InPost uruchomił Urząd24

InPost oddał na potrzeby Urzędu Miasta Gorzowa Wielkopolskiego dwa nowe, specjalistyczne Paczkomaty®. Pozwolą one mieszkańcom załatwiać sprawy urzędowe bez bezpośredniego kontaktu z urzędnikami – dokumenty można będzie nadać i odebrać za pośrednictwem urządzenia InPost. Błyskawicznie przygotowana oferta współpracy InPost z polskimi samorządami to odpowiedź na gwałtownie rosnącą potrzebę szybkich, ale też – z uwagi na trwającą pandemię – bezkontaktowych usług. To pierwsza z szeregu planowanych instalacji na potrzeby miast w całej Polsce.

„Już wcześniej widzieliśmy możliwość stworzenia takiej usługi i nasz zespół R&D pracował nad koncepcją. Jednak dopiero na początku pandemii powołaliśmy dedykowany zespół naszych specjalistów z zadaniem przygotowania komercjalizacji koncepcji. Pracował on w zasadzie 24h na dobę i w ekspresowym tempie przygotował projekt, konieczną infrastrukturę sprzętową oraz architekturę IT. Natomiast prezydent Gorzowa Wielkopolskiego, jako pierwszy stwierdził, że to jest świetny pomysł i rozwiązanie obecnych bolączek. Szybko stworzyliśmy maszyny skonfigurowane pod potrzeby miast i przygotowaliśmy usługę InPost Urząd24, która znacznie ułatwi obieg dokumentów między urzędem a mieszkańcami. Pierwsze dedykowane Paczkomaty® oznaczone herbem miasta właśnie zostały postawione w Gorzowie Wielkopolskim. Dodatkowo, aby maksymalnie ułatwić załatwianie spraw urzędowych, umożliwiliśmy mieszkańcom Gorzowa nadanie dokumentów z każdego innego Paczkomatu® na terenie miasta do Paczkomatu „urzędowego”. Takie rozwiązanie w okresie pandemii jest o wiele bezpieczniejsze zarówno dla mieszkańców, jak i dla samych urzędników” – powiedział Rafał Brzoska, założyciel i prezes InPost – „Do teraz już kilka miast także zwróciło się do nas z podobną prośbą o pomoc w odblokowaniu urzędów” – dodał.

„Szukaliśmy rozwiązań, które ułatwią życie gorzowianom. Zwróciliśmy się do InPost, czy pomogą nam w rozwiązaniu problemu obsługi mieszkańców. Odpowiedź była błyskawiczna i już po tygodniu zostały uruchomione dwa Paczkomaty, które powinny zdecydowanie usprawnić pracę urzędu” – powiedział Jacek Wójcicki, Prezydent Miasta Gorzowa Wielkopolskiego.

Mieszkańcy mogą załatwić wybrane sprawy urzędowe przy pomocy Paczkomatów® InPost – wystarczy wypełnić prosty formularz na stronie urzad24.inpost.pl/Gorzow i zanieść wymagane dokumenty do dowolnego, wybranego przez siebie Paczkomatu® na terenie miasta. Koszt nadania wynosi 5,99 zł. Odbieranie dokumentów nadanych przez urzędników do mieszkańców będzie możliwe w Paczkomatch® InPost przy ulicy Sikorskiego 3-4 oraz przy ulicy Myśliborskiej 34, zlokalizowanych obok budynków Urzędu Miasta. InPost w trakcie pandemii rekomenduje wygodny i bezpieczny odbiór dokumentów zdalnie przy pomocy darmowej aplikacji InPost Mobile z poziomu smartfona (aplikacja do pobrania w sklepach App Store i Google Play), zamiast standardowego użycia panelu dotykowego.

Urząd Miasta w Gorzowie Wielkopolskim przyjmuje przez Paczkomaty® głównie sprawy do Wydziału Komunikacji – mieszkańcy mogą m.in.: zarejestrować pojazd, zawnioskować o wydanie dowodów rejestracyjnych, kart pojazdu, pozwoleń czasowych oraz tablic rejestracyjnych, zgłosić zbycie pojazdu, zmianę stanu faktycznego lub demontaż pojazdu,
zawnioskować o wymianę dokumentów komunikacyjnych i ich weryfikację, co do zgodności z posiadaną ewidencją. Przyjmowanych będzie również szereg innych wniosków, których wykaz znajdzie się na stronie Urzędu.

Systematycznie rośnie zapotrzebowanie na usługi InPost – liczba Paczkomatów® (6000 urządzeń w Polsce) przekroczyła skalę placówek własnych Poczty Polskiej (46001).

Aż 63% kupujących w Internecie deklaruje, że najczęściej korzystają z usług oferowanych przez InPost2 – to najwyższy wynik wśród wszystkich firm logistycznych działających w Polsce.

InPost z uwagi na rosnące zapotrzebowanie na usługi paczkomatowe® w związku pandemią przyspieszył start nowej usługi „Paczka w Weekend” umożliwiającej dostawy do Paczkomatów® także w soboty i niedziele – koszt usługi to 4,99 zł brutto. W ramach „Paczki w weekend” przesyłki zostaną dostarczone do klientów w weekend, jeśli nadanie (czyli przekazanie paczki do Paczkomatu® lub POP albo złożenie zlecenia na odbiór przez kuriera), nastąpi w sobotę do godziny 13:00.

InPost udostępnił nowatorskie rozwiązanie pozwalające na zarządzanie Paczkomatem® i swoją paczką z poziomu aplikacji3. Od kilku miesięcy przy jednym Paczkomacie® przesyłki będzie mogło odbierać wiele osób na raz. Strategia GO MOBILE! to znaczący krok w reorientacji branży logistycznej w kierunku mobilności. InPost umożliwi też niedługo nadawanie przesyłek za pomocą aplikacji zainstalowanej w smartfonie. Z InPost można skontaktować się teraz także za pomocą Google Asystenta. Rozmowę zaczyna się od wywołania bota o nazwie ChatBot Mat frazą „Porozmawiaj z InPost”. Klienci mogą zapytać m.in. o status przesyłki, najbliższy Paczkomat®, a także nowość – numer do kuriera. Ten sam Bot jest dostępny także na Messengerze, wraz ze wszystkimi swoimi funkcjonalnościami.

InPost to największy w Polsce operator logistyczny, w którego zainwestowały amerykańskie fundusze inwestycyjne Advent International i KKR. Firma oferuje usługi kurierskie oraz dostawy za pośrednictwem ogólnopolskiej sieci Paczkomatów® InPost dla klientów indywidualnych oraz instytucjonalnych, w tym kompleksowe usługi dedykowane branży e-commerce.

1 Źródło: https://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/1401760,zarzad-poczty-o-podwyzkach-dla-listonoszy.html

2 Badanie CAWI na reprezentatywnej grupie internautów N=1000, wszyscy dokonali zakupu w internecie w ciągu ostatnich trzech miesięcy, kwiecień 2019

3 Rozwiązanie jest dostępne w 95% maszyn. Pozostałe starsze urządzenia są sukcesywnie modernizowane do najnowszego standardu

Sklepy redukują godziny pracy. Kupujemy więcej, ale coraz rzadziej

W wyniku ograniczeń spowodowanych epidemią koronawirusa, w małych sklepach zaobserwowano wzrost obrotów oraz wartości średniego paragonu. Niestety, równolegle wiele z nich zaczęło borykać się z problemami, które zmusiły właścicieli do skrócenia godzin pracy lub czasowego zawieszenia działalności. Najnowsze dane dostarczone przez system M/platform pokazują, że ponad 15% sklepów detalicznych musiało wstrzymać sprzedaż przez co najmniej jeden dzień lub skrócić godziny pracy o co najmniej 25% przez dłuższy okres niż jeden dzień.

Po uwzględnieniu naturalnego tempa zamykania sklepów, które obserwowaliśmy przez cały luty, marzec okazuje się wyjątkowo trudnym miesiącem. Już pierwszego dnia roboczego trwale zamknięto kilkakrotnie więcej placówek. W pierwszym tygodniu mogliśmy zauważyć zwiększone tempo zamknięć – o średnio niemal dwa sklepy dziennie więcej niż w lutym. Problemy na naprawdę dużą skalę rozpoczęły się 12 marca. Od tego dnia codziennie średnio zamykano dwa z każdych 500 sklepów. Ta niekorzystna tendencja utrzymuje się nadal. Z szacunków wynika, że rozwój epidemii w Polsce przyczynił się do zamknięcia co czterdziestego sklepu spośród objętych badaniem. Poza placówkami zamkniętymi, odnotowano niemal 4% sklepów, które zostały zamknięte na co najmniej jeden dzień, ale przed 28 marca zostały ponownie otwarte. Średnio sklepy te zostały zamknięte na niemal trzy dni robocze.Comp_Mat. prasowy

Skrócenie godzin pracy

Znacznie większą liczbę sklepów dotknęły problemy, które spowodowały skrócenie godzin pracy. Po przyjęciu progu minimum 25% (w stosunku do typowych godzin pracy w lutym dla danego sklepu) oraz minimum dwóch dni skrócenia godzin w marcu, negatywna tendencja kształtuje się na poziomie aż 11%. Wśród tych sklepów problemy z utrzymaniem godzin pracy na poziomie co najmniej 75% typowych godzin dotyczyły średnio ponad pięciu dni roboczych, a średni skrócony dzień pracy był krótszy niż 60% czasu trwania typowego dnia pracy danego punktu handlowego.

Pomimo wzrostu średnich obrotów w małych sklepach sąsiedzkich, ich sytuacja nie jest stabilna. Nowe, ostrzejsze restrykcje w walce z epidemią wprawdzie skłaniają do robienia zakupów bliżej domu, więc małym sklepom nie powinno zabraknąć klientów, ale nie oznacza to wcale, że te najmniejsze z nich mają w obecnej sytuacji lekko. Gdy nasze dane analityczne z M/platform wykazały narastające zaburzenia w pracy sklepów, skonsultowaliśmy przyczyny tych zmian z samymi detalistami. Powodów zamknięcia sklepu lub ograniczenia godzin pracy jest wiele. Najbardziej ucierpiały te, które mają specyficzną lokalizację, np. blisko dużych szkół lub w obszarach biurowych – tam faktycznie drastycznie spadła liczba klientów. W wielu innych ograniczeniem jest brak personelu lub konieczność opieki nad rodziną przez samego właściciela, który dotychczas pracował za ladą osobiście. Jest też czynnik strachu przed wirusem – zarówno ze strony detalisty, jak i samych klientów. Coraz więcej tych sklepów „za rogiem” poszukuje nowych rozwiązań, które umożliwią skrócenie klientom czasu przebywania w sklepie, na przykład w modelu „zamów i odbierz”. Nie wszystkie mają możliwość zapewnienia dostaw do domu, ale wiele próbuje już pakować siatki z listą zakupową klienta jeszcze zanim przyjdzie on do sklepumówi Tomasz Jasinkiewicz, wiceprezes Comp Platforma Usług S.A.

Średnie wartości obrotów oraz koszyka zakupowego utrzymywały się na stałym poziomie przez cały luty. Był to poziom charakterystyczny również dla stycznia. Nieznaczne sygnały dotyczące zmian w tendencjach zakupowych odnotowano w pierwszym tygodniu marca. 5% wzrost obrotów można uznać za sygnał, że przezorni zaczęli robić zakupowe zapasy jeszcze przed ogłoszeniem pierwszego potwierdzonego przypadku koronawirusa w Zielonej Górze. W krytycznym tygodniu, w którym ogłoszono zamknięcie szkół, wszystkie kluczowe wartości dynamicznie poszybowały w górę. Na przestrzeni całego tygodnia liczba paragonów wzrosła o 11% (przychodziliśmy do sklepu częściej), średnia wartość koszyka wzrosła o 26% (przy każdej wizycie, nasz zakup był większy), co finalnie przełożyło się na wzrost obrotów sklepów detalicznych o 40%.Comp_Mat. prasowy (2)

Kolejny tydzień to z kolei gwałtowny spadek obrotów, który był do przewidzenia po szturmie na sklepy z tygodnia poprzedniego. Po zrobieniu tak dużych zakupów, kupowano mniej ze względu na już przygotowane zapasy. Podobne zjawisko występuje w normalnych warunkach po intensywnej wyprzedaży promocyjnej (zwany właśnie „efektem zapasów”). Niemniej jednak pomimo ogólnego spadku, obroty nadal są podwyższone o 10% względem lutego i stycznia, co sugeruje, że wciąż kupowaliśmy na zapas lub zwiększyliśmy konsumpcję w domu, kompensując zamknięcie innych kanałów sprzedaży i usług lub prawdopodobnie nastąpiło już częściowe przekierowanie ruchu z handlu wielkoformatowego do tradycyjnego. Równocześnie widać również efekty akcji „zostań w domu”, ponieważ liczba koszyków (paragonów) spadła do poziomu o 10% niższego niż w lutym. Większe obroty i rzadsze wizyty w sklepach przełożyły się na utrzymanie koszyka na poziomie podwyższonym o 21%.

Nowy trend

Ostatni tydzień marca przyniósł z kolei zupełnie nowy trend. Liczba transakcji w stosunku do lutego spadła o 16%, natomiast wizyta w sklepie wiąże się z większymi zakupami. Świadczy o tym ogromny skok wartości koszyka zakupowego o 31%. Zaskoczeniem jest, że łączne obroty nadal utrzymują się na poziomie o 10% powyżej średniej z lutego.

Pod koniec marca konsumenci wzięli na poważnie rekomendacje pozostania w domu i odwiedzali sklepy o 16% rzadziej, a średni koszyk był o 31% większy. Kupując więcej na raz, wydłużamy czas przed kolejną wizytą i redukujemy ryzyko rozprzestrzeniania się koronawirusa.  Nowe ograniczenia na pewno ten trend umocnią, choć trudno przypuszczać, żeby koszyk rósł w nieskończoność. Limitem zaczyna być sam ciężar siatki. Z dużą uwagą będziemy obserwować sprzedaż w godz. 10:00-12:00 podczas „okienka” dla seniorów. W typowy dzień roboczy to właśnie godz. 10:00-12:00 oraz godz. 15:00-16:00 są okresami największych obrotów, a w soboty nacisk na godz. 10:00-12:00 jest jeszcze większy, więc możemy spodziewać się zmian w dziennych cyklach sprzedaży – komentuje Tomasz Jasinkiewicz.

Ogólny wniosek z badania jest taki, że kupujemy nadal o 1/10 więcej, ale o ponad 1/6 zmniejszyliśmy częstotliwość wizyt w sklepie, zaś wartość jednorazowych zakupów zwiększyliśmy o 1/3. Przy nowych obostrzeniach ten trend zapewne się utrzyma, a nawet może się pogłębić.

Badaniami objęto próbkę n = 4634 reprezentatywnych sklepów z segmentu handlu tradycyjnego, wybranych spośród sklepów, które przystąpiły do programu Promo+. Analizę opracował dział analityki Comp Centrum Innowacji, dostawcy systemu M/platform, na zlecenie Comp Platforma Usług S.A., operatora usługi Promo+.

Znakomite nastroje na Wall Street. JPMorgan o Economic Restart

Zmniejszająca się liczba nowych przypadków zakażenia COVID-19 wraz ze spadkiem ofiar koronawirusa powoduje poprawę nastrojów na rynku akcji. Niesie to również nadzieje na to, że wprowadzone ograniczenia zostaną być może już w maju poluzowane. To z kolei może zmniejszyć wpływ epidemii na gospodarkę i wyniki spółek. Inwestorzy ze zniecierpliwieniem mogą już oczekiwać wyników za pierwszy kwartał i przedstawionych oczekiwań na dalszą część roku.

Na początku nowego tygodnia indeksy w Stanach Zjednoczonych rosną o około 5 proc. Taki wynik notuje zarówno przemysłowy Dow Jones, jak i indeks S&P 500. Z kolei Nasdaq rośnie o 4,5 proc. W indeksie DJIA największą zwyżkę odnotowuje American Express, drożejąc o ponad 11 proc. United Technologies zyskuje ponad 9 proc., podobnie jak Boeing, a z kolei Visa rośnie o prawie 8 proc. Dziś nawet prezydent Donald Trump napisał na swoim profilu na Twitterze, że widzi światełko w tunelu, a We Włoszech i Hiszpanii następuje spowolnienie liczby zgonów z powodu koronawirusa, podczas gdy w Niemczech liczba nowych zakażeń spadła czwarty dzień z rzędu. Ponadto we Francji odnotowano mniej zgonów w szpitalach.

Dla sektora finansowego w Stanach Zjednoczonych, jak podaje Wall Street Journal, pozytywną informacją powinno być to, że inwestorzy prawdopodobnie dostaną swoje dywidendy. Prawdopodobnie Fed nie powinien ograniczać gotowości banków amerykańskich do wypłaty dywidendy, w przeciwieństwie do Europy. Informacje pochodzą z wiarygodnych źródeł cytowanych przez Wall Street Journal. To dobra wiadomość dla inwestorów długoterminowych i dywidendowych. Dodatkowo inwestorzy międzynarodowi, którzy nie dostaną dywidend z europejskich banków, mogą zmienić obszar swojego zainteresowania w kierunku USA.

Ciekawa rekomendacja pojawiła się dziś ze strony JPMorgan. Bank rekomenduje zakup tanich opcji kupna celem zyskania, jak to nazwali na “Economic Restart”. Restart gospodarki może przynieść znaczące odbicie przecenionych akcji, a żeby mieć na nie ekspozycję z ograniczonym ryzykiem, JPMorgan rekomenduje kupno tanich opcji. Niemniej jednak istotne jest to, żeby ceny instrumentu bazowego, czyli akcji, wzrosły. Rekomendacja pojawiła się już teraz, jakby JPM sugerowało, że najgorsze jest za nami. Jednak dla bardziej cierpliwych inwestorów kluczowy powinien być sezon wyników i guidance spółek na przyszłość.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Dolar znów pokazał siłę, podczas gdy rynki akcji bladły

Miniony tydzień przyniósł wyraźne umocnienie amerykańskiej waluty, ale i rosyjskiego rubla. Na które informacje w najbliższych dniach warto zwrócić uwagę?

Wysiłki Rezerwy Federalnej, która zalała rynki płynnością chcąc zaspokoić światowe zapotrzebowanie na dolara amerykańskiego do tej pory były udane jedynie częściowo. O ile skala napięć na rynku pożyczek międzybankowych zmalała do mniej niepokojących rozmiarów, to jednak działania Fed nie powstrzymały dalszej aprecjacji amerykańskiej waluty. Status waluty bezpiecznej pomógł sprawić, że dolar w zeszłym tygodniu był najlepiej radzącą sobie główną walutą umacniając się w relacji do wszystkich popularnych walut – za wyjątkiem rosyjskiego rubla. Ten ostatni doświadczył aprecjacji w związku z silnym odbiciem cen ropy naftowej z poziomów najniższych od dekad, co miało związek z doniesieniami, że producenci ropy naftowej mogą być bliscy porozumienia dotyczącego redukcji skali wydobycia surowca.

Marcowe dane ekonomiczne ze świata były albo złe albo druzgocące, w zależności od tego, na jakim etapie zostały one zebrane. Najświeższe dane dotyczące liczby wniosków o zasiłek, złożonych przez nowych bezrobotnych w USA, jak i te dotyczące aktywności biznesowej PMI w strefie euro pokazały najgorsze poziomy w historii, wyraźnie pokonując poprzednie rekordy. Rynek w znacznej mierze oczekiwał jednak zdecydowanie negatywnych odczytów.

Większość danych ekonomicznych, które poznamy w tym tygodniu będzie dość przestarzała. Wyjątkiem ponownie będą cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA, które również mają być fatalne. Dane z tego tygodnia w połączeniu z tymi z dwóch poprzednich pozwolą nam na ocenę skali uderzenia w amerykański rynek pracy. We wtorek odbędzie się natomiast spotkanie Eurogrupy (ministrów finansów państw strefy euro), które przykuje uwagę inwestorów. W ostatnich tygodniach kluczowym elementem mającym wpływ na rynki były bowiem decyzje władz odpowiadające na sytuację w kontekście koronawirusa.

PLN

Miniony tydzień przyniósł osłabienie polskiego złotego, które nastąpiło w kontekście pogorszenia globalnego sentymentu i umocnienia dolara amerykańskiego. Opublikowany w poprzednim tygodniu odczyt PMI dla polskiego sektora przemysłowego w marcu pokazał głęboki spadek do najniższego poziomu od 2009 r. Nie jest to zaskoczenie – podobne spadki obserwowaliśmy niemal we wszystkich krajach, gdzie tego typu odczyty były publikowane. Dane i tak były zawyżone przez to, że w ostatnim czasie doszło do znacznego wydłużenia dostaw w związku z koronawirusem. Ogólnie rysuje to więc dość pesymistyczny obraz spowolnienia w polskim przemyśle. W kolejnych dniach złoty powinien reagować głównie na informacje zewnętrzne, aczkolwiek będziemy obserwować środową decyzję RPP ws. stóp. Nie sądzimy, że w najbliższym czasie dojdzie do kolejnej obniżki stóp procentowych w Polsce, jednak będziemy czekać na jakiekolwiek sugestie dotyczące nastawienia decydentów do obecnej sytuacji.

GBP

Ostatnie, zrewidowane odczyty indeksów PMI dla Wielkiej Brytanii były bardzo złe, jednak nie aż tak fatalne jak odczyty z innych części Europy. Nie jest to jednak zbyt pocieszające, biorąc pod uwagę, że Wielka Brytania wprowadziła obostrzenia związane z koronawirusem później niż inne duże kraje w Europie. Stąd spodziewamy się, że kolejne odczyty dla Wielkiej Brytanii będą gorsze. Dane ekonomiczne, które poznamy w tym tygodniu będą miały ograniczone znaczenie. Bardziej istotne będą doniesienia o wdrażaniu programów pomocowych dla małych i średnich przedsiębiorstw uruchomionych przez brytyjski rząd i Bank Anglii.

EUR

Najnowsze odczyty indeksów PMI opisujących aktywność biznesową w krajach strefy euro były wyjątkowo ponure. Można się było tego spodziewać, biorąc pod uwagę wczesne uruchomienie środków prewencyjnych w większości krajów strefy euro. Wskaźnik PMI dla sektora usług Włoch w marcu znalazł się na poziomie 17,4 pkt., co było chyba najniższym wynikiem jaki odnotowano w jakimkolwiek kraju w historii odczytów.

W obliczu tych niepokojących danych widzimy jednak powody aby zachować ostrożny optymizm. Skala rozwiązań antykryzysowych wprowadzanych zarówno przez poszczególne kraje jak i przez całą strefę euro jest olbrzymia, dopasowując się do rozmiaru obecnego kryzysu. Co więcej, dane o nowych zakażeniach w Hiszpanii i we Włoszech zdają się sugerować, że najgorszy etap kryzysu zdrowotnego w tych krajach prawdopodobnie jest już za nami.

USD

Kolejny odczyt danych o liczbie zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w Stanach Zjednoczonych wzmocnił obraz rzezi na amerykańskim rynku pracy. Raport o zatrudnieniu w sektorach pozarolniczych w marcu nie był tak słaby, jednak znaczenie tych danych było mniejsze, w związku z tym, że badania przeprowadzono w okolicy połowy marca, czyli zanim większość stanów w USA zadecydowała o wprowadzeniu lockdownów o różnym poziomie restrykcyjności.

Olbrzymia skala destrukcji miejsc pracy wskazuje na poważną słabość amerykańskiej gospodarki w czasie jej tymczasowego zamknięcia: brak aparatu ochrony miejsc pracy oraz mechanizmów regulujących i spowalniających proces zwalniania pracowników oznacza, że cios w amerykańskie zatrudnienie prawdopodobnie będzie większy. Spodziewamy się, że w którymś momencie na przestrzeni najbliższych kilku tygodni rynki zdadzą sobie z tego sprawę, co przełoży się na umocnienie euro w relacji do dolara amerykańskiego.

Autor: Enrique Díaz-Alvarez, Ebury

PZWLP wybrał nowe władze. Robert Antczak objął funkcję Prezesa Zarządu organizacji

Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), jedyna organizacja skupiająca w Polsce firmy wynajmu długoterminowego samochodów oraz Rent a Car (wypożyczalnie aut), wybrał nowe władze. Na czele PZWLP, obejmując stanowisko Prezesa Zarządu organizacji, stanął Robert Antczak, na co dzień szef największej w kraju firmy wynajmu długoterminowego aut – Arval Polska. Nowe władze zostały wybrane na 2-letnią kadencję. PZWLP skupia obecnie największe i najważniejsze w Polsce firmy wynajmu długoterminowego, reprezentując ponad 80% tego rynku w kraju oraz duże sieciowe, polskie i międzynarodowe, wypożyczalnie samochodów.

Robert Antczak zastąpił na stanowisku Prezesa Zarządu PZWLP Grzegorza Szymańskiego, Regional Managera Europy Centralnej w firmie Arval. Od 1 grudnia 2019 r. pełni funkcję Dyrektora Generalnego największej w Polsce firmy wynajmu długoterminowego samochodów, Arval Polska.

Z Grupą BNP Paribas, do której należy firma Arval, Robert Antczak jest związany od 2017 roku.  Pełnił w niej funkcję Dyrektora Zarządzającego Pionu Rozwoju Biznesu i Organizacji w obszarze MŚP i Bankowości Korporacyjnej. Swoją karierę w bankowości rozpoczął w 2002 r. w Banku Handlowym w Warszawie S.A. (Citigroup). Od 2004 do 2009 r. pracował tam jako Dyrektor Departamentu Leasingu. W latach 2009-2013 był Dyrektorem Zarządzającym w Departamencie Bankowości Przedsiębiorstw w Kredyt Banku S.A., a w latach 2013-2017 Dyrektorem Departamentu Sprzedaży Produktów w Pionie Biznesowo-Korporacyjnym w Santander Bank Polska S.A. i odpowiadał za Sprzedaż Produktów Bankowości Transakcyjnej, Finansowania Handlu oraz wsparcie polskich firm w wyjściu na rynki zagraniczne.

Objęcie swoich funkcji i możliwość pokierowania pracami Polskiego Związku Wynajmu
i Leasingu Pojazdów traktujemy wraz z innymi Członkami Zarządu jako wyraz zaufania,
a także jako zobowiązanie do dbania o dalszy rozwój branży, wdrażania najlepszych standardów oraz rozwiązań, które odpowiadają na wyzwania, jakie stoją przed tym segmentem rynku. W tym momencie jest to także poważne wyzwanie związane
z COVID-19
– mówi Robert Antczak, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny
Arval Polska. – PZWLP to obecnie silna i dobrze rozpoznawana na polskim rynku motoryzacyjnym organizacja, reprezentująca branże wynajmu długoterminowego aut
i firmy Rent a Car. Skala wyzwania stojącego przed nowym Zarządem jest tym większa, że już na początku naszej pracy musimy stawić czoła pandemii koronawirusa, która z całą pewnością będzie miała wpływ także na branże reprezentowane w naszej organizacji. Już dziś obserwujemy wyzwania z tym związane i jako Zarząd i Związek podejmujemy działania wspierające rozwiązywanie najważniejszych problemów, z którymi będzie musiała zmierzyć się cała branża. Aktualnie PZWLP aktywnie uczestniczy w dyskusjach na temat programów pomocowych, czy też możliwości wsparcia dla naszych Członków i ich klientów.

Priorytetem, przynajmniej w początkowej fazie nowej kadencji władz PZWLP, bez wątpienia będzie więc szeroko pojęta walka ze skutkami COVID-19 w wynajmie długoterminowym aut oraz w branży Rent a Car. Równolegle jednak, naszym celem będzie wdrożenie nieco odmiennej od dotychczasowej formuły funkcjonowania całej organizacji, która opierać się będzie na maksymalnym możliwym wykorzystaniu wewnętrznego potencjału firm i ekspertów PZWLP we wspólnej pracy na rzecz branży wynajmu aut w naszym kraju. Zamierzamy położyć duży nacisk i rozwinąć działalność organizacji m.in. w takich istotnych dla branży obszarach, jak digitalizacja kluczowych procesów, rozwój i wdrożenie nowych technologii, czy szeroko pojęte działania z zakresu odpowiedzialności społecznej i biznesowej. Ponadto, będziemy starali się poszerzyć
i wzmocnić działalność PZWLP w nowym obszarze rynku wynajmu pojazdów, jakim jest car sharing.        

Władze PZWLP w kolejnej dwuletniej kadencji zostały wybrane podczas Walnego Zebrania organizacji. Zarząd Związku, podobnie jak do tej pory, składa się z 5 osób. Obok Roberta Antczaka, który objął stanowisko Prezesa Zarządu, w jego skład wchodzą ponadto: Rafał Merk, Członek Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający Athlon Polska; Jacek Studziński, Członek Zarządu PZWLP, Dyrektor Finansowy i Członek Zarządu LeasePlan Polska; Maciej Tórz, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Rentis SA oraz Paweł Piórkowski, Członek Zarządu PZWLP i Prezes Hertz (Motorent Sp. z o.o.).

Poza Zarządem, firmy członkowskie PZWLP wybrały również Komisję Rewizyjną Związku, która będzie funkcjonować w nowej kadencji. W jej skład ponownie weszli Hubert Laszczyk, Prezes firmy Express, Dariusz Tucharz, Dyrektor Departamentu CFM w mLeasing oraz Marcin Nivette, Prezes NFM.

Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów to jedyna w Polsce organizacja branżowa firm wynajmu długoterminowego aut (CFM) oraz wypożyczalni samochodów (Rent a Car). Do PZWLP należy obecnie 19 firm. W PZWLP funkcjonuje odrębna struktura organizacyjna – Grupa Firm Rent a Car, która skupia 7 dużych sieciowych, zarówno polskich, jak i międzynarodowych, wypożyczalni samochodów.

Organizacja ma znaczący i wciąż rosnący wpływ na rozwój oraz obecny i przyszły kształt rynku flotowego w Polsce. W październiku 2017 r. we współpracy PZWLP i SKFS (Stowarzyszenie Kierowników Flot Samochodowych) na Wydziale Transportu Politechniki Warszawskiej uruchomione zostały pierwsze w kraju, rozbudowane programowo, podyplomowe studia flotowe „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością”. Program studiów był współtworzony przez organizację, a znaczną część wykładowców stanowią eksperci z firm należących do Związku. PZWLP angażuje się w działania podnoszące bezpieczeństwo i promujące ekologię
w polskich flotach, a także wpływające na jakość usług oferowanych na rynku flotowym. Od 12 lat Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów przyznaje swoje prestiżowe w branży Nagrody PZWLP. Organizacja jest członkiem Związku Polskiego Leasingu oraz Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego.

Dane z Ameryki nie odstraszają inwestorów

Pomimo tego, że odczyt zwiększający bezrobocie o 0,9% nie może cieszyć, nie jest tak zły, jak część inwestorów sądziła. W rezultacie mimo kurczącego się rynku pracy dolar zyskuje na wartości.

Co z bezrobociem w USA

W piątek poznaliśmy dane z amerykańskiego rynku pracy. Bezrobocie w ciągu miesiąca wzrosło o 0,9% (z 3,5% do 4,4%). Brzmi to fatalnie, ale pamiętajmy, że za moment wyjścia z kryzysu 2008 roku uważano spadek bezrobocia poniżej 5%. Nie zmienia to faktu, że tendencja budzi przerażenie. Zmiany zatrudnienia w sektorze zarówno pozarolniczym, jak i prywatnym potwierdzają to, co się dzieje. Jeszcze miesiąc temu przybywało po około ćwierć miliona miejsc pracy. W marcu ubyło ponad 700 tysięcy. Nie widać natomiast wpływu na stawki płac godzinowe. Nasuwa się pytanie, skoro ubyło 700 tysięcy miejsc pracy netto (czyli po uwzględnieniu tych, co przybyło) to skąd te liczby w zasiłkach dla bezrobotnych, których w dwa tygodnie złożono około 10 milionów? Pakiet pomocowy rozszerzał uprawnienia do zasiłku. W rezultacie nastąpiło silne zaburzenie w tych danych, które nie pozwala nam bez oczyszczenia tych liczb określić prawdziwej skali problemu.

Niespodziewany optymizm w USA

Pomimo fatalnych informacji z rynku pracy branża usługowa w USA podchodzi do problemu znacznie bardziej optymistycznie niż w Europie. Indeks ISM dla usług wyniósł 48 punktów, co jest wynikiem odpowiadającym drobnej niepewności, a nie panice jak w Europie. Raport PMI w USA wyniósł z kolei 39,8 punktów. Wynik ten jest wyraźnie gorszy, ale 10 punktów poniżej poziomu równowagi odpowiedzi dobrych i złych to dużo lepszy wynik od tego w strefie euro, gdzie uzyskano zaledwie 26,4 punktów. O tym, że dane z USA nie budzą paniki, najlepiej świadczy rynek walutowy. Dolar, pomimo publikacji słabych wskaźników, czy wzrostu bezrobocia, zyskuje na wartości.

Dobre otwarcie dla złotego

Na otwarciu rynków było widać wyraźne umocnienie się złotego. Do 10:00 złotówka umocniła się o 4 grosze względem euro. Podobnie wyglądały inne waluty od rana. Powodem tego ruchu był w miarę spokojny weekend. Inwestorzy bali się, co się wydarzy podczas zawieszonych notowań. Po tak silnej zmianie przyszło jednak odbicie i znów euro jest powyżej 4,55 zł.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Masowe kontrole, prowokacje i kary, czyli co może grozić przedsiębiorcom po epidemii

Departament Zwalczania Przestępczości Ekonomicznej Ministerstwa Finansów zlecił dyrektorom podległych jednostek przedstawienie propozycji do wdrożenia nowej formy przeprowadzania kontroli skarbowych w formie zakupu kontrolowanego. Tzw. nabycie sprawdzające miałoby wziąć na celownik ponad 66 tys. przedsiębiorców z branży gastronomicznej. To nie jedyne skutki uboczne koronawirusowego kryzysu, jakich przedsiębiorcy mogą obawiać się ze strony fiskusa.

Do informacji o pomyśle departamentu dotarł serwis informacyjny „WP.pl”. W czwartek 2 kwietnia 2020 r. ujawnił, że skarbówka planuje przeprowadzenie ok. 170 tys. kontroli małych firm. Uzasadnieniem projektu ustanowienia regulacji pozwalających kontrolującym urzędnikom do stosowania tzw. nabycia sprawdzającego, mają być zebrane przez skarbówkę dane na temat branży gastronomicznej, według których szara strefa w małej gastronomii wynosi 50%. Dlatego też skontrolowanie przy użyciu podstępu ponad 66 tys. samych tylko punktów gastronomicznych, takich jak: bary, pizzerie, czy budki z kebabami, mogłoby przynieść budżetowi państwa ok. 22 mln zł wpływu w 2021 roku.

Nabycie sprawdzające

Na czym polegać miałoby to nabycie sprawdzające? Urzędnik mógłby zakupić w barze zapiekankę, zapłacić i poczekać. Jeśli sprzedawca nie wyda paragonu, wówczas urzędnik się ujawni i ukarze przedsiębiorcę mandatem. Inwestycja w zapiekankę miałaby się fiskusowi bardzo opłacić, bo z informacji, do których dotarła „WP.pl”, na jeden zakup sprawdzający urzędnicy mieliby przeznaczać 50 zł. Zatem przy 170 tys. kontroli rocznie, daje to koszt 8,5 mln zł, ale zysk ponad 2,5 razy większy.

Zakup kontrolowany

Omawiany projekt nadania urzędnikom podatkowym nowego narzędzia kontroli pochodzi z marca 2020 r. Nie doczekał się jeszcze swojego miejsca w ustawie o Krajowej Administracji Skarbowej. Nie jest pierwsza próba uzbrojenia fiskusa w prawo do zastosowania wobec kontrolowanego przedsiębiorcy prowokacji. To forma znanego już organom ścigania zakupu kontrolowanego, czyli zakupu inicjowanego przez funkcjonariusza, celem ujęcia nierzetelnego sprzedawcy na gorącym uczynku. Ta metoda podstępu jest niedostępna dla administracji podatkowej. Funkcjonariusze skarbówki nie mogą sami nabywać towaru, czy usługi, a następnie karać sprzedawców za niedopełnienie obowiązków ewidencji tej sprzedaży. Jak na razie mogą tylko towarzyszyć, przyglądać się transakcjom zawieranym przez przedsiębiorcę, i wkroczyć w momencie, gdy ten nie wyda paragonu, czy nie wystawi faktury.

Dlaczego fiskus dotąd nie dostał takich uprawnień?

Pomysł nadania fiskusowi uprawnień do nabycia sprawdzającego znalazł się np. w Projekcie ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej z dnia 17 lutego 2016 r. Jego pomysłodawcy chcieli wówczas nadać funkcjonariuszom skarbowym szczególne uprawnienie do „dokonywania transakcji celowej, która będzie umożliwiać funkcjonariuszom nabycie towarów i usług do kwoty 500 zł w celu skontrolowania wywiązania się z obowiązku rejestrowania sprzedaży i ujawniania transakcji” (Uzasadnienie do projektu ustawy, www.sluzbacywilna.info.pl).

Dlaczego więc dotąd fiskusowi takich uprawnień nie nadano? Zwłaszcza gdy prowokację zakupu kontrolowanego od lat z powodzeniem stosują organy ścigania? Na to pytanie musi sobie odpowiedzieć sam fiskus, dlaczego takim zaufaniem nie obdarza go ustawodawca. Być może przemawia za tym charakter tego organu państwa, którego zadaniem jest przecież nie tyle ściganie przestępców i oszustów podatkowych, co zapewnienie jak największych wpływów do budżetu państwa. A być może potwierdza to sama praktyka.

W 2011 roku „Rzeczpospolita” komentowała dane nt. przeprowadzonej w tamtym roku letniej akcji „Weź paragon”, podczas której inspektorzy skarbowi wystawili ponad 16 tys. mandatów na kwotę przekraczającą 3,8 mln zł. Gazeta przytoczyła wówczas przebieg dokonywanej w ramach akcji kontroli: „…do sklepu wchodzą dwie osoby, pierwsza kupuje jakiś drobiazg, kładzie odliczone pieniądze na ladzie i „ucieka” ze sklepu, nie biorąc paragonu z kasy fiskalnej, a niejednokrotnie nawet nie czekając na jego wydrukowanie. Na to tylko czeka druga osoba, która natychmiast wyciąga legitymację i… żadne tłumaczenia sprzedawcy już nie pomogą. Takie postępowanie to nie jest już nawet zakup kontrolowany czy prowokacja. To prawdziwa produkcja winnych” („Akcja Weź paragon: Skarbówka pracuje na wynik”, www.rp.pl).

„Do sklepu przyszła kobieta (…) poprosiła o zestaw długopisów za 2,50 zł. Nabiłem sprzedaż na kasie i wydałem paragon. Klientka jednak zabrała długopisy, a paragon zostawiła na ladzie. Często się zdarza, że kupujący nie zabierają paragonów. Wyrzuciłem więc wydruk z kasy do kosza (…) po chwili kobieta wróciła, tym razem z dwoma panami. Przedstawili się jako inspektorzy urzędu kontroli skarbowej, pokazali legitymację i zarzucili mu, że nie wydaje paragonów fiskalnych” – relacjonuje Gazeta Prawna.pl w artykule „Za niewydanie paragonu mandat” z 17 września 2007 r.

Przedsiębiorcy się boją i płacą

Oczywiście przed takimi działaniami urzędników podatkowych przedsiębiorcy mogą się bronić. Istnieją ku temu odpowiednie instrumenty prawne. Niemniej ustawodawca nie udzielając funkcjonariuszom skarbowym uprawnienia do przeprowadzania takich prowokacyjnych kontroli potwierdza swój brak zaufania do nich. Niedawno trzeba było tworzyć Konstytucję Biznesu, by przypomnieć organom o obowiązujących zasadach pogłębiania zaufania przedsiębiorców do władzy publicznej, proporcjonalności, bezstronności i równego traktowania, jak i domniemania uczciwości przedsiębiorcy. A w praktyce wygląda to tak, że ukarany mandatem przedsiębiorca woli zapłacić te kilkaset złotych i mieć spokój, niż narażać się na otwartą wojnę z urzędem skarbowym.

Ktoś te 212 mld zł musi zwrócić

Powracające co jakiś czas doniesienia o kolejnych próbach uzbrojenia funkcjonariuszy administracji skarbowej w narzędzie zakupu kontrolowanego, czy też nabycia sprawdzającego, przedsiębiorcy muszą jednak brać na poważnie, zwłaszcza teraz. Trudno bowiem przewidzieć, jaki będzie stan gospodarki i finansów państwa po zakończeniu kryzysu epidemicznego. Nie wiadomo, jak reagować będą władze, gdy stan epidemii będzie się przedłużał o kolejne miesiące. Już teraz, na mocy uchwalonych na przełomie marca i kwietnia 2020 r. specustaw, wprowadzono znaczne obostrzenia i grożące za ich naruszenie wysokie, sięgające kilkudziesięciu tysięcy złotych, kary, jak np. za brak dostosowania miejsc pracy w przedsiębiorstwie do wymogów ochrony przed rozprzestrzenianiem się koronawirusa, czy za naruszenie zakazu obrotu określonymi towarami, czy zakazu wykonywania określonego rodzaju usług.

Bowiem to właśnie przedsiębiorcy są największą grupą ryzyka epidemicznego, antykryzysowego efektu jo-jo. To im Ministerstwo Finansów udziela teraz wsparcia, także pośrednio, poprzez udzielenie pomocy pracownikom, w wysokości aż 212 mld zł. To samo ministerstwo, które od ponad 9 lat nie ma środków na obniżenie o 1% podwyższonych od 1 stycznia 2011 r. stawek VAT. Dlatego przedsiębiorcy już dziś, zwłaszcza w świetle takich doniesień, jak powyższe, o wzmożonych kontrolach przeprowadzanych przez skarbówkę, powinni zadbać o zapewnienie ochrony majątku firmy. Nie tylko „na teraz”, poprzez audyt realizacji nałożonych antykryzysowymi specustawami obowiązków, ale i na przyszłość. Bo ktoś te 212 mld będzie musiał do budżetu zwrócić.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Aż 93 proc. mikrofirm uważa, że koronawirus sparaliżuje ich działalność. Najmocniej infekcja dotknie hotele i restauracje

Koronawirus będzie najbardziej dotkliwy dla najmniejszych firm zatrudniających do 9 pracowników. Tylko po miesiącu epidemii w Polsce, aż 71 proc. z nich uważa, że COVID-19 będzie miał zdecydowanie niekorzystny wpływ na prowadzony biznes, podczas gdy wśród małych firm ten odsetek wynosi 56 proc., a średnich 54 proc. Wśród branż epidemia może najbardziej zainfekować HoReCa (82 proc. przedstawicieli uważa wpływ COVID-19 za zdecydowanie niekorzystny), usługi (75 proc.) oraz handel (56 proc.). Takie są wyniki najnowszego Barometru EFL na II kwartał 2020 roku przeprowadzonego w ostatnich dniach marca br.

– Rozprzestrzeniająca się epidemia koronawirusa ma już bardzo negatywny wpływ na światową i polską gospodarkę. Nie mamy złudzeń, sytuacja będzie się jeszcze pogarszać. A w przypadku dekoniunktury, najszybciej negatywne skutki odczuwają najmniejsi przedsiębiorcy, co potwierdza również nasz najnowszy odczyt Barometru. To oni również stanowią największą część portfela firm leasingowych. Dlatego, choć trudno w tym momencie prognozować wynik dla naszej branży na cały 2020 rok, to już dziś wiemy, że aktywność gospodarcza mocno osłabnie. Zarówno w Polsce, w Niemczech, czyli u naszego głównego partnera handlowego, czy Unii Europejskiej. Jako firma działająca głównie w sektorze finasowania małego i średniego biznesu również możemy potwierdzić pogarszającą się sytuację finansową swoich klientów. Od kilku tygodni docierają do nas wnioski od firm, które w obliczu zaistniałej sytuacji, przewidują czasowy problem z terminowym regulowaniem należności. W szczególności dotyczy to gastronomii, turystyki, transportu i usług. Przewidywany na początku tego roku wzrost branży na poziomie 6 proc. rok do roku na pewno będzie musiał zostać zweryfikowany – uważa Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Pragnę zaznaczyć, że branża leasingu i wynajmu udowodniły kilkukrotnie w swej historii, a ostatnio w trakcie kryzysu 2008-2010, że są przygotowane, by z sukcesem mierzyć się ze skutkami spowolnienia gospodarczego. W bieżącej sytuacji gospodarczej podejmujemy działania, których celem jest umożliwienie naszym klientom prowadzenia działalności po ustaniu zagrożenia epidemicznego – dodaje –  Radosław Woźniak.

EFL w najnowszym Barometrze na II kwartał br. pod koniec marca zapytał przedsiębiorców o nastroje w obliczu pandemii koronawirusa. Z badania wynika, że aż 9 na 10 przedstawicieli polskich firm uważa, że COVID-19 będzie miał negatywny wpływ na prowadzony przez nich biznes. Z czego 60,2 proc. – zdecydowanie niekorzystny, a prawie 29,2 proc. – raczej niekorzystny. Tylko 9 proc. firm jest zdania, że koronawirus pozostanie bez wpływu na ich biznes.

Najmniejszy biznes z największymi powikłaniami

Biorąc pod uwagę wielkość przedsiębiorstwa, epidemia może okazać się najgorsza w skutkach dla mikrofirm. Czyli tych podmiotów, które zgodnie z zapisami ustaw składających się na tzw. tarczę antykryzysową, mogą liczyć na największe wsparcie ze strony państwa. Prawie 71 proc. z nich uważa COVID-19 za zdecydowanie wysokie zagrożenie dla prowadzonego biznesu. Odpowiedzi „raczej niekorzystny wpływ” udzieliło 22 proc. zapytanych. Mniej negatywnie na przyszłość patrzą małe i średnie firmy. Wśród nich odpowiednio 56 proc. i 54 proc. zapytanych uważa panującą epidemię za zdecydowanie niekorzystną dla prowadzonego biznesu. Biorąc jednak pod uwagę łącznie odpowiedzi „zdecydowanie niekorzystny wpływ” i „raczej niekorzystny wpływ” zarówno mikro, jak i małe i średnie podmioty w większości obawiają się skutków pandemii (odpowiednio 93 proc., 90 proc., 82 proc.).

Hotele i restauracje najbardziej sparaliżowane

Z Barometru EFL wynika, że spadek obrotów może najdotkliwiej dotknąć sektor HoReCa. Ponad 82 proc. hotelarzy, restauratorów i właścicieli firm cateringowych obawia się zdecydowanie negatywnego wpływu rozprzestrzeniania się koronawirusa na swój biznes. Odpowiedzi „raczej niekorzystny” udzieliło 13,5 proc. przedstawicieli HoReCa. Drugim sektorem z największymi obawami o przyszłość są usługi. 3 na 4 przedstawicieli firm usługowych uważa, że panująca epidemia będzie miała zdecydowanie negatywny wpływ na prowadzoną przez nich działalność (odpowiedzi „raczej negatywny” udzieliło 21 proc. zapytanych). Trzecim sektorem „drżącym” o kolejne dni i miesiące jest handel – 56 proc. przedsiębiorstw obawia się zdecydowanie negatywnego przełożenia koronawirusa na ich biznes (33 proc. – raczej niekorzystny). W transporcie odsetek firm, które zdecydowanie boją się spadku obrotów w efekcie rozprzestrzeniania się COVID-19, wynosi 54 proc., w budownictwie – 46 proc., a w przemyśle/produkcji – 43 proc.

Mniej klientów, mniejsze obroty

Mikro, mali i średni przedsiębiorcy zostali również zapytani o to, co może najbardziej przyczynić się do spadku obrotów w ich firmach. W pierwszej kolejności wskazali na spadek zainteresowania ich usługami lub produktami (44 proc. odpowiedzi). Po drugie, 36 proc. zapytanych obawia się pogorszenia ogólnej sytuacji gospodarczej. Prawie 1 na 5 przedstawicieli sektora MŚP zdaje sobie sprawę, że jego kondycja pogorszy się wskutek ograniczenia możliwości transportu towarów (18,5 proc.), tyle samo zapytanych wskazało na ograniczenia w przemieszczaniu się pracowników. Prawie 17 proc. „misiów” widzi trudności w realizacji zamówień, co w efekcie z pewnością przełoży się negatywnie na obrotyfirm.

***

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa ponad  500 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 17.03 – 1.04.2020 roku.

Przed nami tydzień zmienności nastrojów

Tydzień zaczyna się w pozytywnym klimacie w oparciu o doniesienia o niższej dziennej liczbie śmiertelnych ofiar koronawirusa w niektórych częściach Europy i USA. Wszyscy chcą „wypłaszczenia krzywej” przyrostu zachorowań, co by pomogło przerzucić ciężar dyskusji na plany poluzowania ograniczeń dotyczących poruszania się. Jednak, jak dane makro udowadniają, niepewność wokół oceny ekonomicznych szkód pandemii jest wysoka i za wcześnie na niepohamowany optymizm.

Impulsem dla odreagowania są niedzielne raporty o rozwoju pandemii na świecie. Liczba przypadków śmiertelnych w stanie Nowy Jork pierwszy raz była niższa niż dzień wcześniej. We Włoszech odnotowano najmniejszą liczbę zgonów w ciągu ponad dwóch tygodni, podczas gdy Francja odnotowała najniższą liczbę od pięciu dni, a w Hiszpanii liczba ofiar spadała przez trzy dni z rzędu. Cześć Europy kontynentalnej oraz niektóre rejony USA mogą na dniach przekroczyć punkt kulminacyjny ekspansji liczby zachorowań. Mimo to Wielka Brytania ma przed sobą co najmniej tydzień agresywnego rozwoju choroby, a nierówne tempo reakcji władz stanowych na koronawirusa w USA podtrzyma negatywne doniesienia. Azja także jest pod lupą w analizie ryzyka drugiej fali zachorowań, podczas gdy rozwój choroby w gospodarkach rozwijających się odbywa się z opóźnieniem względem krajów rozwiniętych. Wciąż jest sporo znaków zapytania wokół tego jak szybko i jakimi środkami uda się zahamować rozprzestrzeniane się wirusa, kiedy będzie można cofnąć paraliż gospodarczy i jak szybko będzie się odbywać odbudowa ożywienia. Bez odpowiedzi na te pytania nie można oczekiwać, aby rynki finansowe wiarygodnie dyskontowały przyszłość. Jakikolwiek rajd ulgi przyjdzie w kolejnych dniach, bardzo szybko może się ulotnić przy pierwszych doniesieniach nasilenia zachorowań. Bardziej realne, że inwestorzy będą rozgrywać informacje aktualne tu i teraz bez większego zastanowienia nad tym, co może przynieść kolejny dzień. Zbliżamy się też do długiego weekendu świątecznego, co będzie skłaniać do redukcji pozycji, które mogą nabudowywać się w pierwszej części tygodnia. Przed nami potencjalnie zmienny tydzień w obu kierunkach.

Podtrzymujemy ostrożne nastawienie do ryzyka, biorąc pod uwagę wysoką niepewność wokół perspektyw gospodarczych. Jakkolwiek reakcja rynków na okropne dane makro jest umiarkowana (jeśli w ogóle wystąpi), silne załamanie wskaźników koniunktury (PMI/ISM) czy szok na rynku pracy USA (NFP) sugerują, że będzie jeszcze gorzej zanim zacznie być lepiej.

Na FX tydzień może zacząć się od słabości USD i JPY, ale obie waluty pozostaną jako preferowany kierunek dla odpływu kapitału przy powrocie awersji do ryzyka niezależnie do tego, czy złe wieści będą pochodzić z USA/Japonii czy nie. EUR wydaje się najsłabszą bezpieczną przystanią z tej trójki z uwagi na dużą wrażliwość na kondycję globalnego handlu. We wtorek Eurogrupa ma decydować o pakiecie fiskalnym wartym 200-300 mld EUR, ale nie ma konsensusu dla wprowadzenia euroobligacji. Jeśli pakiet wyda się niewystarczający, EUR na tym ucierpi. Sądzimy, że funt jest za silny w obliczu skali rozwoju epidemii COVID-19 w Wielkiej Brytanii. W kolejnych dniach ryzyka przeważają na korzyść powrotu przeceny. W przypadku złotego nie widzimy obecnie warunków dla wyraźnego oddalenia się od 4,60 za euro.

Nadzwyczajne posiedzenie OPEC + zostało przesunięte z 6 na 9 kwietnia a pojawiające się przez weekend doniesienia rodzą wśród części uczestników rynku wątpliwości czy porozumienie jest możliwe. W najbliższych dniach należy oczekiwać wysokiej zmienności i licznie pojawiających się przecieków (często kontrolowanych), plotek, spekulacji i pogłosek. Mamy poważne wątpliwości, czy możliwe będzie ustalenie takiej skali redukcji wydobycia, która sprosta wysoko postawionej poprzeczce oczekiwań a przede wszystkim będzie w stanie zrównoważyć gigantyczną zapaść zapotrzebowania na surowiec wywołaną przez pandemię COVID-19. Po zeszłotygodniowym skoku cen ryzyka napiętrzają się po negatywnej stronie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Hakerzy i samochody

Przemysł motoryzacyjny prawdopodobnie stanie w niedalekiej przyszłości przed wieloma zagrożeniami cybernetycznymi i złośliwymi działaniami, ponieważ ogromna liczba danych gromadzonych przez pojazdy połączone z Internetem i pojazdy autonomiczne staje się bardzo wartościowym celem podmiotów państwowych i motywowanych finansowo. Celem ataku są nie tylko samochody prywatne, ale również auta rządowe.

W 2018 roku dwóch hakerów: Charlie Miller i Chris Valasek włamało się do prywatnego samochodu należącego do dziennikarza Wired, Andy’ego Greenberga. Włamanie odbywało się w warunkach kontrolowanych przez właściciela, jednak specjaliści udowodnili, iż można przejąć pełną kontrolę nad autem. Eksperyment został zakończony w momencie, kiedy za pomocą pada od konsoli do gier hakerzy sterowali samochodem dziennikarza. W tym przypadku był to Jeep Cherokee, który mimo zaawansowania technologicznego, pozostaje dość archaiczny w porównaniu do systemów wykorzystywanych w nowych samochodach, zwłaszcza klasy premium.

Sami zapraszamy do ataku

Systemy bezpieczeństwa w samochodach postrzegane były dotychczas przez pryzmat systemów wspomagających hamowanie czy układu kontroli jazdy, strefy kontrolowanego zgniotu, przez dużą liczbę poduszek powietrznych czy kurtyn. Tymczasem postęp technologiczny sprawił, że przemysł motoryzacyjny – zwłaszcza klasy wyższej i premium (użytkownikami są VIP-y) – działa w oparciu o cyfrowe systemy m.in. wspomagania układu hamulcowego, układu kierowniczego etc. W ocenie analityków KPMG, tylko w samochodach klasy premium stosuje się 150 milionów różnego rodzaju linijek kodów oprogramowania cyfrowego – o 12 razy więcej niż w przypadku konstrukcji samolotu bojowego F-35 czy pasażerskiego Boeinga 787. Tym samym włamywacze mają znacznie więcej możliwości ataku.

Produkowane dzisiaj samochody opierają swoje systemy o powszechnie dostępne oprogramowanie znane z telefonów, jak np. Android, który sam w sobie stanowi łatwy cel. Nieświadomym pomocnikiem hakera jest sam użytkownik samochodu, który często paruje swój smartfon z autem, a tym samym otwiera kolejną furtkę dla atakujących.

Nasze społeczeństwo jest nieświadome wielu występujących zagrożeń. Trudno zrozumieć, że tak dużo osób nie dba o zachowanie swojej prywatności. Tymczasem hakerzy, którzy infekują np. urządzenia mobilne do wykradania danych osobowych (haseł, pieniędzy, danych z telefonów), będą ulepszać złośliwe oprogramowania. Aplikacje zabezpieczające urządzenia są tylko jednym z elementów układanki prawidłowo funkcjonujących zasad i reguł bezpieczeństwa. To człowiek powinien być tarczą ochronną danych własnych i firmowych. Jeśli zawiedzie najsłabsza linia obrony, czyli człowiek, zawiedzie cały system. Dostawcy oprogramowania antywirusowego mają więc ciężki orzech do zgryzienia – podkreśla Wojciech Głażewski z Check Point Polska – Zewnętrzna łączność jest również odzwierciedlona w systemach sterowania samochodami. Nawet podstawowe pojazdy używają teraz wielu elektronicznych jednostek sterujących, zawierających miliony linii kodu, kontrolujących wszystkie aspekty samochodu, od zarządzania silnikiem po układy hamulcowe, kierownicze i rozrywki. Jednak – mimo przyspieszonego rozwoju technologicznego – bezpieczeństwo pozostało w tyle.

Systemy bezpieczeństwa? Nie wiem

Producenci stosują wiele systemów bezpieczeństwa i przeciwkradzieżowych. O ile nadążają w swoistym wyścigu zbrojeń, zmniejszając emisję spalin, zwiększając moc, zmniejszając spalanie – przegrywają z kretesem w zakresie bezpieczeństwa sieciowego. Producenci zaś stosują podstawowe zabezpieczenia sieciowe, które dla osób chcących dokonać ataku są co najwyżej miernej jakości przeszkodą. Pytania dotyczące systemów bezpieczeństwa implementowanych w markach premium pozostają bez odpowiedzi.

Tymczasem globalni liderzy zajmujący się bezpieczeństwem sieciowym zwracają uwagę na istotę narastającego problemu: – Samochody są coraz bardziej powiązane ze światem zewnętrznym. Funkcje, które kiedyś były dostępne tylko w luksusowych markach premium, są teraz dostępne we wszystkich modelach producentów, w podstawowych samochodach miejskich. Funkcje te obejmują łączność Bluetooth do parowania telefonów komórkowych, nawigację GPS, hotspoty Wi-Fi, systemy unikania kolizji, zdalną diagnostykę i wiele innych. Dzięki tym możliwościom samochody szybko stają się sieciami danych na kołach – zaznacza przedstawiciel Check Point Software Technologies, Wojciech Głażewski.

Gdy łączność w pojazdach stale się rozwija, a nowe technologie stają się dostępne, musimy zająć się zagrożeniami w zakresie cyberbezpieczeństwa. Skuteczne zabezpieczenie samochodu przed atakami hakerów nie jest jedynie opcją. Jest gwarantem bezpieczeństwa dla kierowców, innych użytkowników dróg i pieszych.

VIP pod kontrolą

Limuzyny, którymi poruszają się członkowie rządu czy VIP, mają cały szereg zabezpieczeń, głównie przed fizycznym atakiem. Kuloodporne szyby, wzmocnione podwozie, cały szereg rozwiązań mających zapewnić bezpieczeństwo osób wewnątrz auta. – Niektóre instytucje zgodnie z ustawą mogą wykorzystywać „urządzenia uniemożliwiające telekomunikację na określonym obszarze”. Odnośnie do systemów bezpieczeństwa montowanych w samochodach fabrycznie, to zgodnie ze specyfikacją zamówienia takowe są montowane w dedykowanych pojazdach. Natomiast należy stanowczo podkreślić, iż największym zagrożeniem dla systemu bezpieczeństwa jest „nieświadomy użytkownik” – podkreśla generał Andrzej Pawlikowski, szef Biura Ochrony Rządu (obecnie SOP). – Zagrożenia spowodowane podłączeniem urządzenia mobilnego do systemu multimedialnego stanowią poważne zagrożenie, biorąc pod uwagę fakt, iż w dzisiejszych czasach jest coraz większe zaufanie do urządzeń mobilnych, przez co więcej danych jest na nich gromadzonych. Dlatego przede wszystkim trzeba zwracać uwagę na prewencję, profilaktykę i świadomość użytkowników – dodaje.

Samochody stały się łatwym łupem do ataku z dwóch, jak się okazuje, błahych powodów. Przede wszystkim z powodu braku zrozumienia problemu przez samych producentów, którzy – owszem – skupiają się na bezpieczeństwie użytkowników auta i minimalizują utratę zdrowia i życia poprzez cały szereg rozwiązań technicznych. Pozostawiają jednak przestrzeń, która może być wykorzystana do tragicznych w skutkach celów.

Kolejnym ogniwem są sami użytkownicy, którzy nieświadomie udostępniają za pośrednictwem smartfona pełny dostęp do kierowanych przez siebie pojazdów. Dają możliwość kontroli nie tylko systemu multimedialnego czy klimatyzacji, ale przede wszystkim układu kierowniczego czy hamulcowego. A to w ruchu drogowym może doprowadzić do niewyobrażalnej w skutkach katastrofy.

Specjaliści jednogłośnie podkreślają, że wiele zależy od nas samych, a błędy producentów możemy niwelować poprzez świadomość tych zagrożeń. – Nadal stoję na stanowisku, iż instytucje państwowe oraz podmioty prywatne powinny mieć w swoich strukturach osoby / specjalistów odpowiadających za bezpieczeństwo, tj. inspektora ochrony danych osobowych, inspektora BTI, audytora czy osobę odpowiedzialną za cyberbezpieczeństwo. Systemy bezpieczeństwa są montowane fabrycznie tylko w dedykowanych samochodach. Natomiast największym zagrożeniem dla systemu bezpieczeństwa jest „nieświadomy użytkownik”– mówi generał Andrzej Pawlikowski.

Anna Jarczewska obejmuje funkcję dyrektora ds. HR w globalnym centrum usług Standard Chartered w Warszawie

Anna Jarczewska została powołana na stanowisko dyrektora ds. HR w globalnym centrum usług biznesowych banku Standard Chartered w Warszawie. Będzie odpowiedzialna za strategię zarządzania zasobami ludzkimi we wszystkich liniach biznesowych polskiej spółki. Obok Chin, Indii i Malezji jest to czwarte na świecie i pierwsze na zachodniej półkuli centrum usług jednego z wiodących międzynarodowych banków.

 Anna Jarczewska posiada 15-letnie doświadczenie w obszarze zarządzania zasobami ludzkimi, które zdobywała w międzynarodowych firmach z różnych sektorów – zarówno w kraju, jak i za granicą. Zanim dołączyła do Standard Chartered, pełniła funkcję dyrektora ds. HR na Polskę i Szwajcarię w Diageo oraz członka zarządu w polskim oddziale tego koncernu. W firmie odpowiadała za kształtowanie i wdrażanie strategii organizacyjnej oraz zarządzania zasobami ludzkimi. Ponadto, dbając o odpowiednią strukturę, zasoby i kompetencje umożliwiła jej rozwój w kolejnych latach.

Wcześniej, przez 4 lata, pracowała na różnych stanowiskach z obszaru HR w firmie konsultingowej Deloitte w Polsce, gdzie uczestniczyła w budowaniu jej wizerunku pod kątem silnej marki jako pracodawcy i tworzeniu skutecznej strategii przyciągania kandydatów. Anna Jarczewska była również członkiem zespołu HR w irlandzkiej filii firmy Ericsson oraz zarządzała procesami rekrutacyjnymi w renomowanych sieciach hoteli w USA.

Nowa dyrektor ds. HR w Standard Chartered w Polsce jest absolwentką studiów magisterskich z zakresu psychologii w biznesie oraz studiów inżynierskich związanych z ochroną środowiska. Ukończyła również studia podyplomowe z zakresu prawa pracy na Uniwersytecie Warszawskim. Posiada także certyfikat CIPD, który uzyskała w International College of Ireland.

„Standard Chartered sukcesywnie rozwija swoją działalność w Polsce pod kątem zatrudnienia i świadczonych usług. Specjalistyczna wiedza i bogate doświadczenie Anny Jarczewskiej będą kluczowe w kształtowaniu naszej strategii zarządzania zasobami ludzkimi. Funkcjonowanie naszej spółki i całego sektora usług biznesowych opiera się bowiem na ludziach. Rekrutacja kandydatów i utrzymanie wykwalifikowanych pracowników to dla nas kluczowe kwestie. Obszar zarządzania zasobami ludzkimi jest więc niezwykle istotny w naszej strategii rozwoju”, powiedziała Rowena Everson, dyrektor zarządzająca globalnym centrum usług biznesowych Standard Chartered w Warszawie.

Globalne centrum usług Standard Chartered w Warszawie rozpoczęło działalność w 2018 roku z zadaniem wspierania rozwoju biznesu banku – głównie w regionie Europy i Ameryk, ale także w innych częściach świata. Spółka zatrudnia ponad 550 doświadczonych specjalistów odpowiadających za zarządzanie złożonymi międzynarodowymi procesami. Polskie biuro banku świadczy usługi z zakresu przeciwdziałania przestępczości finansowej, cyberbezpieczeństwa, zarządzania ryzykiem płynności finansowej, zarządzania międzynarodowymi projektami w obszarze HR oraz negocjowania umów dot. instrumentów pochodnych z klientami korporacyjnymi i instytucjonalnymi.

Technologie wodorowe mogą obniżyć globalne emisje CO2 o jedną trzecią

Z nowego raportu serwisu analitycznego Bloomberg New Energy Finance (BNEF) wynika, że szerokie zastosowanie technologii wodorowych oraz zielonego wodoru (opartego na odnawialnych źródłach energii) może obniżyć światową emisję CO2 o jedną trzecią do 2050 roku. Pierwszym państwem, które opracowało narodowy program wodorowy, traktując ten gaz jako strategiczny nośnik energii, była Japonia. Władze tego wyspiarskiego kraju szybko rozpoczęły strategiczną współpracę z japońskimi koncernami, takimi jak JXTG Nippon Oil & Energy czy Toyota Motor Corporation, która 20 lat temu jako pierwszy producent samochodów zaczęła rozwijać technologię wodorowych ogniw paliwowych.

Wodór szansą dla sektorów najbardziej uzależnionych od paliw kopalnych

Z podsumowania nowego raportu „Hydrogen Economy Outlook”, opracowanego przez ośrodek analityczny Bloomberg NEF (BNEF) możemy się dowiedzieć, że jeśli w najbliższych dekadach duża część gospodarki zostanie oparta na czystym wodorze (produkowanym bezemisyjnie), pozwoli to ograniczyć światową emisję gazów cieplarnianych nawet o 34%. Co więcej, wodór pozwoli zdekarbonizować branże, które są bardzo zależne od paliw kopalnych jak hutnictwo, ciężki transport drogowy i morski czy produkcja cementu. Malejące koszty produkcji wodoru przy użyciu energii wiatrowej i słonecznej powodują, że wodór staje się obiecującą ścieżką cięcia emisji gazów cieplarnianych w tych sektorach.

Kobad Bhavnagri, dyrektor do spraw dekarbonizacji przemysłu BNEF i główny autor raportu zauważył: „Wodór ma potencjał, by stać się paliwem, które będzie zasilać czystą gospodarkę. W nadchodzących latach będzie można go tanio produkować z energii słonecznej i wiatrowej i przez długie miesiące magazynować pod ziemią, a następnie przesyłać na żądanie rurociągami do odbiorców. Takim paliwem będą mogły się posługiwać bardzo różne branże, w tym statki morskie czy huty”.

Jak najlepiej produkować wodór?

Wodór nie powoduje emisji dwutlenku węgla ani żadnych szkodliwych substancji, a jednocześnie może zastąpić węgiel, ropę i gaz w wielu różnych zastosowaniach. Na świecie korzysta się z kilku metod jego produkcji. Największe korzyści dla środowiska i klimatu przynosi zielony wodór, czyli produkowany z czystych źródeł przy pomocy bezemisyjnej energii odnawialnej. Pozyskiwanie wodoru z paliw kopalnych, które obecnie dominuje w przemysłowej produkcji tego gazu, jest dużo mniej sensowne z punktu widzenia redukcji CO2.

Zrównoważoną, bezemisyjną metodą produkcji wodoru jest elektroliza wody, w której wodór jest oddzielany od tlenu przy pomocy taniej elektryczności generowanej ze źródeł odnawialnych. W ciągu ostatnich 5 lat koszty technologii elektrolizy spadły o 40% i nadal będą maleć w związku z dalszym rozwojem technicznym i efektem skali. Toyota testuje takie rozwiązania zarówno w Japonii, jak i w Stanach Zjednoczonych. Na zamówienie japońskiego Ministerstwa Środowiska koncern uruchomił w Jokohamie i Kawasaki oparty na technologii wodorowej łańcuch dostaw, obejmujący wózki widłowe zasilane wodorowymi ogniwami paliwowymi oraz infrastrukturę wytwarzania wodoru w elektrowniach wiatrowych lub na miejscu w przy użyciu prądu z fotowoltaiki. Z kolei w kalifornijskich portach Toyota testuje wodorowe ciężarówki, do których paliwo jest produkowane w zbudowanej przez japoński koncern 2,35-megawatowej elektrowni, wytwarzającej 1,2 tony zielonego wodoru dziennie.

Jak zauważa Kobad Bhavnagri, można sobie wyobrazić również bezemisyjną produkcję wodoru z paliw kopalnych, ale to wymagałoby wychwytywania i magazynowania dwutlenku węgla, co jest dużo droższe i niepewne co do skuteczności – na przykład dwutlenek węgla magazynowany pod ziemią może się w dowolnym momencie uwolnić do atmosfery.

Wodór wymaga inwestycji, ale mniejszych niż paliwa kopalne

Infrastruktura magazynowania i przesyłania wodoru wymaga sporych nakładów. Aby wodór mógł się stać tak powszechny jak obecnie gaz ziemny, potrzebne są szeroko zakrojone, skoordynowane inwestycje. Na przykład potrzebna jest 3-4 razy większa infrastruktura magazynowania wodoru, by mógł on zapewnić ten sam poziom bezpieczeństwa energetycznego co obecnie gaz ziemny; jej budowa kosztowałaby około 637 miliardów dolarów do 2050 roku. Bhavnagri podkreśla, że „jeśli wprowadzi się czysty wodór do masowego wykorzystania w przemyśle, będzie można przy zaskakująco niskich kosztach zdekarbonizować wiele sektorów przemysłu, które w tej chwili są bardzo uzależnione od paliw kopalnych”. Do 2031 roku wodorowy transport towarów dużymi ciężarówkami może być tańszy od opartego na silnikach Diesla.

Czy 637 miliardów do 2050 roku to dużo? To nieco ponad 21 miliardów rocznie w skali świata. Dla porównania, tylko Stany Zjednoczone wydają na dotowanie węgla, ropy i gazu 20 miliardów dolarów rocznie, zaś Unia Europejska wspiera ten wysokoemisyjny przemysł kwotą 55 miliardów euro każdego roku. Poleganie na niszczących środowisko, klimat i nasze zdrowie paliwach kopalnych kosztuje podatników znacznie więcej niż zielone inwestycje, co potwierdzają analitycy Bloomberg New Energy Finance.

„Branża wodorowa jest obecnie niewielka, dlatego koszty jej funkcjonowania są relatywnie wysokie. Ale potencjał ich radykalnego obniżenia jest bardzo duży, jeśli władze publiczne włączą się w budowę łańcucha dostaw” – podkreślił Kobad Bhavnagri. – „Potrzebna jest koordynacja na poziomie polityki rządowej, stworzenie odpowiednich warunków dla prywatnych inwestycji i dotacji na poziomie około 150 miliardów w ciągu następnej dekady. Kwota ta tak naprawdę nie jest duża – rządy na całym świecie przeznaczają każdego roku ponad dwa razy więcej na dotacje do paliw kopalnych”.

Bhavnagri dodał także: „Wodór jest bardzo obiecujący, bo może być stosowany w wielu różnych gałęziach gospodarki. Energia odnawialna stworzyła podwaliny dla bezemisyjnej energetyki. Ale żeby świat mógł osiągnąć cel bezemisyjności netto do 2050 roku, inwestycje nie mogą się ograniczać do elektryczności. Potrzebujemy także bezemisyjnych paliw, a tę rolę może pełnić wodór”.

Bezemisyjna gospodarka wymaga rządowych strategii

Przestawienie dużych gałęzi gospodarki na wodór będzie możliwe tylko jeśli państwa i regiony, w tym Unia Europejska, zaczną na serio realizować strategie eliminacji emisji netto do 2050 roku. Jako pierwsza przykład dała Japonia, która chce jak najszybciej zastąpić paliwa kopalne i elektrownie atomowe bezemisyjnymi źródłami energii. W 2014 roku Ministerstwo Gospodarki, Handlu i Przemysłu Japonii ogłosiło „Strategic Road Map for Hydrogen and Fuel Cells”, a następnie zaktualizowało ją w 2016 i 2019 roku. W realizację strategii bardzo szybko włączyły się japońskie przedsiębiorstwa. Wśród nich pierwsze skrzypce gra Toyota, która rozpoczęła swój program rozwoju technologii wodorowych już w latach 90. W 2014 roku wprowadziła na rynek wodorowego sedana Toyota Mirai, a następnie włączyła się w projekty rozbudowy infrastruktury wodorowej w Japonii, Europie i Stanach Zjednoczonych. Obecnie japoński koncern produkuje także wodorowe autobusy, ciężarówki i auta dostawcze oraz wózki widłowe, a jednocześnie włączyła się w projekty naukowe wykorzystania ogniw paliwowych w statkach morskich oraz w programie eksploracji Księżyca Japońskiej Agencji Kosmicznej.

Japonia zamierza włączyć wodór do użytku nie tylko w motoryzacji i przemyśle, ale także w energetyce jako metodę magazynowania nadwyżek energii i zwracania jej do systemu w czasie większego zapotrzebowania za pomocą stacjonarnych ogniw paliwowych. Co równie ważne dla tego często nawiedzanego przez katastrofy naturalne kraju, autobusy i inne pojazdy zatankowane wodorem mają służyć jako źródło zasilania centrów zarządzania kryzysowego i szpitali w razie klęski żywiołowej.

Dynamika pandemii w Polsce. Mariusz Gromada analizuje dane o COVID-19

Dynamika pandemii w Polsce niestety przyspieszyła. Ostatnie cztery dni przyniosły istotne wzrosty nowych zachorowań (z 250 do ponad 400 dziennie). Nagła zmiana przyrostów o około 60-70% świadczy o tym, że w Polsce pojawiły się nowe źródła transmisji wirusa. Mimo tego, na tle Europy nadal utrzymujemy się w zdecydowanej czołówce, jeśli chodzi o hamowanie tempa rozwoju epidemii. W Stanach Zjednoczonych jest już ponad 25% wszystkich zakażonych na świecie.

Polska na tle Europy

5 kwietnia 2020 roku w Polsce był 12 dniem pandemii COVID-19, przy założeniu, że jej pierwszy dzień przypadł na 1000 potwierdzonych zachorowań. Stosując tę samą definicję do innych krajów Europy, można zdecydowanie stwierdzić, że Polska nadal utrzymuje się w zdecydowanej czołówce, jeśli chodzi o hamowanie tempa rozwoju epidemii. To z pewnością nasza wspólna zasługa. Święta Wielkiej Nocy mogą to zmienić – pamiętając o tym, zachowujmy się odpowiedzialnie. Spotkania z rodziną, podróże do innych miast to ogromne ryzyko epidemiczne. Ja zostaję w Warszawie, wyłącznie z najbliższymi domownikami.

Na tle Europy Polska wypadła nieco gorzej niż Czechy, kraje skandynawskie oraz Dania. Minister Zdrowia rozważa obecnie rekomendację noszenia maseczek podczas poruszania się w przestrzeni publicznej czyli  działanie analogiczne do zastosowanego w Czechach.covid-cykl-04-europa-dzien-12-po-1000-20200405

Stabilizacja dynamiki pandemii w Portugali

Jako pracownik Banku Millennium mam wielu przyjaciół pochodzących z Portugali. Portugalia o dwa dni wcześniej niż Polska potwierdziła pierwsze zachorowania na własnym terenie. Portugalia to znacznie mniejszy kraj, jednak tempo rozwoju epidemii było i nadal jest tam istotnie wyższe niż to obserwowane w Polsce. Po kilku dniach bardzo wyraźnych wzrostów, dzienne zmiany są obecnie na stabilnym poziomie (od początku kwietnia około 700 – 800 nowych zachorowań dziennie). To dobra informacja! Portugalia wdrożyła szereg restrykcji, bardzo podobnych do tych w naszym kraju, jednak kilka dni później.covid-cykl-04-pl-pt-20200405

Liczba chorych na milion mieszkańców

W początkowym etapie rozwoju epidemii, porównywanie krajów pod względem liczby chorych na milion mieszkańców, nie ma większego sensu. Obecnie dochodzimy do takiego punktu, gdzie tego typu zestawienia będą pokazywały pewne prawdziwe zależności. Na dzień 5 kwietnia 2020 roku na COVID zachorowało średnio 161 osób na milion mieszkańców globu (zachorowanie potwierdzone). W Polsce wskaźnik ten wyniósł 100.covid-cykl-04-mapa-gestosc-europa-20200405

Porównując Polskę do innych krajów Europy i świata, możemy obiektywnie stwierdzić, że liczba chorych na milion mieszkańców naszego kraju jest niska. Oznacza to jedynie, że epidemia w naszym kraju rozwija się wolniej.covid-cykl-04-mapa-gestosc-swiat-20200405

Stany Zjednoczone to ponad 25% wszystkich zakażonych na świecie

W dniu 5 kwietnia 2020 w Stanach Zjednoczonych potwierdzono ponad 335 tys. zachorowań na COVID, co stanowi 26% całości chorych na świecie. Populacja USA to 331 milionów mieszkańców, co stanowi 4% populacji światowej. Liczba chorych w USA nadal znacząco rośnie.covid-cykl-04-US-20200405

Źródło: Mariusz Gromada, matematyk, statystyk, dyrektor Departamentu Customer Intelligence w Banku Millennium, opracowanie własne z dnia 01.04.2020 na podstawie danych udostępnianych przez The Johns Hopkins University https://github.com/CSSEGISandData/COVID-19;  Kinsa – US Health Weather Map: https://healthweather.us/?mode=Atypical

Obniżki wynagrodzeń w połowie firm i zwolnienia w co czwartej – to strategie przedsiębiorstw na pandemię

Niemal co piąte przedsiębiorstwo w Polsce nie posiada rezerw finansowych, a 30 proc. posiada zapasy finansowe tylko na miesiąc lub dwa. Jednocześnie tylko 4 proc. przebadanych firm spodziewa się, że kryzys gospodarczy wywołany pandemią koronawirusa uda się zażegnać w zaledwie kilka tygodni. To wyniki najnowszych badań Polskiego Instytutu Ekonomicznego przeprowadzonych w pierwszych dniach kwietnia 2020 r. Główne strategie przetrwania pracodawców to obniżki wynagrodzeń, redukcje etatów i skorzystanie ze świadczenia postojowego.

39 proc. przebadanych przedsiębiorstw spodziewa się, że kryzys potrwa do wakacji, a 32 proc. respondentów uważa, że stan ten utrzyma się aż do końca roku. Przeszło ¼ firm (26 proc.) przewiduje, że posiada zapasy finansowe pozwalające przetrwać okres powyżej 3 miesięcy, przede wszystkim dotyczy to firm średnich (33 proc.). 22 proc. badanych przedsiębiorstw ma środki finansowe na maksymalnie kwartał, są to głównie reprezentanci sektora handlowego. Wśród firm niemających zapasów finansowych przeważają mikroprzedsiębiorstwa (26 proc.).Obniżki wynagrodzeń w połowie firm i zwolnienia w co czwartej

Na koniec marca 2020 r. ponad połowa (57 proc.) przebadanych przedsiębiorstw odnotowała spadek przychodów w stosunku do poprzedniego miesiąca. Największy udział w tej grupie odnotował sektor usługowy (63 proc.), zaś w najmniejszym stopniu ucierpiała produkcja (49 proc.) – tłumaczy Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. W najgorszej sytuacji znalazły się mikrofirmy, pośród których aż 7 na 10 podmiotów wykazało spadek dochodów. Ponadto 62 proc. firm deklaruje zmniejszenie popytu na ich usługi lub produkty. Tutaj podobnie największe spadki nastąpiły w sektorze usługowym i wśród relatywnie mniejszych podmiotów. Wyniki naszych badań pokazują, że obecny kryzys gospodarczy polega na ograniczeniu popytu jak i podaży, dlatego tak ważny będzie okres przejściowy w którym będą stopniowo zdejmowane ograniczenia w kontaktach międzyludzkich by zrestartować gospodarkę – dodaje Piotr Arak.

Aby przetrwać tę niełatwą sytuację, firmy decydują się na dwie strategie: oprócz obniżki wynagrodzeń dla swoich pracowników (46 proc. respondentów) nieuniknione będą także zwolnienia (28 proc. przedsiębiorstw), w większości sięgające do 50 proc. obecnego zatrudnienia (takie plany zgłosiło 72 proc. respondentów, przeważnie średnie i duże firmy). 36 proc. pracodawców planuje utrzymać dotychczasowe stawki płac, a zaledwie 4 proc. respondentów zamierza zredukować wynagrodzenia wyłącznie dla kadry zarządzającej i managerskiej.zmiana wynagrodzenzmiany w zatrudnieniu

Ponad 2/3 firm (68 proc.) oceniło, że liczba dostępnych pracowników firmie nie uległa większym zmianom wywołanym pandemią koronawirusa. Taka sytuacja najczęściej występowała wśród mikro- i dużych firm – wyjaśnia Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Natomiast niemal 1/5 przedsiębiorstw (19 proc.) odczuła ubytek kadr wskutek zwolnienia na opiekę nad dziećmi, a w następnej kolejności ze względu na obawy z przychodzeniem do zakładu pracy. W niemal połowie (48 proc.) firm w kraju nie występuje praca zdalna. To oznacza, że w ramach kryzysowego rynku pracy nie tylko utrzymanie zatrudnienia staje się wyzwaniem, ale stała się nim również podaż pracy. Ograniczenia powodujące brak dostępności załogi może przekładać się na trudności z zachowaniem ciągłości funkcjonowania części firm, które nie podlegają obecnie wyłączeniom.

***

Metodyka badania:

W dniach 1-2 kwietnia 2020 r. Polski Instytut Ekonomiczny przeprowadził badanie wśród właścicieli firm lub osób decyzyjnych w przedsiębiorstwach na temat ich sytuacji i planów po nastaniu w Polsce epidemii koronawirusa. Badanie przeprowadzono za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych (CATI) na próbie losowo-kwotowej obejmującej 400 firm, w 4 kategoriach wielkości i 3 sektorach branżowych. Na podstawie tej próby możemy przeprowadzić wnioskowanie o populacji polskich przedsiębiorstw przy poziomie ufności 0,95, a błąd szacunku wskaźników struktury wyniesie 5 proc.

Warto dodać, że ponad połowa (56 proc.) ankietowanych przedsiębiorstw planuje skorzystać z dofinansowania do utrzymania pracowników w zatrudnieniu, przewidzianego w ramach „tarczy antykryzysowej”. Najbardziej zainteresowane tym rozwiązaniem są duże firmy (90 proc. wskazań), a także sektor handlowy (63 proc.) – dodaje Piotr Arak.

e-Kancelaria notuje 800% wzrost wniosków windykacyjnych

  • Mocny wzrost zleceń windykacji długów w marcu w stosunku do lutego – o 800%.
  • Mikroprzedsiębiorcy, którzy do niedawna w obawie o pogorszenie relacji biznesowych nie egzekwowali kategorycznie starych długów, teraz wyciągają z dna szuflady zapomniane faktury.
  • Są jednak branże, które pozytywnie reagują na propozycje polubownego porozumienia w sprawie długu.

Wg danych e-Kancelaria Grupa Prawno – Finansowa sp. z o.o. w marcu o 800% wzrosła w stosunku do lutego liczba zleceń i zapytań, jakie przedsiębiorcy złożyli do tej instytucji. Dotyczyły one windykacji lub zakupu długu.

Faktury wyciągane z dna szuflady

Powodem jest oczywiście epidemia koronawirusa i załamanie gospodarcze, jakie wywołała. Branże, które w pierwszej kolejności odczuwają skutki kryzysu, starają się odzyskać swoje pieniądze zamrożone wcześniej w fakturach, jeszcze przed wybuchem epidemii. Nie bez znaczenia jest dominujący przekaz medialny, zapowiadający problemy ekonomiczne. To wzmaga niepokój wielu firm, nawet tych, które jeszcze nie odczuwają tak mocno problemów finansowych. Skłania je też do podejmowania działań prewencyjnych. Wśród firm, które obecnie częściej pojawiają się w zleceniach windykacyjnych, dominują małe podmioty, m.in. z transportowej, budowlanej, instalacyjnej czy mechaniki samochodowej. Zastój rujnuje im płynność finansową.

– Restaurator, producent czy budowlaniec, który stracił teraz znaczną część zleceń, ma problem z opłaceniem rachunków za media, czynsz czy leasing sprzętu. Czasem chodzi tu także po prostu o środki na codzienne funkcjonowanie właścicieli takich miejsc i ich rodzin. Są teraz w trudnej sytuacji, więc sprawdzają swoje dokumenty finansowe i „z dna szuflady” wyciągają czasem dawno wystawione, niezapłacone im faktury. Na niektóre z tych zobowiązań machnęli już ręką, zakładając, że nigdy ich nie odzyskają, ale teraz sytuacja się zmienia. Przeterminowane faktury za dostawę cateringu czy zrealizowane zlecenia transportowe czy remontowe oznaczają szansę na pieniądze, które pomogą przetrwać trudny okres biznesowi, ale i ich rodzinom. Mikroprzedsiębiorcy miewają jednak problemy z konsekwentnym domaganiem się od swoich partnerów biznesowych tego, co im się należy, bojąc się np. pogorszenia relacji. Nie są też tak skuteczni w polubownych negocjacjach. To oczywiste, że mechanik samochodowy nie zna się na kwestiach prawnych, tak jak ja nie umiem naprawić np. skrzyni biegów. Jeśli pieniądze w imieniu takiego przedsiębiorcy próbuje odzyskać niezależna instytucja finansowa, obaw o popsucie relacji już nie ma – mówi Joanna Wrana-Szyszka Dyrektor Operacyjny w e-Kancelaria.

Przeterminowane faktury nie są bezwartościowe

Zastój, jaki w gospodarce wywołuje epidemia, powoduje, że odzyskanie środków ze starych należności może być problematyczne. Ważne też jest, kto zalega z płatnością faktury.

– Sytuacja oczywiście jest szczególna, wiele branż ma problemy. Dlatego w obecnej sytuacji model działania windykacji polubownej opartej na profesjonalnych negocjacjach i ugodach jeszcze bardziej zyskuje na znaczeniu w gospodarce. Szukamy rozwiązań uwzględniających poszanowanie interesów dwóch stron, dłużnika i wierzyciela. W sprawach windykacyjnych i postępowaniach ugodowych czy mediacjach nie bez znaczenia jest fakt, kto zalega z płatnością – często niestety zdarza się, że stabilne podmioty, nie dotknięte kryzysem próbują w nieuczciwy sposób „kredytować się” na swoich partnerach biznesowych – dodaje Piotr Maciągowski Prezes Zarządu e-Kancelaria.

Na znaczeniu również zyskuje usługa sprzedaży faktur – szczególnie popularna u przedsiębiorców, którzy nie mogą czekać na zakończenie procesu mediacji czy ugody z dłużnikiem.

Ekspert zauważa też inny trend. Kryzys spowodował, że prowadzący własną działalność gospodarczą z większą uwagą śledzą, co się dzieje z wystawianymi przez nich fakturami, lepiej to kontrolują i do windykacji kierowane są coraz „młodsze” dokumenty. To pozytywny trend, bo po pierwsze szanse na odzyskanie zaległości maleją wraz z czasem upływającym od powstania zaległości. Po drugie sytuacja zmusiła małe firmy do lepszego panowania nad swoimi finansami. Dawniej niezapłacona faktura była „przykrywana” przez inne, na bieżąco spływające przychody. Mimo wszystko pogarszała jednak bilans przedsiębiorcy. Teraz, kiedy bieżących wpływów brakuje, niezapłaconych faktur lepiej nie chować na dnie szuflady.

Agencja Badań Medycznych przeznaczy 50 milionów złotych na walkę z koronawirusem

Agencja Badań Medycznych i Ministerstwo Zdrowia podjęły decyzję o przeznaczeniu nawet 50 milionów złotych na wsparcie niekomercyjnych badań klinicznych, ukierunkowanych na przeciwdziałanie COVID-19.

Utworzony na mocy specustawy fundusz znacząco usprawni m.in. proces finansowania projektów badawczych, co ma doprowadzić do szybszego opracowania skutecznych metod diagnostyki i leczenia koronawirusa.

Dzięki tym rozwiązaniom możemy działać szybko i sprawnie, a czas gra tutaj niebagatelną rolę! Im szybciej naukowcy otrzymają dofinasowanie i rozpoczną pracę, tym prędzej owoce tych działań trafią do pacjentów. To obecnie nasz kluczowy priorytet – tłumaczy dr n. med. Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.

Szybka ścieżka finansowania dla najlepszych projektów

Jak podkreśla prezes ABM, dofinansowanie w wysokości nawet 5 mln zł otrzyma każdy projekt o dużym potencjale naukowym, który może przyczynić się do opracowania szybkiego testu diagnostycznego, szczepionki lub skutecznych metod terapii koronawirusa.

Szczególnie istotny jest krótki czas oczekiwania na wstępną decyzję o finansowaniu, wynoszący zaledwie 72 godziny. Projekty przyjmowane są w trybie ciągłym. Jak podkreśla Agencja Badań Medycznych: w zależności od potrzeb dostępna pula środków może być zwiększona.

Agencja umożliwi sfinansowanie 100% kosztów prac badawczo–rozwojowych.
O dofinansowanie mogą ubiegać się m.in.: uczelnie medyczne, federacje podmiotów systemu szkolnictwa wyższego i nauki, Polska Akademia Nauk, instytuty naukowe PAN, instytuty badawcze, przedsiębiorcy mający status centrum badawczo-rozwojowego międzynarodowe instytuty naukowe oraz inne podmioty prowadzące głównie działalność naukową w sposób samodzielny i ciągły.

 Badanie własne Agencji Badań Medycznych

Jednocześnie Agencja Badań Medycznych rozpoczęła badanie własne pn. „Badania
nad szczepionką przeciwko wirusowi SARS-CoV-2 oraz wsparciu prac badawczych
nad poszukiwaniem skutecznej terapii”
.

Projekt realizowany jest w partnerstwie z polskimi i międzynarodowymi ośrodkami –  Siecią Badawczą Łukasiewicz, Instytutem Biotechnologii i Antybiotyków wraz z zespołem
prof. Marcina Drąga z Politechniki Wrocławskiej, Narodowym Instytutem Onkologii
w konsorcjum z Instytutem Biochemii i Biofizyki PAN i Warszawskim Uniwersytetem Medycznym oraz Uniwersytetem Medycznym we Wrocławiu.

– Włączamy się w międzynarodowe działania w walce z koronawirusem, realizaując w naszym kraju projekty na światowym poziomie. Jestem przekonany, że polskie koncepty okażą się sukcesem i wkrótce będziemy mogli skorzystać z efektów ich pracy – podsumowuje Radosław Sierpiński, prezes ABM.

Czeka nas parę miesięcy taniego tankowania

Cena benzyny na polskich stacjach powinna niedługo znacznie spaść. Nie będzie to jednak bezpośrednia konsekwencja epidemii koronawirusa – zmniejszającej popyt. Cena ropy obniżała się przez cały poprzedni rok, spadając z 80 dolarów za baryłkę w styczniu do 50 dolarów w grudniu. Wynikało to ze spowolnienia gospodarczego, które dotknęło w największe światowe gospodarki – Stany Zjednoczone, Chiny i Niemcy. Dlatego w 2019 roku tempo wzrostu zapotrzebowania na ropę konsekwentnie zwalniało. W 2020 roku czeka nas zaś, po raz pierwszy od kilkunastu lat, spadek tego zapotrzebowania. Do tego dokłada się porażka na froncie przedłużenia porozumienia naftowego, o którym dyskutowali najwięksi producenci ropy – między innymi Rosja i Arabia Saudyjska. Porozumienie miało sprawić, że wydobycie ropy zostanie strategicznie zmniejszone, by zwiększyć popyt. Po upadku rozmów cena za baryłkę drastycznie spadła i utrzymuje się teraz na poziomie 25-35 dolarów. 

– Bardzo niska cena ropy musi być widoczna na polskich stacjach. Widać to już na licznikach PKN Orlen, który jest państwowym dostawcą paliwa. Zawczasu postanowił on zaproponować swoim klientom znaczną obniżkę, sprzedając litr benzyny za około 4 złote – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny BiznesAlert.pl. – To część strategii politycznej ekipy rządzącej. Jednak niezależnie od działań politycznych, ceny paliwa powinny zacząć spadać na wszystkich stacjach benzynowych. Kryzys cen ropy potrwa przynajmniej do końca epidemii. Jeśli zaś przed wakacjami strony porozumienia naftowego nie podejmą przerwanych rozmów, możemy się spodziewać taniej benzyny przez następne pół roku. Ta cena może nawet spaść, gdyż producenci będą maksymalizować sprzedaż tańszego produktu. Baryłka zacznie drożeć dopiero, gdy spadek rentowności odczują wydobywcy – przez co spadnie ilość wydobycia. Ale niezależnie od wszystkiego, czeka nas parę miesięcy taniej benzyny – przewiduje Jakóbik.

Laptop do codziennej pracy – nowy czy używany?

Laptop to dziś narzędzie pracy wielu ludzi, między innymi studentów, freelancerów i przedsiębiorców. Ten przenośny komputer zabierasz ze sobą w podróż, do kawiarni i na spotkania biznesowe. Każdy ma inne wymagania co do funkcjonalności i wyglądu swojego laptopa. Półki sklepów z elektroniką uginają się od coraz to nowszych modeli. Czy jednak zawsze opłaca się sięgać po najnowszą wersję popularnej marki? Jakie są zalety laptopów używanych? Czym charakteryzują się laptopy poleasingowe? Sprawdźmy.

Prosto z salonu

Nowy laptop możesz kupić przez Internet lub podczas wizyty w sklepie z elektroniką. Do wybranego modelu dostaniesz dwuletnią gwarancję, komplet dokumentacji i płytkę ze sterownikami. Poza tym otrzymasz oryginalne opakowanie, żywotną baterię, wszystkie niezbędne akcesoria i pachnący świeżością sprzęt. Wiele marketów w promocji dorzuca od razu torbę na laptopa lub podkładkę, która zapobiega przegrzaniu komputera podczas jego długiej pracy. Największym minusem nowych laptopów jest oczywiście ich cena (wyższa od tego samego używanego modelu). Poza tym laptop prosto z salonu nie jest pozbawiony innych wad. Zawsze należy czytać warunki gwarancji, gdyż może się okazać, że są w nich ukryte dodatkowe koszty (na przykład związane z rozbudową o większą pojemność pamięci lub wymianą dysku). Poza tym dzisiejsze technologie zmieniają się tak szybko, że po paru miesiącach od zakupu nowego sprzętu możesz mieć ochotę na kolejny. Należy więc odpowiedzieć sobie na pytanie: czy warto inwestować (i niejednokrotnie przepłacać), czy może trzeba rozejrzeć się za dobrej jakości sprzętem używanym?

Używany nie znaczy gorszy

Na portalach aukcyjnych znajdziesz obecnie praktycznie każdy model laptopa w wersji używanej. Podczas zakupów takiego sprzętu warto zwracać uwagę w szczególności na te elementy, które trudno wymienić. Może okazać się, że zakup nowych elementów będzie po prostu nieopłacalny. Obudowa laptopa i ogólny wygląd komputera powie Ci dużo o jego wcześniejszym użytkowniku. Zwracaj uwagę na stan monitora, klawiatury i touchpada. Jeśli do końca nie ufasz prywatnym sprzedawcom, warto zainteresować się ofertą profesjonalnych firm sprzedających laptopy poleasingowe. Takie firmy często dysponują całkiem nowymi komputerami osobistymi, w atrakcyjnych cenach i z dwuletnim okresem gwarancji. Laptopy poleasingowe to świetny kompromis między nowym, drogim modelem z salonu a używanym komputerem od niepewnego sprzedawcy.

Koronawirus całkowicie zatrzymał świat sportu. Część klubów i federacji może czekać bankructwo, a niektórzy sportowcy będą rezygnować z kariery

Pandemia koronawirusa sprawiła, że świat sportu stanął. Już wiadomo, że na 2021 rok zostały przełożone igrzyska olimpijskie w Tokio i Euro 2020. Wstrzymane są rozgrywki, wyścigi i turnieje we wszystkich dyscyplinach. Oszacowanie strat jest praktycznie niemożliwe, bo nie wiadomo, jak długo potrwa pandemia. Dla części klubów zawieszenie rozgrywek na dłuższy czas może oznaczać  praktycznie likwidację, także sponsorzy będą renegocjować kontrakty. – Dopóki nie zobaczymy, jak rynek sportu przetrwa pierwszą falę tsunami ekonomicznego, nie jesteśmy w stanie określić, co będzie dalej – ocenia Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

– Pandemia koronawirusa dokonała w pewnym sensie anihilacji świata sportu. Rzadko zdarza się w gospodarce czy w jakiejkolwiek działalności, żeby przychody i aktywności spadły nagle dosłownie do zera, a branża sportowa zetknęła się właśnie z tego typu zjawiskiem. Rozgrywki i imprezy sportowe zostały masowo zawieszone dosłownie z dnia na dzień – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Koronawirus już na początku stycznia storpedował kwalifikacje olimpijskie kobiet w piłce nożnej i tenisowe Fed Cup z udziałem Chin, Tajwanu, Indonezji, Korei Południowej i Uzbekistanu. Luty i marzec przyniosły kolejne, początkowo przesuwane, a następnie odwoływane imprezy. Na początek UEFA zdecydowała, że mistrzostwa Europy w piłce nożnej odbędą się rok później, w 2021 roku. Podobną decyzję dotyczącą igrzysk olimpijskich Tokio 2020 podjął MKOl. Do tego należy dodać całkowicie wstrzymane rozgrywki piłki nożnej, tenisa, NBA czy wyścigi Formuły 1.

– Straty będą na pewno ogromne, liczone w miliardach dolarów lub euro. Jednak w tej chwili trudno dokładnie je obliczyć, ponieważ ta sytuacja jest zbyt nowa i dynamiczna. W przypadku igrzysk olimpijskich mówi się o tym, że ich przełożenie na 2021 rok to w tej chwili strata dla Japonii rzędu 5,5–6 mld dol. – wskazuje Grzegorz Kita.

Według wyliczeń SMBC Nikko Securities Inc., gdyby natomiast igrzyska olimpijskie zostały całkowicie odwołane, gospodarka Japonii mogłaby zanotować stratę aż na poziomie 1,4 proc. PKB, czyli ok. 68–73 mld dol. Straci jednak nie tylko Japonia – na przykład amerykański koncern mediowy NBC Universal zebrał zamówienia na reklamy za 1,25 mld dol.

 Zawieszenie od połowy marca rozgrywek NBA na około dwa miesiące to strata dla samej ligi na poziomie 1,2 mld dol. Zatrzymanie rozgrywek MLB, czyli amerykańskiego baseballu, to koszt już 2 mld dol., ale to jest wszystko liczone z wiarą w to, że za półtora–dwa miesiące te rozgrywki ruszą. Jeżeli nie uda się doprowadzić do zakończenia sezonu w wielu rozgrywkach, te straty będą jeszcze większe – mówi prezes Sport Management Polska.

W zasadzie problemy dotknęły wszystkie dyscypliny, jednak w części z nich straty będą ogromne. Te, które generowały największe przychody, stracą najwięcej. Zwłaszcza że część imprez została odwołana w ostatniej chwili, tak jak np. wyścig Formuły 1 w Australii, odwołany w przeddzień startu, czy tenisowy Indian Wells odwołany już po rozlosowaniu drabinek, kiedy wszyscy tenisiści byli już na miejscu. Tuż przed startem organizatorzy podjęli też decyzję o odwołaniu półmaratonu w Paryżu.

– Drugi rodzaj strat to problemy, które wynikają z zawieszenia działalności bieżącej w przypadku klubów sportowych, zarówno piłkarskich, jak i koszykarskich czy siatkarskich. To są przede wszystkim wpływy pochodzące z dnia meczowego. Nie ma wtedy kibiców, nie sprzedaje się biletów, nie ma wpływów z gastronomii i merchandisingu okołomeczowego. Kluby nie zarabiają i są w bardzo trudnej sytuacji, ponieważ dalej ponoszą koszty stałe, zwłaszcza dotyczące wynagrodzeń. Sponsorzy też nie mogą korzystać z kontaktu z fanami – tłumaczy Grzegorz Kita.

Straty klubów odczuli już sami zawodnicy. Większość z nich podjęła decyzje o obniżkach wynagrodzeń, a niektórzy sami zdecydowali się zrezygnować z części honorarium. Przykładowo słowacki klub MSK Żylina przeszedł w stan likwidacji – początkowo zwolnił z kontraktów najlepiej zarabiających, a od kwietnia przestał funkcjonować.

 Trzecia grupa strat to wszelkiego rodzaju renegocjacje i obniżki kontraktów. Jeżeli nie odbywają się mecze, nie ma rywalizacji sportowej, to telewizje też nie będą płaciły pieniędzy za te mecze lub kolejki ligowe, które nie zostały rozegrane. Ale co więcej, każdy podmiot sportowy i każda federacja stają przed takim problemem, że również sponsorzy będą mieli prawdopodobnie prawo do tego, żeby renegocjować kontrakty i obniżać wpłaty – mówi ekspert.

W trudnej sytuacji są też przedstawiciele sportów indywidualnych. Jeden z tenisistów, czołowy deblista, próbował dorabiać, dając lekcje gry w tenisa. O ile dla najlepszych kilka miesięcy przerwy od tego sportu będzie czasem na wypoczynek i treningi, dla tych nieco słabszych może to oznaczać po prostu brak środków na życie.

– Mogą zdarzyć się bankructwa, ograniczenia liczby zatrudnianych zawodników czy pracowników. Nie wiemy, jak będzie wyglądała najbliższa przyszłość rynku sportowego. Możliwe, że spora grupa sportowców w ogóle przestanie uprawiać sport. Co do zasady trudno w tej chwili diagnozować, jak może się zachowywać branża sportowa, jeżeli nie wiemy, jak będą wyglądały pierwsze miesiące, kiedy część podmiotów może zniknąć – podkreśla Grzegorz Kita.

Najlepszy notebook dla biznesu

Prawdziwy sprawdzian dla laptopa biznesowego rozpoczyna się, kiedy przestaje udawać komputer stacjonarny. Z daleka od biura i biurka sprzęt, na którym pracujemy, wreszcie może udowodnić swoją wartość – tak jak notebook Prestige 15 firmy MSI, który z powodzeniem przeszedł ponad 30 testów jakości.

To, że na laptopach się pracuje, to oczywistość. Ale to, że nie każdy laptop nadaje się do pracy, może niektórych zaskoczyć. Sukces w biznesie nie przychodzi łatwo – to samo dotyczy komputerów. Sprzęt zaprojektowany z myślą o szczególnie wymagających użytkownikach, jakimi są profesjonaliści i przedsiębiorcy z różnych branż, powinien wyróżniać się szeregiem cech, których brakuje domowemu laptopowi. Komputer biznesowy musi być włączony przez większość dnia, służyć swojemu właścicielowi w nietypowych miejscach i stanowić dla niego swoistą „wizytówkę”. Wybierając notebooka do pracy, warto kierować się zatem kryteriami wydajności, mobilności, wygody i stylu.

W poszukiwaniu świętego Graala wśród laptopów biznesowych, odkryliśmy notebook Prestige 15 – nowy produkt od tajwańskiego giganta MSI, znanego z produkcji gamingowych „potworów”. Zastanawiacie się, co marka specjalizująca się w branży rozrywkowej ma do zaoferowania klientom, którzy komputera używają do pracy, a nie zabawy? Odpowiedź brzmi – wszystko!notebook Prestige 15 – MSI

Po pierwsze – wydajność

W odniesieniu do notebooka Prestige 15 słowo „laptop” wydaje się niewystarczające. Bardziej na miejscu byłaby „maszyna”, bo smukła i lekka obudowa tego laptopa skrywa wnętrze obdarzone imponującą mocą. Komputery z serii Prestige wyposażone zostały w najnowsze procesory Intel® Core™ i7 dziesiątej generacji. Sześć rdzeni procesora sprawia, że oprogramowanie funkcjonuje bez zarzutu nawet przy zadaniach wymagających dużej mocy obliczeniowej albo… wielu aplikacjach działających w tym samym czasie, co przecież doskonale charakteryzuje specyfikę pracy w biznesie.

Gwarancję produktywności notebooka Prestige 15 podbija dodatkowo potężny procesor graficzny z serii GeForce® oraz sterowniki NVIDIA Creator.

Przy takim ładunku mocy ważny jest system chłodzenia – autorska technologia Cooler Boost 3 z dwoma dedykowanymi wentylatorami i trzema ciepłowodami sprawnie odprowadza ciepło z laptopa nawet przy intensywnym użytkowaniu.notebook MSI Prestige 15

Po drugie – mobilność

Długa podróż służbowa, zdalna praca spoza biura albo ważne wielogodzinne spotkanie – w biznesie komputer musi zawsze pozostawać do naszej dyspozycji, niezależnie od bliskiej obecności gniazdka z prądem. Przy piórkowej wadze smukłej obudowy o ciężarze zaledwie 1,6 kilograma, notebook Prestige 15 zapewnia nawet 16 godzin nieprzerwanej pracy dzięki wyjątkowo pojemnej baterii. A kiedy przychodzi pora ładowania, wielofunkcyjne porty Thunderbolt 3 pozwalają na szybkie uzupełnienie mocy.

Również dzięki ich obecności użytkownik może płynnie poszerzyć swoją przestrzeń roboczą, podłączając notebooka do zewnętrznych wyświetlaczy – funkcjonalność, jaką docenią szczególnie ci z nas, którzy często prezentują szerszemu gronu owoce swojej pracy. Dzielenie się plikami ułatwiają także porty USB-C oraz czytnik kart pamięci microSD.

Bolączką „mobilnych” pracowników bywa łączność z Internetem, która lubi zawodzić w najmniej odpowiednim momencie. Najnowsze rozwiązania techniczne, w jakie został wyposażony notebook Prestige 15, zapewniają niezmąconą prędkość pracy w sieci nawet przy transferze dużych plików, jak również w trakcie połączeń wideokonferencyjnych – co ma nadzwyczajne znaczenie dla płynności pracy „w biegu”.Prestige 15 – notebook MSI

Po trzecie – wygoda

Nasza produktywność rośnie, kiedy możemy pracować w przyjaznych warunkach. Miarą osiągnięć zawodowych nie jest przecież poziom naszego zmęczenia, tylko to, ile zadań – i w jakim czasie – udało nam się wykonać.

Notebook Prestige 15 ma kilka bardzo przydatnych funkcji, które czynią dzień roboczy prostszym i przyjemniejszym. Na przykład odchylany o 180° ekran w cienkiej ramce, który można położyć płasko na blacie, aby wygodnie i profesjonalnie podzielić się treściami ze współpracownikiem, zamiast odwracać w jego stronę cały komputer.

Z kolei ergonomiczna podświetlana klawiatura ze zoptymalizowanym dystansem do aktywacji klawiszy pozwala na bezwysiłkowe pisanie od świtu do zmierzchu – oczywiście w razie potrzeby, której nikomu nie życzymy!

Notebook Prestige 15 został także wyposażony w o 35% większy touchpad, który obsługuje szereg gestów wykonywanych wieloma palcami. Jego czułość na dotyk wzrosła o 30%, czemu towarzyszy poczucie jedwabistej gładkości pod opuszkami palców.

Z myślą o zarówno prywatnym, jak i biznesowym bezpieczeństwie danych, w touchpada wbudowano czujnik linii papilarnych. Bezhasłowe logowanie przy użyciu najnowocześniejszej technologii uwierzytelniania nie tylko dba o spokój naszego ducha, lecz także znacznie przyspiesza surfowanie po Internecie w poszukiwaniu przydatnych informacji.

Tych, którzy lubią pracować w ciszy, a jednostajny szum włączonego komputera przeszkadza im skupić myśli, ucieszy fakt, że notebook Prestige 15 legitymuje się certyfikatem Professional Quiet Mark.

Prestige-15-nowy-notebook-od-tajwańskiego-giganta-MSILast but not least – styl

Nie musimy się do tego przyznawać, ale prawda jest taka, że lubimy wyjmować z torby komputer, który przyciąga pełne podziwu spojrzenia. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze – szczególnie w biznesie. Notebook Prestige 15 nie bez powodu ma taką właśnie nazwę. Aluminiowa obudowa o piaskowanej teksturze z krawędziami o charakterystycznym diamentowym szlifie czyni z niego przedmiot nie tylko funkcjonalny, ale też piękny. Wysokiej jakości materiały zastosowane przy jego produkcji sprawiają, że elegancja, którą sobą prezentuje, jest zarazem dyskretna i wyrafinowana.

Dla spotęgowania doznań wizualnych, notebook Prestige 15 oferuje opcjonalnie niesamowicie wierne i realistyczne odwzorowanie obrazu dzięki 15,6-calowemu wyświetlaczowi True Pixel o rozdzielczości 4K, ze stuprocentowym pokryciem przestrzeni barw AdobeRGB oraz technologią True Color.

Ultralekka i wysmukła konstrukcja notebooka Prestige 15 wyróżnia się przy tym iście wojskową niezniszczalnością. Laptop spełnia standardy określone przez amerykańską normę MIL-STD 810G, co oznacza, że pomyślnie przeszedł szereg militarnych testów na wytrzymałość w różnych warunkach pracy i transportu.

Profesjonalizm, efektywność, operatywność, niezawodność – standardy, które w biznesie wyznaczamy samym sobie, powinny służyć nam również do oceny i wyboru sprzętu będącego narzędziem naszej codziennej pracy. Notebook Prestige 15 to prawdziwy sukces producenta na konkurencyjnym rynku laptopów biznesowych. A sukces, jak wiadomo, rodzi sukces. Nasz sukces.

Pracownicy z Ukrainy w obawie przed utratą środków do życia wracają do kraju. Brakuje oficjalnych komunikatów polskich władz skierowanych do tej grupy

Zgodnie z nową ustawą cudzoziemcy mogą pozostać w Polsce nawet po wygaśnięciu wiz lub zezwoleń na pobyt. Mimo to wielu Ukraińców, stanowiących największą grupę mieszkających w Polsce obcokrajowców, wyjechało lub nosi się z zamiarem wyjazdu po otwarciu granicy polsko-ukraińskiej. Polskie władze, choć przez lata zasłaniały się przed relokacją uchodźców milionem przyjętych pracowników zza wschodniej granicy, zapomniały zadbać o skierowanie do nich rzetelnej informacji o koronawirusie.

Przedłużenie legalnego pobytu cudzoziemca przebywającego w Polsce na podstawie wizy krajowej i zezwolenia na pobyt czasowy będzie dotyczyło sytuacji, w których ostatni dzień legalnego pobytu przypadnie na czas obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii. Będzie to zatem okres od 14 marca 2020 roku, kiedy ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego. Wówczas okres legalnego pobytu w Polsce będzie podlegał przedłużeniu z mocy prawa do upływu 30. dnia następującego po dniu odwołania tego stanu, który obowiązywał jako ostatni – wyjaśniają eksperci Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

Przedłużenie legalności pobytu umożliwi realizację dotychczasowego celu pobytu w Polsce, czyli np. wykonywania pracy. Przedłużone zostaną bowiem zezwolenia na pracę, na pracę sezonową, a także okres pracy na podstawie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi. Ustawa odsuwa w czasie także terminy składania wniosków o udzielenie zezwoleń pobytowych, przedłużenie wizy czy pobytu w ramach ruchu bezwizowego.

Według różnych źródeł w Polsce przebywa od kilkuset tysięcy do ponad miliona Ukraińców i są oni największą grupą obcokrajowców w Polsce. Tylko w 2019 roku, według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, zezwolenia na pracę udzielono niemal 330,5 tys. obywateli Ukrainy. Jednak ze strachu przed pandemią koronawirusa wielu z nich wróciło do kraju. Dobitnie świadczyły o tym tłumy na granicach, gdy 27 marca ogłoszono ich zamknięcie, choć tylko na tydzień. Co piąty Ukrainiec przyjechał na podstawie paszportu biometrycznego, upoważniającego do pobytu bez wizy do trzech miesięcy w ciągu pół roku, a łącznie do sześciu miesięcy w ciągu roku, i to prawdopodobnie te osoby stanowiły gros wyjeżdżających.

Musimy pamiętać, że obecność Ukraińców w Polsce po kryzysie nadal będzie bardzo ważna. Pandemia jest testem na naszą solidarność z tymi, którzy obok nas mieszkają i pracują. Ważne, by nasze relacje pozostały dobre, by po kryzysie nie nastąpił drugi kryzys spowodowany nieobecnością Ukraińców, którzy wyjechali i nie chcą lub nie mogą już wrócić – piszą autorzy przeprowadzonego pod koniec marca przez IRCenter.com badania „Ukraińcy w Polsce w czasie epidemii koronawirusa”.

Z badania wynika, że 52 proc. pracowników zza wschodniej granicy ma pozwolenie na pracę lub wizę pracowniczą, 22 proc. ma kartę stałego pobytu, zaś 64 proc. – pozwolenie na przebywanie w Polsce powyżej pół roku, co nie powinno na razie wpływać na ich plany. W momencie przeprowadzania badania 83 proc. dalej też chciało wiązać swoją przyszłość z Polską, a 12 proc. rozważało wyjazd.

Niektóre osoby z dnia na dzień straciły pracę, gdy firmy zmuszone zostały do redukcji zatrudnienia lub obcięcia płac, inne straciły zlecenia (np. pracujące zazwyczaj w szarej strefie osoby zajmujące się sprzątaniem czy opieką w prywatnych domach), jeszcze inne – dach nad głową po zamknięciu miejsc noclegowych. Wprawdzie rząd złagodził swoje stanowisko i wprowadził zmiany w rozporządzeniu, pozwalając dokończyć planowany pobyt osobom w delegacji i tym, które korzystają z usług noclegowych w ramach wykonywania obowiązków służbowych (np. pracownikom budowlanym) oraz zakwaterowanym w obiekcie noclegowym przed 31 marca, jednak ze wspomnianego wyżej badania wynika, że pracownicy z Ukrainy są zdezorientowani, bo nie otrzymali od polskiego rządu żadnej oficjalnej informacji w języku ukraińskim, rosyjskim czy angielskim. Wiedzę czerpią głównie od swoich rodaków, z ukraińskich mediów i z mediów społecznościowych.

W sytuacji, gdy nawet Polakom trudno nadążyć za spływającymi lawiną informacjami, trudno oszacować, czy do pracowników ze Wschodu dotarła informacja o przedłużeniu pobytu w Polsce na podstawie wiz lub zezwoleń do 30 dni po zakończeniu stanu epidemii oraz ważność już wydanych zezwoleń na pracę, na pracę sezonową oraz oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi.

Co drugi Ukrainiec pozytywnie ocenia działania polskiego rządu skierowane do nich, podczas gdy ukraiński rząd jest tak oceniany przez co trzeciego badanego – to znowu badanie IRCenter.com. – Od tego, jak wspólnie przeżyjemy pandemię, zależą też nasze stosunki w przyszłości – konkludują jego autorzy.

Zmniejszony ruch na drogach spowodował spadek liczby wypadków. Serwisy samochodowe mimo to pracują pełną parą

Pandemia koronawirusa przyczyniła się do zmniejszenia ruchu drogowego i spadku liczby ofiar śmiertelnych. W lutym i marcu – po raz pierwszy od dwóch lat – na polskich drogach zginęło mniej osób. W obecnej sytuacji przemieszczanie się własnym samochodem jest bezpieczniejsze niż korzystanie z transportu publicznego, ale eksperci apelują o bezpieczną jazdę, ponieważ służba zdrowia koncentruje się na zakażonych SARS-CoV-2. Polacy dbają o bezpieczeństwo swoich aut, gdyż ruch w serwisach wciąż jest duży. W przeciwieństwie do salonów motoryzacyjnych, w których większość usług związanych ze sprzedażą samochodów i obsługą klienta działa online.

– Sytuacja związana z pandemią koronawirusa pokazuje, że liczy się nie tylko to, na co zwracamy uwagę na co dzień. Teraz najważniejsze jest, aby nasze samochody były czyste i sterylne, żeby uniknąć zakażenia, a jednocześnie woziły nas bezpiecznie i bezwypadkowo. Służba zdrowia jest w tej chwili dostatecznie mocno obciążona, a będzie jeszcze bardziej w najbliższych tygodniach. Dlatego w tej chwili jest to podwójna społeczna odpowiedzialność, aby nie powodować wypadków i trzymać się od szpitali jak najdalej – mówi agencji Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Pandemia koronawirusa i rządowe ograniczenia w przemieszczaniu się sprawiły, że ruch na polskich drogach znacznie się zmniejszył. Jednocześnie po raz pierwszy od dwóch lat odwróciła się tendencja wzrostu ofiar śmiertelnych na polskich drogach. W 2018 i 2019 roku ich bilans rósł (w 2017 roku zginęło 2831 osób, w 2018 – 2862, a w ubiegłym roku – 2909). Z kolei w lutym i marcu zarówno liczba wypadków, jak i ofiar śmiertelnych była znacząco niższa w ujęciu rocznym.

– W tym roku nawet w styczniu liczba ofiar śmiertelnych była większa, natomiast w lutym i marcu widać już spadek. W I kwartale 2020 roku na drogach zginęło ponad 50 osób mniej – mówi Stanisław Dojs. – Ponieważ nasza marka koncentruje się na bezpieczeństwie, apelujemy do kierowców, żeby zwolnić i jeździć ostrożnie. Teraz jest fatalny moment, aby trafić do szpitala – jeżdżąc ostrożnie, odciążamy służbę zdrowia i mamy szansę ocalić nasze zdrowie i życie. Mam nadzieję, że ta postawa się utrwali i nie będzie to jedynie krótkotrwała poprawa związana z pandemią.

W związku z mniejszą liczbą kolizji spadek obrotów notuje segment blacharski, jednak w innych serwisach widać duży ruch.

– Kierowcy dosyć sumiennie stawiają się do serwisów, ponieważ utrzymanie mobilności własnego samochodu jest teraz kluczowe i oznacza bezpieczeństwo. Transport zbiorowy ma liczne ograniczenia, a ludzie niechętnie korzystają z niego czy taksówek. Własne auta są najbezpieczniejszą formą transportu i klienci chcą, żeby były sprawne – mówi PR manager Volvo Car Poland.

Jak podkreśla, podobnie jak większość branż również motoryzacyjna dotkliwie odczuwa skutki pandemii koronawirusa i znaczący spadek obrotów. Wynika to zarówno z przedłużających się przestojów w produkcji, jak i spadku popytu na nowe samochody – mniejsza jest zarówno sprzedaż, jak i wydania nowych samochodów. Klienci ograniczają kontakty i odkładają to na lepszy moment, po zakończeniu kwarantanny czy rządowych obostrzeń w przemieszczaniu się. Zresztą same marki motoryzacyjne zachęcają ich do załatwiania zdalnie większości spraw związanych zarówno z zakupem, jak i serwisem samochodu, rozwijając kanały kontaktu online i rozwiązania door-to-door.

– Z oczywistych powodów klienci wolą zachowywać dystans i ograniczają kontakt osobisty albo załatwiają sprawy zdalnie. Wprowadziliśmy udogodnienie w serwisie polegające na tym, że klient może podjechać na plac naszego salonu, ale nie wchodzić do środka, a serwis poprzez Wi-Fi połączy się z samochodem i dokona elektronicznej diagnostyki. Możemy też odebrać auto do serwisu i potem odstawić je do klienta. Podobnie rzecz ma się z wydaniem samochodu – jeżeli klient będzie chciał, aby podstawić mu go pod dom, to w tej chwili wielu dealerów świadczy taką usługę – mówi Stanisław Dojs.

Zaostrzono też rygory higieniczne obsługi aut. Przed opuszczeniem serwisu są one poddawane starannej dezynfekcji, która obejmuje nawet kluczyk do auta. Pracownicy serwisu są wyposażeni w jednorazowe rękawiczki, a wrażliwe elementy pojazdu są zabezpieczone jednorazowymi pokrowcami (fotel, dywaniki, kierownica, lewarek zmiany biegów).

W radiowych i internetowych kampaniach reklamowych marki motoryzacyjne zachęcają do pozostawania w domu oraz kontaktowania się i załatwiania większości spraw online bądź telefonicznie. Salony i dealerzy nadal funkcjonują i zbierają zamówienia, ale kontaktują się z klientami telefonicznie, mailowo lub poprzez wideoczaty. Zdalnie można zawrzeć albo wznowić polisę ubezpieczeniową.

– W samych salonach też wiele się zmieniło. Mamy wydzielone strefy, w których klienci mogą się poruszać tak, aby dystans pomiędzy nimi a na przykład recepcją pozostawał nienaruszony i wynosił przynajmniej 1,5–2 metry. W salonach pojawiły się też dostępne dla wszystkich rękawiczki jednorazowe i środki dezynfekcyjne. Serwis sprzątający dostał mocniejsze środki dezynfekujące powierzchnie, szczególnie te często dotykane. Klienci są umawiani na określoną godzinę, aby czas spędzany przez nich w salonie był jak najkrótszy – podkreśla PR manager Volvo Car Poland.

Systemy automatyczne zrewolucjonizują branżę nieruchomości. Sztuczna inteligencja pomoże w zakupie mieszkania oraz przyznaniu kredytu hipotecznego

Narzędzia do automatyzacji pracy wkraczają na rynek sprzedaży i wynajmu nieruchomości. Algorytmy wykorzystujące technologię uczenia maszynowego pomogą znaleźć mieszkanie spełniające indywidualne potrzeby konkretnego klienta, a inteligentni asystenci zautomatyzują proces przyznawania kredytów hipotecznych. Sztuczna inteligencja na rynku nieruchomości może okazać się nieoceniona i w warunkach pandemii pozwoli sprawnie kupić, sprzedać czy wynająć mieszkanie.

– Poszukiwanie mieszkania to proces, który trwa nawet pół roku i składa się z wielu faz. Naszym zadaniem jest zapewnić maksymalnie wygodne narzędzie dla klienta, stąd musimy wiedzieć, w którym momencie i czego od nas oczekuje. Każdy ma inne preferencje, jedni będą woleli kontaktować się z nami telefonicznie, inni wolą kanał SMS-owy, drogę mailową czy czat. Chcemy wiedzieć, z którym klientem, o której porze i w jaki sposób powinniśmy się kontaktować. Najciekawszym obszarem jest dopasowywanie ofert do potrzeb klientów: chcemy już na początku tej ścieżki wiedzieć, jakie finalnie za pół roku mieszkanie wybierze klient – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Gniadkowski, prezes zarządu obido.

Działania firmy obido w zakresie wykorzystania sztucznej inteligencji w branży nieruchomości zostały docenione przez ekspertów odpowiedzialnych za przyznawanie środków w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Małopolskiego. Pozyskała ona 1 mln zł na rozwój laboratorium sztucznej inteligencji wyspecjalizowanego w dostarczaniu narzędzi dla rynku nieruchomości. Pozwoli ono wykorzystywać zasoby Big Data oraz technologię uczenia maszynowego do tworzenia modeli predykcyjnych na potrzeby klientów z rynku nieruchomości. Oprogramowanie pomoże specjalistom lepiej zrozumieć potrzeby swoich klientów.

– Sztuczna inteligencja to nie jest magiczny byt, który bierze dane sam z siebie, tylko musieliśmy je dostarczyć. Przez pięć lat zbieraliśmy każdą informację na temat użytkowników, którzy poszukiwali mieszkania. Wszystko, co byliśmy w stanie zgromadzić, skrzętnie przechowywaliśmy, zbieraliśmy nawet takie dane, co do których nie wiedzieliśmy, czy kiedykolwiek się przydadzą. I teraz wiemy, że to była dobra decyzja, bo dzięki temu jesteśmy nimi w stanie zasilić  rozwiązania oparte na mechanizmach sztucznej inteligencji – tłumaczy ekspert.

Z modeli predykcyjnych korzysta także Biuro Informacji Kredytowej, które eksperymentuje ze sztuczną inteligencją wyspecjalizowaną w ocenie zdolności kredytowej klientów. Pierwsze eksperymenty dowodzą, że na rynku pożyczkowym szeroko zakrojone analizy Big Data pozwalają skutecznie prognozować ryzyko kredytowe. W przyszłości podobne narzędzia mogą zostać wykorzystane do zawierania umów hipotecznych.

System inteligentny dla rynku nieruchomości opracował również wrocławski start-up Ada. Ta inteligentna asystentka ma ułatwić sparowanie ze sobą najemcy oraz przyszłego mieszkańca. Ada filtruje ogłoszenia o wynajem i poddaje je dogłębnej analizie, podobnie jak zapytania kierowane do najemców. Dzięki temu może pokazać dokładną lokalizację nieruchomości, wskazać, jak koszt wynajmu kształtuje się na tle innych ofert w tej okolicy i ułatwić najemcy wybranie lokatorów, którzy w największym stopniu spełniają jego oczekiwania.

Z kolei warszawski start-up SonarHome postanowił wykorzystać sztuczną inteligencję do przyspieszenia procesu sprzedaży mieszkania z kilku miesięcy do kilku dni. Jego narzędzie funkcjonuje w modelu iBuying, tzn. firma odkupuje nieruchomość bezpośrednio od właścicieli na podstawie jej rynkowej wartości, a następnie we własnym zakresie odsprzedaje ją na wolnym rynku bądź kolejnym inwestorom. Sztuczna inteligencja wykorzystywana jest tu do oszacowania wartości nieruchomości – system analizuje szeroką bazę transakcji oraz ofert rynkowych składanych na przestrzeni kilku ostatnich lat, aby zaproponować sprzedającemu uczciwą cenę sprzedaży.

– Chcielibyśmy, żeby sztuczna inteligencja odgrywała dużo większą rolę w branży mieszkaniowej. Pierwsze testy pokazują, że udaje nam się dużo skuteczniej działać, natomiast trzeba pamiętać o jej ograniczeniach. W ciągu najbliższych czterech–pięciu miesięcy zakończymy pierwszą fazę, której efektem będą testy na prawdziwych użytkownikach. Możemy się spodziewać, że w czasie tegorocznych wakacji pierwsza pula klientów będzie w dużej mierze obsługiwana przez mechanizmy, którymi właśnie będą sterowały inteligentne rozwiązania – zapowiada Paweł Gniadkowski.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji do 2025 roku wzrośnie do przeszło 190 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 36,6 proc.

Przebieg nowej upadłości konsumenckiej

Upadłość konsumencka w dniu 24 marca 2020 r. przeszła istotne zmiany. Nowelizacja swoim zakresem objęła zarówno postępowania skierowane do konsumentów, jak i przedsiębiorców. Niemniej, to osoby fizyczne, które nie prowadzą działalności gospodarczej powinny spodziewać się najwięcej nowości. Jedno jest pewne – zmiany z pewnością przełożą się na zwiększenie ilości spraw upadłościowych.

Konsumencka zdolność upadłościowa

Podstawowym kryterium jest status konsumenta. Należy przez to rozumieć osobę fizyczną, która nie prowadzi działalności gospodarczej. Zdolność do ogłoszenia upadłości konsumenckiej posiadają też byli przedsiębiorcy, którzy wyrejestrowali wcześniej prowadzoną działalność gospodarczą. Podobnie zresztą jak byli wspólnicy spółek osobowych. Ogłoszenie upadłości konsumenckiej może być zatem postępowaniem „pomocniczym” dla upadłości przedsiębiorcy bez majątku, którego wniosek o ogłoszenie upadłości na zasadach ogólnych może zostać oddalony. W kontekście zdolności do ogłoszenia upadłości konsumenckiej ustawa nie wprowadza cenzusu obywatelstwa, czy narodowości.

Niewypłacalność

Przesłanką przedmiotową ogłoszenia upadłości konsumenckiej jest stan niewypłacalności. Nie ma zatem możliwości ogłoszenia upadłości względem dłużnika, który celowo nie reguluje swoich zobowiązań. Przez niewypłacalność należy rozumieć stan, w którym dłużnik utracił zdolność do spłaty wymagalnych zobowiązań pieniężnych. O ile do momentu zmiany regulacji przyczyny tegoż stanu miały kluczowe znaczenie dla sądu, który rozpoznawał wniosek, o tyle obecne przepisy nie wymagają weryfikacji powodów niewypłacalności na początkowym etapie.

Trzy modele procedowania sprawy

Wydanie postanowienia o ogłoszeniu upadłości konsumenckiej inicjuje kolejną fazę procedury. Zgodnie z przepisami prawa upadłościowego dalsze postępowanie będzie mogło toczyć się według trzech schematów.

Po pierwsze, postępowanie upadłościowe właściwe może być prowadzone na tzw. zasadach ogólnych. Czyli według tych przepisów, które obowiązują przedsiębiorców. Sąd będzie wszcząć ten rodzaj postępowania jeśli jest to uzasadnione:

  • majątkiem znacznego rozmiaru;
  • liczną grupą wierzycieli;
  • innymi okolicznościami wskazującymi na zwiększony stopień skomplikowania sprawy.

Szczególnie niejasny i budzący wątpliwości może być trzeci z ww. punktów. Ustawodawca nie sprecyzował jakie mogą być to okoliczności zostawiając sędziom większą swobodę w momencie orzekania. Ostatecznie, upadły będzie mógł złożyć wniosek o ustalenie planu spłaty wierzycieli lub o umorzenie zobowiązań bez planu spłaty.

Po drugie, sąd może zastosować przepisy uproszczone. Z założenia ma być to szybsze postępowanie niż wcześniej wymienione z uwagi na brak uczestnictwa sędziego-komisarza. Znaczna część pracy będzie zatem spoczywała na syndyku, a instytucją kontrolną jego poczynania będzie skarga – podobna jak w postępowaniu egzekucyjnym. Ten rodzaj upadłości będzie stosowany wtedy, gdy upadły np. nie posiada znacznego majątku lub ilość wierzycieli nie jest liczna.

Po trzecie, sąd będzie mógł skierować wniosek dłużnika do postępowania o zawarcie układu na zgromadzeniu wierzycieli. Postępowanie to nie będzie służyło ogłoszeniu upadłości, lecz dalszemu regulowaniu zobowiązań na nowych (korzystniejszych) warunkach. Postępowanie będzie zasadne w oparciu o odpowiednie możliwości zarobkowe dłużnika i jego sytuację zawodową, które to będą wskazywały np. na zdolność do wywiązania się z układu z wierzycielami.

Oddłużenie

Nowa upadłość konsumencka, mimo jej ogłoszenia, nie musi oznaczać uzyskania oddłużenia. Będzie to miało miejsce, jeśli upadły doprowadził do swojej niewypłacalności lub istotnie zwiększył jej stopień w sposób celowy, w szczególności przez trwonienie części składowych majątku oraz celowe nieregulowanie wymagalnych zobowiązań. Podobnie zakończy się procedura, jeśli w okresie dziesięciu lat przed dniem zgłoszenia wniosku o ogłoszenie upadłości w stosunku do upadłego prowadzono postępowanie upadłościowe, w którym umorzono całość lub część jego zobowiązań. Mimo wystąpienia jednej z dwóch ww. okoliczności, sąd może doprowadzić do umorzenia zobowiązań, pod warunkiem że przemawiają za tym względy słuszności lub humanitarne.

Z kolei umorzenie zobowiązań będzie możliwe na gruncie poniższych schematów:

  • poprzez ustanowienie planu spłaty wierzycieli na okres do 3 lat lub od 3 do 7 lat (w zależności od stopnia zawinienia upadłego). Po wykonaniu planu spłaty wierzycieli dochodzi do oddłużenia;
  • poprzez automatyczne oddłużenie. Mechanizm wykorzystywany jest wtedy, gdy dłużnik wykazuje trwałą niezdolność do dokonywania jakichkolwiek spłat w ramach planu spłaty;
  • poprzez warunkowe umorzenie bez ustalenia planu spłaty. Wiąże się z koniecznością wykazania chwilowej niezdolności do wykonywania spłat. Jeśli w ciągu kolejnych 5 lat sytuacja finansowa upadłego poprawie, to możliwe jest ustalenie planu spłaty wierzycieli.

Autorem tekstu jest doradca restrukturyzacyjny Filip Kozik z kancelarii KL Law Polska Sp. z o.o.

Koronawirus nie wpłynął na ceny ubezpieczeń komunikacyjnych OC

W I kwartale 2020 r. doszło  do nieznacznej (1,6%) obniżki cen OC w porównaniu do IV kwartału 2019 r. Tym samym średnia cena polisy wyniosła 687 zł. Kryzys wywołany epidemią koronawirusa nie wpłynął jeszcze na rynek obowiązkowego ubezpieczenia komunikacyjnego. 

I kwartał 2020 roku zakończył się wstrząsem na wielu rynkach. Spowodowała go epidemia COVID-19, która zagroziła naszemu zdrowiu i spowolniła gospodarkę. Jednak rynek obowiązkowych ubezpieczeń komunikacyjnymi pozostaje niewzruszony. Średnia składka OC w tym okresie wyniosła 687 zł i niewiele różniła się od tych z poprzednich 12 miesięcy. W raporcie RanKING – rynek i ceny ubezpieczeń komunikacyjnych eksperci porównywarki rankomat.pl podsumowują, jak kształtowały się średnie składki OC w minionym kwartale i sprawdzają, w których regionach Polski kierowcy mogli liczyć na najkorzystniejsze oferty ubezpieczycieli.Najniższe i najwyższe ceny OC w I kwartale 2020 r_v1

Jaka była średnia cena ubezpieczenia OC w I kwartale br.?

Średnia cena OC w I kwartale 2020 roku wyniosła 687 zł. Była przez to niższa o 11 zł (1,6%) w stosunku do poprzedniego kwartału. Biorąc jednak pod uwagę podobny okres w 2019 roku, obserwujemy zniżkę o 5 zł (0,7%).Średnia cena ubezpieczenia OC_2020_v1

– Od początku 2019 r. średnie ceny OC utrzymują się poniżej 700 zł. Podobnie było w I kwartale 2020 r., w którym wysokość składki była o 1,6% niższa niż w ostatnich miesiącach ubiegłego roku. Nic nie wskazuje na to, aby ceny obowiązkowego ubezpieczenia komunikacyjnego miały w najbliższym czasie wzrosnąć. To powinno być dobrą informacją dla wielu posiadaczy pojazdów, biorąc pod uwagę silny negatywny wpływ epidemii koronawirusa na finanse gospodarstw domowych – mówi Tomasz Masajło, Prezes Zarządu Rankomat.

Najdrożej na Pomorzu i Dolnym Śląsku

Najwięcej za ubezpieczenie OC płacili kierowcy z województw: pomorskiego (781 zł), dolnośląskiego (762 zł) i mazowieckiego (751 zł). Na najniższe składki mogli natomiast liczyć kierowcy z województw: podkarpackiego (566 zł), opolskiego (578 zł) i świętokrzyskiego (588 zł).

Ceny ubezpieczenia OC były niższe niż przed rokiem we wszystkich województwach oprócz podkarpackiego, kujawsko-pomorskiego i wielkopolskiego. Tam podwyżka wyniosła od 0,2% do 0,6%. Obniżki w pozostałych regionach wyniosły od -0,6% (woj. podlaskie) do -3,7% (woj. lubelskie).

Największe odchylenia od średniej ceny OC odnotowano w województwach: pomorskim (+13,7%), dolnośląskim (+10,9%) i mazowieckim (+9,3%) – wynika z danych rankomat.pl.Gdzie płaciliśmy najwięcej za OC w I kwartale 2020 roku_v1

Najtańsze i najdroższe miasta

Z analizy cen OC porównywarki rankomat.pl wynika, że w I kwartale 2020 r. najwięcej za obowiązkowe ubezpieczenie płacili kierowcy z Wrocławia, Gdańska i Warszawy. Towarzystwa ubezpieczeniowe proponowały najtańsze polisy OC mieszkańcom Rzeszowa, Opola i Kielc. Różnica cen OC pomiędzy najtańszym Rzeszowem a najdroższym Wrocławiem wyniosła aż 48,1%.

W pięciu miastach wojewódzkich ceny OC wzrosły w porównaniu do roku ubiegłego. Podwyżki wyniosły od 0,4% w Poznaniu do 5,4% w Białymstoku. W I kwartale 2020 r. największe obniżki dotyczyły mieszkańców Opola (-7%), Lublina (-5,2%) i Wrocławia (-3,8%). W Kielcach cena pozostała bez zmian.Odchylenia cen od Ĺ›redniej w miastach wojewĂłdzkich w I kwartale 2020 r_v1

Zapaść w sektorze usług

Obserwowane w Europie lutowe poziomy PMI sektora usług przekraczające 52 pkt należą do przeszłości, ale tak naprawdę historię tworzą dane marcowe. Wskaźnik w Niemczech spadł do 31,7 pkt, we Francji do 27,4 pkt, w Hiszpanii do 23 pkt, we Włoszech do 17,4. pkt. Innymi słowy, ankietowani menedżerowie nie widzą w najbliższym czasie szans na poprawę sytuacji. Tylko trochę lepiej jest w Japonii czy Australii ze wskaźnikami sięgającymi odpowiednio 33,8 pkt i 38,5 pkt.

Nic dziwnego, ograniczenia w świadczeniu usług potrwają raczej tygodnie niż dni, ich skutkiem będzie recesja, która utrzyma obniżony popyt na usługi, nabycia wielu z nich zwyczajnie nie da się odroczyć (fryzjer). W przypadku innych pandemia odciśnie piętno w preferencjach konsumenckich (koncert, turystyka weekendowa, spotkania towarzyskie). W polskich warunkach spodziewalibyśmy się PMI na poziomie 30 pkt – struktura usług jest bliższa niemieckiej niż hiszpańskiej (niższa rola turystyki czy gastronomii), ale zarazem lockdown dotknął nas wcześniej.

Dla usług koronawirus jest piorunującym doświadczeniem. I niestety nie jest to wyrównana walka. Sektor nadreprezentowany jest w dużych miastach, a świadczenie pracy w jego ramach odbywa się relatywnie częściej przez osoby na krańcach rynku pracy, z uwagi na większą elastyczność niż przemyśle oraz małe bariery wejścia na ten rynek. Niestety, wiele z usług niepublicznych jest relatywnie mało odporna na zmiany koniunktury.

Iskierkę nadziei przynoszą dane z Chin, które najcięższą fazę lockdownu przechodziły w lutym. I mimo, że gospodarka nie wróciła jeszcze na stare tory, PMI w usługach zareagował pozytywnie: wzrósł z 26,5 pkt na 43 pkt. Oznaczałoby to, że sentyment jest wciąż słaby – pogorszenie w stosunku do lutego jest minimalne, ale zniesienie restrykcji niewątpliwie daje oddech.

dr Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna – Konfederacja Lewiatan

Skutki izolacji dotkliwe dla branży modowej w Polsce. Problemy sektora odczuje cały ekosystem

Niedobór gotówki w polskiej branży modowej może wynieść co najmniej 11 mld zł, w związku z sytuacją wywołaną pandemią – wynika z raportu „Polski sektor modowy na krawędzi. Wpływ COVID-19” przygotowanego przez firmę doradczą PwC. Problemy sektora modowego, z którym jest związanych ponad 300 tys. osób w Polsce, mogą wpłynąć także w istotny sposób na wiele powiązanych sektorów gospodarki oraz rynek pracy.

Polska i świat zmagają się z wyzwaniem, jakiego jeszcze we współczesnych czasach nie widzieliśmy. Pandemia COVID-19 zagraża nie tylko zdrowiu i życiu ludzi, ale może wywrzeć bardzo duży efekt gospodarczy, doprowadzając do bezrobocia i dewastacji wielu branż gospodarki. Jedną z branż szczególnie zagrożonych jest dziś sektor odzieży i mody, dający w Polsce zatrudnienie setkom tysięcy osób. Inne powiązane branże też mogą ucierpieć. – zaczynając od galerii handlowych. Nie ma czasu do stracenia, trzeba zrobić wszystko, by zminimalizować straty i uniknąć bardzo możliwych negatywnych gospodarczych konsekwencji dla całego ekosystemu. – prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Wpływ branży modowej (odzież, obuwie, akcesoria) na polską gospodarkę

  • 308 tys. osób pracuje dla sektora modowego w samym sektorze oraz branżach współpracujących
  • branża odpowiada w Polsce za wpływy do budżetu państwa w przedziale od 13,3 do 16,0 mld złotych
  • 70 mld zł wynoszą przychody całego sektora modowego w Polsce – firmy krajowych przedsiębiorców generują około 73% tej kwoty
  • 7% dochodów Polacy przeznaczają na zakupy produktów w tym sektorze, to więcej niż wydatki przeciętnego konsumenta na zdrowie
  • 81% Polaków odwiedza centra handlowe głównie w celu zakupów modowych (odzież, obuwie, dodatki)
  • 6,1 mld zł polski sektor modowy rocznie wydaje na najem powierzchni handlowych w Polsce
  • 1,5 mld zł sektor wydaje co roku na usługi w branży logistycznej w Polsce

Scenariusze dla branży

Analiza przeprowadzona przez PwC zakłada 3 scenariusze rozwoju sytuacji dotyczącej zasobów gotówkowych branży modowej związanej z pandemia COVID-19. Pierwsza wersja (scenariusz umiarkowanego spadku) zakłada zakończenie izolacji do Świąt Wielkanocnych – wówczas luka gotówkowa kształtowałaby się na poziomie 10,9 mld zł. W scenariuszu “średniego spadku”, gdzie izolacja potrwa do połowy maja, mowa jest o deficycie rzędu 16,1 mld zł. Scenariusz – nazwany „głęboki spadek” z izolacją do połowy maja oraz powtórzeniem jej na jesieni tego roku i na wiosnę 2021 r. oznaczałby lukę gotówkową na poziomie przekraczającym 32 mld zł. Co ważne, każdy z nich uwzględnia już pakiet pomocowy deklarowany przez administrację w tzw. „tarczy antykryzysowej”, zgodnie z brzmieniem projektów ustaw aktualnych na 29 marca 2020 roku. Analitycy PwC szacują łączną wartość tego wsparcia dla tej branży na 0,4-2,3 mld złotych.

Wyniki naszej analizy pokazują, jak dotkliwe są dla polskich firm skutki obecnej izolacji. Nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu, który zakłada relatywnie szybkie wyjście z etapu izolacji, mamy do czynienia z bardzo dużym niedoborem gotówki. Luka płynnościowa może okazać się niemożliwa do pokrycia przy zastosowaniu standardowych metod biznesowych. – Krzysztof Badowski, partner w PwC, lider zespołu handlu i produktów konsumenckich

Znaczenie sektora modowego i jego wpływ na inne branże

Z danych zebranych w raporcie wynika, że przychody firm odzieżowo-obuwniczych w Polsce w 2019 r. wyniosły ok. 70 mld zł. 73% tej kwoty, czyli 52 mld zł, generują polskie firmy. Skalę znaczenia polskiej branży modowej obrazuje fakt, że statystyczne Polacy przeznaczają 7% swoich wydatków na zakupy odzieży i obuwia – są to kwoty przekraczające te przeznaczone przez przeciętnego Polaka na ochronę zdrowia.

Na rzecz sektora modowego pracuje ponad 300 tys. osób, w tym około 150 tys. w samym sektorze, zaś pozostali w ramach ekosystemu firm współpracujących z tą branżą. Nie podejmując się próby gospodarczej analizy scenariuszowej konsekwencji przedłużającej się epidemii, historycznie można oszacować, że branża modowa odpowiada w Polsce za wpływy do budżetu państwa w przedziale od 13,3 do 16,0 mld złotych, na które składają się:

  • wpływy budżetowe z tytułu VAT na poziomie 7,8 do 10,4 mld złotych
  • wpływy budżetowe z tytułu CIT w okolicach 1,0 mld złotych
  • wpływy budżetowe z tytułu ceł w przedziale od 0,4 do 0,5 mld złotych
  • kontrybucję składek na ubezpieczenia społeczne w wysokości ok. 3,2 mld złotych
  • wpływy z tytułu PIT w wysokości sięgającej blisko 0,9 mld złotych

Polskie firmy modowe są kluczowymi najemcami powierzchni w centrach handlowych, których działalność jest mocno uzależniona od oferty modowej, obuwniczej i akcesoryjnej. Co więcej, są również silnie powiązane z innymi sektorami gospodarki, tworząc ekosystem producentów, projektantów, osób fizycznych wielu profesji oraz małych, średnich i dużych przedsiębiorców, aż po banki. – Grzegorz Łaptaś, partner PwC

Branża modowa wynajmuje ponad połowę powierzchni handlowej w centrach i galeriach. W 2019 roku wydatki tylko polskich przedsiębiorców z analizowanego sektora na wynajem powierzchni handlowej wyniosły prawie 6,1 mld zł. Innym sektorem mocno uzależnionym od firm odzieżowych jest branża logistyczna. Tylko za 2018 r. jej przychody z sektora modowego stanowiły około 1,5 mld zł. Branżą silnie zaangażowaną w obsługę przedsiębiorstw operujących w przemysł modowy jest również sektor zajmujący się reklamą i badaniami rynku. Spółki z branży modowej kupiły od niej usługi za ponad 1,0 mld złotych. Oprócz tego branża odzieżowa kupuje szereg innych usług od banków i firm finansowych, kancelarii prawnych i innych usługodawców.

Brak płynności sektora modowego bezpośrednio odbije się negatywnie na kondycji systemu bankowego. Możliwa utrata płynności finansowej branży modowej dotknie również szeregu innych sektorów, jak choćby usług ochroniarskich czy sprzątania powierzchni handlowych, co pogłębi negatywne skutki dla całej gospodarki.

O raporcie

Raport został przygotowany przez firmę doradczą PwC powstał na podstawie danych przekazanych od firm członkowskich Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług bezpośrednio do PwC. Prace nad raportem trwały do 30 marca 2020 r. Raport nie uwzględnia informacji, efektów zdarzeń i okoliczności, które miały miejsce po tej dacie. Metodologia symulacji zawarta jest w raporcie.

Wzrost liczby przestępstw skimmingowych

W ubiegłym roku liczba stwierdzonych przestępstw skimmingowych była o przeszło 11% większa niż w 2018 roku. Natomiast w porównaniu z danymi sprzed pięciu lat, widzimy już wzrost o niemal 300%. W latach 2015-2019 blisko 1900 takich przypadków odnotowali funkcjonariusze KWP w Krakowie, z czego ponad 1600 – w 2016 roku. Z kolei w minionym roku najczęściej z tym problemem miała do czynienia KSP w Warszawie, stwierdzając niemal 400 przestępstw. Jednak Policja przekonuje, że ma duże sukcesy w walce na tym polu, m.in. dzięki współpracy z bankami.

Jak wynika ze statystyk Komendy Głównej Policji, w ubiegłym roku zostało stwierdzonych 1415 przestępstw skimmingowych. Mówimy tu o przejęciu danych z kart w sposób nieuprawniony. Liczba takich przypadków systematycznie rośnie od 2017 roku. Wówczas było ich 995, a w następnym roku – 1274. Analizując zestawienie z pięciu ostatnich lat, najwięcej takich zdarzeń odnotowano w 2016 roku. Wtedy do policyjnych rubryk wpisano 2453 przestępstwa. Dla porównania, rok wcześniej było ich 5 razy mniej – 484.

– Osoby, które zakładają na bankomatach nakładki służące do kopiowania kart, są przeważnie członkami międzynarodowych grup przestępczych. To młodzi ludzie, można powiedzieć, że pełnią rolę tzw. wyrobników. Mają za zadanie pozyskanie danych z karty oraz numerów PIN, a następnie przesłanie ich za pośrednictwem Internetu innym osobom. One z kolei zajmują się wytworzeniem duplikatów kart – komentuje Robert Jabłoński, specjalista z Wydziału Do Walki z Przestępczością Gospodarczą Komendy Stołecznej Policji.

W latach 2015-2019 najwięcej przestępstw skimmingowych zostało stwierdzonych przez Komendę Wojewódzką Policji w Krakowie – 1870, z czego aż 1634 – w 2016 roku. Dalej należy wymienić Komendę Stołeczną Policji w Warszawie – 1524, KWP we Wrocławiu – 619, KWP w Katowicach – 537 oraz KWP w Łodzi – 475. Najmniej zaś takich przypadków odnotowała Komenda Wojewódzka Policji w Kielcach – 39.

– W latach 2012-2015 zatrzymywaliśmy szereg sprawców tego typu przestępstw. Finał, tzn. akt oskarżenia, większości tych dochodzeń przypadł na 2016 rok. Głównymi sprawcami byli obywatele Bułgarii i Rumunii, którzy przyjeżdżali do Polski z Europy Południowej. Wybierali duże aglomeracje miejskie, takie jak Kraków, Warszawa czy Wrocław. Te miasta znajdowały się dla nich bliżej. Łatwiej również było uciec za granicę po dokonaniu przestępstwa – informuje Sebastian Gleń, rzecznik prasowy KWP w Krakowie.

W ubiegłym roku najwięcej przestępstw skimmingowych stwierdzili funkcjonariusze KSP w Warszawie. W statystykach widnieją 393 takie przypadki (354 w 2018 roku). Następnie znajduje się KWP w Łodzi – 256, co oznacza spory wzrost w porównaniu z rokiem wcześniejszym. Wówczas odnotowano tam 70 przestępstw skimmingowych. Trzecie miejsce w zestawieniu zajmuje KWP w Katowicach – 164 (poprzednio 138).

– Przestępstwo związane z kopiowaniem kart płatniczych było najbardziej widoczne w latach 2008-2016. Później powoli stawało się mniej popularne, ale nadal występowało w Warszawie. Ponadto pojawiły się przypadki instalowania na bankomatach tzw. pułapek klejowych służących do kradzieży banknotów – wyjaśnia Robert Jabłoński.

Jak zaznacza Joanna Kącka, rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi, wzrost liczby przestępstw skimmingowych w garnizonie łódzkim może wynikać z jego centralnego położenia w kraju. Obszar ten jest dobrze skomunikowany z innymi regionami. W przypadku podłożenia skimmera, a następnie ujawnienia go przez odpowiednie służby, sprawcy mają możliwość szybkiego przemieszczenia się na dowolny kraniec Polski.

– Policja ma spore sukcesy w walce z przestępcami skimmingowymi. Wynika to m.in. z doskonałej znajomości problematyki i pracy operacyjnej, a także bardzo dobrej współpracy z pionami bezpieczeństwa wszystkich banków prowadzących działalność w Polsce. Praktycznie każda grupa przestępcza zajmująca się tym procederem była po krótkim czasie rozbijana, a członkowie tych grup byli zatrzymywani – mówi specjalista z Wydziału Do Walki z Przestępczością Gospodarczą KSP.

Na działania przestępców narażeni są wszyscy użytkownicy, co podkreśla rzecznik KWP w Łodzi. I dodaje, że produkty oferowane przez banki stworzone są w taki sposób, aby były jak najbardziej korzystne. Dzięki temu klient może dokonywać wypłat środków przy wykorzystaniu dowolnego bankomatu, nie ponosząc przy tym dodatkowych kosztów. Ponadto, swoboda przemieszczania się przez granice wpływa na możliwość przewiezienia sprzętu do skimmingu bez obawy zatrzymania. Ekspert zaznacza, że bankomaty nie są wymieniane na nowsze modele, jedynie oprogramowanie jest uaktualniane. W efekcie sprawcy doskonale znają fizyczne ich zabezpieczenia.

– Przy zachowaniu ostrożności można radykalnie zminimalizować ryzyko. Zawsze należy zgłaszać nietypowy wyglądu bankomatu, nakładek lub innych urządzeń, które znajdują się przy nim, np. dodatkowe kamery. Z powodu postępu techniki i miniaturyzacji, takie przeróbki coraz trudniej dostrzec. Jednak dzięki zgłoszeniom klientów, udało nam się zapobiec wielu przestępstwom. Zachęcamy też do zasłaniania dłonią klawiatury przy wpisywaniu PIN-u. Radzimy również pilnować swojej karty podczas płatności np. w sklepie czy restauracji. Nie należy się zgadzać, aby np. kelner wychodził z naszą kartą na zaplecze – stwierdza Roman Grzyb z Departamentu Komunikacji PKO Banku Polskiego.

Natomiast Robert Jabłoński podkreśla, że w ostatnich latach bankomaty są coraz lepiej zabezpieczone, m.in. poprzez instalowanie antyskimmerów. Ponadto wzrasta świadomość klientów. Większość banków na świecie postawiła na standard EMV. Oznacza to, że praktycznie wszystkie karty płatnicze posiadają mikroprocesor, a systemy w bankomatach wyłącznie weryfikują karty po tzw. chipie. Dzięki temu dane do weryfikacji stanowią pewnego rodzaju zabezpieczenie przed kopiowaniem.

– Jesteśmy szczególnie wyczuleni na próby skimmingu. W przypadku operacji odbiegających od dotychczasowych transakcji klienta, bank może uruchomić specjalną procedurę. Blokuje wówczas kartę i dzwoni do klienta, w celu potwierdzenia operacji. Zachęcamy też do aktywnego zarzadzania limitami transakcyjnymi kart, aby ograniczyć ewentualne straty związane ze skimmingiem. W przypadku potwierdzonych przypadków, bank ponosi pełną odpowiedzialność za zrealizowane transakcje – podsumowuje ekspert z PKO Banku Polskiego.

Płatne urlopy sposobem na poprawę sytuacji spowodowanej COVID-19

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) zwraca uwagę, że jednym ze sposobów poradzenia sobie z trudną sytuacją spowodowaną pandemią koronawirusa jest wykorzystanie przez pracowników płatnych urlopów wypoczynkowych. Pracodawca nie ma swobody w decydowaniu o urlopach i nie może indywidualnie zmieniać planów urlopowych – jednak pracownicy rozumiejąc nadzwyczajną sytuację mogą korzystać z urlopów, gdy pracodawca wystąpi z taką propozycją. FPP postuluje, że w obecnej sytuacji przedsiębiorcy powinni móc zmieniać termin urlopów i kierować pracowników na wypoczynek już teraz, kiedy następuje spowolnienie działalności gospodarczej. W ten sposób możliwe będzie przeczekanie trudnego okresu i zmniejszy się ryzyko masowego ograniczania zatrudnienia.

Możliwość wykorzystania przez pracowników płatnych urlopów pozwoli pracodawcy racjonalnie zorganizować proces pracy w obliczu wyraźnego spowolnienia. Urlopy są ustalane z dużym wyprzedzeniem, często przed rozpoczęciem danego roku kalendarzowego, a ze względu na okres wakacyjny większość urlopów przypada na miesiące letnie. W obecnie nadzwyczajnej sytuacji najbliższe, letnie miesiące nie będą czasem odpoczynku – tylko pracy.

Wykorzystanie urlopu w tym momencie jest dla pracownika dobrym rozwiązaniem, bo przede wszystkim nie traci miejsca pracy, ma zapewnione wynagrodzenie i może się zaopiekować własnym dzieckiem w domu. Warto dodać, że urlop nie musi być w całości wykorzystywany – dopuszczalny jest jego podział na części. Pracownikowi należy się nieprzerwanie 2 tygodnie odpoczynku, czyli przynajmniej raz w roku pracodawca powinien udzielić dwutygodniowego urlopu. Należy podkreślić, że pracownicy powinni wykorzystywać swoje zaległe urlopy i nie zwlekać do końcowego terminu – 30 września, jak wskazuje art. 168 Kodeksu pracy – bo wtedy będziemy mogli już zaobserwować zwiększoną potrzebę na pracę” – mówi Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Aktualnie, zgodnie z art. 163 Kodeksu pracy urlopy powinny być udzielane zgodnie z planem urlopów. Plan urlopów ustala pracodawca, biorąc pod uwagę wnioski pracowników i konieczność zapewnienia normalnego toku pracy. Planem urlopów nie obejmuje się części urlopu udzielanego pracownikowi na żądanie. Pracodawca nie ustala planu urlopów, jeżeli zakładowa organizacja związkowa wyraziła na to zgodę – dotyczy to także pracodawcy, u którego nie działa zakładowa organizacja związkowa. W takich przypadkach pracodawca ustala termin urlopu w porozumieniu z pracownikiem. Zatem obie strony muszą wyrazić zgodę na wykorzystanie urlopu w określonym terminie.

W orzecznictwie sądowym zarządzanie zaległymi urlopami jest rozstrzygane na korzyść pracodawcy. Sąd Najwyższy stwierdził, że pracodawca może wysłać pracownika na zaległy urlop, nawet gdy ten nie wyraża na to zgody (wyrok z 25.01.2006 r., I PK 14/05). Jednak – jak zwraca uwagę FPP – rodzi się problem, gdy urlop zaległy został wpisany do planu urlopowego. Powstaje pytanie, czy pracodawca może pominąć postanowienia przyjęte w planie urlopowym i z własnej inicjatywy wyznaczyć w przyspieszonym terminie urlop. Jak wówczas odnosić się do wyroku NSA w Warszawie z 1.04.2003 r. (II SA 2162/02), z którego wynika, że pracodawca nie jest zobowiązany do udzielenia pracownikowi, z własnej inicjatywy, w pierwszej kolejności zaległego urlopu wypoczynkowego?

FPP zwraca uwagę, że mogą powstawać kolejne problemy, gdy pracownicy mają opłacony wypoczynek – ale dlatego w obecnej sytuacji ważne jest, aby obie strony wykazały się dużym zrozumieniem i potrafiły, w duchu dialogu, rozwiązywać problemy dla wspólnego dobra – to jest utrzymania miejsca pracy, co jest ważne dla ustabilizowania sytuacji ekonomicznej firmy.

Wyniki rynku leasingu za pierwsze dwa miesiące 2020 roku

Firmy członkowskie stowarzyszone w Związku Polskiego Leasingu zauważają wpływ COVID-19 na gospodarkę. Dlatego branża leasingowa podjęła szereg działań osłonowych na rzecz polskich przedsiębiorców, takich jak umożliwienie odroczenia bieżących zobowiązań na okres od 3 do 6 miesięcy oraz wskazała na konieczne do podjęcia dalsze działania osłonowe. W tych kryzysowych czasach wiemy, jak ważna jest bieżąca informacja statystyczna o rynku, dlatego prezentujemy wyniki rynku leasingu za pierwsze dwa miesiące 2020 roku. Branża leasingowa 2020r. rozpoczęła od niewielkiego wzrostu dynamiki w zakresie udzielonego finansowania na poziomie 0,4% r/r za pierwsze dwa miesiące br. Nasze analizy pokazują, że tegoroczny wynik sektora leasingowego jest poniżej korzystnych i wciąż mocnych trendów, jakie utrzymywały się w polskiej gospodarce w dwóch pierwszych miesiącach 2020 roku. Wyniki rynku leasingu wskazują też na ostrożną postawę polskich przedsiębiorców wobec spowolnienia w Eurolandzie. W części może ona wynikać z pierwszych sygnałów o epidemii COVID-19.

Państwa uwadze polecamy komentarz Marcina Nieplowicza, Dyrektora ds. Statystyki i Monitorowania Rynku Związku Polskiego Leasingu. Każdorazowo przywołując dane lub analizy Związku Polskiego Leasingu, prosimy o podanie źródła cytowanych danych.

TRENDY RYNKOWE

  1. Rok 2020 rozpoczynamy od niewielkiego wzrostu udzielonego finansowania: o 0,4% r/r za pierwsze dwa miesiące br. Dynamika finansowania ruchomości wyniosła odpowiednio -5,3% r/r w styczniu oraz 6,0% r/r w lutym.
  2. Uzyskana dynamika za 01-02 2020 jest nieznacznie lepsza od ubiegłorocznego rezultatu, kiedy to rynek leasingu skurczył się o 5,8% (z -5,7% dla finansowania ruchomości).
  3. Niemniej, tegoroczny wynik jest poniżej korzystnych i wciąż mocnych trendów, jakie utrzymywały się w polskiej gospodarce w dwóch pierwszych miesiącach 2020 roku.
  4. Wyrażały się one przede wszystkim relatywnie wysokimi dynamikami dla wzrostu sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej i budowlanej. Bardzo dobra była też kondycja rynku pracy, na co wskazywały bardzo niski poziom bezrobocia (3% wg metodologii Eurostatu), wzrost płac przekraczający 7% r/r czy wciąż pozytywne nastroje konsumenckie.
  5. Takie wyniki rynku leasingu wskazują na ostrożną postawę polskich przedsiębiorców wobec spowolnienia w Eurolandzie. W części może ona też wynikać z pierwszych sygnałów o epidemii COVID-19, które od końca stycznia coraz szerzej zaczęły się pojawiać w prasie i w Internecie.

POJAZDY LEKKIE

  1. Tegoroczny wzrost finansowania pojazdów lekkich o 11,5% r/r opierał się zarówno o samochody osobowe (12,9% r/r), jak i pojazdy dostawcze i ciężarowe do 3,5 tony (wzrost o 5,0% r/r).
  2. Dynamika segmentu w styczniu wyniosła 1,6% r/r, a w lutym przyspieszyła do 22,8% r/r.
  3. Wyraźny wzrost finansowania pojazdów lekkich w znacznym stopniu odzwierciedlał utrzymujący się wysoki popyt konsumpcyjny w gospodarce oraz dobrą sytuację na rynku pracy, na co wskazywały odczyty sprzedaży detalicznej: wzrost w cenach stałych o 5,4% r/r za 01-02 2020. Ma to szczególnie duże znaczenie dla wyników segmentu commercials.sprzedaż detalicznaDuży wpływ na tegoroczne wyniki finansowania pojazdów osobowych miały też niekorzystne dla firm zmiany prawne w rozliczaniu umów leasingu, jakie weszły od 1-ego stycznia 2019 roku. Przyczyniły się one do boomu na finansowanie samochodów premium w IV kwartale 2018 roku i przez to znacznie przyspieszyły decyzje inwestycyjne polskich przedsiębiorców.
    1. Znaczna część popytu inwestycyjnego z 2019 roku została więc przesunięta na końcówkę 2018 roku, przez co mamy niższą bazę dla analizy tegorocznych wyników.
    1. Odnotowaliśmy wzrost finansowania pojazdów osobowych w leasingu (+14,5% r/r za 01-02 2020) oraz spadek w pożyczce (-10,7% r/r). Finansowanie pojazdów dostawczych i ciężarowych do 3,5 tony było dodatnie zarówno w leasingu, jak i w pożyczce.

    POJAZDY CIĘŻAROWE

    1. Sektor finansowania pojazdów ciężkich kontynuuje wyraźne spadki, które rozpoczęły się jeszcze w III kwartale 2019 roku.
    1. Po -20,5% r/r oraz -18,5% r/r uzyskanych odpowiednio w III i IV kwartale 2019, pierwsze dwa miesiące 2020 roku przyniosły pogłębienie spadków do -25,7% r/r.
    1. Spadki w segmencie TRK obserwujemy przede wszystkim w obszarze związanym z międzynarodowym transportem drogowym. W ciągu pierwszych dwóch miesięcy 2020 roku finansowanie ciągników siodłowych spadło o 33,9% r/r, a w przypadku naczep / przyczep o 28,0% r/r.
    1. Wyniki te skorelowane są z danymi CEPIK o rejestracji nowych pojazdów, pokazujące spadki w tym okresie o 33,6% r/r dla ciągników siodłowych oraz o 30,1% r/r dla naczep / przyczep.
    1. W pierwszym rzędzie dane te odzwierciedlały trudną sytuację gospodarczą naszych głównych partnerów handlowych, w tym głównie strefę euro:
    • wyhamowanie wzrostu gospodarczego do 1,2% w 2019 z 1,9% w 2018,
    • recesję w przemyśle, głównie w Niemczech z dynamiką -4,6% za 2019 rok,
    • wciąż niskie nastroje indeksów koniunktury dla przemysłu (tu jeszcze nie wspominamy o marcowym załamaniu indeksów PMI, ZEW czy Ifo)
    1. Ważniejsze jednak znaczenie mają zmiany prawne procedowane przez Komisję Europejską. Dyrektywa o pracownikach delegowanych istotnie podwyższa koszty płac firm transportowych. Przyjęty przez Parlament Europejski Pakiet Mobilności bardzo skomplikuje i podwyższy koszty usług kabotażowych realizowanych przez polskie firmy transportowe.
    1. Znaczne pogorszenie otoczenia prawnego, przełożyło się na niskie oceny koniunktury wśród firm transportu drogowego, co dobrze odzwierciedla poniższy wskaźnik koniunktury GUS.
    2. Wyraźne pogorszenie ocen koniunktury ma miejsce w sytuacji, kiedy wciąż rosła wymiana handlowa:koniunktura firm transportu drogowegoA w ślad za tym utrzymywał się wzrost ilości przewożonych ładunków w transporcie drogowym (średnio o 0,3% r/r za 01-02 2020 po 4,5% r/r za 2019).transport drogowy ilość ładunków
      1. Na niewielkim plusie pozostawało też finansowanie pojazdów ciężarowych powyżej 3,5 tony (+0,6% r/r). Sektor ten korzystał na wciąż mocnym popycie krajowym, głównie na rosnącej o 7,6% r/r produkcji budowlano-montażowej (dane za 01-02/2020). Finansowanie autobusów utrzymało się na tym samym poziomie, co w ubiegłym roku.

      MASZYNY

      1. Sektor finansowania maszyn wzrósł po dwóch miesiącach 2020 roku o 2,9% r/r, nieznacznie poniżej 3,5-procentowego wzrostu odnotowanego w ub. roku. Dynamikę -1,9% r/r odnotowano dla segmentu finansowania leasingiem, a 14,3% r/r dla finansowania maszyn pożyczką.
      2. Zarówno ubiegłoroczne wyniki finansowania maszyn, jak i uzyskane za 01-02 2020 roku, wydają się być poniżej ekonomicznych fundamentów naszej gospodarki. Do lutego odnotowywany był wysoki wzrost gospodarczy, czego odzwierciedleniem były wyniki produkcji przemysłowej w tym okresie:produkcja przemysłowaDo lutego utrzymywały się też relatywnie dobre wyniki koniunktury wśród firm przemysłowych (ujemny odczyt -1,1 pkt. dotyczy już marca);przetwórstwo przemysłoweA badania NBP wskazywały na wykorzystanie mocy produkcyjnych w polskich firmach mocno przekraczające barierę 80 procent: dokładnie 83,6% na koniec IV kw. 2019.

        POZOSTAŁE GRUPY SPRZĘTU

        1. Finansowanie sektora IT wzrosło w 2020 roku o 24,3% r/r, do czego w dużej mierze przyczynił się wynik w segmencie pożyczki.
        1. Z drugiej strony o 30,5% r/r zmniejszyło się finansowanie sektora ‘Samoloty, statki, kolej’.

        SEKTOR POŻYCZKI

        1. Sektor finansowania ruchomości pożyczką rozwijał się w tym roku nieznacznie szybciej niż finansowanie samym leasingiem: 1,3% r/r vs 0,2% r/r.
        1. Tym samym udział pożyczki w łącznym finansowaniu ruchomości zwiększył się do 13,9% z 13,7% za 01-02 2019.

        Marcin Nieplowicz, Dyrektor ds. Statystyki i Monitorowania Rynku ZPL

Badanie Ericsson: jaki ślad węglowy zostawiają urządzenia cyfrowe

Niektórzy twierdzą, że granie na komputerze generuje ślad węglowy porównywalny z tym powstającym podczas podróży samolotem. Inni zaś kwestionują wpływ platform streamingowych czy mediów społecznościowych na klimat. W momencie gdy świat co dekadę musi o połowę zmniejszyć ogólną emisję dwutlenku węgla, właściwe zrozumienie śladu węglowego wynikającego z określonych działań ma kluczowe znaczenie dla rozwoju.

„Koncepcja śladu węglowego wykracza poza samo zużycie energii elektrycznej przez produkty. Obejmuje ona emisję gazów cieplarnianych przez cały cykl życia produktu – od pozyskania surowców, przez produkcję, montaż i transport, po eksploatację i sposób utylizacji urządzenia. Mówiąc dokładniej, ślad węglowy sektora teleinformatycznego obejmuje zarówno sieci mobilne i stacjonarne, centra danych i sieci korporacyjne, jak i wszystkie urządzenia, takie jak telefony, komputery, małe routery, nowe urządzenia Internetu rzeczy (IoT) i inne. W ten sposób już od 20 lat staramy się badać i opisywać oddziaływanie nowych technologii na środowisko” – mówi Marcin Zych, ekspert firmy Ericsson.

Jaki ślad węglowy zostawiasz oglądając filmy na platformach streamingowych?

Według danych analizowanych przez firmę Ericsson przesyłanie strumieniowe 400 dwugodzinnych filmów na laptopie podłączonym do zewnętrznego ekranu zużyłoby w przybliżeniu tyle prądu, co nowoczesna lodówka w ciągu roku. Dla porównania, przy użyciu tej samej ilości energii elektrycznej można strumieniowo obejrzeć na smartfonie aż 2900 filmów. Z kolei energia elektryczna zużywana przez auto elektryczne na dystansie zaledwie 600 metrów jest równa zużyciu energii elektrycznej podczas przesyłania strumieniowego 2-godzinnego pliku wideo na laptopie (wliczając w to sieć i centra danych).

„Przesyłanie strumieniowe dwugodzinnego pliku wideo na laptopie wymaga znacznie mniej energii elektrycznej niż starsze rozwiązanie, takie jak lokalne odtwarzanie wideo na dyskach DVD lub Blu-ray. Na początku konsumenci musieli jeździć do wypożyczalni po ulubiony film. Musieli również wynająć lub kupić odpowiedni odtwarzacz, by móc obejrzeć film na ekranie telewizora. Obecnie w wielu domach podłączonych do sieci można bez problemu przesyłać strumieniowo film do niemal dowolnego urządzenia” – tłumaczy Marcin Zych.

Centra danych zużywają tyle energii co Holandia

Obecnie dane często przechowujemy w chmurze zamiast na prywatnym sprzęcie. Z punktu widzenia emisji dwutlenku węgla, patrząc na cały cykl życia produktu, jest to lepsze rozwiązanie. Chmura i wszystkie dane dostępne w Internecie stanowią część centrów danych, które uwzględniono w ogólnym śladzie węglowym ICT. Przechowywanie danych to tylko niewielka część tego śladu. Centra danych wykorzystywane przez użytkowników Internetu zużyły w 2015 roku około 110 TWh, co stanowiło około 0,5 procent światowego zużycia energii. Gdyby te centra danych potraktować jako kraj, ich zużycie energii elektrycznej byłoby takie samo jak w Holandii. Kraj ten zajmuje 32. miejsce pod względem zużycia energii elektrycznej.

Sektor teleinformatyczny odpowiada za 1,4% emisji gazów cieplarnianych

Całkowity ślad węglowy w cyklu życia sektora ICT wynosi około 730 milionów ton ekwiwalentu CO2 (Mt CO2-eq) czyli 1,4 % całkowitej globalnej emisji gazów cieplarnianych.

Szybka cyfryzacja i ciągły wzrost ruchu danych mogą rodzić pytania o to, jak w najbliższej przyszłości ślad węglowy technologii ICT może się zmienić, szczególnie w kontekście budowy większych centrów danych i uruchamiania nowych sieci komunikacyjnych. Analiza Ericssona pokazuje, że wzrost transmisji danych nie pociąga za sobą zwiększenia zużycia energii. Od roku 2010 całkowity ruch danych wzrósł około dziesięciokrotnie, a zużycie energii elektrycznej w sektorze ICT pozostało na niezmienionym poziomie. Poprawa efektywności energetycznej w całym sektorze, wraz z procesem zastępowania większych urządzeń smartfonami, nadal ogranicza ślad węglowy technologii cyfrowych, pomimo ciągłego ich rozwoju oraz rosnącej liczby użytkowników.

„Rozwiązania ICT, w tym 5G, internet rzeczy, uczenie maszynowe i automatyzacja, mają ogromny potencjał do ograniczenia emisji dwutlenku węgla na całym świecie, w wielu sektorach i branżach. Szacujemy, że istniejące rozwiązania cyfrowe mogą zmniejszyć globalną emisję węgla nawet o 15%. Sektor ICT jest dziką kartą gospodarki – we właściwym ujęciu technologie cyfrowe mogą być głównym narzędziem do wdrażania niskoemisyjnych i cyrkulacyjnych rozwiązań we wszystkich sektorach gospodarki. Jednak jeśli będzie niewłaściwie wykorzystana, może zwiększyć emisję dwutlenku węgla. Odpowiednie wykorzystanie dostępnych możliwości będzie miało istotny wpływ na to, czy światu uda się ograniczyć globalne ocieplenie” – podsumowuje Marcin Zych, ekspert firmy Ericsson.

***

Dane wykorzystane w materiale pochodzą z raportu Ericsson „A quick guide to your digital carbon footprint”. Pełną wersję raportu można znaleźć tu: https://www.ericsson.com/en/reports-and-papers/industrylab/reports/a-quick-guide-to-your-digital-carbon-footprint

Ministerstwo Cyfryzacji: Darmowy internet dla nauczycieli – współpraca z UPC Polska

Ministerstwo Cyfryzacji informuje:

Mamy kolejne ułatwienie dla nauczycieli prowadzących zdalne lekcje. Dwa tysiące z nich będzie mogło skorzystać z darmowego dostępu do szerokopasmowego internetu. To efekt naszej współpracy z UPC Polska.

Do zdalnej edukacji potrzebne są narzędzia i materiały. Myśli i o tym, i o tym. Dzięki naszej współpracy z UPC Polska nauczyciele z różnych stron kraju będą mogli korzystać z bezpłatnego dostępu do szybkiej sieci.

Wszystkie ręce na pokład

– Staramy się działać wielowątkowo i pomóc możliwie największej grupie nauczycieli i uczniów. Stawiamy też na współpracę. I to przynosi efekty – mówi minister cyfryzacji Marek Zagórski. – Suma tych działań to realne cyfrowe wsparcie dla osób z różnych części kraju. A nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa – dodaje szef MC.

Do współpracy z nami przystąpiła m.in. firma UPC Polska – dostawca m.in. szerokopasmowego dostępu do internetu. Wspólnie uruchamiamy akcję „Internet dla edukacji”. To specjalna oferta dla nauczycieli.

– Odwołanie zajęć w szkołach i konieczność zorganizowania uczniom zdalnej nauki to dla wielu nauczycieli spore wyzwanie. Wiemy, że większość z nich świetnie sobie z tym radzi i szybko przystosowała się do nowej sytuacji. Nie wszyscy jednak mają w domach odpowiedni dostęp do cyfrowych narzędzi i stabilnego internetu, a to bardzo potrzebne w zdalnej pracy. Dlatego wychodzimy naprzeciw tym potrzebom – mówi minister Marek Zagórski.

Przyjmujemy zamówienia

Ze specjalnej oferty UPC Polska już od dziś mogą skorzystać nauczyciele szkół podstawowych i średnich, którzy nie mają obecnie dostępu do szerokopasmowego internetu i jednocześnie mieszkają w zasięgu sieci UPC Polska.

Propozycja obejmuje bezpłatny internet światłowodowy o prędkości do 150Mb/s na 6 miesięcy, bez zobowiązania. Wystarczy wejść na stronę www.internetdlaedukacji.pl i na niej zamówić usługę.

– Nagła konieczność przestawienia edukacji na tryb zdalny wymaga dostępności w domu stabilnego, nielimitowanego internetu o wysokiej przepustowości. Jest on wyjątkowo ważny dla nauczycieli, ale nie wszyscy z nich mają dziś usługi szerokopasmowe. Wychodząc naprzeciw tym potrzebom, UPC zdecydowało się zaoferować nauczycielom bezpłatną usługę dostępu do internetu, wspierając tym samym cyfryzację polskiego systemu edukacji – mówi Robert Redeleanu, Prezes UPC Polska.

Do współpracy zachęcamy także inne firmy.

Zdalne lekcje

Propozycje materiałów do wykorzystania w trakcie zdalnych lekcji można znaleźć na www.gov.pl/zdalnelekcje

Portal zmienia się niemal każdego dnia. Stale uzupełniamy go nowymi materiałami, zbierając w jednym miejscu treści, które mogą się przydać podczas zdalnego nauczania. Nic nie narzucamy. Dajemy nauczycielom pełną dowolność w ich doborze. Aby ułatwić wyszukiwanie grupujemy treści na dwa sposoby – w podziale na etap nauczania i na przedmioty oraz układamy materiały w swoisty „plan lekcji” na dany tydzień.

Nasza stronę, tylko przez pierwsze dwa tygodnie jej działania, odwiedziło ponad 2 miliony osób, które wygenerowały 38 milionów odsłon portalu.

kom/ mst/

Źródło informacji: MC

Jak koronawirus może zmienić rynek mieszkaniowy

Polski rynek mieszkaniowy był specyficzny, bo liczby transakcji na rynku pierwotnym i wtórnym są bardzo podobne. Teraz może się to zmienić. Niekoniecznie jednak ze względu na aktywność flipperów, jak przekonują niektórzy eksperci.

W 2019 r. bardzo nasiliła się aktywność flipperów. Ich kartą przetargową była szybka realizacja transakcji.

– Jak się chwalą niektórzy flipperzy, wystarczyło pomalować mieszkanie, aby uzyskać cenę na rynku wtórnym o kilka a nawet kilkanaście procent wyższą – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Furga, prezes AMRON.

Efekt był taki, że ceny na rynku wtórnym już przed zmianami koniunktury na rynku mieszkaniowym, jakie może wywołać koronawirus, doganiały ceny mieszkań od deweloperów.

Polski rynek mieszkaniowy jest jednak bardzo specyficzny nie tylko ze względu na niewielką liczbę mieszkań na wynajem w porównaniu do dążenia do posiadania mieszkania na własność. Ma też inną swoją specyfikę.

– W innych krajach rozwiniętych na jedną transakcję na rynku pierwotnym przypadają statystycznie 3-4 transakcje na rynku wtórnym, co jest związane z zamianami mieszkań. U nas ta relacja wynosi 1:1, a czasem jest nawet niższa, bo nie każdy kto kupuje nowe mieszkanie pozbywa się starego – wyjaśnia dr J.Furga.

Nadchodząca recesja może spowodować, że z powodu wzrostu bezrobocia, inflacji i obniżenia dochodów gospodarstw domowych to właśnie osoby, które kupiły nowe mieszkanie częściej będą pozbywać się starego, a przed transakcja będą odnawiać mieszkania, czyli spełnią rolę flipperów.

Dynamicznie rosną przychody z badań onlinowych. W dobie kryzysu zyski mogą być jeszcze większe

Badania internetowe należą do najtańszych i najszybszych znanych metod na rynku. Dają możliwość prostej realizacji nawet międzynarodowych projektów. W 2018 r. przychody branży wyniosły aż 124 mln zł. To niespełna dwa razy więcej niż cztery lata wcześniej. W kryzysie właśnie ten segment najmocniej zyska na znaczeniu. Szukając oszczędności i mogąc zmieniać techniki badawcze, firmy będą częściej wybierały tego typu metody. Dodatkową kwestią może być również bezpieczeństwo, np. brak bezpośrednich kontaktów ankieterów z respondentami. Branża powinna też mocniej zabiegać o sektor farmacji i publiczny, gdzie są największe wzrosty.

W 2018 roku cała branża badawcza w Polsce osiągnęła 715 mln zł przychodu. Przez ostatnią dekadę ta wartość utrzymywała się na poziomie ok. 700 mln zł. Największą dynamikę wzrostu można było zauważyć w badaniach online (CAWI), które należą do najtańszych i najszybszych w realizacji metod ilościowych. O ile czas potrzebny na przygotowanie kwestionariuszy i programowanie jest taki sam, jak w przypadku CATI czy CAPI/TAPI, to już same wywiady są prowadzone zdecydowanie szybciej.

Tego typu badania mają również tę przewagę nad telefonicznymi (CATI), że pozwalają na prezentację materiałów graficznych, audio i wideo. Dzięki narzędziom do programowania kwestionariuszy, badacze mogą także uatrakcyjniać wygląd ankiety, np. poprzez zastosowanie pytań drag & drop lub grafiki zamiast tekstowych odpowiedzi określających płeć czy miejsce zamieszkania.

Ponadto w takich badaniach można dostosowywać narzędzia do różnego typu urządzeń mobilnych, co nabrało dużego znaczenia w ostatnich latach. Obecnie około 30% ankiet CAWI w Polsce i 40% na świecie jest wypełnianych na smartfonach, z uwagi na ich ogromną popularność. Te odsetki będą rosły z roku na rok.

Wpływ na popularność CAWI ma także możliwość prostej realizacji badań międzynarodowych, o które coraz częściej pytają polscy przedsiębiorcy. Bywa to związane z planami internacjonalizacji firm. Obecnie dostępne są narzędzia obsługujące ponad 70 języków oraz dialektów. Oferują one stworzenie jednego łącza do kwestionariusza z wyborem języka wywiadu. Skraca to czas realizacji oraz kontroli i analizy wyników.

Znaczenie ma też szybko rosnąca liczba panelistów. Szacuje się, że obecnie jest ich na świecie ponad 100 mln, w tym ponad 1,1 mln w naszym kraju. W Polsce te osoby są zrzeszone w ponad 80 różnych panelach internautów. Ci, którzy nimi zarządzają, mają wiedzę o profilach respondentów. Dzięki temu łatwiej docierają do trudno dostępnych grup konsumentów. Dyspozycyjność panelistów skraca czas realizacji przy zachowaniu wysokiej jakości odpowiedzi.

Według danych Polskiego Towarzystwa Badaczy Rynku i Opinii, w 2014 roku przychody z badań CAWI wyniosły 67 mln zł. Natomiast cztery lata później zysk branży wyniósł niespełna dwa razy więcej, bo aż 124 mln zł. Choć wyniki z 2019 roku jeszcze nie są znane, już teraz można przewidywać przynajmniej jednocyfrowe tempo wzrostu.

Przychody podnoszą nowe produkty oparte o technikę CAWI, które zyskują na popularności. Chodzi m.in. o Omnibusy. Większość firm badawczych posiada je w swoich ofertach. Od ok. 2 lat dostępny jest też w Polsce cookie tracking, polegający na zaszyciu odpowiedniego kodu w kreacji digitalowej. Niemniej dopiero od niedawna łączna liczba panelistów w kraju pozwala na precyzyjne analizowanie otrzymanych w ten sposób danych. Ten produkt jest skierowany głównie do domów mediowych i agencji reklamowych.

Największą rolę w powiększaniu rynku odgrywa branża FMCG, która w 2018 roku wygenerowała 276 mln zł (+2,3%) przychodów dla agencji badawczych we wszystkich typach badań. Dalej należy wymienić farmację – z wynikiem 81 mln zł (+41,7%), media elektroniczne – 54 mln zł (+3,7%), a także sektor publiczny – 43 mln zł (+11,6%).

W kwestii dalszych przychodów wiele zależy od budżetów marketingowych firm reprezentujących poszczególne branże. Jednak już teraz wiadomo, że rynek powinien zdecydowanie mocniej zabiegać o farmację i sektor publiczny, z uwagi na największe wzrosty notowane rok do roku.

Można też powiedzieć, że badania CAWI najmocniej zyskają podczas kryzysu gospodarczego. Firmy zredukują budżety marketingowe, które mają największy wpływ na przychody branży badawczej. Wiele z nich sięgnie po alternatywę dla kosztowych technik. Oczywiście nie we wszystkich przypadkach będzie to możliwe. CAWI nie znajduje zastosowania w projektach, w których miejsce lub czas wywiadu jest istotny dla pełnego zaadresowania biznesowych celów badania.

Należy też zaznaczyć, że obecna pandemia wpłynęła na zwiększenie odsetka osób odmawiających udziału w badaniach face to face, czyli prowadzonych na żywo twarzą w twarz. Wstrzymywane są projekty wymagające bezpośredniego kontaktu, np. tajemniczy klient, wywiady bezpośrednie i obserwacje uczestniczące. Dodatkowo wydłużyły się terminy realizacji badań. W tej sytuacji w projektach, w których możliwa jest zmiana techniki badawczej, badania online zyskają na popularności.

Autorem publikacji jest Łukasz Zieliński,
Prezes Zarządu SYNO Poland

Niepewność na rynku inwestycji hotelowych

Wartość transakcji zawieranych w sektorze hotelarskim w regionie Europy Środkowo -Wschodniej osiągnęła w 2019 roku rekordowy poziom 1,4 mld euro, a właściciela zmieniło aż 55 hoteli. Głównym impulsem była możliwość uzyskania wyższej stopy zwrotu z inwestycji dokonanej w naszym regionie, w porównaniu z wieloma znaczącymi rynkami w Europie Zachodniej, a także obiecujący potencjał w zakresie wzrostu długoterminowego – wynika z najnowszego raportu „Hotel Investment Scene in CEE” firmy Cushman & Wakefield oraz międzynarodowej firmy prawniczej CMS. Publikacja ta przedstawia podstawowe trendy na rynku inwestycji hotelowych w krajach CEE-6 czyli w Polsce, Bułgarii, Czechach, na Węgrzech, w Rumunii i na Słowacji.

Polska z wolumenem transakcji na poziomie 391 mln euro odpowiada za 27% wartości przejęć zawieranych w 2019 r. w krajach CEE-6. Nasz rynek odnotował ponad trzykrotny wzrost wartości rok do roku, lokując się w 2019 r. za rynkiem czeskim z transakcjami o wartości 620,4 mln euro.

W ostatnich pięciu latach najwięcej inwestycji przeciągały stolice CEE-6, na które przypadło aż 72% wszystkich transakcji hotelowych zrealizowanych na sześciu rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Co więcej, wartość transakcji osiągnięta w ostatnich pięciu latach w regionie CEE-6 stanowi prawie połowę całkowitego wolumenu przejęć na tych rynkach z ostatnich 20 lat (4,2 mld euro w porównaniu do 9,4 mld euro).

„W ciągu ostatnich pięciu lat obserwowaliśmy bezprecedensowy wzrost zainteresowania inwestorów sektorem hotelarskim w Europie Środkowo-Wschodniej, a ubiegły rok przyniósł najwyższy wolumen transakcji w historii. Obecnie optymizm dotyczący dalszych wzrostów znacząco osłabł w związku z pandemią COVID-19, która ma coraz większy wpływ na sektor turystyczny oraz światową gospodarkę. Znajdujemy się obecnie w momencie, kiedy coraz trudniej jest przewidzieć, jaki będzie ostateczny wpływ pandemii na sytuację w sektorze hotelowym” – komentuje Lukas Hejduk, Partner CMS kierujący praktyką kancelarii w sektorze hotelarskim i rekreacyjnym na terenie Europy Środkowo-Wschodniej.

W pierwszych miesiącach tego roku zrealizowano szereg transakcji na rynku hotelowym, a ich łączna wartość wyniosła ok. 297 mln euro. Przejęcia te dotyczyły 6 aktywów, głównie zlokalizowanych w Budapeszcie. Niektórzy inwestorzy w dalszym ciągu wyrażają chęć nabycia obiektów hotelowych oraz prowadzenia badań due diligence, choć jednocześnie kilka transakcji zostało wstrzymanych ze względu na pandemię CONVID-19.

Wstępne szacunki na rok 2020 dokonywane w początku roku wskazywały na możliwy wzrost aktywności na rynku transakcyjnym ze względu na szereg istotnych przejęć będących w przygotowaniu. Jednakże, przy dynamicznie rozwijającej się bezprecedensowej pandemii COVID-19 coraz trudniej jest prognozować, jak będzie wyglądała sytuacja w sektorze w kolejnych miesiącach roku.

„Bez wątpienia branża hotelarska będzie musiała stawić czoła konsekwencjom wynikającym z pandemii COVID-19. Jednak solidny poziom inwestycji obserwowany w roku 2019 jest najlepszym dowodem atrakcyjności naszego regionu oraz polskiego rynku, na którym byliśmy świadkami zmiany właścicieli dwóch warszawskich hoteli Sheraton Warsaw oraz Radisson Collection Warsaw, a także transakcji sprzedaży dwóch hoteli z portfolio UII European w Krakowie i Katowicach. Pozostaje mieć nadzieję, że dotychczasowa aktywność transakcyjna powróci po ustaniu kryzysu i będziemy mieć do czynienia z ponownym ożywieniem w branży hotelarskiej zarówno w Polsce, jak i w całym regionie CEE-6” – komentuje Lidia Dziurzyńska-Leipert, partner w zespole nieruchomości i budownictwa kancelarii CMS.

Pozostałe kluczowe wnioski z raportu

W 2019 roku średnia wartość transakcji wyniosła 31 mln euro, a średnia cena za pokój około 142 tys. euro. Najbardziej aktywnym rynkiem w regionie w 2019 r. pozostawały Czechy, gdzie wartość przejęć osiągnęła 620,4 mln euro, co oznacza 43% udział w rynku krajów CEE-6*. Dużą aktywność obserwowaliśmy także w Bułgarii i Rumunii, gdzie odnotowano wzrost r/r na poziomie odpowiednio 490% i 212%. W 2019 roku najpopularniejszymi obiektami wśród inwestorów były hotele wyższej średniej i wyższej klasy, stanowiące 42% wolumenu transakcji. W 2019 roku największą transakcją w regionie CEE było nabycie hotelu InterContinental Prague za 225 mln euro.

Najwyższe stopy zwrotu na poziomie około 7% do 7,5% uzyskano w 2019 r. w Sofii i Bukareszcie, podczas gdy dla obiektów w Pradze, Budapeszcie i Warszawie odnotowano odpowiednio 5% do 6%. Choć stopy zwrotu w naszym regionie stają się coraz bardziej zbliżone do Europy Zachodniej, nadal istnieje różnica rzędu 50-100 punktów bazowych pomiędzy największymi miastami w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, a ich bliskimi zachodnimi sąsiadami, takimi jak Wiedeń i Berlin.
Na poziomie lokalnym, inwestorów przyciągały również unikalne cechy poszczególnych krajów CEE-6, takie jak dynamiczny rozwój gospodarczy Warszawy oraz obniżona stawka VAT za zakwaterowanie w hotelach na Węgrzech i Słowacji.

Coraz większe zróżnicowanie nabywców

Z raportu wynika, że w 2019 roku inwestorzy europejscy zdominowali rynek Europy Środkowo-Wschodniej, przejmując hotele o wartości 84% całkowitego wolumenu transakcji. Jednocześnie jednak w naszym regionie można było zaobserwować zainteresowanie nabywców z Izraela i Korei Południowej.

Inwestorzy prywatni w 2019 roku stanowili największy segment nabywców, podczas gdy nabywcy instytucjonalni i notowani na giełdzie odpowiadali za 43% całego wolumenu transakcji (620 mln euro).

W Polsce w 2019 roku obserwowaliśmy jednocześnie silny popyt transakcyjny wśród inwestorów oraz ograniczoną podaż atrakcyjnych aktywów hotelowych przeznaczonych na sprzedaż, co po części zostało odzwierciedlone w stopach kapitalizacji, które uległy kompresji. Wzrost podaży pokoi hotelowych i obniżające się wyniki hoteli na niektórych rynkach nie powstrzymywały inwestorów od dokonywania przejęć w tych regionach, ponieważ nabywcy dostrzegali długoterminowy potencjał wzrostu. Pandemia COVID-19 ma negatywny wpływ na rynek hotelowy w kraju, jednakże, Polska charakteryzuje się silnym popytem wewnętrznym i jest mniej zależna od turystyki międzynarodowej, co powinno przyspieszyć poprawę sytuacji rynkowej po opanowaniu pandemii – komentuje Łukasz Bondyra, Hospitality Advisor w Cushman & Wakefield.

Zmiany struktur operacyjnych

W porównaniu z Europą Zachodnią dostępność różnych modeli funkcjonowania hoteli w regionie EŚW była do niedawna ograniczona z powodu niechęci największych operatorów do podpisywania umów najmu w tym regionie oraz braku zewnętrznych firm zarządzających. Sytuacja zaczęła się zmieniać w ostatnich latach dzięki rosnącej popularności rynków EŚW.

Według autorów raportu zmieniły się nie tylko modele funkcjonowania hoteli, lecz także transakcje, które stają się coraz bardziej innowacyjne w obliczu kompresji stóp kapitalizacji i rosnącej niepewności. Struktury hybrydowe nie są niczym nowym, ale są coraz bardziej złożone i częstsze w całym regionie EŚW z powodu silnej presji konkurencji oraz rosnących obaw ekonomicznych i geopolitycznych.

„W ostatnich latach coraz bardziej zacierają się granice pomiędzy różnymi strukturami operacyjnymi, niezależnie od tego, czy oparte są na umowach najmu ze zmiennymi komponentami, czy też kontraktach na zarządzanie z gwarancjami przychodów” – mówi Frederic Le Fichoux, dyrektor sekcji rynku hotelowego w regionie Europy kontynentalnej, Cushman & Wakefield. – „Sukces transakcji zależy od kreatywności różnych interesariuszy, co sprawia, że stają się one coraz bardziej złożone i skomplikowane – wymagają przy tym dogłębnego zrozumienia specyfiki rynku i rozległego doświadczenia w branży, która nieustannie ewoluuje. Znaczenie tych czynników jeszcze bardziej wzrośnie w przyszłości, zważywszy na wstrząs spowodowany przez wybuch pandemii COVID-19. Z pewnością zwiększy się presja na tworzenie bardziej elastycznych struktur transakcji, aby uwzględniały one nieprzewidziany rozwój sytuacji” – dodaje Frederic Le Fichoux.

Sądy coraz częściej skazują za niepłacenie alimentów. Średni dług to ok. 40 tys. złotych

Do połowy ub.r. sądy pierwszej instancji skazały ponad 23 tysiące osób za uchylanie się od obowiązku alimentacyjnego. Wiele wskazuje na to, że liczba takich przypadków za cały 2019 rok będzie wyższa niż w 2018 roku, kiedy było ich przeszło 42 tys. W latach wcześniejszych prawomocnie skazanych było zdecydowanie mniej. Według Ministerstwa Sprawiedliwości, do większej skuteczności przyczyniła się zmiana prawa. Natomiast analizując poszczególne rejestry długów, zaległości w tej kwestii wynoszą od niemal 11,4 mld do 12,4 mld zł. Osoba zalegająca z płaceniem ma do uregulowania średnio ok. 40 tysięcy złotych. W unikaniu płacenia przodują rodzice w wieku 36-45 lat.   

23 260 osób zostało skazanych w pierwszej instancji sądów powszechnych za uchylanie się od obowiązku alimentacyjnego. Tak wynika z danych Ministerstwa Sprawiedliwości za okres od stycznia do czerwca ubiegłego roku. Dla porównania, w całym 2015 roku liczba osób prawomocnie skazanych wyniosła 10 746, w 2016 roku – 9 744, a w 2017 roku – 7 771. Natomiast 2 lata temu było ich 42 220.

– Dane wyraźnie pokazują, że dzięki nowemu prawu alimenciarze są skutecznie karani. Po jego wprowadzeniu doszło do gwałtownego wzrostu liczby prawomocnych wyroków za uchylanie się od obowiązku alimentacyjnego. O skuteczności przepisów świadczy też zmniejszenie się liczby wniosków wpływających do komorników. Dla przykładu, w 2015 roku było ich 59 036, w 2017 roku – 48 583, a w 2018 roku – 53 692. Widać z tych danych, że w obawie przed prokuratorem o wiele częściej te osoby decydują się płacić na swoje dziecko – informuje Agnieszka Borowska, rzecznik prasowy Ministra Sprawiedliwości.

Na koniec 2018 roku w bazie danych Krajowego Rejestru Długów było ponad 361 tys. zobowiązań alimentacyjnych na łączną kwotę przeszło 11,6 mld zł. W ciągu roku przybyło 2 551 takich długów, a kwota do oddania wzrosła o blisko 608 mln zł, czyli do 12,2 mld zł. Ponadto nieznacznie zwiększyła się liczba dłużników.

– Na przestrzeni roku sam wzrost liczby dłużników jest niewielki. Można powiedzieć, że jest wręcz niezauważalny. Powiększa się natomiast zadłużenie tych osób, które są już w rejestrze. Wpis do KRD działa motywująco głównie na tych, którzy korzystają z usług masowych jak pożyczki, kredyty, abonamenty, zakupy na raty itd. Jest jednak część dłużników, którzy z takich usług nie korzystają, stąd nie spłacają swojego zobowiązania – opisuje Katarzyna Maciaszczyk-Sobolewska, menedżer ds. Analiz Rynkowych i Komunikacji.

Biorąc pod uwagę zadłużenie w województwach na koniec 2019 roku, najwięcej do oddania mieli mieszkańcy mazowieckiego (1,66 mld zł). Dalej są dłużnicy ze śląskiego (1,45 mld zł), dolnośląskiego (1,19 mld zł), wielkopolskiego (953 mln zł) oraz kujawsko-pomorskiego (901 mln zł). Najmniej zaś z opolskiego (302 mln zł), lubuskiego (331 mln zł) i podlaskiego (338 mln zł). Z kolei 232 mln złotych to długi osób, które nie zostały przypisane do żadnego z województw.

– 94% dłużników alimentacyjnych to mężczyźni. Na koniec ub.r. mieli oni 11,7 mld zł długów alimentacyjnych, podczas gdy kobiety były zadłużone na blisko pół miliarda zł. W unikaniu płacenia przodują rodzice w wieku 36-45 lat. To aż 104 tys. osób, które zalegają na 4,5 mld zł. Tuż za nimi lokują się dłużnicy pomiędzy 46. a 55. rokiem życia z długiem 4,6 mld zł. Jest ich 98 tys. Oni mają z kolei najwyższe średnie zadłużenie, tj. 47 tys. złotych – mówi Katarzyna Maciaszczyk-Sobolewska.

Natomiast w ciągu 12 miesięcy w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor spadła liczba osób zalegających z alimentami, z ponad 306 tys. (koniec grudnia 2018 roku) do blisko 287 tys. (koniec grudnia 2019 roku). W tym okresie zmniejszyła się też kwota zaległości, z 11,8 mld do niemal 11,4 mld złotych.

– Z danych z końca lutego wynika, że średni dług dla całej Polski wyniósł ponad 40 tys. złotych. Najwyższy był w województwie lubelskim – przeszło 44 tys. zł, a najniższy w lubuskim ¬– ponad 33 tys. zł. Z kolei największe kwoty zaległości dotyczyły śląskiego – prawie 1,413 mld zł, mazowieckiego – niemal 1,294 mld zł oraz dolnośląskiego – ponad 1,025 mld zł. Na drugim krańcu znalazły się opolskie – 251 mln zł, podlaskie – 238  mln zł oraz świętokrzyskie – blisko 414 mln złotych – wylicza Diana Borowiecka, starszy specjalista ds. PR z BIG InfoMonitor.

Analizując dane z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor z końca lutego 2020 roku, można zauważyć, że najwięcej osób zalegających z alimentami było z województwa śląskiego (37 258). Dalej znaleźli się alimenciarze z mazowieckiego (30 831), dolnośląskiego (28 262), wielkopolskiego (21 885) oraz kujawsko-pomorskiego (20 844). Z kolei najmniej takich dłużników było z opolskiego (6 514), podlaskiego (6 712), świętokrzyskiego (9 316), lubuskiego (9 695) i podkarpackiego (10 123).

– Skala problemu nie maleje. Od lutego ubiegłego roku, gminy przekazały do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor informacje o 27 192 osobach niepłacących alimentów. Najwięcej przybyło ich w maju – 3 266. Jednocześnie część osób została z rejestru wykreślona z dwóch powodów. Pierwszy to zmiana prawa nakazująca usunięcie z rejestru dłużników, których dług ma więcej niż 6 lat. Drugi to spłata zaległości – komentuje Diana Borowiecka.

Z kolei w bazie ERIF BIG SA zmniejszyła się grupa dłużników alimentacyjnych. W ubiegłym roku było ich ponad 307 tysięcy, a rok wcześniej – przeszło 310 tysięcy. W tym okresie spadła też  liczba spraw, z 420 tys. do 407 tys. Wzrosła natomiast łączna wartość długów alimentacyjnych, z 12,2 mld do 12,4 mld złotych. Ponadto, zwiększył się średni dług alimentacyjny przypadający na jednego dłużnika. 2 lata temu wynosił on blisko 39 tysięcy, a w ubiegłym roku – przeszło 40 tys. złotych.

– W 2019 roku najwyższa średnia wartość zobowiązania przypadająca na jedną osobę niepłacącą alimentów była w województwie lubelskim i wyniosła ponad 45 tysięcy złotych. Natomiast rok wcześniej kwota ta była aż o 2 tysiące złotych niższa – podkreśla Aleksandra Wilczak-Grzesik, kierownik Działu Klienta Instytucjonalnego ERIF Biura Informacji Gospodarczej SA .

Z tego rejestru wynika, że największa kwota zadłużenia alimentacyjnego na koniec 2018 roku i 2019 roku była w województwie śląskim. Ona najpierw wyniosła ponad 1,362 mld zł, a następnie – 1,416 mld złotych. Kolejne w tych zestawieniach są woj. mazowieckie (wzrost z prawie 1,275 mld zł do niemal 1,321 mld zł) oraz dolnośląskie (z prawie 989 mln zł do ponad 1,015 mld zł). Natomiast najmniej do oddania mieli mieszkańcy opolskiego, choć i tu wartość długu wzrosła ze 192 mln do 204 mln złotych.

Nowe ograniczenia w związku z pandemią koronawirusa mogą oznaczać paraliż prac w wielu zakładach produkcyjnych

31 marca br. rząd wprowadził nowe zalecenia związane z panującą pandemią koronawirusa. Niektórych przedsiębiorców zastanawiają dodatkowe środki bezpieczeństwa, wchodzące w życie już 2 kwietnia, mówiące o tym, że stanowiska pracy poszczególnych osób muszą być oddalone o co najmniej 1,5 metra. Zdaniem ekspertów, dosłowne wprowadzenie tych zasad w życie, może oznaczać paraliż prac w wielu zakładach produkcyjnych, które technicznie nie mogą się przystosować do takiej formy pracy. Potrzeba zatem szybkiego doprecyzowania wprowadzonych ograniczeń.

Zgodnie z zapowiedzianym przez rząd zaostrzeniem zakazów w związku z trwającą epidemią koronawirusa, pojawiły się nowe wytyczne dla pracodawców. Zakładów pracy nadal nie obejmuje przyjęty zakaz imprez i zgromadzeń (czyli w pracy mogą znajdować się więcej niż 2 osoby jednocześnie), pracodawcy muszą od 2 kwietnia zapewnić „dodatkowe środki bezpieczeństwa swoim pracownikom”. Wśród nich jest m.in. punkt mówiący o tym, że „stanowiska pracy poszczególnych osób muszą być oddalone od siebie o co najmniej 1,5 metra”. Pracodawcy przyjmują kolejne zalecenia mając na uwadze ich słuszną i dobrą motywację, jednak w ich opinii, dla wielu zakładów produkcyjnych jest to zalecenie w znacznym stopniu utrudniające funkcjonowanie, a w niektórych przypadkach – uniemożliwiające produkcję.

Dostajemy sygnały od przedsiębiorców, że dla części z nich zapisy rozporządzenia są po prostu niewykonalne. Przykładem jest przemysł zbrojeniowy, w którym związkowcy i pracownicy BHP zwracają uwagę, że niektóre czynności po prostu nie mogą być wykonywane w założonej w ustawie odległości między pracownikami. Podobnie, firmy m.in. z przemysłu produkcji okien wskazują, że pomimo dużej automatyzacji i robotyzacji linii produkcyjnej, niektóre elementy muszą być wykonane przez pracowników w odległości, którą narzuca linia montażowa – wymienia Arkadiusz Pączka, zastępca dyrektora generalnego Pracodawców RP. – Jeżeli firmy będą chciały rygorystycznie podejść do zapisów skończy się to albo zamknięciem produkcji, albo dużymi kosztami związanymi z przestawianiem parku maszynowego. Ta druga opcja jest jednak często niemożliwa, a koszty zbyt duże, by wdrożyć ją tymczasowo. W praktyce może się zatem okazać, że firmy produkcyjne będą starały się zachować wytyczne zawarte w rozporządzeniu, ale jednak z pewnymi odstępstwami, licząc na to, że kontrolerzy będą w tym względzie wyrozumiali dla ich sytuacji.

Podobne spostrzeżenia mają eksperci Personnel Service. Ich zdaniem, choć nowe zasady wynikają z jasnych i dobrych motywacji, brak doprecyzowania ograniczeń rodzi zrozumiałe wątpliwości wśród pracodawców.

Wiele firm produkcyjnych, dla których dostarczamy pracowników, jest teraz w trudnej sytuacji. Ich właściciele zastanawiają się nad tym, jak wdrożyć założenia rozporządzenia. Część mówi wprost, że zmiany linii montażowych są po prostu niemożliwe. Praca maszyn ustawionych jedna obok drugiej jest ze sobą powiązana, stąd nie ma możliwości ich rozdzielenia. Wątpliwości budzi również to, czy odległość 1,5 metra dotyczy stanowiska pracy czy odległości między ramieniem jednego pracownika a kolejnego – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

By uniknąć wątpliwości i problemów we wdrażaniu w życie wszystkich zalecanych ograniczeń, eksperci apelują o doprecyzowanie wspomnianych zapisów, by jak najlepiej zastosować się do tych zaleceń. Ich zdaniem, rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie zapisu, który mówi o tym, że ograniczenie dotyczy wszystkich zakładów pracy, w których wprowadzenie 1,5 metrowej przestrzeni między stanowiskami nie wpłynie niekorzystnie na bezpieczeństwo pracowników oraz jakość i szybkość produkcji.

Polacy w domu – jak sobie radzimy z izolacją?

Ciągłe przebywanie w domu w trakcie izolacji spowodowanej epidemią jest uciążliwe dla niemal 90% Polaków – tak wynika z pierwszego pomiaru badania Polacy w czasie epidemii zrealizowanego przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research w dniach 31.03 – 1.04.2020.wykres 1

Obecna sytuacja wymaga od wszystkich dodatkowego zaangażowania, a czasem nawet poświęcenia. Doceniając pracę tych, którzy są na pierwszym froncie walki
z koronawirusem, chcielibyśmy dorzucić swoją cegiełkę w postaci dostarczania rzetelnych informacji na temat aktualnych nastrojów społecznych. Być może nie jesteśmy w stanie opracować dokładnego modelu prognozującego dynamikę epidemii, jednak wykorzystując nasze zasoby i doświadczenie, jesteśmy gotowi na bieżąco raportować nastroje i zachowania Polaków w tym trudnym czasie. W odpowiedzi na aktualną sytuację, rozpoczynamy cykliczny pomiar, który skupia się nie tylko na obecnych w trakcie epidemii obawach, ale także uchwyci dynamikę społeczną, strategie Polaków w związku z powszechną izolacją, a nawet szczegółowo przeanalizuje formy rozrywki wykorzystywane w domowym zaciszu.
– mówi Piotr Zimolzak, wiceprezes Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research.

Polacy zdecydowanie najchętniej wybierają czas spędzany przed monitorem
lub ekranem TV. Najpopularniejsze zabijacze czasu w czasie epidemii to surfowanie
w Internecie (63%) oraz oglądanie filmów i seriali (62%). Ta druga czynność odnotowała również jeden z wyższych wzrostów deklaracji w porównaniu do czasu przed epidemią.

Na jakie inne czynności również przeznaczamy więcej czasu? Widzimy, że wśród Polaków poza rozrywką na znaczeniu zyskały aktywności związane z pielęgnowaniem relacji rodzinnych, potrzebą samorozwoju czy modlitwy. Jednak największy wzrost miał miejsce
w przypadku śledzenia bieżących wydarzeń, wiadomości (57%), co pokazuje istotną potrzebę kontaktu z aktualnymi informacjami z Polski i ze świata w tych szczególnych okolicznościach.

Jedynie dla 13% respondentów taki stan rzeczy w ciągu ostatniego tygodnia nie był
w ogóle postrzegany jako uciążliwy. Jednak mimo coraz bardziej surowych restrykcji, Polacy deklarują, że potrafią znaleźć różne sposoby na domowe ograniczenia. Badani wymieniali średnio 6 zajęć domowych, które uprzyjemniają im czas wolny w trakcie izolacji. Tylko 7% spośród badanych wskazało, że nic nie robi i tylko się nudzi, aczkolwiek co czwarta osoba z tej grupy przyznała, że robi to częściej w porównaniu do okresu sprzed epidemii.

wykres 2

W tym wyjątkowym dla nas wszystkich czasie, w sposób szczególny podchodzimy do publikacji danych, traktujemy ją jako naszą zawodową powinność. W związku z tym nie poprzestajemy jedynie na ogólnodostępnym badaniu Polacy w czasie epidemii, ale równolegle przygotowujemy specjalny Antykryzysowy Pakiet Badawczy, którego szczegóły zdradzimy już wkrótce. – dodaje Piotr Zimolzak, wiceprezes Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research.

Metodologia badania

Badanie zostało zrealizowane w dniach 31.03 – 1.04.2020 przez SW RESEARCH Agencję Badań Rynku i Opinii metodą wywiadów on-line (CAWI). W ramach badania przeprowadzono 1006 ankiet z użytkownikami SW PANEL. Projekt będzie miał charakter cykliczny, pomiary będą realizowane co dwa tygodnie na czas trwania epidemii.

Tarcza antykryzysowa 2.0 – priorytetowe uzupełnienia oraz poprawki

Jak najpilniejsze uchwalenie „tarczy antykryzysowej” było oczywiście w głębokim interesie wszystkich uczestników polskiej gospodarki. Nadzwyczajna skala kryzysu pandemicznego powoduje, że potrzebne są działania idące o wiele dalej, niż te rozważane w spokojnych czasach regularnego wzrostu gospodarczego. Doceniając wytężone prace nad „tarczą”, podtrzymujemy swoje stanowisko – przewidziane w niej instrumenty są nadmiernie zbiurokratyzowane i niewystarczające. Tym samym, z zadowoleniem odnotowujemy doniesienia o przygotowywaniu już drugiej fali „tarczy antykryzysowej”. Uznajemy, że może to być okazja do uwzględnienia w przyjętych przez rząd rozwiązaniach również tych elementów, których w pierwotnej wersji „tarczy” zabrakło. Za priorytetowe uzupełnienia oraz poprawki, o dokonanie których w ramach trwających właśnie prac wnosimy, uznajemy:

1. Wprowadzenie prostego narzędzia płynnościowego

Od samego początku prac nad „tarczą” podkreślaliśmy, że najistotniejsze jest błyskawiczne zabezpieczenie kapitału obrotowego dla przedsiębiorstw i zadbanie o ich płynność finansową. Niestety, prostego i szybkiego narzędzia realizującego to zadanie zabrakło w pierwotnej „tarczy”. Wobec tego ponawiamy apel o uruchomienie łatwo dostępnej linii pożyczkowej. Pożyczki mogłyby być zabezpieczone wekslami. Wydaje się, że z punktu widzenia operacyjnego najprościej byłoby wykorzystać administrowane przez Narodowy Bank Polski mikrorachunki, które posiada każdy przedsiębiorca, i to w nich uruchamiać środki na pokrycie kosztów stałych prowadzenia działalności. Czas spłaty takich kredytów powinien wynosić kilka lat. Realizacja takiego przedsięwzięcia byłaby kosztowna, lecz gospodarcze skutki zaniechania w tym zakresie mogłyby być dużo bardziej dotkliwe.

2. Zwolnienie z ZUS na trzy miesiące dla całego sektora MSP

Cieszymy się, że w tarczy przewidziano ostatecznie zwolnienie ze składek na ubezpieczenia społeczne, a nie jedynie odroczenie ich płatności. Jednocześnie, rozwiązanie to obejmuje nie tyle mikroprzedsiębiorców, co podmioty które zgłosiły do ubezpieczenia mniej niż 10 osób. Istnieją zatem mikroprzedsiębiorcy nie objęci tym zwolnieniem. Jednocześnie, automatycznie wykluczone zostały z niego nieco większe firmy, które w wielu przypadkach pozostały wobec tego bez żadnej możliwości wsparcia. Wobec tego, zasadne wydaje się być rozszerzenie zwolnienia ze składek ZUS na wszystkie firmy z sektora MSP. Co więcej, zwolnienie takie powinno być udzielane automatycznie, dla wszystkich podmiotów gospodarczych znajdujących się w tak ujętym katalogu podmiotów, bez konieczności składania osobnych wniosków.

3. Wydłużenie ważności certyfikatów, uprawnień i badań do czasu odwołania zagrożenia epidemiologicznego bądź stanu epidemii

Doceniamy, że w ramach uchwalonej „tarczy” wiele terminów przewidzianych przepisami prawa zostało wydłużonych, tak samo jak np. karty pobytu. Jednocześnie, pozostaje w tym zakresie istotna luka złożona z różnego rodzaju uprawnień, których ważności nie przedłużono. W ich skład wchodzą m.in. uprawnienia do wykonywania czynności specjalistycznych na stanowiskach (kwalifikacje szkoleniowe, badania psychiatryczne i psychologiczne), czy uprawnienia w ramach świadectw kwalifikacyjnych dla osób zajmujących się eksploatacją urządzeń lub instalacji. Dodatkowo, dopuszczona powinna zostać możliwość czasowego odstąpienia od wykonywania badań i pomiarów czynników szkodliwych dla zdrowia w środowisku pracy.

4. Odrzucenie ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów

Uważamy, że w trakcie trwania epidemii oraz w okresie następującym bezpośrednio po niej, nie powinno się nakładać na biznes dodatkowych ograniczeń i obciążeń. Zabezpieczenie potencjału gospodarki jest jednym z priorytetów i nie można go poświęcać na rzecz uzyskania wątpliwych wpływów do budżetu. Tym samym, apelujemy o wycofanie ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów, przynajmniej do czasu ustania gospodarczych zawirowań wywołanych epidemią. Wprowadzanie w takim momencie dodatkowej daniny w postaci „podatku cukrowego” będzie niekorzystne zarówno dla przedsiębiorców, jak i dla rzeszy konsumentów – szczególnie w tym trudnym czasie, w którym wiele osób będzie musiało mierzyć się z utratą pracy, bądź co najmniej części uzyskiwanych dochodów.

5. Zaniechanie rozwiązań mających na celu regulację cen rynkowych

Od początku procesu negatywnie ocenialiśmy wdrażanie mechanizmów ustalania maksymalnych cen i marż. Nikomu w historii nie udało się skutecznie zniwelować działania prawa popytu i podaży. Nie ma powodu, by twierdzić że akurat tym razem takie regulacje nie będą wiązać się ze szkodą dla konsumentów. Wobec powyższego, apelujemy o wycofanie się z nich.

6. Wycofanie się ze zmian w zakresie pozaodsetkowych kosztów kredytów konsumenckich

W ramach konsultacji „tarczy” podkreślaliśmy, że obniżenie limitu pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego do poziomu proponowanego (a następnie uchwalonego) skończy się drastycznym ograniczeniem dostępności zewnętrznego finansowania dla konsumentów. Niemal natychmiast po uchwaleniu „tarczy” zaczęły pojawiać się ogłoszenia z ofertam „pożyczek prywatnych” dla osób, które z uwagi na wprowadzone rozwiązania nie będą w stanie uzyskać pożyczki na legalnie funkcjonującym rynku. Obniżenie maksymalnych pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego spowoduje wyłącznie rozwój szarej strefy – zdecydowanie postulujemy wycofanie się z tej szkodliwej regulacji.

7. Zawieszenie obowiązków związanych z Bazą Danych Odpadowych do końca 2021 roku

Z uwagi na trudności gospodarcze wywołane pandemią, za zasadne uznajemy zawieszenie dodatkowych obowiązków administracyjnych i formalnych wynikających z konieczności rejestracji w Bazie Danych Odpadowych i elektronizacji dokumentacji w ramach procesu gospodarowania odpadami. Docelowo obowiązki te powinny zostać zawieszone do końca 2021 roku.

8. Wycofanie się z wydłużonego czasu na wydanie interpretacji podatkowej

Podtrzymujemy swój absolutnie negatywny stosunek do przewidzianego w „tarczy” wydłużenia terminu wydania interpretacji podatkowej o aż trzy miesiące. Uważamy, że szczególnie w tej trudnej sytuacji zasadne jest zabezpieczenie stabilności stosunków prawnopodatkowych poprzez umożliwienie szybkiego dostępu do interpretacji. Tym samym, termin ten w zasadzie powinien zostać skrócony, a nie wydłużony.

9. Zawieszenie naliczania i poboru podatków: od wydobycia niektórych kopalin, oraz bankowego

Uważamy, że z uwagi na wyzwania, z którymi podmioty gospodarcze muszą mierzyć się w związku z pandemią, zasadne jest redukowanie poziomu obciążeń fiskalnych. W tym konkretnym przypadku mowa jest o daninach specyficznych. W przypadku tzw. „podatku miedziowego” zwracam uwagę na fakt, że jego wysokość jest powiązana z notowaniami metali, jednak zastosowana konstrukcja powoduje że ciężar podatku maleje wolniej, niż przychody ze sprzedaży. Co więcej, podatnicy płaca go również wówczas, gdy nie osiągają zysku. Podatek nie stanowi również kosztu uzyskania przychodu, zatem nie pomniejsza podatku dochodowego. Tym samym, wydaje się że stanowi on zdecydowanie zbyt wysokie obciążenie w tak kryzysowych warunkach. Dodatkowo, za zasadne uznajemy zawieszenie podatku bankowego. Pożądane jest, by banki komercyjne były gotowe do intensyfikowania akcji kredytowej. Jako że koszty podatku bankowego zostały efektywnie (bezpośrednio lub pośrednio) przerzucone na klientów, czyli również przedsiębiorców, uważamy że czasowe zawieszenie tej daniny sektorowej byłoby wskazane.

10. Zmiany w zakresie podatku akcyzowego

Jednym z nielicznych napojów alkoholowych, którego datę przydatności do spożycia podaje się, jest piwo. Z uwagi na szczególne warunki spowodowane pandemią, producenci zgłaszają chęć odbioru piw przeterminowanych od punktów gastronomicznych oraz sklepów, za zwrotem wpłaconych przez nich środków. Aby tego rodzaju praktyka mogła mieć charakter relatywnie powszechny, potrzebne są regulacje umożliwiające pomniejszenie należnego podatku akcyzowego o kwotę podatku zapłaconego od zwracanych, przeterminowanych piw.

11. Umożliwienie sprzedaży na odległość leków na receptę

Uważamy, że dopuszczalna powinna być również sprzedaż na odległość leków na receptę. Nie ma powodu, by osoby przewlekle chore, zażywające leki regularnie, dodatkowo narażały się na ryzyko zakażenia przez podróże do aptek.

12. Ograniczenie czasu obowiązywania przepisów zawieszających bieg terminów czynności KNF

Uznajemy, że w odniesieniu do ww. przepisów zasadne byłoby wprowadzenie ściślejszej klauzuli ich tymczasowości, poprzez ograniczenie czasu ich obowiązywania do czasu trwania stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii. Dodatkowo, przepis nie powinien być stosowany do tych czynności KNF, które dotyczą funkcjonowania spółek prowadzących rynek regulowany.

Jak COVID-19 zmieni Polskę

W marcu 2020 roku epidemia COVID-19 dotarła do Polski. Stopniowo prowadzi do izolacji obywateli i unieruchomienia gospodarki. By ograniczyć zachorowania, rząd wprowadza coraz większe ograniczenia. Nie wiemy jak długo to potrwa. Ta sytuacja rodzi niepokój i pytania, na które trudno dziś odpowiedzieć z pewnością.

Jednak o przyszłości i konsekwencjach aktualnych zdarzeń musimy myśleć już dziś, by móc stawić czoło wyzwaniom, które na nas czekają. Dlatego grono ponad dwudziestu specjalistów i liderów opinii, będących absolwentami Leadership Academy for Poland* prognozuje, jak ten kryzys zdrowotny i jego następstwa, zmienią nasz kraj. Ich opinie i analizy nie są scenariuszami gwarantowanymi, tylko formą zachęty do myślenia krytycznego o tym, co dziś widać na horyzoncie społecznym, instytucjonalnym, a także w poszczególnych branżach.

Kolejność kategorii:
Prawa człowieka
Społeczeństwo
Klimat
Kultura
Edukacja
Służba Zdrowia
Leki
Miasta
Góry
Media
Rozwój
Technologie

Prawa człowieka

Wirus zredaguje prawa człowieka na zawsze

Koronawirus zmieni nas jako społeczeństwo, niekoniecznie na sposób, w jaki byśmy sobie tego życzyli. Jednym z bardziej istotnych skutków pandemii będzie wspólnota ludzi połączonych tym samym doświadczeniem. Wspólnota, której w takiej skali świat nie pamięta od czasów II wojny światowej: wspólnota izolacji, codziennego śledzenia pogarszających się informacji o liczbie chorych, wspólnota strachu, nadziei, niepewności, gniewu. To nie doświadczenie transformacji roku ’89, które połączyło pokolenia Polek i Polaków, ale z którym ciężko było się utożsamić Zachodowi; to nie kryzys finansowy 2008, podczas którego Polska pozostała zieloną wyspą.

Koronawirus tworzy wspólnotę globalną — a ta, po uniwersalnym doświadczeniu zagrożenia, zmieni moralny punkt widzenia na wiele kwestii. 75 lat temu wspólnota zachodniego świata, połączonego traumą II wojny światowej, oparła nowy ład na koncepcji, że wszystkich łączą uniwersalne prawa człowieka. Stworzono Organizację Narodów Zjednoczonych, by nikt nie był już nigdy pozbawiony w sposób bezprawny życia, wolności, jedzenia, obywatelstwa. W późniejszych latach — w miarę rozwoju społeczeństw zachodnich — katalog praw człowieka poszerzano. O jakie dobra będzie dbała post koronawirusowa wspólnota?

Myślę, że odejdzie od panującego od dekad kultu praw jednostki na rzecz praw społeczeństwa.

Na pewno zadba o prawo do zdrowia. Presja wyborców nałoży na rządzących zobowiązanie szczególnych nakładów na szpitale. Prawdopodobnie również o prawa socjalne i ekonomiczne w obliczu nadchodzącej recesji. Realistycznie należy spodziewać się, że wobec koniecznych oszczędności budżetowych i zmiany priorytetów, cofniemy się w standardzie ochrony jednostki przed dyskryminacją i w poziomie zapewnienia godnego życia osobom z niepełnosprawnościami czy osobom w kryzysie bezdomności.

Odpłynięcie zainteresowania społecznego tymi tematami będzie na rękę władzy wykonawczej, budującej swą siłę na strachu przed powrotem koronawirusa. Odmiana polska tej zmiany będzie miała wydźwięk konserwatywny. Niczym w doktrynie szoku Naomi Klein, rządzący Polską wykorzystają okazję, by zrobić zwrot w stronę tradycyjnego ładu społecznego. Dlatego teraz, gdy korona w pełni, warto powtarzać mądrość Camusa, że wszystko, co człowiek może wygrać w grze dżumy i życia, to wiedza i pamięć. Pamiętajmy, jak daleko zaszliśmy w walce o prawa człowieka. Każdego człowieka.

Autor: Zuzanna Rudzińska-Bluszcz — absolwentka Leadership Academy for Poland —  apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Radczyni prawna, główna koordynatorka ds. strategicznych postępowań sądowych w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, organizatorka okrągłego stołu przy RPO do walki z patotreściami w internecie.

Społeczeństwo

IDEOLOGIE

Kryzys osłabi liberalizm

Przez ostatnie dwieście lat zachodnia myśl polityczna rozwijała się w trójkącie liberalizm-socjalizm-konserwatyzm. Liberalizm przypominał, że człowiek zasługuje na wolność w zamian za wzięcie odpowiedzialności za własne życie, że prawa są przyrodzone, że wartość człowieka nie wynika jedynie z jego pożytku dla innych. Socjalizm — że jesteśmy naczyniem połączonym, że skrajne nierówności degenerują, że nie wszystko powinno być na sprzedaż. Konserwatyzm — że nie możemy zapominać skąd pochodzimy, że ewolucja jest skuteczniejsza od rewolucji, a w słynnym cytacie Herberta, tak ważnym dla środowisk prawicowych („rzekach nazbyt leniwych, nieskorych do potopów”), drzemie pewien geniusz.

Zmiany historyczne wzmacniały jeden bok trójkąta kosztem dwóch pozostałych. Taką zmianą był paxamericana: pokój związany z totalną dominacją jednego państwa. Nietypowy, historycznie długo trwający okres pokoju, dobrobytu i postępu technologicznego, wyostrzył myślenie, że człowiek jest jedynym kowalem swojego losu. Przecież zawsze może zmienić pracę i wziąć kredyt.

Obecny kryzys osłabi liberalizm i wiarę w rynek jako najlepszy mechanizm regulujący.

Jednak to, który z pozostałych boków trójkąta zostanie wzmocniony, będzie zależało od rozwiązań systemowych. Konserwatyzm — w formie dominującej dzisiaj w Polsce — może wzmocnić granice wspólnoty narodowej, a socjalizm — wspólnotę losu ekonomicznego.

Liberalizm osłabnie z trzech powodów. Po pierwsze, wirus umyka logice zbrodni i kary, a przez to nie grzęźnie w dyskusjach na temat tego, kto zasługuje na pomoc. Nie traktujemy poważnie problemów społecznych, takich jak bezdomność czy ubóstwo, gdy uważamy, że ludzie znaleźli się tam z powodu błędów indywidualnych i są odpowiedzialni za własne zmartwychwstanie. W sytuacji pandemii nie chcemy jednak, aby rynek decydował, kto zasługuje na pomoc. Ma on bowiem niezmienną odpowiedź na to pytanie: ten, kto może za nią zapłacić.

Po drugie, wirus jest bardziej demokratyczny od innych kryzysów: budowę odporności grupowej zaczął od kilku premierów. Ustanawia wspólny front przy braku geograficznego wroga. Prowadzi do tego, że USA i ISIS wydają spójne rekomendacje (myj ręce i unikaj Europy). W ten sposób zmusza decydentów do potraktowania problemu poważnie, co przekłada się na uruchomienie aparatu państwa: logiki alternatywnej do rynku. Ta również ma gotową odpowiedź na pytanie, kto zasługuje na pomoc: ten kogo zauważy biurokracja.

Po trzecie, pandemia pokazuje jak bardzo jesteśmy jednocześnie połączeni i bezbronni indywidualnie. Ludzie są bardziej empatyczni na potrzeby innych, gdy wyobrażają sobie, że sami mogliby znaleźć się w ich sytuacji. W tym sensie może wykuwać się nowa odpowiedź na pytanie, czym wypełnić lukę w sytuacji, gdy rynek jest okrutny a państwo niewydajne: zwykłą ludzką solidarnością.

Anna Gromada —  absolwentka Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Badaczka PAN, współzałożycielka Fundacji Kaleckiego, doradza rządom i organizacjom międzynarodowym w kwestiach polityki publicznej.

GLOBALIZACJA

Globalizacja słabnie, władza hierarchiczna rośnie

Twardy reset systemu, jaki zafundował nam COVID-19, pozwala na gorzką diagnozę rzeczywistości, w jakiej od dawna funkcjonujemy. Widać teraz, ile skomplikowanych sieci oplotło naszą planetę, ale również to, jak w gruncie rzeczy są one kruche. Skomplikowany podział pracy, długie łańcuchy dostaw — cały świat działa(ł) w oparciu o długie przepływy strategicznych zasobów, tzw. connectivity. Gdy jednak przylatuje Czarny Łabędź — zdarzenie nagłe i nieprzewidywalne — każdy ratuje samego siebie. Rządy działają na własną rękę i odpowiadają w sposób, jakby globalizacja nigdy nie miała miejsca. Misternie tkane sieci międzykontynentalne natychmiast pękają. Okazuje się, że najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa, które muszą zapewnić obywatelom. Symbolicznie widać to za sprawą zamknięcia przestrzeni lotniczej i granic.

Pandemia, z którą się zmagamy, z natury rzeczy jest zjawiskiem niehierarchicznym i rozproszonym. Wirusa rozprzestrzeniają nasze wzajemne interakcje. On sam nie zważa na zastałe struktury, czy rangę w strukturze społecznej. Z kolei zwalczanie COVID-19 opiera się niemal wyłącznie na działaniach władzy centralnej i służb. My sami, w niestabilnej sytuacji pełnej niewiadomych i lęków o przyszłość, orientujemy się na to, co pewne i trwałe. O ile w życiu prywatnym pielęgnujemy bardziej relacje poziome, tak przy zewnętrznym zagrożeniu oczekujemy reakcji władzy.

Państwo wkracza więc z całą swoją siłą i narzędziami, w które sami je wyposażyliśmy.

W chwili, kiedy globalne sieci pękają, jedynym panaceum dysponuje władza hierarchiczna, która w związku z tym będzie właśnie przechodzić swój renesans.

Krzysztof Kępa —  absolwent Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie, prawnik i ekonomista.

KAPITAŁ SPOŁECZNY

Zmienimy oczekiwania od władzy

W reakcji na kryzys obserwujemy wysyp społecznych akcji pomocowych. Warto przyjrzeć się bliżej temu zjawisku, by zrozumieć jego znaczenie. Z mojej perspektywy widać w nim przede wszystkim szanse na pojawienie się nowej jakości w polskim życiu publicznym. Poza chęcią wspierania bliskich, swoich społeczności i lokalnych biznesów (takie relacje są zawsze pogłębiane w czasie kryzysu), za akcjami wsparcia stoi przekonanie, że musimy o wiele ważnych podstaw zadbać sami, bo rząd i instytucje tego nie zapewnią.

Działania obywatelskie w sektorze zdrowia, opieki społecznej i w edukacji są pokłosiem braku zaufania do instytucji. Pojawiają się one bowiem dlatego, że ludzie wiedzą, iż instytucje pozostawione bez pomocy, nie poradzą sobie. Nie są elastyczne, nie są kreatywne, nie są decyzyjne. I nie jest to zaskakujące, bo administracja nie jest do tego, aby być twórcza i agile’owa. Mogłaby być efektywna, ale nie jest, bo nie było wyzwań, które by to na niej wymusiły.

W kontekście centralnego ośrodka władzy obecny kryzys dokładnie pokazuje, kto pływa bez majtek. Ujawnia, za kim stoją czyny, a za kim plastikowy wizerunek i puste hasła. W związku z tym rośnie świadomość rozbieżności między osobistymi doświadczeniami, a zapewnieniami rządzących prezentowanymi w mediach, a także tego jak powszechne są akty zaklinania rzeczywistości.

Z tego braku zaufania do skuteczności państwa i jego struktur, braku wiarygodności aparatu władzy oraz propagandowych przekazów medialnych, powstanie wyższe oczekiwanie obywateli wobec władzy publicznej.

Wzrośnie potrzeba opierania się na faktach, na nauce i na sprawdzonych źródłach. Priorytetem stanie się to, co ważne dla dobrego działania państwa. A to może zmniejszy tolerancję i popyt na populizm.

Andrzej Kuśmierz —  absolwent Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Współtwórca Warszawskiego Akceleratora Technologicznego WAW.ac, wykładowca w Katedrze Strategii Akademii L. Koźmińskiego, absolwent programu TOP500 Innovators. Wspiera innowacje i doradza w budowie firm.

ŻYCIE ONLINE

Społeczeństwo coraz bardziej open source’owe

Gdy internet zjawił się w Polsce, rozróżnialiśmy “real” i “wirtual”. Niektórzy wieszczyli, że prawdziwe życie ucieknie do wirtualnego świata. Szybko jednak zrozumieliśmy, że ten realny ma się dobrze, tylko coraz bardziej przenikają go technologie cyfrowe.

Dwa tygodnie temu nasz cały świat społeczny nagle przeniósł się do internetu. “Real” został chwilowo zamknięty. Od tego momentu żyjemy w tworzonym naprędce zdalnym społeczeństwie cyfrowym. Oczywiście są ludzie, którzy nadal pracują normalnie, wykonując czynności niezbędne dla trwania życia społecznego. Jednak dla wielu z nas jest teraz tylko dom, a poza nim –internet.

W społeczeństwie zdalnym przyjdzie nam żyć raczej miesiące niż tygodnie, a sposoby korzystania z technologii, które wypracujemy, zostaną z nami na dłużej. Na dobre i na złe.

W czasie kryzysu uwypuklają się wybory, których musimy dokonywać, stosując technologie cyfrowe. Możemy pójść drogą chińską i widzieć w internecie i komórkach przede wszystkim system kontroli. Wówczas zawiesimy w czasach pandemii część z naszych praw, a ludzie zgodzą się na nadzór — skoro ten ratuje życie.

Ale alternatywą jest też inna ścieżka — wykorzystanie internetu jako technologii współpracy i otwartej wymiany. Dziś naszą największą szansą na przetrwanie są działania genetyków, otwarcie dzielących się wiedzą w sposób, który do niedawna byłby nie do pomyślenia. Dzięki drukowi 3D i ograniczeniu praw własności przemysłowej możemy redukować braki niezbędnego sprzętu medycznego. Wikipedia — jak zwykle — dostarcza nam wiarygodnej wiedzy i walczy z dezinformacją wspólnymi siłami tysięcy wolontariuszy.

To wszystko przykłady oddolnej, partnerskiej współpracy, której metody były wypracowywane w internecie przez ostatnie dwadzieścia lat. Kryzys jest szansą, by te pozytywne doświadczenia spopularyzować. Poziome, demokratyczne sieci współpracy i wzajemnego wsparcia będą niezbędne, by przetrwać ten kryzys. Oraz by zaprojektować technologie tak, by służyły ludziom i społeczeństwom, gdy już kryzys będzie dawno za nami.

Alek Tarkowski —  absolwent Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Prezes Fundacji Centrum Cyfrowe, socjolog internetu i technologii.

FILANTROPIA

Pandemia nauczy nas myślenia systemowego

Obecność tego samego zagrożenia dla wszystkich osób na świecie zdarza się po raz pierwszy w historii homo sapiens. Dzięki tej sytuacji zrozumiemy jako społeczeństwa i jako pojedyncze osoby, że dla rozwiązywania problemów, które dotyczą nas wszystkich, niezbędna jest współpraca wielu aktorów społecznych.

Dotychczasowa koncepcja “outsourcowania” zadań — niezwiązanych z biznesem — do innych podmiotów, takich jak organizacje pozarządowe, samorządy, czy nawet administracja publiczna, po prostu nie zdaje egzaminu. Ktoś robi testy, ktoś za nie płaci, ktoś je dystrybuuje, ktoś zarządza danymi, ktoś informuje, ktoś leczy, ktoś karmi — „wszyscy muszą pracować, mój maleńki kolego” — pisał Tuwim. Każdy problem, z którym się borykamy: osoby w kryzysie bezdomności, przemoc domowa, głód, zanieczyszczenie środowiska naturalnego — wymaga podejścia systemowego i współdziałania wielu instytucji, firm, organizacji, ekspertów.

Ta oczywistość odkryta właśnie dzięki COVID-19, przełoży się na to, w jaki sposób zajmiemy się w przyszłości innymi problemami społecznymi.

Osoby zaangażowane w filantropię, darczyńcy gotowi przekazywać swoje pieniądze na walkę z wyzwaniami, zrozumieją, że te zadania nie mogą być jedynie rozwiązane przez pozostawione same sobie organizacje pozarządowe.

Jeśli uruchomi to środki finansowe na systemowe rozwiązania, pojawia się potencjał na niezwykły postęp.

Agata Stafiej-Bartosik – absolwentka Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Prowadzi w Polsce oddział międzynarodowej sieci innowatorów społecznych Ashoka.Innovators for the public. Jako wykładowczyni w Wyższej Szkole Psychologii Społecznej i w Akademii im. L. Koźmińskiego uczy podejścia systemowego do rozwiązywania problemów społecznych.

NGO

Organizacje społeczne będą uciskane przez władzę

W skutek pandemii COVID-19 będziemy mieli do czynienia z akceptacją silnej władzy polityków przy jednoczesnym braku zaufania do instytucji państwa. Politycy będący u władzy będą się starać utrzymać rozszerzone uprawnienia, forsując wybór między prawami człowieka a bezpieczeństwem.

Organizacje społeczne, które wezmą na siebie rolę strażniczą, będą pilnowały, czy po ustaniu epidemii władza oddała dodatkowe uprawnienia i czy przestrzega praw człowieka. Ale będą mieć na to jeszcze mniejsze zasoby niż wcześniej więc prowadzony przez nich monitoring będzie miał charakter niepełny, cząstkowy.

Prorządowe media i politycy będą nerwowo reagować na ujawnienia przypadków łamania praw człowieka i zasad praworządności oraz przejawów dyskryminacji. W związku z tym będą próbować oczerniać lub ośmieszać organizacje i media ujawniające naruszenia.

Skuteczne okażą się te organizacje społeczne, które nagłośnienia przypadków łamania praw człowieka będą łączyć z działaniami solidarnościowymi i budowaniem wspólnoty. Wiele z nich myśli w kierunku przekształcania solidarnościowego zrywu podczas kryzysu w bardziej trwałe działania. Pojawią się inicjatywy budujące na doświadczeniu pandemii, która jasno pokazała współzależności globalne, także w obszarze praw człowieka.

Draginja Nadaždin – absolwentka Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Antropolożka kultury, dyrektorka Amnesty International w Polsce, członkini Rady Społecznej przy Rzeczniku Praw Obywatelskich.

FIKCJA FUTURYSTYCZNA

Przepowiednia Obywatelska

Piątego maja liczba zachorowań na COVID-19 zacznie spadać. Kilka dni później odbędą się w Polsce wybory, a obywatele przystąpią do negocjacji swobód.

W skutek kryzysu COVID-19 obywatele stracą zaufanie do władzy. Rząd, który ukrywał część informacji i nieumiejętnie przygotował plan antykryzysowy, aby utrzymać władzę, skręci w kierunku inwigilacji i zaciskania kontroli. Obywatele zmagający się z brakiem dochodów, sypiącą się infrastrukturą publiczną i ograniczeniem swobód przystąpią do cyberaktywizmu. Wybory po wypłaszczeniu krzywej zachorowań odbędą się przy frekwencji około 30 procenti ze wsparciem żołnierzy obrony terytorialnej. Osoby powyżej 60. roku życia zagłosują korespondencyjnie, ale akcja rozdawania i zbierania kart do głosowania nie przebiegnie sprawnie. Będzie zamieszanie, z którego nie wyniknie jasno, że Andrzej Duda zwyciężył.

Wyborcy zapłacą za zrujnowany system opieki zdrowotnej. Szpitale przetrwają dzięki zbiórkom pieniędzy, szwalniom i drukarniom 3D. Szkoły pozostaną częściowo przy nauczaniu on-line, chociaż nie wszyscy będą mogli w nim uczestniczyć, ale doświadczenie e-edukacji zbuduje na nowo autorytet nauczycieli. Kryzys ekonomiczny dotknie zarówno sektor prywatny, jak i publiczny. Część właścicieli firm zmieni model zarządzania, dzieląc się odpowiedzialnością, ale i bardziej dbając o pracowników, jako zespół.

Lokale użytkowe będą świeciły pustkami, a zubożałe samorządy będą miały kłopot z utrzymaniem podstawowych usług — z wywozem śmieci i sprawnym transportem publicznym włącznie.

Zainspirowany przykładem Chin rząd, wykorzysta zagrożenie wirusem i pod pozorem bezpieczeństwa, zwiększy monitoring obywateli z użyciem termowizyjnych kamer. Kwarantanna zamieni się w formę aresztu politycznego dla osób działających przeciwko interesom władzy.

W reakcji na to, uśpiony do tej pory świat mody i rozrywki internetowej obudzi się do aktywności społeczno-politycznej. Influencerzy, aktorzy i youtuberzy poprowadzą bojkoty, kampanie i demonstracje dla nowego pokolenia aktywistów.

Róża Rzeplińska —  absolwentka Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Etnografka, prezeska Stowarzyszenia 61, prowadzi zespół MamPrawoWiedziec.pl.

SOLIDARNOŚĆ

Kryzysowa integracja społeczna to tylko zryw

Podczas pandemii korona wirusa w głębokim interesie społecznym leży promowanie dwóch pozornie przeciwstawnych wzorców zachowań. Z jednej strony #zostańwdomu, czyli izolacja, która stała się przejawem odpowiedzialności społecznej. Z drugiej, solidarność wyrażająca się w inkluzji społecznej grup takich jak seniorzy, osoby chore, samotne. Co z tego dualizmu pozostanie w nas po epidemii?

Kiedy uznamy, że zagrożenie ustało, jako społeczeństwo przesuniemy się początkowo w kierunku integracji, ale tylko w ramach lokalnych społeczności, w których doświadczyliśmy solidarności w czasie epidemii. Nieznacznie wzrośnie poziom zaufania społecznego (choć nie instytucjonalnego), docenimy wolność i ludzi wokół. Dobry nastrój koreluje pozytywnie z chęcią niesienia pomocy, więc będziemy przejawiać więcej drobnych zachowań prospołecznych na co dzień — zapytamy starszą sąsiadkę o zdrowie, czy zrobimy przelew na rzecz chorego dziecka. Część inicjatyw wypracowana jako interwencja kryzysowa w dobie pandemii — na przykład zakupy dla seniora czy telefony zaufania — zostaną utrzymane i przez jakiś czas będziemy się w nie wolontaryjnie angażować.

Obok ulgi z odzyskanej wolności doświadczać będziemy lęku związanego z widmem powrotu epidemii. Konieczność zmierzenia się z nową rzeczywistością — m.in. kryzysem gospodarczym — zmusi nas do egocentrycznego zadbania o własne potrzeby. Jako społeczeństwo przesuniemy się wówczas na kontinuum z integracji w stronę izolacji i walki o byt — tym razem ekonomiczny.

Spadnie liczba zachowań prospołecznych, rzadziej też otworzymy portfele na dobroczynność, a pomagać będziemy raczej tym, z którymi łączą nas silne więzi zgodnie z teorią doboru krewniaczego.

Za jakiś czas, kiedy gospodarczo znów staniemy na nogi, wrócimy do stanu sprzed pacjenta zero. Po COVID-19 pozostanie pamięć zwykłej ludzkiej solidarności, jak po powodzi w 1997 roku.

Anna Wilczyńska —  absolwentka Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Psycholog, coach, trener, była Prezes Stowarzyszenia WIOSNA, organizatora takich projektów społecznych jak Szlachetna Paczka czy Akademia Przyszłości.

ROZWARSTWIENIE

Dramat europejskich Romów

W połowie marca słowacki burmistrz Koszyc Jarosław Polacek ostrzegał w mediach społecznościowych, że koronawirus może się rozprzestrzeniać z powodu zachowań „osób niezdolnych społecznie” na osiedlach romskich, w których nie przestrzega się nowych zasad wprowadzonych w czasie epidemii. W innych słowackich miastach mieszkańcy wezwali władze do przyjęcia „specjalnych środków” karnych przeciwko segregowanym osadom romskim.

Gęsto zaludnionych slumsów, w których trudno przestrzegać zaleceń związanych z higieną i izolacją, jest w Europie wiele. Takie miejsca są również w Polsce. Konsekwencje COVID-19 będą dla ich mieszkańców drastyczne.

Tym bardziej, że nawet w najlepszych czasach, nierówności społeczne zbierały tam żniwo widoczne w większej od przeciętnej śmiertelności, chorobach przewlekłych i krótszym okresie życia.

W świecie po COVID-19 będzie jeszcze gorzej. Następstwa nadchodzącej recesji dotkliwie odczują ci, którzy od dawna borykają się z problemami społecznymi i uznawani są za innych, czy obcych. Jeszcze głośniej wybrzmią głosy podważające wsparcie dla mniejszości, uchodźców czy imigrantów. Ponadto walka o zasoby, stabilność i płynność finansową nie tylko wzmocni złowrogą różnicę między klasami społecznymi, ale zaostrzy również negatywne postawy wobec inności, dyskryminację, mowę nienawiści oraz rasizm.

Już teraz, w czasie walki z epidemią, widać dualistyczne postawy związane z akceptacją i solidarnością społeczną. Z jednej strony chętniej pomagamy starszym i chorym, obserwujemy wysyp inicjatyw, które mogą wspomóc biznes czy inną działalność zawodową w tych trudnych czasach, a z drugiej strony pojawia się niechęć wobec Azjatów, uchodźców i ubogich oskarżanych o roznoszenie wirusa. Obawiam się, że w nowej rzeczywistości nie znajdzie się miejsce na dyskusję o otwartości, szacunku dla odmienności oraz solidarności z wykluczonymi „innymi”. Kryzys po pandemii przełoży się na sposób myślenia o tym kogo i dlaczego powinniśmy wspierać.

Na samym dole hierarchii potrzeb znajdą się te grupy, które jeszcze przed COVID-19 postrzegane były jako problematyczne, obciążające budżet państwa oraz burzące porządek i stabilność społeczną. Nie ma wątpliwości, że Romowie są wśród nich i że w tej rozgrywce na pewno przegrają. Skutki epidemii dla 80% żyjących w skrajnym ubóstwie Romów mogą okazać się tragiczne.

Joanna Talewicz-Kwiatkowska —  absolwentka Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Adiunkt w Instytucie Studiów Międzykulturowych UJ, członkini Rady Społecznej przy RPO, założycielka i prezeska fundacji W Stronę Dialogu.

Klimat

Po pandemii susze i początek prawdziwych działań na rzecz klimatu

Pierwszy raz odkąd ujrzeliśmy swoją planetę jako Błękitną Kulkę, zostaliśmy prawdziwe zjednoczeni. Pierwszy raz widzimy ludzkość tak wyraźnie połączoną wspólną sprawą. Koronawirus dał nam namacalność kryzysu niezbędną, by wywołać emocje połączenia, ale też pilnej potrzeby działania.

Przez lata, w odpowiedzi na bezprecedensową mobilizację świata nauki, biznes i rządy odpowiadały, że nie da się radykalnie interweniować w gospodarkę ani podjąć kroków broniących ludzkości przed najgorszymi efektami szóstego wymierania i globalnego ocieplenia. Koronowarus pokazuje jasno, że głęboka interwencja i współpraca na poziomie globalnym są jednak możliwe.

Dobrze, że dzieje się to w przedletnich miesiącach.

Po pierwszej zimie bez śniegu susza w tym roku dotknie Polskę wyjątkowo dotkliwie. Pojawią się braki w dostępie do wody w coraz większej liczbie miejscowości, szczególnie na wyższych piętrach. Ceny żywności skoczą do góry, zwłaszcza warzyw i owoców. Pojawią się być może braki w dostępie do prądu.

To będzie nerwowe lato — w upale trudno zachować higienę, której się właśnie nauczyliśmy, ale także spokój.

Przyroda zacznie teraz dyktować coraz szybsze tempo. Będziemy z napięciem śledzić prognozy rolnicze i wiązać je bezpośrednio ze stanem portfela i możliwością wartościowego odżywiania. Przed ruchami klimatyczno-ekologicznymi wyzwanie, aby wykorzystać mentalny ślad pandemii do budowania większej świadomości katastrofy klimatycznej.

Koronawirus mocno upowszechnił zagrożenie, stawiając na ostrzu noża pytania o to, kto ma płacić prawdziwą cenę za zatrzymania pędu. Koszty kryzysu ekologicznego są jeszcze wyższe, na szali stawiając egzystencję ludzkości.

Teraz, pierwszy raz musimy się uporać z wyzwaniem, niezależnie od krajowego PKB czy położenia. Międzynarodowe instytucje dostaną więc nowy mandat. To jest wreszcie czas na nową opowieść. Na nową etykę czasu zagłady, nową ekonomię, nowe stosunki międzyludzkie. A może powrót do najstarszych wartości — Frans de Waal dowodzi, że naczelne są z gruntu altruistyczne. Chcę to zobaczyć.

Katarzyna Jagiełło —  absolwentka Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Aktywistka klimatyczna, ekspertka ds. różnorodności biologicznej. Współtwórczyni akcji „Adoptuj Pszczołę”, obrończyni Puszczy Białowieskiej.

Kultura

Czeka nas powolne wychodzenie z zapaści

Wybuch pandemii i konsekwentne wstrzymanie działalności kulturalnej postawiło sektor kreatywny przed koniecznością radykalnej reorientacji. Stawianie pytań o kulturę teraz, gdy priorytetem jest ochrona zdrowia i życia ludzi, może wydawać się trywialne. Przestaje jednak być błahe, gdy pomyślimy o znaczeniu kultury w rozwoju społeczno-gospodarczym, o twórcach, animatorach i menedżerach kultury, których kryzys doświadcza najdotkliwiej, i wreszcie, gdy spróbujemy sobie wyobrazić przymusową izolację bez dostępu do książek, filmów, muzyki.

Wymuszona zagrożeniem kwarantanna oznacza wielowymiarową stratę: dla twórców i widzów — wzajemnego kontaktu, dla publiczności — integracji we wspólnym przeżyciu, dla artystów — możliwości tworzenia i zarobkowania, dla organizatorów życia kulturalnego — sposobności do realizowania swojej misji i zadań.

Powstałą pustkę w przyspieszonym tempie zapełniła feeria estetycznych doznań online: streamingi koncertów, wirtualne wizyty w galeriach, warsztaty artystyczne i spotkania autorskie. To, co kiedyś było ciekawostką, eksperymentem, teraz stało się tak koniecznością, jak i substytutem, który pomaga przetrwać, kiedy życie kulturalne i społeczne zamarło. Nawet najdoskonalsza technologia nie zastąpi na dłuższą metę żywego kontaktu ze sztuką, wspólnotowego charakteru i ulotności przeżycia, jednak do tej protezy trzeba się będzie przyzwyczaić.

Kultura dostępna online, bez barier czasowych, geograficznych, z egalitarnym charakterem uczestnictwa i oferty artystycznej, będzie stanowić dodatkowy krwiobieg kultury na długo po zniesieniu ograniczeń.

Sektor kulturalny wyjdzie z kryzysu pokiereszowany, wiele organizacji i inicjatyw artystycznych zniknie, a ekonomiczna kondycja społeczeństwa spowoduje czasowy spadek uczestnictwa i konsumpcji dóbr kultury. Doświadczenie jednak uczy, że kultura wyjdzie i z tego kryzysu. Potrzeba ekspresji artystycznej i wola tworzenia silniejsze niż przeciwności losu sprawią, że powstaną nowe dzieła, a artyści twórczo skomentują i przetworzą doświadczenie pandemii, pomagając nam z czasem zrozumieć, oswoić i nadać mu znaczenie.

Olga Brzezińska —  absolwentka Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Menedżerka kultury, prezeska Fundacji Miasto Literatury, dyrektor programowa Festiwalu Miłosza i Dni Tranströmerowskich. Kulturoznawczyni, europeistka, wykładowczyni akademicka. Członkini zespołów przygotowujących strategie dla kultury na poziomie regionalnym, ogólnopolskim i międzynarodowym.

Edukacja

SZKOŁA

Szkoła straci monopol na edukację

Kwarantanna spowodowana pandemią koronawirusa zamknęła przed uczniami i nauczycielami drzwi szkół i wymusiła przejście na edukację zdalną. Kiedy wrócimy, przyjdziemy z doświadczeniem innej edukacji. To osłabi moc przekonania, że procesu uczenia nie da się zmienić i że może go prowadzić tylko szkoła.

Przymuszeni okolicznościami zaczęliśmy się rozglądać za innymi źródłami wiedzy i umiejętności. Choć już wcześniej, obok szkoły, szukaliśmy korepetytorów, teraz ten katalog się znacznie powiększył — nie tylko podręczniki, ale rówieśnicy, MOOCi czy nawet YouTube stały się źródłem wiedzy, a niektórzy futurystycznie sięgają po aplikacje wirtualnych nauczycieli oparte na AI.

Część zauważy, jak bardzo ich nauczyciele im pomagali, część — jak mało. Niektórzy z uczniów i nauczycieli zobaczą, jak efektywna może być samodzielna praca i że czas w szkole nie zawsze jest dobrze wykorzystany.

Z tymi doświadczeniami zostaniemy. Na początku w wielu miejscach wrócimy do tego, jak było. Ale zaczyn, który się wytworzył, zostanie. Przekonanie, że da się uczyć inaczej, utrwali się zarówno po stronie tych, co zarządzają szkołami, uczą, jak i uczniów oraz rodziców. Zostanie również doświadczenie współpracy z organizacjami i firmami, które ruszyły na pomoc i z których produktów oraz usług miliony uczniów i nauczycieli skorzystało w czasie epidemii.

Poszukiwania nowych rozwiązań i korzystanie z nich dało firmom i organizacjom nowe zasoby i otworzyło rynek, który wcześniej był niedofinansowany oraz hermetyczny.

Oczekuję, że po pandemii wrócimy do szkół, które będą stawały się zróżnicowane, do uczniów, którzy zaczną postrzegać szkołę jako jedno z wielu źródeł wiedzy oraz do nauczycieli, którzy doświadczyli innego sposobu pracy.

Na pewno, jeśli dla dużej części osób edukacja była synonimem szkoły, to dla wielu to rozumienie się poszerzy i zobaczą, że edukacja to dużo większy ekosystem. Szkoła straci monopol. Pozostanie pytanie: czy skorzysta na tym większość czy nieliczni?

Marcin Szala —  absolwent Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Edukator, dyrektor akademicki w Akademeia, współredaktor książki: Tutoring. Teoria, praktyka, studia przypadków.

SYSTEM

Stara szkoła z nowymi narzędziami

W dobie kwarantanny, w publicznym systemie edukacji widoczne jest dążenie do jak najszybszego i jak najskuteczniejszego powrotu do tego, co było do tej pory. W związku z tym nowe technologie i wdrażane właśnie narzędzia do pracy on-line są — i będą — używane w stary sposób i do realizacji starych celów.

Przy takim podejściu za „sukces” zostaną uznane nie rozwój i weryfikacja sensowności podejmowanych działań, ale raczej jak najszybsze przełożenie dotychczasowych sposobów funkcjonowania na platformy on-line i dotarcie z lekcjami do jak największej liczby uczniów. To takie wlewanie młodego wina do starych naczyń. Presja, jakiej poddani są nauczyciele, również nie sprzyja namysłowi i innowacji, lecz raczej jak najprostszemu odtworzeniu stanu sprzed epidemii.

Z uwagi na wszechobecny chaos i napięcie jest spora szansa, że gdy znów otworzą się drzwi szkolnych budynków, wiele osób odetchnie z ulgą, że mogą wrócić do dawnego życia. Jeśli tak się stanie, będzie to zmarnowana okazja do przyjrzenia się fundamentalnym pytaniom: czemu ma służyć edukacja? W jaki sposób możemy ją realizować skutecznie i wydajnie?

Edukatorzy, którzy zadadzą sobie dzisiaj fundamentalne pytania o sensie szkoły zaczną tworzyć wyspy innowacji, podczas gdy ogromna większość systemu ugrzęźnie w złudnym poczuciu, że ważna, paradygmatyczna zmiana już nastąpiła.

Najsilniejszą motywację mają teraz małe alternatywne projekty i placówki, dla których znalezienie adekwatnej odpowiedzi na potrzeby ich klientów jest kwestią przetrwania. Część tych organizacji upadnie, ale inne wyjdą z kryzysu wzbogacone o nieznane wcześniej rozwiązania. Z uwagi na małą skalę żadna z nich nie stanie się jednak źródłem systemowej zmiany.

Przewiduję, że publiczny system edukacji wyjdzie z pandemii koronawirusa ze wzmocnionym przekonaniem o ważności własnej roli w życiu społeczeństwa. Jednocześnie, pojawi się myląca narracja głosząca, że wydarzył się ważki krok do przodu w postaci wdrożenia technologii e-learningu. Narzędzia te będą jednak używane do realizacji starych celów, co w rezultacie opóźni wprowadzanie realnych i potrzebnych zmian w polskiej szkole. W ten sposób drogi szkół systemowych i alternatywnych będą się rozchodziły jeszcze szybciej.

Tamya Olszańska —  absolwentka Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Psycholog, trener i facylitator. Pionierka edukacji demokratycznej w Polsce.

Służba Zdrowia

TELEMEDYCYNA

Sztuczna inteligencja i boty odbarczą służbę zdrowia

Służba zdrowia wyruszyła w krętą, wyboistą i nieoznaczoną drogę spersonalizowanej telemedycyny opartej na sztucznej inteligencji, z której nie ma odwrotu.

Ludzkość zamieszkująca Ziemię od milionów lat, w ciągu kilkunastu dni dokonała znaczącego postępu w elementarnym dbaniu o swoje zdrowie. Masowo nauczyliśmy się prostych metod zapobiegania przenoszenia zakażeń poprzez mycie rąk i bardziej świadome wchodzenie w interakcje w sklepie, restauracji, taksówce, metrze, a także szpitalnej poczekalni. Przebiło się też do szerszej świadomości, że pobyt w szpitalu sam w sobie niesie zagrożenie zakażenia.

W tych warunkach pojawienie się rozwiązań technologicznych jest potrzebne i nieuniknione. Już część opieki medycznej zagościła w procesorach i algorytmach sztucznej inteligencji. Chat-boty zapewniają wielokrotnie większą dostępność do wiedzy medycznej, przy jednoczesnym ograniczeniu niebezpieczeństw związanych z fizyczną wizytą.

Z tej drogi nie da się już zawrócić. Dzięki zdalnym konsultacjom zapewnimy sobie większe bezpieczeństwo — również, gdy pandemia minie.

Nie chcąc wchodzić w niepotrzebne interakcje międzyludzkie w poczekalni, już korzystamy z dokładnie wyznaczonych godzin i miejsc wykonania badań diagnostycznych i leczenia.

Od dziś, chętniej niż w szpitalu, zaczniemy leczyć się w domu, gdzie nie tylko mamy zapewnione wygodne łóżko, ale i zindywidualizowaną opiekę. Ograniczymy bezpośredni kontakt ze służbą zdrowia jedynie do tych obszarów, gdzie jest on konieczny.

Dzięki temu zasoby w szpitalach będą mniej obciążone, przepływ cennej wiedzy i informacji od lekarzy do pacjentów sprawniejszy i cała organizacja służby zdrowia zyska nowy wymiar profesjonalizmu.

Marcin Maruszewski —  absolwent Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Lekarz, kardiochirurg, doktor nauk medycznych. Współzałożyciel CompassMedica (ekspertowe systemy wspomagania decyzji w medycynie). Ekspert NCBiR, FNP, Horizon 2020 MSCA/EF oraz MFiPR (InnovationCoach). Wcześniej dyrektor Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie.

INNOWACJE

Nowe leki i sprzęt medyczny będą pojawiały się szybciej

Jak byśmy nie patrzyli na COVID-19, jest on dla medycyny impulsem do szybszego rozwoju, która dzięki temu otrzymała dostęp do nowej aparatury i wielkiej liczby królików doświadczalnych — nas wszystkich. Świat po pandemii, to będzie inny świat również dla tej dziedziny nauki.

W czasach przed pandemią tworzenie leków, szczepionek czy urządzeń medycznych ciągnęło się latami. W ostatniej dekadzie mówiło się nawet, że na horyzoncie nie widać żadnych ciekawych przełomów w terapii. Firmy farmaceutyczne wycofywały się z rozpoczętych badań nad lekami np. na chorobę Alzheimera. Organizacje międzynarodowe — w dobrej wierze — spowalniały procesy rejestracji nowych wyrobów, bo to wydawało się bezpieczniejsze dla chorych. W dobie pandemii natomiast znacznie częściej stosuje się „szybką ścieżkę” wdrażania odkryć medycznych, bo to może być jedyna droga do wygrania z wirusem.

Zaledwie kilka tygodni temu rozpoczął się wyścig, w którym w tej chwili bezprecedensowo prowadzi się ponad 200 badań (wg. clinicaltrial.gov, 28.03.20) w kierunku wykrycia leku i szczepionki na COVID-19. W czasach przed pandemią produkty stosowane w lecznictwie musiały posiadać atesty, być zgodne z normami, czy przejść certyfikację. W tym momencie w wielu miejscach w Polsce, ale też i na świecie, stosuje się drukowane 3D przyłbice, maski wielorazowego użytku, czy nawet (o zgrozo dla EMA, czy FDA!) drukowane elementy do respiratorów.

Trzy miesiące temu w Niemczech było 25 tysięcy łóżek respiratorowych, już za parę dni ta liczba zostanie podwojona. Na potęgę szpitale są doposażane w mały sprzęt diagnostyczny (termometry, pulsoksymetry, ciśnieniomierze), którego zawsze brakowało. Jeżeli już jesteśmy przy urządzeniach medycznych — przed koronawirusem ich projektowaniem i produkcją zajmowały się firmy posiadające odpowiednie doświadczenie i certyfikaty.

W tym momencie do produkcji respiratorów przygotowuje się fabryka Tesli, czy znany z konstruowania designerskich odkurzaczy James Dyson.

Posłowie: w Polsce, paradoksalnie, ten czas będzie nie tylko zmianą ewolucyjną. Myślenie o systemie służby zdrowia będzie prawdopodobnie musiało też przejść regres — na nowo do łask wrócą oddziały zakaźne, laboratoria diagnostyczne czy medycyna tropikalna.

Paweł Soluch —  absolwent Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Przedsiębiorca, neuropsycholog, konsultant Kliniki Neurochirurgii WUM, założyciel firmy med-techowej NeuroDevice. Interesuje się nowymi technologiami w medycynie i służbie zdrowia oraz podejściem patient-centredcare.

Leki

BIOTECHNOLOGIA

Pojawi się mnóstwo absurdalnych projektów naukowych

W przeciągu 12–15 miesięcy powstanie gotowa szczepionka na SARS-CoV-2. Może być ona wprowadzona w Polsce poprzez tzw. procedurę scentralizowaną, wspólną dla wszystkich krajów Unii. Wtedy opinię na temat preparatu opracowuje Europejska Agencja Leków (EuropeanMedicinesAgency — EMA) i na jej podstawie Komisja Europejska wydaje pozwolenie na dopuszczenie do obrotu w całej UE. Równolegle, wiele leków stosowanych w leczeniu innych chorób będzie przebadanych u pacjentów z COVID-19 i znajdą się kompozycje łagodzące objawy choroby i poprawiające stan chorych.

Sporo badań klinicznych nowych leków na inne niż przeciwwirusowe wskazania ma opóźnienia z powodu epidemii, więc przesuną się w czasie rejestracje nowych terapii innych chorób.

Szczególnie ucierpią pacjenci z chorobami rzadkimi, na które nie ma dostępnych terapii lub stosowane leki nie są skuteczne.

Pojawi się w Polsce mnóstwo projektów rozwoju nowych leków przeciwwirusowych, testów molekularnych wykrywających wirusy, programów analizy potencjalnych mutacji wirusów w kierunku takich, które mogą potencjalnie zagrażać zdrowiu i życiu człowieka itp. Część z nich nie będzie rzetelnie ocenianych i uzyskają finansowanie dzięki atrakcyjności tematu i obiecująco brzmiącym tytule. Powstanie w związku z tym nowa grupa projektów, która dołączy do wcześniejszych „osiągnięć” tej kategorii, takich jak preparaty komórek macierzystych z rogów jelenia, czy też nowe leki przeciwnowotworowe bazujące na wyciągu z dżdżownic rażonych prądem. Absurdy finansowane ze środków publicznych.

Chwilowo wzrośnie świadomość dróg przenoszenia chorób i podstawowych zasad higieny związanych choćby z myciem rąk, ale przed kolejną falą epidemii lub przed następnym sezonem grypowym, te nawyki zdążą osłabnąć. Dopiero po kilku poważniejszych epizodach epidemiologicznych Polacy utrwalą sobie zasady właściwego postępowania i oswoją się z życiem w nowej normalności.

Karolina Dzwonek —  absolwentka Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Doktorbiologii molekularnej, manager projektów rozwoju nowych leków.

Miasta

Fala bezdomności i powrotów do rodziców

W miarę jak koronawirus usuwa zasłony pozorów z obecnego systemu polityczno-ekonomicznego, coraz trudniej będzie przykryć jego prowizorki. Dlatego dla wielu Polaków i Polek dominujące dziś pytanie to nie jak długo będziemy musieli zostać w domu, ale czy — kiedy już z niego wyjdziemy po kwarantannie — będziemy mogli do niego wrócić.

Badania sytuacji mieszkaniowej Polaków od lat pokazują dwa problemy: ciasnotę i przeludnienie (które czynią obecną kwarantannę bardziej uciążliwą) oraz niepewność. Znaczną część polskiej klasy średniej od bezdomności dzielą 2–3 niespłacone raty kredytu lub tyleż niezapłaconych prywatnemu właścicielowi czynszów. W sytuacji spodziewanej redukcji zarobków i miejsc pracy, wizja ta okazuje się nieznośnie bliska. Obecne programy pomocowe rządu nie podchodzą do tego problemu poważnie, proponując co najwyżej odroczenie, a nie anulowanie długu — tak jakby kilka miesięcy później miał wydarzyć się cud ekonomiczny.

Jeśli rząd nie zaproponuje poważnej polityki mieszkaniowej na czas kryzysu, po kwarantannie możemy spodziewać się smutnej fali wyprowadzek i eksmisji — i to pomimo tego, że ceny wynajmu również tymczasowo spadną.

Nowa bezdomność będzie częściowo ukryta, gdyż wiele młodych dorosłych wprowadzi się z powrotem do rodziców. Tym samym wskaźniki przeludnienia w mieszkaniach znów skoczą (co jest zresztą niebezpieczne epidemiologicznie i utrudnia promowaną obecnie pracę zdalną).

Ponieważ kredytobiorcy i wynajmujący mieszkania w dużych miastach to często przyjezdni, przymusowy powrót do rodziców może również oznaczać odcięcie od rynku pracy lub stałe już przestawienie się na pracę zdalną. W dłuższej perspektywie może to spowodować powrót mieszkańców do mniejszych miast — trend, który mógłby być pozytywny, jeśli zachęcać by do niego marchewką przemyślanych polityk regionalnych, a nie traumatyzującym kijem eksmisji.

Joanna Kusiak —  absolwentka Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Socjolożka i badaczka miast z (opustoszałego obecnie) Uniwersytetu w Cambridge.

Góry

Rozkwit w Tatrach

Ze środowiskowego punktu widzenia obecna sytuacja okazuje się dobra. Jeśli spojrzeć na satelitarne mapy zanieczyszczeń, to łatwo zauważyć, że poziom emisji CO2 jest dużo mniejszy. Coś, co wydawało się nierealne, czyli ograniczenie emisji, nagle stało się faktem. Pomijając oczywiście bardzo smutne okoliczności — przyroda z pewnością odetchnie od ludzi.

Tatry stały się swego rodzaju poligonem badawczym — będziemy mogli obserwować, jak zwierzęta reagują na ten darowany im spokój i nieobecność ludzi. Wiosna to ważny czas dla tatrzańskiej fauny — gody, uzupełnianie tkanki tłuszczowej po zimie.

Przewidujemy duży sukces rozrodczy w nadchodzącym roku oraz, u gatunków, które są zmuszone do koegzystencji z człowiekiem (np. kozice), odnotujemy mniejszą ilość hormonu stresu.

Już dziś głuszce i cietrzewie dosyć często tokują w sąsiedztwie szlaków, więc na pewno te kuraki będą się cieszyły większym spokojem. Obserwujemy też więcej tropów przecinających szlaki, co oznacza, że zwierzęta przemieszczają się swobodniej. Dużo też łatwiej będzie polować drapieżnikom, bo „zwiększyła się” przestrzeń w związku z nieobecnością ludzi.

Mimo tych pozytywów, sam Tatrzański Park Narodowy będzie się zmagał z kryzysem, ponieważ jest to jednostka, której 80% przychodów pochodzi z turystyki. A spodziewamy się, że liczba turystów odwiedzających Tatry po COVID-19 spadnie, choćby z powodu trudnej sytuacji materialnej, w jakiej znajdą się nasi rodacy. W ostatnim roku liczba wejść do TPN sięgała 4 mln. W tym roku tak z pewnością nie będzie. Do tej pory ok. 10% turystów przyjeżdżało z zagranicy, więc i tu pewnie odnotujemy znaczny spadek. To istotne, ponieważ wpływy z biletów wstępu czy innej działalności na terenie Tatr, wspierają budżet utrzymujący infrastrukturę — a szczególnie szlaki, które ze względu na zwykle ogromną liczbę turystów i gwałtowne zjawiska pogodowe, wymagają systematycznego nadzoru i remontów. Ta praca może się teraz okazać niezwykle trudna.

Patrzę jednak daleko do przodu i wiem, że będzie dobrze. A tymczasem: głowa do GÓRY. Tatry poczekają.

Szymon Ziobrowski – absolwent Leadership Academy for Poland —  apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie, dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego (TPN), przedsiębiorca, współzałożyciel Stowarzyszenia im. Stanisława Wyspiańskiego.

Media

ZAUFANIE

Od dawna nie było w mediach krajowych tak spójnego przekazu na ważny, globalny temat, jak w przypadku koronawirusa, co jest dowodem na ich niesłabnącą siłę w Polsce. Wraz z rozwojem sytuacji obserwujemy jednak pojawienie się cenzury i propagandy sukcesu w informacjach na temat kryzysu. Teraz stoimy przed zwrotnicą, która zdeterminuje przyszłość mediów w Polsce.

Cenzura zaczęła się od zakazu wypowiadania się w mediach personelu medycznego na temat sytuacji w szpitalach. A rządowa propaganda sukcesu o tym, że Polska władza radzi sobie świetnie z kryzysem, skrzętnie pomija oddolne inicjatywy obywateli, które mają niebagatelny wpływ na polepszenie sytuacji. Są to momenty, kiedy rzeczywistość prezentowana w mediach, przechodzi silne zderzenie z tą, która otacza nas na co dzień. Wcześniejsze manipulacje i szerzenie kłamstw na przykład o kryzysie uchodźczym było relatywnie łatwe w Polsce, ponieważ naszego kraju kryzys de facto nie dotyczył. Teraz o wiele trudniej będzie mediom odzyskać zaufanie obywateli jeśli będą kłamać na tematy, których odbiorcy sami będą na co dzień doświadczać.

Utrzymany przez dłuższy czas taki sposób manipulowania treściami doprowadzi do stanu, w którym „nikt nic nie rozumie, ale każdy wie najlepiej”. To działanie popularny chociażby w krajach bałkańskich.

„Ośmiornice medialne” służą do kreowania alternatywnej rzeczywistości, która ma utrzymać odbiorcę w stanie kompletnego zagubienia i braku zaufania do jakichkolwiek mediów, co prowadzi do informacyjnego obłędu i utraty wiary w prawdziwość nawet potwierdzonych informacji. Istnieje realne ryzyko, iż w Polsce takie mechanizmy rozwiną się w ramach obecnego kryzysu.

Alternatywny scenariusz mogą stworzyć rzetelne publikacje pozytywnych treści na temat ludzkiej solidarności i sprawnej samoorganizacji w czasach kryzysu. Takie materiały, których już jest wiele, mogą wzmocnić zaufanie do mediów i szerzyć konstruktywną postawę samoorganizowania się w świecie, który niejako będziemy układać na nowo.

Natalia Zaba – absolwentka Leadership Academy for Poland —  apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Dziennikarka, autorka filmu dokumentalnego The Game, ekspertka ds. Bałkanów, obecnie współpracująca z Al Jazeera Balkans, KRIK, The Global Initiative Against Transnational Organized Crime.

REKLAMA

Znaleźliśmy się na dziwnej antywojnie. Toczymy walkę, która ma na celu ochronę ludzkiego życia i zdrowia. To powoduje, że — inaczej niż na wojnie — postrzeganie ludzkiego życia jako wartości bardzo wzrasta. Chcemy działać na rzecz innych, pomagać, troszczyć się, doceniamy to, co drobne, codzienne, zwykłe. Marki właśnie zdały sobie sprawę, że komunikacja, jaką budowały w czasach przed COVID-19, w całości jest nieaktualna i musi się zmienić.

Wiele marek ograniczy teraz swoją komunikację, a te, które ją utrzymają, spróbują odwołać się do emocji, które dzisiaj ludzie przeżywają w swoich domach i wykorzystać je w prostej, zwykłej, ludzkiej „rozmowie” ze swoimi klientami.

Aby taka rozmowa była wiarygodna, firmy włączą się w realne działania na rzecz rozwiązywania konkretnych problemów, z którymi przyjdzie nam się mierzyć. Dużo lepiej wypadną tutaj te, które społeczne działanie wpisały już w swoje DNA i prowadziły prawdziwy CSR zanim nastał kryzys. Inne spróbują zrobić to teraz, rozumiejąc, że tego właśnie oczekuje konsument w czasach, gdy wartość ludzkiego życia ceni się bardziej. Jest szansa, że tego rodzaju odpowiedzialne zachowania biznesu będą nie tylko bardziej widoczne, ale zostaną z nami na dłużej, bo wzmocnią te firmy, które w niepewnych czasach zdecydują się na działania prospołeczne.

Taka zmiana ma szansę być ożywcza także dla kreatywności branży komunikacyjnej. Zachowania świadczące o realnej trosce o dobro wspólne komunikuje się w inny sposób, z większą wrażliwością i delikatnością. W trudnych czasach, gdy wiele firm ograniczy swoje budżety marketingowe, poczucie uczestniczenia w ważnych społecznie działaniach może być paliwem, pomagającym utrzymać zespoły, które jeszcze niedawno utrzymywano tylko dzięki wysokim pensjom. To prawdziwe wyzwanie dla branży, która nieczęsto stawiała wartości w centrum.

Tu także wygrają ci, którzy zrozumieją, że dzisiaj biznes opiera się — dużo bardziej niż jeszcze przed chwilą — na wartościach. Zbudowane w trudnej rzeczywistości biznesowe relacje mogą przynieść nie tylko wzmocnienie tych, którzy zrobią to szybciej, ale także nadać komunikacji marketingowej bardziej ludzki wymiar.

Julian Dworak —  absolwent Leadership Academy for Poland —  apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Dyrektor Klubu Producentów Reklamowych SAR.

PRASA

Kryzys nadejdzie po latach chudych — nadzieja w cyfryzacji

Wydawcy prasowi w Polsce weszli w okres pandemii mocno ekonomicznie poturbowani. Przed branżą stanęło wyzwanie utrzymania płynności finansowej wobec możliwej zapaści na rynku reklamowym i globalnego kryzysu gospodarczego.

Niektóre tytuły połączą się z innymi, inne zrezygnują z poszczególnych dni wydawniczych lub całkiem wstrzymają wydania papierowe, część zniknie z rynku.

Wspólnym wyzwaniem stanie się przyspieszona transformacja cyfrowa w warunkach ograniczonych zasobów. Tylko część wydawców wykorzysta kilkukrotny wzrost ruchu w serwisach internetowych i sprzedaży cyfrowych wydań i poradzi sobie z szybkim dostosowaniem swojej oferty, zadbaniem o długofalową relację z odbiorcami opartą o modele subskrypcyjne i partnerstwa e-commerce.

Apele do czytelników o ratowanie prasy nie przyniosą efektów, jeśli będą służyć wyłącznie rozwiązaniu problemów wydawców, bez wyjścia naprzeciw zmieniającym się potrzebom czytelników. Wyzwaniem newsroomów będzie zapewnienie jakościowego, unikalnego dziennikarstwa cyfrowego, dedykowanych treści dla precyzyjnie określonych odbiorców, poradnictwa, dziennikarstwa śledczego i specjalistycznego. Najwolniej z przemodelowaniem swoich struktur na wzór firm technologicznych będą radziły sobie duże redakcje. Będą musiały szybko wprowadzać do zespołów umiejętności spoza branży. Najsilniejsze z kryzysu wyjdą wyraziste mediowe marki, które przekonają do siebie nowych odbiorców i to nie tylko newsami.

Czeka nas czas poważnych rozmów z jednej strony o prywatności w sieci i zasadności zbierania danych, a z drugiej o wielkich możliwościach wykorzystania modeli predykcyjnych czy AI. Wydawcy będą bardziej skłonni do renegocjacji relacji z wielkimi platformami. Facebook i Google będą dalej fundować granty, by wspierać tworzenie i sprzedaż treści oraz oswajać wydawców z „membership economy”. Testem siły branży będzie wdrażanie w 2020 roku europejskiej dyrektywy o prawach pokrewnych.

W latach po COVID-19 rynek pracy w mediach będzie bardzo trudny dla pracownika, ale środowisko zjednoczy się na trudne czasy, a zawód dziennikarza zyska na prestiżu. Tradycyjne media odegrają kluczową rolę w asystowaniu społeczeństwu w czasie pandemii, nadchodzącego gospodarczego kryzysu, odbudowy gospodarki i walki z dezinformacją. Te zasługi będą szczególnie wielkie w tytułach lokalnych, które jednak wyjątkowo będą potrzebować pomocy państwa i lokalnych społeczności.

Marcin Kowalczyk —  absolwent Leadership Academy for Poland —  apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. VP, Head of Subscription Solutions w Deep.BI, poprzednio Dyrektor Generalny ds. Komercyjnych i Head of Digital w Gremi Media („Rzeczpospolita”, „Parkiet”). Ekspert rynku mediów specjalizujący się w strategiach monetyzacji treści i „membership economy”.

Rozwój

WIEDZA

Świat do jakiego zaczynamy się przystosowywać za sprawą pandemii, może na stałe zadomowić w naszej percepcji internet jako pełnoprawną, alternatywną przestrzeń do budowania międzynarodowych wydarzeń szybciej, taniej i o szerszym zasięgu.

To już się dzieje. Pod koniec lutego w Bazylei miała się odbyć konferencja nt. innowacji na kilka tysięcy osób. Organizatorzy, jako jedni z pierwszych, przenieśli ją całkowicie do internetu. 23 marca współtworzyłam Boma COVID-19 Global Summit– światową konferencję na temat wyzwań związanych z koronawirusem z udziałem ponad 60 ekspertów z całego świata. Wydarzenie odbyło się całkowicie online, za darmo i trwało bez przerwy 24 godziny, nadawane kolejno z wirtualnych studiów w kilkunastu krajach na pięciu kontynentach, w tym w Polsce. Konferencja była „lekka”, czyli tania do zmontowania, powszechna i powstała szybko. Również w marcu, moi koledzy z Estonii stworzyli internetowe wydarzenie „Hack the Crisis” — maraton pomysłów na walkę z koronawirusem. Inicjatywę wsparł rząd Estonii, a formułę adaptuje już kilka innych krajów, w tym Polska.

W podobny sposób tradycyjne konferencje będą przyszłości poszerzać dostęp do swoich wydarzeń w tak zaawansowany sposób, że oglądanie ich online już nie będzie “biletem drugiej kategorii”.

Te wszystkie zmiany, jakie zachodzą na naszych oczach, zapowiadają rozwój technologii pozwalających na budowanie wysokiej jakości wirtualnych studiów konferencyjnych „prosto z naszego domowego salonu”, jak również nowatorskich narzędzi networkingowych. Czeka nas zatem światowa rewolucja w wydarzeniach publicznych, która będzie miała bezpośredni wpływ na to, jak będą wyglądały tego typu przedsięwzięcia w Polsce.

Zuzanna Lewandowska —  absolwentka Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Managerka, partnerka w Boma Poland, części Boma Global. Wcześniej szefowa relacji międzynarodowych w „Przekroju” i współzałożycielka platformy edukacyjnej The Kings Foundation.

KOMPETENCJE

Czas po izolacji okaże się najtrudniejszy. To, co kiedyś można było zaplanować, przewidzieć i dla czego można było zaprojektować proces z przekonaniem, że zakończy się sukcesem i okaże wartościowy dla jego uczestników, nie będzie już działało tak, jak wcześniej. Dlatego radzenie sobie z nieprzewidywalnością stanie się najważniejszym zasobem każdego, na kim spoczywa odpowiedzialność za innych.

Rozkwit w świecie, którego jeszcze nie znamy, wymaga kompetencji, które zwykliśmy nazywać miękkimi. Dziś, w warunkach skrajnie niepewnych, można by je przechrzcić na umiejętności przetrwania.

Bo teraz to one są potrzebne do odbudowania motywacji i morale w zespołach zmniejszonych na skutek zwolnień, z procesami nieprzystającymi do zmienionej rzeczywistości.

W niepewnym świecie po COVID-19 najbardziej potrzebne będzie myślenie krytyczne, zdolność skupienia uwagi i klarowność umysłu, by podejmować trudne decyzje i łagodzić napięcie. Niezbędne będą umiejętności nawiązywania kontaktu z drugim człowiekiem i osiągania porozumienia mimo różnic — zwłaszcza, gdy po głębokich zmianach wiele relacji trzeba będzie budować od nowa. To te dawniej miękkie, dzisiaj niezbędne kompetencje, pomogą dostrzec nowe możliwości, zapewnią świeże pomysły i pozwolą przystąpić z nadzieją i energią do pracy.

Tych zdolności nie uczą w szkołach, ani w większości domów. Nie można ich nabyć szybko czytając książkę ani biorąc udział w jednorazowych szkoleniach. Wzrośnie więc zapotrzebowanie na profesjonalistów, którzy wspierają innych w praktykach rozwojowych: trenerów komunikacji, nauczycieli praktyk kontemplacyjnych, coachów, trenerów sportowych. Będą bardziej potrzebni niż kiedykolwiek, zmieniając kategorię swoich usług z nice to have w musthave, bo nowe czasy będą wymagały nowych zdolności.

Zuzanna Ziomecka —  absolwentka Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Redaktorka i trenerka. Wiceprezeska Polskiego Instytutu Mindfulness, dyrektor wykonawcza Advanced Leadership Program w Center for Leadership oraz dyrektor programów w WellComeInstitute.

Technologie

START-UPY

Koniec szału na sharing economy

Standardowy cykl życia większości startupów opiera się na znalezieniu właściwej niszy rynkowej (product-market fit), a następnie szybkim skalowaniu biznesu (wzroście sprzedaży, a także organizacji) tak, aby na tym rynku zająć jak najlepszą pozycję, zanim pojawi się konkurencja. Aby to zrobić, potrzeba kapitału. Tego kapitału na rynku ostatnimi laty nie brakowało. Tylko w Polsce agendy publiczne wpompowały weń kilka miliardów złotych, a ostatni rok był rekordowym rokiem inwestycji, które rok do roku wzrosły ośmiokrotnie, osiągając w 2019 poziom 1,26 mld złotych.

Pandemia COVID-19 sprawi, że wszystkie startupy będą musiały rewidować założenia. Olbrzymie znaczenie ma branża i przyjęty model biznesowy.

Firmy dostarczające rozwiązania bazujące na modelu online: digitalhealth (w szczególności telemedycyna), ecommerce, zdalnej pracy (remotework), edukacji, rozrywki online (gaming, entertainment) mają się dobrze i mogą liczyć na zastrzyk gotówki, jeśli go będą potrzebować. Takie firmy teraz szybko urosną.

Po drugiej stronie medalu są wszystkie rozwiązania z zakresu sharingeconomy, polegające na użyczeniu posiadanego dobra (np. samochodu — Uber, mieszkania — Airbnb, hulajnogi — Lime itp.), rozwiązania branży turystycznej, podróży, platformy (marketplaces) łączące dostawców usług offline z klientami. Te już teraz bardzo mocno tracą i w czasach post pandemicznych prawdopodobnie nie odzyskają swojej pozycji.

W skali makro ten trend jest widoczny na przykładzie największych technologicznych spółek. Amazon (e-commerce) i Netflix (online entertainment) są notowane na poziomie zbliżonym do tego sprzed dwóch miesięcy, natomiast Uber czy Expedia (travel) na poziomie 30–40% niższym.

Przetrwają te firmy, które najszybciej i najlepiej zaadaptują się do bieżącej sytuacji. Startuperzy, którzy przejdą ten ciężki czas próby, staną się mocnymi liderami i menadżerami, a ich firmy się rozwiną. Ci, którzy upadną, otrzymają bolesną, ale także bardzo cenną lekcję, pozwalającą im podjąć następną próbę z większymi szansami na sukces.

Grzegorz Borowski — absolwent Leadership Academy for Poland (apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie),  prezes i założyciel Infoshare, firmy skupionej na inspirowaniu, kształceniu oraz łączeniu specjalistów, firm technologicznych oraz startupów. Organizator największej konferencji technologicznej w Europie Centralnej.

PŁATNOŚCI ONLINE

Początek końca papierowych pieniędzy

Ostatnia dekada to powolny okres przejściowy pomiędzy pieniądzem papierowym, a elektronicznym. Europa wraz z Azją przewodzą wprowadzaniu płatności zbliżeniowych i elektronicznych, zwłaszcza tych opartych o urządzenia mobilne. Mimo to, wciąż istniała grupa konserwatywnych konsumentów, którzy nie tylko nie płacili telefonem komórkowym, ale byli zupełnie nieświadomi potencjału zbliżeniowego ukrytego w plastikach, których chętnie używali w bankomatach tylko do wypłacania gotówki. Dlatego usunięcie papierowych pieniędzy z naszego społeczeństwa nie było jeszcze możliwe. Do teraz.

COVID-19 zmusił ludzi do poszukiwania alternatyw, zakwestionował sposób, w jaki wykonujemy nawet podstawowe codzienne czynności — kontakt z drugą osobą, mycie rąk, a także sposób, w jaki płacimy.

Ludzie zdali sobie sprawę, że w dobie walki o higienę i unikania kontaktu za wszelką cenę, obcowanie z papierem, który przeszedł przez dziesiątki rąk, może być co najmniej ryzykowne.

Dzięki wszechobecnej akceptacji płatności bezgotówkowych, promocji ze strony dużych detalistów i wsparcia ze strony instytucji rządowych, konsumenci odwracają się od papierowych pieniędzy. Osoby tradycyjnie przywiązane do gotówki zaczynają coraz częściej sięgać po kartę zbliżeniową, co pozwala im unikać niepotrzebnego ryzyka przeniesienia wirusa poprzez papierowy pieniądz.

Ale jest też kolejny czynnik, który może spowodować znaczne przyspieszenie wyparcia papierowego pieniądza. COVID-19 zagraża w równym stopniu zdrowiu publicznemu, co globalnej gospodarce i finansom publicznym. Jego głęboki wpływ na globalny PKB będzie widoczny w pełni, gdy wejdziemy w okres sprawozdań za I kwartał, a perspektywa na kolejne kwartały jest jeszcze bardziej ponura. Będzie to więc czas ratowania życia, ale także ratowania miejsc pracy i porządku finansowego jaki znamy. Rządy będą dążyć do obniżenia kosztów, podobnie będzie z dużymi detalistami. Gotówka natomiast jest droga. Bardzo droga — wg NBP roczny koszt obsługi papierowego pieniądza w Polsce szacowany jest na 17 mld PLN, co stanowi około 1% PKB. Żeby spojrzeć na to z perspektywy — to blisko 20% rocznego budżetu polskiego systemu opieki zdrowotnej. Nie wspominając już o roli, jaką odgrywa gotówka w utrzymaniu szarej strefy. Jeśli dodać do tego rosnące wolumeny handlu internetowego (#zostańwdomu, zakupy online), gdzie króluje pieniądz elektroniczny, bardzo wyraźnie widać początek końca papieru w naszych portfelach.

Tomasz Wardziak —  absolwent Leadership Academy for Poland — apolitycznej i bezstronnej inicjatywy edukacyjnej na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie. Doświadczony praktyk rynku płatności cyfrowych. Od 15 lat związany z branżą płatności, pracował dla Mastercard, First Data or Citi.

*Leadership Academy for Poland to apolityczna i bezstronna inicjatywa edukacyjna na rzecz rozwoju dobrego przywództwa w Polsce i na świecie.

AUTORZY: Grzegorz Borowski, Olga Brzezińska, Julian Dworak, Karolina Dzwonek, Anna Gromada, Katarzyna Jagiełło, Krzysztof Kępa, Marcin Kowalczyk, Joanna Kusiak, Andrzej Kuśmierz, Zuzanna Lewandowska, Marcin Maruszewski, Draginja Nadaždin, Michał Nowakowski, Tamya Olszańska, Zuzanna Rudzińska-Bluszcz, Róża Rzeplińska, Paweł Soluch, Agata Stafiej-Bartosik, Marcin Szala, Alek Tarkowski, Joanna Talewicz-Kwiatkowska, Tomasz Wardziak, Anna Wilczyńska, Szymon Ziobrowski, Zuzanna Ziomecka, Natalia Żaba.