliwość zastosowania normy w niej zawartej, o ile podatek został „zapłacony” w drugim państwie”. Zgodnie bowiem ze zdaniem drugim art. 27 ust. 9 ustawy: „W tym przypadku od podatku obliczonego od łącznej sumy dochodów odlicza się kwotę równą podatkowi dochodowemu zapłaconemu w obcym państwie”. W związku z powyższym, w sytuacji bezumownej metoda proporcjonalnego zaliczenia znajdzie zastosowanie wyłącznie pod warunkiem, że nastąpiła zapłata podatku dochodowego w drugim państwie. Tylko w takim przypadku rozliczenie dochodów następuje bowiem na zasadach art. 27 ust. 9 i 9a ustawy. W konsekwencji, w sytuacji bezumownej tylko w przypadku zapłaty podatku za granicą podatnik będzie miał prawo do skorzystania z ulgi, o której mowa w art. 27g ustawy”.

Tym samym należy stwierdzić, że podatnik, który osiągnął dochód w kraju, z którym Polska nie zawarła umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania i dochody te nie były opodatkowane, nie skorzysta z ulgi abolicyjnej. Rozliczenia dotyczące dochodów zagranicznych nie należą do najłatwiejszych. Każdy przypadek jest inny, konieczna jest zatem weryfikacja ewentualnych przepisów międzynarodowych. Dlatego też, zanim podatnik dokona rozliczenia, powinien skorzystać z porady specjalisty.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Zainteresowanie kredytami mieszkaniowymi w lipcu 2020 roku

W lipcu br. banki i SKOK-i przesłały zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 3,5 procent w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku – wynika z najnowszych danych BIK. Aktualny odczyt indeksu jest już kolejnym sygnałem odbudowy popytu na rynku kredytów mieszkaniowych. W porównaniu do czerwca 2020 r. liczba wnioskujących wzrosła o 7,3%, zaś w stosunku do kwietnia 2020 r. aż o 39,3%.

W minionym miesiącu kontynuowany był proces odmrażania gospodarki, zapoczątkowany w już w maju. Według danych BIK w lipcu 2020 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 38,75 tys. klientów – w porównaniu do 41,39 tys. rok wcześniej – jest to spadek o -6,4%. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w lipcu br. wyniosła 286,2 tys. zł i była o 3% wyższa niż w lipcu 2019 r. W zestawieniu do lutego 2020 r. (ostatni miesiąc przedpandemiczny) średnia kwota kredytu spadła o -2%.

Lipcowe dane BIK odnośnie popytu na kredyty mieszkaniowe wyraźnie pokazują utrzymującą się w kolejnym już miesiącu niższą ilość składanych wniosków w porównaniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym, za co bezpośrednio odpowiada pandemia koronawirusa. Pocieszająca jest jednak dynamika odbudowy indeksu z -24,6% w maju 2020 r., poprzez -6,7% w czerwcu aż do obecnych -3,5% w lipcu. O ile uzyskanie poziomu porównywalnego z poprzednim rokiem wydaje się więc być w zasięgu, o tyle bardzo daleko jeszcze do poziomu sprzed pandemii, czyli rekordowych +27,7% w lutym 2020 r. – wskazuje Kinga Burcan, ekspert kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance

Warto zwrócić uwagę na to, że wzrasta kwota wnioskowanych kredytów, w lipcu 2020 była o 3% większa niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

Należy jednak pamiętać, że to jesień będzie decydująca dla oceny kondycji rynku kredytów mieszkaniowych. Z dwóch głównych powodów. Po pierwsze, nie wiemy, czy pojawi się druga faza pandemii i związane z tym kolejne wyhamowanie w gospodarce. Po drugie, część klientów wciąż czeka na jesień, wstrzymując się z decyzją o zakupie mieszkania, wyraźnie licząc na spadek cen w nieruchomościach – zaznacza Kinga Burcan, ekspert kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance

Z rynku można usłyszeć głosy, że banki przewidują łagodzenie polityki kredytowej i niewielki wzrost popytu we wszystkich kategoriach kredytów dla przedsiębiorstw i gospodarstw domowych.

Czerwcowe i lipcowe wartości indeksu BIK odnośnie popytu na kredyty mieszkaniowe można uznać za umiarkowanie optymistyczne, ale to dopiero czwarty kwartał pokaże, na ile sektor wyszedł obronną ręką z okresu zapaści spowodowanej pandemią.

Kinga Burcan, niezależny ekspert kredytowy. Jest jednym z bardziej cenionych ekspertów hipotecznych w Polsce. Obecnie jest Partnerem Zarządzającym w spółce Trinity House & Finance oraz niezależnym Ekspertem Finansowym stale współpracującym z największymi instytucjami finansowymi w Polsce. Ukończyła kierunek Finanse i Bankowość na warszawskiej SGH. Swoją karierę zawodową związała od początku z sektorem finansów, pracując na menedżerskich stanowiskach w banku ING.

W swojej 20 letniej karierze prowadziła wiele projektów z zakresu finansowania nieruchomości. Współtworzyła projekty dużych inwestycji komercyjnych, jak galerie handlowe, oparte o międzynarodowe konsorcja finansowe, oraz projekt fuzji bankowej. Posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie kredytów hipotecznych dla Klientów indywidualnych oraz finansów osobistych.

Euro w trakcie koronakryzysu – prognoza kursu euro 2020 / 2021

W związku z ogólną poprawą sentymentu rynkowego, różnicą w koronawirusowych statystykach pomiędzy USA i Europą i akceptacją pakietu stymulacyjnego Unii Europejskiej, euro rośnie w siłę. W parze z dolarem amerykańskim znalazło się ostatnio najwyżej od maja 2018 roku i sądzimy, że jeszcze się umocni.

Tak jak oczekiwaliśmy, od czasu naszej ostatniej rewizji prognoz dla tej waluty w maju, euro utrzymywało się w trendzie wzrostowym. Wcześniej, w części maja i kwietniu, para EUR/USD pozostawała w trendzie bocznym. Od połowy maja zyskała jednak około 10%, ostatnio przebijając poziom 1,19. Zmiany na parze EUR/USD miały też niebagatelny wpływ na zachowanie pary USD/PLN (Wykres 1).

Wykres 1: Kurs USD/EUR & USD/PLN (sierpień ‘19 – sierpień ‘20)

Euro w trakcie kryzysu radzi sobie coraz lepiej
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 07/08/2020

W przeciwieństwie do sytuacji w USA, wygląda na to, że władzom europejskich państw udało się ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa. Liczba nowych dziennych przypadków zakażeń w czterech krajach strefy euro o największej populacji (Niemczech, Francji, Włoszech i Hiszpanii) w najlepszym pod tym względem miesiącu – czerwcu – była niższa od szczytu o około 90% (Wykres 2). Większość środków bezpieczeństwa zaimplementowanych w krajach bloku walutowego stopniowo wycofano. Obecnie, mimo, że liczba nowych zakażeń jest wyższa niż w czerwcu, nie obserwujemy istotnego pogorszenia sytuacji poza kilkoma lokalnymi ogniskami. Na tym etapie nie dostrzegamy wyraźnych oznak drugiej fali infekcji. Warto jednak nadmienić, że w przeciwieństwie do sytuacji w USA czy Wielkiej Brytanii, gdzie zwiększono zakres testowania, liczba testów przeprowadzanych łącznie w czterech wspomnianych krajach pozostała dość stabilna, co może nieco zaburzać obraz rzeczywistej obecności wirusa.

Wykres 2: Nowe zakażenia koronawirusem/mln osób [łącznie Hiszpania, Włochy, Francja i Niemcy] (luty ‘20 – sierpień ‘20)

Nowe zakażenia koronawirusem
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 07/08/2020

Złagodzenie koronawirusowych obostrzeń sprzyjało poprawie danych o aktywności gospodarczej. Poprawa ta pozytywnie zaskoczyła ekonomistów. Rozbudziło to nadzieje, że ożywienie może bardziej przypominać kształtem literę „V”, niż zakładano. Kluczowe indeksy PMI opisujące sytuację w przemyśle i usługach pokazały istotne wzrosty w relacji do rekordowo niskich poziomów odnotowanych u szczytu obecnego kryzysu. Indeks dla usług, który w większej mierze reaguje na zmiany popytu konsumenckiego niż ten dla przemysłu, w kwietniu spadł do najniższego w historii odczytów poziomu 12,0 pkt (Wykres 3), w konsekwencji czego indeks kompozytowy spadł do głęboko recesyjnego poziomu 13,6 pkt. Ponowne otwarcie sektorów, które nie mogły normalnie działać w związku z lockdownem pozwoliło jednak na wzrost tego indeksu, który w lipcu znalazł się na poziomie 54,9 pkt. Dane PMI sugerują, że zarówno sektor usług, jak też przemysłowy doświadczyły ekspansji na początku III kwartału.

Wykres 3: Indeksy PMI dla strefy euro (2017 – 2020)

Indeksy PMI dla strefy euro
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 07/08/2020

„Twarde” wskaźniki aktywności gospodarczej również wykazują oznaki ożywienia. Sprzedaż detaliczna w maju doświadczyła największego miesięcznego wzrostu w historii odczytów (+20,3%), podobnie jak produkcja przemysłowa (+12,4%). W czerwcu wzrost sprzedaży detalicznej w ujęciu miesięcznym nie był tak imponujący, ale po raz pierwszy od lutego odnotowano wzrost w ujęciu rok do roku. Naszym zdaniem za skalą poprawy w gospodarce stało wsparcie ze strony europejskich władz, które w trakcie pandemii (do tej pory) wspierały dochody gospodarstw domowych. W celu złagodzenia negatywnego wpływu koronawirusa na biznes i konsumentów, europejskie rządy od marca zaczęły wdrażać środki stymulacji na szeroką skalę. Naszym zdaniem w tym kontekście kluczowy był silny nacisk na wsparcie firm w utrzymaniu zatrudnienia w trakcie lockdownu. Sądzimy również, że istotnym pozytywem dla gospodarki strefy euro jest akceptacja w lipcu br. bezprecedensowego pakietu pomocowego UE. Program ten składa się z pożyczek i grantów (odpowiednio 360 i 390 mld euro), które pomogą krajom dotkniętym przez pandemię. Zacznie on funkcjonować od 1 stycznia 2021 roku.

Jak wspominaliśmy wielokrotnie w przeszłości, EBC niemal nie ma przestrzeni do obniżania stóp procentowych w celu walki z kryzysem. Rada Prezesów zamiast tego zobowiązała się do stymulowania gospodarki za pomocą skupu aktywów na ogromną skalę. W marcu bank zwiększył pułap dotychczasowego programu luzowania ilościowego o 120 mld euro, ogłaszając również wprowadzenie nowego programu – nadzwyczajnego programu zakupów w czasie pandemii (Pandemic Emergency Purchase Programme – PEPP). Program ten dodatkowo rozszerzono w czerwcu. W jego ramach EBC zobowiązał się do zakupu aktywów wartych 1,35 bln euro. Tak jak oczekiwaliśmy, horyzont trwania programu został wydłużony – program będzie działał co najmniej do końca czerwca 2021 roku (dotychczasową datą jego zakończenia miał być koniec 2020 roku). Podobnie jak w ramach dotychczasowego programu APP, tak i w ramach PEPP bank centralny będzie skupował dłużne papiery emitowane przez państwo, jak i przez prywatne firmy. Kluczowym pytaniem w kontekście programu jest obecnie to, czy w dalszej części roku wymagane będzie kolejne jego rozszerzenie. Naszym zdaniem bank zaczeka z dyskutowaniem zasadności podjęcia takiego działania do wrześniowego lub październikowego posiedzenia. Wtedy decydenci będą mieli do dyspozycji więcej danych z gospodarki, które pozwolą im lepiej ocenić sytuację.

Nasze optymistyczne spojrzenie na euro w trakcie kryzysu w ostatnich miesiącach okazało się słuszne. Sądzimy, że większość czynników przemawia za silniejszym kursem EUR/USD w kolejnych miesiącach. Różnica w liczbie infekcji między USA i Europą, w połączeniu z kompleksowym wsparciem gospodarki strefy euro przez decydentów – zarówno fiskalnych, jak i monetarnych – powinny, naszym zdaniem, pozwolić gospodarce strefy euro na szybszą regenerację niż gospodarce USA.

Biorąc pod uwagę kontrastujące wieści z obu stron Atlantyku, podnosimy naszą prognozę EUR/USD. Przekłada się to również na oczekiwanie przez nas silniejszego niż oczekiwaliśmy wcześniej spadku kursu USD/PLN i EUR/PLN. Uznajemy, że silniejszy wzrost głównej pary, jak i czynniki mające nań wpływ sprzyjają silniejszej aprecjacji złotego niż zakładaliśmy w czerwcu.

Prognoza kursu euro

  EUR/USD USD/PLN EUR/PLN
Q3-2020 1,18 3,68 4,34
E-2020 1,19 3,61 4,29
Q1-2021 1,20 3,58 4,29
Q2-2021 1,21 3,54 4,28
E-2021 1,24 3,43 4,25

 

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

5g zmieni sposób w jaki Polacy spędzają wakacje

Szukanie zasięgu, bezpłatne rozmowy do 3 sekund oraz SMS-owe „PozdrowieniaZJuraty” bez spacji jako sposób na niższe rachunki. Coraz mniej osób pamięta, ale tak wyglądały wakacje 20 lat temu, gdy działała sieć 2G, a z telefonu GSM korzystało 18% Polaków. Obecnie smartfon z dostępem do sieci posiada niemal każdy, a transmisja danych oraz ilość urządzeń połączonych z internetem rośnie lawinowo. Jak zatem może wyglądać urlop w przyszłości, gdy każdy będzie miał dostęp do sieci 5G, a liczba urządzeń z dostępem do internetu jakie zabieramy na wakacje będzie większa?

Koniec gubienia okularów na plaży

Ubrania wyposażone w czujniki połączone z siecią 5G mogą służyć do monitorowania pracy organizmu lub informować o potrzebie ich wyprania. Jednak wykorzystanie stałej łączności z siecią pomogłoby wielu osobom lepiej zadbać o swój dobytek i nie zgubić klapek czy kąpielówek w drodze do domu. Problem wydaje się marginalny? Niekoniecznie, wystarczy spacer popularnymi ścieżkami prowadzącymi na nadmorskie plaże lub plażą po gorącym weekendzie, aby zobaczyć, że jest inaczej.

„Miniaturyzacja czujników i spadające koszty ich produkcji otwierają nowe perspektywy wykorzystania internetu rzeczy w branży modowej. Żadna wcześniejsza generacja sieci mobilnej nie miała takiej przepustowości, żeby poradzić sobie z transmisją danych z tysięcy mikrourządzeń IoT. Dlatego wprowadzenie technologii 5G jest traktowane jako przełom w rozwoju nowych usług mobilnych” – podkreśla Michał Majcherczak, ekspert firmy Ericsson.

Gry wideo w przerwie od upałów

Gaming dla wielu osób jest najważniejszą formą rozrywki, której nie odmówią sobie nawet na urlopie. Wysoki ping w grach sieciowych, który jest zmorą graczy, po wprowadzeniu technologii 5G zniknie. Nie tylko skończy się narzekanie na lagi, ale otworzą się nowe możliwości wykorzystania mocy obliczeniowej. Żeby na wakacjach zagrać w najnowszy RPG czy zaawansowany symulator nie będziemy musieli zabierać komputera najnowszej generacji, bo moc obliczeniowa będzie udostępniana w sieci 5G.

„Dzięki technologii piątej generacji i minimalnym opóźnieniom w transmisji, będziemy w stanie korzystać z olbrzymich mocy obliczeniowych w chmurze, w taki sam sposób jakby ta gigantyczna moc znajdowała się na naszej lokalnej maszynie. Zamiast zabierać drogi komputer na pole kampingowe, wystarczy wziąć starszy sprzęt z modemem 5G, połączyć się z siecią 5G, „wypożyczyć” moc obliczeniową i grać w chmurze bez opóźnień” – podkreśla Michał Majcherczak, autor bloga o technologii 5G.

Uwaga na sinice!

5G umożliwi podłączenie do sieci i dobrą łączność miliardów nowych urządzeń przenośnych, które określane są mianem internetu rzeczy (IoT). Analitycy szacują, że w kolejnych latach nakłady na rozwój IoT w Europie będą sukcesywnie rosnąć. Zakres zastosowania tych urządzeń znacznie wykracza poza rozrywkę i obejmuje m.in. przemysł i naukę.

Komunikacja w czasie rzeczywistym z tysiącami urządzeń IoT umieszczonych w pasie najbliżej linii brzegowej pozwoliłaby monitorować na przykład wahania jakości wody. Mobilne stacje kontrolne za pośrednictwem sieci 5G mogłyby ostrzegać przed obecnością sinic lub fosforu i iperytu, które mogły się  wydostać z bojowych środków chemicznych jakie leżą na dnie Bałtyku od czasów II wojny światowej.

Maraton filmowy za parawanem

Wideo to najcięższy rodzaj danych jakie odbieramy przez sieci mobilne. Według najnowszego raportu mobilności firmy Ericsson, około 63% światowego ruchu w sieci to ruch wideo, a za 5 lat będzie to aż 76%. Transmisja wideo jeszcze bardziej wzrosła w czasach pandemii Covid-19, co spowodowało konieczność czasowego ograniczenia jakości strumienia przez platformy streamingowe takie jak Netflix. Oglądanie serialu w jakości HD na plaży jednocześnie przez kilka tysięcy osób połączonych z jednym masztem telefonii komórkowej nie jest obecnie możliwe przez ograniczenia w zakresie przepustowości łącza.

„Dlaczego wprowadzenie technologii 5G to zmieni? Odpowiedź jest prosta – sieć piątej generacji umożliwia łączenie z internetem nawet 100 urządzeń mobilnych na każdy metr kwadratowy. To oznacza szeroki dostęp do platform streamingowych podczas plażowania, nawet jeżeli każdy parawan miałby zamienić się w salę kinową pod chmurką, a transmisja odbywałaby się w jakości HD” – dodaje ekspert Ericsson.

Bezpieczna podróż na wakacje

Według raportu mobilności firmy Ericsson, do końca 2020 roku liczba użytkowników sieci 5G na świecie osiągnie 190 milionów. Dalszy rozwój sieci piątej generacji oraz wykorzystanie analizy danych i sztucznej inteligencji również zmieni motoryzację, a w konsekwencji nasze samochody staną się jeszcze bardziej bezpieczne.

Łączność w czasie rzeczywistym i przepustowość sieci w technologii 5G umożliwią komunikację pomiędzy samochodami, ale również z infrastrukturą drogową. Czujniki w samochodach, drodze i w znakach pozwolą uniknąć wielu niebezpiecznych sytuacji, a jeżeli rozwój pojazdów autonomicznych zakończy się sukcesem pozwolą całkowicie oddać prowadzenie pojazdu w ręce nowoczesnych technologii.

Polska u progu technologii 5G

Ericsson posiada obecnie 99 komercyjnych umów i kontraktów 5G z operatorami, z czego 57 to publicznie ogłoszone umowy. 55 sieci na pięciu kontynentach już funkcjonuje. Ericsson jest również liderem w standaryzacji 5G, z większością udziałów dla 4G i 5G.

Biorąc pod uwagę deklaracje zgłoszone do Europejskiego Instytutu Norm Telekomunikacyjnych (ETSI), stosując filtr niezbędności, Ericsson jest na szczycie wyścigu patentowego 5G. Według analizy firmy prawnej Bird & Bird, Ericsson posiada największą liczbę znaczących patentów SEP(standard-essential patent) związanych z 5G na świecie (15,8%).

W Polsce technologia 5G jest już dostępna, ale konieczne jest przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Sprzęt firmy Ericsson jest gotowy do pracy w sieci 5G już od 2015 roku. Jest to możliwe  dzięki aktualizacji do 5G za pomocą zdalnej instalacji oprogramowania. Do tej pory do operatorów na całym świecie wysłanych zostało ponad 5 milionów anten 5G.

Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G. W lutym 2020 r. Ericsson ogłosił uruchomienie komercyjnej sieci 5G z operatorem Polkomtel oraz badawczej sieci na Politechnice Łódzkiej. Ericsson prowadzi testy 5G z innymi operatorami i podmiotami w Polsce.

Tylko w pół roku Polacy utracili ponad 140 tys. dowodów osobistych

O blisko 51 tys. spadła liczba zgłoszeń utraty dowodów osobistych. Jak informuje Ministerstwo Cyfryzacji, od stycznia do czerwca 2020 roku odnotowano ponad 141 tys. takich przypadków. Z kolei w analogicznym okresie ub.r. było ich przeszło 193 tys. Natomiast policja nie ma danych dot. stricte kradzieży tych dokumentów. Ale przedstawia statystyki związane z przestępstwem posługiwania się cudzym dokumentem. Od stycznia do kwietnia br. takich sytuacji było prawie 1600, a w całym 2019 roku – blisko 7400.

Z danych Ministerstwa Cyfryzacji wynika, że w pierwszym półroczu 2020 roku było 142 540 zgłoszeń utraty dowodów osobistych. W analogicznym okresie ubiegłego roku takich przypadków odnotowano 193 240. Jednak w tych statystykach nie są uwzględnione przyczyny utraty dokumentu. Jak zaznacza Bartłomiej Drozd, ekspert z serwisu ChronPESEL.pl, Polacy w ostatnich miesiącach rzadziej się przemieszczali z powodu epidemii. Okazji do kradzieży lub zgubienia dowodów osobistych było przez to dużo mniej.

– Spadek jest spowodowany przede wszystkim pandemią i lockdownem. Jednakże należy podkreślić, że rośnie również świadomość społeczeństwa. Zaczynamy lepiej chronić nasze dane osobowe. One są cenne, a ich utrata może wiązać się z kradzieżą tożsamości – komentuje adwokat Marcin Zadrożny rzecznik prasowy Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Jak informuje Wioletta Szubska z Wydziału Prasowego Komendy Głównej Policji, danych dot. stricte kradzieży dowodów osobistych nie ma. Natomiast art. 275 kk wskazuje na osoby posługujące się cudzym dokumentem. Z paragrafu 1 wynika, że kradzież lub przywłaszczenie podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. Natomiast w paragrafie drugim jest wymieniona taka sama kara. Ona przewidziana jest dla tego, kto bezprawnie przewozi, przenosi lub przesyła za granicę dokument stwierdzający tożsamość innej osoby albo jej prawa majątkowe.

– Dochodzi do przestępstw stypizowanych w art. 275 kk, ponieważ ktoś chce ukryć swoją tożsamość. Bardzo często usiłuje w ten sposób popełnić wykroczenie lub przestępstwo. Należy również pamiętać o art. 190a par. 2 kk. W tym przypadku mowa jest o karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. Grozi ona temu, kto podszywając się pod inną osobę, wykorzystuje np. jej wizerunek czy dane osobowe w celu wyrządzenia jej szkody majątkowej lub osobistej – podkreśla mec. Zadrożny.

Jak wynika z danych KGP, od stycznia do kwietnia br. stwierdzono 1584 przestępstwa z art. 275 kk, z czego z paragrafu 1 – 1581, a z paragrafu 2 – 3 takie przypadki. Natomiast w całym ubiegłym roku było ich 7339 (odpowiednio 7327 i 12), a w 2018 roku – 7889 (7881 i 8). Wioletta Szubska zaznacza, że złodzieje kradną naszą tożsamość zwykle w celu osiągnięcia korzyści majątkowych. Zakładają na cudze nazwiska konta bankowe, biorą kredyty czy oszukują podczas aukcji internetowych.

– Gdy podejrzewamy, że osoba trzecia mogła wejść w sposób nieuprawniany w posiadanie naszego dowodu osobistego, powinniśmy go od razu zastrzec w Systemie Dokumentów Zastrzeżonych. Możemy to zrobić m.in. w każdym banku, a następnie zgłosić fakt utraty dokumentu w urzędzie gminy albo przez Internet z wykorzystaniem profilu zaufanego. Jeżeli dowód został skradziony lub podejrzewamy kradzież tożsamości powinniśmy niezwłocznie udać się do komisariatu – informuje ekspert Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Jak podkreśla Wioletta Szubska, najczęściej kradzione są dowody osobiste, które zawierają dane wrażliwe, tzn. imię i nazwisko, adres zameldowania oraz numer PESEL. Według mec. Zadrożnego, brak adresu zameldowania w dokumencie nie jest dużym utrudnieniem dla przestępców, którzy chcą wykorzystać tożsamość innej osoby. Zawierając jakąś umowę, zazwyczaj podajemy adres zamieszkania. Ekspert zaznacza, że wykorzystując cudzą tożsamość, próbowano w 2019 roku wyłudzić 5,1 tys. kredytów na łączną kwotę ponad 280 mln zł. Statystycznie w I kwartale br. do bazy dokumentów zastrzeżonych trafiało 543 zgłoszeń dziennie. Dane są zatrważające.

– Dowód osobisty jest tylko nośnikiem naszych danych osobowych. Przestępcy nie muszą dzisiaj kraść portfeli czy skanować dokumentów, żeby wejść w posiadanie informacji. Oczywiście należy ich pilnować i nie dopuszczać do sytuacji, w których gdzieś je zostawiamy, np. w wypożyczalni sprzętu. Ale musimy mieć też świadomość, że to nie wystarczy, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo – mówi Bartłomiej Drozd.

Jeżeli to możliwe, nie powinniśmy dawać naszego dokumentu tożsamości do ręki osoby trzeciej. Mec. Zadrożny radzi, żeby trzymać samemu dokument, a w razie konieczności ktoś przepisze potrzebne dane. A jeżeli już przekazujemy go komuś, to nie należy spuszczać z niego wzroku. Natomiast Wioletta Szubska dodaje, że to od nas samych zależy, czy zminimalizujemy szansę na wszelkiego rodzaju oszustwa, czy też zwyczajnie je ułatwimy.

– Liczba utraconych dowodów osobistych spada, ale wciąż jednak dochodzi do takich sytuacji. Na pewno wpływ na to ma brak ostrożności Polaków. Jednak pamiętajmy też o dowodach kolekcjonerskich. Złodzieje często posługują się nie tyle skradzionym, co sfałszowanym dokumentem – podsumowuje ekspert z serwisu ChronPESEL.pl.

Plusy i minusy wakacji kredytowych

Wakacje rozkręciły się na dobre. Słońce, plaża, leżaki, kąpiele morskie, wędrówki, spotkania ze znajomymi – wakacyjne wyprawy postrzegamy zazwyczaj w samych superlatywach. A jak jest z wakacjami kredytowymi, które pozwalają nam na odroczenie spłaty kredytów – zwłaszcza w ciężkich  czasach? Też początkowo kojarzą się z samymi superlatywami, ale trzeba zgłębić temat, bo to oferta nie dla każdego.

Nie ma co ukrywać, część Polaków żyje na kredyt. Jak wynika z danych Komisji Nadzoru Finansowego, w ciągu ubiegłego roku, nasz dług zwiększył się o 5,5 proc. W porównaniu z danymi za rok 2018 wartość samych kredytów konsumpcyjnych wzrosła o ponad 5 mld zł. Prawie połowa ankietowanych Polaków przyznaje, że  zaciąga go, by sfinansować zakup sprzętu RTV i AGD, a także by kupić samochód. Popularność kredytów zaciąganych na kupno mieszkania w 2019 r. też nie słabła. Aktywnych mamy ok. 2,4 mln kredytów hipotecznych. Stan zadłużenia z tego powodu w 2019 r. wyniósł ponad 443 mld zł[1]. Z badań wynika ponadto, że nie zawsze radzimy sobie ze spłatą zobowiązań. W pierwszym kwartale 2020 r. zaległości kredytowe i pozakredytowe Polaków wzrosły o ponad 2 mld zł, a liczba niesolidnych dłużników zwiększyła się o prawie 37 tys. osób. [2]

Pandemia uszczupliła portfele Polaków

Tymczasem z powodu epidemii koronawirusa budżet co trzeciego Polaka znacząco się skurczył – tak wynika z raportu zrealizowanego dla BIG InfoMonitor przez Maison & Partners.[3] Te dane dotyczą głownie osób między 25-34 rokiem życia, a także 45-54- latków. Niestety, to nie koniec złych wiadomości. Jeden na dwudziestu Polaków został całkowicie pozbawionych źródła dochodu. To z kolei dotknęło głównie młodych (18-24 lata). Można więc przypuszczać, że kryzysu związanego z uregulowaniem zobowiązań szybko nie zażegnany. Eksperci przewidują, że zanim gospodarka ruszy Polacy mogą mieć problem nie tylko z opłaceniem raty pożyczki, ale również z bieżącym uregulowaniem rachunków. Czy w związku z tym będą chcieli zaciągać nowe zobowiązania? Możliwe, choć instytucje finansowe są ostrożne w udzielaniu pożyczek. – W okresie wakacyjnym obserwujemy wciąż duże zainteresowanie ofertą kredytu konsumpcyjnego, ale nasza otwartość na finansowanie nie jest tak duża w niepewnej sytuacji rynkowej – mówi Katarzyna Jóźwik, Dyrektor Generalna Smartney.

Wakacje kredytowe na pomoc zadłużonym

Odroczenie wierzytelności kredytowych było jednym z pierwszych elementów walki z pandemią. Pomocy zadłużonym Polakom oczekiwano od banków. W marcu ZBP ogłosił kryzysowe działania sektora mające pomóc klientom. Zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami ogłoszono tzw. „wakacje kredytowe”, czyli, mówiąc najprościej, odroczenia spłaty rat na okres kilku miesięcy (zależnie od banku). Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów chciał, by kredyty zamrozić nawet na rok, minister Jadwiga Emilewicz zapowiedziała, że ta propozycja nie znajdzie się w projekcie ustawy.[4] Od wniosków kredytobiorców banki miały nie pobierać ani dodatkowych opłat ani prowizji. Zawieszenie kredytu odbywało się na zasadach wskazanych przez konkretny bank i nie było spójne dla wszystkich instytucji. Niektóre banki proponowały zawieszenie kapitału i odsetek, a inne zawieszały tylko kapitał.

Zmieniły to dopiero zapisy w rządowej tarczy antykryzysowej 4.0., która weszła w życie 24 czerwca. Zgodnie z zapisem prawo do wakacji przysługuje tym osobom, które po 13 marca straciły pracę lub inne główne źródło dochodu. To jednak nie wszystkie warunki jakie musi spełnić zainteresowany, by skorzystać z ustawowych wakacji. Ważne, by zobowiązanie kredytowe zostało zaciągnięte przed 13 marca 2020 r. a koniec kredytowania przypadał po upływie sześciu miesięcy od 13 marca 2020 r. W ustawie określono, że „w przypadku, gdy stroną umowy jest więcej niż jeden kredytobiorca, dla spełnienia określonego warunku wystarczy utrata pracy lub innego głównego źródła dochodu przez jednego z nich”. W tarczy czytamy również, że „wykonanie umowy zostaje zawieszone z dniem doręczenia kredytodawcy wniosku, na okres wskazany przez kredytobiorcę we wniosku, nie dłuższy niż 3 miesiące”.

Rządowa ustawa określa, które umowy podlegają zawieszeniu:

  • Umowy o kredyt hipoteczny w rozumieniu ustawy z 23 marca 2017 r. o kredycie hipotecznym oraz o nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego i agentami;
  • Umowy o kredyt konsumencki w rozumieniu ustawy z 12 maja 2011 r. o kredycie konsumenckim;
  • Umowy o kredyt w rozumieniu art. 69 ustawy z 29 sierpnia 1997 r. Prawo bankowe, jeżeli kredytobiorcą jest konsument w rozumieniu art. 221 ustawy z 23 kwietnia 1964 r. – kodeks cywilny. W praktyce zakresem tej regulacji objęte zostaną produkty kredytowe waloryzowane do waluty obcej (np. CHF).

Jeśli kredytobiorca ma kilka zobowiązań w tym samym banku, to wniosek o zawieszenie może dotyczyć tylko jednego z nich. Jeśli jednak jesteśmy zadłużeni w kilku różnych instytucjach finansowych, to w każdej z nich możemy ubiegać się o ustawowe zamrożenie kredytu. Maksymalny termin zawieszenie umowy kredytowej wynosi trzy miesiące. Na ten czas możemy zrezygnować z rat kapitałowo-odsetkowych, ale wciąż płacić będziemy za ubezpieczanie. W zapisie chodzi o to, abyś nie stracił ciągłości ochrony ubezpieczeniowej.

Nie ma nic za darmo

Wakacje od kredytu nie są rozwiązaniem opłacalnym dla wszystkich. Jeśli ktoś skorzystał z oferty wypracowanej na początku pandemii przez banki, teraz najprawdopodobniej kończy okres zawieszenia spłaty kredytu (zależnie czy korzystał z ulgi na trzy czy sześć miesięcy). Jeśli zamroził kredyt będzie musiał zacząć spłacić odsetki albo np. zapłacić wyższe raty, jeśli okres kredytowania nie został zmieniony. Teoretycznie może skorzystać z zamrożenia kredytu na zasadach proponowanych przez rząd. Nie jest jednak powiedziane, że wakacje te są całkowicie darmowe, a ich skutków nie odczujemy w przyszłości. Nawet jeśli bank nie pobierze żadnych opłat i prowizji za przyjęcie i rozpatrzenie wniosków dotyczących zawieszenia spłaty rat kapitałowo-odsetkowych, kapitałowych czy tylko części odsetkowej. Koszty ponosimy już za samo zawieszenie spłaty. Ich wysokość jest zależna od tego, czy po ustawowych wakacjach okres kredytowania się wydłuży czy np. niezapłacone raty zostaną doliczone do kolejnych. Nie bez znaczenia jest również fakt, że z powodu koronawirusa stopy procentowe są na rekordowo niskim poziomie[5]. Jeśli nie jesteśmy przyparci do muru warto swój kredyt płacić zanim podskoczą i zwiększą naszą ratę. Podczas wakacji kredytowych najprawdopodobniej nie zaciągniemy żadnej nowej pożyczki, nie weźmiemy kredytu, ani nie kupimy smartfona na raty.

Jeśli zastanawiamy się, czy skorzystać z ustawowych wakacji kredytowych, dobrze jest być świadomym konsekwencji. Bank nie zapomni o naszych zobowiązaniach. Eksperci wskazują, że w niektórych przypadkach nasz kredyt może być „droższy” nawet o kilka tysięcy złotych. Może warto więc jeszcze raz przeanalizować domowy budżet, zrezygnować z kupna nowego samochodu czy telewizora, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na spłatę kredytu w terminie?

[1] https://www.zbp.pl/getmedia/9b70af88-8203-4f1d-822e-b5ed8a798783/Raport-AMRON-SARFiN-Nr-4-2019_Pl

[2] https://media.bik.pl/informacje-prasowe/514237/raport-infodlug-polacy-wchodza-w-kryzys-z-80-mld-zl-niesplaconych-dlugow

[3] https://media.bik.pl/publikacje/read/514238/infodlug-indeks-zaleglych-platnosci-polakow-maj-2020

[4] https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1462683,koronawirus-splata-kredytu-uokik-wakacje-kredytowe-tarcza.html

[5] https://www.money.pl/gospodarka/stopy-procentowe-czlonek-rpp-o-powrocie-do-poziomow-sprzed-pandemii-6524939453318785a.html

NCBR: 100 mln zł na rozwój rolnictwa 4.0

Rusza konkurs Szybka Ścieżka „Agrotech”. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, agencja wykonawcza ministra nauki i szkolnictwa wyższego, przeznaczy 100 mln zł z Funduszy Europejskich na wsparcie nowych technologii w sektorze rolnym. Celem inicjatywy jest podniesienie konkurencyjności polskich firm pracujących nad projektami z zakresu robotyzacji i automatyzacji, cyfryzacji czy produkcji rolno-spożywczej przyjaznej środowisku. Nabór wniosków w konkursie rozpocznie się 10 września i potrwa do 6 listopada 2020 r.

Polska jest jednym z czołowych dostawców żywności w Unii Europejskiej, o konkurencyjności naszego rolnictwa w najbliższych latach decydować będzie jego poziom technologiczny. Zwłaszcza, że upowszechnienie innowacji w sektorze rolno-spożywczym ma mieć pozytywny wpływ na ochronę klimatu i zdrowie nas wszystkich, czyli konsumentów.

Mamy doskonałe uczelnie rolnicze oraz silne ośrodki badawcze, działające w takich obszarach nauki jak weterynaria, żywność czy ochrona środowiska. To szczególnie istotne, aby wyniki ich prac znalazły praktyczne zastosowanie. Poprzez nową inicjatywę NCBR chcemy wzmocnić transfer wiedzy z nauki do branży rolno-spożywczej – mówi Wojciech Murdzek, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

O wsparcie w ramach konkursu Szybka Ścieżka „Agrotech” mogą ubiegać się przedsiębiorstwa, zarówno MŚP, jak i duże firmy oraz konsorcja składające się z przedsiębiorców lub przedsiębiorców i jednostek naukowych.

– Fundusze Europejskie wspierają innowacje we wszystkich sektorach gospodarki, w tym w sektorze rolno-spożywczym. Dzięki temu Polska może umacniać swoją wysoką pozycję w produkcji zdrowej i cenionej na świecie żywności oraz eksportować wysokie technologie służące do jej wytwarzania. Te technologie mogą się przyczynić do modernizacji rolnictwa w wielu krajach – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej.

Podobnie jak w dotychczasowych inicjatywach NCBR warunkiem koniecznym do otrzymania grantu jest innowacyjność proponowanego rozwiązania min. na poziomie krajowym, a także konieczność jego wdrożenia na rynek. Dodatkowo projekt musi być realizowany w regionie słabiej rozwiniętym tj. poza województwem mazowieckim.

Określenie „made in Poland” w przypadku produktów spożywczych nabiera dziś nowego wymiaru. Wybieramy je, kierując się nie tylko odpowiedzialnością za losy całej gospodarki w trudnym okresie epidemii, ale też ze względu na ich doskonałą jakość – mówi minister rozwoju Jadwiga Emilewicz. – Wyzwaniem, przed którym stoją dziś przedsiębiorcy z branży rolniczej jest cyfrowa rewolucja w stronę rolnictwa 4.0.

Słowa szefowej resortu rozwoju potwierdza też diagnoza dokonana przez NCBR na podstawie programów realizowanych przez Centrum w ramach obecnej perspektywy budżetowej Unii Europejskiej:

W latach 2016-2019 NCBR wspierało rozwój nauk rolniczych i transfer wyników prac naukowców głównie w takich obszarach jak produkcja i przetwórstwo żywności, weterynaria i hodowla zwierząt czy produkcja pasz i nawozów. Znacznie mniej projektów dotyczyło digitalizacji rolnictwa, zaawansowanej automatyki i robotyki czy rozwiązań smart fields. Szybka Ścieżka Agrotech ma stymulować projekty B+R właśnie w takich, nowatorskich, obszarach – tłumaczy dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor NCBR.

Agenda badawcza nowego konkursu NCBR określa 6 głównych obszarów tematycznych, w które wpisywać mają się finansowane projekty, są to:

  1. Automatyzacja i robotyzacja w rolnictwie;
  2. Mechanizacja w rolnictwie;
  3. Aplikacje i zaawansowane usługi cyfrowe dla optymalizacji, predykcji i symulacji procesów, oraz efektywna digitalizacja produkcji, przetwarzania i zarządzania w rolnictwie;
  4. Rolnictwo precyzyjne (smart fields);
  5. Zrównoważone rolnictwo i przetwórstwo rolno-spożywcze, innowacyjna żywność, biotechnologia rolnicza;
  6. Bioenergia i biomateriały.

Wsparcie otrzymać  można na prowadzenie badań przemysłowych, eksperymentalnych prac rozwojowych i prac przedwdrożeniowych. Obligatoryjnym elementem projektu są jedynie eksperymentalne prace rozwojowe.

Ile pieniędzy można otrzymać? Dla pojedynczego MŚP minimalna wartość kosztów kwalifikowalnych to 1 mln zł, w przypadku dużych firm lub konsorcjów 2 mln zł. Natomiast maksymalna wartość kosztów kwalifikowalnych nie może przekroczyć 50 mln euro. Dofinansowanie może wynieść aż do 80% tych kosztów.

Nabór wniosków w konkursie rozpocznie się 10 września i potrwa do 6 listopada 2020 r. (do godziny 16:00).