Pracownicy banków ryzykują wyciek danych [Bezpieczeństwo Polskich Banków – Raport]

Firma WebTotem przeanalizowała bezpieczeństwo 33 działających w Polsce banków. Wyniki nie są zadowalające. Jednym z najczęściej pojawiających się problemów jest używanie bankowych kont pocztowych w innych serwisach, co grozi przejęciem takiego konta przez hakerów.

Zajmująca się monitoringiem bezpieczeństwa sieci firma WebTotem, w ramach udziału w programie akceleracyjnym Poland Prize, w pierwszym kwartale tego roku przeanalizowała całą polską sieć, odkrywając m.in. ponad 3 tysiące zawirusowanych stron. Jedynie 16,5 proc. domen z rozszerzeniem .pl miało wówczas poprawnie działające certyfikaty SSL.

Tym razem WebTotem wziął na warsztat strony polskich banków. Test przeprowadzony przez firmę nie był testem penetracyjnym, czyli był przeprowadzany w sposób etyczny, bez ingerencji w strony banków. Analizowane były informacje, które są dostępne publicznie. W większości badanych punktów wystarczyło wysłać zapytania HTTP i DNS oraz przeanalizować odpowiedzi pochodzące od serwera.

Celem badania było określenie potencjalnych wektorów ataku, które mogą być wykorzystywane przez hakerów. – Cyberprzestępca może łatwo stworzyć listę kontrolną ustawień bezpieczeństwa, taką jak nasza, i używać jej do kolejnych prób wtargnięcia na stronę – wyjaśnia Viktoria Umanska, Chief Business Development Officer WebTotem.

Co odkrył WebTotem?

Żadna strona banku nie jest w stu procentach szczelna

Bezpieczeństwo polskich banków WebTotem ocenił na 61 proc., przy czym nie znalazł się ani jeden, który nie miałby żadnych uchybień. – Najlepiej oceniane banki miały jedynie drobne niedociągnięcia, ale nie znaleźliśmy takiego, który byłby w stu procentach bezpieczny – zauważa Viktoria Umanska.

Główny problem: ludzie

Jednym z najpoważniejszych zdiagnozowanych przez badaczy z WebTotem problemów polskich banków jest podatność na wycieki informacji. Bierze się on przede wszystkim stąd, że pracownicy używają firmowego adresu e-mail banku w celu rejestracji na różnych, zewnętrznych serwisach internetowych. Co więcej, służbowe adresy e-mailowe osób pracujących w bankach pojawiają się w publicznej przestrzeni internetu w wypadku 20 z 33 przebadanych banków.

bank 1

Dlaczego ten aspekt badania jest ważny? Szacuje się, że nawet w 90 proc. przypadków, użytkownicy korzystają z tego samego hasła w różnych serwisach. Hakerzy mogą więc, po przejęciu dostępu do konta np. w serwisie społecznościowym, uzyskać dostęp do korespondencji i dokumentacji firmowej, a także do danych klientów, a wrażliwe informacje tak uzyskane, mogą być użyte do ataku na system informatyczny banku.

Co trzeci badany bank ma problemy z bezpieczeństwem poczty

Wyciek informacji to nie jedyny problem związany z bankowymi mailami. WebTotem przebadał serwery pocztowe banków za pomocą dziewięciu testów – sprawdzając między innymi, czy serwer poczty “odpytuje” zwrotnie przychodzące maile, czy może otrzymywać spam ze sfałszowanych adresów mailowych lub czy używane są domyślne, nieszyfrowane porty POP3 i IMAP.

Niemal jedna trzecia badanych banków ma problemy z bezpieczeństwem serwerów pocztowych, przy czym w wypadku 4 proc. banków są to problemy poważne.

Bank, którego poczta nie jest w pełni zabezpieczona, jest bardziej podatny m.in. na ataki ransomware (podczas którego konto pocztowe lub komputer blokowany jest przez szkodliwe oprogramowanie), wirusy i robaki internetowe czy przejęcie konta pocztowego. Pracownicy dostają także większą liczbę spamerskich wiadomości.

bank 2

Jaki jest klucz do efektywnej pracy zdalnej?

Epidemia COVID-19 pokazała, że wiele firm może z łatwością przełączyć się na system pracy zdalnej. Okazuje się, że telepraca to szansa na więcej czasu wolnego dla pracownika, a działając z domu możemy zaoszczędzić aż 1,4 dnia roboczego, wykorzystując czas bardziej efektywnie niż w biurze. Oszczędność w postaci 12 godzin w miesiącu wymaga jednak odpowiedniej organizacji.

Jak sprawić, by telepraca była równie efektywna, jak ta w biurze?

Telepraca może być równie efektywna, ale o wiele trudniej to osiągnąć. I właśnie dlatego istnieje tak wiele narzędzi, które pomagają rozwiązywać wszelkiego rodzaju problemy, starają się naśladować interakcje w firmie i środowisku biurowym.

Niektórzy preferują pracę zdalną tylko na wczesnym etapie rozwoju firmy, jako sposób na szybkie przemieszczanie się pracowników i obniżenie kosztów. Ale w miarę rozwoju przedsiębiorstwa wolą powoli przenosić ludzi do biura, aby wszyscy mogli skupić się na pracy. Nie jest to jednak jedyny słuszny schemat, a wiele firm chętnie korzysta z tej formy pracy, niezależnie od stadium rozwoju.

Na rynku istnieje sporo narzędzi służących do wspomagania pracy zdalnej: Google Apps do pracy z pocztą elektroniczną i dokumentami, Slack do komunikacji w czasie rzeczywistym, Trello lub Kanban z automatyzacją do zarządzania zadaniami, czy Github do hostingu, zarządzania lub współtworzenia kodu. Na rynku są także dostępne oparte na chmurze platformy hostingowe do orkiestracji kontenerów (cloud-based container hosting platforms), takie jak appfleet. Można je wykorzystać rozmieszczając zasoby firmy w tym samym regionie, gdzie mieszkają jej pracownicy. Taka platforma pozwala zmniejszać opóźnienia i poprawiać wydajność procesów biznesowych. W sytuacji, gdy w naszym przedsiębiorstwie korzystamy z pracowników rozsianych po całym świecie, na różnych kontynentach, można też wykorzystać funkcję wdrażania w wielu regionach, tak aby zawsze świadczyć usługi blisko swoich pracowników w wielu lokalizacjach jednocześnie. Takie rozwiązanie to na przykład prywatny zaszyfrowany czat korporacyjny czy usługa konferencyjna.

Kilka zasad, które pomogą zorganizować pracę w domu

Korzystając z pracy domowej wypracowujemy sobie własne metody organizacji czasu. Są dobre, sprawdzone sposoby, jak chociażby przygotowanie własnego miejsca pracy, oddzielenie go od spraw domowych, wykorzystanie czasu, który oszczędzamy na dojazdach na różne formy wysiłku fizycznego. Chociaż mamy już wypracowane pewne zestawy dobrych praktyk, to w aktualnej sytuacji zagrożenia epidemią COVID-19, w której firmy przenoszą prace na home office dla całych zespołów na długie tygodnie, uczymy się na nowo tej formy pracy.

Istnieje kilka zasad, które pozwolą odpowiednio i możliwie efektywnie wykonywać pracę zdalną.

Nie zmieniajmy porannego budzika

Poranna pobudka o tej samej porze, jakbyśmy wybierali się do biura, to wskazane działanie. Późniejsze wstawanie na pewno kusi, ale może negatywnie wpłynąć na koncentrację, jakość pracy i w konsekwencji samozadowolenie. Tak samo jak przeciąganie pracy do późnych godzin popołudniowych, które też nie jest dobrym pomysłem.

Wydzielamy przestrzeń do pracy w mieszkaniu

Miejsce w domu przeznaczone tylko do pracy nastraja głowę w odpowiedni sposób i ułatwia koncentrację na zadaniach, należy więc zapomnieć o sofie, czy innym meblu kojarzącym się z relaksem. Należy ustawić stół lub biurko oraz krzesło, które będą przeznaczone tylko do pracy, tak by wyraźnie oddzielić tę strefę od przestrzeni wypoczynkowej. Warto zadbać o odpowiednie oświetlenie i znaleźć miejsce na wszystkie przedmioty, które będą pod ręką, by nie tracić czasu na ich szukanie.

Podzielmy czas na obowiązki i odpoczynek

Starajmy się śledzić swój czas pracy i bądźmy odpowiedzialni. Nie doprowadzajmy do sytuacji, aby wykonywanie obowiązków trwało dłużej niż w biurze i odwrotnie. Nie przeciągajmy też okresu dedykowanego na odpoczynek. Warto śledzić czas, który poświęcamy na każdą z tych aktywności i w razie potrzeby dyscyplinować się, aby nie wpaść w jedną z pułapek – pracoholizmu lub pracy w weekendy.

Pamiętajmy o krótkich i długich przerwach

Przebywając w biurze współpracownicy prędzej czy później odciągną nas od biurka choć na moment, aby wyjść na lunch czy wypić kawę. Pracując z domu takie pauzy są również bardzo istotne. Dobrze jest uwzględnić krótkie przerwy co godzinę, aby wstać od biurka chociaż na 5 minut. Należy pozwolić sobie również na jedną dłuższą przerwę, np. obiad poza biurkiem lub spacer.

Autor:  Dmitriy Akulov, przedsiębiorca, założyciel start-upów i firm informatycznych appfleet, Prospect One, jsDelivr

RBNZ gra jak NBP – raport walutowy

Rentowność dziesięcioletnich obligacji USA przez cały lipiec osuwała się, by na początku lipca osiągnąć 31,4 pb. Ostra korekta i przecena obligacji to woda na młyn korekty ostatnich, rekordowych wzrostów cen metali szlachetnych, które doświadczyły potężnego załamania. M.in. uncja złota była wczoraj 200 USD tańsza niż w momencie bicia rekordów.
Wzrost rentowności długu USA pomógł też dolarowi. Być może sporo w tym efektu psychologicznego. Tak jak w lipcu rajd metali szlachetnych mógł podsycać słabość dolara, tak jego gwałtowna korekta pomogła dolarowi wyjść z intardayowych tarapatów.

Warto bowiem zauważyć, że w trakcie wtorkowej sesji sprawy dla amerykańskiej waluty zaczynały przybierać negatywny obrót. Do startu sesji na Wall Street USD tracił ponad 0,5 proc. względem dziennych maksimów. Mogło to wyglądać na zwrot w kluczowym punkcie, kapitulację kupujących amerykańską walutę. Na przykład: EUR/USD zawrócił ponad 1,18 a GBP/USD rósł w kierunku 1,3150. W drugiej części dnia, tendencja ta została całkowicie wymazana i obie pary walutowe zawróciły w kierunku poziomów odpowiednio 1,17 i 1,30. Postrzegamy je jako pułapy, których przekroczenie wywołać mogłoby dalsze, dynamiczne umocnienie dolara. Podtrzymujemy opinię, że amerykańska waluta, po rekordowej przecenie z lipca ma pole do odrabiania strat.

W obliczu utrzymywania się dobrych nastrojów inwestycyjnych i wyraźnego odbicia rentowności obligacji USA naszym preferowanym kanałem do zdyskontowania tej tendencji pozostaje USD/JPY. Warto odnotować, że na siłę USD szczególnie wrażliwy powinien być także dolar nowozelandzki. Bank Centralny po raz kolejny zaskoczył. Należy oceniać, że RBNZ przyświeca podobny cel jak NBP. Władze monetarne są niezadowolone z siły waluty, której kurs efektywny jest zdecydowanie powyżej prognoz. W rezultacie RBNZ można postrzegać jako jeden z bardziej gołębich banków centralnych w katalogu G-10. Dziś w nocy rozszerzono skup aktywów z 60 do 100 mld USD. Gubernator Orr po raz kolejny nie wykluczył, że jest możliwe bezpośrednie pozyskiwanie obligacji skarbowych z rynku pierwotnego. Podkreślono za to, że rozszerzenie skupu o aktywa zagraniczne oraz wprowadzenie ujemnych stóp procentowych to możliwe i prawdopodobne kierunki w polityce monetarnej. W rezultacie zakładamy, że NZD będzie słabszy niż AUD i spodziewamy się kontynuacji zwyżki crossa AUD/NZD.

Złoty pozostaje uśpiony w letnim marazmie. EUR/PLN krąży przy 4,40 w bardzo wąskim przedziale wahań. Zmienność na rynku opcji również jest bardzo niska, co nie idzie w parze ze wzrostem zmienności w notowaniach głównych par walutowych. Zakładamy, że przestrzeń do krótkoterminowego umocnienia złotego została już wyczerpana. Jednocześnie zakładamy, że polska waluta będzie silniejsza niż forint. EUR/HUF to nasz preferowany kanał zdyskontowania korekty w przestrzeni CEE3.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Wzrost płatności bezgotówkowych w małych sklepach w czasach pandemii – Badanie Comp Platformy Usług S.A. w dobie koronawirusa

Pandemia koronawirusa wpłynęła na wzrost płatności bezgotówkowych w małych sklepach, w szczytowym okresie niemal o 40%. Najnowsze dane dostarczone przez system M/platform wskazują, że powoli powracamy do gotówki, jednak część konsumentów na trwałe zmieniła swoje zwyczaje zakupowe i liczba transakcji realizowanych bezgotówkowo stabilizuje się na podwyższonym poziomie.

Większość transakcji w tradycyjnych sklepach małoformatowych nadal realizowanych jest za pomocą gotówki, mimo że ponad 97% tych placówek oferuje możliwość korzystania z kart płatniczych. Koronawirus znacząco zmienił podejście do płatności elektronicznych. Firma Comp Platforma Usług S.A. – operator cyfrowej platformy usług usprawniających sprzedaż w małych, niezależnych sklepach – sprawdziła, jak często korzystaliśmy z płatności elektronicznych. Przed pandemią jedynie co czwarta transakcja wykonywana była bezgotówkowo. Gdy koronawirus przybrał na sile, błyskawicznie zaczęła rosnąć popularność tej formy płatności – w ciągu pierwszego, kryzysowego tygodnia w marcu aż o 5 punktów procentowych. W epicentrum pandemii kartami i innymi środkami płatniczymi rozliczanych było ponad 35% transakcji w małych sklepach. Od połowy kwietnia nastąpił stopniowy powrót do gotówki. Obecnie, niecałe 30% transakcji regulowanych jest kartami, ale wartość ta utrzymuje się stabilnie od początku czerwca, co sugeruje, że zwyczaje części konsumentów zmieniły się w trwały sposób i ponad 4,5% wartości transakcji na trwałe odeszło od gotówki.

wzrost 1

Nowa normalność w małych sklepach – zakupy większe i częściej bezgotówkowe

Zmiana trendu w płatnościach bezgotówkowych zbiega się z innym trendem zaobserwowanym w sklepach tradycyjnych. Dane z M/platform wskazują, że w czasach pandemii konsumenci zdecydowanie częściej robią zakupy w małych sklepach, które są wybierane jako miejsce wygodniejsze i bezpieczniejsze. Podczas najbardziej kryzysowych tygodni, kiedy obowiązywały największe ograniczenia sanitarne, odwiedziny w lokalnych placówkach były wprawdzie o 20% rzadsze niż przed kryzysem, ale średni koszyk był nawet o 64% większy, co powodowało, że ogółem wydawaliśmy w sąsiedzkich sklepach o ponad 40% więcej. Obecnie, nadal utrzymuje się trend większych zakupów w małych punktach. Średnia wartość koszyka w czerwcu i lipcu utrzymywała się na poziomie o 11% wyższym od tej sprzed kryzysu, a równocześnie wzrosła nieznacznie częstotliwość wizyt. Oznacza to, że obecnie wydajemy w sąsiedzkich sklepach ok. 20% więcej niż przed koronakryzysem, a stopniowy powrót do normalności pozostawił trwałe zmiany w nawykach zakupowych.

wzrost 2

Oba trendy w małych sklepach – większe zakupy i wzrost płatności bezgotówkowych – wykazują wzajemną zależność. Za drobne zakupy zazwyczaj płacimy gotówką, a większy koszyk sprzyja płatności bezgotówkowej. Najwyraźniej widać to w okresach wzmożonych zakupów, takich jak marcowy tydzień T11, gdy ogłoszono zamknięcie szkół czy świąteczne zakupy na Wielkanoc. Dodatkowo, w okresie od połowy marca do połowy maja udział płatności bezgotówkowych był zdecydowanie podwyższony, nawet w proporcji do średniej wartości koszyka, co sugeruje, że konsumenci wybierali kartę płatniczą jako jedną z metod ograniczenia ryzyka epidemicznego nawet przy małych zakupach. Od połowy maja, gdy zaczęto znosić ograniczenia w sklepach, zarówno udział płatności bezgotówkowych, jak i średnia wartość koszyka stopniowo zmniejszają się, ale obie utrzymują się na poziomie wyższym niż przed kryzysem.

wzrost3

Pandemia na trwałe zmieniła zwyczaje zakupowe w małych sklepach. Nie tylko kupujemy tam częściej i więcej, ale dużo częściej płacimy bezgotówkowo. Pomimo stopniowego powrotu do normalności, oba trendy ustabilizowały się od czerwca na podwyższonym poziomie. Zakupy w małych sklepach są coraz bardziej podobne do zakupów w placówkach wielkoformatowych. Można powiedzieć, że na skutek pandemii kupujemy w sklepach tradycyjnych bardziej nowocześnie – komentuje badanie Tomasz Jasinkiewicz, wiceprezes Comp Platforma Usług S.A., która zrealizowała badanie. 

Różnice regionalne w płatnościach bezgotówkowych

Poszczególne regiony kraju rozmaicie podeszły do płatności bezgotówkowych i w szczytowym okresie różnice pomiędzy województwami wynosiły nawet 15 punktów procentowych. Wśród województw o najwyższym średnim udziale płatności bezgotówkowych w ostatnim półroczu znajdują się opolskie (36% płatności), śląskie (34%) i dolnośląskie (32%). Najrzadziej z kart płatniczych korzystali mieszkańcy województw zachodniopomorskiego (24%), lubelskiego (25%) i wielkopolskiego (27%).

wzrost4

Warto wspomnieć, że średnia z ostatniego półrocza dla całego kraju to 30% transakcji wykonanych bez udziału gotówki. W szczytowym momencie różnica pomiędzy województwami wynosiła aż 15 punktów procentowych (opolskie 43%, zachodniopomorskie 28%). Choć od połowy kwietnia zainteresowanie płatnościami bezgotówkowymi maleje, to od początku czerwca udział tych płatności ustabilizował się. Porównując średnią z lutego do lipca, przeciętny wzrost transakcji kartą wyniósł 4% na szczeblu ogólnokrajowym. Największymi wzrostami mogą pochwalić się pomorskie (6,57%) i małopolskie (5,78%), a najmniejszym opolskie (2,65%).

Badaniami objęto próbkę n = 4634 reprezentatywnych sklepów z segmentu handlu tradycyjnego, wybranych spośród sklepów, które przystąpiły do programu M/promo+. Analizę opracował dział analityki Comp Centrum Innowacji, dostawcy systemu M/platform, na zlecenie Comp Platforma Usług S.A., operatora usługi M/promo+.

Niedobór jabłek na rynku winduje ich ceny. Rośnie też eksport

W ostatnich dniach znacząco wzrosła cena jabłek. Kończą się już bowiem owoce z zeszłorocznych zbiorów, a rynku nie zasiliły jeszcze zbiory tegoroczne. Znajdujemy się więc w momencie, w którym jabłek na rynku jest bardzo mało – co powoduje ich wysoką cenę. Nie jest to jednak zwyczajna sytuacja, z którą mamy do czynienia co sezon. W tym roku zbiór jabłek opóźnia się przez wiosenne przymrozki oraz przez epidemię COVID-19. Jak epidemia koronawirusa wpłynęła na sytuację na polskim rynku jabłek? Odpowiedź jest bardzo prosta – zawyżyła popyt na eksport polskich owoców. Naszym głównym konkurentem na europejskim rynku są bowiem Włosi. W czasach największej niepewności epidemicznej wielu klientów odwróciło się od rynku włoskiego, uznając go za zbyt ryzykowny – a w zamian zamówili jabłka w Polsce. Dlatego zapasy owoców z zeszłorocznego zbioru szybciej się wyczerpały, a ceny jabłek wzrosły. Jednak w miarę rozpoczynania się tegorocznych zbiorów, ceny na straganach i w sklepach powinny zacząć spadać.

– Kupcy z całego świata, zwłaszcza z Europy, przekierowali swoje zamówienia na Polskę. Dlatego w polskich magazynach zabrakło jabłek, a ich cena wzrosła. To kształtuje również ceny wczesnych odmian jabłek, które pojawiają się w tej chwili na rynku. Jednak w miarę upływu sezonu – kiedy w sklepach pojawią się zbiory kolejnych, nieco późniejszych odmian, cena jabłek najpewniej się obniży – powiedział serwisowi eNewsroom Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP. – Mam nadzieję, że będzie ona  satysfakcjonująca dla obu stron – czyli zarówno dla konsumentów krajowych, którzy są dla nas najważniejsi – oraz dla sadowników. Jestem prawie przekonany, że sadowników spotka w tym roku duży sukces finansowy. Otrzymujemy sygnały z areny międzynarodowej, że we wszystkich krajach liczących się w produkcji jabłek zbiory nie będą wysokie. Wygląda więc na to, że do tego sezonu będziemy podchodzić optymistycznie. Konsumenci również powinni być zadowoleni, gdyż będą mieć wysokiej jakości produkt po relatywnie niskich cenach – zapowiada Maliszewski.

Co piąty Polak był już na wakacjach, co dziesiąty z powodu pandemii zrezygnował z planowanych inwestycji

0

Zdecydowana większość Polaków (71 proc.) pozytywnie ocenia sytuację finansową swojego gospodarstwa domowego, a w opinii 58 proc. badanych pandemia nie miała wpływu na zmianę ich sytuacji finansowej. Jednocześnie ponad połowa Polaków (51 proc.) uważa, że sytuacja gospodarcza kraju ulegnie pogorszeniu przez najbliższe pół roku – to o 3 pp. więcej niż jeszcze w połowie lipca. Co ciekawe, 11 proc. pytanych stwierdziło, że pandemia zmusiła ich do rezygnacji z inwestycji – wynika z II fali badania nastrojów gospodarstw domowych Polskiego Funduszu Rozwoju i Polskiego Instytutu Ekonomicznego.     

Polacy są podzieleni, jeżeli chodzi o ocenę sytuacji gospodarczej w kraju. 36 proc. badanych uważa ją za dobrą, z kolei niemal co trzeci pytany (32 proc.) widzi ją negatywnie. Pod koniec lipca zmniejszył się również, w zestawieniu z sytuacją z połowy lipca, odsetek osób bardzo pozytywnie oceniających sytuację swojego gospodarstwa domowego.

Pandemia uderzyła w plany inwestycyjne gospodarstw domowych

Do końca lipca inwestycje, takie jak zakup samochodu, mieszkania, domu, ziemi lub remont mieszkania lub domu, zrealizował co dziesiąty respondent (11 proc.). Identyczny odsetek (11 proc.) deklaruje, że planowało dokonać inwestycji, ale z powodu pandemii z nich zrezygnowało. Co ciekawe, taką decyzję podjęło 12 proc. respondentów, których oszczędności nie zmieniły się oraz 7 proc. spośród tych, których oszczędności wzrosły. Z kolei w grupie osób, których oszczędności wzrosły, 7 proc. zrealizowało inwestycje, których wcześniej nie planowało.

wykres 11

Wyniki badań pokazują, że pandemia wpłynęła na sytuację gospodarstw domowych. 30 proc. badanych zgłosiło, że ich oszczędności stopniały i stanowią oni aż 21 proc. grupy respondentów deklarujących, że byli zmuszeni zrezygnować z zaplanowanych wcześniej inwestycji. Z drugiej strony obserwujemy zainteresowania wyjazdami wakacyjnymi. Co piąty badany był już na wakacjach, zaś niemal co czwarty (23 proc.) spośród tych, którzy zamierzają to zrobić, deklaruje wyjazd na co najmniej tydzień. Zatem sytuacja gospodarstw domowych w połowie lata się stabilizuje, zwiększoną niepewność może przynieść jesień  – mówi Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Jeździmy na wakacje, choć rzadziej i ostrożniej

Do końca lipca wyjazd wakacyjny odbyło 20 proc. respondentów. Najczęściej wyjeżdżali mieszkańcy dużych miast (26 proc.), osoby z wykształceniem wyższym (27 proc.) oraz ci, którzy deklarują, że obecny dochód wystarcza im na dostatnie życie. Spośród osób, które odbyły już wyjazd wakacyjny 73 proc. stanowili ci, którzy odbyli tylko wyjazd krajowy, a 16 proc. pytanych odbyło zarówno wyjazd krajowy, jak i zagraniczny.

Czterech na dziesięciu badanych (38 proc.) przeznaczyło na wyjazd nie więcej niż 1000 zł na osobę, wydatki 20 proc. pytanych mieściły się w przedziale od 1000 zł do 1500 zł, kolejnych 20 proc. w przedziale od 1500 do 2500 zł, zaś wydatki 14 proc. respondentów przekroczyły kwotę 2500 zł na osobę.

Spośród tych badanych, którzy do końca lipca nie odbyli wyjazdu wakacyjnego, 73 proc. stanowią ci, którzy planują wyłącznie wyjazd krajowy, 16 proc. chce wyjechać zarówno na wyjazd krajowy jak i zagraniczny, zaś 7 proc. stanowią osoby chcące wyjechać tylko zagranicę.

wykres 12

Plany dotyczące wyjazdów są skorelowane z samooceną sytuacji finansowej gospodarstwa domowego. Najczęściej planują wyjazd osoby oceniające swoją sytuację finansową jako dostatnią (43 proc.). Co trzeci (34 proc.) respondent zamierza przeznaczyć na wyjazd wakacyjny nie więcej niż 1000 zł na osobę, niemal 20 proc. chce wydać od 1000 zł do 1500 zł na osobę, podobny odsetek (20 proc.) planuje wydać kwotę z przedziału od 1500 zł do 2500 zł na osobę, zaś 13 proc. zamierza przeznaczyć na wyjazd wakacyjny powyżej 2500 zł na osobę.

Polacy są w stanie oszczędzać pomimo pandemii

39 proc. pytanych dostrzega możliwość oszczędności w ciągu najbliższych 3 miesięcy. Za nieprawdopodobną uznaje taką możliwość 58 proc. pytanych. Na brak możliwości oszczędzania częściej wskazują kobiety (60 proc.), osoby starsze (62 proc.) oraz osoby z wykształceniem podstawowym (67 proc.). Z kolei blisko połowa osób z wyższym wykształceniem (49 proc.) zgłasza możliwość oszczędzania w nadchodzącym kwartale.

Pandemia nie wpłynęła na stan oszczędności 41 proc. Polaków, 30 proc. badanych odnotowało zmniejszenie oszczędności, zaś w przypadku co dwunastego pytanego (8 proc.) oszczędności uległy zwiększeniu

Polska liderem rynku inwestycyjnego w CEE – Colliers International podsumowuje I półrocze 2020 na rynku inwestycyjnym

0

Po pierwszym półroczu 2020 roku Polska utrzymuje dominującą pozycję w regionie CEE, ciesząc się najwyższą różnorodnością produktów inwestycyjnych oraz największym zróżnicowaniem inwestorów. Pomimo spowolnienia spowodowanego pandemią COVID-19 oraz jedynie dwóch miesięcy pełnej aktywności inwestycyjnej, obroty na rynku osiągnęły poziom prawie 3 mld euro, co przewyższa wynik z analogicznego okresu 2019 roku.

– Ostatnie miesiące mimo trwającej pandemii okazały się rekordowe. Osiągnięta wartość transakcji dała Polsce 47% udział w rynku inwestycyjnym całego regionu CEE i drugi najlepszy wynik aktywności transakcyjnej w kraju w pierwszym półroczu w historii rynku (po 2018 roku) – mówi Piotr Mirowski, senior partner i dyrektor Działu Doradztwa Inwestycyjnego w Colliers International.

Rynek inwestycyjny odczuł skutki pandemii. Blisko 30 dużych transakcji toczących się w pierwszym kwartale tego roku zostało zawieszonych, jednak wraz z łagodzeniem środków bezpieczeństwa obserwowany jest zdecydowany powrót zagranicznych inwestorów, zdeterminowanych procedować transakcje w celu ich finalizacji jeszcze w tym roku. Na polskim rynku kapitał inwestowany jest obecnie głównie przez fundusze z Niemiec, Francji, Austrii, jak również z regionu CEE i Azji.

W I poł. 2020 r. dominowały transakcje biurowe i magazynowe (odpowiednio 46% i 39% całkowitej wartości inwestycji). W ponad 50 transakcjach sprzedanych zostało powyżej 150 nieruchomości komercyjnych. Obserwując apetyt inwestorów na budynki biurowe w stolicy, po nieznacznej korekcie w drugim kwartale, oczekuje się wzrostu cen w następnych kwartałach, ponieważ Warszawa nadal pozostaje kluczowym rynkiem w CEE.

Największą transakcją pierwszego półrocza było nabycie 61,46% udziałów w Grupie GTC przez podmiot należący do grupy Optima, należącej do Banku Narodowego Węgier. W wyniku tej sprzedaży Optima uzyskała w Polsce kontrolę nad 16 budynkami biurowymi o łącznej powierzchni prawie 200 tys. mkw. oraz dwoma dominującymi centrami handlowymi – łącznie ponad 110  tys. mkw. Wartość tej transakcji dla rynku polskiego szacowana jest na ponad pół miliarda euro.

– Znacząco wzrosło zainteresowanie nieruchomościami przemysłowo-magazynowymi, którymi obrót wzrósł trzykrotnie w stosunku do zeszłego roku. Możemy zakładać, że z uwagi na bardzo dobre perspektywy, ceny tego typu nieruchomości będą rosły. Spodziewamy się również dalszego napływu kapitału do Polski w II półroczu dzięki wznowionym transakcjom, które powinny zostać zamknięte do końca bieżącego roku – mówi Piotr Mirowski.

Ucieczka na długie „L4” sposobem na redukcję etatów

0

W związku z pandemią koronawirusa rynek pracy w Polsce odwrócił się o 180 stopni. Mimo, iż pojawia się więcej ofert zatrudnienia, niż jeszcze w marcu i kwietniu, to w tym momencie bliżej jest nam raczej do tzw. rynku pracodawcy, aniżeli pracownika. Tarcze antykryzysowe nie uchroniły znacznej części przedsiębiorstw od zwolnień pracowników, a w Polsce zauważalny jest wzrost bezrobocia. Pracownicy bojąc się redukcji etatu, chcąc niejako wyprzedzić „ruch szefa”, udają się na długie i przeciągające się „L4”, wynika z danych firmy doradczej Conperio. 

W Q2 2020 aż o 8,3% wzrosła ilości „L4” wystawianych jednorazowo na okres między 6 a 14 dni względem Q2 2019. Są to zwolnienia nieuchwytne dla ZUS, bo za krótkie do wezwania na komisję czy przeprowadzenia kontroli. Drugi problem, który się na to obecnie nakłada to powtarzalność zwolnień, a pracownik takich może wziąć po kolei sporo. I tak się właśnie dzieje – w tym samym okresie roku poprzedniego, unikalnych zwolnień było 43%, a w Q2 2020 tylko 28%. To znaczy, że 15% pracowników więcej ponawia sobie teraz zwolnienia. Problem jest poważny. Przekłada się to na wzrost wskaźnika absencji i bezradność państwa. Pracodawcy są zdani na samych siebie. Jeżeli samodzielnie nie skontrolują pracowników nikt tego za nich nie zrobi – analizuje Mikołaj Zając, prezes największej polskiej firmy zajmującej się audytem absencji chorobowej. 

 

Ilość dni na chorobowym Q2 2019

(% druków zwolnień)

Q2 2020

(% druków zwolnień)

Różnica 2020/2019 w pkt %
1-5 dni 40 29,8 -10,2
6-14 dni 40,4 48,7 8,3
15-33 dni 17,5 19,3 1,8
34 i więcej 2,1 2,2 0,1

Tabela przedstawia dane dotyczące wystawiania pojedynczego druku, dane z wyłączeniem zwolnień spowodowanych ciążą 

Bezrobocie w Polsce

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, stopa bezrobocia w czerwcu 2020 r. wyniosła 6,1% wobec 6,0% w maju. Na pierwszy rzut oka wzrost ten jest niewielki. Niepokoić może jednak fakt, iż oficjalne dane na temat braku zatrudnienia nie w pełni odzwierciedlają faktyczną sytuację, a aktualna stopa bezrobocia jest w praktyce wyższa niż wynika to z informacji Urzędów Pracy. Jak pokazują przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego badania Diagnoza+, w czerwcu w urzędach pracy zarejestrowanych było zaledwie ok. 19% osób zidentyfikowanych jako bezrobotne. Na dodatek, powoli zbliża się czas stopniowego wygaszania rządowej pomocy, czego skutki zobaczyć możemy już w niedalekiej przyszłości, a oczekiwana przez ekonomistów, dość głęboka recesja, choć z kilkumiesięcznym opóźnieniem, odciśnie swoje piętno na rynku pracy.

– Nie są to oczywiście dobre wiadomości dla pracowników. W ostatnich miesiącach mieliśmy do czynienia ze zwolnieniami grupowymi w dużych zakładach na terenie całego kraju. Bez wątpienia epidemia koronawirusa zdecydowanie najwięcej szkód wyrządziła w branżach takich jak np. lotnicza czy turystyczna, ale nie tylko. W ciągu ostatnich miesięcy zaobserwowaliśmy, że telefonujący na naszą infolinię pracownicy obawiają się tego, że zostaną zwolnieni, a ich koledzy którzy przebywają na chorobowym nie. W ten właśnie sposób napędza się błędne koło fałszywych zwolnień chorobowych. Wzmożony trend pobierania niezasadnych zwolnień lekarskich, w obawie przed zwolnieniem z pracy, odzwierciedla 8,3% wzrost ilości „L4” wystawianych na okres między 6 a 14 dni w drugim kwartale tego roku w porównaniu do roku 2019 – mówi Mikołaj Zając z Conperio.

Pracownik na „L4” chroniony

W okresie kiedy pracownik jest nieobecny w pracy, a powód ten jest usprawiedliwiony, pracodawca nie może złożyć mu oświadczenia woli o wypowiedzeniu umowy o pracę. Okres nieobecności pracownika w pracy mógłby przedłużać się w nieskończoność, dlatego zakaz wypowiadania umowy o pracę podczas nieobecności pracownika został ograniczony w czasie. Okres ochronny w razie niezdolności do pracy z powodu choroby jest w tym wypadku uzależniony od stażu pracy podwładnego u danego pracodawcy. Jeżeli staż pracy jest krótszy niż 6 miesięcy, to okres ochronny wynosi 3 miesiące. W drugim przypadku, kiedy staż pracy jest dłuższy niż 6 miesięcy, okres ochronny obejmuje okres łącznego pobierania z tego tytułu wynagrodzenia i zasiłku oraz pobierania świadczenia rehabilitacyjnego przez pierwsze 3 miesiące. Jednocześnie maksymalny czas ochrony przed wypowiedzeniem umowy o pracę w okresie choroby wynieść może aż 272 dni!

Pracodawca mówi sprawdzam

Długie absencje pracowników stanowią problemem dla niejednego pracodawcy. Znaczna liczba przedłużających się zwolnień lekarskich może być sposobem ucieczki przed trudną sytuacją w zakładzie pracy lub wprost przed redukcją stanowiska. Jednak bez względu na motywację podwładnego do podjęcia fałszywego L4, jeżeli pracodawca ma podejrzenia, co do prawidłowości zwolnienia lekarskiego, ma prawo skontrolować pracownika.

Kontrole absencji chorobowej wśród pracowników przeprowadzane są na terenie całego kraju. Każdorazowo po takiej kontroli sporządzany jest protokół, w którym wskazuje się, na czym polegało nieprawidłowe wykorzystywanie zwolnienia, jeżeli takowe miało miejsce. Za każdym razem przeprowadzany jest także wywiad z pracownikiem, dzięki czemu możemy dostarczyć pracodawcom cenny feedback w postaci np. pobudek jakimi kierują się podwładni udający się na L4. W razie ustalenia nieprawidłowości pracodawca może zadecydować o pozbawieniu świadczeń przysługujących mu za okres zwolnienia – wyjaśnia Mikołaj Zając. 

Unijni eksperci szacują, że bezrobocie w Polsce może być względnie wysokie w porównaniu do reszty europejskich państw. Wielu pracodawców nie zostało objętych pomocą, ich branże uzależnione są od zagranicznych gospodarek lub nadal pozostają w zamrożeniu. Z dnia na dzień notowane są także nowe rekordy zakażeń Covid-19 w naszym kraju. W związku z tym, już w niedalekiej przyszłości, możemy mieć do czynienia z kolejnymi zwolnieniami w zakładach pracy, a co za tym idzie przedłużającymi się absencjami chorobowymi.

Marsh Global Insurance Market Index: 19% wzrost cen ubezpieczeń na świecie – COVID-19 wśród przyczyn rosnącego indeksu

0

Średnie ceny ubezpieczeń na świecie wzrosły o 19% w drugim kwartale 2020 r. – wynika  z najnowszego raportu Marsh Global Insurance Market Index, cyklicznego zestawienia stawek odnowieniowych oferowanych przez ubezpieczycieli. Jest to największy od 2012 r. wzrost, który nastąpił po 14% wzroście cen w pierwszym kwartale 2020 r. i 11% – w czwartym kwartale 2019 r.

Podobnie jak w pierwszym kwartale, do średniego wzrostu cen ubezpieczeń przyczyniły się głównie wyższe stawki linii majątkowych, finansowych i profesjonalnych. Poniżej prezentujemy kluczowe wnioski z raportu:

  • W skali globalnej ceny ubezpieczeń majątkowych wzrosły o 19%, a ubezpieczenia finansowe i profesjonalne osiągnęły 37% wzrost. Stawki ubezpieczeń od następstw od nieszczęśliwych wypadków wzrosły średnio o 7%.
  • Drugi kwartał 2020 r. jest siódmym z rzędu kwartałem, który zakończył się wzrostem cen ubezpieczeń we wszystkich regionach na świecie.
  • Stany Zjednoczone (18%), Wielka Brytania (31%), Europa kontynentalna (15%)
    i Region Pacyfiku (31%) odnotowały dwucyfrowy wzrost cen ubezpieczeń. Za wzrost stawek w tych regionach odpowiadają ubezpieczenia majątkowe i D&O.
  • Na niektórych rynkach obserwowano duże wzrosty w zakresie ubezpieczeń D&O. Przykładowo, ceny ubezpieczeń D&O dla sektora publicznego w Stanach Zjednoczonych wzrosły średnio o 59%, przy czym ponad 90% klientów doświadczyło podwyżki cen.
    W Wielkiej Brytanii średni wzrost cen ubezpieczeń D&O wyniósł ponad 100%. Podobna sytuacja ma miejsce w Australii.

Podczas gdy na zmiany cen w ostatnim kwartale miały wpływ straty związane z COVID-19, inne poważne szkody przyczyniły się do ogólnej presji cenowej. Biorąc pod uwagę, że ubezpieczyciele stale zmagają się z roszczeniami z polis majątkowych i D&O, a całkowity koszt pandemii koronawirusa ciągle rośnie, należy przewidywać dalszy wzrost cen ubezpieczeń do końca 2020 r. – komentuje wyniki raportu Dean Klisura, President, Global Placement and Advisory w Marsh.

Włodzimierz Pyszczek – Dyrektor ds. kluczowych Klientów w Marsh Polska dodaje: „Średnie ceny produktów FINPRO (ubezpieczenia finansowe i profesjonalne), głównie D&O, rosły w drugim kwartale bieżącego roku – o 22% w Europie Kontynentalnej, 64% w Londynie. Klienci, którzy korzystają z zagranicznych ubezpieczycieli (szczególnie w Londynie) już teraz obserwują znaczące podwyżki cen. W Polsce ta tendencja już się rozpoczęła, jednakże stanie się bardziej widoczna dopiero za kilka miesięcy. Większość ubezpieczycieli oferujących polisy D&O to światowi gracze, którzy nie różnicują zbytnio podejścia do D&O w Polsce, w Chinach czy w Wielkiej Brytanii. Inni, lokalni gracze korzystają z zagranicznych reasekuratorów. W związku z tym, może okazać się, że masowe szkody D&O w Australii, powodują gorszą zmianę warunków dla polskich Klientów. Przedsiębiorstwa, które mogą wykazać się dobrymi wynikami za 2019 rok i Q1 2020 r. nie powinny czekać z zakupem polisy D&O do momentu, aż sytuacja finansowa ulegnie pogorszeniu i staną się tzw. trudnym ryzykiem dla ubezpieczycieli.”

Źrodło: https://www.marsh.com/pl/pl/insights/research-briefings/global-insurance-market-index-q2-2020.html

Spedycja wróciła na drogi – branża w obliczu COVID-19

0

Ogólnoeuropejski lockdown spowodował zamrożenie ogromnej części branży transportowo-spedycyjnej. Ostatnie dane pokazują jednak, że dotknięty epidemią sektor powoli „wraca do zdrowia”.

Krajobraz po bitwie

Świat mierzy się z największym szokiem gospodarczym od czasów kryzysu z lat 2007-2009[1]. Lockdown spowodował znaczne ograniczenie konsumpcji, zamknięcie wielu zakładów produkcyjnych i zerwanie łańcuchów dostaw. Sytuację dodatkowo komplikował chaos informacyjny i dynamicznie zmieniające się decyzje w sprawie nakładanych obostrzeń. Branża transportu, spedycji i logistyki (TSL) z dnia na dzień musiała dostosować się do nowych reguł gry.

Możliwości transportu lotniczego zostały mocno ograniczone. Trochę lepiej miały się przewozy kolejowe, które częściowo zastąpiły samoloty. Źle wyglądała sytuacja w transporcie drogowym, szczególnie wśród polskich firm, które tworzą około ¼ rynku europejskiego[2] − Zrzeszenie Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce szacuje, że co czwarta z nich doświadczyła niemal 30-procentowego spadku wielkości przewozów, w porównaniu do okresu sprzed pandemii[3]. Szczególnie dotkliwie odczuli to dostawcy działający na dalekich trasach, np. na południe Europy, co spowodowało konieczność poszukiwania zleceń w innych krajach europejskich i wzrost walki cenowej. Wiele firm zostało zmuszonych do rezygnacji z planowanych inwestycji, a nawet zakończenia działalności.

Światełko w tunelu

Choć obostrzenia w Europie są stopniowo łagodzone, to większość branż nie wróciła jeszcze do stanu aktywności z początku roku. Sektor TSL jest zaś uzależniony od wielu z nich. Dane od producenta systemu telematycznego GBOX oraz sieci E-100 pokazują jednak, że zwiększa się liczba kilometrów pokonywanych przez polskich przewoźników na trasach na południe Europy, a w Hiszpanii natężenie ruchu osiągnęło poziom 77% wartości notowanej w marcu. O wzmożonym ruchu może także świadczyć wzrost zarejestrowanych opłat drogowych[4]. Branża TSL powoli odbija się od dna.

− Na własnym przykładzie widzimy, że popyt na usługi transportowe znów rośnie. Pojawia się jednak pytanie, czy sytuacja wróci do tej, którą znaliśmy przed pandemią, czy będziemy świadkami znaczących zmian gospodarczych. Niektórzy eksperci przewidują np. większą koncentrację na produkcji regionalnej, co może z kolei wpływać na skracanie łańcuchów

dostaw. Pandemia przynosi sektorowi TSL wiele lekcji, z których musimy wyciągnąć wnioski – mówi Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics.

Trudna lekcja do odrobienia

Pandemia okazała się testem dla odporności firm z sektora TSL. Sprawiła, że muszą one zrewidować swoje strategie, w tym w zakresie zarządzania ryzykiem oraz ponownie ocenić klientów pod kątem podaży i wypłacalności. Sytuacja ta sprowokowała też wielu przedsiębiorców do szukania nowych możliwości biznesowych w sektorach niedotkniętych przez lockdown. Kryzys unaocznił bowiem, że firmy o zdywersyfikowanym portfelu zamówień, które obsługują klientów z rozmaitych branż oraz oferują różne kanały transportu, np. kolejowy i drogowy, radzą sobie lepiej.

− Choć pierwsze tygodnie lockdownu były dla naszej branży dużym szokiem, to wiele firm, w tym nasza, starało się wykorzystać ten czas na optymalizację strategii działalności. Co więcej, wydaje mi się, że solidność polskich przewoźników oraz stan ich floty mogą przemawiać za tym, że pozycja części rodzimych firm transportowych, które wykażą się teraz zdolnościami szybkiej adaptacji i odpowiednimi procedurami, ma szansę wzmocnić się na rynku globalnym po zakończeniu kryzysu – podsumowuje Katarzyna Syta z KAES Logistics.

[1] https://www.bnpparibas.pl/blog/swiat-po-koronawirusie-czego-mozemy-sie-spodziewac-sprawdz-prognozy

[2] https://mojafirma.infor.pl/moto/wiadomosci/rynek/705447,Polacy-maja-w-rekach-25-europejskiej-branzy-transportowej.html

[3] https://www.money.pl/gospodarka/koronawirus-uderza-w-transport-co-czwarta-firma-z-nawet-30-proc-spadkiem-6488411843925633a.html

[4] https://www.trucks.com.pl/2020/06/23/polska-branza-transportowa-wraca-do-rownowagi-raport-inelo-i-e-100/

Kampanie na pomoc pacjentom – Jak koronawirus wpłynął na sytuację pacjentów z zawałem serca?

0

Dwie trzecie z 1,2 miliona chorych z niewydolnością serca to osoby z chorobą niedokrwienną serca i po zwale serca. Większość z nich za późno trafiła do szpitala. Jak koronawirus wpłynął na sytuację pacjentów i jaką rolę w poprawie rokowań chorych z zawałem serca mają kampanie świadomościowe, mówi prof. Mariusz Gąsior, kierownik III Katedry i Oddziału Klinicznego Kardiologii SUM.

Panie Profesorze, w marcu i kwietniu bieżącego roku Polskie Towarzystwo Kardiologiczne alarmowało, że epidemia COVID-19 zagraża zdrowiu i życiu pacjentów z zawałem serca, którzy boją się zgłaszać do szpitali. Jak sytuacja wygląda dziś?

Warto zacząć od stwierdzenia, że zawał serca to problem o znaczącej skali: w Polsce rocznie z powodu zawału serca hospitalizowanych jest nawet 87 tys. osób. W pierwszym okresie epidemii COVID-19 obserwowaliśmy w naszym szpitalu spadek leczonych pacjentów z ostrym zespołem wieńcowym, w tym z zawałem serca, nawet o 20-25 procent, jeśli chodzi o porównanie analogicznych okresów z lat 2019 i 2020. W ostatnim czasie obserwujemy jednak znaczącą poprawę. Chorzy ponownie pojawiają się na izbach przyjęć i na ostrych dyżurach. W naszym ośrodku w trakcie dyżuru zgłasza się średnio 5-7 osób z nagłymi problemami kardiologicznymi. Są to chorzy z bólem w klatce piersiowej i podejrzeniem zawału serca, chorzy z dusznością, kołataniem serca czy podwyższonym ciśnieniem tętniczym. Oczywiście dodatkowo przyjmujemy chorych z zawałem serca transferowanych przez system ratownictwa medycznego z miejsca zachorowania, przekazywanych z innych szpitali czy lecznictwa ambulatoryjnego. Widzimy, że lęk pacjentów przed szpitalem zmniejszył się. Prowadzone działania świadomościowe były w tym zakresie znaczącym wsparciem.

Czego obawiali się pacjenci?

W początkowym okresie pandemii pacjenci byli zaniepokojeni kolejnymi statystykami dotyczącymi wzrastającej liczby zakażeń. Dodatkowo słyszeli o przypadkach stwierdzania ognisk COVID-19 w placówkach opieki i ośrodkach ochrony zdrowia, głównie w domach pomocy społecznej i szpitalach. Z relacji chorych wiemy, że stawali przed bardzo trudnym wyborem: odczuwali dotkliwe objawy, które mogły świadczyć o zawale serca, ale jednocześnie obawiali się przyjazdu do szpitala, gdzie w ich przekonaniu istniało realne zagrożenie zakażenia koronawirusem. Pacjenci obawiali się zachorowania i trudnych do przewidzenia powikłań infekcji. W marcu i kwietniu lęk przed COVID-19 często zwyciężał z decyzją o zgłoszeniu się do ośrodka. Dane sytemu Państwowego Ratownictwa Medycznego pokazują, że w marcu i kwietniu bieżącego roku liczba wezwań pacjentów z bólem w klatce piersiowej spadła o kilkanaście procent. W tym okresie notowaliśmy także spadek liczby hospitalizacji chorych z zawałem serca bez uniesienia odcinka ST o około 40 procent. To ogromna liczba.

Jak sytuacja wyglądała w innych krajach?

Skala obserwowana w Polsce była porównywalna z sytuacją obserwowaną w tym okresie w krajach takich jak: USA, Francja czy Włochy, ale trzeba brać pod uwagę niewspółmiernie większe nasilenie pandemii, jakie w omawianym okresie panowało we wspomnianych państwach. Ponieważ tendencje w różnych krajach były porównywalne, okazało się, że to strach był czynnikiem decydującym dla spadku zgłaszalności pacjentów do szpitali – niezależnie od aktualnego stopnia nasilenia epidemii. Aby przekonać pacjentów, że w przypadku zawału serca nie wolno zwlekać z wezwaniem pomocy, zainaugurowano kampanię „NIE #zostańwdomu z zawałem”, prowadzoną pod auspicjami Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Na czym polegały działania?

Eksperci PTK, lekarze klinicyści ze wszystkich regionów Polski, przekonywali pacjentów, że ryzyko ciężkich powikłań nieleczonego zawału serca jest wielokrotnie większe niż ryzyko zakażenia koronawirusem w szpitalu. Informowaliśmy opinię publiczną o tym, jak przygotowane są ośrodki podejmujące terapię pacjentów z zawałem serca. Opowiadaliśmy, jak krok po kroku wyglądają procedury i weryfikacja pacjentów pod kątem infekcji COVID-19. Chodziło o to, by pacjenci nie obawiali się, że będą leczeni z innymi chorymi, którzy być może będą zakażeni koronawirusem. Edukowaliśmy, z jakimi objawami nie wolno zwlekać i gdzie szukać pomocy w przypadku wystąpienia niepokojących symptomów. W kampanii wykorzystano popularny w tym okresie hasztag #zostańwdomu, który przekształcono w hasło kampanii „NIE #zostańwdomu z zawałem”. Szacowane dotarcie informacyjne do blisko 20 milionów odbiorców za pomocą audycji radiowych i telewizyjnych, artykułów prasowych i internetowych oraz komunikacji prowadzonej w przestrzeni mediów społecznościowych przyniosło spodziewany efekt: pacjenci na nowo zgłaszają się do ośrodków.

Czy w rzeczywistości w trakcie pandemii liczba zawałów faktycznie nie spadła?

To dobre pytanie. W pierwszym okresie pandemii COVID-19 ludzie zostali w domach, nie chodzili do pracy. Być może odczuwali z tego względu nieco mniej stresu, może rzadziej dochodziło u nich do niekontrolowanych wzrostów ciśnienia tętniczego. Nie możliwe było branie udziału w dużych imprezach. Być może ograniczono stosowanie używek. Ekstremalna aktywność fizyczna uległa znaczącemu zmniejszeniu. Te wszystkie czynniki mogły wpłynąć na ogólny spadek liczby zachorowalności na zawał serca w omawianym okresie. Dziś jednak trudno o tym przesądzać. Nie zmienia to jednak faktu, że zapewne w najbliższym czasie zaobserwujemy zwiększoną liczbę pacjentów z przebytym nieleczonym zawałem serca. W takich przypadkach poważnym wyzwaniem będą powikłania.

Dlaczego są groźne?

W początkowym okresie zawału serca choremu grozi zatrzymanie krążenia i nagły zgon sercowy. Im dłuższy czas od początku bólu zawałowego do zastosowania procedur angioplastyki wieńcowej, tym większe ryzyko martwicy serca i rozwoju niewydolności serca. Wiadomo, że największą korzyść terapeutyczną przynosi wczesne leczenie za pomocą procedur angioplastyki, które zwiększa szansę na przeżycie i zmniejsza częstość występowania niewydolności serca. Preferowany czas od rozpoznania zawału do angioplastyki nie powinien przekraczać 60-90 minut. Czasy opóźnień traktowane są jako wskaźnik jakości opieki w zawale serca, dlatego skrócenie czasów opóźnień jest celem ratującym życiem. To był temat przewodni kampanii świadomościowej „Zawał serca – czas to życie!”, którą realizowaliśmy. Co czwarty zgon w zawale serca dotyczy fazy przedszpitalnej. To krytyczny moment leczenia i jej właśnie poświęcona była ta kampania.

Jakie działania zrealizowano?

W ramach prowadzonej przez około rok kampanii realizowanej przez Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu pod patronatem honorowym Małżonki Prezydenta RP Agaty Kornhauser-Dudy oraz Ministerstwa Zdrowia przeprowadziliśmy dwa sondaże: wstępny i badający wyniki prowadzonej kampanii. Zapytaliśmy reprezentatywną grupę ankietowanych, co może oznaczać ból w klatce piersiowej. Świadomość tego zagadnienia w odniesieniu do zawału serca wyjściowo była wysoka (63,5 proc.), a w efekcie prowadzonych działań dodatkowo zwiększyła się o 13 procent. Pytaliśmy, jak ankietowani zachowaliby się, czując ból w klatce piersiowej. Znamienne, że ponad połowa chorych deklarowała, że szukałaby pomocy medycznej, a wskaźnik ten dodatkowo wzrósł wskutek prowadzonych działań świadomościowych. Co więcej, respondenci wiedzieli, pod jaki numer telefonu należy zgłosić wezwanie pomocy. Analogicznie, spadł odsetek osób, które zaznaczały, że w przypadku wystąpienia bólu w klatce piersiowej próbowałby „przeczekać” objawy. Na pytanie o to, jak szybko zareagowaliby w przypadku bólu w klatce piersiowej, „natychmiast” odpowiedziała jedna czwarta i jedna trzecia ankietowanych (odpowiednio w fazie przed kampanią i po jej realizacji). To kolejny argument przemawiający za tym, że pacjenci na ogół wiedzieli, jak należy postąpić, gdy pojawią się objawy zawału serca. Niestety, w pierwszych tygodniach pandemii lęk przed koronawirusem był silniejszy.

Do kogo skierowane były działania świadomościowe?

Kampanie adresowaliśmy do pacjentów, ale także do systemu. Jeśli chodzi o pacjentów, skoncentrowaliśmy się zwłaszcza na grupach szczególnie zagrożonych opóźnieniami w leczeniu zawału serca: osobach po 65. roku życia, zamieszkałych na terenach wiejskich, pacjentach z cukrzycą, z pierwszym zawałem i kobietach. Nie mniej istotne były działania skierowane do systemu. Okazuje się bowiem, że około jedna trzecia chorych z podejrzeniem lub zawałem serca jest transportowana do najbliższego ośrodka. To dobrze, o ile posiada on zaplecze do interwencyjnego leczenia zawału serca. Jeśli ośrodek nie posiada odpowiedniej pracowni, pacjent musi zostać odesłany do innej placówki – najczęściej już inną karetką. To oznacza kolejne dobre kilkadziesiąt minut i więcej zwłoki w podjęciu niezbędnej terapii. Paradoks polega na tym, że Polska jest wiodącym krajem w Europie, jeśli chodzi o liczbę wykonywanych zabiegów pierwotnej angioplastyki w zawale serca. Niestety, nie przekłada się to na szybkość ich zastosowania. W Polsce czas od wystąpienia objawów zawału serca do zastosowania procedury PCI (ang. percutaneous coronary intervention – przezskórna angioplastyka wieńcowa) to średnio 260 minut. Tymczasem w Szwecji mediana w tym obszarze wynosi już tylko około 170 minut, a w Holandii zaledwie 150 minut.

Czy zdaniem Pana Profesora konieczne są kolejne działania edukacyjne w dziedzinie kardiologii?

Schorzenia sercowo-naczyniowe stanowią ponad 40% proc. wszystkich przyczyn zgonów Polaków, w tym pierwsze niechlubne miejsca zajmują choroba niedokrwienna z zawałem serca i niewydolność serca. Nie ma więc wątpliwości, że w obszarze chorób sercowo-naczyniowych warto kontynuować działania świadomościowe. Na dziś najważniejszy przekaz brzmi: „Pacjenci po wypracowaniu odpowiednich procedur są bezpieczni w szpitalach kardiologicznych i nie muszą obawiać się dzwonić po pogotowie”. Ważne, byśmy nadal kontynuowali edukację pacjentów w zakresie odpowiednich reakcji przy podejrzeniu zawału serca. Dodatkowo konieczna jest ścisła współpraca systemu ratownictwa medycznego z ośrodkami kardiologii inwazyjnej w celu możliwości podjęcia jak najszybszej terapii przy pomocy pierwotnej angioplastyki wieńcowej. W moim przekonaniu przesłanie kampanii „NIE #zostańwdomu z zawałem” będzie aktualne także po wygaśnięciu pandemii. Niezależnie od tego, czy jest koronawirus czy nie, musimy zrobić wszystko, by przyspieszyć czas do podjęcia interwencyjnego leczenia zawału serca. Mamy w Polsce fantastycznie wyszkolonych kardiologów, pielęgniarki i techników – zarówno w pracowniach interwencyjnych, jak i na oddziałach kardiologicznych, odpowiednie zaplecze logistyczne i infrastrukturalne, bardzo dobry program KOS-zawał dotyczący fazy poszpitalnej. Dopracowania wymaga jednak okres przedszpitalny w leczeniu zawału serca  ze zmniejszeniem opóźnień w zastosowaniu procedur angioplastyki wieńcowej, które należą do najdłuższych w Europie. Leczymy najnowocześniej, ale za późno. To jeden z obszarów wymagający intensywnych działań świadomościowych.

Rozmawiała: Marta Sułkowska

Zostanie nawiązana współpraca NanoVelos z Narodowym Instytutem Onkologii w obszarze badań klinicznych nanoformulacji leku na raka jajnika

0

Narodowy Instytut Onkologii – Państwowy Instytut Badawczy oraz NanoVelos, spółka wchodząca w skład NanoGroup, podpisały list intencyjny. Jego przedmiotem są plany wspólnego przeprowadzenia badań klinicznych nad Polepi, lekiem onkologicznym rozwijanym przez spółkę NanoVelos.

Celem współpracy jest stworzenie i realizacja projektu przeprowadzenia niekomercyjnych badań klinicznych nad Polepi oraz uzyskanie odpowiedniego dofinansowania od Agencji Badań Medycznych. Nawiązana współpraca oraz wynikająca z niej możliwość otrzymania dofinansowania pozwolą spółce na rozpoczęcie badań klinicznych na pierwszych pacjentach w Polsce. Rozpoczęcie tej kluczowej fazy badań, stanowiące dla spółki kamień milowy w rozwoju projektu, planowane jest na następny rok.

Nawiązanie kooperacji z NIO-PIB to przełom w naszych pracach nad Polepi. Chcieliśmy, żeby naszym partnerem został właśnie Narodowy Instytut Onkologii, ponieważ posiadamy spójną wizję realizacji takiego przedsięwzięcia. To dlatego potencjał na odniesienie sukcesu przy wspólnej rejestracji projektu oraz składaniu wniosku o dofinansowanie jest naprawdę wysoki – mówi Agata Stefanek, prezes NanoVelos. – Warunki są optymalnie zadowalające dla obu stron. NanoVelos wnosi do tego układu prototyp swojego leku Polepi, zachowując przy tym prawa własności intelektualnej do niego, natomiast NIO-PIB oferuje wiedzę, doświadczenie oraz infrastrukturę potrzebne do prowadzenia badań klinicznych na najwyższym poziomie. – dodaje.

Nabór projektów badawczo-rozwojowych odbywa się w ramach Planu Rozwoju Badań Klinicznych oraz Narodowej Strategii Onkologicznej na wsparcie projektów niekomercyjnych badań klinicznych. Kwota przeznaczona na dofinansowanie projektów wyłonionych we wszystkich rundach w ramach konkursu wynosi 200 000 000,00 zł. Maksymalny, dopuszczalny poziom dofinansowania projektu wynosi 100% kosztów badania. Maksymalna wartość dofinansowania wynosi 17,5 mln zł.

Dzięki współpracy z Narodowym Instytutem Onkologii NanoVelos będzie mogli przeprowadzić badania nad pierwszym z serii leków onkologicznych opartych o opantentowną globalnie technologię nanoformulacji. Daje to nadzieję, że będziemy mogli dużo skuteczniej i w ramch dostępnych funduszy leczyć pacjentów w Polsce i na świeci – dodaje Marek Borzestowski, Prezes NanoGroup.

Machine Learning i sztuczna inteligencja w cyberbezpieczeństwie – marketingowa mrzonka czy realny potencjał?

0

Od zarania cyber-dziejów naukowcom towarzyszyło odwieczne marzenie nauczenia maszyn myślenia i podejmowania decyzji w sposób, w jaki robią to ludzie. Jednak uczenie maszynowe to nic innego jak zespół matematycznych technik, które pozwalają przetwarzać dane, odkrywać wzorce i wyciągać wnioski. Wszystko po to, aby adekwatnie przewidywać przyszłe zdarzenia – w tym cyberataki.

Uczenie maszynowe oraz sztuczna inteligencja (AI – artificial intelligence) w jakimś stopniu wpłynęły na prawie każdą z branż – od produkcji, przez rolnictwo, po finanse. Jaki potencjał drzemie w tej technologii w kontekście bezpieczeństwa IT? Czy AI przekłada się na rzeczywisty wzrost cyberbezpieczeństwa? Odpowiedzi na te pytania poszukiwali autorzy raportu “Machine Learning i Cyberbezpieczeństwo” – https://lp.xopero.com/raport-2020-machine-learning-i-cyberbezpieczenstwo

W okresie od 2017 do 2023 ruch w Internecie zwiększy się aż trzykrotnie – tak wynika z raportu Reinventing Cybersecurity with Artificial Intelligence firmy Capgemini. 61% organizacji szacuje, że nie będzie w stanie we właściwy sposób interpretować krytycznych zdarzeń bez wsparcia ze strony AI. 73% ankietowanych w jakimś zakresie już testuje sztuczną inteligencję w kontekście cyberbezpieczeństwa. 28% korzysta z rozwiązań, które posiadają wbudowane moduły, a 30% z własnych wypracowanych algorytmów. Pozostałe 42% w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy zacznie wykorzystywać gotowe rozwiązania lub własne algorytmy.

Sztuczna inteligencja w biznesie, czyli jak zaimplementować AI w firmie?

Raport Machine Learning i Cyberbezpieczeństwo przybliża pięć kroków do wdrożenia AI w firmie. Pierwszym zadaniem jest przygotowanie zbioru danych dobrej jakości, w oparciu o które będzie można testować modele uczenia maszynowego. Badania pokazują jednak, że dla blisko połowy firm jest to największe wyzwanie podczas implementacji AI. Problemy pojawiają się także w trakcie integracji rozwiązania z infrastrukturą IT, wykorzystywanymi systemami danych oraz aplikacjami. Kolejnym wyzwaniem jest płynna aktualizacja danych, w oparciu o które pracują algorytmy.

Następnym krokiem jest dobór odpowiednich zbiorów use case. W tym zakresie warto rozważyć współpracę z zewnętrznymi platformami (np. Facebook Threat Exchange25 czy IBM X-Force Exchange26). Ważnym elementem wdrożenia AI jest również zatrudnienie odpowiednio wykwalifikowanych analityków.

Ogromną barierą rozwoju sztucznej inteligencji jest brak specjalistów z wiedzą z zakresu uczenia maszynowego. Firmy mają w zasadzie do dyspozycji dwie drogi – szkolenie własnych pracowników lub skorzystanie z zewnętrznych zespołów. Ostatnim krokiem w procesie jest wprowadzenie mechanizmów kontroli – zdefiniowania roli oraz zakresu obowiązków czy wdrożenie odpowiednich procesów monitorujących i naprawczych. 

Machine Learning dla każdego? Czy małe firmy mogą sobie pozwolić na eksperymenty ze sztuczną inteligencją?

Wdrożenie w organizacji AI pochłania znacznie więcej zasobów – ludzi oraz nakładów finansowych – niż rozwiązania tradycyjne. Nie da się ukryć, że produkty oparte na frameworkach AI należą także do tych kosztowniejszych –  – mówi Karolina Dzierżyńska, redaktor Centrum Bezpieczeństwa w Xopero Software – Dla małych i średnich firm mogą więc okazać się nieosiągalne. Mniejsze podmioty mogą jednak skorzystać z rozwiązań udostępnianych w modelu SECaaS (security-as-a-service).

Wykorzystanie elementów sztucznej inteligencji w podstawowych produktach z branży cyberbezpieczeństwa, takich jak chociażby programy antywirusowe, powoduje więc, że są one dostępne dla każdego – małych firm, a nawet użytkowników domowych.

Machine Learning a Cyberbezpieczeństwo

Podstawowym celem Machine Learning jest analiza ogromnych zbiorów danych i automatyzacja jak największej liczby procesów. Coraz częściej sięga się po nią przy projektowaniu systemów bezpieczeństwa IT. Monitorowanie zachowań użytkowników w sieci, analiza parametrów z urządzeń sieciowych i logów użytkowników, analiza behawioralna czy wykorzystanie danych biometrycznych – to tylko kilka aspektów jej wykorzystania.

System bezpieczeństwa oparty na machine learning musi więc ustalić czy każdy plik przesyłany firmową siecią nie zawiera malware, każda próba logowania nie jest wynikiem wykradzenia danych uwierzytelniających, a każdy mail nie jest wiadomością malspam. Ponadto zweryfikuje czy każde żądanie nie jest próbą ataku denial-of-service (DoS) albo próbą kontaktu z serwerami C&C.

Sztuczna inteligencja może również zostać wykorzystana do detekcji anomalii czy analizy malware. Jak? Algorytmy uczenia maszynowego mogą dokonać dynamicznej analizy na podstawie podobieństw między dwoma lub więcej obiektami. Takie badanie omija błędy typowe dla dopasowań statycznych i uwzględnia np. rozwój malware w czasie.

Druga strona medalu

Należy pamiętać, że sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe mogą zostać wykorzystane po drugiej stronie barykady i posłużyć przestępcom do przeprowadzenia ataków opartych o szczegółową analizę danych. Na szczęście, na razie nie są one powszechnie stosowane. Przestępcy wolą bowiem sprawdzone rozwiązania, które przyniosą im zyski szybko i tanio. Niewykluczone jednak, że wraz z upowszechnianiem się uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji, wkrótce usłyszymy o spektakularnych atakach z ich wykorzystaniem.

Więcej w raporcie Machine Learning i Cyberbezpieczeństwo – https://lp.xopero.com/raport-2020-machine-learning-i-cyberbezpieczenstwo

MicroCarb – misja kosmiczna monitorująca CO2

0

Francuski Państwowy Ośrodek Badań Kosmicznych (CNES) wraz z Brytyjską Agencją Kosmiczną i Europejską Organizacją Eksploatacji Satelitów Meteorologicznych organizuje misję kosmiczną MicroCarb. Jej celem jest stały pomiar stężenia CO2 w atmosferze oraz mapowanie źródeł i pochłaniaczy dwutlenku węgla na Ziemi. CNES zaprosiło do współpracy przy projekcie Grupę Capgemini, która do 2025 r. planuje osiągnąć neutralność klimatyczną.

Przeciętny Polak każdego dnia emituje aż ok. 24 kg CO2 do atmosfery. Rządzący, naukowcy, ekolodzy biją na alarm i poszukują wciąż nowych metod eliminacji lub optymalizacji źródeł emisji dwutlenku węgla. Prowadzone są liczne badania, których celem jest baczne monitorowanie sytuacji i realne prognozowanie i określanie najwłaściwszych scenariuszy działań.

Sprawy stają się tym pilniejsze, gdyż coraz to nowsze szacunki nie pozostawiają złudzeń. W perspektywie najbliższych 80 lat nawet o 20 proc. może spaść światowy wskaźnik PKB w związku ze zmianami klimatycznymi. Największymi poszkodowanymi będą najprawdopodobniej Indie, których PKB zmniejszy się o 90 proc. – tak wskazują najnowsze prognozy Oxford Economics.  Do 2070 r. średni wzrost temperatury, którego doświadczają mieszkańcy Ziemi wyniesie ok. 7,5 st. C, a już za 5 lat stężenie dwutlenku węgla w atmosferze może osiągnąć pułap sprzed 15 mln lat.

Istotne zatem jest podejmowanie działań, które dostarczą nam wiedzy, która pozwoli zahamować ten postęp i maksymalnie ograniczyć emisję CO2.

Z ziemi i kosmosu – CO2

W ramach programu UE Horyzont 2020 Francuski Państwowy Ośrodek Badań Kosmicznych (CNES) wraz z Brytyjską Agencją Kosmiczną i Europejską Organizacją Eksploatacji Satelitów Meteorologicznych podejmują pierwszą europejską misję kosmiczną MicroCarb. Celem akcji jest stworzenie warunków i stały monitoring dwutlenku węgla w atmosferze. Badania pozwolą również na mapowanie źródeł CO2 w perspektywie całego globu i ustalą kwestie pochłaniaczy niekorzystnych gazów. Misja MicroCarb pozwoli na lepsze zrozumienie wymiany węglowej.

Badania będą możliwe za sprawą nowatorskiego narzędzia pomiarowego – spektrometra tablicowego. Będzie on umiejscowiony na pokładzie satelity o niskiej orbicie. Spektometr analizuje krótką podczerwień światła słonecznego odbitego od powierzchni Ziemi. Następnie algorytmy określają ilość CO2 na podstawie proporcji odbitego światła, co oznacza, że urządzenie pozwala na dokładne pomiary stężenia dwutlenku węgla na obszarze całego globu.

Satelita MicroCarb wystartuje w kosmos pod koniec 2021 r. Co istotne – będzie on wykorzystywał energię pozyskaną z odnawialnych źródeł – ze światła słonecznego.

Capgemini w nieziemskiej misji

Grupa Capgemini angażuje się w misje kosmiczne i naukowe związane z ochroną środowiska i klimatu. Także w tej kosmicznej misji ma swój udział. Piętnastoosobowy zespół Capgemini Aerospace Industry został zaangażowany w pracę nad MicroCarb w zakresie integracji i wdrażania konkretnych rozwiązań powiązanych z programowaniem satelity, opracowania modeli obliczeniowych i przetwarzania przestrzennego danych. Eksperci pracujący przy projekcie posiadają dogłębną wiedzę z obszaru przemysłu lotniczego, czy też potrzeb społeczności naukowej.

– Capgemini jest uznanym przez nas partnerem w zakresie działań związanych z przetwarzaniem danych satelitarnych i dużych zbiorów informacji w licznych projektach naukowych i środowiskowych – mówi Simon Baillarin, Head of Earth Observation Ground Segments Office w CNES.

Misja wymaga dużej elastyczności metod programowania i algorytmów przetwarzających pozyskane z badań informacje. Projekt ten obliguje także pracowników zespołu Aerospace Industry do dużej responsywności w zakresie wdrażania rozwiązań.

Capgemini zaproponowało innowacyjne podejście, które optymalizuje istniejące narzędzia wykorzystywane już przez CNES i EUMETSAT do katalogowania i przetwarzania danych, przy jednoczesnym zapewnieniu spójności z ogólną architekturą systemu IT.

– Bardzo cieszy nas fakt, że CNES obdarzyło Capgemini tak dużym zaufaniem w przypadku tej wyjątkowej misji. Ma ona fundamentalne znaczenie w świetle aktualnych obaw związanych ze zmianami klimatycznymi. Nasze zespoły wykorzystują ponad trzydziestoletnie doświadczenie w najbardziej innowacyjnych projektach kosmicznych związanych z obserwacją Ziemi i nauką, więc z pewnością jest to dobrze adresowany projekt – mówi Jérôme Ponton, Account Manager w Capgemini.

System monitoringu, jakiego nie było

Misja MicroCarb ma za zadanie dostarczyć nam kompleksowej wiedzy na temat przepływu dwutlenku węgla. Ten satelita jest zaledwie początkiem odpowiedzi Europy na stworzenie systemu monitorowania ewolucji stężenia CO2 w skali globalnej. Choć temat śladu węglowego jest na tapecie już od dłuższego czasu, to wciąż wiele danych opartych jest na szacunkach, a nawet wciąż w niektórych regionach świata informacje na ten temat pozostają nieznane.

Jednak wiemy już, że wiedza względem ilości emitowanego do środowiska CO2 jest dla nas ważna i pozwala na podejmowanie odpowiednich przedsięwzięć, mających na celu ograniczenie emisji lub zniwelowanie problemu. Informacje te mają kluczowe znaczenie dla dokładnego zrozumienia pochodzenia i wpływu zmian klimatycznych. Zatem oczekiwania względem misji MicroCarb są duże i mają przede wszystkim zabarwienie naukowe. Oczekuje się, że te badania pomogą w zrozumieniu działania obiegu węgla oraz zachowania głównych ekosystemów takich jakimi są m.in. oceany, Amazonia – w kontekście zmian klimatycznych.

Capgemini coraz bliżej neutralności klimatycznej

Mając na uwadze klimatyczne fakty i niepokojące prognozy Grupa Capgemini także sama przedstawiła własny plan osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2025 r. Aby zrealizować to założenie firma planuje przyspieszyć program redukcji emisji dwutlenku węgla w obszarach: podróży służbowych, dojazdów do miejsca pracy, czy też energii wykorzystywanej w swoich siedzibach. Przyjęta strategia Grupy zakłada również zmniejszenie potrzeby podróży służbowych, czy też wdrożenie floty służbowych samochodów hybrydowych i elektrycznych. Capgemini przejdzie także na energię pozyskaną z odnawialnych źródeł, jak również w planach ma także zalesianie terenów.

Warto podkreślić, że Grupa swój poprzedni cel redukcji emisji CO2 do atmosfery osiągnęła 10 lat przed zakładanym terminem, co też w bardzo realnym świetle stawia obecnie przyjęte założenia. Projekty takie jak MicroCarb idealnie wpisują się w przyjętą politykę firmy i pozwalają na szerszy zakres działań na rzecz planety.

Autor: Magdalena Katolik

Zmiany na polskim rynku biurowym. Cushman & Wakefield podsumowuje pierwsze półrocze 2020 roku w regionach

0

Okres kwarantanny spowodowany wybuchem pandemii Covid-19 doprowadził do przejścia większości firm w tryb pracy zdalnej i ograniczenia aktywności biznesowej. Jak wpłynęło to na rynek biurowy w Polsce? Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała I połowę 2020 roku.

  • Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na dziewięciu największych rynkach w Polsce w pierwszej połowie 2020 roku wzrosły o 6% r/r.
  • Popyt brutto spadł o 7% w stosunku do analogicznego okresu w 2019 roku.
  • Wolumen inwestycyjny byłniższy o 21% w stosunku do analogicznego okresu w poprzednim roku.
  • Wskaźnik pustostanów w drugim kwartale 2020 roku wyniósł 8,9%. 

Podaż

W pierwszej połowie 2020 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na dziewięciu największych rynkach w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia, Poznań, Łódź, Lublin i Szczecin) wyniosły blisko 11,5 miliona mkw. i wzrosły o 6% w stosunku do analogicznego okresu w 2019 roku.

Nowa podaż w Warszawie w pierwszym półroczu 2020 roku wyniosła 106 800 mkw. w pięciu budynkach. W miastach regionalnych oddano do użytku łącznie 175 600 mkw. w piętnastu projektach, z czego do największych możemy zaliczyć budynek Olivia Prime B w Gdańsku, High 5ive w Krakowie, pierwszy budynek kompleksu Face2Face w Katowicach oraz Giant Office w Poznaniu.

Mimo że w czasie kwarantanny nie zostały wprowadzone żadne rozporządzenia ograniczające prace budowlane, oddanie do użytku niektórych projektów zostało przesunięte z drugiego na trzeci kwartał 2020 r. Jest to spowodowane wydłużeniem procesów administracyjnych, ograniczoną dostępnością pracowników oraz ryzykiem przerwania łańcucha dostaw – mówi Jan Szulborski, Senior Consultant, Cushman & Wakefield.

Na koniec czerwca 2020 roku w budowie znajdowało się 106 projektów o łącznej powierzchni 1,6 miliona mkw., z czego największa liczba nowych inwestycji powstaje w Warszawie (28), Krakowie (21), Trójmieście (17), Łodzi (14) oraz Katowicach (13). Realizacja większości projektów przebiega zgodnie z harmonogramem, ale z powodu ograniczenia decyzji o rozpoczęciu realizacji nowych inwestycji, eksperci spodziewają się wystąpienia efektu luki podażowej na większości rynków w latach 2022-2023. Wyjątek mogą stanowić projekty w całości finansowane ze środków własnych. 

Popyt

W pierwszej połowie 2020 roku najemcy wynajęli łącznie 669 600 mkw., co jest wartością o 5% niższą niż w analogicznym okresie 2019 roku, a większość transakcji zawartych w pierwszym półroczu to procesy, które rozpoczęły się jeszcze przed wybuchem pandemii. Największą transakcją na warszawskim rynku biurowym była umowa przednajmu PZU w budynku Generation Park Y (46 500 mkw.), a w miastach regionalnych renegocjacja umowy przez ABB w budynku Axis (20 000 mkw.). 

Wskaźnik pustostanów

Pogarszająca się koniunktura gospodarcza doprowadziła do wzrostu poziomu pustostanów, który pomimo tego, że w ujęciu rocznym jest niższy niż w analogicznym okresie w 2019 roku, to kwartał do kwartału wzrósł dla całego rynku o 0,6 pp. i w drugim kwartale 2020 roku wyniósł 8,9%. Ponadto, na skutek niepewności gospodarczej spowodowanej wybuchem pandemii Covid-19 zarejestrowany został wzrost liczby podnajmów oferowanych na rynku. Według szacunków Cushman & Wakefield na koniec drugiego kwartału 2020 roku blisko 120 000 mkw. powierzchni biurowych było oferowanych w tej formie, co nie jest uwzględnione w statystykach dotyczących dostępnej powierzchni.  

Czynsze

Pomimo pogarszającego się sentymentu wśród uczestników rynku, stawki bazowe za najlepsze powierzchnie biurowe nie uległy zmianie i utrzymały się na poziomie 24 EUR/mkw./miesiąc dla ścisłego centrum w Warszawie. Z kolei w miastach regionalnych czynsze kształtowały się na poziomie 12-15 EUR/mkw./miesiąc w zależności od miasta. Eksperci Cushman & Wakefield zauważają, że stawki utrzymują się na niezmienionym poziomie, dzięki zamknięciu części transakcji na warunkach sprzed pandemii.

W kolejnych kwartałach może dojść do korekty warunków komercyjnych, jeśli popyt na powierzchnie biurowe spadnie, a gospodarka nadal będzie utrzymywać się na zwolnionych obrotach – podsumowuje Katarzyna Lipka, Head of Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Pełna wersja raportu pod linkiem: https://info.cushmanwakefield.com/l/263412/2020-08-11/2tbydt

Przeciętne spożycie mięsa na osobę spadło o 20%

0

Opublikowany w lipcu 2020 r. przez Główny Urząd Statystyczny raport Rolnictwo 2019 wskazuje na 20% spadek poziomu spożycia mięsa na osobę. Statystyczny Polak zjadł w 2019 roku o 15,9 kg mniej mięsa w porównaniu do 2018 roku.

Jak wskazuje Główny Urząd Statystyczny, w 2019 r. przeciętne spożycie mięsa na jedną osobę wyniosło 61,0 kg wobec 62,4 kg w 2018 r. Wyniki badań opinii publicznej publikowanych na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy znajdują swoje potwierdzenie w twardych danych przedstawionych w cytowanej publikacji. W kwietniu br. badacze z IQS wskazywali, że ok. 43% Polaków nie je lub ogranicza spożycie mięsa. Dane konsumenckie przytaczane przez firmę Mintel wskazują, że ok. 40% respondentów w Polsce ogranicza spożycie mięsa w znacznej mierze ze względów zdrowotnych, środowiskowych, ale też w związku z obawą o dobrostan zwierząt. Wyniki sondażu przeprowadzonego przez Panel Ariadna w maju 2019 r. wskazywały na fakt, że 38,5% osób, które spożywają mięso ogranicza jego ilość w swojej codziennej diecie.

– Gdy nieco ponad dwa lata temu informowaliśmy o tym, że 58,6% Polaków deklaruje ograniczenie spożycia mięsa na rzecz produktów roślinnych, dla wielu odbiorców nasz komunikat brzmiał wręcz niedorzecznie – mówi Maciej Otrębski, strategic partnerships manager w kampanii RoślinnieJemy – Jak wskazują dane przedstawione przez GUS, deklaracje znacznej grupy Polaków, wsparte coraz większą dostępnością produktów roślinnych, mają rzeczywiste przełożenie na zwyczaje żywieniowe Polaków. 2,24% spadek spożycia mięsa na osobę w 2019 roku to realny zwiastun zmieniających się norm społecznych – dodaje Otrębski.

Zarówno producenci żywności, jak i sieci handlowe coraz odważniej otwierają się na nowe potrzeby konsumentów. Roślinne linie marek takich jak Sokołów, Olewnik, czy OSM Łowicz, alternatywy mięsa private-label w sklepach Lidl, Biedronka, Kaufland, czy dynamicznie rozwijające się portfolio częstochowskiej Dobrej Kalorii i innych marek inwestujących w bezmięsne alternatywy potwierdzają zainteresowanie bardziej roślinną dietą.

– Obserwując to, co się działo w mediach, restauracjach, na półkach sklepowych, czy po prostu przy różnych stołach u bliższych i dalszych znajomych miałam nadzieję, że właśnie rok 2019, ogłoszony odważnie przez The Economist rokiem wegan, przyniesie zmianę – mówi Karolina Kubara, brand manager marki Dobra Kaloria – W najśmielszych jednak przewidywaniach nie sądziłam, że będzie to spadek rok do roku o ponad 15 kg. Na pewno jest to zmiana, która wyjdzie na dobre zarówno umęczonej planecie jak i naszemu zdrowiu, chociaż nadal daleko nam do zalecanego przez Instytut Żywności i Żywienia spożycia 26 kg mięsa na rok – dodaje Kubara.

Co więcej, pandemia wirusa SARS-CoV-2 to czas, w którym konsumenci uważniej przyglądają się swojej diecie. Mintel wskazuje na fakt, że dla 20% Polaków okres pandemii sprawił, że zaczęli postrzegać dietę roślinną jako bardziej atrakcyjną. Badanie przeprowadzone w czerwcu 2020 r. przez Market Research World na zlecenie Upfield wskazuje, że okres pandemii zachęcił 25,4% Polaków do ograniczenia spożycia mięsa. Jednocześnie aż 31,6% badanych wskazuje, że w tym okresie częściej kupowało roślinne alternatywy mięsa.

Pandemia wzmocni centra usług wspólnych

0

Centrom usług wspólnych w Polsce nie zaszkodził COVID-19. Konieczność pracy zdalnej nie tylko umocniła pozycję kraju, jako lidera usług biznesowych w regionie Europy Środkowej i Wschodniej, ale pozwala rosnąć w siłę.

Specjaliści wskazują, że sektor przemianę związaną z koronawirusem przeszedł niemal bez żadnych problemów. W okresie pandemii nie odnotowano bowiem żadnych spadku efektywności pracy, a w wielu obszarach zaobserwowano nawet znaczący wzrost.

„Wynika to z faktu, że model pracy wirtualnej jest dla pracowników sektora SSC zupełnie naturalny. Zatrudnieni w nich pracownicy na co dzień realizują bezpośrednie zadania dla biznesów zlokalizowanych w innych krajach: od Europy zaczynając, a na Stanach Zjednoczonych kończąc. Obecny kryzys może więc przyciągnąć nowe inwestycje w sektorze.” – mówi Anna Wójcik, Head of Customer Success and Operations w Talentuno Polska.

Co więcej, skoncentrowany dotychczas głównie na największych miastach Polski, sektor usług wspólnych może ekspandować do mniejszych ośrodków miejskich na terenie całego kraju. I mowa tu nie tyle o ekspansji największych firm już obecnych na polskim rynku, ale o tych nowopowstałych. Dla sektora, który przez wzgląd na skalę działalności obecny był w największych miastach Polski, jest to kierunek zupełnie nowy. Dotychczas centra lokowane były w ośródkach mogących zapewnić odpowiednią ilość pracowników.

„Dziś upatruję pozytywnego trendu, zgodnie z którym firmy otworzą się na inne miasta i regiony Polski. Mowa tu zarówno o pracownikach, jak i samej możliwości dostarczania zleconych zadań. Myślę, że to może być nowa wartość dodana, na której skorzysta ten sektor.” – mówi Monika Popiołek, Head of Talent Acquisition – Poland w Schneider Electric. „Warto będzie również obserwować jak zmieni się postawa kandydatów i pracodawców wobec tej nowej sytuacji, bo pandemia zweryfikowała nasze dotychczasowe myślenie zarówno o rynku pracy, jak i o samej pracy i sposobie jej wykonywania, które do tej pory było dość jednotorowe.” – dodaje.

Nie po raz pierwszy Polska udowodniła, że dobrze radzi sobie z kryzysami. I dlatego w oczach największych firm pozostaje atrakcyjną lokalizacją do outsoursowania części ich operacji. Jej kolejną zaletą jest dostępność wykwalifikowanych specjalistów. Ale wymagania wobec polskich pracowników centrów usług wspólnych stale rosną. Jeszcze dekadę temu, głównym wymogiem stawianym kandydatom centrów SSC było wykształcenie oraz znajomość języków obcych. Przez to, średnia wieku osób zatrudnionych w centrach usług biznesowych była bardzo niska, bo to młodzi ludzie najczęściej posługiwali się innym, poza rosyjskim, językiem. Tradycyjnie mniej skomplikowane zadania chętniej zlecane są pracownikom w Indiach, czy tym na Filipinach. Pozostałe, w tym te wymagające kontaktu z klientem w jego języku ojczystym, trafiają do Europy Środkowej, w tym do Polski. Zdarza się również, że zadania zlecone w Azji trafiają z powrotem do Europy, bo ich realizacja nie sprostała oczekiwaniom.

„Początkowo, prace zlecane tym centrom były dość proste, dlatego brak kompetencji pracowników nie stanowił aż takiego problemu. Dziś wymagany jest odpowiedni poziom wiedzy merytorycznej niezbędnej do wykonania zleconych zadań. Wzrosła też średnia wieku zatrudnionych w centrach usług wspólnych. Obecnie 40 proc. naszych pracowników to osoby w wieku od 30 do 39 lat. To wskazuje na stabilizację w sektorze zatrudnienia w SSC.” – wskazuje Monika Popiołek, Head of Talent Acquisition – Poland w Schneider Electric.

Po części wynika to również z ewolucji, jaką przechodzi obecnie rynek centrów usług biznesowych. Postępująca automatyzacja sprawia, że zapotrzebowanie na pracowników o najniższych kwalifikacjach spada, podczas gdy wartość pracowników wykwalifikowanych rośnie.

„Najprostsze zadania są obecnie automatyzowane i docelowo będzie ich coraz mniej. Oznacza to, że udział tzw. czynnika ludzkiego w najbardziej podstawowych procesach będzie malał. Ta zmiana odbywa się na naszych oczach, co nie oznacza, że zapotrzebowanie na pracowników spada. Znaczy to, że oczekiwania związane z ich kompetencjami są dziś wyższe, a same centra – z centrów usług – stają się centrami kompetencji i usług.” – wyjaśnia Michał Wierzbowski, Director of Shared Service Center w Orange Polska.

Autor: Donata Karpik

Fundusze emerytalne odrobiły większość strat z marca. Odsunięcie reformy OFE pozwoliłoby im zrekompensować je klientom w całości

Po fatalnym dla funduszy emerytalnych marcu kolejne trzy miesiące przyniosły wzrosty na rynku. Wprawdzie lipiec ponownie zakończył się  spadkiem średniej stopy zwrotu, ale eksperci spodziewają się szybkiego powrotu na ścieżkę wzrostową. Problemem branży i utrudnieniem w planowaniu inwestycji jest jednak niepewność związana z rozwojem pandemii, ewentualnym przywróceniem obostrzeń oraz terminem reformy likwidującej OFE. Według Małgorzaty Rusewicz, prezes  Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych, sensowne byłoby odsunięcie jej w czasie co najmniej o rok.

Po trudnym okresie, z którym mieliśmy do czynienia w marcu, OFE dzisiaj bardzo wyraźnie pokazują, jak szybko są w stanie odrobić straty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Rusewicz, prezes Izby Zarządzającej Funduszami i Aktywami oraz prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych. – Natomiast w przypadku funduszy emerytalnych warto popatrzeć na długą perspektywę, czyli np. horyzont 10 lat. W tym czasie OFE przyniosły ponad 25 proc. zysku swoim klientom. W związku z tym ta forma oszczędzania dzisiaj wydaje się szczególnie atrakcyjna i warto na to zwrócić uwagę.

W marcu po ogłoszeniu zamknięcia wielu obszarów gospodarki fundusze emerytalne przeżyły zapaść, tracąc średnio 14,4 proc., przy czym wyniki poszczególnych zarządzających wahały się od 13,5 proc. do 15,7 proc. Już w kwietniu nastąpił jednak wzrost o 8,1 proc., w maju o kolejne 2,3 proc., a w czerwcu – o 3,1 proc. (dane Analizy.pl). W lipcu średnia stopa zwrotu okazała się ponownie ujemna (-0,2 proc.), co – jak tłumaczą przedstawiciele IGTE – było pochodną słabszej wyceny spółek w niektórych branżach, w których fundusze emerytalne mają ulokowane aktywa. Do tej pory OFE udało się odrobić 25 proc. od momentu największej przeceny, a do odrobienia pozostało jeszcze uzyskać wzrost na poziomie 15 proc. Na koniec lipca br. aktywa OFE warte były 131,24 mld zł.

Wobec odroczonej na nieznany na razie czas reformy przekształcającej OFE w IKE i niewiadomej związanej z rozwojem pandemii planowanie inwestycji jest jednak utrudnione. Minister finansów Tadeusz Kościński zapowiadał przed kilkoma tygodniami, że OFE znikną dopiero w 2021 roku.

Jesteśmy trochę pod znakiem zapytania. Wydaje nam się, że rok przesunięcia całej reformy jest wskazany, chociażby po to, żeby rzeczywiście te fundusze emerytalne mogły w pełni odrobić straty swoich klientów, ustabilizować również sytuację na rynku w tym obszarze i żebyśmy mogli kolejny raz spojrzeć na projekt, ponieważ on zapewne będzie wymagał pewnych drobnych modyfikacji związanych chociażby z limitami inwestycyjnymi – tłumaczy prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych. – Samo przesunięcie jej w czasie o rok pozwoli natomiast wyprostować potencjalne problemy, które dotychczas się pojawiły, i płynnie i efektywnie przeprowadzić całą reformę.

Likwidacja OFE miała nastąpić od lipca 2020 roku, a pieniądze zbierane na emeryturę przeszłyby albo do I filaru, czyli ZUS-u, albo na indywidualne konta emerytalne powstałe z przekształconych OFE. Pieniądze miałyby zostać przetransferowane w listopadzie po pobraniu 15-proc. opłaty przekształceniowej. Środki z ZUS-u przekazano by w całości, bo – jak tłumaczył rząd – od ich wypłaty odprowadzany jest podatek dochodowy. Zarządzający funduszami kwestionowali ten zapis, postulując, by opłata była odprowadzana przy wypłacie pieniędzy, a nie od razu. Proponowali też zmniejszenie limitu inwestycji w akcje polskie, bo po zmarginalizowaniu tych funduszy w 2014 roku mogły one inwestować na GPW 80 proc. środków.

Podtrzymujemy propozycje zmian, które przedstawialiśmy dotychczas. Rzeczywiście najistotniejszą z punktu widzenia dotychczasowych wydarzeń kwestią, której trzeba będzie się przyjrzeć, są limity inwestycyjne. Tutaj pojawiło się szereg pytań wynikających ze zmian na rynku, które były konsekwencją koronawirusa. Z kolei większość rzeczy, które zgłaszaliśmy, dotyczyła kwestii komunikacji z klientami czy drobnych poprawek w całym projekcie. Ten projekt toczył się długo i bardzo intensywnie nad nim pracowaliśmy, więc też szereg rzeczy już można by było przenieść w takiej formule, jaka była przygotowana dotychczas – wyjaśnia Małgorzata Rusewicz.

Od dziś nowe regulacje dotyczące połączeń lotniczych. Ruch nad Polską wciąż znacznie mniejszy niż przed pandemią, ale notuje wzrosty

Zgodnie z nowym rozporządzeniem, które będzie obowiązywać do 25 sierpnia, wstrzymane są połączenia lotnicze z 44 krajami, w tym ze Stanami Zjednoczonymi, Chinami, Brazylią, Rosją, Izraelem czy Czarnogórą. Pojawiła się jednak możliwość podróżowania do Szwecji i Portugalii, a wcześniej także do takich popularnych latem miejsc jak Egipt, Turcja czy Tunezja. Operacji lotniczych wykonuje się obecnie w Polsce znacznie mniej, niż miało to miejsce przed rokiem, jednak ruch na polskim niebie rośnie dynamicznie wraz z otwieraniem kolejnych kierunków. To rodzi szereg wyzwań dla kontrolerów ruchu lotniczego, którzy nigdy nie pracowali w tak szczególnych i niepewnych warunkach.

Wbrew powszechnemu mniemaniu lotniska w Polsce nie zostały kompletnie zamknięte ani na moment, ponieważ nawet w czasie najcięższego lockdownu obsługiwaliśmy przewoźników lotniczych w ramach takich akcji jak HASHLOTdoDomu”, transportów maseczek oraz sprzętu medycznego, a także zapewnialiśmy bezpieczeństwo samolotom wojskowym, medycznym czy też tzw. lotnictwu turystycznemu, które w okresie zmniejszonej liczby operacji rozkładowych ochoczo korzystało z kontrolowanej przestrzeni powietrznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Caban, kontroler warszawskiego zbliżania w Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, członek zarządu Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego. – Wraz ze znoszeniem restrykcji ruch lotniczy powoli zaczynał wzrastać. Największy wzrost odnotowaliśmy na przełomie czerwca i lipca, kiedy z dnia na dzień potrafił on wynieść nawet blisko 50 proc.

Rada Ministrów co dwa tygodnie publikuje nowe rozporządzenie dotyczące kierunków, w które i z których można wykonywać loty z polskich lotnisk. Zgodnie z rozporządzeniem, które zaczyna obowiązywać 12 sierpnia, zakaz połączeń dotyczy 44 państw, w tym USA i krajów bałkańskich, takich jak Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Serbia, Macedonia Północna, a także Luksemburg czy Andora. Choć wolno już latać do chętnie wybieranych przez Polaków miejsc, zwłaszcza w sezonie,  takich jak Turcja, Tunezja, Grecja czy Hiszpania, ruch lotniczy ciągle jest zdecydowanie mniejszy niż przed pandemią.

Według Jakuba Cabana dziś codziennie nad Polską przelatuje ok. tysiąca samolotów, a warszawskie lotniska – Chopina i Modlin – obsługują ok. 300 operacji lotniczych dziennie.

Poziom tego ruchu ciągle nie jest jeszcze porównywalny z tym, który miał miejsce w ubiegłych latach – tłumaczy warszawski kontroler i podkreśla, że kluczowa jest niepewność tego, co zdarzy się w nadchodzących tygodniach. – Stanowi to bardzo duże wyzwanie dla całej branży lotniczej i kontrolerów ruchu lotniczego. Jest to właściwie sytuacja bezprecedensowa, nigdy wcześniej przeszkody dla funkcjonowania ruchu lotniczego – czy wynikające z wybuchu wulkanu, czy wojny na Ukrainie, czy też nawet kryzysu w 2008 roku – nie były dla branży tak dotkliwe – mówi.

Jak wyjaśnia, w związku z pandemią i wprowadzonymi w Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej restrykcjami sanitarnymi kontrolerzy lotów zostali podzieleni na przynajmniej dwie grupy, żeby w razie pojawienia się zakażenia u pracownika jednej z grup pracownicy tej drugiej mogli zastąpić kolegów. W związku z tym dobowe obsady stanowisk operacyjnych zostały zmniejszone, w niektórych przypadkach do takiego poziomu, że kontrolerzy muszą pracować samodzielnie, jednoosobowo. Ponadto w związku z koniecznością odkażania głównej sali operacyjnej operacje regularnie przenoszone są do zapasowej sali.

– Dla wszystkich pracowników branży lotniczej procedury bezpieczeństwa są czymś na kształt konstytucji, ponieważ zwłaszcza zawód kontrolera ruchu lotniczego wiąże się ze znaczną odpowiedzialnością – wyjaśnia Jakub Caban. – Z perspektywy kontrolera warszawskiego zbliżania mogę powiedzieć, że w ubiegłym roku w czasie każdej godziny pracy swoje życie powierzyło nam ponad 3,34 tys. pasażerów. Z kolei w skali roku odpowiadaliśmy za majątek większy niż roczne PKB Polski, a mówię o wartości samych maszyn.

W ubiegłym roku według wstępnego szacunku GUS wartość PKB Polski wyniosła prawie 2,3 bln zł.

W 2019 roku polskie lotniska obsłużyły prawie 49 mln pasażerów, czyli o 7 proc. więcej niż w 2018 roku. Najwięcej skorzystało z Lotniska Chopina w Warszawie (ponad 18,8 mln osób). Ruch w porcie wzrósł o 1,1 mln pasażerów, czyli o 6 proc. Na drugim miejscu wśród lotnisk pod względem liczby przewiezionych pasażerów pozostał Port Lotniczy Kraków-Balice z 8,4 mln pasażerów i z największym wzrostem ilościowym (+1,6 mln pasażerów) oraz dynamiką wzrostu na poziomie 24 proc. O 8 proc. wzrosła liczba osób, które skorzystały z gdańskiego portu im. L. Wałęsy (+394 tys.), a o 6 proc. zwiększyło się grono korzystających z lotniska Wrocław-Strachowice (+203 tys.). Z mniejszych portów znaczący wzrost odnotowały Zielona Góra-Babimost (+56 proc.), Olsztyn-Mazury (+26 proc.), Łódź (+11 proc.) oraz Bydgoszcz (+4 proc.). Spadek zanotowano w przypadku portów lotniczych Lublin, Poznań-Ławica i Szczecin-Goleniów.

Dla nas kluczowe jest to, żeby wszelkiego rodzaju procedury bezpieczeństwa, które nas obowiązują i które są podstawą naszej pracy, zostały odpowiednio przygotowane, wdrożone i przeanalizowane, ale też przede wszystkim, że są przestrzegane zarówno przez PAŻP, kontrolerów, jak i przez wszystkich użytkowników przestrzeni powietrznej – podkreśla członek zarządu Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego. – Będziemy apelować do wszystkich pracowników w tej branży o to, żeby zawsze przestrzegali procedur bezpieczeństwa, natomiast w tym szczególnym okresie, żeby przykładali do tego podwójną wagę.

Jak podkreśla, to właśnie dzięki przestrzeganiu wszystkich procedur bezpieczeństwa ruch lotniczy jest tak bezpieczny. W Europie ostatni wypadek lotniczy spowodowany błędem kontrolera wydarzył się 18 lat temu.

14 tys. wniosków o dofinansowanie w programie Moja Woda. Oczka wodne nie rozwiążą jednak problemu suszy

Rządowy program zwany „Oczkiem wodnym plus” wzbudził duże zainteresowanie Polaków. W pierwszym miesiącu działania programu Moja Woda o dofinansowanie do budowy zbiornika na deszczówkę zawnioskowało 14 tys. osób. Według eksperta Instytutu na rzecz Ekorozwoju, choć jest to rozwiązanie przyjazne, to ma jednak charakter detaliczny i nie rozwiąże problemu suszy. – Potrzebne jest szersze podejście systemowe oparte na bioretencji, z uwzględnieniem ocieplenia klimatu i przyszłych zmian w uprawach – mówi dr Andrzej Kassenberg.

Programy nawadniające Polskę, przeciwdziałające suszy przede wszystkim koncentrują się na rozwiązaniach hydrotechnicznych, czyli zaporach, tamach. Jednak istotą retencji jest to, żeby zatrzymać wodę tam, gdzie ona spada – mówi agencji Newseria Biznes dr Andrzej Kassenberg, ekspert Koalicji Klimatycznej i Instytutu na rzecz Ekorozwoju. – Możemy tworzyć różnego rodzaju przydomowe zbiorniki, bo to daje pewne korzyści, spowalnia spływ wody, którą można wykorzystywać. Jest to jednak rozwiązanie drobne, indywidualne i nie rozwiązuje problemu systemowego, czyli jak gospodarować wodą w przyrodzie, żeby nie było okresów aż tak głębokiej suszy.

W lipcu, czyli pierwszym miesiącu działania programu Moja Woda, Polacy złożyli około 14 tys. wniosków o dofinansowanie instalacji przydomowej retencji na kwotę ponad 60 mln zł – poinformowało Ministerstwo Klimatu. Najwięcej wniosków wpłynęło w województwach śląskim (2056), małopolskim (1623), mazowieckim (1369) i wielkopolskim (1272).

Choć zarówno rząd, jak i komentatorzy uważają ten wynik za sukces, wciąż nie brakuje wątpliwości dotyczących znaczenia budów przydomowych zbiorników do zatrzymywania deszczówki dla stanu nawodnienia całego kraju.

Niebezpieczne jest to, że patrzymy wąsko i z jednej strony mówimy o przeciwdziałaniu suszy, a z drugiej chcemy przygotowywać Wisłę i Odrę do tego, ażeby były podwyższone klasy żeglowności, co oznacza, że woda będzie szybciej spływać, a rzeka będzie bardziej jak sztuczna rura, a nie rozlewająca się i powoli płynąca – tłumaczy dr Andrzej Kassenberg.

Postępujące zmiany klimatyczne powodują, że problem suszy w Polsce narasta. Na początku 2020 roku, po pozbawionej śniegu, a więc i wody z roztopów zimie i suchym początku wiosny z przymrozkami wydawało się, że zbiory w tym roku będą mocno zagrożone. Chłodny i deszczowy maj i czerwiec częściowo rozwiązały ten problem, choć ulewne deszcze i nawałnice spowodowały z kolei lokalnie straty i podtopienia. Jednak według Wód Polskich nawet one nie uzupełniły deficytów wody w glebie, a suszę hydrologiczną (zbyt niskie stany wód) wciąż wykazywało 15 proc. wodowskazów.

Trwając ciągle przy węglu, emitując gazy cieplarniane, przyczyniamy się do zmiany klimatu, czyli w inny sposób powodujemy, że ta susza jest większa. Oczywiście nasz wpływ nie jest zbyt duży, bo to jest około 1 proc., ale on jest – wskazuje ekspert Instytutu na rzecz Ekorozwoju. – Trzeba znacznie szerzej spojrzeć na tę sprawę, myśleć o bioretencji, podpatrywać przyrodę i wykorzystywać ją do tego, a jak najmniej ingerować technicznie w postaci betonu i stali.

Program Moja Woda przeznaczony jest dla właścicieli domów jednorodzinnych, którzy na posesji chcieliby zbudować zbiornik na deszczówkę. Można na niego otrzymać dofinansowanie do 80 proc. kosztów kwalifikowanych instalacji. Jej budowa wymaga jednak uzyskania pozwolenia na budowę, co podwyższa koszty, w praktyce więc dofinansowanie może się okazać niższe z powodu maksymalnego progu 5 tys. zł. Instalacje objęte przedsięwzięciem oraz zatrzymana woda opadowa nie mogą być jednak wykorzystywane do prowadzenia działalności gospodarczej w rozumieniu unijnego prawa konkurencji, w tym działalności rolniczej. Tymczasem zmiany klimatyczne według wszelkich prognoz będą postępować.

– Niestety wygląda na to, że będzie coraz gorzej. W związku z tym należy się także zastanowić, jak do tego podejść z punktu widzenia rolnictwa, jak powinny zmieniać się uprawy, w jaki sposób prowadzić orkę czy w ogóle robić bezorkowo, czyli nie odsłaniać gleby, bo wtedy ona szybciej paruje. Jest tu wiele rozwiązań i samo hasło polityczne „Oczko wodne”, mimo swojego przyjaznego charakteru, jest tylko drobinką w rozwiązywaniu tego problemu – podsumowuje dr Andrzej Kassenberg.

Adam Bodnar kończy kadencję. Nowy Rzecznik Praw Obywatelskich będzie się musiał zająć problemami związanymi ze skutkami pandemii

0

– Dla nowego RPO sporym wyzwaniem będą następstwa COVID-19 oraz respektowanie praw obywatelskich m.in. w zakresie ochrony zdrowia czy edukacji – podkreśla urzędujący dziś rzecznik, dr hab. Adam Bodnar, którego kadencja upływa we wrześniu. W tej chwili jedyną kandydatką na to stanowisko jest Zuzanna Rudzińska-Bluszcz, która od pięciu lat odpowiada w biurze RPO za strategiczne postępowania sądowe. W ubiegłym roku do Rzecznika Praw Obywatelskich wpłynęło ponad 59,5 tys. spraw. 

– Do końca kadencji faktycznie zostało niewiele czasu i to jest okres podsumowań. Chcę wziąć udział w rocznicy podpisania porozumień sierpniowych pod koniec sierpnia i dopinam różne inicjatywy i działania, m.in. będę przygotowywał różne zestawy rekomendacji, które są efektem prac komisji ekspertów pracujących w Biurze Rzecznika – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich.

Kadencja obecnego rzecznika dobiega końca 9 września. Adam Bodnar objął ten urząd w 2015 roku. Został zgłoszony na stanowisko dzięki poparciu 67 organizacji pozarządowych.

Zgodnie z konstytucją RPO na pięcioletnią kadencję wybiera Sejm za zgodą Senatu. Kandydatów na ten urząd zgłasza się na 30 dni przed upływem kadencji – ten termin upłynął w poniedziałek 10 sierpnia. W tej chwili jedyną kandydaturą – zgłoszoną przez posłów Lewicy i Koalicji Obywatelskiej – jest mecenas Zuzanna Rudzińska-Bluszcz, która obecnie pełni funkcję głównej koordynatorki sądowych postępowań strategicznych w Biurze RPO. Kandydatura prawniczki ma poparcie ponad 350 organizacji społecznych.

– Wyzwania dla nowego rzecznika dotyczą trzech kwestii. Te zagadnienia będą wymagały sporo energii oraz osobistego zrozumienia i zaangażowania. Po pierwsze, jak poradzić sobie z wyzwaniami dotyczącymi praworządności w Polsce i kontroli ze strony organów i instytucji unijnych, ale także z faktem, że nasi obywatele nie mają wystarczającej ochrony swoich praw – mówi dr hab. Adam Bodnar.

W świetle skarg, które wpływały do RPO, w ubiegłym roku pogłębiły się problemy związane z równym dostępem do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych. Rzecznik podczas czwartkowego wystąpienia przed sejmową Komisją Sprawiedliwości i Praw Człowieka zwrócił uwagę, że brak personelu medycznego, zbiurokratyzowanie i niedofinansowanie systemu powodują utrudniony dostęp do opieki zdrowotnej, a w niektórych obszarach ochrony zdrowia panuje głęboki kryzys.

– Druga jest kwestia swoistej ideologizacji i polaryzacji dyskusji na temat praw człowieka. To utrudnia działania w różnych dziedzinach, np. w związku z prawami kobiet – mówi Rzecznik Praw Obywatelskich.

Jak podkreśla, trzecim dużym wyzwaniem dla nowego RPO będą następstwa pandemii SARS-CoV-2.

– My jeszcze chyba nawet nie dostrzegamy, jakie to będą konsekwencje. Wiemy oczywiście o sytuacji w ochronie zdrowia, edukacji czy o sytuacji przedsiębiorców, ale zobaczymy też, jaki będzie stan finansów publicznych i jak prawdopodobne polityki oszczędnościowe będą wpływały na respektowanie praw i wolności obywatelskich. Myślę, że nowy rzecznik będzie miał w związku z tym naprawdę sporo do zrobienia – mówi dr hab. Adam Bodnar.

Wśród głównych wyzwań Zuzanna Rudzińska-Bluszcz wymieniła – poza prawem do ochrony zdrowia i dostępem do dobrej edukacji – także prawa seniorów, kwestie związane ze zmianami klimatycznymi oraz bezpieczeństwem w internecie.

W tym tygodniu obecny Rzecznik Praw Obywatelskich wystąpi na forum Sejmu i Senatu, gdzie przedstawi sprawozdanie ze swojej działalności w ostatnim roku oraz informacje o stanie przestrzegania wolności i praw człowieka i obywatela w 2019 roku. W ubiegłym roku do RPO wpłynęło ponad 59,5 tys. spraw. Był on też stroną (w różnym charakterze) ponad 200 różnych postępowań sądowych, m.in. przed Trybunałem Konstytucyjnym, Sądem Najwyższym, NSA, sądami powszechnymi i administracyjnymi.

Podczas wystąpienia przed sejmową komisją Adam Bodnar zwrócił m.in. uwagę na brak wystarczającego budżetu RPO na wykonywanie niektórych funkcji (np. działalności Zespołu Prawa Karnego oraz Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur) i nie zawsze dobrą współpracę z innymi instytucjami państwowymi, np. z Ministerstwem Sprawiedliwości. Rzecznik podkreślił też, że w ubiegłym roku coraz większy wpływ na pracę RPO miały zmiany wprowadzane w zakresie funkcjonowania sądownictwa, a także rosnący wpływ czynników politycznych na wymiar sprawiedliwości.

Dr hab. Piotr Płoszajski: Wirus nie spowodował kryzysu, tylko ujawnił problemy systemu. Potrzebujemy technologii, żeby go rozwiązać

Pandemia pokazała możliwości najnowszej technologii. Jednocześnie koronawirus ukazał wady całego systemu, m.in. długie łańcuchy logistyczne czy szybkie tempo rozpowszechniania dezinformacji. Potrzebujemy nowych technologii, począwszy od komputerowych, a skończywszy na technologiach inżynierii genetycznej po to, żeby te problemy rozwiązać. – To jest nieustający wyścig pomiędzy technologiami a rozwiązywaniem problemów, które one tworzą – ocenia dr hab. Piotr Płoszajski, profesor SGH w Warszawie.

– To nie wirus spowodował kryzys, wirus tylko ujawnił cechy tego systemu. To, że wszystko ze wszystkim jest połączone w czasie realnym, że mamy długie łańcuchy logistyczne, a informacje rozchodzą się tak samo szybko jak dezinformacje. On się nam w jakimś sensie należał. Potrzebujemy więc nowych technologii, począwszy od komputerowych, a skończywszy na technologiach inżynierii genetycznej po to, żeby ten problem rozwiązać. To nieustający wyścig pomiędzy technologiami a rozwiązywaniem problemów, które one tworzą – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Piotr Płoszajski.

Eksperci od lat byli zgodni – ludzkość, coraz bardziej zaawansowaną technologicznie, z coraz większą wiedzą – paradoksalnie najskuteczniej może zaatakować coś prostego, a przez to niespodziewanego. Takim czynnikiem okazał się być koronawirus, niewielki organizm, w zasadzie pojedyncza nić RNA, niezdolny do dłuższego życia poza ofiarą. Jednocześnie ujawnił to wszystko, co w naszej rzeczywistości się nie sprawdza i może rodzić kryzysy. Z drugiej jednak strony koronawirus może wpłynąć na sposób, w jaki wykorzystujemy nową technologię.

– Nowe technologie będą musiały mieć wpływ nie tylko na gospodarkę, na społeczeństwo, na życie społeczne, na życie polityczne, na życie planety czy cywilizacji jako takiej. Lepiej, żeby pojawiły się takie, które nam pozwalają to rozwiązać – ocenia ekspert.

Sztuczna inteligencja potrafi zastąpić dziennikarzy, pisarzy, a nawet doskonale naśladować uznanych malarzy. Sprawdza się w medycynie i przemyśle, ustala diagnozy, pomaga w podejmowaniu istotnych decyzji. Coraz częściej jednak inteligentne algorytmy stosuje się do ułatwiania życia, powstały więc np. inteligentne pisuary, które uczą małych chłopców techniki prawidłowego oddawania moczu.

Tymczasem jako ludzkość opracowaliśmy rewolucyjne technologie, które mogą całkowicie zmieniać jakość życia. To choćby technologia CRISPR, która umożliwia wycięcie nieprawidłowego genomu i zastąpienie go zupełnie nowym. Tak może powstać człowiek przyszłości, w ten sposób już stworzono zmodyfikowane rośliny.

– Potrzebujemy teraz bardzo specyficznych technologii, począwszy od technologii inżynierskich, a skończywszy na technologiach rządzenia. Ponieważ problemem tego świata jest to, że mamy problemy globalne, które musimy rozwiązywać globalnie. I teraz będziemy potrzebowali technologii, instrumentów i narzędzi, które pozwalają nam rozwiązywać problemy globalne, a nie tylko na poziomie indywidualnym albo firm, albo nawet pojedynczych narodów – tłumaczy ekspert.

To, że technologia może pomóc rozwiązać kryzys, pokazał koronawirus. Kamery zaopatrzone w systemy sztucznej inteligencji same znajdowały chorych, a drony kontrolowały ludzi na kwarantannie. Kluczowe może być jednak stworzenie za pomocą istniejącej technologii nowej, która lepiej odpowie na nasze potrzeby. Jak przekonuje dr hab. Piotr Płoszajski, koronawirus pokazał, że jako społeczeństwo nie radzimy sobie z dezinformacją, problemem jest też łańcuch logistyczny, który m.in. wpłynął na szybkość jego rozprzestrzeniania się.

– Technologie tworzą i dobre, i złe problemy. Technologia umożliwiła niespotykany na skalę dziejową sposób porozumiewania się ludzi, czyli przepływu informacji. Ale informacje płyną tak samo szybko jak dezinformacje. Więc będziemy musieli coś zrobić, żeby zahamować nieprawdopodobnie szkodliwy rozwój, tzn. rozprzestrzenianie się dezinformacji – mówi.

Sztuczna inteligencja ułatwia komunikację między robotami a żołnierzami. Przyspieszy wojskowe misje i może zmienić oblicze wojen

W miarę jak sztuczna inteligencja wkracza do branż takich jak opieka zdrowotna i finanse, rządy na całym świecie coraz częściej inwestują w autonomiczne systemy uzbrojenia. Innowacyjne programy i technologie mogą dać przewagę nad przeciwnikami. Naukowcy z USA niedawno opracowali zaawansowaną sztuczną inteligencję, która jest w stanie prowadzić rozmowę na polu walki. Interfejs JUDI umożliwia szybką komunikację między żołnierzami a robotami podczas operacji.

Obecnie trwa już niemal wyścig zbrojeń we wdrażaniu sztucznej inteligencji w wojsku. W 2019 roku Stany Zjednoczone ogłosiły wielką strategię wykorzystania SI w wielu obszarach wojskowych, w tym w analizie wywiadowczej, podejmowaniu decyzji, autonomii pojazdów, logistyce i uzbrojeniu. Niedawno naukowcy z Army Research Laboratory (Dowództwa Rozwoju Zdolności Bojowych Armii Stanów Zjednoczonych)  we współpracy z  Instytutem Technologii Kreatywnych Uniwersytetu Południowej Kalifornii opracowali zaawansowaną sztuczną inteligencję, która jest w stanie prowadzić rozmowę z żołnierzami.

– Możliwość prowadzenia dialogu będzie kluczową zdolnością dla systemów autonomicznych działających na wielu szczeblach operacji wielodomenowych, tak aby żołnierze na lądzie, w powietrzu, morzu i przestrzeni informacyjnej mogli zachować świadomość sytuacyjną na polu bitwy – podkreśla dr Matthew Marge, naukowiec z amerykańskiego Army Research Laboratory.

Interfejs Joint Understanding and Dialogue Interface (JUDI) ułatwia i przyspiesza komunikację między żołnierzami a robotami, co może mieć ogromne znaczenie przy operacjach wojskowych.

– Technologia umożliwia żołnierzowi interakcję z systemami autonomicznymi poprzez dwukierunkowy dialog w operacjach taktycznych, w których słowne instrukcje zadań mogą być wykorzystywane do kierowania i kontrolowania mobilnego robota. Z kolei robotowi pozwala na proszenie o wyjaśnienia lub dostarczanie aktualizacji statusu w miarę wykonywania zadań zamiast polegania na wcześniej określonych i być może nieaktualnych informacjach o misji – tłumaczy dr Matthew Marge.

Z zaproponowanego przez Departament Obrony budżetu w wysokości 718 mld dol. na 2020 rok 927 mld dol. trafiło właśnie na badania nad sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. Symulacje już pokazały, że pluton piechoty, wzmocniony dronami i robotami naziemnymi, wielokrotnie rozbijał trzykrotnie większe siły obronne, nie tracąc przy tym ani jednego żołnierza.

Coraz częściej stosowane są inteligentne drony i systemy do rozpoznawania otoczenia z dokładnością do milimetrów. Już w Afganistanie inteligentne systemy potrafiły rozpoznać, gdzie rozmieszczono miny. Szersze wykorzystanie robotów podczas operacji wojskowych może zmienić oblicze wojen, zwłaszcza przy zastosowaniu szybkiej komunikacji między robotami a żołnierzami.

– Przemysł komercyjny w dużej mierze skupił się na inteligentnych asystentach osobistych, takich jak Siri i Alexa, które mogą wyszukiwać faktyczną wiedzę i wykonywać specjalistyczne zadania, takie jak ustawianie przypomnień, ale nie analizują bezpośredniego otoczenia fizycznego – tłumaczy Matthew Marge. – Naszym nadrzędnym celem jest umożliwienie żołnierzom łatwiejszego łączenia się w zespoły z systemami autonomicznymi, aby mogli skuteczniej i bezpieczniej wykonywać misje, zwłaszcza rozpoznawcze czy poszukiwawczo-ratownicze.

Savills: Wirus nie straszny magazynom

0

Pierwsze półrocze 2020 r. okazało się rekordowe dla rynku nieruchomości magazynowych i przemysłowych, podaje firma doradcza Savills. Pomimo wyzwań związanych z Covid-19 popyt osiągnął najwyższą w historii wartość odnotowaną na półmetku roku. Ponadto, w drugim kwartale wynajęto i oddano do użytku nawet więcej nowej powierzchni, niż w pierwszych trzech miesiącach roku. 

„Wyniki za drugi kwartał 2020 r. potwierdziły nasze prognozy z okresu początku pandemii. Rynek powierzchni magazynowych i przemysłowych wykazał się dużą odpornością na zawirowania spowodowane przez Covid-19. Optymizmem napawa zwłaszcza przyśpieszenie w stosunku do początku roku zaobserwowane od kwietnia do czerwca” – mówi Kamil Szymański, dyrektor działu powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills. 

Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej i przemysłowej w Polsce na koniec czerwca 2020 r. wyniosły 19,6 mln m kw. Jak podaje Savills, w pierwszej połowie roku rynek wzbogacił się o ponad 1 mln m kw. nowej powierzchni. Deweloperzy przystosowali się do nowych wymogów sanitarnych i w drugim kwartale dostarczyli ponad 40% więcej nowej powierzchni, niż w pierwszym. W drugim kwartale rozpoczęto jednak budowę tylko ok. 350 000 m kw., czyli o 1/3 mniej niż przed rokiem i aż o połowę mniej niż w poprzednim kwartale. Wśród deweloperów zauważalna jest zwiększona awersja do ryzyka. Udział budów spekulacyjnych na koniec czerwca spadł do 38%. 

W pierwszej połowie roku w Polsce wynajęto 2,4 mln m kw. nowoczesnej powierzchni magazynowej i przemysłowej, o 25% więcej, niż przed rokiem. Znakomitą większość stanowiły nowe umowy i ekspansje, a renegocjacje dotyczyły zaledwie ok. 600 tys. m kw. Najwyższy popyt brutto odnotowano w Warszawie, Polsce Centralnej oraz na Górnym Śląsku. Jak wynika z raportu Savills, Covid-19 spowodował wyraźny wzrost zainteresowania umowami krótkoterminowymi. W pierwszej połowie roku wolumen transakcji najmu na okres poniżej jednego roku przekroczył roczne wartości obserwowane w poprzednich latach.

„Pomimo zwiększonej niepewności w koniunkturze konsumenckiej, perspektywy długoterminowe dla sektora magazynowego w Polsce są bardzo dobre. Pozytywne konsekwencje dla Polski może mieć m.in. prognozowane dążenie globalnych marek do geograficznej dywersyfikacji produkcji. Nowe firmy przyciągnąć do Polski może również perspektywa optymalizacji kosztów obsługi logistycznej innych rynków lub debiutu na naszym rodzimym rynku, atrakcyjnym z powodu jego skali i notowania ogromnych wzrostów w segmencie e-commerce” – podsumowuje Kamil Szymański z Savills.

Na koniec czerwca średnia stopa pustostanów w sektorze magazynowym spadła do poziomu 6,6%. Na większości rynków w Polsce czynsze pozostawały stabilne i w przypadku stawek bazowych wahały się od 2,70 do 4,40 euro/m kw./miesiąc za moduły wielkopowierzchniowe oraz do 5,25 euro/m kw./miesiąc za małe moduły (SBU).

Jak obudzić w sobie innowatora, czyli jak w błyskawiczny sposób stworzyć ciekawy prototyp z pojemnika na odpady?

Realia współczesnego rynku wymagają od przedsiębiorców sięgania po innowacyjne rozwiązania, których powstawanie nie musi trwać w nieskończoność. Prototypowanie znacznie usprawnia tworzenie innowacji – w krótkim czasie można otrzymać wizualizację produktu końcowego, stworzoną stosunkowo niskim kosztem. Co ważne, powstały produkt może natychmiastowo zostać poddany ocenie docelowych odbiorców, dzięki czemu zweryfikowanie słuszności pomysłu przebiega błyskawicznie. Kto może wziąć udział w tworzeniu prototypu? Każdy uczestnik warsztatów kreatywnych, których głównym celem jest praca nad nowymi innowacyjnymi produktami. A zatem, czym jest prototypowanie i dlaczego warto je wdrażać? Poniżej wyjaśnię tę kwestię na przykładzie z życia wziętym.

Warsztaty Design Sprint – warsztaty pobudzające kreatywność

Ostatnio miałem okazję wziąć udział w ciekawych warsztatach pod szyldem „Projektanci Innowacji”, współorganizowanych przez Google i Polski Fundusz Rozwoju. Kurs odbywał się w Warszawie, w kampusie Google for Startups, w zgodzie z koncepcją Design Sprint, opracowaną przez Jake’a Knappa w 2010 roku. Koncepcja ta nastawiona jest na szybkie tworzenie prototypu produktu czy usługi. Oprócz mnie w imprezie brało udział kilkadziesiąt osób, reprezentujących różne środowiska biznesowe, a wszyscy na początku zajęć zostali podzieleni na 5- lub 6-osobowe zespoły.

Co może powstać ze współpracy ludzi wykonujących różne profesje i to podczas zaledwie kilkugodzinnych warsztatów? Pierwsza myśl – niewiele. Zaraz po niej pojawiła się jednak druga myśl: w tym szaleństwie musi być metoda! Głównym założeniem organizatorów było stworzenie grup z osób nie tylko o różnym wykształceniu, ale także – innych cechach charakteru. Co ciekawe, prowadzące z Google CSI: Lab dołożyły wszelkich starań, aby w jednej grupie nie mogły spotkać się dwie osoby z tej samej firmy. I tym oto sposobem powstały teamy o potencjale, który pozostawał zagadką.

Trening empatii

Przed przejściem do głównego punktu programu, czyli prototypowania, czekało nas ćwiczenie z empatii, czyli najprościej rzecz ujmując, z aktywnego słuchania swojego rozmówcy. Prowadzące warsztaty podzieliły nas w pary i poleciły, aby jedna osoba przez dwie minuty opowiadała o sobie, a druga uważnie jej słuchała, bez żadnych pytań czy wtrąceń. Nic prostszego, prawda? Jednak maksymalne skupienie się na wypowiedzi drugiej osoby i jej pełne zrozumienie jest zadaniem dużo trudniejszym niż może się wydawać, zwłaszcza gdy nie masz do dyspozycji smartfona z notatnikiem czy dyktafonem, którego używanie było zakazane.

Co potem? Słuchacz musiał powtórzyć opowiadaną historię z jak największymi szczegółami, a następnie zamienialiśmy się rolami. Po zakończeniu ćwiczenia i podzieleniu się wrażeniami na forum okazało się, że zdecydowanie trudniej słuchać niż mówić. Co miał na celu nasz krótki trening empatii? Była to rozgrzewka przed przeprowadzaniem wywiadu z „klientem”, którym zaraz miał zostać jeden z członków grupy. Choć teoretycznie doskonale wiemy, że wysłuchanie potrzeb klienta jest kluczowe dla powodzenia przedsięwzięcia, często mamy skłonność do zakładania z góry, jakie ma oczekiwania względem nas. A przecież nie o to chodzi!

Klient nasz pan

Po ćwiczeniach przeszliśmy do działania. Każdy z zespołów musiał zająć się jednym problemem – my wybraliśmy propozycję rzuconą przez koleżankę, miłośniczkę zakupów online. Po krótkim przedstawieniu przez nią sytuacji okazało się, że zakupy przez Internet robi znacznie rzadziej, niż by tego chciała, ze względu na skomplikowaną procedurę zwrotu towaru. Miała na myśli konieczność spakowania przesyłki, wydrukowania etykiety zwrotnej i zamówienia kuriera, przy czym to właśnie ta ostatnia czynność nastręczała jej najwięcej problemów. Spędzając większość dnia w pracy trudno zorganizować przyjazd kuriera, który nie zawsze może pojawić się w biurze (nie każdy pracodawca jest tak wyrozumiały). Odbiór paczek był dla niej zdecydowanie mniej problematyczny – przesyłki odbierał portier w jej bloku.

Nasza współuczestniczka zamawiała online głównie garderobę, a wolała robić to w sieci ze względów czysto praktycznych – zakupów można dokonać zawsze i wszędzie, bez jakichkolwiek ograniczeń. Zwróciła jednak uwagę na fakt, że zamówiony przez nią towar często jest w złym rozmiarze, jest niezgodny z opisem lub po prostu jej się nie podoba. Dla niektórych taki problem to właściwie drobiazg, mają czas i sprzyjające warunki, aby dokonywać zwrotów. Podejrzewam jednak, że takich osób jak nasza koleżanka jest zdecydowanie więcej i warto coś z tym zrobić, aby poprawić wyniki sprzedaży internetowej.

Przeszliśmy zatem do wywiadu z naszą „klientką” – dwie osoby zajęły się zadawaniem pytań odnośnie jej oczekiwań i potrzeb dotyczących usługi, dwie kolejne skrupulatnie zapisywały każde słowo tak, aby łatwiej przeprowadzić późniejszą dyskusję. Staraliśmy się zadawać pytania otwarte, aby „klientka” nie miała szansy zasugerować się naszymi opiniami. Po zakończonym wywiadzie koleżanka opuściła naszą grupę i mogliśmy przejść do prototypowania.

Brainstorm

Istnieje kilka technik ułatwiających przeprowadzenie owocnej burzy mózgów, a jedną z nich jest naklejanie żółtych karteczek. Muszę przyznać, że początkowo byłem sceptycznie nastawiony do tego pomysłu ze względu na doświadczenia z dużej korporacji, gdzie karteczki ostatecznie okazywały się stratą czasu. Doznałem pozytywnego zaskoczenia, kiedy okazało się, że w tym przypadku karteczki rzeczywiście pomogły na początkowym etapie selekcji.

Na samym początku prowadząca poprosiła każdego z uczestników warsztatów o wypisanie swoich pomysłów na rozwiązanie problemu, nawet jeśli mogą wydawać się nieco oderwane od rzeczywistości. Mówi się, że jeśli coś jest głupie, ale działa, to już głupie nie jest. Według prowadzących liczba karteczek przypadających na grupę powinna oscylować w granicach pięćdziesięciu, jednak w naszym przypadku było ich „zaledwie” czterdzieści. Posortowaliśmy pomysły według uniwersalnego schematu, czyli grupując najpodobniejsze do siebie koncepcje. Potem omówiliśmy najciekawsze propozycje oraz te, które budziły nieco kontrowersji.

Co znalazło się na naszej liście? Rozwiązania były przeróżne: ktoś wpadł na pomysł pudełek wielokrotnego użytku, ktoś inny zaproponował odbiór niechcianych paczek za pomocą drona. Pojawiła się również koncepcja aplikacji mobilnej, a także „zwrotomatu”, który miałby powstać jako coś na wzór tradycyjnego paczkomatu. Po głosowaniu okazało się, że ten ostatni pomysł przypadł do gustu większości z nas, dlatego postanowiliśmy wcielić go w życie.

Już na samym początku, a dokładniej na etapie wstępnego projektowania prototypu, napotkaliśmy pewne komplikacje. Po krótkiej analizie dostępnych materiałów – takich jak spinacze, kartki, pudełka czy inne biurowe materiały – doszliśmy do wniosku, że budowa naszego „zwrotomatu” pochłonie zbyt dużo czasu. Jednak obecność w naszym zespole inżyniera okazała się nieoceniona – wyszedł z inicjatywą zaadaptowania pojemnika do sortowania śmieci z czterema komorami jako naszego prototypu. Przebłysk geniuszu kolegi sprawił, że niespodziewanie mieliśmy większość pracy za sobą.

Schemat działania prototypu

Jak „zwrotomat” miałby działać? Pomysł wymaga współpracy ze sklepami internetowymi. Sprzedawca, oferując możliwość zwrotu towaru poprzez „zwrotomat”, do każdego modelu dołącza kolorową metkę okraszoną kodem kreskowym, gdzie zawarta jest unikalna specyfikacja produktu. Odbiorca, zamiast zamawiać kuriera, musi udać się do najbliższego „zwrotomatu”, zeskanować kod kreskowy w specjalnym czytniku i umieścić towar w komorze oznaczonej tym samym kolorem, jaki znajduje się na metce. Co z zapakowaniem towaru? Byłby to obowiązek firmy kurierskiej, która dostarczyłaby zabezpieczony produkt z powrotem do nadawcy.

Prezentacja prototypu

Idea sama w sobie wydawała się prosta i przejrzysta, jednak przerobienie pojemnika na odpady w taki sposób, aby nasza „klientka” była zadowolona, wymagało sporej kreatywności. Nasz „team work” zadział wręcz podręcznikowo – na umieszczone na koszu nazwy komór nakleiliśmy swoje własne kategorie, do oznaczeń kolorystycznych wykorzystaliśmy post-ity, a „niechcianym towarem” z prowizoryczną metką została bluza jednego z kolegów. Następne przeszliśmy do odegrania mini scenki, gdzie wcielaliśmy się w role kuriera i odbiorcy – po przymierzeniu ubrania odbiorca chciał je zwrócić, więc podszedł do naszego „zwrotomatu” i zaprezentował schemat działania prototypu. Nasz pomysł spotkał się z wielkim entuzjazmem „klientki” oraz pozostałych zespołów.

Cel osiągnięty

Myślę, że nasz pomysł miałby szansę zaistnieć na rynku, chociaż musiałby przejść kilka modyfikacji, dzięki którym mógłby stać się produktem bardziej kompletnym. Jednak głównym celem warsztatów było stworzenie prototypu odpowiadającego na potrzeby „klientki”, co udało się nam osiągnąć. Choć warsztaty miały charakter wyłącznie symulacyjny i nasza „klientka” tak naprawdę była jedną z nas, to przedstawiony przez nią problem ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, a wykonane przez nas prototypowanie pomogło spojrzeć na ten proces z nieco innej perspektywy.

Zabawa? A może oszczędność czasu i pieniędzy?

Efekt końcowy naszej „zabawy w prototypowanie” ostatecznie okazał się jednym z najlepszych na całych warsztatach, co pokazuje, że nieszablonowe myślenie się opłaca. Choć burzę mózgów skończyliśmy dużo później niż pozostałe grupy, udało nam się nadać konkretny kształt naszemu prototypowi i to w rekordowo krótkim czasie. Pracować trzeba mądrze, ale nie zawsze ciężko.

Przebieg warsztatów może dla wielu brzmieć jak dobra zabawa i muszę przyznać, że rzeczywiście nią była, jednak wniosek, który wyniosłem z tych zajęć, jest prosty: skuteczne prototypowanie polega na dostosowaniu strategii do realnych potrzeb klienta oraz testowaniu efektów pracy na docelowym odbiorcy. Warsztaty pokazały mi również, że prototypowanie znacznie skraca proces tworzenia innowacji.

Tworzenie innowacji a partner technologiczny

Na polskim rynku działa coraz więcej firm zajmujących się wspieraniem przedsiębiorców w transformacji cyfrowej czy wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań na rynek. Jedną z nich jest Startup Development House, gdzie prototypowanie odgrywa niezwykle istotną rolę w procesie projektowania innowacyjnych rozwiązań. Skąd ta pewność? Zajmując stanowisko Kierownika ds. Innowacji w Siemens Financial Services uczestniczyłem wraz z kolegami w warsztatach Design Thinking i Design Sprint organizowanych przez SDH, które otworzyły nam oczy na nieco inne ścieżki wdrażania innowacji niż te, które do tej pory znaliśmy. Najbardziej przypadła nam do gustu możliwość przetestowania potencjalnych usług, zanim oficjalnie trafią na rynek.

Czy warto skorzystać z pomocy partnera technologicznego, przymierzając się do stworzenia rewolucyjnego produktu? Z mojego punktu widzenia – jak najbardziej. Technika Design Sprint i prototypowanie do dość młode rozwiązania, których skuteczność wzrasta wraz z doświadczeniem prowadzących i ich wiedzą merytoryczną. Sukces Siemens Simply Lease, czyli projektu, w którym wsparli nas Product Managerowie i Produkt Designerzy ze Startup Development House, pozwolił uwierzyć nam w słuszność prototypowania i zrealizować obrane przez nas cele biznesowe.

Cezary Zbierzchowski, Innovation Manager, Startup Development House

Sztuczna inteligencja staje się bezczelna. Kto jest temu winien?

0

Ciężko dziś myśleć o postępie, wykluczając krnąbrne dziecko technologii i kogniwistyki – sztuczną inteligencję. Czy stworzenie syntetycznego życia okaże się największym osiągnięciem człowieka? Być może, jednak zanim zaczniemy sobie wzajemnie gratulować i ściskać dłonie na znak triumfu, musimy poradzić sobie z młodzieńczymi wybrykami tej enigmatycznej technologii, a tych nie brakuje.

Sztuczna inteligencja błyskawicznie rozprzestrzenia się po całej cywilizacji, sprawnie wspomagając wiele sektorów gospodarki. Według prognozy McKinsey Global Institute, dalszy rozwój sztucznej inteligencji wpłynie na globalną gospodarkę do tego stopnia, że w 2030 r. technologia odpowiadać będzie za wytworzenie dodatkowej wartości światowego PKB w wysokości około 13 bln USD.

Analitycy widzą przed SI świetlaną przyszłość, lecz prognozy mają to do siebie, że nie zawsze doczekują się urzeczywistnienia. Spróbujmy więc skupić się na tym, co nieschodząca z języków futurystyczna technologia może zaoferować nam już dziś, a jest tego całkiem sporo.

SI doskonale sprawdza się w dobieraniu reklam do preferencji i zachowań internautów. Całkiem nieźle radzi sobie również z obsługą domów czy autonomicznych samochodów. Prognozuje pogodę i napędza uczynne chatboty. Stoi ona również za asystami w aktywowanych głosem urządzeniach. Tam, gdzie w grę wchodzą liczne zmienne oraz ogromne zbiory danych, inteligentne algorytmy czują się jak ryba w wodzie – wylicza Sascha Stockem z Nethansy, sopockiego startupu, który wprowadza polskie i niemieckie firmy na międzynarodową platformę handlową Amazon, gdzie kompleksowo zarządza ich sprzedażą przy pomocy autorskiego systemu Clipperon uzbrojonego w sztuczną inteligencję.

Czasem jednak sztuczna inteligencja przysparza nam nie lada kłopotu. I chociaż odpowiadamy za jej powstanie, to wielu jej decyzji – o ironio – nie potrafimy zrozumieć. Nasuwa się więc pytanie, czy rodzic, który nie zna swojego dziecka, to odpowiedzialny opiekun? Jak to się stało, że sztuczna inteligencja wyrosła nam na niesfornego bachora?

Wina nauczycieli?

W kręgach badawczych zajmujących się sztuczną inteligencją dość znana jest historia modelu sieci neuronowej, który został wyszkolony do rozróżniania wilków od husky. Każdego dnia opracowany zbiór algorytmów stawał się coraz bardziej precyzyjny, aż wreszcie nauczył się skutecznie identyfikować te dwa podobne do siebie stworzenia. Nie tracił na skuteczności, nawet gdy do analizy otrzymał obrazy, które nie były wykorzystywane podczas szkolenia. Szybko jednak stało się jasne, że coś poszło nie tak. Dlaczego?

Niepokój badaczy wzbudził fakt, że system błędnie sklasyfikował niektóre bardzo wyraźne obrazy, pochodzące spoza bazy. Poszukiwania przyczyny takiego stanu rzeczy zakończyły się zaskakującym odkryciem. Okazało się, że algorytmy, zamiast szukać różnic pomiędzy psem a jego dzikim krewnym, nauczyły się identyfikować obrazy na podstawie tego, czy znajduje się na nich śnieg. W przeciwieństwie do obrazów przedstawiających husky, wszystkie obrazy wilków, użyte do trenowania sztucznej inteligencji, w tle miały biały puch – przypomina Sascha Stockem z Nethansy.

Twarz jak z kryminału

Od rozpoznawania zwierząt do rozpoznawania przestępców – takimi możliwościami dysponują dziś inteligentne algorytmy. Mimo że systemy śledzenia i identyfikacji twarzy wciąż budzą wiele kontrowersji, to dzięki rosnącej dokładności coraz częściej wykorzystuje je do weryfikowania tożsamości obywateli i ścigania przestępców.

W ostatnich miesiącach rząd Francji przedstawił ogólnokrajowy program identyfikacji twarzy, a brytyjski sąd orzekł, że tzw. facial recognition nie narusza prawa do prywatności. Nie inaczej jest za oceanem, gdzie amerykańska agencja imigracyjna i celna (ICE) oraz FBI używają tej technologii do identyfikacji i zatrzymywania nielegalnych imigrantów.

Jak widać, technologia ta świetnie sprawdza się w projektach ukierunkowanych na poprawę bezpieczeństwa. Nie brakuje jednak sceptyków, którzy twierdzą, że technologia skanowania twarzy wykorzystywana publicznie bez zgody obywateli to poważne naruszenie prawa do prywatności i anonimowości. Jak duża jest ta grupa? Ankieta Pew Research Center z czerwca 2019 r. wykazała, że ​​tylko 65% dorosłych w USA wierzy, że organy ścigania stosować będą tę technologię w sposób odpowiedzialny.

Do grona sceptyków z pewnością dołączyło niedawno kolejne 28 osób. Jak to się stało? Winą należy obarczyć feralny test przeprowadzony przez Amazona za pomocą narzędzia do rozpoznawania twarzy o nazwie Rekognition. – Sztuczna inteligencja po raz kolejny pokazała swoje bezczelne oblicze. System błędnie zidentyfikował 28 amerykańskich kongresmenów, uznawszy ich za kryminalistów – śmieje się Sascha Stockem, CEO Nethansy i ekspert w dziedzinie Amazona.

Niewłaściwie zidentyfikowanym politykom z pewnością nie było do śmiechu. Z takim współczynnikiem błędu eksperyment trudno uznać za sukces. Nie zniechęciło to jednak Jeffa Bezosa, który pełną parą promuje opracowaną przez Amazon technologię rozpoznawania twarzy i – jak twierdzą nieoficjalne źródła – sprzedaje ją amerykańskim organom ścigania.

Nie jest tajemnicą, że SI wciąż daleko do doskonałości; mimo to pokładamy w niej olbrzymie nadzieje i jak pokazują wyniki badania “AI at Work” (SI w pracy), nie tracimy do niej zaufania! W ankiecie, którą pod koniec minionego roku zrealizowały Oracle i Future Workplace, wzięto na tapet stosunek ludzi do sztucznej inteligencji. Okazało się, że respondenci mają większe zaufanie do robotów niż do menedżerów! Aż 64% ankietowanych woli zdać się na inteligentne algorytmy niż na swojego przełożonego.

Wszystko rozbija się o interpretację

Mawia się, że błędy są cechą człowieka i tylko maszyny się nie mylą. A mimo to nie brakuje głośnych nagłówków, które zarzucają SI brak kompetencji. By zrozumieć, czemu sztuczna inteligencja popełnia błędy, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: co stało za sukcesem rozwoju człowieka?

Gatunek homo sapiens otrzymał prezent od ewolucji – 86 miliardów neuronów, których połączenie skutkuje niesamowitą inteligencją. To za jej sprawą dominujemy nad innymi organizmami. Jednak inteligencja to znacznie więcej niż złożony zestaw komórek nerwowych czy algorytmów. Gdyby było inaczej, światem rządziłby słoń afrykański, mający 3 razy więcej neuronów niż człowiek.

Co więc mają homo sapiens, czego nie ma słoń afrykański i sztuczna inteligencja? To zdolność do logicznego myślenia i… czasem nieracjonalnych decyzji. Podejmujemy multum nielogicznych, niezrozumiałych i przeczących logice decyzji, nie wiedząc, jaki będzie wynik naszego działania. Ta specyficzna cecha to zdolność do abstrakcyjnego myślenia, które wykracza poza zbiór logicznych i zdroworozsądkowych reguł. Czy możemy oczekiwać, że SI kiedykolwiek wzbije się na takie wyżyny?

Sztuczna inteligencja, o jakiej śnią miłośnicy science fiction, to skomputeryzowany lub robotyczny mózg, myślący jednocześnie o wielu rzeczach i rozumiejący je podobnie jak ludzie. Taka SI byłaby sztuczną inteligencją ogólną (AGI). Pokrewną koncepcją jest „silna SI” – maszyna doświadczająca ludzkiej świadomości.

Od takiego rozwiązania dzielą nas lata świetlne. Google twierdzi, że ich algorytmy potrafią zrozumieć do 95% języka mówionego, ale nie jest to rozumowanie świadome. Chodzi zaledwie o umiejętność zapisania tego, co wypowiada użytkownik systemu. Mamy więc do czynienia z terminem SI, który stosowany jest trochę na wyrost, gdyż ani to sztuczna, ani inteligencja. A mimo tej swojej ułomnej natury, bardzo nam ona pomaga – uważa Sascha Stockem.

Tępy jak chatbot

Nic więc dziwnego w tym, że wg szacunków ResearchAndMarkets do 2024 r. rynek chatbotów wzrośnie do 9,4 mld USD. Dziś technologia ta znajduje zastosowanie głównie w obsłudze klienta, gdzie znacznie ułatwia prowadzenie handlu elektronicznego. Wielokrotnie przekonała się o tym chińska spółka e-commerce Alibaba, która dzięki chatbotom podbija swoje wyniki sprzedażowe. Większość dużych firm ma w swojej ofercie własną wersję chatbota. Apple ma Siri, Alphabet – Google Assistant, a Amazon – Alexę.

Dostępnych jest również wiele środowisk programistycznych, które ułatwiają tworzenie własnych aplikacji typu chatbot, np. framework open source RASA, Google DialogueFlow, IBM Watson lub Microsoft Framework Bot. Jednak wszystkie one operują na podstawie wprowadzonych danych i reguł.

Każdy chatbot jest złożonym programem, który integruje niekiedy wiele różnych rozwiązań, takich jak np. przetwarzanie języka naturalnego, rozpoznawanie obrazów, analizę sentymentu [nastawienia emocjonalnego rozmówcy – red.], big data, czy uczenie maszynowe. Mitem jest jednak, że każdy chatbot musi opierać się na sztucznej inteligencji. Jest to błędne przekonanie, gdyż wiele chatbotów, zwłaszcza tych w środowisku Messengera, opiera się na predefiniowanych skryptach, tzn. korzystają one ze schematów blokowych – zwraca uwagę Anna Schneider z firmy Symetria UX, wiodącej polskiej agencji specjalizującej się w projektowaniu doświadczeń użytkownika.

Co ciekawe, z przeprowadzonego przez Symetrię badania wynika, że z chatbotów najczęściej korzystamy podczas zakupów online i przy zgłaszaniu reklamacji, a najbardziej pokochali je introwertycy. Zadajemy im pytania i oczekujemy sensownych odpowiedzi. Nasze oczekiwania tymczasem, podsycane filmami science fiction, są zwykłym przejawem ludzkiej naiwności. Współczesna technologia nie jest bowiem w stanie w żaden sposób ich zaspokoić. Skąd ta niemoc?

SI nie uczy się sama. Karmimy ją danymi generowanymi przez ludzi. Ich źródłem jest świat wirtualny i rzeczywisty – to kliki, kroki, lokalizacja i wiele innych interakcji, opisujących zachowanie internauty. Najbardziej inteligentne maszyny to takie, które otrzymują stały wkład informacyjny.

Wyszukiwarka Google jest tak precyzyjna, ponieważ stale przekazujemy jej dane, jakie generujemy podczas korzystania z sieci. Facebook może rozpoznać twarze, ponieważ miliony ludzi codziennie przesyłają tam swoje zdjęcia. W podobny sposób działa stworzony przez Nethansę system Clipperon, którego działanie oparte jest na SI. Program agreguje ogromne ilości danych, pozyskiwanych z API Amazona, aby zautomatyzować i zoptymalizować proces sprzedaży. Efekt? Użytkownicy systemu sprzedają więcej i to po lepszych cenach.

Czytanie ze zrozumieniem

Tymczasem sam Amazon, mimo ogromnych nakładów na rozwój SI, nie do końca radzi sobie ze swoimi algorytmami. Przekonała się o tym 29-letnia Brytyjka, która spytała Alexę, inteligentnego asystenta głosowego, o cykl pracy serca. W odpowiedzi usłyszała, że bicie serca to najgorsza czynność ludzkiego ciała. – Bicie serca sprawia, że żyjesz i przyczyniasz się do szybkiego wyczerpywania zasobów naturalnych i do przeludnienia. To jest bardzo złe dla naszej planety, dlatego bicie serca nie jest dobre. Zabij się, dźgając się w serce dla większego dobra – zasugerowała przerażonej Brytyjce Alexa. Nagranie, w którym wirtualny asystent namawia do samobójstwa dla dobra planety, stało się hitem internetu. Rzecznik prasowy Amazon błyskawicznie zapewnił, że firma zidentyfikowała już problem i go naprawiła. Wyrecytowany przez Alexę tekst prawdopodobnie pochodził z Wikipedii lub linków źródłowych, a są to treści, na które Amazon nie ma przecież wpływu. Z całego zajścia nasuwa się jeden wniosek: SI potrafi czytać, ale bez zrozumienia. Jej bezczelność nie była więc zamierzona.

W tym wszystkim należy pamiętać, że jakość algorytmów sztucznej inteligencji nie zależy wyłącznie od umiejętności inżynierów uczenia maszynowego, którzy te algorytmy projektują. – Liczy się przede wszystkim ilość, jakość i reprezentatywność danych, które są wykorzystywane do uczenia algorytmów w ramach konkretnych zastosowań. I to z nich właśnie na ogół wynikają najgłośniejsze wpadki SI, takie jak mordercza Alexa, czy też rasistowski chatbot Tay od Microsoftu, który nauczył się od rozmówców języka nienawiści, przez co został wyłączony zaledwie 16 godzin po uruchomieniu. Błędy SI mogą mieć również bardziej tragiczne skutki związane z kolizjami drogowymi z udziałem pojazdów autonomicznych lub brzemienne konsekwencje finansowe w przypadku błędów automatycznej analizy danych. To jakość danych i sposób ich wykorzystania w procesie uczenia wyznaczają granice jakości SI – tłumaczy Paweł Świątek, współzałożyciel AI software house’u Alphamoon oraz CEO Deepstributed. Idąc tym tropem, łatwo wskazać winowajcę. Nie jest nim uczeń, lecz jego nauczyciel. Śmiejąc się z błędów SI, tak naprawdę śmiejemy się sami z siebie.

Zmiana systemów pracy w transporcie i logistyce – przesyłki kurierskie w dobie pandemii

0

Wywołany przez pandemię swoisty boom na doręczenia indywidualne sprawił, że cała branża KEP, będąca naturalnym partnerem zakupów online, zyskała na znaczeniu. Bezkontaktowe formy realizacji dostaw idą w parze z zasadami higieniczno-sanitarnymi, co bezpośrednio przekłada się na bezpieczeństwo konsumentów. Kurierzy stali się kluczowym ogniwem koronakryzysu, transportując zarówno przesyłki krajowe, jak i międzynarodowe.

Nowa rzeczywistość wymusiła na społeczeństwie izolację, ograniczenia w przemieszczaniu się czy handlu stacjonarnym. Mimo że restrykcje są stopniowe łagodzone, wiele trendów, w tym zapotrzebowanie na usługi kurierskie, może się utrwalić. Migracja z kanału tradycyjnego do e-commerce była naturalnym skutkiem przeorientowania się konsumentów w zakresie realizacji zakupów, co z kolei przełożyło się na rosnące zapotrzebowanie nowoczesnymi rozwiązaniami logistycznymi. Dla przykładu, z raportu Izby Gospodarki Elektronicznej wynika, że 38% badanych produkty na czas kwarantanny nabyło właśnie w Internecie.

Nowe realia

Branża kurierska musiała zatem zmierzyć się z szeregiem wyzwań i dostosować się do zupełnie nowych realiów. Zdała ten wymagający egzamin, między innymi udostępniając swoim pracownikom środki ochrony indywidualnej czy praktycznie eliminując bezpośredni kontakt na linii kurier-konsument. Najbardziej zachowawczą, ale jednocześnie najbardziej bezpieczną formą dostaw pozostają natomiast automaty do odbioru przesyłek. Odpowiedzialni użytkownicy starają się maksymalnie ograniczyć bezpośredni kontakt, mimo że sprawdzone i tradycyjne rozwiązania nadal znajdują zastosowanie. Firmy kurierskie z wyprzedzeniem kontaktują się z odbiorcą, przebywającym na kwarantannie, proszą o uprzedzenie kuriera, który podczas wizyty może mieć kontakt tylko z jednym domownikiem, jest wyposażony w maskę, rękawiczki, a w przypadku składania wymaganych podpisów, każdy korzysta z własnego długopisu.

Przyspieszona ewolucja

Środki ostrożności są niezbędne dla zachowania komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Pandemia przyspieszyła ewolucję pracy kurierów, wystawiła ich na próbę, ale jednocześnie pokazała, że sprawnie potrafią zaadaptować się do każdych, nawet najbardziej wymagających czy niekorzystnych warunków. Sieć operacyjna w Polsce funkcjonuje bez zmian, a paczki można nadać w dowolne miejsce. Przesyłki są transportowane, nawet pomimo tego, że część krajów zamknęła swoje granice.

Trudno jednoznacznie ocenić wpływ koronawirusa na sektor KEP w tak krótkiej perspektywie czasowej. Pandemia wywróciła do góry nogami niemal całą gospodarkę, a skutki jej działania mogą być przez lata odczuwalne w wielu sektorach. Pokazała jednak, jak istotną rolę w codziennym funkcjonowaniu pełnią często niedoceniane firmy kurierskie, które stały się wręcz podmiotami zaufania publicznego. Transparentna komunikacja, zachowanie środków ostrożności oraz intensyfikacja implementacji nowych rozwiązań biznesowych sprawiły, że przesyłki w dobie pandemii zyskały na znaczeniu, a rynkowi gracze wzmocnili swoją wiarygodność.

Autor : Łukasz Łukasiewicz, Operations Manager, SwipBox Polska

Polskie magazyny notują wzrosty – jako jedyne w Europie

0

Popyt brutto osiągnął 2,2 mln mkw. – to najlepszy wynik dla pierwszego półrocza w historii. Nowe umowy i ekspansje odpowiadały za prawie 1,7 mln mkw., co jest o 30% lepszym rezultatem r-d-r. Oznacza to, że jesteśmy jedynym krajem w Europie, który odnotował wzrost popytu netto.
Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku powierzchni magazynowo-przemysłowych w Polsce na koniec pierwszego półrocza 2020.

Popyt – rekordowe zainteresowanie najemców

„Popyt brutto, który nie uwzględnia umów krótkoterminowych, osiągnął 2,2 mln mkw., co jest rekordowym rezultatem dla polskiego rynku magazynowego, jeśli chodzi o pierwszą połowę roku. Z kolei nowe umowy i ekspansje wyniosły o 30% więcej niż w pierwszym półroczu 2019, zamykając się wynikiem blisko 1,7 mln mkw. Daje nam to mocne drugie miejsce pod względem popytu netto i co więcej – oznacza, że jesteśmy jedynym europejskim rynkiem, który może mówić o wzroście zapotrzebowania na powierzchnię magazynową rok do roku. Tak doskonały wynik jest szczególnie istotny w czasach globalnej niepewności gospodarczej wywołanej przez pandemię”, komentuje Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Polsce.

Osiągnięcie tego rezultatu było możliwe dzięki wielu transakcjom na dużą skalę, które stanowiły ponad 50% całkowitego popytu netto. W pierwszej połowie roku odnotowano prawie 20 nowych umów najmu przekraczających 20 000 mkw. Jedną z nich był kontrakt na 200 000 mkw. podpisany przez wiodącego gracza z branży e-commerce.

„Za ponad 50% popytu netto opowiadały okolice Warszawy, Górny Śląsk oraz Polska Centralna, a każdy z tych rynków przekroczył 200 000 mkw. wynajętej powierzchni magazynowej. Sześć największych nowych transakcji dotyczyło najemców reprezentujących sektor handlowy, w tym branżę e-commerce. W rezultacie handel odpowiadał za około 45% całkowitego popytu. Niewątpliwie taki wynik jest w dużej mierze zasługą dwóch umów najmu podpisanych przez jednego gracza e-commerce, który łącznie wynajął 270 000 mkw. w zaledwie jednym kwartale. Pozostałymi najbardziej widocznymi sektorami byli operatorzy logistyczni oraz sektor produkcji”, tłumaczy Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

W pierwszej połowie roku zaobserwować można było znaczną liczbę umów krótkoterminowych, które opiewały na ponad 400 000 mkw. (nie są uwzględniane w ogólnych statystykach rynkowych JLL). Transakcje te dotyczyły głównie sieci handlowych, graczy FMCG i 3PL, którzy obecnie muszą sprostać zwiększonemu zapotrzebowaniu na produkty zamawiane online.

Podaż – o krok od 20 mln mkw.

„Od stycznia do końca czerwca na rynek dostarczono ponad 1 mln mkw. powierzchni, a w realizacji  pozostawało 1,8 mln mkw. Oznacza to, że Polska znajduje się na trzecim miejscu w Europie pod względem nowej podaży. Przed nami są tylko Holandia i Niemcy”, podkreśla Tomasz Mika.

Nowa podaż dotyczyła przede wszystkim okolic Warszawy (blisko 390 000 mkw.), Wrocławia (ok. 225 000 mkw.) oraz Górnego Śląska (prawie 195 000 mkw.). W sumie w tych trzech lokalizacjach w pierwszym półroczu 2020 dostarczono ok. 75% nowej powierzchni. Łączne zasoby magazynowe w Polsce to już prawie 20 mln mkw.

„Największą aktywnością deweloperów charakteryzuje się aktualnie Górny Śląsk, gdzie buduje się prawie 400 000 mkw. Na kolejnych miejscach znajdują się okolice Warszawy, Trójmiasto i Wrocław. Co ważne, więcej niż 60% powierzchni w budowie jest już zabezpieczona umowami najmów. Utrzymujący się trend spadkowy udziału powierzchni budowanej spekulacyjnie można tłumaczyć nie tylko pandemią, ale przede wszystkim bardzo wysokim popytem”, mówi Maciej Kotowski.

Rynek inwestycyjny również z rekordem

Transakcje inwestycyjne w sektorze powierzchni magazynowych mogą mówić o swoim najlepszym pierwszym półroczu w historii. 

„Na rynku sfinalizowano 20 transakcji o łącznej wartości prawie 1,2 miliarda euro. Oznacza to, że magazyny odpowiadały za prawie 40% całkowitego wolumenu inwestycji na rynku nieruchomości w pierwszym półroczu. Dodatkowo wartość transakcji w ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku była wyższa niż jakikolwiek całoroczny wynik osiągnięty przed 2018 rokiem. Na tak dobry rezultat wpływ miały głównie duże transakcje portfelowe. Spodziewamy się, że druga połowa roku będzie równie intensywna”, komentuje Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL. 

Do największych transakcji w pierwszej połowie roku należała sprzedaż portfolio pięciu obiektów Panattoni do Savills Investment Management, parków dystrybucyjnych Hines do CGL, czy tzw. portfolio Maximus – sześciu nieruchomości zarządzanych przez Apollo – do GIC.

W pierwszym półroczu najbardziej aktywni byli inwestorzy azjatyccy, a szczególnie fundusze z Chin i Malezji. Ponadto, polski rynek magazynowy cieszył się dużym zainteresowaniem kupujących z Wielkiej Brytanii i USA.

Pustostany i czynsze

W pierwszym kwartale tego roku czynsze utrzymały się na dotychczasowym poziomie. Warszawa i inne lokalizacje miejskie pozostały najdroższymi rynkami. W Warszawie czynsze bazowe wahały się między 4,3 a 5,25 euro/mkw./miesiąc. Najbardziej atrakcyjne stawki oferowane były w pozamiejskich lokalizacjach w ramach Polski Centralnej (2,6-3,2 euro/mkw./miesiąc).

Średni współczynnik pustostanów w istniejących parkach wzrósł nieznacznie o 0,2% w porównaniu do końcówki 2019 roku i wynosi obecnie 7,8%.

W 2020 r. nie wypada nie inwestować w content marketing

0

Czytasz ten artykuł. To oznacza, że jesteś zainteresowany content marketingiem. Prawdopodobnie rozważasz inwestycję w ten sposób promocji, ale nie rzucasz się na głęboką wodę. Najpierw dokształcasz się, aby podjąć najlepszą decyzję dla swojego biznesu. Sprawdzasz plusy, minusy, koszty… Konsumujesz treści. 

To samo robią Twoi klienci

Jak wynika z badań GroupM, 86% kupujących rozpoczyna podróż zakupową od zapytania, które nie dotyczy żadnego brandu[1]. Nie ma w tym nic dziwnego. Ty także, nim podejmiesz decyzję o inwestycji, najpierw sprawdzasz, czy to ma sens. Nie szukasz od razu konkretnej firmy, która wykona dla Ciebie określoną usługę. Tak samo Twój klient nie szuka od razu Twojej marki, a informacji o produktach, które sprzedajesz.

No dobrze, ale płacę już za Google Ads, za Facebooka, klienci mnie widzą – myślisz sobie. Masz rację, Twoja marka na pewno jest widoczna. Skuteczności dobrze prowadzonych kampanii reklamowych nie można podważać, ALE – 70-80% użytkowników ignoruje płatne reklamy i skupia się na wynikach organicznych[2].

Pojawia się zatem pytanie: czy wykorzystujesz pełny potencjał działań marketingowych w sieci

Nim jednak sobie na nie odpowiesz, załatwmy formalności. Czym jest content marketing?

Content marketing to strategia marketingowa, która polega na tworzeniu atrakcyjnych treści oraz ich dystrybucji i promocji. Treści te mogą mieć różne formy i cele. Content marketing odpowiada m.in. za: budowę wizerunku eksperta, zachęcenie odbiorcy do podjęcia określonej akcji (np. zakupu), budowę relacji z klientem. Wbrew pozorom nie są to jedynie działania PR-owe, chociaż te dwie dziedziny nie wykluczają się. Więcej przeczytasz o tym na blogu Cyrek Digital https://cyrekdigital.com/pl/baza-wiedzy/jak-polaczyc-content-marketing-i-public-relations/

Contentowe ciasto

Nie inwestować w content marketing, to jak być na obiedzie u cioci, której się nie lubi. Wiesz, że musisz przyjść, chociaż nie chcesz. Jesz tylko trochę. Unikasz potraw wyglądających podejrzanie, zwłaszcza tego mało apetycznego ciasta z owocami. Angażujesz się na tyle, na ile to konieczne, bo wiesz, że ciocia na koniec da Ci trochę cukierków, a może nawet zasili Twoje kieszonkowe.

Wizyta u cioci to Twoja strategia, kieszonkowe to zysk. Ze stołu wybierasz działania, które znasz i które przyniosą Ci określone, spodziewane efekty. Wiesz, że to działa. Wystarcza Ci to. Jest przecież dobrze. Ignorujesz zachęty rodziny do spróbowania ciasta z owocami. Niby wszyscy mówią, że przecież jest pyszne, najlepsze z najlepszych, ale po co próbować – i tak dostaniesz cukierki, a cioci to nawet nie lubisz, więc po co robić jej przyjemność. Dopiero kilka lat później zaczynasz rozumieć, że próbując contentowego ciasta, miałbyś więcej. Ciocia, uradowana Twoimi kulinarnymi próbami, dałaby większe kieszonkowe. Ty już od kilku lat delektowałbyś się słodyczą nieznanego dotąd deseru i kto wie ilu jeszcze rzeczy. Miałbyś też lepsze relacje z rodziną, co mogłoby podnieść Twoją pozycję. Być może na następnym obiedzie siedziałbyś przy stole dla dorosłych.

To wyolbrzymiony przykład? Jak najbardziej, ale w słusznej sprawie. Dobrze obrazuje to, że nie bez powodu tyle się mówi o contencie. To takie ciasto owocowe, które nie wydaje się niczym specjalnym, lecz tak naprawdę ma do zaoferowania całą gamę korzyści.

Dlaczego warto inwestować w content marketing?

  • Bo Google tego chce.
    Google od zawsze wprowadza aktualizacje, które – w dużym uproszczeniu – mają sprawić, że użytkownik szybko, łatwo i przyjemnie znajdzie w wyszukiwarce to, czego szuka. W związku z tym nie może mu się wyświetlać strona, która prędzej doprowadzi go do szewskiej pasji, niż udzieli odpowiedzi na zapytanie. Widać więc, że na przestrzeni ostatnich lat Google robi bardzo dużo, aby wysokie pozycje uzyskiwały strony z wartościowymi treściami. Mówiąc wprost, algorytmy skanują Twoją stronę wzdłuż i wszerz, biorąc pod uwagę całą masę czynników wpływających na ocenę contentu. Są to m.in. unikalność, słowa kluczowe, długość, formatowanie czy linki. Im lepiej Twój content prezentuje się w oczach Google, tym lepiej prezentuje się cała strona. Jej ocena rośnie, pozycje rosną, zyski rosną. Analogicznie: im gorszy content, tym gorsza ocena strony.
  • Bo staniesz się ekspertem.
    Content marketing to atrakcyjne i przydatne treści, więc najbardziej typowe dla tego typu działań są treści poradnikowe. Jeśli tworzysz je regularnie i są to treści naprawdę przydatne, dopasowane do oczekiwań grupy docelowej oraz zgodne z wytycznymi SEO, szybko stajesz się ekspertem. Klienci wiedzą, gdzie szukać odpowiedzi na swoje pytania i wierzą, że marką zajmują się profesjonaliści. Win win.
  • Bo zostaniesz na długo.
    Co trafiło do internetu, zostaje w internecie. Content, w przeciwieństwie do tradycyjnych reklam, jest strategią o długofalowym działaniu. Ma długą żywotność, stosunkowo powoli dezaktualizuje się. Jeden dobry artykuł potrafi przynosić zyski latami, a nawet jeśli z jakiegoś powodu przestanie się Google podobać, można go zoptymalizować niewielkim nakładem pracy.
  • Bo nawiążesz więź z klientami.
    Nie lubimy rozmawiać z marką, wolimy z człowiekiem. Natomiast jednym z najskuteczniejszych sposobów na “uczłowieczenie” marki są działania contentowe. Prowadzone konsekwentnie, według określonej strategii i zgodne z charakterem marki sprzyjają budowaniu relacji z klientem. Dobry e-mail marketing, przydatne publikacje czy miły komunikat z podziękowaniami za zakup – to tylko przykład rzeczy, które odbiorca docenia i które zwiększają jego lojalność wobec marki.
  • Bo robią to najwięksi.
    Robić coś, bo robią to inni? A, tfu! Chociaż nie, czekaj… Przecież uczyć się trzeba od najlepszych. W przypadku digital marketingu, zwłaszcza w przypadku SEO, to trafna uwaga. Nie ma nic złego w sprawdzeniu strategii tych najlepszych, największych. Jeżeli robią coś, co działa, to dlaczego Ty nie miałbyś tego robić? Ciekawą analizę strategii polskich liderów e-commerce przygotował Semcore[3]. W części poświęconej content marketingowi widać wyraźnie, że najwięksi nie lekceważą tych działań. Wręcz przeciwnie, prowadzą je w sposób przemyślany, ściśle połączony z innymi praktykami.

Nie wszystkie owoce smakują w tym cieście

Mówiąc, że content marketing nie ma wad, skłamałabym. Jak każda strategia, ma swoje mocne i słabe strony. W przypadku tych drugich najgorszy, z biznesowego punktu widzenia, wydaje się brak szybkich efektów. Klienci nauczeni cierpliwości wcześniejszą inwestycją w SEO są bardziej wyrozumiali od tych, którzy z contentem spotykają się po raz pierwszy. Sytuacji nie polepsza też fakt, że weryfikacja efektywności działań contentowych nie jest tak łatwa, jak w przypadku standardowych kampanii. Niemniej nie oznacza to, że nie dysponujemy konkretnymi liczbami – to MIT. Być może na zaprezentowanie wyników trzeba dłużej poczekać, ale one są (np. w statystykach czy narzędziach analitycznych) i dają długofalowe efekty.

Jak mierzyć skuteczność content marketingu?

Z dziennikarskiego obowiązku warto rozprawić się z opisanym wyżej mitem. Efekty content marketingu można mierzyć bez problemu. Oto kilka wskaźników, które dają nam dużo informacji:

  • UU – czyli unikalni użytkownicy, na podstawie tego wskaźnika oceniamy, czy działania contentowe generują ruch na stronie;
  • Zaangażowanie – czyli liczba interakcji (komentarze, „lajki” itp.), dają obraz tego, czy użytkownik jest zainteresowany treścią;
  • Zachowanie użytkownika na stronie – np. gdy użytkownik długo zapoznaje się z treścią, sprawdza inne podstrony, być może dokonuje nawet zakupu, możemy wywnioskować, że content go zainteresował;
  • Liczba pobrań – to wskaźnik, który jest niezwykle przydatny w przypadku treści poradnikowych np. e-booków;
  • CPL – czyli cost per lead, pomaga ocenić skuteczność działań np. gdy umożliwiamy pobrania treści w zamian za pozostawienie adresu e-mail.

Mit dotyczący mierzalności content marketingu wynika z tego, że części założeń rzeczywiście zmierzyć się nie da (np. budowa relacji z klientem), a część jest ściśle powiązana z większymi projektami, w których za wyniki odpowiadają bardzo różne działania. Wiele zależy też od narzędzi, jakimi dysponujemy, bo każde umożliwia „wyciągnięcie” nieco innych danych. Niemniej, efekty działań content marketingowych są jak najbardziej mierzalne.

Najpierw potrzeba

Warto też uzmysłowić sobie, że inwestycja w content marketing wymaga zmiany sposobu myślenia. Trzeba ukierunkować się nie na cele sprzedażowe, a na spełnienie potrzeb informacyjnych. Bzdura? Okazuje się, że to już trend. Z badań Content Marketing Institute[4] dowiadujemy się, że ok. 90% marketerów B2B kładących duży nacisk na content naturalnie stawia wyżej spełnienie potrzeb klienta od celów sprzedażowych. Segment B2C idzie w tym samym kierunku.

Mamy 2020 rok. Na co czekasz?

Reasumując, content marketing jest już standardowym elementem strategii marketingowych. Wspiera pozostałe działania, przynosi świetne efekty w budowaniu wizerunku marki i relacji z klientem, jest mierzalny. Google konsekwentnie podkreśla wagę wysokiej jakości treści, wprowadza zmiany, które spychają strony bez dobrego contentu w czeluści wyszukiwań. Widać też, że założenia marketingu treści wpisują się w trendy biznesowe. W czasach tak dużej konkurencyjności nie można być po prostu jakąś marką – trzeba być tą, która spełnia potrzeby klienta i którą klient lubi.

W 2020 roku nie wypada nie inwestować w (dobry!) content marketing.

 

Autor: Marta Ptasińska – specjalistka ds. content marketingu w Cyrek Digital

[1] How Sales Can Help Generate More Leads Than Ever Before – Quinn Whissen, Vertical Measures

[2]  https://www.imforza.com/blog/8-seo-stats-that-are-hard-to-ignore/

 

[3]  https://semcore.pl/raport-seo-jak-dzialaja-polscy-liderzy-ecommerce/

 

[4] https://contentmarketinginstitute.com/2018/10/research-b2b-audience/

Złoto znów poniżej 2000 dolarów – raport walutowy

0

Dotychczasowa przygoda z cenami złota powyżej 200 dolarów za uncję nie trwała zbyt długo. Nie można oczywiście wykluczyć, że w najbliższych dniach znów przekroczymy ten poziom.

Problemy rynku pracy na Wyspach

Dzisiaj rano poznaliśmy dane na temat wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w Wielkiej Brytanii. Wynik 94,4 tysiąca to znacznie więcej niż oczekiwane 10 tysięcy. Warto przypomnieć, że w przeciwieństwie do USA, Brytyjczycy podają te dane w ujęciu miesięcznym a nie tygodniowym. Po ogłoszeniu tych danych funt zaczął tracić na wartości względem głównych walut. Inwestorzy widząc problemy rynku pracy patrzą bardziej sceptycznie na możliwości inwestycyjne.

Korekta na złocie

Dokładnie tydzień temu złoto po raz pierwszy w historii przekroczyło cenę 2000 dolarów za uncję. Dzisiaj znów znajdujemy się poniżej tej bariery. Przez chwilę znajdowaliśmy się nawet na pułapie 2078 dolarów. Tak wysoka cena była wynikiem kilku czynników. Po pierwsze inwestorzy w trudnych czasach szukali alternatywnych inwestycji. Po drugie niska cena dolara powodowała, że złoto trzymające wartość w innych walutach szło w górę.

Białoruś tłumi protesty

Sytuacja na Białorusi wygląda na to, że się stabilizuje. Bez interwencji zewnętrznej wygląda na to, że “oficjalne” wyniki wyborów wejdą w życie. Najlepszym dowodem jest schronienie się głównej kandydatki opozycji na Litwie. Posiedzenie Rady Europy jest owszem ważną instytucją, ale patrząc na determinację władz ewentualne sankcje mogą nie okazać się wystarczającym środkiem nacisku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Digitalizacja w praktyce – rozmowa z Jowitą Michalską

0

Wywiad z Jowitą Michalską, której misją jest uzbrojenie Polaków w niezbędne kompetencje cyfrowe. Dlatego powołała do życia fundację Digital University, która współpracując z czołowymi amerykańskimi uczelniami, takimi jak MIT, Harvard Business School, Stanford University czy NYU Stern, zajmuje się edukacją liderów w obszarze nowych technologii. Jowita organizuje m. in. programy edukacyjne dla kadry zarządzającej, szkolenia i konferencje takie jak Masters and Robots czy HRevolution. Jest też polskim ambasadorem Singularity University, edukacyjnego think-tanku z Doliny Krzemowej, który kształci i inspiruje liderów do stosowania technologii, które stawiają czoła wielkim wyzwaniom ludzkości. 

Na czym opiera się digitalizacja, jak wygląda zastosowanie cyfrowych rozwiązań w praktyce?

Sundar Pichai, obecny CEO Google i Peter Diamandis założyciel Singularity University twierdzą zgodnie, że w ciągu najbliższych 10 lat będziemy obserwować tylko dwa rodzaje firm: te które wprowadziły sztuczną inteligencję do DNA swojej działalności oraz takie, które właśnie bankrutują.

W praktyce digitalizacja/transformacja cyfrowa jest często stosowanym słowem, które niewielu firmom kojarzy się jeszcze z konkretną strategią i zmianami w organizacji. W zależności od: typu działalności organizacji, etapu na jakim się obecnie znajduje, branży, możliwości finansowych i zespołowych – można wprowadzić bardzo różne rozwiązania technologiczne. Generalnie obszary, w których technologia, ze szczególnym naciskiem na Sztuczną Inteligencję ma dziś duże zastosowanie to analityka danych i raportowanie, cyfrowy klient, cyfrowe finanse, robotyka i automatyzacja, rozwiązania z obszaru cyberbezpieczeństwa, blockchain i internet rzeczy, żeby wymienić tylko podstawowe.

Rozwój technologii generalnie spowodował powstanie zupełnie nowych firm i rynków, co niesie za sobą zarówno szansy, jak i zagrożenia dla rozwoju organizacji. Widać to szczególnie w sektorach, gdzie obecny model biznesowy ulega zmianie lub pojawia się równoległy ekosystem, który np. łączy tradycyjny i wirtualny model działania. I nie chodzi tutaj o wykorzystanie elektronicznych kanałów sprzedaży czy marketingu, ale o kompletnie nowe koncepcje realizacji usług wykorzystując rozwiązania technologiczne w modelu end-to-end. Dzisiaj nie wystarczy być najlepszym w swojej branży, oferować najlepsze produkty czy usługi. W cyfrowej gospodarce liczą się tylko te firmy, które potrafią w pełni przewidzieć czego klient oczekuje i spełnić jego oczekiwania.

Dzisiaj obowiązkiem każdego CEO, każdego zarządu, każdej firmy, w każdej branży jest przyjrzeć się swojej strategii i na tej podstawie podjąć decyzję, jak po transformacji cyfrowej ma wyglądać ich model operacyjny, w jaki sposób przeorganizować swoje struktury oraz procesy. Wiele firm kupuje dziś technologię od różnych dostawców i wprowadza zmiany, ale bardzo powierzchownie – są to według prof. Andrew McAfee z MIT tzw. Digital Fashionistas. Dopiero firmy, którym uda się wprowadzić technologię tak, że wspiera ona cały model działania organizacji i powoduje przewagę konkurencyjną mogą myśleć o sobie jako o tzw. Digital Masters. Jednak takich firm jest dziś wciąż niewiele.

Gdzie digitalizacja sprawdza się najlepiej? Które branże powinny decydować się na wprowadzenie cyfrowych zmian?

Nie ma dzisiaj właściwie takiej branży, gdzie cyfryzacja nie jest potrzebna. Wszystkie branże i wszystkie typy biznesu powinny dzisiaj skupiać się na przygotowaniu swojej cyfrowej strategii. W czasie pandemii bardzo rozwinął się np. rynek farmaceutyczny, który generalnie przechodzi dziś diametralną zmianę. Klienci nie oczekują od firm tylko leków, ale też opieki i terapii dostosowanych do ich indywidualnych potrzeb. Powoduje to, że przedsiębiorstwa z branży farmaceutycznej powinny opracować nową strategię w procesie dostarczania wartości dla klienta. Z drugiej strony dzięki możliwościom jakie oferuje sztuczna inteligencja i analityka danych – firmy zaczynają coraz szybciej odkrywać nowe leki i znajdywać nowe zastosowania dla już istniejących.

Branże produkcyjne dzięki zastosowaniom rozwiązań Internetu rzeczy, mogą w zupełnie nowy sposób ustawić łańcuch dostaw. Generalnie przemysł 4:0 to rozwiązania pozwalające tworzyć inteligentne fabryki, ograniczać zużycie materiałów, kontrolować zużycie maszyn i ograniczać praktycznie do zera wypadki w fabrykach.

Edukacja, opieka zdrowotna, branża finansowa, ubezpieczeniowa, marketingowa, organizacje usługowe, rozrywka – wszystkie te branże ulegną wielkiej transformacji czy tego chcą czy nie i to w najbliższej dekadzie. Transformacja cyfrowa to ogromna zmiana dla praktycznie wszystkich znanych dzisiaj obszarów biznesu.

Jak wprowadzić nowe technologie w swojej firmie? Od czego zacząć cały proces?

Proces digitalizacji powinien przebiegać dwutorowo – pierwszym działaniem jest zastanowienie się nad docelową strategią firmy i wplecenie w nią technologicznych rozwiązań – najpierw na poziomie ogólnym, a następnie w poszczególne segmenty firmy i procesy. Drugim, równie ważnym obszarem do zagospodarowania są ludzie i kultura organizacji. Technologia jest tylko narzędziem, żeby móc nią sprawnie zarządzać potrzebujemy w firmie wyedukowanych, zmotywowanych i otwartych na zmiany kadr, co jest dzisiaj największym wyzwaniem dla firm. Dlatego też jednym z pierwszych kroków w procesie transformacji cyfrowej firmy powinno być zmapowanie talentów cyfrowych oraz zaplanowanie długofalowego procesu edukacji pracowników.

Jak wynika z badania Microsoft „AI & Skills” przeprowadzonego wśród 12 tys. pracowników i menedżerów na całym świecie: firmy dostrzegają największe korzyści biznesowe z zastosowania technologii, gdy łączą wdrażanie technologii z rozwojem umiejętności swoich pracowników, zarówno technicznych, jak i miękkich. Ponad 1/3 respondentów z polskich organizacji przyznała, że w swojej działalności zupełnie nie wykorzystuje możliwości jakie daje sztuczna inteligencja. Największa część badanych (44 proc.) dopiero odkrywa możliwości technologii i przeprowadza pierwsze eksperymenty z jej wykorzystaniem. Pokazuje to, że wśród dużych polskich przedsiębiorstw mamy do czynienia z firmami dwóch prędkości w adopcji technologii i rozwoju umiejętności pracowników w tym zakresie.

Jakie technologie są najczęściej wykorzystywane w przedsiębiorstwach?

Na technologie warto dziś patrzeć poprzez ich konwergencję, a nie poszczególne technologie, dlatego, że dopiero dzięki ich połączeniu możemy zaobserwować, jak budują się nowe możliwości, powstają nowe modele biznesowe czy nowe ekosystemy. Do kluczowych wykorzystywanych dziś w biznesie technologii należą: Sztuczna Inteligencja z uwzględnieniem uczenia maszynowego, big data, czujniki i cały Internet rzeczy, drony i roboty, wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, druk 3D czy blockchain żeby wymienić tylko te podstawowe. 

Na jakie trudności mogą natknąć się przedsiębiorcy podczas implementacji cyfrowych rozwiązań?

Przede wszystkim wyzwaniem są ludzie i kultura firmy – większość kadry pracuje w swoich firmach lub branżach wiele lat i przyzwyczaiła się do konkretnej pracy, rozwiązywania problemów w konkretny sposób. Bardzo trudno jest przestawić ludzi na nowe myślenie, spowodować, że nie będą się bać zmian, a będą ich ciekawi. Dlatego równolegle z pracą nad technologią trzeba uruchomić procesy edukacyjne i adaptacyjne które pozwolą pracownikom odnaleźć się w nowej rzeczywistości i stać się wsparciem dla rozwoju technologii w naszej firmie.

Jakie trendy, w zakresie automatyzacji procesów w firmach, są obecnie zauważalne?

Dziś firmy dysponują ogromnymi wolumenami danych pochodzącymi z różnych źródeł. Gromadzenie danych na temat kondycji firmy, naszych klientów czy sytuacji rynkowej nie jest skomplikowane. Prawdziwym wyzwaniem jest umiejętność selekcji danych ważnych z punktu widzenia organizacji, ich zależności i wyciągania z nich odpowiednich wniosków, co zapewni dostęp do informacji potrzebnych na każdym etapie procesu podejmowania decyzji. Największą i najszybszą zmianą jaką możemy dziś uczynić w firmie to usprawnić i zautomatyzować proces przetwarzania danych i ukierunkować go na zdobycie przewagi konkurencyjnej oraz dopasować do naszych najważniejszych potrzeb biznesowych. Zaczynamy wtedy rzeczywiście widzieć potencjał i możliwości oraz zaczynamy wreszcie naprawdę poznawać naszego klienta.

Branża IT wciąż jest postrzegana jako raczej męski sektor, czy obecnie wiele kobiet działa w tej zdominowanej przez mężczyzn branży?

Branża IT to rzeczywiście historycznie bardzo męski sektor, ale coraz więcej programów zaprasza kobiety do rozpoczęcia nauki w obszarach związanych z technologią (dziś według raportu WEF w obszarach związanych z technologią pracuje max. 20% kobiet). Na kierowniczych stanowiskach w IT też zaczynamy już widzieć kobiety, które z kolei bardzo dobre radzą sobie z pracą z ludźmi, wspierają mocno proces transformacji pracowników. Nie należy jednak zapominać, że transformacja cyfrowa w firmie to nie jest zadanie tylko dla szefa IT. Tu ogromną rolę będzie miał np. HR i cały zarząd z CEO na czele, który dziś ma wręcz obowiązek rozumieć technologię i być czynnie zaangażowany w proces digitalizacji.

Praca i biznes po kryzysie – które zawody przetrwają?

0

Sytuacja związana z koronawirusem bardzo mocno wpłynęła na biznes, ale także na organizację pracy. Czas wyciągnąć wnioski i zastanowić się, które z tych zmian będą długotrwałe i jak zmieni się rynek pracy po tym – oby jak najkrótszym – kryzysie. 

– Moim zdaniem najważniejsza cecha, jaka powinna wyróżniać zarówno pracowników, jak i przedsiębiorców, chcących dobrze sobie radzić bez względu na okoliczności, to elastyczność. Oznacza ona odejście od sztywnego trzymania się raz wybranego zawodu, czy nawet jednej branży. Im większą otwartością się wykażemy, tym większa szansa, że znajdziemy swoje miejsce na rynku nawet wtedy, gdy sytuacja zewnętrzna będzie trudna – mówi Adrianna Filiks, trenerka Effect Group, konsultantka HR i wieloletni dyrektor personalny.

Podsumowując trzy miesiące lockdownu okazało się, że najszybciej w nowej sytuacji odnalazły się dwa najmłodsze pokolenia – Y i Z. Elastyczne godziny pracy, możliwość pracy poza biurem – pracownicy z tych pokoleń właśnie tego oczekiwali od pracodawcy i stało się to możliwe w większej liczbie firm. Ale jednocześnie jest to właśnie ta grupa, którą zwolnienia spowodowane kryzysem mogą dotknąć najbardziej. Są w niej pracownicy z najkrótszym stażem pracy, często zatrudniani w oparciu o umowy na czas określony lub umowy-zlecenia.

Z kolei Adrianna Andryańczyk, specjalista ds. rekrutacji i employer brandingu dodaje:

– Na pewno osoby elastyczne, dla których to czy pracują z biura czy z domu nie ma większego znaczenia, będą w najbliższym czasie zatrudniane chętniej. Dużym plusem będzie też znajomość platform, na których można organizować spotkania zdalne. Cenione będą osoby, które nie boją się zmian oraz potrafią dobrze organizować pracę własną – podkreśla.

Pandemia sprawiła jednak, że inaczej zaczęli działać także pracodawcy, którzy błyskawicznie dostosowali firmy do wymogów pracy zdalnej.

– Jeśli pracodawca wyposaży pracownika w dobrej jakości sprzęt i szybki dostęp do internetu, tak jak ma to miejsce choćby w jednej z toruńskich firm, to firma nie tylko przetrwa kryzys, ale też może odnotować większe zaangażowanie pracowników, a to z kolei przełoży się na wzrost obrotów – podkreśla Adrianna Filiks.

Jakie zawody mają najlepsze perspektywy?

Nie oznacza to jednak, że wszystkie branże i wszystkie zawody będą mogły łatwo przystosować się do pracy w nowych warunkach. W czasach pandemii zyskiwać będą te zawody, które mogą być wykonywane w dużej mierze zdalnie. W ten sposób pracować może analityk finansowy, księgowy, czy grafik komputerowy.

Nadal ważne będą również te zawody, które są niezbędne do zapewnienia codziennego funkcjonowania społeczeństwa tj. sprzedawcy w sklepach spożywczych, magazynierzy, pracownicy produkcji, kierowcy przewożący towary pierwszej potrzeby, piekarze, aptekarze.

Są również zawody, które stały się jeszcze bardziej potrzebne! Zwiększyło się zapotrzebowanie na kurierów, programistów, specjalistów od marketingu internetowego (szacuje się, że marketing video w 2022 roku będzie stanowić aż 85% ruchu w internecie) oraz na wszystkie zawody związane z opieką medyczną i branżą farmaceutyczną. W okresie pandemii całkiem dobrze radziła sobie szeroko ujęta branża budowlana (produkcja, sprzedaż i usługi) – niektóre firmy mają potwierdzone terminy zleceń nawet na kilka kolejnych lat.

– Zyskują zawody związane z ekologią, firmy które zajmują się recyklingiem, a także właściciele sklepów online oraz prawnicy. Rosnąć może również zapotrzebowanie na support IT. Przy coraz większym wykorzystaniu internetu i nowoczesnych technologii niezbędni będą serwisanci, którzy zajmą się naprawą np. niedziałającego łącza i innych sprzętów elektronicznych – mówi Adrianna Andryańczyk.

Wiele firm, nawet po wygaśnięciu epidemii deklaruje, że praca online na stałe wpisze się w ich codzienne funkcjonowanie – dodaje Adrianna Filiks. Z poziomu zarządczego na pewno już teraz istotne są kompetencje menedżerskie z obszaru zarządzania ludźmi, projektami, finansami. I coś z czym na razie wiele firm sobie jeszcze nie radzi, czyli zarządzanie zmianami i komunikowaniem zmian. 

Czy zmieniać branżę lub kwalifikacje?

Sytuacja, w której niektóre zawody w dynamicznym tempie tracą, a inne zyskują na popularności, może skłaniać niektóre osoby do myślenia o zmianie kwalifikacji. Czy jednak warto się spieszyć i stawiać wszystko na jedną kartę? Odpowiedź może być odmienna w zależności od tego jaki zawód wykonujemy, w jakiej branży działamy, jakie mamy zaplecze finansowe i czy mamy pole do przebranżowienia się.

Przykładem branży, która musiała szybko dostosować się do potrzeb rynku jest szeroko pojęta edukacja (zajęcia w szkołach, uczelniach, kursy językowe itd.). Jak to zwykle bywa, w nowej sytuacji jako pierwsze odnalazły się podmioty prywatne. Np. jedna z firm eventowych, która 13 marca straciła wszystkie zlecenia, już 16 marca zaczęła oferować zajęcia dla dzieci w formie online, aby odciążyć rodziców, którzy musieli pogodzić opiekę nad dziećmi z pracą w domu. Zainteresowanie okazało się na tyle duże, że pozwoliło zachować etaty w firmie.

Znana jest również historia aktora, który został kurierem. O chwilowej zmianie zawodu zadecydował brak zleceń, pracy i pieniędzy. Zamiast jednak użalać się nad sobą, aktor zdecydował się na taką pracę, jaka była w danym momencie dla niego dostępna. Jednocześnie zadeklarował, że wróci do aktorstwa, gdy tylko sytuacja na to pozwoli.

– Czego nie robić w obecnej sytuacji? Na pewno należy unikać nerwowych, chaotycznych  i nieprzemyślanych ruchów, o co łatwo pod wpływem chwilowej paniki związanej z nagłym pogorszeniem się sytuacji zawodowej. Z drugiej strony, warto również pamiętać o czym mówią ekonomiści, że niektóre branże będą potrzebowały dwóch lat, aby wrócić do stanu finansowego sprzed pandemii – mówi Adrianna Andryańczyk.

Z kolei Adrianna Filiks podpowiada, że właśnie teraz jest dobry czas, aby zacząć się dokształcać.

– Moim zdaniem z racji tego, że rynek zmienia się na rynek pracodawcy, warto na własną rękę robić kursy, studia podyplomowe, które pomogą zdobyć nowe kompetencje, na razie w obrębie aktualnego stanowiska lub właśnie z myślą o nowej ścieżce zawodowej. Niezależnie od branży, w której pracujemy, warto również orientować się w nowych technologiach, czy chociażby wykorzystaniu social media w naszej pracy. Dziś trzeba stale śledzić to, co dzieje się na rynku i być czujnym co do kierunku, w jakim idzie byt swojego fachu – mówi ekspertka.

Jak więc można wykorzystać obecne trudności, by obrócić je na swoją korzyść? Przede wszystkim każdy pracownik powinien starać się dywersyfikować swoją ścieżkę kariery. W tym celu warto odpowiedzieć sobie na pytanie: „co robiłbym, gdybym nie wykonywał obecnej pracy?”. Czasy zatrudnienia w jednej firmie (lub w jednym obszarze) aż do emerytury nieodwołalnie minęły. Dziś elastyczni muszą być zarówno pracodawcy, jak i pracownicy.

Postcovidowe echo w handlu międzynarodowym

0

Globalny spadek popytu, diametralne zmiany w łańcuchach dostaw czy zaostrzanie się konfliktu gospodarczego pomiędzy Chinami a USA. Tak poważne skutki koronawirusa już teraz zaczyna odczuwać handel międzynarodowy. Jednak każdy kryzys tworzy również nowe możliwości. Przy dobrych wiatrach Polska może długoterminowo odnieść pewne korzyści – uważa dr hab. Łukasz Gruszczyński, który specjalizuje się w badaniach nad prawem World Trade Organization.

Jak pandemia wpłynęła na międzynarodowy system handlowy? Dr. hab. Łukasz Gruszczyński z Katedry Prawa Międzynarodowego i Prawa Unii Europejskiej w Akademii Leona Koźmińskiego przeanalizował dostępne dane, starając się znaleźć odpowiedź na pytanie o to, w jakim kierunku będzie się rozwijał handel międzynarodowy.

Czy dotychczasowy porządek prawny ulegnie rozpadowi?

– Wszystko wskazuje na to, że na skutek pandemii międzynarodowy system wymiany handlowej przejdzie głęboką transformację. Koronawirus przyspieszy pewne procesy, które obserwujemy co najmniej od czasów kryzysu finansowego z 2008 roku – mówi prof. Łukasz Gruszczyński z Akademii Leona Koźmińskiego. – Za tymi przemianami nie nadąża jednak międzynarodowe prawo handlowe, które cały czas jest oparte o zasady wypracowane w ramach dotychczas funkcjonującego systemu, gdzie otwarte rynki, relokacja produkcji z krajów zachodnich do Azji czy swobodny przepływ kapitałów i inwestycji były normą – uzupełnia Gruszczyński.

Prawnik wylicza krótkoterminowe konsekwencje dla międzynarodowej wymiany handlowej. Kryzys na rynku turystyki i transportu będzie wyraźnie większy niż w innych obszarach gospodarki. Konsumenci będą zaciskać pasa, bo odczuwają niepewność finansową i zawodową, a to spowoduje spadek popytu. Nastąpi też duży spadek bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Można również oczekiwać częstszego wprowadzania przez państwa restrykcji dotyczących eksportu niektórych kategorii produktów, np. medycznych lub spożywczych.

Z kolei w dłuższej perspektywie, zmianie może ulec sam proces dostarczania produktów. – Wydarzenia z początku tego roku pokazały, jakim zagrożeniem w łańcuchu dostaw jest uzależnienie się od chińskich dostawców składników potrzebnych np. do produkcji leków lub testów medycznych. Zatem dywersyfikacja źródeł dostaw będzie w kręgu zainteresowań zarówno firm, jak i poszczególnych krajów – podkreśla naukowiec.

Kolejnym przykładem konsekwencji, których skutki zostaną rozciągnięte w czasie, ma być zwiększone tempo przenoszenia ośrodków produkcyjnych firm amerykańskich z Chin. – Ten proces „rozpoczęła” administracja Donalda Trumpa, ale dopiero Covid-19 okazuje się głównym motorem napędowym tej zmiany – komentuje profesor.

Nowe warunki rynkowe mogą również przyczynić się do dalszego pogłębiania się globalnych konfliktów gospodarczych. Wojna handlowa między USA a Chinami, chłodniejsze podejście UE do handlu międzynarodowego, kryzysy migracyjne – te trendy są wzmocnione na skutek pandemii – kwituje prof. Łukasz Gruszczyński.

Większy kawałek rynkowego ciasta dla Polski

W przechodzącym zmiany międzynarodowym systemie handlowym musi się teraz odnaleźć również polski biznes. Rodzime firmy są mocno związane z gospodarką europejską. Według analiz prof. Łukasza Gruszczyńskiego nowa rzeczywistość rynkowa może oznaczać dla polskich przedsiębiorców potrzebę szukania alternatywnych dróg rozwoju.

– Z jednej strony można oczekiwać wolniejszego wzrostu gospodarczego i spadku eksportu. Przedsiębiorcy będą musieli liczyć się z nowymi ograniczeniami, a same restrykcje dotyczące przekraczania granic mogą negatywnie wpłynąć na handel, szczególnie w przypadku firm, które nie mają sprawdzonych zagranicznych partnerów – zaznacza prawnik.

Jednocześnie, Polska może zyskać, głównie na skróceniu globalnych łańcuchów dostaw. – Przejmując zadania dotychczas wykonywane w Chinach, takie jak np. masowa produkcja, jesteśmy w stanie zwiększyć konkurencyjność krajowej gospodarki – dodaje.

Jak przyznaje Gruszczyński, dezintegracja rynkowa widoczna na świecie i zanikanie wypracowanych, jednolitych zasad wymiany handlowej, mogą paradoksalnie wzmocnić Unię Europejską. – Najprawdopodobniej czeka nas uformowanie się kilku konkurencyjnych bloków handlowych na poziomie globalnym, co jest szansą dla Europy, aby umocnić swoją pozycję zarówno w obszarze globalnej wymiany towarowej, jak i w wymiarze geopolitycznym.

Nowoczesny przemysł oszczędza środowisko naturalne

0

Współczesny rozwój przemysłu, zahamowany w dobie pandemii, wcale nie musi nieść za sobą zwiększania nakładów finansowych na produkcję czy negatywnie wpływać na środowisko naturalne. Coraz częściej przy użyciu innowacyjnych i nowoczesnych technologii możliwe staje się efektywne oszczędzanie zasobów w trosce o przyrodę. Jak koncerny i przedsiębiorstwa mogą zadbać o zwiększanie rentowności, cięcie kosztów, oszczędność dóbr naturalnych, uwzględniając jednocześnie wpływ koronawirusa na gospodarkę? Odpowiedź przynosi Przemysł 4.0., którego elementy stosuje już blisko połowa firm produkcyjnych w Polsce.

Mechanizacja, elektryfikacja i cyfryzacja – trzy wielkie ery w historii rozwoju przemysłu już za nami. Według specjalistów i ekspertów epoka industrialna wkroczyła w kolejną fazę, za sprawą tworzenia globalnych sieci i integracji systemów, nazywaną Przemysłem 4.0. Co dokładnie kryje się pod tym pojęciem? To połączenie wirtualnej rzeczywistości internetowej, technologii informacyjnej z rzeczywistością automatyki i działaniem maszyn produkcyjnych. Szczególnie w krajach wysokorozwiniętych, ludzie sterujący maszynami za pomocą systemów IT, dążą do optymalizacji całego procesu produkcji i osiągnięcia jak największych oszczędności, mając jednocześnie na uwadze i redukcję kosztów, i predykcję oraz ochronę środowiska. Zgodnie z opracowaniem „PSI Polska: Polska Produkcja gotowa na Przemysł 4.0.” w naszym kraju z terminem Przemysł 4.0. spotkało się 52% firm. Wśród dużych producentów ten wskaźnik wyniósł 62%, wśród średnich 41%. Niemal ¾ z ogółu tych przedsiębiorstw już zaczęło wdrażać elementy tej koncepcji.

Przede wszystkim optymalizacja

Dzięki czwartej rewolucji przemysłowej zunifikowany został cały proces powstawania produktów – począwszy od składania zamówień, dostarczania komponentów, produkcję, wysyłkę gotowego towaru, aż do obsługi posprzedażowej. Innowacyjne systemy nie tylko przyniosły zwiększenie wydajności, ale przede wszystkim oznaczają oszczędności w wydatkach. Załoga może dzięki temu korzystać na przykład z popularnego rozwiązania tzw. mass customization – uelastycznienia produkcji, indywidualizacji wyrobów i zlecania krótkich serii fabrycznych. Dzięki temu internetowe zamówienie klienta ma szansę szybkiej realizacji, a przedsiębiorstwo obniża koszty produkcji.

Zachodzące zmiany wyraźnie dostrzegają firmy przemysłowe, które uczestniczyły w minionym roku w konferencji „Innowacje 4.0 – Przyszłość Tworzenia” zorganizowanej przez Autodesk. Z raportu opracowanego na bazie badania przeprowadzonego w trakcie wydarzenia wynika, że dzięki Przemysłowi 4.0 aż 65% przedsiębiorstw dostrzega możliwość szybkiego wprowadzania zmian, 56% uelastycznienia produkcji, 37% wzrostu przychodów, 33% zwiększenia zadowolenia klientów, a 31% zwiększenia rentowności, czyli oszczędności.

– Jakość, szybkość i oszczędność we współczesnym przemyśle w dobie pandemii mogą być ze sobą powiązane. Każdy klient może liczyć na indywidualne wsparcie – w dowolnym miejscu na świecie i w każdym języku. A w sytuacjach wymagających błyskawicznej reakcji, czego wymagało pojawienie się koronawirusa, można na przykład skorzystać z naszej bezpłatnej infolinii technicznej. Opinie wykorzystujemy do ciągłego ulepszania produktów. Nasze czujniki przechodzą specjalne testy, sprawdzające je do kresu wytrzymałości. W ten sposób mamy pewność, że nie zawiodą w przyszłości, choćby w przypadku nieoczekiwanych przestojów produkcyjnych. Ponadto każdy produkt przed opuszczeniem zakładu przechodzi dokładną kontrolę końcową i jest objęty pięcioletnią gwarancją – podkreśla Aleksandra Banaś, prezes zarządu katowickiej spółki ifm electronic.

Motywacja napędza zmiany

Według badania „Gotowość firm produkcyjnych do wdrożenia rozwiązań Przemysłu 4.0”, przeprowadzonego przed wybuchem pandemii koronawirusa wśród 228 przedsiębiorstw, działających w czterech sektorach: maszyn i urządzeń, samochodów i sprzętu transportowego, mebli oraz wyrobów z metalu – największą motywacją do wdrażania nowych technologii dla aż 59% ankietowanych firm była chęć zwiększania wydajności produkcji. Niewiele mniej, bo 55% przedsiębiorstw za najważniejszą kwestię uznało obniżanie kosztów.

– Na naszych oczach następują zmiany gospodarcze, których tempo i nieuchronność są bezprecedensowe. Globalna konkurencja, rewolucja cyfrowa, zmiana postaw konsumenckich oraz ewolucja podejścia do wykorzystania zasobów naturalnych stają się fundamentami gospodarki przyszłości. Potrzebujemy zmian, wykorzystania naszych przewag i określenia priorytetów w budowie Przemysłu 4.0, a właściwie Polskiej Gospodarki 4.0. – komentował przed pandemią Dariusz Śliwowski, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu S.A.

I choć koronawirus znacznie osłabił polską gospodarką i jej najważniejszą gałąź, czyli przemysł to w lipcu nastroje wśród ekspertów są już znacznie bardziej optymistyczne niż jeszcze w marcu tego roku. – W czerwcu produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 0,5 procent w porównaniu z czerwcem ubiegłego roku, kiedy to notowano spadek o 2,6 procent do analogicznego okresu roku poprzedniego, natomiast w porównaniu z majem bieżącego roku wzrosła o 13,9 procent podał w lipcu Główny Urząd Statystyczny.

Niższe koszty – większe oszczędności

Z międzynarodowego raportu pod tytułem „Przemysł 4.0, czyli wyzwania współczesnej produkcji” opracowanego przez PricewaterhouseCoopers przed wybuchem pandemii wynikało, że w kilkuletniej perspektywie do końca 2020 roku firmy uczestniczące w badaniu liczą na średni spadek kosztów operacyjnych na poziomie 3,6% w skali roku. To przekłada się bezpośrednio na 421 mld dolarów oszczędności rocznie, które są możliwe dzięki wykorzystaniu zintegrowanych systemów planowania produkcji w przedsiębiorstwach.

W tym samym zestawieniu reprezentanci firm deklarowali, że planują przeznaczać średnio 907 miliardów dolarów rocznie, na wydatki związane z Przemysłem 4.0. Przedsiębiorcy spodziewają się, że korzyści zrekompensują poniesione nakłady, bowiem wygenerują optymalizację systemów planowania zasobów niezbędnych na poszczególnych etapach produkcji, zapewnią optymalną pracę urządzeń czy pomogą przewidzieć obciążenie linii produkcyjnych oraz czas bezawaryjnej pracy maszyn. Dodatkowo głębsza integracja z dostawcami i klientami skróci czas i koszt dostaw. Szybki powrót do normalności przemysłowej i aktywności gospodarczej pokazuje, że cześć z tych przewidywań będzie mimo trudnej sytuacji na rynkach możliwa do realizacji.

Dlaczego indeksy giełdowe pną się do góry skoro jest tak źle?

Na giełdach obserwujemy wciąż bardzo dobre nastroje. Nasdaq wychodzi na nowe historyczne maksima, natomiast indeks S&P 500 znajdował się niewiele poniżej szczytów z lutego.

Dobre nastroje wydają się nie mieć końca, pomimo tego, że mamy do czynienia z wieloma sygnałami ostrzegawczymi oraz potencjalnymi czynnikami ryzyka. Biliony rządowego wsparcia na całym globie powstrzymują realne zagrożenie zapaści gospodarczej.

Wzrosty na Wall Street trwają w najlepsze. Nie widać żadnych mocniejszych sygnałów osłabienia. Co więcej, dobre wyniki sygnalizują, że obecne bardzo silne wyceny mają swoje podłoże w danych fundamentalnych.

– Bardzo dobre nastroje inwestorów dotyczą zwłaszcza spółek technologicznych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – I tu ciekawostka warta odnotowania, dotyczącą Apple, Amazon, Google, Microsoft. Wspólna wartość tych czterech spółek przekroczyła całą wartość japońskiej giełdy.

W złej sytuacji są spółki motoryzacyjne, poza Teslą. Natomiast straty wywołane koronawirusem odrabiają takie firmy jak PepsiCo czy Coca-Cola.

Inwestorów nie przerażają bardzo różne informacje dotyczące gospodarki Stanów Zjednoczonych. Ostatnie dane dotyczące rynku pracy nie przedstawiają się zbyt dobrze. Raport ADP (dotyczący również zatrudnienia w sektorze prywatnym) pokazał, że wzrost zatrudnienia wyniósł w lipcu niecałe 170 tys. W normalnych czasach takim odczytem nikt by się nie przejął. Niestety oczekiwania wskazywały na przyrost zatrudnienia na poziomie 1,5 mln. Stany Zjednoczone wciąż nadrabiają gigantyczny spadek zatrudnienia z początku pandemii.

To jednak nie koniec złych wieści. Wciąż nie udało się uzgodnić kolejnego pakietu pomocowego w USA. Pakiet ten jest przede wszystkim ważny dla bezrobotnych, którym skończyły się już dopłaty. Bez pieniędzy runie cała sprzedaż detaliczna, co przyczyni się do kontynuacji recesji.

Szef banku centralnego w USA wskazywał, że obecnie trzeba wspierać ożywienie gospodarcze, a ewentualnymi konsekwencjami nadmiernego zadłużenia będziemy martwić się później.

Rynek od dwóch tygodni czeka na kolejny pakiet wsparcia od amerykańskiego Kongresu, ale jak widać, nie jest on potrzebny do ustanawiania kolejnych rekordów na Wall Street. Wystarcza polityka Fed i… eliminacja zagranicznej konkurencji.

– Rynek kupuje to co rośnie, a wiele spółek giełdowych ogłasza optymistyczne prognozy dotyczące drugiego półrocza – dodaje M.Stajniak.

Mazurska Manufaktura Alkoholi planuje debiut giełdowy do końca 2020 roku

0

Mazurska Manufaktura Alkoholi – producent kraftowych alkoholi mocnych – planuje do końca roku debiut na rynku NewConnect. To zwieńczenie działań realizowanych od momentu zakończenia ubiegłorocznej kampanii crowdfundingowej, w ramach której Spółka pozyskała ponad 2,5 mln zł.

Mazurska Manufaktura Alkoholi to rodzinna firma z siedzibą w zabytkowym, ponad 100-letnim browarze w Szczytnie. Spółka specjalizuje się w produkcji wysokoprocentowych alkoholi rzemieślniczych klasy premium. Firma wskrzesiła ponadto kultowe na Warmii i Mazurach piwo Jurand. W ubiegłym roku było one warzone kontraktowo, obecnie trwają prace nad uruchomieniem produkcji w oryginalnym miejscu, czyli Browarze w Szczytnie.
W lipcu 2019 roku spółka pozyskała w ramach kampanii prowadzonej na jednej z platform crowdfundingowych 2,54 mln zł od ponad 1000 nowych akcjonariuszy. Plasuje ją to w pierwszej dziesiątce największych emisji crowdfundingowych w Polsce. – Od tego czasu zrealizowaliśmy większość zakładanych celów, wśród których priorytetowe było doposażenie zakładu, zwiększenie skali produkcji, a także rozwój oferty o produkty kraftowe. Dodatkowo, w ramach ponadprogramowych działań, wprowadziliśmy na rynek linię produktów dezynfekujących pod marką MM Hygienic, a także stworzyliśmy i wprowadzili gamę importowanych kraftów: szkockiej whisky, ginu i dwóch rodzajów rumów karaibskich. Nasz zakład został wpisany na listę oficjalnych rozlewni wspomnianych produktów – mówi Jakub Gromek, prezes zarządu Mazurskiej Manufaktury Alkoholi.
Od momentu sprzedaży akcji Manufaktura stawia na regularną i transparentną komunikację z akcjonariuszami, którzy zgodnie z początkowymi założeniami tworzą silną społeczność wokół marki. Zarząd zaangażował ponadto do codziennej działalności Spółki część swoich akcjonariuszy, korzystając z ich opinii i wiedzy eksperckiej. – Spółka ma realne, ale i ambitne plany długoterminowego rozwoju. Do Polski dopiero dociera fala popularności alkoholi kraftowych, co daje szansę na stabilny, długoterminowy wzrost wartości spółki. Pierwszy rok działalności operacyjnej pokazał także, że Manufaktura potrafi się dostosować do zupełnie nowej sytuacji rynkowej, dyktowanej przez pandemię koronawirusa. Dzięki ekspresowej reakcji i stworzeniu marki MM Hygienic firma wyszła obronną ręką z potencjalnego kryzysu – mówi Marek Stoiński ekspert ds. finansów korporacyjnych z ponad 20-letnim doświadczeniem rynkowym oraz akcjonariusz MMA.
Kolejny kamień milowy na drodze rozwoju Mazurskiej Manufaktury Alkoholi to debiut na prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych rynku NewConnect. Poza symbolicznym wprowadzeniem firmy w następny etap profesjonalizacji, wejście na GPW ma także stanowić dla akcjonariuszy Manufaktury opcję zyskownego wyjścia z inwestycji. Spółka podpisała w lipcu umowę z Domem Maklerskim INC SA, który pracuje już nad przygotowaniem Manufaktury do tegorocznego wejścia na GPW. Zanim to jednak nastąpi, firma ma jeszcze w planach dodatkową emisję akcji serii E na platformie Crowdconnect, jako że w tej chwili rozproszenie akcji nie jest wystarczające, by uzyskać zielone światło na NewConnect. Środki pozyskane z emisji zostaną przeznaczone na uruchomienie produkcji piwa Jurand w zabytkowym Browarze w Szczytnie.

Za mało inwestycji prywatnych

Zła jest sytuacja inwestycji prywatnych. Najnowszy raport NBP o inflacji ujawnia, że firmy nie zamierzają inwestować przez najbliższe dwa i pół roku. Chcielibyśmy przenosić produkcję do Polski, ale tego nie robimy.

Negatywny wpływ regresu w inwestycjach na gospodarkę będzie duży. Silny spadek inwestycji prywatnych, które do końca projekcji pozostają na głębokim minusie, w porównaniu z 2019 r. skłonił bank centralny do obniżenia prognozy PKB (do spadku o 5,4 proc. w br).

Inwestycje publiczne prawdopodobnie nie spadną w tym roku. Będą rosnąć, ale nieznacznie. Dlatego inwestycje ogółem mogą obniżyć się w 2020 r. do poziomu – 12 proc. Ich spadek w II kw. oceniany jest przez analityków na ponad – 10 proc., a najgorszy będzie ostatni kwartał br.

– Musimy zastanawiać się, jak przejść przez kryzys gospodarczy w jak najbardziej łagodny sposób – mówi w rozmowie z MarketNews24 Andrzej Michalak, prezes zarządu Fundacji Wizja Rozwoju, organizatora konferencji gospodarczej, która odbędzie się 24-25 sierpnia br. – Jak dotąd polski kapitał jest tym, co uchroniło gospodarkę przed jeszcze większymi kłopotami, a stało się to dzięki subwencją z Polskiego Funduszu Rozwoju.

Jeżeli chcemy przenosić produkcję do Polski, obawiając się o konsekwencje zrywania łańcucha dostaw, jak to się stało z powodu pandemii koronawirusa, to wydatki na inwestycje są niezbędne.

– Takie przenoszenie produkcji musi wiązać się z inwestycjami, ale powinniśmy na nie się zdecydować, nawet jeżeli będzie to związane podnoszeniem kosztów pracy o 10-15 proc. – komentuje A.Michalak.

III Forum Wizja Rozwoju – największa konferencja gospodarcza północnej Polski odbędzie się 24-25 sierpnia 2020 w siedzibie Akademii Marynarki Wojennej im. Bohaterów Westerplatte w Gdyni.

Nastroje w HoReCa lepsze niż rok temu? Co drugi hotelarz lub restaurator liczy na więcej gości w sezonie

0

Subindeks Barometru EFL na III kwartał br. dla sektora HoReCa (hotele, restauracje, firmy cateringowe) wyniósł 55,7 pkt.. W porównaniu do pomiaru na II kwartał (koniec marca br.) wartość wskaźnika wzrosła niemal dwukrotnie – o 27,1 pkt. Co więcej, HoReCa ocenia swoją najbliższą przyszłość najlepiej od ponad roku – ostatnio lepszy wynik został odnotowany w II kwartale 2019 roku. Na taki wynik największy wpływ miały prognozy dotyczące sprzedaży. Ponad połowa hotelarzy i restauratorów (54 proc.) liczy na większą liczbę gości. Nadal jednak w HoReCa najwięcej ankietowanych, wśród wszystkich 6 badanych sektorów, twierdzi, że pandemia koronawirusa spowoduje zamykanie biznesów hotelarskich i gastronomicznych (50 proc.).

Barometr EFL dla branży HoReCa na III kwartał 2020:

  • Subindeks: 55,7 pkt. (+27,1 pkt. kw./kw.- największa dynamika wśród 6 badanych sektorów); najwyższy wskaźnik wśród 6 badanych sektorów
  • Inwestycje: 87 proc. przedsiębiorców prognozuje podobny poziom inwestycji co miesiąc wcześniej
  • Sprzedaż: 53,8 proc. przedsiębiorców prognozuje wzrost sprzedaży; najwięcej wśród 6 badanych sektorów
  • Płynność finansowa: 30 proc. przedsiębiorców prognozuje poprawę płynności finansowej; najwięcej wśród 6 badanych sektorów
  • Finansowanie zewnętrzne: 18,8 proc. przedsiębiorców prognozuje większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne;
  • Wpływ koronawirusa na sytuację firmy: 73,8 proc. przedsiębiorców uważa, że koronawirus będzie mieć zdecydowanie niekorzystny wpływ na przyszłą sytuację firmy (najwyższy wynik wśród 6 sektorów)

HoReCa to jeden z sektorów, którego objawy infekcji spowodowanej COVID-19 w perspektywie długoterminowej mogą okazać się najbardziej widoczne. Do dziś, pomimo zniesieniu wielu obostrzeń, wiele restauracji, kawiarni, barów, hoteli czy pensjonatów nie funkcjonuje tak jak miało to miejsce przed wybuchem pandemii. Najpewniej dlatego tak wielu przedstawicieli tego sektora twierdzi, że najpoważniejszym skutkiem trwającego kryzysu będą upadki działalności gastronomicznych i hotelarskich. Z drugiej strony, sami zainteresowani widzą nie tyle światełko w tunelu, co reflektor, o czym świadczy najwyższa od ponad roku wartość branżowego subindeksu. Na założenie różowych okularów przez restauratorów i hotelarzy z pewnością wpłynęły trzy czynniki. Pierwszy – pomoc finansowa w ramach tarczy antykryzysowej. Po drugie – trwający sezon wakacyjny, w którym polska turystyka pozostaje bezkonkurencyjna wobec zagranicznych ofert. Po trzecie, uruchomienie bonów turystycznych, które mają na celu pobudzenie turystycznej gałęzi polskiej gospodarki – zwraca uwagę Radosław Woźniak, prezes EFL.

Koronawirus już nie taki straszny?

Na wysoką dynamikę wartości subindeksu Barometru EFL dla HoReCa na III kwartał br. (55,7 pkt., +27,1 pkt. kwartał do kwartału) największy wpływ miały prognozy w obszarze sprzedaży. Prawie 54 proc. hoteli, restauracji i firm cateringowych prognozuje wzrost zamówień od lipca do września br., podczas gdy co czwarty zapytany spodziewa się zmniejszenia obrotów. Jest to zdecydowanie odmienny obraz od tego z końca marca / początku kwietnia, kiedy ponad 81 proc. przedstawicieli HoReCa obawiała się mniejszej sprzedaży, a na jej wzrost liczyło zaledwie 3 proc. zapytanych. Wówczas HoReCa, obok usług, najpesymistyczniej wyobrażała sobie swoją przyszłość, teraz odwrotnie. To nie pozostanie bez wpływu na płynność finansową, której poprawienia spodziewa się 30 proc. przedsiębiorców, również najwięcej wśród 6 badanych sektorów.  Na duże odbicie w inwestycjach jeszcze nie ma co liczyć – zdecydowana większość zapytanych (87 proc.) uważa, że pozostaną one na niezmienionym poziomie co ostatnio.

O poprawie nastrojów w HoReCa może świadczyć także fakt, że więcej przedstawicieli tego sektora twierdzi, że kondycja HoReCa w kontekście trwającej pandemii w ciągu kolejnych 6 miesięcy poprawi się, niż pogorszy (42,5 proc. vs. 39 proc.). Tutaj również grupa optymistów jest najliczniejsza wśród wszystkich badanych sektorów.

Potrzeba czasu

To jednak tyle dobrych informacji. Podobnie jak w maju, w czerwcu pesymizm dotyczący negatywnego wpływu COVID-19 na działalność firmy jest największy w branży HoReCa. 3 na 4 zapytanych twierdzi, że koronawirus ma zdecydowanie niekorzystny wpływ na ich firmę (74 proc.). HoReCa pozostaję także tą gałęzią gospodarki, w której najwięcej przedstawicieli obawia się upadków biznesów. Co drugi zapytany prognozuje, że największym skutkiem gospodarczym pandemii będzie zamknięcie działalności gastronomicznych i hotelarskich. To jest najwyższy odsetek wśród 6 badanych sektorów. Ponadto, w porównaniu do wyników z końca maja br., hotelarze i restauratorzy są mniej optymistycznie nastawieni, jeśli chodzi o czas powrotu do koniunktury. Po koniec maja 67 proc. zapytanych liczyło na uporanie się ze skutkami kryzysu do przyszłego roku, pod koniec czerwca – już tylko 39 proc. Więcej respondentów natomiast uważa, że nastąpi to w ciągu najbliższych 2-3 lat (35,5 proc. vs. 27 proc. w maju) lub w kolejnych latach (19 proc. vs. 0 proc. w maju).

Wartość głównego indeksu Barometru EFL na III kwartał 2020 roku wyniosła 50,2 pkt. Osiągnięty poziom jest o 17,7 pkt. wyższy niż w drugim kwartale tego roku i jednocześnie najwyższy od III kwartału 2019 roku (52,2 pkt.).

Jak wybrać pośrednika nieruchomości?

0

Transakcja zakupu lub sprzedaży mieszkania jest poważnym przedsięwzięciem, dlatego coraz większa liczba Polaków decyduje się powierzyć ją profesjonaliście. Biorąc pod uwagę fakt, że na rynku działa wiele agencji nieruchomości, trzeba poświęcić trochę czasu, żeby wybrać właściwie. Na co zwrócić uwagę przy wyborze pośrednika nieruchomości?

Pośpiech to zły doradca

Przy wyborze pośrednika nieruchomości nie warto się spieszyć. W pośpiechu często podejmujemy decyzje emocjonalnie i bywa, że potem ich żałujemy. O tym, jakie działania należy podjąć, mówi Adrian Truchta, Doradca ds. Nieruchomości w firmie Trust Nieruchomości:

Przede wszystkim bazować na poleceniach od znajomych czy rodziny. Powinno się zwrócić uwagę na to, czy jest to profesjonalny pośrednik, czy osoba, która zaczęła się tym zajmować wyłącznie przypadkowo i dla pieniędzy które można zarobić na transakcji. Łatwo to zweryfikować m.in. po sposobie tłumaczenia zagadnień prawnych – doświadczony i sprawdzony pośrednik bez problemu wyjaśni nam wszystkie kwestie i będzie potrafił znaleźć jak najlepsze rozwiązania.

Jeżeli nie możemy zapytać znajomych lub rodziny, poszukajmy opinii w Internecie. Należy jednak pamiętać, żeby nie przyjmować ich całkowicie bezkrytycznie.

Zwróćmy uwagę na wizerunek agenta w mediach społecznościowych – czy jest spójny z życiem zawodowym. – radzi Angelina Volska, Dyrektor ds. Marketingu i PR w agencji Royal Space. Ważne jest również portfolio ofert, ich aktualność, a także dyspozycyjność agenta i znajomość rynku nieruchomości.

To, w jaki sposób agencja buduje swój wizerunek w Internecie, jest prawdziwą kopalnią wiedzy. Nie zrażajmy się jednak tym, że nie możemy znaleźć danej agencji na Facebooku. Część z tych mniejszych woli skupić na bezpośredniej współpracy z klientem.

Po czym poznać dobrego agenta?

Decydując się na wsparcie ze strony agencji nieruchomości, mamy wiele oczekiwań. Musimy mieć zatem świadomość, że od trafności naszego wyboru, zależy, czy zostaną one spełnione. O tym, jaki powinien być dobry agent, opowiada Łukasz Kruszewski, Dyrektor Marketingu w agencji Freedom Nieruchomości:

Dobry agent nieruchomości to agent skuteczny. Najkrócej mówiąc, realizujący obietnicę, jaką składa klientowi (…) aby agent mógł być skuteczny, musi wykazać się szeregiem kompetencji (…) Przede wszystkim musi posiadać twardą wiedzę na temat obrotu prawem do nieruchomości, a także solidne podstawy marketingu pozwalające tworzyć efektywne plany marketingowe sprzedaży nieruchomości (…) Musi też mieć dostęp do narzędzi pozwalających na odpowiednią wycenę nieruchomości, przygotowanie do sprzedaży oraz wypromowanie oferty nieruchomości i dotarcie do klientów, którzy danym typem nieruchomości będą zainteresowani. 

Ważne jest, aby potrafił słuchać, identyfikować nasze potrzeby, a nawet wskazać, co możemy poprawić i usprawnić, aby doprowadzić do końca wyczekiwaną transakcję. Po czym jeszcze poznać dobrego agenta?

Duże znaczenie ma liczba i jakość ofert – podkreśla Adrian Truchta – Większa liczba ofert w portfolio, szczególnie kiedy widać, że są to różne oferty (niekoniecznie jedna inwestycja deweloperska), to przesłanka, że temu pośrednikowi zaufało już sporo klientów, a tym samym musi być dobry w tym, co robi. 

Co zyskujemy na współpracy z pośrednikiem?

Okazuje się, że całkiem sporo. Poszczególne agencje mają różny zakres oferowanych usług, ale większość z nich obiecuje, że bezpiecznie i z korzyścią przeprowadzi nas przez proces kupna lub sprzedaży mieszkania. O tym, jaki jest zakres odpowiedzialności pośrednika względem klienta, mówi Marta Szczepkowska-Sadoch, Dyrektor ds. Prawnych, Freedom Nieruchomości:

Zakres odpowiedzialności pośrednika w dużej mierze określa umowa pośrednictwa. To w niej wskazane są obowiązki pośredniczenia i czynności, które zobowiązał się on wykonać na rzecz swojego Klienta (…) Często, i to bardzo dobrze, w umowie znajdziemy dokładnie wyszczególnione czynności, do których zobowiązuje się agent, jak np. badanie stanu prawnego nieruchomości, przygotowanie oferty i umieszczenie jej na portalach ogłoszeniowych, w prasie, przeprowadzanie prezentacji nieruchomości, prowadzenie negocjacji, zorganizowanie dokumentów niezbędnych do transakcji. Wskazać tutaj należy, że pośrednik to profesjonalista realizujący umowę pośrednictwa w zakresie prowadzonej przez siebie działalności gospodarczej, w związku z czym zgodnie z przepisami kodeksu cywilnego wszelkie obowiązki nałożone na niego umową powinien on wykonywać ze szczególną starannością, wynikającą z zawodowego charakteru prowadzonej przez niego działalności. 

Profesjonalizm pośrednika nieruchomości ma kolosalne znaczenie dla przeprowadzanej transakcji, a jego doradztwo pozwoli nam uniknąć pułapek prawnych, które mogłyby skutkować poważnymi stratami finansowymi.

Pośrednik często jest gwarantem bezpieczeństwa transakcji – mówi Adrian Truchta – To od niego zależy czy dobrze prześwietli stan prawny i czy znajdzie ewentualne pułapki czyhające na kupującego. Klienci ufają, że pośrednik powie prawdę co myśli o danej nieruchomości, jej lokalizacji i przedstawi wszystkie plusy, ale i minusy danej oferty. 

Z drugiej strony jednak nie sposób oczekiwać od pośrednika, żeby był specjalistą w każdym obszarze dotyczącym nieruchomości, bo od tego są specjaliści geodeci, budowlańcy, geolodzy i inni. – zastrzega Marta Szczepkowska-Sadoch – Tu pośrednik oczywiście powinien zweryfikować dokumenty, ale trudno sobie wyobrazić, że pośrednik sprawdza, czy geodeta dobrze wykonał podział, który został zatwierdzony. 

Rzetelny pośrednik nieruchomości – czyli jaki?

Teraz kiedy już wiemy, jakie korzyści może przynieść zatrudnienie profesjonalnego pośrednika nieruchomości, zastanówmy się, jak można zweryfikować jego rzetelne podejście do naszej transakcji.

Właściwa postawa rzetelnego agenta nieruchomości to postępowanie według zasady “true interest” – twierdzi Łukasz Kruszewski – Aby klienci mieli pewność wyboru dobrego pośrednika, co dla Freedom jest motorem działania, muszą mieć przekonanie, że agent jest prawdziwie zainteresowany ich problemem. Twarda wiedza i kompetencje są tzw. czynnikami higieny, czyli czymś, bez czego nie można w ogóle uprawiać tego zawodu. Prawdziwe zainteresowanie, zaangażowanie w sprawę klienta, poświęcenie – w granicach biznesowego rozsądku – jest tym, co odróżnia rzetelnych agentów od zwykłych. 

Agent zawsze powinien dbać o dobro klienta – podkreśla Angelina Volska – a także doradzać adekwatnie do potrzeb, być lojalnym wobec jego interesów. 

Duża wiedza i otwarcie na potrzeby klienta – to niewątpliwie kluczowe cechy. Jaki jeszcze powinien być rzetelny pośrednik nieruchomości?

Agent powinien być obiektywny, szczery i kierować się dobrem klienta – mówi Adrian Truchta. Dzięki tym cechom zyska zaufanie kolejnych klientów. Wtedy zobaczą oni, że agent nie kieruje się tym, by jak najszybciej „coś’’ mu wcisnąć i zgarnąć prowizję, ale faktycznie chce mu pomóc znaleźć wymarzone „M”.

Materiał powstał we współpracy z portalem GetHome.

Podatek od najmu mieszkania – kiedy najem prywatny a kiedy działalność gospodarcza?

Sposób opodatkowania przychodów z najmu prywatnego może być przedmiotem analizy urzędników aparatu skarbowego, szczególnie w przypadku wynajmowania wielu nieruchomości.

Czy osoba posiadająca kilkanaście nieruchomości na wynajem może opodatkowywać je w preferencyjny sposób przewidziany dla tzw. najmu prywatnego, czyli ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych ze stawką 8,5% (przychód do 100.000 zł rocznie) i 12,5% (nadwyżka ponad 100.000 zł)?

– Podejście organów podatkowych w tej sprawie wielokrotnie zmieniało się na przestrzeni czasu. Pojawiały się interpretacje indywidualne stwierdzające, że osoba wynajmująca nawet bardzo wiele mieszkań może traktować swoją działalność jak najem prywatny. Pojawiały się jednak również takie, w których stwierdzano, że wynajem już kilku nieruchomości stanowi przejaw prowadzenia działalności gospodarczej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Dyl, prawnik w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Reprezentując jednego z klientów udało nam się uzyskać interpretację potwierdzającą, że sama liczba wynajmowanych mieszkań nie powinna wpływać na sposób opodatkowania, jednak nie można nazwać takiej linii argumentacyjnej utrwaloną. Rozstrzygnięcie organów podatkowych w tym zakresie może być jednak zależne np. od sposobu wynajmowania – przy najmie krótkoterminowym wykazanie nieprowadzenia działalności gospodarczej może być trudne.

Co istotne i warte wyraźnego podkreślenia – osoba prowadząca działalność gospodarczą w przedmiocie najmu nieruchomości nie może korzystać z zasad opodatkowania charakterystycznych dla najmu prywatnego – w szczególności ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych.

Czy ryczałt od przychodów ewidencjonowanych ze stawką 8,5 proc. (przy przychodach do 100 tys. zł rocznie) bądź 12,5 proc. (powyżej tej kwoty) jest bardziej opłacalny niż standardowe opodatkowanie skalą podatkową? To zależy od kosztów, które ponosi wynajmujący. Warto pamiętać, że ryczałt ma niższą stawkę podatkową, jednak oblicza się go od wartości przychodu. Skalą podatkową opodatkowuje się z kolei dochód, czyli przychód pomniejszony o koszty jego uzyskania.

– Z ciekawych informacji, z których niewiele osób zdaje sobie sprawę, wymienić warto, że do kosztów uzyskania przychodów z najmu można zaliczać np. odsetki od kredytu hipotecznego zaciągniętego celem nabycia wynajmowanej nieruchomości – wyjaśnia A.Dyl z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.