Biura przechodzą proces adaptacji. Czego jeszcze możemy się spodziewać?

Autorzy raportu „Rynek powierzchni biurowych w miastach regionalnych, At a Glance H1 2020”, opublikowanego przez BNP Paribas Real Estate Poland, zwracają uwagę, że drugi kwartał na ośmiu kluczowych rynkach stał pod znakiem odnawiania umów, które w analizowanym okresie stanowiły aż 59 proc. całego popytu. Czas między kwietniem a końcem czerwca pokazał, że kryzys zdrowotny wstrzymał sporą część decyzji najemców dotyczących procesów ekspansji czy też pozyskania nowej powierzchni biurowej. Chwilowe zamrożenie decyzyjności spowodowało, że nowe umowy odpowiadały za zaledwie 28 proc. popytu.

W ostatnich latach biura w regionach przyzwyczaiły nas, że wolumen umów podpisywanych na nowe powierzchnie w puli całego popytu waha się między 50 a 60 proc. Historycznie, rzadko spadał on poniżej 40 proc. Kryzys zdrowotny zweryfikował plany wielu firm. Część decyzji została zawieszona i przesunięta w czasie, część kontraktów jest w trakcie ponownej analizy czy renegocjacji. Duże znaczenie będzie teraz miała wnikliwa analiza pracy zdalnej, którą przeprowadzą najemcy samodzielnie lub przy współudziale firm doradczych – Klaudia Okoń, Konsultant, Dział Analiz Rynkowych & Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland

Warto odnotować, że w całościowym popycie brutto w drugim kwartale 13 proc. przypadło na umowy, na mocy których najemcy dokonali bądź dokonają ekspansji na dodatkową powierzchnię. Eksperci z Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa w BNP Paribas Real Estate Poland zwracają również uwagę na fakt, że w całym pierwszym półroczu 47 proc. popytu netto to powierzchnia w biurowcach będących w budowie albo w inwestycjach będących dopiero w przygotowaniu. Na taki wynik zapracował jednak przede wszystkim bardzo mocny pierwszy kwartał.
BPO kontra pandemia

Rynek biurowy odczuł już pierwsze efekty kryzysu zdrowotnego i ekonomicznego, ale z oceną w średniej i dłuższej perspektywie trzeba jeszcze poczekać. Są jednak branże, które na epidemii koronawirusa mogą skorzystać. To firmy zaliczane do tzw. branży nowoczesnych usług dla biznesu (BPO/SSC) oraz firmy technologiczne i IT.
W miastach regionalnych, szczególnie w Krakowie, ale także we Wrocławiu, Katowicach czy Łodzi firmy z branż BPO i IT widzą perspektywę rozwoju. Wykwalifikowane kadry, dużo talentów, biurowe zaplecze o wysokich standardach, efektywna infrastruktura i wysoka jakość życia. Ponadto okazało się, że w większości firmy te były i są w znacznym stopniu „koronawirusoodporne” i zachowały ciągłość pracy, a nie wszędzie home office okazał się sukcesem – Tomasz Skrzypek, Senior Consultant, Office Agency, BNP Paribas Real Estate Poland

Praca zdalna wymaga odpowiednich warunków lokalowych oraz dostępu do niezbędnej infrastruktury technologicznej – mobilnego sprzętu i stabilnego łącza internetowego. Lockdown i wprowadzone ograniczenia unaoczniły nieprzygotowanie do pracy w warunkach home office w Indiach, królestwie outsourcingu.
Pandemia może okazać się dla indyjskiego sektora outsourcingu czarnym łabędziem. Konsekwencją tych turbulencji mogą być aktywne poszukiwania przez największych globalnych graczy innych, niekoniecznie tańszych, ale z pewnością bezpieczniejszych i bardziej stabilnych lokalizacji. Jest duże prawdopodobieństwo, że polskie miasta regionalne znajdą się na liście wygranych tych biznesowych roszad – Tomasz Skrzypek, Senior Consultant, Office Agency, BNP Paribas Real Estate Poland

Najnowszy raport dotyczący biur w regionach pokazuje, że tylko w pierwszym półroczu firmy z sektora BPO/SSC podpisały umowy najmu na 139 tys. m kw. powierzchni biurowej. Co więcej, prawie połowa przypadła na Kraków.
Wirus nie dotknął deweloperów

Pod koniec czerwca na placach budów w 8 największych miastach regionalnych powstawało 817 tys. m kw. powierzchni, co oznacza, że żadna z istotnych inwestycji nie została wstrzymana z powodu Covid-19. Eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland szacują, że do końca roku oddanych zostanie ponad 270 tys. m kw. nowoczesnych biur. Niekwestionowanym liderem w kategorii „Obiekty w budowie” ponownie jest Kraków, w którym w realizacji jest około 228 tys. m kw. biur, z czego ok. 30% ma przyjąć najemców jeszcze w bieżącym roku.

Przed nami, mamy nadzieję, że tylko chwilowa konieczność organizacji pracy w nowej, wcześniej nieznanej rzeczywistości. Nie zakładam również, iż praca zdalna stanie się ogólnie przyjętym standardem, obejmującym całość zespołów. Miniony kwartał jest okresem wyjątkowym ze względu na lockdown. Dziś najważniejszą kwestią jest i będzie bezpieczny powrót pracowników do pracy. Patrząc długofalowo, chcąc spełnić nowe wymogi sanitarne i zapewnić dodatkową przestrzeń do pracy oraz spotkań czy też do poruszania się po biurze, większość firm poddaje analizie maksymalne wykorzystanie swojej przestrzeni. Wbrew obiegowym opiniom może okazać się, że będzie potrzebować jej więcej dla swojej organizacji – Mikołaj Laskowski, Head of Office Agency, BNP Paribas Real Estate Poland

Telefon w ręku, a ponad 1,3 mld zł długów za rozmowy w rejestrze

Zdalna praca, zdalne kontakty, a gdyby nie telefony i internet również zdalne życie. Dawno tak nie docenialiśmy rozmów telefonicznych jak w czasie lockdownu. Czy w związku z tym firmy telekomunikacyjne mogą być pewne, że klienci zapłacą każdy rachunek? Wręcz przeciwnie – do opóźniania płatności różnego rodzaju zobowiązań uciekło się w czasie pandemii 27 proc. osób, a najwięcej z nich przełożyło na później faktury za telefon. Potwierdzają to dane o rosnących zaległościach. W ciągu drugiego kwartału wartość nieopłaconych rachunków zwiększyła się o 138,5 mln zł do 1,31 mld zł, a liczba dłużników o prawie 33 tys. do niemal 367 tys. Średni zaległy rachunek dochodzi już do 3,6 tys. na osobę. Najwięcej dłużników mieszka w Warszawie, Łodzi i Wrocławiu.

Wiele firm i branż patrzy na telekomy z zazdrością, gdy ich biznes po wielu latach tworzenia rozsypuje się lub z trudem walczy o przetrwanie, dla firm telekomunikacyjnych pandemia to dodatkowa szansa na wzrost sprzedaży i jeszcze silniejsze przywiązanie do siebie klienta. W pierwszych tygodniach narodowej kwarantanny długość rozmów w zależności od operatora zwiększyła się o około połowę, a przesył danych między 20 a 40 proc. Choć rząd zapowiedział, że dzieci od września wracają do szkoły, to jednak fala zachorowań na koronawirusa znów wzrasta. Stąd w niejednym domu, z myślą o ewentualnym ponownym łączeniu zdalnej pracy i nauki już za niecały miesiąc, zamiast o wymianie samochodu czy szkolnego plecaka, w celu poprawy przepustowości internetu i poszerzeniu zakresu usług na telefonach domowników, rozważa się zmianę operatora lub pakietu. Na szczęście dla klientów, mimo rosnącego popytu usługi telekomunikacyjne nie zaraziły się inflacją tak jak żywność. Ich ceny w pierwszym półroczu, w porównaniu z pierwszą połową zeszłego roku, zwiększyły się o 3,1 proc. przy ogólnym wzroście cen konsumpcyjnych o 3,9 proc. (GUS). A sprzęt telekomunikacyjny nawet staniał i to sporo, bo o niemal 10 proc.

Halo mam kłopoty, zapłacę za telefon w innym terminie

Nie wszystkiego można jednak operatorom telekomunikacyjnym zazdrościć. Jak wynika z badania wykonanego przez firmę Research&grow dla BIG InfoMonitor, gdy tylko zaczynają pojawiać się kłopoty finansowe, właśnie regulowanie rachunków za telefon i internet najwięcej osób jest gotowych przełożyć na później. Opóźnianie jakichkolwiek płatności w trakcie pandemii, kiedy to spora część osób została przynajmniej na pewien czas bez pracy albo z ograniczonymi wpływami, zadeklarowało 27 proc. badanych, a najwięcej – 16 proc. – ankietowanych wskazało, że aby ocalić płynność domowego budżetu przełożyło na później opłaty za telefon i internet. Na drugim miejscu znalazły się rachunki za media – 15 proc., następnie czynsz – 12 proc., zakupy ratalne – 11 proc. oraz m.in. ubezpieczenia – 8 proc.

Czy w związku z pandemią i obawami przed utratą płynności finansowej zdarzyło Ci się opóźniać następujące płatności?

Czy w związku z pandemią i obawami przed utratą płynności finansowej zdarzyło Ci się opóźniać następujące płatności
Źródło: Badanie Research&grow dla BIG InfoMonitor

Wysoki odsetek osób przyznających się do odkładania na później rachunków telefonicznych i internetowych, w sytuacji gdy z pieniędzmi jest krucho, bierze się po części z faktu, że za telefon płaci zdecydowanie więcej osób niż za czynsz czy prąd. Ale i tak liczba wskazań jest spora biorąc pod uwagę jak ważny był telefon i internet w czasie lockdownu. Najczęściej opóźnienia dotyczą młodych osób: 18-29 i 30-39 latków. W tych przedziałach wiekowych niemal co czwarty odpowiedział, że nie płacił na czas za telefon w związku z obawami o utratę płynności finansowej, których przysparza pandemia. Z kolei najwyższą solidnością w tym zakresie odznaczają się osoby po 65. roku życia – jedynie 7 proc., przyznało się do opóźniania rachunku za telefon. I tu już widać, że kontakt ze światem przedkładali oni ponad inne dobra, bo gotowych do przełożenia płatności czynszu i mediów było nieznacznie więcej, 8 proc. badanych.

Decydujący o samodzielnym wyznaczaniu terminu płatności rachunków powinni mieć świadomość, że jeśli będą zwlekać zbyt długo, to może się to skończyć wpisem do rejestru BIG. Na listę dłużników prowadzoną przez BIG może bowiem trafić osoba, która nie zapłaci zobowiązania o wartości min. 200 zł wobec jednego wierzyciela, przez co najmniej 30 dni od wyznaczonej daty. Zwykle wystawcy czekają nieco dłużej, bo zgodnie z prawem zobowiązani są też wysłać na 30 dni przed wpisem wezwanie do zapłaty, w którym informują o swoim zamiarze.

Niemal połowa rocznego przyrostu zaległości pojawiła się w drugim kwartale

O ile w pierwszym kwartale., mimo wzrostu kwoty zaległości za telefon, liczba osób z długami stopniała, to już drugi kwartał, na który przypadła większość lockdownu, przyniósł poważne zmiany zarówno w sumie zaległości, jak i liczbie dłużników. W kwietniu przybyło 11 945 dłużników, a kwota zaległości wzrosła o 54,2 mln zł, w maju przybyło kolejnych 11 554 osób i 41,1 mln zł zaległości, a w czerwcu 9 245 osób i ponad 43,3 mln zł. W sumie na koniec II kw. w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor znajdowało się 366 752 dłużników telekomunikacyjnych, a ich łączna zaległość przekroczyła 1,31 mld zł. W ciągu 12 miesięcy przybyło 108 408 osób niepłacących rachunków za telefon, a kwota zaległości zwiększyła się o prawie 309 mln zł. Z tego tylko w II kw. br. o blisko 33 tys. osób i 138,5 mln zł, co stanowi 45 proc. rocznego przyrostu zaległości. Średni dług na osobę to 3 583 zł, ale są województwa, gdzie jest dużo wyższy.

Rachunki kontrolowane

– Firmy telekomunikacyjne zdają sobie sprawę, że pieniądze, które powinny opłacić rachunek telefoniczny, nierzadko poprawiają bieżącą sytuację klientów zamiast trafiać do ich kas. Nie mogą sobie jednak pozwolić na wyrozumiałość, przy tak dużej skali działania nawet kilka procent niesolidnych klientów z niewielkimi rachunkami składa się na ogromne sumy. Dlatego też firmy telekomunikacyjne, operatorzy telewizji kablowej i internetu zarówno aktywnie wpisują niepłacących rachunków, jak i sprawdzają potencjalnych klientów, czy są osobami wiarygodnymi finansowo – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Telekomy pilnują płatności, ale inne firmy również. Co to oznacza? Wciąż wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jakie ryzyko niesie ze sobą dopisanie do bazy dłużników, do której zaglądają banki, firmy pożyczkowe i inni przedsiębiorcy. Informacja o zaległości może poważnie utrudnić dostęp do kredytów i innych produktów – dodaje Sławomir Grzelczak.

Najwięcej nieopłaconych rozmów na Śląsku i Mazowszu

Na wysokość zaległości telekomunikacyjnych Polaków mają wpływ przede wszystkim zobowiązania zgromadzone na Śląsku, Mazowszu, Dolnym Śląsku i w Wielkopolsce. W tych regionach mieszka również najwięcej dłużników telekomów, w województwie śląskim jest ich ponad 54 tys., w mazowieckim prawie 43 tys., dolnośląskim ponad 39 tys., a wielkopolskim ponad 35 tys. Te cztery województwa odpowiadają za niemal połowę wszystkich długów konsumentów wobec operatorów.

Najwięcej nieopłaconych rozmów na Śląsku i Mazowszu
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor

Gdyby jednak spojrzeć na rozpowszechnienie problemu w przeliczeniu na 1000 dorosłych mieszkańców województwa, to wówczas najwięcej osób z nieopłaconymi rachunkami telefonicznymi jest w lubuskim, dolnośląskim, zachodniopomorskim oraz kujawsko-pomorskim.

Przy średnim krajowym zadłużeniu na osobę dochodzącym do 3,6 tys. zł, w ośmiu województwach jest to jeszcze więcej, m.in. w mazowieckim niemal 4 tys. zł, a małopolskim prawie 3,9 tys. zł.

zaległości telekomunikacyjne
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor

Warszawa stolicą zaległości telekomunikacyjnych

Najwyższe zaległości przypadają zwykle na największe miasta i nie inaczej jest w tym przypadku. Na czele listy znajduje się Warszawa, gdzie mieszka ponad 14,6 tys. osób wpisanych do rejestru dłużników za brak uregulowanej płatności na rzecz telekomów. Warszawski dług jest prawie dwukrotnie wyższy niż pochodzący z Łodzi, drugiego miasta pod względem zaległości telekomunikacyjnych. Jeśli chodzi o najwyższe średnie zaległości na osobę, to odnotowano je w Gdańsku – 4 486 zł i w Poznaniu – 4 483 zł.

zaległości telekomunikacyjne województwa
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor
Badanie Research&grow dla BIG InfoMonitor przeprowadzone techniką CAWI na ogólnopolskiej próbie Polaków N=1000, zrealizowane w dniach 10-13 lipca 2020

Przedsiębiorcom nad Wisłą wciąż nie jest łatwo. Polska na 14. miejscu wśród europejskich państw z najbardziej skomplikowanymi przepisami dla biznesu

0

Polska znalazła się na 34. miejscu na świecie i 14. w Europie wśród państw posiadających najbardziej złożone przepisy regulujące prowadzenie biznesu – wynika z najnowszej edycji rankingu „Global Business Complexity Index 2020”. Względem ubiegłego roku oznacza to awans odpowiednio o 13 i 4 pozycje, ale eksperci TMF Group podkreślają, że wynika to tylko ze zmian w innych krajach i metodologii badania. W Polsce nie zaszły w tym czasie istotne zmiany, które poprawiłyby warunki dla biznesu. Przedsiębiorcy wciąż skarżą się na te same bolączki, jak niestabilność systemu prawnego, przewlekłość postępowań sądowych i administracyjnych czy niespójne przepisy.

– Otoczenie prawne i łatwość prowadzenia działalności gospodarczej to jedno z kryteriów, które przedsiębiorcy biorą pod uwagę, podejmując decyzję o inwestowaniu w Polsce czy innym kraju. Chcą mieć świadomość, że zainwestowane pieniądze będą bezpieczne, a środowisko biznesowe – przewidywalne. Im mniej tej pewności, tym mniejszy apetyt na takie inwestycje – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Romańczuk, dyrektor generalna TMF Group na Polskę i Ukrainę.

TMF Group, globalna firma dostarczająca nowoczesne usługi dla biznesu, cyklicznie publikuje raport „Global Business Complexity Index”, w którym analizuje warunki dla prowadzenia biznesu w poszczególnych krajach Europy i świata. Ranking uwzględnia około 250 różnych kryteriów, takich jak m.in. czas potrzebny na założenie firmy, koszty prowadzenia działalności, zawiłość procedur podatkowych czy regulacje dotyczące świadczeń pracowniczych. W tegorocznej edycji raportu Polska znalazła się na 34. miejscu na świecie wśród państw posiadających najbardziej złożone przepisy regulujące prowadzenie biznesu. W Europie natomiast uplasowała się w samym środku stawki – na 14. pozycji.

 Względem zeszłego roku awansowaliśmy o 13 oczek w rankingu globalnym i o 4 w europejskim. Jednak jest to tylko pozorny awans, ponieważ nie wynika on ze zmian w polskim systemie prawnym, ale z faktu, że w innych krajach sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała. W kwestii łatwości prowadzenia biznesu w Polsce niestety nic się nie poprawiło – przedsiębiorcy nadal mają te same trudności co w poprzednich latach – tłumaczy Joanna Romańczuk.

Jak podkreśla, na pozycję Polski w tegorocznym rankingu wpłynęły m.in. niestabilność systemu prawnego. Częste i szybkie zmiany przepisów, z krótkim vacatio legis, powodują, że przedsiębiorcy nie mają czasu się do nich przygotować.

 Brak stabilności systemu prawnego oznacza też zwiększone koszty prowadzenia działalności – mówi dyrektor generalna TMF Group na Polskę i Ukrainę.

Przedsiębiorcy w Polsce skarżą się również na przewlekłość postępowań – zarówno sądowych, jak i administracyjnych. Kolejne bolączki to m.in. duża liczba przepisów, rozbudowane obowiązki sprawozdawcze i złożoność kwestii związanych z zatrudnieniem i zwalnianiem pracowników.

– Kolejny czynnik to stosowanie prawa. W naszym ustawodawstwie dużo jest klauzul generalnych, które dają swobodę interpretacji organom administracji, co z kolei przekłada się na to, że ich decyzje często są ze sobą niespójne. Wszystkie te elementy przekładają się później na doświadczenie przedsiębiorców – wyjaśnia Joanna Romańczuk.

Dyrektor generalna TMF Group na Polskę i Ukrainę wskazuje też, że z perspektywy inwestorów zagranicznych ważna jest łatwość zarejestrowania nowego przedsiębiorstwa. W Polsce trwa to minimum dwa miesiące od momentu założenia spółki do czasu, kiedy faktycznie jest ona w stanie prowadzić skuteczną działalność operacyjną. W państwach, które znalazły się na czele rankingu, ten proces trwa dużo krócej, ok. dwóch–trzech tygodni.

 Przedsiębiorca zagraniczny, aby mógł skutecznie zarejestrować w Polsce działalność gospodarczą lub spółkę, najczęściej z ograniczoną odpowiedzialnością, musi przedstawić oryginały dokumentów wraz z tłumaczeniami przysięgłymi. Często też wymagane jest osobiste stawiennictwo w urzędach, co z perspektywy inwestorów zagranicznych nie tylko wydłuża cały proces, ale znacząco też podnosi koszty rozpoczęcia działalności – mówi. – Z drugiej strony Polska jest jedną z najbardziej atrakcyjnych w Europie lokalizacji dla inwestorów zagranicznych. Jesteśmy dużym krajem o ogromnym potencjale i trzeba więcej mówić o uproszczeniu wymogów prowadzenia działalności gospodarczej, żeby przyciągnąć więcej inwestorów, którzy będą budować tutaj swoje firmy.

Według „Global Business Complexity Index 2020” w Europie najbardziej przyjazne państwa dla biznesu to Dania, Holandia i Irlandia. Z kolei działalność gospodarczą najtrudniej prowadzić w Grecji, Francji i Belgii.

Wśród naszych bezpośrednich sąsiadów to Czechy i Rosja mają zdecydowanie trudniej pod względem łatwości prowadzenia działalności, z kolei Niemcy są dużo przed nami – mówi Joanna Romańczuk.

W skali globalnej liderami w budowaniu przyjaznego środowiska biznesowego są Curaçao (terytorium zależne Holandii), Stany Zjednoczone, Jamajka i Dania. Na przeciwległym biegunie znalazły się natomiast Indonezja, Brazylia, Argentyna i Boliwia.

Koronawirus może zwiększyć świadomość finansową Polaków. Większość nie jest przygotowana na kolejny kryzys

0

Z powodu pandemii koronawirusa prawie co 10. Polak stracił pracę, a blisko połowa wciąż obawia się jej utraty. Co istotne, ponad połowa nie ma planu awaryjnego na taką okoliczność – wynika z badania InterviewMe.pl „Życie bez pensji”. Kryzys związany z COVID-19 może jednak zmienić sposób zarządzania finansami. – To może być pewnego rodzaju otrzeźwienie. Ludzie będą bardziej przyszłościowo planować, co może się stać, jeżeli stracą pracę – ocenia Piotr Sosnowski, współzałożyciel InterviewMe.pl.

– Sytuacja związana z koronawirusem potęguje obawy Polaków. Wiele sektorów gospodarki i wielu pracodawców bardzo boleśnie odczuwa konsekwencje pandemii, co przekłada się na pracowników – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Sosnowski. – Polacy są negatywnie nastawieni do tego, co się dzieje. To nowe wyzwanie i taka sytuacja może być dla wielu osób trudna.

Z powodu pandemii koronawirusa prawie co 10. Polak stracił pracę, a 43 proc. obawia się jej utraty. Jednocześnie jednak, jak pokazują wyniki badania InterviewMe.pl, nie jesteśmy przygotowani do kryzysu i nie mamy oszczędności, które pomogłyby go przetrwać. Co trzeci Polak wydaje niemal 90 proc. pensji, a 4 proc. – nawet powyżej 100 proc. tego, co zarabia. Co czwarty w ogóle nie posiada oszczędności, podobny odsetek twierdzi, że wystarczą one na maksymalnie dwa tygodnie. Tylko 35 proc. byłoby w stanie przeżyć z oszczędności od miesiąca do pół roku.

– Większość Europejczyków nie oszczędza, a 41 proc. nie ma żadnych oszczędności [badanie Intrum „European Consumer Payment Report” za 2018 rok – red.]. Na tym tle nie wypadamy źle, bo wśród Polaków ten odsetek wynosi 36 proc. – wskazuje współzałożyciel InterviewMe.pl.

Doradcy finansowi podkreślają, że osoby, które samodzielnie utrzymują gospodarstwo domowe, powinny mieć oszczędności na minimum sześć miesięcy. Dla tych, którzy dzielą wydatki z pracującym partnerem lub mają alternatywne źródło zarobku, bezpieczna poduszka to taka na co najmniej trzy miesiące.

Ponad połowa Polaków (58 proc.) oszczędza poniżej 500 zł, co czwarty 500–1000 zł. Tylko 17 proc. jest w stanie odłożyć więcej niż 1000 zł. Dlatego tylko 9 proc. osób deklaruje, że w przypadku utraty pracy sięgnęłoby po oszczędności.

– Na taką sytuację ponad połowa społeczeństwa nie jest przygotowana, ale może pandemia koronawirusa trochę to myślenie zmieni. Jeśli mielibyśmy szukać jakichś pozytywów w tej negatywnej sytuacji, to mógłby być jeden z nich. Może będziemy częściej myśleć o tym, co by się stało, gdybyśmy jednak pracę stracili – mówi Sosnowski.

Zdecydowana większość z nas od razu zaczęłaby szukać nowego miejsca zatrudnienia. Inni zwróciliby się po pomoc do rodziny i znajomych, przede wszystkim do rodziców i partnera.

Brak oszczędności oznacza, że w przypadku utraty pracy wielu Polaków będzie musiało zrezygnować z jakichś wydatków lub szukać alternatywnych źródeł dochodu.

Z badania InterviewMe.pl wynika, że Polacy w pierwszej kolejności sprzedawaliby biżuterię, sprzęt elektroniczny, ubrania i buty. Ponad jedna trzecia badanych twierdzi, że mimo kłopotów finansowych nie unikałaby obowiązkowych opłat. Tylko co 10. przestałby opłacać rachunki lub spłacać kredyt.

– Prawie 2/3 osób, które zapytaliśmy o to, z czego by zrezygnowały w razie utraty pracy, stwierdziło, że z Netflixa, wyjazdów zagranicznych, czyli wydatków, które łatwo można odciąć. Nasi badani potwierdzają tendencje dotyczące wydatków na wypoczynek, dlatego że w Polsce teraz około 20 proc. ludzi planuje wyjazd w 2020 roku, podczas gdy rok wcześniej to było prawie 80 proc. – wskazuje ekspert.

Jak ocenia, pandemia koronawirusa może zmienić stosunek Polaków do oszczędzania. Zdecydowana większość badanych obawia się bowiem jej ekonomicznych skutków. Widać to szczególnie w odpowiedziach kobiet.

– Kryzys związany z COVID-em jest pewnego rodzaju otrzeźwieniem. Dużo osób, które bardzo optymistycznie uważały, że nic nie będzie się zmieniać w gospodarce i sposobie, w jaki pracodawcy traktują pracowników, dostrzegło, że praca zależy od jeszcze innych czynników, na które nie mają wpływu – podkreśla Piotr Sosnowski.

Branża morskiej energetyki wiatrowej czeka na nowe przepisy. Mogą one doprowadzić do stworzenia 34 tys. etatów przy budowie farm na Bałtyku

0

W nadchodzących latach na Bałtyku ma nastąpić boom inwestycyjny, a prąd z pierwszych farm wiatrowych ma popłynąć ok. 2025 roku. Rozwój morskiej energetyki wiatrowej ma pobudzić gospodarkę i zapewnić ponad 30 tys. nowych miejsc pracy, ale inwestorzy do tej pory wyczekiwali stabilnych regulacji, które ma im zapewnić tzw. ustawa offshorowa. Resort klimatu przekazał ją już do ponownych, krótkich uzgodnień, a wejście w życie nowych regulacji jest spodziewane jeszcze w tym roku. Obok systemu wsparcia dla inwestorów i przyspieszenia jego wejścia w życie ustawa zagwarantuje też, że w budowie farm na Bałtyku mają w dużej części partycypować krajowe przedsiębiorstwa.

Projekt ustawy o wspieraniu produkcji energii z morskich farm wiatrowych w tej chwili napawa optymizmem wszystkich interesariuszy tej branży w Polsce. Entuzjazm jest istotny zwłaszcza wśród inwestorów, bo ustawa pozwoli im jasno zaplanować ścieżkę rozwoju projektów, których skala przekracza chyba wszystko, co do tej pory robiliśmy w polskiej energetyce. Projektów, które wymagają szczególnego poziomu stabilności regulacyjnej i generalnie pewnej zgody – również politycznej – odnośnie do rozwoju sektora morskiej energetyki wiatrowej w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Witoński, prezes Polskiego Towarzystwa Morskiej Energetyki Wiatrowej.

Polskie farmy wiatrowe na Bałtyku zaczną produkować energię około 2025 roku. Wart ponad 130 mld zł program ich budowy ma być impulsem rozwojowym dla przemysłu stoczniowego i całej gospodarki, przyczynić się do wypełnienia unijnych zobowiązań w zakresie OZE oraz zwiększyć krajowe bezpieczeństwo energetyczne. Potrzeba jednak do tego stabilnego prawa.

Dziś farmy wiatrowe nie korzystają z podobnych ułatwień, co inne wielkoskalowe inwestycje infrastrukturalne, regulacje nie stymulują rozwoju branży, a postępowania administracyjne dla takich projektów się przedłużają i w wielu przypadkach są niedostosowane do realiów prowadzenia procesu budowlanego na morzu. Ten stan ma zmienić ustawa offshorowa, której projekt został opublikowany na początku tego roku. Dokument był długo wyczekiwany przez branżę i inwestorów. Po fazie konsultacji, na początku lipca, Ministerstwo Klimatu przekazało zaktualizowany projekt do ponownych, krótkich uzgodnień międzyresortowych. Jedna z głównych zmian, które zostały wprowadzone, to zwiększenie mocy projektów morskich farm wiatrowych, które będą mogły zostać zrealizowane w ramach tzw. I fazy systemu wsparcia – z 4,6 GW do 5,9 GW. Ich budowa będzie też możliwa szybciej, niż do tej pory zakładano.

Decyzje o przyznaniu wsparcia dla projektów, które zakwalifikują się do I fazy, będą podejmowane do połowy 2021 roku. Pierwotne założenia mówiły o końcu 2022 roku. Mamy więc do czynienia z istotnym przyspieszeniem prac nad przygotowywanymi projektami i zagwarantowaniem osiągnięcia  ich gotowości do tzw. prekwalifikacji do systemów wsparcia, w ramach których inwestorzy będą musieli przedstawić przekonujące dane wskazujące na odpowiedni stan zaawansowania prac, ustabilizowane budżety i harmonogramy realizacji tych projektów – mówi Mariusz Witoński.

Prezes PTMEW wskazuje, że przyspieszenie daty przyznania wsparcia powoduje, że inwestorom zostało bardzo mało czasu na przygotowanie projektów. Dlatego bardzo ważne, żeby prace nad ustawą posuwały się teraz szybko, a nowe regulacje zostały przyjęte jak najszybciej. Według aktualnych założeń mają one wejść w życie jeszcze w tym roku.

Poza regulacjami dotyczącymi systemu wsparcia, które stabilizują biznesplany inwestorów, ustawa wprowadza też istotne narzędzie, które znacznie przyczyni się do budowy przemysłu morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. To plan łańcucha dostaw – narzędzie opracowane i stosowane z powodzeniem w Wielkiej Brytanii, dzięki czemu udało się osiągnąć zwiększenie udziału lokalnych przedsiębiorstw w łańcuchu dostaw. W przypadku Polski mamy do czynienia z pewną kopią tego rozwiązania, dostosowaną do naszych warunków – mówi.

Projekt ustawy offshorowej zakłada m.in., że inwestorzy, którzy będą stawiać na Bałtyku morskie farmy wiatrowe, będą zobowiązani współpracować przy tym z krajowymi firmami (i dokumentować tę współpracę w formie sprawozdań). Według szacunków PSEW już teraz na polskim rynku działa ponad setka krajowych przedsiębiorstw, które mogą się włączyć w procesy przygotowania, budowy i eksploatacji farm wiatrowych na Bałtyku. Część z nich to wyspecjalizowane podmioty działające w branży offshore od lat, uznane na europejskim rynku i korzystające z autorskich technologii.

Dzięki tym regulacjom dotyczącym planu łańcucha dostaw inwestorzy, którzy będą przygotowywać projekty w Polsce, zostaną zobowiązani do prowadzenia dialogu technicznego z krajowymi przedsiębiorstwami i zaplanowania relacji z lokalnym biznesem. W efekcie będzie możliwe wykorzystanie krajowego potencjału w budowie morskich farm wiatrowych – mówi Mariusz Witoński.

Morskie farmy wiatrowe na Bałtyku mają być oddawane do użytku sukcesywnie, pomiędzy 2024 a 2033 rokiem (faza inwestycyjna). Okres funkcjonowania takiej farmy to 25 lat, więc efekty w postaci wpływu z podatków do budżetu państwa mają być widoczne aż do roku 2058. Zgodnie z oceną skutków regulacji projektu ustawy offshorowej budowa farm wiatrowych na Bałtyku w początkowej fazie ma zapewnić ok. 34 tys. nowych etatów.

– Projekt ustawy nie jest jeszcze doskonały i nie reguluje wszystkich kwestii, które warto by uwzględnić w planowaniu rozwoju tak szerokiego sektora. Jednak krótki czas, jaki pozostał inwestorom na przygotowanie projektów do prekwalifikacji do systemu wsparcia, powoduje, że teraz powinniśmy raczej zamykać prace nad ustawą. Do ewentualnych modyfikacji możemy wrócić później, po zagwarantowaniu możliwości ustanowienia systemu wsparcia, dla którego Unia Europejska zamknie taką możliwość w połowie przyszłego roku – podkreśla prezes PTMEW.

Jak ocenia, w późniejszym czasie uregulowania będzie wymagać też m.in. rola operatora systemu przesyłowego w przyłączaniu projektów i jego zobowiązań dotyczących budowy infrastruktury przyłączeniowej na morzu.

Kolejny aspekt to infrastruktura portowa i całe zaplecze logistyczne, które powinniśmy przygotować tak, żeby zmaksymalizować szanse na wykorzystanie lokalnego potencjału. To przede wszystkim porty będą przyczółkami rozwoju dla polskiego przemysłu morskiej energetyki wiatrowej – mówi Mariusz Witoński.

Budowa farm wiatrowych na Bałtyku została ujęta jako projekt strategiczny w „Polityce energetycznej Polski do 2040 roku” (jej ostateczna wersja ma być gotowa do końca bieżącego roku). Projekt dokumentu wskazuje, że wśród źródeł odnawialnych będzie dominowała właśnie energetyka wiatrowa (66 proc. zainstalowanej mocy w OZE w 2040 roku). Docelowo w polskiej wyłącznej strefie ekonomicznej na Bałtyku planowane jest oddanie do eksploatacji ponad 10 GW mocy zainstalowanej w morskich farmach wiatrowych (po 2033 roku), a roczna produkcja energii elektrycznej z wiatru wyniesie około 40 TWh rocznie.

Zgodnie z raportem Global Wind Energy Council ubiegły rok był rekordowy dla rozwoju morskiej energetyki wiatrowej na świecie. Przybyło w sumie 6,1 GW mocy, dzięki czemu łączna moc zainstalowana osiągnęła 29,1 GW. Dla porównania dekadę temu (w 2010 roku) wynosiła jedynie 3 GW. Według ekspertów GWEC do 2030 roku na świecie zainstalowana moc osiągnie 205 GW, a w kolejnych latach sektor ten będzie jednym z kluczowych dla odbudowy gospodarki po kryzysie wywołanym pandemią koronawirusa.

Pandemia nasiliła już wcześniej istniejące kryzysy humanitarne. Do końca roku z głodu umrze więcej osób niż z powodu koronawirusa

Koronawirus i związane z nim ograniczenia i skutki przyczyniają się do nasilenia takich kryzysów humanitarnych. WHO wskazuje, że problem głodu może dotknąć dodatkowe 130 mln ludzi. Według raportu Oxfam do końca roku średnio 12 tys. osób dziennie umrze z powodu głodu, podczas gdy w szczytowym momencie pandemii w kwietniu br. każdego dnia umierało z tego powodu 10 tys. osób. Skutki kryzysu najmocniej odczują najsłabsze społeczności, np. w krajach ogarniętych wojną, które nie radzą sobie bez pomocy z zewnątrz. – Na szczęście koronawirus przyczynił się do wzmocnienia solidarności międzynarodowej – mówią przedstawiciele Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

– Pandemia w dużej mierze wpłynęła na to, jak wygląda sytuacja w różnych częściach świata. Kryzys gospodarczy, który jest jej konsekwencją, wpłynął na to, że w Kenii wedle danych Banku Światowego prawie pół miliona ludzi może stracić pracę. W Etiopii już dziś mówimy o tym, że ponad 8,5 mln dzieci cierpi głód. Wraz z nasilającą się pandemią i ograniczeniami tych zagrożeń będzie więcej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Aleksandra Rutkowska, rzeczniczka prasowa Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Światowa Organizacja Zdrowia ostrzega, że koronawirus może nasilić już istniejące kryzysy na świecie. W przewlekłej sytuacji kryzysowej znajduje się obecnie, według danych WHO, ok. 220 mln ludzi. Wiele krajów, zwłaszcza w Afryce i na Bliskim Wschodzie, cierpi z powodu konfliktów i głodu. Ekonomiczne skutki pandemii mogą pogorszyć i tak już złe warunki życia, zwłaszcza wśród uchodźców. PCPM podaje, że w latach 2010–2019 liczba uchodźców na świecie niemal się podwoiła, z 40 do 79,5 mln osób. To największa liczba w prawie 70-letniej historii urzędu Wysokiego komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców (UNHCR).

– Szczególną uwagę powinniśmy skierować w stronę Syrii, gdzie 4 mln ludzi potrzebuje natychmiastowego wsparcia, a 11 mln ludzi – pomocy humanitarnej. Z drugiej strony są Etiopia i Kenia, które potrzebują wsparcia w rozwiązaniu problemu głodu – wymienia Aleksandra Rutkowska. – To właśnie ogarnięte wojną państwa Afryki i Bliskiego Wschodu bardziej potrzebują pomocy, bo pandemia wzmogła ich problemy.

Chociaż jest jeszcze za wcześnie, aby ocenić pełny wpływ koronawirusa na sytuację humanitarną na świecie, to na pewno wzrośnie problem głodu. Raport Oxfam podaje, że w 2020 roku to głód zabije więcej osób niż koronawirus. Według raportu „State of Food Security and Nutrition in the World” (m.in. UNICEF-u, WHO i FAO) w ubiegłym roku z tego powodu cierpiało 690 mln ludzi na całym świecie, z czego najwięcej w Azji i Afryce. W tym roku liczba ta może wzrosnąć o dodatkowe 130 mln.

Ograniczenia związane z pandemią – brak eksportu, możliwości transportu, otwartych granic – powodują, że Etiopia, kraj w 90 proc. oparty na rolnictwie, i jej mieszkańcy są w coraz trudniejszej sytuacji. Nie mają możliwości zarabiania pieniędzy, bo jedyna szansa na ten zarobek była właśnie poprzez eksport płodów rolnych, który w dobie pandemii zamarł – podkreśla rzeczniczka prasowa Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. – Kolejnym trudnym wyzwaniem oprócz pandemii jest m.in. epidemia szarańczy. To ona powoduje, że dziennie 80 ton żywności jest odbierane Etiopczykom.

Problem głodu w państwach afrykańskich nasilają także decyzje rządów o zamknięciu szkół i cięciu wydatków na edukację. WHO ocenia, że blisko 10 mln dzieci do końca tego roku wypadnie z systemu edukacji.

W Etiopii zamknięcie szkół równoważne jest z tym, że dzieci nie dostaną jedynego posiłku w ciągu dnia, który otrzymywały zwykle właśnie w szkole. Organizujemy dużą zbiórkę na Etiopię, żeby najpierw rozwiązać te najtrudniejsze problemy, które wiążą się z pandemią, a potem zadbać o fundament, jakim jest edukacja. Bez niej nie będziemy w stanie wspierać tych społeczności – mówi Aleksandra Rutkowska.

Problemem jest także zła kondycja służby zdrowia, np. w Afryce. Kontynent ten – mimo pesymistycznych prognoz – na razie w miarę dobrze radzi sobie z pandemią. Do 9 sierpnia liczba zakażonych przekroczyła 880 tys., a ofiar – 16 tys.

– Większość krajów afrykańskich ma bardzo kruchy system opieki zdrowotnej. W wielu szpitalach, w których my pracowaliśmy, nie było ani jednego respiratora. To znaczy, że w sytuacji, kiedy koronawirus rozszerzałby się i tych zachorowań byłoby więcej, państwa afrykańskie nie byłyby w stanie sobie z tym poradzić – mówi ekspertka.

To w obliczu takich kryzysów okazuje się, jak ważna jest pomoc międzynarodowa. Jednak pandemia wpłynęła również na pracę fundacji i instytucji, które się tym zajmują. Po pierwsze, ze względu na bezpieczeństwo swoich pracowników wiele działań musiało zostać przeniesionych do online’u. Po drugie, podmioty te musiały zmienić kierunki działania i inicjatywy, na które stawiają akcent. Były też obawy, że problemy gospodarcze i zdrowotne bogatszych państw wpłyną na ograniczenie skali zaangażowania darczyńców. Tak było tylko na początku pandemii.

Dziś już widzimy, bo kontynuujemy bardzo dużą zbiórkę na walkę z głodem w Etiopii, że zainteresowanie darczyńców znów jest duże. Nie odwrócili wzroku od problemów, z jakimi zmaga się świat. Działania, które podejmujemy od czasu pandemii, pokazały nam, że społeczeństwo nie przestało pomagać. W wielu z nas ta sytuacja obudziła wrażliwość społeczną. Solidarność międzykulturowa i międzynarodowa jest dużo silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Mamy nadzieję, że ta tendencja się utrzyma, że nie odwrócimy wzroku od państw, które dziś w dobie pandemii szczególnie potrzebują wsparcia – podsumowuje Aleksandra Rutkowska.

Sztuczna inteligencja może zastąpić doradców finansowych. Jej stosowanie na szerszą skalę wymaga jednak odpowiednich regulacji prawnych

Polski nadzorca finansowy, jako jeden z pierwszych krajów Unii Europejskiej, opracował stanowisko dotyczące robodoradztwa. Takie działania wspierają stosowanie sztucznej inteligencji w procesie usług doradztwa inwestycyjnego. Choć robotyzacja zmniejsza koszty i zwiększa wydajność, konieczne są odpowiednie regulacje. Jednym z wyzwań jest zabezpieczenie prawne odpowiedzialności za szkody, które mogą powstać w związku z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

– Jeszcze 10 lat temu jadąc z nawigacją oraz z pasażerem, gdy nawigacja mówiła: jedź prosto, a ktoś, kto siedzi obok, powiedział: skręcaj, skręcilibyśmy. Nie wierzyliśmy, że technologia jest dostatecznie dobra. Dzisiaj pojedziemy prosto. Podobnie jest ze sztuczną inteligencją w zakresie doradztwa. Dzisiaj wybierzemy człowieka, bo wierzymy w to, że technologia w tym zakresie nie jest jeszcze dostatecznie dobra. Za 10 lat być może wybierzemy już robodoradcę – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Szpringer, partner w Kancelarii KSZ Smart Legal – Karwasiński Szpringer i Wspólnicy.

Robodoradztwo, czyli zautomatyzowane doradztwo inwestycyjne, oparte na zaawansowanych algorytmach, sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym, staje się coraz popularniejsze. Sztuczna inteligencja poznaje potrzeby klienta na podstawie baz danych i proponuje mu dedykowane strategie inwestycyjne, następnie zarządza aktywami, aż do uzyskania określonego zysku. Jak podaje raport „Sztuczna inteligencja w bankowości”, erę robotów-doradców zapoczątkował w 2016 roku Bank of America. Dwa lata później Wealthfront stał się pierwszym doradcą robotycznym, który zaoferował bezpłatne, spersonalizowane planowanie finansowe dla swoich klientów.

Obecnie, jak szacuje firma Roland Berger, wartość aktywów zarządzanych przez sztuczną inteligencję wynosi ok. 500 mld euro. Choć to zaledwie 1 proc. światowych aktywów, rynek w ciągu najbliższych kilku lat ma rosnąć w tempie 36 proc. rocznie.

– Sztuczna inteligencja, która jest dostępna dzisiaj, to mechanizm oparty na uczeniu maszynowym, tzn. na algorytmach umiejących uczyć się na podstawie dostarczonych danych, zapotrzebowania klienta, jego profiu i opierając się na tym, proponować decyzje inwestycyjne. Należy pamiętać, że sztuczna inteligencja jest tak dobra jak algorytm, który za nią stoi, oraz dane, które zostaną do niego dostarczone, a za oba te elementy odpowiada człowiek – tłumaczy Jakub Szpringer.

Unia Europejska kładzie duży nacisk na rozwój automatyzacji. Wprowadzenie zachęt do wykorzystywania sztucznej inteligencji przez małe i średnie przedsiębiorstwa ma pozwolić na konkurencję z USA czy Chinami. Dotychczas brakowało jednak regulacji dotyczących wykorzystania sztucznej inteligencji w obszarze finansowym. Komisja Nadzoru Finansowego opracowała projekt stanowiska dotyczącego robodoradztwa w ramach tzw. Cyfrowej Agendy Nadzoru, czyli planu działań KNF w obszarze nowoczesnych usług finansowych. Tym samym Polska jest jednym z pierwszych europejskich krajów, w którym organ nadzoru poruszył szereg istotnych wątków związanych z projektowaniem takiej usługi, jej wdrożeniem i monitorowaniem.

– To jest bardzo dobry znak, bo pokazuje, że nadzorca jest świadom potencjału, jaki istnieje w nowych technologiach, oraz korzyści, jakie może przynieść dla klienta rynku finansowego –  ocenia ekspert.

Zastosowanie sztucznej inteligencji w obszarze finansowym, choć może zmniejszyć koszty, niesie ze sobą zagrożenia. Dlatego, jak przekonuje Jakub Szpringer, nowe regulacje powinny być transparentne i zabezpieczyć kwestię odpowiedzialności za ewentualne szkody, jakie mogą powstać w wyniku stosowania sztucznej inteligencji.

– Sztuczna inteligencja ucząc się, popełnia oraz będzie popełniała błędy, natomiast konieczne jest to, żeby człowiek na każdym etapie jej rozwoju był w stanie te błędy zrozumieć tak, aby je wyeliminować – przekonuje prawnik.

Regulacje powinny też jasno wskazywać, od kogo klient może domagać się rekompensaty za ewentualne straty. Według rekomendacji komitetu ds. prawnych Komisji UE przyszłe przepisy powinny być wzorowane na regulacjach stosowanych do odpowiedzialności za produkt niebezpieczny.

– Czasami będzie to podmiot wprowadzający dane rozwiązanie na rynek, czasami podmiot, który dostarcza dane, modyfikując działanie sztucznej inteligencji, a czasami nadzorca, który kontroluje bieżącą działalność danego mechanizmu. W przypadku gdyby okazało się, że żaden z tych podmiotów nie jest dostępny, odpowiedzialność należy przypisać podmiotowi, który osiąga korzyści z tytułu działania danej usługi – wskazuje partner w Kancelarii KSZ Smart Legal – Karwasiński Szpringer i Wspólnicy.

Internet satelitarny pozwoli połączyć się z siecią z dowolnego miejsca na świecie. Jeszcze w sierpniu ruszą testy technologii

Największe korporacje technologiczne inwestują w rozwój systemów satelitarnego internetu, aby podłączyć do sieci jak największy odsetek społeczeństwa i wymazać z mapy świata białe plamy komunikacyjne. Najbardziej zaawansowane prace w tej materii prowadzi firma SpaceX, która wysłała już pierwsze eksperymentalne satelity. Mają stworzyć podwaliny internetu przyszłości. W ślad za firmą Elona Muska podążają też giganci technologiczni, jak Amazon czy Facebook.

Jeden z najambitniejszych projektów związanych z upowszechnieniem internetu satelitarnego prowadzi firma SpaceX, która w ramach projektu Starlink planuje umieścić na niskiej orbicie okołoziemskiej blisko 12 tys. satelitów komunikacyjnych. Nadrzędnym celem tej inicjatywy jest stworzenie gęstej siatki telekomunikacyjnej, która pozwoli połączyć się ze światową siecią z dowolnego miejsca na Ziemi, w tym m.in. tam, gdzie nie dociera sygnał komórkowy.

– Internet satelitarny Elona Muska będzie jak najbardziej działać. Już w tym momencie mamy dostęp do internetu satelitarnego, cała powierzchnia Polski jest w jego zasięgu. Nie jest to zatem novum w zakresie technologii, lecz pod względem zasięgu, bo Elon Musk planuje objąć nim całą naszą Ziemię – mówi agencji Newseria Innowacje Bartosz Bałdyga, kierownik działu astronomicznego Olsztyńskiego Planetarium i Obserwatorium Astronomicznego.

Dotychczas w ramach programu testowego udało się wystrzelić 595 Starlinków (choć część z nich uległa zniszczeniu lub nie działa), a wszystkie jednostki docelowej sieci komunikacyjnej mają trafić na orbitę do listopada 2027 roku. Potencjalni użytkownicy nie będą musieli czekać kilku lat na podłączenie się do tych satelitów, gdyż proces otwartych beta-testów nowej usługi komunikacyjnej ma rozpocząć się jeszcze w sierpniu 2020 roku.

– Internet satelitarny działa bardzo podobnie do radiowego. Mamy specjalny talerz, który łączy się z satelitą na orbicie i w ten sposób pozyskujemy sygnał. O ile jego prędkość może być bardzo duża, o tyle opóźnienia dochodzą do 630 ms, a przy połączeniu kablowym oscylują w granicach 23 ms. Jeśli chcielibyśmy oglądać film, problemu nie ma, problemy zaczynają się w momencie, jak byśmy chcieli np. grać w gry internetowe, wtedy opóźnienia dyskwalifikują taki internet. Wykorzystuje się go jednak w sytuacjach, kiedy jest potrzebny po prostu dostęp do sieci nie w celach rozrywkowych, tylko komunikacyjnych – mówi Bartosz Bałdyga.

Docelowo internet od SpaceX osiągnie pełną moc operacyjną w 2027 roku i ma być w stanie przesyłać dane z przepustowością rzędu 1 Gb/s oraz przy opóźnieniu od 25 do 35 ms.

Tymczasem do walki o klientów satelitarnych sieci internetowych włączył się również Amazon, który uzyskał od Federalnej Komisji Łączności koncesję na rozwój Projektu Kuiper. Zakłada on wysłanie na niską orbitę okołoziemską ponad 3 tys. satelitów, które pozwolą dostarczyć internet do ok. 95 proc. populacji. Dzięki niemu korporacja będzie świadczyć swoje usługi większej liczbie potencjalnych klientów. Własną satelitarną sieć internetową planuje uruchomić także Facebook, aby dotrzeć ze swoim serwisem do osób, które nie mają dostępu do klasycznego internetu.

Konieczność walki z cyfrowym wykluczeniem jest jednym z koronnych argumentów stojących za rozwojem sieci tego typu. Internet satelitarny pozwoli skomunikować zarówno ubogie regiony krajów rozwijających się, jak i obiekty przemysłowe, które z powodu nietypowego umiejscowienia są odcięte od sieci, np. odległe platformy wiertnicze.

– Satelity podające sygnał internetowy w pewnym sensie są przyszłością komunikacji. Jednakże pozostają przed nami wyzwania stojące w zmniejszeniu czasu reakcji, tzw. pingów. Z drugiej jednak strony umożliwi to połączenie z internetem np. stacji wiertniczych czy statków, które w obecnym momencie prócz połączenia radiowego albo telefonów satelitarnych mają ograniczony dostęp do internetu – tłumaczy ekspert.

Choć potencjał technologii jest ogromny, nie każdy projekt z tej branży kończy się sukcesem. Firma OneWeb w marcu 2020 roku ogłosiła bankructwo po wysłaniu zaledwie 74 z 648 planowanych satelitów komunikacyjnych. W lipcu 2020 roku wykupiły ją brytyjski rząd oraz indyjski konglomerat Bharti Enterprises, dzięki czemu satelity wchodzące w skład programu OneWeb zostaną wcielone do brytyjskiej sieci nawigacji satelitarnej GNSS i nie zamienią się w kosmiczne śmiecie. To jedna z większych obaw przy projektowaniu coraz większej liczby siatek satelitów.

– Starlink z perspektywy szarego człowieka nie jest żadnym zagrożeniem, może zadziałać na plus w obecnej sytuacji geopolitycznej świata. Jednakże w przyszłości może być pewnym zagrożeniem dla astronomów, ponieważ satelita znajdujący się na orbicie może zadziałać jak lusterko, które może puścić nam zajączka prosto w aparaturę astronomiczną, uszkadzając ją. Ale z perspektywy szarego człowieka nie ma żadnego zagrożenia – twierdzi Bartosz Bałdyga.

Według firmy badawczej Grand View Research wartość globalnego rynku satelitarnych systemów przesyłu danych do 2027 roku wzrośnie do 36,9 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 27,9 proc. w skali roku.

Rzecznik MŚP w piśmie do Minister Rozwoju proponuje zamrożenie płacy minimalnej w 2021 roku

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz w dniu 7 sierpnia br. skierował pismo do Wicepremier Minister Rozwoju Jadwigi Emilewicz, w którym zaproponował zamrożenie płacy minimalnej w roku 2021 na dotychczasowym poziomie, tj. 2600 zł brutto.

W piśmie Rzecznik MŚP zwraca uwagę, że gdy płaca minimalna wzrośnie w przyszłym roku o 200 zł, tj. do poziomu 2800 zł brutto, to stawka godzinowa wyniesie tym samym 18,30 zł. Zdaniem Rzecznika MŚP przyjęcie takiego rozwiązania w obliczu kryzysu gospodarczego, spowodowanego pandemią COVID-19, może spowodować negatywne skutki gospodarcze, które odczują nie tylko przedsiębiorcy, ale także pracownicy. W regionach słabszych gospodarczo podwyżka płacy minimalnej może doprowadzić do redukcji zatrudnienia.

Adam Abramowicz podkreśla w liście także, że pomoc rządowa dla firm, których działalność była ograniczana rozporządzeniami ministra zdrowia, w dużej części się zakończyła. Nałożenie kolejnych restrykcji, ograniczających przychód, oraz decyzji rządowej o podniesieniu płacy minimalnej, wymuszającej wzrost kosztów prowadzenia działalności, spowoduje ogromne trudności dla wielu firm z sektora MŚP, zwłaszcza w powiatach słabszych gospodarczo.

„Negatywnym skutkiem braku zamrożenia płacy minimalnej w 2021 roku na poziomie z roku 2020 będzie także wyższa składka na ubezpieczenia społeczne przedsiębiorców. Uzależniona jest ona od średniej płacy w gospodarce narodowej, która to wzrośnie ze względu na podwyżkę minimalnej płacy. Wzrost składki na ubezpieczenie społeczne przedsiębiorców także spowoduje wzrost kosztów firmy” – podsumowuje w liście Adam Abramowicz.

Ewa Kurowska-Tober awansuje w globalnych strukturach DLA Piper

Ewa Kurowska-Tober, partner kierująca warszawską praktyką Własności Intelektualnej i Nowych Technologii, została nominowana na stanowisko Global Co-Chair Podgrupy Ochrony Danych, Prywatności i Bezpieczeństwa w DLA Piper.

Ewa Kurowska-Tober wspólnie z pozostałymi Global Co-Chairs, Andrew Dyson (Leeds) i Carolyn Bigg (Hong Kong) będzie rozwijać grupę na globalnych rynkach w obszarach specjalizacji ochrony danych osobowych, prywatności i bezpieczeństwa. Obecnie ta globalna praktyka DLA Piper zajmuje Tier 1 w rankingach i realizuje projekty z ochrony danych osobowych i cyberbezpieczeństwa dla międzynarodowych klientów na całym świecie.

„Znaczące konsekwencje wyroku Europejskiego Trybunału Sądowego w tzw. sprawie Schrems II dotyczącej globalnych transferów danych; gwałtowna ewolucja prawa ochrony danych w krajach Azji i Pacyfiku, na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Południowej Ameryce; wzmocnienie prawa prywatności w Stanach Zjednoczonych i szansa na rozwój gospodarki opartej na danych w czasach pandemii – te wszystkie trendy tworzą kontekst, w którym nasi klienci oczekują i potrzebują merytorycznego prawnego wsparcia w pokonywaniu wyzwań i korzystaniu z szans, które powstają na rynkach” – powiedziała Ewa Kurowska-Tober.

„Nominacja Ewy jest ogromnym uznaniem jej pracy klienckiej w obszarze ochrony danych osobowych, prywatności i bezpieczeństwa oraz współpracy z innymi biurami DLA Piper.  Jest także wzmocnieniem pozycji biura polskiego w sieci DLA Piper” – dodaje Krzysztof Kycia, partner współzarządzający DLA Piper w Polsce.

O Ewie Kurowskiej-Tober

Ewa Kurowska-Tober DLA Piper
Ewa Kurowska-Tober, DLA Piper

Ewa Kurowska-Tober jest prawnikiem, radcą prawnym, z 18-letnim doświadczeniem pracy w sprawach związanych z ochroną danych osobowych i nowoczesnymi technologiami. Specjalizuje się w branżach o wysokim poziomie regulacji, łącząc profesjonalne doświadczenie w zakresie umów handlowych z głęboką znajomością spraw regulacyjnych.

Doradza wiodącym spółkom z sektora bankowego, ubezpieczeniowego, mediów i technologii, przy dużych globalnych programach zgodności z RODO, transgranicznych transferach danych, politykach bezpieczeństwa danych i zgłoszeniach podejrzeń naruszenia. Wspiera klientów w postępowaniach przed PUODO. Doradza w przypadkach naruszenia ochrony danych rekomendując kroki naprawcze. Uczestniczy w projektowaniu od strony ochrony danych osobowych innowacyjnych narzędzi biznesowych opartych na przetwarzaniu danych osobowych.

Specjalizuje się również w zakresie prawa informatycznego i internetowego, umów dotyczących obliczeń w chmurze, e-handlu, nadawania i dystrybucji programów oraz umów licencji i umów wdrożenia oraz utrzymania systemów informatycznych.

PragmaGO® i Allegro.pl Sp. z o.o. będą współpracować w modelu white label

Zarząd PragmaGO SA poinformował dziś o zawarciu umowy o współpracy z Allegro Sp. z o.o. Przedmiotem wspólnej działalności obu Spółek będzie oferowanie w serwisie Allegro.pl usług faktoringu online PragmaGO® w modelu white label.

„Podjęcie współpracy z Allegro jest ważnym krokiem w realizacji przyjętej strategii działania na lata 2017-2020. Dostarczanie usług finansowych online do ekosystemów naszych partnerów jest jednym z głównych projektów PragmaGO® o kluczowym znaczeniu. Techniczna integracja z zewnętrznymi partnerami jest możliwa dzięki naszemu systemowi klasy Enterprise Navi PragmaGO, który jest w pełni przygotowany do obsługi dużej skali transakcji” – komentuje wiceprezes Daniel Mączyński.

Na czym będzie polegać współpraca z największą internetową platformą handlową online w Polsce? Jak wyjaśnia prezes PragmaGO SA Tomasz Boduszek „przedmiotem współdziałania Spółek jest udostępnienie przedsiębiorcom sprzedającym towary w serwisie Allegro.pl usług faktoringu online z przejęciem ryzyka wypłacalności. W efekcie, firmy sprzedające na platformie Allegro.pl z wydłużonym terminem płatności, skorzystawszy z usługi PragmaGO®, uzyskają natychmiastową zapłatę za swój sprzedany towar, a firmy kupujące go na fakturę zyskają wydłużony termin na opłacenie zakupów.”

Usługa będzie realizowana online dzięki komunikującym się ze sobą aplikacjom Allegro.pl i Navi PragmaGO. Obie strony zobowiązują się nie podejmować przez określony czas żadnych działań z podmiotami konkurencyjnymi w zakresie analogicznych produktów. Dodatkowo, PragmaGO SA ma zapewnić środki finansowe pozwalające zrealizować obroty w minimalnej kwocie 500 mln zł do końca 2021 r., 1,2 mld zł do końca 2022 r. oraz 1,2 mld zł w kolejnych latach.

Trójmiasto idzie po milion

Konsekwentnie rozbudowujący się rynek biurowy w Trójmieście może pochwalić się dziś najniższym poziomem pustostanów w kraju, podaje firma doradcza Walter Herz.

Po zakończeniu budowy prowadzonych w Trójmieście inwestycji zasoby biurowe aglomeracji przekroczą 1 mln mkw. powierzchni. Rynek trójmiejski, który jest jednym z najszybciej rozwijających się ośrodków regionalnych w Polsce, dysponuje dziś zapleczem liczącym prawie 870 tys. mkw. powierzchni biurowych. Bardzo nowoczesnym zapleczem, bo większość biur w Trójmieście powstała zaledwie kilka lat temu.

– Od ponad roku ilość niewynajętej powierzchni biurowej na rynku trójmiejskim utrzymuje się na najniższym poziomie w kraju, nie przekraczając 6 proc. Świadczy to dużym potencjale tej lokalizacji, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę dynamikę rozwoju tego rynku w ostatnim czasie. W realizacji i przygotowaniu do budowy jest w Trójmieście kilkanaście inwestycji biurowych, które w ciągu najbliższych 36 miesięcy przyniosą prawie 150 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni – mówi Mateusz Strzelecki, Partner w Walter Herz.

Do największych, ukończonych w tym roku w Trójmieście projektów należą m.in. dwa gdańskie biurowce, które dostarczyły po 25 tys. mkw. biur: tj. budynek Olivia Prime B w kompleksie Olivia Business Center i biurowiec Wave firmy Skanska.

Inwestycje na terenach postoczniowych

Najwięcej trójmiejskich inwestycji biurowych powstaje przy jednej z głównych arterii komunikacyjnych Gdańska, al. Grunwaldzkiej oraz w centralnej części miasta na terenie tzw. Młodego Miasta. Na tym obszarze Cavatina realizuje obecnie pierwszy etap kompleksu biurowego Palio Office Park, a firma Inopa biurowiec C300.

Na postoczniowych terenach Młodego Miasta w Gdańsku, tuż przy Europejskim Centrum Solidarności i historycznej Sali BHP Stoczni Gdańskiej na starcie budowy jest również wielofunkcyjna inwestycja DOKI. Projekt zakłada realizację dwóch budynków biurowych o łącznej powierzchni najmu 37 tys. mkw., a także ponad 1000 mieszkań i kilkudziesięciu lokali usługowych. W ramach przedsięwzięcia odrestaurowany zostanie także usytuowany w sercu nowej dzielnicy, zabytkowy budynek Montowni, w którym znajdą się lofty serwisowane, food hall oraz sale konferencyjne.

Na terenie gdańskiej Stoczni Cesarskiej remontowany jest też aktualnie zabytkowy budynek Dyrekcji, który przyjmie funkcję biurową, oferując 4 tys. mkw. powierzchni.

Pierwsze w Polsce centrum biurowe na lotnisku

Ponadto, przy ulicy Droszyńskiego w Gdańsku firma Torus prowadzi budowę biurowca Format o powierzchni 16 tys. mkw., który ma być gotowy w drugim kwartale przyszłego roku. W tym samym czasie inwestor planuje również oddanie budynku biurowego z 7,3 tys. mkw. powierzchni najmu, który powstaje w drugim etapie  inwestycji Officyna usytuowanej przy alei Grunwaldzkiej.

W drugim kwartale przyszłego roku ukończony ma być z kolei pierwszy z siedmiu biurowców, które stanąć mają na terenie Portu Lotniczego Gdańsk. Pod budynek Alpha, który dostarczy 8,5 tys. mkw. powierzchni biurowych, wmurowano niedawno kamień węgielny. Realizacja ta daje początek pierwszemu w Polsce centrum biurowemu, które zlokalizowane będzie na lotnisku.

Powstała również koncepcja zagospodarowania terenów PKS przy ulicy 3 Maja w Gdańsku. W jego miejscu powstać miałby plac miejski z zielenią oraz nowym biurowcem i hotelem. A dworzec i perony autobusowe miałyby być przeniesione pod ziemię na poziom -1.

W Gdyni, która skupia niespełna jedną piątą trójmiejskich zasobów biurowych, największym z realizowanych obecnie projektów jest natomiast kompleks biurowy 3T Office Park z około 38 tys. mkw. powierzchni, który położony jest przy ulicy Łużyckiej.

Popyt na trójmiejskie biura nie spada

Chłonność trójmiejskiego rynku biurowego w ostatnich trzech latach, jak oblicza Walter Herz, wynosiła średnio 100 tys. mkw. rocznie. W pierwszym półroczu tego roku ten poziom absorbcji został utrzymany. Do najemców trafiło w Trójmieście ponad 50 tys. mkw. powierzchni biurowej.

– Najwięcej umów zawarły firmy z sektora transportowego i bankowego. Ponad milionowe Trójmiasto jest również wciąż atrakcyjne dla firm z segmentu nowoczesnych usług dla biznesu oraz nowych technologii. Inwestycje w infrastrukturę portową przyciągają też firmy związane z obrotem towarów drogą morską, wykorzystujące morski węzeł przeładunkowy – informuje Martyna Markiewicz, Senior Leading Negotiator, Regional Coordinator w Walter Herz.  – W związku z obecną sytuacją epidemiologiczną, poza nowymi transakcjami, w ostatnich tygodniach mieliśmy do czynienia także z dużą ilością renegocjacji umów najmu, które dobiegają końca. Sporo najemców zobligowanych dłuższymi kontraktami zgłaszało również chęć podnajmu części powierzchni. Jest to jednak tendencja zauważalna w całym kraju, nie tylko na rynku trójmiejskim – dodaje Martyna Markiewicz.

Polska powinna przetwarzać 50% odpadów komunalnych, a przerabia zaledwie 26%

Dwa lata temu zaktualizowana została ustawa o przetwarzaniu odpadów, w której do polskiego prawodawstwa weszły dyrektywy unijne. Według nich jeszcze w tym roku Polska musi osiągnąć 50%-owy poziom recyklingu i przetwórstwa odpadów komunalnych. To aż 6 milionów ton śmieci. Obecnie jednak system przetwórstwa i recyklingu śmieci to zaledwie około 26% odpadów. Daleko nam więc do spełnienia unijnych wymagań. 

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wzywa więc polski rząd do wcielenia w życie systemu Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenckiej (ROP) – którego mechanizm zobowiązuje producentów do stuprocentowego pokrycia kosztów zbierania, transportu, segregacji i przetworzenia odpadów.

– Rozszerzona Odpowiedzialność Producenta oznacza przedłużenie odpowiedzialności producenckiej za odpady, które są wprowadzane na rynek, do końca ich cyklu życia. Ta odpowiedzialność jest przede wszystkim finansowa – ale kształtuje się w zależności od tego, z jakimi odpadami mamy do czynienia – powiedziała serwisowi eNewsroom Sylwia Szczepańska, dyrektor ds. dialogu Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – W polskim systemie śmieciowym mamy do czynienia z dwoma rodzajami odpadów. Po pierwsze są to opakowania po napojach – butelki PET, puszki aluminiowe i butelki szklane. Ich przetwarzanie powinno w dużej części opierać się na skutecznym, jednolitym, scentralizowanym i porządnie działającym systemie kaucyjnym. Taki system musimy w Polsce wprowadzić – przy zaangażowaniu i wsparciu finansowemu producentów. Drugi rodzaj śmieci to odpady opakowaniowe, które są i powinny pozostać przetwarzane w obecnie obowiązującym systemie komunalnym. W tym przypadku odpowiedzialność producenta powinna obejmować finansowanie tego systemu oraz pilnowanie jakości i ilości wprowadzanych do niego odpadów. To powinno być odpowiednio rozliczane w dokumentach sprawozdawczych. Te dwie kwestie – system kaucyjny i odpowiedzialność producentów za odpady opakowaniowe – mogą zbliżyć nas do wywiązania się z unijnych zobowiązań – podkreśla Szczepańska.

Witold Modzelewski: Zniesienie płacy minimalnej prowadzi do problemów społecznych

Płaca minimalna, inaczej nazywana minimalnym wynagrodzeniem ustawowym, obowiązuje w Polsce od 2002 roku. Na początku wynosiła kilkaset złotych miesięcznie – a w 2020 roku wzrosła do 2600 zł brutto na umowie o pracę i 17 zł brutto za godzinę na umowach cywilnoprawnych. Płaca minimalna to narzędzie ochrony obywateli. Stanowi jedną z najważniejszych zdobyczy polityki społecznej, prowadzonej przez państwo. Dlatego pomysł rezygnacji z płacy minimalnej jest pomysłem radykalnym. Ekonomiści wskazują, że brak płacy minimalnej prowadzi nie tyle do problemów gospodarczych, co do społecznych. Rząd, który zrezygnuje z płacy minimalnej, może mieć później bardzo duże kłopoty.

– Detronizacja płacy minimalnej w ogóle nie wchodzi w grę. Musielibyśmy wystąpić z Unii Europejskiej, by wcielić ten pomysł w życie. A nawet gdybyśmy wystąpili, to sami będziemy oczekiwać, żeby płaca minimalna z nami pozostała. Ten, kto tu popełni błąd, ten za ten błąd zapłaci wielokrotnie – powiedział serwisowi eNewsroom Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Za taki błąd płacą Stany Zjednoczone. Milionowe bezrobocie nie jest tam już problemem ekonomicznym – jest problemem stabilności państwa. Płaca minimalna chroni obywatela i zapewnia stabilność zatrudnienia. To taka pomoc państwa w relacji pracownik-przedsiębiorca. W Polsce istnieje jednak pewien bufor, który pozwala na elastyczne podejście do płacy minimalnej – to możliwość samozatrudnienia. Ponad milionowa grupa samozatrudnionych pracowników w Polsce wystawia swoim pracodawcom faktury i godzi się na stratę pewnych praw pracowniczych – między innymi płacy minimalnej – w zamian za elastyczność zatrudnienia i większą wolność rynkową. Taka możliwość sprawia, że dyskusja o zniesieniu pracy minimalnej staje się tak naprawdę wycieczką intelektualną. Likwidacja tego historycznego osiągnięcia nie mieści się więc w  agendzie żadnej rozsądnej władzy – ocenia Modzelewski.

Marek Lachowicz: Sytuacja na polskim rynku odpadów nie jest dobra

Sytuacja na polskim rynku odpadów nie jest dobra. Widać o chociażby po wzroście cen za wywóz śmieci. Każda podwyżka stawki dla gospodarstw domowych oznacza, że w systemie wywozu i przetwarzania odpadów dzieje się źle. Drugim wyznacznikiem złej sytuacji jest dysproporcja między możliwościami zakładów recyklingowych, a deklarowanym w dokumentach poziomie przetwarzania odpadów. W Polsce liczba ton odpadów, które według deklaracji zostały poddane przetworzeniu, jest dużo większa niż realne możliwości zakładów recyklingowych. Różnica między tymi liczbami to prawie milion ton śmieci. Tymczasem Polskę już obowiązuje dyrektywa Unii Europejskiej numer 2018/851, której termin realizacji przypadł na 5 lipca bieżącego roku. Ustalone przez nią minimalne poziomy recyklingu powinny być więc już realizowane. Do 2025 ma być to 70% szkła, 77% plastiku po napojach i 70% stali. Te odsetki będą rosnąć co pięć lat – na 2030 rok planowany jest wzrost o kilka lub kilkanaście punktów procentowych w każdym z tych obszarów. By osiągnąć taki poziom recyklingu, potrzebujemy odpowiednio zbudować i zorganizować system Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenckiej (ROP).

– Przypuszczamy, że sytuacja ta wynika z rozpowszechnionego handlu kwitami i dokumentacją. Wystawiane są papiery dowodzące, że coś zostało poddane recyklingowi – ale w rzeczywistości wcale nie zostało przetworzone – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Lachowicz, główny analityk Instytutu Jagiellońskiego. – Rozszerzona Odpowiedzialność Producenta (ROP), która jest głównym tematem naszego raportu, mogłaby tę sytuację zmienić. Wprowadza ona bowiem na rynek równowagę – producent, który wypuszcza odpad na rynek, jest odpowiedzialny za jego usunięcie. W tym momencie producenci wprowadzają odpady na rynek i nie obchodzi ich to, co się z nimi później dzieje – a z problemem śmieci pozostają mieszkańcy i gminy. Tymczasem w interesie producenta powinno być dopilnowanie, by jego odpady zostały przetworzone lub odzyskane – wyjaśnia Lachowicz.

Koniec świata w mieszkaniówce na razie odwołany. Ceny mieszkań z rynku wtórnego – lipiec 2020

Lipiec nie przyniósł żadnych zaskoczeń na rynku mieszkaniowym. Kolejny raz potwierdziła się teza, że w miesiącach wakacyjnych nie obserwuje się znacznych wahań, przede wszystkim, gdy bierzemy pod uwagę ceny mieszkań. Po pierwszym pandemicznym szoku rynek wtórny radzi sobie nieco lepiej niż rynek pierwotny[1].

Spokojne wakacje

Na rynku wtórnym w lipcu ceny ofertowe mieszkań zmieniły się symbolicznie. Jedynymi miastami, w których zmiana wyniosła blisko 1% były Warszawa i Kraków. W stolicy średnia cena 1m2 używanego mieszkania wzrosła o 0,8%, a w Krakowie spadła o 0,9% w porównaniu do poprzedniego miesiąca. W Warszawie sprzedający przeciętnie określali wstępną wartość metra kwadratowego swojego mieszkania na 10 773 zł, natomiast w stolicy małopolski na 9 211 zł. W pozostałych miastach zmiany cen były jeszcze niższe (od 0,1% do 0,7%), dlatego możemy uznać, że na badanych sześciu rynkach ceny mieszkań w lipcu pozostały na stałym poziomie. – komentuje Barbara Bugaj, główny analityk rynku nieruchomości w SonarHome.pl

Średnie ceny ofertowe mieszkań z rynku wtórnego w lipcu 2020 r.

Średnie ceny ofertowe mieszkań z rynku wtórnego w lipcu 2020źródło: SonarHome.pl

Poziom cen z lipca nadal jednak jest niższy niż ten jaki notowany był w marcu na początku pandemii. Największą zmianę można zauważyć w Gdańsku, gdzie ceny ofertowe spadły o 3,5%. W Krakowie i Warszawie ceny mieszkań w ofertach są niższe o 1,5%, natomiast w Gdyni, Poznaniu i Wrocławiu spadek cen w porównaniu do marca jest już niższy niż 1%.

Zmiana średnich cen ofertowych mieszkań z rynku wtórnego – porównanie lipiec vs marzec 2020

Warszawa -1,5%
Kraków -1,5%
Gdańsk -3,2%
Gdynia -0,9%
Poznań -0,8%
Wrocław -0,9%

źródło: SonarHome.pl

Ofert nie brakuje

Przyglądając się liczbie nowych ofert można zauważyć, że pierwszy szok spowodowany pandemią już minął. Biorąc pod lupę Warszawę, rzeczywiście od połowy marca liczba najświeższych ofert zamieszczanych na portalach mocno spadła. Przyjmując jako punkt wyjściowy 1 marca 2020 roku największy spadek liczby nowych ofert odnotowano na przełomie kwietnia i maja, wtedy liczba nowych ogłoszeń spadła o 20%. Podaż szybko jednak zaczęła odrabiać spadki i już pod koniec maja była nieco wyższa niż na początku marca. Obecnie ofert jest już więcej o 13% (porównanie stanu z początku sierpnia do 1 marca 2020). Właściciele mieszkań nie rezygnują zatem ze sprzedaży. Być może niektórzy z nich nie wahają się dlatego, że przecież wciąż nie mamy pewności co do przyszłych zmian cen mieszkań i gdyby prognozy dotyczące ich spadku miały się ziścić, lepiej sprzedać mieszkanie teraz. Nie wiemy też jaki odsetek w odbudowanej podaży mogą stanowić mieszkania, które do tej pory służyły, bądź miały służyć jako inwestycja np. w formie najmu krótkoterminowego.

Procentowa zmiana liczby nowych ofert* w Warszawie (okres bazowy 01.03.2020 =0%)Procentowa zmiana liczby nowych ofert w Warszawie

źródło: SonarHome.pl *mieszkania będące w ofercie do 45 dni, począwszy od daty publikacji

Trzeci kwartał sprzyja mieszkaniówce

Trzeba przyznać, że obecnie, niemal w połowie trzeciego kwartału, ogólny klimat na wtórnym rynku mieszkaniowym nie jest zły. Rynkiem wtórnym wciąż interesują się inwestorzy. Mimo tego, że pojawiły się dodatkowe czynniki ryzyka takiej inwestycji, nie wszyscy są chętni na inwestycje na rynku kapitałowym i te osoby trafiają na rynek mieszkań. Jednym z nowych istotnych czynników ryzyka jest stojący pod znakiem zapytania powrót studentów na uczelnie. Nie wiemy jeszcze w jakiej skali nauka będzie kontynuowana w formule online. Niektóre uczelnie już wydały komunikat, że w zbliżającym się semestrze zimowym 2020/2021 zajęcia dydaktyczne będą prowadzone jak dotychczas, czyli w formie kształcenia na odległość. Część studentów podejmujących pracę w trakcie studiów może jednak wciąż pozostać na rynku najmu. Poza tym rynek najmu ma różnych odbiorców, są to również osoby pracujące. Część osób, która wstrzymała się z decyzją zakupu mieszkania lub otrzymała negatywną decyzję kredytową wciąż pozostanie na rynku. Dlatego kupując mieszkanie na wynajem najlepiej z góry określić grupę docelową, czyli profil osób dla jakich będziemy chcieli takie mieszkanie dostosować.

Odchodząc jednak od kwestii inwestycyjnych, rynkowi wtórnemu sprzyjały jeszcze inne czynniki. Po kwietniowym, drastycznym spadku nastrojów konsumenckich kolejny miesiąc z rzędu obserwowaliśmy poprawę (badanie GUS[2]). Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej w lipcu wzrósł o 6 punktów procentowych w porównaniu do czerwca. Poprawie uległa też część składowa wskaźnika BWUK, a dokładniej skłonność konsumentów do dokonywania ważnych zakupów (wzrost o 5,6 pp.).

Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej prowadzony przez GUS i jego części składowe [pkt]Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej prowadzony przez GUS i jego części składowe

źródło: SonarHome.pl na podstawie danych GUS

Optymizm widać również w przypadku liczby wniosków o kredyt mieszkaniowy składanych do banków. Najnowsze dostępne na ten moment dane BIK (10.08.2020r.) wskazują, że w czerwcu 2020 roku o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 36,1 tys. klientów, natomiast w czerwcu 2019 liczba klientów wyniosła 35,2 tys., co oznacza wzrost w skali roku o 2,6%. Liczba wnioskujących w porównaniu do kwietnia 2020 wzrosła natomiast o prawie 30%. Trzeba jednak pamiętać, że część wniosków o kredyt zostaje odrzucona.
Dla osób starających się o kredyt w III kw. 2020 roku widać jednak światełko w tunelu. Z najnowszej ankiety NBP skierowanej do przewodniczących komitetów kredytowych w bankach wynika, że w III kwartale banki spodziewają się złagodzenia polityki kredytowej oraz nieznacznego wzrostu popytu na kredyty mieszkaniowe. Jak podaje NBP, na dotychczasowe zaostrzenie kryteriów udzielania kredytów największy wpływ miało pogorszenie się prognoz sytuacji gospodarczej w kraju i na rynku mieszkaniowym.

Podsumowując, klimat na wtórnym rynku mieszkaniowym jest na pewno lepszy niż jeszcze 2-3 miesiące temu. Jeśli sytuacja się utrzyma to III kw. 2020 powinien przynieść większą liczbę przeprowadzonych transakcji niż we wcześniejszym kwartale. Wzrost aktywność powinien dotyczyć zarówno rynku pierwotnego, jak i wtórnego. Oczywiście wciąż pod znakiem zapytania stoi końcówka roku i często poruszany temat drugiej fali zachorowań, zwiększania restrykcji oraz pogorszenia ogólnej koniunktury gospodarczej w kraju.

[1] Jak podaje JLL na sześciu głównych rynkach w II kw. deweloperzy sprzedali 6,9 tys. mieszkań, 64 proc. mniej kdk

[2] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/koniunktura/koniunktura/koniunktura-konsumencka-lipiec-2020-roku,1,89.html#:~:text=W%20lipcu%202020%20r.,proc.

Jarosław Wikaliński – Prezes IPOPEMA TFI kupuje pakiet 9,99 proc. IPOPEMA Securities

Podmiot powiązany z prezesem IPOPEMA Securities S.A. Jackiem Lewandowskim realizuje dwie umowy z końca 2019 roku, na podstawie których sprzedaje łącznie 9,99 proc. akcji spółki po cenie 1,50 zł za walor. Kupującym jest Jarosław Wikaliński, prezes IPOPEMA TFI oraz jego żona, Małgorzata Wikalińska.

Sprzedaż pakietu jest konsekwencją umowy wstępnej, zawartej pod koniec 2019 roku, w ramach której strony uzgodniły jednostkową cenę akcji spółki na 1,50 zł.

Transakcja, która została uzgodniona pod koniec ubiegłego roku i zrealizowana dziś, była obliczona na podzielenie się w ramach kadry menedżerskiej wartością, ale również odpowiedzialnością za rozwój Grupy IPOPEMA. Jarosław Wikaliński pełni funkcję prezesa IPOPEMA TFI od 2007 roku. Rola IPOPEMA TFI w ramach Grupy znacząco wzrosła w ciągu ostatnich miesięcy m.in. w konsekwencji pozyskania istotnych aktywów pod zarządzaniem.

– Jestem bardzo zadowolony, że miałem możliwość dołączenia do długoterminowych, strategicznych inwestorów w Ipopemie – mówi Jarosław Wikalinski – i tak też podchodzę do inwestycji w akcje naszej firmy. Nie zamierzam zbywać akcji w przewidywalnej perspektywie. Zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na mnie spoczywa, ale głęboko wierzę, że IPOPEMA TFI i cała Grupa IPOPEMA spełni długoterminowe oczekiwania pokładane przez naszych akcjonariuszy. Zarządzamy pieniędzmi najbardziej renomowanych klientów instytucjonalnych, codziennie powiększamy grupę klientów indywidualnych, które zaufały naszej organizacji. Jesteśmy z tego dumni, ale odczuwamy ogromną odpowiedzialność – podkreśla prezes IPOPEMA TFI.

Potwierdza to Jacek Lewandowski – Dzisiejsza transakcja nie zmienia liczby akcji w posiadaniu kadry menedżerskiej Ipopemy. IPOPEMA TFI jest obecnie największą firmą zarządzającą funduszami rynku niepublicznego w Polsce z 58 mld zł. Cieszy mnie, że rola IPOPEMA stabilnie rośnie na polskim rynku oferując profesjonalne usługi dla rosnącej bazy klientów – mówi Jacek Lewandowski.

Jacek Lewandowski założył Dom Inwestycyjny IPOPEMA w maju 2003 roku, a w 2005 zbudował Dom Maklerski IPOPEMA, który w 2006 r. przejął kompetencje Domu Inwestycyjnego. Od marca 2005 r. pełni funkcję prezesa IPOPEMA Securities S.A.

Sezon letni z droższym piwem. Polacy zapłacą średnio o 14 groszy więcej niż rok temu

Z raportu agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz Grupy BLIX wynika, że średnio o 5,5% podrożały najczęściej promowane piwa w sklepach. W tegorocznym sezonie letnim statystyczna cena półlitrowego napoju wyniosła 2,61 zł. Natomiast w analogicznym okresie ubiegłego roku trzeba było zapłacić o 14 groszy mniej. Jednocześnie sieci handlowe zwiększyły liczbę promocji o 8%.

O 5,5% wzrosła średnia cena najczęściej promowanych piw w sklepach. Koszty zakupu były obserwowane od początku maja do końca lipca br. i zostały porównane z wynikami z analogicznych trzech miesięcy ub.r. Wówczas ten napój w półlitrowej puszcze lub butelce kosztował statystycznie 2,47 zł, a ostatnio – 2,61 zł.

– Od dłuższego czasu obserwujemy tendencję wzrostową średniej ceny piwa na polskim rynku. Jest to przede wszystkim związane z presją wyższych kosztów produkcji, zwłaszcza surowców. Wynika to także z rosnących wydatków na energię, opakowania, logistykę i transport. Znaczenie ma też drożejące zatrudnienie. W bieżącym roku na wzrost średniej ceny piwa wpływ mogła mieć podwyżka akcyzy, która obowiązuje od początku 2020 roku – komentuje Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Jak podkreśla Andrzej Olkowski, prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich (SRBP), wzrost cen był nieunikniony. Przesądziła o tym nie tylko podwyżka akcyzy. Z powodu pandemii browary były zmuszone wycofać z rynku HoReCa sporo piwa rozlanego do tzw. kegów. Z kolei Michał Majszczyk z Hiper-Com Poland stwierdza, że znaczenie miało raczej niwelowanie rosnących kosztów prowadzenia działalności. Jednak należy też wziąć pod uwagę takie czynniki jak inflację oraz suszę, która wpłynęła na ceny surowców potrzebnych do produkcji piwa.

– Czas pandemii mógł chwilowo zahamować przed wakacjami popyt na piwo. Chcąc nadrobić zysk ze sprzedaży tych produktów, sieci handlowe zdecydowały się na lekkie podniesienie cen. Z danych opublikowanych przez GUS wynika, że w czerwcu tego roku ceny żywności wzrosły o 6,1% w porównaniu z ubiegłym rokiem. To może oznaczać, że finalnie koszt zakupu piwa jest niższy niż średnie podwyżki obejmujące jedzenie i napoje alkoholowe – mówi Marcin Lenkiewicz z Grupy BLIX.

W porównaniu z poprzednim sezonem, sieci handlowe zwiększyły o 8% liczbę promocji najczęściej promowanych piw. Według Huberta Majkowskiego z Hiper-Com Poland, duży wpływ na to miało częściowe wstrzymanie promocji w związku z pandemią, zwłaszcza że akurat przypadło to na okres wiosenny i częściowo letni. Wówczas sprzedaż tego rodzaju asortymentu jest największa w związku z imprezami na świeżym powietrzu i popularną formą wypoczynku w postaci grillowania.

– Większa ilość promocji pokazuje, że sieciom handlowym zależało na mocniejszej sprzedaży tych produktów. Napoje alkoholowe są w wakacje bardzo ważne, a miejsc na półkach czy modułach w gazetkach promocyjnych nie przybywa. Zdecydowanie wybiły się promocje komunikujące piwo jako dobry dodatek do wakacyjnego grillowania. Popularne również były zniżki na wielopaki, które pomogły sieciom sprzedać nadmiar zalegających w magazynach produktów. Sklepy zamówiły je wcześniej, przygotowując się na zapowiadane upalne lato, które okazało się jednak nie aż tak gorące – zaznacza Marcin Lenkiewicz.

Zdaniem Andrzeja Olkowskiego, prognozowanie dalszych cen piwa w trakcie rozwijającej się pandemii jest jak wróżenie z fusów. Na wiele aspektów browary nie będą miały wpływu. Jednak prezes SRBP raczej nie spodziewa się żadnych korekt w dół.

Analizę wykonali eksperci z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz Grupy BLIX. Porównano wyniki 10 najczęściej promowanych marek piw (500 ml w puszkach i butelkach) z okresu od początku maja do końca lipca br. i z analogicznego czasu w ub.r. Weryfikacji poddano blisko 11 tys. promocji z gazetek handlowych.

Postpandemiczna rzeczywistość to elastyczność pracy i kultura zaufania

Pandemia wpłynęła na upowszechnienie się elastycznych form pracy, również w organizacjach, które nie miały w planach rezygnowania z obecności pracowników w biurze. Jak, w obliczu tej zmiany, zmieniły się oczekiwania pracowników? Dla kogo praca zdalna jest największym wyzwaniem? I dlaczego zaufanie wychodzi na pierwszy plan w relacji pracodawca-pracownik? Odpowiedzi można znaleźć w raporcie Cushman & Wakefield i Antal: „Elastyczność specjalistów i menedżerów w dobie zmiany”.

  • Obecnie już 78% badanych oczekuje, że przynajmniej 3 lub więcej dni w miesiącu będzie pracowało zdalnie.
  • Ankietowani cieszą się dużą elastycznością godzin pracy – tylko co dziesiąty badany ma sztywne godziny pracy bez wyjątków.
  • W czasie pracy zdalnej 43% pracowników ocenia poziom zaufania ze strony pracodawcy bardzo dobrze, a 40% – dobrze.

Elastyczność miejsca i czasu pracy

Przed pandemią co trzeci badany nie miał możliwości pracy zdalnej w swojej organizacji. Jednak 70% ankietowanych w mniejszym lub większym stopniu korzystało z tego rozwiązania. Badani mieli możliwość wykorzystania średnio 5 dni w miesiącu w ramach pracy zdalnej, jednak nie wykorzystywali ich w pełni. Z badania wynika, że najmłodsze pokolenie, pokolenie Z, w najmniejszym stopniu korzystało z możliwości pracy zdalnej. Wynikało to z braku odpowiedniego doświadczenia i wiedzy oraz czerpania największych korzyści z pracy wśród bardziej doświadczonych współpracowników.

Podczas trwania epidemii w Polsce 54% specjalistów i menedżerów pracowało w pełni zdalnie, zaś 25% w przeważającej części zdalnie, jednak bywając od czasu do czasu w biurze. Upowszechnienie się pracy zdalnej podczas pandemii wpłynęło również na prognozowany wzrost takich możliwości w przyszłości. 46% badanych sądzi, że wymiar pracy zdalnej w ich organizacjach zwiększy się w przyszłości, a jedynie 14% zdecydowanie wyklucza taką możliwość. Zmieniły się również oczekiwania pracowników. Już 78% badanych oczekuje przynajmniej 3 lub więcej dni w miesiącu pracy zdalnej (średnio 5 dni). Największe potrzeby zwiększenia wymiaru pracy zdalnej mają pracownicy kancelarii prawnych, energetyki oraz branży SSC/BPO (oczekują średnio 6 dni pracy zdalnej w miesiącu).

Ankietowani wskazali, że dysponują również elastycznością czasu pracy w swoich miejscach zatrudnienia. Tylko co dziesiąty ankietowany ma sztywne godziny pracy bez wyjątku, co piąty natomiast ma możliwość zmiany godzin pracy w wyjątkowych sytuacjach. Jednak 35% specjalistów i menedżerów może rozpoczynać i kończyć pracę w określonym przedziale godzin, a 20% jest rozliczanych wyłącznie zadaniowo.

Jednym z możliwych scenariuszy dalszego rozwoju obecnej sytuacji może być większe zainteresowanie organizacji rozwojem zdalnych form pracy. Warto jednak zaznaczyć, że decyzje dotyczące zwiększania liczby dni pracy zdalnej w dłuższej perspektywie będą zależeć przede wszystkim od wyników efektywności w poszczególnych organizacjach. Niemniej jednak, obecna sytuacja daje firmom ogromną szansę do wdrożenia innowacyjnych strategii wykorzystania przestrzeni w modelu hybrydowym łączącym pracę w tradycyjnym biurze, biurze elastycznym oraz przy wykorzystaniu pracy zdalnej. Nowa rzeczywistość, w którą wejdziemy wraz z zakończeniem pandemii, może sprawić, że ulegnie zmianie główny cel wykorzystania przestrzeni biurowej, jakim jest fizyczne miejsce pracy na rzecz miejsca, które dodatkowo będzie inspirować, pobudzać kreatywność i innowacyjność oraz będzie zachęcać do budowania mocniejszych więzi między współpracownikami i klientami – mówi Joanna Blumert, Associate, dział wynajmu powierzchni biurowych – reprezentacja najemcy, Cushman & Wakefield.

Kultura zaufania

Znaczna większość specjalistów i menedżerów deklaruje, że są w stanie bez przeszkód pracować zdalnie (93%). Respondenci oceniają wysoko również efektywność wykonywania zadań w ramach pracy zdalnej – bardzo dobrze lub raczej dobrze ocenia ją 89% specjalistów i menedżerów. Wpływają na nią w znacznym stopniu wykorzystywane narzędzia, wśród których najczęściej wymieniane są wciąż tradycyjne sposoby komunikacji, jak e-mail i telefon, ale rośnie także popularność narzędzi do wideo konferencji.

Pracy zdalnej sprzyja z pewnością zaufanie pracodawcy do pracowników w zakresie zaangażowania w wykonywane obowiązki, a ten aspekt został oceniony pozytywnie przez znaczącą większość respondentów– bardzo dobrze przez 43%, a dobrze przez 40% ankietowanych. Styl monitorowania pracy zarządzających odzwierciedla ten trend – 45% badanych wskazuje na wykorzystanie przez przełożonych w celu monitoringu regularnych tele- i wideo konferencji, a 30% ankietowanych w ogóle nie odczuwa kontroli ze strony przełożonych.

Dominująca rola pracy zdalnej zarówno zwiększa poziom monitorowania działań i aktywności całych zespołów, jak również pomaga zwiększać zaufanie. W większości przypadków organizacje wybrały model zarządzania poprzez cele. Stawiane cele powinny być mierzalne, możliwe do osiągniecia i realne, a także dopasowane do możliwości ich wykonania. W większości przypadków taki model zarządzania w ramach pracy zdalnej bardzo się sprawdza. Elastyczne podejście do czasu wykonywania obowiązków w systemie oceny wyników wręcz podnosi efektywność działań. Mniejsza kontrola i większa swoboda działań sprzyja zaangażowaniu. Takie rozwiązanie z pewnością jednak jest łatwiejsze do wdrożenia krótkoterminowo i wśród pracowników z większym stażem – mówi Roman Zabłocki, Business Unit Director, Antal .

O badaniu

Badanie Antal oraz Cushman & Wakefield „Elastyczność specjalistów i menedżerów w dobie zmiany” zostało zrealizowane metodą CAWI na próbie 1069 specjalistów i menedżerów w dniach 16 kwietnia – 16 maja 2020 roku.

W jakich branżach najłatwiej znaleźć pracę tymczasową? – raport OTTO Work Force

Branżą, która intensywnie się rozwija w czasie pandemii jest e-commerce, co generuje dodatkowy popyt na pracowników logistyki i usług kurierskich. Według raportu OTTO Work Force aż 72% nowych pracowników tymczasowych znalazło pracę w tych właśnie obszarach.

W wyniku pandemii koronawirusa mocno ucierpiały takie branże jak gastronomiczna, eventowa czy produkcja przemysłowa. Kryzys gospodarczy sprawił, że wiele firm z tych sektorów zdecydowało się na redukcję zatrudnienia lub obniżkę wynagrodzenia. W efekcie, niemal z dnia na dzień, zatrudnienie straciła rzesza pracowników. Według szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w czerwcu 2020 stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła 6,1%, a liczba bezrobotnych wzrosła do 1 027,1 tys. osób.

“W poprzednich latach, w czasie wakacji, można było obserwować wzrost zapotrzebowania na pracowników sezonowych w branży produkcyjnej. Obecnie, ze względu na Covid-19, liczba wakatów w tym sektorze jest mniejsza. W tym roku nie ma również zamówień z branży związanej z eventami i imprezami masowymi, w której co roku zatrudnienie znajdowali głównie młodzi pracownicy sezonowi” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

W jakich branżach można znaleźć zatrudnienie

Znaczna część przedsiębiorstw nadal liczy straty spowodowane pandemią, ale są także takie branże, które w tym trudnym czasie umocniły swoją pozycję i intensywnie się rozwiają jak np. e-commerce. W tych firmach nastąpił wzrost zapotrzebowania na pracowników tymczasowych. Na zatrudnienie można więc liczyć także w powiązanych z e-commerce branżach jak usługi kurierskie i logistyczne. Potrzebują one nowych pracowników tymczasowych do centr logistycznych, biur, magazynów, sortowni czy do pracy w terenie.

72% nowych pracowników znalazło pracę w usługach kurierskich i logistyce

“W nowej rzeczywistości rynkowej w niektórych branżach pojawiło się większe niż dotychczas zapotrzebowanie na personel. Spośród naszych nowo zatrudnionych pracowników tymczasowych niemal połowa znalazła zatrudnienie w usługach kurierskich, a 25% w logistyce. Jest to związane głównie ze wzrostem pozycji branży e-commerce, która w czasach pandemii odnotowała bardzo duży przyrost klientów” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Według raportu OTTO Work Force , spośród nowych pracowników tymczasowych zatrudnionych w czasach Covid-19  niemal połowa, bo 47%, znalazła pracę w branży usług kurierskich. 25% zostało zatrudnionych w logistyce, 23% w produkcji, a 5% w branży spożywczej.

Czy warto się przekwalifikować?

Nowa sytuacja rynkowa zmusiła wiele osób do przekwalifikowania się i podjęcia pracy tymczasowej. W badaniu OTTO Work Force Polska 68% nowo zatrudnionych pracowników tymczasowych wskazało, że w wyniku pandemii musiało podjąć pracę w zupełnie innej branży niż dotychczas. Mimo wszystko aż 70% respondentów wskazało, że nie zamierza wrócić do poprzedniej branży nawet jeśli sytuacja gospodarcza ulegnie poprawie. 21% badanych rozważa taką możliwość, a 9% jeszcze nie podjęło decyzji.

Mam 15 tysięcy i nie wiem w co zainwestować? Obligacje korporacyjne?

Czym są obligacje korporacyjne? Niezależnie od tego czy jesteś poczatkującym inwestorem czy poszukujesz odpowiedniej opcji do dywersyfikacji portfela warto zainteresować się głębiej tym zagadnieniem. To tak zwane dłużne papiery wartościowe. Emituje je konkretne przedsiębiorstwo, które chce pozyskać środki finansowe np. na rozwój swojej działalności. Obligacja oznacza, że emitent zaciągnął dług u nabywcy, czyli inwestora, i wyznaczonym terminie (zwanym terminem zapadalności obligacji) musi ową należność spłacić, zwracając cały kapitał wraz z odsetkami.

Konstrukcja tego rozwiązania nie jest skomplikowana. Firma dokonująca emisji jest zobligowana szczegółowo ją opisać. Jest to niemal obowiązkowa lektura zanim podejmiemy decyzję dotyczącą ulokowania swojego kapitału. W warunkach znajdziemy m.in. oznaczenie emitenta, cele i wielkość emisji, wartość nominalną oraz cenę emisyjną obligacji, wysokość i rodzaj oprocentowania, częstotliwość wypłaty odsetek, termin wykupu obligacji. Takie informacje pomagają we wstępnej ocenie firmy szczególnie kiedy nie jest ona jeszcze na giełdzie ale oferuje atrakcyjną stopę zwrotu.

Z całą pewnością należy zwrócić uwagę na oferowane oprocentowanie. Oferty różnią się chociażby wysokością naliczanych odsetek i też sposobem ich naliczania. Są i takie, które nie oferują żadnych odsetek. Określane są zerokuponowymi czyli obligacje z pewnym z góry ustalonym dyskontem tzn. płacąc za nie cenę niższą od ich wartości nominalnej. W przypadku jej wykupu otrzymuje kwotę równą wartości nominalnej takiej obligacji. Nie są również wypłacane odsetki po okresie kapitalizacji. Jaki zysk ma z tego inwestor? Jedynym zyskiem jest różnica wynikająca z ceny zakupu a ceny nominalnej.

Zakładamy jednak, że oczekujemy większego zysku niż wspomniana różnica. Stawiamy wtedy na oferty o stałym lub zmiennym oprocentowaniu. Stałe oprocentowanie gwarantuje naliczanie i wypłacanie odsetek w tej samej wysokości bez względu na warunki ekonomiczne. Bez problemu można przewiedzieć zysk z inwestycji. Zmienne oprocentowanie najczęściej oparte jest na danym parametrze który decyduje o oprocentowaniu obligacji. Najczęściej jest to WIBOR albo inflacja + z góry ustalona marża. Wybór powinien opierać się na sytuacji rynkowej. Jeżeli stopy procentowe lub inflacja idą w górę warto zdecydować się na zmienne oprocentowanie. Kiedy jednak spodziewany jest spadek inflacji i stóp procentowych dobry posunięciem jest lokowanie kapitału w oferty o stałej stopie zwrotu. Oczywiście na względzie trzeba mieć, że jak to z rynkiem bywa może być dynamiczny i rozwojowy.

Obligacje korporacyjne możemy zakupić zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Co więcej, na rynku pierwotnym możemy zakupić je zarówno w ofercie publicznej, jak i prywatnej. Jak nazwa wskazuje na rynku pierwotnym dokonujemy zakupu nowo wyemitowanych obligacji. Na rynku wtórnym odkupujemy obligacje od pierwotnego nabywcy, który z jakiś powodów nie może czekać do końca terminu na jaki zostały wyemitowane.

Czy warto ulokować wolne środki w obligacje korporacyjne? Tak warto. Inwestujemy stosunkowo bezpiecznie z niemałym zyskiem. Należy pamiętać, że stawiając pierwsze kroki musimy postępować ostrożnie i dokładnie sprawdzić emitenta. Jego sytuację rynkową i proponowane zabezpieczenia. Jeżeli pójdziemy taką ścieżką szansę na powodzenie są ogromne.

Grzegorz Szulik, prezes zarządu polskiego fintechu Provema

Kwarantanna na Ukrainie to dobra wiadomość dla polskiego rynku pracy

Wzrost liczby zakażeń koronawirusem na Ukrainie nie pozostał bez wpływu na decyzje tamtejszych władz. Od sierpnia wprowadzono nowy system kwarantanny adaptacyjnej, który będzie obowiązywał do końca miesiąca – obejmuje on m.in. konieczność przejścia dwutygodniowej kwarantanny po powrocie do kraju. Zdaniem ekspertów Personnel Service, może być to dobra informacja dla polskiego rynku pracy, który ma szansę zatrzymać na dłużej część kadry ze Wschodu.

Na Ukrainie odnotowano już ponad 62 tys. przypadków zakażenia koronawirusem. Rząd, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się COVID-19, w miejscach, gdzie jest najwięcej osób zakażonych, od początku sierpnia wprowadził nowy system kwarantanny adaptacyjnej, który będzie obowiązywał do końca lata. Zgodnie z jego założeniami, w zależności od sytuacji epidemicznej w danym regionie wprowadza się „zielony”, „żółty”, „pomarańczowy” lub „czerwony” poziom zagrożenia. Najwyższy, czerwony stopień, wiąże się z takimi samymi obostrzeniami, jak na początku kwarantanny, m.in. zawiesza się połączenia transportowe, zamknięte zostają punkty gastronomiczne, centra handlowe, sklepy czy jednostki edukacyjne.

Z perspektywy polskiego rynku pracy, wprowadzenie kwarantanny na Ukrainie to dobra informacja i wcale nie chodzi o samo ograniczanie ryzyka zakażeniem. Wielu pracowników z Ukrainy zatrudnionych w Polsce nie będzie chciało wracać teraz do swojego kraju, bo będzie się to wiązało z koniecznością odbycia dwutygodniowej kwarantanny. Zdecydowanie bardziej opłacalne, i to dosłownie, będzie wydłużenie pobytu w Polsce i kontynuowanie pracy – zaznacza Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

Automatyczne wydłużenie pobytu w Polsce możliwe od kilku miesięcy

Zdaniem eksperta, nowe zasady kwarantanny na Ukrainie nie powinny wpłynąć na decyzję tych, którzy mają już wizy i chcą do Polski przyjechać. Sprzyjają temu nowe przepisy dotyczące ewentualnego wydłużenia wygasającego pozwolenia na pracę. Od marca, czyli od samego początku wprowadzania obostrzeń związanych z koronawirusem w Polsce, Personnel Service i stowarzyszenie Pracodawcy RP postulowali o zmiany w prawie prowadzące do automatycznego wydłużania pobytu w Polsce tym Ukraińcom, którym kończyły się pozwolenia na pracę w naszym kraju. Miało to ograniczyć odpływ pracowników ze Wschodu i zapewnić stabilność polskiemu rynkowi pracy. Rząd przychylił się do tych postulatów i uwzględnił je jeszcze w marcu, w ramach tzw. tarczy antykryzysowej.

Z perspektywy czasu widać, że jest to jedna z naprawdę ważnych zmian w ramach tego narzędzia. Cieszymy się, że nasza sugestia została wówczas zrealizowana. Dzięki temu pracownicy z Ukrainy mogli dalej pracować w naszym kraju, bez konieczności ponownego ubiegania się o pozwolenie na pracę w ramach standardowych procedur – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Czy złoto to już bańka? Inwestycje w złoto i kruszce szlachetne biją rekordy

Czy czeka nas inwestycyjna gorączka złota? Kruszec jest silny jak nigdy, ale Polacy nie bardzo mu ufają

Światowe rynki inwestycyjne oszalały na punkcie inwestycji w złoto i w srebro. Cena uncji jeszcze nigdy nie była tak wysoka jak dzisiaj i analitycy w inwestycjach w złoto upatrują szansę na zarobek oraz na utrzymanie wartości aktywów w czasie, kiedy lokaty bankowe nie generują zysków (a nawet często generują straty). Wiele wskazuje na to, że najbliższe tygodnie pokażą jaka jest realna siła złota i czy rzeczywiście warto w nie inwestować. Polacy – póki co – są ostrożni. – O inwestycje w złoto pytają albo Ci ciekawscy albo Ci, którzy znają ten rynek i wiedzą jak inwestować w kruszce. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że Polacy złotu nie ufają i powodów takiej sytuacji jest kilka – mówi Filip Kiżuk z Centrum Doradczego Kiżuk & Michalska.

Inwestorzy traktują złoto jako ciekawostkę, a nie realną szansę na zarobek

Czy Polacy pokochają inwestowanie w złoto? Zdania są podzielone. Wielu analityków już teraz wskazuje, że sytuacja i wzmocnienie złóota na rynku amerykańskim już za jakiś czas spowoduje trend w Europie, by swoje wolne środki lokować właśnie w kruszcach. Nie brakuje jednak sceptyków, twierdzących, że zaufanie do złota jest za małe, żebyśmy mówili o tym, że regularni inwestorzy będą lokowali w nie swój wolny kapitał. Obecnie złoto jest najdroższe w historii. W ubiegłym tygodniu został pobity rekord z 2011 roku. Cena uncji zbliża się do 2000 dolarów, a w ciągu roku wartość złota zwiększyła się o 25%.

– Złoto i srebro jako kruszec zyskujący na wartości budzi ciekawość naszych klientów, ale musimy przyznać, że póki co inwestorzy się przyglądają, zastanawiają, ewentualnie decydują się na dywersyfikację środków np. część inwestują w złoto, a część w nieruchomości. Nie mają jeszcze przekonania, że złoto jest kruszcem, który da im długofalowy zysk – mówi Filip Kiżuk, doradca gospodarczy. – Widzimy, że złoto bije rekordy wartości. To w dużej mierze kwestia sytuacji geopolitycznej, dodrukiem pieniądza oraz kryzysem gospodarczym związanym z pandemią koronawirusa. Uczciwie należy przyznać, że złoto wydaje się być dzisiaj „bezpieczną przystanią” dla inwestorów, gwarancją, że inflacja nie zje ich oszczędności. Trochę jest jednak tak, że polski inwestor nadal złoto bierze pod uwagę inwestycje w złoto nie jako pierwszą myśl – dodaje Filip Kiżuk.

„Królewski metal” sprzedaje się w Polsce w dużych ilościach, ale… biorąc pod uwagę jego wartość można było się spodziewać większych wzrostów

Jak należy inwestować w złoto? Specjaliści z Centrum Gospodarczego Kiżuk & Michalska zwracają uwagę, że po pierwsze należy to robić bezpiecznie. W Internecie nie brakuje ofert inwestycyjnych, które nie są bezpośrednio inwestycjami w złoto, a w fundusze, obligacje lub papiery wartościowe. Obecny trend rosnący widoczny jest od kilku tygodni: – Zachęcamy klientów do dywersyfikowania portfela inwestycyjnego. Złoto jest ciekawym urozmaiceniem gwarantującym pewną ochronę kapitału, a niekoniecznie wielkie zyski. Zachęcamy do zakupu kruszca, a nie funduszy, które zajmują się obrotem kruszcem – mówi Katarzyna Michalska, Doradca Gospodarczy.

Popyt na „królewski metal” może rosnąć wraz z zainteresowaniem klientów inwestycjami w złoto. Warto jednak wspomnieć, że dostępność żywego złota wcale nie jest łatwa, szczególnie w czasie pandemii koronawirusa. Jak więc mówią specjaliści należy rozsądnie dobierać sobie współpracowników i bardzo świadomie czytać umowy inwestycyjne. Może okazać się bowiem tak, że inwestując „w złoto” faktycznie będziemy inwestować w fundusze obracające surowcami i kruszcami. – W ostatnim kwartale w Polsce sprzedano więcej ton złota inwestycyjnego niż w całym roku 2019. Mam jednak wrażenie, że to wciąż mniejsze zainteresowanie niż można byłoby się spodziewać analizując sytuację na rynkach światowych – dodaje Filip Kiżuk.

Mali inwestorzy nie czują „gorączki złota”. Inwestycja w złoto kojarzy im się z… Amber Gold.

Doświadczenia Polaków ze złotem nie są najlepsze. Wielcy inwestorzy nie ulegają modom i trendom i raczej inwestują według określonych planów. Faktem jest, że zostały one mocno zweryfikowane przez pandemię koronawirusa i np. wielu zrezygnowało z lokat bankowych, ale tutaj inwestycje w złoto wciąż należy traktować jako ewentualny element strategii. Modom ulegają zazwyczaj mali inwestorzy, którzy nadwyżkę finansową chcą ulokować w bezpiecznej przestrzeni. Tak, by nie tracić, ale i mieć czyste sumienie, że pieniądze nie tracą wartości. Okazuje się, że Polacy pamiętają aferę Amber Gold i niektórzy reagują alergicznie ma myśl o „inwestycjach w złoto”

– W przypadku afery Amber Gold mieliśmy inwestycje w lokaty opierające się na złocie. Fizycznie nie było takiej ilości sztabek, by wyrównać ilość wpłaconych przez Polaków pieniędzy. Jest tak, że Polacy pamiętają i nie zawsze ufają inwestycjom w złoto. Musimy tutaj mówić wprost: nie proponujemy funduszy czy lokat, a proponujemy zakup kruszca – mówi Filip Kiżuk. – Nikt nie powinien nam oferować pośrednictwa w zakupie złota, ale jeżeli będzie ono deponowane gdzieś w skarbcach w Austrii czy w Szwajcarii. Ważne żebyśmy sprawdzili podmiot przez który będziemy zakupywali sztabki złota. Nasz rynek jest młody, a wzrost zainteresowania złotem może prowokować nieuczciwych pośredników – dodaje Katarzyna Michalska.

Standard Chartered otworzył nową przestrzeń do pracy dla swoich pracowników na najwyższych piętrach The Warsaw Hub

Standard Chartered, wiodący bank międzynarodowy, otworzył nową przestrzeń do pracy dla swoich pracowników na najwyższych piętrach jednego z najnowocześniejszych kompleksów biurowych w Polsce, The Warsaw Hub przy Rondzie Daszyńskiego. W sumie prawie 7,000 m2 nowoczesnej, funkcjonalnej i bezpiecznej powierzchni do pracy dla zespołu liczącego nawet 1000 osób.

10 sierpnia ruszyły dwa pierwsze z czterech pięter, których oddanie zaplanowano na ten rok. Kolejne dwa zostaną uruchomione przed końcem września, a uroczyste otwarcie zaplanowano na początek października. Oddanie piątego piętra zaplanowano w przyszłym roku. Od zarejestrowania polskiej spółki Standard Chartered w czerwcu 2018 roku, siedziba firmy znajdowała się w odrestaurowanych wnętrzach budynku biurowego z 1998 roku, przy ul. Towarowej 25a.

ʺDotychczasowe biuro dobrze spełniło swoją rolę jako tymczasowa lokalizacja, czas jednak na przeprowadzkę do docelowej siedziby. Nowe biuro nie tylko oferuje wyższe standardy funkcjonalne, ale jest również lepiej dopasowane do profilu naszej działalności w Polsce.
W ciągu dwóch lat stworzyliśmy w Warszawie zespół ponad 600 doświadczonych ekspertów, świadczących wysoce specjalistyczne usługi na rzecz innych spółek z Grupy Standard Chartered. Wiele zadań, które realizują nasi pracownicy, ma związek z zaawansowanymi technologiami i procesami, co koresponduje z charakterem kompleksu The Warsaw Hubʺ, mówi Rowena Everson, dyrektor zarządzająca Standard Chartered GBS Poland.

ʺThe Warsaw HUB to najnowocześniejszy i zarazem najbardziej funkcjonalny budynek, jaki dotychczas zrealizowaliśmy, który wykracza daleko poza ramy zwykłego kompleksu biurowców. Projektując go, zależało nam, aby był to obiekt samowystarczalny, gdzie pod jednym dachem znajdą się wszystkie funkcje i usługi potrzebne do funkcjonowania nowoczesnego biznesu. Bardzo się cieszymy, że te atuty dostrzegł wiodący międzynarodowy bank, jakim jest Standard Chartered i wybrał na swoją polską siedzibę The Warsaw HUBʺ, mówi Jarosław Zagórski, dyrektor handlowy i rozwoju Ghelamco Poland.

Nowoczesna, inkluzywna i bezpieczna przestrzeń

Nowa przestrzeń biurowa Standard Chartered została zaprojektowana zgodnie z globalnymi standardami banku przez biuro architektoniczne M Moser Associates, z uwzględnieniem elementów podkreślających jej lokalizację w Polsce. Obraz autorstwa polskiej malarki, Marty Zawadzkiej, zdobi recepcję, a kolory wykorzystane w innych częściach biura nawiązują do wyjątkowych miejsc na mapie Polski, takich jak Słowiński Park Narodowy, Puszcza Białowieska, Zielony Staw czy Jaskinia Raj. Najbardziej imponującym lokalnym elementem nowego biura banku jest jednak spektakularny widok na panoramę Warszawy.

ʺNaszym celem było przede wszystkim stworzenie w tym nowoczesnym budynku w centrum miasta przestrzeni wspierającej zarówno bardziej tradycyjne, jak i bardziej przyszłościowe formy pracy oraz dostosowanej do potrzeb osób o różnym stopniu sprawności i różnych preferencjach dotyczących sposobu pracy. Siedziba takiej spółki, jak nasza, powinna uwzględniać zarówno miejsca sprzyjające pracy indywidualnej, jak i zespołowej, oraz tworzeniu nowych pomysłów. Analizując efekty, uważam, że cel ten udało się osiągnąć, niemniej jednak kluczowe będą opinie naszych pracowników, którzy stopniowo i dobrowolnie wracają do pracy w biurze po kilkumiesięcznej pracy zdalnej. W trakcie pandemii podjęliśmy szereg działań wspierających naszych pracowników, m.in. dostarczając im dodatkowy sprzęt do domu czy umożliwiając tym z nich, którzy tego potrzebowali, korzystanie z biura w odpowiednio dostosowanej do wymogów sanitarnych przestrzeni. Nasze nowe biuro oferuje rozwiązania dodatkowo zwiększające bezpieczeństwo w trakcie pandemii, zaprojektowane i wdrożone przez Ghelamcoʺ, dodaje Rowena Everson.

Świetna lokalizacja w centrum rozwijającej się dzielnicy biznesowej, doskonałe skomunikowanie z innymi częściami miasta, w tym bezpośredni łącznik między budynkiem
a stacją metra Rondo Daszyńskiego, oraz dostęp do punktów handlowych i usługowych to atuty dodatkowo podnoszące atrakcyjność nowego biura, a przez to atrakcyjność Standard Chartered jako pracodawcy w oczach obecnych i przyszłych pracowników.

ʺZ naszych badań wynika, że lokalizacja i standard powierzchni biurowej nadal odgrywają znaczącą rolę w oczekiwaniach polskich pracowników. Nowa siedziba firmy Standard Chartered spełnia w tej kwestii najwyższe standardy. Kilkupoziomowe funkcjonalne biuro
w budynku The Warsaw Hub zlokalizowane jest w nowym centrum biznesowym stolicy,
z bezpośrednim dostępem do stacji metra oraz szerokiej oferty usług. Dbałość naszego klienta o komfort i zadowolenie pracowników, zawsze była i niezmiennie jest priorytetem. Cieszymy się, że bank zaufał nam, powierzając nam prowadzeniu całego procesu, oraz docenia nasze zaangażowanie w opiece poprocesowejʺ, mówi Karolina Dobrowolska, starszy konsultant, CBRE, firmy reprezentującej Standard Chartered
w transakcji najmu powierzchni biurowej.

W swoim warszawskim globalnym centrum usług biznesowych bank zatrudnia specjalistów  w obszarze przeciwdziałania przestępczości finansowej, cyberbezpieczeństwa, zarządzania ryzykiem płynności, zarządzania międzynarodowymi projektami HR czy negocjowania umów na instrumenty pochodne z klientami korporacyjnymi i instytucjonalnymi i innych. Istniejące zespoły są na bieżąco rozwijane, powstają też nowe obszary kompetencji. W ciągu ostatnich kilku miesięcy Standard Chartered stworzył w Polsce m.in. zespoły odpowiedzialne za:

  • ochronę danych (Data Privacy),
  • zaawansowaną analizę danych (Data Analytics),
  • analizę transakcji i przepływu informacji pod kątem wykrywania nadużyć (Trade & Communication Surveillance),
  • edukacje w zakresie cyberbezpieczenstwa (Cyber Awareness),
  • współpracę między ofensywnymi i defensywnymi obszarami cyberbezpieczeństwa (Purple Team).

W polskiej spółce Standard Chartered jest obecnie 80 aktywnych projektów rekrutacyjnych,
a proces wyboru kandydatów i wdrażania nowych pracowników jest prowadzony w sposób zdalny w trosce o bezpieczeństwo wszystkich zaangażowanych stron.

Dolar próbuje rozdawać karty

Piątkowe dane z rynku pracy za lipiec rozwiały obawy dotyczące kondycji gospodarki w kontekście jej wolniejszego niż zakładano odmrażania. Raport Departamentu Pracy pomógł dolarowi zakończyć tydzień mocniejszym akcentem, ale jeszcze nie przesądził, że rozpoczęła się głębsza korekta.

EUR/USD zamknął tydzień poniżej 1,18. Start handlu w poniedziałek to również umocnienie dolara. W kontekście potężnej przeceny z lipca (najgorszy dla USD miesiąc od dekady), skala odreagowania wciąż jest znikoma. Zejście pod 1,17 otwierałoby drogę do pogłębienia zniżki. Na mocniejszego dolara szczególnie wrażliwe są waluty Antypodów. Sytuacja epidemiczna w Australii będzie skutkować wolniejszym wychodzeniem z gospodarczej zapaści a kurs jest kilak procent wyżej niż gdy USA i Chiny podpisywały pierwszą część umowy handlową na początku 2020 roku. Na razie nastroje na rynkach towarów i akcji pozostają jednoznacznie pozytywne, co sprawia, że rynek może przez palce patrzeć na fundamentalne słabości i zagrożenia. W takim otoczeniu naszym preferowanym kanałem próby wykorzystania potencjału dolara do krótkoterminowego odbicia jest USD/JPY. Jen jako bezpieczna przystań nie przyciąga kapitału tak mocno jak AUD, NZD czy SEK w epizodach słabości dolara.

Dla amerykańskiej waluty i szerzej – notowań na rynku walutowym – w najbliższych dniach kluczowe będą trzy czynniki: seria danych makro ze sprzedażą detaliczną na czele oraz kwestie polityczne i geopolityczne. W pierwszym katalogu wyróżnić należy postęp negocjacji dotyczących IV fazy pakietu stymulacji fiskalnej. W drugim: relacje USA – Chiny po nałożeniu sankcji na spółki technologiczne z państwa środka.

Fundamentem ostatnich przetasowań (słabości dolara, rajdu indeksów giełdowych, obligacji korporacyjnych, wzrostów cen metali szlachetnych), jest silna wiara inwestorów, że ujemne realne stopy procentowe będą utrzymywać się przez bardzo długi okres a płynność i finansowanie w dolarze będą bardzo łatwo dostępne. To sytuacja, w której preferowane są dane „letnie”: dobre na tyle by nie dawać powodu do obaw i przerwania sielanki na rynkach akcji, słabe na tyle by nie dawać podstaw władzom monetarnym by sygnalizowały bliskość zmierzchu ery ultrałagodnej polityki. Takie nastawienie łatwo nie będzie ulegać odmianie, ale dla dolara pozytywne byłoby zarówno pogorszenie globalnej koniunktury, jak również seria dobrych danych z amerykańskiej gospodarki. Bilans ryzyk przemawia zatem po stronie korekty słabości USD.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Firmy „około targowe” pominięte przez rząd?

Polska Izba Przemysłu Targowego zwraca się do Jadwigi Emilewicz – wicepremier i minister rozwoju, aby planowaną pomocą sektorową objęła również 2 kategorie przedsiębiorstw pracujących dla targów branżowych. Chodzi o podmioty projektujące i wykonujące stoiska targowe, a także o transportowe i zajmujące się spedycją targową. Z relacji uczestników spotkania przedstawicieli ministerstwa z kilkoma liczącymi na rządowe wsparcie sektorowe branżami wynika, że spośród współpracujących z imprezami targowymi firm, pomoc dostać ma tylko jedna kategoria przedsiębiorstw – organizatorzy targów, wystaw i kongresów (PKD: 82.30.Z), pomimo wniosku, aby rząd wsparł w sumie 3 kategorie firm pracujących dla imprez targowych.

  • Pracujące dla branżowych targów firmy obawiają się, że rząd może je ostatecznie pominąć przy udzielaniu wsparcia sektorowego na kolejne miesiące. Chodzi przede wszystkim o zwolnienie je z obowiązkowych składek ZUS.
  • Pomimo, iż decydować ma o tym przynależność do danej branży – w tym przypadku mocno poszkodowanej przez kryzys – targowej, a także spadek obrotów co najmniej 80 procent, to według nieoficjalnych informacji, o pominięciu takich firm miałby zdecydować numer wiodący PKD czyli oznaczenie działalności w ewidencji gospodarczej.
  • Przedsiębiorstwa projektujące i budujące targowe powierzchnie wystawiennicze, a także zajmujące się promocją wyłącznie targów należą do tej samej kategorii – firm reklamowych. Tych jednak rząd miał nie uwzględnić w programie wsparcia sektorowego. Identycznie miał potraktować podmioty zajmujące się transportem i spedycją targową.

PKD firm, które zajmują się wykonywaniem zabudowy stoisk targowych to 73.11.Z, a świadczących usługi transportu i spedycji targowej – 52.29.C. 21 lipca, na spotkaniu przedstawicieli liczących na pomoc rządu branż (poza targową także m.in. turystyczna czy tzw. przemysłu spotkań zw. turystyką biznesową – MICE) z ministerstwem rozwoju, jego przedstawiciele mieli zaproponować skreślenie PKD 73.11.Z i 52.29.C. W pierwszym przypadku, oprócz działalności dotyczącej zabudowy stoisk targowych, obejmuje on również agencje reklamowe, a te zdaniem przedstawicieli resortu nie ucierpiały w tak dużym stopniu na skutek epidemii. Taki sam los ma spotkać współpracujące z targami przedsiębiorstwa transportowe i spedycyjne.

– Pomimo decyzji Rządu o odmrożeniu targów w Polsce z dniem 6 czerwca br., targi w kraju praktycznie nadal nie odbywają się, podobnie jak targi na innych rynkach targowych Europy, w związku z czym firmy świadczące ww. usługi dla targów i żyjące jedynie z tych usług kompletnie nie mają zleceń i przychodów, a co za tym idzie – tysiące osób zatrudnionych w firmach budujących stoiska targowe oraz pracujących w transporcie i spedycji targowej od kilku miesięcy jest w tragicznej sytuacji materialnej – czytamy w skierowanym przez Polską Izbę Przemysłu Targowego (PIPT) do wicepremier Jadwigi Emilewicz piśmie. Jego autorzy zwracają się do szefowej resortu rozwoju o ponowne rozpatrzenie wniosku, aby proponowaną przez rząd dalszą pomocą sektorową objąć firmy oznaczone PKD 73.11.Z (projektowanie i wykonanie stoisk targowych) i 52.29.C (transport i spedycja targowa).

– Pozytywna decyzja pani premier (…) stanowiłaby nieocenioną pomoc dla tych przedsiębiorstw i ich pracowników, a także zapewne w dużej mierze uchroniłaby je od fali bankructw, co z kolei daje jakiekolwiek szanse na ich powrót do biznesu w przyszłości i odbudowę polskiego przemysłu targowego – konkluduje Polska Izba Przemysłu Targowego. Dodaje, że będzie niezwykle wdzięczna za objęcie pomocą tych 2 kategorii – pod warunkiem, że każda z nich podlegać będzie dodatkowo pod segment „targowy” czyli oznaczony sygnaturą PKD 82.30.Z. Oznacza to, że o udzieleniu wsparcia sektorowego przez rząd przesądzałaby przynależność do segmentu przedsiębiorstw działających na rzecz branżowych targów. Oprócz wiodącej kategorii PKD istotna stała by się pomocnicza – wskazująca na współpracę z organizatorami targów.

Prawdopodobne pominięcie firm transportowo spedycyjnych i projektujących powierzchnie wystawiennicze w oparciu o niejako „automatyczną” przynależność do stałych kategorii branżowych (PKD) byłoby zatem ogromnym kłopotem dla wielu przedsiębiorstw, co zwłaszcza w przypadku tych drugich porównać by można do swoistego tsunami.

– Taki właśnie numer PKD (73.11.Z) mają setki firm stanowiących poważną gałąź przemysłu targowego w Polsce i za granicą W klasyfikacji odpowiada on faktycznie prowadzonej przez nie działalności gospodarczej. Świadczą one bowiem usługi pomocnicze dla targów, zaś sami organizatorzy targów (np. spółki targowe z targami w nazwie) posiadają inne oznaczenie PKD – zwraca uwagę Krzysztof Szofer z firmy Abyss, która zajmuje się właśnie projektowaniem i wznoszeniem stoisk na targach. Wraz z kilkuset innymi przedsiębiorcami reprezentującymi ten segment martwi się o dalszy jego los i chce zainteresować nim rządzących i parlamentarzystów. Przypomina, że kooperujące z targami firmy to poważna cześć rynku targowego. Działa ona także dla zleceniodawców organizujących branżowe imprezy w Europie Zachodniej. Polskie przedsiębiorstwa np. budujące stoiska mają tam od dawna bardzo mocną pozycje i zaangażowane są w tworzenie przestrzeni targowych na największych targach na naszym kontynencie, a w wielu przypadkach także na świecie.

– Żadna z naszych firm nie miała wpływu na konstruowanie klasyfikacji PKD. Niemal każda z nich jest całkowicie uzależniona od możliwości organizacji targów. Nasz segment jako pierwszy ucierpiał w największym stopniu wskutek zamrożenia rynku targowego. Jest też na końcu całego łańcucha wykonawców, gdyż jako ostatni otrzyma wynagrodzenie za wykonanie swojej pracy – po zakończeniu z powodzeniem przeprowadzonych targów – opisuje sytuacje własnej i innych podobnych firm Krzysztof Szofer. Jego zdaniem, w sytuacji, gdy organizatorzy kolejno odwołują lub przekładają na inny termin zaplanowane na ten rok imprezy targowe, jest bardzo prawdopodobne, że wiele z nich w ogóle w tym roku nie dojdzie do skutku.

– Czym kierowały się nasze władze, skazując de facto na śmierć setki przedsiębiorstw będących do niedawana liderami na skalę europejską w swojej branży? – pyta Krzysztof Szofer. Wskazuje, że brak pomocy sektorowej dla tej grupy przedsiębiorstw oznacza, że już wkrótce nie będzie można przeprowadzić w ogóle większych imprez targowych w Polsce oraz Europie, ponieważ nie będzie komu zaprojektować i budować stoiska na targach. – Czy można wyobrazić sobie imprezy targowe bez powierzchni wystawienniczych? – zastanawia się Krzysztof Szofer i przyznaje, że nie było dotąd takiego przypadku, a nawet gdyby był, to byłoby to bardzo dziwne.

Zarówno dla niego, jak i jego kolegów oraz koleżanek zarządzających takimi firmami kompletnie niezrozumiała jest argumentacja przedstawicieli ministerstwa, którzy mieliby ograniczać listę przedsiębiorstw targowych tylko do organizatorów targów, skoro proponowane jest dość surowe kryterium – 80% spadku obrotów. – Nawet, jeśli któraś z agencji reklamowych kwalifikowałaby się do tej kategorii, oznaczałoby to, że również ucierpiała na skutek zamrożenia rynku targowego. Pozostałe agencje nie spełniające tego kryterium nie kwalifikują się na ten rodzaj pomocy – twierdzi Krzysztof Szofer. Według niego trzeba dziś, i to jak najszybciej, uzupełnić projekt przygotowywanej przez resort rozwoju ustawy o branżę targową, ale tę ujętą w PKD 73.11.Z – Jest to niezbędne dla wzmocnienia całego tzw. Przemysłu Targowego – w koniunkcji z PKD 83.20. Z. Pominięta kategoria obejmuje kilkaset ważnych dla gospodarki przedsiębiorstw, będących do tego często eksporterem usług za granicę i stanowiących tam wizytówkę polskiej gospodarki – postuluje w imieniu całego „około targowego” segmentu Krzysztof Szofer. Według niego, a także innych przedstawicieli branży targowej, o pomocy sektorowej mogłaby decydować przynależność do organizacji samorządu gospodarczego – w tym przypadku do PIPT. – Organizację tę tworzą przecież firmy w 100% związane z rynkiem targowym, bez względu na klasyfikację PKD – przypomina Krzysztof Szofer.

Firmy dostarczające tzw. „usługi targowe”, a więc np. wznoszące przestrzenie wystawiennicze, spedycyjne, informatyczne czy zajmujące się promocją targów, pozostają w „zamrożeniu” od początku marca 2020. Zatrudnienie w tym sektorze szacuje się na kilkadziesiąt tysięcy osób.

To najczęściej przedsiębiorstwa, które do niedawna były liderami w swoich sektorach na rynkach europejskich. Są, jak wskazuje Krzysztof Szofer, idealnymi z punktu widzenia finansów państwa płatnikami. Zarabiają, świadcząc usługi za granicą, a wydają je w kraju. – Trudno tym wysoce wyspecjalizowanym przedsiębiorstwom o zróżnicowanej strukturze zatrudnienia, od firm rodzinnych po kilkuset osobowe zespoły, dokonać błyskawicznego przebranżowienia, w dodatku bez żadnych gwarancji powodzenia w przyszłym funkcjonowaniu. Bez pomocy sektorowej możemy spodziewać się kolejnych upadków firm, a w konsekwencji pozycję tych firm zajmą podmioty zagraniczne otrzymujące znacznie większe środki pomocowe niż nasze krajowe – podsumowuje Krzysztof Szofer, mając na uwadze realizację zleceń nie tylko w innych krajach Europy, ale także w Polsce.

Rząd miał przekazać projekt ustawy o sektorowej pomocy sejmowi tuż po zorganizowanym 21 lipca spotkaniu. Na posiedzeniu w piątek 24 lipca parlament nie zajął się tą sprawą. Kolejne, ostatnie już przed wakacjami, ma być 14 sierpnia. Zarówno przedstawiciele branż związanych z branżowymi targami, jak i turystycznej, „spotkaniowej” (MICE) czy organizatorów występów estradowych, czekają na ostateczną odpowiedź ze strony rządu co do przyznania sektorowego wsparcia.

Jesteśmy zaprzyjaźnieni z ryzykiem – wywiad z Bartoszem Tomczykiem (Provema)

Provema to dynamicznie rozwijająca się polska spółka z sektora nowoczesnych technologii finansowych. Z przewodniczącym rady nadzorczej Bartoszem Tomczykiem rozmawiamy o rozwoju rynku pożyczek konsumenckich w Polsce i w Europie.

Jak wygląda rozwój Provemy w konkretnych liczbach?

Rok 2019 zamknęliśmy wzrostem ilości udzielonych pożyczek na poziomie 151% w stosunku do roku 2018. Obecnie, mimo kryzysu, nie obserwujemy spadku zainteresowania naszymi produktami wśród klientów. Nasza strategia od początku istnienia firmy polega na udzielaniu niewielkich pożyczek na krótkie okresy. Dzięki temu jesteśmy w stanie ograniczyć ryzyko.

Dynamiczny rozwój jest efektem udanej inwestycji w oprogramowanie służące do automatycznej analizy ryzyka kredytowego. Nasz algorytm, oparty na sztucznej inteligencji, podejmuje decyzję kredytową w kilka sekund. Według naszych obliczeń, średni czas jaki upływa od wejścia klienta na naszą stronę internetową do udzielenia pożyczki nie przekracza sześciu minut.

Jak branża finansowa i pożyczkowa radzą sobie z obecnym kryzysem? Jak znacznie wzrosło ryzyko kredytowe? Czy w waszym przypadku wzrosła szkodowość udzielonych pożyczek?

Nasz produkt ma taką specyfikę, że zapotrzebowanie na niego wzrasta w okresie kryzysów gospodarczych. Jednak wtedy jednocześnie wzrasta ryzyko kredytowe. Przy wzroście bezrobocia i obniżeniu poziomu dochodów, klienci mogą mieć kłopoty z regulowaniem swoich zobowiązań. Banki tradycyjnie zaostrzają wtedy swoje wymagania w stosunku do potencjalnych kredytobiorców. A to oznacza, że wielu z nich trafia do nas.

Nie zmienia to faktu, że również my musieliśmy dostosować swoje wymagania dla kredytobiorców po wybuchu kryzysu. Od początku wiedzieliśmy, że obecny kryzys będzie ostatecznym testem dla naszego oprogramowania oceniającego zdolność kredytową klientów. Radykalna zmiana sytuacji gospodarczej i warunków funkcjonowania przedsiębiorstw jest zawsze wydarzeniem ryzykownym. Jednak dziś z satysfakcją mogę powiedzieć, że nie odnotowaliśmy wzrostu szkodowości. W przeciwieństwie do tradycyjnych banków jesteśmy w stanie stabilnie funkcjonować w warunkach podwyższonego ryzyka. Można powiedzieć, że jesteśmy z ryzykiem zaprzyjaźnieni.

Czy polskie władze w wystarczający sposób wspierają krajowe przedsiębiorstwa rozwijające nowoczesne technologie finansowe?

Branża fintech otrzymuje dość ograniczoną pomoc państwa. Fintechy nie posiadają z reguły licencji bankowych, a więc nie gromadzą oszczędności obywateli. Niebezpieczeństwo strat wśród klientów banków było podstawową motywacją, jaka skłoniła rząd i Narodowy Bank Polski do stworzenia bardzo szerokiego pakietu wsparcia instytucji finansowych. Nas ten problem nie dotyczy.

Oprócz wsparcia płynności banki otrzymują również możliwość uczestniczenia w dystrybucji pomocy publicznej przeznaczonej dla konsumentów i przedsiębiorstw. Uważam, że chcąc wesprzeć sektor nowoczesnych technologii, władze powinny włączyć w ten proces również technologiczne przedsiębiorstwa finansowe, w tym firmy pożyczkowe. Tak dzieje się w Stanach zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Australii i innych państwach.

Czy polskie przedsiębiorstwa z branży fintech mają szansę na ekspansję międzynarodową? Jakie są szanse i problemy z tym związane?

Polskie startupy technologiczne rzadko inwestują za granicą. Tymczasem, z punktu widzenia firmy technologicznej, odpuszczanie rynku międzynarodowego jest bardzo złą strategią. Polski rynek jest zbyt duży, żeby umrzeć, ale zbyt mały, aby żyć. Rynki w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej są bardziej zasobne, ale jednocześnie bardziej konkurencyjne. Polskie startupy, aby inwestować za granicą muszą pokonać barierę mentalną. Jest jednak coraz więcej przedsiębiorców, którzy nie mają z tym problemu.

Istnieje natomiast jeszcze jedna bariera. Badania pokazują, że polskie startupy technologiczne mają do dyspozycji bardzo mało kapitału. Okazuje się, że z jednej strony jesteśmy cały czas krajem zbyt egzotycznym dla poważnych zachodnich inwestorów, z drugiej polscy inwestorzy nie potrafią inwestować w przedsięwzięcia o wyższym ryzyku, jakimi są fintechy. Takie strategie inwestycyjne wymagają doświadczenia i rozbudowanego zaplecza analitycznego.

Jedak Provema zdecydowała się na ekspansję zagraniczną.

Tak, działamy już na dwóch rynkach zagranicznych. W Hiszpanii i na Litwie. Charakterystyczne jest to, że w naszej branży ekspansja geograficzna nie wymaga budowania lokalnych struktur. Wszystkie procesy biznesowe jesteśmy w stanie kontrolować z naszej centrali w Katowicach. Dla przedsiębiorstw działających w internecie, brak granic jest zjawiskiem naturalnym, przelewy międzynarodowe są dziś tanie i szybkie, nie ma też ograniczeń w przepływie kapitału.

W ostatnich latach klienci prawie zupełnie przestali chodzić do banków i zaczęli korzystać z finansowych aplikacji mobilnych. Jakich rozwiązań technologicznych możemy się spodziewać w przyszłości?

Już od dawna stawiamy sobie to pytanie. Niewykluczone, że aplikacje bankowe działające w obecnej formie przestaną być klientom potrzebne. Pewne jest natomiast że ich rola będzie ewoluować. Usługi bankowe staną się dostępne na przykład przez komunikatory internetowe. Przyszłość leży też w nowoczesnych narzędziach służących do obsługi sektora e-commerce, na przykład takich jak nasz innowacyjny produkt Loan-By-link, który uruchomiliśmy na początku tego roku. Jest to narzędzie, które pozwoli na szybką zamianę dowolnej strony internetowej w sklep online. Rzecz jasna, będzie on połączony z naszym systemem pożyczkowym.

Jak Provema będzie wyglądać za 10 lat, jakie są wasze strategiczne cele biznesowe?

Konsekwentnie chcemy się stawać coraz bardziej istotną instytucją finansową. Naszym marzeniem jest stać się najnowocześniejszym i najbardziej innowacyjnym bankiem w Europie.

Pierwszym krokiem na tej drodze było uzyskanie przez nas w lutym tego roku statusu małej instytucji płatniczej. Ta licencja, udzielona nam przez Komisję Nadzoru Finansowego, między innymi oznacza, że mamy możliwość wydawania kart płatniczych. Nasz kolejny cel to status krajowej instytucji płatniczej a w dalszej perspektywie zamierzamy starać się o pełną licencję bankową.

Sektor bankowy w Polsce a także w całej Europie jest bardzo konkurencyjny. Wymagania kapitałowe oraz bariery wejścia są bardzo duże. Na czym może polegać wasza przewaga konkurencyjna na tym rynku?

Obecna sytuacja tradycyjnego sektora bankowego jest dość skomplikowana. Na jego niekorzyść wpływa polityka niskich lub zerowych stóp procentowych prowadzona przez światowe banki centralne. Z tego powodu banki mają kłopot z zaoferowaniem swoim klientom atrakcyjnych produktów inwestycyjnych, jednocześnie trudno im finansować startupy technologiczne, które stają się coraz bardziej istotną gałęzią gospodarki. Wymagania władz regulacyjnych oraz oczekiwania depozytariuszy nie pozwalają im angażować się w przedsięwzięcia o bardzo wysokim ryzyku.

Tam, gdzie działanie tradycyjnych banków jest utrudnione, coraz częściej pojawiają się dynamiczne przedsiębiorstwa sektora technologii finansowych. Jesteśmy w tej chwili jednym z nich. Niestety, też mamy swoje problemy a największym z nich jest ograniczona dostępność kapitału, nawet przy wysokiej zyskowności.

Dlatego uważam, że przyszłość rynków finansowych należy do przedsiębiorstw, które będą łączyły w sobie zalety tradycyjnych banków i startupów z branży fintech. Aby osiągnąć sukces potrzebny będzie wachlarz produktów doskonale dostosowanych do potrzeb klienta oraz dostęp do kapitału.

Najlepsze miasta do studiowania w Polsce – ranking 2020

W tym tygodniu tegoroczni maturzyści otrzymają wyniki swojego egzaminu dojrzałości. Aby ułatwić im decyzje o tym, gdzie aplikować na studia, stworzyliśmy Ranking Najlepszych miast do studiowania 2020. Porównaliśmy w nim koszty życia, poziom nauczania, a także ewentualne szanse na szybkie znalezienie pracy. Które miasta zasługują zatem na miano najlepszych do życia dla studentów?

Łącznie przeanalizowaliśmy ofertę 18 miast – pod uwagę wzięliśmy wszystkie miasta, będące stolicą województw, a także w przypadku woj. lubuskiego i kujawsko-pomorskiego – ośrodki pełniące podobne role. W raporcie  uwzględniliśmy takie kategorie jak: edukacja, koszty życia, perspektywy ekonomiczne. W raporcie znajdują się m.in. dane dotyczące bezrobocia, poziomu wynagrodzeń, średniej ceny wynajęcia mieszkania, pokoju lub miejsca w  akademiku, a także informacje o cenach miesięcznych biletów komunikacji miejskiej.

Najlepsze miasta do studiowania 2020 – rankingNajlepsze miasta do studiowania 2020_grafika

Zwycięzcą ostatecznej klasyfikacji okazała się Warszawa, łącznie zdobywając 148 punktów. Jednak po piętach depcze jej Kraków, który stracił do zwycięzcy tylko jeden punkt! Pierwsza dwójka rankingu iKalkulator.pl zdeklasowała inne miasta, uzyskując nad nimi przewagę ponad czterdziestopunktową. Na trzecim miejscu znalazł się Poznań, na czwartym – Wrocław, a na piątym Gdańsk. To jedyne miasta, które zdobyły powyżej 100 punktów.

Z kolei najmniej punktów w Rankingu Najlepsze miasta do studiowania 2020 iKalkulator.pl zdobył Białystok (61 punktów). Tuż za nim uplasowały się Kielce (68 punktów), a następnie Rzeszów i Lublin (po 73 punkty).

Średnia dla rankingu wyniosła 90 punktów. Widać zatem duże odchylenia od średniej – zarówno w przypadku najwyższych, jak i najniższych miejsc zestawienia.

Edukacja

O pozycji w rankingu w dużej mierze decydował poziom edukacji – który jest kluczowym czynnikiem przy wyborze danej uczelni.  W rankingu iKalkulator.pl skuliliśmy się na uczelniach publicznych. W tej kategorii przyznaliśmy punkty tym ośrodkom edukacyjnym, które znalazły się w ogólnopolskim Rankingu Szkół Wyższych Perspektywy 2020. Liczba punktów była zależna od pozycji konkretnej uczelni w zestawieniu. Dodatkowo, przyznaliśmy dodatkowe punkty uczelniom, które znalazły się w rankingu najlepszych szkół wyższych na świecie – The World University Rankings 2020. W liczącym 1 400 uczelni zestawieniu znalazło się też 15 placówek z Polski. Najwięcej uczelni, które znalazły się w tym prestiżowym rankingu, znajduje się w Krakowie (3). Po dwie placówki wyróżnione w zestawieniu ma Warszawa (w tym sklasyfikowany najwyżej z polskich uczelni Uniwersytet Warszawski), Łódź, Poznań, Wrocław i Gdańsk, a po jednej – Toruń i Gliwice.

W kategorii edukacja pierwsze miejsce zajęła Warszawa, która znacząco uciekła swoim rywalom – prześcigając drugi Kraków o 8 punktów. Na trzecim miejscu znalazł się Poznań, który do Warszawy stracił aż 40 punktów. Na końcu zestawienia znalazły się: Gorzów Wielkopolski, Zielona Góra i Olsztyn.

 

Miejsce Miasto Suma
1 Warszawa 87
2 Kraków 79
3 Poznań 47
4 Gdańsk 46
5 Wrocław 44
6 Łódź 40
7 Szczecin 19
8 Lublin 17
9 Toruń 15
10 Katowice 12
11 Białystok 9
12 Opole 6
12 Rzeszów 6
12 Kielce 6
12 Bydgoszcz 6
13 Olsztyn 3
13 Zielona Góra 3
13 Gorzów Wielkopolski 3

 

Koszty życia

Nie każdy może sobie pozwolić na beztroskie studiowanie, bez konieczności pilnowania każdej złotówki. Dlatego sprawdziliśmy, ile w danych miastach student musi zapłacić za lokum. Na warsztat wzięliśmy ceny akademików, ale także średni koszt wynajmu pokoju i mieszkania dwupokojowego. Dodatkowo, iKalkulator.pl sprawdził ceny biletów miesięcznych komunikacji miejskiej. Gdzie zatem studiowanie jest najtańsze? Najlepszym do życia dla studentów miastem, pod względem kosztów, jest Gorzów Wielkopolski, który zdobył 68 punktów. 9 punktów mniej zebrała Zielona Góra, a 10 mniej – Olsztyn. Z kolei najdroższym miastem zestawienia zdecydowanie jest Warszawa, która zdobyła jedynie 16 punktów. Za nią uplasował się Wrocław, Poznań i Gdańsk.

Miejsce Miasto Suma
1 Gorzów Wlkp. 68
2 Zielona Góra 59
3 Olsztyn 58
4 Toruń 57
5 Opole 55
6 Kielce 51
6 Bydgoszcz 51
7 Rzeszów 49
8 Białystok 41
9 Lublin 36
10 Katowice 34
11 Szczecin 33
12 Łódź 31
13 Kraków 28
14 Gdańsk 24
14 Poznań 24
15 Wrocław 21
16 Warszawa 16

Perspektywy rozwoju

Poza wyborem kierunku studiów i uczelni, ważne jest również to, jakie perspektywy rozwojowe zapewni nam miasto akademickie. Część studentów decyduje się na płatne praktyki lub pracę zarobkową, choćby dorywczą, już w czasie nauki. Dlatego iKalkulator.pl zweryfikował miasta pod względem poziomu bezrobocia, wysokości średniego wynagrodzenia, a także tego, gdzie jest najwięcej absolwentów multimilionerów – z dorobkiem min. 100 mln euro. W którym mieście student ma najlepszą przyszłość?

Kolejny raz na najwyższym stopniu podium znalazła się Warszawa. Z niewielką stratą do niej na drugim miejscu uplasował się Kraków, a na trzecim – Wrocław i Katowice. W ścisłej czołówce znalazły się też Poznań i Gdańsk, które uzyskały powyżej 30 punktów.

Na drugim końcu zestawienia uplasował się Białystok, Kielce i Gorzów Wielkopolski, które w tej kategorii zebrały najmniejszą liczbę punktów.

Lp. Miasto Suma punktów
1 Warszawa 45
2 Kraków 40
3 Wrocław 38
3 Katowice 38
4 Poznań 37
5 Gdańsk 31
6 Szczecin 24
7 Łódź 23
8 Opole 21
9 Bydgoszcz 20
9 Lublin 20
10 Rzeszów 18
11 Zielona Góra 17
12 Toruń 16
13 Olsztyn 13
14 Gorzów Wielkopolski 12
15 Kielce 11
15 Białystok 11

 

Metodologia

Ranking iKalkulator.pl został opracowany na podstawie dostępnych danych: GUS, Ministerstwa Edukacji Narodowej, uczelni wyższych w danym mieście, urzędów pracy, a także zestawień przygotowanych przez Perspektywy.pl, Quacquarelli Symonds czy Pracownię Ekonomiczną 2033.

Kategorie zostały podzielone na podkategorie. Zazwyczaj w każdej maksymalnie można było uzyskać 18 pkt., a minimalnie – 1 pkt lub 0 – w przypadku, gdy miasto nie spełniało żadnego z warunków.  Inaczej oceniana była kategoria Edukacja – gdzie ze względu na liczbę zmiennych, punktowane było miejsce w danym rankingu. Uznaliśmy tą kategorię za kluczową, dlatego tutaj do rankingu głównego wliczana była uzyskana suma punktów z każdej podkategorii.

W przypadku znalezienia się uczelni publicznych z danego miasta w Rankingu Szkół Wyższych Perspektywy 2020, liczba punktów była zależna od pozycji konkretnej uczelni w zestawieniu. I tak, pierwsze trzy miejsca były punktowane odpowiednio po: 18,17, 16 pkt., miejsca 4-10 po 10 pkt, 11-20 po 5 pkt, a 21-100 po 3 pkt.

W przypadku znalezienia się uczelni z danego miasta w Ranking najlepszych szkół wyższych The World University Rankings 2021 – otrzymywało ono 10 punktów.

Dodatkowo, w kategorii Perspektywy ekonomiczne, przyznano ekstra punkty miastom, które znalazły się w zestawieniu ośrodków z największą liczbą absolwentów z majątkiem min. 100 mln euro. Przyznano od 10 do 5 pkt – w zależności od miejsca w rankingu. Suma wszystkich punktów z każdej podkategorii dała nam ostateczne wyniki. Tak powstał ranking Najlepsze miasta do studiowania 2020.

Dobre wyniki sektora magazynowego w Polsce w pierwszej połowie roku

Rynek magazynowy w Polsce nadal rozwija się dynamicznie. Zarówno popyt, jak i podaż w pierwszej połowie 2020 roku utrzymywały się na wysokim poziomie – podkreślają eksperci z międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield, która podsumowała pierwsze półrocze 2020 roku na rynku magazynowym w Polsce.

Pomimo dobrych wyników ostrożnie podchodzimy do stwierdzenia, że ten rok będzie rekordowy dla rynku magazynowego. Sektory takie jak motoryzacja czy produkcja, które odgrywają ważną rolę dla polskiej gospodarki, mocno ucierpiały z powodu pandemii. Ostatnie miesiące pokazały jednak pozytywne tendencje do stopniowego powrotu firm do normalnej działalności gospodarczej wraz z dalszym łagodzeniem obostrzeń. Niektóre firmy negocjują lub finalizują już nowe projekty i spodziewamy się, że cały sektor będzie lepiej przygotowany na potencjalne ryzyko wystąpienia drugiej fali epidemii – mówi Joanna Sinkiewicz, Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield.

Popyt

W drugim kwartale 2020 roku wynajęto 1,3 mln mkw. powierzchni magazynowej, a od początku 2020 roku blisko 2,3 mln mkw. Bardzo dobry wynik odnotowano po stronie popytu netto obejmującego nowe umowy i ekspansje. W pierwszym półroczu wyniósł on prawie 1,7 mln mkw., co stanowiło 74% całkowitego popytu, natomiast na przedłużenia umów przypadło pozostałe 26% (tj. 582 tys. mkw.) wolumenu transakcji najmu. W ujęciu regionalnym największa aktywność najemców obserwowana była na trzech największych rynkach: Warszawa –okolice, Górny Śląsk i Polska Centralna. Na tych rynkach zawarto transakcje najmu na łączną powierzchnię 1,2 mln mkw., co stanowiło ponad 50% całkowitego popytu odnotowanego w okresie styczeń-czerwiec 2020 roku.

Statystyki te wskazywałyby na rekordowy poziom aktywności najemców w warunkach rynkowych innych niż pandemiczne, jednak należy zwrócić szczególną uwagę na fakt, że część popytu została wygenerowana przez transakcje najmu lub przedłużenia, które obejmowały preferencyjne warunki oferowane najemcom w związku z COVID 19. Moglibyśmy oczekiwać, że niektóre transakcje zostaną sfinalizowane w późniejszych latach, jednakże ze względu na wyjątkową sytuację, zaistniały przesłanki do wcześniejszej renegocjacji warunków najmu. Firmy, które najbardziej odczuły negatywne konsekwencje pandemii, zwróciły się do wynajmujących o wsparcie polegające najczęściej na odroczeniu lub tymczasowym obniżeniu kosztów w zamian za przedłużenie umowy najmu – dodaje Joanna Sinkiewicz.

W strukturze branżowej popytu dominowały firmy logistyczne (28% całkowitego wolumenu transakcji w pierwszej połowie 2020 roku), sieci sklepów (16%), e-commerce (14%) oraz lekkiej produkcji (12%). Aktywne były również firmy z branż takich jak budowlana (6%), kurierska (4%) i spożywcza (4%).

Należy podkreślić że całkowity wpływ sektora e-commerce na polski rynek magazynowy jest większy niż pokazują to „czyste” dane statystyczne – te obejmują wyłącznie firmy wyspecjalizowane w sprzedaży online jak sklepy i platformy internetowe. Natomiast wiele innych firm reprezentujących różne branże rozwija dynamicznie strategię omnichannel w związku z czym generuje dodatkowy popyt na usługi logistyczne, kurierskie i finalnie na powierzchnię magazynową. Warto także wspomnieć o relatywnie nowym źródle popytu w Polsce, jakim stają się firmy z branży IT poszukujące nowoczesnej powierzchni magazynowej z przeznaczeniem pod obiekty typu „data center”. W pierwszym półroczu zawarto dwie transakcje tego typu na rynku warszawskim o łącznej powierzchni 28,5 tys. mkw. a kolejne projekty są w fazie rozwoju – mówi Adrian Semaan, Senior Research Consultant, Cushman & Wakefield.

Podaż

Od początku roku deweloperzy oddali do użytku ponad 1 mln mkw. powierzchni magazynowej, z czego 600 tys. mkw. w drugim kwartale. Około 70% nowej podaży zostało dostarczone na trzy rynki regionalne: Warszawa – okolice, Wrocław i Górny Śląsk.

Łączne zasoby magazynowe w Polsce wkrótce przekroczą 20 mln mkw. W czerwcu w budowie znajdowało się 1,9 mln mkw. powierzchni przemysłowej, co świadczy o wysokiej aktywności deweloperskiej, choć jest to wynik nieco słabszy w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku (2,2 mln mkw.). Deweloperzy są najbardziej aktywni na rynkach regionalnych: Górny Śląsk (435 000 mkw.), Warszawa – okolice (324 000 mkw.), Polska Zachodnia (256 000 mkw. z czego 80% w ramach projektu typu BTS (Build To Suit) zlokalizowanego w Świebodzinie w pobliżu granicy polsko-niemieckiej) oraz Trójmiasto (237 000 mkw.) i Wrocław (158 000 mkw.).

W związku z wyższym ryzykiem rynkowym spowodowanym pandemią COVID-19 deweloperzy będą bardziej wstrzemięźliwi w uruchomianiu kolejnych projektów o charakterze spekulacyjnym. Będzie to szczególnie widoczne w wybranych lokalizacjach charakteryzujących się obecnie relatywnie wysokim odsetkiem dostępnej powierzchni magazynowej w istniejących i realizowanych projektach m.in. na rynkach takich jak Wrocław czy Górny Śląsk.

Czynsze

Czynsze bazowe utrzymują się na stabilnym poziomie w 2020 roku i wynoszą od 2,50-3,80 EUR/mkw./miesiąc w przypadku większych modułów magazynowych typu BIG-BOX do około 4,00-5,25 EUR/mkw./miesiąc w przypadku miejskich projektów tzw. Small Business Units (SBU) zlokalizowanych w największych aglomeracjach.

Konkurencja na rynku deweloperskim jest nadal wysoka, co powoduje, że skala zachęt finansowych oferowanych najemcom pozostanie atrakcyjna, szczególnie w przypadku dużych powierzchni zabezpieczonych długoterminowymi umowami najmu – mówi Adrian Semaan.

Stawki czynszów efektywnych wahają się obecnie w przedziale 2,00-3,20 EUR/mkw./miesiąc dla jednostek typu BIG-BOX oraz 3,00-4,50 EUR/mkw./miesiąc za moduły typu SBU.

Powierzchnie niewynajęte

Na koniec czerwca 2020 roku prawie 1,4 mln mkw. powierzchni stanowiły pustostany, co odpowiada 7% całkowitych zasobów magazynów w Polsce. Stopa pustostanów spadła o 0,4 p.p. w porównaniu do poprzedniego kwartału, ale nadal jest wyraźnie wyższa niż rok temu. Największy spadek dostępności powierzchni magazynowej odnotowano w Polsce Centralnej (z 10,1% do 6,8%) i Krakowie (z 7,5% do 5,2%), natomiast niewielki wzrost odnotowano na rynku Warszawa- okolice (z 5,3% do 6,8%). W przypadku pozostałych rynków regionalnych wskaźnik pustostanów utrzymywał się w ciągu ostatnich trzech miesięcy na stabilnym poziomie.

Prognozy

Sektor e-commerce pozostaje głównym motorem dynamicznego rozwoju rynku magazynowego w Polsce. W okresie pandemii obserwowaliśmy jego przyspieszony wzrost, o czym świadczy dwucyfrowy udział sprzedaży internetowej w całkowitych obrotach detalicznych. Obecnie jednak wskaźnik ten stopniowo powraca do poziomów sprzed pandemii, choć jego organiczny, długofalowy wzrost będzie korzystny dla sektora logistycznego, a docelowo dla całego sektora magazynowego w Polsce, który z powodzeniem funkcjonuje zarówno w dystrybucji krajowej, jak i transgranicznej – mówi Joanna Sinkiewicz, Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield.

Rezygnacja z zaliczek uproszczonych na podatek dochodowy w trakcie roku – szczególne rozwiązanie na czas pandemii

Pandemia COVID-19 oraz kilkumiesięczny lockdown okazały się poważnym problemem dla przedsiębiorców. Brak możliwości prowadzenia biznesu lub znaczne ograniczenia w tym zakresie sprawiły, że dla zachowania miejsc pracy oraz utrzymania działalności konieczna stała się pomoc państwa. Oprócz pomocy czysto finansowej przewidziano także rozwiązania prawne, które modyfikują niektóre obowiązki podatkowe. Jednym z nich jest możliwość rezygnacji przez małych podatników w trakcie roku z płacenia uproszczonych zaliczek na podatek dochodowy oraz przejście na rozliczenia oparte na faktycznym dochodzie.

Zaliczki na podatek dochodowy

Podatki dochodowe są podatkami rocznymi. To oznacza, że ostateczne ustalenie ich wysokości następuje już po zakończeniu roku. Przez cały rok konieczne jest natomiast płacenie zaliczek, które następnie uwzględnia się w ostatecznym rozliczeniu za dany rok. Ich wysokość można określać na dwa sposoby – jako zaliczki obliczane za każdy miesiąc w wysokości odpowiadającej przychodom i kosztom podatnika w danym okresie lub jako tzw. zaliczki uproszczone – wpłacane w równej wysokości w ciągu całego roku podatkowego.

Zaliczki uproszczone

Wysokość zaliczek uproszczonych płatnych co miesiąc ustala się na podstawie zeznania podatkowego złożonego w poprzednim roku podatkowym. To oznacza, że zaliczki płacone w roku 2020 określane są na podstawie zeznania za rok 2018 – to bowiem zostało złożone w roku poprzednim (2019). Dokładne zasady jego obliczenia nieco różnią się w przypadku podatku dochodowego od osób fizycznych oraz podatku dochodowego od osób prawnych.

W przypadku podatku dochodowego od osób fizycznych wysokość zaliczki oblicza się na podstawie dochodu wykazanego w danej deklaracji podatkowej oraz skali podatkowej lub stawki liniowej 19% – w zależności od zasad dokonywania rozliczeń w danym roku. Tak obliczony podatek dzieli się następnie na 12 równych części i określa wysokość zaliczki płaconej w każdym miesiącu roku podatkowego. Dodatkowo kwota ta jest pomniejszana o składkę na ubezpieczenie zdrowotne zapłaconą przez przedsiębiorcę w danym miesiącu (która jednak nie może przekroczyć 7,75% podstawy wymiaru).

W przypadku podatku dochodowego od osób prawnych wysokość zaliczki określa się jako 1/12 podatku należnego wykazanego w zeznaniu podatkowym złożonym w roku poprzednim.

Tym samym, jeżeli przedsiębiorca za rok 2018 zapłacił podatek w wysokości 12 000 zł, w roku 2020 jest zobowiązany do płacenia miesięcznych zaliczek uproszczonych w wysokości 1 000 zł.

Warunki stosowania

Aby stosować zaliczki uproszczone, konieczna jest możliwość określenia wysokości zaliczki według opisanych wyżej zasad. Ponadto zaliczka ta musi być wyższa niż 0 zł. Rozwiązanie nie jest więc możliwe do zastosowania przez podatników, którzy w poprzednim roku podatkowym nie złożyli zeznania podatkowego.

Podobnie w przypadku podatników, którzy w ostatnich latach nie płacili podatku dochodowego. W przypadku, gdy podatnik podatku CIT nie wykazał podatku do zapłaty w zeznaniu złożonym w roku poprzednim oraz podatnik podatku PIT w tym roku nie osiągnął dochodów powyżej 3 091 zł (kwota wolna od podatku), nie jest możliwe określenie zaliczki na tej podstawie. Wówczas wartość tę można określić na podstawie zeznania z roku wcześniejszego (2017). Jeśli jednak także w tym roku ustalenie zaliczki nie jest możliwe, przedsiębiorca musi płacić zaliczki obliczane według zasad ogólnych.

Rezygnacja z zaliczek uproszczonych

Możliwość regulowania zaliczek uproszczonych jest przywilejem podatnika – może on z niego skorzystać, ale na swój wyraźny wybór. Zasadą pozostają bowiem zaliczki określane na podstawie osiąganych na bieżąco dochodów. Nie oznacza to jednak, że możliwe są zmiany tej formy w ciągu roku – w przypadku wyboru zaliczek uproszczonych zasadniczo konieczne jest płacenie zaliczek w równej wysokości przez cały rok podatkowy. Jedynie wyjątkowo można zwrócić się do organu podatkowego o zmniejszenie tej kwoty w trakcie roku w sytuacji, gdyby ich wysokość była niewspółmiernie wysoka do przewidywanego podatku należnego (zgodnie z art. 22 §2a Ordynacji podatkowej).

Szczególne rozwiązanie na czas pandemii

Taka wyjątkowa sytuacja nastąpiła w 2020 r. w stosunku do bardzo dużej liczby przedsiębiorców, którzy w związku z pandemią COVID-19 i „zamrożeniem” gospodarki znaleźli się w poważnych trudnościach finansowych. Zgodnie ze specjalnymi regulacjami przyjętymi w ramach tzw. tarczy antykryzysowej mali podatnicy stosujący dotychczas tę formę regulowania zaliczek mogą za miesiące od marca do grudnia 2020 r. opłacać zaliczki obliczane według zasad ogólnych. Przy ich obliczaniu uwzględnia się wysokość zaliczek zapłaconych dotychczas w formie uproszczonej. Warunkiem zastosowania tej regulacji, poza statusem małego podatnika, jest poniesienie negatywnych konsekwencji finansowych pandemii, co jednak nie zostało zdefiniowane w ustawie. Zatem można tak traktować w istocie wszystkie trudności w prowadzeniu biznesu.

Zastosowanie tego rozwiązania nie wymaga spełnienia żadnych warunków formalnych – wystarczające jest wskazanie tego faktu w deklaracji podatkowej za rok 2020.

Korzyści związane z rezygnacją

Zaliczki uproszczone korzystne są zwłaszcza dla tych przedsiębiorców, którzy w związku z dynamicznym wzrostem co roku osiągają wyższe dochody i w konsekwencji są zobowiązani do zapłaty wyższego podatku. Wówczas przez cały rok nie muszą opłacać wysokich zaliczek. Dzięki temu więcej środków pozostaje na prowadzenie biznesu i dalsze inwestycje, a dopiero wraz z rozliczeniem podatku za dany rok dochodzi do uregulowania pełnej kwoty podatku.

Rozwiązanie to jest jednak także problematyczne, gdy dochody okazują się niższe niż przewidywano. Wówczas bowiem, niezależnie od okoliczności, nawet w przypadku braku jakichkolwiek przychodów konieczne jest regulowanie zaliczki w pełnej wysokości. Możliwość rezygnacji z tego obowiązku mogła okazać się więc bardzo pomocna dla wielu przedsiębiorców, którzy boleśnie odczuli skutki pandemii.

Rozwiązanie dla wąskiej grupy podatników

Trudno jednak nie zauważyć, że zakres stosowania tego rozwiązania został określony bardzo wąsko. Mali podatnicy (ci, którzy w poprzednim roku osiągnęli przychody ze sprzedaży poniżej 2 mln euro) to grupa przedsiębiorców, którzy mogli najboleśniej odczuć skutki pandemii. Olbrzymia część przedsiębiorców, także tych o niewielkiej skali działalności, z rozwiązania nie może skorzystać. Oni więc przez cały rok są zmuszeni do finasowania budżetu państwa często nieproporcjonalnie wysokimi w stosunku do zysków zaliczkami. Tym przedsiębiorcom pozostaje jedynie wnioskowanie o zmniejszenie zaliczek, do czego jednak konieczny jest wniosek i pozytywna decyzja organu, na którą obecnie trzeba czekać dłużej niż zwykle.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy polscy pracodawcy nadal potrzebują pracowników z Ukrainy?

Zamrożenie polskiej gospodarki na skutek COVID-19 wywarło duży wpływ na nasz rynek pracy. Spadło zapotrzebowanie na pracowników, co w pierwszej kolejności odczuli Ukraińcy pracujący w Polsce. W efekcie około 250 tysięcy Ukraińców wyjechało do swojego kraju. Czy wraz z odmrażaniem gospodarki wraca zainteresowane polskich pracodawców pracownikami zza wschodniej granicy?

Paradoksalnie, pomimo wzrostu bezrobocia w Polsce w ostatnich miesiącach (to wzrost o 0,8% r/r – z 5,3% w 06.2019 do 6,1% w 06.2020[1]), nie obserwujemy spadku zapotrzebowania na pracowników z Ukrainy w polskich firmach.

Początkowo stopniowe odmrażanie gospodarki zbiegło się z sezonem prac tymczasowych w rolnictwie, więc osoby, które utraciły pracę w przemyśle, szybko znalazły tam nowe zatrudnienie. Wzrost zainteresowania Ukraińcami dotyczy nie tylko branży rolnej. Zapotrzebowanie zgłaszają nam firmy logistyczne, budowlane oraz coraz więcej firm produkcyjnych, również tych z branży automotive. Obecnie notujemy średnio o 70% więcej zamówień na rekrutację obcokrajowców w porównaniu do poprzednich miesięcy. – mówi Ewelina Glińska–Kołodziej, Dyrektor Operacyjny agencji zatrudnienia Trenkwalder.

Na czym polega fenomen utrzymującej się popularności Ukraińców na polskim rynku pracy?

PRACOWNIK Z UKRAINY BARDZIEJ MOBILNY I ELASTYCZNY

Redukcja zatrudnienia związana z pandemią dotknęła wielu polskich pracowników, zwłaszcza pracowników tymczasowych. Jednak Polacy w przeciwieństwie do Ukraińców, nie są gotowi na poszukiwanie pracy poza swoim miejscem zamieszkania.

Pracownicy z Ukrainy są bardziej elastyczni i skłonni do przemieszczania się za pracą, jeśli otrzymają atrakcyjną dla nich ofertę oraz bezpłatne lub tanie zakwaterowanie. I chociaż wydawać by się mogło, że zakwaterowanie jest dodatkowym kosztem, to dla polskich pracodawców ma to pewien plus  – podnosi lojalność zagranicznego pracownika. –  mówi Daniel Sola, Dyrektor Projektów Międzynarodowych w agencji zatrudnienia Trenkwalder.

Ponadto polskie firmy cenią gotowość do realizacji dodatkowych zleceń oraz pracy w nadgodzinach, gdy pojawi się taka potrzeba. Ukraińcy również chętniej wybierają takich pracodawców. Cel zarobkowy stawiają na pierwszym miejscu.

POLSKA NADAL ATRAKCYJNA DLA UKRAIŃCÓW

Pomimo kryzysu i wciąż rosnącej liczby zakażeń koronawirusem, Polska nadal jest atrakcyjnym rynkiem pracy dla Ukraińców – zarówno dla doświadczonych, jak i początkujących pracowników. Nasz kraj oferuje możliwość poprawy jakości życia lub gromadzenia oszczędności. Jako przewagę nad innymi państwami UE, Ukraińcy w dalszym ciągu wskazują bliskość geograficzną, językową i kulturową. Dlatego, pomimo niepewności na polskim rynku pracy, pracownicy z Ukrainy nadal są najliczniejszą grupą cudzoziemców, która przyczynia się do rozwoju polskiej gospodarki.

„PANDEMICZNE” WARUNKI ZATRUDNIENIA

Pakiety antykryzysowe wprowadziły szczególne rozwiązania dla cudzoziemców przebywających na terytorium naszego kraju, szereg regulacji prawnych ułatwiających im pracę i pobyt. Mowa chociażby o przedłużeniu ważności zezwoleń na pracę oraz oświadczeń o powierzeniu pracy cudzoziemcowi, czy też okresów ważności kart pobytu. Ważność dokumentów jest przedłużona do 30 dni następujących po dniu odwołania stanu epidemii.

Pracownicy z Ukrainy, po przyjeździe do Polski nadal muszą przejść dwutygodniową kwarantannę. To wpływa na podjęcie decyzji o przyjeździe do pracy do Polski. Dla wielu Ukraińców ogromnym problemem jest pozyskanie środków na utrzymanie się przez 14 dni w Polsce. Dodatkowo, pierwsze wynagrodzenie otrzymają dopiero po miesiącu pracy. Wyjątkiem jest praca sezonowa, gdzie cudzoziemiec odbywając kwarantannę w gospodarstwie rolnym ma  możliwość świadczenia pracy – z zastrzeżeniem, że obowiązuje go całkowity zakaz opuszczania gospodarstwa w okresie odbywania kwarantanny i ograniczony kontakt z osobami zamieszkującymi dane gospodarstwo. Z tego względu prace sezonowe w rolnictwie cieszą się dużym zainteresowaniem wśród obcokrajowców.

Z powodu sytuacji epidemicznej i związanych z nią restrykcji, rekrutacja cudzoziemców ogranicza się obecnie głównie do pracowników z Ukrainy, Mołdawii, Białorusi i Gruzji. Gruzini jako jedni z nielicznych narodowości nie muszą odbywać kwarantanny. Daniel Sola, Dyrektor Projektów Międzynarodowych w agencji zatrudnienia Trenkwalder.

PRACA ZA NAJNIŻSZĄ KRAJOWĄ?

Pomimo pogorszenia koniunktury na polskim rynku pracy, oczekiwania płacowe Ukraińców nie spadły. Jeśli polscy przedsiębiorcy liczą, że w dobie kryzysu będzie zainteresowanie pracą za najniższą stawkę krajową, to może ich czekać rozczarowanie. I to nie tylko ze strony polskich pracowników. Ukraińcy przyzwyczaili się do wyższych stawek przed koronawirusem, a głównym motywatorem ich przyjazdu do Polski jest zarobek.

SAMODZIELNIE CZY PRZEZ AGENCJĘ?

Jak najlepiej rekrutować obcokrajowców podczas pandemii? W czasach niepewności gospodarczej i gąszczu nowych przepisów dotyczących zatrudnienia, optymalnym rozwiązaniem dla pracodawców jest skorzystanie z agencji pracy w celu uzupełnienia braków kadrowych. Korzyści z tego płynące to m. in. optymalizacja kosztów stałych, rekrutacji oraz selekcji pracowników, krótkie okresy wypowiedzeń pracowników tymczasowych, brak odpowiedzialności kadrowo-płacowej oraz pozbycie się całej procedury związanej z legalizacją pracy obcokrajowców. Zwłaszcza, że kary związane z nielegalnym zatrudnieniem lub nieprzedłożeniem dokumentów w wyznaczonym terminie mogą być bardzo bolesne – nawet do 30 tysięcy złotych. Trzeba się też liczyć z ewentualnością nałożenia sankcji w postaci braku możliwości zatrudniania cudzoziemców.

Od 7 lat zajmujemy się rekrutacją Ukraińców oraz legalizacją ich pobytu i zatrudnienia w Polsce. Z doświadczenia wiemy, że rekrutacja obcokrajowców jest bardziej złożona i czasochłonna niż zatrudnienie Polaków, nawet jeśli są to osoby już przebywające na terenie naszego kraju. Dzisiaj, w warunkach pandemii, rekrutacja Ukraińców jest jeszcze bardziej kosztowna ze względu na wymóg obowiązkowej kwarantanny – koszty ponosi najczęściej pracodawca. My, jako agencja, pomagamy natomiast naszym klientom
w całej organizacji pobytu cudzoziemców podczas kwarantanny.
mówi Ewelina Glińska–Kołodziej, Dyrektor Operacyjny agencji zatrudnienia Trenkwalder.

[1] Źródło – GUS – bezrobocie rejestrowane.

Bezrobocie w USA jednak spada

Ostatni tydzień upłynął pod dyktando danych z amerykańskiego rynku pracy. Po bardzo słabych danych na temat nowo utworzonych miejsc pracy nastroje były bardzo słabe. Szybko jednak się okazało, że wcale nie jest tak źle, jak wcześniej sądzono.

Znów amerykański rynek pracy

Pomimo wyraźnie niezadowalających danych na temat nowych miejsc pracy bezrobocie w piątkowych danych niespodziewanie spadło do 10,2%. Nie jest to absolutnie dobry wynik, ale spadek o 0,9% w ciągu miesiąca pokazuje, że możliwe jest do końca roku przywrócenie go w okolice szeroko pojętej normy. Rynki przyjęły tę informację bardzo pozytywnie. W piątek dolar miał bardzo dobrą passę od rana, umacniając się o pół centa względem euro. Po tych danych umocnił się jednak w krótkim czasie o kolejne pół.

Wybory na Białorusi

W weekend odbyły się wybory na Białorusi. O stylu, w jakim się odbyły można powiedzieć wiele, ale nie to jest tematem tego tekstu. Wynik wyborów mocno odbiega zarówno od sondaży, jak i od badań exit poll. Ogłoszone zwycięstwo dotychczasowego prezydenta Łukaszenki nie jest niespodzianką. Wynik 80%, z którym miał je uzyskać, już jednak jest. Jest on równie mało wiarygodny, co opozycja podająca jego “realne” poparcie na poziomie 1-3%. Niemniej protesty za naszą wschodnią granicą w tej skali są czymś nowym. Rynki na razie nie reagują, ale zmiana władzy, szczególnie w tym klimacie może spowodować spore zawirowania na rynkach. Białoruś nie jest na tyle istotnym partnerem handlowym, by miało to duży wpływ na złotego, o ile oczywiście pozostanie w miarę stabilnym krajem.

Bezrobocie w Szwajcarii

Szwajcaria pokazała dzisiaj wyniki w ramach stopy bezrobocia. Wydawać by się mogło, że 3,2% to bardzo dobry wynik. Wiele państw nie jest się w stanie do niego zbliżyć normalnie, a co dopiero w trakcie pandemii. Warto jednak przypomnieć, że jeszcze rok temu kraj ten chwalił się osiągnięciem pułapu 2,1%. Dzieje się to wszystko pomimo silnego umocnienia franka względem euro, co nie wpływa korzystnie na opłacalność szwajcarskiego eksportu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Pandemia to gorący okres dla fachowców. Remontujemy 31% więcej niż rok tremu

Chwilowe spowolnienie gospodarki, które miało miejsce wiosną, spowodowało, że tego lata fachowców od remontów poszukujemy jeszcze intensywniej niż zwykle – wynika z raportu Oferteo.pl. Najwięcej zleceń otrzymują specjaliści od malowania, montażu płyt gipsowo-kartonowych oraz instalacji elektrycznych.

Wiosna inna niż dotychczas

Początek roku i lato to zwykle czas, w którym Polacy najchętniej zabierają się za organizację prac remontowych w swoim domu. Tegoroczna wiosna bardzo różniła się od tych z lat ubiegłych. Jak te zmiany wpłynęły na plany remontowe Polaków?

Od maja remontujemy na potęgę

Od maja remontujemy na potęgęDane zgromadzone przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących usług z ich dostawcami, pozwalają porównać zapotrzebowanie na usługi remontowe w Polsce w pierwszej połowie 2019 i 2020 roku. Na ich podstawie widać, że w 2019 roku działania związane z remontem rozpoczynano wraz z przyjściem wiosny. W marcu 2019 złożono aż 19% wszystkich zapytań z pierwszej połowy tego roku. Sytuacja w pozostałych miesiącach wyglądała wówczas dość podobnie, a różnice były kilkuprocentowe.

Przyglądając się danym z 2020 roku, widać znaczne wyhamowanie popytu na usługi remontowe na samym początku kwarantanny. W marcu tego roku usług fachowców szukano niemal o połowę rzadziej niż rok wcześniej. Znaczny spadek popytu wyraźny jest także w kwietniu. Natomiast już od maja zainteresowanie wzrosło aż dwukrotnie w stosunku do poprzedniego miesiąca. Ten trend utrzymywał się także w czerwcu, z którego pochodziła niemal ¼ wszystkich zapytań o fachowców z pierwszego półrocza 2020 roku.

Jak remontować, to kompleksowo

Jak remontować, to kompleksowoMimo że terminy rozpoczęcia prac w dużej mierze zmieniły się, to nasze zamiłowanie do dużych przedsięwzięć nie. Polacy, podejmując się remontu, zwykle chcą wprowadzić gruntowne zmiany w wielu pomieszczeniach. Jak pokazuje statystyka, najczęściej prace obejmują 4–5 pomieszczeń, co w praktyce oznacza często całe mieszkanie.

Nie zmieniły się także najchętniej wybierane do remontu pomieszczenia. Najczęściej (w 78% przypadków) były to pokoje dzienne oraz sypialnie, na drugim miejscu z wynikiem 67% znalazł się przedpokój, a dalej kuchnia i łazienka – z popularnością na poziomie 64% każda.

Szeroki zakres prac

Szeroki zakres pracAnalizując dokładny zakres prac, które były wykonywane w polskich domach, można zauważyć, że jest on rozległy. Fachowcom zwykle zlecamy kilka czynności. Najczęściej jest to malowanie (74%) oraz montaż płyt gipsowo-kartonowych (51%). Na brak zajęcia nie mogą narzekać specjaliści od instalacji elektrycznych (46%), tynkowania (47%), a także układający glazurę lub terakotę (48%).

Pandemia nie zmieniła w znaczący sposób rodzaju usług, jakich poszukują Polacy.

Remont należy to tych przedsięwzięć, które chętnie planujemy na czas letni. Specjaliści większość zleceń otrzymują na przestrzeni kilku miesięcy wiosną, latem i wczesną jesienią, w tym czasie kolejki do nich są więc najdłuższe. W tym roku sytuacja jest wyjątkowa, ponieważ zapytań o usługi remontowe było aż o 31% więcej niż rok wcześniej. Mamy więc do czynienia z kumulacją wstrzymanych wcześniej zleceń. Jeśli w takich okolicznościach nie rozpoczniemy poszukiwań wykonawcy odpowiednio wcześnie, możemy zostać odesłani do długiej kolejki oczekujących, co w konsekwencji opóźni remont o kolejne tygodnie, a nawet miesiąceradzi Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 13 tysięcy zapytań ofertowych złożonych w serwisie Oferteo.pl w pierwszej połowie 2019 i 2020 roku przez osoby poszukujące wykonawców usług remontowych.

Rozwój telewizji hybrydowej pozytywnie wpłynie na rynek telewizorów

Pandemia koronawirusa na krótko wpłynęła na spadek produkcji i  sprzedaży telewizorów w Polsce. Najgorszymi miesiącami był marzec i kwiecień. Jednak już od maja sytuacja zaczęła się poprawiać. Eksperci Związku Cyfrowa Polska w najnowszym raporcie na temat rynku telewizorów szacują, że
w 2021 r. nastąpi szybkie odbicie. Będzie to miało związek m.in. z rozwojem telewizji hybrydowej w Polsce oraz odbywającymi się Igrzyskami Olimpijskimi w Tokio.

Jak wynika z najnowszego raportu Związku Cyfrowa Polska „Telewizory i monitory przyszłości. Rozwój rynku w Polsce na tle światowym i europejskim” średnia sprzedaż telewizorów w Polsce w ostatnich pięciu latach wahała się w przedziale 2,1 – 2,4 mln sztuk. Co ciekawe, gros z tego stanowiły odbiorniki wyposażone w technologię smart. W 2019 r. było to ponad 1,5 mln sztuk. Jak podaje Związek Polska jest szóstym rynkiem w Europie w kolejności pod względem sprzedaży odbiorników. Więcej od nas kupują m.in. Niemcy, Anglicy i Francuzi.

Wpływ pandemii na rynek telewizorów

Producenci telewizorów przyznają, że pandemia koronawirusa miała wpływ na ich rynek. Z raportu wynika, że najgorszymi miesiącami w sprzedaży telewizorów w tym roku były marzec i kwiecień, kiedy handel elektroniką momentami prawie całkiem stanął z uwagi na zamknięcie sieci handlowych. W pierwszym kwartale 2020 r. w Polsce sprzedano ponad 437 tys. sztuk telewizorów, czyli o prawie 10 proc. mniej niż w tym samym okresie w roku poprzednim. Natomiast z obserwacji branży wynika, że spadek ten był tylko czasowy. Według handlowców i producentów, w maju 2020 r. wyraźne było ożywienie i wzrosty sprzedaży.

Producenci wręcz spodziewają się w najbliższym czasie pewnego wzrostu popytu na odbiorniki telewizyjne w Polsce, ponieważ mija 7 lat od ostatniego dużego wzrostu, który miał miejsce w latach 2012/2013 i był spowodowany wyłączeniem telewizji analogowej na rzecz telewizji cyfrowej. Jednocześnie kolejny etap cyfryzacji telewizji naziemnej (DVB-T2), który jest wdrażany w Polsce, powinien zachęcić konsumentów do wymiany odbiorników na nowe – prognozuje Cyfrowa Polska. Eksperci Związku przewidują, że 2021 r. będzie zwyżkowy w sprzedaż z uwagi na odbywające się w tym roku dwie imprezy sportowe – Euro oraz Igrzyska Olimpijskie.

Trendy sprzedaży w Polsce

Raport Cyfrowej Polski wskazuje również na zmieniające się trendy zakupowe Polaków. Polscy konsumenci coraz rzadziej wybierają tanie modele telewizorów, za to wolą sprzęt nowocześniejszy, typu smart, z dobrą jakością dźwięku i obrazu. – Niemal co roku pojawiają się nowe modele odbiorników z coraz to lepszą jakością obrazu i dźwięku, wyposażone w kolejne nowe technologie, a producenci prześcigają się w dodawaniu nowych funkcjonalności, które jeszcze bardziej mają przekonać konsumentów do zakupu – komentuje prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik. I podkreśla: – Dziś dla konsumentów telewizor to nie tylko narzędzie do odbioru kanałów telewizyjnych, jak to było dawniej, ale dzięki podłączeniu do internetu stał się on prawdziwym centrum rozrywki i edukacji w każdym domu.

Wejście technologii DVB-T2 i HbbTV

Eksperci zauważają, że na polski rynek telewizorów w najbliższym czasie wpływ będzie mieć też kolejny etap cyfryzacji telewizji – wprowadzenia technologii DVB-T2 oraz HbbTV. Jak podaje Cyfrowa Polska w 2019 r. 62 proc. wszystkich polskich gospodarstw domowych posiadało co najmniej jeden telewizor wyposażony w moduł pozwalający odbierać naziemną telewizję cyfrową w standardzie DVB-T2. Jednocześnie prognozuje się, że w tym roku ten poziom sięgnie 77 proc., a w 2021 r.– nawet 91 proc. Kolejnym impulsem rozwoju rynku telewizorów będzie telewizja hybrydowa. – To kolejny krok w rozwoju telewizji. HbbTV dostarczy widzom możliwość korzystania z zupełnie nowych usług, aplikacji i innowacyjnych rozwiązań. Jesteśmy na ostatnim etapie prac legislacyjnych nad przepisami, które wprowqadzają nowe wymagania dla producentów telewizorów – mówi wiceminister cyfryzacji Wanda Buk.

Znaczenie dla gospodarki w Polsce

Eksperci podkreślają, że utrzymujący się stabilny popyt na telewizory oraz dobre perspektywy rozwojowe dla tego rynku ma ogromne znaczenie także dla polskiej gospodarki.  – My jako Polska możemy poszczycić się tym, że jesteśmy jednym z największych ich producentów w Europie i ich jednocześnie największym esksporterem. Producenci chcą u nas montować telewizory i pracować nad innowacyjnymi rozwiązaniami, co świadczy, że jesteśmy atrakcyjnym miejscem dla nich do inwestowania – ocenia Wanda Buk.

Jak podaje Związek Cyfrowa Polska produkcja odbioróników telewizyjnych w Polsce sięga średnio 20 mln sztuk rocznie, które powstają w 7 zakładach produkcyjnych znajdujących się w naszym kraju. 90 proc. z wyprodukowanych telewizorów nich trafia na rynki zachodnie, głównie do Niemiec. – Także w Polsce inżynierowie pracują nad innowacyjnymi rozwiązaniami i technologiami, które później znajdują zastosowanie w nowoczesnych odbiornikach telewizyjnych – zauważa Michał Kanownik.

Polacy pracują nawet na urlopie – wyniki badania Devire

Polacy nie potrafią być off-line nawet przez chwilę. Tylko 1 proc. z nas spędza wakacje bez telefonu czy laptopa. Co więcej, ponad połowie rodaków zdarzyło się pracować podczas urlopu – 57 proc. ankietowanych w badaniu przeprowadzanym przez Devire.  

Rola cyfryzacji w naszym życiu osiągnęła nowy poziom, zwłaszcza, że po wybuchu pandemii znacznie częściej używamy urządzeń mobilnych i komputerów. Na 37,8 mln ludzi w Polsce, z Internetu korzysta prawie 31 mln, czyli o milion więcej niż przed rokiem. Z czego blisko 29 mln osób robi to mobilnie, względem 26 mln użytkowników w 2019 roku.

W lipcu br. roku firma rekrutacyjna i outsourcingowa Devire, postanowiła zapytać Polaków o to, czy spędzają wakacje „podłączeni do sieci”. Okazuje się, że tylko 1 proc. ankietowanych jest off-line w trakcie wypoczynku.

Jedziemy na urlop, ale ze sprzętem służbowym

Choć liczba zachorowań na koronawirusa znów rośnie, to przeszło połowa Polaków deklaruje chęć wyjazdu na urlop. 70 proc. ankietowanych zdecyduje się na wypoczynek w kraju, przy czym 19 proc. wyruszy poza granice – wynika z badania Devire. Tylko co czwarty Polak zrezygnował z wyjazdu.

57 proc. respondentów przyznaje, że dotychczas pracowało podczas urlopu. Taki sam procent badanych zabierze ze sobą urządzenia służbowe na najbliższe wakacje. Co ciekawe 82 proc. osób deklaruje, że nie zamierza wykonywać obowiązków zawodowych.

To znaczy, że odbieranie maili czy korzystanie z telefonu służbowego podczas urlopu, nie traktujemy już jako wykonywanie obowiązków służbowych. Może to wynikać z faktu, że postępujący trend pracy zdalnej i work-life integration zatarły granicę między pracą, a życiem prywatnym.

Praca zdalna, z którą w tempie ekspresowym musiała się oswoić znaczna część Polaków ma nie tylko blaski, ale i cienie. Wielu pracodawców odchodząc od sztywno wyznaczonego czasu pracy zaczęło oczekiwać dostępności swoich pracowników pod telefonem 24/7. Pracownicy uzyskując większą elastyczność w normalnych godzinach pracy, również stali się na to bardziej otwarci. Zacieranie się granicy między życiem prywatnym, a zawodowym potwierdzają wyniki badania. Nawet jeśli nie chcemy pracować podczas urlopu, to nadal sprawdzamy pocztę służbową lub odbieramy telefon – komentuje Michał Młynarczyk, Prezes Devire i Członek Zarządu Polskiego Forum HR. 

Dlaczego pracujemy w trakcie urlopu?

Główną przyczyną pracy podczas urlopu jest charakter wykonywanych obowiązków – 59 proc. osób przyznaje, że ich stanowisko wymaga, aby być stale w kontakcie. Co trzeci badany czuje się zobligowany względem swojego pracodawcy (32 proc.). Z kolei 18 proc. z nas nie potrafi zapomnieć o pracy podczas wakacji.

Najczęściej sprawdzamy pocztę służbową (69 proc. z nas) i odbieramy służbowy telefon – 63 proc. Do wykonywania standardowych obowiązków przyznaje się 10 proc. badanych.

***

Metodyka

Badanie “On-line czy off-line? Jak Polacy spędzają wakacje?” zostało przeprowadzone metodą CAWI w lipcu 2020 roku. Odpowiedzi udzieliło 278 respondentów: 15% z nich stanowili młodsi specjaliści, 44% to specjaliści, 27% managerowie, 9% przedstawiciele kadry kierowniczej, a pozostałe 5% – studenci, wolni strzelcy i osoby poszukujące pracy.

Jak zaoszczędzić jak najwięcej na przesyłce kurierskiej?

Kto z nas nie lubi oszczędzać? Szczególnie wtedy, gdy jest to naprawdę proste! Oszczędności mogą przydać się w wielu sytuacjach. Zamiast przepłacać za różne usługi, lepiej płacić mniej i zbierać fundusze np. na wymarzone wakacje! Dziś zajmiemy się oszczędzaniem na kurierze. Pokażemy Wam wszystkie dostępne opcje, które pozwolą zapłacić jak najmniej za wysyłkę przesyłki kurierskiej. Zainteresowani? Zapraszamy do lektury naszego artykułu! Zacznij oszczędzać najwięcej, jak się da!

Jak znaleźć najtańszego kuriera?

Na polskim rynku dostępnych jest wiele firm kurierskich, które są znane i sprawdzone. Trzeba pamiętać, że cena to nie jedyny aspekt, który bierzemy pod uwagę przy wyborze kuriera. Czas dostawy, wygoda oraz obsługa klienta to równie ważne elementy. Dlatego jeśli już interesuje nas najtańszy kurier, to wybierajmy spośród sprawdzonych firm. Najlepiej zrobić to za pośrednictwem porównywarki cen kurierów. Są tam zgromadzone wszystkie znane i pewne firmy kurierskie. Wystarczy podać wymiary oraz wagę przesyłki, kraj wysyłki oraz ewentualne dane dodatkowe. Po przejściu dalej zobaczymy najlepsze cenowo oferty dostosowane właśnie do naszej przesyłki!

Jak zaoszczędzić na kurierze?

Oprócz tego, że znajdziemy najtańszego kuriera, możemy wykonać kilka dodatkowych rzeczy, które jeszcze obniżą jego cenę. Przede wszystkim musimy zadbać o to, aby nasza paczka była traktowana jako przesyłka standardowa. Chodzi tu o jej opakowanie, które powinno być kartonowe, o regularnych kształtach. Takie przesyłki są najtańsze. Dopłacić będziemy musieli za paczki w folii strecz, o nieregularnych kształtach oraz o dużych gabarytach.

Kolejna kwestia dotyczy formy odbioru przesyłki przez kuriera od nadawcy. Warto postawić na samodzielne dostarczenie paczki do punktu nadawczego. Zaoszczędzimy na tym, gdyż kurier nie będzie musiał przyjeżdżać specjalnie pod nas adres! Praktycznie każda firma oferuje taką opcję. Dodatkowo, kurier InPost ma opcję nadawania i dostarczania przesyłek do paczkomatów. To jedna z najtańszych dostępnych opcji na rynku!

Wysyłaj tanio i oszczędzaj!

W tych kilku prostych krokach możesz zaoszczędzić na kurierze nawet kilkanaście złotych! Nawet przy przesyłkach zagranicznych uda Ci się całkiem sporo obniżyć cenę. Dlatego zawsze stosuj się do powyższych porad, aby zawsze mieć pewność, że nie przepłacasz. Oczywiście przesyłki kurierskie maja różne formy. Tutaj przedstawiliśmy tę najbardziej podstawową. Jednak tyczy się ona praktycznie wszystkich innych wersji. Także tych pobraniowych czy z dodatkowymi opcjami do wykupienia.

Tani kurier dla Ciebie

To już wszystko w naszym artykule. Możesz już łatwo, szybko i tanio zamówić taniego kuriera. Bez zbędnego szukania i wybierania! Nasze porady są uniwersalne i stosują się do każdej firmy kurierskiej. Jeśli więc już znasz podstawy oszczędzania na kurierze, nic więcej Cię nie zaskoczy!

Co trzeci klient banków chce, aby przelewy natychmiastowe były standardem

Zmiany zwyczajów zakupowych i oczekiwań klientów wpływają również na ich podejście do usług świadczonych przez instytucje finansowe. Polacy – niezależnie od wieku – nie chcą czekać na pojawienie się pieniędzy na koncie. Jak wynika z badania Kantar dla KIR i ZBP*, prawie jedna trzecia klientów banków uważa, że przelewy natychmiastowe powinny być standardem. Dowodem popularności tego typu usług jest stale rosnąca liczba i wartość transakcji rozliczanych w systemie płatności natychmiastowych Express Elixir.

Konsumenci, w szczególności ci z młodszych pokoleń, wychowani w cyfrowym świecie, są przyzwyczajeni do usług świadczonych od ręki, bez czekania. Takie samo jest ich podejście do kwestii finansowych, w szczególności do płacenia czy przelewania środków – mówi Grzegorz Leńkowski, dyrektor Linii biznesowej płatności natychmiastowe w KIR, instytucji obsługującej system Express Elixir, który umożliwia realizację przelewów natychmiastowych oraz przelewów na numer telefonu pomiędzy indywidualnymi użytkownikami systemu BLIK.

W jakich sytuacjach najczęściej klienci wybierają przelewy natychmiastowe? Dla 35 proc. badanych ważna jest pewność, że druga osoba od razu otrzyma pieniądze, podczas, gdy 31 proc. uznaje to za przydatną opcję przy płaceniu rachunków za energię elektryczną, wodę, gaz, itp. w ostatniej chwili.Co trzeci klient banków chce, aby przelewy natychmiastowe były standardem

31 proc. badanych uważa, że natychmiastowy transfer jest potrzebny przy uiszczaniu ważnych i pilnych płatności na rzecz administracji publicznej, np. podatków, opłat administracyjnych i sądowych, mandatów, itp. To także opcja uznawana za użyteczną przy spłacie raty kredytu, pożyczki, karty kredytowej (18 proc.) lub transakcjach na duże kwoty, np. przy zakupie samochodu, kiedy warto  uniknąć noszenia znacznej ilości gotówki (14 proc.).

– Powody wyboru przelewów natychmiastowych przez konsumentów są różne, ale trend ich upowszechniania  jest wyraźny. Widać, że coraz bardziej zależy nam na całodobowej dostępności do systemów płatności i możliwości operowania własnymi środkami w sposób elastyczny – dodaje Grzegorz Leńkowski.

Jak pokazują dane KIR, liczba transakcji rozliczanych w sposób natychmiastowy rośnie dynamicznie. W  lipcu br. klienci banków skorzystali z funkcjonalności Express Elixir 5,27 mln razy, a wartość zleconych przez nich  transakcji wyniosła 5,53 mld zł. Dla porównania, w lipcu 2019 r. w systemie zrealizowano 2,3 mln takich transakcji o wartości 3,9 mld zł. W skali roku oznacza to wzrost liczby transakcji o 129 proc., a wartości o 41 proc.

*) Badanie zrealizowane w marcu 2020 r. przez Kantar na ogólnopolskiej próbie osób w wieku 15+, w tym pracowników banków. Liczebność próby N=1009

Pracownicy odczuli presję na powrót do biura

Aż 47 proc. europejskich pracowników odczuło presję ze strony pracodawców, aby wrócić do pracy stacjonarnej – wynika z badania firmy ADP „Workforce view 2020”.

Pandemia koronawirusa spowodowała, że firmy musiały – często w krótkim czasie
– przeorganizować dotychczasowy tryb swojej pracy. Wiele przedsiębiorstw było zmuszonych do przeniesienia niemal wszystkich zespołów w tryb pracy z domu i to bez odpowiedniego, wcześniejszego przygotowania. Choć coraz więcej firm zaczyna  otwierać swoje biura, to wciąż wielu pracowników pozostaje w trybie pracy zdalnej. Jak wynika z danych ADP, nie wszyscy pracodawcy są z tego powodu zadowoleni, co przekłada się na wywieranie presji na pracowników, aby do biura powrócić.

Naciski szefów na powrót do biura

W większości krajów, w momencie nasilenia epidemii, zostały wydane rządowe rekomendacje, aby w miarę możliwości przedsiębiorstwa przeniosły się w tryb pracy zdalnej. Jak się okazuje, pracodawcy największą presję na powrót do biura pracowników wywierali w początkowej fazie pandemii, gdy sytuacja wielu firm była najbardziej niepewna – deklaruje tak ponad 18 proc. europejskich pracowników. Co ciekawe, ponad 15 proc. odczuwało ją jednak przez cały czas pandemii.

Niepokojący jest fakt, że wielu szefów na całym świecie próbowało zignorować odgórne zalecenia i namawiało pracowników, aby zrezygnowali z tzw. home office na rzecz pracy w biurze. Takie zachowanie może wynikać z nieprzygotowania na tak szybkie i radykalne przejście w tryb pracy zdalnej. Wiele firm nie miało wdrożonych i przećwiczonych procedur, nie posiadało odpowiednich narzędzi i musiało wprowadzać zmiany na ostatnią chwilę, bez przekonania o ich skuteczności. Firmy, które przed pandemią nie stosowały nawet częściowo rozwiązań pracy zdalnej, mogły mieć także duże wątpliwości co do efektywności swoich pracowników – komentuje Anna Barbachowska, HR business partner z ADP Polska.

Młodsi pracownicy pod największą presją

Jak wynika z danych ADP, największą presję odczuli młodsi pracownicy. Ponad 62 proc. osób w wieku 18-24 lat przyznaje, że w którymś momencie pandemii pracodawcy naciskali na ich powrót do biura. Podobne odczucie miało 61 proc. z grupy wiekowej 25-34 lata. Z kolei „tylko” 24 proc. pracowników powyżej 50. roku życia twierdzi, że poczuło presję przełożonych, aby wrócili do stacjonarnego trybu pracy.

Instytucje ochrony zdrowia już od początku pandemii ostrzegały, że koronawirus stanowi największe zagrożenie dla starszych osób. To mogło być powodem nacisków ze strony pracodawców na powrót młodszych pracowników. Interesująco przedstawiają się też różnice regionalne. Podczas, gdy w Europie, tak jak w Stanach Zjednoczonych, blisko co drugi pracownik odczuł naciski pracodawcy, to w przypadku Indii z taką sytuacją spotkało się trzech na czterech zatrudnionych, a w przypadku Chin aż dziewięciu na dziesięciu – mówi Anna Barbachowska.

Co ciekawe, duże różnice w podejściu pracodawców występują także w zależności od wielkości firmy. W przypadku sektora MŚP, odsetek osób, które nie odczuły nacisków wynosi 31 proc., podczas gdy w przypadku firm powyżej 1000 zatrudnionych to 45 proc.

Turystyka w Polsce paradoksalnie może skorzystać na koronawirusie. Potrzebna lepsza promocja regionów i lokalnych atrakcji

Tegoroczny sezon z uwagi na pandemię koronawirusa stwarza nowe szanse dla lokalnej turystyki. Polacy wciąż obawiają się zarażenia, ale nie chcą rezygnować z wypoczynku. – To jest szansa dla biur podróży, które zwykle oferują wycieczki po Polsce klientom z zagranicy. Teraz powinny wykorzystać okazję i zachęcać Polaków do zwiedzania własnego kraju, a nawet miasta – ocenia Jacek Studziński, planer strategiczny w agencji Isobar Polska.

– Badania pokazują, że na plany wakacyjne Polaków mają wpływ dwie tendencje: ogromny dyskomfort związany z kilkumiesięcznym zamknięciem w domu i brakiem możliwości podróżowania, swobody i wolności osobistej, a z drugiej strony naturalna obawa przed zarażeniem się koronawirusem – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Studziński.

Jak wynika z badania „Polacy w czasach kryzysu koronawirusa” wykonanego na zlecenie Dentsu Aegis Network Polska, dla 62 proc. respondentów (najwięcej wskazań) możliwość przebywania na świeżym powietrzu to najbardziej doceniany efekt poluzowania ograniczeń i zniesienia lockdownu. Z kolei plany wakacyjne Polaków koncentrują się na wypoczynku w kraju. 49 proc. badanych wskazało, że planuje krótszy lub dłuższy pobyt w Polsce. Dość duża grupa osób nie rezygnuje z planów urlopowych, jednak nie ma jeszcze ani sprecyzowanego celu, ani długości wyjazdu wakacyjnego. Zdaniem badaczy ta grupa przygląda się obecnej sytuacji epidemiologicznej i w ostatniej chwili zdecyduje o miejscu i terminie swojego wypoczynku. To z myślą o nich przedstawiciele lokalnych firm turystycznych, właściciele hoteli, pensjonatów i lokalnych atrakcji powinni skoncentrować swoje wysiłki.

– Sezon turystyczny w pełni, zatem pojawia się szansa dla polskiej branży turystycznej, aby zrekompensować sobie straty związane z zamknięciem gospodarki w początkowej fazie pandemii. Z kolei dla samorządów to ogromna szansa, żeby wypromować swój region. Nie spotkałem się na razie z takim podejściem, ale pandemia się jeszcze nie kończy, więc jest to wciąż wyzwanie – zauważa ekspert Isobar Polska.

Jego zdaniem to samorządy – zarówno na poziomie województwa, miasta, jak i gminy – powinny zintensyfikować swoje działania promocyjne, aby przyciągnąć turystów. Jeśli większe grono Polaków planuje wakacje w Polsce, to należy stworzyć ofertę, która pozwoli im poznać swój kraj na nowo.

– Polacy szukają miejsc bezpiecznych i oczekują zachowania higieny, ale jednak ich główną motywacją jest odpoczynek: chcą posiedzieć nad jeziorem, odetchnąć leśnym powietrzem, pozwolić dzieciom się wybiegać – wskazuje Jacek Studziński. – Dlatego strategia promocji regionu powinna uwzględniać nie tylko kwestie bezpieczeństwa, ale główną motywację Polaków do lokalnych wyjazdów, czyli chęć wyrwania się z domu.

Wzrost zainteresowania lokalnymi atrakcjami i krótkimi wyjazdami krajoznawczymi powinny wykorzystać biura podróży, które rozwinęły skrzydła dzięki ofercie wyjazdów zagranicznych, ale zostały one podcięte przez zamknięcie granic.

– Jest to logiczny i bardzo wskazany zwrot w kierunku turystyki krajowej. Wycieczki, z których korzystali zwykle turyści zagraniczni, mogą być oferowane Polakom. Nie każdy z nas jest przewodnikiem po Warszawie i wielu mogłoby czerpać przyjemność z poznawania Polski, podobnie jak podczas wizyty w innym kraju – ocenia specjalista Isobar Polska. – Jednak biura podróży nie powinny całkowicie zaprzestać promocji wyjazdów zagranicznych, a jedynie zastanowić się, który region lub kraj budzi najlepsze skojarzenia w umyśle konsumentów. Turystyka międzynarodowa jest biznesem długofalowym, więc można przerwać na pewien czas lub osłabić działania promocyjne, natomiast ich zupełne zawieszenie jest niewskazane.

Polskie banki zaakceptowały ponad 1 mln wniosków o wakacje kredytowe. Zdecydowana większość to klienci indywidualni

Do końca lipca polskie banki pozytywnie rozpatrzyły ponad 1 mln wniosków o odroczenie spłaty kredytów. Około 115 tys. z nich złożyli przedsiębiorcy, resztę w większości klienci indywidualni. Ci od 24 czerwca mają też możliwość wnioskowania o wakacje kredytowe także w trybie ustawowym, w ramach tarczy antykryzysowej 4.0. Jak informuje prezes Związku Banków Polskich, Krzysztof Pietraszkiewicz – w skali całej Polski zgłoszono ich dotąd raptem kilkaset.

– Kilka tygodni temu mieliśmy do czynienia ze szczytem składania wniosków o wakacje kredytowe. My nazywamy to moratorium kredytowym. Obecnie mamy jego dwa rodzaje: ustawowe i pozaustawowe. To drugie zostało wdrożone przez banki już 16 marca – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Pietraszkiewicz. – Dostęp był elektroniczny, a rozpatrywanie i decyzje szybkie .

W związku z pandemią SARS-CoV-2 polskie banki już w połowie marca umożliwiły klientom składanie wniosków o tzw. wakacje kredytowe i zawieszenie na trzy miesiące spłaty rat kredytów mieszkaniowych, konsumpcyjnych oraz kredytów dla przedsiębiorców. Łączny okres spłaty kredytu był automatycznie wydłużany, a banki rozpatrywały wnioski na maksymalnie uproszczonych zasadach, żeby przyspieszyć pomoc. Według danych ZBP od połowy marca do 3 kwietnia klienci indywidualni złożyli aż 543 tys. wniosków o zawieszenie spłat. Do 20 maja było ich już ponad 855 tys., a poziom pozytywnie rozpatrywanych wniosków był wysoki i utrzymywał się na stałym poziomie (86 proc.)

W sumie do końca lipca polskie banki pozytywnie rozpatrzyły ponad 1 mln wniosków o odroczenie spłaty kredytów.

– W niektórych przypadkach klienci zgłosili po kilka wniosków, bo mieli kilka kredytów i w związku z tym to było po prostu zwielokrotnione. Po paru tygodniach okazało się, że część kredytobiorców postanowiła wycofać swoje wnioski, dlatego że okazało się, że ich sytuacja nie jest tak zła, jak wcześniej przewidywali. Ponadto, w niektórych przypadkach uzyskali wsparcie w innej formie, które pozwoliło im po prostu spokojnie myśleć o rozwoju – mówi prezes Związku Banków Polskich.

Jak wskazuje, wśród miliona wniosków o tzw. wakacje kredytowe kilka tysięcy zostało złożonych przez rolników i przedsiębiorstwa rolne, a ok. 115 tys. przez przedsiębiorców. Łączna wartość odroczonych kredytów dla przedsiębiorców sięgnęła kilkudziesięciu miliardów złotych. Dynamika składania nowych wniosków o tzw. wakacje kredytowe jest już jednak niska, w większości banków są to już pojedyncze przypadki. Taką możliwość klienci mają jednak jeszcze do końca III kwartału br.

– Przedsiębiorcom, którzy mieli dobrą sytuację finansową w 2019 roku, zwłaszcza w listopadzie i grudniu, to moratorium pozwoliło w bardzo prosty sposób uzyskać dodatkowy kredyt obrotowy. To umożliwiło im pewien oddech i przygotowywanie planów rozwojowych w trudniejszej sytuacji – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz. – W międzyczasie na wniosek rządu zostało wprowadzone moratorium ustawowe. Do tej pory zgłoszono jedynie kilkaset wniosków w skali całego kraju.

Tarcza antykryzysowa 4.0, która ustawowo wprowadziła taką możliwość, weszła w życie 24 czerwca. Zgodnie z nowymi przepisami klient może wnioskować o zawieszenie spłaty kredytu hipotecznego i konsumpcyjnego na trzy miesiące (zarówno części kapitałowej, jak i odsetkowej kredytu), a okres kredytowania zostanie odpowiednio wydłużony. Taką możliwość mają osoby, które po 13 marca br. straciły pracę lub inne główne źródło dochodu. Jeżeli w umowie kredytowej funkcjonuje np. małżeństwo, wystarczy, że ten warunek spełnia jedno z nich.

Jak podkreśla prezes Związku Banków Polskich, dla klientów indywidualnych i przedsiębiorców tzw. wakacje kredytowe okazały się dobrym i potrzebnym rozwiązaniem, które pomogło im w zachowaniu finansowej płynności. Zgoła odmiennie odbiły się jednak na kondycji banków.

– Wakacje kredytowe stanowiły i wciąż stanowią wysiłek dla banków, bo sposób zarządzania płynnością się zmienia i konsekwencją są zmniejszone dochody sektora bankowego. Jednak największy wpływ na jego kondycję i stabilność mają dwa czynniki: spadek dochodów wskutek intensywnego obniżenia stóp procentowych NBP i zmniejszone zainteresowanie kredytami w różnych segmentach rynku. To właśnie głównie te czynniki wpływają na obniżenie rentowności i dochodowości – mówi prezes Związku Banków Polskich.

Dla sektora bankowego wakacje kredytowe w połączeniu z innymi czynnikami mogą przyczynić się do zachwiania jego stabilności, co z kolei może odbić się szerszych echem w całej gospodarce.

– Niedobre jest to, że zmniejsza się przez to tempo budowania siły polskich banków, która jest niezbędna do finansowania rozwoju w kolejnych miesiącach i kwartałach. Ta siła polskich banków jest potrzebna chociażby do tego, żeby mogły finansować programy rozwojowe uzgodnione przez polski rząd i zaplanowane w projektach unijnych – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz.