Schneider Electric: Bezpieczeństwo pracy zdalnej w nowej rzeczywistości

  • Tylko 26 proc. polskich firm jest gotowych na zakończenie zdalnej formy pracy[1]. Jednocześnie aż 6 na 10 ankietowanych sądzi, że podejście do pracy zdalnej w Polsce się zmieni i coraz częściej będzie ona standardem[2].
  • To oznacza, że rosnące wykorzystanie sieci teleinformatycznych czy energetycznych w gospodarstwach domowych nie będzie przejściowym stanem.
  • Dostawcy infrastruktury krytycznej, która jest ważniejsza niż kiedykolwiek wcześniej, muszą zmierzyć się z nowymi wyzwaniami, m.in. zmianą struktury obciążenia sieci, ale również zapewnieniem bezpieczeństwa danych przesyłanych z domu.
  • Pomagają rozwiązania z zakresu cloud i edge computingu. Do 2022 roku już 40 proc. rozwiązań opartych na chmurze będzie miało również komponent brzegowy[3].

Tylko 26 proc. polskich firm jest gotowych na zakończenie zdalnej formy pracy[4]. Jednocześnie aż 6 na 10 ankietowanych uważa, że podejście do tzw. home office w Polsce się zmieni i będziemy częściej pracować spoza biur[5]. To ma swoje konsekwencje. Mimo że w trakcie przymusowej kwarantanny gospodarka w sumie zużywała nawet o 15 proc. mniej prądu, to w gospodarstwach domowych rosło wykorzystanie sieci teleinformatycznych czy energetycznych[6]. Sytuacja powoli się jednak zmienia, co ma związek z rozluźnieniem rządowych restrykcji i próbą rozmrożenia gospodarki. W maju zużycie energii elektrycznej wzrosło o ponad 3 proc.[7] w porównaniu do kwietnia.

Przez ostatnie miesiące wiele osób ograniczyło swoje kontakty do minimum – 95 proc. respondentów stwierdziło, że obecnie wychodzi z domu tylko do pracy, zrobić zakupy w sklepie spożywczym lub aptece, lub w innym naprawdę niezbędnym celu[8]. Nie tylko więc pracujemy zdalnie, uczymy się, studiujemy, ale również kupujemy i szukamy w sieci rozrywki.

To oznacza, że ważne jest zapewnienie użytkownikom sprawnych łączy internetowych
w gospodarstwach domowych, dostępu do aplikacji informatycznych wykorzystywanych w danym przedsiębiorstwie, a także zapewnienie bezpieczeństwa danych przesyłanych, szczególnie poza obszarem firmy. To odgrywa szczególną rolę w branżach, gdzie operowanie na danych wrażliwych jest codzienną rzeczywistością – m.in. w księgowości czy spółkach skarbu państwa. Zarazem rośnie aktywność cyberprzestępców – poziom zagrożeń online w marcu wzrósł nawet sześciokrotnie[9].

Nie można jednak zapominać o bezpieczeństwie zakładów pracy – nawet jeśli nie pracują na 100% swoich możliwości. Na celowniku cyberkryminalistów mogą znaleźć się zarówno poufne dane przetwarzane przez członków zarządu w domach, jak również urządzenia podłączone do sieci w zakładach. To wymaga od dostawców infrastruktury krytycznej dodatkowej elastyczności, aby móc reagować w nagłych sytuacjach i dostosowywać się na bieżąco do potrzeb swoich klientów, które mogą zmieniać się z tygodnia na tydzień. Jednocześnie ważniejsze niż kiedykolwiek jest utrzymanie sprawności infrastruktury wykorzystywanej m.in. w obiektach ochrony zdrowia, instytucjach finansowych, centrach danych czy zakładach produkcji przemysłowej.

– Najważniejsze jest zapewnienie klientom poczucia, że mogą zawsze liczyć na swojego dostawcę niezależnie od tego, w jakiej sytuacji się znajdą. Nawet kilkugodzinny przestój w działaniu spowodowany cyberatakiem lub awarią sprzętu może znacząco wpłynąć na działalność firmy – podkreśla Małgorzata Kasperska, Secure Power Vice President MEE Cluster, Schneider Electric. – Przykładowo, gdy w szpitalu w Prokocimiu przegrzał się transformator, nasza fabryka w Mikołowie w trybie pilnym, w ciągu 24 godzin wyprodukowała nowy i dokonała operacji wymiany. Tak ważne i pilne wyzwania będą teraz nową codziennością dostawców.

W codziennym funkcjonowaniu zakładów przemysłowych pomagają również rozwiązania z zakresu cloud i edge computingu. Już do 2022 roku 40 proc. rozwiązań opartych na chmurze będzie miało również komponent brzegowy[10].

– Niekiedy przed wdrożeniem takich rozwiązań powstrzymują problemy z istniejącymi instalacjami, które trudno przerobić na nowe cele lub dopasować do sprzętu od wielu dostawców – zauważa Małgorzata Kasperska i dodaje: Z pomocą przychodzą uniwersalne produkty, które można przystosować do różnych konfiguracji. Przykładowo Galaxy VS all-in-one lub platformy dające możliwość integracji z różnym wyposażeniem jak chociażby EcoStruxure IT Expert™. W ten sposób nie trzeba się martwić o technikalia – zamiast tego można skupić się na utrzymaniu płynności działań firmy.

Wdrożenie rozwiązań opartych na chmurze umożliwia obserwację zużycia energii i zasobów na bieżąco. To pierwszy krok do zrozumienia, w jaki sposób działa dany obiekt i jak można zoptymalizować operacje w nim. Analizy danych pozyskanych w ten sposób umożliwiają opracowanie sposobów zabezpieczenia firmy przed potencjalnym przestojem w działalności.

[1] Office reopening  czyli bezpieczny powrót do pracy po pandemii, Deloitte

[2] Badanie dla Nexery na panelu Ariadna zrealizowane przez InsightOut Lab. Termin realizacji: 27-30 marca 2020

[3] The emergence of edge computing, Financier Worldwide

[4] Office reopening  czyli bezpieczny powrót do pracy po pandemii, Deloitte

[5] Badanie dla Nexery na panelu Ariadna zrealizowane przez InsightOut Lab. Termin realizacji: 27-30 marca 2020

[6] Analiza Polskiego Instytutu Ekonomicznego

[7] Wzrost zużycia i produkcji energii elektrycznej w maju

[8] Badanie dla Wirtualnej Polski na panelu Ariadna. Termin realizacji: 27-30 marca 2020

[9] Dane Cloudflare

[10] The emergence of edge computing, Financier Worldwide

Terminy sprawozdań finansowych w czasie epidemii COVID-19

Podmioty zobowiązane do prowadzenia ksiąg rachunkowych jak również te, które dobrowolnie wybrały taki model ewidencjonowania swojej działalności, zobowiązane są m.in. do sporządzania, zatwierdzania, poddawania badaniu i składania do właściwego rejestru sądowego swoich corocznych sprawozdań finansowych. Na ich sporządzenie mają czas do 31 marca roku następnego po roku objętym sprawozdaniem, a na zatwierdzenie do 30 czerwca. Ale w bieżącym roku, z uwagi na panującą epidemię koronawirusa, która przypadła w najgorętszym czasie wypełniania obowiązków sprawozdawczych, Minister Finansów wydłużył te i inne terminy na ich realizację.

Krąg podmiotów zobowiązanych do składania sprawozdań finansowych ze swojej działalności, jak i obowiązujące w związku z tym terminy określa Ustawa z dnia 29 września 1994 r. o rachunkowości (Dz.U. 1994 nr 121 poz. 591, ze zm.). Rozporządzeniem z dnia 31 marca 2020 r. w sprawie określenia innych terminów wypełniania obowiązków w zakresie ewidencji oraz w zakresie sporządzenia, zatwierdzenia, udostępnienia i przekazania do właściwego rejestru, jednostki lub organu sprawozdań lub informacji (Dz.U. 2020, poz. 570) Minister Finansów, z uwagi na panującą epidemię COVID-19, dokonał przesunięcia wskazanych w ustawie terminów. Ministerstwo Finansów wyszło z założenia, że przedsiębiorcy i kierownicy innych zobowiązanych do sprawozdawczości jednostek mają w czasie pandemii większe zmartwienia na głowie. Stąd też w celu umożliwienia prawidłowej realizacji tych obowiązków określiło nowe terminy na ich wypełnienie.

Dwie kategorie podmiotów

Dokonane przesunięcia terminów można podzielić na dwie kategorie, w zależności od podmiotów, których dotyczą:

1) dla jednostek działających w sferze budżetowej, a także jednostek prowadzących działalność, do której stosuje się przepisy ustaw, o których mowa w art. 1 ust. 2 Ustawy z dnia 21 lipca 2006 r. o nadzorze nad rynkiem finansowym, a więc przepisy o nadzorze: bankowym, emerytalnym, ubezpieczeniowym, nad rynkiem kapitałowym, nad instytucjami płatniczymi, nad agencjami ratingowymi, uzupełniającym nad instytucjami kredytowymi, zakładami ubezpieczeń, zakładami reasekuracji i firmami inwestycyjnymi wchodzącymi w skład konglomeratu finansowego, nad spółdzielczymi kasami oszczędnościowo-kredytowymi i Krajową Spółdzielczą Kasą Oszczędnościowo-Kredytową, nad pośrednikami kredytu hipotecznego oraz ich agentami, nad działalnością sekurytyzacyjną oraz o nadzorze w zakresie indeksów stosowanych jako wskaźniki referencyjne w instrumentach finansowych i umowach finansowych lub do pomiaru wyników funduszy inwestycyjnych;

2) dla pozostałych jednostek.

Dla pierwszej grupy podmiotów terminy sprawozdawcze wydłużono o dwa miesiące lub 60 dni, a dla drugiej – o trzy miesiące lub 90 dni.

Terminy zamknięcia ksiąg rachunkowych, inwentaryzacji, zestawienia obrotów

Zamknięcie ksiąg rachunkowych zgodnie z art. 12 ust. 2 ustawy o rachunkowości powinno nastąpić nie później niż w ciągu trzech miesięcy od dnia zaistnienia zdarzeń powodujących obowiązek zamknięcia. Na mocy rozporządzenia Ministra Finansów podmioty z pierwszej grupy mogą to zrobić do dwóch miesięcy później, a pozostałe jednostki do trzech miesięcy później. Na sporządzenie zestawienia obrotów i sald kont księgi głównej za rok obrotowy jest 85 dni liczonych po dniu bilansowym. W związku z epidemią COVID-19 termin ten został wydłużony dla zobowiązanych z pierwszej i drugiej grupy odpowiednio: o 60 i 90 dni, czyli o tyle samo, co termin zakończenia inwentaryzacji składników aktywów (z wyłączeniem aktywów pieniężnych, papierów wartościowych, produktów w toku produkcji oraz materiałów, towarów i produktów), którego należy standardowo, ustawowo dokonać do 15 dnia następnego roku obrotowego.

Terminy sporządzania sprawozdań, w tym skonsolidowanych i z płatności

Sprawozdanie finansowe sporządza się na dzień zamknięcia ksiąg rachunkowych lub inny dzień bilansowy, jednak nie później niż przed upływem trzech miesięcy od dnia kończącego rok obrotowy, czyli do 31 marca. W takim samym terminie sporządza się skonsolidowane sprawozdanie finansowe, sprawozdanie z działalności grupy kapitałowej, sprawozdanie z działalności jednostki, sprawozdanie z płatności i skonsolidowane sprawozdanie z płatności. W 2020 r. pierwsze z wyodrębnionych podmiotów mogą wypełnić te obowiązki do 31 maja, a pozostałe do 30 czerwca.tłumaczenia dla firm

Zatwierdzenie sprawozdania finansowego oraz informacje niefinansowe

Roczne sprawozdania finansowe oraz roczne skonsolidowane sprawozdania finansowe podlegają obowiązkowemu zatwierdzeniu. Dokonuje go organ zarządzający podmiotu sporządzającego sprawozdanie w terminie do sześciu miesięcy od dnia bilansowego. W bieżącym roku termin ten został przesunięty dla pierwszych z ww. podmiotów o dwa miesiące, dla drugich – o trzy miesiące, podobnie jak termin na sporządzenie i zamieszczenie na swojej stronie internetowej odrębnego sprawozdania na temat informacji niefinansowych, w tym odrębnego sprawozdania grupy kapitałowej.

Odpowiedzialność za niezłożenie sprawozdań

Z powyższych przesunięć mogą skorzystać podmioty realizujące obowiązki sprawozdawcze za rok obrotowy kończący się po 29 września 2019 r., jednak nie później niż 30 kwietnia 2020 r., a których termin wykonania nie upłynął przed 31 marca 2020 r. Wydłużenie terminów daje więcej czasu ich kierownikom na realizację tych obowiązków. A to na nich spoczywa w tym zakresie odpowiedzialność. Przykładowo za niesporządzenie sprawozdania finansowego sąd może orzec karę grzywny, pozbawienia wolności do lat dwóch albo obie te kary łącznie. Niedopełnienie innych obowiązków, chociażby niepoddanie sprawozdania finansowego badaniu przez biegłego rewidenta, czy też niezłożenie go do ogłoszenia, zagrożone jest karą grzywny lub ograniczenia wolności. Do odpowiedzialności za szkody wyrządzone niedopełnieniem swoich obowiązków mogą być pociągnięci członkowie odpowiednich organów nadzorujących w spółkach.

Jednak do najistotniejszych dla funkcjonowania przedsiębiorstw, spółek i innych podmiotów konsekwencji niezłożenia w terminach sprawozdania finansowego należą: możliwość wykreślenia spółki z rejestru w przypadku braku jego złożenia w 7-dniowym terminie od doręczenia wezwania sądu do jego złożenia i rozwiązanie spółki, która nie złożyła sprawozdań za dwa kolejne lata obrotowe.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Spadek zatrudnienia w Polsce

W opublikowanych danych GUS pojawiają się dwie osobne kwestie. Pierwsza z nich dotyczy spadku zatrudnienie w Polsce, a druga to rosnące płace. To dość niestandardowa zależność, która nie zdarza się często.

Dane z Australii

W nocy poznaliśmy dane z Australii. W maju ubyło 227 tysięcy miejsc pracy, w rezultacie bezrobocie wzrosło do 7,1%. Warto pamiętać, że jeszcze do marca, zanim kryzys uderzył w tamtejszy rynek pracy, bezrobocie znajdowało się w przedziale 5,1%-5,3%. Po słabych danych dolar australijski tracił na wartości względem głównych walut w tym dolara, ale po silnym spadku w ciągu kilku godzin odrobił cały ten ruch.

Rynek pracy w Polsce

GUS opublikował dzisiaj dane na temat wzrostu zatrudnienia i płac w Polsce. Zatrudnienie okazało się nie być wzrostem, ale 3,2% spadkiem. Pensje za to rosną o 1,2% w skali roku. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na metodykę liczenia. Wzrost ten może zarówno wynikać ze wzrostu pensji, jak również z tego, że pracę straciły osoby gorzej wyspecjalizowane, a zarazem zarabiające przeważnie poniżej średniej.

W Szwajcarii bez zmian

Dzisiejsza decyzja Szwajcarskiego Narodowego Banku nie przyniosła zmian. Stopa procentowa pozostała na poziomie -0,75%. Nie ma również zmian innych parametrów. W komunikacie do decyzji pojawiło się kilka banałów o gotowości do działania oraz o świadomości wpływu pandemii koronawirusa. Nie pojawiła się jednak najważniejsza informacja, czyli odpowiedź na pytanie o to, jak dalej będzie się kształtować polityka banku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

13:00 – Wielka Brytania – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Weryfikacja warunków zagrożenia szansą na obniżenie kosztów pracy

Do 27 października 2020 r. średnie firmy (zatrudniające od 50 do 249 pracowników) mają czas na podpisanie umów o zarządzanie Pracowniczymi Planami Kapitałowymi. Dla wielu z nich oznacza to dodatkowe obciążenie związane z kosztami pracy. A te sukcesywnie rosną. Z danych GUS za rok 2018 wynika, że w porównaniu z rokiem 2017 koszty pracy na jednego zatrudnionego i na jedną przepracowaną godzinę wzrosły we wszystkich rodzajach działalności. W sytuacji, gdy wciąż wiele firm zmaga się z finansowymi skutkami pandemii COVID-19, to dobry moment, aby zacząć szukać oszczędności w obszarze zobowiązań odprowadzanych do ZUS. Taką możliwość daje weryfikacja prawidłowości parametrów wpływających na sposób wyliczenia składki wypadkowej.

W opracowanym przez GUS „Roczniku Statystycznym Pracy 2019” czytamy, że przeciętny miesięczny koszt pracy pracownika w 2018 r. wyniósł 6150,58 zł. Największe miesięczne koszty występowały w branży górniczej (10268,27 zł) oraz w informacji i komunikacji (11001,53 zł). Górnictwo to również sektor, w którym maksymalna stopa procentowa składki wypadkowej jest najwyższa i może sięgać aż 5 proc. Ale jednocześnie nie przoduje on w liczbie wypadków przy pracy. W 2018 r. w branży górniczej zgłoszono 2244 wypadki przy pracy ogółem, a przykładowo w sektorze przetwórstwa przemysłowego – niemal 13 razy więcej (28669). Większą wypadkowość odnotowuje również handel, budownictwo, transport czy administracja publiczna. Jednak to w górnictwie należności z tytułu składki wypadkowej są najwyższe. Z czego wynikają te różnice?

Praca w warunkach zagrożenia

Przyczyna zwiększonych zobowiązań leży po stronie warunków zagrożenia, które w sektorze górniczym i wydobywczym są nieporównywalnie większe w porównaniu do innych gałęzi gospodarki. Z analiz Ayming wynika, że kategoria „warunki zagrożenia” odpowiada średnio za 65 proc. nadpłat dotyczących składki wypadkowej. W przypadku branży górniczej jest to aż 72 proc. Najpowszechniejszym warunkiem zagrożenia w przedsiębiorstwach w Polsce jest hałas, który zgodnie z danymi GUS z 2018 r. doskwiera 32 osobom na 1000 zatrudnionych. Do innych czynników wpływających na wysokość składki wypadkowej zaliczymy też pyły, drgania mechaniczne, substancje chemiczne, promieniowanie oraz mikroklimat zimny lub gorący.

Mimo kluczowej roli, jaką odgrywają warunki zagrożenia przy ustalaniu wysokości składki wypadkowej, pracodawcy rzadko sięgają po rozwiązania, które mogłyby zminimalizować ich oddziaływanie na pracowników, a w dalszej perspektywie – obniżyć zobowiązania z tytułu ubezpieczeń społecznych. Nad podjęciem działań zwiększających bezpieczeństwo i komfort w miejscu pracy powinni szczególnie zastanowić się najwięksi przedsiębiorcy, ponieważ koszt składki wypadkowej zależy od masy wynagrodzeń. Im wyższy poziom zatrudnienia, tym wyższe zobowiązania odprowadzane do ZUS – dodaje Michał Wawrzynowski, ekspert ds. BHP w Obszarze Kosztów Pracy w Ayming Polska

Prawidłowa ocena środowiska pracy

Środowisko pracy ma największy wpływ na wysokość opłat z tytułu składki wypadkowej. „Rocznik Statystyczny Pracy 2019” wskazuje, że 45 proc. zagrożeń jest związanych z charakterem wykonywanej pracy. Odsetek pracowników zatrudnionych w przedsiębiorstwach liczących 10 i więcej osób, w których występuje przynajmniej jeden z czynników zagrożenia, wynosi 7,7 proc. Dlatego kwestia bieżącego monitorowania środowiska pracy jest niezwykle ważna. Niestety wielu pracodawców nie wie, że środowisko pracy również wpływa na wysokość ich obciążeń z tytułu składki wypadowej. Konstrukcja algorytmu do obliczenia składki wypadkowej powoduje, że nawet najmniejsza zmiana może wpłynąć na wysokość stopy procentowej składki. Dlatego nie należy bagatelizować kwestii związanej z prawidłową i kompletną oceną środowiska pracy.

Częstą nieprawidłowością przy ocenie środowiska pracy jest wykonywanie pomiarów środowiska pracy w momencie chwilowego najwyższego lub najniższego obciążenia produkcji. Tymczasem warunkiem przedstawienia prawidłowego i rzetelnego obrazu danego przedsiębiorstwa jest wykonanie pomiarów, które uwzględniają faktyczne  parametry narażenia na czynniki szkodliwe występujące w danym roku. Ważną kwestią jest również prawidłowe przygotowanie samego procesu oceny środowiska pracy, co bywa żmudne
i czasochłonne. Dlatego przedsiębiorcy często korzystają z już istniejących wzorców, które są nieadekwatne do zmieniającej się sytuacji w firmie. To z kolei powoduje błędne i często nieaktualne odczyty niektórych parametrów. Jako przykład można wskazać wykonywanie pomiarów na już nieistniejących stanowiskach pracy
tłumaczy Michał Wawrzynowski, ekspert ds. BHP w Obszarze Kosztów Pracy w Ayming Polska.

Case study – analiza składki wypadkowej

Przedsiębiorstwo z branży przetwórstwa przemysłowego zatrudniające 3000 pracowników

Początkowa wysokość stopy procentowej składki wypadkowej: 1,62%

Wysokość stopy procentowej po weryfikacji:

  • 1,47% w roku bieżącym
  • 1,32% w ciągu kolejnych 3 lat

Wysokość oszczędności:

  • 650 tys. zł za lata 2019-2020
  • 1,2 mln zł za lata 2021-2023

Analiza pozwoliła odtworzyć dane odnośnie faktycznej liczby pracowników zatrudnionych w warunków zagrożenia w przeszłości oraz opracować zalecenia, które wpłyną na obniżenie przyszłych zobowiązań z tytułu składki wypadkowej. Tym samym wygenerowane oszczędności dotyczą okresu przeszłego, bieżącego oraz przyszłych okresów składkowych.

Komentarz eksperta

Piotr Radko, Dyrektor Obszaru Kosztów Pracy w Ayming Polska

Działania ukierunkowane na obniżanie składki wypadkowej w przyszłych okresach składkowych mogą przynieść pracodawcom o wiele większe korzyści niż w przypadku skupienia się jedynie na odzyskaniu nadpłat do 5 lat wstecz. Systematyczne dbanie o prawidłową ocenę środowiska pracy i minimalizację czynników zagrożenia automatycznie obniży wysokość płaconej składki wypadkowej, wpływając na poprawę kondycji finansowej przedsiębiorstwa.

Powstała koalicja „Włącz Czystą Energię dla Polski”

Walka z przyczynami i skutkami zmian klimatycznych oraz rozwijanie produkcji przemysłowej nie muszą się wykluczać. Co więcej – rozwój oraz badania w jednej z tych dziedzin przekładają się na zmiany w drugiej. Niezbędna jest jednak współpraca podmiotów związanych z każdym etapem wytwarzania, dystrybucji i wykorzystania energii, ośrodków badawczych oraz think-tanków. W celu stymulowania takiej współpracy oraz zapewnienia przepływu wiedzy i doświadczeń Pracodawcy RP powołali do życia koalicję „Włącz Czystą Energię dla Polski”, której pierwszymi członkami zostali Instytut Jagielloński oraz firma energetyczna Fortum.

Zadaniem Koalicji ma być przede wszystkim zapewnienie wymiany doświadczeń, stworzenie przestrzeni do dyskusji oraz nawiązywanie współpracy, która ma przynosić wymierne gospodarczo efekty. Z tego powodu lider Koalicji, Pracodawcy Rzeczpospolitej Polskiej, zapraszają do zainteresowania się inicjatywą wszystkie firmy, instytucje i organizacje. Wymogiem formalnym jest zgłoszenie chęci uczestnictwa w projekcie oraz zaakceptowanie Deklaracji Czystej Energii dla Polski.

„Wierzymy, że każdy z nas, niezależnie od reprezentowanej branży, ma wpływ na efektywność w wykorzystywaniu energii w różnych obszarach, czy to na poziomie produkcji, logistyki czy po prostu w codziennym prowadzeniu biura. Jesteśmy przekonani, że wzrost efektywności energetycznej, przy jednoczesnym zmniejszeniu negatywnego wpływu działalności gospodarczej na środowisko, jest możliwy” mówi Andrzej Malinowski, Prezydent Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej. „Do naszej Koalicji zapraszamy zarówno praktyków, jak i teoretyków; przedstawicieli przemysłu, think-tanków, organizacji branżowych, samorządów i administracji. Niech połączy nas chęć zmiany oraz dążenie do wypracowania odpowiedniej dla Polski drogi do Gospodarki Obiegu Zamkniętego” dodaje.

Inicjatorom Koalicji przyświeca cel wprowadzenia realnych zmian odpowiadających na wyzwania stojące przed Polską oraz krajami Unii Europejskiej związane z transformacją energetyczną oraz ochroną środowiska.

Energetyka i ciepłownictwo są kluczowymi sektorami w każdej gospodarce, a stabilne dostawy energii po konkurencyjnej cenie są niezbędne dla przemysłu. Jest to tym istotniejsze, że Polska, doganiając gospodarczo kraje zachodnie, musi w coraz większym stopniu konkurować także „zielonością” naszych produktów i dodawać jak najwięcej wartości do wytwarzanych dóbr końcowych. Jest to szczególnie istotne w przemyśle high tech i w sektorach innowacyjnych, które stanowią siłę napędową gospodarek, w tym także polskiej. Spojrzenie na energetykę w perspektywie GOZ może oznaczać większe szanse dla polskich przedsiębiorców” komentuje Marcin Roszkowski, Prezes Instytutu Jagiellońskiego.

Pierwszym podmiotem, który odpowiedział na zaproszenie Pracodawców Rzeczpospolitej jest Fortum, firma specjalizująca się w wytwarzaniu czystej energii.

„Jesteśmy firmą o korzeniach skandynawskich, dlatego bardzo praktycznie podchodzimy do realizacji naszej misji tworzenia czystszego świata.  Nie tylko w Finlandii, Szwecji czy Norwegii, ale także w Polsce wdrażamy w życie zasady gospodarki obiegu zamkniętego.  Wytwarzamy energię elektryczną i ciepło w sposób zero- lub niskoemisyjny. Wykorzystujemy paliwa z odpadów, które zamiast trafiać na wysypiska, służą do produkcji ciepła i prądu. Rozwijamy sieci ładowania pojazdów elektrycznych. Chcemy dzielić się naszymi doświadczeniami i stąd nasz udział w inicjatywie „Włącz Czystą Energię dla Polski” podsumowuje Izabela Van den Bossche, Wiceprezes ds. Komunikacji City Solutions, Fortum.” podsumowuje Izabela Van den Bossche, Wiceprezes ds. Komunikacji City Solutions, Fortum.

Oprócz Fortum i Instytutu Jagiellońskiego na zaproszenie Pracodawców Rzeczpospolitej odpowiedziały także: Coca Cola HBC, ENERIS Surowce, Fortum, Instytut Jagielloński, Karmar, Kompania Piwowarska, Polmass, Strabag, Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego.

Powiedzieli o koalicji „Włącz Czystą Energię dla Polski”:

„W kodzie genetycznym ENERIS mieści się troska o środowisko i aktywne, odważne podejście do realizacji wizji: czystego powietrza, ziemi i wody. Stąd kierując się takimi zasadami jak synergia, współpraca, etyka, innowacyjność w codziennej pracy w praktyce wdrażamy założenia Zielonego Ładu. W taki sposób rozumiemy rolę zrównoważonego i współodpowiedzialnego biznesu. Naszymi doświadczeniami chcemy dzielić się z innymi, jak również czerpać z wiedzy tych, którzy podzielają nasz sposób myślenia. Dbamy o przyszłość naszych dzieci” komentuje Paweł Augustyn, Prezes ENERIS Surowce.

„Dołączyliśmy do „Koalicji”, ponieważ wspieramy ideę zrównoważonej gospodarki i zrównoważonego budownictwa. Zdajemy sobie sprawę z wpływu, jaki ma branża budowlana na środowisko. Jego degradacja oraz zmiany klimatyczne stały się realnym problem dotyczącym nas wszystkich. Redukcja śladu węglowego czy aktywne wspieranie GOZ muszą być naszym obowiązkiem, a nie wartością dodaną” mówi Joanna MAKOWIECKA-GACA, Prezes Zarządu KARMAR S.A.

W czasie pandemii Polacy masowo uciekali na zwolnienia lekarskie

Przeszło 3,3 mln wyniosła w marcu br. liczba zarejestrowanych zaświadczeń lekarskich o czasowej niezdolności do pracy. Jak wynika z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, w porównaniu z miesiącem wcześniejszym nastąpił wzrost o 36%. Z kolei w okresie od 1 kwietnia do 25 maja wypisano ponad 3 mln takich dokumentów. Ponad 323 tys. zwolnień miało datę wystawienia 16 marca, a od tego dnia zamknięto wszystkie szkoły w Polsce. Zdaniem ekspertów, skala nieprawidłowości mogła być naprawdę duża, ponieważ zdobycie ww. zaświadczenia nie stanowi problemu. Jednak wątpliwe jest, żeby ZUS zajmował się ewentualnymi nadużyciami.

W marcu br. zarejestrowano ponad 3,323 mln zwolnień lekarskich o czasowej niezdolności do pracy. Przeszło 3 mln z nich było z tytułu własnej choroby, 271 tys. – opieki nad dzieckiem oraz 48 tysięcy – opieki nad innym członkiem rodziny. Jak mówi Paweł Żebrowski, rzecznik ZUS, w porównaniu z lutym zanotowano wzrost o 36%. Z kolei w kwietniu liczba zaświadczeń wyniosła ponad 1,922 mln, a w maju (dane do 25. dnia miesiąca) – 1,138 mln. Od marca, przez niespełna 3 miesiące, to przeszło 6,384 mln takich dokumentów, w tym 5,927 mln z tytułu własnej choroby.

– Od stycznia do czerwca 2018 roku wystawiono ponad 7,5 mln zaświadczeń lekarskich o chorobie własnej, co daje średnią 1,25 mln miesięcznie. Poziom ponad 3 mln w marcu jest bardzo wysoki i ma zapewne bezpośredni związek z koronawirusem. Wiele osób w ten sposób zabezpieczyło siebie i swoje rodziny przed konsekwencjami sytuacji epidemicznej dla rynku pracy. Tak zrobili głównie samozatrudnieni przedsiębiorcy, rzadziej pracownicy etatowi – komentuje dr Stanisław Maksymowicz z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, ekspert ds. zdrowia Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego i Nowej Konfederacji.

Natomiast Wojciech Bociański, ekspert BCC ds. służby zdrowia, zwraca uwagę na początek pandemii. Wtedy rząd apelował, żeby nie obciążać placówek medycznych. Sugerowano, żeby załatwiać jak najwięcej spraw drogą telefoniczną. Ludzie więc dzwonili z różnych powodów, niekiedy błahych. Jednak lekarzom było trudno zweryfikować prawdziwe przyczyny, dla których trzeba wydać zwolnienie. Jak podkreśla Stanisław Maćkowiak, prezes Federacji Pacjentów Polskich, w marcu panowała atmosfera strachu. Docierały dramatyczne informacje o sytuacji m.in. we Włoszech. To sprzyjało stanom lękowym czy depresji. Osoby mniej odporne emocjonalnie potrzebowały wsparcia częściej niż zwykle.

– Na początku epidemii nie było jeszcze tzw. tarczy antykryzysowej. Zamknięto natomiast instytucje opiekuńcze dla dzieci, rozpoczęło się też zamrażanie gospodarki. Zwolnienia mogły być więc formą tymczasowej kompensacji kosztów zatrudnienia, czasem wręcz korzystną dla pracowników, mających wybór pomiędzy zaświadczeniem albo darmowym urlopem lub zawieszeniem działalności. W kwietniu nastąpił już istotny spadek nowych zwolnień. To zapewne miało związek z rozwiązaniami antykryzysowymi, m.in. z zasiłkami opiekuńczymi dla rodziców czy wprowadzeniem tzw. postojowego – mówi dr Maksymowicz.

Analizując wszystkie zaświadczenia z marca, to ponad 323 tysiące z nich miało datę wystawienia 16. dnia tego miesiąca. Ponad 293 tysiące dokumentów wypisano z tytułu choroby własnej, 24 tysiące – opieki nad dzieckiem, a 5 tysięcy – opieki nad innym członkiem rodziny. Jak stwierdza Wojciech Bociański, fizycznie jest nierealne, żeby wystawić tyle zwolnień jednego dnia. Prawdopodobnie ludzie dzwonili też 17. czy 18. marca, a otrzymywali zaświadczenia rozpoczynające się właśnie od 16. Lekarz ma prawo wystawić taki dokument do trzech dni wstecz.

– Trudno się dziwić, że tzw. wysyp zwolnień nastąpił w tym okresie. Od 16 marca, decyzją administracyjną, zamknięto wszystkie szkoły w Polsce. W takiej sytuacji rodzice musieli zadbać o bezpieczeństwo swoich dzieci. Jeżeli nie mieli innej możliwości, to oczywiście korzystali z zaświadczeń lekarskich o czasowej niezdolności do pracy – stwierdza prezes Federacji Pacjentów Polskich.

Według dr. Maksymowicza, możliwe jest, że pracodawcy wywierali presję na pracownikach, by uzyskali zwolnienie lekarskie. Dotyczy to ewentualnie małych firm, w których od pierwszego dnia to ZUS płaci tzw. chorobowe. Ekspert podkreśla, że uzyskanie zaświadczenia nie zawsze jest poparte istotnymi zdrowotnymi przesłankami. I choć proceder ten zdarza się coraz rzadziej, to zdobycie takiego dokumentu nie jest zbyt trudne. To niewątpliwie poważne źródło nadużyć. Jednak wątpliwe jest, by ZUS sięgał do dokumentów z okresu epidemii, mimo dużej skali ewentualnych nieprawidłowości.

– Myślę, że ZUS może kontrolować zaświadczenia, ale bardziej dla własnej wiedzy. W okresie pandemii i przy tych zaleceniach jakie były, to nie wyobrażam sobie, żeby wyciągano konsekwencje ws. ewentualnych nadużyć. Ból brzucha czy objawy przeziębienia mogły być przecież początkiem choroby wirusowej – dodaje ekspert BCC ds. służby zdrowia.

Natomiast Stanisław Maćkowiak podkreśla, że początkowo wiedza o wirusie była dość ograniczona. Jeśli pojawiały się znamiona mogące świadczyć o COVID-19, to lepiej było izolować danego człowieka niż narażać na zarażenie większą grupę ludzi. Gdyby postępowano swobodniej w takich przypadkach, to mogłoby się okazać, że służba zdrowia nie poradziłaby sobie z natłokiem chorych. I to byłby dramat dla wielu pacjentów.

– Prawdopodobnie wielu lekarzy wydawało zaświadczenie o niezdolności do pracy na tydzień, a później je przedłużało. To powinno być związane z wykonaniem określonych badań czy wizytą kontrolną. W warunkach pandemii mogło dochodzić do nadużyć, tzn. pominięcia pewnych standardowych czynności. Dziś bardzo ważną kwestią jest to, ile krótkotrwałych zwolnień przerodzi się w długotrwałe. Za nie już musi płacić ZUS, a nie wiemy, ile na tym straci – podsumowuje Wojciech Bociański.

SSK S.A. ma list intencyjny w sprawie połączenia z podmiotem z branży VR

Surfland Systemy Komputerowe S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od sierpnia 2011 r., działająca w branży IT, podpisała list intencyjny z firmą VR Factory Sławomir Matul prowadzącą działalność w obszarze technologii Virtual Reality, który inicjuje proces negocjacji w sprawie połączenia. Podmioty rozpoczną teraz proces due diligence oraz prace nad przygotowaniem Term Sheet.

SSK S.A. podpisała z firmą VR Factory Sławomir Matul list intencyjny inicjujący proces negocjacji, które w efekcie mogą doprowadzić do połączenia podmiotów. VR Factory zamierza w najbliższym czasie zmienić formę organizacyjną prowadzonej działalności poprzez jej wniesienie wraz z autorskimi prawami majątkowymi do gier rozrywkowych i aplikacji marketingowych VR, prawami do stron i domen internetowych oraz pozostałymi składnikami majątkowymi do spółki VRScreens Sp. z o.o. Strony zdecydowały się rozpocząć negocjacje dostrzegając potencjalne korzyści płynące z zacieśnienia współpracy, wykorzystania efektu synergii płynącej z doświadczenia i potencjału obu stron. Podstawą tej decyzji jest przekonanie, że po połączeniu powstanie podmiot o mocnej pozycji konkurencyjnej w branży producentów gier rozrywkowych i aplikacji marketingowych VR, który będzie posiadał status spółki publicznej. Podpisanie listu intencyjnego otwiera proces due diligence oraz prace nad przygotowaniem Term Sheet (porozumienia w sprawie podstawowych warunków transakcji), którego podpisanie ma nastąpić do 31 lipca br. Ewentualne połączenie obu podmiotów nastąpi po ustaleniu parytetu wymiany akcji i pod warunkiem wyrażenia zgody przez Walne Zgromadzenia Akcjonariuszy SSK S.A. oraz Zgromadzenie Wspólników VRScreens Sp. z o.o. Zarząd SSK S.A. podchodzi z dużym optymizmem do potencjalnej transakcji i będzie pracował nad procesem due diligence oraz opracowaniem Term Sheet.

„Po wielu latach działalności jako integrator systemów informatycznych i firma świadcząca usługi opieki serwisowej oraz outsourcingu usług IT, Spółka staje przed szansą szybkiego wzrostu poprzez „wejście” na dynamicznie rozwijający się i ceniony przez inwestorów rynek gier i aplikacji wykorzystujących technologię Virtual Reality. Rynkowe wyceny spółek gamingowych notowanych na głównym parkiecie, jak i na rynku NewConnect w pełni te oczekiwania potwierdzają.” – komentuje Bogusław Bartoń, Prezes Zarządu Spółki Surfland Systemy Komputerowe S.A.

W lutym br. Spółka poinformowała o dokonaniu wyboru opcji strategicznej polegającej na połączeniu Emitenta z innym podmiotem w drodze przejęcia przez ten podmiot, po uprzednim wydzieleniu podstawowej działalności do nowo powołanej spółki. Decyzja ta poprzedzona została analizą wariantowych opcji, o których Emitent informował w grudniu 2019 r. oraz konsultacjami z głównymi akcjonariuszami Spółki. Zarząd SSK S.A. będzie rekomendował Walnemu Zgromadzeniu podjęcie uchwały o wyrażeniu zgody na zbycie zorganizowanej części przedsiębiorstwa w postaci wyodrębnionego „Działu Realizacji Projektów i Usług IT”, poprzez jego przeniesienie na rzecz nowo powołanego podmiotu.

W grudniu ub. roku Spółka poinformowała, że w wyniku oceny aktualnej jej sytuacji oraz analizy trendów i perspektyw rozwoju rynku IT, Zarząd podjął w porozumieniu z głównymi akcjonariuszami decyzję o przeanalizowaniu w najbliższych kilku tygodniach wariantowych opcji strategicznych dla Emitenta. Wśród tych opcji znalazło się m.in. dokapitalizowanie SSK S.A. poprzez prywatną emisję akcji celem budowy i rozwoju działu systemów multimedialnych, w tym m.in. systemów AR (ang. augmented reality),  połączenie z innym podmiotem w drodze przejęcia przez ten podmiot, po uprzednim wydzieleniu podstawowej działalności Spółki do nowo powołanego podmiotu oraz stworzenie grupy kapitałowej z Emitentem jako podmiotem dominującym i wydzielenie dotychczasowej działalności w obszarze IT do podmiotu zależnego.

Surfland Systemy Komputerowe S.A. przeprowadziła w ostatnim czasie emisję akcji serii K, z której pozyskała 800 tys. zł. Inwestorzy objęli wszystkie zaoferowane akcje w liczbie 800.000 szt. po cenie emisyjnej wynoszącej 1,00 zł za akcję.

Czego brakuje w Sprawozdaniu z wykonania ustawy budżetowej za 2019 r.

Czas obala mity. Tak właśnie stało się z mitami na temat stanu finansów publicznych. Najpierw runął ten o rzekomo „zrównoważonym budżecie” w 2020. Teraz okazuje się, że sytuacja fiskalna w Polsce w 2019 roku była tylko pozornie bardzo dobra.

W komisjach sejmowych właśnie rozpoczynają się prace nad sprawozdaniem z wykonania ustawy budżetowej za 2019 r. Rada Ministrów informuje w nim Sejm o całokształcie wykonania budżetu, a posłowie dokonują oceny pod kątem zachowania dyscypliny budżetowej, tj. prawidłowego wykonania ustaleń ustawy budżetowej. Sprawozdanie to kluczowy dokument, gdyż zgodnie z Konstytucją (art. 226) na bazie jego oceny i na bazie analizy NIK, Sejm udziela rządowi absolutorium.

Sprawozdanie było też dyskutowane kilka dni temu na zespole ds. budżetu Rady Dialogu Społecznego. Na tym posiedzeniu Minister Finansów poinformował stronę społeczną, że sytuacja finansów publicznych w 2019 r. była dobra. To jednak tylko jedna strona medalu. Deficyt sektora finansów publicznych według obiektywnej metodologii unijnej (ESA 2010) wyniósł w 2019 r. 0,7 proc. PKB, co jest relatywnie niskim poziomem patrząc na dane historyczne. Dług według tej metodologii, wyniósł 46 proc. PKB.

Jeżeli jednak porównamy deficyt do innych krajów UE, to już okazuje się, że mimo działań uszczelniających podatki, mimo wysokiego wzrostu gospodarczego jesteśmy w pierwszej dziesiątce krajów z najwyższym deficytem. Co jest również istotne w aż 16 krajach w 2019 r. zanotowano nadwyżkę w finansach publicznych. O tym w sprawozdaniu już nie napisano.

W przypadku poziomu długu publicznego Polska w 2019 r. uplasowała się na 11 miejscu wśród krajów z najniższym długiem z relacją długu do PKB niższą niż średnia w UE wynosząca ok. 80 proc. W zakresie tego miernika Polska wypada lepiej od większości krajów w UE. Niestety mimo relatywnie niższego długu, średnie koszty obsługi długu należą w Polsce do jednych z najwyższych, wynosiły średnio 3 proc. w 2019 r. Polska pod tym względem jest w pierwszej piątce krajów UE z najwyższym kosztem obsługi długu.

W ostatnim okresie naszym wagonikiem finansów publicznych „jechaliśmy z górki”. Była bardzo dobra koniunktura, dzięki której dochody budżetowe rosły w ponadprzeciętnym tempie. Było to w części efektem uszczelniania podatków, ale w samym 2019 r. luka VAT niestety wzrosła, a efekty uszczelniania były bliskie zeru wobec zakładanych 4,6 mld zł. O tym, też wprost nie napisano w sprawozdaniu. Jednak górka się wypłaszczyła, przed nami wręcz duże wzniesienie (recesja). Tymczasem nasz wagonik jest pełny „sztywnych wydatków socjalnych” na które nie mamy pokrycia w trwałych dochodach. Z tej perspektywy stan finansów publicznych nie wygląda już dobrze.

Pokazuje to tzw. deficyt strukturalny, tj. deficyt oczyszczony o ponadprzeciętne dochody wynikające z bardzo dobrej koniunktury, czy też dochody jednorazowe. Według szacunków KE deficyt strukturalny wyniósł w Polsce w 2019 r. 2,7 proc. PKB (średnia UE: 1,1 proc.), jesteśmy w pierwszej piątce krajów z najwyższym deficytem strukturalnym. Mimo wysokiego wzrostu gospodarczego wraz Węgrami i Rumunią odstajemy od reszty krajów UE jeżeli chodzi o poziom deficytu strukturalnego.

deficyt

To obrazuje prawdziwe, strukturalne problemy polskich finansów publicznych. W ostatnim okresie wprowadzono wiele nowych, sztywnych wydatków socjalnych i preferencji podatkowo-składkowych, które nie mają pokrycia w trwałych źródłach dochodów.

Niestety w sprawozdaniu nie dowiemy się o deficycie strukturalnym. A jest on bardzo istotnym miernikiem stanu finansów publicznych, o którym powinien być poinformowany Sejm. Oczywiście formalnie nie ma takiego wymogu, ale przecież jesteśmy już od 16 lat w Unii Europejskiej i w ramach semestru europejskiego Komisja Europejska wyznacza Polsce cele w zakresie redukcji deficytu strukturalnego i wylicza dla Polski oraz wszystkich krajów UE właśnie ten miernik. Strona społeczna, w tym Pracodawcy RP, sygnalizowała na RDS Ministrowi Finansów, że biorąc pod uwagę deficyt strukturalny to obraz finansów na tle innych krajów nie jest taki różowy. Warto aby wprowadzić wymóg raportowania w Sprawozdaniu też tego miernika.

Problemy polskich finansów publicznych w 2019 r. dostrzega też Komisja Europejska, która w swojej ocenie w ramach procedury SDP, tj. procedury nadmiernych odchyleń (SDP – Significant Deviation Procedure), stwierdziła że Polska nie spełniła rekomendacji.

W ramach tej procedury KE bada, czy kraje nie biorą na barki finansów publicznych zbyt wiele wydatków nie pokrytych trwałymi dochodami.

Wg oceny roku 2019 jesteśmy na czarnej liście kilku krajów, dla których wszelkie mierniki odnoszące się do deficytu strukturalnego przekroczyły znacząco rekomendacje KE. Przy czym przekroczenia te są znaczące i spowodowały zapalenie „czerwonych lampek” ostrzegawczych.

Komisja Europejska zaleciła Polsce zmniejszenie deficytu strukturalnego w 2019 r. o 0,6 proc. PKB. Niestety w ciągu 2019 r. pojawiły się nowe programy socjalne i w rezultacie deficyt strukturalny zamiast się zmniejszyć, zwiększył się z ok. 2 proc. PKB do 2,7 proc. PKB. Co oznacza przekroczenie rekomendacji KE aż o 1,4 proc. PKB, tj. ok. 30 mld zł.

Komisja Europejska bada również dynamikę wydatków całego sektora finansów publicznych, czy jest ona spójna z redukcją deficytu i czy wydatki mają pokrycie w trwałych dochodach budżetowych. Jest to tzw. „benchmark wydatkowy”, swojego rodzaju reguła wydatkowa, referencyjne tempo wzrostu wydatków gwarantujące stabilność finansów publicznych. To referencyjne tempo wzrostu wydatków, bazuje na obiektywnej metodologii unijnej i  jest odporne na kreatywną księgowość i przesuwanie wydatków do funduszy pozabudżetowych, co jest stosowane w przypadku polskiej reguły wydatkowej SRW, co zresztą w swojej analizie wytyka NIK. NIK w ocenie budżetu wprost krytykuje, że przesunięcie wydatków do Funduszu Solidarnościowego miało na celu ominięcie reguły wydatkowej i ją osłabia. Podobnie jak przekazanie obligacji dla telewizji. Te wszystkie działania zaburzają przejrzystość budżetu. NIK wzywa do uszczelnienia zakresu reguły wydatkowej.

Zgodnie z unijnym “benchmarkiem wydatkowym” wydatki całego sektora finansów publicznych w 2019 r. powinny wzrosnąć o 4,2 proc. r/r. A w rzeczywistości wydatki całego sektora wzrosły ponad dwukrotnie szybciej, tj. aż o ok. 10 proc.! To oznacza przekroczenie benchmarku wydatkowego o ponad 40 mld zł.

Tabela: Spełnienie kryteriów procedury SDP

Spełnienie kryteriów procedury SDP
Źródło: KE.

Czerwone lampki ostrzegawcze zapaliły się za 2019 r. tylko dla kilku krajów. Gdyby nie epidemia COVID-19 to Komisja Europejska wszczęłaby wobec Polski procedurę SDP, o czym informowałem już na początku lutego. Tym razem się udało, ale po kryzysie problemy wrócą.

Oczywiście stan finansów publicznych nie jest dramatyczny, ale na pewno nie jest dobry. Mamy bardzo duże problemy strukturalne, które ujawnią się z całą siłą w latach 2021-2022.

Sygnał ostrzegawczy daje już OECD, która w swojej ostatniej prognozie szacuje, że deficyt sektora finansów publicznych w Polsce w 2020 r wzrośnie do ponad 200 mld zł, w skrajnym scenariuszu nawet do 240 mld zł (11 proc. PKB). Co najgorsze OECD uważa, że problemy strukturalne spowodują, że deficyt pozostanie na bardzo wysokim poziomie nawet w 2021 r. (7-10 proc.). Według OECD (w skrajnym scenariuszu) dług zbliży się do 70 proc. PKB, co oznacza, że jego wartość przekroczy 1,5 biliona złotych. A niedawno martwiliśmy się, że dług przekroczył 1 bilion zł. Gdyby ten scenariusz się spełnił, oznaczałoby to , że od 2015 r. dług zwiększy się do 2021 r. o 0,6 biliona złotych, czyli średnio o 100 mld zł rocznie.

Lepiej byłoby dla wszystkich, żeby taki finansowy armagedon nie nastąpił.

Dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP

Bell wesprze Polskę we wszystkich programach modernizacji śmigłowców

Amerykański Bell jest gotowy, aby dostarczyć Polsce nowoczesne rozwiązania śmigłowcowe dostosowane do Kruka, Perkoza i Kondora, uwzględniając współpracę przemysłową. „Dostrzegamy solidny potencjał oraz kompetencje polskiej branży lotniczej i jesteśmy gotowi do daleko idącego dialogu” – mówi Vince Tobin wiceprezes Bell Textron.

Jako pionier innowacyjnej aeromobilności Bell Textron skutecznie rozwija lotnictwo wojskowe i cywilne w USA, a także w wielu innych krajach. Współpracując przez dekady z interesariuszami rządowymi, wojskowymi i przemysłowymi zyskaliśmy reputację wiarygodnego partnera, który oferuje optymalne rozwiązania do wszystkich rodzajów misji i wymagań modernizacyjnych. Ostatnim przykładem owocnej współpracy jest zamówienie realizowane dla Republiki Czeskiej, która wybrała flotę mieszaną AH-1Z Viper i UH-1Y Venom. Deklarowane potrzeby polskich Sił Zbrojnych wskazują, że Polska – decydując się także na flotę mieszaną – mogłaby stać się drugim co do wielkości użytkownikiem platformy H-1, zaraz po Korpusie Piechoty Morskiej USA (USMC). Co ważne, H-1 są jedynymi śmigłowcami operującymi w połączeniu z myśliwcami F-35 Joint Strike Fighter, które także za pewien czas znajdą się na wyposażeniu polskiej armii.

Jak stwierdza wiceprezes koncernu Bell – Vince Tobin: „Bell może zapewnić Polsce rozwiązania na potrzeby wszystkich śmigłowcowych programów modernizacji polskiej armii”. Tobin podkreśla, że: „Służymy wielu państwom sojuszniczym w budowaniu zdolności uderzeniowych oraz wsparcia, a także mobilności wojsk i transporcie VIP. Dzięki całej gamie specjalnie zaprojektowanych maszyn wojskowych i cywilnych, możemy stworzyć i dopasować ofertę w sposób optymalny do wymagań, także Polski”.

Zespół śmigłowców H-1 jest niezawodny technologicznie, łatwy do rozmieszczenia, przystępny cenowo, a przede wszystkim skuteczny na współczesnym polu. To, co w szczególności wyróżnia model szturmowy AH-1Z, obok kompatybilności z F-35, to zdolność przenoszenia i stosowania najbardziej zaawansowanych rodzajów uzbrojenia powietrze-powietrze i powietrze-ziemia. Dla przykładu, AH-1Z Viper to jedyny śmigłowiec uderzeniowy z systemem kierowanych rakiet air-to-air AIM-9 Sidewinder. Zasadniczą zaletą tandemu AH-1Z Viper i UH-1Y Venom jest też unikatowa względem konkurencji 85-procentowa wspólność części i komponentów. To minimalizuje ich obciążenie logistyczne oraz wydłuża cykl życia, a w rezultacie znacznie usprawnia także funkcjonowanie na większych dystansach oraz w warunkach ekspedycyjnych. Wszystkie te cechy czynią z duetu H-1 – Viper i Venom – solidne narzędzie do uzyskiwania dominacji na lądzie i morzu, także w Polsce. Połączona flota sprawdzi się i w ochronie Przesmyku Suwalskiego i obszarów krytycznych na Bałtyku.

Przedstawiciele Bell Textron zapewniają, że inwestycja Polski w konstrukcję H-1, wydatnie zwiększy bezpieczeństwo Polski, podniesie zdolności przemysłowe, a także otworzy ścieżkę do współpracy w ramach Future Vertical Lift.

W tym kontekście, wiceprezes Tobin zaznacza, że: „Dostrzegamy solidny potencjał i kompetencje polskiej branży lotniczej i jesteśmy gotowi do daleko idącego dialogu o współpracy przemysłowej. Wejście Bella w kluczowe programy modernizacji śmigłowców otworzy nowe możliwości dla branży lotniczej, a jednocześnie wzmocni bezpieczeństwo łańcucha dostaw”. Jak konkluduje Tobin: „W opinii Bella, Polska znajduje się w wyjątkowej sytuacji, aby stać się liderem branży wiropłatów w Europie”.

Niezdecydowanie

Apetyt na ryzyko ponownie jest ograniczany przez obawy o drugą falę zachorowań wraz z pesymistycznymi doniesieniami z USA i Chin, ale inwestorzy polują na zajawki pozytywnych informacji, by obronić wzrosty. Sugestie, że USA i Chiny dalej rozmawiają o utrzymaniu relacji handlowych daje przeciwwagę wirusowym strachom. Wejście Europy do gry przerzuca uwagę na banki centralne.

Cały tydzień przebiega na wahaniach nastrojów, kiedy inwestorzy przeskakują między pozytywnymi i negatywnymi informacjami. Mix czynników wprowadza niezdecydowanie i wyhamowanie trendów, choć wyczuwalna jest chęć do wyciągnięcia dobrych informacji na powierzchnię. Nie jest łatwo, gdyż dziesięć stanów USA zanotowało najwyższą 7-dniową średnią przyrostu nowych przypadków zachorowań na koronawirusa, a Chiny rozszerzają środki w walce z wirusem rozprzestrzeniającym się w Pekinie, w tym odwołują loty pasażerskie i zamykają osiedla. Szczęśliwie nastroje stabilizują raporty, że spotkanie czołowych oficjeli USA i Chin w sprawie umowy handlowej przyniosło „konstruktywny dialog”. Taka forma opisu relacji nie jest niczym nowym, ale fakt, że inwestorzy skupili dziś rano na tym uwagę, pokazuje, jak duża jest determinacja, by nie popadać w pesymizm. To wystarcza, by rynki nie rozkręciły spirali wyprzedaży, ale może być za mało na uruchomienie silniejszego odbicia. Wydaje się, że do końca tygodnia nic ciekawego na rynkach się nie wydarzy i aktywa ryzykowne ugrzęzną w konsolidacji.

Czwartek powinien zostać poświęcony na analizie stanowisk banków centralnych. Startujemy ze Szwajcarskim Bankiem Narodowym, który utrzyma stopę procentową bez zmian, a w komunikacie powtórzy determinację do walki ze zbyt silnym frankiem. To negatywne dla CHF nastawienie, z którego rynek zwykle nic sobie nie robi. Jak tylko wróci awersja do ryzyka, szczególnie taka z ogniskiem w Europie, EUR/CHF ponownie spotka się z nasileniem sprzedaży. Jednak ostatnia wyraźna poprawa nastrojów przełożyła się na odbicie EUR/CHF z dala od 1,05, więc przynajmniej na razie praca SNB stał się prostsza bez potrzeby interwencji walutowych.

Stopy bez zmian powinien też utrzymać Norges Bank, ale ryzyko leży w prognozach ścieżki stopy procentowej. Utrzymanie stopy depozytowej na 0 proc. nie jest stanem zadowalającym bank centralny, więc w prognozach mogą zasygnalizować oczekiwania startu normalizacji polityki gdzie na koniec horyzontu prognozy. Jeśli szybsze odbicie ożywienia tyczyć ma się także Norwegii, Norges Bank może uwzględnić to w swoich oczekiwaniach. Byłoby to pozytywne zaskoczenie dla NOK.

Bank Anglii także pozostawi stopę procentową bez zmian, ale najprawdopodobniej rozszerzy program skupu aktywów o dodatkowe 200 mld GBP. Z obecnym tempem dokonywania zakupów limit wyznaczony w marcu wyczerpie się w przyszłym miesiącu, zatem decyzja konieczna jest teraz. Jakkolwiek dla GBP nie jest to impuls do zmienności, interesujący dla inwestorów będzie ewentualny rozwój dyskusji o zasadności ujemnych stóp procentowych. Przedstawiciele Monetary Policy Council nie raz wyrażali otwartość dla koncepcji ujemnych stóp procentowych w przyszłości. Bazowo nie oczekujemy wyraźnych wskazówek, że bank szykuje się do kolejnych cięć, toteż w tym widzimy największe gołębie ryzyko dla funta.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zwolnienia w firmach wcale nie stanęły

Według aktualnych danych przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw zmniejszyło się w maju o ok. 85 tys. etatów. Łączny spadek od początku kryzysu to już 272 tysiące, jest już prawie dwukrotnie większy niż podczas globalnego kryzysu finansowego w 2008 roku.

Wówczas zatrudnienie spadło o ok. 140 tysięcy pracowników i było rozłożone w czasie. Teraz spadki są bardzo gwałtowne. Wystarczyły trzy miesiące, aby ubyło ponad ćwierć miliona etatów tylko w sektorze przedsiębiorstw bez małych firm.

Spadek w maju jest jednak mniejszy od zanotowanego w kwietniu. Łącznie od początku kryzysu zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw zmniejszyło się już o ponad 272 tys., tj. 4,2 proc.. Sektor przedsiębiorstw nie obejmuje mikro firm, niektórych sektorów oraz pracujących na umowach cywilnoprawnych, obejmując ok. 6,2 milionów zatrudnionych z 16 milionów wszystkich pracujących. Nie znamy więc pełnego obrazu rynku pracy. Zwolnienia w nieobjętych szybkim monitoringiem firmach mogą być większe i dołożyć co najmniej drugie tyle zwolnionych. Czyli łącznie może to być ponad pół miliona, nawet do 600 tysięcy. Jeżeli chodzi o poziom zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw cofnęliśmy się więc do 2017 r.

zwolnienia w firmach
Źródło: dr Sławomir Dudek na podstawie danych GUS

Potwierdziły się tym samym oczekiwania firm wyrażone w majowej ankiecie Centrum Monitoringu Sytuacji Gospodarczej. Jak informowaliśmy w tamtym badaniu ok. 37 proc. spodziewało się w maju zmniejszenia zatrudnienia. Trzeba jednak podkreślić bardzo niepokojący fakt: badanie GUS nie obejmuje mikro przedsiębiorstw, a zgodnie z ankietą CMSG to właśnie te firmy deklarowały w maju największe zmniejszenie zatrudnienia.

Firmy ograniczają też wynagrodzenia, średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw jest już tylko o 1,2 proc. większe niż przed rokiem, a na początku roku było to prawie 8 proc. To oznacza, że płaca minimalna 2600 zł w tym roku przekroczy relację 50 proc. do średniej pensji, a w relacji do mediany to już jest grubo ponad 55 proc. To może stanowić silną presję do zwolnień, szczególnie w mikro firmach. Ubytek zatrudnienia w maju był mniejszy niż w kwietniu, ale perspektywa kolejnych wzrostów minimalnego wynagrodzenia może wywrzeć presję na głębsze zwolnienia. To rodzi niepewność dla firm czy warto utrzymywać zatrudnienie, jeżeli rząd nagle zaskoczy nas „przedwyborczym” wzrostem tego parametru. Dlatego konieczna jest szybka deklaracja władz o zrozumieniu sytuacji firm.

zwolnienia w firmach 2
Źródło: ankieta CMSG, maj 2020

Średni (nieważony) spadek zatrudnienia wg wielkości zatrudnienia

zwolnienia w firmach 3
Źródło: ankieta CMSG, maj 2020.

dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP

„Dotacje na kapitał obrotowy” – nowe wsparcie dla średnich firm dotkniętych COVID-19

Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej wraz z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości przygotowały nowe rozwiązanie, które ma pomóc przedsiębiorcom. Firmy, których sytuacja finansowa uległa pogorszeniu przez pandemię koronawirusa, mogą składać wnioski o bezzwrotne wsparcie w ramach naboru „Dotacje na kapitał obrotowy”. Jakie są warunki przystąpienia i na jakie wsparcie można liczyć? O tym mówili eksperci podczas webinaru odbywającego się w ramach cyklu PARP oraz Ministerstwa Rozwoju „Tarcza Antykryzysowa dla biznesu”.

Spotkanie 9 czerwca rozpoczęło wystąpienie on-line wicepremier Jadwigi Emilewicz, która przedstawiła działania, jakie zostały wprowadzone od początku kwietnia br. – W pierwszych tygodniach pandemii nie tylko przygotowywaliśmy rozwiązania ustawowe, ale także wyodrębniliśmy niewykorzystane dotąd środki, które można przeznaczyć na wsparcie dla przedsiębiorców. To przyniosło efekt – w regionach jest 60-70 tys. firm na dany obszar, które już uzyskały wsparcie albo właśnie podpisują umowy. Środki pochodzą z różnych programów – Programu Wiedza Edukacja Rozwój czy Inteligentny Rozwój – powiedziała Jadwiga Emilewicz, wicepremier, minister rozwoju.

Maksymalnie upraszczamy procedury ubiegania się o wsparcie, po to aby firmy po te środki sięgały. Mam nadzieję, że to będzie też zmiana w procesach aplikacyjnych, która zostanie z nami po pandemii – dodała.

Funduszowy Pakiet Antywirusowy

Funduszowy Pakiet Antywirusowy uzupełnia to, co proponuje Tarcza Antykryzysowa rządu. Jest zestawem działań, które mają poprawić kondycję polskiej gospodarki zmagającej się ze skutkami pandemii. Obejmuje nie tylko zmiany w prawie, zarówno polskim jak i unijnym, ale także fundusze. Zmiany w prawie to m.in. wydłużanie terminów naboru i rozliczeń projektów czy większa elastyczność przy realizacji przedsięwzięć współfinansowanych ze środków unijnych.

Do tej pory na walkę z pandemią i jej negatywnymi skutkami przeznaczyliśmy z funduszy unijnych ponad 14 mld zł. A to jeszcze nie koniec. Cały czas pracujemy nad kolejnymi programami, przedsięwzięciami i naborami. To co już udało się wygospodarować, to m. in pomoc w utrzymaniu miejsc pracy w firmach. Na ten cel przeznaczyliśmy wspólnie z marszałkami województw ok. 2,5 mld zł. To również pożyczki płynnościowe na bieżącą działalność firm – w pierwszym rzucie 550 mln zł, za chwilę kolejne 500 mln zł. To także granty na badania nad diagnostyką, leczeniem i profilaktyką chorób wirusowych – na ten cel przeznaczyliśmy 200 mln zł. To również granty dla firm, które chcą inwestować w infrastrukturę badawczo rozwojową – powiedziała Małgorzata Jarosińska-Jedynak, Minister Funduszy i Polityki Regionalnej.

W ramach Funduszowego Pakietu Antywirusowego można również ubiegać się o „Dotację na kapitał obrotowy”. To instrument, który będzie wdrażany zarówno na poziomie krajowym (z Programu Polski Wschodniej i z Programu Inteligentny Rozwój), jak i regionalnym (poprzez regionalne Programy Operacyjne zarządzane przez marszałków województw). W tym ostatnim przypadku przygotowano wsparcie także dla mikroprzedsiębiorstw. 500 mln zł z Programu Polski Wschodniej trafi do średnich firm z 5 województw Polski Wschodniej, a kolejne 2 mln trafi do średnich firm z pozostałych 11 województw.

Małgorzata Oleszczuk, Prezes PARP odniosła się bezpośrednio do przedsiębiorców zainteresowanych taką formą pomocy. – Zapraszamy średnich przedsiębiorców do konkursu, który wdrażamy „Dotacje na kapitał obrotowy”. Mamy nadzieję, że będzie to wsparcie, które pomoże firmom w trudnych chwilach. Będziemy mogli sfinansować te wydatki, które ponoszą firmy na swoją codzienną działalność.

Cel instrumentu

„Dotacje na kapitał obrotowy” są przeznaczone dla przedsiębiorców, którzy znajdują się w trudnej sytuacji ekonomicznej i potrzebują wsparcia w utrzymaniu płynności finansowej. Środki można przeznaczyć na bieżące wydatki, regulację zobowiązań oraz wszystkie inne koszty, które służą utrzymaniu przedsiębiorstwa.

Warunki

Firma zostanie objęta wsparciem, o ile odnotowała min. 30% spadek obrotów w związku z wystąpieniem pandemii COVID-19 – w odniesieniu do miesiąca poprzedzającego złożenie wniosku albo do analogicznego miesiąca w porównaniu do ubiegłego roku. Przedsiębiorca sam decyduje, jak chce pokazać spadek obrotów. Sytuacja ta musi odnosić się do dowolnego miesiąca po 1 lutego 2020 roku.

Kolejnym warunkiem jest prowadzenie działalności przed 31 grudnia 2019 roku. Przedsiębiorca otrzyma dotację, o ile nie znajdował się wtedy w trudnej sytuacji ekonomicznej. Oznacza to, że jego wszystkie składki były uregulowane, nie zalegał z podatkami i uregulował swoje zobowiązania np. w stosunku do kontrahentów.

Wsparciem mogą zostać objęte firmy zatrudniające co najmniej 50 i mniej niż 250 pracowników. Roczny obrót przedsiębiorstwa nie może przekraczać 50 mln euro lub roczna suma bilansowa nie może przekraczać 43 mln euro.

Określając zatrudnienie w firmie, uwzględniamy samego właściciela oraz liczbę osób zatrudnionych bezpośrednio przez przedsiębiorcę i związanych z nim stosunkiem pracy w przeliczeniu na pełne etaty zgodnie z ustawowym czasem pracy. Inaczej niż przy określeniu statusu średniego przedsiębiorstwa, nie można uwzględnić osób zatrudnionych w podmiotach powiązanych z przedsiębiorcą.

Parametry finansowania

Wartość wsparcia będzie uzależniona od skali zatrudnienia w danym przedsiębiorstwie oraz długości okresu, na jaki firma ubiega się o pomoc. Przedsiębiorca będzie mógł złożyć wniosek o środki na utrzymanie firmy przez miesiąc, dwa lub trzy. Przykładowo średnia firma, zatrudniająca do 249 pracowników, która wnioskuje o wsparcie na 3 miesiące, może ubiegać się maksymalnie o prawie 430 tys. zł.

Nie będzie wymagany wkład własny. Organizator nie przewiduje innego wariantu dofinansowania niż 100%. Przedsiębiorca nie ponosi żadnych kosztów związanych z realizacją projektu.

– Dotacje na kapitał obrotowy można łączyć z innymi formami wsparcia, pochodzącymi z Polskiego Funduszu Rozwoju w ramach Tarczy Antykryzysowej, o ile łączna wartość tej pomocy nie przekroczy 800 tys. euro. Można również połączyć je z pożyczkami płynnościowymi, które uruchomiliśmy w ramach Programu Inteligentny Rozwój we współpracy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego – powiedziała Małgorzata Szczepańska, Dyrektor Departamentu Programów Wsparcia Innowacji i Rozwoju w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej

Nabór

Nabór wniosków trwa od 15 czerwca do 31 lipca br. lub do momentu, w którym środki zostaną wyczerpane. Za przeprowadzenie konkursu, ocenę wniosków i wypłatę środków odpowiedzialna jest Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości. Szczegółowe dokumenty znajdują się na stronie internetowej www.parp.gov.pl/kapitalobrotowy.

Dolar traci na wartości, silnego PLN nie chce RPP. Co będzie dalej?

WIG20 – razem z resztą europejskiego rynku akcji – silnie odbił na fali lepszych nastrojów rynkowych po zapowiedzi rozszerzenia skupu aktywów przez Fed i planach inwestycji infrastrukturalnych Białego Domu za 1 bln USD. Na chwilę, bo brakuje rynkowego konsensusu. Co więc dalej z dolarem i polskim złotym?

Na rynku walutowym zaznaczyło się ponowne cofnięcie od ryzykownych walut w kierunku USD, przy obawach o drugą falę zachorowań. – Apetyt na ryzyko ponownie jest ograniczany przez obawy o drugą falę zachorowań wraz z pesymistycznymi doniesieniami z USA i Chin, ale inwestorzy polują na zajawki pozytywnych informacji, by obronić wzrosty. Sugestie, że USA i Chiny dalej rozmawiają o utrzymaniu relacji handlowych daje przeciwwagę wirusowym strachom. Wejście Europy do gry przerzuca uwagę na banki centralne – uważa Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers.

Rynki w większości przechodzą w stan wstrzymania w oczekiwaniu na nowe impulsy. – Wniosek, jaki z tego płynie, to otwartość rynków na dwustronną zmienność – ocenia Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers.

Huśtawka nie omija złotego

W przypadku polskiej waluty, należy pamiętać o tym, że dodatkowej „pomocy” udzieliła Rada Polityki Pieniężnej. W komunikacie po posiedzeniu napisano, że ożywienie gospodarcze może być ograniczane przez brak wyraźnego dostosowania kursu złotego do globalnego wstrząsu wywołanego pandemią oraz luzowania polityki pieniężnej.

– Odniesienie do waluty rzadko występuje w komunikacji Rady i szczególnie zaskakuje, biorąc pod uwagę, że złoty wcale nie wyróżnia się siłą względem innych walut regionu (CZK, HUF). Komentarz sugeruje, że Rada wolałaby słabszego złotego, który mógłby pomóc załagodzić skutki załamania popytu zewnętrznego i wesprzeć eksport. To także sygnał, że dalsze umocnienie złotego może spotkać się z bardziej stanowczą reakcją NBP, nawet w formie bezpośrednich interwencji. Dla traderów na rynku złotego to znak, aby wahania na złotym (np. dla EUR/PLN w przedziale 4,41-4,48) rozgrywać od strony sprzedaży polskiej waluty. Nawet jeśli nastroje na rynkach zewnętrznych będą pozytywne, obawy przed interwencją NBP będą hamować aprecjację złotego – ocenia Białas.

Wahania WIG20

Na wtorkowej sesji widać było euforyczne nastroje. Każda z grona 20 największych spółek była na plusie. Najmocniej, bo ponad 7% do góry wybiła spółka CCC, ponad 5% rosły także kursy Lotos, Pekao i PKN Orlen. Główne polskie indeksy: WIG20, mWIG40 i sWIG80 zaliczyły wzrosty. W środę nie było już tak kolorowo. Chętnych na zakupy zdemobilizowało rynkowe otoczenie i oczekiwanie na sygnały z innych rynków. Wśród największych spółek zyskał m.in. CD Projekt (2,1%), a straciło CCC (-5,0%) oraz JSW (-5,9%). Uwagę zwracały wzrosty Mercatora (7,5%), Ten Square Games (5,6%), 11Bit (5,3%) oraz Biomedu (5,3%). Na europejskich parkietach utrzymywały się nieco lepsze nastroje.

Wpływ na wyceny aktywów z rynków wschodzących, w tym polskich, powinien być jednak per saldo pozytywny. Osłabienie dolara wiązałoby się z przepływami kapitału do innych. Tyle że w zależności od aktualnych nastrojów rynkowych powinny na tym korzystać aktywa z rynków wschodzących lub alternatywne dla dolara bezpieczne przystanie, takie jak jen i frank. Jednak zdaniem ekonomisty Konrada Białasa prognozy znacznego osłabienia dolara pojawiają się od kilku lat i nie sprawdziły się do tej pory.

– Nieznacznego, 3—5-procentowego osłabienia waluty nigdy nie można wykluczyć, jednak do prognoz większego ruchu podchodziłbym ze sporą rezerwą. Fiskalnej stymulacji amerykańskiej gospodarki towarzyszą podobne działania innych rządów — podkreśla Białas.

Ponadto jego zdaniem nasilanie się obaw przed zbyt wysokim zadłużeniem USA byłoby możliwe tylko w scenariuszu niestabilnej sytuacji gospodarczej na świecie. To napędzałoby równocześnie popyt na obligacje USA, czyli także na dolara. W ten sposób czynniki, które mogłyby doprowadzić do osłabienia dolara, zaczęłyby się w pewnym horyzoncie wzajemnie znosić.

– Jednocześnie trudno sobie wyobrazić, by w roli bezpiecznego schronienia dolara mogły trwale zastąpić jen albo frank. Potencjalnie głównym beneficjentem osłabienia dolara mogłoby być euro, jednak ze względu na problemy strukturalne strefy euro potencjał umocnienia wspólnej waluty oceniłbym co najwyżej jako niewielki — mówi Konrad Białas.

Co dalej z PLN?

Marzec 2020 roku przechodzi do historii jako miesiąc ogromnej presji i najsilniejszych odpływów kapitału z rynków wschodzących. Tylko te kilka tygodni inwestorzy zagraniczni z rynków akcji i obligacji emerging markets wycofali ponad 73 miliardy dolarów.

– To był epizod silniejszej presji nawet niż cały globalny kryzys finansowy. W takich warunkach zawsze najbardziej zagrożone są waluty gospodarek wschodzących, a do tego katalogu wciąż zaliczany jest złoty – ocenia Bartosz Sawicki, kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers i zaznacza, że złoty, który tracił około 10 procent, wcale nie był walutą najsłabszą.

–  Potężnie przecenione zostały waluty gospodarek, które w momencie wybuchu pandemii zachwiane były przez głębokie nierównowagi wewnętrzne, zewnętrzne, czy też w finansach publicznych. W rezultacie real brazylijski, rubel, czy peso meksykańskie to waluty, które straciły 20% i więcej. W drugiej połowie maja i na początku czerwca dochodzi jednak do odwrócenia sytuacji i wszystkie, a przynajmniej większość walut z koszyka emerging markets, zalicza bardzo dynamiczne odbicie – wyjaśnia Sawicki.

Podobnie jest oczywiście w przypadku złotego i innych walut naszego regionu, czyli forinta węgierskiego i korony czeskiej.

– Można postawić tezę, że te waluty, które w pierwszej fazie pandemii najmocniej traciły na wartości, teraz najmocniej odrabiają straty, i tak będzie w większości przypadków – ocenia Sawicki i dodaje, że można zaliczyć do nich meksykańskie peso, czy też rubla.

W opinii analityków TMS Brokers zakładane odbicie gospodarcze w Polsce i na świecie wyklucza deflacyjny scenariusz. – Wydaje się mało realne, aby RPP miała szybko zmienić kierunek w polityce monetarnej. Oczekujemy, że główna stopa procentowa pozostanie na 0,1 proc. przynajmniej do końca obecnej kadencji RPP, tj. do czerwca 2022 r. Program skupu obligacji może zostać wygaszony wcześniej, pod warunkiem że nie pojawi się podwyższona premia za ryzyko z tytułu zwiększonych potrzeb pożyczkowych rządu. To będzie kulą u nogi złotego w relacji do innych walut rynków wschodzących- oceniają.

– W średnim terminie złoty powinien być mocniejszy, jednak dyskonto przyszłej poprawy globalnego apetytu na ryzyko będzie docierać do złotego z opóźnieniem z powodu premii za niskie stopy procentowe NBP – kwitują.

Plany urlopowe Polaków w dobie trwającej epidemii

Pomimo panującej na świecie pandemii koronawirusa, co trzeci Polak planuje wyjechać na urlop w 2020 roku – wynika z najnowszego barometru nastrojów konsumenckich „Polacy w czasie epidemii”, zrealizowanego przez agencję badawczą SW Research. COVID-19 zmusił Polaków do zmiany swoich planów wypoczynkowych, a także wywołał pewne obawy związane z wyjazdami.

W celu ratowania krajowej turystyki rząd zachęca Polaków do wypoczywania w Polsce. Ministerstwo Rozwoju stworzyło program 1000+ na wakacje, skierowany do pracowników zatrudnionych na umowach o pracę, którzy nie zarabiają więcej niż wynosi przeciętne miesięczne wynagrodzenie. Pojawiła się również możliwość wyjazdów zagranicznych bez konieczności odbywania 2 tygodniowej kwarantanny po powrocie. Od 13 czerwca Polacy mogą swobodnie podróżować i przekraczać granice wewnętrzne Unii Europejskiej.

Ponad 1/3 Polaków planuje wyjechać na urlop w 2020 roku (34% wskazań). Zbliżone odsetki odnotowujemy dla osób, które nie mają w planach wyjazdów wypoczynkowych lub wahają się co zdecydować w obecnej sytuacji (po 33% wskazań dla odpowiedzi ‘nie’ i odpowiedzi ‘nie wiem / trudno powiedzieć’). Większość Polaków deklaruje, że epidemia koronawirusa wpłynęła na ich plany wyjazdowe (65%). Wśród tych osób połowa musiała odwołać swoje wyjazdy (49% wskazań), a część została zmuszona do przełożenia terminu wyjazdu (32%) lub rezygnacji z zagranicznego wyjazdu na rzecz podróży w obrębie kraju (31%).nastroje Polaków w czasie izolacji (2)

Zbliżające się wakacje wraz z równoległym znoszeniem obostrzeń, nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach Unii Europejskiej, sprawiły, że możliwość wyjazdu na urlop w 2020 roku stała się realna dla Polaków  – komentuje Piotr Zimolzak, Wiceprezes Zarządu SW Research. Kraje żyjące z turystyki, takie jak Włochy i Hiszpania, zachęcają turystów do przyjazdu na wakacje, pomimo tego, że były największymi ogniskami zachorowań w Unii Europejskiej. Pozostaje pytanie, czy Polacy zdecydują się na wsparcie polskiego sektora turystycznego, czy wybiorą wyjazdy zagraniczne?

Największymi obawami Polaków związanymi z wyjazdem w 2020 roku jest wzrost cen (54% wskazań) i obawa przed zarażeniem się koronawirusem (50%). Ponad 1/3 badanych obawia się ograniczenia w dostępnie do atrakcji i rozrywek (34%). Niewiele niższe są odsetki osób, które jako swoje największe obawy wskazały swoje trudności finansowe (31%), utrudnienia transportowe lub komunikacyjne (30%) lub obowiązek 14 dniowej kwarantanny po powrocie z wyjazdu (30%). Najniższy odsetek odnotowujemy dla nieatrakcyjnej oferty noclegowej (10%). Tylko 8% badanych deklaruje, że nie ma żadnych obaw związanych z wyjazdem w 2020 roku.nastroje Polaków w czasie izolacji (1)

Pandemia koronawirusa mocno odbiła się na sektorze turystycznym. Zamknięcie hoteli i atrakcji turystycznych w poprzednich miesiącach doprowadziło do braku wpływów finansowych na początku sezonu – zauważa Zimolzak. Dlatego bardzo prawdopodobna jest największa obawa Polaków związana z wyjazdami – wzrost cen. Być może pomoc rządu w postaci bonu na wakacje w Polsce okaże się wsparciem, które umożliwi przeciętnemu Kowalskiemu realizację swoich planów urlopowych. Kolejne miesiące pozwolą ocenić konsekwencje wakacyjnej mobilności Polaków oraz jej wpływ na wzrost zachorowań na COVID-19, a także czy przyczyni się ona do przewidywanego przez wiele osób powrotu pandemii koronawirusa na jesieni.

Metodologia badania

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 27-31.05.2020 przez SW RESEARCH Agencję Badań Rynku i Opinii metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W badaniu zebrano 1010 ankiet z reprezentatywną próbą grupy Polaków. Badanie ma charakter cykliczny, prezentowane wyniki pochodzą z piątego pomiaru.

COVID-19 wpłynął na branżę diamentów

3,5 miliarda dolarów – tyle są warte zapasy diamentów u pięciu czołowych producentów tego surowca na świecie. To efekt ograniczenia sprzedaży w związku z pandemią koronawirusa. Mimo to, polski rynek diamentów stale rośnie. Grupa Goldenmark, wiodący dystrybutor metali szlachetnych i diamentów w Polsce, odnotował 90-procentowy wzrost sprzedaży w porównaniu z okresem sprzed lockdownu.

Zdaniem ekspertów cytowanych przez agencję Bloomberga, pięciu największych światowych producentów diamentów posiada obecnie zapasy o łącznej wartości około 3,5 miliarda dolarów. Do końca roku wartość ta może osiągnąć pułap nawet 4,5 miliarda dolarów, czyli blisko jednej trzeciej rocznej produkcji surowca. Przyczyną są obostrzenia związane z pandemią COVID-19, która w krótkim czasie sparaliżowała transport lotniczy, przekładając się na zmniejszoną dostępność produktu na międzynarodowych rynkach.

Bijącym sercem branży diamentów na świecie są Indie. Przez położony w zachodniej części kraju Surat przechodzi ok. 90 procent światowej podaży tego surowca – zauważa Michał Tekliński, dyrektor ds. rynków międzynarodowych w Grupie Goldenmark. –  Zamknięcie granic, przerwanie łańcucha dostaw i zamknięcie przestrzeni powietrznej nad Indiami spowodowały ogromne problemy logistyczne na całym świecie.

COVID-19 wymusił elastyczność

Sytuacja globalna wymusiła na polskich dystrybutorach dodatkową elastyczność działania. Mimo istotnych problemów logistycznych, Grupa Goldenmark, jeden z największych dystrybutorów złota, srebra i diamentów w Polsce, stale sprowadzała te surowce do naszego kraju.

To w dużej mierze efekt naszych międzynarodowych kontaktów z producentami. Dzięki temu nie jesteśmy zależni od aktualnej sytuacji pojedynczego podmiotu i możemy na bieżąco reagować na rozwój wydarzeń na rynkach światowych, sprowadzając metale szlachetne i diamenty z różnych źródeł – wyjaśnia Michał Tekliński.

Polski rynek diamentów rośnie

Mimo globalnych zawirowań, diamenty niezmiennie pozostają atrakcyjną formą lokowania oszczędności. Przekłada się to na zainteresowanie klientów. Jak podkreślają eksperci Goldenmark, polski rynek diamentów rośnie, a spółka obserwuje coraz większe zainteresowanie diamentami lokacyjnymi wśród swoich klientów.

Polski rynek diamentów można nazwać „wschodzącym” w porównaniu do innych krajów w Europie, ale popyt na ten surowiec stale rośnie – zauważa Marta Dębska, dyrektor zarządzająca w Grupie Goldenmark. – Tylko w marcu, czyli pierwszym miesiącu lockdownu, w porównaniu do lutego odnotowaliśmy wzrost sprzedaży diamentów lokacyjnych o 90 procent.

Bezpieczna przystań do lokowania oszczędności

Jak pokazują dane historyczne, kryzysy w bardzo niewielkim stopniu wpływają na ceny diamentów, co czyni je pewnym i stabilnym aktywem lokacyjnym. Po pierwsze, doskonale utrzymują swoją wartość w dłuższej perspektywie. Ponadto, są odporne na inflację i kryzysy ekonomiczne.

Warto przypomnieć, że poprzednie kryzysy wywołały tylko niewielkie korekty w trendzie wzrostowym, w jakim znajdują się ceny rynkowe diamentów. W praktyce oznacza to np. że w okresie ostatniego kryzysu w 2008 r. uśredniona cena dla diamentu jednokaratowego utrzymała się na tym samym poziomie, po czym w kolejnych latach wróciła na ścieżkę wzrostów – przypomina Michał Tekliński. – Choć okresowo ceny surowca mogą ulegać pewnym wahaniom, w długiej perspektywie na tym rynku praktycznie nie występują silne załamania.

Diamenty, w odróżnieniu od wielu instrumentów inwestycyjnych głównego nurtu (np. akcji i obligacji), nie mają formy cyfrowej, co oznacza, że są niezależne od systemów informatycznych, dostępu do internetu czy nawet energii elektrycznej.

Diamenty są instrumentem inwestycyjnym zupełnie innym od tych tradycyjnych. I jako taki, z pewnością mają wiele do zaoferowania osobom dywersyfikującym portfel inwestycyjny – uzupełnia Marta Dębska.

Jak wyglądał rynek pracy w czasie pandemii i jakie zmiany nas czekają

Według danych raportu Randstad[1] w marcu 26% badanych pracowników obawiało się utraty pracy, a do szansy na szybkie znalezienie nowej podchodzili bardziej pesymistycznie. 16% z nich zastanawiało się natomiast, czy firma nie zostanie zlikwidowana.

Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez portal z ofertami pracy obawa
o negatywne skutki pandemii koronawirusa była powszechna wśród pracowników: 70,8% kobiet i 56,6% boi się utraty pracy, ponad polowa pracowników deklaruje zgodzić się na obniżkę pensji.

Z danych raportu CBOS[2] wynika, że utrata pracy w 45% dotyczyła osób deklarujących najniższe dochody na osobę (do 999 zł / os.) oraz w 52% te, które negatywnie oceniały swoją sytuację materialną już przed pandemią. W szczególnie trudnej sytuacji znalazły się rodziny dotknięte bezrobociem, w których w wyniku epidemii inny jeden członek rodziny stracił pracę, co wskazało 13% badanych. 73% badanych stwierdziło, ze nie dotyczyły ich negatywne konsekwencje stanu epidemicznego, w tym te związane z utratą pracy lub utrudnionymi możliwościami zarobkowania.

Prawie co czwarty pracownik (24%) po ogłoszeniu stanu pandemii zaczął pracować w zmniejszonym wymiarze czasu pracy, a co piąty zmienił jej tryb na home office. Natomiast co jedenasta (9% badanych) osoba musiała przestać pracować lub wykonywać swoje obowiązki zawodowe z domu ze względu na konieczność opieki nad dziećmi.

Według prof. Joanny Tyrowicz, ekonomistki z ośrodka badawczego GRAPE i Wydziału Zarządzania UW strach przed poszukiwaniem pracy może stabilizować polski rynek pracy w dobie kryzysu, zwiększając skłonność pracowników do akceptacji obniżek płac i nowych warunków pracy.

Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i komunikacji międzykulturowej: Osoby, które posiadają dobrze rozwiniętą tolerancję niepewności w nieoczekiwanej sytuacji zachowują spokój, dzięki czemu lepiej potrafią funkcjonować w trudnych warunkach. Zatem, co wpływa na jej poziom? Między innymi takie czynniki, jak: przewidywanie skutków, branie odpowiedzialności za własne działania, umiejętność szybkiego dostosowania się do zmieniających się warunków (takich, jak cyfryzacja czy umiejętność pracy zdalnej), umiejętność radzenia sobie z pojawiającymi się przeszkodami, odporność psychiczna i poczucie własnej wartości, a przede wszystkim gotowość na zmianę i nowe doświadczenia (również zawodowe).

Jakie zmiany na rynku pracy nas czekają? Czy warto postawić na zmianę i budowanie marki własnej?

Po powrocie do biur w wielu firmach będzie konieczna inwentaryzacja zasobów. Pracownik lub współpracownik, z którym firma się aktualnie rozstaje może za chwilę stać się jej klientem, kontaktem biznesowym pozwalającym dotrzeć do pożądanych osób w branży, ambasadorem lub chodzącą antyreklamą. Wszystko zależy od sposobu zakończenia współpracy.

Według raportu Personal Branding w Polsce 2019[3] w dużej mierze to wiedza wpływa na wiarygodność budującego markę osobistą. Aż 66,8% badanych najbardziej docenia dzielenie się nią za darmo w Internecie.

Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i komunikacji międzykulturowej: Kreowanie silnej marki osobistej przynosi wiele korzyści, takich jak: rozpoznawalność w branży, wizerunek eksperta, bardziej stabilną pozycję na rynku pracy, jak również liczne kontakty biznesowe z przyszłymi pracodawcami, współpracownikami i klientami.

Na budowanie marki własnej coraz częściej stawiają młodzi ludzie, którzy nie chcą wiązać się z jedną firmą. Chcą być ekspertem samym w sobie, a ich celem jest zdobywanie doświadczeń zawodowych w różnych branżach i w różnych firmach.

GIG economy – trend zyskujący na znaczeniu

To gospodarka oparta na „fuchach”, w ramach której pracownicy wykonują konkretne zlecenia, realizują pojedyncze projekty rezygnując z pracy na pełen etat. Wraz ze wzrostem popularności gig economy na ważności zyskuje work-life blending – czyli koniec podziału na życie prywatne i zawodowe – praca zaczyna stanowić integralną część życia prywatnego.

Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i komunikacji międzykulturowej: Trend GIG Economy umocni się na rynku pracy. Staniemy się bardziej niezależni, autonomiczni. Będziemy bardziej wykonawcami, współpracownikami, niż pracownikami. Rozwój marki osobistej zyskuje na znaczeniu.

Już w 2014 roku z badań międzynarodowego ubezpieczyciela przeprowadzonych na grupie m.in. Brytyjczyków – firmy Zurich – wyszło, że zleceniobiorcy, którzy tworzą tzw. gig economy, pracują w kilku zawodach. Jedna trzecia z tak pracujących ma dwie specjalności, a 7% pracuje nawet w trzech zawodach. Z Badania wyszło również, że to mężczyźni chętniej niż kobiety decydują się na pracę w kilku zawodach.

[1] 39. Monitor Rynku Pracy edycja specjalna, Randstad,  marzec 2020.

[2] Badanie: Epidemia koronawirusa i ograniczenia dotyczące życia codziennego, Fundacja CBOS i IQS, kwiecień 2020.

[3] Raport Personal Branding w Polsce 2019, Premium Consulting, styczeń 2020.

Komisja Europejska wszczęła postępowania antymonopolowe w sprawie Apple

Formalne postępowanie jest następstwem wstępnego dochodzenia, które dotyczyło warunków działań Apple Pay szkodzących konkurencji oraz ograniczających wyboru i dostęp do innowacji użytkownikom urządzeń mobilnych Apple.

Pierwsza sprawa dotyczy obowiązkowego korzystania z systemu zakupów aplikacji App Store i braku informowania użytkowników iPhonów i iPadów o alternatywnych, również tańszych możliwościach zakupu poza aplikacją. Druga, sposobów integracji Apple Pay z aplikacjami handlowymi i stronami internetowymi na wspomnianych urządzeniach oraz nałożonych ograniczeń w zakresie dostępu do NFC – „tap and go”, czyli funkcji komunikacji bliskiego zasięgu w celu płatności w sklepach.

Margaret Vestager, wiceprzewodnicząca KE, odpowiedzialna za politykę konkurencji, skomentowała, że – Ważne jest, aby Apple nie odmawiał konsumentom korzyści płynących z korzystania z nowych technologii płatności, w tym lepszego wyboru pod względem jakości, innowacji i konkurencyjności cen. Z tego względu postanowiłam przyjrzeć się praktykom Apple dotyczącym Apple Pay i ich wpływowi na konkurencję.

Dostęp do płatności mobilnych jest niezwykle ważny, zwłaszcza ze względu na pandemię i związane z nią obostrzenia.

– Płatności mobilne są nieodzownym elementem każdego biznesu, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy utrzymanie dystansu społecznego jest priorytetem. Ta metoda nie tylko ułatwia zakupy przez internet ale też w sklepach stacjonarnych, a nasz rodzimy BLIK, jako pierwszy na świecie, zapewnił bezpieczne płatności i utrzymanie wymaganego dystansu społecznego, niezależnie od wysokości transakcji – również w płatnościach za przesyłki za pobraniem u kuriera”, dodaje Paweł Działak, CEO Tpay.

W przypadku udowodnienia praktyk będących przedmiotem dochodzenia na światowego giganta będą nałożone kary za nieuczciwe praktyki.

Jak zaostrzenie polityki kredytowej przekłada się na sprzedaż mieszkań

Czy kupujący mieszkania mają dziś trudności z uzyskaniem finansowania w bankach? Jak duże? Czy deweloperzy pomagają klientom w uzyskaniu kredytów? Jaką formę wsparcia jeszcze oferują? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Zaostrzenie polityki kredytowej utrudniło zakup mieszkań szczególnie osobom prowadzących działalność gospodarczą oraz tym, które mają ograniczoną zdolność finansową. Wszystkim naszym klientom oferujemy pomoc w pozyskaniu finansowania, m.in. poprzez współpracę z jedną z wiodących firm doradztwa finansowego na rynku. Dodatkowo, gdyby klient nie otrzyma finansowania, czy zmienią się jego plany życiowe umożliwiamy odstąpienie od umowy bez ponoszenia kosztów.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Zaostrzenie polityki kredytowej, w tym wprowadzenie większych wymogów dotyczących wkładu własnego, ma bezpośrednie przełożenie na możliwości nabywcze klientów. Może mieć to także wpływ na decyzje o zakupie mniejszych i tańszych lokali w przypadku klientów posiłkujących się kredytami hipotecznymi. Wychodząc naprzeciw potrzebom nabywców w zakresie doradztwa kredytowego współpracujemy z firmą Expander i Private Brokers. Dzięki temu klienci zainteresowani kredytami na wszystkich etapach procedury związanej z ubieganiem się o finansowanie mogą liczyć na pomoc doradców. Co istotne, współpraca z dwiema firmami zapewnia kupującym dostęp do oferty wielu banków, a to gwarantuje wybór najbardziej atrakcyjnej opcji kredytu. W obecnej sytuacji pozwala to także znaleźć bank, który jest skłonny udzielić kredytu. Potwierdzają to sytuację, gdy klienci indywidualnie podejmujący próbę uzyskania finansowania otrzymują negatywną decyzje kredytowe, a po zwróceniu się do współpracujących z nami doradców udaje się pozytywnie zakończyć proces ubiegania się o kredyt. Ponadto, mając na uwadze trudności, z jakimi zmagają się klienci m.in. modyfikujemy transze i terminy płatności.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Robyg SA.

Osoby zainteresowane zakupem mieszkania mogą skorzystać z bezpłatnej pomocy niezależnych ekspertów finansowych. Eksperci finansowi oceniają zdolność kredytową kupującego, wybierają banki i sprawdzają warunki kredytu hipotecznego najbardziej odpowiadającego klientowi. Pomoc eksperta obejmuje także przygotowywanie i składanie wniosków kredytowych, a także w negocjacje z bankami. Zawierając umowę kredytową klient może zawrzeć umowę ubezpieczenia na życie oraz od utraty pracy.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Banki odnotowały w kwietniu br. prawie 35 proc. spadek zainteresowania kredytami mieszkaniowymi w porównaniu z rokiem poprzednim. Mamy sygnały od doradców kredytowych, że banki zacieśniają politykę kredytową, jednak nasi klienci nie doświadczyli jeszcze takich problemów. Doradcy wybierają najlepiej dopasowaną do możliwości klienta ofertę kredytu hipotecznego i realizują wszelkie formalności, dzięki czemu kupujący mają zapewniony pozytywne rozpatrzony wniosek. Mamy nadzieję, że te banki, które dziś ograniczają politykę kredytową, po chwilowym zastoju powrócą do wcześniejszych standardów.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Zdajemy sobie sprawę z trudniejszej dostępności kredytów. Współpracujemy w tym zakresie z profesjonalnym doradcą, firmą Notus, która oferuje wsparcie naszym klientom w procesie pozyskania finansowania. Warto jednak zauważyć, że w tej chwili na zakup decydują się najczęściej osoby o bardzo stabilnej sytuacji materialnej, dysponujące odpowiednim zapleczem finansowym. To klienci, którzy najczęściej nie mają problemu z uzyskaniem kredytu nawet przy bardziej rygorystycznych warunkach kredytowania.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Pomagamy naszym klientom w uzyskiwaniu kredytów poprzez fachowe doradztwo współpracujących z nami ekspertów finansowych. Jeszcze przed zakupem mieszkania dokładnie badana jest sytuacja finansowa klienta i wskazywane banki, w którym klient może uzyskać kredyt hipoteczny. To dziś bardzo ważne, bo poszczególne banki różnie badają zdolność finansową. Zmieniły się także kryteria, jeśli chodzi o wymagany wkład własny. Klienci korzystający z usług naszych ekspertów przy uzyskiwaniu finansowania mogą liczyć na wydłużony harmonogram płatności w przypadku problemów w bankach.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Być może mamy szczęście obsługiwać wyjątkową grupę klientów, ale nie zdarzył się nam przypadek odwołania rezerwacji z powodu kłopotów na linii klient-bank. Odbieramy natomiast sygnały o wydłużonych procedurach bankowych i w tych sytuacjach staramy się być bardzo elastyczni. Współpracujemy już od dawna z doświadczonymi doradcami finansowymi o ugruntowanej pozycji i z dobrymi relacjami w bankach, którzy zapewniają wsparcie klientom.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Akcja kredytowa banków rzeczywiście została ograniczona, a klienci zgłaszają nam trudności z uzyskaniem finansowania na zakup mieszkań. Jednocześnie sam proces ubiegania się o kredyt uległ wydłużeniu. Staramy się przeciwdziałać tym tendencjom doradzając naszym klientom w zakresie możliwych działań w uzyskaniu finansowania. Każdorazowo mogą oni liczyć na wsparcie i indywidualne przeanalizowanie sytuacji w celu znalezienia optymalnych rozwiązań.

Aleksandra Goller, dyrektor sprzedaży i marketingu w spółce mieszkaniowej Skanska

Współpracujemy ze sprawdzoną firmą doradczą, która zawsze służy pomocą w ocenie sytuacji i pozyskiwaniu finansowania. Naszym klientom oferujemy również możliwość spotkania wspólnie z handlowcem i doradcą finansowym. Kupujący chętnie korzystają z takiej opcji. Dzięki temu nasi klienci mogą liczyć na profesjonalne wsparcie w badaniu swojej zdolności kredytowej przed kupnem mieszkania i mają pewność, że podejmują świadome, bezpieczne i korzystne finansowo decyzje.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Banki istotnie zaostrzyły kryteria przyznawania kredytów, jednak nie mieliśmy sygnałów od klientów żeby mieli problemy z uzyskaniem finansowania.

Agata Zambrzycka, dyrektor Sprzedaży i Marketingu w Aria Development

Zdolność kredytowa jest obecnie niższa w związku ostrzejszą polityką banków. Formalności załatwiane są równie sprawnie, jak przed wybuchem wirusa. Klientom ubiegającym się o kredyt hipoteczny zapewniamy bezpłatną pomoc oraz opiekę naszego eksperta kredytowego. Każdego nabywcę traktujemy indywidualnie i oferujemy wsparcie w przypadku nagłych sytuacji życiowych, jak utrata pracy czy problemy z płynnością finansową.

Ewa Skibińska, marketing manager Grupy BY MADE

Każdego klienta traktujemy indywidualnie. Osoby zainteresowane naszą ofertą mogą być objęte kompleksową opieką profesjonalnych doradców: kredytowego, podatkowego i księgowego. Ich doradztwo okazuje się bardzo korzystne np. w kwestii odliczenia od kwoty zakupu 23 proc. podatku VAT. Po podpisaniu umowy przedwstępnej doradca udziela rad przy możliwości i procedurze uzyskania zwrotu podatku. Inwestorzy mogą liczyć także na pomoc w skompletowaniu dokumentów i zarejestrowaniu się w urzędzie. Poza tym, doradca co miesiąc przypomina o wystawieniu faktury i złożeniu deklaracji. Część inwestorów podpisuje umowy z operatorem, który zajmuje się wynajem lokalu ze stałym zyskiem na poziomie 7 proc. netto rocznie.

Autor: Dompress

Za 10 lat w Europie 70% nowych samochodów to elektryki

W ciągu ostatnich dwóch lat rynek motoryzacyjny przeszedł ogromną przemianę. Odejście od benzyny i oleju napędowego na rzecz zelektryfikowanych pojazdów będzie nadal postępować w błyskawicznym tempie, a zmiana będzie widoczna już w perspektywie najbliższych pięciu lat, wynika z Białej Księgi Elektromobilności opublikowanej przez Grupę Arval, lidera w branży wynajmu pojazdów z pełną obsługą oraz inicjatora zmian w zakresie mobilności.

Aż 95% samochodów zarejestrowanych w Europie w 2018 r. wyposażonych było wyłącznie w silniki spalinowe. W ciągu najbliższych pięciu lat sytuacja ulegnie radykalnej zmianie – do 2025 r. pojazdy zelektryfikowane będą stanowić prawie połowę rynku, a do 2030 r. ich udział wzrośnie do ponad 70%. Jest wiele przesłanek wskazujących na to, że tak jak w ostatnich kilku latach nastąpił odwrót od silników diesla, zacznie się też dynamiczne odejście od pozostałych silników spalinowych. Wybuch epidemii koronawirusa nie zmniejszył zainteresowania pojazdami elektrycznymi. Według danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA), w pierwszym kwartale 2020 r. udział samochodów elektrycznych w sprzedaży wszystkich pojazdów w Europie zwiększył się niemal do 7%, wobec 3% rok wcześniej, a sprzedaż takich aut w pierwszym kwartale podwoiła się rok do roku.

– Mimo pandemii COVID-19 obserwujemy znaczące przyspieszenie działań dotyczących wsparcia elektromobilności w Polsce. Ministerstwo Klimatu ogłosiło właśnie nowy program dopłat do zakupu aut elektrycznych. Obecnie z dotacji lub pożyczek będą mogły skorzystać zarówno osoby fizyczne nieprowadzące działalności gospodarczej, przedsiębiorcy, a także jednostki samorządu terytorialnego – mówi Radosław Kitala, Consultant and Arval Mobility Observatory Manager. – Wciąż rozwija się również infrastruktura służąca do ładowania pojazdów elektrycznych. Nie słabnie zainteresowanie ze strony sektora publicznego, który ma ustawowy obowiązek zwiększenia udziału pojazdów z napędem alternatywnym w swojej flocie. Natomiast Komisja Europejska pracuje nad rozwiązaniami umożliwiającymi zwolnienie takich pojazdów z podatku VAT w przypadku zakupu w krajach członkowskich – dodaje Radosław Kitala.

Według Arval istnieje co najmniej 5 kluczowych czynników, które przyspieszą przejście na pojazdy zelektryfikowane:

  1. Unijne regulacje

Europejskie przepisy zmuszają producentów samochodów do dokonywania znacznych inwestycji w czyste technologie. Od 2021 r. wprowadzone będą wysokie kary, jakie płacić mają koncerny motoryzacyjne, które nie zrealizują celów w zakresie obniżenia średniej emisji dwutlenku węgla w swojej gamie modelowej.

  1. Wyższe ceny samochodów z silnikami spalinowymi

Koszty narzucone przez regulatorów mogą sprawić, że ceny pojazdów spalinowych wzrosną. Z kolei spadek kosztów akumulatorów i coraz większa liczba dostępnych modeli pojazdów z napędem elektrycznym (battery electric vehicle – BEV) powodują, że auta ekologiczne stają się atrakcyjną alternatywą. W efekcie łączna liczba pojazdów z napędem hybrydowym z możliwością doładowania z gniazdka (plug-in hybrid), pojazdów elektrycznych o napędzie akumulatorowym (BEV) i w mniejszym stopniu pojazdów napędzanych ogniwami paliwowymi, może wzrosnąć z obecnych ok. 100 modeli do 214 modeli w 2021 r. i do 325 modeli do 2025 r.

  1. Akumulatorowe pojazdy elektryczne mają teraz rzeczywisty zasięg ponad 300 km, a niektóre ok. 500 km

Wiele nowych pojazdów elektrycznych o napędzie akumulatorowym ma obecnie zasięg powyżej 300 km, a czasami nawet do 500 km, co pozwala wyruszyć w długie trasy. Obawy klientów związane z zasięgiem samochodów elektrycznych zmniejszyły się także dzięki rozwojowi infrastruktury do ładowania. Na popularności zyskują też rozwiązania typu car sharing (wspólne użytkowanie samochodów) i vehicle switching (wymiana samochodów).

  1. Pogarszający się wizerunek silników spalinowych

Problemy wizerunkowe, jakie wiążą się z silnikami diesla i generalnie z silnikami o wewnętrznym spalaniu, będą raczej narastać niż znikać, dlatego popyt na pojazdy zelektryfikowane będzie rósł. W miastach coraz częściej powstają strefy niskoemisyjne, w których obowiązuje całkowity zakaz jazdy pojazdami z silnikami diesla lub nawet dopuszczone są wyłącznie samochody zelektryfikowane. Przewiduje się, że takie strefy powstaną w wybranych obszarach miejskich do 2025 r.

  1. Zachęty fiskalne

Zachęty finansowe, które mają stymulować sprzedaż pojazdów zelektryfikowanych, dostępne są w 24 z 28 państw UE (wliczając jeszcze Wielką Brytanię – dane z 2019 r.). Jednocześnie 12 państw Unii oferuje nabywcom dodatkowe premie w momencie zakupu, a większość krajów proponuje odliczenia lub zwolnienia samochodów elektrycznych z podatku.

– W obliczu postępujących zmian klimatycznych, chcemy być kluczowym inicjatorem transformacji energetycznej. Dlatego nie tylko inwestujemy w społeczną odpowiedzialność biznesu, ale też zachęcamy naszych klientów, by zawsze brali pod uwagę pojazdy elektryczne, gdy jest to zasadne ze względu na przeznaczenie samochodu, całkowity koszt jego utrzymania oraz zadowolenie pracowników – deklaruje Shams-Dine El Mouden, Arval Consulting Director.

– Arval w Polsce jest gotowy by dostarczać klientom zarówno elektryczne samochody jak i ładowarki. Od ręki dostępne mamy np. elektryczne Jaguary i-Pace. Razem z samochodem możemy sfinansować wynajem zestawu EVBox, czyli inteligentnej ładowarki, montowanej w firmie lub w domu – informuje Radosław Kitala, Consultant and Arval Mobility Observatory Manager.

InventionMed rozpocznie dystrybucję symulatorów medycznych na rynku koreańskim

Technologiczna spółka z branży medycznej InventionMed podpisała umowę z Proster Company Limted. Firma specjalizująca się w dermatologii klinicznej zajmie się dystrybucją symulatorów medycznych w technologii VR i AR w na terytorium Korei Południowej. Nowy kontrahent zadeklarował również wsparcie w pracach nad TutorDerm.

Proster Company Limited specjalizuje się w dziedzinie skomplikowanych ran skórnych. Firma posiada możliwości techniczne i osobowe związane z dystrybucją symulatorów InventionMed na terytorium Korei Południowej. W przypadku zamówienia na łączną kwotę ponad 5 mln USD, Proster Company Limited otrzyma wyłączność na dystrybucję produktów polskiej spółki w tym kraju.

– Widzimy bardzo duży potencjał jeśli chodzi o zapotrzebowanie symulatory medyczne na rynku azjatyckim. Umowa z Proster Company Limited otwiera szerokie możliwości w zakresie dystrybucji naszych urządzeń w tym regionie. Liczymy, że dzięki wsparciu naszego nowego kontrahenta już niedługo będziemy mogli rozpocząć pierwsze wdrożenia symulatora TutorDerm a następnie wirtualnej strzykawki w Korei Południowej – komentuje Tomasz Kierul, prezes InventionMed.

Dodatkowo, koreański kontrahent deklaruje merytoryczne wsparcie w rozwoju symulatorów medycznych – szczególnie tych, dedykowanych dermatologii klinicznej i estetycznej. Oprócz prac nad obecnie realizowanymi projektami, firmy nie wykluczają dalszych działań przy kolejnych projektach spółki. Dodatkowo, InventionMed wraz Proster Company Limited opracują wspólny projekt – symulator medyczny dotyczący zjawisk związanych z wirusem SARS CoV2.

Obecnie InventionMed pracuje nad rozwojem symulatora TutorDerm oraz wirtualnej strzykawki. Równolegle, przy wsparciu technologicznej firmy z branży IT SoftBlue, przygotowuje się do budowy Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych w Bydgoszczy. „Wirtualny szpital” będzie wyposażony w najnowocześniejsze rozwiązania technologiczne i prototypowe symulatory medyczne w oparciu o VR (virtual reality) i AR (augmented reality) oraz autorską technologię InventionMed – podwójną immersję. Projekt został dofinansowany przez Ministerstwo Rozwoju kwotą 16 mln zł, a dzięki zaangażowaniu inwestora, możliwe będzie rozpoczęcie prac rozwojowych i budowlanych.

Czy Bank Anglii ogłosi dziś rozszerzenie programu skupu aktywów?

Wydaje się, że Bank Anglii szykuje się do zwiększenia programu QE w celu wsparcia brytyjskiej gospodarki w obliczu negatywnych konsekwencji pandemii COVID-19.

Już dziś zostanie opublikowana decyzja brytyjskiego komitetu decydującego o polityce pieniężnej (ang. Monetary Policy Council – MPC). Sądzimy, że decydenci nie zdecydują się na natychmiastowe obniżenie stóp procentowych. Spodziewamy się jednak, że będą oni skłonni rozszerzyć rozmiar programu skupu obligacji. Stanowiłoby to drugą tego typu decyzję Banku Anglii od początku kryzysu zdrowotnego związanego z pandemią koronawirusa.

Jeszcze w marcu, gdy koronawirus pustoszył Europę, Bank Anglii podjął znaczne działania stymulujące gospodarkę. Stopa referencyjna została wówczas ścięta do rekordowo niskiego poziomu 0,1%. Bank centralny zobowiązał się również do zwiększenia programu skupu aktywów o 200 mld funtów, do docelowej kwoty 645 mld funtów. W jego ramach BoE skupuje głównie obligacje skarbowe (tzw. Gilts). Od czasu ogłoszenia tych działań, brytyjska gospodarka doświadczyła znacznego załamania. W kwietniu PKB Zjednoczonego Królestwa spadło o 20,4% (Wykres 1) – to największy spadek odkąd publikowane są te dane. Kwietniowy odczyt prawdopodobnie obejmuje najgorszy moment kryzysu, jednak naszym zdaniem bank centralny pozostanie przy akomodatywnej polityce pieniężnej, zwłaszcza że ożywienie po kryzysie prawdopodobnie będzie następowało stopniowo.

Wykres 1: Dynamika PKB Wielkiej Brytanii w ujęciu miesięcznym (2013 – 2020)
Dynamika PKB Wielkiej Brytanii w ujęciu miesięcznym
Źródło: Refinitv Datastream Data: 15/06/2020

Ostatnie dane dotyczące skupu aktywów sugerują, że przy zachowaniu obecnego tempa zakupów program QE wyczerpałby się w lipcu, tj. przed cyklicznym spotkaniem MPC planowanym na sierpień. W związku z powyższym sądzimy, że obecnie niezbędne będzie zwiększenie (czyli właściwie wydłużenie) programu, aby utrzymać niskie rentowności obligacji i zapewnić, że uczestnicy życia gospodarczego posiadają dostęp do taniego finansowania.

W związku z powyższym oczekujemy, że program skupu aktywów zostanie zwiększony o 100 mld funtów, do docelowego poziomu 745 mld funtów. Uważamy jednocześnie, że tempo zakupów Banku Anglii powinno nieco zwolnić w porównaniu z sytuacją między marcem a czerwcem, w związku z czym program nie powinien wyczerpać się do wrześniowego, czy nawet listopadowego spotkania MPC.

Wykres 2: Wartość obligacji skarbowych skupionych przez Bank Anglii w ramach programu skupu aktywów (2011 – 2020)

Wartość obligacji skarbowych skupionych przez Bank Anglii w ramach programu skupu aktywówŹródło: Refinitv Datastream Data: 17/06/2020

Jesteśmy zdania, że rozszerzenie brytyjskiego programu QE o 100 mld funtów jest mniej więcej uwzględnione w obecnej rynkowej wycenie aktywów – zwłaszcza po tym, jak w poprzednim tygodniu, Andrew Bailey, prezes BoE, stwierdził, że bank centralny jest „gotów do podjęcia działań”. Uważamy zatem, że sama decyzja o takiej skali nie powinna przyczynić się do istotnej zmiany kwotowań brytyjskiej waluty.

Jeśli bank zdecydowałby się na ogłoszenie większego rozszerzenia skupu aktywów, najpewniej wsparłoby to szterlinga. Z drugiej strony ogłoszenie zwiększenia pułapu skupu aktywów o mniejszą kwotę albo brak informacji o rozszerzeniu programu, w naszej ocenie, mogłoby doprowadzić do osłabienia funta brytyjskiego. Dla brytyjskiej waluty istotny w kontekście decyzji dotyczącej programu QE może być również rozkład głosów decydentów.

Oprócz ogłoszeń dotyczących zmiany parametrów polityki monetarnej, rynek będzie zwracał uwagę na dodatkowe komunikaty ze strony banku centralnego – szczególnie te dotyczące możliwości wprowadzenia ujemnych stóp procentowych w najbliższych miesiącach. Sygnały ze strony reprezentantów BoE z ostatnich tygodni sugerują, że nie należy wykluczać takiej możliwości, ale również, że do tej pory w banku centralnym nie wyklarowało się jednoznaczne stanowisko na temat tego, czy taki krok byłby efektywnym dopełnieniem dotychczas prowadzonej polityki pieniężnej. Jeśli ton MPC będzie gołębi, a decydenci zasugerują, że obniżenie stóp poniżej zera może w przyszłości nadejść, funt może zareagować negatywnie.

Decyzja Banku Anglii wraz z towarzyszącym jej komunikatem i „minutkami” zostanie opublikowana dziś o godzinie 13:00.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Telemedycyna daje wiele możliwości – nawet po pandemii

Szybsze konsultacje, łatwiejszy dostęp do specjalistów, niezależnie od miejsca, gdzie przebywamy – tak telemedycyna zmienia współczesną opiekę zdrowotną, a co najważniejsze przyczynia się do poprawy zdrowia całego społeczeństwa. Kryzysy od zawsze były bodźcami do wprowadzania innowacji, a obecna pandemia spowodowała, że nasz wzrok padł na potencjał drzemiący w telemedycynie. Umożliwienie lekarzom zdalnej opieki nad pacjentami, unikanie kontaktu fizycznego, wpisuje się w strategie utrzymywania dystansu społecznego, koniecznego do ograniczenia rozprzestrzeniania się koronawirusa. Wielu Polaków miało okazję przekonać się o korzyściach tego rozwiązania, odbywając wizyty lekarskie za pomocą telefonu lub komputera. Poly postrzega pandemię jako czynnik otwierający oczy na możliwości, które daje nam technologia w zakresie zapewnienia równej, dostępnej i trwałej opieki zdrowotnej – nawet po zakończeniu obecnego kryzysu zdrowotnego.

W Polsce telemedycyna jest dosyć nowym fenomenem. Dopiero od 2016 r. prawo umożliwia udzielania świadczeń zdrowotnych na odległość. Z badań firmy PMR, polski rynek usług telemedycznych w 2018 r. był wart ponad 4 mln złotych. Jednak zgodnie z przypuszczeniami ekspertów do 2023 r. ma osiągnąć aż 143,4 mln złotych. Technologia posiada wielki potencjał w rozwiązywaniu problemów z zapewnieniem dostępności do opieki zdrowotnej na całym świecie. Coraz więcej osób zaczęło korzystać z porad lekarskich na odległość za pośrednictwem wideo, a tendencja ta występuje niezależnie od szerokości geograficznej. Obecny kryzys zdrowotny i konieczność zachowania bezpiecznej odległości od siebie zwróciły uwagę placówek świadczących opiekę i pacjentów na tę możliwość, co może stanowić poważny bodziec do rozwoju tego sektora również po zakończeniu obecnej pandemii.

Rozwiązania Poly w zakresie współpracy w dziedzinie opieki zdrowotnej i wideokonferencji mogą pomóc placówkom medycznym i lekarzom poprawić jakość usług- mówi Jakub Abramczyk, Sales Director Eastern Europe w firmie Poly.

– Dzięki umożliwieniu ekspertom medycznym dotarcia nawet na obszary wiejskie i słabo zaludnione i umożliwienie natychmiastowych konsultacji fachowa pomoc lekarska staje się bardziej dostępna i powszechna, co może przekładać się na poprawę zdrowia wielu ludzi. Pokonanie barier geograficznych to także obniżenie kosztów opieki medycznej – podsumowuje Abramczyk.

USA – Szpital Orlando Health i Departament Zdrowia Psychicznego Południowej Karoliny

Szpital Orlando Health na Florydzie dzięki wprowadzeniu diagnostyki za pomocą telekonferencji ułatwił szybką diagnostykę udaru, co jest kluczowe by zapobiec trwałym uszkodzeniom mózgu u pacjenta. Z kolei Departament Zdrowia Psychicznego Południowej Karoliny zdołał zwiększyć swoją wydajność o 200% i przeprowadził ponad 25 000 telekonsultacji w obszarze psychiatrii. Jednocześnie skrócono czas pobytu w placówkach medycznych, w tym na ostrym dyżurze o połowę, a koszty diagnostyki jednej osoby obniżono o 3000$.

Holandia – Uniwersyteckie Centrum Medyczne w Utrechcie

W Utrechcie wprowadzenie rozwiązań opartych o wideokonferencje zwiększyło dostęp do szkoleń w zakresie stereoskopowej chirurgii 3D. Dzięki temu ta rewolucyjna metoda stała się łatwiej dostępna dla wszystkich lekarzy, którzy chcieli poszerzyć swoje kompetencje w tym zakresie, a jednocześnie obniżono koszty kursów medycznych. Sieć ta pozwoliła stworzyć międzynarodową społeczność, która współpracuje w celu skutecznej diagnostyki i leczenia pacjentów.

Wielka Brytania – NHS

W Wielkiej Brytanii NHS rozwiązania telemedyczne były w stanie zapewnić szybką diagnostykę udaru u 500 pacjentów, a tym samym obniżyć wskaźnik śmiertelności o 45%. Dzięki telemedycynie liczba przyjęć na ostry dyżur zmniejszyła się o 20%. Dzięki tym zmianom Wielka Brytania osiągnęła oszczędności w wysokości 30 000 funtów na jednego pacjenta.

Chiny – Szpital Xuanwu

W chińskim szpitalu Xuanwu działa sztab ekspertów, który wspiera przeprowadzanie skomplikowanych operacji przez personel pracujący, dzięki łączenia się z nimi za pomocą telekonferencji. Utworzenie ogólnokrajowej sieci zmniejszyło czas potrzebny na leczenie pacjentów w często niedostępnych i odległych terenach kraju, tym samym zwiększając przeżywalność.

Wietnam – Departament Zdrowia prowincji Quang Ninh

Blisko tysiąc pracowników wietnamskiego departamentu zdrowia w prowincji Quang Ninh zostało przeszkolonych za pomocą wideokonferencji w obszarze ratownictwa. Pozwoliło to na znaczne oszczędności, dzięki bardziej efektywnemu przepływowi pracy w zakresie opieki nad pacjentami, a także przez zmniejszenie kosztów wyjazdów na szkolenia.

Republika Południowej Afryki – Szpital Dziecięcy Czerwonego Krzyża

Pracujący w tym szpitalu lekarze otrzymali możliwość zdalnej nauki i uzyskania dostępu do doświadczenia i wiedzy kardiologów dziecięcych praktykujących w innych krajach. W efekcie zastosowania telekonferencji znacząco skrócono kolejki oczekujących na zabiegi małych pacjentów.

Brazylia – Unimed

Dzielenie się wiedzą w czasie rzeczywistym i rozszerzenie zasięgu do 20 milionów klientów i 110 tys. lekarzy przy spadku kosztów o 18 milionów R$ było wynikiem przyjęcia wideokonferencji dla brazylijskiego Unimedu, któremu udało się również obniżyć emisję gazów przez zrezygnowanie z podróży na konwencje.

Polski E-commerce: nowy sezon i wyzwania

Choć dzisiaj już z dużym dystansem spoglądamy na wydarzenia, które miały miejsce w marcu, to nadal w branży e-commerce pojawiają się pytania dotyczące nadchodzących miesięcy. Po boom’ie na online oraz uwolnieniu handlu widać wyciszanie się dynamicznych wzrostów. Grupa Domodi przeprowadziła badanie, w którym sprawdziła, jak jej partnerzy, przeważnie z branż moda oraz dom i ogród, działali podczas kryzysu oraz jak widzą nadchodzące miesiące.06_GRUPA DOMODI 05_GRUPA DOMODI

 Jak działały marki w trakcie lockdown’u?

Badanie miało na celu pokazanie, w jaki sposób rodzime marki poradziły sobie w tym  okresie, w co inwestowały, a z jakich narzędzi postanowiły zrezygnować. Jednym z pytań było także to, jaki wpływ miał koronawirus na finanse w polskim e-commerce. Tutaj, aż 46% ankietowanych wskazało, że impakt był negatywny, a dla 8% – bardzo negatywny. Pozytywne aspekty zanotowało 18% badanych, a te wyjątkowo korzystne – wskazało 13%. Wśród badanej grupy 15% nie zauważyło wpływu wirusa na sytuację finansową swojej firmy.

Największe obawy wiązały się jednak z potencjałem zakupowym konsumentów i zyskami sklepów. Dla 28% badanych przychody, od momentu ogłoszenia pandemii, wzrosły, a 18% firm zauważyło, że wzrost ten był znaczny. Według 24% badanych w ich sytuacji nie zmieniło się nic. Natomiast 31% ankietowanych wskazało na spadki, w tym 25% na lekkie, a 6% – znaczące.02_GRUPA DOMODI02_GRUPA DOMODI

Jakie działania podjęły  marki?

W tym czasie weryfikacji uległo wiele działań oraz obszarów w firmach, gdzie aż dla 75% podmiotów objęły one decyzje marketingowe. Jak się dzisiaj okazuje, bardzo ważnym element pozostała aktywność reklamowa osadzona w realiach online’owych oraz wcześniejsze, przetestowane narzędzia, które nie zawiodły. Takim schematem postanowiło  działać 36% badanych, stosując strategię stabilności i inwestycji w sprawdzone źródła. Drugie tyle badanych (36%) skupiło się na narzędziach, które w najskuteczniejszy sposób generowały sprzedaż, ograniczając przy tym inne wydatki na marketing internetowy. W opozycji do tych bezpiecznych metod działania pozostało 25% ankietowanych, którzy poczynili odważne inwestycje w nowe źródła, po to by pozyskać użytkowników.

Naturalną konsekwencją pandemii było przeniesie się użytkowników do internetu, gdzie rozgrywała się reklamowa batalia o zwrócenie uwagi na wybraną markę. Tym samym dla 36% badanych wydatki na reklamę wzrosły, gdzie 30% wskazuje lekki, a 6% znaczący ich skok.

03_GRUPA DOMODIWyzwania dla branży e-commerce

Końcówka I i II kwartał 2020 roku były niekwestionowanym testem dla wielu firm. Uwidocznił on nie tylko słabości, ale przede wszystkim wyzwania, z jakimi marki musiały się zmierzyć. Dla większości największym z nich było zaopatrzenie magazynów, co wiązało się ze wstrzymaniem procesów produkcji czy dostaw. Niskie stany magazynowe były zagrożeniem dla płynności handlowej wielu sklepów. Idealnym rozwiązaniem okazała się informacja o wydłużonych zwrotach połączona z dodatkowym rabatem. To pozwoliło na kontynuację sprzedaży. Część sklepów spotkała się także z potrzebą zmiany polityki finansowej, problemami z usługami kurierskimi czy komunikacją z klientami. Wyzwaniem okazało się także pozyskiwanie ruchu, gdyż zwiększył się koszt jego zakupu. Podobnie było z transakcyjnością gdzie wyzwaniem okazała się niższa konwersja. Co cieszy, to fakt, że gro badanych marek wyszło z tej sytuacji silniejszymi. To bardzo optymistyczne, patrząc na dane udostępnione na początku maja przez Ministerstwo Rozwoju, według których w kwietniu podmiotów, które zakończyły działalność było 6,7 tys. Dla porównania w marcu zamknięto aż 11,7 tys. firm.

Najważniejsze pytania dotyczą jednak tego, co przed nami. I choć głosy predykcji w e-commerce nie milką, to badanie Grupy Domodi pokazuje, że 68% podmiotów uważa, że zwiększy się popyt w internecie, 11% stwierdza, że nic się nie zmieni w porównaniu z tym, z czym mierzyliśmy się do marca. Natomiast tylko dla 10% popyt w sieci będzie niższy.

W Grupie Domodi zauważamy wzrost liczby nowych oraz powracających sklepów. To sygnał że nasi partnerzy są zainteresowani ponownie inwestycjami w reklamę internetową. Kanały e-commerce w dużych firmach fashion szybko rosną – miesiąc do miesiąca są to kilkunasto procentowe wzrosty. Wynika to z faktu zmniejszenia zainteresowania konsumentów galeriami handlowymi – mówi Paweł Piekarski, Manager B2B w Grupie Domodi. – Stabilizująca się sytuacja z koronawirusem powoduje, że konsumenci wracają do swoich sentymentów zakupowych tym samym widzimy zwiększającą się transakcyjność ruchu w internecie. W najbliższych dniach zaobserwujemy wzrost zakupów odzieży letniej, dlatego na Domodi przygotowujemy akcję specjalną Summer Sale 2020, dzięki której w jednym miejscu w sieci zbierzemy najlepsze promocje na kolekcje letnie – dodaje.

Szczegóły badania

W badaniu wzięło udział 100 podmiotów e-commerce, które są partnerami Grupy Domodi i współpracują z serwisami Domodi.pl, Allani.pl oraz Homebook.pl. Zostało ono przeprowadzone w dniach 25-31.05.2020 wśród przedstawicieli firm e-commerce, z których  71% stanowiło małe polskie firmy, 14% to średnie polskie firmy (do 100 osób), 11% należało do dużych, polskich przedsiębiorstw (powyżej 100 osób), a 4% –  do firm z zagranicznym kapitałem.

Osoby w większości reprezentowały obszar zarządczy, zajmując stanowiska prezesa firmy lub będąc właścicielem (62% badanych). Z działu e-commerce pochodziło 15% odpowiadających, a 11% – z marketingu. 2% inne.

Wśród badanych branż znalazły się: moda z udziałem 42%, dom i ogród – 45%, biżuteria i dodatki – 7% oraz 6% inne branże. 64% badanych pracuje w firmie, która działa tylko w otoczeniu online’owym. 12% zaznaczyło, że posiada sklepy stacjonarne w galeriach handlowych, a 24%-  głównie sklepy poza galeriami.

Atende Software z kolejnym wygranym przetargiem dla NASK na ochronę przed atakami DDoS

Firma Atende Software, operator platformy redGuardian, kolejny raz wygrała ogłoszony przez NASK PIB przetarg na świadczenie usług ochrony Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej przed atakami typu DDoS. Przedmiotem zamówienia jest zabezpieczenie infrastruktury Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej (OSE) przed atakami wolumetrycznymi.

Platforma redGuardian od Atende Software spełniła wszystkie wymagania zamawiającego – między innymi w zakresie pojemności (do 100 Gbit/s ruchu oczyszczonego), listy mitygowanych ataków, czasu aktywacji i dezaktywacji ochrony oraz mechanizmów wykrywania ataków i anomalii ruchu. Całkowita wartość umowy wynosi 1,37 mln zł brutto.

Ogólnopolska Sieć Edukacyjna to szybki, bezpieczny i bezpłatny Internet w każdej szkole. Projekt powstał dzięki staraniom Ministerstwa Cyfryzacji, a jego Operatorem jest NASK Państwowy Instytut Badawczy. Platforma redGuardian ochrania sieć przed atakami typu DDoS, zapewniając dotarcie do szkół ruchu oczyszczonego. Usługa działa w dwóch trybach: na żądanie oraz ciągłym. W przypadku ataku typu DDoS, ruch jest automatycznie kierowany na węzły redGuardian.

– Cieszymy się z wygranego przetargu. To kolejne potwierdzenie, że technologia opracowana w Polsce może z powodzeniem konkurować z globalnymi liderami branży. – komentuje Przemysław Frasunek, Wiceprezes Zarządu Atende Software.

Usługi finansowe w nowej “postcovidowej” rzeczywistości

Zapytaliśmy prezesów kilku firm, jak widzą przyszłość rynku, jakie zmiany nas czekają, w jakim kierunku będzie zmierzał nowy świat po izolacji. Czy jesteśmy bezsilni, czy gotowi do działania?

Ewa Małyszko, prezes zarządu PFR TFI partnera merytorycznego debaty: „Zarządzanie w czasach pandemii” zwróciła uwagę, że: „Bez wątpienia wybuch pandemii przyczynił się do zawirowań, które obserwujemy także na rynku pracy. Obok branż, które bardzo ucierpiały z powodu lockdownu, takich jak turystyka, gastronomia, beauty są również sektory, którym obecna sytuacja dała impuls do szybszego rozwoju. Mam tu na myśli m.in. branże e-commerce, kurierską czy też szeroko pojętych nowych technologii. Pandemia pokazała, jak ważny jest rozwój technologii cyfrowych. To one pozwoliły przetrwać ten czas, dostosować się do nowych okoliczności. Trudno sobie wyobrazić, jak funkcjonowalibyśmy bez internetu, aplikacji mobilnych, możliwości zdalnego kontaktu. Teraz będziemy funkcjonować w zmienionym świecie. Chodzi nie tylko o wymiar techniczno-organizacyjny, ale również ludzki. Wiele usług przeniesie się do świata wirtualnego. Już widać, jak duże możliwości daje np. telemedycyna. Gdy dołożymy do tego jeszcze takie technologie, jak wirtualna i poszerzona rzeczywistość, to okaże się, że lista nowych profesji jest bardzo długa”.
Optymistycznie patrzy w przyszłość także dyrektor generalna StepStone.pl Hanna Hieronimczuk: „Wszystko wskazuje na to, że najgorszy okres mamy już za sobą. Najtrudniejsze miesiące to kwiecień i maj. Wszyscy po raz pierwszy znaleźni się w sytuacji całkowitego lockdown gospodarki. Firmy reagowały natychmiastowo, zamrażając budżety, nie tylko na rekrutacje. Obecnie powoli wracamy do nowej normalności. Rynek pracy zmieni się, zmniejszy się zapotrzebowanie na pracowników turystyki, gastronomii czy MICE. Natomiast w innych branżach potrzeby rekrutacyjne będą rosły. Mam tu na myśli IT, transport, logistykę, opakowania i FMCG, e-commerce oraz większość stanowisk blue collar job”.

A jak usługi finansowe odnajdują się w nowej rzeczywistości? Grzegorz Szulik, prezes Provema odpowiada: „Mówiąc w skrócie, jeszcze rzadziej chodzimy do banków i częściej korzystamy z aplikacji internetowych. To dobrze dla wszystkich. Instytucje finansowe będą mogły ograniczyć koszty, a klienci oszczędzają czas i mają dostęp do usług przez 24 godzina na dobę. Pandemia tylko utrwaliła od dawna widoczne trendy. Proszę sobie wyobrazić, że jeszcze kilka lat temu niektórzy przedsiębiorcy jeździli do banków i stali w kolejkach, żeby złożyć przelewy. Korzyści dla gospodarki, wynikające z aktualnie stosowanych rozwiązań są ogromne”.
Paweł Kruszyński, członek zarządu Grupy Assay ostrzega jednak: „Bardzo dużo mówi się o zagrożeniach dla przedsiębiorstw wynikających z epidemii. To do nich są skierowane wszystkie programy pomocowe. Tymczasem nie mówi się nic o zagrożeniach dla inwestorów. W związku z emisją ogromnej ilości pieniądza, który trafi bezpośrednio do przedsiębiorstw i gospodarstw domowych, cały czas istnieje niebezpieczeństwo wysokiej inflacji. Wtedy, przy pozostawieniu zerowych stóp procentowych, okazałoby się, że właściciele oszczędności mogą również ponosić straty i koszty walki z kryzysem. Rolą sektora finansowego jest stworzenie produktów, które zabezpieczą inwestorów przed takim niebezpieczeństwem”.

Nowa rzeczywistość przyspiesza przejście na bankowość online

Tradycyjne banki obecnie stoją przed ogromnym wyzwaniem, jak wynika z World FinTech Report opracowanego przez ekspertów Capgemini i Efma. Model Open X i digitalizacja to absolutny must have, jeśli instytucje finansowe chcą nadal pełnić istotną rolę w życiu swoich klientów. Pandemia COVID-19 znacząco przyspieszyła transformację wielu sektorów gospodarki – w tym także bankowości detalicznej. Jak wynika z najnowszych badań – ponad 57 proc. konsumentów wybiera usługi bankowości internetowej w dobie pandemii, to wzrost o ponad 8 p.p. w do sytuacji sprzed kryzysu, a na tym nie koniec.

Wydany przez Capgemini i Efmę World Retail Banking Report 2020 (WRBR) wskazuje, że aż 57 proc. konsumentów decyduje się na korzystanie z usług bankowości w sieci, a nieco mniej – 55 proc. preferuje bankowe aplikacje mobilne. To znaczący wzrost w bardzo krótkim czasie. Sytuacja ta jest podyktowana przede wszystkim dynamicznym przyspieszeniem cyfrowym wywołanym przez globalny kryzys zdrowotny, wskazuje na to fakt, że przed wybuchem pandemii na korzystanie z bankowości internetowej decydowało się 49 proc. użytkowników, a z bankowości mobilnej korzystało jedynie 47 proc. osób.

– Tak dynamiczny wzrost zainteresowania bankowością online wskazuje, że sektor finansowy znajduje się w przełomowej dla siebie chwili i wiele usług bankowych nabierze nowego wymiaru już na zawsze. Zresztą obecna sytuacja idealnie pokrywa się z prognozami i rekomendacjami wynikającymi już z World FinTech Report 2020 (WFTR) – mówi Marek Woźny, Vice President, Head of Capgemini Application Services Market Segment Poland.

To było nieuchronne

Opublikowany pod koniec kwietnia WFTR 2020 podkreślał dużą rozbieżność pomiędzy oczekiwaniami klientów, a ofertami banków. Dane wskazywały, że niespełna 50 proc. posiadaczy konta z pokolenia Y lub młodszego odczuwało niezadowolenie w związku ze zbyt wąską ofertą usług swojej instytucji finansowej. Raport obnażał także wady struktur bankowych, które mocno blokowały ich własny rozwój w zakresie digitalizacji i jeszcze większej elastyczności.

Tymczasem globalny kryzys wywołany pandemią koronawirusa, wdrożenie restrykcyjnych przepisów sanitarnych, rekomendacje dotyczące dokonywania transakcji bezgotówkowych, czy też zachowanie dystansu społecznego wymusiły na bankach przedefiniowanie wielu usług. W niezwykle krótkim czasie instytucje musiały dostosować swoich dotychczasowe normy do zupełnie nowej rzeczywistości, w której szczególny nacisk został położony na produkty lub platformy online.

– Najnowszy raport dotyczący bankowości detalicznej wyraźnie wskazuje, że banki muszą przekształcić swoje przestarzałe modele funkcjonowania, na rzecz platform cyfrowych, które zapewnią im konkurencyjność i miejsce na rynku. Open X, czyli ścisła współpraca z partnerami zewnętrznymi w zakresie nowych technologii, będzie miała kluczowe znaczenie dla odniesienia długoterminowego sukcesu w sektorze. Bezproblemowa wymiana danych i zasobów oraz innowacje produktowe zapewnią klientom lepszą jakość obsługi i ogólne większe zadowolenie z dostosowania do oczekiwań – mówi Marek Woźny.

Zmiany nie przychodzą łatwo

Choć sytuacja faktycznie zmusiła banki do zmiany i większej otwartości na innowacje, to WRBR pokazuje również, że 80 proc. dyrektorów banków ma obawy ściśle powiązane z kwestiami cyberbezpieczeństwa, zarządzania nieaktualnymi danymi (68 proc.), czy też w wyznaczeniu właściwego partnera w przejściu na platformę digital (73 proc.).

Zgodnie z raportem, rekomendowaną ścieżką postępowania jest stopniowe ewoluowanie instytucji, w stronę inteligentnej bankowości. Przeprowadzone badania wykazały, że progresywna modernizacja jest najlepiej postrzeganą metodą dążącą do zmiany wśród zarządzających bankami (54 proc.) – pozwala na nierewolucyjną transformację przestarzałych systemów. 66 proc. badanych szacuje, że proces wprowadzania innowacji do instytucji finansowych zajmuje ok. dwa lata.

Wśród istotnych czynników decydujących o sukcesie jest również partnerstwo – 58 proc. ankietowanych dyrektorów banków twierdzi, że wdrożenie produktu we współpracy z partnerami z zakresu FinTech lub BigTech zajmie o połowę mniej czasu, czyli mniej niż 12 miesięcy.

Co także istotne – zgodnie z raportem Capgemini i Efmy – można wyszczególnić trzy główne ścieżki na osiągnięcie nowoczesnego modelu bankowości stworzonego w oparciu o platformę cyfrową:

  • Zakupienie i integracja gotowej platformy;
  • Stworzenie własnego serwisu transakcyjnego online;
  • Wykorzystanie udostępnionej platformy przygotowanej do użycia

– Niezależne od zatwierdzonego scenariusza wdrażania końcowego efektu powinny być przede wszystkim mocno osadzone na rynku instytucji, zapewniają jej dobrą, konkurencyjną pozycję i podnoszą jakość zadowolonych klientów. Wiele zestawów urządzeń w krótkim czasie musiało dostosowywać się do nowych rzeczywistości, które wymuszają przyspieszenie transformacji cyfrowej, jednak warto zwrócić uwagę, że obecna sytuacja jest w wielu aplikacjach wstępnych do szerszej ewolucji. Ważnym sygnałem dla Sektora Finansowego JEST jednak Fakt, že KLIENCI SA Już Gotowi na przyjęcie cyfrowego MODELU Bankowości detalicznej – podsumowuje Marek Woźny , Vice President, szef  z  Capgemini  Application Services Market Segment Polska .

Mniej wypadków polskich kierowców na zagranicznych drogach

Po raz pierwszy od wielu lat spadła liczba kolizji z winy kierujących pojazdami z polskimi rejestracjami na zagranicznych drogach. W 2019 r. nasi zmotoryzowani spowodowali ich 73 tys. W poprzednim roku byli sprawcami ponad 75 tys. zdarzeń. Nastąpił więc spadek o ponad 3 proc. Tradycyjnie najwięcej kolizji kierujący pojazdami z polskimi tablicami powodują na drogach Niemiec, Francji, Włoch, Wielkiej Brytanii i Holandii. Ponownie jednak wzrosła liczba szkód           z winy naszych zmotoryzowanych bez OC. W 2019 r. PBUK pokryło z tego tytułu 585 świadczeń o wartości blisko 16 mln zł, czyli niemal dwukrotnie wyższej niż w poprzednim roku.mniej wypadków za granicą

Kierujący pojazdami z polskimi tablicami rejestracyjnymi powodują na zagranicznych drogach 200 zdarzeń dziennie. W całym 2019 r. byli sprawcami 73 tysięcy kolizji i wypadków. W porównaniu       z rokiem 2018, kiedy to wyrządzili ponad 75,2 tysięcy szkód, nastąpił ich spadek o 3 proc. Nadal jednak poważne żniwo zbiera brak poczucia odpowiedzialności za bezpieczeństwo na drogach           i nadmierne przekonanie o własnych umiejętnościach.

 

Spadek liczby zdarzeń z winy polskich zmotoryzowanych na zagranicznych drogach to pozytywny sygnał. Od wielu lat odnotowywaliśmy bowiem pod tym względem wyłącznie tendencję negatywną. Dlatego prawdziwe powody do zadowolenia będziemy mogli mieć dopiero po kilku latach poprawy. Co więcej, na koniec bieżącego roku mamy szansę odnotować kolejny pozytywny spadek liczby zdarzeń z winy naszych zmotoryzowanych. Ze względu na pandemię koronawirusa i kilkumiesięczne zamknięcie granic dla ruchu pojazdów osobowych, kolizji transgranicznych może być mniej. Ale to nieco zafałszuje faktyczny obraz sytuacji. Dlatego dopiero kolejny rok pokaże czy poprawa jest trwałamówi Mariusz Wichtowski, prezes zarządu Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych.

Wykres 1. Zdarzenia spowodowane przez kierujących pojazdami z polskimi rejestracjami na zagranicznych drogach (w tys.)mniej wypadków za granicą 2

– W ostatniej dekadzie liczba zdarzeń z winy naszych zmotoryzowanych za granicą uległa podwojeniu. Jest to pochodna z jednej strony intensywnej migracji zarobkowej i ruchu turystycznego, a z drugiej nieumiejętności dostosowania się do odmiennych zasad i zachowań na zagranicznych drogach, jak i niskiej kultury prowadzenia pojazdów. Przekłada się to na sukcesywnie zwiększające się obciążenie finansowe polskiego rynku ubezpieczeniowego z tytułu szkód powodowanych poza granicami Polski przez kierujących pojazdami zaopatrzonymi w krajowe tablice rejestracyjne lub dla których wystawione zostały polisy ubezpieczeniowe przez zakłady ubezpieczeń działające na terenie kraju. W 2019 r. sięgnęło ono kwoty blisko 1,6 miliarda złotych dodaje Mariusz Wichtowski.

Najgorzej jeździmy po drogach niemieckich

Najwięcej szkód polscy zmotoryzowani spowodowali w 2019 r. na terenie Niemiec – ponad 37 tys. Stanowi to ponad połowę wszystkich zdarzeń z winy kierujących polskimi pojazdami za granicą. Nieznacznie zmalała liczba podobnych kolizji i wypadków przypadających na drogi Wielkiej Brytanii – z 4,8 tys. do 4,4 tys. Wzrosła natomiast we Francji – z 5,2 tys. do 5,7 tys. oraz w Holandii – z 4,2 tys. do 4,3 tys. We Włoszech utrzymuje się na stałym poziomie 5,2 tys. Łącznie w tych pięciu krajach polscy kierowcy byli sprawcami 56,7 tys. zdarzeń, co stanowi 78 proc. wszystkich kolizji i wypadków spowodowanych przez naszych zmotoryzowanych na zagranicznych drogach.

Wykres 2. Szkody spowodowane przez kierujących pojazdami z polskimi rejestracjami w 2019 r. na zagranicznych drogach, w podziale na kraje miejsca zdarzeniamniej wypadków za granicą 3

Kierowcy bez OC podwoili wartość szkód

 

W 2019 r. ponownie nastąpił silny wzrost liczby zdarzeń spowodowanych przez kierujących pojazdami z polskimi tablicami rejestracyjnymi bez ważnego ubezpieczenia OC. PBUK uregulowało w ubiegłym roku aż 585 nowych zgłoszeń dotyczących tego rodzaju szkód.

Wykres 3. Szkody spowodowane przez kierujących na zagranicznych drogach nieubezpieczonymi pojazdami zarejestrowanymi w Polsce, pokryte przez PBUKmniej wypadków za granicą 4

Regulowanie zobowiązań za szkody powstałe w wyniku zdarzeń spowodowanych przez polskich zmotoryzowanych prowadzących nieubezpieczone pojazdy należy do Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. Łącznie z tego tytułu PBUK wydatkowało w 2019 r. kwotę  blisko 16 mln zł. Rok wcześniej sięgała ona 8,7 mln zł. Nastąpił więc niemal dwukrotny wydatków polskiego rynku ubezpieczeniowego za nieodpowiedzialnych kierowców.

W okresie pandemii nauczyciele stracili kontakt z wieloma uczniami. Dzieci te wypadły na kilka miesięcy z systemu edukacji

Stan epidemii spowodował, że setki dzieci z całej Polski przestały realizować obowiązek edukacji szkolnej. Anna Choszcz-Sendrowska ze Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce podkreśla, że dokładna liczba uczniów, którzy z różnych powodów nie biorą udziału w zdalnym nauczaniu, wciąż nie jest znana. Organizacja zwróciła się do władz rządowych z prośbą o podjęcie działań w sprawie młodzieży, z którą nauczyciele nie mają kontaktu telefonicznego ani internetowego. 

Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce od 36 lat pomaga porzuconym i osieroconym dzieciom. Od 11 lat prowadzi także profilaktyczne programy dla dzieci z rodzin dotkniętych trudną sytuacją życiową. Podczas pandemii wspomaga ponad 1,5 tys. podopiecznych, zapewniając im dostęp do sprzętu umożliwiającego zdalną edukację.

Początek pandemii był dla nas wszystkich szalenie trudny, zwłaszcza w e-learningu. W jednym domu SOS może mieszkać szóstka dzieci wraz z rodzicami, natomiast komputer zazwyczaj jest jeden. To sprawiło, że edukacja zdalna była naprawdę dużym wyzwaniem. Jeszcze trudniej było w programach SOS Rodzinie, które obejmują dzieci z rodzin w różnego rodzaju kryzysach. Tam problem dotyczył nie tylko sprzętu, lecz również dostępu do internetu – mówi agencji Newseria Anna Choszcz-Sendrowska ze Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce.

Chociaż skala wykluczenia internetowego była spora, organizacji udało się zaradzić problemom. Pomogły w tym zaprzyjaźnione firmy. To właśnie dzięki szybkiej reakcji z ich strony udało się zorganizować potrzebny sprzęt elektroniczny. Dzieci, które znajdują się pod opieką SOS Wiosek Dziecięcych, mogły dzięki temu podjąć naukę zdalną.

Działamy w 18 lokalizacjach w całej Polsce. Jednak boimy się o te dzieci, z którymi nie mamy kontaktu. Dyrektorzy szkół informują nas, że część uczniów nie uczestniczy w zajęciach szkolnych. Nie wysyłają zadań ani nie biorą udziału w spotkaniach organizowanych online. Bardzo niepokoi nas sytuacja tych dzieci. Z naszego doświadczenia wiem, że w tych rodzinach może dziać się coś niedobrego –  podkreśla ekspertka.

Nie wiadomo dokładnie, jak wiele dzieci w Polsce nie realizuje obecnie obowiązku edukacji. Renata Kaznowska, wiceprezydent Warszawy odpowiedzialna za oświatę, przekazała, że w stolicy 604 uczniów jest wyjętych z systemu. Oznacza to, że od początku zdalnej edukacji nie było z nimi kontaktu. Z kolei Marta Mazurek, wiceprzewodnicząca Komisji Oświaty i Wychowania w Radzie Miasta Poznania, tłumaczy, że przeprowadzone kontrole wykazały 227 podobnych przypadków. Nie wiadomo jednak, jak wygląda sytuacja w innych miastach i mniejszych miejscowościach. Dlatego właśnie SOS Wioski Dziecięce zwróciły się o pomoc do ministra edukacji narodowej.

Dobrze byłoby, gdyby rząd połączył siły z władzami lokalnymi, ośrodkami pomocy społecznej i dyrektorami szkół. Razem mogliby stworzyć wytyczne dotyczące tego, co w takiej sytuacji powinno się robić. Brakuje jasnych reguł postępowania w takich przypadkach. Liczymy na to, że ministerstwo podejmie działania w tej sprawie – zaznacza Anna Choszcz-Sendrowska.

Nie wiadomo, z jakiego powodu dzieci nie realizują obowiązku edukacji. Brak udziału w zajęciach może być spowodowany zarówno problemami rodzinnymi, jak i cyfrowym wykluczeniem czy nawet próbą uniknięcia obowiązków. Ekspertka z SOS Wioski Dziecięce zaznacza, że zbliżające się wakacje nie rozwiążą problemu. Uczniowie, którzy obecnie znajdują się poza systemem, powinni powrócić do niego jeszcze przed zakończeniem roku szkolnego.

Trudno powiedzieć, czy sytuacja się unormuje, jeżeli od września wrócimy do tradycyjnej formy nauki. Pozostaje pytanie, czy uczniowie, którzy obecnie nie uczestniczą w zajęciach, powrócą do szkół w nowym roku. Dzieci, z którymi obecnie nie ma kontaktu, będą miały kilkumiesięczne zaległości. Osoby, które zajmują się edukacją w Polsce, powinny zainteresować się sytuacją tej młodzieży i zaplanować konkretne działania – tłumaczy.

Dobry okres dla księgarni internetowych. Ze względu na bezpieczeństwo zyskiwały również e-booki

Pandemia i przymusowa izolacja sprzyjały czytelnictwu. Polacy kupili w tym okresie zdecydowanie więcej książek niż zwykle. –  Zanotowaliśmy rok do roku wzrost o ponad 170 proc. sprzedaży, teraz jest trochę niższy, ale wciąż powyżej naszych prognoz – mówi Łukasz Kierus, współwłaściciel księgarni internetowej TaniaKsiążka.pl. Polacy do koszyka wrzucali znacznie więcej e-booków i audiobooków. To może spowodować, że trwale wzrośnie popularność tych formatów książek.

– Pandemia spowodowała dosyć niespodziewany wzrost sprzedaży w internecie. Osiągnęliśmy wzrost zdecydowanie przekraczający nasze oczekiwania, notując rok do roku wzrost o ponad 170 proc. sprzedaży, czyli mieliśmy gwiazdkę w marcu. Ten trend wzrostowy utrzymał się, teraz jest trochę niższy, ale nadal powyżej oczekiwań – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Kierus.

Z ostatniego raportu czytelnictwa za rok 2019 przeprowadzonego przez Bibliotekę Narodową wynika, że przynajmniej jedną książkę przeczytało w ubiegłym roku 39 proc. Polaków. To tylko nieco więcej niż w 2018 roku (37 proc.). Wydaje się jednak, że dzięki pandemii stan czytelnictwa w Polsce znacznie się poprawi. Społeczeństwo pozbawione takich rozrywek jak kino, teatr, sport czy wyjścia z przyjaciółmi szukało ich we własnych domach. Cyfrowa Biblioteka Narodowa Polona, największa tego typu biblioteka w Polsce, notowała w okresie narodowej kwarantanny 10-krotny wzrost użytkowników dziennie. Z jej zasobów korzystało nawet 2,5 tys. osób jednocześnie.

– Klienci przede wszystkim wybierali tzw. książki do poczytania, beletrystykę, literaturę kobiecą, ale również książki dla dzieci – wskazuje ekspert i podkreśla, że nadzwyczajny okres pandemii wpłynął na wzrost zainteresowania innymi, nietypowymi pozycjami. – Hitem była książka o chlebie, bo wiemy, że zniknęły drożdże z polskich sklepów i każdy w domu uczył się robić własny chleb. Dodatkowo wskoczyły na szczyt książki dotyczące epidemii, jak „Dżuma” Camusa.

Wśród najpopularniejszych autorów znaleźli się Blanka Lipińska czy Remigiusz Mróz. Część osób nadrobiła zaległości związane z twórczością laureatki literackiej Nagrody Nobla Olgi Tokarczuk. Z półek zniknęły też książki dla najmłodszych, ale również gry planszowe, puzzle i klocki. Choć w sprzedaży internetowej wciąż dominują tradycyjne papierowe książki, wzrosło zainteresowanie książkami elektronicznymi.

Ich procentowy udział został mniej więcej podwojony w stosunku do tego, co wcześniej było normą – zauważa współwłaściciel TaniaKsiążka.pl

Dotychczas, jak wynika z danych Biblioteki Narodowej, po e-booki i audiobooki sięgał niewielki odsetek osób. Na e-booki wskazywało 6 proc. czytelników (2,5 proc. w całej populacji), a słuchanie audiobooków zadeklarowało 3 proc. badanych w całej populacji. Z kolei 6 proc. czytelników łączy czytanie ze słuchaniem.

 Klienci zaczęli coraz częściej wybierać książkę elektroniczną, ponieważ jest do niej natychmiastowy dostęp, bez konieczności wychodzenia z domu. Przede wszystkim zyskały na tym e-booki. Audiobooki trochę mniej, ponieważ dużo osób słucha ich w trakcie spacerów, dojazdów do pracy, a podczas lockdownu tego nie mieliśmy – tłumaczy Łukasz Kierus.

Według niego ten trend wzrostowy dla e-booków będzie się utrzymywać również po pełnym otwarciu sklepów, podobnie jak większa popularność zakupów internetowych. To jednak oznacza, że konkurencja w sieci będzie się zaostrzać.

– Rynek e-commerce urósł w ciągu dwóch miesięcy tak jak w normalnych okolicznościach urósłby przez dwa lata. Spora część zakupów na stałe zostanie przeniesiona do internetu – mówi współwłaściciel TaniaKsiążka.pl. – Obecnie mierzymy się z większą konkurencją. Widzimy dużo więcej sprzedawców i dużo większy ruch w e-commerce.

Nawet 2-3 mln Polaków ma problem z nietrzymaniem moczu. Polska jako jedyny kraj w Europie nie refunduje nowoczesnych leków

Nietrzymanie moczu często określane jest jako „wstydliwy problem”, chociaż jest on coraz powszechniejszy. Jeden z typów NTM – nadreaktywny pęcherz – rozpoznaje się w Polsce średnio u co 3. kobiety i co 10. mężczyzny. Dolegliwość, która zmusza do częstego szukania toalety, potrafi zrujnować życie bardziej niż nadciśnienie czy cukrzyca. Pacjenci wycofują się z życia zawodowego, towarzyskiego, seksualnego i rodzinnego, nie wychodzą do kina czy restauracji w obawie przed nietrzymaniem moczu. Lista leków refundowanych w tym schorzeniu nie zmieniła się od początku jej istnienia, czyli od prawie dekady. Chorzy liczą, że wreszcie pojawi się na niej długo oczekiwany lek nowej generacji, który od wielu lat jest już stosowany w całej Europie, za wyjątkiem Polski.

Według danych Stowarzyszenia UroConti problem nietrzymania moczu dotyka ok. 2,5 mln Polaków. Odsetek osób cierpiących na to schorzenie może być znacznie wyższy – jego intymny charakter utrudnia zebranie rzetelnych danych. Jednym z trzech typów NTM jest zespół pęcherza nadreaktywnego (OAB), który dotyka prawie 50 mln osób w Europie. W Polsce każdego roku diagnozuje się 10–15 tys. nowych zachorowań. Częstotliwość występowania tego schorzenia rośnie jednak wraz z wiekiem i zazwyczaj towarzyszą mu inne objawy ze strony dolnych dróg moczowych.

 Zespół pęcherza nadreaktywnego częściej występuje u kobiet, w okolicy 27 proc., u mężczyzn jest to około 10 proc. Przyczyny występowania u kobiet i mężczyzn są zdecydowanie różne, związane jest to z anatomią oraz przyczynami, które powodują to schorzenie – mówi agencji Newseria Biznes urolog, dr n. med. Mariusz Blewniewski ze Szpitala Specjalistycznego im. M. Kopernika w Łodzi.

OAB to poważna i często bolesna choroba, która wymaga leczenia, jednak przylgnęło do niej miano „wstydliwej dolegliwości”. Pacjentki i pacjenci niechętnie mówią o niej podczas wizyt lekarskich. Tylko co trzeci chory w ogóle zgłasza się z tym problemem do lekarza i to średnio dopiero po około dwóch latach od wystąpienia pierwszych objawów, w momencie kiedy te są już bardzo nasilone i utrudniają normalne funkcjonowanie.

 Ta dolegliwość może wykluczać ludzi z codziennego życia i to w zakresie społecznym, rodzinnym, jak i zawodowym. W ramach stowarzyszenia obsługujemy infolinię Rzecznika Praw Pacjenta, gdzie udzielamy porad w tym zakresie. Przy okazji wysłuchujemy różnych historii dotyczących życia z tą dolegliwością. Pacjenci skarżą się na to, że nie chodzą do kina, teatru i na imprezy, bo się krępują. Czują się wykluczeni w strefie seksualności. Izolują się, nie uczestniczą w życiu społecznym, imprezach rodzinnych. Potrafią zaszyć się w domu, a to może prowadzić do stanu depresji – mówi Anna Sarbak, prezes zarządu Stowarzyszenia Osób z NTM UroConti, organizatora Światowego Tygodnia Kontynencji (World Continence Week), który w tym roku po raz pierwszy odbywa się online.

Konieczność częstego wychodzenia do toalety i nieobecności przy biurku w wielu przypadkach bywa też przyczyną utraty pracy. Eksperci podkreślają, że zespół pęcherza nadreaktywnego nie zabija, ale niekiedy potrafi zrujnować życie o wiele bardziej niż cukrzyca czy nadciśnienie.

 Jeżeli chodzi o możliwości leczenia nadreaktywności pęcherza moczowego w Europie, zakres różnego rodzaju opcji jest ogromny. Najprostsze metody polegają na modyfikacji nawyków żywieniowych pacjenta i ćwiczeniach. W grę wchodzi również fizykoterapia łącznie z biofeedbackiem, czyli ćwiczeniem mięśni miednicy. W przypadku braku lub niewystarczającej poprawy po tego typu opcjach terapeutycznych rozpoczyna się leczenie farmakologiczne substancjami o działaniu antymuskarynowym lub lekiem o aktywności beta-3-adrenergicznej. Jeżeli również te opcje zawiodą, kolejny etap to leczenie z użyciem toksyny botulinowej oraz neuromodulacji nerwów krzyżowych – wymienia dr hab. n. med. Paweł Miotła, urolog z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

W zespole pęcherza nadreaktywnego lista leków refundowanych nie zmieniła się od początku jej istnienia, czyli od 2011 roku. Pacjenci w pierwszej linii leczenia nadal mają więc dostęp tylko do dwóch substancji o tym samym mechanizmie działania (solifenacyny i tolterodyny). Dla porównania na świecie jest ich zazwyczaj cztery–sześć. Z kolei w drugiej linii leczenia wciąż nie ma żadnego refundowanego leku na OAB.

 Pacjenci czekają na pojawienie się nowej generacji leków. Można nabyć około 23 leków na bazie solifenacyny i tolterodyny, ale one powodują różne skutki uboczne, jak np. suchość w jamie ustnej, zaburzenia jelitowo-żołądkowe, neurologiczne, poznawcze czy odnawianie się wrzodów w żołądku. Nie wszyscy pacjenci mogą z nich korzystać. Cały czas czekamy na pojawienie się najlepszej opcji, która wyeliminuje albo zminimalizuje te skutki uboczne – mówi Anna Sarbak.

Lekiem będącym jedyną opcją terapeutyczną dla pacjentów w drugiej linii leczenia OAB jest mirabegron. Polska jest jak na razie jedynym krajem w Unii Europejskiej, który go nie refunduje, choć ten lek już dwukrotnie uzyskał pozytywną rekomendację Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji.

– Nie możemy się doczekać, kiedy ten lek jako refundowany trafi do aptek. Jego producent powtórzył już wniosek o refundację, przedstawiając korzystne warunki ekonomiczne. Dziwi fakt, że leki oparte na tej substancji są stosowane w Europie Zachodniej i w Stanach już od wielu lat. Podobnie jak w Bułgarii, Portugalii i Słowenii, a są to kraje, które mają podobne PKB jak Polska – mówi prezes Stowarzyszenia Osób z NTM UroConti

– Refundowane obecnie leki antycholinergiczne często dają objawy uboczne, przez które chorzy rezygnują z farmakoterapii. Wtedy zostaje im już leczenie zabiegowe – dodaje dr Mariusz Blewniewski. – Brak refundacji tego leku powoduje, że nie mamy z farmakoterapii takich korzyści, jakich byśmy się spodziewali.

Jak podkreśla dr Paweł Miotła, doustna farmakoterapia jest nie tylko wygodna dla pacjentów, ale też pozwala uniknąć interwencji chirurgicznej. Ponadto lek nowej generacji cechuje duże bezpieczeństwo stosowania, co jest kluczowe zwłaszcza w przypadku starszych pacjentów.

 Leki starszej generacji niejednokrotnie upośledzają funkcje poznawcze pacjenta. To oznacza, że osoby, które świetnie radziły sobie w swoim środowisku domowym, w momencie rozpoczęcia terapii zaczynają się zastanawiać, gdzie położyli klucze, albo nie są w stanie zapamiętywać informacji sprzed chwili. W związku z tym bezpieczeństwo terapii u osób starszych jest tutaj kluczowe. Leki nowszej generacji takie bezpieczeństwo zapewniają. Stąd wydaje się słuszne, aby były dostępne w opcji refundowanej również dla polskich pacjentów – mówi urolog z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

„Diament Meblarstwa” wyzwala kreatywność

15 edycja konkursu „Diament Meblarstwa” to okazja do wykorzystania kreatywnego potencjału firmy w budowaniu przewagi konkurencyjnej w nowej rzeczywistości.

Zgłoszenia przyjmowane są do 12 października br. Uczestnicy konkursu, organizowanego przez Wydawnictwo meble.pl, wydawcę miesięcznika „BIZNES meble.pl” oraz Meble.pl S.A., zmierzą się w 21 kategoriach produktowych, w ramach których istnieje możliwość wyboru klasy: standard lub premium, a także w dwóch dodatkowych kategoriach (marketing i komunikacja oraz wizje), bez podziału na klasy. Natomiast w kategorii „młody design” studenci oraz ubiegłoroczni i tegoroczni absolwenci szkół i uczelni wyższych mogą zgłaszać bezpłatnie swoje projekty mebli i elementów wyposażenia wnętrz.

Diament Meblarstwa

HARMONOGRAM KONKURSU:

ETAP 1: cena promocyjna

1 czerwca – 31 lipca 2020 r.– promocyjny koszt zgłoszenia pierwszego produktu: 990 zł + 23% VAT

ETAP 2: cena regularna

1 sierpnia – 12 października 2020 r. – regularny koszt zgłoszenia pierwszego produktu: 1.790 zł + 23% VAT

ETAP 3: głosowanie kapituły

19 – 26 października 2020 r. – głosowanie kapituły konkursowej

ETAP 4: nagrodzeni

29 – 30 października 2020 r. – poinformowanie uczestników o wynikach konkursu

2 listopada 2020 r.– opublikowanie wyników na stronie konkursowej www.diamentmeblarstwa.pl

ETAP 5: gala konkursowa

grudzień 2020 – uroczysta gala wręczenia nagród w konkursie (Warszawa)

Zwycięzców wskaże kapituła, w skład której wchodzi kilkadziesiąt osób: architekci, projektanci wnętrz, blogerzy, przedstawiciele mediów i organizacji, naukowcy i eksperci z branży meblarskiej, przedstawiciele handlu, technolodzy produkcji, przedstawiciele hurtowni oraz firm patentowych i atestowych. Ocenie poddane zostaną wzornictwo, zgodność z aktualnymi trendami, innowacyjność, zaawansowanie technologiczne, funkcjonalność i ergonomia oraz ogólna prezencja produktu.

Oficjalne zakończenie konkursu i uroczyste wręczenie nagród zwycięzcom, odbędzie się w grudniu br. w Warszawie.

Na potrzeby konkursu wydany zostanie specjalny katalog konkursowy, w którym zaprezentowane zostaną wszystkie produkty zgłoszone do konkursu. Ponadto zapowiedzi konkursu, wyniki, jak również relację z gali finałowej, można będzie znaleźć w miesięczniku „BIZNES meble.pl”, na portalu www.biznes.meble.pl oraz na profilach: miesięcznika „BIZNES meble.pl” i konkursu „Diament Meblarstwa”.

Patronami Honorowymi i Medialnymi 15. edycji „Diamentu Meblarstwa” są portale internetowe, czasopisma oraz instytucje związane z branżą meblarską, co wiąże się z szeroką promocją konkursu w postaci zapowiedzi oraz relacji w mediach.

ZWIĘKSZ WARTOŚĆ SWOICH PRODUKTÓW! SIĘGNIJ PO DIAMENT!

www.diamentmeblarstwa.pl

Polska i europejska branża mleczarska odczuwa skutki koronawirusa. Eksporterzy muszą szukać nowych rynków zbytu

Około 30 proc. polskiej produkcji mleczarskiej trzeba eksportować, bo krajowy rynek nie jest w stanie jej wchłonąć. Tymczasem koronawirus, który spowodował przerwanie łańcuchów dostaw i w dużym stopniu zamknięcie granic, pokrzyżował plany mleczarni nie tylko w Polsce, ale i w całej Unii Europejskiej. Producenci wiążą duże nadzieje z powrotem kanału gastronomicznego oraz wspólną europejską promocją na rynkach trzecich.

Według wstępnych danych (GUS) w 2019 roku wartość polskiego eksportu ogółem wyniosła 235,8 mld euro i była wyższa niż rok wcześniej o 5,5 proc. Udział eksportu towarów rolno-spożywczych w eksporcie ogółem wyniósł 13,3 proc., tyle samo co w 2018 roku. Duża w tym zasługa branży mleczarskiej, która ok. 30–35 proc. produkcji kieruje na rynki zagraniczne.

 W okresie wybuchu pandemii został w zasadzie wstrzymany eksport, co w bardzo mocnym stopniu odbiło się na naszych zakładach i spółdzielniach mleczarskich, w szczególności tych największych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Maliszewska, dyrektor Polskiej Izby Mleka, wiceprezydent COGECA. – Dodatkowo duży problem, z jakim borykaliśmy się w czasie pandemii, związany był z częściowym spadkiem konsumpcji w kraju, a wynikało to z tego, że zamknięte były hotele, restauracje, które wciąż w dużym stopniu są zamknięte. Ta gałąź dystrybucji HoReCa jest dla nas bardzo ważna.

Ze wstępnych danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi wynika, że w I kwartale br. eksport produktów mleczarskich delikatnie wzrósł w porównaniu do I kwartału 2019 roku (z 398 931 do 407 388 ton), głównie za sprawą większej sprzedaży serów i twarogów oraz serwatki.

Jak wynika z raportu Instytutu Biznesu, Grupa Mlekovita w I kwartale br. wyeksportowała produkty warte 400 mln zł (35 proc. produkcji) i było to o 30 proc. więcej niż w I kwartale 2019 roku. OSM Giżycko sprzedało za granicę towar wart 120 mln zł i było to 80 proc. produkcji spółdzielni. Wśród krajów,  które przyjęły znacząco większe ilości polskiego mleka i śmietany, są Jemen, Meksyk, Chiny i Japonia.

W czasie lockdownu producenci starali się skupić na promocji krajowej konsumpcji, co zaowocowało większą sprzedażą mleka, zwłaszcza UHT, czy masła, kiedy konsumenci kupowali produkty na zapas. Z kolei zakłady, które miały taką możliwość, magazynowały nadwyżki produkcji.

– Dzisiaj widzimy też trudne kwestie związane z eksportem do krajów trzecich. Pomimo że powoli dostajemy sygnały, że ruszają statki, eksport np. do Chin, które cały czas są dla nas istotnym rynkiem zbytu, to nadal jest to nieporównywalnie mało w stosunku do tego, jakie efekty mieliśmy przed wprowadzeniem stanu epidemii – ocenia Agnieszka Maliszewska. – Cała Europa o tym głośno mówi, bo jest ona największym globalnym eksporterem wyrobów mleczarskich.

Jeszcze w grudniu 2019 roku ekspertka Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej Teresa Zdziarska oceniała sytuację na europejskim rynku mleka jako pozytywną, a ceny niemal wszystkich produktów mleczarskich z wyjątkiem masła szły w górę. W ciągu trzech kwartałów ub.r. rosła także produkcja, m.in. pełnego mleka w proszku o 23,3 proc., serwatki (7,4 proc.) czy napojów mlecznych innych niż jogurty (o 4,9 proc.).

W marcu i kwietniu ceny produktów mleczarskich w UE spadały, m.in. mleka w proszku pełnego i odtłuszczonego, no co oddziaływał spadek światowego popytu. Jak podkreślają analitycy PKO Banku Polskiego (Agro Nawigator z 5 maja), Komisja Europejska prognozowała, że w 2020 roku unijny eksport odtłuszczonego mleka w proszku zmniejszy się o 17 proc. w stosunku do rekordowego poziomu z 2019 roku, a masła – o 10 proc. przy jednoczesnym wzroście produkcji (ze względu na to, że producenci przerzucili się na wytwarzanie produktów o większej trwałości – proszków mlecznych i właśnie masła). W reakcji na negatywne zmiany rynkowe KE przygotowała propozycję programu dopłat do prywatnego przechowywania produktów mleczarskich (odtłuszczonego mleka w proszku, masła, sera) mającą na celu przywrócenie równowagi na unijnym rynku mleka.

Jako europejscy przetwórcy czekamy na poszukiwanie nowych rynków. Zapowiedzi złożone przez komisarza ds. rolnictwa Janusza Wojciechowskiego, że kiedy będzie już można swobodnie podróżować, zostanie przeprowadzona ekspansja promocyjna europejskich produktów żywności, czyli to, co robił wcześniej komisarz Phil Hogan i co rzeczywiście przynosiło efekty, oceniam jako bardzo dobry pomysł – mówi dyrektor Polskiej Izby Mleka.

Zdaniem branży pandemia nieco zmieni sprzedaż i zwyczaje konsumentów, choćby poprzez wzrost zakupów spożywczych przez internet. Trudno jednak oczekiwać, by krajowy rynek zagospodarował całe nadwyżki produkcji, a Polacy całkowicie zrezygnowali z produktów wytwarzanych za granicą. Obserwowanie kierunków zmian w zachowaniach konsumentów na całym świecie jest zdaniem ekspertki dla odzyskania skali biznesu.

 Jeszcze kilka lat temu naszym sztandarowym produktem eksportowym były mleko w proszku i serwatka w proszku. Dzisiaj numerem jeden są nasze sery i twarogi, więc prawdopodobnie, patrząc jak bardzo świat konsumencki jest otwarty na nasze dobre jakościowo produkty  będziemy sami poszukiwali tego, jak np. produkty świeże fermentowane sprzedawać konsumentom w innych krajach, żeby zwiększyć ich udział w eksporcie – prognozuje Agnieszka Maliszewska. – Będziemy też szukać nowych produktów, bo cały czas badamy gusty konsumenckie, a konsumenci oczekują coraz to nowszych produktów, np. w innych, mniejszych opakowaniach, bardziej funkcjonalnych, przeznaczonych dla ludzi aktywnych, sportowców, ludzi starszych. Na pewno tego typu zmiany będą miały miejsce na rynku mleczarskim.

Czy potrzeba zawieszenia reguły wydatkowej?

Wysokość wydatków publicznych ograniczona jest algorytmem, zwanym regułą wydatkową. Określa ona maksymalną ilość wydatków rządu w rocznym budżecie, uzależnioną od poziomu inflacji. Ogranicza to zadłużenie państwa i powiększanie deficytu finansowego. Reguła posiada jednak klauzulę wyjścia, która pozwala na zawieszenie jej stosowania w szczególnych przypadkach. Powodem do tego może być na przykład kryzys, którego teraz doświadczamy. Recesja gospodarcza spowodowana przez epidemię koronawirusa wymaga tego, by dużą ilość pieniędzy państwowych przeznaczyć na wsparcie pracowników i przedsiębiorców, cierpiących podczas gospodarczego lockdownu. By te pieniądze wydać, rząd musi zrewidować działanie reguły wydatkowej. Ministerstwo Finansów ogłosiło więc niedawno plany wprowadzenia specjalnego trybu, który określa warunki zawieszenia reguły i powrotu do jej przestrzegania po zakończeniu kryzysu.

– Znajdujemy się w bardzo wyjątkowej sytuacji, spowodowanej przez kryzys wywołany przez koronawirusa. Szereg działań antykryzysowych spowoduje, że deficyt finansów publicznych zbliży się prawie do 10% PKB. W takiej sytuacji spełnienie limitu wydatków, określonych przez regułę wydatkową, jest niemożliwe – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Reguła wydatkowa już teraz przewiduje klauzulę wyjścia, czyli możliwość zawieszenia jej stosowania – natomiast prawo nie precyzuje sposobu powrotu do jej przestrzegania po zakończeniu kryzysu. To właśnie określi nowy projekt, przygotowany przez Ministerstwo Finansów. Zakłada on, że reguła wydatkowa może zostać zawieszona, w zależności od kształtowania się prognozowanych wskaźników ekonomicznych. Przez ten czas wydatki państwa wciąż będą jednak limitowane – zasady proponowane przez Ministerstwo Finansów określają ścieżkę powrotu poziomów wydatków państwa do tych określonych przez regułę wydatkową. Zapobiegnie to rozwodnieniu reguły i daje nadzieję, że rząd nie skorzysta z okazji, by w przyszłości pozbyć się jej ograniczeń – ocenia Kozłowski.

Autonomiczny robot oczyszcza już Pacyfik z wielkiej plamy odpadów. Teraz usunie także plastik z rzek i portów

Pandemia koronawirusa może spowodować wzrost zużycia plastiku. Do oceanów na całym świecie trafia rocznie ponad 14 ton tego tworzywa sztucznego. Oczyszczaniem wód zajmuje się coraz więcej fundacji i start-upów. Zbudowane przez holenderską fundację The Ocean Cleanup inteligentne urządzenie do przechwytywania odpadów plastikowych już zbiera śmieci z Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci. – Musimy także zatrzymać falę nowego plastiku, który dociera do oceanów każdego dnia – mówi Boyan Slat, założyciel i prezes fundacji. Dlatego „Interceptor” wypłynie także na rzeki oraz do portów. Jednym z pierwszych będzie jamajski port w Kingston.

Według danych opublikowanych przez Biuro Analiz Parlamentu Europejskiego do oceanów na całym świecie trafia rocznie prawie 13 mln ton plastiku, a w morzach zalega go już ponad 150 mln ton. Według twórców aplikacji Litterati pandemia koronawirusa spowoduje wzrost zużycia tego materiału.

Tylko na Jamajce przez zatokę Hunts Bay i port Kingston do oceanu trafia rocznie 578 ton plastikowych odpadów – wynika z badań przeprowadzonych przez fundację The Ocean Cleanup.  Zanieczyszczenie to będzie można znacznie zredukować dzięki innowacyjnemu odkurzaczowi wodnemu Interceptor, opracowanemu przez Holendrów.

– Uruchamiając Interceptora od fundacji The Ocean Cleanup, usuniemy olbrzymie ilości śmieci z portu w Kingston (stolica Jamajki – przyp.red.), zanim trafią do oceanu. W tym samym czasie zwiększymy świadomość wśród społeczności na temat naszych działań, motywując ludzi do nowych zachowań – twierdzi Nalini Sooklal, dyrektor zarządzający Recycling Partners of Jamaica (RPJ).

Interceptor ma być w pełni zasilany energią słoneczną. Samoczynnie zbiera odpady plastikowe, przepływając przez zanieczyszczone wody. W momencie, gdy jego zbiornik będzie niemal całkowicie zapełniony, urządzenie wyśle wiadomość do lokalnego operatora zajmującego się zbiórką śmieci. Po opróżnieniu odpady zostaną poddane recyklingowi. Inwestycja we wdrożenie tej technologii zostanie dofinansowana kwotą miliona dolarów przez Benioff Ocean Initiative.

Nad rozwiązaniem działającym na podobnej zasadzie jak to opracowane przez The Ocean Cleanup pracuje też Clear Blue Sky, organizacja typu non-profit zajmująca się walką z zanieczyszczeniem oceanów. FRED to zbudowany przez nią, zasilany energią słoneczną robot oparty na konstrukcji katamaranu. Jest to maszyna próżniowa, która zbiera pływające plastikowe odpady w sposób zbliżony do tego, z którym mamy do czynienia w przypadku taśmy przenośnika. Urządzenie pływa z prędkością około dwóch węzłów, co pozwala mu na płynną pracę.

Usunięcie zalegających już w wodach śmieci nie rozwiąże jednak problemu zanieczyszczenia oceanów plastikiem.

– Musimy także zatrzymać falę nowego plastiku, który dociera do oceanów każdego dnia – mówi Boyan Slat, założyciel i prezes fundacji The Ocean Cleanup.

Bank Światowy przewiduje, że do 2050 roku globalna produkcja odpadów wzrośnie o 70 proc.

Sztuczna inteligencja już zastępuje dziennikarzy. Coraz trudniej odróżnić treści tworzone przez maszynę

Coraz więcej działań dziennikarzy będzie przejmować sztuczna inteligencja. Microsoft niedawno zerwał współpracę z dziennikarzami kontraktowymi. Zastąpi ich SI, która dobierze i opublikuje odpowiednie materiały w serwisie MSN.com. Wykorzystując proces uczenia maszynowego, aplikacje są już w stanie wygenerować długi artykuł na podstawie zaledwie kilku słów lub nieskładnych gramatycznie zdań. Funkcjonalność sztucznej inteligencji w automatycznym tworzeniu dłuższych form wypowiedzi coraz częściej będzie wykorzystywania także do generowania fake newsów. Niektóre generatory umożliwiają więc nie tylko zautomatyzowane pisanie tekstów, lecz także wykrywanie tych, które napisał robot.

– Możliwości analizy języka bardzo się rozwinęły w ciągu ostatnich miesięcy, co wiąże się z wypuszczeniem pewnych modeli przez OpenAI, które są wytrenowane na całym dostępnym tekście w internecie. Są one w stanie wytworzyć bardzo składny i sensowny język na podstawie bardzo małej ilości danych – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Filip Kozera, założyciel Kristalic.

W lutym 2019 roku OpenAI zaprezentowało swoje narzędzie GPT-2, które generuje przekonujący, lecz fałszywy tekst. Sztuczna inteligencja uczyła się gramatyki i budowała zasób językowy na podstawie zbioru 40 GB tekstu obejmującego 8 mln stron internetowych. OpenAI postanowił jednak wówczas nie upubliczniać GPT-2 w obawie przed możliwymi szkodami związanymi z możliwością wykorzystania narzędzia do produkowania fake newsów. Algorytmy sztucznej inteligencji są w stanie wygenerować zaawansowany i poprawny gramatycznie tekst na podstawie bardzo okrojonej informacji. Obecnie narzędzie znów jest dostępne.

– Za każdym razem, gdy piszę jakiś esej, na początku piszę go bardzo słabo gramatycznie, żeby były tam tylko fakty, i później go przerabiam. Po napisaniu tylko suchych faktów nasz algorytm wytworzył piękne gramatyczne zdania i dużo wypełniaczy. Można więc wyobrazić sobie świat, w którym można napisać cztery zdania i później zamienić to w 1,2 tys. słów, które zawierałyby te same informacje, tylko algorytm wypełniłby te luki bardzo ładnym angielskim – wyjaśnia Filip Kozera.

Już dziś praca algorytmów sztucznej inteligencji może być wykorzystana do zamiany notatek głosowych na tekst i ułożeniu go w gramatycznie poprawne i logicznie uporządkowane zdania. Co więcej, informacje z notatek można wyszukiwać na takiej zasadzie, na jakiej działają wyszukiwarki internetowe. Służy temu np. aplikacja Kristalic. Rozwiązanie dostarczane przez polski start-up obsługuje 120 języków i jest w stanie identyfikować rozmówcę. Może być też zintegrowane z popularną w czasie pandemii platformą Zoom.

Przyszłością w wykorzystywaniu sztucznej inteligencji do generowania tekstów może być natomiast poszerzenie ich funkcjonalności o nadawanie artykułowi czy wiadomości zabarwienia emocjonalnego czy narzuconego stylu wypowiedzi.

– Przykładowo piszemy wiadomość mailową, a później przesuwamy suwakiem, że powinna być dużo bardziej formalna, bo wysyłamy ją do naszego szefa. To jest oczywiście przykład, jednak po napisaniu jednego wyrażenia, np.: „przełóż spotkanie na jutro”, taki mail może zostać wygenerowany całkowicie samodzielnie. Te rozwiązania mogą być wykorzystywane wszędzie, gdzie człowiek pisze jakiś tekst, nawet obecnie w mailach nasza składnia jest już sprawdzana przez Grammarly. Dlaczego nie moglibyśmy np. zmienić stylu wypowiedzi? – zauważa założyciel Kristalic.

Funkcjonalność wynikającą z możliwości uczenia maszynowego można jednak wykorzystać również w odwrotnym modelu – do rozpoznawania potencjalnych fake newsów pisanych przez automat. Taką funkcję ma generator wiadomości Grover. Jest on w stanie identyfikować teksty stworzone na podstawie nie tylko własnych algorytmów SI, lecz także innych.

– Obecnie sztuczna inteligencja potrafi wytworzyć teksty, które są nie do odróżnienia od tekstów napisanych przez ludzi. Na pewno będziemy obserwować wysyp fake newsów, będą ich ogromne ilości. Prowadzone są prace nad tym, żeby rozpoznawać, co jest napisane przez człowieka, który często popełnia  jakieś błędy logiczne albo ma jakiś styl pisania, i to się porównuje do tego, co jest napisane przez algorytm, żebyśmy mogli w ogóle rozpoznawać, co zostało napisane przez algorytm, a co nie – mówi Filip Kozera.

Według Allied Market Research światowy rynek sztucznej inteligencji do 2025 roku osiągnie wartość niemal 169,5 mld dol.

Bezpłatna Konferencja ONLINE – IT Security Trends: Bezpieczeństwo w erze pracy zdalnej

Już 24 czerwca 2020, podczas konferencji IT Security Trends, pojawi się możliwość zapoznania z bieżącymi zagrożeniami oraz najnowszymi trendami w obszarze cyberbezpieczeństwa.

Serdecznie zapraszamy do udziału i rejestracji na konferencję ONLINE

Podczas letniej edycji wydarzenia, chcemy odpowiedzieć na pytanie jak zmieniająca się cyfrowa rzeczywistość wpływa na kształtowanie cyberbezpieczeństwa w dobie pracy zdalnej.

W programie wydarzenia m.in.:

  • Plany awaryjne i zarządzanie kryzysowe infrastrukturą IT

Robert Wojtasiak – BNP Paribas

  • Compliance a cloud computing

Kuba Ruiz – Bird & Bird

  • Bezpieczeństwo IT w dobie pracy zdalnej

Michał Pilc – PCSS

  • Reagowanie na incydenty w organizacji, a rotacja pracowników

Marcin Sikorski – KPMG

  • Jak hackować legalnie?

Michał Czuryło – Konieczny, Wierzbicki, Wspólnicy 

Firmy muszą zmierzyć się z bieżącymi wyzwaniami ochrony przed cyber atakami oraz kradzieży danych. To trudne zadanie i wymaga odpowiednich narzędzi oraz kwalifikacji. Doświadczeni eksperci oraz kluczowi gracze ze świata bezpieczeństwa IT będą dzielić się swoją wiedzą podczas wydarzenia.

DLA KOGO? ZAPRASZAMY:

  • Kadrę zarządzającą, a w szczególności reprezentantów departamentów IT, dyrektorów technicznych, a także osoby, które odpowiadają za bezpieczeństwo IT w firmie .

Aby wziąć bezpłatny udział w konferencji ONLINE, wystarczy zarejestrować się na stronie: http://itsecuritytrends.pl/#rejestracja

Uwaga, liczba miejsc ograniczona! Decyduje kolejność zgłoszeń.

Strona internetowa wydarzenia: www.itsecuritytrends.pl

Ceny mieszkań jednak nie spadną?

Mimo kilkutygodniowego „lockdownu” branża nieruchomości ma się nieźle. W dłuższej perspektywie problemem może być dostęp do kredytów na nowe inwestycje deweloperskie i zakup mieszkań. Nie zmienia to faktu, że chętnych na własne lokum nie brakuje, a to zapewne doprowadzi do wzrostu cen – wynika z debaty „Pokryzysowe scenariusze dla rynku nieruchomości”, która odbyła się w ramach onlinowej edycji Europejskiego Kongresu Finansowego.

Kryzys spowodowany epidemią koronawirusa, w niczym nie przypomina wydarzeń sprzed kilkunastu lat, kiedy pękła bańka na rynku nieruchomości w wielu krajach i ceny mieszkań czy domów zaczęły spadać.

„Na razie nic się nie wydarzyło. Było wahnięcie całej gospodarki, średnio- i długoterminowo wszystko wróci do normy. Nie uważam, żebyśmy mieli w deweloperce do czynienia z poważnym kryzysem. Ten kryzys kilkanaście lat temu był zupełnie inny, inne miał przyczyny i przebieg” – mówił Michał Sapota, prezes HRE Investment. Firma zajmuje się inwestycjami na rynku mieszkaniowym.

Zgodził się z nim Jarosław Zagórski, dyrektor handlowy i rozwoju Ghelamco Poland, potentata w branży nieruchomości biurowych. „Mieliśmy najdłuższy okres wzrostu w historii. Rynek został przegrzany, przykładem jest ostatni kwartał, gdzie mieliśmy 390 tys. metrów po stronie popytowej, a 86 tys. po stronie podażowej. Rynek był daleki od równowagi. O rynek biurowy się nie martwię” – przekonywał.

Za największe zagrożenie dla branży nieruchomości biorący udział w debacie eksperci upatrywali działania banków. „Sektor finansowy wywołał poprzedni kryzys, źródła dzisiejszego są inne, ale zachowanie banków będzie miało fundamentalny wpływ na to, co się będzie działo nie tylko z deweloperką mieszkaniową czy nieruchomościami, ale całą gospodarką” – mówił prezes Sapota.

Zwrócił uwagę, że banki stały się bardzo ostrożne w udzielaniu kredytów. Śrubują wymagania dla potencjalnych pożyczkobiorców. Na przykład w przypadku mieszkań nastąpiło drastyczne zwiększenie wymaganego wkładu własnego. A to blokuje popyt.

Przy takim zachowaniu banków, na pewno dojdzie do zawieszenia części inwestycji deweloperskich. „W związku z tym, w perspektywie roku, dwóch może spaść podaż nowych mieszkań i pojawić presja na wzrost cen. Bo chętnych na kupno nieruchomości jest dużo” – przekonywał Sapota.

Działania instytucji finansowych będą miały również niebagatelny wpływ na rynek nieruchomości komercyjnych. „Trudniej jest dostać kredyt deweloperski, marże wzrosły oraz wymagania, które należy spełnić. Kiedyś można było dostać kredyt na 60-75 proc. wartości nieruchomości, teraz jest to 50 proc. Spadek stóp procentowych nie przełożył się na ożywienie finansowania” – mówiła Agnieszka Hryniewiecka-Jachowicz, członek zarządu Polskiej Izby Nieruchomości Komercyjnych.
Dlatego część projektów, które były zapowiadane nigdy nie powstanie, część zostanie przejętych przez innych deweloperów w trakcie ich realizacji. „Będzie się działo, to, co się dzieje na rynku przy tego typu perturbacjach. Jako firma patrzymy na to jak na dużą szansę” – komentował Zagórski.

W debacie wziął udział również Damian Kazimierczak, główny ekonomista Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. Zwrócił uwagę, że jeśli chodzi o sektor budownictwa rośnie wartość niespłaconych zobowiązań, o czym informują Biura Informacji Gospodarczej. Wynika to z bezpośrednich skutków „lockdownu” – przerwania łańcuchów dostaw materiałów oraz problemów z firmami podwykonawczymi, które zatrudniały Ukraińców czy Białorusinów. Pracownicy ci zdecydowali się na powrót do domu w obliczu zagrożenia. „Choć te problemy nie są duże, nie możemy powiedzieć, że budownictwo będzie „zieloną wyspą”, cechuje się pewną inercją. Pewne oznaki spowolnienia będziemy widzieć już w tym roku. Natomiast wyraźnie w 2021. Kołem napędowym na pewno będą inwestycje publiczne. Drogi, koleje, energetyka” – powiedział Kazimierczak.

Wiele więc wskazuje, że pewne spowolnienie w sektorze nieruchomości nastąpi, ale jego wielkość jest trudna do oszacowania.

Trójmorze jako obiekt sporu Chin i Stanów Zjednoczonych

Rywalizacja Stanów Zjednoczonych i Chin to starcie dwóch światowych systemów: systemu walutowego z Bretton Woods oraz chińskiej inicjatywy Nowego Jedwabnego Szlaku, który jest zalążkiem systemu równoległego. Pandemia koronawirusa przyspieszyła zmiany w obu tych systemach i zintensyfikowała tarcia między nimi. Dla obu graczy – USA i Chin – szczególnie ważny jest region Trójmorza, czyli pasa ciągnącego się przez 12 państw europejskich: od Estonii, przez Polskę, aż po Bułgarię. Zarówno region Trójmorza, jak i Unia Europejska będą musiały stawić czoła rywalizacji tych globalnych graczy, wykorzystujących tzw. sticky power. A dziś nie chodzi już tylko o wpływy w zakresie systemów finansowych i walutowych czy tożsamość cywilizacyjną – Zachód kontra wartości konfucjańskie, lecz także o kontrolę nad infrastrukturą 5G i międzynarodowy wizerunek w kontekście odpowiedzialności za wybuch pandemii – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Belt and Road meets Three Seas. Chinese and American sticky power in the context of Polish security and other strategic interests”.

Według szacunków na podstawie Indeksu Mocy Państw Instytutu In.europa Chiny i inne kraje konfucjańskie pod wieloma względami prześcignęły już Europę, USA i inne państwa zachodnie, co będzie miało wpływ na etykę badań naukowych oraz politykę publiczną i zaowocuje ewolucją światowych systemów politycznych. Rosnąca potęga Chin jako niedemokratycznej, konfucjańskiej siły już zaalarmowała Stany Zjednoczone, które widzą w niej strategicznego rywala.

Chiny wprowadzają innowacyjne rozwiązania m.in. na polu sztucznej inteligencji czy globalnej infrastruktury internetowej, co daje im znaczne wpływy w cyfrowej transformacji światowych gospodarek. Z kolei Stany Zjednoczone, jeszcze zanim Donald Trump objął urząd prezydenta, promowały rozwój globalnych stref ekonomicznych, m.in. za sprawą Systemu z Bretton Woods. Rozwiązania stosowane przez Chiny i USA znacząco się różnią, co może prowadzić do sporów natury etycznej. Z punktu widzenia krajów zachodnich takie inicjatywy, jak mająca doprowadzić do reaktywacji Jedwabnego Szlaku Jeden pas i jedna droga, mogą być postrzegane jako korumpujące i uzależniające od chińskiej gospodarki. Całkowity koszt tego projektu szacuje się na od 4 do 8 bilionów dolarów, a umowy współpracy z Chinami podpisało już 125 krajów – tłumaczy Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Uwagę obu mocarstw przykuwa europejskie Trójmorze: region obejmujący 12 państw Europy Środkowo-Wschodniej, które ucierpiały przez lata komunizmu i do dziś są w pewnym stopniu zacofane technologicznie oraz infrastrukturalnie. Tym samym mają duży potencjał inwestycyjny i stanowią obiekt zainteresowania zarówno Chin, jak i USA. Dla tych pierwszych jest to brama do Europy dla Jednego pasa i jednej drogi, dla drugich: to bariera dla rosyjskiej czy chińskiej polityki.

Szczególnie ważnym obszarem dla obu mocarstw jest bezpieczeństwo cyfrowe, które już przyczyniło się do eskalacji wojny handlowej, gdyż zarówno Chiny, jak i USA zdają sobie sprawę z kluczowej roli, jaką odegra 5G w nowych strukturach politycznych i gospodarczych. Dlatego też oba mocarstwa starają się wpływać na decyzje państw Trójmorza w zakresie współpracy na tym polu.Trójmorze jako obiekt sporu Chin i Stanów Zjednoczonych

Polska i Rumunia traktują priorytetowo partnerstwo z europejskimi i amerykańskimi firmami, podczas gdy np. Węgry – z chińskimi. Z kolei Bułgaria wydaje się nie opowiadać za strategicznym preferowaniem żadnej ze stref wpływu. Ze względów historycznych Polska wiąże inwestycyjne nadzieje z Zachodem. Jednocześnie jest też zainteresowana współpracą z Chinami, co widać np. w planach budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. W związku z tym projektem planowana jest m.in. budowa 1600 km nowych linii kolejowych – mówi Piotr Arak.

Jak koronawirus wpłynie na globalizację?

W obliczu kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa SARS-CoV-2 coraz częściej mówi się o zmniejszaniu współzależności gospodarek Zachodu od Chin (decoupling) oraz nasileniu procesów przenoszenia produkcji z Państwa Środka z powrotem do państw Zachodu (reshoring). Analitycy PIE zwracali już uwagę, że reshoring rozpoczął się kilka lat temu i obejmował przede wszystkim przenoszenie produkcji z Chin do Indii i krajów Azji Południowo-Wschodniej, lecz w związku z wojną handlową Stanów Zjednoczonych z Państwem Środka, także do USA.

Jak tłumaczy Grzegorz Lewicki, autor raportu i fellow Polskiego Instytutu Ekonomicznego, teraz procesy te wydają się niezbędne z uwagi na bezpieczeństwo. Zwróćmy uwagę, że gdy w marcu 2020 r. gwałtownie wzrosło w Polsce zapotrzebowanie na środki dezynfekujące, nigdzie nie można było znaleźć kluczowych składników niezbędnych do ich produkcji, co przerwało łańcuchy produkcyjne polskich firm i uniemożliwiło dostarczenie finalnego produktu. Stało się tak, ponieważ producenci z Niemiec i Holandii ulokowali kluczowe składniki na rynku lokalnym, by w pierwszej kolejności wspomóc swoich obywateli – mówi Grzegorz Lewicki.

Dlatego też w dłuższej perspektywie możemy się spodziewać, że globalizacja przyjmie jeszcze bardziej zróżnicowany wymiar, będący wynikiem tymczasowych globalnych spowolnień i przyspieszeń, które w różnym stopniu będą dotykać poszczególne kraje. Trzonem takiej „pstrokatej” globalizacji będzie bezpieczeństwo – wyjaśnia Grzegorz Lewicki. Po ekstremalnych doświadczeniach związanych z pandemią, państwa zaczną tworzyć eksperymentalne instytucje pozwalające na tymczasowe ograniczanie cywilizacyjnej złożoności na wypadek kryzysu. Ich celem będzie sprawne i bezpieczne ograniczanie m.in. transportu lotniczego, migracji czy produkcji zagranicznej, kiedy wystąpi taka nagła potrzeba, np. w przypadku pandemii.

Szacowanie skutków epidemii. Prognozy dotyczące recesji w Polsce coraz bardziej pesymistyczne

Prognozy dotyczące recesji są dla Polski coraz bardziej pesymistyczne. Jednak pogarszają się też ratingi dla większości państw. W naszym regionie Europy wyjątkowo dobrze oceniana jest gospodarka Estonii.

Według globalnej analizy międzynarodowej Grupy Coface, zawartej w „Country and sector risks barometer”, tegoroczna recesja będzie silniejsza niż w 2009 r., podczas poprzedniego kryzysu światowego. Wyniesie 4,4 proc. Mimo poprawy spodziewanej w 2021 r. (+5,1 proc.) – przy założeniu, że nie będzie drugiej fali pandemii koronawirusa – PKB w Stanach Zjednoczonych, strefie euro, Japonii i Wielkiej Brytanii pozostanie na poziomie od 2 do 5 punktów niższym w porównaniu z 2019 r.

– Ten rok będzie dla Polski najgorszy od czasów transformacji, a nasze prognozy są bardziej pesymistyczne od niedawnych przewidywań Fitch, według tej agencji polski PKB ma spaść o 3,2 proc., my natomiast przewidujemy spadek o 4,2 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – Natomiast w 2021 r. powrócimy już na ścieżkę dodatniej zmiany PKB, będzie to wzrost o 4 proc.

Brak widoków na szybkie nadrobienie strat powstających w światowej gospodarce wynika głównie z dwóch kwestii. Pierwszą z nich jest utrzymująca się niepewność co do ewolucji pandemii, prowadząca do oczekiwanego wzrostu skłonności gospodarstw domowych do ostrożnościowego oszczędzania oraz rezygnacji z inwestycji przez firmy. Druga, to niemożliwe do odzyskania straty w produkcji w niektórych sektorach (zwłaszcza w działalności usługowej i surowcach energetycznych).

Środki zastosowane przez banki centralne pomagają stabilizować rynki finansowe od kwietnia. Dotyczy to w szczególności krajów (zwłaszcza w Europie Zachodniej), w których banki te uczestniczyły w podtrzymywaniu zdolności produkcyjnych niektórych firm, głównie poprzez zwiększanie zadłużenia. Niemniej jednak oznacza to jedynie odsunięcie w czasie korekt zatrudnienia oraz problemów z przepływami pieniężnymi w przedsiębiorstwach.

Ryzyko rośnie ze względu na złą kondycję firm. W ocenie głównych ekonomistów Coface do 2021 r. skala niewypłacalności przedsiębiorstw na świecie wzrośnie o jedną trzecią w porównaniu z 2019 r. Mimo wsparcia ze środków publicznych nasilenie upadłości firm sygnalizowane już w poprzednim barometrze Coface (po I kw. 2020 r.) dotknie prawdopodobnie wszystkie dojrzałe gospodarki: Stany Zjednoczone (+43 proc.), Wielką Brytanię (+37 proc.), Japonię (+24 proc.), Francję (+21 proc.) i Niemcy (+12 proc.). Jednak wiele gospodarek wschodzących (+44 proc. w Brazylii, +50 proc. w Turcji) również odczuje ekonomiczne konsekwencje blokady, a także spadku przychodów z turystyki, mniejszych transferów od osób pracujących za granicą oraz niższych wpływów z eksploatacji surowców, których ceny spadają.

Skutki tego widać w najnowszym „Country and sector risks barometer”. Co zmieniło się w ocenie Polski?

– Ocenę Polski musieliśmy obniżyć z poziomu A3, do poziomu A4, a jest to ocena opierająca się na sytuacji sektora przedsiębiorstw, którego płynność uległa pogorszeniu, pomimo wprowadzania tarcz antykryzysowych – wyjaśnia G.Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – Ta zmiana ratingu nie jest czymś wyjątkowym, musieliśmy obniżyć oceny dla wielu krajów, które są najważniejszymi dla Polski partnerami handlowymi.

Taki sam rating jak Polska mają m.in. Czechy, Słowacja, Francja. W regionie Europy Środkowo-Wschodniej wyższą ocenę ma Estonia, a to z tego względu, że jest gospodarką bardzo zdygitalizowaną.

Polska gospodarka najgorsze miesiące ma już prawdopodobnie za sobą. Jednak wysoka konsumpcja, która była głównym silnikiem polskiej gospodarki szybko nie powróci. Według eksperta Coface do poziomu sprzed pandemii nie powrócimy ani w tym, ani 2021 r.

Zając na rynkach walutowych, czyli nowe konflikty zastępcze

Trwa testowanie sytuacji po koronawirusie i po wyborach w USA. Japońska waluta odrabia straty. To efekt napięć w Azji. Co ciekawe, na razie nie reagują na nie globalne giełdy. Czy zatem reakcja na walutach jest przejściowa?

Kurs jena wzmacnia się od 8 czerwca, gdy za japońską walutę trzeba było zapłacić 3,58 zł, a w połowie czerwca już 3,67 zł. Dla porównania, za dolara płacimy 3,90 zł.

Nerwowo jest na Półwyspie Koreańskim. Po odwilży z 2018 roku nie ma już śladu – Korea Północna zerwała wszelkie stosunki ze swoim sąsiadem z południa, w tym przestała odpowiadać na telefony, które w ostatnim czasie były przeprowadzane regularnie. Oficjalnie powodem dla takiej decyzji są… balony z ulotkami, wysyłane z terytorium Korei Południowej przez uciekinierów z północy. Ponieważ mieszkańcy Korei Płn. mają dostęp do takich informacji, jakie zechce udzielić im władza, ulotki wysyłane są w celu „uświadomienia” ich w sytuacji. Czy może to być pretekst do większego konfliktu? Mówi się o tym, że Kim Jong Un ma problem, gdyż COVID wbrew oficjalnym statystykom dał się mocno we znaki i zwrócenie uwagi na „wspólnego wroga” ma odciągnąć ją od problemów w kraju, a być może też prowadzić do uzyskania pomocy.

– To kolejny epizod w wieloletnim konflikcie między tymi dwoma krajami, a prawdopodobnie Korea Północna chce zwrócić na siebie uwagę świata, aby uzyskać większą pomoc finansową – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Dla inwestorów jest to o tyle ważne, że obawiają się konfliktów w Azji, ze względu na różne konsekwencje odnawianego sporu Chiny-USA.

To właśnie z tego powodu inwestorów zaniepokoił tlący się konflikt na linii Chiny – Australia. Pekin zaostrza retorykę wobec żądań przeprowadzenia niezależnego śledztwa dotyczącego źródła koronawirusa przez australijskie władze. Chińskie władze odradzają obywatelom podróż do Australii, a studentom pobieranie nauk w tym kraju. Na razie wpływ na szeroki rynek jest niewielki, ponieważ napięcia na linii z USA przycichły.

Czy Australia odgrywa tu rolę „zająca”? Administracji Donalda Trumpa konflikt na linii z Chinami jest teraz nie na rękę – przed wyborami zależy mu na jak najmocniejszym ożywieniu gospodarczym oraz wzrostach na rynku akcji. Starcie z Chinami utrudniłoby to pierwsze i zniweczyło drugie. Trump ostatnio w sondażach wypada coraz gorzej (m.in. przez protesty na tle rasowym w USA) i być może, jeśli sytuacja nie będzie się poprawiać, wyciągnie „chińską kartę”. Na razie jednak ewidentnie chce wyciszyć temat, dlatego też reakcja na spięcie z Chinami ogranicza się do rynku walut, szczególnie w Azji.

Dolar australijski tracił na wartości względem amerykańskiego oraz jena. W konsekwencji tracił też złoty, także wobec franka. Czy ten ruch okaże się trwały?

– Spór Australia-Chiny to konflikt zastępczy, Chiny chcą przetestować jak daleko mogą się posunąć wobec Australii, która jest bardzo bliskim sojusznikiem USA – wyjaśnia ekspert XTB. – To, że rosną napięcia związane z Hongkongiem i Tajwanem, z sytuacją na granicach Indii – zwiększa ryzyko dla inwestorów, a to ryzyko nie jest jeszcze wycenione, prawdopodobnie powróci w większym stopniu po wyborach prezydenckich w USA. Z tych właśnie powodów Australia odgrywa rolę „zająca”.