Cena złota po raz pierwszy w historii powyżej 2 000 USD

0

Stało się to, na co czekaliśmy już od pewnego czasu – cena złota przekroczyła magiczną barierę 2 000 USD za uncję, dobijając do 2030 USD. Realizuje się scenariusz, który zapowiadali chociażby analitycy Goldman Sachs czy Bank of America. Czy mogą już odłożyć ołówki i zeszyty?

Przypomnijmy – jeszcze w czerwcu Goldman Sachs podniósł swoje prognozy dla złota z 1 800 USD na 2 000 USD w ciągu 12 miesięcy. W lipcu, kiedy cena złota przekroczyła poziom 1 900 USD, prognozy zostały zaktualizowane po raz kolejny – tym razem do 2 300 USD w ciągu roku.

W długim terminie przyczyną takiego stanu rzeczy jest wzrost popytu na złoto, który ściśle wiąże się z sytuacją na świecie – konkretnie pandemią COVID-19 i jej wpływem na gospodarki, a także z działaniami podejmowanymi przez banki centralne, w szczególności amerykański FED.

Na wczorajszy skok ceny wpłynęło kilka czynników: wzrost ceny grudniowych kontraktów terminowych, trwające w amerykańskim kongresie rozmowy na temat dalszych kroków w walce z efektami pandemii, a także wybuch w Bejrucie, który w pierwszych chwilach wywołał duży niepokój i wzrost cen surowców – głównie ropy i metali szlachetnych.

Wczoraj w wybrzeże Karoliny Północnej uderzył potężny huragan Izajasz, który stanowi dodatkowy problem dla Amerykanów. Ogromne zniszczenia w połączeniu z i tak już trudną sytuacją pandemiczna i gospodarczą, z pewnością nie będą pomocne w tej sytuacji.

Obecnie jest mało prawdopodobne, aby cena złota zatrzymała się na 2 000 USD. Kryzys związany z pandemią COVID-19 jeszcze nie dobiegł końca, a gospodarka amerykańska właśnie doświadczyła jednego z największych szoków w historii – amerykańska gospodarka skurczyła się o 9,5 proc. r/r. Należy także pamiętać, że jeżeli uwzględnimy inflację, czyli spadek realnej wartości dolara, obecna cena złota wciąż jeszcze nie jest historycznym maksimum.

Autor: Michał Tekliński, ekspert Grupy Goldenmark

Opodatkowanie sprzedaży udziałów w spółce kapitałowej z siedzibą na terytorium RP przez nierezydenta

0

Mogłoby się wydawać, że sprzedaż udziałów posiadanych w polskiej spółce kapitałowej zawsze będzie opodatkowana właśnie na terytorium Polski. Czy aby na pewno?

Kwestia rezydencji podatkowej a opodatkowanie podatkiem dochodowym

Zarówno na gruncie podatku dochodowego od osób fizycznych, jak i na gruncie podatku dochodowego od osób prawnych opodatkowanie uzależnione jest od posiadania polskiej rezydencji podatkowej. Jakkolwiek pojęcie to nie doczekało się swojej legalnej definicji, to jednak z przepisów można wywieść jego znaczenie. W przypadku osób fizycznych polskim rezydentem podatkowym jest osoba posiadająca miejsce zamieszkania na terytorium RP. Przyjmuje się, że dana osoba posiada miejsce zamieszkania na terytorium RP, gdy spełniony jest choćby jeden z poniższych warunków: osoba posiada na terytorium RP centrum interesów osobistych lub gospodarczych (ośrodek interesów życiowych) lub przebywa na terytorium RP dłużej niż 183 dni w roku podatkowym. Jeśli chodzi o podatników podatku dochodowego od osób prawnych, przyjmuje się, że rezydencja podatkowa uzależniona jest od miejsca siedziby lub zarządu. Jeśli więc miejscem siedziby lub zarządu jest Polska, podmiot taki posiada polską rezydencję podatkową, a to oznacza, że od całości swych dochodów płaci podatek w Polsce (nieograniczony obowiązek podatkowy).

Tym samym osoba nieposiadająca miejsca zamieszkania w Polsce oraz podmiot nieposiadający siedziby bądź zarządu na terytorium RP nie podlega nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu w Polsce. Jednakże są pewne sytuacje, w których podmiot taki będzie musiał odprowadzić podatek dochodowy do polskiego urzędu skarbowego.

Nierezydent zgodnie z przepisami ustaw o podatkach dochodowych ma natomiast obowiązek zapłacić taki podatek od dochodów, które osiąga na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Każda z ustaw zawiera otwarty katalog dochodów (przychodów), które uważa się, iż są osiągnięte w Polsce.

Umowy międzynarodowe

Takimi dochodami są m.in. dochody z „tytułu przeniesienia własności udziałów (akcji) w spółce, ogółu praw i obowiązków w spółce niebędącej osobą prawną lub tytułów uczestnictwa w funduszu inwestycyjnym, instytucji wspólnego inwestowania lub innej osobie prawnej lub z tytułu należności będących następstwem posiadania tych udziałów (akcji), ogółu praw i obowiązków lub tytułów uczestnictwa – jeżeli co najmniej 50% wartości aktywów takiej spółki, spółki niebędącej osobą prawną, funduszu inwestycyjnego, instytucji wspólnego inwestowania lub osoby prawnej, bezpośrednio lub pośrednio, stanowią nieruchomości położone na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub prawa do takich nieruchomości”.

Z powyższego wynika zatem, że co do zasady dochodem (przychodem), od którego rezydent podatkowy innego kraju niż Polska musiałby zapłacić podatek w Polsce, jest dochód z tytułu przeniesienia własności udziałów (akcji) w spółce, ale pod warunkiem, że co najmniej 50% wartości aktywów takiej spółki bezpośrednio lub pośrednio stanowią nieruchomości położone na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub prawa do takich nieruchomości. Należy jednak pamiętać, że przepisy dotyczące nierezydentów należy stosować z uwzględnieniem umów o unikaniu podwójnego opodatkowania. Tym samym, w przypadku, w którym rezydent podatkowy innego państwa niż Polska uzyskuje dochody ze źródła położonego w Polsce, umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania rozstrzygają o zakresie prawa do opodatkowania tych dochodów przez Polskę oraz państwo rezydencji podatkowej tej osoby/tego podmiotu.

Musimy bowiem pamiętać, że umowy międzynarodowe w hierarchii aktów prawnych stoją wyżej niż ustawy, a to oznacza, iż przepisy w nich zawarte mają pierwszeństwo stosowania nad przepisami wynikającymi z ustaw krajowych. Dlatego właśnie umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania będzie weryfikowana za każdym razem, gdy w zakresie opodatkowania wchodzi w grę wątek międzynarodowy. Dopiero w sytuacji, w której brak jest takiej umowy, należy sięgnąć do przepisów ustawy o PIT albo ustawy o CIT bezpośrednio.

Sprzedaż udziałów w polskiej spółce kapitałowej a podatek dochodowy

Analizując więc sytuację, w której zastosowanie znajdą jednak przepisy polskiej ustawy o podatku dochodowym (PIT/CIT), należy wskazać, że a contrario, jeśli polska spółka kapitałowa, której udziały są sprzedawane, nie posiada bezpośrednio lub pośrednio nieruchomości położonych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub praw do takich nieruchomości, to sprzedaż udziałów w niej posiadanych przez nierezydenta nie będzie opodatkowana w Polsce.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Rzeczywistość tworzy nowe zawody

0

Szacunki ekspertów prognozują, że aż 65% uczniów, którzy rozpoczynają właśnie szkołę podstawową, będzie w przyszłości pracować na stanowiskach, które jeszcze nie powstały.[1] Elastyczne dopasowywanie się do obecnej sytuacji oraz gotowość do zmian są dziś niezwykle pożądane na rynku pracy. Które kompetencje zyskają na znaczeniu w branży FMCG i jakie zawody w związku z tym powstaną?

Ewolucja związana z zapotrzebowaniem na coraz to nowe stanowiska ma miejsce cały czas. Jeszcze kilka lat temu nie istniały zawody takie jak: coolhunter, trendsetter czy traffic manager. Zmieniające się potrzeby rynku i konsumentów, przepisy, wymogi czy nowoczesne technologie skutkują pojawianiem się nowych obowiązków i potrzeb przedsiębiorstw, a co za tym idzie, także dotąd nieznanych stanowisk.

W odpowiedzi na nowe potrzeby społeczne i wyzwania organizacyjne pandemia koronawirusa już teraz wymusiła powstanie nowych profesji, jak np. kierownik ds. COVID czy kontroler realizacji zaleceń sanitarnych. O tym, jak długo zostaną one z nami w dużej mierze zadecyduje to, jak szybko poradzimy sobie z epidemią. To jednak niejedyne zmiany związane z sektorem zatrudnienia. Podczas lockdownu postawiliśmy ogromny krok wprzód ku cyfryzacji – zarówno jeśli chodzi o biznes, jak też funkcjonowanie np. instytucji i urzędów, co przekłada się na konieczność rozwinięcia umiejętności w tym zakresie.

Nagłe przeorganizowanie działalności biznesowej i codziennego życia podczas pandemii wymogło na nas wszystkich m.in. rozbudowanie kompetencji cyfrowych. Sądzę, że przyspieszy ona naturalny proces rozwoju oraz tworzenia się zawodów, które odpowiadają na bieżące wymogi rynku, szczególnie w zakresie digitalizacji – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska. – Powinniśmy potraktować ten czas jako lekcję na przyszłość – obecna sytuacja pokazuje, że wiele dziedzin naszego życia możemy prowadzić online. Na znaczeniu zyskają szczególnie te kompetencje, które pozwolą opracowywać i wdrażać cyfrowe rozwiązania – dodaje Tikhomiroff.

Dlaczego warto rozwijać kompetencje przyszłości?

Aż 79% prezesów i dyrektorów generalnych sądzi, że w najbliższych latach technologia przyczyni się do likwidacji części profesji, a na ich miejsce pomoże stworzyć nowe.[2] Specjaliści oceniają, że 75 mln miejsc pracy może zostać zlikwidowanych, gdy praca człowieka zostanie zastąpiona przez zautomatyzowane systemy i maszyny, ale jednocześnie powstanie niemal dwukrotnie więcej nowych miejsc pracy w nowych zawodach.[3] Jakich pracowników będzie potrzebować branża FMCG?

W sektorze dóbr szybkozbywalnych w najbliższych latach na znaczeniu zyskają zawody i umiejętności związane m.in. z analityką danych i trendów konsumenckich, personalizacją, automatyzacją produkcji czy wdrażaniem usług smart. Najbardziej konkurencyjni na rynku pracy będą ci, którzy nie tylko posiadają wiedzę, ale też potrafią ją szybko pozyskać i wykorzystać w praktyce – wyjaśnia Stephane Tikhomiroff. – Ponadto branża będzie potrzebować specjalistów, którzy tworzą inteligentne rozwiązania, a następnie koordynują pracę maszyn, które zastąpią pracę człowieka w powtarzalnych zadaniach. Konieczne będzie więc powstanie nowych stanowisk związanych z zarządzaniem takimi zintegrowanymi procesami, opartymi na współpracy człowieka i maszyny  – dodaje dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Aby właściwie odpowiedzieć na wyzwania rynku pracy przyszłości, warto poszerzać swoją wiedzę i wyjść poza tradycyjną ścieżkę edukacji. Z danych McKinsey wynika, że do 2030 r. pracownicy w Europie będą przeznaczać ponad 40% czasu więcej na czynności wykorzystujące zaawansowane kompetencje cyfrowe i techniczne, na które popyt wzrośnie o 90%.[4]

[1] Connected living. Dlaczego ludzie są bardziej digital niż firmy?, PwC, 2017

[2] J.w.

[3] World Economic Forum, The Future of Jobs Report 2018

[4] Skill Shift. Automation and the Future of the Workforce, McKinsey Global Institute 2018

Fotowoltaika gospodarczą szansą w kryzysie

0

Choć jeszcze niedawno fotowoltaika stanowiła mało znaczący element polskiego miksu energetycznego, dziś zaczyna wpływać na całą politykę w obszarze energetyki. Ma realną szansę, aby stać się jednym z kół zamachowych gospodarki, szczególnie w dobie spowolnienia, wywołanego przez pandemię koronawirusa.

Od raczkującej branży do siły napędowej energetyki

Od 2019 roku polski sektor fotowoltaiki (PV) był w stanie zmobilizować więcej kapitału na zrealizowanie inwestycji niż cała energetyka konwencjonalna. W tym roku wartość inwestycji PV przekroczy 4 mld zł, a w 2022 – 5 mld zł. Branża ta ma ogromny potencjał biznesowy, ponieważ nie tylko skupia się na produkcji czystej energii, ale obejmuje również przemysł przetwórczy i łańcuch dostaw oparty na nowych technologiach.

Instalacje fotowoltaiczne wytwarzają globalnie już 100 gigawatów (GW) energii rocznie. W 2019 roku łączne przyrosty mocy w fotowoltaice i energetyce wiatrowej stanowiły aż 89% całkowitego wzrostu mocy wszystkich elektrowni na świecie.

Polska nie zostaje w tyle. W maju tego roku moc pochodząca z instalacji fotowoltaicznych zainstalowanych w naszym kraju wynosiła już 1950 MW, a według prognoz Instytutu Energetyki Odnawialnej w 2025 roku dojdziemy do 8 GW, wyprzedzając cele Krajowego Planu na rzecz Energii i Klimatu. Należymy też do czołówki państw Unii Europejskiej, jeśli chodzi o przyrost nowych mocy w fotowoltaice – w tym roku co najmniej utrzymamy się na piątym miejscu. I choć aktualnie największy wkład w rodzimy rynek energii słonecznej mają prosumenci, to stale rośnie liczba farm fotowoltaicznych o mocach do 1 MW i prognozuje się, że w ciągu 2 lat będzie to już zrównoważony rynek pomiędzy zawodowymi elektrowniami i prosumentami.

Sektor odporny na spowolnienie gospodarcze

Co ciekawe, polskiemu rynkowi fotowoltaiki zbyt mocno nie zaszkodziło nawet spowolnienie gospodarcze, spowodowane przez lockdown po wybuchu pandemii koronawirusa. Według danych Stowarzyszenia Branży Fotowoltaicznej − Polska PV (SBFPV), w kwietniu sprzedaż w tym sektorze spadła o 18% w stosunku do marca. Pierwsza prognoza Komisji Europejskiej dotycząca spowolnienia ekonomicznego jest jednak dla Polski dość pozytywna i według przewidywań ekspertów trend spadającego (rok do roku) zapotrzebowania na energię elektryczną w naszym kraju, obserwowany podczas lockdownu, ulegnie odwróceniu już przed końcem bieżącego roku.

Szanse na rozwój w kryzysie

Sytuacja wywołana pandemią pokazała jednak nie tylko, że polski sektor fotowoltaiki jest dość odporny na kryzys, ale także, że warto w niego inwestować. Lockdown unaocznił nam, jak realne mogą być trudności z dostawami kluczowych produktów, ponieważ wytwarzane są one poza Europą, w państwach silnie dotkniętych kryzysem – w tym wypadku epidemią. Jednym z takich krajów, kluczowych dla fotowoltaiki, są oczywiście Chiny. W 2019 roku ich udział w rynku dostaw technologii fotowoltaicznych wyniósł aż 72%. Aktualna sytuacja pokazała więc krajom europejskim, że dla bezpieczeństwa dostaw (w tym dostaw energii) konieczne jest przeniesienie produkcji do miejsc, gdzie istnieje zapotrzebowanie na wytwarzane produkty.

Już w 2019 roku organizacje europejskie, środowiska naukowe i stowarzyszenia branżowe wezwały do budowy na terenie Unii Europejskiej „gigafabryk” o wydajności 5-10 GW/rok, które miałaby produkować płytki krzemowe, ogniwa i moduły fotowoltaiczne. Wszystko po to, aby dzięki dużej skali produkcji zmniejszyć koszty jednostkowe wyrobów, a także transportu. Takie projekty mogą szybko podnieść konkurencyjność produkcji unijnej w sektorze fotowoltaiki, a tym samym przełożyć się w Europie na zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego i technologicznego, rozwój innowacyjności, wzrost zatrudnienia i zwiększenie wpływów podatkowych do budżetów państw unijnych.

Również w Polsce nie brakuje inicjatyw zmierzających do rozwoju krajowego sektora fotowoltaiki. Kluczowe firmy działające w tej branży ogłosiły „Przemysłowy Panel PV”, w ramach którego zadeklarowały, że do 2025 roku podniosą obecne zdolności produkcyjne po 1 GW w zakresie wytwarzania modułów, ogniw i konstrukcji wsporczych dla instalacji PV, a także stworzą nawet 9000 nowych miejsc pracy. – To ważna wiadomość w czasie spowolnienia gospodarczego.

Sektor fotowoltaiki w Polsce rozwija się dynamicznie a prognozy dla tego rynku napawają optymizmem. Sektor fotowoltaiczny ma szansę przyczynić się do rozwoju gospodarki po kryzysie wywołanym pandemią – poprzez zapewnienie nowych miejsc pracy i tańszej energii, a także stymulując rozwój innych sektorów (m.in. elektromobilności oraz innowacyjności).

Autor: Grzegorz Wiśniewski, Wykładowca Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej i Prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej

Czas na second home

Mimo sytuacji wywołanej koronawirusem, polski rynek second home nabiera tempa. Co więcej, pandemia dla wielu osób jest dodatkową motywacją, żeby kupić własny, wakacyjny apartament nad morzem. Inwestycje second home to nie tylko atrakcyjne miejsce na bezpieczne i spokojne wakacje, ale też dobra lokata kapitału.

Dlaczego second home?

Motywów zakupu drugiego domu jest przynajmniej kilka. Najbardziej popularnym jest wypoczynek i wspólne spędzanie wakacji lub weekend break z rodziną i przyjaciółmi. Część Polaków kupuje też second home z myślą o planowanej emeryturze. Po uwolnieniu się z obowiązków zawodowych, mogą wyprowadzić się do wymarzonego miejsca blisko natury i tam realizować swoje pasje. Są też osoby, które łączą prywatne użytkowanie drugiego domu z jego wynajmem, zarabiając na tym.

Dla wielu second home to już nie tyle drugie, co alternatywne lub nawet ważniejsze miejsce do mieszkania, znacznie podnoszące komfort życia. Lockdown wywołany pandemią koronawirusa dodatkowo wzmocnił tęsknotę za bliskością natury, własnym ogrodem lub atrakcyjnym tarasem z widokiem. Przestawienie trybu pracy na tzw. home office pokazało jak ważna jest odpowiednia przestrzeń w mieszkaniu, która pozwala wszystkim domownikom na swobodną realizację codziennych obowiązków i aktywności. Dodatkowo, zagrożenie wywołane epidemią zachęciło Polaków do poszukiwania bezpiecznych opcji wakacyjnych w kraju. Second home jest rozwiązaniem na tego typu bolączki, ponieważ nie tylko pozwala przenieść się do atrakcyjnie położonego miejsca tylko dla nas, gdzie możemy odpocząć, ale daje też dodatkową przestrzeń do pracy i realizacji pasji. Dobrze wybrany drugi dom może łączyć wszystkie te funkcje. Przykładem takiej multifunkcjonalnej inwestycji są Tarasy Bałtyku w Gdańsku. Nowoczesny apartamentowiec jest budowany w sercu miasta, a równocześnie blisko natury – nadmorskiej plaży i Parku Reagana ze ścieżkami spacerowymi i rowerowymi. Szybko można dostać się stąd zarówno do centrum biznesowego, jak i Starego Miasta, kina czy teatru. Dostępne w budynku prywatne atrakcje, jak salon fitness czy sauny pozwalają zrelaksować się o dowolnej porze dnia.

Dla kogo second home?

Jak pokazują analizy, posiadanie drugiego domu jest domeną małżeństw bez dzieci oraz rodzin. Częściej na zakup second home decydują się też mieszkańcy miast, zwłaszcza największych ośrodków, powyżej 500 tysięcy osób. Zmęczenie szybkim tempem życia powoduje chęć ucieczki do miejsca, gdzie w krajobrazie dominuje natura, a powietrze jest czyste i zdrowe. Wśród nabywców second home dominują też przedsiębiorcy i managerowie. To właśnie oni bardzo często poszukują komfortowego miejsca do odpoczynku od pracy, a przy tym posiadają odpowiednie środki finansowe do zakupu tego typu inwestycji. Do tego często dochodzi wiedza na temat rynku i świadomość, że nieruchomości to obecnie jedna z najlepszych i najbardziej stabilnych form inwestycji. Dobrze widać to porównując dane z poprzednich kryzysów. Podczas ostatniej recesji inwestorzy najwięcej stracili na ropie naftowej – aż ok. 75%. Indeks WIG w ciągu zaledwie 2 lat odnotował spadek rzędu 70%. Wartości srebra i globalnego rynku akcji zmalały o 55%, a polskiego złotego – o 15%. Tymczasem, w 2009 roku inwestorzy stracili na nieruchomościach najwyżej 8%. Warto też dodać, że wynik ten uwzględnia zarówno segment nieruchomości ekonomicznych, popularnych, jak i premium. Ten ostatni jest najbardziej odporny na wahania rynku.

Gdzie second home?

Rynek second home w Polsce przez ostatnia lata bardzo ewoluował. Popularne dacze nad jeziorem coraz częściej zastępują luksusowe apartamenty z pełną infrastrakturą i udogodnieniami. Wciąż najważniejszym elementem second home i gwarantem jego atrakcyjności jest lokalizacja. Polacy najchętniej kupują apartamenty w swoim kraju, jak np. Amerykanie, Włosi, Brazylijczycy czy Francuzi. Jesteśmy pod tym względem przeciwieństwem Belgów, którzy w zdecydowanej większości (87%) poszukują drugiego domu za granicą. W naszym państwie najczęściej kupowane są wakacyjne nieruchomości w górach bądź nad morzem. Jak pokazują dane, wyższy zysk z inwestycji daje ta druga opcja.

Jednym z istotnych warunków przy zakupie second home jest też dostępność. Drugi dom powinien być miejscem, do którego można szybko przenieść się na weekend, nie marnując za dużo czasu na dojazdy. Dobrym rozwiązaniem będzie więc świetnie skomunikowane Trójmiasto. Zamiast obleganych kurortów na Półwyspie Helskim, do których co roku prowadzą kilkugodzinne korki, lepiej rozważyć całoroczne miejscowości położone bliżej metropolii trójmiejskiej, a równie malownicze, np. Puck.

Kolejnym istotnym elementem second home jest oferta rekreacyjna, a więc możliwości spędzania czasu wolnego. To następny argument przemawiający za Trójmiastem. Nie ma nad polskim morzem ośrodka, który dorównałby metropolii trójmiejskiej ofertą rozrywkową, kulturalną, sportową i biznesową. Co ważne, ta rozwinięta infrastruktura w tym wypadku łączy się z czystym powietrzem i bogatymi walorami naturalnymi – zarówno w postaci nadmorskich plaż, jak i parków, ścieżek rowerowych, lasów i pobliskich jezior. Odpowiedni second home powinien mieć też szereg własnych udogodnień. Warto inwestować we wspomniane już apartamenty premium, które dają nie tylko gwarancję najwyższej jakości wykończenia, ale też liczne dodatki, jak prywatny fitness, sauny czy strefę relaksu. Tego typu nieruchomości dają większe szanse na zysk.

Ostatni czynnik, ale nie mniej ważny to tzw. „one milion dolar view”. Określeniem tym branża nieruchomości nazywa widok za oknem, który przekona nawet największych sceptyków, że mieszkanie jest wyjątkowe. Może to być krajobraz wybrzeża morskiego, lasów czy atrakcyjna panorama miasta. To niezastąpiony walor, który uatrakcyjnia drugi dom, ale też znacznie podnosi jego wartość i czyni go ponadczasową inwestycją. Tego typu widoki w Gdańsku oferują wspomniane Tarasy Bałtyku. Bryła apartamentowca została zaprojektowana tak, by każdy z mieszkańców mógł podziwiać ze swojego mieszkania morze, morenowe wzgórza lub panoramę miasta. Do takiego second home chce się wracać co weekend.

Niszowy nie znaczy niewidoczny. Rozmowa z Michałem Marcjanikiem

0

Nie sztuką jest dopasować produkt do odbiorcy – sztuką jest przekonać odbiorcę do swojej wizji marki. Ta zasada zdaje się przyświecać łódzkiej firmie GLOOMY SUNDAY, która w swoich salonach oferuje okulary, jakich próżno szukać w typowej galerii handlowej. O inspiracjach, filozofii biznesu oraz idealnej przestrzeni do rozwoju rozmawiamy z Michałem Marcjanikiem, współzałożycielem marki.

„Gloomy Sunday” to tytuł utworu skomponowanego w latach 30. przez węgierskiego pianistę i kompozytora Rezső Seressa, który obrósł legendą „piosenki samobójców”. Nazwy Waszych kolekcji także odwołują się do negatywnych emocji – np. Regret, Grief, Guilt. Skąd taki „pesymistyczny” look?

Tworząc, bardzo lubimy pracować na abstrakcyjnych płaszczyznach, które nie muszą posiadać żadnych konkretnych racjonalnych połączeń, wytłumaczeń czy podłoża mogącego określić ich pochodzenie. Marka posiada jednocześnie konkretną identyfikację, która stanowi ramę większości naszych działań i odzwierciedla styl, w jakim chcemy się poruszać – tak, by pozostać odpornym na pojawiające się trendy czy chwilowe mody. Myślę, że niezwykle ważne jest też to, iż GLOOMY SUNDAY tworzy zespół osób o bardzo zbliżonym sposobie pojmowania estetyki. Pozwala nam to tworzyć okulary, które sami chętnie nosimy.

Przymierzenie nowej pary to zawsze chwila pewnej ekscytacji, którą poprzedza jednak złożony proces projektowania i produkcji. Jak powstają okulary GLOOMY SUNDAY?

Biorąc pod uwagę nasze doświadczenia, aktualnie stosujemy kompletne, projektowe podejście do tworzenia okularów. Obecność każdej pary w naszej kolekcji stanowi wynik swoistego procesu, na który składają się fazy koncepcji, prototypowania, produkcji a następnie zbierania informacji zwrotnych. Pozwala to zarówno na powstawanie nowych modeli, jak i ulepszanie tych istniejących. Aktualnie jednym z najbardziej istotnych czynników podczas tworzenia okularów są nasi klienci. Starannie ich obserwujemy i staramy się zapewnić produkt spełniający wszystkie ich wymagania, choć jednocześnie zamknięty w naszych ramach stylistycznych. GLOOMY SUNDAY to ciągłe udoskonalanie nie tylko modeli, ale także każdego z etapów zakupów.

Czego może spodziewać się ktoś, kto po raz pierwszy styka się z Waszą marką?

Każdej osobie, która nas odwiedza, czy to w sklepie stacjonarnym, czy online, staramy się zapewnić jak najbardziej kompleksowe doświadczenie – tak, aby pomóc w wyborze idealnie dopasowanej pary okularów. W tym celu zbudowaliśmy w ostatnich latach spójny zespół o uzupełniających się kompetencjach. Klienci mogą liczyć na pomoc stylistów, którzy zasugerują pasujący model, skupiając się na realnych potrzebach, a nie sztucznych kryteriach. Doświadczeni optometryści dopasują odpowiednią korekcję wzroku. Wiele etapów dzieje się poza obszarem, który „widzi” klient, aczkolwiek może on być pewny, że otrzymuje produkt najwyższej klasy, stworzony w oparciu o narzucone przez nas samych, rygorystyczne standardy, wykraczające poza tradycyjne normy.

W idealnym wyborze pomaga także zbudowana przez nas forma sprzedaży, Chodzi tutaj dokładnie o fakt, iż każda para naszych okularów posiada taką samą cenę. Dzięki temu, pomagając w wyborze tej odpowiedniej, kierujemy się tylko jej właściwym dopasowaniem. Nie zależy nam na tym, by sprzedać okulary, które będą droższe i zapewnią nam wyższy zysk. Wręcz przeciwnie – chcemy, aby nasi klienci otrzymywali okulary, które będą nosić, z których będą zadowoleni i które będą polecali swoim znajomym i bliskim.

Skoro o modelu sprzedaży mowa… Zaczynaliście od oferowania znanych, światowych brandów. Jeżeli ktoś w Łodzi chciał kupić Ray-Bany, mógł zajrzeć do Waszego salonu i za rozsądne pieniądze kupić wymarzone Wayfarery. Dziś w całości skupiacie się na wyrobach własnych. Czy była to trudna decyzja?

Decyzja ta była bardzo łatwa do podjęcia, choć jej konsekwencją była ogromna ilość pracy, która trwa zresztą do dzisiaj. Duże marki obecne na całym świecie mają narzędzia, które pozwalają na uzależnienie od siebie optyków lub wręcz wchłanianie ich do siebie – nawet, jeśli ci ostatni nie zdają sobie z tego sprawy. Jako, że mamy świadomość wartości swojej oraz każdego z członków naszego zespołu, a co najważniejsze, zaufanie naszych klientów, praca z markami innych firm nie była dla nas żadną możliwością rozwoju. Od samego początku istnienia GLOOMY SUNDAY wiedzieliśmy, że kształtem docelowym był ten dzisiejszy. Wymagało to oczywiście większych, niż standardowo, nakładów finansowych. Markę rozwijamy całkowicie z pomocą własnego, wypracowanego kapitału, co powoduje, że niektóre podejmowane kroki wymagają więcej czasu. Pełny, niezależny wpływ na własny rozwój to jednak coś, co nam to w pełni wynagradza i daje ogromną satysfakcję.

W pewnym momencie postanowiliście wyjść ze swoimi produktami poza Łódź. Wybór padł na Warszawę. Czy trudno było się przebić ze swoimi propozycjami na znacznie większym rynku? Czy klient w stolicy różni się czymś od klienta w Łodzi?

Warszawa jest większym rynkiem, choć jednocześnie – ze względu na inną skalę – bardziej otwartym na nowe rozwiązania. Mimo, że sami jesteśmy z Łodzi, dużo trudniej było nam nawiązać relacje z łodzianami, niż z warszawiakami. Jako że na tamte czasy nasze rozwiązanie było innowacyjne, część klientów z Łodzi, głównie tych przyzwyczajonych do sklepów sieciowych, była bardzo nieufna. Co ciekawe, głównie z powodu niskich cen naszych okularów. Tendencja ta powoli się odwraca – w Łodzi konsumenci są dużo bardziej świadomi i otwarci na „inne” rozwiązania. My również staramy się robić wszystko, aby przekonać ludzi, że zakupy w galeriach handlowych są pewnym rozwiązaniem, ale na pewno nie jedynym. Zwłaszcza, jeśli to oni mogą na tym zyskać.

W Łodzi postawiliście na OFF Piotrkowska Center – miejsce można by rzec kultowe, spoza głównego konsumenckiego nurtu. Co taki adres daje marce z branży mody i designu, czego nie może zaoferować klasyczna galeria handlowa?

GLOOMY SUNDAY to marka oferująca okulary, które nie są przeznaczone dla wszystkich. Oczywiście nie chodzi tutaj o tworzenie jakichkolwiek ograniczeń, lecz o to, że reprezentujemy stylistykę którą potrafią docenić głównie świadomi i wymagający klienci – bez względu na zasobność portfela. Już dawno zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich i powinniśmy skupić się na osobach, którym bliska jest nasza stylistyka czy sposób komunikacji.

Wybór miejsc, w których znajdują się nasze sklepy, jest naturalnym rozszerzeniem tej idei. Idealna lokalizacja to taka, gdzie obecne są marki i inne lokale przyciągające klientów wymagających i świadomych. OFF Piotrkowska Center doskonale wpisuje się w ten profil, dlatego stanowi idealny wybór dla marek, które tak jak my, cenią sobie unikatowość. Nie zależy nam na wysokim footprincie, lecz na dotarciu do osób, z którymi możemy nawiązać relację i które docenią produkt, który oferujemy. Pomaga w tym sąsiedztwo biznesów wyznających zbieżne z naszymi wartości. Charakter miejsca jest na pewno kluczowy – tego się trzymamy, wybierając nasze kolejne lokalizacje.

W jakim kierunku chcesz rozwijać markę?

Nasze aktualne plany są związane głównie z ustabilizowaniem planów, które zostały zachwiane przez ostatnie wydarzenia. Dodatkowo dopracowujemy każdy element obsługi osób, które pojawiają się w naszych sklepach. Bardzo pomogło nam w tym powiększenie naszego sklepu w Warszawie oraz, co nastąpi wkrótce, przeniesienie naszego sklepu w Łodzi do nowej lokalizacji w budynku Sepia na OFF Piotrkowska Center. W nowej przestrzeni oddamy naszym klientom do użytku rozwiązania, które będą mogły całkowicie zmienić sposób, w jaki wybiera się okulary. Nasze długoterminowe plany to przede wszystkim nowe lokalizacje sklepów stacjonarnych oraz dopracowywanie kolekcji okularów wraz z wprowadzeniem nowych rozwiązań optycznych, takich jak okulary progresywne.

Jedną z Waszych ostatnich nowości jest domowa przymierzalnia. Myślisz, że rozwiązanie to będzie chętniej wybierane przez konsumentów, niż tradycyjne zakupy i wizyta w salonie?

Domowa przymierzalnia to aktualnie jedna z naszych kluczowych usług. Projektując ją, mieliśmy na uwadze bardzo różnorodne grupy osób, które nie mogą odwiedzić nas w sklepie z wielu różnych powodów. Przede wszystkim są to klienci, którzy nie mają możliwości przymierzenia okularów w Łodzi bądź Warszawie, lub w wielu przypadkach mieszkają w miejscach, gdzie dostęp do salonów optycznych może być znacząco utrudniony.

Tworząc i wykonując okulary, często pomagamy osobom o bardzo wysokich wadach wzroku czy wręcz osobom niedowidzącym. Wiemy, jak poważny w naszym kraju jest problem wykluczenia z uwagi na niepełnosprawności. Dlatego też wierzymy, że domowa przymierzalnia pomaga w podniesieniu komfortu życia osób, które z takimi niepełnosprawnościami się zmagają.

Bardzo dużą, choć nadal często pomijaną grupą, są osoby z zaburzeniami lękowymi. Dla nich udanie się do sklepu i odpowiednie zakomunikowanie swoich potrzeb może być niemożliwe. Wierzymy, że dzięki domowej przymierzalni jesteśmy w stanie im pomóc. Co ważne, domowa przymierzalnia to nasza usługa, która jest wspomagana kolejną, bardzo ważną, czyli poradami stylisty, dzięki której możemy wirtualnie pomóc w wyborze tej najlepszej pary okularów.

Biorąc pod uwagę stylistykę GLOOMY SUNDAY, Wasz kolejny model mógłby nosić nazwę Isolation /ʌɪsəˈleɪʃ(ə)n/ – the process or fact of isolating or being isolated. Jak spędziliście czas kwarantanny? Czy ostatnie miesiące pozwoliły Wam spojrzeć na rzeczywistość biznesową i prywatną z nieco innej perspektywy?

Był to na pewno czas wytężonej pracy, głównie przy zmianie projektów, które zostały nagle przerwane. Pomimo wielu niesprzyjających kwestii, udało się nam zachować stabilny sposób myślenia oraz działania. Często wymienialiśmy się spostrzeżeniami dotyczącymi panującej sytuacji. Dlatego też w trakcie trwania izolacji ruszyliśmy z kampanią, w której podkreślaliśmy, że każdy ma swój sposób na takie nadzwyczajne okoliczności, że możemy być produktywni, bezproduktywni, ćwiczyć lub oglądać telewizję – ważne, aby było to dopasowane do naszych potrzeb i zapewniało komfort psychiczny. Pozwoliło to zacieśnić relację z naszymi klientami oraz członkami zespołu. Myślę, że takie doświadczenie jest ważne dla każdego, w każdej sferze – czy to zawodowej, czy osobistej. Pozwala doceniać rzeczy, o których zazwyczaj nie myślimy.

Na to, co się działo i dzieje aktualnie, patrzymy zatem dosyć spokojnie. Nasze plany dotyczące rozwoju są sprecyzowane na wiele miesięcy do przodu. Naturalnie, okres zamknięcia sklepów wymusił na nas wprowadzenie pewnych korekt oraz pogodzenie się z faktem, że część z planów musi zostać odłożona w czasie. Jako marka rozwijana na własnym, wypracowanym kapitale, przez ostatnie miesiące stawaliśmy przed trudnymi decyzjami, które mogły decydować o dalszym losie. Jednak dzięki ciężkiej pracy każdego z członków naszego zespołu, udało się nam stworzyć ulepszony model dalszego funkcjonowania, który wpłynie pozytywnie zarówno na samą markę, jak i naszych klientów.

W morzu nadpłynności – sytuacja na rynku walutowym

Gigantyczna płynność rozlewa się po rynkach, co widać między innymi w stale obniżających się, osuwających się stawkach rynku pieniężnego, nurkujących dochodowościach benchmarkowych obligacji, czy zawężeniu spreadów najbardziej ryzykownych obligacji korporacyjnych. Skoro płynność nie jest w deficycie, to inwestorzy nie mają najmniejszego powodu do zmiany postrzegania dolara.

Inne współtowarzyszące objawy to utrzymywanie się dobrych nastrojów na rynkach akcji, m.in. kontrakt na S&P500 flirtuje z 3300 a rynek technologiczny po raz kolejny bije rekordy. Obecne otoczenie rynkowe to woda na młyn kontynuacji mody inwestycyjnej, którą niewątpliwie stało się inwestowanie w fundusze ETF fizycznie kupujące metale szlachetne.

Dochodzi wręcz do sytuacji, w której jako powód słabości USD cytowany jest impas w przeciągających się negocjacjach dotyczących 4. fazy pakietu fiskalnego wsparcia gospodarki USA. Dla dolara szklanka jest do połowy pusta, ale z perspektywy rynków akcji do połowy pełna, gdyż nadziejami na szybkie porozumienie agencje informacyjne starają się tłumaczyć zwyżki na Wall Street.

Słabość dolara jest tak wyraźną dominantą, że wbrew słabościami czynnikom zagrożenia zyskują ryzykowni przedstawiciele G-10. Dla przykładu: niebezpieczna sytuacja epidemiczna w Australii nieuniknione konsekwencje gospodarcze wprowadzanych restrykcji nie uderza w dolara australijskiego. AUD/USD atakuje wręcz 0,72 i jest bliski (dystans mniejszy niż 0,5 proc.) ostatnich szczytów, które były kilkunastomiesięcznymi maksimami notowań. Nie dość, że rynek winduje kurs, to nie widać oznak, żeby na rynku opcji walutowych inwestorzy zaczynali zabezpieczać się przed czynnikami ryzyka.

Mimo korzystnego środowiska dla złotego, uważamy, że poniżej 4,40 EUR/PLN zaczyna być przewartościowany. Cały czas czynnikiem zagrożenia jest niechęć RPP do aprecjacji waluty i ekstremalnie niekorzystny poziom realnych stóp procentowych. Naszym preferowanym wehikułem jest jednak EUR/HUF. Popularność strategii gry na relatywną siłę forinta względem złotego (popieraną mniej gołębim bankiem centralnym) będzie przy potencjalnych rynkowych turbulencjach działać na PLN stabilizująco.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Adaptacyjne zachowanie zorientowane na cel – sztuczna inteligencja w biznesie

0

Daniel Hulme – ekspert z obszaru sztucznej inteligencji i nowych technologii, związany z Satalia i Singularitu University. Wykładowca w Instytucie Marshalla na London School of Economics, autor licznych książek, artykułów i podcastów z zakresu AI i przyszłości biznesu. Ekspert tłumaczy w rozmowie czym właściwie jest sztuczna inteligencja oraz w jaki sposób wpływa ona na funkcjonowanie firm. Daniel Hulme wystąpi także podczas konferencji Masters&Robots, która odbędzie się w dn. 21-24 września 2020 online.

Jakie zastosowanie w biznesie ma sztuczna inteligencja?

Są 2 definicje sztucznej inteligencji i… ta bardziej popularna jest tą gorszą. Pierwsza dotyczy maszyn, które mogą wykonywać obowiązki, które dotychczas były domeną ludzi. Przez ostatnią dekadę z powodu rozwoju technologii, takich jak deep learning, zaczęliśmy budować maszyny, które potrafią rozpoznać obiekty na zdjęciach, rozumieją i potrafią przetwarzać język naturalny. Ludzie są najbardziej inteligentnymi istotami, jakie znamy we wszechświecie, dlatego kiedy postrzegamy maszyny jako te, które potrafią wykonywać zadania należące do domeny ludzkiej, to zakładamy, że jest to właśnie inteligencja.

Polemizowałbym, że nie można porównać maszynowej i ludzkiej inteligencji. Ludzie są dobrzy we wskazywaniu prawidłowości w co najmniej 4 wymiarach, ale jesteśmy nieskuteczni w rozwiązywaniu bardziej złożonych problemów. Maszyny potrafią znaleźć schemat w tysiącach wymiarów i rozwiązywać problemy, składające się z miliona elementów. Nawet te technologie nie są sztuczną inteligencją – są po prostu algorytmami, które ciągle powtarzają te same czynności. A tak naprawdę według mnie to definicją głupoty, nie inteligencji jest powtarzanie tych samych czynności i oczekiwaniem innych rezultatów.

Najlepszą definicją inteligencji – sztucznej lub ludzkiej- jest adaptacyjne zachowanie zorientowane na cel. Używam pojęcia ‘zorientowane na cel’ rozumiane jako próby osiągnięcia celu, który np. w biznesie może oznaczać przeznaczenie wydatków marketingowych na sprzedaż jak największej ilości lodów. Może to być jakikolwiek inny cel, który chcesz osiągnąć.

Owym zachowaniem adaptacyjnym jest to jak szybko lub płynnie skorzystam z zasobów niezbędnych do osiągnięcia celu. Jeśli moim celem jest sprzedanie wielu lodów to będzie tym zachowaniem – czyli przejawem inteligencji – będzie to, w jaki sposób alokuję posiadane zasoby by osiągnąć sukces.

Ale kluczowym dla mnie słowem w definicji zachowania adaptacyjnego ukierunkowanego na cel jest właśnie ‘adaptacja’. Jeśli twój system informatyczny nie podejmuje decyzji i na tej podstawie nie uczy się czy była to dobra, czy zła decyzja a następnie nie dostosowuje swojego własnego wewnętrznego modelu świata, nie uznałbym tego za przejaw sztucznej inteligencji. Jednak na ten moment firmy nazywają uczenie maszynowe sztuczną inteligencją. Dla mnie jednak prawdziwa definicja sztucznej inteligencji obejmuje systemy, które mogą się uczyć i dostosowywać bez pomocy człowieka. Właśnie zdolność adaptacyjna jest synonimem inteligencji.

Które sektory mają największe zapotrzebowanie na takie rozwiązania technologiczne?

Wszystkie! Jednakże przedsiębiorstwa nie mają problemów z uczeniem maszynowym, tylko z optymalizacją. Optymalizacja jest procesem przeznaczania zasobów na osiągnięcie celu mimo ograniczeń. Problemy z optymalizacją są wyjątkowo trudne do rozwiązania. Przykładowo, jak powinienem zaplanować trasę mojej floty, aby skrócić czas podróży albo w jaki sposób powinienem ustalić plan sprzedaży, aby zmaksymalizować zyski? Jest tylko garstka ludzi na całym świecie, która potrafi rozwiązać te problemy za pomocą sztucznej inteligencji.

To nieporozumienie, że maszynowe uczenie i modele deep learningu mogą rozwiązać wiele problemów w organizacji. Uczenie maszynowe, nauka o danych i statystyka są świetne w znajdywaniu prawidłowości. Ale najważniejsze pozostaje podejmowanie decyzji w oparciu o prawidłowości wyznaczone przez dane. To wymaga kompletnie innego zestawu umiejętności takich jak: wiedzy z matematyki, skorzystanie z analitycznego modelu rozwiązania problemu oraz optymalizacji. To umiejętności bardzo rzadkie w branży technologicznej.

Wielu prezesów czuje potrzebę zastosowania sztucznej inteligencji w firmie. Boją się, że jeżeli nie są zwolennikami sztucznej inteligencji, to poniosą straty, ponieważ inni korzystają z technologii umożliwiającej szybsze i skuteczniejsze podejmowanie decyzji.

Dyrektorzy działów IT chcą zatrudniać analityków danych, których prace są namiastką sztucznej inteligencji. Jednakże analitycy danych mają tylko pewne umiejętności. Wiedzą, jak stosować statystykę i uczenie maszynowe, aby znaleźć wzory w danych. Ale nie są wystarczająco dobrzy w budowie systemu, który potrafi samodzielnie podejmować decyzje
i dostosowywać się do zmian.

Gdzie, w codziennym życiu, możemy dostrzec uczenie maszynowe w codziennym życiu?

W przypadku AI możemy mówić o zjawisku bańki, gdyż zbyt wiele oczekuje się obecnie od uczenia maszynowego. Wynika to z niedostrzegania faktu, że uczenie maszynowe jest tylko częścią sztucznej inteligencji i pewnym etapem. Następnym etapem dla większości dużych organizacji powinna być optymalizacja i proces podejmowania decyzji.

Jak zauważył Roy Amara wpływ nowoczesnych technologii jest przeszacowywany w krótkiej perspektywie czasu i niedoceniany w dłuższej. Póki co, możesz zignorować pomysł posiadania adaptacyjnego systemu w firmie. To przyjdzie później. Na razie możesz zastosować sztuczną inteligencję w celu usunięcia przyziemnych i powtarzalnych zadań w organizacji. Użyta prawidłowo, może zmienić cały Twój biznes. Jednakże jest wiele szumu i wiele osób inwestuje w technologię, której nie potrafi używać.

Wiele informacji przekazywanych przez ludzi nie stanowi sztucznej inteligencji. Coraz więcej osób uważa się za ekspertów od sztucznej inteligencji bądź etyki, ale tylko garstka rozumie, czym są te technologie i co mogą osiągnąć. To tak jakby uważać, że jesteś chirurgiem dlatego, że umiesz szyć. Przedsiębiorstwa zatrudniają wielu analityków danych, sądząc, że będą oni potrafili rozwiązać problemy dotyczące sztucznej inteligencji, ale jest to bardzo naiwne przekonanie.

Wcześniej postrzegałem technologię jako zagrożenie w takim sensie, że moi konkurenci mają dostęp do zaawansowanych technologii i danych. Ale teraz myślę, że żeby umieć z niej korzystać, trzeba mieć talent. W jaki sposób zachęcić i zachować ten talent? I tu wracamy do obszarów kultury organizacji i celu.

Jakie są korzyści zastosowania sztucznej inteligencji? 

Sztuczna inteligencja umożliwia tworzenie „Cyfrowych Bliźniaków”. Są one następnym etapem transformacji przemysłowej. Aby mieć możliwość adaptacji do szybko zmieniającego się świata, firmy powinny tworzyć cyfrowe kopie wszystkich rzeczowych aktywów, infrastruktury i ludzi. Gdy masz bliźniaka, możesz zacząć eksperymentować, by lepiej zarządzać swoją firmą. Idąc dalej tym tropem możemy posiadać środowisko sztucznej inteligencji i prowadzić eksperymenty bez pomocy człowieka. Rolą strategów i liderów jest rozwinięcie silnej wizji i celu, na przykład poprzez określenie głównych dążeń przedsiębiorstwa. Mam nadzieję, że organizacje zrozumieją, że cel powinien być bardziej złożony niż zwrot finansowy, aby zachęcić, wzmocnić i motywować talent. Niezwykłe talenty chce przyłączać się do realizacji wartościowych celów i inspirujących liderów.

Czy sztuczna inteligencja ma wady, które mogą wpływać na prowadzenie biznesu?

Krótkoterminowo, czyli w ciągu najbliższej dekady, wierzę, że sztuczna inteligencja stworzy miejsca pracy. Jednak w dłuższej perspektywie, sztuczna inteligencja przejmie więcej miejsc pracy niż stworzy. Wiele myślałem o pojęciu osobliwości ekonomicznej. To moment, w którym sztuczna inteligencja wspierając ludzi w pracy, jednocześnie pozbawi ich możliwości pracy, ponieważ nie będą w stanie tak szybko się przekwalifikować. Rządy i  ekonomia nie są na to przygotowane. Celem Satalii jest próba zmierzenia się z tymi problemami przyszłości. Powinniśmy do pewnego stopnia stworzyć globalną infrastrukturę, która wspiera osoby pozbawione pracy.

W innym koncepcie, nazywanym technologiczną osobliwością, to my tworzymy sztuczną inteligencję mądrzejszą od nas w każdy możliwy sposób. To będzie ostatni wynalazek ludzkości, ponieważ będzie umiał myśleć nieskończenie szybciej i skuteczniej niż ludzie. Wielu uczonych przewiduje, że stworzymy superinteligencję w połowie obecnego wieku. To będzie jednym z największych osiągnięć człowieka i zarazem naszym największym egzystencjalnym zagrożeniem. Martwię się jednak, że jeśli nie będziemy współpracować tworząc światowy organizm do czasu aż stworzymy ten rodzaj sztucznej inteligencji, to ten super-twór uzna nas, ludzi za zagrożenie i po prostu wyeliminuje. Moim celem jest popychanie świata do współpracy i to oznacza zmianę naszych politycznych i ekonomicznych modeli i  wyrażenie zgody na nową funkcję dla ludzkości. Impulsem dla krajów do podwyższenia PKB i dla firm do osiągania zysków jest większa ilość wykonanych inwestycji, co prowadzi nas do światowego kryzysu ekonomicznego i środowiskowego. Potrzebujemy zrównoważonego rozwoju, tak żeby każdy mieszkaniec planety przyczynił się do jego osiągnięcia. W przeciwnym razie unicestwimy samych siebie. Nie wierzę, że rządy są przygotowane lub potrafią działać tak szybko, dlatego też mam nadzieję, że zmiana będzie pochodzić od liderów biznesowych, którzy mają ogromny wpływ i poczucie odpowiedzialności, aby skierować nas w stronę lepszej przyszłości.

W szybko zmieniającej się rzeczywistości rynkowej podstawą funkcjonowania organizacji jest zarządzanie ryzykiem stron trzecich. Podwykonawcy poza radarem przedsiębiorstw

0

Epidemia koronawirusa SARS-CoV-2 poważnie zachwiała łańcuchami dostaw, szczególnie w przypadku organizacji poruszających się w dużej siatce dostawców i usługodawców. Badanie Deloitte „Third-Party Risk Management Global Survey Report 2020” pokazuje, że przed wybuchem pandemii jedynie 20 proc. firm monitorowało kluczowych kontrahentów. Eksperci Deloitte obserwują, że proporcja ta ulega zmianie, a standardem staje się podejście tzw. „Rozszerzonego Przedsiębiorstwa” (Extended Enterprise), które pomaga określić i strategicznie zarządzić ryzykiem w całym ekosystemie, w jakim funkcjonuje firma. 

Pandemia COVID-19 pokazała, że firmy nie działają w odosobnieniu, a na realizację ich celów biznesowych składa się aktywność setek stron trzecich, czyli klientów, partnerów, agentów, sprzedawców, dostawców towarów czy usług, licencjobiorców i licencjodawców. Firmy wspólnie ze stronami trzecimi tworzą ekosystem, czyli „Rozszerzone Przedsiębiorstwo” (Extended Enterprise).

Weźmy za przykład łańcuch dostaw, w jakim funkcjonują producenci samochodów. Wielu z nich polega na sieci dostawców różnych części, na przykład silnika, opon, elementów wnętrza. A każdy z tych dostawców ma z kolei swoich partnerów i kontrahentów. Oni wszyscy składają się na cały system, który nazywamy rozszerzonym przedsiębiorstwem. Jeśli coś nie zadziała w jednym z elementów, skutki może odczuć inny, pozornie zupełnie z nim niezwiązany. Zarządzanie ryzykiem w ekosystemie rozszerzonego przedsiębiorstwa to szybkie przewidywanie i sprawne zarządzanie procesami i działaniami związanymi ze stronami trzecimi – mówi Mariusz Ustyjańczuk, Partner, Lider Risk Advisory w Deloitte.

Zarządzanie ryzykiem w rozszerzonym przedsiębiorstwie poprawia jego wyniki finansowe, poprzez: ograniczenie ryzyka niezgodności i ryzyka operacyjnego, zmniejszenie kosztu relacji ze stronami trzecimi i zwiększenie wydajności stron trzecich (przestrzeganie ustalonego SLA), aż po oparcie relacji ze stronami trzecimi o wartość, jaką przynoszą przedsiębiorstwu i wzbogacenie procesu podejmowania decyzji biznesowych o wiarygodne dane, w celu zwiększenia świadomości ich podejmowania.

Koszty błędów podwykonawców rosną

Deloitte rozwija usługi Extended Enterprise w Polsce od 2009 roku, a zespół ekspertów odpowiada za projekty w 18 krajach Europy Środkowej. Rosnące zapotrzebowanie na tego typu wsparcie sprawia, że globalnie w zagadnieniach dotyczących przedsiębiorstwa rozszerzonego, specjalizuje się blisko 900 osób. Wprowadzane w ostatnich latach regulacje nakładają na przedsiębiorstwa konieczność dbania o ich przestrzeganie nie tylko w ramach własnej organizacji, ale także w całej sieci podwykonawców. Przykładem tego może być obowiązujące w Unii Europejskiej General Data Protection Act („RODO”), czy też brytyjski Modern Slavery Act.

Zgodnie z badaniem przeprowadzonym przez Deloitte w 2020 roku „Deloitte Third-Party Risk Management Global Survey Report 2020”, jedynie 20 proc. organizacji twierdzi, że jest w stanie samodzielnie monitorować nie tyle nawet wszystkich, co kluczowych kontrahentów. Należy mieć tutaj na uwadze, że prowadząc odpowiedzialny biznes, firma nie może sobie pozwolić na żaden incydent negatywnie wpływający na jej reputację, niezależnie od tego, czy ma on miejsce wewnątrz organizacji, czy w jej ekosystemie. Szacowane koszty popełnienia błędu lub też niedopatrzenia przez stronę trzecią – zdaniem blisko połowy respondentów – wzrosły w ciągu ostatnich pięciu lat dwukrotnie. Dla 1/5 respondentów takie koszty wzrosły aż dziesięciokrotnie, co przekłada się na przewidywane koszty materializacji ryzyka sięgające miliarda USD.

Firmy coraz chętniej zdają się na doradców

Wyższa kadra zarządzająca pragnie też mieć coraz lepszy wgląd we współpracę firmy ze stronami trzecimi. Chodzi tutaj o holistyczny punkt widzenia, na podstawie którego rady nadzorcze i prezesi mogą efektywnie zapoznawać się z bieżącymi relacjami z zewnętrznymi współpracownikami. Istotna jest nie tylko możliwość uzyskania szerszego spojrzenia, ale też możliwość szybkiego reagowania na pojawiające się zagrożenia na podstawie rzetelnych i kompleksowych danych po to, by zabezpieczyć biznes i zapewnić stały wzrost.

Wyniki badania pokazują, że co czwarta firma decyduje się na powierzenie kwestii związanych ze stronami trzecimi firmie doradczej lub rozważa wdrożenie takiego rozwiązania. To wyraźny trend rosnący, bo jeszcze w 2015 roku odsetek takich firm był bliski zeru.

Odpowiedzią na te wyzwania może być kilka typów rozwiązań tj.: optymalizacja oraz odzyskiwanie kosztów i przychodów – a więc weryfikacja, czy partnerzy biznesowi przestrzegają warunków umownych, czy też zarządzanie ryzykiem stron trzecich, rozumiane jako wdrożenie, usprawnienie i przegląd procedur obowiązujących w organizacji w zakresie monitorowania stron trzecich i ich relacji z przedsiębiorstwem.

Cieszy nas wzmożone zainteresowanie podejściem Extended Enterprise. Dzięki realizacji wielu projektów dla wielu globalnych firm, tworzących ekosystemy z tysiącami stron trzecich rozsianych po całym świecie, doskonale rozumiemy wyzwania, jakie stoją przed rozszerzonymi przedsiębiorstwami. Właściwe i skuteczne zarządzanie ryzykiem stron trzecich, zwłaszcza w dość niepewnych czasach, gdy wiele podmiotów zostało dotkniętych przez COVID-19, wydaje się być kluczowym elementem gwarantującym stabilność funkcjonowania biznesu – mówi Bartosz Zając, Lider usług Extended Enterprise Deloitte.

Sprzedaż samochodów hybrydowych i elektrycznych zanotowała 12,7% wzrost w pierwszym półroczu 2020 r.

Jedynym segmentem samochodów osobowych, który z liczbą ponad 26,8 tys. sprzedanych nowych aut, zanotował 12,7% wzrost w pierwszym półroczu 2020 roku jest segment pojazdów z napędami alternatywnymi. Wśród aut tego typu największy, ponad trzykrotny wzrost r/r odnotowały hybrydy plug-in. W I półroczu 2020 roku fabryki motoryzacyjne w Polsce wyprodukowały ponad 201 tys. pojazdów – o 44,1% mniej niż w I połowie 2019 roku.

W pierwszej połowie roku w Polsce zarejestrowano 179,8 tys. nowych samochodów osobowych, 24,6 tys. pojazdów dostawczych, 8,1 tys. ciężarowych, ponad 6,9 tys. przyczep i naczep oraz blisko 700 autobusów. Do końca czerwca br. Polacy kupili również 10,4 tys. motocykli oraz 7,4 tys. motorowerów. Pandemia COVID-19 spowodowała, że liczba rejestracji nowych pojazdów jest znacznie niższa niż w analogicznym okresie 2019 roku. Jedynym segmentem samochodów osobowych, który z liczbą ponad 26,8 tys. sprzedanych nowych aut, zanotował 12,7% wzrost w pierwszym półroczu 2020 roku jest segment pojazdów z napędami alternatywnymi. Wśród aut tego typu największy, ponad trzykrotny wzrost r/r odnotowały hybrydy plug-in. W I półroczu 2020 roku fabryki motoryzacyjne w Polsce wyprodukowały ponad 201 tys. pojazdów – o 44,1% mniej niż w I połowie 2019 roku.

W pierwszej połowie 2020 roku zarejestrowano w Polsce 179,8 tys. samochodów osobowych, co oznacza spadek o 35,4% w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku. Spadki dotyczą zarówno klientów instytucjonalnych, którzy zarejestrowali 123,4 tys. pojazdów (spadek o 35,3%) oraz klientów indywidulanych, którzy nabyli 56,4 tys. nowych samochodów, o 35,6% mniej niż w I połowie 2019 roku. Producenci marek popularnych sprzedali w pierwszym półroczu 146,5 tys. pojazdów, co oznacza spadek sprzedaży o 38,9% w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku. Segment marek premium+ poradził sobie z kryzysem lepiej. Producenci sprzedali przez pierwsze 6 miesięcy 33,3 tys. pojazdów tej klasy – o 13,6% mniej niż w I połowie 2019 roku. Klienci indywidualni w I połowie roku kupili 4 tys. aut z segmentu premium+, o 14,5% więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Nieco gorzej w pierwszym półroczu wyglądają rejestracje marek premium+ wśród klientów instytucjonalnych – zakupili oni 29,2 tys. pojazdów, co oznacza mniejszą sprzedaż o 16,4% r/r.

Biorąc pod uwagę szacunki z początku pandemii, wyniki pierwszego półrocza nie okazały się aż tak złe jak się spodziewano, choć oczywiście we wszystkich kategoriach pojazdów odnotowano spadki rejestracji. Najlepiej poradził sobie segment premium i stosunkowo nieźle segment pojazdów dostawczych. To bardzo cieszy, bo samochody dostawcze służące firmom do przewozu towarów są swoistym barometrem stanu gospodarki. O ile segment samochodów dostawczych odnotował stosunkowo małe straty, o tyle pojazdy ciężarowe zostały dotknięte chyba największym spadkiem. Można w związku z tym wysunąć wniosek, że nie słabnie zapotrzebowanie na pojazdy realizujące transport miejski – np. firmy kurierskie – natomiast popyt na pojazdy długodystansowe jest bardzo niski. W tej sytuacji nie bez znaczenia pozostaje przegłosowany właśnie pakiet mobilności, który – jak się przewiduje – uderzy w polskich przewoźników. Ponadto, tak wysoki spadek sprzedaży pojazdów ciężarowych może oznaczać, że menedżerowie zarządzający firmami transportowymi w Polsce spodziewają się spadku zamówień – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Rośnie segment pojazdów na paliwa alternatywne

W I połowie roku liczba rejestracji samochodów z napędami alternatywnymi była wyższa o 12,7% niż w tym samym okresie 2019 roku i wyniosła blisko 26,9 tys. pojazdów. Niezmiennie zdecydowanie więcej pojazdów z napędami alternatywnymi kupują klienci instytucjonalni (20,6 tys. aut) co przekłada się na 14,5% wzrost w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. Klienci indywidualni z kolei do końca czerwca 2020 roku kupili ponad 6,2 tys. aut z napędem alternatywnym – o 7,1% więcej niż w pierwszym półroczu ubiegłego roku. Natomiast samochody z napędem gazowym, osiągnęły w pierwszej połowie roku rezultaty dużo gorsze, niż te osiągane w tym samym okresie przed rokiem. Spadek rejestracji tego segmentu pojazdów wyniósł 63,7% r/r.

Segment pojazdów z napędami alternatywnymi jest jedynym, który rośnie w 2020 roku w Polsce. Chociaż dynamika wzrostu całego segmentu zaczyna zwalniać, na uwagę zasługują hybrydy, hybrydy typu plug-in oraz samochody w pełni elektryczne. W I półroczu 2020 r. Polacy zarejestrowali blisko 22,6 tys. pojazdów z napędem hybrydowym. Oznacza to wzrost o 28,7%. Bardzo dużą dynamikę wzrostu w omawianym okresie odnotowały hybrydy typu plug-in. Polacy kupili 1 370 aut tego typu, co oznacza wzrost o 210,7% r/r. Nad Wisłą rośnie również sprzedaż aut w pełni elektrycznych, do końca czerwca br. Polacy kupili ponad 1,1 tys. samochodów napędzanych wyłącznie silnikiem elektrycznym, o 19,6% więcej niż w pierwszej połowie 2019 roku – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Rejestracje samochodów ciężarowych o połowę mniejsze

W I połowie 2020 roku w Polsce zarejestrowano 8,1 tys. samochodów ciężarowych, co oznacza spadek o 51,5% w porównaniu z pierwszą połową 2019 roku. Podobnej wielkości spadki (-50,9% r/r) dotyczą rejestracji przyczep i naczep – do końca czerwca br. zarejestrowano ich 6,9 tys.

Rejestracje samochodów

Rozwój rynku jednośladów wyhamował

W I połowie 2020 roku liczba zarejestrowanych nowych motocykli wyniosła 10 429 sztuk, czyli 9,6% mniej niż w I połowie 2019 roku. Jedynie motocykle typu sport (wzrost o 50%), supersport (wzrost o 7%) oraz ON/OFF (wzrost o 3%) zakończyły I półrocze br. ze wzrostami. Pandemia koronawirusa w Polsce wyhamowała jednak obserwowany wcześniej w 2019 roku i jeszcze na początku bieżącego, rozwój rynku motocykli w Polsce. Mimo tego rezultaty dwóch ostatnich miesięcy (w maju wzrost rejestracji o 9,9% r/r, a w czerwcu o 22,8%) są już na znacznie wyższym poziomie niż przed rokiem. Wskazuje to na szybką odbudowę rynku w tej grupie pojazdów. Natomiast znaczący spadek rejestracji odnotowano wśród motorowerów, których w I połowie 2020 roku zarejestrowano 7 386 sztuk i był to poziom niższy aż o 29,6% w porównaniu z takim samym okresem w 2019 roku.

Gwałtowny spadek produkcji pojazdów samochodowych w Polsce

W I półroczu 2020 roku wyprodukowano w Polsce 201,1 tys. pojazdów samochodowych, aż o 44,1% mniej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Najgłębszy spadek (48,5%) zanotowała produkcja samochodów osobowych. W grupie samochodów użytkowych i ciężarowych rezultaty były niższe o 35,9% r/r, natomiast produkcja autobusów w pierwszym półroczu 2020 roku przyhamowała najmniej, o 23% w porównaniu z I półroczem 2019 roku.

Coraz ciężej o własne cztery kąty. Rynek nieruchomości po koronawirusie

Ciasne, ale własne – cztery kąty to wciąż marzenie milionów Polaków. Marzenie, którego realizację będą musieli odłożyć na później, dużo później. Na skutek pandemii banki mocno zaostrzyły kryteria przyznawania kredytów mieszkaniowych. Czy upodabniamy się do naszych sąsiadów, Niemców, których mniej niż połowa posiada własne mieszkanie?

Koronawirus coraz rzadziej pojawia się na pierwszych stronach gazet. Zamiast niego eksperci wykorzystują inny wyraz rozpoczynający się na tę samą literę: kryzys. Wyniki badania, jakie przeprowadziła firma McKinsey, pokazują ponury obraz jego skutków. Prawie dziewięciu na dziesięciu zapytanych menedżerów twierdzi, że ich krajowe gospodarki są w gorszym stanie niż sześć miesięcy temu. Analitycy z McKinsey prowadzą takie badania regularnie. Z historycznych danych wynika, że tak źle nie było od czasu kryzysu finansowego z 2008 r. O tym, że mamy do czynienia z poważnym kryzysem, świadczy fakt, że aż 52% respondentów globalnego badania Economic Conditions Snapshot ocenia, że warunki gospodarcze uległy znacznemu pogorszeniu. Jeszcze w marcu br. takich głosów było zaledwie 10%.

Ma to przełożenie na zachowanie sektora finansowego, głównie banków, które po cichu zmieniły swoją strategię udzielania kredytów hipotecznych i pożyczek na o wiele bardziej restrykcyjną i zachowawczą. – Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, w czerwcu liczba zapytań o kredyty hipoteczne spadła o 1/4 w porównaniu z rokiem ubiegłym. Niepewność wkradła się w serca wielu Polaków, którzy z niepokojem spoglądają w przyszłość. Wiele osób straciło pracę lub doświadczyło redukcji wynagrodzenia. Pozostaje również kwestia polityki bankowej, która w ostatnim czasie mocno się zmieniła – mówi Marta Telenda, prezes zarządu firmy Colivia, która jako jedyna w Polsce świadczy usługi w obszarze colivingu.

Kredyt to w Polsce najpopularniejsza metoda finansowania zakupu nieruchomości. Jak pokazują dane z raportu AMRON-SARFiN, w 2019 r. na naszym rynku banki udzieliły ponad 225 tys. kredytów hipotecznych. Ubiegły rok okazał się pod tym względem rekordowy. Również suma zaciągniętych zobowiązań była imponująca i wyniosła prawie 63 mld zł. Wartości te wzrosły w porównaniu z 2018 r. odpowiednio o 6% i 16%.

Pandemia nieufności

Do niedawna jeden z dużych polskich banków reklamował swój kredyt hasłem: “Odważ się spełniać marzenia”. W postpandemicznym świecie może się okazać, że sama odwaga to zbyt mało, potrzeba nam jeszcze stalowych nerwów i sporej gotówki.

Wiele banków zaostrzyło swoje kryteria, ograniczając akceptowalne źródła dochodu we wnioskach o kredyt hipoteczny. Osoby zatrudnione na podstawie umowy o dzieło bądź zlecenia mogą dziś pomarzyć o pozytywnej decyzji kredytowej. Spora część takich wniosków nie jest już nawet rozpatrywana – twierdzi Telenda. Niewiele korzystniej wygląda sytuacja osób prowadzących własną działalność gospodarczą, również w ramach samozatrudnienia. Także wobec nich banki mocno zaostrzyły kryteria przydzielania kredytów, wydłużając minimalny czas prowadzenia firmy. Wymagane są również dodatkowe dokumenty lub wyższe przychody.

Zmiany dotknęły także minimalny wkład własny, jaki wymagany jest do zaciągnięcia kredytu na zakup nieruchomości. Mimo że w 2020 r. w teorii wynosił on 20%, to klienci często wpłacali połowę tej wartości, tj. 10%, a pozostałą część zabezpieczali ubezpieczeniem niskiego wkładu. – Chociaż głośno się o tym nie mówi, to jeżeli liczymy na pozytywną decyzję kredytową, powinniśmy zapomnieć o takim zabiegu i przygotować co najmniej 20% całkowitej kwoty zakupu – nieoficjalnie przyznaje pracownik jednego z banków. To wciąż optymistyczny scenariusz, coraz częściej słychać bowiem głosy, że w praktyce wkład własny powinien wynosić około ⅓ ceny zakupu nieruchomości.

Równocześnie banki skutecznie zniechęcają do zaciągania hipotek rekordowo wysoką marżą, która już na samym początku kontaktu ze światem finansowania zewnętrznego potrafi zabić cały entuzjazm. Niewielkie to pocieszenie, że stopa WIBOR jest obecnie bardzo niska, gdyż jej zmienny charakter może zwiastować poważne podwyżki w przyszłości, a co za tym idzie – wzrost miesięcznej raty, jaką płaci kredytobiorca.

To nie koniec złych wieści dla potencjalnych kredytobiorców. Również sam scoring, czyli ocena wypłacalności klienta, która dokonywana jest przez oprogramowanie bankowe, określające stopień ryzyka na podstawie wprowadzonych w formularzu danych, w wyniku pandemii stał się znacznie bardziej agresywny. Oczywiście ze względu na tajemnicę bankową informacja ta pozostaje tajna, jednak zewsząd dochodzą do nas informacje, że osoby, które wnioskowały o hipotekę, zostały odprawione z kwitkiem i prośbą o powrót w przyszłości. Może to mieć również związek z tym, że specjaliści od ryzyka bankowego opracowali nowe rekomendacje dotyczące podziału na bardziej i mniej bezpieczne grupy zawodowe. Przedstawiciel handlowy lub marketer z pewnością będą mieć ciężej niż prawnik czy osoby zatrudnione w administracji państwowej, których posada jest bardziej stabilna.

Bezdomny jak… Niemiec?

Czy taka sytuacja doprowadzi rodzimy rynek nieruchomości do formy, jaką ma on za naszą zachodnią granicą? Niemcy plasują się na drugim miejscu, zaraz po Szwajcarii, biorąc pod uwagę najniższy odsetek właścicieli domów we wszystkich krajach OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju). Wynika to z polityki mieszkaniowej obranej przez niemiecki rząd, która zachęca do wynajmu. Władze naszych zachodnich sąsiadów realizują odmienną strategię niż chociażby Polacy. U nas, jak i w wielu innych krajach, rządy interweniują na rynkach mieszkaniowych, aby stworzyć warunki zachęcające do posiadania własnego domu. Eksperci z Deutsche Bundesbank, analizując sytuację rynku mieszkaniowego w Niemczech, zastanawiają się jednak, jakie konsekwencje w przyszłości przyniosą działania nastawione na wspieranie koniunktury na zakup mieszkalnych nieruchomości. Czy państwa rzeczywiście powinny zachęcać do zakupu własnego lokum, nawet jeżeli obarczone jest to drogim kredytem? Specjaliści niepokoją się ewentualnymi konsekwencjami i w specjalnym raporcie rozważają wpływ tych praktyk na ogólny dobrobyt społeczeństwa. Jako jeden z możliwych efektów ubocznych wskazują powstanie społecznych nierówności. – Ciężko jest coś takiego przewidzieć, natomiast w statystykach OCED wyraźnie widać pewną korelację. Wynika z nich, że kraje o stabilnej i silnej gospodarce, które mogą stanowić dla nas pewien wzór do naśladowania, takie np. jak wspomniane Niemcy, ale również Szwajcaria czy Austria, jednocześnie są liderami w zestawieniu państw o najwyższym procencie wynajmowanych nieruchomości – zwraca uwagę Marta Telenda z Colivii. W porównaniu z naszymi zachodnimi sąsiadami, gdzie ok. 45% gospodarstw domowych może cieszyć się własnym aktem własności, w Polsce wskaźnik ten wynosi blisko dwukrotnie więcej, tj. 84%.

Trzecia opcja

Wydawać by się mogło, że poza kupnem i wynajmem nie istnieje żadna sensowna alternatywa. Nic bardziej mylnego. Biorąc pod uwagę zmieniające się potrzeby społeczeństwa, związane nie tylko z koniecznością posiadania “własnego kąta”, ale również z aspektami społecznymi, wzrasta zainteresowanie colivingiem. – Współczesny coliving to ewolucja różnych koncepcji, dlatego ciężko jest wskazać jeden przełomowy moment, który zapoczątkował ten trend. Podobny projekt realizowano w Danii w latach sześćdziesiątych. Innym przykładem koncepcji wczesnego colivingu jest słynna minimalistyczna wspólna przestrzeń życiowa o nazwie Isokon, która powstała w Londynie w 1933 r. Jednak sama koncepcja jest wynikiem zmieniających się potrzeb społeczeństwa – tłumaczy Marta Telenda. Prowadzona przez nią firma posiada już jeden coliving usytuowany w centrum Poznania, gdzie niebawem planuje otwarcie kolejnej lokalizacji. W planach ma również realizację podobnych projektów w innych polskich miastach. Telenda twierdzi, że wspólne życie szczególnie interesuje millenialsów, którzy mają inne wartości i oczekiwania w stosunku zarówno do życia towarzyskiego, jak i kariery zawodowej, niż starsze pokolenie baby boomers. – Kto z nas nie marzył o życiu, jakie wiedli bohaterowie serialu Friends? Coliving jest odpowiedzią na to pragnienie. Z jednej strony oferuje prywatność i własną przestrzeń, z drugiej – pewien rodzaj wspólnoty i przestrzeń współdzieloną, w której znajduje się np. ekspres do kawy czy Playstation – wymienia prezes zarządu Colivii.

Coliving jest również odpowiedzią na poważny problem, jakim jest epidemia samotności, leżącej u podstaw wielu problemów psychicznych, z jakimi zmaga się współczesne społeczeństwo. Według badań amerykańskiego urzędu statystycznego, młodzi dorośli częściej narzekają na odosobnienie niż starsze grupy wiekowe. Niedawno przeprowadzone badanie wykazało, że prawie 10% osób w wieku od 16 do 24 lat czuło się „zawsze lub często” samotne. To ponad trzykrotnie więcej niż u respondentów w wieku 65 lat i starszych. Jednocześnie mamy też do czynienia z najwyższym wynikiem spośród wszystkich grup wiekowych.

Człowiek nie może obejść się bez drugiego człowieka, musi zaspokoić swój straszliwy głód braterstwa – tak brzmiały słowa Alberta Camusa. Dzielenie przestrzeni życiowej w ramach instytucji colivingu to zupełnie nowy sposób myślenia o relacjach i mieszkaniu. Mieszkańcy wspólnoty to niejednokrotnie dobrze sytuowani ludzie, którzy realizują się zawodowo, za co otrzymują sowite wynagrodzenie. Artyści, przedstawiciele wolnych zawodów, amatorzy tzw. slow travel czy cyfrowi nomadzi świetnie odnajdują się w tym koncepcie i zapewniają sobie dzięki temu radość życia. To ludzie, którzy przede wszystkim cenią sobie to, czego kupić nie można, niezależnie od liczby zer na koncie – obecność drugiego człowieka. Często w ramach colivingu mieszkają np. z managerami wyższego szczebla. Taka różnorodność jest źródłem wielu inspiracji, pobudza kreatywność, sprzyja swobodnej wymianie myśli, przez co pomaga poszerzyć światopogląd. Ostatecznie jest również doskonałym lekiem na samotność.

Polacy są bardziej zadłużeni niż Czesi i Słowacy?

W czasie kryzysu, problem dotyczący zadłużenia Polaków staje się szczególnie istotny. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy nasi rodacy są bardziej zadłużeni na przykład od południowych sąsiadów.

Koronawirus spowolnił akcję kredytową banków i wzrost wartości zadłużenia Polaków związanego z nowymi „hipotekami”. Warto jednak pamiętać, że w czasie boomu mieszkaniowego wspomniane zadłużenie szybko rosło. Eksperci RynekPierwotny.pl postanowili więc sprawdzić, jak prezentuje się poziom hipotecznego długu naszych rodaków w porównaniu do wyników notowanych na terenie innych krajów Starego Kontynentu.

Ciekawe dane o poziomie zadłużenia mieszkańców różnych krajów Europy znajdziemy między innymi w raporcie Hypostat 2019 opracowanym przez Europejską Federację Hipoteczną. Wedle wyników tej analizy, pod koniec 2018 r. na dorosłego mieszkańca każdego z analizowanych państw przypadało następujące zadłużenie mieszkaniowe:
Tabela 1. Dane Hypostat o zadłużeniu dorosłych europejczyków z 25 państw europejskich

  • Austria – 15 494 euro
  • Belgia – 27 123 euro
  • Bułgaria – 805 euro
  • Chorwacja – 2 152 euro
  • Czechy – 5 078 euro
  • Dania – 54 532 euro
  • Estonia – 7 125 euro
  • Finlandia – 21 989 euro
  • Francja – 19 312 euro
  • Grecja – 6 400 euro
  • Hiszpania – 12 813 euro
  • Holandia – 51 785 euro
  • Irlandia – 22 919 euro
  • Litwa – 3 364 euro
  • Łotwa – 2 603 euro
  • Niemcy – 20 879 euro
  • Polska – 3 234 euro
  • Portugalia – 11 007 euro
  • Rumunia – 998 euro
  • Słowacja – 5 734 euro
  • Słowenia – 3 669 euro
  • Szwecja – 51 089 euro
  • Węgry – 1 687 euro
  • Wielka Brytania – 30 158 euro
  • Włochy – 7 480 euro

Można przypuszczać, że obecne wyniki dotyczące porównywanych państw nie zmieniły się znacząco względem IV kw. 2018 r. Relatywnie niski wynik Polski, z całą pewnością jest dobrym sygnałem – nawet jeśli uwzględnimy fakt, że spora część długu mieszkaniowego rodaków zależy od wahań kursów euro i franka szwajcarskiego. Taki problem nie występuje między innymi na terenie Czech oraz Słowacji.

Producent smartfonów realme publikuje imponujące wyniki za I półrocze 2020 roku

  • realme właśnie opublikowało dane i statystyki za I półrocze 2020 roku. Firma odnotowała 11% wzrostu w drugim kwartale i jest jedyną dużą marką, która może pochwalić się dwucyfrowym wynikiem na plusie.
  • Po raz czwarty z rzędu realme uzyskało tytuł najszybciej rozwijającego się producenta smartfonów na świecie.
  • Tylko w pierwszej połowie roku firmie udało się uzyskać 15 milionów nowych użytkowników.

realme, najszybciej rozwijająca się marka smartfonów na świecie, prezentuje wyniki za I półrocze 2020 roku. Firma może pochwalić się aż 11% wzrostem w drugim kwartale – jest to jedyny dwucyfrowy wynik wśród dużych marek. Według raportu przygotowanego przez ośrodek analityczny Counterpoint, realme było jednym z niewielu producentów, którzy odnotowali dodatni wzrost o 157%. Poinformowano również, że realme jest obecnie w TOP 4 marek smartfonów w Tajlandii, Indiach, Kambodży i Egipcie, a także w TOP 5 w Birmie, Indonezji, Wietnamie, na Filipinach i Ukrainie.

Pionier na rynku

realme skupia się na wprowadzaniu produktów 5G na swoich rynkach detalicznych, począwszy od modelu X50 Pro 5G, dążąc w ten sposób do zapewnienia łączności z siecią 5G wszystkim użytkownikom. Dodatkowo w 2020 roku wdrożono podwójną strategię “Smartfon + AIoT”. Pomimo trudności, firmie z powodzeniem udało się osiągnąć cele określone w tej inicjatywie. realme jest na dobrej drodze do wprowadzenia ponad 50 produktów AIoT w bieżącym roku i ponad 100 w przyszłym.

Sukces i siła młodości

“Od 2018 roku realme rozrosło się do 40 milionów użytkowników, a to dzięki silnemu, młodemu i międzynarodowemu zespołowi. Ze średnią wieku zaledwie 29 lat, zespół ten pokazał odwagę, zrobił krok do przodu i udowodnił siłę młodości na konkurencyjnym rynku” – powiedział Prezes marki, Li Bingzhong.

O planach na przyszłość mówił Dyrektor realme w Europie Wschodniej, Jason Guo. “Naszym celem jest sprzedaż 100 milionów telefonów w ciągu 3 lat i chcemy stać się jedną z pięciu największych marek smartfonów w Polsce. realme rozwija się bardzo dynamicznie, a wyniki, które osiągamy świadczą o zaufaniu klientów. Kluczowa jest dla nas dalsza ekspansja i sukcesy na kolejnych rynkach, wprowadzanie najnowocześniejszych rozwiązań i tworzenie sprzętu dopasowanego do potrzeb różnych użytkowników. Chcemy pomóc młodym użytkownikom pokonać wszelkie granice, zaskakiwać ich i pokazywać im nowy wymiar jakości i designu,  zgodnie z naszym hasłem “Dare to Leap” (Odważ się skoczyć)”.

Lider wielu obszarów

Oferta realme odbiła się również echem w świecie designu. W 2020 roku studio projektowe realme współpracowało ze światowej sławy projektantami Naoto Fukasawą i Jose Levy, znanymi z Hermes, w celu stworzenia wyznaczających trendy produktów. Ponadto realme zdobyło prestiżową nagrodę Red Dot Design Award, dystansując konkurencję. Firma jest pionierem innowacji nie tylko w projektowaniu, ale także w technologii, zwłaszcza wprowadzając pierwszą na świecie technologię szybkiego ładowania o mocy 125 W.

Czy związkowcy pomogli górnikom, blokując plany naprawcze PGG?

Spółka Polska Grupa Górnicza znajduje się w złej sytuacji. Bez odpowiedniego planu naprawczego będzie miała wkrótce problemy z płynnością finansową. Ministerstwo Aktywów Państwowych przedstawiło 27 lipca założenia programu restrukturyzacji spółki. Plany te jednak nie zostały zaakceptowane przez przedstawicieli górniczych związków zawodowych, na zamkniętym spotkaniu z ministrem. W związku z tym projekt reformy Polskiej Grupy Górniczej został przełożony w czasie. Rząd, tak jak i poprzednie ekipy rządzące, boi się bowiem zdenerwować górników. Nie jest więc stanowczy w negocjacjach ze związkowcami. Analitycy wskazują jednak, że tym razem związki zawodowe zadziałały na niekorzyść pracowników. 

– Jeżeli nie zostanie wprowadzony plan naprawczy, to za chwilę spółka nie będzie miała pieniędzy na wynagrodzenia dla pracowników. Sytuacja będzie więc dużo trudniejsza i nie będziemy rozmawiać o “barbórkowych”, czternastkach i innych elementach wynagrodzenia górniczego – tylko będziemy walczyć o funkcjonowanie tej spółki. Sytuacja jest więc naprawdę poważna, zarówno dla władz PGG, jak i dla górników – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Związki zawodowe zadziałały więc wbrew interesowi pracowników. Po wprowadzeniu planów naprawczych górnicy z niektórych kopalń, które mają bardzo trudną sytuację biznesową, mogliby znaleźć pracę w innych kopalniach – gdzie akurat brakuje pracowników. Wstrzymując wdrażanie tych planów, strona społeczna zadziałała wyjątkowo szkodliwie dla całego procesu – a przede wszystkim dla osób, które reprezentuje. Przez lata kolejne rządy bały się scenariusza odważnych cięć w sektorze wydobywczym węgla kamiennego – mając z tyłu głowy wielkie protesty za rządów premier Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii. Jednak tego typu presja uliczna nie będzie miała u nas miejsca. Mamy zupełnie inne struktury, zupełnie inne problemy i zupełnie inny moment w historii. Rząd musi odważnie przeprowadzić poważne cięcia i restrukturyzację tego sektora. Nie ma tutaj innego rozwiązania – apeluje Roszkowski.

Gaming na Wall Street znów w centrum uwagi

Cena akcji spółki Take-Two Interactive Software Inc. wzrosła o 4 proc. w handlu przed sesją po tym, jak spółka zajmująca się grami wideo odnotowała bardzo zadowalające wyniki kwartalne, które przekroczyły oczekiwania i podniosły prognozę co do dalszych zysków i ceny akcji.

Reakcje analityków były zasadniczo pozytywne, przy czym Morgan Stanley napisał, że raport wykazał kontynuację silnych trendów w grach z powodu zamówień wynikających z pandemii i pozostawania w domach. Wiele firm podniosło swoje ceny dla poziomów docelowych, a co najmniej dwie stwierdziły, że prognoza nadal wydaje się konserwatywna. W oparciu o cenę z ostatniego zamknięcia, akcje Take-Two akcje wzrosły prawie o 70% w stosunku do najniższego poziomu z marca i są notowane na rekordowych poziomach.

Analityk firmy Jefferies uważa, że wyniki wzmacniają trwałość głównych franczyz i rosnącą bazę użytkowników. Siła zarobkowa TTWO i oczekujący katalizator dla ceny akcji w postaci kolejnej gry Grand Theft Auto tworzą atrakcyjną konfigurację dla długoterminowych inwestorów. Firma podniosła poziom ceny docelowej ze 145 do 180 USD.

Morgan Stanley z kolei uważa, że utrzymują się silne trendy w sektorze gamingowym ze względu na zamówienia związane z pozostawaniem w domach i przyczynią się one do wzrostu zysków w drugiej połowie roku, a nawet w dalszych terminach. Morgan Stanley szacuje, że w najbardziej optymistycznym scenariuszu akcje mogą kosztować 210 USD za sztukę. Jednak w bazowym scenariuszu podnosi poziom ceny docelowej ze 160 do 176 USD.

Firma Piper Sandler wycenia akcje spółki na 200 USD i podnosi poziom ceny docelowej ze 146 USD. Zaangażowanie graczy wzrosło, gdy COVID-19 zatrzymał ludzi w domach, a najpopularniejsze gry TTWO powinny pomóc zrównoważyć słabość w innych sektorach.

KeyBanc Capital pisze, że wyniki spółki były bardzo mocne, a przede wszystkim odnotowano zmianę czasu spędzonego przez konsumentów przed grami wideo, co dało ponadwymiarowe korzyści. Oczekiwania na drugą połowę roku wciąż są wysokie, ale jest miejsce na dalszy wzrost, o ile nie nastąpi istotne spowolnienie na rynku gier wideo. Cena docelowa została podniesiona ze 172 USD do 193 USD.

Z kolei Bank of America uważa, że firma odniosła sukces w budowaniu dużego biznesu internetowego wokół kilku najpopularniejszych tytułów. Jak BofA obniża ocenę do neutralnej i podnosi nieznacznie swój cel cenowy ze 155 USD do 166 USD.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Samochody Polaków nie należą do najmłodszych. Jak średni wiek auta w Polsce prezentuje się na tle Europy?

Informacje dotyczące wieku polskich aut z pewnością nie przedstawiają się szczególnie optymistycznie. Właśnie dlatego eksperci Ubea.pl postanowili zwrócić uwagę, że dość wysoki wiek samochodów osobowych wcale nie jest tylko rodzimym problemem. Potwierdzenie stanowią dane organizacji ACEA, czyli Stowarzyszenia Europejskich Producentów Samochodów.

Stowarzyszenie Europejskich Producentów Samochodów podaje, że w 2018 r. średni wiek aut z wybranych krajów Starego Kontynentu wyglądał następująco:

Austria – 8,2 roku
Belgia – 9,0 roku
Chorwacja – 12,6 roku
Czechy – 14,8 roku
Dania – 8,8 roku
Estonia – 16,7 roku
Finlandia – 12,1 roku
Francja – 9,0 roku
Grecja – 15,7 roku
Hiszpania – 12,4 roku
Holandia – 10,6 roku
Irlandia – 8,4 roku
Litwa – 16,9 roku
Luksemburg – 6,4 roku
Łotwa – 13,9 roku
Niemcy – 9,5 roku
Norwegia – 10,5 roku
Polska – 13,9 roku
Portugalia – 12,9 roku
Rumunia – 16,3 roku
Słowacja – 13,9 roku
Słowenia – 10,1 roku
Szwajcaria – 8,6 roku
Szwecja – 9,9 roku
Węgry – 14,2 roku
Wielka Brytania – 8,0 roku
Włochy – 11,3 roku

Powyższe dane ACEA informują, że nie tylko w Polsce średni wiek samochodu osobowego jest wyraźnie wyższy od unijnej średniej (10,8 roku w 2018 r.). Znacznie starsze pojazdy jeżdżą między innymi po greckich, litewskich, estońskich, czeskich oraz rumuńskich drogach. „Za jakiś czas znów warto będzie sprawdzić analogiczne dane, które opublikuje Stowarzyszenie Europejskich Producentów Samochodów. W statystykach dotyczących 2020 r. i 2021 r. zapewne będzie widoczny wpływ koronawirusowego kryzysu” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Minister finansów: Na rynku jest już 1 mln terminali płatniczych w punktach handlowych. Polska chce być europejskim liderem pod tym względem

Płatności bezgotówkowe notują rosnącą popularność, a dla 2/3 Polaków karta płatnicza jest ulubioną i preferowaną formą płatności. Co istotne, rośnie też sieć akceptacji dla takich transakcji. Według danych Ministerstwa Finansów w Polsce jest już ponad milion terminali płatniczych POS. Prawie co trzeci został zainstalowany w ramach programu Polska Bezgotówkowa, w którym przedsiębiorcy przez pierwszy rok nieodpłatnie mogą korzystać z terminali. 95 proc. z nich po roku testowania decyduje się na dalszą akceptację bezgotówkowych płatności.

– Mamy już milion terminali POS [ang. point of sale, punkt handlowy – przyp. red.] i to jest bardzo dobry wynik. Jeszcze trzy lata temu byliśmy na szarym końcu w Europie pod względem liczby terminali w przeliczeniu na liczbę mieszkańców. Teraz jesteśmy na średnim poziomie, ale mamy ambicję trafić do czołówki. Dlatego mam nadzieję, że niedługo w Polsce będzie już 2 mln terminali – mówi agencji Newseria Biznes Tadeusz Kościński, minister finansów.

Według danych Ministerstwa Finansów jeszcze na początku 2018 roku terminali było ok. 750 tys. Dziś coraz częściej są one dostępne nie tylko w dużych punktach usługowo-handlowych, lecz również w małych, średnich i mikroprzedsiębiorstwach oraz instytucjach sektora publicznego.

Ponad 310 tys. terminali ze wszystkich obecnych na rynku pochodzi z programu Polska Bezgotówkowa, prowadzonego przez Fundację Polska Bezgotówkowa. Powstała ona niecałe trzy lata temu z inicjatywy Związku Banków Polskich, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, Visa oraz Mastercard w celu upowszechniania i promocji obrotu bezgotówkowego.

– Fundacja Polska Bezgotówkowa to ewenement – przykład, którym chwalimy się na świecie. Wciąż jednak dużo zostało do zrobienia. Chociaż liczba płatności elektronicznych rośnie, to gotówka rośnie jeszcze szybciej. Mamy w Polsce już ok. 300 mld zł w banknotach, więc to jest zadanie dla fundacji, żeby tę gotówkę jakoś wyciągnąć z naszych materaców i żeby ona pracowała dla polskiej gospodarki – wskazuje Tadeusz Kościński.

Do programu Polska Bezgotówkowa mogą zgłaszać się małe, średnie i mikropodmioty, które w okresie ostatniego roku nie akceptowały płatności bezgotówkowych w swoim punkcie handlowo-usługowym, ale chciałyby zacząć. Takie podmioty dostają na start wsparcie ze strony FPB polegające na pokryciu kosztów związanych z otrzymaniem terminala do akceptacji kart oraz kosztów obsługi płatności bezgotówkowych przez 12 miesięcy.

– Najbardziej zainteresowane płatnościami bezgotówkowymi są branże, które do tej pory miały terminali relatywnie niewiele albo wcale. Na pierwszym miejscu jest tzw. sektor beauty, czyli kosmetyczki i fryzjerzy. Wysoko są też kwiaciarnie. Dużą dynamikę wykazały małe sklepy spożywcze. Z kolei, co nas zaskoczyło, są dwie branże, które w statystykach pojawiają się śladowo. Są nimi  apteki i stacje benzynowe, ale one po prostu już wcześniej były bardzo nowoczesne – mówi Mieczysław Groszek, prezes Fundacji Polska Bezgotówkowa.

Co istotne, 95 proc. przedsiębiorców, którzy przez rok bezpłatnie korzystali z terminali, decyduje się na odpłatną akceptację kart. Badania fundacji pokazują, że firmy odnoszą dzięki temu szereg korzyści.

– Przedsiębiorcy odpowiadają, że wzrosły obroty, klienci są zadowoleni. Po drugie, niektórzy mówią, że gotówka kiedyś była problemem, bo na koniec dnia trzeba było ją przechowywać w domu albo odwozić do banku. Dzisiaj zostaje jej tyle, żeby następnego dnia zacząć dzień z wydawaniem reszty. Po trzecie, każda płatność gotówką jest ewidencjonowana w systemie płatniczym i w księgowości – wymienia Mieczysław Groszek.

Do tej pory za pośrednictwem terminali zainstalowanych przez Fundację Polska Bezgotówkowa zrealizowano już ponad 300 mln transakcji za łączną kwotę blisko 16 mld zł. Wśród beneficjentów jest w sumie ponad 225 tys. podmiotów – w tym małe, średnie oraz mikroprzedsiębiorstwa, a także instytucje administracji publicznej.

– Płatności bezgotówkowe powinny być dalej rozwijane, zwłaszcza w tych miejscach, do których jeszcze nie trafia nowoczesny światłowód czy internet, tam mamy jeszcze tzw. białe plamy. Powinniśmy rozszerzać zasięg obrotu bezgotówkowego i w ten sposób przyczyniać się do zmniejszania kosztów społecznych rozliczeń finansowych, bo to jest przecież celem wszystkich systemów płatniczych – podkreśla Włodzimierz Kiciński, wiceprezes Związku Banków Polskich.

Jak podkreśla Tadeusz Kościński, Ministerstwo Finansów promuje płatności bezgotówkowe, bo są one elementem cyfrowej, nowoczesnej gospodarki. Dąży też do zminimalizowania tradycyjnej gotówki w obrocie, bo, po pierwsze, jest to bardzo kosztowne, a po drugie, stanowi paliwo dla szarej strefy.

– Wszyscy myślą, że gotówka jest darmowa, ale w rzeczywistości ona kosztuje gospodarkę ok. 1 proc. PKB. W Polsce to jest 21–22 mld zł rocznie. Dlatego ważne jest, żeby jak najwięcej płatności w gotówce przerzucić na płatności elektroniczne, bo to obniża koszty transakcji – podkreśla minister finansów. – Zachęcamy m.in., żeby każdy radiowóz w Polsce miał terminal POS i żeby fani szybkiej jazdy mogli zapłacić mandat elektronicznie. Promujemy możliwość płacenia bezgotówkowo w każdym urzędzie.

Polacy polubili płatności bezgotówkowe. Potwierdza to ubiegłoroczne badanie „Płatności bezgotówkowe oczami Polaków 2019”, przeprowadzone w ramach kampanii Warto Bezgotówkowo. Choć co piąty Polak wciąż deklaruje przywiązanie do tradycyjnej gotówki, to aż 66 proc. za najbardziej preferowaną formę płatności uznaje kartę płatniczą. Poprzez bankowość internetową chętnie płaci 6 proc., a za pośrednictwem telefonu, zegarka bądź innego urządzenia – 7 proc.

– Grecja jest na pierwszym miejscu w Europie pod względem liczby terminali na tysiąc mieszkańców. Tam jednak zainstalowano to administracyjnie i część tych terminali jest pochowana w szufladach. Co z tego, że statystyka jest bardzo dobra, kiedy nie ma zwyczajów płatniczych. Zarówno punkty handlowe czy usługowe, jak również konsumenci po prostu z nich nie korzystają. W Polsce jest inaczej – przekonuje Mieczysław Groszek.

– Polska jest mniej więcej w średniej europejskiej pod względem liczby kart na tysiąc mieszkańców. Ale pod względem płatności bezstykowych, a więc kart, które są wyposażone w mikrochipy, jesteśmy w absolutnej czołówce nie tylko europejskiej, lecz także i światowej. Wszystkie POS-y dysponują taką technologią – mówi Włodzimierz Kiciński.

Wiedza o budowie mózgu pomaga rekruterom przyciągnąć do firmy właściwych ludzi. Jest ważna także w dobieraniu pracowników do zespołów

W zależności od tego, która z trzech części mózgu pracuje u nas najmocniej, w pracy przyświecają nam inne cele i w inny sposób dążymy do ich osiągnięcia. To tzw. teoria trzech kolorów mózgu, która może okazać się przydatna w procesach rekrutacji. Wiedza na temat działania mózgu pomoże w taki sposób skonstruować ogłoszenie o pracę, że aplikować na nie będą tylko osoby o poszukiwanym przez firmę profilu osobowości. Pozwoli także lepiej zbudować zespoły projektowe i zarządzać ich pracami. – Aby zdobyć tę wiedzę, można przejść szkolenie, ale można także obserwować siebie i swoje zachowania – mówi Anna Urbańska, psycholog biznesu ze Structogram Polska.

– Nasz mózg zbudowany jest z pnia mózgu, kresomózgowia i międzymózgowia. W zależności od tego, która z tych części jest u nas silniej rozwinięta, w określony sposób funkcjonujemy i działamy. Dla ułatwienia tym trzem częściom mózgu przypisano trzy kolory, czyli pień mózgu to kolor zielony, międzymózgowie – czerwony, a kresomózgowie – niebieski – mówi agencji Newseria Biznes Anna Urbańska.

Osoby, które używają przede wszystkim pnia mózgu, określa się jako uczuciowe, empatyczne (kolor zielony). Czerwoni, u których dominuje międzymózgowie, są zorientowani na cel i rezultat. Ci, którzy najczęściej wykorzystują kresomózgowie, to osoby obiektywne i poukładane, które lubią mieć czas na zastanowienie (kolor niebieski). Jak podkreślają eksperci systemu treningowego Structogram, zaledwie co 10. człowiek korzysta z każdego obszaru mózgu w równym stopniu. U zdecydowanej większości dominuje jeden z nich.

– Aby lepiej poznać biostrukturę swojego mózgu, należy przyglądać się sobie, co jest dla nas istotniejsze, czy to będą uczucia, emocje, racjonalizm, pomaganie ludziom czy raczej wygrywanie z nimi, a może racjonalne ich przekonywanie do swoich racji. I tym różnym obszarom odpowiadają trzy części naszego mózgu – mówi ekspertka. – Co ważne, przez całe nasze życie możemy zmieniać charakter, ale nie zmienimy genetyki naszego mózgu, więc z tym się można już tylko pogodzić.

Okazuje się, że wiedza na temat kolorów mózgu i sposobach funkcjonowania osób z poszczególnych grup może mieć znaczenie w życiu biznesowym. Jednym z przykładów, które to pokazują, jest proces rekrutacji w firmie.

– Cały proces rekrutacji zaczyna się od zadania sobie pytania, jakiego pracownika szukam, jakie powinny być jego kompetencje zawodowe, ale też charakter i osobowość. Wiedza w zakresie genetyki mózgu umożliwia tak skonstruować ogłoszenie o pracę, aby odpowiedzieli na nie tylko tacy kandydaci, jakich naprawdę szukamy – mówi Anna Urbańska.

Jak wyjaśnia, zawierając w ogłoszeniu konkretne treści, jesteśmy w stanie oddziaływać tylko na określony obszar związany z mózgiem kandydatów. Następny etap to przydzielanie poszczególnych osób do zespołów – w tym przypadku również wspieranie się wiedzą na temat biostruktury mózgu może okazać się kluczem do sukcesu.

– Bardzo często przedsiębiorcy szukają i zatrudniają ludzi podobnych do siebie. Po pewnym czasie okazuje się, że firma staje się – jak mówimy – jednokolorowa, a przecież zadania w biznesie są różne i wymagają różnorodnego podejścia. Są zadania emocjonalne i relacyjne, techniczne i procesowe. Może się okazać, że jednokolorowa grupa ludzi, która ma za zadanie stworzyć harmonogram procesu na najbliższe dwa lata, nie będzie potrafiła się do tego zabrać, bo według ich osobowości proces planowania kończy się na perspektywie dzisiejszego dnia, a w grupie nie było osoby o innych kompetencjach i podejściu – tłumaczy ekspertka ze Structogram Polska.

Podobnie grupa, która jest złożona tylko z osób uczuciowych i emocjonalnych, nie będzie w stanie np. wdrożyć normy technicznej, bo będzie im brakowało osoby z innymi kompetencjami, wynikającymi z budowy mózgu.

Odpowiednie zbudowanie zespołu przekłada się na jego efektywną pracę, a więc często również na jego sukcesy i dobrą atmosferę w grupie. W ten sposób łatwiej utrzymać pracowników w firmie na dłuższy czas. Menadżerowie mogą również wykorzystywać wiedzę na temat genetyki mózgu podczas zarządzania zespołem i podejmowania kluczowych dla niego decyzji.

– Jeśli pień mózgu jest u ciebie najsilniej rozwinięty, to pewnie będziesz szefem współczującym, będzie ci przykro kogoś zwolnić. Jeżeli wiesz, że jesteś szefem emocjonalnym i czasami zdarza ci się powiedzieć za dużo albo niecenzuralne słowa bez przemyślenia, to też musisz mieć świadomość tego, jak to się przekłada na ludzi. Możesz być też szefem, dla którego ani emocje, ani uczucia nie mają znaczenia. Patrzysz na ludzi i mówisz: po co ta histeria, skąd tyle nerwów, trzeba usiąść i wszystko zaplanować – wymienia Anna Urbańska. – Tutaj kluczowa jest samoświadomość.

Poziom inflacji w Polsce wciąż najwyższy w UE. Dla gospodarki krytycznymi miesiącami będą październik i listopad

Od połowy maja polska gospodarka pnie się w górę. Lipcowy wskaźnik PMI wykonał rekordowy skok, jest też wyższy od oczekiwań. Polskie firmy, podobnie jak inne w Europie, obawiają się jesiennej fali pandemii. Rozstrzygający dla dalszych losów gospodarki może być poziom inflacji i inwestycji przedsiębiorstw. Niepokoić może relatywnie wysoka inflacja, jednak według ekonomistów w ciągu najdalej kilkunastu miesięcy powinna się obniżyć.

– Mamy w Polsce wysoką inflację, obecnie najwyższą w Unii Europejskiej –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ignacy Morawski, dyrektor SpotData. – To wynika z kilku powodów. Po pierwsze, jest to jeszcze pozostałość wysokiego wzrostu płac sprzed pandemii. Inflacja zawsze reaguje z dużym opóźnieniem na zmiany dynamiki wynagrodzeń, więc mieliśmy uderzenie kryzysu w kwietniu i zanim inflacja na to zareaguje, to musi minąć kilka miesięcy. Drugi powód to rosnący koszt prowadzenia działalności gospodarczej związany z pandemią. W wielu dziedzinach, takich jak usługi higieniczne, dentyści, hotele i restauracje, wymusiła ona wprowadzenie rozwiązań sanitarnych, które są kosztowne, i przedsiębiorcy doliczyli je sobie do rachunków. 

Według metodologii Eurostatu w czerwcu 2020 roku inflacja w Polsce wyniosła 3,8 proc. i była najwyższa w Unii Europejskiej. Dla porównania na Węgrzech było to 2,9 proc., w Czechach 3,4 proc., a w Rumunii 2,2 proc. Z kolei na Cyprze, w Grecji, Estonii i na Łotwie ceny były niższe niż przed rokiem. Średnia dynamika dla Unii Europejskiej wyniosła 0,8 proc. Z kolei według GUS-u średnie ceny wzrosły w czerwcu o 3,3 proc., a według najnowszych danych – w lipcu o 3,1 proc.

Ignacy Morawski podkreśla, że inflację prognozuje się dużo trudniej niż niektóre inne zmienne ekonomiczne i że zachowuje się ona często bardzo nieprzewidywalnie. W związku z tym możliwe są wstrząsy, które zaburzą ten proces cenowy w jedną lub w drugą stronę. Jednocześnie polska gospodarka zaczęła bardzo energicznie wychodzić z dołka poepidemicznego.

– Szybko rośnie konsumpcja, szczególnie dóbr trwałych, czyli meble, sprzęt AGD, do pewnego stopnia samochody. Widać też szybko rosnący popyt na usługi czasu wolnego, czyli restauracje, turystykę, rozrywkę. Konsumpcja rośnie i to jest pozytywne –  przekonuje dyrektor SpotData. – To, co mnie martwi, i to, co w tym momencie obciąża gospodarkę, to niskie inwestycje. Firmy czują niepewność i część z nich obcięła plany inwestycyjne, a inwestycje to główny element decydujący o wahaniach gospodarki i o jej długookresowym rozwoju. Nie ma inwestycji, nie ma rozwoju.

W ostatnich dniach padają kolejne rekordy zakażeń SARS-CoV-2. Według zapowiedzi rządu w niektórych regionach, gdzie zachorowań jest najwięcej, może dojść do czasowego przywrócenia obostrzeń. Tymczasem już w I kwartale roku, który tylko nieznacznie został dotknięty lockdownem, nakłady brutto na środki trwałe wzrosły tylko o 0,9 proc. rok do roku. Przez cały ubiegły rok było to 7,2 proc., a w 2018 roku – 9 proc.

Mimo tego nastroje w przemyśle się poprawiają. Wskaźnik PMI rośnie trzeci miesiąc z rzędu i po raz pierwszy od listopada 2018 roku znalazł się powyżej poziomu 50 pkt, co oznacza rozwój sektora. Przekroczył także oczekiwania ekonomistów.

– Wszyscy chyba czekają z decyzjami na jesień, żeby zobaczyć, jak mocna będzie wtedy fala pandemii. Jeżeli się okaże, że ta fala nie jest bardzo wysoka i nie wywołuje gigantycznego strachu wśród konsumentów, to jesteśmy w stanie nadrobić większość strat sprzed pandemii w gospodarce w ciągu paru kwartałów, a odbicie gospodarcze w przyszłym roku będzie mocne – ocenia ekonomista.

Według lipcowej projekcji inflacji NBP wzrost cen w całym 2020 roku sięgnie 3,3 proc. (w marcu prognozowano 3,7 proc). PKB ma spaść o 5,4 proc. wobec przewidywanego przed pandemią wzrostu o 3,7 proc. Szczegółowe informacje o składowych inflacji w II kwartale i szybki odczyt PKB za ten okres pojawi się 14 sierpnia. Ta wiedza jednak wcale jeszcze nie musi rozwiać obaw przedsiębiorców, zwłaszcza że wygasać zaczną tarcze pomocowe.

– Październik i listopad to będą krytyczne miesiące i od przełomu roku zobaczymy kolejną falę przyspieszenia. Oczywiście jestem sobie w stanie wyobrazić czarne scenariusze, ale patrząc teraz na sytuację na świecie, np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie jest silna fala pandemii, a mimo to nie widać powrotu zjawisk recesyjnych, mam nadzieję, że i u nas recesja już nie wróci – prognozuje Ignacy Morawski.

Rynek leasingu aut wyhamował. Przyspieszenie możliwe dopiero pod koniec roku wraz z wyprzedażami na rynku motoryzacyjnym

Ograniczone wydatki ze strony firm spowodowane pandemią koronawirusa podcięły skrzydła branży leasingowej. Finansowanie tym instrumentem w I połowie roku zmniejszyło się o 24 proc. – wynika z danych Związku Polskiego Leasingu. Tylko w kategorii pojazdów lekkich, odpowiedzialnej za znaczną część rynku, spadek wyniósł prawie 20 proc. – Trudności firm leasingowych wynikają nie tylko z mniejszej sprzedaży, lecz również z odraczania spłat przez klientów – mówi Dariusz Olejnik, wiceprezes Kingsman Personal Finance. Jego zdaniem na przełomie tego i przyszłego roku będzie widoczne większe niż zazwyczaj pobudzenie na rynku.

Powrót do normalności rynku leasingowego to kwestia życzeniowa. Chcielibyśmy, żeby to się stało tu i teraz, ale nie wiemy, jak będą zachowywali się konsumenci, bo to od nich zależy, czy będzie popyt na dany produkt – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Olejnik. – W kategorii samochodów na przełomie grudnia tego i stycznia przyszłego roku będziemy widzieli pobudzenie rynku, ponieważ będą większe rabatowania aut ze starszych roczników, pojawią się nowe roczniki, co na pewno wpłynie na rynek.

Finansowanie zakupu samochodów to znaczna część rynku leasingowego, odpowiadająca za dwie trzecie transakcji. Z danych ZPL wynika, że w I kwartale spadek finansowania pojazdów lekkich leasingiem wyniósł 2,6 proc., ale już II kwartał przyniósł pogłębienie spadków do prawie 35 proc. Całe półrocze zamknęło się wynikiem -19,6 proc. To efekt zamknięcia gospodarki, ograniczenia aktywności zakupowej firm i konsumentów oraz działalności sprzedażowej dealerów.

Z jednej strony klient trochę się wycofał i nie kupuje nowych samochodów, przez co nie ma popytu na ten produkt finansowy. Z drugiej strony leasingodawcy mają trochę podcięte skrzydła, ponieważ musieli odpuścić ludziom spłaty, a przez to mają problem z płynnością finansową – wyjaśnia wiceprezes Kingsman Personal Finance.

Firmy leasingowe od początku pandemii do końca czerwca objęły wakacjami leasingowymi ponad 160 tys. przedsiębiorców i ponad 360 tys. umów. Jak wskazuje ZPL, dotyczy to więc co piątej umowy leasingu na polskim rynku.

– Leasingodawcy nakładają bardzo dużo obostrzeń co do samego klienta i do wniosków. Są coraz bardziej wybredni w kwestii produktów, które chcą leasingować. Często wskazują nam kategorie przedsiębiorców, u których zdiagnozowali wyższe ryzyko, np. fryzjerów – mówi Dariusz Olejnik.

Odmrażanie gospodarki przynosi jednak stopniowy wzrost liczby rejestracji aut, a więc i zainteresowania leasingiem.

Wiceprezes Kingsman Personal Finance podkreśla, że rynek motoryzacyjny i leasingowy, czyli sektor szeroko rozumianych usług finansujących motoryzację, wciąż się zmienia, a pandemia przyspieszy ten proces.

Już od kilku lat usługi finansowania zakupu samochodów sprzedawane są online’owo i telefonicznie. Ten model pracy wdrożyło obecnie wielu dealerów. Nie mówię tutaj tylko o reklamach produktowych w social media, ale także o działaniach w ramach user experience, które pomagają w procesie sprzedaży. Dobry przykład globalnej marki działającej online to Tesla, która praktycznie nie ma swoich oddziałów, a sprzedaż odbywa się w internecie. Myślę, że kolejne marki będą postępowały podobnie i postawią na rozwój wirtualnych salonów. Kingsman Personal Finance również realizuje taką strategię – przyznaje.

Zdaniem Dariusza Olejnika kolejnym wyzwaniem rynku leasingowego jest znaczny wzrost ofert cesji leasingu na rzecz firmy trzeciej. Przedsiębiorcy, którzy jeszcze do niedawna mieli możliwość finansowania rat leasingowych za zakup np. samochodów, obecnie ją tracą, więc decydują się na przekazanie umowy. Cesja leasingu pozwala im pozbyć się zobowiązania z tytułu umowy leasingowej bez większych strat finansowych poprzez jej odstąpienie.

„Sztuczne Słońce” pozwoli na pozyskiwanie czystej energii. Ruszyła budowa eksperymentalnego reaktora termonuklearnego [DEPESZA]

Nadchodzi era energii termojądrowej. Ruszył właśnie montaż największego na świecie urządzenia do syntezy jądrowej ITER. Maszyna ma na celu odtworzenie energii syntezy jądrowej Słońca, które zapewnia światło i ciepło oraz umożliwia życie na Ziemi. ITER będzie pierwszym urządzeniem do syntezy jądrowej wytwarzającym energię netto, a eksperymenty przygotują drogę dla przyszłych elektrowni termojądrowych.

Przywódcy Unii Europejskiej, Chin, Indii, Japonii, Korei, Rosji i Stanów Zjednoczonych ogłosili niedawno początek nowej ery energetycznej wraz z oficjalnym rozpoczęciem montażu największego na świecie urządzenia do syntezy jądrowej. Maszyna ITER [ang. International Thermonuclear Experimental Reactor – Międzynarodowy Eksperymentalny Reaktor Termonuklearny – przyp. red.] ma odtworzyć energię syntezy jądrowej Słońca, które zapewnia światło i ciepło oraz umożliwia życie na Ziemi. Nie będzie przy tym pełniła funkcji elektrowni, lecz ma zbadać możliwości produkcji energii z użyciem kontrolowanej fuzji jądrowej na wielką skalę.

– Uruchamiając fazę montażu maszyny ITER, odczuwamy ciężar historii. Minęło już 100 lat, odkąd naukowcy odkryli, że energia termojądrowa jest źródłem energii dla Słońca i gwiazd, i około 60 lat od zbudowania pierwszego tokamaka [urządzenia do przeprowadzania kontrolowanej reakcji termojądrowej – przyp. red.] w Związku Radzieckim – mówi dyrektor generalny programu ITER, Bernard Bigot. – Musimy być sprawni, a jednocześnie cierpliwi. Wiemy jednak, że jak najszybciej należy zastąpić paliwa kopalne.

ITER będzie wytwarzał około 500 MW energii cieplnej. Gdyby działał w sposób ciągły i był podłączony do sieci elektrycznej, dałoby to około 200 MW energii elektrycznej, co wystarczyłoby do zasilenia około 200 tys. domów. Dotychczas światowy rekord w dziedzinie energii termojądrowej należy do europejskiego tokamaka JET. W 1997 roku wyprodukował on 16 MW mocy termojądrowej z całkowitej mocy grzewczej wejściowej 24 MW.

ITER będzie wytwarzał ciepło, a nie energię elektryczną. Ale jeśli zadziała i wyprodukuje więcej energii, niż zużywa, czego nie były w stanie zrobić mniejsze eksperymenty termojądrowe, może to doprowadzić do powstania elektrowni bez emisji dwutlenku węgla. Pozwoli to też wyeliminować zagrożenia związane z istniejącymi reaktorami jądrowymi, w których energię uzyskuje się z rozpadu ciężkich izotopów radioaktywnych. W elektrowni termojądrowej energia powstaje z łączenia lekkich izotopów wodoru.

– Teraz świętujemy coś więcej niż tylko techniczny kamień milowy. Chciałbym w szczególności zwrócić uwagę na trzy kwestie. Pierwsza to siła współpracy międzynarodowej, po drugie, ITER reprezentuje determinację Unii Europejskiej w walce przeciwko zmianom klimatycznym, a po trzecie, istotność dalszego wspierania takich projektów w trudnych czasach. Pandemia SARS-CoV-2 zmusiła nas wszystkich do ponownego dostosowania naszych priorytetów, a Europa nie jest wyjątkiem – wskazuje Kadri Simson, unijny komisarz ds. energii.

W przyszłości za pomocą tokamaków będzie można wytwarzać energię elektryczną bez emisji szkodliwych substancji. Obecnie szacuje się, że ponad 70 proc. emisji dwutlenku węgla pochodzi z zużycia energii, a z kolei 80 proc. zużycia energii pochodzi z paliw kopalnych.

Modyfikacja genów pozwala leczyć, ale też stworzyć zupełnie nowe gatunki. Brak kontroli nad tym procesem według ekspertów może oznaczać katastrofę

Biohacking – znany również jako „biologia zrób to sam” – pozwala dowolnie modyfikować DNA. Lekarzom w USA udało się usunąć z ludzkiego embrionu gen odpowiedzialny za chorobę serca, u zwierząt poprzez modyfikację genu zlikwidowano paraliż kończyn. Niektórzy idą jednak o krok dalej – prezes firmy CyborgNest wszczepił sobie w klatkę piersiową kompas, zaś amerykański filmowiec nosi protezę oka z wbudowaną bezprzewodową kamerą wideo. Programowanie ludzkiego ciała niesie jednak ze sobą poważne zagrożenia, nie tylko natury moralnej.

– Biohacking jest formułą nowoczesnej interwencji w to, co niepoznane, czyli w przebieg enzymatycznych reakcji, w strukturę białek, wreszcie w fundament naszego kształtu, istnienia, czyli w kod DNA. Robimy to dosyć często, od dawna, ale teraz na niespotykaną wcześniej skalę, bo jesteśmy w stanie robić to już w garażu przydomowym – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr n. med. Daniel Śliż, prezes zarządu Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.

Ingerencje w DNA to już nie tylko domena naukowców i lekarzy. Początkowo biohacking stosowano do leczenia chorób genetycznych – w USA udało się usunąć z ludzkiego embrionu gen, który odpowiadał za chorobę serca. W ramach testów zlikwidowano też paraliż kończyn u szczurów właśnie poprzez modyfikację kodu genetycznego. Obecnie jednak biohacking mogą stosować niemal wszyscy.

– Mamy już metody, które ułatwiają interwencję w kod genetyczny na poziomie molekularnym, dosłownie jakby wycinając nożyczkami i wklejając nowy kod genetyczny. Robimy to za pomocą zwykłych protokołów wycinania, przepisywania i wklejania DNA. To jest dosyć skomplikowana reakcja chemiczna, ale już dzisiaj możemy ją wykonać w domu, na dowolnym sprzęcie – przekonuje dr Daniel Śliż.

Już w 2017 roku były naukowiec NASA zmodyfikował swoje geny podczas transmisji na żywo poprzez usunięcie hamującej przyrost mięśni miostatyny ze swojego przedramienia. Liviu Babitz, prezes CyborgNest, wszczepił w swoją klatkę piersiową kompas, który wibruje, gdy wskazuje północ. Amerykanin Rich Lee ma w palce wmontowane magnesy i dwa chipy komunikacji bliskiego zasięgu, które można zaprogramować tak, aby między innymi łączyły się ze stronami internetowymi lub otwierały drzwi samochodu, a chip biotermiczny w przedramieniu stale monitoruje temperaturę jego ciała. Rob Spence z kolei to jednooki filmowiec, który nosi protezę oka z wbudowaną bezprzewodową kamerą wideo.

– Za pomocą biohackingu możemy jeszcze nienarodzonym dzieciom zmienić  kolor oczu, uzupełnić brakujące geny, wyleczyć chorobę, która wynika z mutacji czy braku genu. Ale też możemy np. wyhodować psa z pięcioma nogami, z dodatkowym ogonem, wykonać hybrydę psa i kota albo stworzyć dziecko z materiałem genetycznym trzech rodziców – wymienia prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.

Popularna staje się modyfikacja genów wśród zwierząt. Niedawno amerykański hodowca psów David Ishee próbował stworzyć świecącego w ciemności psa, wprowadzając do szczeniąt DNA z bioluminescencyjnej bakterii. Projekt zakończył się niepowodzeniem, podobnych prób będzie jednak więcej.

– Wszystko będzie dobrze, jeśli skupimy się na tym, np. jak wyeliminować kleszcze z natury poprzez modyfikację kodu genetycznego myszy, na których żerują najczęściej. Ale jeśli zaczniemy tworzyć zatrute gatunki, które tworzą trujące białka, to mogą one zaburzyć całą strukturę biologiczną – przekonuje ekspert.

W Chinach z kolei prowadzono tajny program, którego celem było uodpornienie chorych na wirusa HIV. Naukowcy modyfikowali zarodki, a na urodzone w ten sposób dzieci czekały już wyselekcjonowane pary.

– Jeśli zaczniemy modyfikować gatunki tak, że nie będą przypominały już tego, czym były pierwotnie, to zaczynamy wchodzić w kwestie bezpieczeństwa, co będzie, kiedy te geny wymieszają się z ogólną populacją – tłumaczy dr Daniel Śliż. – Może czekać nas katastrofa, jeśli coś takiego zaczniemy wypuszczać do natury bez kontroli, bez obserwacji, co będzie działo się dalej.

Sadownicy z nadzieją wyczekują pracowników zza wschodniej granicy

0

Połowa wakacji to pełnia sezonu na owoce, szczególnie jagodowe. Każdy z nas wypatruje ich na straganach i śledzi cenę za kilogram ulubionego, letniego przysmaku. Żeby jednak owoce sezonowe znalazły się na rynku w dużej ilości i w przystępnej cenie, producenci muszą mieć dobre zbiory. W tym roku ich plany może pokrzyżować ciągnąca się epidemia koronawirusa. Przyjeżdżający z zagranicy pracownicy są główną siłą roboczą podczas sezonowych zbiorów. Bez ich pomocy polscy producenci mogliby wystawić na handel dużo mniejszą ilość owoców – a co za tym idzie, cena za kilogram wystrzeliłaby w górę. Czy ograniczony ruch międzypaństwowy, spowodowany przez zagrożenie epidemiczne, może znacząco wpłynąć na nasze tegoroczne, sezonowe zakupy?

– Handel międzynarodowy nie jest przeszkodą dla polskich producentów. Wydaje się, że jest już udrożniony na stałe. Natomiast realnym zagrożeniem może być ograniczenie przepływu ludności. Jeżeli granica polsko-ukraińska będzie rzeczywistą barierą dla przyjeżdżających do Polski pracowników sezonowych, to sytuacja na rynku może się znacząco zmienić – powiedział serwisowi eNewsroom Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP. – Brak pracowników oznacza małą podaż i wzrost cen. Na szczęście obie strony – zarówno polska, jak i ukraińska – są zainteresowane tym, aby pracownicy mogli przejeżdżać przez granicę. Dla nas oznacza to relatywnie tanią siłę roboczą przy zbiorach, a dla naszych sąsiadów – więcej gotówki, która wpłynie do ich gospodarki. Jedynym ryzykiem, które może spowodować zawirowanie na rynku, jest więc brak pracowników. Jeśli uda się go uniknąć – podaż i popyt nie powinny się znacząco zmieniać w ciągu sezonu. Jeżeli nastąpi swobodny napływ pracowników zza wschodniej granicy, to zadowoleni będą i sadownicy, i konsumenci. Na półce sklepowej znajdą bowiem relatywnie tani produkt – wyjaśnia Maliszewski.

Pierwsze półrocze 2020 roku na warszawskim rynku biurowym

0

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała pierwsze półrocze 2020 roku na warszawskim rynku powierzchni biurowych.

  • Obecnie w Warszawie w budowie znajduje się około 680 tys. mkw. powierzchni biurowej.
  • W ciągu ostatnich sześciu miesięcy do użytku oddano łącznie ponad 106 tys. mkw. powierzchni biurowej.
  • Popyt brutto w pierwszym półroczu był niższy o 17% niż w analogicznym okresie 2019 roku.
  • Wskaźnik pustostanów wyniósł 7,9%, co oznacza wzrost o 0,4 pkt. proc. w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku.
  • Czynsze utrzymały się na poziomie 24 EUR/mkw./miesiąc w centrum i 15 EUR/mkw./miesiąc poza centrum.

Podaż

Całkowite zasoby powierzchni biurowej w Warszawie w pierwszej połowie 2020 roku powiększyły się o 106 800 mkw. i wyniosły 5,69 mln mkw. Największe budynki oddane do użytku od stycznia do końca czerwca to: dwie fazy projektu Varso, Chmielna 89, DSV HQ oraz kolejna faza Browarów Warszawskich – Biura przy Willi.

W okresie trwania kwarantanny nie wprowadzono żadnych rozporządzeń ograniczających prace budowlane. Niemniej jednak, ze względu na wydłużenie procesów administracyjnych, ograniczoną dostępność pracowników oraz ryzyko przerwania łańcucha dostaw, oddanie do użytku niektórych projektów zostało przesunięte z drugiego na trzeci kwartał 2020 roku – mówi Jan Szulborski, Senior Consultant, Cushman & Wakefield.

Obecnie w budowie znajduje się blisko 680 000 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej planowanej do oddania w latach 2020-2022. Według szacunków Cushman & Wakefield w 2020 roku ukończonych zostanie blisko 361 000 mkw. i jest to wartość ponad dwukrotnie wyższa niż w 2019 roku. Biorąc pod uwagę poziom przednajęcia, projekty te mają duże prawdopodobieństwo realizacji zgodnie z harmonogramem. Planowaną podaż powierzchni na 2021 rok szacuje się na 339 000 mkw., z czego część projektów, która nie ma zabezpieczonych umów najmu, może zostać przesunięta na 2022 rok.

W latach 2022-2023 spodziewamy się natomiast wystąpienia efektu luki podażowej ze względu na ograniczenie decyzji o rozpoczęciu realizacji nowych projektów do momentu ustabilizowania sytuacji gospodarczej w Polsce i na świecie. Wyjątkiem mogą być projekty, które będą w całości sfinansowane ze środków własnych – dodaje Jan Szulborski.

Popyt

Okres kwarantanny oraz niepewność związana z wpływem pandemii koronawirusa na gospodarkę spowodowała, że część najemców zdecydowała się na tymczasowe wstrzymanie decyzji o trwających procesach negocjacji umów najmu. Popyt brutto w pierwszym półroczu wyniósł 334 800 mkw. i był niższy o 17% niż w analogicznym okresie 2019 roku, a większość zawartych w tym czasie transakcji to procesy, które rozpoczęły się przed wybuchem pandemii. Do największych transakcji możemy zaliczyć podpisanie umowy przednajmu w budynku Generation Park Y przez grupę PZU (46 500 mkw.), umowę najmu DSV zawartą z nabywcą ich budynku na Mokotowie (20 035 mkw.) oraz renegocjację umowy najmu przez Pocztę Polską (19 010 mkw.) w budynku Domaniewska Office Hub.

Struktura transakcji w pierwszej połowie roku była zbliżona do tej odnotowanej w pierwszej połowie 2019 r. Nowe umowy stanowiły 62% wszystkich zawartych umów w badanym okresie a renegocjacje i ekspansje stanowiły odpowiednio 30% i 8%.

Wskaźnik pustostanów

Pogarszająca się koniunktura gospodarcza doprowadziła do wzrostu poziomu pustostanów, który pomimo tego, że w ujęciu rocznym jest niższy niż w analogicznym okresie w 2019 roku, to kwartał do kwartału wzrósł o 0,4 pp. i wyniósł 7,9%. Niemniej jednak jest to jeszcze niewielki wzrost widoczny w statystkach, ponieważ rynek nieruchomości reaguje z opóźnieniem na wszelkie zmiany koniunkturalne.

Największy wzrost pustostanów został odnotowany w takich strefach jak Mokotów (+14 900 mkw. / 14,1%), Wschód (+5 130 mkw. / 8,6%) oraz Centrum (+5 900 mkw. / 5,7%). Ponadto, zauważalnym trendem jest zwiększenie powierzchni oferowanej na podnajem. Według szacunków w II kw. 2020 roku, blisko 50 000 mkw. powierzchni biurowych w Warszawie było oferowanych w tej formie, co nie jest uwzględnione w statystykach dotyczących dostępnej powierzchni.

Czynsze

Stawki bazowe za najlepsze powierzchnie biurowe nie uległy zmianie i znalazły się na poziomie 24 EUR/mkw./miesiąc w centrum i 15 EUR/mkw./miesiąc poza centrum.

Utrzymanie stawek na niezmienionym poziomie jest wynikiem zamknięcia transakcji na warunkach sprzed rozpoczęcia pandemii. W kolejnych kwartałach możemy spodziewać się korekty warunków komercyjnych, jeśli popyt na powierzchnie biurowe spadnie, a gospodarka nadal będzie utrzymywać się na zwolnionych obrotach – mówi Katarzyna Lipka, Head of Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Prognozy

Okres kwarantanny spowodowany wybuchem pandemii Covid-19 doprowadził do przejścia większości firm w tryb pracy zdalnej i ograniczenie aktywności biznesowej. Ponadto, polska gospodarka prawdopodobnie po raz pierwszy od 1989 roku wejdzie w fazę recesji, co spowoduje zmianę krajobrazu gospodarczego, który w najbliższych miesiącach wpłynie również na rynek nieruchomości biurowych. Zgodnie z ostatnimi prognozami Oxford Economics, PKB w Polsce drugim kwartale spadnie o 3,5% (r/r). Według oficjalnych danych GUS, w tym samym okresie konsumpcja zmniejszyła się o 4,5% w ujęciu rocznym. Niemniej jednak, wraz z dalszym luzowaniem ograniczeń przewidujemy mocne odbicie obu wskaźników w kolejnych kwartałach – mówi Katarzyna Lipka.

Wakacje spędzamy w Polsce i wydajemy całkiem sporo

0
  • Analiza transakcji dokonanych kartami* przez klientów Santander Bank Polska wskazuje, że rosną wydatki w punktach gastronomicznych w najpopularniejszych miejscowościach wypoczynkowych w Polsce
  • Okres wakacyjny sprawił, że nasze wydatki kartami rosną – w sklepach z wyposażeniem wnętrz płacimy w ten sposób dwukrotnie więcej niż przed rokiem

Wakacyjna mapa wydatków

Porównując aktualną liczbę transakcji kartami klientów Santander Bank Polska w punktach gastronomicznych z końcem czerwca, można zauważyć wzrost w powiatach, w których znajdują się popularne miejsca wakacyjnego wypoczynku, takie jak: Bieszczady, Tatry, Beskid Żywiecki i Sądecki, Karkonosze czy Białowieża. Dużą popularnością cieszą się także Warmia i Mazury – wzrosła tam liczba transakcji w barach i restauracjach m.in. w powiecie giżyckim, kętrzyńskim, węgorzewskim, mrągowskim, piskim czy szczycieńskim. Wzrost wydatków w punktach gastronomicznych widoczny jest także w powiatach nadmorskich.

Rysunek 1: Dynamika wolumenu transakcji kartami Santander Bank Polska w kategorii gastronomia. Porównano tygodnie: 19-25.07 z 21.06-27.06.

Wakacyjna mapa wydatków 

– Nasza analiza wskazuje, że od początku wakacji wzrosła liczba transakcji kartami dokonywanych przez naszych klientów w barach i restauracjach w popularnych miejscowościach wypoczynkowych. W kategorii podróże (obejmującej w szczególności wydatki kartowe naszych klientów w najpopularniejszych biurach podróży, także tych internetowych), obecnie możemy mówić o liczbie nieco ponad 1,6 tysiąca transakcji tygodniowo, podczas gdy w analogicznym okresie 2019 roku było to ponad 3 tysiące. W porównaniu z zeszłym rokiem wolumen transakcji naszych klientów w biurach podroży spadł o ponad 57%. Zdaje się to potwierdzać zapowiedzi, że większość Polaków wybiera w tym roku wakacje w Polsce – mówi Przemysław Chojecki, data scientist z Santander Bank Polska.

W wakacje wydajemy więcej

Analitycy Santander Bank Polska przyjrzeli się także wolumenowi transakcji kartami klientów w pierwszym miesiącu wakacji w podziale na kategorie wydatków i porównali je z analogicznym okresem roku ubiegłego.

W stosunku do roku 2019 o 57% spadły wydatki kartowe klientów Santander Bank Polska w biurach podróży, a o 6,3% wydatki na kina i fitness. Natomiast niemal we wszystkich pozostałych kategoriach wydatków kartami odnotowano wzrosty. W porównaniu z rokiem 2019 o ponad 51% wzrosły wydatki w drogeriach, o ponad 53% w sklepach detalicznych, dyskontach i marketach oraz o 70% w sklepach z artykułami wyposażenia wnętrz i sprzętem RTV.

 Poziom wydatków kartowych w wielu kategoriach wskazuje, że zaciskanie pasa, charakterystyczne dla okresu początku pandemii, skończyło się wraz z wakacjami, a dziś w ten sposób wydajemy znacznie więcej niż przed rokiem. Tygodniowy wolumen transakcji (naszymi kartami) w sklepach detalicznych, marketach i dyskontach jest o 50% wyższy niż przed rokiem i przebija granicę 300 mln zł. Od połowy maja br. rośnie wolumen transakcji w gastronomii, średnie z 2019 r. zostały przekroczone z początkiem czerwca, a obecnie wolumen transakcji jest już o 30% wyższy niż w najlepszych tygodniach minionego roku. Na przestrzeni roku podwoił się średniotygodniowy wolumen transakcji w sklepach z wyposażeniem wnętrz oraz sprzętem RTV/AGD, przekraczając 100 mln zł. Wygląda na to, że w wakacje chętnie przeprowadzamy małe remonty i liftingi wnętrz – mówi Przemysław Chojecki, data scientist z Santander Bank Polska.

BLIK bije kolejne rekord, gotówka w odwrocie

Od początku pandemii rośnie popularność BLIK-a. Średnia tygodniowa liczba transakcji, wykonywanych przez klientów Santander Bank Polska, BLIKIEM w internecie przekracza 500 tys., natomiast w sklepach 80-100 tys. transakcji tygodniowo.

Po szczycie z początku pandemii, liczba transakcji wypłat z bankomatów, realizowanych przez klientów Santander Bank Polska, z 1,4 miliona tygodniowo spadła do ok. 1,1 miliona tygodniowo, nieco mniej niż średnie z tego okresu z roku 2019. Także średni tygodniowy wolumen wypłat z bankomatów utrzymuje się na poziomie z ubiegłego roku. Wypłaty z bankomatów za pomocą BLIKA również nie przekraczają obecnie średniej liczby transakcji i średnich wolumenów z 2019 roku.

*Analiza nie obejmuje transakcji gotówkowych

Pandemia motorem wzrostu dla e-commerce. Czy rok 2020 będzie rekordowy dla branży e-commerce w Polsce?

0
  • Pandemia koronawirusa spowodowała skokowy wzrost liczby sklepów internetowych i firm sprzedających poprzez platformy e-commerce.
  • Jako gospodarka osiągamy przychody z e-commerce zbliżone do średniej UE. Pozostajemy jednak w tyle za niektórymi państwami regionu.
  • Udział e-commerce w handlu detalicznym może się ustabilizować na poziomie ok. 8% vs 5,4% w 2019 r.

Pandemia koronawirusa zmieniła nasze codzienne życie w bardzo wielu aspektach, jednak wzrost znaczenia handlu internetowego kosztem kanału tradycyjnego był jednym z najbardziej zauważalnych trendów ostatnich miesięcy – informują analitycy Santander Bank Polska.

Duże polskie firmy bez kompleksów w europejskim Internecie

Analizując udział handlu internetowego w przychodach firm bez podziału na sektor działalności oraz typ odbiorcy (indywidualny – B2C, lub biznesowy – B2B) Polska plasuje się dokładnie na poziomie europejskiej średniej wynoszącej ok. 18%. Jest to o tyle interesujące, że jednocześnie pod względem liczby firm oferujących swoje towary lub usługi w Internecie Polska znajduje się nieznacznie poniżej średniej unijnej – 16% polskich firm sprzedaje w kanale internetowym w porównaniu do 20% w UE.

Dane te wynikają z mocnego zdigitializowania szeregu branż, które stanowią swego rodzaju specjalizację polskiej gospodarki. Może to również oznaczać, że sprzedaż w tym nowoczesnym kanale rozwijały dotychczas w Polsce większe firmy, które pod względem cyfrowych kompetencji być może nawet nieznacznie wyprzedzają swoich zachodnich konkurentów. Z kolei ze średniej unijnej można wywnioskować, że w całej Wspólnocie rośnie rola małych i średnich firm pod względem obecności w Internecie – komentuje Małgorzata Nesterowicz, dyrektor ds. sektora usług Santander Bank Polska i dodaje: – Największe różnice, zarówno pod względem udziału w przychodach jak i liczby firm, widzimy w branży turystycznej – to wskazuje, że polscy touroperatorzy wyprzedzają swoich europejskich konkurentów w adopcji e-commerce, mimo iż jest to jedna z najbardziej aktywnych pod tym względem branż na poziomie całej Wspólnoty. Kolejnymi przykładami większego udziału przychodów z e-commerce wśród polskich przedsiębiorstw względem średniej europejskiej są m. in. produkcja elektroniki, branża motoryzacyjna oraz sektor meblowy, czyli sektory będące w dużej mierze odpowiedzialne za dynamiczny wzrost eksportu z Polski do UE w ostatniej dekadzie.

Jakie branże w największym stopniu wdrożyły rozwiązania e-commerce?

Analizowane przez ekspertów Santander Bank Polska dane obejmują zarówno handel towarowy, jak i sprzedaż usług. Średnio na poziomie UE 20% firm przyjmuje zamówienia online – jednak na poziomie poszczególnych branż, widoczne są bardzo duże różnice. Na unijne 20% składa się przykładowo branża budowlana, gdzie e-commerce stosuje zaledwie 6% firm, czy też 11% firm z sektora nieruchomości. Na drugim biegunie znajdują się branże najnowocześniejsze pod względem cyfrowego kontaktu z klientami, gdzie już dziś można powiedzieć, że obecność w Internecie jest nie tylko normą, ale niemalże warunkiem przetrwania.

Najbardziej rozwinięty pod względem e-commerce jest szeroko pojęty sektor turystyczno-wypoczynkowy. W 2019 r. ponad 60% europejskich hotelarzy i ponad 50% operatorów imprez turystycznych sprzedawało swoje usługi w cyfrowych kanałach dystrybucji. Warto przy tym zwrócić uwagę, że w obu tych branżach funkcjonują silne platformy sprzedażowe, np. Booking.com. Trzecią najbardziej zdigitalizowaną branżą pod względem liczby firm jest działalność wydawnicza i tutaj również można powiązać głęboką digitalizację rynku z działalnością silnych graczy, jak międzynarodowy Amazon, czy Empik lub Merlin na rynku krajowym. Warto zauważyć, że wymienione powyżej branże nastawione są przede wszystkim na sprzedaż B2C. Kolejne miejsca pod względem powszechności e-commerce na europejskim rynku zajmuje handel hurtowy z uwzględnieniem motoryzacji oraz sam przemysł motoryzacyjny – prawdopodobnie najnowocześniejsza część europejskiego przemysłu jako takiego. 

Polski sektor detaliczny e-commerce przeskoczył 7 lat w 7 tygodni

W zaledwie kilka tygodni przypadających na okres wprowadzenia ograniczeń związanych z zachowaniem bezpieczeństwa w stanie pandemii udział e-commerce w polskim handlu detalicznym wzrósł z ok. 5,5% na koniec 2019 r. do blisko 12% w szczytowym momencie. Dla zobrazowania skali wzrostu warto porównać te dane z największym rynkiem e-commerce na świecie, jakim są Stany Zjednoczone. Analogiczny wzrost udziału sprzedaży internetowej zajął tam niemal 7 lat.

Biorąc pod uwagę wzrost sprzedaży online wyraźnym liderem była kategoria odzieży i obuwia, gdzie porównując stan z kwietnia z tym z początku roku, udział sprzedaży internetowej wzrósł ponad 2,5-krotnie. Niemniej jednak, w miarę znoszenia kolejnych obostrzeń widoczny jest powrót konsumentów do tradycyjnych kanałów sprzedaży, co skutkuje normowaniem się udziału e-commerce w sprzedaży detalicznej poszczególnych branż. Przykładowo, przyjmując za poziom bazowy sprzedaż internetową w marcu, w przypadku żywności w czerwcu sprzedaż internetowa była niższa o ok. 10%, w kategorii mebli, RTV i AGD spadek wyniósł ok. 20%, zaś w przypadku farmaceutyków i kosmetyków wydatki internetowe były mniejsze o ok 30%. Jeżeli jednak za poziom bazowy przyjmiemy sprzedaż internetową z lutego br., to okaże się, że jedyną kategorią sprzedaży detalicznej wyodrębnianą przez GUS, gdzie wartość internetowej sprzedaży nie wzrosła, były farmaceutyki i kosmetyki. Oznacza to, że w większości branż składających się na handel detaliczny pandemia spowodowała trwałą zmianę przyzwyczajeń konsumentów i przeniesienie części zakupów do Internetu, nawet w przypadku takich branż, w przypadku których e-commerce nie miało wcześniej znaczącego udziału, czego najlepszym przykładem jest sprzedaż produktów spożywczych.

Perspektywy na 2021 r.

Nie wiemy jeszcze jak dokładnie pandemia wpłynęła na finanse firm zajmujących się przede wszystkim detaliczną sprzedażą internetową. Bazując jednak na danych historycznych widzimy m. in. dwucyfrową dynamikę przychodów, co znacząco przekracza zarówno tempo rozwoju samej gospodarki (ok. 3-5% rdr w dobrych czasach) jak i handlu detalicznego ogółem. Obrazuje to skalę, w jakiej rozwija się handel internetowy. Jednocześnie, bazując na dostępnych danych, można z pewnością powiedzieć, że rok 2020 będzie dla polskiej branży e-commerce najlepszy w dotychczasowej historii – dodaje Maciej Nałęcz, analityk sektorowy Santander Bank Polska.

Wg danych za pierwszą połowę lipca poziom wydatków internetowych ustabilizował się na poziomie blisko 140% wydatków z analogicznego okresu ub. r. Oznacza to, że udział e-commerce w handlu detalicznym może się ustabilizować na poziomie ok. 8% vs 5,4% w 2021. Trwałe przesunięcie części wydatków konsumenckich do Internetu znacząco przyspieszy rozwój branży i będzie stanowiło paliwo do wzrostu w kolejnych latach.

Koronawirus, globalne pandemie i rola tłumaczy medycznych

W czasach globalnych pandemii usługi tłumaczeniowe powinny być jednym z głównych elementów skoordynowanej światowej współpracy. Jeśli obecna pandemia koronawirusa faktycznie w dużym stopniu rozprzestrzenia się między pracownikami służby zdrowia i ich pacjentami, takie informacje muszą zostać przetłumaczone i rozpowszechnione natychmiast po po uzyskaniu zgody na szczeblu światowym. Niestety niedobór tłumaczy medycznych i ustnych stworzył lukę w personelu walczącym ze  światowym kryzysem. Według amerykańskiej instytucji Department of Labor Statistics (DLS) „przewiduje się, że zatrudnienie tłumaczy pisemnych i ustnych wzrośnie o dziewiętnaście procent od 2018 do 2028 roku, znacznie szybciej w porównaniu ze średnią wzrostu zatrudnienia w innych zawodach”.

Jeśli w rzeczywistości koronawirus rozprzestrzenia się poprzez bliski kontakt, na przykład podczas leczenia metodami fizycznymi pokrewnych dolegliwości, konieczne jest, aby zatrudnić tłumaczy medycznych oraz tłumaczy innych dziedzin również na szczeblu lokalnym. Tłumacze ustni powinni być obecni praktycznie we wszystkich głównych ośrodkach medycznych na całym świecie, zwłaszcza w tych, które znajdują się obecnie pod presją globalnego kryzysu migracyjnego. To jedyne działające rozwiązanie, dzięki któremu rozprzestrzenianie się nowego koronawirusa i innych chorób zostanie ograniczone lub wyeliminowane.

Jednak takie warunki nie są typowe tylko dla globalnych pandemii lub zwykłych problemów zdrowotnych.

Pandemia grypy z 1918r.

Pandemia hiszpańskiego wirusa grypy z 1918r. rozprzestrzeniła się na całym świecie, zabijając  prawie 2% populacji świata (ok. 50 mln ludzi). Wirus ten dotknął w sumie ok. 500 mln ludzi, co stanowi jedną trzecią światowej populacji. Czy to możliwe, aby jedną z głównych przyczyn szybkiego rozprzestrzeniania się wirusa i związanego z nim chaosu był brak tłumaczy medycznych zajmujących się przekładem ustnym?

Według raportów Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) hiszpański wirus grypy z 1918r. opanował świat w przeciągu ok. „piętnastu miesięcy, licząc od początku do końca”, pomimo istniejących w tym czasie mniej zaawansowanych środków komunikacji i transportu. Wirus rozprzestrzenił się szybko, przynosząc druzgocące skutki, które przejawiały się nie tylko w życiu człowieka, ale także w problemach gospodarczych i społecznych. Jak wyglądałoby tak śmiertelny wybuch epidemii w dzisiejszych czasach? Czy istnieją sposoby, które pozwolą zapobiec dalszym globalnym pandemiom lub szybciej i skuteczniej z nimi walczyć? Czy  zaangażowanie w tę sytuację tłumaczy medycznych, zajmujących się zarówno przekładem pisemnym, jak i ustnym pomogło w jakimkolwiek wymiernym stopniu złagodzić ten lub inne globalne kryzysy?

Wnioskiem wyciągniętym ze śmiertelnych i katastrofalnych skutków pandemii hiszpańskiego wirusa w 1918r. jest fakt, że skłoniła ona rządy na całym świecie do ponownego zastanowienia się nad podejściem do problemu globalnych pandemii i wybuchu chorób zakaźnych. Utworzono instytucje oraz wprowadzono w życie polityki, które stały się podstawą światowych organizacji, takich jak Światowa Organizacja Zdrowia oraz innych, podobnych do niej ugrupowań na całym świecie.

Zadaniem tych organizacji było analizowanie, badanie oraz udostępnianie wszystkich istotnych danych ekspertom medycznym, badaczom i innym osobom na całym świecie. Poprzez współpracę eksperci ci mieli znacznie większe szanse, aby jak najszybciej pokonać pandemię. Szybka, ogólnoświatowa reakcja służb medycznych może znacznie obniżyć ekonomiczne i społeczne koszty pandemii, a także zmniejszyć liczbę ofiar śmiertelnych. Dane zostały szybko przesłane do uniwersytetów, szpitali i naukowców na całym świecie. Działanie to było jednak możliwe dopiero po pełnym przetworzeniu wszystkich istotnych informacji i dokładnym przetłumaczeniu wszystkich dokumentów przez tłumaczy medycznych zajmujących się przekładem ustnym i innych profesjonalnych tłumaczy wykonujących tłumaczenia dokumentów.

W związku z tym usługi tłumaczy przysięgłych i tłumaczy ustnych medycznych są kluczową i integralną częścią wszelkich wysiłków będących odpowiedzią na globalny kryzys, bez względu na ostateczną przyczynę.

Jakie jest prawdopodobieństwo pojawienia się pandemii?

Według WHO ryzyko pojawienia się śmiertelnej pandemii w niedalekiej przyszłości wciąż rośnie. Obecna pandemia koronawirusa uwydatnia konsekwencje takiego wybuchu epidemii we współczesnym świecie. W przeszłości proces rozprzestrzeniania się wirusa odpowiedzialnego za śmiertelną epidemię w różnych miejscach na całym świecie trwał kilka tygodni, a nawet kilka miesięcy. Możliwości związane z nowoczesnymi środkami transportu powodują, że proces rozprzestrzeniania się epidemii na całym świecie trwa tygodnie lub nawet dni, a według niektórych źródeł, takich jak wskaźnik GHS (Global Health Security Index), którego współautorami są lekarze z John Hopkins University, zarażenie się wirusem może objąć cały świat w mniej niż 36 godzin. Samoloty i inne nowoczesne udogodnienia sieją zatem ziarno zniszczenia w takim samym stopniu, w jakim działają dla dobra ludzkości.

Miejsce Nazwa państwa Wartość wskaźnika Region Liczba mieszkańców Dochód państwa
195 Gwinea Równikowa 16.2 Afryka 1-10 mln

 

Średnio-wysoki dochód
194 Somalia 16.6 Afryka 10-50 mln Niski dochód
193 Korea Północna 17.5 Azja Wschodnia 10-50 mln Niski dochód
192 Wyspy Świętego Tomasza i Książęcej 17.7 Afryka <1 mln Średnio-niski dochód
191 Wyspy Marshalla 18.2 Oceania <1 mln

 

Średnio-wysoki dochód
190 Jemen 18.5 Azja Zachodnia 10-50 mln Niski dochód
189 Kiribati 19.2 Oceania <1 mln Średnio-niski dochód
188 Syria 19.9 Azja Zachodnia 10-50 mln Niski dochód
187 Gwinea Bissau 20.0 Afryka 1-10 mln Niski dochód
186 Gabon 20.0 Afryka 1-10 mln Średnio-wysoki dochód

Źródło: Wskaźnik Global Health Security (GHS Index)

Wskaźnik GHS, jak pokazuje powyższa ilustracja, wskazuje, że wiele krajów, które mogą doświadczyć kryzysu wywołanego globalną pandemią w większym lub największym stopniu w porównaniu z innymi państwami, posiada cechę, różniącą ich od pozostałych. Cechą tą jest zróżnicowanie językowe, czyli obecność wielu języków ojczystych, a często także wielu lokalnych dialektów. Z tego powodu dostępność tłumaczy medycznych oraz innych profesjonalnych tłumaczy, wykonujących przekład dokumentów jest konieczna, w celu szybkiego i skutecznego tłumaczenia, a także rozpowszechniania ważnych informacji w jakiejkolwiek sytuacji kryzysowej.

Czym jest panujący obecnie koronawirus?

Termin „pandemia koronawirusa”, choć nie jest błędnym określeniem, nie jest do końca trafny. Koronawirusy to duża rodzina wirusów, które mogą być przyczyną wszystkich chorób, poczynając od przeziębienia aż po śmierć. Dla tych, którzy pamiętają epidemię wirusową zespołu ostrej niewydolności oddechowej (SARS) z 2002 r., ta konkretna pandemia wirusowa była również wynikiem działania wirusa z rodziny koronawirusów. Z tego powodu trafniejsze pytanie, jakie powinno się tutaj nasunąć to „jakim rodzajem wirusa jest obecny koronawirus pochodzący z Chin?”

Według Światowej Organizacji Zdrowia wirus odpowiedzialny za obecny globalny chaos to „nowy koronawirus”. Niestety, jak informuje WHO, niewiele wiadomo o tym konkretnym szczepie nowego koronawirusa (przynajmniej nie w momencie pisania tego artykułu). Okazuje się, że zarażenie się nowym koronawirusem może nastąpić poprzez bardzo bliski kontakt z człowiekiem, na przykład między lekarzem a pacjentem. Natomiast nie jest jeszcze wiadome, czy możliwe jest, aby zarażeni pracownicy służby zdrowia mogli przenieść wirusa na innych pacjentów znajdujących się pod ich opieką.

W jaki sposób następuje rozprzestrzenianie się koronawirusa?

Istnieje ryzyko, że nowy koronawirus z Chin może rozprzestrzeniać się innymi sposobami niż ten wspomniany powyżej, ale nie zostało to ostatecznie przetestowane ani potwierdzone. Okres inkubacji nowego koronawirusa również nie jest znany, dlatego zarażeni ludzie (lub „nosiciele wirusa”) mogą z łatwością przemieszczać się na świecie, rozprzestrzeniając potencjalne zagrożenie śmiercią i jednocześnie będąc całkowicie nieświadomi śmiertelnych skutków swoich działań. Lekarze i pacjenci, którzy zarazili się śmiertelną ebola, są rutynowo atakowani z powodu  obaw innych ludzi przed zarażeniem się, a także z powodu braku informacji w języku ojczystym i dialektach.

Zarówno skutki zdrowotne, jak i konsekwencje gospodarcze oraz społeczne możliwego rozprzestrzeniania się wirusa w ten sposób są niepokojące. Jakie będą ostateczne następstwa obecnego nowego koronawirusa? W tej chwili nikt nie jest tego pewien. Pewne jest jednak, że usługi tłumaczeniowe będą integralną częścią rozwiązania tego problemu. Naukowcy, lekarze i badacze, którzy mają obowiązek udostępniać informacje tak dokładnie, szybko i efektywnie, jak to tylko możliwe, skorzystają zapewne w tym celu z usług profesjonalnych tłumaczy.

Tłumaczenia medyczne

Tłumaczenia medyczne stały się kluczowymi narzędziami w badaniach akademickich, naukowych i medycznych, którymi poważnie zajęto się na całym świecie w 1918r. Było to w dużej mierze spowodowane powstaniem wielu organizacji pozarządowych, takich jak ONZ (Liga Narodów), Światowa Organizacja Zdrowia i inne. Dziedziny te wymagają specjalistycznych rodzajów tłumaczeń i od zawsze odgrywają decydującą rolę w tworzeniu oraz wdrażaniu polityki rządu w zakresie zdrowia, walki z kryzysami oraz łagodzenia ich skutków.

Tłumaczenie jest jedną z podstawowych funkcji wszystkich światowych organizacji  pozarządowych, które współpracują z ludźmi z całego świata. Wynika to z faktu, że celem zarówno tłumaczy symultanicznych, jak i pisemnych jest przekazywanie informacji osobom tworzącym i wdrażającym politykę, dotyczącą całego świata.

Żadna z tych organizacji nie zdołała jeszcze z powodzeniem zagłębić się w świat tłumaczeń maszynowych. Zamiast tego, polegają one głównie na umiejętnościach przeszkolonych i przysięgłych tłumaczy. Mimo tego, że tłumaczenie maszynowe może (w najlepszym przypadku) oddać dosłowne znaczenie tekstu źródłowego, nie jest ono w stanie wychwycić niuansów ani subtelnych znaczeń, które profesjonalny tłumacz przysięgły może wziąć pod uwagę. Ten subtelny niuans języka ma kluczowe znaczenie w wielu dziedzinach, co objawia się w niechęci międzynarodowych organów do korzystania z tłumaczenia maszynowego w sytuacji, gdy tekst zawiera pewne ukryte znaczenie.

Globalny kryzys migracyjny

Niemiecki kryzys migracyjny ukazuje, jak skądinąd proste problemy mogą zostać spotęgowane przez brak tłumaczy medycznych. Wielu uchodźców napływających do Niemiec nie mówi ani po angielsku, ani po niemiecku, dlatego komunikacja między nimi sama w sobie może być bardzo trudna. Natomiast w sytuacji, gdy panuje globalna pandemia, skutki braku komunikacji mogą być druzgocące nie tylko dla uchodźców, ale także dla przyjmującego ich kraju, który zostaje narażony na poważne ofiary śmiertelne, ruinę gospodarczą i niezgodę społeczną.

Nawet podstawowe usługi medyczne, opieka zdrowotna i leczenie mogą być utrudnione z powodu niezdolności pacjentów do właściwej komunikacji z lekarzami i odwrotnie. Problemy te są na porządku dziennym nie tylko w wyniku europejskiego kryzysu migracyjnego, ale także z powodu panującego również tego samego rodzaju kryzysu w Ameryce Środkowej. Globalny kryzys migracyjny jest w istocie problemem na szczeblu światowym, który można wyeliminować jedynie poprzez rozszerzenie i utrzymanie wysokiej jakości usług tłumaczeniowych na skalę globalną.

Jest mało prawdopodobne, aby ktokolwiek świadomie roznosił chorobę. Jednak w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się choroby i zmniejszenia szkodliwych skutków jakiegokolwiek wybuchu epidemii, konieczne jest, aby pracownicy służby zdrowia i inni specjaliści byli w stanie komunikować się w sposób zrozumiały i bez żadnych barier wypowiadać się na temat leczenia i zapobiegania zakażenia wirusem. Ataki na pacjentów z wirusem Ebola i pracowników służby zdrowia same w sobie nie są złowrogimi manifestacjami, które mają na celu umożliwienie rozprzestrzeniania się choroby, ale jedynie reakcjami wynikającymi z braku zrozumienia.

Brak możliwości szybkiego lub skutecznego przekazywania ludziom faktów i informacji przez pracowników służby zdrowia oraz niezdolność ludzi do zrozumienia przyczyn, sposobów leczenia, a nawet podstawowych środków ostrożności skutkuje znacznie szybszym i bardziej śmiercionośnym wybuchem epidemii, który w innym przypadku mógłby być efektywniej powstrzymany. Na poziomie lokalnym jest to jeszcze trudniejsze, biorąc pod uwagę ograniczone i restrykcyjne dialekty nadal używane w wielu częściach świata. Niezależnie od tego, czy chodzi o globalne pandemie, czy o wrzenie społeczne skutkujące masową migracją, czy też jakikolwiek inny globalny kryzys tego typu, nigdy nie należy lekceważyć kluczowej roli tłumacza medycznego i profesjonalnych tłumaczy ustnych.

Rola wyspecjalizowanych tłumaczy w czasach globalnego kryzysu

Obecnie największym problemem związanym ze zdrowiem jest nowa pandemia koronawirusa, która rozpoczęła się w Chinach. Tylko wtedy, gdy wszystkie odpowiednie badania, analizy i inne rodzaje dokumentacji zostaną odpowiednio przetranskrybowane, przetłumaczone i rozesłane na całym świecie, naukowcy i specjaliści na całym świecie będą mogli rozpocząć dalsze badania w oparciu o twarde dowody. W przypadku bardziej śmiercionośne i destrukcyjne globalne epidemie wirusów, obydwa te problemy stają się jeszcze pilniejsze.

Zatrudnienie profesjonalnych tłumaczy i przysięgłych tłumaczy ustnych jest niezbędne w praktycznie każdym aspekcie reagowania i zarządzania kryzysowego. Bezpośredni wpływ problemów społecznych spowodowanych paniką można ograniczyć poprzez szybkie i precyzyjne rozpowszechnianie rzeczowych i pomocnych informacji. Natomiast problemy gospodarcze można złagodzić poprzez dystrybucję informacji dotyczących zapobiegania i rozprzestrzeniania się pandemii wirusa, co umożliwi także ludziom kontynuowanie pracy i funkcjonowania jako produktywni i wspierający członkowie społeczeństwa. Co ważniejsze, walka z każdą globalną pandemią jest możliwa, ponieważ badania, analizy i dane są tłumaczone i rozpowszechniane wśród społeczności medycznych, naukowych i akademickich na całym świecie.

Czy roboty zastąpią pracowników w sadach? Kiedy automatyzacja i cyfryzacja staną się powszechne?

Niedawny kryzys spowodowany COVID-19 pokazał, jak ważna jest dostępność pracowników sezonowych do wspierania europejskich producentów, m. in. w przygotowaniu sadów (np. w przycinaniu, przerzedzaniu), pracy w stacjach pakowania, zarządzaniu plonami oraz zbiorze owoców i warzyw. W obliczu trudności związanych z niedoborem zasobów ludzkich, sektor jest zainteresowany poszukiwaniem alternatywnych rozwiązań, takich jak większa automatyzacja i cyfryzacja różnych etapów procesu produkcyjnego. Dostęp do nowych technologii może znacznie zwiększyć globalną konkurencyjność plantatorów. Czy tak faktycznie będzie w niedalekiej przyszłości?

Na poziomie europejskim w ostatnim dziesięcioleciu miało miejsce wiele działań stymulujących modernizację procesu plantacyjnego w kierunku nowych technologii. Poniżej znajduje się krótki przegląd konkretnych europejskich inicjatyw podjętych w celu zwiększenia automatyzacji i cyfryzacji produkcji rolnej i sadowniczej:

  • Program badań i innowacji „Horyzont 2020” będzie kontynuowany w nadchodzących latach w ramach programu „Horyzont Europa”. Kilka linii budżetowych poświęcono robotyzacji i ulepszonej logistyce. Wspierano konkurencyjność i zrównoważone rolnictwo, a także łączono źródła finansowania na rzecz interaktywnych innowacji. Instrumenty finansowe są również dostępne w WPR i programie operacyjnym wspólnej organizacji rynku owoców i warzyw w ramach strategii krajowych.
  • Europejska Agenda Cyfrowa, mająca ambicje przesunięcia europejskiego rolnictwa w kierunku rolnictwa precyzyjnego.
  • EUFRIN (sieć badań owoców), EUVRIN (sieć badań warzyw), AREFLH (Stowarzyszenie Regionów Europy produkujących owoce i warzywa) i Freshfel Europe. Stworzone grupy zadaniowo-robocze opracowują strategiczny program badań i innowacji określający szczególne potrzeby w zakresie badań i innowacji w zakresie owoców i warzyw.
  • Projekt EUFRUIT koncentrujący się między innymi na poprawie przechowywania owoców, a także na zrównoważonej produkcji owoców wynikającej z jednego z priorytetów programu „Horyzont 2020”. Projekt oferuje sadownikom i rolnikom bazę wiedzy dostępną w Internecie odnośnie innowacji i technologii opartą na najnowszych badaniach.

Przez wiele lat rolnicy i sadownicy w całej UE wprowadzali i coraz częściej stosowali nowe technologie, takie jak automatyzacja rolnictwa, by pomóc sobie w procesach produkcyjnych. Podczas gdy dostępność i koszty pracy mogą być jednym z elementów wdrażania nowych technologii, inne decydujące czynniki to zwiększona wydajność, lepsza jakość, szybki proces i długoterminowa konkurencyjność. Zastosowanie nowych technologii i automatyzacji rolnictwa może obejmować różne aspekty: działania związane z zarządzaniem sadem poprzez rolnictwo precyzyjne (monitorowanie pogody, nawadnianie i obróbka przed lub po zbiorach), ale także automatyzacja prac sadowniczych (np. robot do napełniania pojemników po zerwaniu) do szybkiego transportu z sadu do magazynu oraz różnych operacji przeładunku, sortowania i przechowywania na stacji pakowania. Wprowadzono również utrzymanie i monitorowanie upraw, a także wydajność logistyki w celu wydajnego przeładunku i przechowywania. Znacznie poprawiono jakość, precyzję i szybkość operacji, jednocześnie zmniejszając zależność zasobów ludzkich. Istnieją jednak inne, bardziej złożone zadania w sadach obejmujące przycinanie, przerzedzanie i zbiór, które obecnie nie są jeszcze wyposażone w pełni zautomatyzowane rozwiązania.

Testy robotów do zbiorów są już prowadzone w Stanach Zjednoczonych, lecz by można było użyć takiej maszyny, trzeba najpierw odpowiednio przygotować sad. Musi on być bardzo wąski, by robot mógł dostrzec każde jabłko. Zbiory nie są jedynym obszarem gdzie następuje automatyzacja. To polscy sadownicy stworzyli system zdalnego sterowania ciągnikiem. System automatycznej jazdy ciągnika GOTRACK pozwala na oszczędzanie czasu koniecznego na wykonanie niezbędnych zabiegów pielęgnacyjnych – komentuje Maciej Majewski, prezes Stowarzyszenia Sady Grójeckie.

Należy dokonać wyraźnego podziału działań w odniesieniu do postępu tych technologii w codziennym życiu działalności hodowcy. Rolnicy od wielu lat korzystają z usprawnień związanych w nowymi technologiami. Standardem są wszelkiego rodzaju pojemniki do zbioru i skrzyniopalety jeżdżące na specjalnych wózkach, by łatwo było do nich włożyć zebrane ręcznie jabłka. Jak podkreśla Maciej Majewski, najbardziej zaawansowane gospodarstwa korzystają z tak zwanych „kombajnów do zbioru”. W przypadku takiego urządzenia rola osoby zbierającej ogranicza się do zerwania jabłka z drzewa i położenia go na wysięgniku z taśmociągiem. Dalej takie jabłko jest już automatycznie transportowane do skrzyni. Wprowadzono również utrzymanie i monitorowanie upraw, a także wydajność logistyki w celu przeładunku i przechowywania. Znacznie poprawiono jakość, precyzję i szybkość operacji, jednocześnie zmniejszając zależność zasobów ludzkich.

Przy kwitnieniu np. gruszek zaczyna się także stosować zautomatyzowaną technologię, aby ułatwić przerzedzanie. Z kolei techniki takie jak system wstrząsania drzewem, przyspieszają proces zbioru i są stosowane np. do produktów takich jak wiśnie. Również w produkcji szklarniowej trwają  wczesne testy w przypadku niektórych urządzeń pod kątem zbierania truskawek za pomocą robotów. Zaawansowane zaangażowanie w automatyzację zbiorów oznaczałoby wybitne rozwiązania w zakresie przetwarzania obrazu w celu weryfikacji i podjęcia decyzji o zbieraniu plonów. Póki co, to zasoby ludzkie, posiadające odpowiednie kwalifikacje, pozostaną kluczowym zasobem dla jakości zbiorów i procesu decyzyjnego w celu zebrania owoców w odpowiednim momencie.

W przypadku upraw owocowych, zastąpienie pracy człowieka nowymi technologiami prawdopodobnie zajmie jeszcze trochę czasu, zanim odpowiednia technologia będzie w pełni zabezpieczać jakość owoców i poradzi sobie ze środowiskiem sadu. W przypadku zastosowania, przed przejściem do automatycznych rozwiązań, najprawdopodobniej oznaczałoby to również badania i przeprojektowanie architektury sadówzaznacza Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

Technologie automatyzowanego zbioru zostały już bardzo skutecznie wdrożone w Europie w przypadku niektórych warzyw, m. in. ziemniaków, cebuli, czosnku, a także w wielu uprawach przeznaczonych do przetwarzania, takich jak pomidory, czy fasola. Proces ten jest ułatwiony dzięki wyborowi odmian, które dojrzewają w tym samym czasie, umożliwiając zbiór z całych zbiorów w te same dni.

Każda automatyzacja jest rozwiązaniem poprawiającym efektywność zbioru, lecz nie można zapominać o tym, że to wszystko musi się jeszcze opłacać. Automatyzacja zbiorów powinna być procesem wieloetapowym. Niemożliwym jest, by od razu przejść na zbiór robotyczny – do tego potrzebne są odpowiednie sady. Należy jednak uwzględniać ten wariant w nowych nasadzeniach. Nawet jeśli przez kolejne 10 lat nie będziemy mieli robota do zbioru, to i tak będzie to działanie korzystne dzięki lepszej wydajności pracy ludzkiej. Mimo wszystko pamiętajmy, że w pracach rolniczych zawsze niezbędny będzie człowiek – podkreśla Paulina Kopeć.

Dlatego zależność wykwalifikowanej siły roboczej w sadzie przy zbiorze owoców jest nadal potrzebna ze względu na wydajność i jakość. Technologie rozwijają się, ale nadal nie są w pełni skuteczne z punktu widzenia większości upraw, z wyjątkiem niektórych określonych upraw przeznaczonych głównie dla przemysłu przetwórczego.

– Wprowadzenie nowych technologii i modernizacja narzędzi w celu poprawy wydajności wiąże się ze znacznymi kosztami ze względu na potrzebną technologię i infrastrukturę. Inwestycje te należy rozważyć, zastępując istniejącą siłę robocząkomentuje Arkadiusz Gaik, Prezes Zarządu Stowarzyszenia Unia Owocowa.

Jak podkreśla ekspert, przejście z człowieka na maszynę zapewniło hodowcom zasięg w postaci lepszej ochrony plonów w odpowiednim czasie, przygotowania sadów, logistyki w sadach po zebraniu produktów i logistyki w kierunku stanowiska pakowania dzięki technologiom sortowania, pomiaru wielkości, zabarwienia, dojrzewania i pakowania. Przyczyniło się to do poprawy jakości, wydajności procesu i lepszego reagowania na oczekiwania klientów.

Dolar najtańszy od 22 miesięcy

0

Dolar amerykański dzisiaj rano osiągnął 3,70 zł i jest to jeden z najniższych poziomów od października 2018 roku! USD to ostatnimi czasy najciekawsza z głównych walut. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawać by się mogło, że nadchodzący wielkimi krokami Brexit przyzna to miano funtowi brytyjskiemu. Okazuje się jednak, że Amerykanie są w stanie niemal sami stworzyć problemy, które spowodują 10-procentową przecenę względem euro. Czy niski dolar im rzeczywiście przeszkadza? 

Źródło wykresu internetowyKantor.pl
Źródło wykresu: InternetowyKantor.pl

Co się wydarzyło w USA?

O tym, że mamy na świecie pandemię koronawirusa nie trzeba nikogo informować. Warto natomiast zwrócić uwagę na różnicę, w tym kontekście, pomiędzy USA a Europą. Po pierwsze wirus dotarł za ocean później niż do Europy. To spowodowało, że negatywny wpływ był przesunięty w czasie. Po drugie, i ważniejsze, system ekonomiczny, a przede wszystkim rynek pracy, działają tam inaczej. W USA jest on znacznie bardziej elastyczny, co dało o sobie znać w pierwszych tygodniach pandemii. W poprzednim kryzysie z 2008 roku to Stany Zjednoczone radziły sobie lepiej niż Europa, m. in. z tego powodu, w początkowej fazie obecnej pandemii to dolar zyskiwał. Później jednak okazało się, że początkowe założenia się nie sprawdzają. Podczas gdy bezrobocie w Europie rosło o ułamki procenta, w USA mieliśmy momentalnie wystrzał w górę, od razu z 4,4% na 14,7%. Początkowo wierzono, że gospodarka USA tak samo szybko jak złapie zadyszkę, tak samo szybko z niej wyjdzie. Tak się jednak nie stało. W rezultacie inwestorzy zaczęli dostrzegać, że trzymanie swoich środków w USA może nie być najlepszym pomysłem. W rezultacie od maja rozpoczął się ruch, który przesunął cenę jednego euro z dolara i 8 centów na dolara i 19 centów.

Od czego jeszcze zależy kurs dolara?

Amerykanie pod koniec pierwszego kwartału obniżyli stopy procentowe o 1,5% do przedziału 0-0,25%. W tym samym czasie stopy procentowe w Unii Europejskiej pozostały na niezmienionym poziomie. Nie miało to odbicia w kursach walut od razu, ale rynki znacznie chętniej patrzą na walutę, która proporcjonalnie zyskuje na oprocentowaniu w takiej sytuacji. Nie jest to jednak jedyny ważny element wpływający na kurs dolara. Amerykanie pod koniec roku będą wybierać prezydenta. Często zdarzało się, że reelekcja prezydenta jest niemal formalnością, tym razem jednak tak nie będzie. Amerykanie przeważnie wybierają prezydenta na drugą kadencję jeśli gospodarka ma się dobrze, a bezrobocie jest niskie. Ta sytuacja jednak nie ma obecnie miejsca. Również sondaże wskazują na coraz mniejsze szanse Donalda Trumpa na reelekcję. W rezultacie rozpoczął się proces podejmowania dość odważnych decyzji, mających na celu odwrócić obecną tendencję w sondażach. Powrócił konflikt z Chinami – dodatkowo osłabiając dolara. Inwestorzy nie lubią niepewności, a mało przewidywalny prezydent walczący o reelekcję nie daje im poczucia bezpieczeństwa.

Słaby dolar sprzyja USA

Warto zwrócić uwagę, że w trudnych czasach słabsza waluta wcale nie jest dużym problemem, szczególnie dla państw, takich jak USA, które nie zadłużają się zbytnio w obcych walutach. Odpada wówczas zwiększony koszt obsługi długu zagranicznego. Z drugiej strony, państwo w trudnych czasach mocno zyskuje na słabszej walucie. Eksport staje się bardziej konkurencyjny cenowo za granicą. Przy tej samej ilości dolarów, które otrzyma amerykański producent, ktoś zapłaci mniej swojej waluty. Odwrotna sytuacja ma miejsce w przypadku importu. Towary przy tej samej cenie za granicą są droższe w USA. W rezultacie produkcja krajowa staje się bardziej opłacalna. Oba te zjawiska powodują, że generalnie w perspektywie wychodzenia ze spowolnienia gospodarczego, w jakim niewątpliwie się obecnie kraj znajduje, słaby dolar może być ważnym wsparciem. Z tego powodu wiele osób zwraca uwagę, że Amerykanie mogą celowo podejmować działania powodujące, że dolar traci na wartości. Ostatni kryzys Amerykanie przeszli dokładnie tą samą metodą. Słaby dolar może być zatem ważnym elementem układanki.

Co może czekać nas w przyszłości?

W ciągu kilku miesięcy wyjaśni się kwestia wyborów prezydenckich. Ostatnie sondaże dały znów nadzieje ekipie Donalda Trumpa na wygraną, chociaż przewaga demokratów jest wyraźna. Jest to z pewnością istotny czynnik jeżeli mówimy o stabilizacji. To wcale nie znaczy, że zwycięstwo oponenta jest lepsze dla dolara. Rynki zdecydowanie wolą nawet potencjalnie mniej korzystnego kandydata niż niepewność. W rezultacie możemy być ponownie świadkami sytuacji, w której kolejne tygodnie dolar będzie się osłabiał, po czym pomimo realizacji dominującego scenariusza nagle się odbije. Warto również zwrócić uwagę na kwestie pandemii. Liczba zachorowań jest wciąż bardzo wysoka, a patrząc na publiczne wystąpienia administracji prezydenckiej mało prawdopodobne są dodatkowe ograniczenia. W rezultacie, gdyby nadchodziła druga fala zachorowań, o której dość często się mówi, wątpliwe jest to, by USA zareagowało na wczesnym etapie. W końcowym rozrachunku może spowodować to, że efekty będą większe niż w przypadku wcześniejszej reakcji. To również nie powinno wpływać korzystnie na dolara.

Skoro wszystko ma osłabiać dolara to czy warto inwestować przeciwko amerykańskiej walucie? Być może tak, ale należy pamiętać, że słabszy dolar to tańsze inwestycje w USA, które dodatkowo zyskają jeżeli waluta odzyska wartość. Może się zatem okazać, że słaby dolar spowoduje, że wielu inwestorów będzie chciało go kupić i powstrzyma obecny trend, o ile go wręcz nie odwróci.

Maciej Przygórzewski, główny ekspert walutowy Currency One, operatora serwisów InternetowyKantor.pl i Walutomat

Optymizm rośnie – raport walutowy

Indeksy koniunktury w Europie pokazują coraz to wyższe wyniki. Inwestorzy wyraźnie mają nadzieję na wygaszanie się problemu i ponowne wzrosty.

Dobre perspektywy Polski

Pomimo ostatniego nawrotu zwiększonej liczby nowych przypadków koronawirusa w Polsce biznes patrzy optymistycznie w przyszłość. Indeks PMI dla przemysłu, czyli badanie sprawdzające optymizm menedżerów odpowiedzialnych za zamówienia w branży przemysłowej, wyniósł 52,8 pkt. To wyraźnie powyżej oczekiwanego poziomu 50 punktów. Poziom ten jest zresztą rozdzieleniem pomiędzy równą ilością odpowiedzi pozytywnych i negatywnych. Dane te nie miały większego wpływu na polskiego złotego.

Lepsza koniunktura strefy euro

Również indeks PMI dla przemysłu w strefie euro wypadł lepiej od oczekiwań. Tutaj jednak analitycy byli znacznie bliżej prawidłowej wartości. 51,8 pkt to nie tylko 0,7 pkt powyżej oczekiwań, ale po prostu dobry wynik. Dla porównania Amerykanie pokazali 50,9 pkt i 0,4 pkt poniżej oczekiwań. To właśnie dysproporcja pomiędzy lepszymi danymi z Europy a słabszymi z USA jest jednym z motorów napędowych osłabiania się dolara względem euro w ostatnim czasie.

Australia nie zmienia stóp

Nad ranem poznaliśmy decyzję Królewskiego Banku Australii w sprawie stóp procentowych. Pozostały one na niezmienionym poziomie 0,25%. Ruch ten był spodziewany przez analityków i inwestorów. Po samej decyzji dolar australijski lekko umacniał się względem głównych walut, co świadczy o tym, że część inwestorów jednak miała nadzieję na obniżkę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – zamówienia na dobra. 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Rośnie segment sprzedaży pojazdów z napędami alternatywnymi

Jedynym segmentem samochodów osobowych, który z liczbą ponad 26,8 tys. sprzedanych nowych aut, zanotował 12,7% wzrost w pierwszym półroczu 2020 roku jest segment pojazdów z napędami alternatywnymi. Wśród aut tego typu największy, ponad trzykrotny wzrost r/r odnotowały hybrydy plug-in. W I półroczu 2020 roku fabryki motoryzacyjne w Polsce wyprodukowały ponad 201 tys. pojazdów – o 44,1% mniej niż w I połowie 2019 roku.

W pierwszej połowie roku w Polsce zarejestrowano 179,8 tys. nowych samochodów osobowych, 24,6 tys. pojazdów dostawczych, 8,1 tys. ciężarowych, ponad 6,9 tys. przyczep i naczep oraz blisko 700 autobusów. Do końca czerwca br. Polacy kupili również 10,4 tys. motocykli oraz 7,4 tys. motorowerów. Pandemia COVID-19 spowodowała, że liczba rejestracji nowych pojazdów jest znacznie niższa niż w analogicznym okresie 2019 roku. Jedynym segmentem samochodów osobowych, który z liczbą ponad 26,8 tys. sprzedanych nowych aut, zanotował 12,7% wzrost w pierwszym półroczu 2020 roku jest segment pojazdów z napędami alternatywnymi. Wśród aut tego typu największy, ponad trzykrotny wzrost r/r odnotowały hybrydy plug-in. W I półroczu 2020 roku fabryki motoryzacyjne w Polsce wyprodukowały ponad 201 tys. pojazdów – o 44,1% mniej niż w I połowie 2019 roku.

W pierwszej połowie 2020 roku zarejestrowano w Polsce 179,8 tys. samochodów osobowych, co oznacza spadek o 35,4% w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku. Spadki dotyczą zarówno klientów instytucjonalnych, którzy zarejestrowali 123,4 tys. pojazdów (spadek o 35,3%) oraz klientów indywidulanych, którzy nabyli 56,4 tys. nowych samochodów, o 35,6% mniej niż w I połowie 2019 roku. Producenci marek popularnych sprzedali w pierwszym półroczu 146,5 tys. pojazdów, co oznacza spadek sprzedaży o 38,9% w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku. Segment marek premium+ poradził sobie z kryzysem lepiej. Producenci sprzedali przez pierwsze 6 miesięcy 33,3 tys. pojazdów tej klasy – o 13,6% mniej niż w I połowie 2019 roku. Klienci indywidualni w I połowie roku kupili 4 tys. aut z  segmentu premium+, o 14,5% więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Nieco gorzej w  pierwszym półroczu wyglądają rejestracje marek premium+ wśród klientów instytucjonalnych – zakupili oni 29,2 tys. pojazdów, co oznacza mniejszą sprzedaż o 16,4% r/r.

Biorąc pod uwagę szacunki z początku pandemii, wyniki pierwszego półrocza nie okazały się aż tak złe jak się spodziewano, choć oczywiście we wszystkich kategoriach pojazdów odnotowano spadki rejestracji. Najlepiej poradził sobie segment premium i stosunkowo nieźle segment pojazdów dostawczych. To bardzo cieszy, bo samochody dostawcze służące firmom do przewozu towarów są swoistym barometrem stanu gospodarki. O ile segment samochodów dostawczych odnotował stosunkowo małe straty, o tyle pojazdy ciężarowe zostały dotknięte chyba największym spadkiem. Można w związku z tym wysunąć wniosek, że nie słabnie zapotrzebowanie na pojazdy realizujące transport miejski – np. firmy kurierskie – natomiast popyt na pojazdy długodystansowe jest bardzo niski. W tej sytuacji nie bez znaczenia pozostaje przegłosowany właśnie pakiet mobilności, który – jak się przewiduje – uderzy w polskich przewoźników. Ponadto, tak wysoki spadek sprzedaży pojazdów ciężarowych może oznaczać, że menedżerowie zarządzający firmami transportowymi w Polsce spodziewają się spadku zamówień – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Rośnie segment pojazdów na paliwa alternatywne

W I połowie roku liczba rejestracji samochodów z napędami alternatywnymi była wyższa o 12,7% niż w tym samym okresie 2019 roku i wyniosła blisko 26,9 tys. pojazdów. Niezmiennie zdecydowanie więcej pojazdów z napędami alternatywnymi kupują klienci instytucjonalni (20,6 tys. aut) co przekłada się na 14,5% wzrost w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. Klienci indywidualni z kolei do końca czerwca 2020 roku kupili ponad 6,2 tys. aut z napędem alternatywnym – o 7,1% więcej niż w pierwszym półroczu ubiegłego roku. Natomiast samochody z napędem gazowym, osiągnęły w pierwszej połowie roku rezultaty dużo gorsze, niż te osiągane w tym samym okresie przed rokiem. Spadek rejestracji tego segmentu pojazdów wyniósł 63,7% r/r.

Segment pojazdów z napędami alternatywnymi jest jedynym, który rośnie w 2020 roku w Polsce. Chociaż dynamika wzrostu całego segmentu zaczyna zwalniać, na uwagę zasługują hybrydy, hybrydy typu plug-in oraz samochody w pełni elektryczne. W I półroczu 2020 r. Polacy zarejestrowali blisko 22,6 tys. pojazdów z napędem hybrydowym. Oznacza to wzrost o 28,7%. Bardzo dużą dynamikę wzrostu w omawianym okresie odnotowały hybrydy typu plug-in. Polacy kupili 1 370 aut tego typu, co oznacza wzrost o 210,7% r/r. Nad Wisłą rośnie również sprzedaż aut w pełni elektrycznych, do końca czerwca br. Polacy kupili ponad 1,1 tys. samochodów napędzanych wyłącznie silnikiem elektrycznym, o 19,6% więcej niż w pierwszej połowie 2019 roku  mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Rejestracje samochodów ciężarowych o połowę mniejsze

W I połowie 2020 roku w Polsce zarejestrowano 8,1 tys. samochodów ciężarowych, co oznacza spadek o 51,5% w porównaniu z pierwszą połową 2019 roku. Podobnej wielkości spadki (-50,9% r/r) dotyczą rejestracji przyczep i naczep – do końca czerwca br. zarejestrowano ich 6,9 tys.

rejestracje nowych pokjazdów

Rozwój rynku jednośladów wyhamował

W I połowie 2020 roku liczba zarejestrowanych nowych motocykli wyniosła 10 429 sztuk, czyli 9,6% mniej niż w I połowie 2019 roku. Jedynie motocykle typu sport (wzrost o 50%), supersport (wzrost o 7%) oraz ON/OFF (wzrost o 3%) zakończyły I półrocze br. ze wzrostami. Pandemia koronawirusa w Polsce wyhamowała jednak obserwowany wcześniej w 2019 roku i jeszcze na początku bieżącego, rozwój rynku motocykli w Polsce. Mimo tego rezultaty dwóch ostatnich miesięcy (w maju wzrost rejestracji o 9,9% r/r, a w czerwcu o 22,8%) są już na znacznie wyższym poziomie niż przed rokiem. Wskazuje to na szybką odbudowę rynku w tej grupie pojazdów. Natomiast znaczący spadek rejestracji odnotowano wśród motorowerów, których w I połowie 2020 roku zarejestrowano 7 386 sztuk i był to poziom niższy aż o 29,6% w porównaniu z takim samym okresem w 2019 roku.

Gwałtowny spadek produkcji pojazdów samochodowych w Polsce

W I półroczu 2020 roku wyprodukowano w Polsce 201,1 tys. pojazdów samochodowych, aż o 44,1% mniej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Najgłębszy spadek (48,5%) zanotowała produkcja samochodów osobowych. W grupie samochodów użytkowych i ciężarowych rezultaty były niższe o 35,9% r/r, natomiast produkcja autobusów w pierwszym półroczu 2020 roku przyhamowała najmniej, o 23% w porównaniu z I półroczem 2019 roku.

Szansa na cyfrową rewolucję? Przedstawiciele polskich firm technologicznych komentują nowe inwestycje Google i Microsoft w Polsce

0

Dwaj najwięksi globalni gracze na rynku IT – Microsoft i Google już niedługo zrewolucjonizują polski rynek cyfryzacji. Założona przez Billa Gatesa firma ogłosiła partnerstwo z Operatorem Chmury Krajowej. Na mocy współpracy amerykański gigant zainwestuje miliard złotych w rozwój chmury obliczeniowej i cyfryzację polskiego biznesu. Google chce natomiast przeznaczyć nawet 2 miliardy dolarów (ok. 8 mld złotych) na stworzenie w Polsce najnowocześniejszego centrum danych.

Giganci IT stawiają na Polskę

Chmura Krajowa, z którą Microsoft nawiązał współpracę, jest dostawcą chmury obliczeniowej dla polskich przedsiębiorstw. Wspiera firmy w cyfrowej transformacji oraz implementacji nowoczesnych rozwiązań IT optymalizujących biznes. Dzięki tej inwestycji Microsoft stworzy pierwszy region przetwarzania danych w Europie Środkowo-Wschodniej, który dołączy do ogólnoświatowej sieci Microsoft składającą się z 59 regionów chmurowych. W ramach inwestycji Operator Chmury Krajowej będzie dostarczał całe spectrum usług Microsoft Azure – platformy chmurowej Microsoft.

Google z kolei w 2021 roku otworzy w Polsce pierwsze centrum danych, które dołączy do 8 już funkcjonujących obiektów na świecie. Na tę inwestycję składać się będą trzy strefy dostępowe, które stanowią niezależną infrastrukturę techniczną. Inwestycja Google w Polsce dołączy do grona tego samego typu infrastruktury, który funkcjonuje już m.in. w Tokio, Londynie czy Los Angeles.

Czy polski biznes potrzebuje zredefiniowania modelów zarządzania informacją? Pandemia pokazała, że tak. Według analiz Iron Mountain Polska COVID-19 udowodnił biznesowi, iż rozwiązania chmurowe, czy praca na cyfrowych zasobach danych są niezbędne w celu zachowania optymalnego poziomu realizowania działań. Przeprowadzone badania potwierdzają, iż dla 55% pracowników największym wyzwaniem w pracy zdalnej były aspekty technologiczne[1].

Również polska legislacja otwiera nowe możliwości firmom w przejściu na cyfrowy model zarządzania biznesem. W tym kontekście wyróżnić można chociażby możliwość rozliczania z Urzędem Skarbowym podatków na podstawie faktur elektronicznych. Cały czas rozwijają się możliwości wykorzystania podpisów kwalifikowanych czy załatwiania spraw urzędowych za pomocą platform lub aplikacji.

Czy możemy spodziewać się cyfrowej rewolucji?

Inwestycje Microsoftu i Google potwierdzają pozycję naszego kraju jako strategicznego partnera w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w aspekcie szeroko rozumianej cyfryzacji. Równocześnie jednoznacznie dowodzą, że digitalizacja biznesu jest naturalnym krokiem w jego rozwoju. Jak wpłyną one na nasz rynek cyfryzacji, komentują przedstawiciele polskich firm technologicznych.

Tak ogromne inwestycje z pewnością wpłyną na obraz polskich firm. Co oznaczają dla polskiego biznesu? Czy mogą one przyspieszyć zmianę mentalności polskich przedsiębiorców, którzy chętniej będą korzystać z rozwiązań cyfrowych?

  • Sylwia Pyśkiewicz, CEO Iron Mountain Polska:

Google i Microsoft to giganci globalnej sceny IT. Niemal 36% firm pytanych o kluczowe czynniki skłaniające je do implementacji zewnętrznych narzędzi do zarządzania danymi wskazało technologię i określony know-how jej dostawcy. Iron Mountain, jako firma oferująca usługi związane z zarządzaniem m.in. informacjami cyfrowymi, już od wielu lat współpracuje z Google, czy Amazonem w aspekcie wykorzystania rozwiązań IT – algorytmów, czy sztucznej inteligencji, które implementuje w specjalistyczne oprogramowania dedykowane dla Klienta. Firmy generują coraz większą ilość danych, a od ich optymalnego przetwarzania zależy skuteczność działań biznesowych. Przewiduje się, że do 2025 roku w sieci przechowywanych będzie 463EB danych. W związku z tym konieczne jest wprowadzenie rozwiązań technologicznych, które pomogą w zarządzaniu tak ogromnymi zasobami informacji. Inwestycje Microsoft i Google mogą stanowić dla polskiego biznesu silny bodziec do zmiany środowiska swojego funkcjonowania na model cyfrowy. Tymczasem dzisiaj rynek działa jeszcze w modelu hybrydowym. Siłą naszej firmy jest fakt, że dla naszych klientów optymalizujemy oraz realizujemy procesy oparte o dane na nośnikach papierowych, taśmach, czy dyskach, ale także  danych cyfrowych. Przechowujemy informacje w postaci papierowej, a także elektronicznej. Korzystanie z obu zasobów w optymalny sposób wydaje się jeszcze większym wyzwaniem niż czyste rozwiązania cyfrowe.

Czy Polska tworzy odpowiednie środowisko biznesowe dla innowacji informatycznych? Jak w praktyce wygląda współpraca firm z gigantami informatycznymi? Bonair, jako pierwsza firma z Europy Środkowo-Wschodniej dołączyła do grona oficjalnych partnerów Microsoft.

  • Andrzej Wach, prezes Bonair:

Polska jest jedną z najdynamiczniej rozwijających się gospodarek w Europie. Jesteśmy otwarci na zagranicznych inwestorów, a głównym atutem naszego kraju jest bogate zaplecze osób z odpowiednim wykształceniem. Cyfrowy rozwój kraju to wielka szansa dla wszystkich przedsiębiorstw, a dla wielu to po prostu konieczność, żeby funkcjonować w globalnych łańcuchach dostaw.  Inwestycje w Polsce pokazują, że jesteśmy nie tylko istotnym rynkiem do lokowania kapitału, ale również kluczową lokalizacją dla zagranicznych partnerów w Europie Środkowo-Wschodniej. Pamiętajmy jednak, że jesteśmy ciągle w roli goniącego bardzo szybki rozwój technologii. Na przykład, firmy w Polsce coraz częściej decydują się na wdrożenia związane z big data, jednak nadal najmniejszą popularnością cieszą się one w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw – jak pokazują dostępne na rynku badania, jest to zaledwie 7% wobec 12% dla całej Unii Europejskiej. O wiele lepiej sytuacja wygląda wśród dużych firm, gdzie ten współczynnik wynosi 26% w Polsce na tle 33% w Europie. Z naszego doświadczenia wiemy, że w ostatnich latach rośnie nie tylko zaufanie do technologii, ale także realna potrzeba wsparcia działania biznesu najnowszymi rozwiązaniami.

Wiele firm w Polsce nadal preferuje pracę na tradycyjnych zasobach informacji. Inwestycje Microsoft i Google z pewnością skłonią wiele przedsiębiorstw do implementowania nowych narzędzi IT. Jest to kluczowe z punktu widzenia konkurencyjności rynkowej. Czy zredefiniowanie modelu zarządzania informacją będzie stanowiło dla nich duże wyzwanie?

  • Piotr Siarkiewicz, South Branch Director w Avenga:

Pandemia COVID-19 pokazała, że firmy operujące w środowisku chmurowym są w stanie szybciej adaptować się do nowych realiów. Są także dużo bardziej skuteczne w realizowaniu bieżących zadań. Wiele przedsiębiorstw w Polsce wstrzymuje się jednak od implementacji tego typu rozwiązań w obawie przed zbyt dużymi zmianami organizacyjnymi. To duży błąd, który może prowadzić do zmniejszenia się ich rynkowej konkurencyjności. W pierwszej kolejności firmy muszą określić swoje potrzeby i być świadome efektów, jakie dadzą poszczególne narzędzia. Jeśli chodzi o samą reorganizację, kluczowym elementem jest wybór partnera, który wspomoże firmę w tym procesie. Samo wprowadzenie rozwiązań chmurowych można zorganizować tak, aby nie zakłócało bieżącej pracy. Migracja danych również może zostać przeprowadzona automatycznie dzięki różnego typu platformom lub aplikacjom, dostępnym m.in. w tzw. modelu PaaS, który tworzy wirtualne środowisko pracy w postaci platformy udostępnianej Klientowi. Kluczowe w redefinicji modelu zarządzania są know-how i doświadczenie. Dlatego, aby zwiększyć skuteczność i efektywność wdrażania narzędzi funkcjonujących w środowiskach chmurowych, warto takie procesy outsourcować. Dla przykładu w Avenga dysponujemy szerokimi kompetencjami związanymi z implementacją m.in. rozwiązań dostępnych w ramach chmury Microsoft Azure.

Praca w środowisku chmurowym optymalizuje procesy związane z zarządzaniem informacją. Jakich wymiernych korzyści mogą spodziewać się firmy wykorzystujące różnego rodzaju platformy do zarządzania danymi online?

  • Przemysław Kędzior, Menadżer Generalny TCG Process Polska:

Aż 40% outsourcowanych procesów IT w Polsce dotyczy przetwarzania danych. Dowodzi to, iż digitalizacja procesów zarządzania informacją jest dla polskich firm coraz bardziej popularnym elementem rozwoju ich biznesu. Ma to związek także z coraz większymi wolumenami danych, jakie są w poszczególnych przedsiębiorstwach przetwarzane. Wykorzystywanie platform input management czy workflow pozwala także na pełną kontrolę nad procesami przeprowadzanymi w ramach funkcjonowania biznesu. Bardzo dużą popularnością cieszą się obecnie elektroniczne kancelarie czy działy księgowe. Funkcjonując w środowisku online, pracownicy mają dostęp do określonych zasobów z dowolnego miejsca na świecie. Wykorzystywane w tego typu narzędziach algorytmy, sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe, odciążają ich także od konieczności ręcznej selekcji informacji, a co za tym idzie, znacząco zmniejszają ryzyko pojawienia się błędów i nawet kilkudziesięciokrotnie przyspieszają procesy przetwarzania informacji.

[1] https://emtemp.gcom.cloud/ngw/globalassets/en/risk-audit/documents/risk-audit-actions-in-response-to-covid-april-6.pdf

Praca sezonowa w 2020 roku.  W Polsce czy za granicą? Ile można zarobić?

0
Według GUS liczba ogłoszeń o pracę sezonową skurczyła się  w porównaniu do zeszłego roku o 30 proc. Jak to wygląda w poszczególnych miastach? Z danych OLX wynika, że w Warszawie spadki wyniosły 39 proc, we Wrocławiu 42 proc. a w Poznaniu 28 proc. Są jednak miejsca, w których widać odwrotną tendencję – w Rzeszowie jest w tym roku o 16 proc. więcej ofert.
W tej sytuacji szukający zajęcia na wakacje skierowali się ku zagranicznym pracodawcom. Agencje pośrednictwa pracy notują w tym roku 10-30 proc. wzrost zainteresowanych podjęciem pracy za granicą względem 2019. To trzykrotnie więcej niż w 2017 roku. Iwona Szmitkowska, prezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia, w wypowiedzi dla Rzeczpospolitej tłumaczy, że w tym roku pozyskanie kandydatów do prostych prac fizycznych, np. przy zbiorach jest dużo łatwiejsze niż w latach ubiegłych, a rekrutacja trwa krócej.
Mimo że rośnie liczba zainteresowanych wyjazdem na saksy, wciąż stanowią oni tylko małą część wszystkich osób podejmujących prace sezonowe.  W tegorocznym  badaniu OLX 72 proc. sezonowych pracowników zadeklarowało brak gotowości  na podjęcie pracy krótkoterminowej za granicą. 77 proc. szukających zajęcia tymczasowego podejmie pracę  w promieniu maksymalnie 20 km od miejsca zamieszkania, z czego 28 proc. zdecyduje się dojeżdżać do pracy oddalonej jedynie o 5 km.  Chęć wyjazdu za granicę deklaruje 17 proc. ankietowanych.
– Wyjazd za granicę wydaje się obecnie ryzykowny. W marcu z dnia na dzień przewoźnicy i linie lotnicze zgodnie z wytycznymi wstrzymali swoje połączenia. Większość z nich do tej pory nie wróciła do rozkładów sprzed epidemii. Mimo to, od lipca widzimy wzmożone zainteresowanie połączeniami międzynarodowymi, zwłaszcza między Polską a Niemcami, Holandią i Wielką Brytanią. Pokrywają się one z miejscami, do których najchętniej wyjeżdżamy do pracy sezonowej – komentuje Petr Susen, ekspert wyszukiwarki połączeń Busradar.pl

Ile można zarobić w pracy sezonowej w Polsce?

Z danych Personnel Service wynika, że na największą stawkę godzinową wśród pracowników sezonowych mogą liczyć instruktorzy surfingu i kitesurfingu – ok. 25 zł netto/h. Na kolejnym miejscu są kelnerzy ze stawką ok. 20 zł netto/h, wliczając w to napiwki. Nianie i opiekunowie osób starszych zarobią ok. 18 zł netto/h, a ok. 15 zł netto/h to wynagrodzenie pomocnika kucharza. Najmniej – ok. 13-14 zł netto/h zarobią uliczni sprzedawcy, osoby pomagające przy zbiorach, pokojówki, ratownicy i opiekunowie kolonijni.

W Europie zarobki dwa razy większe

Według Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia najpopularniejsze branże oferujące pracę sezonową za zachodnią granicą mają znacznie wyższe stawki godzinowe od krajowych standardów. Osoby pracujące przy zbiorach dostaną 7-12 euro netto/h, w branży budowlanej ok. 12 euro netto/h, pracownicy fizyczni 10-11 euro netto/h, a opiekunowie osób starszych 1300 euro netto miesięcznie. Oczywiście trzeba zwrócić uwagę na koszty dojazdu i utrzymania, chociaż zdarza się, że oferta pracy zawiera także zakwaterowanie i wyżywienie. W przypadku opieki nad dziećmi i osobami starszymi to praktycznie standard, w przypadku zbiorów, zdarza się bardzo często.

Więcej chętnych, mniej pracy

W ostatnich miesiącach wiele branż zredukowała działalność i tym samym liczbę zatrudnionych osób. Dotyczy to m.in. branży eventowej. Wielu młodych ludzi, którzy do tej pory pracowali przy festiwalach, koncertach i innych imprezach masowych, zostało zmuszonych do zrewidowania swoich planów. Jednocześnie wiele miejsc pracy, które do tej pory wykonywali pracownicy ze wschodu, głównie Ukraińcy, po ich licznym wyjeździe z Polski w marcu, zostało bez pracowników. Oznacza to, że wiele osób, chętnych podjąć pracę sezonową, musi się przekwalifikować, a w przypadku prac niewymagających rozległych kwalifikacji, zatrudnić się w branży innej niż dotychczas.
Z raportu Work Force Polska wynika, że 45 proc. osób zatrudnionych do pracy sezonowej, zostało zwolnionych z poprzedniej pracy w następstwie obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa. Nowi pracownicy sezonowi zostali zatrudnieni w branży kurierskiej – 47 proc, logistyce – 25 proc, produkcji – 23 proc, w branży spożywczej – 5 proc.

Polscy pracownicy podsumowują półrocze na rynku pracy

0

Z badania „Confidence Index” przygotowanego przez Michael Page w II kwartale 2020 r. wynika, że 58 proc. polskich pracowników dobrze ocenia swoją obecną sytuację zawodową i warunki zatrudnienia. Mimo to, co drugi badany (50 proc.) martwi się o stabilność stanowiska, a ponad połowa (53 proc.) respondentów narzeka także na wysokość swojej pensji. Jak polscy pracownicy oceniają I półrocze 2020 r. i jakie są ich oczekiwania względem rynku pracy?

Obawy i perspektywy

Niecałe 60 proc. badanych pozytywnie ocenia swoją obecną sytuację zawodową. Stanowi to nieznaczny spadek względem analogicznego okresu w 2019 r., gdzie ogólne warunki zatrudnienia pozytywnie oceniło niemal 63 proc. respondentów. Co ciekawe, wśród polskich pracowników rośnie zadowolenie z poziomu wynagrodzenia. Obecnie, 47,2 proc. badanych jest usatysfakcjonowanych wysokością pensji, w porównaniu do 46,3 proc. zadowolonych ankietowanych w II kwartale 2019 r. Stabilność swojego zatrudnienia pozytywnie ocenia co drugi polski pracownik, co stanowi poprawę względem badania przeprowadzonego rok temu o 3,7 p.p., ale spadek względem badania z IV kwartału 2019 r. Wówczas 54,6 proc. z nas nie martwiło się utratą pracy. Na ten moment, największe obawy pracowników związane są z perspektywą awansu w obecnym miejscu zatrudnienia. Na otrzymanie wyższego stanowiska w najbliższym czasie liczy jedynie 18,2 proc. Polaków.

Ostatnie kilka miesięcy zmieniły nie tylko sposób i tryb pracy, ale wpłynęły także na nastroje i obawy pracowników. W momencie, gdy część pracodawców decyduje się na ponowne otwarcie swoich biur, zadbanie o komfort psychiczny i bezpieczeństwo w miejscu pracy staje się ważniejsze niż kiedykolwiek. Z badania przeprowadzonego przez Gensler Research Institute wynika, że 70 proc. badanych chce wrócić do pracy w biurze, a dla co drugiego ankietowanego (55 proc.) zdalna współpraca jest bardziej wymagająca i trudniejsza niż bezpośredni kontakt ze współpracownikami – mówi Piotr Dziedzic, senior dyrektor w firmie Michael Page.

Praca zdalna standardem

57,5 proc. ankietowanych twierdzi, że szukając nowego miejsca zatrudnienia zwraca uwagę na możliwość pracy z domu, co stanowi spadek o 5 p.p. względem analogicznego okresu zeszłego roku. Taka zmiana podejścia do „home office” może wynikać z tego, że dla wielu firm praca poza biurem stała się standardem, przez co również wielu pracowników przestało traktować to jako benefit.

Ostatnie tygodnie spędzone na tzw. home office, zmusiły wielu z nas do przeorganizowania trybu życia i pracy oraz były sprawdzianem z umiejętności godzenia życia prywatnego i zawodowego, które łączyły się ze sobą w domu. Wielu pracowników miało okazję wreszcie również sprawdzić, czy tryb pracy na odległość jest dla nich. Część zapewne przekonała się, że woli przyjść do biura, stąd możliwość kontynuowania obowiązków „na odległość” nie jest dla nich już tak istotna. Dla innych natomiast równie trudnym zadaniem może okazać się ponowna mobilizacja do pracy stacjonarnej i powrót do biura po dłuższej przerwie, dlatego złotym środkiem wydaje się zaoferowanie pracownikom możliwości wyboru, tak aby każdy z nich mógł dostosować tryb pracy do swoich preferencji – dodaje Piotr Dziedzic.

REDD ANALYTICS – Rynek Biurowy: podsumowanie lipca – rynek wraca do pracy

0

Warszawa jest w czołówce miast pod względem nowych umów najmu. W lipcu w bazie REDD zarejestrowano rekordową liczbę nowych umów najmu, aż 262 na łączną powierzchnię 104,531 m kw. Zielonym punktem na biurowej mapie jest także Łódź. W lipcu w tym mieście wynajęło się więcej biur, niż opustoszało. 

Dane REDD wskazują, że na polskim rynku dostępnych jest 4490 modułów biurowych o łącznej powierzchni 2,48 mln m kw. W lipcu 2020 rynek zasiliło 78 modułów biurowych, które nie zostały zaabsorbowane przez nowe umowy najmu. Tym samym, zasoby wolnej powierzchni zwiększyły się o 72,000 m kw.

Spośród ponad 25 rynków regionalnych monitorowanych przez REDD, największy negatywny bilans wynajętych i zwolnionych biur zanotowały Warszawa (-19,066 m kw.), Kraków (-9,409 m kw.) i Poznań (-4,443 m kw.). Na tym tle wyróżnia się Łódź (2,646 m kw.), która jako jedyne miasto wojewódzkie zakończyła miesiąc bilansem na korzyść popytu.

REDD01

Najwięcej nowych umów najmu w Warszawie

–  Mimo negatywnego bilansu w Warszawie, stolica jest w czołówce miast pod względem nowych umów najmu. W lipcu w bazie REDD zarejestrowano rekordową liczbę nowych umów najmu (262) na łączną powierzchnię 104,531 m kw. Stołeczne transakcje stanowiły 68 proc. wszystkich umów najmu zawartych na 27 rynkach regionalnych w Polsce – mówi Judyta Bartnicka, analityczka REDD.

REDD2 (002)

Na uwagę zasługuje również spadek współczynnika Months of supply (MoS), który opisuje aktualną dynamikę relacji popytu do podaży. Współczynnik MoS dla Warszawy zanotował dwukrotny spadek i na koniec lipca wyniósł 7.5 miesiąca (w porównaniu do 14.3 miesiąca).

Months of supply to znany na świecie wskaźnik. Jest to jeden ze współczynników absorpcji i relacji popytu do podaży. – Months of supply prognozuje, ile miesięcy trwałoby wynajęcie wszystkich obecnie dostępnych modułów biurowych, biorąc pod uwagę aktualne tempo wynajmu. Niski współczynnik może oznaczać, że podaż nie nadąża za popytem, za chwile może zabraknąć wolnych biur. Wysoki wynik to natomiast sygnał możliwej nadpodaży i dowód, że biur jest więcej niż chętnych najemców – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

REDD03

REDD04

Tygodniowe dane REDD

  • W zeszłym tygodniu wynajęto 121 modułów biurowych
  • Na rynek wprowadzono 137 nowe biura do wynajęcia
  • Właściciele dodali aktualne informacje o dostępności 1874 modułów

Czy organ ma prawo odmówić stronie dostępu do akt sprawy podatkowej?

0

Prawo wglądu do akt sprawy podatkowej jest dla strony kontroli/postępowania prawem fundamentalnym, urzeczywistniającym prawo do czynnego udziału w tej sprawie. Prawo to nie jest jednak absolutne i podlega pewnym ograniczeniom. Ograniczeniom, których organy nadużywają.

Kto ma prawo do wglądu w akta sprawy podatkowej?

Postępowanie podatkowe, kontrola podatkowa, a także kontrola celno-skarbowa są jawne tylko częściowo. Przepisy Ordynacji podatkowej wprost wskazują, iż to Strona ma prawo wglądu w akta sprawy, a także sporządzania z nich notatek, odpisów oraz kopii. Oznacza to, że osoba niezwiązana z danym postępowaniem, a więc osoba niebędąca jego stroną, nie ma takiego prawa. Prawo wglądu w akta sprawy podatkowej jest fundamentalnym prawem Strony i wyrazem naczelnej zasady postępowania – zasady czynnego udziału strony w postępowaniu. Taki właśnie czynny udział organ ma obowiązek stronie zapewnić.

Istnieją jednak pewne ograniczenia wglądu w akta sprawy podatkowej. Ordynacja podatkowa przewiduje bowiem, że organ może odmówić stronie wglądu do dokumentów zawierających informacje niejawne, a także do innych dokumentów, które organ podatkowy wyłączy z akt sprawy ze względu na interes publiczny. Jakkolwiek w gestii organu prowadzącego sprawę nie leży decydowanie o tym, czy dana informacja jest informacją niejawną, czy też nie, to już w przypadku wyłączenia dokumentów z akt sprawy z uwagi na przesłankę interesu publicznego organ ma pełne pole manewru i właściwie rzec można, iż w dzisiejszych czasach jest to jego kwestia uznaniowa. Organy bowiem często wykorzystują prawo do wyłączenia dokumentu z akt sprawy, gdyż uniemożliwia to później stronie postępowania wgląd do tych dokumentów.

Pojęcie „interesu publicznego”

Przepisy Ordynacji podatkowej stanowią, że organ może wyłączyć dokument z akt sprawy z uwagi na interes publiczny. Pojęcie „interesu publicznego” nie zostało w ustawie zdefiniowane. Jest to więc pojęcie szerokie, tzw. niedookreślone. Żeby je zrozumieć, należy odwołać się do poglądów doktryny oraz orzecznictwa. Zgodnie z utrwalonym już poglądem przez „interes publiczny” należy rozumieć „korzyść służącą ogółowi, dyrektywę postępowania, nakazującą respektowanie takich wartości wspólnych dla całego społeczeństwa jak: sprawiedliwość, bezpieczeństwo, zaufanie obywateli do organów władzy publicznej. Pod pojęciem „interesu publicznego” mieści się także dobro osób trzecich, niebędących stroną w toczącym się postępowaniu, których dotyczą informacje zawarte we włączonych do akt sprawy dokumentach, bowiem zawierają istotne dane o tych podmiotach”.

I tak, organy w zdecydowanej większości stosują przesłankę „dobra osób trzecich”, a że lenistwo bierze górę nad prawami strony postępowania, zamiast animizować dokument wolą go wyłączyć z akt w całości. Tymczasem jak wynika z niedawno wydanego wyroku TSUE: „w administracyjnym postępowaniu podatkowym takim jak toczące się w postępowaniu głównym podatnik powinien mieć możliwość dostępu do wszystkich dowodów znajdujących się w aktach sprawy, na których organ podatkowy zamierza oprzeć swoją decyzję. W związku z tym, jeżeli organ podatkowy zamierza oprzeć swoją decyzję na dowodach uzyskanych, tak jak w postępowaniu głównym, w ramach powiązanych postępowań karnych i powiązanych postępowań administracyjnych, podatnik ten powinien mieć możliwość uzyskania dostępu do tych dowodów. (…) Wymogu tego nie spełnia praktyka organu podatkowego polegająca na nieudzieleniu danemu podatnikowi żadnego dostępu do tych dowodów, a w szczególności do dowodów, na których opierają się ustalenia dokonane w protokołach sporządzonych i decyzjach wydanych w wyniku powiązanych postępowań administracyjnych, oraz na jedynie pośrednim zapoznaniu go w formie streszczenia tylko z częścią tych dowodów, które organ ten wybrał według przyjętych przez siebie kryteriów, nad którymi podatnik nie może sprawować żadnej kontroli” (wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z dnia 16 października 2019 r. w sprawie o sygn. akt C‑189/18).

Na postanowienie o wyłączeniu danego dokumentu z akt sprawy zażalenie nie przysługuje. Jednakże na postanowienie o odmowie udostępnienia stronie takiego wyłączonego dokumentu już tak. Warto więc korzystać z możliwości, jakie daje instytucja zażalenia i następnie złożenia skargi do WSA. Organy bowiem zdecydowanie nadużywają swych uprawnień, wyłączając z akt sprawy dokumenty, do których strona powinna mieć dostęp, gdyż to właśnie na nich oparta jest później decyzja wymiarowa. W jaki bowiem sposób strona ma odwołać się od niekorzystnej dla siebie decyzji albo skorzystać z prawa wypowiedzenia się w sprawie zebranego materiału dowodowego, skoro nie ma wglądu w istotne dokumenty z akt sprawy?

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Połowa wakacji za nami. Jak wyglądały zakupy Polaków w tym okresie? 

0

 Wraz z końcem lipca, zakończyła się również pierwsza połowa wakacji. To dobry czas na podsumowanie okresu letnich urlopów, które w tym roku są nieco inne, bo upływają pod znakiem pandemii koronawirusa. O tym, jak wyglądały zakupy Polaków w ostatnim miesiącu informuje Polska Rada Centrów Handlowych (PRCH) w kampanii społecznej „Bezpieczeństwo-Kupuję to!” i jednocześnie zachęca do odpowiedzialnego zachowania w galeriach handlowych. 

Pierwsze cztery tygodnie wakacji pokazały, że galerie znów zaczynają tętnić życiem. Odwiedzalność obiektów handlowych w tym okresie, w dni handlowe, w zależności od dnia, była jedynie o 13-22% niższa od wyników sprzed roku. Zaraz po szerszym otwarciu galerii wyniki odwiedzalności były dużo gorsze, dane PRCH wskazywały 53-68% wartości ubiegłorocznych w analogicznym okresie 2019 roku.

Wzrost liczby klientów pokazuje, że dostrzegają oni działania centrów handlowych na rzecz poprawy bezpieczeństwa w obiektach. Polska Rada Centrów Handlowych przeprowadziła ankietę wśród zarządców i właścicieli 161 centrów i parków handlowych, której wyniki pokazują, że wszystkie obiekty dostosowano do nowych wymogów sanitarnych. Co więcej, ponad połowa badanych (55%) zadeklarowała, że w obiektach wprowadzono dodatkowe środki bezpieczeństwa.

W galeriach stanęły płyny do dezynfekcji rąk, pojawiły się oznakowania, które przypominają o zachowaniu odległości od innych klientów i pracowników, w każdym obiekcie można kupić maseczki do zasłaniania ust i nosa, wszystkie powierzchnie wspólne, takie jak klamki, poręcze i przyciski są regularnie dezynfekowane. Dodatkowo, część z galerii zdecydowała się na ozonowanie i zmianę klimatyzacji, tak aby powietrze w galerii było świeże, a nie pochodziło z obiegu zamkniętego.

Ochrona obiektów zwraca uwagę osobom, którzy nie stosują się do nowych zasad, a w części galerii nawet rozdaje maski klientom, którzy ich nie posiadają. W centrach prowadzone są liczne kampanie informacyjne dla klientów i najemców, a cała branża zjednoczyła się w akcji „Bezpieczeństwo-Kupuję to!”. Na profilach społecznościowych kampanii eksperci pokazują jak należy zachować się podczas zakupów oraz przekonują, że tylko od nas samych zależy, czy komfortowo i bez obaw o zdrowie będziemy mogli zrobić zakupy.

– Wakacje to okres urlopów, beztroski i relaksu, jednak nie jest to czas odpoczynku od przestrzegania zasad bezpieczeństwa. W tym czasie podróżujemy więcej i spotykamy się z większą liczbą osób, dlatego powinniśmy również jeszcze bardziej zadbać o zdrowie swoje i innych. Zakupy w maskach na pewno nie są tak naturalne, ale są dużo bezpieczniejsze i pozwalają na zminimalizowanie ryzyka zakażenia – mówi Radosław Knap, jeden z inicjatorów kampanii i dyrektor generalny PRCH.

Rząd zapowiedział, że w związku ze wzrostem zachorowań na COVID-19, w ostatnich dniach w sklepach i galeriach prowadzone będą wzmożone wizyty policji, która może nakładać na osoby nie stosujące się do przepisów bezpieczeństwa kary. Za naruszenie nakazu zakrywania nosa i ust grozi mandat do 5 000 zł. Warto zatem pamiętać o zakładaniu maseczek lub przyłbic. Minister Zdrowia przypomina, że przyłbica jest to najlepsze rozwiązanie alternatywne  w przypadku, gdy ktoś nie czuje się komfortowo w masce lub ma np. astmę.

72 mln argumentów za ubezpieczeniem własności intelektualnej

0
  • Na świecie obowiązują ok. 72 mln praw własności intelektualnej – łatwo zatem o naruszenie.
  • Szczególnie narażony jest sektor MŚP, który za cel obrały sobie organizacje wyspecjalizowane w sporach patentowych, tzw. trolle patentowe.
  • Ubezpieczenie własności intelektualnej pozwala pokryć zarówno koszty postępowań sądowych, jak i odszkodowań.

Z początkiem lipca weszła w życie nowelizacja kodeksu postępowania cywilnego, która zakłada m.in. utworzenie sądów wyspecjalizowanych w ochronie własności intelektualnej. To dobry krok, zwłaszcza że liczba sporów na tym tle rośnie. Skalę zagadnienia dobrze obrazują dane gromadzone przez Światową Organizację Własności Intelektualnej (WIPO, agencja ONZ). Przykładowo, od początku roku agencja zaangażowała się już w 2014 spraw o polubowne ustalenie praw do nazwy domeny internetowej. W zeszłym roku pośredniczyła w rozwiązaniu 3693 tego typu sporów[1]. To jednak tylko czubek góry lodowej.

Definicja własności intelektualnej jest niezwykle pojemna. Z jednej strony prawa autorskie i pokrewne, z drugiej prawa własności przemysłowej. Mówiąc prościej, mieści się w niej zarówno działalność artystyczna, twórcza i wynikające z niej prawa, jak i wszelkie wynalazki, znaki towarowe lub wzory przemysłowe. Przy obecnym poziomie globalizacji oraz liczbie funkcjonujących na rynku marek i dzieł, naruszenie, nawet nieświadome, czyichś praw jest wysoce prawdopodobne. Nawet najdokładniejsze sprawdzenie wszelkich baz i rejestrów patentowych oraz skorzystanie z fachowego doradztwa, może nie uchronić od błędu skutkującego naruszeniem czyichś praw – stwierdza Mateusz Bartoszcze Radca Prawny w EIB SA. 

Warto pamiętać, że liczba zastrzeżonych znaków czy wzorów zmienia się dynamicznie. Rośnie o kilka milionów rocznie, a od 2010 r. wzrosła prawie dwukrotnie. Według ostatnich danych WIPO (na koniec 2018 r.) w mocy pozostają prawie 72 mln tytułów praw własności intelektualnej[2]:

  • wzornictwo przemysłowe – 3,99 mln
  • patenty – 13,95 mln
  • znaki towarowe – 49,25 mln
  • wzory użytkowe – 4,70 mln

Jak uniknąć skutków błędu?

Przed konsekwencjami finansowymi nieumyślnego złamania prawa własności intelektualnej można się jednak uchronić. Rynek ubezpieczeń oferuje stosowne rozwiązania.

Zainteresowani ochroną przedsiębiorcy, powinni pamiętać, że granica między naruszeniem, a jego brakiem bywa niejednoznaczna. Dodatkowo mało osób zdaje sobie sprawę z działalności tzw. trolli patentowych. Są to organizacje masowo rejestrujące różne prawa własności, wyłącznie po to, aby występować z roszczeniami wobec firm. Szczególnie upodobały sobie sektor MŚP, który ma mniejsze możliwości finansowe obrony niż duże korporacje. Dlatego warto zastanowić się nad dodatkową ochroną. Zwłaszcza jeżeli firma działa w niszowej branży lub oferuje unikatowy produkt czy usługę – dodaje Aleksander Chmiel z EIB SA. 

Kompleksowe zabezpieczenie przed roszczeniami

Umowa ubezpieczenia przewiduje pomoc w razie nieświadomego plagiatu, zapewniając wszechstronne wsparcie finansowe w razie konfliktu o prawa własności intelektualnej. Zakłada przede wszystkim wypłatę środków na obsługę sporów sądowych, a także pokrycie wszelkich odszkodowań i rekompensat wynikających z rozstrzygnięcia sprawy. Jednak w niektórych przypadkach spory nie trafiają na salę sądową. Również wtedy polisa zadziała i zapewni sfinansowanie wszelkich kosztów związanych z polubownym rozwiązaniem problemu. Podstawową ochronę można też często rozszerzyć. Dodatkowe umowy mogą zapewnić pokrycie utraconych w wyniku sporu zysków czy zwrot kosztów niesłusznie zarejestrowanych praw, jeżeli zostaną one unieważnione w efekcie procesu sądowego.

Kiedy nie można liczyć na ubezpieczenie?

Jak każde ubezpieczenie, także ochrona praw własności intelektualnej ma jednak swoje ograniczenia. Podstawowym jest celowe złamanie prawa. Wtedy ubezpieczyciel nie udzieli firmie żadnej pomocy. Warto też pamiętać, że towarzystwo ubezpieczeń może odmówić ochrony z racji na zbyt duże ryzyko sporu. Dotyczy to zwłaszcza branż, w których istnieje wiele powszechnych standardów i duża konkurencja, a także pojawia się wiele nowinek. Z taką postawą mogą się spotkać zatem przedsiębiorcy produkujący części komputerowe, urządzenia mobilne czy inne sprzęty elektroniczne codziennego użytku. Także firmy z bogatą historią konfliktów na tle praw własności nie mogą raczej liczyć na ochronę.

Jak widać, ubezpieczenie własności intelektualnej jest zagadnieniem wielowątkowym. Trzeba też zaznaczyć, że tematyka ta stanowi wyzwanie, zarówno pod względem konstrukcji umowy ubezpieczenia, jak i konkurencyjności wśród ubezpieczycieli. Dlatego dostępność tego typu rozwiązań ubezpieczeniowych nie jest powszechna. Mimo to, w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych świadomość przedsiębiorców oraz potrzeba ochrony wzrasta. Zapewne trend dotrze także niedługo i do nas  – mówi Aleksander Chmiel z EIB SA.

 

Źródło: EIB SA.

[1]     https://www.wipo.int/amc/en/domains/statistics/cases.jsp

[2]     Statystyki WIPO: https://www.wipo.int/ipstats/en/

4 trendy na polskim rynku biurowym po I połowie 2020 r.

0

Nastroje na polskim rynku nieruchomości biurowych po I połowie 2020 roku pomimo pandemii COVID-19 wydają się być bardzo optymistycznie. Całkowite zasoby sektora wynoszą obecnie nieco ponad 11,3 mln mkw., w którym zdecydowanym liderem pozostaje Warszawa, natomiast wśród miast regionalnych Kraków. W analizowanym okresie aktywność najemców wyniosła ok. 667 800 mkw. z czego najwięcej podpisywano nowych umów. Pomimo ograniczonej przez COVID-19 nowej podaży (275 700 mkw.) na koniec czerwca br. zaobserwowano tendencję wzrostową w stopach pustostanów, które obecnie wynoszą 7,9% (+0,4 pp. kw./kw.) dla Warszawy i 10,2% (+0,7 pp. kw./kw.) dla rynków regionalnych. Firma doradcza AXI IMMO podsumowuje I poł. 2020 r. na polskim rynku biurowym.

W ciągu pierwszej połowy 2020 roku na polskim rynku nieruchomości biurowych mogliśmy zaobserwować rozwój czterech trendów, które będą nam towarzyszyć najprawdopodobniej przez kilka najbliższych miesięcy. Pierwszym z nich jest przyspieszony rozwój pracy zdalnej, który w wielu firmach w modelu hybrydowym powinien pozostać na stałe. Nowa sytuacja na rynku powoduje, że część najemców nie wypełniając w 100% zarezerwowanej powierzchni rozważa jej podnajem dla innych podmiotów. To rozwiązanie mogłoby pomóc najemcom w ograniczeniu części kosztów. Według naszych szacunków, oferta podnajmu tylko dla samej Warszawy może obecnie być wielkości około jednego procenta jej całkowitych zasobów. Dla wielu firm będzie to sygnał, aby na nowo przemyśleć swoją strategię rozwoju i zadecydować czy chcą wynająć jedno duże biuro czy skorzystać z kilku mniejszych. W drugiej części roku spodziewamy się ograniczenia nowej podaży, a obecna na rynku duża oferta powierzchni w ramach podnajmu zwiastuje wzrost stopy pustostanów. Możliwą konsekwencją tej sytuacji będzie presja ze strony najemców na redukcję wyjściowych stawek czynszu,” mówi Martin Lipinski, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, Axi Immo.

Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie na zakończenie czerwca 2020 r. powiększyły się o ok. 100 100 mkw. i wynoszą obecnie ok. 5 687 800 m kw. Największym z czterech oddanych obiektów w okresie od kwietnia do czerwca br. był Varso II (HB Reavis) oferujący 40 000 mkw. Wśród pozostałych zrealizowanych inwestycji znalazły się Chmielna 89 (Cavatina Holding, 25 200 m kw.) Biura przy Willi (Echo Investment, 15 000 m kw.) i DSV HQ (Capital Park, 20 000 m kw.). Natomiast na analizowanych ośmiu regionalnych rynkach biurowych całkowite zasoby biurowe wynoszą ok. 5 679 600 mkw. Tradycyjnie największym lokalnym rynkiem pozostaje Kraków (1 483 300 m kw.) przed Wrocławiem (1 186 100 m kw.) i Trójmiastem (868 400 m kw.). W strukturze nowej podaży (176 600 mkw.) najwięcej powierzchni dostarczono w Krakowie 39% (ok. 69 100 m kw.), Katowicach 18% (31 100 mkw.) oraz Trójmieście 17% (29 900 mkw.). Największymi z oddanych lokalnie 15 projektów były gdańska Olivia Prime B (Olivia Business Center, 25 000 m kw.), krakowski High 5ive (Skanska, 23 500 m kw.) i katowicki Face 2 Face A (Echo Investment, 19 600 m kw.).

Pomimo trwającej pandemii COVID-19 na rynku obserwowana jest duża aktywność najemców. Łącznie w Warszawie (334 800 m kw.) i na rynkach regionalnych (333 000 m kw.) wynajęto ok. 667 800 m kw. powierzchni biurowej. Na uwagę zasługuje również Kraków, w którym podpisano umowy na 114 700 m kw. Za popyt w analizowanym okresie w największym stopniu odpowiadały nowe umowy (62% Warszawa, 54% regiony), następnie renegocjacje (30% Warszawa, 32% regiony), a na trzecim miejscu ekspansje (8% Warszawa, 14% regiony). Największą zrealizowaną do końca czerwca br. transakcją była rekordowa umowa przed najmu PZU w Generation Park Y w Warszawie na 46 500 m kw. Natomiast na pozostałych miejscach znalazły się: nowa umowa najmu DSV na 20 000 mkw. w budynku DSV HQ (Warszawa), odnowienie umowy ABB w biurowcu Axis w Krakowie (20 000 m kw.), renegocjacja i ekspansja Poczty Polskiej (19 800 mkw.) w Domaniewska Office Hub w Warszawie i umowa przed najmu Fujitsu Technology Solutions w budynku Fuzja w Łodzi (16 300 m kw.). Co ciekawe 7 z 12 transakcji przekraczających 10 000 m kw. zrealizowano na rynkach regionalnych, a najaktywniejszym sektorem były „Usługi i produkty IT”.

Tonując nieco optymistyczne wyniki popytu za I poł. 2020 r. musimy pamiętać, że są to negocjacje, które rozpoczęły się przed pandemią COVID-19. Fakt tak dużej aktywności najemców to efekt zaplanowanych działań. Firmy najczęściej robią badanie rynku pod względem dostępnej powierzchni i opcji na około półtora do dwóch lat przed wygaśnięciem ich umowy. Obecnie ze względu na jeszcze trwającą pandemię najemcy ostrożniej decydują o ewentualnej zmianie biura. Coraz większe znaczenie ma również kwestia związana z cyrkulacją powietrza, a także bezpieczeństwem i higieną pracy. Przed nami czas dużej ostrożności, jednak nowa sytuacja, a przede wszystkim otwarcie rynku na niespotykaną dotychczas ofertę podnajmu może wpłynąć na decyzję części najemców o tym, aby w dotychczas niedostępnej lokalizacji poszukać dla siebie miejsca do rozwoju. Dodatkowo spodziewamy się, że część firm, zamiast tradycyjnego biura będzie wybierać wariant typu flex ze względu na większą elastyczność i możliwość szybszej rezygnacji z umowy,” dodaje Martin Lipinski.

Na zakończenie I poł. 2020 roku na polskim rynku nieruchomości dostępnych od ręki jest ponad milion m kw. powierzchni biurowej. W przypadku Warszawy jest to ok. 448 000 m kw. (7,9% + 0,4 pp. kw./kw.) natomiast dla regionów 571 600 m kw. (10,2% + 0,7 pp. kw./kw.), wśród, których najwięcej wolnej powierzchni znajduje się w Krakowie 164 400 mkw. i Wrocławiu 132 700 m kw. Natomiast przyjmując procentowe wartości pustostanów najwyższy współczynnik odnotowano w Poznaniu – 14,5 %, a najniższy w Trójmieście i Katowicach – 6,1%. Ponadto, w analizowanym okresie na większości rynków nie zaobserwowano zmian w średniej stawce czynszów bazowych.

* Dane na podstawie Axi Immo Group i PINK.

Praca sezonowa za granicą ratunkiem dla Polaków – jak koronakryzys zmienia oblicze rynku pracy?

0

Choć epidemia koronawirusa nie zwalnia tempa, a na polskim rynku pracy następuje stopniowe ożywienie, głównie w przypadku ofert dla pracowników fizycznych[1], ze statystyk wyraźnie wynika, że zainteresowanie Polaków wyjazdami zarobkowymi za granicę rośnie. W porównaniu z 2019 rokiem, liczba chętnych do pracy sezonowej i tymczasowej poza krajem wzrosła o 1/3[2]. Wśród niekwestionowanych liderów pozostają Niemcy – mimo że również walczą ze skutkami pandemii, to jej wpływ na tamtejszy rynek pracy jest znacznie mniejszy niż w Polsce. 

Praca w Polsce niepewna

Decyzja o wyjeździe i pracy za granicą to dla wielu osób konieczność. Jak pokazują szacunki resortu pracy, bezrobocie w Polsce notuje nieznaczny, ale jednak, wzrost – miesiąc do miesiąca to 0,1 proc.[3] Niepewna sytuacja finansowa, zwolnienia z dotychczasowych miejsc pracy lub redukcja etatów często zmuszają do poszukiwania zatrudnienia w branżach, w których dotychczas nie posiadaliśmy doświadczenia, a także do nabycia nowych kompetencji i szybkiego przekwalifikowania. Są w kraju sektory, w których pracodawcy w dalszym ciągu zatrudniają – zdecydowaną większość ofert stanowią te dedykowane dla pracowników sezonowych: sprzedawców spożywczych, budowlańców, magazynierów czy dostawców[4]. Jak się jednak okazuje, w przypadku wielu ofert zmniejsza się zakres oferowanych benefitów, a nawet wysokość wynagrodzenia. Taka sytuacja powoduje, że Polacy coraz częściej myślą o pracy za granicą, poszukując nie tylko stabilnego zatrudnienia, ale również atrakcyjniejszych niż w Polsce zarobków. 

Coraz częściej za granicę i do pracy sezonowej

Statystyki wyraźnie pokazują, że Polacy chętniej niż w ubiegłym roku chcą wyjeżdżać do pracy za granicę. Zainteresowanych wyjazdami zarobkowymi jest niemal o 30 proc. więcej niż w roku 2019[5]. Ponadto, jak wynika z ostatnio przeprowadzonych badań, spośród respondentów, którzy w ostatnim czasie wstępnie odpowiedzieli na ogłoszenia rekrutacyjne, aż 92% jest zdecydowanych na wyjazd do pracy poza Polskę[6]. Z racji tego, iż zatrudnienie w innym kraju, zazwyczaj najszybciej można znaleźć przy pracach sezonowych lub tymczasowych, nie dziwi fakt, że to właśnie taki rodzaj pracy często rozpatrują Polacy. Do Niemiec chętnie wyjeżdżamy w charakterze opiekuna osób starszych – według danych udostępnionych przez firmę Promedica24, lidera na rynku usług opiekuńczych, w porównaniu z ubiegłym rokiem, zainteresowanie pracą w tym zawodzie jest większe. Co przemawia za tym, że wakaty w branży opiekuńczej na terenie Niemiec są tak chętnie rozchwytywane przez pracowników?

Niemcy to ponad 80-milionowy kraj, który dysponuje nie tylko ogromnym, chłonnym rynkiem pracy, lecz także przy stawce minimalnej, wynoszącej 9,35 euro brutto za godzinę, czyli około 42,50 zł, oferuje godne zarobki. Praca w opiece senioralnej pozwala nabrać cennego doświadczenia. Ponadto wiąże się z nauką języka, co daje pracownikowi przewagę konkurencyjną na przyszłość – podkreśla Dariusz Siedlecki, Dyrektor ds. Rekrutacji w Promedica24. 

Polki chętnie ruszają za Odrę

Pracę w charakterze opiekuna osób starszych w dalszym ciągu chętniej podejmują kobiety, choć coraz częściej po zlecenie zgłaszają się również mężczyźni. Wyniki badania przeprowadzonego przez agencję badawczą IQS na zlecenie Promedica24 nie pozostawiają złudzeń: w wyniku pandemii koronawirusa pracę mogło stracić nawet 870 tys. Polek. Z tego powodu kobiety coraz chętniej biorą pod uwagę wyjazd do pracy za granicą. Jak wynika z badania, co trzecia, gdyby otrzymała atrakcyjną ofertę zatrudnienia, zgodziłaby się na podjęcie pracy sezonowej poza Polską. Podobny odsetek pań deklaruje chęć wyjazdu do pracy tymczasowej lub na okresowy kontrakt. Za pracą najchętniej wyjechałyby do Niemiec (43 proc.), Holandii (42 proc.) i Wielkiej Brytanii (41 proc.).

W Niemczech żyje około 17 mln seniorów, większość z nich wymaga stałej opieki, dlatego też szacuje się, że w branży opieki senioralnej potrzeba w tej chwili nawet 200 tys. pracowników. W związku z dużym zapotrzebowaniem na tego typu usługi w Niemczech, dzięki wsparciu firm funkcjonujących na rynku usług opiekuńczych, tysiące Polaków, którzy utracili dotychczasowe źródło zatrudnienia lub poszukują możliwości przekwalifikowania się, mogą liczyć na szybkie znalezienie dogodnego kontraktu.

[1] Grant Thornton „Rynek pracy w czasie COVID-19” – edycja maj 2020

[2] Raport OTTO Force Work lipiec 2020

[3] Dane GUS – maj i czerwiec 2020

[4] Grant Thornton „Rynek pracy w czasie COVID-19” – edycja maj 2020

[5] Raport OTTO Force Work lipiec 2020

[6] Tamże