Gospodarka 4.0 – ewolucja zamiast rewolucji?

Według badań dla 95 proc. polskich przedsiębiorstw idea Przemysłu 4.0 jest pojęciem niezwykle ważnym. Dotyczy zarówno wielkich międzynarodowych organizacji, jak i niewielkich zakładów. Każdy z nich, chcąc pozostać konkurencyjnym na rynku musi wprowadzać nowoczesne rozwiązania podnoszące jakość i wydajność produkcji. Nie trzeba jednak przeprowadzać od razu rewolucyjnych zmian, aby przedsiębiorstwo stało się nowoczesną firmą, potrafiącą sprostać wyzwaniom nowoczesności.

W przypadku pierwszej rewolucji przemysłowej świat zmieniła para, w drugiej było to usprawnienie procesu wytwarzania dzięki zastosowaniu linii produkcyjnej, a trzecia dokonała przemian przy pomocy automatyzacji produkcji i cyfrowego kodowania maszyn. Teraz przyszedł czas na czwartą, która przeobraża przedsiębiorstwa, wprowadzając nowoczesną infrastrukturę IT oraz gromadząc i przetwarzając dane na szeroką skalę. Stanowi ona połączenie trzech elementów: rzeczywistych maszyn produkcyjnych, świata wirtualnego, a także technologii informacyjnych. Jednak w odróżnieniu od poprzednich rewolucji przemysłowych, tempo obecnej jest znacznie szybsze. Wynika to z tego, że każda nowa technologia daje początek nowszej, jeszcze sprawniejszej.

Nie wszyscy gotowi na rewolucję

Z badania „W drodze ku Gospodarce 4.0”, które zostało przeprowadzone w 2019 roku przez wydawnictwo IDG, wynika, że polskie firmy są na początku drogi ku Przemysłowi 4.0. Innowacyjność i stopień zaawansowania procesów są niskie, a zaledwie 14% przedsiębiorstw ma opracowany strategiczny plan transformacji dla działań w ramach Przemysłu 4.0 i zaczęło wdrażać go w życie. Niemal połowa (48%) deklaruje, że działania związane z cyfryzacją procesów wytwórczych nie mają umocowania na poziomie strategii przedsiębiorstwa, choć często prowadzone są mniejsze projekty w tym obszarze. Natomiast więcej niż co czwarta firma (27%) nie zamierza prowadzić żadnych działań związanych z szeroko pojętą czwartą rewolucją.W drodze ju Gospodarce 4.0_diagram

Dobry plan to podstawa

Według wyników badań rynkowych przeprowadzonych w 2019 r. przez PSI Polska wśród małych i średnich przedsiębiorstw produkcyjnych pt. „Gotowość firm produkcyjnych do wdrożenia rozwiązań Przemysłu 4.0”, dużym optymizmem mogą napawać deklarowane plany inwestycji w nowe technologie. Około 60% wszystkich badanych przedsiębiorstw wdrażało lub planowało wdrożyć systemy IT, przy czym duże firmy produkcyjne częściej niż średnie deklarowały inwestycje w systemy informatyczne w celu optymalizacji produkcji (78% do 41%).

– Niezwykle istotne jest przygotowanie dobrego planu transformacji przedsiębiorstwa – uważa Piotr Szopiński, Kierownik Działu Technicznego ifm electronic. – Może on decydować o sukcesie projektów związanych z cyfryzacją i automatyzacją. Strategia takiej transformacji powinna jasno wskazywać kolejność wprowadzanych technologii oraz zmian w organizacji przedsiębiorstwa. Ważne jest także ustalenie odpowiedzialnych osób na poszczególnych etapach metamorfozy firmy.

Nie wszystko na raz

Wiele przedsiębiorstw, zwłaszcza tych mniejszych, chcąc wdrażać u siebie rozwiązania Przemysłu 4.0, boi się dużych inwestycji, przerastających ich możliwości finansowe. Często też przedsiębiorcy nie bardzo wiedzą od czego zacząć wprowadzanie innowacji w swoich firmach.

– Te obawy są często bezpodstawne, gdyż rozwiązania Przemysłu 4.0 nie muszą być wdrażane od razu kompleksowo – uważa Piotr Szopiński. – Można je budować z poszczególnych komponentów, których integracja, a także zbieranie i przetwarzanie danych zapewnia wartość dodaną. Połączenie od czujnika do całego systemu zarządzania produkcją jest również doskonałym pomysłem na wprowadzenia projektów Przemysłu 4.0 w przedsiębiorstwie.

Liczy się możliwość rozbudowy

Dla zakładów przemysłowych inwestujących w nowoczesne technologie, istotna jest możliwość rozbudowywania posiadanych systemów.

– Warto zwrócić tu uwagę na inkrementalne łączenie całości od dołu do góry – twierdzi Piotr Szopiński. – Jeżeli klient korzysta dzisiaj z naszych czujników, to będzie mógł w przyszłości łatwo nie tylko pozyskiwać dane, ale także nadbudować na tym cały system do analityki. Zmian nie trzeba robić za jednym razem, ale można je wprowadzać stopniowo. To pozwala na rozwój nowoczesnych technologii w każdym zakładzie produkcyjnym. Zapewniamy komponenty, rozwiązania, a także warstwę software’ową.

Od czujnika po system SAP

W czwartej rewolucji przemysłowej istotne jest nie tylko pozyskiwanie danych, ale również jak najpełniejsze ich przetwarzanie w celu zoptymalizowania produkcji. Jednym z rozwiązań, które ten proces umożliwiają jest tzw. droga Y, autorskie rozwiązanie ifm, pozwalające na wykorzystanie wszystkich informacji płynących z czujnika, również tych dotyczących pracy jego samego, stanu maszyny i wytwarzanego produktu. Dzięki temu systemy IT i systemy automatyki przemysłowej można połączyć łatwo i niewielkim kosztem, od czujnika aż po system SAP.

Droga Y to nowoczesna idea i sposób przesyłania danych pozyskanych z czujników, które można przekazywać nie tylko do sterownika. Po drodze znajdują się moduły IO-Link, które komunikują się z czujnikiem. Jest to wspólna ścieżka, czyli dół schematu Y. Jednym z jego górnych ramion jest komunikacja ze sterownikiem PLC. To nienaruszalna pętla sterowania. Z kolei drugie ramę Y to cała reszta danych wysyłanych do systemu, który je gromadzi, przetwarza i analizuje. Ścieżka Y może być z powodzeniem wykorzystywana w inteligentnych rozwiązaniach w dziedzinie monitorowania warunków, energii i jakości, identyfikacji i śledzenia produktów, a także do zdalnego serwisu.

Droga Y

  • udostępnia 95% danych procesowych bez pośrednictwa sterownika,
  • umożliwia połączenie od czujnika po system SAP,
  • pozwala na monitorowanie warunków,
  • umożliwia monitorowanie energii,
  • umożliwia monitorowanie jakości,
  • umożliwia identyfikację i śledzenie produktów,
  • daje opcję zdalnego serwisu.
Diagram_droga Y_ifm electronic
Źródło: ifm electronic

Dane_ Droga Y_ifm electronic

Szalony świat

Tak samo, jak we wtorek rano doszło do schłodzenia nastrojów, tak równie szybko w drugiej części dnia wymazano wszelkie oznaki korekty bez wystąpienia konkretnego powodu. Rynek przetestował własną skłonność do oczyszczającego cofnięcia, ale tej skłonności nie ma. Inwestorzy czekają teraz na potwierdzenie ze strony Fed, że luźna polityka zostaje, a pieniądze dla rajdu ryzykownych aktywów się prędko nie skończą.

Głównym zadaniem Fed przy kształtowaniu dzisiejszego przekazu po czerwcowym posiedzeniu powinno być niezakłócenie rajdu ryzykownych aktywów i odbicia nastrojów w gospodarce. W tym celu dotychczasowe ultra-łagodne nastawienie powinno zostać podtrzymane z podkreśleniem gotowości do reakcji, jeśli ożywienie gospodarcze miało być zagrożone. Oczekujemy, że Rezerwa Federalna utrzyma cel dla stopy rezerw federalnych na 0-0,25 proc., a w komunikacie Fed zaznaczy, że programy luzowania ilościowego zostaną podtrzymane bez prędkich planów ich wygaszania.

Gwałtowny skok stopy bezrobocia oraz obniżenie inflacji przemawiają za utrzymaniem maksymalnego wsparcia dla gospodarki Poprzez skup obligacji skarbowych, MBS, papierów korporacyjnych, linie kredytowe dla banków komercyjnych i programy pożyczkowe dla firm niefinansowych Fed w dalszym ciągu dostarcza ratunkowej płynności dla wielu segmentów rynku. Fed jeszcze nie przedstawił żadnego harmonogramu, kiedy zamierza zakończyć programy luzowania ilościowego. I w interesie wszystkich jest, aby szybko tego nie zrobił. Otwarcie dyskusji, nawet czysto hipotetycznej, kiedy warunki rynkowe przestaną wymagać wsparcia płynnościowego Fed, może doprowadzić do niepotrzebnych spekulacji rynkowych, które zachwieją aktualnym rajdem ryzykownych aktywów. Rezerwie Federalnej powinno zależeć na wzmocnieniu rynków finansowych, zarówno w formie stabilizacji rynku długu, jak i też odbudowie zaufania do gospodarki poprzez wycenę rynku akcji. Biorąc pod uwagę, jak duża niepewność towarzyszy perspektywom gospodarczym, budowanie pozytywnych oczekiwań poprzez trajektorię rynku kapitałowego może być ważnym narzędziem, którego Fed nie powinien psuć.

Interesujące mogą być nowe prognozy gospodarcze Fed po tym, jak w marcu Fed zrezygnował z ich publikacji w związku z wysoką niepewnością rozwoju pandemii. Pewnym jest projekcja silnej recesji w 2020 r., po której w 2021 r. przyjdzie odbicie. Oczekujemy gołębich szacunków stopy bezrobocia i inflacji, które będą wspierać ścieżkę niezmienionych stóp procentowych co najmniej do końca 2021 r. W komentarzu do prognoz prezes Powell powinien podkreślić wciąż dużą niepewność i skłonność Fed do pozostania po ostrożnej stronie. Obawy przed długookresowym utrzymywaniem się bezrobocia powyżej poziomu równowagi oraz ryzyko deflacji powinny wskazywać, że Fed nie odejdzie od luźnej polityki przez długi czas.

Utrzymanie status quo w polityce samo w sobie jest neutralne dla USD, ale jednocześnie daje zielone światło dla kontynuacji rajdu ryzykownych aktywów bazującego na oczekiwaniach szybszego odbicia ożywienia gospodarczego przy wsparciu ekspansji monetarnej. To znów oznacza dalsze porzucanie USD na rzecz innych, ryzykownych walut.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek badań CAWI w Polsce poważnie urośnie. Wzrosty mogą być nawet dwucyfrowe

Według ekspertów, metoda CAWI najmocniej zyska podczas kryzysu. Jest tańsza i szybsza w realizacji niż inne. Niektórzy prognozują, że ten rynek w Polsce wzrośnie w ciągu 2-5 lat aż o 50%. I może być wart nawet 300 mln zł. Będzie to efektem izolacji społecznej, skoku cyfrowego i optymalizacji wydatków marketingowych. FMCG, telekomunikacja i farmacja najwięcej inwestują w tego typu badania, dlatego branża powinna właśnie tam kierować swoje oferty. Ale część badaczy przewiduje, że wzrosty będą widoczne także w innych sektorach. Bez danych na temat konsumentów firmom trudno będzie podejmować jakiekolwiek decyzje, a w dobie niepewności ta technika może być jedyną rozsądną opcją.

Rosnący rynek

Jak stwierdza Maciej Delebis, Prezes Zarządu PBS, rosnącą rolę badań CAWI najlepiej obrazują liczby. W 2005 roku zrealizowano mniej niż 100 tys. wywiadów online, zaledwie pięć lat później – ponad milion, a w ostatnim roku – blisko 7 mln. Zdaniem Małgorzaty Olszewskiej, Wiceprezes Zarządu Grupy 4P, ta metoda zyskuje na popularności, bo jest tańsza i szybsza w realizacji od innych. Pozwala dotrzeć do respondenta w wygodnym dla niego miejscu i czasie. Ankiety i inne materiały mogą być wyświetlane na wielu typach urządzeń. To idealny kanał do badania internautów, których udział wśród Polaków wynosi 70% i wciąż się zwiększa.

– Istotne znaczenie ma szybko rosnąca liczba respondentów. To właśnie ich dyspozycyjność skraca czas realizacji badania przy zachowaniu wysokiej jakości odpowiedzi. W Polsce te osoby są zrzeszone w ponad 80 różnych panelach. Ankiety są dla nich uatrakcyjniane, np. poprzez stosowanie pytań drag & drop lub grafik zamiast tekstowych odpowiedzi. Badania CAWI pozwalają też na prezentację materiałów graficznych, audio i wideo – komentuje Łukasz Zieliński, Prezes Zarządu SYNO POLAND, międzynarodowej firmy dostarczającej narzędzia dla firm badawczych.

Prezes Delebis informuje, że wartość całego rynku badawczego w Polsce jest stabilna od dekady i wynosi ok. 700-750 mln zł rocznie. Badania CAWI są obecnie szacowane na ok. 140-150 mln zł. Dla porównania – według szacunków ESOMAR i AMA – światowy rynek jest wart blisko 50 miliardów dolarów. W USA ponad jedna trzecia wydatków przypada na badania realizowane przez Internet, z czego trzy czwarte – na CAWI.

– W mojej opinii, przez najbliższe 3 lata wzrost liczby wywiadów będzie na poziomie 3-5% rocznie, a obrotu w technice CAWI – 8-10%. W tym czasie pojawi się dużo więcej badań w obszarze związanym z szeroko rozumianą ochroną środowiska i klimatu – przewiduje Wojciech Hołdakowski, dyrektor badań telefonicznych i internetowych w Kantar.

Z kolei Małgorzata Olszewska prognozuje, że na przestrzeni następnych 2-5 lat wartość tego rynku może wzrosnąć aż o 50% z powodu odejścia od innych metod badawczych. Będzie to też efektem pandemii, w tym izolacji społecznej i skoku cyfrowego. Do tego zwiększą się kompetencje Polaków w zakresie komunikacji online. To zdecydowanie ułatwi prowadzenie badań w sieci i włączy do nich osoby, które do tej pory w nich nie uczestniczyły. Ponadto w czasie kryzysu bardziej niż wcześniej będzie liczył się koszt realizacji, bo firmy będą szukały sposobów na optymalizację wydatków.

Efekt nie tylko pandemii

– W marcu i kwietniu br. wszystkie liczące się agencje badawcze w kraju czasowo zawiesiły prace terenowe. Natomiast badania realizowane przez Internet były prowadzone bez przeszkód w trakcie trwającej pandemii. Dlatego siłą rzeczy część budżetów badawczych przesunięto w stronę tych technik – dodaje ekspert z PBS.

Na rynku wyraźnie widać większe zainteresowanie tego typu badaniami, nawet wśród firm, które przed pandemią preferowały inne techniki. Jednak Jonasz Buksztynowicz, Client Service Director w DRB Market Research, podkreśla, że nie we wszystkich przypadkach zmiana metody jest możliwa. CAWI nie znajduje zastosowania w projektach, w których miejsce lub czas wywiadu jest istotny dla pełnego zaadresowania biznesowych celów badania. Niemniej w aktualnej sytuacji zwiększa się świadomość klientów. Według eksperta, będą oni częściej korzystać z tej techniki także po zakończeniu pandemii.

– W czasie izolacji badania online były praktycznie jedyną opcją. Wiele firm przekonało się do nich i będzie je zlecało również po zakończeniu pandemii, a rewolucja internetowa w badaniach marketingowych obejmie wszystkie branże. Zadziała to podobnie, jak w przypadku e-zakupów. Jeśli ktoś zacznie je robić, to już raczej nie przestanie. Osobisty kontakt z respondentem bywa ważny, ale nie zawsze jest kluczowy, tak jak wizyta w sklepie – mówi Agnieszka Górnicka, Prezes Zarządu Inquiry.

Ekspert z SYNO POLAND podkreśla, że dzisiejsza przewaga tej metody nad innymi technikami nie wynika tylko z pandemii. Już od dłuższego czasu polskim przedsiębiorcom zależy na szybkiej i prostej realizacji, np. międzynarodowych badań. I dlatego coraz częściej pytają o CAWI. Obecnie dostępne na rynku narzędzia oferują do wyboru ponad 70 języków oraz dialektów, przy użyciu jednego łącza do kwestionariusza. Skraca to czas realizacji, kontroli i analizy wyników.

Dla każdej branży

– W kolejnych latach będzie rosnąć zapotrzebowanie na badania CAWI we wszystkich sektorach. Nawet branże uznawane dotąd za trudno dostępne zaczną nagle otwierać się na to podejście. Duży wpływ na to będą miały powstające obecnie specjalistyczne panele, gromadzące określone typy konsumentów czy użytkowników urządzeń – uważa Marta Bierca, Customer Research Director we Frost & Sullivan.

Według Aliny Lempy, Prezes Zarządu IQS, największy udział w rynku badań online ma sektor FMCG, telekomunikacja i farmacja. W najbliższym czasie, w opinii eksperta, nie należy oczekiwać w tym zakresie wielu zmian, gdyż doświadczenie pokazuje, że te branże wydają na badania więcej niż inne.

– Dzisiaj każdy sektor powinien zintensyfikować badania nad potrzebami swoich klientów, które zmieniają się wraz z ich priorytetami i zasobami. I tu z pomocą może przyjść CAWI, bo pokaże podstawowe trendy rynkowe. Bez danych o konsumentach nawet najlepszy marketingowiec niewiele uzyska, zwłaszcza w tak trudnym czasie, jak obecnie – przekonuje Katarzyna Kaliszewska-Czeremska, Senior UX Researcher w Aktan Polska.

Z kolei w ocenie Mai Matukin, Partnera Zarządzającego Research & Grow, trudniejszy czas wymusza na firmach większą ostrożność w podejmowaniu decyzji. A to może zwiększać świadomość potrzeby posiadania rzetelnej wiedzy o kliencie. Niemal w każdej branży coraz więcej firm obecnych jest w Internecie, więc konsument online staje się naturalnym obiektem zainteresowania. Co ciekawe, duże znaczenie dla rozwoju CAWI mają startupy oraz specjalistyczne podmioty, obecne głównie w sieci.

– W Polsce badania online są szczególnie istotne dla większości branż. Rodzimi konsumenci są wyjątkowo otwarci na nowe technologie. To widać chociażby we wskaźnikach smartfonizacji, użycia Internetu mobilnego, korzystania z kart płatniczych czy płatności zbliżeniowych. I pod tym względem polskie społeczeństwo jest w ścisłej światowej czołówce. Większość dużych firm jest tego świadoma – zwraca uwagę Michał Gmurek, Client Service Director w Brainlab.

Na tle innych krajów

Natomiast Przemek Marciniak, CEO Agencji PAULAT, przypomina, że nowoczesne technologie dały podwaliny rynkowi badań CAWI i w najbliższych latach również będą motorem jego rozwoju. Na świecie coraz częściej są wykorzystywane metody rozpoznawania twarzy czy śledzenia wzroku. Określają one emocje respondenta i siłę przyciągania jego uwagi. Badania CAWI powinny częściej wykorzystywać te, dostępne także online, narzędzia. Dla polskich firm istotne będzie też przejście na urządzenia mobilne. Rosnący udział smartfonów jako kanału sprzedaży oraz komunikacji znacząco zwiększy ich znaczenie.

– Biorąc pod uwagę analizy SYNO POLAND, na rynkach zachodnich już teraz zdecydowana większość badań przeprowadzana jest metodą CAWI. Są krótsze, ale częściej wykonywane. Poza tym znacznie więcej ankiet wypełnianych jest na urządzeniach mobilnych. W obecnym czasie z pewnością należy skupić się na badaniach mniejszych i szybszych, dających natychmiastowe odpowiedzi na pytania – zaznacza Monika Kunkowska, Partner w Spotlight Research.

Do tego Prezes Zieliński dodaje, że obecnie około 30% ankiet CAWI w Polsce i 40% na świecie jest wypełnianych na smartfonach. Zdaniem eksperta, z uwagi na ogromną popularność tego typu urządzeń, te odsetki będą z roku na rok coraz wyższe. Z czasem różnica na poziomie 10% wyrówna się i nasz rynek przestanie odbiegać pod tym względem od reszty krajów.

– Od strony narzędziowej i technologicznej, w porównaniu z innymi regionami Europy i świata, polskim firmom badawczym niczego nie brakuje. Jesteśmy w stanie realizować wszystko to, co nasi koledzy w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii. Za to ceny w Polsce, w niektórych przypadkach, są nawet – 25-35% niższe. Upatruję w tym sens działań dla całej naszej branży – podsumowuje ekspert z IQS.

63,8 mld zł strat w całej UE z powodu podrabianych towarów

  • Najnowsze dane szacunkowe ujawniają skalę utraconych dochodów budżetowych państw z powodu podrabiania towarów.
  • Wartość utraconej sprzedaży w sektorze produktów kosmetycznych i higieny osobistej w Polsce wynosi 1,942 mld złotych.
  • W coraz większym stopniu związki z handlem towarami podrobionymi mają zorganizowane grupy przestępcze.

Według najnowszego sprawozdania opublikowanego dziś przez Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) straty gospodarcze i społeczne spowodowane podrabianiem towarów pozbawiają rządy dochodów, a zyski z tej działalności mogą służyć do finansowania poważnych przestępstw, jak handel narkotykami czy pranie pieniędzy.

Ze sprawozdania wynika, że rządy państw unijnych tracą co roku łącznie do 63,8 mld złotych z powodu obecności podrobionych towarów na rynku. To straty we wpływach z podatków pośrednich i bezpośrednich, jak i ze składek na ubezpieczenie społeczne, których nie płacą nielegalni producenci.

Ponadto według szacunków EUIPO w UE sektory produktów kosmetycznych i higieny osobistej; win i wyrobów spirytusowych; farmaceutyczny oraz sektor zabawek i gier w wyniku podrabiania towarów tracą corocznie blisko 80,7 mld złotych wartości sprzedaży. Podrabiane produkty nie są poddawane tak rygorystycznemu testowaniu w celu zapewnienia ich bezpieczeństwa dla konsumentów lub użytkowników, jak produkty oryginalne.

Straty w wartości sprzedaży zwłaszcza w sektorze produktów kosmetycznych i higieny osobistej wzrosły o ponad 10,8 mld złotych od czasu opublikowania ostatniej takiej analizy EUIPO w 2019 r.; to największy wzrost wśród analizowanych sektorów. Rocznie w UE traci się około 14,1% wartości sprzedaży w sektorze produktów kosmetycznych i higieny osobistej (40,9 mld złotych) z powodu obecności podrabianych produktów. W Polsce wynosi to 19,1%, co odpowiada 1,942 mld złotych corocznie traconej wartości sprzedaży. Stanowi to wzrost o 523 mln od czasu przeprowadzenia ostatniej analizy.

Z analizy EUIPO wynika, że zarejestrowane niebezpieczne podrobione towary oceniono jako stwarzające poważne zagrożenie dla konsumentów. Większość z nich było przeznaczonych dla dzieci, czyli były to zabawki, wyroby do pielęgnacji dla dzieci i odzież dziecięca.

W badaniach przeprowadzonych przez EUIPO oraz Europol stwierdzono również powiązania między podrabianiem towarów a innymi poważnymi przestępstwami. Od 2016 r. organy odpowiedzialne za egzekwowanie prawa w całej UE przeprowadziły 29 poważnych operacji zwalczania podrabiania towarów i piractwa, skierowane przeciwko zorganizowanym grupom przestępczym, które były również zaangażowane w inne poważne przestępstwa, w tym handel narkotykami i pranie pieniędzy.

Christian Archambeau, dyrektor wykonawczy EUIPO, powiedział:

„Podrabianie nie jest przestępstwem bez ofiar. Podrabianie produktów odbiera sprzedaż legalnym przedsiębiorstwom i pozbawia rządy niezbędnych dochodów. Wiążą się one z wyraźnymi zagrożeniami dla zdrowia i bezpieczeństwa osób z nich korzystających. Jednak, jak pokazuje nasza wspólna praca z Europolem, wpływy z procederu podrabiania mogą również być wykorzystywane przez poważną przestępczość zorganizowaną. Aby w pełni rozwiązać ten problem, konieczne są wspólne działania międzynarodowe na wszystkich szczeblach”.

Dzisiejsze dane szacunkowe można znaleźć w raporcie z 2020 r. na temat statusu ochrony praw własności intelektualnej, które łączy prace EUIPO w zakresie sprawozdawczości, dotyczące własności intelektualnej na szczeblu unijnym i globalnym, w tym wyniki postępowań wyjaśniających prowadzonych z Organizacją Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) oraz Europejskim Urzędem Patentowym (EPO).

Raport na temat statusu ochrony obejmuje również badania dotyczące ilości towarów podrobionych i pirackich w handlu międzynarodowym, a także pokazuje udział gospodarczy sektorów intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej we wzroście gospodarczym i tworzeniu miejsc pracy. Raport zawiera nowe spostrzeżenia na temat tego, jak małe i średnie przedsiębiorstwa (MŚP) korzystają z własności intelektualnej.

Vivid Games aktualizuje strategię działania

Ponad 11 mln zł przychodów ze sprzedaży i ponad 2 mln zł zysku netto wypracował Vivid Games narastająco na koniec maja bieżącego roku, wynika ze wstępnych wyników finansowych opublikowanych przez spółkę. Bydgoski wydawca i developer przedstawił również zaktualizowaną strategię. Przewiduje ona m.in. powiększanie portfolio o 2-3 wysokiej jakości gry z segmentu mid-core rocznie oraz komercjalizację poza platformami mobilnymi.

Tylko w maju Vivid Games wypracował niespełna 3,2 mln zł przychodów ze sprzedaży (3,3 mln zł w kwietniu br.) i 582 tys. zysku netto (441 tys. w kwietniu br.). Narastająco sprzedaż bydgoskiej spółki sięgnęła 11,3 mln zł, a zysk netto przekroczył 2 mln zł. Dla porównania prognoza Vivid Games na 2020 r. zakłada wypracowanie 19 mln zł przychodów i 3 mln z zysku netto. Oznacza to, że po pięciu miesiącach spółka zrealizowała ją już w 70 procentach. – Dobre wyniki to głównie zasługa Real Boxing 2, którego miesięczna sprzedaż w kwietniu i maju wzrosła 10-krotnie w porównaniu do stycznia. Inwestujemy znaczne środki na marketing, zwiększamy również metryki monetyzacyjne. Aktualnie tytuł zarabia ponad 2 mln zł miesięcznie. W czerwcu osiągniemy łączną sprzedaż w wysokości całego 2019 roku, a przed nami jeszcze sporo premier – m.in. mid-corowych tytułów Knights Fight 2 oraz Amusing Heroes, oraz wielu ciekawych pozycji casual nad których rozwojem aktualnie pracujemy. – komentuje Remigiusz Kościelny, prezes zarządu Vivid Games.

Vivid Games zaktualizował również strategię na najbliższe lata. Jej głównymi założeniami są:

  • efektywna produkcja i globalna dystrybucja gier mobilnych
  • zwiększanie zasięgu gier z zastosowaniem zyskownego marketingu
  • ciągłe zwiększanie satysfakcji i zaangażowania graczy, a konsekwencji monetyzacji gier
  • zwiększanie przychodów z portfolio gier poza platformami mobilnymi we współpracy z zewnętrznymi parterami
  • poszukiwanie i prototypowania nowych konceptów gier

Celem strategicznym Vivid Games jest powiększanie portfolio gier o 2-3 wysokiej jakości gry segmentu mid-core oraz dużą liczbę gier z segmentu casual rocznie. Tytuły z obu segmentów będą produkowane wewnętrznie, zlecane zewnętrznym producentom lub pozyskiwane za pośrednictwem programu wydawniczego. Głównymi kanałami dystrybucji będą sklepy Apple App Store oraz Google Play, natomiast wiodącym modelem biznesowym free2play – w zakresie mikropłatności oraz monetyzacji reklamowej. Rozszerzana będzie również sieć dystrybucji i testowane nowe modele biznesowe, m.in. subskrypcja. Istniejące i przyszłe portfolio gier będzie eksploatowane we współpracy z zewnętrznymi partnerami na możliwie jak największej liczbie platform sprzętowych, m.in. Nintendo Switch oraz PC.
Kluczowe w dalszym rozwoju spółki będzie poszukiwanie nowych konceptów gier przy jednoczesnej koncentracji na najlepszych tytułach w zakresie zwiększania metryk zadowolenia i zaangażowania graczy oraz monetyzacji i zwiększenia zasięgu (ilości pobrań) poprzez działania marketingowe (tzw. user-acquisition), co w efekcie prowadzić będzie do zwiększania przychodów ze sprzedaży.

Czym cechuje się dobra strategia employer branding

Strategia employer branding to plan, który prowadzi nas do wytyczonych celów w budowaniu marki pracodawcy. Na co zwrócić uwagę przy jej projektowaniu? Czym charakteryzuje się dobra strategia Employer Branding? Odpowiadamy.

Czym jest strategia employer branding?

Spójny, autentyczny i oparty na konkretnych wartościach wizerunek marki pracodawcy to cel każdego przedsiębiorcy, który rozpoczyna przygodę z employer brandingiem. Aby go osiągnąć potrzebuje przede wszystkim planu opracowanego specjalnie dla jego organizacji. Właśnie tym jest strategia– harmonogramem działań prowadzących do wyznaczonych celów uwzględniającym koszty, benchmark konkurencji oraz, co najważniejsze, adresata, czyli grupę docelową wszystkich akcji i komunikatów objętych procesem budowania wizerunku marki na rynku pracy.

Najważniejsze cechy dobrej strategii employer branding

Samo tworzenie strategii to długotrwały, często kilkumiesięczny proces, który rozpoczyna się powołaniem zespołu projektowego. To on w głównej mierze będzie odpowiedzialni za audyt marki pracodawcy, wyznaczenie i charakteryzację grup docelowych czy zaprojektowanie Employee Value Proposition. Obszerna wiedza na temat organizacji, adresata komunikacji wizerunkowej marki pracodawcy czy wartości, na które marka chce się pozycjonować to podstawy dobrej strategii. Czym jeszcze wyróżnia się ta odpowiednio zaprojektowana?

  1. Zaplanowanie działań Employr Branding w oparciu o rzetelną analizę sytuacji – audyt marki pracodawcy to pierwszy krok w pracy nad strategią. Zanim wyznaczymy cele czy określimy silne strony firmy, musimy dogłębnie poznać strukturę organizacji, ale przede wszystkim zapoznać się z aktualną opinią na jej temat. Jakie zdanie o miejscu zatrudnienia mają pracownicy? Czy marka pracodawcy jest obecna w świadomości potencjalnych kandydatów na pracowników? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi szukamy właśnie podczas badań ilościowych i jakościowych, które stają się fundamentem do dalszych etapów pracy nad dobrą strategią.
  2. Jasno określone grupy docelowe w strategii EB – To do nich kierujemy działania employer branding, dlatego musimy je dokładnie scharakteryzować i poznać ich potrzeby. Przydatne w strategii Employer branding jest też stworzenie person, czyli konkretnych, przykładowych osób reprezentujących cechy grup docelowych.
  3. Benchmark działań konkurencji Znajomość działań konkurencji to podstawa, jeśli wizerunek marki pracodawcy ma się wyróżniać. Dzięki uwzględnieniu tej kwestii w strategii, możemy opracować akcje, które sprawią, że firma stanie się dla grupy docelowej bardziej atrakcyjna od innej z tej samej branży.
  4. Employee Value Proposition, czyli zbiór wartości, na których zbudujemy komunikację. Te silne strony marki wynikające z wcześniej przeprowadzonego audytu marki pracodawcy posłużą jako baza komunikatów skierowanych do grup docelowych.
  5. Plan działań EB uwzględniający cele i priorytety – Wybór działań to zaledwie początek budowania wizerunku marki pracodawcy. Ważne jest także opracowanie harmonogramu, który uwzględni priorytety akcji offline i online. A wszystko to w oparciu o wyznaczone cele.

Co poza tym? Oczywiście koszty. Dobry plan pracy nad wizerunkiem marki pracodawcy nie tylko obejmuje właściwe działania wizerunkowe, ale też koreluje je z przeznaczonym na projekt budżetem. O optymalizacji kosztów warto pamiętać od początku planowania strategii employer branding!

Więcej informacji o tym jak zaprojektować dobrą strategię employer branding znajdziesz na stronie bardzoHR.

InventionMed opracuje symulator rozprzestrzeniania się wirusa SARS-CoV-2

InventionMed, technologiczna spółka z branży medycznej, podpisała list intencyjny o współpracy z koreańską firmą z branży dermatologii klinicznej. Proster Company Limited wesprze InventionMed w pracach nad symulatorami TutorDerm oraz wirtualną strzykawką. Firmy opracują także wspólny projekt – symulator VR, który zobrazuje zjawiska związane z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2.

Proster Company Limited firma, która dostarcza środki przyśpieszające gojenie się ran skórnych. Koreański kontrahent wesprze InventionMed w rozwoju symulatorów medycznych – szczególnie tych, dedykowanych dermatologii klinicznej i estetycznej.

Bardzo cieszymy się, że grono wykwalifikowanych specjalistów w dziedzinie leczenia ran skórnych jest zainteresowane współpracą z InventionMed. Proster Company Limited będzie nieocenionym wsparciem podczas dalszych prac nad urządzeniem szkoleniowym TutorDerm oraz nad wirtualną strzykawką  – komentuje Tomasz Kierul, prezes InventionMed.

Oprócz prac nad obecnie realizowanymi projektami, firmy nie wykluczają dalszych działań przy kolejnych projektach rozwojowych spółki. Dodatkowo, InventionMed wraz Proster Company Limited opracują wspólny projekt – symulator medyczny w wirtualnej rzeczywistości, który będzie dotyczył zjawisk związanych z wirusem SARS CoV2.

Staramy się dostosować naszą działalność do obecnie panujących realiów. Pandemia zakaźnej choroby COVID-19 zmieniła życie gospodarcze i społeczne, a jej skutki odczuwać będziemy jeszcze przez długi czas. Również i my chcemy się włączyć w walkę z koronawirusem, poprzez stworzenie specjalnego rozwiązania – symulatora VR. Urządzenie pomoże w zrozumieniu zjawisk z nim związanych, a w konsekwencji wpłynie na większą świadomość globalnej społeczności – dodaje Tomasz Kierul.

InventionMed prowadzi obecnie prace związane z rozwojem flagowych projektów – symulatora TutorDerm oraz wirtualnej strzykawki. Równolegle, przy wsparciu technologicznej firmy z branży IT SoftBlue, przygotowuje się do budowy Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych w Bydgoszczy. „Wirtualny szpital” będzie wyposażony w najnowocześniejsze rozwiązania technologiczne i prototypowe symulatory medyczne w oparciu o VR (virtual reality) i AR (augmented reality) oraz autorską technologię InventionMed – podwójną immersję. Projekt został dofinansowany przez Ministerstwo Rozwoju kwotą 16 mln zł, a dzięki zaangażowaniu inwestora, możliwe będzie rozpoczęcie prac rozwojowych i budowlanych.

Kogo szukali pracodawcy w maju?

39 282 – tyle nowych ofert zatrudnienia zamieszczono na Pracuj.pl w maju 2020. Kolejnym etapom odmrażania gospodarki towarzyszył w maju wzrost zainteresowania sprzedawcami, ekspertami obsługi klienta, specjalistami IT i ds. finansów. Mimo to zarówno pracodawcy, jak i kandydaci wciąż stoją przed licznymi wyzwaniami związanymi z pandemią koronawirusa. Z myślą o nich serwis Pracuj.pl wprowadził w maju kolejne nowe rozwiązania.

Najważniejsze informacje:

  • Ponad 39 000 nowych ofert na Pracuj.pl zamieszczonych w maju.
  • 37% ofert zamieszczonych w maju dotyczyło sprzedawców i handlowców.
  • Zwiększony udział ofert dla specjalistów ds. obsługi klienta (18%).
  • Miniony miesiąc przyniósł wzrost ofert pracy dla specjalistów ds. marketingu.

Więcej ofert pracy w maju

Według danych Pracuj.pl w maju na portalu pojawiło się 39 282 nowych ofert. Dane świadczą o poprawie na rynku pracy w Polsce po czasie lockdownu, w którym najsilniej odczuwane były krótkoterminowe konsekwencje biznesowe epidemii koronawirusa. Na liczbę dostępnych na Pracuj.pl ogłoszeń wpłynęło z jednej strony odmrażanie gospodarki i stopniowo zwiększająca się aktywność rekrutacyjna pracodawców, ale także wprowadzenie nowych rozwiązań w samym serwisie, które mają wspierać zarówno pracodawców, jak i poszukujących pracy.Kogo szukali pracodawcy w maju

Do usprawnień należało m.in. bezpłatne przedłużenie terminu aktywności ogłoszeń o dodatkowe 30 dni. Serwis przeprowadził także akcję wspierającą branżę HoReCa w obliczu kryzysu – restauracje, hotele i inne firmy działające w tej branży mogły publikować ogłoszenia o pracę za złotówkę. Usprawnieniem dla klientów i użytkowników była także zmiana na listingu ofert pracy, precyzyjnie wskazująca lokalizację, której dotyczy dana rekrutacja.

W obliczu kolejnych wyzwań

Analiza działań pracodawców pokazuje, że w maju 2020 roku aktywność pracodawców nadal utrzymywała się na wyraźnie niższym poziomie niż przed 12 miesiącami – choć spadki były wyraźnie mniejsze. W maju 2020 roku liczba ofert na portalu rok do roku była niższa o 24%. Dla porównania, w kwietniu było to 52%, a w marcu – 23%. Według Rafała Nachyny wyniki z maja należy przyjmować z umiarkowanym optymizmem, ale także świadomością kolejnych trudności, jakim czoła będą musiały stawiać firmy w Polsce i ich zespoły.

Miniony miesiąc to okres wyraźnego wydobywania się przez świat rekrutacji z dołka, w którym niemal błyskawicznie znalazł się w połowie marca. Kolejne etapy odmrażania gospodarki sprzyjają krótkoterminowemu wzrostowi zapotrzebowania na kadry. Pamiętajmy jednak, że mówimy o sytuacji bez precedensu na współczesnym rynku pracy. Myśląc o jego odbudowie powinniśmy się nastawiać na długi marsz. Wciąż mamy do czynienia z wyraźnym spowolnieniem, w tym największą od lat falą decyzji o redukcjach zatrudnienia. To sytuacja trudna dla zatrudnionych i pracodawców. Pracownicy funkcjonują w stanie niepewności co do przyszłości zawodowej. Firmy z kolei stoją przed trudnymi decyzjami kadrowymi. Staramy się pomagać obu grupom w odnajdowaniu się w nowych okolicznościach – komentuje Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl.

Opinię o wyzwaniach rynku, jakie czekają go w dobie odmrażania gospodarki, potwierdzają wypowiedzi respondentów Pracuj.pl. Więcej, niż 4 na 10 pracujących osób badanych przez Pracuj.pl obawia się utraty miejsca pracy w konsekwencji pandemii koronawirusa, a 6 na 10 – obniżki wynagrodzenia lub zmiany zasad zatrudnienia. Jednocześnie w tym samym raporcie („Praca w dobie koronawirusa. Nowa normalność zawodowa”) aż 77% badanych gotowych jest przyjąć nową ofertę zatrudnienia.Kogo szukali pracodawcy w maju 2

Handlowcy na topie, ożywienie w obsłudze klienta

Aż 37% ofert opublikowanych na Pracuj.pl w maju dotyczyło specjalistów ds. handlu i sprzedaży. Dla porównania, w marcu i kwietniu było to 31%. Zwiększonemu zainteresowaniu tą grupą kandydatów niewątpliwie sprzyja stopniowe odmrażanie kolejnych sektorów gospodarki w Polsce. Drugie miejsce pod względem popularności zajęły w maju oferty kierowane do specjalistów ds. obsługi klienta, które stanowiły 18% wszystkich ogłoszeń na Pracuj.pl. Podobnie jak w przypadku handlu, do odmrażania rekrutacji w tej dziedzinie przyczyniało się otwieranie kolejnych branż, w których kontakt z klientem jest kluczowy.

Obie omawiane grupy kandydatów od lat znajdują się na czele najczęściej poszukiwanych specjalizacji. Obie jednak też znacząco zostały dotknięte skutkami zamrożenia gospodarki związanego z pandemią koronawirusa. Maj przyniósł znaczący wzrost liczby ofert w tych dziedzinach. W przypadku handlu szczególną rolę odgrywało w maju m.in. ponowne zapotrzebowanie na nowe kadry w związku z otwarciem galerii handlowych i znoszeniem części obostrzeń w sklepach wielkopowierzchniowych. Z kolei w obsłudze klienta bardzo interesujące będą zmiany, jakie długoterminowo wniesie rosnąca popularność pracy zdalnej. Może mieć to wkrótce przełożenie np. na nowe wymogi w oczekiwaniach pracodawców wobec kandydatów w tej dziedzinie – komentuje Łukasz Marciniak, Dyrektor ds. Rozwoju Sprzedaży w Grupie Pracuj.

IT i finanse na podium, ożywienie marketingu

Na ostatnim stopniu podium najczęściej poszukiwanych specjalizacji w maju znalazły się IT oraz finanse (po 12% wszystkich ogłoszeń). Także w tych branżach w maju obserwowane było wyraźne odbicie pod względem liczby ofert, choć ich udział w ogólnej puli ogłoszeń utrzymał się na standardowym poziomie kilkunastu procent. Szczególną uwagę przyciąga majowy wzrost rekrutacji w branży IT, w której w drugiej połowie marca i w kwietniu po raz pierwszy od lat można było zaobserwować stosunkowo częste przypadki zamrażania procesów rekrutacyjnych. Jednocześnie jednak to właśnie w niej kandydaci i rekruterzy mieli największą praktykę w obszarze rekrutacji zdalnej, powszechnie stosowanej w branży nowych technologii.Kogo szukali pracodawcy w maju 3

Warto zwrócić uwagę na znaczącą pozycję ofert kierowanych do specjalistów ds. marketingu. Marketingowcy to grupa, która w zgodnej opinii większości ekspertów HR należy do grona najmocniej odczuwających konsekwencje pierwszych miesięcy zamrożenia gospodarki. Tymczasem w maju kierowano do nich aż 8% wszystkich ogłoszeń na Pracuj.pl – dla porównania w całym 2019 roku było to 5%, a w kwietniu bieżącego roku 3%. Tak wysokie wyniki w maju mogą wskazywać np. na rosnącą świadomość firm co do roli odgrywanej przez wewnętrzne działy marketingu w przeciwdziałaniu biznesowym konsekwencjom pandemii. Ponadto rosnący popyt na marketerów pojawia się w obszarze ecommerce w związku z przeniesieniem sprzedaży do online przez większość marek w obliczu społecznej izolacji. Najbliższe miesiące pokażą, czy wzrost zainteresowania tą grupą okaże się długotrwały.

Nowe szanse i możliwości na Pracuj.pl

Jak podkreślają eksperci Grupy Pracuj, od połowy marca br. kluczowym wyzwaniem branży cyfrowego HR jest jak najszersze wsparcie pracodawców i kandydatów w nowych okolicznościach. Od wybuchu epidemii koronawirusa znacząco wzrosła rola rekrutacji zdalnej, pracodawcy szukają także nowych, efektywnych narzędzi kontaktu z kandydatami czy prezentacji ofert zatrudnienia. Ponadto rośnie liczba ofert dotyczących bezpośrednio pracy zdalnej, wykonywanej w pełni lub w większości czasu spoza biura.

Odpowiadając na potrzeby rynku, Pracuj.pl wprowadził szereg rozwiązań wspierających działania HR. Dzięki podjętym inicjatywom na serwisie na początku czerwca widniało ponad 70 000 aktywnych ofert pracy. Do nowych narzędzi obok specjalnych ofert dla branży HoReCa, przedłużenia terminu obowiązywania ogłoszeń czy podawania konkretnej lokalizacji należą m.in. możliwość oznaczania ofert dotyczących rekrutacji zdalnej, narzędzie do rozmów wideo w Strefie Pracuj.pl oraz możliwość wysyłania wiadomości do kandydatów bezpośrednio w ekosystemie serwisu. Wszystkie te działania dają zarówno kandydatom, jak i pracodawcom dodatkowe możliwości nawiązania ze sobą kontaktu.

Wysoka liczba aktywnych ofert pracy w serwisie wiąże się też ze współpracą Pracuj.pl z Urzędami Pracy. Dzięki publikacji ich ofert kandydaci zyskali większy wybór ogłoszeń w obliczu trudnej sytuacji rynkowej. Ogłoszenia te nie były jednak w prezentowanym zestawieniu wliczane do puli nowych ofert w maju.

ITH oferuje przedsiębiorcom z Krakowa i okolic darmowy internet do końca roku

Dostęp do internetu bez żadnych opłat aż do grudnia 2020 roku – taką ofertę dla firm i przedsiębiorstw przygotowała wchodząca na rynek firma ITH. Rozwiązanie jest lokalnym odpowiednikiem tarczy antykryzysowej. Na razie obowiązywać będzie jedynie na terenie Krakowa oraz okolic.

Koszty prowadzenia własnej działalności gospodarczej, wszystkie opłaty i podatki, które trzeba bezwzględnie uiścić, są obecnie jeszcze bardziej odczuwalne. “Internet dla biznesu w ofercie tarczy antykryzysowej od ITH” pozwoli odjąć od kosztów stałych kwotę za łącze, z którego korzystają przedsiębiorstwa. Dzięki nowej ofercie firmy otrzymają dostęp do internetu wysokiej klasy bez żadnych ukrytych opłat.

Transparentność i elastyczność

Z oferty skorzystają przedsiębiorcy zainteresowani internetem dostosowanym do potrzeb swojej działalności. Już na wstępie poznają wszystkie warunki i wybiorą pakiet, który najlepiej spełnia ich oczekiwania. Ustalają więc prędkość internetu, wszelkie możliwe limity transferu, pakiet SLA – jeśli ich potrzebują – zapoznają się także z umową.

– Naszą ideą jest zerwanie ze skostniałym sposobem współpracy z klientami na rynku telekomów. Nie interesują nas długoterminowe umowy, ukryte koszty czy dopasowanie oferty do zamożności firmy. My stawiamy na pełną transparentność oraz elastyczność. Proponujemy kilka modeli rozliczeń, na które mogą zdecydować się przedsiębiorcy: klasyczną umowę terminową, preferowaną przez nas umowę na czas nieokreślony z rozliczaniem prepaid oraz umowę na czas nieokreślony postpaid. Oferowane przez nas usługi można w prosty sposób modyfikować w dowolnym momencie. Dzięki takim rozwiązaniom firmy mogą łatwo uzyskać dostęp do sieci. I równie łatwo z niego zrezygnować. Wystarczy, że nie zapłacą opłaty za kolejny miesiąc rozliczeniowy. Tak funkcjonują nowoczesne usługi, jak choćby Netflix – wyjaśnia Niko Bałazy, CEO marki ITH.

Jak w praktyce będzie działać usługa? Po wyborze pakietu przedsiębiorca płaci symboliczną złotówkę za instalację i czeka na podpięcie do sieci. Do końca roku może korzystać z niej za darmo i dowolnie modyfikować pakiety, tak aby spełniały potrzeby jego biznesu.

– Obserwując, jak wiele przedsiębiorstw jest zmuszonych do redukowania kosztów w trakcie pandemii koronawirusa, postanowiliśmy wprowadzić ofertę dostosowaną do obecnej sytuacji. Dzięki niej klient nie tylko ma możliwość sprawdzenia i przetestowania naszych rozwiązań, zanim podejmie ostateczną decyzję, ale także zaoszczędzi na usługach internetu w swojej firmie. Wierzymy, że tak skonstruowany, nowy model działań oraz jakość naszych propozycji przyczynią się do zmiany sposobu myślenia o telekomunikacji B2B w Polsce – dodaje Niko Bałazy.

Nowość na mapie polskiej telekomunikacji

Spółka ITH wystartowała w 2020 roku. Od 1 czerwca prężnie rozwija się na terenie Krakowa i okolic. Dostarcza usługi telekomunikacyjne w segmencie biznes, hosting i domeny w ramach marki Kru.pl, chmurę publiczną oraz szeroko pojęte usługi outsourcingu IT.

Sama firma ITH została uruchomiona przez praktyków w branży: Niko Bałazego oraz Jakuba Naumanna, twórców krakowskiego S-NET. Bazując na ponad 10-letnim doświadczeniu w dziedzinie telekomunikacji dla biznesu, rozwijają obecnie własny model usług. Przyświeca im idea transparentności w relacjach z klientem. Dążą do wypracowania łatwo dostępnych i prostych w obsłudze rozwiązań dla firm, dbając jednocześnie o wysoką jakość usług.

Oferta internetu dla przedsiębiorców w ramach promocji Tarczy Antykryzysowej od ITH jest dostępna od 1 czerwca dla biznesów prowadzonych na terenie Krakowa oraz ościennych gmin, między innymi Zielonek, Michałowic, Zabierzowa, Wieliczki czy Skawiny. Standardowa, komercyjna oferta usług ITH jest dostępna na terenie całej Polski.

Koronawirus przyspieszy budowanie zielonej Europy. To pomysł UE na odbudowę gospodarczą po kryzysie

Pandemia koronawirusa nie pokrzyżowała planów Unii Europejskiej w zakresie dochodzenia do neutralności klimatycznej. Cele Europejskiego Zielonego Ładu pozostają aktualne, a inwestycje przeznaczone na ich osiąganie mają przyspieszyć wychodzenie państw UE z obecnego kryzysu. – Przedstawiony przez Komisję Europejską budżet to bezprecedensowy instrument, który ma ożywić europejską gospodarkę i przestawić ją na nowe technologiczne tory – mówi Izabela Zygmunt z CEE Bankwatch Network. Polska też może na tym skorzystać.

Na podstawie propozycji budżetu przedstawionej przez Komisję Europejską widać, że kierunek wychodzenia z kryzysu będzie zielony, a cele zarysowane w Europejskim Zielonym Ładzie pozostają aktualne – mówi agencji Newseria Biznes Izabela Zygmunt.

Europejski Zielony Ład pozostaje strategią, która ma za zadanie doprowadzić Europę do neutralności emisyjnej najpóźniej w 2050 roku. Towarzyszyć temu będzie transformacja cyfrowa, bo nowa energetyka zeroemisyjna będzie w znacznym stopniu opierać się na inteligentnych systemach informatycznych. W szczytowym okresie pandemii pojawiały się głosy, że wychodzenie z kryzysu gospodarczego stanie się ważniejsze od zielonych celów UE, jednak te dwa zadania postanowiono połączyć.

– Polityki Unii Europejskiej, które dotyczą realizacji Europejskiego Zielonego Ładu, czyli transformacji energetycznej i bliźniaczej transformacji cyfrowej, wyraźnie przyspieszają. Widać to m.in. w projekcie budżetu – propozycja Komisji Europejskiej poszła o krok dalej, niż Francja i Niemcy proponowały kilka dni wcześniej. W propozycji francusko-niemieckiej była mowa o dodatkowych 500 mld euro na wzmocnienie europejskiej gospodarki po kryzysie. Komisja Europejska zaproponowała dołożyć jeszcze 750 mld euro. Widać wyraźnie, że kryzys wywołany koronawirusem nie powoduje schłodzenia ambicji Unii Europejskiej, ale jest raczej impulsem do ich przyspieszenia – dodaje ekspertka CEE Bankwatch Network.

Instytucje unijne podkreślają, że pandemia SARS-CoV-2 wstrząsnęła Europą i światem, testując wytrzymałość systemów opieki zdrowotnej i społecznej, społeczeństwa i gospodarki, a także wspólnego życia i pracy. Aby chronić życie ludzkie i jednolity rynek, Komisja Europejska zaproponowała nowe narzędzie finansowe – Next Generation EU – w wysokości 750 mld euro, które ma wzmocnić budżet Unii na lata 2021–2027 i zwiększy jego finansowy potencjał do 1,85 bln euro.

To bezprecedensowy instrument. Drugi taki pakiet finansowy dla unijnej gospodarki może się już nie powtórzyć w perspektywie 30 lat, kiedy Europa ma osiągnąć neutralność klimatyczną. Dlatego budżet proponowany obecnie przez Komisję Europejską musi sfinansować realizację dwóch celów: z powrotem ożywić gospodarkę oraz dokonać jej transformacji, przestawić ją na zupełnie inne technologiczne i energetyczne tory – precyzuje Izabela Zygmunt.

Jak podkreśla, formą walki z kryzysem są inwestycje publiczne, które mają stymulować gospodarkę – rozwijać firmy, generować nowe miejsca pracy i popyt wewnętrzny.

– Skoro trzeba zdecydować, na co przeznaczyć pieniądze publiczne, a w realizacji jest wielki plan transformacji energetycznej, który wygeneruje nowe miejsca pracy i przyniesie szereg innych społecznych korzyści, wybór jest oczywisty. Jeśli unijna gospodarka ma odejść od paliw kopalnych, to pieniądze, które tak czy inaczej trzeba włożyć w gospodarkę, należy inwestować właśnie w ten obszar. Wydaje mi się, że dla wszystkich w Europie jest oczywiste, że zielona transformacja jest właśnie ratowaniem się przed kryzysem – wyjaśnia ekspertka.

W ramach Next Generation EU przewidziano m.in. wzmocnienie Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji kwotą 40 mld euro. Będzie to instrument, który posłuży państwom i regionom takim jak Polska – opartym na węglu – w przyspieszeniu procesu dochodzenia do neutralności gospodarczej.

Dochodzą nowe kierunki, np. bardzo duży nacisk położono na ochronę zdrowia oraz odbudowę europejskiego potencjału w obszarze produkcji leków – mówi Izabela Zygmunt.

Nowy Program UE dla zdrowia opiewa na kwotę 9,4 mld euro. Dziesięć razy tyle zostanie przeznaczone na program Horyzont Europa, w ramach którego prowadzone są badania w dziedzinie zdrowia, odporności oraz transformacji ekologicznej i cyfrowej.

Ważnym elementem transformacji będą projekty z zakresu energii odnawialnej, w szczególności wiatrowej i słonecznej, a także uruchomienie czystej gospodarki wodorowej w Europie. Jak podkreśla ekspertka, pandemia uwidoczniła problematyczną kwestię w zakresie prowadzenia inwestycji w OZE.

Jest duża zależność nie tylko Polski, ale w ogóle Europy od importu niezbędnych technologii. Przykładem są panele fotowoltaiczne, które są w bardzo dużych ilościach sprowadzane z Chin. Elementem unijnej odpowiedzi na kryzys jest odbudowanie tych zdolności produkcyjnych, przeniesienie z powrotem łańcucha wartości na europejski rynek. Jeżeli więc mamy w Polsce – a mamy – firmy, które są zainteresowane produkcją paneli fotowoltaicznych na miejscu, to Zielony Ład i ten przyszły budżet będą szansą, żeby właśnie ten potencjał i ambicje rozwinąć – dodaje Izabela Zygmunt.

Wybrano 100 najwybitniejszych polskich naukowców przed 30. rokiem życia. Ich dorobek nie odbiega od światowej czołówki

Pod względem rozwoju nauki Polska wypada coraz lepiej. Młodzi naukowcy z naszego kraju odnoszą sukcesy, które kwalifikują ich do światowej czołówki, i stale podnoszą poprzeczkę w innowacyjnych badaniach. W ramach Programu START Fundacja na rzecz Nauki Polskiej wyłoniła 100 wybitnych naukowców przed 30. rokiem życia, którzy – mimo tak młodego wieku – mogą już poszczycić się znaczącym dorobkiem naukowym. Na ich konta trafią stypendia w wysokości 28 tys. zł, które mogą przeznaczyć na dowolny cel.

– Prace najzdolniejszych młodych polskich naukowców przed trzydziestką – laureatów Programu START – niczym nie różnią się od prac dojrzałych uczonych, mających bogaty dorobek naukowy. Prezentują poważne osiągnięcia badawcze i śmiało mogą z nimi konkurować – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krystyna Frąk, koordynator Programu START z Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Jak podkreśla, pod względem rozwoju nauki Polska coraz lepiej wypada na tle Europy i reszty świata. Dystans regularnie się zmniejsza, a polscy naukowcy wciąż podnoszą poprzeczkę, jeśli chodzi o dorobek naukowy i osiągnięcia badawcze.

– Świadczą o tym także m.in. opinie naszych recenzentów oceniających wnioski kandydatów w Programie START. Niedawno był taki rocznik, w którym według eksperta na dwadzieścia ocenianych prac z matematyki aż osiem kwalifikowało się na zagraniczne stypendium w Princeton. Nasi naukowcy mieli tak znaczący dorobek naukowy, że nie byłoby z tym problemu – mówi Krystyna Frąk.

START to najstarszy w Polsce program stypendialny dla 100 najlepszych młodych naukowców. Stypendia są przyznawane przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej od 1993 roku. Dostają je wybitni badacze przed 30. rokiem życia, którzy mimo młodego wieku mogą się już pochwalić znaczącym dorobkiem. Stypendia mają wspierać i zachęcić ich do dalszego rozwoju. Laureaci otrzymują roczne stypendia w wysokości 28 tys. zł, które mogą przeznaczyć na dowolny cel. Do tej pory w Programie START fundacja wyróżniła 3100 młodych naukowców i przyznała 3736 stypendiów w łącznej wysokości 84,5 mln zł.

– Wszystkie dziedziny traktujemy jednakowo, nie mamy żadnych preferencji dotyczących przedmiotu badań czy tematyki podejmowanej przez naszych kandydatów. Jednak w ostatnich latach widać, że prym wiodą nauki ścisłe, medyczne i przyrodnicze. Mniej wniosków wpływa z nauk humanistycznych i społecznych, może z wyjątkiem psychologii – wskazuje Krystyna Frąk.

Stypendyści Programu START są wybierani w drodze kilkuetapowego konkursu, w którym oceniany jest ich dorobek naukowy, udokumentowany patentami lub publikacjami w uznanych polskich i zagranicznych periodykach naukowych. Poziom jest bardzo wysoki, a kryteria – rygorystyczne.

– Trzeba podkreślić, że osiągnięcia naszych laureatów opisane w publikacjach w prestiżowych czasopismach naukowych absolutnie nie różnią się od dorobku dojrzałych uczonych, bo trudno przyjąć, że takie czasopisma jak np. „Nature” stosują kryterium wiekowe. Pod uwagę brana jest wyłącznie wartość merytoryczna i oryginalność prac. Nasi laureaci mogą się poszczycić konkretnymi osiągnięciami, mimo że często nie są to jeszcze nawet samodzielni pracownicy naukowi. Generalnie są to ludzie przed doktoratem lub tuż po nim – mówi Krystyna Frąk.

W tym roku setka najzdolniejszych naukowców przed trzydziestką została wyłoniona spośród grona 845 kandydatów (to oznacza, że granty trafiły do co dziewiątego kandydata). Ich średni wiek wynosi 28,5 lat, a 44 proc. z nich ma stopień doktora (w Polsce przeciętny wiek uzyskiwania doktoratu wynosi około 35 lat). Wśród nagrodzonych badaczy najwięcej reprezentuje nauki biologiczne i medyczne, nauki techniczne oraz nauki humanistyczne i społeczne. Jest wśród nich 58 mężczyzn i 42 kobiety, a najwięcej laureatów jest związanych z Uniwersytetem Jagiellońskim (22 stypendystów), Uniwersytetem Warszawskim (12) oraz Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (6).

Od ponad dekady FNP przyznaje w Programie START także wyróżnienia dla tych badaczy, których osiągnięcia badawcze zostały ocenione jako wybitne. Ich stypendia zostają podwyższone do kwoty 36 tys. zł. W tym roku otrzymała je czwórka młodych naukowców: dr Magdalena Migalska z Wydziału Biologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, mgr Rafał Muda z Wydziału Ekonomicznego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, mgr inż. Krzysztof Ptaszyński z Instytutu Fizyki Molekularnej Polskiej Akademii Nauk oraz mgr Monika Żukowska z Wydziału Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

– Te stypendia cieszą się tak wielką renomą i są tak rozpoznawalne w środowisku naukowym w Polsce, że każdy z kandydatów chciałby się poszczycić, że jest START-owcem. Istotny jest też fakt, że to pieniądze, które laureaci dostają dla siebie i nie wymagamy żadnych sprawozdań finansowych. Stypendium START wpływa na prywatne konta laureatów, którzy mogą je przeznaczyć, na co tylko chcą – zapewnia Krystyna Frąk.

W tym roku specjalne Stypendium im. Barbary Skargi dla osoby, której badania wyróżniają się odważnym przekraczaniem granic pomiędzy różnymi dziedzinami nauki i otwierają nowe perspektywy, otrzymała mgr Katarzyna Chyl z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego PAN w Warszawie za pracę nad dysleksją wśród dzieci. Z kolei wyróżnieniem im. prof. Adama Sobiczewskiego – dla naukowca, który prowadzi badania w dziedzinie matematyki, fizyki teoretycznej bądź astronomii i może się pochwalić wysokiej jakości dorobkiem naukowym – został uhonorowany mgr Marcin Karczewski z Wydziału Fizyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Oboje będą otrzymywać stypendia podwyższone do 36 tys. zł.

Stypendia zostaną sfinansowane głównie z budżetu Fundacji na rzecz Nauki Polskiej oraz środków od partnerów, wśród których jest Narodowy Bank Polski (projekt realizowany w ramach programu edukacji ekonomicznej). Poza NBP program wspierają Fundacja PZU, a także firmy dotychczasowych stypendystów: SensDx, Instytut Biotechnologii i Medycyny Molekularnej Dawida Nidzworskiego oraz Neuro Device Pawła Solucha. Nabór wniosków do kolejnego, 29. już konkursu START rozpocznie się jesienią tego roku.

Kleszcze rozpoczęły już swoją aktywność. Liczba cierpiących na choroby odkleszczowe rośnie i może być niedoszacowana

Koronawirus nie jest jedynym wirusowym zagrożeniem, którego powinniśmy się obawiać, o czym w dobie pandemii łatwo zapomnieć. Rosnące temperatury zachęcają do spacerów w parkach oraz do weekendowych wycieczek do lasu, gdzie coraz łatwiej o pokłucie przez kleszcza. Pajęczaki te przenoszą groźne choroby, w tym kleszczowe zapalenie mózgu, które może prowadzić do ciężkich powikłań i niepełnosprawności. Liczba zakażeń KZM w całej Europie rośnie, a według ekspertów w Polsce jest ona mocno niedoszacowana. Mimo tego Polacy w większości bagatelizują zagrożenie. Choć wiele osób boi się kleszczy i przenoszonych przez nie chorób, to znikomy odsetek stosuje profilaktykę w postaci szczepień ochronnych.

Lekarze podkreślają, że w trakcie pandemii SARS-CoV-2 trzeba szczególnie dbać o zdrowie, nie narażając się na zakażenie innymi chorobami i osłabianie odporności.

Koronawirus przykuwa w tej chwili największą uwagę, ale nie można zapominać o innych  wirusach, które istnieją i towarzyszą nam na co dzień. Są to m.in. zakażenia górnych dróg oddechowych, takie jak grypa, lecz także wirusy, które przypominają o sobie sezonowo, jak kleszczowe zapalenie mózgu. Teraz kleszcze są bardzo aktywne. Wiedzą o tym właściciele psów. Jednak kleszcze są niebezpieczne także dla człowieka. Groźne nie jest samo ukłucie przez kleszcza, ale choroby, jakie może on przenosić – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Joanna Zajkowska z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Pajęczaki te rozpoczynają swoją aktywność, gdy temperatury wzrastają do ok. +5°C, dlatego mogą nas zaatakować wczesną wiosną aż do późnej jesieni. Główny Inspektorat Sanitarny wydał przed nimi ostrzeżenie już na początku maja, przypominając o wysokim ryzyku. Ekspertka ostrzega, że ze względu na łagodną zimę i ciepłą wiosnę w tym roku kleszczy będzie więcej.

Łagodna zima sprzyja drobnym zwierzętom, które są żywicielami kleszczy i utrzymują ich populację, a nawet ją zwiększają. Właściwie kleszcze boją się tylko dwóch rzeczy: suszy i braku żywiciela – mówi prof. Joanna Zajkowska. – Poza tym skraca nam się okres zimowy i wydłuża się okres wegetacji, przez co kleszcze zaczynają być aktywne coraz wcześniej, już od lutego.

Jednak największe ryzyko ukłucia występuje latem, kiedy dużo czasu spędzamy na świeżym powietrzu. Zniesienie większości ograniczeń w zakresie izolacji społecznej i coraz wyższe temperatury zachęcają do spacerów w parkach oraz do weekendowych wycieczek do lasu, gdzie coraz łatwiej o pokłucie przez kleszcza.

Dużą liczbę przypadków kleszczowego zapalenia mózgu notujemy co roku w regionach północno-wschodniej Polski: na Suwalszczyźnie, Mazurach i Podlasiu, czyli terenach znanych z miejsc rekreacyjnych. Jednak musimy pamiętać, że kleszcze występują na terenie całej Polski – podkreśla ekspertka.

Wbrew powszechnemu przekonaniu kleszcze żyją nie tylko w lasach, ale także na innych terenach zielonych. Mogą nas ukłuć także w przydomowym ogródku czy miejskim trawniku. Ukłucie najczęściej jest bezbolesne, ponieważ kleszcze mają w ślinie specjalne substancje znieczulające. GIS przypomina, że wychodząc do lasu czy parku, warto ubrać się tak, aby mieć zakryte nogi, ręce oraz głowę, a po powrocie ubrania wyprać i dokładnie obejrzeć swoje ciało, szczególnie miejsca, gdzie skóra jest najdelikatniejsza – linię włosów i zgięcia stawów. Aby ochronić się przed ukłuciem, można też stosować specjalne preparaty, które mają za zadanie odstraszać kleszcze.

GIS podkreśla, że kleszcze mogą przenosić groźne dla zdrowia bakterie, wirusy i pierwotniaki. Do najczęstszych i najgroźniejszych chorób wywoływanych przez te pajęczaki należą borelioza i kleszczowe zapalenie mózgu. Liczba przypadków KZM rośnie z każdym rokiem w całej Europie. Według danych Narodowego Instytutu Zdrowia w Polsce co roku notuje się ich od 150 do nawet 350. Liczba przypadków zależy m.in. od warunków pogodowych i aktywności ludzi na terenach zielonych. Eksperci podkreślają jednak, że nieznana jest prawdziwa skala zakażeń, ponieważ dane są wyraźnie niedoszacowane.

– Liczba raportowanych przypadków kleszczowego zapalenia mózgu pochodzi ze statystyk Narodowego Instytutu Zdrowia. To są przypadki o przebiegu neurologicznym, które trafiają do szpitala i tam są wykonywane testy potwierdzające etiologię KZM. W całej Polsce odnotowujemy jednak wiele przypadków zapalenia mózgu i opon mózgowo-rdzeniowych, które ze względu na brak wykonywania odpowiednich testów opisuje się jako nieokreślone. Niestety rzadko wykonuje się diagnostykę, aby potwierdzić, że ich przyczyną jest wirus KZM. Dodatkowo, podobnie jak w przypadku COVID-19, większość zachorowań przebiega łagodnie lub bezobjawowo – tłumaczy prof. Joanna Zajkowska.

KZM jest groźną chorobą neurologiczną, która może prowadzić do niepełnosprawności, a nawet śmierci. Nie ma na nią lekarstwa i podobnie jak COVID-19 leczy się ją wyłącznie objawowo.

– Jedynym zabezpieczeniem jest przyjęcie szczepionki, dzięki której nasz organizm wygeneruje przeciwciała, które unieszkodliwią wirusa tuż po wprowadzeniu go do organizmu, nie dopuszczając do zajęcia układu nerwowego – mówi badaczka z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. – Zajęcie ośrodkowego układu nerwowego przebiega w postaci zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych, zapalenia mózgu, rdzenia kręgowego czy korzeni nerwowych, w różnych konfiguracjach. Niestety nie ma leczenia przyczynowego. Jeżeli dojdzie do porażeń i niedowładów, pacjenci nie odzyskują pełnej sprawności.

Mimo że KZM jest groźną chorobą prowadzącą do poważnych powikłań, Polacy w większości bagatelizują zagrożenie. Choć wiele osób boi się kleszczy i przenoszonych przez nie chorób, to znikomy odsetek stosuje profilaktykę w postaci szczepień ochronnych.

– Przebieg KZM jest nieprzewidywalny. Osoby młode i zdrowe mają dużą szansę, że choroba przebiegnie łagodnie, jednak jest to zawsze wypadkowa układu immunologicznego i zjadliwości wirusa, który dostanie się do organizmu – wskazuje prof. Joanna Zajkowska.

Wirus KZM ma stosunkowo prostą budowę, co zwiększa skuteczność szczepionki. W Polsce są obecnie dostępne szczepionki dwóch producentów, każda w dawce dla dzieci oraz dla dorosłych. Schemat szczepienia obejmuje podanie trzech dawek. Jeśli konieczne jest szybkie uodpornienie, można zastosować schemat przyspieszony, w którym dwie pierwsze dawki można przyjąć w odstępie 14 dni. W kalendarzu szczepień szczepienie przeciwko KZM zostało uznane za rekomendowane. Także Światowa Organizacja Zdrowia zaleca szczepienia populacyjne przeciw KZM w regionach, w których rocznie zgłaszanych jest przynajmniej pięć przypadków KZM na 100 tys. mieszkańców.

To bardzo bezpieczna i jedna z najlepszych szczepionek, które są na rynku. Od 1993 roku regularnie szczepią się leśnicy i wśród nich nie notujemy zachorowań. To najlepsza metoda zabezpieczenia – podkreśla ekspertka.

Lekarze zaznaczają, że przeciwko KZM można bezpiecznie szczepić się nawet w trakcie pandemii koronawirusa, jednak przed pójściem do poradni należy ustalić termin szczepienia telefonicznie lub online oraz wypełnić ankietę wywiadu epidemiologicznego. Szczepienie należy odwołać lub przełożyć na późniejszy termin, jeżeli wystąpią objawy infekcji, podwyższona temperatura, w przypadku kontaktu z osobą zakażoną i nałożenia kwarantanny. Należy pamiętać o obowiązku noszenia maseczki podczas przebywania na terenie poradni.

Ekrany dotykowe w miejscach publicznych siedliskiem bakterii i wirusów. Nowe rozwiązanie pozwoli je obsłużyć za pomocą głosu

Ekrany dotykowe stosowane w niektórych samoobsługowych restauracjach wykazały pozytywny wynik na obecność bakterii E. coli. Inne badania przeprowadzone na lotniskach w USA dowiodły, że na ekranach z automatyczną odprawą znajduje się do 10 razy więcej bakterii tworzących kolonie niż w przeciętnym zlewie kuchennym. Rozwiązanie BrightVoice pozwala wchodzić w interakcje z urządzeniami digital signage wyłącznie poprzez polecenia głosowe. Dzięki wdrożeniu usługi przez Reflect Systems można niemal całkowicie ograniczyć korzystanie z funkcji dotykowych w miejscach publicznych.

Pandemia koronawirusa sprawiła, że większą wagę przywiązujemy do higieny, jesteśmy też bardziej świadomi zagrożeń. Siedliskiem bakterii są m.in. ekrany dotykowe, zwłaszcza te w miejscach publicznych.

Przykładem mogą być ekrany dotykowe stosowane w niektórych samoobsługowych restauracjach typu fast food, które według badań London Metropolitan University wykazały pozytywny wynik na obecność np. bakterii E. coli. Badanie przeprowadzone przez Insurancequotes dotyczące powierzchni publicznych na trzech głównych lotniskach w USA dowiodło zaś, że średni ekran do automatycznej odprawy zawierał 253 857 jednostek bakterii tworzących kolonie, ponad 10-krotnie więcej, niż średnio znajduje się na przeciętnym zlewozmywaku kuchennym w domu. Rozwiązaniem mogą być aplikacje, które pozwalają sterować urządzeniem za pomocą głosu.

– Nowe obawy dotyczące technologii ekranów dotykowych w obliczu pandemii COVID-19 sprawiają, że aktywowane głosem systemy są cenniejsze niż kiedykolwiek wcześniej – przekonuje Lee Summers, prezes zarządu Reflect.

– Inteligentne urządzenia, takie jak głośniki, zegarki i smartfony, wprowadziły interakcję głosową dla masowego klienta, a aktywowane głosem urządzenia digital signage są tego naturalną kontynuacją – dodaje Jeff Hastings, dyrektor generalny BrightSign.

Niedawno opracowane rozwiązanie BrightVoice pozwala odbiorcom wchodzić w interakcje z wyświetlaczami. Co więcej, dostosowuje się do indywidualnych potrzeb i wykorzystuje naturalne polecenia głosowe do sterowania. Dzięki BrightVoice można zapewnić kontrolę dla dowolnej aplikacji, od sprzedaży detalicznej po restauracje. Oprogramowanie rozpoznaje mowę, aby dokładnie uruchomić odtwarzanie nie tylko treści ekranowych, lecz także muzyki czy oświetlenia. Za pomocą tego rozwiązania można też sterować innymi urządzeniami.

Jako pierwszy nowe rozwiązanie BrightVoice wdrożył Reflect Systems, lider rozwiązań digital signage dla sprzedawców detalicznych, rozrywki i opieki zdrowotnej. W ten sposób konsumenci mogą skorzystać z interaktywnego wyświetlacza, który słucha i interpretuje wypowiadane polecenia, inteligentnie dekoduje też mowę na tekst. Jednocześnie system do działania nie potrzebuje internetu.

– Dzięki naszemu systemowi CMS w połączeniu z zestawem głośnomówiącym BrightSign mamy nadzieję przyczynić się do bezpieczeństwa klientów i gości naszych partnerów, ograniczając potrzebę korzystania z funkcji dotykowych w miejscach publicznych – podkreśla Lee Summers, prezes zarządu Reflect.

Kamery termowizyjne wspierane przez sztuczną inteligencję wykryją objawy koronawirusa. Dzięki nim testy mogą osiągnąć masową skalę

Dzięki wykorzystaniu kamer termowizyjnych wspieranych przez sztuczną inteligencję możliwe będą testy na masową skalę w kierunku wykrycia koronawirusa. W opracowanie systemu włączają się firmy z branży motoryzacyjnej i bezpieczeństwa. – Pandemia COVID-19 stworzyła nowe wyzwania dla bezpieczeństwa publicznego, stawiając na pierwszym miejscu zapobieganie kolejnej pandemii, gdy świat zaczyna wznawiać normalne działania – mówi Haim Siboni, prezes zarządu Foresight.

Technologię termowizyjną do wykrywania osób potencjalnie zakażonych koronawirusem jako pierwszy wykorzystał Samsung podczas wydarzenia zorganizowanego w San Francisco w pierwszych dniach pandemii. Skanowanie uczestników pod kątem temperatury ciała odbywało się przy użyciu urządzeń dostarczonych przez CrowdRx.

Foresight, firma specjalizująca się w tworzeniu innowacyjnych rozwiązań dla motoryzacji, pracuje już nad systemem pozwalającym na masowe, bezdotykowe badania przesiewowe w kierunku wykrycia objawów choroby COVID-19. Podstawą działania mają być kamery termowizyjne i algorytmy sztucznej inteligencji umiejące rozpoznać objawy takie jak kaszel czy oznaki zmęczenia.

– Nasze bogate doświadczenie z obrazowaniem termicznym i sztuczną inteligencją może być nieocenione, gdy zastosujemy je w rozwiązaniu do wykrywania wczesnych objawów koronawirusa – przekonuje Haim Siboni, prezes zarządu Foresight.

Do wykrywania objawów zakażenia koronawirusem dostosowany został też system Kognition, zaprojektowany do wykorzystania przy ochronie obiektów przed wtargnięciem do nich osób niepożądanych. Również ten system opiera się na działaniu kamer termowizyjnych wspieranych przez SI. Wejście do ochranianego budynku jest możliwe po wykryciu telefonu zaufanego użytkownika oraz identyfikacji rysów twarzy. W przypadku stwierdzenia zakażenia lub niepokojących objawów łatwiej jest dzięki temu odtworzyć siatkę kontaktów osoby będącej nosicielem koronawirusa. Co ważne, rejestrowanie informacji przez system odbywa się z poszanowaniem prawa do ochrony danych osobowych.

– Pandemia COVID-19 stworzyła nowe wyzwania dla bezpieczeństwa publicznego, stawiając na pierwszym miejscu zapobieganie kolejnej pandemii, gdy świat zaczyna wznawiać normalne działania – ocenia prezes zarządu Foresight.

Różnica między oboma rozwiązaniami jest taka, że Kognition jest przeznaczone bardziej do miejsc o charakterze zamkniętym, takich jak zakłady produkcyjne. Szczególne zainteresowanie tym systemem wykazuje branża spożywcza. Technologia Foresight będzie zdolna do testowania ludzi na masową skalę. Znajdzie więc zastosowanie na lotniskach, stadionach sportowych, uniwersytetach, w szpitalach, centrach handlowych i kompleksach mieszkalnych.

– Kilku potencjalnych klientów wyraziło już zainteresowanie naszą technologią – twierdzi Haim Siboni. – Będziemy nadal pracować także nad samochodowymi systemami wizyjnymi, umożliwiającymi wykrywanie przeszkód w trudnych warunkach pogodowych i oświetleniowych.

Liczba osób zakażonych koronawirusem na świecie stale rośnie – przekroczyła już 7 mln. Liczba zgonów wynosi ponad 408 tysięcy. W Polsce liczba zakażeń przekroczyła 27 tys., a liczba zgonów – tysiąc.

Zmieniać czy udawać, że się zmienia – Jacek Chmiel, Dyrektor Avenga Labs

Refleksje na temat sił prowadzących do zmiany w systemach IT w kontekście transformacji cyfrowej.

Zastanawiamy się nad możliwością przeprowadzenia transformacji cyfrowej. Szukamy sposobów na modernizację dotychczasowych systemów. Jaką drogę należy obrać, wychodząc naprzeciw nowym oczekiwaniom klientów? Czy nadszedł czas na przeprojektowanie starszych aplikacji, aby wypełnić lukę pomiędzy obecną ofertą biznesową a wymaganiami rynku? Czy też najlepszym rozwiązaniem jest wdrożenie innowacji? Zacznijmy od nowoczesnego podejścia do rozwoju systemów IT.

Podejście produktowe

Zmiany w IT dotyczą nie tylko technologii, ale również procesu inwestycyjnego. Kończą się czasy, kiedy wdrożenie jakiegoś projektu IT oznaczało huczne zakończenie pewnej fazy,  szkolenie dla użytkowników oraz borykanie się z nieuniknionymi problemami na początku funkcjonowania nowego rozwiązania, które jednak były szybko rozwiązywane. Następnie nadchodził okres utrzymania systemu, charakteryzujący się stałą, ale niewielką ilością pracy, aby usunąć błędy i zapewnić niewielkie ulepszenia wraz z upływem czasu.

W minionych czasach (>10 lat temu) taki właśnie stosowano model działania – coś zostało stworzone, musiało być „serwisowane” i utrzymywane, ale w zasadzie cała koncepcja sprowadzała się właśnie do takiego ramowego podejścia. Opracowane rozwiązanie miało funkcjonować do czasu rozpoczęcia kolejnego projektu, którego zadaniem było dodanie znacznej liczby nowych funkcjonalności lub do czasu zdezaktualizowania się starych systemów przy założeniu, że nowy system będzie musiał być stworzony całkowicie od zera (koszt wprowadzenia zmian przewyższał koszt pracy od podstaw, a stary system mógł być wykorzystany jako źródło niektórych wymagań i danych do migracji).

Czy jest ktoś, kto nie słyszał opowieści o jednym z tych ‘starożytnych’ systemów, którego nikt nie miał odwagi dotknąć, chyba że przestanie działać? Było to spowodowane tym, że nikt nie traktował go poważnie jako produktu, ale raczej jako coś skończonego, co powstało dawno temu; innymi słowy, coś, co będzie służyło do celów biznesowych, dopóki nie przestanie działać.

Nowe podejście traktuje system jako produkt, który jest zawsze gotowy, aby spełniać swój cel biznesowy, jest stabilny, bezpieczny i wydajny, ale zawsze znajduje się w fazie rozwoju. Tempo zmian jest znacznie większe niż w tradycyjnym trybie tzw. „low maintenance”, dlatego jesteśmy w stanie dostarczać nowe funkcjonalności i regularnie dostosowywać systemy do nowych realiów i potrzeb.

Tradycjonaliści nie lubią tego podejścia, ponieważ brakuje im korporacyjnego stylu „Kiedy to zostanie zrobione?” z lat 90-tych, ponieważ obecnie nigdy de facto nie mamy do czynienia z  zakończeniem prac, chyba że chcesz wypaść z gry. Ale jaka jest wartość biznesowa takich działań? Wartość ta polega na tym, że takie podejście pozwoli  na znacznie dłuższą pracę Twojego produktu bez konieczności przekreślania go jako starego systemu, którego lepiej nie dotykać.

Odpowiednie przygotowanie architektury mikrousług, chmury i DevOps pomaga w ciągłym dostosowywaniu systemu i w jego integracji z resztą infrastruktury.

Moment, kiedy trzeba będzie stworzyć nowe rozwiązanie lub nowy produkt, w końcu nadejdzie, ale znacznie później niż w tradycyjnym podejściu projektowym.

Czynniki przyczyniające się do zmian

Konkurencja

Nic tak nie zachęca do zmian jak konkurencja. Pamiętam organizacje, które były zadowolone z wdrożenia nowego systemu biznesowego, podczas gdy zespół projektowy był trochę wyczerpany po ostatnim sprincie przed uruchomieniem. Wszyscy od razu zaczęli marzyć o spokojnym, relaksującym okresie, ponieważ nadszedł czas na zmiany. Tymczasem wyścig dopiero się zaczynał. Konkurenci byli jeszcze bardziej zmotywowani, aby nas dogonić, lub mogli nawet szybko zostawić nas w tyle pod względem wydajności i doświadczenia, które zaoferują swoim klientom i zespołom operacyjnym.

Możesz swoim nowym systemem po prostu włożyć kij w gniazdo os, więc jeśli myślisz, że już skończyłeś… to tak naprawdę dopiero zacząłeś!

Zmiany środowiska biznesowego

Zmiany w środowisku biznesowym widać na każdym kroku.

Pierwsza fala transformacji cyfrowej miała na celu umożliwienie klientom i partnerom biznesowym zakupu produktów i usług za pośrednictwem kanałów cyfrowych. Kolejna fala zminimalizowała koszty obsługi klienta dzięki możliwościom samoobsługi poprzez lepszą współpracę z partnerami biznesowymi, co było możliwe dzięki dobrze wdrożonej ekonomii API.

Można zrobić wiele dobrego dla swojej firmy, ulepszając rozwiązania cyfrowe, z którymi mają do czynienia klienci lub partnerzy, ale nie można przy tym zaniedbywać systemów back-end, które wspierają Twój biznes.

Prawdziwa cyfrowa transformacja zachodzi nie tylko na widocznej, interaktywnej, ale także na poziomie kluczowych systemów firmy. Jeśli takiej kompleksowej transformacji nie przeprowadzi się szybko, to stare systemy backendowe staną się wąskim gardłem w rozwoju firmy i spowodują, że cyfrowa transformacja utknie w miejscu.

Zmieniają się wszystkie środowiska biznesowe, nie tylko te, które mają bezpośrednią styczność z konsumentami.

Zmiany technologiczne

Zaawansowane technologie nigdy nie stoją w miejscu. Niektóre z nich wydają się być z nami od zawsze (Java, DotNet, relacyjne bazy danych), podczas gdy inne pojawiły się stosunkowo niedawno (front-end), a wiele jest nawet efemerycznych.

Nawet jeśli wybierze się odpowiedni stos technologii i zestaw narzędzi, to niektóre z tych elementów będą musiały być w końcu wymienione, a im później się to zrobi, tym gorzej dla produktu. Zmiany są nieuniknione i powinny być częścią rozwoju produktu.

Nawet jeśli zastosowana technologia nie zniknie, to pewnie będzie dostępna znacznie lepsza alternatywa, oferująca lepsze doświadczenie deweloperskie, funkcje i będzie lepiej dostosowana do przyszłych wyzwań. Warto dać jej szansę.

Ludzie i procesy

Firmy łączą się, dzielą i zmieniają modele biznesowe, rynki, produkty i usługi, a także ludzi, struktury organizacyjne i procesy. Zmiany zachodzą cały czas. Nowa osoba zawsze chce wprowadzać zmiany, ponieważ przyszła specjalnie w tym celu, by przekształcić biznes, a nie utrzymywać status quo.

Ponadto pracownicy o długim stażu pracy także dostrzegą ograniczenia obecnych rozwiązań dla ich efektywności biznesowej. Trwanie przy starym może ich zdemotywować, a jeśli odmówi się im możliwości wpływania na produkty i systemy, to pójdą do konkurencji ze swoimi pomysłami na wprowadzenie udoskonaleń.

Czynniki wstrzymujące zmiany

Jeśli coś działa – nie naprawiaj tego

Jest to prawdopodobnie najpoważniejszy czynnik blokujący zmiany. Obecny system może być stary, niefunkcjonalny i wymagający wsparcia dziesiątek arkuszy programu Excel i ręcznych poprawek, ale w końcu jest i działa, a koszt jego utrzymania jest niski (a przynajmniej tak się wydaje na papierze w systemie sprawozdawczości finansowej).

Stary system stanowi istotny problem spowalniający rozwój firmy i chociaż koszty jego dalszego utrzymania mogą nie być aż tak dobrze widoczne, jak koszty wprowadzenia zmian, nie znaczy, że ich nie ma.

System może już nawet nie działać, ponieważ realizowany model biznesowy tak bardzo odbiega od funkcjonalności startego systemu, że ten przypomina starożytny drewniany kalkulator, którego większość funkcji nie jest już używana. Staje się on niepotrzebnym dowodem na to, jak firma funkcjonowała pięć czy dziesięć lat temu.

Hipokryci

Zmiany zawsze niosą ze sobą ryzyko, które zwykle rzeczywiście istnieje, ale często jest wyolbrzymiane, ponieważ każdy lubi zmiany, o ile nie dotykają go osobiście.

Bardzo często ludzie narzekają na istniejący system i głośno opowiadają się za wprowadzeniem zmian, ale kiedy przychodzi godzina zero i należy rozpocząć wszystko od nowa, to nagle okazuje się, że to właśnie stary system ma jakąś przydatną cechę, a nowy nie itp. Najważniejsze jest, by zdiagnozować realny problem i znaleźć jego rozwiązanie zanim będzie za późno. Nie zawsze jest tak, że ci głośniejsi i bardziej sfrustrowani stanowią najlepszych doradców.

Historie o zamierzchłych czasach

Winę za ten stan rzeczy ponoszą również sprzedawcy i wewnętrzne zespoły odpowiedzialne za realizację projektów. Składają oni zbyt wiele obietnic bez pokrycia, co sprawia, że ludzie stają się bardziej ostrożni, a nawet przejawiają nielogiczne zachowania w stosunku do nowego systemu: na przykład demonizując jego początkową niestabilność lub konieczność oduczenia się swoich starych, wygodnych przyzwyczajeń.

Presja cenowa sprzyja wojnom cenowym, co może prowadzić do wyboru najtańszego dostawcy, który może nawet nie dysponować odpowiednimi kompetencjami albo nie rozumieć złożoności projektu, przez co oferuje niższą cenę.

Wdrażanie nowego systemu nie musi oznaczać turbulencji, jak bywało w przeszłości. Odpowiedni partner gwarantuje dużo bardziej płynne wdrożenie zmian.

Imposybilizm

Projekt niemożliwy do zrealizowania? Nikt tak naprawdę go nie chce, za duże ryzyko, za wysokie koszty i co za ulga… właśnie został odwołany!

Ale co wtedy, jeśli konkurencji uda się go wdrożyć, bo jej obawy pozwoliły opracować odpowiednie zarządzanie ryzykiem zamiast snucia wizji porażki? Czy wtedy niemożliwe stanie się możliwe?

Ewolucja czy rewolucja

Są chwile, kiedy trzeba zrobić milowy krok i to już w tym momencie, bo w przeciwnym razie konkurencja pozostawi nas daleko w tyle. Bardzo często takie kroki są nieplanowane, nieujęte w budżecie ani w rocznym planie wydatków na IT.

Teraz zwycięzcami są na przykład sklepy, które umożliwiają zakup swoich produktów online lub firmy ubezpieczeniowe i banki, które dają klientom dostęp do swoich usług przez Internet. W dzisiejszych czasach jest to oczywiste i proste: kto nie posiada kanału cyfrowego, ten wyraźnie przegrywa. Istnieje jednak wiele przykładów firm, które albo zaspały (mniej prawdopodobne), albo widziały za dużo przeszkód, wykonać odważny ruch (bardziej prawdopodobne).

Z podobnym zjawiskiem mieliśmy do czynienia w trakcie rewolucji mobilnej. Zwykliśmy wtedy słyszeć: „Nie, ludzie nie będą chcieli tego używać na swoim smartfonie, ekran jest za mały i nic nie jest w stanie pobić klawiatury i myszy” i co się stało? Klienci przenieśli się do konkurencji, która pozwoliła im cieszyć się niesamowitym mobilnym doświadczeniem klienta.

Potrzebujemy ewolucji, a nie rewolucji. Ile razy wszyscy to słyszeliśmy? Być może to prawda w większości sytuacji, ale nie jest to uniwersalne rozwiązanie pozwalające na dostosowanie się do nowych realiów biznesowych.

Niedostrzeganie istotnego trendu, ponieważ „wszyscy są zbyt zajęci swoją obecną działalnością” jest wciąż zbyt powszechnym zjawiskiem. Rewolucja może zaatakować niespodziewanie. Wtedy jeśli nie będziesz jej częścią, to padniesz jej ofiarą.

Autor: Jacek Chmiel, Dyrektor Avenga Labs

Działy IT szykują się na kolejne ataki. Praca zdalna poważnym wyzwaniem bezpieczeństwa

Ponad 18 milionów ataków dziennie i 1,6 miliarda ataków w ciągu 3 miesięcy pandemii COVID-19. Wg najnowszego badania firmy Check Point dotyczącego zmian w organizacji pracy aż 75% specjalistów IT i bezpieczeństwa sieciowego obawia się dalszego wzrostu liczby cyberataków.

Na początku 2020 r. globalna pandemia spowodowana rozprzestrzenianiem się choroby COVID-19 całkowicie odmieniła nasze życie. Dobrze prosperujące organizacje zostały nagle sparaliżowane, a obecnie szukają sposobów na odzyskanie swojej wcześniejszej sprawności działania.

Wyniki badania, przeprowadzonego wśród 271 specjalistów IT i bezpieczeństwa, wyraźnie wskazują na rosnące zagrożenie i obawy o utratę poufnych danych przez organizacje pracujące w większości przypadków za zasadzie pracy zdalnej – zwracają uwagę autorzy raportu z firmy Check Point. Większość badanych (86%) stwierdziło, że największym wyzwaniem działów IT podczas pandemii było przejście na tzw. home office prawie wszystkich pracowników. W opinii specjalistów największymi problemami związanymi z bezpieczeństwem cybernetycznym były: utrzymanie bezpiecznego zdalnego dostępu za pomocą VPN (62% respondentów), zabezpieczanie punktów końcowych i sieci domowych (52%) oraz zapobieganie atakom socjotechnicznych (47%).

Teraz – po okresie pandemii – nowa rzeczywistość przyniesie częściowy powrót pracowników do biur. 75% ankietowanych zwraca uwagę, że biura otwarte będą jedynie dla ograniczonej części pracowników. Eksperci podkreślają jednocześnie, że obecnie pracownicy pracują w domu przeciętnie 4 dni w tygodniu, co oznacza, że luki i zagrożenia związane z pracą zdalną będą utrzymywać się przez długi czas.

Choć 65% respondentów stwierdziło, że ich firma blokuje nieautoryzowane komputery PC przed dostępem do korporacyjnych sieci VPN, tylko 29% wdraża zabezpieczenia punktów końcowych na domowych komputerach pracowników, a jedynie niewiele ponad jedna trzecia przeprowadza kontrole zgodności. Co więcej, zaledwie 42% specjalistów twierdzi, że ich firma inwestuje w szkolenia z zakresu bezpieczeństwa cybernetycznego. To pokazuje, jak bardzo mogą być narażone organizacje na cyberataki piątej generacji, których celem są zdalni pracownicy pracujący z domu.

Ośmiu na dziesięciu managerów działów IT uważa, że priorytetem bezpieczeństwa w nowej rzeczywistości jest zwiększenie bezpieczeństwa i zapobieganie atakom, z powodu elastycznej pracy zdalnej. 43% respondentów stwierdziło, że planuje wdrożyć mobilne rozwiązania bezpieczeństwa, a 39% planuje konsolidację swoich zabezpieczeń, aby wyeliminować tzw. „martwe punkty”.

Dla ponad 3/4 ankietowanych największym wyzwaniem w najbliższym roku będzie wzrost ataków cybernetycznych, zwłaszcza ataków phishingowych i inżynierii społecznej. Połowa stwierdziła, że problemem są ataki na domowe punkty końcowe, a w dalszej kolejności ataki na urządzenia mobilne pracowników (33%).

– Organizacje musiały prawie z dnia na dzień zrestrukturyzować swoje sieci i zasady bezpieczeństwa, aby zareagować na pandemię Covid-19, co sprawiło, że pojawiła się nowa przestrzeń do cyberataków oraz nowe możliwości dla cyberprzestępców – powiedział Rafi Kretchmer, wiceprezes ds. marketingu produktów w Check Point Software Technologies.  – Teraz, gdy przechodzimy w nową rzeczywistość, z nowymi sposobami działania, organizacje muszą zlikwidować luki w zabezpieczeniach i zabezpieczyć swoje sieci, od domowych komputerów i telefonów komórkowych pracowników po centrum danych przedsiębiorstwa, z holistycznym podejściem, kompleksowa architektura bezpieczeństwa. Pandemia Covid-19 może zanikać, ale wywołana przez nią pandemia cyberprzestępczości pozostanie. Jednak dzięki właściwemu podejściu do bezpieczeństwa możemy zapobiec atakom powodującym powszechne szkody i zakłócenia.

Logistyka miejska oczami ekspertów

Powszechnie uważa się, że format logistyki miejskiej jest ostatnim etapem dystrybucji towarów do obszarów miejskich. Prawda jest jednak taka, że pojęcie to jest na tyle szerokie, że może stanowić pierwszy i ostatni element łańcucha dostaw.

City logistics od podstaw

Cechy charakterystyczne obiektów tego formatu to wielkość magazynu, zazwyczaj oscylująca pomiędzy 3000 a 7000 metrów kwadratowych. Charakter obiektu to zwykle stand alone lub mały park. Zazwyczaj znajduje się on maksymalnie 30 minut od centrum aglomeracji i obsługuje wyłącznie rynek lokalny, co odróżnia go od dużych centrów dystrybucyjnych i cross-docków. Obiekty city logistics przygotowane są do pracy wielu najemców jednocześnie, a standard biur jest zazwyczaj wysoki. Na rozwój tego formatu wpłynął w dużym stopniu rozwój branży e-commerce.

Dlaczego logistyka miejska?

Największą przewagę tego formatu stanowi fakt, że właściwa lokalizacja jest kluczowa w łańcuchu dostaw. Koszty transportu stanowią bowiem 50% kosztów logistyki. Rosnące oczekiwania konsumentów, co do terminowości i jakości dostawy, zwiększają nieefektywność ostatniej mili, a co za tym idzie, wpływają na wzrost kosztów związanych z transportem. Ich zmniejszenie powinno być celem każdej strategii ostatniego połączenia. Obiekty city logistics są atrakcyjne dzięki przystępnym lokalizacjom, pozwalającym na ograniczenie kosztów związanych z transportem – zaznaczył Maciej Szczepański z Cushman & Wakefield.

Największym atutem obiektów city logistics jest możliwość ograniczenia kosztów ostatniej mili. Według badań Cushman & Wakefield przeprowadzonych w Paryżu każde 10 minut średniego dystansu trasy od magazynu miejskiego skutkuje oszczędnościami nawet 1 miliona dolarów rocznie w całkowitych kosztach dostawy (źródło: TLLC Model, Cushman & Wakefield & P3 Logistics Parks).

W panelu dyskusyjnym udział wzięli zaproszeni goście: Maciej Krawiecki, Head of Leasing z firmy 7R, która w projekcie City Flex Last Mile Logistics jako pierwsza na rynku zaoferowała powierzchnię w formacie logistyki miejskiej, oraz Sebastian Danek, Dyrektor ds. Transportu w sieci marketów RTV EURO AGD, która aktywnie korzysta z tego rodzaju nieruchomości magazynowych.

Trend rozwoju magazynów miejskich na świecie obserwujemy już od kilku lat i jako pierwszy deweloper magazynowy w Polsce wprowadziliśmy w 2018 r. na rynek ofertę 7R City Flex Last Mile Logistics. Pandemia COVID-19 pokazała, że wiele firm musi przemodelować swoje łańcuchy dostaw szybciej niż planowały, aby utrzymać ciągłość operacji. Magazyny ostatniej mili, zlokalizowane blisko centrów miast, odgrywają znaczącą rolę w zachowaniu elastyczności biznesu i realizacji dostaw typu „Same Day Delivery” oraz niezachwianej dystrybucji dóbr pierwszej potrzeby. W Stanach i Wielkiej Brytanii, gdzie bardzo trudno o grunty w strefie miejskiej, deweloperzy coraz częściej decydują się na projekty brownfield, adaptujące np. centra handlowe w magazyny ostatniej mili. Widać także duży popyt wśród inwestorów na tego typu aktywa. Na przełomie roku 2019 i 2020 sprzedaliśmy kolejno trzy projekty City Flex do SEGRO European Logistics Partnership. Prognozujemy, że wielki boom na magazyny miejskie jeszcze przed nami. – zaznacza Maciej Krawiecki, Head of Leasing w 7R.

RTV EURO AGD rozwija się bardzo dynamicznie i w związku z tym inwestuje w rozbudowę infrastruktury. Szybkie, sprawne i terminowe dostawy są kluczowe w naszej branży, zwłaszcza teraz, w dobie rosnącej popularności zakupów online. Dobrze dopasowana infrastruktura magazynowa w odpowiedniej lokalizacji przekłada się na komfort i bezpieczeństwo pracy, a przede wszystkim na jakość procesów, ich elastyczność i efektywność. To bardzo ważne kwestie, bo od nich zależy wysoki poziom serwisu logistycznego zapewnianego naszym klientom – dodaje Sebastian Danek, Dyrektor ds. Transportu w RTV EURO AGD.

Skutki epidemii: Polacy chcą mieszkań z tarasem lub domu za miastem

Trendy mieszkaniowe zmieniają się bardzo dynamicznie, a wpływ epidemii widać gołym okiem. Na początku roku domu poszukiwało do 35% użytkowników najpopularniejszego portalu nieruchomościowego w Polsce, po ogłoszeniu pandemii była to już połowa. W maju zauważono też znaczne wzrosty zainteresowania w segmencie mieszkań z tarasem (+67%), mieszkań z ogrodem (+68%) i nieruchomości z balkonami (+30%). Jak zmieniły się oczekiwania Polaków dotyczące mieszkań i przestrzeni publicznej w trakcie pandemii? Czy wszyscy będziemy szukać azylu za miastem lub mieszkania z ogródkiem i balkonem?

Od około dwóch miesięcy obserwujemy zdecydowany wzrost chęci zakupu domu, która dochodzi obecnie do 45%, podczas gdy zainteresowanie kupnem mieszkania bez dodatkowej przestrzeni, takiej jak balkon, taras czy ogródek spadło do poziomu 30%. Może to oznaczać, że osoby poszukujące zdały sobie sprawę, jak istotna jest większa przestrzeń i bliższy kontakt z naturą. Znaczenie może mieć również to, co za oknem. Widok zieleni, szersza perspektywa, a może czystsze powietrze – uważa Jarosław Krawczyk z Otodom.

Świat się teraz zmienia. Zdaliśmy sobie sprawę, że jak nie ten wirus, to inny. Nie wiemy też, jak długo potrwa izolacja, dlatego potrzeba posiadania własnej przestrzeni jest bardzo silna i będzie długotrwała. W związku z tym działki, mieszkania z tarasem czy przestrzennym balkonem, domy, to te nieruchomości, którymi zainteresowanie będzie wzrastało – przyznaje Marta Rybicka z agencji badawczej IQS podczas spotkania Otodom.Live, będącego cyklem spotkań z ekspertami, omawiającymi kondycję branży nieruchomości i nie tylko w dobie pandemii.

Czy w związku ze zmianami w myśleniu Polaków, większą tendencją do przenoszenia się do domów i mieszkań z ogrodami, na obrzeżach miast, przyzwoleniem na pracę zdalną, centra miast się wyludnią?

Ciężko o tym z pełnym przekonaniem mówić na tym etapie. Musimy pamiętać o aspektach ekonomicznych, które mocno będą wpływać na plany i marzenia mieszkaniowe Polaków. Może się bowiem okazać, że ze względów finansowych się one nie ziszczą. W związku z tym zostaniemy tam, gdzie nas pandemia zastała. Ale to wcale nie jest zła opcja, bo dzięki temu będziemy w stanie zadbać o to, co wokół nas i np. zatroszczyć się o większą ilość zieleni czy ławek na własnym podwórku. To doświadczenie pandemii zmienia nasze oczekiwania względem przestrzeni, w której już żyjemy. Ingeruje ono również w poczucie małej wspólnoty, która wielokrotnie właśnie w dobie kryzysu się objawia i umacnia – dodał Filip Springer, reportażysta.

Nie zawsze wzrosty

Po wielu tygodniach wzrostów musiał przyjść moment pewnej stabilizacji. Byliśmy świadkami kilkuprocentowych spadków na giełdach i surowcach.

PKB w strefie euro

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat wzrostu PKB w strefie euro. Technicznie jest to spadek PKB, ale lata doświadczeń przyzwyczaiły nas, by parametr ten nazywać wzrostem, a nie zmianą PKB. W ciągu roku jest to redukcja o 3,1%. To delikatnie mniej niż oczekiwali analitycy, ale patrząc na dokładność prognoz na obecnym rynku można ją określić jako zgodną z oczekiwaniami. Przed tymi danymi euro słabło względem dolara, jednak po ich opublikowaniu zaczęło od razu odrabiać te straty.

Korekta na rynkach

Po wielu dniach wzrostów na rynkach giełdowych i surowcowych przyszedł czas na korektę. W dół poszły zarówno główne indeksy giełdowe jak i surowce. Niemiecki DAX zaliczył dzisiaj 2% spadek. Podobnie zachował się francuski CAC. Mniejsze spadki widzieliśmy na polskim WIG-u, aczkolwiek polski parkiet wolniej odbijał się po marcowym spadku, niż główne europejskie parkiety. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku surowców. Ropa naftowa od wczorajszego szczytu z 43 dolarów spadła do 40 dolarów za baryłkę.

Co ze stopami procentowymi w Polsce?

Wraca temat kolejnych obniżek stóp procentowych w Polsce. Zdaniem części analityków lipcowe posiedzenie, jeżeli sytuacja gospodarcza się nie poprawi, może być początkiem eksperymentu z ujemnymi stopami procentowymi w Polsce. Taka decyzja spowodowałaby prawdopodobnie negatywny bodziec dla kursu złotego względem walut obcych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Postępująca suburbanizacja może przyczynić się do rozwoju zielonej energii

Obecnie w Polsce mamy do czynienia z największą w historii falą przesiedlania się mieszkańców miast na tereny podmiejskie[1]. Efekty tego zjawiska można mnożyć – zarówno te negatywne, jak i pozytywne. Jednakże w dobie suszy i nacisków Unii Europejskiej na zieloną transformację energetyczną, można dostrzec nową szansę na ekologiczną produkcję prądu. Jest nią współpraca nowych mieszkańców terenów podmiejskich oraz rolników i hodowców, którzy zamieszkują te tereny od wielu lat. Wydawać by się mogło, że energetyka nie jest domeną gospodarstw rolnych, a korzyści dla nowych domów rodzinnych nie są oczywiste. Jednakże istnieje rozwiązanie, które usprawni symbiozę tych dwóch grup społecznych i może zauważalnie zmniejszyć emisje CO2. Rozwiązaniem, o którym mowa są biogazownie rolnicze.

Sytuację skomentowała Anita Bednarek, kierownik ds. Energii w Goodvalley, podczas Webinarium BMP: Własne Źródła Energii„Biogazownie zazwyczaj są instalacjami kogeneracyjnymi, czyli wytwarzają równocześnie prąd i energię cieplną. Na ten moment w 8 biogazowniach Goodvalley o mocy 7,4 MWe wytwarzamy rocznie ok. 54 GWh energii elektrycznej, co wystarczyłoby do zaopatrzenia ok. 17.000 gospodarstw domowych.” Zaopatrzenie takiej ilości domów wymaga jednak stworzenia odpowiedniej sieci dystrybucyjnej. Jednakże, tego typu inwestycje przynoszą wymierne korzyści – szczególnie dla środowiska. „Dzięki biogazowniom udało nam się zredukować w 2019 r. ok. 250.000 ton emisje CO2. Odpowiada to rocznej emisji spalin z ponad 80.000 samochodów osobowych. Na ten moment jest to jedynie przewidywanie przyszłości, ale jeśli doszłoby do sytuacji, w której rolnicy współpracowaliby w tym zakresie z mieszkańcami peryferii miast, to doszłoby do rewolucji w obszarze Odnawialnych Źródeł Energii. W tym aspekcie mogą być pomocne w sposób szczególny przepisy dot. spółdzielni lub klastrów energetycznych, których działalność mogłaby znacząco zoptymalizować ten model współpracy z korzyścią dla obu stron ” – dodaje ekspertka.

Kwestią, która budzi obawy lokalnych społeczności w kontekście biogazowni jest obawa o nieprzyjemny zapach, który może wydzielać się w procesie fermentacji w biogazowniach. Z drugiej strony rozwój technologii zagwarantował nowe rozwiązania, które zmieniają sytuację. „Biogazownie są szczelnie zamkniętymi instalacjami, a dzięki procesowi odgazowania wykorzystywanej w nich biomasy dochodzi do znaczącej redukcji zapachów towarzyszących nawozom odzwierzęcym i innym produktom odpadowym. Mówi się, że dzięki biogazowniom odór jest redukowany o ok. 80%. Dzięki temu woń przefermentowanej biomasy, stosowanej na polach jako nawóz organiczny, jest mniej uciążliwa niż zapach surowych substratów z produkcji rolnej lub z przetwórstwa rolno-spożywczego. Dodatkowo, biogazownie są z reguły budowane w znacznej odległości od miejsc zamieszkania. Naszym zadaniem jest teraz przekonanie obu grup społecznych do współpracy, a także doprowadzenie do ustabilizowania systemu wsparcia OZE, ponieważ w przeciągu ostatnich lat był on bardzo zmienny. Warto dodać, że biogazownie nie są najtańszym źródłem energii, przede wszystkim z uwagi na rozbudowaną technologię, jednakże zalety ich funkcjonowania są tak duże, że prędzej czy później musi to zostać dostrzeżone i przełożyć się na efekt ekologiczny.” – podsumowuje Anita Bednarek.

[1] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/inne-opracowania/inne-opracowania-zbiorcze/atlas-demograficzny-polski,28,1.html

Tavex uruchomił szybkie przekazy na Ukrainę

Firma Tavex od maja tego roku uruchomiła przelewy pieniężne do naszego wschodniego sąsiada. Ukraina jest ósmym krajem, do którego doręczana jest gotówka w ramach usługi TavexWise. Wcześniej z Polski możliwe były przekazy do Bułgarii, Danii, Finlandii, Norwegii, Szwecji oraz do Estonii i Łotwy.

Tavex oferuje przekazywanie środków pieniężnych w swoim oddziale oraz ich odbiór w dowolnej filii PrivatBanku na Ukrainie. Możliwe jest również wysłanie gotówki na kartę. Ponadto, za pośrednictwem rozwiązań Spółki można dokonać transakcji wymiany ponad 50 walut. Co jest dużym udogodnieniem zarówno dla klientów indywidualnych, jak i dla firm.

Rozwiązanie TavexWise z powodzeniem konkuruje z tradycyjnymi systemami bankowym. Pozwala na proste i szybkie – nawet w ciągu 5 minut – przekazanie gotówki do innego kraju. Jest to możliwe dzięki zastosowaniu nowoczesnej, wewnętrznej sieci informatycznej.

Usługa TavexWise została zaprojektowana z myślą o osobach i organizacjach, które chcą w możliwe jak najkrótszym czasie przekazać środki pieniężne za granicę bez ponoszenia wysokich opłat. Przy czym cenią sobie jakość obsługi, indywidualne podejście do klienta oraz doświadczenie – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Uruchomienie przekazów na Ukrainę to krok w stronę rozszerzania naszego zasięgu o kolejne rynki. Jest to także udogodnienie dla kilkuset tysięcy obywateli tego kraju, którzy na co dzień pracują w Polsce, ale swoje zarobki przesyłają do ojczyzny – dodaje.

Pośrednicy finansowi w dobie koronawirusa, czyli o wpływie pandemii COVID-19 na branżę pośrednictwa finansowego

Ekonomiści i eksperci rynku finansowego prześcigają się w tworzeniu analiz mówiących o tym, jakie skutki w dłuższej perspektywie czasowej będzie mieć dla biznesu i konsumentów w Polsce kryzys związany z pandemią COVID-19. Jedni optymistycznie przekonują, że przedsiębiorcy szybko nadrobią straty. Z kolei inni są zdania, że czeka nas kilkuletnia recesja. Kto ma rację? Czas pokaże. To, co jest pewne – część firm działających w branżach (m.in. gastronomia, transport, turystyka), które z powodu obostrzeń ucierpiały najbardziej, nie powróci już na rynek. Wzrost bezrobocia w Polsce także jest już faktem. Jak na te kwestie patrzą podmioty z branży pośrednictwa finansowego, które mają bezpośredni wgląd w sytuację finansową, zarówno sektora B2B, jak i B2C? Czy ostatnie tygodnie zmieniły sposób funkcjonowania pośredników finansowych, z usług których korzysta wielu Polaków. Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajduje się
w komentarzu Związku Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF).

Wpływ kryzysu na branżę pośrednictwa finansowego: nie jest źle, gorsze czasy dopiero przed nami

W branży pośrednictwa finansowego, tak jak w innych sektorach, rzeczywiste skutki kryzysu wywołanego pandemią COVID-19 będzie można dopiero poznać za kilka tygodni, może miesięcy. Jednak spadek napływu nowych wniosków kredytowych w biurach pośredników jest faktem. Ta tendencja zdecydowanie przybierze na sile w II i III kwartale.

– W związku z tym, że wybuch pandemii COVID-19 miał miejsce pod koniec I kwartału, nie miała ona jeszcze odzwierciedlenia w wynikach sprzedażowych ZFPF w tym okresie. Wartość kredytów hipotecznych, udzielonych z pomocą ekspertów finansowych ZFPF, była bardzo wysoka i wynosiła 8,2 mld zł. To drugi najwyższy wynik w historii (po III kw. 2019 r.), ale jednocześnie trzeba przyznać, że na jego powtórzenie będziemy musieli długo czekać, bo z pewnością w II kwartale ten wynik będzie zdecydowanie niższy. Z kolei tendencje spadkowe obserwujemy już od marca w pozostałych kategoriach – kredytach gotówkowych (spadek o 12 proc. kw./kw.) i firmowych (spadek o 14 proc. r/r).

Z jednej strony jest to wynik działania banków – te obawiając się spowolnienia gospodarczego, już wcześniej zaostrzały kryteria, na podstawie których udzielają kredytów. Z drugiej, sytuacja kryzysowa związana z koronawirusem skłoniła banki do jeszcze „agresywniejszej” polityki względem klientów. Ograniczona została m.in. dostępność do kredytów dla tych firm, których przyszłość w związku z obecnym kryzysem według banków jest niepewna. W przypadku kredytów gotówkowych, konsumentów oprócz nowych, surowszych kryteriów czekały również ograniczenia w postaci przepisów nakazujących zwrot części prowizji w przypadku przedterminowej spłaty pożyczki. Dlatego trzeba przyznać, że wartość finansowania udzielonego przy wsparciu naszych ekspertów we wszystkich kategoriach sprzedażowych w kolejnym kwartale będzie znacznie niższa. To, jaki będzie to spadek, w dużej mierze zależeć będzie od tego, jak długo jeszcze potrwa kryzys i jakie kroki będą dalej podejmowane przez banki – zauważa Adrian Jarosz, Prezes ZFPF, Expander Advisors.

Pośrednik w Twoim salonie i kuchni, czyli zdalna obsługa klientów

Przymusowa izolacja i inne obostrzenia wprowadzone w naszym kraju w związku z kryzysem, ograniczyły klientom fizyczny dostęp do pośredników. Ci jednak wychodząc naprzeciw aktualnym potrzebom, przeszli na zdalną formę kontaktu z klientami.

– Dzięki rozwojowi nowoczesnych technologii i coraz powszechniejszemu dostępowi do Internetu, także w urządzeniach mobilnych, coraz więcej spraw związanych z finansami osobistymi i nie tylko, możemy załatwić online, bez wychodzenia z domu. W związku z tym firmy zrzeszone w ZFPF, nie miały problemów, by przejść na zdalną formę kontaktu z klientami, np. poprzez wideorozmowy, chociaż wiemy, że klienci cenią sobie osobisty kontakt z naszymi ekspertami. Do biur pośredników finansowych przychodzą po wiedzę, po konkretną pomoc, często po to, czego nie znaleźli w Internecie. Ale nowa rzeczywistość, w której się wszyscy znaleźliśmy, wymusiła na nas nowe podejście do obsługi klientów i trzeba przyznać, że ten egzamin zdaliśmy na 5 – komentuje Adrian Jarosz, Prezes ZFPF, Expander Advisors. To bardzo ważna wiadomość dla wszystkich osób, które aktualnie chcą skorzystać ze wsparcia pośredników finansowych, bowiem w świetle zaostrzania kryteriów kredytowych bez banki, ich wiedza może okazać się niezbędna. – Weźmy, chociażby pod uwagę kwestię starania się o kredyt mieszkaniowy. Eksperci finansowi wiedzą, w których bankach wciąż można uzyskać kredyt hipoteczny z 10 proc. wkładem własnym. Ich doświadczenie pozwala również podpowiedzieć, który bank udzieli finansowania osobie pracującej w określonej branży – dodaje Adrian Jarosz.

Wszystkie firmy członkowskie ZFPF już na wczesnym etapie rozwoju sytuacji przeszły na tę nową, zdalną formę kontaktu z klientami, co wymagało wdrożenia odpowiednich rozwiązań IT i poniesienia dodatkowych nakładów finansowych, co warto zaznaczyć. Dla podmiotów, które do tej pory nie wykorzystywały w codziennej pracy na szeroką skalę narzędzi do pracy zdalnej czy prowadzenia kontaktów online, było to nie lada wyzwaniem.

Kwestie wymagające osobistej wizyty klienta w biurze pośrednika, takie jak np. podpis dokumentów aplikacyjnych dla banku (w przypadku kredytu hipotecznego ta konieczność została ograniczona tylko do jednego bezpośredniego spotkania z ekspertem, w celu podpisania wniosku kredytowego), były załatwianie przy zachowaniu koniecznych względów bezpieczeństwa. W oddziałach firm pośrednictwa finansowego zostały wprowadzone środki ostrożności, by ograniczyć do minimum potencjalne rozprzestrzenianie się koronawirusa, oraz, by klienci odwiedzający pośredników czuli się bezpiecznie.

Priorytet: zachować ciągłość biznesową

W związku z tym, że niektóre firmy przeszły na zdalną formę kontaktu z klientami nawet w 50-70 proc., ograniczone zostało funkcjonowanie fizycznych placówek pośredników finansowych.

Możemy być dumni z tego, że najbardziej kryzysowym okresie wszyscy członkowie ZFPF zachowali ciągłość biznesową, a nowa organizacja pracy nie wpłynęła negatywnie na klientów. Ci przez cały czas mieli dostęp do fachowych porad i oferty pośredników. Wymagało to wiele poświęceń i dodatkowego nakładu pracy od naszych firm członkowskich. Aby zapewnić ciągłość obsługi klientów, każda z nich musiała w stosunkowo krótkim czasie przestawić się na nowy sposób funkcjonowania. Większość zespołów pracowała zdalnie. Ze względów bezpieczeństwa w oddziałach ograniczono liczbę pośredników pracujących jednocześnie na jednej zmianie. Doszły również nowe obowiązki w postaci informowania klientów o bieżącej sytuacji i przestrzegania zasadach bezpieczeństwa podczas fizycznego kontaktu z ekspertem finansowym. Praca w takich niecodziennych, stresujących warunkach może być demotywująca, ale jeżeli chodzi o pośredników finansowych, te okoliczności nie wpłynęły na jakość obsługi klientów – dodaje Adrian Jarosz, Prezes ZFPF, Expander Advisors.

Pośrednicy finansowi liczą na wsparcie banków…

Przyszła sytuacja branży pośrednictwa finansowego, to, czy popyt na usługi ekspertów finansowych utrzyma się w kolejnych kwartałach na pożądanym poziomie, w dużej mierze zależy od tego, jakie kroki będą podejmować banki. Wyzwaniem dla branży pośrednictwa finansowego będzie podejście banków do finansowania klientów w długiej perspektywie i to, czy banki będą w dalszym ciągu zaostrzać kryteria przyznawania kredytów. Kwestią, która bezpośrednio wpływa na sytuację pośredników finansowych, jest przyznawalność kredytów dla podmiotów z tzw. branż wykluczonych (te, które w największym stopniu zostały dotknięte kryzysem) i większa ilość decyzji negatywnych. Oferty banków i wytyczne procesowe znacznie się zmieniły w ostatnich tygodniach. Dotyczy to nie tylko kredytów gotówkowych i firmowych. Kolejnym grupom klientów jest coraz trudniej otrzymać również kredyt hipoteczny. Niestety, obecna nieprzewidywalność finalnych decyzji kredytowych to spory problem – przyznaje Dominik Skrzycki, Wiceprezes Zarządu ZFPF, mFinanse: 

Kwietniowy Newsletter Kredytowy BIK pokazuje, w jakim kierunku zmierzają te tendencje. W kwietniu 2020 r., w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku, banki i SKOK-i udzieliły mniej wszystkich rodzajów produktów kredytowych zarówno w ujęciu wartościowym, jak i liczbowym. W ujęciu liczbowym banki przyznały o 48% mniej kredytów konsumpcyjnych i o 23% mniej kredytów mieszkaniowych. W przypadku kredytów konsumpcyjnych wartość finansowania przyznanego w kwietniu 2020 r. była niższa o 62%, a kredytów mieszkaniowych o 14,6%. Ta tendencja spadkowa nie jest również bez wpływu na pośredników finansowych.

Eksperci finansowi wymieniają również zmiany, jakich dokonać mogłyby banki w obszarze obsługi klientów i formalnej strony starania się o kredyt, co przyniosłoby korzyść nie tylko samym klientom, ale również usprawniłoby pracę ekspertów finansowych. Chodzi m.in. o rozszerzenie przez banki możliwości zdalnej obsługi klientów przez pośredników, usprawnienie procesów sprzedażowych poprzez akceptację podpisów zaufanych/kwalifikowanych na części niezbędnych dokumentów (zaświadczenia o zarobkach, poświadczenia notarialne, itp.).

… i na pomoc rządową dla konsumentów oraz biznesu

Kryzys finansowy wywołany COVID-19 nie sprawił, że konsumenci udali się do pośredników czy banków po dodatkowy zastrzyk pieniędzy. Oczywiście, te osoby, które utraciły znaczną część dochodów lub pracę, musiały się zadłużyć, ale główną reakcją konsumentów jest teraz czekanie i obserwacja sytuacji. Firmy także wstrzymały planowane inwestycje, które miały być sfinansowane poprzez kredyt, bo
z niepewnością patrzą w przyszłość. Przedsiębiorcy w obecnej sytuacji nie chcą brać na siebie zobowiązań, których nie będą mogli spłacić. Jak zaznacza Dominik Skrzycki, konsumenci pracujący w firmach, których kryzys finansowy nie dotkną lub są nikłe szanse, że tak się stanie w przyszłości, nie obawiają się o utratę pracy, więc aktualnie dysponują siłą nabywczą. Jednak obecna sytuacja ogólnie nie zachęca do zadłużania się, co nie jest bez wpływu na branżę pośrednictwa finansowego.

Chociaż w tym przypadku nie można podać dokładnych szacunków, to jednak kryzys wywołany COVID-19 sprawił, że do naszych biur nie trafiła pewna grupa klientów, która wcześniej była zainteresowana uzyskaniem finansowania i prawdopodobne jest to, że tych „strat” już nie odrobimy. W podobnej sytuacji jest wiele firm. Dlatego tak ważna jest odpowiednia reakcja i pomoc ze strony Państwa. Wsparcie biznesu, wdrożenie rozwiązań, które pozwolą firmom zachować ciągłość biznesową i ochronić miejsca pracy sprawi, że poprawi się również sytuacja konsumentów. Jeżeli ci utrzymają płynność finansową i/lub odzyskają poczucie bezpieczeństwa finansowego, trafią również do naszych biur, zainteresowani uzyskaniem kredytu, który pozwoli im zrealizować przyszłe plany – mówi Dominik Skrzycki, Wiceprezes Zarządu ZFPF, mFinanse.

Polska Grupa Supermarketów o koncepcji Krajowej Grupy Spożywczej i tworzeniu polskiej sieci handlowej

Minister Ardanowski, w wywiadzie dla Naszego Dziennika, wskazał, że Państwo nie może pozostawić niewidzialnej ręce rynku decydowania o produkcji żywności i bezpieczeństwa żywnościowego. Polska Grupa Supermarketów, w świetle tych doniesień, zwraca uwagę, że rynek jest już częściowo uregulowany zarówno przez państwo, jak i podmioty na nim konkurujące.

Odnosząc się do słów szefa resortu rolnictwa, Polska Grupa Supermarketów zrzeszająca polskich przedsiębiorców drobnego handlu, zwraca uwagę, że nadmierne działania regulacyjne mogą dać rezultaty wprost przeciwne do oczekiwanych, osłabiając polską branżę handlową.

PGS zwraca uwagę, że konieczne jest przede wszystkim wsparcie dla licznych polskich przedsiębiorców działających w branży spożywczej, którzy na co dzień współpracują z rolnikami i polskimi dostawcami oferując ich produkty w swoich placówkach.

– Zgadzamy się, że rynku nie można pozostawić jego „niewidzialnej ręce” – mówi Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów. – Uważamy jednak, że konieczne jest całościowe spojrzenie na dane zagadnienie. Tworzenie konkurencji w postaci państwowej sieci handlowej może wesprzeć jeden obszar rynku, jednocześnie tworząc problemy gdzie indziej. Są inne mechanizmy regulacyjne, które mogą zadziałać bardziej kompleksowo.

Przedstawiciele Grupy podkreślają, że to właśnie PGS od wielu lat stara się wspierać polską branżę spożywczą dzięki bezpośredniej współpracy między przedsiębiorcami, lokalnymi dostawcami oraz rolnikami. Zadanie to jest o tyle trudne, że liczni handlowcy zrzeszeni w PGS muszą konkurować z potężnymi zagranicznymi sieciami. Nie zmienia to jednak faktu, że Polska Grupa Supermarketów stanowi coraz większą równowagę dla zagranicznych sieci, promując jednocześnie polskie marki i inwestując w rozwój własnych (O… Dobre. Pewne. Twoje!, Spiżarnia Dworska czy Włącz BIO), opartych o polskich dostawców żywności.

Chwilowa zmiana, trwałe efekty, czyli świat po COVID-19

96% specjalistów IT twierdzi, że pandemia COVID-19 zmieniła ich sposób myślenia, nie tylko o technologii, pozostałe 4% to niemal granica błędu pomiarowego. Taki jest najważniejszy wniosek z raportu Yellowbrick, który analizuje wpływ koronawirusa na przemysł IT. To jak krucha jest nasza cywilizacja, jak delikatne jest ludzkie życie i jak mocno jesteśmy ze sobą związani to tylko niektóre ze zmian, jakie uświadomili sobie specjaliści sektora technologicznego. Ludzkość po chwilowej pauzie wraca do życia, jednak nie jest to rzeczywistość, jaką znają.

Nikt nie ma już chyba najmniejszych wątpliwości, że COVID-19 wpłynął na wszystkie sfery funkcjonowania człowieka. Na szczęście wiele wskazuje na to, że ten dramatyczny okres w historii ludzkości powoli się kończy. Na całym świecie firmy i szkoły szybko przeszły na model współpracy zdalnej i e-learning. Wiele przedsiębiorstw zostało zamkniętych, niektóre tymczasowo, inne zaś na zawsze. Również miliony miejsc pracy było zagrożonych, a niestety w licznych przypadkach i utraconych. Firmy, które oparły się pandemii, ale nie były w stanie prowadzić przez ten czas swojej działalności, popadły w niemałe trudności finansowe i są zmuszone realizować politykę cięć budżetowych.

A jednak, jak wynika z podsumowania raportu Yellowbrick, który opracowano na podstawie wypowiedzi ponad 1000 menedżerów i kadry kierowniczej branży IT, rynek technologii, nie odkrył przed nami wszystkich kart. Wbrew temu, czego się spodziewano, mimo niesprzyjających wyzwań ekonomicznych, jakie zostawił za sobą pandemiczny wirus COVID-19, prawie 38% przedsiębiorstw utrzymało swoje budżety IT na niezmienionym poziomie lub nawet je zwiększyło. – Firmy niechętnie obcinają dziś wydatki na inwestycje w technologię. I nie ma w tym dziwnego, biorąc pod uwagę, że odpowiada ona przede wszystkim za efektywne dysponowanie budżetem. – tłumaczy Piotr Prajsnar, prezes Cloud Technologies do której należy jedna z największych na świecie hurtowni danych i dodaje: – Czasem nie chodzi o to co możemy zyskać, a o to, co tracimy. Doskonałym przykładem są tu technologie marketingowe, które optymalizują wydatki reklamowe przedsiębiorstw, wykorzystując np. analizę big data.

Kurs na zmiany

Globalny lockdown i dystansowanie społeczne, zmieniły nie tylko to, jak pracujemy, żyjemy, ale nawet to, jak i co myślimy. 96% specjalistów IT, biorących udział w badaniu Yellowbrick przyznaje, że COVID-19 zmienił ich sposób dedukowania. 63,8% uważa, że ​​potrzebujemy lepiej skoordynowanej światowej reakcji na pandemię. 50,3% zaczęło zdawać sobie sprawę z delikatności życia ludzkiego, 47,9% skutecznie zrozumiało, jak bardzo jesteśmy ze sobą powiązani, a blisko tyle samo (46,6%) respondentów przekonało się o kruchości cywilizacji.

Ta sytuacja przypomniała nam, jak delikatne jest wszystko, co zbudowaliśmy w obliczu globalnego zagrożenia. Po tej lekcji, przedsiębiorstwa śmielej stawiają na rozwiązania IT, które pozwolą im działać w sytuacji, gdyby w przyszłości podobne okoliczności miałyby powrócić. Praca zdalna i oprogramowanie udostępniane przez sieć to główne zmiany, jakie wdraża ostrożny biznes. – mówi Marcin Filipowicz, wiceprezes Audience Network specjalizującej się w data consultingu.

Aplikacje do zdalnej obsługi kampanii reklamowych w sieci – DMP, systemy do zarządzania siecią kontaktów, czyli popularne CRMy, a nawet pakiety biurowe, jak Google Docs to tylko niektóre z technologii, które udostępniane przez sieć, będą skutecznie wspierać biznes w najbliższych latach. Jak przewiduje firma analityczna Technavio, która monitoruje sektor oprogramowania jako usługi (SaaS), rynek będzie cechował się średnią roczną dynamiką wzrostu na poziomie około 10% w latach 2019-2023.

36 lat temu amerykański producent sprzętu, zaprezentował podczas finału Super Bowl, swoją kultową reklamę komputera stacjonarnego, która kończyła się słowami: 24 stycznia Apple Computer zaprezentuje Macintosha. I zobaczycie, dlaczego rok 1984 nie będzie taki jak Rok 1984. Dziś, wszystko wskazuje na to, że takim przełomowym okresem dla ludzkości jest 2020. Po nim nic już nie będzie takie jak niegdyś. Przeszło 95% respondentów badania Yellowbrick przyznało, że w ich opinii ​​COVID-19 uczynił życie bardziej skoncentrowanym na technologii niż kiedykolwiek wcześniej.

Zmiana Rekomendacji S i nowe programy gwarancyjne pobudzą rynek kredytów hipotecznych

Pandemia koronawirusa skutecznie uderzyła w gospodarki wielu państw. Kryzys nie ominął też naszego kraju. Rząd uruchomia kolejne odsłony tarczy antykryzysowej, RPP obniża stopy procentowe do rekordowo niskich poziomów, co ma m.in. pobudzić rynek kredytowy. W kwietniu br. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało o ponad 1/3 osób mniej niż przed rokiem. W tym miesiącu spadła też ilość oddanych mieszkań do użytku. Finansowanie zakupu pierwszego mieszkania kredytem hipotecznym jest nadal drogie, głównie ze względu na wkład własny, który dziś wynosi minimum 20 proc. wartości nieruchomości.

Po otrzymaniu pomocy przez polski biznes, nadszedł czas na wsparcie akcji kredytowej i umocnienie jednego z filarów gospodarki, którym jest rynek mieszkaniowy. Jednym z kroków do wsparcia rynku mieszkaniowego, jest zmiana polityki ostrożnościowej, która dziś nie bierze pod uwagę uwarunkowań związanych z kryzysem. Zmianie powinny ulec zapisy w Rekomendacji S KNF, zmniejszające wkład własny do 5-10 proc. Istnieje też konieczność wprowadzenia nowego programu gwarancji BGK. Na złagodzeniu polityki kredytowej, skorzystałoby ok. miliona Polaków, dla których własne M jest dziś ze względu na wysokie koszty związane z wkładem własnym, praktycznie niemożliwym do osiągnięcia celem. Rekomendacje w tym zakresie oraz argumentacja, zawarte zostały w najnowszym raporcie Think Tank HRE, sporządzonym przy współpracy z Pracodawcami RP.

Trzeba myśleć perspektywicznie

Kolejne odsłony tarczy antykryzysowej, miliardy złotych wydawane na osłonę polskich przedsiębiorstw, przedsiębiorców i gospodarki oraz decyzje o obniżce stóp procentowych do rekordowo niskich poziomów to działania, które mają złagodzić skutki kryzysu, który dotknął Polaków, i pobudzić polską gospodarkę. Jednym z jej podstawowych filarów jest budownictwo i związane z nim finansowanie zakupu nieruchomości.

– Z obliczeń Think Tanku HRE oraz Banku Światowego wynika, że w Polsce wciąż brakuje ok. 2,1 mln mieszkań. Kondycja sektora budownictwa mieszkaniowego w dobie pandemii na tle innych sektorów nie jest zła, ale mimo to potrzebne są rozwiązania systemowe. Z jednej strony pozwolą na kontynuację trendu zwyżkowego w sektorze. Z drugiej dadzą milionom Polaków łatwiejszy dostęp do kredytów hipotecznych i własnego mieszkania – mówi Andrzej Malinowski, Prezydent Pracodawców RP.

Zmiany pobudzą rynek kredytów hipotecznych

W obecnej sytuacji, biorąc pod uwagę znaczenie rynku budownictwa mieszkaniowego i jego efekty mnożnikowe, ale również stan budżetu państwa i stabilność systemu finansowego, przedstawiciele branży proponują wprowadzenie zmian legislacyjnych o charakterze antycyklicznym i antykryzysowym. Jednym z głównych postulatów jest obniżenie przez KNF wkładu własnego dla kredytobiorców dokonujących zakupu pierwszego mieszkania do 10 proc. na czas określony w czasie kryzysowym, np. na okres roku. Obecna rekomendacja przewiduje, że minimalny wkład własny wynosi 20 proc., i może być obniżony do 5- 10 proc., jeśli 10 proc. jest objęte ubezpieczeniem rynkowym.

 Naszym zdaniem 5- 10 proc. wkładu własnego potrzebnego do uzyskania kredytu hipotecznego, to poziom bezpieczny i osiągalny dla kredytobiorców, którzy chcą w najbliższej przyszłości zaciągnąć zobowiązanie kredytowe na pierwsze M. W związku z tym proponujemy zmianę w zapisach w rekomendacji S KNF oraz wprowadzenie programu gwarancji BGK. Dzięki tym rozwiązaniom banki zminimalizują swoje ryzyko, będą mogły udzielać finansowania, a kredytobiorcy nie będą musieli wykładać tak dużych kwot jak dotychczas, by otrzymać kredyt hipoteczny na własne mieszkanie – mówi Michał Cebula, Prezes Zarządu Think Thank HRE.

Aktualnie rynek budownictwa mieszkaniowego jest odpowiedzialny, w sposób pośredni i bezpośredni, za około 8,6 proc. polskiego PKB. Z powodu swojej wielkości oraz znaczenia dla gospodarki, tak rynek budownictwa mieszkaniowego, jak i jego finansowanie, są istotne dla stabilności systemu finansowego oraz dla polityki wychodzenia z kryzysu.

– Obecne polskie normy ostrożnościowe KNF dotyczące kredytów hipotecznych, nie biorą pod uwagę faz cyklu koniunktury i te same rekomendacje stosuje się w czasie dobrej koniunktury i w czasie kryzysu. Sytuacja ta wymaga zmiany, na wzór rynków zagranicznych. Ich doświadczenia pokazują, że rozwiązania muszą uwzględniać bieżącą sytuację rynkową. Jeśli banki będą posiadały gwarancję z instytucji publicznej, to łatwiej im będzie podjąć decyzję o udzieleniu kredytów. Klient, który zaciąga kredyt na własne, pierwsze M jest, co pokazują statystyki, kredytobiorcą solidnym i odpowiedzialnym, a więc z punktu widzenia banków wiarygodnym i bezpiecznym – dodaje Michał Cebula.

Warto korzystać z dobrych wzorców

W licznych krajach, m.in. w Niemczech, we Włoszech czy na Cyprze, wprowadzono daleko idące, antycykliczne, antykryzysowe instrumenty, mające na celu utrzymanie popytu na kredyt hipoteczny. Wielu nadzorców nad rynkami finansowymi na świecie wprowadziło takie działania, jak m.in. obniżenie wkładu własnego czy skup listów zastawnych. Instrumenty te często są wprowadzane na czas określony, np. 12 miesięcy. Skuteczność ich wsparcia dla branży podczas kryzysów jest istotna, gdyż nawet jeżeli okazują się niewystarczające dla utrzymania akcji kredytu hipotecznego na poziomie przedkryzysowym, znacząco osłabiają spodziewany i zauważalny regres w tym obszarze.

Rozwiązania stosowane w innych krajach prowadzą do uwolnienia dostępnych na rynku kapitałów (a więc narzędzi nastawionych na elastyczne podejście do wag ryzyka czy warunków tworzenia rezerw) oraz do utrzymania popytu na kredyt hipoteczny ze strony mniej ryzykownych kredytobiorców. Elastyczność i adekwatność stosowanych za granicą instrumentów znajduje się w opozycji do Rekomendacji S, czyli polskich norm ostrożnościowych dotyczących kredytów hipotecznych, wydanych przez KNF. Te zdają się niewystarczające w dobie osłabionej koniunktury.

Kredytowe zmagania Polaków w dobie pandemii

Trudna sytuacja finansowa zmusiła wielu Polaków do bardziej oszczędnego podejścia do swoich finansów. BIK notuje spadki liczby zapytań o kredyty hipoteczne o 1/4 w porównaniu z rokiem ubiegłym. Okoliczności nie ułatwiają też obostrzenia bankowe i zwiększony odsetek decyzji negatywnych (z ok. 5% do 23%). Wielu zrewidowało plany mieszkaniowe na najbliższy czas i wstrzymuje się z zaciągnięciem kredytu hipotecznego. Inni  myślą o odroczeniu spłat. W jaki sposób negocjować z bankiem, jak poradzić sobie w trudnej sytuacji, czy ciężko jest dostać teraz kredyt hipoteczny?

Dwa tygodnie temu BIK ogłosił spadek liczby wniosków kredytowych. Jak podkreślał prof. nadzw. dr hab. Waldemar Rogowski podczas spotkania Otodom.Live, w ostatnich dwóch tygodniach notowane są jednak niewielkie wzrosty zapytań kredytowych w BIK. – Patrząc na ten sam okres w zeszłym roku, mamy spadek w liczbie zapytań o 1/4 . Więc widzimy wyraźnie, że banki przeszły na konserwatywną politykę kredytową, która charakteryzuje się niższym poziomem dostępności kredytu. Można powiedzieć, że marzec “jechał” jeszcze siłą rozpędu, kwiecień i maj notowane są z 15-20% spadkami w liczbie składanych wniosków kredytowych – dodaje Rogowski.

Jak wynika z wniosków wyciągniętych podczas Otodom.Live, będącego cyklem spotkań z ekspertami, omawiającymi m. in. kondycję branży nieruchomości w dobie pandemii, wpływ mają na to obawy rodaków i restrykcje banków.

Odsetek decyzji negatywnych wzrósł z ok. 5% do 23%. Podwyższenie wkładu własnego (czasem nawet do 35%) to nie jedyny problem. Inny to bardziej konserwatywne jest podejście banków do pewnych źródeł dochodu. Problem mogą mieć jednoosobowe działalności gospodarcze, podobnie jak osoby zatrudnione na zasadzie umów zlecenie i umów o dzieło. Istnieje grupa zawodów wykluczonych z udzielania finansowania hipotecznego – powiedział Paweł Komar z Notus Finanse.

Mimo tego, nastroje konsumenckie z dnia na dzień poprawiają się, a Polacy coraz odważniej myślą o zakupie czy sprzedaży nieruchomości.

Coraz więcej osób deklaruje, że pandemia koronawirusa nie wpłynie ostatecznie na realizację ich planów mieszkaniowych. Dla przypomnienia, miesiąc temu 75% kupujących i 70% sprzedających było zdania, że koronawirus wpłynie na ich plany mieszkaniowe. W pierwszej z grup odsetek ten spadł o 8%, w drugiej – o 9%. Jednocześnie 34% (wcześniej 25%) kupujących i 38% (wcześniej 30%) sprzedających deklaruje, że koronawirus nie wpłynie na ich decyzje związane z przeprowadzeniem transakcji – podkreśla Jarosław Krawczyk z Otodom.

________

Program #ZdalnyAgent skierowany jest do pośredników i deweloperów, natomiast cykl Otodom.Live do klientów końcowych, czyli nabywców i wynajmujących. Live’y poruszają kwestie związane z rynkiem nieruchomości w dobie pandemii i nie tylko. Od marca do początku czerwca przeprowadzono blisko 30 spotkań z udziałem ekspertów w branży. Wszystkie transmitowane są na Facebooku – w każdy wtorek o godz. 10:00 na stronie Otodom, a w każdy czwartek o 10:00 na zamkniętej grupie Akademia Rozwoju Agenta, dedykowanej pośrednikom, z tematyką bardziej dostosowaną do ich potrzeb.

Dwa oblicza kryzysu: analogowy i cyfrowy

Digitalizacja w Polsce w ostatnich latach przyśpieszyła – co do tego nie ma wątpliwości. Potwierdzeniem jest fakt, że z systemów klasy ERP w segmencie średnich firm korzysta już ponad połowa przedsiębiorców. Czy tej grupie, która zawczasu zainwestowała w digitalizację, łatwiej było przejść przez kryzys? Czy złotówki wydane w zaawansowane IT pomogły obronić biznes i stać się dla niego tarczą antykryzysową? Zajrzyjmy do wnętrza dwóch firm: cyfrowej
i analogowej.

Z raportów Eurostatu wynika, że prawie co trzecia firma w Polsce posiada system klasy ERP. Mimo, że coraz mniej brakuje nam zarówno do średniej dla całej UE (36%), jak i sąsiedniej Słowacji (31%) i Czech (38%), to nadal jesteśmy w unijnym ogonie. Czy rzeczywiście z cyfryzacją polski biznes jest na bakier? Papierkiem lakmusowym jest sektor średnich firm, w którym wypadamy już lepiej. Z tego samego raportu Eurostatu dowiadujemy się, że 54% polskich przedsiębiorstw zatrudniających od 50 do 249 pracowników, czyli firm średniej wielkości, ma ERP-a. Co prawda to wciąż wynik poniżej unijnej średniej (60%) dla tego rozmiaru firm, ale patrząc na dane historyczne, polscy przedsiębiorcy wykonali kawał dobrej roboty. W 2010 roku tylko 22% średnich firm miało ERP-a, w 2015 było to 47%, a teraz jest to wspomniane 54%. Polskie firmy możemy podzielić na dwie grupy: te bardziej cyfrowe i te bardziej analogowe. Które z tych firm lepiej przeszły okres pandemii? Czy może wszystkie borykały się z podobnymi problemami?

Światy równoległe

Nie tylko w Polsce, ale na całym biznesowym świecie, obok siebie funkcjonują przedsiębiorstwa produkcyjne, które na pierwszy rzut oka są uderzająco podobne pod względem zatrudnienia, produkcji czy struktury organizacyjnej. Nawet panujące w obu procesy wewnętrzne są zbliżone. Mimo bliźniaczego charakteru, każde z nich inaczej radzi sobie w trudnych czasach. Podobnie jak u ludzi, jedno może mieć objawy lekkie, a drugie bardziej poważne. Co powoduje różnicę? Przede wszystkim sposób organizacji procesów biznesowych i zarządzanie przedsiębiorstwem – w skrócie – stopień ucyfrowienia organizacji. Żeby przekonać się, jak w praktyce digitalizacja może wpłynąć na efektywność działania w kryzysowych czasach, trzeba zajrzeć do wnętrza przedsiębiorstw.

Pierwszą z analizowanych firm, będzie producent mebli. Co wiemy o naszym przedsiębiorstwie? Solidna baza klientów, ugruntowana pozycja i marka. W ciągu kilkudziesięciu lat firma wyewoluowała z małego rodzinnego zakładu do regionalnego lidera. W przedsiębiorstwie uznano, że skoro stosowany model sprawdza się, nie należy go zmieniać. Innymi słowy mówiąc, kadra zarządzająca nie miała motywacji do zmian i działała w oparciu o skuteczny, ale bardzo tradycyjny model.

Druga firma, realizująca zamówienia związane z produkcją małych elementów elektronicznych dla automatyki przemysłowej, ma podobnym rodowód. Z tą różnicą, że w tym przedsiębiorstwie już dawno opracowano strategię cyfrowej transformacji. Sukcesywnie, z roku na rok, wdrażano nowe technologie, automatyzując procesy produkcyjne i digitalizując procesy biznesowe niemal we wszystkich obszarach.
Gdy na horyzoncie pojawił się kryzys, firma ta była w stanie z dnia na dzień dostosować się do nowej sytuacji. Większość załogi została oddelegowana do pracy zdalnej, ale nie wpłynęło to na efektywność, procesy biznesowe nie zwolniły, a tym bardziej nie zatrzymały się. Stacjonarnie pracowała tylko ta część załogi, która była niezbędna do zachowania ciągłości procesów wytwórczych: operatorzy maszyn oraz tylko niezbędne osoby z działów wspierających produkcję (Utrzymania Ruchu, Inżynierii Procesowej, Logistyki, Inżynierii Jakości).

U producenta mebli, od którego zaczęliśmy, sytuacja wyglądała zgoła inaczej. Techniczne ograniczenia i analogowe podejście sprawiły, że przedsiębiorstwo nie mogło przejść na tryb mieszany bez zakłóceń w ciągłości procesów biznesowych.

Co mogła zrobić firma? Jedynie ograniczyć liczbę pracowników w poszczególnych działach. Mniejsze zespoły musiały wykonywać zadania przewidziane dla całej zmiany, a to skutkowało większym obłożeniem poszczególnych pracowników. To nie wszystko, w tym przedsiębiorstwie produkcja raportowana jest głównie poprzez arkusze kalkulacyjne i kartki, na których pracownicy zaznaczają numery zleceń produkcyjnych. Informację, na jakim etapie było dane zlecenie, kadra kierownicza dostawała dopiero po zakończeniu zmiany, gdy informacje zostały zebrane i przepisane do arkusza. Dopiero w kolejnym etapie można było wyliczyć odpowiednie wskaźniki produkcyjne i oddelegować zdania.

W tym samy czasie, gdy z kartkami walczyła załoga w zakładzie meblarskim, producent elementów dla automatyki przemysłowej, wykorzystuje rozbudowaną siatkę systemów informatycznych: ERP dla zarządzania przedsiębiorstwem, MES dla hali produkcyjnej, narzędzia BI dla raportowania i analiz. Osoby decyzyjne miały dostęp do automatycznych informacji o wskaźnikach produkcyjnych na bieżąco i mogły w czasie rzeczywistym podejmować decyzje. Co więcej, wysoki poziom automatyzacji pozwolił łatwo i sprawnie ograniczyć lub zwiększyć liczbę pracowników, niezbędnych do sprawnego funkcjonowaniu zakładu. Nie było mowy o nadzwyczajnej konieczności dystansowania pracowników, co niestety miało miejsce w rodzinnym przedsiębiorstwie produkującym meble. Tam większość prac montażowych odbywa się manualnie i aby zastosować odstęp 1,5 m, trzeba było tymczasowo przebudować wydziały produkcyjne. Część załogi musiała udać się
na urlop, a inni musieli przejąć zupełnie nowe dla siebie czynności, w związku
z czym spadła efektywność produkcji. Zdarzało się, że ucierpiała także jakość wyrobów. 

Powrót do normalności

Każda z firm obrała inną drogę i inaczej przeszła przez kryzys. W biznesie opartym o analogowe standardy znacznie trudniej jest się odnaleźć w krytycznym momencie, ale nie tylko wtedy. Niski poziom ucyfrowienia utrudnił powrót do normalności firmie produkującej meble. Przede wszystkim miała ona problem z zebraniem właściwych informacji o np. spóźnionych realizacjach, statusie produkcji, czy inwentaryzacji magazynu. Konieczne było przeznaczenie dodatkowego czasu i zasobów. A są to dwa kluczowe czynniki, niezwykle ważne w okresie przejściowym, gdy wychodzimy z impasu do ofensywy produkcyjnej.

Firma, realizująca zamówienia związane z produkcją małych elementów elektronicznych dla automatyki przemysłowej nie miała tych problemów. Było to możliwe dzięki wcześniejszym inwestycjom w systemy ERP, MES oraz narzędzia BI. Te rozwiązania pozwoliły przyspieszyć szereg operacji, ale także zdecydowanie wcześniej – jeszcze na etapie pracy zdalnej – przygotować strategię powrotu do „nowej normalności”. Dzięki temu, że produkcja raportowana była i jest na bieżąco, kadra kierownicza wiedziała, jakie obszary były najbardziej wydajne, które mają rezerwy, a w jakich mogą pojawić się kłopoty. W firmie z sektora meblowego przez braki w narzędziach analitycznych wszystkie informacje spływały
z opóźnieniem, w związku z tym decyzje były przesunięte w czasie i obarczone ryzykiem.

Brak zmiany też jest zmianą

Zaprezentowane dwa – choć jaskrawe – przykłady obrazują, jak stabilna i przemyślana polityka popłaca. Dzięki inwestycjom w IT i rozwiniętej cyfrowej kulturze organizacyjnej jedna z firm mogła z otwartą przyłbicą stawić czoła kryzysowi. Podczas gdy druga przez braki na polu tak organizacyjnym, jak i cyfrowym, miała mocno ograniczone pole manewru. Przez zaniechania w obszarze cyfrowej kultury organizacyjnej, współpraca w krytycznym okresie była utrudniona. Co doskonale obrazuje brak możliwości telepracy, nawet w ograniczonej formie. Na miejscu musieli być ludzie, którzy łączyli halę produkcyjną z osobami decyzyjnymi, a w 2020 roku doskonale wiemy, że system zrobi to szybciej i lepiej niż człowiek, co pokazuje przykład producenta elementów elektrycznych. Tej firmie zastosowanie rozwiniętych narzędzi IT pozwoliło bez większych perturbacji przetrwać najcięższe chwile i sprawnie wychodzić z kryzysu.

Cyfrowe asekuranctwo i kurczowe trzymanie się „sprawdzonego” modelu, może słono kosztować. Transformacja wymaga wysiłku, ale błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi. Brak zmiany, też jest zmianą, ale nie na lepsze.

Łukasz Pieśniak, Implementation Consultant w BPSC

Sytuacja centrów handlowych po reaktywacji Stopniowe wzrosty, rekordowy 25 maja. Branża powoli się podnosi

Terminem “nowa normalność” określa się rzeczywistość tworzącą się w efekcie pandemii COVID-19. Również w branży miejsc handlu i usług ten zwrot funkcjonuje powszechnie.

Trzecia edycja raportu RRF Crisis jest efektem współpracy PRCH z wybitnymi ekspertami firm badawczych: GfK oraz Inquiry. Dane zawarte w raporcie fachowo omawiają: Agnieszka Górnicka (CEO, Inquiry) oraz Przemysław Dwojak (Senior Director, Head of Sales Effectiveness & Head of Consumer Insights, GfK). W publikacji znalazł się również szczególny artykuł autorstwa Mary Wallace, odpowiedzialnej za badania zachowań konsumentów w IBM, w którym ekspertka prognozuje szereg zjawisk z punktu widzenia obiektów, sieci handlowych, a także konsumentów.

Kluczową rolę w procesie reaktywacji gospodarki odgrywa dbałość o bezpieczeństwo klientów i pracowników, a wszystkie nowe otwarcia objęte są ścisłym rygorem sanitarnym. Z danych zawartych w raporcie RRF Crisis vol. 3 wynika, że aż 81% konsumentów czuje się bezpiecznie podczas robienia zakupów w obiektach handlowych, co świadczy o wzorowych przygotowaniach branży do ponownych otwarć.

4 maja około 70% najemców w centrach handlowych otworzyło swoje przestrzenie. Kolejni najemcy udostępniali je stopniowo zależnie od swoich możliwości operacyjnych, negocjacji w zakresie umów najmu czy też charakterystyki danego obiektu i wcześniejszych osiąganych w nim wyników.

Co cieszy, odwiedzalność obiektów handlowych (footfall) okazała się znacznie wyższa niż prognozowano: w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku kształtowała się – w zależności od dnia – na poziomie od 53% do 68%. Po 18 maja, w pierwszym tygodniu po otwarciu stref gastronomicznych, beauty i rozrywkowych, średni footfall sięgnął powyżej 70% i zależnie od dnia wahał się między 73% a 79%.

Podobne dane zanotowano w ostatnim tygodniu maja, jednak prawdziwy “boom” zobaczyliśmy w przeddzień Dnia Matki (25.05) – średnia odwiedzalność wyniosła aż 93% poziomu z roku 2019. Dane pochodzą z niemal 90 obiektów handlowo-usługowych w całej Polsce, stanowiących 25% całości polskiego rynku (udział pod kątem powierzchni najmu – m² GLA).

Nasz raport to rzetelny zbiór najważniejszych danych i wniosków płynących z rynku po jego reaktywacji. To również zbiór najciekawszych myśli wpływowych ekspertów, analityków i strategów definiujących rynek na nowo w tym trudnym okresie. Nie zapomnieliśmy również o istotnej roli trendwatchingu; nasi goście, na podstawie danych, prognozują “nową normalność”, dzięki czemu łatwiej będzie się do niej dopasować, aby jak najszybciej zminimalizować straty – komentuje Anna Zachara-Widła, Research & Education Manager w Polskiej Radzie Centrów Handlowych.

Cyfrowa Polska – potrzebujemy rządowej strategii wdrożenia radia cyfrowego w Polsce

Związek Cyfrowa Polska, który reprezentuje polską branże cyfrową i nowoczesnych technologii, uważa, że konieczne jest opracowanie kompleksowej strategii wdrożenia radia cyfrowego w Polsce. Miałaby ona wyznaczyć horyzonty czasowe i warunki graniczne, po których mogłoby nastąpić wyłączenie radia analogowego.

Organizacja apeluje do ministra cyfryzacji Marka Zagórskiego o powołanie specjalnego zespołu roboczego, który miałby się zająć zbudowaniem takiego planu. Zasiadać w nim mieliby rynkowi eksperci, ale i nadawcy, regulatorzy rynku oraz przedstawicieli producentów elektroniki.

Cyfryzacja radia jako element cyfrowej transformacji

Takie postulaty znalazły się w opinii przesłanej przez Związek Cyfrowa Polska do Ministerstwa Cyfryzacji, która dotyczy zmian w projekcie rozporządzenia w sprawie wymagań technicznych i eksploatacyjnych dla urządzeń konsumenckich służących do odbioru cyfrowych transmisji.  „Polska powinna włączyć proces cyfryzacji radia do cyfrowej transformacji kraju. Podążanie w kierunku innowacyjności zawsze będzie budzić wątpliwości, nawet ze względu na konieczne do poniesienia koszty, jednak stanie w miejscu często okazuje się krokiem w tył” – zaznaczył w piśmie prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik. Organizacja przypomina również, że krok ten jest tym bardziej uzasadniony, że jeszcze w tym roku dojdzie do wdrożenia Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady, która ustawania Europejski Kodeks Łączności Elektronicznej. Nakłada on m.in. obowiązek montowania w nowych samochodach radioodbiorników umożliwiających odbiór naziemnego sygnału cyfrowej radiofonii. Wszystkie państwa członkowskie zobowiązane są do wprowadzenia takiego prawa do grudnia 2020 r.

Producenci o wymogach dla radioodbiorników samochodowych

W opinii przesłanej do Ministerstwa Cyfryzacji, Związek Cyfrowa Polska popiera także zaproponowane przez resort zmiany w rozporządzeniu, które znoszą dla odbiorników samochodowych wymóg obsługi komunikatów drogowych (TEPEG) oraz elektronicznego przewodnika po programach (EPG). Jak zaznacza Związek, pomoże to usunąć główne przeszkody sprawnego wdrożenia wymagań przez producentów odbiorników. „Potrzeba zmian wynika ze zmieniających się możliwości technicznych i rozwiązań stosowanych w odbiornikach samochodowych. Są one zgodne również ze zmianami rekomendacji, których w ostatnim czasie dokonało stowarzyszenie WordDAB” – podkreślono w piśmie. Cyfrowa Polska proponuje jednocześnie, aby nie różnicować rodzaju odbiorników – stacjonarnych kontra samochodowych – w zakresie EPG.

Fed w środę wyśle rynkom istotny sygnał

Już w środę wieczorem decydenci amerykańskiego banku centralnego przedstawią decyzje dotyczące polityki monetarnej. Istotniejsze od samych decyzji tym razem mogą być jednak inne kwestie.

Od początku kryzysu wywołanego przez pandemię COVID-19 Rezerwa Federalna wprowadziła w życie szereg nadzwyczajnych środków, które miały na celu wsparcie amerykańskiej gospodarki w tym trudnym okresie. Amerykański bank centralny obciął już stopy procentowe do okolic zera i zobowiązał się do zakupu nieograniczonych ilości obligacji, aby obniżyć ich rentowności i utrzymać koszty finansowania na jak najniższym poziomie.

Zważywszy na bezprecedensowy charakter działań podjętych do tej pory przez bank oraz na ostatnią poprawę w danych makroekonomicznych uważamy, że podczas najbliższego spotkania decyzyjnego FOMC, które zakończy się w środę, decydenci nie wprowadzą żadnych istotnych zmian do obecnej polityki monetarnej. Inwestorzy jednak i tak będą obserwować komunikaty ze strony banku centralnego, aby określić, jak decydenci zapatrują się na dalsze losy amerykańskiej gospodarki.

Poniżej wymieniamy kilka kluczowych kwestii, na które warto zwrócić uwagę w kontekście najbliższego spotkania Fed.

Nowy zestaw projekcji ekonomicznych

Dość powszechnie oczekuje się, że USA oraz inne światowe gospodarki w II kwartale br. zanotują silny spadek PKB. Obecnie kluczową niewiadomą jest to, jak głęboki będzie to spadek i jak długo potrwa recesja.

Model GDPNow Fed z Atlanty rysuje nieszczególnie optymistyczny scenariusz. Zgodnie z modelem (który jednak nie jest oficjalną projekcją) spadek PKB USA w II kwartale wyniesie ponad 50% w ujęciu zanualizowanym (Wykres 1). Jeśli Fed wskaże możliwość wystąpienia takiego scenariusza, dolar amerykański może się osłabić. Dużo istotniejsze od oceny skali spadku PKB jest jednak to, jak szybko gospodarka USA poradzi sobie z recesją, stąd też zdanie decydentów w tym kontekście będzie kluczowe. Prezes Fed, Jerome Powell może w tym zakresie przestrzegać przed ryzykiem przedłużającego się okresu panowania wysokiego bezrobocia oraz możliwością zacieśnienia restrykcji związanych z koronawirusem w przypadku gdyby w USA miało dojść do drugiej fali zakażeń.

Wykres 1: Prognoza (nowcast) GDPNow Fed z Atlanty (2017 – 2020)

Prognoza (nowcast) GDPNow Fed z AtlantyŹródło: Refinitiv Datastream Data: 09/06/2020

W kontekście posiedzenia istotnym będzie również ocena decydentów dotycząca ostatniego ożywienia rynków akcji, surowcowych i kredytowych, a także danych z gospodarki w postaci piątkowego raportu z amerykańskiego rynku pracy, który okazał się znacznie lepszy niż zakładano. W przypadku zmiany zatrudnienia w sektorach pozarolniczych w maju odnotowano nieoczekiwany wzrost rzędu 2,5 mln (Wykres 2), a różnica względem oczekiwanego przez konsensus poziomu wyniosła ok. 10 mln osób. Jeśli decydenci zasugerują, że majowy odczyt stanowi dowód na szybsze ożywienie gospodarcze przypominające kształtem literę “V”, najpewniej należałoby oczekiwać umocnienia dolara amerykańskiego. Jeśli natomiast umniejszą znaczenie tych danych sugerując, że jest to jedynie nieznaczna korekta, inwestorzy prawdopodobnie odbiorą to negatywnie, co również może odbić się na zachowaniu dolara amerykańskiego.

Wykres 2: Zmiana zatrudnienia w sektorach pozarolniczych w USA (2015 – 2020)

Zmiana zatrudnienia w sektorach pozarolniczych w USAŹródło: Refinitiv Datastream Data: 09/06/2020

Kierowanie oczekiwaniami (ang. forward guidance)

Bank centralny może uspokoić gospodarstwa domowe i firmy poprzez zastosowanie bardziej formalnego kierowania oczekiwaniami, np. poprzez zobowiązanie się do utrzymania stóp procentowych na obecnym poziomie w okolicy zera w dającej się przewidzieć przyszłości. W kontekście funkcjonującego w kraju programu luzowania ilościowego spodziewamy się, że Fed potwierdzi gotowość do kontynuowania zakupów „na skalę niezbędną do zapewnienia sprawnego funkcjonowania rynku”. O ile od szczytu pandemii program QE w Stanach Zjednoczonych został już wyraźnie ograniczony, decydenci prawdopodobnie będą chcieli pozostawić sobie możliwość zwiększenia zakupów, jeśli warunki na rynkach finansowych uległyby pogorszeniu. Jeśli sugerować by się dotychczasową reakcją rynku walutowego na wzrost stymulacji monetarnej należałoby się spodziewać, że reakcja dolara na „gołębią” retorykę byłaby raczej pozytywna niż negatywna.

 

Oprócz tego, spekuluje się, że Fed może podążyć za Bankiem Japonii i wprowadzić kontrolę krzywej rentowności, czyli mechanizm w ramach którego rentowności wybranych papierów dłużnych (np. 10-letnich obligacji skarbowych) utrzymywane są na konkretnym poziomie. Sądzimy jednak, że wprowadzenie tego typu mechanizmu podczas spotkania w tym tygodniu jest mało prawdopodobne. Niewykluczone jednak, że otrzymamy sygnał, że decydenci dyskutują o możliwości wdrożenia takiego rozwiązania w USA.

Nowy „dot plot”

Oprócz zaktualizowanych projekcji PKB, po raz pierwszy od grudnia poznamy też nowy „dot plot”, czyli wykres kropkowy obrazujący indywidualne oczekiwania decydentów FOMC co do przyszłego poziomu stóp procentowych w najbliższych latach.

Przewodniczący Jerome Powell już wcześniej stwierdził, że Fed „nie będzie się spieszyć” z wycofywaniem się z luźnej polityki pieniężnej w USA. Mamy do czynienia z największym uderzeniem w globalną gospodarkę na przestrzeni dekad, w związku z czym uważamy, że warunki które uzasadniałyby wzrost stóp procentowych są melodią odległej przyszłości. Sądzimy, że „dot plot” pokaże niechęć do zmiany status quo, a mediana oczekiwań decydentów pokaże utrzymanie obecnego poziomu stóp procentowych przez cały okres prognozy. Sądzimy też, że podobnego zdania są również rynki, stąd jeżeli „dot plot” będzie sugerował co innego niż utrzymanie ekstremalnie niskich stóp procentowych do końca 2022 roku, prawdopodobnie zaskoczy to inwestorów. Jednocześnie nie spodziewamy się, żeby decydenci rozważali obniżenie stóp procentowych poniżej zera. Retoryka prezesa Fed z ostatnich tygodni zdaje się wykluczać taki scenariusz.

Decyzję FOMC ws. polityki monetarnej poznamy w środę wieczorem o godzinie 20:00, pół godziny później odbędzie się konferencja prasowa z udziałem Jerome’a Powella.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

W czasie recesji potrzeby klientów są jeszcze ważniejsze

Branża gastronomiczna została szczególnie dotknięta restrykcjami związanymi z epidemią. Obecnie wszystko wskazuje na to, że życie wraca do normy. W związku z tym trzeba zrobić wszystko co możliwe, aby cała branża jak najszybciej mogła wrócić do normalności.

Z ekonomicznego punktu widzenia na rynku gastronomicznym obserwujemy w tej chwili zmniejszoną podaż i zmniejszony popyt. Dla przedsiębiorców taka sytuacja jest najgorsza z możliwych, gdyż oznacza nieuchronną recesję. W konsekwencji ponowne otwarcie lokali gastronomicznych wcale nie musi oznaczać końca ich problemów. Strategię wyjścia z kryzysu należy głęboko przemyśleć pod kątem finansowym, marketingowym, a także z punktu widzenia polityki personalnej.

W czasie kryzysu szczególnie dobrym pomysłem wydaje się być aktywne dostosowywanie się do potrzeb klientów. Okres zmniejszonej aktywności biznesowej daje przedsiębiorcom czas na przemyślenie potrzebnych zmian. Przynajmniej na razie, wygląda na to, że aktualne trendy w preferencjach klientów się nie zmieniły. Dla restauratorów nie są niczym nowym. Warto jednak je przypomnieć.

Klienci chcą prostszych kart menu. Uproszczenie ich, nie tylko ułatwi klientowi wybór, ale również pozwoli na optymalizację kosztów zakupów i zapasów. W okresie zagrożenia dla zdrowia wzrasta skłonność konsumentów do spożywania zdrowych posiłków. W związku z tym warto wprowadzić do oferty ciekawe potrawy wegetariańskie, wegańskie, bezglutenowe, z ograniczoną ilością cukru, a także sporządzone z organicznych produktów pochodzących od lokalnych producentów. Opakowania do posiłków na wynos powinny być przyjazne dla środowiska.

To ostatnie staje się szczególnie ważne, gdyż bardzo dynamiczny wzrost sprzedaży na wynos był widoczny jeszcze przed epidemią. Internetowe serwisy dostarczające posiłki stworzyły zupełnie nowy segment klientów. To oznacza, że w najbliższym czasie większość restauracji będzie musiało zmienić swoje strategie marketingowe. Mniejszą rolę będzie odgrywać lokalizacja. Wiele lokali się przeprowadza, aby zaoszczędzić na czynszu. W przeszłości często rezygnacja z drogiego miejsca mogła być błędem. Jednak obecnie coraz ważniejsza staje się dostępność oferty w internecie.

Zmiany wpłyną również na strategię personalną. Wzrośnie jeszcze bardziej rola specjalistów od obsługi mediów społecznościowych i narzędzi reklamy internetowej. Również restauracje, które dostarczają posiłki we własnym zakresie, będą potrzebowały w tym celu większej liczby pracowników. Nowa rzeczywistość będzie nieco inna. Nie zmieni się natomiast jedno. Przetrwają ci, którzy stworzą miejsce, do którego będą chcieli wracać klienci.

ONE MORE LEVEL S.A. będzie miała znanego współwydawcę dla gry „Ghostrunner”

ONE MORE LEVEL S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, otrzymała informację od ALL IN! GAMES S.A. – wydawcy produkowanej przez niej gry „Ghostrunner” – o zawarciu umowy wydawniczej z włoskim wydawcą 505 GAMES. Zgodnie z nią 505 GAMES stanie się współwydawcą gry „Ghostrunner”.

Emitent został poinformowany przez notowaną na GPW w Warszawie spółkę ALL IN! GAMES S.A. (poprzednio Setanta S.A.), która jest wydawcą gry „Ghostrunner” produkowanej przez ONE MORE LEVEL S.A., że zawarta została umowa wydawnicza z włoskim wydawcą 505 GAMES SPA. Na jej podstawie 505 GAMES stanie się współwydawcą gry „Ghostrunner”. Zdaniem Zarządu Spółki pozyskanie do projektu tak znaczącego partnera posiadającego olbrzymie doświadczenie w branży powinno wpłynąć pozytywnie na poziom sprzedaży gry.

„Od czasu zapowiedzi gry w sierpniu 2019 roku poziom zainteresowania marką Ghostrunner nieustannie rośnie, pokonując kolejne, wcześniej wyznaczone granice w szybkim tempie. Co naturalne, pociąga to za sobą oczekiwania graczy i mediów wobec tego tytułu, ale i zespołu.” – mówi Szymon Bryła, szef studia ONE MORE LEVEL S.A. „Dlatego nieustannie stawiamy przed sobą ambitne cele produkcyjne, nie tracąc jednocześnie tak istotnej spójności w wizji gry, ale i pasji z jej tworzenia. Dzięki temu możemy, jak miało to miejsce na początku maja, prezentować wysokiej jakości zapowiedzi tego, czego gracze mogą spodziewać się w pełnej wersji Ghostrunnera. Jednocześnie możemy efektywnie reagować na ich potrzeby tak, by miało to wartość dla nich, ale i dla samego tytułu.” – dodaje Bryła.

„Zyskując współwydawcę tej klasy, co 505 GAMES, wszyscy otrzymujemy szansę na jeszcze lepszą sprzedaż, ale również, na długoterminowy rozwój marek Ghostrunner i One More Level.” – podsumowuje Łukasz Górski, Członek Zarządu Spółki ONE MORE LEVEL S.A.

505 GAMES SPA jest włoskim wydawcą gier na komputery PC i konsole odpowiedzialnym m.in. za takie hity jak „Stardew Valley”, „Don’t Starve” czy „Death Stranding” (PC). W marcu br. otrzymał on od portalu Metacritic wyróżnienie dla najlepszego wydawcy 2019 roku.

W maju 2020 r. na platformie Steam udostępnione zostało demo największej produkcji ONE MORE LEVEL S.A. – gry „Ghostrunner”. Jest ona produkowana wraz z 3D Realms oraz Slipgate Ironworks™. „Ghostrunner” to cyberpunkowa gry akcji z perspektywy pierwszej osoby, w której istotną rolę odgrywa parkour. Wybranie wieży na miejsce akcji w Ghostrunnerze pozwala popisać się ONE MORE LEVEL S.A. pięknym dualizmem gatunku cyberpunku, a intensywna muzyka retrowave stworzona przez uznanego artystę, Daniela Deluxe, dodaje do całości energiczny motyw przewodni, który podkreśla niebezpieczeństwa drogi na szczyt. Premiera gry „Ghostrunner” na platformy PC, Xbox One i PS4 jest zaplanowana na 3 kw. 2020 r.

Pod koniec 2019 r. ONE MORE LEVEL S.A. poinformowało, że do prac nad produkcją i dystrybucją gry „Ghostrunner” oraz do działań marketingowych dołączy Apogee Software (znana pod firmą 3D Realms) i Slipgate Ironworks. 3D Realms dzięki wykorzystaniu swojej szerokiej wiedzy i ogromnego doświadczenia w pracy przy tytułach z gatunku FPS wspiera produkcję i marketing gry „Ghostrunner”.

Deloitte: „Pokolenie Lockdown”, czyli nowe problemy młodych osób na rynku pracy

Pandemia COVID-19 sprawia, że na rynku pracy najbardziej poszkodowane są młode osoby, dopiero na ten rynek wchodzące. Na świecie już 1 na 6 osób poniżej 25 roku życia straciła pracę na skutek kryzysu wywołanego sytuacją ostatnich miesięcy. Dotyczy to także Polski, gdzie prawie jedna trzecia aktywnych zawodowo osób do 24 roku życia pracuje w sektorach najbardziej dotkniętych „lockdownem”. Największy negatywny wpływ może być jednak długoterminowy. To, w jakim stopniu młode osoby rozpoczynające swoją karierę zawodową będą ograniczone przez pandemię, będzie zależało nie tylko od działań organów publicznych, ale również od gotowości do zmian ze strony pracodawców.

Globalny kryzys spowodowany pandemią COVID-19 będzie miał długoterminowy wpływ na kariery zawodowe młodych osób przed 25 rokiem życia, co skłoniło Międzynarodową Organizację Pracy (ILO – International Labour Organization) do określenia tej grupy demograficznej, jako „Pokolenie Lockdown”.

W swoim najnowszym raporcie Monitor, ILO argumentuje, że COVID-19 będzie miał “niszczący i nieproporcjonalny” wpływ na perspektywy zawodowe młodych osób. Pokolenie osób poniżej 25 roku życia jest w obecnej sytuacji narażone na potrójny szok na rynku pracy. Po pierwsze, osobom w tym wieku częściej grozi utrata pracy niż reszcie ludności aktywnej zawodowo. Po drugie, istnieje większe prawdopodobieństwo doznania przez nich zakłóceń w edukacji lub przerwania szkoleń zawodowych. Po trzecie, gorsza koniunktura oznacza, że młodzi napotkają na większe bariery przy wejściu na rynek pracy spowodowane mniejszym popytem ze strony pracodawców.

Widoczny już wpływ bezpośredni

Bezpośredni wpływ pandemii na młodych pracowników jest już widoczny w skali globalnej. Według badania ILO, więcej niż 1 na 6 osób poniżej 25 roku życia straciła pracę od początku pandemii COVID-19. Z tych, którzy dalej pracują 23 proc. miało skrócone godziny pracy, co odbiło się bezpośrednio na ich wynagrodzeniu.

Odsetek osób w wieku 15-24 zatrudnionych w bezpośrednio dotkniętych sektorach
Źródło: Eurostat, podział sektorowy według klasyfikacji NACE Rev. 2

Młodzi pracownicy znacznie częściej niż inne osoby pracują w najbardziej narażonych segmentach gospodarki. Aż 30 proc. aktywnych zawodowo młodych osób w Polsce pracuje w sektorach bezpośrednio dotkniętych przez restrykcje związane z pandemią. Do tych sektorów wliczamy branżę hotelową, usługi gastronomiczne, jak i handel detaliczny i hurtowy. Dla porównania, ten sam odsetek zatrudnienia dla osób powyżej 24 roku życia wynosi w Polsce 16 proc. Zdecydowanie najgorsza sytuacja pod tym kątem widoczna jest w Grecji, gdzie największy procent z ogółu osób pracuje w wyżej wymienionych sektorach. Warto jednak zauważyć znaczną różnicę w procencie młodych osób zatrudnionych w bezpośrednio dotkniętych branżach w porównaniu do reszty populacji w krajach takich jak: Irlandia, Dania, czy Holandia.

Odsetek osób w wieku 25 lat i powyżej zatrudnionych w bezpośrednio dotkniętych sektorach
Źródło: Eurostat, podział sektorowy według klasyfikacji NACE Rev. 2

Kluczowy jest również fakt, że młode osoby znacznie częściej pracują w szarej strefie lub są kompletnie poza rynkiem. Problem szarej strefy najbardziej wyraźny jest w krajach Afryki, gdzie, jak podaje ILO, 93 proc. osób poniżej 25 roku życia pracuje nieformalnie. W Europie, w podobnej sytuacji jest 32,9 proc. osób w tej grupie wiekowej.  Mimo braku oficjalnych danych dla Polski, sondaż przeprowadzony przez CiekaweLiczby.pl wskazuje, że i w tym przypadku około jedna trzecia osób w wieku 18-24 pracuje w szarej strefie. Temat też komplikuje ciągle wysoki poziom osób młodych poza rynkiem pracy i edukacją. Mimo faktu, że, jak podaje Eurostat, wskaźnik NEET (Not in employment, education or training) w ostatnich latach spadał, dla osób w wieku 15-24 lat jest to ciągle 11,7 proc. W grupie wiekowej 25-29 lat ten wskaźnik jest wyższy i wynosi 17,2 proc. Średnia w Unii Europejskiej wynosi 14 i 17,4 proc.

Pandemia może zaważyć na całej karierze zawodowej

Do tych widocznych już negatywnych wpływów, trzeba dodać aspekty długoterminowe. Osoby po raz pierwszy wchodzące na rynek pracy podczas recesji gospodarczej mają po prostu gorzej i to w dłuższym okresie kariery zawodowej. Jak podają w swoim badaniu ekonomiści Hannes Schwandt (Northwestern University) i Till von Wacther (UCLA), początkowe trudności z wejściem na rynek pracy w czasie recesji skutkują znacznie niższymi zarobkami i bardziej ograniczonymi awansami, w perspektywie nawet do 15 lat. Ponadto, nowe badanie tych samych ekonomistów dotyczące osób wchodzących na rynek w Stanach Zjednoczonych podczas recesji na początku lat 80-tych zidentyfikowało znaczny negatywny wpływ zdrowotny w dalszym etapie życia. Osoby z tej grupy są bardziej narażone na przedwczesną śmierć. Według szacunków, będą żyły średnio o 6 do 9 miesięcy krócej niż osoby rozpoczynające swoją styczność z rynkiem pracy w czasach lepszej koniunktury. Wyższy wskaźnik śmiertelności jest spowodowany zmianami behawioralnymi i wiąże się szczególnie z nadużywaniem alkoholu, narkotyków i paleniem. Badacze stawiają hipotezę, że różnice behawioralne były prawdopodobnie spowodowane nawykami nabytymi w młodszym wieku poprzez zwiększony stres związany z pracą i niepewnością na dalszej ścieżce rozwoju zawodowego.

Obecna sytuacja nie wróży zatem dobrze młodym osobom. W Polsce już przed pandemią znaczna ich część nie była pewna, co do swoich planów zawodowych. W raporcie Deloitte Pierwsze kroki na rynku pracy z 2018 roku, co trzecia osoba przed 25 rokiem życia zadeklarowała, że jest niezdecydowana co do rodzaju firmy, w jakiej chciałaby pracować. Prawie 50 proc. osób w wieku 18-26 lat twierdziło, że nie do końca wie jak realizować swoje plany zawodowe (raport Deloitte i Coca-Coli #MłodziPrzyGłosie). Sytuacja pandemiczna i spadek koniunktury gospodarczej szczególnie ogranicza ten kluczowy moment, w którym młode osoby mogą zapoznać się z rynkiem pracy.

Pogarszająca się koniunktura i ograniczony dostęp do poszczególnych doświadczeń kształcących, czy to pracy czy nauki, będą miały długoterminowe, negatywne konsekwencje. Z badania ILO wynika, że około połowa studentów na świecie twierdzi, że pandemia opóźni im zakończenie swojej edukacji. Dodatkowe 10 proc. uważa, że przez aspekty związane z COVID-19, w ogóle nie zakończy swojej nauki w tym stopniu, w którym planowali. Poza zaburzeniem ścieżki edukacyjnej w obecnej sytuacji, młode osoby są również bardziej narażone na problemy psychiczne. Od czasu rozpoczęcia pandemii ponad połowa młodych osób ankietowanych w badaniu ILO stała się bardziej podatna na stresu-nerwicy/”>zaburzenia lękowe lub depresję.

Co mogą zrobić instytucje publiczne i firmy?

Pytanie brzmi: co zatem można zrobić, by jak najbardziej załagodzić ten negatywny wpływ? ILO zamyka swój raport rekomendacjami dla decydentów. Działania te powinny być wprowadzone w trybie natychmiastowym. Im szybciej zakończy się pandemia, tym mniej czasu w zbieraniu doświadczenia czy edukacji „stracą” młode osoby. Ze strony rządów kluczowe jest jednak bezpośrednie uwzględnienie problemów młodych osób w walce ze skutkami gospodarczymi pandemii. Bardziej niż kiedykolwiek potrzebne jest teraz zabezpieczenie możliwości dostępu do szkoleń zawodowych, szczególnie pod kątem umiejętności potrzebnych w sektorach, które pandemia dotknie w najmniejszym stopniu.

Dodatkowo, wsparcie młodych osób w wejściu na rynek pracy podczas pandemii powinno przyjść od strony pracodawców. Ich potrzeby powinny być potraktowane przez firmy jako szanse na wdrożenie nowych rozwiązań technologicznych, pozwalających nie tylko na powszechną prace zdalną, ale również rekrutacje i szkolenia zdalne. I to właśnie tutaj pokładana jest nadzieja na to, że pandemia dotknie młodych w mniejszym stopniu – większa wszechstronność pracodawców jest wyraźnie widoczna w całej Polsce. Jak wynika z badania CIONET, Deloitte i VWMare aż 88 proc. dużych i średnich firm w Polsce planuje zwiększyć możliwość pracy zdalnej na stałe. Nacisk na inwestycje w narzędzia cyfrowe i pracę zdalną może pomóc młodym osobom z mniejszych miejscowości. Takie potencjalne wyrównanie szans poprzez bardziej upowszechnioną działalność firm z użyciem technologii byłoby szczególnie ważne w Polsce, gdzie młode osoby z mniejszych ośrodków deklarują gorszy dostęp do odpowiednich dla nich miejsc pracy oraz do szkoleń zawodowych (raport Deloitte i Coca-Coli #MłodziPrzyGłosie).

Ostateczne stwierdzenie, co może najlepiej pomóc młodym osobom wymaga konkretnej diagnozy opartej na ich głosie, jak i głosie pracodawców. Stworzenie takiej analizy wymaga szczegółowego i powtarzalnego badania ankietowego uwzględniającego różnice regionalne i sektorowe. To, czy określenie „Pokolenie Lockdown” zostanie upowszechnione lub zapomniane będzie w dużym stopniu zależało od tego, czy zidentyfikowane, a potem efektywnie zaadresowane zostaną największe potrzeby młodych osób na rynku pracy.

Peter Szewczyk, Ekspert ds. analiz ekonomicznych, Sustainability and Economics Consulting Central Europe, Deloitte

Raport: Prognozy rekrutacyjne polskich firm najsłabsze od ponad 10 lat

Od lipca do września 6% polskich pracodawców chce zwiększyć zatrudnienie, podczas gdy 11% w tym czasie zmniejszy liczbę pracowników – potwierdza najnowszy raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”, przedstawiający prognozy zatrudnienia firm na trzeci kwartał bieżącego roku. Plany rekrutacyjne przedsiębiorstw pogorszyły się znacząco we wszystkich siedmiu sektorach rynku przeanalizowanych w ramach badania. O najmniej optymistycznej sytuacji mówią przedstawiciele restauracji i hoteli oraz firmy zajmujące się produkcją przemysłową. Bardziej optymistyczni byli reprezentanci finansów i usług dla biznesu oraz innych usług.

ManpowerGroup opublikował dziś nowe wydanie kwartalnego raportu „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”, w ramach którego są prezentowane prognozy zatrudnienia pracodawców na nadchodzący kwartał. Zgodnie z deklaracjami polskich firm 6% od lipca do września zamierza rekrutować nowych pracowników, 11% myśli o redukcji etatów, 72% nie przewiduje zmian, a 11% nie wie, jakie są plany personalne w ich organizacji na najbliższe miesiące. Prognoza netto zatrudnienia [1] po korekcie sezonowej dla Polski wynosi -6%, co w praktyce oznacza przewagę firm deklarujących cięcia etatów nad tymi, które chcą powiększać swoje zespoły. To wynik niższy o 7 punktów procentowych w ujęciu kwartalnym, o 16 w ujęciu rocznym.

Iwona Janas ManpowerGroup
Iwona Janas – ManpowerGroup

– Chociaż prognozy zatrudnienia nie są optymistyczne, to jednocześnie w siedmiu z dziesięciu polskich firm sytuacja jest stabilna a pracodawcy nie przewidują tam żadnych zmian w zakresie liczby pracowników. W wielu organizacjach nieprzewidywalność łańcucha dostaw i zmiany w popycie na ich produkty sprawiły, że co dziesiąta firma nie wie, jak będą wyglądały jej plany personalne na najbliższe trzy miesiące. Z drugiej strony nadal 6% firm będzie poszukiwać nowych pracowników, czyli tyle samo, ile w pierwszym kwartale bieżącego roku, jeszcze przed wybuchem pandemii – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce.

– Koronawirus miał swój wpływ na zmianę potrzeb organizacji w zakresie pożądanych umiejętności. W zakresie kompetencji pracowników na znaczeniu zyskały jeszcze większa elastyczność, gotowość do podejmowania inicjatywy i umiejętność szybkiej adaptacji do nowej sytuacji. Firmy doceniają także zdolność uczenia się pracownika i motywację do nieustannego podnoszenia kwalifikacji, odporność i umiejętność radzenia sobie z emocjami. Z kolei w zakresie kompetencji managerskich wzrosło znaczenie takich umiejętności jak komunikacja z zespołem zdalnym, zarządzanie kryzysowe, wzmacnianie motywacji i zaangażowania zespołu – dodaje Iwona Janas.

W ramach raportu przeanalizowano plany rekrutacyjne przedsiębiorstw z siedmiu sektorów rynku. Mimo pogorszenia wyników zarówno w ujęciu kwartalnym, jak i rocznym, najwyższe prognozy wskazali pracodawcy z sektora finansów i usług dla biznesu (-1%) oraz innych usług (-1%). Gorsze perspektywy czekają na zatrudnionych w branży związanej z budownictwem (-5%), handlem detalicznym i hurtowym (-5%) oraz innymi obszarami produkcji (-5%), podczas gdy w produkcji przemysłowej firmy wskazują prognozę na poziomie -6%. Najmniej optymistyczni w swoich planach są przedstawiciele sektora restauracje i hotele z prognozą -29%, która jest wynikiem najniższym w historii realizacji badania w Polsce.Raport Prognozy rekrutacyjne polskich firm najsłabsze od ponad 10 lat

Biorąc pod uwagę dane sprzed roku, to plany rekrutacyjne pogorszyły się we wszystkich siedmiu analizowanych branżach. Największe spadki wskazały restauracje i hotele (30 pp.) oraz przedstawiciele produkcji przemysłowej (22 pp.). Najmniejsze, ale nadal znaczące pogorszenie prognoz dotyczy finansów i usług dla biznesu (10 pp.) i innych obszarów produkcji (12 pp.). W ujęciu kwartalnym prognozy są niższe we wszystkich siedmiu sektorach, z największym spadkiem dla restauracji i hoteli (28 pp.) i produkcji przemysłowej (10 pp.). Mniejsze zmiany dotyczą innych obszarów produkcji (4 pp.) i innych usług (5 pp.).

Polska 10 w rankingu 26 rynków regionu EMEA

Polska z wynikiem -6% zajmuje 10 miejsce (ex aequo z Finlandią) w rankingu rynków regionu EMEA, gdzie w najbliższym kwartale będzie najłatwiej o nową pracę. W Chorwacji (+2%) i w Niemczech (+1%), choć wskazania pracodawców są na dużo niższym poziomie niż w ostatnich kwartałach, to nadal więcej organizacji będzie powiększać swoje zespoły niż je redukować. To jednocześnie jedyne kraje z regionu EMEA, gdzie prognoza jest dodatnia. Pracodawcy w trzech z czterech największych gospodarek europejskich spodziewają się w najbliższym kwartale spadku perspektywy zatrudnienia – Wielka Brytania (-12%) notuje najniższy wynik od startu badania w 1992, Francja (-11%) od startu w 2003 roku a perspektyw dla Włoch (-5%) są najniższe od sześciu lat. Biorąc pod uwagę dane dla polskich sąsiadów, to Czechy wskazują prognozę na poziomie -8%, a Słowacja -15%.

Gdzie jeszcze na świecie odnotowano pozytywne perspektywy zatrudnienia? Największe szanse na znalezienie nowej pracy czekają na mieszkańców Japonii (+11%) i Indii (+5%). Mniej optymistyczni byli pracodawcy z USA (+3%), na Tajwanie (+3%) i w Chinach (+3%).

– Podczas gdy w ostatnim czasie obserwowaliśmy wyzwania firm związane z przenoszeniem swoich procesów do świata online, tak teraz widzimy ich zmagania w zorganizowaniu bezpiecznego powrotu do miejsc pracy. Rynki globalne zmierzają w kierunku ożywienia gospodarczego, a firmy na całym świecie przygotowują się do przywrócenia procesów biznesowych. W obliczu dynamicznie zmieniającej się sytuacji przed pracodawcami stoi wyzwanie zadbania nie tylko o bezpieczne i higieniczne warunki pracy, lecz także o jasne i zrozumiałe zasady postępowania. By pomóc firmom przejść przez ten proces, kluczowe znaczenie ma dzielenie się najlepszymi praktykami między krajami i branżami w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy. Niezbędna jest szeroka współpraca, począwszy od pracodawców i rządów po związki zawodowe i organizacje pozarządowe. Rynek pracy i wszyscy jego interesariusze będą musieli szybko dostosować się do nowej rzeczywistości, w której dystans społeczny i środki ochrony indywidualnej stały się jego integralną częścią – podsumowuje Iwona Janas.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród ponad 36 000 pracodawców w 43 krajach i jest jednym z najbardziej wiarygodnych badań rynku pracy na świecie. Raport dla III kwartału 2020 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 17 do 30 kwietnia 2020 r. W Polsce wyniki raportu ManpowerGroup publikowane są od II kwartału 2008 r. W badaniu dla trzeciego kwartału 2020 roku wzięło udział 436 pracodawców. Więcej informacji na temat raportu dostępnych jest na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

[1] Prognoza netto zatrudnienia to wyrażona w procentach różnica pomiędzy odsetkiem firm planujących zwiększać zatrudnienie, a odsetkiem pracodawców planujących redukcję etatów.

Polacy murem za lokalnymi producentami. Sklepy powinny część towarów kupować właśnie od nich

Ponad 80% konsumentów chce, aby sieci handlowe w Polsce miały obowiązek zaopatrywania się w art. rolno-spożywcze, przynajmniej częściowo, u lokalnych wytwórców. I gdyby taki nakaz wszedł w życie, większość chętnie kupowałaby te produkty. Eksperci podkreślają, że to poprawiłoby funkcjonowanie gospodarki i rolnictwa. Podniosłoby też jakość żywności sprzedawanej w sklepach, a także – wbrew pozorom – obniżyłoby ceny. Natomiast sieci mogłyby zwiększyć sprzedaż i zyskać klientów, którzy obecnie zaopatrują się na targowiskach.

W połowie maja br. poseł koalicji rządzącej zwrócił się z pytaniem do ministra rozwoju o możliwość wprowadzenia rozwiązań obligujących sieci handlowe do zaopatrywania się w artykuły rolno-spożywcze (w tym w pieczywo, mleko, jaja, nabiał, wędliny, mięsa, warzywa, owoce, przetwory, soki warzywne i owocowe oraz wyroby mączne) pochodzące z powiatu, w którym znajduje się dana placówka. Na razie nie ma odpowiedzi. Natomiast są wyniki badania, w którym zapytano Polaków o takie rozwiązanie. I z niego wynika, że aż 85,7% rodaków chce tak odgórnie narzuconego obowiązku dla sklepów.

– Konsumenci już o tym wiedzą, że należy jeść to, co jest produkowane blisko nas. Taka żywność jest najzdrowsza i najświeższa. W transporcie niektóre produkty, np. pomidory, często szybciej się psują. Ponadto dostawy z daleka ewidentnie szkodzą środowisku naturalnemu, na co coraz większą uwagę zwracają Polacy – mówi Juliusz Pająk z Fundacji AGROunia.

Jak komentuje dr Krzysztof Łuczak, wieloletni ekspert rynku retailowego, dla sieci handlowych byłoby to sporym wyzwaniem w zakresie zaopatrywania sklepów i logistyki dostaw. Ale jednocześnie mogłoby to być szansą na pozyskanie nowych klientów, którzy dotychczas tego typu zakupy robili na targowiskach.

– Gdyby do tego doszło, wyzwaniem dla sieci będzie wynegocjowanie odpowiednich cen, które zachęcą konsumentów do kupowania lokalnych produktów. To oczywiście może przełożyć się na umowy z ogólnopolskimi i zagranicznymi producentami, ponieważ przestrzeń w sklepie będzie trzeba podzielić na większą ilość dostawców – stwierdza Arkadiusz Paprzycki z aplikacji Zdrowe Zakupy.

Gdyby ww. obowiązek wszedł w życie, większość respondentów chętnie kupowałaby lokalne produkty. Tak zadeklarowało aż 89,3% konsumentów. Jak podkreśla dr Łuczak, wyniki wyraźnie wskazują na to, że lokalne produkty są bardzo pożądane przez konsumentów. W połączeniu z ich właściwą prezentacją, np. dedykowaną półką, mogą przyczynić się do wzrostu sprzedaży w sklepach.

– Wynika to głównie z tego, że takie artykuły są uznawane za zdrowsze niż sprowadzane z daleka. Polacy w ostatnich latach coraz bardziej zwracają uwagę na jakość spożywanej żywności. Ponadto chcą wspierać rodzime firmy. Lokalny patriotyzm uwidocznił się zwłaszcza w obliczu pandemii. Wówczas konsumenci mocniej niż wcześniej zaczęli deklarować kupno produktów krajowego pochodzenia – zauważa Arkadiusz Paprzycki.

Niestety lokalne produkty są często droższe od importowanych. Zatem istnieje obawa, że gdyby były w większości sklepów, to wówczas byłoby ogólnie drożej na rynku. Jednak dr Łuczak wyjaśnia, że skrócenie łańcuchów dostaw może finalnie obniżyć ceny. Produkty lokalne mogą kosztować podobnie albo być tylko niewiele droższe od art. krajowych. Ponadto klienci są coraz bardziej świadomi tego, że pieniądze ze sprzedaży takich towarów wracają do ich społeczności, choćby w postaci podatków czy inwestycji.

– Wskazane rozwiązanie z pewnością poprawiłoby funkcjonowanie polskiej gospodarki i rolnictwa. Podniosłoby walory jakości produktów, bo eksportowane artykuły często są gorszej jakości. Jeśli chodzi o ceny, konsumenci nie powinni się obawiać. Obecnie lokalne produkty są droższe, bo rynek jest mocno zaburzony. Gdy polscy rolnicy będą mogli zwiększyć produkcję, kupowanie ich artykułów zapewne stanie się tańsze – podsumowuje ekspert z Fundacji AGROunia.

Badanie zostało wykonane przez UCE RESEARCH (platformę analityczno-badawczą należącą do brytyjskiej spółki UCE GROUP LTD.) na zlecenie aplikacji Zdrowe Zakupy. Przeprowadzono je metodą CAWI w dniach 25-31 maja br. na reprezentatywnej próbie 926 dorosłych Polaków.

Logistyka na nowo. Branża TSL „odmraża” się po zastoju wywołanym pandemią koronawirusa

W gospodarce, jak i w życiu – nic nie jest dane raz na zawsze. Pandemia koronawirusa spowodowała, że musimy odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości. Wiele firm nie było gotowych na zmiany, a dynamika ich wprowadzania spowodowała, że przedsiębiorcy branży TSL nie zawsze odnajdują się w rzeczywistości, kiedy następuje powoli „odmrażanie” gospodarki, a jednocześnie nie możemy wrócić do funkcjonowania sprzed pandemii. Jak wiele firm odczuło konsekwencje gospodarcze wywołane pandemią koronawirusa? Jakie sektory branży TSL poradzą sobie najlepiej? Czy możliwe jest by praca zdalna zdominowała branże logistyczną? – Wciąż żyjemy w świecie, gdzie w przestrzeni pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi – mówi Prezes Grupy CSL Laura Hołowacz. – Musimy jednak działać, działać na bieżąco, ale i planować kolejne miesiące i rozwijać się tak szeroko jak tylko jest to możliwe. Spodziewam się, że logistyka i szeroko branża TSL doczeka się „nowego manifestu” jeżeli chodzi o światowe funkcjonowanie. Zmieni się bowiem naprawdę wiele rzeczy – mówi Prezes Laura Hołowacz.

  • Praca zdalna w branży TSL będzie coraz powszechniejsza. Firmy muszą jednak opracować odpowiednie procedury bezpieczeństwa oraz system weryfikacji obsługi klientów
  • Dywersyfikacja to podstawa. Kryzys lepiej przechodzą firmy o różnorodnym portfelu klientów. Kiedy traci przemysł, zyskuje np. sektor spożywczy
  • Relacje z klientem to rzecz najważniejsza. Musi on czuć, że jesteśmy z nim „na dobre i na złe” – wiele firm nie zdało tego egzaminu, czego dowodem była duża fluktuacja na rynku w czasie trwania pandemii
  • Ważną rzeczą jest finansowanie. Kryzys nauczył nas, że w czasach dobrych, trzeba oszczędzać na czasy złe. Czas pandemii lepiej przeszły firmy, które miały niezachwianą płynność finansową
  • Nie ma co ukrywać – trudny czas jeszcze nie minął, ale firmy nie mogą pozwolić sobie na stagnację

Firmy wracają do normalnego funkcjonowania. Praca zdalna przyszłością sektora TSL?

Czy w przypadku branży TSL możemy mówić o czasie stagnacji, zamrożeniu i odmrożeniu? Ten sektor gospodarki na zmiany na światowym rynku jest szczególnie wrażliwy. Problemy z transportem towarów z Azji rozpoczęły się już w 2019 roku, kiedy w Polsce pandemia zaczynała być odczuwalna, w Azji następowało powolne odmrażanie, ale wtedy utrudniony był szlak towarowy z innymi krajami Europy i Stanów Zjednoczonych. Możemy więc powiedzieć, że transport, spedycja i logistyka funkcjonuje na kryzysowych zasadach od wielu miesięcy. Przedsiębiorcy zostali zmuszeni do szybkiej reorganizacji planów działania. Efekty są dzisiaj widoczne, bo wiele firm świetnie sobie radzi. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z sytuacją niespodziewaną.

– Dzięki temu, że byliśmy w pracy, odbieraliśmy telefony, komunikowaliśmy się na bieżąco z terminalami, pozyskaliśmy kilku klientów. Nasza konkurencja pracowała inaczej, klienci docenili nasze zaangażowanie i szybkie działanie w trudnym czasie. Byliśmy także przygotowani do pracy zdalnej. W informatykę, sprzęt, oprogramowanie należy inwestować. Powołaliśmy spółkę CSL Inspire, która stanowi nasze zaplecze informatyczne. Odbieraliśmy telefony z pytaniami: jak z dnia na dzień dobrze pracować zdalnie i odpowiadaliśmy: z dnia na dzień się nie da. Do przeniesienia procesów logistycznych z biura do sieci potrzeba wielotygodniowego przygotowania, zabezpieczenia i doskonałej organizacji pracy – mówi Prezes Laura Hołowacz. Wiele firm podejmuje decyzje by pozostać na pracy zdalnej na stałe. W Grupie CSL część obowiązków będzie tak wykonywana, ale nie wszystkie. – Cenimy sobie możliwość pracy zdalnej, ale musimy jeszcze się jej nauczyć. Mamy dobre doświadczenia, ale efektywność pracy zdalnej w logistyce musi ulec poprawie i będziemy nad tym pracować – zapewnia Pani Prezes.

Nauczeni koronawirusem. Dywersyfikacja, płynność finansowa i… relacje. „Klienta nie można zostawić samego”

Czego uczy nas jeszcze koronawirus? Wniosków jest całe mnóstwo. Kryzys lepiej przechodzą firmy o zdywersyfikowanym portfelu zamówień. Jeżeli przedsiębiorstwo branży CSL zajmuje się zarówno spedycją morską jak i lądową oraz jeżeli wśród swoich klientów ma zarówno firmy automotive jak i firmy z branży spożywczej, rolniczej czy przetwórczej, to nie ma szans by kryzys dopadł ją w tak szerokim stopniu jak firmy, które są mocno wyspecjalizowane: – Dywersyfikacja przynosi szansę na rozwój. Zawsze jest tak, że gdy jednak branża rośnie, to druga maleje. W przypadku ostatnich miesięcy spadły zyski wynikające z obsługi branży automotive czy elektroniki, ale znacząco wzrósł przeładunek celulozy czy produktów spożywczych – mówi Prezes Laura Hołowacz. – Obsługujemy jednego z największych w Polsce producentów piwa i przyznajemy, że ostatnie miesiące przyniosły tu wręcz podwojenie ilości zamówień. Wszystkim firmom więc polecamy rozbudowanie portfela klientów i pracę nad możliwie uniwersalnym portfelem zleceń, tego powinien nauczyć nas koronawirus – mówi Prezes Grupy CSL Laura Hołowacz.  – Kolejna rzecz to finansowanie. Musimy gromadzić pieniądze i aktywa, w czasach dobrej prosperity musimy szykować się na ciężkie czasy. Grupa CSL podejmowała bardzo szybkie decyzje odnośnie współpracy z bankami i dzięki temu nasza działalność nie była zagrożona. Każda firma powinna wypracować swoje procedury i wyciągnąć indywidualne wnioski. Najgorsza jest jednak stagnacja i nie robienie niczego, z tego nie wyjdzie nam nic dobrego, szczególnie na tak dynamicznym rynku jak TSL – dodaje Prezes Laura Hołowacz.

Czas pandemii przynosi także kolejną naukę – relacje z klientem to rzecz najważniejsza. – Nasi klienci wiedzą, że jesteśmy z nimi na dobre i na złe. Niezależnie od sytuacji odbieraliśmy telefony, odpowiadaliśmy na maile, kształciliśmy się, uczestniczyliśmy w webinariach. Nie może być tak, że lockdown będzie czasem demobilizacji, odwrotnie, to musi być czas wielkiej mobilizacji. Mamy nadzieję, że niebawem uda nam się wrócić całkowicie do czasu sprzed pandemii – mówi Prezes Grupy CSL Laura Hołowacz.

Nie zapominajmy:  sytuacja jest trudna. Pracujmy jednak najlepiej jak umiemy

Niektórzy analitycy rynku TSL sytuacje w logistyce i spedycji nazywają wprost: „Krajobraz po bitwie”. Jest wiele gałęzi gospodarki, które bardzo boleśnie odczuły ostatnie pół roku – starty w eksporcie i imporcie, zerwane łańcuchy dostaw, zatory płatnicze, zrywane umowy długoterminowe, problemy kierowców, którzy nie mogli przedostać się z kraju do kraju po ładunki. Nie da się ukryć, że funkcjonujemy w czasie bardzo trudnym dla całej gospodarki i na pewno najbliższe miesiące będą czasem weryfikacji, kto sobie poradził, a dla kogo koronawirus stał się grabarzem firmy.

– Czas pandemii wykorzystaliśmy także na marketing. Było wiele firm, które postanowiło do nas wrócić, gdyż nie znalazły one wsparcia w swoich firmach, takich firm jest pięć. Na rozwój sytuacji wciąż czekamy, bo jest wiele branż, które nadal czeka na odmrożenie i reakcje rynkowe. Część naszych klientów stara się działać i nie narzeka np. importerzy ryb. Zakupy są mniejsze, trasy towarów są krótsze, czujemy jednak, że na rynku jest trochę więcej optymizmu niż jeszcze kilka tygodni temu – dodaje Prezes Laura Hołowacz.

Szpitale znowu realizują planowe zabiegi. Wielu pacjentów boi się na nie zgłaszać

Po wstrzymaniu na trzy miesiące planowanych zabiegów i operacji szpitale stopniowo wracają do normalnej działalności. Placówki musiały wdrożyć restrykcyjne procedury bezpieczeństwa i higieny, które mają przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Wielu pacjentów – w obawie przed zakażeniem – rezygnuje jednak z zaplanowanego leczenia. To może być dla nich groźne, bo im później trafią pod specjalistyczną opiekę, tym gorsze będą ich rokowania.

Polskie szpitale stopniowo wracają do normalnego funkcjonowania. Dyrektorzy placówek wdrożyli odpowiednie procedury bezpieczeństwa w porozumieniu z dyrektorami medycznymi, naczelnymi pielęgniarkami oraz epidemiologami i w tej chwili szpitale odmrażają swoją działalność. Zapraszają pacjentów do zgłaszania się na te zabiegi, które trzeba było przełożyć. Na pewno chcielibyśmy uniknąć nagłego zgłaszania się wielkiej liczby chorych, szczególnie na SOR-ach, bo jednak wirus cały czas jeszcze jest wśród nas – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Fedorowski, profesor Collegium Humanum, prezes Polskiej Federacji Szpitali.

Jak wskazuje, powrót do normalnego funkcjonowania cały czas utrudnia strach przed zakażeniem – powszechny wśród pacjentów, szczególnie osób starszych, ale i wśród personelu medycznego.

– Nadmierny strach jest niekorzystny i może spowodować, że zabiegi istotne z punktu widzenia zdrowia pacjenta nie zostaną wykonane. Ale mamy też inne wyzwania, związane chociażby z zapewnieniem bezpieczeństwa pacjentów czy dostępem do szybkich i wiarygodnych testów na obecność koronawirusa, które można wykonywać przy łóżku pacjenta – mówi Jarosław Fedorowski.

Trudności placówkom medycznym nastręczają również niespójne wskazówki publikowane przez konsultantów, towarzystwa medyczne i rekomendacje m.in. anestezjologów czy chirurgów. Dyrektorzy szpitali mają problem, bo nie wiedzą, do których wytycznych powinni się stosować. Problemem są też koszty testów na koronawirusa, które placówki muszą pokryć z własnych budżetów.

To są niewątpliwie duże wyzwania dla kadry zarządzającej szpitalami. Kolejna sprawa to finansowanie, bo wszystkim zależy, aby przestoje nie wiązały się z obniżką finansowania, ale też infrastruktura, którą musieliśmy dostosować do obecnych warunków. Musieliśmy m.in. zainstalować różnego rodzaju innowacyjne urządzenia dezynfekujące czy zadbać o zaopatrzenie w sprzęt ochronny – mówi prezes Polskiej Federacji Szpitali.

Placówki musiały wdrożyć restrykcyjne procedury bezpieczeństwa: na oddziałach i w poradniach zaostrzono standardy higieny i dezynfekcji, personel medyczny korzysta ze środków ochrony osobistej, zmienił się też tzw. triage, czyli wstępna ocena przyjmowanych pacjentów. Ci muszą m.in. wypełnić ankietę epidemiologiczną i przejść pomiar temperatury. Niektóre placówki wprowadziły też obowiązek kwarantanny przed planowanym przyjęciem do szpitala.

Wszystkich pacjentów pytamy teraz o to, jaki mają wywiad epidemiologiczny i mierzymy temperaturę, wykonujemy pomiary tętna i akcji oddechowej. W niektórych szpitalach są nowoczesne urządzenia, które umożliwiają monitorowanie tego w sposób hi-tech – mówi eksperti. – Bardzo dbamy też o procedury przepływu pacjentów w szpitalu, żeby ich ścieżki nie krzyżowały się ze ścieżkami personelu.

Jak podkreśla, personel medyczny obowiązkowo przechodzi też testy na obecność koronawirusa i dodatkowo testy na obecność przeciwciał, których do tej pory szpitale nie wykonywały rutynowo. Dla bezpieczeństwa większość placówek ograniczyła też możliwość odwiedzin u pacjentów albo utrzymała ich całkowity zakaz.

Wśród pacjentów, którzy najbardziej ucierpieli na wstrzymaniu zabiegów, trzeba wymienić przede wszystkim seniorów. O ile zabiegi ratujące życie były do tej pory wykonywane, o tyle zabiegi związane z polepszeniem jakości życia, np. wszczepienie endoprotez, operacje kręgosłupa czy pęcherzyka żółciowego były wstrzymywane. Dla osób starszych to trudna sytuacja – wymienia Jarosław Fedorowski. – Mamy też gros pacjentów, którzy nie mogli zgłosić się na procedury diagnostyczne, np. endoskopię, kolonoskopię czy badania serca. To też są istotne procedury, które mają wpływ na poprawę stanu zdrowia albo zapobieżenie konkretnej jednostce chorobowej.

Wielu pacjentów – w obawie przed zakażeniem SARS-CoV-2 – rezygnuje jednak z zaplanowanego leczenia. Tymczasem im później trafią pod specjalistyczną opiekę, tym gorsze będą rokowania. Dlatego też prezes Polskiej Federacji Szpitali podkreśla, że pacjenci nie muszą już obawiać się wizyt w szpitalach, ale w razie wątpliwości alternatywą jest telemedycyna. Wiele placówek wprowadziło teleporady, dzięki którym możliwe jest uzyskanie konsultacji z lekarzem przy ograniczeniu kontaktu osobistego np. z poradnią.

– Oczywiście ta obawa w obecnych czasach jest naturalna. Chodzi jednak o to, żeby nie była ona nadmierna, aby pacjent z tego powodu nie poniósł konsekwencji zdrowotnych – mówi Jarosław Fedorowski. – Mamy w tej chwili dobrze działającą telemedycynę, więc pacjenci mogą w ten sposób kontaktować się ze swoim lekarzem podstawowej opieki zdrowotnej, z infolinią szpitala albo Narodowego Funduszu Zdrowia.

Polska Federacja Szpitali prowadzi akcję „Nie bój się szpitala” (HASHniebojsieszpitala), która ma załagodzić strach i nadmierne obawy pacjentów przed zgłaszaniem się do szpitali i rezygnacji z zaplanowanych zabiegów.

– Pacjenci mogą się czuć bezpiecznie, ponieważ wprowadziliśmy procedury, mamy środki zabezpieczenia personelu i pacjentów. Ta akcja nie ma na celu zachęcenia pacjentów do tłumnego, jednoczesnego zgłaszania się na szpitalne oddziały ratunkowe, ale do kontaktu ze swoim lekarzem prowadzącym, do zaufania szpitalnym procedurom. Jednocześnie też prosimy ich, aby byli szczerzy z kadrą medyczną i podawali wszystkie swoje objawy chorobowe – tak, aby było bezpiecznie i dla nich, i dla nas – mówi prezes Polskiej Federacji Szpitali.

Nie wszystkie mentolowe wyroby tytoniowe zostały wycofane. Sklepy nie mogą jednak o tym informować klientów

Według badań Forum Konsumentów w Polsce papierosy pali ok. 9 mln osób, wśród których 42 proc. sięga po wyroby mentolowe. Jednak tych w sklepach kupić już nie można, ponieważ 20 maja wszedł w życie zakaz sprzedaży papierosów mentolowych, z kapsułką mentolową oraz tytoniu do samodzielnego skręcania o aromacie mentolowym. Eksperci przestrzegają przed szukaniem takich produktów w szarej strefie i przypominają, że na rynku pozostają legalne alternatywy, jak podgrzewacze tytoniu.

– Na rynku pozostają papierosy elektroniczne, podgrzewacze tytoniu oraz cygara lub cygaretki o smaku mentolowym. Te produkty nie podlegają wycofaniu – potwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Ptaszyński, wiceprezes zarządu Polskiej Izby Handlu.

Wycofanie mentolowych wyrobów z tytoniu to duża zmiana dla polskiego rynku. Według Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych mentole stanowią ok. 30 proc. wszystkich sprzedawanych w Polsce papierosów, co jest jednym z wyższych wskaźników konsumpcji w Europie. Zakaz ich sprzedaży może uderzyć w drobny handel, bo papierosy mentolowe odpowiadają za 15 do nawet 40 proc. obrotów małych sklepów i kiosków. Ta kategoria produktów tytoniowych generuje też rocznie ok. 7–9 mld zł przychodów budżetowych z podatków.

Zmiana przepisów będzie odczuwalna także dla konsumentów. Z marcowego badania Forum Konsumentów wynika, że papierosy pali ponad 25 proc. dorosłych Polaków, czyli ok. 9 mln osób. W tej grupie aż 42 proc. sięgało właśnie po papierosy mentolowe bądź z kapsułką, a 28 proc. wybierało je regularnie.

– Brak papierosów mentolowych na rynku z pewnością spowoduje konieczność szukania innych rozwiązań. Jako handel detaliczny będziemy starali się jak najlepiej zaopatrzyć i odpowiedzieć na potrzeby klientów. Jednak brak tych papierosów będzie utrudnieniem zarówno dla klientów, jak i samych sklepów – mówi Paweł Tracz, prezes zarządu Stowarzyszenia Mikroprzedsiębiorców i Franczyzobiorców.

Jak wynika z badania Forum Konsumentów, ponad 20 proc. palaczy deklaruje, że w przypadku braku papierosów mentolowych są skłonni sięgnąć po taki towar z czarnego rynku. To oznacza, że zakaz ich sprzedaży może realnie przyczynić się do rozwoju szarej strefy. W ciągu ostatniej dekady udział nielegalnych papierosów na polskim rynku udało się obniżyć z 19 do ok. 10 proc., ale zmiany w przepisach mogą ten trend odwrócić.

– Jako handel detaliczny bardzo boimy się rozwoju szarej strefy, która będzie strefą pozasklepową i nielegalną – mówi Paweł Tracz.

Eksperci przestrzegają przed kupowaniem papierosów mentolowych z szarej strefy, ponieważ stanowi to duże ryzyko dla zdrowia. Takie wyroby tytoniowe są wytwarzane bez żadnego nadzoru, nie spełniają norm jakości i mogą zawierać groźne substancje. Legalną alternatywą dla nich pozostają podgrzewacze tytoniu i e-papierosy, również o smaku mentolowym, które wciąż będą dostępne na rynku. Problem w tym, że zgodnie z obowiązującym od 2017 roku prawem obowiązuje zakaz informowania o wyrobach tytoniowych w punktach sprzedaży, także tych, o których mówi się, że mogą być mniej szkodliwe. .

– Rząd powinien umożliwić informowanie o obniżonej szkodliwości innowacyjnych wyrobów tytoniowych, podgrzewaczy do tytoniu. W Polsce mogłyby powstawać potężne fabryki, które produkowałyby tego typu wkłady do tytoniowych podgrzewaczy. To z pewnością odciążyłoby plantatorów, którzy dostarczają tytoń dla wielu firm. Błędem byłoby tej szansy nie wykorzystać. Jeżeli nie wprowadzimy możliwości informowania konsumenta o obniżonej zawartości nikotyny i substancji smolistych w tych właśnie produktach, po prostu pozbawimy się szansy, która jest istotna dla odbudowy polskiej gospodarki po pandemii koronawirusa, a także sektora rolnego oraz małych i średnich sklepikarzy – uważa Jacek Podgórski, dyrektor Instytutu Gospodarki Rolnej.

W innych krajach podejście do alternatyw jest dużo bardziej otwarte. W USA po wnikliwym, trwającym dwa lata audycie badań naukowych nad systemem podgrzewania tytoniu IQOS amerykańska Agencja Żywności i Leków wyraziła zgodę na sprzedaż tego urządzenia na terenie tego kraju. FDA stwierdziła, że wprowadzenie tego produktu na rynek amerykański jest „właściwe dla ochrony zdrowia publicznego”, a produkty oparte na podgrzewaniu tytoniu „wytwarzają mniej określonych toksyn w mniejszych dawkach niż papierosy tradycyjne”.

Wycofanie z rynku popularnych mentoli to efekt dyrektywy tytoniowej Unii Europejskiej z kwietnia 2014 roku, która w założeniu ma przyczynić się do spadku liczby nałogowych palaczy. Nowe przepisy obowiązują w całej UE. Do polskiego prawodawstwa wdrożyła je ustawa z lipca 2016 roku o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych.

Koronawirus uderzył w rynek pracy tymczasowej. Najszybciej w przyszłym roku wróci do stanu sprzed pandemii

W ciągu półtora miesiąca pandemii pracę mogło stracić nawet 30 tys. pracowników tymczasowych. Zdaniem ekspertów Polskiego Forum HR większość stanowisk pracy udałoby się uratować, gdyby tarcza antykryzysowa objęła wszystkie formy zatrudnienia. Obecnie tylko 11 proc. firm deklaruje, że poszukuje pracowników tymczasowych, jednak zapotrzebowanie na nich powinno rosnąć wraz z odmrażaniem gospodarki. – Elastyczność kosztów i zatrudnienia będzie bardzo pożądaną usługą na rynku pracy, więc w 2021 roku powinno ono wrócić do czasu sprzed pandemii – ocenia Wojciech Ratajczyk, wiceprezes Polskiego Forum HR ds. pracy tymczasowej.

 – Koronawirus spowodował duże spadki zainteresowania pracownikami tymczasowymi. Praca tymczasowa pozwala firmom na zachowanie elastyczności, więc w pierwszej kolejności, dbając o poziom swoich kosztów, rezygnowały one właśnie z tej formy zatrudnienia – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Ratajczyk, prezes zarządu Trenkwalder Polska i wiceprezes Polskiego Forum HR ds. pracy tymczasowej.

Do początku maja, czyli w ciągu półtora miesiąca od wybuchu pandemii koronawirusa, w agencjach członkowskich PFHR pracę straciło10 tys. pracowników tymczasowych. W skali całego rynku może to oznaczać, że zwolnienie dotknęło ok. 30 tys. osób z tej grupy. Kolejne tygodnie mogły przynieść nawet dwukrotny wzrost tej liczby. Eksperci porównują to z sytuacją z 2009 roku, kiedy po upadku Lehman Brothers agencje pracy tymczasowej zanotowały ok. 50-proc. spadek zapotrzebowania na pracowników.

Z ankiety zrealizowanej wśród firm członkowskich Polskiego Forum HR wynika jednak, że obecnie ponad 70 proc. stanowisk pracy można byłoby uratować, gdyby tarcza antykryzysowa objęła wszystkie formy zatrudnienia, również pracę tymczasową.

 Sytuacja od początku była niejasna. Z ustawy nie wynika, że pracownicy tymczasowi nie są objęci dopłatą do postojowego, natomiast z interpretacji jednego z urzędów pracy wynikało, że jednak objęci nie są. Przedsiębiorstwa w związku z tym nie występowały o osłonę z tytułu tarczy antykryzysowej. Nie znam żadnego przypadku, kiedy pracownicy tymczasowi byliby nią objęci – ocenia wiceprezes PFHR ds. pracy tymczasowej.

Wojewódzki Urząd Pracy w Warszawie na początku kwietnia stwierdził, że dofinansowanie mogą otrzymać tylko pracownicy zatrudnieni w celu świadczenia pracy na rzecz agencji pracy tymczasowej. W przypadku pracowników tymczasowych, których agencja zatrudnia wyłącznie w celu ich skierowania w celu świadczenia pracy u pracodawcy użytkownika, nie można zastosować świadczenia postojowego.

– Gdyby przepisy dotyczące ochrony pracowników tymczasowych w ramach tarczy antykryzysowej były jasne, na pewno udałoby się uratować więcej miejsc pracy. Nie jesteśmy w stanie oszacować, jak duża byłaby ta skala, natomiast wiemy, że na pewno przedsiębiorstwa chętnie by z tego skorzystały, bo dzięki temu byłyby gotowe do podjęcia zadań zaraz po ustąpieniu kryzysu – przekonuje Wojciech Ratajczyk.

Obecnie ze względu na poważny kryzys wiele firm ogranicza zatrudnienie. Tracą na tym również pracownicy tymczasowi.

 Tylko 11 proc. firm zadeklarowało, że poszukuje takich pracowników za pośrednictwem agencji. Są to głównie branże logistyczna, e-commerce, spożywcza i farmaceutyczna. Nieźle radzi sobie też IT. Jednak w przyszłości żadna z firm nie przewiduje zrezygnowania z pracy tymczasowej – mówi ekspert.

Według prognoz Polskiego Forum HR w trudnych czasach pracodawcy mogą nawet chętniej korzystać z potencjału pracowników tymczasowych niż z zatrudnienia na etat we własnym przedsiębiorstwie. Niepewność na rynku, obawa przed kolejną falą pandemii oraz redukcja kosztów sprawią, że firmy będą szukać bardziej elastycznych form zatrudnienia. Zdaniem eksperta nastąpi to już wkrótce, bo najgorsze już za nami.

– Według optymistycznych prognoz odbudowanie całego rynku pracy, w tym pracy tymczasowej, będzie możliwe dopiero po 2021 roku – ocenia Wojciech Ratajczyk.

Technologia azotku galu może zmienić oblicze wojny radioelektronicznej. Zwiększy bezpieczeństwo systemów i pomoże zapobiec atakom [DEPESZA]

Od ataków na systemy radarowe, zakłócanie systemów łączności i nawigacji po maskowanie elektroniczne, sondowanie, rozpoznanie i zbieranie danych wywiadowczych – wojna radioelektroniczna stopniowo zyskuje na znaczeniu. Tylko przy użyciu sprzętu o dużej mocy przeciwnik może celować w łącza danych i nośniki, takie jak łącza Link 16 i VHF, na których polegają choćby siły NATO. Skutki mogą być trudne do przewidzenia. Technologia azotku galu może znacznie zwiększyć bezpieczeństwo systemów i utrudnić potencjalne ataki.

Wojna nie tylko przeniosła się do cyberprzestrzeni. Skutki wojny radioelektronicznej – Electronic  Warfare (EW) – mogą być trudne do przewidzenia. Od ataków na systemy radarowe, zakłócanie systemów łączności i nawigacji po maskowanie elektroniczne, sondowanie, rozpoznanie i zbieranie danych wywiadowczych – EW można stosować w powietrzu, na morzu, lądzie i w przestrzeni kosmicznej. Już podczas pierwszej wojny światowej każda ze stron z powodzeniem przeprowadziła EW w formie zakłócania komunikacji. Francuzi i Brytyjczycy wpłynęli na niemieckie operacje bombowe, blokując i fałszując sygnały elektromagnetyczne.

Używając sprzętu o dużej mocy, przeciwnik może celować w łącza danych i nośniki, takie jak łącza Link 16 i VHF, na których polegają siły NATO. Ostatnie lata pokazały, jak dużym zagrożeniem są działania polegające na zakłócaniu spektrum elektromagnetycznego. Działania prorosyjskich separatystów we wschodniej Ukrainie wyraźnie wykazały, że możliwości ataku elektronicznego przekroczyły szacunki NATO. Inwazję na Ukrainie poprzedziły intensywne działania zagłuszające, które wykraczały poza cele wojskowe, obejmując komercyjne ataki cybernetyczne i telekomunikacyjne.

– Filozofia działań wojennych ewoluuje w tym kierunku, by każdy element posiadał możliwości walki radioelektronicznej, przy czym stają się one coraz bardziej agresywne – wskazuje Eric Higham, dyrektor działu zaawansowanych systemów obronnych w Strategy Analitycs. – By osiągnąć te cele, nowe systemy wymagają wsparcia dla wielodomenowości, wielozakresowości, szerokiego pasma oraz wysokich częstotliwości.

Opracowane technologie w zakresie walki radioelektronicznej szybko ewoluują. Dlatego też systemy EW muszą być modułowe i skalowalne, zapewniając lepszy zasięg i zmniejszoną podatność na atak elektroniczny i fizyczny. Aby skutecznie poradzić sobie z zakłóceniami sieciowymi generowanymi zarówno przez cywilną, jak i wojskową komunikację, muszą one także być w stanie przetwarzać ogromne ilości danych w czasie rzeczywistym.

Przyszłe systemy EW będą musiały uzyskiwać dane z innych źródeł, takich jak bezzałogowe statki powietrzne, aby zoptymalizować zasoby. Rozwiązaniem, które może całkowicie zmienić oblicze walk radioelektronicznych, jest technologia azotku galu – GaN. Azotek galu może zastąpić krzem, jest przy tym znacznie tańszy i bardziej efektywny energetycznie. Zwiększa bezpieczeństwo, utrudnia więc potencjalny atak.

– Wyjątkowe właściwości azotku galu pod względem wydajności umożliwią zaspokojenie potrzeb wszystkich segmentów rynku EW, więc pomimo niepewnych konsekwencji pandemii SARS-CoV-2 jestem optymistą, że przychody z technologii GaN szybko wzrosną w tym segmencie – przekonuje Eric Higham.

Jak wynika z raportu Advanced Analytics Systems Defense Systems „Electronic Warfare Market and Technology Forecast: 2018–2028”, wydatki na systemy wojny elektronicznej w 2028 roku przekroczą 23 mld dol.