Biznes zamierza walczyć ze zmianami klimatu nawet w trakcie pandemii. Na odwrócenie negatywnych tendencji mamy tylko 12 lat

ONZ ostrzega, że zostało nam już tylko 12 lat, aby zapobiec nieodwracalnym szkodom spowodowanym zmianami klimatycznymi. Może w tym pomóc biznes, m.in. poprzez kreowanie innowacyjnych rozwiązań dla klimatu, które walczą ze smogiem, poprawiają efektywność energetyczną i wykorzystują recykling. – Pandemia SARS-CoV-2 uwypukla krytyczną rolę, jaką nauka i biznes pełnią w rozwiązywaniu globalnych wyzwań – podkreśla Mike Roman, przewodniczący rady nadzorczej i prezes zarządu 3M.

 Wyzwania związane z klimatem, środowiskiem i zdrowiem publicznym, przed którymi stoi świat, mogą wydawać się przerażające, ale nie są nie do pokonania, zwłaszcza jeśli podejdziemy do nich, opierając się na współpracy, celach i nauce – wskazuje Mike Roman w globalnym raporcie na temat zrównoważonego rozwoju.

Organizacja Narodów Zjednoczonych ostrzega, że do powstrzymania nieodwracalnych szkód spowodowanych zmianami klimatycznymi pozostała nam już tylko dekada. Opracowane Cele Zrównoważonego Rozwoju (Agenda 2030) wskazują m.in., że w wyniku rosnącej populacji będziemy potrzebować trzykrotnie więcej surowców naturalnych niż obecne zasoby planety. Do 2050 roku w miastach będzie żyło ok. 60 proc. ludzi na świecie. Urbanizacja będzie oznaczać większe zapotrzebowanie na wodę, żywność i energię. Tymczasem już teraz metropolie odpowiadają  za 60–80 proc. całkowitego zużycia energii i 75 proc. emisji dwutlenku węgla. Żeby sprostać tym wyzwaniom, potrzeba ścisłej współpracy między rządami, naukowcami a biznesem.

Firma 3M w swoim tegorocznym „Raporcie Zrównoważonego Rozwoju” podkreśla, że pandemia koronawirusa spowodowała jeszcze silniejszy wzrost oczekiwań społecznych odnośnie do transparentności działań międzynarodowych liderów oraz ich zaangażowania w poprawę stanu klimatu.

– Pierwsza połowa tego roku pokazała, że angażowanie się w poprawę stanu klimatu na świecie to już nie tylko przywilej nauki, ale wręcz jej obowiązek. Wiemy, że zaangażowanie w troskę o klimat jest istotne także dla naszych klientów oraz konsumentów korzystających z produktów 3M – podkreśla Alain Simonnet, dyrektor zarządzający 3M na region Europy Wschodniej oraz ambasador 3M w zakresie zrównoważonego rozwoju.

Coraz więcej firm wdraża działania proekologiczne – w produkcji ogranicza wodę, zużycie energii, bazuje na recyklingu. Przykładem służą zwłaszcza światowi giganci. W ciągu ostatnich dwóch dekad 3M zmniejszyło emisję gazów cieplarnianych o 68 proc. (przy jednoczesnym podwojeniu swoich dochodów), a co trzeci zakład spółki podczas produkcji nie marnuje żadnego materiału. Już teraz główna siedziba firmy w Minnesocie jest w 100 proc. zasilana z energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych. Strategia 3M zakłada, że do 2025 roku aż połowa energii wykorzystywanej przez nią na całym świecie będzie pozyskiwana właśnie w ten sposób.

Istotne jest też kreowanie innowacyjnych rozwiązań, które pomogą chronić klimat.

 Według Światowej Organizacji Zdrowia każdego roku ponad 7 mln ludzi umiera przedwcześnie z powodu zanieczyszczenia powietrza – wskazuje Gayle Schueller, wiceprezes 3M ds. zrównoważonego rozwoju. – Rozszerzyliśmy o komercyjne zastosowanie jedno z naszych najbardziej innowacyjnych rozwiązań klimatycznych do tej pory – nanoszone na dachy domów granulki Cool Roofing Granulesobniżające temperaturę wewnątrz budynku i poprawiające wydajność energetyczną.

Podobne zastosowanie ma specjalna powłoka 3M Scotchkote RG 700 Solar Heat Reflective Coating, zastosowana m.in. w pociągach w Indiach. Tworząc izolację, obniża temperaturę wewnątrz pociągów o ok. 15 proc., dzięki czemu o 20 proc. można zredukować zużycie energii potrzebnej do klimatyzacji pociągu. Firma tworzy też rozwiązania do walki ze smogiem – Smog-reducing Granules dzięki energii słonecznej przekształcają tlenki azotu w jony, które rozpuszczają się w wodzie. W efekcie cząsteczki smogu spływają wraz z deszczem. Innym przykładem może być stosowany w kurtkach materiał Thinsulate Featherless, który wpisuje się w ideę zero waste. Zastępuje puch, a wytwarzany jest z włókna pochodzącego w 100 proc. z recyklingu, dokładnie – z plastikowych butelek.

 Jako 3M chcemy nie tylko dawać dobry przykład, ale także inspirować pozostałych liderów biznesu, aby dołączyli do grona firm, które działają na rzecz ochrony klimatu i skutecznego wdrożenia zasad nowego zielonego porządku – dla dobra nas i przyszłych pokoleń, w każdym miejscu, gdzie obecne jest 3M, oraz na całym świecie – podkreśla Alain Simonnet.

Pandemia SARS-CoV-2 na dwa miesiące wstrzymała leczenie niepłodności. Teraz leczenie powinno być kontynuowane

Sytuacja epidemiologiczna związana z koronawirusem spotęgowała stres, obawy i frustrację par bezskutecznie starających się o dziecko. W trosce o zdrowie i bezpieczeństwo pacjentów wszystkie terapie i procedury związane z leczeniem niepłodności zostały bowiem na jakiś czas wstrzymane. Lekarze jednak podkreślają, że w wielu przypadkach terapia nie może być odraczana, bo jej skuteczność zależy od tego, jak szybko zostanie rozpoczęte leczenie. Czas działa tu na niekorzyść, a wraz z jego upływem zmniejszają się szanse na poczęcie dziecka.

– Dla par niepłodnych pandemia koronawirusa była przekleństwem. Proszę pamiętać, że to jest leczenie czasowrażliwe. My leczymy pacjentów, dla których czas liczy się w kwartałach – to nie są lata, to nie są półrocza, to są kwartały albo miesiące. Często mówimy tu o kobietach z obniżającą się rezerwą jajnikową albo o mężczyznach, u których dochodzi do bardzo sukcesywnego pogarszania się jakości nasienia. W wielu przypadkach tego leczenia nie mogliśmy odkładać na później, wręcz było to niezwykle niekorzystne – mówi agencji Newseria dr Janusz Pałaszewski, ordynator Oddziału Szpitalnego Jednodniowego w Klinice INVICTA w Warszawie.

Niestety pandemia koronawirusa spowodowała, że medycyna zamarła. Wszystkie terapie automatycznie zostały odłożone w czasie. Lekarze specjalizujący się w leczeniu niepłodności wspominają, że na początku nie mieli żadnych wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia co do tego, jak postępować w takiej sytuacji.

– Europejskie Towarzystwo Rozrodu Człowieka i Embriologii, jak i nasze Polskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu i Embriologii nie miały żadnych danych. Nigdy nie zdarzyła się podobna sytuacja, dlatego nie wiadomo było, jaka powinna być reakcja. Pierwszą reakcją było zatrzymanie naszych działań. Zalecano, żeby w ogóle zaprzestać leczenia niepłodności, jednak bardzo szybko zorientowano się, że nie jest to zbyt akceptowalne rozwiązanie – mówi dr Janusz Pałaszewski.

Zapadła więc decyzja o działaniu w bardzo ograniczonym stopniu.

– Powiedziano nam, że możemy popróbować stymulacji, możemy uzyskiwać komórki jajowe, zarodki, ale żebyśmy nie robili transferów. Zatem w okresie, kiedy nie jesteśmy pewni, jaki jest wpływ koronawirusa na organizm, szczególnie organizm w ciąży czy na samą ciążę, unikajmy tego rodzaju zagrożeń. Dość szybko okazało się, że to zagrożenie nie jest na szczęście aż tak ogromne, dlatego mniej więcej po około dwóch miesiącach towarzystwa naukowe zaczęły już wydawać zalecenia powrotu do leczenia – mówi ordynator Oddziału Szpitalnego Jednodniowego w Klinice INVICTA w Warszawie.

Jedyne ograniczenie, jakie teraz dotyczy leczenia niepłodności, obejmuje pacjentki z problemami immunologicznymi, ponieważ prowadzone terapie nieco osłabiają odporność. W konsekwencji może to nasilić dynamikę infekcji. Lekarze zapewniają też, że zaostrzyli wszelkie środki ostrożności.

– Już na samym wstępie staramy się zorientować, czy pacjent niesie dla nas jakieś zagrożenie, dlatego też jego pierwszy kontakt z kliniką kończy się pobraniem krwi na obecność przeciwciał przeciwko koronawirusowi. Z kolei później, w trakcie leczenia, przed wszystkimi najważniejszymi wydarzeniami typu pobranie komórek jajowych, transfer czy inseminacja nasi pacjenci mają wykonywane badania, ale polegają one już na poszukiwaniu materiału genetycznego wirusa, czyli to są wymazy z gardła. Badania są dość precyzyjne i szybko mówią o tym, czy jest infekcja, czy nie – mówi dr Janusz Pałaszewski.

Parom starającym się o dziecko lekarze radzą, by długo nie zastanawiały się nad tym, czy jest to dobry moment na rozpoczęcie leczenia. Jeżeli w organizmie zachodzą istotne zmiany, a czas ucieka, to nie warto czekać do końca pandemii.

– Jeżeli rezerwa jajnikowa się pogarsza, pogarsza się jakość komórek jajowych, zmniejsza się liczba i pogarsza jakość plemników, to nie można czekać. Ci pacjenci są w sytuacji bez wyjścia. My musimy być dla nich i dlatego nie powinno się teraz zwracać uwagi na pewnego rodzaju ograniczenia, bo w sytuacjach niepłodności w wielu przypadkach czas gra decydującą rolę. Są dwa podstawowe parametry, od których zależy skuteczność naszego leczenia – to jest wiek pacjentów i to jest ich rezerwa jajnikowa. Jedno i drugie nie jest nam dane na zawsze – mówi ekspert.

Pandemia koronawirusa sparaliżowała pracę wielu przychodni, szpitalnych oddziałów i laboratoriów. Pacjenci mieli ograniczony kontakt ze specjalistami, w związku z czym zostali pozbawieni stałej opieki medycznej, dostępu do badań kontrolnych i możliwości sprawdzenia stanu swojego zdrowia.

– Generalnie medycyna zamarła i odepchnęła swoich pacjentów w momencie, kiedy jest im najbardziej potrzebna. Myślę, że akurat najmniej dotknęło to dziedzinę niepłodności, bo my i nasze kliniki we wszystkich lokalizacjach nie przerwaliśmy pracy nawet na jeden dzień. Owszem, były ograniczenia, były obostrzenia, były bardzo ostre reżimy sanitarne, ale nie przerwaliśmy pracy – mówi ordynator Oddziału Szpitalnego Jednodniowego w Klinice INVICTA w Warszawie.

W kontekście zagrożenia koronawirusem we wszystkich klinikach INVICTA zostały wdrożone działania prewencyjne, m.in. kontrola stanu zdrowia pacjentów i pracowników każdej zmiany (ankiety, pomiar temperatury), dodatkowe punkty dezynfekcji czy też uruchomienie dodatkowych oczyszczaczy powietrza z systemem filtrów, jonizacji i lampami UV niwelujących wirusy, bakterie i inne drobnoustroje. W sytuacji, gdy nie jest absolutnie niezbędna fizyczna obecność w klinice, lekarze rekomendują korzystanie z wizyt online, czyli wideokonsultacji z lekarzem.

Druk 3D zmienia oblicze branży rozrywkowej. Na polskich urządzeniach powstają m.in. kostiumy na potrzeby gry Cyberpunk 2077

Niemal każde studio filmowe posiada już drukarkę 3D. Rekwizytorzy, filmowcy i projektanci kostiumów wykorzystują tę technologię na różnych poziomach. Drukowanie w 3D pozwoliło stworzyć repliki kości dinozaurów na potrzeby filmu „Jurassic World”. Film „Czarna Pantera” dostał Oscara za kostiumy stworzone właśnie na drukarkach 3D. Polskie maszyny z kolei wykorzystywane są przy najbardziej uznanych grach komputerowych, w tym nadchodzącym hicie CD Projekt RED Cyberpunk 2077.

– Druk 3D może zostać wykorzystany w branży rozrywkowej, np. w sektorze filmowym, gamingowym bądź w sektorze odpowiedzialnym za efekty specjalne, ponieważ świetnie sprawdza się tam, gdzie potrzebne są niestandardowe i kreatywne rozwiązania. Ta technologia jest szeroko stosowana w przemyśle filmowym, wykorzystuje się ją np. do tworzenia rekwizytów czy makiet, które później używane są w animacjach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Natalia Jusiak, Head of Marketing w Zortrax.

Technologia druku 3D zmienia prawie każdą dziedzinę życia. Znajduje zastosowanie w medycynie, motoryzacji, architekturze, a także w przemyśle filmowym. Druk 3D umożliwia tworzenie rekwizytów czy kostiumów w szybki i precyzyjny sposób. Aaron Sims Creative, firma zajmująca się produkcją filmów, wykorzystała go do opracowania projektu Demogorgona z serialu Netfliksa „Stranger Things”. Skanowanie i drukowanie 3D zostały wykorzystane do stworzenia replik dinozaurów do filmu „Jurassic World” poprzez skanowanie oryginalnych kości i skamieniałości w celu stworzenia modeli do druku. Film „Czarna Pantera” dostał Oscara za najlepsze kostiumy, przy projektowaniu których wykorzystano druk 3D.

–  Również branża gamingowa korzysta z rozwiązań, jakie oferuje technologia druku 3D, np. decydując się na współpracę z projektantami zajmującymi się cosplayami. Takim przykładem jest Lightning Cosplay – jedna z czołowych firm, która na co dzień tworzy kostiumy i elementy strojów inspirowanych postaciami z gier komputerowych takich producentów jak Bethesda i THQ Nordic czy CD Projekt. Lightning Cosplay tworzy projekty, korzystając z pomocy dwóch drukarek od Zortrax – Inkspire i M200 – wskazuje Natalia Jusiak.

Druk 3D stał się niezbędnym narzędziem dla cosplayerów, którzy wcielają się w postaci ze świata fantasy. Umożliwia tworzenie autentycznych replik nawet najbardziej złożonych rekwizytów ze świata science fiction. Druk 3D zdecydowanie przyczynił się do rozwoju branży zajmującej się tworzeniem cosplayów. Wykwalifikowani twórcy projektują i tworzą niestandardowe projekty dla innych, jak np. Lightning Cosplay. Wiernie odtwarzają kostiumy postaci z gier, części ekwipunku, z dbałością o najmniejsze detale. Tak powstały elementy o wysokości warstwy 0,025 mm, gdzie finalny wydruk jest mniejszy niż 2 cm.

– Żywicowa drukarka Inkspire, jakiej używają w swojej pracowni Laura i Ralf z Lightning Cosplay, pozwala drukować elementy grubości kilku milimetrów. Znajdują one swoje zastosowanie np. w mniejszych detalach kostiumu. Można tworzyć na niej również przedmioty o delikatnej strukturze, np. imitację biżuterii, modele czaszek, fantazyjnych zwierząt czy karabiny bądź małe detale na mieczach – wskazuje ekspertka.

Obecnie Lightning Cosplay tworzy na potrzeby CD Projekt RED modele z gry Cyberpunk 2077 – Mantis Blade, czyli broń montowaną w przedramieniu, czy pistolet Achilles. Modele pokazano na ostatnim Gamescomie, a premiera gry zapowiadana jest na wrzesień 2020 roku.

– Godziny przygotowań i studiowanie fragmentów screenów z gry pozwalają wybrać technikę, w jakiej powstaje dany element, a w przypadku wydruków na drukarce 3D – wybrać odpowiedni materiał, który ma być wykorzystany w urządzeniu, lub również zdecydować się na technologię, czy np. ma być to bardziej precyzyjna technologia UV LCD, czy dedykowana do większych gabarytów technologia LPD bądź LPD+ – tłumaczy Natalia Jusiak.

Druk 3D jest znacznie tańszy niż dotychczas stosowane techniki tworzenia replik, pozwala też na wykonanie potrzebnych rekwizytów w krótkim czasie. Po wydrukowaniu elementów w drukarce 3D wystarczy przemodelować projekt cyfrowo w programie graficznym, zamiast spędzać godziny na tworzeniu nowego modelu.

– Przy masowej produkcji zabawek druk 3D służy często jako narzędzie do szybkiego prototypowania, wprowadzania różnych zmian w produkcie finalnym. Na drukarkach powstaje model, który po zatwierdzeniu przez grono projektowe jest wzorem dla całej kolejnej partii produkcyjnej. Ta odbywa się już za pomocą standardowych metod – zaznacza specjalistka Zortrax.

Przełom w zakresie interfejsów mózg–komputer. O 90 proc. obniżono pobór energii implantów, co pozwoli znacznie wydłużyć ich pracę

Naukowcy dokonali dużego skoku technologicznego w zakresie zasilania interfejsów mózg–komputer. Opracowano metodę zmniejszenia poboru mocy implantu przy jednoczesnym zwiększeniu jego dokładności w przesyłaniu sygnałów elektrycznych. To pozwoli opracować długowieczne implanty mózgowe, które mogą zarówno leczyć choroby neurologiczne, jak i umożliwiać sterowanie za pomocą mózgu protezami kończyn, a nawet maszynami.

– Obecnie interpretowanie sygnałów mózgowych w czyichś zamiarach wymaga komputerów tak wysokich jak ludzie i dużej ilości energii elektrycznej – o wartości kilku akumulatorów samochodowych – podkreśla Samuel Nason, doktorant w Laboratorium Protetyki Nerwu Korowego na Uniwersytecie Michigan.

Zespół z Uniwersytetu Michigan o 90 proc. obniżył zapotrzebowanie prototypowego interfejsu mózg–komputer, przy okazji zauważalnie poprawiając niezawodność przepływu danych. Udało się to uzyskać poprzez zastosowanie autorskiego systemu kompresji sygnałów mózgowych. Większość przewodowych interfejsów mózg–komputer przetwarza aż do 20 tys. impulsów nerwowych na sekundę, przez co implant musi pobierać dużo energii. Nowa metoda zakłada badanie sygnałów SBP, czyli zespołu częstotliwości emitowanych przez wiele neuronów w zakresie od 300 do 1000 Hz.

Współczesne interfejsy mózg–komputer funkcjonujące w formie implantów doczaszkowych muszą analizować nawet do 20 tys. impulsów nerwowych na sekundę, aby zapewnić płynny i precyzyjny przepływ danych pomiędzy mózgiem a zewnętrznym komputerem. Stosując metodę opracowaną na Uniwersytecie Michigan, można zaprojektować implant, który zapewni podobną bądź wyższą precyzję pomiaru, analizując zaledwie 2 tys. impulsów nerwowych na sekundę. Dzięki temu implanty kolejnej generacji będą mogły pobierać nawet do 90 proc. mniej energii.

– Zmniejszenie ilości energii elektrycznej o rząd wielkości pozwoli w końcu na stworzenie interfejsów mózg–maszyna w domu – przekonuje Samuel Nason. – Już istniejące obwody, wykorzystujące tę samą szerokość pasma i moc, mogą mieć teraz zastosowanie do całego szeregu interfejsów mózgmaszyna. 

Jednym z pionierów na rynku miniaturyzacji technologii interfejsów mózg–komputer jest Neuralink, które pracuje nad prototypowymi rozwiązaniami tego typu. Firma Elona Muska zaprezentowała już wyspecjalizowaną maszynę do szycia, która pozwoli w pełni automatycznie wwiercić się w czaszkę pacjenta i zaszyć w mózgu wiązki elektrod służących do przesyłania impulsów nerwowych do zewnętrznego komputera.

Neuralink jest obecnie w fazie wczesnych testów laboratoryjnych na szczurach, które mają potwierdzić możliwość nawiązania wysokoprzepustowego połączenia między mózgiem a maszyną. Według obecnych założeń 28 sierpnia 2020 roku firma ujawni stan prac nad projektem, a w 2021 roku będzie gotowa do wszczepienia implantów pierwszym pacjentom. Pozwolą one obejść rdzeń kręgowy i nawiązać bezpośrednie połączenie pomiędzy centralnym układem nerwowym a kończynami, tym samym przywracając ich sprawność.

Odkrycie naukowców z Michigan może z kolei prowadzić do powstania długotrwałych implantów mózgowych, które mogą zarówno leczyć choroby neurologiczne, jak i umożliwiać sterowanie za pomocą mózgu protezami kończyn, a nawet maszynami.

– To duży krok naprzód – podkreśla Cynthia Chestek, profesor nadzwyczajny inżynierii biomedycznej na Uniwersytecie Michigan. – Uzyskanie sygnałów o dużej przepustowości, których obecnie potrzebujemy do bezprzewodowych interfejsów maszyna–mózg, byłoby całkowicie niemożliwe, biorąc pod uwagę zasilanie istniejących urządzeń, takich jak rozrusznik.

Według analityków z firmy Valuates Reports wartość globalnego rynku interfejsów mózg–komputer w 2019 roku wyniosła 1,36 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 3,85 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14,3 proc.

Przybywa centrów usług wspólnych w mniejszych miastach. Dla inwestorów najważniejsze są kompetencje pracowników

Warszawa, Kraków i Wrocław to nadal najbardziej atrakcyjne lokalizacje w Polsce dla nowoczesnych centrów usług dla biznesu. O wysokiej pozycji tych miast decydują m.in. dobra komunikacja, dostępność wykształconych pracowników oraz powierzchni biurowych. Jednak w czołówce są także inne miasta regionalne, np. Poznań, Łódź i Gdańsk, a także Bydgoszcz, Lublin, Częstochowa, Kielce i Rzeszów. – Są to lokalizacje, które zaledwie od kilku lat funkcjonują na mapie centrów usług wspólnych, ale właśnie tam dynamika przyrostu nowych projektów jest znacznie wyższa – mówi Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio.

– W Polsce będą powstawać przede wszystkim centra o specjalizacji finansowo-księgowej, badawczo-rozwojowej oraz informatycznej. Prężnie rozwijają się centra o profilach: finanse, rachunkowość, wsparcie prawne, marketingowe oraz sprzedażowe. Coraz mniej jest takich, które działają jak typowe call-contact center. Jest to obecnie silny trend, który się utrzymuje, i spodziewam się, że zostanie on zachowany w kolejnych miesiącach – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiktor Doktór.

Inwestorzy od wielu lat wybierają Polskę na lokalizację inwestycji typu Business Support Services z uwagi na kilka powodów. Po pierwsze, argumentem, który przemawia na rzecz naszego kraju, jest znajomość języków pracowników, którzy są dostępni na rynku pracy. To w dobie globalnych centrów usługowych, które obsługują nie jeden, ale wiele rynków zagranicznych, jest bardzo istotne. Jak wynika z raportu ABSL, Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych, w jednym centrum pracownicy posługują się średnio ośmioma językami, a w rekordowym przypadku było ich 38. Po drugie, Polska jest stabilnym gospodarczo rynkiem. Motywy inwestorów zmieniły się na przestrzeni ostatnich lat, bo kiedyś to głównie niższe niż na Zachodzie koszty pracy były dla nich decydujące przy wyborze lokalizacji nad Wisłą.

– Koszty rosną na całym świecie, natomiast przede wszystkim ważne są kompetencje personelu, który jest dostępny na danym rynku. Ten czynnik pozwala Polsce być nadal atrakcyjnym miejscem na lokowanie nowych projektów – dodaje prezes Fundacji Pro Progressio. – Ponadto inwestorzy mogą liczyć na wsparcie, które oferowane jest głównie przez centra obsługi inwestora oraz przez agencje rozwoju regionalnego obecne w polskich miastach. To one zarówno opiekują się nowymi inwestycjami, jak i współpracują z tymi inwestorami, którzy już działają w Polsce. 

Z danych ABSL wynika, że cały sektor usług biznesowych składa się dziś z ponad 1,5 tys. centrów obsługi procesów biznesowych, usług wspólnych, IT oraz badawczo-rozwojowych. W ostatnich latach zatrudnienie rośnie o ok. 10 proc. rocznie i dziś sięga 338 tys. osób. To pod względem liczby miejsc pracy druga gałąź gospodarki w Polsce.

Sektor jest postrzegany jako atrakcyjny pracodawca. Powodów jest wiele: np. programy benefitowe dla pracowników, które są elementem polityki działów employer brandingowych i komórek wspierających indywidualne ścieżki kariery. Pandemia koronawirusa i upowszechnienie modelu pracy zdalnej wpłynęły na sposób realizacji tych programów, ale wciąż spełniają one swoje zadania.

– Strategie employer brandingowe w centrach usług wspólnych przechodzą obecnie rewolucję, bo zupełnie inną strategię należy realizować w czasach, kiedy praca odbywa się w biurze, a inną, kiedy pracuje się w domach. Centra starają się dostosować do nowych realiów – dodaje Wiktor Doktór. – Uważam, że nadal będzie to bardzo dobry i atrakcyjny pracodawca. Tym bardziej że rośnie liczba inwestycji typu BSS w coraz mniejszych miastach regionalnych.

Od połowy roku 2018 Fundacja Pro Progressio we współpracy z Polską Agencją Inwestycji i Handlu publikuje „BSS Index” obrazujący liczbę nowych inwestycji Business Support Services w polskich miastach. Według danych z „BSS Index” w 2019 roku powstało 27 nowych centrów operacyjnych, a przede wszystkim były to projekty typu IT i ITO. Prawdopodobnie w 2020 roku poziom inwestycji będzie podobny do ubiegłorocznego. Co ciekawe, w 2018 roku było ich znacznie więcej, bo aż 61, w 2017 roku  – 58, a w 2016 roku – 88 inwestycji. Według analityków Pro Progressio powodem tego spadku jest zmieniający się profil inwestora: centra tworzą coraz częściej nie duże korporacje, tylko organizacje średniej wielkości, którym proces wyboru lokalizacji zajmuje więcej czasu.

W dobie koronawirusa wzrosła produkcja opakowań dla przemysłu spożywczego i farmacji. Zmniejszyły się dostawy dla przemysłu, AGD i RTV

Silny związek z branżą spożywczą, która nie ucierpiała w czasie pandemii, pozwolił firmom opakowaniowym przetrwać kryzys spowodowany koronawirusem bez większych strat.  – 65 proc. opakowań jest produkowanych do żywności i napojów. Przestoje odczuły głównie te firmy, które dostarczają do producentów mebli lub firm motoryzacyjnych – mówi Beata Pyś-Skrońska, zastępca dyrektora Polskiej Izby Opakowań. Zagrożeniem dla branży może być pogorszenie koniunktury spowodowane kolejną falą pandemii, a także nowe przepisy związane z unijnymi regulacjami.

– Koronawirus pozwolił uświadomić wielu ludziom znaczenie branży opakowań w gospodarce, bo wszyscy wiemy, że potrzebna jest żywność, leki, środki czystości, szczególnie w sytuacji pandemii. Jednak do tej pory niewiele osób zastanawiało się nad tym, że te produkty trzeba w czymś dostarczyć i do tego niezbędne jest opakowanie – zauważa w rozmowie z agencją Newseria Biznes Beata Pyś-Skrońska.

Z danych Polskiej Izby Opakowań wynika, że w dobie koronawirusa o 10–12 proc. wzrósł udział w rynku opakowań dla przemysłu spożywczego, o 3 proc. dla farmacji oraz o 2 proc. dla przemysłu kosmetycznego i środków higieny i ochrony osobistej. Z drugiej strony odnotowano ok. 15-proc. zmniejszenie udziału w sprzedaży opakowań wyrobów przemysłowych (AGD, RTV, farby i chemia gospodarcza), które wynika z wstrzymania produkcji przez te działy gospodarki.

– Branża odczuła koronawirusa, ale głównie w tych segmentach, które produkowały opakowania do mebli czy dla sektora motoryzacji. Z kolei producenci opakowań do żywności – niespecjalnie. Nawet jeżeli niektóre segmenty, jak np. opakowania luksusowe, odnotowały znaczący spadek, to producenci odbili to sobie na opakowaniach produktów podstawowych – podkreśla ekspertka z Polskiej Izby Opakowań.

Po pełnym odmrożeniu gospodarki i powrocie koniunktury sytuacja powinna jednak wrócić do normy. Polska Izba Opakowań szacuje, że rynek opakowań w Polsce jest wart 45 mld zł. Stanowi on ok. 1 proc. światowego rynku, natomiast na tle innych notuje wyraźne wzrosty. W 2019 roku było to ok. 6 proc.

Dane za 2020 rok będą na całym świecie zaburzone z uwagi na kryzys wywołany koronawirusem. Tendencja wzrostowa na poziomie 5–7 proc., która utrzymywała się do tej pory, zapewne ulegnie zahamowaniu. Jednak z naszych obserwacji wynika, że gospodarka powoli się odmraża, konsumpcja zaczyna rosnąć, więc i zapotrzebowanie na opakowania, które są silnie z tym powiązane, wraca już do normy. Tym bardziej że 85–90 proc. produktów, które są wytwarzane, wymaga zapakowania – dodaje Beata Pyś-Skrońska.

Prognozy dla branży opakowań są dobre, ale wszystko zależy od tego, jak rozwinie się sytuacja związana z koronawirusem. Jeżeli jesienią przyjdzie druga fala i ponownie gospodarka zostanie zamrożona, na pewno będzie to miało wpływ na firmy z tego sektora.

Z naszych rozmów z analitykami wynika, że rynek się odbija, zarówno polski, jak i europejski – informuje ekspertka. – Widzimy wzrost eksportu towarów do Niemiec i innych krajów europejskich, a co za tym idzie także większe zapotrzebowanie na eksport opakowań.

Dane PB Forecast Opakowania, na które powołuje się PIO, wskazują, że w pierwszych dwóch miesiącach roku Niemcy wykazywały duży popyt zwłaszcza na opakowania papierowe oraz lekkie opakowania metalowe. Z kolei w przypadku opakowań z tworzyw sztucznych eksport do Austrii, Słowacji i Rosji rósł najszybciej, a w przypadku opakowań szklanych – do Czech, Łotwy, Rosji i Węgier.

Koronawirus to niejedyna niewiadoma, która może w niedalekiej przyszłości wpłynąć na branżę opakowań. Duże znaczenie dla działalności firm mają także unijne regulacje dotyczące Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta, które Polska powinna wdrożyć jeszcze w tym roku. Zakładają one, że podmiotem odpowiedzialnym i finansującym gospodarowanie odpadami opakowaniowymi ma być producent, który wprowadza opakowanie na rynek. Dziś płacą za to przede wszystkim mieszkańcy gmin. Do tego dochodzą również regulacje dotyczące wykorzystania opakowań oraz produktów jednorazowego użytku z plastiku, a także gospodarki w obiegu zamkniętym.

Polska ma obecnie jedną z najniższych opłat produktowych w Europie i niezależnie od tego, jak Ministerstwo Klimatu sformułuje nową Rozszerzoną Odpowiedzialność Producenta, na pewno ceny pójdą w górę. Firmy, które wprowadzają na rynek wyroby w opakowaniach, będą zapewne dążyć do zrekompensowania wyższych cen kosztem klientów albo producentów opakowań. To będzie miało na nas duży wpływ – przewiduje Beata Pyś-Skrońska. – Również nowe rozporządzenia, dotyczące np. poziomów recyklingu czy udziału recyklatu w materiale opakowaniowym, będą wymagały dostosowania się branży do tych przepisów.

Biznes coraz chętniej inwestuje w energię ze słońca. Własne mikroelektrownie powoli stają się rynkowym standardem

– Korzyści dla firm z inwestowania w odnawialne źródła energii są duże. To m.in. optymalizacja kosztów, samowystarczalność energetyczna i pewność zasilania – wskazuje Dorota Zawadzka-Stępniak z Konfederacji Lewiatan. W ostatnich latach biznes coraz chętniej inwestuje we własne mikroźródła odnawialnej energii. Efektem jest w Polsce boom na energetykę słoneczną. Na koniec tego roku moc zainstalowana w fotowoltaice ma wzrosnąć do 2,5 GW, głównie dzięki aktywności prosumentów indywidualnych i biznesowych. Do tych ostatnich dołączył DHL Parcel Polska. Logistyczna firma zamierza do końca 2021 roku zamontować panele PV we wszystkich swoich lokalizacjach w całym kraju.

– Są trzy obszary, w których firmy logistyczne mogą poprawiać swoją działalność, żeby była bardziej ekologiczna. Pierwszy to samochody elektryczne albo wykorzystanie floty samochodowej tak, żeby zużywać mniej paliwa. Drugi to poprawa standardu energetycznego budynków, wykorzystanie wody deszczowej, montowanie oświetlenia LED czy świetlików w halach magazynowych, żeby nie korzystać z energii w trakcie dnia. Trzecim obszarem są odnawialne źródła energii i jest to głównie fotowoltaika, czyli energia ze słońca albo energia wiatrowa – mówi agencji Newseria Biznes Jerzy Staszelis, wiceprezes ds. finansów i administracji w DHL Parcel Polska.

– Inwestycje w instalacje OZE są w Polsce ostatnimi czasy bardzo popularne. Przykładem są ogniwa fotowoltaiczne, gdzie popyt znacznie przewyższa podaż. Tak duże zainteresowanie inwestycjami w odnawialne źródła energii – zarówno wśród gospodarstw domowych, jak i przedsiębiorców – może doprowadzić do średniorocznego wzrostu liczby inwestycji prosumenckich na poziomie co najmniej 1 GW. Jednak – aby tak się stało – potrzebne są działania w kierunku poprawy samowystarczalności energetycznej przedsiębiorców – podkreśla Dorota Zawadzka-Stępniak, dyrektor Departamentu Energii i Zmian Klimatu, Konfederacja Lewiatan.

W Polsce już od kilku lat fotowoltaika jest głównym obszarem inwestycji w elektroenergetyce odnawialnej. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki – jeszcze w 2014 roku moc fotowoltaiczna w sieci wynosiła 20 MW, a w kwietniu tego roku już 1,83 GW (z czego aż 1,2 GW generują prosumenci). To oznacza, że w kilka lat wzrost wyniósł aż 9 tys. proc. Pod względem rocznego przyrostu nowych mocy z paneli słonecznych Polska plasuje się na piątym miejscu w UE. Instytut Energetyki Odnawialnej prognozuje, że na koniec tego roku moc zainstalowana może wzrosnąć już do 2,5 GW (już w maju br. zbliżyła się do 2 GW, notując 176 proc. wzrostu rok do roku), natomiast w 2025 roku osiągnąć nawet 7,8 GW (raport „Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020”).

Boom na rynku fotowoltaiki napędziły, zwłaszcza w ostatnich latach, m.in. nowelizacja ustawy o OZE zmieniająca definicję prosumenta, spadek cen paneli fotowoltaicznych i ujednolicenie stawki podatku VAT oraz rządowe programy Energia Plus czy Mój Prąd. Szybki, rynkowy wzrost w ostatnich latach to właśnie zasługa mikro- i małych instalacji (ponad 70 proc. całkowitej mocy zainstalowanej w polskiej fotowoltaice), co oznacza dużą aktywność prosumentów indywidualnych i biznesowych. Według IEO także tegoroczne inwestycje będą skupione w tym segmencie. W instalacje PV coraz chętniej inwestują firmy. Dla tych przedsiębiorstw, które decydują się na fotowoltaikę, korzyścią są m.in. niższe rachunki, większe bezpieczeństwo energetyczne i bardziej proekologiczny wizerunek.

– Uniezależnienie się od tradycyjnych dostaw energii, zero obaw dotyczących sprawności sieci przesyłowej, pełna kontrola i optymalizacja kosztów to marzenie wielu przedsiębiorstw. Ono staje się rzeczywistością dzięki zastosowaniu odnawialnych źródeł energii na potrzeby własne. W przedsiębiorstwie, które ma wysokie zużycie energii, systemy fotowoltaiczne obniżają koszty operacyjne, pozwalają osiągnąć samowystarczalność energetyczną i niezależność zasilania – mówi Dorota Zawadzka-Stępniak.

Opłaty za energię elektryczną to jedna z głównych składowych kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw. W Polsce ceny energii już teraz należą do najwyższych w Europie, a jesienią – kiedy na rachunkach pojawi się nowa pozycja w postaci tzw. opłaty mocowej – firmy mogą spodziewać się kolejnej podwyżki. To – w połączeniu z koronawirusem, który mocno odbił się na finansach przedsiębiorstw – skłania je do szukania optymalizacji i obniżania kosztów. Taką możliwość stwarza właśnie inwestycja we własną elektrownię słoneczną. Instalacja PV np. na dachu siedziby pozwala produkować energię na własne potrzeby i obniżyć wysokość rachunków.

Ustawa o OZE i jej ubiegłoroczna nowelizacja umożliwiła wytwórcom energii w mikroinstalacjach skorzystanie z systemu upustów i rozliczeń z firmami energetycznymi. To oznacza, że firma może wytworzyć energię z OZE na potrzeby własne, a jej nadwyżkę zmagazynować w sieci i następnie odebrać później, w czasie zwiększonego zapotrzebowania czy niższej produkcji (na przykład w nocy lub podczas silnego zachmurzenia).

– Wykorzystanie odnawialnych źródeł energii nie jest jeszcze na rynku standardem, a szkoda. OZE pozytywnie wpływają na środowisko, a po drugie, są efektywne kosztowo – mówi wiceprezes ds. finansów w DHL Parcel Jerzy Staszelis.

Logistyczny potentat zamontował przygotowaną przez Foton Technik instalację PV w swoim terminalu w Słupsku. Kolejnym etapem będzie podłączenie ich właśnie do zewnętrznej sieci elektroenergetycznej. Przyczynkiem do tej inwestycji był nie tylko element prokosztowy, lecz także strategia zrównoważonego rozwoju Go Green, która zakłada całkowitą redukcję emisji CO2 do roku 2050.

– W Słupsku zamontowaliśmy 153 panele fotowoltaiczne o mocy ponad 50 MWh rocznie, co zaspokoi ok. 25 proc. zapotrzebowania na energię elektryczną. To oznacza, że przez trzy miesiące w roku nie będziemy generować emisji CO2, do atmosfery nie trafią 52 tony dwutlenku węgla – wylicza Jerzy Staszelis

Jeszcze w tym roku kolejne instalacje PV mają pojawić się w terminalach DHL Parcel we Włocławku, Kielcach, Bydgoszczy, Bielsku-Białej, Ciechanowie i Gdańsku. Na 2021 rok natomiast są planowane kolejne inwestycje i montaż mikroelektrowni słonecznych w lokalizacjach w całym kraju.

– Instalacje w Słupsku to pierwszy krok – mówi wiceprezes ds. finansów w DHL. – W ciągu kolejnych kilku lat będziemy mieć takie instalacje we wszystkich naszych lokalizacjach.

– Dzięki odnawialnym źródłom energii zmniejsza się zapotrzebowanie na energię i powstają nowe, zielone miejsca pracy. Rośnie bezpieczeństwo energetyczne regionów, minimalizujemy import surowców energetycznych i tworzymy nowoczesną energetykę zgodnie z Europejskim Zielonym Ładem – dodaje Dorota Zawadzka-Stępniak. – Odnawialne źródła energii cieszą się też największym poparciem Polaków. Społeczeństwo widzi korzyści ekonomiczne, społeczne i środowiskowe z przechodzenia na OZE.

Potwierdza to m.in. marcowe „Badanie opinii Polaków na temat różnych źródeł energii” CBM Indicator, z którego wynika, że fotowoltaika i energia ze słońca cieszą się największym poparciem Polaków. Blisko 2/3 wskazało, że OZE mogą się przyczynić do obniżki kosztów generowania energii elektrycznej, przeciwdziałać zmianom klimatu (czterech na pięciu respondentów) i ograniczyć zależność od importu energii (70 proc.). Podobny odsetek (65 proc.) twierdzi, że OZE przyczyniają się do tworzenia nowych miejsc pracy. Wśród najistotniejszych zalet OZE Polacy wymieniają też zmniejszenie emisji zanieczyszczeń (79 proc.), wykorzystanie powszechnie dostępnych i  naturalnych źródeł energii (65 proc.) oraz zmniejszenie zużycia nieodnawialnych źródeł (58 proc.).

Dla 2/3 Polaków cena jest najważniejszym kryterium przy planowaniu tegorocznego urlopu. Co drugi skarży się też na wysokie ceny w kurortach

Cena to kluczowy czynnik, który Polacy uwzględniają przy planowaniu tegorocznych wakacji. Prawie połowa bierze też pod uwagę pogodę, bo dla 60 proc. urlopowiczów niekorzystna aura oznacza całkowicie zepsuty letni wypoczynek. Na kolejnych miejscach znalazły się wysokie ceny w turystycznych kurortach, na które skarży się co drugi Polak, dokuczliwe komary i hałaśliwi wczasowicze – wynika z lipcowej edycji badania „Barometr Providenta”.

– Jesteśmy na półmetku wakacji, dlatego zapytaliśmy Polaków, jakimi kryteriami kierują się, wybierając miejsce wypoczynku, co najskuteczniej potrafi popsuć im urlop i jaka długość urlopu jest dla nich wystarczająca, żeby wrócić z niego wypoczętym i pełnym energii – mówi agencji Newseria Biznes Magda Maślana, ekspert ds. PR w Provident Polska. – Z poprzedniego badania wiemy, że wakacje w dobie pandemii są wyjątkowe i kryterium bezpieczeństwa i zachowania reżimu sanitarnego jest obecnie priorytetem. Z kolei najnowsze badanie pokazuje, że także cena jest podstawowym kryterium przy wyborze miejsca wypoczynku.

Najnowszy, lipcowy „Barometr Providenta” pokazuje, jakie kryteria Polacy najczęściej biorą pod uwagę przy planowaniu urlopu. Jak wynika z badania,dla prawie 2/3 jednym z głównych czynników jest cena, na którą większą uwagę zwracają kobiety. Blisko 70 proc z nich wskazało, że koszty wypoczynku są istotnym kryterium. Badanie pokazuje także, że Polacy na wakacjach nie szukają luksusów, a czynniki takie jak standard ośrodka czy wyżywienia mają dla nich drugorzędne znaczenie.

– Chcemy, żeby cena była adekwatna do naszego stanu majątkowego, do naszej pensji – podkreśla Magda Maślana.

Z badania zleconego przez Polską Izbę Turystyczną wynika, że w tym roku aż 87 proc. Polaków, którzy planują letni wypoczynek, zamierza spędzić go w kraju – najczęściej w górach (34 proc.), nad morzem (27 proc.) lub nad jeziorem (16 proc.). Urlopowicze muszą się jednak liczyć z dość wysokimi cenami. Jak wynika z lipcowej analizy serwisu Rankomat – w tym roku nocleg w hotelu nad Bałtykiem jest średnio aż o 64 proc. droższy niż za granicą. Za siedem noclegów w trzygwiazdkowym hotelu nad morzem trzeba zapłacić  blisko 3 tys. zł. W tej samej cenie można zaplanować całą podróż – włącznie z przelotem, noclegami, wyżywieniem i atrakcjami – np. w Grecji czy Bułgarii.

– Oprócz ceny sprawdzamy również odległość atrakcji turystycznych oraz dostępne terminy – to kolejne dwa kryteria, które bierzemy pod uwagę. Kolejnym jest pogoda. Wiemy, że potrafi być kapryśna i zepsuć wspomnienia z urlopu. To właśnie pogoda najczęściej pojawiała się w odpowiedzi na pytanie o to, co najskuteczniej psuje nam urlop – mówi ekspert ds. PR w Provident Polska.

Pogodę jako istotny czynnik przy wyborze wakacyjnej destynacji uwzględnia 43 proc. Polaków. To nie dziwi o tyle, że dla prawie 60 proc. to właśnie złe warunki meteorologiczne są powodem, który najbardziej przeszkadza w letnim wypoczynku i potrafi zepsuć urlop.

– Częstym problemem są też insekty. Prawie połowie Polaków komary i niebezpieczne kleszcze w tym roku mocno dają się we znaki. Nasi respondenci skarżyli się również na wysokie ceny w kurortach (prawie 50 proc.) oraz na hałaśliwych wczasowiczów (38 proc.) – mówi Magda Maślana.

Co ciekawe, z „Barometru Providenta” wynika, że prawie każda z tych niedogodności jest bardziej uciążliwa dla kobiet. Jedynym aspektem, który bardziej przeszkadzał mężczyznom, było przebywanie z tymi samymi osobami przez cały dzień.

Lipcowe badanie pokazuje też, że to mężczyźni są bardziej zapominalscy i tylko co czwarty zazwyczaj pamięta, żeby spakować wszystko, co potrzebne na wakacyjny wyjazd. Mężczyźni dwa razy częściej niż kobiety zapominają też spakować dokumenty, pieniądze czy portfel. Z kolei kobietom częściej zdarza się zapomnieć o ubraniach na deszczową pogodę.

– Czasem sami nieumyślnie psujemy swój urlop, zapominając rzeczy, które są podczas niego niezbędne. Tylko 1/3 respondentów zawsze pamięta o zabraniu wszystkich potrzebnych akcesoriów wakacyjnych. Najczęściej zapominamy ubrań na deszczową pogodę. Co pozytywne, dość dobrze pilnujemy swoich dokumentów, portfela, pieniędzy i raczej nie zapominamy zabrać ich na wakacyjny wypoczynek – mówi ekspert ds. PR w Provident Polska.

Z lipcowego badania wynika też, że tylko niecała połowa Polaków wykorzystuje w ciągu roku cały należny urlop. Co 10. wskazuje, że zostaje mu kilkanaście dni urlopu na następny rok. Nieco ponad 5 proc. wciąż ma zaległe urlopy z poprzednich lat.

– Zapytaliśmy Polaków także: jaka długość urlopu wystarcza, żeby wrócić wypoczętym i pełnym energii. Tutaj jesteśmy podzieleni: połowa przyznaje, że musi raz do roku odbyć jeden długi, przynajmniej dwutygodniowy urlop, żeby czuć się wypoczętym i gotowym do pracy. Z kolei 1/3 Polaków wskazuje, że takiego wypoczynku potrzebuje znacznie częściej, ale za to krócej, czyli mniej więcej tydzień wolnego dwa–trzy razy w roku to dla nich optymalny wypoczynek – wskazuje Magda Maślana.

Stres pracowników wywołany przez pandemię wpływa na obniżenie poziomu cyberbezpieczeństwa firm. Eksperci są zgodni: potrzebne są szkolenia [DEPESZA]

Pandemia koronawirusa przyczynia się do natężenia problemu stresu w pracy. W rezultacie pracownicy częściej popełniają błędy, w wyniku których zachwiane zostaje cyberbezpieczeństwo całej firmy. Dodatkowo hakerzy wykorzystują w swoich atakach niepokój społeczny związany z pandemią. – Firmy muszą uczyć pracowników, w jaki sposób haker może wykorzystać ich stres w trudnych chwilach – przekonuje Jeff Hancock, profesor na Uniwersytecie Stanforda.

– Zrozumienie wpływu stresu na zachowanie ma kluczowe znaczenie dla poprawy cyberbezpieczeństwa. Sytuacja z pandemią oznacza, że ludzie muszą radzić sobie z niezwykle stresującymi sytuacjami i wieloma zmianami. A kiedy ludzie są zestresowani, popełniają błędy lub podejmują decyzje, których później żałują. Niestety hakerzy żerują na tej luce – tłumaczy Jeff Hancock, profesor na Uniwersytecie Stanforda.

Stres, z jakim borykają się pracownicy, może być związany z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Według Menlo Security w okresie od 25 lutego do 25 marca 2020 roku nastąpił 25-proc. wzrost liczby osób klikających w złośliwe adresy URL z nazwami domen odnoszącymi się do COVID-19 lub koronawirusa. Z kolei z informacji opublikowanych przez Stały Komitet Międzyagencyjny (IASC) sytuacja związana z pandemią wywołuje szereg skutków społecznych, do których zalicza się poczucie smutku, zmartwienia, dezorientacji, strachu czy złości.

Z raportu sporządzonego przez firmę Tessian wynika, że błędy skutkujące zagrożeniem dla cyberbezpieczeństwa popełnia aż 43 proc. pracowników. Aż 52 proc. respondentów przyznało, że incydenty te były wynikiem stresu, u 43 proc. badanych było to zmęczenie, a u 36 proc. zbyt szybkie tempo pracy.

– Firmy muszą uczyć pracowników, w jaki sposób haker może wykorzystać ich stres w trudnych chwilach, a także o incydentach związanych z bezpieczeństwem, które mogą być spowodowane błędem ludzkim – wskazuje profesor na Uniwersytecie Stanforda.

IASC wydał szereg porad skierowanych do chorych i ich rodzin, osób starszych czy personelu medycznego. Tymczasem brakuje porad na temat tego, jak ze stresem wywołanym pandemią mogą sobie radzić pracownicy korzystający z narzędzi informatycznych. Rozwiązaniem mogą być częstsze szkolenia pracowników.

– Szkolenie z zakresu cyberbezpieczeństwa musi odzwierciedlać fakt, że różne pokolenia dorastały z technologią na różne sposoby. Nie można oczekiwać, że każdy pracownik wykryje oszustwo lub podejmie właściwą decyzję w zakresie cyberbezpieczeństwa w 100 proc. przypadków – twierdzi Tim Sadler, dyrektor generalny i współzałożyciel firmy Tessian.

Z raportu Tessian wynika, że w grupie osób najczęściej popełniających błędy zagrażające cyberbezpieczeństwu znajdują się pracownicy młodzi – w wieku od 18 do 30 lat i od 31 do 50 lat. 70 proc. pracowników, którzy przyznali się do kliknięcia wiadomości phishingowej, ma od 18 do 40 lat. Dla porównania podobny błąd popełniło zaledwie 8 proc. osób powyżej 51. roku życia. Ponadto 65 proc. pracowników w wieku od 18 do 30 lat wysłało e-mail na niewłaściwy adres. W grupie powyżej 51. roku życia odsetek ten sięgał 34 proc.

– Aby proste błędy nie przekształciły się w poważne incydenty bezpieczeństwa, firmy muszą nadać priorytet cyberbezpieczeństwu na poziomie ludzkim. Wymaga to zrozumienia zachowań poszczególnych pracowników i wykorzystania tej wiedzy do dostosowania szkoleń i zasad, aby bezpieczne praktyki w zakresie cyberbezpieczeństwa odbiły się szerokim echem – tłumaczy Tim Sadler.

Google notuje codziennie 240 mln wiadomości spamowych o tematyce związanej z koronawirusem. Od lutego liczba ataków phishingowych wzrosła o 667 proc. i nadal rośnie.

Telewizja coraz chętniej wykorzystuje kamery z możliwością sterowania w czasie rzeczywistym i rozszerzoną rzeczywistość. Pandemia przyspieszyła ich rozwój

Choć branża medialna i rozrywkowa sporo straciła na pandemii, to koronawirus pozytywnie wpłynął na rozwój innowacji, zwłaszcza w wydarzeniach transmitowanych na żywo. Producenci telewizyjnego sportu przetestowali nowinki technologiczne, m.in. nagrania z drona czy umieszczenie kamery na strojach sędziów. Przyszłością jest też połączenie elementów rzeczywistych z wirtualnymi i zastosowanie kamer sterowanych na żywo, które pozwolą uchwycić emocje zawodników, a widzom umożliwią bezpośredni udział w wydarzeniu.

– Branża nadawcza bardzo ucierpiała z powodu koronawirusa, bo niewiele dużych wydarzeń mogło się odbyć ze względu na ograniczenie zgromadzeń. Ten czas był również swego rodzaju szansą, aby popracować nad wieloma innowacjami i skupić się na nowych rozwiązaniach, ponieważ nie musieliśmy angażować się w codzienną działalność. Dlatego z punktu widzenia innowacji ten czas był dobry – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Felix Werremeier ze Spidercam.

Przed pandemią istniała technologia umożliwiająca zdalną produkcję, edycję wideo w chmurze i dystrybucję do kanałów mediów społecznościowych. Kiedy fani byli na każdym meczu lub oglądali swoje ulubione drużyny w telewizji, był to bonus. Obecnie jest to już wymóg. Branża rozrywkowa musiała wdrożyć innowacyjne rozwiązania, dotyczące przede wszystkim transmisji z wydarzeń na żywo. Aby wzbogacić doświadczenia fanów, zwłaszcza w sportowym świecie, w trakcie pandemii, transmisje na żywo muszą być znacznie bardziej kreatywne niż dotychczas – producenci planują np. wprowadzenie kamer do szatni zawodników czy uchwycenie w czasie rzeczywistym emocji.

W znacznie szerszym zakresie można też wykorzystać kamery sterowane na żywo.

– W naszym systemie wszystko zawieszone jest na czterech linach, wzdłuż których rozciągnięte są przewody. Kamera wisi na linach, więc na dachu stadionu musimy zainstalować cztery punkty mocowania, które zawsze muszą znajdować się wysoko. System jest obsługiwany przez dwóch operatorów. Jeden steruje pozycją kamery w przestrzeni za pomoc dwóch joysticków, a drugi samą kamerą zainstalowaną w punkcie, gdzie liny zbiegają się ze sobą – tłumaczy Felix Werremeier.

Spidercam wykorzystuje najnowocześniejszą kamerę zawieszoną na czterech przewodach – po jednym w każdym rogu – do śledzenia akcji. Może obracać się o 360 stopni, ma funkcję powiększania i stabilizatory obrazu. Operator steruje nachyleniem kamery, aby nagrywać akcję z lotu ptaka.

Sygnały wideo przemieszczają się wzdłuż lin zawieszenia, które są połączone linią światłowodową w celu szybkiej transmisji danych. Korzystanie z tego przewodowego podejścia zamiast transmisji bezprzewodowej oznacza większą niezawodność. Wszystko to łączy się z centralnym komputerem sterującym, który przyjmuje sygnały od pilota kontrolującego tor lotu kamery, a także operatora kamery, który ustawia jej ostrość i upewnia się, że podąża ona za akcją i nie wyświetla przypadkowych ujęć.

– Roboty przynoszą nowe możliwości w dziedzinie broadcastingu, ale miejsce dla człowieka jak najbardziej jest, szczególnie w przypadku wydarzeń sportowych, gdzie nie da się do końca przewidzieć, co za chwilę się wydarzy, do jakich interakcji dojdzie między zawodnikami czy uczestnikami widowiska. Dlatego bardzo ważna jest możliwość sterowania kamerą na żywo. Z drugiej strony są takie widowiska, na przykład koncerty, gdzie wszystko jest montowane na komputerze. W tym przypadku można kontrolować ruchy kamery, które będą wcześniej zaprogramowane – przekonuje ekspert.

Część producentów rozważa użycie Spidercam do przeprowadzenia wywiadu z graczem na żywo. Będzie przechwytywać emocje w czasie rzeczywistym i sprawi, że transmisja będzie o wiele bardziej interesująca i interaktywna, same wywiady miałyby zaś być przeprowadzane w kilku językach.

Pandemia wymusiła na producentach nie tylko zastosowanie nowego sprzętu, lecz także sprawiła, że częściej stosowali w transmisjach elementy rozszerzonej i wirtualnej rzeczywistości. Rozwiązało to np. problem pustych trybun. Jak jednak przekonują eksperci, to dopiero początek.

– Technologia transmisyjna rozwija się dynamicznie, szczególnie zaprogramowane ruchy i interakcje z grafiką generowaną komputerowo i elementami wirtualnymi stopniowo stają się standardem w środowisku studyjnym i widowiskach. Takie interakcje zapewniają duże korzyści poprzez łączenie elementów rzeczywistych z wirtualnymi i choćby dlatego ta technologia wyraźnie zyskuje na znaczeniu – podkreśla Felix Werremeier.

Cushman & Wakefield: Pandemia przyspiesza zmiany na polskim rynku powierzchni handlowych

0

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała II kwartał 2020 r. na rynku powierzchni handlowych w Polsce.

  • W II kwartale 2020 roku do użytku oddano prawie 90 000 mkw. nowej powierzchni handlowej, dominowały małe parki i centra handlowe.
  • Połowa budowanej obecnie powierzchni handlowej zostanie dostarczona na rynki mniejszych miast.
  • Najemcy oczekują przejściowych obniżek czynszów o około 20% dla lokali w centrach handlowych.
  • Odwiedzalność w centrach handlowych wynosi obecnie około 80% ubiegłorocznych wyników.
  • Udział sprzedaży przez Internet spadł z 9,1% w maju br. do 7,7% w czerwcu br.

Podaż

W II kwartale 2020 roku do użytku zostało oddane prawie 90 000 mkw. powierzchni handlowej w ramach wszystkich formatów. W pierwszym półroczu tego roku nowa podaż wyniosła łącznie
165 000 mkw., z czego prawie 40% stanowiły otwarcia w miastach poniżej 100 000 mieszkańców. Wielkość oddanych obiektów nie przekroczyła 20 000 mkw., co ma związek z dojrzałością i nasyceniem rynku handlowego.

Ponad 420 000 mkw. powierzchni handlowej jest obecnie w trakcie budowy z terminem otwarcia zaplanowanym na  lata 2020-2021. Największymi obiektami w budowie są obecnie: wielofunkcyjny obiekt Fabryka Norblina w Warszawie, centrum handlowe Karuzela w Kołobrzegu oraz centrum handlowe Color Park w Nowym Targu. Połowa budowanej powierzchni handlowej zostanie dostarczona na rynki mniejszych miast o populacji poniżej 100 000 mieszkańców.

W dalszym ciągu będziemy obserwować proces uzupełniania istniejącej podaży mniejszymi obiektami typu „convenience” oraz małymi parkami handlowymi. Średnia powierzchnia wszystkich budowanych obiektów to 12 000 mkw. Pandemia może również przyspieszyć decyzję o przebudowie, modernizacji lub zmianie funkcji tych centrów handlowych, które nie radziły sobie już przed jej wybuchem – mówi Katarzyna Lipka, Head of Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Czynsze

Przed pandemią czynsze w najlepszych centrach handlowych utrzymały się na stabilnym poziomie, z niewielką tendencją wzrostową. Najdroższym rynkiem pozostawała Warszawa, gdzie czynsze „prime” za lokale o powierzchni 100 mkw. w najlepszych centrach handlowych oscylowały w granicach 120-130 EUR/mkw./miesiąc. W pozostałych głównych miastach stawki dla podobnych lokali wahały się na poziomie 40-52 EUR/mkw./miesiąc.

W związku z wybuchem pandemii wielu najemców centrów handlowych renegocjowało warunki umów najmu, wykazując również większą ostrożność przy zawieraniu długoterminowych umów. Pierwsze sygnały z rynku wskazują, że najemcy oczekują przejściowych (do końca 2020 roku) obniżek czynszów o ok. 20% dla lokali w centrach handlowych, co wiąże się z przedłużeniem najmu średnio o 12-18 miesięcy – mówi Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Cushman & Wakefield.

Odwiedzalność centrów handlowych

Zgodnie z danymi PRCH odwiedzalność w centrach handlowych od 4 maja (kiedy nastąpiło ponowne ich otwarcie) systematycznie rośnie, a w tygodniu 13-19 lipca osiągnęło poziom 80-87% ubiegłorocznych wartości. Pierwsze dane o obrotach (PRCH Turnover Index) pokazują, że poziom sprzedaży w maju 2020 roku był niższy o 33% rok do roku w przypadku obiektów dużych (powyżej 40 000 mkw.) i o 26% w przypadku obiektów mniejszych. Największe spadki obrotów w stosunku do ubiegłego roku zanotowano w przypadku najemców z kategorii „rozrywka” (-97%) i „usługi” (-86%).

Sprzedaż internetowa

Od majowego ponownego otwarcia centrów handlowych można zaobserwować systematyczny spadek udziału sprzedaży przez Internet, który w czerwcu br. wyniósł 7,7%, podczas gdy jeszcze miesiąc wcześniej wynosił 9,1%, a przed pandemią oscylował w granicach 5-6%. Spadek wykazały m.in. przedsiębiorstwa zaklasyfikowane do grupy „tekstylia, odzież, obuwie” (z 26,8% przed miesiącem do 19,5%), a także podmioty z grup „prasa, książki, pozostała sprzedaż w wyspecjalizowanych sklepach” (odpowiednio z 25,2% do 21,8%) oraz „meble, rtv, agd” (z 15,6% do 14,1%).

Jednocześnie sprzedaż detaliczna ogółem w czerwcu 2020 roku była niższa niż przed rokiem o 1,3%. Jednak w porównaniu z majem 2020 roku miał miejsce wzrost sprzedaży detalicznej o 8,4%.

Pełna wersja raportu pod linkiem: https://info.cushmanwakefield.com/l/263412/2020-08-05/2t4s4p

Deweloperzy znów budują mniejsze mieszkania?

0

W 2018 r. spadła średnia powierzchnia lokalu oddawanego do użytku przez polskich deweloperów. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy rok temu była widoczna podobna zmiana. 

Już od długiego czasu, przeciętne mieszkanie oddawane do użytku przez polskich deweloperów liczy sobie około 50 mkw. Można jednak zauważyć ciekawe zmiany średniego metrażu nowych „M”. Eksperci RynekPierwotny.pl postanowili sprawdzić, czy w minionym roku były widoczne duże spadki lub wzrosty analizowanego wskaźnika. Portal RynekPierwotny.pl oprócz lokali mieszkalnych wziął pod uwagę domy oddawane do użytku przez deweloperów i prywatne domy jednorodzinne. 

W pierwszej kolejności warto przyjrzeć się wynikom, które dotyczą lokali mieszkalnych. Zgodnie z danymi GUS i wynikami obliczeń RynekPierwotny.pl, średni metraż takich lokali ukończonych przez deweloperów kształtował się następująco: 

  • 2013 r. – 56,5 mkw.
  • 2014 r. – 54,9 mkw.
  • 2015 r. – 53,6 mkw.
  • 2016 r. – 53,4 mkw.
  • 2017 r. – 54,0 mkw.
  • 2018 r. – 53,2 mkw.
  • 2019 r. – 53,2 mkw.

Jak nietrudno zauważyć, w 2019 r. nie odnotowano kolejnego spadku, a wynik był bardzo zbliżony do wartości z 2015 roku oraz 2016 roku. Jeżeli natomiast chodzi o przeciętną powierzchnię nowych domów ukończonych przez deweloperów, to jej zmiany są widoczne poniżej:

  • 2013 r. – 115,2 mkw.
  • 2014 r. – 114,2 mkw.
  • 2015 r. – 107,0 mkw.
  • 2016 r. – 106,7 mkw.
  • 2017 r. – 104,7 mkw.
  • 2018 r. – 102,1 mkw.
  • 2019 r. – 103,6 mkw. 

Niewielki ubiegłoroczny wzrost wcale nie musi być zapowiedzią dłuższego trendu – tym bardziej, że niewielkie segmenty stają się popularne. O wiele większe są prywatne domy, których średni metraż zmieniał się następująco:

  • 2013 r. – 150,1 mkw.
  • 2014 r. – 149,0 mkw.
  • 2015 r. – 147,5 mkw.
  • 2016 r. – 147,3 mkw.
  • 2017 r. – 146,2 mkw.
  • 2018 r. – 145,3 mkw.
  • 2019 r. – 144,5 mkw. 

Długoterminowy spadek średniej powierzchni ukończonych prywatnych domów to trend, który wynika przede wszystkim z przyczyn demograficznych.

 

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Dofinansowanie na uzyskanie dotacji, czyli program Bon na dotację

0

Pozyskanie dofinansowania ze środków UE wymaga odpowiedniego zaplanowania i przygotowania obszernego wniosku. Na pomoc w tym zakresie przychodzi przedsiębiorcom Wrocławski Park Technologiczny realizujący autorski mechanizm Bon na dotację. Na czym on polega i kto może wziąć w nim udział?

Bon na dotację to autorski mechanizm Wrocławskiego Parku Technologicznego, w ramach którego przedsiębiorca może uzyskać bezzwrotne wsparcie, pozwalające na sfinansowanie do 100% kosztów przygotowania dokumentacji niezbędnej do aplikowania o dofinansowania ze środków UE na realizację projektów badawczo-rozwojowych. Program ma charakter otwarty. – Z naszego wsparcia mogą z skorzystać nie tylko rezydenci WPT, ale również inne osoby czy firmy, które w realizacji swoich projektów badawczo-rozwojowych zakładają wykorzystanie zaplecza laboratoryjnego i biznesowego Wrocławskiego Parku Technologicznego. Co do zasady refundujemy do 10 tys. zł kosztów przygotowania wniosku o dotację z UE – wyjaśnia Justyna Pater-Synówka, kierownik Oddziału ds. Rozwoju Nowych Rynków w WPT.

Na czym to polega?

Środki finansowe na przygotowanie aplikacji o dotację unijną pozyskane w ramach mechanizmu WPT Bon na dotację mogą zostać przeznaczone przez przedsiębiorcę na pokrycie kosztów własnych, poniesionych w ramach prowadzonej działalności lub na wynagrodzenie dla wyspecjalizowanej firmy konsultingowej. Mechanizm programu Bon na dotację polega na refundacji poniesionych kosztów stałych przygotowania wniosku o dofinansowanie po jego złożeniu.

Bon na dotację WPT = projekty warte 280 milionów złotych

Pierwsza edycja programu Bon na dotację ruszyła w 2016 roku. Od tego czasu, do końca 2019 roku, dzięki skorzystaniu z Bonu na dotację w celu opracowania wniosku, dofinansowanie otrzymało 30 projektów o łącznej wartości ponad 280 milionów złotych! Z programu korzystają firmy działające w różnej skali – od startupów po rozwinięte firmy z sektora MŚP. Skorzystały z niego przedsiębiorstwa takie jak QNA Technology, które pozyskało środki na prace nad fluorescencyjnym tuszem bazującym na półprzewodnikowych kropkach kwantowych, czy biotechnologiczna spółka BIOTTS, która dzięki dotacji rozwija innowacyjny lek dla cukrzyków aplikowany przez skórę. Nie jest ona jednak jedyną firmą działającą w obszarze medycyny i biotechnologii, która pozyskała środki na rozwój dzięki programowi Bon na dotację – są wśród nich również przedsiębiorstwa takie jak: WPD Pharmaceuticals, Sovigo, STEMCELLS czy Captor Therapeutics, które rozwijają m.in. innowacyjne terapie lekowe. Z programu Bon na dotację skorzystały też firmy z innych sektorów np. branży space-tech, inżynierii i przemysłu. Przykładem są spółki Scanway, Saule Technologies, SkyTronic, Agronotech czy Pagero. – Bon na dotację to program, który pozwala zwiększyć szanse przedsiębiorstwa na zdobycie funduszy dostępnych w ramach unijnych projektów. Dobry, innowacyjny pomysł może nie wystarczyć do ich pozyskania – na etapie aplikacji podstawą jest odpowiednie przygotowanie dokumentacji. Nasz mechanizm optymalizuje ten proces i stwarza realne szanse na zdobycie dofinansowania – podsumowuje Pater-Synówka.

Jak pozyskać środki w ramach programu Bon na Dotację od WPT?

Wrocławski Park Technologiczny prowadzi aktualnie otwarty nabór do programu Bon na dotację. Możliwe jest pozyskanie środków na przygotowanie aplikacji m.in. w ramach:

  • konkursów organizowanych przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, czyli Szybka Ścieżka oraz Szybka Ścieżka Koronawirusy;
  • konkursu Banku Gospodarstwa Krajowego – Kredyt na innowacje technologiczne;
  • konkursów Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości takich jak Design dla przedsiębiorców Dostępność Plus oraz Bony na innowacje dla przedsiębiorców.

Aktualne informacje o przebiegu naboru można znaleźć również www.technologpark.pl

Bezrobocie w USA – sytuacja na rynku walutowym

0

Dane z amerykańskiego rynku pracy po raz kolejny sprawiły bardzo niemiłą niespodziankę. Nowych miejsc pracy powstało wielokrotnie mniej, niż sądzono. Jest to słaba informacja nie tylko dla walczącego o reelekcję Donalda Trumpa, ale i dolara.

Niespodzianka w USA

Wczorajsze dane z amerykańskiego rynku pracy mocno zaskoczyły inwestorów. Spodziewano się w zależności od wersji 1,2 lub 1,5 mln nowych miejsc pracy. Jednak powstało ich w lipcu zaledwie 167 tysięcy. Pokazuje to, że tamtejsze bezrobocie będzie spadać znacznie wolniej niż dotychczas sądzono. Być może jeszcze przez kilka miesięcy czeka nas dwucyfrowa stopa bezrobocia. Dolar nie przyjął dobrze tych danych. Ponownie zbliżył się do najsłabszych poziomów względem euro od początku 2018 roku. Względem złotego spadł cenowo poniżej 3,70 zł przez moment.

Rumunia tnie stopy procentowe

Na wczorajszym posiedzeniu Banku Narodowego Rumunii niespodziewanie doszło do obniżki głównej stopy procentowej. Wynosi ona obecnie 1,5%, co jest obecnie i tak relatywnie wysokim wynikiem w tej części świata. Rumuńska leja przyjęła jednak tę informację bez większych wahnięć.

Bank Anglii bez zmian

Posiedzenie Banku Anglii nie przyniosło niespodzianek. Stopy procentowe pozostały na niezmienionym poziomie. Za tą decyzją głosowało wszystkich 9 członków. Patrząc na obecną sytuację wątpliwe jest, by przed brexitem podejmowano jakieś istotne decyzje w sprawie stóp procentowych, nie wiedząc, co będzie dalej. Komunikat mówił o mniejszym wpływie pandemii, niż sądzono. To z kolei zasugerowało inwestorom, że to dobry moment na zakup funta. Od rana brytyjska waluta podrożała 3 grosze.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

2 tygodnie – tyle wystarczyło do stworzenia aplikacji, która może uratować tysiące żyć w czasie pandemii koronawirusa

0

Aplikacja mobilna skuteczną bronią w walce z kryzysem spowodowanym chorobą COVID-19? Okazuje się, że innowacyjna technologia może być niezwykle efektywna w zażegnywaniu zagrożeń związanych z pandemią koronawirusa – firma Startup Development House jest tego najlepszym przykładem. Wdrożenie aplikacji do powszechnego użytku wcale nie musi generować ogromnych kosztów, a czas oczekiwania na gotowy produkt może zamknąć się w zaledwie kilkunastu dniach. Jak to możliwe? Odpowiedzią jest agile maanagement.

Aplikacja w 2 tygodnie – niemożliwe staje się możliwe

Wszystko zaczęło się od Grace Lake Partners – nigeryjskiego przedsiębiorstwa działającego na rynku inwestycyjno-doradczym, które odezwało się do Startup Development House z prośbą o zaprojektowanie innowacyjnej aplikacji mobilnej zdolnej do minimalizowania negatywnych skutków szalejącej pandemii. Z uwagi na stosunkowo wysoki współczynnik reprodukcji koronawirusa SARS-CoV-2 bardzo łatwo jest się nim zarazić, zwłaszcza przebywając w większych skupiskach ludzi. Aplikacja SocialHealth pozwala ograniczyć ekspozycję na koronawirusa – za jej pośrednictwem można bezproblemowo umówić wizytę u lekarza, przeprowadzić wideo-rozmowę ze specjalistą czy też wystawić receptę w formie elektronicznej. Jest to pierwsza tego typu aplikacja mobilna w historii Nigerii, która w dodatku została wdrożona do produkcji w nie więcej niż 2 tygodnie od przyjęcia zlecenia.

Wysoka skuteczność i elastyczność

W dalszym ciągu pozostaje pytanie, jak można stworzyć i wdrożyć do powszechnego użytku w pełni sprawną aplikację mobilną dysponując tak ograniczonym czasem? Wszystko dzięki wieloletniemu doświadczeniu w inicjowaniu rozwiązań IT specjalnie na potrzeby startupów. Przy tak krótkim czasie realizacji projektu nie ma czasu na eksperymentowanie czy planowanie każdego etapu inwestycji z osobna. Polscy specjaliści stawiają w pierwszej kolejności na analizę rzeczywistych potrzeb klientów, ekspresowe prototypowanie i dostosowanie nowoczesnych rozwiązań technologicznych zgodnie z docelowym przeznaczeniem projektu. Koncentracja na najważniejszych aspektach technologicznych pozwala zaoszczędzić mnóstwo cennego czasu, który można spożytkować na nieustanne usprawnianie już istniejących pomysłów. Z tego też względu aplikacja zlecona przez nigeryjską firmę GLP może nie jest designerskim majstersztykiem, ale za to czas dostarczenia gotowego produktu do klienta i zakres jego dostępności dla przeciętnych obywateli Nigerii stoją na najwyższym, światowym poziomie.

Szybko, sprawnie i bezpiecznie

Jedną z największych zalet innowacyjnej aplikacji przeznaczonej na rynek nigeryjski jest jest uniwersalny charakter. Jest to aplikacja z rodzaju Progressive Web App (PWA), co oznacza, że do jej obsługi wystarczy dostęp do zwykłej przeglądarki internetowej. Interfejs programu jest na tyle uproszczony, aby korzystanie z aplikacji przebiegało w sposób sprawny nawet w przypadku osób o ograniczonych umiejętnościach posługiwania się aplikacjami mobilnymi. Programistom z Startup Development House zależało również na tym, aby cały proces umawiania zdalnych wizyt lekarskich, począwszy od rejestracji pacjentów i lekarzy, opisywania symptomów, przepisywania leków aż po wystawianie e-recept nie budził najmniejszych obaw u użytkowników. Wszystkie dane są szyfrowane, a aplikacja działa nawet przy niskiej prędkości łączy internetowych.

Nowoczesne technologie w czasie pandemii

Innowacyjne rozwiązania pomagają przeciwdziałać eskalacji negatywnych skutków pandemii koronawirusa, ale nie tylko, ponieważ w Nigerii wielu pacjentów cierpi z powodu innych chorób zakaźnych. To sprawia, że ich obecność w przychodniach zdrowia staje się zagrożeniem dla innych osób, dlatego też tak ważna jest wstępna, zdalna diagnoza i sprawne działanie. Co więcej, trudna sytuacja pandemiczna na świecie nie pozostaje bez wpływu na inne sektory gospodarki, które w dużej mierze radzą sobie dzięki przeprowadzonej wcześniejszej transformacji cyfrowej. Przedsiębiorcy, którzy nie podjęli działań mających na celu usprawnienie czy wdrożenie nowych rozwiązań IT przed wybuchem epidemii powinni to zrobić jak najszybciej, gdyż od tego może zależeć ich „być albo nie być”.

Jak wybrać partnera IT?

Nikogo nie trzeba przekonywać, że wybór odpowiedniej firmy z branży IT często decyduje o powodzeniu przedsięwzięcia, zwłaszcza, gdy w perspektywie widnieją długofalowe projekty wymagające dłuższej współpracy. Zatem na co zwrócić uwagę przy wyborze partnera technologicznego?

Doświadczenie krajowe i międzynarodowe

Zrealizowane projekty i zadowolenie Klientów stanowi najlepszą wizytówkę, co dotyczy nie tylko branży IT. Zawartość portfolio partnera technologicznego pozwala wstępnie oszacować, czy jego doświadczenie pozwoli na rozwój przedsiębiorstwa. Warto stawiać na firmy mające styczność nie tylko ze startupami, ale i większymi markami, co świadczy o ich elastyczności i wysokich kompetencjach. Co więcej, świetną rekomendacją okazuje się również doświadczenie w pracy z zagranicznymi podmiotami – umiejętność pracy zdalnej i ponadprzeciętne predyspozycje komunikacyjne to dobry prognostyk zwłaszcza dla tych, którzy cenią sobie efektywną współpracę na odległość.

Zarządzanie projektami

Sprawowanie kontroli nad poszczególnymi projektami pozwala zachować elastyczność i indywidualne podejście do Klienta. Specyfika pracy z podmiotami o zróżnicowanych budżetach, zasięgach czy ograniczeniach czasowych wymaga umiejętności szybkiego reagowania i dostosowywania metod zarządzania w zależności od potrzeb. Znajomość skutecznych technik menadżerskich takich jak Agile czy Scrum może okazać się kluczowa dla powodzenia technologicznej inwestycji.

Kompleksowe usługi i znajomość nowych technologii

Podczas wyboru partnera IT należy zwrócić uwagę na kadrę pracowniczą oraz kompetencje, jakimi się wykazuje. Zgrany zespół specjalistów, w których skład powinni wchodzić m.in.  developerzy, stratedzy produktowi, product designerzy, project managerowie czy testerzy Quality Assurance to klucz do owocnej współpracy i szybkiego prototypowania. Rozwiązania technologiczne i ich umiejętna adaptacja w dynamicznie zmieniającym się środowisku są ogromnie ważne, jednak to czynnik ludzki ostatecznie decyduje o powodzeniu przedsięwzięcia.

Marcin Ludwiszewski pokieruje ʺPurple Teamʺ w banku Standard Chartered

0

Marcin Ludwiszewski objął stanowisko szefa ʺPurple Teamʺ w Standard Chartered, wiodącym banku międzynarodowym, którego globalne centrum usług biznesowych działa w Warszawie. Będzie odpowiadał za wzmocnienie współpracy między zespołem przeprowadzającym symulacje ataków (ʺRed Teamʺ) a zespołem chroniącym bank przed symulacyjnymi oraz rzeczywistymi atakami (ʺBlue Teamʺ). Wszystkie te zespoły współtworzą globalny system ochrony działającego na 60 rynkach banku i jego klientów przed cyberzagrożeniami.

Nowy ekspert w Standard Chartered

Marcin Ludwiszewski jest ekspertem ds. cyberbezpieczeństwa i liderem z bogatym doświadczeniem w funkcjonowaniu w międzynarodowym środowisku. W ciągu ostatnich 20 lat uczestniczył w pracach i przewodził zespołom dbającym o bezpieczeństwo informatyczne organizacji, zarówno z sektora publicznego, jak i prywatnego.

Zanim dołączył do grona pracowników Standard Chartered, był liderem obszaru cyberbezpieczeństwa w Deloitte Polska, gdzie zbudował zespół wspierający klientów firmy w zagadnieniach z zakresu strategii i testowania bezpieczeństwa oraz obrony przed cyberatakami. Należy podkreślić, że był to jeden z pierwszych w Polsce komercyjnych zespołów pracujących w formule ʺRed Teamʺ. Prowadził on symulacje ataków odzwierciedlających metody działania cyberprzestępców, a z czasem w konwencji ʺPurple Teamʺ, gdzie zespoły ofensywne (ʺRed Teamsʺ) i defensywne (ʺBlue Teamsʺ) realizowały wspólne scenariusze ataków.

Wcześniej odpowiadał za bezpieczeństwo i odporność w 24 krajach regionu Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA) w Royal Bank of Scotland. Przed rozpoczęciem pracy w sektorze finansowym służył w ABW. W agencji odpowiadał m.in. za rozwój obszaru cyberbezpieczeństwa, uczestnicząc w tworzeniu zespołu reagowania na incydenty bezpieczeństwa komputerowego (CERT.GOV.PL). Ponadto, wykładał kryptografię i analizę ryzyka bezpieczeństwa informacji na Uniwersytecie Warszawskim. Jest także częstym prelegentem konferencji poświęconych kwestiom cyberbezpieczeństwa.

ʺMarcin Ludwiszewski wnosi do naszego międzynarodowego grona ekspertów bogatą wiedzę z sektora usług doradczych i bankowego dotyczącą obszaru cyberbezpieczeństwa. Ma także poparte sukcesami ogromne doświadczenie w budowaniu i rozwijaniu zespołu działającego w formule ʺPurple Teamʺ. Jego doskonałe rozeznanie w lokalnej puli talentów pomoże nam w dalszym rozbudowywaniu działów naszego globalnego centrum kompetencyjnego ds. cyberbezpieczeństwa w Warszawie o kolejnych światowej klasy ekspertówʺ, powiedział Edward Crichton-Stuart, Global Head of Control – Trust, Data & Resilience w banku Standard Chartered.

Współpraca z najlepszymi

Standard Chartered rozpoczął budowę swojego globalnego centrum kompetencyjnego ds. cyberbezpieczeństwa na początku 2019 roku. W ciągu kilkunastu miesięcy stworzył jeden z najsilniejszych zespołów wyspecjalizowanych w tej dziedzinie w Polsce. Dziś zatrudnia ponad 100 ekspertów zajmujących się m.in. ochroną przed złośliwym oprogramowaniem, wykrywaniem cyberzagrożeń, cyberwywiadem, testami penetracyjnymi, zarządzaniem tożsamością, dostępami, ryzykiem, kontrolami, bezpieczeństwem chmury i sieci, reagowaniem na incydenty, ochroną oraz zarządzaniem danymi. Poza możliwością uczestniczenia w międzynarodowych projektach o strategicznym znaczeniu dla cyberobronności banku oraz dalszego rozwoju kompetencji, członkowie tego zespołu mają również okazję do współpracy z wiodącymi polskimi ekspertami, sprawującymi w Standard Chartered kluczowe stanowiska menedżerskie w obszarze cyberbezpieczeństwa.

ʺCieszymy się, że Marcin Ludwiszewski dołącza do zespołu naszego globalnego centrum kompetencyjnego ds. cyberbezpieczeństwa, będącego jednym z filarów naszej działalności w Polsce. Nasze biuro w Warszawie powstało w 2018 roku, aby wspierać rozwój biznesu banku w Europie i Amerykach, ale także w innych częściach świata. Obecnie zatrudnia ponad 600 doświadczonych ekspertów. Bazując na ich wiedzy, świadczymy specjalistyczne usługi na rzecz innych spółek z Grupy Standard Chartered. Do naszych kluczowych obszarów biznesowych, poza cyberbezpieczeństwem, należy zapobieganie przestępczości finansowej, zarządzanie ryzykiem płynności i projektami z zakresu HR oraz negocjowanie kontraktów dot. instrumentów pochodnych z klientami korporacyjnymi i instytucjonalnymiʺ, mówi Rowena Everson, dyrektor zarządzająca polską spółką Standard Chartered.

Jak zatrzymać klientów w aktualnych warunkach rynkowych

0

Według Harvard Business Review pozyskanie nowego klienta kosztuje nawet do 25 razy więcej niż utrzymanie dotychczasowego[1]. Tymczasem raport „The State of Customer Service in 2020” pokazuje, że 93% pracowników obsługi klienta uważa, że konsumenci mają dziś znacznie większe oczekiwania[2]. Jak zatem w aktualnych warunkach rynkowych zatrzymać klientów?

Zdefiniuj swoich klientów

Klienci stanowią podstawę każdego biznesu. Nie każda firma w pełni jest świadoma  tego, kto zalicza się do grona jej odbiorców. W zależności od branży do grupy tej należą nie tylko bezpośredni konsumenci, korzystający z produktów lub usług danej marki, ale także partnerzy biznesowi firmy, czy też ich klienci. Każdy segment na rynku ma pod tym względem swoją specyfikę, którą jak najszybciej dana marka powinna poznać. Odpowiednie zdefiniowanie klientów może doprowadzić do tego, że firma poprawnie zadba o wszystkich właściwych uczestników procesu rynkowego. Szczególnie tych, którzy do tej pory nie byli odpowiednio obsługiwani, bo nie zostali uznani za klientów. Troska o nich  może przełożyć się na zadowolenie pozostałych, wzajemnie zależnych od siebie partnerów biznesowych.

– Klientami naszej firmy są nie tylko marki, z którymi podpisujemy umowy na obsługę ich urządzeń w różnym zakresie. Są nimi także końcowi użytkownicy produktu, dla których często wykonujemy usługi związane z zakresem umów z producentami, takie jak np. wsparcie techniczne czy działania z obszaru serwisu pogwarancyjnego. Odpowiednie zdefiniowanie tych wszystkich stron sprawia, że możemy zadbać o zadowolenie każdej z nich. Ten przykład pokazuje, że w pierwszej kolejności należy zbadać, kto tak naprawdę jest naszym klientem, w zależności od branży, w której na co dzień działamy. Wszystko po to, by później uwzględnić go w swoich kompleksowych działaniach. Tylko wtedy można szczerze powiedzieć, że firma jest w stanie w pełni zadbać o obsługę klientów – tłumaczy Marcin Pepaś, CCO, SVP firmy FIXIT SA, specjalizującej się w dostarczaniu usług opieki posprzedażowej producentom elektroniki oraz indywidualnym użytkownikom.

Dostosuj ofertę do indywidualnych potrzeb klientów

Chcąc utrzymać klientów, powinniśmy nie tylko dobrze ich zdefiniować, ale także lepiej poznać. Konsumenci sami bowiem uważają, że firmy powinny znać ich preferencje. Potwierdzają to wyniki badania przeprowadzonego przez Gladly, z których wynika, że ponad połowa konsumentów oczekuje, że firmy będą posiadały podstawowe dane identyfikacyjne na ich temat, a także informacje dotyczące wcześniejszych kontaktów z marką oraz ich historii zakupowej. Ponadto, prawie 80% z nich uważa, że spersonalizowany serwis jest ważniejszy niż marketing dopasowany do indywidualnych preferencji[3]. Warto więc nie tylko gromadzić dane na temat klientów, ale przede wszystkim robić z nich użytek, przekazując je m.in. pracownikom obsługi klienta, dla których mogą one być na wagę złota. 

– Trzeba bardzo dobrze poznać swojego klienta, aby dostosować ofertę do jego  potrzeb. Najłatwiejszym sposobem na to jest odpowiednie i oczywiście zgodne z prawem zbieranie oraz przetwarzanie danych. W naszej firmie wykorzystujemy do tego specjalne systemy informatyczne. Pomagają nam one zbierać informacje na temat użytkowników, z których później tworzymy m.in. profile grup, aby zapewnić im jeszcze lepszą jakość obsługi, dostosowaną do ich rosnących potrzeb. Dzięki analizie historycznych danych dotyczących współpracy z konsumentami i informacji związanych z naprawami, jesteśmy natomiast w stanie przekazać producentom konkretne rekomendacje związane z działaniami marketingowymi i rozwijaniem produktów. Ostatecznie zyskują więc wszyscy nasi klienci – wyjaśnia Marcin Pepaś.

Szybko rozwiązuj problemy

Według badań przedstawionych w raporcie „Zendesk Customer Experience Trends Report 2020”, dla konsumentów najbardziej frustrującym aspektem złych doświadczeń związanych z obsługą klienta jest zbyt długi czas oczekiwania na kontakt z pracownikiem obsługi. Najważniejsze są dla nich natomiast możliwość szybkiego rozwiązania problemu oraz całodobowe wsparcie[4]. Tymczasem, mimo oczywistych preferencji konsumentów, szybkość obsługi klientów i dostępność konsultantów nadal jest piętą achillesową wielu firm. Potwierdzają to wyniki badania przeprowadzonego przez CallPage w 2019 roku. Telefonu nie odebrała wówczas niemal co piąta badana firma, reprezentująca software house lub świadcząca usługi IT. Co więcej, połowa z nich zignorowała przesłane zapytanie mailowe. Podobnie było z formularzami kontaktowymi. W ciągu godziny wiadomość zwrotną otrzymał zaledwie co dziesiąty wysłany formularz oraz jeden na ponad 66 maili[5].

Warto pamiętać, że w dzisiejszych czasach wystarczy zaledwie kilka minut spędzonych w internecie, aby konsument, który nie otrzymywał satysfakcjonującej odpowiedzi, wybrał konkurencyjny produkt lub usługę. W celu uniknięcia takiej sytuacji, w pierwszej kolejności warto sprawdzić poprawność danych kontaktowych i działanie automatycznego formularza kontaktowego dostępnego na stronie internetowej firmy. Następnie konieczne jest wypracowanie wewnętrznych procedur, które sprawią, że klient otrzyma odpowiedź w przeciągu godziny. Alternatywnym pomysłem jest stworzenie samoobsługowego portalu. Według raportu Microsoftu „2018 State of Global Customer Service Report”, takiego rozwiązania oczekuje prawie 90% konsumentów[6]. System ten może więc znacząco pomóc w budowaniu ich lojalności.

Wsłuchaj się w potrzeby

Firmy często są skupione na rozwijaniu oferty ze swojej perspektywy. Posiadana przez nich wiedza jest nieoceniona, ale jednak doskonalenie jakości oferowanych usług nie powinno się odbywać bez udziału konsumentów. Trzeba pamiętać, że to właśnie oni są użytkownikami produktów oraz usług. Z przywołanego wcześniej raportu Microsoftu wynika, że aż dziewięciu na dziesięciu konsumentów uważa, że firmy powinny dawać możliwość wyrażenia opinii na temat ich produktów lub usług. Jednocześnie połowa respondentów nie wierzy w to, że marki podejmują działania na podstawie ich opinii[7]. Warto więc nie tylko dawać swoim klientom możliwość wystawienia oceny czy podzielenia się osobistymi spostrzeżeniami, ale przede wszystkim na bieżąco uwzględniać ich zdanie w procesie udoskonalania produktów i usług.

Internet daje firmom wiele możliwości tworzenia przestrzeni do aktywnego słuchania opinii konsumentów. Przykłady wskazali eksperci do spraw obsługi klienta, którzy wzięli udział w badaniu przeprowadzonym przez HubSpot. Specjaliści wskazali na takie rozwiązania, jak śledzenie satysfakcji klientów (61%), badania opinii konsumentów (59%), monitorowanie serwisów z recenzjami oraz postów w mediach społecznościowych (52%), czy też wykorzystanie NPS – narzędzia służącego do oceny lojalności klientów (23%)[8]. Warto połączyć ze sobą kilka tych metod, by pozyskać wartościowy feedback, który pomoże realnie wpłynąć na proces projektowania i wdrażania nowych projektów. Konsumenci na pewno to docenią.

Wyprzedzaj oczekiwania

Oczekiwania klientów z roku na rok są coraz większe. Potwierdzają to badania HubSpot, z których wynika, że aż 93% pracowników zespołów serwisowych zgadza się z tym, że w 2020 roku oczekiwania konsumentów są większe niż w przeszłości, podczas gdy w zeszłym roku do tego stanowiska przychyliło się 88% respondentów[9]. Mając to na uwadze, warto więc odpowiednio wcześniej pomyśleć o tym, jakie działania należy podjąć, aby wyprzedzić oczekiwania konsumentów i zaoferować im znacznie więcej niż tylko obsługę w podstawowym zakresie. Internet w dzisiejszych czasach daje w tej kwestii ogromne możliwości, jednak sporo zależy od branży, w której działa dana firma. Jednymi z wielu możliwości jest dostarczenie stałym klientom rozrywki w ramach usług, czy też danie im dodatkowych możliwości, np. związanych z testowaniem produktów. 

Powyższe dane i przykłady pokazują, że warto podejść do zagadnienia budowania lojalności klientów w sposób kompleksowy. Podsumowując, w pierwszej kolejności należy zastanowić się nad tym, czy w ogóle został on dobrze zdefiniowany. To bowiem podstawa budowania jego przyszłej lojalności. Warto wykorzystać także wiedzę płynącą z aktualnych badań nad preferencjami konsumentów, przede wszystkim stawiając na szybką obsługę oraz jej personalizację. Nie należy także zapominać o tym, by wsłuchiwać się w ich potrzeby, a przede wszystkim uwzględniać ich opinie w procesie projektowania nowych produktów oraz usług. Trzeba również już dziś pomyśleć o tym, jak można wyprzedzić ich rosnące oczekiwania, dając im rozrywkę czy dodatkowe korzyści. Natychmiastowe wprowadzenie w swojej firmie tych pięciu sposobów może znacząco przyczynić się do zwiększenia lojalności zarówno nowych, jak i dotychczasowych klientów. Nic nie zastąpi jednak kompleksowej i dobrze zaplanowanej strategii Customer Experience.

[1] Amy Gallo. Harvard Business Review. The Value of Keeping the Right Customers. Źródło: https://hbr.org/2014/10/the-value-of-keeping-the-right-customers

[2] HubSpot. The State of Customer Service in 2020. Źródło: https://offers.hubspot.com/state-of-customer-service?hubs_post-cta=bottom&hsCtaTracking=48408caf-9dab-4f51-81c5-1be472518198%7Ce67bfe21-9423-4530-93d5-6dfa280c0ddf

[3] Gladly. Customer Expectations Report 2020. Źródło: https://go.gladly.com/customer-expectations-report-2020

[4] Zendesk. Zendesk Customer Experience Trends Report 2020. Źródło: https://www.zendesk.com/customer-experience-trends/

[5] CallPage. ANALIZA RYNKU: Szybkość obsługi potencjalnego klienta. Źródło: https://www.callpage.pl/wiedza/raport/lead-response-time

[6] Microsoft. 2018 State of Global Customer Service Report. Źródło: https://info.microsoft.com/ww-landing-State-of-Global-Customer-Service-Report-Microsoft-Dynamics-365-eBook.html?lcid=en-us

[7] Microsoft. 2018 State of Global Customer Service Report. Źródło: https://info.microsoft.com/ww-landing-State-of-Global-Customer-Service-Report-Microsoft-Dynamics-365-eBook.html?lcid=en-us

[8] HubSpot. The State of Customer Service in 2020. Źródło: https://offers.hubspot.com/state-of-customer-service?hubs_post-cta=bottom&hsCtaTracking=48408caf-9dab-4f51-81c5-1be472518198%7Ce67bfe21-9423-4530-93d5-6dfa280c0ddf

[9] HubSpot. The State of Customer Service in 2020. Źródło: https://offers.hubspot.com/state-of-customer-service?hubs_post-cta=bottom&hsCtaTracking=48408caf-9dab-4f51-81c5-1be472518198%7Ce67bfe21-9423-4530-93d5-6dfa280c0ddf

Prognosfruit 2020: wzrost produkcji jabłek w Polsce, stabilna Europa, niskie plony w Chinach i USA

0

Plony w sezonie 2019 były umiarkowanie niskie – łączna wartość zbiorów wyniosła 10 783 000 ton. W tym roku zbiory szacuje się na 10 711 000 ton. W nadchodzącym sezonie nastąpić ma płynne wyczerpanie zapasów w większości krajów. Stowarzyszenie Unia Owocowa zaprasza do przeglądu najnowszych danych z obecnie trwającego Prognosfruit, wiodącego światowego wydarzenia branży owocowej.

W pierwszej połowie sezonu zaobserwowaliśmy dobry popyt na rynkach eksportowych. Jednak pandemia koronawirusa, a dokładniej utrudnienia logistyczne, powodują komplikacje w drugiej połowie sezonu. Jak potwierdzają dane, w szczycie pandemii, lecz także ze względu na niższe plony, eksport z UE zmniejszył się o ok. 150 000 ton w pierwszych 4 miesiącach 2020 roku.

Na rynkach wewnętrznych, popyt na jabłka i gruszki w drugiej połowie sezonu będzie stabilny – jest to pozytywny wynik zmiany stylu życia i zapotrzebowania konsumentów na świeże warzywa i owoce.

Jak potwierdza Unia Owocowa, uczestnicząca w tegorocznym Prognosfruit, warunki pogodowe w pierwszej połowie sezonu były ogólnie dobre. Epizody mrozu wystąpiły głównie pod koniec kwietnia i maja, szczególnie w Europie Środkowej. W niektórych krajach jabłka zostały poważnie uszkodzone i odnotowano straty, m. in. w Austrii, Polsce, Niemczech, Chorwacji, na Słowacji i na Węgrzech.

W krajach, które zeszłego roku osiągnęły większe zbiory, czyli Francji, Hiszpanii i Portugali, w tym roku przewiduje się uprawy o większej wielkości. W przypadku nadchodzących zbiorów jabłek, w kilku krajach zachodniej Europy rozpoczną się tydzień wcześniej.

W Polsce szacuje się wzrost produkcji jabłek z 2,9 mln ton na 3,4 mln ton w nadchodzącym sezonie.

Pierwsze dane odnośnie przetwarzanych owoców: mają one stanowić około 30% zebranych plonów w UE o wartości 3,3 mln ton, podczas gdy w ubiegłym roku wartość zbiorów do przetworzenia wynosiła 3,2 mln ton.

Nadchodzące plony międzynarodowe określa się jako niższe – poniżej 40 mln ton w Chinach (43 mln ton w poprzednim roku) oraz 4,6 mln ton w USA (5 mln ton). Szacując zbiory na Ukrainie zaznacza się sześcioprocentowy wzrost o 1,2 mln ton, z kolei w Rosji 920 000 ton, czyli o 8% mniej.

Podczas Prognosfruit przedstawiono również przewidywania dotyczące spodziewanych odmian jabłek. Najczęściej uprawianą pozostaje Golden, lecz przewiduje się zbiór mniejszy o 300 000 ton w porównaniu z ubiegłym sezonem. Popularność Gali nadal rośnie i osiągnie rekordową wartość plonów – 1,5 mln ton. Idared, podobnie jak w zeszłym roku, szacuje się na 600 000 ton. Z kolei grupa Jonagold/Jonagored wynosić będzie 541 000 ton, notując spadek w porównaniu z wcześniejszymi 637 000 tonami. Obserwuje się przejście niektórych sadowników na odmianę Red Jonaprince, która osiągnie szczytową wartość na poziomie 437 000 ton i Ligol – 210 000 ton. Crispps Pink, podobnie jak w zeszłym roku, utrzymuje się na poziomie niespełna 280 000 ton.

W przypadku gruszek plony szacuje się jako „umiarkowanie wysokie” na poziomie 2 199 000 ton, co potwierdza 12% wzrost w porównaniu z zeszłym sezonem (1 959 000 ton – tak niska wartość spowodowana jest głównie uszkodzeniami włoskich gruszek). W Polsce zapowiada się spadek zbiorów gruszek – z 70 000 ton przyjmuje się 65 000 ton w tym sezonie.

– Podsumowując najnowsze dane z Prognosfruit, przewiduje się niższą produkcję w większości krajów północnych. Obserwujemy też zjawisko „czystego rynku” – nastąpi płynne wyczerpanie zapasów, średni wolumen z półkuli południowej i podobny wolumen na przetworzeniekomentuje Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

Zaobserwowano również niepewność co do długotrwałego wpływu pandemii na eksport. Jak twierdzą eksperci Unii Owocowej, branża powinna skupić się i wykorzystać pozytywne nastawienie konsumentów do zdrowszego stylu życia, częściowo zapewne spowodowanego pandemią COVID-19.

Nowe technologie odpowiedzią na kryzys

0

Naszą odpowiedzią na pandemię oraz kryzys gospodarczy okazała się technologia. W okresie przymusowej izolacji dzięki nowym technologiom kontaktowaliśmy się ze sobą, robiliśmy zakupy, a dużą część wolnego czasu spędzaliśmy korzystając z internetowych form rozrywki. Pandemia oraz ograniczenia z nią związane zmusiły nas do zmiany przyzwyczajeń i skorzystania z nowych możliwości. Co więcej, to właśnie firmy technologiczne już wkrótce wprowadzą na rynek szczepionki i być może leki skutecznie walczące z koronawirusem. Zgodnie z przewidywaniami wielu ekspertów, w wyniku pandemii mamy do czynienia z przyspieszeniem rozwoju technologicznego w wielu dziedzinach.

Rozwój branży wyraźnie widać na światowych giełdach. Indeksy najważniejszej technologicznej giełdy na świecie, nowojorskiej NASDAQ, zachowują się tak, jakby kryzysu w ogóle nie było. Co prawda w okresie od 20 lutego do 23 marca zanotowano bardzo duże spadki, ale zaraz potem zaczęło się bicie kolejnych rekordów. Już 16 kwietnia indeks NASDAQ 100 przekroczył swoją wartość z 1 stycznia a 5 czerwca po raz pierwszy w czasie pandemii pobił swój rekord wszechczasów. Od 23 marca do 31 lipca jego wartość wzrosła o ponad 50%.

Producenci zaawansowanych technologii wychodzą z okresu pandemii silni jak nigdy przedtem. Jeden ze światowych liderów w branży gier komputerowych – Activision Blizzard, producent gry „Call Of Duty”, w pierwszym kwartale zanotował wzrost sprzedaży o 21% w porównaniu z tym samym okresem roku ubiegłego. Jego główny konkurent – Electronic Arts, producent gier z serii FIFA, w pierwszym kwartale ogłosił wzrost przychodów o 12% i wzrost zysku netto o dokładnie 100%. Jeszcze dynamiczniej rośnie wartość akcji polskiego lidera branży – firmy CD Projekt. Wartość sprzedaży skoczyła aż o 150%, a zysk netto w tym samym czasie o ponad 400%. Dzięki temu CD Projekt osiągnął pozycję spółki o największej kapitalizacji na warszawskim parkiecie dystansując państwowych gigantów, takich jak Orlen czy KGHM.

Wielu specjalistów obawiało się, że pandemia spowoduje spadek tempa rozwoju branży czystej energii. Światowym rządom, zajętym walką z pandemią, mogło zabraknąć funduszy na ogromne inwestycje w ekologię. Tymczasem okazuje się, że branża doskonale sobie radzi na wolnym rynku. Wskazuje na to dynamiczny wzrost wartości indeksu branżowego NASDAQ Clean Edge Green Energy. Do końca lipca inwestorzy mogli na nim zarobić 40% od początku tego roku oraz ponad 97% od 23 marca. Doskonałe wyniki osiągnął również sektor biotechnologiczny. Wartość indeksu – NASDAQ Biotechnology wzrosła o 12% od początku 2020 i o 42% od drugiej połowy marca. Aż 23% od stycznia br. można było zarobić na indeksie firm Komputerowych NASDAQ Computer, z kolei indeks NASDAQ Internet w tym samym okresie poszybował w górę o 32%. Bardzo wysokie zwroty można było też osiągnąć na inwestycjach w indeks warszawskiego parkietu wysokiego ryzyka – NewConnect. Od początku roku jego wartość wzrosła o 144%.

Widać wyraźnie, że przedsiębiorcy z branży technologicznej nie marnują szans, jakie stwarza im otoczenie gospodarcze. Ponieważ technologia i internet to krwioobieg współczesnej gospodarki, ich wyniki bez wątpienia przyczynią się do zwiększenia efektywności w innych branżach.

Autor: Łukasz Blichewicz – współzałożyciel i prezes zarządu grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

Jak szybko zdobyć majątek i… jeszcze szybciej go nie stracić. O czym powinien pamiętać nie tylko młody inwestor

0

Nasze społeczeństwo z roku na rok się bogaci. W 2019 roku wartość rynku dóbr luksusowych w Polsce wzrosła o 5,4 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Wyniosła wówczas ponad 25 mld złotych – wynika z raportu KPMG. Nadal zarobione pieniądze trafiają głównie na nisko oprocentowane rachunki. Jednak powoli nasze społeczeństwo dostrzega potrzebę pomnażania i zabezpieczenia swojego majątku w inny sposób. Rosnącą popularnością indywidualnych inwestorów cieszą się metale szlachetne. Są one bezpieczną przystanią dla oszczędności.

Jak zacząć inwestować?

Najważniejsze, to nie bać się inwestowania swoich oszczędności. Warto rozpocząć od małych kwot i sprawdzić, jaki będzie zwrot. Nie trzeba od razu kupować drogich nieruchomości czy akcji na giełdzie.

Co więcej, warto zastanowić się nad tym, czego oczekujemy od naszej inwestycji – czy ma pełnić rolę zabezpieczenia kapitału w perspektywie długoterminowej i chronić nas przed inflacją czy też przynieść korzyści finansowe w jak najkrótszym czasie.

W pierwszym przypadku strzałem w dziesiątkę będzie inwestycja w złoto. Przy małych kwotach warto być regularnym i cierpliwym. Najlepszym rozwiązaniem jest ustalenie np. miesięcznych budżetów, które będziemy przeznaczać na inwestycje w ten cenny kruszec.

Systematyczne inwestowanie jest przede wszystkim doskonałym zabezpieczeniem przed krótkoterminowymi wahaniami na rynku złota, ponieważ minimalizuje ich konsekwencje i sprawia, że w perspektywie długoterminowej nie będą one dla nas odczuwalne – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Jeśli natomiast wypadnie nam niespodziewany wydatek i nie będziemy mogli pozwolić sobie na zaplanowaną na dany termin inwestycję nic się nie stanie – być możne uda nam się ją nadrobić w kolejnych tygodniach, bądź miesiącach – dodaje.

W fizycznym złocie zaleca się trzymać kapitał, który w perspektywie długoterminowej nie będzie nam niezbędny. Dlatego, w przypadku małych kwot, nie ma konkretnych procentowych zaleceń, co to tego, ile warto inwestować – wszystko zależy od tego, jaką kwotą dysponujemy. Istotne jest to, że im bardziej niepewna gospodarczo sytuacja, tym więcej złota warto mieć.

Gdy chcemy więcej i więcej

Przy każdej formie inwestowania musimy brać pod uwagę ryzyko. Zawsze warto je przekalkulować, niezależnie, czy inwestujemy na rynku metali szlachetnych czy np. nieruchomości.

Jeśli jesteśmy w stanie zaakceptować wysoki poziom niepewności transakcji możemy pozwolić sobie na uczestnictwo w funduszach inwestujących na rynku akcji lub zakup akcji spółek na giełdzie papierów wartościowych. Jednak, jeżeli nie mamy do dyspozycji dużego majątku i cenimy sobie bezpieczeństwo powinniśmy wybrać fundusze inwestycyjne zrównoważone, obligacje czy metale szlachetne.

Decydując się na odważniejszy krok młody inwestor powinien postawić na kilka różnych rozwiązań w celu ograniczenia możliwości utraty majątku. Nawet, gdy jedno z nich przyniesie straty, drugie może zapewnić zysk. Takim zabezpieczeniem będzie złoto, które jest odporne na zmiany rynkowe – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Inwestorem może być każdy. Nie wystarczy jednak posiadać kapitał, by przeprowadzać skuteczne transakcje i pomnażać swój majątek. Niezbędna jest również wiedza na temat rynków finansowych i monitorowanie bieżących wydarzeń gospodarczych. Obecni inwestorzy mają do dyspozycji wiele możliwości ulokowania majątku, począwszy od lokat bankowych przez fundusze inwestycyjne po lokowanie pieniędzy w metalach szlachetnych. Poza wiedzą, istotna jest również umiejętność panowania nad emocjami i szybkiego analizowania dynamicznie zachodzących zmian.

Marcin Pyć nowym Head of Strategy w TalentMedia (grupa LTTM)

0

Marcin Pyć, związany z agencją TalentMedia od 2018 roku, z początkiem sierpnia objął stanowisko Head of Strategy. Oprócz zarządzania 4-osobowym zespołem w nowej roli jest odpowiedzialny za tworzenie strategii dla klientów agencji oraz nadzór nad kluczowymi projektami.

Wśród najważniejszych celów Marcina Pycia jako Head of Strategy jest poszerzanie kompetencji zespołu oraz praca nad wdrażaniem nowych produktów. Wcześniej, jako Strategy Planner w TalentMedia, brał czynny udział w tworzeniu strategii dla klientów oraz był odpowiedzialny za bieżący nadzór nad długoterminowymi projektami. Wśród nich są jedne z najpopularniejszych kanałów marek na polskim YouTube: Studio Tymbark oraz Urodomaniaczki by Hebe.

-Ostatnie lata działalności TalentMedia doskonale obrazują zmianę, jaka zaszła w podejściu marek do tworzenia treści wideo. Wzrastająca konsumpcja kontentu w mediach społecznościowych wśród różnych grup wiekowych sprawiła, że kanał marki na YouTube lub komunikacja przez influencerów z niszy przeszły do popularnego standardu. Jako jedni z pierwszych na polskim rynku, którzy specjalizowali się w tych działaniach, w TalentMedia tworzymy trendy w zakresie nowoczesnej komunikacji marek w internecie. Marcin Pyć, kierując działem Strategii, będzie w tym procesie pełnił znaczącą rolę. – komentuje Piotr Łuczak, Managing Partner w TalentMedia (grupa LTTM).

Wśród kompetencji działu Strategii znajduje się planowanie komunikatów dla marek, jak również dobranie optymalnych sposobów ich dystrybucji. Przed rozpoczęciem współpracy z TalentMedia, Marcin Pyć był zawodowo związany z agencją Love To Talk oraz American Center Warsaw, gdzie specjalizował się w zarządzaniu mediami społecznościowymi. Poprzednio działem Strategii w TalentMedia kierował Łukasz Gwiazda, związany z agencją 3 lata.

Aport przedsiębiorstwa spółki kapitałowej do innej spółki kapitałowej neutralny podatkowo, tylko, gdy jest uzasadniony ekonomicznie

0

Co do zasady aport przedsiębiorstwa spółki kapitałowej do innej spółki kapitałowej jest neutralny podatkowo. Czy zawsze tak będzie? Na co trzeba uważać, dokonując takiej transakcji?

Opodatkowanie VAT

Zgodnie z art. 6 pkt 1 ustawy o podatku od towarów i usług „Przepisów ustawy nie stosuje się do transakcji zbycia przedsiębiorstwa lub zorganizowanej części przedsiębiorstwa”. Powyższe oznacza, iż aport przedsiębiorstwa spółki kapitałowej do innej spółki kapitałowej jest neutralny i nie podlega opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług. Skoro tak, to należy sprawdzić, czy zdarzenie takie podlega opodatkowaniu podatkiem od czynności cywilnoprawnych.

Opodatkowanie PCC

Zgodnie z art. 1 ust. 1lit. K i pkt 2) ustawy o PCC, PCC podlegają umowy spółki oraz ich zmiany. W przypadku umów spółek za ich zmianę uważa się natomiast podwyższenie kapitału zakładowego z wkładów lub ze środków spółki oraz dopłaty. Należy więc zauważyć, że aport przedsiębiorstwa zawsze będzie wiązał się ze zmianą umowy spółki. Zatem co do zasady aport przedsiębiorstwa do spółki kapitałowej będzie opodatkowany PCC. Jednakże umowy spółki i ich zmiany związane z wniesieniem do spółki kapitałowej w zamian za jej udziały lub akcje przedsiębiorstwa innej spółki kapitałowej lub jego zorganizowanej części nie podlegają opodatkowaniu.

Opodatkowanie CIT

Wniesienie/aport przedsiębiorstwa do spółki kapitałowej jest również co do zasady neutralne na gruncie podatku dochodowego od osób prawnych, zatem nie powoduje obowiązku jego zapłacenia.

W myśl art. 12 ust. 1 pkt 7 ustawy CIT przychodem jest m.in. „wartość wkładu określona w statucie lub umowie spółki, a w razie ich braku wartość wkładu określona w innym dokumencie o podobnym charakterze – w przypadku wniesienia do spółki albo spółdzielni wkładu niepieniężnego; jeżeli jednak wartość ta jest niższa od wartości rynkowej tego wkładu albo wartość wkładu nie została określona w statucie, umowie albo innym dokumencie o podobnym charakterze, przychodem jest wartość rynkowa takiego wkładu określona na dzień przeniesienia własności przedmiotu wkładu niepieniężnego; przepis art. 14 ust. 2 stosuje się odpowiednio”. Zgodnie jednak z treścią art. 12 ust. 4 pkt 25 ustawy o CIT do przychodów nie zalicza się wartości, o których mowa w art. 12 ust. 1 pkt 7 ustawy CIT, jeżeli przedmiotem wkładu niepieniężnego do „spółki albo spółdzielni jest przedsiębiorstwo lub jego zorganizowana część”.

Należy mieć jednak na uwadze, iż aby aport przedsiębiorstwa do spółki kapitałowej był neutralny na gruncie podatku dochodowego od osób prawnych, czynność ta musi nastąpić z uzasadnionych przyczyn ekonomicznych.

W myśl bowiem art. 12 ust. 14 ustawy o CIT, jeżeli połączenie spółek, podział spółek, wymiana udziałów lub wniesienie wkładu niepieniężnego nie zostały przeprowadzone z uzasadnionych przyczyn ekonomicznych, domniemywa się, że głównym lub jednym z głównych celów tych czynności jest uniknięcie lub uchylenie się od opodatkowania.

Pojęcie „uzasadnienia ekonomicznego” jest pojęciem niedookreślonym, niewyjaśnionym i nie ma jego legalnej definicji. Żeby działanie było uzasadnione ekonomicznie, nie może być sztuczne, nakierowane wyłącznie na osiągnięcie korzyści podatkowej. Chodzi o to, aby w razie zainteresowania transakcją przez organy podatkowe, móc im wyjaśnić, w jakim celu operacja została przeprowadzona.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Efekt gapowicza – raport walutowy

0

Zagrożenia epidemiczne są ewidentnie bagatelizowane przez rynek w obliczu gigantycznej nadpłynności, która działa na niekorzyść dolara i wypycha kapitał na bardziej ryzykowne rynki w poszukiwaniu atrakcyjnych stóp zwrotu.

Jednocześnie trudno uciec przed oceną, że kapitał który przespał gigantyczny rajd indeksów giełdowych popłynął z opóźnieniem chociażby w kierunku surowców (zwłaszcza metali, ale także surowców przemysłowych), czy bardziej ryzykownych rynków obligacji, np. korporacyjnych. Powoduje to swoiste sprzężenie zwrotne, gdyż drożejące surowce i zacieśniające się spready kredytowe to książkowe oznaki, że przed nami faza globalnej prosperity. W takim środowisku nie ma przecież najmniejszego powodu żeby niedoważać ryzyko i szukać schronienia w bezpiecznych przystaniach.

Może się jednak okazać, że bagatelizowana, spychana przez inwestorów na dalszy plan pandemia zacznie się wybijać jako motyw przewodni notowań, gdy wolniejsze odmrażanie gospodarek, czy powrót restrykcji „przegryzie się” przez najważniejsze dane makroekonomiczne.

Pierwsze oznaki widać już w ostatnich wartościach wskaźników obrazujących aktywność w USA. Dane miękkie fałszują nieco obraz sytuacji i przeszacowują naszym zdaniem siłę odbicia. Wnioski o zasiłek, czy ostatni raport ADP (wraz z rewizją poprzedniego odczytu o około 2 miliony miejsc pracy) to poważne sygnały ostrzegawcze. Lockdowny w Australii również przekładają się na pesymistyczne rewizje oczekiwań odnośnie do ścieżki wzrostu a dolar australijski został wywindowany przez słabość dolara na wielomiesięczne maksima.
Po drugie, przedłuża się impas w negocjacjach dotyczących czwartej fazy pakietu fiskalnego w USA. Demokraci dążą do przedłużenia wypłat zasiłków w wysokości 600 USD na tydzień. Republikanie proponują 400 USD. Różnica w łącznej wartości obu pakietów sięga niebagatelnych 2,5 bilionów dolarów. Brak postępu zaczyna drażnić Donalda Trumpa, który może uciec się do egzekutywy prezydenckiej. Finał powinien być pozytywny, ale przy niestabilnej sytuacji epidemicznej każdy wstrząs dla nastrojów konsumenckich i opóźnienie w transferach socjalnych może być niebezpieczne.

Po trzecie, zagrożeniem może stać sytuacja na rynku ropy, która grozi głęboką korektą ostatniej zwyżki. Baryłka brent wyceniana jest po silnym rajdzie na ponad 45 USD. Tymczasem należy zakładać stopniowy wzrost wydobycia przy spowolnieniu odbijania popytu. Tłem są gigantyczne zapasy surowca, ale także produktów jego destylacji, m.in. destylatów.

Na razie dolar jest w okolicy swoich minimów, ale rynek traci przekonanie przy ważnych barierach cenowych. AUD/USD zawrócił w okolicy ostatnich szczytów. Podobnie EUR/USD przed 1,19 i GBP/USD przed 1,32. Dolar pozostaje słaby, ale lipcowy trend nie jest rozwijany. USD/JPY osuwa się do 105,50 i spodziewamy się, że w tych okolicach będzie aktywizować się popyt. EUR/PLN wyczerpał przestrzeń do spadków, a naszym preferowanym wehikułem do zdyskontowania korektyw notowaniach walut EM pozostaje EUR/HUF.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Podróże lotnicze w czasie pandemii

0

Pomimo trudnej sytuacji epidemiologicznej, podróżowanie samolotem jest możliwe. Przewoźnicy w nowym reżimie sanitarnym obsługują siatki połączeń przystosowane do pandemicznych realiów. Jak zachowywać się na lotnisku? Jak linie lotnicze dbają o bezpieczeństwo pasażerów? Czy należy mi się odszkodowanie za odwołany lot? Na pytania odpowiada ekspert platformy Kapitalni.org.

Nie do wszystkich krajów możemy polecieć.  Listę państw, do których możemy latać, określają rozporządzenia Rady Ministrów, publikowane w Dzienniku Ustaw. Obecnie obowiązuje dokument z 28 lipca, który mówi, że Polacy nie mogą teraz latać do Szwecji, Portugalii i Luksemburga. Lista ta zmienia się od momentu wznowienia ruchu lotniczego, dlatego warto śledzić informacje zamieszczane przez Urząd Lotnictwa Cywilnego. Decyzje Rady Ministrów to jedno, a drugie to rzeczywista siatka połączeń, która zależy od samych przewoźników. Przygotowują ją linie lotnicze na podstawie przewidywanej rentowności tras. Planując wyjazd, sprawdź czy twoja destynacja jest obsługiwana przez linie lotnicze oraz w jakiej częstotliwości.

– Zanim zdecydujesz się na podróż samolotem, zapoznaj się także z rekomendacjami Ministerstwa Spraw Zagranicznych dla danego kraju. MSZ ocenia ryzyko podróżowania do poszczególnych państw, a obecnie informuje także, czy, w związku z pandemią, obowiązują ograniczenia w poruszaniu się po danym kraju lub czy po przyjeździe nie zostaniemy skierowani na kwarantannę – tłumaczy Krzysztof Burzyński, dyrektor działu prawnego firmy specjalizującej się w odszkodowaniach lotniczych AirCashBack.com, ekspert Kapitalni.org.

Karta Lokalizacji Podróżnego

Linie lotnicze zachęcają podróżnych do korzystania z odprawy on-line, co zwiększa bezpieczeństwo pasażerów. Na teren lotniska wpuszczane są tylko osoby z ważnymi biletami – osoby towarzyszące muszą się pożegnać wcześniej.

– Pasażerowie muszą też obowiązkowo wypełniać otrzymane od przewoźnika oświadczenie o stanie zdrowia, a przed lądowaniem – Kartę Lokalizacji Podróżnego, pozwalającą szybko odszukać pasażerów w razie wykrycia ogniska infekcji. Należy w niej podać swoje imię i nazwisko, datę urodzenia, numer telefonu oraz miejsce, jakie zajmuje się w samolocie – mówi Krzysztof Burzyński, ekspert Kapitalni.org.

Na lotniskach mogą być zamknięte sklepy, punkty usługowe czy restauracje, place zabaw i palarnie. W trakcie lotu przewoźnicy nie serwują ciepłych posiłków, starają się ograniczać kontakty personelu z podróżnymi do koniecznego minimum. Pasażerowie otrzymają pakowane produkty spożywcze i napoje.

Podróżować należy z ważnymi dokumentami, nie tylko z dowodem osobistym lub paszportem, ale także z dokumentami dotyczącymi stanu zdrowia – naszego i członków naszej rodziny. Warto też pamiętać o wykupieniu ubezpieczenia oraz wyrobieniu karty EKUZ, w przypadku podróży do jednego z krajów UE.

Zasady bezpieczeństwa na lotniskach i w samolocie

Główny Inspektorat Sanitarny wspólnie z Urzędem Lotnictwa Cywilnego wydali szereg rekomendacji, do których pasażerowie powinni się stosować na lotnisku i w trakcie lotu. Obowiązują standardowe zachowania, czyli zachowywanie dystansu, mycie rąk oraz noszenie maseczki (nawet kilku, bo maseczkę należy zmieniać co 4 godziny, a zakrywanie nosa i ust obowiązuje od momentu wejścia na teren lotniska w miejscu wylotu do chwili opuszczenia lotniska docelowego), a także kontrolny pomiar temperatury ciała oraz wyrywkowe testy na COVID. Jeśli zdecydujemy się na podróż pomimo złego samopoczucia (katar, kaszel, gorączka), możemy nie zostać wpuszczeni na pokład samolotu.

Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Lotniczego zarekomendowała przewoźnikom instalację filtrów HEPA (które usuwają 99,97 proc. bakterii i jeszcze dokładniej oczyszczają powietrze na pokładzie samolotu, zapobiegając rozprzestrzenianiu się chorób i drobnoustrojów w kabinie).

Filtry nie dają 100 proc. gwarancji bezpieczeństwa, szczególnie, jeśli zajmujemy miejsce obok osoby przechodzącej właśnie infekcję. Stąd obowiązek podróży w maseczkach i ich systematycznego zmieniania. Wyjątkiem są małe dzieci oraz osoby, które nie powinny zakrywać nosa i ust ze względów zdrowotnych i mogą to udokumentować. W tym drugim przypadku należy przed podróżą skontaktować się z przewoźnikiem.

Odwołany lot – czy należy mi się odszkodowanie?

Linie lotnicze oferują coraz bardziej elastyczne taryfy. LOT umożliwia bezpłatną zmianę rezerwacji na loty wykupione do końca października tego roku. Warunkiem jest rezerwacja tej samej trasy w terminie do końca grudnia 2021 r. Ryanair zezwala na bezpłatną zmianę rezerwacji, ale podróż musi zostać wykorzystana do końca tego roku. Dotyczy to sytuacji, kiedy podróżny sam decyduje się na przełożenie rejsu, na przykład z powodu swojego stanu zdrowia lub obaw o bezpieczeństwo. Co jednak, jeśli lot zostanie odwołany?

– Mamy dwie sytuacje. Odwołanie lotu z powodu arbitralnej decyzji przewoźnika oraz odwołanie lotu z powodu rozporządzeń poszczególnych państw, wydawanych w związku z pandemią COVID. W tym pierwszym przypadku pasażerowie uprawnieni są zarówno do zwrotu pieniędzy za opłacony bilet, jak i do odszkodowania, którego wysokość określa rozporządzenie Komisji Europejskiej. Jest to odpowiednio 250 euro za lot do 1500 km, 400 euro za lot na dystansie 1500-3500 km i 600 euro za lot na dystansie powyżej 3500 km –  tłumaczy Krzysztof Burzyński, dyrektor działu prawnego firmy specjalizującej się w odszkodowaniach lotniczych AirCashBack.com, ekspert Kapitalni.org. – W drugim przypadku, odszkodowanie się nie należy. Zgodnie z rozporządzeniem Unii Europejskiej, w razie wystąpienia okoliczności nadzwyczajnych, do których należy zaliczyć epidemię, odszkodowanie za odwołanie lotu się nie należy, ponieważ to nie przewoźnik jest odpowiedzialny za zaistniałą sytuację.

Linia lotnicza musi natomiast zwrócić pieniądze za bilety. Część z linii lotniczych proponuje klientom bony na kolejne loty. Zgodnie z rekomendacją Komisji Europejskiej, to podróżny decyduje w jakiej formie chce odebrać pieniądze: czy przelew/gotówka czy voucher na loty. Przewoźnicy kuszą klientów bonami o wartości przekraczającej opłacone przez pasażerów bilety. WizzAir proponuje bon o wartości 120 proc. ceny biletu, do wykorzystania na kolejne podróże, a Qatar Airways 110 proc.

Już nie Apple, a Google i Amazon są najczęściej wykorzystywanymi markami przez hakerów

0

Google i Amazon to dwie najczęściej wykorzystywane marki w drugim kwartale 2020 roku, pod które podszywają się cyberprzestępcy, by nakłonić ofiary do ujawnienia swoich danych uwierzytelniających, danych osobowych i płatności – wynika z badań firmy Check Point Software Technologies. Co więcej, rośnie liczba ataków phishingowych dokonywanych za pośrednictwem złośliwych e-maili, które stanowią już jedną czwartą wszystkich tego typu ataków.

Szacuje się, że phishing – czyli metoda oszustwa polegająca na podszywanie się pod znaną osobę lub markę – jest punktem wyjścia dla ponad 90% wszystkich prób cyberataków. Raport Verizon dotyczący naruszenia danych z 2019 r. wykazał, że prawie jedna trzecia (32%) rzeczywistych naruszeń danych dotyczyła właśnie phishingu. Co więcej, wyłudzanie informacji było obecne w 78% incydentów związanych z cyber-szpiegostwem oraz tworzenia i wykorzystywania backdoorów.

Tymczasem badacze z Check Point opublikowali raport dotyczący wykorzystania marek w atakach phishingowych w drugim kwartale br. Z danych wynika, że Google i Amazon były markami najczęściej naśladowanymi w próbach phishingu, podczas gdy Apple (wiodąca marka phishingowa w I kwartale) spadł na 7. Miejsce. Całkowita liczba wykryć phishingu związanego z popularnymi markami pozostaje stabilna w stosunku do pierwszych trzech miesięcy bieżącego 2020 r.

amazon google

Najczęściej wykorzystywanymi sektorami w tego typu działaniach są technologie, bankowość i media społecznościowe. Analizując używane wektory, możemy dostrzec pewne zauważalne różnice w markach używanych w każdym z nich: na przykład w przypadku urządzeń mobilnych nacisk kładzie się na główne marki technologiczne i media.

Email (24% ataków)

  1. Microsoft
  2. Outlook
  3. Unicredit 

Web (61% ataków)

  1. Google
  2. Amazon
  3. WhatsApp

Mobile (15% ataków)

  1. Facebook
  2. WhatsApp
  3. PayPal

Wg analityków Check Pointa przyczyną wzrostów ataków może być złagodzenie globalnych ograniczeń związanych z Covid-19, które spowodowały ponowne otwarcie firm i powrót pracowników do pracy.

– Cyberprzestępcy nadal koncentrują się na oszukiwaniu nas za pomocą nazw, którym ufamy – przykładem mogą być Google, Amazon czy WhatsApp (drugi najpopularniejszy komunikator w Polsce, używany przez 13% użytkowników urządzeń mobilnych – przyp. red.). W minionym kwartale zaobserwowaliśmy znacznie więcej działań związanych z phishingiem e-mailowym niż zwykle. Spodziewam się, że ataki e-mailowe będą się rozprzestrzeniać w drugiej połowie 2020 roku, ponieważ wszystkie oznaki wskazują na nieuniknioną cyberpandemię. Aby zachować bezpieczeństwo, rekomenduję korzystanie tylko z autentycznych witryn oraz uważanie na „oferty specjalne” – mówi Lotem Finkelsteen, menedżer działu wywiadu zagrożeń w Check Point.

Odpowiedzialne inwestycje przyszłością na rynku private equity

0

Analizy pokazują, że firmy, które implementują strategię ESG (Environmental, Social, Governance) i inwestują w odpowiedzialny biznes, lepiej radzą sobie w czasie spowolnienia gospodarczego. To szczególnie istotne w czasie niepewności rynkowej, spowodowanej pandemią COVID-19. Jak wynika z raportu Deloitte Central Europe Private Equity Confidence Survey, zainteresowanie spółkami działającymi z uwzględnieniem czynników środowiskowych, społecznych i zarządczych, może rosnąć. Inwestorzy działający na środkowoeuropejskim rynku PE zwracają uwagę również na znaczenie technologii w procesie wyceny firmy. Aż 9 na 10 badanych deklaruje, że wysoki poziom transformacji cyfrowej to jeden z czynników zwiększających wartość spółki.

Inwestowanie w oparciu o czynniki ESG (Environmental, Social, Governance) zakłada wybór przedsiębiorstw, uwzględniających w swoich działaniach odpowiedzialność za środowisko, społeczeństwo i ład korporacyjny.

 najnowszych analiz wynika, że znaczenie ESG wzrosło, a fundusze, które inwestują w firmy zwracające uwagę na takie czynniki, osiągnęły lepsze wyniki niż te, które skupiły się wyłącznie na realizacji strategii biznesowej. To sygnał, że troska o środowisko naturalne, czy działania prowadzące do eliminowania nierówności w strukturach firmy zyskują na znaczeniu. Przewidujemy, że trend ten utrzyma się w długiej perspektywie czasowej – 
mówi Mark Jung, Partner w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte, Lider Private Equity w Europie Środkowej.

Korzyści dla świata i inwestora

Aż 62 proc. reprezentantów funduszy PE w Europie Środkowej przyznaje, że implementacja kryteriów ESG w strategii firmy prowadzi do zwiększenia jej wyceny lub większych zwrotów z inwestycji. Ponad jedna trzecia badanych (34 proc.) nie sądzi, że jest to czynnik wyróżniający. Jedynie 4 proc. przedstawicieli PE jest zdania, że obniża to wartość firmy czy zwrot z inwestycji.

-Zmiany na rynkach wywołane przez COVID-19 zwróciły większą uwagę firm na zdrowie, bezpieczeństwo i dobre samopoczucie swoich pracowników, ale także klientów i pozostałych interesariuszy. Inwestorzy wzmocnili swoje oczekiwania wobec spółek i zarządów w zakresie implementacji ESG do strategii biznesowej w celu zwiększenia odporności oraz zdolności adaptacyjnych. Coraz więcej danych rynkowych wskazuje, że firmy osiągające dobre wyniki w zakresie ESG radzą sobie lepiej niż rynek i są dobrze przygotowane do szybkiego wyjścia z kryzysu pandemicznego – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.

Ponad połowa (57 proc.) ankietowanych przedstawicieli środkowoeuropejskich funduszy PE deklaruje, że zawsze przed transakcją sprawdza działania spółki w zakresie ESG. Z kolei 28 proc. badanych robi to tylko wtedy, gdy czynniki środowiskowe czy społeczne mogą potencjalnie spowodować ryzyko operacyjne. Oznacza to, że aż 85 proc. funduszy PE analizuje je stale lub okazjonalnie. Jedynie 9 proc. deklaruje, że nie sprawdza działań w zakresie ESG przed dokonaniem transakcji, ale w przyszłości nie wyklucza takich działań. Tylko 6 proc. nie uważa, że jest to konieczność i nie planuje analizować działań spółek w tym zakresie w przyszłości.

Jeśli chodzi o znaczenie ESG w momencie podejmowania decyzji inwestycyjnych, to wyniki badania Deloitte są zaskakujące.

-Pomimo coraz większej świadomości wagi czynników ESG wśród funduszy PE, na co wskazuje dwie trzecie respondentów, wciąż tylko 30 proc. decyzji inwestycyjnych opartych jest o ich analizę. Wydaje się jednak, że w obliczu zacieśniających się zależności pomiędzy ekonomicznymi czynnikami budowania wartości przedsiębiorstwa a czynnikami ESG, i ich rolą w kształtowaniu profilu ryzyka inwestycji i przełożeniu na potencjalne koszty i korzyści, realna analiza i decyzje inwestycyjne z uwzględnieniem tych aspektów będą coraz powszechniejsze – mówi Irena Pichola.

Technologia wpływa na wartość firmy

Bez względu na rodzaj biznesu, rośnie wpływ digitalizacji na wszystkie aspekty jego funkcjonowania, poczynając już od momentu tworzenia strategii. Cyfryzacja wymusza i napędza zmiany wychodzące poza tradycyjny model IT. Sytuacja spowodowana koronawirusem jeszcze bardziej uwydatnia znaczenie technologii dla biznesu.

-Sytuacja, z którą mierzymy się od kilku miesięcy, podkreśla znaczenie technologii i jej wykorzystania w codziennej działalności operacyjnej firm. Pandemia wyraźnie ogranicza możliwości działania w świecie rzeczywistym. Aby minimalizować straty, część działań operacyjnych firmy będzie przechodzić coraz bardziej do świata cyfrowego – mówi Ścibor Łąpieś, Dyrektor, Technology M&A, Deloitte.

W badaniu Private Equity Confidence Survey przeprowadzonym w 2018 roku tylko 20 proc. respondentów stwierdziło, że digitalizacja jest kluczowym czynnikiem wpływającym na wewnętrzną stopę zwrotu z inwestycji. Obecnie aż 91 proc. przedstawicieli środkowoeuropejskiego rynku funduszy private equity deklaruje, że szerokie możliwości działu IT znacząco napędzają wartość firmy. Tylko 9 proc. uważa, że technologie to tylko dodatek, a nie decydujący aspekt w procesie wyceny spółki.

-Bez wątpienia, jakość środowiska IT odegra główną rolę w nadchodzących transakcjach. Dotrzymanie tempa dynamicznym zmianom technologicznym to wyzwanie, przed którym stoją obecnie inwestorzy PE. Jak wynika z naszego raportu, aż 73 proc. respondentów przyznaje, że nie ma odpowiednich zasobów wewnętrznych, by dokładnie ocenić specjalistyczny potencjał technologiczny przejęć, z czego 45 proc. badanych w ogóle nie posiada wewnętrznych możliwości weryfikacji wsparcia nabywanego biznesu od strony technologii. Chodzi tu głównie o to, jak nowoczesne rozwiązania wspierają łańcuch wartości i działania zaplecza administracyjnego spółki portfelowej. W analizie pomocne są zatem zewnętrzne ekspertyzy, dzięki którym można stwierdzić, że inwestycja będzie bezpieczna – 
mówi Mark Jung.

Dlaczego trzeba przygotować się na pakiet mobilności? Kabotaż i cross-trade na nowych zasadach w 2022 roku.

0

Eksperci branży TSL z Belgii wyliczyli, że każdy dzień tak zwanego zamrożenia kabotażu, co będzie wynikało z przyjętego przez Parlament Europejki pakietu mobilności, może kosztować tamtejszych przewoźników nawet 24 miliony euro rocznie.[1] Bułgarzy natomiast powołują się na badanie KPMG. Według analityków bułgarski rynek transportu międzynarodowego znacząco odczuje zmiany w unijnym prawie drogowym, co będzie widoczne już w 2023 roku. Autorzy raportu wskazują, że przez pakiet mobilności liczba kilometrów przejechanych „na pusto” może wzrosnąć nawet o 50 proc.[2] Podobne obawy mają również polscy przedsiębiorcy transportowi. Według badania Grupy Inelo 38 proc. z zapytanych przewoźników – więcej niż rok wcześniej – uważa, że pakiet mobilności to jedno z największych wyzwań branży na najbliższe dwa lata. Eksperci Inelo wyjaśniają, na co warto się przygotować. Część nowych regulacji będzie obowiązywała już w tym roku, jednak najmniej korzystne dla Polski zapisy wejdą w życie za 18 miesięcy. 

Międzynarodowe poruszenie w Europie Środkowo-Wschodniej

Transport and Mobility Leuven – belgijski instytut badawczy, którego celem jest wspieranie decyzji politycznych – w swoim ostatnim raporcie analizującym wpływ „Mobility Package I” na transport drogowy ze szczególnych uwzględnieniem krajów peryferyjnych wskazał, że nawet o 30 proc. może zmniejszyć się udział państw Europy Środkowo-Wschodniej w kabotażach na terenie UE.[3] Co więcej, nowe zasady dotyczące wykonywania operacji kabotażowych mogą spowodować wzrost kosztów w unijnym transporcie aż o 3,4 mln euro w skali roku. Przy czym i tak największymi beneficjentami pakietu mobilności będą państwa zachodnie tzw. Starej Unii, w tym Francja, Austria czy Niemcy. Prawo zmieniono natomiast na niekorzyść peryferyjnych członków UE, w tym Polski, Rumunii i Litwy na czele.

Pakiet mobilności vs. polska firma transportowa – przykład

Częstym modelem biznesowym w polskim transporcie drogowym jest sytuacja, gdy firma z taborem liczącym na przykład 15 samochodów pracuje w ramach kontraktu z niemiecką spedycją, która kompleksowo prowadzi pojazdy w systemie 3/1. Nie gwarantuje jednak zjazdów i wyjazdów z Polski. Bywa, że poszukiwanie eksportów i importów do kraju na giełdach transportowych po prostu nie jest opłacalne. Dlatego przedsiębiorcy nie ściągają ciężarówek do kraju, tylko dowożą kierowców busami do Niemiec.

W takim scenariuszu poprawia się rentowność przedsiębiorstwa – średnia liczba realizowanych to ponad 10 tysięcy kilometrów, a średnia stawka za kilometr wzrosła z 0,90 do 1,01 euro. Kierowcy mają wypłacane wynagrodzenie podstawowe oraz diety. Jeśli pakiet mobilności w obecnym kształcie zacznie obowiązywać pod koniec 2021 roku, to taki przewoźnik stanie przed koniecznością ściągania floty do Polski co 8 tygodni. Stawki za frachty powrotne mogą ulec obniżeniu. Natomiast koszty pracownicze znacznie wzrosną z uwagi na należności wypłacane za operacje kabotażowe na terytorium Niemiec i przerzuty Niemcy – państwa Beneluksu czy Niemcy – Włochy. Jeżeli nowe przepisy pozostaną bez zmian, dotychczasowy model biznesowy nie będzie już tak opłacalny – wyjaśnia Tomasz Czyż, ekspert GBOX, systemu telematycznego, który codziennie monitoruje 30 tys. polskich ciężarówek w ruchu międzynarodowym, Grupa Inelo.

Pakiet mobilności – prawo, które nie chroni środowiska

W kontekście przegłosowanego niedawno pakietu mobilności coraz częściej mówi się o negatywnym wpływie na środowisko naturalne. Chodzi głównie o puste przejazdy ciężarówek, które będą musiały zjeżdżać do bazy co 8 tygodni. To zaś nie idzie w parze z European Green Deal i neutralnością klimatyczną Europy do 2050 roku. 

Temat ten poruszyła pod koniec 2019 roku Komisja Europejska w swoim liście do PE informując o niekorzystnych dla środowiska skutkach wprowadzenia pakietu mobilności w takim kształcie. Mimo to „Mobility Package I” został zatwierdzony większością głosów 8 lipca 2020 roku. Jednak nie cichnie echo nadprogramowych pustych kilometrów i emisji CO2 generowanej przez transport drogowy towarów. To dobrze, ponieważ daje nadzieję, że zapis przymusowego powrotu do kraju, w którym pojazd jest zarejestrowany, zostanie zniesiony. Liczby mówią same za siebie. Z kalkulacji KMPG i Eurostat wynika, że powodu zaostrzenia przepisów wynikających z pakietu mobilności do atmosfery może zostać wyemitowane dodatkowe blisko 4 mln ton dwutlenku węgla rocznie. Już teraz przewozy drogowe towarów odpowiadają za 22 proc. emisji CO2, mimo że ciężarówki stanowią jedynie 2 proc. pojazdów poruszających się po drogach całej Unii.[4] Zatem wskazane są wszelkie aktualizacje przepisów, które zmniejszają puste przebiegi, a nie odwrotnie. Póki co możemy jedynie obserwować sytuację w Brukseli – komentuje Łukasz Włoch, ekspert główny OCRK z Grupy Inelo.

Cross trade też straci na pakiecie

Zgodnie z wytycznymi zasadami delegowania pracowników są również objęte przewozy typu cross trade. Zatem, obok kabotażu, również te operacje transportowo-spedycyjne mogą stać się mniej opłacalne z uwagi na wzrost kosztów pracowniczych. Te – według wyliczeń analityków OCRK, rozliczających czas pracy ponad 30 tys. kierowcom zawodowym – mogą się zwiększyć nawet o 30 proc. Przykładem częstego w Polsce modelu pracy w firmie przewozowej jest transport sezonowy, głównie chłodniczy. Uzależniony jest między innymi od okresów występowania konkretnych produktów jak owoce, warzywa, które sprowadza się do Polski z krajów o cieplejszym klimacie – Włochy czy Hiszpania, ale także Grecja i państwa Półwyspu Bałkańskiego.

Jak zauważa Tomasz Czyż, ekspert GBOX: Taki przewóz musi odbywać się w kontrolowanej temperaturze, aby produkty mogły dotrzeć do naszych magazynów. Ale już w ramach eksportu z kraju wywozi się różne towary, często bez potrzeby włączania agregatu. Są to zazwyczaj meble, elektronika lub też chłodnicze produkty, bo coraz częściej żywność jest eksportowana z Polski. Przewoźnicy poza sezonem, gdy planowanie tras jest problematyczne i nie opłaca się wysyłać załogi dwóch kierowców, muszą zadbać o zachowanie ciągłości pracy. Ratują się wówczas przewozami typu cross-trade. Chłodnia wtedy może służyć do przewozu na przykład farb, przesyłek kurierskich lub innych towarów wymagających sztywnej zabudowy naczepy. W tych przypadkach pakiet mobilności sprawi, że transport poza sezonem uzupełniający swoją ofertę cross trade będzie po prostu mniej rentowny niż dotychczas.

Czy będą wygrani? Pakiet mobilności a tranzyt i telematyka

Pakiet mobilności wyłącza tranzyt z delegowania. Oznacza to, że te przewozy pozostają bez zmian. Jednak takich intratnych biznesów w Polsce jest zdecydowanie mniej niż firm opierających swoją działalność na kabotażu czy uzupełniających swoją ofertę przewozami cross trade. Przykładem może być tutaj transport chemiczny cysternami. Polski przemysł chemiczny jest stabilny. Przewoźnicy zajmujący operacjami ADR w zdecydowanej większości pracują na zasadzie „kółek” Polska – pozostałe kraje UE – Polska.  Z naszego państwa często eksportuje się takie produkty jak olej bazowy czy adblue. Import dotyczy na przykład glikoli i lateksu. Pakiet mobilności nie zachwieje tą branżą. Firmy te zachowując taki system pracy nie będą musiały wypłacać pracownikom świadczeń na nowych zasadach, ponieważ wyłączeni oni będą z nowych zasad delegowania. Pojedyncze „awaryjne” przypadki przerzutów po zachodzie nie wpłyną istotnie na ich rentowność. Jest to też dosyć zamknięta grupa przewoźników, koszt wejścia w taki transport jest wysoki ze względu na ceny potrzebnego sprzętu (drogie naczepy), dodatkowo zlecenia na taki typ pojazdów nie są zbyt popularne na giełdach. Królują tutaj przewoźnicy o dłuższym stażu, którzy wyrobili sobie markę i kontakty. Zlecenia rozchodzą się najczęściej wewnętrznymi kanałami, bez wystawiania ich na zewnątrz.

Telematyka pomaga planować pracę przewoźników

To tylko kilka scenariuszy najczęściej spotykanych u naszych klientów korzystających z systemu telematycznego GBOX. Pakiet mobilności z pewnością będzie sporym wyzwaniem dla transportu kabotażowego i cross trade. Dla tranzytu nie, ale tego typu przewozów jest zdecydowanie mniej na rynku międzynarodowym obsługiwanym przez rodzimych przewoźników. Naszym przedsiębiorcom telematyka i TMS na pewno pomogą w sprawnym planowaniu tras i zarządzaniu operacjami transportowo-spedycyjnymi. Jednak należy dokładnie zapoznać się ze zmianami prawa drogowego UE, rozważyć również w przyszłości negocjowanie stawek oraz przemodelowanie systemu przewozów, który dotychczas się sprawdzał, ale za 18 miesięcy wraz z wejściem w życie kolejnych zapisów pakietu mobilności, może już nie być taki intratny – podsumowuje Tomasz Czyż.

[1] Raport Institute of Road Transport and Logistics (ITLB), 2019.

[2] KPMG, Bulgarian carriers’ organization, 2019.

[3] The impact of the mobility package on European Road Freight Transport, with special focus on peripheral countries, 2019.

[4] UE needs e-truck charging plan, Transportenvironment.org, 2020.

Udział inwestorów w obrotach instrumentami finansowymi na GPW w pierwszej połowie 2020 r.

0
  • W I półroczu 2020 r. krajowi inwestorzy indywidualni wygenerowali 22 proc. obrotów na Głównym Rynku (GR) akcji GPW (+9 pp. rdr). Inwestorzy zagraniczni odpowiadali za 58 proc. obrotów (-3 pp. rdr), a instytucjonalni – za 20 proc. (-6 pp. rdr)
  • Na rynku NewConnect prym nadal wiodą inwestorzy indywidualni, których udział w obrotach wzrósł o 9 pp. rdr do poziomu aż 93 proc. Spadł udział inwestorów instytucjonalnych do 5 proc. (-8 pp. rdr). Udział inwestorów zagranicznych zmniejszył się o 1 pp. rdr i wyniósł 2 proc.
  • Na rynku kontraktów terminowych w I połowie 2020 r. udział inwestorów indywidualnych spadł o 7 pp. rdr do 42 proc. obrotów, a instytucjonalnych wzrósł o 8 pp. i wyniósł 38 proc. Udział inwestorów zagranicznych spadł o 1 pp. rdr do 20 proc.

Główny Rynek GPW

W I połowie 2020 r. na Głównym Rynku akcji GPW największy udział w obrocie mieli inwestorzy zagraniczni. Wyniósł on 58 proc., o 3 pp. mniej w porównaniu z poprzednim rokiem. Istotnie – o 9 pp. rdr – wzrósł udział w obrotach krajowych inwestorów indywidualnych. W pierwszym półroczu wyniósł on 22 proc. Krajowi inwestorzy instytucjonalni wygenerowali jedną piątą obrotów, o 6 pp. mniej niż w I połowie 2019 r. Wzrost udziału inwestorów indywidualnych potwierdzają również dane KDPW, które wskazują, że w pierwszym półroczu 2020 r. założono 73,5 tysiąca nowych rachunków maklerskich.

W I półroczu 2019 r. wśród krajowych instytucji w czołówce uplasowały się podmioty świadczące usługi animatorów (udział na poziomie 32 proc.), a tuż za nimi TFI (30 proc.). Podium w pierwszej połowie 2020 r. zamykają firmy z 14 proc. udziałem w obrotach.

Tabela 1. Struktura inwestorów na Głównym Rynku akcji (w proc.)Bez tytułuTabela 1. Struktura inwestorów na Głównym Rynku akcji (w proc.)

Źródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkowe

NewConnect

Na rynku NewConnect największą rolę odgrywają krajowi inwestorzy indywidualni a ich udział systematycznie rośnie. W pierwszej połowie tego roku odpowiadali za 93 proc. obrotów, co stanowi wzrost o 9 pp. rdr. Inwestorzy zagraniczni w tym samym czasie wygenerowali 2 proc. obrotów, o 1 pp. mniej rdr. Instytucje odpowiadały za 5 proc. obrotów – o 8 pp. mniej niż w tym okresie przed rokiem i o 4 pp. mniej niż w drugim półroczu 2019 r. Wśród inwestorów instytucjonalnych handlujących na NewConnect w pierwszym półroczu tego roku TFI osiągnęły 44 proc. udziału w obrocie. Animatorzy wygenerowali 18 proc., a firmy 17 proc.

Tabela 2. Struktura inwestorów na rynku NewConnect (w proc.)Tabela 2. Struktura inwestorów na rynku NewConnect (w proc.)

Źródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkowe

Rynek Instrumentów Pochodnych

W pierwszej połowie 2020 r. krajowi inwestorzy indywidualni odegrali dominującą rolę także na rynku derywatów. Ich udział w wolumenie obrotów kontraktami terminowymi kształtował się na poziomie 42 proc. (-7 pp. rdr), a opcjami 49 proc. (+9 pp. rdr). Udział inwestorów zagranicznych spadł o 1 pp. rdr do 20 proc. w obrotach kontraktami oraz wzrósł o 4 pp. na opcjach (30 proc.). Udział w obrotach kontraktami terminowymi inwestorów instytucjonalnych wzrósł w pierwszym półroczu tego roku do 38 proc. (+8 pp. rdr), a na rynku opcji zmniejszył się do 21 proc. (-13 pp. rdr). Zarówno na rynku kontraktów terminowych, jak i opcji dominującą rolę odgrywali animatorzy. W pierwszym półroczu 2020 r. ich udział w obrotach wygenerowanych przez krajowych inwestorów instytucjonalnych wyniósł odpowiednio: 44 proc. i 53 proc. 

Tabela 3. Struktura inwestorów na rynku kontraktów terminowych (w proc.)Bez tytułuTabela 3. Struktura inwestorów na rynku kontraktów terminowych (w proc.)

Źródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkoweTabela 4. Struktura inwestorów na rynku opcji (w proc.)Tabela 4. Struktura inwestorów na rynku opcji (w proc.)

Źródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkowe

Catalyst

Udział krajowych inwestorów indywidualnych w obrocie obligacjami na rynku Catalyst spadł o 1 pp. rdr do 39 proc. w pierwszej połowie 2020 r. Udział inwestorów instytucjonalnych wzrósł o 2 pp. rdr do 61 proc., natomiast zagranicznych zmalał do zera. Przeważającą rolę odgrywali na nim animatorzy z udziałem na poziomie 38 proc., banki odpowiadały za 21 proc. a TFI za 19 proc. udziału wśród inwestorów instytucjonalnych.

Tabela 5. Struktura inwestorów na rynku obligacji (w proc.)Tabela 5. Struktura inwestorów na rynku obligacji (w proc.)

Źródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkoweSzczegółowe wyniki badania dotyczącego udziału inwestorów w obrotach instrumentami finansowymi zostały opublikowane na stronie internetowej GPW: https://www.gpw.pl/analizy.

Giełda przeprowadziła badanie udziału różnych grup inwestorów (inwestorzy zagraniczni, krajowi instytucjonalni oraz krajowi indywidualni) w obrotach instrumentami finansowymi na parkiecie w pierwszej połowie 2020 r. Zgodnie z przyjętą metodologią udziały poszczególnych grup inwestorów bazują na wynikach ankiety, na którą odpowiadają krajowe biura maklerskie, a także na danych o obrotach zdalnych członków giełdy. Działalność animatorów oraz zarządzanie portfelem klientów zostało potraktowane jako działalność krajowych inwestorów instytucjonalnych. W badaniach uwzględniono obroty sesyjne realizowane na GPW.

Kogo zatopi druga fala pandemii koronawirusa? Duża niepewność wśród przedsiębiorców : Na jesień szykowane są programy restrukturyzacyjne

0

– Nie spodziewam się drugiego lockdownu, ale z rozmów z przedsiębiorcami wnioskuję, że jest w nich poważna obawa przed tym, co jeszcze może się wydarzyć jesienią – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński. Bezrobocie w województwie zachodniopomorskim póki co nie wzrosło dramatycznie, ale nastroje w gospodarce nie są najlepsze. Przedsiębiorcy bardzo doceniają rządowe programy wsparcia, przy jednoczesnym lęku jak poradzą sobie, gdy te programy miną i przy ewentualnej drugiej fali pandemii. Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie pozostaje w kontakcie ze znaczącą częścią zrzeszonych przedsiębiorców. Prowadzimy także bieżący dialog z przedstawicielami izbowych klastrów: hotelarskiego, budowlanego, medycyny estetycznej czy kreatywnego.

  • Przedsiębiorcy obawiają się drugiego lockdownu. Niektórzy już teraz podejmują decyzje o restrukturyzacji i gromadzą kapitał
  • Wiele branż nadal jest dotkniętych skutkami pierwszej fali kryzysu. Przedsiębiorcy branży turystycznej tracą rezerwacje zagraniczne i krajowe po ostatnich informacjach o wzroście liczby zakażeń i powrocie restrykcji
  • Nadal trudno ocenić skalę gospodarczych strat, bo wiele firm korzysta z rządowej pomocy. Nastroje są jednak znacznie gorsze niż jeszcze na początku czerwca
  • Północna Izba Gospodarcza kontynuuje działania doradcze dla przedsiębiorców dotkniętych pandemią. Izbowy think-tank nadal aktywnie funkcjonuje
„Przedsiębiorcy jednak reagują bardzo nerwowo na wszelkie informacje dotyczące obostrzeń, restrykcji czy rozmaitych komplikacji związanych z pandemią”

Połowa marca przyniosła polskiej gospodarce wydarzenia, których nikt się nie spodziewał. Informacje o pandemii koronawirusa docierały do Europy z Chin już kilkanaście tygodni wcześniej, ale nikt nie traktował ich jak zwiastunów największego gospodarczego kryzysu od wielu lat. Pandemia koronawirusa sprawiła, że z dnia na dzień wiele firm musiało zawiesić działalność. Skala upadłości trudna jest do oszacowania do dzisiaj. Niektóre firmy utrzymują się na rynku dzięki wsparciu rządowemu,. Najpoważniej ucierpiała branża kreatywna, kultura, hotelarstwo, turystyka, logistyka, przemysł i transport.

– Nie spodziewam się drugiego lockdownu, bo byłby to cios, którego polska gospodarka, by nie przeżyła. Przedsiębiorcy jednak reagują bardzo nerwowo na wszelkie informacje dotyczące obostrzeń, restrykcji czy rozmaitych komplikacji związanych z pandemią. Musimy być świadomi, że gospodarka jest obecnie nadwrażliwa, społeczeństwo oszczędza, bardzo rozważnie podejmuje decyzje o wydatkach. Doniesienia o wzroście liczby zakażeń budzą poważny niepokój – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej Jarosław Tarczyński. – Mam informacje, że w ubiegłym tygodniu wiele rezerwacji hotelowych na drugą połowę sierpnia i wrzesień były anulowane. Podobnie z wyjazdami zagranicznymi, gdzie czuć było już delikatne zwiastuny poprawy sytuacji tych branż. Pojawiły się doniesienia medialne o kwarantannie po powrocie do Polski czy informacje o tłumach na plażach i ludzie zdecydowali się na rezygnacje z wyjazdów. To są poważne ciosy dla turystyki, gastronomii i branż funkcjonujących dookoła – dodaje Prezes Jarosław Tarczyński.

– Duże przedsiębiorstwa z województwa zachodniopomorskiego szykują na jesień plany restrukturyzacyjne. Myślę, że na ocenę sytuacji w gospodarce musimy jeszcze trochę poczekać. Byłbym zdecydowanie ostrożny w stawianiu tezy, że najgorsze za nami – dodaje Prezes Jarosław Tarczyński.

„Trudno szykować się do „drugiej walki”, gdy nie udało się zebrać sił i wrócić do funkcjonowania do pierwszej”

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie nie zawiesiła działalności swojego think-tanku „Izbowy pakiet wsparcia dla przedsiębiorców” – spotkania odbywają się regularnie.

Pandemia koronawirusa to sytuacja, która pokazała dużą solidarność w przedsiębiorcach: – Jestem przekonany, że współpraca między firmami będzie mieć miejsce w przypadku drugiej fali pandemii, a my jako Izba jesteśmy gotowi do udzielania pomocy, porad oraz do wszelkiego wsparcia informacyjnego. Jesteśmy jednak świadomi, że druga fala pandemii wywoła w przedsiębiorcach zupełnie inne reakcje. Wielu do dzisiaj pozostaje w zawieszeniu lub działa w ograniczonej formie. Trudno szykować się do „drugiej walki”, gdy nie udało się zebrać sił i wrócić do funkcjonowania do pierwszej – przyznaje dr Wolny.

Przedsiębiorcy przygotowują się na drugą falę pandemii: oszczędności, gromadzenie kapitału i wstrzymywanie inwestycji

O kondycję przedsiębiorców zapytaliśmy ekspertów współpracujących z Północną Izbą Gospodarczą w Szczecinie. Jak mówi prof. Stanisław Flejterski z Wyższej Szkoły Bankowej polska gospodarka znajduje się w trudnym położeniu. Najgorsza dla przedsiębiorców jest niepewność. Blokuje ona inwestycje, zatrzymuje plany rozwojowe. Nie pozwala zamknąć firmy, ale i nie pozwala ich rozwijać. Prof. Flejterski mówi także o konieczności „patrzenia z dystansu” na wszelkie procesy zachodzące w gospodarce.

– Trudno jest definitywnie przesądzić, kto będzie należeć do branż i profesji trwale poszkodowanych przez turbulencje w gospodarce, a kto będzie beneficjentem. Poprzednim kryzysom również towarzyszył zmienny w czasie  podział  na wygranych oraz  na przegranych. Chodzi o to, aby tych drugich  było możliwie najmniej. Nie bez powodu  od dawna głoszona jest  intrygująca opinia, że kryzys jest szansą i że nie wolno  go zmarnować.  Kluczową kwestią  jest powrót do poprzednich poziomów aktywności gospodarczej. Nie jest  to  łatwe szczególnie  w przypadku niektórych usług, choćby  transportowych, turystycznych, hotelarskich,  gastronomicznych, ale dotyczy też niektórych nisz  w sferze  produkcji przemysłowej – komentuje dla Północnej Izby Gospodarczej ekspert WSB.

Ostatnie miesiące przynoszą znacznie więcej postępowań restrukturyzacyjnych oraz pytań o to, jak prowadzić optymalizację w firmach: – Nie możemy ukrywać, że sytuacja wielu branż jest bardzo poważna. Przedsiębiorcy zdają się przygotowywać na drugą falę kryzysu gromadząc kapitał obrotowy, wstrzymując w czasie inwestycje, wdrażając programy oszczędnościowe czy dokonując rotacji w miejscach pracy. Z doświadczenia wiem, że zwolnienia są ostatecznością, ale w kryzysie wiele firm nie może pozwolić sobie na nieefektywność – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradczego Kiżuk & Michalska.

Północna Izba Gospodarcza kontynuuje działanie pomocowe i doradcze dla przedsiębiorców z Pomorza Zachodniego. Zapraszamy do kontaktu!

BIK Indeks – Popyt na Kredyty Mieszkaniowe wyniósł w lipcu 2020 r. (-3,5%)

0

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Kolejny, siódmy w tym roku odczyt Indeksu wyniósł -3,5%, co oznacza, że w lipcu 2020 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 3,5% w porównaniu z lipcem 2019 r.

W lipcu 2020 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 38,75 tys. klientów, w porównaniu do 41,39 tys. rok wcześniej – jest to spadek o -6,4%. Jednak w porównaniu do czerwca 2020 r. liczba wnioskujących wzrosła o 7,3%, zaś w stosunku do kwietnia 2020 r. wzrosła aż o 39,3%. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w lipcu br. wyniosła 286,2 tys. zł i była o 3% wyższa niż w lipcu 2019 r. W porównaniu do lutego 2020 r. (ostatni miesiąc przedpandemiczny) średnia kwota kredytu spadła o -2%.

– Na wartość Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe negatywnie wpłynął spadek liczby wnioskodawców, pozytywnie natomiast wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu. W lipcu kontynuowany był proces odmrażania gospodarki, zapoczątkowany w maju. Odczyt lipcowy Indeksu, pomimo, że nadal jest ujemny i daleko mu do odczytu lutowego br. (+27,6%), który zakończył wzrostowy trend popytu na kredyty mieszkaniowe, jest już kolejnym po czerwcu wskazaniem odbudowy popytu na rynku kredytów mieszkaniowych. Otwartym pytaniem pozostaje, na jak długo. Na razie mamy swoisty rollercoaster: w lutym – euforia, w kwietniu – głęboka depresja, w maju lekka poprawa, w czerwcu wyraźna poprawa, która jest kontynuowana w lipcu. Nadal jednak jest prawdopodobny scenariusz drugiej fazy pandemii na jesieni – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

– Trzeba również pamiętać, że Indeks obrazuje jedynie odbudowę strony popytowej rynku kredytów mieszkaniowych, a wniosek o kredyt mieszkaniowy procesowany jest około 1,5 do 2 miesięcy. Należy ponadto mieć na względzie, że banki nadal stosują konserwatywną politykę kredytową, co powoduje spadek poziomu akceptacji wniosków kredytowych. Dlatego też w miarę optymistyczne odczyty poziomu popytu na kredyty mieszkaniowe nie oznaczają, że nastąpi również wzrost akcji kredytowej – dodaje prof. Rogowski.

bik indeks lipoiec

W czasie kryzysu wzrosła rola komunikacji. Mimo to skutki pandemii dotknęły także branżę PR

W czasie kryzysu komunikacja i PR okazały się dla firm bezcenne, dlatego ich rola będzie rosła. Mimo to pandemia SARS-CoV-2 odbiła się na branży. Co trzecią agencję dotknęły obniżki wynagrodzeń, a zwolnienia 39 proc. Najdotkliwiej ucierpiały małe podmioty prawie co piąta mała agencja zanotowała aż 50-proc. spadek przychodów. Jednak mimo przejściowych trudności branża patrzy w przyszłość z optymizmem. Aż 80 proc. agencji nie spodziewa się w tym roku utraty płynności finansowej, a 70 proc. prognozuje, że szybko podniesie się z kryzysu i w 2021 roku wróci na drogę rozwoju.

– Pandemia i kryzys wpłynęły na każdy sektor polskiej gospodarki, a branża PR nie jest zieloną wyspą. Jednak trzeba odnotować, że nasz sektor od początku wykazał duże zdolności adaptacyjne i je wykorzystał. Mówimy nie tylko o migracji do pracy zdalnej, ale i o przedefiniowaniu kompetencji, reorganizacji – tak, aby firmy PR-owe i doradcze mogły dalej świadczyć usługi, adekwatne do zmienionych celów organizacji klientów – mówi agencji Newseria Biznes Adam Jarosz, prezes Związku Firm Public Relations w Polsce.

Pandemia SARS-CoV-2 mocno zachwiała rynkiem usług mediowych, doradczych i komunikacyjnych. PR-owcy musieli zmienić dotychczasowe strategie, narzędzia i tryb pracy. Zmieniły się także budżety, plany i priorytety komunikacyjne klientów.

Mimo tych trudności aż 60 proc. przedstawicieli firm PR oceniło perspektywę rozwoju swojej agencji jako dobrą, a kolejne 10 proc. jako bardzo dobrą wynika z badania zrealizowanego przez ZFPR w ostatnich dniach lipca. W ocenie szefów agencji zajmujących się profesjonalną komunikacją branża PR ma szansę szybko podnieść się z kryzysu i w 2021 roku wrócić na drogę rozwoju.

– Od początku pandemii SARS-CoV-2 prowadziliśmy badanie, chcąc sprawdzić, jak wygląda w tym czasie sytuacja agencji PR. Jego ostatnia edycja jest mocno budująca, pełna optymizmu. Udało nam się co do zasady nie redukować etatów – mówi Adam Jarosz. – Generalnie przyjęta i realizowana zasada była taka, aby migrować do nowych obszarów komunikacji. Świadczyć dla klientów usługi adekwatne do nowych czasów, a niekoniecznie te zaplanowane jeszcze w 2019 roku.

Agencje zrzeszone w ZFPR zostały zapytane w badaniu m.in. o kondycję finansową i redukcję zatrudnienia w trakcie pandemii oraz prognozy na przyszłość. Większość przyznała, że – choć nie obyło się bez cięć i spadku wpływów – w branży trudno mówić o zapaści. Obniżki wynagrodzeń dotknęły ok. 30 proc. agencji PR, a zwolnienia – 39 proc. Co istotne, w większości objęły one jednak nie więcej niż 10 proc. wszystkich pracowników, a aż 86 proc. agencji nie planuje dalszych redukcji zatrudnienia.

– Skutki kryzysu odczuwały głównie mniejsze podmioty. Średnie i duże w trochę mniejszym stopniu. Pocieszające jest natomiast to, że ostatecznie skala tych strat – jakkolwiek dotkliwa z perspektywy każdej firmy – nie była ogromna – twierdzi prezes Związku Firm Public Relations.

Agencje zatrudniające do 20 osób odnotowały w pandemicznych miesiącach największe spadki dynamiki przychodów. W większości sięgały one 10–25 proc, ale prawie co piąta mała firma (18 proc.) zanotowała ponad 50-proc. spadek. W średnich agencjach (21–45 osób) najwięcej wskazało, że ich przychody spadły w granicach 10–25 proc. lub nie spadły wcale (38 proc. wskazań). Kryzysowy pod względem struktury klientów okazał się maj. W tym miesiącu 38 proc. agencji (najczęściej dużych) straciło bądź musiało ograniczyć współpracę z którymś ze stałych klientów. Blisko 2/3 firm w maju straciło także od 10 do 25 proc. obsługiwanych budżetów komunikacyjnych.

– Na początku pandemii nastroje były bardziej pesymistyczne. Obniżki i spadki wynikały głównie z ograniczania zakresu usług zlecanych przez klientów lub zamrażania niektórych projektów, które już na szczęście zaczynają się odmrażać – podkreśla Adam Jarosz. – Obecnie nastroje w branży są dobre, z optymizmem patrzymy w przyszłość.

Jak wynika z badań ZFPR, aż 80 proc. agencji nie spodziewa się w tym roku utraty płynności finansowej i tylko 5 proc. sygnalizuje trudności z utrzymaniem się na rynku. Firmy są jednak podzielone w prognozach dotyczących tego, kiedy branża może wrócić do stanu sprzed okresu pandemii. Dwa dominujące scenariusze (po 38 proc. firm) to początek przyszłego roku oraz połowa 2021 roku. Tylko co piąta agencja ocenia, że odbicia i powrotu do sytuacji z początku tego roku można spodziewać się już po wakacjach.

Co istotne, z raportu ZFPR wynika, że w czasie kryzysu komunikacja i PR okazały się dla firm bezcenne. Potrzebowały one public relations, aby komunikować swoim inwestorom, pracownikom i konsumentom o zmianach i działaniach podejmowanych w związku z pandemią SARS-CoV-2. W efekcie wzrosła też rola doradców do spraw profesjonalnej komunikacji, co jest dla branży dobrym prognostykiem na przyszłość.

– Pandemia i kryzys to jest zmiana, a nie ma możliwości zarządzania zmianą bez komunikacji. PR jest integralną częścią tego typu sytuacji, jakiej teraz doświadczamy. Dlatego w żadnym stopniu nie powinien być ograniczany, bo to po prostu niweluje cele firmy albo opóźnia ich realizację – podkreśla   prezes Związku Firm Public Relations.

Tłumaczy, że w trakcie pandemii koronawirusa firmy powinny szczególnie zadbać o rzetelną komunikację, żeby wzmocnić zaufanie klientów, swoją reputację i pozycję rynkową. Co ważne, wiele z nich będzie zmuszonych od nowa zaprojektować swoją strategię komunikacyjną, żeby uwzględnić w niej „post-COVID-owe” realia.

– Jesteśmy jeszcze w 2020 roku, ale już za chwilę – wspólnie z naszymi klientami, firmami i organizacjami – będziemy planować strategie komunikacji na rok przyszły. Powinny być dobre i efektywne, dlatego 27 i 28 sierpnia organizujemy konferencję edukacyjną pod hasłem  „PR 2021! Challenge accepted!”. Wspólnie z wybitnymi ekspertami związkowymi i zewnętrznymi przedyskutujemy na niej krytyczne aspekty budowania strategii komunikacji oraz zarządzania reputacją na kolejny rok – zapowiada Adam Jarosz.

Zdaniem przedstawicieli branży PR, którzy wzięli udział w badaniu ZFPR, popyt na profesjonalną komunikację nie zaniknie, a w 2021 roku niepewna sytuacja gospodarcza i epidemiczna spowoduje, że klienci będą wykazywać większą chęć do długofalowej współpracy, polegającej na opracowaniu polityki informacyjnej firmy, wdrożeniu narzędzi komunikacji zewnętrznej czy antykryzysowej. Eksperci spodziewają się też, że COVID-19 znacznie przyspieszy digitalizację całej branży i rolę internetu w komunikacji.

NIK: System aktywizacji osób bezdomnych nie działa. Nikt nie kontroluje wydatkowanych środków

W Polsce jest ok. 30 tys. osób bezdomnych. Na przestrzeni ostatnich pięciu lat ich liczba zmniejszyła się o ok. 6 tys., ale trudno określić, w jakim stopniu jest to zasługa działań podejmowanych przez państwo. Mimo że na przeciwdziałanie i aktywizację osób bezdomnych przeznaczane są setki milionów złotych, to niemal żadna z odpowiedzialnych za to instytucji nie analizuje skuteczności swoich działań. – System zapobiegania bezdomności i aktywizacji w celu wyjścia z bezdomności wymaga poprawy. Nie jest ani spójny, ani skuteczny – mówi Anna Matusiak-Rześniowiecka, kierownik wydziału prasowego w Najwyższej Izbie Kontroli.

– W ostatnich latach w Polsce systematycznie spada liczba osób bezdomnych. W ubiegłym roku było ich około 30 tys., czyli ok. 6 tys. mniej niż jeszcze w 2015 roku. Nie sposób jednak określić, na ile ten spadek jest efektem działań państwa, a w jakiej mierze wynika z innych przyczyn, np. zaradności samych bezdomnych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Matusiak-Rześniowiecka.

Według danych podawanych co dwa lata przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej na działania pomocowe dla osób bezdomnych w 2018 roku wydano ze środków publicznych prawie 271 mln zł. Wcześniej, w 2016 roku ta kwota przekroczyła 224,6 mln zł. Ponad 90 proc. środków przekazały na ten cel samorządy (m.in. na finansowanie działalności placówek dla osób bezdomnych oraz zasiłki i świadczenia). W tym samym czasie 23,3 mln zł na przeciwdziałanie bezdomności (w ramach dwóch programów dedykowanych organizacjom pozarządowym) przeznaczył też resort pracy. Kolejne 4,4 mln zł wydali wojewodowie, których objęła kontrola NIK.

Zdaniem Najwyższej Izby Kontroli trudno ocenić, jaka jest skuteczność tych środków. Poza nielicznymi wyjątkami większość podmiotów nie analizuje skuteczności swoich działań. W efekcie nie wiedzą, czy są one skuteczne ani czy pieniądze przeznaczane na ten cel są wydawane właściwie.

– Ani minister, ani wojewodowie, ani gminy nie analizowali skuteczności pomocy udzielanej osobom bezdomnym. Ani ośrodki pomocy społecznej, ani organizacje pozarządowe nie mają pełnych danych w tym zakresie. A jeżeli nie zna się skuteczności podejmowanych działań, trudno stwierdzić, w jakim stopniu spadek liczby osób bezdomnych jest związany z działaniami rządu czy samorządów – podkreśla kierownik wydziału prasowego NIK.

Jak wynika z opublikowanego w końcówce lipca raportu NIK, polski system aktywizacji osób bezdomnych na żadnym ze szczebli – rządowym, samorządowym ani pozarządowym – nie jest spójny i nie zapewnia wsparcia, dzięki któremu bezdomni mogliby osiągnąć życiową samodzielność. Takich osób jest najwięcej w województwach: mazowieckim, śląskim, pomorskim i dolnośląskim, a zdecydowana większość (80,2 proc.) przebywa w placówkach instytucjonalnych.

Bezdomność jest najczęściej efektem kilku nakładających się na siebie przyczyn (np. bezrobocia, zadłużenia, rozpadu rodziny, uzależnienia czy przemocy w rodzinie). Dlatego też w 2014 roku rząd – uwzględniając potrzebę kompleksowego podejścia do problemu – przyjął Krajowy Program Przeciwdziałania Ubóstwu i Wykluczeniu Społecznemu 2020.

– Dwa lata później, w 2016 roku, znowelizowano ustawę o pomocy społecznej, wprowadzając do niej coś więcej aniżeli zaspokajanie podstawowych potrzeb bytowych osób bezdomnych. Uwzględniono w niej działania wzmacniające aktywność społeczną osób bezdomnych po to, żeby się usamodzielniały i w efekcie miały szansę wyjść z bezdomności – mówi Anna Matusiak-Rześniowiecka.

W ocenie NIK wprowadzona w 2016 roku nowelizacja nie przyniosła spodziewanych efektów, a polski system aktywizacji osób bezdomnych w praktyce nie działa. Na 34 skontrolowane instytucje w latach 2016-2018 tylko jedna (Caritas Archidiecezji Katowickiej) prowadziła działania zmierzające do aktywizacji osób bezdomnych.

– System aktywizacji nie jest ani spójny, ani skuteczny. Instytucje zobowiązane do udzielania pomocy osobom bezdomnym wciąż skupiają się głównie na zaspokajaniu ich podstawowych potrzeb, czyli np. zapewnieniu schronienia i posiłku. Trzeba jednak podkreślić, że każdej osobie potrzebującej zostało to zapewnione – zaznacza ekspertka.

Zgodnie z polskimi przepisami osoba bezdomna trafia do schroniska na podstawie decyzji ośrodka pomocy społecznej, po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego. W tym procesie ważną rolę odgrywają tzw. kontrakty socjalne, zawierane pomiędzy OPS-em i osobą bezdomną. Są w nich zawarte określone działania, które mają doprowadzić do przezwyciężenia trudnej sytuacji życiowej i wyjścia z bezdomności.

Jak wynika z danych NIK, kontrakty socjalne z osobami bezdomnymi zawierało 76,5 proc. skontrolowanych OPS-ów, a w większości z nich dokumenty były opracowywane rzetelnie i z uwzględnieniem potrzeb osób zgłaszających się po pomoc. Jednak OPS-y nie przekazywały ich dalej do organizacji pozarządowych, które np. prowadzą schroniska dla bezdomnych tłumacząc to brakiem przepisów umożliwiających ich udostępnianie. W efekcie opiekunowie pracujący w takich schroniskach nie znali treści kontraktów i nie wiedzieli, czy osoby bezdomne, które do nich trafiają, wypełniają swoje zobowiązania. Z kolei pracownik socjalny, który podpisał kontrakt z osobą bezdomną, nie miał wpływu na jego realizację, a nawet informacji o tym, czy jest on realizowany.

– NIK zwróciła się już do Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej o zmianę przepisów, aby kontrakt socjalny był zawierany dopiero po umieszczeniu osoby bezdomnej w schronisku, np. do dwóch tygodni – mówi Anna Matusiak-Rześniowiecka. – Konieczne jest też wprowadzenie w takich kontraktach terminów ich obowiązywania i realizacji poszczególnych zadań, a także ich oceny. To zadziała mobilizująco – zarówno na osobę bezdomną, jak i instytucje udzielające im wsparcia. Pozwoli też na bieżąco korygować metody i działania.  

Rolnicy poszkodowani przez COVID-19 dostaną nadzwyczajne wsparcie. W ciągu kilku tygodni trafi do nich ponad 1 mld zł

Na najbliższym posiedzeniu Senat ma się zająć projektem ustawy o nadzwyczajnym wsparciu dla rolników, którzy ucierpieli w wyniku pandemii koronawirusa. – Jeżeli Senat ją przyjmie, to prezydent podpisze niezwłocznie i może w ciągu miesiąca zostaną przeprowadzone wypłaty. Spodziewam się, że w ciągu najbliższych kilku tygodni te dodatkowe pieniądze trafią do gospodarstw – zapowiada minister rolnictwa i rozwoju wsi, Jan Krzysztof Ardanowski. Na pomoc ze środków unijnych, która opiewa na kwotę ponad 270 mln euro, będą mogli liczyć m.in. producenci wołowiny, baraniny, mięsa wieprzowego i drobiowego oraz jaj, mleka i roślin ozdobnych. 

– Szczęśliwie nie obserwujemy wpływu koronawirusa na produkcję roślinną, czyli np. zboża, rzepak, buraki, ziemniaki, owoce i warzywa. Jest jednak kilka sektorów rolnictwa, które ucierpiały. Przede wszystkim załamanie cenowe mieli producenci mięsa, były kłopoty ze sprzedażą, prawie wszyscy obniżyli ceny. Było to spowodowane tym, że ważnym rynkiem dla mięsa są kraje, do których eksportujemy. Dlatego doszliśmy do wniosku, że trzeba pomóc tym gospodarstwom, które ucierpiały z powodu koronawirusa – mówi agencji Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski.

Według Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi w największym stopniu skutkami COVID-19 w branży zostały dotknięte: bydło mięsne, krowy (mleko), trzoda chlewna, owce, kozy, drób rzeźny i nieśny oraz uprawa roślin ozdobnych. Rolnicy z tych sektorów, którzy ponieśli straty finansowe, będą mogli liczyć na nadzwyczajne wsparcie finansowe. Na ten cel przeznaczone zostanie 273,4 mln euro z unijnych środków.

– Kwota ok. 1,2 mld zł z II filara wspólnej polityki rolnej to są środki z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich, na które jest mniejsze zainteresowanie rolników, a które były rozplanowane w innych okolicznościach kilka lat temu, kiedy nie było koronawirusa. Część tych pieniędzy – choć oczywiście nie wszystkie, bo najważniejsze programy dalej realizujemy i będą kolejne nabory – przeznaczamy na bezpośrednie wsparcie właśnie dla producentów wołowiny, baraniny, jagnięciny, koźliny, mięsa wieprzowego i drobiowego oraz dla producentów jaj, mleka i roślin ozdobnych, którzy wiosną mieli kłopoty ze sprzedażą – wymienia minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Jak podkreśla Jerzy Wierzbicki, prezes Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego, przedsiębiorstwa przemysłu mięsnego zostały objęte pomocą w ramach tarczy antykryzysowej 3.0 i mogły aplikować o wsparcie, jeżeli tylko odnotowały spadek obrotów. Jednak nie wszyscy rolnicy, którzy ponieśli straty finansowe, byli w stanie udokumentować wymagane spadki z miesiąca na miesiąc ze względu na specyfikę produkcji i sprzedaży.

– Teraz do tych rolników, którzy doświadczyli skutków COVID-19, zostanie skierowany ponad miliard złotych – dodaje Jerzy Wierzbicki. – Spadek cen wołowiny spowodowany zamknięciem rynku HoReCa oraz zatrzymanie fabryk skór we Włoszech, które spowodowało, że stały się bezwartościowe, przełożyło się na niskie ceny skupu żywca. W efekcie rolnicy, którzy musieli sprzedawać w pierwszej połowie roku, ponieśli straty. Ta pomoc jest adresowana m.in. do nich.

Resort rolnictwa już w lipcu przedłożył Radzie Ministrów projekt uchwały dotyczącej zmiany Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014–2020. Najważniejsza poprawka to wprowadzenie do niego nowego działania: „Wyjątkowe tymczasowe wsparcie dla rolników i MŚP szczególnie dotkniętych kryzysem związanym z COVID-19”. Rząd zaakceptował program wsparcia dla rolników, na ostatnim posiedzeniu w lipcu zmiany przyjął też Sejm. Teraz nowelizacja czeka na Senat, który ma zająć się nią 11 sierpnia.

– Jeżeli Senat ją przyjmie, to prezydent podpisze niezwłocznie i może w ciągu miesiąca zostaną przeprowadzone wypłaty. Tu nie ma szczególnych problemów, wszystkie dane są w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która jest przygotowana do szybkiej wypłaty dużych ilości pieniędzy, bo robi to przecież z dopłatami bezpośrednimi, z pomocą suszową itd. Spodziewam się więc, że w ciągu najbliższych kilku tygodni te dodatkowe pieniądze trafią do gospodarstw – zapowiada Jan Krzysztof Ardanowski.

Wsparcie dla rolników będzie wypłacane tylko raz. Ma częściowo zrekompensować im utracone dochody, pomóc zachować płynność finansową i ciągłość produkcji. Pieniądze będą wypłacane w formie ryczałtu, uzależnionego od rodzaju i wielkości prowadzonej produkcji rolnej. Zgodnie z projektem rozporządzenia Ministra Rolnictwa wsparcie nie będzie mogło jednak przekroczyć 7 tys. euro.

Przykładowe stawki, na jakie mogą liczyć producenci roślin ozdobnych, to – w zależności od powierzchni upraw – od 1,4 do nawet 30 tys. zł. Z kolei posiadacze bydła mogą otrzymać od 5,1 tys. zł (jeżeli rolnik posiadał co najmniej trzy i nie więcej niż 20 sztuk zwierząt) do 20,2 tys. zł (jeżeli posiadał więcej niż 50 sztuk zwierząt).

Tegoroczne wyprzedaże znacznie dłuższe i z większymi obniżkami. Na jesień branża odzieżowa zapowiada kolejne promocje

Letnie wyprzedaże – ze względu na pandemię – trwają w tym roku dłużej i oferują większe rabaty. Mimo trudnej sytuacji klienci wrócili do swoich zakupowych nawyków i chętnie korzystają ze zniżek. Co więcej, 76 proc. marek z branży fashion również na okres powakacyjny planuje promocje, które obejmą także nowy asortyment – wynika z badania Domodi. Sprzedaż internetowa stała się głównym źródłem dochodów dla sklepów odzieżowych i ten kanał będzie dalej podstawowym obszarem aktywności dla branży. Tym bardziej że przekonują się do niego kolejne grupy klientów, np. osoby 65+.

26 na 100 firm odzieżowych biorących udział w ankiecie Domodi oceniło, że kryzys wywołany koronawirusem miał pozytywny wpływ na ich sytuację finansową. Źródłem większych dochodów w czasie pandemii była dla nich sprzedaż online. Jednak większość, bo aż 54 proc. badanych, oceniła, że wpływ koronawirusa na ich finanse był negatywny. Choć istniały obawy, jak klienci zachowają się podczas letnich wyprzedaży, okazało się, że ich aktywność właściwie dorównała tej sprzed roku. W ciągu miesiąca – od połowy czerwca do połowy lipca – na platformie Domodi liczba klientów wyniosła prawie 6 mln.

– Wyprzedaże są, bo nadal trwają, dobrym okresem. Nasze predykcje, które poczyniliśmy na początku roku, okazały się nie do końca sprawdzone. Ruch w sieci i w sieciach handlowych nadal pozostaje na wysokim poziomie – mówi agencji Newseria Biznes Marta Kaleta-Domaradzka, koordynator ds. marki i komunikacji w Grupie Domodi.

Nie zmienia to faktu, że tegoroczne wyprzedaże znacząco różnią się od tych z ubiegłego roku.

– Po pierwsze, czas trwania wyprzedaży się zmienił – nie dość, że zaczęły się znacznie wcześniej, to nie wiadomo także, kiedy się zakończą. Z drugiej strony gros handlu przeniosło się do internetu. Obserwujemy znacznie mniejszy asortyment w sklepach stacjonarnych niż w latach wcześniejszych – wymienia Marta Kaleta-Domaradzka. – Po trzecie, obniżki już w czerwcu były od razu na poziomie wyprzedaży z etapu drugiego klasycznych promocji i przecen z lat wcześniejszych. Zatem na pierwszym etapie wyprzedaży spotkaliśmy się z obniżkami do 50 proc., a na drugim etapie były to już obniżki rzędu 80 proc.

Nie zmieniły się za to wyprzedażowe hity. Największą popularnością cieszyły się takie kategorie jak sukienki i sandały (odpowiednio 38 proc. i 22 proc. kliknięć). Na kolejnych miejscach znalazły się bluzki damskie i t-shirty męskie.

– Dużym zaskoczeniem okazało się obuwie sportowe. W dniach od 18 czerwca do 18 lipca widzimy wzrost zainteresowania obuwiem sportowym dla mężczyzn i dla kobiet. W sumie kategoria ta stanowiła w tym roku 29 proc. klikalnych produktów na naszych platformach. W przypadku butów dla kobiet w zeszłym roku było to 7 proc., a w tym roku aż 15 proc. klikalności, a w przypadku mężczyzn jest to wzrost z 4 proc. do aż 14 proc. – mówi ekspertka.

Grupa Domodi wskazuje na jeszcze jeden skutek pandemii koronawirusa dla branży odzieżowej – stopniowe odejście od sezonowości sprzedaży. Konsumenci kierują się zupełnie innymi potrzebami zakupowymi, a na pierwszym planie stawiają te podstawowe związane z codzienną egzystencją. Z uwagi na to firmy decydują się na wprowadzenie jednej długiej kolekcji modowej zamiast kilku dodatkowych.

– Przeprowadziliśmy badanie wśród marki z branży fashion, które są naszymi partnerami, na temat ich dalszej aktywności wyprzedażowo-rabatowej. Zaskoczył nas fakt, że aż 76 proc. badanych odpowiedziało nam, że w okresie powakacyjnym planuje wdrożenie promocji dotyczącej nowego asortymentu. Aż 50 proc. badanych potwierdziło, że promocje będą dotyczyły wyprzedaży związanych z nowym sezonem, a reszta będzie związana z odzieżą biurową oraz z kontynuacją wyprzedaży – mówi Marta Kaleta-Domaradzka.

Według danych z Domodi.pl podczas promocji i przecen wciąż bardziej aktywne w sieci pozostają kobiety – w 2019 roku stanowiły 77 proc. kupujących w okresie wyprzedaży, a w 2020 roku odsetek ten wynosi 76 proc. Potwierdziło się założenie, że pandemia zachęci nowe grupy wiekowe do aktywności w e-commerce. Jest to już widoczne w statystykach. Grupa wiekowa 65+ zwiększyła swoją aktywność zakupową o 5 proc. (z 5 proc. w 2019 roku do 10 proc. w 2020 roku). Wysoką aktywność w serwisie Domodi.pl wykazali także użytkownicy w wieku 35-44 lata (wzrost z 20 proc. w 2019 roku do 24 proc. w 2020).

– Spodziewamy się, że bardzo mocny popyt utrzyma się w sieci. Optymistycznie patrzymy więc na nadchodzący sezon i mamy nadzieję, że druga fala zachorowań nie będzie tak drastyczna dla handlu jak pierwsza – mówi przedstawicielka Domodi.

Nowe baterie dla dronów można naładować w pięć minut. Mogą zrewolucjonizować komercyjne wykorzystanie tych latających pojazdów

Drony obecnej generacji są w stanie pracować na jednym ładowaniu baterii ok. 30 minut. Następnie operator musi wymienić baterię. Samo ładowanie trwa zwykle ponad godzinę. Izraelska firma StoreDot opracowała nowe ogniwa oraz stacje ładowania nowej generacji, które w ciągu kilku minut przywrócą baterie do pełnej funkcjonalności. Dzięki temu operatorzy będą w stanie znacznie sprawniej pracować z latającymi pojazdami, zwłaszcza w komercyjnych zastosowaniach, takich jak rolnictwo czy relacjonowanie wydarzeń.

– Wprowadzenie naszego rozwiązania dla dronów zmienia wszystko. Skraca ono czas ładowania baterii do zaledwie pięciu minut, czyli do 18 razy szybciej niż istniejące baterie – przekonuje dr Doron Myersdorf, dyrektor generalny StoreDot.

Większość baterii  wykorzystywanych w dronach komercyjnych, które przystosowano do ok. 30-minutowej pracy, należy ładować od 60 do 90 minut, aby przywrócić im pełną moc operacyjną. Taka dysproporcja czasu ładowania i funkcjonowania jest wysoce nieekonomiczna z punktu widzenia operatora, który musi wyposażyć się w kilka zapasowych akumulatorów, aby uniknąć przestojów w pracy.

Technologia FlashBattery opracowana przez StoreDot może znacznie usprawnić wykorzystanie dronów w celach komercyjnych. Ogniwa nowej generacji nie tylko ładują się zauważalnie szybciej niż standardowe baterie. Dzięki zmodyfikowaniu systemu magazynowania i przesyłania energii udało się zminimalizować utratę gęstości ogniwa. Oznacza to, że wpływ procesu szybkiego ładowania ma marginalny wpływ na rzeczywistą żywotność i pojemność baterii.

– Drony będą teraz mogły spędzać znacznie więcej swojego cennego czasu w locie, angażując się w misje, znacznie zwiększając ich zasięg, zamiast wracać do bazy w celu wymiany baterii. Jednocześnie nasza technologia umożliwi użytkownikom dronów rozszerzenie swojej działalności na regiony, do których wcześniej nie mogli uzyskać dostępu. Oba te czynniki znacząco zwiększą wydajność operacyjną i rentowność, sprawiając, że uzasadnienie biznesowe dla dronów będzie dużo bardziej atrakcyjne niż kiedykolwiek wcześniej – twierdzi dr Doron Myersdorf.

Aby w pełni wykorzystać potencjał nowych ogniw, drony muszą korzystać z wyspecjalizowanych stacji ładowania. W związku z tym systemy tego typu najlepiej sprawdzą się w rozwiązaniach profesjonalnych. Cały proces przebiega w pełni autonomicznie i nie wymaga koordynacji ze strony operatora – drony zaprogramowane do wykonywania złożonych zadań automatycznie zadokują w stacji na czas ładowania, a po napełnieniu baterii będą mogły wrócić do wykonywania powierzonych zadań.

– Operatorzy dronów będą mieć znacznie większą swobodę w zakresie rozmieszczenia stacji ładowania, dzięki czemu ciągła, w pełni autonomiczna praca tych maszyn wreszcie staje się rzeczywistością – mówi ekspert.

Firma StoreDot uruchomiła już proces testów środowiskowych i rozesłała pierwsze prototypowe modele ogniw FlashBattery do największych producentów dronów. Jeśli testy zakończą się pomyślnie, technologia będzie mogła wejść w fazę pełnej komercjalizacji jeszcze w 2020 roku.

Z technologiami szybkiego ładowania dronów eksperymentują także inne firmy. Zespołowi WiBotic udało się zabezpieczyć 5,7 mln dol. na poczet procesu badawczego stacji bezprzewodowego ładowania bezzałogowych pojazdów latających. Firma planuje stworzyć system autonomicznego ładowania dronów wykorzystywanych m.in. w rolnictwie, przemyśle, branży budowlanej, dostawczej czy inspekcyjnej.

Spore postępy poczyniły także firmy z sektora mobilnego, które opracowały technologię znacznie przyspieszającą proces przewodowego ładowania baterii mobilnych. Firma Qualcomm zaprezentowała przewodową ładowarkę 100 W Quick Charge 5 zdolną do napełnienia ogniwa o pojemności 4500 mAh w zaledwie 15 minut. Wykorzystanie technologii tego typu do ładowania baterii dronowych pozwoliłoby znacznie uelastycznić pracę z latającymi pojazdami, zwłaszcza po upowszechnieniu się powerbanków działających zgodnie z tym standardem.

– Komercyjne przedsięwzięcia związane z dronami do tej pory nie odniosły sukcesu, ponieważ nie dostarczyły jeszcze ekonomicznego modelu biznesowego. W przypadku tego typu firm nasza technologia może znacznie ulepszyć i rozszerzyć ich istniejące operacje i uczynić je znacznie bardziej dochodowymi. Ta technologia może również otworzyć drzwi nowym graczom do wkroczenia w tę przestrzeń i poszerzenia oferty usług, czyniąc drony atrakcyjniejszą propozycją jako nowe źródło przychodów – przekonuje dyrektor generalny StoreDot.

Według analityków z firmy Adroit Market Research wartość globalnego rynku dronów do 2025 roku przekroczy 144 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie ponad 40 proc.

Ekspert: Elektrownia atomowa kosztowna i czasochłonna. Lepszym rozwiązaniem dla Polski może być rodzima technologia OZE

Pierwsza elektrownia atomowa ma powstać w Polsce do 2033 roku. Jej budowa ma kosztować ok. 30 mld dol. Fizyk jądrowy i ekspert ds. klimatu Marcin Popkiewicz podkreśla, że to bardzo kosztowna i czasochłonna technologia, tymczasem nasz kraj potrzebuje szybkich efektów w redukcji emisji CO2, żeby wypełnić unijne zobowiązania. Lepszym rozwiązaniem mogłaby być inwestycja w nowoczesne technologie OZE, które w większości powstałyby w Polsce, a nie zostały zakupione.

– Atom nie jest najlepszym rozwiązaniem, to nie jest dobry moment na jego kupowanie. To bardzo mało efektywny kosztowo sposób pozbywania się emisji. Mamy do dyspozycji pewną pulę pieniędzy i możemy wydać je na efektywność energetyczną i odnawialne źródła energii albo na atom. I on niestety daje bardzo małe redukcje emisji w porównaniu do włożonych pieniędzy i jest długi w konstrukcji, a my potrzebujemy szybkich efektów. Poza tym nie jest polski.  Kupimy go od kogoś, płacąc 100 czy 200 mld zł Francuzom, Chińczykom albo Amerykanom – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Marcin Popkiewicz, fizyk jądrowy, klimatolog i popularyzator nauki.

Według rządowych planów i projektu „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku” uruchomienie pierwszego bloku elektrowni atomowej przewidziano na 2033 rok. Jej budowa ma się rozpocząć w 2026 roku, a dokładna lokalizacja ma być znana w przyszłym roku. Do roku 2040 w naszym kraju ma działać już w sumie sześć bloków jądrowych. W latach 2040–2045 około 1/5  produkcji energii w Polsce ma już pochodzić z atomu.

Budowa pierwszej w Polsce elektrowni była jednym z tematów czerwcowego spotkania Andrzeja Dudy z Donaldem Trumpem w Białym Domu. W najbliższych miesiącach ma zostać podpisana międzyrządowa umowa, co pozwoli rozpocząć prace projektowe. Amerykanie mają zaproponować technologię i udzielić Polsce kredytu na budowę elektrowni, której wykonaniem zajmą się amerykańskie firmy. Na rozpoczęcie prac potrzeba ok. 16 mld dol., a  wartość całego kontraktu jest szacowana na ok. 30 mld dol.

– Atom ma swoje plusy i minusy, jak każda wielkoskalowa technologia energetyczna. Fundamentem energetycznym powinny być jednak wiatr i słońce, z pewnym wspomaganiem biomasy robionej przez biogaz i innych czystych technologii – ocenia ekspert.

W ocenie rządu bez włączenia atomu do miksu energetycznego Polska nie zdoła wypełnić swoich zobowiązań wobec UE i dojść do neutralności klimatycznej, bo główną zaletą energetyki jądrowej jest jej ograniczony wpływ na środowisko. Popkiewicz ocenia jednak, że w sensie inwestycyjnym jest to droga i czasochłonna technologia, a pieniądze przeznaczone na atom rząd mógłby z lepszym skutkiem zainwestować w OZE.

Zaletą takiego rozwiązania byłby też wzrost liczby nowych, innowacyjnych miejsc pracy w sektorach związanych z energetyką odnawialną. Także Międzynarodowa Agencja Energetyki Odnawialnej IRENA w swoim majowym raporcie („Global Renewables Outlook. Energy transformation 2050”) wskazuje, że globalna transformacja energetyki w kierunku OZE przyczyniłaby się do stworzenia milionów nowych miejsc pracy i wzrostu PKB. W skali UE wygenerowałaby ok. 1,5 mln stanowisk związanych z nowymi technologiami energetycznymi.

– W mojej opinii możemy i powinniśmy skupić się na odnawialnych źródłach energii – podkreśla Marcin Popkiewicz. – Jeżeli pójdziemy w tym kierunku, to będą w większości polskie technologie, polskie miejsca pracy i stymulacja dla polskiej gospodarki.

Ekspert ocenia też, że Polska nie powinna całkowicie wykluczać atomu ze swojego miksu energetycznego, ale wstrzymać się z zakupem technologii przynajmniej do czasu, kiedy będzie tańsza niż w tej chwili.

– Jest wiele czynników, dla których najpierw stawiam na efektywność energetyczną i odnawialne źródła energii – mówi ekspert. – Obecnie stawiając na elektrownię atomową, na dobrą sprawę nie wiadomo, co kupujemy i za ile. Są natomiast ogromne przekroczenia czasu i budżetów.

Według danych Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w 30 krajach świata funkcjonuje 448 reaktorów atomowych o łącznej mocy 391 744 MW, natomiast w 17 krajach Europy pracują 183 reaktory o łącznej mocy 162 229 MW. Szóstka europejskich państw – Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Rosja, Ukraina i Szwecja – ma łącznie 139 reaktorów i wytwarza ponad 80 proc. całej energii elektrycznej pochodzącej z elektrowni jądrowych.

Jak wybrać firmę informatyczną? 5 wskazówek

0

W dobie pandemii koronawirusa coraz więcej spraw związanych z funkcjonowaniem firmy załatwiamy w sieci. Sprzedaż, reklama, a nawet spotkania z klientami odbywają się teraz za pośrednictwem Internetu. Trzeba zatem stwierdzić, ze dobrze rozwinięty segment IT to podstawa każdej działalności na rynku i szansa na znaczne zwiększenie przychodów. Informatycy zadbają o bezpieczeństwo danych, poprawią wydajność sieci, a nawet pomogą ci wdrożyć efektywny system pracy zdalnej. Żeby osiągnąć wszystkie te pozytywne efekty należy jednak rozpocząć współpracę z odpowiednią firmą informatyczną. Przedstawiamy 5 wskazówek, które pomogą ci podjąć właściwy wybór.

outsourcing technologia cyfryzacja it

  1. Referencje i opinie

Dobra firma to sprawdzona firma. Nic nie stanowi lepszej gwarancji niż opinie zadowolonych klientów. Sprawdź, czy firma, z którą chcesz podjąć współpracę jest pozytywnie oceniana przez innych na forach internetowych, blogach tematycznych czy w mediach społecznościowych. Warto także zapoznać się z treścią referencji umieszczonych na stronie firmy informatycznej. Stanowią one potwierdzenie, że specjaliści, których zamierzamy wybrać mają za sobą kilka udanych przedsięwzięć, a to zdecydowanie zwiększa szanse na owocną współpracę.

  1. Staż

Dobrze, by firma którą zamierzamy wybrać działała na rynku już od kilku lat. Oznacza to, że właściciele i pracownicy posiadają pewne doświadczenie i zdążyli podjąć współpracę z wieloma partnerami. Dzięki temu sprawniej zrealizują usługę i z łatwością znajdą rozwiązania optymalne dla twojego przedsiębiorstwa.

  1. Specjaliści

Nie istnieje specjalista od wszystkiego. Najlepiej więc jeśli firma informatyczna zatrudnia osoby zajmujące się różnymi segmentami IT. Firma IT z Warszawy, ma w swoim zespole specjalistów aż z 12 dziedzin. Dzięki temu każdy z nich może skupić się na doskonaleniu swoich umiejętności w konkretnym obszarze, a to gwarantuje osiągnięcie w nim najwyższego poziomu wiedzy. Wyspecjalizowanie aż w kilkunastu segmentach IT to z pewnością duży atut i gwarancja rozwiązania każdego problemu.

  1. Elastyczność

Firma oferująca outsourcing IT powinna dostosować się do naszych potrzeb. I to zarówno na poziomie świadczonych usług, jak i kosztów. Najlepiej, abyś sam mógł zdecydować, które usługi będą dla ciebie odpowiednie i jaki rodzaj współpracy chcesz wybrać. Niektóre firmy oferują kilka możliwości: obsługę doraźną, abonamentową i przedpłaconą. Ponadto w ramach abonamentu klienci mogą wybrać któryś z  kilku pakietów zróżnicowanych pod względem zakresu działania i ceny. Taka różnorodność oferty sprawia, że z outsourcing IT jest dobrym pomysłem zarówno dla dużych, jak i małych przedsiębiorstw. Z pewnością każdy znajdzie plan dostosowany do swoich potrzeb i budżetu.

  1. Kompleksowa oferta

Najlepsze firmy informatyczne to te z szerokim zakresem usług. Kwestie związane z segmentem IT nie kończą się wyłącznie na podłączeniu i ewentualnej naprawie komputerów. Dlatego firma informatyczna powinna zadbać także o: zainstalowanie odpowiednich programów i aplikacji, bezpieczeństwo IT, przechowywanie danych, zabezpieczenie sieci i łącza, a nawet przeszkolenie pracowników w twoim przedsiębiorstwie z zakresu prawidłowego użytkowania sprzętów i oprogramowania. Jeżeli firma outsourcingowa  świadczy tak wiele usług, możesz mieć pewność, że otrzymasz fachową pomoc w każdej sytuacji. To pozwoli ci uniknąć niespodziewanych przestojów w pracy i straty pieniędzy.

Na rynku znajdziemy wiele ogłoszeń firm oferujących obsługę informatyczną. Należy jednak uważnie sprawdzić jakie zasady współpracy oferuje każda z nich. Pozytywne opinie klientów, kilkuletni staż, doświadczeni specjaliści, elastyczność i szeroki wachlarz usług to podstawowe kryteria, gwarantujące pozytywne efekty. Dokonanie dobrego wyboru pozwoli ci zoptymalizować działanie segmentu IT, a w konsekwencji – zwiększyć dochody w twoim przedsiębiorstwie.

Strach po wybuchu – komentarz walutowy

0

Wydarzenia ze stolicy Libanu szybko pokazały nam, że na rynku może wydarzyć się dużo rzeczy, których standardowo nie uwzględniamy w analizach. Na razie skończyło się na 5% wzroście cen ropy i presji na dolara.

Eksplozja w Bejrucie a ropa

Na ten moment nie jest znany jeszcze oficjalny powód wczorajszego istotnego wybuchu w Bejrucie. Spekulacje mediów mówią o wybuchu składowanych chemikaliów. Nie brakuje oczywiście teorii spiskowych. W rezultacie w górę idą ceny ropy naftowej. Rynki boją się eskalacji wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Pomimo luzowania limitów wydobycia przez OPEC cena surowca szła w górę. Nie są to ruchy zmieniające rynek, ale cena od wczorajszego dołka przed wybuchem wzrosła o 2 dolary na baryłce. To niemal 5% wzrost.

Dolar znów w odwrocie

Pomimo przyzwoitych danych makroekonomicznych amerykańska waluta wciąż traci. Zamówienia w przemyśle w ujęciu miesięcznym rosną o 6,2% przy oczekiwaniach na poziomie 5%, z kolei zamówienia na dobra trwałego użytku rosną o 7,6%, czyli 0,3% powyżej oczekiwań. Wydawać by się mogło, że takie dane będą stabilizować dolara. Amerykańska waluta jednak znów słabnie, od wczorajszego poranka jest to niemal jeden cent względem euro. W rezultacie za dolara znów płacimy blisko 3,70 zł.

Optymizm w usługach

Po poniedziałkowych indeksach PMI dla przemysłu przyszedł czas na na indeksy dla usług. Wynik 54,7 punktu dla strefy euro jest przyzwoitym rezultatem. Warto jednak zwrócić uwagę, że analitycy spodziewali się 0,4 punktu więcej. Co ciekawe, pomimo tego od rana inwestorzy wyraźnie przychylniej patrzą na euro niż na dolara. Kolejny dzień zyskuje ono na wartości względem amerykańskiej waluty. Od szczytów z końca lipca dzieli nas niecałe pół centa.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,

16:00 – USA – raport ISM dla usług.

 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Rzecznik MŚP otrzymał wydane przez Minister Rozwoju objaśnienia prawne w przedmiocie form pomocy udzielanej przez samorządy na podstawie przepisów tzw. Tarczy antykryzysowej

0

W związku ze zgłaszanymi przez przedsiębiorców wątpliwościami Rzecznik MŚP wystąpił do Ministra Rozwoju o wydanie objaśnień prawnych w zakresie form pomocy udzielanej przedsiębiorcom przez jednostki samorządu terytorialnego na podstawie przepisów art. 15zzze-15zzzg ustawy COVID-19. 

W piśmie z dnia 20 lipca br. Minister Rozwoju w obszernych objaśnieniach udzieliła odpowiedzi na 23 zagadnienia postawione przez Rzecznika. Odniosła się do kwestii: przesłanek udzielania pomocy przez jednostki samorządu terytorialnego (wójtów, burmistrzów i prezydentów miast oraz organy stanowiące samorządu terytorialnego). Wskazała formy jej udzielania, odniosła się do elementów wniosków, okoliczności i dokumentów jakie maja być przedstawiane przez przedsiębiorców oraz kwestii procedury odwoławczej. Minister wyjaśniła także na czym polega odstąpienie od dochodzenia od należności cywilnoprawnych oraz co należy rozumieć przez pogorszenie płynności finansowej.

Przedmiotowe objaśnienia prawne wpisują się w sposób pełny w działania Rzecznika MŚP podejmowane w ramach akcji #RatujBiznes, mającej na celu zapewnienie jak najszerszej pomocy polskim przedsiębiorcom.

Klienci oczekują bezpiecznych zakupów. Co na to sklepy?

0

Konsumenci zwracają większą uwagę na bezpieczeństwo zakupów. Około połowa z nas przyznaje, że w obecnej sytuacji oczekuje odpowiednich rozwiązań służących zapewnieniu dystansu społecznego – wynika z badania KPMG. Do tego dochodzą kwestie odpowiedniego poziomu higieny w sklepach oraz ograniczania rozprzestrzeniania się nie tylko COVID-19, ale także bakterii i drobnoustrojów. Powinny powstać odpowiednie przepisy nakładające obowiązki nie tylko na samych klientów i pracowników sklepów, ale także wszystkie punkty sprzedaży.

Ewolucja oczekiwań konsumentów

Niemal 80% Polaków deklaruje pozostanie przy nowych zwyczajach, które przetestowali podczas pandemii – wynika z badań Kantar Millward Brown. Co piąty konsument twierdzi, że w czasie pandemii COVID-19 robił zakupy spożywcze w sklepach internetowych – wynika z badania KPMG. 35% konsumentów kupuje w Internecie produkty z kategorii pozaspożywczej. Nie oznacza to jednak, że zrezygnujemy z tradycyjnych zakupów.

Aktualnie – oprócz odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa w sklepie – ważne są dla nas czynniki związane z jego lokalizacją i wygodą wykonywania w nim zakupów. W odniesieniu do handlu spożywczego – osiągają wskazania wyższe od 5 do 12 p.p. niż w przypadku zakupów produktów z kategorii pozaspożywczych – wynika z danych KPMG.

Konsumenci coraz częściej dokonują zakupów w sklepach, którym ufają. Tworzenie dobrych relacji z konsumentami stało się w czasie pandemii jeszcze ważniejsze. Znaczący wpływ na budowanie zaufania ma przede wszystkim stawianie na pierwszym miejscu potrzeb klientów oraz zapewnianie im w czasie zakupów bezpieczeństwa zdrowotnego – mówi Marcin Zieliński, Head of Sales w Terytorium Sp. z o. o., jeden z twórców streamPRO+.

Nowe zasad bezpieczeństwa i ich (nie)przestrzeganie

Zachowanie odpowiedniego dystansu, wprowadzenie limitu osób czy stosowanie środków ochronnych to tylko niektóre z wytycznych obejmujących pracowników sklepów oraz kupujących. Warto pamiętać, że także każdy przedsiębiorca, który prowadzi sprzedaż w sklepie stacjonarnym jest zobowiązany do przestrzegania zasad bezpieczeństwa w przestrzeni publicznej.

W związku ze wzrostem zakażeń koronawirusem w Polsce Minister Zdrowia zapowiedział wprowadzenie kontroli w sklepach. Policja oraz służby sanitarne będą sprawdzały, czy personel oraz klienci zasłaniają nos i usta. Ostatnio to właśnie sklepu stają się ogniskami zarażeń koronawirusa.

Brak systemowych rozwiązań w sklepach

Według prawa wózki i koszyki sklepowe, które mają kontakt z żywnością, muszą być czyszczone oraz – w miarę potrzeby – dezynfekowane. Niestety przepisy są mało precyzyjne. W różny sposób można interpretować sformułowania odnoszące się do utrzymania właściwej czystości sprzętu, która nie będzie powodowała zagrożenia dla zdrowia konsumenta. Co tak naprawdę kryje się więc pod sformułowania „właściwej”? Do tej pory nie powstały żadne wytyczne w tym zakresie.

Przepisy prawa żywnościowego nie określają sposobu mycia i dezynfekcji powierzchni sklepowych w tym wózków i koszyków. Sklepy dowolnie mogą decydować o sposobie ich czyszczenia i dezynfekcji – wskazuje Marcin Zieliński, Head of Sales w Terytorium Sp. z o. o., jeden z twórców streamPRO+. Konsumenci obecnie nie mają gwarancji czystego wózka sklepowego – sprzętu którego dotyka codziennie wiele różnych osób. Sklepy starają się zapewnić klientom bezpieczeństwo, jednak nadal brakuje rozwiązań systemowych. Nie wystarczy przetarcie rączki wózka raz w miesiącu, nawet raz dziennie. Ten proces należy przeprowadzać po każdorazowym skorzystaniu ze sprzętu przez klienta – dodaje.